Isabel Ye / Jakub Makurat (Ebury): Coraz więcej chińskich firm chce inwestować w Polsce

Relacje handlowe polsko-chińskie są coraz lepsze. Nie tylko Chińczycy decydują się na inwestycje w Polsce, ale i polskie firmy chętnie szukają możliwości współpracy.

Coraz więcej chińskich firm decyduje się na przyjazd do Polski i inwestycje w naszym kraju. Wpływ na to ma wiele czynników. Przede wszystkim Polska ma świetne położenie geograficzne. Ta lokalizacja jest wykorzystywana jako baza, z której łatwo dotrzeć do innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Ponadto w Polsce są niskie koszty utrzymania w porównaniu do innych części Unii Europejskiej. Dodatkowo Polacy są bardzo wysoko wykwalifikowanymi pracownikami. Te wszystkie czynniki sprawiają, że Polska jest coraz bardziej atrakcyjna i przyciąga większe ilości chińskich inwestycji i firm.

Relacje polsko-chińskie mają już kilkudziesięcioletnią tradycję. Chiny są przede wszystkim ogromnym dostawcą dóbr powszechnego użytku. Dlatego to import ma duże znaczenie w chińskiej gospodarce. Jest duża różnica pomiędzy polskim importem z Chin a polskim eksportem z Chin. Mamy przyrosty na poziomie kilkunastu procent w imporcie, za to eksport urósł w ciągu ostatnich kilku lat o 50%.

Dużym wpływem na relacje polsko-chińskie ma inicjatywa „16+1”, czyli współpraca między 16 państwami z byłego bloku komunistycznego będącymi teraz w Unii Europejskiej a Chinami.

Isabel Ye, Corporate Development Menager Ebury, Jakub Makurat, Dyrektor Generalny Ebury na Polskę.

Państwo zabiera zlecenia na ochronę obiektów sektora publicznego. Polski Holding Ochrony interweniuje w Kancelarii Premiera

Warszawa, 14 sierpnia 2018. Polski Holding Ochrony, który w maju wyraził zaniepokojenie związane z pozbawianiem prywatnych firm możliwości realizacji usług ochrony zlecanych przez państwowych zleceniodawców i zadał w tej sprawie pytania premierowi Morawieckiemu, wyraża zdziwienie wyjaśnieniami otrzymanymi od jego Kancelarii – według których m.in. premier de facto „umywa ręce” od wyboru odpowiedniej formy usługi przez publicznych zleceniodawców. Holding ponownie wskazuje też, że usługa ochrony realizowana przez publiczne podmioty (spółki czy służby państwowe) jest ponad dwukrotnie droższa niż realizowana dotąd przez firmy prywatne, co stanowi większe obciążenie dla budżetu państwa.

Polski Holding Ochrony, w skierowanym w odpowiedzi na otrzymane wyjaśnienia z Kancelarii Premiera piśmie, przedstawia swoje wątpliwości, podtrzymując jednocześnie te, którymi podzieliła się w swojej korespondencji w maju.

Jako reprezentant branży ochrony, chcieliśmy wiedzieć „na czym stoimy” czyli: dlaczego sektor publiczny ogranicza de facto prywatnym firmom możliwość realizacji zleceń i powierza je ponad dwukrotnie droższym podmiotom państwowym – mówi Sławomir Wagner, z rady nadzorczej Polskiego Holdingu Ochrony, a jednocześnie były długoletni prezes Polskiej Izby Ochrony. Dodaje, jaki był cel uzyskania odpowiedzi od Kancelarii Premiera: – Dzięki klarownej informacji, wiele firm, które – w mniejszej lub większej części – wiąże swą strategię ze zleceniami dla sektora publicznego, mogłoby określić, jak wyglądać powinna teraz ich działalność. Czy od teraz mają raczej koncentrować się np. w większym stopniu na usługach dla sektora prywatnego?

Niepokój Holdingu budzi w szczególności wyjaśnienie, że „Prezes Rady Ministrów, działający jako walne zgromadzenie (mający przy tym większościowy pakiet akcji), nie może wydawać zarządowi wiążących poleceń dotyczących spraw spółki”. Zdaniem Polskiego Holdingu Ochrony jedną z ważniejszych funkcji osób będących członkami organów  nadzorczych w spółkach skarbu państwa – wskazanych przez niego i pozytywnie zaopiniowanych przez Radę do spraw spółek z udziałem Skarbu Państwa – to zwracanie uwagi zarządom tych spółek w przypadkach podejmowania między innymi błędnych decyzji wpływających na wzrost kosztów działalności przedsiębiorstw.

Dlatego też nie możemy się zgodzić z – znajdującym się w otrzymanym od KPRM wyjaśnieniu – stwierdzeniem, że „Prezes Rady Ministrów, działający jako walne zgromadzenie (mający przy tym większościowy pakiet akcji), nie może wydawać zarządowi wiążących poleceń dotyczących spraw spółki” – czytamy w skierowanym przez PHO w odpowiedzi na wyjaśnienie KPRM piśmie. Jego autorzy uważają, że tak jak w pozostałych spółkach działających w oparciu o kodeks spółek handlowych, gdzie nadrzędnym celem jest działanie zgodnie z zasadami rachunku ekonomicznego, tak też powinno odbywać się to w spółkach Skarbu Państwa będących w nadzorze rządu RP, tym bardziej, że wydatkowane są tam pieniądze z podatkowych obciążeń wszystkich obywateli RP.

Według naszej oceny należało by doprowadzić do rzetelnej analizy, pod kątem ekonomicznym, podejmowanych przez zarządy tych spółek decyzji o powoływaniu własnych spółek do ochrony i czy w takim przypadku nie marnotrawione są publiczne środki – dodają autorzy pisma Polskiego Holdingu Ochrony. Podkreślają jednocześnie, że koszty funkcjonowania takich państwowych podmiotów przeznaczonych do świadczenia usług ochrony są droższe niż firm prywatnych.

W dalszym ciągu podtrzymujemy swoje stanowisko zawarte w naszym piśnie z dnia 11 maja br., że tak konfigurowana ochrona obiektów spółek Skarbu Państwa będących w nadzorze Rządu RP (powoływanie własnych spółek do zapewnienia bezpieczeństwa z pełnym zapleczem administracyjnym) generuje ponad dwukrotnie wyższe koszty  – czytamy w piśmie. Polski Holding Ochrony zwraca tu uwagę na konkretną wysokość stawek.

W przypadku firm prywatnych (komercyjnych), które do niedawna głównie świadczyły usługi ochrony dla podmiotów publicznych, osiągały one poziom około 20 zł za jedną roboczogodzinę, natomiast, według posiadanej przez nas wiedzy, koszt jednej roboczo godziny ochrony realizowanej przez własne spółki powoływane do tego celu wynosi ponad 45 zł. Analogiczna wysokość dotyczy też usługi realizowanej przez firmy państwowe mające w swojej ofercie ochronę bądź służby państwowe, którym zadania ochronne i recepcyjne zostają teraz powierzone – mówi Sławomir Wagner, dodając jednocześnie, że pomimo tak dużych różnic kosztów (odpowiednio 20 i 45 zł. za roboczogodzinę), pracownicy ochrony de facto nie zarabiają więcej w firmach państwowych.

Polski Holding Ochrony, w  korespondencji do Kancelarii Premiera podkreśla też, że taki stan rzeczy wprost przekłada się na większe obciążenie dla budżetu Państwa, a zatem – dla wszystkich podatników, którzy go zasilają swoimi pieniędzmi. Sławomir Wagner dodaje jednocześnie, że pomimo tak dużych różnic w wysokości stawek (wspomniane wyżej 20 zł za roboczo godzinę w przypadku firm prywatnych, a 45 zł – w przypadku firm tworzonych przez sektor publiczny), zatrudnione w obu rodzajach firm osoby de facto zarabiają tyle samo.

Autorzy pisma przypominają też o sytuacji, jaka dominuje dziś na rynku kontraktów publicznych w ochronie:

Do niedawna jeszcze mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdzie kontraktowano tego rodzaju usługi od komercyjnych firm ochrony, przy czym jedynym kryterium była najniższa cena, bo tak były kalkulowane budżety zamawiających – czytamy w piśmie, którego autorzy zgadzają się ze spostrzeżeniem premiera, że „ochrona obiektów ważnych dla bezpieczeństwa publicznego i innych ważnych interesów państwa nie może opierać się wyłącznie na kalkulacji cenowej…”. Dziwią się jednak tak radykalną zmianą w tym zakresie, gdyż wcześniej w kalkulacjach cenowych nie uwzględniano czynnika, jakim jest ochrona obiektów ważnych dla bezpieczeństwa publicznego i państwa, który (znacznie) podnosiłby koszt takiej ochrony.

W 2018 r. będzie ciężko o nadwyżkę w handlu zagranicznym

Najnowsze wyniki GUS dla obrotów towarowych handlu zagranicznego pokazały, że w pierwszej połowie 2018 r. wartość polskiego eksport wyniosła 107,6 mld euro i była wyższa o 5,7% w porównaniu z wynikiem zanotowanym rok temu. Import z obrotami rzędu 108,8 mld euro urósł mocniej, bo o 7,9% r/r. Utrzymało się tym samym ujemne saldo wymiany handlowej (-1,2 mld euro). Dalszy szybszy wzrost importu może oznaczać, że po 3 latach dodatniego bilansu, rok 2018 Polska może zakończyć na lekkim minusie, zapowiadają analitycy międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA.

Radosław Jarema
Radosław Jarema

O tym, że w 2018 r. import może dogonić eksport i przeważyć szalę salda wymiany zagranicznej Polski mówiło się już pod koniec zeszłego roku. W I kwartale br. różnica między tempem wzrostu wartości eksportu (3,9% r/r) i importu (6,9% r/r) była spora, bo prawie dwukrotna. – Na wyniki polskiego handlu zagranicznego w pierwszych miesiącach 2018 r. duży wpływ miał mocny złoty. Przy silniejszej walucie krajowej eksportujące firmy, które zapłatę za swoje towary otrzymywały w walucie zagranicznej, tracą przy przewalutowaniu część swojej marży. Nawet jeśli dobrze sobie radzą, końcowy wynik jest obniżany przez różnicę kursową – wyjaśnia Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału instytucji płatniczej AKCENTA, która zajmuje się obsługą transakcji walutowych firm z sektora MŚP.

Wahania kursów to odwieczny problem wszystkich przedsiębiorców prowadzących wymianę handlową. – Jeśli handlująca z zagranicą firma nie zabezpieczy odpowiednio swojego kontraktu przeznaczonymi do tego narzędziami, np. transakcją forward, to zdaje się na „walutową huśtawkę”. Jej marża będzie zależna od zmian na rynku walutowym i nastrojów na świecie. Niestety, z wysokim poziomem zmienności i ryzyka na rynkach przyjedzie nam się mierzyć prawdopodobnie przez dłuższy czas, szczególnie w związku z nieprzewidywalną prezydenturą Donalda Trumpa – dodaje ekspert AKCENTY. W I półroczu br. różnica między tempem eksportu i importu zmniejszyła się do 2,2%. Jednocześnie w stosunku do złotówki umacniały się także euro i dolar – główne waluty, w których zawierane są zagraniczne kontrakty firm z Polski.

W 2018 r. bilans handlowy pod kreską?

Dane GUS za pierwsze sześć miesięcy br. wykazały, że Polska notuje ujemny wynik salda wymiany handlowej. Rok wcześniej wartość polskiego bilansu obrotów towarowych handlu zagranicznego w I półroczu wynosiła prawie 1 mld euro. Cały rok 2017 także zamknęliśmy dodatnim bilansem (0,5 mld euro). Dla porównania, w roku 2016 nadwyżka wynosiła już 3,9 mld euro. – Polski handel zagraniczny 3 lata z rzędu notował dodatni bilans wymiany. Obecnie jednak, przy szybszym tempie wzrostu wartości importu niż eksportu możemy spodziewać się ujemnego wyniku salda na koniec roku – zauważa Radosław Jarema. Ekspert AKCENTY wskazuje jednocześnie, że ujemny bilans wcale nie musi być w naszym przypadku złą informacją. – Polska nadal utrzymuje wysokie tempo wzrostu eksportu, a to że import rośnie szybciej może pokazywać m.in., że polskie firmy się rozwijają, więcej produkują i potrzebują materiałów, komponentów. Wysoki import świadczy także o rosnącej konsumpcji w kraju. Dzięki coraz wyższym płacom i niskiemu bezrobociu rośnie siła nabywcza polskiego społeczeństwa. Dodatkowo, wyższa wartość importu jest także pochodną ostatnich podwyżek cen ropy, której jesteśmy importerem netto – tłumaczy przedstawiciel AKCENTY.

Kierunek unijny dominuje, ale…

W strukturze odbiorców polskiego eksportu towarów niezmiennie dominuje kierunek unijny, który z roku na rok zwiększa swój udział w polskim wywozie. W I połowie br. sięga już 80,3%, w analogicznym okresie rok wcześniej wynosił 80%. Dominacja UE wśród naszych rynków zbytu jest bezsprzeczna, ale eksperci AKCENTY zwracają też uwagę na dużą aktywność eksporterów na kierunkach pozaunijnych, jak USA i Rosja. – W 2017 r. obserwowaliśmy imponujący wzrost wartości sprzedaży na rynek amerykański. Jak bardzo imponujący? Wystarczy powiedzieć, że na koniec tego okresu, wg danych GUS, wartość polskiego eksportu do USA była wyższa niż rok wcześniej aż o ponad 1/4, czyli blisko 1,2 mld euro – wskazuje Radosław Jarema. Stany Zjednoczone zdążyły już awansować do pierwszej dziesiątki najważniejszych rynków zbytu dla polskiego eksportu i w I półroczu 2018 r. utrzymują 9. pozycję, z 8,6% wzrostem sprzedaży r/r. – Duże ożywienie w 2017 r. widać było także na rynku rosyjskim, obroty naszych eksporterów wzrosły na nim o 18,4% r/r. W roku obecnym, są one wyższe o 9,6% r/r, ale biorąc pod uwagę bardzo wysoki przyrost z poprzedniego roku i tym samym wysoką bazę, to nadal bardzo dobry wynik – dodaje ekspert AKCENTY.

ID Logistics podsumowuje II kwartał 2018 r.

Magazyn ID Logistics

ID Logistics, jeden z europejskich liderów w logistyce kontraktowej, podsumował działalność w 2. kwartale 2018 roku. W tym okresie przychody firmy wzrosły o 8,3 proc.* do poziomu 353 mln EUR. Grupa ID Logistics podpisała nowe kontrakty i uruchomiła kolejne centra dystrybucyjne, tym samym umacniając swoją pozycję na rynku logistyki kontraktowej. W 1. półroczu 2018 roku przychody osiągnęły poziom 680,4 mln EUR i wzrosły o 6,1 proc.*

Grupa ID Logistics odnotowała dobre wyniki w każdym z 17 krajów, w których prowadzi swoją działalność.  Największą dynamikę wzrostu osiągnięto we Francji, na macierzystym rynku Grupy. Dzięki pozyskaniu nowych kontraktów w 2. kwartale przychody wyniosły 175,8 mln EUR i wzrosły o 10,3 proc, podczas gdy w 1. kwartale było to 3,1 proc. Z kolei przychody z działalności na rynkach międzynarodowych (poza Francją) zwiększyły się o 6,4 proc.* do 177,5 mln EUR, mimo niekorzystnych wpływów kursów walut szczególnie odczuwanych w Argentynie i Brazylii.  Dla porównania, w 1. kwartale przychody Grupy z działalności międzynarodowej wzrosły o 4,5 proc.

ROZWÓJ BIZNESU

ID Logistics konsekwentnie bierze udział w konkurencyjnych przetargach i zwiększa udziały na rynku logistyki kontraktowej w każdym z krajów, gdzie prowadzi działalność. W 2. kwartale br. Grupa ID Logistics podpisała wiele nowych kontraktów, rozszerzyła zakres współpracy z dotychczasowymi klientami i uruchomiła kolejne centra dystrybucyjne.

We Francji Conforama powierzy ID Logistics zarządzanie nowym magazynem, który zostanie uruchomiony w Tournan en Brie w regionie paryskim. Obiekt o powierzchni 177 tys. mkw., obsługiwany przez około 400 pracowników, będzie jednym z największych tego typu magazynów w Europie. Operator będzie wspierać transformację wielokanałowej sprzedaży swojego klienta, odpowiadając za zorganizowanie wszystkich przepływów towarów w jednej lokalizacji, co z kolei umożliwi mu rozszerzenie portfolio produktów i skrócenie czasu dostawy. W Rosji ID Logistics zwiększył zakres współpracy z siecią handlową Auchan. W ciągu najbliższych tygodni operator uruchomi aż trzy krajowe magazyny o łącznej powierzchni 50 tys. mkw. Dwa z nich będą nowymi obiektami, natomiast trzeci to przejęcie już istniejącego magazynuW Holandii Grupa rozszerzyła współpracę z PPG Industries (światowy lider w produkcji farb, lakierów, materiałów chemicznych, wyrobów optycznych, szkła i włókien szklanych), przejmując obsługę centrum dystrybucyjnego PPG w Amsterdamie. Magazyn o powierzchni 16 tys. mkw. wyposażony jest w zautomatyzowany system przyjęcia, magazynowania i wydania oparty na przenośnikach i układnicach paletowych. To właśnie stąd artykuły oferowane przez jednostkę biznesową Architectural Coatings dostarczane są do sieci detalicznych i innych odbiorców w krajach Beneluksu, Niemczech, Austrii i Szwajcarii.

ID LOGISTICS W POLSCE

W 2. kwartale również w Polsce ID Logistics utrzymało dynamiczne tempo rozwoju, zgodnie z przyjętym planem.

W 2018 roku powinien nastąpić bardzo dynamiczny wzrost sprzedaży ID Logistics w Polsce, z oczekiwanym wzrostem na poziomie ponad 20 proc. Będzie to możliwe głównie dzięki 3 nowym magazynom, które uruchomiliśmy w 2017 roku (Gliwice dla Mieszko, Bydgoszcz dla Carrefour i Grodzisk Mazowiecki dla Pepsico), ale także dzięki wzrostowi wolumenów i rozszerzaniu zakresu usług we wszystkich naszych magazynach” mówi Yann Belgy, dyrektor generalny ID Logistics Polska. „W pierwszym półroczu 2018 roku skupiliśmy się przede wszystkim na pełnej stabilizacji nowych aktywności, i to jest już zakończone. Teraz pracujemy nad projektami, które mają być realizowane w drugim półroczu, w tym rozwijaniem współpracy z naszymi nowymi i obecnymi klientami, np. e-commerce dla Norauto, oraz w magazynach. W kontekście bardzo trudnego rynku pracy rozwój jest możliwy tylko dzięki ścisłej współpracy z klientem, strategii silnie ukierunkowanej na innowacyjność i dużego nacisku na zarządzanie zasobami ludzkimi”.

*przy stałych kursach wymiany walut.

Tylko 11% kandydatów do pracy jest zadowolonych z procesu rekrutacji

Dziś w rekrutacji nie ma miejsca na błędy. Jednak tylko 11 proc. kandydatów, którzy uczestniczyli w ciągu ostatniego roku w procesach rekrutacyjnych oceniło je jako prowadzone nienagannie. Najczęściej rozczarowanie specjalistów i menedżerów budzi długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy – z tym problemem spotkał się co drugi kandydat badany w raporcie Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów”[i].

Nieco ponad 50% firm w Polsce ma obecnie problem ze znalezieniem odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. Przede wszystkim dlatego, że w większości branż stale zwiększa się liczba ofert pracy przypadających na jednego kandydata. Jednocześnie aż 72 proc. specjalistów nie szuka aktywnie zatrudnienia. Bierny kandydat oczekuje zatem, że to pracodawca do niego dotrze, a on będzie mógł wybrać najbardziej atrakcyjną ofertę.

Tam gdzie deficyt i zapotrzebowanie na pracownika wzrasta, sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, ponieważ kandydaci coraz częściej rezygnują w trakcie trwania procesu rekrutacji. Jak wynika z naszych obserwacji, powodem nie jest wyłącznie propozycja lepszego stanowiska czy wyższe wynagrodzenie oferowane przez konkurencję, ale w dużym stopniu również błędy po stronie potencjalnego pracodawcy. Kandydat, który nie otrzyma informacji zwrotnej lub konkretnej oferty w określonym przez obie strony czasie, najczęściej rezygnuje z procesu lub decyduje się na inną propozycję. Kluczową rolę odgrywa przede wszystkim partnerskie podejście do kandydata, sprawne działanie w trakcie procesu rekrutacji i jasna komunikacja. To z kolei przekłada się na pozytywny wizerunek pracodawcy i zmniejsza liczbę rezygnacji potencjalnych pracowników – mówi Kamil Tomczyk, Senior Consultant w firmie rekrutacyjnej Antal. 

Błąd 1: Zbyt długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy

Z tym problemem spotkała się połowa badanych w raporcie Antal. Dla kandydata, który jest zaangażowany w proces rekrutacji, niezwykle ważne jest, by być w stałym kontakcie z działem HR. Komunikacja z kandydatem powinna przebiegać sprawnie i zrozumiale, tak, by nie generować na każdym etapie pytań czy zbędnie przedłużać procesu decyzji. To przekłada się na korzystny wizerunek organizacji i najbardziej efektywny sposób budowania marki pracodawcy. Z kolei niedotrzymanie terminu, nieprzekazanie informacji zwrotnej lub jej brak, spowodują, że kandydat podejmuje współpracę z innym pracodawcą, a sam proces oceni negatywnie.

Błąd 2: Brak informacji na temat planowanego przebiegu procesu rekrutacyjnego

Co trzeci kandydat, który brał udział w procesach rekrutacyjnych w ciągu ostatniego roku, nie otrzymał informacji na temat planowanego przebiegu rekrutacji – wynika z raportu Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów”. Jak podkreśla Kamil Tomczyk, rekruter z Antal – aby uniknąć frustracji ze strony kandydata, pracodawca powinien jasno określić planowany przebieg procesu i formy poszczególnych etapów rekrutacji już na samym początku rozmów.

Jeżeli natomiast nie jest to możliwe, warto uczciwie przedstawić sytuację kandydatowi. Nawet jeśli rekrutacja nie zakończy się zatrudnieniem pracownika, to rzetelny i szczery pracodawca zostanie dobrze zapamiętany, a kandydat chętniej wróci do firmy przy okazji kolejnych procesów lub zarekomenduje go znajomym – dodaje Kamil Tomczyk.

Błąd 3: Brak dostarczenia informacji o firmie/zakresie obowiązków/dziale podczas spotkania rekrutacyjnego

Aż 28 proc. specjalistów i menedżerów przyznaje, że po zakończonej rozmowie kwalifikacyjnej posiada niewielką ilość informacji na temat danego stanowiska i zakresu obowiązków. Ponadto, duża liczba pytań do kandydata, w zamian za zdawkowy opis ze strony pracodawcy powoduje, że potencjalny pracownik może odebrać podejście firmy jako mało profesjonalne. Oczywiście, zdarza się, że specyfika danej rekrutacji nie pozwala na zdradzenie detali i precyzyjne omówienie tematu, więc warto na samym początku uprzedzić kandydata o takiej sytuacji i przekazać możliwie jak najwięcej danych na temat samej organizacji i stanowiska – tak, by miał poczucie, że wyszedł ze spotkania z wzajemną korzyścią.

[i] Pełna wersja raportu jest dostępna pod linkiem: https://antal.pl/trendy/raporty-rynku-pracy/244-aktywnosc-specjalistow-i-menedzerow-na-rynku-pracy

Badanie Antal ”Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” przeprowadzone było metodą CAWI w terminie 14.03-7.05. 2018 roku. W badaniu wzięło udział 1125 respondentów z całej Polski, średnio mających 38 lat i 14 lat doświadczenia zawodowego.

BioMaxima S.A. poprawia wyniki i chce rosnąć dzięki programowi inwestycyjnemu

BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, wypracowała w 2 kw. 2018 r. zysk netto na poziomie skonsolidowanym w wysokości 514 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 8.175 tys. zł. Spółka osiągnęła znaczący wzrost wyników finansowych i to pomimo realizowanych obecnie wielu kapitałochłonnych projektów inwestycyjnych, które pozwolą na wzrost rentowności i umacnianie pozycji rynkowej.

Po dwóch kwartałach 2018 r. jednostkowy zysk netto Emitenta wyniósł 674 tys. zł, a przychody netto ze sprzedaży 15.019 tys. zł. Z kolei skonsolidowany zysk netto BioMaxima S.A. w pierwszym półroczu 2018 r. sięgnął 765 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 16.097 tys. zł. Osiągnięte przez Spółkę wyniki finansowe zarówno w ujęciu jednostkowym, jak i skonsolidowanym, wykazują wyraźny wzrost w ujęciu rdr. i to w najważniejszych pozycjach Rachunku Zysków i Strat. Zarząd BioMaxima S.A. jest zadowolony z zanotowanych wyników finansowych, tym bardziej, że skala prowadzonych projektów inwestycyjnych jest bardzo duża i mocno angażuje zasoby Spółki oraz generuje dodatkowe koszty.

„Wykonaliśmy sporo pracy w obszarze sprzedaży i produkcji w zeszłym i w pierwszej połowie tego roku, co teraz przynosi rezultaty. Poprawę wskaźników finansowych zawdzięczamy zwiększonemu w porównaniu do analogicznego okresu 2017 roku udziałowi wyrobów w przychodach ogółem, czyli dzięki realizowanej wyższej marży a także m.in.  innemu sposobowi rozliczania nakładów na prace badawczo-rozwojowe oraz niektórych pozycji towarów handlowych w 2017 roku w porównaniu do lat poprzednich, co ma odzwierciedlenie w wartości tegorocznej amortyzacji. Mamy również pozytywne wiadomości ze spółek rumuńskich, gdzie wbrew zwyczajnemu trendowi, udało się zrealizować znacznie wyższą sprzedaż w pierwszej połowie roku. Działamy oczywiście pod obciążeniem projektów inwestycyjnych, które znacznie angażują zasoby Spółki i pod tym względem najcięższy będzie trzeci kwartał, ale w ostatnim kwartale br. powinniśmy już zacząć odczuwać efekty nowych inwestycji.” – wyjaśnia Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

BioMaxima S.A. konsekwentnie zwiększa udział przychodów ze sprzedaży wyrobów w przychodach ogółem i zamierza przyśpieszyć ten trend dzięki zakończeniu budowy nowego Zakładu Produkcyjnego, który pozwoli wprowadzić nowe pozycje asortymentowe mające zastąpić aktualnie dystrybuowane produkty. Pozwoli to zwiększyć marżę uzyskiwaną ze sprzedaży wyrobów, co pozytywnie wpłynie na rentowność Spółki oraz na dalsze umacnianie jej pozycji rynkowej w najważniejszych kategoriach handlowych.

Produkowane przez Emitenta krążki antybiotykowe i gotowe podłoża na płytkach do badań lekowrażliwości (AST) oraz podłoża chromogenne otrzymały pozytywną opinię Krajowego Ośrodka Referencyjnego ds. Lekowrażliwości Drobnoustrojów (KORLD), który wydaje rekomendacje dla wszystkich laboratoriów mikrobiologicznych w Polsce. Obecnie w finalnej fazie znajduje się nowa innowacyjna technologicznie linia do produkcji krążków AST o znacznie wyższej wydajności, która zostanie zainstalowana w nowym Zakładzie Produkcyjnym. BioMaxima S.A. obserwuje bardzo wysokie międzynarodowe zainteresowanie swoją ofertą dla tej linii produktowej, a barierą rozwojową był dotychczas ograniczony potencjał wytwórczy Spółki. Zarząd BioMaxima S.A. oczekuje, że uzyskana rekomendacja KORLD wraz ze zwiększonymi mocami produkcyjnymi umożliwią wyraźny wzrost udziału w polskim rynku i dalszą ekspansję zagraniczną, zwiększając w ten sposób uzyskiwane marże.

„Pozytywna opinia KORLD to bardzo dobra wiadomość. Krążki dyfuzyjne to największy segment szybko rosnącego rynku badania lekowrażliwości, szacowanego w zeszłym roku na 2,71 miliarda USD. Jesteśmy monopolistą jeżeli chodzi o produkcję krążków w tej części Europy i jedną z niewielu na świecie firm je produkujących. Oczekujemy więc, że nowe moce produkcyjne związane z instalacją nowej linii bezpośrednio przełożą się na znaczącą poprawę rentowności wyrobów ogółem. Podobnie jak inwestycje w linie do produkcji suplementów, dip-slide, czy znaczna automatyzacja pozostałych procesów produkcyjnych w obrębie mikrobiologii tak i rozbudowa mocy w tym zakresie poprawi wskaźniki finansowe Spółki oraz wzmocni pozycję BioMaxima S.A. na rynku krajowym oraz za granicą.” – zakończył Prezes Urban.

Emitent rozpoczął już produkcję pierwszych egzemplarzy nowego analizatora biochemicznego BM200, które zostały sprzedane na rynkach zagranicznych (Rumunia, Egipt) oraz w Polsce. Budowa nowego Zakładu Produkcyjnego oraz Centrum Badawczo-Rozwojowego (CBR) weszła w fazę wykończenia. Zainstalowana została część nowych maszyn oraz urządzeń stanowiących wyposażenie linii produkcyjnych w nowym zakładzie, a także wyposażono niektóre laboratoria w CBR. Do końca września br. planowane jest zakończenie procesu migracji zakładów z Warszawy oraz z Gdańska.

Podczas czerwcowego ZWZA Akcjonariusze BioMaxima S.A. podjęli Uchwałę w sprawie warunkowego podwyższenia kapitału zakładowego związanego z Programem Opcji Menedżerskich. Poprzez przyjęcie Programu Motywacyjnego Spółka chce powiązać poziom wynagrodzeń Zarządu ze wzrostem jej wartości oraz umożliwić pozyskanie oraz utrzymanie osób zarządzających, dzięki którym Spółka będzie mogła nadal rozwijać się w wysokim tempie. Program Motywacyjny ma także pomóc spełnić kryteria kapitałowe związane ze zmianą rynku notowań na rynek regulowany GPW w Warszawie.

Do Chin ponownie trafi polski drób. KUKE chce ubezpieczać polskich producentów drobiarskich

Niedawno podpisany został bilateralny protokół o eksporcie polskiego mięsa drobiowego do Chin. To niezmiernie istotna umowa z punktu widzenia naszych producentów, która otwiera rynek o nieograniczonych możliwościach. Może być początkiem szerszej współpracy polsko-chińskiej, co umożliwi eksport innych produktów na tamtejszych rynek – jak choćby polskiej wołowiny. W 2017 r. wyeksportowano z Polski 1,4 mln ton drobiu. Eksport kierowano głównie do Unii Europejskiej, a największym pozaeuropejskim odbiorcą był Hongkong. Chiny mogą okazać się przyczółkiem do dalszego reeksportu polskich towarów na pozostałe rynki azjatyckie.

– Rynek chiński obejmuje blisko 1,5 mld konsumentów. Jest największym rynkiem restauracyjnym na świecie, wartym ponad 500 miliardów dolarów rocznie. Będzie w stanie wchłonąć bardzo dużą ilość polskiego drobiu, dla którego popyt w kraju stał się zdecydowanie za mały – powiedział serwisowi eNewsroom Janusz Władyczak, prezes KUKE SA –  KUKE jest w stanie ubezpieczać polskich producentów drobiarskich i ich dostawy do całej Azji. Warto zabezpieczać ryzyko nieotrzymania należności od tamtejszych kontrahentów. Sama cena ubezpieczenia to tylko ułamek kosztu, który potencjalnie należałoby wydać dochodząc swoich praw w sądach chińskich, czy polubownych – gdyby towar nie był ubezpieczony. Oprócz pieniędzy, rozwiązanie takiej sytuacji wymaga bardzo wiele czasu – średnio trwa to ponad 450 dni. Dodatkowo, wyrok sądu  nie zawsze jest później egzekwowalny. Biorąc pod uwagę te czynniki ubezpieczenie należności jest niezwykle istotne. To bardzo skuteczny instrument, który może zapewnić bezpieczeństwo polskiego eksportu drobiu do Chin. KUKE współpracuje obecnie z wieloma firmami, które dostarczają ten towar poza Unię Europejską. Przykładem jest CEDROB, jedno z największych polskich przedsiębiorstw, które nieustannie szuka nowych rynków zbytu dla sowich towarów. Współpraca układa się dobrze już od kilku lat, w trakcie których firma przeprowadziła znaczną ekspansję. Mamy nadzieję, że najnowsza umowa z Chinami da jeszcze większe możliwości i otworzy nowe rynki azjatyckie, gdzie będą trafiały polskie produkty – wskazał Władyczak.

Grupa AFORTI kupuje spółkę windykacyjną LifeBelt

Grupa AFORTI – holding finansowy świadczący usługi pożyczkowe, windykacyjne i faktoringowe dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw oraz zarządzający platformą wymiany walut online dla firm – inwestuje w rozwój usług windykacyjnych. Należąca do Grupy spółka Aforti Collections, zajmująca się zarządzaniem należnościami na rzecz firm z sektora MSP, nabyła 76,9 proc. udziałów w lubelskiej spółce LifeBelt, specjalizującej się m.in. w masowej windykacji na zlecenie banków, firm pożyczkowych, telekomów oraz innych windykatorów. Połączenie spółek – zakładające prowadzenie działalności pod wspólną marką Aforti Collections – pozwoli Grupie AFORTI przede wszystkim na sprawne przeniesienie rozwiązań stosowanych w windykacji wierzytelności masowych na obsługiwany przez Aforti Collections sektor MSP.

W ramach poszerzania wpływów Grupy AFORTI na krajowym rynku windykacyjnym, spółka Aforti Collections kupiła 300 udziałów LifeBelt o wartości nominalnej 1 tys. zł każdy. Wartość transakcji – z uwagi na tajemnicę handlową – nie została ujawniona. Fuzja prawna i operacyjna planowana jest na IV kwartał 2018 roku.

Po połączeniu spółek, to eksperci Aforti Collections odpowiadać będą za procesy sprzedażowe, jak też zapewnią obsługę projektów windykacyjnych przy wykorzystaniu potencjału centrum usług wspólnych Grupy AFORTI, gwarantującego wsparcie IT, usługi rachunkowo-kadrowe oraz obsługę prawną i marketingową. Aforti Collections opracuje także wspólną strategię handlową, która uwzględni know-how oraz doświadczenie obu podmiotów w branży windykacyjnej. Z kolei LifeBelt uzupełni struktury kadrowe Aforti Collections przez włączenie doświadczonego zespołu menadżerskiego, a także dostarczy innowacyjny, autorski system IT, który pozwoli na efektywną obsługę windykacyjną zarówno dużych firm, jak i małych oraz średnich przedsiębiorców, oferujących usługi B2B.

W perspektywie 2-3 lat Aforti Collections zakłada wzmocnienie swojego udziału w rynku windykacji, na którym według danych Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wartość przeprowadzonych transakcji zakupu wierzytelności przekroczyła na koniec III kwartału 2017 roku 104,4 mld zł względem niemal 15 mld zł na koniec 2014 roku.

Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI
Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI

Według branżowych szacunków, z outsourcingu windykacyjnego korzysta w Polsce dopiero około 30 proc. firm, a więc nasycenie rynku nie jest jeszcze duże. Ponadto, coraz większe zadłużenie Polaków oraz rodzimych firm sprawia, że popularność usług windykacyjnych systematycznie rośnie. Jest to jednak nadal rynek rozwijający się, co daje mu duży potencjał wzrostu w kolejnych latach. Stąd strategia, by jeszcze mocniej wejść w ten rynek. Będzie to możliwe między innymi dzięki rozpoznawalnej marce, silnej sprzedaży i efektywnie działającemu centrum usług wspólnych Grupy AFORTI. Z kolei największą rynkową wartością LifeBelt jest know-how w zakresie masowej windykacji należności, co pozwoli nam rozszerzyć spektrum obsługiwanych portfeli windykacyjnych – podkreśla Klaudiusz Sytek, prezes zarządu AFORTI Holding.

Najważniejszym rynkowym celem jest dla nas osiągnięcie efektu synergii. Łącząc siły, obniżymy koszty prowadzenia działalności i przyspieszymy dynamikę wzrostu przychodów. Strategicznym rozwiązaniem będzie nie tylko połączenie i jednocześnie rozszerzenie portfolio naszych dotychczasowych klientów, ale przede wszsytkim wspólna obsługa portfeli wierzytelności. Mowa o nowych, jeszcze bardziej efektywnych rozwiązaniach, tak na poziomie samych usług windykacyjnych,  jak też czysto biznesowym. Dzięki połączeniu zyskujemy profesjonalny zespół sprzedażowy, dział prawny i marketingowy Grupy AFORTI, czyli zaplecze eksperckie w zakresie, w którym dotychczas LifeBelt outsourcował zadania. Tym samym, amortyzacja kosztów przy zwiększonym potencjale sprzedażowym już w pierwszym roku wspólnej działalności powinna przynieść zamierzone wzrosty na poziomie przychodów – dodaje Agnieszka Baran-Płomińska, prezes LifeBelt, która zachowa mniejszościowy pakiet udziałów w spółce.

Po połączeniu Aforti Collections z LifeBelt, centrala windykacyjnej spółki znajdować się będzie w Warszawie, a działalność operacyjna w dwóch ośrodkach, zlokalizowanych we Wrocławiu i Lublinie. Aktualnie obie spółki zatrudniają łącznie niemal 100 pracowników etatowych oraz inspektorów terenowych, przy czym Aforti Collections, zgodnie z przyjętą strategią Grupy, zamierza rozwijać się organicznie i tworzyć kolejne stanowiska pracy.

W 2017 roku LifeBelt obsłużyła portfel wierzytelności o wartości 789 mln zł, a w tym czasie nominalna wartość zleceń windykacyjnych pozyskanych przez Aforti Collections wyniosła 23,4 mln zł. Kapitał zakładowy Aforti Collections – pozyskany dzięki emisji akcji skierowanej do właścicielskiej spółki – wynosi 4 mln zł. Skonsolidowany zysk netto Grupy Aforti Holding wyniósł w 2017 roku niemal 1,22 mln zł.

Cisza po tureckiej burzy, nawałnica danych na horyzoncie

W poniedziałek, przy pustym kalendarzu makro wszystko kręciło się jeszcze wokół załamania kursu liry. We wtorek (i w kolejnych dniach tygodnia), gdy na rynki napłynie cała fala istotnych publikacji, uwaga w większym stopniu przeniesie się na fundamenty.

Dla eurodolara pojawienie się potencjalnych tarapatów w systemie bankowym Starego Kontynentu to kolejny balast, który kurs zepchnął do 200 – tygodniowej średniej ruchomej przebiegającej przy 1,1360. Ostrożnie i sceptycznie podchodzimy do scenariusza nowych silnych spadków po wybiciu majowych i czerwcowych minimów 1,1510. Kurs komfortowo czuł się w przedziale 1,1510 – 1,1850 (a tak naprawdę 1,1750) i spodziewamy się jego tymczasowego zejścia „pięterko niżej”, do nowego, konsolidacyjnego zakresu zmian. Jego granice wyznaczyć powinno 1,13 (szczyt z listopada 2016 roku) i 1,1510 (wybite ostatnio dołki z maja i czerwca tego roku). Widzimy za to przestrzeń do wzrostów kursu USD/CHF ponad parytet. USD/JPY szybko powrócił w kierunku 111,00 a złoto runęło na nowe długoterminowe minima pod 1200 USD. Pokazuje to (wraz z 0,5 proc. spadkiem indeksów na Wall Street podczas poniedziałkowej sesji), że awersja do ryzyka nie będzie się dalej rozlewać jeśli nie wybuchnie gwałtowny kryzys bankowy. Mimo to nie widzimy przed złotym przestrzeni do powrotu na ostatnie dołki i do pułapu 4,25.

W strefie euro dzisiejsza sesja to publikacje najważniejszych odczytów tego tygodnia. Są nimi wstępny szacunek PKB za II kw. oraz niemiecki ZEW, gdyż CPI (pt) jest tylko rewizją. Jednak odczyty mają zero szans na odmienienie stanowiska EBC. Bez tego trudno będzie znaleźć argument do kupna EUR. Ryzyko strat europejskiego sektora bankowego na tureckich aktywach, aspekty techniczne (przełamanie EUR/USD 1,15) i pozycjonowanie inwestorów (wyczekiwanie na wybicie z konsolacji) – wszytko wzmacnia stronę sprzedającą.

Dla funta jest mało prawdopodobne, aby dane makro wybiły się ponad obawy związane z Brexitem i generalny pesymizm inwestorów wobec waluty. Gospodarka rozwija się dobrze (potwierdziły to dane o PKB za II kw.), co skłoniło BoE do podwyżki stóp procentowych. Dobre odczyty wynagrodzeń (dziś o 10:30), CPI (w środę) i sprzedaży detalicznej (w czwartek) mogą przynieść przejściową ulgę, ale trudno będzie odwrócić falę wyprzedaży po przełamaniu istotnych poziomów technicznych na crossach z GBP.

W USA kalendarz zapełnia się w drugiej części tygodnia, ale jest bogaty pod kątem oceny aktywności w poprzednim miesiącu (sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa, rozpoczęte budowy domów), jak i perspektyw na przyszłość (NY Empire State, Philly Fed, indeks Uniwersytetu Michigan). Przy wycenie wrześniowej podwyżki Fed na 90 proc. dane więcej mogą zaszkodzić USD niż pomóc. Z drugiej strony dolar wciąż pozostaje walutą pierwszego wyboru w obliczu perturbacji rynkowych (Chiny, Turcja), co powinno ustalać podstawowy trend na kolejne dni.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Kierownik Departamentu Analiz
DM TMS Brokers S.A.

Lisiecki z PMPG Polskie Media przejmuje Inwestycje.pl

Spółka Inwestorzy.tv S.A. przejęła większościowy pakiet akcji (97,75%) notowanej na rynku NewConnect spółki Inwestycje.pl S.A. Połączenie obu podmiotów nastąpi do końca 2019 roku. 25% akcji Inwestorzy.tv S.A. należą do Grupy Kapitałowej PMPG Polskie Media – wydawcy m.in. tygodników Wprost oraz Do Rzeczy.

PMPG Polskie Media S.A. oraz prezes spółki Michał Lisiecki są strategicznymi inwestorami spółki Inwestorzy.tv od 2015 roku. Jak komentuje Michał M. Lisiecki, Prezes PMPG Polskie Media: Na naszych oczach powstaje właśnie silna internetowa grupa medialna działająca w obszarze publikacji treści gospodarczych.

Nowy podmiot skupi się na kilku głównych obszarach tematycznych : giełda, gospodarka, biznes, nieruchomości, waluty, nowe technologie. – Połączenie telewizji z serwisami internetowymi pozwoli dotrzeć z informacją do zdecydowanie szerszej grupy odbiorców niż inwestorzy giełdowi. Chcemy dostarczać kontent i informacje na najwyższym, światowym poziomie– podkreśla Artur Błasik, prezes Inwestorzy.tv.

Spółka Inwestorzy.tv uruchomiła tematyczną telewizję internetową przeznaczoną dla inwestorów giełdowych w maju 2015 roku. Autorską ramówkę tworzą wspólnie dziennikarze, analitycy, blogerzy oraz praktycy rynku finansowego. Serwisy należące do Grupy mediowej Inwestycje.pl odwiedza miesięcznie ponad 0,7 mln użytkowników generując blisko 4 mln odsłon. Flagowym serwisem Grupy są Inwestycje.pl, Waluty.com, Kantory.pl, Fundusze24.pl, Pasaz-finansowy.pl, Twojefinanse.pl, Twojbiznes.pl, Forum-prawne.pl i ForumGieldowe.pl.

8 na 10 rekrutujących menedżerów poszukuje specjalistów open source

Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska
Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska

Blisko połowa menedżerów przyznaje, że reprezentowana przez nich firma wspiera projekty bazujące na otwartych rozwiązaniach, chcąc w ten sposób pozyskać do współpracy talenty z tego obszaru. Zatrudnienie takich osób jest priorytetem dla przeszło 80 proc. przełożonych[1]. Eksperci przewidują, że zapotrzebowanie przedsiębiorstw na umiejętności z dziedziny open source w dalszych latach będzie jeszcze większe. Trendowi przyglądają się programiści i specjaliści IT, którzy chcą poszerzać swoją wiedzę na temat technologii otwarto źródłowych, szukając coraz częściej przydatnych informacji w Internecie, co nie zawsze kończy się sukcesem. Jak wynika z danych zebranych przez Linux Polska[2], w sieci brakuje m.in. opisów case studies, webinariów, czy specjalistycznych artykułów dotyczących rozwiązań open source.

Programistę do pracy przyjmę

Jak wskazują eksperci portalu Pracuj.pl, na szczycie listy najbardziej pożądanych obecnie specjalistów na rodzimym rynku pracy znajdują się programiści. Niektóre firmy szacują lukę w tym obszarze nawet na 150 tysięcy osób. Poszukiwani są również eksperci open source. Badanie 2018 Open Source Jobs Report wskazuje, jakie kompetencje muszą obecnie posiadać specjaliści w tej dziedzinie. Na pierwszym miejscu znajduje się znajomość systemu operacyjnego Linux, która jest niezbędna w pracy przy projektach wykorzystujących otwarte rozwiązania. W przypadku rekrutacji na konkretne stanowiska, 72 proc. menedżerów poszukuje programistów.

Również w Polsce zapotrzebowanie na specjalistów w tym obszarze nie zostało zaspokojone. Według różnych szacunków, tylko w naszym kraju brakuje od 50 do 150 tys. twórców oprogramowania. W związku z tym, że obecnie technologia open source jest jednym z kluczowych kierunków rozwoju informatyki i motorem napędowym innowacji w wielu gałęziach gospodarki, firmy poszukują również specjalistów IT, których kluczową kompetencją jest tworzenie oraz rozwijanie oprogramowania w oparciu o otwarte rozwiązania – zaznacza Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska.

Jak dodaje Dariusz Świąder, aby sprostać tej luce kadrowo-kompetencyjnej, z jednej strony istotne jest wdrożenie działań zachęcających do podejmowania kierunków studiów o profilach informatycznych. Z drugiej, wykształceni specjaliści IT powinni dbać o stały rozwój swoich kompetencji i zdobywanie nowych umiejętności. Świat technologii ciągle się zmienia, co widać, chociażby na przykładzie rozwiązań otwarto źródłowych, dlatego wydaje się, że jedynie ciągłe doszkalanie się, pozwala za nim nadążyć. Osoby najbardziej pożądane na rynku pracy, czyli programiści, inżynierowie inni eksperci z branży technologicznej doskonale rozumieją tę potrzebę.

Czego potrzebują twórcy oprogramowania open source

Wyniki badania Polski Rynek Open Source 2018 pokazują, że zdobywanie nowej wiedzy i szlifowanie kluczowych kompetencji wymaganych w branży, jest ważne dla specjalistów IT. Dla przykładu, łączne 60 proc. ankietowanych zgłosiła chęć uczestniczenia
w warsztatach z zakresu takich rozwiązań, jak: EDB/PostgreSQL, Red Hat RHEL, Red Hat OpenSfhift, Splunk czy Puppet
, organizowanych przez ekspertów z Linux Polska. Z kolei dane pochodzące z raportu 2018 Open Source Jobs Report wskazują, że blisko dla połowy twórców oprogramowania największym wyzwaniem w codziennej pracy, jest brak możliwości szkolenia swoich umiejętności.

Rozwiązaniem tego problemu byłoby zapewnienie programistom możliwości uczestniczenia w konferencjach i wydarzeniach branżowych – uważa w ten sposób aż 7 na 10 ankietowanych, wprowadzenie dodatkowego wynagrodzenia za udział w projektach open source, a także podnoszenie swoich kompetencji w trakcie profesjonalnych szkoleń (w obu przypadkach 60 proc. respondentów)[3]. Zresztą, ta ostatnia kwestia jest ważna nie tylko dla software deweloperów z obszaru open source, ale również dla programistów pracujących na co dzień z rozwiązaniami zamkniętymi. Według badania przeprowadzonego przez GodinGame, blisko 70 proc. programistów uważa, że w podejmowaniu decyzji o rozpoczęciu pracy w danym miejscu, możliwość nauczenia się nowych rzeczy jest ważniejsza niż wysokość wynagrodzenia[4].

Webinaria, czyli szkolenia all-inclusive

Konferencje, szkolenia, warsztaty, czyli bezpośredni kontakt ze specjalistami IT, którzy nie tylko dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem z uczestnikami, a także na bieżąco mogą odpowiadać na nurtujące ich pytania, są jednym z najefektywniejszych sposobów na zdobywanie nowych czy rozwijanie posiadanych umiejętności. Jednak nie można nie zauważać, że niemal standardem także wśród programistów, czy ogólnie specjalistów IT, jest szukanie cennych wskazówek w sieci – mówi Dariusz Świąder, Linux Polska.

Nie dziwi więc, że Internet jest ważnym źródłem wiedzy, ale czy specjaliści open source zawsze znajdują w sieci to, czego potrzebują? Okazuje się, że nie. Prawie 1/3 respondentów biorących udział w badaniu Polski Rynek Open Source 2018 zapytanych o to, jakich treści dotyczących rozwiązań otwartych brakuje w Internecie, odpowiedziało, że są nimi case studies. Chodzi np. o opisy poszczególnych rozwiązań czy przykłady wdrożeń narzędzi z obszaru open source.) Na drugim miejscu znalazły się webinaria (ponad 27 proc.), na których doświadczeni eksperci omawialiby techniczne aspekty poszczególnych produktów czy stosowanych metod. Ankietowani przyznali również, że chętnie sięgaliby po specjalistyczne artykuły przedstawiające te kwestie oraz wskazujące na zalety korzystania z technologii open source (odpowiednio blisko 23 i 19 proc.).

Osoby biorące udział w badaniu Linux Polska zostały również poproszone o wymienienie obszarów  związanych z rozwiązaniami otwartymi lub innymi nowoczesnymi technologiami, w których chciałyby pogłębić swoją wiedzę, ale spotykają się z brakiem odpowiednich treści w Internecie. W odpowiedziach pojawiły się takie zagadnienia, jak np.: big data i bazy danych, automatyzacja oraz bezpieczeństwo, środowiska chmurowe, kontenery czy metodologia DevOps.

Atrakcyjnym rozwiązaniem, z którego mogą skorzystać software deweloperzy i specjaliści IT chcący rozwijać swoje umiejętności, są webinaria. To internetowe kursy łączące wygodę zdobywania wiedzy przez Internet oraz uczestniczenia w „tradycyjnych”, profesjonalnych szkoleniach, których program został przygotowany na potrzeby konkretnej grupy uczestników. Webinaria w postaci wykładów czy praktycznych szkoleń transmitowanych w sieci, mogą jednocześnie śledzić miliony osób na całym świecie. Mogą przybierać również formę „zamkniętych”, płatnych szkoleń. Wtedy dostęp do takiej relacji posiadają wybrane osoby.

Z naszego doświadczenia wynika, że webinaria są chętnie wybieraną formą zdobywania nowych umiejętności, w dodatku traktowaną przez branżę IT jako wiarygodne źródło informacji i praktycznych wskazówek. W Linux Polska, oprócz tradycyjnych warsztatów, organizujemy również internetowe kursy w postaci wideo. Zespół naszych specjalistów dba o to, aby scenariusz każdego warsztatu online zawsze w pełni odpowiadał potrzebom i zainteresowaniom uczestników, którzy zgłosili w nich chęć swojego udziału – komentuje Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska.

Organizatorzy webinariów niejednokrotnie udostępniają zapis wideo prowadzonych szkoleń, dzięki czemu ich uczestnicy, mogą wracać do przekazanych informacji i korzystać z cennych wskazówek w codziennej pracy, np. podczas tworzenia nowego oprogramowania.

[1] Linux Foundation and Dice, 2018 Open Source Jobs Report.

[2] Linux Polska, Polski Rynek Open Source, maj 2018.

[3] Linux Foundation and Dice, 2018 Open Source Jobs Report.

[4] CodinGame, Developers at work. Survey 2018.

Wpływ Turcji na kurs dolara

Ostatnie wydarzenia w Turcji doprowadziły do wyprzedaży walut państw rozwijających się. Polski złoty również ucierpiał, tak samo jak giełda. Jedynym wygranym jest dolar amerykański, który umocnił się na szerokim rynku. Wyprzedaży nie uniknęło również euro, które w tym przypadku jest bardzo wrażliwe na wydarzenia związane z kursem liry tureckiej.

W bieżącym miesiącu kalendarzowym lira turecka w stosunku do dolara amerykańskiego osłabiła się o 40 procent! Mowa o jednym miesiącu, ponieważ od początku roku USD/TRY wzrosło o ponad 50 procent. Co to oznacza? Wszystkie zobowiązania zagraniczne podrożały o 50 procent. Dynamiczny wzrost gospodarczy Turcji kosztował coraz wyższym zadłużeniem państwa. Rząd Turcji z chęcią pożyczał tanio oprocentowanego dolara amerykańskiego. Dzisiejsze zadłużenie Turcji sięga ponad 50 proc. PKB, dlatego kraj ten potrzebuje sporej ilości walut obcych do spłaty bądź też rolowania swojego kredytu. Z tego powodu jakiekolwiek wzmianki o wyższych stopach procentowych w Stanach Zjednoczonych doprowadzały do dużych wahań liry tureckiej.

Kolejnym ciosem była inflacja, która znalazła się w okolicy 15 proc. R/R. Przy tak dużej inflacji bank centralny powinien zdecydować się na drastyczne podwyżki stóp procentowych, jednak tego nie zrobił. Kryzys został tylko napędzony, lira dalej wyprzedawana.

Tak drastyczne osłabienie liry doprowadziło do dużych wątpliwości wypłacalności tureckich instytucji oraz samego rządu. Jest to kluczowy czynnik dla banków europejskich. Bankructwo tamtejszych instytucji może doprowadzić do efektu domina. Dlaczego? Odpowiedź niesie za sobą poniższa grafika, która przedstawia zaangażowanie poszczególnych państw (banków) na Turcję.

Bloomberg

Źródło: Bloomberg

Hiszpania posiada ponad 80 miliardową ekspozycję na Turcję. Kolejnym państwem jest Francja, następnie Włochy. Warto przy tym wspomnieć, że sam system finansowych w Hiszpanii oraz Włoszech nie jest w najlepszej kondycji.

Niewypłacalność Turcji mogłaby doprowadzić do kłopotów w hiszpańskim systemie finansowym. Idąc dalej, problem Hiszpanii przełożyłby się na problemy niemieckich oraz pozostałych banków w Europie oraz na świecie. W ten sposób cały system może zostać zarażony. Z tego powodu powstała duża awersja do ryzyka, która wepchnęła USDPLN w okolicę górnej bandy ostatniej konsolidacji.

Notowania USDPLN, interwał dzienny

Notowania USDPLN, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Dalszy wzrost awersji do ryzyka oznaczałby przerwanie górnej bandy konsolidacji 3.77-3.80. W ten sposób strona kupująca otworzyłaby sobie drogę do poziomu 4.00. Rosnąca awersja do ryzyka może zostać zaobserwowana przez kurs walutowy USDTRY. Dalsza deprecjacja liry będzie oznaczać rozprzestrzenianie się problemów oraz większe ryzyko tamtejszych instytucji.

Natomiast spadek awersji do ryzyka oznaczałby umocnienie polskiej waluty. Sam spadek awersji do ryzyka można będzie zaobserwować po wyprzedaży USDTRY lub konsolidacji.

Ze strony technicznej notowania USDPLN z dużym prawdopodobieństwem znajdą się pod presją podaży. Po pierwsze znalazły się tuż pod górną bandą konsolidacji, po drugie oscylator stochastyczny informuje o dużym wykupieniu pary walutowej.

Dział Analiz Admiral Markets

Technologia wypiera sondaże. Polscy naukowcy dzięki zaawansowanej analizie danych mogą dokładniej prognozować wyniki wyborów

Technologia wypiera sondaże. Polscy naukowcy dzięki zaawansowanej analizie danych mogą dokładniej prognozować wyniki wyborów 1

Badacze z Uniwersytetu Warszawskiego wykorzystują zaawansowaną analizę danych do prognozowania wyników wyborów, nastrojów społecznych czy trendów gospodarczych. W tym celu wyszukują i przetwarzają ogólnodostępne artykuły, wpisy na blogach i forach, a dzięki dużo większej próbie badawczej uzyskiwane przez nich wyniki są dokładniejsze nawet od oficjalnych sondaży czy prognoz. Ta metoda może również znaleźć zastosowanie w biznesie, m.in. do prognozowania rozwoju trendów technologicznych czy branż, w które warto inwestować.

– Technologie informacyjne przebojem wdarły się do medioznawstwa i analizy mediów. Trudno przecenić ich rolę w kontekście użyteczności dla nadawców, ale i dla nas. Wyniki, które otrzymujemy, mogą być zastosowane wszędzie, poczynając od aspektów politycznych. Możemy dość dokładnie diagnozować nastroje, odpowiadać na pytanie o kierunek procesów gospodarczych, możemy powiedzieć, gdzie są pieniądze albo która z dyscyplin czy specjalności technologicznych rozwija się najszybciej. Takie wyniki uzyskiwaliśmy i one zgadzają się z rzeczywistością – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. inż. Wiesław Cetera, adiunkt w Katedrze Technologii Informacyjnych Mediów.

Według danych Gemius w maju tego roku było w Polsce 27,4 mln internautów. Analiza ich aktywności, wpisów na forach i blogach oraz artykułów w mediach pozwala badaczom z Uniwersytetu Warszawskiego z dużą dokładnością prognozować nastroje społeczne, wyniki wyborów prezydenckich czy parlamentarnych, a nawet kierunki zmian gospodarczych. Sporządzona przez nich prognoza dotycząca wyborów parlamentarnych w 2011 roku i prezydenckich w 2015 roku była trafniejsza od oficjalnych sondaży. Jest to możliwe dzięki znacznie większej próbie badawczej.

 Metoda, którą stosujemy, różni się od badań ankietowych dokładnością i szerszym zakresem. Badania ankietowe dotyczą wybranej grupy, populacji liczącej przykładowo tysiąc osób. My jesteśmy w stanie zbadać nawet 10 mln wpisów. Z tej wielkości próby wyłania się zdecydowanie dokładniejszy wynik i to ma kapitalne znaczenie, rezygnujemy z badania sondażowego na rzecz prawie pełnego przeglądu – podkreśla dr hab. inż. Wiesław Cetera.

Badacze z Centrum Rafinacji Informacji na UW wykorzystują własny program, który wyszukuje w ogólnodostępnych źródłach konkretne słowa i frazy. Następnie analizuje czy padają w pozytywnym czy negatywnym kontekście. Wyniki takich badań mogą znaleźć zastosowanie również w biznesie, np. w celu prognozowania rozwoju trendów technologicznych czy branż, w które warto inwestować.

 Możemy powiedzieć na przykład, co najlepiej sprzyja wizerunkowi danej marki. O Polsce najlepiej w ostatnim czasie mówiono, kiedy Polacy ściągali Francuzkę z K2. Wtedy pozytywnych opinii było najwięcej. Możemy też zbadać, kiedy było ich najmniej. Krzywa nastrojów jest bardzo pulsująca i my możemy określić, z jakiego powodu. Gdyby odbiorcy częściej korzystali z takich danych, z pewnością wiele decyzji – również na poziomie firm i organizacji – byłoby innych – mówi dr hab. inż. Wiesław Cetera.

Zaawansowana analiza wykorzystywana przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego może również posłużyć do identyfikacji zagrożeń terrorystycznych.

– Od tego zresztą zaczęła się analiza big data. Trzeba jednak mieć dostęp do innych danych, bo identyfikacja trendów gospodarczych może być łatwo wykonana za pomocą ogólnodostępnych danych – mówi dr hab. inż. Wiesław Cetera.

Polska drugim po Rosji zarobkowym krajem najchętniej wybieranym przez Ukraińców. Średnio spędzają u nas 3–4 miesiące

Polska drugim po Rosji zarobkowym krajem najchętniej wybieranym przez Ukraińców. Średnio spędzają u nas 3–4 miesiące 2

Obywatele Ukrainy pracują w Polsce średnio trzy, cztery miesiące, ale jest to bardzo intensywny czas. Jak wynika z badań Grupy Progres, w ubiegłym roku liczba godzin roboczych pracownika tymczasowego z Ukrainy wynosiła w tym okresie 533, czyli o 177 więcej niż w przypadku pracowników z Polski. Najbardziej aktywni zawodowo są Ukraińcy w wieku 31–40 lat. Polska jest drugim – po Rosji – krajem, w którym chcą pracować nasi wschodni sąsiedzi.

– Ukraińcy w Polsce pracują przeciętnie od trzech do czterech miesięcy. Wynika to z obowiązujących przepisów prawnych, z dokumentów, najczęściej przyjeżdżają do nas w oparciu o paszport biometryczny, który pozwala im pracować przez 90 dni, czyli wychodzi trzy miesiące – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kołodziejczyk, dyrektor ds. rozwoju projektów międzynarodowych w Grupie Progres. – Drugą grupą Ukraińców, którzy przyjeżdżają do Polski, są osoby pracujące w oparciu o wizy. W tym przypadku długość zatrudnienia wynosi maksymalnie sześć miesięcy w ciągu roku. Tak więc średnio wychodzi między trzy a cztery miesiące.

Najwięcej pracują osoby z grupy wiekowej 31–40 lat, drugie miejsce zajmuje grupa 51–60-latków, a trzecie należy do 41–50-latków. Najmniej aktywni są młodzi, poniżej 21 roku życia. Z danych Grupy Progres wynika, że ok. 70 proc. obywateli Ukrainy pracuje w Polsce na umowę-zlecenie, a 30 proc. ma umowę o pracę.

Pracują też więcej niż Polacy: pracownicy tymczasowi z Ukrainy średnio przepracowali w ciągu trzech, czterech miesięcy aktywności zawodowej 533 godzin, czyli o 177 więcej niż w przypadku zatrudnionego tymczasowo Polaka. W ubiegłym roku ponad 9 tys. obywateli Ukrainy zatrudnionych przez Grupę Progres przepracowało prawie 5 mln godzin roboczych. Zaangażowanie widać zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet, choć panowie pracują o 9 roboczogodzin więcej niż panie.

Mamy u nas wszystkie grupy wiekowe. Dominują pracownicy w wieku 30–45 lat. Jeśli chodzi o płeć, jest mniej więcej pół na pół, z lekką przewagą mężczyzn – informuje Marcin Kołodziejczyk. – Większość Ukraińców zatrudnionych w Polsce pracuje legalnie, w tej chwili około 400 tys. ukraińskich pracowników jest zarejestrowanych w ZUS i płaci składki.

Wstępne dane za 2018 rok wskazują na kontynuację trendu rosnącego pod względem zatrudnienia Ukraińców, choć wzrost ten jest obecnie mniej dynamiczny niż w ubiegłym roku. W tej grupie znajdują się również Ukraińcy, dla których kluczowym argumentem skłaniającym do deklaracji dłuższego pobytu mogą być również zarobki. Przykładowo minimalna płaca na Ukrainie wynosi 3 723 hrywien, a w Polsce – równowartość 11 078,72 hrywien, do czego dochodzą benefity pozapłacowe, hojnie oferowane przez pracodawców w naszym kraju

Cudzoziemcy pracujący w firmie Progres zarabiają średnio 2,5 tys. zł netto. Natomiast bardzo często nie wykonują pracy zgodnej ze swoim wykształceniem. 95 proc. osób jest delegowanych jest do najprostszych czynności – podkreśla Kołodziejczyk.

Podkarpackie chce przyciągać kolejnych inwestorów. Region stawia na innowacyjne i dobrze płatne miejsca pracy

Podkarpackie chce przyciągać kolejnych inwestorów. Region stawia na innowacyjne i dobrze płatne miejsca pracy 3

Podkarpackie, które już w tej chwili plasuje się w gronie krajowych liderów innowacyjności, chce przyciągać kolejnych inwestorów i tworzyć dobrze płatne miejsca pracy. Jednymi z najbardziej perspektywicznych branż są motoryzacja oraz informatyka, w tym przyszłościowy sektor gamingowy. Obok lotnictwa i jakości życia należą one do inteligentnych specjalizacji regionu.

Jak podkreśla marszałek województwa, wyróżnikiem Podkarpacia na tle innych regionów Polski jest to, ile działające w regionie przedsiębiorstwa przeznaczają na innowacje i działalność badawczo-rozwojową.

– Jesteśmy na pierwszych miejscach pod względem wskaźników innowacji w skali naszego kraju. To nasza inwestycja w przyszłość. Jeżeli ten trend się nie zmieni, a dziś nic na to nie wskazuje, to będziemy mieli tego efekty w przyszłości. Będzie tu naprawdę nowoczesny przemysł, nowoczesne miejsca pracy, produkty, a także wysoka jakość jeżeli chodzi o miejsca do wypoczynku, rekreacji i uprawiania turystyki – mówi agencji Newseria Biznes Władysław Ortyl, Marszałek Województwa Podkarpackiego.

Podkarpacie może się również pochwalić wysokim odsetkiem studentów i absolwentów kierunków techniczno-przyrodniczych. W regionie istnieje słynna Dolina Lotnicza, a także Podkarpacki Park Naukowo-Techniczny Aeropolis, który między innymi stanowi inkubator dla start-upów. W tym roku zainaugurowana została również działalność Podkarpackiego Centrum Innowacji.

Działalność na Podkarpaciu prowadzi w tej chwili ok. 160 tys. przedsiębiorstw. Prężnie rozwija się m.in. motoryzacja, która w całej Polsce przeżywa prawdziwy boom.

 Branża motoryzacyjna na Podkarpaciu istnieje od wielu lat i przyczynia się do prężnego rozwoju gospodarczego regionu. Do tej pory nie była skonsolidowana, ale powstanie Wschodniego Sojuszu Motoryzacyjnego spowodowało, że zaczęliśmy ze sobą rozmawiać: firmy międzynarodowe i polskie, uczelnie, szkoły i samorządy, które często mają decydujący wpływ na to, gdzie nowe bądź rozwojowe inwestycje się lokalizują – mówi Ryszard Jania, prezes Wschodniego Sojuszu Motoryzacyjnego.

Lotnictwo i motoryzacja to dwie z czterech inteligentnych specjalizacji, które wspiera i promuje samorząd województwa. Pozostałe to jakość życia oraz informatyka i telekomunikacja. W ramach tej ostatniej szczególnie dynamicznie rozwija się sektor gamingowy.

 Rynek gier komputerowych rozwija się prężnie w całej Polsce i na świecie. Polska stała się hubem, w którym gry komputerowe fantastycznie sobie radzą. Jest dużo dobrych firm – zaczynając od CD Projektu, który wypromował Wiedźmina, aż do platformy, która sprzedaje wszystkie gry, czyli G2A.COM. Sam rynek gier komputerowych rośnie co roku od 8 do 14 proc. w zależności od kategorii. Niektóre z nich, jak np. gry na urządzenia mobilne albo gry free to play, rosną dużo szybciej. Cały rynek gier komputerowych wciąż będzie się rozwijał bardzo dobrze – mówi Bartosz Skwarczek, prezes G2A.COM.

Jak ocenia, w przyszłości Podkarpacie – ze swoim ekosystemem nakierowanym na wsparcie przedsiębiorców i rozwijanie innowacji – ma się szansę stać kolejną Doliną Krzemową, na wzór Kalifornii czy Tel-Awiwu.

– Rzeszów ma wszelkie argumenty, by stać się takim miejscem. Po pierwsze, są tu przedsiębiorcy, którzy każdego dnia ścierają się z innymi firmami z całego świata. Po drugie, są władze, które budują ten ekosystem, w którym my, przedsiębiorcy, możemy skutecznie działać. Po trzecie, są uczelnie, dzięki którym mamy kadry, które są niezbędne do budowania firmy i jej konkurencyjności – mówi prezes zarządu G2A.COM

„Podkarpackie. Wyższy poziom innowacji” – to hasło, które w najbliższych miesiącach będzie promować województwo. Nowa, zapoczątkowana właśnie kampania ma wzmocnić wizerunek Podkarpacia jako regionu atrakcyjnego nie tylko turystycznie, lecz także gospodarczo. Priorytetem są innowacyjne miejsca pracy, które zatrzymają w województwie młodych ludzi.

 Chcielibyśmy dotrzeć tą kampanią do inwestorów, którzy decydują o tym, gdzie lokować swoje firmy. Chcemy zachęcić do poszukiwania pracy w naszym regionie, a młodych ludzi, którzy wyjechali za granicę, zachęcić do powrotu. Tu będą dobrze płatne miejsca pracy, interesujące pod względem rozwoju osobistego, nakierowane na innowacje – mówi Władysław Ortyl.

– Pamiętajmy, że każdy chce pracować przy ambitnych, globalnych projektach, które można potem wpisać do życiorysu. Ten region umożliwia nam nie tylko konkurowanie na skalę globalną, lecz także sprowadzanie ludzi z całego świata. W G2A.COM mamy ludzi z prawie czterdziestu krajów, których zaprosiliśmy do Rzeszowa i powiedzieliśmy: tu jest dobry projekt, pracujmy przy nim – podsumowuje Bartosz Skwarczek.

Technologie do tworzenia fałszywych informacji są coraz bardziej zaawansowane. Hejt i trolling to jedne z największych zagrożeń dla demokratyzacji internetu

Technologie do tworzenia fałszywych informacji są coraz bardziej zaawansowane. Hejt i trolling to jedne z największych zagrożeń dla demokratyzacji internetu 4

Fałszywe informacje coraz częściej są tworzone już nie tylko przez szereg zatrudnionych w tym celu ludzi, a nawet proste boty internetowe, lecz także przez bardzo zaawansowane narzędzia. Najnowsze technologie pozwalają np. sfałszować przemówienie byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Walkę z fake newsami zapowiedziały największe firmy, ale na co dzień z wyzwaniem oddzielenia prawdziwych informacji od tych fałszywych zmagają się firmy monitorujące media.

– Czasami trudno rozpoznać, czy komentarz pochodzi z fejkowego konta, czy z konta użytkownika, który jest bardzo mocno przeświadczony o słusznej prawdzie tylko jednej strony. Narzędzia służące do śledzenia historii, obserwacji i analizy profili mogą nam dostarczyć wiele informacji, które są w stanie w dużym stopniu przybliżyć nas do oceny, czy to jest konto fejkowe, czy to jest konto rzeczywiste jakiegoś oponenta danej dyskusji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sebastian Bykowski, wiceprezes zarządu i dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

W dobie coraz powszechniejszych fake newsów, botów upubliczniających zmanipulowane informacje oraz trolli internetowych dotarcie do wiarygodnych i miarodajnych danych w internecie nie jest łatwe. Firmy profesjonalnie zajmujące się monitoringiem mediów, w tym także tych społecznościowych, dysponują nowoczesnymi narzędziami, dzięki którym są w stanie wychwytywać fałszywe konta i informacje. Chociaż zadaniem firm monitorujących media jest przede wszystkim znalezienie każdej możliwej informacji, jaka pojawia się w przestrzeni medialnej, coraz częściej klienci chcą wiedzieć, która informacja jest prawdziwa, a która może być fałszywa.

– Analitycy dokonują selekcji i badania historii przekazów na poszczególnych kontach. To jest stosunkowo skomplikowany proces, ponieważ należy zbadać historię danego konta, liczbę doniesień, wpisów, jakie prowadzi w określonym czasie, czy one są skierowane wyłącznie do jakiejś grupy odbiorców, czy charakteryzują się jakąś jedną linią przekazu. Kiedy się okazuje, że dany serwis produkuje szczególnej jakości treść, np. bardzo negatywną treść i agresywne przekazy, alarmujemy na ten temat naszego klienta, wskazując mu, że są określone media bardzo aktywne albo na tle innych o wiele bardziej aktywne – mówi Sebastian Bykowski.

Do fałszowania informacji coraz częściej wykorzystywana jest także sztuczna inteligencja. Istnieje już oprogramowanie, dzięki któremu można manipulować wystąpieniami publicznymi polityków. Po internecie krąży nagranie przemówienia Baracka Obamy, który wypowiada dokładnie te same słowa, będąc w różnym wieku – materiał zmontowano za pomocą specjalistycznego oprogramowania. To oznacza, że można już sfałszować publiczne wystąpienie każdego polityka.

Przykładem wykorzystania zasady działania fałszywych informacji na szeroką skalę jest afera Facebooka z początku 2018 roku. Firmie Cambidge Analytica udało się pozyskać dane przeszło 50 mln użytkowników Facebooka, które wykorzystała do stworzenia spersonalizowanych reklam zachęcających do podejmowania konkretnych decyzji wyborczych. Dzięki temu prawdopodobnie udało się wpłynąć na wyniki głosowania dotyczącego brexitu oraz ostatnich wyborów prezydenckich w USA.

– W polityce były i są wyspecjalizowane podmioty, które zajmują się tworzeniem określonych treści i jak najszerszym komentowaniem ich, ale jest pewnego rodzaju zmiana i widoczna tendencja, że pojawia się coraz więcej botów, różnego rodzaju automatycznych serwisów, których zadaniem jest rozpropagowywanie, kopiowanie treści negatywnych w jak najszybszym i najszerszym zasięgu. Jeśli dołożymy do tego różnego rodzaju narzędzia mikrotargetowania i reklamy ukierunkowanej na konkretne grupy odbiorców z określonym przekazem, to wszystko naprawdę potrafi się uzupełnić w nasilony negatywny przekaz – tłumaczy ekspert.

Szef Facebooka Mark Zuckerberg stanął przed komisjami senackimi USA, aby wyjaśnić, jak doszło do wykorzystania danych użytkowników serwisu, tłumaczył się również przed Parlamentem Europejskim. W wyniku wybuchu afery administratorzy Facebooka usunęli 583 mln fałszywych kont oraz miliardy wpisów łamiących standardy społeczności serwisu. Zuckerberg zapowiada kolejne etapy walki z botami oraz trollami internetowymi.

Boty coraz częściej są wykorzystywane także w Polsce, zwłaszcza w polityce. Na początku sierpnia zauważono, że kampanię Patryka Jakiego z PiS-u krytykowali użytkownicy Twittera m.in. z Pakistanu, Nepalu czy wysp Reunion. Z kolei już na przełomie października i listopada zeszłego roku zauważono, że konto Rafała Trzaskowskiego z PO zaczęło śledzić 10 tysięcy nieaktywnych kont twitterowych, które zidentyfikowano jako potencjalne boty, które mogą być wykorzystane podczas kampanii samorządowej.

– Wiele badań, które się w ostatnim czasie ukazuje, m.in. autorstwa profesorów z Oksfordu, pokazuje, że Polska zaczyna nie odbiegać od innych krajów, gdzie agresywny sposób negatywnej promocji określonych treści jest realizowany. To bez dwóch zdań bardzo negatywne zjawisko. Myślę, że patrząc na dzisiejszy świat komunikacji, to właśnie ten hejt, trolling, jest jednym z największych zagrożeń dla demokratyzacji internetu i przez to również życia publicznego – podsumowuje Sebastian Bykowski.

Według raportu Transparency Market Research rynek narzędzi do monitorowania mediów przekroczy w 2022 r. wartość 4,2 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 13,6 proc.

Co czwarty Polak kupuje ekologiczne kosmetyki. To efekt coraz silniejszego trendu slow life

Co czwarty Polak kupuje ekologiczne kosmetyki. To efekt coraz silniejszego trendu slow life 5

Brak parabenów, silikonów, detergentów, surowców z roślin genetycznie modyfikowanych i sztucznych barwników sprawia, że ekokosmetyki zyskują coraz większe uznanie konsumentów. Sięga po nie 25 proc. klientów, częściej kobiety – blisko 40 proc. Kosmetyki naturalne stanowią kilka procent rynku kosmetycznego w Polsce, jednak ze względu na silny trend slow life ich sprzedaż stale rośnie. Choć do Europy Zachodniej sporo nam jeszcze brakuje, to patrząc na ilość ekologicznych targów czy restauracji wege, szybko będziemy ją gonić – podkreślają eksperci.

 Rynek kosmetyków naturalnych ma bardzo duży potencjał. Widać to po innych krajach. To jeden z najszybciej rosnących segmentów rynku kosmetyków. Myślę, że w Polsce będzie rósł bardzo dynamicznie, bo jesteśmy trochę jeszcze z tyłu za innymi krajami europejskimi. Patrząc jednak na popularność targów z ekologicznym jedzeniem czy restauracji wege w Warszawie, ale pewnie też w innych miastach, to wydaje się, że bardzo szybko będziemy gonić zachodnią Europę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magda Hajduk, prezes Naturativ.

PMR podaje, że wartość sprzedaży kosmetyków w Polsce w 2016 roku sięgnęła ponad 22 mld zł. Z kolei Euromonitor, bazując na danych GUS, ocenia wartość sprzedaży na ok. 14 mld zł. Według Banku Zachodniego WBK branża kosmetyczna w Polsce do 2020 roku ma się rozwijać w tempie ok. 5 proc. Jesteśmy szóstym największym producentem kosmetyków w Europie. I choć w sprzedaży dominują te masowe, jednak coraz częściej sięgamy po kosmetyki naturalne, oparte na ekologicznych składnikach.

 Kosmetyki naturalne istnieją już w każdej kategorii. My mamy w swojej ofercie sto produktów. Są to kosmetyki do ciała, twarzy, włosów, dla dzieci i mężczyzn. Najbardziej popularne są kosmetyki damskie do twarzy i ciała, ale tak jest w każdym segmencie. Wiemy, że sprzedaż naszych męskich kosmetyków procentowo oscyluje wokół odsetka sprzedaży tego segmentu dla całego rynku kosmetyków – wskazuje Magda Hajduk.

Z raportu „Slow life w Polsce” firmy Naturativ wynika, że 38 proc. osób deklaruje zakup kosmetyków naturalnych. Dla Polaków przy zakupie liczą się efekty stosowania i wydajność, ale dla 16 proc. istotny jest naturalny skład. Ponad 40 proc. czyta skład kosmetyków przed zakupem, część korzysta też z aplikacji, które skanują kod produktu i wyświetlają informacje o składnikach.

– Nasi klienci poszukują kosmetyków ze składem, który im odpowiada, i dobrej jakości. Myślę, że są już totalnie przekonwertowani na kosmetyki naturalne i w tym segmencie poszukują takich produktów, które im odpowiadają np. pod względem działania, wchłanialności czy zapachu. To już nie jest sama naturalność, ale kolejny etap – mówi prezes Naturativ.

Najczęściej takie kosmetyki kupują osoby w wieku 35–44 lata, mieszkający w miastach od 20 do 50 tys. mieszkańców (39 proc.) i dużych miastach (34 proc.). Częściej klientami są kobiety niż mężczyźni.

– Dziwi, że osoby deklarujące, że żyją zgodnie z ideą slow life, zwracają uwagę na jedzenie, ruch i sposób spędzania czasu, a niekoniecznie na ekologię. Nasze klientki, czyli osoby, które kupują kosmetyki prawdziwie naturalne, zwracają uwagę nie tylko na to, co dotyczy ich osobiście, lecz także na to, co jest na zewnątrz, czyli na środowisko. Mają już pewne nawyki ekologiczne – ocenia Magda Hajduk.

Jak tłumaczy ekspertka, wzrost zainteresowania naturalnymi kosmetykami to efekt coraz silniejszego trendu slow life.

 Kosmetyki naturalne pojawiają się w masowej dystrybucji, powstaje wiele nowych marek. Na pewno podążamy za trendem slow life, czyli zdrowego jedzenia, ruszania się, dbania o własne zdrowie. Kosmetyki naturalne wpisują się w ten trend, więc będą się stawały coraz popularniejsze – przekonuje prezes Naturativ.

Klienci zwracają też uwagę na sposób powstawania produktu oraz fair trade. Przy wyborze kosmetyków naturalnych najczęściej kierujemy się troską o środowisko i zwierzęta oraz zgodnością z wyznawanymi zasadami i filozofią życia.

Niemal 100% wzrost sprzedaży Mitsubishi w Polsce

Rośnie liczba właścicieli samochodów Mitsubishi w Polsce – w samym lipcu zanotowano niemal 100% wzrost sprzedaży tej japońskiej marki a w ciągu pierwszych 7 miesięcy tego roku blisko 37% więcej klientów zdecydowało się na zakup samochodu spod znaku Trzech Diamentów. Tak dobre wyniki są efektem dużego zainteresowania nowym SUV-em coupe Mitsubishi Eclipse Cross a także cenionymi modelami ASX i Outlander.

98,9% więcej Mitsubishi w lipcu, Eclipse Cross bestsellerem

Na szczycie lipcowego rankingu sprzedaży Mitsubishi znalazł się nowoczesny SUV-a coupe Mitsubishi Eclipse Cross, który kusi sportową sylwetką, oferując znakomite osiągi, wysoki poziom bezpieczeństwa i komfortu oraz innowacyjne układy sterowania i łączności. Na drugim miejscu pod względem sprzedaży uplasował się znany crossover Mitsubishi ASX, na zakup którego zdecydowało się o blisko 17% więcej klientów. O niemal 5% wzrosła także sprzedaż pickupa Mitsubishi L200, niezwykle cenionego przez klientów za znakomity napęd na 4 koła i wygodę, jaką daje SUV.

Tempo rośnie z miesiąca na miesiąc

Podczas pierwszych siedmiu miesięcy tego roku do klientów trafiło 3128 aut Mitsubishi – w zestawieniu z ubiegłorocznym rezultatem sprzedaży (2292 auta) to aż o 37% więcej. Głównymi lokomotywami wzrostu były modele ASX, Outlander i Eclipse Cross a klienci ciepło przyjęli także przedwakacyjny debiut – miejskie Mitsubishi Space Star. Nie słabnie zainteresowanie terenową legendą – Mitsubishi Pajero, które zdobyło aż o 22% więcej klientów.

Ruszyła produkcja nowej ŠKODY FABII

Pierwsze egzemplarze nowej SKODY FABII właśnie opuściły linię produkcyjną i wkrótce trafią do klientów. Od 1999 roku ŠKODA FABIA jest jednym z najpopularniejszych modeli samochodów – nie tylko w Polsce, ale i na wielu europejskich rynkach.

skoda fabia– Produkcja ŠKODY FABII rozpoczęła się niemal 20 lat temu. Teraz najnowsza wersja najpopularniejszego modelu w naszej ofercie będzie korzystać z wysokich standardów jakości, jakie oferuje główna fabryka ŠKODY – Mladá Boleslav. FABIA z nowym designem i nowoczesnymi technologicznymi rozwiązaniami jest gotowa na nowe wyzwania – mówi Michael Oeljeklaus, Członek Zarządu ŠKODA ds. Produkcji i Logistyki.

Od 1999 roku ŠKODA FABIA jest jednym z najpopularniejszych modeli samochodów. Po ŠKODZIE OCTAVII to drugi najchętniej wybierany model producenta, oferowany w dwóch wariantach: FABIA hatchback i FABIA COMBI. Pierwsza generacja trafiła do 1 790 000 klientów, równie imponujący wynik osiągnął jej następca z wynikiem 1 710 000 dostaw. W czerwcu 2017 roku fabrykę producenta opuściło pół miliona aut z trzeciej generacji.

Największym rynkiem sprzedaży ŠKODY FABIA są Niemcy, gdzie od premiery pierwszej wersji w 1999 roku dostarczono 761 800 pojazdów. Na rynku czeskim osiągnięty wynik to 540 300 sprzedanych aut. Trzecie miejsce zajmuje Wielka Brytania, gdzie po ulicach jeździ 335 200 tych pojazdów, a tuż za nią znalazła się Polska z wynikiem 314 000 samochodów.

Perspektywy dalszych sukcesów modelu są szczególnie duże dzięki wdrożonym nowym rozwiązaniom. Nowa ŠKODA FABIA zyskała bogatsze wyposażenie standardowe i będzie teraz dostępna m.in. z nowymi reflektorami ze światłami do jazdy dziennej LED, systemem wspomagania ruszania pod wzniesienia Hill Hold Control oraz funkcją Easy Light Assist odpowiedzialną za automatyczne włączenie świateł mijania.

W pierwszej połowie 2018 roku o 4% więcej inwestycji na rynku nieruchomości w regionie CEE-6

Dynamika polskiego rynku inwestycyjnego w pierwszej połowie roku, była motorem napędowym całego regionu. Jak wynika z najnowszego raportu Colliers International pt. „2018 mid-year CEE Investment Scene” na temat prognoz inwestycyjnych dla rynków nieruchomości w regionie CEE, na rynku słowackim zaobserwowano wzrost liczby transakcji, natomiast na Węgrzech i w Czechach przepływy były znacznie słabsze niż w ubiegłym roku.

Napływ inwestycji do regionu CEE-6 był w pierwszej połowie 2018 roku o 4% wyższy rok do roku i nieznacznie przewyższał rekordowe tempo z 2017 roku.

Łącznie 26% środków finansowych w pierwszym półroczu pochodziło od źródeł lokalnych w krajach CEE-6 lub z przepływów transgranicznych w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W analizowanym okresie fundusze USA, Wielkiej Brytanii i Europy Zachodniej były sprzedawcami netto nieruchomości komercyjnych w regionie CEE, co pokrywało się w ogólnym zarysie z wzorcami obserwowanymi w latach 2016 i 2017.Dynamika polskiego rynku inwestycyjnego

Wartość inwestycji na rynku polskim (58% łącznej kwoty w regionie CEE-6), związana z utrzymującymi się wysokimi wynikami gospodarki, dyktowała tempo w pierwszym półroczu bieżącego roku. Na rynku słowackim zaobserwowano wzrost liczby transakcji, natomiast na Węgrzech i w Czechach przepływy inwestycyjne były znacznie słabsze niż w ubiegłym roku. Wydaje się, że w przypadku tych dwóch rynków główny problem stanowiła stosunkowo niska podaż nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży.

W ujęciu sektorowym przepływy w sektorze powierzchni biurowych (wzrost o 51%) prawie dorównały inwestycjom w sektorze powierzchni handlowych (wynik na niemal takim samym poziomie, jak w roku ubiegłym). Prawdopodobnie przyczynił się do tego wzrost liczby ukończonych budów, którego należało się spodziewać na tym etapie cyklu.

Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE
Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE

Mark Robinson, specjalista ds. badań rynku w regionie CEE, mówi: – Kompresja stóp kapitalizacji, jaką obserwowaliśmy w latach 2016-17, zmniejszyła się znacząco w pierwszej połowie 2018 roku. Nastąpił tylko nieznaczny spadek stóp kapitalizacji w sektorze powierzchni biurowych premium w Pradze i Warszawie. W ciągu kolejnych 12 miesięcy dalszej kompresji należy spodziewać się jedynie w Budapeszcie i Bukareszcie w sektorze powierzchni biurowych/przemysłowych. Biorąc pod uwagę czynniki fundamentalne, po kilku kwartałach spadków wskaźników pustostanów w całym regionie przewidujemy 6 wzrostów wskaźników pustostanów w 12 kluczowych stolicach w sektorze powierzchni biurowych i przemysłowych, które monitorujemy. Czynnikiem, który odgrywa w tym kontekście ważną rolę, jest rosnąca podaż. Dynamika wzrostu najmu wygląda najkorzystniej w sektorze powierzchni przemysłowych w regionie CEE oraz w Budapeszcie.

Rosyjskie embargo nie działa – mamy alternatywne rynki zbytu. Eksport żywności rośnie

Bilans handlowy Polski po wprowadzeniu rosyjskiego embarga systematycznie się poprawia. Struktura eksportu nie uległa szczególnej zmianie, jednak wolumen produktów żywnościowych wzrósł. Polakom udało się zatem skutecznie znaleźć alternatywne rynki zbytu.

Podstawowy wniosek z opublikowanego przez ZPP dokumentu jest następujący: polscy eksporterzy doskonale sobie radzą i, mimo embarga, sukcesywnie zwiększają wolumen eksportu, poszukując nowych rynków zbytu. Co istotne, również eksport produktów żywnościowych nie ucierpiał w szczególnym stopniu na embargu. Wydaje się natomiast, że głównymi poszkodowanymi w całej sytuacji są przede wszystkim Rosjanie.

Zaraz po wprowadzeniu embarga straszono nas, jakie straszne skutki przyniesie ono dla polskich producentów, w szczególności rolników miała czekać katastrofa – mówi prezes ZPP, Cezary Kaźmierczak. – Okazało się tymczasem, że Rosja nie jest dla naszych eksporterów niezbędnym rynkiem zbytu, a samo embargo najbardziej uderza w samych Rosjan, którzy muszą płacić za żywność dużo więcej, niż przed 2014 rokiem.

O tym, że embargo nie wpłynęło w istotnie negatywny sposób na wolumen polskiego eksportu, najlepiej świadczą twarde dane – w 2013 roku eksportowaliśmy towary o wartości ok. 648 miliardów złotych. W 2016 roku, po dwóch latach obowiązywania embarga, wartość eksportu wzrosła do 803 miliardów złotych, czyli o ok. 32 proc. w stosunku do roku 2013. Jednocześnie, nie zmieniła się istotnie struktura eksportu – co oznacza, że również wolumen sprzedaży za granicę polskich produktów żywnościowych zwiększył się.

Wyraźnie świadczy to o tym, że embargo nie doprowadziło do załamania eksportu polskiej żywności. Okazuje się ponadto, że Rosja wcale nie jest kluczowym rynkiem zbytu dla polskich eksporterów, już w 2013 roku więcej, niż tam, sprzedawaliśmy do malutkich Czech – mówi Jakub Bińkowski, sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

Mimo faktu, że Polacy znakomicie poradzili sobie z wprowadzonym w 2014 roku ograniczeniem, a Rosjanie narzekają na rosnące ceny żywności, Władimir Putin twierdzi, że będzie chciał utrzymywać embargo tak długo, jak się da. Wydaje się, że nie ma ku temu żadnych racjonalnych przesłanek – nawet kondycja rosyjskiego sektora spożywczego, która teoretycznie mogłaby się wskutek tej sytuacji poprawić, z uwagi na jego zwiększony udział w zaspokajaniu wewnętrznego zapotrzebowania na żywność, nie uzasadnia podtrzymywania embarga. Wyraźną poprawę można odnotować w zasadzie tylko w sektorze drobiu i wieprzowiny.

Ostatecznie, wydaje się że Rosja, ze względu na niestabilność sytuacji gospodarczej, uzależnionej w ogromnym stopniu od cen na rynku surowcowym, a także relatywne ubóstwo większości społeczeństwa (zwłaszcza w okręgach oddalonych od Moskwy), nie stanowi bardzo atrakcyjnego rynku zbytu, dlatego też ewentualne utrzymywanie embarga nie powinno stanowić dla polskich producentów żadnej poważnej groźby. Argumentację zatem, jakoby embargo było wyjątkowo dotkliwą reperkusją politycznych i gospodarczych sankcji nałożonych na Rosję, przez co należałoby je – zdaniem niektórych – złagodzić, trzeba uznać za fałszywą.

***

Business Papers to nowy format dokumentów przygotowywanych przez ZPP – polega on na syntetycznym przedstawieniu najważniejszych faktów i danych dotyczących omawianego zagadnienia, w atrakcyjnej graficznie formie. Tym samym, odbiorcy mogą w krótkim czasie poznać kluczowe cyfry, statystyki i wiadomości z zakresu interesującego ich tematu.

Ochrona podwykonawców w zamówieniach publicznych

W trakcie procesu budowlanego, w szczególności przy dużych inwestycjach, to najwięksi gracze – inwestor i generalny wykonawca – rozdają karty. Podwykonawcy, mimo iż w praktyce często ponoszą odpowiedzialność za wybudowanie i oddanie poszczególnych zadań inwestycyjnych, mają problem z odzyskaniem przysługujących im należności. W najbardziej dramatycznych sytuacjach podwykonawcy w celu dochodzenia przysługujących im należności, zamiast poszukiwać ochrony na drodze prawnej, wybierali rozwiązania siłowe, takie jak np. blokowanie inwestycji bądź w skrajnych przypadkach – zabór mienia znajdującego się na placu budowy. Problem został dostrzeżony przez ustawodawcę, który wprowadził w życie szereg nowelizacji najważniejszych ustaw, w tym Kodeks cywilny oraz Prawo zamówień publicznych. Niemniej z perspektywy podwykonawcy, samo uchwalenie nowych przepisów może nie być wystarczające w celu uzyskania pełnej ochrony. Inną kwestią jest właściwe zastosowanie tychże przepisów już na etapie analizy umowy o roboty budowlane bądź w trakcie prowadzenia korespondencji z generalnym wykonawcą lub inwestorem.

Nieuczciwe praktyki generalnych wykonawców

W latach 90. XX w. przeszła ogromna fala upadłości małych przedsiębiorstw, w związku z brakiem wypłaty należnego wynagrodzenia po zakończeniu budowy obiektów. Konieczność odzyskiwania należności na drodze sądowej i wynikający z niej obowiązek uiszczenia wysokiej opłaty sądowej od pozwu, a następnie przedłużający się proces sądowy doprowadzały do „zamrożenia” środków i w konsekwencji bankructwa podwykonawców.

W ostatnich latach również dochodziło do licznych nadużyć ze strony generalnych wykonawców. Jedno z nich polegało na braku zgłaszania inwestorowi okoliczności wykonywania części prac przez podwykonawców, co automatycznie powodowało utratę możliwości powoływania się na powstanie solidarnej odpowiedzialności inwestora z generalnym wykonawcą za wynagrodzenie należne podwykonawcy. Wykorzystywano w ten sposób brak precyzyjności przepisów kodeksu cywilnego w brzmieniu do 31 maja 2017 r., które literalnie wskazywały generalnego wykonawcę, jako obowiązanego do zawiadomienia inwestora o wykonywaniu części prac przez inwestora oraz spory w interpretacji tychże norm prawnych co do zakresu udzielenia informacji.

Innym przykładem nieuczciwych praktyk, dobrze znanym podwykonawcom, jest wydłużanie terminów płatności wynagrodzenia podwykonawcy poprzez odmowę dokonania odbiorów poszczególnych etapów prac z uwagi na stwierdzenie rzekomych wad lub usterek.

Ochrona podwykonawców z ustawy o zamówieniach publicznych i kodeksu cywilnego

W przypadku realizacji inwestycji z udziałem środków publicznych wzięto pod uwagę doświadczenia z przebiegu prac budowlanych przy budowie dróg lub innych obiektów użyteczności publicznej w ramach przygotowania Polski do roli gospodarza Mistrzostw Europy w 2012 r. W lipcu 2016 r. weszła w życie nowelizacja przepisu art. 36b prawa zamówień publicznych, przewidująca obligatoryjne żądanie zamawiającego do wskazania przez wykonawcę, które części zamówienia publicznego zamierza wykonać z udziałem podwykonawcy. Do lipca 2016 r. żądanie było fakultatywne i dotyczyło wyłącznie tych podwykonawców, na których zasoby powoływał się generalny wykonawca w celu wykazania spełnienia kryteriów niezbędnych do udzielenia zamówienia, a o których mowa w art. 22 ust.1 ustawy Prawo zamówień publicznych.

Wcześniej, bo w 2013 r., wprowadzono do ustawy Prawo zamówień publicznych inny, bardzo ważny przepis – art. 143a. Zgodnie z przywołanym przepisem w przypadku umów, których termin wykonywania jest dłuższy niż 12 miesięcy, wypłata przez zamawiającego wynagrodzenia z tytułu drugiej i kolejnych transz uzależniona jest od przedstawienia dowodów zapłaty wymagalnego wynagrodzenia podwykonawcom i dalszym podwykonawcom.

W przypadku inwestycji budowlanych finansowanych ze środków publicznych istnieje szeroki zakres ochrony podwykonawców, gwarantowany przepisami prawa zamówień publicznych. Odnośnie do pozostałych inwestycji na rynku komercyjnym, podwykonawcy powinni baczniej przyglądać się podpisywanej umowie, ponieważ w tych relacjach istnieje większa swoboda umów i mniejszy zakres obowiązywania przepisów bezwzględnie obowiązujących. W dniu 1 czerwca 2017 r. weszła w życie bardzo ważna nowelizacja przepisu art. 6471 kodeksu cywilnego. Celem nowelizacji miało być rozwiązanie problemu braku zgłaszania inwestorowi wykonywania części zadań przez podwykonawców poprzez doprecyzowanie, iż inwestor odpowiada solidarnie z wykonawcą za zapłatę wynagrodzenia należnego podwykonawcy również po zgłoszeniu przez podwykonawcę szczegółowego zakresu robót. Inwestor odpowiada do wysokości wynagrodzenia umówionego przez generalnego wykonawcę z podwykonawcą. Natomiast w sytuacji, gdy zostało przewidziane wyższe wynagrodzenie, odpowiedzialność inwestora jest ograniczona do wysokości wynagrodzenia określonego w umowie o roboty budowlane pomiędzy inwestorem a wykonawcą.

Grunt to dobra umowa

Przed podpisaniem umowy na roboty budowlane warto wnikliwie przeanalizować poszczególne klauzule. Co prawda w praktyce często zdarza się, że generalni wykonawcy będący dużymi korporacjami od razu przedstawiają do podpisu wzory umów, bez możliwości ich negocjowania. Niemniej warto przynajmniej nawiązać kontakt z działem prawnym takiego przedsiębiorstwa i wystąpić z pytaniem o zakres poszczególnych postanowień. Z punktu widzenia podwykonawcy istotne jest uregulowanie kwestii dokonywania odbiorów poszczególnych etapów prac oraz odbioru końcowego, niezbędnych do rozpoczęcia procesu wypłaty wynagrodzenia. Podwykonawca powinien być uprawniony do dokonania wezwania wykonawcy do stawienia się celem dokonania odbioru pod rygorem dokonania jednostronnego odbioru przez podwykonawcę. Istotne jest także zamieszczanie w protokole odbioru rozbieżności, które w przypadku wyłącznie śladowej skali nie powinny determinować decyzji o braku wypłaty wynagrodzenia.

Inną kwestią pozostaje zachowanie prawidłowości przy realizacji uprawnień podwykonawcy w toku procesu inwestycyjno-budowlanego. Zgodnie z brzmieniem przepisu art. 6471 kodeksu cywilnego po nowelizacji, aby inwestor stał się odpowiedzialny solidarnie za wynagrodzenie podwykonawcy, wykonawca bądź ten, który jest najbardziej zainteresowany, czyli podwykonawca, powinien na piśmie – przed przystąpieniem do rozpoczęcia wykonywania robót – przesłać szczegółowy przedmiot tych robót. Inwestor, aby zwolnić się od odpowiedzialności solidarnej za wynagrodzenie podwykonawcy, powinien w terminie 30 dni na piśmie złożyć sprzeciw. Zgłoszenie pozostaje zbędne, jeżeli wcześniej w umowie o roboty budowlane inwestor i wykonawca na piśmie, pod rygorem nieważności określą zakres robót do wykonania przez podwykonawcę.

Podsumowując powyższe rozważania, przed „wbiciem pierwszej łopaty” należy zwrócić uwagę na postanowienia umowy, a także wykonać określone kroki prawne (które być może nie będą wprost wyartykułowane w umowie) celem zwiększenia ochrony prawnej w toku postępu prac związanych z procesem inwestycyjno-budowlanym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Najniższe bezrobocie w historii Polski – 3,7 proc.

W Polsce notuje się jeden z najniższych poziomów bezrobocia w historii po przemianach w 1989 r. Według ostatnich danych Eurostatu wynosi ono 3,7 proc. To wskazanie o 1,3 pp. niższe niż jeszcze rok temu. Warto zwrócić uwagę, że obecnie w Europie jedynie 3 kraje mogą pochwalić się niższym bezrobociem niż Polska. Są to należące do regionu Czechy, Niemcy i Węgry. To pokazuje, że w Europie Środkowej bezrobocie jest dziś niskie i rosną problemy rekrutacyjne. Państwa, które są w klasyfikacji przed Polską, mają jednak dużo wyższy poziom aktywności zawodowej – co oznacza, że dużo lepiej wykorzystują lokalne zasoby kadrowe. Dzisiaj jednym z głównych rozwiązań tego problemu na lokalnych rynkach jest wykorzystanie procesów migracyjnych. Niemcy bardzo często zatrudniają pracowników z Polski, Czech czy innych krajów regionu. Oprócz tego stosuje się rozwiązania poprawiające aktywność zawodową obywateli. W Polsce ponad 5 mln osób w wieku produkcyjnym jest biernych zawodowo, bez zatrudnienia, niezarejestrowanych w urzędach pracy – choć zdolnych do jej podjęcia. To ogromny, niewykorzystany potencjał, z którego można byłoby przyciągać  dodatkowych pracowników.

– Dzisiaj poziom aktywności zawodowej w Polsce liczony metodologią Eurostatu wynosi ok. 70 proc., czyli poniżej średniej unijnej. Dla przykładu w Czechach jest to już 80 proc. Oznacza to, że przy niskim poziomie bezrobocia procentowo dużo więcej mieszkańców w wieku produkcyjnym świadczy pracę, niż ma to miejsce w naszym kraju – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Ogromnym rynkiem pracy z niskim wskazaniem bezrobocia są Niemcy. Ich dzisiejszy wynik jest najlepszy od czasu zjednoczenia. Widoczna jest tam bardzo dobra koniunktura. Z danych tamtejszych instytucji badawczych wynika, że obecnie na rynku istnieje już 1,5 mln wolnych miejsc pracy. Problemy demograficzne, które dotykają również kraje naszego regionu, przekładają się na malejące zasoby kadrowe i rosnący brak rąk do pracy. Czesi czy Węgrzy mają odpowiednie narzędzia do tego, by w większym stopniu aktywizować zawodowo swoje lokalne zasoby kadrowe. Są to specjalne programy skierowane do bardzo młodych pracowników, jeszcze w czasie studiów lub tuż po zakończeniu edukacji – ale także przeznaczone dla osób w wieku 55+. Tam działania te przynoszą rzeczywiste efekty, dużo lepsze niż w polskich warunkach – ocenił Kubisiak.

Reguły polityki monetarnej wskazują na konieczność dalszego podnoszenia stóp procentowych w USA

Awersja do ryzyka rodzi popyt na aktywa bezpiecznej przystani. Słabnąca turecka lira i rosyjski rubel wywierają presję na dalsze osłabienie złotego.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Piątek 10 sierpnia przyniósł spadek wartości euro wobec dolara (EUR/USD spadł z ok. 1,1530 poniżej,14) oraz osłabienie złotego wobec tych obu par walutowych  (EUR/PLN wzrósł z ok. 4.,2750 powyżej 4,30 a USD/PLN wzrósł z ok. 3,71 do ok. 3,78).

Głównym wydarzeniem dnia była publikacja danych o amerykańskiej inflacji CPI w lipcu. Co prawda indeks CPI w skali rok do roku pozostał bez zmian w stosunku do poprzedniego miesiąca (2,9%) jednak bazowy CPI wzrósł z 2,3% do 2,4%, co świadczy o silnych podstawach tendencji inflacyjnych w USA. Nic więc dziwnego, że w ostatnim czasie nawet zadeklarowani gołębie z Fed-u stają się bardziej jastrzębi (Evans) sugerując konieczność podnoszenia stóp powyżej neutralnego poziomu. Jeżeli nałożyć na to jeszcze stopniowo eskalującą wojnę handlową na linii USA-Chiny wówczas waluty gospodarek rynków wschodzących o słabszych fundamentach zaczynają znajdować się pod wzmożoną presją deprecjacyjną. Taka sytuacja wydarzyła się właśnie w piątek w przypadku tureckiej liry i częściowo również rosyjskiego rubla (choć tu nie bez znaczenia była również czwartkowa zapowiedź nowych sankcji USA skierowanych na Rosję), które silnie osłabły wobec dolara, co pośrednio wpłynęło również na pogorszenie nastrojów inwestycyjnych wobec polskiego złotego. Naszym zdaniem korekta spadkowa kursu EUR/PLN oraz USD/PLN już się zakończyła i te kursy będą w najbliższych miesiącach stopniowo rosnąć.

Po bardzo spokojnej pierwszej części ostatniego tygodnia, jego końcówka przyniosła zdecydowanie większą zmienność. Rentowności polskich obligacji przesunęły się o blisko 5pb w górę, co jednak przy relatywnie pustym kalendarzu publikacji lokalnych wynikało głównie z zamieszania na innych rynkach wschodzących. Silna deprecjacja tureckiej liry oraz obawy ECB o wpływ stanu tureckiego rynku finansowego na sytuację banków europejskich rodził awersję do ryzyka wśród inwestorów. W takim otoczeniu obserwowaliśmy silne napływy w stronę bezpiecznych aktywów, gdzie niemiecka krzywa przesunęła się o ponad 5pb w dół na swoim dłuższym końcu. Przy takich ruchach doszło do zauważalnego rozszerzenia spreadu polskich papierów nad rynkami bazowymi, który w sektorze 10-letnim wynosi około 280pb wobec Niemiec oraz 30pb wobec USA.

W bieżącym tygodniu dla rynku dłużnego istotne powinny okazać się zbliżające się publikacje z naszej gospodarki. We wtorek opublikowany zostanie PKB za drugi kwartał, gdzie możliwy był wzrost przekraczający 5% r/r. Ponadto w dalszej części tygodnia ważne mogą być dane o inflacji bazowej oraz z rynku pracy (zatrudnienie i wynagrodzenia).

Wykres dnia: Reguły polityki monetarnej wskazują na konieczność dalszego podnoszenia stóp procentowych w USA.

Reguły polityki monetarnej wskazują na konieczność dalszego podnoszenia stóp procentowych w USA
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy: Jarosław Kosaty, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Spadek inflacji może być mylący

Wszystko wskazuje na to, że inflacja osiągnęła w lipcu swój tegoroczny szczyt. W kolejnych miesiącach będzie coraz słabsza, być może spadając pod koniec roku nawet poniżej 1,5 proc. Ta tendencja nie powinna jednak zmylić czujności, bo wkrótce wzrost cen może odrodzić się ze zdwojoną siłą.

Pierwsze półrocze stało pod znakiem inflacyjnej huśtawki, a kolejne miesiące przyniosą jej kontynuację. Po części to efekt wahań z ubiegłego roku, w którym wskaźnik cen zmieniał się od 1,5 w czerwcu do 2,5 proc. w listopadzie, głównie pod wpływem cen żywności i paliw. Konsekwencją niskiego poziomu odniesienia z połowy 2017 r. był tegoroczny wzrost inflacji w czerwcu i lipcu, zaś z odwrotnym zjawiskiem będziemy mieli do czynienia już od sierpnia, gdy inflacja powinna wyraźnie się obniżać. Według prognoz części ekonomistów, może spaść pod koniec roku nawet poniżej 1,5 proc. Według ekspertów NBP, jej średnioroczny poziom powinien wynieść około 1,8 proc., wobec 2 proc. w 2017 r. Wiele wskazuje na to, że mimo suszy, na obniżenie wskaźnika inflacji wpływać będą niższe ceny żywności, które silnie rosły w drugiej połowie ubiegłego roku (w listopadzie 2017 r. ich dynamika sięgała aż 6 proc.). Ewentualne niespodzianki mogą wiązać się wahaniami notowań ropy naftowej oraz kursu dolara. Od lutego do maja ceny ropy poszły w górę z 62,5 do prawie 80 dolarów za baryłkę, a więc o ponad 27 proc., a efekt ten był dodatkowo wzmacniany osłabieniem się złotego wobec dolara. Obecnie notowania ropy zniżkują, jednak sytuacja na tym rynku, podobnie jak w przypadku amerykańskiej waluty, może charakteryzować się podwyższoną zmiennością. Te czynniki będą powodować sporą niepewność w kwestii kształtowania się poziomu inflacji w kolejnych miesiącach.

Szansa, że inflacja w tym roku będzie niższa niż w poprzednim, są jednak duże. Nie powinno to zbytnio uspakajać posiadaczy oszczędności, zastanawiających się, jak je ulokować. Rada Polityki Pieniężnej konsekwentnie trzyma się stanowiska, że stopy procentowe pozostaną na rekordowo niskim poziomie 1,5 proc. nawet do 2020 r., w związku z czym nie ma raczej co liczyć, że oprocentowanie lokat bankowych przez najbliższe dwa lata pójdzie w górę. Z kolei najnowsze prognozy NBP wskazują, że w przyszłym roku inflacja osiągnie średnio 2,2 proc, a w 2020 r. wzrośnie do 2,5 proc., przy czym górna granica tych przewidywań wynosi odpowiednio 2,8 oraz 3 proc. Przy tym drugim scenariuszu trzymanie gotówki w przysłowiowej skarpecie doprowadzi do sytuacji, w której wartość nabywcza odłożonego dziś 1000 zł w ciągu dwóch i pół roku obniży się do około 929 zł, czyli o ponad 7 proc. Korzystanie w tym czasie z lokaty bankowej ograniczy tę stratę mniej więcej o połowę, a ochronić przez inflacyjną deprecjacją może ją kupno czteroletnich obligacji skarbowych, indeksowanych wskaźnikiem inflacji.

Problem większości posiadaczy oszczędności wiąże się z jednej strony z niską przewidywalnością kształtowania się przyszłej inflacji, a z drugiej z wynikającego z tego faktu preferowania lokat o najkrótszych terminach, a więc także najniżej oprocentowanych. Racjonalne decyzje utrudnia także to, że na ogół nasze prognozy inflacji opieramy na bieżących, krótkoterminowych tendencjach. Dowodzą tego badania tak zwanych oczekiwań inflacyjnych, prowadzonych zarówno przez Europejski Bank Centralny, jak i publikowanych badaniach NBP. Wynika z nich, że jeśli w ostatnich miesiącach inflacja maleje, większość z nas sądzi, że będzie tak również w przyszłości. I analogicznie jest w przypadku tendencji wzrostowej. Takie rozumowanie często prowadzi do podejmowania niezbyt racjonalnych decyzji, dotyczących lokowania oszczędności.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Kryzys w Turcji uderza w waluty rynków wschodzących

Ubiegły tydzień nie był łaskawy dla walut rynków wschodzących. Jako grupa traciły one przede wszystkim z uwagi na sytuację w Turcji i związane z nią obawy. Prezydent Erdogan wraz z jego doradcami sprawiali wrażenie jakby zupełnie stracili kontrolę nad sytuacją.

Euro rozpoczęło ubiegły tydzień lekkim umocnieniem, jednak niepokój na rynku sprawił, że wspólna waluta w drugiej części tygodnia pozbyła się wszystkich zysków – na wyprzedaż euro wpływ miały informacje o tym, iż EBC obawia się wpływu pogarszającej się sytuacji w Turcji na europejskie banki zaangażowane w tym kraju. W obliczu rosnącej niepewności inwestorzy postawili na waluty uznawane za bezpieczne – dolara, franka szwajcarskiego oraz jena japońskiego. W konsekwencji sytuacji w Turcji wyraźnie osłabiły się waluty krajów latynoamerykańskich, rubel rosyjski, rand południowoafrykański oraz waluty CEE, takie jak polski złoty.

Najbliższy tydzień będzie testem dla wspomnianych walut. Obecnie największą niewiadomą pozostaje, czy kryzys w Turcji zostanie uznany przez rynki za wydarzenie związane z wewnętrzną specyficzną sytuacją kraju oraz chaotyczną polityką, czy też inwestorzy zaczną postrzegać bieżącą sytuację za symptomatyczną i zdecydują się na porzucenie innych walut gospodarek EM. Obecnie spodziewamy się, że będziemy mieli do czynienia z pierwszym scenariuszem.

W tym tygodniu nie poznamy wielu istotnych danych makroekonomicznych ze świata, w związku z czym inwestorzy będą skupieni na innych kwestiach – zwłaszcza na rozwoju wydarzeń w Turcji.

PLN

W ubiegłym tygodniu polski złoty osłabił się w relacji do głównych walut, najmocniej tracąc w relacji do dolara amerykańskiego. Złoty był słabszy przede wszystkim z uwagi na „efekt zarażania”, który przetoczył się po globalnych rynkach finansowych z uwagi na problemy Turcji. Istotne znaczenie dla słabości złotego miała również wyprzedaż wspólnej europejskiej waluty.

Ubiegły tydzień nie przyniósł zbyt wielu istotnych informacji z Polski. Kluczowymi danymi, które poznamy w tym tygodniu będzie wtorkowy odczyt dynamiki PKB Polski w drugim kwartale. Skala ekspansji gospodarczej ma być zbliżona do notowanej w pierwszym kwartale. Oprócz tego poznamy rewizję szacunku inflacji CPI w lipcu oraz dane o zatrudnieniu i dynamice płac.

GBP

Miniony tydzień przyniósł kontynuację wyprzedaży funta. Słabość waluty była związana z faktem, iż inwestorzy niepokoją się w związku z negocjacjami w kwestii Brexitu i mają wątpliwości, czy Wielkiej Brytanii uda się osiągnąć porozumienie z UE. Kryzys w Turcji pod koniec tygodnia dominował jednak nad informacjami z Zjednoczonego Królestwa, a sam szterling w związku z tym był w stanie umocnić się względem euro. Gospodarka Wielkiej Brytanii oraz brytyjskie banki nie powinny bowiem istotnie odczuć skutków sytuacji w Turcji.

Bieżący tydzień przyniesie kilka kluczowych dla UK publikacji ekonomicznych. Na kurs funta wpływ będą miały publikacje z rynku pracy oraz dane o inflacji i sprzedaży detalicznej. O ile oczywiście będą w stanie przebić się przez informacje z Turcji, na których obecnie skupiają się inwestorzy.

EUR

Na wieść o tym, że Europejski Bank Centralny z uwagą śledzi wpływ tureckiego kryzysu na sytuację konkretnych europejskich banków (przede wszystkim BBVA, Unicredit oraz BNP) wspólna europejska waluta doświadczyła wyprzedaży. Kurs euro względem dolara obniżył się poniżej poziomu 1,15, który w praktyce, od lata 2017 r. był dolną granicą przedziału wahań waluty. Uważamy, że taka reakcja rynku jest przesadzona. Eksport krajów Unii Europejskiej do Turcji stanowi około 0,5% łącznego PKB państw Wspólnoty. Jeżeli chodzi o europejskie instytucje finansowe, najgorszy scenariusz zakłada, że rezygnują one z wszelkich inwestycji w tureckie banki. Dla banku z największą ekspozycją, czyli BBVA, oznaczałoby to istotne straty, które jednak z łatwością mogą zostać pokryte przez kapitał z rezerwy obowiązkowej banku. Uważamy, że skala wyprzedaży wspólnej europejskiej waluty jest przesadna, jednocześnie jednak nie sądzimy, żeby był to odpowiedni czas na oczekiwanie wyraźnej aprecjacji euro względem dolara.

USD

Chaos związany z sytuacją w Turcji odwrócił uwagę od kluczowej publikacji ekonomicznej dla Stanów Zjednoczonych. Ostatni raport o dynamice cen był bowiem lepszy niż zakładał konsensus. Inflacja bazowa podskoczyła do najwyższego od 10 lat poziomu 2,4%, tym samym znalazła się wyraźnie powyżej celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej. Obecnie nie widać również żadnych przesłanek, żeby obecny, łagodny trend zwyżkowy miał się zatrzymać. W konsekwencji publikacji, rentowności amerykańskich obligacji zaczęły rosnąć, jednak sytuacja uległa zmianie po tym, jak sytuacja w Turcji sprawiła, że inwestorzy zaczęli lokować kapitał w “bezpiecznych przystaniach”, m.in. w obligacjach rządu USA.

W najbliższym tygodniu nie poznamy zbyt wielu nowych danych gospodarczych dla Stanów Zjednoczonych. Wahania dolara będą zatem uzależnione od informacji o sytuacji w Turcji oraz konfliktu handlowego USA.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Polskie startupy z szansą na udział w pierwszym programie grantowym dla państw Grupy Wyszehradzkiej

Do 24 sierpnia polskie startupy mają szansę aplikować do programu V4 Startup Force – pierwszego projektu grantowego dla młodych firm z państw Grupy Wyszehradzkiej. Inicjatywa jest efektem współpracy jednego z największych polskich akceleratorów dla startupów technologicznych MIT Enterprise Forum Poland przy współpracy z węgierskim inkubatorem Design Terminal oraz partnerami regionalnymi z Czech i Słowacji. Jej celem jest budowanie relacji biznesowych pomiędzy startupami i dużymi korporacjami z regionu Europy Środkowej. Cztery zwycięskie startupy, po jednym z każdego kraju, wezmą udział w intensywnym programie mentorskim w Budapeszcie i specjalnym wyjeździe studyjnym po państwach Grupy Wyszehradzkiej.

V4 Startup Force to inicjatywa węgierskiego inkubatora Design Terminal tworzona przy udziale regionalnych partnerów z regionu Środkowej Europy. Celem przedsięwzięcia jest mobilizacja i wzmacnianie współpracy biznesowej pomiędzy państwami oraz wsparcie ekosystemu startupów i liderów rynku. Partnerem programu po stronie polskiej jest MIT Enterprise Forum Poland,  czeskiej – inkubator UP21, natomiast słowackiej –międzynarodowe biuro coworkingowe 0100 Campus. To pierwsze tego typu przedsięwzięcie w tej części kontynentu, a zarazem wyjątkowa okazja dla innowacyjnych technologii z Polski.

Możliwość współpracy z południowymi sąsiadami nad rozwojem regionalnego ekosystemu innowacji to duże wyróżnienie. Rola Grupy Wyszehradzkiej na scenie międzynarodowej staje się coraz bardziej wyraźna, a startupy z tego regionu mogą na tym wiele zyskać. Co więcej, coraz częściej startupy i partnerzy z rejonów rozwijających się, takich jak Afryka czy Brazylia chętnie decydują się na rozwijanie swoich technologii w Europie Środkowej, także i w Polsce – zauważa Magdalena Jabłońska, prezes Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej, operatora programu MIT Enterprise Forum w Poland.

Program V4 Startup Force będzie realizowany jesienią tego roku przy wsparciu Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Zakwalifikują się do niego cztery startupy – po jednym z każdego państwa zaangażowanego w inicjatywę. Szczęśliwcy wezmą udział w intensywnym dziesięciodniowym programie mentorskim w Budapeszcie, a także w ośmiodniowym wyjeździe studyjnym wokół krajów Grupy Wyszehradzkiej. Zgłoszenia można wysyłać do 24 sierpnia za pośrednictwem strony: http://v4startupforce.designterminal.org/

Węgierski Program Mentoringowy Design Terminal istnieje od 2014 rok i pomógł już ponad 800 przedsiębiorstwom wejść na rynek. W tym roku zgłosiło się do niego 215 kandydatów z 56 państw, jak Niemcy, Estonia, Wielka Brytania czy USA.

Sprawdź pozycjonowanie funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnienie. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Poprzedni tydzień przyniósł „rzeź niewiniątek” na euro. Tak duża presja podażowa wspólnej waluty została spowodowana przez powiązanie europejskich banków z tureckimi oraz aktualną sytuacją gospodarczą w tamtejszym kraju. Kryzys turecki oraz wyprzedaż euro przełożyła się na umocnienie USD na szerokim rynku oraz wyprzedaż walut pozostałych państw rozwijających.

EURUSD – coraz więcej pozycji krótkich

W poprzednim tygodniu fundusze lewarowane otworzyły ponad 16 000 pozycji krótkich, zatem w pełni skorzystali na piątkowej wyprzedaży. Oprócz tego wzrosła ilości pozycji długich, aczkolwiek tylko nieznacznie – o 1 475 kontraktów terminowych.

Wzrost pozycji krótkich względem długich przyczynił się do kolejnego spadku linii netto. Spadki po raz kolejny zostały potwierdzone.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Wzrost pozycji krótkich na rynku kontraktów terminowych wśród funduszy lewarowanych daje niedźwiedzi sygnał na EURUSD. Warto zauważyć, że obecny trend spadku linii netto jest kontynuowany od kilkunastu tygodni.

Na dzień dzisiejszy analiza techniczna na interwale tygodniowym potwierdza obecny trend spadkowy.

Notowania EURUSD, interwał tygodniowy

Notowania EURUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Na interwale tygodniowym powstała bowiem formacja RGR. Po przerwaniu linii głowy trend spadkowy został potwierdzony. Celem dla sprzedających jest cel oddalony o ponad 900 pipsów. Gdyby jednak kupującym udało się powrócić ponad linię szyi, to wyprzedaż stałaby się nieaktualna.

GBPUSD – kontynuacja wyprzedaży

Sytuacja na funcie brytyjskim jest bardzo zbliżona do EURUSD. Fundusze lewarowane już od kilku miesięcy spekulują na zniżkę wartości GBP w stosunku do USD. Ostatni tydzień nie był wyjątkiem, pozycja netto po raz kolejny zmalała. Tym razem kapitał lewarowany na rynku kontraktów terminowych otworzył ponad 19 tysięcy pozycji krótkich. Oprócz tego pozycje długie wzrosły o 8 tysięcy pozycji.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Ostatnia wyprzedaż notowań GBPUSD przyspieszyła. Ucieczka pozycji długich na euro rozlała się także na GBPUSD. Notowania przerwały dolną bandę kanału spadkowego, w której kurs poruszał się od maja 2018 roku. Tym samym kupujący narazili siebie na większe prawdopodobieństwo korekty. Gdyby do niej doszło, to powinna zatrzymać się w okolicy poziomu oporu 1.2957. Opór został wyznaczony przez przebicie minimum notowań z 19 lipca.

Notowania GBPUSD, interwał dzienny

Notowania GBPUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Po korekcie aktualny trend spadkowy na GBPUSD z dużym prawdopodobieństwem będzie kontynuowany.

Dział Analiz Admiral Markets

Konsumenci wybierają firmy działające na rzecz środowiska i lokalnych społeczności. To ważne szczególnie dla młodych

Konsumenci wybierają firmy działające na rzecz środowiska i lokalnych społeczności. To ważne szczególnie dla młodych 6

Coraz więcej firm przykłada wagę do działań związanych ze zrównoważonym rozwojem i społeczną odpowiedzialnością. W Polsce blisko 60 proc. największych przedsiębiorstw raportuje dane pozafinansowe, które odzwierciedlają wpływ, jaki firmy wywierają na otoczenie, oraz rezultaty ich działań na rzecz środowiska i społeczeństwa. Taka strategia ma wiele korzyści, przede wszystkim wyzwala innowacyjność, zwiększa efektywność biznesu i buduje zaufanie do firmy. Transparentna komunikacja firm w tym obszarze jest szczególnie ważna dla młodego pokolenia. Dlatego public relations odgrywa tu kluczową rolę.

– Public relations jest kluczową funkcją do tego, aby firma w skuteczny sposób realizowała działania związane ze zrównoważonym rozwojem i odpowiedzialnością społeczną. Bez dobrego dialogu z interesariuszami i dobrego zrozumienia wpływu firmy na otoczenie nie ma dobrej strategii zrównoważonego rozwoju, więc komunikacja ma tu kluczowe znaczenie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Brzezińska, kierownik działu spraw korporacyjnych Grupy Żywiec, juror konkursu Złote Spinacze 2018.

Coraz więcej konsumentów zwraca uwagę na działania społeczne podejmowane przez firmy. Liczy się nie tylko cena i jakość produktu, lecz także sposób w jaki firma prowadzi swój biznes i wpływ jaki wywiera. Z badań Uniwersytetu Południowej Kalifornii wynika, że 85 proc. dzisiejszych konsumentów (przy czym ponad 90 proc. millenialsów) wybiera te marki, które kojarzą im się z rozwiązywaniem problemów społecznych.

Prowadzenie działań uwzględniających interesy społeczne czy ekologiczne może się przyczynić do osiągnięcia wymiernych korzyści, w tym wzrostu wiarygodności przedsiębiorstwa dla konsumentów.

Komunikacja sustainability i działań CSR musi być przede wszystkim wiarygodna. Dzisiaj konsumenci, potencjalni pracownicy, pracownicy w firmach są coraz bardziej świadomi tego, jakie wyzwania środowiskowe czy społeczne stoją przed biznesem, i oczekują, że firma nie tylko będzie mówić o tym, że postępuje właściwie, lecz przede wszystkim będzie podejmować słuszne decyzje biznesowe – ocenia ekspertka.

Ponad 40 proc. firm ocenia, że prowadzenie biznesu w sposób odpowiedzialny skutecznie pomaga w zdobyciu zaufania i lojalności pracowników – tak wynika z badania „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej (CCIFP)”.

– Prowadząc jasną, transparentną komunikację swoich aktywności w obszarze zrównoważonego rozwoju, firma buduje zaufanie do siebie. Przyciąga pracowników, dla których coraz większe znaczenie ma to, jak firma traktuje środowisko, jak buduje zaufanie wśród klientów poszukujących produktów, które pozwalają im pokazać, że ich styl życia też przekłada się w pozytywny sposób na środowisko. Skuteczna komunikacja tych działań pozwala firmie realizować cele biznesowe – przekonuje Magdalena Brzezińska

O rosnącym znaczeniu komunikacji zrównoważonego rozwoju i CSR może świadczyć fakt, że w tegorocznej, 16. edycji konkursu Złote Spinacze, który ma wyłonić najlepsze komunikacje public relations w Polsce, pojawiła się także kategoria Sustainability & CSR Communications. Jest ona przeznaczona dla firm i organizacji, które w sposób przejrzysty i spójny realizują działania na rzecz ograniczania negatywnego wpływu na środowisko i społeczności lokalne, a z drugiej strony przyczyniają się do budowania społecznego dobra.

Będziemy szukać takich projektów, w których public relations pełni istotną rolę, bo to przede wszystkim ta funkcja otwiera firmy na świat zewnętrzny, pokazuje im wyzwania i pomaga prowadzić te działania w taki sposób, żeby były wiarygodne i żeby przyciągały do firmy konsumentów, pracowników, klientów. Będziemy też patrzeć, jak działania komunikacyjne, które wspierają strategie zrównoważonego rozwoju, przekładają się na efekty biznesowe – podsumowuje Brzezińska.

W tej kategorii komisja konkursowa wybierze najlepsze projekty promujące ideę dialogu społecznego. Zgłoszenia przyjmowane są do 6 września 2018 roku. Regulamin konkursu i szczegóły dostępne są na stronie www.zlotespinacze.pl.

Internet najczęstszym doradcą przy podejmowaniu decyzji finansowych. Rzadziej radzimy się rodziny i doradców

Internet najczęstszym doradcą przy podejmowaniu decyzji finansowych. Rzadziej radzimy się rodziny i doradców 7

Dla ponad 60 proc. Polaków internet to podstawowe źródło informacji o produktach i usługach finansowych. Dopiero na drugim miejscu znajdują się rekomendacje rodziny i znajomych oraz porady doradców finansowych. Polacy są dość ostrożni w swoich decyzjach. Większość trzyma oszczędności na bieżącym koncie bankowym, lokacie krótkoterminowej lub w gotówce. Na fundusze inwestycyjne decyduje się zaledwie 11 proc. mieszkańców Polski.

Jak pokazuje badanie przeprowadzone przez firmę GfK w sześciu wybranych krajach świata, internet staje się dla współczesnych społeczeństw pierwszym źródłem informacji o produktach i usługach finansowych. Na stronach konkretnych firm, forach lub w porównywarkach internetowych wiedzy z tej dziedziny, w tym najciekawszych ofert, szuka ponad 60 proc. Polaków. Podobne trendy zauważalne są w Czechach, Rumunii oraz na Węgrzech. 47 proc. mieszkańców Polski zasięga porady u rodziny, 41 proc. natomiast korzysta z usług profesjonalnych doradców finansowych. Najmniejsze znaczenie Polacy przywiązują do informacji telewizyjnych lub prasowych.

 Hiszpanie częściej rozmawiają o takich sprawach w domu. To jest ich główne źródło informacji. Mieszkańcy Meksyku, w którego kulturze nie ma rozmawiania o finansach w towarzystwie, najczęściej polegają na wiedzy doradców finansowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych Provident Polska.

Pomimo coraz większej popularności internetu jako źródła informacji na temat produktów i usług finansowych na polskim rynku wciąż bardzo widoczny jest trend określany mianem ROPO – Research Online, Purchase Offline.

 Decydujemy się na przejrzenie forów internetowych, rozmowy w grupach dyskusyjnych, sprawdzenie konkretnych produktów i usług w internecie, ale finalną decyzję w momencie, kiedy jesteśmy zdecydowani, wolimy podjąć, mając kontakt z człowiekiem – mówi Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska.

W przypadku takich produktów finansowych jak kredyty i pożyczki widoczne są dwa podejścia. Mężczyźni częściej niż kobiety zwracają uwagę na RRSO, czyli ogólny koszt zaciągniętego zobowiązania. Panie natomiast, podobnie jak osoby z młodszych pokoleń, przywiązują wagę przede wszystkim do dopasowania pożyczanej kwoty do własnych możliwości finansowych. Podstawową kwestią jest w tym przypadku dostosowanie miesięcznej raty do dochodów.

– Z wiekiem ta dysproporcja się minimalizuje i zachowujemy równowagę, po 50. roku życia patrzymy i na całościowe koszty, i również na to, by nas było na ten kredyt stać – mówi Anna Karasińska.

Polaków cechuje rozsądne podejście do korzystania z usług finansowych, większość osób nie ogranicza się bowiem do jednego źródła informacji, ale weryfikuje uzyskaną wiedzę. Rozsądek idzie w parze z zachowawczością w zakresie decyzji finansowych. Oszczędności Polacy trzymają bowiem najczęściej na bieżącym koncie bankowym. W ten sposób wybiera 61 proc. Polaków, co stawia ich na równi z mieszkańcami Hiszpanii, gdzie nadwyżki budżetowe lokuje właśnie tak 69 proc. społeczeństwa – czytamy w badaniu GfK przeprowadzonym na zlecenie firmy International Personal Finance, właściciela Provident Polska. Drugim pod względem popularności sposobem oszczędzania w Polsce jest gromadzenie dodatkowych pieniędzy w gotówce.

W gotówce najczęściej odkładają swoje oszczędności osoby młode. 38 proc. osób w wieku do 34 lat oszczędza swoje dodatkowe środki właśnie w tej formie. Dla kontrastu dodam, że wśród osób powyżej 55 lat już tylko 10 proc. preferuje tę formę oszczędzania – mówi Anna Karasińska.

W gotówce oszczędza 23 proc. Polaków. Większymi entuzjastami gotówki okazali się tylko Rumunii (35 proc.) oraz Węgrzy (29 proc.). Na trzecim miejscu znajdują się lokaty krótkoterminowe, które wybiera  22 proc. Polaków. Pod tym względem mieszkańcy Polski wiodą prym pośród badanych krajów, w dużej mierze jest to jednak uwarunkowane wysokością odkładanych kwot. Według danych OECD Polacy mają do dyspozycji 0,11 proc. dochodu do odłożenia, Czesi natomiast 6–8 proc. i chętniej decydują się na lokaty długoterminowe. W Polsce taką formę gromadzenia nadwyżek wybiera tylko 15 proc. badanych. Rozwiązania wymagające większej wiedzy, np. fundusze inwestycyjne, preferuje zaledwie 11 proc. mieszkańców Polski.

– Badanie wykazuje, że niechętnie dzielimy się informacjami o produktach i usługach finansowych. Jedynie 23 proc. Polaków mówi o tym, że udziela informacji na ten temat i że chętnie wyraża swoje opinie i rekomendacje, natomiast 1/3 mówi o tym, że robi to tylko wtedy, gdy zostaną o to poproszeni – mówi Karolina Łuczak.

Awarie sieci po burzach będą szybciej usuwane. Przerwy w dostawach prądu staną się mniej dokuczliwe

Awarie sieci po burzach będą szybciej usuwane. Przerwy w dostawach prądu staną się mniej dokuczliwe 8

Kilka tysięcy gospodarstw domowych nie miało prądu po piątkowych burzach, które przeszły przez Polskę. Gwałtowne nawałnice i wichury, które miały miejsce dokładnie rok temu, w szczytowym momencie pozbawiły energii nawet kilkaset tysięcy domów. Dzięki podpisanemu przez operatorów systemów dystrybucyjnych porozumieniu usuwanie masowych awarii sieci elektroenergetycznych ma być sprawniejsze, a czas przerw w dostawach prądu może być znacznie krótszy.

Lokalne podtopienia, połamane drzewa, zerwane dachy i linie energetyczne – to efekt burzy, która w piątek przeszła przez Polskę. W sobotę rano bez prądu wciąż pozostawało ponad 4 tys. gospodarstw domowych. Tego typu zjawiska atmosferyczne mogą być jednak znacznie groźniejsze w skutkach. W sierpniu 2017 roku na skutek największych od lat nawałnic przerwy w dostawach energii odczuło 600 tys. klientów firm energetycznych. To właśnie w takich sytuacjach ma sprawdzić się bliższa współpraca operatorów systemów dystrybucyjnych, którzy w ubiegłym tygodniu podpisali w tej sprawie porozumienie.

 Dzięki temu porozumieniu dokładniej zinwentaryzujemy zapasy, które mają poszczególne spółki, przedsiębiorstwa prywatne energetyczne, żeby w każdej chwili wiedzieć, czego możemy użyć i w jaki sposób usunąć awarie. Już jest zauważalny spadek zarówno czasu, jak i liczby przerw w zasilaniu, ale chcemy to znacząco poprawić, ponieważ przy liczbie urządzeń, które mamy w domu i firmach, wielodniowe przerwy w zasilaniu są bardzo groźne w skutkach gospodarczych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Tchórzewski, minister energii.

Co roku zdarzenia atmosferyczne powodują nieplanowane przerwy zasilaniu. Jednak z danych resortu wynika, że od 2011 roku najważniejsze wskaźniki jakościowe dostaw energii elektrycznej – SAIDI (czas trwania przerw) i SAIFI (liczba przerw) – spadły o ponad 50 proc. Jak podkreśla minister energii, trudno uśredniać czas potrzebny na usunięcie awarii, ponieważ inaczej wyglądają prace, gdy drzewo przewróciło się na linie energetyczne i je uszkodziło, inaczej, gdy linie zostały wyrwane i rozrzucone przez trąbę powietrzną, jednak stopniowo udaje się go skracać. Przykładowo w sierpniu 2017 roku do ok. 80 proc. z 600 tys. poszkodowanych gospodarstw domowych dostawy prądu przywrócono w dwie doby.

– Dzięki temu porozumieniu poprawiamy współpracę w skali kraju. Będziemy mieli szybciej dowiezione części zamienne, szybciej będziemy gospodarowali odpowiednią liczbą ludzi, którzy będą przerzucani z miejsca na miejsce – mówi Krzysztof Tchórzewski. – Zakładam, że w stosunku do efektów 2017 roku, które były ocenione dosyć pozytywnie, powinniśmy dzięki temu porozumieniu mieć co najmniej 30-proc. poprawę.

Operatorzy systemów przy usuwaniu awarii współpracują ze sobą od lat, teraz jednak ta współpraca ma być bardziej usystematyzowana. W przypadku wystąpienia awarii na swoim obszarze spółki będą mogły zgłaszać się do pozostałych operatorów o pomoc, m.in. o oddelegowanie wykwalifikowanych pracowników czy użyczenie sprzętu. Mają także wymieniać się informacjami o stanach magazynowych. Porozumienie określa także sposób wzajemnych rozliczeń po zakończeniu prac.

Dążymy także do tego, żeby zwiększać rezerwy. W Agencji Rezerw Materiałowych zwiększamy liczbę agregatów prądotwórczych. Chcemy doprowadzić do tego, żeby szpitale i większe sanatoryjne obiekty, gdzie w grę wchodzi ludzkie życie, ale też ważniejsze urzędy nie miały przerw w dostawach prądu, zabezpieczamy je rezerwowymi źródłami zasilania – mówi Krzysztof Tchórzewski. – Te wszystkie działania plus organizacja pracy mają zminimalizować skutki awarii dla społeczeństwa i funkcjonowania życia publicznego. To zaczyna zdawać egzamin.

TVP przygotowuje się do obchodów 100 lat niepodległości Polski. Planuje plebiscyt na sportowca stulecia, serial o młodym Piłsudskim oraz film „Kamerdyner”

TVP przygotowuje się do obchodów 100 lat niepodległości Polski. Planuje plebiscyt na sportowca stulecia, serial o młodym Piłsudskim oraz film „Kamerdyner” 9

Telewizja Publiczna aktywnie włączyła się w obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę. Na antenach TVP Historia i TVP Kultura już wkrótce będzie można obejrzeć cykle dokumentalne pokazujące także mniej znane wydarzenia z okresu walki o suwerenność. TVP Sport przygotowuje plebiscyt na sportowca stulecia. Główne anteny planują natomiast emisję kolejnych odcinków serialu „Droga do wolności” oraz pilot serialu „Młody Piłsudski”. Obie produkcje zostały nakręcone z rozmachem, za budżety, jakimi polscy filmowcy zazwyczaj nie dysponują.

Każdy z blisko trzydziestu kanałów, wchodzących w skład koncernu Telewizja Polska, przygotował z okazji obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości własne propozycje ekranowe, nawet skierowany dla najmłodszych widzów TVP ABC. Na jego antenie można oglądać spoty z piosenkami tematycznymi śpiewanymi przez dzieci. Kluczowym elementem rocznicowej oferty TVP są jednak realizacje TVP 1 i TVP 2. Jedną z nich jest serial „Droga do wolności” w reż. Macieja Migasa, z Anną Polony w jednej z głównych ról. Produkcja ta opowiada o ostatnich latach przed uzyskaniem niepodległości z kobiecej perspektywy.

  Kobiety są głównymi bohaterkami serialu, ale nie tylko. Jest tam cała krakowska rodzina zaangażowana w działalność niepodległościową już od roku 1914 roku. Twórcy dojdą tam jeszcze kilka dekad, wiele z tego, co się zdarzyło Polsce i przeciętnym Polakom w XX wieku zostanie tam opisane – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Gursztyn, pełnomocnik zarządu TVP ds. obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości.

Serial będzie liczył trzynaście odcinków i zostanie pokazany na początku września. W lipcu TVP pokazała odcinek pilotażowy, który zebrał prawie trzymilionową widownię i został dobrze przyjęty przez publiczność i krytykę. Jesienią Telewizja Polska pokaże również pierwszy odcinek serialu „Młody Piłsudski”, opowiadającego o wczesnych latach życia przyszłego Marszałka Polski. Akcja produkcji rozpoczyna się w momencie, gdy Józef Piłsudski, uczęszczający do gimnazjum w Wilnie, zostaje aresztowany i zesłany na Syberię. Oba seriale stanowią odpowiedź TVP na zapotrzebowanie na filmy i seriale biograficzne wśród polskich widzów.

 Te produkcje były dobrze robione, za bardzo duże pieniądze. Polscy producenci nie dysponują zazwyczaj aż tak dużymi pieniędzmi jak producenci tureccy, ale to zaczęło się poprawiać. Już te kilka produkcji jest robionych na poziomie europejskim i miejmy nadzieję, że to się będzie dobrze oglądało i będzie dobrze oceniane – mówi Piotr Gursztyn.

Zdjęcia do serialu ruszyły latem i są kręcone w Przemyślu. Całą produkcję widzowie TVP będą mogli zobaczyć dopiero w 2019 roku. Znacznie wcześniej, bo 21 września tego roku, odbędzie się premiera kinowego filmu „Kamerdyner”, którego produkcję wspiera Telewizja Polska. Obraz wyreżyserowany przez Filipa Bajona opowiada o czterech dekadach życia Niemców, Kaszubów i Polaków na ziemiach pomorskich. W obsadzie znalazły się takie gwiazdy jak Sebastian Fabijański, Borys Szyc, Janusz Gajos, Kamilla Baar, Adam Woronowicz i Marcel Sabat.

– Akcja się dzieje na Kaszubach. Pokazuje splątane losy polsko-kaszubsko-niemieckie i przedział czasowy od początku XX wieku po II wojnę światową. TVP ma tutaj udział finansowy, podobnie jak przy filmie „Wołyń”. Potem my mamy pierwszeństwo do emisji telewizyjnej, kiedy ten film zostanie pokazany w kinach – mówi Piotr Gursztyn.

Widzowie TVP będą mogli zobaczyć również wiele filmów dokumentalnych, emitowanych głównie na kanale TVP Historia. Będą to zarówno zakupione przez stację produkcje zewnętrzne, jak i własne. TVP Historia ogłosiła bowiem konkurs wśród regionalnych ośrodków narodowego nadawcy na najlepsze scenariusze filmów lub seriali dokumentalnych, z których wybrano 15. Na ich podstawie powstaną produkcje mówiące o mniej znanych wydarzeniach z okresu I wojny światowej, jak walka o Morskie Oko czy obrona Przemyśla przez tamtejszą młodzież w 1918 roku. Dokumenty przygotuje również redakcja TVP 1, na czele z cyklem „Marzyciele”, opowiadającym o naukowcach i odkrywcach z czasów walki o niepodległość.

– Ciekawa jest seria TVP Kultura pt. „Rzecz Polska”. Chodzi o polski design od początku XX wieku po nasze czasy. Takie rzeczy jak filiżanki, wieszaki i inne, które zostały uznane za sztandarowe produkty polskich projektantów, cieszą się do tej pory ogromnym powodzeniem wśród klientów, krytyków, koneserów, także powodzeniem finansowym, bo często te rzeczy są po prostu drogie – mówi Piotr Gursztyn.

TVP Kultura pokaże ponadto dokumentalny serial o polskiej architekturze tamtego okresu. Agencja Teatru przygotowuje kilka premier jesiennych, m.in. spektakl na podstawie „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. TVP Sport natomiast organizuje plebiscyt sportowiec stulecia, którego inauguracja nastąpi w grudniu, a zakończenie, w postaci uroczystej gali, w styczniu 2019 roku.

Inteligentni asystenci trafiają do samochodów. Za pomocą komend głosowych porozumiemy się z autem bez pośrednictwa smartfona

Inteligentni asystenci trafiają do samochodów. Za pomocą komend głosowych porozumiemy się z autem bez pośrednictwa smartfona 10

Wirtualni asystenci głosowi to coraz popularniejszy sposób na komunikację człowieka z urządzeniami elektronicznymi. Siri, Asystent Google czy Alexa są już dostępne nie tylko w smartfonach, lecz także w specjalnych głośnikach. Powoli trafiają także do samochodów, pozwalając na bezdotykową obsługę większości funkcji auta, w tym wyznaczenie trasy, odebranie SMS-ów czy nawet włączenie i wyłączenie silnika. Jako pierwszy inteligentnego asystenta do swoich pojazdów wprowadził Ford, ale w ślad za nim idą następni producenci.

– Wirtualni asystenci pozwalają nam uzyskiwać informacje i wydawać polecenia samochodowi w taki sposób, jak byśmy rozmawiali z drugim człowiekiem, np. możemy poprosić nasz samochód żeby ustawił nawigację i poprowadził nas do najbliższej włoskiej restauracji, możemy też poprosić nasz samochód żeby sprawdził i poinformował nas, jaki jest aktualnie kurs dolara amerykańskiego, wreszcie możemy podyktować e-mail i poprosić, żeby samochód wysłał go do konkretnej osoby – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Patryk Matysiak, współzałożyciel firmy BimmerTech.

Asystenci głosowi to jeden z najnowszych trendów na rynku automotive. Wśród wielu technologicznych udogodnień mogą mieć jednak największy wpływ na poprawę komfortu jazdy i bezpieczeństwa na drodze. Potencjał drzemiący w asystentach dostrzegli przedstawiciele wszystkich największych koncernów motoryzacyjnych, a posiadacze fordów jako pierwsi mogli skorzystać z asystentki Amazonu zintegrowanej z komputerem pokładowym. Alexę wprowadzono do samochodów z systemem SYNC 3 już w maju 2017 roku, choć nie była to w pełni funkcjonalna wersja asystenta Amazonu.

Wprowadzenie asystenta głosowego Amazonu planują także inni producenci samochodów.

– W zeszłym roku BMW ogłosiło, że od tego roku zacznie wyposażać swoje samochody w Alexę. Prawdopodobnie wydarzy się to wraz z wypuszczeniem nowej wersji systemu iDrive, oznaczonej symbolem 7.0. System ten będzie dostępny w najnowszym modelu BMW X5, który z kolei trafi do sprzedaży w II połowie tego roku – mówi Patryk Matysiak.

Inżynierowie Forda planują, żeby w przyszłości Alexa w ich samochodach była połączona także z systemem zarządzającym inteligentnym domem. Amerykański producent chce, aby za pomocą asystenta w aucie można było np. włączać ogrzewanie w domu czy uruchamiać kamery bezpieczeństwa. Polscy kierowcy będą się jednak musieli prawdopodobnie porozumiewać z asystentem w języku angielskim.

– Jestem przekonany, że asystent głosowy w BMW będzie również dostępny w Polsce, natomiast nie liczyłbym na to, że będzie dostępny w języku polskim. Będziemy musieli się uzbroić w cierpliwość. Przy każdym nowym języku, który jest wprowadzany przez producentów asystentów głosowych, wymagane są bardzo duże inwestycje, a polski rynek nie jest jeszcze na tyle dojrzały, żeby zagwarantować tym producentom zwrot z takiej inwestycji – przekonuje ekspert.

Obecnie żaden z popularnych na świecie asystentów głosowych (Amazon Alexa, Apple Siri, Asystent Google) nie komunikuje się z użytkownikiem po polsku. Google od dawna oferuje użytkownikom Androida wyszukiwanie głosowe w języku polskim, ale z pomocą tego narzędzia nie możemy odbierać rozmów telefonicznych, sterować urządzeniami w ramach internetu rzeczy czy kontrolować aplikacji. Amerykański producent potwierdził jednak, że polska wersja językowa Asystenta zadebiutuje jeszcze w tym roku.

Firma LG z kolei już wprowadziła do swoich urządzeń możliwość komunikacji w języku polskim. W tegorocznej odsłonie telewizorów z linii ThinQ znajdziemy prostego asystenta głosowego, za pomocą którego można obsługiwać urządzenia. System dodatkowo uczy się naszego sposobu komunikacji – im dłużej z nim rozmawiamy, tym lepiej rozumie, czego od niego oczekujemy.

Według raportu Research and Markets wartość globalnego rynku inteligentnych asystentów głosowych wyniesie w 2023 roku nawet 9 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 32 proc.

Pożyczki dla firm z krótkim stażem

Pożyczki dla firm z krótkim stażemMłodzi przedsiębiorcy nie mają lekko, chyba że dysponują odpowiednią gotówką. Nawet świetny pomysł i dobry biznesplan mogą skończyć w teczce na dnie szuflady, czekając na lepszy czas, jeśli brakuje środków na rozpoczęcie bądź początkowe wydatki związane z działalnością. W ostatnich latach przybywa małych, jednoosobowych działalności, niestety wiążą się one z dużym ryzykiem i część nie dożywa drugich, a czasem i pierwszych urodzin. Dlatego banki niezbyt chętnie pożyczają pieniądze osobom, które prowadzą działalność od kilku tygodni czy miesięcy. Na szczęście obok pożyczek pozabankowych dla osób prywatnych dynamicznie rozwija się sektor pożyczek pozabankowych dla przedsiębiorców. Pożyczkę można otrzymać zaraz po zarejestrowaniu działalności. Gdzie?

Ograniczona oferta banków

Jaki musisz mieć staż, by dostać kredyt? To zależy od banku. Jedne są bardziej liberalne, a inne bardziej zachowawcze. Najczęściej jest to magiczne 12 bądź 24 miesiące. Magiczne, bo w tym czasie upada najwięcej firm. Więc, jeśli uda Ci się zaczarować rzeczywistość i przejść na plusie przez pierwsze dwa lata, to śmiało możesz iść do banku. Jedyne co może nieco utrudnić życie, to ilość papierów, które trzeba złożyć wraz z wnioskiem.

Pozabankowe pożyczki dla firm- formalności przez internet?

W przypadku pożyczek pozabankowych sytuacja wygląda nieco inaczej niż przy kredytach bankowych. Jest znacznie mniej formalności, choć to też zależy kwoty pożyczki. Są kredyty dla firm, które mają stanowić niewielki zastrzyk gotówki, w kwocie do 10-20 tys. zł, ale są i takie, które oferują do 150 tys. zł bez zabezpieczenia hipoteką. A przy hipotece nawet do 500 tys. zł. To, jakie dokumenty należy złożyć i jak długo trwa rozpatrzenie wniosku, a w końcu, ile to wszystko będzie kosztowało zależy od kwoty pożyczki, kondycji finansowej firmy, okresu spłaty. Kwoty rzędu kilkunastu tysięcy złotych można otrzymać bez wychodzenia z domu. Pozabankowe pożyczki dla firm działają na podobnych zasadach jak chwilówki, najczęściej wystarczy dowód osobisty i złożenie wniosku, ewentualnie wyciąg z rachunku firmowego.

Małe pożyczki dla firm od pierwszego dnia działalności

Samo założenie działalności nic nie kosztuje, można to zrobić również przez internet. Jenak początkowe, zaplanowane koszty często okazują się wyższe i pojawia się pytanie, skąd wziąć pożyczkę, gdy dopiero działalność została zarejestrowana? Takie firmy jak Aasa czy Boss Pożyczka są skłonne udzielić finansowania osobie, która dopiero co zarejestrowała działalność. W zasadzie wystarczy, by firma działała 1 dzień, by złożyć wniosek. Nie są wymagane dokumenty potwierdzające zarejestrowanie działalności, dokumenty księgowe, zabezpieczenie czy poręczenie. Maksymalna kwota pożyczki to 20 tys. zł, a okres spłaty trzy lata. Formalności załatwiane są online, nie musisz nawet wstawać z fotela. Kolejną marką, która oferuje pożyczki dla młodych przedsiębiorców jest Profi Credit. Maksymalna kwota pożyczki to 25 tys. zł, ale osoby, które prowadzą firmę od niedawna, mogą liczyć tylko na 6 tys. zł.

Do 150 tys dla firm z półrocznym stażem

Aforti Finance to firma, które oferuje znacznie wyższe kwoty, ale działalność musisz prowadzić minimum od sześciu miesięcy i konieczne są obroty na rachunku firmowym. Do wniosku konieczne jest dołączenie: zaświadczeń z ZUS-u i US. Firma oferuje pożyczki gotówkowe i hipoteczne. Te pierwsze w kwocie do 150 tys. zł, zaś te drugie do nawet pół miliona złotych. Okres spłaty pożyczki gotówkowej to 36 miesięcy, a hipotecznej do 60 miesięcy. Niestety formalności nie da się załatwić przez internet. Umowa podpisywana jest w miejscu prowadzenia działalności, po wcześniejszym umówieniu się z pracownikiem firmy.

Jak widać, niewielką kwotę pożyczki, przedsiębiorca otrzyma bez większych formalności. Schody zaczynają się, gdy jego potrzeby są znacznie większe nić kilkanaście tysięcy złotych. Więcej informacji w tematyce kredytów dla firm i pokrywania kosztów inwestycji znajdziesz na tej stronie.

Powołano nowych Członków Zarządu PKN ORLEN S.A.

Rada Nadzorcza PKN ORLEN S.A. na dzisiejszym posiedzeniu powołała do składu Zarządu: Michała Roga na stanowisko Członka Zarządu ds. Handlu Hurtowego i Międzynarodowego oraz Armena Konrada Artwich na stanowisko Członka Zarządu ds. Korporacyjnych. Nowi Członkowie Zarządu zaczną pełnić swoje obowiązki od 1 września 2018 roku.

Dzisiejsze decyzje Rady Nadzorczej oznaczają, że Zarząd PKN ORLEN S. A. będzie od 1 września pracował w 7-osobowym składzie:

– Daniel Obajtek – Prezes Zarządu, Dyrektor Generalny
– Patrycja Klarecka – Członek Zarządu ds. Sprzedaży Detalicznej
– Józef Węgrecki – Członek Zarządu ds. Operacyjnych
– Wiesław Protasewicz – Członek Zarządu ds. Finansowych
– Zbigniew Leszczyński – Członek Zarządu ds. Rozwoju
– Michał Róg – Członek Zarządu ds. Handlu Hurtowego i Międzynarodowego
– Armen Konrad Artwich – Członek Zarządu ds. Korporacyjnych.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W następnym tygodniu dane makro mogą wyjść na pierwszy plan i powiedzą więcej o stanie globalnej gospodarki. Odczyty z przemysłu i handlu USA i Chin, PKB z Eurolandu i Polski, rynek pracy Wielkiej Brytanii i Australii, CPI z Kanady – wszystkie te wskaźniki pozwolą ustalić fundamentalne tło dla walut wraz z przemijaniem wakacyjnego marazmu.

Przyszły tydzień: produkcja/sprzedaż/indeks koniunktury z USA, PKB/ZEW z Eurolandu, rynek pracy/CPI/sprzedaż z Wlk. Brytanii, PKB z Polski, Norges Bank, dane z Chin, rynek pracy z Australii, CPI z Kanady

W USA kalendarz jest bogaty pod kątem oceny aktywności w poprzednim miesiącu (sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa, rozpoczęte budowy domów), jak i perspektyw na przyszłość (NY Empire State, Philly Fed, indeks Uniwersytetu Michigan). Przy wycenie wrześniowej podwyżki Fed na 90 proc. dane więcej mogą zaszkodzić USD niż pomóc. Z drugiej strony dolar wciąż pozostaje walutą pierwszego wyboru w obliczu perturbacji rynkowych (Chiny, Turcja), co powinno ustalać podstawowy trend na kolejne dni.

W strefie euro wstępny szacunek PKB za II kw. (wt) oraz niemiecki ZEW (wt) są najważniejszymi publikacjami, gdyż CPI (pt) jest tylko rewizją. Jednak odczyty mają zero szans na odmienienie stanowiska EBC, bez czego trudno będzie znaleźć argument do kupna EUR. Ryzyko strat europejskiego sektora bankowego na tureckich aktywach, aspekty techniczne (przełamanie EUR/USD 1,15) i pozycjonowanie inwestorów (wyczekiwanie na wybicie z konsolacji) – wszytko wzmacnia stronę sprzedającą.

Dla funta jest mało prawdopodobne, aby dane makro wybiły się ponad obawy związane z Brexitem i generalny pesymizm inwestorów wobec waluty. Gospodarka rozwija się dobrze (co potwierdziły dane o PKB za II kw.), co skłoniło BoE do podwyżki stóp procentowych. Dobre odczyty wynagrodzeń (wt), CPI (śr) i sprzedaży detalicznej (czw) mogą przynieść przejściową ulgę, ale trudno będzie odwrócić falę wyprzedaży po przełamaniu istotnych poziomów technicznych na crossach z GBP.

Posiedzenie Norges Banku (czw) powinno przebiegać pod znakiem przygotowania rynków pod wrześniową podwyżkę stóp procentowych. Jest to posiedzenie bez nowych prognoz, które raczej przyniesie krótką analizę ostatnich danych. Silny skok inflacji w lipcu bez wątpienia wspiera jastrzębie plany banku, podczas gdy wycena NOK 1 proc. poniżej prognozy NB także nie wymusza ostrożnego tonu. Sądzimy, że w kolejnych dniach NOK ma potencjał do umoczeniami do EUR i SEK.

W Polsce w centrum uwagi będzie szybki szacunek PKB za II kw. (wt). Mocny czerwiec przełożył się na wyraźną rewizję w górę prognoz wzrostu gospodarczego i oczekujemy, że dynamika sięgnęła 5,1 proc. r/r po 5,2 proc. w pierwszych trzech miesiącach roku. Solidny odczyt będzie ważnym punktem obrony złotego przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych. Mimo to w krótkim terminie to nastroje zewnętrzne będą miały większą siłę oddziaływania i nie wykluczamy potencjalnego pchnięcia EUR/PLN ponad 4,30. Środowe święto stanowi ryzyko pod kątem spadku płynności po stronie lokalnych graczy.

Finalny odczyt produkcji przemysłowej z Japonii (wt) powinien przejść bez echa, podczas gdy dane o handlu zagranicznym (czw) będą analizowane pod kątem ewentualnego wpływu wojny celnej. Mimo że Japonia nie jest na pierwszej linii ognia, konflikty handlowe mogą ja dotknąć poprzez zakłócenia w łańcuchach produkcji, gdzie Japonia jest dostawcą komponentów. Dla JPY ważniejsze będą nastroje rynkowe, szczególnie zachowanie liry tureckiej, gdyż w ostatnim czasie popularną strategią wśród japońskich klientów detalicznych było kupno TRY/JPY. W panującym klimacie inwestycyjnym jen może zyskiwać na wartości.

W Azji pod lupą będą dane o lipcowej produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej z Chin (wt). Słabość indeksów PMI sugeruje, że w minionym miesiąc produkcja przemysłowa miała się gorzej. Czynniki sezonowe będą też negatywnie odbijać się na sprzedaży detalicznej. Dane mogą ciągnąć w górę USD/CNY, co będzie wysyłać negatywne wibracje dla aktywów ryzykownych.

W Australii raporty mogą być decydujące dla przyszłości AUD w obliczu niestabilnej sytuacji rynkowej, która ciągnie walutę w dół. Indeksy nastrojów biznesu (wt) i konsumentów (śr) będą analizowane pod kątem oceny ryzyk z tytułu wojen handlowych i spadku cen nieruchomości. Rynek pracy (czw) prawdopodobnie podtrzyma solidne tempo poprawy, ale dla nikogo nie jest to nowa informacja. Jesteśmy negatywnie nastawieni do Aussie w średnim terminie. Przed NZD stoi pusty kalendarz, ale w pokłosiu gołębiego wydźwięku decyzji RBNZ w tym tygodniu, kiwi pozostaje walutą preferowaną do sprzedaży.

Dla CAD w następnym tygodniu będzie się liczyć CPI (pt) oraz przecieki o postępach rozmów ws. NAFTA. W mijającym tygodniu informacje, że USA i Meksyk uzgodniły wymianę handlową w segmencie motoryzacyjnym wzmocniła oczekiwania na pomyślny tok dalszych negocjacji trójstronnych. Dodatkowo, jeśli miary inflacji bazowej podskoczą ponad 2 proc., razem stworzą się warunki do silniejszych spekulacji o kolejnej podwyżce stopy procentowej Banku Kanady we wrześniu. Obecnie rynek wycenia szanse poniżej 30 proc., zatem potencjał do wsparcia CAD jest duży.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zatrudnianie cudzoziemców w Polsce – co trzeba wiedzieć?

Czy można zatrudnić cudzoziemca bez dodatkowych formalności? Tak, ale tylko wtedy, gdy mówimy o obywatelu Unii Europejskiej, Europejskiego Obszaru Gospodarczego lub Szwajcarii. A jednak, formalności nie powstrzymują polskich pracodawców, przed zatrudnianiem rekordowej liczby cudzoziemców spoza UE.

W 2017 r. powiatowe urzędy pracy zarejestrowały ok. 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcom. Z kolei wojewodowie wydali ok. 250 tys. zezwoleń na pracę dla cudzoziemców ze wszystkich państw spoza Unii Europejskiej. Statystyki wskazują na wciąż rosnące zainteresowanie zatrudnianiem obcokrajowców i to pomimo, że wiąże się to z dodatkowymi formalnościami.

Pracownicy z UE mają łatwiej

Mieszkańcy Unii Europejskiej, Islandii, Norwegii, Liechtensteinu oraz Szwajcarii mogą dowolnie przemieszczać się i podejmować pracę w Polsce. Jedno z nielicznych ograniczeń tej swobody wiąże się z koniecznością zarejestrowania pobytu, jeśli okres zamieszkiwania w Polsce przekracza 3 miesiące. Nadal także istnieje obowiązek meldunkowy – podczas zameldowania obcokrajowiec „automatycznie” otrzymuje PESEL. Dużo więcej formalności dotyczy cudzoziemców spoza Unii, Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii, a w szczególności pracodawców gotowych do ich zatrudnienia.

– Niestety, nasze krajowe przepisy nie ułatwiają pracodawcom życia – mówi Krzysztof Stucke, który w firmie Effect Group przeprowadza szkolenia w zakresie zatrudniania cudzoziemców. – Przede wszystkim należy dopełnić wielu formalności związanych z wyborem odpowiedniej ścieżki zatrudnienia, np. zezwolenie wojewody, zezwolenie starosty, oświadczenie lub uzyskać decyzję, że żadna z wymienionych procedur nie jest konieczna. Do tego w wielu przypadkach dochodzi obowiązek przejścia tzw. testu rynku pracy – dodaje.

Test rynku pracy to procedura sprawdzenia, czy na rynku naprawdę brakuje pracowników w danym zawodzie, co wymusza konieczność zatrudnienia cudzoziemców. Jeśli Urząd Pracy wykaże, że wśród bezrobotnych dostępne są osoby o wymaganych kwalifikacjach, wówczas zatrudnienie osoby spoza Unii nie będzie możliwe.

Pracownik spoza Unii

Każdy cudzoziemiec, który na mocy przepisów nie jest zwolniony z obowiązku posiadania zezwolenia na pracę w Polsce, musi je posiadać. Nie ubiega się jednak o nie osobiście, lecz robi to pracodawca, który chce go zatrudnić.

Wypełniony wniosek o wydanie zezwolenia na pracę cudzoziemca wraz z wymaganymi dokumentami powinien zostać złożony co najmniej na 30 dni przed planowanym terminem zatrudnienia bądź przedłużenia zatrudnienia cudzoziemca.

Zezwolenie na pracę jest wydawane na czas określony, nie dłuższy niż 3 lata i może zostać przedłużone. W przypadku, gdy cudzoziemiec pełni funkcję w zarządzie osoby prawnej, która na dzień złożenia wniosku zatrudnia powyżej 25 osób, wojewoda może wydać zezwolenie na pracę na okres nie dłuższy niż 5 lat. Zezwolenia wydawane są dla konkretnego pracodawcy, konkretnego cudzoziemca oraz w konkretnym miejscu i na konkretnym stanowisku, na okres oznaczony datami. A więc samo uzyskanie zezwolenia nie oznacza prawa do swobodnej zmiany pracy.

– Zezwolenie na pracę wydawane jest przez wojewodę właściwego ze względu na siedzibę lub miejsce zamieszkania pracodawcy – mówi Krzysztof Stucke. – Decyzja w sprawie zezwolenia na pracę jest wydawana nie później niż w ciągu miesiąca, a w przypadku sprawy szczególnie skomplikowanej, nie później niż w ciągu dwóch miesięcy od dnia wszczęcia postępowania.

Warto jednak mieć świadomość, że nie wlicza się tutaj terminów przewidzianych w przepisach prawa dla dokonania określonych czynności, okresów zawieszenia postępowania oraz okresów opóźnień spowodowanych z przyczyny pracodawcy lub „z przyczyn niezależnych od organu”.

Cudzoziemiec do pracy sezonowej

1 stycznia 2018 r. znowelizowana ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy wprowadziła nowe rozwiązanie umożliwiające zatrudnianie w Polsce cudzoziemców do pracy sezonowej – zezwolenie na pracę sezonową.

Praca sezonowa to praca wykonywana przez okres nie dłuższy niż 9 miesięcy w roku kalendarzowym rolnictwie, ogrodnictwie i turystyce (w ramach działalności uznanych za sezonowe w rozporządzeniu Ministra Rodziny Pracy i Polityki Społecznej w sprawie podklas działalności według klasyfikacji PKD, w których wydawane są zezwolenia na pracę sezonową cudzoziemca).

W przypadku pracy sezonowej przewidziano ułatwienia dla obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy. Mogą oni wykonywać pracę w okresie do 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy bez obowiązku uzyskiwania zezwolenia na pracę.

Zezwolenie na pracę sezonową cudzoziemca jest wydawane na wniosek pracodawcy. W tym jednak przypadku decyzję wydaje nie wojewoda, a starosta właściwy ze względu na siedzibę lub miejsce zamieszkania podmiotu powierzającego wykonywanie pracy.

Delegowanie pracowników do Polski

Przedsiębiorca z zagranicy może delegować swoich pracowników do Polski w ramach świadczenia usług.  Pracodawca taki powinien wyznaczyć osobę upoważnioną do pośredniczenia w kontaktach z Państwową Inspekcją Pracy oraz do przesyłania dokumentów i zawiadomień. Co ważne, osoba ta powinna przebywać w Polsce.

Tu także nie obędzie się bez formalności. Najpóźniej w dniu rozpoczęcia świadczenia usługi w Polsce, pracodawca składa oświadczenie do Państwowej Inspekcji Pracy (PIP). Powinno ono zawierać informacje, które będą przydatne w przypadku ewentualnej kontroli PIP. Oświadczenie o delegowaniu pracownika na terytorium Polski można złożyć za pośrednictwem strony internetowej biznes.gov.pl.

Jeśli dane zawarte w oświadczeniu ulegną zmianie, wtedy obowiązkowo trzeba złożyć stosowne zawiadomienie.

Kontrola pracodawcy zatrudniającego cudzoziemców

Pracodawca, który zatrudnia obcokrajowców, musi liczyć się z ewentualnymi kontrolami. Legalność pracy cudzoziemców w Polsce może być sprawdzana przez PIP oraz Straż Graniczną (SG). Instytucje te mają prawo kontrolować, czy przebywanie cudzoziemców w naszym kraju i świadczenie przez nich pracy odbywa się zgodnie z prawem.

Kontroli podlega m.in. posiadanie ważnych dokumentów (np. wizy) uprawniających do wykonywania pracy w Polsce, posiadanie ważnego zezwolenia na pracę, zgodność wykonywanej pracy ze stanowiskiem wskazanym w zezwoleniu, umowa o pracę. Ważne jest także, aby pracownik posiadał ubezpieczenie ZUS, a także, by pracodawca przestrzegał wobec zatrudnionych minimalnych standardów zatrudnienia wymaganych przez polskie prawo (dotyczy to również pracodawców zagranicznych, zatrudniających w Polsce osoby z zagranicy).

– Pracodawca, który zatrudnia cudzoziemców (zarówno sezonowo, jak i na dłuższy okres), musi przestrzegać wszystkich obowiązków wynikających z powierzania pracy, takich samych jak w przypadku polskich pracowników – podkreśla trener Effect Group. – Do takich obowiązków należy np. zgłoszenie pracownika do ubezpieczeń społecznych w ciągu 7 dni, gdy dana umowa podlega ubezpieczeniom. Należy też pamiętać o obowiązkach wynikających z innych przepisów np. o przechowywaniu kopii dokumentu pobytowego cudzoziemca przez cały okres jego pracy.

Wśród najczęstszych błędów popełnianych przez pracodawców, Krzysztof Stucke wskazuje lekceważenie terminów ważności dokumentów pobytowych (takich jak paszport lub wiza), a nawet zatrudnianie pracowników bez wymaganych zezwoleń lub oświadczeń. Bardzo poważnym „niedopatrzeniem” jest także niezwracanie uwagi na rodzaj naklejki wizowej, podczas gdy to od podanego na niej kodu zależy, czy wykonywanie pracy na terenie Polski będzie w ogóle prawnie dopuszczalne. Błędem jest także prowadzenie dokumentacji pracowniczej w języku polskim w sytuacji, gdy jest to język niezrozumiały dla obcokrajowca.

Niestety, jeśli pracodawca chce zatrudniać pracowników z zagranicy w pełni legalnie, powinien dogłębnie poznać przepisy i wynikające z nich procedury dotyczące zatrudniania cudzoziemców. Inaczej ryzykuje błędami, które mogą przysporzyć problemów. Warto więc sięgnąć do ustaw, rozporządzeń i ich fachowych opracowań lub przejść odpowiednie szkolenie, które pozwoli poznać i zrozumieć zasady zatrudniania osób spoza Polski.

Szansa na odszkodowania za wywłaszczone nieruchomości. Organy nie potrafią udowodnić, że już je wypłaciły

Odszkodowanie za wywłaszczoną nieruchomość przysługuje zarówno wywłaszczonym, jak i ich następcom prawnym. Ustawa o gospodarce nieruchomościami daje możliwość dochodzenia odszkodowań także za nieruchomości wywłaszczone przed datą 1 stycznia 1998 r. Odmawiając ich wypłat, organy muszą mieć dowód, że zrobiono to wcześniej (wyrok WSA w Gdańsku z 04.07.2018 r., II SA/Gd 277/18).

Zgodnie z art. 233 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o gospodarce nieruchomościami (dalej u.g.n.): „Sprawy wszczęte, lecz niezakończone decyzją ostateczną przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy, prowadzi się na podstawie jej przepisów”. Z kolei na mocy art. 129. ust. 5 pkt 3 u.g.n.: „Starosta, wykonujący zadanie z zakresu administracji rządowej, wydaje odrębną decyzję o odszkodowaniu gdy nastąpiło pozbawienie praw do nieruchomości bez ustalenia odszkodowania, a obowiązujące przepisy przewidują jego ustalenie” (Dz.U. 1997, nr 115, poz. 741 z późn.zm.).

Nieruchomość wywłaszczono, a co z odszkodowaniem?

W grudniu 2017 r. starosta odmówił ustalenia na rzecz spadkobierców odszkodowania należnego z tytułu utraty wywłaszczonej w latach 1983-1984 działki. Nieruchomość stała się własnością Skarbu Państwa na mocy zarządzenia Naczelnika Miasta i Gminy z 3 listopada 1983 r. w sprawie ustalenia terenu budowlanego budownictwa jednorodzinnego i jego podziału na działki budowlane. Wnioskodawcy stali na stanowisku, że wypłata odszkodowania nigdy nie nastąpiła. Organ twierdził jednak inaczej (II SA/Gd 277/18).

Nie słyszał, aby komuś nie wypłacono

Starosta wskazał, że zarówno w § 5 powyższego zarządzenia, jak i w art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 6 lipca 1972 r. o terenach budownictwa jednorodzinnego i zagrodowego oraz podziale nieruchomości w miastach i osiedlach (Dz.U. 1972, nr 27, poz. 192) zawarto, że: „za nieruchomości, które przeszły na własność państwa wypłaca się odszkodowanie na podstawie przepisów o wywłaszczeniu nieruchomości. To, zdaniem starosty, miało przesądzać o dokonanej obligatoryjnej wypłacie odszkodowań.

Hipotezę organu miały również potwierdzać zeznania świadków. W sytuacji braku jakichkolwiek dokumentów potwierdzających wypłaty odszkodowań za nieruchomości wywłaszczone w latach 1983-1984, starosta na poparcie swego stanowiska przyjął zeznania geodety miejskiego, pełniącego tę funkcję w tamtym czasie. Ten, powołując się na brak wiedzy w zakresie wypłaty tych odszkodowań, wyraził własne zdanie, że takowe musiały być ustalone, bo nigdy nie słyszał, aby komuś nie wypłacono.

„Twarde” dowody

Również biegły z zakresu rolnictwa, który w lutym 1984 r. sporządził elaborat szacunkowy dla przedmiotowej nieruchomości w zakresie wyceny gruntu, zasiewów oraz drzew i krzewów sadowniczych, będący podstawą do określenia wysokości i wypłaty odszkodowań, wyjaśnił, „że po sporządzeniu elaboratu wypłata odszkodowania była wyłącznie formalnością” (II SA/Gd 277/18).

Istnienie elaboratu oraz podpisana przez spadkodawcę, ówczesnego właściciela nieruchomości, notatka z marca 1982 r., w której wyraża zgodę na wywłaszczenie, w połączeniu z przywołanymi zeznaniami świadków wystarczyło organowi do odmowy ustalenia wnioskowanego przez spadkobierców odszkodowania.

Nie było prawnych podstaw do wydania decyzji

Wskutek wniesionego przez wnioskodawców odwołania wojewoda uchylił zaskarżoną decyzję starosty i umorzył postępowanie przed tym organem. Wojewoda podniósł, że wywłaszczanie nieruchomości, jak i wypłaty z tego tytułu odszkodowań pod rządami ustawy z 6 lipca 1972 r. nie następowały na podstawie decyzji administracyjnych, a właśnie w drodze ustawy. Organ odwoławczy wskazał równocześnie, że odszkodowania były wówczas wypłacane na podstawie „wykazów odszkodowań za grunty przejęte”. Elaborat szacunkowy z 1984 r. wraz ze sporządzonym do niego aneksem stanowią potwierdzenie, że kwota odszkodowania została ustalona. Nie może jednak znaleźć zastosowania przywołany przez spadkobierców art. 233 u.g.n., skoro ani wszczęcie procedury wywłaszczeniowej, ani wypłata wynikającego z niej odszkodowania nie mogły nastąpić w drodze decyzji administracyjnej wydanej przed dniem wejścia w życie ustawy o gospodarce nieruchomościami. Jednocześnie wojewoda pouczył spadkobierców, że jeśli nadal będą chcieli dochodzić zaspokojenia swojego roszczenia, to powinni wstąpić na drogę cywilnoprawną.

Haczyk wojewody

Dlaczego wojewodzie zależało na wzruszeniu podstawy prawnej, jaką stanowiły przepisy u.g.n. i pokusił się o udzielenie petentom rady wstąpienia na drogę cywilnoprawną? Zgodnie z art. 118 w zw. z art. 117 § 1 Kodeksu cywilnego roszczenia majątkowe ulegają przedawnieniu, a jego termin wynosi 10 lat (Dz.U. 1964, nr 16, poz. 93 z późn.zm.). Od 9 lipca 2018 r. zasadniczy termin przedawnienia jest nawet krótszy i wynosi 6 lat (Dz.U. 2018, poz. 1104). Skierowanie sprawy na drogę postępowania cywilnego zapędziłoby zatem spadkobierców w ślepą uliczkę. Nie mieliby szans na odzyskanie odszkodowania, gdyby organ administracji podniósł zarzut przedawnienia.

Taki zarzut nie groził im natomiast w przypadku dalszego dochodzenia roszczenia na drodze administracyjnej: „…wprawdzie przepis art. 128 u.g.n. nie określa, czy roszczenia odszkodowawcze ulegają przedawnieniu, ale powołana ustawa nie zawiera odesłania do odpowiedniego stosowania przepisów Kodeksu cywilnego. (…) w orzecznictwie sądowoadministarcyjnym generalnie przyjmuje się (…), że odszkodowanie ustalane na drodze administracyjnej (decyzją administracyjną) nie podlega przedawnieniu. W prawie administracyjnym z przedawnieniem roszczenia mamy bowiem do czynienia tylko wówczas, gdy przepis prawa wyraźnie tak stanowi” (wyrok NSA z 16.04.2015 r., I OSK 2035/13).

Rzetelne postępowanie dowodowe

Wyrokiem z 4 lipca 2018 r. WSA w Gdańsku uwzględnił skargę spadkobierców i uchylił decyzję wojewody, jednocześnie zwracając mu sprawę do ponownego rozpoznania. Sąd wyjaśnił, że niezastosowanie art. 129 ust. 5 pkt 3 ustawy o gospodarce nieruchomościami do stanów faktycznych zaistniałych przed 1 stycznia 1998 r., a więc przed datą jej wejścia w życie, stałoby w sprzeczności z konstytucyjną zasadą ochrony własności oraz gwarantującą prawo do odszkodowania w przypadku wywłaszczenia.

WSA pouczył wojewodę o konieczności przeprowadzenia rzetelnego postępowania dowodowego, przede wszystkim ustalenia tego, w jaki sposób dokumentowane były wypłaty odszkodowań innym wywłaszczonym na podstawie zarządzenia z 1983 r. W szczególności organ powinien skupić się na ustaleniu, czy wraz z zarządzeniem został sporządzony „wykaz odszkodowań za grunty przejęte” (II SA/Gd 277/18).

Przez brak pokwitowania będą wypłacać odszkodowania?

Organ kierujący spadkobierców na drogę cywilnoprawną chyba zapomniał o jednej z generalnych reguł, jaka funkcjonuje na jej gruncie. Zgodnie z art. 462 § 1 Kodeksu cywilnego: „Dłużnik, spełniając świadczenie, może żądać od wierzyciela pokwitowania” (Dz.U. 1964, nr 16, poz. 93 z późn.zm.). Co więcej, może go żądać w szczególnej formie, jeżeli ma w tym interes (§ 2). Natomiast jeśli „wierzyciel odmawia pokwitowania, dłużnik może powstrzymać się ze spełnieniem świadczenia albo złożyć przedmiot świadczenia do depozytu sądowego” (art. 463).

Brak dokumentu lub innego dowodu potwierdzającego wypłatę odszkodowania właścicielom wywłaszczonej nieruchomości stawia organ w sytuacji, w jakiej zazwyczaj stoi obywatel załatwiający sprawę administracyjną. Dokonując wykładni treści przepisu art. 463 k.c., brak pokwitowania wypłaty odszkodowania prowadzi do konkluzji, że jeśli nie zostało ono złożone do depozytu sądowego, to odpowiedzialny za jego wypłatę organ powstrzymał się od jego wypłaty. Jeżeli organ twierdzi inaczej, to na nim spoczywa ciężar udowodnienia tego.

„Należy podkreślić, że w postępowaniu administracyjnym nie znajduje zastosowania zasada, iż ciężar dowodu spoczywa na osobie, która z określonego faktu wywodzi skutki prawne (art. 6 kc). Zgodnie z art. 77 § 1 kpa to na organie administracji publicznej ciąży obowiązek zgromadzenia w sposób wyczerpujący całego materiału dowodowego” (wyrok WSA w Warszawie z 21.06.2007 r., I SA/Wa 34/07; zob. także: wyrok WSA w Lublinie z 20.02.2007 r., II SA/Lu 31/07).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Turcja tematem numer jeden na rynkach

Lira turecka przebija kolejne najsłabsze poziomy względem większości walut. Niestety problemy tak dużego kraju nie przechodzą bez echa. Dlatego też problemy dotykają również złotego. Japonia bez recesji.

Katastrofa na lirze

Turecka waluta gwałtownie traci. Tydzień temu pisaliśmy o przebiciu przez lirę psychologicznej bariery 5 lir za dolara. Dzisiejszego ranka przez moment należało płacić już 6. Warto przypomnieć, że na początku roku za dolara płacono 3,8 liry i cieszono się, że na koniec listopada udało się uniknąć przekroczenia bariery 4. Dlaczego pieniądze uciekają z Turcji? W kraju panuje 16% inflacja, a inwestorzy nie wierzą już w działania Banku Centralnego. Podobnie jak reszta gospodarki jest on silnie kontrolowany przez otoczenie prezydenta. W tym momencie warto zwrócić uwagę, że waluta na wartości straciła ponad dwukrotnie więcej niż wynosi inflacji.

Nie tylko turecki problem

Sytuacja w Turcji rzutuje szerzej na rynki. W rezultacie to nie tylko lira jest w odwrocie, ale również inne waluty naszego regionu. Jak to często bywa w sytuacji, kiedy rosną ryzyka w górę idzie frank szwajcarski uważany za bezpieczną przystań na trudne czasy. W górę idzie również dolar będący dla inwestorów alternatywą wobec euro. To właśnie dlatego najwięcej złotówka więcej traci względem franka i dolara niż względem euro czy funta. Dlaczego problemy Turcji rzutują na euro i złotego? Powodem wpływu na euro jest zaangażowanie banków europejskich na tamtejszym rynku. Zarówno jako kredytodawców jak i posiadaczy udziałów w tamtejszych bankach. Złoty cierpi z kolei, gdyż dla wielu instytucji wciąż jest w tym samym koszyku państw rozwijających się co i Turcja. Jeżeli zmniejszają zaangażowanie w lirę zmniejszają również w forinta i złotego.

Japonia znów bez recesji

Ekonomiści za recesje uważają dwa kolejne kwartały z rzędu kiedy to PKB danego kraju spada. Sytuacji tej właśnie uniknęła Japonia. Po symbolicznej stracie w pierwszym kwartale tego roku analitycy obawiali się, że również w drugim roku może być spadek. Na szczęście gospodarka wzrosła o 0,5%. To o 0,2% więcej od oczekiwań. W związku z tym nie można się dziwić, że jen umacniał się od rana.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA  – inflacja konsumencka,
  • 14:30 – Kanada – sytuacja na rynku pracy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Mniejsza aktywność na rynkach akcji i rynkach walutowych

Wakacyjną domeną jest mniejsza aktywność na rynkach akcji i rynkach walutowych. Tym samym jest mniej transakcji, a działalność inwestorów spada.

Sezon wakacyjny zaczął się od obaw dotyczących wojny handlowej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Zastanawiano się jak ta wojna się rozwinie i w jakim stopniu uderzy w chińską gospodarkę. Napięcia na giełdzie związane z juanem rozlewały się po rynku walutowym i finansowym. To odbiło się także na polskiej walucie – złoty, jako waluta rynku wschodzącego zaczął wówczas spadać.

Lipiec i sierpień to miesiące, kiedy jest mniejsza aktywność, a w konsekwencji jest też niższa płynność. Na obniżoną aktywność na rynku akcji miały wpływ także Mistrzostwa Świata.

Ruch wzmógł się za to na polskiej giełdzie, wzrósł WIG i WIG 20. Jest to związane z odreagowaniem wcześniejszego pesymizmu i gorszego traktowania Polski przez inwestorów. Jednocześnie inwestorzy coraz lepiej patrzą na polskie spółki. Pesymizm, który utrzymywał się do niedawna jest zastępowany bardziej przychylnym spojrzeniom ze względu na wzrost gospodarczy, który utrzymuje się bliżej 5 procent. To może ułatwić stronę przychodową.

Wojny handlowe są jednak wciąż sporym zagrożeniem, a obawa spowolnienia największej gospodarki rozwijającej się jest nadal realna. To może wpływać na osłabianie złotego w sierpniu o 5-7 groszy.

W sierpniu trzeba także patrzeć na poczynania Donalda Trumpa. To będzie wpływać nie tylko na relacje z Chinami, ale także ze strefą euro.

Konrad Białas, główny ekonomista Domu Maklerskiego TMS Brokers