Trzy kroki dzielą biznes od 5G. Eksperci VMware podają przepis na sieciową rewolucję

Cały świat spodziewa się, że komercyjne wdrożenie sieci 5G nastąpi już w 2020 r. Bez cienia wątpliwości, technologia ta będzie początkiem kolejnego etapu rewolucji technologicznej. Co się zmieni? Wszystko – przekonują wszyscy. Ale jak zmienić – to podają już tylko nieliczni. Eksperci VMware przekonują, w swojej najnowszej analizie, że kluczowe będzie wdrażanie chmur, rozwiązań sztucznej inteligencji, IoT oraz wirtualnych sieci przyszłości.

Nawet 100 razy szybszy Internet już za 2-3 lata może utorować drogę do rozwoju technologii, które urzeczywistnią sen o życiu w otoczeniu inteligentnych urządzeń. I to na masową skalę. Zaawansowana robotyka, autonomiczne pojazdy, wirtualna rzeczywistość, druk 3D na odległość – wykorzystanie tego wszystkiego stanie się banalnie proste właśnie dzięki 5G. Wdrożenia tej technologii już trwają, ale nie każdy kto to robi okaże się zwycięzcą. Jak odsiać liderów od przegranych podpowiadają jednak eksperci VMware.

Istnieją trzy główne czynniki, które pozwolą organizacjom, szczególnie operatorom telekomunikacyjnym, wykorzystać pełny potencjał technologii 5G. To inwestycje w rozwiązania kognitywne oraz Internet Rzeczy, adekwatne do potrzeb wykorzystanie technologii chmurowych oraz modernizacja i wirtualizacja sieci. Dzięki temu firmy będą w stanie wyciągnąć z 5G wymierne korzyści biznesowe, docierać do nowych klientów, a z czasem rozwinąć biznes poza swój sztandarowy zakres usług czy produktów – przekonuje Shekar Ayyar, prezes wykonawczy i dyrektor generalny Telco Group w VMware.

Po pierwsze: supermoce, czyli AI i IoT

Za niecały rok na świecie ma być tylko milion punktów łączności 5G. Do 2025 roku ich liczba ma wzrosnąć aż do 1,4 mld. Za ten wzrost będzie odpowiadać m.in. dynamiczny rozwój IoT oraz sztucznej inteligencji – przekonują eksperci VMware. Same tylko rozwiązania kognitywne osiągną do 2022 wartość ponad 77 mld dolarów. Wpływ tych technologii na 5G nie polega jedynie na produkcji danych wymagających szybkiego transferu – tutaj popyt na jedno, nakręca popyt na drugie.

Technologia 5G działa dwutorowo. Z jednej strony napędza rozwój nowych technologii, z drugiej potrzebuje ich, by faktycznie zaistnieć w środowisku wielkiego biznesu. Sprawne wdrożenie Internetu Rzeczy w połączeniu z zaawansowanymi technologiami komunikacji na linii maszyna-maszyna otwiera przed przedsiębiorcami możliwość rozwinięcia ich podstawowej działalności o nowe funkcjonalności. Wyobraźmy sobie choćby sklep meblowy posiadający show-room oparty na tzw. mieszanej rzeczywistości – tłumaczy Shekar Ayyar z VMware. Na rynku zwyciężą ci gracze, którzy wdrażając 5G, będą umieli wykorzystać technologiczne supermoce, nie tylko do przyspieszenia internetu, ale do całkowitej zmiany tego, jak pracujemy, kupujemy i żyjemy – dodaje.

Po drugie: droga w chmurach

Ostatnią dekadę innowacji sponsorowała chmura obliczeniowa. Była swoistym „must have” w firmach, które stawiały na cyfryzację. Dzisiaj na rynku m.in. telekomunikacyjnym wyrasta całe nowe „pokolenie” operatorów, które nie wyobraża sobie swojej działalności bez cloud computingu. Zdaniem IDC już w przyszłym roku dziewięć na dziesięć przedsiębiorstw będzie korzystać z rozwiązań opartych w części lub w całości na chmurze obliczeniowej. Zdaniem VMware, jeśli inne firmy chcą nadążyć za tą zmianą i w pełni wykorzystać potencjał 5G muszą ulec całkowitej „cloudyfikacji”.

Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak pełną, bezlitosną wręcz automatyzację wszystkich procesów oraz usług. Przedsiębiorstwa, szczególnie telecomy, muszą inwestować w nowoczesne oprogramowanie, bazujące na technologiach chmurowych i takie, które zagwarantuje szybsze wprowadzanie innowacji. Biznes musi również inwestować w nowe modele działania i wykorzystywać trendy związane z rozwojem marketplace’ów, usług w chmurze czy współdzielnością zasobów – komentuje Shekar Ayyar z VMware.

Po trzecie: sieci przyszłości

Wdrożenia technologii 5G, by nabrać prędkości i mocy, potrzebują jeszcze jednego elementu – nowego napędu. Zdaniem VMware firmy, a przede wszystkim operatorzy telekomunikacyjni, muszą w tym celu unowocześnić swoje sieci komputerowe. Shekar Ayyar przekonuje, że technologia 5G to okazja życia dla biznesu i nie wolno jej przespać. Firmy nie będą już mogły czekać tygodni, miesięcy na wdrożenia nowych usług czy produktów. Działania muszą być szybkie, a jednocześnie bezpieczne i oparte na stabilnych rozwiązaniach. Można to osiągnąć m.in. w oparciu o narzędzia służące do wirtualizacji  aplikacji, danych, użytkowników w całej hiper-rozproszonej sieci.

Według danych IDC rozwiązania służące do wirtualizacji sieci będą rosły i do 2022 roku przychody w tym obszarze osiągną wartość ok. 5,6 mld dolarów. Dostrzegamy, że coraz więcej operatorów zaczyna już także wdrożenia chmury prywatnej, część już wdrożyła, a część bada teren. Technologia 5G, której pełen implementacji należy się spodziewać w ciągu około 2-3 lat, jest tu głównym katalizatorem, dlatego spodziewać się można znacznego wzrostu nakładów w tym sektorze rynku – komentuje Stanisław Bochnak, Senior Business Solutions Strategist z VMware Polska.

TenderHut najlepszą polską firmą w rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe

1496% – taki średni wzrost przychodów zagwarantował białostockiej spółce TenderHut najwyższe miejsce wśród wszystkich polskich firm w najnowszym rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe. Polski producent oprogramowania jest 7. najszybciej rozwijającą się firmą technologiczną w Europie Środkowo – Wschodniej.

Deloitte Technology Fast 50 Central EuropeW tegorocznej 19. edycji rankingu najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Europie Środkowej znalazło się 18 spółek znad Wisły. Pierwsze miejsce w zestawieniu przypadło czeskiej spółce Prusa Research. Jednak to Polacy zdominowali ranking. Najwyższe miejsce w Polsce wśród europejskich firm osiągnęła spółka TenderHut, która jest przykładem tego, jak duży potencjał leży w polskich programistach.

tenderhutMiejsce, jakie zajęliśmy w rankingu Deloitte Fast 50, czyli pierwszą pozycję wśród polskich firm i siódmą wśród środkowoeuropejskich, chciałem zadedykować mojemu przyjacielowi, wspólnikowi i byłemu prezesowi TenderHut – Waldemarowi Birkowi, który odszedł od nas na początku tego roku. Myślę, że Waldemar byłby z nas dumny, żałuję, że nie ma go dziś z nami – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut.

Firma z Podlasia rozwija się błyskawicznie. Posiada osiem zagranicznych przedstawicielstw. Na rodzimym rynku stawia na dywersyfikację, lokując swoje biura w strategicznych ośrodkach na terenie całego kraju. Posiada swoje centra developerskie w Białymstoku, Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie, Olsztynie i Przemyślu. Obecnie cała grupa kapitałowa przekroczyła wartość przychodu na poziomie 2,5 mln złotych miesięcznie. Najszybciej rozwijająca się firma IT w Polsce planuje w 2020 roku zagościć także na warszawskim Parkiecie.

W tym roku Grupa TenderHut znalazła się także na 9. pozycji wśród 20 firm z naszego kraju w prestiżowym rankingu Financial Times: FT 1000. Jest także inicjatorem wielu przedsięwzięć związanych z rozwojem polskiej branży IT, w tym ogólnopolskiej inicjatywy SoDA, zrzeszającej pracodawców IT.

Płatności mobilne mPay z nowym prezesem

Krzysztof Hejduk został nowym prezesem zarządu mPay S.A. Ustępujący ze stanowiska Jacek Bykowski pozostaje w spółce jako członek zarządu.

Krzysztof Hejduk jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej i Uniwersytetu Warszawskiego, od ponad 13 lat związanym zawodowo z branżą finansową. Przed dołączeniem do mPay pełnił funkcję dyrektora finansowego w Carsson Car Rental – firmie działającej na rynku wynajmu samochodów. Odpowiadał m.in. za nadzór nad finansami całej grupy kapitałowej, współtworzenie jej długofalowej strategii oraz pozyskiwanie zewnętrznego finansowania. Swoją karierę zawodową budował także pracując w Banku Millennium, Deutsche Bank Polska oraz Forrest Equity Management.

Krzysztof Hejduk - prezes zarządu mPay SA
Krzysztof Hejduk – prezes zarządu mPay SA

– Objęcie przez Krzysztofa Hejduka  sterów w  mPay traktujemy jako zmianę pokoleniową – mówi Andrzej Basiak, Prezes Zarządu Grupy Lew S.A., inwestora strategicznego mPay. – Pomimo młodego wieku Krzysztof dysponuje ogromną wiedzą i doświadczeniem zawodowym. Jesteśmy przekonani, że jego świeże spojrzenie na rynek płatności mobilnych przyczyni się do jeszcze szybszego rozwoju mPay – dodaje Basiak.

Jako prezes zarządu Krzysztof Hejduk będzie odpowiedzialny za wdrożenie strategii spółki dostosowanej do nowych możliwości wynikających ze znowelizowanej ustawy o usługach płatniczych oraz dyrektywy PSD II.

mPay jest najdłużej działającym w Polsce systemem płatności przy użyciu telefonów komórkowych, rozwijanym od 2003 roku. W lutym br. spółka wdrożyła nowy system informatyczny, który umożliwił zwiększenie uniwersalności aplikacji i dostosowanie jej do najnowszych trendów w segmencie technologii mobilnych. Od tego czasu w mPay pojawiły się m.in. zupełnie odmienione płatności za parkowanie oraz bilety do warszawskiego ZOO i Tatrzańskiego Parku Narodowego. Spółka rozpoczęła też etap nawiązywania współpracy z regionalnymi przewoźnikami kolejowymi, uruchamiając sprzedaż biletów na przejazdy pociągami Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej.

Globalne ocieplenie doprowadzi do katastrofy klimatycznej. Jesteśmy blisko przekroczenia progu bezpieczeństwa

0

Globalne ocieplenie doprowadzi do katastrofy klimatycznej. Jesteśmy blisko przekroczenia progu bezpieczeństwa 1

Zalanie wysp na Oceanie Spokojnym i terenów zamieszkanych przez połowę ludności świata, 150 tys. zgonów rocznie z powodu upałów w samej Europie i setki miliony zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza, rozprzestrzenianie się chorób tropikalnych, ograniczony dostęp do żywności i wody pitnej – to kilka najpoważniejszych skutków, jakie do końca tego wieku wywoła wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C. Naukowcy przestrzegają, że jeżeli ludzkość nie zrezygnuje ze spalania węgla do 2050 roku, grozi nam klimatyczny kataklizm, który zachwieje podstawami dzisiejszej cywilizacji. 

– Ograniczenie wzrostu średniej globalnej temperatury to dla nas być albo nie być i naprawdę nie jest to nazbyt dramatyczne postawienie sprawy. Jeżeli do końca tego wieku nie zatrzymamy wzrostu temperatury do poziomu 1,5°C, katastrofy nie da się już uniknąć. Jeśli ten wzrost będzie postępował dalej w tym tempie, poziom wód na świecie podniesie się o metr, co oznacza, że z powierzchni Ziemi znikną nie tylko wyspy na Oceanie Spokojnym. Wpłynęłoby to również na Polskę, bo część kraju znalazłaby się pod powierzchnią wody – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Jędrzejewski, rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

W najnowszym opracowaniu naukowcy z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) potwierdzili, że obecna średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia.

Jeżeli będziemy dalej szli tą ścieżką, to drastyczne zjawiska pogodowe, które już w tej chwili są coraz częstsze, po prostu się zmultiplikują. Z powodu upałów w Europie w tej chwili umiera co roku prawie 3 tys. osób. Jeżeli nic się nie zmieni, liczba ta wzrośnie do ponad 150 tys. osób rocznie. Z powodu zanieczyszczonego powietrza na świecie umiera w tej chwili prawie 7 mln ludzi, a jeżeli dalej będziemy spalać paliwa kopalne, zgony będziemy liczyć już w setkach milionów – podkreśla Krzysztof Jędrzejewski.

Wzrost średniej globalnej temperatury powyżej 1,5°C spowoduje, że fale upałów, nawałnice, powodzie i gwałtowne burze będą coraz częstsze, a pod koniec tego wieku klęski żywiołowe będą dotykać już 2/3 Europejczyków. Natomiast średni poziom mórz do 2100 roku podniesie się o 90 cm – co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata.

Rafy koralowe znikną z powierzchni Ziemi, a choroby spowodowane przez wzrost temperatury i powodzie będą coraz częstsze. Już w tej chwili mamy w Europie choroby, które jeszcze do niedawna występowały tylko w krajach tropikalnych. W ciągu ostatniej dekady nastąpił w Polsce ponadczterokrotny wzrost zachorowań na boreliozę spowodowany ociepleniem – podkreśla rzecznik Koalicji Klimatycznej.

Z prognoz naukowców wynika, że globalne ocieplenie będzie też mieć wpływ na rolnictwo i produkcję żywności oraz drastycznie zaostrzy problem głodu na świecie. Do 2030 roku poziom światowej produkcji żywności może obniżyć się o 10 proc., a w kolejnym dwudziestoleciu spadnie o ponad 20 proc.

To spowoduje też znaczne ograniczenie dostępu do wody pitnej. Już w tej chwili wiele krajów boryka się z problemem dostępu do czystej wody. Jeżeli ta sytuacja będzie się rozwijać, to liczba osób pozbawionych dostępu wzrośnie nawet o 50 proc. – mówi Krzysztof Jędrzejewski.

Skutki wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie przekraczającym 1,5°C spowodują wielomiliardowe straty. Naukowcy alarmują, że uniknięcie czarnego scenariusza jest jeszcze możliwe, ale potrzebne są działania na wczoraj. Aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa, do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, natomiast do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania węgla i przestawić się na odnawialne źródła energii. Niezbędne są również inicjatywy ukierunkowane na rozwój ekologicznego transportu, zrównoważonej gospodarki gruntowej i efektywności energetycznej.

Decydenci często mówią, że nie stać nas na ponoszenie kosztów związanych z ograniczaniem wzrostu średniej temperatury. Trzeba jednak pamiętać o tym, jakie są koszty zaniechania tych działań – podkreśla Krzysztof Jędrzejewski.

Auta na minuty są w Polsce coraz bardziej popularne. Teraz taka usługa będzie dostępna też w wersji dla aut dostawczych

Auta na minuty są w Polsce coraz bardziej popularne. Teraz taka usługa będzie dostępna też w wersji dla aut dostawczych 2

PwC prognozuje, że w 2030 roku już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu. Szacuje się, że w najbliższych latach ten rynek będzie rósł średnio o 30 proc. rocznie. Wypożyczalni samochodów na minuty przybywa również w Polsce, podobnie jak użytkowników tej usługi. Teraz carsharing – tyle że w wersji big – wprowadza do Polski spółka CityBee, która sprawdziła się już na litewskim rynku. Pierwsze auta dostawcze do wynajęcia na minuty pojawiły się już na ulicach Warszawy, skąd usługa będzie rozszerzana na kolejne miasta.

– Carsharing to w trzech słowach auto na minuty. Wypożyczamy samochód przez aplikację, korzystamy z niego tyle, ile potrzebujemy, i kończymy wynajem także przez aplikację. CityBee jako pierwsi wprowadza do Polski duże samochody, stąd też nazwa big carsharing. Działa on na podobnej zasadzie, z tym że samochody są dużo większe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bogdan Marszałek, country manager CityBee.

Zgodnie z analizami PwC przedstawionymi w raporcie „The five dimensions of automotive transformation”, w 2030 roku już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu. Szacuje się, że w najbliższych latach ten rynek będzie rósł średnio o 30 proc. rocznie. Jak prognozuje Frost & Sullivan, do 2025 roku liczba użytkowników carsharingu ma wzrosnąć do 36 mln, a flota dostępnych samochodów ma się zwiększyć do 427 tys.

Wypożyczalni samochodów na minuty przybywa również w Polsce. Po ulicach dziewięciu miast jeździ już blisko 2 tys. takich aut, ale ich liczba rośnie praktycznie z każdym miesiącem, podobnie jak liczba użytkowników. Usługę carsharingu – tyle że w wersji big – wprowadza właśnie do Polski spółka CityBee. Usługa dostępna jest już w Warszawie, skąd operator będzie sukcesywnie rozszerzać ją na kolejne miasta.

– Big carsharing działa na prostej zasadzie – wystarczy się zarejestrować w aplikacji, zrobić zdjęcie swojego prawa jazdy w celu weryfikacji tożsamości, dodać kartę płatniczą i jesteśmy gotowi, żeby wynająć auto. Są to samochody dostawcze, które zmieszczą prawie wszystko – jedne z największych, które pozwala prowadzić prawo jazdy kategorii B. Nie wymagamy żadnych dodatkowych dokumentów ani wpłacania kaucji – samochód jest dostępny wtedy, kiedy go potrzebujemy. Z tak dużymi samochodami jesteśmy pierwsi w Polsce – podkreśla Bogdan Marszałek.

W Warszawie dostępnych jest już prawie tysiąc aut, które można wynająć na minuty. Teraz rynek poszerzy się o samochody dostawcze. Pierwszych 18 fiatów Ducato jest do dyspozycji w strefach wyznaczonych na terenie stolicy. Ich duża przestrzeń ładunkowa w połączeniu z szerokimi drzwiami tylnymi ma pozwolić na łatwy załadunek i transport nawet największych i najdłuższych pakunków, np. 90 kartonów o wymiarach 56 x 33 x 41 cm lub blatu kuchennego o długości ponad 3,5 metra.

W kolejnych tygodniach flota dostawczaków w Warszawie będzie się sukcesywnie powiększać i – w zależności od zapotrzebowania – będzie liczyła nawet kilkadziesiąt aut. Operator podaje, że jeszcze przed startem usługa spotkała się z dużym zainteresowaniem – w ciągu półtora tygodnia prawie 1,5 tys. osób zarejestrowało się na stronie internetowej, aby odebrać specjalne kody na przejazdy o łącznej wartości około 75 tys. zł. Z usługą carsharingu spółka CityBee od 2012 roku jest już obecna na Litwie.

– Tam ta usługa cieszy się dużym zainteresowaniem. Musimy dokładać coraz więcej samochodów, żeby sprostać wymaganiom klientów. Mamy dwie główne grupy odbiorców. Pierwszą są osoby prywatne, które potrzebują samochód do przeprowadzki czy większych zakupów, np. mebli. Druga grupa to klienci biznesowi. Jest wiele mniejszych czy większych biznesów, które potrzebują samochodów dostawczych, ale nie na co dzień. Są to na przykład biznesy sezonowe albo firma, która ma duże zamówienie raz na jakiś czas i wtedy potrzebuje coś przewieźć. Kupno takiego samochodu może się okazać nieopłacalne, a wynajem w ramach carsharingu daje im elastyczność – mówi Bogdan Marszałek.

Wynajęcie samochodu jest proste i bardzo podobne do sposobu, w jaki wypożycza się osobówki na minuty. CityBee oferuje cennik, zgodnie z którym za pierwsze 50 km nie są naliczane opłaty za przejechane kilometry, a stawki za czas użytkowania są zróżnicowane w zależności od długości wynajmu i wynoszą: 0,99 zł za minutę, 49 zł za godzinę, 219 zł za dzień lub 1 299 zł za tydzień. Paliwo, ubezpieczenie i inne koszty techniczne są już wliczone w cenę.

– Stawki maleją w zależności od tego, jak długo korzystamy z samochodu. Im dłużej korzystamy, tym mniej zapłacimy. W naszym modelu CityBee liczymy opłaty głównie za czas, a 50 km dziennie wystarcza w większości przypadków, takich jak przeprowadzka z jednej dzielnicy do drugiej czy transport w obrębie miasta, więc nie trzeba się już martwić kilometrami – mówi country manager CityBee.

Ze względu na duże rozmiary samochody dostawcze CityBee będą dostępne w wyznaczonych strefach, gdzie zaparkowanie sześciometrowego fiata Ducato nie sprawi problemu.

Prezes ZNP: Nie pozyskamy dobrego nauczyciela pensją w wysokości 1,4 tys. zł. Nakłady na edukację powinny być traktowane jako inwestycja, a nie zło konieczne

Prezes ZNP: Nie pozyskamy dobrego nauczyciela pensją w wysokości 1,4 tys. zł. Nakłady na edukację powinny być traktowane jako inwestycja, a nie zło konieczne 3

Edukacja nie może być traktowana jako zło konieczne, które wymaga corocznych, wielomiliardowych nakładów, ale jako inwestycja – podkreśla Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Zarobki polskich nauczycieli należą do najniższych w Europie. Wprowadzane podwyżki tej sytuacji nie zmienią. Eksperci przekonują, że bez inwestycji w system edukacji trudno będzie przyciągnąć osoby po studiach. Obecnie nauczyciel na ostatnim stopniu awansu zawodowego po kilkunastoletnim stażu pracy dostaje do ręki zaledwie nieco ponad 2,3 tys. zł.

 Płace nauczyciela to rozstrzał pomiędzy kwotą 2,3 tys. a 3,3 tys zł brutto. Ta górna kwota to mniej więcej wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego po 15 latach awansu zawodowego, po wyższych studiach i w tym najwyższym stopniu awansu funkcjonującego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

W ciągu trzech lat pensje nauczycieli mają wzrosnąć w sumie o 15 proc. W kwietniu tego roku ruszyła pierwsza z trzech tur zaplanowanych podwyżek – wynagrodzenia wzrosły o 5,35 proc., jednak w skali roku podwyżka wyniesie 3,75 proc., a biorąc pod uwagę inflację realnie podwyżka wyniesie 1,45 proc.

– Nikt o tych podwyżkach z nami nie rozmawiał, nawet w fazie konsultacji i uzgodnień, po prostu arbitralnie minister Anna Zalewska  stwierdziła, że nauczyciele dostaną taką podwyżkę, ona ma się rozkładać na 3 lata. Jednocześnie w roku 2019 wzrost 5-proc. jest obudowany o prawie 2,5-proc. inflację, czyli połowę naszego wzrostu wynagrodzenia zje inflacja – mówi Sławomir Broniarz.

Z raportu „Education at Glance 2017” wynika, że zarobki polskich nauczycieli należą do najniższych w Europie, zarabiają 85 proc. tego, co inni polscy pracownicy z wyższym wykształceniem. Wprowadzane podwyżki tego nie zmienią, zwłaszcza  że – jak wylicza prezes ZNP – podwyżka sięgnie maksymalnie ok. 160 zł dla nauczyciela dyplomowanego i ok. 100 zł dla nauczyciela stażysty.

– Żadną satysfakcją dla nauczyciela jest uzyskanie takiej podwyżki w sytuacji, gdy idąc po ulicach Warszawy można przeczytać ogłoszenia o poszukiwaniu pracowników, którzy wielokrotnie więcej miesięcznie od niego zarabiają, bez wymogów, jakie stawia się nauczycielowi, bez presji, nacisku, egzekwowania tych powinności – mówi Sławomir Broniarz.

Z danych GUS wynika, że średnie wynagrodzenie brutto dla nauczyciela wynosi 4,259 tys. zł. To kwota, która uwzględnia wszystkie dodatki zapisane w Karcie Nauczyciela. Pensja zasadnicza, bez dodatków jest jednak znacznie niższa. Nauczyciele stażyści otrzymują nieco ponad 2,4 tys. zł. Najwięcej, bo ok. 3,3 tys. zł dostają nauczyciele dyplomowani z tytułem magistra i przygotowaniem pedagogicznym. To jednak kwoty brutto. Na konta nauczycieli wpływa od 1750 zł do 2377 zł dla nauczyciela na ostatnim stopniu awansu zawodowego po kilkunastoletnim stażu pracy.

– Mamy dobrą szkołę, dobrych nauczycieli, bardzo dobrych uczniów, sukcesy naszych olimpijczyków w skali międzynarodowej są wszystkim znane. Tylko dlaczego nauczyciel, który rozpoczyna pracę po 5 latach studiów, 1 września dostaje 1400 zł wynagrodzenia na rękę – podkreśla prezes ZNP.

Związek Nauczycielstwa Polskiego już od lat postuluje zmiany w systemie oświaty. Nie tylko w zakresie wynagrodzeń, ale np. w szkolnictwie zawodowym.

– Edukacja nie może być traktowana jako zło konieczne, które wymaga corocznych wielomiliardowych nakładów, ale jako inwestycja, nie tylko w nauczyciela, ale przede wszystkim w dziecko, absolwenta, bo to on będzie generatorem różnego rodzaju pozytywnych zmian – ocenia Broniarz.

Z danych Eurostatu wynika, że w Polsce na edukację trafia 5,2 proc. PKB i niecałe 13 proc. budżetu. Pod tym względem wyprzedzamy Wielką Brytanię, Niemcy czy Irlandię. Pod względem kwot na edukację na mieszkańca jesteśmy jednak w unijnym ogonie. W Unii wydaje się 1,4 tys. euro, w Polsce – 582 euro rocznie. Mniej jest tylko na Węgrzech, w Chorwacji i Bułgarii.

– Jeżeli chcemy, żeby nasze szkolnictwo wyższe było na coraz wyższym poziomie, to nie możemy mimo pewnych postępów w tym zakresie ograniczać nakładów. Uniwersytet Stanforda w USA ma nakłady porównywalne z całym polskim systemem szkolnictwa. Nie pozyskamy młodego, dobrego, obiecującego i chcianego przez szkołę nauczyciela, proponując mu na starcie 2,4 tys. zł brutto – przekonuje Sławomir Broniarz.

Rośnie zainteresowanie danymi satelitarnymi. Pozwalają na bieżąco reagować w przypadku klęsk żywiołowych

Rośnie zainteresowanie danymi satelitarnymi. Pozwalają na bieżąco reagować w przypadku klęsk żywiołowych 4

Jeszcze kilka lat temu dane pochodzące z satelitarnej obserwacji Ziemi były udostępniane odpłatnie. Konstelacji satelitarnych jest jednak coraz więcej. W tym Copernicus, wysyłany w kosmos przez Europejską Agencję Kosmiczną. Dzięki platformie Creodias dostęp do tych danych jest bezpłatny, a udostępniane zdjęcia na bieżąco aktualizowane. Codziennie dostarczanych jest nawet 20 terabajtów danych. Dzięki satelitom do platformy dodawane są nowe obszary danych – obecnie z satelitów programu Copernicus, ale już wkrótce być może także od prywatnych dostawców. Możliwości wykorzystania tych zdjęć są praktycznie nieograniczone.

– Jeśli chodzi o zainteresowanie platformą Creodias, to mamy chętnych do użycia jej z całej Europy. Był nawet taki moment, że najwięcej wejść mieliśmy z Niemiec, ale generalnie jest to dosyć równomiernie rozłożone w Europie i to zarówno jeśli chodzi o tych, którzy dopiero oglądają tę platformę, jak i tych, którzy już są jej klientami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Krzyżanowski, prezes CloudFerro, firmy będącej operatorem i dostawcą technicznym platformy.

Dane satelitarne zyskują na znaczeniu. Już teraz szacuje się, że 60 proc. rynku kosmicznego stanowi właśnie ich wykorzystanie przez użytkowników. Satelity pomagają obserwować Ziemię i zmieniające się środowisko, ale wykorzystywane są w codziennym życiu, np. przy nawigacji. Jeszcze kilka lat temu dane z satelitarnej obserwacji Ziemi były dostępne odpłatnie, obecnie jednak – przy coraz większej liczbie konstelacji satelitarnych – jest ich coraz więcej i łatwiej dostępnych. Program Obserwacji Ziemi Copernicus każdego dnia dostarcza miliony gigabajtów danych.

 Codzienne przybywa 20 TB danych, to tak jak 50 standardowych laptopów nowych danych. Po drugie, jest poszerzany zakres tych danych, pojawiają się nowe satelity, a wtedy nowe zbiory danych są dołączane do platformy i stają się dostępne dla użytkowników. Pracujemy nad tym, żeby dołączyć dane nie tylko z satelitów Copernicus, czyli satelitów europejskich, ale również od dostawców komercyjnych, poszerzając możliwości np. o dane wysokiej rozdzielczości – wskazuje Maciej Krzyżanowski.

Satelity generują olbrzymie ilości danych – dostarczając zarówno zdjęcia optyczne, w bliskiej podczerwieni, w bliskim nadfiolecie, jak i obserwacje radarowe. Wielkość zgromadzonych danych może ostatecznie przekroczyć nawet 30 PB. To, co stanowi o przewadze platformy Creodias, to bardzo częste aktualizacje.

– Dane na platformie spływają na bieżąco z satelitów. Na Google Maps dane są sprzed 2–3 lat, dopasowane do tego, żeby ładnie nałożyć się na mapę. Natomiast tutaj mamy świeże dane i całą historię tego, co te satelity zobaczyły z kosmosu. Już parę godzin po przejściu satelity nad danym obszarem są świeże dane i można się dowiedzieć, co się tam teraz dzieje – tłumaczy prezes CloudFerro.

Możliwości wykorzystania zobrazowań satelitarnych są bardzo duże. Mogą być przydatne przy zarządzaniu kryzysowym, np. w przypadku powodzi, a także przy planowaniu optymalnych tras linii wysokiego napięcia czy dróg szybkiego ruchu. Fotografie pozwalają na bieżąco monitorować zmiany klimatu czy zwalczać nielegalną wycinkę lasów deszczowych. To cenne źródło informacji dla geologów, ekologów, ale też rolników.

– Można np. zobaczyć, jak się przemieszczało koryto rzeki w ciągu ostatnich pięciu lat. Wszystkie te dane, jeden produkt ze zdjęciami po drugim tam są i to jest oczywista wartość tej platformy – podkreśla Maciej Krzyżanowski.

Ładna pogoda sprzyja hotelarzom. W sezonie jesiennym pobyt nad Bałtykiem kosztuje nawet o 40 proc. mniej niż w wakacje

Ładna pogoda sprzyja hotelarzom. W sezonie jesiennym pobyt nad Bałtykiem kosztuje nawet o 40 proc. mniej niż w wakacje 5

Jesienny pobyt nad morzem kosztuje nawet o 40 proc. mniej niż w wakacje – wynika z danych platformy rezerwacyjnej VacationClub. Z pozasezonowych obniżek korzysta coraz więcej Polaków. Hotelarze i właściciele apartamentów w nadmorskich kurortach szacują, że liczba rezerwacji na październik i listopad jest o 9 proc. wyższa niż rok temu, choć coraz więcej turystów podejmuje decyzję o wyjeździe na ostatnią chwilę.

– Sezon jesienny nad Bałtykiem cieszy się bardzo dużą popularnością wśród Polaków. Obecnie obserwujemy bardzo dużo rezerwacji na najbliższe tygodnie. Są to zwykle rezerwacje okołoweekendowe, które wpadają na ostatnią chwilę, czyli tak zwane rezerwacje last minute – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystyna Wróblewska, założycielka platformy rezerwacyjnej VacationClub.

Jak pokazują dane VacationClub, dwuosobowy pokój ze śniadaniami w trzygwiazdkowym hotelu kosztuje poza sezonem od 460 zł. Za apartament w luksusowym pięciogwiazdkowym hotelu z widokiem na morze i pełnym wyżywieniem trzeba zapłacić ok. 840 zł. Średnio koszty jesiennego noclegu są nawet do 40 proc. niższe niż w szczycie sezonu. Z kolei wynajęcie w Kołobrzegu osobnego apartamentu dla czterech osób z usługami hotelowymi w cenie będzie kosztowało ok. 130 zł za dzień.

Takie obniżki powodują, że hotelarze mogą się spodziewać bardzo dobrych wyników. Rezerwacje wpływają na bieżąco, a wzrost ich liczby może wynieść około 9 proc. w stosunku do 2017 roku. Polskie kurorty stale rozwijają swoją ofertę dla turystów podróżujących poza sezonem.

– Polskie kurorty nad Bałtykiem mają wiele do zaoferowania. Przede wszystkim jesienią plaże są puste, w związku z tym można spacerować na plaży samemu. Ponadto kurorty oferują dużo więcej atrakcji, zaplecze hotelowe rozwija się, tzn. powstają nowe aquaparki, baseny, więc pobyty jesienne są bardzo atrakcyjne, nie tylko wśród grup znajomych, lecz także wśród rodzin z dziećmi czy par – tłumaczy Krystyna Wróblewska.

Z danych serwisu wynika, że po sezonie nad polskim morzem najwięcej gości pojawia się w weekendy i dni okołoweekendowe. Zdarza się też dużo więcej rezerwacji na ostatnią chwilę podejmowanych pod wpływem ładnej pogody i korzystnych prognoz.

– Rezerwacje jesienne nie są robione tak jak rezerwacje letnie z dużym oknem rezerwacyjnym. Jesienią to są zwykle rezerwacje last minute, które robimy np. jadąc autobusem czy siedząc w kolejce u lekarza – dodaje Krystyna Wróblewska.

VacationClub szacuje, że wzrostowy trend w ruchu turystycznym nad polskim Bałtykiem w 2018 roku będzie się nadal utrzymywał. Na wzrost turystyki duży wpływ miał rządowy program dofinansowujący polskie rodziny 500 Plus.

Branża technologiczna znalazła nowy sposób na zwalczenie problemu chrapania. Aktywne zatyczki czy inteligentna nakładka na nos zagłuszą niepożądane dźwięki

Branża technologiczna znalazła nowy sposób na zwalczenie problemu chrapania. Aktywne zatyczki czy inteligentna nakładka na nos zagłuszą niepożądane dźwięki 6

Chrapanie to jedno z najpowszechniejszych zaburzeń snu, na które uskarża się około 25 proc. osób w stałych związkach. Centrum Badania Opinii Społecznej szacuje, że w Polsce z tą dolegliwością zmaga się 13 mln osób. Branża technologiczna znalazła sposób, aby rozwiązać ten problem. Powstały urządzenia, które potrafią zarówno stłumić dźwięk chrapania, jak i zapobiec jego powstawaniu. Specjalne zatyczki do uszu aktywnie stłumią przeszkadzający w zaśnięciu dźwięk chrapania.

 Zatyczki do uszu QuietOn Sleep z funkcją aktywnego tłumienia hałasu zostały stworzone specjalnie z myślą o tłumieniu dźwięku chrapania. Działają w oparciu o technologię aktywnego tłumienia hałasu. Hałas jest przechwytywany przez urządzanie i za pomocą głośnika wytwarzana jest odwrotna fala dźwiękowa, która tłumi niepożądane dźwięki – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Annie Tran, dyrektor marketingu w firmie QuietOn.

Tym, co wyróżnia aktywne zatyczki do uszu od tych pasywnych, jest to, w jaki sposób wygłuszają dźwięk. Zamiast tłumić wszystkie fale dźwiękowe docierające do naszych uszu, analizują pasmo dźwięku i wycinają wyłącznie te, które przeszkadzają w zaśnięciu. Słuchawki QuietOn Sleep zaprojektowano tak, aby sprawdziły się zarówno wśród osób, które śpią na plecach, jak i na boku. Wkładki sztywno trzymają się wewnątrz małżowiny, dlatego nie wysuną się z niej podczas częstej zmiany pozycji snu. W kampanii crowdfundingowej na portalu Indiegogo aktywne zatyczki można nabyć za 159 dol.

Na podobnej zasadzie działa nakładka na nos Silent Partner SmartPatch. W masce ukryto mikrofony z systemem rozpoznawania amplitudy oraz częstotliwości chrapania. Urządzenie w czasie rzeczywistym wykrywa dźwięki chrapania i generuje falę dźwiękową o odwróconej fazie. Skutkuje to wyciszeniem dźwięków generowanych w odległości do 20 cm od użytkownika. Dzięki takiej technologii wytłumieniu ulega wyłącznie chrapanie, a nie np. dźwięk alarmu budzika.

 Dźwięki budzika mają zazwyczaj wysoką częstotliwość, a technologia aktywnego tłumienia hałasu w naszych urządzeniach jest ukierunkowana na tłumienie przede wszystkim hałasów o niskiej częstotliwości. Zatem nie powinno być problemów z używaniem budzików, o ile są odpowiednio głośne – przekonuje ekspertka.

Na rynku istnieją także rozwiązania, które tłumią problem chrapania w zarodku. Jednym z najbardziej niezawodnych sposobów jest wykorzystanie aparatów CPAP, które nieustannie wytwarzają dodatnie ciśnienie w układzie oddechowym osoby zmagającej się z problemem chrapania. Sprzęt ten składa się z dwóch głównych elementów – aparatu oddechowego oraz maski. Najbardziej zaawansowane jednostki centralnie pokroju ResMed AirMini nie tylko zmieszczą się w dłoni, lecz także pozwolą kontrolować parametry oddechu za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

Znacznie poręczniejszym rozwiązaniem mogą się okazać zegarki Snore Stopper. Urządzenie wyposażono w mikrofony wyłapujące i analizujące fale dźwiękowe. Jeśli oprogramowanie wychwyci dźwięk chrapania, wyśle delikatny impuls elektryczny, który pobudzi układ oddechowy i zatrzyma chrapanie bez wybudzania użytkownika. Z kolei inteligentna podkładka pod poduszkę Smart Nora w odpowiedzi na chrapanie bezgłośnie napompowuje się, unosząc poduszkę i rozluźniając mięśnie krtani. Poprawia to przepływ powietrza przez układ oddechowy i zatrzymuje chrapanie.

– Chrapanie stanowi jedną z największych przeszkód w spaniu. Z naszych badań wynika, że ponad 25 proc. osób w związkach boryka się z problemem chrapania u partnera. Co więcej, problem chrapania dotyczy ponad 90 mln ludzi w samych Stanach Zjednoczonych – twierdzi Annie Tran.

Według raportu opublikowanego przez Transparency Market Research globalny rynek urządzeń do walki z chrapaniem oraz chirurgii chrapania osiągnie do 2024 roku wartość niemal 23 mld dol. Szacuje się, że branża urządzeń do walki z chrapaniem będzie rosła w tempie blisko 4 proc średniorocznie.

Technologia zaczerpnięta od NASA pozwoli analizować ogromne ilości danych w kilka chwil. Wkrótce może z niej skorzystać także polski rząd

Technologia zaczerpnięta od NASA pozwoli analizować ogromne ilości danych w kilka chwil. Wkrótce może z niej skorzystać także polski rząd 7

Połączenie chmury prywatnej i publicznej zrewolucjonizuje system przechowywania danych. Chmury na bazie otwartej technologii OpenStack pozwalają na mnóstwo konfiguracji i elastycznie reagują, w zależności od potrzeb. Przetwarzają dane satelitarne na potrzeby monitorowania zmian klimatycznych, umożliwiają szybkie przeglądanie zdjęć, co przyspiesza analizę z kilku miesięcy do kilku dni. Chmura daje ogromne możliwości instytucjom rządowym i samorządowym, a sposoby jej wykorzystania są praktycznie nieograniczone.

– Technologia OpenStack służy do tego, żeby efektywniej i skuteczniej wykorzystywać infrastrukturę obliczeniową. Na infrastrukturę fizyczną jest nałożona struktura logiczna, która powoduje, że można znacznie efektywniej i skuteczniej wykorzystać fizyczne serwery, bo na jednym fizycznym serwerze można uruchomić dziesiątki serwerów logicznych, wirtualnych. Takim open source’owym systemem, który to realizuje jest OpenStack – mówi agencji Newseria Innowacje Maciej Krzyżanowski, prezes CloudFerro.

Rynek chmury obliczeniowej zdominowało kilku graczy, z których każdy oferuje rozwiązania oparte na własnych technologiach. Z możliwości chmur korzystają nie tylko największe instytucje, ale też firmy. Według Eurostatu 37 proc. dużych przedsiębiorstw działających w Polsce korzysta z chmury obliczeniowej. Możliwości zwykłych chmur są jednak ograniczone. CloudFerro buduje chmury na bazie otwartej technologii OpenStack, która pozwala na wysoką konfigurowalność. To zaś sprawia, że wykorzystują go najwięksi, m.in. takie firmy jak Cisco, Dell, Intel, HP czy IBM.

– OpenStack jest wykorzystywany jako niezwykle elastyczny i potężny system chmury obliczeniowej, niezwiązany z żadnym komercyjnym dostawcą oprogramowania. Pozwala zachować niezależność, jest dobrze udokumentowany, szybko się rozwija i jest rozwijalny, dlatego jest niezwykle atrakcyjny dla dużych organizacji, które mają wielkie potrzeby i mają dosyć zasobów, żeby tą dosyć skomplikowaną technologię opanować i utrzymywać u siebie. Dlatego jeśli się popatrzy na Fortune 500, największe firmy światowe, to połowa używa OpenStack – przekonuje Maciej Krzyżanowski.

Dzięki stworzonej chmurze nawet ogromne ilości danych mogą być przetwarzane i analizowane błyskawicznie. To, co przy zwykłym systemie może zajmować nawet kilka miesięcy, dzięki nowej technologii trwa zaledwie kilka dni. Dlatego po rozwiązania polskiej firmy sięgają światowi giganci, ale też instytucje rządowe czy samorządowe. Wiadomo np. że dzięki szybkiej analizie obrazów z satelit można stwierdzić, czy rolnik nie chce wyłudzić dopłaty na fikcyjnie uprawianie działki. Technologia została zaczerpnięta od NASA.

– Technologia OpenStack zaczęła się w NASA, w Ames Research Center, gdzie kiedyś postanowiono zrobić porządki w serwisach www i właśnie w ramach odrywania serwerów wirtualnych od fizycznych stworzono zaczątki OpenStack we współpracy z jedną z firm komercyjnych. Potem to się rozwinęło, powstała OpenStack Foundation, ciało niekomercyjne, które propaguje tę technologię, zajmuje się jej rozwojem. Można powiedzieć, że u nas OpenStack wrócił do swoich korzeni, do kosmosu – opowiada ekspert.

Kilka lat temu CloudFerro wspólnie z Creotechem stworzyli EO Cloud dla Europejskiej Agencji Kosmicznej, gdzie zgromadzonych jest ok. 7 petabajtów danych z satelit. Dla Europejskiego Centrum Prognoz Średnioterminowych stworzyli zaś system gromadzenia i przetwarzania danych satelitarnych na potrzeby monitorowania zmian klimatycznych.

– Chcielibyśmy wziąć udział w przygotowaniach elektronicznego systemu zarządzania danych, nad którym pracuje NASK. Chcą zbudować platformę pod przechowywanie i obróbkę dokumentów dla wszystkich instytucji rządowych i samorządowych, zatem będą potrzebne do tego petabajty danych i miejsce do ich przechowywania. To jest świetne zagadnienie dla OpenStack’owej chmury – przekonuje Maciej Krzyżanowski.

Według analityków Research and Markets, globalny rynek usług OpenStack będzie rozwijał się w najbliższych latach w tempie 28 proc. średniorocznie, by w 2022 r. osiągnąć wartość niemal 5,7 mld dol.

Wzrost gospodarczy wg tegorocznych noblistów Williama Nordhausa i Paula Romera

Nagroda Nobla została w tym roku przyznana dwóm ekonomistom, obaj mogą spodziewać się, że w Polsce ich teorie będą przyjmowane sceptycznie. Laureatami zostali Paul Romer, za prace nad wpływem innowacji na wzrost gospodarczy, oraz William Nordhaus, za modelowanie ekonomiczne zmian klimatu.

Obydwaj laureaci to naukowcy amerykańscy. William Nordhaus z Yale University został nagrodzony za „włączenie zmian klimatu do długoterminowej analizy makroekonomicznej”. Paul Romer z Stern School of Business w Nowym Jorku, został doceniony „za włączenie innowacji technologicznych do długoterminowej analizy makroekonomicznej”.

-To profesorowie, których można połączyć wspólnym mianownikiem w postaci szerszego rozumienia wzrostu gospodarczego – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Obaj przekonują, że ważny jest nie tylko PKB na mieszkańca, ale też to jak żyjemy i jakie warunki tworzymy dla przyszłych pokoleń.

W Polsce Williama Nordhausa nie będą lubić obrońcy kopalń i znaczenia węgla kamiennego dla rozwoju gospodarki. Ale znajdzie zwolenników wśród zwalczających smog i obawiających się o skutki zmian klimatycznych.

– Nordhaus jest jednym z pomysłodawców wprowadzenia podatku emisyjnego – wyjaśnia dr P.Kwiecień.

Paul Romer twierdzi natomiast, że państwa najbardziej rozwinięte mogą się nadal rozwijać bardzo szybko, czyli ich wzrost PKB nie powinien być mniejszy niż w państwach rozwijających się, ale warunkiem koniecznym do tego jest trafne zrozumienie znaczenia postępu technicznego. W Polsce nie musi to być dobrze przyjmowane, a dlaczego?

– W ocenie Sterna postęp technologiczny jest procesem, nad którym mamy kontrolę poprzez rozwój niezależnych instytucji i konkurencji rynkowej, zaleca on promowanie konkurencji rynkowej – mówi ekspert z XTB.

Od stycznia ujemne ceny energii. Będziemy korzystać z prądu i jeszcze nam za to płacą

Od stycznia przyszłego roku Polacy będą mogli korzystać z ujemnych cen energii. Co z tego wynika dla konsumentów?

Przyjęta w 2017 r. ustawa o rynku mocy i proces notyfikacji przez UE wymógł na polskim rządzie obowiązek uelastycznienia rynku energii. Elementem tego uelastycznienia jest zniesienie albo podniesienie limitów cenowych na rynku bilansującym.

Cena maksymalna energii zostanie zwiększona z 1 500 zł do 50 tys. zł za megatowatogodzinę, będzie to oznaczać, że energia w przypadku jej wysokich niedoborów będzie bardzo droga, z drugiej strony ujemna cena energii, która może się pojawić w sytuacji, gdy będzie bardzo duża podaż, pozwoli korzystać odbiorcom z ich ujemnych cen.

– Efektem może być to, że korzystanie z energii elektrycznej będzie powodować przychód u korzystającego – mówi w rozmowie z MarketNews24 – mówi w rozmowie z MarketNews 24 Wojciech Wrochna, Szef Praktyki Prawa Europejskiego i Europejskich Regulacji Gospodarczych w firmie prawniczej Kochański Zięba i Partnerzy (KZP).

Reprezentacja polskich firm najsilniejsza w rankingu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe”

W 19. edycji rankingu najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Europie Środkowej znalazło się aż 18 spółek z Polski. W tym roku pierwsze miejsce w zestawieniu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” przypadło czeskiej spółce Prusa Research. Spośród polskich firm najwyżej, bo na siódmym miejscu, znalazł się TenderHut. Zwycięzca, przyznawanej w tym roku w ramach rankingu, nagrody Social Impact Award, została polska spółka – Saule Technologies. Dynamika wzrostu przychodów wszystkich firm technologicznych z rankingu wyniosła 1 290 proc. na przestrzeni ostatnich czterech lat.

W głównej kategorii „Fast 50” uplasowało się 18 firm z Polski. Jedna z nich znalazła się także w podkategorii „Wielka Piątka”. Drugie miejsce pod względem liczby spółek należy do Litwy, którą w głównym rankingu reprezentuje osiem firm. Trzecie miejsce przypadło Chorwacji i Czechom – oba kraje reprezentuje w rankingu siedem firm. W rankingu „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” znalazły się także spółki ze Słowacji (3), Węgier (2), Łotwy (2) oraz Rumunii, Bośni i Hercegowiny, Estonii i Łotwy (po 1).

Czołówka „Technology Fast 50”

Tegorocznym zwycięzcą „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” jest producent drukarek 3D Prusa Research z Czech, który w ubiegłym roku zajął trzecie miejsce w rankingu. Spółka osiągnęła wzrost przychodów w ciągu ostatnich 4 lat na poziomie ponad 17 tys. proc. – Rozwój Prusa Research, podobnie jak innych spółek w zestawieniu, jest imponujący. Co cieszy, aż 60 proc. firm w rankingu to firmy, które znalazły się w nim po raz pierwszy, co dodatkowo pokazuje, w jak zawrotnym tempie rozwijają się najlepsze młode firmy i jak duża konkurencja panuje w tym sektorze – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Programu Technology Fast 50, Deloitte Central Europe.

Na drugim miejscu uplasował się ubiegłoroczny zwycięzca, czeska spółka Kiwi.com, a na trzecim chorwacka firma Q Software, która debiutuje w zestawieniu. W pierwszej dziesiątce znalazły się dwie polskie firmy: TenderHut (7 miejsce) oraz Salelifter (9 miejsce).

W rankingu pięćdziesięciu najszybciej rozwijających się firm w Europie Środkowej znalazło się trzydzieści nowych spółek, sześć awansowało, a czternaście zanotowało spadek.

Kolejny rok wzrostów

Średni wzrost przychodów w 2017 w porównaniu do 2014 roku firm, które znalazły się w rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe wyniósł 1 290 proc. Rok wcześniej było to 1 127 proc. (rok 2016 w porównaniu do 2013) – Liczba zgłoszeń do naszego rankingu rośnie z roku na rok, w tym roku było ich ponad 300, co pokazuje, w jak dobrej kondycji znajduje się branża nowych technologii – mówi Agnieszka Zielińska.

Przedstawiciele polskiego biznesu obecni w zestawieniu pochodzą z całego kraju: Warszawy, Wrocławia, Katowic, Poznania, Białegostoku, Rybnika, Piaseczna czy Krakowa.

Podobnie jak w poprzednich latach ranking „Deloitte Technology Fast 50 Central Europe” zdominowały firmy zajmujące się tworzeniem oprogramowania. W zestawieniu jest ich aż 32. Jedenaście firm reprezentuje sektor „media i rozrywka”, a siedem to producenci sprzętu komputerowego. Ta ostatnia kategoria osiągnęła największy średni wzrost przychodów sięgający 2 969 proc.

W tym roku po raz trzeci przyznano nagrodę Most Disruptive Innovation. Jej laureatem może zostać spółka, której technologie, produkt lub usługi mają szanse stać się przełomowe i wywrzeć rewolucyjny wpływ na rynek. Tegorocznym zwycięzcą jest litewska spółka Brolis Semiconductors, która wykorzystuje przełomową technologię fotonową w podczerwieni do opracowania nowego rodzaju czujnika, który może odczytywać parametry krwi bez konieczności jej pobierania.

Nowym elementem 19. edycji rankingu jest nagroda specjalna Social Impact Award. Jej laureatem może zostać firma, która z powodzeniem łączy rozwój innowacyjnych produktów czy usług technologicznych z pozytywnym oddziaływaniem na społeczności i środowisko. Zwycięzcą pierwszej edycji została polska firma Saule Technologies, która opracowała nową generację paneli słonecznych.

Szczegółowe wyniki rankingu

Ranking Deloitte Technology Fast 50 Central Europe to zestawienie najszybciej rozwijających się firm technologicznych w regionie Europy Środkowej. Oprócz firm wyróżnionych w głównej kategorii – Fast 50, Deloitte Central Europe nagrodził też młode firmy – jest to szczególne uznanie technologii, usług i produktów, które dostarczają (w kategorii „Wschodzące Gwiazdy”) oraz duże firmy technologiczne, których przychody w roku 2017 przekroczyły 25 milionów euro („Wielka Piątka”). Firmy same zgłaszają chęć udziału w rankingu, a Deloitte weryfikuje podane przez nich dane finansowe. „Technology Fast 50” jest częścią raportu „EMEA Fast 500” przygotowywanego przez Deloitte.

Każda spółka ubiegająca się o udział w programie musi spełniać następujące kryteria:

  • posiadać siedzibę w jednym z krajów Europy Środkowej (Albania, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Węgry, Kosowo, Łotwa, Litwa, Macedonia, Mołdawia, Czarnogóra, Polska, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia);
  • być firmą technologiczną, a jej działalność musi zawierać się w jednej z kategorii: komunikacja, ochrona środowiska, fintech, sprzęt komputerowy, ochrona zdrowia i nauki medyczne, media i rozrywka, produkcja oprogramowania;
  • być właścicielem praw własności intelektualnej lub zastrzeżonej technologii sprzedawanych klientom w produktach, generujących większość przychodów operacyjnych spółki;
  • posiadać strukturę własności, która wyklucza udziały większościowe zagranicznych inwestorów strategicznych.

Kategoria główna „Technology Fast 50”

Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii głównej:

  • działalność na rynku co najmniej od czterech lat (brano pod uwagę przychody z lat 2014-2017),
  • osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych niż 50 tys. euro w roku 2014, 2015, 2016 oraz przychodu w roku bieżącym (2017) nie mniejszego niż 100 tys. euro.
lp. Nazwa firmy Kraj Sektor Wzrost (proc.)
1 Prusa Research s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 17 118
2 Kiwi.com Czechy Oprogramowanie 14 377
3 Q Software Chorwacja Oprogramowanie 3 894
4 sli.do s.r.o. Słowacja Oprogramowanie 2 971
5 Pilulka Distribuce s.r.o. Czechy Media i rozrywka 1 681
6 Brolis Semiconductors, UAB Litwa Sprzęt komputerowy 1 534
7 TenderHut S.A. Polska Oprogramowanie 1 496
8 Proficio Marketing s.r.o. Czechy Media i rozrywka 1 228
9 Salelifter Sp. z o.o. Polska Media i rozrywka 1 074
10 Ars Futura d.o.o. Chorwacja Oprogramowanie 914

Kategoria Wschodzące Gwiazdy”

Kryteria szczegółowe dla firm w podkategorii „Wschodzące Gwiazdy”

  • historia działalności nie jest krótsza niż trzy lata,
  • w rozpatrywanych okresach rocznych osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych niż 30 tys. euro.
lp. Nazwa firmy Kraj Sektor wzrost (proc.)
1 INCLUDE d.o.o. Chorwacja Sprzęt komputerowy 1 950
2 itrinity s.r.o. Słowacja Oprogramowanie 1 555
3 3Dsimo s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 1 461
4  OsmoDry.cz s.r.o. Czechy Ochrona środowiska 1 349
5 GreenWay Infrastructure s.r.o. Słowacja Ochrona środowiska 1 123
6 Sewio Networks s.r.o. Czechy Sprzęt komputerowy 947
7 ATi Studios A.P.P.S. SRL Rumunia Oprogramowanie 854
8 CGTrader, UAB Litwa Media i rozrywka 794
9 BIBLOO (Digital People, a.s.) Czechy Media i rozrywka 747
10 rohlik.cz (VELKÁ PECKA s.r.o.) Czechy Oprogramowanie 661
 

 

Kategoria „Wielka Piątka”

Kryteria szczegółowe dla firm w kategorii „Wielka Piątka”

  • działalność na rynku co najmniej od czterech lat,
  • w rozpatrywanych okresach rocznych osiąganie przychodów operacyjnych nie mniejszych
  • niż 50 tys. euro, z tymże w ostatnim rozpatrywanym roku przychody nie mogą być niższe niż 25 mln euro.

 

lp. Nazwa firmy Kraj Sektor Wzrost (proc.)
1 ZOOT a.s. Czechy Oprogramowanie 513
2 RTB House S.A. Polska Media i rozrywka 415
3 Booking Group SIA Łotwa Oprogramowanie 271
4 Pigu, UAB Litwa Media i rozrywka 148
5 PIXEL FEDERATION s.r.o. Słowacja Media i rozrywka 111

Partnerzy Rankingu: UBS Switzerland AG, NRW.INVEST

Patron: Startup Poland

Patronaty honorowe: Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, Polski Fundusz Rozwoju, Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji, Urząd Patentowy Rzeczypospolitej Polskiej, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości

Patronat medialny: Business Insider Polska

Czym jest PPK? Bezpieczeństwo dla emerytów kosztem przedsiębiorców?

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

W dniu 17 lipca 2018 r. na stronie Rządowego Centrum Legislacji został upubliczniony zaktualizowany Projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych (PPK) będący jednym z najważniejszych elementów rządowej Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Planowana rewolucja systemu emerytalnego w Polsce wzbudza uzasadnione kontrowersje wśród przedsiębiorców, na których nowe przepisy nałożą jeszcze większe obowiązki. Czy w związku z zapowiedzianymi zmianami firmy będą rozważać ucieczkę z biznesem poza granice Polski?

Czym jest PPK? Bezpieczeństwo dla emerytów kosztem przedsiębiorców?

Projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych (dalej jako: „ustawa o PPK”) jest najnowszą propozycją rządu dotyczącą rewolucji emerytalnej w Polsce. W swojej istocie przedstawiony mechanizm stanowi długoterminowy system oszczędzania, którego celem jest zapewnienie wyższych świadczeń emerytalnych dla pracowników. Ministerstwo Finansów, publikując projekt przedmiotowych zmian, jednoznacznie potwierdziło od dawna znaną wszystkim Polakom dramatyczną sytuację Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który za kilka lat nie podoła obowiązkowi wypłacania godziwych emerytur dla Polaków.

Zgodnie z zaprojektowanymi przez resort finansów regulacjami, gromadzenie środków finansowych w ramach Pracowniczych Planów Kapitałowych będzie się odbywało poprzez III filar systemu emerytalnego, stanowiącego jednocześnie opcję uzupełniającą dla dobrowolnych Pracowniczych Programów Emerytalnych (dalej jako: „PPE”). Warto jednak podkreślić, że propozycja rządu ma charakter dobrowolności jedynie w stosunku do pracowników, którzy nie są zobowiązani deklarować swojego uczestnictwa w nowej formule oszczędności emerytalnych. Proponowana rewolucja systemu podatkowego – choć niewątpliwie potrzebna – w obecnym kształcie prawnym w największym stopniu obciąży pracodawców. Pracownicze Plany Kapitałowe będą całkowicie powszechne i obowiązkowe dla każdej firmy zatrudniającej pracowników, wobec których odprowadzane są składki na ubezpieczenie emerytalne do ZUS.

Przedmiotowy obowiązek stosowania projektowanych przepisów zaistnieje również w przypadku podmiotu zatrudniającego w myśl art. 2 pkt 19 projektu ustawy o PPK, który obejmuje pracodawców w rozumieniu ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy (Dz.U. z 2018 r., poz. 917), zleceniodawców, nakładców, rolnicze spółdzielnie produkcyjne, spółdzielnie kółek rolniczych i podmioty, w których działają rady nadzorcze, w przypadkach kiedy ich członkowie są wynagradzani z tytułu pełnienia tych funkcji.

Firmy odczują mechanizm stopniowego nakładania obowiązków

Obowiązek zawierania umów o zarządzanie Pracowniczymi Planami Kapitałowymi będzie stopniowo wprowadzany wobec coraz szerszego katalogu przedsiębiorców. W pierwszej kolejności przymus utworzenia mechanizmu PPK w firmie dotyczyć będzie podmiotów zatrudniających co najmniej 250 osób według stanu na dzień 31 grudnia 2018 r. Trzymiesięczny termin na zawarcie przedmiotowej umowy o prowadzenie PPK będzie liczony wobec takich przedsiębiorców od dnia 1 stycznia 2019 r. Następnie od dnia 1 lipca 2019 r. powyższy termin zacznie biec w odniesieniu do podmiotów zatrudniających co najmniej 50 osób według stanu na dzień 30 czerwca 2019 r. Od dnia 1 stycznia 2020 r. obowiązkiem PPK obciążone zostaną wszystkie firmy zatrudniające co najmniej 20 osób, a pół roku później mechanizm PPK wdrożony zostanie przez pozostałych pracodawców oraz jednostki sektora finansów publicznych.

Najważniejsze zmiany w zaktualizowanym projekcie ustawy o PPK odnoszą się do innego z obowiązków, którym obarczeni zostaną polscy przedsiębiorcy – tzw. minimalnych stawek, które pokrywane będą solidarnie przez pracodawcę, jak i pracownika stosunkowo do osiąganego przez niego wynagrodzenia brutto. W sytuacji, kiedy pracownik dobrowolnie zadeklaruje chęć odkładania części funduszy do stworzonego w firmie systemu PPK miesięczna składka podstawowa wyniesie 2% wynagrodzenia. Pracodawca odprowadzi ją poprzez automatyczne pomniejszenie wynagrodzenia pracownika. W takim przypadku pracodawca będzie jednocześnie zobowiązany dopłacić pracownikowi z własnych funduszy na jego konto PPK obligatoryjną składkę wynoszącą 1,5% wynagrodzenia brutto. Należy podkreślić, że pracownik w każdym miesiącu będzie miał możliwość zwiększenia swoich oszczędności o dodatkowe 2%. Dodatkowa wpłata, która może zostać dobrowolnie sfinansowana przez firmę, wynosić będzie 2,5% wynagrodzenia pracownika. Ministerstwo Finansów w przygotowanym projekcie założyło, że dla osób zarabiających poniżej pensji minimalnej wpłaty na PPK wynosić mają odpowiednio 0,5%.

Przedsiębiorca nie będzie mógł nakłonić pracownika do odstąpienia od chęci przystąpienia do stworzonego w firmie systemu PPK i odkładania w tym trybie części swojego wynagrodzenia. W pierwotnym projekcie ustawy resort finansów założył, że firmy za uporczywe zniechęcanie pracowników do przystąpienia do programu ponosić będą odpowiedzialność karną. Po wielu sprzeciwach kontrowersyjną propozycję przepisów postanowiono złagodzić. Obecnie jest to kara grzywny, która zastąpiła wcześniej proponowaną karę ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do dwóch lat.

Projekt MF może okazać się niezgodny z Konstytucją

Zdaniem Rządowego Centrum Legislacji zaprojektowane przez Ministerstwo Finansów przepisy ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych mogą potencjalnie naruszać wyrażoną w art. 32 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej zasadę równego traktowania i zakazu dyskryminacji. W tym zakresie wątpliwości budzi niezrozumiana przez przedsiębiorców kwestia późniejszego określenia terminu obowiązywania nowych regulacji wobec jednostek sektorów finansów publicznych, a więc od dnia 1 lipca 2020 r. Uwagę zwrócono również na nieuzasadnione uprzywilejowanie pozycji Polskiego Funduszu Rozwoju S.A. (PFR) wobec pozostałych towarzystw funduszy inwestycyjnych (TFI). Zgodnie z przepisami projektowanej ustawy PFR ma uzyskać pozycję „wyznaczonej instytucji finansowej” bez obowiązku wpisu do ewidencji PPK i statusu uczestniczącej w PPK instytucji finansowej, do czego zobowiązane zostały inne TFI. Obecnie trwają prace nad zmianami w projekcie, które mają wyeliminować błędy Ministerstwa Finansów.

Planowana przez rząd rewolucja odnośnie do systemu emerytalnego oparta została na mechanizmie stopniowego nakładania na podmioty zatrudniające coraz większych obowiązków wynikających z ustawy o PPK. Działaniem niezbędnym dla przedsiębiorców będzie właściwe przygotowanie się do założeń funkcjonowania programu wdrażanego przez Ministerstwo Finansów. Konsultacje podatkowe i prawne nad projektowaną ustawą w odniesieniu do sytuacji poszczególnych przedsiębiorców powinny zostać przeprowadzone przy wsparciu doświadczonego zespołu ekspertów, który dokona analizy porównawczej obowiązującego systemu PPE oraz projektowanego mechanizmu PPK z perspektywy firmy, przygotuje właściwe dokumenty wymagane przez wdrażane przepisy, jak również zapewni merytoryczne wparcie podczas obsługi programu PPK.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Zawirowania polityczne na świecie nie studzą aktywności inwestorów

Przewiduje się, że do 2020 roku krótko- i długoterminowe stopy procentowe w Europie nie będą gwałtownie rosnąć. Ograniczy to ewentualny niekorzystny wpływ na rynki nieruchomości, pomimo doniesień o niedawnej wyprzedaży obligacji w USA, która może oznaczać koniec okresu bardzo niskich stóp procentowych, które zdominowały aktualny cykl na rynku nieruchomości. Szybko rosnąca aktywność najemców, niski wskaźnik pustostanów oraz ograniczona liczba realizowanych inwestycji budowlanych doprowadziły do stopniowej zmiany warunków rynkowych na korzyść wynajmujących, co przełożyło się na wyższe stawki czynszu oraz stabilizację na większości europejskich rynków w 2018 roku. Ma to pozytywny wpływ na wartość nieruchomości i stopę zwrotu i mimo że rentowność jest w szczytowym punkcie cyklu, ten stan rzeczy powinien się utrzymać w 2019 roku – wynika z najnowszego raportu Colliers International pt. „Capital Flows Report”.

Richard Divall, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w regionie EMEA w Colliers International
Richard Divall, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w regionie EMEA w Colliers International

— Pomimo warunków typowych dla późnego etapu cyklu na rynku nieruchomości oczekujemy, że rok 2018 będzie kolejnym, w którym inwestycje w Europie utrzymają się na wysokim poziomie. Obserwujemy kilka niepokojących czynników makro, które mają wpływ na decyzje podejmowane przez globalnych inwestorów, np. podwyżki stóp procentowych w USA, globalne spory handlowe, niski wzrost gospodarczy w Europie oraz ryzyko „twardego Brexitu” lub braku porozumienia w tej sprawie. Choć coraz wyraźniej widać, że inwestorzy są ostrożniejsi, jeżeli chodzi o jakość źródła dochodów, faktyczny wzrost stawek czynszów i inicjatywy dotyczące aktywnego zarządzania aktywami, chęć inwestowania w nieruchomości i dywersyfikacji globalnych portfeli utrzymuje się — mówi Richard Divall, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w regionie EMEA w Colliers International.

Najważniejsze wnioski z raportu Colliers International dotyczącego przepływów kapitałowych:

  • Największą aktywność inwestycyjną odnotowano w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech, przy czym nad Sekwaną wzrosła ona o 30% w porównaniu z rokiem 2017. W Wielkiej Brytanii pozostaje ona na takim samym poziomie;
  • W Niemczech aktywność inwestycyjna spadła o 30% w związku z problemami z wyceną i brakiem produktów wysokiej jakości, wynikającym z ograniczonej aktywności budowlanej w latach 2013-2015;
  • Na rynku nieruchomości w Holandii, Belgii, Luksemburgu, Finlandii, Irlandii i Polsce odnotowano większe zainteresowanie inwestorów w związku z poprawą podstawowych wskaźników na późnym etapie cyklu; dążą oni bowiem do wyższej rentowności i dywersyfikacji swoich portfeli;
  • Na rynkach azjatyckich od początku 2018 roku obserwujemy coraz większą aktywność inwestycyjną, która znacznie przewyższa aktywność w obu Amerykach;
  • Odnotowuje się większą równowagę między kapitałem zagranicznym a krajowym, gdyż każdy z nich odpowiada za 50% aktywności inwestycyjnej e regionie EMEA od początku roku;
  • Aktualnie inwestycje w aktywa na rynku nieruchomości mieszkaniowych stanowią 16% całkowitej aktywności w okresie ostatnich 18 miesięcy, tymczasem 10 lat temu było to zaledwie 6%.

Przepływy kapitałowe

W skali globalnej transakcje inwestycyjne od początku roku wskazują na kontynuację trendu obserwowanego pod koniec roku 2017. Według badań przeprowadzonych przez Colliers przewidywana wartość inwestycji w regionie Azji i Pacyfiku osiągnie 808 mld dolarów przed końcem 2018 roku (wzrost o 13% rok do roku). W międzyczasie w regionie EMEA odnotowano spadek wartości inwestycji o 10% rok do roku, choć i tak jest to lepszy wynik niż w znacznie słabszym I kwartale, kiedy to spadek wynosił 30% rok do roku. Wartość inwestycji w obu Amerykach jest podobna do tej sprzed roku.

— W latach 2017-2018 odnotowano dalszy wzrost aktywności inwestycyjnej na rynkach azjatyckich, natomiast podwyżka stóp procentowych, siła amerykańskiego dolara oraz końcowy etap cyklu na rynku nieruchomości zmniejszyły tę aktywność w obu Amerykach — zauważa Richard Divall. — Przewidujemy, że wartość inwestycji w regionie EMEA będzie niższa niż w 2017 roku, a aktualny poziom cen, brak produktów oraz polityczna niepewność sprawią, że niektórzy inwestorzy będą przyglądać się sytuacji z boku.

— Jednocześnie warto zauważyć, że te wartości ogólne przesłaniają duże różnice aktywności w poszczególnych regionach. Na przykład w regionie Azji i Pacyfiku działalność inwestycyjna zdominowana jest przez spółki należące do PRC Real Estate i blisko 10% całej działalności jest wynikiem projektów związanych z tworzeniem banków ziemi i budową mieszkań realizowanych przez te spółki. Podobnie w I połowie 2018 roku działalność inwestycyjna spółki koncentrowała się na Hongkongu, a jej wartość była wyższa niż w przypadku Japonii i Chin razem wziętych — dodaje Divall.

— Jeżeli chodzi o Europę, to najwyższą aktywność inwestycyjną od 2017 roku wciąż odnotowywano w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji, które osiągnęły poziom swojej pięcioletniej średniej. Na rynku nieruchomości w Holandii, Belgii, Luksemburgu, Finlandii, Irlandii i Polsce obserwuje się większe zainteresowanie inwestorów w związku z poprawą podstawowych wskaźników na późnym etapie cyklu. Dążą oni do wyższej rentowności, a to na najważniejszych rynkach, czyli w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji jest coraz trudniejsze – zaznacza Richard Divall.

— Pomimo ogólnego spadku aktywności, rok 2018 będzie kolejnym rokiem, w którym inwestycje w Europie utrzymają się na wysokim poziomie. Coraz więcej rynków cechuje się potencjałem wzrostów i obserwujemy napływ fali pieniędzy z najważniejszych państw w Europie do Holandii, Hiszpanii, Finlandii i Danii, a na rynki drugorzędne, takie jak: Węgry, Portugalia czy Europa Południowo-Wschodnia, gdzie mamy do czynienia ze wzrostem inwestycji wynikającym z nieco spóźnionej, ale szybkiej poprawy sytuacji gospodarczej w ostatnich latach i/lub znacznych zmian podstawowych wskaźników dotyczących rynku nieruchomości – mówi Divall.

Źródła kapitału

Badania przeprowadzone przez Colliers wskazują na większą równowagę między kapitałem zagranicznym a krajowym, gdyż każdy z nich odpowiada za 50% aktywności inwestycyjnej od początku roku. Jednak dokonując przeglądu aktywności kapitału zagranicznego, Colliers zwrócił uwagę na szybki wzrost udziału rynkowego kapitału azjatyckiego – z poziomu poniżej 5% do ponad 15%.

— Choć zarysowała się równowaga w działalności inwestycyjnej między kapitałem europejskim a globalnym, to pochodzenie tego kapitału ulega ciągłym zmianom. W latach 2012-2017 najbardziej aktywny był kapitał z Ameryki Północnej, Chin, Hongkongu i Singapuru — wyjaśnia Richard Divall. — W 2018 roku bardzo aktywny był kapitał singapurski, zmniejszyła się natomiast aktywność Chin w związku z tym, że w tradycyjnych sektorach nieruchomości prowadzenie w zakresie najważniejszych produktów objęli Koreańczycy. Dodatkowo na rynek chiński po raz kolejny chce wejść kapitał australijski i japoński.

— Patrząc w przyszłość, oczekujemy kontynuacji tej zmiany kapitału i być może ponownego pojawienia się na arenie Chin, jednak ich strategie będą różnić się od tych, które obserwowaliśmy w ostatnich latach. Główne fundusze globalne będą nadal aktywne, ale fundusze, które w okresie ostatnich 12-18 miesięcy dokonały konsolidacji, mogą wykazywać się mniejszą aktywnością, dopóki posiadane przez nie aktywa i portfele  nie zaczną odzwierciedlać ich długofalowej strategii inwestycyjnej, a wtedy być może niektóre aktywa będą wracać na rynek.

Dokąd płynie kapitał?

— W związku z trendami demograficznymi w Europie, aktualnymi cenami biur i obiektów logistycznych, a także restrukturyzacją handlu detalicznego, atrakcyjne dla inwestorów globalnych stają się sektory alternatywne, gdyż oferują większą rentowność – wyjaśnia Divall. — Jednym z poważniejszych problemów jest jednak to, że większe grupy często nie są w stanie znaleźć w tych sektorach żadnych krajowych ani regionalnych platform dostępnych do zakupu, dlatego będą opierać się na budowaniu portfela, co jest procesem czasochłonnym, a znalezienie odpowiedniej skali nie jest łatwe.

W raporcie eksperci Colliers zwracają uwagę na znaczny wzrost inwestycji w nieruchomości mieszkaniowe, które w ciągu ostatnich 18 miesięcy stanowiły 16% całej aktywności inwestycyjnej, podczas gdy 10 lat temu było to zaledwie 6%. W międzyczasie aktywność przemysłowa wzrosła o 3%. Spadek inwestycji w ostatniej dekadzie odnotowano natomiast w sektorze handlowym i biurowym o odpowiednio 5 i 6 procent, a inwestycje w hotele pozostały na takim samym poziomie.

— Jeżeli w okresie ostatnich 18 miesięcy widać jakikolwiek wyraźny trend w działalności transakcyjnej w porównaniu z poprzednim cyklem w latach 2007-2008, to jest to zwiększony poziom inwestycji w aktywa na rynku mieszkaniowym — mówi Damian Harrington, dyrektor Działu Badań Rynku w regionie EMEA. — Na tym obszarze szczególnie aktywny jest kapitał północnoamerykański, a kiedy porównamy Europę do Ameryki Północnej, widzimy wyraźny potencjał wzrostu – inwestycje w mieszkania stanowią ok. 27% całej działalności inwestycyjnej na przestrzeni ostatnich 10 lat.

Sektor nieruchomości mieszkaniowych, w skład którego wchodzą mieszkania socjalne, wynajmowane prywatnie, a także lokale dla studentów i seniorów, oferuje szereg możliwości inwestycyjnych. Na jednym końcu tego spektrum są mieszkania dla studentów, w które na przestrzeni ostatnich 10 lat zainwestowano 40 mld EUR, co stanowi zaledwie 1,6% całej działalności inwestycyjnej. Przez ten czas działalność inwestycyjna na tym obszarze zdominowana była przez Wielką Brytanię (63%), Niemcy (10%), Hiszpanię i Holandię (oba kraje po 6%) oraz Francję (5%). Na drugim końcu znajdują się lokale dla seniorów, w które zainwestowano 32 mld euro, a działalność inwestycyjna znów zdominowana była przez Wielką Brytanię (40%), Niemcy (20%), Francję (11%), Holandię (8%) i Hiszpanię (6%).

Otoczenie geopolityczne

Damian Harrington wyjaśnia: — Wpływ wszystkich obserwowanych przez nas obecnie manewrów geopolitycznych jest czymś innym niż zmienność polityczna z lat 2016-2017, gdyż spory handlowe mają bardzo bezpośredni i natychmiastowy wpływ na poszczególne gospodarki. Spory handlowe między USA a Chinami, które, z tego co widać, jeszcze potrwają, prawdopodobnie w średnim terminie doprowadzą do ponownej globalizacji chińskiego handlu, czego przejawem będzie stworzenie azjatyckiego bloku handlowego, gdyż dwutorowe, regionalne łańcuchy produkcji i dostaw rozpoczynają się w Chinach i biegną w kierunku wielu innych azjatyckich krajów. Beneficjentami tej zmiany będą partnerzy handlowi Chin w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej, natomiast cel prezydenta Trumpa, jakim jest utrzymanie globalnej dominacji USA w dziedzinie technologii oraz odbudowanie sił produkcyjnych kraju, raczej nie zostanie osiągnięty.

— W międzyczasie Brexit oraz ogólny spadek optymizmu w strefie euro sprawiły, że wszystkie największe europejskie gospodarki odnotowały spadki wskaźnika PMI w porównaniu z danymi zebranymi 12 miesięcy wcześniej, a stopy wzrostu gospodarczego są coraz niższe. Na dzień dzisiejszy europejskie przedsiębiorstwa deklarują chęć zatrudnienia dużej liczby pracowników, co podtrzymuje popyt na przestrzeń biurową i przemysłową. Stopa bezrobocia w strefie euro nadal spada – w maju 2018 roku wynosiła 8,4%, co było najniższym poziomem od grudnia 2008 roku. W najbliższej przyszłości będziemy świadkami pewnych ograniczeń produkcyjnych, co może przełożyć się na oczekiwania rynkowe w całej Europie, które przewidują, że w ciągu kolejnych 12 miesięcy osiągniemy szczytowy punkt w cyklu wynajmu przestrzeni biurowej.

Branża budowlana w Polsce pod lupą

Przedstawiciele branży budowlanej w Polsce lepiej postrzegają przeszłość, niż oceniają perspektywy rozwoju w przyszłości. O ile aż 57 proc. firm budowlanych z sektora MŚP, uważa, że sytuacja społeczno-gospodarcza w minionej dekadzie sprzyjała rozwojowi budownictwa w Polsce, to już jedynie 37 proc. wyraziło opinię, że będzie mu ona sprzyjać w ciągu najbliższych 10 lat. Najczęściej wskazywaną barierą przyszłego rozwoju branży są braki kadrowe (82 proc.), pomimo to aż 2 na 3 zapytane firmy nie obawiają się konkurencji ze strony podmiotów zagranicznych. Co więcej, wzrost gospodarczy, podnoszący poziom życia, będzie najmocniej wspierać rozwój budownictwa mieszkaniowego w Polsce, a nowe technologie i aspekty ekologiczne będą kluczowe dla rozwoju nieruchomości komercyjnych. Takie są najważniejsze wyniki badania „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” przedstawionego podczas konferencji przez EFL .

Co w szczególności będzie wspierać rozwój branży budowlanej w ciągu najbliższych 10 lat? Zdaniem podmiotów MŚP z szeroko rozumianej branży budowlanej będzie to wzrost gospodarczy, podnoszący poziom życia i zwiększający obszary dobrobytu w Polsce. Na ten czynnik wskazało najwięcej, bo aż 85 proc. respondentów. Drugi w kolejności jest rozwój technologii (81 proc.), następnie inwestycje współfinansowane ze środków unijnych (80 proc.) oraz wzrost popytu na rynkach konsumenckich (78 proc.).

– W ósmym wydaniu raportu z serii „Pod lupą” pytamy mikro, małych i średnich przedsiębiorców z szeroko rozumianego sektora budownictwa, a także architektury, inżynierii budowlanej, urbanistyki, o budownictwo, które jest sercem naszej gospodarki i stanowi trzecie źródło polskiego PKB. Choć dzisiejsze budownictwo opiera się na dość zachowawczym modelu biznesowym, to ze względu na zmiany, głównie społeczne, ewoluuje na naszych oczach. Jeszcze niedawno podstawowym czynnikiem decydującym o konkurencyjności krajowych podmiotów był łatwy dostęp do siły roboczej. Teraz, gdy jest on ograniczony, rynek wymusza poszukiwanie innowacyjnych rozwiązań Stanowi to wyzwanie, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości inwestycyjne branży, która jest rozdrobniona. Dodatkową barierą rozwoju jest także wysoki koszt nowoczesnych maszyn i zaawansowanych technologii. I w nowej rzeczywistości, wyznaczonej przez trendy społeczne i zawodowe tj. coworking, coliving i cothinking, naszą rolą jako projektantów usług finansowych jest udział w zdefiniowaniu tych wyzwań i udzielenie odpowiedzi na nie – zauważył Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Branża obawia się przyszłości

Ostatnie 10 lat, mimo wielu perturbacji, to czas boomu budowlanego w Polsce, który większość małych i średnich firm z branży budowlanej dobrze wspomina. 57 proc. przedsiębiorców, którzy wzięli udział w badaniu „Budownictwo przyszłości. Pod lupą”, uznało, że w tym okresie sytuacja społeczno-gospodarcza sprzyjała rozwojowi branży budowlanej. Tylko co czwarta firma była przeciwnego zdania.

Minione lata najlepiej ocenili przedstawiciele najmłodszych firm, działających na rynku od niespełna 5 lat, które wystartowały, gdy koniunktura w budownictwie zaczęła się poprawiać. Natomiast przedsiębiorcy z dłuższym stażem patrzyli przez pryzmat kryzysu, który dotknął tę branżę, stąd wyższy odsetek wskazań negatywnych. Biorąc pod uwagę rodzaj specjalizacji budowlanej, najwyższy odsetek pozytywnych ocen wystawili przedsiębiorcy, których firmy budowały nieruchomości komercyjne takie jak biurowce, magazyny czy centra handlowe.

Z mniejszym optymizmem przedsiębiorcy spoglądają w przyszłość. 37 proc. zapytanych (o 20 p.p. mniej niż w przypadku oceny przeszłości) wyraziło opinię, że sytuacja społeczno-gospodarcza w ciągu najbliższych 10 lat będzie im sprzyjać. Co więcej, najwyższy odsetek firm (38 proc.) nie wie, co je czeka w przyszłości. Mimo trwającego boomu w budownictwie, prawie co piąty podmiot (19 proc.) jest pesymistą, przewidując, że w nadchodzących 10 latach sytuacja społeczno-gospodarcza kraju nie będzie sprzyjała rozwojowi branży budowlanej. Relatywnie największym optymizmem cechują się firmy o średnim wieku i wielkości, z podsektora budownictwa niemieszkaniowego.

Rządzi ekonomia, na ekologię przyjdzie czas

To uwarunkowania ekonomiczne będą w pierwszej kolejności decydować o przyszłych losach budownictwa w naszym kraju – tak twierdzi niemal połowa przebadanych (49 proc.). Na drugim miejscu znalazła się polityka (27 proc.), a trzecim – rozwój technologii (10 proc. wskazań). Liczne badania potwierdzają wprawdzie, że jako społeczeństwo coraz chętniej sięgamy po rozwiązania energooszczędne, to robimy to jednak głównie w trosce o własną kieszeń. Na ekologiczny aspekt zwróciło uwagę jedynie 6 proc. zapytanych.

Kadry piętą Achillesa

Najczęściej wskazywaną barierą przyszłego rozwoju branży budowlanej w Polsce jest niewystarczająca liczba wykwalifikowanej kadry. Na ten fakt wskazuje 82 proc. respondentów. Wyzwaniem jest także niska podaż pracowników produkcyjnych, o czym wspomina 59 proc. podmiotów MŚP z branży budowlanej. Dodatkowo, branża obserwuje stale rosnące koszty zatrudnienia – wspomina o tym aż 78 proc. badanych.

Firmom podcinają także skrzydła skomplikowane procedury administracyjne (71 proc.), brak środków własnych na inwestycje i rozwój (65 proc. wskazań), niska dostępność terenów inwestycyjnych (45 proc.) oraz brak planów zagospodarowania przestrzennego (44 proc.). Warto jednak podkreślić, że 2 na 3 zapytane firmy nie obawiają się konkurencji ze strony podmiotów zagranicznych.

O budownictwie przyszłości dyskutowali

Premiera raportu EFL „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” odbyła się podczas prezentacji EFL w siedzibie głównej grupy Skanska w Polsce, 11 października br. Prezentacji wyników towarzyszyły dwie debaty. W pierwszej, na temat finansowania inwestycji infrastrukturalnych, udział wzięli: Robert Dzierzgwa, dyr. departamentu strategi i rozwoju w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, Radosław Woźniak, wiceprezes EFL, Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, Grzegorz Buczek, architekt i urbanista oraz Patrik Choleva, dyrektor finansowy spółki budowlanej Skanska. Prelegentami drugiej debaty dotyczącej uwzględniania potrzeb człowieka w szeroko rozumianym budownictwie byli Radosław Kuczyński, prezes EFL, Arkadiusz Rudzki, dyrektor zarządzający w spółce biurowej Skanska, Marcin Grzelewski, architekt, członek zarządu APA Wojciechowski Architekci oraz Monika Arczyńska, architektka, blogerka, właścicielka firmy projektowej oraz Zbigniew Kostrzewa – architekt, Indesign.

Ósmy raz pod lupą

Raport „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” jest ósmym z kolei opracowaniem z serii „Pod lupą”. Pierwszy charakteryzował kondycję mikro-, małych i średnich firm w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był sytuacji gospodarstw rolnych w Polsce („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty prowadzenia działalności transportowej w Polsce („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – wsparcie młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Szósty raport przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP w Polsce („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016). Natomiast ubiegłoroczne, siódme wydanie, dotyczyło pokolenia milenialsów („Millenialsi w MŚP. Pod lupą”, 2017).

Raport przekazuje wielostronny obraz obszaru, jakim jest budownictwo, które jest kołem zamachowym gospodarki, stanowiąc trzecie źródło PKB w Polsce. Raport, podobnie jak w poprzednich edycjach, opiera się na badaniach opinii, rozbudowanych o szeroki kontekst problematyki związanej z budownictwem, inżynierią budowlaną, architekturą, urbanistyką i procesami społecznymi w obszarze zamieszkiwania. Źródłem treści są również opracowania branżowe (raporty sektora leasingu, bankowego, budowlanego), dane GUS, a także dostępna publicystyka dotycząca inwestycji infrastrukturalnych i mieszkalnictwa. Raport wzbogacają wywiady ze specjalistami wielu dziedzin wprost lub pośrednio związanych z budowaniem: architektami, urbanistami czy naukowcami.

Metodologia badania:

Badanie „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” zostało zrealizowane przez Ecorys Polska na zlecenie EFL S.A. na reprezentatywnej grupie 500 firm z branży budowlanej (budownictwo mieszkaniowe, komercyjne, inżynieryjne, działalność projektowa) dobranych w sposób losowo-kwotowy. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, tyle samo mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, a 20 proc. średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie. Badanie wykonano metodą ilościową, techniką CATI (wywiad telefoniczny) od 7 czerwca do 4 lipca 2018 roku.

Uwaga inwestorów skupiona na globalnych rynkach akcji

Inwestorzy ponownie przeżyli chwile grozy po tym jak największe amerykańskie indeksy akcji zanurkowały o kilka procent. Skąd ten spadek? Giełdowi analitycy jeszcze nie mają gotowej odpowiedzi. 

Wczorajszy handel na rynku walutowym nie był przesadnie interesujący: polski złoty ponownie osłabił się w relacji do euro i funta brytyjskiego, nieznacznie słabszy był również w parze z dolarem amerykańskim. Kurs EUR/PLN w ostatnim czasie porusza się w trendzie bocznym o dość ograniczonym zakresie wahań osłabiając się jednego dnia i odrabiając straty w kolejnym.

Dużo bardziej interesująca sytuacja ma miejsce na pozostałych rynkach. Wczorajszy dzień przyniósł silną wyprzedaż globalnych akcji, na czele których stały amerykańskie spółki technologiczne. Największe indeksy, amerykańskie S&P 500, NASDAQ, niemiecki DAX, czy japoński NIKKEI 225 notowały spadki dochodzące do 3-4%. „Indeks strachu”, czyli VIX, obrazujący postrzegany przez inwestorów poziom przyszłej zmienności głównego amerykańskiego indeksu doświadczył wzrostu o 44% – największego od ośmiu miesięcy. Co ciekawe, trudno jednoznacznie wskazać przyczynę zmian na giełdach.

Możliwe, że korekta w wycenie akcji następuje ze względu na wzrost rentowności amerykańskich obligacji (co sprawia, że akcje stają się relatywnie mniej atrakcyjne oraz obrazuje wzrost kosztów kredytu, co też nie sprzyja spółkom). Pytanie, dlaczego do tak silnych spadków doszło wczoraj, mimo, że rentowności największy wzrost zaliczyły w połowie poprzedniego tygodnia? Może to być też próba „urealnienia” często nieodpowiadających fundamentom wycen rynkowych amerykańskich spółek, jak i kolejna odsłona obaw o działania FED, czy o konflikt handlowy.

W kontekście ostatnich zmian warto obserwować dzisiejsze dane inflacyjne ze Stanów Zjednoczonych – jeśli okaże się, że wrześniowa inflacja w USA była wyższa od oczekiwań, naturalnie może przełożyć się to na kontynuację wzrostu rentowności amerykańskich obligacji oraz negatywnie wpłynąć na doświadczający trudności rynek akcji. Jeśli wyprzedaż będzie kontynuowana, a niepokój inwestorów wzrośnie, niewykluczone, że może to szkodzić również innym aktywom ryzykownym, takim jak polska waluta.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,30-4,32. Wspólna waluta radziła sobie wczoraj całkiem nieźle i istotnie umocniła się w parze ze słabszym dolarem amerykańskim, nieznacznie tracąc natomiast w relacji do silniejszego funta brytyjskiego. Wczorajszy dzień nie obfitował w istotne informacje ze strefy euro, dziś z kolei poznamy protokół z posiedzenia EBC. Niemal na pewno uwaga inwestorów będzie jednak skupiać się na sytuacji po drugiej stronie Atlantyku.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,91-4,95, para znalazła się najwyżej od lipca. Brytyjska waluta istotnie umocniła się również w relacji do dolara amerykańskiego i nieznacznie zyskała nawet względem dość silnego euro.

W ostatnim czasie funt brytyjski był jedną z najlepiej radzących sobie głównych walut. W umocnieniu sprzyjają kolejne pozytywne informacje dotyczące negocjacji ws. Brexitu. Wczoraj walucie pomogły komentarze ze strony głównego negocjatora z ramienia UE, który stwierdził, że 80-85% warunków porozumienia jest uzgodnionych, jednocześnie sugerując, że problemem nadal pozostaje kwestia granicy z Irlandią Północną. Biorąc pod uwagę to, że za siedem dni czeka nas szczyt UE, do czasu którego Wielka Brytania powinna osiągnąć porozumienie ze Wspólnotą, zmienność GBP w kolejnych dniach prawdopodobnie pozostanie wysoka.

W umocnieniu brytyjskiej walucie wczoraj istotnie nie wadziły nawet słabsze dane makroekonomiczne. Produkcja przemysłowa i szacunek dynamiki PKB w sierpniu zaskoczyły in minus, jednak odczyty nie miały większego wpływu na handel. Różnice między odczytami, a szacunkami konsensusu nie były zbyt duże. Brak reakcji nie jest niczym dziwnym biorąc pod uwagę fakt, iż inwestorzy przed październikowym szczytem UE skupiają się przede wszystkim na negocjacjach dotyczących Brexitu. Istotne w kontekście braku silnej reakcji jest również to, że perspektywy działań BoE w najbliższym czasie pozostają ograniczone. Dane bowiem zazwyczaj rozpatruje się pod kątem tego, jakie zmiany mogą wywołać w polityce monetarnej.

USD

Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,74-3,75. Nieznaczne umocnienie dolara względem złotego było związane jedynie ze słabością tego ostatniego. Sam dolar nie radził sobie wczoraj dobrze i zakończył dzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Oprócz wyprzedaży amerykańskich akcji warto zwrócić uwagę na wczorajsze wypowiedzi. James Bullard, najbardziej gołębi członek FOMC w kontrze do większej części komitetu stwierdził, że stopy procentowe w USA są obecnie w dobrym miejscu i nie powinny rosnąć istotnie ponad bieżące poziomy. Podobną opinię wyraził Donald Trump, który ponownie skrytykował Rezerwę Federalną, określając działania banku centralnego mianem „szalonych”.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Aktywność specjalistów i menedżerów

Z najnowszej edycji raportu Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów” wynika, że już co drugi pracownik chce pracować zdalnie i mieć elastyczne godziny pracy. Stale zwiększa się również liczba ofert pracy przypadających na jednego kandydata, jednak aż 72 proc. z nich nie szuka aktywnie zatrudnienia. Bierny kandydat oczekuje zatem, że to pracodawca do niego dotrze, a on będzie mógł wybrać najbardziej atrakcyjną ofertę.

Aż 60% specjalistów i menedżerów deklaruje poprawę swojej sytuacji zawodowej, a 65% badanych otrzymało podwyżki. Ponadto, już co drugi uczestnik rynku pracy jest przekonany, że znajdzie adekwatne do swoich kompetencji i oczekiwań zatrudnienie w mniej niż 3 miesiące. To przekłada się na rosnące wymagania również w kontekście procesów rekrutacyjnych, ponieważ kandydaci coraz bardziej cenią swój czas.

Dotychczasowe działania firm, zorientowane na pozyskiwanie wykwalifikowanych pracowników, już dawno przestały przynosić oczekiwane efekty. Wynika to z faktu, że rynek kandydata zaczyna przybierać nową, bardziej radykalną formę. Oprócz pogłębiającego się deficytu kadrowego, obserwujemy również, że zwiększa się odsetek pracowników pasywnych, którzy czekają na bezpośrednie zaproszenia do rekrutacji. Z pewnością coraz większą rolę w zatrudnieniu najlepszych specjalistów będzie odgrywał wizerunek pracodawcy. To jednak tylko kropla w morzu realnych wymagań dzisiejszego rynku kandydata.

Liczba otrzymywanych zaproszeń do procesu rekrutacyjnego rośnie. Przeciętnie specjaliści i menedżerowie otrzymują 9 ofert pracy rocznie. Tradycyjnie, najbardziej rozchwytywani na rynku są specjaliści z obszaru IT. Drugą grupą, która cieszy się największym zainteresowaniem pracodawców są inżynierowie – tutaj obserwujemy 25 proc. wzrost zaproszeń do rekrutacji. Niewiele mniej ofert otrzymują finansiści, którzy razem z liderami, są szczególnie chętnie zatrudniani przez prężnie rozwijające się w Polsce centra usług wspólnych. Przekłada się to na coraz większą liczbę kandydatów wycofujących się z procesów rekrutacyjnych ze względu na konkurencyjną ofertę, awans lub podwyżkę w dotychczasowym miejscu zatrudnienia.

Z roku na rok coraz bardziej cenione są na rynku wszelkie benefity pomagające w zachowaniu work-life balance. Pracodawcy powinni przede wszystkim zwrócić uwagę na rosnące znaczenie elastycznych godzin pracy, a także możliwości pracy zdalnej – już dla co drugiego pracownika jest to warunek konieczny do rozpatrzenia propozycji nowego zatrudnienia (wzrost o 7% w stosunku do ubiegłego roku). 54% respondentów oczekuje również umowy o pracę, choć coraz więcej z nich jest otwarta na podjęcie pracy w oparciu o umowę B2B (10% względem 7% ubiegłego roku). Bardzo ważnym argumentem w walce o pracownika są również kwestie związane z wakacjami – 26% osób oczekuje dodatkowych dni urlopu, a 12% – dofinansowania do wakacji.

Tylko 11 proc. badanych spośród osób, które uczestniczyły w ciągu ostatniego roku w procesach rekrutacyjnych oceniło je, jako prowadzone bezbłędnie. Najczęściej rozczarowanie specjalistów i menedżerów budzi długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy – z tym problemem spotkała się połowa badanych. Z kolei 23% osób otrzymało finalnie ofertę poniżej wcześniej przedstawionych oczekiwań finansowych.

Na czoło listy powodów, z jakich specjaliści i menedżerowie decydują się na zmianę pracy w tym roku wysunęły się bardziej atrakcyjne możliwości kariery, które są decydujące dla 45 proc. respondentów. Propozycja wyższego wynagrodzenia jest kluczowa dla 40 proc. badanych, podobnie jak w ubiegłym roku. Następnie specjaliści i menedżerowie wskazują powody negatywne – złe zarządzanie i złą atmosferę w dotychczasowym miejscu pracy.

Prezentowane dane potwierdzają, że rynek kandydata rozwija się w zawrotnym tempie, a pracownicy są coraz bardziej wymagający. Oczekują większej wolności, elastyczności, a przede wszystkim możliwości zarządzania swoim czasem pracy. Co więcej, braki kadrowe są obecnie tak duże, że każdy specjalista jest na wagę złota – szczególnie w tych branżach, w których deficyt jest najbardziej odczuwalny. To stawia coraz większe wyzwania zarówno przed firmami, jak i osobami odpowiedzialnymi za pozyskanie nowych pracowników.

Jantoń przejmuje działalność operacyjną marek Roberta i Mikołaja Makłowiczów

W dniu 11 października 2018 została podpisana wieloletnia umowa współpracy pomiędzy firmą Jantoń – jednym z największych  na polskim rynku producentów i dystrybutorów wina, a Robertem Makłowiczem – znanym podróżnikiem i krytykiem kulinarnym i jego synem Mikołajem Makłowiczem, sommelierem. Na mocy umowy Spółka przejmuje działalność operacyjną marek Wino Makłowicz oraz Selekcja Makłowicz i będzie odpowiedzialna za ich rozwój. Planowane są także nowe, wspólne projekty. Kontrakt obejmuje również współpracę marketingową, w ramach której firma Jantoń posiada wyłączność na wykorzystanie wizerunku Roberta i Mikołaja Makłowiczów w zakresie wina.

Bardzo cieszymy się na współpracę z Panami Robertem i Mikołajem Makłowiczami, widzimy w tym projekcie ogromny potencjał, ponieważ wszyscy podążamy wspólną drogą, drogą rozwoju. Partnerskie połączenie naszego doświadczenia, szerokiego dostępu do rynku oraz rozbudowanych struktur sprzedażowych z ogromną wiedzą zarówno kulinarną, jak i winiarską obu Panów, pozwoli osiągnąć efekt synergii. Jestem przekonany, że projekt ten wpłynie zarówno na wzrost rynku, jak i kulturę picia wina w Polsce – mówi Jakub Nowak, Prezes Zarządu Jantoń S.A. Sp. K.

Umowa firmy Jantoń oraz Roberta i Mikołaja Makłowiczów zakłada współpracę w wielu obszarach. Planowany jest dynamiczny rozwój marki Wino Makłowicz. Będzie ona oferować branży HoReCa unikatową na rynku, specjalnie dobraną przez Roberta i Mikołaja Makłowiczów kartę win. Klienci, którzy się na nią zdecydują, będą mogli czerpać z połączenia doświadczeń winiarskich oraz z ogromnej wiedzy kulinarnej autorów. Jednocześnie rozwijana będzie ciesząca się dużym zainteresowaniem oferta win na stacjach BP pod marką Selekcja Makłowicz. W ramach nowych wspólnych działań przygotowana zostanie m.in. propozycja dla rynku detalicznego, która umożliwi konsumentom podróż do najciekawszych regionów świata win.

Jestem bardzo zadowolony, a nawet lekko podekscytowany – mówi Robert Makłowicz – gdyż współpraca z firmą Jantoń pozwoli dotrzeć z naszym przesłaniem i naszą ofertą do nieporównywalnie większej liczby odbiorców. Podczas swych kulinarnych podróży starałem się tłumaczyć telewidzom, że w wielu częściach świata wino to nie tylko napój uroczysty, służący do wznoszenia toastów, lecz przede wszystkim codzienny element większości posiłków. Każde wino, które pijemy, powinno być dobre, lecz z pewnością pite na co dzień znacznie mniej kosztowne od tego, które pijamy wyłącznie od święta. Mamy jedno i drugie. Już się cieszę, że będziemy mogli o tym głośniej i donośniej opowiadać.

Nowa inicjatywa to jeden z elementów strategii, w ramach której firma Jantoń chce rozwijać ofertę w zakresie jakościowych win gronowych.

Projekt ten inicjuje działania, które w przyszłości pozwolą nam na zostanie liderem w tej kategorii. Mamy rozległe plany w tym zakresie.  – wyjaśnia Jakub Nowak, prezes firmy Jantoń. – W ramach naszej strategii planujemy bowiem dalsze akwizycje, które umożliwią nam rozbudowę asortymentu win gronowych.

Jacy pracownicy byli poszukiwani w III kwartale 2018 roku?

Direct search, czyli metoda bezpośredniego dotarcia do kandydata, staje się niezbędnikiem w pracy rekrutera. Umożliwia samodzielne wyszukanie kandydatów, których pozyskanie jest wyzwaniem na aktualnym rynku pracownika. W tym celu pracodawcy korzystają z Wyszukiwarki Kandydatów GoldenLine – w III kwartale 2018 roku za jej pośrednictwem rekruterzy wysłali 107 153 wiadomości do osób posiadających profil zawodowy na GoldenLine, co wskazuje na 1,5% wzrost w porównaniu do II kwartału 2018 roku. Najczęściej poszukiwani byli specjaliści z obszarów IT, Inżynieria, Sprzedaż i Obsługa Klienta.

Kogo szukali rekruterzy za pomocą Wyszukiwarki Kandydatów?

Metoda ditect search jest coraz chętniej wybierana przez rekruterów, przede wszystkim dzięki możliwości dotarcia do kandydatów pasywnych i znalezienia tych najlepszych, kontroli nad jakością kandydatów oraz poufności, jaką nadaje procesowi rekrutacyjnemu (badanie GoldenLine „Efektywność narzędzi rekrutacyjnych”, maj 2017). Bezpośrednie dotarcie do potencjalnych pracowników na GoldenLine ułatwia pracodawcom Wyszukiwarka Kandydatów. W III kwartale 2018 roku wiadomość od rekrutera otrzymały 107 153 osoby posiadające profil zawodowy w serwisie. Jak wynika z analiz GoldenLine, w III kwartale 2018 roku wśród osób, które otrzymały wiadomości od rekrutera, 11% miało zaznaczoną na profilu specjalizację IT-Rozwój oprogramowania. Na drugim miejscu znaleźli się kandydaci z zaznaczoną specjalizacją Inżynieria (stanowili 10% osób, które otrzymało propozycję pracy od rekrutera), a na trzecim – ze specjalizacją Sprzedaż (9% otrzymujących propozycje pracy). Tuż za podium uplasowały się  osoby o specjalizacji Obsługa klienta (8% osób, które otrzymało propozycję pracy od rekrutera). Kandydaci mogą zaznaczyć na profilu więcej niż jedną specjalizację.

Wiek poszukiwanych pracowników

Jak wynika z danych GoldenLine wśród osób, które dostały wiadomość od rekrutera, 47% jest w wieku 27-37 lat. 16% osób, które dostały wiadomość od rekrutera, jest w wieku 38-47 lat. Na trzecim miejscu uplasowały się osoby w wieku 23-26 lat – 8% osób, które otrzymały wiadomość od rekrutera, znalazło się w tym przedziale wiekowym.

Z jakich województw pochodzą najczęściej poszukiwani pracownicy?

Wiadomość od rekrutera otrzymały przede wszystkim osoby zamieszkałe w województwie mazowieckim (21%), śląskim (11%), dolnośląskim (9%), wielkopolskim (8%) oraz małopolskim (6%). Najwięcej pracowników poszukiwanych jest w dużych ośrodkach miejskich i aglomeracjach, takich jak Warszawa (16%), Wrocław (6%), Poznań (5%) czy Kraków (4%).

Specjalizacja, umiejętności oraz znajomość języków obcych – kogo szukali rekruterzy?

Jak wynika z analiz GoldenLine, większość kandydatów, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera, posiada umiejętność obsługi pakietu Microsoft Office oraz prawo jazdy kat. B. Pozostałe często występujące umiejętności to m.in. znajomość programu AutoCad, a także języków programowania (przede wszystkim JavaScript, Java, SQL). Istotną rolę odgrywały również umiejętności miękkie. U osób, które otrzymały wiadomości od rekruterów, pojawiają się najczęściej takie kompetencje jak project management, zarządzanie zespołem, obsługa klienta czy negocjacje.

Dla rekruterów istotny jest również poziom znajomości języka obcego. Wśród 107 153 osób, które otrzymały wiadomość bezpośrednio od pracodawcy, 65% włada językiem angielskim na poziomie podstawowym, dobrym lub biegłym. Innym często występującym językiem jest język niemiecki (zna go 23% użytkowników, którzy otrzymali wiadomość od rekrutera) oraz rosyjski (9% użytkowników). Język francuski zna 6% osób, które dostały zaproszenie do procesu rekrutacji, zaś 4% zna język hiszpański.

Kogo szukali rekruterzy za pośrednictwem ogłoszeń o pracę?

Jak wynika z analiz GoldenLine, w trzecim kwartale 2018 roku pracodawcy zamieścili w serwisie GoldenLine 10 240 ogłoszeń. Większość z nich została skierowana do kandydatów zamieszkujących województwo mazowieckie (23%), śląskie (12%), dolnośląskie (10%), małopolskie (9%) oraz do tych mieszkających za granicą (8%).

W największej liczbie ofert pracy mogły wybierać osoby pracujące w obszarze Produkcja – dedykowanych im było 24% ze wszystkich opublikowanych ogłoszeń. Na kolejnych miejscach znalazły się: Sprzedaż (15%), Obsługa klienta/Call Center (13%), Inżynieria/Elektronika/Technologia (11%), Informatyka/Programowanie (10%),  oraz Praca fizyczna (9%).

Raport z rynku pracy – Q3 2018

Praca.pl przeanalizowała ogłoszenia zamieszczane na portalu w podziale na województwa, wyodrębniając największe miasta oraz obszary zawodowe i stanowiska. Sprawdziła również, na które ogłoszenia kandydaci aplikują najczęściej i jakie oferty najchętniej wyświetlają.

Na pierwszym miejscu wśród najczęściej poszukiwanych na Praca.pl pracowników znalazł się sprzedawca. Całe podium należy do obszaru sprzedaży. Ogłoszenia na stanowiska sprzedawcy, specjalisty ds. sprzedaży i przedstawiciela handlowego stanowiły 7% wszystkich ogłoszeń zamieszczonych w trzecim  kwartale na portalu.  Duże zapotrzebowanie jest również na specjalistów ds. administracyjnych i doradców klienta w bankowości.

Najczęściej poszukiwani na rynku pracy – Q3 2018
1.Sprzedawca
2.Specjalista ds. sprzedaży
3.Przedstawiciel handlowy
4.Specjalista ds. administracyjnych
5.Doradca klienta w bankowości

 Jakiej pracy najczęściej szukali kandydaci?

Kandydaci najczęściej wyszukują ofert z obszaru pracy biurowej i administracyjnej oraz stanowisk asystenckich. Praca.pl często odwiedzają  też kierowcy.
Rekruterzy nie mieli też problemu ze spływem aplikacji na tego typu stanowiska. Największa konkurencja była na stanowisku asystentki oraz pracownika biurowego – na jedno miejsce kandydaci nadsyłali średnio 40 aplikacji.

Stanowiska najbardziej popularne wśród kandydatów – Q3 2018
1.Asystent/asystentka  średnio 276 odsłon 1 ogłoszenia 48 CV na 1 ogłoszenie
2.Recepcjonista/recepcjonistka średnio 186 odsłon 1 ogłoszenia 21 CV na 1 ogłoszenie
3.Kierowca średnio 130 odsłon 1 ogłoszenia 10 CV na 1 ogłoszenie
4.Specjalista ds. administracyjnych średnio 121 odsłon 1 ogłoszenia 40 CV na 1 ogłoszenie
5.Pracownik biurowy średnio 111 odsłon 1 ogłoszenia 32 CV na 1 ogłoszenie

 Gdzie najłatwiej znaleźć pracę?

Województwo % wszystkich ogłoszeń Q3 2018
mazowieckie 18%
śląskie 10%
dolnośląskie 9%
małopolskie 8%
wielkopolskie 8%
pomorskie 6%
łódzkie 6%
zachodniopomorskie 5%
kujawsko-pomorskie 5%
lubelskie 5%
lubuskie 4%
opolskie 4%
warmińsko – mazurskie 4%
podkarpackie 4%
podlaskie 3%
świętokrzyskie 3%

Analiza ofert pracy zamieszczonych na Praca.pl w trzecim kwartale 2018 roku wskazuje, że 1/4 wszystkich ofert dotyczyła pracy w największych miastach w Polsce.
Najłatwiej pracę znaleźć w Warszawie, na brak ofert nie mogą też narzekać kandydaci z Krakowa i Wrocławia.

Gdzie najłatwiej znaleźć pracę? % wszystkich ogłoszeń
Q3 2018
Warszawa 10%
Kraków 4%
Wrocław 4%
Poznań 2%
Gdańsk 2%

Największe od lutego spadki na rynku akcji w USA

Przez globalny rynek akcji przeszedł huragan podobny do tego, który właśnie uderza w wybrzeże USA. Mamy kilka małych powodów panicznej wyprzedaży, niektóre obecne od dawna, ale dopiero teraz obawy znalazły ujście. Nie jest to jednak klasyczna awersja do ryzyka, a bardziej wyraz upłynniania „zatłoczonych” pozycji.

Indeks z nowojorskiego Wall Street S&P500 spadkiem o 3,29 proc. zaliczył najgorszy dzień od lutego, a z rynku wyparowało 850 mld USD. Nie mamy jednego bezpośredniego powodu wyprzedaży, a raczej kombinacja czynników spowodowała, że trudno już ignorować problemy, które nad rynkiem wisiały od jakiegoś czasu. Toczący się spór handlowy USA-Chiny zagraża perspektywom globalnego wzrostu; skok rentowności obligacji USA przez jastrzębie nastawienie Fed czyni dług alternatywą dla wygrzanego rynku akcji; wreszcie uderzenie huraganu Michael we wschodnie wybrzeże USA jest dobrym pretekstem do spadków na giełdzie. W takim klimacie nawet słowa prezydenta USA Trumpa, że „Fed jest szalony” są o jeden powód do obaw za dużo. Połowa tych czynników jest znana (i ignorowana) od dawna, połowa jest nowa, ale o nietrwałych implikacjach. Hossa na Wall Street żyje na pożyczonym czasie dzięki reformie podatkowej, której efekty w przyszłym roku przestaną być odczuwalne. Nie oznacza to od razu, że gospodarkę czeka rychła zapaść i Wall Street już powinien to wyceniać. Ożywienie w USA ma kilka mocnych filarów, które pozwolą utrzymać rozsądny wzrost PKB w tempie 2-3 proc. jeszcze przez kilka kwartałów. Stąd bardziej skłaniam się do opinii, że rynek akcji potrzebował oczyszczenia i takie otrzymuje, choć wykrwawianie może jeszcze trochę potrwać. Powstrzymam się natomiast od ogłaszania bessy.

Jakkolwiek na rynku akcji wyprzedaż przybiera postać efektu kuli śnieżnej, tak po rynku walutowym nie widać dramatycznych zmian. Jeśli już, to widzimy upłynnianie pozycji, które były gromadzone w poprzednich dniach. W głównej mierze uderza to w USD, a sprzedaż jest podsycana spadającymi rentownościami obligacji skarbowych USA (po silnych wzrostach sprzed tygodnia). Pojawiają się głosy, że podwyższona zmienność rynku akcji w klimacie awersji do ryzyka podkopie zaufanie Fed do stabilności warunków finansowych i wpłynie na zmianę kursu polityki monetarnej. Mniej podwyżek oznacza niższego USD. Osobiście nie liczyłbym na taki ciąg przyczynowo-skutkowy. Po lutowym tąpnięciu Wall Street Lael Brainard z Fed zbagatelizowała zmienność rynkową, nie widząc w tym zagrożenia dla wzrostu gospodarczego. Podobnie w sierpniu Fed wykazywał obojętność na skutki wojen handlowych i narastając presję na aktywa rynków wschodzących. Nie widzę, jak wczorajsze wydarzenia miałyby nagle zmienić narrację Fed. Dziś jednak przyjdzie się nam zmierzyć z fundamentami przy odczycie CPI z USA. Konsensus zakłada spójny z trendem wzrost o 0,2 proc. m/m, ale silne efekty bazy obniżą dynamikę roczną z 2,7 proc. do 2,4 proc. Słaby odczyt uderzy w rentowności obligacji USA, co odbije się na dolarze, a rynek akcji przyjmie takie dane z ulgą. Wysoki odczyt przyniesie rozpacz na Wall Street.

W całym tym ambarasie złoty radzi sobie relatywnie dobrze. Z jednej strony skok awersji do ryzyka to zawsze zła wiadomość dla PLN, ale korekta na rynku długu USA przynosi ulgę dla rynków wschodzących. Jeśli jednak obecne warunki utrzymają się dłużej, sądzę, że ucieczka od aktywów ryzykownych weźmie górę i złoty będzie tracił. Na EUR/PLN 4,32 jest teraz „miękkim sufitem” przed potencjalnym wzrostem do 4,34/35. Na więcej nie liczę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

LS Tech-Homes S.A. zmienia nazwę na Module Technologies

LS Tech-Homes S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zmienia nazwę na Module Technologies S.A. Przeprowadzenie rebrandingu jest związane z ewolucją strategii rozwoju Spółki w kierunku generalnego wykonawstwa budownictwa modułowego 3D i 2D, z wykorzystaniem płyt drewnianych klejonych warstwowo w technologii BBS (CLT).

Sąd Rejonowy w Bielski Białej zarejestrował w dniu 9 października zmianę nazwy Spółki z LS Tech-Homes S.A. na Module Technologies S.A. Dokonanie zmiany nazwy, wraz z nową identyfikacją wizualną, stanowi jeden z kluczowych elementów, niezbędnych do zakomunikowania nowego kierunku strategicznego rozwoju Emitenta. Głównym celem rebrandingu jest dążenie do wzmocnienia koncentracji działań Spółki w obszarze generalnego wykonawstwa, jak i podwykonawstwa, dla realizacji inwestycji budownictwa modułowego. Nowy kierunek rozwoju będzie oparty na dwóch zasadniczych filarach:

  • Głównym obszarem aktywności biznesowej Module Technologies, będą nowe inwestycje wielkopowierzchniowe oparte o płytę BBS (CLT). Wartością dodaną oferowaną przez Module Technologies S.A. będzie wykorzystywanie technologii łączenia materiałów wykonanych z BBS (CLT) w gotowe moduły 3D (stanowiące finalny produkt użytkowy), w oparciu o know-how licencjonowany przez spółkę Module Investment Sp. z o.o.
  • Drugi filar w strategii rozwoju Spółki stanowiła będzie kontynuacja realizacji mniejszych inwestycji, z użyciem paneli SIP oraz konstrukcji wykonanych w technologii pultruzji.

Zarząd Module Technologies S.A. jest przekonany, że obranie nowego kierunku strategicznego rozwoju Spółki, w połączeniu ze zmianą identyfikacji wizualnej, wpłyną korzystanie umacnianie jej pozycji rynkowej, a w konsekwencji na wyniki finansowe.

„Zmiana marki z LS Tech-Homes na Module Technologies jest ukoronowaniem realizacji strategicznego rozwoju Spółki w kierunku wykonawstwa wielkopowierzchniowego, z wykorzystaniem nowoczesnej technologii modułowej. Dzięki temu krokowi, stosowana dotychczas technologia SIP zostanie wsparta przez silne zaplecze technologiczne, otwierając tym samym przed budownictwem modułowym nowe perspektywy dla dalszej ekspansji na wymagające rynki zagraniczne. Zarząd Spółki podejmując decyzję o zmianach wizerunkowych, postawił również przed Spółką wysokie oczekiwania odnośnie organizacji pracy, w celu zwiększenia konkurencyjności oraz jakości realizowanych pod nową marką inwestycji.” – podkreśla Mirosław Pasieka, Prezes Zarządu Spółki Module Technologies S.A.

Technologia BBS (CLT) posiada wiele zalet, do których można zaliczyć przede wszystkim jej wysoką izolacyjność termiczną oraz akustyczną. Jest ona również technologią, która umożliwia czyste, suche, proste i szybkie wznoszenie obiektów z wykorzystaniem prefabrykowanych elementów budowlanych (2D) lub gotowych modułów (3D). Płyty BBS (CLT) cechuje też znaczna pojemność cieplna oraz wilgotnościowa, wpływająca korzystanie na komfort użytkowania budynków, jak i prozdrowotny charakter wykonanych z nich pomieszczeń mieszkalnych. Technologia ta posiada również bardzo wysoką zdolność do przenoszenia obciążeń zarówno w płaszczyźnie, jak i prostopadle do płaszczyzny płyty. Dzięki tym wszystkim właściwościom  BBS (CLT) staje się istotnym konkurentem dla powszechnie używanych materiałów budowlanych. Zarząd Module Technologies S.A. uważa, że równoległy rozwój dwóch segmentów biznesowych tj. BBS (CLT) jak i SIP, przełoży się na uzyskanie korzystnego efektu synergii oraz wzrost wartości Spółki.

„W stosunku do stosowanych dotychczas paneli SIP, nowe elementy budowlane wykonane w technologii BBS (CLT) znajdą szerokie zastosowanie w budownictwie wielokondygnacyjnym, szczególnie jako alternatywa dla stalowych stropów, stropów betonowych czy ścian blokowych (również ognioodpornych). Pozwolą one również na obniżenie kosztów już we wstępnym etapie budowy, dzięki uzyskaniu gładkich powierzchni ścian, zmniejszając wyraźnie koszty ich wykończenia w stosunku do stosowanych powszechnie płyt gipsowych. Nie bez znaczenia są również doskonałe współczynniki akustyczne, termoizolacyjne czy zdrowotne elementów budowlanych wykonanych z użyciem BBS (CLT) – będzie to mieć szczególne znaczenie przy realizacji inwestycji takich jak np. budownictwo mieszkaniowe, hotelowe oraz użytkowe.” – dodaje Prezes Pasieka.

Nowy etap w działalności Spółki został zainaugurowany podpisaniem w dniu 5 października br. Umowy z RIM Investment sp. z o.o. S.K.A. na zaprojektowanie i generalne wykonanie inwestycji „DuoVita Smart Apartments” w Wiśle. Elementami inwestycji będą budynki apartamentowe wraz z infrastrukturą komercyjną, przewidywana wartość jej wykonania przez Module Technologies S.A. wyniesie około 50 milionów złotych netto.

Dodatkowe zaplecze finansowania rozwoju Spółki na kolejne lata stanowić będą podpisane przez LS Tech-Homes S.A. 30 lipca br. oraz 27 września br.  porozumienia (LOI) z niemieckimi inwestorami na generalne wykonawstwo dwóch projektów, o wartości odpowiednio: 42,4 milionów Euro oraz 45,5 milionów Euro. Obie inwestycje zostaną wykonane w technologii modułowej  z użyciem płyty BBS (CLT).

Spółka zakończyła 2017 r. zyskiem netto w wysokości 1,05 mln zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 36,35 mln zł.

Module Technologies S.A. (poprzednio LS Tech-Homes S.A.) jest Spółką notowaną na rynku NewConnect od czerwca 2012 r. zajmując się produkcją na rynek Europejski paneli kompozytowych w technologii SIP, które są wykorzystywane do budowy domów jednorodzinnych i wielorodzinnych  oraz obiektów przemysłowych.

Umiejętność współpracy najbardziej doceniana przez polskich pracodawców

Umiejętność współpracy, dobrej organizacji czasu pracy i komunikacji to kompetencje miękkie pracowników najbardziej pożądane przez polskich pracodawców – potwierdzają badania przeprowadzone przez ManpowerGroup. Zdolność współpracy najbardziej doceniają firmy z Polski północnej, o komunikacji mówią przedsiębiorstwa z regionu południowo-zachodniego, a obsługa klienta jest najważniejsza dla firm z Polski południowej. W ujęciu globalnym najbardziej pożądaną cechą jest umiejętność komunikacji.

Co drugi polski pracodawca za najbardziej wartościową cechę pracownika uważa umiejętność współpracy (źródło: „Niedobór  Talentów 2018”). Na podium najbardziej pożądanych tak zwanych kompetencji miękkich jest też dobra organizacja czasu pracy (potwierdza 49% firm) i umiejętność komunikacji (44%). Dla porównania w ujęciu globalnym dla pracodawców najważniejsza jest umiejętność komunikacji (57%), współpracy (55%), rozwiązywania problemów (53%).

– Jednym z kluczowych czynników warunkujących zapotrzebowanie na wskazane kompetencje miękkie jest dynamicznie postępująca automatyzacja procesów oraz przetwarzanie i wymiana danych na dużą skalę. Coraz częściej pracujemy w zespołach, które są zróżnicowane pod względem zarówno wiedzy czy umiejętności, jak również wieku, pochodzenia etnicznego, (nie)pełnosprawności, stylu życia. Możemy również uczestniczyć w różnych formach zespołowego działania, na przykład być częścią zespołu wirtualnego lub rozproszonego. Umiejętność sprawnej komunikacji i współpracy w zespole są zatem kluczowe, by ludzie w organizacjach efektywniej realizowali procesy i osiągali cele.
Ukierunkowanie organizacji na poszukiwanie innowacji i efektywności sprawia, że umiejętność rozwiązywania problemów jest pożądaną kompetencją. Pracownik, którego cechuje ta umiejętność, sam inicjuje i nieustannie szuka najlepszych rozwiązań i dlatego właśnie jest cenny dla organizacji – mówi Agnieszka Krzemień, ekspert ds. zmiany kariery z ManpowerGroup.

– Organizacje cenią pracowników, którzy wykazują się wysokim poziomem umiejętności obsługi klienta. Firmy, które nie potrafią wysłuchać potrzeb swojego klienta i dobrze dopasować produktu i usługi do jego oczekiwań, a potem utrzymać jego lojalności, będą ponosiły straty. Przedsiębiorstwa przegrają na rynku z firmami, które wiedzą, jak ważne jest ukierunkowanie na klienta i realizacja usług na najwyższym poziomie. Obecnie pracownik jest rozliczany za efekt końcowy swoich działań, a współczesny manager oddaje mu coraz więcej odpowiedzialności i swobody w działaniu, dlatego ważne jest, by dobrze zarządzał swoją pracą, optymalnie wykorzystywał czas w pracy i był efektywny.  Coraz częściej spotykamy się w organizacjach ze strukturami macierzowymi, coraz częściej pracujemy jednocześnie nad kilkoma projektami, w różnych zespołach, mamy kilku przełożonych i to dodatkowo wymusza na pracownikach konieczność skutecznego wyznaczania i realizowania priorytetów oraz sprawnych działań – dodaje Agnieszka Krzemień.

– W Polsce widzimy też niższy niż w ujęciu globalnym odsetek firm, dla których ważne są umiejętności zarządzania i przywództwa. Uzyskany wynik może być niepokojącym sygnałem, że nad Wisłą nadal dominują organizacje z wyraźnie hierarchiczną strukturą i dyrektywnym sposobem kierowania na poziomie zarządczym. Płaskie struktury są coraz częściej uznawane za bardziej efektywne. W takim środowisku pracownik ma większą inicjatywę i sprawczość działania, a umiejętność zarządzania może być częściej wykorzystywana w pracy na co dzień, nawet jeśli pracownik formalnie nie pełni roli managera. Umiejętność zarządzania dotyczy nie tylko kierowania ludźmi, zespołem, lecz także projektami, procesami – wyjaśnia ekspertka.

Jakie kompetencje miękkie są ważne dla firm z sześciu regionów Polski?

Umiejętność współpracy, czyli numer jeden w zestawieniu ogólnopolskim, jest najbardziej doceniana przez pracodawców z Polski północnej – wskazało na nią 60% firm z tego obszaru. Najmniejsze uznanie znajduje natomiast w regionie centralnym (41%). Zdolności organizacyjne są najbardziej pożądane przez firmy z Polski centralnej (58%), najmniej z południowo-zachodniej (42%). Jakich jeszcze kompetencji miękkich poszukują polscy pracodawcy? Umiejętność rozwiązywania problemów jest najważniejsza dla przedsiębiorstw z Polski południowo-zachodniej (54%), natomiast o obsłudze klienta mówią firmy z południa (35%). Najwyższy odsetek firm, które wskazują na umiejętności przywódcze i zarządzania jest zlokalizowany w południowo-zachodniej części kraju – odpowiednio 25% i 28%.

– Kluczowym czynnikiem warunkującym różnice w deklaracjach pracodawców jest rodzaj działalności biznesowej, który dominuje w danym regionie. Wpływ mają też procesy migracyjne w danym obszarze kraju oraz jego struktura demograficzna. Kompetencje miękkie wskazane przez polskich pracodawców to kompetencje uniwersalne, które determinują sukces w życiu zawodowym bez względu na region, branżę i wielkość firmy. Osoby, u których są one rozwinięte na wysokim poziomie to atrakcyjni pracownicy na rynku pracy. Miękkie kompetencje sprzyjają rozwojowi zawodowemu, zdobywaniu osiągnięć zawodowych, czy też przebranżowieniu się. Zdecydowanie trudniejszym i bardziej czasochłonnym jest wykształcenie kompetencji uniwersalnych niż zdobycie fragmentu wiedzy, by na przykład dobrze obsłużyć system lub maszynę. Bez względu na postępującą automatyzację atrakcyjność tych kompetencji na rynku będzie w najbliższym czasie niezmiennie wysoka, ponieważ są one ściśle związane z efektywną pracą z ludźmi, a to ludzie osiągają cele dla organizacji. Te kompetencje są wykorzystywane w pracy zarówno do kierowania zespołami, jak i do współpracy z nimi. Automatyzacja wspiera uzyskiwanie pożądanych rezultatów, jest narzędziem w rękach człowieka – dodaje Agnieszka Krzemień.

Jakie działania mogą podjąć firmy, które mają trudności w rekrutacji pracowników o pożądanych kompetencjach miękkich? –Rekomendowanym działaniem jest zaplanowanie polityki rozwoju talentów wewnątrz organizacji, w tym programów rozwojowych dla mniej i bardziej doświadczonych pracowników. Dodatkowo, kluczowe jest umożliwianie zmiany ścieżek kariery wewnątrz organizacji, czyli zwiększenie mobilności pracowników w ramach firmy – tłumaczy ekspertka ManpowerGroup. – Warto w organizacjach tworzyć zróżnicowane zespoły, które składają się z osób mających wysoko rozwinięte kompetencje miękkie oraz tych, które dopiero je rozwijają. Takie środowisko pracy i współpracy opartej na wymianie doświadczeń wspiera rozwój pracownika – dodaje.

O badaniu: 

Bieżące wydanie raportu „Niedobór talentów” to 12. globalna edycja i 10. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 40 000 respondentów z 43 krajów, w tym reprezentatywna grupa 750 z Polski. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem powadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców „Niedobór talentów” jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody, i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów są dostępne na stronie na stronie: www.go.manpowergroup.com.

Najważniejsze informacje o PPK – Pracowniczych Planach Kapitałowych

Na 16 października br. zaplanowane jest posiedzenie senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych w sprawie ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych. Jest to propozycja rządu, której celem jest poprawienie sytuacji finansowej Polaków na emeryturze. Zgodnie z założeniami mają one zacząć działać od początku przyszłego roku. Jakie są najważniejsze założenia projektu, które każdy pracownik powinien znać?

Według instytutu badawczego MANDS, Polacy uważają, że 3 tys. zł to kwota, która pozwoli im godnie żyć na emeryturze. Nic jednak nie wskazuje na to, by mieli otrzymywać takie świadczenia. Mimo szumnych zapowiedzi, system z OFE nie zadziałał jak powinien. Dziś pozostały wspomnienia haseł i spotów reklamowych sprzed prawie 20 lat, które obiecywały życie jak w raju.

Dla bezpieczeństwa finansowego Polacy coraz częściej po przejściu na emeryturę decydują się nadal pracować. – W przyszłości to zjawisko może się zintensyfikować. I nic dziwnego, bo według prognoz dzisiejsi 20- i 30-latkowie mogą liczyć na emeryturę w wysokości zaledwie jednej trzeciej swojego wynagrodzenia – zaznacza Bartosz Kucharczyk, ekspert BGŻOptima.

Najnowszy pomysł na dodatkowe pieniądze na emeryturze to PPK – Pracownicze Plany Kapitałowe. Prace nad ustawą zbliżają się do końca, warto więc zapoznać się z nowym sposobem na oszczędzanie.

1) Dla kogo przeznaczone są PPK?

Osoby zatrudnione, podlegające składkom ZUS, zostaną do PPK zapisane automatycznie, będzie to obowiązek pracodawcy. Ale co do zasady PPK są dobrowolne, zatem pracownik będzie mógł wnioskować o zawieszenie wpłat, deklarację taką trzeba będzie złożyć u pracodawcy na piśmie. Ale uwaga, bo co cztery lata ma następować „reset” systemu i przedsiębiorstwa będą od nowa zapisywać do niego pracowników, także tych, którzy wcześniej z programu się wypisali. I znów pracownik będzie mógł złożyć wniosek o zawieszenie wpłat.

2) Kto opłaci składki i ile będą one wynosić?

Wpłaty na PPK mają być uiszczane zarówno przez pracownika jak i pracodawcę. Podstawowa składka to 2 proc. od pracownika i 1,5 proc. od pracodawcy. Stawki te będą wyliczane z wynagrodzenia, stanowiącego podstawę wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe. Składki można jednak dowolnie zwiększać do 4 proc. z każdej ze stron. Zatem łącznie na konto PPK może trafiać od 3,5 do 8 proc. wynagrodzenia. Osoby które zarabiają najmniej (poniżej 120 proc. minimalnego wynagrodzenia) będą mogły wpłacać ze swojej strony mniej niż 2 proc., ale nie mniej niż 0,5 proc. pensji.

Z punktu widzenia firmy PPK to dodatkowe koszty i dodatkowa praca do wykonania. To bowiem pracodawca będzie odpowiedzialny za zapisanie pracowników do programu, dodatkowo będzie musiał podpisać umowę z instytucją finansową (mogą to być fundusze inwestycyjne, powszechne towarzystwa emerytalne i firmy ubezpieczeniowe), a przede wszystkim uiszczać składki, co znacząco podniesie koszt utrzymania pracowników. Z drugiej strony zaangażowanie firmy w składkę wyższą niż minimalna, może wzmocnić jego wizerunek jako dobrego pracodawcy, który przyciąga wartościowych pracowników. Z punktu widzenia pracownika PPK zmniejszy jego pensję netto, ale decydując się na oszczędzanie w tej formie otrzyma on szereg korzyści.

3) Od kiedy PPK będą działać?

Przedsiębiorstwa, a wraz z nimi ich pracownicy będą przystępować do PPK etapami. Jako pierwsi, w połowie 2019 r., do projektu dołączą największe firmy zatrudniające ponad 250 pracowników. Następnie, co pół roku przystępować będą kolejne grupy firm według liczby zatrudnionych (z wyjątkiem sektora publicznego, który do PPK dołączy najpóźniej), aż do początku 2021 r. Realizację obowiązków pracodawców będzie kontrolować Państwowa Inspekcja Pracy, a przedsiębiorstwom uchylającym się od tego grozi grzywna od tysiąca do miliona złotych.

4) Kiedy będzie można skorzystać ze zgromadzonych pieniędzy?

Co do zasady oszczędności zgromadzone w PPK będą stanowić własność prywatną pracownika, a w przypadku śmierci otrzyma je małżonek lub inni spadkobiercy. Ale za życia nie będzie można nimi dowolnie dysponować. PPK to oszczędności przeznaczone na emeryturę, zostaną one wypłacone po osiągnięciu 60 roku życia. Wtedy też uczestnik będzie mógł otrzymać w gotówce 25 proc. zgromadzonych środków, a reszta będzie wypłacana w comiesięcznych ratach przez co najmniej 10 lat. Z wypłaty jednorazowej będzie można zrezygnować i wówczas cała pula środków zostanie przeliczona na raty.

Wprowadzono też ułatwienie dla małżeństw – po ukończeniu 60. roku życia można wnioskować o wypłatę środków w formie świadczenia małżeńskiego. Nastąpi ona gdy drugie z małżonków osiągnie ten wiek i złoży podobny wniosek. Wówczas pieniądze także będą wypłacane przez 10 lat, ale gdy jedno z małżonków umrze, drugie będzie otrzymywać całą kwotę – za oboje. W ustalonych przypadkach, tj. poważne zachorowanie uczestnika, małżonka lub dziecka, będzie można wnioskować o wypłatę 25 proc. środków przed 60. urodzinami. Przed czasem pieniądze będzie można też wypłacić na sfinansowanie wkładu własnego do kredytu mieszkaniowego. W takim przypadku występować będzie obowiązek ich zwrotu w ciągu 15 lat.

5) Jakie będą korzyści z oszczędzania w ramach PPK?

Aby zwiększyć szanse powodzenia i popularyzacji PPK, ustawa wprowadza dodatkowe zachęty dla korzystających z tej formy oszczędzania. Aby nadać pomysłowi rozpędu, osoby, które będą w PPK przez co najmniej trzy miesiące, otrzymają ze środków Funduszu Pracy tak zwaną składkę powitalną w kwocie 250 zł.

Dodatkowo będzie można skorzystać z corocznej dopłaty w wysokości 240 zł, która będzie przeznaczona dla tych, którzy w ciągu roku zgromadzą na swoim koncie kwotę równą co najmniej sumie składek podstawowych od sześciokrotności płacy minimalnej. Według dzisiejszych stawek (pensja minimalna to 2100 zł brutto) dodatkowe 240 zł otrzymają ci, którzy w ciągu roku zbiorą co najmniej 441 zł.

– Według raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?” prawie 40 proc. respondentów w ogóle nie oszczędza na emeryturę. Więcej niż co trzeci przeznacza na ten cel nie więcej, niż 10 proc. miesięcznych dochodów – mówi Bartosz Kucharczyk. – Udział pracodawcy i państwa w programie oszczędzania jest więc szansą dla pracowników, na zbudowanie większego buforu finansowego bezpieczeństwa na przyszłość – dodaje ekspert.

PGNiG chce zwiększać wydobycie gazu i ropy w Lubuskiem i Wielkopolsce. Do 2022 roku zainwestuje w 38 nowych odwiertów na Niżu Polskim

0

PGNiG chce zwiększać wydobycie gazu i ropy w Lubuskiem i Wielkopolsce. Do 2022 roku zainwestuje w 38 nowych odwiertów na Niżu Polskim 8

Do 2022 roku Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo wykona 38 nowych odwiertów oraz rozbuduje kopalnie ropy naftowej i gazu ziemnego w Lubuskiem i Wielkopolsce, co pozwoli zwiększyć możliwości produkcyjne. Inwestycje wynikają głównie ze zwiększonego zapotrzebowania na gaz Elektrociepłowni Gorzów i Elektrociepłowni Zielona Góra, a także dużych zakładów przemysłowych w regionie. Przedstawiciele spółki podkreślają, że rynek gazu ziemnego, który łączy wysoką efektywność z korzyściami środowiskowymi, szybko się rozwija, a na nowych inwestycjach PGNiG skorzystają lokalni przedsiębiorcy, mieszkańcy i budżety gmin.

 Z wydobycia na Niżu Polskim pochodzi 2/3 krajowej produkcji gazu ziemnego, czyli blisko 2,5 mld m³ rocznie, oraz niemalże 95 proc. wydobywanej  w kraju ropy naftowej, czyli blisko 747 tys. ton rocznie. Dzisiaj wygrywamy jako gazownicy, zwiększamy swoją produkcję, temu służą właśnie nowe technologie. Wiemy, że Elektrociepłownia Gorzów i Elektrociepłownia Zielona Góra, czyli nasi najwięksi odbiorcy w tym regionie, na tym korzystają. Dzięki rozbudowie sieci dystrybucyjnej przez należącą do grupy PGNiG Polską Spółkę Gazownictwa m.in. w Zielonej Górze czy Nowej Soli z paliwa gazowego będą mogli korzystać mieszkańcy i przedsiębiorcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu ds. rozwoju w PGNiG SA.

W tracie konferencji „Czysta Energia”, zorganizowanej w Skwierzynie (woj. lubuskie) z okazji 50-lecia górnictwa naftowego na Niżu Polskim grupa PGNiG przedstawiła swoje plany inwestycyjne w tej części kraju. W ciągu najbliższych czterech lat koncern zamierza wykonać 38 nowych odwiertów oraz rozbudować kopalnie ropy naftowej i gazu ziemnego w Lubuskiem i w Wielkopolsce.

 W tej chwili staramy się o cztery nowe koncesje na terenie Niżu Polskiego, co umożliwi nam realizację badań sejsmicznych oraz wykonanie kolejnych otworów – mówi Krzysztof Potera, dyrektor Oddziału Geologii i Eksploatacji w PGNiG SA.

Spółka planuje także inwestycje w rozbudowę Kopalni Ropy Naftowej i Gazu Ziemnego Lubiatów oraz w zagospodarowanie złoża Różańsko. Pozwoli to zwiększyć możliwości produkcyjne, co z kolei ma zaspokoić zwiększone zapotrzebowanie na gaz ziemny zarówno elektrociepłowni, jak i innych dużych odbiorców z regionu, np. przedsiębiorstw.

Odwierciliśmy dodatkowy otwór eksploatacyjny na złożu Międzychód. Na początku nie przewidywaliśmy takich wolumenów gazu na Kopalni Ropy Naftowej i Gazu Ziemnego Lubiatów. Teraz jest ona rozbudowywana i tam będziemy wydobywać dodatkowo prawie 74 mln m³ gazu rocznie – mówi Krzysztof Potera.

Jak podkreśla, gaz ziemny jest paliwem łączącym dużą efektywność z korzyściami środowiskowymi. Dzięki wykorzystaniu gazu w blokach parowo-gazowych elektrociepłowni poprawia się jakość powietrza, ponieważ zmniejsza się ilość emitowanych do atmosfery pyłów, tlenków siarki i azotu. Budżety gmin zasilają natomiast podatki od nieruchomości i opłaty z tytułu wydobycia węglowodorów. Wszędzie tam, gdzie PGNiG prowadzi działalność poszukiwawczą i wydobywczą, spółka angażuje się w miejscowe przedsięwzięcia, współpracując z lokalnymi społecznościami czy pomagając np. szkołom.

– Zapotrzebowanie na gaz w Polsce wzrosło skokowo o 2 mld m³ w ciągu dwóch lat. Paliwo to może być tańsze dzięki dywersyfikacji zarówno źródeł, jak i kierunków dostaw. Inwestujemy w krajowe wydobycie, realizujemy projekt przedeksploatacyjnego wydobycia metanu z pokładów węgla. W zakresie dywersyfikacji kierunków dostaw importujemy LNG z Kataru, Norwegii i USA, a w niedalekiej przyszłości będziemy sprowadzać gaz z szelfu norweskiego poprzez Baltic Pipe. Robimy ten biznes najlepiej, jak umiemy, z korzyścią dla 7 mln klientów. To ogromne zobowiązanie – dodaje Łukasz Kroplewski.

Co dziesiąty pracownik tymczasowy prawdopodobnie będzie musiał zmienić formę zatrudnienia. W listopadzie kończą się limity pracy u jednego pracodawcy

Co dziesiąty pracownik tymczasowy prawdopodobnie będzie musiał zmienić formę zatrudnienia. W listopadzie kończą się limity pracy u jednego pracodawcy 9

Co dziesiąty pracownik tymczasowy może być dotknięty konsekwencjami kończącego się 18-miesięcznego limitu długości zatrudnienia u jednego pracodawcy użytkownika. Wielu z nich prawdopodobnie zostanie przyjętych na stałe do pracy w danej firmie. Liczba pracowników tymczasowych zmniejsza się od 2017 roku. Jak podkreśla ekspertka z Polskiego Forum HR, na spadek popularności takiej formy zatrudnienia wpływają również niskie bezrobocie i rynek pracownika.

– W listopadzie kończą się limity 18-miesięcznego zatrudnienia pracowników tymczasowych, wprowadzone nowelizacją ustawy, która weszła w życie w czerwcu 2017 roku. Limity te dotyczą zatrudnienia jednego pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy użytkownika. Nie będzie możliwości delegowania tego samego pracownika za pośrednictwem innej agencji do pracy w tej samej firmie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Zielińska, kierownik Polskiego Forum HR.

Przed wejściem w życie tych przepisów pracownik mógł pracować nie dłużej niż 18 miesięcy dla danej agencji pracy tymczasowej. De facto mógł więc kontynuować pracę u danego pracodawcy-użytkownika, ale zatrudniony przez inną agencję. Ustawa, która obowiązuje od ubiegłego roku, miała na celu przeciwdziałać takim sytuacjom. Teraz nawet po zmianie agencji obowiązuje go limit 18 miesięcy pracy dla jednego pracodawcy.

– Szacujemy, że około 10 proc. pracowników tymczasowych będzie musiało zmienić swoją formę zatrudnienia. Pytanie, w jaki sposób to będzie przebiegało. Biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy duża część tych pracowników najprawdopodobniej zostanie zatrudnionych bezpośrednio, pozostała będzie kontynuowała współpracę w ramach innych form zewnętrznego zatrudnienia – mówi Agnieszka Zielińska.

Zdaniem ekspertów nowe przepisy mogą oznaczać dalsze problemy branży pracy tymczasowej, która od pewnego czasu boryka się z systematycznie spadającą liczbą pracowników tymczasowych. Według szacunków Polskiego Forum HR wynosi ona obecnie  323 tys. osób. Dla porównania jeszcze w I kwartale 2018 roku było ich 338 tys., a w II kwartale 2017 roku – 394 tys. osób. Coraz większa jest rotacja pracowników i coraz krótsze są okresy ich zatrudnienia.

– Konsekwencją przechodzenia pracowników tymczasowych na stałe zatrudnienie u pracodawców użytkowników oraz niewielkiego napływu nowych pracowników jest bardzo duży spadek liczby pracowników tymczasowych w Polsce, który zanotowaliśmy w II kwartale. Wyniósł on aż 18 proc. To jest jeden z większych spadków, które odnotowaliśmy w historii rozwoju tego rynku. Rynek pracownika jest dużym zagrożeniem dla usługi pracy tymczasowej – ocenia kierownik Polskiego Forum HR.

Niskie bezrobocie i brak rąk do pracy sprawiają, że coraz więcej firm decyduje się na zatrudnianie pracowników w sposób bezpośredni.

– Najczęściej wskazywaną barierą rozwoju przedsiębiorstw jest właśnie deficyt kandydatów do pracy, deficyt talentów, które ci pracodawcy chcieliby przyciągnąć i rozwijać w swoich organizacjach. Co za tym idzie, coraz większa liczba pracowników tymczasowych, którzy do tej pory pracowali za pośrednictwem agencji, przechodzą do stałego zatrudnienia u pracodawców użytkowników – mówi kierownik Polskiego Forum HR.

Ta sytuacja może zmusić agencje pracy tymczasowej do przedefiniowania swojej działalności i jej znacznego rozszerzenia. Przykładowo na świecie już nawet 30 proc. agencji świadczy usługi RPO (Recruitment Process Outsourcing), czyli kompleksowy outsourcing procesów rekrutacji i zatrudniania pracowników. Gama usług oferowanych przez agencję będzie coraz bardziej kompleksowa.

 Branża musi przemyśleć swoją rolę. Jesteśmy pewni, że dopóki sytuacja na rynku pracy się nie zmieni, będziemy mieli do czynienia z dalszym spadkiem zatrudnienia pracowników tymczasowych w Polsce – ocenia Agnieszka Zielińska.

Zbyt częste jedzenie mięsa zwiększa ryzyko zachorowania na niektóre nowotwory i choroby układu krążenia. Eksperci zalecają ograniczenie jego spożycia do 0,5 kg tygodniowo

Zbyt częste jedzenie mięsa zwiększa ryzyko zachorowania na niektóre nowotwory i choroby układu krążenia. Eksperci zalecają ograniczenie jego spożycia do 0,5 kg tygodniowo 10

Nadmierne spożycie mięsa, zwłaszcza czerwonego i przetworzonego, istotnie zwiększa ryzyko wystąpienia raka jelita grubego, udaru lub wylewu. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca ograniczenie jego konsumpcji do 0,5 kg tygodniowo. Eksperci podkreślają jednak, że przejście na dietę bardziej roślinną wymaga jednak odpowiednich substytutów mięsa. Rośliny strączkowe, jajka i ryby morskie pomogą uniknąć niedoborów białka. Potrzebne będą również produkty bogate w witaminę B12.

Mięso to wciąż podstawa polskiego jadłospisu. Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że w 2017 roku jego spożycie wyniosło blisko 80 kg na jednego mieszkańca kraju. Polacy gustują przede wszystkim w wieprzowinie – roczne spożycie tego mięsa to ok. 40 kg. Na drugim miejscu w preferencjach Polaków znajduje się drób, zjadamy go aż 30 kg rocznie. Tymczasem zgodnie z najnowszymi wytycznymi ekspertów spożywanie mięsa powinno być mocno ograniczane. W opublikowanej dwa lata temu piramidzie żywieniowej znalazło się ono na przedostatnim piętrze.

 Jest bardzo dużo danych naukowych, które wskazują na to, że produkty pochodzenia zwierzęcego mogą stanowić istotny czynnik ryzyka w przypadku najbardziej popularnych chorób cywilizacyjnych, czyli nowotworów, chorób układu krążenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Katarzyna Świąder, ekspert ds. żywności z Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Zgodnie z informacjami Światowej Organizacji Zdrowia jedzenie 50 gramów przetworzonego mięsa dziennie zwiększa ryzyko zachorowania na raka jelita grubego o 18 proc. Wyroby z czerwonego i mocno przetworzonego mięsa należy więc ograniczać na rzecz chudego mięsa drobiowego, np. kurczaka czy indyka.

Mięso jest źródłem niezbędnych dla prawidłowej pracy organizmu aminokwasów, białka, minerałów oraz witamin, głównie z grupy A, E, C i B. Ograniczanie jego spożycia lub całkowita z niego rezygnacja wymagają więc znalezienia ekwiwalentu bogatego w te składniki odżywcze.

 Osoby, które całkowicie rezygnują z produktów pochodzenia zwierzęcego, muszą stosować zbilansowaną dietę i dostarczać swojemu organizmowi wszelkich składników odżywczych, białka, tłuszcze, węglowodany, składniki mineralne i witaminy. To jest nie lada wyzwanie, ponieważ zbilansowanie prawidłowej diety wegańskiej wymaga dużego zaangażowania, przede wszystkim dobierania odpowiednich potraw – mówi dr Katarzyna Świąder.

Szczególnie ważne jest wzbogacenie codziennej diety w produkty będące cennym źródłem białka. Świetnie sprawdzają się tu rośliny strączkowe, takie jak soczewica, fasola, groch oraz soja. W jadłospisie powinny się znaleźć również jajka oraz ryby pochodzenia morskiego, dostarczające kwasów nienasyconych omega-3. Ich regularne spożywanie zmniejsza ryzyko wystąpienia miażdżycy. Równie istotne jest uzupełnianie niedoborów witaminy B12, pełniącej istotną rolę w funkcjonowaniu układu nerwowego, a występującej głównie w produktach pochodzenia zwierzęcego.

 Weganie suplementują sobie tę witaminę, natomiast producenci żywności coraz częściej zauważają ten problem i starają się wzbogacać różnego rodzaju produkty o witaminę B12 – mówi dr Katarzyna Świąder.

Polacy coraz mocniej interesują się produktami żywieniowymi pochodzenia roślinnego. Wpływają na to nie tylko informacje o szkodliwym oddziaływaniu mięsa na zdrowie człowieka, lecz także moda na świadome odżywianie, zakładająca m.in. eliminację przetworzonych produktów spożywczych.

Zarządzania czasem można się nauczyć. Pomaga się to uporać ze stresem i realizować wyznaczone cele

Zarządzania czasem można się nauczyć. Pomaga się to uporać ze <a title=stresem i realizować wyznaczone cele" title="Zarządzania czasem można się nauczyć. Pomaga się to uporać ze stresem i realizować wyznaczone cele" />

stresem-i-realizować-wyznaczone-cele.png” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Internet, media społecznościowe, natłok obowiązków służbowych i domowych powodują, że tempo życia przyspiesza i brakuje nam czasu na codzienne aktywności. Eksperci zaznaczają, że stosując się do kilku prostych zasad, można skutecznie zarządzać swoim czasem. Nie chodzi o upychanie większej liczby zadań w ciągu dnia, ale o eliminacje mniej ważnych aktywności – podkreśla dr Agnieszka Jarzębowska. Umiejętne zarządzanie czasem pomaga się uporać ze stresem i realizować założone cele.

Wiele osób narzeka współcześnie na ciągły brak czasu. Jest to spowodowane tym, że żyjemy w świecie, który pędzi coraz szybciej, mamy dostęp do bardzo wielu informacji, a do tego rozwój mediów społecznościowych sprawił, że obserwujemy życie innych ludzi i to wywołuje w nas poczucie chaosu. Też chcielibyśmy mieć czas na te wszystkie aktywności, którymi zajmują się inni ludzie. Czujemy z tego powodu frustrację, napięcie związane z tym, że nie wystarcza nam czasu na wszystko, na co chcielibyśmy go mieć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agnieszka Jarzębowska, trener biznesu i autorka książki „Nawyk produktywności”.

Powszechny dostęp do internetu i social mediów, nowe technologie, szybsze tempo życia i stres w pracy, z którym według badań OECD boryka się już prawie 54 proc. Polaków, powodują, że czujemy się bardziej zabiegani niż kiedykolwiek wcześniej. Mało komu wystarcza dziś czasu na zrealizowanie wszystkich zadań w pracy, znalezienie go na hobby, dla rodziny, nie wspominając o czasie dla siebie. Zdaniem ekspertów, stosując się do kilku prostych zasad, możemy mieć więcej czasu na wszystko.

– Należy zacząć świadomie decydować o tym, na jakie aktywności chcemy znaleźć czas. Zarządzanie czasem nie jest cechą charakteru. To umiejętność i tak jak każdej innej można się jej nauczyć. Nie jest to trudne, aczkolwiek wymaga bardzo dużo determinacji i chęci. W tym celu trzeba zacząć wdrażać do swojego codziennego życia zasady zarządzania czasem – mówi dr Agnieszka Jarzębowska.

Jak podkreśla, zarządzanie czasem nie jest sztuką upychania jak największej liczby zadań w ciągu doby. To raczej sztuka eliminowania tego, co mniej ważne, żeby mieć czas na priorytety.

Czasem jest to bolesne, ludzie nie potrafią rezygnować ze swoich aktywności, ale bez tego nie da się wydłużyć 24 godzin, więc jest to po prostu konieczne – podkreśla dr Agnieszka Jarzębowska.

Organizację dnia codziennego warto zacząć od planowania i decyzji dotyczącej tego, co chcemy w danym dniu zrealizować, a z czego rezygnujemy. Warto prowadzić kalendarz i notować wszystkie swoje aktywności, dzięki czemu można też zaobserwować, na co tracimy najwięcej czasu.

Osobom,  które chcą zacząć zarządzać swoim czasem, polecam zacząć od poszukiwania wiedzy na ten temat. Można wykorzystać książki, których jest na rynku bardzo wiele, skorzystać z bezpłatnych artykułów w internecie albo zapisać się na specjalne szkolenie. Sama wiedza, bez umiejętności wykorzystania jej, nie jest nic warta, dlatego trzeba jeszcze opanować umiejętność zarządzania swoim czasem. Można to zrobić albo metodą prób i błędów, albo skorzystać z pomocy kogoś, kto przeprowadzi nas przez cały ten proces – mówi Agnieszka Jarzębowska.

Autorka książki „Nawyk produktywności” podkreśla, że umiejętne zarządzanie czasem pozwala realizować złożone cele, ale także uporać się ze stresem, poczuciem życia w ciągłym biegu. To wymiernie wpływa na jego jakość oraz na zadowolenia z niego.

– Zarządzanie czasem jest potrzebne przede wszystkim po to, żeby mieć satysfakcjonujące życie. Jeżeli potrzebujemy mieć trwałe więzi rodzinne, warto przeznaczyć czas na ich budowanie i utrzymywanie. Jeśli naszym celem jest pięcie się po szczeblach kariery, wtedy więcej czasu przeznaczamy na aktywność zawodową i rezygnujemy z czegoś innego. Dzięki temu jesteśmy bardziej zadowoleni z tego, jak wygląda nasze życie i jak spędzamy swój czas. Mamy poczucie, że robimy coś, co jest dla nas ważne – podkreśla Agnieszka Jarzębowska.

ACTA2 zachwieje monopolem internetowych gigantów jak Facebook czy Google. Trudno jednak przewidzieć jej wpływ na internautów

ACTA2 zachwieje monopolem internetowych gigantów jak Facebook czy Google. Trudno jednak przewidzieć jej wpływ na internautów 11

Przegłosowana w połowie września unijna dyrektywa ACTA2 na nowo reguluje kwestię praw autorskich w internecie. Ma stanowić oręż w walce z takimi gigantami jak Google czy Facebook, które do tej pory nie płaciły ani grosza za treści wytwarzane przez artystów i inne media. Prezes fundacji Centrum Cyfrowe Alek Tarkowski podkreśla, że nowe przepisy nie mają nic wspólnego z porozumieniem ACTA, które wywołało falę protestów i ataków hakerskich na instytucje rządowe w 2012 roku. Z drugiej strony – są mocno niedoskonałe, niejasne i trudno przewidzieć jak będą egzekwowane w praktyce oraz jaki będzie ich wpływ na indywidualnych użytkowników sieci. 

– Nowe przepisy stawiają na rozwiązanie kwestii wynagrodzeń – nie tylko dla artystów, ale w ogóle dla posiadaczy praw autorskich. Należy pamiętać, że takie prawa posiadają również firmy muzyczne, wytwórnie filmowe, tytuły prasowe. Kłopot nie polega na tym, że próbuje się odgórnie ustalić jak będą przepływać pieniądze między internetowymi gigantami, a firmami z sektora kreatywnego. Problemem jest fakt, że te przepisy dotykają także ludzi, dotyczą ich swobody tworzenia, zdobywania wiedzy, swobody komunikowania się – mówi agencji Newseria Innowacje Alek Tarkowski, prezes fundacji Centrum Cyfrowe.

ACTA2 na nowo reguluje kwestię praw autorskich w internecie i zmienia zasady publikowania treści w sieci. Ma być przede wszystkim orężem w walce z takimi gigantami jak Google, Facebook czy Twitter, które do tej pory nie płaciły ani grosza za treści wytwarzane przez inne media. Teraz internetowi potentaci mają zostać zobowiązani do usuwania treści naruszających prawa autorskie i dzielenia się przychodami uzyskiwanymi dzięki korzystaniu z treści wytwarzanych przez artystów, twórców i dziennikarzy. Dlatego nową regulację szeroko poparły środowiska artystyczne (w tym polski ZAiKS), spółki medialne, wydawcy i wytwórnie filmowe.

Unijna dyrektywa o prawach autorskich od początku wzbudza jednak bardzo wiele kontrowersji. W lipcu europosłowie – po licznych apelach, protestach i tysiącach petycji – odrzucili jej pierwszą wersję, a do projektu wprowadzono ponad 200 poprawek. Przeciwnicy nowych przepisów argumentują, że ACTA2 zagrozi start-upom, małym wydawnictwom, a przede wszystkim – wprowadzi cenzurę internetu. Podkreślają też, że nowe przepisy są niedoprecyzowane i trudno przewidzieć jak będą stosowane w praktyce.

– To jest okazja, która się zdarza raz na 15-20 lat. Mniej więcej tak często zmieniamy w  Europie kształt prawa autorskiego, więc warto zadbać, żeby było ono dobre. Niestety, ta propozycja dobra nie jest i trzeba będzie pogodzić się z faktem, że te przepisy nie będą doskonałe – mówi Alek Tarkowski, prezes fundacji Centrum Cyfrowe – Nasza fundacja przygląda się temu uważnie i martwimy się, że te przepisy będą niedobre dla ludzi. Nie chodzi tylko o te tytułowe memy i śmieszne obrazki, ale w ogóle o amatorską twórczość czy produkcje, które wykorzystują inne treści np. w celu komentowania. Istnieje szansa, że będą zagrożone, częściej usuwane. Nie z tego powodu, że są obraźliwe, ale dlatego, że zostanie w nich wykorzystana treść do której ktoś inny ma prawa autorskie, a system będzie bardzo rygorystycznie je egzekwować, stawiając na to, żeby ktoś mógł zarobić, a nie na swobodę tworzenia – dodaje.

Unijna reforma prawa autorskiego, potocznie nazywana ACTA2, została przyjęta przez Parlament Europejski 12 września br. Nie oznacza to jednak końca prac, ponieważ teraz rozpoczną się negocjacje z Radą UE i państwami członkowskimi, które będą mieć wpływ na ostateczny kształt regulacji w poszczególnych krajach.

– Słychać argumenty, że mamy jeszcze 2 lata i dopiero potem te przepisy będą wdrażane do polskiego prawa. Rzeczywiście, w Polsce i w pozostałych krajach Europy odbędzie się dyskusja nad tym, jak dokładnie te przepisy będą wyglądać. Przyznam jednak, że mnie to nie uspokaja, bo jednak kierunek tych przepisów jest ustalany teraz w dyrektywie. Ja bym chciał, żeby ten kierunek był zupełnie inny, żeby gwarantował dużo więcej swobód użytkownikom. Skupiamy się na zagrożeniach, tymczasem dyrektywa ACTA2 była szansą wprowadzenia kilku dobrych przepisów, które nie przeszły. To się już nie zmieni i kolejne dwa lata nic tu nie pomogą, bo kierunek zmian został już wyznaczony – ocenia Alek Tarkowski.

Jednocześnie podkreśla, że dyskutowana obecnie unijna dyrektywa – która została potocznie okrzyknięta mianem ACTA2 – ma niewiele wspólnego z porozumieniem ACTA, które wywołało falę ogólnoeuropejskich protestów i ataków hakerskich na instytucje rządowe w 2012 roku. Przede wszystkim – unijna regulacja nie dotyczy indywidualnych użytkowników sieci, a jedynie internetowych potentatów jak Google czy Facebook. Wprowadzone niedawno poprawki ograniczają też jej wpływ na mikroprzedsiębiorców, małych wydawców i niekomercyjną działalność. Jednak z drugiej strony – trudno przewidzieć, jaki kształt nowa regulacja będzie mieć w poszczególnych krajach UE i jak będzie egzekwowana w praktyce.

– Warto pamiętać, że tak naprawdę nie mamy do czynienia z ACTA2. Dyskutowana pięć lat temu ACTA1 była porozumieniem, traktatem międzynarodowym. Teraz mamy do czynienia z dyrektywą unijną, a więc zupełnie innym dokumentem. Mówienie o ACTA2 ma sens wyłącznie w kontekście sytuacji, w której kolejny raz rozpoczęły się protesty i wielka, rozpalająca emocje dyskusja o prawach autorskich, o tym co można w internecie. W tym kontekście nazwa ACTA2 ma jakiś sens, ale odnosząc się do samych przepisów – jest nieporozumieniem – zaznacza ekspert.

Prezes fundacji Centrum Cyfrowe ocenia również, że obecnie funkcjonujące przepisy, które regulują twórczość w internecie, są anachroniczne i wymagają dostosowania do nowej, cyfrowej rzeczywistości.

– Internet dzisiaj nie opiera się na zasadzie „hulaj dusza, piekła nie ma”, są w nim przepisy. Niestety, są anachroniczne, dobrze byłoby je zmodernizować. Kłopot polega na tym, że część z tych wizji modernizacyjnych nie bierze pod uwagę potencjalnych zagrożeń. W środowisku działaczy internetowych trwa duża dyskusja: czy lepiej było tę ustawę przyjąć, bo są w niej jakieś pozytywne elementy i po raz pierwszy od kilkunastu lat wprowadza się jakieś zmiany? Czy też jednak te nowe przepisy są zbyt dużym zagrożeniem? Myślę, że to wykrystalizuje się, gdy rozpocznie się dyskusja między Parlamentem, Komisją i Radą – konkluduje Alek Tarkowski.

We wrześniu ruszył rządowy program „Czyste Powietrze”

Od 19 września 2018 r. można składać wnioski, aby uzyskać dofinansowanie na wymianę źródła ciepła oraz termomodernizację domów jednorodzinnych. Ruszył rządowy program Czyste Powietrze.

Wsparcie można przeznaczyć na wymianę źródeł ciepła, modernizację systemu ogrzewania, systemu wentylacji, izolację przegród zewnętrznych, czy wymianę stolarki. Właściciele domów jednorodzinnych mogą otrzymać dotacje w wysokości nawet do 90 proc.  kosztów kwalifikowalnych. Będzie to uzależnione od dochodów rodziny.

– Jednak dla biedniejszych rodzin wymagany wkład własny, to może być kilka tysięcy złotych, co oznaczałoby, że wielu rodzin nie będzie na to stać – mówi w rozmowie z MarketNews24 Magdalena Skłodowska z WysokieNapiecie.pl. – Bank Światowy sugerował, że skuteczniejszy w walce ze smogiem byłby taki program, w którym rodziny o szczególnie niskich dochodach otrzymają 100 proc. dofinansowanie.

SherLOCK od Aliora

Podczas odbywającego się w Krakowie IV. Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC 2018, Alior Bank zaprezentował finalny prototyp autorskiego urządzenia kryptograficznego, służącego do szyfrowania przelewów internetowych. Już wkrótce rusza z pilotażem mającego podnieść bezpieczeństwo transakcji SherLOCKa wśród klientów biznesowych. Organizowana przez Instytut Kościuszki konferencja to jedno z najważniejszych wydarzeń poświęconych problematyce cyberbezpieczeństwa w Europie.

Forum CYBERSEC Alior BankForum CYBERSEC to dwa dni intensywnych debat, ponad 140 prelegentów i blisko 1000 uczestników z całego świata. Alior Bank drugi rok z rzędu był partnerem strategicznym wydarzenia, którego misją jest wspieranie procesu budowy europejskiego systemu cyberbezpieczeństwa. Pierwszego dnia, tj. w poniedziałek 8 października br. na scenie Innovation Hydepark, Krzysztof Darmetko, Dyrektor Działu Bankowości Cyfrowej Klienta Biznesowego Alior Banku i Paweł Ogonowski, Menedżer Zespołu Bezpieczeństwa Sieci Alior Banku zaprezentowali uczestnikom SherLOCKa. Pod tą nazwą kryje się urządzenie przypominające wyglądem telefon komórkowy, które podłączone przez USB do komputera, skutecznie chroni transakcje przed złośliwym oprogramowaniem mogącym wykraść dane oraz pieniądze.

Forum CYBERSEC AliorDo tej pory banki, by zabezpieczyć środki finansowe na rachunkach klientów przed atakami cyberprzestępców, stosowały kody jednorazowe, hasła maskowane, karty mikroprocesowe, kody SMS itd. Stworzony przez ekspertów z Alior Banku SherLOCK wprowadza zupełnie nowy sposób ochrony przelewów internetowych i działa niezależnie od poziomu bezpieczeństwa komputera klienta. Użytkownik na ekranie narzędzia zatwierdza wykonywaną przez siebie transakcję. Zaszyfrowany kryptogram, który jest generowany po stronie banku, jest przekazywany do urządzenia bezpośrednio, bez modyfikacji, więc każda próba ingerencji w komunikację lub próba zmiany kryptogramu w przypadku danej transakcji, uniemożliwia wykonanie przelewu. SherLOCK skutecznie zabezpiecza więc klucz prywatny klienta przed skopiowaniem i nieuprawnionym użyciem.

Urządzenie zostało stworzone z myślą o klientach firmowych, którzy wykonują więcej transakcji niż klienci indywidualni i zazwyczaj na większe kwoty. Wierzymy, że wprowadzone przez nas teraz rozwiązanie jest dużym krokiem w kierunku podniesienia bezpieczeństwa środków biznesowych użytkowników bankowości internetowej – wyjaśnił podczas prezentacji SherLOCKa Krzysztof Darmetko, Dyrektor Działu Bankowości Cyfrowej Klienta Biznesowego Alior Banku. Eksperci byli dostępni też przy stoisku, gdzie można było dowiedzieć się więcej na temat urządzenia i zobaczyć jak działa w praktyce.

Drugiego dnia CYBERSEC 2018, uczestnicy Forum mieli okazję posłuchać wykładu Artura Rudzińskiego, Dyrektora Działu Ryzyka i Ciągłości Działania IT Alior Banku na temat wyzwań technologicznych w bankowości. Ekspert opowiedział o tym, jak na przestrzeni lat zmieniała się bankowość i z jakimi ryzykami przychodziło się mierzyć bankowcom. Opisał też współczesne zagrożenia związane z finansowym cyberbezpieczeństwem i sposoby obrony przed nimi.

PFRON i rząd chcą zwiększyć zatrudnienie niepełnosprawnych w Polsce

Zatrudnienie osób niepełnosprawnych można podzielić na dwa segmenty – chroniony i otwarty. Do pierwszego wchodzą zakłady pracy chronionej i zakłady aktywności zawodowej. Obecnie jest łącznie ich nieco ponad tysiąc. Pozostałe to rynek otwarty, czyli wszyscy pozostali pracodawcy zatrudniający osoby niepełnosprawne. PFRON i rząd starają się, aby pracę podejmowało jak najwięcej z nich.Współczynnik zatrudnienia cały czas jest poniżej średniej unijnej, która oscyluje w granicach 45 proc. W Polsce to zaledwie 27 proc. – w związku z tym jest jeszcze wiele do zrobienia w tym zakresie.

– Główną zachętą dla pracodawców jest wysokość dofinansowania. Od jakiegoś czasu pozostaje ona na niezmienionym poziomie, oczywiście w zależności od stopnia niepełnosprawności – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Maruszewski, zastępca prezesa PFRON – Największe dotacje uzyskiwane są w przypadku niepełnosprawności znacznej i wynoszą 1800 złotych. Stopień umiarkowany to już 1125 złotych, a dla lekkiego przewidziane jest 450 złotych. Przedsiębiorcy w dużej mierze korzystają z tej zachęty finansowej. Obecnie takie dofinansowanie udzielane jest blisko 250 tysiącom niepełnosprawnych pracowników. PFRON prowadzi specjalne, prozatrudnieniowe programy – takie jak Praca i Integracja czy Stabilne Zatrudnienie. Pierwszy jest skierowany do pracodawców państwowych, dużych spółek. Umowa została podpisana m.in. z Pocztą Polską i zakłada zatrudnienie 400 pracowników. Realizowane jest także porozumienie z PKP SA, w ramach którego pracę znajdzie znaczna liczba niepełnosprawnych. Program Stabilne Zatrudnienie powstał z myślą o administracji państwowej, w tym także samorządowej. Wskaźnik zatrudnienia w tym sektorze jest również wielce niezadowalający i wynosi teraz niecałe 4,5 proc. W służbie cywilnej to zaledwie 2,5 proc.Prowadzone przez PFRON programy mają to zmienić – podsumował Maruszewski.

Wysportowany pracownik to kreatywny i wydajny pracownik

Pracodawcy zachęcają do aktywności fizycznejRozwój technologiczny, który rewolucjonizuje świat na naszych oczach, wprowadza nieuchronnie zmiany w sposobie naszego życia i pracy. Rozwój sztucznej inteligencji, robotyzacja, zarządzanie ogromną ilością danych – wszystko to sprawia, że zmienia się model kompetencyjny pracowników, również polskich firm. Na znaczeniu zyskują: kompleksowe rozwiązywanie problemów, kreatywność, innowacyjność, umiejętność współpracy, empatia. Tylko czy wszyscy pracownicy i liderzy mają siłę, aby takimi się stać?

Z badania „Praca, moc, energia w polskich firmach”, zrealizowanego przez Human Power, wyłania się dość alarmujący obraz. Analizy pokazują, że w polskich firmach funkcjonują cztery typy pracowników – tylko jeden z nich jest wysoce efektywny i wpisuje się w profil pracownika przyszłości. A co z resztą?

Prawie 30 proc. pracowników to osoby przemęczone, zniechęcone, sfrustrowane i bez energii. Mają przeświadczenie, że w pracy nie wykorzystują ani swojego potencjału, ani umiejętności. Ich głównym motywatorem pozostają pieniądze. – Określiliśmy ich mianem Wypalonych Rutyniarzy – mówi Małgorzata Czernecka, szefowa Human Power i autorka badania. – Ta nazwa wskazuje na ważną część problemu, związaną z niskim poziomem efektywności. Wypalonych Rutyniarzy cechuje brak dbałości o siebie – za mało śpią, nie ćwiczą, jedzą „fast foody”, spadki energii niwelują kawą, energetykami i słodkimi przekąskami. Mają najniższy poziom energii do działania i najczęściej myślą o zmianie pracy z powodu zmęczenia obowiązkami zawodowymi.

Jeśli dodamy do tego drugi wyłoniony w badaniu typ – Rzemieślnika bez Wigoru – który stanowi 27,5 proc., to stwierdzimy, że znacznie ponad połowa pracowników często odczuwa zniechęcenie, irytację, strach i niepokój, nie wykonuje zadań, które sprawiają im satysfakcję i radość, a także nie do końca zna sens i cel swoich obowiązków służbowych. Na takich fundamentach nie sposób budować kompetencji przyszłości, które pomogą wygrać ze sztuczną inteligencją.

Pracownicy o niskim poziomie energii, odczuwający frustrację, irytację czy lęk, nie są w stanie kompleksowo rozwiązywać problemów, krytycznie i twórczo myśleć, wykazywać empatii, dobrze współpracować z innymi, czy być elastyczni poznawczo. Według World Economic Forum osoby z takimi właśnie kompetencjami będą najbardziej potrzebne w najbliższych latach – dodaje Małgorzata Czernecka.

Na podstawie wyników badania „Praca, moc, energia w polskich firmach” udział silnych, efektywnych pracowników, którzy potrafią skutecznie zarządzać własną energią i w pełni korzystać ze swojego fizycznego, emocjonalnego i mentalnego potencjału, szacować można na jedyne 16,8 proc. To tak zwani Spełnieni Maksymaliści. Spodziewać się można, że grupa ta stopniowo będzie stawać się coraz bardziej liczna, a to za sprawą liderów. Tych pełnych energii, najbardziej efektywnych, jest 21,5 proc. (tzw. Liderzy na Pełnej Petardzie). Niepokoić może fakt, że Liderów na Oparach, którzy każdy nowy dzień pracy rozpoczynają z lękiem i pesymistycznym nastawieniem, jest w polskich firmach prawie ¼. Tymczasem z badań Aon wynika, że zaangażowanie pracowników w blisko 60 proc. zależy od poziomu zaangażowania samego lidera. – Bez zaangażowanego szefa nie można myśleć o budowaniu zaangażowanego zespołu – wskazuje Magdalena Warzybok, Talent Practice Director w Aon. – W tym kontekście alarmujące wydaje się, że blisko co czwarty lider to „Lider na Oparach”. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że jego zespół również działa „na oparach”.

Jak pracodawcy mogą wspierać najbardziej efektywne jednostki i inspirować pozostałych do zmiany? Odpowiedzi należy szukać w dziedzinie zarządzania energią. – Wyniki badania „Praca, moc, energia w polskich firmach” dobitnie pokazują, jak ważna dla samopoczucia i efektywności pracowników jest regularna aktywność fizyczna – komentuje Robert Moreń, dyrektor ds. komunikacji w Benefit Systems. – Najkrócej mówiąc, im więcej się ruszamy, tym wyższy mamy poziom energii i tym lepsze osiągamy efekty w pracy. Dlatego firmy powinny namawiać pracowników do aktywności.

Osoby, które dbają o swoje samopoczucie i zdrowie, są bardziej efektywne, a wręcz… bardziej zmotywowane – dodaje Monika Szymczuk, marketing manager Dailyfruits. – To one zwracają uwagę na to, aby jeść posiłki regularnie, również w pracy; jedzą co najmniej pół kilograma owoców i warzyw dziennie i tak komponują dania, aby dawały im więcej energii.

Podobnie istotne znaczenie, m.in. dla poziomu skupienia, organizacji pracy czy poziomu kreatywności może mieć aranżacja przestrzeni biurowej. Aleksandra Krawsz, Marketing & PR Manager w Kinnarps Polska, podkreśla wagę wydzielenia miejsc do koncentracji i pracy w ciszy. Tego typu rozwiązania mają istotny wpływ na ogólną kondycję psychofizyczną pracowników i wpływają na jakość ich pracy. – A to właśnie z ciała i emocji płynie największe, choć często niedoceniane, wsparcie naszej efektywności mentalnej – podsumowuje Małgorzata Czernecka.

Upowszechnienie mediacji usprawni funkcjonowanie sądów pracy

Mediacja to najprostsza i najskuteczniejsza metoda uzdrowienia prawa pracy – taki wniosek przyniosła ekspercka debata „Postępowanie sądowe w sprawach pracowniczych” zorganizowana przez Pracodawców RP. Nie można bowiem skupiać się tylko na samym Kodeksie Pracy, bo przy niewydolnych sądach jego przepisy pozostaną martwe.

JAK USPRAWNIĆ FUNKCJONOWANIE SĄDÓW PRACYDebatę otworzył Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski przypominając, że konieczności zmian w regulacjach rynku i prawa pracy nikt dziś nie kwestionuje. Jednak dyskusja o zmianach podąża w niewłaściwym kierunku.

– To oczywiste, że zmiany są potrzebne, ale musimy pamiętać, że prawo pracy to nie tylko Kodeks pracy. Nie możemy zapominać o instytucji, która wprowadza w życie zapisy kodeksu – Sądach Pracy – mówił Prezydent Malinowski. – Sądy Pracy wydzielono po to, by przyspieszyć postępowanie. Tymczasem sprawy ciągną się latami, co utrudnia życie obu stronom – pracodawcom i pracownikom. Zmiany trzeba wprowadzać systemowo – traktując Kodeks pracy i sądownictwo pracy jako całość – zaznaczył.

W sądach rejonowych merytoryczne załatwienie postępowania w sprawach pracowniczych trwa średnio ok. 380 dni, w sądach okręgowych I instancji – 760 dni, w sądach okręgowych II instancji – 98 dni, w sądach apelacyjnych – 272 dni. Jeżeli więc sprawa przechodzi przez dwie instancje, a tak przeważnie się dzieje, trwa ona odpowiednio dłużej.

Obserwując długość procesu sądowego w sprawach pracowniczych pojawia się pytanie, czy funkcja ochronna pracownika ma charakter rzeczywisty czy iluzoryczny. Przyczyną tego stanu rzeczy często jest niemożność obsadzenia pełnego składu sędziowskiego. Okazuje się, że prawo do sądu formalnie istnieje, lecz jego realizacja zdaje się odbiegać od standardów ustawowych, a nawet konstytucyjnych. Nie chodzi tylko o realizację funkcji ochronnej prawa pracy, lecz także o czas przedsiębiorcy. Nawet po zwolnieniu pracownika zgodnie z prawem może on spędzić w sądzie wiele godzin, które mógłby przecież przeznaczyć na prowadzenie firmy.

– Przedłużające się postępowanie w sądzie pracy wcale nie jest na rękę pracodawcy. Z punktu widzenia przedsiębiorcy zajmuje to czas i generuje koszty – mówiła prof. Monika Gładoch, doradca Prezydenta Pracodawców RP. Jej zdaniem kluczem do udrożnienia sądownictwa pracy jest rozwiązanie części spraw na poziomie mediacji.

– Mediacja z pewnością przyspiesza postępowanie sądowe, ale powinna być rozumiana szerzej: nie tylko jako narzędzie ułatwiające pracę sądu, ale także jako sposób na usprawnienie komunikacji między stronami – uważa dr Katarzyna Antolak-Szymański z Uniwersytetu SWPS. – Mediacja tak naprawdę powinna zaczynać się zanim dojdzie do sprawy w sądzie pracy . Trzeba upowszechniać wśród pracodawców i pracowników wiedzę o tym, czym jest mediacja i jakie korzyści przynosi obu stronom.

Debata jasno pokazała, że najpilniejszym problemem związanym z prawem pracy jest udrożnienie sądów pracy. Uczynić to można przez umiejętne wprowadzenie do relacji pracodawca-pracownik elementu mediacji. Odpowiedź na pytania jak to zrobić pozostaje nadal otwarte. Jest to jednak niezbędne.

– Najprostszą i najskuteczniejszą metodą przyspieszenia postępowania przed sądem pracy w tej chwili byłaby promocja mediacji oraz wprowadzenie do przepisów zapisów w tym zakresie – podsumowała debatę prof. Monika Gładoch.

PKN ORLEN i TAURON podpisały list intencyjny dot. gruntu pod budowę elektrociepłowni w czeskich Neratowicach

PKN ORLEN i TAURON podpisały list intencyjny dotyczący warunków udostępnienia gruntu pod budowę elektrociepłowni w Czechach.

podpisanie listu intencyjnego ORLEN TAURON

W ramach podpisanego Listu Intencyjnego TAURON i PKN ORLEN zadeklarowały powołanie zespołu roboczego. Jego zadaniem będzie m.in. analiza warunków współpracy na jakich spółka z Grupy Kapitałowej ORLEN udostępni Tauronowi teren do ewentualnej budowy nowoczesnego źródła wytwarzania w czeskich Neratowicach. Zespół będzie się składał z przedstawicieli każdej z firm, a liderem oraz koordynatorem jego prac będzie TAURON.

Inwestycja, której dotyczą analizy, ma być wysokosprawnym źródłem energii elektrycznej i ciepła w postaci pary m.in. dla należącej do Grupy Kapitałowej ORLEN, jednej z największych firm chemicznych w czeskim przemyśle – spółki Spolana.

Spółki z udziałem skarbu państwa powinny ze sobą współpracować i wspierać, tam gdzie jest to możliwe i ma uzasadnienie ekonomiczne. Rozwój polskich aktywów w regionie Europy Środkowo – Wschodniej jest dla nas istotny. Założenia listu intencyjnego wpisują się w tę politykę. Zwłaszcza, że analizujemy możliwości inwestycyjne w zakresie nowych technologii chemicznych i instalacji produkcyjnych w Czechach. Istotnym kryterium realizacji tych projektów inwestycyjnych jest zapewnienie dostępu do źródeł energii po jak najbardziej atrakcyjnej cenie – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W efekcie realizacji rozważanej inwestycji będzie można również wytwarzać energię elektryczną dla spółki obrotu TAURON Czech s.r.o., z przeznaczeniem na czeski lub polski rynek energii.

– Z myślą o zapewnianiu bezpieczeństwa energetycznego analizujemy projekty dywersyfikujące nasze źródła zasilania. Współpraca dwóch wiodących polskich koncernów w przedsięwzięciach energetycznych wpisuje się w rządową Strategię na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju – mówi Filip Grzegorczyk, Prezes Zarządu TAURON Polska Energia. – TAURON, zarządzając spółką obrotu energią elektryczną w Republice Czeskiej, jest zainteresowany posiadaniem nowoczesnego i efektywnego energetycznie źródła wytwórczego na tym rynku – dodaje prezes TAURONA.

Dywersyfikacja źródeł wytwarzania w Grupie TAURON

podpisanie listu intencyjnego ORLEN TAURONTAURON konsekwentnie różnicuje posiadane portfolio wytwórcze. Stan zaawansowania realizacji flagowej inwestycji Grupy TAURON, czyli budowy bloku energetycznego o mocy 910 MW w Jaworznie osiągnął już 80 procent. Pozwoliło to na rozpoczęcie prac rozruchowych. Zakończenie inwestycji planowane jest na czwarty kwartał 2019 roku. Nowy blok 910 MW będzie wysokosprawną jednostką wytwórczą, którą charakteryzować będzie najwyższa sprawność w swojej klasie w Polsce, czyli 45,9% netto, stanowiąc przy tym znaczący element bezpieczeństwa energetycznego Polski.

Grupa dąży również do zwiększenia mocy wytwórczych w technologii wiatrowej. TAURON Polska Energia otrzymał zaproszenie do rozpoczęcia negocjacji w sprawie nabycia pięciu farm wiatrowych należących do grupy in.ventus. Farmy wiatrowe, będące przedmiotem negocjacji, zlokalizowane są w północnej części Polski, a ich łączna moc zainstalowana wynosi około 200 MW.

Dobry e-marketingowiec w cenie. Zarabiają krocie i wciąż liczą na więcej

Krzysztof Borkowski, headhunter Sales & Marketing w Antal
Krzysztof Borkowski, headhunter Sales & Marketing w Antal

Choć do niedawna nie było wcale łatwo ze znalezieniem pracy w marketingu, to dziś sytuacja diametralnie się zmienia. Rozwój technologii spowodował, że tylko w lutym ubiegłego roku, pracodawcy zwiększyli zapotrzebowanie na pracowników ds. marketingu o 14,6 proc. (rok do roku). Rośnie również wartość rynku technologii marketingowych, a jak wynika z prognoz do 2025 roku firmy wydadzą na oprogramowanie marketingowe prawie 130 mld USD – 60% zakupów dokonają działy marketingu, a pozostałe 40% działy IT[1].

Marketing przez wiele lat cieszył się opinią jednego z najpopularniejszych kierunków studiów, na jaki decydowali się absolwenci szkół średnich. W efekcie po czasie zaczęliśmy obserwować  nadwyżkę specjalistów. Dziś branża przeżywa swoiste ożywienie, co ma związek ze stale rosnącą świadomością konieczności promowania marki i docierania do klienta różnymi kanałami. Firmy inwestują coraz więcej w działania marketingowe, a szczególnym zainteresowaniem cieszą się przemyślane działania internetowe, realizowane m.in. w mediach społecznościowych. Gdzie specjaliści ds. marketingu znajdą dziś zatrudnienie?

Nowoczesny marketing kluczem do skutecznej sprzedaży

Organizacje, które zakładają utrzymanie świadomości marki na dynamicznie zmieniającym się rynku i planują stabilny rozwój działalności nie mogą pozwolić sobie na brak obecności w Internecie. Skuteczny e-mail marketing, grupy branżowe w serwisie Facebook oraz LinkedIn, precyzyjne reklamy targetowe, Google AdWords, chatbox w e-commerce czy w końcu video wizytówki, to tylko nieliczne narzędzia wspierające działania sprzedażowe i ciężko byłoby wyobrazić sobie bez nich współczesny marketing. Co za tym idzie, do najbardziej pożądanych należą kandydaci o doświadczeniu w e-marketingu, czyli ci z praktyczną znajomością narzędzi internetowych. Kluczową rolę ogrywają również kompetencje miękkie, a przede wszystkim kreatywność i nowatorskie podejście do kampanii w świecie digital.

Specjaliści otrzymują średnio 7 ofert pracy rocznie

Rosnąca digitalizacja i stopniowe odchodzenie od tradycyjnych form marketingu przyczynia się do polepszenia sytuacji specjalistów ds. marketingu na rynku pracy. Liczba otrzymywanych zaproszeń do procesów rekrutacyjnych stale rośnie, a specjaliści czy menedżerowie otrzymują przeciętnie około 9 ofert rocznie. Jak wynika z najnowszego raportu Antal, Aktywność Specjalistów i Menedżerów, marketingowcy otrzymali w 2017 roku średnio 7 ofert pracy –  to 15 % więcej niż w 2016 roku. Największe zapotrzebowanie obserwujemy nie tylko w dynamicznie rozwijającym się przemyśle spożywczym i farmaceutycznym, ale również w branży motoryzacyjnej, elektrotechnicznej czy budowlanej.

Dobry e-marketingowiec w cenie, czyli w jakiej?

Aktualna sytuacja na rynku pracy jasno wskazuje na dominację kandydatów, a stale rosnące zapotrzebowanie na tych najbardziej wykwalifikowanych specjalistów umacnia ich pozycję. Obecnie, gdy wielu pracodawców boryka się z brakami kadrowymi, a największym wyzwaniem jest zarówno pozyskanie, jak i utrzymanie w swoich strukturach najlepszych pracowników.

Jak pokazuje Raport płacowy Antal, specjalista ds. marketingu internetowego może liczyć dziś na wynagrodzenie pomiędzy 5000 a 8000 zł brutto, a zarobki menedżera plasują się na poziomie 12.000 – 18.000 zł brutto.

To jednak nie wszystko, gdyż wynagrodzenie podstawowe uzupełniane jest o różnego rodzaju premie, a sama oferta zatrudnienia wiąże się również z coraz bogatszym pakietem benefitów pozapłacowych, elastycznymi godzinami pracy czy możliwością pracy zdalnej. Pracodawcy kładą obecnie coraz większy nacisk na politykę zarządzania talentami w organizacji, dlatego oferują również  różnego rodzaju szkolenia, czy rozwój kompetencji w określonym kierunku.

Jakich kompetencji szukają dziś pracodawcy?

Skuteczny marketing wymaga określonych kompetencji, a firmy inwestując w rozwój działu marketingu szukają kandydatów o bardzo zróżnicowanym doświadczeniu czy o określonych cechach charakteru. Współczesny dział marketingu nie może obejść się bez umiejętności atrakcyjnego, często również perswazyjnego stylu pisania – tzw. call to action. Przy czym marketing potrzebuje obecnie jakościowych treści, tym bardziej, że materiał z całą pewnością zostanie wykorzystany w formie artykułu, wpisu na blogu w mediach społecznościowych lub jako newsletter. Współczesny marketing wymaga również znajomości różnorodnych narzędzi, a marketingowcy, którzy sprawnie posługuję się choćby narzędziami Google cieszą się szczególnym zainteresowaniem pracodawców.

Warto także zwrócić uwagę na kompetencje miękkie, wśród których kluczową rolę odgrywa kreatywność, elastyczność, ale także zdolności analityczne, bez których współczesny marketing nie może istnieć. Żadna firma nie może wyobrazić sobie obecnie realizacji kampanii bez jej dokładnej analizy pod kątem efektywności i dokonania jej optymalizacji.

Stabilne zatrudnienie i kusząca perspektywa na przyszłość?

Nie ulega wątpliwości, że praca w obszarze e-marketingu może być przyszłościowym zawodem. Zakładając rozwój nowych technologii, digitalizację i automatyzację procesów, wiązanie swojej przyszłości z marketingiem pozwoli z całą pewnością na wiele możliwości zawodowych. Wszystko zależy jednak od umiejętności dostosowania się do dynamicznie zmieniającego się środowiska i trendów, biegłością w zaawansowanych technologiach  i motywacją do ciągłego kształcenia w tym zakresie.

Krzysztof Borkowski, headhunter Sales & Marketing w Antal

[1] IDC report „Worldwide Marketing software Forecast 2014 – 2018”

Zarządzanie danymi wyzwaniem w sektorze ochrony zdrowia

Przy obecnej skali przyrostu danych w cyfrowym świecie, umiejętność zidentyfikowania tych danych, które są istotne z perspektywy procesów decyzyjnych firmy oraz ich umiejętnego przetworzenia, skorelowania i włączenia w procesy zarządzania jest niezwykłym wyzwaniem. Dotyczy to wszystkich obszarów gospodarki, ale w sektorze ochrony zdrowia jest to szczególnie widoczne, między innymi ze względu na mnogość form i źródeł z jakich pochodzą dane. Zarządzanie danymi w ten sposób, by zmaksymalizować ich praktyczną wartość dla organizacji wymaga jednak systemowego podejścia. Raport KPMG International pt. „Data governance: Driving value in healthcare” prezentuje podstawy strategii zarządzania danymi, tak aby w pełni wspierały strategiczny rozwój organizacji.

Nowe narzędzia do pozyskiwania i przetwarzania wielkich ilości danych są wykorzystywane w wielu aspektach działań organizacji obecnych w sektorze ochrony zdrowia. Wspaniale rozwijającym się obszarem, w którym mogą być wykorzystane takie narzędzia jest usprawnienie zarządzania w segmencie finansowym i regulacyjnym. Dzięki właściwemu przetwarzaniu danych kierujący organizacją zyskują możliwość realnej kontroli nad procesami nawet w bardzo dużych podmiotach i przy skomplikowanych systemach rozliczeń. Zwiększa to efektywność całego systemu ochrony zdrowia, a docelowo wpływa na jakość obsługi pacjentów – mówi Sabina Sampławska, dyrektor i szef sektora Life Science w KPMG w Polsce.

Wdrażając nowe technologie wspierające transformację biznesową i kliniczną, organizacje z sektora opieki zdrowotnej koncentrują się zazwyczaj na dwóch poziomach wpływu: natychmiastowej korzyści taktycznej technologii w zakresie przepływu pracy i związanych z nią kluczowych wskaźników wydajności oraz korzyści strategicznej płynącej z wykorzystania nowo dostępnych danych i zintegrowania ich z istniejącymi zbiorami w celu stworzenia nowej wartości.

Świat cyfrowy wkracza w kolejne dziedziny życia. W sposób nieunikniony dzieje się to także w sektorze farmaceutycznym i szeroko rozumianym sektorze opieki zdrowotnej. Sektory te ze względu na swoją specyfikę i ogromny wpływ na wiele dziedzin życia społecznego są również coraz bardziej regulowane. Od 2019 roku w życie wchodzą przepisy Dyrektywy 2011/62/UE (nazywanej „Dyrektywą fałszywkową”) dotyczące serializacji leków. W tym samym roku obowiązkowe będzie wykorzystywanie systemów i słowników przygotowanych przez European Medicines Agency czyli SPOR Data Services. Od 2018 roku dostępne jest produkcyjne środowisko Zintegrowanego Systemu Monitorowania Obrotu Produktami Leczniczymi. Każda z tych inicjatyw wymaga połączenia informatycznych „krwioobiegów” firm farmaceutycznych, hurtowni leków, aptek, zakładów opieki zdrowotnej i regulatorów rynku. Każda wymaga od uczestników systemu wymiany ogromnych ilości danych. I nic nie wskazuje, aby obciążenia w tym zakresie w przyszłości uległy redukcji. Wprowadzenie zasad zarządzania danymi i uporządkowanie procesów zarządzania danymi podstawowymi (MDM) jest podstawowym narzędziem, które pozwoli firmom zachować zgodność i ograniczyć koszty związane z wymogami regulacji, a docelowo czerpać również większe korzyści z zasobów informacyjnych będących w posiadaniu organizacji – mówi Krzysztof Radziwon, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

O RAPORCIE
„Data governance: Driving value in healthcare” to publikacja KPMG International wskazująca wyzwania w zakresie zarządzania danymi opracowane na podstawie wywiadów z liderami organizacji oraz wynikające z doświadczeń ekspertów KPMG, a także sygnalizująca wybrane ryzyka, które powinny zostać wzięte pod uwagę w procesie projektowania systemu zarządzania danymi. Raport omawia również model dojrzałości w zakresie zarządzania danymi.

Nastroje producentów coraz gorsze. Giełdowy Indeks Produkcji stracił 3,82%

We wrześniu GIP60 podążył śladami całej GPW i zamknął miesiąc na poziomie 946 punktów, co oznacza spadek o 3,82% w porównaniu z końcem sierpnia, kiedy GIP60 zakończył wakacyjną serię wzrostów. Pogorszenie nastrojów widoczne jest zarówno wśród inwestorów, jak i w realnej sferze przemysłu produkcyjnego.

Pierwsza połowa miesiąca była surowa dla całej GPW, co odbiło się na cenach akcji polskich producentów, a w konsekwencji także na wartości Giełdowego Indeksu Produkcji. Pierwsze dwie sesje we wrześniu pozwoliły indeksowi GIP60 powrócić nad wartość bazową wyznaczoną na początku 2016 roku, jednak od tego momentu aż do połowy miesiąca jego kurs podążał już tylko w dół, głównie za sprawą negatywnych nastrojów panujących na całym warszawskim parkiecie. W drugiej połowie miesiąca indeks powoli odrabiał straty, ale ostatnia sesja przyniosła największy dzienny spadek w tym miesiącu ustalając wrześniowy wynik GIP60 na poziomie 946 punktów, a więc 3.82% mniej niż w minionym miesiącu.

Wrzesień przyniósł straty wszystkim indeksom WIG, a największymi ofiarami negatywnych nastrojów okazały się małe spółki z indeksu sWIG80, które straciły w tym czasie aż 8.57% m/m. Znacznie lepiej, poradziły sobie największe spółki z WIG20, ale również one straciły we wrześniu 2.25% m/m. Średnie spółki z indeksu mWIG40 zamknęły wrzesień z wynikiem -1.47% m/m, a cały rynek monitorowany za pomocą indeksu WIG osiągnął w tym czasie wynik -2.26% m/m.

Wszystkie branże tracą solidarnie

Analizując wrześniowe ceny akcji polskich producentów w przekroju branżowym widać, że był to ciężki miesiąc praktycznie dla każdej branży. Najgorzej w tym czasie poradziły sobie spółki z branży metalurgicznej (średnio -12.24% m/m), chemicznej (-10.73% m/m) i materiałów budowlanych (-8.63% m/m), a najlepiej spółki z branży spożywczej (-1.22% m/m), producenci tworzyw sztucznych (-3.54% m/m) i projektanci-dystrybutorzy odzieży (-3.84% m/m) – wszystkie one skończyły wrzesień na minusie.

Analizując wyniki spółek z powyższych branż pod kątem narodowości zaangażowanego kapitału, można dojść do wniosku, że w negatywnej ocenie rynkowej spółek polski charakter kapitału nie miał decydującego znaczenia. Subindeksy WIG-CHEMIA (-12.99% m/m) i WIG-BUDOW (-9.82% m/m) to obok WIG-MEDIA (-10.82% m/m) i WIG-MOTO (-9.65% m/m) najgorsze subindeksy tegorocznego września. Stosunkowo lepiej poradził sobie WIG-SPOŻYWCZY (-1.64% m/m) i WIG-ODZIEŻ (-3.41% m/m), a cały WIG-POLAND zamknął wrzesień z wynikiem -2.08% m/m.

Roszady w akcjonariacie u liderów wrześniowego rankingu GIP60

Pierwsze miejsce wrześniowego rankingu GIP60 z miesięcznym wzrostem wartości rynkowej na poziomie 13.1% przypadło FERRUM. Drugim stopniem podium może pochwalić dla ALCHEMIA za wzrost wartości o 8.2%, a trzecim miejscem LENA LIGHTING za wzrost ceny akcji o 8.1%. Paradoksalnie, mimo ogólnie złej koniunktury giełdowej na akcjach spółek z branży hutniczej i metalurgicznej, najwyższymi stopami zwrotu wśród wszystkich spółek GIP60 osiągnęły dwie spółki z tej branży.

Największy wpływ na wyniki FERRUM miały informacje o wysokości pakietu zamówień między nią, a spółką IZOSTAL, który opiewa na kwotę 24.9 mln EUR. Innym czynnikiem, który wywołał pozytywną reakcję rynku była informacja o zmianach w statucie spółki, dokonanych przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie, pozwalających na jej reorganizację.

W październiku miało miejsce kolejne ciekawe zdarzenie związane z tą spółką, a mianowicie wezwanie do zapisu na sprzedaż jej akcji, ogłoszone przez Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw. Potwierdził on planowane zwiększenie zaangażowania udziału Skarbu Państwa w FERRUM, pozwalające uzyskać ponad 50% udziału.

Na kurs akcji ALCHEMIA duży wpływ mają obecnie działania zakulisowe związane w tym przypadku z programem skupu akcji własnych przez zarząd, w celu dalszej odsprzedaży. We wrześniu na kurs akcji ALCHEMII pozytywnie wpłynęły ogłoszone pod koniec sierpnia bardzo dobre wyniki finansowe za pierwsze półrocze 2018 roku. Wzrost przychodów do poziomu 586 mln zł (+24,8% r/r) i wypracowanie solidnego zysku na poziomie 26 mln zł w porównaniu ze stratą 0.5 mln zł rok wcześniej, a także wysokie nakłady inwestycyjne, zostały pozytywnie odebrane przez inwestorów.

Wzrost przychodów w pierwszym półroczu zaraportowała również spółka LENA LIGHTING, jednak w jej przypadku wiązało się to ze spadkiem zysku niemalże o połowę, co wywołało mieszane reakcje inwestorów. Pozytywnymi sygnałami płynącymi z raportu okresowego są znaczna poprawa płynności i wzrost dodatniego salda przepływów pieniężnych z działalności operacyjnych. Również w przypadku LENA LIGHTING członkowie zarządu, korzystając z atrakcyjnych wycen na GPW, przystąpili do zakupu akcji spółki.

Załamanie nastrojów w spółkach produkcyjnych

Przyglądając się realnym aspektom działalności polskich firm produkcyjnych należy zwrócić uwagę na największy od ponad 4 lat spadek nowych zamówień eksportowych. Patrząc szerzej, ogólnie koniunktura w polskim sektorze przemysłowym, po długim okresie doskonałych wyników, znalazła się blisko stagnacji. Ogólna liczba zamówień spadła po raz pierwszy od października 2016 roku, podczas gdy nastroje kadry menedżerskiej badane za pomocą wskaźnika PMI spadają już trzeci miesiąc z rzędu. Tym razem wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu zatrzymał się na poziomie 50.5 punktów, wydłużając sekwencję odczytów powyżej granicy 50 punktów do 4 lat, ale jest to poziom tak niski, że może się okazać, iż był to ostatni pozytywny odczyt tej serii.

PMI spadło nie tylko w Polsce, ale również w całej strefie Euro, gdzie nastąpiła redukcja z 54.6 punktów w sierpniu do 53.2 we wrześniu. Duży wpływ na to miało ochłodzenie nastrojów w Niemczech, gdzie PMI spadł z 55.9 do 53.7 punktów, co z oczywistych względów miało spore znaczenia na nastroje panujące w naszym rodzimym przemyśle. Korektę zaliczył także zagregowany wskaźnik PMI obliczany dla całego świata przemysłowego, który z poziomu 52.6 spadł w ciągu ostatniego miesiąca do poziomu 52.2, a chiński PMI przemysłowy zatrzymał się w tym miesiącu na magicznej granicy 50 punktów. Jednak nie wszędzie panowały negatywne nastroje, wzrost PMI zanotowano np. w Stanach Zjednoczonych (z 54.7 do 55.6). Czas pokaże, czy jesień przyniesie nam powrót na ścieżkę wzrostów, czy pogłębi jeszcze bardziej załamanie nastrojów w przemyśle.

Osłabienie nastrojów wśród operacyjnej kadry menedżerskiej i spadek nowych zamówień to połączenie, które zwykle nie wróży nic dobrego dla wartości rynkowej spółek. Jednak właściciele spółek produkcyjnych, korzystając z rekordowo niskich wycen, zwiększają swoje zaangażowanie w akcjonariacie. Może to być sygnał oznaczający, że jesteśmy już blisko dołka i oczekuje się odbicia na rynku. Myślę, że najbliższy czas pokaże, który szczebel kadry menedżerskiej w spółkach produkcyjnych jest bliżej prawdy. Z pewnością dużo będzie zależało od wyników finansowych spółek, które mimo wzrostu przychodów bardzo często w ostatnim czasie notowały spadek zysków – komentuje Maciej Zaręba z DSR, współtwórca Giełdowego Indeksu Produkcji.

***

Giełdowy Indeks Produkcji to wspólne przedsięwzięcie firmy DSR, serwisu analitycznego „Produkcja.Expert” oraz Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej.

Indeks obejmuje 60 spółek produkcyjnych notowanych na Rynku Podstawowym GPW i pokazuje zmianę nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej. Ze względu na precyzyjną analizę wyników poszczególnych przedsiębiorstw produkcyjnych indeks GIP może stanowić wiarygodny barometr faktycznego stanu sektora produkcyjnego.

Giełdowy Indeks Produkcji jest indeksem typu cenowego, więc przy jego kalkulacji nie uwzględnia się dochodów z tytułu dywidend. Za dzień bazowy (pierwszy dzień publikacji, w którym indeks przyjął wartość 1000) został uznany dzień 1 stycznia 2016 roku.

Słabszy wzrost na wyspach. Walka z inflacją nad Bosforem

Wielka Brytania pokazała dzisiaj dane na temat wzrostu PKB oraz sprzedaży detalicznej. Turcja ponownie odkrywa makroekonomię. Rzym stara się uspokoić rynki.

Dane z wysp

Dzisiaj o 10:30 poznaliśmy dwa ważne odczyty dla brytyjskiej gospodarki. Wzrost PKB oraz produkcję przemysłową. Pierwszy odczyt spowolnił do 1,5% z oczekiwanych 1,6% z kolei produkcja rośnie o 1,3% wobec spodziewanego 1%. Oznacza to, że znacznie bardziej tracą usługi. Jak zareagował na te dane funt? Pomimo tego, że można je uznać za  w miarę neutralne brytyjska waluta zareagowała spadkiem. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że od kilku dni funt wyraźnie zyskiwał na wartości i wielu inwestorów czekało na moment do realizacji zysków.

Turcja walczy z inflacją

Problem rosnących cen w Turcji nie jest nowy. Nie zmienia to faktu, że ostatnimi czasu nasila się. We wrześniu ceny rosły już o 24,5% w skali roku, nie jest to oczywiście Wenezuela, ale budzi już niepokój bo to ósmy najgorszy wynik na świecie. Powodem jest słabnąca waluta, która powoduje, że nie opłaca się import z zagranicy, a krajowi producenci wolą eksportować towar zamiast sprzedać go w kraju. Kraj ten znany jest natomiast z niekonwencjonalnych rozwiązań. Jak można zwalczyć inflację? Można namówić sprzedawców by nie podnosili cen. Proste? Niby tak, ale wielu ekonomistów powie, że to się nie powinno udać z wielu powodów i że prawa popytu i podaży spowodują brak towaru po niższych cenach. Nie mniej zięć prezydenta Erdogana piastujący stanowisko ministra finansów sprawdzi czy teoria pokryje się z praktyką. Co ciekawe część sieci odpowiedziała pozytywnie na apel. Skala obniżek nie jest oczywiście wystarczająca na razie.

Włoski dług straszy

Zapowiedzi Włoch na temat spełniania zapowiedzi wyborczych w tym dochodu gwarantowanego nie budzą zrozumienia na rynkach finansowych. Dowodem tego jest rosnąca rentowność włoskich papierów dłużnych. Wczoraj przez chwilę była ona aż o 3% wyższa od rentowności niemieckiej opartej wszakże na tej samej stopie procentowej. Oznacza to, że inwestorzy każą sobie płacić 3% rocznie więcej za ryzyko trzymania włoskich obligacji względem niemieckich. Minister finansów Włoch uspokoił sytuację, ale co najwyżej ograniczył skalę problemu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl