Start-upy w formie prostych spółek akcyjnych. Kapitał za złotówkę i wkład intelektualny

Ministerstwo Rozwoju pracuje nad projektem zmian Kodeksu spółek handlowych. Jedną z zasadniczych modyfikacji ma być wprowadzenie prostej spółki akcyjnej (PSA) dedykowanej start-upom. Czy zaproponowane rozwiązanie rzeczywiście stworzy odpowiednie warunki prawne do rozwoju innowacyjnych projektów w Polsce?

Ku potrzebom start-upów

Przedsięwzięcia realizowane głównie w branży nowoczesnych technologii, będące początkowo na etapie poszukiwania właściwego modelu biznesowego i wiążące się z dużym ryzykiem niepowodzenia, nie mają obecnie możliwości wyboru formy działalności, która gwarantowałaby im pełną elastyczność i swobodę działania. Innowacyjne projekty, które chcą poszukiwać inwestorów na swój rozwój, mogą być obecnie realizowane bądź jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, bądź też jako spółka akcyjna. Pierwsza z nich nie gwarantuje prostych i zróżnicowanych form inwestowania w realizowane przedsięwzięcie. Natomiast w przypadku spółek akcyjnych istotną barierą jest wysokość kapitału zakładowego w wysokości 100 tys. zł. PSA ma być remedium na powyższe trudności, a tym samym ułatwić rozwój innowacyjnych przedsięwzięć.

Nowoczesny wymiar spółki

Uproszczony model spółki kapitałowej ma łączyć w sobie poszczególne cechy spółki akcyjnej i spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Projekt proponuje szereg ułatwień dotyczących, nie tylko zakładania i likwidacji spółki, ale również pozyskiwania kapitału, czy możliwości inwestowania w przedsięwzięcie. Dużym udogodnieniem miałoby być także wykorzystanie mediów elektronicznych w działalności spółki. Za ich pośrednictwem możliwa byłaby, nie tylko jej rejestracja, ale również organizacja Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy (w postaci wideokonferencji), czy podejmowania uchwał (drogą korespondencyjną).

Rejestracja tradycyjna i elektroniczna

PSA będzie mogła zostać zarejestrowana w sposób tradycyjny poprzez złożenie właściwych dokumentów i papierowych wniosków w sądzie. Jednak w tym zakresie Ministerstwo Rozwoju również proponuje niewielkie zmiany. Miałyby one dotyczyć możliwości przesyłania przez notariuszy statusu spółki i innych wymaganych przez KRS dokumentów drogą elektroniczną, co usprawniłoby proces powoływania spółki.

Założyciele, którym szczególnie zależy na szybkiej rejestracji PSA, mogliby jej dokonać w procedurze S24, w której wykorzystywany jest elektroniczny wzorzec umowy. Ograniczyłoby to, nie tylko koszty związane z dopełnianiem wszelkich formalności, ale również czas, w jakim PSA zostanie zarejestrowana. Spółka rejestrowana jest z reguły w ciągu doby.

Spółka z jednym organem

W przypadku PSA organem działającym ma być przede wszystkim zarząd. Dobrowolne byłoby natomiast działanie rady nadzorczej. Zaproponowane zmiany przewidują również możliwość powołania wyłącznie jednego organu – Rady Dyrektorów. Tworzyliby ją managerowie, dyrektorzy wykonawczy i dyrektorzy niezarządzający.

Kapitał za złotówkę i wkład intelektualny

Jedną z najważniejszych – z punktu widzenia start-upów – zmian są propozycje dotyczące wysokości kapitału zakładowego PSA. Według przedstawionego projektu jego minimalna wysokość byłaby równa symbolicznej złotówce. Natomiast minimalne wartości udziałów mogłyby wynosić 1 grosz. Tak niskie progi kwotowe mają dać start-upom możliwość sformalizowania swojej działalności. Jednak w przypadku innowacyjnych, niesprawdzonych na rynku przedsięwzięć, zasadniczą barierą jest brak odpowiedniego kapitału. PSA ma być nie tylko rozwiązaniem tego problemu, ale również wsparciem w rozwoju biznesowych wizji oraz poszukiwaniu odpowiednich inwestorów. Tym bardziej, że istotnym wkładem w rozwój spółki ma być również potencjał twórczy jej założycieli, a nie tylko ulokowany przez nich kapitał.

Zróżnicowane akcje

Akcje PSA ze względu na rygorystyczne wymogi formalne giełdowej spółki akcyjnej – nie mogłyby być dopuszczone do obrotu giełdowego, ale mogłyby być zdematerializowane. Ministerstwo przedstawia w swoim projekcie kilka typów akcji, wśród których można znaleźć akcje inwentorskie, inwestorskie czy pracownicze. Co ważne, część z nich mogłaby być nabywana w zamian za zaangażowanie, pracę i wkład intelektualny w realizację przedsięwzięcia.

Rozwiązanie idealne?

Propozycja wprowadzenia PSA ma wiele zalet. Do najważniejszych należą uproszczone procedury zakładania i prowadzenia spółki, jej elastyczność, docenienie wkładu intelektualnego zespołu realizującego przedsięwzięcie. Powyższe cechy z pewnością ułatwią start-upom pozyskiwanie inwestorów i weryfikowanie biznesowych pomysłów.

Z drugiej strony niektóre założenia projektu budzą poważne obawy. Zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim wymagalnej wysokości kapitału zakładowego. Wielu specjalistów z branży twierdzi, że jest on zbyt niski w kontekście ochrony interesów wierzycieli. I chociaż projekt przewiduje kilka mechanizmów ochrony (np. testy wypłacalności spółki, rezerwy na pokrycie potencjalnych strat, kontrolowanie transakcji realizowanych między akcjonariuszami, a spółką), to w opinii środowiska start-upowego mogą one stanowić poważne utrudnienie dla realizacji innowacyjnych przedsięwzięć. Poza tym niski kapitał zakładowy niesie wysokie ryzyko utraty wiarygodności spółki. Dlatego też padają propozycje zwiększenia minimalnej kwoty kapitału zakładowego do 1000 bądź 5000 zł. Obecnie projekt jest na etapie konsultacji i opiniowania. Ewentualne zmiany mogą obowiązywać od 2019 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Samochody jak smartfony – Toyota wprowadza nowe technologie telekomunikacyjne do motoryzacji

Branża motoryzacyjna znajduje się w fazie głębokiej transformacji. Zaawansowane oprogramowanie i przetwarzanie big data z samochodów połączonych w chmurze stanowią równie ważny kierunek rozwoju samochodów jak nowe napędy. W odpowiedzi na te zmiany Toyota prowadzi od 2015 roku głęboką restrukturyzację, powołując do życia nowe firmy badawcze, specjalizujące się w opracowywaniu i wdrażaniu do motoryzacji najnowszych technologii informacyjnych.

Toyota od dawna pracuje nad zaawansowanymi technologiami informacyjnymi, czego najlepszym przykładem są powszechnie stosowane w samochodach koncernu systemy bezpieczeństwa czynnego Toyota Safety Sense i Lexus Safety System. W 2015 roku jako pierwszy producent w świecie, Toyota wprowadziła w Japonii do swoich wybranych modeli system ITS Connect. Dzięki komunikacji między samochodami oraz między pojazdami a infrastrukturą drogową umożliwia on automatyczne przekazywanie pojazdom informacji o sytuacji drogowej, dzięki którym pojazd może automatycznie zareagować na niebezpieczną sytuację bez udziału kierowcy.

toyota_20151222_02_02_3W utrzymaniu tempa rozwoju nowych technologii cyfrowych wspierają Toyotę powołane w ostatnich latach firmy badawcze, takie jak Toyota Research Institute, Toyota Connected, Toyota Research Institute-Advanced Development czy Toyota AI Ventures.

Autonomiczne samochody coraz bliżej

toyota_managing_cities_with_aiSprawna komunikacja w chmurze jest warunkiem koniecznym do rozwijania technologii autonomicznego prowadzenia. Działający od 2015 roku Toyota Research Institute specjalizuje się w pracach nad systemami autonomicznej i półautonomicznej jazdy, robotyką i sztuczną inteligencją. Obecnie firma pracuje nad komercjalizacją systemów bezpieczeństwa czynnego nowej generacji – Guardian i Chauffeur. System Guardian wspomaga kierowcę w bezpiecznym prowadzeniu, interweniując w ryzykownych sytuacjach, aby uniknąć kolizji. Chauffeur to tryb jazdy w pełni zautomatyzowanej, podczas której użytkownik nie zajmuje się prowadzeniem auta. Równolegle z tymi technologiami Toyota Research Institute opracowuje kolejne generacje domowych robotów wspomagających osoby mające trudności z poruszaniem się oraz pracuje nad nowymi materiałami z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i uczenia się maszyn. Firma wspiera także budowę systemu Car Learning to Act (CARLA), symulatora zautomatyzowanej jazdy z otwartym kodem źródłowym.

Samochody jak smartfony

toyota_prius__mar__04_2W 2016 roku powstała firma Toyota Connected, która zajmuje się prowadzeniem badań nad wykorzystaniem przetwarzania wielkich baz danych w samochodach osobowych. Spółka od razu nawiązała współpracę z Microsoftem, który udostępnił jej swoją technologię chmury Microsoft Azure. Efektem będą nowe rozwiązania w dziedzinie usług teleinformatycznych w samochodzie, w tym współpraca inteligentnego samochodu z inteligentnym domem i internetem przedmiotów, coraz bardziej spersonalizowane systemy multimedialne i nowe systemy bezpieczeństwa, a także integracja z systemami smart city. Najpilniejszym zadaniem stojącym przed Toyota Connected jest standaryzacja technologii łączności samochodów i bezproblemowe logowanie się w systemach telekomunikacyjnych w różnych regionach.

Pierwszy system połączonych samochodów Toyoty

toyota_20151222_02_04_3Toyota zajmuje się łączeniem samochodów od początku XXI wieku. W Japonii już od lat działa opracowany przez Toyotę system przetwarzania anonimowych danych przesyłanych przez auta tej marki. Wkrótce firma wprowadzi na rynek jego drugą generację opracowywaną wspólnie z japońską firmą telekomunikacyjną KDDI. Nowy system obejmie swoim zasięgiem Japonię i Stany Zjednoczone, a z czasem będzie wprowadzany do kolejnych regionów. Z usług tych będą korzystały wypożyczalnie samochodów, serwisy carsharingowe i ridesharingowe, korporacje taksówkowe czy firmy ubezpieczeniowe. Ogromnym ułatwieniem i źródłem oszczędności dla kierowców będzie możliwość korzystania z lokalnych sieci komórkowych bez roamingu.

Współpraca Toyoty z KDDI przyniosła pierwsze efekty już w kwietniu 2017 roku. Obie japońskie firmy wraz z Tokyo Hire-Taxi Association rozpoczęły testy systemu zbierania i przetwarzania danych, które posłużą do opracowania systemu usług taksówkarskich nowej generacji. Za pośrednictwem sieci komórkowej i modułu TransLog system będzie zbierał dane na temat samochodu i jego działania w czasie jazdy oraz nagrania z kamery zamontowanej na pokładzie. Posłużą one do tworzenia dynamicznych map i zaawansowanych usług mobilnych dla taksówkarzy.

Mobility Services Platform

toyota_20180711_01_01W 2016 roku Toyota wprowadziła na rynek w Japonii moduł DCM (Data Communication Module) instalowany w samochodach, który przekazuje dane z pojazdu do platformy Mobility Services Platform. Ta cyfrowa platforma służy do integracji usług mobilnych różnych firm i operatorów. Jednym z pierwszych zastosowań nowej platformy i modułu DCM jest system punktowy PHV Connected Power Service, który dostarcza nabywcom Toyoty Prius Plug-in Hybrid rozmaite korzyści uzależnione od dystansu przejechanego w trybie czysto elektrycznym (EV). Firmy energetyczne przyznają kierowcom Priusa punkty za jazdę w trybie EV, którymi klienci mogą płacić za zużytą energię lub wymieniać je na różne produkty.

Avis Budget Group wykorzystuje platformę Toyoty, aby dostarczyć użytkownikom bardziej zaawansowane funkcje i zwiększyć wydajność usług, m.in. skracając czas logowania do wynajmowanego samochodu. W ramach współpracy Toyota dostarczyła wypożyczalni Avis 10 000 samochodów połączonych w chmurze.

Platforma MSPF Toyoty jest już wykorzystywana przez wiele firm i systemów, takich jak programy carsharingowe, serwisy wyceniające koszty ubezpieczenia używanych samochodów czy serwisy obsługi flot, m.in. do identyfikacji i logowania użytkowników, pobierania opłat i zarządzania flotą. Na przykład firma Getaround z San Francisco, prowadząca system car-sharingu samochodów prywatnych właścicieli, oparła na MSPF swój system rezerwowania, lokalizacji i uruchamiania samochodów marki Toyota, których właściciele włączyli się do programu.

Najnowszym zastosowaniem Mobility Service Platform jest pierwszy system nadzorowania stanu dróg oparty na danych zbieranych z samochodów połączonych w chmurze, opracowany przez Toyotę we współpracy z władzami Toyota City. W sierpniu został uruchomiony etap testowy. System będzie automatycznie oceniał stopień zużycia nawierzchni na podstawie zachowania samochodu. W fazie testowej Toyota będzie porównywała dane rejestrowane przez samochody z zebranymi wcześniej informacjami o stanie dróg w mieście. System będzie wykorzystywany przez służby odpowiedzialne za utrzymanie dróg w Toyota City.

Toyota stawia na carsharing

Toyota nie tylko nawiązuje współpracę z firmami carsharingowymi i ridesharingowymi na całym świecie, ale uruchamia także własne programy tego rodzaju. Najnowsze przykłady to system YUKÕ w Dublinie, Forli i Wenecji, system Hui na Hawajach czy carsharing samochodów i elektrycznych jednośladów w Bengaluru w Indiach zbudowany przez Toyota Mobility Foundation. W Tokio, Toyota City i Grenoble działają zintegrowane z miejskim systemem komunikacji systemy wynajmu na minuty elektrycznych pojazdów i-Road i COMS.

Big Data w sportach motorowych

Technologia chmury i przetwarzanie dużych zbiorów danych znajduje zastosowanie także w sportach motorowych. Toyota wraz z Microsoftem współpracują przy platformie służącej do zbierania, wizualizacji i analizy danych dostarczanych przez Yarisy WRC podczas rajdów i testów. Platforma przyspiesza rozwój techniczny samochodów rajdowych oraz stanowi kolejne narzędzie doskonalenia techniki jazdy kierowców.

Samochody podłączone do sieci – wyzwania

toyota_its_connect__20150930_02_10Podłączenie samochodów do sieci telekomunikacyjnych wymaga skokowego rozwoju infrastruktury. Według szacunków w 2025 roku komunikacja internetowa między samochodami osiągnie poziom miliarda gigabajtów miesięcznie, czyli około 10 000 razy większy niż obecnie. Aby zapobiec przeciążeniu sieci Toyota wraz z partnerami zawiązała konsorcjum, które zbuduje adekwatną infrastrukturę oraz wypracuje standardy i najlepsze praktyki na poziomie krajowym i globalnym.

Wdrażanie nowych produktów i rozwiązań wymaga ich analizy z punktu widzenia doświadczenia użytkownika. Temu celowi służy program badawczy Next prowadzony od czerwca 2017 roku przez Collaborative Safety Research Center Toyoty. Projekt koncentruje się na zagadnieniach autonomicznego prowadzenia i samochodów połączonych w sieci od strony bezpieczeństwa ich użytkowania oraz user experience (UX).

Równolegle zespół skupia się także na systemach monitorowania stanu zdrowia kierowców ze stwierdzonymi poważnymi problemami zdrowotnymi. Projekt skierowany do centrów ratownictwa medycznego powstaje we współpracy z amerykańskimi uczelniami medycznymi.

Postęp wymaga nowych talentów

Dążąc do jak najszybszego rozwoju nowych technologii, Toyota stawia także na wspieranie start-upów. Dlatego w 2017 roku powstał fundusz venture capital Toyota AI Ventures. W przeciwieństwie do większości funduszy inwestujących w młode firmy, Toyota AI Ventures działa w modelu „call and response” – określa najważniejsze wyzwania badawcze i wspiera powstawanie oraz rozwój firm stawiających sobie za cel rozwiązanie tych właśnie problemów, oferując nie tylko kapitał, ale także pomoc merytoryczną i organizacyjną. W polu zainteresowań spółki znajdują się sztuczna inteligencja, robotyka, autonomiczne prowadzenie oraz przetwarzanie wielkich baz danych i technologie chmury.

Obrona juana. Słabsze perspektywy rynku pracy w USA

Narodowy Bank Chin przywraca regulacje oraz broni waluty. Dane z amerykańskiego rynku pracy pokazują, że dalsze spadki bezrobocia będą trudne. Amerykański bank rekomenduje inwestycje w koronę szwedzką.

Chińczycy bronią waluty

Narodowy Bank Chin broni juana. Oprócz inwestycji przywrócono regulacje mocno utrudniające inwestowanie w osłabienie chińskiej waluty. Dlaczego Chińczycy chcą mocniejszego juana? Wydaje się to bardzo nieracjonalne gdyż słabsza waluta wspomaga ich w wojnie handlowej z USA. Im słabsza waluta tym korzystniejszy eksport. Problemem jest jednak to, że osłabiający się juan powoduje pomysły kolejnych ceł po stronie amerykańskiej. W rezultacie władze wolą bronić waluty niż ryzykować kolejny pakiet ceł.

Amerykański rynek pracy nie taki dobry

Bezrobocie poniżej 4% w USA robi wrażenie. Problemem jednak były dane na temat zmiany zatrudnienia. Były ona zarówno w sektorze prywatnym jak i pozarolniczym niższe o około 10% od oczekiwań analityków. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że poprzednie dane były korygowane w górę i wynosiły 1,5 raza tyle co teraz. W rezultacie tych danych widzieliśmy krótkotrwałe wycofywanie się inwestorów z dolara. Nie przeszkodziło to jednak do końca dnia zakończyć dolarowi kolejnymi umocnieniami.

Banki inwestycyjne rekomendują Szwecje

Zdaniem Banku State Street pojawia się dobry moment do inwestowania w szwedzką walutę. Korona szwedzka jest zdaniem analityków tego banku istotnie niedowartościowana. Warto natomiast zwrócić uwagę, że rekomendacja mówi o relacji do dolara jak to często bywa w przypadku amerykańskich banków. Jak spojrzymy na notowania względem zarówno euro jak i złotego to korona szwedzka wcale nie jest obecnie w dołku. Około 4% słabsza była bowiem na początku maja tego roku. Od tego czasu jednak dolar istotnie zyskał na wartości co jest powodem tej rozbieżności. Dlaczego to dobry moment na inwestycje? Głównym powodem jest fakt, że w Szwecji nie stało się nic tak złego by uzasadnić tak głęboką przecenę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Andrew Hallissey nowym dyrektorem w Colliers International. Pokieruje działem Occupier Services w regionie EMEA

Andrew Hallissey - Colliers International
Andrew Hallissey – Colliers International

Colliers International wzmacnia swoją platformę usług dla najemców korporacyjnych w regionie EMEA, powołując Andrew Hallissey’a na stanowisko dyrektora zarządzającego w dziale Occupier Services w regionie EMEA. Zadaniem Andrew będzie opracowanie i realizacja strategii i usług dla klientów korporacyjnych oraz przyspieszenie rozwoju firmy w obszarze usług dla najemców w regionie.

– Pozyskanie tak wybitnego eksperta jak Andrew, jednego z najlepszych specjalistów w branży nieruchomości komercyjnych, to ważny krok w kierunku dalszego rozwoju naszej działalności w obszarze usług dla klientów korporacyjnych w regionie EMEA i poza nim” – komentuje Chris McLernon, dyrektor generalny Colliers w regionie EMEA. – Andrew posiada bogate międzynarodowe doświadczenie zdobyte przy współpracy z dziesiątkami przedsiębiorstw z całego świata, notowanych w rankingu Fortune 500, którym doradzał przy opracowywaniu rozwiązań w zakresie przekształceń dotyczących nieruchomości. Doświadczenie to pozwoli nam zapewnić wsparcie jeszcze większej liczbie ważnych najemców korporacyjnych poszukujących zaufanego doradcy, który zadba o to, by ich strategia dotycząca nieruchomości przyniosła wymierne korzyści oraz pomoże im wprowadzać innowacje w miejscu pracy.

Przed dołączeniem do Colliers Andrew Hallissey pracował w CBRE, gdzie zajmował wyższe stanowiska kierownicze w dziale Global Workplace Solutions w Chicago, Hong Kongu, Nowym Jorku i Londynie. Andrew posiada międzynarodowe doświadczenie, które zdobywał, pracując przez ostatnich 18 lat w różnych państwach regionu EMEA, w Ameryce Północnej oraz w regionie Azji i Pacyfiku, gdzie doradzał dużym przedsiębiorstwom w zakresie globalnej struktury i strategii nieruchomości. Obecnie Andrew zasiada również w globalnym zarządzie Corenet – czołowego międzynarodowego stowarzyszenia profesjonalistów z branży nieruchomości korporacyjnych.

Na nowym stanowisku Andrew będzie bezpośrednio podlegał Chrisowi McLernonowi, dyrektorowi generalnemu Colliers w regionie EMEA i będzie odpowiedzialny za nadzór nad ofertą zintegrowanych usług dla najemców korporacyjnych, ze szczególnym uwzględnieniem obsługi w zakresie nieruchomości korporacyjnych, strategii budowania portfela, zarządzania transakcjami, obsługi brokerskiej, administrowania umowami najmu, zarządzania projektami, optymalizacji wykorzystania przestrzeni biurowych oraz doradztwa w zakresie outsourcingu usług zarządzania obiektami w regionie EMEA.

Finansowy portret MŚP w III kwartale 2018

Podstawowym źródłem finansowania małych i średnich firm pozostają środki własne (94 proc. wskazań). Biorąc jednak pod uwagę tylko zewnętrzne narzędzia, po raz pierwszy w historii badania numerem jeden zostało ubezpieczenie majątku firmy. Na nie wskazało prawie 49 proc. przedsiębiorców biorących udział w najnowszym „Barometrze EFL” [1] na III kwartał. Niewiele mniej firm sięga po leasing (48 proc.), a podium domyka kredyt (42 proc.). Patrząc na branże, firmy transportowe, handlowe i budowlane najchętniej korzystają z leasingu, produkcyjne, HoReCa i usługowe z ubezpieczenia swojego majątku.

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

– Propozycji finansowych dla małych i średnich firm jest na rynku coraz więcej i coraz więcej firm zaczyna z tego korzystać. W latach 90-tych królował kredyt i powoli do świadomości przedsiębiorców zaczynał przedzierać się leasing. Na początku XXI wieku leasing coraz częściej jest wymieniany jako zewnętrzne narzędzie finansowe numer jeden. W najnowszym pomiarze naszego „Barometru EFL” po raz pierwszy spotkaliśmy się z sytuacją, że najchętniej wybieranym zewnętrznym instrumentem finansowym jest ubezpieczenie majątku firmy. To oznacza, że finansowa świadomość zarządzających MŚP jest coraz większa i w celu finansowania swoich inwestycji stawiają na dywersyfikację narzędzi – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Nowy lider

Od początku realizacji badania „Barometr EFL” małe i średnie firmy najczęściej finansują swoją działalność środkami własnymi. Z taką sytuacją mamy do czynienia również w III kwartale br. – prawie 94 proc. przedsiębiorców zadeklarowało, że sięga do swoich portfeli, żeby inwestować. Biorąc pod uwagę finansowanie zewnętrzne, fotel lidera po raz pierwszy w historii badania zajęło ubezpieczenie majątku firmy, które wybiera prawie połowa zapytanych (49 proc.). Już kwartał temu zauważalne było większe zainteresowanie tym narzędziem (40,5 proc.), podczas gdy rok temu sięgało po nie tylko co szóste przedsiębiorstwo (16 proc.).

Na drugim miejscu uplasował się leasing z 48 proc., a na trzecim kredyt z 42 proc.Barometr EFL 2018 3 kwartał

Transportujemy, handlujemy i budujemy w leasingu

Jeśli spojrzymy na branże, część z nich najchętniej inwestuje przy pomocy leasingu, a część finansowo najczęściej zabezpiecza się ubezpieczeniem majątku. W pierwszej grupie mamy firmy transportowe, handlowe oraz budowlane, wśród których odpowiednio 57,5 proc., 52,5 proc. oraz 47 proc. przedstawicieli korzysta z leasingu. Ubezpieczenie majątku firmy jest natomiast zewnętrznym narzędziem finansowym numer jeden dla firm produkcyjnych, hoteli i restauracji oraz firm usługowych (odpowiednio 62 proc., 57 proc. i 41 proc.). Dla żadnej branży pierwszym wyborem finansowym nie jest kredyt.

W III kwartale br. ponownie zauważalna jest tendencja, zgodnie z którą, im firma zatrudnia więcej pracowników, tym częściej korzysta z leasingu. Podczas gdy wśród mikro firm 30,5 proc. zarządzających bazuje na tym produkcie, to wśród małych ten odsetek wynosi 55 proc., a wśród średnich podmiotów 63 proc. przedsiębiorców finansuje swoją działalność leasingiem. Z podobnym trendem mamy do czynienia w przypadku ubezpieczenia majątku firmy. Na nie wskazała co czwarta mikro firma, 48 proc. małych przedsiębiorców oraz 57 proc. średnich firm.

MŚP obawiają się spowolnienia

Główny odczyt Barometru EFL na III kwartał 2018 roku wyniósł 52,9 pkt., czyli był o 8,3 pkt. proc. niższy w porównaniu do II kwartału br. i o 6,4 pkt. niższy niż w analogicznym okresie 2017 roku. Jednocześnie, osiągnięty poziom jest najniższy od ponad 3 lat (pierwszy Barometr EFL realizowany był w I kwartale 2015 roku) i zbliżony do wyników pomiaru z I kwartału 2016 roku (53,1 pkt.). Eksperci EFL zwracają jednak uwagę, że odczyt wciąż znajduje się ponad progiem OR[2], co oznacza, że pomimo gorszych prognoz, mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa wciąż widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach. Na tak wyraźny spadek nastrojów wpływ miał spadek odsetka optymistów, przy równoczesnym wzroście pesymistów w każdym z kryteriów. W szczególności widać to w przypadku prognoz sprzedaży i inwestycji.

Kurs euro spadł do 4,255 (najniżej od trzech miesięcy)

Słabsze dane z amerykańskiej gospodarki przyczyniają się do przesunięcia w dół krzywych dochodowości na świecie. Bank Chin nasilił apetyt na ryzyko zapewniając utrzymywanie stabilnego kursu juana. Pomimo spadku EURUSD do ok. 1,155 notowania EURPLN spadły do 4,255 (najniżej od trzech miesięcy).

Rynek walutowy i stopy procentowej

Okres wakacyjny to zwykle czas zmniejszonej aktywności na rynkach finansowych. Dlatego też, pomimo sporej dawki ważnych danych ekonomicznych zmiany kursów walutowych były umiarkowane. Niemniej, na przełomie ostatnich dni złoty umocnił się, w piątek spychając notowania euro poniżej 4,255 PLN, w czym nie przeszkadzał mu nawet rosnący w siłę dolar.

Temat wojen handlowych nadal pozostaje w centrum zainteresowania rynków i sprawia, że rośnie presja na aktywa ryzykowne. Jednak w tym tygodniu rynki pozytywnie zareagowały na doniesienia o chęci rozmów pomiędzy USA a UE dot. wolnego od ceł i taryf handlu. W piątek bank centralny Chin zapewnił, że będzie dążył do stabilizacji notowań juana, czym dodatkowo wsparł nastroje względem ryzykownych aktywów. PBoC zdecydował się, że instytucje finansowe sprzedające klientom dolary poprzez kontrakty terminowe będą musiały tworzyć rezerwę w wysokości 20% pozycji. Koszty utworzenia takiej rezerwy będą przenoszone na klientów, co podniesie cenę gry na osłabienie juana, a tym samym jej opłacalność. Reakcja na parze USDCNY była błyskawiczna – kurs spadł z 6,87. Zwiększony popyt na ryzykowne aktywa spowodował zaś, że kurs EURPLN spadł w piątek do poziomu najniższego od trzech miesięcy.

Raport NFP za lipiec rozczarował (157 tys. zamiast 190 tys. oczekiwanych), ale biorąc pod uwagę korektę w górę o 35 tys. danych za czerwiec widać, że sytuacja na rynku pracy pozostaje solida i nadal wspiera dalsze podwyżki stóp przez Fed. Gorsze od oczekiwań dane przyczyniły się do spadku rentowności obligacji w USA, co pociągnęło w dół również krzywe dochodowości w innych krajach. Oprócz słabszych NFP, również negatywne zaskoczenie przyniósł odczyt indeksu ISM dla sektora nieprzemysłowego, który spadł w lipcu do 55,7 z 59,1 w czerwcu. Wcześniej rozczarowujący okazał się również odczyt ISM dla przemysłu. Jednak pomimo słabszych danych prognozy dotyczące amerykańskiej gospodarki są wciąż pozytywne, model GDPNow (tworzony przez Atlanta Fed) zakłada wzrost PKB w Q3 zbliżony do 5%.

Rynki w Europie podążały za wydarzeniami w Stanach Zjednoczonych, a spadek rentowności bezpiecznych obligacji (m.in. niemieckich Bundów) był napędzany przez wznowione obawy we włoskiej polityce. W ciągu ostatnich dwóch dni rentowności krótkoterminowych włoskich papierów wzrosły o 25pb wraz z obawami dotyczącymi możliwości uchwalenia budżetu, który zakładałby zdecydowane zwiększenie wydatków fiskalnych.

Przy braku istotnych wydarzeń na polskim rynku zachowanie krzywej było podobne do USA czy Niemiec, w efekcie czego obserwowaliśmy spadki o około 2pb. W nadchodzącym tygodniu wciąż notowania polskich papierów powinny podążać za wydarzeniami zagranicznymi w obliczy braku istotniejszych publikacji z rodzimego rynku.

Wykres dnia: Dane z rynku pracy w USA nie zachwyciły, ale nadal wspierają podwyżki stóp zapowiedziane przez Fed.

Dane z rynku pracy w USA nie zachwyciły, ale nadal wspierają podwyżki stóp zapowiedziane przez Fed
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Min. Szumowski: do końca roku e-zwolnienie, w przyszłości telemedycyna i dostarczanie leków osobom niepełnosprawnym

Min. Szumowski: do końca roku e-zwolnienie, w przyszłości telemedycyna i dostarczanie leków osobom niepełnosprawnym 1

Od maja są już wystawiane pierwsze e-recepty, a w drugiej połowie roku ma wystartować pilotaż elektronicznych skierowań lekarskich. Z kolei od grudnia zaczną obowiązywać elektroniczne zwolnienia. W przyszłym roku rusza Internetowe Konto Pacjenta, czyli aplikacja umożliwiająca wgląd do wszystkich danych medycznych i historii choroby. Platforma P1, w ramach której zintegrowane zostaną wszystkie te usługi, ma zostać w pełni wdrożona do końca 2019 roku. Informatyzacja polskiej służby zdrowia nabrała rozpędu i jak zapowiada resort zdrowia – kolejnym krokiem będzie rozwój telemedycyny i dostarczanie leków osobom niepełnosprawnym. 

– W tym roku wystartował pilotaż e-recepty i rozszerzamy liczbę miast, które będzie obejmować. W grudniu wchodzi elektroniczne zwolnienie, a w przyszłym roku internetowe konto pacjenta. To domyka pewien obraz platformy P1, która była do tej pory nie do ruszenia. Tak jak powiedział premier Morawiecki – informatyzacja służby zdrowia jest dla nas niezwykle ważna i to właśnie robimy. Jeżeli dołożymy jeszcze telemedycynę i szansę na wysyłkowe dostarczenie leków z apteki osobom niepełnosprawnym, czyli tym najbardziej poszkodowanym – to system się domyka i pacjent wreszcie odczuje pozytywne efekty tej informatyzacji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Szumowski, minister zdrowia.

Podczas wizyty u lekarza szukanie historii choroby zajmuje średnio 3,86 min, wypisywanie recept – 4 min, wypisywanie zwolnień – 4,09 min, a uzupełnianie danych osobowych – 4,16 min. W efekcie podczas 20-minutowej wizyty u lekarza aż 16 minut pochłaniają sprawy organizacyjne, a na zbadanie pacjenta zostają mniej niż 4 minuty – wynika z ubiegłorocznego raportu „E-zdrowie oczami Polaków” opracowanego na zlecenie LekSeek. Aż 72 proc. Polaków uważa, że wypełnianie dokumentacji medycznej pochłania lekarzom zbyt dużo czasu.

Już od maja w Siedlcach i Skierniewicach wystawiane są pierwsze e-recepty. Na razie w ramach pilotażu, ale od stycznia 2020 roku elektroniczne recepty mają być już wystawiane we wszystkich gabinetach lekarskich w Polsce. To ułatwi pracę lekarzy i poprawi bezpieczeństwo pacjentów, ponieważ system automatycznie sprawdzi, czy np. pacjentowi nie przepisano leków, które mogą wchodzić w niebezpieczne dla zdrowia interakcje z innymi przyjmowanymi preparatami. W tej formie nie będzie też możliwości fałszowania recept, a NFZ będzie mógł lepiej kontrolować wydawanie leków refundowanych. Poza tym zniknąć mają kolejki do gabinetów lekarskich, w których pacjenci oczekują wyłącznie na przepisanie recepty.

W drugiej połowie roku ma wystartować pilotaż elektronicznych skierowań, które będą obowiązywać wyłącznie w tej formie od stycznia 2021 roku. Kolejny krok to elektroniczne zwolnienia lekarskie, które zaczną obowiązywać od 1 grudnia br., o czym w połowie maja zadecydował Sejm. Docelowo ZUS całkowicie wyeliminuje tradycyjne, papierowe zwolnienia lekarskie. Elektroniczne L4 usprawnią przepływ dokumentacji pomiędzy pracownikiem, przedsiębiorstwem i ZUS. Będą też znaczącym ułatwieniem dla pracowników. Według danych MRPiPS na koniec marca br. – elektroniczne zwolnienia wystawiało 25 proc. lekarzy, a prawie 17 proc. wszystkich zaświadczeń było wydawanych właśnie w tej formie.

Wdrożenie elektronicznych L4 opóźniło się m.in. z powodu protestów lekarzy, którzy argumentowali, że duża część gabinetów lekarskich nie jest nawet wyposażona w komputery. Dlatego w tym roku do NFZ ma trafić dodatkowe 50 mln zł na komputeryzację placówek, zakup oprogramowania i przeszkolenie pracowników i lekarzy.

Nie są to jedyne bariery na drodze do informatyzacji polskiej służby zdrowia. Jak wskazuje minister Łukasz Szumowski, część z nich jest stricte techniczna. Problemem jest m.in. ogromna liczba danych, które będą gromadzone i przesyłane pomiędzy szpitalami, placówkami medycznymi i NFZ, a po drugie – standard przesyłu tych danych.

– To są gigantyczne bazy danych. Połączenie różnych systemów to chyba jedno z najtrudniejszych wyzwań, co widzieliśmy przy okazji informatyzacji ochrony zdrowia w innych krajach, choćby w Wielkiej Brytanii, gdzie wiele miliardów funtów zostało utopionych w próbie integracji systemów z różnych jednostek. Staramy się, żeby te dane cyfrowe, zdjęcia, filmy, dane z zabiegów, choćby z USG czy tomografii, mogły być łatwo przesyłane pomiędzy jednostkami, ale jednocześnie trafiały w jedno miejsce, gdzie pacjent będzie mieć do nich dostęp – mówi minister Łukasz Szumowski.

Wszystkie e-rozwiązania w służbie zdrowia będą zintegrowane w ramach platformy P1, gdzie gromadzona będzie cała dokumentacja pacjentów w formie elektronicznej. W systemie P1 (Elektroniczna Platforma Gromadzenia, Analizy i Udostępniania Zasobów Cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych) będą się znajdować dane medyczne wszystkich obywateli Polski, niezależnie od płatnika.

Budowa platformy informatycznej P1 pochłonęła już do tej pory ponad 700 mln zł, w tym unijne dotacje. System miał wystartować już w 2015 roku, ale okazało się że żaden z wykonawców nie był w stanie dotrzymać terminów. Pod koniec ubiegłego roku resort zdrowia rozpisał przetarg na nowego wykonawcę i zapowiada, że P1 ma zostać w pełni wdrożona do końca 2019 roku. Kontrakt na utrzymanie i rozwój P1 do 2020 roku, wart 26,8 mln zł brutto, został podpisany pomiędzy Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia a firmą Pentacomp, która uczestniczyła już w pracach nad e-receptą.

W ramach P1 udostępnione będą podsystemy oraz aplikacje, które usprawnią procesy związane z planowaniem i realizacją świadczeń zdrowotnych. Jedną z nich będzie Internetowe Konto Pacjenta – bezpłatna aplikacja internetowa, która umożliwi pacjentom wgląd we wszystkie dane medyczne, w tym wyniki badań, zaplanowane wizyty, historię leczenia i wystawione zwolnienia lekarskie. IKP ma – według zapowiedzi ministra Szumowskiego – wystartować w przyszłym roku, a dostęp do niego będzie możliwy za pośrednictwem Profilu Zaufanego, co zagwarantuje bezpieczeństwo logowania i wszystkich zgromadzonych w systemie danych.

– Bezpieczeństwo danych jest kluczowe, bo są to dane ultrawrażliwe. Muszą być zabezpieczone tak, aby nie było wątpliwości, że tylko osoba upoważniona może mieć do nich dostęp – mówi minister Łukasz Szumowski.

Samochody stają się coraz bardziej inteligentne. Potrafią rozpoznać kondycję kierowcy, już niebawem same poinformują warsztat o usterce, a służby o wypadku

Samochody stają się coraz bardziej inteligentne. Potrafią rozpoznać kondycję kierowcy, już niebawem same poinformują warsztat o usterce, a służby o wypadku 2

Ekologia, bezpieczeństwo i łatwość obsługi – to przyszłość branży automotive. Już teraz samochody są naszpikowane technologiami, które ułatwiają życie kierowcom. Kamery 360 stopni, termowizyjne i rozpoznające znaki drogowe są już na wyposażeniu nowoczesnych pojazdów. Już wkrótce dzięki systemom telematycznym samochód sam poinformuje o wypadku odpowiednie służby i wezwie pomoc. Trwają też prace nad technologią odczytywania fal mózgowych kierowcy i szybkiego identyfikowania jego zamiarów.

– Do najnowszych technologii obecnie montowanych w samochodach możemy zaliczyć np. zdalny dostęp do niektórych funkcji samochodu, takich jak otwieranie samochodu, uruchamianie silnika czy aktywowanie klimatyzacji, poprzez aplikację mobilną. Kolejną ciekawostką są różnego rodzaju kamery, np. kamery parkowania 360 stopni pozwalające kierowcy zobaczyć obraz dookoła samochodu, mamy też kamery rozpoznające znaki drogowe czy kamery termowizyjne, które są w stanie rozpoznawać ludzi i zwierzęta – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Patryk Matysiak, współzałożyciel BimmerTech.

Coraz popularniejsza jest integracja smartfona z systemem wyświetlaczy w samochodach. Nie tylko umożliwia obsługę telefonu bez spoglądania na niego czy odczytania wiadomości bezpośrednio na samochodowym wyświetlaczu. Zintegrowanie funkcji aplikacji z elementami sterowania umieszczonymi w kierownicy i systemami rozpoznawania głosu pozwalają korzystać z nawigacji czy rozmawiać przez telefon, nie spuszczając wzroku z drogi. Według prognoz firmy McKinsey, connected car ma być standardem na rynku samochodów już w 2020 roku.

– Jeżeli chodzi o integrację ze smartfonem, mówimy tu o technologiach takich jak CarPlay czy Android Auto. Są to dwa systemy oferowane przez Apple i Google, które pozwalają nam na dużo większą integrację naszego smartfonu z samochodem, mamy dostęp do aplikacji, które mamy zainstalowane na naszym telefonie bezpośrednio z systemu multimedialnego w samochodzie – tłumaczy Patryk Matysiak.

Pojawiają się już aplikacje, obecnie przeznaczone do firm transportowych, które monitorują zmęczenie kierowców, ich stan psychofizyczny i liczbę godzin spędzonych za kierownicą. Trwają też pracę nad technologią B2V, „brain to vehicle”, czyli „z mózgu do pojazdu”. Samochód ma przewidzieć zamiary kierowców dzięki odczytaniu fal mózgowych, w ten sposób może nawet 0,5 sekundy wcześniej wiedzieć o zamiarze skrętu kierownicą lub przyspieszenia.

– W obszarze bezpieczeństwa na pewno możemy się spodziewać bardzo rozbudowanych systemów monitorujących kondycję kierowcy i ostrzegających go o potencjalnym niebezpieczeństwie, czyli takie systemy, które będą w stanie wykryć nasze zmęczenie, nasz refleks i ogólną kondycję – wskazuje ekspert.

Na popularności zyskuje telematyka. Zamontowane czujniki określają lokalizację samochodu, zbierają informację o sposobie jazdy kierowcy. System telematyczny może też informować o stopniu zużycia paliwa, ogumienia czy części, co pozwala z wyprzedzeniem zaplanować prace naprawcze i konserwacyjne.

– Serwis może proaktywnie reagować na pewne wydarzenia w naszym samochodzie, może nas wezwać do serwisu, jeżeli wykryje, że coś dzieje się nie tak z naszym samochodem, może nam pomóc zdalnie zdiagnozować usterkę w samochodzie. Jeśli dochodzi do wypadku, samochód automatycznie jest w stanie wysłać swoją lokalizację do serwisu lub służb, może też wykonać połączenie alarmowe w celu powiadomienia o takim zdarzeniu – mówi Patryk Matysiak.

Przyszłość rynku automotive będzie stała pod znakiem trzech głównych trendów – ekologii, bezpieczeństwa i łatwości obsługi. Ekologia to przede wszystkim redukcja spalin. Już teraz, także w Polsce, coraz częściej stawia się na samochody z silnikami elektrycznymi.

– W przyszłości zobaczymy samochody w pełni autonomiczne, które przynajmniej w teorii powinny zapewnić nam dużo większe bezpieczeństwo niż samochody prowadzone przez ludzi. Jeżeli chodzi o komfort obsługi, to producenci na pewno będą starali się dostarczyć nam jeszcze więcej bogatszych funkcji i sposobów, żeby z nich korzystać, jak np. asystenci głosowi – prognozuje Patryk Matysiak.

Do 2030 roku 70 proc. wszystkich samochodów może być półautonomiczna, 15 proc. będzie jeździć po drogach zupełnie bez udziału kierowcy. Według szacunków firmy doradczej McKinsey branża automotive do 2030 roku ma osiągnąć wartość 6,7 bln dol.

Tak będzie wyglądał sklep w 2025 roku

Nowe technologie, w tym rozwiązania digital signage, zmienią sklepy i sposób robienia zakupów o 180 stopni. Kasy i stojący za nimi sprzedawcy czy papierowe etykiety znikną. Zastąpią je samoobsługowe kioski i elektroniczne ceny. Będziemy mogli też zapomnieć o kolejkach do przymierzalni, ponieważ większość ubrań będzie można mierzyć w wirtualnym lustrze. Firma M4B przygotowała zestawienie TOP5 technologii sklepowych, z których już korzystają lub niedługo będą korzystać klienci.

Prawie 80% sprzedawców uważa zintegrowanie sprzedaży i obsługi klienta w sklepie stacjonarnym ze sklepem internetowym za istotne dla rozwoju ich biznesu, wynika z raportu „Zebra 2017 Retail Vision Study”. Szybko bowiem okazało się, wbrew początkowym obawom, że oba kanały sprzedaży tzn. tradycyjny i online, mogą się świetnie uzupełniać, jeśli dba się o ich równomierny rozwój. Dlatego tak istotna jest cyfryzacja sklepów stacjonarnych i wprowadzanie rozwiązań technologicznych wspierających sprzedaż. Dzięki nim zyskują dwie strony – sprzedawcy zwiększają obroty oraz mogą lepiej poznać preferencje i zwyczaje zakupowe odbiorców ich produktów i usług. Klienci natomiast oszczędzają czas i otrzymują spersonalizowaną ofertę – mówi Jarosław Leśniewski, Prezes Zarządu M4B S.A.

TOP1: kioski samoobsługowe

Walory użytkowe i mnogość zastosowań sprawiają, iż jest to obecnie najbardziej praktyczna i najszybciej wdrażana technologia. Kioski to najczęściej ekrany dotykowe, pełniące jednocześnie rolę punktu informacyjnego i cyfrowego sprzedawcy. Są już stosowane w wybranych sieciach restauracyjnych, a za chwilę zobaczymy je między innymi w salonach odzieżowych. Dzięki nim klient może sprawdzić ceny oraz dostępność wybranego produktu, samodzielnie złożyć zamówienie i je bezgotówkowo opłacić. Kioski odciążają kolejki w godzinach szczytu i pozwalają na przyjęcie większej liczby zamówień, a długookresowo przyczyniają się do zmniejszenie kosztów. Klienci korzystający z tego rozwiązania oszczędzają czas i nie muszą czekać, aż ktoś z obsługi klienta będzie akurat wolny, żeby odpowiedzieć na ich pytania.

TOP2: elektroniczne etykiety

Etykieta elektroniczna to mały wyświetlacz, który na półce zastępuje tradycyjną metkę z ceną i kodem kreskowym. Jego zastosowanie ułatwia pracę sprzedawcom i zwiększa ich wydajność, ponieważ nie muszą tracić czasu na ręczne zmiany cen czy liczenie, ile produktów z danej serii pozostało na półce. Wszystko dzieje się automatycznie. Etykiety elektroniczne podnoszą także wiarygodność sklepu w oczach klientów, ponieważ chronią przed błędnym oznaczeniem cen lub ich brakiem.

TOP3: wirtualne przymierzalnie

Wirtualne przymierzalnie, znane także jako inteligentne lustra, mają uprościć i przyspieszyć proces zakupu ubrań. Klient stając przed takim lustrem zostaje zeskanowany pod kątem wzrostu, wymiarów i wyglądu. Po chwili na ekranie pojawia się gotowe, wirtualne odbicie jego postaci, które można dowolnie przebierać. Dzięki technologii Kinnect, klient ruchem dłoni zmienia ubrania, ich kolory czy rozmiary i tworzy własne stylizacje. Jeśli zdecyduje się na któreś z ubrań, lustro wskaże mu, w którym miejscu sklepu je znajdzie. Wówczas tylko od klienta zależy, czy zaufa w pełni wirtualnemu odbiciu i dokona zakupu od razu, czy najpierw uda się do tradycyjnej przymierzalni. Oprócz ubrań w ten sposób można testować również kosmetyki do makijażu, farby do włosów czy lakiery do paznokci.

Inteligentne lustro nie musi stać w butiku. Równie dobrze sprawdza się na korytarzu centrum handlowego w roli interaktywnego wabika, wyświetlającego najciekawsze produkty np. damskie okulary. Klientka, która zatrzyma się naprzeciw lustra może te okulary wirtualnie przymierzyć. Jeśli się jej spodobają, lustro pokaże jak dojść do tego salonu optycznego, zaoferuje rabat czy spyta o opinię na temat prezentowanej oferty.

TOP4: inteligentne koszyki

Smart carty, chociaż wyglądają jak tradycyjne wózki sklepowe, są odpowiednikami internetowych koszyków zakupowych. Każdy z nich wyposażony jest w wyświetlacz dotykowy, wagę i czytnik kodu kreskowego, zintegrowany z aplikacją mobilną. Nad prawidłowością procesu zakupowego czuwa kamera zamontowana w wózku. Wszystko dla wygody klienta, który już w trakcie chodzenia po sklepie będzie wiedzieć, ile wyda na produkty znajdujące się w koszyku. Po samodzielnym zeskanowaniu i zważeniu zakupów, konsument może wybrać, czy woli zapłacić za nie przy kasie czy przy pomocy aplikacji. Jest to kolejny sposób na odciążenie kolejek w godzinach szczytu, maksymalizację przepustowości sklepu i redukcję kosztów zatrudnienia. Pod koniec 2017 r. Carrefour zapowiedział, że system smart cart zostanie poddany testom w centrum handlowym na warszawskiej Białołęce oraz w futurystycznym Carrefour Pro w Promenadzie.

TOP5: wielkoformatowe ekrany

Coraz trudniej jest przykuć uwagę klienta statyczną reklamą, dlatego interaktywne wyświetlacze już niedługo staną się głównym atraktorem. Rosnąca liczba elektronicznych nośników informacji w sklepach będzie wymuszała szukanie oszczędności. A pod tym względem ekrany LED deklasują konkurencję – są tańsze, żywotniejsze, lepiej oddają kolory i zużywają mniej prądu. Można z nich tworzyć dowolne kształty o dowolnej wielkości. W dodatku są świetnie widoczne z dużych odległości.

W 2025 roku proces zakupowy będzie niemal w całości interaktywny i kompatybilny ze smartfonem klienta, począwszy od wjazdu na parking. Nie będzie trzeba krążyć w poszukiwaniu wolnych miejsc, ponieważ mapka z dostępnymi stanowiskami wyświetli się na ekranie komórki. Odpowiednia aplikacja zaplanuje również trasę i wyznaczy optymalną kolejność sklepów, które klient będzie chciał odwiedzić. Zbliżając się do np. sklepu obuwniczego, otrzyma wiadomość z kuponem rabatowym ważnym tylko dziś na model butów, który mierzył tydzień temu, ale ostatecznie nie zdecydował się ich kupić. W taki sposób sklepy stacjonarne, czerpiąc wzorce z praktyk e-commercowych, będą starały się odzyskiwać „utracone koszyki”. Stojąc przed witryną kolejnego sklepu będzie mógł na niej zagrać w Tetrisa i jeśli wygra otrzyma m.in. 15% zniżki na cały asortyment – podsumowuje Prezes M4B S.A.

Union Investment publikuje najnowszą edycję badania klimatu inwestycyjnego na europejskim rynku nieruchomości

  • Większość inwestorów ma zamiar utrzymać dotychczasową strategię dotyczącą ryzyka i zaakceptować niższe stopy zwrotu
  • Zdecydowanie wzrosła ostrożność wobec inwestycji w nieruchomości handlowe i hotelowe
  • Zapowiedź Brexitu znacząco wpłynęła na obniżenie chęci inwestowania w brytyjskie nieruchomości

To najważniejsze wnioski płynące z cyklicznego badania przeprowadzonego przez Union Investment wśród inwestorów z branży nieruchomości z Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Inwestujący w nieruchomości uważają, że na europejskich rynkach wkrótce zostanie osiągnięty punkt zwrotny w cyklu koniunkturalnym. Wśród profesjonalistów z branży inwestycyjnej wzrasta więc obawa przed nietrafnym ulokowaniem środków. Docelowe poziomy rentowności są więc szacowane na nowo.

Najnowsze badanie klimatu inwestycyjnego pokazuje, że większość inwestujących w nieruchomości w Niemczech, Francji i Zjednoczonym Królestwie spodziewa się ponownego wzrostu wstępnej stopy zwrotu z nieruchomości w 2019 i 2020 roku. Tylko jedna czwarta decydentów z branży inwestycyjnej uważa, że koniunktura na rynku utrzyma się po 2021 roku. Zaledwie 28% ze 163 przebadanych przez Union Investment przedsiębiorstw stwierdziło, że jest gotowe bardziej ryzykować, by uzyskać tę sama stopę zwrotu. Większość inwestorów – 64% w porównaniu z 56% zimą 2017/2018 – ma zamiar utrzymać dotychczasową strategię dotyczącą ryzyka i zaakceptować niższe stopy zwrotu z tym związane.Climate Index_2018_1_UK

Wiarygodność kredytowa najemców i jakość wykonania nieruchomości wciąż mają największy wpływ na decyzje inwestycyjne. Reasumując, przewidywana zmiana stylu wśród europejskich inwestorów nie zmaterializowała się podczas tego niezwykle długiego cyklu rynkowego i nie powinniśmy oczekiwać jej w nowym cyklu – mówi Olaf Janßen, szef działu Rozeznania Rynku Nieruchomości Union Investment.

Pogląd ten pokrywa się z wynikami ankiety przeprowadzonej wśród inwestorów, co potwierdza, że profesjonaliści z branży inwestycyjnej koncentrują się na bezpieczeństwie. Prawie 30% badanych uznaje je za najważniejszy czynnik podczas podejmowania decyzji. Płynność jest priorytetem dla 9%, podczas gdy stopa zwrotu jest kluczowa dla 58%. W porównaniu z ankietą przeprowadzoną na przełomie 2017/2018 tylko we Francji odnotowano wzrost tolerancji dla podejmowania ryzyka.

Koncentracja na ryzku ogranicza możliwości inwestorów. Uderzający jest fakt, że inwestowanie w całe sektory rynku zostaje wykluczone na najbliższe miesiące – mówi Olaf Janßen.

Types of use_2018_ENNieruchomości handlowe omijane

Nieruchomości handlowe są obecnie najmniej pożądanym typem nieruchomości inwestycyjnych. 63% procent respondentów zamierza trzymać się z dala od takich inwestycji w okresie najbliższych 12 miesięcy. Ważnym czynnikiem jest tu niechęć brytyjskich inwestorów – 82% z nich zamierza krótkookresowo unikać tego segmentu. Podobnie wysoki wynik odnotowano we Francji. W Niemczech krajowy rynek nieruchomości handlowych wciąż obdarzany jest wysokim zaufaniem – tylko 40% inwestorów stroni od angażowania się w ten segment.

Do hoteli z ostrożnością

Badanie pokazuje, że przez najbliższy rok również inwestycje w hotele traktowane będą z ostrożnością. Jedna trzecia firm, które wzięły udział w ankiecie, zamierza unikać jakichkolwiek inwestycji w hotele, a 29% nie chce inwestować w nieruchomości logistyczne. Segmenty mieszkaniowy i biurowy zostały tymczasowo wykluczone przez 20% inwestorów.

Spadające zainteresowanie inwestycjami w Zjednoczonym Królestwie

Oczekiwania dotyczące rentowności inwestycji w nieruchomości w Zjednoczonym Królestwie są obecnie niższe niż na innych rynkach europejskich. Trzy czwarte inwestorów z Niemiec nie planuje obecnie inwestycji w brytyjskie nieruchomości. We francji brytyjski rynek jest obdarzany nieznacznie większym zaufaniem, bowiem inwestycje przez najbliższe 12 miesięcy planuje wstrzymać tam 55% ankietowanych.

Spojrzenie na rynek brytyjski od wewnątrz również nie nastraja pozytywnie. Niemal co trzeci brytyjski inwestor przewiduje pogorszenie warunków w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 56% nie oczekuje poprawy klimatu dla inwestycji przez co najmniej dwa lata. Szczególny pesymizm panuje na rynku nieruchomości handlowych – 56% brytyjskich inwestorów oczekuje pogorszenia warunków dla takich inwestycji, w porównaniu z zaledwie 14% w przypadku powierzchni biurowych.

Wskaźniki spadają na wszystkich rynkach

Analiza Wskaźnika Klimatu Inwestycyjnego pokazuje, że nastroje wśród brytyjskich inwestorów obniżyły się jeszcze bardziej w kontekście Brexitu – do poziomu 60,6 punktów (poprzednia ankieta: 63,6 punktów). Z wynikiem 67,7 punków nastroje we Francji są najlepsze spośród trzech największych gospodarek Europy, choć słabsze niż w  badaniu sprzed pół roku (69,1 punktów). Wskaźnik Klimatu Inwestycyjnego dla Niemiec również nieco obniżył swoją wartość, osiągając 65,2 punktów.

– Jeśli nastroje nie poprawią się wkrótce, zaczną one przekładać się na zmniejszającą się liczbę transakcji – stwierdza Olaf Janßen.

Informacje o badaniu Union Investment

Firma Union Investment zainaugurowała indeks nastrojów europejskich inwestorów nieruchomościowych w 2005 roku. Od wiosny 2008 roku badanie jest przeprowadzane co sześć miesięcy. Indeks jest oparty na czterech wskaźnikach: struktura rynku, ogólne otoczenie, czynniki dotyczące lokalizacji oraz oczekiwania, z których każdy ma wagę 25%. Instytut badawczy Ipsos przeprowadził w okresie od listopada 2017 do stycznia 2018 wywiady ze 151 firmami i inwestorami instytucjonalnymi na rynku nieruchomości w Niemczech (n=63), we Francji (n=62) i w Wielkiej Brytanii (n=26).

Połowa osób ze zdiagnozowanym alkoholizmem w pierwszym roku po terapii odwykowej wraca do picia. Aplikacje mobilne wspomagają proces leczenia

Połowa osób ze zdiagnozowanym alkoholizmem w pierwszym roku po terapii odwykowej wraca do picia. Aplikacje mobilne wspomagają proces leczenia 3

Ponad 3 mln Polaków spożywa nadmierne ilości alkoholu, a ok. 800 tys. osób ma zdiagnozowaną chorobę alkoholową. Co roku terapię odwykową kończy 150 tys. osób, jednak ponad połowa z nich łamie abstynencję – wynika z danych PARPA. Pracę terapeutów wspierają aplikacje mobilne, które pozwalają monitorować chorego i umożliwiają z nim stały kontakt. Dzięki dzienniczkom do samooceny pacjenci mogą sami się kontrolować i rozpoznawać sytuacje, w których sięgają po używki. To może pomóc unikać powrotów do nałogu.

 Terapie online potrafią być równie skuteczne, jak terapie stacjonarne. W aplikacji AlkyRecovery koncentrujemy się na uzależnieniach behawioralnych, jak hazard i zakupoholizm, oraz chemicznych – od alkoholu, narkotyków, leków. Wychodzimy od największego problemu, a więc uzależnienia od alkoholu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Brysiak, pomysłodawca aplikacji AlkyRecovery.

W Polsce nawet 800 tys. osób jest uzależnionych od alkoholu, ale ich liczba może być jednak znacznie większa, bo według Polskiej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych ponad 3 mln osób spożywa alkohol w nadmiernych ilościach. Według standardów WHO picie problemowe, czyli ryzykowne i szkodliwe, oznacza spożywanie regularnie powyżej 20 gramów czystego alkoholu dziennie przez kobiety oraz 40 gramów przez mężczyzn.

Co roku terapię odwykową kończy ok. 150 tys. osób, z czego jednak ponad połowa w ciągu roku po jej zakończeniu nie wytrzymuje w abstynencji. Pomóc w walce z nałogiem może aplikacja mobilna AlkyRecovery.

 Poprzez programy i funkcjonalności, które zamierzamy dodawać w aplikacji, chcemy przede wszystkim skoncentrować się na predykcji, czyli przewidywaniu nawrotów – tłumaczy Marcin Brysiak.

Aplikacje mobilne pomagają prowadzić dzienniczki do samooceny: zapisywać, w jakich sytuacjach narasta wewnętrzna chęć na alkohol oraz jakie uczucia i objawy temu towarzyszą. Na podstawie odczuwanych objawów można przeprowadzić analizę stanu psychofizycznego i rozpoznać, w jakich okolicznościach pojawia się głód alkoholowy.

– Dzienniczek głodu to jedno z narzędzi terapeutycznych obejmujące 21 objawów, które możemy zdiagnozować sami w momencie, kiedy faktycznie dzieje się coś niedobrego. Użytkownicy aplikacji, a mamy ich na tę chwilę ponad 9 tys., uzupełnili ten dzienniczek głodu ok. 195 tys. razy – mówi pomysłodawca aplikacji.

Z raportu „Sztuczna inteligencja w medycynie” zleconego przez addictions.ai wynika, że ważną potrzebą wskazywaną przez terapeutów jest stworzenie narzędzia, które wspierałoby terapię uzależnień w poszczególnych fazach leczenia. W tym zakresie zidentyfikowane zostały cztery główne potrzeby rynkowe dotyczące stworzenia, po pierwsze, narzędzi wspomagających samodiagnostykę i samokontrolę pacjenta w początkowej fazie terapii, po drugie, wspomagających komunikację z pacjentem w trakcie fazy rehabilitacji, po trzecie, motywujących do utrzymania wypracowanej w trakcie terapii zmiany w fazie postrehabilitacji i po czwarte umożliwiających skuteczną prewencję nawrotu w każdej z trzech faz wychodzenia z choroby.

Jak wyjaśnia Brysiak, aplikacja stanowi wsparcie pracy terapeutów. Oferuje bowiem możliwość stałego kontaktu z pacjentem. W połączeniu z odczytem najważniejszych danych o czynnościach życiowych i poziomie stresu (HRV) daje sygnał terapeucie o potencjalnej sytuacji zagrożenia.

AlkyRecovery umożliwia też prowadzenie dzienniczka uczuć, który został uzupełniony przez użytkowników aplikacji ponad 6 tys. razy. To o tyle istotne, że osoby uzależnione często mają problem z wyrażeniem emocji, blokują je, a dopiero substancja lub czynność, od której są uzależnieni, pomagają się z nimi uporać. Zapisywanie stanów emocjonalnych pomaga nazwać uczucia, dostrzec narastającą złość czy niepokój.

Aplikacja może być stosowana w większości uzależnień, zwłaszcza że wszystkie one działają podobnie na mózg. Określona czynność lub substancja wywołuje w chorym uczucie euforii, spowodowanej przez dopaminę. Mózg zostaje uwarunkowany do obsesyjnego poszukiwania impulsu dopaminy, zwłaszcza w sytuacji stresującej

 Uzależnienia chemiczne i behawioralne działają identycznie na mózg. Określone zachowanie kompulsywne jest stosowane w sytuacji, gdy nie potrafimy poradzić sobie z uczuciami i emocjami. Jest to dla nas jedyne lekarstwo na daną sytuację. Mózg dostaje dopaminę, czuje się dobrze – podkreśla Marcin Brysiak.

Prawie 2,5 mln Polaków skorzysta na likwidacji użytkowania wieczystego. Dzięki nowym przepisom sporo też zaoszczędzą

Prawie 2,5 mln Polaków skorzysta na likwidacji użytkowania wieczystego. Dzięki nowym przepisom sporo też zaoszczędzą 4

Od 2019 roku użytkownicy wieczyści staną się właścicielami działek, na których stoją ich domy lub bloki. Likwidacja tej instytucji oznacza znacznie mniejsze wydatki dla ok. 2,5 mln Polaków. Roczne opłaty za użytkowanie wieczyste, które może trwać nawet 99 lat, zostaną zastąpione roczną opłatą przekształceniową, która będzie pobierana przez 20 lat. Dodatkowo ktoś, kto zadeklaruję wniesienie całej opłaty jednorazowo, może liczyć na nawet 60-proc. zniżkę. Na nowych przepisach stracą jednak gminy.

– Przyjęta przez Senat ustawa o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności to bardzo dobra wiadomość dla wszystkich użytkowników wieczystych tego typu nieruchomości. Z dniem 1 stycznia 2019 roku dojdzie do przekształcenia prawa użytkowania wieczystego na własność. I choć w praktyce tego nie odczują, jest to dla nich bardzo dobre z uwagi na opłaty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kosiński, adwokat z Kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni.

Zgodnie z ustawą, która czeka na podpis prezydenta, od 2019 roku prawo użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych budynkami mieszkalnymi przejdzie do historii. Zastąpi je prawo własności. Dla ponad 2,5 mln obywateli – użytkowników wieczystych zamieszkujących w budynkach mieszkalnych położonych na gruntach publicznych, będących własnością Skarbu Państwa i samorządu terytorialnego – oznacza to znacznie niższe opłaty.

– Przekształcenie będzie co prawda następowało odpłatnie, ale w tej chwili użytkownik wieczysty także ponosi opłaty roczne z tytułu użytkowania wieczystego. Ustawodawca zdecydował, że przekształcenie będzie następowało odpłatnie, ale wysokość tej opłaty będzie także roczna i w wysokości równej dotychczasowej opłacie z tytułu samego użytkowania wieczystego. Co więcej, opłata ta będzie uiszczana tylko przez okres 20 lat – mówi Kosiński.

Wysokość opłat za przekształcenie zostanie ustalona według stanu na 1 stycznia 2019 roku. Osoby, które uregulują opłaty wcześniej niż w ciągu 20 lat, mogą liczyć na bonifikaty. Ci, którzy zapłacą całą sumę jednorazowo w pierwszym roku, dostaną 60 proc. zniżki. W kolejnych latach bonifikata będzie obniżana o 10 proc. Będzie to jednak dotyczyć tylko przekształcenia gruntów należących do Skarbu Państwa. Dotychczas opłata roczna z tytułu użytkowania wieczystego mogła być waloryzowana co trzy lata.

– Z punktu widzenia gminy ewidentnie są pewne minusy, dlatego że w pewnym momencie straci ona źródło przychodu, które jest w tej chwili szacowane na około 1–2 proc. budżetu. Z punktu widzenia zwykłych mieszkańców są to jednak same plusy, bo ewidentnie co najmniej na dwóch poziomach mogą liczyć na zniżki tej opłaty – tłumaczy adwokat.

Jak podkreśla ekspert, przekształcenie użytkowania wieczystego w prawo własności następuje z mocy prawa, nie wymaga żadnych formalności, a zaświadczenie o przekształceniu wysyłane jest z urzędu.

– Zgodnie z wolą ustawodawcy wszystkie obciążenia, które w tej chwili są wpisane i obciążają prawo użytkowania wieczystego, z mocy prawa stają się obciążeniami prawa własności. Tutaj nie jest wymagana czynność ze strony użytkownika wieczystego. Należy pamiętać o spółdzielcach, co do zasady to spółdzielnia jest użytkownikiem wieczystym i teoretycznie wszystkie benefity związane z przekształceniem i potencjalnymi bonifikatami będą dotyczyły spółdzielni. Ustawodawca przewidział, że spółdzielnia musi się podzielić i proporcjonalnie korzyści muszą się przełożyć na obniżenie opłat dla spółdzielców – mówi Jacek Kosiński.

Obligacje korporacyjne kupują głównie inwestorzy instytucjonalni. To trudny rynek dla indywidualnych graczy

Obligacje korporacyjne kupują głównie inwestorzy instytucjonalni. To trudny rynek dla indywidualnych graczy 5

Obligacje korporacyjne cieszą się coraz większym zainteresowaniem – zarówno ze strony emitentów, bo skala finansowania za ich pośrednictwem rośnie z roku na rok, jak i ze strony inwestorów. Na rynku wśród tych ostatnich dominują inwestorzy instytucjonalni, bo dla tych indywidualnych może być to trudny rynek. Choć w razie powodzenia daje wyższe stopy zwrotu niż obligacje skarbowe czy lokaty bankowe, to nie da się uniknąć ryzyka strat.

Obligacje korporacyjne cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Skala finansowania za ich pośrednictwem z roku na rok rośnie. Ta dynamika nie jest już tak duża jak jeszcze kilka lat temu, kiedy osiągała kilkadziesiąt procent w skali roku, natomiast dzięki temu, że jest to już skala ponad 70 mld zł stało się to znaczącym źródłem finansowania dla wielu firm – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Lis, partner zarządzający CVI Domu Maklerskiego.

Od strony emitenta – choć to droższy sposób pozyskania finansowania niż kredyt bankowy – zaletą obligacji korporacyjnych jest możliwość pozyskania pieniędzy na elastyczniejszych warunkach niż w przypadku banku. Z reguły wymaganych jest mniej zabezpieczeń i mniej rygorystyczne określenie celu, na który wydane zostaną środki, co powoduje, że można nimi bardziej elastycznie dysponować. Z tego samego powodu ta forma inwestycji niesie ze sobą ryzyko niewypłacalności firmy. Choć stopy zwrotu dla inwestorów są atrakcyjne.

Dlatego na świecie rynek obligacji korporacyjnych, szczególnie tych bardziej ryzykownych, nie jest domeną inwestorów indywidualnych. Aczkolwiek biorąc pod uwagę to, że stopy zwrotu z tego typu inwestycji mogą być wysokie, inwestorzy chętnie inwestują w tę klasę aktywów. Nie bezpośrednio, ale za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych, które są w stanie to ryzyko odpowiednio oceniać i rozproszyć – wyjaśnia Rafał Lis.

Od lutego o ponad 1 mld zł spadła wartość aktywów w funduszach obligacji korporacyjnych, powracając tym samym do stanu z września 2017 roku. Choć to pokłosie sytuacji wokół GetBacku i nadszarpniętego zaufania inwestorów, to warto pamiętać, że pomimo wspomnianego spadku w ciągu roku wartość aktywów tych funduszy zwiększyła się o prawie 7 proc. do 17,6 mld zł.

Popularność funduszy obligacji korporacyjnych, czyli dedykowanych tej klasie aktywów, i które zdecydowaną większość środków lokują na rynku obligacji korporacyjnych, rokrocznie rośnie – mówi Rafał Lis. – W porównaniu do poziomu sprzed kliku lat jest to wzrost kilkukrotny. Obecnie skala takich funduszy w Polsce to prawie 18 mld zł. Wydaje się, że z perspektywy inwestora indywidualnego jest to najlepszy sposób dostępu do rynku obligacji korporacyjnych.

W pierwszej połowie roku fundusze obligacji korporacyjnych zanotowały stopę zwrotu z inwestycji rzędu 0,2 proc. i było to ponad siedmiokrotnie mniej niż rok wcześniej. Choć zysk może się wydawać niewielki, to jednak wynik jest dodatni, a w I półroczu br. tylko siedem z dwudziestu dwóch rodzajów funduszy wyróżnianych przez Analizy.pl mogło się pochwalić wynikiem powyżej zera. W skali roku inwestorzy zarobili na funduszach polskich papierów dłużnych korporacyjnych średnio 1,3 proc., ale w ciągu trzech lat było to już 6,3 proc., a pięciu lat – 13 proc.

Polacy rejestrują dwudziestokrotnie mniej samochodów elektrycznych niż Niemcy. Problemem brak infrastruktury i mała dostępność aut

Polacy rejestrują dwudziestokrotnie mniej samochodów elektrycznych niż Niemcy. Problemem brak infrastruktury i mała dostępność aut 6

W Polsce rejestruje się kilkukrotnie mniej samochodów elektrycznych niż w innych krajach Unii Europejskiej. Problemem jest ich dostępność, brak infrastruktury i świadomość samych kierowców, którzy miewają nierealne oczekiwania dotyczące baterii czy dystansu, który zamierzają pokonywać elektrycznym samochodem. Do końca przyszłej dekady większość barier dla elektryków powinna jednak zostać zlikwidowana, a ich upowszechnienie przyczyni się do odczuwalnej poprawy jakości powietrza.

Udział samochodów elektrycznych w polskim rynku wciąż jest znikomy i oscyluje wokół 0,1 proc. W ubiegłym roku zarejestrowano w Polsce nieco ponad tysiąc elektryków. Dla porównania w Austrii ta liczba była pięciokrotnie wyższa, a w Niemczech zarejestrowano ich aż dwudziestokrotnie więcej. Nasi zachodni sąsiedzi, podobnie jak Norwegia, planują całkowite wstrzymanie sprzedaży samochodów spalinowych w latach 2025–2030.

 Na tle całej Unii wypadamy w tej chwili nie najlepiej. Patrząc statystycznie, mieliśmy prawie osiem razy mniej rejestracji elektryków w I kwartale 2018, ale z drugiej strony, jesteśmy dopiero przed uruchomieniem Funduszu Niskoemisyjnego Transportu. Jeżeli po jego uruchomieniu będzie powstawać więcej infrastruktury, to ta liczba może zacząć dynamicznie wzrastać. Bez tego kierowcy niezbyt chętnie inwestują w te pojazdy. Z drugiej strony, z dostępnością samochodów też nie jest zbyt dobrze i każdy, kto próbuje w tej chwili dostać w salonie swój wymarzony pojazd elektryczny, wie, że nie jest tak łatwo jak w przypadku spalinowego. Czasami trzeba poczekać nawet kilka miesięcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Detka, kierownik Zakładu Elektromobilności w Przemysłowym Instytucie Motoryzacji  (PIMOT).

Brak infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych jest obecnie jedną z głównych barier dla rozwoju tego rynku. Przyjęty niedawno rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności jednak zakłada, że do 2020 roku ma powstać w Polsce około czterystu punktów szybkiego ładowania samochodów i ok. sześciu tysięcy publicznych punktów ładowania o normalnej mocy.

– Inną barierą jest problem świadomości, czyli wyobrażanie sobie pewnych zagrożeń związanych z bateriami czy z zasięgiem. Często wydaje nam się, że potrzebujemy przejechać dziennie więcej, niż realnie potrzebujemy. Badania pokazują, że dla warszawiaka jest to średnio niecałe 40 km dziennie. Oczywiście chcielibyśmy, żeby nasz samochód pokonywał 500 kilometrów, ale niekoniecznie jest nam to potrzebne – mówi Tomasz Detka.

Jak wynika z tegorocznego raportu „Samochody elektryczne. Którym pasem zamierzamy jechać?” firmy doradczej EY i ING Banku Śląskiego, najpóźniej do 2030 roku większość barier dla samochodów elektrycznych powinna już zostać zlikwidowana, a koszt zakupu elektryka będzie niższy niż samochodu spalinowego. Eksperci szacują, że za pięć lat auta elektryczne będą odpowiadać już za ok. 6 proc. ogółu sprzedaży.

Z raportu Cambridge Econometrics i Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych „Napędzamy polską przyszłość” wynika, że rozwój elektromobilności będzie kluczowy dla poprawy jakości powietrza w polskich miastach, które borykają się z problemem smogu. Najbardziej ambitne scenariusze rozwoju tego rynku pozwalają oszacować, że do 2050 roku emisja pyłów związana z użytkowaniem silnikowych samochodów osobowych mogłaby spaść o 90 proc., a emisja dwutlenku węgla zostałaby w znacznym stopniu zredukowana.

 Idealna sytuacja byłaby wtedy, gdybyśmy elektryka zasilali z odnawialnych źródeł energii, gdyby dało się to połączyć z energetyką rozproszoną. Wtedy w trakcie dnia, kiedy nie ma nas w domu, nasz domowy magazyn energii ładuje się na przykład z ogniw fotowoltaicznych. Jeśli mamy tam zaparkowane auto elektryczne, to jego bateria może się ładować w tym samym czasie. Takie rozwiązanie ma dużo więcej plusów, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, ale przede wszystkim w aspekcie ekologicznym, jeżeli mówimy o energetyce wiatrowej czy panelach fotowoltaicznych – mówi kierownik Zakładu Elektromobilności w PIMOT.

Eksperci krytykują plan zakupu 30-letnich fregat od Australijczyków. Nie mogą one zastąpić nowych okrętów

Eksperci krytykują plan zakupu 30-letnich fregat od Australijczyków. Nie mogą one zastąpić nowych okrętów 7

Zakup używanych, 30-letnich fregat Adelaide od Australii jest błędem – ocenia kmdr por. rez. Maksymilian Dura, ekspert portalu Defence24.pl. Jak podkreśla, te jednostki nie odpowiadają potrzebom nowoczesnych sił morskich i będą nieskuteczne w przypadku ewentualnych zagrożeń na Bałtyku. Drogie w pozyskaniu i kosztowne w eksploatacji całkowicie uzależnią też Marynarkę od zagranicznej pomocy technologicznej, bo do ich serwisowania i napraw trzeba będzie ściągać specjalistów z USA i Australii.

 Zakup fregat Adelaide od Australijczyków jest błędem. Przede wszystkim dlatego, że wypompuje z budżetu MON pieniądze, które miały być przeznaczone na nowe jednostki pływające. My tak naprawdę nie uzyskamy praktycznie nic: ani zdolności bojowych, ani nowych okrętów. Zyskamy tylko substytut, który pozwoli nam przeżyć następnych kilkanaście lat, a potem i tak będziemy musieli wydać pieniądze na nowe okręty podwodne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes kmdr por. rez. Maksymilian Dura, ekspert portalu Defence24.pl.

Modernizacja i zakup nowych okrętów dla Marynarki Wojennej to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Będące na jej wyposażeniu stare jednostki mają ponad 50 lat lub są niesprawne i powoli wycofywane. Dlatego w ramach programu Orka MON zamierzał kupić trzy do czterech okrętów podwodnych nowego typu, które miałyby trafić do Marynarki Wojennej począwszy od 2024 roku. Jednostki miały być wyposażone w rakiety manewrujące, zdolne razić cele w odległości wielu setek kilometrów i zapewnić polskiej flocie realną zdolność do odstraszania. W programie modernizacyjnym był również zakup nowych okrętów obrony wybrzeża Miecznik, ale wciąż nie wiadomo, kiedy zostanie uruchomiony.

Tymczasem w czerwcu ze służby został wycofany kolejny okręt podwodny typu Kobben, a na wyposażeniu Marynarki zostały dwa stare okręty liczące 50 lat i ORP Orzeł, wprowadzony do służby w połowie lat 80. Zarówno ORP Kaszub, jak i dwie fregaty typu Oliver Hazard Perry to okręty stare, które także powinny już zostać wymienione na nowsze.

W tej chwili mamy dwie fregaty typu Oliver Hazard Perry i prawdą jest, że fregaty Adelaide są od nich lepsze. Ale prawdą jest także, że te fregaty są gorsze od okrętów Miecznik, które mieliśmy budować. W związku z powyższym Marynarka Wojenna traci zdolności bojowe, a po drugie, straci pieniądze, które miały być przekazane na nowe okręty, bo fregaty Adelaide też będą nas kosztowały – mówi kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Według aktualnych doniesień MON rozważa zakup używanych, 30-letnich fregat rakietowych Adelaide, które zostały zbudowanie dla Australii w Stanach Zjednoczonych. Miałoby to być rozwiązanie tymczasowe, które umożliwi Marynarce zachowanie zdolności bojowych do czasu, aż w budżecie znajdą się pieniądze na zakupy nowego sprzętu.

Celem modernizacji technicznej MW miało być zyskanie nowych zdolności w warunkach współczesnego pola walki, czyli tego, co rzeczywiście okręty mogą napotkać, kiedy wybuchnie konflikt zbrojny. Te okręty tego nie zapewniają, one nadal cofają nas do lat 90., kiedy nie było takiego zagrożenia z powietrza jak w tej chwili – mówi kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Ekspert Defence24.pl wskazuje, że fregaty Adelaide są wielozadaniowe – mogą zwalczać okręty podwodne i nawodne oraz pełnić funkcje patrolowe, natomiast na Bałtyku ich najważniejszym zadaniem jest zdolność obrony przeciwlotniczej, przede wszystkim przed rakietami przeciwokrętowymi.

– Rosjanie mają dwa typy takich rakiet – rakiety, które latają z prędkością ponaddźwiękową i poddźwiękową. Jeżeli wyślą te rakiety na nas, te okręty nie mają szans  i trzeba o tym pamiętać. Te fregaty mają ograniczoną zdolność, mają bowiem dwa kanały ogniowe, które pozwalają jednocześnie zwalczać tylko dwa cele powietrzne. Dlatego jeżeli nadlecą trzy lub cztery takie cele, wtedy czas reakcji będzie o wiele dłuższy. Okrętowy system obrony przeciwlotniczej może tego nie wytrzymać. Te okręty w momencie zagrożenia będą narażone na uderzenie i straty – podkreśla kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Jak ocenia, sam pomysł kupienia fregat Adelaide nie jest zły, ponieważ mogłyby one wzmocnić Marynarkę Wojenną. Nie może się to jednak odbyć kosztem programów modernizacyjnych, czyli  kosztem budowy nowych okrętów.

 Nie będziemy mieli nowych okrętów przez kilkanaście lat ani nie zyskamy możliwości obrony przed najnowszymi środkami rażenia na Bałtyku. Jeżeli wybuchnie jakiś konflikt zbrojny, tutaj najważniejszym zagrożeniem jest Rosja, te fregaty znajdą się w ogniu rakiet przeciwokrętowych, które są na terenie obwodu kaliningradzkiego i w ciągu kilkudziesięciu minut zostaną zniszczone. Tak więc wartość tych okrętów jest tylko chwilowa, do momentu, gdy Rosjanie nie wystrzelą rakiet, potem nie będą one w stanie samodzielnie się obronić – mówi kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Ekspert Defence24.pl podkreśla również, że zakup fregat Adelaide od Australijczyków to wydatek, który pociągnie za sobą dalsze znaczące koszty związane m.in. z serwisowaniem i naprawianiem jednostek, do czego trzeba będzie ściągać specjalistów z zagranicy. Takie rozwiązanie całkowicie uzależni marynarkę od zagranicznej pomocy technicznej. Straci też polski przemysł stoczniowy, który nie otrzyma zapowiadanego transferu technologii.

– Rozwalamy przemysł stoczniowy, który miał zyskać technologie, zdolności budowy nowych jednostek pływających dla Marynarki Wojennej i ich późniejszego utrzymania. My takich zdolności razem z tymi fregatami nie otrzymamy. Fregaty Adelaide mają systemy zagraniczne, przede wszystkim australijskie i amerykańskie. Jeżeli będziemy chcieli je naprawiać, będziemy musieli ściągać specjalistów z USA i z Australii, co kosztuje kilkadziesiąt razy drożej. Tak naprawdę polskie stocznie będą miały możliwość tylko malowania kadłubów. Do tego dochodzą koszty obsługi, wyszkolenia załogi i serwisu – wylicza kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Co istotne, zakup fregat od Australijczyków będzie się wiązał z koniecznością szkolenia załóg na antypodach, co pociągnie za sobą kolejne wydatki.

– Te systemy bojowe pozwalają zwalczać cele powietrzne w odległości nawet do 120 km. Nikt nie zgodzi się, żeby załoga bez odpowiednich certyfikatów wydanych przed dopuszczone do tego osoby, dotknęła się do czegokolwiek na takim okręcie. Załogi będą musiały jechać na przeszkolenie do Australii za pieniądze, które miały być przeznaczone na nowe okręty, a nie na remontowanie, modernizowanie tego, co i tak za kilkanaście lat trzeba będzie wycofać – podkreśla kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Arcona Capital wprowadza nową markę TUŻ TUŻ

TUŻ TUŻ to nowa marka obiektów handlowych, której powołanie jest kolejnym etapem rozwoju portfolio funduszu Arcona Capital w Polsce. Za stworzenie brandingu odpowiedzialna była firma Buller & Frye. Został on w pierwszej kolejności wdrożony w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie po rebrandingu na TUŻ TUŻ i częściowej wymianie najemców działalność wznowił właśnie obiekt handlowy przy Alei Wojska Polskiego.

Zapotrzebowanie na obiekty typu convenience ze strony klientów cały czas rośnie. To miejsca wpisujące się w rynkowe trendy, zgodne z potrzebami konsumentów, szczególnie tych zamieszkujących mniejsze miasta. Fundusz inwestycyjny Arcona Capital, odpowiadając na rosnący rynek nieruchomości handlowych w Polsce, powołał do życia nową markę TUŻ TUŻ. Proces jej tworzenia był w całości koordynowany przez warszawski oddział firmy.

TUŻ TUŻ Piotrków Trybunalski“Wykreowanie nowej marki było jednym z kluczowych założeń strategicznych, gdy nabywaliśmy nasz polski portfel handlowych nieruchomości. Chcemy nią podkreślać charakter naszych obiektów. Chcemy być dostępni, pod ręką – chcemy być tuż tuż” – mówi Mateusz Siejka, dyrektor zarządzający funduszu Arcona Capital. Założenia brandingu, za które odpowiada firma Buller & Frye, opierały się o koncept marki brzmiącej polsko, lokalnie. Niebiesko-zielona kolorystyka prezentuje się świeżo i optymistycznie.

TUŻ TUŻ Piotrków Trybunalski
TUŻ TUŻ Piotrków Trybunalski

Pierwszą lokalizacją TUŻ TUŻ został Piotrków Trybunalski. Położony wśród osiedli mieszkaniowych przy Alei Wojska Polskiego obiekt (o łącznej powierzchni ok. 2 500 m2 i blisko 100 miejscach parkingowych) ma stricte handlowy charakter. Mix najemców ma zaspokajać codzienne potrzeby zakupowe okolicznych mieszkańców. Jest sklep spożywczy – nowym operatorem została Biedronka, jest drogeria Rossman, a ponadto popularne Pepco, apteka, kwiaciarnia, jubiler, salonik prasowy Inmedio czy sklep zoologiczny. Nowym najemcą TUŻ TUŻ Piotrków Trybunalski został Madej Wróbel, sieć sklepów mięsno – wędliniarskich. Zarządcą obiektu jest firma Savills. Arcona planuje w ciągu najbliższych miesięcy przeprowadzić rebranding kolejnych swoich obiektów.

Gomułka: Cena ropy naftowej nie dojdzie do poziomów kryzysowych

Ostatnie miesiące to wzrost cen surowców energetycznych na rynkach światowych – zwłaszcza ropy naftowej. Jedną z przyczyn wzrostu cen było wycofanie się Stanów Zjednoczonych z porozumienia z Iranem.

– Istnieje możliwość, że Iran nie będzie dostarczał oczekiwanej ilości ropy naftowej – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club – Działania OPEC również zmniejszyły podaż ropy naftowej i spowodowały podwyższenie jej cen na światowych rynkach. Wzrost cen jest stosunkowo umiarkowany i nie dojdzie do poziomów kryzysowych. Odnoszę wrażenie, że zmierzamy w kierunku stabilizacji lub nawet obniżenia cen ropy naftowej. Nie oczekiwałbym drastycznej i kosztownej podwyżki cen – ocenił Gomułka.

Poręczyciele mają już 0,5 mld zł długów

Ponad 36 tys. osób prywatnych nie spłaca cudzych długów, wartych niemal 0,5 mld zł. Największe zobowiązanie wynikające z umowy poręczenia ma małżeństwo z Gliwic – 44-letnia kobieta i 48-letni mężczyzna – prawie 2,7 mln zł. Licznych niesolidnych dłużników-poręczycieli, inaczej zwanych żyrantami można też spotkać w Warszawie, Łodzi i Poznaniu.

Chociaż popularność kredytów z poręczeniem gwałtownie spada i w ostatnich czterech latach ich liczba zmniejszyła się o ponad połowę, to od początku tego roku obserwujemy w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor wzrost zaległości z tego tytułu. Znajduje się w nim obecnie ponad 36 tys. osób, które po tym jak zdecydowały się stać się poręczycielami, z czasem miały włączyć się do spłaty kredytu, ale tego nie zrobiły i w rezultacie trafiły do rejestru dłużników. Dziś mają ponad 483 mln zł zaległości z tytułu poręczania cudzego zobowiązania. Średnio na osobę wypada 13 404 zł.

Nawet jeśli solidnie obsługujemy swoje kredyty i rachunki, ale jesteśmy współodpowiedzialni za spłatę cudzych zobowiązań, których nie reguluje osoba, za którą poręczyliśmy, cierpi na tym nasza własna historia kredytowa i wizerunek solidnego płatnika. Warto zatem poważnie się zastanowić, zanim zdecydujemy się zostać poręczycielem, bo faktycznie może to oznaczać konieczność obsługi żyrowanego kredytu. Wypadki losowe mają to do siebie, że zdarzają się niespodziewanie, wtedy w rolę głównego dłużnika musi wejść poręczyciel i to mimo tego, że nie korzysta z dobrodziejstw kredytu.

– Jeśli żyrant nie spłaca rat, może trafić do rejestru dłużników, co zablokuje mu drogę do wielu niezbędnych w codziennym życiu usług, takich jak możliwość zakupów ratalnych, zaciąganie kredytów czy pożyczek – mówi w rozmowie z MarketNews24 Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor.

Poręczenie jest umową, w której poręczyciel zobowiązuje się spłacać zobowiązanie, gdy główny kredytobiorca tego nie robi. Poręczyciel, jako dłużnik solidarny, odpowiada za spłatę świadczenia głównego, a w przypadku opóźnień, również za odsetki karne i koszty związane z dochodzeniem roszczeń. Z chwilą, gdy dług staje się wymagalny, bank może żądać całości lub jego części zarówno łącznie od dłużnika głównego, jak i poręczyciela lub od każdego z nich z osobna. Zasada jest taka, że obaj dłużnicy pozostają zobowiązani do regulowania zaległości aż do momentu pełnej spłaty zobowiązania.

Najwięcej dłużników zmagających się z przykrymi konsekwencjami poręczenia zamieszkuje województwa śląskie i wielkopolskie, odpowiednio jest to 6 tys. i prawie 5,1 tys. osób. Jeśli chodzi o wartość zadłużenia, to największe zaległości mają Ślązacy – prawie 84,6 mln zł, następnie Mazowszanie – 63,8 mln zł oraz Wielkopolanie – 45,8 mln zł. Najwyższy średni dług z tytułu poręczenia przypada na mieszkańców Podkarpacia – 19 630 zł.

Jeśli chodzi o płeć i wiek osób, które decydują się żyrować komuś kredyt, a później wpadają z tego powodu w tarapaty, to zdecydowanie częściej są to mężczyźni – 58 proc. Przy czym przeważają panowie w wieku od 35 do 44 lat, stanowiący 18 proc. ogółu dłużników poręczycieli zgłoszonych do rejestru.

Miasta, w których zamieszkuje najwięcej osób posiadających zaległe zobowiązania z tytułu umowy poręczenia, według danych z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor to: Warszawa – 1 309 osób, Łódź – 1 192 osób oraz Poznań – 1 069 osób.

Największa kwota zaległości z tytułu umowy poręczenia należy do dwóch osób z województwa śląskiego – 44-letniej kobiety i 48-letniego mężczyzny, mieszkańców Gliwic, którzy mają wspólny dług wynoszący prawie 2,7 mln zł. Na drugim miejscu jest 57-letni mężczyzna z Gdyni z długiem na ponad 1,3 mln zł oraz 41-letnia kobieta z Gdańska, która w wyniku podpisanej umowy poręczenia została z zaległym zobowiązaniem na ponad 1,1 mln zł.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w minionym roku poręczenia udzieliło 309 tys. osób. Podżyrowali oni 255 tys. kredytów. W grupie kredytów z poręczycielami 11,5 proc. spłacanych było z opóźnieniem przekraczającym 90 dni. To, czy główny kredytobiorca dobrze spłaca zobowiązanie, można sprawdzać w bazie BIK, pobierając z www.bik.pl kopię danych lub Raport BIK. Dokumenty te pozwalają sprawdzać, czy kredyt, który poręczyliśmy jest spłacany terminowo, a także kontrolować własną historię kredytową.

Zaczynał w garażu – teraz jest potentatem – Andrzej Wiśniowski

Andrzej Wiśniowski
Andrzej Wiśniowski

Wielkie fortuny kojarzą się ze spełnieniem amerykańskiego snu. Niczym w hollywoodzkim filmie ktoś ma ogromne szczęście i jego życie całkowicie się zmienia. Jednak aby osiągnąć sukces czasami wystarczy dobry pomysł, wytrwałość i umiejętność zbudowania imperium. Nie musimy szukać daleko, takie historie dzieją się w Polsce, a swój amerykański sen na Sądecczyźnie spełnił Andrzej Wiśniowski, największy w kraju producent bram garażowych, okien, drzwi i systemów ogrodzeniowych, który jak wielu amerykańskich milionerów zaczynał właśnie w garażu.

Otworzyć bramy sukcesu

Młody Andrzej zaczynał w przydomowym garażu. Wcześniej miał kontynuować rodzinną tradycję i hodować… ogórki. Stwierdził, że nie jest to jednak już dochodowe zajęcie i po krótkim epizodzie w branży transportowej, postanowił zająć się bramami. Dlaczego akurat bramy? Jego ojciec postawił trzy garaże i chciał, by bramy do nich były automatyczne, a ponad 30 lat temu takich rozwiązań w Polsce jeszcze nie było. Andrzej Wiśniowski postanowił więc samodzielnie stworzyć własną bramę. – Jedna z moich pierwszych bram napędzana była silniczkiem od wycieraczki z Fiata 126 p. Ale działała!
– wspomina Andrzej Wiśniowski. Na podstawie autorskiego projektu, własnymi rękami wykonał prototyp, a jego pierwszym klientem był brat. Okazało się, że automatyczne bramy otworzyły mu drogę z garażu na sam szczyt.

Z garażu na Polskę

Andrzej Wiśniowski przedsiębiorczość i konsekwentne dążenie do celu ma we krwi. Sam stworzył firmę od podstaw, jeżdżąc na targi i pokazując swój produkt. Automatyczne bramy, które nie tylko można pilotem otwierać, ale też zamykać, okazały się hitem, który pokochali Polacy. Następnym krokiem było zbudowanie sieci dystrybucji, inwestycje w najnowsze technologie oraz produkcja. Wiśniowski sprzedaje poprzez sieć partnerów handlowych w całym kraju. Obecnie firma jest liderem rynku, zatrudnia 1800 osób, a dzięki rozbudowie w niedalekiej przyszłości zajmie aż 23 ha powierzchni i zwiększy zatrudnienie. W tym roku WIŚNIOWSKI świętuje 30-lecie działalności, a firmą nie zarządza już Andrzej Wiśniowski osobiście, ale prezes Krystyna Baran.

Z Polski na świat

Andrzej Wiśniowski
Andrzej Wiśniowski

Myśląc o firmie WIŚNIOWSKI, nie mówimy tylko o polskim budownictwie. Rodzimy rynek to za mało. Jeśli w ofercie ma się tak nowoczesne rozwiązania, to warto wyjść z tym poza granice. Produkty WIŚNIOWSKI zyskują ogromną zagraniczną popularność, a firma udowadnia, że polskie produkty cechuje nie tylko dobra cena, ale i świetna jakość.

Naszym celem jest sprzedawanie na rynki zagraniczne większości naszych produktów, około 70%. Oczywiście nie mamy zamiaru wycofać się z Polski, wręcz przeciwnie, chcemy cały czas ten rynek rozwijać – dodaje Andrzej Wiśniowski.

Spada zaufanie młodych do biznesu

Wyniki badania Deloitte Millennial Survey pokazują, że według milenialsów, priorytetami biznesu powinny być kwestie takie jak tworzenie miejsc pracy, innowacje, poprawa jakości życia osobistego i zawodowego pracowników oraz wywieranie pozytywnego wpływu na społeczeństwo i środowisko. Mniej niż połowa przedstawicieli pokolenia Y uważa, że przedsiębiorstwa postępują etycznie, i że działają one na rzecz poprawy sytuacji społecznej.

Jak wynika z międzynarodowych badań firmy doradczej Deloitte, młodzi są bardzo wyczuleni na szeroko pojętą rolę biznesu w społeczeństwie. 83% milenialsów uznaje, że miara sukcesu przedsiębiorstwa powinna wykraczać poza wyniki finansowe.

Podczas gdy opinie milenialsów na temat przedsiębiorstw gwałtownie się pogorszyły, jeszcze bardziej spadło ich zaufanie do liderów politycznych. 44 procent milenialsów (37 proc w Polsce) uważa, że liderzy biznesu wywierają pozytywny wpływ na otoczenie (wobec 42 proc. (46 proc polskich) respondentów wystawiających ocenę negatywną). To spadek o ponad 17 proc. w porównaniu do poprzedniej edycji.

– Biznes, w tegorocznej edycji badania millenialsów, otrzymał żółtą kartkę. Druzgocące są wyniki, które pokazują, że ocena biznesu w ich oczach drastycznie spadła w tym roku – mówi w rozmowie z MarketNews24 Irena Pichola, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej, partner w Deloitte. – Biznes powinien pokazywać wartość, jaką kreuje swoimi produktami i usługami. Pokazywać, w jaki sposób wpływa na poprawianie dobrobytu społecznego.

W porównaniu z ubiegłorocznym raportem – nowa, siódma edycja „Deloitte Millenial Survey” skupia się na pogłębieniu tego, co badani postrzegają, jako szanse, a co jako zagrożenia we współczesnym, dynamicznie zmieniającym się świecie. Badanie objęło 10 455 przedstawicieli pokolenia Y (urodzonych w latach 1983-1999) z 36 krajów, w tym 303 z Polski.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Przyszły tydzień jest spokojniejszy pod kątem wydarzeń makro. Biorąc pod uwagę, że spory handlowe na linii USA-Chiny pozostają w centrum uwagi, dane z Chin będą uważniej śledzone. Z głównych gospodarek mamy PKB z Japonii i Wielkiej Brytanii oraz CPI z USA. Posiedzenia odbywają banki centralne w Australii i Nowej Zelandii.

Przyszły tydzień: CPI z USA, PKB z Wlk. Bryt./Japonii, dane z Chin, RBA, RBNZ, rynek pracy z Kanady

USA

W USA inflacja CPI (pt) pierwszy raz od 2011 r. ma sięgnąć 3 proc. r/r, choć wzrost miesięczny o 0,2 proc. sugeruje, że presja inflacyjna nie rozpędza się wyraźnie. Inflacja bazowa ma pozostać na 2,3 proc., czyli wystarczająco bezpiecznie powyżej celu Fed (2 proc.), aby wspierać strategię kolejnych podwyżek stóp procentowych w wrześniu i grudniu. Z perspektywy dolara dobre dane już są w cenach i to rozczarowania są wstanie wygenerować większą zmienność. Poza tym widzimy, że obawy o wojny handlowe, spowolnienie gospodarcze Chin i pasywność innych banków centralnych budują na rynku klimat, że kupowanie USD stało się strategią po linii najmniejszego oporu.

Strefa euro

Zapowiada się spokojny tydzień w kalendarzu z Eurolandu i jedyne ciekawe publikacje mogą pochodzić z niemieckiego przemysłu (pon, wt). Dane o produkcji i zamówieniach mocno wahały się w ostatnich miesiącach z przewagą silnych rozczarowań. Teraz będzie interesujące, czy obawy o konsekwencje wojen handlowych wpływają na gospodarkę (w szczególności na sektor motoryzacyjny). EUR, by przełamać dotychczasowy marazm, potrzebuje świeżego impulsu, najlepiej w postaci mocnych danych, które podsycą oczekiwania na przyspieszenie ożywienia i szybszą zmianę nastawienia banku centralnego. Póki co EBC nie zamierza podnosić stóp procentowych co najmniej jeszcze przez rok, co jest istotną kotwicą dla waluty.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii rynek będzie miał do dyspozycji czerwcowe dane o wzroście gospodarczym, które uzupełnią informacje o drugim kwartale. Wzrost kwartalny o 0,4 proc. wymazałby rozczarowanie słabym startem w tym roku (0,2 proc. w I kw.) i potwierdziłby konstruktywne stanowisko BoE. Mimo to polityk monetarna nie jest teraz głównym motorem napędowym funta, za to obawy o kształt Brexitu wciąż są przeszkodą. Przy utrzymującej się sile dolara, GBP/USD może mieć problemy z wyjściem ponad 1,31.

Japonia

Pierwszy szacunek PKB za II kw. z Japonii (pt) ma wskazać wzrost o 1,4 proc. (zannualizowany) po spadku o 0,6 proc. w I kw. W ujęciu kwartalnym wzrost wyniesie zaledwie 0,3 proc., co jest skromnym tempem z małym potencjałem na wsparcie presji inflacyjnej. Jednocześnie negatywne ryzyka z tytułu wojen handlowych nie znikają. Dane nie powinny przynieść nic krzepiącego dla BoJ, a zatem też i dla JPY.

Chiny

Przy ogniskowaniu uwagi rynków wokół Chin, dane z Państwa Środka zyskują na znaczeniu i mogą być motorem dla szerokiego sentymentu. Lipcowy bilans handlowy (śr) będzie interesujący pod kątem wpływu ceł importowych USA nałożonych na towary warte 34 mld USD. Na tym etapie skutek będzie raczej minimalny, ale może nakreślić trend. Dane o rezerwach walutowych banku centralnego (wt) powinny wskazać spadek i być dowodem aktywności banku na polu stabilizacji juana, ale im większy spadek, tym silniejsze obawy o kryzys zaufania.

Australia

W Australii tydzień przynosi decyzję RBA (wt) oraz publikację raportu nt. polityki monetarnej (pt). Stopa procentowa powinna pozostać bez zmian, ale komunikat może przyjąć bardziej łagodną formę, biorąc pod uwagę niepewność o perspektywy Chin i rozwój wojen handlowych – dwie kwestie bardzo istotne dla Australii. Zwrócenie uwagi na problemy z płynnością zadłużonych gospodarstw domowych jest dodatkowym źródłem gołębiego wydźwięku. Prezes Lowe będzie miał wystąpienie publiczne w środę, gdzie nie uniknie istotnych pytań o stan gospodarki. Ogólnie ryzyka przeważają po gołębiej stronie i podtrzymujemy negatywne nastawienie wobec AUD.

Nowa Zelandia

Podobnie w Nowej Zelandii sygnały słabnięcia ożywienia, choć przy powoli rosnącej inflacji, podnoszą zainteresowanie przed decyzją RBNZ (śr). Podkreślenie obaw o tempo ożywienia i/lub czynniki zewnętrzne będzie gołębie. Jeśli dodatkowo w prognozowanej ścieżce stopy procentowej podwyżka zostanie wypchnięta w przyszłość, NZD będzie tracił.

Kanada

W Kanadzie kluczową publikacją będzie raport z rynku pracy (pt). Dane z rynku pracy pozostają silne, a czerwcowy wzrost stopy bezrobocia z powrotem do 6 proc. wziął się z powrotu bezrobotnych do aktywnego poszukiwania pracy, co jest dobrym sygnałem. Jeśli lipcowe dane wskażą na mocny wzrost zatrudnienia przy utrzymaniu względnie wysokiej dynamiki płac (3,5 proc.), będzie eto podsycając spekulacje o przybliżeniu terminu podwyżki stóp procentowych z grudnia na wrzesień. To pomogłoby ugruntować pozycje CAD jako waluty o silnym zapleczu restrykcyjnej polityki monetarnej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Specustawa Mieszkaniowa: Czy naprawdę będzie szybciej?

Maciej Krotoski Adwokat, Partner Kancelarii Krotoski
Maciej Krotoski – Adwokat, Partner Kancelarii Krotoski

Od dawna wyczekiwana specustawa mieszkaniowa w środę 1 sierpnia została podpisana przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę. Zdecydowana większość przepisów ustawy zacznie obowiązywać po upływie 14 dni od publikacji tekstu w Dzienniku Ustaw. Jakie naprawdę zmiany czekają inwestorów i deweloperów budownictwa mieszkaniowego – komentarza udziela adwokat Maciej Krotoski.

Ustawa obowiązuje do 2028 r.

Nowe przepisy, zgodnie z założeniem, obowiązywać mają przez okres 10 lat. Co istotne,
z dobrodziejstw Specustawy skorzystać mogą nie tylko podmioty publiczne, ale również prywatne.

Celem wprowadzenia nowych przepisów jest skrócenie czasu przygotowania i realizacji inwestycji z dotychczasowych ok. 5 lat do roku oraz wzrost liczby budowanych osiedli mieszkaniowych. W założeniu ma to pozwolić rządowi zrealizować Narodowy Program Mieszkaniowy i projekt Mieszkanie Plus poprzez doprowadzenie do powstania 2,5 miliona nowych mieszkań do 2030 r.

Dlaczego mieszkań buduje się mniej niż wynika to z potrzeby rynku?

Odpowiedzią jest ograniczona liczba gruntów przeznaczonych w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego pod budownictwo mieszkaniowe, zwłaszcza na terenach gmin miejskich. W tej chwili, podmiot, który planuje zrealizować inwestycję na obszarze o odmiennym przeznaczeniu przejść musi długą i żmudną procedurę zmiany miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Nie ma przy tym gwarancji, iż na jego wniosek właściwa rada gminy w ogóle podejmie w tym przedmiocie uchwałę, ponieważ wniosek inwestora w żaden sposób nie jest dla organów wiążący.

Procedura lokalizacji inwestycji

Sztandarowym założeniem Specustawy mieszkaniowej, mającym na celu rozwiązanie niniejszego problemu jest wprowadzenie procedury ustalenia lokalizacji inwestycji. Postępowanie w tym zakresie różni się od procedury uchwalenia lub zmiany planu zagospodarowania przestrzennego przede wszystkim tym, że większość obowiązków, polegających na sporządzeniu projektów, ustaleń i analiz, obciążających dotychczas finansowo i organizacyjnie radę gminy została przerzucona na inwestora. Wiąże się to oczywiście ze wzrostem kosztów ponoszonych przez tego ostatniego, ale również ze znacznym przyspieszeniem realizacji wymienionych czynności i tym samym ograniczeniem kosztów po stronie gminy.

Składany przez inwestora wniosek, zawierający odpowiednią dokumentację, przekazywany jest ostatecznie radzie gminy, która w tym przypadku musi terminie 60 dni w formie uchwały orzec o ustaleniu bądź odmowie ustalenia lokalizacji inwestycji.

Kontrowersje wokół Specustawy

Zapisem, który budzi w Specustawie największe kontrowersje jest ten, który stanowi, iż powyższa uchwała o ustaleniu lokalizacji inwestycji może zostać podjęta pomimo niezgodności zamiaru inwestycyjnego z zapisami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Jednakże, mimo wszystko co do zasady inwestycja nie może stać w sprzeczności z treścią studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego.

Pojawiły się zarzuty, iż ukrytym celem specustawy ma być nie obniżenie cen mieszkań i wzrost ich dostępności, jak to wskazuje treść uzasadnienia projektu, a maksymalizacja zysków deweloperów
i ułatwienie im lokalizacji inwestycji w dowolnie wybranych miejscach, co z kolei miałoby doprowadzić do chaosu w zagospodarowaniu przestrzennym.

Pozostają nadto wątpliwości co do tego, czy przyznany Radzie Gminy szeroki luz decyzyjny w kwestii możliwości wyrażenia zgody na realizację inwestycji lub jej odmowę nie doprowadzi do zachowań korupcyjnych.

A konstytucyjność?

Pojawiają się również poniekąd słuszne głosy, iż proponowane rozwiązanie jest niekonstytucyjne, gdyż godzi w hierarchię źródeł prawa. Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego jest bowiem powszechnie obowiązującym aktem prawa miejscowego, odstępstwa od niego powinny być zatem dokonywane co najmniej aktem równorzędnym, nie zaś uchwałą podejmowaną w sprawie indywidualnej.

Na tę chwilę trudno ocenić jak nowe regulacje sprawdzać będą się w praktyce. Zależy to bowiem od podejścia organów samorządowych do kwestii związanych z realizacją inwestycji na terenach przewidzianych na inne cele. Ostateczna decyzja w tym zakresie należy bowiem każdorazowo do właściwej rady gminy.

Opłata 2000 zł za interpretację od skarbówki nie na kieszeń przedsiębiorców

Od prawie trzech lat przedsiębiorcy czekają na nową Ordynację Podatkową –  akt prawny, którego jednym z głównych celów jest ochrona praw podatnika w relacjach z organami podatkowymi.

Proponowana opłata za interpretację w skomplikowanej sprawie w wysokości 2000 zł przeczy dobrym intencjom resortu finansów i utrudni firmom dostęp do interpretacji przepisów.

W ocenie Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan prawo podatkowe jest i z pewnością będzie jeszcze bardziej skomplikowane i niezrozumiałe. Ustawy o VAT, CIT czy PIT nowelizowane są kilka razy w roku, a ich stosowanie wymaga wydawania przez administrację skarbową dziesiątek tysięcy interpretacji indywidualnych. Indeks Opinii Biznesu, prowadzony przez Konfederację Lewiatan, wskazuje, że 93% procent przedsiębiorców identyfikuje niejasne przepisy podatkowe jako barierę w prowadzeniu działalności gospodarczej.

W tej sytuacji najważniejsza z punktu widzenia podatnika jest możliwość potwierdzenia w Krajowej Informacji Skarbowej poprawności swojego rozliczenia. Wg zapowiedzi resortu finansów, to właśnie w założeniu miałaby umożliwić i zagwarantować nowa OP.

Niestety, z praktyką może być znaczenie gorzej. Choć projekt nowej OP przewiduje możliwość występowania do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej prawa podatkowego, to dostępność tego narzędzia będzie istotnie ograniczona ze względu na wysokość opłaty za jej wydanie. Dzisiaj opłata wynosi 40 zł i to niezależnie od tego, czy pytanie i stan faktyczny opisany we wniosku są skomplikowany, czy nie. Po zmianach, w sprawach skomplikowanych opłata wynosić ma 2000 zł za każdy opisany stan faktyczny.

Praktyka pokazuje, że możliwość odmawiania wydawania interpretacji indywidualnych (np. z uwagi na przepisy o klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania) są bardzo chętnie wykorzystywane przez Dyrektora KIS. Podobnie będzie w przypadku stosowania bardzo wysokiej opłaty za interpretacje. Stany faktyczne i zdarzenia, o które pytają podatnicy, są co do zasady skomplikowane, bo łatwe pytania nie wymagają wyjaśnień skarbówki, więc w praktyce opłata za wydanie interpretacji prawie zawsze wynosić będzie 2000 zł, a w przypadku kilku pytań i stanów faktycznych, wielokrotność tej kwoty!

Spowoduje to marginalizację najważniejszego i najlepiej ocenianego narzędzia służącego  zabezpieczeniu się podatników przed ryzykiem podatkowych, a co za tym idzie, pogorszenie w miejsce zapowiadanej poprawy sytuacji podatników.

Przemysław Pruszyński, Konfederacja Lewiatan

Dzisiejsza wypowiedź prezesa BoE uderza w kurs funta

Wzrost obaw w związku z wojną handlową oraz zmieniające się przeświadczenie rynku, o tym, iż to Stany Zjednoczone będą „wygranymi” w potyczce z Chinami wspierają dolara amerykańskiego, aktywa bezpiecznych przystani i szkodzą tym ryzykownym.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,26-4,28. Euro w czwartek zyskiwało w parze ze złotym i funtem brytyjskim, charakteryzowało się jednak wyraźną słabością w relacji do dolara amerykańskiego, przede wszystkim z uwagi na siłę tego ostatniego. Kurs EUR/USD pod koniec dnia przebił od góry psychologiczny poziom 1,16, w dniu dzisiejszym również kontynuuje rajd w dół. Obecnie dolar w relacji do euro jest najdroższy od ponad miesiąca.

Wczorajsze dane o czerwcowej inflacji PPI w strefie euro były minimalnie lepsze od oczekiwań. Indeks wzrósł z poziomu 3% w maju do 3,6% r/r w czerwcu. Inflacja producentów w strefie euro jest obecnie najwyższa od kwietnia ubiegłego roku, a trend pozostaje wyraźnie wzrostowy, sugerując poprawę ogólnego otoczenia cenowego we wspólnym bloku.

Dzisiejsze rewizje indeksów PMI dla usług strefy euro w lipcu nie przyniosły większych zaskoczeń. Indeks dla krajów bloku został zrewidowany lekko w dół z poziomu 54,4 do 54,2. Wskaźniki PMI w strefie euro pozostają na obniżonych poziomach i wskazują na wytracanie tempa ekspansji gospodarczej również na początku trzeciego kwartału br. Istotniejsze od rewizji odczytów PMI dane o sprzedaży detalicznej, zaskoczyły negatywnie, dopełniając obrazu spowalniającej ekspansji (dotyczą one jednak końcówki drugiego kwartału, a nie początku kolejnego). Dynamika sprzedaży detalicznej w strefie euro w czerwcu wyniosła 1,2% w ujęciu rocznym, co jest najsłabszym odczytem w bieżącym roku. Nieco w górę zrewidowane zostały dane z poprzedniego miesiąca (z 1,4% do 1,6%), ogólny wydźwięk publikacji pozostaje jednak negatywny.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,79-4,83. Wczorajsze lekkie umocnienie brytyjskiej waluty w parze ze złotym było związane jedynie ze słabością tego ostatniego. W relacji do głównych walut funt zakończył wczorajszy dzień osłabieniem.

Brytyjskiej walucie wczoraj zaszkodził przede wszystkim Bank Anglii, który wprawdzie podniósł stopy procentowe, a nawet – ku zaskoczeniu rynków – podjął tę decyzję jednogłośnie, ostatecznie jednak ostudził nastroje względem przyszłych działań. W trakcie konferencji prasowej prezes BoE, Mark Carney kilkukrotnie wspominał o ryzykach, poświęcając szczególną uwagę Brexitowi, który pozostanie jednym z kluczowych czynników determinujących wysokość stóp procentowych w przyszłości, wspominał również o obawach związanych z wojną handlową. Największy wpływ na inwestorów miały jednak prawdopodobnie jego słowa dotyczące perspektyw zmian stóp procentowych w przyszłości. Carney bowiem stwierdził, iż polityka [monetarna] powinna „iść, a nie biec”, co może sugerować, że jest on zwolennikiem łagodnego podnoszenia stóp procentowych w przyszłości. Dodatkowo, wczorajsza decyzja Banku nie przez wszystkich odbierana jest jako właściwa – w obliczu łagodniejszego wzrostu i niższej inflacji Bank nie był zmuszony do podnoszenia stóp na tym etapie.

W kontekście spotkania BoE warto wspomnieć również o nowych projekcjach Banku. Aktualizacja prognoz inflacji i wzrostu gospodarczego przez Bank była wprawdzie pozytywna, jednak jej skala była tak minimalna, iż rynki nie przywiązały do niej większej wagi.

Wczorajszy dzień przyniósł jednak jedno pozytywne zaskoczenie w postaci bardzo dobrych danych płynących z brytyjskiej budowlanki – aktywność w sektorze, mierzona indeksem PMI wzrosła z poziomu 53,1 w czerwcu do 55,8 w lipcu, podczas gdy konsensus zakładał, że dojdzie do lekkiego spadku wskaźnika. Dane jednak nie wystarczyły, żeby pomóc brytyjskiej walucie, rynek niespecjalnie przejął się odczytami z uwagi na umiarkowane znaczenie sektora dla brytyjskiej gospodarki.

Dziś funt brytyjski również traci. W brytyjską walutę ponownie uderzył prezes Banku Anglii, który na antenie radia BBC stwierdził, iż ryzyko Brexitu bez porozumienia z UE (no-deal Brexit) jest “niekomfortowo wysokie”. W konsekwencji słów Kanadyjczyka brytyjska waluta straciła 0,2% w relacji do koszyka walut.

Dalej nie było lepiej – dzisiejsza publikacja bodajże najistotniejszego wskaźnika opisującego bieżącą sytuację gospodarczą w Zjednoczonym Królestwie, czyli indeksu aktywności w sektorze usług mocno rozczarowała. Wskaźnik spadł z poziomu 55,1 do 53,5 sugerując wyhamowanie ekspansji sektora w początkach trzeciego kwartału.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,9%, wahając się w widełkach 3,65-3,69. Amerykańska waluta w czwartek doświadczyła istotnego umocnienia w relacji do większości walut. Dolara amerykańskiego wspierały informacje o zaognieniu konfliktu handlowego – w ostatnich dniach potwierdziły się doniesienia o tym, że USA planują zwiększyć z 10 do 25% stawkę celną, którą mają zostać objęte chińskie towary o wartości 200 mld USD, ostatecznie otrzymaliśmy również odpowiedź Chin. Państwo Środka określiło amerykańskie działania jako próbę szantażu i zapowiedziało odpowiedź, jeśli cła wejdą w życie. Obecnie jednak wygląda na to, że zmienia się postrzeganie tego konfliktu przez rynek. Coraz więcej obserwatorów sądzi, iż wojna handlowa może zaszkodzić Chinom bardziej niż Stanom Zjednoczonym. Fakt, iż mają one więcej do stracenia, może sprawdzić, że Chińczycy powrócą do stołu negocjacyjnego – na to liczą Amerykanie.

Wczorajsze, cotygodniowe dane z amerykańskiego rynku pracy były minimalnie lepsze od oczekiwań. W ujęciu ogólnym nie wnoszą one zbyt dużo, potwierdzają jedynie siłę amerykańskiego rynku pracy.

Dziś uwagę inwestorów przykują bardzo istotne dane NFP. Zgodnie z oczekiwaniami względem raportu, kreacja nowych miejsc pracy i dynamika płac pozostaną na wysokich poziomach, bezrobocie z kolei ma nieco się obniżyć po ostatnim wzroście. Po publikacji z rynku pracy poznamy dodatkowo dane PMI/ISM dla usług w USA w lipcu, jednak będą one miały drugorzędne znaczenie.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – raport NFP z amerykańskiego rynku pracy w lipcu
  • 15:45 – dane PMI dla sektora usług USA w lipcu
  • 16:00 – dane ISM dla sektora usług USA w lipcu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Bitcoin i inne kryptowaluty przez rok bez PCC

19 czerwca 2018 r. Minister Finansów przedłożył projekt rozporządzenia w sprawie zaniechania poboru podatku od czynności cywilnoprawnych od umowy sprzedaży lub zamiany waluty wirtualnej. Podatkowa abolicja dla tysięcy, a nawet milionów kryptowalutowych transakcji ma potrwać od 13 lipca 2018 r. do 30 czerwca 2019 r.

W wyroku z 6 marca 2018 r. Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że: „Dla celów podatkowych przychód ze sprzedaży waluty bitcoin stanowi przychód z praw majątkowych, o których mowa w art. 18 ustawy z 26.07.1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (tj. Dz.U. z 2018 r. poz. 200) opodatkowany według skali podatkowej, zgodnie z art. 27 ust. 1 PDOFizU” (II FSK 488/16)”. Zgodnie z art. 7 ust. 1 pkt 1b oraz pkt 2b ustawy o PCC (Dz.U. 2000 nr 86 poz. 959 z późn. zm.) z tytułu umowy sprzedaży lub zamiany innych praw majątkowych, trzeba zapłacić 1% podatku od czynności cywilnoprawnych.

Wartość rynkowa podstawą opodatkowania

Uzasadnione wyrokiem NSA uznanie obrotu bitcoinem za obrót prawem majątkowym okazało się całkowicie oderwane od natury tego typu transakcji. Uczestnik i gracz kryptowalutowej giełdy potrafi w jeden dzień dokonać kilkadziesiąt, a przy użyciu transakcyjnych botów nawet kilkaset takich obrotów. Chcąc dopełnić wymogów prawnych na potrzeby podatku od czynności cywilnoprawnych, musiałby złożyć deklarację podatkową dla każdej z nich. Oznacza to nie tylko konieczność wypełnienia kilku tysięcy stron formularzy deklaracji każdego miesiąca, ale przede wszystkim zapłatę 1% podatku od pojedynczej, poszczególnej transakcji. Ponieważ w przypadku PCC podstawy opodatkowania nie stanowi dochód, a zgodnie z art. 6 ust. 1 pkt 1 i 2 ustawy o PCC wartość rynkowa rzeczy lub prawa majątkowego będącego przedmiotem transakcji, oznaczałoby to dla podatnika konieczność ponoszenia kosztów wielokrotnie przewyższających zainwestowane przez niego środki.

Podatek wielokrotnie przewyższający zainwestowane środki

Zakładając więc, że podatnik inwestujący w zakup bitcoina 10 000 zł, dokonał z jego udziałem 10 transakcji dziennie, byłby wówczas zobowiązany do zapłaty 1 000 zł podatku PCC. W skali miesiąca nawet gdyby 30-dniowy obrót zamknął stratą w wysokości np. 1 zł, i tak musiałby odprowadzić daninę w wysokości 15 000 zł (przy założeniu, że w połowie z 300 dokonanych transakcji był stroną kupującą). Ten tragiczny w skutkach – z punktu widzenia majątku podmiotów obracających kryptowalutą – sposób opodatkowania został, pod naciskiem samych zainteresowanych, dostrzeżony przez Ministerstwo Finansów, które 18 maja 2018 r. opublikowało w tej sprawie komunikat:

„W konsekwencji przyjęcia takiej wykładni, w przypadku gdy obrót walutą wirtualną dokonywany jest na podstawie umowy sprzedaży lub zamiany, staje się przedmiotem podatku od czynności cywilnoprawnych. Uwzględniając specyfikę handlu walutami wirtualnymi, który sprowadza się do obracania tymi prawami majątkowymi przez ich zakup, sprzedaż i wymianę, a zatem wielokrotnego zawierania umów sprzedaży i zamiany, po stronie podmiotu dokonującego obrotu walutą wirtualną, powstać może obowiązek zapłaty podatku w wysokości niejednokrotnie przewyższającej zainwestowane środki”.

Kryptowaluty przez rok bez PCC

W miesiąc po publikacji komunikatu, na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się projekt „Rozporządzenia Ministra Finansów w sprawie zaniechania poboru podatku od czynności cywilnoprawnych od umowy sprzedaży lub zamiany waluty wirtualnej” z 14 czerwca 2018 r. Na jego podstawie od zaplanowanego na 13 lipca 2018 r. wejścia w życie rozporządzenia do dnia 30 czerwca 2019 r. pobór PCC od podatników dokonujących nabycia lub zamiany kryptowaluty ma zostać zaniechany.

Termin wejścia w życie rozporządzenia ma być zbieżny z dniem wejścia w życie przepisów ustawy z dnia 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, ze względu na fakt, że to w niej, w art. 2 ust. 2 pkt 26 zostało zdefiniowane pojęcie waluty wirtualnej (Dz.U. 2018, poz. 723).

Co z nabyciem bitcoina przed 13 lipca?

Pismem z dnia 26 czerwca 2018 r., Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii zwróciło się do MF o rozszerzenie katalogu podmiotów mogących skorzystać z instytucji zaniechania poboru PCC, również o tych, którzy nabyli kryptowalutę przed 13 lipca 2018 r. MPiT uzasadnia, że wielu z nich, dokonując transakcji, nie miało świadomości na temat związanych z nimi, ciążących obowiązków podatkowych.

Objęcie większego kręgu podmiotów abolicją podatkową odnajduje podstawy również w samym uzasadnieniu do projektu rozporządzenia. Zawarto w nim bowiem, że: „(…) stosowanie ścisłej wykładni przepisów ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych może skutkować nałożeniem na podatników obowiązków niemożliwych do wykonania, prowadzących w wielu przypadkach do konfiskaty majątku, a tym samym naruszeniem konstytucyjnej zasady dotyczącej prawa do ochrony własności”.

Problem pozostaje

Projektodawcy rozporządzenia zapewniają, że okres do 30 czerwca 2019 r. jest wystarczający do przygotowania właściwych rozwiązań, odpowiednio normujących i dostosowanych do tej sfery obrotu gospodarczego w kontekście podatkowym. Nie należy też zapomnieć, że i tak czasowo rozwiązuje tylko kwestię dotyczącą nabycia walut wirtualnych, dokonanych nie w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy wciąż nie wiedzą, jak zostaną potraktowani przez fiskusa z tytułu obrotu kryptowalutą.

4 kwietnia 2018 r. MF opublikowało informację na temat skutków podatkowych obrotu kryptowalutami w PIT, VAT i PCC. Przychody z obrotu krytpowalutą mogą być zakwalifikowane do źródła przychodów z tytułu praw majątkowych lub pozarolniczej działalności gospodarczej, jeżeli kryptowaluta jest przedmiotem obrotu w ramach działalności. Przychód ze sprzedaży bitcoina, jak orzekł w przywołanym na wstępie wyroku NSA (II FSK 488/16), traktowany jest, jako przychód z praw majątkowych i jako taki przypisany do rozliczenia osobom fizycznym. Jeśli jednak obrót kryptowalutą będzie wykonywany zarobkowo, w sposób zorganizowany i ciągły, zgodnie z art. 5a pkt 6 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991, nr 80, poz. 350 z późn. zm.), wówczas osiągnięty z tego tytułu przychód zakwalifikowany zostanie jako uzyskany z działalności gospodarczej. Oznacza to, że kryptowalutowe obowiązki podatkowe mogą wówczas poważnie uszczuplić majątek przedsiębiorców lub doprowadzić do jego całkowitej utraty.

Potwierdzenie przelewu nie dokumentuje kosztu nabycia

Przedsiębiorcy mogą rozliczać swoje dochody w skali podatkowej wg generalnych stawek 18% i 32% (art. 27 ust. 1 ustawy o PIT) lub ryczałtowo, 19% podatkiem liniowym (art. 30a ust. 1). Dochód to przychód pomniejszony o koszt jego uzyskania. Naturą kryptowalutowych transakcji jest ich zakup i sprzedaż z niewielką marżą. Przedsiębiorcy dokonują więc wielu transakcji, by w ostatecznym rozrachunku, sumując wielokrotny obrót, zapewnić swojej działalności rentowność, czasem ponosząc też stratę. Powinni więc opodatkować stawką 19%, 18% lub 32% osiągnięte przychody lub wykazać straty, ujawniając wyższe koszty zakupu. I tu powstaje problem.

Natura obrotu kryptowalutą, dokonywaną choćby za pośrednictwem automatycznych botów transakcyjnych, sprawia, że jej zakup jest dokumentowany przede wszystkim zapisem dokonanych w tym celu przelewów bankowych. Natomiast zdaniem organów podatkowych: „(…) w oparciu o przepisy rozporządzenia w sprawie prowadzenia podatkowej księgi przychodów i rozchodów brak jest podstaw do zaksięgowania w podatkowej księdze przychodów i rozchodów poniesionego przez Wnioskodawcę wydatku na zakup kryptowaluty, w kosztach uzyskania przychodów, na podstawie potwierdzenia przelewów bankowych, bowiem ww. rozporządzenie nie przewiduje takiego dokumentu jako dowodu księgowego” (interpretacja indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej 0113-KDIPT2-1.4011.518.2017.1.AP z 23.01.2018 r.).

Śladem przytoczonego powyżej przykładu zakupu bitcoina o wartości 10 000 zł i dokonaniu z jego wykorzystaniem 300 transakcji w miesiącu, z których 150 stanowiłoby jego zakup, a 150 sprzedaż, przedsiębiorca rozliczający się podatkiem liniowym, nie mogąc zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów zakupu kryptowalut, będzie musiał odprowadzić 285 000 zł podatku dochodowego. Rozliczający się wg skali podatkowej – jeszcze więcej.

Prawo nie nadąża

W uzasadnieniu projektu rozporządzenia przyznano: „Zachodzące zmiany gospodarcze powodują powstawanie nowych zjawisk, w ślad za którymi, w wyjątkowych przypadkach, nie nadążają zmiany w prawie podatkowym. Jedno z takich zjawisk stanowią waluty wirtualne i obrót nimi”. Niepewni swej sytuacji przedsiębiorcy, gracze kryptowalutowych rynków, muszą mieć nadzieję, że prawo jednak nadąży i uchroni ich przed wspomnianą konfiskatą majątku. Tym, którym nie starczy wiary, pozostaje szukać innej rezydencji podatkowej, będącej w stanie taką ochronę zapewnić.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Czeskie stopy w górę. Zmiana na podium giełd

Narodowy Bank Czech podniósł po raz kolejny stopy procentowe. Dane z USA nie zachwyciły, ale i tak umocniły dolara. Po ostatnich spadkach japońska giełda znów większa od chińskiej.

Czesi podnoszą stopy procentowe

Czeski Bank Narodowy zgodnie z oczekiwaniami podniósł wczoraj stopy procentowe. W rezultacie główna stopa znajduje się na poziomie 1,25%. Jak to często bywa gdy decyzja jest zgodna nie ma ona wpływu większego na rynek. Po podwyżce czeska stopa znajduje się tylko 0,25% poniżej głównej stopy w Polsce. Wielu analityków zastanawia się dlaczego Czesi podnoszą stopy procentowe a Polacy nie. Powodem jest lepsza kondycja gospodarki. Podczas gdy inflacja w Polsce wciąż nie może stabilnie osiągnąć poziomu 2% w Czechach przez niemal cały ostatni rok znajdowała się powyżej tej granicy. Warto też zwrócić uwagę, że Czechy są mniej zadłużonym krajem. Relacja długu publicznego do PKB została zduszona z 45% w najgorszym momencie kryzysu poniżej 35% obecnie. Polska z kolei wciąż jest zadłużona powyżej 50% PKB. Warto również zwrócić uwagę, że Czesi uchodzą za znacznie solidniejszy dłużników i już teraz płacą niemal punkt procentowy mniej kosztów obsługi zadłużenia.

Słabsze dane ze Stanów

Zamówienia na dobra okazały się słabsze niż oczekiwali analitycy. Zarówno wersja na dobra trwałego użytku jak i ta bez środków transportu okazały się o 0,2% słabsze od oczekiwań. Zgodnie z przewidywaniami wypadły za to dane z rynku pracy. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosło 218 tysięcy. Co ciekawe inwestorzy musieli mieć inny pogląd na te dane niż analitycy tworzący prognozy. Po samych danych dolar bowiem umacniał się zamiast osłabiać jak to często ma miejsce po słabszych danych.

Zmiana na podium

Japońska giełda po czterech latach wraca na miejsce drugiej największej na świecie. Zdarzenie to nie ma na razie większego wpływu, ale jest kolejnym symbolem słabości Chin. Państwo Środka traci głównie na wojnie handlowej z USA. Wiele wycen było tam opartych na perspektywach rozwoju za ocean. Teraz są one urealnione. Warto zwrócić uwagę, że fundamentalnie kraj ten nie ma jeszcze poważniejszych problemów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy,
  • 14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego,
  • 16:00 – USA – raport ISM dla usług.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Grupa MOL podnosi prognozę wyników na 2018 r.

  • Oczyszczony wynik CCS EBITDA Grupy MOL za pierwszą połowę 2018 r. wyniósł 1,3 mld USD, podobnie jak przed rokiem
  • Wyniki segmentów upstream oraz usług konsumenckich wyrównały niższy wkład segmentu downstream
  • Zysk netto Grupy wyniósł 512 mln USD

Grupa MOL ogłosiła dzisiaj wyniki finansowe za pierwszą połowę 2018 r. Wynik EBITDA utrzymał się na wysokim, zeszłorocznym poziomie 1,3 mld USD, w związku z czym firma podniosła prognozę na cały rok do 2,4 mld USD, wobec poprzedniej prognozy na poziomie ok. 2,2 mld USD.

Wynik EBITDA w segmencie upstream zwiększył się o 37% wobec pierwszej połowy 2017 r., osiągając poziom 612 mln USD (159,4 mld HUF), m.in. dzięki rosnącym cenom ropy naftowej i gazu. Średnia dzienna produkcja węglowodorów była zbliżona do zeszłorocznej i wyniosła 110 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej dziennie (boepd). Niższy poziom produkcji na Węgrzech, w Chorwacji i w Rosji został zrównoważony zwiększoną produkcją w Wielkiej Brytanii. W maju, złoże Catcher na Morzu Północnym osiągnęło stały poziom produkcji na poziomie 60 tys. boepd (produkcja całkowita), w związku z rozpoczęciem eksportu gazu (MOL posiada 20% udziałów w wydobyciu ze złoża Catcher).

Oczyszczony wynik CCS EBITDA w segmencie downstream osiągnął poziom 492 mln USD (128,4 mld HUF), o 24% mniej niż w bardzo dobrej pierwszej połowie roku ubiegłego. Spadek ten był związany głównie z niekorzystym dla sektora rozwojem makroekonomicznych czynników zewnętrznych. Zintegrowana marża na produktach petrochemicznych spadła o ponad 150 EUR na tonę, a marża na produktach rafineryjnych była niższa o 1,1 USD na baryłce. Dobra efektywność wewnętrzna, szczególnie w zakresie produktów petrochemicznych, była w stanie tylko częściowo zrównoważyć niższą marżowość.

Segment usług konsumenckich po raz kolejny przyniósł rekordowe wyniki, osiągając 192 mln USD EBITDA (50,2 mld HUF), co oznacza wzrost o 28% r/r. Wpływ na to miały m.in. rosnące marże na ofercie pozapaliwowej, a także rosnący popyt na paliwa w Europie Środkowo-Wschodniej. Oferta pozapaliwowa odpowiada już za 27% całkowitej marży segmentu (24% rok wcześniej) i rośnie w tempie wyższym, niż marża na paliwach.

Segment gazowy z kolei przyniósł Grupie 116 mln EBITDA (29,8 mld HUF), czyli o 8% więcej, niż w pierwszej połowie ub.r.

Zsolt Hernádi
Zsolt Hernádi

Prezes i CEO Grupy MOL Zsolt Hernádi skomentował wyniki następująco: „Ponownie udowadniamy odporność naszego zintegrowanego modelu biznesowego na czynniki zewnętrzne, ogłaszając kolejną podwyżkę prognozy wyniku CCS EBITDA do 2,4 mld USD (wcześniej ok. 2,2 mld USD). Grupa MOL osiągnęła bardzo dobre wyniki za pierwszą połowę 2018 r. i utrzymała wysoką rentowność na zeszłorocznym poziomie 1,3 mld EBITDA w warunkach rosnących cen ropy naftowej i spadających marż w segmencie downstream. Zrobiliśmy też znaczne postępy w realizacji naszej strategii transformacji do roku 2030.”

Wzrost cen w strefie euro ponownie nieco przyśpieszył

W tym tygodniu poznaliśmy wstępne wyniki dla inflacji w strefie euro. Inflacja wg zharmonizowanego wskaźnika cen konsumpcyjnych, wzrosła w czerwcu rokrocznie o 2,1%. Na wzrost i stopniowe przekroczenie celu inflacyjnego EBC miały wpływ przede wszystkim ceny energii, które są w rokrocznym porównaniu o 9,4% większe. Ceny żywności wzrosły z kolei o 2,5% r/r. Jest to kolejny sygnał potwierdzający przypuszczenia, że do podwyższenia stóp procentowych dojdzie w przyszłym roku, po zakończeniu tegorocznego programu QE. Ceny rosną również w Polsce. W lipcu zanotowano ich wzrost o 2% r/r. Na ten wynik również wpływ miały ceny energii, przede wszystkim paliwa, które w porównaniu rok do roku podrożało o 18,7%. Nadal jednak nie zostały osiągnięty cel inflacyjnych,
który ustalono na poziomie 2,5%. Zatem w najbliższej przyszłości nie spodziewamy podniesienia stóp procentowych w Polsce.

W tym tygodniu odbyły się posiedzenia kilku banków centralnych. W USA Fed nie podniósł stóp procentowych, ale zaznaczył, że dzięki pozytywnym perspektywom gospodarczym zaostrzenie polityki pieniężnej powinno być kontynuowane. Rynek oczekuje, że najbliższy wzrost amerykańskich stóp procentowych nastąpi we wrześniu.

Należy również wspomnieć o posiedzeniu Narodowego Banku Czeskiego. Ogłoszono na nim podniesienie podstawowej stopy procentowej do 1,25%. Można również oczekiwać, że w tym roku czeski bank centralny zdecyduje się jeszcze raz na taki krok.

Złoty w tym tygodniu ponownie się umocnił, a jego kurs w piątek rano był na poziomie 4,25 EUR/PLN. Eurodolar w tym czasie notowano w okolicach 1,16 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Raport VMware: firmy boją się ryzyka. Kupują to, co znają i tracą.

Przedsiębiorstwa przeznaczają coraz większe środki na nowe technologie. Jest tylko jeden szkopuł. Nie są skłonne do ryzyka, patrzą krótkoterminowo i na ogół wybierają rozwiązania, które są dobrze znane. Przez to wiele tracą. Takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych wspólnie przez firmę VMware i londyńską Cass Business School.

Raport Innovating in the Exponential Economy zwraca uwagę na rosnące w firmach rozbieżności między zapotrzebowaniem na nowe technologie, a ich efektywnym  wykorzystaniem oraz wpisywaniem w kulturę całej organizacji. Badacze z Cass Business School zwrócili uwagę, że firmy szukają przede wszystkim rozwiązań dających szybki zysk, zaniedbując przy tym podejście strategiczne, pozwalające na uzyskanie większych korzyści w dłuższej perspektywie czasowej. Co więcej, biznesowi nadal brakuje skłonności do ryzyka, a przedsiębiorcy niechętnie eksperymentują z technologiami.

Cyfrowa transformacja to nie tylko narzędzia. To całkowita zmiana modelu biznesowego, kultury organizacyjnej, procesów tworzenia i dostarczania nowych produktów oraz usług. To także zupełnie nowe podejście do mierzenia efektów biznesowych, ponieważ przyszłości nie da się już tak łatwo przewidzieć, jak kiedyś. Zmiany zachodzą tak szybko, że innowacyjne rozwiązania mogą przestać być takimi, jeszcze zanim firma oceni przydatność ich wdrożenia – komentuje wyniki profesfor Feng Li, autor raportu i dyrektor Wydziału Technologii i Zarządzania Innowacjami w Cass Busines School w Londynie.

Ujarzmiając nieuniknione

Według badań McKinsey’a obecnie 40 proc. firm jest ucyfrowionych. Wskaźnik digitalizacji będzie więc rósł, jednak wcale nie musi to oznaczać, że dzięki inwestycjom w technologie  firmy uzyskają wymierne korzyści. Do tej pory model wdrażania innowacji oparty był na ciągłym analizowaniu czy dane wdrożenie przyniesie z góry oczekiwane rezultaty. Niestety współczesny rynek jest coraz mniej przewidywalny, potrzeby konsumentów zmieniają się z dnia na dzień, a technologie takie jak AI, IoT czy cloud ewoluują w bardzo szybkim tempie. W efekcie trafna ocena czy dana technologia okaże się w danej firmie sukcesem, czy porażką, staje się wręcz niemożliwa.

Według badaczy  z Cass Business School, firmy nie mogą bezczynnie czekać na rynkową ocenę skuteczności danych technologii, tylko same muszą inspirować zmiany. Zarządzanie innowacjami musi opierać się nie tylko na chłodnej kalkulacji, ale także na improwizacji i gotowości do eksperymentowania.

Każdy nowoczesny biznes potrzebuje planu, to oczywiste. Sztywne trzymanie się go z góry jednak skazuje nas na porażkę.  Przetrwanie wielu firm zależy głównie od wiedzy na temat gwałtowanie zachodzących w ich otoczeniu rynkowym zmian i umiejętności wdrażania innowacji, jako odpowiedzi na te zmiany – komentuje wyniki Joe Baguley, Chief Technology Officer, VMware EMEA.

Porażki, które budują sukces

Cass Business School i VMware podkreślają w swoim badaniu, że ryzyko porażki we wdrażaniu nowych technologii jest nieuniknione. Jednocześnie mierzenie jedynie finansowego bilansu zysków i strat z wprowadzenia nowej technologii może być sporym ograniczeniem dla rozwoju firmy. Metody, jakie firmy wykorzystują do analizy korzyści muszą zmieniać się razem z ewolucją firmowej strategii. Tylko wtedy przedsiębiorstwo ma gwarancję, że nowe pomysły nie zostaną pominięte w przyszłości.

Osiągnięcie ponadprzeciętnych korzyści biznesowych wymaga innowacyjnego myślenia i refleksu, czyli umiejętności szybkiego przekształcania nowych pomysłów w działanie. Jest to jednak możliwe tylko w firmie opartej na kulturze innowacji, w której ludzie kreują nowe rozwiązania, a następnie je wdrażają. Nowe technologie są tylko narzędziem do osiągnięcia sukcesu. Dzięki nim dostarcza się systemy, aplikacje i środowiska pracy, które umożliwiają szybsze projektowanie, testowanie i wdrażanie kolejnych innowacji – twierdzi Joe Baguley z VMware.

Najnowszy raport dla VMware opracował profesor Feng Li z Uniwersytetu w Londynie i dyrektor Wydziału Technologii i Zarządzania Innowacjami w Cass Busines School. Wnioski oparte zostały na wynikach badań, jakie Feng Li prowadził w instytucjach prywatnych i publicznych w ciągu ostatnich 10 lat. Zostały one uzupełnione najnowszymi danymi  rynkowymi, które VMware udostępniły m.in. firma Amadeus, dostarczająca rozwiązania IT dla firm z branży turystycznej oraz firma analityczno-badawcza IHS Markit.

SYNERGA.fund S.A. ma porozumienie inwestycyjne z Gas And Energy Trading

SYNERGA.fund S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, podpisała porozumienie inwestycyjne ze spółką Gas And Energy Trading Sp. z o.o. (GET), działającą na rynku obrotu energią elektryczną, paliwami gazowymi i prawami majątkowymi. Oba podmioty rozważają przejęcie 100% GET przez Synerga.fund S.A.

Zgodnie z podpisanym przez spółki porozumieniem inwestycyjnym rozważają one przejęcie przez SYNERGA.fund S.A. spółki Gas And Energy Trading Sp. z o.o. pod warunkiem, że wartość jej wyceny sporządzonej przez biegłego rewidenta będzie nie mniejsza niż 50 mln zł. Szczegółowe zasady i warunki współpracy zostaną określone w porozumieniu o podstawowych warunkach transakcji (Term Sheet) do 31.08.2018 r. Zdaniem Zarządu SYNERGA.fund S.A. zawarte porozumienie jest zgodne z przyjętą strategią rozwoju i będzie miało istotny wpływ na dalszy rozwój Spółki.

Spółka GET rozpoczęła proces realizacji projektu Certigy Chain, który opiera się na technologii blockchain i zamiarze „tokenizacji” rynku handlu energii elektrycznej i gazu. Projekt przewiduje stworzenie platformy obrotu energią oraz gazem wraz z przypisanymi cyfrowymi certyfikatami pochodzenia energii (bio, węgiel, atom, itp.), klastra energetycznego oraz funduszu akceleracyjnego.

„W SYNERGA.fund mamy kompetencje, żeby zbudować projekt blockchainowy, który działa w świecie tradycyjnym. Łączenie tych światów ma zagwarantować projekt Certigy Chain, który rozwija Spółka GET, a który stanie się częścią SYNERGA.fund w przypadku przejęcia. Zespół GET ma kompetencje w zakresie sprzedaży energii elektrycznej oraz gazu i właśnie w tym segmencie projekt blockchainowy Certigy Chain plasuje się jako rozwiązanie systemowe i zdecentralizowane do zarządzania handlem energią elektryczną i certyfikatami pochodzenia. Pozwala on na podejmowanie świadomych decyzji podczas zakupu energii oraz oddanie tych decyzji w ręce konsumentów. Jest to projekt o szerokim potencjale i wprowadza nowe możliwości w zakresie konsumpcji energii oraz gazu. W przypadku powodzenia tej transakcji, będziemy szukać kolejnych synergii z technologią blockchain i przekonywać rynek, że nasze kompetencje w tym zakresie pomogą tym firmom szybciej się rozwijać.” – wyjaśnia Bartosz Cywiński, Prezes Zarządu Spółki SYNERGA.fund S.A.

W marcu br. SYNERGA.fund S.A. przedstawiła nową strategię rozwoju na lata 2018-2020. Spółka planuje zbudować kompetencje, zespół oraz doświadczenie, które umożliwią jej zarówno tworzenie rozwiązań opartych o technologię blockchain, jak również prowadzenie działalności consultingowej oraz przeprowadzanie koinwestycji z siecią aniołów biznesu.

SYNERGA.fund S.A. to Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2011 r. Jej głównymi Akcjonariuszami są Prime2 S.A., posiadający akcje stanowiące 23,33% udziału w kapitale zakładowym i w ogólnej liczbie głosów na WZA oraz January Ciszewski posiadający wraz z notowaną na rynku NewConnect spółką JR HOLDING S.A. akcje stanowiące również 23,33% udziału w kapitale zakładowym i w ogólnej liczbie głosów na WZA.

Nie czas na ambitne strategie

Mamy wakacyjny okres, co oznacza niedobór tematów do handlu, niedobór osób do handlu lub brak przekonania do słuszności realizowanego handlu. Płynność jest poszukiwana, a inwestorzy albo trzymają się z boku, albo szukają sposobu, jak wykrzesać stopę zwrotu z tematu wojen handlowych. Kończy się to preferowaniem pewnych pozycji, a taką jest USD. Reszta inwestorów bierze urlop i korzysta ze słońca.

Żeby była jasność – dalej uważam, że wojny handlowe nie są pretekstem do rynkowej paniki. Gdyby dało się zepchnąć temat głębiej i uczepić ciekawszych spraw, to inwestorzy z pewnością by to zrobili. Problem w tym, że innych motywów do handlu nie ma. Bezsensowne jest konstruowanie czegoś na siłę – rynek finansowy opiera się na psychologii tłumu, czyli myśl przewodnia musi mieć sporą grupę ją popierającą, żeby wytworzyć siłę, która ruszy ceną. A co się stanie, gdy pomysł nie chwyci albo Ci, których udałoby się do niego przekonać, zamiast siedzieć w biurze są na plaży z rodziną? Efekt jest taki, że bezpiecznym rozwiązaniem jest trzymanie się gorących tematów (wojna handlowa USA-Chiny) i powiązanych inwestycji (mocny USD, słaby CNY, AUD, NZD). Na skali klimatu inwestycyjnego wskaźnik przesuwa się bliżej awersji do ryzyka, ale spadki indeksów akcji o mniej niż 1 proc. sugerują, że zaangażowanie w ucieczkę od ryzyka jest niskie. To nie są normalne warunki rynkowe, ale w okresie wakacyjnym rzadko takie bywają.

Spadek GBP/USD pod 1,30 jest właśnie objawem trzymania się przez inwestorów „pewnego” dolara, a jednocześnie stronienie od „zagadek”, a taką jest funt. Wczoraj BoE zgodnie z oczekiwaniami podniósł główną stopę procentową o 25 pb do 0,75 proc., ale jastrzębim akcentem była jednomyślność członków MPC. Bank obiecał więcej podwyżek w przyszłości, o ile Brexit nie wywróci gospodarki do góry nogami; optymistycznie wyglądały też prognozy wzrostu i inflacji. Konstruktywny wydźwięk decyzji Banku Anglii jednak nie wystarczył, by przezwyciężyć dominację USD. Piętno Brexitu powoduje, że rynek potrzebuje idealnego układu znaków na niebie i ziemi, aby odważyć się budować długie pozycje w GBP. Teraz nie ma takich warunków.

W obecnym klimacie raport z rynku pracy USA może być bardziej interesujący niż w ostatnich miesiącach. Rynek liczy na kolejny miesiąc solidnego przyrostu zatrudnienia (193 tys.), stopa bezrobocia powinna wrócić pod 4 proc. po zeszłomiesięcznym wyskoku, a płace mają kontynuować trend wzrostowy (2,7 proc. r/r). Dla nikogo nie będą to zaskakujące informacje, ale jeśli ktokolwiek szuka dziś dodatkowego pretekstu, by trzymać się długich pozycji w USD lub dołożyć nowe, to raport NFP może być do tego idealny. Jednocześnie silna postawa dolara implikuje, że większe ryzyko leży po stronie rozczarowania odczytem. W szczególności źle ocenione może być utrzymanie stopy bezrobocia na 4 proc., co będzie sugerować, że w gospodarce wciąż są pokłady niewykorzystanej siły roboczej, a zatem i moment nasilenia presji płacowej może się opóźnić.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sprawdź dane makroekonomiczne na przyszły tydzień

Okres wakacyjny w dalszym ciągu daje o sobie znać. Na rynku walutowym króluje niższa zmienność oraz brak istotnych danych makroekonomicznych. Z powodu niższej zmienności banki centralne wszystkie ważniejsze decyzje monetarne przekładają na późniejszy termin. Oprócz tego na głównych parach walutowych mamy konsolidację, co przeszkadza skutecznie wykorzystywać systemy podążające za trendem.

Po tak krótkim wstępie zobaczmy, jakie dane makroekonomiczne mogą poruszyć rynkiem walutowym w przyszłym tygodniu. W poniedziałek nie czeka na nas żadna ważniejsza publikacja danych makroekonomicznych. We wtorek zostanie opublikowana decyzja w sprawie stóp procentowych przez bank centralny Australii. Oprócz tego w ten sam dzień o godzinie 15:00 poznamy kanadyjski wskaźnik PMI.

W środę czekają na nas jedynie dane z Australii: koniunktura w przemyśle wg. NAB. Natomiast najciekawszym dniem tygodnia będzie piątek, zapoznamy się z koszykiem danych makroekonomicznych z Japonii, Australii, Wielkiej Brytanii, Kanady oraz Stanów Zjednoczonych. Najważniejsza publikacja odbędzie się o godzinie 14:30, będzie to inflacja w Stanach Zjednoczonych. O tej samej godzinie zostanie opublikowana kanadyjska zmiana zatrudnienia oraz stopa bezrobocia.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone -inflacja

Od ostatniego kryzysu banki centralne zalały rynek finansowy płynnością. Bankierzy chcieli zobaczyć stabilna inflację, przeważnie w okolicy 2 albo 2.5 procenta. Gdyby cel został wcześniej zrealizowany, to stopy procentowe dawno zostały podniesione. Dlatego na dzień dzisiejszy publikowany CPI jest jednym z ważniejszych wskaźników makroekonomicznych.

Ostatnie podwyżki stóp procentowych tylko na chwile zatrzymały wzrost inflacji, aktualnie po raz kolejny zaczęła rosnąć. Inflacja zostanie opublikowana 10 sierpnia o godzinie 14:30. Jest na co czekać.

AM inflacja

Źródło: Admiral Markets

Wzrost inflacji powinien pozytywnie wpłynąć na notowania dolara amerykańskiego, ponieważ wzrost cen wspiera podwyżkę stóp procentowych oraz dalszego zacieśniania monetarnego. Z kolei niższa inflacja nie będzie wsparciem dla obecnej polityki monetarnej Rezerwy Federalnej.

Australia – stopy procentowe

Przez najbliższy czas stopy procentowe w Australii pozostaną na niezmienionym poziomie.

Australia Bloomberg

Źródło: Bloomberg

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w bieżącym roku kalendarzowym jest minimalne.

Instrument do obserwacji – EURUSD

Notowania pary walutowej EURUSD od końca maja bieżącego roku kalendarzowego znajdują się w szerokiej konsolidacji. Aczkolwiek według średniej kroczącej w dalszym ciągu znajdujemy się w trendzie spadkowym. Aktualnym celem kupujących jest dolne ograniczenie konsolidacji w okolicy poziomu 1.156.

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Gdyby sprzedającym udało się pokonać dolne ograniczenie konsolidacji, to ich celem stanie się poziom 1.13. Niemniej jednak mają utrudnione zdanie i to pomimo średniej kroczącej. Bowiem po spadku notowań w okolicę wsparcia oscylator stochastyczny wskazałby poziom mocnego wyprzedania, co byłoby pomocą dla kupujących. W związku z tym bazowym scenariuszem pozostanie obrona wsparcia i wzrost notowań w okolicę górnej bandy konsolidacji.

Dział Analiz Admiral Markets

Maciej Mazur: Polska stawia pierwsze kroki w kierunku elektromobilności

Polska stawia dopiero pierwsze kroki w kierunku rewolucyjnych zmian w motoryzacji. Ich częścią jest elektromobilność, a do jej rozwoju potrzebne jest odpowiednie prawodawstwo. To z kolei zaczęło się kształtować dopiero w ubiegłym roku. Powstały pierwsze zapisane regulacje dotyczące całkowicie nowego sektora – jak choćby krajowe ramy rozwoju polityki infrastruktury paliw alternatywnych czy plan rozwoju elektromobilności. Wtedy też zostały rozpoczęte konsultacje ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Została ona przyjęta i w lutym tego roku weszła w życie. To pierwszy akt prawny, który na nowo definiuje to, czym jest elektromobilność w Polsce i jak ma się rozwijać na naszych drogach. W ostatnim czasie weszła też w życie nowelizacja ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciepłych. Choć nazwa pozornie nie ma związku, to projekt ten jest również ważny dla elektromobilności. Fundusz Niskoemisyjnego Transportu – czyli ciało, które ma wesprzeć finansowo rozwój elektromobilności, zostało właśnie tu zapisane. Znalazł się tam także punkt o poprawie Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych – stąd tak ważne było jej jak najszybsze przyjęcie. Uporządkowała ona system, przez który w ciągu kilku miesięcy niemożliwe było oddanie planowanego punktu ładowania samochodu elektrycznego. Brakowało bowiem rozporządzeń wykonawczych i Urząd Nadzoru Technicznego nie miał podstawy, aby taką stację przyjąć. Teraz sytuacja jest już inna. Każdy operator może oddać punkt do eksploatacji i komercyjnie realizować swoje cele biznesowe. To pokazuje, jak dużo jest nadal do zrobienia w elektromobilności.

– Choć ustawa o elektromobilności budziła wiele kontrowersji, była absolutnie niezbędna. Jako organizacja branżowa zrzeszająca podmioty zainteresowane rozwojem elektromobilności podkreślaliśmy, że takie działanie to krok w bardzo dobrym kierunku. Jednak jest on nadal niewystarczający – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych – Należy zrobić jeszcze więcej, aby poprawić elektromobilność. Oprócz tego należy rozwijać takie aspekty, które pozwolą zdynamizować rozwój tego rynku. Nie wystarczy jeden akt prawny. Wymagany jest cały cykl dokumentów, które będą ten rynek definiowały, zmieniały i co ważne – regulowały oraz dynamizowały.Należy uczyć się w tym zakresie na przykładach z Europy Zachodniej. W tym samym czasie, kiedy na polskich drogach jeździ łącznie 2 tys. samochodów elektrycznych, w Niemczech w ciągu jednego roku rejestruje się ich 60 tys., podobnie w Wielkiej Brytanii, a jeszcze więcej w Norwegii. Mamy więc od kogo się uczyć – dodał Mazur.

Wideowizyty i domowe testery objawów przyszłością medycyny. Już niebawem nawet 80 proc. pierwszych wizyt lekarskich odbywać się będzie online

Wideowizyty i domowe testery objawów przyszłością medycyny. Już niebawem nawet 80 proc. pierwszych wizyt lekarskich odbywać się będzie online 8

Starzejące się w wysokim tempie społeczeństwo ma bezpośrednie przełożenie na wzrost zapotrzebowania na wizyty lekarskie. Nie przybywa jednak w takim samym tempie lekarzy, co powoduje coraz dłuższe kolejki do gabinetów. Rozwiązaniem może się okazać telemedycyna. Szacuje się, że w przyszłości nawet 70–80 proc. wizyt pierwszego kontaktu będzie realizowane w domu pacjenta, za pośrednictwem rozwiązań telemedycznych. Domowe testery objawów pozwolą na rozpoznanie choroby, a lekarz postawi wstępną diagnozę podczas wideowizyty.

– Telemedycyna jest przyszłością pod względem wstępnego i docelowego leczenia w krajach Europy Zachodniej, w krajach bogatszego świata północy. Telemedycyna ze wszystkich badań, nie tylko w Polsce, w przyszłości będzie w 70–80 proc. realizowała wszelkie konsultacje pierwszego kontaktu, które będą wymagane w ramach rozpoznania, wstępnego przekierowania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Grabowski, twórca iWylecz24.pl.

Według raportu „E-zdrowie oczami Polaków”, aż 72 proc. polskich pacjentów uważa, że lekarze zbyt dużo czasu przeznaczają na wypełnianie dokumentów. W ciągu 20-minutowej wizyty aż 16 minut zajmują takie czynności jak zapoznanie się z historią choroby czy wypisanie recepty, co oznacza, że na badania lekarzowi zostają 4 minuty. Według 65 proc. badanych współczesny system e-zdrowia jest zbyt słabo rozwinięty i nie wykorzystuje potencjału, jaki drzemie w nowoczesnych technologiach. Na rynku już pojawiają się pierwsze prywatne przychodnie realizujące wideowizyty, a dostępnych jest coraz więcej domowych urządzeń pozwalających na samodzielne badania.

– Gdy mamy potrzebę badania fizykalnego, nic nie zastąpi wizyty w gabinecie. Natomiast wraz z rozwojem telemedycyny rozwija się też technologia monitoringu procesów życiowych i może się okazać, że mając specjalnie urządzenia, które monitorują nasze procesy życiowe, możemy się sami badać. W ten sposób cukrzycy badają poziom krwi, możemy badać tętno, ciśnienie i inne rzeczy, które w połączeniu z telemedycyną mogą bardzo przyspieszyć proces wstępnego rozpoznawania – tłumaczy ekspert.

Nowe technologie pojawiają się jednak nie tylko w placówkach prywatnych. Ministerstwo zdrowia prowadzi prace nad informatyzacją powszechnej służby zdrowia. Już dziś w Siedlcach i Skierniewicach prowadzony jest pilotażowy program e-recepty, który w 2020 roku ma być wprowadzony w całym kraju. Umożliwi wystawianie recept w formie elektronicznej w każdym gabinecie lekarskim. Na wprowadzenie rozwiązań telemedycznych w publicznej służbie zdrowia będzie jednak trzeba poczekać znacznie dłużej.

– W tym momencie jest niewiele takich miejsc na świecie, które my nazywamy cyfrowym centrum zdrowia. Niewiele jest takich rozwiązań, które by te wszystkie rozwiązania łączyły. Bardziej się skupiają w tej chwili np. w USA właśnie na testerze objawów, na wstępnym rozpoznaniu, gdzie w kilku stanach w USA to pełni funkcję lekarza pierwszego kontaktu. Tester objawów też bardzo mocno rozwija się w Indiach, teraz jest także wprowadzany z powodzeniem na terenie Niemiec – twierdzi Marcin Grabowski.

Według raportu mHealth Intelligence rynek telemedycyny rozwija się bardzo dynamicznie. Do 2020 roku jego wartość ma osiągnąć 49 mld dol.

Już w 2020 r. w dużych miastach w Polsce może zabraknąć internetu mobilnego. Potrzebne jest szybkie wdrożenie sieci 5G

Już w 2020 r. w dużych miastach w Polsce może zabraknąć internetu mobilnego. Potrzebne jest szybkie wdrożenie sieci 5G 9

Resort cyfryzacji alarmuje, że w najbliższych latach mogą wystąpić problemy z połączeniami telefonicznymi i internetowymi, zwłaszcza w większych miastach. Według szacunków już w 2020 roku popyt na dostęp do szybkiego internetu mobilnego w Polsce będzie przekraczał możliwości sieci komórkowych w Polsce średnio o 22 proc. W gęsto zaludnionych miastach wskaźnik ten może przekroczyć nawet 60 proc. Ze względu na regulacje Komisji Europejskiej nie będzie możliwości zagęszczenia sieci komórkowej, aby poprawić jakość połączeń. Jedynym rozwiązaniem, które może uchronić nas od tzw. komórkowego blackoutu, może być szybkie wdrożenie sieci 5G.

– Blackout komórkowy nam w pewnym sensie grozi, ale to zależy od miejsca. Nie będzie jednak tak, że nie będzie można wykonywać połączeń telefonicznych, natomiast istnieje ryzyko, że w niektórych miastach w Polsce z uwagi na najbardziej restrykcyjne normy zagęszczenia promieniowania elektromagnetycznego nie tylko w Europie, lecz także na świecie, grozi nam wyraźne spowolnienie tego ruchu, gdyż nie będzie można instalować nowych urządzeń nadawczych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Analizy przeprowadzone przez ministerstwo cyfryzacji sugerują, że już w 2020 roku 63 proc. połączeń wykonywanych w centrach największych miast zakończy się niepowodzeniem, a w 2025 roku problem ten dotknie wszystkich polskich miast. Jeśli operatorzy nie zmodernizują swojej infrastruktury, już w 2030 roku korzystanie z sieci komórkowych stanie się niemożliwe. Stacje bazowe przestaną nadążać z przetwarzaniem połączeń i przesyłaniem między sobą danych.

– Liczba danych, które przesyłamy codziennie, rośnie w postępie wręcz geometrycznym. Nawet gdybyśmy nie dołożyli w ciągu najbliższych kilku lat żadnego nowego telefonu komórkowego w Warszawie, to istnieje takie niebezpieczeństwo, że ten ruch nam się spowolni – alarmuje minister.

Czarny scenariusz może się stać rzeczywistością, jeśli szybko nie zostaną podjęte kroki mające doprowadzić do wprowadzenia i upowszechnienia technologii 5G. Tylko dzięki niej stacje bazowe będą w stanie obsłużyć miliony urządzeń nieustannie komunikujących się z internetem, gdyż wkrótce operatorzy stracą możliwość dalszego zagęszczania sieci komórkowej.

Jednym z największych ograniczeń w rozwoju nowoczesnych sieci komórkowych są zbyt niskie limity gęstości mocy, które uchwalono w 1984 roku i w żaden sposób nie przystają do ery powszechnego, bezprzewodowego internetu mobilnego. Z raportu Boston Consulting Group opracowanego na zlecenie resortu cyfryzacji wynika, że polskie normy są aż sto razy bardziej restrykcyjne niż te obowiązujące w innych krajach Unii. To jeden z kluczowych powodów problemów z przepustowością, jaki wkrótce może dotknąć polskich operatorów.

Wdrożenie technologii 5G pozwali korzystać ze znacznie szerszego pasma radiowego w zakresie 30–300 GHz, które pozwala przesyłać znacznie większe ilości danych. Nadajniki 5G wysyłają także znacznie krótsze fale radiowe, dzięki czemu można korzystać ze znacznie mniejszych anten niż w obecnych stacjach bazowych. Szacuje się także, że dzięki 5G jedna antena będzie w stanie obsłużyć przeszło tysiąc urządzeń więcej niż te, które korzystają z rozwiązań 4G.

Wprowadzenie nowej technologii ma być także poprzedzone kampanią społeczną, która przekona Polaków do zalet wynikających z przejścia na nową technologię.

– Będziemy prowadzić konsultacje technologiczne i środowiskowe. Istnieją bowiem obawy, czy takie zagęszczenie instalacji nie jest przypadkiem szkodliwe dla mieszkańców. Chcemy te obawy łagodzić, wprowadzić mechanizmy, które pokażą zainteresowanym obywatelom, jak państwo to kontroluje, jak może przeciwdziałać praktykom nieuprawnionym, czyli nieodpowiedzialnemu zwiększaniu mocy urządzeń, czego przede wszystkim boją się środowiska, które do nas w tej sprawie występują – uspokaja Marek Zagórski

Ryzyko potencjalnego blackoutu komórkowego dostrzegli także urzędnicy Komisji Europejskiej, którzy zarekomendowali wdrożenie internetu 5G w co najmniej jednym polskim mieście do 2022 roku, aby w ten sposób uniknąć drastycznego spadku przepustowości sieci.

Według raportu opracowanego przez analityków Research and Markets do 2025 roku wartość globalnego rynku rozwiązań 5G osiągnie 251 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 97 proc.

Lipiec był dobrym miesiącem dla rynku akcji, czy są szanse na kontynuację?

Nowa rotacja aktywów

  1. Chwilowa tendencja czy odwrócenie trendów
  2. Dane z gospodarki nieśmiale wspierają rynki
  3. Oczekiwania na II półrocze

Chwilowa tendencja czy odwrócenie trendów

Lipiec był dobrym miesiącem dla rynków akcji. Po wielu tygodniach spadków nieznaczne odbicie mogliśmy obserwować na notowaniach krajowych indeksów. Najsilniej było to widoczne w przypadku notowań dużych spółek, które dały zarobić 7,8%. Biorąc pod uwagę, że wzrosty średnich (+2,94%) i małych (+2,78%) spółek były bardziej stonowane, można dojść do prostego wniosku, że za dużą częścią lipcowych wzrostów stali inwestorzy zagraniczni. Ruch, który wykonał się na krajowym rynku akcji, dobrze wpisuje się w ogólne tendencje obserwowane na rynkach wschodzących. Indeks MSCI EM zyskał w minionym miesiącu 3,1%. Za spadkami w poprzednich miesiącach stały przede wszystkim doniesienia związane z tak zwaną wojną handlową, jak również obawy inwestorów związane z silnym umocnieniem się rentowności amerykańskich obligacji. Lipiec przyniósł uspokojenie nastrojów odnośnie polityki Donalda Trumpa, dzięki czemu silnie zyskiwały rynki azjatyckie. Te wspierane były również przez politykę Chińskiego Banku Centralnego, zapowiedzi obniżki podatku dochodowego oraz plany wsparcia chińskiej produkcji przemysłowej. Dobrze wypadły również rynki rozwinięte. Niemiecki DAX zyskał w ciągu miesiąca 4,05%, zaś amerykański indeks S&P 500 3,31%. Lipiec był więc jednym z najlepszych miesięcy dla rynków finansowych od początku roku.

Dane z gospodarki nieśmiało wspierają rynki

W odróżnieniu od czerwca, polityka banków centralnych nie wpływała mocno na rynki finansowe. Fed zgodnie z oczekiwaniami pozostawił stopy na niezmienionym poziomie. Podobnie rzecz się miała w przypadku EBC, który zadeklarował, że pierwsza podwyżka stóp procentowych w strefie euro nastąpi najwcześniej latem 2019 roku. Rynki finansowe wspierane były przed dane makroekonomiczne. W przypadku Polski lipiec rozpoczął się lepszym od oczekiwań odczytem PMI dla przemysłu, które wyniosło 54,2 punkty, dużo lepiej od oczekiwań. Pozytywnie zaskoczyły również dane o czerwcowej dynamice produkcji przemysłowej i budowlano montażowej. Pierwsze z nich rosła w czerwcu z roczną dynamika 6,8% (vs. 5,4% w maju), druga zaś 24,7% (vs. 20,8% w maju). Podobne tendencje obserwowaliśmy w przypadku sprzedaży detalicznej, która w czerwcu wykazała roczną dynamikę na poziomie 10,3%. Europejski rynek akcji wspierany był zaś wstępnymi odczytami indeksów PMI, który w przypadku niemieckiej gospodarki odwrócił trwającą od początku roku tendencję spadkową. Te wszystkie czynniki wspierały wzrosty na rynkach akcji.

Nasze oczekiwania na drugie półrocze

Początek sierpnia przywrócił zmienność na rynkach akcji. Wszystko za sprawą Donalda Trumpa, który przypomniał o kwestii ceł na linii Waszyngton – Pekin. Spowodowało to silną wyprzedaż na pierwszej sierpniowej sesji w Państwie Środka. Powstaje pytanie, czy nie powróci również opanowany wydaje się spór na linii USA – EU (co było jedną z przyczyn wzrostów na europejskich giełdach). Wydaje się, że perspektywy giełd w Zachodniej Europie uległy poprawie, ostatnie dane makroekonomiczne raczej wspierają gospodarkę, tak samo jak słabe euro. Więcej czynników ryzyka widzimy w Stanach Zjednoczonych, gdzie niektóre ze spółek FAANG zanotowały ponad 20% przeceny po podaniu cały czas przyzwoitych wyników. A biorąc pod uwagę wyceny i historyczne poziomy indeksów i kursów niektórych spółek, korekta wydaje się nawet być czymś zdrowym. W dalszym ciągu zagadkowa jest przyszłość rynków wschodzących, chociaż wydaje się, że większość tego, co najgorsze, mają już za sobą. Pośrednio to samo można napisać o rynku polskim. Patrząc czysto fundamentalnie, tendencje w wynikach spółek, w szczególności małych i średnich, powinny się w następnych kwartałach poprawiać. Dalej jednak istnieje dużo czynników ryzyka, od niskich stóp procentowych zaczynając (co wstrzymuje wzrosty banków), po reklasyfikację Polski w indeksach FTSE.

Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Sztuczna inteligencja i chatboty wkraczają do kancelarii prawnych. Nowe technologie zmieniają branżę, ale nie zastąpią prawników

Sztuczna inteligencja i chatboty wkraczają do kancelarii prawnych. Nowe technologie zmieniają branżę, ale nie zastąpią prawników 10

Nowe technologie zmieniają model świadczenia usług prawniczych. Coraz więcej, na razie dużych, międzynarodowych kancelarii, wdraża rozwiązania bazujące na narzędziach informatycznych i sztucznej inteligencji, a w przyszłości udzielanie porad prawnych mogą przejąć chatboty. Maszyny nie zastąpią jednak prawników całkowicie, ale pozwolą im się skupić na zawiłościach sprawy, planowaniu strategii i bardziej skomplikowanych zadaniach.

– Roboty nie zastąpią prawników. Rozwiązania techniczne w jakimś stopniu ułatwią pracę prawników, być może rzeczywiście zastąpią ją w zakresie bardzo prostych, powtarzalnych czynności Myślę jednak, że na bardziej wyszukane porady prawnicze wciąż będzie popyt nawet za 10 czy 20 lat – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Agnieszka Besiekierska, szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu w Kancelarii Noerr.

Nowe technologie w coraz większym stopniu wpływają na branżę prawniczą. Jak wynika z raportu „Diagnoza potrzeb prawników w zakresie wykorzystywania narzędzi informatycznych w usługach prawniczych”, opublikowanego przez fundację LegalTech Polska, 87 proc. prawników jest zdania, że nowe technologie będą odgrywać coraz większą rolę w ich pracy. Ponad połowa (51 proc.) polskich kancelarii i działów prawnych inwestycje w technologie wskazuje jako swój priorytet. Obecnie stopień wykorzystania nowych technologii zależy od tego, czy jest to duża, międzynarodowa kancelaria sieciowa czy mała, butikowa kancelaria. Na rynku dostępne są już m.in. rozwiązania oparte o sztuczną inteligencję, które są wykorzystywane do analizy bardzo dużej ilości dokumentów.

 One działają w ten sposób, że wyszukują pewne frazy kluczowe i wybierają kluczowe dokumenty z kilkuset tomów akt. Wciąż jednak ten ostatni etap wyboru jest pozostawiony ocenie prawnika. Są również rozwiązania typowe dla systemu prawa amerykańskiego, które dokonują analizy predykcyjnej i oceniają, jakie są szanse na wygranie danego sporu. Pozwalają podjąć decyzję, czy w ogóle wchodzić w ten spór, czy może ugoda będzie tańsza. To jest kluczowe, szczególnie w amerykańskim systemie prawa, gdzie wiadomo, że obsługa prawników jest nieporównywalnie bardziej kosztowna niż w Polsce czy w Europie – mówi dr Agnieszka Besiekierska.

JP Morgan Chase już od ponad roku wykorzystuje bazujące na AI oprogramowanie o nazwie COIN (Contract Intelligence), które analizuje umowy kredytowe. Maszyna w ciągu kilku minut wykonuje zadanie, które wcześniej zajmowało prawnikom łącznie ok. 360 tys. godzin pracy rocznie. Amerykańska kancelaria BakerHostetler korzysta z pomocy sztucznej inteligencji o nazwie Ross, bazującej na mocach obliczeniowych superkomputera Watson stworzonego przez IBM. Dzięki niej prawnicy mogą się skupić na zawiłościach sprawy, a nie na czasochłonnym wyszukiwaniu danych i dokumentów. W ślady BakerHostetler poszło też wiele innych kancelarii prawnych, dla których wykorzystanie AI to znaczna oszczędność czasu, kosztów i uproszczenie pracy prawników.

– Bardzo często pojawia się pytanie: czy roboty zabiorą pracę prawnikom? Odpowiedź na to brzmi: nie. Jedyna wątpliwość, która się przy tej okazji pojawia, to kwestia kształcenia młodszych prawników. Do tej pory kształcili się oni, wykonując proste, często powtarzalne czynności, które w przyszłości docelowo prawdopodobnie przejmą roboty – mówi dr Agnieszka Besiekierska. – Sztuczna inteligencja będzie miała ogromny wpływ na wykonywanie zawodu prawnika, tak jak wszystkich innych. Istotne jest, żeby uwzględnić tę zmianę w naszym otoczeniu już w tej chwili, w procesie kształcenia, przygotowania młodych prawników, absolwentów prawa do wykonywania zawodu. Jednak to jeszcze się nie dzieje.

Młodzi prawnicy przygotowują się do zawodu, wykonując proste czynności, np. wypełniając wnioski do sądu, do rejestru zastawów. Docelowo to właśnie rozwiązania informatyczne będą mogły przejąć takie zadania. Dzięki temu adepci na prawników nie będą rozpoczynać już kariery zawodowej od zupełnych podstaw i będą mogli przejść poziom wyżej. W przyszłości również proste, standardowe umowy mogą być przygotowywane przez oprogramowanie przy zestawieniu odpowiednich klauzul, bez udziału prawnika.

Oprogramowanie bazujące na sztucznej inteligencji, big data czy analityka predykcyjna to nie są jedyne przykłady zastosowania nowych technologii w branży prawnej. Amerykański start-up Judge Analitycs zbudował rejestr zawierający statystyki i szczegółowe dane na temat każdego sędziego w USA, dzięki czemu prawnicy mogą lepiej poznać sędziego zaangażowanego w ich sprawę i opracować odpowiednią strategię. Z kolei udzielaniem porad prawnych w przyszłości mogą się zająć chatboty, coraz powszechniej wykorzystywane do kontaktów z klientami w wielu różnych branżach. W 2016 roku student Uniwersytetu Stanforda Joshua Browder stworzył pierwsze takie narzędzie – chatbota DoNotPay, który odpowiada na pytania z zakresu prawa cywilnego i karnego oraz udziela porad prawnych na terenie całych Stanów Zjednoczonych.

– Pojawiają się pomysły opodatkowania pracy robotów. To miałoby sens, jeśli okaże się, że rzeczywiście tej pracy na rynku ubywa w związku z tym, że zastępują nas maszyny. Wydaje mi się, że na ten moment jest to odległa perspektywa. Na razie powinniśmy co najwyżej rozmawiać o zachętach podatkowych dla rozwijania nowych technologii. Od postępu nie uciekniemy, dlatego ważne jest to, żebyśmy nie zostali w tyle – podkreśla szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu w Kancelaria Noerr.

Jak prognozuje Instytut Gartnera, do 2025 roku maszyny zastąpią już nawet jedną trzecią tradycyjnej siły roboczej. Cyfrowi pracownicy sprawdzą się tam, gdzie trzeba przetwarzać i analizować duże ilości danych, np. w branży finansowej i prawnej. The Institute for Robotic Process Automation wyliczył, że wykorzystanie software’owych robotów to równowartość 1/5 kosztu pełnoetatowego pracownika.

W. Słowik: propozycje nowego budżetu UE mało korzystne dla Polski i krajów regionu

W. Słowik: propozycje nowego budżetu UE mało korzystne dla Polski i krajów regionu 11

Pierwsze propozycje nowego unijnego budżetu nie są satysfakcjonujące dla Polski – ocenia wiceminister inwestycji i rozwoju Witold Słowik. Jak podkreśla, przesunięcie akcentów na rzecz Europy Południowej odbywa się kosztem państw, które dołączyły do wspólnoty po 2004 roku. Wprawdzie jesteśmy na samym początku ścieżki negocjacyjnej i ostateczny kształt budżetu będzie dopiero ustalany, ale kraje Europy Środkowo-Wschodniej powinny walczyć o to, żeby cięcia funduszy w ramach polityki spójności dotknęły je w jak najmniejszym stopniu.

Trwają dyskusje nad nowym unijnym budżetem. Zostały złożone pierwsze propozycje, które nie są satysfakcjonujące z punktu widzenia Polski. To wynika z kilku powodów. Po pierwsze, składka została minimalnie obniżona, mimo że mamy do czynienia z brexitem, czyli wystąpieniem z UE jednego z największych płatników netto, co spowoduje uszczerbek roczny w budżecie unijnym w granicach 8–10 mld euro. Ponadto nastąpiło przesunięcie akcentów na rzecz Europy Południowej, zdecydowanie większe będzie wsparcie dla tych krajów, które borykają się z kryzysem instytucjonalnym i kryzysem migracyjnym, co odbywa się kosztem nowych państw unijnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Słowik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Na początku maja KE rozpoczęła dyskusję nad nowym budżetem Unii na lata 2021–2027. W sumie do rozdysponowania będzie 1,2 bln euro, z czego 373 mld euro na politykę spójności, z której Polska czerpie największe benefity. Alokacja środków na politykę spójności zmniejszy się jednak o ok. 10 proc.

Zgodnie z projektem z końca maja po 2021 roku Polska ma dostać w ramach polityki spójności 64,4 mld euro, czyli o 19,5 mld euro (23 proc.) mniej w obecnej siedmiolatce. Mimo to nadal pozostałaby największym beneficjentem, wyprzedzając następne w kolejności Włochy i Hiszpanię.

– Zmniejszenie dostępnych środków o 23 proc. w stosunku do aktualnego budżetu jest na podobnym poziomie, jak wśród innych krajów naszego regionu. Natomiast niektóre państwa w tej propozycji mają zdecydowanie mniejsze cięcia – mówi Witold Słowik. – Cała Europa Środkowo-Wschodnia, Grupa Wyszehradzka tracą, więc w ich interesie jest dokonanie zmian w tych propozycjach, tak aby finansowanie w ramach polityki spójności było jak najszersze.

Jednak – jak podkreśla – jest to początek ścieżki negocjacyjnej i ostateczny kształt budżetu będzie dopiero ustalany.

– Pozytywne jest to, że zostały wprowadzone specjalne programy dotyczące kwestii militarnych. Mam nadzieję, że Polska, jako jeden z krajów wschodniej flanki NATO, skorzysta z tych programów. Jesteśmy na początku negocjacji. Na pewno MSZ będzie starało się wynegocjować możliwie jak najlepsze warunki z punktu widzenia interesu Polski i przyszłego rozwoju, chociaż na pewno będą to trudne negocjacje – ocenia Witold Słowik.

Zaproponowane przez Komisję Europejska zasady rozdzielania środków z polityki spójności uzależniają wielkość funduszy od bogactwa regionów, ale i dodatkowych kryteriów jak bezrobocie, zmiany klimatyczne czy przyjmowanie migrantów. W obecnym projekcie więcej zyskają kraje południa, m.in. Grecja i Włochy, natomiast cięcia środków na politykę spójności w dużym stopniu dotkną państwa Europy Środkowo-Wschodniej (m.in. Polskę, Węgry, Kraje Bałtyckie i Słowację).

Mimo że Polska osiągnęła znaczne postępy rozwoju gospodarczego i obecnie PKB per capita wynosi około 70 proc. średniej unijnej wobec 48 proc. w 2004 roku, to jesteśmy w dalszym ciągu jednym z biedniejszych krajów unijnych. Z punktu widzenia interesów Polski polityka spójności powinna być realizowana w dotychczasowym charakterze. Znaczne jej zmniejszenie uważamy za niesprawiedliwe, chociaż z drugiej strony zakładanie, że budżet w następnej perspektywie będzie identyczny jak w bieżącej jest niemożliwe. Jesteśmy jednak coraz bogatszym krajem i spełniamy w coraz szerszym zakresie kryteria tzw. konwergencji, czyli realizujemy w sposób modelowy zasady polityki spójności – mówi wiceminister inwestycji i rozwoju..

Pod koniec maja stanowisko polskiego rządu dotyczące nowego unijnego budżetu przedstawił premier Mateusz Morawiecki, który zapowiedział, że Polska nie zgodzi się na cięcie funduszy w ramach polityki spójności. Jak ocenił minister Jerzy Kwieciński, jest mało prawdopodobne, aby negocjacje dotyczące nowej siedmiolatki zakończyły się wcześniej niż wiosną przyszłego roku.

Polska jest największym beneficjentem aktualnego unijnego budżetu na lata 2014–2020. W sumie otrzyma 119,5 mld euro – 32,1 mld euro na politykę rolną i 82,5 mld euro w ramach polityki spójności (pozostałe 5 mld zł to środki na inne programy). Dla porównania nasza składka do unijnej kasy w obecnej siedmiolatce wyniesie ok. 30 mld euro. W aktualnym rozdaniu do Polski trafi ponad 23 proc. wszystkich środków unijnych zarezerwowanych na politykę spójności.

Lawinowo rośnie liczba upadłości w branży budowlanej. Problemem rosnące zadłużenie firm i wzrost cen materiałów

Lawinowo rośnie liczba upadłości w branży budowlanej. Problemem rosnące zadłużenie firm i wzrost cen materiałów 12

Inwestycji infrastrukturalnych w Polsce przybywa, ale branża budowlana na tym nie korzysta. Firmy borykają się z rosnącym zadłużeniem, które wynika zarówno z rosnących kosztów, jak i zatorów płatniczych. Ceny produktów niezbędnych w produkcji budowlanej rosną nawet o 30 proc., a odczuwają to zwłaszcza te firmy, które zawierały kontrakty 2–3 lata temu i robiły znacznie niższe wyceny. Tym samym pogarsza się sytuacja finansowa przedsiębiorstw budowlanych – spada ich rentowność i lawinowo rośnie liczba upadłości.

Istotnym problemem branży budowlanej jest generalny wzrost cen materiałów budowlanych. Dotyczy to zwłaszcza branży infrastrukturalnej, drogowej i kolejowej. Poniekąd problemem powiązanym z jednym i z drugim jest brak waloryzacji, czyli możliwości aktualizowania ceny kontraktowej o wskaźnik wzrostu cen materiałów budowlanych i kosztów robocizny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Styliński, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

W sektorze publicznym i prywatnym od kilku miesięcy panuje boom inwestycyjny. Rośnie produkcja budowlano-montażowa (w czerwcu wzrost o 24,7 proc. rdr.). Mimo to sytuacja polskich firm z branży budowlanej nie jest dobra.

– Firmy budowlane cały czas są tą częścią gospodarki, która w nikłym stopniu korzysta z koniunktury. Można nawet powiedzieć, że mimo koniunktury sytuacja jest gorsza niż była 2 lata temu, jeśli spojrzymy na wyniki finansowe firm – przekonuje Jan Styliński.

Wartość indeksu WIG-budownictwo jest już na poziomie ok. 2,1 tys. pkt. – najniższym od początku 2015 roku. Firmy borykają się przede wszystkim z rosnącymi kosztami. Brak rąk do pracy sprawia, że większa jest presja na wzrost wynagrodzeń. Wyższe są też ceny materiałów budowlanych – PSB podaje, że w I połowie 2018 roku były wyższe od obserwowanych w analogicznym okresie roku poprzedniego w 18 z 20 kategorii produktów. Największe podwyżki odnotowano w kategorii płyta OSB, drewno – o 35,6 proc.

– Największym problemem, o którym słychać od każdej firmy budowlanej, jest bieżąca płynność. Wzrost cen materiałów i robocizny przy stałych cenach kontraktowych powoduje, że instytucje finansujące, czyli banki czy zakłady ubezpieczeń, które tradycyjnie dostarczały dużo kapitału dla rynku budowlanego, zaczynają coraz ostrożniej patrzeć na branżę. Boją się, że nie będziemy w stanie podołać spłacie zaciągniętych kredytów. To z kolei wtórnie przyczynia się do dodatkowego pogorszenia płynności finansowej firm – ocenia Styliński.

Już na początku 2018 roku Polski Związek Pracodawców Budownictwa apelował o dostosowanie cen materiałów i podwykonawstwa w kontraktach infrastrukturalnych tak, by pasowały do obecnej inflacji w branży. PZPB szacuje, że koszty kontraktów na budowę infrastruktury od końca 2016 roku wzrosły nawet o 35 proc.

Wiele kontraktów zawieranych w minionych latach jest dzisiaj realizowanych ze stratą, która musi być pokryta z innych przedsięwzięć, inwestycji czy ofert. Nie da się ukryć, że straty na ostatnich kontraktach są w jakiejś mierze kompensowane wyższymi wycenami w obecnie prowadzonych przetargach, gdzie dopiero teraz są składane oferty cenowe – zaznacza prezes PZPB.

Sytuacja przedsiębiorstw budowlanych szybko się pogarsza. W I półroczu tego roku liczba upadłości firm budowlanych wzrosła w ciągu roku o 18 proc., a upadłości w budownictwie miały 55-proc. udział w łącznej liczbie postępowań w tej branży – podaje Coface. Średnie opóźnienia płatności w budownictwie sięgają niemal 116 dni (wzrost o 32 dni w skali roku). Choć w wielu firmach rosną obroty, to mniejsza jest zyskowność.

W pewnym segmentach budownictwa infrastrukturalnego w niektórych województwach, zwłaszcza wschodnich, firmy mają rentowność na poziomie 0,8 proc. Nawet te, które sobie dobrze radzą, mają dobrze zbudowany portfel zamówień w bardziej zyskownych segmentach, oscylują w granicach 2,5–2,8 proc. marży. To znacznie poniżej średniej marży w przedsiębiorstwach w Polsce, która jest powyżej 5 proc. – tłumaczy Jan Styliński.

Twardy rozwód Wielkiej Brytanii i UE oznacza chaos. Polska w grupie krajów podwyższonego ryzyka

Twardy rozwód Wielkiej Brytanii i UE oznacza chaos. Polska w grupie krajów podwyższonego ryzyka 13

Zarówno Wielka Brytania, jak i Unia Europejska przygotowują się na ewentualność twardego rozwodu z Unią. Także polski rząd nie wyklucza fiaska dwustronnych negocjacji, które powinny się zakończyć do października br. Zasady, na których Wyspiarze opuszczą Wspólnotę, będą mieć zasadnicze przełożenie na polski eksport i sytuację mieszkających w Wielkiej Brytanii Polaków. Zagrożona może być także obecna perspektywa unijna.

Scenariusz „no deal brexit” uderzy przede wszystkim w te państwa członkowskie UE, które mają najbardziej rozbudowane relacje z Wielką Brytanią. Polska jest niestety w grupie państw podwyższonego ryzyka – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Przemysław Biskup, starszy analityk PISM.

Na wtorkowym posiedzeniu scenariuszami dotyczącymi brexitu zajmował się polski rząd. Nie wyklucza on fiska negocjacji i twardego rozstania Wielkiej Brytanii z UE. I choć umowa wyjścia jest uzgodniona w 80 proc., to brakuje porozumienia dotyczącego np. granicy między Irlandią a Irlandią Północną czy roli Trybunału Sprawiedliwości UE. Taka umowa powinna zostać wypracowana do października br. Jak podkreślano na posiedzeniu rządu, jeśli do tego czasu nie będzie wiążących uzgodnień, potrzebne będą działania, które zabezpieczą prawa polskich obywateli i przedsiębiorców.

Twardy brexit mogą odczuć przede wszystkim polscy obywatele na Wyspach oraz te grupy, które zależą od finansowania unijnego, np. rolnicy, ponadto organizacje czy branże biznesu, które żyją z handlu z Wielką Brytanią – zarówno eksporterzy żywności, jak i usług transportowych, eksporterzy tzw. białego sprzętu – lodówek, pralek, oraz producenci części samochodowych. Polska eksportuje sporo części w ramach zintegrowanych łańcuchów dostawczych przemysłu samochodowego, ale również eksportuje bardzo dużo pośrednio pod flagą niemiecką czy francuską – mówi dr Przemysław Biskup.

Wielka Brytania powinna opuścić unijne struktury do 29 marca 2019 roku. Okres przejściowy, w którym mają obowiązywać dotychczasowe zasady współpracy, w tym swoboda przepływu osób, potrwa do końca 2020 roku. Po tym czasie Wielka Brytania stanie się formalnie „państwem trzecim”. Skutki będą odczuwalne dla obywateli i przedsiębiorstw zarówno w UE, jak i Wielkiej Brytanii i będą dotyczyć wszystkich aspektów jak na przykład przywrócenia kontroli na granicach, handlu, ważności dotychczas obowiązujących umów i certyfikatów czy przekazywania danych.

Jeżeli chodzi o konsekwencje braku porozumienia, czyli tzw. „no deal brexit”, trzeba mieć na uwadze ogromny potencjał chaosu. Traktat UE stanowi, że po upływie okresu negocjacyjnego Wielka Brytania traci wszystkie prawa i obowiązki państwa członkowskiego. To oznacza, że przestają obowiązywać wszystkie procedury prawne, celne i biurokratyczne, które dotychczas sterowały współpracą w UE. To będzie duży problem, przynajmniej w krótkim okresie. Z kolei długookresowo najprawdopodobniej mocno utrudni wypracowanie docelowych rozwiązań – mówi dr Przemysław Biskup.

Aktualnie w Wielkiej Brytanii mieszka ponad milion Polaków – co trzeci obywatel UE na Wyspach ma polskie obywatelstwo. Mamy też pozytywny bilans handlowy w handlu i usługach, a Wielka Brytania jest trzecim kierunkiem polskiego eksportu – w ubiegłym roku wartość wysłanych na Wyspy towarów i usług przekroczyła 55,4 mld zł. Dlatego zasady, na których opuści struktury UE, będą mieć duże przełożenie na sytuację polskich firm.

Jest ryzyko, że w międzyczasie Wielka Brytania, mając pełną swobodę decyzyjną i nie będąc już w żaden sposób związana ustaleniami, będzie mogła w skrajnym wypadku dokonać jakichś niekorzystnych rozstrzygnięć np. w odniesieniu do obywateli UE, aczkolwiek raczej się na to nie zanosi. Natomiast bardzo prawdopodobne, że w przypadku scenariusza „no deal” Wielka Brytania odmówi płacenia pieniędzy do końca obecnej perspektywy budżetowej –mówi dr Przemysław Biskup.

12 lipca w tzw. „białej księdze” Londyn po raz pierwszy przedstawił szczegółową wizję relacji z UE po brexicie. Jej treść jest obecnie omawiana przez unijnych i brytyjskich negocjatorów. Jednocześnie brytyjski parlament kończy przyjmowanie pakietu ustaw okołobrexitowych i przygotowuje się na ewentualność twardego rozwodu. W nadchodzących miesiącach rząd ma wydać noty z instrukcjami postępowania na wypadek braku porozumienia z Unią Europejską, które zostaną rozesłane m.in. do firm i gospodarstw domowych.