W większości polskich rodzin to kobiety są odpowiedzialne za organizację życia zdrowotnego. 60 proc. Polek decyduje o formie leczenia nie tylko swoich dzieci, lecz także partnerów i mężów. W przypadku wystąpienia objawów wizyta u lekarza nie zawsze jest pierwszym wyborem. 41 proc. kobiet woli leczyć siebie i bliskich samodzielnie, 30 proc. konsultuje się ze znajomymi i rodziną. Polki, zwłaszcza te z młodszych pokoleń, są otwarte na korzystanie z porad medycznych na odległość.
Z badania przeprowadzonego na potrzeby portalu iWylecz24.pl wynika, że zdecydowana większość Polek bierze na siebie odpowiedzialność za zdrowie rodziny, nie tylko tej najbliższej. 96 proc. ankietowanych pań przyznało, że same umawiają dla siebie wizytę u lekarza, 80 proc. umawia dziecko, 60 proc. również męża lub partnera, a 13 proc. nawet rodziców i teściów. 44 proc. przebadanych mężczyzn zadeklarowało, że również bierze udział w procesie organizacji leczenia, natomiast tylko 20 proc. panów przyznało, że to na nich spoczywa ten obowiązek.
– Kobiety są bardziej odpowiedzialne w kontekście gospodarstwa domowego, czyli rodziny. To one biorą na siebie ciężar weryfikowania, jaki jest stan zdrowia najbliższych. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że w Polsce menadżerkami leczenia są kobiety – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Grabowski z iWylecz24.pl.
W przypadku wystąpienia objawów choroby wizyta u lekarza nie zawsze jest jednak pierwszym wyborem. Badanie pokazuje, że tylko 24 proc. kobiet nie weryfikuje symptomów, tylko natychmiast decyduje się na konsultację z lekarzem. 41 proc. samodzielnie wybiera lekarstwa dla siebie lub bliskiej osoby, 37 proc. sprawdza informacje o objawach w internecie m.in. w popularnych wyszukiwarkach lub na portalach medycznych, 27 proc. natomiast konsultuje się z rodziną lub znajomymi. Polki cechuje dwojakie podejście do leczenia.
– Badaliśmy przedział wiekowy 25–55 lat i widzimy pewne różnice. Osoby młodsze z wyższym wykształceniem częściej np. korzystają z mieszanego modelu leczenia, czyli korzystają i z NFZ, i z prywatnej opieki zdrowotnej. Osoby 45+ korzystają przede wszystkich z NFZ, dużo rzadziej z prywatnej opieki zdrowotnej – mówi Marcin Grabowski.
Wyłącznie z usług NFZ korzysta tylko 36 proc. kobiet do 40. roku życia i 64 proc. pań powyżej tej granicy wiekowej. Na mieszany system opieki zdrowotnej, obejmujący NFZ, abonament medyczny lub usługi prywatne poza abonamentem częściej decydują się ponadto panie z wyższym wykształceniem oraz mieszkające w dużych ośrodkach miejskich. Wyłącznie publiczną opiekę zdrowotną wybiera tylko 42 proc. posiadaczek dyplomu ukończenia wyższej uczelni.
– Grupa młodsza, lepiej wykształcona, żyjąca w większych miastach, nie ma czasu, żeby sprawdzać, co się dzieje w publicznej służbie zdrowia. Kojarzą ją z kolejkami i długim czasem oczekiwania. Często nie mają też rodzin na miejscu, nie mają z kim się skonsultować, nie mają tak rozwiniętej siatki bardzo bliskich znajomych – mówi Marcin Grabowski.
Skłonność do korzystania z porady medycznej na odległość w nagłych sytuacjach zadeklarowało 56 proc. respondentek. 51 proc. stwierdziło, że mogłyby się na to zdecydować, gdyby konsultowały się z odpowiednią osobą, czyli lekarzem. 43 proc. nie wykluczyło natomiast możliwości zasięgnięcia takiej porady w trakcie leczenia jako dodatkowej konsultacji. Jedynie 15 proc. ankietowanych kategorycznie uznało, że nie skorzystałoby z telemedycyny w żadnym przypadku.
– Z tej perspektywy proces organizacji leczenia wsparty telemedycyną to jest kierunek, w którym będziemy na pewno szli, a kobiety są naszą główną grupą odbiorczą. Rozwijając nasze narzędzia, skupiamy się przede wszystkim na menadżerkach leczenia, którymi są Polki, i na pewno w tym dialogu będziemy chcieli jak najczęściej uczestniczyć i tego typu funkcjonalności rozwijać – mówi Marcin Grabowski.
iWylecz24.pl to platforma, która pozwala odszukać specjalistę i umówić się na wizytę. Dzięki testerowi objawów opartemu na sztucznej inteligencji i machine learning pacjenci mogą samodzielnie zweryfikować objawy i uzyskać wstępne rozpoznanie. Mogą się także skontaktować z pielęgniarką lub ratownikiem czy skorzystać z wideowizyty u lekarza.
Elektrolity, suplementy przeciw nadmiernemu poceniu i wspomagające odchudzanie – te produkty, na które jest zwiększone zapotrzebowanie latem, są najczęściej promowane w mediach przez firmy farmaceutyczne. Branża wydała w lipcu na reklamę ponad 227 mln zł. To trzykrotnie więcej niż sektor finansowy czy telekomunikacyjny. Liderem wydatków jest jednak branża handlowa z budżetem o wysokości ponad 231 mln zł.
– Doskwierające nam upały możemy nie tylko odczuć, lecz także zobaczyć w reklamach branży farmaceutycznej, które ostatnio zmonitorowaliśmy w naszym raporcie badającym reklamy w mediach tradycyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Górska z Instytutu Monitorowania Mediów. – W lipcu dominowały reklamy leków wspomagających przy utracie elektrolitów w czasie upałów, a także blokujących pocenie oraz suplementów diety wspomagających odchudzanie.
Jak wynika z raportu IMM „Wydatki reklamowe w lipcu 2018”, branża farmaceutyczna wydała w ubiegłym miesiącu na reklamę 227,5 mln zł (czyli ponad 1/4 spośród pięciu badanych branż). Największe wydatki w wysokości ponad 6 mln zł wygenerowała marka Litorsal Zdrovit (uzupełnienie elektrolitów). Na kolejnych pozycjach w zestawieniu znalazły się Steper (preparat przeciwgrzybiczny) i Perspiblock (preparat blokujący pocenie się), a także Hepaslimin (wspomaganie odchudzania).
Biorąc pod uwagę łączny udział poszczególnych kategorii w budżetach reklamowych, pozycję lidera zajmują środki przeciwbólowe (17 proc.) i suplementy diety (13 proc.). Produkty wspomagające trawienie odpowiadały za 6 proc. wydatków, pielęgnujące urodę – za 5 proc., a po 4 proc. przypadło na kategorie preparatów wspomagających wątrobę i blokujących nadmierne pocenie.
– Polacy coraz bardziej dbają o swoje zdrowie, a producenci reklam odpowiadają na tę potrzebę – mówi Joanna Górska.
Liderem wydatków w lipcu była branża handlowa, która na reklamę przeznaczyła 231,4 mln zł. Największy budżet promocyjny miał w ubiegłym miesiącu Lidl (ponad 33,5 mln zł), a jego największy konkurent – sieć Biedronka – znalazł się na piątym miejscu zestawienia (z budżetem ok. 15 mln zł). Dyskonty odpowiadały w sumie za 26 proc. reklam branży handlowej. Trzy środkowe miejsca TOP5 należały do sieci z elektroniką i sprzętem AGD: Media Expert (ponad 25 mln zł), Euro RTV AGD (ok. 23 mln zł) i Neonet (ok. 16 mln zł). Łącznie ich udział w wydatkach reklamowych wyniósł 34 proc. Swoją pozycję wśród kategorii reklamowanych produktów umocniły także sklepy meblowe, sieci budowlane i hipermarkety.
Branże handlowa i farmaceutyczna pod względem wydatków na promocję zdecydowanie wyprzedziły kolejne w zestawieniu sektory. Telekomunikacja przeznaczyła w lipcu na ten cel blisko 82,9 mln zł. Liderem wydatków był Plus (blisko 25 mln zł), na drugiej pozycji znalazł się Cyfrowy Polsat (ok. 18 mln zł). Najczęściej lipcowe reklamy dotyczyły oferty na kartę.
– Jeśli chodzi o wydatki reklamowe w branży finansowej, to w lipcu zmonitorowaliśmy budżet o wysokości ponad 70 mln zł – wyjaśnia Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.
Jak co miesiąc, w tym zestawieniu przodowały banki i firmy pożyczkowe. Lider tego zestawienia – mBank – wydał w lipcu na reklamę ponad 8 mln zł, a ostatni w TOP5 Provident mniej więcej połowę tej kwoty.
– W lipcu w pierwszej piątce mamy mBank, Raiffeisen Polbank, ING Bank Śląski oraz Provident. Nowością na drugim miejscu jest BLIK z budżetem w wysokości ponad 6 mln zł. BLIK jest to system płatności mobilnych, który został stworzony przez Polski Standard Płatności. Tę wysoką pozycję system zawdzięcza kampanii reklamowej z udziałem MC Silk, czyli najszybszego rapera w Polsce, a także może na świecie, który w tym przypadku promuje w radiu i telewizji szybkie płatności mobilne – mówi Magdalena Pawłowska.
Branża motoryzacyjna przeznaczyła na promocję w ubiegłym miesiącu niecałe 65 mln zł. Największy budżet miała Skoda (ponad 7 mln zł), a tuż za nią – Opel, Audi, Toyota i Nissan (między 4 a 6 mln zł).
Tradycyjnie największe kwoty przeznaczane były na reklamy telewizyjne (po 40 proc. w każdej branży). Handel jednak najchętniej inwestuje w promocję w radiu (54 proc. budżetu).
W ubiegłym roku mniej niż 1 proc. wszystkich globalnych cyberataków miał miejsce w Polsce. Pod względem aktywności cyberprzestępców plasujemy się na 10. miejscu w Europie i 26. na świecie – wynika z raportu firmy Symantec. Choć prym nadal wiodą popularne ataki złośliwym oprogramowaniem czy dla okupu, to dynamicznie przybywa nowych, bardziej wyrafinowanych. Ich celem coraz częściej stają się urządzenia internetu rzeczy i mobilne.
– W ostatnim czasie obserwujemy znaczący wzrost ataków cryptojackingowych [wykorzystujących cudze komputery do kopania kryptowalut – red.], ale wciąż duże znaczenie mają dobrze znane ataki typu ransomware czy malware, w których hakerzy blokują czyjś komputer i żądają zapłacenia okupu za jego odblokowanie – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Ancuta, country manager Norton by Symantec.
Najczęściej pojawiającym się zagrożeniem był phishing (1,1 proc. przestępstw na świecie i 4,5 proc. w Europie). W ubiegłym roku infrastruktura Trend Micro zablokowała ponad 66 mld zagrożeń, z czego 85 proc. stanowiły wiadomości e-mail zawierające szkodliwą zawartość. Specjaliści Trend Micro szacują, że w tym roku straty z tytułu naruszenia firmowych systemów poczty elektronicznej mogą przekroczyć nawet 9 mld dol. w globalnej skali.
Następny na liście jest cryptojacking (1,8 proc. globalnych i 4,1 proc. europejskich). To stosunkowo nowy typ ataków – pojawił się w drugiej połowie zeszłego roku wraz z nową technologią do kopania kryptowaluty Monero w przeglądarkach internetowych. Liczba takich ataków rośnie lawinowo. W ubiegłym roku eksperci Norton by Symantec odnotowali wzrost sięgający 8,5 tys. proc.
– Obserwujemy też stały wzrost ataków na urządzenia mobilne, co wiąże się z faktem, że coraz częściej są one używane w bankowości internetowej i zawierają wrażliwe informacje – wyjaśnia Jarosław Ancuta.
Jak wynika z „Internet Security Threat Report” firmy Symantec, takie urządzenia często nie posiadają właściwego oprogramowania antywirusowego i pracują w oparciu o stare wersje systemów operacyjnych.
– Trzeba wspomnieć o niewielkiej ostrożności użytkowników, na przykład przy ściąganiu aplikacji ze źródeł innych niż oficjalne appstore’y – mówi Jarosław Ancuta.
Również urządzenia internetu rzeczy cieszą się coraz większą popularnością wśród cyberprzestępców.
– W 2017 roku zaobserwowaliśmy wzrost ataków na urządzenia IoT, takich jak telewizory, lodówki, kamery internetowe, na poziomie 600 proc. Wiąże się to z faktem, że takie urządzenia mają albo bardzo słabe, albo wcale nie mają haseł dostępowych i są niepoprawnie skonfigurowane. To czyni je łatwą zdobyczą dla cyberprzestępców, stosunkowo łatwo mogą zostać wykorzystywane do ataków globalnych. Nie zabezpieczając swoich urządzeń mobilnych czy urządzeń IoT, możemy paść ofiarą różnych zagrożeń, poczynając od cryptojackingu po kradzież tożsamości – podkreśla country manager Norton by Symantec.
Jak wynika z raportu „Internet Security Threat Report 2018” firmy Symantec, w ubiegłym roku w Polsce odnotowano 0,86 proc. wszystkich ataków w globalnej skali. Pod względem aktywności cyberprzestępców daje to 10. pozycję w Europie i 26. na świecie.
– W Polsce obserwujemy w ostatnim czasie lekki wzrost ataków typu ransomware, podczas gdy ich liczba w innych regionach świata maleje. Wynika to z faktu, że cyberprzestępcy wciąż poszukują dla siebie nowych możliwości. Jeżeli na tym rynku robi się ciasno, maleje rentowność, zmienia się sposób reakcji ofiar na atak, np. zmniejsza bądź zwiększa się gotowość do płacenia okupu, powoduje to zmianę zachowań cyberprzestępców, którzy szukają nowych możliwości i przenoszą się w inne rejony – mówi Ancuta.
Ze styczniowego raportu KPMG „Barometr cyberbezpieczeństwa: cyberatak zjawiskiem powszechnym” wynika, że w ubiegłym roku aż 82 proc. działających w Polsce przedsiębiorstw odnotowało przyjemniej jeden cyberincydent. Natomiast 37 proc. zauważyło wzrost liczby cyberataków na przestrzeni ostatniego roku.
MGMiŻŚ rozpoczęło proces konsolidacji państwowych stoczni, co ma dać impuls do rozwoju przemysłu stoczniowego i ułatwić im starania o duże, zagraniczne kontrakty. Rząd zapowiada, że chce odbudować przemysł stoczniowy, który ma w Polsce duży potencjał. Eksperci wskazują jednak, że infrastruktura stoczniowa wymaga miliardowych inwestycji, a polskie stocznie – obok długofalowej strategii – pilnie potrzebują nowych zleceń. Szansą może być program modernizacji Marynarki Wojennej, który zapewni transfer technologii i know-how.
– Polskie stocznie są rozdrobnione i zbyt małe, żeby spełniać rolę generalnego wykonawcy dużych, nowoczesnych jednostek. Wymagają konsolidacji i ten projekt ma być realizowany. Liczą się nie tylko programy i koncepcje, lecz przede wszystkim realne zamówienia. One są potrzebne już dziś. Kondycja polskich stoczni nie jest najlepsza. Ominął je ten boom, którego doświadczają stocznie europejskie. Każde z długofalowych rozwiązań wymaga określonej perspektywy czasowej, a polskie stocznie kontraktów potrzebują już dziś – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Słupski, konsultant ds. stoczniowych InvRest PS.
W połowie czerwca br. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej przejęło nadzór nad Stocznią Szczecińską i Stocznią Remontową „Gryfia”, które dotychczas były pod zarządem MON. Docelowo pod nadzór właścicielski MGMiŻŚ mają przejść wszystkie państwowe stocznie – w tym Stocznia Nauta, Stocznia Marynarki Wojennej oraz producent elementów do morskich elektrowni wiatrowych ST3 Offshore. Konsolidacja tych podmiotów ma dać impuls do rozwoju polskiego przemysłu stoczniowego i umożliwić starania o duże zagraniczne kontrakty.
– Nowoczesne stocznie działają w formie dużych grup kapitałowych, po konsolidacjach i przejęciach na rynku. Największą grupą stoczniową w Europie jest Fincantieri, składająca się z ponad 20 przedsiębiorstw. W ostatnim czasie zapoczątkowana została fuzja z inną dużą grupą stoczniową, francuską Naval Group. Te stocznie są zdywersyfikowane rynkowo, działają w różnych segmentach rynku, budują okręty wojenne, a więc ich klientem są marynarki wojenne. Jednak istotną część portfela ich klientów stanowią armatorzy wysokospecjalistycznych promów i wycieczkowców, ale również z segmentu offshore – mówi Piotr Słupski.
Ekspert InvRest PS ocenia, że polska infrastruktura stoczniowa wymaga znaczących inwestycji, przekraczających nawet 1 mld zł. Pierwsze zostały już poczynione. Przykładem jest m.in. budowa dużej fabryki morskich fundamentów wiatrowych w Szczecinie ST3 Offshore, w którą w latach 2012–2015 zainwestowano prawie 500 mln zł. Także w Gdyni na terenach po byłej Stoczni Gdynia inwestowane są środki publiczne i prywatne, ale żeby umożliwić budowę wycieczkowców czy promów pasażerskich, potrzebne są znacznie większe nakłady na infrastrukturę stoczniową.
– Potencjał polskich stoczni do realizacji zaawansowanych technologicznie, specjalistycznych jednostek jest, ale w rozumieniu klasycznej infrastruktury stoczniowej, czyli doków, pochylni, hal produkcyjnych. Jesteśmy natomiast zapóźnieni pod względem linii produkcyjnych i unowocześnień z tym związane, jak chociażby duże roboty, automaty spawalnicze – mówi ekspert ds. stoczni.
Jak ocenia, szansą dla polskich stoczni jest realizacja programu modernizacji Marynarki Wojennej i rzeczywiste zakontraktowanie przy udziale partnerów zagranicznych, którzy dostarczą technologie, rozwiązania z zakresu zarządzania i know-how niezbędne dla rozwoju przemysłu stoczniowego w Polsce.
W końcówce maja, podczas Konwentu Morskiego w Gdyni premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że Polska ma ogromny potencjał w przemyśle stoczniowym, brakuje jednak dobrej organizacji i przełamania niemocy po poprzednikach. Dodał też, że szansą dla polskich stoczni jest specjalizacja, podając za przykład budowę pierwszego na świecie statku pasażerskiego z napędem elektrycznym w gdańskiej stoczni Aluship.
To rewolucja dla osób niepełnosprawnych. Głosowa obsługa gazu, hamulca, obrotu kierownicy czy specjalne joysticki umożliwią prowadzenie samochodu osobom z niedowładem i porażeniem kończyn. Urządzenie, które pozwala przetwarzać głos instruktora w czasie prowadzenia szkolenia na obraz, oznacza zaś duże ułatwienie dla osób niesłyszących. W Stanach Zjednoczonych zrobienie prawa jazdy jest jednym z obowiązkowych elementów rehabilitacji. W Polsce z takiej możliwości korzysta jeszcze niewielki odsetek niepełnosprawnych, ale dzięki nowym technologiom może się to zmienić.
Dzięki nowym technologiom osoby niepełnosprawne stają coraz bardziej mobilne i niezależne. Podnośnik do przesiadania się z wózka na fotel kierowcy, czy dźwignia do chowania wózka na dachu pojazdu są już stosowane w większości samochodów dostosowanych do potrzeb osób z ograniczeniami ruchu. Już wkrótce na szeroką skalę pojawią się też rozwiązania, które umożliwią prowadzenie pojazdu osobom z niedowładem, porażeniem kończyn, a nawet osobom urodzonym bez kończyn.
– Bardzo szybki rozwój innowacyjnych rozwiązań technicznych pozwala osobom niepełnosprawnym ruchowo, które chcą prowadzić samochód, używać urządzeń zastępujących ich fizyczne możliwości. Już nie potrzebujemy obracać ręką kierownicy, możemy stosować joystick elektroniczny taki jak w grach komputerowych, możemy również zastosować przyciski i z przycisków przejść na sterowanie głosem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zbigniew Zawada z Przemysłowego Instytutu Motoryzacji (PIMOT).
Prowadzenie, a właściwie sterowanie samochodem, umożliwia urządzenie Joysteer, czyli elektroniczny, modułowy system prowadzenia pojazdu za pomocą wielofunkcyjnego joysticka. Technologia drive-by-wire jest wykorzystywana m.in. w samolotach – nie ma fizycznego połączenia kierownicy z kołami samochodu, a układy sterowania są zastąpione elektromechanicznymi siłownikami. Joystick pozwala kontrolować wszystkie układy i podobnie jak kierownica przekazuje sygnały płynące z samochodu.
Trwają prace, by samochód móc również kierować głosem, wydając jasne polecenia. W przyszłości możliwe może być także sterowanie pojazdem za pomocą fal mózgowych, które odczyta samochód.
– Najnowszą zdobyczą techniki jest sterowanie głosem, urządzenie GRASER pozwala przetwarzać głos instruktora w czasie prowadzenia szkolenia na obraz. To zazwyczaj ma zastosowanie w przypadku osób niesłyszących, gdzie nie ma możliwości migania i komunikowania się z osobą niesłyszącą w czasie prowadzenia szkolenia. To urządzenie, gdzie kursant ma możliwość zerknięcia kątem oka na szybę i wyświetlacz, np. nawigacji, gdzie pokazuje się piktogram, który pokazuje, jakie polecenie ma aktualnie wykonać na drodze – tłumaczy Zbigniew Zawada.
Jak przekonuje ekspert, obok rozwiązań technologicznych, konieczne jest też wsparcie systemowe. Osoby niepełnosprawne często nie wiedzą, że niedowład czy nawet brak kończyn nie jest już przeszkodą w uzyskaniu prawa jazdy. Wskazują na to statystyki. W Stanach Zjednoczonych prawo jazdy jest elementem terapii i rehabilitacji. W Polsce pieniądze na wspieranie mobilności osób z niepełnosprawnością przekazuje Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Od 2007 roku z pomocy skorzystało zaledwie nieco ponad 3,8 tys. osób, a w 2016 roku – 410 osób.
– Prawo polskie, z narzuceniem przez prawo europejskie, pozwala i dopuszcza lekarzom orzecznikom coraz większą gamę osób z orzeczeniami niepełnosprawności dopuszczać do kursu na prawo jazdy kategorii B. Kiedyś padaczka czy cukrzyca to były bardzo duże ograniczenia, w tej chwili należy być tylko pod stała kontrolą lekarza orzecznika, który co roku przeprowadza badania i to nie dyskwalifikuje z możliwości prowadzenia samochodu – zaznacza przedstawiciel PIMOT.
O mobilność osoby z niepełnosprawnością, zbadanie jej potrzeb i możliwości, zdobywanie wsparcia finansowego, rehabilitację i zaopatrzenie ortopedyczne, naukę jazdy, pomoc w zakupie auta i jego adaptację ma zadbać KOMON, czyli Krajowy Ośrodek Mobilności Osób Niepełnosprawnych.
– Cena kursu na takie prawo jazdy to ok. 2 tys. zł. Jest to zawsze 200–300 zł droższe od standardowego kursu dla osoby sprawnej, z uwagi na fakt dostosowania samochodu do potrzeb klienta. Do każdego klienta podchodzimy indywidualnie, trzeba dostosować samochód, przerobić fotel, dostosować gaz, hamulec czy dostosować poduszki, przełączniki kierunkowskazów na drugą rękę – mówi Zbigniew Zawada.
W przyszłości pomocą dla osób niepełnosprawnych mogą być także w pełni autonomiczne samochody, które potrafią dojechać w wyznaczone miejsce bez pomocy człowieka.
Według Research and Markets globalny rynek pojazdów przystosowanych dla niepełnosprawnych był wyceniany w 2016 r. na 6,16 mld dol. W najbliższych latach ma rosnąć w tempie 5,7 proc. średniorocznie.
mTożsamość, czyli dane z dowodu osobistego w smartfonie, to pierwsza funkcjonalność rządowej aplikacji mObywatel, którą można bezpłatnie pobrać z Google Play i App Store. Nie zastąpi to tradycyjnego dokumentu, ale pozwoli zweryfikować tożsamość drugiej osoby i wymienić się danymi bez spisywania, skanowania czy fotografowania dowodu. Ta funkcjonalność jest przydatna na przykład przy podpisywaniu umowy po stłuczce samochodowej, w siłowni czy bibliotece. Resort cyfryzacji będzie rozwijać aplikację mObywatel i poszerzać katalog dokumentów, które będą dostępne w wersji mobilnej m.in. o prawo jazdy, dowód rejestracyjny, dokumenty OC, a nawet kartę miejską.
– Mobilny dowód osobisty wejdzie w życie za około miesiąc wraz z ustawą o usługach zaufania i identyfikacji elektronicznej. Zawarte jest w niej umocowanie prawne dla rządowej aplikacji, która się nazywa mDokumenty i pozwala na odwzorowanie danych zawartych w dowodzie osobistym. Nie jest to dowód osobisty, bo ten mamy tylko jeden. Natomiast jest to narzędzie, które pozwoli na weryfikację tożsamości obywatela. Będzie to pomocne chociażby w przypadku zatrzymania przez policję, na poczcie czy w wypożyczalni sprzętu sportowego – mówi agencji Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji.
Nowelizacja ustawy o usługach zaufania i identyfikacji elektronicznej została podpisana przez prezydenta 25 lipca 2018 roku. Wprowadza ona przepisy ułatwiające obywatelom potwierdzanie swojej tożsamości w publicznych usługach online oraz umocowania prawne dla elektronicznego systemu identyfikacji obywateli. mTożsamość, czyli dane z dowodu osobistego w smartfonie, to pierwsza funkcjonalność darmowej, rządowej aplikacji mObywatel. Jej pilotaż zakończył się 30 marca br., obecnie w sklepach Google Play i App Store dostępna jest oficjalna wersja. Aby aktywować aplikację, niezbędny jest Profil Zaufany.
mTożsamość korzysta z aktualnych danych tożsamości, które znajdują się w rejestrach państwowych, takich jak imię, nazwisko, data urodzenia, numer PESEL, zdjęcie, numer i seria oraz data ważności dowodu osobistego. Usługa pozwala wyświetlić te informacje na ekranie smartfona, zweryfikować tożsamość drugiej osoby i wymienić się danymi bez spisywania, skanowania czy fotografowania dowodu osobistego. Jest przydatna na przykład przy podpisywaniu umowy po stłuczce samochodowej, w siłowni, bibliotece albo w sklepach i punktach usługowych, które posługują się mWeryfikatorem. W tym przypadku obsługa sklepu może wyłącznie pobrać i sprawdzić dane, ale nie może ich zapisać ani zrobić zrzutu ekranu.
Dane zapisane w telefonie są całkowicie bezpieczne – zaszyfrowane i podpisane certyfikatem wydanym przez Ministerstwo Cyfryzacji. Certyfikat potwierdza również autentyczność danych. Usługa mTożsamość nie zastąpi jednak prawdziwego, plastikowego dowodu osobistego w banku, urzędzie albo przy przekraczaniu granicy.
– Mając przy sobie smartfon, w zasadzie mamy przy sobie wszystko, co nam jest niezbędne do bieżącego funkcjonowania. Stąd ta możliwość weryfikacji tożsamości jest bardzo ważna – mówi Marek Zagórski. – Oprócz tego będziemy oferować mobilne wersje innych dokumentów elektronicznych. Pracujemy nad legitymacją szkolną, studencką – wszystko to w tym roku. Pojawią się także wersje elektroniczne dowodu rejestracyjnego i poświadczającego OC. Nie trzeba będzie wozić tych dokumentów w wersji papierowej, co będzie ułatwieniem w razie ewentualnej kontroli i znacznie ją przyspieszy.
Jak informuje, w przyszłości resort zamierza rozwijać aplikację mObywatel i poszerzać katalog dokumentów, które będą dostępne w wersji mobilnej, m.in. o prawo jazdy. W tej chwili trwają zaawansowane prace nad uruchomieniem mobilnej, dostępnej w smartfonie karty miejskiej.
– Prowadzimy rozmowy z niektórymi miastami, aby móc przetestować to rozwiązanie. W przyszłości chcemy, żeby nie tylko państwowe dokumenty mogły znaleźć się w tym koszyku. Rozmawiamy z różnymi dostawcami popularnych świadczeń, np. sieciami klubów fitness. To już kwestia wyobraźni, bo gdyby Polski Związek Wędkarski chciał, toby i karta wędkarska w smartfonie się zmieści – mówi minister cyfryzacji.
W Warszawie powstaną dwa centra naukowe o międzynarodowym znaczeniu. Pierwsze poprowadzi badania nad neuroplastycznością mózgu, które mogą znaleźć zastosowanie w leczeniu takich chorób jak Alzheimer, Parkinson czy depresja. Naukowcy będą badać tzw. organoidy, czyli miniaturowe struktury mózgowe wyhodowane w laboratorium z komórek macierzystych. Drugie centrum zajmie się badaniami nad zapomnianym pasmem, czyli promieniowaniem terahercowym, które może mieć szereg zastosowań w gospodarce.
Braincity powstanie w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego PAN i będzie prowadzić badania nad mechanizmami plastyczności ludzkiego mózgu. Instytut prowadzi m.in. badania nad neuroplastycznością, czyli zdolnością mózgu do reorganizacji. To funkcja kluczowa dla procesów uczenia się, zapamiętywania i regeneracji. Badania mogą doprowadzić do przełomu w profilaktyce, diagnostyce i leczeniu chorób mózgu takich jak choroba Parkinsona, Alzheimera, depresja i schizofrenia.
Do końca przyszłej dekady te choroby będą jednym z najczęstszych i największych zagrożeń zdrowotnych, a koszty ich leczenia już teraz sięgają ok. 800 mld euro rocznie. Naukowcy liczą, że zrozumienie i wykorzystanie plastyczności mózgu przyczyni się do opracowania nowych terapii.
– Braincity będzie prowadzone razem z EMBL – European Molecular Biology Laboratory, które jest jedną z najbardziej prestiżowych organizacji naukowych na naszym kontynencie. Poprowadzi projekty z neurobiologii, w tym również nakierowane na leczenie chorób neurodegeneracyjnych, takich jak Alzheimer albo Parkinson. Naukowcy mają nadzieję, że te badania będą mieć zastosowanie w leczeniu ludzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Maria Pawłowska, koordynator programu MAB w Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Na stworzenie Braincity instytut pozyskał grant w wysokości 39 mln zł. W centrum pracować będzie sześć zespołów badawczych, których liderzy będą mogli swobodnie pracować nad własnymi projektami naukowymi, zgodnie z międzynarodowymi standardami badawczym. Pracami pokierują uznani polscy naukowcy: prof. dr. hab. Leszek Kaczmarek i dr hab. Ewelina Knapska. Dzięki współpracy z EMBL, centrum uzyska dostęp m.in. do najnowocześniejszych technologii inżynierii genetycznej, technologii edycji genomu oraz bioinformatycznych baz danych.
– Będą tam prowadzone również badania na tzw. organoidach, czyli tworzonych w laboratorium małych mózgach wyhodowanych z komórek, na których można eksperymentować. Wydaje się to bardzo ekscytujące, ponieważ nadal bardzo niewiele wiemy o mózgu. Niektórzy uważają, że o powierzchni Księżyca wiemy więcej niż o własnym mózgu, więc jest to niesamowicie ciekawy temat pod kątem rzeczywistych problemów, z którymi światowe społeczeństwo się teraz zderza. Na szczęście żyjemy coraz dłużej, ale choroby neurodegeneracyjne są coraz większym problemem i mamy nadzieję, że Braincity będzie cegiełką, która pomoże w jego rozwiązaniu – mówi dr Maria Pawłowska.
Drugie nowe centrum badawcze, które powstaje przy udziale funduszy z konkursu Międzynarodowe Agendy Badawcze, to Centrum Badań i Zastosowań Technologii Terahercowych. Będzie prowadzone przez Instytut Wysokich Ciśnień PAN w Warszawie, a pokierują nim wybitni polscy fizycy: profesorowie Wojciech Knap i Thomas Skotnicki. Ośrodek będzie prowadzić badania nad zapomnianym pasmem czy inaczej luką terahercową.
– Polska ma co najmniej dziesięcioletnią historię tych badań, prof. Knap jest absolutnie światowym ekspertem w tej dziedzinie i mamy nadzieję, że jego zespół znajdzie nowe zastosowania dla teraherców. Potencjalnie jest ich bardzo wiele. Problem dotyczy tego, jak wdrożyć je w gospodarce, jak wykorzystać tę długość fali w sposób pożyteczny dla ludzi. Prof. Knap postawił przed sobą zadanie znalezienia rozwiązania tego problemu i bardzo się cieszymy, że będzie robił to w ramach programu MAB – mówi ekspertka.
Zagranicznymi partnerami ośrodka Centra będą Uniwersytet Goethego we Frankfurcie oraz Instytut Elektroniki, Mikroelektroniki i Nanotechnologii w Lille. Projekt uzyskał finansowanie z konkursu MAB w wysokości 34 mln zł.
Jak wyjaśnia FNP, promieniowanie terahercowe to rodzaj promieniowania elektromagnetycznego (pasmo leżące pomiędzy podczerwienią a mikrofalami). W przeciwieństwie do promieniowania rentgenowskiego i ultrafioletowego nie jest szkodliwe dla ludzi ani zwierząt. Mimo że jest znane już od dawna, dotychczas nie znalazło zastosowania na szeroką skalę, dlatego właśnie nazywane jest zapomnianym pasmem albo luką terahercową.
– Promieniowanie terahercowe może być użyte w przeróżnych gałęziach przemysłu, począwszy od czysto mechanicznych zastosowań, np. przy lądowaniu helikopterów. W momencie, kiedy helikopter próbuje wylądować w ciężkich warunkach i pilot nie ma kontaktu wzrokowego z podłożem, wtedy częstotliwości terahercowe są w stanie zobrazować powierzchnię na tyle, żeby umożliwić bezpieczne lądowanie. Z kolei w rolnictwie badanie terahercami pozwala stwierdzić, ile wody jest w liściu. W obliczu zmian klimatycznych informacja o tym, jak i ile podlewać dane rośliny, będzie bardzo pożyteczna i do tego właśnie możemy wykorzystać teraherce – mówi koordynator programu MAB w Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Na finansowanie obu projektów Fundacja na rzecz Nauki Polskiej przekazała 73 mln zł. Środki pochodzą z rozstrzygniętego w lipcu konkursu na Międzynarodowe Agendy Badawcze (MAB). Jego celem jest stworzenie w Polsce wiodących ośrodków naukowych o światowej renomie. Konkurs finansowany jest z unijnego Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój.
Z danych portalu danepubliczne.gov.pl wynika, że w Polsce działa trzydzieści pięć centrów badawczych (dane z grudnia 2017 r.).
Według wszelkich prognoz dostarczanych przez IATA, Urząd Lotnictwa Cywilnego, a także realizowanych na zlecenie PPL-u widać wyraźnie, że zapowiada się duża tendencja wzrostowa polskiego ruchu lotniczego.Zakłada się, że w samym regionie Mazowsza – Warszawy i okolicznych lotnisk – będzie on na tyle duży, żeprzekroczy 40 milionów pasażerów rocznie. Obsłużyć go nie będzie w stanie Lotnisko Chopina. W zależności od rozwoju ruchu zabraknie tam możliwości przyjęcia przewidywanych od 9 do 15 milionów pasażerów, nawet pomimo rozbudowy portu. Siłą portów regionalnych jest zaś siła samych obsługujących je regionów. Chodzi tu głównie o atrakcyjność turystyczną. Z drugiej strony jest to okno na świat dla ich mieszkańców. Powstanie CPK spowoduje – szczególnie przez rozbudowę modułu kolejowego – skomunikowanie głównych skupisk ludności z portem, jak i ze sobą w krótszym czasie niż obecnie. Część pasażerów, którzy dziś dolatują z portów regionalnych i latają przez huby ościenne, wybierze połączenie kolejowe z własnego regionu do CPK, skąd uda się w dalszą podróż. Ruch ten przeniesie się na transport kolejowy, który jest bardziej ekonomiczny i ekologiczny. Rozwój ruchu lotniczego w Polsce należy więc rozpatrywać w dwóch perspektywach.
– Dotyczą one okresu przed powstaniem Centralnego Portu Komunikacyjnego oraz po jego uruchomieniu. Planując wszelkie działania należy patrzeć długoterminowo i obejmować obie perspektywy – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Szpikowski, prezes Przedsiębiorstwa Państwowego „Porty Lotnicze” – Lotnisko Chopina jest obecnie jedynym portem przesiadkowym w Polsce. Ma ono swoją poważną misję, m.in. musi zbudować masę krytyczną ruchu przesiadkowego, który zostanie później przeniesiony do CPK. Oznacza to konieczność modernizacji i rozbudowania go do granic możliwości tak, aby był w stanie obsłużyć jak najwięcej pasażerów. Mimo zmian Lotnisko Chopina nie będzie mogło obsłużyć prognozowanej liczby pasażerów.W końcu zaistnieje potrzeba podjęcia próby przeniesienia części ruchu – w tym lowcostowego czy czarterowego – na inne porty. Porty regionalne powinny na tym zyskać. W obecnej perspektywie wzrost mobilności Polaków (czyli liczby podróży przypadającej na mieszkańca, która wynosi w Polsce 1, a dla przykładu w Niemczech 4 rocznie), w miarę wzrostu PKB i zamożności społeczeństwa będzie także rosnąć. Jeśli powstanie taka luka, to zostanie skompensowana przez tego rodzaju ruch – podsumował Szpikowski.
Wzrost przychodów ze sprzedaży o 5,1 proc. i po raz pierwszy w historii przekroczenie wartości 9 mld euro w pierwszym półroczu – z takimi wynikami sześć miesięcy 2018 roku kończy ŠKODA AUTO. Zysk operacyjny producenta utrzymał się na wysokim poziomie i wyniósł 821 mln euro. Od stycznia do czerwca dostawy do klientów wzrosły o 11,6 proc., osiągając rekordowy wynik 652 700 pojazdów. Sukces marki to wynik prowadzonej ofensywy modelowej.
Bernhard Maier, CEO ŠKODA AUTO
– Wyniki pierwszego półrocza pokazują, że realizowana przez nas strategia prowadzi do osiągnięcia wyznaczonych celów. Oferta ŠKODA AUTO została bardzo dobrze przyjęta przez naszych klientów. W drugiej połowie roku będziemy kontynuować prowadzoną strategię, na rynku pojawią się nowe modele ŠKODA FABIA i ŠKODA KODIAQ RS – mówi Bernhard Maier, CEO ŠKODA AUTO.
W ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku przychody ŠKODA AUTO wzrosły o 5,1 proc. do 9 161 mld euro (8 720 mld euro w 2017 roku). W tym samym okresie zysk operacyjny spadł o 4,5 proc., utrzymując wciąż wysoki wynik 821 mln euro (860 mln euro w 2017 roku). Zwrot ze sprzedaży wyniósł 9,0 proc. (9,9 proc. w 2017 roku). Przepływ gotówki netto wyniósł 980 mln euro (152 mld euro w 2017 roku).
Klaus-Dieter Schürmann, Członek Zarządu ds. Finansów i IT w ŠKODA AUTO
– Duży wpływ na obecne wyniki ma nasze aktywne zarządzanie w ramach pozytywnego rozwoju wolumenu sprzedaży i kosztów – mówi Klaus-Dieter Schürmann, Członek Zarządu ds. Finansów i IT w ŠKODA AUTO. – Wprowadzone przepisy dotyczące emisji zanieczyszczeń i CO2 stawiają coraz większe wyzwania przed całym przemysłem motoryzacyjnym. W osiąganych wynikach coraz bardziej widać również wpływ inwestycji w nowe technologie i produkty, a także ujemne różnice kursowe i rosnące koszty utrzymania pracowników, wynikające z nowej umowy płacowej – dodaje.
ŠKODA AUTO kontynuuje realizację ambitnej Strategii 2025. Do końca 2020 roku producent samochodów zamierza wprowadzić 19 nowych modeli i poczynić znaczne inwestycje w zakresie innowacji technologicznych, takich jak digitalizacja i elektromobilność.
Data Center jest coraz bardziej istotnym elementem dla przyszłego sukcesu firmy oraz jej prawidłowego funkcjonowania.
Od e-commerce, poprzez przechowywanie informacji, logistykę, komunikację z klientami – Centrum Danych stało się biciem serca globalnego biznesu. To krytyczny punkt w całym procesie operacyjnym firmy. Konferencja Data Center Trends zgromadzi czołowych ekspertów i praktyków, którzy podzielą się swoją rozległą wiedzą oraz omówią nadchodzące wyzwania i problemy związane z funkcjonowaniem centrów danych. Liderzy technologii będą rozmawiać o najnowszych trendach w zakresie udoskonalania technologii gwarantujących bezpieczną infrastrukturę Data Center. Przedstawione zostaną również rozwiązania zapewniające wysoką dostępność oraz systemy operacyjne wspomagające całość procesu. Tematyka spotkania skoncentruje się również na aspektach prawnych oraz normalizacjach data center, w standardach europejskich.
odbędzie się 27 WRZEŚNIA 2018 roku w Warszawie
W programie wydarzenia m.in.:
Zarządzanie incydentami bezpieczeństwa Rafał Gołębiowski, BGŻ BNP Paribas
Obowiązki administratora danych osobowych zgodnie z RODO Artur Piechocki, APLaw
Skoro mam własne DC to po co mi chmura? Daniel Polek-Pawlak, Interia.pl
Czy zewnętrzne data center jest bezpieczniejsze niż moja serwerownia? Gdzie szukać ryzyka? Grzegorz Bernatek, Audytel S.A.
Infrastruktura i wyposażenie data center klasy dostępności wg normy prEN 50600 ed.2
Krzysztof Szczygieł, Polski Instytut Data Center
767 000 PLN to rezultat tegorocznego Charytatywnego Turnieju Siatkówki Plażowej Branży Nieruchomości Komercyjnych i to absolutny rekord wszystkich dziewięciu edycji imprezy. Wydarzenie odbyło się 2 sierpnia w warszawskim klubie La Playa Music Bar. Łącznie zagrało 56 drużyn i 392 zawodników, a w całym turnieju wzięło udział 2 000 osób. Na podium stanęły zespoły DEKADA S.A./ BOIG, PZU oraz MLP GROUP S.A., a patronat honorowy nad imprezą objął Polski Związek Piłki Siatkowej. Jak podsumowuje JLL, w ciągu dziewięciu lat udało się zebrać ponad 2,3 mln PLN.
Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce
„Rezultat tegorocznego wydarzenia przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Spodziewaliśmy się, że 9. edycja turnieju przyciągnie jeszcze więcej uczestników i pozwoli na zebranie rekordowej kwoty, jednak wynik przewyższający ubiegły rok o blisko 388 000 PLN absolutnie nas zaskoczył. W tym roku aukcji towarzyszyły ogromne emocje, które w mistrzowski sposób napędzali licytujący. Gorąco dziękuję wszystkim zawodnikom, uczestnikom, sponsorom i patronom za aktywną partycypację i wielkie serca, a przedstawicielom Panattoni, Globalworth, Gleeds, BNP Paribas Real Estate i JLL za ich ogromny osobisty wkład. To fantastyczne uczucie widzieć, jak każdego roku cała branża nieruchomości jednoczy się i sportowo rywalizuje w tak szczytnym celu, jak pomoc najmłodszym.”, komentuje Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce.
Wpłaty na kwotę 667 000 zł, zebrane z rejestracji drużyn, aukcji, datków, powiększone następnie o kontrybucję – 100 000 PLN – od Globalworth – trafiły do Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Dzieci Niewidomych i Słabowidzących „Tęcza” na rzecz modernizacji centrum, budowy Ogrodu Terapeutycznego wokół placówki i zakupu okulistycznego sprzętu diagnostycznego.
W tym roku w wydarzeniu rywalizowało 56 zespołów: Adgar Poland, Allen & Overy, Atrium, AXI Immo, Baker & McKenzie, Bank Zachodni WBK, Bird & Bird, BNP Paribas, BSC Real Estate Advisors, Cavatina, CBRE, Colliers, Cresa, Cromwell Property Group, Cushman & Wakefield, Dekada/BOIG, Dentons, Echo Investment, EPP, Ghelamco, Gleeds, Globalworth, Go4Energy, Greenberg Traurig, Griffin, GTC, HB Reavis, Heitman, ING, JLL, Knight Frank, Kucharski & Partners, Linkcity Poland, Linklaters, Magnusson, Metro Properties, MLP Group, MyHive, Neinver, Nepi Rockcastle, Nuvalu, Octava Property Trust, Panattoni Europe, Polski Holding Nieruchomości S.A., Prologis/Logicor, PZU, Savills, SEGRO, Skanska, Strabag, Torus, TPA Poland, TriGranit, Unibail-Rodamco-Westfield, White Star Real Estate oraz Xcity Investment.
Sponsorami IX Charytatywnego Turnieju Siatkówki Plażowej Branży Nieruchomości Komercyjnych byli: AGIS Nieruchomości, Berlin Hyp, Drukarnia Grasp, GOART Pracownia Reklamy, House of Tudor, La Playa Music Bar, Medicover, Mellov, Przedszkole Pomarańczowa Ciuchcia, Salwasport, Stewart Title Limited, STIXX Bar & Grill, Top Event, TopWoman.
Patronat medialny nad wydarzeniem objęli: Bazabiur.pl, EurobuildCEE, EuropaProperty, Magazyny.pl, Outsourcing and More, Outsourcing Portal, Poland Today, Polska Rada Centrów Handlowych, Property Design, Propertynews.pl, Retailnet.pl, Shopping Center Poland Magazine, The City, Warsaw Business Journal.
Grupa Novaturas, której akcje od marca tego roku notowane są na GPW w Warszawie oraz Nasdaq w Wilnie, w pierwszym półroczu 2018 r. odnotowała wzrost przychodów o 43% r/r, do 80,2 mln EUR, umacniając pozycję największego operatora turystycznego w krajach bałtyckich. Wypracowana przez Grupę EBITDA za sześć miesięcy br. sięgnęła prawie 5,9 mln EUR i była niemal 36% wyższa niż rok wcześniej, a zysk netto przekroczył 4,4 mln EUR, co oznacza wzrost o 24% w porównaniu z tym samym okresem 2017 r.
W pierwszym półroczu 2018 r. na wakacje z największym operatorem turystycznym w krajach bałtyckich wyjechało 134,5 tys. osób. W samym drugim kwartale br. z usług Grupy Novaturas skorzystało blisko 97 tys. osób, czyli o 39% więcej niż w analogicznym okresie 2017 r.
W pierwszym półroczu br. Novaturas zanotował istotny wzrost klientów na wszystkich trzech głównych rynkach działalności: na Litwie i Łotwie z jego usług skorzystało o 43% pasażerów więcej niż przed rokiem, a w Estonii wzrost sięgnął 38%. Grupa Novaturas oferuje swoje produkty również na Białorusi, gdzie w pierwszym półroczu br. liczba klientów wzrosła o blisko 86%.
Linas Aldonis, dyrektor generalny Novaturas
– Po bardzo dobrych wynikach finansowych pierwszego kwartału tego roku, wyniki drugiego kwartału były również lepsze w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Popyt na nasze produkty utrzymuje się na wysokim poziomie, co przekłada się na znaczny wzrost przychodów Grupy, a jednocześnie kontrolujemy koszty operacyjne. W efekcie, zanotowaliśmy poprawę na każdym poziomie rachunku wyników – powiedział Linas Aldonis, dyrektor generalny Grupy Novaturas.
–Największą popularnością wśród klientów Grupy Novaturas niezmiennie cieszą się zorganizowane wyloty wypoczynkowe. Ulubionym kierunkiem w sezonie letnim jest Turcja, którą w ostatnim półroczu odwiedziło o 34% więcej naszych klientów niż rok temu, podczas gdy w sezonie zimowym najczęściej wybierają Egipt. Mieszkańcy krajów bałtyckich bardzo chętnie wypoczywają również w Grecji, Bułgarii i Hiszpanii. W sumie oferujemy 34 kierunki podróży w ramach wczasów zorganizowanych, a także 84 objazdowych wycieczek autokarem i 40 samolotem. Nasi klienci szczególnie cenią wysoką jakość za przystępną cenę, a takie właśnie są wakacje w najchętniej wybieranych destynacjach – podsumował Linas Aldonis.
Bitcoin – zdecentralizowana waluta cyfrowa, niezależna od banków i rządów, umożliwiająca transakcje peer-to-peer (z pominięciem podmiotów trzecich) pomiędzy użytkownikami indywidualnymi lub firmami – jest wśród Polaków coraz popularniejszy. Wiele osób wciąż ma jednak o nim pojęcie bardzo mylne. Oto trzy popularne mity.
Jednym z większych mitów jest to, że bitcoin jest niebezpieczny. To nie do końca prawda. Do jego używania – podobnie jak w przypadku tradycyjnych instrumentów finansowych – musimy być po prostu przygotowani, trzeba mieć pewną wiedzę. Przede wszystkim powinniśmy sprawdzać podmioty, z którymi chcemy współpracować, a także przechowywać w bezpiecznym miejscu nasze klucze prywatne oraz adres bitcoin i nie udostępniać ich niepowołanym.
Jak mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Magdalena Gołębiewska, country manager w firmie Luno: „Ciekawym mitem jest również to, że bitcoin to waluta przestępców. Prawdopodobnie stało się tak dlatego, że early adopters, którzy zaczęli używać bitcoina w roku 2009, kiedy pierwszy bitcoin został wykopany, korzystali z niego, żeby ukryć swoje środki bądź też nie płacić podatków […]. Natomiast myślę, że bitcoin już po blisko 10 latach wyrósł z tej choroby wieku dziecięcego, i dzisiaj wiemy także, w jaki sposób śledzić transakcje – bitcoin jest oparty na blockchainie, który jest całkowicie transparentny”.
System płatności oparty na bitcoinie jest skomplikowany – to z kolei trzeci mit. W rzeczywistości system ten jest prostszy niż tradycyjny, ponieważ w transakcjach bitcoinowych nie uczestniczą żadni pośrednicy, tacy jak banki – środki są przesyłane bezpośrednio do odbiorcy.
Pierwsze półrocze dla gorzowskiego dewelopera było udane. Firma Budnex od początku 2018 roku sprzedała przeszło 400 mieszkań. To prawdopodobnie zapowiedź większego sukcesu bo aktualnie w realizacji jest ponad trzy razy tyle lokali.
Firma Budnex realizuje swoje inwestycje w Zielonej Górze, Poznaniu, Gorzowie i Szczecinie, a także w dwóch nadmorskich kurortach, czyli Dziwnówku i Kołobrzegu. Łącznie w tych wszystkich lokalizacjach deweloper w budowie ma ok 1500 mieszkań. – Zapotrzebowanie na nowe mieszkania jest ogromne. Zwłaszcza na najmniejsze metraże, które kupowane są inwestycyjnie. Klienci kupują je za gotówkę, choć na odbiór kluczy często trzeba czekać przeszło rok – mówi Monika Golec, Dyrektor ds. Marketingu i Sprzedaży Budnex. Najwięcej inwestycji deweloper realizuje w rodzinnym Gorzowie Wielkopolskim i Zielonej Górze, gdzie firma ma ugruntowaną pozycję i buduje od dawna. Tam też posiada swoich stałych klientów. Na kolejnych pozycjach w portfelu dewelopera plasuje się kompleks Porta Mare w Dziwnówku i Porta Mare Baltica w Kołobrzegu. Tylko w tych dwóch nadmorskich kompleksach wypoczynkowych w realizacji jest niespełna 400 apartamentów. Nadmorskie projekty zwłaszcza w letnim sezonie przyciągają klientów. Wśród nich nie brakuje tych z najgrubszymi portfelami, którzy za apartamenty z widokiem na morze w Port Mare Wellness & Spa są skłonni zapłacić nawet 20 tys. zł za mkw.
Warto dodać, że tylko w Zielonej Górze firma Budnex w tym roku wprowadziła do oferty trzy nowe inwestycje. Patrząc na liczbę realizacji, do końca roku deweloper planuje przekazać klucze do przeszło 450 nowych mieszkań i apartamentów w północnozachodniej Polsce.
Cisco ogłosiło chęć przejęcia firmy Duo Security z siedzibą w Ann Arbor w stanie Michigan, USA. Przedsiębiorstwo jest czołowym dostawcą ujednoliconych rozwiązań dostępowych oraz wieloetapowego uwierzytelniania w chmurze. Narzędzia Duo Security umożliwiają potwierdzenie tożsamości użytkowników oraz określenie poziomu bezpieczeństwa urządzeń z których korzystają, zanim otrzymają one dostęp do aplikacji – chroniąc tym samym organizację przed cyberatakami. Integracja platform sieciowych i chmurowych oraz rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa z narzędziami Duo Security umożliwi klientom Cisco łatwe i bezpieczne przyłączanie użytkowników do dowolnej aplikacji lub urządzenia sieciowego.
Wartość transakcji wynosi 2,35 mld dolarów.
„Integracja platform sieciowych i chmurowych oraz rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa Cisco z polityką zerowego zaufania charakteryzującą produkty Duo Security do uwierzytelniania oraz przyznawania dostępu, umożliwi naszym klientom stawienie czoła wyzwaniom, które do tej pory wstrzymywały wdrożenia środowisk multicloud lub chmury hybrydowej” – mówi David Goeckeler, wiceprezes oraz dyrektor generalny ds. sieci i bezpieczeństwa w Cisco.
Obecnie zarówno klienci, partnerzy jak i pracownicy mają dostęp do krytycznych z perspektywy biznesu danych oraz aplikacji z licznych lokalizacji i sieci, zarówno tych zabezpieczonych jak i otwartych, korzystając z urządzeń służbowych i prywatnych. Cyberprzestępcy wiedzą, że najefektywniejszym sposobem na uzyskanie dostępu do systemów przedsiębiorstwa jest złamanie hasła użytkownika lub zainfekowanie urządzenia. Jak wynika z raportu 2017 Verizon Data Breach Report, większość cyberataków wiązała się z wykradaniem lub rozszyfrowaniem słabych haseł. Mając to na uwadze, Cisco i Duo Security łączą siły i wspólnie projektują infrastrukturę dla rozbudowanych organizacji, w których użytkownicy, urządzenia i aplikacje stanowią trzon nowoczesnej architektury cyberbezpieczeństwa.
Przejęcie Duo Security przez Cisco pozwoli na:
Rozszerzenie sieci intuicyjnej na środowiska multicloud. Firma Cisco zapewnia obecnie lokalną kontrolę dostępu do sieci za pośrednictwem swojego produktu Identity Services Engine (ISE). Oprogramowanie Duo jako model usługowy (SaaS) zostanie zintegrowane z Cisco ISE w celu rozszerzenia możliwości ISE o kontrolę dostępu do aplikacji w chmurze.
Uproszczenie polityki bezpieczeństwa w chmurze. Poprzez weryfikację poziomów zaufania użytkowników i urządzeń, Duo doda zaufaną tożsamość do bezpiecznej bramki internetowej Cisco (Secure Internet Gateway), technologii Cloud Access Security Broker, rozwiązań Enterprise Mobility Management oraz kilku innych produktów dostarczanych w chmurze.
Rozszerzenie zasięgu widoczności punktów końcowych. Szczegółowa widoczność ponad 180 milionów urządzeń zarządzanych przez Cisco zostanie dzięki możliwościom Duo rozszerzona na urządzenia mobilne i niezarządzane.
„Nasze partnerstwo jest owocem szybkiej ewolucji rynku IT oraz współczesnego stylu pracy, co całkowicie zmieniło sposób, w jaki organizacje muszą myśleć o bezpieczeństwie” – powiedział Dug Song, współzałożyciel i dyrektor generalny Duo Security. „Cisco stworzyło nowoczesną infrastrukturę informatyczną i wspólnie będziemy przyspieszać naszą misję zapewnienia dostępu wszystkim użytkownikom z dowolnymi urządzeniami, łączącymi się z różnymi aplikacjami i w dowolnej sieci. Łącząc siły z największą na świecie firmą zajmującą się tworzeniem i zabezpieczeniem sieci korporacyjnych, mamy wyjątkową okazję do napędzania zmian na masową skalę i przekształcenia branży”.
Oczekuje się, że przejęcie powinno zostać sfinalizowane w pierwszym kwartale roku fiskalnego 2019 firmy Cisco, z zastrzeżeniem zwyczajowych warunków zamknięcia i wymaganych zgód regulacyjnych. Na czele Duo Security nadal będzie stał Dug Song, natomiast firma dołączy do struktur działu Cisco Networking and Security prowadzonych przez Davida Goeckelera.
Wydawcy reklamowi są coraz bardziej natarczywi. Chcąc uzyskać deklarowaną liczbę wyświetleń czy odpowiedni współczynnik klikalności (CTR), zasypują użytkowników coraz to bardziej inwazyjnymi formami reklamy. Dłużni nie pozostali jednak sami odbiorcy, którzy bronią się przed nimi przez programy blokujące. Na precyzyjne dotarcie do Klientów w internecie pozwala Programmatic.
Czym jest Programmatic?
Za Programmatic uważa się technologie oraz sposoby ich wykorzystania, które mają służyć automatyzacji sprzedaży przez Internet. Jest to rozwiązanie o tyle korzystne, że przy wykorzystaniu mieszanki technologii, machine learning oraz doświadczenia marketerów, Programmatic powala na docieranie do konkretnych użytkowników we właściwym czasie. Gwarantuje to stronie wysokiej jakości ruch od odbiorców, którzy wyrażają zainteresowanie danymi produktami lub usługami. Do najważniejszych elementów ekosystemu Programmatic zalicza się::
* Supply Side Platform (SSP), czyli technologię umożliwiającą wydawcy udostępnienie powierzchni reklamowej do sprzedaży * Demand Side Platform (DSP), czyli technologię, której reklamodawcy używają do kupowania powierzchni reklamowej, np. DoubleClick Bid Manager * Ad Exchange, czyli technologię będącą połączeniem SSP i DSP, która pośredniczy w realizowaniu transakcji zakupu powierzchni reklamowej * Data Management Platform (DMP), czyli narzędzie do zbierania i zarządzania informacjami o użytkownikach
Główną korzyścią Programmatic jest spersonalizowany komunikat. W systemie tym reklamodawca kupuje użytkownika, a nie wydaje środków na samą powierzchnię reklamową. Pozwala to ograniczyć wydatki i nie kierować marketingowych treści w kierunku odbiorców, którzy danym dobrem nie wyrażają zainteresowania. Wszystko jest proste, szybkie i automatyczne.
W odróżnieniu od reklamy direct zakup Programmatic odbywa się odsłona po odsłonie. Taki model emisji pozwala decydować o jej zakupie w zależności od wieku i innych informacji o użytkowniku, któremu ma ona zostać zaprezentowana. Pierwszymi emitowanymi reklamami w tym modelu, były wyświetlane na komputerach reklamy display. Obecnie w tym kanale na popularności zyskuje jednak też reklama video oraz mobile. O tym, jak popularna staje się reklama Programmatic, najlepiej świadczą liczby. Tylko w zeszłym roku polscy reklamodawcy na ten kanał marketingowy wydali ponad pół miliarda złotych.
Programmatic a RTB
Programmatic często łączony jest z reklamą Real Time Bidding (RTB), która odpowiada aukcyjnemu modelowi zakupu reklam. W takim modelu reklamodawcy informują, ile skłonni są zapłacić za każdą pojedynczą odsłonę sprzedawaną reklamodawcy, który zaoferuje za nią najwięcej. Przy RTB transakcja realizowana jest przez systemy informatyczne, a akcje dzielą się w czasie rzeczywistym. Podobieństwo do kanału Programmatic wynika też ze zbliżonego ekosystemu. Składa się on z:
* platformy Supply Side Platform * platformy Demand Side Platform * platformy AdExchange * platformy Data Management Platform * trading desk, kiedy dział firmy lub całe przedsiębiorstwo zajmuje się zakupem i optymalizacją kampanii RTB
Za kanał RTB uznaje się więc część całej technologii Programmatic. Sam aukcyjny model RTB w reklamie sukcesu raczej by nie odniósł. Ważny jest bowiem dobór efektywnej kreacji, która charakteryzuje się największą skutecznością. Więcej o porównaniu obu modeli reklamy przeczytacie pod linkiem https://www.adpeak.pl/blog/programmatic-buying-rtb.
Jak wygląda dopasowanie reklamy do użytkownika?
Zbieraniem informacji o użytkownikach w formie tzw. ciasteczek, za wydawców i reklamodawców najczęściej zajmują się wyspecjalizowane firmy, choć zainteresowane podmioty gromadzić mogą je również osobiście. Analizę takich informacji, na których podstawie do użytkowników dopisywane są reklamy, wykonują z kolei algorytmy. Procesy analityczne zachodzą tu w czasie rzeczywistym, a przejaw zainteresowania użytkownika daną tematyką, automat dostrzega błyskawicznie. Ponadto systemy odpowiadające za analizę danych cały czas się uczą, co określa się mianem „machine learning”.
Mając na uwadze wszystkie powyższe informacje na pewno warto zainteresować się tym rodzajem reklamy, jeśli się tego jeszcze nie zrobiło. RTB i Programmatic to nie tylko buzzwordy, to naturalny kierunek ewolucji reklamy digital.
Na podstawie art. 67a § 1 Ordynacji podatkowej organ podatkowy może z uwagi na ważny interes podatnika lub publiczny przyznać ulgę w spłacie zobowiązań. „Ważny interes podatnika to sytuacja, gdy z powodu nadzwyczajnych, losowych przypadków podatnik nie jest w stanie uregulować zaległości podatkowych” (wyrok NSA z 22.04.1999 r., SA/Sz 850/98). Jednak zdaniem fiskusa napaść, pobicie i wymuszenie, w wyniku których podatnik stał się niewypłacalny, nie spełniają przesłanki „losowości” czy „nadzwyczajności” do przyznania mu ulgi, bo sam jest winien temu, że go napadnięto (wyrok WSA w Szczecinie z 24.05.2018 r., I SA/Sz 508/17).
Ustalenie podatku po 8 latach
We wrześniu 2010 r. Naczelnik Urzędu Skarbowego (dalej: NUS) obciążył podatnika zobowiązaniem do uiszczenia zryczałtowanego podatku dochodowego od osób fizycznych za 2002 r. Wskutek odwołania organ odwoławczy zmienił w 2013 r. jego wysokość. Trzy lata później podatnik zwrócił się do NUS o umorzenie części zaległości podatkowej. Za podstawę wniosku przywołał napaść i pobicie, których padł ofiarą w maju 2010 r. W ich wyniku został na nim wymuszony podpis na wekslach, co doprowadziło go do poważnych kłopotów finansowych.
Elementy codziennej egzystencji
Pomimo faktu skazania w marcu 2014 r. winnych napadu, na skutek którego powstały istotne kłopoty zdrowotne i niemożność podjęcia pracy przez poszkodowanego, dwa organy fiskusa: najpierw NUS decyzją ze stycznia 2017 r., a następnie Dyrektor Izby Administracji Skarbowej (dalej: DIAS), utrzymując ją w mocy decyzją wydaną trzy miesiące później, odmówiły umorzenia zaległości w zryczałtowanym podatku dochodowym wnioskującemu o to podatnikowi.
Nie pomogło wykazanie jako jedynego źródła utrzymania zasiłku chorobowego ani też powołanie się na fakt, iż wydanie decyzji o obowiązku zapłaty podatku nastąpiło na podstawie przepisu, o którego niekonstytucyjności orzekł Trybunał Konstytucyjny. DIAS uznał, że: „…konieczność ponoszenia wydatków bytowych, problemy finansowe, zdrowotne strony, nie stanowią zdarzeń wyjątkowych, dotykających w jakiś szczególny sposób podatnika, bowiem są to elementy codziennej egzystencji i dotyczą ogółu społeczeństwa” (I SA/Sz 508/17).
Akt łaski
Oczywiste jest, że zawarta w Rozdziale 7a Ordynacji podatkowej (Dz.U. 1997, nr 137, poz. 926) instytucja ulgi w spłacie zobowiązań podatkowych ma charakter uznaniowy. Przesądził o tym ustawodawca, używając terminu „może” w zakresie kompetencji organu podatkowego do jej przyznawania. „Instytucja umorzenia zaległości podatkowej ma charakter uznaniowy (…). Stąd też w przypadku stwierdzenia, że w sprawie występuje którakolwiek z przesłanek określonych w art. 67a § 1 O.p. (ważny interes podatnika lub interes publiczny albo obie przesłanki łącznie) – organ w sposób uznaniowy podejmuje decyzję o wyborze alternatywy – czy przyznać podatnikowi ulgę w spłacie zobowiązań podatkowych, czy też nie” (wyrok NSA z 04.01.2017 r., II FSK 3615/14). Pogląd ugruntował się w orzecznictwie: wyrok WSA w Opolu z 22.10.2014 r., I SA/Op 778/13; wyrok WSA w Krakowie z 21.01.2015 r., I SA/Gd 47/15; wyrok WSA w Gdańsku z 09.03.2016 r, I SA/Gd 1743/15; wyrok NSA z 06.07.2017 r., II FSK 1710/15.
Jednak sądy przypominają organom, w kompetencji których leży przyznanie ulgi, o jednej ważnej rzeczy: „Uwzględnienie wniosku podatnika nie będzie więc żadnym „aktem łaski”, ale efektem rzetelnej oceny, co w ustalonych realiach stanu faktycznego będzie z punktu widzenia społecznego korzystniejsze: zastosowanie ulgi, czy też odmowa uwzględnienia żądania strony” (wyrok NSA z 10.02.2016 r., II FSK 3139/13, zob. także: wyrok WSA w Krakowie z 26.09.2013 r., I SA/Kr 1115/13; wyrok WSA w Łodzi z 24.02.2016 r., I SA/Łd 866/15; wyrok WSA w Szczecinie z 28.04.2016 r., I SA/Sz 194/16).
…bo to, że go napadli, to jego wina
Organy podatkowe, odrzucając wnioski o umorzenie zaległości, najczęściej uzasadniają swoją decyzję tym, iż przychylanie się do nich stanowiłoby wyraz dyskryminacji wobec osób, które pomimo niekorzystnej sytuacji ekonomicznej potrafią regulować ciążące na nich zobowiązania. Kolejnym z głównych argumentów fiskusa jest dbałość o zachowanie dyscypliny podatkowej społeczeństwa i zabezpieczenie interesu publicznego, a więc interesu ogółu społeczeństwa. Tak też organy argumentowały swą odmowną decyzję w niniejszej sprawie.
Jakkolwiek fiskus by nie uzasadniał odmowy przyznania ulgi w spłacie zobowiązań podatkowych, to argumentacja przedstawiona napadniętemu podatnikowi przekracza granice przyzwoitości:
„Organ odwoławczy nie kwestionował, że Strona w dniu 21 maja 2010 r. została napadnięta i pobita przez M. H. i A. K. oraz siłą została zmuszona do podpisania weksli na łączną kwotę […]zł, jednak zauważył, że zdarzenie to miało bezpośredni związek z niewywiązaniem się strony z zobowiązań, powstałych w związku z nabyciem od M. H., „[…]” S.A. we W.. Zatem nie było spowodowane działaniem czynników, na które Podatnik nie miał wpływu, gdyż było zależne od sposobu jego postępowania” (I SA/Sz 508/17).
Interes podatnika zbieżny z interesem publicznym
Przy rozpatrywaniu wniosku podatników, organy, mając na uwadze ważny interes podatnika, winny szczegółowo badać, czy jego sytuacja życiowa predestynuje go do udzielenia wnioskowanej ulgi. Powinny także rozważyć, czy przemawia za tym szeroko rozumiany interes publiczny (wyrok WSA w Łodzi z 24.02.2016 r., I SA/Łd 866/15). Co istotne, organy powinny kierować się aktualną sytuacją podatnika, w jakiej się znajduje w chwili podejmowania przez organ decyzji w sprawie przyznania ulgi (wyrok NSA z 27.04.1988 r., SA/Kr 289/88).
Powszechne zjawisko udzielania odmowy przyznania ulgi w spłacie zobowiązań podatkowych znalazło się w kręgu zainteresowania Rzecznika Praw Obywatelskich. Zarzucił on organom uwzględnianie wniosków tylko w sytuacji stwierdzenia przez nie wystąpienia zdarzeń nadzwyczajnych lub losowych:
„…organ powinien brać pod uwagę także uwarunkowania ekonomiczne i rodzinne. (…) Czy zasadna jest bowiem odmowa umorzenia zaległości podatkowej, która może pozbawić rodzinę środków niezbędnych do minimum egzystencji, a w konsekwencji – skutkować koniecznością uzyskania pomocy państwa w innej formie?” (RPO, sprawa nr V.511.922.2014).
Uzasadnienie odmowy powinno być przekonujące
Wyrokiem z 24.05.2018 r. WSA w Szczecinie uchylił zaskarżoną decyzję organu. Sąd potwierdził charakter uznaniowy instytucji ulgi w spłacie zobowiązań podatkowych. Organ, nawet mimo stwierdzenia zaistnienia przesłanek do umorzenia zaległości, może odmówić uwzględnienia wniosku. Jednakże taką negatywną dla podatnika decyzję powinien jasno, wyczerpująco i szczególnie przekonująco uzasadnić. „W celu prawidłowego rozstrzygnięcia sprawy organy miały obowiązek ustalenia rzeczywistej sytuacji w jakiej znalazł się Skarżący i czy ma ona wpływ na wykonanie obowiązku podatkowego w kontekście przesłanek ważnego interesu podatnika lub interesu społecznego. (…) W ocenie Sądu organ nie sprostał wymaganiom stawianym prawidłowo przeprowadzonemu postępowaniu…” (I SA/Sz 508/17).
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Zespoły, aby mogły skutecznie działać, potrzebują kilku niezbędnych okoliczności i czynników. W ich ramach dużo mówi się o uzupełniających się umiejętnościach, identyfikacji członków zespołów z założonym celem czy otwartej komunikacji. Jest jeszcze jedne czynnik, który niesłusznie, często jest pomijany lub mylony z poziomem zaangażowaniem pracowników – WSPÓŁODPOWIEDZIALNOŚĆ.
Prześledźmy taką sytuację w zespole. Marek został poproszony o stworzenie tekstu informującego stałych klientów o promocji w sklepie. Grafik, którego zadaniem było wizualne zaprojektowanie maila zauważył, że w pierwszym akapicie jest literówka. Ale pomyślał, że znowu będzie musiał się konfrontować z Markiem, z którym mają różne punkty widzenia. W sumie, to jego zadaniem jest jedynie tworzenie grafik, a nie redagowanie tekstu, dlatego nie zareagował. Świetnie zaprojektowany mail został przesłany Kindze, której zadaniem jest rozesłanie go do klientów. Kinga również zauważyła błąd, jednak stwierdziła, że współpracownicy mieli jej przesłać wersję finalną i ona nie będzie za nich wykonywać pracy. Koniec końców – do klientów został rozesłany mail z błędem.
Współodpowiedzialność wpisana jest w definicję zespołu
W opisanym przypadku sprawa jest błaha i konsekwencje nie będą katastrofalne dla firmy. Ale co jeżeli jednak sprawa dotyczyłaby czegoś poważniejszego? Postawy pracowników bazujące na przekonaniach „po co mam się starać, i tak ktoś to po mnie poprawi”, „po co mam się starać, jak i tak reszta zrobi to kiepsko”, „po co mam się starać, skoro mój niski wkład i tak nie będzie ukarany”, „po co mam to robić, skoro inni też tego nie robią”, mogą mieć katastrofalne konsekwencje dla firmy.
Poszczególne projekty zbudowane są często w oparciu o kolejność wykonywania poszczególnych zadań. Gdy jedno nie zostanie dokończone, drugie nie może zostać rozpoczęte. Obszar ten, może zatem decydująco zaważyć na tym, czy dany projekt lub działanie zostanie wykonane. Niedotrzymanie słowa lub niewywiązanie się z obowiązku w określonym czasie przez jednego pracownika wpływa na resztę grupy. Dzięki budowaniu w członkach zespołu poczucia współodpowiedzialności za projekt i ukazaniu im ich realnego wpływu na innych członków grupy, pracownicy mogą utożsamiać się z celami firmy oraz widzą wyraźnie swój wkład w jej funkcjonowanie
Współodpowiedzialność wpisana jest w definicję zespołu. Zdecydowanie podnosi zaangażowanie i energię w grupie. Tworzy atmosferę wzajemnego szacunku, buduje poczucie sprawiedliwego traktowania. Ułatwia przekazywanie i odbieranie feedbacku na temat swojej pracy i starań. Wyzwaniem jest jak ją wytworzyć. – Podstawą do zbudowania kultury współodpowiedzialności jest pomoc ludziom w zrozumieniu, że jeśli nie zwracają sobie wzajemnie uwagi na to, co pomaga osiągać wspólne efekty, jak i na to, co przeszkadza we wzajemnej współpracy, to nie tylko szkodzą sobie osobiście i poszczególnym osobom w zespole, ale finalnie cierpi na tym zespół jako całość – podkreśla Agnieszka Dzienisiewicz, ekspert iniJOB.
Czwarta dysfunkcja pracy zespołowej wg Lencioni’ego
Patrick Lencioni, w swojej książce „Pięć dysfunkcji pracy zespołowej”, opisał unikanie odpowiedzialności jako czwartą dysfunkcję. Zdefiniował ją jako niechęć członków współpracującej grupy do zwracania innym uwagi w kwestii niedopełniania przez nich obowiązków oraz tendencji do unikania trudnych rozmów.
Według Lencioni’ego, pracownicy często nie wyrażają swojego sprzeciwu wobec niepoprawnych zachowań lub nie mówią otwarcie o błędach lub zagrożeniach, które dostrzegają. Dzieje się tak dlatego, że nie chcą oni odczuwać towarzyszącego temu dyskomfortu. W opisie dysfunkcji unikania odpowiedzialności w firmach, uwaga została zwrócona na stwarzanie atmosfery wzajemnych pretensji pomiędzy członkami zespołu, ze względu na przyjmowanie przez nich różnych standardów wykonywania działań. Przekłada się to często na osiąganie przez zespoły przeciętnych wyników.
Przykłady wielu zespołów pokazują, że pojawianie się tej dysfunkcji w zespole wynika z poczucia, że „przecież każdy powinien być odpowiedzialny za siebie i swoją pracę”, i że ”przecież pracuję z dorosłymi osobami, które powinny wiedzieć co mają robić i w jaki sposób”. Członkowie zespołów nie czują się upoważnieni do zwracania uwagi swoim współpracownikom. Tę rolę pracownicy postrzegają jako zarezerwowaną dla menedżera. Kiedy on zaś tego nie robi, to jest to sygnał dla zespołu, że może wszystko jest w porządku i być może taki stan jest akceptowalny. W takich sytuacjach z jednej strony w zespole może narastać frustracja związana z nieefektywnością podejmowanych działań i brakiem akceptacji dla zachowań współpracowników, z drugiej wzrasta niepewność co jest akceptowanym standardem współpracy.
– Praktyka pokazuje także, że niechęć do zwracania sobie na wzajem uwagi i brania na siebie odpowiedzialności za innych często wiąże się z obawą przed reakcją innych osób na informację zwrotną i tym, jak to może wpłynąć na wzajemne relacje (czasem wcale nie takie złe, a feedback mógłby to zmienić). Podstawą tej obawy często jest strach przed tym co i jak powiedzieć, aby to zostało dobrze przyjęte przez drugą osobę, jak i z jaką reakcją przyjdzie się zmierzyć, kiedy dostaniemy odpowiedź zwrotną. To może świadczyć o tym, że zespół nie jest jeszcze gotowy na to, aby zaufać sobie w pełni i przyjąć, że nawet mniej konstruktywna informacja zwrotna ma w swym założeniu pozytywne intencje– mówi Agnieszka Dzienisiewicz.
– Zespoły, które pracowały nad zbudowaniem współodpowiedzialności potrzebowały wsparcia i treningu w udzielaniu konstruktywnie informacji zwrotnej – pomocne przydawało się tu budowanie świadomości czym w ogóle jest konstruktywna informacja zwrotna – mówi Agnieszka Dzienisiewicz.
Jak podkreśla ekspert iniJOB, szczególnie ważne okazywały się ćwiczenia, które z jednej strony pozwalały trenować w praktyce umiejętność udzielania informacji zwrotnej, z drugiej skłaniały członków zespołu do spojrzenia na swoich współpracowników z perspektywy tego, co każdy z nich wnosi cennego do zespołu i gdzie inni widzą jego mocne strony oraz gdzie mógłby jeszcze popracować i zmienić swoje zachowania.
– Także praca z menedżerem w zakresie konstruktywnego feedbacku jest bardzo istotnym elementem radzenia sobie z czwartą dysfunkcją zespołu. – podsumowuje Agnieszka Dzienisiewicz
Jak wspierać współodpowiedzialność w zespołach?
* Wspieraj kompetencję kadry menadżerskiej, aby potrafiła skutecznie motywować, angażować i wzmacniać współodpowiedzialność w zespołach. Zgodnie z powiedzeniem „ryba psuje się od głowy”, zadbaj o to, aby menadżerowie zespołów czuli się odpowiedzialni za realizację celów firmy.
* Doceniaj, doceniaj i jeszcze raz doceniaj! Nie mówimy tu jedynie o efekta pracy całego zespołu i zrealizowanych celach. Chodzi także o poszczególne działania każdego z pracowników. Dziękuj im za osobisty wkład w realizację całego projektu. Pokaż im, że dostrzegasz ich osobiste dokonania.
* Stwórz przestrzeń do samodzielnego działania i podejmowania decyzji. To jedna z najskuteczniejszych metod angażowania pracowników. Informuj jednocześnie o oczekiwaniach jakie masz względem pracy danej osoby, deadlinach i tym, jaki wpływ na działanie całego zespołu ma terminowe i pozytywne zakończenie konkretnego zadania.
Niższa od prognozowanej sprzedaż detaliczna w strefie euro, słabe dane z Niemiec, wyprzedaż włoskiego długu oraz długotrwałe minima na hiszpańskich PMI z sektora usług sprawiają, że amerykańska waluta kontynuuje wzrosty. Mimo silnego dolara, złoty pozostaje stabilny, a na wartości zyskiwać będzie korona szwedzka, która – według ekspertów Banku State Street – jest istotnie niedowartościowana w relacji do dolara. Jednocześnie notowania EUR/USD osiągają poziom bliski wielomiesięcznych minimów. Wspólna waluta po silnym trendzie wzrostowym ma wyraźne problemy z rozpoczęciem odbicia oraz utrzymaniem strefy 1.1590 – 1.1660. Według analityków Aforti Exchange to mocny sygnał do zrewidowania prognoz dla rynku eurodolara i dobry moment do inwestowania w szwedzką walutę.
EUR/USD na fali spadków
Ostatnie tygodnie 2018 roku na kursie eurodolara przypominają to, co działo się na rynku
na początku 2017 roku. Wówczas, po kilkutygodniowej konsolidacji, rynek w końcu runął. Z podobną sytuacją możemy mieć do czynienia obecnie – presja na umocnienie USD jest duża, a do tego w strefie euro nie należy spodziewać się podwyżek stóp procentowych przez co najmniej rok. Co to oznacza? Każdy tydzień zbliża nas do rozstrzygnięcia, którego zasięg może doprowadzić do zanegowania głównej linii trendu wzrostowego i testu bariery 1.1.
Korona szwedzka zyskuje na wartości
Jednocześnie, zgodnie z oczekiwaniami rynku, notowania szwedzkiej waluty dotarły do głównej linii trendu wzrostowego, a więc przetestowały okolice poziomu 0.4120. Wspomniany poziom wywołał od początku nowego tygodnia znaczne odreagowanie, które spowodowało podejście szwedzkiej korony w rejon strefy oporu 0.4140 – 0.4145.
Źródło: Aforti Exchange – notowania SEK/PLN w układzie miesięcznym
Obecnie to silna bariera dla rynku i – jeżeli zostanie ponownie przekroczona w najbliższych dniach – oczekiwać będziemy silnego umocnienia korony szwedzkiej nawet w rejon górnego ograniczenia szerokiego kanału spadkowego, a więc obecnie w okolice poziomu 0.4235. Według analityków Aforti Exchange todobry moment do inwestowania w szwedzką walutę.
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
A.T. Kearney prognozuje przyspieszenie wzrostu rynku robotyzacji procesów powyżej 50 proc. rocznie, kiedy osiągnie wartość 5 miliardów dolarów w 2020 roku. Aktualnie, rozwiązania wykorzystujące roboty wykorzystywane są głównie w branży finansowej i służbie zdrowia, które odpowiadają za 40 proc. rynku RPA (robotyzacji procesów). Najbardziej zaawansowany jest rynek Ameryki Północnej, gdzie 54 proc. firm już wykorzystuje roboty, podczas gdy w Europie wskaźnik ten wynosi 34 proc. Szacuje się, że w Polsce udział ten jest znacznie niższy, lecz zainteresowanie zastosowaniem RPA znacząco wzrasta. Co przejmą roboty, jak im to przekazać i dlaczego to się opłaca?
Zastosowanie technologii kognitywnych, w szczególności rozpoznawanie naturalnego języka i sztuczna inteligencja pozwala na poprawę efektywności rozwiązań automatyzacyjnych. Wiedzą o tym nowi gracze rynkowi, tacy jak BluePrism, Automation Anywhere, UIPath.
Co przejmą roboty i jakie są bariery w przekazaniu im obowiązków?
W związku z aktualnym rozwojem technologii jest wysoce prawdopodobne, że roboty w ciągu najbliższych kilku lat przejmą wszystkie powtarzalne czynności, łącznie z tymi wymagającymi podejmowania decyzji w oparciu o określone zestawy reguł.
W obszarze finansów roboty będą wykorzystywane w szczególności do zarządzania zamówieniami i należnościami, wsparcia przedsprzedażowego czy zarządzania ryzykiem, to roboty będą tworzyć raporty i walidować dane. Szacuje się, że w tych obszarach mogą one zastąpić do 40 proc. stanowisk pracy – ocenia Jarosław Gabryś, menedżer w warszawskim oddziale A.T. Kearney.
Wiele polskich banków stosuje już podstawowe rozwiązania oparte o RPA, najczęściej w funkcjach „back-office”, polegające na automatyzacji prostych zadań związanych z pobieraniem i wprowadzaniem danych do systemów. Aktualnie w mniejszym stopniu stosowane są rozwiązania RPA w obsłudze klienta, takie jak np. chatbot KrEdytka banku Credit Agricole, wykorzystywany w konwersacjach z klientem na platformie Facebook Messenger przy sprzedaży produktów kredytowych.
Z kolei w służbie zdrowia, poza salami operacyjnymi, roboty są coraz częściej wykorzystywane na przykład do przetwarzania roszczeń ubezpieczeniowych i pozyskiwania danych pacjenta z systemów w celu przyspieszania obsługi pacjentów i pozyskania szerszych informacji. Rozwiązania te stosują tacy giganci, jak NHS w Wielkiej Brytanii czy Ascension Health w USA.
W polskiej służbie zdrowia rozwiązania tego typu są mocno ograniczone. Niektóre prywatne firmy zaczynają testować rozwiązania oparte o boty w obsłudze klienta automatyzując pewne proste etapy interakcji z klientami. W przyszłości zastosowanie RPA przy wsparciu sztucznej inteligencji będzie znacznie szersze, między innymi przy interpretacji wyników badań, włącznie z analizą zdjęć rentgenowskich, tomografii komputerowej czy rezonansu magnetycznego. Wielce prawdopodobne jest również zastosowanie robotów we wsparciu lekarzy przy diagnozowaniu pacjentów.
Zastosowanie robotów znacząco wpływa na efektywność organizacji i jej konkurencyjność, co przenosi się na szybką adaptację rozwiązań. Równolegle głównymi barierami w zakresie rozwoju robotyzacji jest brak ekspertów w zakresie szeroko skalowalnych rozwiązań, w szczególności tych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Niedojrzałość kulturowa w zakresie adopcji innowacji i efektów społecznych oraz wyzwania związane z interoperacyjnością technologii.
A.T. Kearney wymienia szereg korzyści przy wdrażaniu automatyzacji procesów:
zwrot z inwestycji w robotyzację procesów w ciągu 1 roku, zwrot 3-letni na poziomie 300-100 proc.,
transparentność procesów, dokładność i szybkość – roboty wykonują czynności do 20 razy szybciej,
redukcja błędów przy zadaniach manualnych o 10 proc., na przykład poprzez udostępnianie informacji pracownikom w odpowiednim momencie,
wysoka skalowalność i uwolnienie zasobów na wykonywanie bardziej złożonych zadań.
Korzyści te można maksymalizować przy uwzględnieniu głównych czynników sukcesu. W przypadku wdrożenia automatyzacji procesów, warto uwzględnić optymalizację procesów przed automatyzacją, wczesne zaangażowanie interesariuszy, przeprowadzenie proof-of-concept, całościowe dostosowanie modelu operacyjnego z uwzględnieniem implikacji automatyzacji oraz zastosowanie zwinnego podejścia do wdrożenia i wczesne przygotowanie planu skalowania rozwiązań – mówi Gabryś.
Jeszcze lepsze efekty przy wdrażaniu rozwiązań robotyzacji procesów mogą zostać uzyskane przy szerszych programach optymalizacji procesów. Firmy zajmujące się outsourcingiem procesów rozwijają swoje usługi wykorzystując roboty i bazując na partnerstwach z dostawcami usług robotyzacji procesów (RPA), silnie rozwijając kompetencje w tym obszarze i to one będą odgrywały dużą rolę w rozprzestrzenianiu tego typu rozwiązań. Biorąc pod uwagę problemy z dostępnością pracowników na rynku pracy oraz kompetencje IT w Polsce, zastosowanie robotów będzie coraz ważniejsze także w naszym kraju.
Więcej o autorach:
Jarosław Gabryś – menedżer w warszawskim biurze A.T. Kearney odpowiedzialny za obszar Telekomunikacji, Mediów i Technologii
Rynek magazynowo – logistyczny w Polsce przeżywa prawdziwy rozkwit. Dane z pierwszego półrocza 2018 r. pokazują, że po udanym ubiegłym roku, w którym całkowita wielkość nowoczesnej powierzchni magazynowej powiększyła się o 21%, rynek nie zwalnia tempa.
Kolejne rekordy
W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2018 roku zasób nowoczesnych powierzchni przemysłowych powiększył się o kolejne 5,5%, osiągając wielkość 14,2 mln m kw. Stopa pustostanów ponownie osiągnęła na koniec obecnego półrocza historyczne minimum 4,0%, do czego przyczynił się rekordowo silny popyt najemców. Nie jest to jedyny rekord zanotowany w tym roku. Znakomita koniunktura zachęca do rozpoczynania kolejnych inwestycji, czego efektem jest przekraczający 2,2 mln m kw. wolumen powierzchni w budowie.
Polska Centralna rośnie najszybciej
W pierwszym półroczu zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej powiększyły się o
741 800 m kw. Prym wiódł region Polski Centralnej, gdzie oddano do użytku blisko 260 000 m kw. powierzchni, co stanowi 35% nowej podaży w całym kraju. To właśnie w tej części kraju oddano do użytku największe obiekty: magazyn typu built-to-suit (BTS) dedykowany firmie B/S/H (79 000 m kw.) oraz kolejną fazę projektu P3 Piotrków (60 200 m kw.). Największą powierzchnię magazynową, poza rejonem Polski Centralnej, oddano do użytkowania na Górnym Śląsku (124 700 m kw.) oraz w strefie Warszawa II (121 870 m kw.).
Polska Centralna notuje również największy wolumen powierzchni w budowie.
Patrycja Dzikowska, Dyrektor działu Analiz i Badań Rynkowych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Deweloperzy są najbardziej aktywni w centralnej Polsce, gdzie odnotowano blisko 630 000 m kw. powierzchni na etapie konstrukcji. Tradycyjnie silna jest również pozycja kolejnego regionu czyli Górnego Śląska z blisko 320 000 m kw. w realizacji. Warto zaznaczyć niesłabnącą pozycję strefy wrocławskiej, oraz korytarza wzdłuż powstałej trasy S3, odpowiednio 217 000 m kw. i 183 000 m kw. w budowie.
-Patrycja Dzikowska, Dyrektor działu Analiz i Badań Rynkowych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Wolne powierzchnie w stolicy
Podobnie jak w poprzednim kwartale, najwyższy wskaźnik powierzchni niewynajętej odnotowano w strefie Warszawa I, obejmującej nieruchomości magazynowo – logistyczne usytuowane w granicach administracyjnych stolicy. Na koniec pierwszego półrocza br. stopa pustostanów wyniosła tam 10,5%.
Najniższy wskaźnik pustostanów wśród głównych rynków magazynowych, wynoszący zaledwie 0,4%, zanotowano w regionie Polski Centralnej. Duży udział w zasobach rynku stanowią tam w całości wynajęte projekty typu BTS. Z podobnego powodu niewielka dostępność powierzchni występuje także na mniejszych rynkach. W regionach takich jak Trójmiasto, Bydgoszcz/Toruń, Szczecin czy Polska Zachodnia nie oferowano praktycznie żadnej wolnej powierzchni magazynowej w istniejących budynkach.
Czynsze i lokalizacja determinowane przez dostępność pracowników
Pomimo najwyższego wskaźnika niewynajętej powierzchni, to magazyny zlokalizowane na terenie Warszawy pozostają niezmiennie najdroższymi obiektami na rynku. Stawki czynszu sięgają tam od 3,70 do 5,35 euro miesięcznie za m kw., podczas gdy w pozostałych regionach nie przekraczają one 4 euro za metr kwadratowy.
Martyna Kajka, Konsultant, Dział Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo – Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Mimo silnej konkurencji pomiędzy czołowymi graczami na rynku, w ostatnich miesiącach obserwujemy presję na wzrost stawek czynszów. Trend ten jest spowodowany głównie przez zwiększenie kosztów budowy i ograniczoną dostępność siły roboczej. Należy pamiętać, że wysoka aktywność w sektorze budowlanym wiąże się z brakiem rąk do pracy, co ma wpływ na terminy dostarczania do użytkowania kolejnych obiektów. Generalni wykonawcy, motywowani presją płacową ze strony pracowników, niskim poziomem bezrobocia i kolejnymi podwyżkami kosztów materiałów, podnoszą też ceny swoich usług. Te finalnie znajdują odzwierciedlenie w stawkach czynszu najmu.
– Martyna Kajka, Konsultant, Dział Powierzchni Przemysłowych
i Logistycznych, Europa Środkowo – Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Deweloperzy decydują się na lokowanie swoich obiektów w regionach niekojarzonych dotąd z projektami magazynowymi. Wpływ na to ma dostępność siły roboczej w regionach i coraz większa trudność ze znalezieniem pracowników w sąsiedztwie dużych ośrodków miejskich. Kluczowa w wyborze lokalizacji jest również infrastruktura transportowa, czego przykładem jest wysoka dynamika rozwoju rynku w ciągu powstającej drogi ekspresowej S3.
Więcej szczegółów znaleźć można w raporcie: At a Glance, RYNEK POWIERZCHNI PRZEMYSŁOWYCH I MAGAZYNOWYCH W POLSCE Q2 2018
Określenie „wtorek odwrotu” nie wzięło się z niczego i choć nie zawsze ma miejsce, dziś zanosi się na potwierdzenie rynkowego powiedzenia. Co gorsza, może to być jedyny istotny motyw dla handlu. USD oddaje zyski po tym, jak w poniedziałek pokazał siłę, choć oba ruchy to zmiana 0,2-0,3 proc. Wakacyjny handle trwa nadal, a kalendarz makro nie sugeruje, aby prędko miało się to zmienić.
Tydzień po raporcie z rynku pracy USA zawsze jest tym wolniejszym okresem w miesiącu, ale jeśli weźmiemy poprawkę na sierpniowy marazm, jest tylko gorzej. Epizody, kiedy EUR/USD traci lub zyskuje 30 pipsów, trzeba traktować jako szum niezwiązany z żadnym trendem czy nową informacją. Jeśli na szczycie listy tematów do dyskusji są wojny handlowe, dobre dane z USA albo krzepiące komentarze z Fed – inwestorzy mają pretekst do kupowania USD. Ale jeśli taki ruch nie znajdzie dodatkowego paliwa w następnych godzinach, następuje przegrupowanie i redukcja pozycji. Naprawdę więcej nie jestem w stanie wyczytać z handlu z ostatniej doby. Już nie mogę doczekać się września.
Wydarzeniem dnia jest decyzja Banku Rezerwy Australii… która jest już za nami i praktycznie przeszła bez echa. RBA zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę kasową na 1,50 proc., a w komunikacie brakowało niespodzianek, choć doszło do kilku zmian. Bank przestał już określać wzrost gospodarczy Chin jako „solidny”, a zwrócił uwagę na spowolnienie i aktywność władz na polu ekspansji fiskalnej i monetarnej. Choć RBA dalej oczkuje powolnego wzrostu inflacji, to zrewidowało w dół prognozę dla tegorocznej inflacji z „trochę ponad 2 proc.” do 1,75 proc. To tylko potwierdza niskie oczekiwania dotyczące podwyżki stóp procentowych, choć jeszcze nie podnosi ryzyka wyceny ewentualnej obniżki, a to byłby dotkliwy cios dla AUD. Mimo że komunikat nie dał powodów do ekscytacji, podwyższony alarm wokół AUD nie jest odwołany. Prezes Lowe będzie miał wystąpienie publiczne w środę, gdzie nie uniknie istotnych pytań o stan gospodarki. Na piątek zaplanowana jest też publikacja Raportu Polityki Monetarnej. Pozostajemy sceptycznie nastawieni do postawy AUD w kolejnych tygodniach, choć dla nadania pędu przydałby się bardziej zdecydowany rajd USD.
Reszta przestrzeni FX kontynuuje wakacyjny dryf. Sprzedającym EUR/USD brakuje odwagi do natarcia na 1,15 (po tym, jak w ostatnich tygodniach kilkukrotnie się sparzyli). Zjazd GBP/USD pod 1,30 to bardziej wina siły dolara niż pesymizmu wobec funta, choć weekendowe komentarze straszące brakiem porozumienia w sprawie Brexitu nie pomagają. Na lokalnym rynku EUR/PLN zaczepił się 4,25, a złoty może być beneficjentem ucieczki kapitału z tureckiego rynku. Wczoraj USD/TRY zaliczył największy dzienny wzrost od 2008 r. (6,6 proc.), zanim bank centralny nie rozpoczął prób stabilizowania sytuacji, uwalniając 2,2 mld USD płynności w sektorze bankowym. Zbyt mało, zbyt późno i raczej nie zdejmie to presji z waluty.
W kwietniu 2018 roku notowania GBPUSD notowały coraz to nowsze szczyty, nikt nie spodziewał się, że zamiast korekty pojawi się bardzo mocny trend spadkowy. Od wspomnianego szczytu minęło już kilka miesięcy, a notowania GBPUSD w dalszym ciągu znajdują się pod presją podaży.
Wskaźniki analizy technicznej podążające za trendem są zgodne, trend spadkowy powinien być kontynuowany. Wskaźnik Symbol Info Admiral Markets na interwale tygodniowym oraz dziennym wskazuje na mocny trend spadkowy (wszystkie kropki świecą się na czerwono). 55-okresowa średnia krocząca również mówi o trendzie spadkowym.
Notowania GBPUSD, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Jedynym wskaźnikiem, który wskazuje na możliwość odbicia notowań jest oscylator stochastyczny. Bowiem na interwale dziennym znalazł się poniżej poziomu 20, co informuje o bardzo mocnym wyprzedaniu instrumentu.
Zatem jaką strategię możemy przyjąć? Po pierwszy po tak dużej wyprzedaży możemy poczekać na korektę na niższym interwale czasowym. Korekta zostałaby zobrazowana przez zmianę trendu na interwale czterogodzinowym ze spadkowego na wzrostowy.
Jak to rozpoznać? Wystarczy poczekać aż kropki na interwale czterogodzinowym zmienią się z koloru czerwonego na niebieski. Przy tym scenariuszu dostalibyśmy informację o korekcie. Natomiast jej zakończenie oznaczałoby ponowną zmianę kropek wskaźnika symbol info na czerwone.
Przechodząc na wykres niższego interwału czasowego mamy spore szansę na korektę. Co prawda notowania przerwały ostatnie wsparcie, ale oscylator stochastyczny wskazuje na negatywną dywergencję.
Notowania GBPUSD, interwał czterogodzinny
Źródło: Admiral Markets
USDX – analiza techniczna
Spoglądając na tygodniowy wykres indeksu dolara wiemy, że kilka następnych tygodni może okazać się bardzo ciekawe. Indeks dolara zaczął zwyżkować w kwietniu 2018 roku, przez ten czas raz kolejny stał się królem. Po dotarciu do mocnego oporu w okolicy 94-95 punktów rajd został zatrzymany, ale czy to wystarczy?
Tygodniowe świece oraz powstające Pin Bary sugerują walkę. Oscylator stochastyczny mówi o dużym prawdopodobieństwie powrotu do wyprzedaży, bowiem notowania USDX rosły, a oscylator stochastyczny nie.
Notowania USDX, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Aktualnie notowania próbują pokonać poziom 95.40. Jeżeli stronie kupującej udałoby się pokonać tą barierę, to celem stałby się poziom 97.58 punktów. Natomiast patrząc z perspektywy interwału dziennego aktualnym celem kupujących prawdopodobnie jest górna banda kanału wzrostowego.
Notowania USDX, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Jedyną przeszkodą do dalszych wzrostów indeksu jest oscylator stochastyczny, który znalazł się w rejonie mocnego wykupienia. Z kolei gdyby doszło do korekty, to celem sprzedających byłaby dolna banda kanału wzrostowego.
Zacierające się pory roku i ekstremalnie gorące lata to tylko część symptomów globalnego ocieplenia. Jeśli nie uda się ograniczyć zmian klimatycznych, Polskę mogą dotknąć ekstremalne anomalie pogodowe takie jak trąby powietrzne, długotrwałe susze czy gwałtowne ulewy prowadzące do powodzi. Globalne ocieplenie może doprowadzić do kolosalnych strat w rolnictwie i budownictwie, a także odbić się na stawkach ubezpieczeń od ochrony domów i zabudowań gospodarczych. Powstaje coraz więcej innowacyjnych technologii pozwalających na zapobieganie zmianom klimatycznym.
– Dzisiaj 99 proc. naukowców mówi, że zmiana klimatu jest faktem, ludzie tego nie kwestionują. Teraz trzeba mówić o tym, co zrobić, żeby te zmiany ograniczyć. To jest decyzja 7 mld ludzi na Ziemi, żeby zacząć od siebie. To są też decyzje, które zostaną podjęte na poziomie rządów, czyli porozumienia klimatyczne wdrażane faktycznie, czy narzędzia, które pozwolą wyegzekwować porozumienie z Paryża. My, jako wyborcy, musimy naciskać na polityków, żeby oni do tego poważnie podeszli i wprowadzili takie zmiany w legislacji, które wymuszą je na biznesie, po części także na nas, konsumentach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Katarzyna Karpa-Świderek z WWF Polska.
Kraje wysoko rozwinięte coraz częściej mówią o konieczności całkowitego zreformowania branży energetycznej i porzucenia konwencjonalnych elektrowni na rzecz alternatywnych źródeł energii. W 2011 roku niemiecki rząd poinformował, że blisko 20 proc. krajowej energii pochodzi ze źródeł odnawialnych, a w 2016 roku wskaźnik ten wzrósł do niemal 34 proc. Szacuje się, że dzięki temu do 2017 roku udało się zredukować o 28 proc. emisję gazów cieplarnianych w porównaniu do poziomu z 1990 roku. Z kolei 1 maja tego roku po raz pierwszy w historii Niemiec elektrownie bazujące na alternatywnych źródłach energii przez dwie godziny dostarczały 100 proc. zapotrzebowania całego kraju na energię elektryczną.
Do wyeliminowania paliw kopalnych może się przyczynić także wzrost zainteresowania fotowoltaiką, po którą w Polsce wciąż sięgają wyłącznie nieliczni przedsiębiorcy oraz prywatni użytkownicy. Gdyby udało się spopularyzować panele słoneczne w takie słoneczne dni, z jakimi mamy ostatnio do czynienia, udałoby się pozyskać znaczny procent energii elektrycznej potrzebny do zaspokojenia potrzeb Polaków. Dobrze rozwinięta sieć fotowoltaiczna pozwoliłaby także czasowo wyłączać elektrownie konwencjonalne, a co za tym idzie – zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych do atmosfery.
– To, czego nam brakuje jeszcze w energetyce odnawialnej, to baterie, które pozwolą energię akumulować. To bardzo ważne, żeby takie baterie były efektywne. Panele fotowoltaiczne mogłyby być w Polsce produkowane z perowskitów. To bardzo fajny materiał – jest lekki, giętki, można nim przykryć praktycznie każdą powierzchnię i być może jest to jeden z elementów, który przyspieszy rozwój energetyki odnawialnej – mówi ekspertka.
Produkować panele fotowoltaiczne z perowskitów chce polska firma Saule Technologies. Na początku tego roku firma podpisała umowę z deweloperem Skanska, na mocy której powstać ma biurowiec z panelami zbudowanymi z tych specjalnych minerałów. Saule przekonuje, że do końca 2018 roku będzie w stanie dostarczyć prototypową linię produkcyjną nowych paneli.
Głównym czynnikiem hamującym rozwój elektrowni słonecznych, zarówno tych produkujących energię na masową skalę, jak i przydomowych paneli fotowoltaicznych służących do zasilania jednego domu, jest zbyt wolny rozwój technologii bateryjnych. Amerykański wynalazca Elon Musk w 2015 roku zaprezentował baterie Powerwall służące do magazynowania niewykorzystanej energii elektrycznej przez gospodarstwa domowe, a dwa lata później zaprojektował hybrydowe pokrycie dachowe Tesla Solar Roof, które składało się z dachówek ze zintegrowanymi panelami fotowoltaicznymi. Instalację dachu Tesli można zamawiać już także w Polsce. Ceny zależą od wielkości dachu i procentu pokrycia go panelami słonecznymi.
Osoby korzystające z energii odnawialnej mogą także liczyć na to, że elektrownie odkupią od nich nadwyżki mocy, dzięki czemu klienci indywidualni nie muszą się martwić o to, że niewykorzystana przez nich energia zmarnuje się.
– To, co trzeba zrobić, aby dać impuls dla rozwoju nowych technologii, to rozpropagować chęć posiadania paneli fotowoltaicznych. Do tego potrzebne są też zmiany w prawie, które sprawią, że ktoś, kto energię produkuje i jednocześnie zużywa, będzie miał opłacalne możliwości działania w naszym kraju. Z tym jest ciągle jeszcze trudno, ale miejmy nadzieję, że wrócimy do tego pomysłu, który już po części w Polsce miał okazję zaistnieć – podsumowuje Katarzyna Karpa-Świderek.
Według analityków Allied Market Research wartość rynku paneli fotowoltaicznych w 2022 roku wyniesie 422 mld dol. i wykaże średnioroczny wskaźnik wzrostu na poziomie 24,2 proc.
Komisja Europejska ukarała Google 4,3 mld euro kary za stosowanie praktyk nieuczciwej konkurencji. Najwyższa w historii europejskiego urzędu grzywna to efekt wykorzystywania dominującej pozycji systemu Android w celu promowania swojej wyszukiwarki i przeglądarki. Według prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów taka kara nie musi spowodować zaprzestania tego typu praktyk. Urzędy często nie nadążają za bardzo dynamicznym rozwojem sektora technologicznego, co sprzyja nieuczciwym działaniom. Problem wykorzystywania swojej pozycji na rynku dotyczy także Polski.
– Google został ukarany przez Komisję Europejską karą ponad 4 mld euro tak naprawdę za to, że wykorzystywał swoją mocną pozycję na rynku systemów operacyjnych. Oprócz świata Apple, to jest ten drugi świat, w którym jest tylko Android. Komisja po zbadaniu stwierdziła, że firma utrudnia działania innym – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Kara, jaką Komisja Europejska nałożyła pod koniec lipca na Google, jest najwyższą w historii unijnego urzędu. Za praktyki monopolistyczne i wykorzystywanie swojej dominującej pozycji na rynku systemów operacyjnych (jest zainstalowany na ponad 80 proc. smartfonów na całym świecie), KE ukarała amerykańską firmę grzywną w wysokości 4,3 mld euro, co stanowi ekwiwalent ok. 40 proc. zysku Google za 2017 rok (12,6 mld dol.). Choć kara wydaje się dotkliwa, nie musi oznaczać końca stosowania takich praktyk.
– Świat technologii bardzo szybko się zmienia i jest problem, żeby urzędy na tyle szybko działały, dopóki ten rynek jest jeszcze możliwy do zmiany czy naprawy. Jak już ktoś rynek opanuje, to pomimo takich kar jest na tyle mocny i silny, że nadal być może będzie wykorzystywał swoją przewagę wynikającą z technologii czy miejsca na rynku wobec tych słabych – twierdzi Marek Niechciał.
Firma Google nie po raz pierwszy starła się z unijnymi urzędnikami. W zeszłym roku Komisja skrytykowała wykorzystywanie przez nią swojej dominującej pozycji na rynku wyszukiwarek internetowych do promowania własnej porównywarki cenowej. Google uruchomił usługę Froggle już w 2004 roku, jednak w pierwszych latach jej funkcjonowania nie przynosiła spodziewanych zysków. W 2008 roku porównywarka trafiła na samą górę wyników wyszukiwania w wyszukiwarce Google, a konkurencyjne strony zostały zepchnięte na dalsze pozycje. Za takie praktyki Google zostało ukarane przez KE grzywną w wysokości 2,42 mld dol.
– To jest problem dotyczący firm, które są duże na danym rynku czy w ogóle są w pewnym sensie ekoświatem danego rynku. One powinny uważać na to, jak działają, bo mogą naruszać prawa tych mniejszych, utrudniając im wejście na rynek. Podobne postępowanie było kiedyś wobec Microsoftu – każdy komputer miał zainstalowaną przeglądarkę Microsoftu, więc producenci innych przeglądarek musieli się przebić, żeby użytkownik mógł je zainstalować – przypomina ekspert.
Niedawno pod lupą polskiego urzędu antymonopolowego znalazła się Poczta Polska, którą podejrzewa się o wykorzystywanie swojej dominującej pozycji na rynku do utrudniania pracy bezpośredniej konkurencji. Państwowe przedsiębiorstwo pocztowe ma wyłączność na doręczanie m.in. przesyłek, których waga nie przekracza 2 kg, w innych sektorach tej branży musi rywalizować z konkurencją. Ta jednak nie ma dostępu do tak rozbudowanej infrastruktury, jaką może się pochwalić państwowy monopolista, dlatego ustalono, że prywatne firmy mogą korzystać z infrastruktury Poczty Polskiej. Ale według UOKiK-u warunki tej współpracy mogą łamać zasady uczciwej konkurencji.
Poczta Polska w zamian za udostępnienie skrzynek domaga się bowiem przedstawienia informacji o klientach, z którymi współpracują niepubliczni dostawcy. Ponadto firmy zobowiązane są do dostarczenia minimalnej liczby paczek w danym okresie rozliczeniowym, a jeśli nie wypełnią tego wymogu, muszą się liczyć ze znacznie wyższymi opłatami. Takie regulacje mają zniechęcać do współpracy z Pocztą Polską i mogą prowadzić do nieuczciwego przejęcia klientów przez państwowego monopolistę.
– My też mamy polskie case’y związane z firmami, które są dominujące na jakimś fragmencie rynku, np. w sprzedaży. Jest pytanie: na ile one wykorzystują swoją pozycję? Jest tak, że zabicie tych małych może powodować, że konkurencja nam umrze i to będzie ze szkodą dla wszystkich – przestrzega prezes UOKiK.
Komisja Unii Europejskiej w postanowieniu ogłoszonym 18 lipca dała Google 90 dni na zaprzestanie wykorzystywania swojej dominującej pozycji na rynku mobilnym. Jeśli w tym czasie nie zaprzestanie stosowania praktyk monopolistycznych, musi się liczyć z nałożeniem kary w wysokości 5 proc. uśrednionego dziennego obrotu Alphabet, spółki matki Google.
W drugim kwartale 2018 roku wartość biznesu reklamowego Google wzrosła o 24 proc., co pozwoliło Alphabet wypracować przychody na poziomie 26,24 mld dol.
Blogerzy zwykle zaczynają od dzielenia się swoją wiedzą, ale z czasem wielu z nich udaje się zarabiać na dostarczanych treściach. Blog musi być jednak prowadzony systematycznie, z pasją i zaangażowaniem. Dostarczając treści na wysokim poziomie merytorycznym, można zbudować stałą bazę odbiorców. Ta z kolei jest świetnym punktem wyjścia do sprzedaży produktów i usług, które są spójne z treściami. To najlepsza forma zarabiania na blogu.
Każdy, kto zabiera się za blogowanie na poważnie, w pewnym momencie się orientuje, że własna strona w sieci daje wiele możliwości.
– Blog jest zdecydowanie rewelacyjnym sposobem na życie, na to, żeby robić to, co się naprawdę lubi, i żeby dzielić się tym, co jest dla nas ważne. Jeśli dzielimy się naszymi talentami, pasją i robimy to z sercem, to znajdują się na to odbiorcy. Oni najpierw odwdzięczają się dobrym słowem, a po pewnym czasie zaufaniem i ono z czasem owocuje gotowością do zakupu produktów. Jak najbardziej jest to sposób na to, żeby utrzymywać się z pasji – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Żłobińska, współautorka bloga salaterka.pl.
Na prowadzeniu bloga da się zarabiać, pod warunkiem że jest się konsekwentnym w swoich działaniach. Nowe wpisy nie mogą się pojawiać tylko raz na jakiś czas, ale regularnie. Muszą być ciekawe dla odbiorców, zachęcać ich do dyskusji i do powrotu na stronę. Niezwykle ważne jest również utrzymywanie kontaktu z followersami.
– Trzeba pytać systematycznie odbiorców, czego potrzebują, nawiązywać z nimi dialog. W ten sposób jesteśmy w stanie zbudować naprawdę fajnie działający model biznesowy – mówi Agnieszka Żłobińska.
Jak podkreśla, do zarabiania na blogu potrzebna jest właściwa strategia. Generalnie są dwa modele pozyskiwania dochodów – pierwszy, w stadium początkowym, polega na współpracy z firmami i umieszczaniu wpisów sponsorowanych.
– To jest patronat bloga. To jest bardzo fajna opcja dla początkujących blogerów, natomiast wiąże się z pewnym zagrożeniem. W przypadku tej opcji nasz blog może się stać tablicą reklamową, a tego odbiorcy nie lubią. Trzeba uważać, żeby nie było tego za dużo – mówi Agnieszka Żłobińska.
Drugi model to sprzedaż produktów i usług za pośrednictwem bloga.
– W momencie, kiedy budujemy naszą pozycję eksperta w danej dziedzinie, nasi odbiorcy są gotowi do tego, żeby korzystać z naszych produktów i płacić za korzystanie z naszej wiedzy i produktów – mówi współautorka bloga salaterka.pl.
Wtedy więc można prowadzić konsultacje, organizować warsztaty itd., jednak w pewnym momencie może się okazać, że na to wszystko zaczyna brakować czasu.
– Naszym zdaniem najlepszym sposobem na to, żeby zarabiać na blogu, jest wydawanie książek (self-publishing) i kursów online. W przypadku kursów online nie mamy wyzwań, które są związane z produkcją książki, drukiem, dystrybucją, wysyłkami. Tworzymy raz jeden produkt, ewentualnie go dopracowujemy w międzyczasie, a później zajmujemy się tylko jego promocją. Z tego jednego produktu mamy przychody i możemy dalej budować wartościowe treści dla naszych odbiorców – tłumaczy Agnieszka Żłobińska.
Blogi zyskują na znaczeniu, a firmy coraz częściej wykorzystują potencjał marketingowy tego sposobu komunikacji.
– Marketing idzie w takim kierunku, żeby być jak najbliżej odbiorców. Również duże marki tworzą swoje własne blogi i są skłonne do tego, żeby współpracować z blogerami. To jest teraz jeden z najbardziej wiarygodnych sposobów dotarcia do odbiorców. W momencie, kiedy bloger ma swoich fanów, którzy wierzą w jego rekomendacje i rekomenduje daną markę, to jest najlepszy sposób promocji – mówi Agnieszka Żłobińska.
Agnieszka Żłobińska od 2015 roku współtowrzy wspólnie z bratem bloga salaterka.pl dotyczącego tematu prostego zdrowego odżywiania.
– Blog został zapoczątkowany przez mojego brata Mateusza, który postanowił dzielić się swoją wiedzą. To był jego cel. Nie myślał wtedy o tym, żeby zarabiać na tym pieniądze, dzielił się wiedzą związaną z wartościami odżywczymi. Po pewnym czasie liczba odbiorców i zainteresowanie tematem zaczęły rosnąć. Mateusz wydał pierwszą książkę. Ja zaczęłam dostarczać treści praktyczne, więc teraz Mateusz dostarcza wiedzę, konkretne wartości odżywcze, wyliczenia, a ja zajmuję się gotowaniem, również współpracą z innymi influencerami – wyjaśnia Agnieszka Żłobińska.
W tym momencie salaterka.pl miesięcznie ma około 85 tys. wejść i około 13 tys. fanów na Facebooku.
– To cały czas rośnie. Im więcej dajemy treści, wartości, im więcej dajemy od siebie, tym więcej do nas wraca i tym większa jest nasza społeczność. To są ludzie zainteresowani zdrowym stylem życia, dietą roślinną, zdrowym odżywianiem w biegu, bo to jest bardzo ważne, żeby nie spędzać w kuchni całego życia, nikt na to nie ma czasu w obecnych czasach. Oferujemy takie rozwiązania, które rzeczywiście pozwalają na to, żeby odżywiać się zdrowo, szybko i mieć energię do działania – podkreśla Agnieszka Żłobińska.
Już ponad połowa społeczeństwa deklaruje zmniejszenie spożycia produktów pochodzenia zwierzęcego na rzecz roślinnych. W Europie co dziesiąty produkt wprowadzany na rynek jest wegetariański. Choć Polacy to mięsożercy, stopniowo rośnie zapotrzebowanie na roślinne produkty i dania – zarówno w sklepach, jak i w restauracjach. Dlatego coraz więcej rodzimych producentów stawia na produkty wege i wegetariańskie. Rośnie też liczba zielonych restauracji.
Z danych GUS wynika, że statystyczny Polak zjada w ciągu roku ok. 70 kg mięsa. Choć większość osób nie wyobraża sobie obiadu bez kotleta, rośnie liczba wegetarian – szacunki mówią, że już kilka procent Polaków całkowicie zrezygnowało w swojej diecie z mięsa. Według badań firmy Mintel, wegetarian jest 8 proc., a wegan – 7 proc. Dużo osób świadomie rezygnuje z codziennego spożywania mięsa i robi 1–2 zielone dni w tygodniu. To zaś wymusza zmiany w handlu i gastronomii.
– Jest całkiem sporo restauracji stricte wegetariańskich. Przoduje Warszawa i inne duże miasta w Polsce, jak Kraków, Poznań czy Rzeszów. Jeśli chodzi o producentów żywności, to już od parunastu lat mamy kilka firm w Polsce, które skupiają się w swojej ofercie na produktach roślinnych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Otrębski, przedstawiciel kampanii RoślinnieJemy.
Przybywa też restauracji, w których roślinożercy mogą znaleźć coś dla siebie. Amerykański portal HappyCow podaje, że tylko w Warszawie działa 158 wegańskich i wegetariańskich restauracji. Dużo jest ich też w Krakowie (98), Wrocławiu (76), Poznaniu (53), Gdańsku (47) czy Katowicach (38).
– Ciekawym spostrzeżeniem jest to, że coraz więcej firm, dla których produkty roślinne nie są w głównym obszarze zainteresowań, kieruje na nie swoją uwagę. Świetnym przykładem jest Sokołów, jedna z większych firm z branży mięsnej, która wprowadziła opcję roślinną, czyli całą linię produktów skierowanych do osób, które chcą jeść bardziej roślinnie – mówi Maciej Otrębski.
Z danych portalu RoślinnieJemy wynika, że już nawet połowa Polaków deklaruje zmniejszenie spożycia produktów pochodzenia zwierzęcego na rzecz produktów roślinnych. Tym samym rośnie zapotrzebowanie na wegetariańskie produkty. Firma Mintel w raporcie „Innowacyjność vs. zdrowie. Szanse dla marek spożywczych” wskazuje, że w Europie co dziesiąty produkt wprowadzany na rynek jest oznaczany jako wegetariański, w Niemczech – nawet 14 proc.
– U nas jeszcze jest daleko do tak dobrej statystyki, natomiast dostrzegamy pewne ruchy w tym kierunku. Nowi producenci chcą wprowadzać produkty stricte roślinne. Pojawiają się też osoby, które chcą zza granicy importować produkty skierowane do wegan i wegetarian. Warto zaznaczyć, że mówimy tutaj nie tylko o wąskim segmencie konsumentów, do których kierowane są te produkty, lecz także o osobach, które chcą ograniczać spożycie mięsa – zaznacza przedstawiciel kampanii RoślinnieJemy.
Produkty wegetariańskie można kupić nie tylko w sklepach ekologicznych. Także supermarkety i dyskonty wprowadzają je do swojej oferty, a ich sprzedaż systematycznie rośnie. Tym bardziej że coraz rzadziej trafiają na półki zdrowej żywności. Badania London School of Economics pokazują, że produkty oznaczone symbolem vegan przeniesione z działu z produktami dla wegetarian do głównego działu z żywnością zwiększyły swą sprzedaż ponad dwukrotnie.
– Biedronka, Lidl, Netto, Auchan mają coraz szerszą gamę tych produktów. To już nie są produkty lądujące na półce eko, zdrowa żywność, tylko stają się mainstreamowe i trafiają do szerszej grupy konsumentów. Myślę, że przykładowy hummus spotkamy w każdej większej sieci czy nawet w naszym osiedlowym sklepie – mówi Maciej Otrębski.
5 proc. – na tyle Porta, jeden z największych w Europie producentów drzwi, szacuje tegoroczną dynamikę wzrostu rynku. Spółka liczy na to, że jej wynik będzie znacznie lepszy, a to dzięki planom inwestycyjnym na kolejne miesiące. Inwestycje są konieczne, bo zamówień – zarówno w segmencie drzwi wewnątrzlokalowych, jak i drzwi technicznych, do budynków użyteczności publicznej – szybko przybywa, a klienci oczekują krótkich terminów realizacji.
– Prognozy są bardzo optymistyczne. Pierwsze półrocze jest o wiele lepsze niż w zeszłym roku. W niektórych kategoriach produktów, jak np. inwestycje, mamy o 100 proc. większe obłożenie maszyn, więc mamy trudności, żeby zaspokoić potrzeby rynku. Dzisiaj sen z powiek spędza nam możliwość obsłużenia zwiększonego zainteresowania. Na podstawie pierwszego półrocza i planów inwestycyjnych sądzimy, że uda nam się osiągnąć wynik dwucyfrowy na koniec tego roku. Jednocześnie szacujemy, że cały rynek urośnie w tym roku o ok. 5 proc. – mówi Artur Pęksyk, dyrektor ds. marketingu Porta KMI Poland.
Polska od trzech lat pozostaje liderem produkcji i eksportu stolarki otworowej w Europie. W ubiegłym roku polskie fabryki wyprodukowały w sumie 23,4 mln sztuk okien i drzwi, co stanowiło blisko 6-proc. wzrost w porównaniu z rokiem poprzednim. Natomiast w ciągu ostatnich czterech lat produkcja stolarki otworowej w polskich zakładach wzrosła w sumie o jedną czwartą. Polscy producenci sprzedali w ubiegłym roku za granicę 10,4 mln sztuk okien i drzwi o wartości 1,7 mld euro – to oznacza, że na eksport trafiło 45 proc. całej produkcji.
– Rynek drzwi podzielony jest na segmenty produktów i dla nas najbardziej atrakcyjne są dwa nurty: detal w wymiarze skrzydeł wewnątrzlokalowych – dla osób, które wykańczają mieszkanie w środku, i drzwi techniczne, inwestycyjne, kontraktowe, czyli do hoteli czy budynków użyteczności publicznej. Widzimy, że ta druga kategoria notuje ogromną dynamikę, bo rok do roku w tym sektorze mieliśmy 30-proc. wzrosty. W niektórych miesiącach notujemy nawet o 100 proc. więcej zamówień w wymiarze drzwi technicznych. Widać, że rynek inwestycyjny szybko rośnie – mówi Artur Pęksyk.
Do 2019 roku Porta planuje przeznaczyć na inwestycje kwotę 163 mln zł. Tylko w tym roku 40 mln zł przeznaczy na inwestycje w fabryce wyrobów metalowych PortaSteel oraz TechnoPorta, która obsłuży przede wszystkim produkty techniczne. Natomiast w przyszłym roku zakończy się budowa magazynu centralnego w Nidzicy, który ma usprawnić współpracę z dystrybutorami.
– Porta jest producentem, współpracuje z siecią dystrybucji, z firmami dilerskimi, które prężnie zajmują się sprzedażą tych produktów w Polsce i za granicą. Budowa magazynu ułatwi im obsługę zamówień, które do nich spływają, i usprawni proces dostarczania produktów. Ze wszystkich naszych pięciu fabryk, które są umiejscowione w różnych częściach Polski oraz w Rumunii, pozwoli sprowadzić produkty do jednego magazynu centralnego i w komplecie przekazywać je do naszych dystrybutorów, aby później w krótkim czasie trafiły do klientów – mówi Artur Pęksyk.
Jak podkreśla dyrektor ds. marketingu Porta KMI Poland, spółka na bieżąco aktualizuje portfolio produktów, dopasowując modele do trendów kolorystycznych bądź wzorniczych. W tym roku będzie promować kategorie metalowych drzwi wejściowych, które powstają z wykorzystaniem nowego parku maszynowego PortaSteel.
Fabryka w Ełku produkuje skrzydła i ościeżnice ze stali, a jej uruchomienie przełożyło się na 20-proc. wzrost produkcji tego asortymentu. PortaSteel to jeden z najnowocześniejszych zakładów produkcyjnych w Europie, z całkowicie zautomatyzowaną linią produkcyjną o długości 210 metrów, na której jedno skrzydło drzwiowe powstaje w ciągu dwóch minut.
– Przygotowujemy się także do promocji oferty drzwi kontraktowych, technicznych, inwestycyjnych, bo kończymy w tym roku jedną z dużych inwestycji, TechnoPorta, gdzie będziemy wykonywać drzwi dla naprawdę wymagających klientów. Zakładamy, że to pozwoli nam zdobyć kolejny przyczółek na rynku i utrzymać pozycję lidera – mówi Artur Pęksyk.
Naukowcy w Instytucie Nenckiego Polskiej Akademii Nauk prowadzą badania nad neuroplastycznością, czyli zdolnością mózgu do reorganizacji, która jest kluczowa m.in. dla procesów uczenia się, zapamiętywania czy regeneracji. Mogą one doprowadzić do przełomu w diagnostyce i wsparcia w leczeniu takich zaburzeń i chorób jak choroba Parkinsona, Alzheimera, depresja i schizofrenia. Do końca przyszłej dekady choroby te będą jednym z najczęstszych i największych zagrożeń zdrowotnych. Współpraca Instytutu Nenckiego z Siemens Healthcare zapewni naukowcom dostęp do nowych narzędzi i najnowocześniejszego sprzętu, a w przyszłości umożliwi szybką komercjalizację wyników badań.
– W obszarze naszych zainteresowań są głównie choroby cywilizacyjne, włączając w to choroby związane z zaburzeniami funkcjonowania mózgu, depresję, schizofrenię czy chorobę Alzheimera. Jedną z ważniejszych pracowni w Instytucie Nenckiego, zajmujących się zaburzeniami funkcjonowania mózgu człowieka, jest Pracownia Obrazowania Mózgu. Jej głównym narzędziem badawczym jest skaner Rezonansu Magnetycznego, dzięki któremu przeprowadzamy badania obrazowe mózgu w różnych kontekstach. Te badania dotyczą zarówno stanu fizjologicznego, np. procesu uczenia się, jak i całego spektrum zaburzeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Agnieszka Dobrzyń, dyrektor Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.
Do chorób mózgu zalicza się zarówno te o podłożu neurologicznym, jak stwardnienie rozsiane, choroba Parkinsona, Alzheimera, stwardnienie zanikowe boczne, demencja i padaczka, jak i te o podłożu psychicznym (m.in. depresja, schizofrenia, bezsenność, zaburzenia lękowe). Według prognoz WHO do 2030 roku choroby mózgu będą już jednym z największych zagrożeń zdrowotnych. European Brain Council szacuje, że średnio co trzeci Europejczyk jest lub w przyszłości będzie dotknięty chorobą mózgu (w latach 2005–2010 podwoiła się liczba pacjentów leczonych z ich powodu).
Natomiast Fundacja NeuroPozytywni podaje, że już w tej chwili co trzecia osoba w Polsce cierpi na chorobę mózgu albo ma kogoś bliskiego z takim schorzeniem. Roczny koszt leczenia takich chorób w Europie sięga ok. 800 mld euro (według licznika na stronie EBC od stycznia tego roku przekroczył już 466 mld euro), co oznacza, że są wyższe niż koszty leczenia cukrzycy, chorób nowotworowych i sercowo-naczyniowych razem wziętych.
Instytut Nenckiego prowadzi m.in. badania nad neuroplastycznością, czyli zdolnością mózgu do reorganizacji. To funkcja kluczowa dla procesów uczenia się, zapamiętywania i regeneracji. Badania mogą doprowadzić do przełomu w profilaktyce, diagnostyce i leczeniu chorób mózgu.
– Próbujemy odpowiedzieć na pytanie, jak funkcjonuje ludzki mózg w różnym spektrum zachowań. Wykorzystując funkcjonalny rezonans magnetyczny możemy zobrazować mechanizmy neuronalne w czasie, kiedy osoba badana wykonuje określone zadanie. Wyobraźmy sobie unikatową sytuację eksperymentalną – prosimy osobę badaną o przeczytanie fragmentu tekstu albo wykonywanie innego zadania. W tym czasie możemy nieinwazyjnie obserwować co dzieje się w żywym mózgu. Taka wiedza może być wykorzystana między innymi, aby zrozumieć działanie mózgu osób z różnego rodzaju zaburzeniami i żeby skutecznie je leczyć – wyjaśnia dr hab. Artur Marchewka, prof. IBD PAN, kierownik Pracowni Obrazowania Mózgu w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.
Głównym narzędziem badawczym, które pozwala obserwować aktywność mózgu podczas rożnych aktywności, jest metoda funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI). To tzw. funkcjonalny rezonans magnetyczny, który wychwytuje zmiany poziomu utlenowania krwi i na tej podstawie tworzy mapę aktywacji obszarów mózgu.
– Wykorzystanie metod obrazowania mózgu umożliwia nam obserwowanie, jak zmienia się zarówno struktura jak i funkcja naszego mózgu. W naszych najnowszych badaniach zapraszamy osoby na kilkumiesięczny trening, w trakcie którego uczą się na przykład języka migowego. Patrzymy, co dzieje się w mózgu danej osoby w momencie, kiedy obserwuje znaki, których nie zna, a po kilkunastu tygodniach – kiedy już je rozpoznaje. Kolejnym przykładem są kursy Braille’a, czyli alfabetu którym posługują się osoby niewidome. W trakcie kursu obrazujemy strukturę i funkcję mózgu, aby zrozumieć mechanizmy neuroplastyczności. Nasze najnowsze wyniki wskazują, że reorganizacja mózgu odbywa się już po kilku tygodniach uczenia się nowej umiejętności – dr hab. Artur Marchewka, prof. IBD PAN.
– Nasi współpracownicy z licznych ośrodków akademickich przychodzą z coraz bardziej złożonymi problemami i konkretnymi pytaniami, na które chcą znaleźć odpowiedź. Aby ich udzielić, musimy zwiększać ilość danych zbieranych w trakcie badania, czyli zwiększać rozdzielczość przestrzenną i czasową. W obrazowaniu funkcjonalnym mózgu, zbieramy te dane dwa razy szybciej i z dwukrotnie większą rozdzielczością przestrzenną dzięki współpracy z Siemens – dodaje Bartosz Kossowski, inżynier rezonansu magnetycznego.
Siemens Healthcare jest jednym z liderów innowacyjności w segmencie diagnostyki medycznej. Firma podpisała z Instytutem Nenckiego Umowę Ramową o Współpracy Naukowej (Master Research Agreement – MRA), która ustala szczegóły dotyczące współpracy, przepływu pomysłów, nowoczesnych technologii i wiedzy pomiędzy obydwoma podmiotami.
– To przyniesie nam obopólne korzyści. Siemens Healthineers jest w stanie wspierać prace badawcze Instytutu poprzez przekazywanie mu know-how i doświadczenia działów badawczo-naukowych. Natomiast własność intelektualna Instytutu może zostać włączona w nasze produkty i skomercjalizowana, tak aby stał się on beneficjentem rozwiązań – zapowiada dr Kamil Gorczewski, menadżer współpracy naukowej i klinicznej w Siemens Healthineers.
Siemens Healthcare ściśle współpracuje ze środowiskiem naukowym na całym świecie. Wspiera ponad 800 ośrodków naukowych na całym świecie, a około 80 proc. innowacyjnych technologii, na których bazują produkty firmy, pochodzi bezpośrednio lub pośrednio ze współpracy naukowej i klinicznej z najlepszymi badaczami.
– Chcemy wspierać działalność badawczą Instytutu Nenckiego poprzez przekazywanie jeszcze nieskomercjalizowanych wersji sekwencji i oprogramowania, aby mogły zostać przetestowane, ale też chcemy wypracowywać wspólnie z Instytutem nowe technologie, sposoby analizy danych przy użyciu rezonansu magnetycznego, tak aby można było je w przyszłości skomercjalizować przy obopólnej korzyści – podkreśla dr Kamil Gorczewski.
Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN istnieje od stu lat. To jedno z największych, nieuniwersyteckich centrów badań biologicznych. Poziom prac eksperymentalnych i publikacji, liczba pozyskanych grantów i silne związki z nauką światową plasują Instytut Nenckiego w europejskiej czołówce. Obecnie to jedyna w Polsce placówka naukowa, gdzie badania w dziedzinie neurobiologii prowadzi się na wszystkich poziomach, od molekularnego po systemowy.
– Gdy patrzymy na to, jak wiele projektów i publikacji naukowych powstaje w oparciu o nasze wyniki, jak dużo prac klinicznych, które mamy nadzieję, że szybko przełożą się na faktyczne korzyści dla pacjentów chorych na zaburzenia funkcjonowania układu nerwowego, to jest coś, co wysoko pozycjonuje Instytut Nenckiego na arenie zarówno Europy, jak i całego świata w kontekście obrazowania mózgu – mówi dyrektor Instytutu Nenckiego PAN, prof. dr hab. Agnieszka Dobrzyń.
W ubiegłym miesiącu Instytut Nenckiego otrzymał grant w wysokości 39 mln zł z programu Międzynarodowe Agendy Badawcze (MAB) Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Z tych środków zostanie utworzone w Instytucie Nenckiego centrum naukowe BrainCity, prowadzące badania nad złożonymi mechanizmami plastyczności ludzkiego mózgu. Pokierują nim wybitni polscy badacze o uznanym na świecie dorobku naukowym, prof. dr hab. Leszek Kaczmarek oraz dr hab. Ewelina Knapska, prof. IBD PAN a międzynarodowym partnerem strategicznym BrainCity będzie Europejskie Laboratorium Biologii Molekularnej (EMBL).
Mniej biurokracji i papierowej roboty, za to większa kontrola zwolnień lekarskich – to korzyści z wprowadzenia elektronicznych zwolnień. Każdy pracodawca, który ma profil na Platformie Usług Elektronicznych ZUS, otrzymuje natychmiast wiadomość o wystawieniu jego pracownikowi elektronicznego zwolnienia lekarskiego. Jednocześnie drogą cyfrową dokument trafia do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, co odciąża pracodawcę i lekarza od dodatkowych obowiązków. Zyskują też pacjenci, którzy nie muszą pamiętać o terminowym dostarczeniu zwolnienia pracodawcy.
– Pracodawcy popierają wprowadzenie elektronicznych zwolnień lekarskich. Po pierwsze, zmniejsza to biurokrację, prowadzenie dokumentacji papierowej. Z minuty na minutę będziemy widzieli pojawiające się w systemie ZUS-owskim e-zwolnienie. To będzie miało pozytywne skutki, większy będzie monitoring wystawianych zwolnień lekarskich – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Lisicki, ekspert prawa pracy z Konfederacji Lewiatan.
Jeżeli lekarz wystawi e-ZLA pracownikowi, jego pracodawca, o ile ma założony profil na Platformie Usług Elektronicznych ZUS, dostaje niemal natychmiastowo o tym informację. E-zwolnienia pozwalają też na sprawniejszą kontrolę poprawności wykorzystania zwolnienia. Tylko w 2017 roku Polacy spędzili na zwolnieniach rekordowe 229 mln dni. Dla ZUS-u i pracodawców to koszty liczone w miliardach złotych.
– W 2017 roku ZUS przeprowadził blisko 0,5 mln kontroli, w których zakwestionował ponad 25 tys. zwolnień. To dotyczy już nie tylko pracodawców, lecz także wszystkich ubezpieczonych, którzy płacą składki, a z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych idą wypłaty zasiłków – mówi Robert Lisicki.
W ubiegłym roku w wyniku kontroli wstrzymano wypłatę zasiłków o łącznej wysokości ponad 23,2 mln zł. W I kwartale 2018 roku ZUS przeprowadził ponad 125 tys. kontroli i wydał 7 tys. decyzji o wstrzymaniu dalszej wypłaty zasiłków w wysokości 5,47 mln zł.
– Elektroniczne zwolnienia to mniej papierkowej pracy, mniej niejasności z oczekiwaniem na to, że pracownik nam przyniesie te zwolnienie. Tym bardziej że nie zawsze są one terminowo dostarczane. Większa przejrzystość i szybkość w działaniu jest gwarantowana zarówno małym, jak i dużym pracodawcom –przekonuje Robert Lisicki.
E-ZLA będzie mógł wystawić każdy lekarz, który ma decyzję ZUS-u upoważniającą do wystawiania zaświadczeń lekarskich i ma dostęp do odpowiedniego oprogramowania.
– Rozwiązanie to bardzo usprawnia codzienną pracę lekarza. Dzięki temu czas, który poświęcamy na wizytę, znacznie się skraca – podkreśla Marcin Broda, laryngolog z Centrum Medycznego MML.
Elektroniczne zwolnienia to także korzyść dla pracownika, który nie musi pamiętać o terminowym dostarczeniu zwolnienia papierowego do pracodawcy. W przypadku niedopełnienia obowiązku dostarczenia płatnikowi zaświadczenia lekarskiego w ciągu siedmiu dni od daty jego otrzymania, wysokość zasiłku jest obniżana o 25 proc. W I kwartale obniżono zasiłki blisko 18 tys. osób.
– Ideą tego systemu jest to, żeby pacjenta w ogóle uwolnić od tego przymusu zanoszenia do kadr zwolnień lekarskich. Czasami pacjenci proszą o kopię, być może jeszcze dany zakład pracy nie jest zaznajomiony z tym systemem. Nie ma jednak z tym żadnego problemu – można wydrukować taką kopię zaświadczenia na specjalnym druku z poświadczeniem pieczątką lekarską, i to niezależnie od tego, kiedy pacjent się po nią zgłosi – wskazuje Marcin Broda.
Dane napływające w minionym tygodniu ze Stanów Zjednoczonych nie zaskoczyły inwestorów. Zarówno posiedzenie FOMC, jak i dane o bezrobociu za oceanem nie wniosły nic nowego w kwestii oceny sytuacji na rynkach. Nerwowość natomiast pojawiła się wraz z napływającymi na rynek informacjami, że w związku z wyraźnym osłabieniem chińskiego Juana administracja Trumpa skłania się do zwiększenia poziomu ceł z 10% do 25%. Wszelkie oznaki zaostrzenia retoryki między USA, a Chinami przekładają się na podwyższoną zmienność na rynkach, ponieważ inwestorzy obawiają się eskalacji wojny handlowej i jej wpływu na globalny wzrost gospodarczy.
Polski rynek akcji zachowywał się stabilnie i po wcześniejszych silnych wzrostach WIG pozostawał płasko, kończąc tydzień na poziomie -0,08%. W minionym tygodniu sukcesywnie drożały polskie obligacje skarbowe, co w połączeniu z umacniającym się polskim złotym, wyraźnie wskazuje na napływ kapitału zagranicznego.
W bieżącym tygodniu kalendarz makroekonomiczny jest skromny. Jedyne dane warte odnotowania to piątkowe CPI ze Stanów Zjednoczonych, które w przypadku zaskakującego odczytu mogą znacząco wpłynąć na rynkowe oczekiwania, co do dalszej ścieżki podnoszenia stóp procentowych za oceanem.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA
Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii przedstawiło projekt ustawy o zamówieniach publicznych. To bardzo długo wyczekiwany akt. Przygotowanie proponowanych założeń trwało prawie rok. Zdecydowanie wyszło to jednak na korzyść tego projektu. Propozycje zostały pozytywnie przyjęte przez środowisko. FPP zachęca resorty oraz Urząd Zamówień Publicznych do propagowania idei, która będzie polegała na wdrażaniu innowacji.
– Należy zwrócić uwagę, że nawet najlepszy projekt nie rozwiąże problemów zamówień publicznych, jeżeli zmiany nie zaczną następować oddolnie, czyli od wprowadzenia dobrych praktyk – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Obecnie problemem jest to, że urzędnicy nadal nie umieją kupować usług. Chcą nabywać etaty do ich wykonania, a nie usługę w sensie samej jej realizacji. Przedsiębiorcy nie mają jak konkurować. Przetargi w praktyce ograniczają się do ceny, co odbywa się kosztem pracownika. To z kolei może prowadzić do patologii. FPP zwraca uwagę, że jest to działanie antyinnowacyjne. W Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju Premiera Morawieckiego mówi się przecież o innowacjach, a takie działania zamykają do nich drogę. Kolejnym problemem na rynku jest brak rąk do pracy. Według danych FPP w branży ochrony i sprzątania innowacyjne rozwiązania wprowadziłyby ponownie na rynek ok. 30 proc. zatrudnionych. W sektorach tych pracuje obecnie ok. 600 tys. ludzi. Oznaczałoby to 180 tys. pracowników, którzy mogliby wrócić na rynek pracy i zasilić branże mające problem ze znalezieniem kandydatów.FPP zachęca resorty oraz Urząd Zamówień Publicznych do propagowania idei, która nie będzie polegała na kupowania etatów, ale wdrażaniu innowacji – podkreślił Kowalski.
Firma PepsiCo, Inc. (NASDAQ: PEP) („PepsiCo”) podała dziś informację o jednogłośnym wyborze przez Radę Dyrektorów spółki Ramona Laguarty (54 lata) na następcę Indry K. Nooyi (62 lata) na stanowisku Dyrektora Generalnego. Swoją funkcję Nooyi sprawować będzie do 3 października br., ustępując po 24 latach pracy w koncernie, w tym po 12 latach na stanowisku Dyrektor Generalnej. Funkcję Prezesa sprawować będzie do początku 2019 r., co zagwarantuje płynne objęcie sterów firmy przez nowego szefa. Ramon Laguarta zostanie ponadto członkiem Rady Dyrektorów, ze skutkiem na 3 października 2018 r..
Pod przewodnictwem Indry K. Nooyi firma PepsiCo osiągnęła wymierne wyniki finansowe:
Od 31 grudnia 2006 r. do 31 grudnia 2017 r. całkowita stopa zwrotu dla akcjonariuszy wyniosła 162%;
Od początku roku 2006 do końca roku 2017 całkowita stopa zwrotu środków pieniężnych dla akcjonariuszy wypłacana za pośrednictwem dywidend lub odkupu akcji wyniosła 79,4 mld USD;
Niemal potrojona została wartość dywidendy na akcję, która wzrosła z 1,16 USD w roku 2006 do 3,17 USD w roku 2017, przy skumulowanym rocznym wskaźniku wzrostu na poziomie prawie 10%;
Przychody netto koncernu wzrosły z 35 mld USD w roku 2006 do 63,5 mld USD w roku 2017, przy skumulowanym rocznym wskaźniku wzrostu na poziomie 5,5%.
Indra K. Nooyi – PepsiCo
Kierowanie PepsiCo to z pewnością największy zaszczyt, jaki mi przypadł w udziale w całym moim życiu. Jestem niezmiernie dumna ze wszystkiego, co osiągnęliśmy w minionych 12 latach, wzmocnić pozycje PepsiCo nie tylko wśród akcjonariuszy, ale wśród wszystkich interesariuszy w społecznościach w których działamy ,– powiedziała Indra Nooyi. „Dorastając w Indiach nigdy nie myślałam że kiedyś będę miała okazję stać u steru tak niezwykłej spółki. Kierując się naszą filozofią „Działanie ze świadomością celu” (Performance with Purpose), czyli dostarczając zrównoważone wyniki poprzez tworzenie bardziej odżywczych produktów, ograniczając nasz wpływ na środowisko i wspierając społeczności, w których działamy – byliśmy w stanie uzyskać bardziej znaczący wpływ na życie ludzi, niż kiedykolwiek wydawało mi się to możliwe. Dziś PepsiCo zajmuje niezwykle silną pozycję, zapewniającą dalszy trwały rozwój. Najlepsze dni koncernu dopiero nadchodzą”.
„Ramon Laguarta to właściwa osoba by osiągać kolejne sukcesy. To znakomity menedżer, dysponujący odpowiednio długim doświadczeniem w obszarze rozwoju przedsiębiorstw. Posiada doskonałą orientację w zakresie zmieniających się preferencji konsumentów oraz innych istotnych trendów, jakie mają miejsce na całym świecie – dowiódł, że znakomicie poradzi sobie z tymi zadaniami. W procesie zarządzania firmą Ramon był niezwykle ważną osobą – jestem przekonana, że pod jego przewodnictwem PepsiCo osiągnie kolejne szczyty ” – dodała Indra Nooyi .
Wypowiadając się w imieniu Rady Dyrektorów PepsiCo, przewodniczący Rady Ian Cook powiedział: „Przez ostatnie 12 lat na stanowisku Dyrektor Generalnej i Prezes koncernu Indra dowiodła niezwykłych umiejętności przywódczych, służąc za przykład odpowiedzialnego zarządzania korporacyjnego w XXI wieku nie tylko w naszej branży, ale i poza nią”.
„Konsekwentnie realizowała ambitne cele finansowe, stosując zasadę zarządzania polegającą nie tylko na dbałości o efekty krótkoterminowe, ale i te bardziej odległe w czasie. Jako Dyrektor Generalna uzyskała wzrost przychodów o ponad 80%, osiągając tym samym efekty przewyższające wyniki realizowane przez osoby na podobnych stanowiskach, jednocześnie praktycznie co dwa lata dodając do naszego portfolio nową markę, z których każda warta była miliard dolarów. Zyskali na tym akcjonariusze: 1000 USD zainwestowanych w PepsiCo w roku 2006 jest obecnie warte ponad dwa i pół raza więcej”.
„Jednocześnie Indra inwestowała w przyszłość, w sposób wyraźny przewodząc działaniom w zakresie korporacyjnego zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialności, uwzględniając poczucie celu w każdym obszarze działalności firmy. Była jedną z pierwszych osób z listy Fortune 100 CEOs, która powiązała cele związane ze zrównoważonym rozwojem z działalnością biznesową, stając się tym samym pionierką wytyczającą szlak dla nowego pokolenia liderów, których celem jest 'osiągać dobre wyniki czyniąc dobro.’ Pod przywództwem Indry udział produktów PepsiCo z linii „Good for You” oraz „Better for You” wzrósł z około 38% wartości przychodów w roku 2006 do około 50% w roku 2017, niemal potrojona została wartość inwestycji na działalność badawczo-rozwojową w zakresie poszerzania oferty bardziej odżywczych produktów przy jednoczesnym ograniczaniu negatywnego wpływu na środowisko, a działania w obszarze wspierania lokalnych społeczności na całym świecie zapewniły Indrze globalne uznanie”.
Ramon Laguarta – PepsiCo
„Indra bezinteresownie wspierała innych pracowników organizacji jako mentorka, budując w ten sposób bliskie relacje z liderami na każdym z kluczowych rynków PepsiCo, dążąc przy tym do zapewnienia różnorodności i najwyższych standardów etycznego postępowania. Od czasu, gdy 12 lata temu stworzona została lista Najbardziej Etycznych Firm Świata, prowadzona przez Ethisphere, dzięki działaniom Indry PepsiCo była obecna na liście co roku”.
„Przywództwo Indry przyczyniło się do tego, że PepsiCo zajmuje aktualnie znakomitą pozycję do dalszego dynamicznego rozwoju koncernu. Ramon to doświadczony lider, posiadający rozległe doświadczenie na rynkach międzynarodowych – Rada jest przekonana, że jest on odpowiednią osobą, która wprowadzi PepsiCo w kolejny etap rozwoju”.
Komentując wybór na stanowisko szefa koncernu, Laguarta powiedział: „Nominacja na stanowisko Dyrektora Generalnego PepsiCo to niezwykły przywilej – chciałbym podziękować Radzie Dyrektorów za zaufanie, jakim mnie obdarzyli, podejmując swoją decyzję. Chciałbym jednocześnie podziękować Indrze za jej niewiarygodne wsparcie. Dzięki śmiałej wizji i wybitnemu przywództwu przekształciła ten koncern, a ja czuję się wyjątkowym szczęściarzem, ponieważ mam ją za mentorkę i przyjaciółkę. Jednocześnie chciałbym podziękować wszystkim moim współpracownikom, a także klientom, dostawcom, partnerom oraz inwestorom, którzy stanowią wielką rodzinę PepsiCo. Liczę na jeszcze bliższą współpracę z Wami wszystkimi w kolejnych miesiącach i latach, a także na dalszy i trwały rozwój tej niezwykłej firmy w przyszłości”.
Laguarta zostanie szóstym Dyrektorem Generalnym w 53-letniej historii PepsiCo. Wszyscy z nich wybrani zostali z wewnątrz organizacji, potwierdzając tym samym ogromne zaangażowanie PepsiCo w rozwój talentów i planowanie sukcesji.
W okresie 22 lat pracy w PepsiCo Laguarta zajmował liczne stanowiska wykonawcze i zarządu ogólnego. Od września 2017 roku Laguarta pełnił funkcję Prezesa PepsiCo, odpowiedzialnego za działalność na rynkach światowych, strategię korporacyjną, działania w sferze publicznej, a także relacje z jednostkami rządowymi. W przeszłości Laguarta pełnił funkcję Dyrektora Generalnego regionu Europy i Afryki Subsaharyjskiej, jednego z najbardziej złożonych obszarów działań PepsiCo, obejmujących teren trzech kontynentów, na który składają się rynki rozwinięte, rozwijające się i wschodzące. Wcześniej Laguarta pełnił funkcję Prezesa PepsiCo dla regionu Europy Wschodniej, wykonując liczne zadania na stanowiskach sprzedażowych, marketingowych i handlowych na terenie całej Europy.
Przed podjęciem pracy w PepsiCo Laguarta pracował dla Chupa Chups S.A., wiodącego producenta słodyczy z siedzibą w Hiszpanii, gdzie pełnił wiele różnych ról na poziomie międzynarodowym, zarówno w Europie, jak i USA. Laguarta uzyskał tytuł MBA w Szkole Biznesu ESADE w Hiszpanii, a także tytuł magistra w obszarze zarządzania na rynkach międzynarodowych (M&M) na uczelni Thunderbird School of Global Management w USA. Jako rodowity barcelończyk posługuje się wieloma językami, w tym angielskim, hiszpańskim, francuskim, niemieckim i greckim.
„Jednogłośny wybór Ramona Laguarty stanowi potwierdzenie dla systematycznego i kompleksowego programu sukcesji, obranego przez Radę Dyrektorów. Laguarta w takim samym stopniu reprezentuje ciągłość i elastyczność niezbędne do pracy dla PepsiCo” – powiedział Daniel Vasella, Przewodniczący Komisji Rady ds. Nominacji i Ładu Korporacyjnego. „Ramon to sprawdzony i doświadczony menadżer, mogący pochwalić się niebywałymi wręcz osiągnięciami w zakresie rozwoju największych i najbardziej istotnych obszarów działalności PepsiCo, zarówno w sposób organiczny, jak i poprzez przejęcia. Doskonale rozumie zmieniające się potrzeby konsumentów i klientów, a także trendy mające wpływ na naszą działalność na całym świecie. Obejmując stery zajmującej znakomitą pozycję rynkową firmy, w nowej roli z pewnością wykorzysta rozległe doświadczenie i innowacyjne sposoby myślenia, które stały się fundamentem jego poprzednich sukcesów. W swoim przywództwie Indra kierowała się wizjonerskim podejściem do działalności koncernu, co doprowadziło do jego transformacji, a w efekcie do bezprecedensowych sukcesów. Jej zdolności przywódcze, umiejętność strategicznego myślenia, oddanie i uczciwość okazały się elementami, bez których trwały sukces koncernu i rozwój najlepszych talentów nie byłby możliwy”.
Odejście Indry K. Nooyi nie wiąże się ze zmianami w składzie wyższego kierownictwa PepsiCo. Wśród bezpośrednich podwładnych Laguarty znajdą się: Hugh F. Johnston, Wiceprezes i Dyrektor Finansowy; Dr Mehmood Khan, Wiceprezes i Dyrektor ds. Badań i Rozwoju; Albert P. Carey, Dyrektor Generalny, PepsiCo Ameryka Północna; Vivek Sankaran, Prezes i Dyrektor Operacyjny, Frito-Lay Ameryka Północna; Kirk Tanner, Prezes i Dyrektor Operacyjny, Napoje Ameryka Północna; Laxman Narasimhan, Dyrektor Generalny, Ameryka Łacińska, Europa, Afryka Subsaharyjska; Silviu Popovici, Prezes, Europa, Afryka Subsaharyjska; Mike Spanos, Dyrektor Generalny, Azja, Bliski Wschód i Afryka Północna; Dave Yawman, Wiceprezes ds. Relacji z Rządem, Główny Prawnik i Sekretarz Korporacyjny; Jon Banner, Wiceprezes ds. Komunikacji Globalnej, a także Prezes Fundacji PepsiCo oraz Ruth Fattori, Wiceprezes i Dyrektor Generalna ds. Zasobów Ludzkich.
W dalszym ciągu podwładnymi Laguarty pozostaną Jim Andrew, Wiceprezes ds. Strategii i Zmian; Grace Puma, Wiceprezes ds. Operacji Globalnych, a także Eugene Willemsen, Wiceprezes ds. Kategorii Globalnych i Zarządzania Siecią Franczyzową.
Podsumowując zmiany, Indra K. Nooyi powiedziała: „Dzisiaj mam mieszane emocje. Ta firma była moim życiem przez prawie ćwierć wieku, i część mojego serca na zawsze tu pozostanie. Jednocześnie jestem dumna ze wszystkiego, co osiągnęliśmy, aby zapewnić PepsiCo odpowiednią pozycję do kontynuowania sukcesu. Jestem także przekonana, że Ramon wraz ze swoim zespołem w sposób rozważny będzie kontynuował działania równoważące cele krótkoterminowe i priorytety wybiegające w dalszą przyszłość. Z niecierpliwością czekam na wszystkie wspaniałe wydarzenia, jakie staną się udziałem tej firmy. Najlepsze dni PepsiCo dopiero nadchodzą”.
Polski mikroprzedsiębiorca jest lojalnym kredytobiorcą
Na 2,15 mln aktywnych mikroprzedsiębiorców, figurujących w bazie CEiDG, co 5 podmiot gospodarczy ma firmowy kredyt. Wśród nich aż 85% korzysta z kredytu, zaciągniętego tylko w jednym banku. Zazwyczaj nie jest to bank, z którym przedsiębiorca ma relacje jako osoba prywatna.
Liczba banków, z których korzysta mikroprzedsiębiorca przy finansowaniu swojej działalności biznesowej, w sposób istotny determinuje terminowość spłacalności posiadanych kredytów, a tym samym poziom jakości kredytów mikroprzedsiębiorstw. Wśród mikroprzedsiębiorców posiadających kredyt firmowy średnio 10,4% posiada zobowiązanie opóźnione w spłacie powyżej 90 dni.
Relacja liczby banków do jakości kredytów
Posiadając produkty kredytowe tylko w jednym banku, tylko 8,1% mikroprzedsiębiorców ma opóźnienie w spłacie zobowiązań pow. 90 dni. Gdy firma finansuje się w dwóch bankach, udział rośnie prawie dwukrotnie, do 16,7%. Zaś w przypadku korzystania z produktów kredytowych w czterech i więcej bankach, już co trzeci mikroprzedsiębiorca ma przynajmniej jedno zobowiązanie opóźnione pow. 90 dni.
Przy ocenie ryzyka kredytowego jednoosobowej działalności gospodarczej kluczowe jest więc posiadanie pełnej i aktualnej informacji o aktywności kredytowej i lojalności mikroprzedsiębiorcy. Informację taką instytucjom finansowym zapewnia Biuro Informacji Kredytowej.
Zamówienia z przemysłu z Niemiec znacznie przeceniają euro. EUR/USD już blisko granicy 1,15. Trump po raz kolejny fetuje swoje zwycięstwo i nie zamierza ustępować ze swojej drogi ograniczenia handlu na świecie. PMI sieją zamęt w tej kwestii i pokazują, jak duże mogą być koszty takiego podejścia, a więc ogólnego spowolnienia na świecie. Funt niezmiennie ma pod górkę.
Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 28.06.2017-06.08.2018
Para walutowa
EUR/PLN
CHF/PLN
USD/PLN
GBP/PLN
Minimum
4,2530
3,6770
3,6453
4,7780
Maksimum
4,4000
3,8120
3,7920
4,9830
Kurs euro EUR/PLN
Początek tygodnia przynosi kontynuację scenariusza z końca ubiegłego tygodnia. Umacnia się więc dolar, a znacznie traci euro. Jeśli chodzi o EUR/PLN to drastycznych wzrostów nie widać, choć sytuacja nieco się pogorszyła, a złoty stracił kilka groszy. Nie jest to raczej odreagowanie techniczne, wynikające z ostatniej dość sporej fali umocnienia z rejonów 4,40 na 4,25. Sytuacja krajowej waluty kształtuje się w głównej mierze na bazie aktualnych sentymentów na rynkach światowych. A te znów nie są dobre. Mamy kolejny akt wojny handlowej. Tym razem Trump szczyci się swoimi sukcesami w tej kwestii. I widzi swoją znaczną przewagę nad Chinami. Najgorsze jest to, że oba kraje nie widzą ujemnych skutków tych zatargów. PMI pokazują pogarszanie się koniunktury gospodarczej niewidziane od 10 lat. I ten fakt coraz bardziej dociera do inwestorów, w efekcie wyprzedają oni aktywa krajów wschodzących. Stąd bardzo realny jest powrót EUR/PLN znów powyżej 4,30 i tym samym złamanie oporu w postaci górnego ograniczenia kanału.
Kurs franka CHF/PLN
Na wykresie CHF/PLN widzimy wybicie z trójkąta górą stąd kilku groszowy ruch w górę. Wpływ na taki scenariusz miał znów pogarszający się klimat inwestycyjny na świecie. Jeśli tak się dzieje złotówka traci na wszystkich głównych parach. I CHF/PLN nie stanowi tu wyjątku. Nie można też nie zauważyć innego czynnika wzrostu wartości CHF. Po dzisiejszym fatalnym odczycie niemieckich zamówień w przemyśle doszło do solidnego osłabienia wspólnej waluty na szerokim rynku. Spowodowało to spory ruch w dół na parze EUR/CHF, który przekłada się niemal zawsze na wzrosty CHF/PLN. Nie można też wspomnieć o niepokojących doniesieniach z Włoch gdzie szef rządu powiedział, że nie zamierza spełniać kryteriów fiskalnych. Póki co to ogólniki ale jeśli okaże się, że Italia faktycznie nie zacznie zaciskać pasa to widmo bankructwa tego kraju może generować silne zwyżki franka szwajcarskiego. Wydaje się jednak, że temat ten póki zostanie zignorowany przez rynki.
Kurs dolara USD/PLN
Na USD/PLN sytuacja techniczna jest dość klarowna doszło do przebicia oporu w postaci górnego ograniczenia kanału spadkowego. Wynika to bez wątpienia z faktu kontynuacji ruchu umacniającego dolara na szerokim rynku. Szczególnie po danych z rynku pracy z USA, które na pierwszy rzut oka były słabe ale jak dokładnie się przyjrzeć to już można było odnieść zupełnie inne wrażenie. Dane za dwa poprzednie miesiące zostały zrewidowane w górę a stopa bezrobocia spadła jeszcze niżej do poziomu 3,9%. Wszystkie dane bez dwóch zdań dają zielone światło amerykańskim władzom monetarnym na kontynuację cyklu zacieśniania monetarnego. Czy to koniec umocnienia dolara i czas na korektę? Absolutnie nic na to nie wskazuje Fed kontynuuje podwyżki stóp a w obliczu wojen handlowych i tym samym napięcia na rynkach waluta amerykańska jest najbardziej atrakcyjną okazją inwestycyjną. Do tego bliski poziom 1,15 na EUR/USD zawsze kusi inwestorów by go przetestować i wyczyścić choćby posiadaczy długich pozycji. Do tego euro ma swoje problemy stąd trudno o odreagowanie na jego korzyść. A szczególnie szanse dolara na dalsze wzrosty będę jeszcze większe jeśli Trump utrzyma swój buńczuczny ton i zacznie sypać dalszymi pomysłami nakładania ceł na Chiny. Scenariusz mocnego dolara oczywiście nie jest korzystny dla złotego i straci on także w innych głównych relacjach. USD/PLN w tym momencie testuje poziom 3,70 ale wydaje się, że to nie jest koniec tego ruchu w górę.
Kurs funta GBP/PLN
Na GBP/PLN również sytuacja dość jasna. Trend spadkowy ma się tutaj cały czas dobrze. Co rusz kurs ustanawia nowe minima. Nie pomogła nawet decyzja Banku Anglii o podwyżce stóp drugiej już w tym cyklu. Była to jednak decyzja tzw gołębia a więc podwyżka stóp z komentarzem szefa Banku Anglii o wątpliwościach kontynuowania zacieśnienia monetarnego. I plan Carneya tutaj sprawdził się idealnie gdyż funt pozostaje słaby mimo takiej decyzji. Nadal też nie docierają pozytywne informacje w sprawie Brexitu. Od rana szeroko jest komentowany wywiad z sekretarzem handlu Liamem Foxem, który stwierdził, że ryzyko twardego Brexitu wynosi 60-40. Fakt jest on zwolennikiem zerwania więzi z UE. Presja na funta więc pozostaje a jeśli na rynek trafią informacje np. o przedterminowych wyborach bądź kolejnych problemach z granicą z Irlandią to już może być solidna wyprzedaż. Technicznie więc próżno szukać wsparcia dla kursu GBP/PLN.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Przebój na europejskich półkach sklepowych z jedzeniem? Żywność funkcjonalna, czyli wzbogacona o właściwości uwzględniające specyficzne potrzeby wybranych grup konsumentów. Jak wynika z raportu „Innowacyjność vs. zdrowie. Szanse dla marek spożywczych” opracowanego przez Mintel dla Banku Zachodniego WBK, w ciągu 5 lat[1] liczba produktów z oświadczeniami o funkcjonalności, wprowadzonych na rynek w Europie[2], wzrosła aż o 67%. Na Starym Kontynencie za blisko 2/3 konsumpcji żywności funkcjonalnej odpowiadają rynki Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i Holandii.[3]
Wartość globalnego rynku żywności funkcjonalnej jest szacowana na 129 mld dolarów, a firma Adiuvo Investments prognozuje, że sprzedaż dla tej kategorii produktów spożywczych na całym świecie może w 2024 r. osiągnąć wartość aż 253 mld dolarów.
Funkcjonalność się opłaca
Według raportu „Innowacyjność vs. zdrowie. Szanse dla marek spożywczych” funkcjonalność jest obecnie jednym z kluczowych trendów na rynku spożywczym. Jak podkreśla Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. Sektora Spożywczego i FMCG w Banku Zachodnim WBK, rozwinięcie tego typu produkcji daje firmom spożywczym możliwość osiągnięcia przewagi konkurencyjnej i ma potencjał eksportowy. Wyniki badania konsumenckiego Mintel potwierdzają możliwość osiągania wyższych zysków ze sprzedaży produktów funkcjonalnych – więcej niż co trzeci Włoch, Hiszpan i Polak i blisko co czwarty Francuz i Niemiec przyznaje, że jest skłonny zapłacić wyższą cenę za tego typu żywność.
– W dobie globalizacji style życia i trendy żywieniowe unifikują się na poziomie międzynarodowym. Producenci żywności, którzy biorą pod uwagę rozwój linii produktów funkcjonalnych mogą myśleć o potencjalnych odbiorcach właśnie w takiej skali – zwraca uwagę Renata Dutkiewicz. To, jak zbliżone jest nastawienie do produktów funkcjonalnych wśród mieszkańców różnych krajów europejskich, pokazują dane raportu. Niemal połowa (46%) konsumentów w Niemczech oraz 42% we Włoszech, 41% w Hiszpanii, 40% we Francji i Polsce stwierdza, że żywność z dodanymi atrybutami funkcjonalnymi wspiera zdrowszy tryb życia.
Smaczna nisza dla eksportu
W okresie dwóch lat (do września 2017 r.) wśród oświadczeń o funkcjonalności najczęściej pojawiały się deklaracje związane z: odchudzaniem (28%), zdrowiem kości (12%) oraz wspieraniem odporności (12%). Nowości o charakterze funkcjonalnym wprowadzali najczęściej producenci produktów takich jak: herbata, zamienniki posiłków (w proszku i płynie), płatki śniadaniowe (do jedzenia na zimno), batony przekąskowe oraz soki. Według danych zebranych przez Mintel, w badanym okresie, najwięcej innowacji o charakterze funkcjonalnym pojawiło się na rynkach Wielkiej Brytanii (19%), Francji (11%) oraz Niemiec (11%).
Czy sport czy spokój ducha, musi być smacznie
Jedną z najbardziej dynamicznie rosnących kategorii produktów funkcjonalnych są te wspomagające kontrolę wagi oraz przyrost masy mięśniowej, skierowane przede wszystkim do osób aktywnie uprawiających sport. Autorzy raportu zwracają przy tym uwagę na ważną kwestię. Osoby wybierające produkty o takiej funkcjonalności liczą bowiem także na ich naturalność pod względem stosowanych składników oraz atrybuty związane ze smakiem. – Przykładowo, aż 63% konsumentów brytyjskich, którzy sięgają po produkty adresowane do sportowców, wymieniłoby swoją regularną przekąskę na funkcjonalną, gdyby tylko oba wyroby smakowały podobnie. Jeśli benefity funkcjonalne, to tylko smaczne – podkreśla Renata Dutkiewicz z Banku Zachodniego WBK.
Ciekawym przykładem pozycjonowania „funkcjonalnego” przywoływanego w raporcie „Innowacyjność vs. zdrowie. Szanse dla marek spożywczych” są też produkty zapewniające komfort i relaks. Ten rodzaj konceptu produktowego wykracza poza prozdrowotne właściwości żywności i napojów funkcjonalnych. Pomaga zachować nie tylko fizyczną, ale i duchową formę. – To nadal dość niszowa kategoria, ale doskonale wpisuje się w potrzeby współczesnego, zabieganego konsumenta. Właściwości relaksacyjne to funkcjonalność, której zaczyna poszukiwać coraz większa liczba osób, szczególnie pod koniec dnia, aby zapewnić sobie chwilę wytchnienia i odpoczynku – mówi Honorata Jarocka, Senior Food and Drink Analyst z firmy Mintel.
[1] Porównywano okres październik 2012 – wrzesień 2013 versus okres październik 2016 – wrzesień 2017.
[2] Analiza obejmowała 25 krajów europejskich.
[3] Żywność funkcjonalna odpowiedzią na światowe trendy na rynku ochrony zdrowia, http://biotechnologia.pl/biotechnologia/zywnosc-funkcjonalna-odpowiedzia-na-swiatowe-trendy-na-rynku-ochrony-zdrowia,17605.
W ciągu ostatnich dwóch lat 4 na 10 Polaków przynajmniej raz potrzebowało konsultacji z prawnikiem lub porady prawnej. Jednocześnie, aż 3/4 z nas przyznaje, że chętnie skorzystałaby z takiej pomocy przynajmniej raz w roku. Z kolei, w razie sporu prawnego mniej niż połowa osób zwróciłaby się w pierwszej kolejności do prawnika, wykazały wyniki raportu „Problemy prawne Polaków 2018” D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A.
Rezultaty ogólnopolskich badań przedstawionych w raporcie D.A.S.[1] pokazały, że Polacy często stykają się z problemami prawnymi oraz sytuacjami, w których potrzebują lub chętnie skorzystaliby z porady prawnika lub osoby z wykształceniem prawniczym. – Często jednak, nie do końca zasadnie, boimy się kosztów związanych z usługami adwokatów czy radców prawnych i ryzykujemy próbując się bez niego obyć. Niestety, czasem skutki takiej decyzji mogą być kosztowne i przysporzyć nam jeszcze więcej problemów – komentuje Janusz Zemła, Dyrektor Departamentu Likwidacji Szkód w D.A.S.
Z prawem mamy do czynienia na każdym kroku
Ryzyko związane z wystąpieniem problemu prawnego lub uczestnictwa w procesie sądowym jest uniwersalne i nawet przy największym stopniu ostrożności nie da się go wyeliminować. – Sytuacji, w których możemy napotkać problemy prawne jest mnóstwo. Codziennie, bowiem uczestniczymy w różnych zdarzeniach, które reguluje prawo – np. zawieramy umowę kupna towarów lub wykonania usług, stosujemy się do przepisów ruchu drogowego jadąc samochodem czy przechodząc przez jezdnię. Nie możemy do końca wyeliminować ryzyka, że ktoś nie dotrzyma warunków zawartej umowy czy nie zastosuje się do przepisów albo, że my sami np. nieumyślnie naruszymy prawo – tłumaczy Janusz Zemła.
Częstotliwość występowania w naszym codziennym życiu sytuacji, w których chcielibyśmy się poradzić prawnika, pokazują także wyniki badania D.A.S. W ciągu 2 lat 39% respondentów wskazało, że zdarzyła się im przynajmniej jedna sytuacja, w której potrzebowali takiej konsultacji, w tym 14,5% osobom nawet więcej niż raz.
Co więcej, Polacy często chcieliby móc skorzystać z wsparcia i porady prawnika. Najwięcej osób oszacowało, że taka pomoc przydałoby im się raz w roku (38%). Jednak już więcej niż co piąty Polak (21,5%) ocenia, że takie wsparcie byłoby przydatne częściej, ok. 2 razy w roku, 12,7% sądzi, że nawet kilka razy w roku. 2,8% osób chciałoby móc z niego skorzystać przynajmniej raz w miesiącu. W sumie aż 75,3% Polaków ocenia, że pomoc prawnika przydałaby się im przynajmniej raz w roku.
1/4 Polaków internet zastępuje prawnika
Jednocześnie, mimo dużej potrzeby konsultacji z prawnikiem, tylko 45,7% z nas w razie sporu prawnego w pierwszej kolejności zwróci się o pomoc do specjalisty. Aż 22% Polaków zamiast skorzystać z profesjonalnego wsparcia poszuka informacji w internecie, a 17,9% zwróci się do rodziny lub znajomych. Do organizacji lub instytucji udzielającej pomocy prawnej zgłosi się 14,1% ankietowanych – Bazując na informacjach samodzielnie znalezionych w internecie lub opiniach osób nie posiadających wykształcenia prawniczego sporo ryzykujemy. Trzeba pamiętać, że analiza prawna musi uwzględniać konkretny stan faktyczny w danej sprawie, co często wychodzi poza zakres przytoczenia danego przepisu prawa – podkreśla Janusz Zemła z D.A.S.
Prawnika można mieć w ubezpieczeniu
Badania D.A.S. wykazały także, że w ciągu ostatnich 5 lat blisko co piątemu Polakowi (21%) zdarzył się w tym czasie problem prawny. – Być może części z nich Polacy mogliby uniknąć, gdyby skonsultowali się we właściwym momencie z prawnikiem – wskazuje Janusz Zemła z D.A.S. Jednocześnie, 6% badanych zadeklarowało, że posiada ubezpieczenie ochrony prawnej, które zapewnia i finansuje dostęp do profesjonalnych porad prawnych, szeregu usług prawnych na etapie pozasądowym oraz finansuje koszty ewentualnego procesu sądowego w wielu sytuacjach życiowych. W Europie Zachodniej, to bardzo popularne rozwiązanie, które w niektórych krajach ma już większość obywateli. – W Polsce zapotrzebowanie na zapewnienie sobie stałego dostępu do finansowania kosztów procesu i innych wydatków prawnych stale rośnie. Coraz bardziej uświadamiamy sobie, że takie wsparcie jest przydatne i to nie tylko w sprawach sądowych, ale też także na etapie podejmowania decyzji, które mają skutki prawne – dodaje ekspert D.A.S.
[1] Raport „Problemy prawne Polaków 2018”, https://das.pl/wp-content/uploads/2018/07/Raport-Problemy-prawne-Polak%C3%B3w-2018.pdf, został opracowany na podstawie dwóch tur badań omnibusowych zrealizowanych w dniach 19.03-21.03.2018 r. i 16-18.04.2018 r. przez agencję SW Research dla D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A. metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W I turze badania przeprowadzono 1085, a w ramach drugiej tury 1025 ankiet z osobami powyżej 18. roku życia, które nie posiadają wykształcenia prawniczego.
Już od 8 sierpnia 2018 roku każdy bank w Polsce będzie musiał oferować tzw. podstawowy rachunek płatniczy, czyli bezpłatne konto dla każdego, kto do tej pory nie posiadał rachunku w banku lub SKOKU. Czy faktycznie oznacza to rewolucję na rynku bankowym? Czy taki rachunek jest konkurencją dla dotychczasowych produktów bankowych? – komentarz Agnieszki Porębskiej-Kość z Nest Banku.
Według badań NBP w 2017 roku 17% Polaków nie posiadało konta osobistego*. Właśnie z myślą o tej grupie powstał podstawowy rachunek płatniczy. Obowiązek jego oferowania będą miały wszystkie banki oraz SKOKi w Polsce. Z założenia prowadzenie tego rachunku oraz limitowana ilość podstawowych usług płatniczych musi być całkowicie darmowa – Zgodnie z Ustawą o usługach płatniczych, podstawowy rachunek płatniczy będzie mógł założyć każdy Polak, pod warunkiem, że nie posiada innego konta osobistego w polskiej walucie. Jego otwarcie nie będzie mogło się wiązać z żadnymi opłatami. Co więcej, banki nie będą mogły warunkować dostępu do niego skorzystaniem z innych usług – wyjaśnia Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku
Co ważne założenie podstawowego rachunku płatniczego może nie być tak proste, jak zwyczajnego konta – Aby założyć podstawowy rachunek płatniczy klient będzie musiał złożyć oświadczenie o braku rachunku płatniczego w innym banku/SKOKU. Bank przez otwarciem podstawowego rachunku płatniczego powinien zweryfikować to oświadczenie poprzez międzybankowe zapytanie, co może potrwać kilka dni – tłumaczy Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku
– Warto także pamiętać, że zgodnie z ustawą, rachunek ten nie będzie posiadał wszystkich funkcjonalności np. nie będzie można skorzystać z kredytu w rachunku (debetu). Jak sama nazwa wskazuje, podstawowy rachunek płatniczy jest uproszczoną formą konta osobistego. Jego celem jest zapewnienie dostępu do bankowości tym, którzy do tej pory z niej nie korzystali. Zdecydowanie nie jest to propozycja, dla stałych użytkowników nowoczesnych kont osobistych– dodaje ekspert.
Główną zaletą podstawowego rachunku płatniczego jest brak opłat za założenie, korzystanie z karty czy wykonywanie przelewów standardowych. Jednak okazuje się, że na polskim rynku nie jest to nic nowego – Z badania przeprowadzonego na zlecenie Nest Banku wynika, że 15% użytkowników kont osobistych korzysta z nich za bezwarunkowe 0zł, a 35% nie ponosi opłat jeżeli spełni warunki określone przez bank. Polacy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że obecnie mogą korzystać z darmowych produktów bankowych, które w pełni odpowiadają na ich oczekiwania. Bezwarunkowo bezpłatne konto jest od dawna dostępne w ofercie Nest Banku i cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem klientów. Jest to rachunek, który pozwala na znacznie więcej niż dokonywanie podstawowych transakcji. Dzięki niemu klient zapłaci zarówno Apple Pay, jak i Google Pay, założy lokatę czy otworzy konto oszczędnościowe – wyjaśnia Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku
* Na podstawie raportu NBP: Postawy Polaków wobec obrotu bezgotówkowego luty 2017 ** Na podstawie badania opinii Indeks Bezpieczeństwa Finansowego zrealizowanego na reprezentatywnej grupie Polaków przez Instytut Kantar Millward Brown, w dniach 06 czerwca 2018 – 13 czerwca 2018 r. Materiał nie stanowi oferty handlowej w rozumieniu art. 66 Kodeksu cywilnego.
Firma Meetrics opublikowała kwartalny raport „Viewability Benchmark Report” dotyczący widoczności reklam na poszczególnych rynkach europejskich, w tym w Polsce. Nasz kraj uplasował się w II kwartale br. na ostatnim miejscu europejskiej stawki (zamieniając się miejscami z ostatnią do tej pory Szwajcarią), z wynikiem Viewability na poziomie 50 proc. Oznacza to, że dokładnie połowa reklam emitowanych w zasobach polskiego internetu jest niewidoczna dla odbiorców. Średnia dla wszystkich badanych rynków w Europie była sporo wyższa od wyniku polskiego i wyniosła 61 proc.
Meetrics jest dostawcą rozwiązań do weryfikacji i poprawy widoczności, jakości oraz skuteczności kampanii reklamowych. Firma publikuje swoje raporty dotyczące wybranych krajów europejskich od 2016 roku, polski rynek jest w nich uwzględniany od II kwartału 2017 r., kiedy to firma zadebiutowała w Polsce.
Jak wynika z raportu “Meetrics Benchmark Report Q2/2018” w drugim kwartale br. odsetek wyświetlonych banerów reklamowych spełniających minimalne wytyczne dotyczące widoczności spadł na polskim rynku do 50 proc. (wobec 52 proc. w I kwartale), co plasuje Polskę na samym dole tabeli jeśli chodzi o porównania międzynarodowe.
Średni czas kontaktu z reklamą display (Viewable Viewtime) również nieco spadł, wynosząc w II kwartale 2018 r. 19,1 sekundy (wobec 20,6 sekundy w I kwartale).
Nieznacznie wzrosło w Polsce natomiast Viewability reklam wideo – do 51 proc. w II kwartale (podczas gdy w I kwartale wyniosło 49 proc.); z kolei średni czas kontaktu z reklamą wideo wyniósł 14 sekund (wobec 14,9 sekundy kwartał wcześniej).
Najlepsze wskaźniki wśród formatów reklamowych jeśli chodzi o średnią widoczność osiągnęły na polskim rynku w II kwartale br.: Halfpage (67 proc. i 35,3 sek.) oraz Skyscraper (59 proc. i 24,8 sek.).
W podsumowaniu europejskim kolejność czołówki jeśli chodzi o formaty reklamowe jest inna: najlepszy wynik odnotowuje Sitebar (Viewability – 81 proc., Viewtime – 41,2 sek.), za nim plasuje się Skyscraper (75 proc. i 29,6 sek.) oraz Halfpage (71 proc. i 31,6 sek.).
Ogólnie Polska, z wynikiem na poziomie 50 proc., znalazła się na końcu europejskiej stawki jeśli chodzi o wskaźnik Viewability dla reklam display. Przykładowo w Niemczech ten wskaźnik wyniósł 62 proc., we Francji 63 proc., w Wielkiej Brytanii 58 proc., we Włoszech 56 proc., w Szwecji 64 proc., w Szwajcarii 52 proc. (tym samym Szwajcaria wyprzedziła Polskę, w stosunku do wyników z ubiegłego kwartału). Najlepszy wynik ponownie odnotowano w Austrii – 73 proc.
Średnia europejska wyniosła w II kwartale 61 proc. (Viewability) i 21,3 sekundy (czas kontaktu z reklamą). W I kwartale było to odpowiednio 62 proc. (a więc widać minimalny spadek kwartał do kwartału) i 21,1 sekundy (minimalny wzrost).
– Mija właśnie rok od kiedy Meetrics zadebiutowało z biurem w Polsce i objęło swoim raportem także polski rynek, możemy się więc także pokusić o pewne roczne podsumowania. Jeśli chodzi o Viewability, polski rynek startował rok temu z poziomu średniej europejskiej, z wynikiem 57 proc. Minął rok i niestety nie widać poprawy, a wręcz odwrotnie, obecnie plasujemy się mocno poniżej tej średniej – mówi Tomasz Piątkowski, Country Manager, Meetrics Polska – Trudno więc mówić o pozytywnym trendzie. Potrzebna jest praca u podstaw, nad wydajnością wszystkich formatów reklamowych i wszystkim poważnym uczestnikom rynku powinno zależeć na tych zmianach, by podnieść Viewability do przekonującego poziomu, a co za tym idzie ROI związany z kampaniami internetowymi. Sytuacja, w której dokładnie połowa serwowanych reklam nie jest widoczna, daleka jest od komfortowej, przede wszystkim z punktu widzenia reklamodawców.
Widoczność reklam wideo w Polsce jest również poniżej średniej międzynarodowej, choć różnica ta nie jest aż tak duża. Polski rynek osiąga tu wskaźnik 51 proc., podczas gdy międzynarodowa średnia to 53 proc. (zaś średni czas Viewability reklam wideo w Polsce to 14 sekund, przy średniej dla badanych rynków europejskich na poziomie 14,6 sekundy).
Pełny raport za II kwartał 2018 r. można ściągnąć ze strony www firny Meetrics: https://www.meetrics.com/en/benchmark-reports/
Meetrics w swoich badaniach opiera się na definicji Viewability rekomendowanej przez IAB i Media Rating Council. Reklama jest uważana za widoczną jeśli co najmniej 50 proc. jej powierzchni jest widoczna na ekranie przez co najmniej sekundę (dla reklam wideo – przez co najmniej 2 sekundy).
Meetrics zadebiutowała na polskim rynku w czerwcu ub.r. Firma jest dostawcą rozwiązań do weryfikacji i poprawy widoczności, jakości oraz skuteczności kampanii reklamowych. Biurem firmy w Polsce kieruje – na stanowisku Country Managera – Tomasz Piątkowski, wcześniej członek zarządu i Chief Digital Officer GroupM.
Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnienie. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy
Źródło: Opracowanie własne
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym
Źródło: Opracowanie własne
Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich
Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic
MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD
W poprzednim tygodniu duzi gracze po raz kolejny powiększyli swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku w srebrze oraz dolarze kanadyjskim, dlatego warto zainteresować się tymi aktywami finansowymi.
Silver – lekkie odbicie pozycji długich
Ostatnie tygodnie, a nawet miesiące dla rynku srebra oraz pozostałych metali szlachetnych nie są zbyt łaskawe. Od czerwca bieżącego roku kalendarzowego na srebrze zarządzający na rynku kontraktów terminowych powiększali swoje zaangażowanie po krótkiej stronie rynku. Linia netto swobodnie opadała aż do teraz, kiedy pierwszy raz od kilku tygodni zobaczyliśmy jej wzrost. Spadek linii netto spowodowany był zmniejszeniem zaangażowania funduszy po długiej stronie rynku oraz zwiększeniem po krótkiej.
Aczkolwiek wydaje się, że sytuacja uległa zmianie. Bowiem od dwóch tygodni na rynku kontraktów terminowych wśród badanej grupy fundusze zaczęły dobierać coraz więcej pozycji długich. Co więcej ostatni tydzień wskazał na redukcję krótkich pozycji o 1 024 kontrakty. Natomiast pozycje długie wzrosły o ponad 3 000 kontrakty.
Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto
Źródło: Cme Group
Oprócz tego warto zwrócić uwagę na ilość pozycji krótkich względem długich, która znalazła się na wyższym poziomie. Jeżeli na metalach szlachetnych dochodziło do takiego zjawiska, to przeważnie mieliśmy minimum na tym rynku. Czy tym razem będzie tak samo? Spójrzmy na analizę techniczną.
Notowania srebra, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Ze strony technicznej mamy trend spadkowy, nic nie wskazuje na możliwość odbicia. Aktualny opór znajduje się na poziomie 15.623. Powstał po pokonaniu przez sprzedających dolnej bandy konsolidacji. Gdyby miało dojść do kontynuacji obecnego trendu, to celem sprzedających jest poziom 14.621.
Z drugiej strony powrót ponad wcześniej wspomniany opór otworzyłoby drogę kupującym w okolicę 16.36 USD, co pozostanie bazowym scenariuszem.
CAD – coraz więcej byków
Sytuacja na dolarze kanadyjskim jest bardzo zbliżona do sytuacji na rynku srebra. Po mocnym wyprzedaży CADUSD fundusze zaczęły realizować zysk z krótkich pozycji (długich na USDCAD). Co więcej poprzedni tydzień przyniósł wzrost pozycji długich o 1 295 kontraktów terminowych.
Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto
Źródło: Admiral Markets
Natomiast same pozycje krótkie zmalały czwarty tydzień z rzędu, co daje większe prawdopodobieństwo umocnienia dolara kanadyjskiego w stosunku do dolara amerykańskiego.
Od strony technicznej w dalszym ciągu mamy do czynienia z trendem wzrostowym. Notowania USDCAD na interwale tygodniowym od lutego bieżącego roku znajdują się w mocnym trendzie wzrostowym. Aktualnie spoczęły tuż nad dolną bandą kanału wzrostowego.
Notowania USDCAD, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Oprócz tego tuż pod aktualnym kursem znajduje się mocne wsparcie 1.290. Jego pokonanie może sprawdzić niedźwiedziom nie lada wyzwanie, aczkolwiek fundusze lewarowane sprzyjają jego pokonaniu. Gdyby do tego doszło, to celem sprzedających będzie poziom 1.275.