Wykorzystanie sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia budzi mniej obaw niż w innych branżach

Firma SAS przeprowadziła badanie dotyczące różnych podejść do sztucznej inteligencji. Respondenci najbardziej entuzjastycznie wypowiadali się na temat wykorzystania AI w ochronie zdrowia. Więcej obaw wiązało się z implementacją tej technologii w bankowości czy handlu detalicznym. Największy dyskomfort, w związku z rozwojem sztucznej inteligencji, budzi brak interakcji międzyludzkich.

(12 kwietnia 2018 r.) – Podczas badania SAS AI Research, respondentom przedstawiono scenariusze praktycznego wykorzystywania technologii sztucznej inteligencji w różnych branżach i sektorach gospodarki. Niespełna połowa badanych (47%) czuła się komfortowo, współpracując z firmami korzystającymi z AI. Mężczyźni (53%) częściej udzielali odpowiedzi twierdzących, niż kobiety (43%). Co ciekawe, badanie wykazało brak właściwego zrozumienia, jak działają algorytmy sztucznej inteligencji. Na pytanie o możliwość wytłumaczenia drugiej osobie problematyki AI, zaledwie 44% respondentów potwierdziło, że jest w stanie to zrobić.

Osoby biorące udział w badaniu wyraziły wątpliwość związaną z prywatnością. Tylko nieznacznie ponad jedna trzecia ankietowanych (35%) twierdzi, że ich dane osobowe wykorzystywane przez AI byłyby bezpiecznie przechowywane. Większy optymizm w tej kwestii wyraziły osoby poniżej 40 roku życia (42%), podczas gdy zaledwie 31% starszych respondentów nie było pewnych wysokiego poziomu bezpieczeństwa danych wrażliwych w AI.

Brak zrozumienia, czym jest sztuczna inteligencja stanowi główną przyczynę obaw związanych z jej wykorzystaniem. Konsumenci entuzjastycznie podchodzą do idei inteligentnych maszyn pod warunkiem, że są one wykorzystywane dla dobra ogółu. Pozytywne podejście do implementacji AI w ochronie zdrowia świadczy o tym, że oczekujemy namacalnych korzyści wynikających z zastosowania tej technologii  – mówi David Tareen, Menedżer ds. marketingu AI w SAS.

AI na sali operacyjnej

Uczestnicy badania SAS pozytywnie odnoszą się do przykładów wykorzystania sztucznej inteligencji do wsparcia lekarzy w opiece nad pacjentami. Aż 47% badanych stwierdziło, że czułoby się komfortowo w asyście AI nawet podczas operacji. Co ciekawe, większe zaufanie do inteligentnych maszyn na sali operacyjnej wykazali starsi respondenci (ponad połowa osób w wieku powyżej 40 lat), podczas gdy młodsi ankietowani byli bardziej sceptyczni (40%). Sześć na dziesięć osób byłoby w stanie zaakceptować wykorzystanie danych pochodzących z urządzeń wearables, takich jak  Apple Watch czy Fitbit, do przygotowywania zaleceń medycznych.

Sztuczna inteligencja w bankowości

Badanie wykazało ograniczone zaufanie do wykorzystania technologii AI w kontaktach z klientami w finansach i bankowości. Jedyny wyjątek stanowił monitoring pod kątem oszustw i innych potencjalnych zagrożeń. Wykorzystanie sztucznej inteligencji do automatyzacji tych procesów akceptuje 59% respondentów. Respondenci byli najmniej przychylni wdrożeniom AI na potrzeby  udzielania rekomendacji dotyczących zarządzania kartami kredytowymi. Ankietowani wyrazili zdecydowaną niechęć odnośnie udostępniania swojej historii kredytowej.

AI w sklepowym koszyku

Jeszcze większy sceptycyzm odnotowano w przypadku zastosowania sztucznej inteligencji w sektorze retail. Zaledwie 44% respondentów byłoby skłonnych udostępnić informacje o swojej lokalizacji w celu spersonalizowania procesu zakupów, a tylko 36% grupy badawczej chciałoby dokonywać zakupów przy użyciu smartfonów, bez obecności kasjerów. Odpowiedzi respondentów rozkładają się niemal po równo w pytaniu o wykorzystywanie przez sklepy danych historycznych na potrzeby personalizacji oferty zakupowej (49% czuje się z tym komfortowo, natomiast 51% nie chce, aby ich dane były wykorzystywane w ten sposób).

***

Badanie SAS AI Research zostało przeprowadzone na grupie 500 Amerykanów w przedziale wiekowym 18-70+, w marcu 2018 roku.

Kiedy pomyśleć o systemie ERP?

Wdrożenie systemu klasy ERP w przedsiębiorstwie jest inwestycją, na którą decyduje się coraz większa liczba firm, szczególnie z segmentu MŚP. Im jednak większa firma, tym wyższe koszty wdrożenia, co jest jedną z głównych przyczyn niechęci do używania systemów tej klasy przez polskie firmy – zwłaszcza w sytuacji, gdy „wszystko działa”. Zasadniczym problemem wielu rodzimych firm jest jednak to, że mogłyby one funkcjonować znacznie sprawniej i skuteczniej, gdyby zainwestowały w nowoczesny system klasy ERP. W bieżących realiach niewykorzystywanie tego rodzaju rozwiązań skutkuje ograniczeniem możliwości rozwoju przedsiębiorstwa oraz zmniejszeniem jego konkurencyjności, co w konsekwencji może nawet doprowadzić do jego upadku. Kiedy zatem należy rozpocząć wdrożenie systemu ERP i jakie są symptomy pozwalające rozpoznać właściwy moment?

  • ERP dawniej i dziś

Systemy ERP funkcjonujące w wielu firmach są według współczesnych standardów przestarzałe. Pierwsze systemy tej klasy oferowały identyczne funkcjonalności dla wszystkich przedsiębiorstw, a możliwości dopasowania systemu do specyfiki danej firmy były mocno ograniczone.

Dzisiejsze rozwiązania ERP przeszły sporą ewolucję: posiadają strukturę modułową, są łatwo skalowalne oraz wykorzystują najnowsze zdobycze technologiczne (np. dzięki chmurze można w praktycznie dowolnym zakresie dopasowywać parametry umieszczonego w niej serwera, dzięki czemu znacznie wzrasta wydajność takiego rozwiązania). To pozwala dostosować wdrażany system do profilu działalności danej firmy, dzięki czemu wdrożenie jest mniej kosztowne, trwa krócej i pozwala w przyszłości w prosty sposób poszerzyć zakres funkcjonalności, gdy zachodzi taka potrzeba.

Jednym z pierwszych sygnałów wskazujących na potrzebę wdrożenia systemu ERP w firmie jest konieczność dostosowywania sposobu działania firmy do wykorzystywanego w niej oprogramowania.

– Braki w funkcjonalności czy niekompatybilność pomiędzy programami używanymi w różnych działach przedsiębiorstwa to czynniki w istotny sposób ograniczające jego rozwój, szczególnie dziś, gdy liczy się elastyczność i błyskawiczne reagowanie na zmiany zachodzące na rynku – mówi Michał Szymczuk, prezes AXHelpers. – Wdrożenie systemu ERP, który integruje wszystkie obszary działalności firmy, pozwala nie tylko sprawniej nią zarządzać w oparciu o aktualne, twarde dane. To również najlepszy sposób na usprawnienie procesów biznesowych i współpracy pomiędzy działami w wyniku stworzenia jednej, centralnej bazy danych, z której korzystają wszyscy pracownicy.

  • Aktualizować czy wymieniać?

Jeśli wdrożony system ERP ma nie więcej niż kilka lat i możliwe jest zaktualizowanie go do wersji dostosowanej do bieżących standardów, warto o to zadbać. Pozwoli to względnie niskim kosztem uzyskać nowoczesne narzędzie do zarządzania firmą w każdym obszarze jej działalności. Warto jednocześnie zwrócić uwagę na to, czy wersja, do której aktualizujemy system, jest nadal wspierana przez producenta i czy będzie wspierana w przyszłości – nie warto inwestować w system, który trzeba będzie za rok lub dwa lata wymieniać na inny, nowszy.

Nieco inaczej sprawa przedstawia się, kiedy system ERP do firmy został zakupiony dawno, czyli 10 lub więcej lat temu, i nie wystarcza już na bieżące potrzeby firmy. W takiej sytuacji najrozsądniejszym wyjściem jest całkowita wymiana przestarzałego systemu na nowy, spełniający wymagania przedsiębiorstwa i dostosowany do współczesnych realiów.

Zdaniem Michała Szymczuka proces wdrożenia systemu ERP w firmie, w której już wcześniej funkcjonował inny system tej klasy, często przebiega sprawniej, niż w przypadku wdrożeń nowych. Dzieje się tak między innymi dlatego, że użytkownicy mają już doświadczenie w pracy z tego typu systemami. Prezes AXHelpers podkreśla również, że coraz popularniejsze staje się obecnie wdrożenie ERP w chmurze – pozwala to przyspieszyć cały proces, zmniejszyć koszty wdrożenia oraz gwarantuje wzrost systemu wraz z rozwojem przedsiębiorstwa.


Lira w odwrocie. Dolar zatrzymał spadki

Prezydent USA po raz kolejny pokazał jak jego wypowiedzi są istotne dla rynków. Inwestorzy coraz bardziej ufają polskim obligacjom. Turecka lira wciąż spada.

Trump straszy rynki

Prezydent USA po raz kolejny udowadnia, że to nie bankierzy centralni są najważniejszymi osobami dla gospodarki światowej. Wczorajsze wypowiedzi o zaostrzeniu kursu względem Rosji i potencjalnym ataku na Syrię są tego doskonałym dowodem. Inwestorzy słysząc te deklaracje szybko zaczęli zamykać ryzykowne pozycje. W dół poszły główne amerykańskie indeksy giełdowe oraz złoto. Co ciekawe deklaracja ta wzmocniła dolara. Z drugiej strony w ciągu ostatnich 5 dni amerykańska waluta straciła względem euro 1,5 centa zatem mowa na razie dopiero o realizacji zysków a nie trwałym odwróceniu trendów. W umacnianiu dolara pomogły jednak stenogramy z wczorajszego posiedzenia FED oraz zgodne z oczekiwaniami dane na temat inflacji w amerykańskiej gospodarce.

Dobre dane z Polski

Rentowność polskich obligacji po raz pierwszy od końca 2016 roku spadła poniżej 3%. Co to realnie oznacza? Inwestorzy są skłonni trzymać polskie 10 letnie obligacje zarabiając na tym mniej niż 3% w skali roku. Oznacza to, że będziemy wstanie taniej się kredytować niż dotychczas. Jak duża jest to zmiana względem ostatnich lat. Najniższe poziomy widzieliśmy na początku roku 2015 kiedy to udało się osiągnąć okolice 2%. Potem rynki wystraszyły się niepewności politycznej windując stawkę do około 3,8% na początku 2017 roku.

Problemy tureckiej liry

Po ostatnich zmianach politycznych w Turcji zaufanie inwestorów wyraźnie spadło. Efektem tego było wycofywanie się z tego kraju kapitału. To z kolei spowodowało problemy gospodarcze. Nie bez znaczenia jest przejęcie kontroli przez ekipę rządzącą nad wieloma aspektami życia gospodarczego. Dobrym przykładem jest np. bank centralny. W kraju na tym poziomie rozwoju gospodarczego inflacja wynosząca powyżej 10% powinna być ważnym sygnałem alarmowym. Ze względu na naciski polityczne nie ma jednak możliwości podniesienia stóp procentowych. Następne posiedzenie banku ma się odbyć za dwa tygodnie. Jeżeli pod koniec kwietnia dojdzie do podwyżki stóp powinniśmy zobaczyć przynajmniej spowolnienie trendu osłabiającego lirę. Od początku roku lira staniała z 92 do 82 groszy. Warto wspomnieć, że jeszcze na początku 2016 roku kosztowała prawie 1,40 zł. Jeżeli do niej nie dojdzie najprawdopodobniej zobaczymy kolejne minima.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:30 – Strefa Euro – protokół z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego,
  • 14:30 -USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Tankuj, płać i płacz. Ropa jest najdroższa od ponad trzech lat

Tankuj, płać i płacz. Ropa jest najdroższa od ponad trzech lat 2Napięta sytuacja geopolityczna na świecie, niższe wydobycie ropy naftowej w niektórych krajach oraz wzmocnienie sojuszu OPEC z Rosją powodują, że ropa jest najdroższa od ponad trzech lat. Trzeba się liczyć z cenami benzyny ok. 5 zł za litr – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Ci, którzy zaplanowali majówkowe wyjazdy samochodem, nie będą zadowoleni. Zarówno diesel, jak i benzyna bezołowiowa osiągają najwyższe poziomy od połowy 2015 r. Na europejskiej giełdzie ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) olej napędowy wyceniany jest na 1,88 zł/litr. To aż 30 gr więcej niż dwa miesiące temu. Podobną skalę wzrostów widać na popularnej bezołowiówce, gdzie osiągnięty został poziom 1,85 zł/litr. Czemu paliwa tak mocno drożeją?

Geopolityczna premia za ryzyko

Podstawowym powodem wyższych cen przy dystrybutorach jest rosnąca cena ropy naftowej. Osiągnęła ona poziom 73 dol. za baryłkę, czyli była najwyższa od listopada 2014 r. Ograniczeniu wzrostu notowań tego surowca niewiele pomaga dość silny złoty w relacji do dolara. Cena ropy wyrażona w złotych sięga 247 zł, czyli najwyżej od trzech lat.

Głównym impulsem, który popchnął w górę ceny najpopularniejszego surowca na nowe szczyty, są wydarzenia geopolityczne. Potyczka pomiędzy Rosją oraz Stanami Zjednoczonymi, a także doniesienia z Syrii zwiększają ryzyka głębszego konfliktu blisko roponośnych terenów.

Waszyngton prezentuje również coraz bardziej zdecydowane podejście w stosunku do Iranu. Steven Mnuchin, sekretarz skarbu USA, podczas środowego wystąpienia w amerykańskiej Izbie Reprezentantów sugerował nałożenie na Teheran „bardzo silnych” sankcji, jeżeli do połowy przyszłego miesiąca nie zostaną poprawione warunki porozumienia nuklearnego z 2015 r. Od tego czasu Iran zwiększył wydobycie o ponad 1 mln baryłek w ujęciu dziennym i właśnie ta produkcja może być w tym momencie zagrożona.

Seria negatywnych informacji

Na wydarzenia geopolityczne zaczynają nakładać się również kwestie o znaczeniu fundamentalnym. Bez przerwy spada wydobycie ropy z pogrążonej w kryzysie Wenezueli. Tylko w marcu, w porównaniu do lutego, obniżyło się ono o 100 tys. baryłek w ujęciu dziennym, a w odniesieniu września ub.r. jest ono niższe o ponad 450 tys. baryłek.

Negatywną wiadomością dla kierowców jest również coraz bliższy sojusz Rosji z OPEC. Współpraca kartelu z Moskwą oznacza, że kontrola podaży, a więc w pewnym stopniu i ceny, może być kontynuowana. W zeszłym tygodniu, rosyjski minister energii Aleksander Novak stwierdził, że sojusz pomiędzy producentami może być „bezterminowy”, chociaż początkowo miał mieć charakter jedynie incydentalny.

Niebagatelną kwestią jest także postawa Arabii Saudyjskiej. Agencja Bloomberg donosiła we wtorek, że celem Królestwa jest utrzymanie ceny ropy w okolicach 80 dol. za baryłkę. Jest to szczególnie ważne dla Rijadu w kontekście zapowiedzi prywatyzacji największego na świecie koncernu paliwowo-gazowego Saudi Aramco, którego wycena będzie prawdopodobnie uzależniona w znacznym stopniu od bieżącej oraz oczekiwanej ceny ropy naftowej.

Warto również zwrócić uwagę na poziom zapasów, które są kluczowe w amortyzacji wahań podaży czy popytu. Przez wiele kwartałów były one zauważalnie powyżej pięcioletniej średniej. Teraz jednak szybko topnieją i zbliżają się do tego ważnego wskaźnika. Oznacza to, że wszelkie zaburzenia związane z produkcją (wydarzenia geopolityczne, awarie, katastrofy naturalne) będą szybciej przekładać się na wzrosty ceny, niż miało to miejsce w poprzednich kwartałach.

Płacz i płać

Doniesienia, które napłynęły z rynku ropy naftowej w ostatnich dniach oznaczają, że będziemy musieli przyzwyczaić się do znacznie wyższych cen. W kontekście diesla będzie to prawdopodobnie przedział 4,75-4,85 zł/litr. W przypadku podstawowej benzyny bezołowiowej będą to wartości o ok. 10 gr wyższe, a to oznacza, że na wielu stacjach zobaczymy niewidziane już od dawna 4,99 zł/litr.

Santander uruchamia w czterech krajach pierwszą usługę płatności zagranicznych opartą o blockchain

  • Nowe rozwiązanie o nazwie „Santander One Pay FX”, umożliwia klientom wykonywanie międzynarodowych przelewów pieniężnych w dniu następnym, a w wielu przypadkach nawet tego samego dnia.
  • Z rozwiązania mogą korzystać klienci detaliczni w Hiszpanii oraz w Wielkiej Brytanii, Brazylii i Polsce. Na rynku polskim usługa będzie dostępna także dla klientów biznesowych. W kolejnych miesiącach zaplanowano drożenie w kolejnych krajach.
  • Usługa jest szybsza, a ponadto klient widzi dokładną kwotę w walucie docelowej, jaką otrzyma beneficjent, jeszcze przed zatwierdzeniem przelewu.

Banco Santander poinformował o uruchomieniu nowej usługi płatności zagranicznych, wykorzystującej technologię blockchain. Z rozwiązania mogą korzystać klienci indywidualni w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Brazylii i Polsce. W Polsce, w ramach pilotażu, nowe rozwiązanie, usprawniające realizację płatności zagranicznych dostępne jest dla klientów indywidualnych, a także biznesowych.

W najbliższym czasie usługa będzie sukcesywnie wdrażana w kolejnych krajach.

Nowe rozwiązanie o nazwie „Santander One Pay FX” umożliwia realizowanie płatności międzynarodowej w dniu następnym, a w wielu przypadkach nawet tego samego dnia. Ponadto klienci będą informowani, jaka dokładnie kwota w walucie docelowej wpłynie na konto beneficjenta, jeszcze przed wykonaniem przelewu.

W najbliższym czasie Banco Santander będzie rozwijał dodatkowe funkcjonalności płatności. Jeszcze przed wakacjami, w niektórych krajach zaoferuje natychmiastowe płatności międzynarodowe, znacznie szybsze niż dotychczas funkcjonujące.

Wprowadzając „Santander One Pay FX” Grupa Santander jest pierwszym bankiem, który wdraża usługi płatnicze oparte o blockchain jednocześnie w wielu krajach.

Ana Botín, Przewodnicząca Banco Santander powiedziała:

Usługa One Pay FX jest oparta na technologii blockchain i umożliwia szybkie, proste i bezpieczne płatności międzynarodowe – zapewniając wartość, przejrzystość, wiarygodność i poziom obsługi, których oczekują klienci od banku takiego, jak Santander. Od dziś klienci Santander w Wielkie Brytanii mogą korzystać z One Pay, aby wykonywać płatności w do innych krajów europejskich i USA. Klienci w Hiszpanii mogą realizować płatności do Wielkiej Brytanii i USA, natomiast klienci w Brazylii i Polsce – przelewy do Wielkiej Brytanii. Płatności do krajów europejskich są realizowane w ciągu tego samego dnia. W pierwszym półroczu 2018 r. planujemy też uruchomić płatności natychmiastowe w kilku krajach. W ten sposób chcemy wspierać tysiące klientów, którzy codziennie wykonują płatności międzynarodowe. W najbliższych miesiącach będziemy rozszerzać zakres tej usługi o kolejne waluty i kraje docelowe.

Blockchain daje nam bardzo wiele możliwości do optymalizacji naszych usług – Santander One Pay FX to pierwsza z wielu takich aplikacji.”

W tej technologii Klienci Banku Zachodniego WBK mogą wykonywać określone płatności międzynarodowe do Wielkiej Brytanii za pośrednictwem bankowości internetowej. Bank planuje systematycznie poszerzać usługę, po przelewach do Wielkiej Brytanii zamierza udostępnić przelewy z Wielkiej Brytanii do Polski, następnie do Hiszpanii.

 

Michał Gajewski BZ WBK
Michał Gajewski, BZ WBK

Bank Zachodni WBK aktywnie uczestniczy w procesie digitalizacji polskiego sektora bankowego. Naszym priorytetem jest zapewnianie klientom najlepszych doświadczeń w korzystaniu z usług finansowych, dlatego inwestujemy w rozwój kanałów zdalnych, zapewniając użytkownikom wygodny dostęp do różnorodnych form płatności online. Konsekwentnie stawiamy na innowacje, takie jak rozwiązanie Santander One Pay FX, wyznaczając nowe standardy usług. Przyspieszenie procesowania płatności międzynarodowych dzięki technologii blockchain stanowi wartość dodaną dla naszych klientów. Wierzę, że rozwiązania tego typu zyskają uznanie naszych klientów i wzmocnią ich relacje z bankiem.- powiedział Michał Gajewski, prezes Banku Zachodniego WBK

Nowe rozwiązanie wykorzystuje aplikację xCurrent opartą na technologii rejestrów rozproszonych (distributed ledgers), opracowanych przez Ripple z siedzibą w Kalifornii. InnoVentures, należący do Santander fundusz venture capital operujący kwotą 200 mln USD i działający w sektorze fintech zainwestował w Ripple w 2015 r. Łącznie fundusz zainwestował w ponad 20 nowo utworzonych start-upów, które zajmują się sztuczną inteligencją, technologiami big data i blockchain, płatnościami, doradztwem finansowym, finansowaniem MŚP oraz udzielaniem kredytów na zakup samochodu i kredytów hipotecznych.

Szczegóły oferty Banku Zachodniego WBK na bzwbk.pl. Stan na 1-04-2018

E-Rozwój. Technologia napiera na biznes

Wartość czasu, jaki Polacy w ciągu roku spędzają w internecie, to 110 mld zł, a to jest 5 proc. naszego PKB. Firmy dopiero uczą się, jak wykorzystywać nowe technologie przetwarzania i przesyłania informacji, ale ich wpływ na wzrost gospodarczy będzie większy i o wiele szybszy niż zmiany, jakie wywołała rewolucja przemysłowa. Ekonomicznym sercem rewolucji cyfrowej jest spadek kosztów transakcyjnych.

W przypadku korzystania z internetu największym wydatkiem nie jest koszt dostępu do internetu, ale czas jaki temu poświęcamy. W USA szacuje się, że to wydatki w postaci przeznaczonego czasu są 30-krotnie większe od ponoszonych na dostęp do internetu. Rewolucja dotyczy sposobu w jaki wytwarzamy i przesyłamy informacje.

Komputery, telefony komórkowe i internet to przykłady zastosowania teleinformatyki (ang. ICT – Information and Communication Technologies) – szerokiego zbioru technologii umożliwiających przechowywanie, przetwarzanie oraz przesyłanie informacji. O ile rewolucja przemysłowa z XIX wieku pozwoliła na tanią, masową produkcję i transport dóbr materialnych, to obecnie zachodzące przemiany wiążą się z radykalnym spadkiem kosztów przetwarzania, magazynowania i przesyłania informacji. Chociaż technologie ICT rozprzestrzeniają się w gospodarce znacznie szybciej niż wynalazki ery przemysłowej, to wciąż odkrywamy ich nowe zastosowania. Dlatego też 72% ekonomistów uczestniczących w ostatnim forum zorganizowanym przez Europejski Bank Centralny w Sintrze w 2017 roku uznało, że wpływ ICT na produktywność w nadchodzących latach będzie rósł.

– W XXI wieku oczekiwaliśmy latających samochodów, a zamiast tego mamy 140-znakowe tweety – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju, autor raportu FOR: “E-Rozwój. Cyfrowe technologie a gospodarka”.

Dla rozwoju gospodarczego i w konsekwencji naszego poziomu życia kluczowe znaczenie ma wdrażanie nowych technologii. Szybki wzrost gospodarczy jest zjawiskiem relatywnie nowym – do XVIII wieku był on niezauważalny w skali życia jednego pokolenia, a okres potrzebny, by doszło do podwojenia PKB na mieszkańca, był dłuższy niż 1000 lat. Sytuacja uległa zmianie wraz z rewolucją przemysłową – w XX wieku PKB na mieszkańca podwajał się w krajach rozwiniętych co 30–40 lat, co oznaczało nawet 4-krotny wzrost PKB per capita w okresie życia jednego pokolenia.

-Rewolucja ICT rozprzestrzenia się znacznie szybciej niż wynalazki ery przemysłowej: potrzeba było 30 lat, by elektryczność trafiła do pierwszych 10% gospodarstw domowych w USA; telefonom stacjonarnym ten sam proces zajął 25 lat, a telewizorom, komputerom osobistym i telefonom komputerowym 10 lat. W przypadku tabletów trwało to już krócej niż 3 lata – wyjaśnia dr A.Łaszek.

Tempo rozpowszechniania się technologii przyspiesza nie tylko w krajach rozwiniętych, lecz także w tych rozwijających się. Przykładowo pełne wdrożenie statków parowych w Indonezji nastąpiło 160 lat po ich wynalezieniu; w Kenii zaś elektryczność została wdrożona 60 lat po jej odkryciu. Ale już wprowadzenie komputerów zajęło Wietnamowi tylko 15 lat, a telefonów komórkowych i Internetu tylko kilka lat.

Szczególnie trudno jest oszacować wpływ technologii cyfrowych na gospodarkę. Najłatwiej określić wartość dodaną, wytwarzaną w bezpośrednio z nimi związanych sektorach. Jednak zadanie staje się trudniejsze, kiedy chcemy oszacować wkład inwestycji w ICT do wzrostu gospodarczego czy wartość internetu dla użytkowników.

Wiemy jednak, że bezpośrednio związane z ICT sektory gospodarki wytworzyły w samym 2015 roku 4 proc. polskiego PKB, przy czym gospodarkę cyfrową definiuje się tutaj za OECD szeroko, uwzględniając produkcję komputerów, publikowanie i nadawanie, handel i działalność naprawczą, a także branże medialne i dostarczanie treści.

Rewolucja przemysłowa zniszczyła wiele firm, w ich miejsce powstały nowe, nowocześniejsze, a zmiany wywołane rewolucją cyfrową będą o wiele głębsze i szybsze.

Więcej na ten temat w raporcie FOR: “E-Rozwój. Cyfrowe technologie a gospodarka”.

CBRE: zapowiada się rekordowy rok w nieruchomościach. Przyciągamy inwestorów z RPA i Malezji

Najnowsze badanie CBRE „EMEA Investor Intentions Survey 2018” pokazuje, że 2018 rok zapowiada się jeszcze lepiej niż rekordowy pod względem inwestycji w nieruchomości ubiegły rok. Aż 78% inwestorów wskazuje, że ich aktywność inwestycyjna będzie taka sama lub większa niż w 2017. Na radarze najliczniejszej grupy (33%) jest sektor logistyczno-przemysłowy, który po raz pierwszy wyprzedził biura (26%). Eksperci CBRE zwracają uwagę, że na globalnym ruchu w nieruchomościach zyskuje Polska. Nasz kraj przyciąga inwestorów m.in. z Korei Południowej i RPA, których zachęcają niskie stopy procentowe, rozwój sektorów e-commerce oraz SSC/BPO.

Przemysław Felicki, Dyrektor, Rynki Kapitałowe, CBRE
Przemysław Felicki, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych, CBRE

Inwestorzy mają bardzo pozytywne nastawienie do nieruchomości komercyjnych. Możemy się więc spodziewać, że wartość inwestycji w 2018 roku w Europie przekroczy rekordowe 291 mld euro, które uzyskano w 2017. Sprzyjać temu będzie dobra sytuacja gospodarcza, która sprawia, że inwestorzy dysponujący wystarczającym kapitałem, chętniej kupują nieruchomości. Najbardziej widać to w Europie Zachodniej, m.in. w Niemczech i Francji, gdzie niskie stopy procentowe powodują, że nieruchomości, obok giełdy, są najatrakcyjniejszą inwestycją. To przekłada się na coraz wyższe ceny aktywów, które z jednej strony mogą stanowić wyzwanie dla kupujących, z drugiej zaś są korzystne dla sprzedających. W konsekwencji, w 2018 roku możemy mieć do czynienia ze wzrostem inwestycji wystawianych na sprzedaż. Jednocześnie rynek nieruchomości komercyjnych znajduje się w późnej fazie cyklu, i taka koniunktura potrwa jeszcze rok-dwa – mówi Przemysław Felicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, CBRE.

Inwestycyjny szał

Inwestorzy patrzą na 2018 rok z jeszcze większym optymizmem niż na ubiegły – niemal połowa z nich (45%) uważa, że będzie kupowała więcej niż w 2017 roku, co oznacza wzrost o 4 p.p. w porównaniu rok do roku. Większa niż w minionym roku jest też grupa, która zakłada podobny poziom zakupów co rok wcześniej (33% vs. 26%). Większy apetyt inwestycyjny idzie w parze z większą skłonnością do sprzedawania aktywów. 4 na 10 zapytanych spodziewa się sprzedawać więcej niż w 2017 roku (2017: 36%), a 29% uważa ten rok będzie bardzo podobny pod tym względem do ubiegłego.

Wyzwania – cena i dostępność aktywów

Cena aktywów jest największym wyzwaniem dla inwestorów, co jest znaczną zmianą w stosunku do ubiegłego roku. 44% respondentów badania „EMEA Investor Intentions Survey 2018” podkreśliło, że ​​jest to główna przeszkoda dla inwestycji, w porównaniu z 38% w 2017 roku. Drugim problemem – dla 34% europejskich inwestorów – pozostaje podobnie jak rok temu dostępność produktu. 17% zapytanych wskazała natomiast na aktywność innych podmiotów, która przekłada się na mniejszą dostępność oraz wyższe ceny.

Pomimo wysokich cen i ograniczonej dostępności, inwestorzy mają większy niż rok temu apetyt na ryzyko. W celu uzyskania większego zysku, 19% respondentów jest w stanie zaryzykować, podczas gdy rok temu ten odsetek wyniósł 13%.

Na celowniku magazyny i biura

Po raz pierwszy w historii badania, inwestycyjnym celem numer jeden jest sektor logistyczno-przemysłowy (33% wskazań). – Już 2017 rok zweryfikował atrakcyjność przemysłu i logistyki, o czym świadczy liczba i wartość przeprowadzonych transakcji, również w Polsce. Na naszym rynku na koniec ubiegłego roku znajdowało się ponad 13 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, czyli o 22% więcej niż w 2016 roku. Co więcej, w ciągu minionych 12 miesięcy deweloperzy dostarczyli ponad 2 mln mkw. nowej powierzchni magazynowej, rejestrując najwyższy wynik w historii. Stopy zwrotów z inwestycji w nieruchomości magazynowe i przemysłowe są na wysokim poziomie w stosunku do innych segmentów nieruchomości. Zainteresowanie tym sektorem opiera się obecnie na dynamicznym rozwoju branży e-commerce, która w 2017 roku zajęła pozycję lidera wśród najemców magazynów w Polsce – mówi Beata Hryniewska, Szef Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki, CBRE.

Biurowce uplasowały się na drugim miejscu i są na radarze 26% inwestorów. Podium domykają budynki mieszkalne, na które wskazało 21,5% zapytanych. Głównym motywatorem wejścia w nieruchomości logistyczne jest atrakcyjny zwrot z inwestycji, podczas gdy w przypadku biur, inwestorzy szukają mocnych fundamentów gospodarczych i wysokiej płynności.

W obiekty handlowe planuje zainwestować co dziesiąty inwestor, a co dwunasty w hotele.

Polska na celowniku inwestorów

Na globalnych trendach inwestycyjnych zyskuje Polska. Więcej środków finansowych, czyli tych podmiotów, które chcą zainwestować w nieruchomości, rosnące ceny i zmniejszająca się globalna podaż dostępnych produktów, powodują, że coraz więcej inwestorów spogląda w stronę naszego kraju.

Sprzyjają temu również niskie stopy procentowe oraz utrzymujący się na solidnym poziomie wzrost gospodarczy. Inwestorów do Polski przyciągają też sektorowe czynniki. Intensywny rozwój sektora SSC/BPO przekłada się na rosnącą liczbę nowo otwieranych centrów, natomiast popularność zakupów internetowych na rozwój e-commerce i otwieranie kolejnych magazynów. W ubiegłym roku łączna wartość transakcji inwestycyjnych w Polsce wyniosła ponad 5 mld euro. Z wstępnych wyników za I kwartał tego roku wynika, że pierwsze trzy miesiące zamknęliśmy wynikiem na poziomie  ok. 1,5 mld euro. Jeśli zatem kolejne kwartały będą przynajmniej tak dobre jak pierwszy, cały 2018 rok zapowiada się bardzo obiecująco – mówi Przemysław Felicki z CBRE.

Eksperci CBRE wskazują na kilka grup graczy na polskim rynku. Pierwszą stanowią inwestorzy z Azji, np. z Korei Południowej, Chin, Malezji oraz z RPA, którzy z roku na rok powiększają swoją aktywność nad Wisłą. W drugiej znajdują się podmioty, które kiedyś były bardzo aktywne w naszym kraju i teraz na nowo planują swoje inwestycje. Dodatkowo, swoje portfele w Polsce powiększają także gracze z regiony CEE, przede wszystkich z Czech.

Metodologia badania:

Badanie „Investor Intentions Survey 2018” zostało zrealizowane przez CBRE od 26 grudnia 2017 do 24 stycznia 2018 roku. Wielkość próby wyniosła 1010 respondentów na całym świecie, w tym 350 respondentów, którzy wskazali, że są odpowiedzialni za inwestycje w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka).

W marcu e-commerce dostał świąteczny prezent wart miliony – niehandlowe niedziele

  • W marcu 3 niehandlowe niedziele zapewniły branży e-commerce 13% całości przychodów
  • Kwiecień może pobić ten wynik, tylko w ostatnią niedzielę sklepy będą otwarte
  • Około 70 proc. badanych Polaków uważa, że zakaz handlu w niedzielę nie jest dla nich problemem

Zamknięcie po raz pierwszy sklepów w niedzielę, według wyliczeń analityków z QuarticON*, silnie zaopatrzyło kasę cyfrowych sklepów. Polacy tylko w niedzielę 11 marca wydali aż 270 mln zł online. Pierwsza niehandlowa niedziela w branży e-commerce odnotowała niemal 40-proc. wzrost udziałów w sprzedaży w skali całego tygodnia w porównaniu ze średnim wynikiem rocznym. Pierwsza niehandlowa niedziela wypadła więc bardzo dobrze w marcowym rankingu, i to mimo pięknej pogody, zachęcającej do spacerów.

W pierwszą niedzielę niehandlową było sporo promocji, tworzono kampanie reklamowe zachęcające do robienia zakupów online i przypominające o zamknięciu sklepów. Wiele firm przygotowało na tej bazie stałe, atrakcyjne upusty dla klientów. Promocje z pewnością przyczyniły się do dobrego wyniku pierwszej niedzieli bez handlu – mówi Paweł Wyborski, prezes QuarticOn.

W drugą niedzielę wolną od handlu – obrót e-sklepów znów wzrósł ponad przeciętną – tym razem o 4 proc. w porównaniu z pozostałymi niedzielami. Przedświąteczny ruch handlowy odbił się wyższymi przychodami on-line w handlową niedzielę 25 marca – wówczas sprzedaż w sieci była o kolejne kilka proc. wyższa niż przeciętna dla niedziel z kilku poprzednich miesięcy.

Patrząc na obecne zachowanie Polaków w sieci, prognozuję, że w tym roku dodatkowy wzrost obrotów online w niehandlowe niedziele może dojść do poziomu nawet 7 proc. – ocenia Paweł Wyborski. – Biorąc jednak pod uwagę różnice w niedzielnym obrocie pomiędzy pierwszą a drugą niedzielą, to może być sygnał, że zakaz handlu nie wpłynie na tak duży wzrost sprzedaży w branży e-commerce, jakiego się spodziewano po pierwszym dniu objętym zakazem – dodaje.

Zdaniem Łukasza Szczepańskiego, prezesa Merlin.pl, e-commerce wyraźnie zyskuje w dni objęte zakazem handlu. – Regularnie notujemy w te dni wzrosty sprzedaży około 10 proc. powyżej średniej – zaznacza Łukasz Szczepański.

Jak łącznie wypadają marcowe niehandlowe niedziele w Polsce? W skali całego miesiąca zapewniły branży e-commerce aż 13% całości przychodów. Wzrost obrotu w dni z zakazem handlu był wyraźnie odczuwalny w sklepach funkcjonujących równolegle online i w offline. To właśnie te sklepy zauważyły o 21% większy obrót w dni objęte zakazem. Możliwość handlu online w każdą niedzielę ma wpływ na opinie Polaków co do zakazu handlu. Dla ponad 70 proc. badanych Polaków obowiązujący zakaz handlu nie jest problemem*. Ponad 35 proc. osób z „nie widzącej problemu” grupy deklaruje, że zazwyczaj nie robi zakupów w niedzielę, ok. 12 proc. uważa, że potrzebne artykuły nadal może zakupić w miejscach, których zakaz nie objął. Ponad 25 proc. badanych odpowiedziało, że zakaz nie wpłynął na ich życie.

Od kwietnia zmiana wysokości opłat z tytułu składki wypadkowej

Nowy okres składkowy przyniesie większości przedsiębiorstw zmianę wysokości opłat z tytułu składki wypadkowej. W wyniku nowelizacji rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Społecznej, od kwietnia 2018 roku płatnicy zgłaszający do 9 osób ubezpieczonych zapłacą mniej. W przypadku pozostałych płatników opłaty zmniejszą się lub zwiększą w zależności od rodzaju wykonywanej przez nich działalności.

Zgodnie z nowelizacją rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Społecznej w sprawie różnicowania stopy procentowej składki na ubezpieczenie społeczne z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych w zależności od zagrożeń zawodowych i ich skutków, już od 1 kwietnia 2018 r. zmieniają się kategorie ryzyka wraz z odpowiadającymi im stopami procentowymi składki na ubezpieczenie wypadkowe dla połowy grup działalności według Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD). Dla przedsiębiorstw z 32 grup PKD oznacza to zmianę wysokości opłat z tytułu składki na ubezpieczenia wypadkowe. Kategorie ryzyka dla poszczególnych grup działalności są aktualizowane m.in. w oparciu o dane statystyczne GUS dotyczące wypadkowości w trzech ostatnich latach kalendarzowych. Odnotowany w ostatnim czasie niższy poziom liczby osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy dla części przedsiębiorstw przełoży się na niższe stopy procentowe składek na ubezpieczenie wypadkowe. W nowym okresie składkowym najwyższa stopa procentowa składki wynosi 3,33 proc., a najniższa 0,67 proc. Koszt składki wypadkowej jest w całości ponoszony przez pracodawcę i zależy od masy wynagrodzeń. Zmiany najbardziej odczują więc przedsiębiorstwa o wysokim poziomie zatrudnienia.

Niższe opłaty dla deklarujących do 9 ubezpieczonych

Do tej pory najwyższa wysokość składki na ubezpieczenie wypadkowe sięgała 3,60 proc., a teraz wynosi 3,33 proc. Ta zmiana ma szczególne znaczenie dla płatników składek zgłaszających do ubezpieczenia nie więcej niż 9 osób. W ich przypadku wysokość składki wypadkowej nie jest wyliczana przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wynosi 50 proc. najwyższej składki na ubezpieczenie wypadkowe, To oznacza, że dla tych płatników wysokość składki wypadkowej zmniejszy się z 1,80 proc. do 1,67 proc. podstawy wymiaru składek.

Powyżej 10 ubezpieczonych? Wzrost lub spadek opłat w zależności od PKD

W przypadku płatników, którym wysokość składki na ubezpieczenie wypadkowe co roku ustala ZUS, zmiana wysokości opłat zależy m.in. od rodzaju wykonywanej przez nich działalności PKD. Po nowelizacji rozporządzenia MPiPS, od kwietnia 2018 r. aż 28 grup działalności odnotuje obniżenie opłat. Przykładowo, dla przedsiębiorstw zajmujących się górnictwem ropy naftowej i gazu ziemnego obniżono kategorię ryzyka i odpowiadającą jej stopę procentową składki wypadkowej z 3,60 proc. na 2,80 proc.

Niekorzystne zmiany odczują przede wszystkim przedsiębiorstwa z 4 grup działalności PKD. Chodzi o działalność związaną z rekultywacją i pozostałą działalność usługową związaną z gospodarką odpadami, działalność usługową wspomagającą górnictwo i wydobywanie, transport wodny oraz działalność organizatorów turystyki, pośredników i agentów turystycznych. Tej ostatniej grupie podwyższono stopę procentową składki z 0,40 proc. do 0,67 proc. Z kolei w przypadku przedsiębiorstw wspomagających górnictwo i wydobywanie, do tej pory wysokość stopy procentowej wynosiła 2,53 proc., a teraz będzie wynosić 3,06 proc. Przykładowo, spółka z tej branży, zatrudniająca 200 pracowników, do tej pory płaciła za składkę wypadkową ok. 325 428,84 zł rocznie, teraz po podwyżce zapłaci ok. 393 601,68 zł, czyli aż o 21 proc. więcej.

– Należy pamiętać, że ostateczna wysokość wyliczonej przez ZUS stopy procentowej składki na ubezpieczenie wypadkowe będzie zależeć nie tylko od grupy działalności PKD, ale także od liczby osób zatrudnionych i zgłoszonych do ubezpieczenia wypadkowego oraz od indywidualnych czynników, takich jak liczba osób zatrudnionych w warunkach zagrożenia czy poziom wypadkowości w przedsiębiorstwie. Warto zauważyć, że stawki składek na ubezpieczenia wypadkowe są różnicowane, aby motywować przedsiębiorstwa do przestrzegania zasad BHP i podejmowania działań zwiększających bezpieczeństwo pracowników – podkreśla Robert Adamczyk, Project Manager w obszarze HR Performance Ayming Polska.

Mniej wypadków, niższa składka

Inwestowanie w działania prewencyjne, takie jak szkolenia z zakresu BHP, modernizacja maszyn i urządzeń czy automatyzacja procesów produkcyjnych, przekłada się na zmniejszenie liczby wypadków w pracy i ograniczenie warunków zagrożenia. Z perspektywy pracodawcy, obniżenie wypadkowości krótkoterminowo redukuje koszty absencji i zastępstw, a długofalowo – obniża wysokość składki na ubezpieczenia wypadkowe odprowadzanej do ZUS. Jednak dla wielu przedsiębiorstw wciąż wyzwaniem pozostaje pozyskanie środków na działania prewencyjne.

Źródłem inwestycji w poprawę bezpieczeństwa pracowników mogą być oszczędności przedsiębiorstwa wynikające z weryfikacji sposobu naliczania składki wypadkowej, jej wysokości i rozliczenia. Z doświadczenia Ayming Polska wynika, że często osoby decyzyjne w firmach nie są do końca świadome możliwości obniżenia składki na ubezpieczenie wypadkowe. Tymczasem przedsiębiorstwa mogą weryfikować swoje opłaty z tytułu składek ZUS nawet do 5 lat wstecz, a w przypadku zidentyfikowania nienależnie opłaconych składek – skutecznie odzyskiwać nadpłaty – komentuje Piotr Radko, Dyrektor linii biznesowej HR Performance Ayming Polska.

Do 20 kwietnia 2018 r. płatnicy, którym ZUS ustala wysokość składki na ubezpieczenie wypadkowe, powinni otrzymać zawiadomienie o obowiązującej ich wysokości składki w okresie od kwietnia 2018 do końca marca 2019. Płatnicy, którzy nie otrzymają takiego zawiadomienia, powinni jak najszybciej zwrócić się po informacje do ZUS, aby w terminie rozliczyć składki za kwiecień 2018 r.

eBay: Polacy kupili 30% więcej elektroniki niż rok temu

Polscy użytkownicy eBay, jednego z największych portali aukcyjnych na świecie, tylko w pierwszych trzech miesiącach 2018 r. kupili na platformie aż o 30% więcej sprzętów elektronicznych niż przed rokiem. Najczęściej zamawiali laptopy, telefony i akcesoria komórkowe, a jako miejsce zagranicznych zakupów online wybierali przede wszystkim Europę i Azję.

Z badania przeprowadzonego przez Kantar Millward Brown na zlecenie eBay wynika, że ponad połowa respondentów wybiera zakupy online z uwagi na niższą cenę w porównaniu do sklepów stacjonarnych. Różnice mogą się okazać tym bardziej znaczące, jeśli mamy do czynienia ze sprzętem wartym klika tysięcy złotych, a właśnie tyle kosztuje relatywnie dobrej jakości laptop.eBay Elektronika

Wewnętrzne dane transakcyjne eBay potwierdzają, że średnia cena zakupu np. telefonu komórkowego z Azji bywa niższa nawet o 20% w porównaniu do cen oferowanych na rynku europejskim. Co ciekawe, aż 80% kupionych sprzętów to produkty nowe, a nie używane. Jak ocenia Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca eBay na Polskę i Europę Centralną, to właśnie cena w połączeniu z pewnością bezpiecznej dostawy nawet z najdalszych zakątków świata ma kluczowy wpływ na decyzje zakupowe konsumentów.

Obserwujemy, że elektronika już od kilku lat systematycznie zyskuje na popularności. Dzisiaj mamy do czynienia z bardzo świadomym konsumentem, który jest w stanie na własną rękę porównać ceny i wybrać najbardziej korzystną opcję. Aktualnie platformy sprzedażowe wychodzą naprzeciw tego typu trendom i coraz częściej oferują tanią i szybką wysyłkę właśnie po to, żeby ułatwić konsumentom dostęp nawet do najbardziej oddalonych rynków, takich jak np. Azja – zaznacza Małgorzata Gliszczyńska.

E-kupujący: dostawa najlepiej za darmo

Ponad 80% osób, które wzięły udział w badaniu eBay, deklaruje wybór możliwie najtańszej dostawy. Z danych wynika, że kupujący najczęściej wybierają dostawę kurierem, a zaraz potem odbiór w paczkomatach i usługi Poczty Polskiej. Szybka i tania wysyłka staje się ogólnoświatowym trendem, w który również starają się wpisać największe portale aukcyjne.

Jednym z wielu przykładów jest eBay, który od ubiegłego roku oferuje darmową i szybką przesyłkę nie tylko w przypadku produktów pochodzących z Europy, ale również Azji. Dostawa zamówionego produktu następuje najpóźniej w ciągu kilku dni i jest to możliwe dzięki współpracy eBay ze sprzedawcami, którzy posiadają swoje magazyny na terenie Europy. W ten sposób polscy użytkownicy mogą zamówić od zagranicznych sprzedawców najnowsze modele sprzętów elektronicznych, takich jak telefony czy iPady w bardzo konkurencyjnej cenie.Ranking telefonów

***

Źródło danych: Badanie Kantar Millward Brown, Usage and attitude towards eBay, 2017 r.

Fed to za mało

Opublikowany wczoraj wieczorem protokół z posiedzenia FOMC ograniczył nieco skalę osłabienia dolara. Polityka monetarna Fed – a z pewnością komunikacja z rynkiem – dryfuje stopniowo w bardziej jastrzębim kierunku i jest elementem rynkowej układanki pozytywnym dla amerykańskiej waluty.

Szkopuł w tym, że obecnie dużo ważniejsze dla inwestorów są czynniki geopolityczne i obawy o wojny handlowe. Chaos w administracji Trumpa i jej kolejne zaskakujące kroki spychają fundamenty na dalszy plan a najważniejszą częścią dnia dla rynków staje się wczesne popołudnie, kiedy Trump wysyła w świat pierwsze wiadomości na Twitterze.

Globalne rynki (zwłaszcza rynek akcji, ale również np. metali przemysłowych) pozostają pogrążone w mocnych turbulencjach. Będą one naszym zdaniem rozlewać się na kolejne klasy aktywów. Złoty mający za sobą kilkugroszowe umocnienie względem euro w takim środowisku powinien powrócić do osłabienia. Kurs EUR/PLN będzie naszym zdaniem powracać ponad 4,20 i kierować się do 4,25 a następnie  potencjalnie nawet 4,28.

Nie dość, że temat wojen handlowych może nieco przyhamować rozpędzoną globalną gospodarkę, to na przygaśnięcie impetu wzrostu gospodarczego u naszych  najważniejszych partnerów handlowych zdaje się wskazywać seria ostatnich publikacji makroekonomicznych z indeksami PMI na czele. Innymi słowy: szczyt cyklu koniunkturalnego w strefie euro może być już za nami. Podobnie sugerować może chociażby ostatnia porcja danych z Czech. Warto też odnotować, że inne ważne waluty świata emerging markets znajdują się pod silną presją. Lira jest najsłabsza do euro w historii: EUR/TRY na początku tygodnia pokonał barierę 5,0 i wszedł w fazę wręcz parabolicznych wzrostów. Rubla objęto potężną wyprzedażą po nałożeniu nowych sankcji na Rosję a południowoafrykański rand wyraźnie potaniał. Przy negatywnym nastawieniu do innych walut z koszyka EMEA złoty może mieć problemy z przedłużeniem mozolnie postępującego umocnienia. Tym bardziej kiedy jasne stało się, że przez minimum kilka kwartałów Rada Polityki Pieniężnej nie będzie się kwapić z podwyżkami stóp procentowych.

W tym tygodniu Nowotny z ECB wsparł euro dywagacjami na temat wychodzenia ze strategii ultrałagodnej polityki. Nie sądzimy jednak, by jego słowa znalazły odbicie w protokole z posiedzenia ECB. Rada Prezesów bardzo daleka jest od deklaracji dotyczących kształtu polityki w 2019 roku. Wspólnej walucie uroku odejmuje nieco i przygaśnięcie presji cenowej i wyraźnie słabsze (i odstające od oczekiwań) dane ze sfery realnej. Wzrost jest i pozostanie więcej niż przyzwoity, ale impet nieco spowolnił. W rezultacie – przy utrzymującej się nieufności do dolara – nie widzimy podstaw, by EUR/USD mógł w najbliższym czasie wychodzić ponad górne ograniczenie obowiązującego od tygodni przedziału wahań 1,22-1,2550. Kurs obecnie znajduje się w jego połowie i nieco ponad 55 – sesyjną średnią ruchomą. Marsz w górę ogranicza pułap 1,24. Większą przestrzeń do zniżek w niepewnym środowisku zmiennych nastrojów zdają się mieć EUR/GBP czy EUR/JPY. Spodziewamy się, że w gronie walut surowcowych AUD będzie odstawać od NZD oraz CAD. Dolar kanadyjski jest wspierany przez silne zwyżki cen ropy (WTI najdroższa od 2014 roku) i zepchnięcie na dalszy plan obaw o przyszłość porozumienia NAFTA.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS

Nomadzi są wśród nas, czyli o pracy z każdego zakątka globu

W 2017 roku Polacy wyjeżdżali na wakacje średnio na 7 i pół dnia, czyli około 2 doby krócej niż jeszcze 5 lat temu – wynika z badań CBOS. Przyczyną może być fakt, że coraz częściej urlop dzielony jest na kilka mniejszych wyjazdów. Istnieją jednak tacy, którzy na wakacjach są niemal zawsze i jak szacowano na konferencji DNX Global w Berlinie, do 2035 roku będzie ich 1 miliard. Jak to możliwe? Wszystko dzięki cyfrowemu nomadyzmowi.

Szukając definicji słowa „nomada” w słowniku języka polskiego, można spotkać się z takimi określeniami jak „członek ludu, plemienia prowadzącego wędrowny tryb życia” czy „koczownik”. Cyfrowy nomadyzm (digital nomadyzm) niewiele się od tego różni. Dzięki zdobyczom techniki, takim jak telefonia komórkowa czy internet, wiele osób może wykonywać swoje obowiązki zawodowe zarówno z biura w Łodzi, jak i Pun Space, najpopularniejszego coworkingu Chiang Mai w Tajlandii.

Wielu freelancerów nie zdaje sobie sprawy, że jest cyfrowymi nomadami. Wykonując zawody, które nie wymagają przebywania w określonym miejscu, takie jak na przykład programowanie, copywriting, blogowanie czy grafika, mogą sobie pozwolić na pracę niemal z każdego zakątka świata, potrzebując do tego jedynie dobrego łącza internetowego. 

– Portal Entrepreneur.com szacuje, że na świecie jest około 13,5 tys. biur coworkingowych, w których podobnie, jak w Idea Hub, można popracować, napić się kawy czy wynająć salękonferencyjną na spotkanie biznesowe. Takie rozwiązanie jest korzystne zarówno dla osób, które nie opuszczają swojego miasta, jak i tych, które zdecydowały się na łączenie pracy z podróżami – mówi Marta Bloch, Project Manager Idea Hub.

Synergia wykonywania obowiązków zawodowych z chęcią zwiedzania, posiada już swój odrębny termin – workation, który można przetłumaczyć na język polski jako „pracowakacje”.

Pracowakacje – od czego zacząć?

Powodów dla których ludzie decydują się na podróżowanie i jednoczesną pracę jest wiele. Chęć poznawania nowych miejsc i kultur, doskonalenie języków obcych czy poprawa swojej sytuacji ekonomicznej. Chociaż podróże nierozerwalnie łączą się z wydatkami, tak w przypadku cyfrowego namadyzmu, może być zupełnie inaczej. Jest to efekt wyboru lokalizacji, gdzie siła nabywcza waluty w której zarabiamy jest większa niż waluty lokalnej. To właśnie z tego powodu Azja Wschodnia jest jednym z najpopularniejszych kierunków dla digital nomadów z całego świata.

Aby pozwolić sobie na „pracowakacje”, warto zadbać o stałe źródło zleceń. W internecie można znaleźć wiele stron, takich jak Upwork, 99designs, Behance czy Peopleperhour, gdzie zamieszczane są oferty pracy z całego świata.

– Decydując się na zagraniczne zlecenia zyskujemy na kilku płaszczyznach. Wykonując zadania z krajów o mocniejszej walucie, odnosimy większą korzyść finansową niż freelancerzy z kraju zleceniodawcy. Nie należy jednak zapominaćże ktoś z innego kraju może przebić cenę naszej oferty – np. w Indiach czy bliższej nam Mołdawii koszt pracy i utrzymania może być niższy, a ceny ofert bardziej korzystne. Dlatego warto skoncentrować się na tworzeniu międzynarodowego portfolio, które będzie stanowiło dowód jakości realizowanych przez nas zleceń – komentuje Marta Bloch, Idea Hub.

Zapisy Dyrektywy o delegowaniu pracowników przegłosowane

Wczoraj ambasadorowie państw członkowskich UE zebrani w COREPER 1 (Komitecie Stałych Przedstawicieli) przegłosowali tekst rewizji Dyrektywy o delegowaniu pracowników. Zapisy były wcześniej negocjowane przez przedstawicieli Rady, Parlamentu i Komisji w trilogach. Potwierdziły się wcześniejsze nieformalne informacje dotyczące projektu. Pojawiły się w nim korzystne zmiany, co nie zmienia faktu, że wciąż nowelizacja jest dla polskich firm niekorzystna w stosunku do obecnie obowiązujących przepisów. 

– Ostateczny projekt kompromisu nie wywoła masowych bankructw polskich firm, a „jedynie” mocno skomplikuje im życie. Jednak nowelizacja jest bezprecedensowym przykładem sytuacji, w której silniejsze państwa unijne narzuciły słabszym korzystne dla siebie zasady konkurowania. Podjętą przez Jean-Claude Junckera decyzją o zaostrzeniu dyrektywy nie zachwiały wyniki zamówionych przez Komisję raportów, z których płynął wniosek, że delegowanie pracowników jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania i utrzymania konkurencyjności europejskiego rynku – komentuje Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy, największego w Europie think tanku zajmującego się mobilnością pracy w ramach swobody świadczenia usług. – Mimo, że nowelizacja dyrektywy była promowana jako korzystna dla pracowników delegowanych, w Brukseli otwarcie mówiło się, że jej faktycznym celem jest ochrona lokalnych rynków państw bogatego centrum Unii przed niemile widzianą konkurencją z państw peryferyjnych, przede wszystkim z Polski.

Jakie są najważniejsze zapisy nowelizacji i ostatnie zmiany w projekcie?

Okres delegowania ustalono na 12 miesięcy, z możliwością przedłużenia go o 6 miesięcy na podstawie uzasadnionej notyfikacji przedstawionej przez przedsiębiorcę władzom państwa przyjmującego. W ostatnim trilogu dopisano jednak, że państwa członkowskie „powinny” przedłużyć ten okres. Liczyć się będzie rzeczywisty okres delegowania, a zatem faktyczna ilość dni pracy pracownika delegowanego, a nie czas od jego pierwszego przyjazdu do ostatniego wyjazdu, w który wliczane były również przerwy, jak to proponowała Komisja Europejska.

Największym sukcesem jest korzystna definicja zastępowania, która zawęża zastępowanie do jednego pracodawcy delegującego w to samo miejsce i do tych samych czynności, a nie jak, to było proponowane wcześniej wszystkich pracodawców łącznie.

Przy porównywaniu wynagrodzenia wypłacanego pracownikowi delegowanemu i wynagrodzenia należnego zgodnie z prawem państwa przyjmującego będzie należało wziąć pod uwagę całkowitą kwotę brutto wynagrodzenia, a nie poszczególne jego elementy. To bardzo ważna decyzja mająca ogromne znaczenie w praktyce. Wynagrodzenie pracownika delegowanego może bowiem obejmować szereg trudno wyliczalnych elementów.

Proponowane zapisy niestety zakładają odejście od wymogu stosowania się wyłącznie do układów powszechnie obowiązujących. Obowiązywać mogą również układy zbiorowe, które nie są uznane za powszechnie obowiązujące, ale są reprezentatywne np. dla danego obszaru geograficznego, zawodu lub sektora przemysłu i które oferują najkorzystniejsze warunki zatrudnienia pracownika.

– Pracodawca, który w ramach realizacji usługi w innym państwie unijnym, oddeleguje pracowników do wykonywania tych samych zadań w tym samym miejscu przez okres dłuższy niż 12 miesięcy będzie musiał, niezależnie od tego, jakie prawo właściwe ustalił w umowach z pracownikami, objąć ich wszystkimi przepisami lokalnego prawa pracy. Pracownikom nie przyniesie to żadnych wymiernych korzyści, gdyż od pierwszego dnia pracy za granicą ich wynagrodzenie w każdym przypadku będzie wypłacane na takich samych zasadach, co pracownikom lokalnym. Dla pracodawcy oznaczać to będzie konieczność zastosowania przepisów obcego państwa, zakorzenionych w odmiennej kulturze prawnej, a w dodatku napisanych w języku, którego zazwyczaj nie zna – podsumowuje Stefan Schwarz.

21 czerwca dokument będzie formalnie przegłosowany na posiedzeniu Rady EPSCO. Głosowanie na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego nastąpi w ciągu kolejnych kilkunastu dni. Nowe przepisy będą stosowane od dnia przypadającego 2 lata po wejściu w życie znowelizowanej Dyrektywy.

IMP szacuje, ze zmiany w unijnej Dyrektywie o delegowaniu pracowników dotkną nawet do kilkudziesięciu tysięcy polskich firm i od 400 do 900 tys. miejsc pracy m.in. w opiece, rolnictwie, budownictwie, IT, outsourcingu, w transporcie i wielu innych branżach.

Ostateczny projekt kompromisu w sprawie pracowników delegowanych nie wywoła masowych bankructw polskich firm, a „jedynie” mocno skomplikuje im życie. Jednak okoliczności, w których projekt był procedowany budzą duży niepokój. Decyzja o nowelizacji dyrektywy o delegowaniu pracowników została podjęta w wyniku politycznej presji wywartej na Komisji Europejskiej przez 6 najbogatszych państw [list otwarty ministrów ds. pracy do przewodniczącego KE], a następnie procedowana przez unijne instytucje wbrew protestom ze strony mniej zamożnych krajów, które przeciwko Komisji wszczęły nawet procedurę ostrzegawczą w ramach tzw. żółtej kartki. Podjętą przez Jean-Claude Junckera decyzją o zaostrzeniu dyrektywy nie zachwiały również wyniki zamówionych przez Komisję raportów, z których płynął wniosek, że delegowanie pracowników nie tylko nie wpływa negatywnie na rynki pracy państw przyjmujących, ale wręcz jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania i utrzymania konkurencyjności europejskiego rynku. Mimo, że nowelizacja dyrektywy była promowana jako korzystna dla pracowników delegowanych, w Brukseli otwarcie mówiło się, że jej faktycznym celem jest ochrona lokalnych rynków państw bogatego centrum Unii przed niemile widzianą konkurencją z państw peryferyjnych, przede wszystkim z Polski. Nowelizacja dyrektywy o delegowaniu pracowników jest bezprecedensowym przykładem sytuacji, w której silniejsze państwa unijne narzuciły słabszym korzystne dla siebie zasady konkurowania. Z perspektywy polskich firm oznacza to, że ich konkurencyjność na unijnym rynku nie będzie wynikać z efektywności czy popytu na ich usługi lub towary, ale będzie regulowana przez unijnych polityków w taki sposób, żeby polskie firmy nie mogły zagrozić dominującej pozycji rynkowej firm z Francji, Niemiec czy Austrii. Z perspektywy społecznej, doprowadzi to do sytuacji, w której państwa bogate będą jeszcze szybciej się bogacić, a biedne przekształcą się w peryferyjne rezerwuary taniej siły roboczej.

Na czym polegają wspomniane utrudnienia dla przedsiębiorstw związane z nowelizacją dyrektywy o delegowaniu? Pracodawca, który w ramach realizacji usługi w innym państwie unijnym, oddeleguje pracowników do wykonywania  tych samych zadań w tym samym miejscu przez okres dłuższy niż 12 miesięcy będzie musiał, niezależnie od tego jakie prawo właściwe ustalił w umowach z pracownikami, objąć ich wszystkimi przepisami lokalnego prawa pracy. Pracownikom nie przyniesie to żadnych wymiernych korzyści, gdyż od pierwszego dnia pracy za granicą ich wynagrodzenie w każdym przypadku będzie wypłacane na takich samych zasadach, co pracownikom lokalnym. Dla pracodawcy oznaczać to będzie konieczność zastosowania przepisów obcego państwa, zakorzenionych w odmiennej kulturze prawnej, a w dodatku napisanych w języku, którego zazwyczaj nie zna. Oczywiste jest, że pracodawcy będą unikać przekraczania okresu 12-miesięcy, gdyż wiązać się to się będzie dla nich z dodatkowymi kosztami i ryzykami prawnymi. Należy pamiętać, że Traktat o Unii Europejskiej pozwala na ograniczanie swobód rynku wewnętrznego tylko w wyjątkowych i uzasadnionych przypadkach podyktowanych ważnym interesem publicznym. Pytanie, czy zniechęcanie firm do świadczenia usług przez dłuższy okres niż 12 miesięcy jest uzasadnione ważnym interesem publicznym. Jeśli nie, to oznacza że zasada ta jest sprzeczna z prawem Unii.

Stefan Schwarz prezes Inicjatywy Mobilności Pracy (IMP)

Ukraińcy bezcenni dla polskiej gospodarki

Można śmiało powiedzieć, że w ostatnich latach w Polsce nastąpiła największa rewolucja społeczno-gospodarcza po 1989 roku. Czynniki demograficzne, a także emigracja zarobkowa Polaków całkowicie zmieniły realia na rynku pracy. Polska w końcu wyrwała się z zastoju gospodarczego. Patrząc choćby na wskazanie PKB za IV kwartał 2017 roku, dane muszą robić wrażenie. 5,1% jest najlepszym wynikiem od prawie dziesięciu lat. Tempem wzrostu zaczęliśmy dorównywać azjatyckim tygrysom, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia.

Wszystko pięknie, tyle tylko, że tak wysoki wzrost spowodował zjawisko braku rąk do pracy. W wielu sektorach gospodarki firmy były zmuszone sięgać po rezerwy na rynku pracy. Jednak i to nie wystarczyło. Na koniec roku 2017 bezrobocie w Polsce według GUS spadło do rekordowych 6,6%. Według niektórych ekonomistów taki wynik uznawany jest za poziom bezrobocia naturalnego, a więc ludzie pozostający bez pracy jej nie szukają i nie są zainteresowani jej podjęciem. Niższy wiek emerytalny w Polsce również nie pomaga. Zaledwie 50% osób w wieku 54-64 lata pracuje zawodowo. Do tego Polacy cały czas emigrują na zachód. Co prawda w mniejszym stopniu niż we wcześniejszych latach, ale jednak nadal jest to proces zauważalny. Odsetek firm deklarujących niedobór pracowników w IV kwartale 2017 był na najwyższym poziomie w historii.

Bez wątpienia kołem ratunkowym dla polskiej gospodarki, by sprostać osiąganiu tak wysokiego wzrostu gospodarczego, okazał się silny napływ pracowników z Ukrainy. Szacunki mówią o 2 milionach Ukraińców pracujących legalnie na terenie Polski, podczas gdy na koniec roku 2018 oczekuje się wzrostu do 3 milionów. Z pewnością nie bez znaczenia okazał się konflikt zbrojny na Ukrainie, wskutek którego ludzie masowo opuszczali swój kraj.

Pracownicy z Ukrainy zajmują miejsce w branżach, gdzie brakuje rąk do pracy. Przede wszystkim jest to przemysł i budownictwo. Sporo ludzi podjęło pracę w branży hotelarskiej
i gastronomii. Mimo takiej liczby napływu pracowników, rynek nadal nie narzeka na ich nadmiar. Wręcz przeciwnie, ogłoszeń o pracę wciąż jest wiele. Polscy pracodawcy chętnie zatrudniają cudzoziemców zza naszej wschodniej granicy, wskazując na wysoki poziom ich zaangażowania w pracę.

Wydawało się, że Polska będzie dla cudzoziemców z Ukrainy jedynie przystankiem do dalszej drogi na zachód, gdzie, nie da się ukryć, zarobki są wyższe. Szczególnie po liberalizacji przepisów unijnych z 11 czerwca 2017 roku, zgodnie z którymi Ukraińcy mogą wjeżdżać bez wizy do państw Unii Europejskiej. Czas jednak pokazał, że obawy były bezzasadne. Badania ankietowe wykazują, że aż 80% przybyszów chce pozostać w naszym kraju.

Bez wątpienia w tym kontekście kluczowa okazuje się bliskość geograficzna. Pracownicy
z Ukrainy mają blisko do swoich rodzin. Również bariera językowa ich nie ogranicza. Co jednak równie ważne, rosnące płace w Polsce powodują, że Ukraińcom nie opłaca się przenosić. Statystyki zakupu mieszkań potwierdzają niechęć do dalszego przemieszczania się, a wręcz wskazują na chęć osiedlania się na stałe. Najwięcej nieruchomości kupowanych jest przez imigrantów zza wschodniej granicy w Krakowie, co może wynikać z położenia geograficznego. Są to przede wszystkim małe lokale około 40-50 m2, najczęściej nabywane przez młode osoby za gotówkę.

Rosnące płace, to wynik sporej presji płacowej pracowników z Ukrainy. Początkowo cudzoziemcy pracowali w Polsce za nieco niższe stawki. Badania ankietowe pokazują, że ponad 55% pracowników chce zarabiać już w przedziale 3-5 tysiące złotych netto. Tylko 23% chciałoby pracować za mniej niż 3 tysiące złotych netto. Stawki więc są wygórowane, biorąc pod uwagę, że średnia pensja w Polsce wynosi niewiele ponad 3 tysiące złotych na rękę.

Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze, ogólnie w Polsce rosną żądania płacowe. Po drugie, pracodawcy doceniają poziom zaangażowania cudzoziemców i chęć do pracy dłuższej niż 40 godzin tygodniowo. Najważniejsze jednak jest poczucie, że firmom brakuje rąk do pracy, także można śmiało przyjąć stanowisko twardego negocjatora
w kwestiach dotyczących wynagrodzenia.

Pracownicy z Ukrainy nie tylko wspomagają polską gospodarkę na drodze dynamicznego wzrostu. Według szacunków, na koniec III kwartału 2017, ponad 300 tysięcy Ukraińców odprowadzało składki do ZUS. Pokazuje to, że celem pracy jest nie tylko chęć zarobku, ale już chęć zadomowienia się na stałe. Dla obecnych władz to idealna sytuacja. Składki odprowadzane przez ukraińskich pracowników pozwalają pokryć rosnące wydatki na świadczenia emerytalne, szczególnie po obniżeniu wieku przejścia na emeryturę w naszym kraju.

Zjawisko ogromnej rewolucji na rynku pracy potwierdza podsumowanie transferów finansowych w Polsce. Z tego punktu widzenia nasz kraj stał się krajem imigracyjnym, a przez wiele lat byliśmy krajem emigracyjnym. Najprościej można powiedzieć, że więcej środków jest z Polski wysyłanych, niż trafia do naszego kraju z innych państw. W tym kontekście ważne jest, by zatrzymać pracowników z innych krajów na stałe, wtedy transfer środków za granicę się zmniejsza, a zwiększa się konsumpcja i rozwija sektor budownictwa mieszkaniowego.

Ukraińcy okazali się zbawieniem dla polskiej gospodarki. Fala imigracji pozwoliła utrzymać się pędzącemu pociągowi z napisem “rozwój gospodarczy”. Nie bez przyczyny NBP uznał potencjalny ubytek naszych wschodnich sąsiadów za główny czynnik ryzyka dla rynku pracy w Polsce. Wydaje się, że obecność pracowników z Ukrainy na polskim rynku pracy nie jest trendem przejściowym.

Krzysztof Pawlak – ekspert walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Trump grozi Rosji. Kurs dolara pod wpływem wydarzeń politycznych

D. Trump stwierdził, że stosunki rosyjsko-amerykańskie nigdy nie były tak napięte (nawet w czasach zimnej wojny). Zagroził jednocześnie, że Rosja nie będzie w stanie zestrzelić rakiet, którymi USA uderzy w Syrię. W rezultacie ceny ropy podskoczyły przejściowo do ok. 73 USD/b.

W środę uwagę rynków zwracały dane o amerykańskiej inflacji konsumenckiej, kwietniowe posiedzenie RPP i publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia Fed. Mimo, że większość inwestorów oczekiwała jastrzębich doniesień z USA i możliwego nasilenia gołębiego tonu NBP (po tym jak w marcu szacunkowa inflacja CPI spadła do 1,3% r/r) od pierwszych godzin wczorajszej sesji złoty umacniał się.

RPP utrzymała stopy bez zmian, co nie było żadnym zaskoczeniem. Podobnie jak gołębi wydźwięk konferencji prasowej (mając w pamięci wcześniejszą stanowczość prezesa Adama Glapińskiego i biorąc pod uwagę rozczarowujące krajowe dane inflacyjne). Na początku 2017 roku inflacja CPI zakończyła dwuletni okres deflacji cenowej wywołanej gwałtowną przeceną ropy naftowej i surowców rolnych. Po zeszłorocznym odbiciu cen w Polsce indeks CPI ustabilizował się w przedziale 1,5-2,5% a więc w dolnym paśmie wahań akceptowanym przez NBP. Obecnie mamy ponownie dodatnią bieżącą realną stopę referencyjną. Coraz bardziej oddalająca się od dolnego ograniczenia przedziału odchyleń od celu NBP inflacja, w ocenie RPP nie tylko przekreśla szansę na podwyżki stóp w 2018 roku, ale jednocześnie nasila przekonanie co do podobnego scenariusza na 2019 rok. Co ciekawe, pomimo wręcz zaostrzenia gołębiego tonu (podczas konferencji prasowej wskazano bowiem na możliwe „działania przeciwne”, czyli obniżki stóp NBP) złoty umacniał się. Inwestorzy zwrócili zapewne uwagę na słowa A. Glapińskiego, w których zapewniał, że choć złoty jest silny, to nie stwarza problemów gospodarce, mówiąc żartobliwie, że „wszystko jest jak marzenie”.

Na rynku bazowym środowa przebiegała dość stabilnie, w okolicach zamknięcia poprzedniego dnia. Bez wpływu na eurodolara pozostał komentarz rzecznika EBC, wskazujący że ścieżka stóp nakreślona we wtorek przez E. Nowotnego (w tym podwyżka stopy depozytowej przez wygaszeniem programu QE) nie pokazuje przekonań wszystkich decydentów banku centralnego strefy euro, a jedynie osobiste odczucia tego członka zarządu. Notowaniom dolara ciążą polityczne doniesienia z Waszyngtonu o możliwym ataku z powietrza na cele w Syrii. Nie jest wykluczone, że sytuacja polityczna czasowo będzie teraz podbijać globalne ryzyko, gdyż po komentarzach Białego Domu odpowiedź USA jest prawie pewna (tak jak to miało miejsce rok temu, kiedy reżim Assada również naruszył międzynarodowe regulacje nt. wykorzystania broni chemicznej). Tym bardziej, że D. Trump zapowiedział wręcz, że „pociski nadlecą”.

W oczekiwaniu na raporty inflacyjne kurs EURUSD wzrósł do 1,239.  Dane za marzec okazały się zgodne z oczekiwaniami i nie wpłynęły na notowania dolara, który nadal pozostawały pod wpływem światowych wydarzeń politycznych. Podobnie neutralnie przyjęta została publikacja minutes z marcowego posiedzenia Fed-u, pomimo że wszyscy członkowie FOMC uznali, że sytuacja w gospodarce USA będzie się dalej poprawiać, a inflacja przyspieszy w kolejnych miesiącach, co może wymuszać nieco bardziej stromą ścieżkę stóp w kolejnych latach. Zasugerowano wręcz, że w pewnym momencie nastąpi konieczność zmiany treści komunikatu publikowanego po posiedzeniach banku, by wskazać na możliwą stopniową ewolucję nastawienie z akomodacyjnego do neutralnego lub nawet ograniczającego aktywność w gospodarce. To mocno jastrzębi przekaz, jednak uwagę rynku najprawdopodobniej bardziej zwrócił fragment protokołu wskazujący na niepokój członków Fed-u wpływem polityki fiskalnej i handlowej administracji prezydenta Donalda Trumpa na gospodarkę (sytuację fiskalną i stopy procentowe). Tym samym rosnące ryzyko polityczne przeważyło nad fundamentami, szczególnie że wczorajsze publikacje nie dostarczyły nowych informacji, a jedynie potwierdziły już wiadome.

W czwartek w centrum uwagi znajdzie się minutes EBC, które raczej nie powinno wspierać euro. Złoty zaś wypatruje już piątkowych danych inflacyjnych, które pokażą, co dokładnie zaważyło na marcowym spadku indeksu CPI do 1,3% r/r. Ponadto na horyzoncie jest też rewizja oceny kredytowej przez S&P. Do zmiany ratingu Polski podczas zaplanowanej na piątek rewizji najprawdopodobniej nie dojdzie, ale nie jest wykluczone, że ton komunikatu będzie cieplejszy, co może pozwolić złotemu utrzymać obecne poziomy w perspektywie końca tygodnia.stopy procentowe bez zmianAutor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski
/

W Polsce najwięcej obywatelstw wydajemy dla Ukraińców

Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że w 2016 roku w Polsce wydano 3460 obywatelstw dla osób spoza Unii Europejskiej. Ponad połowa dotyczyła osób z Ukrainy. Oznacza to wzrost o 57% w porównaniu do 2012 roku. Eksperci Personnel Service wskazują, że trend wzrostowy będzie się umacniał, m.in. za sprawą nowej polityki migracyjnej. Na razie jednak, jak wynika z „Barometru Imigracji Zarobkowej – I półrocze 2018”, tylko co dziesiąty Ukrainiec chce się osiedlić w Polsce na stałe.

W 2016 roku prawie 1 mln osób otrzymało obywatelstwo jednego z krajów członkowskich Unii Europejskiej. To rekordowy wynik odkąd Eurostat zbiera dane na ten temat (w 2012 roku zorganizowano pierwszą edycję badania).

Krzysztof Inglot - Work Service
Krzysztof Inglot – Work Service

Polska na tle takich państw jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja przyznaje raczej mało obywatelstw. W tych krajach wydano ich odpowiednio prawie 25 tys., 18 tys. i 16 tys. W Polsce jest jednak pewna znacząca tendencja. Od 2012 roku najwięcej obywatelstw polskich dostają osoby z Ukrainy, a następnie Białorusini. Wynika to oczywiście z nasilonej emigracji zarobkowej z tych krajów do Polski – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Ukraińcy i Białorusini z polskim obywatelstwem

W 2016 roku wydano w Polsce w sumie 3460 obywatelstw dla osób spoza Unii Europejskiej. Większość z nich, bo aż 1885 dotyczyła osób z Ukrainy. Kolejne 563 obywatelstwa polskie przyznano Białorusinom, a 236 Rosjanom. Rok wcześniej, czyli w 2015 roku wydano jeszcze więcej obywatelstw polskich osobom z Ukrainy, bo aż 1957, co było rekordowym wynikiem od 2012 roku.

W Polsce zaczynamy rozumieć, że nasza gospodarka potrzebuje pracowników z Ukrainy na dłużej niż tylko kilka miesięcy, które przysługują w ramach uproszczonej procedury zatrudniania. Myślę, że to przyczyni się do wzrostu liczby przyznawanych obywatelstw dla Ukraińców. Na razie jednak jesteśmy na takim etapie migracji, że pracownicy nie deklarują chęci osiedlania się u nas na stałe. Natomiast odpowiednie zachęty, które zostały ujęte w nowej propozycji polityki migracyjnej, związane m.in. z dostępem do edukacji i nieruchomości, powinny to zmienić – podsumowuje Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Ekspansja RAFAKO S.A. w Mongolii

Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO
Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO

Sytuacja energetyczna ojczyzny Dżyngis-chana wskazuje, że nasze usługi są tam potrzebne i możemy wiele zrobić, by poprawić jakość życia mieszkańców – uważa Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes zarządu RAFAKO S.A.

Mongolia jest jednym z największych światowych producentów węgla, z którego ponad 30 proc. jest eksportowane a 66 proc. zużywane wewnątrz kraju. Spalanie tego paliwa pozwala wyprodukować aż 95 proc. energii elektrycznej wytwarzanej w kraju.

– Wszystkie te instalacje wymagają konserwacji, konieczna jest również rozbudowa nowych siłowni, szczególnie w stolicy kraju, Ułan Bator – mówi Jakub Sitek, pełnomocnik Zarządu ds. Relacji z Klientami na Rynku Azjatyckim RAFAKO S.A. – Już niemal połowa populacji tego ogromnego kraju żyje w stolicy lub na jej przedmieściach. W efekcie przybysze mieszkają w coraz gorszych warunkach a sieć elektryczna napotyka na coraz większe trudności z zaspokajaniem zapotrzebowania na energię nowych mieszkańców.

Zud uderza

Główną przyczyną ich migracji jest zud, tradycyjne mongolskie określenie na wyjątkowo ciężką zimę, w wyniku której umierają całe stada bydła.

– Przyczyn tego zjawiska jest wiele. Jedną z nich są zmiany klimatyczne. Zbudowany za czasów komunistów przemysł w Rosji, Chinach i samej Mongolii nie uznawał ochrony środowiska za priorytetową kwestię. W rezultacie średnia temperatura w kraju wzrosła o 2,07 stopnia, podczas gdy w skali świata średnia wynosi 0,85 stopnia – tłumaczy Jakub Sitek – Ostrzejsze, gorętsze lata powodują, że zjawisko zudu jest częstsze i bardziej intensywne.

Inną przyczyną było zerwanie z centralnym planowaniem w mongolskiej gospodarce. Ze względu na boom na wełnę kaszmirową hodowcy kupili wiele kóz. Zwierzęta te, w przeciwieństwie do owiec, które były tradycyjnie hodowane w Mongolii, wyjadają trawę z korzeniami oraz rozkopują kopytami ziemię, przyczyniając się do pustynnienia terenów.

– W rezultacie zud mocno się nasilił. W 1999 roku zabił 10 milionów zwierząt a w 2009 kolejne 8 milionów. Pasterze, którzy zostali bez dobytku, przenieśli się do stolicy by szukać pracy – wskazuje Jakub Sitek.

Elektrojurty w stepowym Krakowie

W efekcie zmian klimatycznych i cywilizacyjnych w ciągu ostatnich trzydziestu lat nawet 600 tysięcy pasterzy i nomadów zdecydowało się osiąść na stałe w stolicy kraju, co w praktyce oznaczało podwojenie ilości mieszkańców miasta[1].

– Ludzie ci są przyzwyczajeni do twardego życia i nikogo nie dziwi widok jurt sąsiadujących z sowieckimi blokowiskami, nikomu też nie przeszkadza życie w tradycyjnym namiocie koczowniczym. Nie oznacza to jednak, że władze są zwolnione z zapewniania dostępu do podstawowych wygód, takich jak energia elektryczna czy ogrzewanie – mówi Jakub Sitek.

Jednak brak takich wygód, nawet jeśli akceptowany przez mieszkańców, jest przyczyną kolejnych problemów, wśród których kluczowym wyzwaniem jest smog. Stężenie pyłów PM2,5, najgroźniejszych dla zdrowia, gdyż zdolnych wniknąć do krwiobiegu, jest przekroczone w mongolskiej stolicy siedmiokrotnie (w stosunku do zaleceń WHO). Ubodzy przybysze ze stepów ogrzewają swoje jurty i domy piecami węglowymi, przez co zimą miasto wygląda jak spowite mgłą i nie ma czym oddychać. Slumsy wokół Ułan Bator tworzy nawet 300 tysięcy domów w których mieszka 800 tysięcy ludzi.

– Władze mongolskiej stolicy podjęły ostre kroki na rzecz walki z tym zjawiskiem. Od stycznia 2018 roku zakazano migracji ze wsi do stolicy. Ci, którzy już się osiedlili mają otrzymać od miasta lepszej jakości paliwo niż wysoce zasiarczony węgiel brunatny czy opony oraz plastik, którymi palą w piecach[2] – mówi Jakub Sitek – To jednak tylko częściowe rozwiązanie. W praktyce jedynie rozbudowa sieci ciepłowniczej, która umożliwi podłączenie możliwie największej ilości domów, pozwoli rozwiązać problem smogu oraz trudnych warunków w zimowych miesiącach. Fakt, że miasto leży w wąskiej dolinie, która uniemożliwia rozwianie chmury spalin dodatkowo pogarsza sytuację[3] – wskazuje.

Rafako S.A. z wachlarzem usług

Te trudne warunki oraz silna tradycja energetyki węglowej powodują, że Mongolia jest dla RAFAKO S.A. bardzo atrakcyjnym rynkiem.

– Jest to kraj, który przez wiele lat importował energię i zasilał swój przemysł z zewnątrz. Sytuacja geopolityczna spowodowała, że kraj nie miał tak dogodnych warunków do transformacji gospodarczej jak Polska – tłumaczy Jakub Sitek. – Tym bardziej cieszę się, że RAFAKO S.A. zostało zaproszone do udziału w projektach z zakresu energetyki olejowej oraz węglowej – mówi. Dodaje, że brak własnej energetyki w połączeniu z wyzwaniami transformacji był często przyczyną upadku mniejszych ośrodków miejskich.

– Przykładem może być choćby Darkhan, trzecie co do wielkości miasto kraju. Kiedyś był to ważny ośrodek sowieckiego przemysłu, obecnie kolejne miasto drenowane przez stolicę z lepiej wykształconych obywateli – mówi Jakub Sitek. Podkreśla przy tym, że mimo tak trudnej sytuacji, kraj jest wyjątkowo perspektywiczny z punktu widzenia RAFAKO S.A.

– Nasze technologie pozwalają produkować niskoemisyjną energię z węgla. Jesteśmy w stanie instalować nowoczesne filtry i modernizować stare bloki energetyczne. Nasza technologia wysp poligeneracyjnych umożliwia gazowanie śmieci, a tym samym dalszą redukcję smogu i pozyskiwanie czystej energii – wylicza Jakub Sitek. – Dlatego jestem pewien, że Mongolia będzie jednym z najciekawszych rynków dla RAFAKO S.A. a nasza firma pozwoli znacznie poprawiać jakość życia mieszkańców, nie tylko w Ułan Bator – podsumowuje.

Nieoczywiste przyczyny

– Nie przeczę, że duże zakłady przemysłowe zanieczyszczają powietrze, jednak dzięki technologiom oczyszczającym, przede wszystkim odsiarczania i odazotowywania spalin, elektrownie i elektrociepłownie dają radę spełniać coraz bardziej rygorystyczne normy. Problemem jest brak centralnych instalacji energetycznych w miastach – tłumaczy Jakub Sitek z RAFAKO S.A. – Dodaje, że nad centralnymi instalacjami takimi jak nieduża, miejska ciepłownia znacznie łatwiej zapanować niż nad setkami małych kotłowni w każdym domu.

  1. https://www.theguardian.com/world/2017/jan/05/mongolian-herders-moving-to-city-climate-change
  2. http://english.sina.com/news/2017-01-10/detail-ifxzkfuh6779377.shtml
  3. https://www.aljazeera.com/video/news/2017/04/mongolians-seek-ways-fight-pollution-170403070538927.html

Na co najczęściej pożyczają Polacy?

Według badania „Sytuacja na rynku consumer finance”, zrealizowanego w I kwartale 2018 r. przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH, co czwarty Polak środki z uzyskanego kredytu lub pożyczki wydaje na zakup drobnych dóbr trwałych, na przykład sprzętu RTV-AGD. Odsetek ten utrzymuje się na podobnym poziomie od pięciu lat.

Regularnie spada natomiast liczba tych gospodarstw, które zaciągają kredyt bądź pożyczkę na spłatę wcześniej zaciągniętego zobowiązania. Odsetek ten, wynoszący dziś 17,5%, w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmniejszył się aż o 1/3.

– Bardzo dobrze należy oceniać fakt, iż polscy kredytobiorcy korzystają z dobrej koniunktury, obniżając skalę swojego zadłużenia przeterminowanego, co będzie miało pozytywne znaczenie dla dalszej poprawy ich sytuacji finansowej w przyszłości – powiedział Andrzej Roter, Prezes KPF.

Kolejną, istotną grupą, stanowiącą 14,7%, są osoby zaciągające pożyczkę lub kredyt na pokrycie wydatków związanych z nagłymi potrzebami, na przykład na pokrycie kosztów leczenia, wypadku lub  operacji. To dwukrotnie więcej niż przed rokiem, ale podobnie jak w poprzednich okresach realizacji badania.

Do zaciągania kredytu lub pożyczki na cele czysto konsumpcyjne, na przykład wakacje lub święta, w I kwartale br. przyznało się 12,5% ankietowanych – o 1/4 więcej niż w 2016 roku i najwięcej od początku realizacji badania. Przyczyna takiego stanu rzeczy może leżeć w ambicjach zakupowych Polaków, umotywowanych faktem, iż coraz bardziej mogą oni sobie pozwolić na zaciąganie kredytów bądź pożyczek również na takie, okazjonalne cele.

Zakup mieszkania lub domu ze środków pochodzących z kredytu zrealizowało 12,4%, a samochodu – 8%.

ns co pożyczają polacy

Mieszkanie i samochód z oszczędności, a nie na kredyt

Jeśli chodzi o przyszłe plany kredytowe Polaków, to dominującym trendem jest spadek liczby gospodarstw domowych, planujących zakup jakichkolwiek dóbr trwałych ze środków pochodzących z kredytu. Obecnie taki cel rozważa 42,5% ankietowanych, planujących zaciągnięcie kredytu lub pożyczki – aż o ponad 1/3 mniej niż 10 lat temu.

Pomimo rosnącego popytu na mieszkania, skłonność Polaków do sfinansowania zakupu własnego lokum na kredyt jest relatywnie niewielka. W bieżącym kwartale odsetek gospodarstw domowych deklarujących taki cel kredytu po raz pierwszy w historii badania znalazł się poniżej granicy 50% i wyniósł zaledwie 43,6%, podczas gdy jeszcze przed rokiem było to 59,5%.

– Świadczy to o rosnącej zamożności Polaków, którzy nawet na zakup mieszkania mogą sobie pozwolić bez sięgania po dodatkowe środki, jednak również na dość dużą ostrożność polskich gospodarstw domowych wobec możliwości zaciągania kredytu – nawet w przypadku tak znaczącego wydatku, jakim jest mieszkanie – wyjaśnia dr hab. Piotr Białowolski z Uniwersytetu Harvarda, współpracujący z KPF przy realizacji badania.

W obecnym kwartale w grupie gospodarstw domowych planujących zakup samochodu, udział tych, którzy planują sięgnięcie po kredyt celem sfinansowania tego wydatku wzrósł nieznacznie względem poprzedniego kwartału i wyniósł 40%. Pomimo wzrostu w stosunku do poprzedniego kwartału jest to jednak wynik niższy o 16% niż przed rokiem i nieco poniżej długookresowej średniej, wynoszącej 42%.

W obszarze finansowania wydatków na remont utrzymuje się neutralny, stabilny trend. Finansowanie wydatków remontowych wciąż odbywa się głównie ze środków własnych, co potwierdza udział brak skłonności do sięgnięcia po kredyt na ten cel przez prawie 3/4 gospodarstw domowych.

– Wydaje się, że tendencja w obszarze poważnych zakupów jest bardzo stabilna, na co duży wpływ mają czynniki makroekonomiczne, w tym nietypowe dla naszego kraju warunki, jak: deflacja, rosnące płace czy malejące bezrobocie. Determinują one decyzje gospodarstw domowych w kategorii „poważne wydatki”. Niskie stopy oprocentowania depozytów odwracają gospodarstwa domowe od długoterminowego oszczędzania. Tym należy tłumaczyć wysoki udział transakcji gotówkowych na rynku mieszkaniowym oraz coraz bardziej widoczne samofinansowanie – podsumowuje dr Mirosław A. Bieszki, Doradca KPF ds. ekonomicznych.

Zgodnie z oczekiwaniami RPP nie zmieniła stóp procentowych

Wymowa komunikatu była nieznacznie bardziej gołębia niż wcześniejszych. RPP zauważyła przekroczenie szczytu przez globalną koniunkturę (która wciąż sprzyja polskiemu wzrostowi). Jednocześnie wskazano na obniżenie dynamiki cen w ostatnim okresie (w tym niską inflację bazową) oraz zauważono wyraźne ożywienie inwestycji przekładające się na utrzymanie w 1q18 dynamiki PKB zbliżonej do tej z 4q17.

W ocenie Prezesa Adama Glapińskiego ostatnie, niskie odczyty inflacji (które zaskoczyły nawet NBP) powodują, że wydłuża się okres stabilizacji stóp. Dodał, że niektórzy spośród członków, którzy doszukiwali się sygnałów rosnącej inflacji (np. na rynku pracy) zmodyfikowali swoje stanowisko.

Adam Glapiński zauważył, że ze względu na „nową sytuację” tj. połączenie wysokiego wzrostu gospodarczego i niskiej (a nawet malejącej) inflacji powoduje, że wydłuża się w czasie okres oczekiwania na zacieśnienie, do tego stopnia, że, jak zauważył Prezes NBP, w pewnym momencie może będzie konieczne działanie w przeciwnym kierunku. Wskazał jednak na konieczność poszukiwania alternatywnych działań stymulowania koniunktury, co naszym zdaniem oznacza, że chcąc uniknąć negatywnych konsekwencji ew. przyszłych obniżek stóp dla sektora bankowego NBP będzie mógł wykorzystywać instrumenty niestandardowe (w ślad za swoim węgierskim odpowiednikiem).

Odnosząc się do sytuacji kursowej Adam Glapiński zauważył, że złoty jest obecnie bardzo silny, ale fundamentalnie może być jeszcze mocniejszy. W naszej ocenie silny złoty stanowi ważny element zacieśniający w ostatnim czasie warunki monetarne w Polsce (por. wykres na marginesie).

Konferencja, zwłaszcza w kontekście ostatnich niskich odczytów inflacji, wskazuje, że horyzont realnych (mających szanse na uzyskanie wsparcia większości) rozważań RPP na temat podwyżek stóp procentowych jest niezmiernie odległy. Nadal oczekujemy wyraźnego wzrostu inflacji bazowej, jednak bez jednoczesnych szoków po stronie cen żywności/paliw lub znaczącego wzrostu inflacji importowanej (żadne z nich nie jest scenariuszem bazowym), łączna miara CPI w horyzoncie najbliższych dwóch lat nie powinna wzrosnąć powyżej 3,5% r/r. Dla RPP będzie to fundamentalny argument uzasadniający brak potrzeby podwyżek stóp. W gospodarce nie widać narastających nierównowag (poprawa salda fiskalnego i równowagi zewnętrznej, umiarkowane wzrosty cen nieruchomości, brak boomu kredytowego, stabilizacja dynamiki wynagrodzeń na relatywnie wysokim, ale niższym niż w regionie poziomie), które mogłyby stanowić alternatywny impuls do podwyżek stóp. Dojrzała faza krajowego i globalnego cyklu gospodarczego oznacza, że tempo wzrostu gospodarczego nie będzie przyspieszało, co zmniejsza ryzyko narastania nierównowag. Uwzględniając powyższy scenariusz i funkcję reakcji obecnej RPP sądzimy, że pola do podwyżek stóp procentowych nie będzie nie tylko w 2018, ale także w dłuższej perspektywie.

Autor/Źródło: Centrum Analiz PKO Bank Polski

Sąd arbitrażowy atrakcyjną, ale mało znaną metodą rozstrzygania sporów w Polsce

Analiza ostatnich 30 lat pokazuje, że arbitraż wciąż nie jest tak często wykorzystywanym narzędziem w relacjach pomiędzy podmiotami gospodarczymi, jak wydawałoby się, że powinien być. W okresie międzywojennym rozwijał się bardzo dynamicznie. W kolejnych dekadach nie miał już miejsca ze względu na brak relacji prywatno-handlowych. Po 1989 roku znowu jednak można się spotkać z sądownictwem polubownym. Można wyróżnić kilka przyczyn, dla których warto zainteresować się wykorzystywaniem tej metody w rozstrzyganiu sporów. W przypadku arbitrażu sprawy prowadzone są w atmosferze sporu konstruktywnego. Warunki nie są takie, jak podczas rozprawy sądowej. Metoda ta zakłada spotkanie w sali konferencyjnej w określonym gronie osób, które starają się rozstrzygnąć spór. Jeśli im się to nie uda, dokona tego zespół orzekający. Wyda on wyrok, który może być realizowany na podobnych zasadach, jak wyrok sądu państwowego. Bardzo ważne dla przedsiębiorców jest to, że samodzielnie lub przez swoich pełnomocników mogą wpływać na formułę rozstrzygania sporu. Strony ustalają reguły postępowania – czyli czas trwania, dopuszczane dowody, osoby uczestniczące, sposób przesłuchiwania świadków. Jeżeli nie uda im się tego określić, zajmuje się tym zespół orzekający.

– Gwarantuje ona przede wszystkim profesjonalizm oraz krótki czas rozwiązywania konfliktów. Oprócz tego jej cechą jest tzw. polubowność czy też konstruktywny spór – powiedziała serwisowi eNewsroom Beata Gessel-Kalinowska vel Kalisz, radca prawny, Prezes Sądu Arbitrażowego Lewiatan – Ważny jest także wpływ obu stron na procedurę, w jakiej zapada rozstrzygnięcie. Dodatkową zaletą arbitrażu jest poufność W przypadku tej metody obie strony same powołują swoich arbitrów, czyli sędziego w sprawie. Mogą to być osoby, które mają duże doświadczenie w konkretnej kategorii sporów – np. ekspert w zakresie prawa budowlanego, kontraktów budowlanych czy prawnik zajmujący się transakcjami w przypadku fuzji i przejęć. Według statystyk prowadzonych przez Sąd Arbitrażowy Lewiatan przeciętny okres rozstrzygania sporów mieści się w przedziale do 6 miesięcy od momentu powołania zespołu orzekającego, aż do wydania przez niego wyroku. W relacjach biznesowych poufność jest bardzo ważną cechą. Arbitraż zapewnia rozstrzyganie sporu bez udziału mediów i publiczności. Taka atmosfera sprawia, że konflikt może zostać rozwiązany przy mniejszym zantagonizowaniu stron. Metoda polubownego sądownictwa jest więc bardzo atrakcyjna. Statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości pokazują jednak, że ponad 50 proc. respondentów nie wie, czym jest arbitraż. Można w tym upatrywać przyczyny, dlaczego nie rozwija się on w taki sposób, jak można by tego oczekiwać. Wiedza na ten temat wydaje się kluczowa – ocenia Gessel-Kalinowska vel Kalisz.

Z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje już milion osób. Polacy kupują w ten sposób coraz więcej suplementów diety i sprzętu AGD

Z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje już milion osób. Polacy kupują w ten sposób coraz więcej suplementów diety i sprzętu AGD 3

Firmy z branży sprzedaży bezpośredniej od kilku lat bardzo dobrze radzą sobie na polskim rynku. W 2017 roku odnotowały blisko 5-proc. wzrost obrotów – do 3,3 mld zł, a liczba współpracujących z nimi osób wzrosła o 2 proc. i zbliża się do miliona. Jeszcze kilka lat temu w ten sposób Polacy kupowali głównie kosmetyki, dziś coraz chętniej sięgają po suplementy, produkty dietetyczne oraz sprzęt AGD.

– Ubiegły rok był dla nas bardzo dobry. Odnotowaliśmy prawie 5-proc. wzrost. Nasz udział w handlu detalicznym jest mniej więcej na stałym poziomie – to ok. 0,5 proc. całości obrotów. Zmieniają się za to kategorie produktów, które sprzedajemy – maleje udział kosmetyków, a wchodzą inne produkty, jak suplementy diety, artykuły dietetyczne, które wzrosły o kilka procent, podobnie jak artykuły gospodarstwa domowego – mówi agencji Newseria Biznes Mirosław Luboń, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Ogółem w 2017 roku przeprowadzono ok. 37,6 mln transakcji, przy czym sprzedaż indywidualna zapewniła 92 proc. obrotów całego sektora. Pozostałe ok. 7 proc. zostało zrealizowane w sprzedaży grupowej podczas prezentacji, głównie domowych.

– Trudno w tej chwili przewidzieć, jaki będzie bieżący rok, ale informacje docierające do nas z firm członkowskich PSSB są optymistyczne. Pierwsze miesiące były bardzo dobre, myślę, że możemy się spodziewać wyników na poziomie zbliżonym do ubiegłorocznego wzrostu – dodaje Mirosław Luboń.

W ubiegłym roku kosmetyki, najczęściej sprzedawana kategoria produktowa, odnotowały 4-proc. spadek popularności. Konsumenci częściej wybierali za to suplementy, produkty dietetyczne oraz sprzęt AGD.

 56 proc. całości sprzedaży bezpośredniej stanowią kosmetyki. Ten udział trochę maleje z roku na rok – dzieje się tak dlatego, że produkty z kategorii wellness i suplementy stają się coraz ważniejszą kategorią. Stanowią już prawie 15 proc., kolejne 13 proc. to wyroby AGD – mówi Ewa Kudlińska-Pyrz, przewodnicząca zarządu Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Firmy z sektora starają się adaptować nowe technologie, coraz bardziej powszechne w handlu, i wdrażać nowe kanały kontaktu z klientem. Obecnie już trzy czwarte zamówień jest składanych online i przy użyciu mobilnych narzędzi, maleje za to udział poczty czy tradycyjnego telefonu.

 Oczekiwania klientów są stałe. Po pierwsze, to dobry produkt za dobrą cenę, ale oprócz tego coraz bardziej sobie cenią doradztwo. Nie chcą kupować produktu, o którym wiedzą niewiele albo nic. Doceniają fakt, że kontaktując się z konsultantką czy dystrybutorem dostają pełną informację o produkcie, mogą go obejrzeć. Doceniają też długotrwałe relacje z konsultantami. Odhumanizowanie kontaktów w sprzedaży internetowej zaczyna klientom ciążyć i zwracają się coraz bardziej w kierunku relacji osobistych i długotrwałych – mówi Mirosław Luboń.

Badania IBRIS z 2016 roku wskazują, że blisko połowa klientów ceni w sprzedaży bezpośredniej fakt, że mogą w spokoju we własnym domu zapoznać się z ofertą. Zdecydowana większość (80 proc.) pozytywnie ocenia konsultantów, którzy służą radą.

 Sprzedawca bezpośredni bardzo profesjonalnie potrafi doradzić i przede wszystkim poznać prawdziwe potrzeby klienta. Badania konsumenckie pokazują, że osoby, które wypróbowały i kupiły cokolwiek w sprzedaży bezpośredniej, mają lepszą opinię o całej branży, bo są zadowolone z jakości produktu, ze sposobu sprzedaży i z faktu, że doradzono im produkt, którego naprawdę potrzebują – dodaje Ewa Kudlińska-Pyrz.

Z danych Stowarzyszenia wynika, że zmienia się też struktura wiekowa osób, które współpracują z branżą sprzedaży bezpośredniej. Sprzedawcami zostają coraz częściej osoby między 35 a 64 rokiem życia. W ubiegłym roku liczba osób, które wiążą swoją karierę z branżą, wzrosła o 2 proc. – do 998 tys. Zdecydowaną większość, bo aż 85 proc., stanowią kobiety.

 Sprzedaż bezpośrednia jest bardzo atrakcyjną ścieżką kariery dla młodych ludzi, dlatego że można nauczyć się w niej biznesu. Można się sprawdzić z bardzo niedużym wkładem własnym. Tutaj każdy sprzedawca pracuje na własne konto, jest niezależnym przedsiębiorcą, ale nie jest pozostawiony sam sobie. Ma wsparcie firmy, która uczy technik sprzedaży i prowadzenia biznesu. Drugą bardzo ważną sprawą, szczególnie dla młodej generacji, jest elastyczność, tzn. można sobie rytm pracy dostosować do rytmu życia i bieżących potrzeb – mówi Ewa Kudlińska-Pyrz.

Opłata za polisę komunikacyjną jak za telewizję kablową czy telefon. Abonamenty mają odciążyć domowe budżety kierowców i objąć ochroną zapominalskich

Opłata za polisę komunikacyjną jak za telewizję kablową czy telefon. Abonamenty mają odciążyć domowe budżety kierowców i objąć ochroną zapominalskich 4

Opłaty w formie abonamentu są nowością na rynku ubezpieczeniowym. Polski fintechowy start-up hiPRO wraz z firmą ubezpieczeniową Allianz wprowadził na rynek platformę, która pozwala na opłacanie składki w sposób elektroniczny w miesięcznych ratach. Ma to chronić klientów, którzy zapomną o opłaceniu składki, i odciążyć budżety kierowców.

– Platforma działa bardzo prosto, bo jest to narzędzie, które integruje banki i instytucje płatnicze oraz ubezpieczycieli. Umożliwia także ocenę scoringu kredytowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Olech, prezes zarządu hiPRO. – Ta platforma wpina się w sposób niewidoczny dla użytkownika, którym jest pośrednik, do systemu sprzedażowego towarzystwa ubezpieczeniowego, pozwalając właściwie w czasie rzeczywistym dokonywać płatności za produkty ubezpieczeniowe i zawierać umowy w formie abonamentu, który u nas jest kredytem bankowym. Cały proces odbywa się online, w kilkanaście sekund, bez konieczności przygotowywania jakichkolwiek dokumentów, bardzo szybko, prosto i wygodnie.

Jak wynika z ankiety Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego, 40 proc. kierowców zapomina opłacić składkę, kiedy kupuje ją u ubezpieczyciela i decyduje się na rozłożenie płatności na kilka rat. W takiej sytuacji w kolejnym roku tracą oni ochronę ubezpieczeniową, a konsekwencje finansowe mogą być bardzo dotkliwe. Płatność rozłożona na raty jest coraz popularniejsza, bo opłacenie rocznej czy półrocznej składki jednorazowo jest dla wielu konsumentów dużym obciążeniem.

Rozwiązanie wprowadzone przez Allianz i hiPRO w dużym stopniu rozwiązuje te problemy. W USA i na zachodzie Europy 90 proc. polis sprzedaje się w formule abonamentowej.

– Klient dostaje coś, do czego jest przyzwyczajony. Wszyscy kupujemy pewne rozwiązania w abonamencie miesięcznym, bo zarabiamy miesięcznie. Takich rozwiązań na rynku ubezpieczeniowym nie ma, bo składki są płacone z reguły rocznie, półrocznie lub kwartalnie – mówi Artur Olech. – My dajemy rozwiązanie, w którym klient może dostać to w formie miesięcznej, czyli jego siła nabywcza de facto rośnie, bo zarabiamy miesięcznie.

Pomysł polega na rozwiązaniu umożliwiającym kierowcy uzyskanie kredytu na polisę i pobieranie pieniędzy z jego konta automatycznie, przez co nie zapomina on o opłaceniu kolejnej raty i nie traci ciągłości ubezpieczenia, bo składka od razu trafia w całości do ubezpieczyciela. Korzyści odnosi też ubezpieczyciel – nie dość, że przyciąga klientów elastyczną ofertą, to platforma zapewnia szybką weryfikację ratingu kredytowego i skorzystanie z płatności bezgotówkowych. Platformę wspierają kredytowo różne banki.

 Z punktu widzenia towarzystwa ubezpieczeniowego korzyści jest bardzo dużo. Jest to przeniesienie poza bilans ubezpieczyciela wszystkich kosztów związanych z procesem obsługi rat, bo robi to bank. Obniża się też ryzyko ubezpieczeniowe dzięki lepszemu scoringowi z ryzykiem kredytowym – przekonuje prezes hiPRO. – Z drugiej strony tworzymy dodatkowe możliwości sprzedaży, bo we wszystkich branżach, gdzie wprowadzono takie wygodne narzędzia płatności lub abonament, sprzedaż wzrosła o 30 proc. Wartość kupowanych produktów też wzrosła, więc nie ma powodu, żeby to się nie wydarzyło też w ubezpieczeniach.

Ważą się losy zmian w Kodeksie pracy. Dotychczasowe propozycje mogłyby przysporzyć problemów zarówno pracodawcom, jak i pracownikom

Ważą się losy zmian w Kodeksie pracy. Dotychczasowe propozycje mogłyby przysporzyć problemów zarówno pracodawcom, jak i pracownikom 5

Projekty nowych kodeksów indywidualnego i zbiorowego prawa pracy w obecnej formie spowodowały zamieszanie po stronie pracodawców i samych pracowników – ocenia Michał Szuszczyński, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. Plusem projektu jest m.in. propozycja zmian w systemie urlopowym. Z kolei propozycje dotyczące form zatrudniania i rozwiązywania stosunku pracy mogą przysporzyć pracodawcom szeregu problemów. Nie wiadomo jeszcze, czy proponowane przez Komisję Kodyfikacyjną zmiany będą procedowane.

 Gdyby projekty nowych kodeksów pracy weszły życie w takiej formie, w jakiej zostały udostępnione, mam przekonanie graniczące z pewnością, że pracodawcy – a tym bardziej pracownicy – nie udźwignęliby proponowanych zmian i mieliby duże problemy z ich praktycznym zastosowaniem – mówi agencji Newseria Biznes Michał Szuszczyński, radca prawny i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Propozycje dotyczące nowych kodeksów pracy przygotowane przez Komisję Kodyfikacyjną zostały przedstawione w połowie marca. Niektóre z przewidzianych w nich zmian są rewolucyjne, największe od przeszło 40 lat, poczynając od nowych typów umów o pracę, systemu urlopów, aż po nowe zasady zwalniania pracowników.

– Niestety, płynące zewsząd głosy eksperckie o tych projektach są takie, że są to fatalnie napisane akty, które nie mają najmniejszych szans wejścia w życie w tym kształcie, w jakim zaprezentowała to Komisja Kodyfikacyjna. Gdyby tak się stało, to jedna z intencji – żeby pewne rzeczy uporządkować – na pewno w tej formie nie zostałaby osiągnięta – twierdzi Michał Szuszczyński.

Radca prawny ocenia, że pozytywny jest m.in. pomysł rozdzielenia nowych przepisów na dwa odrębne akty prawne: indywidualny i zbiorowy kodeks prawa pracy. Pierwszy ureguluje wszelkie kwestie na linii pracownik – pracodawca, drugi – wszystkie zagadnienia, które do tej pory regulowały zbiorowe przepisy Kodeksu pracy, jak i ustawy pozakodeksowe.

 Sam zamiar jest bardzo dobry, bo rzeczywiście prawo pracy do tej pory było – i nadal jest – rozrzucone po bardzo wielu ustawach, oprócz samego kodeksu. Natomiast wykonanie na obecnym etapie jest fatalne. Oba kodeksy napisane są w sposób z jednej strony bardzo szczegółowy, pewne kwestie określiłbym nawet mianem nadregulacji, a z drugiej strony inne napisane są w sposób tak bardzo ogólny i niejednoznaczny, że trudno rozszyfrować, jaka intencja przyświecała pomysłodawcom danego przepisu – mówi Michał Szuszczyński.

Jedna z głównych zmian proponowanych w nowym Kodeksie pracy ma dotyczyć form zatrudniania pracowników. Przepisy te przewidują bardzo wiele różnych umów: umowę o pracę dorywczą, umowę o pracę sezonową, umowę o zatrudnianie nieetatowe czy wreszcie całą formułę zatrudniania tzw. niepracowniczego, które miałoby zastąpić dotychczasowe zatrudnianie w ramach umów cywilnoprawnych (umów o świadczeniu usług czy w ramach umów-zleceń).

– To bardzo duże zmiany w zakresie samej formuły zatrudniania w stosunku do obecnego stanu prawnego, który de facto przewiduje wyłącznie trzy umowy o pracę: umowę na okres próbny, umowę na czas określony i umowę na czas nieokreślony. Tych form zatrudnienia, zgodnie z projektem, ma być zdecydowanie więcej – mówi Michał Szuszczyński.

Nowe regulacje mogłyby też zmienić bardzo wiele w systemie urlopów. Obecnie pracownikowi, w zależności od stażu pracy, przysługuje 20 bądź 26 dni wolnych w ciągu roku. Zgodnie z propozycjami zawartymi w nowym kodeksie – wszystkim pracownikom będzie przysługiwać 26 dni urlopowych, a obowiązek wykorzystania tego urlopu ma istnieć do 10 stycznia następnego roku kalendarzowego. Po tym terminie wolne dni będą przepadać.

Dziś jest tak, że wykorzystanie tego urlopu może nastąpić do końca września roku następnego. Natomiast – nawet jeżeli do końca września ten urlop nie zostanie wykorzystany – to on i tak przedawnia się dopiero po upływie trzech lat. Tę zmianę co do zasady należy ocenić więc pozytywnie – mówi Michał Szuszczyński.

Radca prawny i wykładowca poznańskiej Wyższej Szkoły Bankowej podkreśla bowiem, że w obecnym stanie prawnym problemem jest nadmierne gromadzenie urlopów i niewykorzystywanie ich przez pracowników. To powoduje impas prawny, ponieważ z jednej strony KodekspPracy wyraźnie nie daje pracodawcy prawa przymusowego skierowania pracownika na urlop (z wyjątkiem jednej sytuacji, kiedy pracownik znajduje się w okresie wypowiedzenia). To oznacza, że pracodawca nie ma narzędzia, które pozwalałoby mu zobowiązać pracownika do wykorzystywania dni urlopowych. Z drugiej strony Kodeks pracy stanowi, że nieudzielanie pracownikom urlopów wskazanych w terminach kodeksowych jest wykroczeniem przeciwko prawom pracowniczym.

Z pomocą przychodzi pracodawcom orzecznictwo Sądu Najwyższego, zgodnie z którym na zaległy urlop można pracownika przymusowo wysłać, ale z kolei tutaj Inspekcja Pracy jest już odmiennego zdania – mówi Michał Szuszczyński.

Kolejne projektowane zmiany związane są z rozwiązywaniem umów o pracę. W dzisiejszym stanie prawnym pracodawca musi podać przyczynę rozwiązania umowy o pracę wyłącznie, jeżeli wypowiada umowę na czas nieokreślony bądź rozwiązuje bez wypowiedzenia inne umowy. Nowy Kodeks pracy przewiduje, że pracodawca będzie musiał podawać te przyczyny zarówno w przypadku umów na czas nieokreślony, jak i umów na czas określony. Niektóre grupy pracodawców będą mogły się jednak zwolnić z tego obowiązku, wypłacając pracownikowi odpowiednią rekompensatę pieniężną. To wzbudza wśród ekspertów wątpliwości konstytucyjne – dlaczego wyłącznie niektórzy pracodawcy mają korzystać z takiego prawa, a inni będą z niego wykluczeni?

Kolejna kontrowersyjna rzecz to – w przypadku niektórych kategorii pracodawców – obowiązek wysłuchania czy konsultowania z pracownikiem zamiaru rozwiązania z nim umowy o pracę. Wiemy, że pracownicy, kiedy tylko otrzymują sygnał, że być może stosunek pracy zostanie z nimi rozwiązany, często uciekają na długotrwałe zwolnienia lekarskie. Zgodnie z obowiązującymi przepisami w trakcie takiego zwolnienia nie można pracownikowi złożyć wypowiedzenia umowy. Można rozwiązać ją w trybie dyscyplinarnym, jednak do tego muszą istnieć bardzo silne podstawy. Pojawia się pytanie: czy taki tryb konsultacji de facto nie będzie uniemożliwiał pracodawcy możliwości późniejszego rozwiązania stosunku pracy – mówi Michał Szuszczyński.

W ubiegłym tygodniu Beata Mazurek, rzeczniczka PIS, napisała na Twitterze, że partia nie ma nic wspólnego z projektami zmian i nie zamierza ich wprowadzać. Resort pracy oficjalnie nie odniósł się do tego.

W Polsce powstaje nowe Centrum Medycyny Translacyjnej. Przyspieszy pojawienie się nowoczesnych terapii, w tym terapii genowych m.in. dla pacjentów onkologicznych

W Polsce powstaje nowe Centrum Medycyny Translacyjnej. Przyspieszy pojawienie się nowoczesnych terapii, w tym terapii genowych m.in. dla pacjentów onkologicznych 6

Polska biomedycyna i biotechnologia mają szansę znacznie przyspieszyć. W Warszawie powstaje Centrum Medycyny Translacyjnej. Będą w nim prowadzone kompleksowe badania, przede wszystkim związane z immunoterapiami przeciwnowotworowymi. W Polsce będą dzięki temu rozwijane nowoczesne metody leczenia, takie jak terapia CAR-T stosowana u pacjentów z nowotworami krwi, gdzie komórki układu odpornościowego pacjentów są modyfikowane genetycznie, aby skutecznie zwalczały nowotwory.

W Warszawie, przy Centrum Badań Przedklinicznych i Technologii (CePT), powstaje Centrum Medycyny Translacyjnej. To jedna z pierwszych takich jednostek w naszym kraju. Dzięki przyspieszeniu i udoskonaleniu organizacji prac pomiędzy medycyną doświadczalną a kliniczną polska biomedycyna może znacznie przyspieszyć.

– Centrum Medycyny Translacyjnej jest kontynuacją już istniejącego projektu CePT. Rozpoczął się on od Centrum Badań Przedklinicznych, pokrywającego pierwszy etap badań, w którym prowadzimy doświadczenia na etapie komórek lub biologii molekularnej. Później powstał projekt CePT2, gdzie idziemy już w kierunku terapii człowieka – tu była część poświęcona medycynie regeneracyjnej, polegająca na przygotowywaniu terapii komórkowych do podania człowiekowi. W Centrum Medycyny Translacyjnej chcemy stworzyć dalszy etap rozwoju. Istnieje potrzeba przyspieszenia pomiędzy doświadczeniami podstawowymi a terapią człowieka – to jest przestrzeń określana właśnie jako medycyna translacyjna – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. n. med. Radosław Zagożdżon, kierownik Zakładu Immunologii Klinicznej Instytutu Transplantologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, współpracujący z CePT.

Medycyna translacyjna, określana jest mianem bench-to-bedside, czyli przenoszeniem wiedzy naukowej od stołu laboratoryjnego do łóżka chorego. Wykorzystuje postępy podstawowych badań i na ich podstawie opracowuje nowe terapie, przystosowuje też już opracowane substancje do takiej formy, w jakiej mogą zostać podane pacjentowi.

– Z jednej strony oceniamy bezpieczeństwo, czyli mamy część, która jest związana z badaniami, z wykorzystaniem zwierząt, i oceniamy, czy dana terapia jest toksyczna oraz czy uzyskujemy odpowiednią skuteczność, podsumowując, czy balans ryzyka i zysku jest zachowany. Mamy też etapy czysto inżynieryjne. Na przykład jeżeli pracujemy z terapiami komórkowymi, to staramy się opracować jak najlepsze konstrukty genowe, które będą służyć do tego, żeby później można było je przygotować dla człowieka. Warto zaznaczyć, że w Centrum Medycyny Translacyjnej nie będziemy bezpośrednio leczyć, natomiast będziemy wskazywali kandydatów do dalszych prób klinicznych – wyjaśnia dr Radosław Zagożdżon.

W Centrum mają być rozwijane nowoczesne terapie, m.in. CAR-T, stosowane w leczeniu pacjentów z nowotworami krwi, u których inne terapie już zawiodły. Od niedawna metoda jest wykorzystywana w Stanach Zjednoczonych w leczeniu białaczki limfoblastycznej w ostrej postaci. Tam już przyniosła spektakularne efekty, remisje sięgnęły 90 proc. przy znacznie mniejszym stopniu remisji przy innych terapiach. Terapie CAR-T docelowo mogą też być stosowane u pacjentów z rakiem płuc, potrójnie negatywnym rakiem piersi, czerniakiem i części innych nowotworów złośliwych. W Centrach mają powstać kandydaci na produkty ATMP (Advanced Therapy Medicinal Products), w których komórki odpornościowe będą tak zmodyfikowane genetycznie, aby na przykład skutecznie zwalczały nowotwory, ale także wywoływały inne efekty w organizmie.

– Chcemy wykorzystać wiedzę w dziedzinie immunoterapii dwojakiego rodzaju. Po pierwsze immunoterapii chorób nowotworowych. Zespół badawczy, który byłby odpowiedzialny za organizację Centrum Medycyny Translacyjnej, zajmuje się głównie doświadczalną immunoterapią nowotworów. Po drugie, immunoterapie np. w transplantologii. Czyli z jednej strony tworzylibyśmy terapie komórkowe do niszczenia guzów nowotworowych, z drugiej zaś terapie, które miałyby osłaniać np. narząd przeszczepiony – tłumaczy dr Zagożdżon.

Dzięki pracy polskich naukowców docelowo w Polsce będą się mogli leczyć onkologiczni pacjenci z całego świata, a nowoczesne terapie byłyby najpewniej tańsze niż w krajach zachodnich, gdzie są one już prowadzone. Pojedyncza terapia CAR-T, gdzie komórki układu odpornościowego pacjenta działają jak leki, to koszt nawet 500 tys. dol. w Stanach Zjednoczonych. W Polsce mogłoby to być kilkukrotnie tańsze. Powodzenie projektu zależy jednak m.in. od tego, czy uda się nawiązać współpracę z jednym z działających już na Zachodzie centrów medycyny translacyjnej.

– Jeżeli nawiążemy bliską współpracę z takim centrum i zostaną nam przekazane pewne technologie, ten proces będzie znacznie szybszy i zastosowanie pierwszych terapii będzie możliwe za 2–3 lata od osiągnięcia sprawności operacyjnej. Jeżeli nie będziemy mieli bezpośredniego przekazania technologii i będziemy opracowywać ją samodzielnie, proces ten będzie dłuższy. Bezpośredni zysk pacjenta będzie polegał na czasie, czyli w momencie, kiedy jakieś laboratorium czy firma biotechnologiczna opracują kandydata na lek lub test diagnostyczny, my będziemy mogli znacząco przyspieszyć proces wprowadzenia go do badań klinicznych – podsumowuje dr Radosław Zagożdżon.

Aplikacja pozwoli zwizualizować każdy produkt w rozszerzonej rzeczywistości. To może być rewolucja w e-zakupach

Aplikacja pozwoli zwizualizować każdy produkt w rozszerzonej rzeczywistości. To może być rewolucja w e-zakupach 7

Nadchodzi rewolucja w zakupach e-commerce. Już wkrótce tradycyjne katalogi i ulotki, a nawet ekspozycje towarów mogą zostać wyparte przez rozszerzoną rzeczywistość. Może je zastąpić aplikacja zainstalowana na smartfonie, dzięki której jeszcze przed zakupem będziemy mogli obejrzeć, jak dana rzecz wpasuje się w naszą przestrzeń, np. kanapa w pokoju dziennym. Połączenie idei showroomingu z technologią AR pozwala na organizację ekspozycji szerokiej oferty bez konieczności dowożenia na miejsce realnych przedmiotów.

– ShoVRoom jest narzędziem wspomagającym sprzedaż, służy do prezentacji produktu, a właściwie całej gamy produktów wewnątrz jednej aplikacji. Możemy za jej pomocą prezentować nasze produkty w naturalnej przestrzeni, widzimy je w naszym rzeczywistym świecie, możemy wokół nich chodzić, możemy zmieniać wariacje – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Damian Karczewski, współwłaściciel firmy Ignibit.

Aplikacja pozwala za pomocą smartfona z Androidem lub iOS-em zeskanować rzeczywistą przestrzeń i nanieść na nią wirtualne przedmioty. Takie rozwiązanie może zainteresować przede wszystkim firmy zajmujące się sprzedażą dużych gabarytowo przedmiotów, a także deweloperów czy architektów. Do zaprezentowania całego katalogu przedmiotów lub różnych wariantów wyposażenia bądź aranżacji wnętrz może im bowiem wystarczyć niewielkie pomieszczenie czy stoisko targowe. Dostawca aplikacji odwzorowuje produkty w wirtualnej rzeczywistości, można także skorzystać z wcześniej przygotowanych projektów CAD.

– Możemy zabrać ze sobą całą gamę samochodów, które mamy na sprzedaż. Co więcej, możemy również modyfikować je, zmieniać kolory karoserii lub tapicerek, możemy zmieniać wyposażenie samochodu, jak również wymieniać cały samochód na kolejny i sprawdzić, czy nam się dopasuje do garażu. Jedną z wielkich zalet ShoVRoom jest to, że prezentuje produkty w rzeczywistej wielkości, czyli jeżeli np. kanapa ma dwa metry, to w aplikacji również ma dwa metry. Możemy więc sprawdzić, czy np. będzie pasowała do salonu – wyjaśnia ekspert.

Rozwiązanie opiera się na wykorzystaniu rozwiązań takich, jak Google ARCore czy Apple ARKit, będących frameworkami rozszerzonej rzeczywistości. Za ich sprawą programiści mogą budować aplikacje, w których cyfrowo tworzone elementy są nakładane na obraz kamery w czasie rzeczywistym. Z takich technologii korzystali między innymi twórcy kultowej już miejskiej gry Pokemon GO.

– Ogromną zaletą tych technologii jest to, że pozwalają na tworzenie rozszerzonej rzeczywistości bez żadnych markerów. Kiedyś potrzebowaliśmy obrazków, na których wyświetlaliśmy zawartość. Tutaj już tego nie ma. Przedmioty możemy wyświetlać nawet w pustym salonie, tym samym meblując go. Co więcej, aplikacja pozwala zabrać wszystkie produkty ze sobą dosłownie w kieszeni. To narzędzie zastępuje ulotki, katalogi czy nawet prezentacje multimedialne. Możemy przecież chodzić wokół danego produktu, zobaczyć go z bliska lub oddalić, możemy go przesunąć, powiększyć, zeskalować, obrócić, dopasować do przestrzeni – wymienia Damian Karczewski.

Sieci handlowe już wprowadzają technologię rozszerzonej rzeczywistości. Ikea wprowadziła aplikację mobilną w technologii AR, dzięki której można sprawdzić, które meble będą najlepiej pasować do wnętrza. Gotowa jest też koncepcja aplikacji, która pokazywałaby dokładnie proces składania mebli. Rozszerzona rzeczywistość to odpowiedź na oczekiwania kupujących, którzy tradycyjne punkty sprzedaży odwiedzają coraz częściej tylko po to, by obejrzeć towar, który następnie kupią przez internet. Taki trend potwierdza się w statystykach.

Z badań dostarczanych przez Ipsos wynika, że niemal połowa Brytyjczyków w wieku do 35 lat praktykuje showrooming. Z kolei według TNS Global światowym liderem na tym polu są rozwijające się kraje Azji. Tam penetracja rynku usługami showroomingowymi sięga aż 71 proc. Tymczasem nad Wisłą, na taką formę zapoznania się z cechami kupowanego towaru decyduje się jedna trzecia konsumentów.

Przewlekłe zapalenie jelit kosztuje chorego nawet 2,5 tys. zł miesięcznie. To koszty leków oraz częstych nieobecności w pracy

Przewlekłe zapalenie jelit kosztuje chorego nawet 2,5 tys. zł miesięcznie. To koszty leków oraz częstych nieobecności w pracy 8

Choroba Leśniowskiego-Crohna to schorzenie ludzi młodych, aktywnych zawodowo. Częste absencje w pracy spowodowane okresowym zaostrzeniem choroby oraz koszty leczenia mogą uszczuplić budżet pacjenta nawet o 2,5 tys. zł miesięcznie. Straty dla gospodarki wynoszą natomiast nawet 140 mln zł rocznie. Pacjentom mogą pomóc nowoczesne leki, skuteczne zwłaszcza w przypadku chorych, u których wyczerpano inne opcje terapeutyczne. W Polsce dostęp do nich jest jednak bardzo ograniczony.

Choroba Leśniowskiego-Crohna należy do grupy nieswoistych chorób zapalnych jelit. To schorzenie autoimmunologiczne, atakujące wybrane odcinki przewodu pokarmowego od jamy ustnej do odbytu. Zmiany chorobowe najczęściej pojawiają się w końcowym odcinku jelita krętego i na początku jelita grubego oraz w jelicie cienkim, przy czym odcinki ze stanem zapalnym przedzielone są odcinkami zdrowymi. Objawy choroby Leśniowskiego-Crohna to nawracająca biegunka, bóle brzucha, gorączka, nagły spadek masy ciała, często także zmiany okołoodbytowe oraz śluz i krew w stolcu.

 Choroba Leśniowskiego-Crohna dotyka przede wszystkim ludzi młodych, w tym znaczną liczbę dzieci, które stanowią około 30 proc. pacjentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stefan Bogusławski, partner zarządzający PEX Pharma Sequence.

Najczęstszy przebieg choroby Leśniowskiego-Crohna obejmuje okresy zaostrzeń i remisji, zdarzają się jednak także przypadki przewlekłej agresywnej postaci schorzenia, która w krótkim czasie prowadzi do inwalidztwa. Choroba jest nieuleczalna, możliwa jednak do kontrolowania dzięki nowoczesnym lekom, głównie lekom, które wpływają na ten specyficzny stan zapalny oraz immunosupresyjnym. Dostęp polskich chorych do nowoczesnych terapii stale się poprawia – obecnie mogą oni korzystać z leczenia standardowego oraz niektórych leków biologicznych. Możliwość optymalnego zastosowania nowych leków wciąż jest jednak znacznie ograniczona.

– Nadal jesteśmy kilka kroków w tyle za krajami europejskimi, nawet nie porównując się do Francji czy Wielkiej Brytanii, ale z takimi krajami jak Węgry czy Rumunia. Mamy zdecydowanie gorsze możliwości w dostępie do nowych leków. Ten odstęp pomiędzy rejestracją leku w danym wskazaniu a możliwością jego zastosowania jest wciąż zbyt długi – mówi dr hab. n. med. Piotr Eder z Kliniki Gastroenterologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

W zakresie nowoczesnych terapii obecnie zarejestrowane zostały na terenie państw Unii Europejskiej dwa leki biologiczne dające bardzo dobre efekty zwłaszcza w ciężkich przypadkach choroby Leśniowskiego-Crohna. Jednym z nich jest ustekinumab. Nie jest on dostępny dla pacjentów cierpiących na nieswoiste zapalenia jelit, choć zdaniem lekarzy powinien jak najszybciej zostać włączony do programu lekowego.

– To jest lek, który powinniśmy móc zaoferować pacjentom z chorobą Leśniowskiego-Crohna, jeśli przestali reagować na dotychczas stosowane leczenie, leczenie standardowe albo leczenie lekami biologicznymi, tzw. anty TNF-alfa. To infliximab czy adalimumab, które mamy w programie lekowym – mówi dr hab. n. med. Maria Kłopocka, gastroenterolog.

Osoby, których organizm nie odpowiada na dotychczasowe leczenie, stanowią znaczną część wszystkich chorych. Około 52. tygodnia leczenia blisko połowa pacjentów przestaje pozytywnie reagować na stosowana dotychczas terapię, co oznacza, że uzyskanie remisji choroby jest znacznie trudniejsze. Badania kliniczne, stanowiące podstawę do rejestracji leku, pokazały, że w około 60 proc. przypadków ustekinumab spowodował znaczną i długotrwałą poprawę stanu zdrowia.

– Dostępność tych nowych terapii na pewno poprawiłaby jakość życia chorych i myślę, że zmniejszyłaby koszty innej opieki, czyli niepotrzebnej chirurgii czy leczenia powikłań przewlekłej sterydoterapii – mówi prof. dr hab. n. med. Grażyna Rydzewska, prezes Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii.

Choroba Leśniowskiego-Crohna to ogromne obciążenie zdrowotne, ale i finansowe. W okresach zaostrzenia choroby pacjenci nie są w stanie pracować zawodowo, koszt leków w zależności od stopnia nasilenia objawów wynosi od kilkuset do ponad tysiąca złotych miesięcznie. Z badania przeprowadzonego przez PEX PharmaSequence wynika, że deklarowana przez pacjentów utrata dochodu w okresie zaostrzenia choroby to ok. 1300 zł, co w połączeniu z wydatkami na leczenie daje ok. 2,5 tys. zł. Z chorobą Leśniowskiego-Crohna związane są także koszty pośrednie, utraconej produktywności osób, które cierpią z jej powodu. Wynikają one głównie z trwałej niezdolności do pracy lub częstych nieobecności w miejscu zatrudnienia.

 Wysokość utraconej produktywności sięga ok. 3,5 tys. zł w okresie zaostrzenia choroby, więc ci ludzie, którzy mogliby wytwarzać dochód narodowy, usługi i produkty, nie robią tego. My oceniamy, że całkowita strata dla gospodarki w skali rocznej to ok. 130–140 mln zł. To bardzo znacząca suma przy relatywnie niedużej grupie osób cierpiących na tę chorobę, około 10 tys. – mówi Stefan Bogusławski.

Problemem polskich pacjentów, oprócz wciąż ograniczonego dostępu do nowoczesnych terapii, jest także brak skoordynowanej opieki medycznej. Powinna ona uwzględniać współpracę różnych specjalistów: lekarza prowadzącego gastroenterologa, dietetyka, psychologa, chirurga, oraz odpowiednią diagnostykę. Zwiększyłoby to komfort życia pacjentów i zoptymalizowało wyniki leczenia.

Pracodawcy RP o nowym Prawie zamówień publicznych i nowym prawie pracy

Nowe prawo zamówień publicznych oraz fiasko prac nad nowym Kodeksem Pracy – tym zagadnieniom poświęcone było drugie seminarium Pracodawców RP zorganizowane w ramach projektu Sieci monitoringu prawa. Pracodawcy RP zaprezentowali też raport legislacyjny za I kwartał 2018 r., w którym szczegółowo opisano wpływ projektowanych aktów prawnych na pracodawców.

Pierwsza część seminarium dotyczyła prac prowadzonych przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz Urząd Zamówień Publicznych nad nowym Prawem zamówień publicznych. Wstępny harmonogram prac, który zakłada prezentację „koncepcji” nowej ustawy w maju przedstawił Bogdan Artymowicz, dyrektor departamentu prawnego UZP. Koncepcja nie będzie jednak stanowić oficjalnych założeń, lecz będzie jedynie dokumentem w formie tzw. białej księgi. Zostanie on poddany szerokim konsultacjom. Dyrektor Artymowicz podkreślił, że już teraz UZP współpracuje z partnerami społecznymi, w tym z organizacjami pracodawców. – Liczymy na to, że w ramach konsultacji otrzymamy wiele uwag, które pomogą nam w przygotowaniu projektu ustawy – powiedział dyrektor Artymowicz.

Reprezentujący Pracodawców RP dr Jakub Pawelec, członek zespołu doraźnego Rady Dialogu Społecznego ds. zamówień publicznych, potwierdził dobrą roboczą współpracę z resortem przedsiębiorczości oraz UZP. Dr Pawelec omówił też kluczowe postulaty zgłaszane przez partnerów społecznych w ramach przygotowań do tworzenia nowego Prawa zamówień publicznych. – Należy doprowadzić do zrównoważenia pozycji stron, m.in. poprzez redukcję kar umownych oraz wprowadzenie odpowiedzialności na zasadzie winy – powiedział Pawelec. Dodał też, że w zamówieniach brakuje dobrych praktyk, do których mogliby stosować się wykonawcy. – Być może powinny one być unormowane w ramach delegacji ustawowej, na podstawie rozporządzeń wydawanych przez właściwych branżowo ministrów – sugerował nasz prelegent. Na pewno korekty powinny doczekać się także przepisy dotyczące środków odwoławczych – dr Pawelec wskazywał na potrzebę wydłużenia terminów, obniżenia opłat, zapewnienia udziału ekspertów i biegłych oraz weryfikacji przez Krajową Izbę Odwoławczą warunków umów pod kątem nierównego ukształtowania pozycji stron. – Zamawiający nadużywają bowiem swojej dominującej pozycji – podsumował Pawelec.

Podczas drugiej części seminarium prof. Monika Gładoch zaprezentowała najważniejsze rozwiązania ujęte w projekcie nowego Kodeksu pracy, przygotowanego przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy. Propozycje dotyczące domniemania istnienia stosunku pracy, zatrudnienia niepracowniczego oraz nowych typów terminowych umów o pracę zostały krytycznie ocenione przez pracodawców, uczestniczących w spotkaniu. Uznali oni, że projekt nowego Kodeksu pracy jest zbyt obszerny (ma aż 544 artykułów), kazuistyczny i niezrozumiały. Rozbudowany Kodeks, szczegółowo regulujący poszczególne instytucje, określający terminy w dniach (np. umowa o pracę na czas określony nie mogłaby przekraczać 540 dni) bardziej przypomina prawo administracyjne niż prawo pracy. Pracodawcy zwrócili uwagę na to, że nowe przepisy są nieżyciowe, a żeby móc je prawidłowo zastosować w praktyce musieliby mieć odpowiednie wsparcie prawne i kadrowe.

– Nie powinniśmy zaśmiecać prawa pracy zbędnymi regulacjami, które dodatkowo będą nieaplikowalne dla rynku pracy – stwierdziła prof. Gładoch. Pracodawcy w pełni się z tym zgodzili. Ponadto pozytywnie ocenili deklaracje przedstawicieli rządu o rezygnacji z dalszego procedowania projektu przygotowanego przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy, w czym swoją zasługę mieli również Pracodawcy RP. – Nie chcemy jedynie krytykować projektu nowego Kodeksu pracy, ale będziemy też pracować nad własnymi propozycjami w tym zakresie – powiedziała prof. Gładoch. Zdaniem pracodawców odejście od projektu Komisji Kodyfikacyjnej to szansa na nowe otwarcie i zgłaszanie nowych propozycji zmian w prawie pracy.

W trakcie seminarium został zaprezentowany również kolejny Raport monitoringu legislacji, przygotowany przez ekspertów Sieci monitoringu prawa Pracodawców RP w ramach projektu unijnego. Zawiera on analizę najważniejszych projektów aktów prawnych z obszaru prawa gospodarczego, prawa podatkowego oraz prawa pracy, procedowanych w I kw. 2018 r. W Raporcie zostały uwzględnione m.in. założenia nowego Prawa zamówień publicznych oraz projekty nowego Kodeksu pracy. Omówiono w nim również projekt ustawy o pracowniczych planach emerytalnych, który wzbudza duże zainteresowanie po stronie przedsiębiorców. Raport objął też: projekt nowelizacji ustawy o związkach zawodowych, ustawę dotyczącą elektronizacji i archiwizacji dokumentacji pracowniczej, pakiet ustaw tzw. Konstytucji biznesu, projekt ustawy o jawności życia publicznego, a także projekt ustawy o wspieraniu nowych inwestycji, projekt dotyczący uproszczeń dla przedsiębiorców w prawie podatkowym i gospodarczym oraz projekt nowelizacji ustawy o VAT. Z Raportu wynika, że w I kw. br. nastąpiło spowolnienie procesu legislacyjnego. W porównaniu z ostatnim kw. 2017 r. było mniej inicjatyw legislacyjnych, a tempo procedowania było wolniejsze. Autorzy Raportu prognozują jednak przyspieszenie procesu legislacyjnego w II kw. br., co będzie miało związek z wakacyjną przerwą w pracach parlamentu i potrzebą pilnego uchwalenia szeregu projektów.

To powinieneś wiedzieć zanim wypełnisz PIT za 2017 r.

Jakie zmiany w wypełnianiu PIT-u zostały wprowadzone w 2017 roku? Jak przekazać 1 proc. podatku na organizacje pożytku publicznego? Już tylko kilka tygodni pozostało do rozliczenia się z urzędem skarbowym. Sprawdź, co powinieneś wiedzieć.

Najważniejsze, to wybrać odpowiedni formularz i uwzględnić wszystkie uzyskane dochody, nie tylko te związane z wykonywaną pracą. – Pamiętaj, że dochody osiągane za granicą również mogą podlegać wykazaniu w krajowym rozliczeniu, a nawet być opodatkowane w Polsce. Odrębne zasady rozliczenia dotyczą natomiast przychodów z kapitałów pieniężnych, do których zaliczają się np. przychody z udziału w funduszach kapitałowych, dywidend czy z odpłatnego zbycia akcji oraz papierów wartościowych – Paweł Fałkowski, partner i doradca podatkowy w ALTO, ekspert portalu Viem.pl

Wizyta w urzędzie lub przez internet

Z roku na rok rośnie liczba osób, które rozliczają podatek przez internet. – Według danych Ministerstwa Finansów, w 2017 roku 9,67 mln formularzy PIT-37 złożono kanałami elektronicznymi. To o 1,3 mln więcej niż w roku poprzednim oraz blisko trzykrotnie więcej niż w 2013 roku[1] – dodaje ekspert portalu Viem.pl

Można rozliczyć się samodzielnie lub zawnioskować do urzędu skarbowego o przygotowanie wstępnego rozliczenia podatkowego za 2017 r. By rozliczenia dokonał za nas urząd, konieczne jest złożenie wniosku PIT-WZ do 15 kwietnia – po tej dacie podatnik może rozliczyć się wyłącznie sam. Wniosek PIT-WZ można przekazać urzędowi skarbowemu jedynie elektronicznie. W poprzednim roku z tej możliwości skorzystało 27 417 podatników.

Zmniejsz podatek rozliczając się z małżonkiem albo stosując ulgę

Najpopularniejszym sposobem na obniżenie podatku wciąż pozostaje wspólne rozliczenie z małżonkiem. Jest to korzystne w sytuacji, gdy jeden z małżonków osiąga znacznie niższe dochody od drugiego lub nie ma ich wcale. Z ulgi na dzieci mogą natomiast skorzystać podatnicy, którzy sprawują władzę rodzicielską nad dzieckiem, rodzice zastępczy oraz prawni opiekunowie mieszkający z dzieckiem.

Od dochodu można również odliczyć darowiznę na cele krwiodawstwa, pożytku publicznego lub kultu religijnego, a także ulgę z tytułu wydatków na internet.

W 2017 roku istotne, korzystne zmiany dotyczą ulgi rehabilitacyjnej – odliczenia wydatków na używanie samochodu. Aktualnie prawo do korzystania z ulgi dotyczy osób niepełnosprawnych bez obowiązku posługiwania się ściśle określonym rodzajem niepełnosprawności oraz osób mających na utrzymaniu niepełnosprawnych. Odliczyć można nie więcej niż 2 280 złotych – komentuje Fałkowski.

Przekaż 1 proc. podatku na szczytny cel

Według danych Ministerstwa Finansów 50 proc. podatników zdecydowało się w ubiegłym roku przekazać 1 proc. swojego podatku na jedną z 8 238 OPP. Łączna wartość tego wsparcia wyniosła 660,2 mln złotych. Najwięcej środków finansowych trafiło do Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, Fundacji Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko” oraz Avalon – Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym.[2]

Aby wesprzeć w ten sposób OPP, wystarczy w deklaracji podatkowej, w przeznaczonych do tego rubrykach (np. część J formularza PIT-37 „Wniosek o przekazanie 1% podatku należnego na rzecz organizacji pożytku publicznego (OPP)”) wpisać nazwę oraz numer KRS OPP, którą postanawiamy wesprzeć. W tym roku ich lista powiększyła się do 8 517, a można ją znaleźć na stronie www Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Jeżeli rozliczamy się elektronicznie, system sam wyliczy maksymalną kwotę wsparcia. Natomiast przy wypełnianiu formularza ręcznie, należy obliczyć 1 proc. podatku i zaokrąglić tę liczbę w dół do pełnych dziesiątek. Przekazywana kwota może być niższa, ale nie może przekroczyć 1 proc. naszego podatku.

[1] https://www.mf.gov.pl/ministerstwo-finansow/wiadomosci/aktualnosci/-/asset_publisher/M1vU/content/9-7-mln-e-pit-ow-czyli-mamy-nowy-rekord-rozliczenie-pit-2017-za-nami?redirect=https%3A%2F%2Fwww.mf.gov.pl%2Fministerstwo-finansow%2Fwiadomosci%2Faktualnosci%3Fp_p_id%3D101_INSTANCE_M1vU%26p_p_lifecycle%3D0%26p_p_state%3Dnormal%26p_p_mode%3Dview%26p_p_col_id%3Dcolumn-2%26p_p_col_count%3D1%26_101_INSTANCE_M1vU_advancedSearch%3Dfalse%26_101_INSTANCE_M1vU_keywords%3D%26_101_INSTANCE_M1vU_delta%3D20%26_101_INSTANCE_M1vU_cur%3D8%26_101_INSTANCE_M1vU_andOperator%3Dtrue#p_p_id_101_INSTANCE_M1vU_

[2] https://www.finanse.mf.gov.pl/documents/766655/6084784/Wykaz+organizacji+po%C5%BCytku+publicznego%2C+kt%C3%B3re+w+2017+otrzyma%C5%82y+kwoty+1+proc.

My Customer World Forum & Expo 2018

Już 9 maja 2018 roku w Warszawie odbędzie się premiera My Customer World Forum & Expo – wydarzenia inspirowanego doświadczeniami klientów. Ponad 45 wystąpień eksperckich, 32 wystawców, 3 premiery i przeszło 400 osób poszukujących wiedzy i inspiracji, skoncentrowanych na świecie klienta w jednym miejscu

My Customer World Forum & Expo Oczekiwania i potrzeby klientów, uwarunkowania kulturowe i prawne, całkiem nowe modele zachowań i komunikacji składają się na świat klienta. Przestrzeń, w której żyje, dokonuje decyzji zakupowych, korzysta z szeregu produktów i usług, pracuje i odpoczywa podlega nieustannej ewolucji. Dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej każda firma i marka powinna dobrze znać ten świat aby móc do niego wejść i skutecznie porozumiewać się z klientami.

Przygotowaliśmy interaktywną mapę, na którą składają się fakty, twarda wiedza dotycząca oczekiwań i ich zachowań, sprawdzone ścieżki porozumiewania się z nimi, nowoczesne rozwiązania technologiczne usprawniające komunikację oraz aktorów pełniących kluczowe role w budowaniu i przeżywaniu doświadczeń relacji pomiędzy marką i odbiorcą. My Customer World powstaje z myślą o przedsiębiorcach, którzy chcą znaleźć w jednym miejscu przepis na sprzedaż, obsługę oraz komunikację z klientem na miarę czasów, w których żyjemy.

My Customer World to wydarzenie, zbudowane od podstaw aby dostarczyć uczestnikom doświadczenie uczestnictwa w świecie klienta. Niemal 3 lata zajęło nam zbieranie danych i przygotowania do jego organizacji. Wyodrębniliśmy potrzeby rynku, zgromadziliśmy najlepsze praktyki w zakresie współdziałania eventowego oraz włożyliśmy weń kawał naszego serca aby stworzyć wydarzenie branżowe, w którym bez kompromisów chcielibyśmy uczestniczyć i polecić swoim przyjaciołom.

Szykujemy (prawdopodobnie) największe wydarzenie na temat obsługi klienta i zorganizowanej komunikacji w historii Polski. Ponad 400 osób weźmie udział w transferze wiedzy i inspiracji na dwóch scenach MCW. Swoimi historiami podzieli się ponad 50 ekspertów od świata klienta. Pierwszy w Polsce tak kompleksowy przegląd rozwiązań technologicznych, operacyjnych i wsparcia dla struktur obsługowych. Wszystko to po to by Klient w swoim świecie czuł się szczęśliwy. My Customer World to dwa formaty: Forum czyli konferencja w najczystszej postaci – 100 % koncentracji na wiedzy oraz inspiracji, Expo czyli targi oraz towarzyszące im prezentacje i animowana strefa networkingowa.

Organizatorem My Customer World jest Fundacja Polskie Forum Call Center – organizacja, która powstała z myślą o rozwoju sektora profesjonalnej komunikacji firm z ich klientami. Od ponad 7 lat wspiera przedsiębiorstwa w dostępie do wiarygodnej informacji, optymalizacji procesów komunikacyjnych, budowaniu wizerunku branży oraz budowania pozytywnych doświadczeń obsługiwanych klientów.

„Jako firma mamy świadomość, że świat zmienia się szybko – na rynek wkraczają nowe technologie. Niektóre z nich podążają za zmieniającymi się modelami zachowania klientów a inne wręcz kreują zupełnie nowe zachowania u klientów. Dlatego też niezmiernie cieszymy się, że to właśnie Avaya, jako złoty sponsor, wesprze pierwszą edycję My Customer World Forum & Expo. Konferencja to możliwość wymiany doświadczeń ze znakomitymi ekspertami i czerpanie od nich inspiracji. To także szansa na zapoznanie się z nowymi rozwiązaniami pozwalającymi lepiej odgadywać potrzeby klientów i szybko na nie reagować” – powiedział Artur Chmielewski, dyrektor zarządzający Avaya Polska.

9 – 10 maja 2018, Warszawa Pin-Up Studio, ul. Nowogrodzka 84/86.

Więcej informacji na stronie wydarzenia: https://mycustomer.world

Dyrektor personalny na godziny w małych i średnich firmach

Dynamiczny rozwój małej firmy z pewnością cieszy jej właścicieli. Ale rozwój to nie tylko większe przychody, ale i specyficzne problemy. Gdy firma rośnie, musi pozyskać odpowiednich pracowników i znaleźć sposób, by zatrzymać ich na dłużej. Tym bardziej, że to, co stanowi dziś najważniejszą przewagę konkurencyjną firm to kompetencje pracowników.

Korporacje mają swoje rozbudowane struktury, procedury, zasady, regulaminy. Ten zbiór zasad pozwala zarządzać organizacją sprawniej i zgodnie z ustalonymi regułami. Zarządzaniem ludźmi zajmują się odpowiednie działy, a dyrektor HR coraz częściej staje HR biznes partnerem i ma coraz większy wpływ na strategiczne decyzje przedsiębiorstw. Duże organizacje coraz częściej dostrzegają (i doceniają) związek pomiędzy kompetencjami pracowników, a wynikami finansowymi.

Mała firma – ogromne wyzwania

W małych i średnich firmach kwestie związane z zarządzaniem i rekrutacją często wymagają szczególnej uwagi. Gdy nieduże przedsiębiorstwo dynamicznie się rozwija, nagle trzeba zacząć sobie radzić ze sprawami, które wcześniej nie wydawały się tak skomplikowane. Pojawiają się problemy z dostosowaniem organizacji do aktualnych przepisów, z pozyskaniem odpowiednich pracowników o odpowiednich kompetencjach, z ustaleniem polityki wynagrodzeń oraz benefitów, które pomogą zatrzymać najcenniejsze talenty w firmie, z rozwojem pracowników, czy w końcu, z budowaniem kultury organizacyjnej firmy.

– Dopóki firma jest kilkuosobowa, sprawami personalnymi najczęściej zajmuje się właściciel, który często jest zarazem prezesem. Gdy jednak firma się rozrośnie, w pewnym momencie musi stanąć przed takimi samymi problemami w zakresie HR, jak duże firmy – mówi Anna Grzywaczyk, dyrektor ds. projektów HR w firmie doradczej WNCL. – Ktoś w organizacji musi zająć się pozyskaniem odpowiednich pracowników, a potem zatrzymaniem ich. Trzeba zacząć systematyzować procesy, tworzyć spójne regulaminy wynagrodzeń, dbać o rozwój kompetencji, opisać wartości firmy, zadbać o wizerunek pracodawcy. To, co wyróżnia firmy odnoszące sukces na rynku to przede wszystkim efektywny, zmotywowany zespół ludzi. A najskuteczniej takim zespołem będzie zarządzał doświadczony dyrektor personalny – podkreśla.

Dziś już samo zatrudnienie i zatrzymanie odpowiednich pracowników może być wyzwaniem. Młodzi i utalentowani mają tendencję do częstej zmiany pracy, preferując zatrudnienie w dużych organizacjach. Jak wynika z badań Gallupa, 87% Millenialsów twierdzi, że w pracy najważniejszy dla nich jest rozwój, a 93% opuszcza obecnego pracodawcę po to, by móc pracować na innym stanowisku. Okazuje się, że to znacznie ważniejsze argumenty niż samo wynagrodzenie.

Z badań wynika również, że firmy, które wybierają najlepszych kandydatów do pracy notują 20-procentowy wzrost sprzedaży (w porównaniu z tymi, które nie koncentrują się na poszukiwaniu talentów). Skupianie się na najlepszych pracownikach i wysokiej kulturze organizacyjnej prowadzi do wzrostu przychodów, a nawet znacząco przyczynia się do mniejszej liczby incydentów związanych z bezpieczeństwem na stanowiskach pracy.

Jak jednak sprawić, by mała lub średnia firma zaczęła prowadzić nowoczesną politykę personalną? I kto miałby się tym zająć?

Skąd wziąć doświadczonego dyrektora HR?

Niestety, dla firmy zatrudniającej kilkunastu, kilkudziesięciu, a czasem i ponad stu pracowników, pełnoetatowy dyrektor personalny z bogatym doświadczeniem będzie trudny do pozyskania. Taki specjalista zazwyczaj nie szuka pracy, a jeśli już, to częściej zainteresowany jest zatrudnieniem w dużych organizacjach. Ale nawet gdyby udało się takiego zdobyć – koszt jego zatrudnienia na pełen etat może okazać się bardzo wysoki.

Skutek jest taki, że w małych i średnich firmach funkcje HR powierzane są często osobom młodym i niedoświadczonym, ponieważ takich pracowników łatwo znaleźć, a w dodatku ich wynagrodzenie nie musi być wysokie. Niestety, trudno mówić o innych, tzn. pozakosztowych korzyściach z zatrudnienia osoby, która nie ma doświadczenia w rekrutowaniu odpowiednich pracowników, nie mówiąc już o tym, że prezes czy właściciel niekoniecznie będzie liczył się ze zdaniem takiego specjalisty. Ewentualnie firma może się „ratować” kupowaniem usług zewnętrznych związanych z doradztwem prawnym czy szkoleniami, ale to oznaczać będzie dodatkowe koszty.

Alternatywą może być zatrudnienie dyrektora personalnego „na godziny”. W Polsce wciąż brzmi to dość egzotycznie, ale taki tryb współpracy na Zachodzie jest już powszechny. Dzięki takiemu rozwiązaniu nawet mała firma może podpisać umowę z doświadczonym, czasem nawet wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie, korzystając z jego usług np. przez dzień lub dwa dni w każdym tygodniu.

Tu także istnieje jednak pokusa, by szukając dyrektora, który zajmie się zasobami ludzkimi na zasadzie outsourcingu, kierować się jak najniższymi kosztami. Warto więc mieć na uwadze cele, jakie przyświecają danej firmie. Jeśli chce ona zmniejszyć rotację lub przyciągnąć najlepsze talenty z rynku pracy, istnieje niewielka szansa, że młody freelancer dostępny „w okazyjnej cenie” okaże się równie skuteczny jak wieloletni specjalista mający rozbudowaną sieć kontaktów oraz doświadczenie zdobyte w kilkunasto- lub kilkudziesięcioletniej pracy dla wielu przedsiębiorstw z rozmaitych branż.

Im większe wyzwania stoją przed firmą, tym ważniejsze, by strategiczne kwestie związane z rekrutacją, motywowaniem i zarządzaniem pracownikami powierzyć kompetentnemu specjaliście.

Dyrektor personalny na godziny – jak to działa?

Możliwość zatrudnienia dyrektora personalnego „na godziny” wpisuje się w najważniejszą cechę małych i średnich przedsiębiorstw, jaką jest elastyczność. Dyrektor personalny może pracować dla konkretnego klienta dokładnie tyle czasu, ile jest to potrzebne, a każda godzina świadczenia usług dla danej firmy powinna być skrupulatnie opisana w raporcie przygotowywanym dla klienta.

To, ile godzin w tygodniu pracuje dyrektor personalny, zależy od wielkości organizacji oraz agendy HR, czyli dokumentu, który określa cele postawione przed specjalistą oraz czas, w jakim rezultaty mają zostać osiągnięte. W firmach zatrudniających od kilkunastu do 100 osób, w standardowych sytuacjach wystarcza zazwyczaj wymiar współpracy wynoszący jeden dzień w tygodniu.

– Jeśli dyrektor HR jest w firmie systematycznie co tydzień, uczestniczy w ważniejszych spotkaniach zarządu lub działu sprzedaży, doskonale może poznać firmę i jej kluczowych pracowników. Szczególnie, jeśli pracuje on w modelu HR biznes partneringu, jego rolą jest wsparcie dla kadry menedżerskiej wyższego i średniego szczebla, a nie dla wszystkich pracowników – mówi Iwona Wencel, prezes WNCL, która sama również pełni funkcję dyrektora personalnego „na godziny”.  – Jeśli jest to osoba z długim i różnorodnym doświadczeniem, jest w stanie szybko „wejść” w sprawy firmy i brać udział w strategicznych decyzjach, szczególnie tych dotyczących struktur, ludzi  i procesów zarządzania, włączając performance management – podkreśla.

Kontrakt z dyrektorem personalnym wiąże się, co oczywiste, z kosztami. Jednak myśląc o wydatkach, warto jednocześnie uwzględnić przewidywane zyski. Ważne, aby bilans był dodatni, tzn. aby korzyści uzyskane przez przedsiębiorstwo dzięki zatrudnieniu wysokiej rangi specjalisty, były znacznie wyższe niż wartość kontraktu. Korzyścią może być także ograniczenie wydatków, np. związanych z rotacjami, których koszty (wg różnych szacunków) mogą wynosić od 83% do 130% rocznego wynagrodzenia pojedynczego pracownika.

Iwona Wencel, pytana o to, czy taka inwestycja oby na pewno się opłaca, podaje przykład konkretnej sytuacji.

– W firmie call center rotacja wynosi 48% w skali roku. Dla firmy 100-osobowej oznacza to 48 osób x np. średnie wynagrodzenie roczne 48.000 zł (4000 x 12 miesięcy), czyli 2.304.000 zł w skali roku. Kontrakt z doświadczonym dyrektorem personalnym na godziny na dwa dni w tygodniu będzie się wiązał z kosztem ok. 20.000 zł, co rocznie daje 240.000 zł. Jeśli dyrektor personalny zmniejszy rotację „zaledwie” do 30%, to w kasie firmy zostanie ok. 600.000 zł – mówi prezes WNCL.

Oczywiście można też szukać freelancera, który będzie tańszy. Pytanie tylko, czy tańszy specjalista będzie w stanie zmniejszyć rotację w takim samym stopniu. W przypadku specjalistycznych firm koszt jednostkowy jest nieznacznie wyższy, ale gwarancja jakości i szerszej wiedzy – dużo większa.

Oczywiście jednak każda firma musi sama zdecydować (a najlepiej obliczyć), czy w jej konkretnej sytuacji bardziej opłaci się zatrudnienie dyrektora personalnego na etacie, podpisanie umowy z freelancerem, czy też zawarcie kontraktu z wyspecjalizowaną firmą zatrudniającą doświadczonych ekspertów.

Na szczęście małe i średnie firmy potrafią być elastyczne, wybierając dla siebie rozwiązanie najbardziej odpowiednie na danym etapie rozwoju. Możliwe więc, że choć dziś wystarcza specjalista,  jutro potrzebny będzie doświadczony dyrektor HR na godziny, a już wkrótce warto będzie pomyśleć o etatowym dyrektorze lub HR Biznes Partnerze.

Ważne przy tym, aby nie zwlekać zbyt długo z odpowiednimi decyzjami. Struktury HR warto budować równolegle ze wzrostem firmy. Zdarza się, że właściciel czeka ze zmianami zbyt długo, a o wsparcie specjalistów prosi dopiero wtedy, gdy pracownicy odchodzą, w zespole pojawiają się konflikty lub on sam przestaje radzić sobie z powodu przeciążenia obowiązkami. Lepiej, gdy właściciela motywuje rozwój – nie kryzys.

Fadlallah Zayat na czele hotelu Sheraton Warsaw

Rok 2018 będzie dla Hotelu Sheraton Warsaw rokiem szczególnym. Nowy Dyrektor Generalny oraz otwarte świeżo po renowacji pokoje i apartamenty rozpoczynają nowy rozdział w ponad 20-letniej historii Sheraton Warsaw. Hotel, usytuowany na rogu Placu Trzech Krzyży, z widokiem na Park Łazienkowski, uznawany jest za miejsce spotkań elit towarzyskich, głów państwa oraz liderów biznesu. Od momentu otwarcia, do dnia dzisiejszego, pozostaje jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc, zarówno dla osób podróżujących w celach biznesowych jak i wypoczynkowych.

Nowy rok, nowe wyzwania

Fadlallah Zayat - Sheraton Warsaw
Fadlallah Zayat – Sheraton Warsaw

Od 1 lutego 2018 na czele hotelu Sheraton Warsaw stanął Fadlallah Zayat. Nowy Dyrektor Generalny to doświadczony hotelarz, związany z branżą od kilkudziesięciu lat. Większość swojej kariery zawodowej spędził w hotelach sieci Marriott, do której należy Sheraton, więc ma doskonałe rozeznanie zarówno w mikro jak i makro środowisku biznesowym. Poprzednio Fadlallah Zayat zajmował stanowisko Dyrektora Generalnego w pięciogwiazdkowym JW Marriott Grand Hotel w Bukareszcie, jednym z najbardziej luksusowych hoteli w portfolio Marriott International w Rumunii.

Cieszę się, że dołączyłem do zespołu profesjonalistów hotelu Sheraton Warsaw. W Marriott Inernational dokładamy wszelkich starań, aby zapewnić gościom najwyższe standardy oraz sprawić, że ich pobyt będzie niezapomnianym doświadczeniem. W nowym roku, otworzyliśmy dla gości pokoje i apartamenty, które przeszły dogłębną renowację. Nasza prestiżowa oferta z pewnością pozwoli zrepozycjonować hotel Sheraton Warsaw, sprawiając, że stanie się on destynacją idealną, zarówno dla gości biznesowych jak i indywidualnych. W tej chwil mogę śmiało przyznać, że blask ikonie został przywrócony – skomentował Fadlallah Zayat, nowy Dyrektor Generalny.

Pasja do hotelarstwa

Kariera zawodowa nowego Dyrektora Generalnego jest niesamowicie ciekawa – łączy możliwość odwiedzania wielu ciekawych miejsc na całym świecie, poznawania ludzi oraz zdobywania wszechstronnego doświadczenia zawodowego.

Fadlallah Zayat, obejmując kierownictwo hotelu Sheraton Warsaw, rozpoczął zarządzanie marką, która należy do jednego z 30 brandów, znajdujących się w portfolio Marriott International. Z tą, największą na świecie siecią hotelarską jest związany od ponad 24 lat, W 1994 roku rozpoczynał karierę w dziale finansowym  w JW Marriott w Dubaju, a następnie rozszerzył swoje działania na inne kraje. Pracował w takich miastach jak Bejrut, Erewań, Tbilisi, Warszawa czy kazaskie Ałmaty. Zajmował także stanowisko Reginalnego Dyrektora Finansowego Area na rynki Europy Zachodniej i Wschodniej zarządzając aż 54 hotelami w 16 krajach. Szeroki zakres kompetencji oraz dogłębne poznanie biznesu to niewątpliwa zaleta, którą Fadlallah Zayat może wykorzystać przy kolejnych wyzwaniach, również tych, które czekają na niego w Warszawie. Zresztą stolica Polski nie jest mu obca. Od 2002, przez sześć lat, pracował w Warsaw Marriott Hotel I LIM JV jako Dyrektor ds.Finansowych i Ekonomii oraz jako  Director of Rooms Operations.

Program do faktur online – dlaczego warto z niego korzystać?

Faktura to podstawowy dokument, który musi wystawiać każdy przedsiębiorca. Jest to dowód zawarcia i dokonania transakcji oraz narzędzie służące do uzyskania zapłaty za sprzedany produkt lub usługę. Faktury mogą być wystawiane w tradycyjnej formie papierowej lub w formie elektronicznej. Ze względu na wygodę oraz szybkość wystawienia dokumentu, faktury online cieszą się coraz większą popularnością. Do ich wystawienia potrzebny jest jedynie specjalny program. Co warto wiedzieć o programach wystawiających faktury online i dlaczego warto z nich korzystać?

Faktury papierowe a faktury online

Dawniej każdy przedsiębiorca był zobowiązany do ręcznego wypełniania oraz wystawiania faktur w formie papierowej. Następnie taki dokument musiał zostać dostarczony klientowi, który swoim podpisem kwitował jego przyjęcie i wykonanie usługi. Wiązało się to z koniecznością samodzielnego przygotowywania dokumentów księgowych oraz było obarczone dużym ryzykiem popełnienia błędu. Ręczne wystawiane faktur zajmowało także dużo czasu, a cały proces ich przygotowania był dość skomplikowany.

Program do wystawiania faktury online – czym jest?

Dziś sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej. Już od pewnego czasu możliwe jest bowiem wystawianie faktury online. Faktura online to dokument wygenerowany w formie elektronicznej, do którego przygotowania służą specjalne programy do wystawiania faktur online. Programy te automatyzują czynność wystawiania faktury, dzięki czemu przygotowanie oraz wygenerowanie dokumentacji jest prostsze, szybsze i obarczone mniejszym ryzykiem popełnienia błędu.

Programy oferujące faktury online dają także możliwość przechowywania dokumentacji w formie elektronicznej, dzięki czemu nie musimy już dbać o porządek w dokumentacji, a wszystkie dokumenty przez nas wystawione są dostępne od razu po zalogowaniu się do programu. Ułatwia to pracę oraz daje pewność odnalezienia potrzebnej w danym momencie faktury.

Programy do faktur online – dla kogo?

Obsługa programów służących do wystawiania faktury online jest bardzo prosta. Ich autorzy dbają bowiem o takie ich przygotowanie, aby z ich użytkowaniem poradziła sobie każda osoba. Ich funkcjonalność docenią zwłaszcza właściciele małych firm, którzy za ich pomocą mogą zadbać o samodzielne wystawianie faktur oraz dzięki temu zaoszczędzić na kosztach zlecenia tej czynności firmie zewnętrznej, czy pracownikowi.

Do obsługi programów do faktur online w zupełności wystarczająca jest podstawowa znajomość komputera i programów informatycznych, a cały proces generowania dokumentacji jest prosty i szybki. Do programu mamy dostęp w każdej chwili i z dowolnego miejsca na świecie. Wystarczy jedynie laptop, tablet lub smartfon z dostępem do Internetu.

Aby wystawiać faktury online wystarczy wpisać potrzebne dane do odpowiednich pół formularza, a program sam sprawdzi ich poprawność oraz wygeneruje gotową fakturę. Pozwala to w szybki i wygodny sposób wystawiać faktury online oraz przesłać je w formacie PDF do odbiorcy. W efekcie szybciej otrzymamy także zapłatę za wykonaną usługę, a zaoszczędzony czas możemy przeznaczyć na rozwój naszej firmy.

Jak sprawdzić, czy faktury online są dla Ciebie?

Aby sprawdzić, czy wystawianie faktur elektronicznych jest dla nas odpowiednie, najprościej jest przetestować wybrany program do faktur online. Mamy taką możliwość całkowicie za darmo wystawiając faktury online w Afaktury.pl. Jest to rozbudowany program do wystawiania faktur, do którego podstawowych funkcji mamy dostęp całkowicie bezpłatnie. Dzięki temu mamy możliwość sprawdzenia, czy taka forma wystawiania faktur jest dla nas odpowiednia oraz przetestowania funkcjonowania programu.

Na zakupy na ulice handlowe, osiedla mieszkaniowe i… do biurowców?

Szybki rozwój centrów handlowych, sektora biurowego i mieszkaniowego wpływa na zmianę zakupowych upodobań Polaków i tworzy atrakcyjną niszę dla najemców szukających nowych lokalizacji dla swoich sklepów. Jednocześnie ulice handlowe kojarzone jeszcze do niedawna z firmami odzieżowymi i markami luksusowymi, stają się gastronomicznym centrum każdego większego miasta.

Handel w centrach…miast            

Wiele modnych marek w jednym miejscu, dogodna, centralna lokalizacja, zapewnione miejsca parkingowe i możliwość zrobienia zakupów w komfortowych warunkach – te czynniki budują przewagę konkurencyjną wielkich obiektów handlowych w stosunku do tzw. high streets. W tym aspekcie dość zdecydowanie różnimy się od naszych sąsiadów z Europy Zachodniej, gdzie centra handlowe zlokalizowane są głównie na obrzeżach i stanowią uzupełnienie oferty miejskiej, a robienie zakupów na ulicach handlowych jest już tradycją.

Grażyna Melibruda, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL
Grażyna Melibruda, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

„Preferencje zakupowe Polaków mają swoją specyfikę – tłumnie odwiedzamy galerie, a butiki w centrach miast odgrywają dla nas mniejszą rolę jako lokalizacje zakupowe. Warto jednak zauważyć, że ruch na ulicach handlowych utrzymuje się na wysokim poziomie. Bardzo często w miejsce sklepów modowych powstają restauracje lub kawiarnie, a ulice handlowe zmieniają po prostu swój charakter i stają się gastronomicznym centrum każdego większego miasta”, informuje Grażyna Melibruda, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Potwierdzają to liczby. Jak wynika z danych JLL, restauracje, bary szybkiej obsługi i kawiarnie zajmują średnio ponad 30% lokali użytkowych w centrach największych polskich miast, dwa razy więcej niż butiki modowe. Widać to wyraźnie w Trójmieście. Chociaż aglomeracja składa się z trzech miast o odmiennych charakterach, to Gdańsk, Gdynię i Sopot łączy to, że nie posiadają wyraźnej strefy handlu śródmiejskiego. Są lokalizacjami wybieranymi przez turystów, zatem takie ulice jak Długa czy Bohaterów Monte Casino skupiają głównie restauracje i sklepy z pamiątkami, które prosperują najlepiej w sezonie turystycznym.

Na tle siedmiu największych miast w Polsce zdecydowanie wyróżnia się Kraków, który zachował swoje dawne tradycje kupieckie. W rozwoju śródmiejskiego handlu w Krakowie wcale nie przeszkadza dobrze rozwinięta sieć gastronomiczna, także znajdująca się w starej, handlowej części miasta, ani Galeria Krakowska, która posiada bezpośrednie połączenie z Dworcem PKP. Podobnie jest w Poznaniu. Pomimo tego, że większość dużych galerii handlowych znajduje się w promieniu 2 km od najważniejszych ulic handlowych to na takich ulicach jak św. Marcin, Półwiejska czy na Starym Mieście działa wiele lokalnych firm i prywatnych zakładów rzemieślniczych.

Nie tylko ulice handlowe. Na zakupy do biurowca?

Jednak coraz częściej Polacy zastanawiając się nad zakupami lub szybką kawą czy lunchem, decydują się na wizytę w… biurowcu.

„Dynamiczny wzrost sektora powierzchni biurowych w Polsce stanowi również ważny czynnik rozwoju dla usług i gastronomii. Dziś trudno wyobrazić sobie nowoczesny kompleks biurowy bez modnych knajpek, restauracji, drogerii, kiosków, punktów usługowych, typu fryzjer, czy małych sklepów, w których można zrobić szybkie zakupy. Deweloperzy starają się, aby oferta ich nieruchomości była jak najbardziej kompleksowa. Dlatego coraz częściej na parterach biurowców lokowane są również przedszkola, czy siłownie. To również rezultat aktualnej sytuacji na rynku pracy – pracodawcy działają na rynku pracownika, a ich biura stanowią ważny element budowy wizerunku firmy employer brandingu firmy”, informuje Grażyna Melibruda.

Ciekawe przestrzenie zakupowe powstają w projektach wielofunkcyjnych łączących rolę biurową z handlowo – usługową. Warto tu wspomnieć o takich projektach jak CEDET EC Powiśle, Bohema, Hala Koszyki, Koneser, Soho Factory w Warszawie czy Monopolis w Łodzi.

Więcej mieszkań, więcej sklepów

Niebagatelny wpływ na rozwój handlu i usług ma także rynek mieszkaniowy. W w zeszłym roku oddano do użytkowania w całym kraju rekordowe ok. 178 500 mieszkań[1]. Aż ok. 20 350 mieszkań wzbogaciło rynek warszawski. Boom mieszkaniowy trwa najlepsze – to wpływa na kształt rynku handlowego.

„Nawet jeśli nowoczesne osiedle powstaje w miejscu, gdzie oferta sklepów, czy restauracji jest dość skromna, w ślad za nową inwestycją podążają duże sieci dyskontowe, gastronomiczne, a także prywatni przedsiębiorcy. Najlepszym przykładem jest Miasteczko Wilanów, na terenie którego działają przedszkola, szkoły językowe, prywatna klinika medyczna oraz liczne sklepy i kawiarnie. Inne znakomite przykłady to Żoliborz Przemysłowy czy tereny wzdłuż Jana Kazimierza. Dziś osiedla mieszkaniowe to już nie typowe sypialne, ale kompleksowe lokalizacje – miejsca życia, pracy, spotkań” , dodaje Grażyna Melibruda.

Dynamiczny rozwój osiedli mieszkaniowych w całym kraju zwiększa zapotrzebowanie na powierzchnie w parterach budynków, przeznaczone pod usługi, gastronomię czy po prostu dla codziennych zakupów. Adaptowanie parterów na lokale użytkowe sprzyja ożywieniu i zdywersyfikowaniu przestrzeni.

„Dynamiczny rozwój infrastruktury usługowo – handlowej to także wynik dużego popytu i zmieniających się nawyków  polskich konsumentów. Jesteśmy coraz bardziej przyzwyczajeni do możliwości zrobienia szybkich zakupów, czy zjedzenia obiadu poza domem, bez konieczności podróżowania na drugi koniec miasta. Decyzje zakupowe podejmujemy pod wpływem chwili i lubimy, kiedy nasze ulubione marki są na wyciągnięcie ręki. Na te potrzeby odpowiadają np. duże sieci spożywcze, które uważnie obserwują, w których częściach polskich miast powstają nowe inwestycje mieszkaniowe. Dzięki temu coraz częściej możemy mówić o przekształcaniu się dzielnic, dotychczas uznawanych za sypialnie, w obszary wielofunkcyjne. Sprzyja zrównoważonemu rozwojowi polskich miast oraz prowadzonej w ostatnich latach polityce promocji tzw. „lokalności”, podsumowuje Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL.

[1] GUS

Nieruchomości Komercyjne: Rynek inwestycyjny 4q17

Rok 2017 był kolejnym rokiem stabilnych cen, stóp kapitalizacji oraz wolumenu transakcyjnego. Kolejny raz wzrost cen nieruchomości w Europie Zachodniej zwiększył różnice pomiędzy cenami nieruchomości w Polsce oraz na rozwiniętych rynkach zachodnioeuropejskich.

Obroty na krajowym rynku inwestycyjnym w 2017 wyniosły 4,38 mld EUR (bez sektora hoteli oraz mieszkań na wynajem), co oznacza spadek o 3%. Jest to 3. najwyższy w historii wynik po 2006 (5 mld EUR) oraz 2016 (4,52 mld EUR). 73% rocznego wolumenu miało miejsce w 2h17.

Wyjątkowo wysokie (blisko 400 mln EUR ) obroty w 2017 odnotował sektor hoteli oraz mieszkań na wynajem.

W 2017, podobnie jak w latach ubiegłych, dominującym sektorem na rynku inwestycyjnym pozostawał sektor handlowy.

Po słabszej dla regionów pierwszej części roku, w drugim półroczu ponownie dominowały transakcje na rynkach regionalnych.

Uwzględniając wszystkie kraje Europy Środkowej, wolumen transakcyjny w 2017 był stosunkowo stabilny i po wyraźnym wzroście w 2016 zwiększył się o 3%, do blisko 13 mld EUR. Sygnały z rynku wskazują na stosunkowo wysoki wolumen transakcji również w 2018.

Od początku globalnego kryzysu finansowego Polska oraz region Europy Środkowo-Wschodniej, w porównaniu z wiodącymi rynkami Europy Zachodniej, wykazują zdecydowanie słabszą dynamikę wolumenu transakcji.

Stopy kapitalizacji na polskim rynku inwestycyjnym pozostają w długoterminowym trendzie spadkowym. W 2017 stopy kapitalizacji generalnie spadły na rynkach regionalnych, pozostając stabilne w Warszawie.

Mimo wieloletniej kompresji stóp kapitalizacji, wartości kapitałowe wyrażone w EUR w kraju pozostają zasadniczo stabilne. Ma to miejsce ze względu na długotrwały spadek czynszów transakcyjnych.

Na rynku obserwuje się rosnące zróżnicowanie między wartościami kapitałowymi nieruchomości typu prime oraz sektora sub prime.

Pod względem dynamiki wartości szerokiego sektora nieruchomości komercyjnych, Polska wraz z regionem zdecydowanie odstaje od Europy Zachodniej. Zgodne z badaniami CBRE w 2017 wartości kapitałowe na całym rynku europejskim wzrosły o 6,2%. W tym czasie na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej wartości kapitałowe spadły o 0,2%.

Dojrzewanie cyklu koniunkturalnego spowodowało, że w ostatnich kwartałach doszło do gwałtownego spadku europejskiego indeksu C&W Fair Value Index, mierzącego poziom niedoszacowania nieruchomości. Indeks spadł w trakcie 2017 z 57 do 42 punktów i jest na poziomie z początku 2016, a od 2h16 pozostaje na poziomie, który wskazuje na przeszacowane wartości nieruchomości.

Jedną z przyczyn stabilnych cen nieruchomości komercyjnych w Polsce oraz w regionie jest wysoka elastyczność podaży wynikająca z szybkiego rozwoju branży deweloperskiej oraz nadal wysokiej dostępności gruntów inwestycyjnych. Kolejną jest gorsze niż w poprzednim cyklu koniunkturalnym postrzeganie rynków wschodzących przez inwestorów instytucjonalnych.

W ostatnich 2 latach na rynek inwestycyjny istotny wpływ miało otoczenie prawne rynku nieruchomości. Takie kwestie jak podatek handlowy, zakaz handlu w niedziele, zmiany w naliczaniu podatku CIT, kwestie rozliczeń podatku VAT przy transakcjach inwestycyjnych oraz niejasny przekaz dotyczący wprowadzenia wehikułów inwestycyjnych REIT odbiły się negatywnie na postrzeganiu polskiego rynku inwestycyjnego. Naszym zdaniem, ograniczenie zagrożeń wynikających z dalszych zmian legislacyjnych będzie miało pozytywny wpływ na nastawienie inwestorów już od 2018.

Źródło: PKO Bank Polski

Rośnie finansowa wiarygodność Polski

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Koszt ubezpieczenia polskiego długu spada do poziomów niewidzianych od 10 lat. Dodatkowo niższa od oczekiwań inflacja powoduje, że rentowności obligacji wyraźnie się obniżają, co umożliwia redukcję kosztów obsługi zadłużenia – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Polska może coraz taniej obsługiwać swoje zadłużenie oraz zaciągać nowe zobowiązania finansowe. Rentowności 5-letnich obligacji skarbowych spadły do poziomu 2,25 proc., czyli najniższego od października 2016 r. Ruch spadkowy w ostatnich tygodniach to efekt niższej od oczekiwań inflacji. Jednak rynkowa ocena niewypłacalności kraju, drugi czynnik wpływający na koszty finansowania krajowej gospodarki, też odgrywa pozytywną rolę. Jest ona obecnie na najniższym poziomie od 2008 r.

CDS-y na rekordowo niskich poziomach

Istnieje wiele metod wyceny ryzyka niewypłacalności kraju. Korzystają z nich m.in. agencje ratingowe. W ostatnich latach popularność zyskały także kontrakty CDS (Credit Default Swaps), które pozwalają na względnie łatwe porównanie prawdopodobieństwa utraty płynności finansowej danego kraju.

CDS wyraża się w punktach bazowych, a na tej podstawie można spróbować oszacować procentowe ryzyko bankructwa dłużnika. Obecnie ubezpieczenie polskiego długu jest najtańsze od czerwca 2008 r. i wynosi na rok ok. 45-48 tys. dolarów na każde 10 mln dol. zadłużenia. To jest również tożsame z wartością CDS na poziomie 45-48 punktów. Rok temu wartości były o 20 pkt wyższe.

Z uproszczonych rachunków wychodziłoby, że prawdopodobieństwo bankructwa Polski to ok. 0,5 proc. w najbliższym roku. Jednak nawet w scenariuszu niewypłacalności dłużnika wierzycielom zwykle udaje się odzyskać część pożyczonego kapitału (np. 40 proc.). W rezultacie ryzyko bankructwa Polski w najbliższym roku można szacować na ok. 0,80 proc. (45-48 tys. dol. z faktycznie zagrożonych 6 mln dol.). Z czego jednak wynika poprawa pozycji finansowej naszego kraju?

Czynniki zewnętrzne i wewnętrzne

Często używane na rynku powiedzenie, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” dobrze pasuje do ostatniego spadku CDS-ów dla większości krajów. Dobra koniunktura na świecie powoduje, że nawet dla gospodarczych maruderów (np. Włoch) CDS-y wyraźnie się obniżyły. Jeszcze rok temu były to wartości ok. 200 pkt, a teraz są zbliżone do 100 pkt. Na szybkim światowym rozwoju korzysta również Polska, a to przyczynia się do rekordowo niskiego ryzyka jej bankructwa.

Nie można jednak bagatelizować elementów krajowych. Uszczelnienie systemu podatkowego w Polsce pozwoliło przynajmniej w części sfinansować wyższe wydatki na cele społeczne. Obawy agencji ratingowych dotyczące rosnącego ryzyka niewypłacalności, które zresztą na początku 2016 r. spowodowały wzrost CDS-ów powyżej 100 pkt, na razie się nie zrealizowały. To ważny argument do spadku CDS-ów.

Jak wewnętrzne problemy poszczególnych państw wpływają na wartości CDS-ów, pokazuje także sytuacja Rosji z ostatnich dni. CDS-y dla Federacji Rosyjskiej wzrosły ze 100 do 150 pkt w przeciągu ostatniego miesiąca. Nałożenie nowych amerykańskich sankcji wyraźnie zwiększyło ryzyko niewypłacalności Moskwy mimo najwyższych od listopada 2014 r. cen ropy naftowej i braku odpływu kapitału z innych gospodarek w regionie.

Rośnie szansa na pozytywny scenariusz

Kombinacja niskiej oczekiwanej inflacji i rosnącej rynkowej wiarygodności kredytowej Polski powoduje, że nasz kraj może redukować potrzeby pożyczkowe. Spadają także koszty obsługi dotychczasowego zadłużenia. To pozytywne sprzężenie zwrotne może pomóc osiągnąć dobry wyniki budżetu również w tym roku. Jeżeli zaoszczędzone środki uda się wykorzystać na konieczne reformy strukturalne, to może uda się wreszcie podnieść dość słabe perspektywy polskiego wzrostu PKB na okres po 2020 r.

Rośnie optymizm wśród mikro- i małych firm w zachodniopomorskim

W skali kraju, w mikro i małych firmach po raz pierwszy od ośmiu lat dominują optymiści – takie wyniki przynosi ósmy już raport o sytuacji mikro i małych firm przygotowywany przez Bank Pekao S.A. W województwie Zachodniopomorskim optymizm wśród przedsiębiorców rośnie, ale po raz pierwszy wskaźnik koniunktury jest poniżej ogólnopolskiej średniej.

Można śmiało powiedzieć, że mikrofirmy i małe przedsiębiorstwa stanowią sól polskiej gospodarki. Podmioty te stanowią 99% wszystkich aktywnych firm działających w Polsce (odpowiednio: 1,84 mln mikrofirm i 57 tys. małych przedsiębiorstw), zatrudniają 52% wszystkich pracujących w polskich firmach (3,7 mln i 1,2 mln osób), generują przychody o wartości ponad 1 474 mld złotych (36% wszystkich przychodów w sektorze przedsiębiorstw) oraz wypracowały zysk brutto w wysokości 189 mld złotych (56% zysku brutto w sektorze przedsiębiorstw). Dlatego od ośmiu lat Bank Pekao S.A. uważnie śledzi nastroje tych przedsiębiorców.

W ostatnim roku, w skali krajowej nastroje wśród najmniejszych przedsiębiorców są wyjątkowe dobre i na historycznie wysokim poziomie. Ogólny Wskaźnik Koniunktury w 2017 r. – główny miernik nastroju przedsiębiorców będący wynikiem raportu – nie tylko zwiększył się̨ w stosunku do roku 2016, ale był najwyższy w historii badań: po raz pierwszy przekroczył barierę̨ 100 punktów, czyli poziomu neutralnego, czyli statystycznie po raz pierwszy dominowali w badaniu optymiści (w całym badaniu wskaźniki mogą przyjmować wartości od 50 do 150, gdzie 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”). W stosunku do poprzedniego roku, odnotowano poprawę nastrojów przedsiębiorców we wszystkich ośmiu skalach mierzących różne aspekty działalności gospodarczej: ogólna sytuacja gospodarcza, sytuacja branży, zatrudnienie, sytuacja firmy, przychody firmy, wynik finansowy, oczekiwanie na zapłatę, dostępność finansowania zewnętrznego.

Mikro i małe firmy nie boją się też wyzwań związanych z wejściem na zagraniczne rynki. Spośród ankietowanych podmiotów eksportem zajmuje się 37% małych firm i 16% mikroprzedsiębiorstw. Poszerzanie rynków zbytu, przekłada się na bardziej optymistyczne postrzeganie przyszłych przychodów i daje poczucie stabilności. Przedsiębiorcy prowadzący działalność eksportową bardziej niż inni przedsiębiorcy patrzą optymistycznie na prognozy swoich przychodów w ogóle (113,4 pkt).

Tegoroczny raport zgłębiał też kwestie innowacyjności i technologii cyfrowych w kontekście mikro- i małych przedsiębiorstw. Również w tym aspekcie wyniki były optymistyczne – odnotowano rekordowy odsetek firm młodych (do 3 lat) wdrażających innowacje produktowe (35,6%) – wzrost o 8% w stosunku do poprzedniego okresu badań. W większości (53%) były to projekty do 10 000 zł.  

Z ponad 7000 ankietowanych przez Bank Pekao S.A. mikro- i małych przedsiębiorstw, 418 było zarejestrowanych w województwie zachodniopomorskim.

Przedsiębiorcy zachodniopomorscy stają się stopniowo, coraz większymi optymistami – w stosunku do poprzedniego okresu badań lepiej oceniają wszystkie osiem aspektów działalności i otoczenia firmy (sytuacja firmy, przychody, wynik finansowy, zatrudnienie, dostępność finansowani zewnętrznego, ogólną sytuację gospodarczą, sytuację branży, oczekiwanie na zapłatę).  Zdecydowanie lepiej niż rok wcześniej oceniają ogólną sytuację gospodarczą (95,3 pkt., wzrost o 5,7 pkt.) oraz sytuację i wynik finansowy firmy (101,1 i 101,0 pkt. wzrost o 2,3 pkt.)

Jednak poziom entuzjazmu tym razem jest ciągle poniżej średniej krajowej. Pod względem Ogólnego Wskaźnika Koniunktury w ostatnich 12 miesiącach, województwo Zachodniopomorskie plasuje się na 14 miejscu w kraju (97,7 pkt., a średnia ogólnopolska 99,5 pkt.). Największym optymizmem emanuje Podlasie (103,1 pkt).

Pomimo poprawy nastrojów rok do roku, zachodniopomorscy mikro- i mali przedsiębiorcy oceniają poniżej średniego krajowego wyniku sytuację firmy, przychody wyniki finansowe, zatrudnienie, sytuację gospodarczą i sytuację w branży (w tych dwóch ostatnich skalach są zdecydowanie poniżej średniej). Natomiast nie odbiegają od średniej ogólnopolskiej w ocenie dostępności finansowania zewnętrznego (100,8 pkt to średnia krajowa, a 100,9 pkt. średnia województwa) i oczekiwania na zapłatę (98,1 vs. 98,1).

Stąd też, po raz pierwszy w historii prowadzonych badań prowadzonych przez Pekao, nastroje przedsiębiorców zachodniopomorskich są znacznie poniżej średniej krajowej (Ogólny Wskaźnik Koniunktury na poziomie 99,01 pkt. wobec 100,8 pkt. w skali kraju).

Co ciekawe w skali województwa, najmniej optymistycznie nastawieni wobec koniunktury gospodarczej byli przedsiębiorcy z samego Szczecina – Ogólny Wskaźnik Koniunktury wyniósł wśród respondentów wyniósł 95,2 pkt. i był najniższy spośród czterech podregionów w województwie (pozostałe to: koszaliński, szczeciński, szczecińsko-pyrzycki)

Województwo Zachodniopomorskie może się natomiast poszczycić drugim wynikiem w kraju pod względem odsetka mikro i małych firm z działalnością eksportową, którą prowadzi 22% ankietowanych podmiotów. Niski odsetek eksporterów jest jedynie w podregionie koszalińskim (11%).

Również pod względem innowacyjności i nakładów na innowacje lokalne firmy nie odbiegają od ogólnopolskiego poziomu: 27% firm zachodniopomorskich wprowadziło innowacje produktowe (w porównaniu z 26% w całej Polsce).

Raport o sytuacji mikro i małych firm w Polsce” jest publikowany corocznie przez Bank Pekao w oparciu o wywiady telefoniczne z właścicielami 7 tysięcy firm zatrudniających poniżej 50 osób (99% wszystkich aktywnych firm w Polsce). Reprezentatywne wyniki badania są prezentowane na poziomie krajowym, regionalnym (16 województw) oraz sub-regionalnym (66 grup powiatów), w podziale na sektory (produkcja, usługi, handel i budownictwo) oraz wielkość firm (mikro i małe firmy). Raport porusza między innymi kwestie sytuacji firm, zatrudnienia, inwestycji, eksportu, innowacji, finansowania zewnętrznego, otoczenia biznesowego oraz barier rozwojowych. Każdego roku wybierany jest temat specjalny raportu. Tematem specjalnym były już fundusze unijne, e-gospodarka, eksport, innowacje oraz firmy rozpoczynające działalność gospodarczą. W raporcie prezentowane są także oficjalne dane statystyczne dotyczące mikro i małych firm, jak również perspektywy makroekonomiczne dla polskiej gospodarki.

Fiskus przedłuża zwrot VAT. Sprawy trafiają do sądów, a firmy czekają latami

Na zwrot podatku VAT urząd skarbowy ma z reguły 60 dni, liczonych od dnia złożenia deklaracji przez podatnika. Wykorzystując furtkę w przepisach, może jednak ten termin przedłużać w nieskończoność. W praktyce z 60 dni robi się kilka lat. W lipcu 2017 roku rekordzista czekał na zwrot ponad 8 lat.

Zgodnie z ustawą o podatku od towarów i usług prawo do obniżenia podatku należnego o kwotę podatku naliczonego przy transakcji nabycia towarów i usług jest fundamentalnym uprawnieniem podatnika, wynikającym z zasady neutralności tego podatku.

Przedsiębiorca wnioskuje o zwrot powstałej nadwyżki, składając deklarację VAT-7, VAT-7K lub VAT-7D w terminie do 25. dnia następnego miesiąca, po upływie miesiąca lub kwartału, którego dotyczy. Może on wnioskować o przesunięcie kwoty nadwyżki do rozliczenia w następnych okresach lub do jej zwrotu na rachunek bankowy lub rachunek w spółdzielczej kasie oszczędnościowo-kredytowej. Od dnia złożenia deklaracji urząd ma 60 dni na dokonanie przelewu (w szczególnych przypadkach 25 dni lub 180 dni).

Niestety, art. 87 ust. 2 ustawy o podatku od towarów i usług, a dokładnie jego drugie zdanie, pozwala na uznaniowe wydłużenie tego terminu. Jeśli naczelnik urzędu skarbowego dostrzeże bowiem potrzebę dokonania dodatkowej weryfikacji, czy zwrot VAT jest zasadny, może termin zwrotu przedłużać, aż do momentu jej zakończenia. To organ podatkowy decyduje zatem, ile czasu potrwają czynności sprawdzające, kontrola podatkowa, celno-skarbowa lub całe postępowanie podatkowe, mające na celu zweryfikowanie zasadności dokonania zwrotu – i to po raz drugi. Przepis ten wskazuje bowiem wyraźnie, że chodzi o dodatkową weryfikację zasadności zwrotu, skoro pierwsza z jakichś przyczyn nie przyniosła rezultatów.

Kontrola z powodu zwrotu i brak zwrotu z powodu kontroli

W poniedziałek 8 stycznia 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu wydał rozstrzygnięcie w sprawie kolejnej skargi przedsiębiorcy na opóźnianie zwrotu nadwyżki podatku naliczonego nad należnym (I SA/Op 464/17). 60-dniowy termin dokonania zwrotu nadwyżki za marzec 2017 r. na konto podatnika upływał 26 czerwca 2017 r. Niespełna dwa tygodnie przed upływem tego terminu, 13 czerwca 2017 r., została wszczęta wobec przedsiębiorcy kontrola celno-skarbowa. Na trzy dni przed graniczną datą dokonania zwrotu, a więc 23 czerwca 2017 r., Naczelnik Urzędu Skarbowego w Opolu przedłużył ten termin do 25 października 2017 r., a jako uzasadnienie wskazał konieczność zakończenia prowadzonej kontroli. Równolegle, w trakcie jej trwania, przesunął datę zakończenia czynności kontrolnych z 13 września 2017 r. na 13 grudnia 2017 r.

Uzasadnione wątpliwości

Rok wcześniej podobna sprawa była rozpatrywana przez WSA w Poznaniu (I SA/Po 323/16), na skutek skargi przedsiębiorcy na przedłużenie terminu przekazania zwrotu nadwyżki podatku przez urząd skarbowy. Skarżący wnosił o uchylenie postanowień zarówno dyrektora izby skarbowej, jak i naczelnika urzędu skarbowego i zobowiązanie ich do wydania wiążącej decyzji załatwiającej sprawę, a co za tym idzie, do dokonania na jego rzecz zwrotu nadwyżki VAT. W uzasadnieniu przedsiębiorca podniósł, że nie wystąpiły wynikające z art. 87 ust. 2 i ust. 6 ustawy o VAT merytoryczne przesłanki do przedłużania zwrotu, ponieważ przedstawił organom wszelkie wymagane dokumenty na poparcie zasadności żądania zwrotu. Jednocześnie zarzucił skarbówce, że ta, w przeciwieństwie do niego, w żaden sposób nie uwiarygodniła konieczności przeprowadzenia dodatkowych czynności weryfikacyjnych. Niestety, sąd oddalił skargę, argumentując, że art. 87 ust. 2 ustawy o VAT nie nakłada na organ podatkowy obowiązku wykazania nieprawidłowości w żądaniu podatnika. Wystarczy, że organ będzie miał co do niego uzasadnione wątpliwości.

Wydanie postanowienia, a jego doręczenie

Takie załatwienie sprawy przez poznański sąd skutkowało, wniesieniem przez przedsiębiorcę skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego. W toku rozpatrywania sprawy NSA powziął wątpliwości, czy organ skarbowy dochował formalności związanych z dotrzymaniem terminu doręczenia. Postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu VAT, naczelnik urzędu skarbowego co prawda wydał przed końcem pierwszego terminu zwrotu, ale doręczenie przedsiębiorcy nastąpiło już po jego upływie. NSA powierzył więc składowi siedmiu sędziów rozstrzygnięcie, czy doręczenie postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu, powinno nastąpić przed jego upływem, czy może decydująca jest data jego wydania lub przekazania operatorowi pocztowemu.

Rozstrzygnięcie składu siedmiu sędziów będzie niezwykle istotne. Organy podatkowe, dążąc do przedłużania zwrotu przedsiębiorcom nadwyżki podatku, czekały niemal do ostatniej chwili z podejmowaniem wiążących czynności. Tak było w pierwszej przytoczonej sprawie, gdy Naczelnik Urzędu Skarbowego w Opolu wydał postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu na trzy dni przed jego upływem. Postanowienie doręczono przedsiębiorcy dopiero 17 dni później. WSA w Opolu zawiesił postępowanie sądowe do czasu wydania uchwały przez skład siedmiu sędziów NSA.

9 lat czekania na zwrot

W czerwcu ubiegłego roku poseł Bartosz Jóźwiak wystąpił do ministra finansów z zapytaniem w sprawie opóźnień w zwrocie podatku VAT (interpelacja nr 13405 z 13 czerwca 2017 r.). Jedno z jego pytań dotyczyło łącznej kwoty wstrzymanych przez fiskus zwrotów VAT. Resort odpowiedział, że wg stanu na dzień 3 lipca 2017 r. jest to blisko 2,148 mld zł.

Najbardziej szokująca jest jednak odpowiedź ministerstwa dotycząca najdłuższego okresu oczekiwania na zwrot nadwyżki podatku VAT – Naczelnik Urzędu Skarbowego w Ostrowie Wielkopolskim do 17 lipca 2017 r., a więc daty udzielania odpowiedzi na interpelację posła Jóźwiaka, nie zwrócił VAT-u przedsiębiorcy, który złożył deklarację za… grudzień 2008 r.

Bezkarny fiskus

Wstrzymywanie przez fiskus należnych firmom środków pociąga za sobą negatywne dla nich skutki. W najlepszym przypadku przedsiębiorca zostaje pozbawiony kapitału, którym mógłby obracać, i przez to de facto traci na konkurencyjności i zarabia mniej, niż by mógł. Wieloletnie wstrzymywanie należnego zwrotu, przy jednoczesnej konieczności zapłaty podatku należnego, jest też często przyczyną utraty płynności finansowej i skutkuje powstaniem sytuacji kryzysowej w firmie.

Takich problemów nie ma fiskus. W 2016 r. wypłacił przedsiębiorcom z tytułu nieuzasadnionego wstrzymania zwrotu VAT tylko 2,4 mln zł odsetek. Rok wcześniej – 2,5 mln zł. W zestawieniu z liczoną w miliardach złotych pulą wstrzymywanych zwrotów są to kwoty znikome.

W swojej interpelacji poseł Jóźwiak zapytał, ilu naczelników urzędów skarbowych poniosło konsekwencje z tytułu przedłużania zwrotu podatku VAT. W odpowiedzi Ministerstwo Finansów poinformowało: „W latach 2014–2017 nie odnotowano żadnego wpływu odwołania do Głównej Komisji Orzekającej w Sprawach o Naruszenie Dyscypliny Finansów Publicznych od orzeczeń Komisji Orzekającej I instancji, które odnosiłyby się do spraw, gdzie obwinionym był naczelnik urzędu skarbowego”.

Problem widzą wszyscy

Skala problemu urzędniczych nadużyć organów skarbowych we wstrzymywaniu zwrotu VAT należnego przedsiębiorcom urosła do tak dużych rozmiarów, że nie zajmują się nią już tylko posłowie interpelujący na prośbę społeczeństwa. W 2016 r. sprawą ok. 30 firm z Białej Podlaskiej zainteresował się Jarosław Kaczyński. Pomimo zakończonych 2 lata wcześniej kontroli skarbówka nadal wstrzymywała tamtejszym przedsiębiorcom zwrot nadwyżki podatku, uzasadniając to podejrzeniem ich udziału w karuzeli VAT. Dzięki interwencji prezesa PiS, w wyjaśnienie sprawy zaangażowały się Ministerstwo Finansów i Prokuratura Krajowa.

Zażalenie i skarga

Uchwałą z dnia 24 października 2016 r. Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że przedłużenie terminu zwrotu VAT następuje w formie zaskarżalnego zażaleniem postanowienia naczelnika urzędu skarbowego, na które przysługuje skarga do sądu administracyjnego (I FPS 2/16). Przedsiębiorcy nie są więc zdani tylko na łaskę urzędu skarbowego.

Sprawne odzyskiwanie VAT

W pierwszej kolejności przedsiębiorcy mogą złożyć zażalenie do dyrektora właściwej izby administracji skarbowej w terminie 7 dni od doręczenia postanowienia naczelnika urzędu skarbowego. Jeśli DIAS nie przychyli się do zażalenia, przedsiębiorcom przysługuje skarga do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Na wniesienie jej mają 30 dni od daty otrzymania postanowienia DIAS. Otwarta droga zaskarżenia, w tym przede wszystkim sądowa, także w postaci późniejszej skargi kasacyjnej do NSA, sprawia, że stanowiące nadużycie postanowienia organów podatkowych, wstrzymujące zwrot VAT, mogą być skutecznie uchylane.

Rzetelne przygotowanie się do złożenia zażalenia do DIAS czy skargi do WSA zwiększy nasze szanse na sprawne i efektywne odzyskanie VAT, wraz z odsetkami. Dlatego warto rozważyć pomoc profesjonalnego pełnomocnika specjalizującego się w reprezentacji przedsiębiorców w sporach z fiskusem, a zwłaszcza w reprezentacji przy zwrocie VAT. Zwłaszcza że orzecznictwo sądów stoi na stanowisku, iż „obowiązek uprawdopodobnienia wystąpienia negatywnych następstw wykonania aktu lub czynności administracyjnej spoczywa na wnioskodawcy. Składając wniosek o wstrzymanie wykonania decyzji powinien on wykazać istnienie konkretnych okoliczności pozwalających wywieść, że wstrzymanie aktu lub czynności jest zasadne” (tak WSA w Opolu w orzeczeniu z 8 stycznia 2018 r., I SA/Op 440/17).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Bitcoin – czym jest i czy stanie się prawnym środkiem płatniczym?

dr Michał Rudy, prawnik, Szkoła Prawa, Uniwersytet SWPS Poznań
dr Michał Rudy, prawnik, Szkoła Prawa, Uniwersytet SWPS Poznań

Kurs bitcoina pod koniec roku 2017 wzrósł o ponad 150 proc. Na początku roku 2017 jeden bitcoin kosztował tylko około 970 dolarów. Tym samym najpopularniejsza waluta wirtualna urosła w ubiegłym roku o 1950 proc. Czy bitcoiny staną się kiedyś powszechnie akceptowalnym środkiem pieniężnym lub nawet płatniczym? Kwestie te podjął dr Michał Rudy ze Szkoły Prawa Uniwersytetu SWPS w Poznaniu.

Jeżeli chodzi o wykreowane przez ludzi społeczne zaufanie do pieniądza – to raczej nie ma rzeczy niewyobrażalnych, szczególnie od momentu kiedy nasza cywilizacja odeszła od pieniądza mającego jakąś rzeczywistą wartość.

Bitcoin, ta najsłynniejsza waluta wirtualna doprowadziła z pewnością do stworzenia kilku małych lub większych fortun, a jedną z ciekawszych historii szybkiego wzbogacenia się z jej pomocą jest ta Kristoffera Kocha z Norwegii. W 2009 roku kupił on 5 tysięcy bitcoinów za 150 norweskich koron (około 80 złotych), a w roku 2013 wystarczyło to do kupienia mieszkania w najbardziej luksusowej dzielnicy Oslo.

Koch w 2009 roku natknął się na bitcoiny podczas pisania pracy magisterskiej o szyfrowaniu, wtedy też zdecydował się kupić w celach naukowych około 5 tysięcy bitcoinów. Od tego czasu zupełnie o zakupie tym zapomniał i dopiero na początku 2013 roku, gdy media zaczęły coraz częściej donosić o cyfrowej walucie, przypomniała mu się jego inwestycja. Bitcoiny, które dawniej warte było zaledwie 150 koron, nagle okazały się kosztować ponad 5 milionów koron – czyli nieco ponad dwa i pół miliona złotych. Koch sprzedał zatem jedną piątą swojej inwestycji i kupił apartament w luksusowej dzielnicy Oslo – Toyen. Wszystko to za pieniądz wirtualny, który jest fikcją prawną wymyśloną przez niczym nieograniczoną wyobraźnię człowieka. Jak się dziś okazuje jednym z takich przekonań intersubiektywnych, jest wiara w bitcoina.

Jak twierdzi Yuval Noah Harari, historyk z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie– ludzie nie mają problemów z przyjęciem do wiadomości, że ludzie pierwotni cementowali porządek społeczny, wierząc w duchy i demony oraz zbierając się przy każdej pełni księżyca na tańce wokół ogniska. Nie dostrzegamy natomiast, że nasze współczesne instytucje funkcjonują na dokładnie takiej samej zasadzie. Weźmy na przykład świat korporacji. Dzisiejsi bankierzy, biznesmeni i prawnicy są jego zdaniem w zasadzie potężnymi magami. Zasadnicza różnica między nimi a plemiennymi szamanami jest taka, że współcześni prawnicy opowiadają daleko dziwniejsze historie.” (Y. Harari, Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości).

Dobrym przykładem tworzenia na poły magicznych, na poły fikcyjnych bytów, nie mających nic wspólnego z rzeczywistością są właśnie bitcoiny. Niewiele osób rozumie, że bitcoiny niczym węgiel w kopalni są również wydobywane, czyli wygenerowane w procesie rozwiązywania problemów matematycznych za pomocą urządzeń o odpowiedniej mocy obliczeniowej. W przypadku systemu bitcoin nie ma też jednego, konkretnego podmiotu emitującego tak zwane bitmonety (tak jak polski złoty emitowany jest przez Narodowy Bank Polski). Są one kreowane przez system, na który składa się różna w czasie liczba komputerów, należących do różnych osób i pracująca w oparciu o to samo oprogramowanie. Podobnie mało kto wie dlaczego Narodowy Bank Polski, w danym roku zleca wybicie danej liczby monet poszczególnych nominałów oraz wydrukowanie konkretnej liczby banknotów.

Stephen Hawking powiedział, że można sobie wyobrazić technologię, która przechytrzyłaby rynki finansowe. Czy bitcoin nie jest już taką technologią? Z kolei Arthur C. Clarke – pisarz fantastycznonaukowy i propagator kosmonautyki wskazał, iż każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Czym zatem jest magiczny bitcoin, rozpalający wyobraźnię tak wielu ludzi na całym świecie? Na stronach wielu banków centralnych na całym świecie można znaleźć całą masę ostrzeżeń na temat ryzyka inwestycyjnego związanego z walutami wirtualnymi. Na podstawie wielu tych informacji można zbudować całkiem zgrabną prawniczą definicję negatywną, czyli czym, w świetle prawa i być może tylko jeszcze – bitcoin na pewno nie jest.

Czym bitcoiny, czy inne waluty wirtualne – nie są?

Waluty wirtualne nie są powszechnie akceptowanym (np. w punktach usługowo-handlowych) czy prawnym środkiem płatności. Nie są one emitowane i gwarantowane przez państwowe banki centralne. Oznacza to, że podmioty gospodarcze, czy też osoby fizyczne nie mają obowiązku akceptowania płatności w tego tupu walutach, nawet jeżeli wcześniej je akceptowały.

Waluty wirtualne nie są również pieniądzem elektronicznym. Banki centralne definiują je wręcz jako bańki spekulacyjne lub piramidy finansowe. Bańka spekulacyjna (cenowa) jest samonapędzającym się mechanizmem, w którym wzrost cen nie jest uzasadniony czynnikami ekonomiczno-finansowymi, a psychologicznymi, np. ciągle rosnącymi oczekiwaniami. Z kolei w strukturze piramidy finansowej zysk konkretnego uczestnika jest bezpośrednio uzależniony od wpłat późniejszych uczestników, stojących niejako niżej w tej strukturze. Mechanizm działania piramid finansowych polega na pozyskiwaniu przez ich założycieli jak największej liczby uczestników, którzy – zachęceni obiecanymi zyskami – wpłacają im pieniądze. W praktyce rzadko są świadczone usługi finansowe. Organizatorzy namawiają zwykle uczestników piramidy finansowej do werbowania kolejnych osób. Z tego powodu piramidy finansowe są z góry skazane na upadek, bowiem system wymaga lawinowego dopływu nowych uczestników, a taka możliwość jest ograniczona.

Czy inwestowanie w ciąg cyfr i liter funkcjonujących w systemie stworzonym przez nieznaną osobę może mieć zatem charakter napędzania bańki spekulacyjnej albo piramidy finansowej? Oczywiście nie tylko może ale i ma charakter bańki, a być może także nosi pewne cechy piramidy finansowej. Dlatego też banki centralne zupełnie słusznie ostrzegają o ryzykach związanych z inwestowaniem w wirtualne waluty. Należy jednak pamiętać, że taką strukturę bańki lub piramidy może mieć także inwestowanie w inne dobra inwestycyjne, jak frank szwajcarski, złoto, dzieła sztuki, czy rynek nieruchomości. Co więcej, zawsze trudno jest ocenić kiedy taka bańka może pęknąć.

Zgodnie z definicją zaproponowaną przez Europejski Urząd Nadzoru Bankowego, waluty wirtualne są cyfrową reprezentacją wartości, nieemitowaną przez bank centralny czy organ publiczny, niekoniecznie powiązaną z walutą określonego kraju, lecz uznawaną przez osoby fizyczne i prawne za środek płatniczy. Mogą one być przenoszone, przechowywane albo podlegać handlowi elektronicznemu. Banki centralne postulują przy tym posługiwanie się takimi określeniami jak waluta wirtualna, pseudo-waluta, niby-waluta lub krypto-waluta. Termin waluta wirtualna najlepiej podkreśla przy tym wyobrażony charakter bitcoinów, jako instytucji stworzonej, wykreowanej w ludzkim umyśle. Z kolei reszta nazw proponowanych przez Europejski Bank Centralny, ma na celu odróżnienie walut wirtualnych od walut prawdziwych.

Na czym polega wiara w bitcoina?

Bitcoin, jak każdy inny pieniądz, to skuteczny sposób przechowywania i przenoszenia majątku, ponieważ pozwala zamieniać nieporęczne dobra materialne, jak grunty czy zwierzęta hodowlane, na wirtualny zapis cyfrowy, który ma wartość w zbiorowej wyobraźni.

Robin Dunbar, brytyjski antropolog i profesor psychologii ewolucyjnej Uniwersytetu Oksfordzkiego, uważa, że kultura to idee w ludzkich głowach”. Podobnie bitcoiny należy postrzegać jako wytwór niczym nieskrępowanej wyobraźni człowieka. Jak twierdzi Yuval Noah Harari wszystkie waluty wirtualne to intersubiektywne porządki wyobrażone, będące wynikiem myśli czy wyobraźni człowieka.

Najlepiej widać to przy okazji walut wirtualnych, gdzie nasze zaufanie podobnie jak przy pieniądzu tradycyjnym nie miało szans ukształtować się na gruncie niebywale złożonych i trwałych związków politycznych, społecznych i ekonomicznych. Gdzie obdarzamy naszym zaufaniem mimo wielu publicznych ostrzeżeń o bańce spekulacyjnej i piramidzie finansowej. Gdzie, już chyba w ogóle nie rozumiejąc na czym polega wydobywanie bitcoinów uważamy, że się na nich wzbogacimy.

Dlaczego ludzie wierzą w wirtualne waluty? Mamy nadzieję na wysoki, natychmiastowy zysk, ponieważ wierzy w niego Internet i giełda towarowa. Wierzym, bo czytamy ile warta byłaby dzisiaj pizza kupiona kiedyś za 10 000 bitcoinów albo, że zwykli ludzie dzięki bitcoinom stali się milionerami i działa to na naszą wyobraźnię zbiorową. Tym samym uznanie waluty wirtualnej, najpierw przez poszczególne jednostki (zjawisko subiektywne), a później przez wystarczającą liczbę członków społeczeństwa za pieniądz, czy też nie, jest uzależnione od zupełnie subiektywnego przekonania poszczególnych członków społeczności.

Czy prowadzone są działania mające na celu wzmocnienie takiego zjawiska jak wirtualny pieniądz? Tak, bo bitcoin, jak każda inna fikcja prawna, potrzebuje swoich szczerych wyznawców. Przykładem pozyskiwania zwolenników może być manifest publiczny wydany pod pseudonimem Satoshi Nakamoto w 2008 roku. Dokument mówi o potrzebie tworzenia pieniądza elektronicznego, opartego na zasadzie wzajemnego zaufania oraz sieci peer-to-peer, która pozwala na dokonywanie płatności bez udziału osób trzecich (system zdecentralizowany). Tymczasem na razie mamy do czynienia, z opartym co prawda na zasadzie wzajemnego zaufania, ale systemem inwestycyjnym w bańkę bitcoinową.

Kiedy sieć obiegła wieść, że wordpress.com przyjmuje bitcoiny, był to niewątpliwie kolejny istotny krok w kierunku wzrostu popularności bitmonet. Dla bitcoina wystartowały już także kontrakty terminowe na chicagowskich giełdach. Oznacza to, że rynki finansowe, też zaczęły wzmacniać wiarę w wirtualną walutę.

Czy kryptowaluty przebiją kiedyś szklany sufit?

Na pytanie, czy wirtualne monety mogą stać się powszechnie akceptowalnym środkiem pieniężny można udzielić odpowiedzi pozytywnej, ale z pewnym zastrzeżeniem. W momencie, w którym ludzie obdarzą zaufaniem bitcoinowy system pieniężny, generowane przez niego cyfrowe monety staną się pieniądzem. Żeby jednak tak się stało, w intersubiektywnej świadomości społeczeństwa muszą one przestać być traktowane, jako dobro inwestycyjne. Inaczej ich znaczenie, jako środek płatniczy będzie równie znikome, jak złotej rublówki czy złotej dolarówki albo monet kolekcjonerskich emitowanych przez Narodowy Bank Polski.

Czy w Polsce wirtualne monety mają szansę stać się prawnym środkiem płatniczym? Do tych rozważań Narodowy Bank Polski nie odnosi się wprost. Obecnie zgodnie z ustawą, tylko NBP przysługuje wyłączne prawo emitowania znaków pieniężnych Rzeczypospolitej Polskiej. A tymi są banknoty i monety opiewające na złote i grosze i to one są jedynymi prawnymi środkami płatniczymi w Polsce.

Jeżeli waluta wirtualna stanie się powszechnie akceptowalnym środkiem pieniężnym, wówczas banki centralne będą musiały się jakoś do tego faktu odnieść. Tym bardziej będą do tego zmuszone, gdy zaufanie do pieniądza wirtualnego zostanie, wcześniej czy później podważone i obywatele zaczną tracić, na skutek posługiwania się bitcoinem, prawdziwe pieniądze – czyli euro lub złotówki.

dr Michał Rudy, prawnik, Szkoła Prawa, Uniwersytet SWPS Poznań

Architektura aplikacyjna w bankach

Nie da się ukryć, że w dobie cyfryzacji przed największymi wyzwaniami staje sektor bankowy: bezpieczeństwo danych, blockchain, rozwój bankowości mobilnej i rosnące potrzeby klientów to tylko niektóre z nich. Aby im sprostać, banki muszą poukładać swoją architekturę aplikacyjną i wdrożyć odpowiednio dopasowaną do swojej specyfiki strategię digitalizacji. Tymczasem badanie „Digital Banking Expert Survey” pokazało, że aktualnie tylko 9% światowych banków zakończyło już wdrożenie cyfrowej strategii, 60% banków nadal nad nią pracuje. A w Polsce?

W centrum zainteresowania CIO instytucji finansowych od lat są procesy core’owe. Jednak te „serca banków” w Polsce nadal są młode i spełniają najważniejsze wymagania – najstarsze powstały w latach 90-tych, najmłodsze mają zaledwie kilka lat. Wyzwaniem dla tych firm jest teraz takie zaplanowanie architektury aplikacyjnej i organizacji departamentu IT, by zapewnić należyte wsparcie także pozostałym procesom biznesowym. W ostatecznym rozrachunku to one mogą zadecydować o sprawnej realizacji strategii banku i budowie długoterminowej przewagi konkurencyjnej.

Rola CIO

Łukasz Wróbel, wiceprezes WEBCON
Łukasz Wróbel, wiceprezes WEBCON

Jak tłumaczy Łukasz Wróbel, wiceprezes WEBCON, naturalnym stadium ewolucji systemów core’owych jest wzbogacanie ich o mniej lub bardziej kompleksową i zautomatyzowaną obsługę procesów biznesowych.

– Po latach naturalnego rozwoju częstym wyzwaniem staje się określenie, gdzie kończy się system core`owy, a zaczyna back-office i kiedy back-office staje się front-office`m. Rolą CIO jest dzisiaj nie tylko postawienie odpowiednich granic, ale takie zaplanowanie architektury aplikacyjnej i organizacji pracy departamentu IT, by umożliwić skuteczne wsparcie biznesu we wszystkich obszarach jego działania.

Pace-Layered Application Strategy 

Zaproponowany przez Gartnera model Pace-Layered Application Strategy doskonale obrazuje ten problem, klasyfikując systemy informatyczne według strategii postępowania. Wyodrębnia w ten sposób trzy filary zdrowej architektury IT: Systems of RecordSystems of Differentiation i Systems of Innovation.

Systems of Record

Bankowe systemy core’owe, podobnie jak systemy finansowo-księgowe czy popularne ERPy, są typowym przedstawicielem kategorii Systems of Record. Ich podstawową rolą jest stabilna i wydajna obsługa procesów core’owych. Z punktu widzenia typologii zaproponowanej przez Gartnera błędem jest oczekiwanie od nich wybitnej elastyczności czy łatwości i szybkości wprowadzania zmian. Choćby z tego powodu nie są one w stanie i nie powinny w pełni zaspokajać wszystkich potrzeb banków.

Systems of Differentiation

Systems of Differentiation to rozwiązania, które wspierają procesy specyficzne dla danej organizacji. Takie, które mają olbrzymie znaczenie biznesowe, podlegają stałemu rozwojowi i szlifowaniu, świadczą o przewadze konkurencyjnej, doskonałości procesowej organizacji. Przykładem są systemy obsługi poszczególnych grup produktowych. Niekiedy budowane przy pomocy zewnętrznych dostawców, czasem za pomocą zasobów wewnętrznych. Priorytetem niemal zawsze jest elastyczność samego systemu lub przynajmniej takiej organizacji pracy wokół niego, by zmiany mogły być szybko wprowadzane.

Systems of Innovation

No i wreszcie „dzieci cyfrowej transformacji”, czyli Systems of Innovation. Powstają jako odpowiedź na nowe technologie, szanse biznesowe i strategie (np. wprowadzenie nowej grupy produktowej). Bardzo często system i wymagania powstają równocześnie i ciągle się zmieniają. To pole do popisu dla metodyk zwinnych, paradygmatu DevOps i platform typu Rapid Application Development (no-code/low-code).

Prognozy Gartnera

Te ostatnie, takie jak WEBCON BPS, powodują, że rozwiązania, także te o krytycznym znaczeniu dla biznesu, jesteśmy w stanie dostarczać szybciej, łatwiej utrzymywać, ale przede wszystkim radzić sobie z wszechobecnymi zmianami – niezależnie, czy pojawią się one w trakcie budowy i wdrożenia czy już na etapie wykorzystania aplikacji biznesowych. Niski próg wejścia powoduje, że dużo łatwiej jest również skalować zasoby działu IT i poradzić sobie z niechcianą rotacją. Według Gartnera do 2020 r. co najmniej 50% nowych aplikacji LOB (Line of Business) tworzonych będzie za pomocą platform RAD.

Gartner zwraca również uwagę, że w 2010 r. inwestycje w Systems of Records pochłonęły 90% budżetów IT, a systemy Differentation i Innovation odpowiednio 9% i 1%. Prognozy dla roku 2020 r. zmieniają alokację do odpowiednio 50%, 35% i 15%. CIO stają się więc współodpowiedzialni za realizację strategii biznesowych poprzez tworzenie rozwiązań, które umożliwią praktyczną realizację tych strategii i przyczynią się do zdobycia oraz utrzymania pozycji lidera na rynku. Aby sprostać zadaniu, muszą się dobrze przygotować – adaptując nowe metodyki pracy i wdrażając nowe narzędzia.

Do operacji, które zoptymalizują codzienną pracę instytucji finansowej (banku, firmy leasingowej czy windykacyjnej) za pomocą platformy RAD/BPM (Business Process Management) można zaliczyć:

– rozporządzanie i przetwarzanie dokumentów;
– organizacja i archiwizacja dokumentacji;
– zarządzanie sprawami sądowymi;
– przetwarzanie umów leasingowych;
– przetwarzanie umów windykacyjnych;
– wsparcie finansów i księgowości (obieg faktur i delegacji, komunikacja wewnętrzna działu);
– wsparcie działu HR (portal pracowniczy do zarządzania sprawami kadrowymi, zarządzanie czasem pracy poza biurem, obecność);
– wsparcie działu IT (zgłaszanie zapotrzebowania na nowe obiegi czy sprzęt IT, helpdesk);
– organizacja i wsparcie działań firmy (zgłaszanie problemów, call center, obieg dokumentów i korespondencji, CRM, zarządzanie flotą, dokumentacja i raportowanie).

Infolinia to nie tylko sprzedaż – sprawdź, jak możesz ją wykorzystać

Choć infolinię kojarzymy przede wszystkim ze sprzedażą i pracownikami firm próbującymi telefonicznie zaoferować klientom nowe rozwiązania, infolinia to już od dawna nie tylko handel. Wykorzystywanie infolinii w dzisiejszych modelach biznesowych ma miejsce wszędzie tam, gdzie marka nastawia się na utrzymywanie systematycznego kontaktu z klientami i nadzorowanie z nimi bieżącej relacji.

Z infolinii wychodzącej korzystają dziś przede wszystkim sieci telefoniczne oraz banki, których głównym celem jest sprawdzenie wrażeń klienta odnośnie danych usług oraz wysłuchiwanie ich informacji zwrotnej. Infolinia to jednak również możliwości dla klientów – jedna z kilku dróg komunikacji problemu, postawienia pytań czy uzyskania wsparcia. Jak wykorzystać infolinię na swoją korzyść i nie zrazić do siebie klientów?

Korzyści infolinii

Podstawową zaletą korzystania z infolinii w celu budowania relacji z klientem jest niewątpliwie możliwość obsługi zapytań klientów. Wiele firm obecnych zarówno w świecie wirtualnym, jak i posiadających fizyczne salony sprzedaży z pewnością zna przypadki, w których klienci zadają pracownikom pytania niezwiązane z działaniem danego salonu. Pracownicy ci nie są oczywiście w stanie udzielić klientowi satysfakcjonującej odpowiedzi, co oczywiście prowadzi do frustracji klienta. Tymczasem infolinia jest najlepszym sposobem rozwiązywania problemów – pracownik salonu może przekierować klienta na infolinię, która z pewnością skuteczniej udzieli informacji o danym produkcie czy usłudze nie związanymi bezpośrednio z wskazanym salonem. Infolinia to zarówno ułatwienie dla klientów, jak i pracowników firmy, pozwalająca na lepszą kontrolę nad obsługą klienta.

Jednym z częstszych problemów, z jakimi klienci zgłaszają się do fizycznych salonów sprzedaży danej firmy są skargi i reklamacje. Niestety, niezwiązani z problemem pracownicy często nie mogą rozwiązać sytuacji samodzielnie, co po raz kolejny wywołuje przykre reakcje ze strony klientów. Infolinia pomaga radzić sobie z tym problemem, bo choć klienci niechętnie odbierają telefony od firm, dzwonienie do „centrali” w sprawie zgłoszenia problemu to już zupełnie inna strona medalu. Możliwość rozmowy z osobą, która faktycznie może przyjąć, rozpatrzyć, i wyjaśnić problem klientowi pozwala na utrzymanie pozytywnego obrazu firmy w oczach klienta. Zadowolenie z rozmowy z infolinią to z kolei szansa, że klient nie zrazi się do firmy po nieprzyjemnej sytuacji i po raz kolejny wróci po jej usługi.

infolinia1

Jako dodatkową funkcję infolinii można wymienić możliwość obsługi wystawiania faktur, doręczania ich oraz wystawiania koniecznych duplikatów. Tu  po raz kolejny pojawia się odciążająca pracowników rola infolinii – wiele salonów sprzedaży nie jest w stanie obsłużyć wszystkich zapytań klienta. Obecność infolinii daje im szansę skontaktowania się z właściwym działem bez konieczności zrzucania obowiązku zdobycia informacji na pracownika, który danym problemem nie powinien się zajmować.

Infolinia informacyjna, a infolinia handlowa

Sytuacje, w których firma za pomocą infolinii kontaktuje się z klientem w ramach przedstawienia oferty to przykład infolinii informacyjnej. Jej rola jest często utożsamiana jednak z infolinią handlową, nastawioną głównie na sprzedaż. Różnica jest jednak znaczna.

W przypadku infolinii handlowej, główną rolą pracowników jest obsługa zamówień klientów. Infolinia ta może być dwustronna – klient dzwoni na infolinię by złożyć zamówienie na daną usługę lub produkt, lub też umawia się z konsultantem danej firmy na rozmowę telefoniczną, która będzie prowadziła do sprzedaży usługi lub produktu.

Infolinia informacyjna, to jak sama nazwa wskazuje punkt, w którym klienci mogą zapoznać się z ofertą firmy, zadawać pytania odnośnie produktów i usług oraz ewentualnie podejmować decyzję o zakupie. Nie ma tu jednak mowy o tym, że rozmowa informacyjna z infolinią musi zakończyć się zakupem. To jeden z głównych powodów, dla których klienci niechętnie korzystają z infolinii – obawa, że wypytując o dany produkt będą zmuszeni do jego zakupu. Warto korzystać więc z infolinii tak, by klienci firmy byli świadomi informacyjnej roli rozmów telefonicznych i mogli korzystać z niej swobodnie w momencie, gdy ich zapytanie ogranicza się wyłącznie do pozyskania informacji. Choć działanie to nie przynosi natychmiastowych zysków pieniężnych, pozwala ono na zbudowanie pozytywnej relacji z klientem, która z kolei przekłada się na dłuższy i pozytywny związek i przywiązanie klienta do marki.

Jak stworzyć w swojej firmie infolinię, która pozwoli czerpać maksimum korzyści, jakie zapewnia to rozwiązanie? Zapraszamy do sprawdzenia oferty IPT Call Center na http://iptcc.pl/oferta/infolinia/.