CIA poszukuje nowych sposobów ochrony tożsamości agentów

22 kwietnia 2018 r. Dawn Meyerriecks, zastępca dyrektora Departamentu Nauki i Technologii CIA, występując w Tampa na Florydzie na sympozjum GEOINT 2018 poświęconym wyzwaniom związanym z ukrywaniem tożsamości tajnych agentów, zaprezentowała stanowisko w sprawie tzw. tożsamości wywiadowczej.

Według niej barierą dla tajnych operacji jest możliwość szczegółowego odtworzenia tożsamości osoby z danych uzyskanych w drodze analizy jej aktywności online i cyfrowych „śladów” pozostawionych na wszelkiego rodzaju urządzeniach bezprzewodowych. Możliwość zebrania tych danych, w połączeniu z materiałami z systemów telewizji przemysłowej (CCTV) i innymi formami audiowizualnego nadzoru, utrudnia zadanie tym, którzy planują tajne operacje i je realizują. Dzisiaj ok. 30 krajów korzysta z systemów telewizji przemysłowej z funkcjami tak zaawansowanymi, że umożliwiają fizyczne śledzenie aktywności ludzi. Meyerriecks ostrzegła, że połączenie tych zaawansowanych systemów w tzw. inteligentnych miastach z powszechnymi sieciami cyfrowymi, a także z Internetem stanowi poważne zagrożenie dla zdolności tajnych operacji CIA.

Według niej rezygnacja z obecności w sieciach online nie jest rozwiązaniem, ponieważ zwraca uwagę na nieobecnego. Wyraziła to następująco: „Jeśli masz (…) sześciocyfrową lub siedmiocyfrową kwotę, a nie posiadasz nieruchomości, nie masz żadnych polis zdrowotnych, o których możesz mówić, wyłączasz telefon codziennie od 8.00 do 17.00, to dla kogo pracujesz?”.

Zmiany technologiczne nie oznaczają końca wywiadu opartego na źródłach osobowych, ale zmuszają do ogromnych zmian we wzorcu życia tajnych agentów. Muszą oni żyć pod przykryciem w całkowicie inny sposób niż dotychczas.

Paradoksalnie technologia może dostarczyć rozwiązania tych problemów. Z pomocą mogą przyjść np. aplikacje telefoniczne, które podrabiają współrzędne geoprzestrzenne urządzenia – w ten sposób stwarzają „większy obszar badań”. Innym rozwiązaniem jest zastosowanie algorytmów sztucznej inteligencji do mapowania sieci kamer CCTV w ośrodkach miejskich. Mapy te mogą pomóc tajnym agentom uniknąć obszarów nadzorowanych przez kamery.

Źródło: portal intelNews.org z 25.04.2018 r.

Wielka Brytania przeprowadziła pierwszą militarną cyberkampanię przeciwko ISIS

Nowo mianowany dyrektor brytyjskiego Centrum Łączności Rządowej (GCHQ), odpowiedzialnego za wywiad satelitarny, Jeremy Fleming, ujawnił w trakcie konferencji CYBERUK 2018 w Manchesterze, iż GCHQ po raz pierwszy w historii przeprowadziła militarną cyberkampanię przeciwko wojskowym grupom sunnickim Państwa Islamskiego (ISIS).

Fleming powiedział, że była to „kampania ofensywna”, która utrudniła grupie inicjowanie i koordynowanie ataków fizycznych i internetowych na przeciwników. Uniemożliwiła także ISIS wykorzystywanie swoich „normalnych kanałów” w Internecie do rozpowszechniania ideologicznego przesłania, skutecznie niwecząc jego wysiłki propagandowe. Dyrektor dodał, że w olbrzymiej części operacja była tajna. Metody zastosowane wobec ISIS były na tyle agresywne, że zniszczyły „wyposażenie i sieci” wykorzystywane przez bojowników Państwa Islamskiego. Nie sprecyzował, co oznacza „zniszczone wyposażenie”, ale jego komentarz sugerował użycie wirusa Stuxnet, który został odkryty w 2010 r. Wirus ten został zaprojektowany jako „dobrze wyposażone państwo narodowe” i miał na celu paraliżowanie wrażliwych składników znajdujących się w wirówkach używanych przez rząd irański w programie jądrowym.

Uderzenie brytyjskie, według Fleminga, było zgodne z obowiązującym międzynarodowym porządkiem prawnym. Międzynarodowa doktryna dotycząca cyberataków wciąż się jednak rozwija. Zdaniem Fleminga brytyjskie zdolności i możliwości są duże. Zapewnił, iż wykorzystywane były wyłącznie zgodnie z prawem krajowym i międzynarodowym, z zachowaniem zasady konieczności i proporcjonalności, a także, że były „nadzorowane na miejscu”.

Źródło: portal intelNews.org z 20.04.2018 r.

Już 23% polskich internautów kupuje w zagranicznych e-sklepach

Co drugi polski internauta robi zakupy w sieci, postrzegając je jako nieskomplikowane, wygodne, a także tańsze i zajmujące mniej czasu, niż kupowanie w sklepach tradycyjnych – wynika z najnowszego raportu ‘E-commerce w Polsce 2018. Gemius dla e-Commerce Polska’[1]. Polacy robią zakupy nie tylko na rodzimych stronach internetowych – z każdym rokiem znacząco rośnie segment handlu transgranicznego.

W zagranicznych sklepach internetowych kupuje już 23% badanych, podczas gdy dwa lata temu było to zaledwie 10%. Polacy najchętniej poza granicami kraju kupują odzież, dodatki i akcesoria (52%), kosmetyki i perfumy (32%), a także książki, płyty, filmy i inne multimedia (28%).

– Do tego wyniku na pewno przyczyniła się dynamicznie rosnąca popularność chińskiego giganta e-commerce – Aliexpress. Azjatycką platformę sprzedażową spontanicznie rozpoznaje 30% e-konsumentów, którzy zrobili zakupy za granicą w ciągu ostatnich 6 miesięcy. – mówi Joanna Pieńkowska-Olczak, Country Manager PayU w Polsce.

Rosnąca popularność e-handlu transgranicznego jest związana także z rosnącym bezpieczeństwem i wygodą opłacania międzynarodowych transakcji. Polscy e-konsumenci, płacąc za swoje towary zamówione w kraju i za granicą, najchętniej wybierają tzw. pay by linki, czyli szybkie e-przelewy. Aż 65% z nich wskazuje PayU, jako serwis, z którego korzystają najczęściej.

Dzięki najnowszym rozwiązaniom technologicznym i finansowym, Polacy mogą nie tylko wygodnie, i w złotówkach, płacić za produkty kupowane na zagranicznych serwisach, ale także oferować swoje produkty klientom z całego świata. Aby odpowiedzieć na potrzeby sprzedawców rozwijających ofertę dla zagranicznych kupujących, PayU zbudowało  globalną platformę PayU Hub. Dzięki łatwej integracji z jednym API, można uruchomić w sklepie szereg lokalnych metod płatności pochodzących z najszybciej rozwijających się rynków e-commerce na świecie oraz usługi finansowe, takie jak raty czy odroczenie płatności.

Handel transgraniczny jest motorem wzrostu gospodarki cyfrowej na świecie. Przewiduje się, że do 2020 roku branża e-commerce będzie warta ok. 3 biliony dolarów, a aż jedna trzecia tego będzie transgraniczna. W samej Europie Środkowo-Wschodniej wartość handlu transgranicznego online wzrośnie do 45 miliardów dolarów. Oznacza to również szansę dla polskiego e-handlu w konkurowaniu o międzynarodowych klientów, zwłaszcza, że polskie sklepy internetowe mają bardzo dobrą ofertę produktową i z powodzeniem mogłyby odważniej ją prezentować na zagranicznych rynkach.

[1] https://bit.ly/2Kvrjl6

Plusy i minusy split payment

Już 1 lipca wchodzi w życie mechanizm split payment, czyli podzielonej płatności za faktury w obrocie między przedsiębiorcami. Jest to jedna z najbardziej kontrowersyjnych zmian w prawie dla przedsiębiorców w 2018 roku. Eksperci z firmy inFakt wskazują, że chociaż stosowanie tego rozwiązania nie jest obowiązkowe, to jednak w praktyce takiej dobrowolności może nie być.

Czym dokładnie jest split payment?

Najprościej mówiąc, jest to nowy mechanizm płatności za faktury. Po jego zastosowaniu kwota VAT wpływa na specjalne konto VAT, a kwota netto trafia na rachunek rozliczeniowy. Do każdego rachunku rozliczeniowego powstanie więc bankowy rachunek VAT. Mechanizm podzielonej płatności można będzie stosować od 1 lipca tego roku.

W praktyce będzie to wyglądało następująco: płatność, którą będzie dokonywał nabywca towarów lub usług, trafi na dwa konta. Nabywca jednak będzie przelewać tylko kwotę brutto za fakturę na rachunek bankowy kontrahenta, wybierając opcję płatności podzielonej w bankowości elektronicznej. Rozdziałem środków na konto rozliczeniowe i konto VAT będzie zajmował się bank. Przelewy w split payment będą dostępne tylko w walucie polskiej.

Chociaż stosowanie split payment nie jest obowiązkowe, to jednak podmiot, który wystawia fakturę, nie ma żadnego wpływu na to, co wybierze jego klient – podkreśla Magda Sławińska-Rzemek, doradca podatkowy w firmie inFakt, oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe. – Można oczywiście próbować dogadywać się z kontrahentem na konkretny rodzaj zapłaty, ale ostateczna decyzja należy do niego.

Czy rzeczywiście wolny wybór?

W szczególnej sytuacji znajdą się mikroprzedsiębiorcy, którzy w swojej działalności wykorzystują prywatny rachunek bankowy. Oni nie będą mieli automatycznie utworzonego rachunku VAT. Aby taki założyć, muszą utworzyć rachunek rozliczeniowy i przestać używać rachunku prywatnego w swojej działalności.

Kiedy mikroprzedsiębiorca wystawia fakturę firmie, która korzysta już ze split payment, a sam nie ma rachunku VAT, łatwo można wyobrazić sobie następujący proces:

  • Firma opłaca jego fakturę z wykorzystaniem tego mechanizmu.
  • Ponieważ mikroprzedsiębiorca nie ma rachunku VAT, bank cofa całą kwotę przelewu do firmy opłacającej fakturę.
  • Mikroprzedsiębiorca musi poprosić nabywcę jego usług, aby wysłał przelew jeszcze raz, już bez użycia split payment.
  • W efekcie mikroprzedsiębiorca otrzyma płatność z opóźnieniem.

Plusy split payment

Czy mechanizm podzielonej płatności ma zalety i jego stosowanie może być korzystne z punktu widzenia mikroprzedsiębiorcy?

Przede wszystkim urząd skarbowy będzie miał obowiązek dokonać zwrotu VAT na rachunek VAT w ciągu 25 dni na wniosek podatnika złożony wraz z deklaracją podatkową.

Ponadto w przypadku split payment nie znajdzie zastosowania solidarna odpowiedzialność przewidziana w ustawie VAT. Jest to mechanizm, według którego we wskazanych w ustawie przypadkach nabywca towaru odpowiada solidarnie ze sprzedawcą za to, czy sprzedawca odprowadzi z tej faktury VAT. – Urząd Skarbowy może wybrać tego, od kogo będzie dochodził zapłaty i domagać się jej albo od sprzedawcy, albo od nabywcy, albo od obydwu. Taka sytuacja występuje obecnie na przykład w branży budowlanej – mówi Magda Sławińska-Rzemek.

Jeżeli przedsiębiorca użyje split payment i zapłaci VAT przed terminem, czyli przed 25. dniem miesiąca, będzie miał prawo do obniżenia należnej kwoty podatku. Będzie można ją wyliczyć ze wzoru zawartego w ustawie. W praktyce korzyść jest iluzoryczna. Przy kwocie VAT do zapłaty w wysokości 5 tysięcy złotych i zapłaceniu jej 20. dnia miesiąca, kwota obniżki wyniesie… 1 zł.

Minusy split payment

Zdaniem ekspertów inFakt najbardziej uciążliwą konsekwencją mechanizmu podzielonej płatności będzie ograniczona możliwość korzystania ze środków zgromadzonych na rachunku VAT. Brak możliwości swobodnego dysponowania tymi pieniędzmi może mocno wpłynąć na płynność finansową wielu mikroprzedsiębiorców. – W mojej ocenie wprowadzenie tego rozwiązania może wymusić na części przedsiębiorców znalezienie nowych sposobów finansowania działalności, a na części – być może nawet jej likwidację – przewiduje Magda Sławińska-Rzemek.

Ponadto uciążliwe konsekwencje split payment to konieczność podawania większej ilości danych w przelewach (także: NIP kontrahenta, numer faktury, kwotę brutto oraz kwotę VAT) oraz wymóg uzyskania zgody od naczelnika urzędu skarbowego na inne niż wskazane w ustawie wykorzystanie środków zgromadzonych na rachunku VAT.

Najgorsza zmiana w prawie?

Z obecnej perspektywy minusy mechanizmu są wyraźniejsze niż płynące z niego potencjalne korzyści. Aż 59% księgowych ankietowanych w 2018 roku przez inFakt wskazało na split payment jako na zmianę w prawie, która sprawi najwięcej kłopotów przedsiębiorcom. Z kolei tylko 1% księgowych wskazał, że mechanizm podzielonej płatności będzie im pomocny w codziennej pracy.

Dolar w odwrocie. Nadwyżka budżetowa

Amerykański dolar stracił na wartości po tym jak kolejne dane okazały się słabsze od oczekiwań analityków. Polski budżet ma nadwyżkę.

Słabsze dane z USA

Wczoraj poznaliśmy kolejne w tym tygodniu słabsze dane zza oceanu. W środę zobaczyliśmy spadki w zamówieniach. Wczoraj z kolei poznaliśmy wzrost PKB USA, który okazał się wynosić zaledwie 2% przy oczekiwaniach 2,2%. Drugim odczytem była liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych. 227 tysięcy to więcej niż oczekiwane 220 tysięcy, ale biorąc pod uwagę zmienność tych danych takie odchylenie nie powinno zbyt wiele zmieniać. Jak zareagowały rynki walutowe? Początkowo przecena dolara była niewielka natomiast duże ruchy odbyły się podczas sesji azjatyckiej. Dzisiaj dolar jest o niemal centa słabszy niż wczoraj. Tym samym przy w miarę podobnych poziomach złotego względem euro dolar wypada o kilka groszy taniej niż wczoraj.

Przejściowa nadwyżka budżetu

Działania rządu w ramach zwiększonej ściągalności podatków przynoszą duże efekty szczególnie w pierwszej połowie roku. Powodem jest sytuacja na rynku pracy. To właśnie zarówno wpływy z PIT jak i CIT wzrosły o 16,4%. Nie bez znaczenia dla całego bilansu jest fakt, że więcej pracujących to większe składki ZUS co z kolei odciąża stronę wydatkową. Nie ma bowiem potrzeby aż tak mocno dotować FUS. Jak zauważają analitycy nadwyżka podobnie jak w zeszłym roku jest przejściowa. Z drugiej strony warto przypomnieć słowa wiceministra finansów o tym, że w dalszym ciągu nie stać nas na przywrócenie VAT na poziom 22%. Oznacza to, że kolejny rok mamy silne przesunięcie wydatków na drugą połowę roku. Rynki walutowe nie dają się nabrać na takie sztuczki i czekają na koniec roku i podsumowanie deficytu. Szczególnie obserwowana jest relacja długu publicznego do PKB, która akurat w zeszłym roku została istotnie zredukowana.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów,

16:00 – USA – raport Uniwersytety Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

McKinsey: nawet 5,8 bln dolarów pozwoli wygenerować sztuczna inteligencja

Amerykańska firma doradcza szacuje, że zastosowanie sztucznej inteligencji może wygenerować światowej gospodarce od 3,5 do nawet 5,8 bln dolarów rocznie. McKinsey przeanalizował ponad 400 projektów wykorzystujących AI w 19 branżach. Największym beneficjentem wykorzystania sztucznej inteligencji jest handel oraz obszar marketingu i sprzedaży.

Sztuczna inteligencja to nie modne hasło, ale ogromny potencjał – taki wniosek wyłania się z kilkudziesięciostronnicowego raportu McKinsey poświęconego tej tematyce. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę doradztwa strategicznego, w aż 69% analizowanych przypadków, wykorzystanie sztucznej inteligencji i sieci neuronowych okazało się skuteczniejsze w porównaniu z innymi narzędziami analitycznymi.

AI skuteczniejsza niż analityka

W niektórych przypadkach zastosowanie AI dało wręcz znacząco lepsze wyniki. Największą, skokową wręcz poprawę wskaźników zaobserwowano w branży turystycznej (128%), logistycznej (87%) oraz handlu (86%), ale we wszystkich analizowanych branżach wzrost przekraczał 30%. Średnio wyniósł on 62%.

Przez wiele lat sztuczną inteligencję prezentowano jako ciekawostkę. Technologię, która wprawdzie wygra z człowiekiem w szachy, ale nie ma realnych, biznesowych zastosowań. Badania McKinsey’a pokazują, że jest inaczej, co doskonale widać na przykładzie systemów konwersacyjnych. Ta technologia stała się w tej chwili już na tyle dojrzała, że zasilany sztuczną inteligencją chatbot jest w stanie zrozumieć kontekst i poprawnie odpowiedzieć na ponad 98% pytań zadawanych przez klienta. Dlatego też klienci banków czy telekomów mając świadomość, że rozmawiają z chatbotem/voicebotem, chętnie z tego korzystają, bo informacja jest aktualna, pewna i szybko dostarczona – zwraca uwagę Maciej Stanusch z firmy Stanusch Technologies, od kilkunastu lat realizującej projekty z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Jego zdaniem w sytuacji deficytu specjalistów, AI nie tylko zapełnia lukę na rynku pracy, ale stanowi realne wsparcie w obszarze marketingu, sprzedaży czy obsługi klienta, a nawet bezpieczeństwa.

Branża handlowa skorzysta najwięcej

Analitycy zwracają uwagę, że największym beneficjentem wykorzystania sztucznej inteligencji będzie branża handlowa. Zastosowanie nowych rozwiązań pozwoli wygenerować jej dodatkowo nawet 800 mld dolarów. Kwotą 400-500 mld dolarów zasili AI budżety branży transportowej i logistycznej. Niewiele mniejszą, turystycznej. W pozostałych branżach efekty wykorzystania sztucznej inteligencji będą wprawdzie mniejsze, ale nie mniej imponujące. Sektor finansowy wygeneruje dzięki niej dodatkowo 200 – 300 mld dolarów, telekomunikacyjny 100-200 mld dolarów, motoryzacyjny nawet 300-400 mld dolarów.

Jak wynika z badań McKinsey, jeśli chodzi o biznesowe obszary, efekty wdrożenia sztucznej inteligencji w największym stopniu będą widoczne w marketingu i sprzedaży oraz zarządzaniu łańcuchem dostaw. W tym drugim przypadku sztuczna inteligencja „dołoży” do budżetu 1,2 – 2 mld dolarów, w tym pierwszym 1,4-2,6 bln dolarów. W samym tylko handlu zastosowanie sztucznej inteligencji pomoże wygenerować marketerom dodatkowo 500 mld dolarów.  Analitycy McKinsey zwracają uwagę, że jest to możliwe dzięki temu, że AI pozwala dokładnie przeanalizować interakcje klienta z marką: czas spędzony na stronie, zainteresowania klienta i na tej podstawie dostosowywać ceny, promocje i produkty w czasie rzeczywistym.

Warto zwrócić uwagę, że sztuczna inteligencja nie rewolucjonizuje w tej chwili wyłącznie handlu e-commerce, ale zmienia też w znaczący sposób handel stacjonarny. – Technologia stwarza dokładnie takie same możliwości opomiarowania sklepów jaki ma np. Amazon. Doświadczenia pokazują, że dzięki analizie video ruchu i zachowań klientów czy dostępności i ulokowania produktów na sklepowych półkach, można zwiększyć przychody o co najmniej kilkanaście procent – zauważa Wojciech Stramski, CEO Lab4Motion, firmy tworzącej rozwiązania dla branży handlowej z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Dzięki wykorzystaniu głębokiego uczenia, technologia staje się coraz bardziej dokładna i skuteczna, nawet dokładniejsza w rozpoznawaniu produktów na zdjęciu niż człowiek. Dodatkowo szybciej pozwala wyciągnąć wnioski z danych, które dla człowieka były niewidoczne albo których pozyskanie byłoby zbyt czasochłonne. Firmy które to zrozumieją i zainwestują w technologię żeby ją nauczyć, skorzystają najszybciej dodaje Wojciech Stramski.

Analiza przyczyn zmian cen ropy naftowej – które branże oraz jak odczuwają aktualne zmiany jej cen

Dział analiz ekonomicznych Euler Hermes opracował analizę niedawnej dynamiki cen ropy naftowej, efektów tego zjawiska dla płynności finansowej poszczególnych branż oraz perspektyw na przyszłość.

Proces wzrostu cen ropy naftowej, przebiegający dotychczas z powodu odrabiania wcześniejszych dużych spadków jej cen oraz z powodu popytu zmienił ostatnio przyczynę na geopolitykę – główny czynnik wpływający na ceny ropy od początku drugiego kwartału 2018 roku. W szczególności był to wzrost napięć w Syrii i na Bliskim Wschodzie, a także wycofanie się USA z porozumienia nuklearnego z Iranem. Rynkiem wciąż rządzą obawy o niedobory dostaw związane z geopolityką, które mogą się zmaterializować.

Szczyt cen ropy naftowej może być za nami

Pewna liczba czynników, które leżały u podstaw niedawnego wzrostu cen ropy naftowej, aktualnie osłabła, a nawet może ulec odwróceniu. Podwyższony obecnie wpływ ryzyka geopolitycznego ulegnie zapewne zmniejszeniu, gdy tylko ujawnią się rzeczywiste przepływy rynkowe. Sytuacja finansowa może się zmienić na mniej optymistyczną – uważamy, że szczyt (światowego) cyklu gospodarczego jest już za nami. Ponadto wysokie ceny ropy naftowej same w sobie mogą ograniczać popyt.

W scenariuszu podstawowym (najbardziej prawdopodobnym) zakładamy średnioroczną cenę ropy naftowej na poziomie 72 USD za baryłkę (bbl), przy założeniu: wzrostu  światowego PKB w 2018 r. o 3,3%, 2,5% aprecjacji (wzrostu siły nabywczej) dolara USD, powrotu długich pozycji finansowych netto do średniej z dwóch lat. W kwestii samego wydobycia ropy naftowej założeniem jest zmniejszenie wydobycia w wysokości 0,5 mbpd (miliona baryłek dziennie) przyjmując, że większość strat z tytułu dostaw z Iranu zostanie złagodzona (podczas gdy z Wenezueli – nie). OPEC dysponuje wolnymi mocami produkcyjnymi na poziomie około 2 mbpd, ponadto produkcja w USA może być jeszcze podniesiona w niewielkim stopniu. Nasza prognoza podstawowa (najbardziej prawdopodobna) na 2019 r. zakłada cenę 69 USD/Bbl (za baryłkę).

Podwyżki cen ropy – wiele sektorów boryka się w dłuższym okresie ze zwiększonymi kosztami nakładów

Wiele sektorów boryka się obecnie ze zwiększonymi kosztami nakładów jako efekt wzrostu cen ropy i gazu. Mimo tego wysokie marże udaje się utrzymać w sektorach, w których dostawcy mają pozycję wystarczająco silną do dyktowania cen, w szczególności w sektorze: chemikaliów specjalistycznych, niektórych rodzajach maszyn oraz w wąskich kategoriach metali nieszlachetnych. Widzimy ryzyko zmniejszenia się rentowności linii lotniczych, w transporcie na niektórych szlakach żeglugowych i w produkcji wyrobów z metali charakteryzujących się nadmiarem mocy produkcyjnych, zwłaszcza stali.

Pozytywne efekty wyższych cen ropy?

Oczekiwania dotyczące utrzymującego się wzrostu cen ropy naftowej prawdopodobnie doprowadzą do szybszego rozpowszechniania się pojazdów elektrycznych. Sektory ropy naftowej i gazu odnotowują pozytywne wykorzystanie mocy produkcyjnych, zwiększone zyski i pozytywny wpływ na przepływy pieniężne. Ceny ropy naftowej powyżej 75 USD za baryłkę zwiększają szanse na rozwój i perspektywy finansowania oraz wdrożenie alternatywnych źródeł energii, nowych technologii i procesów zastępczych. Sektory te mogą się wyłonić z nową siłą po okresie, w którym niskie ceny ropy naftowej wymuszały jedynie wzrost wydajności jej wydobycia i koncentrację na stabilności finansowej sektora.

Specjalistyczne chemikalia
  • Wzrost kosztów czynników produkcji łagodzony do pewnego zakresu poprzez podnoszenie cen produktów końcowych – zalecana obserwacja stopnia komercjalizacji danego segmentu (na ile towary w nich wyróżniają się pod względem atrybutów jak niepowtarzalność lub marka, a na ile są zastępowalne i stają się w oczach rynku lub konsumentów zwykłymi towarami)
Przemysł wytwórczy i ciężki
  • Inflacja kosztów czynników produkcji – jej szczyt łagodzony przez podnoszenie cen
Transport lotniczy
  • Presja na spadek marż poprzez rosnące koszty paliwa przy niewielkim marginesie na podniesienie cen w bardzo konkurencyjnym otoczeniu
Transport drogowy
  • Przeniesienie kosztów paliwa na klienta końcowego w zależności od rynku
Żegluga
  • Kwestia spadku rentowności spowodowana wzrostem kosztów paliwa w zależności od intensywności konkurencji na danej trasie / w transporcie danego rodzaju towaru
  • Możliwy pozytywny wpływ dla branż o niskich kosztach importu (popyt)
Motoryzacja
  • Przyspieszenie rozpowszechniania się pojazdów elektrycznych w odpowiedzi na oczekiwania długoterminowych wzrostów cen ropy naftowej
Górnictwo
  • Presja podwyższonych kosztów, zrównoważona w branżach surowców o ograniczonych rynkach dostaw (nikiel, ewentualnie miedź), spadek marży w sektorach o nadmiarze mocy produkcyjnych (np. stal)
Przemysł wydobycia ropy i gazu
  • Pozytywny wpływ na zyski i przepływy pieniężne w całym łańcuchu, w szczególności na rachunku zysków i strat
  • Odrodzenie w sektorze usług energetycznych w wyniku wzrostu nakładów inwestycyjnych
  • Pozytywny wpływ na przemysł gazowniczy poprzez efekty cenowe i substytucyjne (zastępowanie ropy w pewnych sytuacjach)
Alternatywne źródła energii i nowe technologie
  • Znacznie większa opłacalność technologii zastępujących użycie ropy naftowej
  • Przyspieszenie wdrażania dojrzałych, sprawdzonych technologii
  • Większe możliwości rozwoju i pozyskiwania funduszy na technologie na wczesnym etapie przy oczekiwaniu na utrzymywanie się wysokich ceny ropy naftowej

 

Superkomputery pomogą w walce z Alzheimerem i Parkinsonem. HP stworzyło w tym celu zupełnie nową architekturę komputerową

Superkomputery pomogą w walce z Alzheimerem i Parkinsonem. HP stworzyło w tym celu zupełnie nową architekturę komputerową 1

Inżynierowie HP Labs opracowali superkomputer memrystorowy pozbawiony pamięci masowej i operacyjnej, który umożliwia skalowanie mocy obliczeniowej. Naukowcy wykorzystają potężną moc obliczeniową komputera do walki z chorobami uważanymi za nieuleczalne. W pierwszej kolejności skupią się na chorobach Parkinsona i Alzheimera. Już teraz prowadzone są badania na 30 tys. pacjentów, których tomografie komputerowe będą przetwarzane przez ok. 30 lat.

– Znalezienie leku na choroby Alzheimera oraz Parkinsona jest niezwykle istotnym zadaniem z punktu widzenia całego rodzaju ludzkiego. W zeszłym roku uruchomiliśmy pierwszy prototyp „Maszyny” w naszym głównym zakładzie. To klaster komputerowy złożony z czterdziestu węzłów. Ma pamięć wielkości 160 terabajtów i po raz pierwszy wprowadziliśmy do niego dane prawdziwych pacjentów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Andreas Hausmann z Hewlett Packard Enterprise

The Machine to kolejny krok na drodze do zrozumienia nieuleczalnych chorób. Dzięki zastosowaniu memrystorów oraz optycznych szyn do przesyłu informacji może on przetwarzać ogromne ilości danych, a jego moc obliczeniową można skalować w zależności od potrzeb. Lekarze z DZNE wykorzystują go do przekrojowej analizy wyników tomografii komputerowej 30 tys. pacjentów cierpiących na Parkinsona. Badania będą prowadzone na przestrzeni około 30 lat, co oznacza, że superkomputer będzie musiał przetworzyć eksabajty danych.

– Nasza nowa architektura zakłada, że centralnym elementem jest pamięć, wokół której odbywa się przetwarzanie danych, co umożliwia ich skalowanie. Urządzenie, którego obecnie używamy, umożliwia skalowanie danych o wielkości do 96 terabajtów zapisanych w dostępnej pamięci. Dzięki temu dane, które DZNE przetwarzało do tej pory w 22 minuty, są teraz przetwarzane w 13 sekund – twierdzi ekspert.

Próbę znalezienia lekarstwa na Alzheimera i Parkinsona podjęli także naukowcy zrzeszeni w ramach projektu Human Brain Project, którzy zaprojektowali superkomputer symulujący działanie ludzkiego mózgu. Cyfrowy model ma pomóc zrozumieć naturę obu chorób oraz odnaleźć efektywne sposoby ich wyleczenia.

Do prac nad superkomputerem zdolnym do rozwikłania natury tych nieuleczalnych chorób włączyły się również firmy IBM oraz Nvidia, które zaprojektowały superkomputer wykorzystujący sztuczną inteligencję oraz proces uczenia maszynowego do przyspieszenia analizy ogromnych ilości danych. Na razie wszystkie te projekty są we wstępnej fazie.

– Na podstawie pierwszych wyników trudno powiedzieć, czy opracujemy lek. Moim zdaniem za wcześnie, aby ferować wyroki, ponieważ znajdujemy się na wczesnym etapie prac. Musimy mieć na uwadze, że genom jest skomplikowany i obejmuje olbrzymie ilości danych. Robimy zadowalające postępy, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, aby prognozować, kiedy uda się opracować lekarstwo na te choroby – podsumowuje Andreas Hausmann.

Według raportu opublikowanego przez Research And Markets globalna wartość rynku big data wyniesie w 2018 roku 65 mld dol., a do 2021 roku wzrośnie do 96 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14 proc.

Komisja Europejska zapowiedziała, że w ramach unijnego projektu „Cyfrowa Europa” w latach 2021–2027 przeznaczy na rozwój superkomputerów 2,7 mld euro.

Transakcje dokonane za pomocą kryptowalut mogą być bezpieczniejsze niż płatność gotówką. Dzięki specjalnym zabezpieczeniom można się uchronić przed atakami hakerów

Transakcje dokonane za pomocą kryptowalut mogą być bezpieczniejsze niż płatność gotówką. Dzięki specjalnym zabezpieczeniom można się uchronić przed atakami hakerów 2

Kryptowaluty cieszą się niezmiennie wysokim zainteresowaniem inwestorów, pomimo bardzo dużych wahań kursów. W Polsce miała je już nawet co dziesiąta osoba. Wirtualne waluty, nawet w większym stopniu niż zwykłe pieniądze, są jednak narażone na kradzież, a ataki hakerów zdarzają się nader często. Dlatego zamiast przechowywać cyfrowe waluty na giełdzie, dobrym pomysłem jest skorzystanie ze sprzętowych portfeli. Nowoczesne urządzenia wykorzystują zaawansowane technologie szyfrowania, a ich bezpieczeństwo zwiększa działanie offline.

– Kiedy ceny kryptowalut idą w górę, wszyscy szukają rozwiązań umożliwiających ich przechowywanie w trybie offline, ponieważ w internecie można znaleźć liczne historie osób, które padły ofiarą kradzieży w wyniku działań hakerskich. Również transakcje, których przedmiotem są kryptowaluty, bywają celem ataków hakerów, dlatego nawet przy największych tego typu transakcjach wykorzystywane są urządzenia, które umożliwiają bezpieczne przechowywanie kryptowalut w trybie offline, poza siecią – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Martin Kuthan z Trezor.

Kryptowaluty coraz częściej znajdują się na celowniku hakerów. Do największej kradzieży doszło w tym roku na japońskiej giełdzie Coincheck, gdzie z portfela, w którym przechowywana była kryptowaluta NEM, zniknęło 532 mln dol. Także zwykli użytkownicy padają ofiarami cyberprzestępców, zwłaszcza że rzadko pamiętają o odpowiednich zabezpieczeniach. Zdecydowanie bezpieczniej jest przechowywać wirtualne monety w specjalnym portfelu.

– Trezor to urządzenie zabezpieczające, które umożliwia przechowywanie kryptowalut w trybie offline, poza siecią, by zapewnić ochronę i zapobiec utracie środków zainwestowanych w kryptowaluty, takie jak Bitcoin. Urządzenie wykorzystuje zaawansowane technologie szyfrowania. Może również służyć jako menadżer haseł lub urządzenie autoryzujące w weryfikacji dwuetapowej. Wykorzystujemy zaawansowane szyfrowanie GnuPG oraz Secure Shell. Zaawansowana architektura korzysta z dwóch połączonych ze sobą układów scalonych – mówi ekspert.

Trezor wykorzystuje standardy kryptograficzne BIP39, BIP32 i BIP44. Przy logowaniu do portfela należy wprowadzić PIN, za każdym razem zmieniany jest przy tym układ cyfr. Cyfrowe środki zabezpieczone są kluczem prywatnym, przy czym bezpieczeństwo gwarantuje przechowywanie go offline. W ten sposób portfel jest odporny na ataki hakerskie i niezależny od dostępu do internetu czy kondycji serwisu.

– Trezor działa w oparciu o przechowywane na nim klucze prywatne użytkownika – nigdy nie jest podłączony bezpośrednio do internetu, co gwarantuje bezpieczeństwo użytkowania. Kryptowaluta jest widoczna w bazie blockchain, ale dokonanie jakiejkolwiek transakcji wymaga wprowadzenia prywatnego klucza – tłumaczy Martin Kuthan.

Kryptowaluty biją wśród inwestorów rekordy popularności. Według aktualnych danych CoinMarketCap łączna kapitalizacja rynku wynosi blisko 247 mld dol. Bitcoin (BTC), najpopularniejsza spośród zarejestrowanych kryptowalut, odpowiada za większą część tego rynku. Jej obecny kurs to nieco ponad 6,1 tys. dol., choć pod koniec 2017 roku wynosił już nawet prawie 20 tys. dol.

W Polsce, jak wynika z raportu SW Research zrealizowanego na zlecenie Luno, już co dziesiąta osoba ma kryptowaluty, przede wszystkim bitcoiny. Komisja Nadzoru Finansowego oficjalnie ostrzega przed inwestowaniem w kryptowaluty, nazywając je piramidą finansową.

Stworzono plecaki VR z wbudowanym mikrokomputerem. Wirtualna rzeczywistość z plecaka może stać się przyszłością przemysłu

Stworzono plecaki VR z wbudowanym mikrokomputerem. Wirtualna rzeczywistość z plecaka może stać się przyszłością przemysłu 3

Miniaturyzacja i dążenie do mobilności to jedne z głównych trendów branży wirtualnej rzeczywistości. Zdecydowaną większość dostępnych na rynku urządzeń VR można założyć na głowę – są to albo okulary, albo hełmy. Przyszłością branży, zwłaszcza w zastosowaniach przemysłowych, mogą być jednak plecaki z wbudowanymi komputerami, zapewniające mobilność, a przy tym świetną grafikę. Ich użytkownikami są najczęściej architekci i inżynierowie, ale zainteresowanie płynie również z branży gier.

– Stworzyliśmy plecak VR w oparciu o technologię komputerów Mini PC. Zotac VR Go to komputer Mini PC zamontowany w plecaku, który umożliwia bezprzewodowe korzystanie z technologii wirtualnej rzeczywistości. Na tegorocznych targach Computex zaprezentowaliśmy plecaki VR nowej generacji. Nowy plecak będzie nieco mniejszy i lżejszy, a także będzie wyposażony w procesor najnowszej generacji. Dodaliśmy także nieco „świecidełek” dla fanów gier – wyposażyliśmy go w diody RGB z możliwością sterowania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Wieczorek z firmy Zotac Technology.

Nowa generacja Zotac VR GO wyposażona jest w procesor Intel Core i7 siódmej generacji oraz kartę graficzną GeForce GTX 1070. Wbudowana bateria pozwala na dwie godziny ciągłej pracy, ale możliwość bezinwazyjnej podmiany baterii może wydłużyć ten czas. Komputer można odłączyć od szelek, dzięki czemu można go wykorzystać także jako zwykłego, biurkowego PC.

Komputery zamknięte w plecaku mogą zaoferować znacznie lepsze specyfikacje sprzętowe od zwykłych gogli VR, które zasilane są zwykle procesorami i kartami graficznymi znanymi ze smartfonów. Jednocześnie, dzięki możliwości noszenia ich na plecach i bezprzewodowej łączności, pozwalają na mobilność, ważną zwłaszcza w zastosowaniach przemysłowych.

– Plecak VR można stosować w różnych celach, ale ok. 99 proc. jest sprzedawana w ramach handlu B2B pracowniom architektonicznym i inżynierskim. Znajdujemy także popyt w branży gier – sprzedajemy nasze plecaki salonom gier, w których gracze mogą za opłatą przeżyć przygodę w rzeczywistości wirtualnej. Niewielki odsetek plecaków trafia do osób prywatnych zainteresowanych wykorzystaniem ich do grania w domu – mówi Maciej Wieczorek.

Podobne rozwiązanie opracowała firma Lenovo. Legion VR PC to miniaturowy komputer mocowany na szelkach, także wyposażony w procesor Intel Core i7 oraz oddzielną kartę graficzną od AMD – Radeon RX 480. Co ciekawe, komponenty wchodzące w skład jednostki centralnej nie są chłodzone powietrzem, lecz cieczą. Waga urządzenia to 2,5 kg.

Mimo coraz większej liczby dedykowanych urządzeń VR, technologia wirtualnej rzeczywistości na razie nie rozwija się tak dynamicznie, jak zakładano. Obecnie wykorzystywana jest głównie w biznesie i przemyśle, zwłaszcza w różnego rodzaju szkoleniach, które można przeprowadzić niemal wszędzie. Według specjalistów główny problem tkwi w braku zaawansowanych gier. Boom w branży rozrywkowej mógłby się przełożyć na cały rynek wirtualnej rzeczywistości.

– Naszym zdaniem technologia wirtualnej rzeczywistości ma olbrzymi potencjał nie tylko w zakresie handlu B2B, lecz także znajdzie zainteresowanie wśród prywatnych użytkowników i w branży gier. Na chwilę obecną nie ma zbyt wielu gier, które w pełni korzystają z technologii. W związku z tym, że nieco ucichło zainteresowanie VR-em w kontekście gier, można mówić nie tyle o problemie, lecz o pewnym spowolnieniu koniunktury – wyjaśnia ekspert.

Zgodnie z prognozami MarketsandMarkets, rynek wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości w 2018 roku ma być wyceniany na 11,1 mld dol. Do 2023 roku ma rosnąć w tempie 40 proc. średniorocznie, by przekroczyć wartość 60 mld dol.

Nick Rose (Advent International): W InPost dostrzegliśmy spółkę o ogromnym potencjale rozwoju

Amerykański fundusz Advent International zainwestuje w 2018 roku nawet 250 mln zł w infrastrukturę paczkomatową oraz rozwój usług kurierskich w ramach swojej spółki portfelowej InPost. Operator logistyczny dysponuje siecią ponad 3500 Paczkomatów® w całej Polsce. W okresie styczeń – maj 2018 roku InPost dostarczył 30 mln przesyłek, czyli o 42,2% więcej rok do roku – w tym Paczkomaty® notowały wzrost o 41,2%, a kurier InPost o 43,4%. InPost zbudował mocną pozycję na polskim rynku logistycznym, bijąc kolejne rekordy w dostawach e-commerce. W ramach rozwoju sieci InPost będzie wdrażać nowe standardy doręczeń i narzędzia do optymalizacji dostaw.

– Jesteśmy inwestorem globalnym – co oznacza, że poszukujemy inwestycji na całym świecie. Przez lata dokonaliśmy wielu inwestycji w Polsce – powiedział agencji eNewsroom Nick Rose, dyrektor zarządzający Advent International – W InPost dostrzegliśmy spółkę o ogromnym potencjale rozwoju. Pokładamy wielkie nadzieje w zautomatyzowanych paczkomatach i możliwościach, jakie niosą one ze sobą. Dostrzegliśmy spółkę, która rozwijała się bardzo dynamicznie, lecz której brakowało odpowiedniej struktury kapitałowej oraz odpowiedniego finansowania wspomagającego ten rozwój. Widzimy, że istnieją możliwości dokonania kolejnych inwestycji i oferowania nowych usług. Do tej pory zainwestowaliśmy już około dwustu milionów euro kapitału własnego – to inwestycja Advent International. Zgromadziliśmy fundusze niezbędne do wsparcia tego przedsięwzięcia w perspektywie przynajmniej kolejnych kilku lat. Planowane inwestycje pokazują poważne zaangażowanie Adventu w polski rynek logistyczny oraz wiarę w jego doskonałe perspektywy – dodał Rose.

Tak duże imprezy sportowe jak mundial pomagają zachęcać dzieci do sportu. Bez względu na wynik reprezentacji

Tak duże imprezy sportowe jak mundial pomagają zachęcać dzieci do sportu. Bez względu na wynik reprezentacji 4

Duże imprezy sportowe, bez względu na to, jak wypada w nich polska reprezentacja, pomagają zachęcić dzieci do aktywności fizycznej – przekonują eksperci. Najmłodsi chcą uprawiać sport, brakuje im tylko odpowiednich bodźców. Przykładem na to jest fakt, że zachęcane przez znanych sportowców chętnie trenują i biorą udział w rywalizacji. Udowodniła to zakończona niedawno pierwsza edycja programu Drużyna Energii, do którego zgłosiło się sześćset szkół z całej Polski.

– Duże imprezy zawsze pomagają w zachęcaniu do aktywności fizycznej. Bez względu na to, jak wypada tam nasza reprezentacja, są to emocje związane z obserwowaniem przygotowań, występów, z komentarzami i opiniami po mundialu. Sukces rodzi się zawsze w bólu i nie tylko zwycięstwo jest napędem, również porażka. Fajnie, że dzieci to obserwują i są w stanie zmierzyć się z porażkami swoich idoli, bo to dla nich naprawdę dobra lekcja – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Leszczyński, współorganizator projektu Drużyna Energii, dyrektor ds. marketingu sportowego w New Balance.

Choć polska reprezentacja w piłce nożnej nie będzie miała z mundialu w Rosji specjalnie dobrych wspomnień, to same mistrzostwa są doskonałym bodźcem dla młodego pokolenia. Pokazują, że dzięki treningom można spełniać marzenia, występować w reprezentacji, grać o najwyższe cele. Motywacją są też sami sportowcy, także ci, którzy kariery mają już za sobą. Wykorzystali to pomysłodawcy programu Drużyna Energii, zainaugurowanego jesienią 2017 roku. Ambasadorzy programu, czyli siatkarz Krzysztof Ignaczak, były piłkarz Marek Citko, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik oraz youtuber sportowy Krzysztof Golonka, odwiedzali wybrane szkoły, by przeprowadzić treningi z uczniami.

– Jesteśmy dumni, że udało nam się zachęcić blisko sześćset szkół do nadesłania zgłoszeń do całorocznej rywalizacji. Setka z nich otrzymała sprzęt od sponsorów New Balance i Grupy Energa. Wyposażyliśmy szkoły w stroje dla reprezentacji. Przez kilka miesięcy ambasadorzy projektu pokazywali ćwiczenia, do których wykonywania zachęcaliśmy uczniów wybranych stu szkół – mówi Robert Leszczyński.

Na podstawie filmów publikowanych przez ambasadorów Drużyny Energii uczniowie nagrywali własne filmy, na których odtwarzali trening. Za każde nadesłane wideo szkoła otrzymywała punkty.

– Wpłynęło do nas ponad 20 tys. filmików z nagranymi ćwiczeniami. Rywalizację wygrała szkoła podstawowa z Gdyni – tłumaczy Leszczyński. – Mocno wierzymy, że jest to kolejny potrzebny projekt sportowy. Jego wyróżnikiem jest to, że dzieci do pokazywania swoich sportowych umiejętności, trików i sztuczek używają telefonów. Łączymy więc nową technologię, w której dzieci funkcjonują, ze sportem.

Jak oceniają organizatorzy projektu, pierwsza edycja programu przerosła oczekiwania: 2,2 tys. przejechanych kilometrów, ponad 20 tys. filmów z ćwiczeniami i ponad 35 tys. spalonych kalorii podczas treningów z gwiazdami sportu.

– Liczba nadsyłanych filmików utrzymywała się non stop na bardzo wysokim poziomie, nawet szkoły, które wygrywały miesięczne etapy, wciąż brały czynny udział w rywalizacji. Kolejny aspekt, pozasportowy, to zachęcenie dzieci do zdrowych nawyków żywieniowych. Posłużyliśmy się ich rówieśniczką, czyli Julią Cymbaluk, która została oficjalnym kucharzem Drużyny Energii i serwowała dla uczniów potrawy, które mogliby wykonywać sami w domu – podkreśla współorganizator projektu Drużyna Energii.

Zachęcanie dzieci i młodzieży do aktywności ma kolosalne znaczenie, ponieważ – jak wynika z danych WHO oraz Instytutu Matki i Dziecka – niemal co trzeci ośmiolatek w Polsce ma zbyt dużą masę ciała. W ostatnich latach spada też poziom aktywności fizycznej najmłodszych. Według NIK 15 proc. uczniów klas IV–VI szkoły podstawowej korzysta ze zwolnień lekarskich z zajęć sportowych, w gimnazjach – już 23 proc.

– Szukamy różnych stron, bodźcujemy dzieci różnymi pomysłami. Dziś naturalne wydaje się docieranie do nich przez ekran telefonu, komputera, tak aby do ich świata wkraczać tą drogą, która jest w tym momencie najprostsza i najbardziej skuteczna – tłumaczy Robert Leszczyński.

Organizatorzy są zadowoleni z efektów programu i już zapowiadają jego kontynuację. W kolejnych edycjach treningi mają być coraz bardziej skomplikowane, większa ma być też skala trudności poszczególnych ćwiczeń, mogą się też pojawić kolejne dyscypliny sportu.

Zmieniają się potrzeby gości hotelowych. Liczy się nie tylko cena, lecz także indywidualne podejście obsługi, organizacja czasu wolnego oraz wystrój wnętrz

Zmieniają się potrzeby gości hotelowych. Liczy się nie tylko cena, lecz także indywidualne podejście obsługi, organizacja czasu wolnego oraz wystrój wnętrz 5

Cena przestaje odgrywać decydującą rolę przy wyborze hotelu. Równie dużą wagę Polacy przywiązują do jakości obsługi, zindywidualizowanego podejścia do klienta, pomocy w poruszaniu się po mieście oraz organizacji czasu wolnego. Coraz więcej osób podróżuje z dziećmi, dlatego pokoje w komfortowych hotelach wyposażone są w przewijaki i łóżeczka dziecięce. Goście zwracają również uwagę na ciekawy wystrój wnętrz, łączący nowoczesny design z kameralnym i przytulnym klimatem.

Polacy coraz chętniej podróżują – z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku na taką formę spędzenia czasu wolnego od pracy zdecydowała się ponad połowa z nich. Coraz bardziej doceniają też uroki własnego kraju i zamiast zagranicznych wyjazdów wybierają podróże po Polsce. Jak pokazuje badanie „Plany wakacyjne Polaków”, zrealizowane na zlecenie Mondial Assistance, tegoroczny urlop w kraju spędzi aż 60 proc. z nas. Rosnącą popularnością cieszą się także weekendowe wypady, których celem jest poznawanie nie tylko stolic europejskich, lecz także zwiedzanie nieznanych dotąd miast w Polsce.

– Ludzie powoli odkrywają, że jest mnóstwo wspaniałych miejsc, które warto odwiedzić. Jednocześnie możemy się tym dzielić z naszymi przyjaciółmi z zagranicy, którzy już w tej chwili znają nie tylko Kraków i Warszawę, lecz odkrywają Rzeszów, Toruń czy Poznań – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Kalinowska-Klimek, dyrektor hotelu Novotel Poznań Centrum.

Polacy wydają ponadto na podróże coraz większe kwoty, a także przywiązują wagę do jakości miejsca noclegowego. Znacznie chętniej decydują się na pobyt w hotelach, które przestały się kojarzyć z usługą luksusową, a więc kosztowną. Ma to związek nie tylko z rosnącą zamożnością Polaków, lecz także z wyraźnym spadkiem cen doby hotelowej – mimo wysokiego popytu wiele hoteli decyduje się przyciągać turystów za pomocą promocji cenowych.

 Wielokrotnie możemy znaleźć hotele w tak niskich cenach, jakich wcześniej nawet sobie nie wyobrażaliśmy. 10–15 lat temu cena pokoju hotelowego w odniesieniu do miesięcznego wynagrodzenia była dość wysoka. Dzisiaj jest to kwota, na którą większość z nas stać – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

Cena to wciąż czynnik w największym stopniu determinujący wybór hotelu. Polacy coraz większe znaczenie przywiązują także do jakości obsługi – zwłaszcza indywidualnego podejścia do każdego klienta, ciekawego wystroju wnętrz, oferty wykraczająca poza usługi związane stricte z nocnym wypoczynkiem. Standardowym oczekiwaniem ze strony klientów jest dostęp do bezpłatnego internetu w pokojach hotelowych.

 Goście potrzebują dużo więcej indywidualizmu. Lubią spersonalizowane przygotowanie i przywitanie, lubią, kiedy ktoś się nimi zaopiekuje i pokaże obiekt, przedstawi, co można w mieście robić – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

Na polskim rynku hotelarskim istnieje obecnie ponad 2,7 tys. skategoryzowanych obiektów hotelowych, łącznie oferujących ponad 135 tys. pokoi. Zapotrzebowanie na nowe obiekty tego typu wciąż jest jednak bardzo wysokie. Z danych firmy Walter Hertz wynika, że znane sieci hotelowe otwierają nowe obiekty zarówno w dużych miastach i popularnych kurortach, jak i w mniejszych miejscowościach, np. Kaliszu czy Oświęcimiu. Nowo powstające hotele stawiają przede wszystkim na rozbudowane strefy F&B, które mają zapewnić gościom dodatkowe atrakcje oprócz pokoju na nocleg, dbając o jego czas wolny.

– Kolejny element to przestrzenie wspólne i organizacja spotkań wieczornych. Jeszcze parę lat temu każdy stolik był osobno, goście siedzieli oddzielnie, dzisiaj tworzymy przestrzenie wspólne, bo ludzie z jednej strony chcą być indywidualnie traktowani, ale z drugiej strony chcą czuć wspólnotę – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

Aby dostosować się do nowych potrzeb i oczekiwań klientów, hotel Novotel Poznań Centrum przeszedł szeroko zakrojoną modernizację. Trwała ona od listopada 2016 roku do maja 2018 roku, przy czym hotel przez cały ten czas normalnie działał. Celem było odświeżenie istniejącego już obiektu przy wykorzystaniu elementów zastanych. Wnętrza zostały odnowione w klimacie eko – w kolorystyce dominują odcienie zieleni z elementami drewna. Jasne wnętrza o spokojnych barwach i naturalnym wykończeniu sprzyjają wyciszeniu, odpoczynkowi i pracy.

 Modernizacja obejmowała wszystkie obszary, włącznie z rozbudowaną strefą gastronomiczną. Mamy nową, unikatową kawiarnię Wise Cafe, gdzie sami wypalamy kawę. Kolejną przestrzenią, która powstała w tym czasie, jest całkowicie nowe centrum konferencyjne. Mamy 1200 mkw. powierzchni. Możemy jednocześnie pomieścić około 1,1 tys. gości hotelowych i konferencyjnych – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

W zakresie designu postawiono na mocne graficzne formy, otwarte sufity przełamane drewnianymi elementami, ciepłym światłem i nieoczywistą kolorystyką. Elementem wyróżniającym ten obiekt hotelowy jest zlokalizowany przy recepcji spektakularny mural Tytusa Brzozowskiego, przedstawiający poznańskie ulice i oddający ich atmosferę. Hotel został ponadto dostosowany do potrzeb osób podróżujących z dziećmi – pokoje zostały wyposażone m.in. w przewijaki, łóżeczka dla dzieci oraz krzesełka. Stworzono także dla najmłodszych klientów kącik zabaw.

 Mamy promocję Family&Novotel. Dzieci do 16. roku życia nocują w pokoju rodziców za darmo, śniadanie również mają gratis, jeśli jednak rodzice chcieliby trochę więcej komfortu, wówczas drugi pokój dostają z 50-proc. rabatem – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

2,5 mln Polaków cierpi z powodu nietrzymania moczu. Problemem ograniczony dostęp do nowoczesnych leków i środków higienicznych

2,5 mln Polaków cierpi z powodu nietrzymania moczu. Problemem ograniczony dostęp do nowoczesnych leków i środków higienicznych 6

Nietrzymanie moczu może prowadzić do wykluczenia z rynku pracy, izolacji społecznej, a nawet depresji. Leczenie przynosi efekty w blisko 70 proc. przypadków, polscy pacjenci mają jednak utrudniony dostęp do nowoczesnych terapii. Od 4 lat, mimo rekomendacji Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, na liście refundacyjnej brakuje jednego z najbardziej innowacyjnych i skutecznych leków. Problemem jest także dostęp do refundowanych środków absorpcyjnych.

Światowa Organizacja Zdrowia zalicza nietrzymanie moczu (NTM) do grupy chorób cywilizacyjnych. Szacuje się, że w krajach rozwiniętych problem ten dotyka ok. 6 proc. społeczeństwa. W Polsce z jego powodu cierpi blisko 2,5 mln osób. Schorzenie to dotyka przedstawicieli obu płci, częściej jednak chorują kobiety, głównie w okresie menopauzy, choć zdarzają się i młodsze pacjentki. Najczęstszą postacią choroby jest wysiłkowe nietrzymanie moczu, objawiające się uwalnianiem moczu nawet podczas niewielkiego wysiłku fizycznego, jakim jest kichnięcie. W Polsce NTM wciąż traktowany jest jak temat tabu, w efekcie czego do lekarza zgłasza się tylko 1/3 chorych, często po wielu miesiącach od wystąpienia pierwszych objawów

W ostatnich latach wzrosła świadomość na temat nietrzymania moczu, wobec tego część pacjentek na pewno będzie samodzielnie pytać lekarza, ale niestety część nadal będzie czuła zażenowanie. W związku z tym dopóki lekarz sam nie wyjdzie naprzeciw i nie rozpocznie rozmowy, może się zdarzyć, że dopóty pacjentka nie powie o tym lekarzowi – mówi agencji informacyjnej Newseria dr n. med. Elżbieta Narojczyk-Świeściak, ginekolog położnik z II Kliniki Położnictwa i Ginekologii, CMKP w Warszawie.

Nietrzymanie moczu to poważne schorzenie, które w istotny sposób wpływa na jakość życia chorych, ograniczając ich aktywność zawodową i życie towarzyskie. Często prowadzi do całkowitej izolacji ze społeczeństwa, a w skrajnych przypadkach staje się przyczyną depresji i prób samobójczych. Leczenie przynosi pożądany skutek w blisko 70 proc. przypadków, barierę stanowi jednak nie tylko wstyd powstrzymujący chorych przed zasięgnięciem porady lekarskiej, lecz także kwestie związane z systemem ochrony zdrowia. Zdaniem ekspertów podstawowym problemem systemowym jest brak długofalowego planu opieki nad pacjentami z nietrzymaniem moczu.

Nie jesteśmy mistrzami planów długofalowych, co władza to inny pomysł i nie kontynuuje pewnych rzeczy. Niemcy mają plan na 2050 rok, oni już teraz wiedzą, czego będzie im brakowało i co robić, żeby temu zapobiec. U nas robi się plany na jedną kadencję rządową. Trzeba uczulić polityków, żeby pomyśleli o takich problemach długofalowo – mówi dr n. med. Andrzej Przybyła, urolog z Vratislavia Medica, Szpital im. Św. Jana Pawła II we Wrocławiu.

Punktem wyjścia do sukcesu terapeutycznego jest prawidłowa diagnoza. Lekarz specjalista musi określić, z jakim rodzajem nietrzymania moczu pacjent ma do czynienia, aby odpowiednio dobrać opcję leczenia. W Polsce już ten etap nastręcza trudności, nie tylko ze względu na konieczność wielomiesięcznego czekania na wizytę u lekarza i krótki czas konsultacji, lecz także nieprzygotowanie specjalistów do zajmowania się pacjentami z NTM. Większość urologów specjalizuje się w leczeniu nowotworów, ginekolodzy nie mają natomiast umiejętności z zakresu uroginekologii. Zdaniem ekspertów niezbędne jest wprowadzenie nadspecjalizacji uroginekologicznej do procesu kształcenia lekarzy.

Zarówno w ginekologii, jak i w urologii temat nietrzymania moczu jest spychany na margines. Problem pogłębia fakt, że wchodzimy w coraz nowsze technologie medyczne, a o tych podstawowych rzeczach takich jak powikłania po zabiegu, np. inkontynencja, często zapominamy – mówi dr n. med. Andrzej Przybyła.

Na skutek błędnej diagnozy polscy pacjenci cierpiący na nietrzymanie moczu często są nieprawidłowo leczeni antybiotykami. Zdarza się, że na właściwe rozpoznanie muszą czekać nawet kilkanaście miesięcy. Kolejnym problemem jest zabezpieczenie pacjentów przed wyciekaniem moczu poprzez dostęp do środków wchłaniających. Obecnie prawo do refundacji mają wyłącznie pacjenci z NTM, u których zdiagnozowano inne choroby współwystępujące, np. nowotwory lub udar. Z refundacji wyłączone są osoby cierpiące na wysiłkowe nietrzymanie moczu. Istotna pozostaje także kwestia limitów cenowych na refundowane środki absorpcyjne.

Niedawno zostało znowelizowane rozporządzenie, gdzie pan minister wprowadził zapis o 90 sztukach środków wchłaniających, nie podwyższając limitu wartościowego. Limit ten nie był zmieniany od 1999 roku, od 18 lat mamy limit dla pacjentów urologicznych wart 90 zł, a dla pacjentów onkologicznych bez refundacji z NFZ – 77 zł – mówi Anna Sarbak, prezes zarządu głównego Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti”.

Problemem polskich pacjentów jest ponadto utrudniony dostęp do nowoczesnych terapii. W ramach programu refundacyjnego chorzy mogą korzystać z tzw. leków pierwszego rzutu, przy czym dostęp do jednego z nich uwarunkowany jest wykonaniem badania urodynamicznego, który zdaniem ekspertów jest zbędny. Jednym z postulatów środowisk pacjenckich kierowanych do resortu zdrowia jest poszerzenie listy leków refundowanych w leczeniu zespołu pęcherza nadreaktywnego o terapie nowej generacji, m.in. lek mirabegron.

Cztery lata temu stowarzyszenie zostało powiadomione, że lek mirabegron dostał pozytywną ocenę AOTMiT. Minęły 4 lata, a na liście leków refundowanych ten lek się nie pojawił, mimo że jest to lek nowej generacji, niepowodujący skutków ubocznych u pacjentów. Pacjenci oczekują na ten lek –mówi Anna Sarbak.

Zwrócenie uwagi na potrzeby pacjentów z NTM oraz przełamanie społecznego tabu to cele Światowego Dnia Kontynencji, obchodzonego w ostatnim pełnym tygodniu czerwca. Inicjatorem akcji jest Międzynarodowe Towarzystwo Kontynencji prowadzące działania edukacyjne, podnoszące świadomość społeczną oraz związaną z poprawą jakości życia pacjentów. W Polsce współorganizatorem obchodów jest  Stowarzyszenie Osób z NTM „UroConti”.

Bez modernizacji polska Marynarka Wojenna może utracić zdolności operacyjne. Najpilniejsze są zakupy nowych śmigłowców i okrętów

Bez modernizacji polska Marynarka Wojenna może utracić zdolności operacyjne. Najpilniejsze są zakupy nowych śmigłowców i okrętów 7

Marynarka Wojenna jest najbardziej zaniedbanym sektorem sił zbrojnych w Wojsku Polskim. Jeżeli decyzje modernizacyjne, które pozwolą rozpocząć budowę nowych okrętów i pozyskać śmigłowce, nie zostaną szybko podjęte, to zdolności operacyjne i przemysłowe zostaną utracone – przekonują eksperci. Konieczny jest zakup śmigłowców do zwalczania okrętów podwodnych z opcją wykonywania misji poszukiwawczych i ratunkowych (SAR – search and rescue – red.). Modernizacja wyposażenia MW jest konieczna, żeby zapewnić bezpieczeństwo militarne i cywilne na Bałtyku.

– Stulecie Marynarki Wojennej to niestety pesymistyczne święto. Sytuacja zarówno floty Marynarki Wojennej, jak i przemysłu stoczniowego jest zła. Programy, które są wstrzymane bądź opóźnione, cały czas czekają na realizację. Największą bolączką MW jest brak decyzji w strategicznych programach takich jak Orka, zakup śmigłowców na potrzeby MW, zarówno do zwalczania okrętów podwodnych oraz SAR – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jędrzej Graf z Defence24 podczas debaty toczącej się podczas Balt Military Expo w Gdańsku.

Eksperci podkreślają, że opóźnienia w programach modernizacyjnych Marynarki Wojennej już stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski. Bez odpowiedniego sprzętu siły zbrojne nie będą mogły reagować na incydenty naruszania wód terytorialnych. W maju tego roku na polskim wybrzeżu znaleziono pociski sygnalizacyjne wystrzelone z rosyjskich okrętów. Jeśli sytuacja się nie zmieni, takie zdarzenia mogą się powtarzać.

 Wieloletnie zaniedbania dotyczące MW powodują, że dzisiaj zarówno zdolności zwalczania okrętów podwodnych, jak i zdolności ratownictwa morskiego są coraz bardziej ograniczone. Jeżeli nie zostaną podjęte szybkie decyzje, to Polska utraci je całkowicie – przestrzega Jędrzej Graf.

Opóźnienia w programach Orka, Miecznik, Czapla, Płomykówka sprawiły, że na polu zwalczania okrętów podwodnych sytuacja jest wyjątkowo trudna, a polska marynarka praktycznie utraciła jakiekolwiek możliwości reagowania.

Obecnie polska marynarka ma na wyposażeniu trzy okręty nawodne, trzy okręty podwodne, jeden samolot An-28B1RM Bis oraz cztery śmigłowce SH-2G i osiem Mi-14PŁ, które mogą zwalczać okręty podwodne. W przypadku Mi-14PŁ mają być prowadzone prace remontowe, jednak i tak będą mogły być użytkowane najpóźniej do 2021 roku.

W ramach postępowania, które toczy się od ubiegłego roku, MON zamierza wyłonić dostawcę nowych śmigłowców dla Marynarki Wojennej przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych, z jednoczesną zdolnością prowadzenia misji ratowniczych na morzu.

 W pierwszej kolejności musimy się skupić na śmigłowcach do zwalczania okrętów podwodnych, w drugiej kolejności zwiększyć liczbę i polepszyć jakość eksploatacji śmigłowców ratowniczych. Jeżeli te dwa kierunki utrzymamy w gotowości, to spełnimy zadania, jakie stoją przed Marynarką Wojenną –przekonuje kmdr rez. Zbigniew Smolarek.

W postępowaniu na śmigłowce morskie uczestniczą konsorcjum Airbus Helicopters i Heli Invest ze śmigłowcem H225M Caracal oraz należące do koncernu Leonardo Helicopters zakłady WSK PZL-Świdnik z AW101.

Eksperci podkreślają, że o ile Caracal jest sprawdzonym w służbie śmigłowcem, to nie ma wersji do zwalczania okrętów podwodnych. Z kolei AW101 to największy śmigłowiec opracowany i produkowany w Europie, sprawdzony wielokrotnie w warunkach bojowych i będący na wyposażeniu m.in. Królewskiej Marynarki Wielkiej Brytanii oraz Danii, Norwegii, Włoch, Portugalii, Japonii i Kanady. Ma trzy silniki, zasięg wynoszący ponad 1,3 tys. km, który pozwala na prowadzenie długotrwałych akcji i doświadczenie w misjach z zakresu zwalczania nawodnych i podwodnych zagrożeń na morzu.

Ze względu na to, że mam olbrzymi szacunek do brytyjskich marynarzy i znając ich doświadczenia, przychylam się do śmigłowca AW101, który jest dedykowany na Morze Północne, czyli trudne morze, bardzo podobne do Bałtyku, jak również przeszedł już całą drogę rozwoju, od Mk1 do Mk4. W tym kryptonimie Merlin zawiera się marzenie moich młodych kolegów – mówi kmdr rez. Zbigniew Smolarek.

 AW101 jako jedyny w klasie ma trzy a nie dwa silniki, co pozwala mu na bardzo długotrwałe loty, trwające nawet do 5,5 godz. W akcjach zwalczania okrętów podwodnych i poszukiwawczych Marynarka Wojenna potrzebuje maszyny wytrzymałej, zdolnej do długotrwałej misji. To kwestia zarówno zasięgu, jak i czasu pozostawania w gotowości, żeby odpowiednio wykrywać i zwalczać okręty podwodne przeciwnika. To śmigłowiec na tyle duży i pojemny, że można dzięki niemu realizować także funkcje poszukiwawczo-ratownicze na polu walki, bo takie jest wymaganie MON i Marynarki Wojennej – wymienia Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Sam zakup nowych śmigłowców to jednak za mało. Zdaniem ekspertów resort powinien planować ich nabycie jednocześnie z okrętami, z których mogłyby startować śmigłowce. Obecnie polska marynarka ma trzy okręty do zwalczania okrętów podwodnych, są jednak przestarzałe i mają małą wartość bojową.

– Nie warto kupować śmigłowców pokładowych w sytuacji, kiedy jeszcze nie ma okrętów z lądowiskami. Apeluję do decydentów o analizę, jakie śmigłowce na tych okrętach powinny się znaleźć i aby realizować oba zakupy łącznie. Rozdzielone zakupy powodują różnego rodzaju ryzyka i niekorzystne rozstrzygnięcia – podkreśla Krzysztof Krystowski.

Nieudaną wycieczkę będzie można zareklamować nawet do 3 lat po jej zakończeniu. Od lipca zaczynają obowiązywać nowe przepisy

Nieudaną wycieczkę będzie można zareklamować nawet do 3 lat po jej zakończeniu. Od lipca zaczynają obowiązywać nowe przepisy 8

Od 1 lipca zacznie obowiązywać ustawa o imprezach turystycznych, której głównym celem jest lepsza ochrona podróżnych i klientów sektora turystycznego. Nowe przepisy oznaczają więcej pracy i więcej obowiązków dla biur podróży oraz pośredników online, zwiększają także ich odpowiedzialność karną. Za to konsumentom ustawa przyznaje szereg przywilejów, m.in. prawo do odsprzedaży do siedmiu dni przed rozpoczęciem wyjazdu turystycznego i zareklamowania jej w ciągu trzech lat.

 Konsekwencją wdrożenia nowych przepisów będzie większa odpowiedzialność dystrybutorów i pośredników online, konieczność przygotowania nowych umów i weryfikacji dostawcy usług sprzedaży online. Ustawa zwiększa odpowiedzialność karną przedsiębiorców turystycznych, przewiduje nawet karę pozbawienia wolności do trzech lat. Co więcej, wszystkie przepisy regulujące odpowiedzialność przedsiębiorców turystycznych – szczególnie w obszarze ubezpieczeń – spowodują wzmożony wysiłek szczególnie małych przedsiębiorstw turystycznych, które będą musiały mocno nadgonić obszar związany z przygotowaniem umów czy zasobami związanymi z pokryciem kosztów ubezpieczeń wyjazdów turystycznych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominika Czechowska, menedżer kierunku Turystyka i Rekreacja w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku.

Ustawa o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych została przyjęta w końcówce ubiegłego roku. Nowe przepisy wejdą w życie z dniem 1 lipca br. i zastąpią dotychczasowe obowiązujące od 1997 roku. Ich głównym celem jest lepsza ochrona podróżnych i klientów sektora turystycznego.

– Ta ustawa wchodzi w życie zgodnie z unijną dyrektywą UE z 2015 roku. Jest bardzo korzystna dla podróżujących. Najważniejszą zmianą jest włączenie do ustawy podmiotów definiowanych jako przedsiębiorstwa ułatwiające nabywanie usług turystycznych. Są to po prostu portale online pośredniczące w sprzedaży wycieczek, noclegów oraz innych usług okołoturystycznych – wyjaśnia Dominika Czechowska.

Ustawa na nowo definiuje pojęcie „usługa turystyczna” i określa warunki oferowania, sprzedaży oraz realizacji imprez turystycznych czy powiązanych usług turystycznych w Polsce i za granicą. Wyznacza też ramy działania Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego. Na mocy nowych przepisów klienci zyskają szereg przywilejów, m.in. możliwość zareklamowania usługi lub imprezy turystycznej w ciągu trzech lat od jej zakończenia. W tej chwili przysługuje im na to 30 dni.

– Ustawa wprowadza bardzo wiele korzystnych regulacji dla podróżujących, poczynając od zmiany zakresu odpowiedzialności za organizację imprezy turystycznej. Teraz zostaje ona przeniesiona na pośredników online sprzedających te usługi. Drugi aspekt to możliwość odstąpienia od umowy nawet do siedem dni przed rozpoczęciem wyjazdu turystycznego, czyli możliwość odsprzedaży. Dodatkowo, podróżujący, który kupi wycieczkę bezpośrednio w oddziale przedsiębiorstwa turystycznego, może do czternastu dni odstąpić od niej online, nie musi ponownie przyjeżdżać do tego biura – mówi Dominika Czechowska.

Nowe przepisy stwarzają również możliwość odstąpienia od imprezy turystycznej w przypadku wystąpienia tzw. nadzwyczajnych okoliczności w miejscu docelowym i jego bezpośrednim sąsiedztwie. To oznacza, że klient może zrezygnować z wycieczki, jeżeli w regionie, do którego wybiera się na wakacje, wystąpi np. podwyższone zagrożenie terrorystyczne. Ustawa przyznaje też klientom prawo do rezygnacji w przypadku bardziej znaczących zmian wprowadzonych przez organizatora, jak zmiana środka transportu czy podwyższenie ceny imprezy turystycznej o więcej niż 8 proc. W takim przypadku organizator będzie mógł zaproponować klientowi inną, porównywalną ofertę albo zwrócić mu wszystkie dotychczas wpłacone środki.

Ekspertka WSB zwraca również uwagę na fakt, że nowa ustawa nie reguluje odpowiedzialności pośredników online wobec przedsiębiorstw turystycznych np. przedsiębiorstw noclegowych. Podróżujący, który dokonał aktu wandalizmu w danym obiekcie, może po raz kolejny skorzystać z usług pośrednika online bez żadnych konsekwencji.

 Należałoby się zastanowić, czy nie ograniczyć dostępności tych usług w stosunku do osób, które zachowały się w sposób nieodpowiedni – ocenia Dominika Czechowska. – Ustawa nie reguluje też bardzo ważnego aspektu, jakim są opinie o imprezach turystycznych. Na ich podstawie swoje decyzje o zakupie usługi turystycznej opiera 93 proc. podróżnych, a często są to opinie nieprawdziwe. Należałoby zastanowić się nad ustawowym uregulowaniem tej kwestii poprzez brak anonimowości. Przykładowo, jeżeli chcesz zawrzeć w internecie opinię na temat obiektu, to pokaż, kim jesteś poprzez dołączenie profilu na Facebooku czy Twitterze.

Administratorzy fanpage podlegają RODO, sprawdź jakie mają obowiązki

Szum wokół RODO nieco ucichł. Nie oznacza to jednak, że nie zachodzą żadne zmiany. Niedawno zapadł wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) dotyczący statusu prawnego firm prowadzących fanpage na Facebooku. Trybunał uznał, że portal społecznościowy nie będzie jedynym podmiotem odpowiadającym za przetwarzanie danych osobowych odwiedzających go osób – obok niego, w charakterze odrębnego administratora danych osobowych, występować będzie również administrator samego fanpage’a. Według raportu udostępnionego przez platformę do zarządzania komunikacją w social media NapoleonCat w Polsce z Facebooka korzysta obecnie 16,3 mln osób powyżej trzynastego roku życia. Oznacza to ogrom gromadzonych szczegółów o tych użytkownikach. Czy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę kto i w jaki sposób je wykorzystuje?

Wielu administratorów

TSUE w swoim orzeczeniu potwierdził powszechnie znane stanowisko, iż Facebook jest administratorem danych osobowych (ADO) użytkowników portalu społecznościowego. Jednak to, co w przedmiotowym wyroku znacząco odbiega od dotychczasowego podejścia do przetwarzania danych przez „właścicieli” portali społecznościowych, to ustalenie, iż na poziomie UE za przetwarzanie danych zbieranych za pomocą tzw. plików cookies współodpowiedzialni są także administratorzy fanpage.

Wynika to z faktu, iż to zarządzający stroną podejmuje działania polegające na określeniu celów i sposobów przetwarzania danych osób odwiedzających jego fanpage,, takich jak szczegóły demograficzne, geograficzne, styl życia czy zainteresowania, co jednak wciąż stanowi działania marginalne w stosunku do działań podejmowanych przez samego Facebooka. Nie ma przy tym znaczenia, że korzysta z narzędzi dostarczanych przez Facebooka, bo to przecież właśnie Facebook – przy pomocy plików cookies – zapewnia funkcjonalność pozwalającą na gromadzenie takich danych. Skoro administrator fanpage’a  decyduje się wykonywać działania związane z wykorzystywaniem udostępnionych mu przez Facebooka informacji w określonych przez siebie celach – ma on jednocześnie obowiązek udzielić użytkownikom stosownych, wymaganych na gruncie europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 roku (RODO), informacji dot. przetwarzania danych (czyli spełnić tzw. obowiązek informacyjny).

Niezależnie od powyższego należy wskazać, że Facebook może być wykorzystywany również do innych działań, w ramach których gromadzone są dane osobowe. Większość z nas należy do grup, gdzie zamieszczane są ogłoszenia o pracę. Firma, która publikuje na Facebooku ofertę pracy, wybiera ten środek komunikacji ze względu na wygodę, duży zasięg, popularność tego kanału komunikacji oraz co najważniejsze – brak dodatkowych opłat. Osoby prowadzące w ten sposób rekrutację muszą pamiętać, że gromadząc CV przesyłane w odpowiedzi na zamieszczony post, stają się ADO w stosunku do danych osób aplikujących na stanowisko – mówi Agata Kłodzińska, specjalista ds. ochrony danych, ODO 24. Z udostępnionych przez Marka Zuckerberga informacji wynika, że obecnie z serwisu korzysta 2,1 miliarda ludzi, przy czym 1,4 miliarda spośród nich robi to codziennie. Ciężko sobie nawet wyobrazić, jaki ogrom danych osobowych jest w związku z tym przetwarzanych. Jedna osoba „lubi” kilka fanpage’ów lub przynależy do licznych grup na Facebooku – administratorów jej danych osobowych jest zatem wielu. Jednak czy ktokolwiek z nas, użytkowników Facebooka, jest o tym fakcie informowany? Czy tak naprawdę wiemy co się z dzieje z naszymi danymi osobowymi? Zgodnie z RODO każdy z nas ma prawo znać szczegóły dotyczące tego, w jaki sposób są one wykorzystywane i jak – w tym również przez kogo zbierane – dodaje.

Jeszcze więcej danych

W regulaminie Facebooka możemy przeczytać, że użytkownik udziela mu pozwolenia na wykorzystywanie bez żadnego wynagrodzenia jego imienia i nazwiska, zdjęcia profilowego oraz informacji o działaniach podejmowanych na platformie w reklamach, ofertach i innych sponsorowanych treściach. Dzięki temu niebieski gigant może pokazać naszym znajomym, że jesteśmy zainteresowani promowanym wydarzeniem lub polubiliśmy stronę stworzoną przez właściciela marki, który zapłacił za wyświetlanie reklam.

Co więcej, ze względów bezpieczeństwa serwis kontroluje to, kto loguje się z jakiego urządzenia, a gdy zmieniamy sprzęt, informuje nas o tym, żebyśmy mogli szybko zareagować, gdyby ktoś obcy próbował włamać się na nasze konto. Jednak jest to równoznaczne z tym, że pobiera on i przechowuje naszą geolokalizację. Zapisuje też dane o każdej aplikacji, którą kiedykolwiek łączyliśmy z serwisem. Może więc wiedzieć choćby to, że jesteśmy aktualnie samotni, bo np. zainstalowaliśmy Tindera – wskazuje Agata Kłodzińska, specjalista ds. ochrony danych, ODO 24. Nie powinniśmy być obojętni na przedstawiane nam checkboxy i regulaminy. Mając świadomość przysługujących nam praw, jesteśmy w stanie skutecznie reagować na wszelkie naruszenia prywatności, w tym także nielegalne przetwarzanie danych osobowych – podsumowuje.

Aby przekonać się, jakie informacje są przechowywane na Facebooku wystarczy wygenerować specjalny raport z poziomu ustawień naszego profilu. Możemy pobrać ich kopię – wszystkich lub wybranych – w dowolnym momencie.

Ukraińcy czują się w Polsce jak w domu

Wyniki III edycji badania nastrojów imigrantów, przeprowadzonego na zlecenie OTTO Work Force Polska pokazują, że zwiększyło się zadowolenie Ukraińców zatrudnionych w Polsce. Jak pokazują badania, aż 81% ankietowanych deklaruje, że jest zadowolona z pracy. Większość z nich ma zamiar regularnie przyjeżdżać i pracować w Polsce (34%). Ponad 1/3 badanych chce tu zostać na stałe. To
o ponad 10% mniej niż w roku 2017. Niepokojący może być jednak fakt, że blisko ¼ pracowników z Ukrainy rozważa również wyjazd do pracy do innego kraju np. do Niemiec, Wielkiej Brytanii lub Holandii. 

Ratunkiem dla polskiego rynku pracy jest imigracja zarobkowa pracowników zza wschodniej granicy. „Od 2013 roku, kiedy zaczęliśmy rekrutację na Ukrainie, obserwujemy dynamiczny wzrost zapotrzebowania naszych klientów na pracowników ze Wschodu. Rocznie zatrudniamy stamtąd blisko 8 tys. pracowników tymczasowych. Z myślą o naszych klientach od ponad trzech lat badamy oczekiwania i potrzeby pracowników ukraińskich, tak aby wiedzieć, co robić by zatrzymać ich w naszym kraju jak najdłużej” – komentuje wyniki raportu Tomasz Dudek – Operations Director CEE, OTTO Work Force Polska.

51% badanych pracowników z Ukrainy wskazała, że jest „zadowolona”, a 30% że jest „raczej zadowolona” z pracy w Polsce. W analogicznych badaniach przeprowadzonych przez OTTO Work Force na przełomie 2016 i 2017 r.  27% badanych było zadowolonych, a 67% raczej zadowolonych. Oznacza to, że zadowolenie tej grupy pracowników systematycznie rośnie. „Tym większe jest zadowolenie pracowników tymczasowych z Ukrainy z wynagrodzenia, im lepiej są wdrożeni do pracy,  a także gdy część ich wynagrodzenia uzależniona jest od efektów, mają dobrą atmosferę w pracy, otrzymują premię za brak absencji, dba się o ich rozwój i awans, a system motywacyjny dopasowany jest do charakteru pracy” – komentuje dr hab. inż. Teresa Kupczyk, Prof. Akademii Wojsk Lądowych im. Generała Tadeusza Kościuszki i Wyższej Szkoły Handlowej we Wrocławiu.

Argumenty, które zachęcałyby pracowników tymczasowych do pozostania w PolsceArgumenty, które zachęcałyby pracowników tymczasowych

„Trzecia edycja naszego badania wskazuje również na pierwsze zagrożenia związane ze zmianą oczekiwań pracowników przyjeżdżających do Polski z Ukrainy. Wraz ze zmianami na rynku pracy rosną również oczekiwania badanych. Coraz ważniejszym czynnikiem staje się możliwość zapewnienia dalszego rozwoju oraz długofalowe zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę – tak stwierdza 87% badanych”- podkreśla Tomasz Dudek – Operations Director CEE, OTTO Work Force Polska. To o 5% więcej niż w roku 2017, w którym ta kwestia była istotna dla 82% badanych.

Dużym problemem staje się znaczne niedopasowanie kompetencji pracowników do wykonywanej pracy. Analiza badań pokazuje, że aż 46% badanych pracowników ma wykształcenie wyższe, 43% średnie, a tylko 8% podstawowe, przy czym aż 72% z nich jest zatrudniona jako pracownicy fizyczni. Tylko 19% pracuje jako pracownicy administracyjni, a jedynie 3% pełni funkcje kierownicze. W zdecydowanej większości badani nie pracują zgodnie ze swoim wykształceniem (85% odpowiedziało „nie” i „raczej nie”). To o 7% mniej niż w 2015 roku.

Z punktu widzenia bardzo trudnej sytuacji na rynku pracy i braku pracowników, ważną kwestią było ustalenie, czy badani pracownicy tymczasowi z Ukrainy rozważają wyjazd do pracy do innego kraju niż Polska. Okazało się, że aż 24% „rozważa” taki wariant, a 13% „raczej rozważa”. 34% badanych jeszcze nie wie. Tylko 16 % odpowiedziało, że „nie” a 12% „raczej nie”. Miejscem docelowym rozważanego wyjazdu badanych do pracy są najczęściej Niemcy (40%), Wielka Brytania (15%), Holandia (14%), Norwegia (13%), Włochy (9%) i Francja (8%).  Z badania wynika, że 19% chce zmienić kierunek wyjazdu do pracy w ciągu najbliższych 3 lat. Powodów takiej decyzji wymieniają kilka w tym: wyższe zarobki, możliwość bezpłatnej nauki języka i większe zapotrzebowanie na kompetencje jakie posiadają. Wpływ na taką decyzję może mieć m.in. wynik badania z 2017 roku, w którym ankietowani przyznali, że najbardziej istotną kwestią związaną z podjęciem pracy jest dla nich wysokość wynagrodzenia (95%). Jak wynika z wewnętrznych analiz firmy OTTO, pracownicy z Ukrainy rozważają chęć wyjazdu pomimo, że ich średnie zarobki w Polsce w roku 2018 wzrosły o 300 zł netto w stosunku do roku poprzedniego.Planowany przez pracowników czas pracy w Polsce

Strategicznym rozwiązaniem dla polskiego rynku pracy jest sięgnięcie do obszarów jeszcze bardziej oddalonych od naszego kraju. W Polsce coraz częściej możemy spotkać pracowników z Azji. Również OTTO jest w trakcie realizacji projektu związanego z pozyskaniem siły roboczej z rynku azjatyckiego. Od kwietnia tego roku grupa OTTO stała się częścią globalnej, notowanej na giełdzie w Tokio grupy Outsourcing Inc. Ta międzynarodowa firma posiada silne struktury rekrutacyjne w większości państw azjatyckich. Obecnie wspólnie pracujemy nad sprowadzaniem do Polski pracowników z Wietnamu I Indii” – zaznacza Tomasz Dudek.

Jak wynika z badania, dla pracowników z Ukrainy bardzo ważne są również dodatkowe benefity otrzymywane od pracodawców. Do najatrakcyjniejszych z nich należą: dodatkowa opieka medyczna (61% wskazań), dofinasowanie do posiłków w pracy (53% wskazań) i zniżki/rabaty do sklepów i karty sportowe (odpowiednio 44% i 43%). Na ich motywację podziałałyby również dodatkowe benefity, takie jak np. premia za absencję w pracy. W ostatnich latach dbałość o kwestię rozwoju osobistego wzrosła z 27% w badaniach z latach 2015/2016 do 42% w roku 2017.

W projekcie pt. „Badania naukowe na rzecz rozwoju usług OTTO WORK FORCE POLSKA” zrealizowanym w ramach Miejskiego Programu Wsparcia Partnerstwa Szkolnictwa Wyższego i Nauki oraz Sektora Aktywności Gospodarczej Mozart 2017/2018 przebadano 514 pracowników tymczasowych z Ukrainy.

Dolar rośnie w cieniu wojny handlowej

Niepokoje związane z wojną handlową na linii USA-Chiny znowu mają duży wpływ na rynek walutowy.

W środę dolar amerykański istotnie umocnił się względem euro i funta brytyjskiego – kurs USD ważony udziałem poszczególnych krajów w handlu zagranicznym zbliżył się do poziomu najwyższego od prawie roku. W tym samym czasie zaniepokojenie związane z wojną handlową na linii USA-Chiny doprowadziło do kolejnej wyprzedaży ryzykownych walut na której istotnie ucierpiał również polski złoty.

Największym ryzykiem dla rynków finansowych pozostaje scenariusz, w którym wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi i Chińską Republiką Ludową nabierze charakteru totalnego. Obie strony potyczki wysyłają sprzeczne sygnały, co zwiększa niepewność i po części odpowiada za powrót inwestorów do aktywów bezpiecznych, takich jak jen japoński. Wczoraj wyprzedaży uległ m.in. juan – waluta Chin osłabiła się względem dolara do wartości najniższych od sześciu miesięcy. Wyprzedaż tę można przypisać niepokojem związanym z potencjalnym wpływem wojny handlowej na chińskie przedsiębiorstwa. Na horyzoncie nie widać żadnych perspektyw na pokojowe rozwiązanie sprawy, stąd spodziewamy się, że przy najbliższej sesji juan może być poddany dalszej deprecjacji.

Ryzyko kryzysu politycznego w Niemczech dodało strat na wspólnej europejskiej walucie – kurs EUR/USD spadł poniżej progu 1,16, ryzykownie blisko poziomu najsłabszego od niemal roku. Niemiecka koalicja rządząca znajduje się obecnie w potrzasku w związku z brakiem zgody w kwestii polityki migracyjnej. Kanclerz Merkel przyznała, że nie dojdzie do żadnego porozumienia przed szczytem UE, który rozpocznie się dziś.

Dziś także może czekać nas dość zmienna sesja. Kilka kluczowych danych makroekonomicznych najpewniej przyczyni się do przesunięć w kursach walut G3. Z rana opublikowane zostaną dane liczbowe o dynamice cen w Niemczech, co da nam pewien ogólny pogląd na raport o inflacji dla całej strefy euro. Po południu pojawią się również odświeżone dane o PKB w Stanach Zjednoczonych z pierwszego kwartału, jednak rynki spodziewają się, że dane te pozostaną w dużej mierze niezmienione.

Carney ostrzega przed Brexitem, funt słabnie

Ponownie pojawiły się wątpliwości co do podwyżki stóp procentowych Banku Anglii w sierpniu, co wczoraj przyczyniło się do kolejnych strat dla funta brytyjskiego. Podczas sesji londyńskiej, szterling osłabił się najmocniej na przestrzeni dwóch tygodni, tracąc względem dolara niemal jeden procent. Tym samym GBP zbliżył się do poziomu najsłabszego od listopada ubiegłego roku.

Przewodniczący Banku Anglii, Mark Carney, ostrzegał wczoraj na konferencji prasowej, że bez osiągnięcia porozumienia ws. Brexitu na rynku powstanie zawirowanie, które będzie dalekie od wspierania funta brytyjskiego. Przewodniczący BoE nie odniósł się jednak do możliwości kolejnej podwyżki stóp procentowych w Wielkiej Brytanii jeszcze w tym roku. Stwierdził jednak, że banki w UK są w pełni przygotowane na wyjście kraju z Unii Europejskiej.

Autor: Matthew Ryan, analityk Ebury

BioMaxima S.A. rozważa przejście na rynek regulowany GPW w Warszawie

Akcjonariusze BioMaxima S.A., notowanego na NewConnect polskiego producenta podłoży mikrobiologicznych, systemów do oznaczania lekowrażliwości, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, podjęli podczas ZWZA Uchwałę w sprawie warunkowego podwyższenia kapitału zakładowego związanego z Programem Opcji Menedżerskich. Spółka rozważa również zmianę rynku notowań na rynek regulowany GPW w Warszawie.

Podczas ZWZ BioMaxima S.A. w dniu 27.06.2018 r. Akcjonariusze podjęli Uchwałę w sprawie zmiany Statutu Spółki i wprowadzeniu do niego zapisu o warunkowym podwyższeniu kapitału zakładowego o kwotę 330.000 zł poprzez emisję 330.000 akcji serii E. Akcje serii E będą wydawane posiadaczom warrantów subskrypcyjnych, które zostaną wyemitowane na podstawie Uchwały ZWZ. Emitent prowadzi obecnie istotny program inwestycyjny mający na celu wzrost jego mocy produkcyjnych oraz zwiększenie rentowności Spółki. Poprzez przyjęcie Programu Motywacyjnego BioMaxima S.A. chce powiązać poziom wynagrodzeń Zarządu Spółki ze wzrostem jej wartości oraz spełnić kryteria kapitałowe związane ze zmianą rynku notowań na rynek regulowany GPW w Warszawie. Program Motywacyjny ma także umożliwić pozyskanie oraz utrzymanie osób zarządzających, dzięki którym Spółka będzie mogła nadal rozwijać się w wysokim tempie.

„Historycznie Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wymagała, aby kapitał zakładowy spółki, której akcje dopuszczone  są  do  obrotu  giełdowego  nie  był  niższy niż 4 mln zł. Mimo, że prawo uległo zmianie w ostatnim czasie, tak się składa, że wszystkie spółki dopuszczane do obrotu na głównym parkiecie spełniają to kryterium. Teraz również BioMaxima będzie je spełniać.” – komentuje Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

Podczas ZWZ zatwierdzone zostały sprawozdania finansowe za 2017 r. oraz udzielono absolutoriów Członkom Zarządu oraz Rady Nadzorczej BioMaxima S.A. Akcjonariusze Spółki podjęli również Uchwałę w zakresie podziału zysku netto za 2017 r., który wyniósł 807.985,61 zł. Z tej kwoty, 219.641,63 zł zostanie przeznaczone na pokrycie strat z lat ubiegłych, a 588.343,98 zł trafi na kapitał zapasowy.

Pokolenie wspólnego dobra – dlaczego lepiej używać niż mieć na własność

Marcin Maliszewski – współwłaściciel firmy blinkee.city
Marcin Maliszewski – współwłaściciel firmy blinkee.city

W czasach wszechobecnej konsumpcji na filozoficzne pytanie „być czy mieć” młode pokolenie Polaków coraz częściej odpowiada „być”. Bo „nie mieć” nie jest już równoznaczne z „nie korzystać”. Czy globalne pożyczanie będzie znakiem przyszłości? Komentarza udziela Marcin Maliszewski – współwłaściciel firmy blinkee.city, która udostępnia skutery elektryczne do wypożyczenia.

Posiadanie, a tym samym wypełnianie swojego życia rzeczami, które mają świadczyć o naszym statusie społecznym to model postępowania, który z roku na rok ma coraz mniej zwolenników. O ile pragnienie posiadania własnych czterech kątów wciąż jest w kręgu aspiracji Polaków, o tyle inne dobra materialne już niekoniecznie, bowiem nowoczesna gospodarka pozwala cieszyć się nimi bez potrzeby posiadania tego na własność.

Ekonomicznie i ekologicznie

Okazuje się, że zjawisko globalnego pożyczania ma już swoją naukową nazwę – sharing economy, czyli po polsku ekonomia współpracy lub inaczej – gospodarka współdzielenia. To zjawisko, które w teorii naukowej opisano już dawno, ale dopiero teraz, dzięki wszechobecnej digitalizacji, ma ono szansę w pełni zaistnieć w rzeczywistości. Jednym z jego elementów jest właśnie współużytkowanie, które rozwinęło się dzięki galopującemu postępowi technologii, który z kolei zrewolucjonizował komunikację. – Głównym założeniem ekonomii współdzielenia jest idea, że dostęp do dóbr jest bardziej wartościowy niż samo ich posiadanie, a co za tym idzie, brak czegoś na własność nie stoi na przeszkodzie w użytkowaniu danej rzeczy. Dotyczy to zwłaszcza tych przedmiotów, na posiadanie których nie można sobie pozwolić ze względu na wysokie koszty lub nie chce się ich mieć z powodu stosunkowo rzadkiej potrzeby korzystania– tłumaczy Marcin Maliszewski. Potwierdzają to badania – aż 81% respondentów twierdzi, że bardziej opłacalne jest dla nich korzystanie z dóbr i usług niż

posiadanie ich na własność, a 43% uważa wręcz, że posiadanie niepotrzebnie obciąża budżet[1]. Konsumentów korzystających z współdzielenia nazywa się odpowiedzialnymi, bo ekonomia współdzielenia ma także swoje ekologiczne podstawy. W dobie konsumpcjonizmu i nadprodukcji społeczeństwo zaczyna dostrzegać  negatywne skutki takiego stanu rzeczy, a obroną przed nim ma być właśnie świadome rezygnowanie z posiadania na rzecz korzystania z dostępnego dobra w razie potrzeby, tak aby zmniejszyć zjawisko globalnej nadprodukcji i jej niekorzystnych dla ludzi konsekwencji.

Posiadanie na godziny

Wypożyczyć na określony czas można wszystko to, czego nie musimy mieć na własność, by przeżyć. Oczywistym przykładem są tutaj wypożyczalnie samochodów, ale warto zwrócić uwagę także na inne dobra, które od lat istnieją już nie tylko jako towary, ale przede wszystkim jako usługi. Tak właśnie stało się z muzyką czy kinem, które swoje miejsce znajdują teraz przede wszystkim na platformach internetowych lub w wirtualnych wypożyczalniach, a ich kupowanie i kolekcjonowanie uchodzi raczej za hobby niż typowy sposób korzystania. Taki sam los coraz częściej spotyka luksusowe ubrania, na wypożyczanie których decydują się już nie tylko celebryci, lecz także przeciętni „Kowalscy”. W dużych miastach furorę robi też coworking, który klasyfikowany jest jako jeden z obszarów rozwoju gospodarki współdzielenia. Coworkingiem określa się nowoczesny sposób pracy, który polega na samodzielnym działaniu, ale we wspólnym biurze. Przestrzenie coworkingowe to miejsca, w których na pracy skupiają się niezależnie osoby, najczęściej freelancerzy, którzy chcą pracować samodzielnie, ale nie samotnie.

Biznes w stylu sharing economy

Idea wspólnego dobra budzi kreatywność w przedsiębiorcach, którzy wychodzą do konsumentów z coraz ciekawszymi pomysłami na usługi. Właśnie na tej fali w Marcinie Maliszewskim i jego wspólnikach zrodził się pomysł na blinkee.city, czyli elektryczne skutery do wypożyczania w mieście. – Sercem całego projektu jest aplikacja mobilna, przez którą użytkownik zakłada swoje konto, płaci i wypożycza, a nawet uruchamia skuter. Nie ma żadnej stacji, gdzie trzeba maszynę odprowadzić – tam, gdzie skończyliśmy trasę, tam zostawiamy skuter. To wygodne, proste w obsłudze i ekologiczne, czyli właśnie takie, jakiego chce nowoczesny mieszkaniec miasta i świadomy konsument – mówi Maliszewski. Scooter sharing, tak jak inne elementy globalnego „sharingu” został przyjęty przez polskich konsumentów bardzo pozytywnie, a firma w krótkim czasie z kilku złożonych w domu skuterów rozrosła się do kilkunastu pokaźnych flot (firma ma już w Europie blisko 700 pojazdów) zlokalizowanych w największych polskich miastach oraz za granicą, np. w Walencji czy Budapeszcie.

Czy sharing economy będzie z czasem zataczać jeszcze szersze kręgi? Wszystko na to wskazuje, bo trend ten za podstawę swojego istnienia bierze oszczędzanie, czyli to, co po kryzysie w 2008 roku, w perspektywie globalnej stało się jednym z najważniejszych dążeń. – Nowoczesny konsument chce być wolny od zbędnych wydatków, ale nie zamierza rezygnować z dóbr, które ułatwiają mu życie. Można więc z całą pewnością sądzić, że idea ekonomii współdzielenia będzie się wciąż rozwijać – mówi Marcin Maliszewski.

[1]    http://www.repozytorium.uni.wroc.pl/Content/79622 03_4_W_Ziobrowska-Sharing_economy_jako_nowy.pdf

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Pierwsza fala spadkowa za nami. Czeka nas kolejna?

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Każdy okres giełdowej dekoniunktury ma swoją medialną przyczynę. Nie zawsze jest ona jedyna czy nawet słuszna, ale ma swoje dość istotne znaczenie psychologiczne. Tym razem główną przyczyną obserwowanego pogorszenia nastrojów jest wojna handlowa USA z resztą świata. Co interesujące, jeszcze nie tak dawno była ona przez wiele analityków bagatelizowana. Wskazywane były dwie ku temu przesłanki. Pierwsza wiązała się z niezaprzeczalnym faktem, że dotychczas nałożone cła obejmują jedynie ułamek globalnej wymiany handlowej i w praktyce nie mają na nią większego przełożenia. Druga z kolei wynikała z oczekiwań, że konflikt jest jedynie przykrywką dla zakulisowych mediacji i stanowi część taktyki negocjacyjnej. O ile pierwszy argument może jeszcze się bronić, to drugi stał się już nieaktualny. Inwestorzy giełdowi przez dłuższy czas nie dawali wiary, że konflikt będzie się stopniowo zaostrzał i tym samym rozwijał w potencjalnie bardzo groźnym kierunku. Na przełomie minionego i obecnego tygodnia oczekiwania się najprawdopodobniej zmieniły i aktualnie scenariusz bazowy zakłada, że z „wojną handlową” przyjdzie nam żyć w najbliższych miesiącach i szybko się ona nie skończy. Czy oznacza to, że akcje będą już tylko tanieć? Niekoniecznie. Otóż z kontrariańskiego punktu widzenia zmianę nastawienia inwestorów można rozpatrywać korzystnie. O ile bowiem etap bagatelizacji zagrożenia nie jest pozytywny dla rynkowych perspektyw, gdyż nie bierze pod uwagę realizacji negatywnego scenariusza, to obecnie pojawić się mogą zbyt czarne scenariusze stwarzające okazje do rajdu ulgi wynikającego z ich niespełnienia. Zresztą już pojawiają się doniesienia sugerujące, że Chiny przygotowują się na „pełnowartościową” wojnę handlową i mogą ograniczyć bądź wręcz zaprzestać zakupów amerykańskich obligacji. Ten ruch obecny konflikt przeniósłby na nowy wyższy poziom i jego negatywne efekty byłyby niemałe. Trudno jednak wyobrazić sobie jego rychłą realizację. Podobnie było przecież z Brexitem, gdzie negatywny wpływ referendum w krótkim terminie się nie ujawnił i zaczyna być widoczny dopiero teraz po upływie wielu miesięcy. Wydaje się więc, że istnieć może potencjał do zatrzymania ostatnich spadków, ale ewentualne letnie wzrosty skończyć się mogą kolejną falą przeceny. Jej przyczyną powinna być obawa o los globalnej koniunktury, której problemy maskują wciąż dobre wskaźniki w USA. Ten temat inwestorzy na chwilę obecną bagatelizują, a jak pokazał wątek wojen handlowych, to niebezpieczny etap, który skończyć się może bolesnym zderzeniem z rzeczywistością.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Postawienie zarzutu przestępstwa skarbowego a przedawnienie

Każdy przedsiębiorca w prowadzonej przez siebie działalności powinien orientować się w gąszczu przepisów regulujących podejmowane przez niego działania, a w szczególności mieć się na baczności przy wykonywaniu obowiązków ogólnie zwanych skarbowymi. Co jednak w sytuacji gdy świadomie bądź nieświadomie przedsiębiorca uszczupli lub choćby narazi na uszczuplenie należności publicznoprawne?

Odpowiedzialność karnoskarbowa a odpowiedzialność karna

Zgodnie z kodeksem karnym skarbowym istnieje dwu-podział deliktów skarbowych na przestępstwa skarbowe i wykroczenia skarbowe. Pojęcia przestępstwa skarbowego oraz wykroczenia skarbowego stanowią kategorie autonomiczne wobec pojęć przestępstwa i wykroczenia występujących w powszechnym prawie karnym[1].

Przestępstwo a wykroczenie skarbowe

Przestępstwo skarbowe jest to czyn zabroniony przez kodeks pod groźbą kary grzywny
w stawkach dziennych, kary ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności, zaś wykroczenie skarbowe jest to czyn zabroniony przez kodeks pod groźbą grzywny określonej kwotowo, jeżeli kwota uszczuplonej lub narażonej na uszczuplenie należności publicznoprawnej albo wartość przedmiotu czynu nie przekracza pięciokrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia w czasie jego popełnienia.

Podstawowa różnica pomiędzy przestępstwem a wykroczeniem, to zagrożenie karą. Za przestępstwo skarbowe grozi ograniczenie lub pozbawienie wolności,  grzywna w określonej liczbie stawek od 10 do 720 , gdzie wysokość stawki nie może być niższa od 1/30 części minimalnego wynagrodzenia ani też przekraczać czterystukrotności. W roku 2018  stawka dzienna waha się w granicach od 70 do 28 000 zł. Kara grzywny waha się
w granicach od 700 do 20 160 000 zł.  Kara grzywny za wykroczenie skarbowe jest wymierzana kwotowo, w granicach od 1/10 do dwudziestokrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia, a zatem waha się w granicach od 210  do 42 000 zł.

Przedawnienie odpowiedzialności karnej

Karalność przestępstwa skarbowego ustaje, jeżeli od czasu jego popełnienia upłynęło lat 5 – gdy czyn stanowi przestępstwo skarbowe zagrożone karą grzywny, karą ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności nieprzekraczającą 3 lat (pkt 1), 10 – gdy czyn stanowi przestępstwo skarbowe zagrożone karą pozbawienia wolności przekraczającą 3 lata (pkt 2).

Bieg przedawnienia przestępstwa skarbowego polegającego na uszczupleniu lub narażeniu na uszczuplenie należności publicznoprawnej rozpoczyna się z końcem roku, w którym upłynął termin płatności tej należności. Jeżeli w okresie 5 (pkt 1) bądź 10 (pkt 2) lat od popełnienia czynu wszczęto postępowanie przeciwko sprawcy, karalność popełnionego przez niego przestępstwa skarbowego określonego w pkt. 1 ustaje z upływem 5 lat, a przestępstwa skarbowego określonego w pkt. 2 – z upływem 10 lat od zakończenia tego okresu.

Decydujące znaczenie ma zatem moment „wszczęcia postępowania wobec sprawcy”, a oceniać go należy na podstawie treści art. 71 § 1 KPK oraz art. 313 § 1 KPK, mających odpowiednie zastosowanie w postępowaniu w sprawach o przestępstwa skarbowe i wykroczenia skarbowe – art. 113 § 1 KKS[2].

Postanowienie o przedstawieniu zarzutu

Sporządzenie postanowienia o przedstawieniu zarzutów nie powoduje przekształcenia postępowania z fazy in rem w fazę ad personam. Z powołanego wyżej art. 71 § 1 KPK wynika bowiem, że za podejrzanego uważa się osobę, co do której wydano postanowienie
o przedstawieniu zarzutów albo bez wydania takiego postanowienia postawiono zarzut
w związku z przystąpieniem do przesłuchania w charakterze podejrzanego.

Pomiędzy terminami „wydanie” a „sporządzenie” postanowienia zachodzi istotna różnica, jako że dla „wydania” niezbędne jest dopełnienie kolejnych czynności procesowych określonych w art. 313 § 1 KPK, niezbędnych dla skuteczności procesowej czynności. Aby zatem postanowienie o przedstawieniu zarzutów zostało uznane za wydane, czyli prawnie skuteczne, niezbędne jest kumulatywne spełnienie trzech warunków: sporządzenie postanowienia, jego niezwłoczne ogłoszenie i przesłuchanie podejrzanego[3].

Przedawnienie a brak ogłaszania postanowienia o przedstawieniu zarzutów

Wskazać również należy, że Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dnia 17.07.2012r.[4], stwierdził, że art. 70 § 6 pkt 1 ustawy Ordynacja podatkowa, w zakresie, w jakim wywołuje skutek w postaci zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego
w związku z wszczęciem postępowania karnego lub postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe, o którym to postępowaniu podatnik nie został poinformowany najpóźniej
z upływem terminu wskazanego w art. 70 § 1, jest niezgodny z zasadą ochrony zaufania obywatela do państwa i stanowionego przez nie prawa wynikającą z art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Co więcej zgodnie z art. 313 § 1 KPK (stosowanym na podstawie art. 113 KKS odpowiednio), postanowienie o przedstawieniu zarzutów rozpoczynające fazę postępowania in personam jest sporządzane, jeżeli dane istniejące
w chwili wszczęcia śledztwa lub zebrane w jego toku uzasadniają dostatecznie podejrzenie, że czyn popełniła określona osoba. To postanowienie ogłasza się niezwłocznie podejrzanemu i przesłuchuje się go, chyba że ogłoszenie postanowienia lub przesłuchanie podejrzanego nie jest możliwe. Postanowienie o przedstawieniu zarzutów zawiera wskazanie podejrzanego, określenie zarzucanego mu czynu i jego kwalifikacji prawnej. Dopiero zatem na tym etapie podatnik uzyskuje informację o wszczętym przeciwko niemu postępowaniu, które rodzi skutek w postaci przedłużenia biegu terminu przedawnienia karalności przestępstwa lub przestępstwa (wykroczenia) skarbowego.

Faza ad rem i ad personam postępowania karnoskarbowego

Wydanie postanowienia o przedstawieniu zarzutów rozpoczyna fazę in personam postępowania przygotowawczego i kreuje stronę procesową podejrzanego. Pogląd taki wyraził również SN w wyroku z dnia 23.07.1992 r.[5], Sąd zwrócił uwagę, że zarówno w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego[6], jak również w orzecznictwie Sądu Najwyższego[7] utrwaliła się tzw. zasada ochrony zaufania obywatela do prawidłowości działań organów administracji, z której wynika, iż nie powinien być narażony na uszczerbek obywatel działający w przekonaniu, iż odnoszące się doń działania organów państwa są prawidłowe i odpowiadające prawu. Podobna też argumentacja znalazła się w wyroku NSA z dnia 11.04.1996 r[8].

Status podejrzanego

Działanie praworządne polega między innymi na tym, aby niezwłocznie nadać status strony osobie podejrzanej. Zasadniczym celem tych przepisów jest, aby już od najwcześniejszego etapu postępowania przygotowawczego istniała równość stron, bowiem dopiero w fazie in personam mogą być realizowane konwencyjne uprawnienia oskarżonego wynikające z art. 6 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, w tym prawo oskarżonego do niezwłocznego otrzymania szczegółowej informacji w języku dla niego zrozumiałym
o istocie i przyczynie skierowanego przeciwko niemu oskarżenia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

[1] wyrok SN z 4.4.2005 r., I KZP 7/05
[2] wyrok SN z 7.11.2006 r., IV KK 150/06
[3] orzeczenia SN postanowienie z 24.04.2007 r., IV KK 31/07, wyrok z 2.06.2010 r, V KK 376/09, wyrok z 24.04.2013 r, V KK 453/12
[4] P 30/11, OTK-A 2012/7/81
[5] sygn. akt III ARN 40/92, POP 1993/4/68
[6] orzeczenie K. 3/89, K 14 i 15/91
[7]  orzeczenie z 14.02.1991 r., sygn. akt I PRN 1/91, OSNC 1992/11/207
[8] sygn. akt SA/WR 1931/95, Glosa 1997 r. Nr 8 str. 32

Mundial a rynek walutowy. Czy mistrzostwa świata mają wpływ na kursy?

Ostatnimi czasy pojawia się w mediach wiele artykułów, w których autorzy starają się udowodnić wpływ wielkich imprez sportowych na gospodarkę. W tym kontekście przeważnie analizowane są mistrzostwa piłkarskie, zarówno świata, jak i Europy, oraz igrzyska olimpijskie. Wielu komentatorów stara się znaleźć pewne prawidłowości statystyczne na poparcie swoich tez. W tym kontekście warto zastanowić się, jaki wpływ duże imprezy sportowe, takie jak piłkarski mundial, mają na kursy walut.

Jakie mają być powody fundamentalne wpływu tych wydarzeń? Na gospodarkę korzystny wpływ mają mieć już same inwestycje infrastrukturalne, poczynione, by tę imprezę przeprowadzić. W przypadku rynków walutowych z kolei będzie to zwiększony popyt na walutę. Powodem jest napływ kapitału z zagranicy, który musi zostać sprzedany, by nabyć walutę gospodarza imprezy. Im bardziej wzrośnie liczba chętnych na zakup waluty, tym bardziej powinna dana waluta drożeć. Pytaniem otwartym jest czy naprawdę te efekty są tak znaczące, by miały zauważalny wpływ. To z kolei jest mocno zależne od wielkości gospodarki względem oczekiwanych przychodów z imprezy.

Jak zatem można szacować wpływ walutowy mundialu? Z jednej strony należy zsumować kwoty, które kibice muszą wymienić, by spędzić czas w kraju gospodarza. Pula biletów na sprzedaż w Rosji to imponujące 3 miliony sztuk. Wedle danych z połowy czerwca sprzedano około 90%. Warto zwrócić uwagę, że mniej więcej jedna trzecia trafiła do Rosjan, co powoduje, że nie można liczyć tej części w ramach potrzeb walutowych. Pozostaje zatem około 1,8 miliona biletów przypadających na cudzoziemców. Zakładając, że prognozy o około 400 000 odwiedzających okażą się słuszne, okazuje się, że na każdego przyjeżdżającego przypada przeciętnie około 4,5 biletu. Ciężko oszacować jaki procent wydatków na miejscu pozostanie w Rosji, gdyż FIFA zysk ze sprzedaży będzie wymieniać z rubli. Zakładając nawet, że na 1 bilet przypadnie średnio 1000 dolarów, po odliczeniu środków dla FIFA otrzymujemy imponującą kwotę 1,8 miliarda dolarów.

Pytanie nasuwa się samo – ile to jest dla Rosji 1,8 miliarda dolarów. Miesięczny eksport tego państwa wynosi 36 miliardów. Mundial zatem będzie stanowił poniżej 0,5% rocznego eksportu. Sam eksport ropy i gazu w zeszłym roku dał ponad 130 miliardów dolarów. Oznacza to, że właściwie codziennie mamy wahnięcie cen ropy, które w perspektywie roku przekracza swoim wpływem cały mundial.

Jak zachowywał się rubel w ostatnim czasie? Chcąc być bardzo życzliwym można powiedzieć, że od połowy kwietnia rubel znajduje się na z grubsza stałych poziomach względem zarówno euro, jak i dolara. Jest to głównie podyktowane tym, że na początku kwietnia w ciągu kilku dni stracił około 10%, zatem to, że teraz delikatnie słabnie nie robi na nikim szczególnego wrażenia. Można oczywiście tłumaczyć, że rubel jako waluta powiązana z surowcami, osłabia się, gdy ich ceny spadają. Ta teoria ma jedną podstawową wadę: „W ostatnich czasach ropa będąca głównym towarem eksportowym wyraźnie drożeje. Trzeba też zauważyć, że ostatnich dniach rubel się przecież umacnia. Jest to owszem prawda, ale zaczął się umacniać piątego dnia mundialu i bardziej wygląda to na korektę ostatnich spadków, niż realne umocnienie” – ocenia Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy Currency One, operatora serwisów Internetowykantor.pl i Walutomat.pl.

Czy zatem organizacja tak dużej imprezy nie ma wpływu na rynki walutowe? To z kolei za daleko idący wniosek, bo skala tego zajścia jest niepomijalna. Z drugiej strony gdy wejdzie się w szczegóły to okazuje się, że jedno nawet bardzo duże wydarzenie nie zmieni ani waluty ani gospodarki blisko 150 milionowego państwa.

Zakaz handlu w niedziele – co najbardziej irytuje Polaków?

Blisko 3/4 spośród respondentów dostrzega wady wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę. Tak wynika z najnowszego badania „Zakaz handlu w niedziele w kontekście zwyczajów i opinii konsumentów” zrealizowanego dla ITBC Communication i Polskiej Rady Centrów Handlowych przez SW Research.

Polaków najbardziej irytuje sam fakt, odgórnej ingerencji w ich wolny wybór (35% badanych) oraz bardzo duży ruch i kolejki w obiektach handlowych w piątki oraz soboty bezpośrednio poprzedzające niehandlową niedzielę (35%).Obraz2

Wpływa to niekorzystnie na sposób postrzegania tych zmian legislacyjnych przez Polaków. Bowiem większa ilość odwiedzających sklepy to dłuższe kolejki i czas oczekiwania przy kasie, co niewątpliwie wywołuje frustrację wśród klientów.

Polacy podzieleni w sprawie centrów handlowych

Wyłączenie centrów handlowo-usługowych z ustawy o zakazie handlu w niedzielę podzieliło badanych, przy czym większa część respondentów (54%) zgadza się z postulatem wyłączenia obiektów handlowych na terenie „galerii” z rygoru ograniczającego handel w niedziele, który cieszył się szczególnym poparciem wśród mieszkańców miast liczących 200-500 tys. mieszkańców (70%). Co ciekawe, owy entuzjazm nie występuję wśród mieszkańców miejscowości nieznacznie mniejszych: 100-200 tys. (59%) oraz większych, liczących ponad 500 tys. mieszkańców (54%).

Miało być więcej czasu dla rodziny

Po wprowadzeniu 1 marca br., częściowego zakazu handlu w niedziele, dyskurs wyjaśniający potrzebę wprowadzenia ustawy opierał się na sformułowaniach wskazujących, że zmiana prawa pozwoli Polkom i Polakom na spędzenie większej ilości czasu razem z bliskimi. Jak się okazało, dla większości respondentów, wprowadzenie ustawy ograniczającej handel w niedzielę, nie wpłynęło na ilość czasu spędzanego z rodziną (68% wskazań).Obraz15

Mimo wszystko, przeszło 27% badanych po wprowadzeniu ustawy deklaruje większą ilość czasu jaki spędzają wspólnie z rodziną, przy czym 15% uważa, że tego czasu mają dużo więcej.

*Metodologia

Celem projektu była realizacja pogłębionych analiz zachowań i preferencji zakupowych Polaków po wprowadzeniu ustawy ograniczającej handel w niedziele. Badanie zostało zrealizowane przez SW RESEARCH dla ITBC Communication i Polskiej Rady Centrów Handlowych. Badanie zostało zrealizowane w dniach 23.04-29.04.2018. Agencja SW RESEARCH pozyskała wywiady metodą CAWI (on-line) z wykorzystaniem panelu internetowego SW Panel. W badaniu dobrano próbę pełnoletnich mieszkańców Polski z uwzględnieniem postulatu reprezentatywności dla płci, przedziałów wiekowych oraz klasy wielkości zamieszkiwanej miejscowości. W ramach badania zgromadzono 1001 unikalnych wywiadów.

Kurs dolara znów triumfuje. Euro powyżej 4,35

Spada spread polskich instrumentów dłużnych nad czeskimi w wyniku podwyżki stóp procentowych w Czechach. Ponownie umacniający się dolara, przy nadal wysokiej awersji do ryzyka, pchnął EURPLN na nowe, tegoroczne maksima powyżej 4,35.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W środę złoty pogłębił spadek. Przy zniżkującym EURUSD do 1,155 kurs EURPLN wzrósł powyżej 4,35. Najwyraźniej, przy nadal dominującej awersji do ryzyka (w wyniku konfliktu handlowego między USA a ich głównymi partnerami), rynek potrzebuje impulsu (w tym w postaci solidnych danych z Niemiec i strefy euro), aby wspólna waluta mogła wyraźniej zyskać na wartości. Wzrostom dolara nie przeszkadzają słabsze wyniki gospodarcze dla USA, w tym workowy spadek indeksu konsumentów Conference Board, czy wczorajsze odczyty dla zamówień na dobra trwałe (kolejny miesiąc z rzędu na minusie, w maju na poziomie -0,6%). To pokazuje, że obecnie nie fundamenty, a geopolityka kieruje zmianami na rynkach finansowych.

Nadal też negatywny wpływ na złotego wywiera słabnący chiński juan. Z Chin napływają doniesienia, że rząd może wesprzeć firmy, które stracą na wojnie celnej. Kurs juana do dolara notuje obecnie półroczne minimum, nasilając dodatkowo spekulacje, że Pekin chce wykorzystać słabszą walutę do ograniczenia strat będących wynikiem wojny handlowej. PBOC mógłby bowiem podjąć zdecydowane działania, które wsparłyby juana, czego jednak nie czyni.

W regionie najciekawszym wydarzeniem środowego handlu było decyzyjne posiedzenia Banku Czech. Nieoczekiwanie bank podniósł główną stopę o 25 pb do poziomu 1,0% czym umocnił czeska koronę. Kurs EURCZK spadł do 25,74 z blisko 25,92 przed decyzją. Para szybko jednak powrócił w okolice poziomów sprzed decyzji. Bardziej restrykcyjna polityka Banku Czech w stosunku do polskiej RPP sprzyja również zawężeniu spreadów instrumentów dłużnych. W sektorze 2-letnim spread swapów PL-CZ spadł w okolice 40pb. Decyzja czeskich władz monetarnych wynika z presji na wzrost cen, ryzyka do projekcji inflacyjnej zostały bowiem ocenione prowzrostowo.

Na polskim rynku stopy procentowej rentowności obligacji spadały, korygując ruch wzrostowy z początku tygodnia. Przy braku istotniejszych lokalnych publikacji, gdzie dopiero w czwartek opublikowane zostaną minutes z ostatniego posiedzenia RPP (które powinny potwierdzić gołębie nastawienie), uwaga koncentrowała się na wydarzeniach globalnych. Do spadku rentowności obligacji na świecie przyczyniały się utrzymujące się obawy dotyczące sytuacji handlowej na świecie. Prezydent Trump ogłosił, że zamierza wzmocnić rolę CFIUS, czyli agencji ds. inwestycji zagranicznych oraz działania Departamentu Handlu, których celem ma być ochrona przed transferem technologii i kradzieżą własności intelektualnej. Choć nie zaostrza to relacji pomiędzy USA, a Chinami to jednak rynek pozostaje ostrożny.

W najbliższych dniach wsparciem dla euro (i pośrednio złotego) mogą okazać się wstępne odczyty inflacyjne (czwartek dane dla Niemiec, a piątek dla całej EZ), jeśli nie rozczarują sięgając celu EBC. Rynek spodziewa się wzrostu indeksów zarówno DE CPI, jaki DE HICP do 2,1% r/r oraz EZ HICP do 2% r/r).  Niemniej presja niepewności utrzymująca się na rynku będzie nadal odczuwalna na krajowym rynku walutowym.

Wykres dnia: Podwyżki stóp procentowych w Czechach, przy stabilnej polityce monetarnej prowadzą do zawężenia spreadu instrumentów dłużnych.

Podwyżki stóp procentowych w Czechach, przy stabilnej polityce monetarnej prowadzą do zawężenia spreadu instrumentów dłużnych
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Firma, która nie płaci przez miesiąc, nie zapłaci też przez dwa

Dyscyplina płatnicza firm nie ulega poprawie. O opóźnieniach płatności kontrahentów wynoszących co najmniej 60 dni w ciągu ostatnich 6 miesięcy, wciąż informuje ponad połowa przedsiębiorstw – 52 proc. Na dodatek więcej firm niż w I kwartale negatywnie patrzy w przyszłość. Pesymistami są głównie firmy z branży handlowej – wynika z badania BIG InfoMonitor. Badania dotyczące zjawiska zatorów płatniczych wśród MSP pokazują również, że jeśli odbiorca usług czy towaru przeciąga płatność przez miesiąc, to w 90 proc. przypadków pozwoli sobie nie zrobić przelewu również w kolejnym miesiącu.

Odsetek firm zgłaszajacych problemy z przeterminowanymi należnościami pow. 60 dni w poprzednich 6 miesiącach
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor

Choć wskaźniki makroekonomiczne informują o bardzo dobrej kondycji krajowej gospodarki oraz dobrej sytuacji gospodarek zagranicznych, jakość wzajemnych płatności przedsiębiorstw nie zmienia się na lepsze. W II kwartale br. wciąż ponad połowie firm – 52 proc., dokuczają trwające min. 60 dni opóźnienia w uzyskiwaniu płatności od kontrahentów. W porównaniu z I kwartałem tego roku, odnotowano jedynie symboliczną zmianę. Odsetek firm, które miały w minionych 6 miesiącach kłopot z uzyskaniem pieniędzy za sprzedany towar i usługi spadł z 52,6 proc. do 52,1 proc. Obecnie częściej niż pozostali, na opóźnione płatności skarżą się firmy handlowe.

W opinii firm handlowych, płatności opóźniają głównie podmioty z branży budowlanej i przemysłowej. Z kolei podmioty usługowe częściej podają, że nieterminowo płacą im głównie przedsiębiorstwa transportowe. O opóźnieniach ze strony szeroko pojętego przemysłu, istotnie częściej informują producenci, którzy sami reprezentują branżę przemysłową  – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Co wydaje się zaskakujące, w II kwartale rzadziej problemy z płatnościami od odbiorców sygnalizują mikrofirmy zatrudniające do 9 osób.  Jak wynika z badania, najwięcej kłopotów mają natomiast średnie przedsiębiorstwa z załogą liczącą od 50 do 249 pracowników.

Prognoza dla liczby faktur, z płatnością opóźnioną o ponad 60 dni
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor

Jeśli chodzi o perspektywy na przyszłość, to liczba przedsiębiorców obawiających się zwiększenia kwot przeterminowanych płatności wzrosła, głównie dzięki handlowi. Opinię, że opóźnionych należności będzie przybywać. Na początku roku podzielało 15 proc. badanych, obecnie myśli tak 18 proc. firm. Natomiast odsetek optymistów przewidujących poprawę spadł z 22 proc. do 18 proc. (odpowiadały firmy, które mówiły, że mają problem z uzyskiwaniem płatności).

Jakby tego było mało, topnieje odsetek firm, które choć handlują z odroczonym terminem płatności, mają solidnych dostawców i nie dotyczy ich problem opóźnień. Pod koniec zeszłego roku odpowiadało tak 36 proc. firm, na początku tego roku 33 proc., a obecnie jedynie 24 proc.

Wzrósł natomiast udział firm przyznających, że przyczyniają się do powstania zatorów płatniczych. Po tym jak im nie zapłacono przekazały problem dalej i nie zapłaciły też swoim dostawcom. Tym razem robi tak więcej niż co czwarty przedsiębiorca (27 proc.) i jest to częstszy problem, niż w dwóch poprzednich kwartalnych pomiarach, kiedy o takiej sytuacji informowało 16-18 proc. respondentów. Jak wynika z badania, obecnie wyraźnie częściej zachowują się w ten sposób firmy usługowe.

– Ze względu na zmianę prawa, która pozwala wpisać do rejestru BIG dług opóźniony już co najmniej o 30 dni, a nie jak wcześniej o 60 dni, spytaliśmy mikro, małe i średnie firmy o skalę ponad 30-dniowych opóźnień – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.Odpowiedzi dają do myślenia i niezbicie pokazują jak niebezpieczne jest dopuszczenie do niezapłacenia faktury nawet przez miesiąc. Jeśli dłużnik przeciąga płatność przez miesiąc, to w 9 na 10 przypadków pozwoli sobie nie zrobić przelewu też w kolejnym miesiącu – zwraca uwagę.

Odsetek firm, które miały w ostatnich 6 miesiącach należności przeterminowane
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor

Okazało się bowiem, że w ostatnich 6 miesiącach, problem płatności opóźnianych o min. miesiąc miało 58 proc. respondentów, a opóźnień przekraczających 60 dni miało niewiele mniej bo 52 proc. Co pokazuje, że tylko w 1 na 10 przypadków opóźniający płatności powyżej 30 dni, zdecyduje się zapłacić w następnym miesiącu. Pozostali będą zwlekać dalej. – Stwierdzenie w tym kontekście, że cierpliwość popłaca, z pewnością się nie sprawdza. Wyniki badania pokazują niezbicie, że na opóźnienia w regulowaniu zobowiązań kontrahentów trzeba reagować szybko – komentuje Sławomir Grzelczak. Najlepiej jednak zapobiegać niż leczyć i przed podpisaniem umowy dobrze zweryfikować odbiorców, aby nie narażać biznesu na ryzyko współpracy z niesolidnym płatnikiem – dodaje.

W Rejestrze Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz bazie BIK, płatności przeterminowanych o min. 30 dni, na kwotę co najmniej 500 zł jest już obecnie 26,5 mld zł. Zaległości dotyczą 227 350 firm.

*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”. przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, maj 2018 r.

Wysokie miejsce w rankingu nie chroni przed klęską

Rynki drżą przed wizją, że negocjacyjne gierki Trumpa w końcu osłabią globalny wzrost gospodarczy. Pojawiają się głosy, że wyborcze hasło „America First” stanie się przepowiednią wejścia największej gospodarki świata jako pierwszej w stan recesji (i pociągnie resztę globu). Inwestorzy są zaniepokojeni, co podsyca awersję do ryzyka. Wygrywa USD i JPY, traci cała reszta.

Polityka handlowa USA zaczyna kreować coraz większą dezorientację. Wczoraj mieliśmy moment ulgi po doniesieniach, że prezydent USA Trump zamierza wzmocnić proces kontroli zagranicznych inwestycji w USA. Działania te docelowo miałyby udaremnić nabycie technologii przez chińskie podmioty, jednak byłoby to łagodniejsze podejście wobec Chin niż wcześniejsze sygnały sugerujące plany konkretnych restrykcji dla firm z Państwa Środka. Spokój nie trwał jednak długo, gdyż kilka godzin później doradca gospodarczy Białego Domu Larry Kudlow powiedział, że decyzja Trumpa wcale nie oznacza, że złagodził on swoje stanowisko wobec Chin. Zamieszanie informacyjne tylko podsyca wątpliwości, do czego finalnie doprowadzi protekcjonizm USA. A w szczególności, coraz trudniej jest bronić tezy, że skutki dla globalnego ożywienia będą minimalne. Osobiście pozostanę optymistą i nie spodziewam się, aby świat czekała totalna wojna handlowa. Z drugiej strony przeciągający się okres niepewności i obaw może podkopać zaufanie wśród inwestorów, gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, co finalnie przerodzi się w spowolnienie gospodarcze. Politycy igrają z ogniem, nie widząc pobocznych konsekwencji.

Na rynkach wyczuwalna jest atmosfera awersji do ryzyka. Jeśli dodamy do tego klątwę końca kwartału oraz ograniczona płynność w środowe popołudnie (kiedy spora rzesza inwestorów wolała śledzić historyczne wydarzenia w rosyjskim Kazaniu), otrzymujemy mieszankę, gdzie ucieczka od ryzyka jest trudna do zatrzymania. Nawet jeśli źródłem niepokoju są USA, dolar wciąż pozostaje najpłynniejsza bezpieczną przystanią, a zanim zaraz pojawia się JPY. Zaangażowanie Chin w konflikt uderza w AUD i NZD i one powinny najbardziej tracić, jeśli spirala strachu się rozkręci. Ale w ramach G10 bezpieczne nie będą też inne waluty z wysoka betą, jak SEK i NOK. EUR/USD wraca w stronę 1,15, gdyż kapitulują Ci, którzy na początku tygodnia wierzyli w trwalsze odbicie kursu. To techniczny ruch, któremu jednak nic nie stoi obecnie na przeszkodzie. Problemy ma też złoty (jak i cały segment rynków wschodzących) i w krótkim terminie należy się nastawiać podtrzymanie słabości.

Dziś w kalendarzu nie ma nic szczególnego. Finalny odczyt PKB z USA raczej nie ruszy dolarem – dane za I kw. są za bardzo przestarzałe. Inflacja z Niemiec ma nikłe szanse, by zaznaczyć nasilenie presji inflacyjnej, więc euro to nie pomoże. W Brukseli startuje szczyt UE, gdzie głównym tematem będzie imigracja. Kanclerz Niemic Merkel jedzie z zadaniem wypełnienia ultimatum o powstrzymaniu dalszego napływu uchodźców z południa Europy do bogatszej północy. W przeciwnym wypadku Merkel ryzykuje utratę partnera koalicyjnego (CSU) i rozpad rządu. Przed Niemcami kolejny trudny pojedynek z dużymi szansami porażki. Ale póki rozpad rządu nie stanie się faktem, ryzyka dla EUR z tego frontu pozostają ograniczone.

Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polski rynek pracy jednym z atrakcyjniejszych w Europie

W kwietniu br. stopa bezrobocia w Polsce była jedną z najniższych w Europie, a Polacy znaleźli się w grupie narodów najlepiej oceniających rodzimy rynek pracy. Lepsze nastroje w tym czasie panowały tylko w Niemczech, Austrii i Szwecji. Wg Eurostatu, największe problemy ze znalezieniem zatrudnienia mają obecnie pracownicy z krajów śródziemnomorskich. To oni również są najmniej zadowoleni z warunków oferowanych im przez pracodawców – wynika z badania „Confidence Index” przeprowadzanego cyklicznie przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

W marcu br. stopa bezrobocia w naszym kraju wyniosła 3, 9 proc., a w kwietniu 3, 8 proc., czyli prawie dwa razy mniej niż średnia w Unii Europejskiej (7,1 proc.) – podaje Europejski Urząd Statystyczny. Natomiast wg Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), stopa bezrobocia w Polsce na koniec marca 2018 r. wyniosła 6,6 proc., a miesiąc później zmniejszyła się o 0,3 pkt. proc. – do 6,3 proc. Mimo różnicy w danych statystycznych, wynikających z odmiennej metody obliczania, niepodważalnym faktem jest to, że bezrobocie w Polsce maleje, a polski rynek pracy coraz lepiej wypada również na tle europejskim.

Europejscy liderzy rynku pracy

Wg Eurostatu, w kwietniu br. niższe bezrobocie od Polski odnotowało tylko pięć krajów – Czechy (2,2 proc.), Islandia (2,9), Malta (3,0 proc.), Niemcy (3,4 proc.) i Węgry (3,7 proc.). Dane te znajdują również odzwierciedlenie w wynikach cyklicznych badań „Confidence Index” przeprowadzanych przez firmę Michael Page. Zgodnie z nimi, w I kwartale 2018 r. większość polskich pracowników (62 proc.) korzystnie oceniło krajowy rynek pracy i swoją obecną sytuację zawodową. Poziom optymizmu wśród Polaków był wyższy od średniej europejskiej o 4 p.p., co uplasowało Polskę na 4. pozycji w Europie. Bardziej usatysfakcjonowani rodzimym rynkiem pracy byli tylko Niemcy (69 proc.), Austriacy (68 proc.) i Szwedzi (68 proc.). Co ciekawe, wg Eurostatu poziom bezrobocia w Austrii i Szwecji w kwietniu br. był o wiele wyższy niż w Polsce i wynosił kolejno 4,9 proc. i 6,3 proc. Analizując wyniki badania Michael Page, można jednak zauważyć, że reprezentanci tych krajów zdecydowanie lepiej niż Polacy oceniają przyszłość swojej kariery zawodowej. Awansu w ciągu najbliższego roku spodziewa się ponad 67 proc. Austriaków i niemal 60 proc. Szwedów. Dla porównania, wśród naszych rodaków promocji oczekuje 4 na 10 badanych.

Wciąż skomplikowana sytuacja krajów śródziemnomorskich

Najtrudniejsza sytuacja na rynku pracy panuje w krajach śródziemnomorskich. Wg Eurostatu, w marcu br. bezrobocie w Grecji wynosiło 20 proc. Nieco lepsze wskaźniki w kwietniu br. odnotowała Hiszpania (15,9 proc.) i Włochy (11,2 proc.). To oddziałuje również na nastroje pracowników. Badanie Michael Page pokazuje, że zadowolonych z rodzimego rynku pracy jest tylko 42 proc. Włochów i 48 proc. Hiszpanów. Na tle pozostałych badanych krajów, to właśnie reprezentanci tych państwa zdecydowanie bardziej martwią się także o stabilność swojego zatrudnienia. Do niepewnej sytuacji przyznało się aż 44 proc. Włochów i 27 proc. Hiszpanów. Dla porównania, w Polsce odsetek osób niepokojących się o swoje zatrudnienie wynosi nieco ponad 17 proc.

Dzięki specjalnej pompie może się zwiększyć liczba dawców zakwalifikowanych do transplantacji. Obecnie co dziesiąty jest odrzucany z przyczyn medycznych

Dzięki specjalnej pompie może się zwiększyć liczba dawców zakwalifikowanych do transplantacji. Obecnie co dziesiąty jest odrzucany z przyczyn medycznych 9

Dzięki zastosowaniu pompy perfuzyjnej pracującej w temperaturze zgodnej z fizjologiczną podczas przechowywania narządów do transplantacji można znacząco zwiększyć liczbę udanych przeszczepów. Dzięki urządzeniu narząd przed operacją mógłby zostać wyleczony, dzięki czemu poszerzyłoby się grono potencjalnych dawców. Obecnie na narząd do przeszczepu czeka co roku w Polsce około 1,5 tys. osób. Liczba dawców jest trzykrotnie niższa.

– Standardowym sposobem przechowywania narządów jest włożenie ich do worka z chłodnym płynem, w którym temperatura wynosi 4 stopnie C. Tak zapakowany organ trafia następnie do ośrodka transplantacyjnego. Przy pomocy pompy perfuzyjnej narząd podłącza się do specjalnego systemu przepływowego i tam w trakcie przechowywania cały czas tłoczony jest chłodny płyn, który przepływa przez układ naczyniowy. W ten sposób narząd jest zdecydowanie lepiej przydatny do przeszczepienia. Okazało się natomiast, że hipotermia wcale nie jest doskonała dla narządów. Lepiej, gdyby były one przechowywane w temperaturze ok. 37 stopni – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. n. med. Michał Wszoła, przewodniczący Rady Konsorcjum BIONIC.

Wielu potencjalnych dawców nie jest kwalifikowanych do pobrania narządów np. z powodu chorób, z którymi zmagali się za życia. Część narządów nie jest natomiast dopuszczana do przeszczepu, ponieważ nie udało się ich zachować w należytym stanie. Dzięki zastosowaniu pompy perfuzyjnej o temperaturze zbliżonej do ciała człowieka będzie możliwość podawania różnego rodzaju leków do narządów w trakcie ich przechowywania, zanim trafią do ciała biorcy (zwykle trwa to ok. 24 godzin).

– W tym czasie mamy możliwość zastosowania leków, terapii genowej, najróżniejszych preparatów, które pomogą i być może wyleczą ten narząd. Leki będzie można podać w większych dawkach z tego względu, że one będą działały wyłącznie na ten narząd, a nie będą zastosowane w organizmie człowieka. W ten sposób jesteśmy w stanie zwiększyć potencjalną pulę narządów do przeszczepienia – zapewnia dr hab. Michał Wszoła.

Dyskwalifikujące do przeszczepu są na przykład wszelkiego rodzaju przewlekłe choroby zapalne, które mogą wpływać na kondycję innych organów, nawet jeśli nie dotyczą bezpośrednio przeszczepianego narządu. Przykładem chorób dyskwalifikujących dawcę są nieswoiste zapalenia jelit (nzj). Możliwość wyleczenia narządu osłabionego chorobą w znaczny sposób zwiększyłaby więc kwalifikowalność do pobrań na cele przeszczepu.

– Są określone kryteria dotyczące tego, od jakiego dawcy można pobrać narządy, i część osób zmarłych nie spełnia tych kryteriów. Zastosowanie takiej pompy w normotermii dałoby możliwość rozszerzenia tej potencjalnej puli dawców. Te narządy, których teraz nie pobieramy wcale, można by włożyć na taką pompę, poddać odpowiedniemu leczeniu i dopiero wtedy wykonać przeszczep – tłumaczy przewodniczący Rady Konsorcjum BIONIC.

Na świecie kilka zespołów pracuje nad podobnymi rozwiązaniami. W Kanadzie w warunkach klinicznych wykorzystuje się podobną pompę przy przeszczepach płuc. W badaniach przedklinicznych są już także pompy dla serca i wątroby.

Projekt pompy perfuzyjnej jest na razie na początkowym etapie realizacji. Za zespołem badawczym jest już stworzenie inżynierskich projektów urządzenia oraz konsultacje z firmą stosującą tego typu pompy w warunkach hipotermii. Konsorcjum stara się też pozyskać środki niezbędne do wdrożenia kolejnych etapów, w tym testów przedklinicznych na zwierzętach.

Według danych Poltransplantu pod koniec 2016 roku na narząd do przeszczepu oczekiwało nieco ponad 1,6 tys. Polaków, a zarejestrowano 677 potencjalnych dawców. W przypadku 9 proc. z nich nie doszło do pobrania ze względów medycznych.

P. Kuczyński: Polska może być bardziej podatna na zagrożenia gospodarcze i polityczne. Wszystko przez osobny budżet dla strefy euro

P. Kuczyński: Polska może być bardziej podatna na zagrożenia gospodarcze i polityczne. Wszystko przez osobny budżet dla strefy euro 10

Zapowiedź osobnego budżetu dla strefy euro, choć na razie mało konkretna, może być pierwszym krokiem do tworzenia Europy dwóch prędkości – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Natomiast kraje spoza Eurolandu, w tym Polska, będą bardziej podatne na globalne zagrożenia. Dlatego wiele z nich będzie za wszelką cenę dążyć do przyjęcia wspólnej waluty. W Polsce – zdaniem eksperta – nie ma na to szans przez kolejne 7–9 lat.

Kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Emmanuel Macron po spotkaniu w zamku Meseberg zapowiedzieli stworzenie osobnego budżetu dla strefy euro. Mógłby obowiązywać już w 2021 roku. Politycy przyznali, że uzgodnienie tego projektu było najtrudniejszym elementem rozmów. Analitycy dodają, że równie trudna może być faktyczne stworzenie wspólnego budżetu strefy euro.

Zapowiedzi prezydenta Macrona i kanclerz Merkel niewiele mówią. Mówią tylko o tym, że chcieliby, żeby powstał specjalny budżet dla strefy euro. Po pierwsze, musi być na to zgoda wszystkich krajów strefy euro. Wcale nie jest pewne, że ona nastąpi. Po drugie, nawet jeśli nastąpi, to nie wiadomo, jaka będzie skala tego budżetu, bo kanclerz Merkel raczej myślałaby o dziesiątkach miliardów euro, a Macron raczej myśli o setkach miliardów euro – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Zdaniem analityków wspólny budżet strefy w pierwszym etapie projektu będzie stosunkowo niewielki. Środki ze wspólnej kasy miałyby być przeznaczane na inwestycje i zmniejszanie różnic między państwami. Jednocześnie miałyby też chronić kraje strefy przed kryzysami i atakami gospodarczymi.

Przypuszczam, że jest to pierwszy ruch, który ma doprowadzić do scementowania strefy euro, żeby ona była bardziej zwarta, by powstała Europa pierwszej prędkości, w odróżnieniu do Europy drugiej prędkości, która euro nie używa – podkreśla Piotr Kuczyński.

Kraje strefy euro, konsolidując wspólne finanse, będą lepiej chronione przed zagrożeniami zewnętrznymi. To oznacza, że państwa pozostające poza nią mogą być na nie bardziej podatne.

Napięcia na świecie rosną. Zapowiedzi wojny globalnej, nacjonalizmy, autorytaryzmy – te zjawiska stają się coraz groźniejsze. W tej sytuacji należy się konsolidować – tłumaczy Piotr Kuczyński. – Osobny budżet to sygnał, że prędkość w UE wyraźnie będą nadawać kraje strefy euro, a ci, którzy są na zewnątrz, będą coraz bardziej pomijani w decyzjach. Podejrzewam więc, że wiele krajów, które nie są w strefie euro, będą dążyły do przyjęcia wspólnej waluty.

O perspektywie przyjęcia euro coraz częściej mówi nawet premier Węgier Viktor Orbán, a to – w opinii Kuczyńskiego – może oznaczać, że Polska w perspektywie kilku lat może być jednym z niewielu państw bez wspólnej waluty. Zgodnie z traktatami Polska musi przyjąć wspólną walutę, ale data jej przyjęcia nie została określona.

To może być odsuwane ad Kalendas Graecas. Moim zdaniem gospodarczo nie jesteśmy przygotowani na używanie euro w tej chwili, ale od strony politycznej lepiej byłoby je przyjąć. Tyle że teraz nie ma takiej możliwości. Nie wyobrażam sobie też, że po wyborach w przyszłym roku będzie taka możliwość, bo trzeba np. zmienić konstytucję w kierunku przyjęcia euro. W związku z tym w najbliższej przyszłości datowanej na następne 7–9 lat nie widzę euro w Polsce – dodaje główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Tylko 20 proc. młodych innowacyjnych firm jest finansowanych ze środków prywatnych. To dziesięciokrotnie mniej niż w innych krajach europejskich

Tylko 20 proc. młodych innowacyjnych firm jest finansowanych ze środków prywatnych. To dziesięciokrotnie mniej niż w innych krajach europejskich 11

Liczba start-upów w Polsce rośnie, ale od trzech lat utrzymuje się poniżej 3 tys. – wynika z raportu ExMetrix „Przedsięwzięcia w fazie start-up oraz nakłady na badania i rozwój – sytuacja w Polsce i na świecie” przygotowanego na zlecenie Zespołu Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT. Pod względem nakładów na badania i rozwój znacznie odbiegamy od europejskiego rynku. Najlepsza sytuacja panuje w Danii oraz Luksemburgu, gdzie w przedsięwzięcia rozwijające się angażowanych jest ponaddziesięć razy więcej kapitałów venture niż w Polsce. Ponadto koszty założenia start-upu są u nas cztery razy wyższe niż w innych krajach bałtyckich. Prezentując raport, ZUT NOT chce zaprosić start-upy do udziału w konkursie Laur Innowacyjności 2018, który promuje innowacyjne produkty, technologie i usługi.

ExMetrix zwraca uwagę na fakt, że pod względem finansowania start-upów w początkowej fazie Polska odbiega od rynku europejskiego.

– W Polsce ok. 20 proc. środków pochodzi od inwestorów prywatnych, natomiast aż 80 proc. ze środków publicznych. W Europie ta proporcja jest zupełnie inna. Jest to związane m.in. z polskim stanem prawnym, który nie motywuje osób prywatnych do inwestowania poprzez fundusze VC w tego typu przedsięwzięcia ze względu na podwójne opodatkowanie. Dopóki ono nie zniknie, inwestorzy będą woleli inwestować na rynku forex czy w nieruchomości –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Łukoś, autor raportu „Przedsięwzięcia w fazie start-up oraz nakłady na badania i rozwój – sytuacja w Polsce i na świecie”, ekspert ExMetrix.

– Podstawowy problem to finansowanie start-upów w Polsce, dlatego że małe przedsiębiorstwa z dobrymi pomysłami mają problem z pozyskaniem godziwych środków, które można potem realnie wykorzystać na finansowanie działalności. Drugi problem to wsparcie merytoryczne, chodzi m.in. o korelację start-upy kontra uczelnie czy inne zespoły eksperckie – mówi Tomasz Karwat, prezes Zespołu Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT.

Jak wynika z danych ExMetrix, koszty procedur związanych z założeniem start-upu w Polsce nieznacznie spadły w porównaniu z ubiegłym rokiem (o 0,1 pkt proc.), ale wciąż pozostają znacznie wyższe niż w regionie Europy Centralnej i innych państwach nadbałtyckich.

– W fazie początkowej działania start-upu ponoszone są pewne koszty związane z procedurami, które są niezbędne, aby założyć tego typu przedsięwzięcie w danym kraju. W oczy rzuca się ogromna dysproporcja między Polską a krajami bałtyckimi, ale również np. Białorusią. W Polsce te koszty wynoszą około 1 500 dolarów, podczas gdy w innych krajach regionu są kilkukrotnie niższe i wynoszą około 200–300 dolarów – mówi Ryszard Łukoś.

W działalności start-upów przeważa model B2B (57 proc.), co sugeruje, że impulsem do zakładania takich przedsięwzięć jest rynek tworzony przez duże firmy. Istotnym czynnikiem rozwoju jest też ekspansja zagraniczna – te start-upy, które eksportują swoje produkty i usługi, są większe i rosną znacznie szybciej.

– O start-upach mówi się, że związane są z innowacyjnością. Najwięcej ich działa w branży IT, ale od kilku lat na prowadzenie wysuwa się obróbka dużych ilości danych, czyli big data – tym zajmuje się 19 proc. start-upów. Na kolejnych miejscach są takie dziedziny jak narzędzia dla deweloperów i programistów, IT, nauki przyrodnicze i biotechnologia – wylicza Ryszard Łukoś.

Co ciekawe, na przestrzeni ostatnich dwóch lat niemal dwukrotnie wzrosła liczba start-upów, które deklarują współpracę z nauką (z 25 proc. do 46 proc.). Znacznie zwiększyła się też liczba podmiotów, które mają własne laboratoria (z 11 proc. w 2016 roku do 29 proc. obecnie)

Zespół Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT zainaugurował 8. edycję konkursu Laur Innowacyjności, którego celem jest wyłonienie najlepszych produktów innowacyjnych oraz promowanie nowoczesnych polskich produktów, technologii i usług. Swój akces do konkursu może zgłosić każdy start-up, osoba fizyczna czy spółka – niezależnie od wielkości – która chce się pochwalić innowacyjną usługą lub produktem.

– Konkurs Laur Innowacyjności skupia rozwiązania techniczne, które są inne, lepsze, bardziej efektywne. Chcemy zachęcić do udziału wszystkich tych, którzy mają dobre pomysły na nowe produkty, usługi, prawdziwą innowacyjność. Kapituła ekspertów ocenia te rozwiązania i daje możliwość porównania się z innymi, to jest ideą konkursu – mówi Tomasz Karwat.

Start-upy i innowacyjne przedsiębiorstwa mogą zgłaszać swój akces do konkursu najpóźniej do 9 października. Następnie jury wyłoni zwycięzców w 13 kategoriach: energetyka, transport, informatyka, komunikacja, maszyny i urządzenia, budownictwo, telekomunikacja, przemysł spożywczy i farmaceutyczny gospodarka wodna, rolnictwo.

– W każdej z tych 13 kategorii dobierane są zespoły ekspertów, które oceniają dane rozwiązania na podstawie prezentacji. Każdy z uczestników przygotowuje prezentację, opisuje, na czym polega jego rozwiązanie techniczne. To faza grillowania, dlatego że nasze zespoły eksperckie chcą wyciągnąć jak najwięcej i zadają dużo kłopotliwych pytań. Chcielibyśmy zaprosić do udziału w konkursie wszystkich tych, którzy mają dobre pomysły. Mogą być to start-upy, które działają nie dłużej niż 2 lata, ale również inne podmioty, które praktykują na rynku rozwiązania techniczne, rozwijają je, mają nowe pomysły na technologie albo usługi – mówi prezes Zespołu Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT.

Zgłoszenia do udziału w konkursie można składać w trzynastu kategoriach do 9 października na stronie internetowej laurinnowacyjnosci.pl. Ocenia je niezależna kapituła, w skład której wchodzą eksperci Zespołu Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT, mający niezbędne uprawnienia państwowe i branżowe, biegli sądowi, profesorowie najlepszych polskich uczelni. Zwycięzcy zostaną nagrodzeni podczas uroczystej Gali Konkursu, która odbędzie się 7 listopada 2018 r. w Warszawskim Domy Technika przy ul. Czackiego 3/5.

Instytut Staszica: Połączenie Orlenu i Lotosu poprawi bezpieczeństwo energetyczne Polski. Zyskają też kierowcy, bo ceny paliw mogą spaść

Instytut Staszica: Połączenie Orlenu i Lotosu poprawi bezpieczeństwo energetyczne Polski. Zyskają też kierowcy, bo ceny paliw mogą spaść 12

Konsolidacja Orlenu i Lotosu może przynieść duże korzyści polskiej gospodarce – oceniają eksperci Instytutu Staszica. Budowa przez duże koncerny siły ekonomicznej państwa w ramach inwestycji w przetwórstwo ropy czy możliwość inwestowania w duże projekty technologiczne może także wpłynąć na przyspieszenie rozwoju gospodarki. Korzyści powinni odczuć także kierowcy. Jeśli integracja pomiędzy Orlenem a Lotosem będzie skuteczna, rynek będzie lepiej zorganizowany, a to może doprowadzić nawet do obniżki cen paliw.

– Polska jako jedyna z krajów nie tylko Europy Środkowej, lecz także wśród wielu krajów Zachodu miała dwa odrębne podmioty kontrolowane przez państwo na rynku paliwowym, energetycznym i naftowym. Połączenie Orlenu i Lotosu w jeden silny organizm zdecydowanie poprawi naszą sytuację jako negocjatora w przypadku zakupów ropy naftowej, czy to od Rosji, czy to od Arabii Saudyjskiej, Iranu czy USA, po drugie, zdecydowanie pomoże nam w łatwiejszym pozyskiwaniu dostępu do złóż ropy naftowej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dawid Piekarz, ekspert Instytutu Staszica.

Jak podkreśla, konsolidacja Orlenu i Lotosu sprawi, że powstanie jedna silna firma, która będzie mogła skuteczniej konkurować z potentatami z innych krajów. Duża firma będzie bardziej odporna na niekorzystne warunki makroekonomiczne. Umocni się także pozycja takiego podmiotu w segmencie poszukiwań oraz wydobycia ropy i gazu. Obecnie stanowi to ok. 23 proc. działalności Lotosu i 2 proc. Orlenu. Po połączeniu firmie łatwiej będzie pozyskiwać dostęp do własnych złóż, a to zaś przełoży się na większe bezpieczeństwo energetyczne Polski.

– Na rynku dużych przedsiębiorstw trwa walka o to, kto kogo przejmie, rywalizacja. Duży podmiot będzie łatwiejszy do obronienia przed wrogim przejęciem, a z drugiej strony w sytuacji, kiedy trzeba będzie w taki czy inny sposób wyłożyć pieniądze na jakiś istotny projekt inwestycyjny albo przejęcie innego podmiotu z korzyścią dla nas, będzie to zdecydowanie łatwiej zrobić jednemu, silniejszemu kapitałowo podmiotowi. Pod tym względem ta transakcja jest korzystna dla siły polskiej gospodarki – przekonuje dr Dawid Piekarz.

Po połączeniu powstanie firma, która nie będzie ustępować największym graczom w regionie. Łączna kapitalizacja obu spółek przekracza 13,5 mld euro. Dla porównania, węgierski MOL wart jest ok. 7,6 mld euro, a austriacki OMV – 7,3 mld euro. Także pod względem przerobu ropy bylibyśmy najwięksi w regionie. Szacuje się, że łącznie moce produkcyjne Lotosu i Orlenu sięgają 42,8 mln ton. Ponad połowę mniej przetwarza węgierski MOL, a OMV mniej niż 16 mln ton.

Konsolidacja może oznaczać nie tylko korzyści dla rynku paliwowo-energetycznego i gospodarki, lecz także dla kierowców. Zdaniem ekspertów nie należy się obawiać podwyżki cen paliw, choć oczywiście dużo będzie zależeć od cen surowców.

– Jeśli transakcja przebiegnie sprawnie, jeśli integracja pomiędzy Orlenem a Lotosem będzie skuteczna, to rynek stanie się jeszcze lepiej zorganizowany, niż jest obecnie, a to prosta droga do obniżki cen – analizuje dr Marian Szołucha, ekspert rynku paliwowo-energetycznego z Akademii Finansów i Biznesu „Vistula”.

Dla sukcesu konsolidacji kluczowe będzie minimalizowanie czynników ryzyka, które pojawiają się przy każdej tego typu transakcji między dwoma dużymi podmiotami. Dlatego Instytut Staszica podkreśla, że z punktu widzenia pracowników i akcjonariuszy ważne jest jak najszybsze przygotowanie i przedstawienie „mapy drogowej” konsolidacji.

– Te wyzwania to, po pierwsze, przerost organizacji, który rodzi pewne problemy w zarządzaniu, związany choćby z biurokratyzacją podmiotu. Po drugie, to kwestie związane z różnicami w kulturach organizacyjnych. Poza tym przy dużych transakcjach mogą się zdarzyć niespodzianki w negatywnym znaczeniu. Po czwarte, jeśli cena transakcji jest zbyt wysoka, to stopa zwrotu z takiej inwestycji okazuje się niższa, niż wcześniej zakładał podmiot przejmujący i jego właściciel – wymienia dr Marian Szołucha.

Z uwagi na obroty obu firm na przeszkodzie w konsolidacji może stanąć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a przede wszystkim, z racji choćby na napięte relacje między Polską a krajami Unii – Komisja Europejska. Jeden silny koncern, choć podobnie jest w innych krajach – Francji, Hiszpanii czy Włoszech – może jednak naruszać przepisy unijne.

– Obie instytucje z pewnością będą się bardzo bacznie przyglądały przygotowaniom i samemu przebiegowi połączenia Orlenu i Lotosu – zaznacza dr Marian Szołucha.

Co czwarty Polak jest przewlekle chory. Pracodawcy niechętnie zatrudniają takie osoby

Co czwarty Polak jest przewlekle chory. Pracodawcy niechętnie zatrudniają takie osoby 13

W sytuacji, gdy polskie społeczeństwo się starzeje, a rynek cierpi na brak rąk do pracy, duża grupa osób w wieku produkcyjnym nie może pracować z powodu przewlekłej choroby. Problemem jest brak dostępu do szybkich i skutecznych terapii, ale także niechęć samych pracodawców do zatrudniania takich osób. Według organizacji Pracodawców RP zapewnienie chorym dostępu do odpowiednich terapii mogłoby zmienić podejście przedsiębiorców.

– Trzeba sobie zdać sprawę z sytuacji demograficznej, w której każdy pracownik jest na wagę złota. Często osoby, których dotyka choroba przewlekła, w firmie są kluczowymi pracownikami, więc to pracodawca powinien m.in. dostosować czas pracy dla takich osób oraz uwzględnić ten fakt w innych elementach polityki HR – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Pączka, zastępca dyrektora generalnego Pracodawców RP. – Aby te wszystkie elementy zagrały w zakresie zwiększenia dostępności i zatrudniania osób chorujących przewlekle, zmian wymaga także system ochrony zdrowia.

W ramach kampanii „Choroba? Pracuję z nią” organizacja Pracodawców RP przeprowadziła dwa badania, ilościowe i jakościowe, dotyczące zarówno perspektyw zatrudnienia osób z chorobą przewlekłą, jak i ich odczuć. Wynik jest mało optymistyczny: okazuje się, że zarówno pracodawcy mają obawy przed zatrudnianiem osób chorujących przewlekle, jak i sami pracownicy odczuwają niechęć pracodawców. 71 proc. przedstawicieli HR przyznało, że zdarzają się przypadki odrzucenia kandydatury pracownika ze względu na stan jego zdrowia i to pomimo, że już ponad połowa firm deklaruje problemy z pozyskaniem kadry. Tymczasem 23 proc. osób w wieku produkcyjnym choruje przewlekle. Dopóki mogą, udają, że są zdrowe.

Współczesna medycyna daje jednak chorym przewlekle szansę na prowadzenie aktywnego życia społecznego i zawodowego. Nowoczesne, stosowane rzadziej lub w wygodniejszej formie terapie trafiają już do pacjentów chorych m.in. na raka piersi i reumatoidalne zapalenie stawów. Są także choroby jak np. stwardnienie rozsiane, gdzie również pojawiają się coraz skuteczniejsze leki, które wystarczy stosować np. dwa razy w ciągu roku.

– Są np. innowacyjne terapie podskórne, które powodują, że taki pracownik-pacjent, jest 2–3 godziny w szpitalu, a następnego dnia już może wrócić do pracy – przekonuje Arkadiusz Pączka. – Mówimy często o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia, tymczasem musimy jako system ochrony zdrowia i państwo polskie w większym stopniu wdrożyć i stosować innowacyjne terapie. One spowodują, że pracodawcy nie będą mieli z tyłu głowy, że ten pracownik będzie permanentnie na zwolnieniu albo 2–3 tygodnie w szpitalu w celu leczenia.

To już 3. edycja kampanii „Choroba? Pracuję z nią”. W tym roku organizatorzy chcą się skupić na poprawie relacji między pracodawcą a pracownikiem. Jednocześnie celem tegorocznej kampanii będzie nagrodzenie najlepszych praktyk HR-owych stosowanych w firmach, które pomagają chorującym przewlekle pracownikom w dalszej aktywności zawodowej. Organizatorzy podkreślają, że to właśnie praca jest często czynnikiem aktywizującym tę grupę ludzi i dającym im poczucie przynależności do grupy i przydatności w społeczeństwie.

– Drugim istotnym obszarem kampanii jest nasza petycja skierowana do decydentów, bo to oni odpowiadają za cały system ochrony zdrowia, także za politykę rynku pracy – mówi przedstawiciel Pracodawców RP. – Kodeks Pracy powinien być bardziej elastyczny dla chorujących przewlekle.

Wystosowana do decydentów petycja w ramach kampanii „Choroba? Pracuję z nią” postuluje dostęp chorych pracowników do nowoczesnych terapii, pozwalających im na sprawne funkcjonowanie i leczenie w niewielkim stopniu zakłócające rytm pracy oraz wsparcie pracodawców, umożliwiające im elastyczne podejście do trybu pracy zatrudnionego żyjącego z chorobą.

Obecnie blisko połowa pracodawców widzi wyzwania związane z zatrudnianiem przewlekle chorych. Obawiają się zwolnień lekarskich, braku motywacji do pracy i chęci do podejmowania wyzwań. Sądzą też, że zdrowi pracownicy mogą mieć pretensje o faworyzowanie chorujących kolegów. Dlatego jak podkreślają we wnioskach Pracodawcy RP, oprócz realnego dostępu pracowników do nowoczesnego leczenia potrzebna jest tez zmiana mentalności właścicieli firm, by nie bali się zatrudniania osób żyjących z chorobą.

Kolejki do lekarzy coraz dłuższe

W ciągu roku drastycznie wzrósł czas oczekiwania na wizytę u lekarza w Polsce w ramach gwarantowanych świadczeń zdrowotnych. Od dawna słynne „kolejki” to jedna z największych bolączek polskiej opieki zdrowotnej, wynika z barometru opracowanego przez Fundacje WHC przy współpracy Warsaw Enterprise Institute. WEI po raz kolejny zwraca uwagę na potrzebę kompleksowych zmiany systemu i powrót do dyskusji o prywatnych ubezpieczeniach, koniecznych dla dofinansowania koszyka świadczeń zdrowotnych i rozładowania kolejek.

Średni czas oczekiwania na pojedyncze gwarantowane świadczenia zdrowotne w Polsce (niezależnie od ich charakteru: diagnostyczne i lecznicze bez uwzględnienia w tej ocenie kompleksowości i niezbędnej etapowości leczenia) wynosił w kwietniu i maju 2018 roku 3,7 miesiąca (około 16 tygodni). W porównaniu do danych zebranych w czerwcu i lipcu ubiegłego roku ogólny czas oczekiwania wzrósł o około pół miesiąca. Od kilku lat autorzy barometru obserwowali stagnację czasu oczekiwania, oscylował on w granicy 2,9 – 3,1 miesiąca. W obecnym roku „kolejka” znacząco się wydłużyła. Pierwszy raz od początku badania czas oczekiwania przekroczył nieznacznie granicę 3,5 miesięcy.

Najdłużej pacjenci czekają na zabieg w endokrynologii aż 11 miesięcy. Doszło tam do prawie dwukrotnego wydłużenia czasu w porównaniu do poprzedniego. Wzrósł też czas oczekiwania na świadczenie w zakresie otolaryngologii, wynosi on 7 i pół miesiąca. Najkrócej czekamy na świadczenie z zakresu medycyny paliatywnej bo około 2 tygodni. Skrócił się czas oczekiwania na pomoc okulisty (3,4 miesiąca). Spośród jedynie 7 z 43 badanych dziedzin medycyny nastąpił zauważalny spadek czasu oczekiwania, aż w 11 przypadkach kolejki wzrosły. We większości dziedzin nie zauważono dużych zmian w okresach oczekiwania, lecz zasadniczo na wizytę czeka się stanowczo zbyt długo w porównaniu do oczekiwań pacjentów.

Jak wybrać najlepszych kandydatów do pracy i ocenić kompetencje osób zatrudnionych, czyli dlaczego firma potrzebuje asesora?


Jednym z największych wyzwań stojących przed przedsiębiorstwami nie tylko w Polsce, ale również na całym świecie, jest zatrudnianie odpowiednich pracowników. Podstawowym kryterium zawsze powinny być twarde kompetencje, ale – zwłaszcza na stanowiskach kierowniczych – liczą się też, tak zwane kompetencje miękkie, jak zarządzanie ludźmi, umiejętność rozwiązywania sporów, myślenie kreatywne, analizowanie różnych sytuacji i inne. Trudno podczas jednego czy dwóch spotkań rekrutacyjnych ocenić, czy dany kandydat faktycznie posiada wszystkie niezbędne kompetencje i cechy wymagane na danym stanowisku. Dlatego też coraz więcej firm decyduje się na rozszerzenie kompetencji działów HR. Jednym z najpopularniejszych kursów HR, jest ten dotyczący procesów Assessment Center/Development Center. Dlaczego warto się nimi zainteresować i kim jest w nich postać asesora?

Kim jest asesor i jaką rolę pełni w Assessment Center/Development Center

Aby zrozumieć, kim jest asesor i jaką rolę odgrywa, należy najpierw wytłumaczyć, czym jest Assesment Center/Development Center (w skrócie AC/DC). Są to procesy, podczas których ocenia się kompetencje, umiejętności, mocne i słabe strony potencjalnych kandydatów do pracy lub już zatrudnionych pracowników, aby lepiej zrozumieć, w jakich zadaniach sprawdzą się lepiej, a jakie mogą sprawić im większe trudności. Bardzo ważne jest również to, że takie badanie kompetencji jest wielowymiarowe i obejmuje kilka aspektów pracy i zachowań pracownika lub potencjalnego pracownika. Składają się na nie zadania indywidualne oraz grupowe, test kompetencji, a także wywiad psychologiczny, czy testy zdolności. Procesy AC/DC są ustandaryzowane, więc dają możliwość porównania kilku osób w oparciu o te same kryteria. Kim jest asesor? Jest to osoba z działu HR, która przygląda się całemu procesowi, nadzoruje go i ocenia (z ang. assessment – ocena). Żeby móc pełnić taką funkcję, musi jednak przejść odpowiedni kurs.

Przebieg procesu AC/DC i uczestnictwo asesora

Zadania, które przygotowane są w ramach procesu Assessment Center/Development Center mogą być bardzo różnorodne i dostosowane do stanowiska, na które poszukuje się kandydata lub cech i kompetencji pracowników, które chce się sprawdzić. Zadania indywidualne to między innymi analiza dokumentów, przygotowanie prezentacji, analiza case study lub udział w zaaranżowanym spotkaniu. Wśród zadań grupowych mogą znaleźć się: dyskusja grupowa, w której wszyscy uczestnicy są na takim samym poziomie, dyskusja z przypisanymi rolami, rozmowa z liderem. Do tego dodać można testy umiejętności – na przykład na inteligencję, twórczego myślenia, analizy danych i tym podobne. Jeśli chce się również sprawdzić predyspozycje na dane stanowisko, w ramach AC/DC można przeprowadzić też test osobowości czy temperamentu. Nad wszystkimi zadaniami czuwać powinien asesor. To właśnie osoba na tym stanowisku powinna przygotować zadania, wiedzieć jaki efekt jest pożądany, a po zakończeniu – oceniać wyniki poszczególnych kandydatów czy pracowników. Bardzo ważne jest również to, że asesor sam nie bierze udziału w procesie – jest tylko obserwatorem. Dobrze przygotowany do tego zadania, nie powinien w żaden sposób zdradzać, czego oczekuje od ludzi, którzy biorą udział, ani też – swoimi reakcjami – nie dawać sygnału, czy zachowania poszczególnych użytkowników są dobre, czy niepożądane.

Dlaczego warto w dziale HR mieć asesora, czyli korzyści płynące z procesu AC/DC

Assessment Center/Development Center nie są zjawiskami nowymi. Wręcz przeciwnie, praktyki podobne do nich, znane są już od wielu dziesięcioleci. Wielowymiarową ocenę kompetencji stosowano już w latach 30. XX wieku między innymi w lotnictwie wojskowym. Oceniano nie tylko czy piloci potrafią obsługiwać samolot, ale również jak radzą sobie w ekstremalnie stresujących sytuacjach, jakie czynniki wpływają na podejmowane przez nich decyzje i tym podobne. Dzięki temu można było wybrać nie tylko dobrych pilotów, ale również takich, którzy w najważniejszym momencie dadzą większą szansę na powodzenie misji. Obecnie, podczas rekrutacji do firm, zwłaszcza na wyższe stanowiska, twarde kompetencje i wiedza są bardzo ważne, ale jeśli wraz z nimi nie idą inne umiejętności, może okazać się, że nawet kandydat z pozornie najlepszym CV nie będzie ostatecznie najlepszym wyborem. Asesor, dzięki odpowiednim kursom HR, będzie w stanie to ocenić. Dzięki AC/DC będzie również w stanie, wśród już zatrudnionych pracowników, wychwycić tego, który rokuje na rozwój w jakiejś dziedzinie, ukierunkować go na nią i wykorzystać jego kompetencje, dla lepszej pracy firmy.

Akademia asesora, czyli odpowiedni kurs HR

Jeśli firma zdecyduje się na rekrutowanie pracowników i ocenianie ich kompetencji za pośrednictwem asesora, musi stworzyć dla takiej osoby odpowiednie warunki. Podstawą jest odpowiedni kurs z oferty dla HR. Przykładem może być akademia asesora, czyli program szkoleniowy dla HR, z którego szczegółami można zapoznać się pod tym linkiem – https://www.academyofbusiness.pl/pl/szkolenia/akademia-asesora,41/. Bardzo ważnym aspektem akademii asesora jest fakt, że oprócz analizy gotowych zadań, uczestnik otrzymuje wiedzę, dzięki której może przygotować własny zestaw testów, które można dostosować do wymagań danej firmy. Sprawia to, że asesor staje się elastycznym fachowcem, a jego wiedzę można wykorzystać do przeprowadzenia każdej rekrutacji czy analizy kompetencji pracowników. W dobie bardzo niskiego bezrobocia i trudnościach w pozyskaniu wysoko wykwalifikowanych specjalistów i managerów, które spotyka wiele firm, wykorzystanie kompetencji asesora i procesów Assessment Center/Development Center może okazać się idealnym sposobem, na uzupełnienie braków kadrowych oraz pozyskanie najlepszych pracowników z rynku. To również idealna metoda na odkrycie nieoszlifowanych diamentów, które z pewnością znaleźć można w kadrach każdego przedsiębiorstwa.

 

 

 

Marcin Pałażej nowym prezesem DUKA INTERNATIONAL S.A.

Marcin Pałażej
Marcin Pałażej

W maju br. do zarządu DUKA INTERNATIONAL S.A. w roli Prezesa Spółki dołączył Marcin Pałażej. Jest to ogromny krok w rozwoju marki, która planuje intensywny rozwój sieci w kraju i za granicą.

Pojawienie się osoby Marcina Pałażeja jest przełomowym momentem dla marki, która ufa, że doświadczenie nowego Prezesa pomoże w realizacji celów, w szczególności zintensyfikowaniu ekspansji międzynarodowej i rozwoju e-commerce’u.

„Wierzymy, że obecność Marcina i jego wcześniejsze doświadczenie zawodowe zapewnią naszej firmie kompetencje retailowe na najwyższym, światowym poziomie” – komentuje Radosław Kaczmarek, CFO Grupy Kapitałowej

Marcin Pałażej ma za sobą ponad 15 letnie doświadczenie w branży retail. Współpracował z markami zarówno o zasięgu krajowym jak i międzynarodowym, odpowiadając za zarządzanie operacyjne, planowanie strategiczne, a także działania wspierające rozwój oraz reorganizację sieci handlowych.

Przed pojawieniem się w DUKA obejmował stanowisko Vice Prezesa w CCC Group. Wcześniej, jako niezależny doradca biznesowy, udziełał wsparcia m.in. grupie LPP. Warto wspomnieć o jego znaczącym wpływie na rozwój hiszpańskiej spółki Inditex gdzie w latach 2005-2011, jako Prezes Inditex Polska, wprowadził na polski rynek 6 marek spółki. Następnie w latach 2011-2015, z ramienia Inditex Spain, sprawował kontrolę nad markami w Rosji, Ukrainie, Rumunii, Polsce, Bułgarii i Kazachstanie. Zanim związał się z firmą Inditex, pełnił obowiązki Dyrektora Finansowego oraz Dyrektora Operacyjnego w Grupie Empik.

Bezpieczny jak fundusz pieniężny

Inwestują w pewne i bezpieczne instrumenty, bardzo płynne, dzięki czemu inwestor w każdej chwili może sprzedać jednostki uczestnictwa w funduszu. Bariera wejścia jest bardzo niska, podobnie jak ryzyko. Potencjalny zysk może być natomiast wyższy niż na najlepszej lokacie. To najważniejsze elementy charakteryzujące fundusze pieniężne.

Utarł się pogląd, że fundusze pieniężne są alternatywą dla lokat bankowych. Obydwa produkty są do siebie podobne, a zysk jaki wypracowują zależy co do zasady od jednego czynnika, jakim jest stopa procentowa na rynku. Wydaje się, że bardziej adekwatne jest stwierdzenie, że są to produkty komplementarne, i że obydwa warto mieć w portfelu. Fundusz pieniężny może stanowić znakomite uzupełnienie do posiadanych depozytów i odwrotnie – posiadając lokatę dobrze jest zainwestować w fundusz pieniężny.

Czym są fundusze pieniężne

Na rynku oferowane są jako: fundusze gotówkowe, depozytowe, płynnościowe, lokacyjne, rynku pieniężnego. W każdym przypadku chodzi o ten sam rodzaj funduszu – pieniężny, czyli najbardziej bezpieczny i płynny. Wynika to ze sposobu w jaki alokują środki klientów oraz doboru instrumentów finansowych, które kupują. Co do zasady nabywają aktywa o krótkim terminie wykupu, nieprzekraczającego roku, charakteryzujące się dużym stopniem bezpieczeństwa, odpornością na zmiany wartości i wysoką lub bardzo wysoką płynnością.

Fundusz pieniężny kupuje instrumenty z rynku pieniężnego, emitowane przez instytucje i podmioty o wysokim stopniu wiarygodności, szukające finansowania na krótkie terminy. To zupełne inny segment rynku niż obligacje, gdzie instrumenty dłużne mają co do zasady dłuższe terminy wykupu lub są bezterminowo oferowane do kupna. Wśród instrumentów finansowych, w które inwestują są chociażby bony skarbowe, bony emitowane przez NBP, czy certyfikaty depozytowe emitowane przez banki.

– Inwestowanie w depozyty i papiery skarbowe ma swoje konsekwencje jeśli chodzi o późniejszy zwrot. Bezpieczeństwo ma bowiem swoją cenę. Nie mamy jednak, jak w przypadku lokaty, wiedzy jaki dokładnie przyniesie zysk. Możemy opierać się na statystykach z przeszłości, pamiętając jednak, że nabywca nie ma gwarancji zysku – zaznacza Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima.

Ryzyko straty

Jest jedna zasadnicza cecha, która odróżnia fundusze pieniężne od lokaty bankowej – inwestor musi brać pod uwagę możliwość poniesienia straty. Są to przypadki bardzo rzadkie, ale zdarza się, że fundusz pieniężny osiąga ujemny wynik.

Wprawdzie fundusze pieniężne inwestują wyłącznie w aktywa bezpieczne, co jednak nie oznacza, że są one pozbawione ryzyka. Dotyczy to nawet tak pewnych papierów jak papiery rządowe. W czasie kryzysu zadłużeniowego lat 2011-13 niektóre fundusze pieniężne poniosły straty w związku z dużymi zmianami rentowności obligacji państwowych. Trzeba dodać, że była to sytuacja wyjątkowa, kryzysowa, której negatywne skutki odbiły się na wycenach również innych aktywów, np. akcji czy surowców.

Nauka płynąca z ostatniego kryzysu finansowego jest taka, że niewypłacalność państwa nawet dużego nie jest wykluczona. W jeszcze większym stopniu dotyczy to firm, nawet tych największych. Wśród papierów, w jakie inwestują fundusze pieniężne są obligacje dużych spółek, pewnych, wiarygodnych, posiadających ratingi uznanych firm. Ryzyko inwestycyjne związane z zakupem papierów dłużnych takich korporacji jest minimalne, ale należy o nim pamiętać.

Zarządzający funduszami pieniężnymi mają na celu głównie ochronę kapitału powierzonego im przez klientów oraz maksymalnie duży zwrot z inwestycji. Dysponując paletą takich instrumentów jak bony, depozyty, mają ograniczone możliwości wypracowania ponad przeciętnego zysku. Szanse na wyższy zwrot daje inwestycja w lepiej oprocentowane obligacje korporacyjne, które wiążą się z relatywnie niewielkim ryzykiem.

Jak się przygotować

Przed zakupem jednostek funduszu pieniężnego należy sprawdzić w co dokładnie inwestuje fundusz, a przede wszystkim zwrócić uwagę na dwie kwestie: jaki jest poziom zaangażowania funduszu w obligacje korporacyjne i jak ryzykowne są to papiery. Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w karcie informacyjnej funduszu oraz w sprawozdaniu publikowanym co sześć miesięcy. Jeśli obligacje zajmują w portfelu 50 proc., mówimy już o funduszu obligacyjnym, czyli funduszu o możliwie wyższej stopie zwrotu, ale też potencjalnie wyższym ryzyku. Im bliżej tej granicy znajduje się interesujący nas fundusz z tym większą uwagą należy rozważyć, czy jest to akceptowalny dla nas poziom ryzyka.

Drugim parametrem, na który należy zwrócić uwagę przeglądając kartę informacyjną jest poziom koncentracji, czyli jaki jest procentowy udział papierów poszczególnych firm w portfelu obligacji. Przyjmuje się, że ekspozycja na jedną spółkę nie powinna przekraczać 5 proc.

Dobry miks

Strata w portfelu funduszu pieniężnego jest zdarzeniem rzadkim, a zarządzający potrafią dobrze dobierać papiery korporacyjne do portfeli. Świadczy o tym chociażby fakt, że w ubiegłym roku wyniki funduszy pieniężnych były generalnie lepsze niż wyniki funduszy dłużnych, które inwestują głównie w obligacje. Średnia stopa zwrotu TFI gotówkowych i pieniężnych, złotówkowych i uniwersalnych wyniosła w 2017 r. 2,8 proc. Tylko nieznacznie lepsze były fundusze dłużne polskich papierów skarbowych, które zyskały 2,9 proc. Ale już fundusze dłużne, inwestujące w krajowe obligacje korporacyjne odnotowały wynik słabszy niż fundusze pieniężne – 2,7 proc. Jeszcze niższy zwrot wypracowały globalne uniwersalne fundusze dłużne – 1,4 proc.

Od zarządzającego funduszem zależy jak dobierze zestaw instrumentów w portfelu: ile będzie w nim papierów skarbowych, certyfikatów depozytowych, obligacji krajowych i zagranicznych, a ile obligacji korporacyjnych. Ale to nabywca jednostek funduszu decyduje, czy taki dobór produktów mu odpowiada czy nie. Portfele funduszy, a co za tym idzie, wyniki różnią się od siebie.

– Przy bardzo ograniczonym ryzyku inwestycyjnym, fundusze pieniężne to rozwiązanie dla posiadaczy depozytów i lokat terminowych, które warto rozważyć. Przeznaczając część oszczędności na fundusz możemy potencjalnie uzyskać wyższy zysk niż wypłaci bank – mówi Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima. – Fundusz inwestycyjny może też być dobrą szkołą dla początkujących inwestorów. Pozwoli zbadać jak poruszać się po rynku funduszy inwestycyjnych, jakie obowiązują na nim zasady, czy jakie są koszty. Dodatkowo, bariera wejścia jest bardzo niska – wynosi nawet 100 zł – dodaje.

Jest jeszcze jeden istotny argument, który może przekonać do rozpoczęcia inwestowania w fundusze inwestycyjne. W przeciwieństwie do lokaty terminowej, której zerwanie w większości przypadków, skutkuje utratą zysków, z funduszu pieniężnego można wyjść w dowolnym momencie. Płynność instrumentów, w jakie inwestują fundusze sprawia, że zlecenie sprzedaży jednostek realizowane jest w stosunkowo krótkim czasie.

KAS coraz częściej, ale jeszcze nie w pełni, korzysta z możliwości jakie daje JPK

Obowiązek raportowania w formie Jednolitego Pliku Kontrolnego (JPK) obejmuje w Polsce ok. 1,6 mln podatników. Jest istotnym elementem uszczelniania systemu podatkowego i choć administracja skarbowa coraz częściej korzysta z JPK np. przy identyfikacji fałszywych faktur, potencjał do wykorzystania tego narzędzia jest dużo większy – wynika z analizy przygotowanej przez ekspertów firmy doradczej PwC. Jak podkreślają, JPK daje też możliwość podatnikom na wykazanie się tzw. należytą starannością.

System raportowania danych przez podatników w formie JPK funkcjonuje w Polsce już prawie 2 lata i obejmuje ok. 1,6 mln podmiotów. Dotychczas obowiązek przedłożenia danych w formie JPK nie obejmował wszystkich grup podatników prowadzących księgi podatkowe przy użyciu programów komputerowych. Natomiast już 1 lipca 2018 r. wszystkie podmioty prowadzące w ten sposób swoje księgi będą mogły być zobowiązane do ich przedłożenia w formie JPK w całości lub części, lub wybranych dowodów księgowych w dowolnym momencie na żądanie fiskusa. Co ważne, obowiązek ten będzie dotyczyć zarówno firm, jak też osób, które np. mają dochody z wynajmu mieszkania, a nie prowadzą de facto działalności gospodarczej i nie będzie on zależny od comiesięcznego obowiązku przesyłania danych z ewidencji VAT w formie JPK_VAT.

Jednolity Plik Kontrolny jest istotnym elementem uszczelniania systemu podatkowego w Polsce, dając administracji skarbowej kompleksowy zestaw informacji o danej firmie i dokonywanych przez nią transakcjach. Kluczowe w tym procesie są narzędzia do analizy otrzymywanych w plikach danych. Krajowa Administracja Skarbowa korzysta obecnie z Repozytorium JPK, w celu m.in. automatyzacji oceny ryzyka danego podatnika oraz jego kontrahentów, a także przy identyfikacji wierzytelności podatników na potrzeby stosowania środków egzekucyjnych bądź zabezpieczających. Ważnym narzędziem jest także Analizator JPK, który pozwala na automatyczną identyfikację rozbieżności w rozliczaniach VAT i uniemożliwienie zaniżania zobowiązań podatkowych lub zawyżania kwoty VAT do zwrotu.

O skuteczności powyższych narzędzi świadczy rosnąca z miesiąca na miesiąc liczba podatników wykreślonych z rejestru podatników VAT po uprzednim sprawdzeniu ich raportów JPK_VAT.

Dane z comiesięcznych plików JPK_VAT nabierają coraz większego znaczenia w walce z karuzelami podatkowymi i stanowią ważny element narzędzi informatycznych ukierunkowanych na identyfikację nieprawidłowości w rozliczeniach podatników. W pewnym uproszczeniu można nawet uznać, że po objęciu obowiązkiem raportowania JPK_VAT wszystkich podatników VAT od początku 2018 roku, system ten stanowi swego rodzaju Centralny Rejestr Faktur w polskim wydaniu. W związku z tym można uznać, że w zakresie rozwoju funkcjonalności i wykorzystania danych z JPK_VAT resort finansów osiągnął wiele. Jeżeli chodzi o wykorzystanie innych struktur JPK, np. księgi rachunkowe (JPK_KR) czy wyciąg bankowy (JPK_WB) na potrzeby działalności administracji podatkowej, są one jak na razie stosowane w ograniczonym stopniu. Co prawda statystki wskazują, że organy podatkowe żądają od podatników ich przedłożenia, ale wciąż w niewielkim zakresie. Przedmiotowe struktury zawierają wiele wartościowych danych i ich szersze wykorzystanie, w powiązaniu z automatyzacją analizy tych danych, może istotnie podnieść efektywność kontroli podatkowej.

Marcin Sidelnik, partner w PwC, lider zespołu ds. technologii podatkowych

Eksperci PwC podkreślają, że Jednolity Plik Kontrolny to narzędzie do wykorzystania nie tylko przez administrację podatkową, ale też przez samych podatników. Dzięki niemu mogą wykazać się tzw. należytą starannością przed fiskusem, udowadniając, że przeprowadzili właściwe czynności sprawdzające uczciwość swoich kontrahentów nie tylko bezpośrednio przed zawarciem pierwszej transakcji, ale również w trakcie realizacji kolejnych.

Resort finansów w Metodyce w zakresie oceny dochowania należytej staranności przez nabywców towarów w transakcjach krajowych stwierdził, że „rozpoczęcie współpracy z kontrahentem stanowi zawarcie transakcji z podmiotem, z którym podatnik wcześniej nie zawierał transakcji handlowych dotyczących towarów. Przy czym za rozpoczęcie współpracy z kontrahentem należy uznać również sytuację, w której transakcja jest zawierana z podmiotem, z którym podatnik zawierał już wcześniej transakcje, ale nowe transakcje będą dotyczyły towarów nieobjętych dotychczas branżą lub profilem działalności tego podmiotu i które dotychczas nie były od niego nabywane przez podatnika”.

Dlatego tak ważne jest również wykorzystanie informacji z JPK do analizy bieżących relacji handlowych podatników. Na ich podstawie w szybki sposób można przeprowadzić automatyczne testy i wizualizację danych wskazujących na ryzyko dopuszczenia się nadużycia podatkowego przez kontrahenta. Ponadto, wizualizacja danych z JPK pozwala nie tylko na analizy dotyczące kwestii podatkowych, ale również analizy biznesowe, gdyż pliki JPK zawierają dane o wszystkich transakcjach sprzedaży i zakupu podatnika.

Marcin Sidelnik, partner w PwC, lider zespołu ds. technologii podatkowych

Nie tylko JPK, czyli STIR i split payment

Skuteczne wykorzystanie danych z JPK_VAT stanowi priorytet dla resortu finansów. Potwierdza to fakt prowadzenia prac zarówno w zakresie optymalizowania funkcjonujących zautomatyzowanych raportów JPK_ANALIZATOR, jak i prac wdrożeniowych narzędzi informatycznych Systemu Kompleksowej Oceny Ryzyka Podatkowego (SKORP). Narzędzia w ramach SKORP mają przyczynić się do detekcji obszarów wysokiego ryzyka i typowania podmiotów do kontroli z wykorzystaniem plików JPK_VAT oraz mają uwzględniać funkcjonalności wspomagające monitorowanie i raportowanie.

Przyglądając się działaniom resortu w zakresie automatyzacji raportów z analiz JPK_VAT, rozwoju narzędzi informatycznych w ramach SKORP, czy też tzw. systemu STIR, SENT oraz wprowadzaniu modelu podzielonej płatności w VAT, można postawić pytanie, czy w ramach ewentualnych sporów z administracją podatkową kluczowy dla ich rozstrzygnięć nie będzie właśnie wynik działalności analitycznej KAS na podstawie danych z JPK. W związku z tym już teraz warto zadbać o jakość merytoryczną danych przekazywanych w formie JPK.

Agnieszka Kurzeja, starszy menedżer w zespole ds. technologii podatkowych PwC

Jednolity Plik Kontrolny – co może się jeszcze zmienić?

Z dniem 1 października 2018 r. rozpocznie się dalszy etap digitalizacji procesu składania rocznych dokumentów finansowych, co powinno doprowadzić do generalnego obowiązku sporządzania sprawozdań finansowych w postaci elektronicznej JPK przez wszystkie podmioty zobowiązane do ich sporządzenia.  Natomiast już od 2019 roku powinno rozpocząć się przesyłanie danych z kas rejestrujących (kas fiskalnych) do Centralnego Repozytorium Kas w sposób ciągły, zautomatyzowany i bezpośredni, w postaci elektronicznej odpowiadającej strukturze logicznej, o której mowa w art. 193a § 2 Ordynacji podatkowej, czyli w założeniu JPK. Ponadto, z wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa Finansów wynika, że planowana jest już od 2019 roku likwidacja standardowych deklaracji VAT i zastąpienie ich jedynie comiesięcznym JPK_VAT.

Rekordowy początek roku w budownictwie mieszkaniowym

W pierwszych pięciu miesiącach 2018 r.  oddano do użytkowania więcej mieszkań niż przed rokiem. Wzrosła również liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia oraz liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto.

Według GUS oddano do użytkowania 69942 mieszkania, tj. o 6,9% więcej niż przed rokiem (wtedy odnotowano wzrost o 5,5%).

-Deweloperzy przekazali do użytkowania 40 tys. mieszkań, to o 10,4% więcej niż w analogicznym okresie ub.r., a  inwestorzy indywidualni prawie 30 tys. mieszkań, czyli o 0,6% więcej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław M. Skoczeń, Emmerson Realty SA.

W okresie pięciu miesięcy wydano pozwolenia na budowę 109 478 mieszkań, o 2,9% więcej niż w analogicznym okresie, kiedy notowano wzrost o 37,7%.

Jeżeli tempo prac będzie utrzymane to na koniec roku możemy się spodziewać lepszego wyniku, który został odnotowany w 2017 roku.