Dlaczego kurs złotego traci tak mocno?

Minione tygodnie przyniosły wyraźne osłabienie polskiego złotego, które nasiliło się w ostatnich dniach.

Kurs EUR/PLN od połowy kwietnia skoczył z poziomu w okolicy 4,15 do 4,40 obecnie (zmiana o ok. 6%) i znajduje się na najwyższym poziomie od stycznia ubiegłego roku. Złoty osłabił się również istotnie w parze z dolarem amerykańskim względem, którego od maksimum z kwietnia stracił ok. 11%, tym samym obecnie jest najsłabszy od lipca 2017 r.

Kurs EUR/PLN & USD/PLN (2016-2018)

kurs złotegoŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 02/07/18

Polski złoty w swojej słabości nie jest odosobniony. Istotnie tracą również inne waluty rynków wschodzących, w tym waluty CEE (krajów Europy Środkowo-Wschodniej), takie jak forint węgierski, czy korona czeska. Pierwszy względem euro stracił na przestrzeni dziesięciu tygodni aż ponad 6%.

Kurs EUR/PLN & EUR/CZK (styczeń ‘18-lipiec ‘18)

kurs złotego 2Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 03/07/18

Tracą nie tylko waluty – presji poddane są również inne klasyczne aktywa ryzykowne, takie jak papiery udziałowe na rynkach wschodzących, które w przeciwieństwie do np. indeksów amerykańskich nie zaczęły w ostatnich miesiącach odrabiać strat po bardzo słabym rozpoczęciu roku, tylko kontynuowały wyprzedaż.

Indeks WIG-20 i indeks MSCI EM [w PLN] (styczeń ‘18-lipiec ‘18)

indeks WIGŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 02/07/18

Co stało za tymi spadkami?

Głównych powodów stojących za wyprzedażą złotego jest kilka, wszystkie one przełożyły się na wzrost awersji do ryzyka (lub – jak w przypadku punktu 2 i 3 – były również jego konsekwencją):

  • Ryzyko wojny handlowej;
  • Umocnienie USD;
  • Obawy o sytuację na rynkach wschodzących;
  • Obawy o rozpad koalicji rządzącej w Niemczech.

W poprzednich miesiącach złotemu nie sprzyjał również wzrost ryzyka we Włoszech.

Obawy dotyczące wywołania przez USA globalnej wojny handlowej nie są nowe, mamy z nimi do czynienia od marca – obecnie jednak ryzyko takiej ewentualności wzrosło: Stany Zjednoczone nałożyły cła na import stali i aluminium swoich partnerów (UE, Kanada, Meksyk), co wywołało również ich odpowiedź. USA zdecydowały się również nałożyć cła na import towarów z Chin, które wejdą w życie już 6 lipca. Niemal każdego dnia pojawiają się również nowe informacje sugerujące możliwość nałożenia przez USA kolejnych „sankcji” na Państwo Środka.

W konsekwencji wzrostu ryzyka zyskały waluty uznawane za bezpieczne, wśród których znajduje się dolar amerykański. Umocnienie USD i osłabienie walut rynków wschodzących w połączeniu z perspektywą oczekiwanych szybszych podwyżek stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej zaczęły budzić dodatkowe obawy o przyszłość niektórych krajów zaliczanych do grupy rynków wschodzących (Argentyna, Turcja), które w gospodarczych tarapatach znajdowały się już wcześniej. Efekt zarażania sprawił, że ucierpiały również waluty krajów o solidnych fundamentach gospodarczych, takie jak PLN.

W ostatnich dniach wzrosło również ryzyko rozpadu koalicji rządzącej w Niemczech. Historyczni partnerzy, partie CDU i CSU nie mogły dojść do porozumienia w kwestiach imigracji (m.in. polityki azylowej), co groziło rozpadem rządu. Ostatecznie jednak wygląda na to, iż kryzys udało się zażegnać.

Dlaczego polski złoty traci tak mocno?

Polski złoty traci silnie w ujęciu bezwzględnym, a nawet w porównaniu z innymi walutami CEE, czy ogólnie, walutami rynków wschodzących. Złotemu w obecnej sytuacji nie sprzyja kilka kwestii, które sprawiają, że PLN może być podatny na potencjalną dodatkową presję spekulacyjną:

  • duża płynność, która przekłada się na relatywnie niskie koszty transakcyjne w przypadku sprzedaży;
  • niskie stopy procentowe, które umożliwiające tanie pożyczanie i sprzedaż złotych (short-selling);
  • fakt, iż Narodowy Bank Polski nie działa aktywnie w celu kształtowania kursu wymiany złotego;
  • najniższe spośród liczących się krajów CEE prawdopodobieństwo rychłych podwyżek stóp procentowych (wzrostu kosztów pożyczek).

Czy taka tendencja może się utrzymać?

W naszej opinii – nie powinno tak się stać. Prawostronna skośność rozkładów walut EM i fakt grupowania zmienności, sprawiają, że – abstrahując od powodów ze względu na które ona wystąpiła – w krótkim terminie możliwe jest utrzymanie presji na PLN. Mimo to, bieżący poziom kursu EUR/PLN nie odpowiada dobrym fundamentom polskiej gospodarki, które w dłuższym terminie powinny przeważyć.

Wzrost ryzyka wystąpienia wojny handlowej, obawy o sytuację w Europie i na rynkach emerging markets wywołały panikę i dały pretekst do wyprzedaży walut nawet o silnych fundamentach, takich jak PLN. Jeśli sytuacja na rynkach wschodzących wróci do normy, polski złoty powinien w naszej opinii po pewnym czasie powrócić do poziomów z kwietnia bieżącego roku.

Sprzyjać temu ma również oczekiwane przez nas wyhamowanie aprecjacji dolara amerykańskiego i docelowo prawdopodobna zmiana trendu w przypadku pary EUR/USD, w związku z nadchodzącymi zmianami w polityce monetarnej po obu stronach Atlantyku w dłuższym terminie.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Rekordowo słaby Forint

Rozmowy Angeli Merkel z Horstem Seehoferem uspokoiły inwestorów. Forint podobnie jak złoty traci na wartości. Szwedzi nie podnieśli stóp procentowych, ale dali dobre prognozy dla swojej korony.

Porozumienie w Niemczech

Wczorajsze rozmowy liderów CDU i CSU przyniosły skutek. Angela Merkel porozumiała się z Horstem Seehoferem w sprawie polityki migracyjnej. Tym samym dymisja została wycofana. Kompromis zakłada zatrzymywanie emigrantów w centrach tranzytowych oraz negocjowanie ich powrotu. Inwestorzy zwracają uwagę, że o ile centra tranzytowe są akceptowalnym rozwiązaniem dla chadeków, o tyle koalicyjne SPD nie patrzy na nie przychylnie. Padło oczywiście trochę banałów o osiągnięciu kompromisu, ale socjaldemokraci wyraźnie chcą negocjować szczegóły projektu, by wyjść z tego całego układu z twarzą. Biorąc pod uwagę kwestię umów wzajemnych z państwami w ramach odsyłania emigrantów zapowiada się, że jeszcze chwilę będziemy żyć tym tematem. Reakcje rynków była pozytywna, aczkolwiek wciąż euro w dłuższej perspektywie jest w odwrocie względem dolara.

Forint w odwrocie

Ostatnie tygodnie to nie tylko problemy złotego. Wczoraj po raz kolejny oglądaliśmy historyczne minimum forinta względem euro. Inwestorzy patrzą na tą walutę z pewnym niepokojem. Oliwy do ognia dolał komunikat banku centralnego, który jasno dał do zrozumienia, że jego priorytetem jest cel inflacyjny a nie kursowy. Oznacza to, że nie będzie on podnosił stóp procentowych, by ratować wartość forinta. Warto zwrócić uwagę, że Węgry nie rozpoczęły, w przeciwieństwie do Czechów, procesu podnoszenia stóp procentowych. W Polsce również nie rozpoczęliśmy jeszcze takich działań. Na korzyść złotego działa fakt, że obniżka stóp po kryzysie zatrzymała się na relatywnie wysokim poziomie 1,5%.

Szwedzi nie zmieniają stóp procentowych

Dzisiaj o 9:30 Bank Szwecji nie zmienił stóp procentowych. Pozostały one na poziomie 0,5%. To na co warto zwrócić uwagę w przypadku komunikatu Riksbank-u to wzrost prognozowanej inflacji oraz zapowiedź podwyżek pod koniec tego roku. Informacje te spowodowały umacnianie się korony szwedzkiej na rynku o ponad 1%, dla porównania jest to tak, jakby euro nagle staniało względem złotego o niemal 5 groszy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Deloitte: Dla ponad 60 proc. milenialsów niestandardowe formy zatrudnienia są alternatywą dla etatu

Zaufanie młodych ludzi do biznesu spada. Mniej niż połowa milenialsów uważa, że przedsiębiorstwa postępują etycznie. Spada też przywiązanie do pracodawcy – aż 43 proc. z nich deklaruje, że zmieni pracę w ciągu kolejnych dwóch lat. Jak pokazuje siódma edycja globalnego badania „2018 Deloitte Millennial Survey. Millennials disappointed in business, unprepared for Industry 4.0”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, ich poziom lojalności może wzrosnąć dzięki elastyczności i niestandardowym formom zatrudnienia. Zaledwie 36 proc. milenialsów uważa, że posiada umiejętności potrzebne w epoce czwartej rewolucji przemysłowej i w związku z tym oczekuje pomocy od swoich pracodawców.

Badanie objęło 10 455 przedstawicieli pokolenia Y (urodzonych w latach 1983-1999) z 36 krajów, w tym 303 z Polski. W raporcie wyodrębniono również grupę niemal 1 850 przedstawicieli młodszych milenialsów (urodzonych pomiędzy 1995 a 1999 rokiem) z sześciu krajów, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy.

Biznes za mało etyczny

Dwie poprzednie edycje badania Deloitte wskazywały na to, że milenialsi coraz lepiej postrzegają motywację i etykę przedsiębiorstw. W tym roku nastąpił jednak gwałtowny zwrot w opiniach na temat biznesu, które osiągnęły poziom najniższy od czterech lat. Obecnie mniej niż połowa przedstawicieli pokolenia Y uważa, że przedsiębiorstwa postępują etycznie, podczas gdy w 2017 roku było to 65 proc. – Na ten stan rzeczy wpłynęły gwałtowne zmiany społeczne, technologiczne i geopolityczne, które zaszły w ostatnich kilkunastu miesiącach. Jedynie 47 proc. badanych jest zdania, że szefowie firm działają na rzecz poprawy sytuacji społeczeństw. Rok wcześniej było to o 15 proc. więcej.

– Po raz kolejny widzimy, że zdaniem młodych ludzi, będących na początku swojej kariery, miara sukcesu firmy powinna wykraczać poza wyniki finansowe. Aż 83 proc. badanych uważa, że firmy powinny działać według modelu odpowiedzialnego biznesu 4.0, czyli takiego, który wartości i etyczne decyzje wpisuje w DNA swojego działania. Firmy współpracujące z innymi interesariuszami w celu rozwiązania problemów związanych z różnorodnością, równością wynagrodzenia, nierównością dochodową, imigracją i zmianami klimatycznymi mogą poprawić wyniki finansowe i zwiększyć wartość marki, natomiast brak takich działań nadszarpuje reputację firmy w oczach milenialsów i osłabia ich lojalność. – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej. – Mniej niż połowa przedstawicieli pokolenia Y uważa, że przedsiębiorstwa postępują etycznie (48 proc. – spadek o 17 pp.), i że działają one na rzecz poprawy sytuacji społecznej (47proc. – spadek o 15 pp.). Zmiana nastawienia milenialsów powinna być dzwonkiem alarmowym dla wszystkich liderów biznesowych liderów – dodaje.

Badanie Deloitte pokazuje, że młodzi ludzie zwracają uwagę na problemy społeczne i polityczne, choć w zależności od kraju, w którym żyją, kwestie te bywają różne. W Polsce 49% badanych obawia się terroryzmu i konfliktów zbrojnych (41 proc.). W krajach rozwiniętych młodzi ludzie obawiają się przede wszystkim terroryzmu (32 proc.) i zmian klimatycznych (31 proc.). Z kolei w krajach rozwijających się bardziej palący wydaje się być problem przestępczości (30 proc.) i korupcji (28 proc.). Zaledwie 19 procent (12 proc w Polsce) milenialsów uważa, że politycy wywierają pozytywny wpływ na otoczenie (wobec 71 proc. (80 proc polskich) respondentów wystawiających ocenę negatywną).

Wyższość elastyczności nad etatem

Aż 43 proc. milenialsów planuje rezygnację z obecnej pracy w ciągu najbliższych dwóch lat, a tylko 28 proc. ma zamiar pozostać w obecnym miejscu ponad pięć lat. Powstała więc 15-punktowa luka, która wzrosła o 7 punktów procentowych w stosunku do poprzedniego badania. W najmłodszej badanej grupie luka ta jest jeszcze większa. Aż 61 proc. z nich chce opuścić miejsce pracy w przeciągu najbliższych dwóch lat, podczas gdy jedynie 12 proc. planuje związać się z jednym pracodawcą na dłużej niż pięć lat. – Jest to bardzo duży problem dla firm, choć jednocześnie szansa na przyciągnięcie i utrzymanie najbardziej utalentowanych pracowników. Warunkiem jest jednak zwielokrotnienie działań, które mogą przekonać młodych ludzi, że dana firma oferuje im coś więcej niż tylko miejsce, w którym mogą zarabiać. Oprócz atrakcyjnych zarobków, wśród czynników pozytywnie wpływających na lojalność milenialsów, respondenci tegorocznego badania wskazywali przede wszystkim na przyjazną kulturę organizacyjną, elastyczną organizację pracy oraz możliwość stałego rozwoju kompetencji. Warto zauważyć, że milenialsi coraz częściej upatrują szansę na zaspokojenie tych oczekiwań w pracy opartej na nieetatowych formach zatrudnienia – rośnie zainteresowanie krótkoterminowymi kontraktami zawieranymi w celu realizacji konkretnego projektu – mówi Magdalena Bączyk, Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Co może wpłynąć na ich plany? Spośród tych milenialsów, którzy chętnie opuszczą swojego pracodawcę w ciągu dwóch lat, 62 proc. uznaje niestandardowe formy zatrudnienia za realną alternatywę dla pracy na pełen etat. Tylko 17 proc. z nich odrzuca taką opcję. Wśród młodszych milenialsów odsetek ten wynosi 13 proc. Badani uważają, że niestandardowe formy zatrudnienia dają możliwość większego zarobku (62 proc.) oraz elastyczność (39 proc.). Zdaniem 37 proc. ankietowanych taka forma zatrudnienia wspomaga osiągnięcie work-life balance.

W opinii ponad połowy badanych (57 proc.) w pracy kluczowa jest kultura organizacji, a także benefity finansowe (51 proc.). Respondenci wymieniają również elastyczność czasu pracy oraz możliwość uczenia się (po 44 proc.).

Strach przed czwartą rewolucją przemysłową

Milenialsi dobrze wiedzą, jak czwarta rewolucja przemysłowa – oparta coraz bardziej na automatyzacji i robotyzacji, sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym – będzie kształtować i wpływać na nowe miejsca zatrudnienia. Zdają sobie sprawę, że uwolni ona ludzi od rutynowych czynności, co pozwoli na większą kreatywność. Jednak wielu z nich z obawą przyjmuje to zjawisko. Siedemnaście procent wszystkich przebadanych milenialsów i 32 proc. tych, których organizacje już stosują w szerokim zakresie technologie przemysłu 4.0, obawia się, że część lub całość ich obowiązków zostanie zlikwidowana.

Mniej niż czterech na dziesięciu pracowników z pokolenia Y ma poczucie, że posiada umiejętności potrzebne do osiągnięcia sukcesu. Stąd oczekuje od biznesu pomocy w przygotowaniu się do pomyślnego działania w nowej epoce. I nie chodzi tylko o kompetencje techniczne, a raczej umiejętności miękkie związane z pewnością siebie, stosunkami interpersonalnymi i etyką oraz uczciwością. W ich odczuciu przedsiębiorstwa nie reagują jednak odpowiednio na ich potrzeby rozwojowe. Zaledwie 36 proc. milenialsów stwierdziło, że pracodawcy pomagali im zrozumieć i przygotować się na zmiany związane z czwartą rewolucją przemysłową. – Przedsiębiorstwa muszą wsłuchiwać się w to, co milenialsi mówią i czego oczekują, by jeszcze raz zastanowić się nad podejściem biznesu do zarządzania talentami w epoce czwartej rewolucji przemysłowej. Rodzi się potrzeba koncentracji na uczeniu się i rozwoju tak, aby wspomagać pracowników w rozwijaniu kariery przez całe ich życie – mówi Anna Łukawska, Menedżer w zespole marki pracodawcy Deloitte. – Wielu młodych ludzi zastanawia się, czy mają możliwości konkurowania w przemyśle 4.0 i coraz częściej szukają takich pracodawców, którzy zapewnią im umiejętności potrzebne do odniesienia sukcesu – dodaje.

Ponad połowa polskich firm ma trudności ze znalezieniem pracowników

Wykwalifikowani pracownicy fizyczni, kierowcy, operatorzy produkcji oraz maszyn otwierają polską listę 10 zawodów najbardziej dotkniętych niedoborem talentów. Trudności w znalezieniu pracowników o odpowiednich kompetencjach zgłasza 51% polskich przedsiębiorstw, podczas gdy jeszcze dwa lata temu ten problem dotyczył 45% firm. Zjawisko nie jest charakterystyczne wyłącznie dla polskiego rynku pracy, na trudności z rekrutacją odpowiednich specjalistów narzeka 45% zagranicznych organizacji – potwierdza opublikowany dziś przez ManpowerGroup raport „Niedobór talentów”.

Wykwalifikowani pracownicy fizyczni, czyli tacy fachowcy jak między innymi elektrycy, spawacze, mechanicy, hydraulicy czy murarze, niezmiennie już od kilku lat są numerem jeden na liście zawodów najbardziej dotkniętych niedoborem talentów w Polsce. W czołówce stanowisk najtrudniejszych do obsadzenia są również kierowcy, szczególnie samochodów ciężarowych, budowlanych oraz pojazdów transportu zbiorowego. Na podium znajdują się też operatorzy maszyn i produkcji. Według tegorocznej edycji badania ManpowerGroup polskie firmy zgłaszały też trudności ze znalezieniem inżynierów, pracowników restauracji i hoteli oraz przedstawicieli handlowych. Dziesiątkę zawodów obarczonych największym niedoborem talentów zamykają pracownicy działu IT oraz pracownicy biurowi.
– Niedobór talentów to problem, z jakim już od lat mierzą się polscy pracodawcy. Analizując dane z raportu widzimy, że razem z rosnącym odsetkiem firm, które mają trudności z obsadzaniem stanowisk, rośnie też liczba organizacji, które nie podejmują żadnych działań, by walczyć z tym zjawiskiem. Podczas gdy cztery lata temu w Polsce było to 29% badanych firm, tak w roku bieżącym to już 35% przedsiębiorstw – komentuje Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. – Biorąc pod uwagę trend związany z narastającym problemem niedoboru talentów, każda zwłoka przedsiębiorstw i brak działań, by zatrzymać ten proces może zmniejszać ich konkurencyjność i przewagę biznesową, którą tworzą ludzie wraz ze swoimi unikatowymi kompetencjami – dodaje Iwona Janas.brak pracownika

Biorąc pod uwagę dane z 2008 roku, to w ciągu ostatnich 10 lat z listy zawodów najbardziej dotkniętych niedoborem talentów zniknęli pracownicy działu obsługi klienta oraz niewykwalifikowani pracownicy fizyczni. Do grupy najbardziej deficytowych zawodów dołączyli natomiast finansiści i księgowi, których zabrakło także na liście w 2016 roku. W stosunku do 2016 roku pracodawcy obecnie zgłaszają większe trudności także z obsadzaniem stanowisk biurowych.

Ponad połowa polskich pracodawców ma trudności z obsadzaniem stanowisk

Problemy związane z niedoborem talentów zgłasza 51% polskich przedsiębiorstw. To o 6 punktów procentowych więcej niż w ostatniej publikacji raportu (grudzień 2016). W historii badania ManpowerGroup, czyli od 2008 roku, tak wysoki wynik dla Polski osiągnięto tylko raz – w 2010 roku. Największe trudności w znalezieniu pracowników o odpowiednich kompetencjach zadeklarowali przedstawiciele dużych przedsiębiorstw – 75% firm. Mniejsze problemy wskazali przedstawiciele średnich (57%), małych (48%) i mikrofirm (29%).

Polska powyżej średniej dla regionu EMEA

Wynik uzyskany dla Polski daje nam również miejsce powyżej średniej globalnej (45%) i średniej dla regionu EMEA, czyli Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (43%). Na tle 25 przeanalizowanych rynków z regionu EMEA Polska znalazła się w pierwszej dziesiątce krajów posiadających największe trudności z rekrutacją odpowiednich pracowników. Najwyższe wyniki w regionie odnotowano w Rumunii (81%), Bułgarii (68%) i Turcji (66%). Najmniejsze problemy z pozyskiwaniem talentów wskazali pracodawcy z Irlandii (18%), Wielkiej Brytanii (19%) oraz Hiszpanii i Holandii – po 24%. W ujęciu globalnym największe trudności w rekrutacji pracowników mają firmy w Japonii (+89%), Rumunii (+81) i Tajwanie (78%), z kolei najmniejsze w Chinach (13%), Irlandii (18%) oraz Wielkiej Brytanii (19%).Niedobór Talentów EMEA

O badaniu: Bieżące wydanie raportu „Niedobór talentów” to 12. globalna edycja i 10. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 40 000 respondentów z 43 krajów, w tym reprezentatywna grupa 750 z Polski. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem powadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców „Niedobór talentów” jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody, i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów są dostępne na stronie na stronie: www.go.manpowergroup.com.

Zobacz jak zmienia się polityka monetarna banków centralnych

FED, jedyny z największy banków centralnych, który podwyższa stopy procentowe. Co do tego nie ma wątpliwości, jest bankiem wyznaczającym trendy globalnej polityki monetarnej. W 2008 roku jako pierwszy zdecydował się na luzowanie ilościowe, pozostałe banki centralne jak BoJ, BoE, ECB za nim podążyły.

Jako pierwszy zdecydował się również na podwyżkę stóp procentowych, ale nie tylko. Oprócz samych podwyżek stóp procentowych liczy się bilans banku, który każdego miesiąca ma być redukowany o 30 miliardów USD.

Bloomberg

Według agencji informacyjnej Bloomberg skup aktywów netto trzech największych banków centralnych będzie negatywny już na początku 2019 roku. Co to dla nas oznacza? Do 2019 roku banki centralne będą nabywcami netto papierów wartościowych, natomiast od 2019 roku sprzedawcami netto, czyli zacznie maleć płynność.

Płynność – o to w tym chodzi. Brak płynności oznacza spadek aktywności kredytowej. Instytucje przestaną sobie ufać oraz pożyczać kapitał. Banki komercyjne zaczną wypowiadać umowy kredytowe, a rentowność obligacji przedsiębiorstw będzie mogła wzrosnąć do kilkunastu procent. Z tego powodu płynność jest kluczowa dla rynku kapitałowego.

Dlatego warto sobie zadać pytanie, czy redukcja bilansu może doprowadzić do bessy na giełdzie. Odpowiedź jest twierdząca, ponieważ brak płynności jest równy z brakiem zaufania. Jak zaobserwować brak płynności? Poprzez odwrócony spread rentowności 10 oraz 2 letnich, co zostało przedstawione na poniższym wykresie.

10-year Treasury

Spread rentowności spada systematycznie od 2015 roku, czyli zakończenia QE prowadzonego przez Rezerwę Federalną. Spadający spread obrazuje malejącą płynność na rynku kapitałowym, co jest zjawiskiem bardzo mało pożądanym. Natomiast ostatnie miesiące oraz tygodnie wskazują na coraz szybszy spadek spreadu rentowności w okolicę zera.

Statystycznie po spadku spread poniżej poziomu zera po 4-5 kwartałach na rynku pojawiała się recesja, która doprowadzała do wyprzedaży na rynku akcji.

A gdyby tak powrócić do QE?

Obecna zmiana globalnej polityki monetarnej nie będzie trwała wiecznie. Wcześniej czy później banki centralne po raz kolejny wrócą do luźniej polityki monetarnej. QE zostało już przetestowane i z pewnością jeszcze raz zostanie użyte. Wpływ tego programu na amerykański indeks S&P 500 oraz gospodarkę przedstawia poniższa grafika przygotowana przez Real Investment Advice.

Total Percentage FED

Co wynika z powyższej grafiki? Otóż Bilans Rezerwy Federalnej od początku kryzysu wzrósł o 365 procent, natomiast amerykański indeks S&P 500 o 313 procent. Zatem na każdy wzrost indeksu o 1 USD przypadł wzrost bilansu banku o 1.16 USD.

Z kolei podczas wzrostu bilansu FED-u o 365 procent doszło do ponad 39 procentowego wzrostu gospodarki Stanów Zjednoczonych.

Indeks S&P 500 – analiza techniczna

Amerykański indeks w dalszym ciągu utrzymuje się powyżej 200-okresowej średniej kroczącej. Dopiero jej przebicie mogłoby świadczyć o możliwym rynku byka, czy do tego dojdzie? Bardzo wątpliwe, ponieważ tuż nad średnią kroczącą znajduje się mocne wsparcie 2675-2690. W takim przypadku bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego.

Notowania S&P 500, interwał dzienny

Notowania S&P 500, interwał dzienny

Źódło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Nowoczesne kopuły pozwolą zanurzyć się w świecie wirtualnej rzeczywistości. Do korzystania z niego tworzone są przestrzenie rzutowe w kształcie iglo

Nowoczesne kopuły pozwolą zanurzyć się w świecie wirtualnej rzeczywistości. Do korzystania z niego tworzone są przestrzenie rzutowe w kształcie iglo 1

Oglądanie prezentacji w wirtualnej rzeczywistości w kilka osób jest już możliwe. Wszystko za sprawą specjalnych platform w kształcie kopuł lub cylindrów do współdzielenia wrażeń VR. Tego typu konstrukcje zapewniają 360 – stopniową przestrzeń rzutową, dzięki której animacje pozwalają jeszcze bardziej zanurzyć się w wirtualnym świecie. Ponadto mogą być wykorzystywane do bardziej zaawansowanych zastosowań. Wykorzystuje się je przede wszystkim w przemyśle i do przeprowadzania szkoleń, w których może brać udział więcej niż jedna osoba.

– Wszystko sprowadza się do stworzenia wspólnej przestrzeni, czyli zebrania większej grupy osób w jednym miejscu. Jesteśmy w stanie dokonać projekcji identycznych treści, jak w przypadku standardowych zestawów VR. Główną ideą rozwiązań Igloo jest jednak wspólne doświadczanie ‒ wirtualna rzeczywistość współdzielona jest z współpracownikami lub przyjaciółmi. Stąd też możemy mówić o współdzielonym VR – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jake Rowland z Igloo Vision.

Technologia współdzielenia VR jest coraz popularniejsza. Pierwszym tego typu rozwiązaniem na świecie była opracowana przez firmę Laduma kopuła CaVRn 360° VR. Urządzenie do stworzenia efektów wizualnych wykorzystuje ustawione w szeregu projektory laserowe. Instalacja pozwala współdzielić wrażenia pomiędzy nawet 20 użytkownikami. Nieco inaczej do tematu współdzielonego VR podchodzi platforma Eventual VR. Pozwala użytkownikowi stworzyć własny, wirtualny świat, do którego można zaprosić znajomych i np. porozmawiać z nimi za pomocą technologii VoIP.

Igloo to rozwiązanie złożone z pomieszczenia o cylindrycznym kształcie, kilku rzutników i wyświetlaczy zainstalowanych na ścianach pomieszczenia oraz serwera, na który można wgrywać materiały filmowe 360 stopni, nagrane np. przy pomocy kamery sferycznej GoPro Fusion lub Ricoh Theta S. Stworzone przez producenta oprogramowanie służące mieszaniu i wyginaniu obrazów łączy wszystkie obrazy i wygładza przestrzeń, dzięki czemu użytkownik uzyskuje 360-stopniowy rzut.

– Projektujemy i konstruujemy 360-stopniowe przestrzenie rzutowe o kształcie cylindrów lub kopuł. Mniejsze przestrzenie cylindryczne można wykorzystać przy tworzeniu wizualizacji budynków, realizacji imprez typu pop-up, czy prowadzeniu szkoleń – wymienia Jake Rowland.

Rozwiązania Igloo umożliwiają wirtualną symulację problemów i realizację szkoleń w bezpiecznym i powtarzalnym środowisku. Ich zaletą, w porównaniu z goglami VR, jest możliwość przeszkolenia jednocześnie większej liczby osób. Instruktorzy mogą bezpośrednio komunikować się z operatorami i na bieżąco uzyskiwać informacje zwrotne. Użytkownicy mogą również uczestniczyć w szkoleniach z pełnym wyposażeniem, takim jak kaski, krótkofalówki itd.

– BP korzysta z naszych rozwiązań przy organizacji szkoleń dla personelu zakładów i operatorów platform wiertniczych. W niektórych zakładach produkcyjnych obowiązują bardzo złożone procedury, których personel musi przestrzegać. Określone sytuacje zachodzą bardzo rzadko, ale jeśli już mają miejsce, zwykle niosą ze sobą istotne konsekwencje operacyjne i finansowe – twierdzi Jake Rowland.

Do korzystania z cylindra o średnicy 6 metrów potrzebne jest pomieszczenie o wymiarach przynajmniej 6 m kw. Koszt takiego urządzenia to ok. 70 tys. euro. Firma dostarcza również Igloo w średnicy o rozmiarze 9, 12 i 21 metrów.

Według analityków Orbis Research, rynek sprzętu i oprogramowania VR przekroczy w 2020 roku wartość 40 mld dol.

Dzięki innowacyjnemu symulatorowi będzie można znacznie zmniejszyć liczbę wypadków. Co roku na drogach ginie ponad milion osób

Dzięki innowacyjnemu symulatorowi będzie można znacznie zmniejszyć liczbę wypadków. Co roku na drogach ginie ponad milion osób 2

Co roku na drogach ginie 1,2 mld osób. Miliony doznają poważnych obrażeń i żyją z negatywnymi konsekwencjami. Za blisko 90 proc. wypadków odpowiadają kierowcy – nadmierna prędkość, siadanie za kółkiem pod wpływem alkoholu czy substancji psychoaktywnych. Dzięki specjalnemu symulatorowi opracowanemu przez słoweński start-up, liczbę wypadków będzie można znacznie zmniejszyć. Urządzenie pozwala ocenić zachowanie kierowcy w kryzysowej sytuacji, a uzyskane informacje pozwolą stworzyć wiarygodne środowisko, w którym można byłoby testować pojazdy autonomiczne.

– Naszym celem jest bezpieczeństwo na drodze. Innymi słowy, chcemy ratować ludzkie życie. Środkiem do tego celu jest symulator. Pozwala on na ocenę zachowania i reakcji kierowcy w sytuacji kryzysowej, której przeprowadzenie nie byłoby możliwe w prawdziwych warunkach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Andrej Brelih z NervTeh.

Dzięki nowej technologii można dowiedzieć się więcej o tym, jak poszczególni kierowcy zachowują się w krytycznych sytuacjach, sprawdzić czas reakcji  i dzięki temu zaoferować bardziej dopasowane szkolenie dla kierowców, zanim wsiądą za kierownicę samochodu. Szereg kamer w czasie rzeczywistym monitoruje ruch oczu kierowcy, dzięki czemu zawsze wiadomo na czym jest skupiony. Zamontowane w specjalnej opasce czujniki mierzą natomiast poziom stresu. Następnie zaprojektowane algorytmy sztucznej inteligencji błyskawicznie analizują zebrane dane.

– Dokonujemy pomiaru wszystkich parametrów fizycznych. Najważniejszy jest dla nas jednak pomiar parametrów psychofizycznych kierowcy. Za pomocą kamer obserwujemy jego wzrok, więc wiemy dokładnie na co patrzy. Wiemy także jak aktywny jest jego mózg oraz znamy jego reakcje na stres – podkreśla Andrej Brelih.

Wypadki drogowe są główną przyczyną zgonów wśród młodych ludzi ( 15- 29 lat), powodują rocznie do 4,6 mld euro globalnych szkód. Według danych ONZ rocznie na drogach ginie 1,2 mln osób – co 30 sekund jeden człowiek, a 30-50 mln odnosi obrażenia. Tylko w Europie rocznie wypłacanych jest ok. 100 mld euro odszkodowań – to koszty powrotu do zdrowia, szkody materialne, zadośćuczynienia i odszkodowania związane ze śmiercią w wypadkach.

Pozyskane z symulatora informacje NervTeh chce przede wszystkim przełożyć na zmniejszenie liczby wypadków. Ale są także inne zastosowania urządzenia.

– Pierwszym z nich są firmy ubezpieczeniowe, które są zainteresowane oceną kierowców pod kątem analizy ryzyka. Dzięki temu mogą dopasowywać składki w zależności od kierowcy. W ostatecznym rozrachunku chodzi jednak o zmniejszenie wypadkowości, a tym samym ilości wniosków o wypłatę odszkodowania. To jedno z zastosowań. Kolejne to możliwość szkolenia kierowców zatrudnionych w przedsiębiorstwach, które dysponują dużą ilością pojazdów – wskazuje Brelih.

Dzięki urządzeniu można zebrać dane dotyczące milionów kierowców i w ten sposób stworzyć symulację, do złudzenia przypominającą środowisko drogowe. To zaś będzie można wykorzystać np. przy pojazdach autonomicznych.

– W trakcie tego typu symulacji gromadzone są duże ilości danych, które mogą potem posłużyć do stworzenia klonów określonych grup kierowców. W ten sposób uzyskujemy środowisko, które bardziej przypomina zachowania prawdziwych ludzi na drodze. W takim środowisku można potem testować na przykład algorytmy wykorzystywane w pojazdach autonomicznych, systemy HMI czy systemy inforozrywkowe – tłumaczy Andrej Brelih.

Globalny rynek wirtualnych szkoleń i symulacji ma osiągnąć wartość 329 mld dol. w 2022 roku. Prognozowane średnioroczne tempo wzrostu wyniesie w najbliższych latach prawie 17 proc.

Brexit obniży potencjał obronny Unii Europejskiej o jedną czwartą. Konieczna nowa wspólna polityka obronna

Brexit obniży potencjał obronny Unii Europejskiej o jedną czwartą. Konieczna nowa wspólna polityka obronna 3

Potencjał obronny Unii Europejskiej po brexicie może spaść nawet o jedną czwartą, pod znakiem zapytania stoi też dostęp brytyjskich firm do Europejskiego Funduszu Obronnego, podobnie jak uczestnictwo Wielkiej Brytanii w mechanizmie stałej współpracy obronnej PESCO. Unia musi jak najszybciej ustalić kształt nowej, wspólnej polityki obronnej. Zdaniem ekspertów RAND będzie ona kontynuowana głównie w ramach NATO i umów dwustronnych. 

Wielka Brytania zawsze była postrzegana i realnie działała na rzecz niezbyt dynamicznego rozwoju tej polityki, nigdy nie leżało to w jej interesie. Nie jest to państwo, które aktywnie wspierało europejską politykę bezpieczeństwa i obrony. Wraz z wystąpieniem Wielkiej Brytanii z UE, ubywa nam jednak pewnych zdolności, które Wielka Brytania wnosi do UE – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Górka-Winter, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.

Zagrożenie ze strony Rosji, tzw. Państwo Islamskie czy wojna w Syrii stanowią poważne wyzwania dla Unii Europejskiej, która musi jak najszybciej ustalić kształt nowej wspólnej polityki obronnej po brexicie. Wielka Brytania, która jest najsilniejszym militarnie członkiem Unii Europejskiej, opuści unijne struktury 29 marca 2019 roku. Według instytutu RAND (raport „Defence and Security after Brexit”) po wyjściu Brytyjczyków potencjał obronny UE może spaść nawet o jedną czwartą.

Wielka Brytania ma duże zasoby wojskowe, potencjał jądrowy i doświadczenie w sojuszniczych operacjach m.in. w Afganistanie, należy do liderów wzmacniania wschodniej i południowej flanki NATO, jest też mocno zaangażowana w koalicję przeciw Państwu Islamskiemu. Jak wynika z analizy Polskiego Instytut Spraw Międzynarodowych, jej wyjście z UE pociągnie za sobą negatywne skutki dla europejskiej polityki bezpieczeństwa i obrony, a pośrednio także dla NATO.

– Fakt, że Wielka Brytania pozostaje w grupie państw, które posiadają tzw. key enablers, czyli zdolności umożliwiające prowadzenie dużych operacji militarnych, operacji zarządzania kryzysowego, dawał Europie przekonanie o możliwości polegania na brytyjskich zdolnościach. Nie wiemy, w jakim zakresie te możliwości pozostaną do dyspozycji Europy po brexicie, trwają na ten temat rozmowy. Wydaje się natomiast,  że żadne twarde uregulowania nie wchodzą w grę ponad to, co już w tej chwili mamy i ponad porozumienia dwustronne, które Wielka Brytania zawarła choćby z Francją na temat współpracy militarnej – mówi Beata Górka-Winter.

W ramach programu rotacyjnego w okresie od lipca do grudnia 2019 roku Brytyjczycy mieli przejąć dowództwo nad unijną grupą szybkiego reagowania i wystawić siły bojowe złożone z 1,5 tys. żołnierzy. Jednak pod koniec marca Wielka Brytania poinformowała już Brukselę o wycofaniu się z wystawienia sił na lata 2019–2020, mimo zapewnień o chęci kontynuacji współpracy w dziedzinie obronności. W ocenie ekspertów RAND współpraca Wielkiej Brytanii z UE na tym gruncie będzie kontynuowana głównie w ramach NATO bądź umów dwustronnych.

Europejska Inicjatywa Interwencyjna, zgłoszona przez prezydenta Macrona, może uchronić europejskie możliwości przed negatywnymi konsekwencjami brexitu. Macron zaprosił Wielką Brytanię do tej inicjatywy, która, w najbardziej ogólnym zarysie, ma zapewnić możliwości tej koalicji stworzonej do podejmowania działań militarnych. Jest to inicjatywa europejska, ale pozaunijna, więc wydaje się, że przynajmniej w tym zakresie Europa będzie mogła liczyć na Brytyjczyków – mówi dr Górka-Winter.

Brexit będzie wymagać, aby zarówno Wielka Brytania, jak i UE ponownie określiły swoje cele strategiczne i rolę na świecie. Jak wynika z raportu „Defence and Security after Brexit”, współpraca w obszarze bezpieczeństwa i obrony musi być kontynuowana, ponieważ obie strony obecnie korzystają z wymiany informacji, pracy wspólnych organów, takich jak Europol, oraz europejskiego nakazu aresztowania.

Do rozważenia pozostają również kwestie dystrybucji środków z EDF. Wielka Brytania bardzo korzystała na grantach Europejskiej Agencji Uzbrojenia, teraz nie będzie takiej możliwości – zauważa dr Beata Górka-Winter.

Od 2007 roku Wielka Brytania zdobyła jedną piątą wszystkich grantów UE na badania, w sumie 8 mld funtów. UE planuje zainwestować setki milionów euro w nowe badania i rozwój w dziedzinie obronności, jednak dostęp brytyjskich firm do Europejskiego Funduszu Obronnego stoi pod znakiem zapytania, podobnie jak uczestnictwo Wielkiej Brytanii w mechanizmie stałej współpracy obronnej PESCO.

Największy polski eksporter okien stawia na długoterminowe inwestycje. We wszystkich swoich fabrykach zatrudnia już ponad 4 250 osób

Największy polski eksporter okien stawia na długoterminowe inwestycje. We wszystkich swoich fabrykach zatrudnia już ponad 4 250 osób 4

Mija 20 lat od uruchomienia zakładu produkcyjnego Grupy VELUX w Gnieźnie. W dwóch zlokalizowanych tam fabrykach firma stworzyła blisko tysiąc miejsc pracy, wsparła blisko stu lokalnych dostawców oraz przyczyniła się do rozwoju miasta i regionu. Fabryki VELUX w Gnieźnie, wraz z pozostałymi zakładami w Namysłowie i Wędkowych, należą do największych eksporterów okien z Polski i od lat wyznaczają kierunek rozwoju całej branży okien.

Od 2015 roku Polska jest jednym z największych eksporterów stolarki okiennej na światowe rynki. Jak pokazują dane Centrum Analiz Branżowych na przestrzeni ostatnich czterech lat eksport wzrósł o 25 proc. – tylko w pierwszej połowie 2017 roku polscy producenci wyeksportowali za granicę blisko 5 mln sztuk okien i drzwi. Głównymi odbiorcami rodzimej stolarki okiennej są Niemcy, Francja i Wielka Brytania. Za 25 proc. eksportu odpowiada Grupa VELUX i spółki siostrzane, będące częścią duńskiego koncernu VKR. W Polsce firma obecna jest od 1990 roku.

 Byliśmy pierwszą firmą, która weszła na rynek polski w segmencie okien dachowych. Ten rynek nie istniał, razem z partnerami, wykonawcami podjęliśmy pracę tworzenia tego rynku poprzez dużą działalność edukacyjną, poprzez tworzenie standardów. Jako znaczny gracz na rynku uważamy, że częścią naszej misji jest właśnie odpowiedzialność za to, aby tworzyć standardy – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Siedziba spółki handlowej VELUX Polska mieści się w Warszawie, natomiast cztery zakłady produkcyjne należące do Grupy zlokalizowane są w Gnieźnie, Wędkowach oraz Namysłowie. W sumie zatrudniają one ponad 4 250 osób. Jako pierwszy, w 1998 roku, powstał zakład w Gnieźnie. Dziś w mieście tym mieszczą się dwie fabryki – jedna produkuje okna, w drugiej natomiast powstają okucia przeznaczone na użytek wszystkich firm okiennych należących do Grupy VELUX. Przedstawiciele marki oraz członkowie lokalnej społeczności nie mają wątpliwości, że powstanie gnieźnieńskiego zakładu przed dwudziestoma laty istotnie przyczyniło się do rozwoju miasta.

– Te 20 lat to duże podatki, również ogromne zatrudnienie, bo z roku na rok ono rośnie. Trzymam kciuki, aby na koniec tego roku przekroczyło tysiąc. To jest rozwój całej społeczności. Budując infrastrukturę chociażby drogową czy autobusową, patrzymy i przygotowujemy ją pod firmę, czyli jest symbioza między dwoma podmiotami – mówi Tomasz Budasz, prezydent Gniezna.

Dzięki współpracy z gnieźnieńskimi fabrykami VELUX rozwija się ponad stu lokalnych dostawców. Obecność zakładów przyczyniła się również do transferu know-how, dzięki czemu wiele lokalnych firm mogło nie tylko rozwinąć działalność w regionie, lecz także wejść na rynki europejskie.

Marka wyznacza ponadto trendy w całej branży stolarki, m.in. w zakresie wprowadzania innowacyjnych rozwiązań technologicznych. W 2016 roku VELUX wprowadził przystępne dla szerokiego grona odbiorców energooszczędne okna trzyszybowe.

– Wcześniej to były produkty ekskluzywne, bardzo drogie i niedostępne. Dzisiaj widzimy, że cały rynek poszedł za nami, daliśmy dobry przykład i uważam, że to jest bardzo fajne, bo dzisiaj klienci mają dużo większy wybór i mogą korzystać z lepszych technologii w przystępnych cenach – mówi Jacek Siwiński.

Firma VELUX bardzo poważnie podchodzi do kwestii społecznej odpowiedzialności, będącej istotnym elementem strategii biznesowej marki. Ma to odzwierciedlenie zarówno w polityce środowiskowej, jak i społecznej. Firma bardzo angażuje się w życie społeczności lokalnej. Gnieźnieńskie fabryki wspierają imprezy społeczne, sportowe oraz kulturalne, jak również instytucje oświatowe i zajmujące się osobami niepełnosprawnymi. Jest to możliwe dzięki środkom z fundacji pracowniczej, która pomaga nie tylko pracownikom, lecz także wspiera ważne inicjatywy społeczne.

– Fundacja pomaga naszym pracownikom, instytucjom w Gnieźnie i w okolicy. Wkrótce przygotowujemy się do większego projektu, w którym będziemy w stanie poprawić czy zrewitalizować jakąś część Gniezna – mówi Robert Purol, dyrektor fabryk VELUX w Gnieźnie.

– Aspekty związane z odpowiedzialnością biznesu traktujemy nie tyle jako działalność charytatywną dołączoną do biznesu, ile jako odpowiedzialność w biznesie, odpowiedzialność za środowisko, zasoby, zrównoważony rozwój regionu, w którym się znajdujemy – dodaje Jacek Siwiński.

Zdaniem prezydenta Gniezna miasta powinny szukać wsparcia i współpracy u dużych inwestorów. Warunkiem udanej koegzystencji jest zrozumienie potrzeb obu stron i udzielenie wzajemnego wsparcia. Do tego niezbędne są częste spotkania i wymiana informacji. Tylko w ten sposób można – według Tomasza Budasza – myśleć o długoterminowym rozwoju miasta.

– Myślę, że trzeba szukać inwestorów w aktualnej sytuacji gospodarczej, ta sytuacja zgodnie z koniunkturą gospodarczą za chwilę ulegnie zmianie, więc o inwestorów trzeba cały czas zabiegać, również trzeba tworzyć w mieście pozytywny klimat – mówi prezydent Gniezna.

Od 2018 roku ulga na badania i rozwój jeszcze korzystniejsza. Co czwarta firma planuje z niej skorzystać

Od 2018 roku ulga na badania i rozwój jeszcze korzystniejsza. Co czwarta firma planuje z niej skorzystać 5

Już co czwarta firma chce skorzystać z ulgi na badania i rozwój za 2018 rok. To znacznie więcej niż w ostatnich latach. Za rok podatkowy 2017 z odliczenia skorzystało tylko 9 proc. firm. Problemem jest niska świadomość przedsiębiorców. Nawet co trzecia firma w ogóle nie słyszała o uldze na B+R. Część zaś nie wie, że może z niej skorzystać. Tymczasem ulga przekłada się na rozwój innowacyjności biznesu i podniesienie konkurencyjności. W ramach ulgi B+R przedsiębiorca może bowiem odzyskać niemal 1/5 wydatków poniesionych na B+R.

 Ulga na badania i rozwój pozwala w 2018 roku odpisać dodatkowe 100 proc. kosztów. Jeżeli przedsiębiorca ponosi koszty z tytułu działalności badawczo-rozwojowej w wysokości 1 mln zł, od podstawy opodatkowania może faktycznie odpisać 2 mln zł. To mechanizm, który jest obecnie najbardziej przystępną formą wsparcia działalności badawczo-rozwojowej wśród przedsiębiorstw w Polsce. Warto z niego korzystać, ponieważ pozwala on uzyskać dodatkowe środki na zwiększenie aktywności działalności badawczo-rozwojowej, co może się przełożyć na wzrost innowacyjności i konkurencyjności przedsiębiorstwa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, dyrektor linii biznesowej Finance and Innovation w Ayming Polska.

Firmy prowadzące działalność badawczo-rozwojową mogą korzystać z ulgi na badania i rozwój już od 2016 roku. Pierwotny kształt ulgi pozostawiał wiele do życzenia – niska wartość odliczenia, ograniczony katalog kosztów kwalifikowanych do ulgi i preferencyjne traktowanie przede wszystkim sektora MŚP. Zmiany w przepisach sprawiły, że korzystanie z ulgi jest bardziej opłacalne. Od 2018 r. wydatki kwalifikowane można odliczać w 100 proc. ich wartości. Teraz za koszty kwalifikowane uznaje się też wynagrodzenia z tytułu umów-zleceń i umów o dzieło, a nie tylko wynagrodzenia z tytułu umowy o pracę.

– Dzięki skorzystaniu z ulgi przedsiębiorca może odzyskać niemal 1/5 wydatków poniesionych na działalność badawczo-rozwojową. Dla przykładu, przedsiębiorca, który identyfikuje koszty osobowe dedykowane do działalności badawczo-rozwojowej na poziomie 1 mln zł oraz pozostałe koszty kwalifikowane, które stanowią kolejny 1 mln zł, w roku 2018 będzie mógł zaoszczędzić 380 tys. zł – wylicza Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik.

W 2018 roku każda złotówka wydana na B+R może stanowić podstawę do odliczenia dwóch złotych w zeznaniu podatkowym. Mimo to wciąż jeszcze niewielki odsetek firm korzysta z tych preferencji. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że za rok podatkowy 2016 rozliczono ulgę na kwotę ponad 323 mln zł. Resort zaś oceniał, że kwota odliczeń od podstawy opodatkowania w wyniku rozliczania ulgi przekroczy 1,6 mld zł. Z danych Ayming Polska wynika, że w 2018 roku z ulgi ma skorzystać 25 proc. firm. Problemem jest niska świadomość istnienia takiej ulgi i korzyści, jakie ze sobą niesie.

– Według raportu przygotowanego na zlecenie Ayming Polska, 35 proc. firm nie ma świadomości, że istnieje ulga na działalność badawczo-rozwojową. Tylko 9 proc. naszych respondentów odpowiedziało, że skorzystali z ulgi na działalność badawczo-rozwojową w 2017 roku i wszyscy oni będą korzystać z niej w 2018 roku. Wynika to głównie z pozytywnych doświadczeń, jakie mieli przy rozliczeniu ulgi – wskazuje Wojciech Popardowski, project manager w Ayming Polska.

Z badania Ayming Polska wynika, że 45 proc. przedsiębiorstw deklaruje, że nie prowadzi działalności badawczo-rozwojowej. Może to dziwić, zwłaszcza że badanie zostało przeprowadzone wśród przedsiębiorstw z branż, w których taka działalność powinna występować w bieżącej działalności operacyjnej.

– Niskie korzystanie z ulgi wynika z dwóch powodów. Pierwszy to kojarzenie działalności badawczo-rozwojowej z zaawansowanymi innowacjami, gdy tymczasem aby skorzystać z ulgi, wystarczą wprowadzone innowacje na poziomie przedsiębiorstwa. Drugim powodem jest dotychczasowy kształt ulgi, a przede wszystkim jej wysokość. Od 2018 roku ulga dla wszystkich przedsiębiorstw wzrosła do 100 proc. odliczenia kosztów kwalifikowanych, a w przypadku przedsiębiorstw mających status centrum badawczo-rozwojowego do 150 proc. Między innymi to jest powodem, że 25 proc. naszych respondentów stwierdziło, że skorzysta z ulgi w 2018 roku – mówi Wojciech Popardowski.

PARPA: Ponad 40 proc. piętnastolatków w ciągu ostatniego miesiąca piło alkohol. Co piąty się nim upił

PARPA: Ponad 40 proc. piętnastolatków w ciągu ostatniego miesiąca piło alkohol. Co piąty się nim upił 6

Granica inicjacji alkoholowej ciągle się obniża i to znacząco: alkohol próbowali już dwunasto-, a nawet jedenastolatkowie. Dotyczy to nie tylko dzieci z trudnych środowisk. Badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych pokazują, że dorośli nie stawiają nieletnim barier, jeśli chodzi o spożycie alkoholu i dostęp do niego, co więcej, nierzadko ułatwiają im zakup. Tymczasem nawet niewielkie ilości alkoholu spożyte przez nieletnich mają niekorzystny wpływ na ich system nerwowy, a dodatkowo kształtują złe nawyki na przyszłość.

Dzieci upijają się, bo mają łatwy dostęp do napojów wyskokowych. Z ubiegłorocznego badania CBOS „Postawy młodych wobec alkoholu” wynika, że w 68 proc. przypadków za inicjacją alkoholową młodego człowieka stoi dorosły – ktoś z domowników albo znajomych, kto decyduje się kupić albo poczęstować nastolatka czymś mocniejszym, np. podczas domowej uroczystości. Widoczne jest to szczególnie w okresie wakacyjnym, kiedy dorośli odreagowują stres związany z praca, a młodzież – ze szkołą.

– Ponad 40 proc. piętnastolatków w ciągu ostatniego miesiąca piło alkohol, a 20 proc. się nim upiło. To są dane, które muszą niepokoić. Wiek inicjacji alkoholowej w Polsce wynosi dwanaście lat. To dość przerażające, że tak młode dzieciaki mają swoje pierwsze doświadczenia z alkoholem. Sięganie po alkohol jest wśród młodzieży dość powszechne, chociaż widzimy pewne optymistyczne oznaki – w ostatnich ośmiu latach zauważamy tendencję spadkową, jeśli chodzi o częstość sięgania po alkohol i ilość wypijanego alkoholu przez młodych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Brzózka, dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

W walce ze zbyt wczesną inicjacją alkoholową młodzieży nie pomagają również sprzedawcy. Z badań wynika, że jedynie 11–16 proc. nieletnich spotyka się w sklepie z odmową sprzedaży piwa, wina czy wódki. Poza tym w mediach i w reklamie jest wytwarzana tzw. moda alkoholowa.

– Wpływa na to przemożny wpływ reklam, gęsta sieć sprzedaży alkoholu, to, że alkohol jest wszechobecny w naszym życiu, bo my, Polacy, jesteśmy narodem w UE najbardziej zsocjalizowanym z alkoholem. W ogromnej większości uważamy, że alkohol jest czymś normalnym, co jest niemalże niezbędne do życia. Z tego wynika nasza tolerancja na zachowania tych, którzy pić alkoholu nie powinni. Niestety, nie mamy świadomości odpowiedzialności, jeśli chodzi o nasze zachowania w stosunku do alkoholu – mówi Krzysztof Brzózka.

Eksperci podkreślają, że statystyki dotyczące picia alkoholu obejmują dzieci z różnych środowisk, nie tylko z marginesu.

– Dziewczęta piją na równi z chłopcami. O ile wśród chłopców jest tendencja spadkowa, o tyle dziewczyny, którym przemysł alkoholowy funduje lepsze smaki, piją coraz więcej. To jest kłopot, ponieważ to są przyszłe matki, osoby, które w perspektywie będą musiały myśleć o okresie ciąży, macierzyństwa, wtedy te przyzwyczajenia mogą zostać – mówi Krzysztof Brzózka.

Kobiety pijące najwięcej alkoholu to osoby w wieku od 18 do 29 lat, pozostające w stanie wolnym (panny i osoby rozwiedzione), mieszkanki miast (powyżej 50 tys. mieszkańców), uczące się i studiujące oraz bezrobotne. Co dziesiąta kobieta w tym wieku wypija rocznie ponad 7,5 l czystego alkoholu, co stwarza ryzyko poważnych szkód zdrowotnych, psychologicznych i społecznych. Krzysztof Brzózka podkreśla, że rocznie w Polsce rodzi się około 7,5 tys. dzieci z uszkodzonym ośrodkowym układem nerwowym spowodowanym przez picie alkoholu w czasie ciąży. Nie można tego więc traktować jako zjawiska marginalnego.

– Picie alkoholu przez kobiety w ciąży w ogóle nie powinno mieć miejsca. Te symboliczne dwie kreski powinny skończyć kontakt zarówno z alkoholem, jak i z innymi używkami. To jest oczywiste, ale niestety tak się nie dzieje, ponieważ potrafimy lekceważyć zalecenia lekarzy. Nawet jedna lampka wina wypita w nieodpowiednim czasie może zaszkodzić – mówi Krzysztof Brzózka.

Firmy mogą już stosować mechanizm podzielonej płatności. Dla niektórych może on oznaczać problemy z płynnością

Firmy mogą już stosować mechanizm podzielonej płatności. Dla niektórych może on oznaczać problemy z płynnością 7

1 lipca weszły w życie przepisy wdrażające mechanizm podzielonej płatności. Opcja split payment dla firm płacących za produkty lub usługi polega na tym, że przedsiębiorca może rozdzielać swoją płatność: przelać kwotę netto na rachunek rozliczeniowy kontrahenta, natomiast kwotę VAT – na jego rachunek VAT. Środki gromadzone na tym drugim koncie są niejako zamrożone – firma może z nich regulować zobowiązania związane z VAT-em. Zgodę na ich inne wykorzystanie wydaje naczelnik urzędu skarbowego. W przypadku niektórych firm to może oznaczać problemy z płynnością.

Mechanizm podzielonej płatności, którego wprowadzenie ma uszczelnić system podatkowy i zwiększyć wpływy z VAT-u do budżetu państwa, zakłada utworzenie dla przedsiębiorcy drugiego konta bankowego, na które wpływać będzie kwota podatku VAT należna firmie od kupującego towar lub usługę kontrahenta. Na rachunek rozliczeniowy przedsiębiorcy trafi jedynie kwota netto. Środki z konta VAT-owskiego będą mogły być przeznaczone jedynie na uregulowanie tegoż podatku bądź to wobec urzędu skarbowego, bądź innego kontrahenta. W ten sposób firmy nie będą mogły dysponować całością kwoty w dowolny sposób.

– Kwota VAT-u będzie zawsze zablokowana na koncie VAT – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Sławińska-Rzemek, doradca podatkowy w firmie inFakt. – Przedsiębiorca nie będzie mógł z tego konta uregulować całości faktury zakupowej, podatku dochodowego czy ZUS-u. To może spowodować u niego pewne problemy. Jest całe grono osób, które w dużej mierze korzystają na tym, że kwotę VAT-u otrzymują, otrzymują też zwroty VAT-u i obracają tą gotówką. Jeżeli ta kwota zostanie zablokowana na rachunku VAT i będzie mogła być przeznaczona tylko na określone w ustawie cele, może to spowodować utratę płynności finansowej u takich przedsiębiorców.

Tę kwotę będzie można odzyskać, ale w tym celu przedsiębiorca musi wystąpić z wnioskiem do naczelnika urzędu skarbowego o przelanie jej na rachunek rozliczeniowy. Urzędnik może jednak nie wyrazić zgody na taki przelew.

– Może dojść do wniosku, że nie mamy wystarczającej kwoty na rachunku VAT na pokrycie naszego najbliższego zobowiązania podatkowego, w związku z tym odmówi zwrotu kwoty VAT. Dużo trudniejsze będzie odzyskiwanie tej kwoty, tak żeby można było swobodnie obracać nią w firmie – podkreśla Magdalena Sławińska-Rzemek.

Korzystanie ze split payment na razie jest dobrowolne. Najwcześniej w styczniu 2019 roku może się stać obowiązkowe w niektórych branżach, w których stosowany jest odwrócony VAT, np. w budownictwie. Choć banki zgodziły się na niepodnoszenie opłat za prowadzenie rachunków, przedsiębiorcy decydujący się na zastosowanie split paymentu będą musieli dokonywać osobnych przelewów za każdą fakturę, co ma służyć skutecznej kontroli.

– Wyobrażam sobie, że w niedługiej przyszłości możemy wpaść w samonakręcające się koło i każdy będzie musiał korzystać ze split paymentu. Jeżeli nasz kontrahent zapłaci nam na konto z użyciem metody split payment, będziemy mieć pewne środki na rachunku VAT, wiadomo, że będziemy chcieli je wykorzystać, więc zapłacimy z niego kolejnemu kontrahentowi – wyjaśnia Magdalena Sławińska-Rzemek. – W ten sposób może dojść do sytuacji, że dobrowolny mechanizm stanie się mechanizmem obowiązkowym.

O tym, czy zastosować split payment, decyduje strona kupująca i opłacająca fakturę; sprzedawca może najwyżej poprosić kontrahenta, by tego nie robił. Skoro jednak firma sama będzie otrzymywać płatność podzieloną, w jej interesie będzie wykorzystanie środków z konta VAT właśnie na opłacenie VAT w ramach faktury otrzymanej od innej firmy. Wiadomo już też, kto od razu zastosuje mechanizm podzielonej płatności: rząd już zapowiedział, że objęte nim zostaną wszystkie spółki Skarbu Państwa.

CSR domaga się komunikacji

Coraz więcej firm w Polsce podchodzi do społecznej odpowiedzialności biznesu w sposób strategiczny odrzucając początkowe identyfikowanie CSR z prostymi działaniami charytatywnymi. Jednocześnie z opublikowanych badań i raportów wynika, że wciąż konieczne jest wspieranie rozwoju i budowanie świadomości społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw oraz jej sprzężenia z biznesem.

62% firm stowarzyszonych we Francusko-Polskiej Izbie Gospodarczej uważa, że ilość informacji na temat CSR, zarówno po stronie klientów, pracowników, dostawców, jak i zarządów wciąż jest w Polsce niewystarczająca. Dalsze szerzenie wiedzy na ten temat, m.in. przy pomocy prezentowania dobrych praktyk, jest zatem niezbędne. Kluczową rolę ma tu do odegrania przejrzysta, regularna i konsekwentnie prowadzona komunikacja. Komunikacja prezentująca CSR jako integralny element tożsamości i kultury organizacyjnej firmy, budujący jej przewagę konkurencyjną, reputację oraz wizerunek.

To, co się liczy

Wagę komunikacji działań CSR doskonale rozumieją przedstawiciele biznesu ankietowani w czerwcu br. przez agencję Effective PR. Jak zauważa Ewa Jaxa-Jankowska z firmy 3M: Nie ma CSR bez dobrej komunikacji. To, co robimy musi być pokazane zarówno pracownikom, jak i otoczeniu na zewnątrz organizacji. Do kogo firmy kierują swoje komunikaty? Najczęściej do pracowników, klientów biznesowych, mediów oraz bezpośrednio do konsumentów. Edukowanie tych ostatnich wydaje się szczególnie istotne, o tyle że wg danych zaczerpniętych z projektu Nienieodpowiedzialni.pl 70% Polaków w ogóle nie bierze pod uwagę działań społecznie odpowiedzialnych podczas zakupu produktów czy usług. Potwierdzeniem dużego znaczenia przypisywanego przez firmy komunikacji jest także to, że planują one zwiększenie różnorodności kanałów komunikacji zarówno z klientami (68% firm ankietowanych przez Francusko-Polską Izbę Gospodarczą), partnerami biznesowymi (60%), jak również pracownikami. 77% firm zadeklarowało swoją otwartość na dialog wewnętrzny, którego przykładem mogą być np. akcje typu „otwarte drzwi prezesa”.

Informuj poprzez media

Najczęściej wykorzystywane przez firmy społecznie odpowiedzialne narzędzia komunikacji to: własne strony internetowe, intranet, newslettery, profile w mediach społecznościowych, komunikaty prasowe, wywiady, wypowiedzi i artykuły eksperckie. Firmy realizują lokalne kampanie informacyjne i edukacyjne związane ze swoją działalnością oraz akcje informacyjne skierowane do klientów uświadamiające im korzyści płynące z działań CSR. Komunikacja wewnętrzna oraz skierowana bezpośrednio do interesariuszy dominuje nad współpracą z mediami. A to właśnie dzięki tym ostatnim firmy mogą zapewnić sobie oraz idei CSR dotarcie do szerokiej opinii publicznej i budowanie świadomości społecznej na jej temat. Tym bardziej, że przedstawiciele mediów są zainteresowani nagłaśnianiem praktyk z tego zakresu. Jak zauważa zapytana przez agencję Effective PR Aneta Cichla, zastępca redaktor naczelnej miesięcznika Eurobuild Central & Eastern Europe: Nagłośnienie ważnej sprawy, szczytnej idei czy właściwego celu zawsze jest potrzebne i mobilizuje innych do działania.

Poznaj efekty

O ile konieczność komunikowania praktyk CSR jest dla firm oczywista, o tyle pomiar jej efektywności już nie. Według danych agencji Effective PR, tylko ok. połowa firm monitoruje efekty swoich działań w tym zakresie. Przeszkodą są przede wszystkim brak specjalistycznej wiedzy oraz odpowiednich narzędzi, a czasami także braki kadrowe. Firmy, które mierzą efektywność komunikacji CSR robią to, aby na bieżąco kontrolować swój wizerunek, prezentować mierzalne wyniki działań w raportach CSR lub poznać opinię interesariuszy na temat realizowanych praktyk.

W zgodzie z ideą

Około 43% firm zapytanych przez Francusko-Polską Izbę Gospodarczą deklaruje posiadanie długofalowej strategii CSR wpisanej w strategię biznesową organizacji. Z kolei 38% przedsiębiorstw prowadzi jedynie działania doraźne. Poparciem tych danych mogą być wyniki analizy zgłoszeń do raportów wydawanych corocznie przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu, które wskazują na wzrost zgłoszeń praktyk długofalowych, w tym realizowanych nawet od ponad 15 czy 20 lat. Najczęściej występujące w Polsce praktyki CSR wg klasyfikacji obszarów ISO 26000 dotyczą zaangażowania społecznego oraz rozwoju społeczności lokalnej, pracy, a także ochrony środowiska naturalnego. Wśród korzyści, jakie firmy zyskują dzięki prowadzeniu praktyk CSR najczęściej wymieniana jest poprawa wizerunku organizacji (75%). Istotne są także motywowanie pracowników i tworzenie atrakcyjnego miejsca pracy oraz budowa trwałych i przejrzystych relacji z partnerami biznesowymi.

Oni odpowiadają za CSR

Za działania CSR oraz ich komunikację najczęściej odpowiada w firmach jeden dział – przede wszystkim marketingu, rzadziej PR. W strukturach działów wyodrębniane są dedykowane, najczęściej pojedyncze, stanowiska raportujące do zarządów firm lub szefów działów. Najrzadziej komunikacją CSR zajmuje się zewnętrzna agencja PR.

Linux Polska publikuje badanie na temat polskiego rynku Open Source

9 na 10 przedstawicieli polskiego sektora technologii korzysta z rozwiązań open source. Przeważa system operacyjny, ale firmy stawiają również np. na otwarte bazy danych – wynika z badania Polski Rynek Open Source 2018, przeprowadzonego przez Linux Polska w ramach konferencji Open Source Day 2018. Do największych zalet technologii otwarto źródłowych wymienionych przez respondentów należą: elastyczność, efektywność kosztowa, a także brak uzależnienia się od pojedynczego dostawcy rozwiązań IT.

Badanie Polski Rynek Open Source to pierwsza inicjatywa tego rodzaju w naszym kraju, mająca na celu ocenę wykorzystania narzędzi i oprogramowania open source na polskim rynku. Tegoroczna ankieta została przeprowadzona 23 maja, m.in. wśród specjalistów, inżynierów, menedżerów i osób zarządzających projektami IT, reprezentujących branżę teleinformatyczną, finansową, FMCG czy sektor publiczny.

Cieszymy się, że po raz kolejny możemy przedstawić unikatowe w skali kraju dane, pokazujące skalę korzystania z technologii open source przez polskie firmy, oraz wskazać na motywacje, jakie stoją za wdrożeniem tych rozwiązań. Z naszych obserwacji wynika, a badanie to potwierdza, że otwarte oprogramowanie jest nie tylko powszechnie stosowanie w wielu przedsiębiorstwach, ale też ma realny wpływ na polski biznes – zaznacza Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day i inicjator badania.

Systemy operacyjne nadal w czołówce

Jak wynika z opracowania, otwarte oprogramowanie jest najczęściej wykorzystywane przez polskie przedsiębiorstwa w obszarze systemów operacyjnych – odpowiedziało w ten sposób ponad 25 proc. badanych. Na drugim miejscu respondenci wskazali na stosowanie otwartych baz danych (19,4 proc).

Wyniki tegorocznego badania pokazują, że ponad 1/4 organizacji korzysta z otwartych systemów operacyjnych, ale to niejedyne zastosowanie technologii open source w biznesie. Analizując odpowiedzi respondentów, należy stwierdzić, że rozwiązania otwarto źródłowe są coraz częściej wykorzystywane jako komponenty służące do rozwoju istniejącego już oprogramowania i tworzenia autorskich rozwiązań IT. Nad otwartym oprogramowaniem pracuje wielomilionowa społeczność inżynierów i programistów na całym świecie, która dba o ulepszanie danego kodu, pracując nad wyłapywaniem ewentualnych błędów czy rozbudową funkcjonalności. Dlatego proces wdrażania nowego programu czy aplikacji z wykorzystaniem opensourcowych narzędzi, zazwyczaj odbywa się szybciej i sprawniej – komentuje Tomasz Dziedzic, Chief Technology Officer, Linux Polska.Open Source w biznesie

Przeszło co szósty ankietowany biorący udział w badaniu, korzysta z otwartych technologii
w obszarze automatyzacji (14,9 proc. badanych), czyli rozwiązań, które np. pomagają w utrzymaniu kontroli nad wdrożeniami w środowiskach centrów danych oraz tzw. kontenerów (14,6 proc. respondentów), które upraszczają proces budowania i wdrażania nowego kodu. Innym przykładem mogą być rozwiązania chmurowe (ponad 12 proc.), które cały czas zyskują na znaczeniu, co jest spowodowane, chociażby zmianami zachodzącymi w sposobie organizacji pracy i coraz większej potrzebie dostępu do danych w dowolnym miejscu i czasie.

Elastyczność przede wszystkim

Uczestnicy badania Polski Rynek Open Source 2018 wskazali, że największą zaletą otwartego oprogramowania jest jego elastyczność, czyli możliwość dostosowania tego rozwiązania do indywidualnych potrzeb organizacji, ale prawie tyle samo głosów zyskała inna, mocna strona technologii open source – brak uzależnienia się od pojedynczego dostawcy. Te dwie cechy zostały wymienione przez blisko 52 proc. respondentów. Na kolejnych miejscach uplasowały się: efektywność kosztowa (blisko 21 proc.) lub inaczej – optymalizacja kosztów, na którą mogą liczyć firmy wdrażające open source, a także wysoka jakość i bezpieczeństwo tych rozwiązań (w obu przypadkach – przeszło 13 proc.).zalety Open Source

Respondenci zapytani o największe zalety w korzystaniu z rozwiązań otwartych, na pierwszym miejscu wskazali na ich elastyczność, co nie jest zaskakujące. Szeroka dostępność, kompatybilność
z innymi systemami, także tymi zamkniętymi, stanowią największe wyróżniki narzędzi bazujących na

 

open source. Sprawiają również, że firmy, które z nich korzystają, unikają uzależnienia się od jednego dostawcy oprogramowania, a to z kolei tłumaczy, dlaczego ta zaleta technologii otwarto źródłowych przez osoby biorące udział w badaniu została wymieniona na drugim miejscu. Ankietowani zwrócili również uwagę na optymalizację kosztów, którą zapewniają rozwiązania open source. Wiele z nich udostępnianych jest bezpłatnie, ale efektywność kosztowa, o której możemy mówić w przypadku stosowania otwartego oprogramowania, nie bierze się wyłącznie z jego niższej ceny, ale z faktu wspomnianej elastyczności – zauważa Dariusz Świąder, Linux Polska.

Budowanie świadomości na temat open source nadal potrzebne

Chociaż 99 proc. badanych przyznało, że reprezentowana przez nich firma korzysta na co dzień z open source, co wskazuje na powszechność tych rozwiązań, to jednak ankietowani zwrócili uwagę na potrzebę większej edukacji w zakresie stosowania tej technologii. W rezultacie przyczyniłoby się to, do dalszego upowszechniania się rozwiązań otwartych w polskich firmach. Aż 6 na 10 badanych uważa, że można byłoby to osiągnąć poprzez zwiększenie świadomości na temat open source wśród osób decyzyjnych w przedsiębiorstwach lub poprzez budowanie świadomości na temat uwarunkowań prawnych związanych z korzystaniem z narzędzi tego rodzaju (prawie 36 proc. ankietowanych).Open Source w firmach

Z każdym rokiem obserwujemy, jak technologia open source, która obecnie jest kluczowym kierunkiem rozwoju informatyki i motorem napędowym innowacji w wielu gałęziach gospodarki, staje coraz popularniejsza w naszym kraju. Po rozwiązania otwarte sięga nie tylko biznes, ale również instytucje z sektora publicznego. Przykładem jest Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która za skuteczną implementację rozwiązań bazujących na otwartym kodzie otrzymała wyróżnienie podczas tegorocznej konferencji Open Source Day – wyjaśnia Dariusz Świąder, Linux Polska.

Jak dodaje Dariusz Świąder, wiedza o korzyściach, na które mogą liczyć firmy wdrażające open source, powinna trafić nie tylko do specjalistów z branży, a co ważne, także do osób decyzyjnych w przedsiębiorstwach, odpowiedzialnych za infrastrukturę IT, co przyznają uczestnicy badania.

Zwiększanie świadomości na temat rozwiązań otwarto źródłowych było także głównym celem przyświecającym nam przy organizowaniu pierwszej edycji konferencji Open Source Day i nie zmienił się on przez 11 lat. Dziś to wydarzenie jest największą platformą wymiany wiedzy na temat open source nie tylko w Polsce, ale i Europie Środkowo-Wschodniej.

Uczestnicy badania Polski Rynek Open Source 2018 wyrazili również chęć zdobywania praktycznej wiedzy oraz umiejętności z obszaru technologii open source. Jeżeli chodzi o ofertę szkoleń przygotowaną przez Linux Polska, ponad 60 proc. respondentów łącznie chce uczestniczyć w warsztatach z zakresu takich rozwiązań jak: EDB/PostgreSQL, Red Hat RHEL, Red Hat OpenSfhift, Splunk czy Puppet.

Pracochłonna flota sektora MŚP

Spośród wszystkich czynności związanych z obsługą służbowej floty, najbardziej pracochłonny dla firm z sektora MŚP jest nadzór nad stanem zużycia samochodów – wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A., jednej z czołowych na polskim rynku firm specjalizujących się w wynajmie długoterminowym pojazdów. Na konieczność utrzymywania służbowych aut w dobrej kondycji, a co za tym idzie – dbania o bieżące naprawy i obsługę techniczną – wskazuje 21,7 proc. badanych.

Pracochłonna flota sektora MŚP – infografikaRok 2017 był drugim z rzędu bardzo udanym dla całego rynku motoryzacyjnego w Polsce. Według Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu pojazdów, sprzedaż nowych samochodów osobowych osiągnęła najwyższy w tym stuleciu poziom. Z salonów wyjechało 486 tys. aut – o 17 proc. więcej niż rok temu.

Więcej samochodów, więcej obowiązków

Za dobrą koniunkturę, podobnie jak w kilku ostatnich latach, odpowiadały przede wszystkim firmy – były one nabywcami blisko 70 proc. wszystkich nowych samochodów osobowych sprzedanych w minionym roku. Na rozwój rynku motoryzacyjnego w Polsce coraz większy wpływ mają podmioty z sektora MŚP. Rosnąca liczba samochodów w mikro, małych i średnich przedsiębiorstwach oznacza jednak coraz większą liczbę obowiązków związanych z ich utrzymaniem.

Ilona Ochęduszko – Carefleet SA – Dyrektor Account Management 2 Im większa liczba samochodów w firmie, tym większe są nakłady czasu i pracy, które trzeba przeznaczyć na ich utrzymanie. Do kwestii stricte technicznych, takich jak przeglądy serwisowe, naprawy mechaniczne czy sezonowa wymiana opon dochodzą jeszcze obowiązki administracyjne – twierdzi Ilona Ochęduszko dyrektor Departamentu Account Management w Carefleet S.A. – O ile korporacje i duże przedsiębiorstwa posiadają całe działy lub pracowników dedykowanych obsłudze firmowej floty, o tyle w przypadku mniejszych  firm obowiązki te spadają na pracowników odpowiedzialnych za inne obszary funkcjonowania firmy, w tym często również na samych właścicieli – dodaje.

Nie tylko nadzór nad stanem samochodów służbowych

Oprócz konieczności utrzymania aut służbowych w dobrej kondycji, stosunkowo dużych nakładów pracy wymaga od firm z sektora MŚP również koordynacja przeglądów serwisowych oraz rozliczanie faktur związanych z eksploatacją samochodów. Na te kwestie wskazało odpowiednio 13,4 i 13,2 proc. respondentów, którzy wzięli udział w badaniu. Ankietowani zwracali również uwagę m.in. na pracochłonność działań administracyjnych związanych z obsługą floty, takich jak rejestracje i ubezpieczenia (11,1 proc.) czy koordynacja napraw szkód komunikacyjnych (6,2 proc.). Jak twierdzi Ilona Ochęduszko, duże nakłady pracy i czasu, jakie należy poświęcić na obsługę samochodów służbowych, sprawiają, że coraz częściej przedsiębiorcy z sektora MŚP zlecają te zadania wyspecjalizowanym firmom zewnętrznym.

Właściciele małych i średnich firm traktują samochody służbowe w kategorii narzędzi pracy. Powinny być ekonomiczne, funkcjonalne i generować jak najmniej dodatkowej pracy. Dlatego też z roku na rok coraz większą popularnością cieszy się outsourcing usług związanych z zarządzaniem flotą – mówi Ilona Ochęduszko. – Wśród nich możemy m.in. wymienić obsługę techniczną pojazdów, sezonową wymianę i przechowywanie opon, likwidację szkód komunikacyjnych, karty paliwowe czy wsparcie w kwestiach związanych z administracją firmowej floty – dodaje.

Sektor MŚP coraz bardziej otwarty na wynajem

W ostatnich latach coraz większą popularność w sektorze MŚP zyskuje wynajem długoterminowy – rozwiązanie,  które łączy w sobie atrakcyjne finansowanie samochodu z szerokim zakresem usług z obszaru zarządzania flotą. Jeszcze kilkanaście lat temu z rozwiązania tego korzystały przede wszystkim korporacje i duże przedsiębiorstwa. Obecnie, jak wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A., 19,6 proc. mikro, małych i średnich firm w Polsce finansuje samochody służbowe w formie wynajmu długoterminowego. To niemal o 15 proc. więcej niż w 2009 roku.

Sztuczna inteligencja potrzebuje człowieka

Według jednego z największych umysłów współczesnych czasów, zmarłego w marcu Stephana Hawkinga, głównym wyzwaniem związanym ze sztuczną inteligencją jest sposób kontrolowania jej przez człowieka. Obawy dotyczące tej technologii potwierdzają wyniki badania SAS, w których niespełna połowa (47%) respondentów stwierdziła, że czuje się komfortowo, współpracując z firmami korzystającymi z AI. Twórcy rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję zwracają uwagę na fakt, że wymagają one nadzoru specjalistów, którzy wezmą odpowiedzialność za ich działanie.

(2 lipca 2018 r.) – Mimo że matematyczne modele sieci neuronowych opracowano w latach 40-tych ubiegłego wieku, analitycy musieli pokonać wiele przeciwności zanim algorytmy AI zaczęły prześcigać człowieka w coraz to nowych dyscyplinach. Wciąż trudno mówić o istnieniu sztucznej inteligencji, której sposoby „myślenia” byłyby choćby zbliżone do ludzkich. Obecnie AI jest wykorzystywana w ściśle określonych obszarach. Przykładowo system, który nauczył się gry w szachy nie będzie umiał postawić pasjansa. Zdaniem Daniela Dennetta niekontrolowany rozwój sztucznej inteligencji mógłby doprowadzić do utraty przez ludzi zdolności rozumienia. Amerykański filozof i kognitywista, zajmujący się m.in. ewolucją umysłu, twierdzi, że AI powinna być narzędziem, a nie kolegą. W jego opinii, gdy pozwolimy maszynie mieć swoje własne plany, cele, dążenia, może się okazać, że zacznie prowadzić działania, które będą dla nas niekorzystne lub których sobie nie życzymy.

Inwestycje w AI mimo obaw

Wiele obaw związanych ze sztuczną inteligencją wynika z braku zrozumienia, czym jest ta technologia, jaki jest stopień jej zaawansowania i jak wiele możemy od niej oczekiwać. Eksperci SAS, lidera analityki biznesowej i rozwiązań z zakresu AI, zwracają uwagę na fakt, że technologia ta potrzebuje bardzo dużej ilości danych oraz mocy obliczeniowej, niezbędnej do ich przetworzenia – dlatego efekty jej działania obserwujemy dopiero od kilku lat. To człowiek zasila system informacjami i wprowadza parametry wejściowe. Na obecnym etapie rozwoju sztuczna inteligencja nie wyręczy go we wszystkich procesach decyzyjnych. Natomiast niezwykle prawdopodobne jest, że w przyszłości będzie nas wspierać w czynnościach, które sami uznamy za uciążliwe lub nudne, jak np. tłumaczenia (namiastką czego jest obecnie Google Translate).

Obawy związane ze sztuczną inteligencją nie wstrzymują jej rozwoju. Zgodnie z przewidywaniami ośrodka badawczego Markets & Markets, w latach 2017 – 2023 wartość technologii opartej na sztucznej inteligencji będzie rosła o około 36% rok do roku.

Jak zapanować nad sztuczną inteligencją

Specjaliści z SAS wskazują 3 kroki, które pozwolą zapanować nad sztuczną inteligencją.

  1. Zapewnienie dobrej jakości danych – algorytmy sztucznej inteligencji są tworzone w oparciu o dane. Jeżeli jest ich zbyt mało lub są nieprawdziwe, system będzie prezentował błędne rezultaty. Analitycy muszę również brać pod uwagę, że ktoś, celowo lub przypadkiem, zasili system fałszywymi informacjami, przez co wpłynie na działanie algorytmów AI.
  2. Odpowiedni nadzór – projekty związane ze sztuczną inteligencją wymagają stworzenia odpowiedniej polityki i ustalenia, kto będzie sprawował nad nimi nadzór. Algorytmy AI wymagają regularnych audytów m.in. po to, aby upewnić się, że nie stały się one tendencyjne.
  3. Przewidywanie skutków działania sztucznej inteligencji – algorytmy sztucznej inteligencji rozwijają się same na podstawie analizy dostarczonych danych. Jednak bieżąca kontrola może być niewystarczająca. Należy upewnić się, że systemy wykorzystujące AI działają nie tylko efektywnie, ale dbają również o jakość, postępują zgodnie z zasadami etyki, a cele, które przed nimi stawiamy wzajemnie się nie wykluczają.

Przyszłość sztucznej inteligencji

Potrzebę zapanowania nad sztuczną inteligencją dostrzegają również władze międzynarodowe. Do końca 2018 roku Komisja Europejska przygotuje kodeks etyki, który ma obowiązywać organizacje rozwijające sztuczną inteligencję. Nie oznacza to jednak spowolnienia prac nad AI. Władze Unii Europejskiej chcą, aby do końca 2020 roku nakłady na badania i innowacje w sektorze publicznym i prywatnym dotyczące sztucznej inteligencji zwiększyły się o co najmniej 20 mld euro.

Ogromne inwestycje w sztuczną inteligencję nie mogą dziwić, gdyż korzyści wynikające z wykorzystania tej technologii są nie do przecenienia m.in. automatyzacja procesów czy poprawa jakości i personalizacja kontaktu z klientem (tzw. Customer Intelligence). Przykładem pierwszego zastosowania jest eksperyment przeprowadzony w Chinach, polegający na uruchomieniu fabryki prawie w całości obsługiwanej przez roboty. Projekt okazał się sukcesem, gdyż w placówce odnotowano mniej błędów i wzrost wydajności. Innym ważnym obszarem zastosowania AI jest medycyna, gdzie już dziś maszyna jest w stanie wykrywać na zdjęciach diagnostycznych różne formy nowotworu ze skutecznością dorównującą doświadczonym radiologom.

Źródło: 3 essential steps for AI ethics

629% wzrost w kategorii złośliwego oprogramowania do kopania kryptowalut

Już nie tylko ataki ransomware, kradzieże danych i oszustwa są dla cyberprzestępców źródłem kryptowalut. Coraz częściej stosują cryptojacking, czyli wykorzystanie do kopania wirtualnej waluty mocy obliczeniowej komputera łączącego się z zainfekowaną stroną. Liczba próbek złośliwego oprogramowania typu coin miner wzrosła w pierwszym kwartale 2018 roku o 629%, osiągając rekordowy poziom 2,9 miliona, wynika z najnowszego raportu McAfee Labs (McAfee Labs Threats Report: June 2018).

Cryptojacking to szybszy, łatwiejszy i mniej ryzykowny niż dotychczasowe sposób na pozyskanie kryptowaluty, twierdzą eksperci McAfee. Cyberprzestępcy coraz sprawniej przechwytują przeglądarki swoich ofiar, infekują ich systemy i w ten sposób potajemnie wydobywają kryptowaluty, np. Bitcoiny. To oznacza, że generują zyski bez angażowania stron trzecich w monetyzację działań przestępczych.

– Cyberprzestępcy robią wszystko, by zmaksymalizować swoje zyski – mówi Arkadiusz Krawczyk, Country Manager w McAfee Poland. – W ostatnich kwartałach zauważyliśmy przejście od klasycznego modelu kradzieży danych do ataków ransomware, czyli metody o wiele skuteczniejszej. Wzrost wartości wirtualnej waluty powoduje, że przestępcy skupiają się na cryptojackingu i kradzieżach kryptowaluty. Musimy pamiętać, że cyberprzestępczość to biznes, więc mechanizmy rynkowe będą nadal kształtować kierunki obierane przez graczy w tym sektorze – dodaje Krawczyk.

Raport McAfee Labs Threats Report: June 2018 ujawnia także, że w I kwartale 2018 roku w każdej sekundzie na świecie pojawiało się pięć nowych próbek złośliwego oprogramowania.

– W kwartale tym roku mieliśmy do czynienia z nowymi, skomplikowanymi kampaniami cyberprzestępców, które uderzały w użytkowników i systemy biznesowe na całym świecie – tłumaczy Raj Samani, Chief Scientist w McAfee. – Przestępcy wykazali się zadziwiająco wysokim poziomem technicznej sprawności i innowacyjności pod względem używanych narzędzi i taktyk.

Do najbardziej znanych kampanii cyberprzestępczych zaliczyć można działania grupy Lazarus służące kradzieży Bitcoina (kampania phishingowa HaoBao), atak na organizacje zaangażowane w Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongczang w Korei Południowej oraz operację GhostSecret, która objęła sektor medyczny, finansowy, rozrywkowy i telekomunikacyjny.

Incydenty bezpieczeństwa w różnych sektorach gospodarki:

McAfee Labs naliczył w I kwartale 2018 roku 313 publicznie ujawnionych incydentów, co stanowi wzrost o 41% w porównaniu z IV kwartałem 2017.

• Sektor medyczny. Liczba ujawnionych incydentów w branży medycznej wzrosła o 47%. Cyberprzestępcy nadal korzystali z ransomware SAMSA. W wielu przypadkach szpitale były zmuszone do zapłacenia okupu.
• Edukacja. Liczba incydentów w sektorze edukacyjnym wzrosła o 40%, a ransomware było główną metodą w atakach na szkoły i inne instytucje oświatowe.
• Finanse. Liczba ujawnionych incydentów wzrosła o 39%, obejmując regularne ataki na systemy bankowe SWIFT.

PPE na oku aktywnych pracodawców

Trwające prace oraz dyskusja nad Pracowniczymi Planami Kapitałowymi (PPK), w której tle notujemy kolejne rekordowo niskie notowania stopy bezrobocia, wzmagają zainteresowanie Pracowniczymi Programami Emerytalnymi (PPE). Dodatkowo z informacji płynących z rynku wynika, że znacząco rośnie rola benefitów pracowniczych w procesie rekrutacyjnym oraz wzmacnianiu lojalności już zatrudnionych pracowników. PPE już od blisko 20 lat są elementem portfela benefitów w firmach, a obecnie ich rola rośnie. Stają się nie tylko ważnym narzędziem w walce o nowych rekrutów, ale także dostarczają mocnych argumentów przemawiających za pozostaniem w obecnym miejscu pracy.

Z szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w maju w Polsce stopa bezrobocia zanotowała kolejne minimum osiągając 6,3%[1]. Byłby to już dziewiąty kolejny miesiąc ze stopą bezrobocia poniżej 7%. To wynik nienotowany od 1990 r. i jednocześnie impuls dla pracodawców do wzbogacania pakietu benefitów, by wyróżnić się wśród konkurencji.

„Niska stopa bezrobocia w dużym stopniu przekłada się na efektywność procesu rekrutacyjnego. W branży HR coraz śmielej mówi się o rynku pracownika i trudno się temu dziwić przy takich statystykach. Najtrudniejszy proces rekrutacyjny dotyczy oczywiście specjalistów, ale z rynku docierają już sygnały o problemach również
w rekrutacji np. pracowników podstawowego szczebla. W takich okolicznościach wzrasta ranga benefitów pozapłacowych, które mogą pomóc przyciągnąć potencjalnych kandydatów do pracy, szczególnie tych najbardziej wykwalifikowanych. Spośród nich jedną z najciekawszych opcji jest m.in. dodatkowa prywatna emerytura opłacana przez pracodawcę czyli tzw. programy PPE. Jest nimi obecnie objętych ok. 2,4% wszystkich pracujących w Polsce. PPE mają zatem wciąż duży potencjał do wzrostu i do wyróżnienia firmy na tle reszty rynku. Na PPK według wszystkich znaków na niebie i ziemi jeszcze poczekamy, natomiast PPE pozwala już teraz wzbogacić pakiet benefitów pozytywnie oddziaływując na proces rekrutacyjny w firmie”
– mówi Przemysław Gawlak, dyrektor sprzedaży produktów emerytalnych Esaliens Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych.

PPE to element trzeciego filaru systemu emerytalnego i jednocześnie szansa na dodatkową emeryturę dla pracownika, niezależną od ZUS czy OFE. Składki, które pracodawca w ramach PPE odprowadza co miesiąc na rzecz pracownika są zwolnione z obowiązkowych danin na ubezpieczenie społeczne, a dodatkowo koszty związane z prowadzeniem programu są dla pracodawcy kosztem uzyskania przychodu. Przywileje podatkowe dotyczą również samego pracownika, który jest zwolniony z podatku od zysków w przypadku wypłaty środków na emeryturze. Dodatkowo, środki zgormadzone w ramach PPE mogą być dziedziczone przez najbliższych pracownika, w przypadku jego śmierci. Nad każdym z prowadzonych PPE nadzór sprawuje Komisja Nadzoru Finansowego.

Póki prace nad PPK trwają, można śmiało korzystać z PPE – już funkcjonującego
i efektywnego rodzaju oszczędzania na emeryturę. Eksperci pracujący nad PPK obserwują bacznie rynek Pracowniczych Programów Emerytalnych i czerpią z niego inspirację dopracowując PPK. Na portalu Rządowego Centrum Legislacji opublikowano pod koniec maja nowy projekt ustawy o PPK. Zawiera on szereg zmian, które stanowią odpowiedź na komentarze zgłaszane przez przedstawicieli rynku finansowego.

„Nowe propozycje zmian do ustawy o PPK idą właśnie w kierunku pracowników szczebla podstawowego. Wedle najnowszego projektu zmianom miałyby ulec stawki, które mają być uzależnione od wysokości pensji. Wszystko po to, aby oprócz świetnie zarabiających specjalistów do PPK przekonać nawet pracowników o najskromniejszych zarobkach. Mieliby oni wpłacać na PPK preferencyjną stawkę, obniżoną nawet do 0,5% wynagrodzenia. Natomiast Ci, których przychody z tytułu pracy przekroczą 2100 PLN zapłacą stawkę na poziomie 2%. Dodatkowo ustawodawca proponuje, ale dodać zapis w ustawie chroniący zgromadzone pieniądze. Będą one stanowiły prywatną własność uczestnika. To z kolei ma uchronić pieniądze przed losem oszczędności zgromadzonych w OFE. Nowy projekt zmian w ustawie zawiera także wiele zmian związanych z niższymi opłatami dla oferujących, większym bezpieczeństwem środków czy wydłużonym okresem ponownego zapisu pracowników. Wszystko to ma na celu uczynienie projektu bardziej elastycznym i dostosowanym do potrzeb rynku” – wyjaśnia Przemysław Gawlak.

[1] https://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/zatrudnienie-i-przeciwdzialanie-bezrobociu/art,9993,6-1-wynioslo-bezrobocie-w-maju.html

Waluty CEE ponownie znalazły się pod presją

Ostatni tydzień był dość zmienny dla euro i dolara amerykańskiego. Dolar umacniał się ze względu na ogarniającą rynki niechęć do ryzyka.

Wynikało to z wiadomości o tym, że prezydent Trump rozważa kolejne „sankcje” względem Chin, dokładniej wprowadzenie ograniczeń na chińskie inwestycje. Natomiast osłabienie euro zostało spowodowane niepokojem, że brak zgody na ostateczną wizję polityki migracyjnej w Niemczech skaże na porażkę koalicję rządową pod przewodnictwem kanclerz Merkel. Pod koniec tygodnia okazało się, że porozumienie zostało jednak osiągnięte, co sprawiło, że euro zmieniło swój krótkookresowy trend, wracając do poziomu jeszcze z początku tygodnia. Podobnie zachowywał się funt brytyjski.

Z kolei „przegranym tygodnia” był dolar nowozelandzki, który osłabł o 2% w reakcji na obawy, które bank centralny wyraził w kwestii temat perspektyw gospodarczych kraju.

W tym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na raport o rynku pracy w Stanach Zjednoczonych, który zostanie opublikowany w piątek. Brytyjską walutę mogą potencjalnie wesprzeć indeksy PMI o aktywności biznesowej, które ujrzą światło dzienne w pierwszej połowie tygodnia. We wtorek natomiast spotkają się banki centralne Australii oraz Szwecji.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do głównych walut. PLN dołączył do innych walut CEE, które traciły z uwagi na wzrost obaw na rynku i siłę dolara. Obok forinta węgierskiego był jedną z najchętniej wyprzedawanych walut regionu, w czym na pewno nie przeszkadzała relatywnie wysoka płynność na parze EUR/PLN.

Ubiegły tydzień nie obfitował w istotne dane z Polski. Poniedziałkowy odczyt potwierdził, że w maju mieliśmy do czynienia z wyraźnym spadkiem bezrobocia – stopa bezrobocia spadła wtedy do poziomu 6,1%.

Poza dzisiejszymi danymi, które pokazały wyraźny wzrost aktywności w sektorze przemysłowym i nieco niższą od oczekiwanej inflację, bieżący tydzień nie przyniesie istotnych informacji z Polski. Dla polskiego złotego oprócz danych z głównych gospodarek znaczenie będzie miała kwestia zmian sentymentu do ryzyka i rynków wschodzących.

GBP

Ostatni tydzień nie obfitował w istotniejsze publikacje gospodarcze, zabrakło również wieści o stanie negocjacji ws. Brexitu. Tym samym zmiany kursu funta brytyjskiego względem walut innych niż euro były blisko związane z wahaniami wspólnej europejskiej waluty.

W tym tygodniu największy wpływ na szterlinga będą miały nowe indeksy aktywności biznesowej PMI. Jesteśmy zdania, że w obliczu ogólnie silniejszego charakteru brytyjskiej gospodarki istnieje spora szansa, że wskaźniki pójdą w górę. Jeżeli tak się stanie, spodziewamy się sporego umocnienia funta względem zarówno euro jak i dolara.

EUR

Zaskakujące porozumienie Unii Europejskiej w sprawie migracji dostarczyło wspólnej walucie długo oczekiwanego wsparcia. Niemniej, już w niedzielę wieczorem członkowie bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CSU) domagali się, aby zarejestrowani w innych krajach migranci byli odsyłani z powrotem na granicy kraju (co stanowiłoby złamanie traktatu z Schengen). CSU groziło również zerwaniem koalicji rządowej. W tym tygodniu nie doświadczymy zbyt wielu nowych informacji o polityce ani gospodarce strefy euro, z wyjątkiem zaplanowanych na wtorek danych o zamówieniach dóbr przemysłowych w Niemczech. Tym samym za zmiany kursu odpowiedzialne będą wieści polityczne.

USD

Dane gospodarcze w USA są od kilku tygodni słabsze niż zakładano. Jest nadal za wcześnie, aby przypisywać temu jakieś większe znaczenie. Niemniej, brak odzwierciedlenia słabszej sytuacji gospodarczej Stanów Zjednoczonych w kursie USD oznacza, że dolar jest wyeksponowany na wszelkie potencjalnie negatywne niespodzianki, które mogą wyniknąć z zaplanowanego na piątek raportu o rynku pracy. Konsensus zakłada bowiem, że dane liczbowe znów będą dobre. W czwartek, co równie istotne, opublikowane zostaną minutki z ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Ponowny wzrost PMI, ale optymizm gorszy

W czerwcu 2018 r. PMI polskiego przemysłu wyniosło 54,2, co było odczytem wyższym zarówno w porównaniu z poprzednim miesiącem (53,3), jak i oczekiwaniami rynkowymi (53,1). Czerwcowy odczyt był najwyższy od stycznia br. i wydłużył bieżącą tendencję wzrostową do 45 miesięcy z rzędu.

Wzrost produkcji w czerwcu był konsekwencją wzrostu liczby nowych zamówień, który był najsilniejszy od 4 miesięcy. Ankietowane firmy wskazywały szczególnie na dobry popyt krajowy, podczas gdy liczba nowych zamówień z zagranicy nieznacznie wzrosła po majowym spadku.

Nowe zamówienia spowodowały chęć zwiększania zatrudnienia. Zatrudnienie w czerwcu 2018 r. wzrosło w najszybszym tempie od kwietnia 2017 r. i był to jeden z najsilniejszych wyników od początku badań zapoczątkowanych 20 lat temu. Niemniej jednak zaległości produkcyjne dalej rosły, a opóźnienia w dostawach wydłużały się.

IHS Markit w raporcie za czerwiec 2018 r. zwraca także uwagę na rosnące presje cenowe, bowiem koszty produkcji w przemyśle osiągnęły najwyższy poziom od kwietnia 2011 r. Główną przyczyną są rosnące ceny metali.

Prognozy na kolejne 12 miesięcy pozostawały dobre, co przedsiębiorcy argumentowali spodziewanym wzrostem produkcji i nowych zamówień oraz bardziej wydajnymi maszynami. Niemniej jednak poziom optymizmu osłabł do najniższego poziomu od 19 miesięcy, co naszym zdaniem potwierdza obawy dotyczące utrzymania wysokiego tempa wzrostu polskiej gospodarki.

Piotr Ludwiczak, Zarządzający funduszem, Michael/Ström Dom Maklerski

Nowe propozycje Komisji Europejskiej dotyczące regulacji podatku od działalności cyfrowej

Na początku marca 2018 r. Komisja Europejska zaproponowała nowe rozwiązania mające na celu opodatkowanie działalności cyfrowej w sprawiedliwy i zrównoważony sposób na terenie całej Unii Europejskiej. Pomysłodawcy projektu zauważyli, że rozwój przedsiębiorstw opartych na działalności cyfrowej, takich jak media społecznościowe czy dostarczanie treści za pomocą Internetu, ma ogromny wpływ na gospodarkę unijną. Obecnie aż 9 z 20 największych pod względem kapitalizacji firm stanowią przedsiębiorstwa cyfrowe – dziesięć lat temu była to jedna taka firma. Obowiązujące przepisy podatkowe nie są dostosowane do rzeczywistej sytuacji na rynku, ponieważ nie uwzględniają nowych sposobów generowania zysków w cyfrowym świecie, a także ogromnej roli, jaką odgrywają w tym procesie użytkownicy. Zastosowanie rozwiązań zaproponowanych przez Komisję Europejską ma być odpowiedzią na powyższe problemy.

Wspólna reforma unijnych przepisów

Unijne propozycje zawierają dwa odrębne projekty dyrektyw. Pierwsze z zaproponowanych rozwiązań to wspólna reforma unijnych przepisów dotyczących podatku od osób prawnych z tytułu działalności cyfrowej. Komisja Europejska wskazuje, że zyski powinny być opodatkowywane w miejscu, w którym są generowane, a zatem tam, gdzie przedsiębiorstwa utrzymują interakcje z użytkownikami za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Wyznacznikiem położenia źródła dochodów byłoby zatem miejsce, w którym użytkownik znajduje się w okresie korzystania z usługi, a nie, jak dotychczas, miejsce rejestracji podmiotu zapewniającego wirtualne usługi. Nowe przepisy umożliwiłyby państwom członkowskim opodatkowanie zysków generowanych na ich terytorium, nawet jeżeli dane przedsiębiorstwo nie posiadałoby fizycznie siedziby na ich terytorium. W związku z tym Komisja proponuje wprowadzenie definicji „obecności cyfrowej”, czyli wirtualnego, stałego miejsca prowadzenia działalności w państwie unijnym.

Aby podlegać opodatkowaniu w danym państwie, platforma cyfrowa musi spełniać jeden z trzech warunków: jej roczne przychody uzyskane w danym państwie członkowskim przekraczają 7 mln euro, liczba użytkowników w danym państwie członkowskim wynosi ponad 100 tys. użytkowników w danym roku podatkowym lub pomiędzy danym przedsiębiorstwem a jego użytkownikami biznesowymi dochodzi do zawarcia ponad 3 tys. umów o usługi cyfrowe w ciągu roku podatkowego.

Ponadto zaproponowane rozwiązania mają zmienić mechanizm podziału zysków pomiędzy państwami członkowskimi, aby lepiej odzwierciedlać możliwości tworzenia przez przedsiębiorstwa wartości w Internecie. W konsekwencji nowy system zapewni rzeczywisty związek między miejscem, w którym wypracowywane są zyski, a miejscem, w którym podlegają one opodatkowaniu. Środek ten mógłby ostatecznie stać się częścią wspólnej skonsolidowanej podstawy opodatkowania osób prawnych (CCCTB). Jednakże problem w tym, że państwa członkowskie już od wielu lat nie mogą wypracować wspólnego stanowiska w tej sprawie, ponieważ niektóre z nich mogłyby sporo na tym stracić.

Tymczasowy podatek od niektórych przychodów z działalności cyfrowej

Druga propozycja przedstawiona przez Komisję Europejską jest w założeniu rozwiązaniem łatwiejszym do zaakceptowania zarówno przez państwa członkowskie, jak i same przedsiębiorstwa, ale za to jedynie tymczasowym. Projektowany system będzie miał więc zastosowanie wyłącznie do czasu wdrożenia kompleksowych reform. Jest on odpowiedzią na działania kilku państw członkowskich, które samodzielnie poszukiwały rozwiązań gwarantujących sprawiedliwy podział zysków generowanych z wirtualnych usług świadczonych na ich terytorium.

Komisja proponuje wprowadzenie podatku pośredniego, który miałby zastosowanie do przychodów osiąganych z określonych rodzajów działalności cyfrowej, które obecnie całkowicie wymykają się ramom podatkowym. W projekcie wskazuje się, że chodzi w szczególności o przychody, w których centralną rolę odgrywają użytkownicy. Przykładem takiej działalności jest sprzedaż przestrzeni reklamowej w Internecie, działalność w zakresie pośrednictwa internetowego, która zapewnia użytkownikom możliwość interakcji z innymi użytkownikami i może ułatwiać im zawieranie ze sobą transakcji sprzedaży towarów i usług, czy sprzedaż danych generowanych w oparciu o informacje przekazane przez użytkowników. W projekcie przewidziane są oczywiście mechanizmy mające na celu złagodzenie możliwości podwójnego opodatkowania.

Dochody z tego podatku zasilałyby państwo członkowskie, w którym znajdują się użytkownicy, a podatkiem obciążone byłyby wyłącznie przedsiębiorstwa, które w skali globalnej osiągają łączne roczne przychody w wysokości 750 mln euro, a w skali Unii Europejskiej – 50 mln euro. Takie progi finansowe sprawiają, że podatek nie obciąży mniejszych przedsiębiorstw typu startup. Z szacunkowych wyliczeń wynika, że przy ustaleniu stawki tego podatku na poziomie 3% mógłby on przynieść państwom członkowskim wpływy na poziomie 5 mld euro rocznie.

Wprowadzenie tego podatku byłoby bardzo korzystne dla państw członkowskich – z uwagi na swój charakter zacząłby on niemal natychmiast generować dochody. Przysporzyłby on jednak zmartwień cyfrowym przedsiębiorcom.

Warto pomyśleć o przyszłości przedsiębiorstwa już dziś

Wnioski legislacyjne Komisji Europejskiej w niedługim czasie zostaną przedstawione Parlamentowi oraz Radzie Unii Europejskiej. Gdyby proponowane zmiany weszły w życie, niewątpliwie zrewolucjonizowałyby one sposób opodatkowania przychodów osiąganych przez osoby prawne. Przedsiębiorcy prowadzący cyfrowy biznes powinni nie tylko czujnie monitorować proces, ale już dziś przygotować się na zwiększenie obciążeń podatkowych. Jeśli zaś uniknięcie nadmiernego obciążenia fiskalnego jest decydujące dla funkcjonowania i rozwoju biznesu oraz dalszych inwestycji danego przedsiębiorcy, powinien on rozważyć skorzystanie z usług planowania podatkowego. Odpowiednio wykwalifikowani specjaliści zawsze pomogą przeanalizować indywidualne potrzeby danego przedsiębiorcy i zaproponują najkorzystniejsze rozwiązanie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Kiedy drony będą dostarczać zakupy? Eksperci: Nie tak szybko

Wykorzystanie dronów do przesyłania towarów byłoby zastrzykiem energii dla e-commerce. Jednak tego typu usługa nie pojawi się zbyt szybko. Najpierw nowa technologia musi przejść testy bezpieczeństwa. Potem będzie trzeba znowelizować przepisy ruchu lotniczego. Do zmian powinna przystosować się też branża logistyczna. Według specjalistów, potrzeba na to kilku lat, sporo nakładu finansowego oraz wysiłku wielu ludzi. Oferta szybkich dostaw bezpośrednio do odbiorcy brzmi fantastycznie, tylko nie wszędzie się sprawdzi. Dla przykładu, w gęstej zabudowie trudno byłoby wylądować z zakupami. Trzeba też liczyć się z wysokim kosztem takiej obsługi. Dlatego na razie to potencjalna nowość wyłącznie dla biznesu i osób bardzo zamożnych. Dopiero w dalszej przyszłości może stać się dostępna dla zwykłego Kowalskiego.

Liczy się bezpieczeństwo

E-handel i branża logistyczna liczą na wykorzystanie dronów do transportu przesyłek. Usługi testują takie firmy, jak Amazon, Google (Alphabet), DHL czy Walmart. Niewątpliwą zaletą powietrznych dostaw jest możliwość ominięcia zakorkowanych ulic i dotarcie bezpośrednio do klienta. Produkty można wysyłać bezpośrednio z magazynu z pomięciem etapów pośrednich – przekazania do hubu regionalnego, a następnie do kuriera. Zdaniem Macieja Ptaszyńskiego, dyrektora generalnego Polskiej Izby Handlu, nowe rozwiązania mogą pojawić się w Polsce, jednak będą wymagały reorganizacji zarządzania przestrzenią powietrzną.

– Brakuje prawodawstwa regulującego ruch dronów, szczególnie ich poruszania się nad miastami i gęsto zaludnionymi oraz zabudowanymi aglomeracjami. To nie tylko kwestia przelotów, ale także ochrony przed atakiem terrorystycznym. Dron może być wymarzonym narzędziem dla tego typu przestępców. Poza opracowaniem odpowiednich przepisów czekamy też na rozwiązania techniczne, pozwalające na unikanie sytuacji niebezpiecznych, np. zderzeń z ptakami. A to wszystko potrwa jakiś czas. Wcześniej na krajowym rynku pojawią się autonomiczne paczkomaty, czyli samoobsługowe pojazdy rozwożące towary – twierdzi Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Bezpieczeństwo zawsze jest priorytetem w przypadku przejazdów i lotów bez kontroli człowieka. W kwestii samosterujących pojazdów osiągnięto ogromny postęp, ale wprowadza się je ostrożnie, bo to jest faza mocno testowa. Transport dronami stawia jeszcze większe wyzwania. Obok minimalizacji zagrożeń w powietrzu i na ziemi, trzeba zorganizować logistykę i infrastrukturę.

– Problemem pozostaje lokalizacja dostaw. Tam, gdzie mamy do czynienia z rozproszoną zabudową jednorodzinną, można wylądować w pobliżu posesji. Przedsiębiorstwa prawdopodobnie też sobie poradzą, np. tworząc lądowiska na dachach swoich biurowców. Jednak w Polsce mamy liczne, często gęsto zabudowane aglomeracje. Na osiedlach brakuje miejsca nawet na drobne rzeczy, a co dopiero na obiekty latające. W najbliższej przyszłości będzie to kolejne ograniczenie dla tych nowatorskich usług – komentuje Maciej Ptaszyński.

Według Sebastiana Starzyńskiego, nowe usługi łatwiej będzie wprowadzić w Stanach Zjednoczonych, ze względu na duży udział wolnostojących domów. Ekspert dodaje natomiast, że operacje magazynowe nie będą wymagały zdecydowanych zmian. Paczki w e-commerce są już kompletowane jednostkowo, zgodnie z zamówieniami odbiorców. Zatem nie ma znaczenia, czy produkty będą pakowane do ciężarówek, czy bezpośrednio do dronów. Sam sposób dystrybucji się nie zmieni.

Transport przyszłości

– Perspektywy rozwoju są, ale wiele zależy od tego, czy drony będą podróżować całkowicie samodzielnie, czy pozostaną pod kontrolą operatorów sterujących rejsami. W tym drugim przypadku musimy zadbać o przygotowanie wyszkolonych kadr, a na razie ich nie mamy. Będą też potrzebne kanały komunikacji do wymiany operacji między ludźmi a obiektami w powietrzu. Nawet sto niewielkich statków powietrznych nad miastem już wymaga sporego nadzoru. Nie mamy jeszcze doświadczeń z ich działaniem, szczególnie przy dużej skali lotów – uważa dyrektor generalny PIH.

Z kolei Sebastian Starzyński sądzi, że w perspektywie 5 czy 10 lat mamy realne możliwości rozwinięcia nowej formy transportu. Czas ten wynika przede wszystkim z konieczności pokonania barier regulacyjnych i przyciągnięcia klientów. Prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA podkreśla, że odpowiednie ustawy pojawią się dopiero po tym, jak nowości staną się w pełni bezpieczne i praktyczne. Urządzenia muszą być w pełni autonomiczne i reagować na zagrożenia. Powinna też wzrosnąć wydajność baterii i silników. Dopiero wtedy nastąpi masowe wdrożenie. Pojawią się np. małe lądowiska na dachach lub na skwerkach. Maszyny latające będą mocno konkurować z samoobsługowymi samochodami, których koszt zakupu i utrzymania będzie znacznie niższy.

– Na razie trudno przypuszczać, że klienci będą zamawiać lotnicze dostawy pizzy lub urodzinowego tortu. Aktualnie jednostkowe koszty dostawy są wyższe, niż w przypadku tradycyjnych środków transportu. Dlatego w początkowej fazie rozwoju będą to usługi dość ekskluzywne, przeznaczone dla firm i osób zamożnych. Tym bardziej, że pojawią się dodatkowe inwestycje, związane z infrastrukturą logistyczną czy wyznaczeniem stref odbioru na osiedlach. Ale biznes już mógłby korzystać z możliwości np. zamawiania krytycznych podzespołów lub części do produkcji – informuje Maciej Ptaszyński.

Pomysł na zastosowanie maszyn latających do przenoszenia towarów jest bardzo atrakcyjny z punktu widzenia branży e-commerce. Sebastian Starzyński zapewnia, że wraz z udoskonalaniem urządzeń i obniżeniem cen energii elektrycznej, drony staną się bardziej powszechne. Będą w stanie realizować nawet najdrobniejsze zlecenia. Wybrane produkty spożywcze będą dostarczane drogą powietrzną maksymalnie w ciągu kilkudziesięciu minut. Zniknie zatem konieczność samodzielnego udawania się do sklepów. Wystarczy aplikacja dla klientów, szybka konfekcja w lokalnym magazynie i błyskawiczny transport.

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na indeksie dolara oraz EURUSD

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

EURUSD – fundusze lewarowane

Według ostatniego raportu COT duzi gracze w dalszym ciągu powiększają swoją krótką pozycję w euro. W poprzednim tygodniu w portfelu funduszy lewarowanych przybyło 3 260 krótkich pozycji oraz zostało zamkniętych 1 491 pozycji długich. Jest to bardzo niedźwiedzi wydźwięk dla notowań euro względem dolara amerykańskiego.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Admiral Markets

Linia netto pozycji (pozycje długie – krótkie) spada systematycznie od końca lutego bieżącego roku kalendarzowego. Aczkolwiek zawdzięczaliśmy to głównie redukcji długich pozycji. Dopiero pod koniec kwietnia fundusze lewarowane zaczęły dobierać coraz więcej pozycji krótkich, zatem obecny ruch może jeszcze potrwać. Linia pozycji netto na tle historycznym w dalszym ciągu znajduje się na wysokim poziomie.

Pomimo tego, że analiza raportu COT wskazuję na przewagę niedźwiedzi, to analiza techniczna wskazuje na możliwość mocniejszego odbicia. Na interwale dziennym para walutowa EURUSD już po raz trzeci odbiła się od poziomu wsparcia 1.148-1.155, aczkolwiek każdy impuls wzrostowy był słabszy, co może oznaczać siłę sprzedających.

Gdyby doszło do przebicia wsparcia, to celem sprzedających byłby poziom 1.128. Z drugiej strony stoją kupujący, którzy starają się obronić wsparcie. Gdyby im się udało, to ich celem stanie się opór w okolicy 1.178.

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Zatem co dalej? Czy dolar amerykański w dalszym ciągu będzie się umacniał? Według pozycjonowania się funduszy lewarowanych na indeksie dolara większe prawdopodobieństwo leży po stronie byków.

dxy cot

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zobrazowano indeks dolara (linia biała) na tle pozycji netto. Jak widać linia zielona (pozycje netto) dopiero co odbiła ze swojego długo niewidzianego minimum. W związku z tym fundusze mają spore zasoby do otwierania coraz większej ilości longów na indeksie dolara amerykańskiego oraz na pozostałych parach walutowych. Oczywiście nie możemy wykluczyć większej korekty, ponieważ jego ostatnia aprecjacja była bardzo gwałtowna.

Dział Analiz Admiral Markets

Złoty słabnie, kurs euro zbliża się do 4.40

Dzisiaj rano oglądaliśmy coś, co jeszcze dwa miesiące temu wydawało się niemożliwe – zbliżamy się do 4,40 zł za jedno euro.

Kryzys w niemieckiej koalicji

Wpływ na to ma m.in głównie sytuacja w Niemczech. Lider CSU Horst Seehofer zrezygnował nie tylko z funkcji lidera partii, ale również ze stołka ministra spraw wewnętrznych Niemiec. Rezygnacja jest związana z konfliktem wewnątrz CDU-CSU, partii, które od tak dawna są w koalicji, że traktowana są bardzo często jako jedna formacja. Problemem nie do przejścia okazała się polityka migracyjna otwartych granic. To właśnie napływ imigrantów i kwestia zawracania ich na granicy była głównym punktem spornym pomiędzy Angelą Merkel a Horstem Seehoferem, liderami CDU-CSU. Analitycy zastanawiają się jak to wszystko wpłynie na obecną koalicję. SPD jest zdecydowaną zwolenniczką otwartych granic. W rezultacie zaostrzenie stanowiska CDU, by uspokoić siostrzaną CSU, może zaognić sytuację z socjaldemokratami. Jak reagują rynki? Jak prawie zawsze w takich sytuacjach. Inwestorzy wolą przeczekać trudne czasy. W rezultacie w górę idzie dolar i frank jako główne alternatyw wobec europejskiej waluty. Złotówka traci podwójnie, po pierwsze Niemcy to bardzo ważny partner handlowy, po drugie złotówka jest silnie powiązana z euro. Co ciekawe w takich sytuacjach złotówka, jak i inne waluty naszego regionu, tracą na wartości mocniej niż euro. Nie inaczej było też w tym wypadku. Dlatego też złoty traci również względem euro.

Słabość złotego

Ostatnie tygodnie to prawie cały czas ten sam problem. Nieważne co dzieje się w Polsce, inwestorzy nie chcą trzymać pieniędzy w naszym regionie. Amerykanie, podnosząc stopy procentowe, przyciągają kapitał. Stabilność polityczna Europy jest ostatnimi miesiącami coraz słabsza. Niemcy i Włosi mają niepewną większość koalicyjną, Brytyjczycy mają Brexit, który coraz mniej się im podoba, ale sami sobie zgotowali ten los. Dane makroekonomiczne z kolei pozwalają myśleć o tym, że złoty mógłby być mocniejszy. Indeks PMI dla przemysłu wyniósł 54,2 punktu, to o 1,1 punktu więcej niż oczekiwali analitycy. Z drugiej strony inflacja nie rośnie tak szybko jak dotychczas oczekiwano. Nie zmienia to faktu, że wzrosła ona do 1,9% i powoli zbliża się do celu inflacyjnego ustawionego na poziomie 2,5% w skali roku. Jeżeli wzrosty cen ropy nie przyspieszą to 1% tolerancja w celu inflacyjnym powinna spokojnie wystarczyć. Taki scenariusz nie zmusi RPP do interwencji, która umocniłaby rodzimą walutę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – USA –  indeks PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – raport ISM dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Inflacja podskoczyła przez wysoką cenę ropy naftowej

Według szybkiego szacunku GUS, w czerwcu inflacja podskoczyła z 1,7 do 1,9 proc. To przede wszystkim wpływ wysokich notowań ropy naftowej, w wyniku czego paliwa na naszych stacjach podrożały aż o 15,2 proc. w porównaniu do cen z czerwca 2017 r. Swoje przysłowiowe „trzy grosze” dołożyło też do tego osłabienie złotego wobec dolara, w wyniku czego import surowca stał się bardziej kosztowny. Zmniejszyła się natomiast dynamika wzrostu cen żywności i napojów bezalkoholowych. Jeszcze w kwietniu żywność była droższa niż przed rokiem o 4,1 proc., w maju różnica ta stopniała do 3 proc. a w czerwcu do 2,7 proc.

Od lipca powinniśmy obserwować obniżenie się wskaźnika inflacji, związane z wysoką statystyczną bazą odniesienia z ubiegłego roku, gdy zarówno inflacja, jak i szczególnie ceny żywności bardzo mocno szły w górę. O ile w najbliższych miesiącach nie przeszkodzą skutki suszy oraz wysokich notowań ropy naftowej, tegoroczna inflacja będzie prawdopodobnie nieco niższa niż w 2017 r., co utwierdzi Radę Polityki Pieniężnej w zamiarze utrzymywania stóp procentowych na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie jeszcze przez dłuższy czas.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Relokacja za pracą – czy to się opłaca?

Z raportu Antal wynika, że aż 74 proc. specjalistów i menedżerów rozważyłoby relokacje, pod warunkiem, że otrzyma atrakcyjną ofertę. Kandydatów zachęcają niższe koszty życia, zarobki na podobnym, a nawet wyższym poziomie oraz wsparcie ze strony pracodawców. Jak wskazują konsultanci Antal – w co trzeciej rekrutacji związanej z relokacją kandydat może liczyć na jednorazowy dodatek do pensji. Z kolei wyższa podstawa wynagrodzenia jest o oferowana przez 23 proc. pracodawców, a 22 proc. z nich decyduje się również na finansowanie mieszkania. Czego jeszcze możne oczekiwać pracownik w przypadku relokacji?

GUS alarmuje, że w pierwszym kwartale 2018 roku powstało o 14,4 proc. więcej nowych miejsc pracy niż rok wcześniej. Brak pracowników już teraz spędza sen z powiek pracodawców, a luka kadrowa wciąż się powiększa. Jak przyznaje ekspertka Antal – droga do pozyskania kandydata jest mocno wyboista.

– Z ogółu rekrutacji przeprowadzanych przez Antal wynika, że jeden na siedmiu kandydatów jest relokowanych. Wprawdzie z przyczyn racjonalnych i ekonomicznych decyzja o relokacji będzie zawsze drugim wyborem, ale zapotrzebowanie na pracowników jest tak duże, że firmy, już dziś sięgają po zasoby z innych regionów oraz zagranicy, a także promują się w konkurencyjnych lokalizacjach. Działania mające na celu przyciągnięcie kadry podejmują również przedstawiciele miast, prowadząc kampanię przedstawiające korzyści przeprowadzki do danej lokalizacji. Z perspektywy pracodawcy, gwarantem sukcesu jest umiejętne dostosowanie oferty do kandydata, a przede wszystkim elastyczne podejście do potrzeb pracowników, którzy zdecydują się na relokację – mówi Joanna Szymczyk, konsultant Antal.

Na jaką premie może liczyć pracownik przy relokacji?

Najsilniejszym argumentem dla kandydata są zawsze kwestie finansowe. Z rekrutacji przeprowadzanych przez Antal wynika, że do relokacji pracowników zachęcają dodatki do wynagrodzenia wypłacane jednorazowo lub przez pierwsze miesiące po zatrudnieniu. Bonus wypłacany zaraz po zatrudnieniu oferuje 34 proc. pracodawców, a 17 proc. z firmy zapewnia większe wynagrodzenie przez pierwsze miesiące po relokacji, by wesprzeć pracownika w trudnościach związanych ze zmianą miejsca zamieszkania.

Specjaliści, którzy decydują się na relokację mogą liczyć na dodatek finansowy do podstawy wynagrodzenia wynoszący od 2500 zł brutto do niemal 10 tys. zł brutto. Średnia wysokość premii relokacyjnej wynosi na poziomie 4400 zł brutto. Z kolei przeciętny pakiet relokacyjny dla menedżerów oscyluje między 5700 zł brutto a ponad 16 tys. złotych, co średnio daje 6450 zł brutto.   

Wysokość dodatku finansowego jest zależna przede wszystkim od branży i doświadczenia danego pracownika. Na najbardziej konkurencyjnych rynkach takich jak IT, Produkcja czy SSC/BPO pracodawcy bardzo często oferują jednokrotność, a nawet 3-krotność wynagrodzenia. Naturalnie na najbardziej atrakcyjne pakiety relokacyjne mogą liczyć pracownicy IT. Zbliżony poziom utrzymuje również branża produkcyjna, która obecnie boryka się z dużym deficytem wyspecjalizowanych kandydatów – wyjaśnia Agnieszka Wójcik, Market Research Manager w Antal.

Zamiast teatru w Warszawie, pizza w Neapolu

Równie zachęcające dla kandydatów są niższe koszty życia w regionalnych lub podmiejskich lokalizacjach. Przykładowo, pracownik, który przenosi się w okolice Warszawy, przy założeniu, że zarabia na tym samym lub wyższym poziomie, zamiast wybrać się do teatru w stolicy, może pozwolić sobie na weekend spędzony za granicą. Zdarza się również tak, że po wielu latach pracy w dużej korporacji specjaliści czy menedżerowie chcą uciec od szybkiego tempa życia i przenieść się w spokojniejsze miejsce. Pracodawca, który umie zidentyfikować indywidualne potrzeby takiego pracownika, ma większą szansę na zaoferowanie mu adekwatnej oferty.

Mieszkanie, zwrot kosztów podróży i przedszkole dla dziecka

Największą barierą dla pracowników decydujących się na relokacje są kwestie organizacji przeprowadzki oraz życia rodzinnego w nowym miejscu. Szczególnym wyzwaniem jest znalezienie zakwaterowania, dlatego 22 proc. z firm, które relokują pracownika, finansuje mieszkanie. Często stosowaną praktyką jest również opłacanie hotelu na czas bez własnego lokum – robi tak 11 proc. pracodawców. Podczas rekrutacji, konsultanci Antal spotykają się również z organizacjami, które dbają nie tylko o samego pracownika, ale również jego rodzinę – zapewniając wsparcie w znalezieniu pracy dla małżonka (6 proc. firm) czy przedszkola/szkoły dla dziecka (9 proc. firm). W branży SSC/BPO oraz produkcyjnej, pracodawcy opłacają także koszty transportu i przeprowadzki. Z kolei specjaliści IT cieszą się większą elastycznością pracy, częstą możliwością pracy z domu, a nawet płatnym biletem do domu – co najmniej raz w miesiącu.

Sięganie po pracowników z lokalnych i zagranicznych rynków, zyskuje w Polsce coraz większą popularność. Atrakcyjność pakietów relokacyjnych i rywalizacja o najlepszych specjalistów, to kolejny przykład na pogłębiający się rynek kandydata. Jednocześnie relokacja pracownika, otwiera przed firmami nowe możliwości, ale przede wszystkim pozwala na stabilny rozwój biznesu, a dla samego pracownika oznacza szansę na przyśpieszenie kariery zawodowej – podsumowuje Joanna Szymczyk, konsultant Antal.  

Cztery tematy do dyskusji po weekendzie

Rozpoczynamy drugą połowę roku, ale na razie nie zapowiada się, że będzie spokojniej. Po weekendzie na rynkach utrzymuje się awersja do ryzyka ze źródłami niepokojów w USA, Chinach i Niemczech. Wojna handlowa, polityka, tweety Sami-Wiece-Kogo. Po staremu.

Na rynku walutowym USD pozostaje mocne, EUR znalazło się pod presją, tracą waluty ryzykowne. Rynek akcji w Azji dołuje pod dyktat niemocy indeksu w Szanghaju. Atmosfera obaw i nerwowości jest dalej obecna. Głównym tematem pozostaje widmo wojny handlowej, gdyż w tym tygodniu może dojść do wymiany ciosów na polu ustalania ceł importowych. W piątek USA ma ustanowić taryfy na import dóbr z Chin warty 34 mld USD. Chiny z pewnością szybko odpowiedzą swoją listą sankcjonowanych towarów. Prezydent Donald Trump atakuje też europejski przemysł motoryzacyjny, grożąc 20-proc. cłem, na co UE jest przygotowania z odpowiedzią. Kanada w niedzielę wprowadzi cła odwetowe za ograniczenia w eksporcie stali i aluminium do USA. Indie, Turcja i Rosja rozważają swoje działania. Jak zwykle, pozostaję otwarty do dyskusji, ile z ceł będzie aktywnych, przez jak długi czas i z jaką bezpośrednią szkodliwością dla globalnego wzrostu. Podtrzymuję zdanie, że ryzyka są niskie w każdym aspekcie, ale tak samo nie zamierzam zaprzeczać, że im dłużej podgrzewamy atmosferę wokół sporów handlowych, tym bardziej zakorzenia się do w świadomości przedsiębiorców i konsumentów. A pośrednie negatywne skutki niepewności mogą być dużo większe.

Impulsywność chińskich inwestorów jest czymś dobrze znanym na rynku, więc gdy tylko Chiny są zaangażowane w jakiś problem, tamtejszy rynek będzie reagował szybko i mocno. Shanghai Composite dorzuca dziś 2,5 spadków do 7,3 proc. w czerwcu i jest już ponad 22 proc. niżej od styczniowego szczytu. Nie lepiej ma się chińska waluta – USD/CNY przez ostatnich 12 sesji tylko raz nie wzrastał. W takim klimacie wodą na młyn stały się odczyt PMI z Państwa Środka, które choć dalej informują o ekspansji w przemyśle i usługach, to tempo wzrostu jest coraz niższe. Czy to już oznaka skutków napięć handlowych? Odczyt Caixin PMI dla przemysłu na poziomie 51 wobec prognozy 51,1 (tyle samo w maju) nie zapala jeszcze światła ostrzegawczego, ale najwyraźniej inwestorzy w Chinach podchodzą do kwestii zero-jedynkowo.

W Europie dochodzi ryzyko polityczne, po tym, jak szef MSZ Horst Seehofer podał się do dymisji. Jest on jednocześnie liderem mniejszej partii koalicyjnej CSU. Stabilność rządu Merkel ponownie jest poddawana testowi (choć rozmowy na szczycę CDU/CSu) trwają. Kością niezgody jest sprawa imigracyjna a rzekomy sukces rozmów na zeszłotygodniowym szczycie okazał się jednak niezadowalający dla lidera CSU, gdyż nie daje gwarancji zatrzymania napływu imigrantów do Niemiec. Na razie przesadnym byłoby ekstrapolowanie obecnych wydarzeń w kierunku rozpadu rządu i powtórzenia wyborów, ale EUR reaguje nerwowo, tracąc zapał do odbicia.

Na rynku ropy naftowej optymizm został przygaszony z pomocą prezydenta Trumpa, który na Twitterze oznajmił, że rozmawiał z królem Arabii Saudyjskiej, wyraził swoje niezadowolenie z wysokich cen ropy naftowej i zwrócił się z prośbą o zwiększenie wydobycia o 2 mln b/d. Biały Dom i agencja prasowa Saudyjczyków wypuściły oświadczenia, według których strony dyskutują, co zrobić z ubytkami wydobycia, ale żadne decyzje nie zostały jeszcze podjęte. Jednak bezpośrednie próby ingerencji przez Trumpa w równowagę rynkową nie mogą być całkowicie zignorowane, co gwarantuje podtrzymanie podwyższonej zmienności na rynku ropy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek zamówień publicznych uzdrowi nowa ustawa i zmiana mentalności zamawiających

W ostatnim czasie Urząd Zamówień Publicznych oraz Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii pracują nad nowym projektem ustawy o zamówieniach publicznych. Dotychczasowy dokument jest jednym z najczęściej modyfikowanych w kraju. Od wielu lat w ustawie tej pojawiają się nowe nakładki i nieustanne zmiany. W 2015 roku nastąpił przełom w postaci dostosowania przepisów o zamówieniach publicznych do dyrektywy unijnej. Zmiana ta była konieczna i miała uzdrawiający wpływ dla branży. Wówczas uzgodniono, że ostateczny kształt ustawa przyjmie w 2018 roku i będzie już w pełni odzwierciedlała oczekiwania Unii Europejskiej oraz rynku polskiego.

– Wiele elementów prawa mieści się w zapisach ustawowych – jednak są też kwestie, które zakorzenione są w mentalności zamawiających.  To właśnie w tym – a nie w samym prawie – tkwi obecnie problem zamówień publicznych w Polsce – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – FPP od dłuższego czasu zwraca uwagę na to, że zamawiający nie kupują usługi, ale godziny i etaty. W tym momencie ciężko mówić o rozwojowych zamówieniach publicznych – ponieważ dla zamawiających, którzy kupują etaty, nie ma znaczenia, w jakim czasie i czy dobrze zostanie wykonana usługa. Nawet gdyby dodać do niej innowacyjne rozwiązania, to i tak nadal będziemy mieli taką samą liczbę etatów i zajmujących je ludzi, którzy w związku z wprowadzeniem technologii mogą nawet nie mieć zajęcia. Problemem jest także zakup produktów. Zamawiający często nie potrafią opisać we właściwy sposób charakteru produktu i tego, co chcą kupić. W związku z tym konkurencja wśród wykonawców jest bardzo mała. Dziś narzeka się, że w zamówieniach polskich przypada 1,5 oferenta na jedno zamówienie. W takiej sytuacji próbuje się znaleźć rozwiązania systemowe związane z poprawą prawa. Nie uda się jednak tego zrobić bez zmiany mentalnej zamawiających. Muszą nauczyć się kupować to, czego potrzebują i właściwie opisywać produkt. Wówczas wzrośnie zaufanie wykonawców i chętniej będą startować w przetargach – podkreślił Kowalski.

Raport Coface: upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w I półroczu 2018

  • W pierwszej połowie 2018 r. łączna liczba upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce wyniosła 467, czyli o 21 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2017 r. 
  • Wśród rodzajów postępowań najwięcej ogłoszono upadłości – 276. Stanowią one aż 59 proc. wszystkich postępowań.
  • Liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła o 28 proc. W I połowie 2018 r. zanotowano ich łącznie 191. Stanowią one 41 proc. wszystkich postępowań, czyli podobnie jak w I poł. 2017 roku (38,5 proc.).
  • Najbardziej popularna (57 proc.) jest najszybsza forma restrukturyzacji, czyli przyspieszone postępowania układowe.
  • Spośród form postępowań restrukturyzacyjnych największy wzrost odnotowaliśmy w przypadku postępowań sanacyjnych (tj. +85 proc.).
  • Ogółem, najwięcej upadłości i restrukturyzacji nastąpiło w produkcji (132 tj. 28 proc. wszystkich). Natomiast największy skok postępowań odnotowaliśmy w transporcie (+61,5 proc.).
  • Udział budownictwa w ogólnej liczbie upadłości i restrukturyzacji nieco się zmniejszył (o 2 pkt proc.), ale nadal ich liczba postępowań w budowlance rośnie.
  • W I półroczu 2018 roku najwięcej upadłości i restrukturyzacji było w województwie mazowieckim (83). Znaczny spadek postępowań odnotowaliśmy natomiast w województwie warmińsko-mazurskim (-55 proc.).  

Postanowienia upadłościowe (A) i restrukturyzacyjne (B) w Polsce w I półroczach lat 2008-2018

rodzaj postępowania

upadłościowego

I-VI 2008 I-VI 2009 I-VI 2010 I-VI 2011 I-VI 2012 I-VI
2013
I-VI 2014 I-VI 2015 I-VI 2016 I-VI 2017 zmiana

2018/17

I-VI 2018
(A) Upadłości 170 274 287 290 348 388 363 350 289 238 276
(A) Upadłości z możliwością zawarcia układu 32 49 65 58 76 82 61 59 23 0 0
(B) Postępowanie o

zatwierdzenie układu***

1 6 2
(B) Przyspieszone

postępowanie układowe***

43 88 109
(B) Postępowanie układowe*** 12 22 19
(B) Postępowanie

sanacyjne***

18 33 61
ogółem 202* 323* 352* 348* 424* 470* 424* 409* 386* 387** +21% 467

 

* Stan wg wiedzy na koniec

każdego roku.

** Stan wg wiedzy na koniec pierwszego półrocza 2017.
*** Procedury restrukturyzacyjne, które pojawiły się od 1 stycznia 2016 r.

Komentuje Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce

Najlepszy okres w polskiej gospodarce już za nami. Co prawda ekspansja gospodarcza była kontynuowana w pierwszym kwartale tego roku, co potwierdza wysoki wzrost PKB na poziomie 5,2 proc. r/r, jednak paliwo do trwałego utrzymania tak dobrego tempa jest już na wyczerpaniu. W tym roku wskaźniki obrazujące koniunkturę w Polsce nie osiągają już tak wysokich wyników jak w roku ubiegłym.

Dynamika sprzedaży detalicznej spowalnia, co z jednej strony jest rezultatem stabilizacji tempa wydatków gospodarstw domowych, a z drugiej niższych obrotów handlowych w związku z wprowadzeniem ograniczenia handlu w wybrane niedziele. Dynamika produkcji przemysłowej w sporym stopniu odzwierciedla sytuację na naszych głównych rynkach eksportowych – w Niemczech oraz ogólnie w strefie euro na początku 2018 roku koniunktura sięgnęła najwyższego poziomu w historii, co potwierdziły wskaźniki PMI, aby w kolejnych miesiącach odnotować już spadki. Otoczenie zewnętrzne nadal cechuje pewien poziom ryzyka – we Włoszech, jednej z największych gospodarek strefy euro, poza ryzykiem politycznym istotnym zagrożeniem są problemy strukturalne i wysokie zadłużenie. Rynki globalne są zaniepokojone rosnącym protekcjonizmem, zwłaszcza ze strony Stanów Zjednoczonych. Wprowadzone dotychczas wyższe cła nie stanowią dużego zagrożenia dla Polski, jednak możliwość ich rozszerzenia na europejską branżę motoryzacyjną istotnie podwyższyłoby to ryzyko, jako że jesteśmy znacznym producentem i dostawcą części oraz komponentów motoryzacyjnych dla zachodnioeuropejskich koncernów samochodowych.

Z kolei na rynku krajowym ograniczenia podażowe obniżają możliwości dalszego wzrostu. Sytuacja na rynku pracy, która jest korzystna dla gospodarstw domowych, powoduje trudności dla przedsiębiorstw. Rosnąca presja płacowa oraz trudności w zapełnieniu wakatów stanowią istotną barierą w bieżącej działalności oraz rozwoju biznesu i jest zgłaszana przez coraz większą liczbę firm. Wykorzystanie mocy produkcyjnych sięga najwyższych poziomów w historii, co z jednej strony motywuje przedsiębiorstwa do podjęcia nowych inwestycji w rozwój przedsiębiorstw, ale z drugiej strony stają one przed dylematem możliwości obsadzenia stanowisk pracy, gdy projekty już będą zrealizowane.

Wzrost liczby upadłości i restrukturyzacji przedsiębiorstw w Polsce o 21 proc. w pierwszej połowie 2018 roku nie jest wyłącznie konsekwencją uprzedniej zmiany prawa upadłościowego i wprowadzenia prawa restrukturyzacyjnego. Liczba restrukturyzacji przedsiębiorstw stanowi 41-proc. udział we wszystkich postępowaniach, jednak konieczność ich zastosowania wynika z problemów płynnościowych, jakie dotykają wiele przedsiębiorstw w Polsce. Nadal najbardziej popularna jest najszybsza forma restrukturyzacji, czyli przyspieszone postępowania układowe, ale dynamicznie zwiększa się liczba sanacji, których było 61 w pierwszym półroczu 2018 r., czyli o niemal 85 proc. więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. W przeciwieństwie do 2017 r. w tym roku wzrasta liczba upadłości, czyli postępowań, które mają na celu likwidację majątku spółki, a nie próbę naprawy biznesu. Ich liczba wzrosła aż o 16 proc. w pierwszej połowie tego roku. Pomimo wysokiego tempa wzrostu gospodarczego w poprzednich kwartałach, biznes odczuwa trudności. W wielu branżach jest duża konkurencja, co nie pozwala zwiększać marż, pomimo rosnących kosztów, jak chociażby zwiększających się wynagrodzeń pracowników. Ostatnie badanie płatności Coface potwierdziło, że zarówno terminy płatności, jak również opóźnienia w płatnościach wzrosły w Polsce na przestrzeni ostatniego roku. Ze strony makroekonomicznej przedsiębiorstwa będą odczuwać gorsze warunki gospodarcze, a wprowadzany właśnie tzw. split payment pogorszy płynność finansową biznesu. Liczba upadłości i restrukturyzacji w Polsce będzie stopniowo zwiększać się i zgodnie z przewidywaniami Coface będzie wyższa o 29 proc. na koniec 2018 r. niż w 2017 roku.

Upadłości i restrukturyzacje według branż

branża liczba**
upadłości i restr.I-VI 2017
liczba**
upadłości  i restr.I-VI 2018
 

zmiana

PRODUKCJA, w tym: 106 132 +24,5%
Przetwórstwo przemysłowe, w tym m.in.: 95 115 +21%
         Produkcja metali i metalowych wyrobów gotowych 24 27 wzrost
         Produkcja artykułów spożywczych i napojów 10 18 +80%
         Produkcja maszyn, urządzeń i urządzeń elektrycznych 12 14 wzrost
         Produkcja wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych 6 8 wzrost
         Poligrafia i reprodukcja 1 5 wzrost
         Produkcja chemikaliów i wyrobów chemicznych 5 2 spadek
         Produkcja papieru i wyrobów z papieru 2 4 wzrost
         Produkcja odzieży i wyrobów tekstylnych 3 5 wzrost
         Produkcja mebli 3 2 porównyw.
         Produkcja wyrobów z drewna, z wyłączeniem mebli 12 12 bez zmian
         Produkcja wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych (w tym materiały budowlane) 6 4 spadek
         Przetwórstwo pozostałe 11 14 wzrost
HANDEL, w tym m.in.: 97 116 +20%
          Handel hurtowy 57 76 +33%
          Handel detaliczny 29 30 porównyw.
BUDOWNICTWO 68 73 +7%
TRANSPORT 13 21 +61,5%
POZOSTAŁE branże, w tym m.in.: 103 125 +21%
         Obsługa rynku nieruchomości 19 14 spadek
         Zakwaterowanie i gastronomia 8 15 +87,5%
ogółem 387 467 +21%

 

** Stan wg wiedzy na koniec pierwszego półrocza.

Charakterystyka upadłości i restrukturyzacji w wybranych sektorach

Komentuje Marcin Siwa, dyrektor działu oceny ryzyka w Coface

Przetwórstwo przemysłowe

Gospodarka Polski nadal rozwija się bardzo szybko, jednak widoczne są już oznaki spowolnienia. To przekłada się również na przemysł. Dynamika sprzedaży detalicznej spada, zaczynamy obserwować wzrost ryzyka płynnościowego w wielu gałęziach przetwórstwa przemysłowego. Jest to najbardziej widoczne oczywiście w tych większych – przetwórstwie metali, produkcji artykułów spożywczych czy też maszyn i urządzeń. Tak naprawdę jednak wzrost ryzyka widać w całym sektorze, choć póki co jest to jedynie zwiastun tego, co może nadejść w najbliższych kwartałach. Symptomy przegrzania gospodarki są widoczne, wiele firm przemysłowych ma problem z kontrolą kosztów – bardzo mocno rosną ceny robocizny, materiałów, zaczyna wydłużać się okres ściągalności należności. To wszystko powoduje coraz większą presję na płynność. Kluczowe obecnie wydaje się być rozsądne planowanie rozwoju w najbliższym okresie, kontrola kosztów i zadłużenia, gdyż popyt na artykuły przemysłowe może nieco zmaleć.

Handel

Od wielu już kwartałów działalność handlowa staje się coraz bardziej ryzykowna. Coraz więcej firm upada, coraz więcej ma problemy z utrzymaniem się na rynku. Nie jest to tylko specyfika polska, w wielu innych europejskich krajach jest podobnie. Silna konkurencja, spadające marże oraz ryzyko spadku popytu sprawiają, że mniejsze i średnie podmioty znajdują na rynku coraz mniej miejsca dla siebie. Co jakiś czas słyszymy o większych i mniejszych przejęciach, konsolidacja rynku, choć trwa już od jakiegoś czasu, nie zwalnia tempa i na pewno będziemy mieli do czynienia z kontynuacją tego trendu. Jeśli rzeczywiście będziemy musieli stawić czoła spowolnieniu gospodarki i spadkom w sprzedaży detalicznej, wiele firm handlowych czekają trudniejsze czasy. Szczególnej kontroli wymagają w takim okresie stany zapasów. Zmiany popytu mogą wywołać spadki cen poszczególnych grup towarowych u producentów, a utrzymywanie drogich zapasów jest dla firm handlowych bardzo niebezpieczne.

Budownictwo

Inwestycje infrastrukturalne trwają. Nie mają już tej dynamiki co kilka lat temu, ale realizowanych jest dużo projektów. Problemem są jednak dramatycznie rosnące koszty w branży budowlanej. Wiele kontraktów staje się nieopłacalnych, a nowe często są mało atrakcyjne cenowo dla wykonawców, którzy muszą kupować materiały za dużo wyższe ceny niż jakiś czas temu, a dodatkowo nie mają siły roboczej do wykonania poszczególnych zadań. Liczba upadłości w branży rośnie. Coraz więcej firm boryka się z rosnącym zadłużeniem – zarówno ze względów kosztowych jak i zatorów płatniczych. W najbliższych kwartałach można się spodziewać wzrostu dynamiki upadłości w tym sektorze.

Transport

Mówi się, że transport jest barometrem gospodarki. Statystyki upadłościowe w związku z tym nie napawają optymizmem. Wiele mniejszych firm transportowych ma problemy płynnościowe, wiele z nich kończy działalność. Problemem są koszty, przede wszystkim koszty pracy. Wzrost upadłości o ponad 60 proc. r/r, nawet przy niewielkich liczbach bezwzględnych jest poważnym znakiem ostrzegawczym, szczególnie że w ostatnich miesiącach dodatkowo wzrosły ceny paliw.

Upadłości i restrukturyzacje w budownictwie

rok budownictwo *
(firmy budowlane)
udział budownictwa w ogólnej liczbie upadłości i restr. obsługa rynku nieruchomości **
2018** 73 15,6% 14
2017** 68 17,6% 19
2016* 64 16,6% 20
2015* 71 17% 14
2014* 88 21% 17
2013* 112 24% 7
2012* 104 24,5% 20
2011* 61 17,5% 13
2010* 48 13,6% 7
2009* 33 10% 8
2008* 29 14% 1
2007* 30 13% 6

 

* – dane dotyczą upadłości wykonawczych firm budowlanych (nie obejmują producentów i dystrybutorów materiałów budowlanych) i obejmują poniższe kody PKD:

41 – roboty budowlane związane ze wznoszeniem budynków

42 – roboty związane z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej
43 – roboty budowlane specjalistyczne

** – kod PKD 68 – działalność związana z obsługą rynku nieruchomości

Upadłości i restrukturyzacje według regionów

województwo liczba**
upadłości i restr.I-VI 2017
liczba**
upadłości i restr.I-VI 2018
zmiana
mazowieckie 76 83 +9%
śląskie 52 56 wzrost
dolnośląskie 36 38 wzrost
wielkopolskie 32 36 wzrost
małopolskie 27 32 wzrost
podkarpackie 20 31 +55%
pomorskie 17 31 +82%
lubelskie 17 30 +76%
kujawsko-pomorskie 14 29 +107%
zachodniopomorskie 26 24 spadek
podlaskie 20 23 wzrost
łódzkie 8 15 +87,5%
świętokrzyskie 5 12 +140%
lubuskie 9 10 porównyw.
opolskie 10 9 porównyw.
warmińsko-mazurskie 18 8 -55%
ogółem 387 467 +21%

 

** Stan wg wiedzy na koniec pierwszego półrocza.

Wzrost liczby upadających oraz objętych restrukturyzacją firm widać w zdecydowanej większości województw. Listę otwiera województwo mazowieckie, gdzie zarejestrowanych jest najwięcej firm. Tam odnotowano 83 upadłości i restrukturyzacje (o 7 więcej niż w ubiegłym roku), co stanowi 18 proc. wszystkich postępowań. Zaś największy skok widzimy w województwach: podkarpackim, pomorskim, lubelskim, kujawsko-pomorskim, łódzkim i świętokrzyskim. Tylko w dwóch województwach (zachodniopomorskim i opolskim) liczba postępowań spadła, ale nieznacznie. Najmniej postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych zanotowaliśmy natomiast w woj. warmińsko-mazurskim. Tam też mamy największy spadek postępowań (z 18 w I poł. 2017 r. do 8 w I poł. 2018 r.)

Upadłości i restrukturyzacje według form prawnych przedsiębiorstw

forma prawna liczba * upadłości

i restr.

I-VI 2012

liczba *  upadłości

i restr.

 I-VI 2013

liczba *
upadłości i restr.I-VI 2014
liczba *
upadłości i restr.

I-VI 2015

liczba *
upadłości
i restr.

I-VI 2016

liczba **
upadłości
i restr.

I-VI 2017

liczba **
upadłości
i restr.

I-VI 2018

 

zmiana

2018/2017

 

Spółka z o.o. 250 271 233 243 206 212 230 +8,5%
Przedsiębiorca 96 112 107 90 126 104 142 +36,5%
Spółka akcyjna 31 46 42 35 27 34 47 +38%
Spółka jawna 21 23 19 20 10 14 19 +36%
Spółka komandytowa 11 7 12 10 7 10 17 +70%
Spółdzielnia 14 5 10 7 7 4 7 +75%
Pozostałe formy 1 6 1 4 3 9 5 -44%
ogółem 424 470 424 409 386 387 467 +21%

 

* Stan wg wiedzy na koniec

każdego roku.

** Stan wg wiedzy na koniec pierwszego półrocza.

W pierwszej połowie 2018 roku prawie we wszystkich grupach form prawnych sytuacja pogorszyła się. Największą grupę wśród firm upadającym lub objętych restrukturyzacją stanowią spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (49 proc. wszystkich postępowań). Na drugim miejscu znalazła się grupa przedsiębiorców (30 proc.). Jedynie w pozostałych formach ogółem (do których zaliczają się m.in. przedsiębiorstwa państwowe, stowarzyszenia, fundacje) odnotowaliśmy nieznaczny spadek postępowań.

Obroty i wiek w upadających i restrukturyzowanych firmach

Obroty

Po analizie obrotów firm, których upadłość lub restrukturyzację ogłoszono w pierwszej połowie 2018 roku, problem niewypłacalności dotyczy w większości firm o rocznych obrotach pomiędzy 5 a 50 mln PLN (57 proc.*). 28 proc. stanowiły firmy z rocznym obrotem do 5 mln PLN. Najmniejsza grupa (15 proc.) to przedsiębiorstwa duże, generujące powyżej 50 mln PLN obrotu rocznie. W grupie tej znalazły się tak znane firmy jak Próchnik S.A. (upadłość) oraz GetBack S.A. (przyspieszone postępowanie układowe).

* Na około 50 proc. przedsiębiorstw, o których dane finansowe posiadał Coface. Większość firm, których danych finansowych Coface nie posiadał, to przedsiębiorstwa małe, które często nie publikują swoich danych finansowych.

Wiek

Zgodnie z analizą wieku upadających i objętych postępowaniami restrukturyzacyjnymi przedsiębiorstw dominują firmy z kilku- i kilkunastoletnim stażem działalności. Jest ich około 65 proc. Przedsiębiorstwa założone przed 1990 rokiem stanowią jedynie około 7 proc. Najstarszą firmą na liście postępowań, która objęta została upadłością są Żywieckie Zakłady Papiernicze Solali S.A., założone w 1833 roku. Postępowanie sanacyjne dotknęło Zakładów Metalurgicznych Pomet S.A. z Poznania, których korzenie sięgają 1913 roku. Znaną firmą, którą objęto upadłością, z bardzo długą historią jest Próchnik S.A., założony w 1948 roku.

Prezentowane statystyki są przygotowywane przez ubezpieczyciela należności Coface od 1997 roku w oparciu o daty wydania postanowień sądów o ogłoszeniu upadłości, czyli faktyczne daty upadłości. Podane wyniki za I półrocze 2018 nie są ostateczne i należy się jeszcze spodziewać wzrostu liczby postanowień. Jednak dane sprzed roku, do których liczony jest ostatni wzrost procentowy r/r., także pochodzą z czerwca, co zapewnia rzetelność porównań statystycznych. Dane historyczne, dotyczące lat 2008-2016, pokazują wyniki znane na koniec każdego roku.

 

1 stycznia 2016 roku wprowadzono nowe prawo restrukturyzacyjne. Głównym celem postępowania restrukturyzacyjnego, oprócz zaspokojenia wierzycieli, jest uniknięcie ogłoszenia upadłości dłużnika przez umożliwienie mu restrukturyzacji w drodze zawarcia układu z wierzycielami, a w przypadku postępowania sanacyjnego – również przez przeprowadzenie działań sanacyjnych, przy zabezpieczeniu słusznych praw wierzycieli.

Istotną zmianą jest także fakt, że w obecnym prawie, postępowaniu restrukturyzacyjnemu podlegają zarówno firmy niewypłacalne, jak i zagrożone niewypłacalnością, w związku z tym nowe statystyki pokazują nie tylko liczbę bankrutów, ale także firm zagrożonych bankructwem. Wcześniej obowiązujące prawo umożliwiało ogłoszenie upadłości układowej tylko wobec firmy faktycznie niewypłacalnej.

Przegląd wydarzeń tygodnia

Pierwszy tydzień lipca tradycyjnie przynosi zalew odczytów PMI/ISM oraz raport NFP. Dane makro z USA powinny podkreślić kontrast między kondycją ekonomiczną kraju i reszty świata. W Polsce odbicie inflacji na fali wyższych cen paliw nie będzie impulsem dla RPP. Szwedzki Riksbank raczej podąży śladem EBC i oddali perspektywę podwyżki stóp procentowych. Poza tym tydzień przyniesie decyzję RBA, minutki FOMC, dane z rynku pracy Kanady i zapewne więcej w temacie sporu handlowego USA-Chiny.

ISM/NFP z USA, minutki FOMC, PMI z Wlk. Bryt., Riksbank, PMI/CPI z Polski, raport Tankan, RBA, rynek pracy z Kanady

W USA mamy dziurawy tydzień ze Dniem Niepodległości w środę. Dane makro powinny podkreślić kontrast między kondycją ekonomiczną USA i reszty świata. Indeksy ISM dla przemysku (pon) i usług (czw) szybują ponad 58 pkt. nawet pomimo ciągnącego się sporu handlowego z Chinami. W drugiej części tygodnia w centrum uwagi będzie raport z rynku pracy, gdzie oczekuje się podtrzymania wysokiego tempa przyrostu zatrudnienia (~200 tys.). Tradycyjnie w ostatnim czasie, kluczem do odbioru raportu będzie dynamika płac, gdzie oczekuje się kolejnego powyżej trendu wzrostu o 0,3 proc. m/m. Taki rozwój wypadków będzie wzmacniał argumentację jastrzębi z FOMC forsujących jeszcze dwie podwyżki do końca roku. Jaki jest obecnie podział zdań w komitecie pomogą określić publikowane w czwartek minutki z czerwcowego posiedzenia FOMC. Ogólnie nadchodzące wydarzenia powinny przemawiać za podtrzymaniem siły USD, który na razie zyskuje niezależnie do tego, czy napięcia handlowe nasilają się, czy słabną.

W strefie euro kalendarz jest ubogi. Indeksy PMI w finalnej odsłonie (pon, śr) nie przyciągają już tyle uwagi, co wstępne szacunki. Sprzedaż detaliczna (wt) raczej nie zaoferuje dobrego odczytu, biorąc pod uwagę zaskakująco silny spadek w Niemczech. Od strony polityki monetarnej czeka nas cichy okres, gdyż kolejne posiedzenie EBC jest dopiero 26 lipca. Mimo to w EUR/USD widać walkę o odbicie, więc w najbliższym czasie to kwestie techniczne, a nie fundamentalne, mogą liczyć się bardziej.
Przy publikacji indeksów PMI z Wielkiej Brytanii (pon-śr) ryzyko leży w tym, czy niepewność wokół Brexitu nie hamuje ambicji inwestycyjnych firm. Skromne rewizji wskaźników nie powinny mocno ważyć na funcie i będą potraktowane jako niski wymiar kary. GBP może dużo korzystać na potencjalny powrocie apetytu na ryzyko (jeśli wystąpi), choć zagrożeniem pozostaną doniesienia ze sery politycznej.

Szwedzki Riksbank podejmuje decyzję w sprawie polityki monetarnej (wt), gdzie poza utrzymaniem stopy procentowej bez zmian spodziewamy się gołębiego przekazu z obniżeniem projekcji ścieżki stóp procentowych. Dla Riksbanku ważna jest polityka EBC, stąd prawdopodobne jest, że będzie podążać jego śladem i oddali perspektywę podwyżki z grudnia na początek przyszłego roku. Rynek jest przygotowany na taki scenariusz i utrzymuje SEK nisko. Tylko jeśli Riksbank nie zmieni projekcji, korona może zyskać.
W Polsce startujemy z pakietem danych za czerwiec i w pierwszej kolejności otrzymamy istotne wskazania aktywności biznesowej i inflacji (pon). Spodziewamy się przyhamowania ekspansji przemysłu i spadek PMI do 52,6 z 53,3 w maju, co może być sygnałem niepewności przedsiębiorców nastawionych na eksport. Inflacja powinna odbić do 2 proc. r/r z 1,7 proc. w maju głównie za sprawą wyższych cen paliw, ale inflacja bazowa raczej pozostanie nisko (0,6 proc.), więc nie szukalibyśmy tutaj sygnałów do zmiany stanowiska RPP. Osłabienie złotego bez wątpienia ma źródła zewnętrzne, a niska płynność i koniec kwartału podsycały skalę wzrostów EUR/PLN bez oznak silnej obrony ze strony sprzedających. Biorąc pod uwagę, że na koniec tygodnia EUR/USD mocno odbił (w reakcji a ustalenia ze szczytu UE), a klimat wokół rynków wschodzących poprawiał się, powinno to przynajmniej przystopować wyprzedaż złotego.

W Japonii nieco uwagi będzie poświęcone kwartalnemu raportowi Tankan opisującemu kondycję i nastroje przedsiębiorstw (pon). Prognozy sugerują, że zagrożenie wojną handlową odcisnęło piętno na nastrojach przedsiębiorców i osłabia zaufanie do perspektyw gospodarczych. Jeśli spadki indeksów aktywności będą głębokie, może to być ważny sygnał dla BoJ, a na rynku wyciszy spekulacje o prędkim zwrocie w polityce monetarnej. Poza tym JPY pozostaje barometrem apetytu na ryzyko (a raczej jego braku), co powinno wpierać jena na crossach z walutami ryzykownymi, jednak na USD/JPY rynek skłania się do wybicia górą z miesięcznej konsolidacji.

W Australii na pierwszym planie jest decyzja RBA (wt). Oczekujemy braku zmiany stopy kasowej, a w komunikacie powinien zostać podtrzymany neutralny ton. Ostatnie dane miały mieszany wydźwięk z silniejszym PKB, ale pogorszeniem wskaźników zaufania biznesu oraz mierników zatrudnienia. Niepewność otoczenia zewnętrznego także sugeruje niespieszenie się z podwyżkami, co naszym zdaniem nie nastąpi aż do II kw. 2019 r. Z danych otrzymamy bilans handlowy i sprzedaż detaliczną (śr), gdzie prognozy wskazują na pozytywne wyniki. Przyszłość AUD zależy od kształtowania się sentymentu zewnętrznego w obliczu napięć handlowych na linii USA-Chiny i dopóki temat nie przycichnie, trudno być optymistą wobec walut ryzykownych. Podobne wnioski tyczą się NZD, gdyż przyszły tydzień oferuje pusty kalendarz makro z Nowej Zelandii. Po gołębim wydźwięku komunikatu RBNZ kiwi powinien zachowywać się gorzej od aussie.

W Kanadzie kalendarz jest lekki aż do piątku, kiedy otrzymamy raport z rynku pracy. Przed miesiącem dane rozczarowały, w szczególności spadkiem zatrudnienia na pełny etap, jednak dane te zwykle mają wahadłowy charakter, więc czerwiec powinien przynieść odreagowanie. Będzie to ostatni test przed posiedzeniem Banku Kanady w kolejnym tygodniu. Rynek wycenia podwyżkę w prawie 70 proc., ale wciąż jest pole do budowy jastrzębich oczekiwań, a przy wyciszeniu tematu wojen handlowych, CAD powinien kontynuować umocnienie.

Konrad Białas

Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Tylko 20 proc. Polaków negatywnie ocenia zakup kolekcji Czartoryskich

Tylko 20 proc. Polaków negatywnie ocenia zakup kolekcji Czartoryskich 8

Zakup przez rząd kolekcji Czartoryskich – 250 tys. obiektów bibliotecznych, 86 tys. muzealnych oraz nieruchomości – negatywnie ocenia tylko 20 proc. Polaków. Ponad dwa razy więcej (42 proc.) wyraziło ocenę pozytywną – wynika z badania Panelu Ariadna. Wśród osób znających sprawę transakcję pozytywnie ocenia połowa badanych, negatywnie – tylko 31 proc. Socjolodzy po analizie badań podkreślają, że zakup kolekcji Czartoryskich nie był obciążeniem wizerunkowym dla rządu i próba uczynienia z tego afery po prostu się nie powiodła.

– Przeprowadziliśmy badanie na ogólnopolskiej próbie dorosłych Polaków mające na celu ocenę zakupu kolekcji Czartoryskich przez Skarb Państwa. Mniej więcej 42 proc. ogółu Polaków pozytywnie ocenia tę transakcję, a 20 proc. – negatywnie. Kiedy ograniczymy te wyniki wyłącznie do osób, które orientują się, na czym polegała ta transakcja, to odsetek ocen pozytywnych rośnie do 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Sprawa zakupu kolekcji Czartoryskich przez polski rząd była w ostatnich tygodniach gorącym tematem medialnym, podgrzewanym przez polityków opozycji. Skarb Państwa kupił kolekcję liczącą 86 tys. obiektów muzealnych, 250 tys. bibliotecznych oraz nieruchomości za 100 mln euro, czyli zaledwie ok. 3 proc. wartości rynkowej (kolekcję wycenia się na 3 mld euro). Jak wynika z badań o całej sprawie słyszała jednak mniej niż połowa Polaków.

Widać, że nie jest to sprawa, która przykuwała opinię publiczną i którą Polacy śledzili z wypiekami na twarzy. Sprawa była prezentowana przez media głównego nurtu jako pretekst do uderzenia w obóz rządowy, co oczywiście jest wilczym prawem każdej opozycji. Niemniej bolesne jest to, że każda tego rodzaju sprawa staje się przyczynkiem i kolejnym etapem wojny polsko-polskiej, jest z automatu upolityczniana i staje się pretekstem do kopania się po kostkach przez wszystkich aktorów sceny politycznej – ocenia Marcin Jóźko, socjolog z Lokalnych Badań Społecznych.

Więcej badanych ocenia zakup kolekcji pozytywnie – zarówno wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości (59 proc.), jak i Platformy Obywatelskiej (34 proc.). Wśród osób, które wiedziały o transakcji, połowa uważa, że to dobrze, że Polska przejęła na własność dzieła sztuki.

Wyniki mnie nie zaskoczyły, bo nie był to przecież zakup na cele wybranej grupy jednostek, tylko na cel, który ma służyć ogółowi Polaków. Zaskoczyło mnie natomiast, że wokół tej transakcji w mediach zaczęto toczyć spór polityczny, podczas gdy wiadomo, że o zakup tej kolekcji starały się różne rządy. Moim zdaniem decyzja o hejtowaniu tej transakcji w celach politycznych była nieco chybiona – ocenia dr Tomasz Baran.

Przez 25 lat Fundacja XX Czartoryskich opiekowała się kolekcją. 29 grudnia 2016 roku, by na przyszłość zabezpieczyć zbiory, polski rząd zawarł z Fundacją Książąt Czartoryskich transakcję, na mocy której bezcenne zbiory sztuki, archiwum i biblioteka wraz z muzealnymi budynkami przeszły na własność państwa i zostały powierzone pod dalszą opiekę krakowskiemu Muzeum Narodowemu. Zdaniem ekspertów 100 mln euro za tak bogatą kolekcję to niewiele. Dzięki transakcji w ręce Skarbu Państwa trafiły takie dzieła jak m.in. „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci, „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta, pierwodruk „De revolutionibus” Mikołaja Kopernika z biblioteki króla Zygmunta Augusta, a także zabytki starożytnego Egiptu, Grecji i Rzymu oraz polskie pamiątki narodowe.

Decyzja o zakupie była jednak od początku krytykowana. Rządowi zarzucano rozrzutność, zwłaszcza że – jak podkreślano – w świetle prawa kolekcja teoretycznie nie mogła opuścić Polski.

Sprawa zakupu kolekcji Czartoryskich była potencjalnym zagrożeniem wizerunkowym dla obozu władzy, była jedną z tych kwestii, która służyła do uderzenia w obóz władzy, była też przedmiotem bardzo zażartej i ostrej debaty publicznej. Biorąc pod uwagę inne tego rodzaju kwestie, np. ustawę o IPN, sprawę osób niepełnosprawnych czy najbardziej obciążającą wizerunkowo dla rządu kwestię przyznawania sobie nagród w rządzie Beaty Szydło, zakup kolekcji Czartoryskich nie był tym obciążeniem wizerunkowym i próba uczynienia z tego afery po prostu się nie powiodła – podkreśla Marcin Jóźko.

Zatrudnienie w centrach usług wspólnych rośnie skokowo. Najbardziej potrzebni inżynierowie oprogramowania, analitycy i eksperci od finansów

Zatrudnienie w centrach usług wspólnych rośnie skokowo. Najbardziej potrzebni inżynierowie oprogramowania, analitycy i eksperci od finansów 9

Do 2020 roku centra usług wspólnych, których jest już w Polsce ponad 1,2 tys., będą zatrudniać 340 tys. pracowników – wynika z prognoz ABSL. Tylko na przestrzeni ostatnich dwóch lat liczba nowych miejsc pracy wzrosła o 30 proc. Każdego dnia centra usługowe zatrudniają średnio około 90 nowych pracowników. Najbardziej poszukiwani są deweloperzy, inżynierowie oprogramowania, testerzy, eksperci od finansów i księgowości oraz analitycy finansowi. Obok kompetencji zawodowych kluczowa jest znajomość języków obcych. W ostatnich latach popularność zyskują zwłaszcza języki nordyckie.

– Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce łączy międzynarodowe i polskie firmy poprzez sposób organizacji pracy. Mamy centra outsourcingu procesów biznesowych. Są to firmy, które zawodowo świadczą usługi i wspierają procesy biznesowe innych przedsiębiorstw. Mamy także wewnętrzne centra usług, organizowane w Polsce przez międzynarodowe korporacje na własne potrzeby. Mamy również takie, które cechuje rodzaj specjalizacji – przykładem są centra IT i badawczo-rozwojowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Popławski, dyrektor zarządzający Accenture Operations Polska oraz członek zarządu ABSL.

Polska jest jednym z najbardziej dynamicznie rosnących rynków dla BPO/SSC (Business Process Outsourcing/Shared Service Center) nie tylko w regionie, lecz także na całym świecie. Z danych branżowego stowarzyszenia ABSL (Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych) zrzeszającego 170 globalnych inwestorów wynika, że na polskim rynku jest już 1 236 centrów usług, z których 840 to zagraniczne inwestycje (68 proc.). Tylko w okresie od I kwartału 2017 do I kwartału 2018 działalność na polskim rynku rozpoczęło 91 nowych centrów usług. Wszystkie centra zatrudniają łącznie w tej chwili prawie 280 tys. pracowników (ponad 80 proc. pracuje w centrach zagranicznych), a na przestrzeni ostatniego roku wzrost zatrudnienia w tym sektorze wyniósł 13 proc. Licząc od początku 2016 roku, całkowity przyrost nowych miejsc pracy wyniósł 30 proc. – wynika z najnowszego raportu ABSL. Eksperci prognozują, że w optymalnym scenariuszu w 2020 roku centra usług w Polsce będą zatrudniać już ponad 340 tys. pracowników.

– Sektor rozwija się w tempie kilkunastu procent rocznie. Od początku 2016 roku miejsce pracy znalazło w nim 65 tys. osób. To oznacza średnio 90 nowych miejsc pracy każdego dnia – mówi Wojciech Popławski.

Według aktualnych danych swoje centra usług w Polsce ma już 831 firm (spośród których 601 to inwestorzy zagraniczni). Co ciekawe, w Polsce swoje centra usługowe ulokowało już 83 inwestorów z prestiżowej listy amerykańskiego magazynu Fortune Global 500.

– Najważniejszy dla zagranicznych inwestorów w Polsce jest dostęp do kapitału ludzkiego, coraz większa dostępność ekspertów z doświadczeniem w konkretnych zawodach oraz rosnąca liczba utalentowanych studentów i absolwentów uczelni wyższych. Dodatkowym elementem, który odgrywa jedną z kluczowych ról, jest infrastruktura, dostępność lotnisk, komunikacja pomiędzy miastami oraz jedna z najnowocześniejszych infrastruktur biurowych w tym regionie. Nie bez znaczenia, chociaż nie jest to już kluczowy czynnik, jest też koszt prowadzenia biznesu w porównaniu z Europą Zachodnią czy Stanami Zjednoczonymi oraz wysoka i ciągle rosnąca etyka pracy – wymienia Wojciech Popławski.

Centra usług działają już w czterdziestu ośrodkach w całej Polsce, z których główne i największe to Kraków, Warszawa, Wrocław, Trójmiasto, Aglomeracja Katowicka, Łódź, Poznań, Bydgoszcz, Lublin, Rzeszów i Szczecin. Tych jedenaście ośrodków łącznie odpowiada w tej chwili za 95 proc. całkowitego zatrudnienia w branży.

– Zakres specjalizacji jest bardzo szeroki, niemniej najbardziej popularne obecnie są zawody technologiczne. Jest bardzo duży popyt na deweloperów, inżynierów oprogramowania oraz testerów. Kolejną znaczącą specjalizacją jest obszar finansów i księgowości. Patrząc z perspektywy Accenture, zatrudniamy dzisiaj coraz więcej analityków finansowych. Zajmują się oni bardzo skomplikowanymi analizami, które są wykorzystywane przez zarządy regionalne i globalne firmy do podejmowania decyzji. Trzecią grupą, która jest bardzo znacząca i będzie rosła najszybciej w najbliższych latach, są specjaliści bankowości, finansów i ubezpieczeń – ocenia Wojciech Popławski.

Według badań ABSL centra usług wspólnych zatrudniają obecnie pracowników, którzy posługują się trzydziestoma pięcioma językami obcymi. Najbardziej popularne to – oprócz angielskiego – niemiecki, francuski, włoski i hiszpański. Na przestrzeni ostatnich kilku lat szybko rośnie również popularność języków nordyckich.

– Patrząc przekrojowo, ponad 30 proc. centrów usług w Polsce zatrudnia pracowników obsługujących procesy w ponaddziesięciu językach obcych – podsumowuje dyrektor zarządzający Accenture Operations Polska oraz członek zarządu ABSL.

Aplikacje mobilne pomagają w walce z uzależnieniami. Ich skuteczność nie odbiega od terapii prowadzonych stacjonarnie

Aplikacje mobilne pomagają w walce z uzależnieniami. Ich skuteczność nie odbiega od terapii prowadzonych stacjonarnie 10

Technologia mobilna może usprawnić pracę terapeutów zajmujących się leczeniem alkoholizmu i innych uzależnień. Dzięki aplikacji będą mogli mieć stały kontakt z pacjentami, monitorować ich postępy, stan zdrowia oraz prowadzić wideokonsultacje. Opracowywane algorytmy sztucznej inteligencji pozwolą usprawnić proces pomocy osobom uzależnionym oraz przewidywać nawroty choroby alkoholowej. Skuteczność terapii online cały czas rośnie, a już teraz jest ona porównywalna z terapiami stacjonarnymi. Obecnie w Polsce aż 800 tys. osób cierpi na alkoholizm.

– Wszelkiego rodzaju dane wskazują na to, że terapie online potrafią być równie skuteczne jak terapie stacjonarne. My w aplikacji AlkyRecovery koncentrujemy się na uzależnieniach behawioralnych oraz chemicznych. Wychodzimy od największego problemu, a więc od uzależnienia od alkoholu. Chcemy skoncentrować się na predykcji, czyli przewidywaniu nawrotów choroby. Badania konkurencji, które przeprowadziliśmy z zewnętrzną firmą, pokazały, że nie ma na świecie takiego rozwiązania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Brysiak, pomysłodawca aplikacji AlkyRecovery.

Według Polskiej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Polsce żyje od 600 do 800 tys. osób ze zdiagnozowanym alkoholizmem, a aż 3 mln osób spożywa nadmierne ilości alkoholu. Agencja podaje, że co roku 150 tys. osób kończy terapie, a aż 52 proc. z osób kończących terapie w pierwszych dwunastu miesiącach ma nawrót choroby, czyli łamie abstynencję.

W samokontroli mogą pomóc aplikacje mobilne, które pozwalają nie tylko prowadzić dzienniczki do samooceny, lecz także umożliwiają nieustanne monitorowanie stanu zdrowia i ciągły kontakt ze specjalistą.

– Aplikacja AlkyRecovery ma wspomagać proces leczenia. Jest narzędziem do samooceny, samokontroli i wsparcia terapeutów. Już teraz prowadzimy darmowe czaty z certyfikowaną terapeutką, przygotowujemy się też do uruchomienia terapii w formie wideoczatu. Aplikacja współpracuje z opaską monitorującą czynności życiowe, może wyczytać ze wskaźnika HRV poziom stresu i na podstawie zebranych danych wejściowych dokonać predykcji oraz uruchomić proces wsparcia – wyśle wiadomość do terapeuty – opowiada Marcin Brysiak.

Najnowsze technologie mobilne coraz częściej pomagają w walce z uzależnieniami. To już nie tylko opaski monitorujące stan zdrowia, lecz także sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe. Twórcy aplikacji wraz z zespołem terapeutycznym chcą zaprojektować specjalny algorytm, który pozwoli pomóc osobom uzależnionym w pierwszym kontakcie.

– Końcowym efektem prac po trzech latach będzie chatbot, który będzie w stanie wziąć na siebie pierwszą część pytań i odpowiedzi najczęściej zadawanych przez użytkowników na początkowym etapie albo kiedy spotykają się z sytuacjami, których nie byli w stanie przewidzieć – tłumaczy ekspert.

Analitycy Research and Markets szacują, że w 2018 roku wartość rynku mobilnych usług zdrowotnych wyniesie ponad 28 mld dol., a średnioroczne tempo wzrostu na przestrzeni trzech kolejnych lat przekroczy 30 proc.

Technologie Wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości stają się coraz bardziej dostępne. Poza szkoleniami będą wykorzystywane także w medycynie i przemyśle

Technologie Wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości stają się coraz bardziej dostępne. Poza szkoleniami będą wykorzystywane także w medycynie i przemyśle 11

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość wchodzi do powszechnego użytku. Oprócz zastosowań rozrywkowych i szkoleniowych wciąż pojawiają się kolejne, bardziej zaawansowane zastosowania tych technologii. Dziś VR i AR pomagają szkolić np. maszynistów i operatorów maszyn, ale w niedalekiej przyszłości będą wspierać też m.in. chirurgów plastycznych. Dzięki tym technologiom możliwa jest także optymalizacja procesów produkcyjnych w fabrykach. Przedstawiciele branży wskazują, że najbliższe lata będą stały pod znakiem ewolucji dotychczas opracowanych rozwiązań.

– W tym momencie VR w przemyśle wykorzystuje się głównie w szkoleniach, a także do symulacji różnych procesów. Jeżeli chodzi o szkolenia, to są to przeważnie tematy techniczne – szkolenia dla pracowników technicznych, którzy muszą przetrenować jakieś ręcznie wykonywane czynności, opanować jakieś procesy. Zaletą oprogramowania VR jest to, że można zasymulować warunki niebezpieczne, a z drugiej strony np. nie blokujemy w fabryce linii produkcyjnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mateusz Tokarski z firmy Giant Lazer, projektującej rozwiązania VR i AR.

Wirtualna rzeczywistość niebawem pozwalać będzie jednak na znacznie bardziej zaawansowane symulacje. Do 2020 roku ma zostać opracowany symulator przeznaczony do przeprowadzania symulacji zabiegów związanych z dermatologią estetyczną i dermatologią kliniczną. Lekarz po nałożeniu gogli VR będzie operował oczujnikowaną manetką, symulującą końcówkę sprzętu dermatologicznego. Do jego oczu trafi widok wirtualnej głowy pacjenta, a na manetce poczuje opór, tak jakby pracował na żywym pacjencie. Nad symulatorem pracuje polski zespół badawczy. Od pewnego czasu lekarze z Instytutu Kardiologii w Aninie korzystają natomiast z Google Glass do udrażniania tętnic wieńcowych.

Na zwiększenie spektrum zastosowań wirtualnej rzeczywistości pozwalają coraz niższe ceny rozwiązań.

– VR stał się bardziej dostępny dla szerokiego grona odbiorców, ponieważ stał się tańszy, dlatego biznes może już coraz szerzej stosować wirtualną rzeczywistość. Na pewno bardzo dynamicznie rozwija się technologia rozszerzonej i mieszanej rzeczywistości. Przewiduje się, że to będzie technologia, która będzie bardzo zyskiwała na znaczeniu w przyszłości, teraz jest bardzo niedoskonała, natomiast prawdopodobnie za 2–3 lata wejdzie do szerokiego użycia – prognozuje Mateusz Tokarski.

Technologia wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości coraz częściej wykorzystywana jest także do monitorowania np. linii produkcyjnych w fabrykach, a nawet całych fabryk. Dzięki niej można np. odtworzyć w wirtualnej czy rozszerzonej rzeczywistości model faktycznie działającej fabryki, monitorować dane w czasie rzeczywistym i optymalizować procesy. Obecnie z wirtualnych fabryk korzystają przede wszystkim duże przedsiębiorstwa produkcyjne i firmy z branży automotive.

Ford dla jednej z europejskich fabryk stworzył wirtualnego bliźniaka z użyciem kamer skanujących. Wdrożenie wirtualnej fabryki pomaga amerykańskiej firmie m.in. w opracowywaniu bezpiecznych pozycji dla pracowników na linii produkcyjnej, dzięki czemu udało się zredukować liczbę wypadków przy pracy o 70 proc.

W najbliższych latach technologie VR i AR będą się bardzo dynamicznie rozwijać, jednak według przedstawicieli branży będzie to raczej ewolucja dotychczasowych rozwiązań.

– Nie liczę na żadną rewolucję, ponieważ rewolucja dokonała się wtedy, kiedy te technologie weszły po raz pierwszy na rynek. Wszyscy natomiast widzą ich niedoskonałości i na pewno ich rozwój będzie bardziej iteracyjny i stopniowy. Raczej myślę, że to będzie udoskonalenie tego, co mamy teraz – mówi ekspert.

Zgodnie z przewidywaniami Orbis Research, rynek sprzętu i oprogramowania VR osiągnie w 2020 roku wartość ponad 40 mld dol.

Kolekcjonerskie książki dobrą alternatywą dla tradycyjnych inwestycji. Zyski mogą sięgać kilkuset procent

Kolekcjonerskie książki dobrą alternatywą dla tradycyjnych inwestycji. Zyski mogą sięgać kilkuset procent 12

Polacy coraz częściej stawiają na alternatywne środki pomnażania kapitału. Rośnie popularność inwestycji w tradycyjne dzieła sztuki, jak obrazy czy rzeźby, ale wysoki zysk pozwalają też osiągnąć kolekcjonerskie książki. Bibliofilskie egzemplarze to zwykle unikatowe, numerowane edycje, które charakteryzuje dbałość o najmniejszy szczegół, wykorzystanie specjalnego papieru i sygnatury artystów. Choć ceny mogą sięgać kilkudziesięciu tysięcy złotych w przypadku jubilerskich opraw, nie brakuje chętnych. Zwłaszcza że w ciągu kilku lat zyski mogą sięgać kilkuset procent.

Książki kolekcjonerskie właściwie trudno nazwać produktem. To bardziej dzieła sztuki: niepowtarzalne, wykonywane czasami tylko w jednym egzemplarzu, numerowane, sygnowane przez artystów, drukowane na papierach ręcznie czerpanych, artystycznych, zawierające grafiki warsztatowe. Interesuje nas każdy możliwy sposób przybliżenia książki do dzieła sztuki. Również zabawa z formą książki, z formą jej okładki to są nasze poszukiwania na płaszczyźnie książki artystycznej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Urszula Kurtiak z Wydawnictwa Artystycznego Kurtiak Ley.

Z badania KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce 2017” wynika, że blisko połowa bogatych Polaków inwestowała w sztukę, inwestuje lub planuje taki krok w przyszłości. Jest też coraz więcej firm, które specjalizują się w sprzedaży aukcyjnej dzieł sztuki. Dane portalu Artinfo wskazują, że w 2017 roku odbyło się 284 aukcji – najwięcej w historii, a obrót na polskim rynku sztuki przekroczył 214 mln zł. Choć kupowane są przede wszystkim obrazy, rysunki i rzeźby, to rośnie zainteresowanie książkami artystycznymi.

– To produkt inwestycyjny bardzo trudny do podrobienia. Książki artystyczne są bardzo trudne do skopiowania, czego nie można powiedzieć o dotychczas znanych nam dobrach inwestycyjnych, jak malarstwo czy grafika. Wymagałoby to tak ogromnego przedsięwzięcia, że jest to prawie niewykonalne – ocenia Urszula Kurtiak.

W książkach artystycznych stosowane są ręcznie czerpane papiery – bezdrzewne i bezkwasowe, co zapewnia im trwałość. Książki są ręcznie szyte i oprawiane, a okładki dobierane są do danego egzemplarza. Jak jednak przekonuje ekspertka, przy zakupie książki z myślą o inwestycji, należy zwrócić uwagę na detale, nie zawsze zdawać się tylko na intuicję.

Szlachetny materiał, którego się używa, jest gwarancją, że jest to dobra rzecz. Warto również poznać się na technice, trochę na typografii, bo będąc laikiem, można nie dostrzec pewnych rzeczy. Trzeba zgłębić wiele dziedzin albo posłuchać sprzedawcy, czym uzasadnia to, że książka jest wyjątkowa. Jedna z naszych książek ma linoryty, które artysta odbijał ręcznie, wszystkie są sygnowane i numerowane na specjalnym chińskim papierze Xuan, ręcznie wykonywanym, który ma tysiąc lat gwarancji – mówi przedstawicielka Wydawnictwa Artystycznego Kurtiak Ley.

Przy zakupie warto też zwrócić uwagę na nakład. Im mniej egzemplarzy, tym cena książek będzie wyższa. W takim przypadku lepiej pospieszyć się z decyzją o ewentualnej inwestycji. Z biegiem czasu cena książki będzie rosła.

– Jeśli mówię, że jest 138 egzemplarzy, nie ma prawa być ani jednego więcej. Nabywca powinien wiedzieć, że jest to liczba skończona i powinien mieć gwarancję, że nigdy nie będzie dodruku – mówi Urszula Kurtiak.

Ceny książek artystycznych zaczynają się od kilkuset złotych. Dużo zależy nie tylko od nakładu, lecz także od użytych materiałów, rodzaju papieru czy ozdób. W przypadku jubilerskich opraw ceny sięgają już kilkunastu i kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Wszystko zależy od tego, jaka to książka, jak mocno skomplikowana, co znajduje się w środku: jakie ilustracje, papier, ile tekstu, jaka oprawa. Niektóre oprawy są wykonane tylko w jednym projekcie, nie ma możliwości, żebyśmy zrobili drugi raz taki sam pomysł – wymienia Kurtiak.

W przypadku inwestycji w dzieła sztuki nie ma gwarancji zysku. Podobnie jest w przypadku książek artystycznych. Wiele zależy od popularności takich książek i popytu. Przy tych wykonanych w niewielkiej liczbie egzemplarzy ryzyko jest jednak stosunkowo niewielkie, zaś zysk w ciągu kilku lat może sięgnąć kilkuset procent.

– Jedna z naszych książek, której cena początkowa w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze wynosiła ok. 120 zł, w tej chwili po wyczerpaniu się nakładu osiąga cenę około 15–17 tys., ale też pojawia się bardzo rzadko na wolnym rynku – wskazuje Urszula Kurtiak.

Wydawnictwo Artystyczne Kurtiak i Ley otrzymało nagrodę Godło „Teraz Polska” za ręcznie tworzone książki kolekcjonerskie, które znajdują się w bibliotekach na całym świecie. Jak przekonuje Urszula Kurtiak, choć kolekcjonerami są przede wszystkim Polacy, to książki artystyczne mogą też być dobrą promocją naszego kraju.

– Książki są dobrą reklamą Polski od wielu lat. Pierwszy raz zetknęliśmy się z tym w 1992 roku w Chicago, na festiwalu zorganizowanym przez placówki konsularne. Pokazaliśmy luksusowe przedmioty, choć wówczas Polska wcale luksusowo się nie kojarzyła, były mity o tym, że jest to tak ubogi kraj, że trzeba tam posyłać paczki. Nasz konsul był bardzo rad, że właśnie takie przedmioty reprezentowały Polskę w tym międzynarodowym gremium – mówi Urszula Kurtiak.

W Opolu będą możliwe najbardziej skomplikowane zabiegi ratujące życie. W szpitalu klinicznym otwarto jedną z najnowocześniejszych sal operacyjnych w Polsce

W Opolu będą możliwe najbardziej skomplikowane zabiegi ratujące życie. W szpitalu klinicznym otwarto jedną z najnowocześniejszych sal operacyjnych w Polsce 13

Hybrydowa sala operacyjna umożliwia równoczesne wykonywanie mało inwazyjnych zabiegów i operacji na otwartym sercu z wykorzystaniem pełnej diagnostyki. Jest wyposażona w ultranowoczesny sprzęt, zdolna pomieścić kilka zespołów lekarzy różnych specjalizacji, którzy mogą na bieżąco ze sobą współpracować. To znacznie zwiększa bezpieczeństwo pacjenta, a także skuteczność interwencji chirurgicznej. Takie sale znajdują się na razie zaledwie w kilku największych, najbardziej wyspecjalizowanych szpitalach w Polsce. Kolejna została otwarta w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Opolu, który dzięki tej inwestycji uplasował się w gronie najnowocześniejszych placówek w Polsce. 

 Hybrydowa sala operacyjna stwarza zupełnie nowe możliwości. To połączenie sali, na której zabiegi wykonują kardiolodzy interwencyjni – czyli takiej z aparatem rentgenowskim, gdzie z wykorzystaniem kontrastu poszerzamy tętnice, oraz sali, na której pracują kardiochirurdzy i chirurdzy naczyniowi, wyposażonej w stół operacyjny, aparat do znieczulenia, gdzie dostępny jest anestezjolog. Wszystko to mieści się w jednym pomieszczeniu. Siłą takiego połączenia, zarówno sprzętu, jak i zespołów, jest to, że możemy wspólnie decydować, co zrobić z pacjentem, wspólnie wykonywać zabiegi. Co więcej, możemy zmieniać swoje decyzje w trakcie zabiegu, na przykład z powodu komplikacji czy powikłań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Marek Gierlotka, kierownik Oddziału Kardiologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu.

Hybrydowa sala operacyjna to innowacja, w którą wyposażonych jest jak dotąd tylko kilka największych i najbardziej wyspecjalizowanych szpitali w Polsce. Kolejna została właśnie oddana na oddziale kardiologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu.

– To nowoczesny warsztat pracy chirurga naczyniowego. Sala, która umożliwia równoczesne wykonywanie zabiegów klasyczną techniką chirurgii naczyniowej oraz nowoczesnymi metodami chirurgii wewnątrznaczyniowej. Co więcej, w trakcie zabiegów na sali hybrydowej możemy korzystać z angiografu, który jest doskonałym narzędziem diagnostycznym. W trudnych sytuacjach, w których mamy wątpliwości, możemy się posiłkować tym urządzeniem i na bieżąco zmieniać taktykę operacji – mówi prof. dr hab. n. med. Wacław Kuczmik, kierownik Oddziału Chirurgii Ogólnej, Angiologii i Flebologii Górnośląskiego Centrum Medycznego.

Jak podkreśla, hybrydowa sala operacyjna wymusza współpracę pomiędzy specjalistami różnych dyscyplin medycznych. Tworzą się zespoły, w których możliwe jest wykorzystanie wiedzy lekarzy z różnych dziedzin w jednym miejscu dla dobra chorego.

 Połączenie różnych metod sprawia, że pacjent często może uniknąć wieloetapowego wykonywania zabiegów, kilkukrotnego przyjęcia do szpitala. W jednym miejscu i w tym samym czasie możemy wykonać zabieg w dużo szerszym zakresie, z mniejszą inwazją, mniejszym obciążeniem dla chorego – mówi prof. dr hab. n. med. Wacław Kuczmik.

Obok ultranowoczesnego angiografu hybrydowa sala operacyjna Szpitala Klinicznego w Opolu wyposażona jest także w wielopłaszczyznowy aparat rentgenowski (umożliwia oglądanie naczyń i serca z różnych stron), aparat do krążenia pozaustrojowego, respirator, sprzęt do UKG, znieczulenia, badania echa serca oraz specjalny stół operacyjny.

 Są dwa ekrany dla zespołów stojących po obu stronach stołu operacyjnego, co jest dużym udogodnieniem. Hybrydowa sala jest też dużo większa po to, aby w razie konieczności przy pacjencie mógł działać dodatkowy sprzęt. W trakcie zabiegu na sali jest wiele urządzeń, dziesiątka ludzi i nadal się mieścimy – mówi prof. dr hab. Marek Gierlotka.

Główną różnicą pomiędzy tradycyjną a hybrydową salą operacyjną jest obecność sprzętu do diagnostyki obrazowej. Zwykle urządzenia takie jak tomograf czy aparat rentgenowski znajdują się poza blokiem operacyjnym i żeby poddać pacjenta badaniom, trzeba go przewieźć w inne miejsce. W hybrydowej sali operacyjnej taki sprzęt jest stałym wyposażeniem. To oznacza, że można w tym samym czasie i w jednym miejscu przeprowadzić pełną diagnostykę obrazową i zabieg chirurgiczny.

 Diagnostyka jest kluczowa. Badania, z którymi trafiają do nas pacjenci, często nie są już aktualne. A nawet jeśli są, to ich jakość nie zawsze pozwala przewidzieć wszystkie komplikacje i zdarzenia w trakcie zabiegu. Dlatego możliwość wykonywania diagnostyki obrazowej jest absolutnie kluczowa dla powodzenia wykonywanych procedur – podkreśla prof. dr hab. n. med. Wacław Kuczmik.

Możliwość wykonania zabiegu z wykorzystaniem diagnostyki obrazowej poprawia komfort lekarzy i pacjenta, a także znacznie zwiększa jego bezpieczeństwo i skuteczność interwencji chirurgicznej. Lekarze mają też możliwość szybkiego reagowania w razie ewentualnych komplikacji.

– Czasem hybrydowa sala operacyjna stwarza też możliwość przeprowadzenia zupełnie nowych zabiegów, które dotąd były niedostępne, czyli małoinwazyjnych zabiegów zarówno ze strony kardiologów, kardiochirurgów, jak i chirurgów naczyniowych. To łączy się z mniejszym ryzykiem, krótszym pobytem w szpitalu i ostatecznie lepszym efektem leczenia – mówi prof. dr hab. Marek Gierlotka.

Wicewojewoda opolski Violetta Porowska podkreśla, że dzięki hybrydowej sali operacyjnej Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Opolu plasuje się w tej chwili w pierwszej dziesiątce najnowocześniejszych szpitali w Polsce. Inwestycja została oddana kosztem 6 mln zł, z czego 4 mln zł pochodziło z dotacji Ministerstwa Zdrowia. Sala została wyposażona m.in. w sprzęt firmy Siemens Healthcare, specjalizującej się w medycznych innowacjach.

 Ta sala hybrydowa jest na tyle innowacyjna, że dzisiaj spokojnie możemy powiedzieć, że mamy w Opolu odrobinę technologii kosmicznej. Te technologie są dziś uznawane za najnowocześniejsze, ale przede wszystkim – najbezpieczniejsze. Pozwalają leczyć pacjentów z bardzo skomplikowanymi schorzeniami, dlatego cieszymy się zarówno jako pacjenci, jak i osoby, które zarządzają ochroną zdrowia w województwie opolskim – mówi Violetta Porowska.

Polski rynek fitness pod lupą UOKiK. Zasady konkurencji mogło naruszyć kilkanaście firm

Polski rynek fitness pod lupą UOKiK. Zasady konkurencji mogło naruszyć kilkanaście firm 14

Kary do 2 mln zł dla menadżerów i do 10 proc. przychodów firm – takie kary grożą graczom rynku fitness badanym przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK wszczął wobec Benefit Systems, operatorowi m.in. popularnych kart MultiSport, oraz operatorom klubów fitness postępowanie antymonopolowe. Urząd podejrzewa porozumienia w sprawie podziału rynku i działania, które miały wzmocnić pozycję Benefit Systems względem konkurentów. Dla osób korzystających z klubów fitness mogło to oznaczać wyższe ceny i mniejszy wybór usług klubów – podkreśla prezes Urzędu.

 Stwierdziliśmy, że na rynku klubów fitness zachodzą niepokojące zjawiska. Były to na tyle wiarygodne dane, że sąd zgodził się na to, żebyśmy weszli do tych firm z przeszukaniem. Byliśmy w kilku firmach i u organizatora tego systemu kart wejścia, czyli MultiSport. Na podstawie danych, które tam zebraliśmy, okazało się, że możemy uruchomić postępowanie już nie sprawdzające, tylko przeciwko konkretnym podmiotom, czyli i organizatorowi, Benefit Systems, i wielu klubom fitness, które z nim współpracowały i dzieliły się rynkiem, a równocześnie utrudniały wejście innym operatorom analogicznych systemów kart dostępu do klubów fitness – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Blisko co trzeci Polak uprawia jakąkolwiek aktywność fizyczną trzy razy w tygodniu (MultiSport Index 2018). Wielu z nich korzysta z klubów fitness, których w polskich miastach jest coraz więcej. Osoby te nie tylko kupują karnety w klubach fitness, ale także korzystają z pakietów sportowo-rekreacyjnych oferowanych przez pracodawców jako benefit pozapłacowy.

UOKiK wszczął postępowanie przeciw operatorowi pakietów MultiSport i operatorom klubów fitness w związku z podejrzeniem ograniczania konkurencji i utrudniania dostępu do klubów.W ramach przeprowadzonych jeszcze w 2017 roku przeszukań zebrano dowody, które wskazują, że 16 przedsiębiorców mogło zawrzeć porozumienia ograniczające konkurencję – podzielić między sobą rynek i wspólnie ustalić, w których rejonach Polski będą działały.

– Było to blokowanie rynku i dzielenie się rynkiem, np. klub fitness mógłby działać w wielu miejscach w kraju, a działał tylko w jednym, w dwóch, a w tych pozostałych ograniczał się, ale miał w zamian pewność, że kluby z innych miast nie przyjdą do jego miasta – wskazuje Marek Niechciał.

Urząd podejrzewa, że kluby fitness ustaliły, że nie będą współpracować z rywalami Benefit Systems. Miało to sprzyjać ochronie silnej pozycji firmy na rynku pakietów sportowych.

 Blokowanie działania innego systemu takich kart powoduje, że pracodawcy są w pewnym sensie zmuszeni do korzystania z tego, który wymusił na innych ograniczenie konkurencji – zaznacza prezes UOKiK. – To działanie na niekorzyść konsumentów, bo ograniczenie wyboru w praktyce tylko do jednego systemu oznacza, że prawdopodobnie jest to droższe i warunki współpracy są gorsze, niż gdyby ten rynek był konkurencyjny. 

Jak podkreśla, dowody mogą świadczyć także o udziale w zmowie sześciu menadżerów firm (odpowiedzialność menadżerów firm za zmowy rynkowe funkcjonuje w Polsce od 2015 roku). Postępowanie jest prowadzone przeciw AM Classic, Baltic Fitness Center, Bartosz Gibała Platinium, Benefit Partners, Benefit Systems, Calypso Fitness, EFC, Fabryka Formy, Fitness Academy, Fitness Academy SKA, Fit Invest, Fitness MCG, Fitness za rogiem, Jupiter Sport, Platinium Wellness i Zdrofit.

 Ewentualne kary wynoszą do 2 mln zł dla menadżerów, a dla firm do 10 proc. obrotów z poprzedniego roku. Tu mogą być kary idące w wiele milionów złotych – mówi Marek Niechciał.

Dodaje, że przedsiębiorcy i osoby zarządzające firmami mogą uniknąć kar, współpracując z UOKIK.

– Jeśli ktoś ma wiadomości o tego typu działaniach, może się anonimowo zgłosić do UOKiK, czy to mailowo, również anonimowo, czy też dzwoniąc. Tych sygnałów jest już łącznie parę tysięcy, z czego kilkadziesiąt było obiecujących. Jedno postępowanie łącznie z przeszukaniem było właśnie na podstawie takiego sygnalisty – mówi Marek Niechciał.

Na koniec I kwartału 2018 roku liczba kart MultiSport w Polsce i na rynkach zagranicznych przekroczyła 1 mln (z czego w Polsce 916 tys. użytkowników). Operator systemu – spółka Benefit Systems – w komunikacie poinformował, że nie zgadza się z zarzutami Urzędu.

Jak zainwestować w mieszkanie na wynajem i nie stracić kapitału?

Popyt na mieszkania z rynku pierwotnego nie słabnie. W ubiegłym roku deweloperzy ukończyli i oddali do użytkowania blisko 90 tys. lokali oraz podpisali umowy na sprzedaż prawie 100 tys. kolejnych. Analitycy przewidują, że cały 2018 r. i pierwsze kwartały 2019 będą charakteryzowały się wysokim poziomem sprzedaży. Bardzo duży odsetek lokali jest kupowanych z myślą o wynajmie[1]. Czy przy takim nasyceniu ofertami mieszkań na wynajem pomnażanie kapitału w ten sposób ma jeszcze sens?

Zgodnie z wynikami badania przeprowadzonego przez Stowarzyszenie Mieszkanicznik w 2017 r. blisko 30 proc. nowych lokali w dużych miastach, a w Warszawie aż 40 proc. mieszkań, było zakupionych z myślą o późniejszym najmie. Wpływ na to ma zwiększająca się świadomość kupujących, dla których nieruchomości stały się sposobem lokowania kapitału czy zabezpieczenia emerytalnego. Inwestycje w nieruchomości niosą za sobą co prawda większe ryzyko, ale dają też szansę na bardziej zadowalający zwrot kapitału niż obligacje i lokaty bankowe. – Obecnie z wynajmu mieszkania w dobrej lokalizacji,  w dużej aglomeracji, można uzyskać stopę zwrotu o wartości nawet 6 – 8 proc. w skali roku – mówi Karol Andrzejewski, Dyrektor Regionalny marki TuMieszkamy. – Daje to kilkukrotnie wyższy zysk niż lokata bankowa. Niskie stopy procentowe nie zachęcają Polaków do lokowania oszczędności w bankach i poniekąd zmuszają do poszukiwania alternatywnych sposobów pomnażania kapitału dodaje Karol Andrzejewski. Poniżej przedstawiamy czynniki, na które należy zwrócić uwagę kupując lokal na wynajem.

Wybór odpowiedniego mieszkania kluczem do sukcesu

Dokonując wyboru mieszkania pod wynajem należy poświęcić czas na poszukiwania nieruchomości z dużym potencjałem, pamiętając o czynnikach, które wpływają na jego wartość. Ważna jest wiedza na temat danego regionu, plany zagospodarowania najbliższej przestrzeni oraz bliskość lokali usługowych, szkół, szpitali. Należy też zastanowić się, komu chcemy wynajmować mieszkanie, czyli stworzyć tzw. profil idealnego klienta. Kolejną kwestią jest wielkość lokalu. Wybór takiego mieszkania, na jakie aktualnie jest największy popyt, zmniejszy prawdopodobieństwo utraty kapitału. Najbardziej pożądane okazują się być dwu lub trzypokojowe lokale, rozkładowe, czyli z korytarzem, z którego przechodzi się do innych pomieszczeń (bez pokojów przechodnich), na planie zbliżonym do kwadratu. Dają one poczucie prywatności oraz intymności i mogą być wynajmowane na pokoje. Mniejsze znaczenie od liczby i rozkładu pomieszczeń ma metraż, choć najlepiej, aby mieszkanie nie było większe niż 60 mkw. Zainteresowaniem cieszą się kawalerki z aneksem kuchennym, tzw. studia, których najczęściej poszukują studenci, single i turyści. – Jeśli decydujemy się na zakup niewielkiego, kompaktowego mieszkania, wybierzmy lokalizację w pobliżu uczelni, parków biurowych lub w niedalekiej odległości od atrakcji turystycznych. Lokale w centrum to świetne lokum pod wynajem krótkoterminowy dla biznesmenów podróżujących służbowo, turystów, natomiast okolice uczelni oraz dobrze skomunikowane osiedla  także dla uczniów i studentów – mówi Karol Andrzejewski, Dyrektor Regionalny TuMieszkamy. Aktualnie stabilne są inwestycje w lokale mieszkalne w dużych aglomeracjach. Przyzwoity standard lokalu oraz lokalizacja blisko centrum miasta lub ośrodków akademickich zapewni ciągłość wynajmu i zagwarantuje oczekiwany zwrot.

Inwestować w wynajem czy nie?

Stopy zwrotu dla inwestycji w lokale mieszkalne w dużych aglomeracjach wynoszą średnio 6 proc. w skali roku. Jeśli więc zdecydujemy się na kupno mieszkania pod wynajem, pamiętając o czynnikach, które wpływają na jego wartość, będzie to lokata kapitału przynosząca oczekiwany zysk. Nie można zapominać o tym, że inwestowanie w nieruchomości, tak jak inne sposoby lokowania środków, jest również obarczone ryzykiem. Inwestując pieniądze w nieruchomości, zarabiamy na wzroście wartości mieszkania w czasie oraz na comiesięcznym najmie. – Bieżący zysk, czyli kwota, która co miesiąc będzie wpływała na nasze konto, zależy od tego, jak szybko znajdziemy lokatorów i czy dopuścimy do pustostanów pomiędzy kolejnymi najemcami – mówi Karol Andrzejewski, Dyrektor Regionalny marki TuMieszkamy. – Logiczne jest, że gdy lokal stoi  pusty, nie przynosi zysków, jedynie generuje koszty. Trzeba mieć też na uwadze, że poszukiwania najemców mogą zająć nawet kilka miesięcy. Jeśli proces się przedłuża, koniecznie zastanówmy się nad przyczynami i reagujmy, modyfikując ogłoszenie, regulując opłatę za wynajem, czy zmieniając kanały dotarcia do potencjalnego najemcy, tak aby nie osiągnąć celu przeciwnego do założonego – dodaje Andrzejewski. Rekordowo niskie stopy procentowe, rosnące stawki najmu, duży popyt na mieszkania na wynajem zdecydowanie zachęcają do lokowania kapitału w branży nieruchomości i wpływają na jego opłacalność.

[1] Zgodnie z wynikami ankiet Stowarzyszenia Mieszkanicznik, w 2017 r. 20-30 proc. nowych lokali w dużych miastach, a w Warszawie aż 40 proc.

W obawie przed szpiegostwem Biały Dom rozważa wprowadzenie ograniczeń dla chińskich naukowców

Administracja prezydenta D. Trumpa, zaniepokojona rozwojem technologicznym Chin, rozważa wdrożenie ostrych środków, które ograniczyłyby możliwość prowadzenia badań na amerykańskich uniwersytetach i w tamtejszych instytutach przez obywateli chińskich. W tle jest obawa, iż mogą oni pozyskiwać tajemnice intelektualne. Rozważa się ograniczenie dostępu grona tych chińskich naukowców, którzy pracują nad projektami o charakterze wojskowym lub wywiadowczym, do określonych rodzajów wiz. Szczegóły restrykcji nie są jeszcze znane.

Administracja uważa, że w walce z rosnącym zagrożeniem bezpieczeństwa narodowego ze strony Chin, które oskarża się o naciskanie na amerykańskie firmy, by te przekazywały cenne tajemnice handlowe, nowe ograniczenia są konieczne.

Dotyczyłyby one obywateli Chin, ale z dwoma wyjątkami: osób z zielonymi kartami, które dają im prawo do stałego pobytu w Stanach Zjednoczonych, oraz osób, którym przyznano azyl z powodu prześladowań w kraju ojczystym. Zwolnieni z nich byliby także obywatele chińscy, którzy zrzekną się obywatelstwa i zostaną naturalizowanymi Amerykanami.

Próba podziału chińskich obywateli może jeszcze bardziej zamrozić relacje między dwoma państwami, których ściśle zintegrowane rynki wspierają firmy znane na całym świecie. Firmy technologiczne takie jak Apple, Qualcomm, IBM czy General Electric uzależniają swój przyszły rozwój od dostępu do chińskiego rynku.

Instytuty badawcze w USA są szczególnie narażone na szpiegostwo. Według statystyk Departamentu Obrony prawie jedna czwarta wszystkich zagranicznych wysiłków mających na celu uzyskanie informacji szczególnie chronionych lub informacji niejawnych w 2014 r. była skierowana na instytucje akademickie. Podczas kwietniowego przesłuchania w Kongresie Michelle Van Cleave, była szefowa krajowego kontrwywiadu, stwierdziła, że wolność i otwartość Stanów Zjednoczonych sprawiły, że kraj stał się „rajem szpiegowskim”, a chińscy i rosyjscy agenci przyjeżdżają ze „szczegółowymi listami zakupów”.

Jeśli propozycja zostanie zatwierdzona przez Departament Handlu, a ostatecznie przez prezydenta Trumpa, amerykańskie firmy i uniwersytety będą musiały uzyskać specjalne licencje dla obywateli chińskich, co utrudni prace nad szeregiem badań naukowych i programów rozwojowych. Wydaje się, że społeczność akademicka będzie opierała się wysiłkom administracji, w obawie o swój rozwój i autonomię.

Źródło: „The New York Times” z 1.05.2018 r.

Siergiej Skripal wywiadowczo aktywny przed zamachem

Według akredytowanych w Pradze reporterów „The New York Times” (NYT) Siergiej Skripal po uwolnieniu z rosyjskiego więzienia i osiedleniu w Wielkiej Brytanii nadal był aktywny zawodowo i spotykał się z oficerami wywiadów krajów europejskich.

Wielka Brytania, która zdecydowanie oskarżyła Kreml o próbę zabójstwa, jednocześnie próbowała przedstawić Skripala jako niewinną ofiarę prowadzącą spokojny żywot emeryta w Salisbury. Okazuje się jednak, że po osiedleniu się w Wielkiej Brytanii Skripal, przy pomocy władz brytyjskich, intensywnie podróżował po Europie, oferując wywiadom zagranicznym spotkania dotyczące Rosji.

Według NYT wiele razy spotykał się z oficerami czeskiego wywiadu oraz w 2016 r. odwiedził Estonię. Tego rodzaju działania nie są nielegalne, ale oznaczałyby, że Skripal współpracował z wywiadami prowadzącymi operacje przeciwko Rosji, więc jego próba zabicia mogła być aktem zemsty.

Według informacji czeskiego tygodnika Respekt, a potwierdzonych przez NYT, Skripal po raz pierwszy przybył do Pragi w 2012 r., wkrótce po śmierci swojej żony Ludmiły, i spotkał się z oficerami przynajmniej jednej z trzech służb specjalnych Czech. Według tych samych źródeł, podczas wizyty Skripal pił, żartował i dzielił się informacjami o oficerach GRU operujących na terenie Europy. Pomimo, iż swoją służbę zakończył w 1999 r., jego informacje miały okazać się cenne, ponieważ wielu oficerów GRU, których znał, było wciąż aktywnych. Oficerowie czeskiego wywiadu jeszcze wielokrotnie mieli się z nim spotykać, w tym również w Wielkiej Brytanii.

Skripal, który miał skromną emeryturę, prowadził dość komfortowe życie. Był właścicielem domu z czerwonej cegły na Christie Miller Road w Salisbury, jeździł ciemnoczerwonym BMW. Było jasne, że pozostawał w zainteresowaniu służb rosyjskich. W 2013 r. GRU włamało się na konto e-mailowe jego córki, zaś w 2014 r. jego przypadek został przedstawiony w rosyjskim serialu dokumentalnym o życiu rosyjskich zdrajców pod tytułem „Cena tajemnic wojskowych”.

Rzecznik rządu brytyjskiego odmówił komentarza w tej sprawie.

Źródło: „The New York Times” z 14.05.2018 r.