Cyberataki – firmy boleśnie przekonały się o konieczności zabezpieczenia i szyfrowania danych

UseCrypt jest bezpiecznym sejfem, w którym można przetrzymywać swoje zaszyfrowane informacje – dostęp do nich jest elastyczny. Dane są zamknięte i zaszyfrowane w bezpieczny sposób, a można po nie sięgnąć z każdego miejsca na świecie – wystarczy dostęp do internetu. W związku z ostatnimi atakami hakerskimi, UseScrypt jest bezpośrednią odpowiedzią na to zagrożenie. Metoda użyta do ataku polegała na zaszyfrowaniu przejętych danych stacji roboczych i uniemożliwieniu dostępu do danych przechowywanych na danej stacji roboczej. Szyfrowanie skutecznie uniemożliwia taką ingerencję.

– Dane przechowywane za pomocą UseScrypt są umieszczone w szyfrowanej chmurze i daje to dostęp z innych stacji roboczych – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Tomasz Szymanik, dyrektor sprzedaży UseCrypt – Umożliwia to wykluczenie skompromitowanych urządzeń, postawienie nowych systemów operacyjnych oraz odzyskanie informacji z sejfu. Obecne plany UseCrypt to przede wszystkim rozwój produktu – pojawiają się nowe funkcjonalności, które umieszczamy w naszym oprogramowaniu. Udział na rynku jest stale zwiększany i wynika to z ataków hakerskich, które wprost pokazują skalę konieczności stosowania naszych zabezpieczeń. Oprócz produktu UseCrypt pracujemy również nad szyfrowanym komunikatorem, który umożliwiłby komunikację w zakresie VoIP. Komunikator będzie w stanie przesyłać wiadomości tekstowe, głosowe oraz w formie wideo na bardzo wysokim poziomie zabezpieczenia. UseCrypt współpracuje już z kilkudziesięcioma instytucjami rynku publicznego, zaufały nam wyższe uczelnie – Wojskowa Akademia Techniczna wydała pozytywną rekomendację oprogramowania szyfrujacego UseCrypt i wdrożyła 500 licencji. Rekomenduje nas Instytut Łączności, współpracujemy też z jednostkami samorządowymi i administracją. Posiadamy klientów z sektora bankowego, służby zdrowia, ubezpieczeń, którzy boleśnie się przekonali o konieczności stosowania takich rozwiązań – wskazał Szymanik.

Co drugi polski internauta w wieku 15-75 lat korzysta z nielegalnych źródeł poszukując treści

Piractwo w Internecie przybiera w ostatnich latach na sile. Z nielegalnych źródeł treści korzysta co drugi polski internauta w wieku 15-75 lat. Z analizy przeprowadzonej przez firmę doradczą Deloitte na zlecenie Stowarzyszenia Kreatywna Polska wynika, że łączne straty polskiej gospodarki z tytułu piractwa internetowego w 2016 roku wyniosły ponad 3 mld zł, a straty Skarbu Państwa to około 836 mln zł. Ubiegłoroczne szacunkowe przychody serwisów pirackich udostępniających w sieci filmy, seriale, muzykę, prasę czy książki to nawet 745 mln zł. Mimo, że oferta legalnych dostawców treści jest coraz bogatsza i bardziej dostępna, internauci wybierają pirackie źródła ze względu na niższą cenę oraz łatwość i szybkość dotarcia. Problemem jest również to, że nie udało się zintensyfikować działań legislacyjnych w zakresie ochrony legalnego rynku i lepszej ochrony prawnej treści i to pomimo obowiązku dostosowania prawa krajowego do norm unijnych.  

Coraz szerszy dostęp do nowoczesnych technologii i rosnąca liczba internautów sprawiły, że nielegalny obrót treściami stał się bardzo intratnym zajęciem. Osoby i firmy, które się nim zajmują unikają odpowiedzialności prawnej dzięki konstruowaniu skomplikowanych łańcuchów usług powiązanych. „Piractwo stało się dobrze zorganizowanym ekosystemem, który wskutek braku odpowiednich ochronnych mechanizmów prawnych negatywnie oddziałuje nie tylko na legalny rynek, ale także na krajową gospodarkę i kieszenie konsumentów. Obszar ten, będący nierzadko poza zasięgiem kontroli, coraz częściej jest także źródłem problemów związanych np. z bezpieczeństwem danych czy złośliwym oprogramowaniem” – mówi Teresa Wierzbowska, Prezes Stowarzyszenia Sygnał, które jest członkiem Stowarzyszenia Kreatywna Polska.

Z szacunków Deloitte wynika, że łączne roczne straty generowane w polskiej gospodarce w wyniku istnienia zjawiska piractwa treści w Internecie wyniosły w ubiegłym roku ponad 3 mld . Jest to suma, za którą można by pokryć około 30 proc. rocznych wydatków Skarbu Państwa na kulturę i media lub zakupić cztery bilety do kina dla każdego obywatela. Fakt istnienia piractwa internetowego na taką skalę to także 27,5 tys. utraconych miejsc pracy, czyli tyle ile pozwoliłoby całkowicie zlikwidować bezrobocie np. w mieście Łódź. To również 836 mln zł rocznie strat dla Skarbu Państwa, czyli suma za którą można by zbudować ponad 2 Centra Nauki Kopernik lub kwota, która wystarczyłaby na zasilenie bibliotek w kraju ponad 33 mln książek.

Z przeprowadzonego przez Deloitte badania wynika, że co drugi internauta w wieku 15–75 lat, czyli ponad 12 mln osób, korzysta z nielegalnych źródeł treści. To prawie tyle osób, ile w 2016 r. kupiło bilety na polskie produkcje wyświetlane w kinach lub tyle osób, ile zdołałoby zapełnić salę Opery Narodowej w Warszawie ponad 6 500 razy. Większość użytkowników korzysta zarówno z serwisów legalnych jak i oferujących nielegalny dostęp do treści. Płacąc pirackim serwisom kilka lub kilkanaście złotych miesięcznie Polacy zasilają je sumą około 900 mln zł rocznie, a to oznacza, że ich szacunkowe przychody wyniosły około 745 mln zł (po odjęciu opłat transakcyjnych i podatków). „Nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższych latach sytuacja miała się diametralnie zmienić. Przy założeniu, że nie zostaną wprowadzone odpowiednie zmiany legislacyjne, prognozowana całkowita wartość pirackiej konsumpcji treści z nielegalnych źródeł w Internecie w latach 2017–2024 wyniesie około 30,4 mld zł. Taka kwota pozwoliłaby jednorazowo pokryć około 70 proc. wartości deficytu sektora publicznego za 2015 r. lub wybudować około 730 km autostrad, a jest to mniej więcej odległość pomiędzy Rzeszowem a Berlinem” – mówi Julia Patorska, ekonomistka, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte. Średnie tempo wzrostu piractwa w latach 2017-2024 wyniesie 3,3 proc. i będzie zdecydowanie wyższe niż średnie tempo wzrostu PKB w tym okresie.

Największym zainteresowaniem internautów cieszą się pirackie źródła plików wideo oraz audiobooków. Wyłącznie z serwisów oferujących nielegalny dostęp korzysta od 6 proc. (dla audiobooków) do 17 proc. użytkowników. Największy odsetek czerpiących wyłącznie z nielegalnych źródeł stanowią respondenci poszukujący w Internecie książek (17 proc.) oraz treści wideo (14 proc.). Warto zwrócić uwagę na fakt, że pomimo szerokiej i tańszej oferty oraz łatwej dostępności nielegalnych źródeł spora część respondentów deklaruje, że nie rezygnuje zupełnie ze źródeł legalnych. Największy odsetek ankietowanych korzystających wyłącznie z legalnych źródeł występuje na rynku transmisji na żywo (61 proc.), prasy (57 proc.) oraz muzyki (55 proc.), najmniejszy zaś na rynku treści wideo (27 proc.).

Dlaczego internauci korzystają z pirackich serwisów? Najczęściej jest to łatwość i szybkość dotarcia, szeroka oferta, możliwość konsumowania treści w dowolnym czasie oraz brak konieczności ponoszenia opłat Z kolei do korzystania z legalnych serwisów zachęca konsumentów głównie łatwość obsługi i nawigacji. Cecha ta dotyczy zwłaszcza rynku wideo, muzyki, transmisji online oraz artykułów prasowych. Duży odsetek respondentów ceni sobie również wysoką jakość treści oferowanych w serwisach legalnych.

Co ciekawe duża część internautów nie zdaje sobie sprawy, że korzysta z nielegalnych źródeł. Aż 57 proc. ankietowanych deklaruje pobieranie treści wyłącznie z legalnych źródeł, jednak te zapewnienia nie są spójne z faktycznymi danymi dotyczącymi pozyskiwanych treści. Wyniki badania wskazują bowiem, że tylko 49 proc. internautów pozyskuje treści wyłącznie z legalnych źródeł. Prawie jedna trzecia respondentów uważa, że płatne serwisy oferują wyłącznie legalne treści. Ponadto 28 proc. respondentów nie potrafi ocenić tego stwierdzenia. Zatem ponad połowa badanej populacji nie zdaje sobie sprawy z tego, że dokonując opłaty za oglądane treści, może wspierać nielegalne serwisy.

Osobnym zagadnieniem, które wpływa na rozprzestrzenianie się piractwa internetowego w Polsce jest niska skuteczność krajowych przepisów prawa, w porównania chociażby z ustawodawstwem unijnym. „Dzieje się tak za sprawą niepełnej lub wręcz wadliwej implementacji części rozwiązań wynikających z unijnej dyrektywy InfoSoc oraz dyrektywy o handlu elektronicznym. Taki stan rzeczy wymusza na podmiotach praw autorskich poszukiwanie środków ochrony w rozwiązaniach prawnych już obecnych w prawie krajowym, lecz niedostosowanych do funkcjonowania w rzeczywistości internetowej, a tym samym dalece nieefektywnych” – mówi Aleksandra Dolak, radca prawny, Managing Associate z kancelarii Deloitte Legal. Niezbędne jest więc przeprowadzenie zmian legislacyjnych mających na celu dostosowanie prawa polskiego do wymogów wynikających z prawa Unii, a poza tym zapewnienie podmiotom praw autorskich dostępu do narzędzi i rozwiązań prawnych służących ochronie ich interesów.

Na ograniczenie piractwa internetowego może wpłynąć wsparcie inicjatyw opartych na podejściu follow the money (forma walki z naruszycielami praw autorskich w Internecie zakładająca utrudnianie lub eliminację ich źródeł uzyskiwania przychodów). „Jak pokazuje przykład Wielkiej Brytanii, Portugalii oraz innych państw Unii Europejskiej wypracowanie porozumienia między uczestnikami rynku treści cyfrowych nie tylko jest możliwe, ale także przynosi wymierne efekty. Dlatego pożądane jest kontynuowanie krajowych dyskusji dotyczących podejścia follow the money, a w szczególności dialog z reklamodawcami oraz pośrednikami płatności w celu zainicjowania działań samoregulacyjnych zmierzających do przyjęcia kodeksów dobrych praktyk oraz stworzenie krajowej bazy stron internetowych, za pośrednictwem których dochodzi do masowego naruszania praw autorskich” – mówi Julia Patorska. Niezbędna jest również edukacja społeczności internetowej na temat szkodliwości piractwa internetowego.

FANG – gorące akcje niedoświadczonych inwestorów

Kilka tygodni temu poruszyliśmy bardzo ważny temat finansów behawioralnych na rynku. Wniosek był jeden, skrajny optymizm prowadzi do nadmiernych strat. Na rynku zabawa trwa w najlepsze, amerykańskie indeksy rosną i to pomimo gorszych danych makroekonomicznych i kolejnej podwyżki stóp procentowych. Sytuacja przypomina 1999 lub też 2006 rok. Negatywne informacje są dobre dla rynku, pozytywne tak samo. Nie ma różnicy, ważne aby indeksy rosły. Dla przykładu poniżej znajduje się indeks S&P 500 na tle US Macro Suprise, zmienna pokazuje zaskoczenie po publikacji danych makroekonomicznych. Spadający indeks US Macro mówi o negatywnym wydźwięku publikowanych danych gospodarczych.

Indeks zaskoczenia publikowanych danych makroekonomicznych, S&P 500

Indeks zaskoczenia publikowanych danych makroekonomicznych, S&P 500

Źródło: Bloomberg

Inwestorzy zdają się także zapominać o długości obecnego ożywienia gospodarczego, które jest już bardzo stare. Obecne ożywienie trwa już 32 kwartały, z kolei średnia ożywieni gospodarczych od 1949 roku trwała 21 kwartałów. Dane mówią same za siebie.

Koniunktura w gospodarce amerykańskiej

Koniunktura w gospodarce amerykańskiej

Źródło: BEA, Haver Analytics, Deutsche Bank

Według Deutsche Banku prawdopodobieństwo wystąpienia recesji w USA wzrosło do 30 proc. W związku z tym warto opracować ewentualny plan na kryzys finansowy. Przede wszystkim należy przyjrzeć się wszystkim spółkom, których wartość wzrosła o wiele bardziej niż cały rynek. W ten sposób uda nam się wybrać najbardziej popularne spółki, które narażone są na większą wyprzedaż od średniej rynkowej.

Nie jest to trudne zadanie, ponieważ sam rynek jak na tacy podsuwa nam takie spółki. Każdy mówi o FANGu, czyli o spółkach takich jak Facebook, Amazon, Netflix oraz Google. Osobiście dołożyłbym do tego Tesle, której akcje są równie gorące.

Stopy zwrotu :Facebook, Amazon, Google, Netflix, S&P500, Nasdaq100

Stopy zwrotu :Facebook, Amazon, Google, Netflix, S&P500, Nasdaq100

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zobrazowano stopę zwrotu S&P 500 (pomarańczowy), Nasdaq (niebieski) oraz FANGu, czyli najpopularniejszych spółek na rynku. Stopy zwrotu zostały pokazane marca 2009 roku, czyli od początku hossy. Wszystkie spółki pokonały szeroki rynek, jedynie Facebook uzyskał mniejszą stopę zwrotu niż Nasdaq. Spółki te mają jedną wspólną cechę – są bardzo popularne i każdy jest przekonany, że notowania powinny podążać w kierunku północnym. Oczywiście jest to prawda, ale w trakcie bessy wspomniane spółki powinny tracić więcej niż szeroki rynek.

Na dzień dzisiejszy spółki wchodzące w skład FANGa powinny dalej dawać lepszą stopę zwrotu niż benchmark. Niemniej jednak należy mieć na uwadze, że notowania akcji w tym przypadku oderwane są od rzeczywistości. Popularny wskaźnik P/E najmniejszy jest dla Google, wynosi aż 33, natomiast dla Netflixa jest to już ponad 200. W ramach przypomnienia, powyżej 20 możemy mówić o bańce spekulacyjnej. Aczkolwiek musimy pamiętać, że w trakcie euforii dane makroekonomiczne oraz analiza finansowa przechodzi na dalszy plan.

Podsumowanie

Każda bańka spekulacyjna wygląda tak samo, ale społeczność zawsze myśli „tym razem będzie inaczej”. Niestety historia tego nie potwierdza, podczas bessy gorące papiery tracą najbardziej. W trakcie euforii rynkowej powinniśmy zachować trzeźwy umysł, nie dajmy się zwieść prognozom o bardzo mocnych wzrostach. Po euforii przychodzi bessa, na którą należy wcześniej się przygotować.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

W Polsce nadal kobieta nie może być lepszym szefem

Tylko 16% Polaków uważa, że to kobiety są lepszymi szefami niż mężczyźni. Wśród mężczyzn jeszcze mniej badanych wskazuje na kobietę jako dobrego przełożonego, bo tylko 12%. Co czwarty respondent mówi, że woli mieć szefa mężczyznę, a nie kobietę – tak wynika z raportu pt. „Czy Polak ufa swojemu pracodawcy?” ogłoszonego przez agencję Procontent Communication.

Jak pokazują badania, w Polsce większą otwartość na kobiety szefów wykazują  młodsi pracownicy, przed 35. rokiem życia. Z wiekiem, coraz częściej, swoje głosy oddajemy na przełożonych mężczyzn. Najmniejszym zaufaniem darzą kobiety jako szefów osoby dojrzałe, które swoją aktywność zawodową zaczynały ponad dekadę temu. Na panie jako dobrych przełożonych zagłosowało najmniej osób z przedziału wiekowego 35-49 lat. W tej grupie tylko niecałe 12% badanych uważa, że lepszym szefem jest kobieta niż mężczyzna. Podczas gdy u osób młodych w wieku 25-34 lata na kobietę szefa postawiło ponad 18% Polaków. „Badanie to pokazuje jasno, że nadal warto pracować nad wizerunkiem kobiet jako liderów i szefów. Firmy, które mają w swoich szeregach szefów kobiety powinny podkreślać ich dokonania oraz walczyć ze  zjawiskiem tzw. „szklanego sufitu”, który nadal w Polsce częściej dotyka Panie niż Panów” – podkreśla Iwona Kubicz z Procontent Communication.

Większe zaufanie do szefa kobiety nie idzie w parze z wyższym wykształceniem lub lepszą pozycją w firmie. Co ciekawe, na kobietę jako lepszego szefa częściej wskazują osoby z wykształceniem zawodowym, niż z wyższym lub średnim. „Myślę, że raport ten pokazuje jak bardzo potrzebne są wszelkie działania wspierające Polki w budowaniu kompetencji menedżerskich, ale także projekty przełamujące stereotypy dot. dobrego wizerunku kobiety jako szefa” – dodaje Iwona Kubicz.

Jak pokazują badania, w Polsce to mężczyznom wyjątkowo trudno jest znaleźć dobrego szefa kobietę lub się do tego przyznać. Tylko 12% Panów uważa, że kobiety są lepszymi szefami. Tymczasem w całej populacji twierdzi tak 16% badanych.

Czy uważa Pan(i), że lepszym szefem jest:

 szef

„Nasze badania pokazują że w sferze zawodowej nadal paniom na kierowniczych stanowiskach trudniej zdobyć serca podwładnych. Szczególnie trudną sytuację mają Panie zarządzające męskimi zespołami, gdyż jak widać w Polsce nadal trudno o zaufanie do szefa kobiety” – komentuje Iwona Kubicz.

Optymizmem mogą jednak napawać pozostałe odpowiedzi respondentów. To co pociesza to duża grupa, bo aż 60% respondentów, odpowiadająca  na pytanie o to, kto jest lepszym szefem w sposób dyplomatyczny. Ci badani wskazywali na fakt, iż szefowie każdej płci mogą poradzić sobie lepiej w zależności od danej sytuacji.

Badanie zostało przeprowadzone przez ośrodek badania opinii publicznej SW Research na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków (N= 824) w wieku 18-55.

Sektor MŚP napędza branżę wynajmu długoterminowego samochodów – wzrost o 1,6 proc. r/r.

Popularność wynajmu długoterminowego samochodów w sektorze MŚP sukcesywnie rośnie. Jak wynika z badania Instytutu Keralla zrealizowanego w 2. kwartale 2017 r. na zlecenie Carefleet S.A., z tej formy finansowania samochodów służbowych korzysta już 19,6 proc. mikro, małych i średnich w firm w Polsce. To o 1,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Według danych zebranych przez Carefleet S.A. z roku na rok zwiększa się również liczba przedsiębiorców z sektora MŚP, którzy wiedzą, czym jest wynajem długoterminowy samochodów. W 2016 roku rozwiązanie to znało 79 proc. przedstawiciel mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Dziś znajomość wynajmu długoterminowego deklaruje ponad 87 proc. z nich.

Polski sektor MŚP coraz rzadziej kupuje firmowe samochody za gotówkę lub na kredyt. Na znaczeniu zyskują natomiast outsourcingowe formy finansowania pojazdów, takie jak wynajem długoterminowy. Według naszych badań, w 2009 roku niecałe 5 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorstw korzystało z tego rozwiązania. Dziś praktycznie co piąty samochód w sektorze MŚP finansowany jest w formie wynajmu długoterminowego – twierdzi Bartosz Olejnik, dyrektor sprzedaży i marketingu w Carefleet S.A., jednej z wiodących na polskim rynku firm specjalizujących się w wynajmie długoterminowym samochodów.

Wynajem długoterminowy coraz popularniejszy w Polsce

Wynajem długoterminowy to model budowania firmowych flot pojazdów, który cieszy się niesłabnącą popularnością wśród dużych podmiotów gospodarczych, a w ostatnich latach jest coraz chętniej wdrażany także w firmach z sektora MŚP. W ramach stałej miesięcznej opłaty przedsiębiorcy korzystają z wynajmowanych samochodów oraz szeregu usług dodatkowych, takich jak np. obsługa techniczna, ubezpieczenie i assistance czy sezonowa wymiana i przechowywanie opon. Umowy podpisywane są zazwyczaj na okres od dwóch do czterech lat, a po ich zakończeniu można wykupić auto lub wymienić na nowe.

Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), w pierwszym kwartale 2017 r. rynek wynajmu długoterminowego aut w Polsce urósł o 13,2% r/r. Tempo wzrostu rynku było tym samym aż 1,5-krotnie wyższe niż rok wcześniej.

Dane prezentowane przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów pokazują, że branża wynajmu długoterminowego nie tylko systematycznie rośnie, ale wciąż ma ogromny potencjał rozwoju – mówi Bartosz Olejnik. – Co prawda daleko nam jeszcze do krajów Europy Zachodniej, w których z wynajmu korzysta 70–80 proc. podmiotów gospodarczych, wszystko wskazuje jednak na to, że usługi oferowane przez firmy CFM coraz chętniej będą wykorzystywane przez polskich przedsiębiorców, również tych najmniejszych – dodaje.

Według informacji PZWLP, w 2016 roku branża wynajmu długoterminowego zakupiła o ponad 1/5 więcej nowych aut osobowych niż rok wcześniej i aż o ponad 1/3 więcej niż w roku 2014.

Największą szansę polskim kosmetykom dają odległe i egzotyczne kierunki

W ciągu pięciu ostatnich lat znacząco zmieniła się lista głównych państw-odbiorców eksportu kosmetyków z Polski. Jeśli krajowe firmy właściwie zinterpretują i wykorzystają potencjał istniejący w poszczególnych częściach świata, to w gronie top-importerów produkcji kosmetycznej „made in Poland” zaobserwujemy zapewne kolejne przetasowania. Zgodnie z wnioskami z raportu „Sektory Banku Zachodniego WBK. Branża kosmetyczna”, opracowanego przez PI Research na zlecenie BZ WBK, ciekawe możliwości kreują Chiny, Indie, wybrane kraje Azji Południowo-Wschodniej oraz rozwinięte kraje afrykańskie i część krajów Ameryki Łacińskiej.

– Przekrojowa analiza zawarta w naszym raporcie przynosi prosty wniosek: kosmetyki z Polski to wzorzec sektorowego sukcesu rynkowego. Branża jest bardzo różnorodna: mamy zakłady produkcyjne zagranicznych koncernów, ale to w żaden sposób nie powstrzymało ekspansji odważnie działającej na rynku grupy mocnych marek lokalnych, które Polki dziś po prostu kochają. Do tego dochodzą małe, sprytne start-up’y kosmetyczne, których jest coraz więcej i które umiejętnie wypełniają nisze reagując np. na trend „eko” – mówi Renata Dutkiewicz, dyrektor sektorowy w Pionie Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej Banku Zachodniego WBK.

Wartość eksportu kosmetyków z Polski 2012-2017 (mld PLN)
Opracowanie BZ WBK na podstawie danych GUS
2012 2013 2014 2015 2016 IQ 2017
8,673 9,044 9,387 10,167 11,787 3,026

kosmetyki

Sektorowy sukces rynkowy

Ekspertka Banku Zachodniego WBK zwraca też uwagę, że sektor kosmetyczny w Polsce potrafi do maksimum wykorzystać i swoje mocne strony, i szanse, które pojawiają się na horyzoncie. Po pierwsze branża, z sukcesem buduje na historycznych tradycjach, co pokazuje np. powrót na półki sklepowe marek stworzonych wiele lat temu i na pewien czas zapomnianych. Po drugie, doskonale współpracuje ze światem nauki, korzystając z silnej bazy naukowej i adaptując dla swoich potrzeb wiedzę i know-how specjalistów od receptur i technologii. Po trzecie, producenci potrafią bardzo szybko reagować na trendy światowe i błyskawicznie dostarczyć na rynek ciekawe nowości np. w tzw. „kolorówce”. Po czwarte, sektor jest doskonale zorganizowany jako całość, co widać choćby w działaniach izb zrzeszających przedstawicieli branży. Po piąte, firmy kosmetyczne bardzo chętnie inwestują, wykorzystując wszelkie możliwe opcje, w tym np. fundusze unijne. Po szóste, polskie kosmetyki nie mają żadnych kompleksów. Firmy prężnie działają na obcych rynkach i śmiało patrzą na kolejne. – Za większość eksportu kosmetyków z Polski nadal odpowiadają zagraniczne koncerny, ale dynamika wzrostu sprzedaży zagranicznej i różnorodne portfolio produktowe jest w ogromnej mierze zasługą firm i marek polskich. Na razie krajowi producenci generują 25-30 proc. całego eksportu kosmetyków z Polski, ale w naszej opinii ten udział będzie rósł. Ekspansja zagraniczna to naturalna strategia rozwoju dla polskiej branży kosmetycznej i bardzo pozytywnie oceniamy fakt, że krajowi producenci coraz mocniej dywersyfikują swoje rynki zbytu – podkreśla Renata Dutkiewicz.

Jeszcze w 2012 r. największym odbiorcą kosmetyków produkowanych w Polsce była Rosja. W pierwszej 15-stce figurowały też Ukraina (4. miejsce) i Kazachstan (13. miejsce). Dziś znaczenie tych krajów znacząco spadło: Rosja znajduje się na miejscu 3., Ukraina na 10. a Kazachstan zupełnie zniknął z zestawienia. Te zmiany to efekt spadku sprzedaży zagranicznej polskich kosmetyków na Wschodzie, ale i efekt dynamicznego wzrostu eksportu do innych krajów – nie tylko w Unii Europejskiej, ale w coraz większym stopniu także poza UE. – Globalny rynek kosmetyków będzie rósł w tempie 4-5 proc. rocznie, ale są regiony, gdzie wzrost będzie znacznie szybszy. Warto przyjrzeć się im bliżej – mówi Renata Dutkiewicz.

Azja chce być Miss Świata

Zgodnie z raportem „Sektory Banku Zachodniego WBK. Branża kosmetyczna”, największy potencjał wzrostu rynku kosmetyków mają i będą mieć kraje azjatyckie. Szczególnie szybko będzie się powiększał rynek chiński, czemu sprzyjać będą czynniki kulturowe i rozwój klasy średniej. – Na razie polskie firmy nie korzystają na szybkim wzroście rynków azjatyckich, bo eksport do Chin, Indii, Japonii i Korei Południowej to niecałe 0,5 proc. sprzedaży zagranicznej kosmetyków. W ostatnich latach ekspansja zagraniczna była skoncentrowana na krajach unijnych. Rynek europejski stopniowo się jednak nasyca i w najbliższych latach polskie firmy będą zmuszone szukać nowych perspektywicznych rynków zbytu. Wejście na rynki azjatyckie jest dla polskich eksporterów najlepszym rozwiązaniem – mówi Adam Czerniak, główny ekonomista PI Research.

Według analizy, coraz ważniejszy będzie też rynek Indii, który mimo swojej kulturowej specyfiki powinien się rozwijać bardzo szybko dzięki dobrym perspektywom ekonomicznym dla kraju. Do najbardziej obiecujących rynków należy też zaliczyć Indonezję i najbardziej rozwinięte kraje afrykańskie, w tym Maroko, Tanzanię czy RPA. Z krajów wysoko rozwiniętych rynek kosmetyków najszybciej będzie się rozwijał w USA i – pomimo możliwych perturbacji związanych z procesem Brexitu – w Wielkiej Brytanii, głównie dzięki wzrostowi gospodarczemu i sprzyjającym czynnikom kulturowym.

„Nową Unię” też warto pielęgnować

Do krajów o średnim potencjale rozwoju branży kosmetycznej autorzy raportu „Sektory Banku Zachodniego WBK. Rynek kosmetyczny.” zaliczyli część nowych członków Unii Europejskiej. Mimo stosunkowo szybkiego wzrostu gospodarczego, kraje te mogą jednak generować problemy związane z nasyceniem się rynku: ze względu na czynniki kulturowe konsumenci z krajów Europy Środkowo-Wschodniej są dużo mniej skłonni do kupowania produktów kosmetycznych. W grupie państw o średnim potencjale wzrostu analitycy umieścili też większość biedniejszych krajów afrykańskich, które pomimo niskiego nasycenia i sprzyjającej kultury, wciąż będą się borykać z niestabilnym otoczeniem ekonomicznym (wysoka inflacja, niski wzrost gospodarczy, mała klasa średnia) oraz z konfliktami politycznymi utrudniającymi rozwój wielu branż, w tym branży kosmetycznej.

Europa Zachodnia i Ameryka Łacińska: trudne, ale możliwe

Analitycy PI Research i eksperci Banku Zachodniego WBK wskazują, że najwolniej będą rozwijały się nasycone kosmetykami kraje wysoko rozwinięte, szczególnie europejskie, w tym np. Włochy czy państwa skandynawskie. Szybki wzrost sprzedaży może dotyczyć tylko wybranych grup produktowych i będzie wymagał od polskich eksporterów wysokich nakładów na marketing. – Nawet jeśli Zachód Europy jest trudny, to nie znaczy, że całkowicie niewarty zachodu. Polskie marki już to pokazały. Wydaje się, że kluczem jest bardzo szczegółowe badanie rynku, umiejętne wpasowanie się w nisze i dobra organizacja dystrybucji. Internet może być tu naturalną drogą – mówi Renata Dutkiewicz.

Relatywnie niski potencjał wzrostu będzie w najbliższych latach charakteryzował również niektóre kraje Ameryki Południowej (np. Brazylię, Argentynę czy Wenezuelę. Region jest jednak silnie zróżnicowany pod względem sytuacji ekonomicznej, dlatego w krajach o lepszych perspektywach gospodarczych, takich jak Boliwia, Paragwaj, Kolumbia czy Peru, rynek kosmetyków też będzie rozwijał się szybciej. – Dotyczy to zwłaszcza kosmetyków kolorowych chętnie kupowanych przez wchodzącą na rynek generację „Selfie”, dla której liczy się natychmiastowy efekt widoczny na ekranie smartfonu. W rezultacie wybrane kraje łacińskie będą wciąż stanowiły atrakcyjny kierunek ekspansji zagranicznej dla polskich firm kosmetycznych – mówi Adam Czerniak.

Lista największych odbiorców kosmetyków z Polski w 2012 i 2016 r.
Opracowanie Banku Zachodniego WBK na podstawie danych GUS
Wartość eksportu kosmetyków z Polski w 2012 r.
(w mld PLN)
Wartość eksportu kosmetyków z Polski w 2016 r.
(w mld PLN)
1 Rosja 1,305 1 Niemcy 1,604
2 Wielka Brytania 1,051 2 Wielka Brytania 1,558
3 Niemcy 0,939 3 Rosja 1,336
4 Ukraina 0,481 4 Włochy 0,514
5 Holandia 0,416 5 Francja 0,498
6 Hiszpania 0,408 6 Czechy 0,463
7 Włochy 0,397 7 Hiszpania 0,453
8 Węgry 0,331 8 Belgia 0,441
9 Czechy 0,328 9 Węgry 0,407
10 Turcja 0,327 10 Ukraina 0,376
11 Rumunia 0,272 11 Rumunia 0,353
12 Francja 0,270 12 Turcja 0,321
13 Kazachstan 0,158 13 Holandia 0,294
14 Litwa 0,147 14 Litwa 0,250
15 Republika Południowej Afryki 0,139 15 Zjednoczone Emiraty Arabskie 0,221

 

Kosmetyki: piękny, duży biznes

W ubiegłym roku sprzedaż kosmetyków na świecie przekroczyła 500 mld dolarów i do 2020 r. zwiększy się o jedną czwartą, przy stałym tempie wzrostu 4-6 proc. rocznie. Od strony struktury, w tempie powyżej 5 proc., będzie rosła sprzedaż kosmetyków kolorowych, dermokosmetyków dla osób starszych i produktów opartych na naturalnych składnikach. Eksport kosmetyków z Polski w 2016 r. wyniósł 11,8 mld zł, a import 8,3 mld zł. Kosmetyki stanowią 1,5 proc. całej polskiej sprzedaży zagranicznej, co jest udziałem większym od udziału farmaceutyków, odzieży czy obuwia.

Dynamika wzrostu eksportu kosmetyków z Polski

Opracowanie Banku Zachodniego WBK na podstawie danych GUS

IQ 2016 IQ 2017 Dynamika IQ 2017 / IQ 2016
W kg 149963361 165381616 110,20%
W mld PLN 2,827 3,026 107%
Źródło: GUS (http://swaid.stat.gov.pl/HandelZagraniczny_dashboards/Raporty_konstruowane/RAP_SWAID_HZ_3_2.aspx)

Co piąty Polak przyznaje się do pracy „na czarno”

Co piąty dorosły Polak (21%) przyznaje się do pracy „na czarno”, a niemal połowa badanych (44%) jest zdania, że w naszym kraju nie ma sensu pracować uczciwie – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

Najwięcej osób, które twierdzą, że w ciągu ostatniego roku wykonywały pracę „na czarno”, czyli bez żadnej umowy, jest wśród sympatyków ruchu Kukiz’15 (39%), a stosunkowo mniej wśród zwolenników partii Prawo i Sprawiedliwość (15%), Nowoczesnej (18%) i Platformy Obywatelskiej (20%).

wykres – praca na czarno

Analogicznie, najliczniejsza grupa osób przekonanych, że w Polsce nie ma sensu pracować uczciwie, jest wśród sympatyków Kukiz’15 (63%), następnie wśród zwolenników Nowoczesnej (46%),  PiS (42%) i PO (38%).

Natomiast aż 62% badanych przyznaje się, że zna przynajmniej jedną osobę, która w ciągu ostatniego roku pracowała „na czarno”.

wykres – praca na czarno 2

„Różne organizacje pracodawców od dawna starają się zwracać uwagę rządzących na problem wysokich kosztów pracy w Polsce, które skutkują ucieczką w szarą strefę i pracą na czarno. Wyniki badania są spójne z tą argumentacją” – komentuje dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Jednocześnie 41% badanych uważa, że trzeba wykorzystywać system opieki społecznej i pomoc państwa jak to tylko możliwe. To przekonanie jest stosunkowo najbardziej rozpowszechnione wśród sympatyków Kukiz’15 (46%) oraz PiS (38%), a najmniej wśród zwolenników Nowoczesnej (31%) i PO (33%).

Badanie ujawniło pewną sprzeczność wśród odpowiedzi sympatyków ruchu Kukiz’15. Z jednej strony kwestionują oni system i w największym stopniu przyznają się do pracy „na czarno”, ale z drugiej strony najchętniej opowiadają się za wykorzystywaniem tegoż systemu, czyli opieki społecznej i pomocy państwa. Jest to myślenie roszczeniowe na zasadzie zjeść ciastko i mieć ciastko” –  mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

wykres – praca na czarno 3

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna w dniach 9 – 12 czerwca 2017 roku. Próba ogólnopolska osób od 18 lat wzwyż (N=1055). Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejscowości zamieszkania.

Brak polskich banków w Chinach poważnie ogranicza aktywność naszych przedsiębiorców na tamtejszym rynku

Chińskie banki coraz mocniej rozpychają się w Polsce. To efekt formuły 16 + 1, czyli inicjatywy mającej na celu intensyfikację współpracy Państwa Środka z krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Tymczasem w Pekinie czy w Szanghaju nie ma żadnego naszego banku. Potrzebna jest decyzja rządu o utworzeniu tam placówki PKO BP.

Jak zauważa dr Wojciech Warski z Business Centre Club, w Polsce obecne są wszystkie czołowe chińskie banki, obsługujące handel zagraniczny. Zdaniem eksperta, to jest wyznacznikiem tego, że Państwo Środka poważnie traktuje ekspansję gospodarczą na nasz rynek. Chińskie władze  zadecydowały o tym i uruchomiono wszystkie środki, wymagane do wejścia inwestycyjnego oraz handlowego na rynek polski, potencjalnie też europejski. Trudno bowiem wyobrazić sobie działalność inwestycyjną bez solidnego zaplecza finansowego, z którym biznes jest powiązany. Chińczycy mają wiarygodne i realne finansowanie swoich przedsięwzięć, co we współpracy z naszymi lokalnymi bankami byłoby utrudnione. Polskie firmy potrzebują tego typu wsparcia na ich rynku nawet bardziej, niż oni w Europie.

– W Chinach nie ma polskich banków, bo nasi przedsiębiorcy nie prowadzą tam jeszcze strategicznych projektów. Ci, którzy działają w Szanghaju czy w Pekinie, korzystają z usług zagranicznych instytucji finansowych. Jednak, z moich obserwacji wynika, że dla małych i średnich firm nie stanowi to większej bariery, choć jest pewnego rodzaju utrudnieniem. Z reguły firm z MŚP potrafią szybko przystosować się do różnorodnych warunków rynkowych. W Państwie Środka nie szukają rodzimego banku, tylko dobrych warunków biznesowych. Wiedzą, że na poziomie inwestycji prawo bankowe jest podobne na całym świecie. Raczej nie mają takich dylematów, jak duży biznes, który lokuje środki powyżej gwarantowanych sum zabezpieczenia – zaznacza Mariusz Sperczyński, szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai.

Tymczasem, dr Warski wyjaśnia, dlaczego rodzimym bankom trudno jest trafić do Chin. Otóż nie ma u nas centralnego dysponenta dla tych instytucji finansowych. Jak podkreśla ekspert z BCC, obecnie tylko PKO BP może być sterowany do realizacji celów, motywowanych zamiarem politycznym. Z kolei, działające w Polsce banki zagraniczne nie są zainteresowane wchodzeniem na daleki chiński rynek, bowiem takie zadanie należy do ich central, a nie polskich spółek zależnych. Paradoksalnie, potencjalny monopol na obsługę polskich firm w Chinach powinien przyspieszyć działania naszych banków państwowych. Bowiem tylko one mogą być wsparciem rządowych programów ekspansji zagranicznej do Chin, tak chętnie ogłaszanych przez władzę.

– Nasi inwestorzy, działający na chińskim rynku, zapewne byliby spokojniejsi, gdyby mogli tam otworzyć rachunki w polskim banku. A poczucie bezpieczeństwa, jak wiadomo, wspomaga rozwój przedsiębiorczości. Niemniej, sektor bankowy stricte podąża za biznesem, czyli swoim klientem, a nie odwrotnie. Dlatego, przewiduję, że filie rodzimych instytucji finansowych będą zakładane w Chinach dopiero wtedy, gdy zostaną tam otwarte 2 lub 3 przedsiębiorstwa, zatrudniające co najmniej kilkaset osób. Polska póki co ma bardzo słabą ekspansję biznesową na świat, czego nie należy mylić ze wzrostem eksportu. Trudno więc oczekiwać szybkiej zmiany sytuacji – przewiduje Mariusz Sperczyński.

Przewodniczący Konwentu BCC i wiceprzewodniczący Rady Dialogu Społecznego uważa, że brak polskich banków w Chinach z całą pewnością ogranicza ekspansję małych i średnich firm na tamtejszym rynku. Dostępność usług finansowych, w miejscu gdzie prowadzi się biznes, jest automatycznym motorem rozwoju relacji gospodarczej. Można bowiem oferować znakomite produkty, ale przy braku zaufania na linii kapitałowej trudno w ogóle rozwijać swoją działalność. Dla przedsiębiorcy ważna jest przecież możliwość szybkiego transferowania pieniędzy i uzyskiwania bezpośredniego wsparcia inwestycyjnego. Dopiero wtedy rzeczywiście ma on szansę na „rozkręcenie” swojego biznesu.

– W zależności od poszczególnych krajowych regulacji, gwarancje na depozyty bankowe nie przekraczają 100 tys. euro. Jeżeli ktoś ma więc środki w wysokości 5 mln euro, to szuka nie tylko zabezpieczenia prawnego, ale też na poziomie relacji towarzyskich w ramach kraju, z którego pochodzi. Wówczas może wynegocjować dodatkowe warunki – ubezpieczenie aktywów powyżej sumy gwarantowanej przez rząd chiński, na bazie ustaleń z centralą banku. To trudno byłoby ustalić z chińskim bankiem, bez takich relacji. Jeśli polskie przedsiębiorstwo będzie posiadało np. depozyty w wysokości 20 mln USD w Chinach, to wówczas pojawi się potrzeba współpracy na miejscu z polskim bankiem, nie wcześniej. I to wesprze poczucie bezpieczeństwa – mówi Mariusz Sperczyński.

Jak podsumowuje dr Wojciech Warski, polskie banki są potrzebne w Chinach, ponieważ mają tam do wykonania działalność misyjną. Z jednej strony powinny rozpoznać lokalny rynek finansowy, a z drugiej – elastycznie reagować na potrzeby polskich firm, także tych z sektora MŚP. To pozwoliłoby uniknąć naszym przedsiębiorcom długotrwałych procedur, oceny ryzyka i zdolności kredytowych, co znakomicie przyspieszyłoby uzyskiwanie finansowania. Ponadto, akredytywa, otwarta w polskim banku, daje realną gwarancję na to, że nie zostanie skonsumowana w przypadku zaistnienia wątpliwości, co do wykonania jej przedmiotu w należyty sposób. A tej pewności operacje finansowe w bankach chińskich, jako podatne na nacisk polityczny, naszemu przedsiębiorcy niestety nie dają.

Roszczeniowa postawa młodych osób, aktualnie wchodzących na rynek pracy, nie zraża pracodawców

Dwudziestokilkuletnie, ubiegając się o pierwszy w życiu etat, wyraźnie precyzują swoje oczekiwania. Brak doświadczenia zawodowego nie powstrzymuje ich przed tym, by wymagać np. pensji powyżej średnich zarobków. Nie chcą przy tym poświęcać życia prywatnego dla kariery. Wobec rosnącej liczby wakatów, firmy im ulegają.

Częstą przypadłością młodych ludzi, urodzonych po 1990 roku, jest dość długa lista oczekiwań wobec pracodawców. Jak zauważa Oskar Kasiński, Business Director Wyser Polska, zdarza się, że oczekiwania finansowe dwudziestokilkulatków bardzo często przewyższają średnie, krajowe wynagrodzenia. Zdaniem eksperta, jeżeli mówimy o samej podstawie, to pensja ok. 3 tys. zł netto dla osoby, będącej świeżo po studniach, jest dość rozsądna. Do tego oczywiście może być wynagrodzenie prowizyjne, uzupełnione takimi bonusami, jak opieka medyczna czy karta do klubu fitness. Na początku kariery powyższe warunki powinny być satysfakcjonujące, lecz w praktyce nie zawsze tak jest.

– Osoby, właśnie wchodzące na rynek pracy, często zupełnie bezwarunkowo, słyszały od swoich rodziców, że są po prostu najlepsze. Dlatego, wykazują ogromną pewność siebie i reprezentują postawę roszczeniową wobec pracodawców. To niesie ze sobą dość duże ryzyko niedostosowania się do otoczenia, zwłaszcza w pierwszym miejscu pracy. W praktyce widoczny jest brak akceptacji oczekiwań przełożonych, choćby w tak podstawowym zakresie, jak dress code. Młodzi ludzie wierzą bowiem, że jeżeli dany szef nie jest nimi zachwycony, to następny z pewnością będzie. I rzeczywiście potrafią bardzo szybo zdobywać informacje o nowych stanowiskach w swoich branżach, ale bez takich narzędzi, jak Wi-Fi, stają się już dość bezradni – stwierdza Oskar Kasiński.

W ocenie eksperta, pracodawcy wielokrotnie ustępują dwudziestokilkulatkom w ich roszczeniach. Wynika to z tego, że obecnie mamy rynek pracownika i ilość wakatów w Polsce gwałtownie rośnie. Jak podał GUS, liczba wolnych miejsc pracy wyniosła 119,5 tys. pod koniec pierwszego kwartału 2017 roku i była wyższa o 41,5 tysięcy, czyli aż o 53,2%, niż w poprzednim kwartale. Z kolei, w porównaniu z pierwszym kw. 2016 roku, ta wartość wzrosła o 29,9 tys., tj. o 33,4%. W związku z tym, przedsiębiorcy bardzo często podnoszą wynagrodzenia nawet tym osobom, które dopiero zaczynają karierę zawodową. Zdaniem Oskara Kasińskiego, to już nie wygląda na poszczególne przypadki, lecz na poważną tendencję.

– W Warszawie mamy skrajnie niskie bezrobocie, dlatego firmy są zmuszone do czynienia ustępstw w poszukiwaniu pracowników. Coraz częściej zatrudniają najlepszych ludzi z tych, dostępnych na rynku, a nie takich, których faktycznie widzieliby na danym stanowisku. Jak wynika z moich obserwacji, w całej Polsce, w samym tylko IT brakuje nawet miliona osób do pracy. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego za pierwszy kwartał 2017 roku, najwięcej wakatów odnotowano w przetwórstwie przemysłowym – 25,1% i budownictwie – 15,8% – zauważa Oskar Kasiński.

Tymczasem, młodzi ludzie, znając języki obce, próbują swoich sił za granicą. Rozmowa kwalifikacyjna z przedsiębiorcą z innego kraju to zaledwie kwestia uruchomienia Skype’a. Przedstawiciele najmłodszego pokolenia na rynku pracy raczej nie martwią się o swoją przyszłość. Powinni jednak pamiętać o tym, że kryzys gospodarczy, jaki ostatnio dotknął międzynarodowe rynki w 2008 roku, pojawia się co około dekadę. Zbiera mniejsze lub większe żniwa, m.in. w postaci masowych zwolnień pracowników. To, czy młodzi ludzie utrzymają swoje posady w warunkach kolejnej recesji, zależeć będzie od indywidualnych przypadków. Zdaniem Oskara Kasińskiego, pracowitość i lojalność wciąż są bardzo cenione przez większość pracodawców i to raczej szybko się nie zmieni. A niewykazywanie takich cech zawsze ma wpływ na decyzje zarządów.

– Obecnie najmłodszych pracowników motywują do działania nie tylko wysokie zarobki, ale też inne zasoby, które podnoszą jakość życia. Mają oni określone oczekiwania względem miejsca i narzędzi pracy. Dla przykładu, służbowa poczta musi być skonfigurowana w komórce, a CRM – działać zdalnie. Można to wyjaśnić w ten sposób, że dwudziestokilkuletnie osoby prywatnie korzystają z nowoczesnych smartfonów oraz tabletów. I tego typu przedmioty chcą używać w celach zawodowych. Nie przyjmą od pracodawcy np. niemodnego telefonu lub starszego modelu laptopa. Firmy coraz częściej inwestują w najlepszej klasy sprzęty i wygodne meble, podnoszące komfort pracy – mówi Oskar Kasiński.

Według eksperta, młodzi ludzie oczekują, że wykonywanie obowiązków służbowych będzie sprawiało im przyjemność i upływało w przyjaznej atmosferze. Jeśli firma ich rozczaruje, to ją zmienią. Chcą bowiem pracować, żeby żyć, a nie żyć, żeby pracować, jak często robili to ich niestrudzeni rodzice czy dziadkowie. Oskar Kasiński dodaje, że dla przedstawicieli najmłodszego pokolenia na rynku pracy coraz większe znaczenie zyskuje tzw. Work Life Balance. Pod tym pojęciem kryje się odnajdywanie równowagi między życiem zawodowym i osobistym. Dlatego, w szeregu oczekiwań młodych osób pojawia się m.in. dostępność dla pracodawcy tylko do godziny 17:00. Potem pracownicy zamierzają odpoczywać i oddawać się swoim pasjom, np. uprawianym sportom.

– Chcąc zrozumieć międzypokoleniowe różnice, warto wspomnieć baby boomers. Powojenne pokolenie wyżu demograficznego to tytani pracy, nawet na emeryturze. Ich dzieci, czyli rodzice obecnych dwudziestokilkulatków, często zaczynali swoje kariery w wolnej Polsce. Bardziej, niż starsi, dbali o balans między życiem rodzinnym i zawodowym. Przekazali ten wzorzec następnej generacji. Dziś młodzi ludzie cenią rodzinne relacje. I jakby na to nie patrzeć, zachowanie równowagi między firmą a domem jest zdrowe. Trzeba tylko pamiętać, że w zależności od wykonywanej pracy i jej charakteru, ten balans okresowo może mieć różne wahnięcia – podkreśla Oskar Kasiński.

Jak podsumowuje ekspert z Wyser Polska, dwudziestokilkuletnie osoby potrafią dobrze pracować. Jednak ogromnym wyzwaniem dla dzisiejszych managerów jest i jeszcze długo będzie umiejętność zarządzania przedstawicielami różnych pokoleń w jednej firmie. W przypadku najmłodszych osób kluczowe okazuje się zachęcanie ich do działania. Inspirację dla nich może stanowić prawdziwy lider, który jednocześnie odbiega od wizerunku tradycyjnego, wyniosłego i groźnego szefa. Nowoczesny przywódca traktuje podwładnych po partnersku. Wówczas zyskuje ich zaufanie i może sprawniej nimi zarządzać.

Początek kłopotów walut EM

W czerwcu z kilkunastu głównych towarów podrożała tylko pszenica, soja i pallad, czyli surowce o neutralnym wpływie na waluty gospodarek wschodzących. Jakby tego było mało z Polski, Rosji i RPA napływają informacje dodatkowo studzące popyt na waluty tych państw.

Złotemu zaszkodziła zaskakująca deklaracja Kropiwnickiego z RPP. Decydent, którego zdecydowanie zaliczamy do grona jastrzębi mówił, że nie ma powodu by podnosić koszt pieniądza. Rozwiewa to nadzieje, że w Radzie szybko wykrystalizuje się konsensus za zacieśnianiem. W przypadku RPA pojawia się dążenie do zmiany zapisanego w konstytucji mandatu SARB. W politycznym chaosie i konflikcie wiarygodny bank centralny ratował nieco randa, a zamierzenia obozu prezydenta Zumy są interpretowane w kategoriach zamachu na jego niezależność. Rubel doświadczył z kolei silnego odpływu kapitału wynikającego z eskalacji napięć pomiędzy Rosją i USA wokół sytuacji Syrii, co rodzi możliwość nałożenia nowych sankcji. W obecnym położeniu, którego ważnym rynek może więc na dłużej schłodzić swój entuzjazm względem walut emerging markets, tym bardziej, że są one w szerszym horyzoncie mocno wykupione. Dwa kolejne czynniki to spekulacje o szybkim rozpoczęciu przez Fed ograniczania sumy bilansowej oraz potencjalna korekta na giełdach gospodarek rozwiniętych – niska zmienność i historyczne rekordy na Wall Street były kluczowym elementem podsycającym apatyt na ryzyko. Pozostajemy negatywnie nastawieni do walut EM, szczególnie do randa. W przypadku złotego oczekujemy krótkiej i płytkiej korekty a następnie kontynuacji osłabienia. Taki scenariusz zanegowałoby dopiero zejście EUR/PLN pod 4,20.

Wydarzeniem dnia jest posiedzenie RBNZ. Oczekujemy, że bank pozostawi stopę OCR bez zmian na 1,75 proc. oraz utrzyma neutralne stanowisko. Wydarzenia od czasu ostatniego posiedzenia przemawiają za pasywną postawą przy oczekiwaniach rynkowych odsuwających termin pierwszej podwyżki. Widoczny popyt na NZD w ostatnich dniach sugeruje pewne nadzieje na jastrzębie niespodzianki, więc postawa wait-and-see może przejściowo zaszkodzić kiwi. Dalej sądzimy, że następny ruch RBNZ będzie w kierunku podwyżek stóp procentowych, ale jest mało prawdopodobne, aby teraz bank miał cokolwiek sugerować. RBNZ potrzebuje potwierdzenia, aby przejść do korekty luzowania z lat 2015-2016, a tego jeszcze mu brakuje. Stąd komunikat powinien pozostać neutralny z powtórzeniem fragmentu, że polityka pozostanie akomodacyjna przez dłuższy czas, a w kwestii NZD możliwym jest przywrócenie frazy, że „dalsza deprecjacja jest konieczna dla zrównoważonego wzrostu”.

Naszym zdaniem w ostatnich dniach nastawienie rynku w stosunku do NZD uległo zmianie na rzecz potencjalnego wystąpienia jastrzębich wzmianek. W rezultacie z takiego położenia podtrzymanie neutralnego stanowiska przez RBNZ podnosi ryzyko umiarkowanego rozczarowania i impulsu do „sprzedaży faktów”. Mimo tego w szerszym kontekście NZD korzysta na generalnie pozytywnym sentymencie rynkowym przy wsparciu względnie dobrej sytuacji fundamentalnego, więc potencjalne cofnięcie kiwi po decyzji powinno być atrakcyjne do odnowienia długich pozycji.
Poza tym rynek skupi się na danych Departamentu Energii o zapasach ropy – ich spadek mógłby zdjąć nieco presji z surowca i pomóc w ustabilizowaniu nastrojów inwestycyjnych. Widzimy mały potencjał do dalszych spadków cen – zapasy w miesiącach letnich powinny spadać zgodnie z szablonem sezonowym. Warto też zwrócić uwagę na porcję informacji z rynku nieruchomości USA. Dane ostatnio mocno rozczarowywały i rynek będzie szukał potwierdzenia, że zła passa jest przerywana. Dolar pozostał mocny do euro pomimo spadku rentowności długu USA pod 2,15 proc. Pokazuje to, że surowcowe załamanie silniej uderza we wspólną walutę poprzez obniżenie oczekiwań inflacyjnych zmniejszających presję na ECB by szybko normalizować politykę. A to przecież ten kanał rozbudził popyt na wspólną walutę. Oczekujemy kontynuacji spadków EUR/USD, którego katalizatorem będzie przełamanie 1,1110.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

SGGW: w Warszawie nawet 40 proc. kleszczy jest zarażonych boreliozą. By uniknąć odkleszczowch chorób można się zaszczepić nawet latem

SGGW: w Warszawie nawet 40 proc. kleszczy jest zarażonych boreliozą. By uniknąć odkleszczowch chorób można się zaszczepić nawet latem 1

Kleszcze przenoszą groźne dla zdrowia bakterie, wirusy i pierwotniaki, co w konsekwencji może doprowadzić do boreliozy lub odkleszczowego zapalenia opon mózgowych. Bardzo ważne jest więc szybkie ich rozpoznanie, ponieważ w początkowej fazie, kiedy na ciele pojawia się rumień, choroba jest łatwa do wyleczenia. Z czasem, jeśli dojdzie do powikłań, trzeba przygotować się na długą i kosztowną terapię. O szczepieniu warto pomyśleć w każdym momencie. Latem można skorzystać z tzw. szczepienia przyspieszonego, które polega na przyjęciu drugiej dawki szczepionki już po 14 dniach od pierwszej. Osiągamy wtedy 95 proc. odporności na wirusa.

– W przypadku ludzi ryzyko inwazji kleszcza jest stosunkowo mniejsze niż w przypadku zwierząt. Idąc na spacer do lasu czy parku, trzymamy się bowiem ścieżek, nie wchodzimy w gęstwiny, tam gdzie kleszczy może być więcej. Bardziej od zwykłych spacerowiczów, narażone są osoby zbierające grzyby czy jeżyny. Jednak bez względu na to, czy ryzyko inwazji kleszczy u ludzi jest większe czy mniejsze, ryzyko przeniesienia groźnych chorób jest tak samo duże jak u zwierząt – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Andrzejczak, dyrektor techniczny Boehringer Ingelheim.

Z badań opublikowanych przez SGGW wynika, że w największych parkach w Warszawie, 40 proc. populacji kleszczy jest zarażonych boreliozą.

– To bardzo poważna choroba, ale pierwsze objawy przy których najłatwiej ją wyleczyć, są przez człowieka pomijane. Kiedy pojawiają się poważne objawy dotyczące układu nerwowego, układu ruchu, wtedy tę chorobę bardzo trudno się leczy. Coraz częściej choroba zaczyna pojawiać się u dzieci, które w sposób niekontrolowany korzystają z zabawy w lesie czy parkach, mogą one na powierzchni swojego ciała przynieść do domu kleszcza wgryzionego czy szukającego miejsca do wgryzienia, który być może przeniósł już chorobę – mówi Artur Andrzejczak.

Drugą chorobą, występującą rzadziej niż borelioza jest odkleszczowe zapalenie mózgu. Wirus wywołuje neuroinfekcję, najczęściej zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Leczenie trwa od kilku tygodni do kilku miesięcy.

– W przypadku boreliozy aby zacząć leczenie musimy widzieć objawy albo zbadać kleszcza którego zdjęliśmy z człowieka pod kątem nosicielstwa boreliozy. W przypadku odkleszczowego zapalenia mózgu mamy szczepionkę. Człowiek, który w związku ze swoją pracą często przebywa w lesie lub parku i u którego ryzyko inwazji kleszczy jest większe, może zaszczepić się przeciwko odkleszczowemu zapaleniu mózgu – mówi Artur Andrzejczak.

W 2014 r., w Polsce u ludzi zarejestrowano blisko 14 tys. przypadków zachorowań na boreliozę oraz niemal 200 przypadków odkleszczowego zapalenia mózgu. Wykonanie pełnego szczepienia zabezpiecza nasz organizm na 3 do 5 kolejnych lat.

W przypadku człowieka, nie ma skutecznej metody walki z kleszczami. By ich uniknąć, na spacer do lasu trzeba wybrać odpowiednie ubranie. Długie nogawki spodni i długi rękaw bluzki mogą w znacznej uchronić przed kontaktem kleszcza ze skórą.

– Nie ma preparatów, które moglibyśmy zakropić na skórę czy połknąć i one spowodowałaby, że kleszcz albo się nie wgryzie, albo umrze krótko po kontakcie z człowiekiem. Po każdym spacerze należy dokładnie się oglądać, może się zdarzyć, że dwa, trzy dni po spacerze znajdziemy na sobie wgryzionego kleszcza i należy udać się do lekarza by go wyjąć. Nie smarujemy kleszczy żadnym kremem, nie polewamy alkoholem. Kleszcza w umiejętny sposób z wykorzystaniem odpowiednich, prostych narzędzi trzeba wykręcić ze skóry, zgnieść i wyrzucić bądź utopić w alkoholu – tłumaczy Artur Andrzejczak.

Dzięki najnowszym badaniom DNA czas diagnostyki pacjenta po ukąszeniu kleszcza można przyspieszyć nawet dziesięciokrotnie. W ten sposób lekarz jest w stanie precyzyjnie określić zagrożenie i niezwłocznie rozpocząć właściwą terapię.

Rośnie sprzedaż nabiurkowych drukarek 3D. Co dziesiąte urządzenie dostępne na rynku pochodzi z Polski

Rośnie sprzedaż nabiurkowych drukarek 3D. Co dziesiąte urządzenie dostępne na rynku pochodzi z Polski 2

W 2016 roku na świecie sprzedano 500 tys. drukarek 3D o wartości ponad 5 mld dol. W 2020 roku wartość rynku może wzrosnąć 4-krotnie. Zdecydowanie najszybciej rośnie segment drukarek nabiurkowych. Szacuje się, że stanowią one nawet 95 proc. wszystkich sprzedawanych urządzeń 3D. Większość trafia do biznesu, gdzie mogą służyć obniżeniu kosztów wdrażania produktów i skrócenia czasu produkcji. Przyszłością rynku są urządzenia wielofunkcyjne.

– Wartość rynku druku 3D rośnie bardzo szybko. Przewiduje się, że w 2019 roku osiągnie wartość ponad 30 mld dol. Cały rynek i dynamika jego wzrostu są szacowane na ponad 25 proc. rocznie, niektórzy mówią o 30 proc. Segment drukarek nabiurkowych rośnie najszybciej, o ponad 30 proc. Widzimy, jak klienci podchodzą do tematu i jak mocno potrzebna jest ta technologia małym i średnim przedsiębiorstwom – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Jaworski, prezes i założyciel ZMorph, firmy produkującej tego typu urządzenia.

Obecnie wartość rynku druku 3D szacuje się (w zależności od źródła) na 5–7 mld dol. Prognozy Gartnera wskazują, że w 2016 roku sprzedaż drukarek 3D mogła sięgnąć 500 tys. sztuk (niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej), a w 2019 roku może być to już 5,6 mln. Obecnie większość sprzedawanych drukarek to urządzenia desktopowe, które – według raportu Deloitte – stanowią nawet 95 proc. wszystkich sprzedanych drukarek 3D. Co dziesiąte urządzenie dostępne na rynku pochodzi z Polski.

– W Polsce rynek druku 3D jest bardzo bogaty. W ostatnich latach powstało dużo firm, które zajmują się tym tematem. Jeśli chodzi o rozwój tej technologii, jesteśmy zaawansowani, szczególnie w segmencie desktopowym, ale też coraz więcej firm stawia na wielkoformatowe drukarki. Myślę, że know how w kraju jest bardzo dobrze rozwinięty, jest też dużo absolwentów uczelni technicznych. Zdecydowanie mamy na rynku dużo do powiedzenia – podkreśla Jaworski.

Obecnie w Polsce działa ok. 100 firm, choć większość to dostawcy, a nie producenci. Dane Deloitte wskazują, że blisko połowa z nich powstała w ciągu roku, nieco ponad 10 proc. działa na rynku ponad 4 lata. W 2015 roku wartość rynku wynosiła ok. 40 mln zł. Polscy producenci stawiają przede wszystkim na drukarki biurkowe.

Najszybciej zapotrzebowanie na druki 3D rośnie w stomatologii. Wedle IDC w 2020 roku ten rynek będzie odpowiadał za 15 proc. zbytu urządzeń.

– Cały przemysł bardzo dużo korzysta na druku 3D. Drukuje się nawet silniki rakietowe czy części samochodów. Jeszcze nie jesteśmy na etapie, żeby finalne produkty były robione tylko za pomocą druku 3D, ale jest już to coraz bardziej popularne. Dochodzą do tego takie branże, które można byłoby uznać za bardziej egzotyczne, jak drukowanie jedzenia. Rynek rośnie w wielu różnych kierunkach, także np. fashion design, personalizowane produkty, jak np. zegarki – ocenia prezes ZMorph.

Drukarki 3D coraz częściej trafią też do małego i średniego biznesu. Jak przekonuje ekspert, mogą być znacznym ułatwieniem dla młodych firm, bo oznaczają niższe koszty wdrażania produktów i przyspieszenie prac na etapie przygotowywania projektów. To zaś oznacza krótszy czas wprowadzania produktów na rynek.

– Z pomocą drukarek 3D możemy dziś skracać czas produkcji, wdrożenia konkretnych rozwiązań projektowych, i to często za ułamek ceny. Jeśli myślimy o dużej skali produkcji, to dochodzimy do drogich technik, które zaczynają się opłacać przy dużych wolumenach, ale jeśli jesteśmy na samym początku, mały wolumen oznaczał jak dotąd wysokie koszty. Ta sytuacja się zmieniła dzięki drukarkom 3D – tłumaczy Jaworski.

Najtańsze drukarki desktopowe można kupić za 1–2 tys. zł, choć wymagają one doinwestowania, jeśli użytkownikom zależy na wysokiej jakości wydruku. Przyszłością mogą się okazać drukarki, które choć wciąż mieszczą się na biurku, łączą różne funkcje. Takie wielofunkcyjne urządzenia produkuje ZMorph. Są one dostępne od 9 tys. zł. Z czasem ich dostępność będzie większa, przede wszystkim ze względu na niższe ceny.

– Na tych drukarkach można wytwarzać obiekty zarówno monomateriałowe, jak i multimateriałowe oraz wykorzystywać takie techniki jak frezowanie czy wycinanie laserem po dokupieniu głowic, które rozszerzają funkcjonalność. Jesteśmy w podobnym segmencie cenowym jak drukarki konkurencji, natomiast umożliwiamy rozbudowę funkcjonalności. Nie trzeba kupować kilku maszyn, wystarczy jedna i dodatkowe głowice. W kolejnych latach ceny urządzeń będą spadać i zdecydowanie dostępność rynkowa maszyn dla zwykłego śmiertelnika będzie dużo większa – przekonuje Przemysław Jaworski.

Firmy farmaceutyczne powiększają bazę naukowców opracowujących nowe leki w Polsce. AstraZeneca chce do 2018 roku zatrudnić 1 tys. osób

Firmy farmaceutyczne powiększają bazę naukowców opracowujących nowe leki w Polsce. AstraZeneca chce do 2018 roku zatrudnić 1 tys. osób 3

Dla wielu firm farmaceutycznych Polska staje się krajem pierwszego wyboru na prowadzenie badań klinicznych. Tylko w 2016 roku Międzynarodowe Centrum Badań Klinicznych AstraZeneca zainwestowało w globalną działalność badawczo-rozwojową ok. 6 mld dol., a co drugi projekt globalny jest koordynowany właśnie z Polski. Zaangażowanie w działania badawczo-rozwojowe przekłada się na oferowane przez firmę portfolio leków. AstraZeneca skupia się na immunoonkologii, także na schorzeniach kardiologicznych i metabolicznych. Do 2018 roku firma planuje zatrudnić ponad tysiąc osób.

W Polsce jest bardzo dobra baza naukowa, zwłaszcza w Warszawie. Mamy dużo uniwersytetów, dobrej jakości kształcenia w naukach medycznych i pokrewnych. Wciąż jesteśmy konkurencyjni z punktu widzenia kosztowego. Zawsze ważnym aspektem jest to, jak kraj jest postrzegany na arenie międzynarodowej, jesteśmy członkiem UE oraz stabilną i innowacyjną gospodarką, od wielu lat rozpoznawalną, co pomaga przy tego rodzaju decyzjach. Zarażamy też ludzi pasją, nie tylko naszych decydentów tutaj, lecz także kolegów w innych krajach, którzy patrząc na nas, widzą, że chcieć to móc – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Patryk Mikucki, dyrektor ds. badań i rozwoju AstraZeneca na region Europy.

Z danych firmy Bioscience wynika, że rocznie w Polsce rejestruje się 400–500 nowych badań klinicznych (w 2016 roku blisko 460). Informacje Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA wskazują, że ponad połowa z nich to badania fazy III, które mają na celu ostateczne potwierdzenie skuteczności badanej substancji w leczeniu danej choroby. Blisko 30 proc. to badania fazy III – kiedy sprawdzane jest, czy lek działa w określonej grupie chorych i czy jest dla nich bezpieczny.

Globalnie firma AstraZeneca przeznacza na badania i rozwój ok. 6 mld dol. rocznie. To suma pieniędzy porównywalna z pomocą przekazywaną Arabii Saudyjskiej przez UE, stanowi 25 proc. całego przychodu firmy. Średnio w tej branży inwestuje się ok. 18 proc. W pewien sposób reinwestujemy w badania kliniczne i na poziomie globalnym poprzez centrum badań klinicznych, ale też prowadząc badania kliniczne tutaj w Polsce, we współpracy z lekarzami, ośrodkami i naszymi pacjentami – wskazuje Mikucki.

Międzynarodowe Centrum Badań Klinicznych AstraZeneca rozszerza działalność i tworzy nowe miejsca pracy w części badawczo-rozwojowej sektora farmaceutycznego. Firma współpracuje z ponad 500 ośrodkami (kliniki, szpitalne, przychodnie, gabinety lekarzy rodzinnych), w których prowadzonych jest ponad 70 badań z udziałem ok. 7,5 tys. pacjentów rocznie. Jest zaangażowana w 133 projekty badawcze.

W ciągu kilku lat Międzynarodowe Centrum Badań Klinicznych AstraZeneca przerodziło się z centrum zatrudniającego 90 osób i prowadzącego 5 projektów w 500-osobowy zespół, który koordynuje ponad 65 międzynarodowych projektów badawczych. W tym roku firma przyjmie do pracy w Polsce ponad 450 osób, z czego ponad połowę do zespołu badań klinicznych.

Rozbudowa jest wielokierunkowa, mamy ambicję, aby z początkiem 2018 roku było ponad tysiąc zatrudnionych osób. Nie wszystkie są związane z badaniami klinicznymi, mamy działy wspierające, dział zarządzania zasobami ludzkimi, finansowy, dział wspierania systemów. To zwiększa zakres obowiązków: wybór dostawców, transport leków, obróbka danych, przechowywanie tych danych, ich udostępnianie, statystyka. Za tym idzie zwiększona inwestycja. Mam nadzieję, że dalej będzie rosła ze względu na zwiększające się kompetencje naszych zespołów, które są pierwszym krokiem do dalszego rozwoju – wymienia ekspert.

Pod względem inwestycji w R&D na świecie AstraZeneca plasuje się w pierwszej dziesiątce firm farmaceutycznych. Ponadprzeciętne zaangażowanie w działania R&D przekłada się na oferowane przez firmę portfolio leków. Według Bloomberg Intelligence Innovation Scorecard firma zakończyła 2016 rok z najbardziej innowacyjnym na świecie portfolio leków w późnych stadiach badań. W III fazie badania lub na etapie procesu rejestracyjnego firma miała łącznie 12 nowych molekuł, w tym w astmie ciężkiej, raku płuca, raku piersi oraz 26 nowych wskazań dla posiadanych leków.

Obecnie mamy kilkanaście cząsteczek w końcowych fazach badań, część z nich będzie zarejestrowana, a jeśli się okaże, że nie spełniają one najwyższych standardów związanych z efektywnością działania czy bezpieczeństwem, nie zarejestrujemy ich. Jest wielkie prawdopodobieństwo, że więcej niż 10 w ciągu najbliższych kilku lat zarejestrujemy na różnych rynkach, nie tylko w Polsce, lecz także w Stanach Zjednoczonych – zapowiada Mikucki.

AstraZeneca stawia przede wszystkim na onkologii z immunoonkologią tak, aby ciało zwalczało nowotwór, celując dokładnie w niego i nie niszcząc niczego poza nim. Trwają też prace nad cząsteczkami, które trafiają w potrzeby klasycznej onkologii, choroby układu oddechowego.

Inną grupą są schorzenia kardiologiczne i metaboliczne, poza onkologią, to wyzwanie XXI wieku. Na nasz metabolizm wpływa zanieczyszczenie, tryb życia, nieodpowiednie żywienie, które zwiększają ryzyko tego rodzaju chorób. To także nasz duży obszar zainteresowania. Od czasu do czasu w procesie wytwarzania myśli innowacyjnej widzimy też leki w innych obszarach: w neurologii czy chorobach rzadkich, autoimmunologicznych, tam też znajdą się perełki i będziemy starali się przybliżać te leki pacjentom tak, aby im pomóc – podkreśla Patryk Mikucki.

Telewizyjne programy typu „Mam talent” trafiają do wirtualnej rzeczywistości. Dzięki VR udział w wielkim show będzie dostępny dla każdego

Telewizyjne programy typu „Mam talent” trafiają do wirtualnej rzeczywistości. Dzięki VR udział w wielkim show będzie dostępny dla każdego 4

Polska firma VR Visio pracuje nad prototypem aplikacji w technologii wirtualnej rzeczywistości wzorowanej na konkursie typu „Mam talent”. Dzięki okularom do wirtualnej rzeczywistości każdy będzie mógł wziąć udział w wielkim telewizyjnym show sprawdzającym talenty wokalne uczestników. Wizualizacje powstają przy zastosowaniu techniki face mappingu, a projekt może trafić na rynek już w 2018 roku.

– Projekt, który wykonujemy dla inwestora z Chin, jest związany z pewnym programem muzycznym. Będzie to wyglądało tak, że kilka osób przychodzi do centrum karaoke. Jedna z nich trafia do wirtualnej rzeczywistości, a pozostałe osoby, również wykorzystując sprzęt, mają ze sobą kontakt i oglądają tą osobę tak, jakby była w programie telewizyjnym, chińskim odpowiedniku znanych w Polsce programów, jak np. „The Voice of Poland” – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adam Cegielski, twórca studia VR Visio.

Gdyńska firma VR Visio zaprojektowała już wizualizacje, które pojawiły się podczas największego w Chinach muzycznego talent show „Super Girl”. Obecnie pracuje nad nowym projektem, również na rynek Dalekiego Wschodu, na zlecenie chińskiego właściciela sieci lokali karaoke. VR Visio tworzy prototyp aplikacji w technologii wirtualnej rzeczywistości, która ma być wzorowana na wokalnym konkursie telewizyjnym.

– Osoba będąca w wirtualnej rzeczywistości po założeniu gogli będzie się znajdowała w środku programu telewizyjnego. Pozostałe osoby będą mogły oglądać program, gdzie ich znajomy będzie występował. Czyli ta osoba śpiewa do mikrofonu, widzi widownię i mikrofon w VR, widzi, że jest w programie telewizyjnym. Oprócz tego komputer ocenia, jak dobrze śpiewa, jury, które się znajduje w tym programie, zaczyna reagować, a jest oczywiście sterowane przez komputer – tłumaczy twórca VR Visio.

Aplikacja ma przenieść użytkowników na zupełnie nowy poziom rozrywki, a znane choćby z polskiej telewizji wokalne talent show trafi do wirtualnej rzeczywistości. Polski start-up został wybrany spośród 15 startujących producentów. Wartość kontraktu wynosi 65 tys. dol. za prototyp. Gra na podstawie aplikacji może trafić na rynek w 2018 roku.

Inną ciekawą technologią, którą wykorzystuje VR Visio, są wizualizacje bazujące na face mappingu. To rozwiązanie nie związane już bezpośrednio z VR i bazujące na algorytmach rozpoznających twarz, nakładających na nią w czasie rzeczywistym obrazy dokładnie dostosowane do jej kształtu i położenia w przestrzeni. To jedna z najbardziej innowacyjnych odmian współczesnej sztuki, pozycjonowanej między grafiką komputerową a szeroko rozumianym teatrem. Ciekawe przykłady realizacji tej technologii można spotkać w Europie, jednak face mapping dużą popularnością cieszy się przede wszystkim w Chinach. Ten rodzaj sztuki można było obejrzeć m.in. podczas finału największego muzycznego talent show w Chinach, na którym grafiki wyświetlane na twarzy modelki zmieniały płynnie jej wygląd np. w robota lub gejszę. W Polsce ta technika dotychczas najczęściej wykorzystywana jest przy tworzeniu animacji na fasadach budynków.

– Face mapping, jaki robiliśmy, polegał na tym, że zeskanowaliśmy twarz kobiety. Następnie przygotowaliśmy specjalne animacje, które będą pokazywały się na tej twarzy. Za pomocą specjalnych sensorów odległości oraz projektora nakładaliśmy projektorem na twarz odpowiednie animacje, które były dopasowane do kształtu twarzy. Dzięki temu wyglądało to bardzo realistycznie – opowiada Adam Cegielski.

Polscy rolnicy świadomi zasad odpowiedzialnego postępowania z odpadami. Blisko 80 proc. z nich uczestniczy w zbiórce opakowań po środkach ochrony roślin

Polscy rolnicy świadomi zasad odpowiedzialnego postępowania z odpadami. Blisko 80 proc. z nich uczestniczy w zbiórce opakowań po środkach ochrony roślin 5

Rośnie świadomość polskich rolników odnośnie do zasad odpowiedzialnego postępowania z odpadami. Już prawie 80 proc. prawidłowo postępuje z opakowaniami po środkach ochrony roślin. Na zwiększające się zaangażowanie rolników ogromny wpływ mają sołtysi, którzy edukują i mobilizują lokalne społeczności. Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin wyróżniło dwoje sołtysów z województwa opolskiego i zachodniopomorskiego, którzy szczególnie mocno wspierają system oddawania zużytych opakowań po środkach ochrony roślin.

W Polsce obecnie jest ponad 40 tys. sołectw. Z badań przeprowadzonych w ramach projektu „Samorząd pomocniczy jako czynnik pobudzający społeczeństwo obywatelskie na wsi” wynika, że sołtysi cieszą się niekwestionowanym autorytetem w swoich społecznościach. Ponad 90 proc. mieszkańców wsi zna dane personalne i adres swojego sołtysa, a 70 proc. pozytywnie ocenia jego pracę.

– Sołtys to lider lokalnej społeczności. Nikt nie ma co do tego żadnej wątpliwości. To on ma na co dzień kontakt ze swoimi mieszkańcami, to on ich aktywizuje społecznie w różnych dziedzinach – mówi agencji informacyjnej Newseria Aleksandra Mrowiec z Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin.

Sołtysi mają wspierać lokalną społeczność i wyzwalać jej potencjał, inicjować wydarzenia, także o charakterze kulturalnym, oraz edukować, pobudzać świadomość społeczną i przypominać o obowiązkach prawnych, m.in. dotyczących prawidłowego gospodarowania opakowaniami po środkach ochrony roślin. Zgodnie z przepisami polskiego prawa rolnicy mają obowiązek zwracania do sklepu opakowań po środkach ochrony roślin. Jak pokazują badania przeprowadzone przez firmę Kleffmann, z powinności tej wywiązuje się ponad 77 proc. rolników i 83 proc. sadowników. Większość z nich robi to w ramach systemu PSOR działającego już od ponad 13 lat.

– Rolnik trzykrotnie przepłukane opakowania oddaje do sklepu, sklep opakowanie przyjmuje, a operator systemu odbiera opakowania i odpowiednio je zagospodarowuje. Rolnik musi mieć tę wiedzę, ponieważ są to opakowania, których nie można wyrzucić do śmieci komunalnych – mówi Aleksandra Mrowiec.

Liderami odpowiedzialnego gospodarowania opakowaniami po środkach ochrony roślin od lat są województwa opolskie i zachodniopomorskie. Na osiągane przez ich mieszkańców wysokie wyniki wpływ mają liczne szkolenia, w jakich uczestniczą sami rolnicy, ale i praca sołtysów, którzy mobilizują mieszkańców swoich terenów do prawidłowego gospodarowania odpadami po opryskach. Z tego względu PSOR, będący wiodącym partnerem konkursu Sołtys Roku 2016, postanowił dodatkowo wyróżnić dwa sołectwa, w których zaangażowanie mieszkańców w tym obszarze jest szczególnie wysokie. Nagrodzeni liderzy to Danuta Łukasiak, sołtys sołectwa Jastrzębie oraz Maria Ratyńska, sołtys Zastania.

– Czuję się zaszczycona, a równocześnie jest to zapłata za trud, który podejmuje moje sołectwo w segregowaniu i oddawaniu zużytych opakowań po środkach chemicznych – mówi Danuta Łukasiak.

– Świadomość naszych rolników jest na tyle duża, że wiedzą, co robić z opakowaniami po środkach chemicznych. Wiedzą doskonale, że opakowania powinny być priorytetowane, odpowiednio składowane i oddawane z powrotem do sklepów – dodaje Maria Ratyńska.

Opakowania po środkach ochrony roślin muszą być odbierane przez operatorów mających uprawnienia do odbioru i przewozu opakowań klasyfikowanych jako niebezpieczne. Mogą to być sklepy, w których środki zostały zakupione, lub punkty prowadzące zbiórkę w ramach Systemu Zbiórki Opakowań PSOR. Listę tych ostatnich można znaleźć na stronie internetowej www.systempsor.pl.

Sołtys Zastania potwierdza, że w jej wsi rolnicy uczestniczą w szkoleniach na temat środków ochrony roślin i korzystają z udogodnień Systemu PSOR. Wieś położona jest w strefie Natura 2000, a więc na obszarze objętym programem ochrony przyrody Unii Europejskiej, co stanowi dodatkowy impuls do zwiększania świadomości w temacie ochrony środowiska naturalnego. Dotyczy to nie tylko rolników i sadowników.

– Mamy selekcjonowaną zbiórkę opakowań, nie tylko jeżeli chodzi o rolników, którzy zbierają opakowania po wszelkiego rodzaju środkach ochrony roślin, lecz także zbiórka opakowań jest u nas selektywna – mówi Maria Ratyńska.

Zdaniem Danuty Łukasiak polscy rolnicy mają coraz większą świadomość o konieczności ochrony środowiska naturalnego. Sołtys Jastrzębia podkreśla, że z roku na rok zmniejsza się odsetek rolników, którzy nie przekazują zużytych opakowań po środkach ochrony roślin do wyznaczonych do tego celu punktów sprzedaży.

– Zbiórka opakowań u mnie w sołectwie odbywa się w gospodarstwie, które zajmuje się produkcją zbóż i kupuje duże ilości tych środków i systematycznie po każdym oprysku oddaje, nie tylko opakowanie po środkach, lecz także worki po nawozach sztucznych – mówi sołtys Jastrzębia.

Konkurs „Sołtys Roku” już od 15 lat organizowany jest przez redakcję „Gazety Sołeckiej” i Krajowe Stowarzyszenie Sołtysów. Jego celem jest zaakcentowanie roli, jaką sołtysi pełnią w lokalnych społecznościach, oraz docenienie ich codziennej pracy.

Nowe generacje małych pojazdów elektrycznych umożliwią ich zdalne monitorowanie. Na pokładzie znajdzie się miejsce na kartę SIM i moduł GPS

Nowe generacje małych pojazdów elektrycznych umożliwią ich zdalne monitorowanie. Na pokładzie znajdzie się miejsce na kartę SIM i moduł GPS 6

Małe pojazdy elektryczne, takie jak deskorolki, hulajnogi, rowery czy skutery, zdobywają coraz większą popularność. Ich przyszłość zapowiada się jednak jeszcze lepiej nie tylko ze względu na kompaktową konstrukcję, lecz także w wyniku rozwijających się technologii. Nowe rozwiązania nie tylko pozwolą rozszerzyć funkcjonalność, np. o miejsce na kartę SIM czy moduł GPS, lecz także pozwolą skrupulatnie monitorować zarówno lokalizację pojazdu, jak i wszelkie dane na jego temat.

Choć pierwsze samochody elektryczne pojawiły się już w latach 30. XIX wieku, w przypadku niewielkich, kompaktowych pojazdów z tym typem napędu możemy mówić o pierwszej generacji, która trafia właśnie na rynek. Elektryczne hulajnogi, deskorolki, rowery czy skutery to nadal nowość, ale już teraz warto zacząć się zastanawiać nad tym, czym wyróżniać się będą kolejne generacje tego typu urządzeń. Jedna z nowości, których można się spodziewać, to wyposażenie tego typu pojazdów w nadajnik GPS, który będzie dokładnie monitorował ich lokalizację .

– Dzisiaj mamy pierwszą generacje pojazdów elektrycznych, które służą nam do zwykłej komunikacji, natomiast już każdy, kto zetknął się z takim urządzeniem, chciałby od niego czegoś więcej. Chciałby na przykład, żeby można było odczytywać jego pozycję GPS na trasie. To bardzo ułatwi rodzicom kontrolę nad swoimi dziećmi, które wybierają się hulajnogami czy jednośladami do szkoły – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Andrzej Zalewski, dyrektor generalny na Europę Wschodnią z firmy Archos.

Ekspert przewiduje, że jedną z ważnych zmian w nowej generacji małych pojazdów elektrycznych będzie też zwiększenie rozmiarów kół, dzięki czemu staną się one jeszcze bardziej uniwersalne, a jazda na różnego rodzaju nawierzchniach okaże się o wiele bardziej komfortowa.

– Jeśli mówimy o deskorolkach i małych jeździkach, to większość z nich ma obecnie 5-calowe koła, co umożliwia swobodne przemieszczanie po płaskim terenie, najlepiej asfaltowanym. Jeśli wjedziemy tym na bruk czy na wszelkiego rodzaju kostki, nierówności, to jazda staję się niekomfortowa. W związku z tym wydaję mi się, że następnym krokiem jest zwiększenie kół do większych rozmiarów – twierdzi Andrzej Zalewski.

Przed końcem roku coraz więcej pojazdów elektrycznych będzie kompatybilnych z mobilnymi aplikacjami. Dzięki temu czujniki zainstalowane na pokładzie pojazdu dostarczą wszelkich informacji na jego temat.

– Obecnie w jednym z naszych urządzeń wykorzystujemy aplikację, która pokazuje bieżącą prędkość urządzenia i stan naładowania akumulatora. Natomiast następna generacja pojazdów, o której już wiemy, zostanie wprowadzona jeszcze z końcem tego roku. Część z nich będzie miała gniazda na kartę SIM i odbiorniki GPS, pozwalające się komunikować i przesyłać informacje na odległość o stanie i miejscu znajdowania się pojazdu – wyjaśnia Andrzej Zalewski.

Ponadto z czasem pojazdy elektryczne będą coraz bardziej bezpieczne – ze względu nie tylko na kompaktową konstrukcję i mobilność, lecz także możliwość zastosowania odcięcia zasilania.

– Dziś zabezpieczenia przeciwkradzieżowe w zasadzie nie dotyczą małych urządzeń, bo możemy je złożyć i zabrać ze sobą, nie ważą zbyt dużo. W rowerach i dużych skuterach obecnie wykorzystujemy wszelkiego rodzaju blokady. Natomiast w przyszłości w skuterach napędzanych energią elektryczną będzie możliwość odcięcia zasilania, przez to kradzieże tych urządzeń po prostu nie będą występowały – podsumowuje Andrzej Zalewski.

Izrael chce zacieśniać współpracę wojskowo-przemysłową z Polską. Państwowy koncern zbrojeniowy walczy o kontrakt na rakiety

Izrael chce zacieśniać współpracę wojskowo-przemysłową z Polską. Państwowy koncern zbrojeniowy walczy o kontrakt na rakiety 7

Izraelski rząd chce nawiązać z Polską długofalową współpracę wojskowo-przemysłową. W ramach programu modernizacyjnego Homar obie strony negocjują zakup wyrzutni i rakiet dalekiego zasięgu dla polskiej armii. Izraelczycy rywalizują o kontrakt z amerykańskim koncernem Lockheed Martin. Zaletą ich oferty jest transfer szeregu nowoczesnych technologii do polskiej zbrojeniówki i chęć uruchomienia produkcji na tutejszym rynku. Jak podkreśla szef państwowego koncernu zbrojeniowego IMI Systems, to nie jest jedyny projekt, nad którymi mogliby wspólnie pracować polscy i izraelscy inżynierowie.

– Polityka izraelskiego rządu zakłada nawiązanie długoterminowych relacji z polskim przemysłem. To bardzo ważne dla naszej firmy i dla naszego rządu. Nie chcemy się wiązać z jakąś firmą czy gałęzią przemysłu na zasadzie jednorazowej. Mówimy o długoterminowej współpracy – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Avi Felder, prezes firmy zbrojeniowej IMI Systems.

W ramach programu modernizacji polskiej armii jeszcze w tym roku rząd chce wyłonić dostawcę wyrzutni i pocisków o zasięgu do 300 km. Program Homar jest traktowany przez resort obrony priorytetowo, ponieważ lądowe siły zbrojne nie dysponują w tej chwili artylerią rakietową dalekiego zasięgu.

System rakietowy Homar ma być przeciwwagą dla rosyjskich Iskanderów. MON zamierza przeznaczyć około miliarda złotych na trzy rakietowe dywizjony, każdy uzbrojony w 24 wyrzutnie. Pierwsze z nich miałyby trafić do Polski w dwa lata od momentu zawarcia kontraktu. Pod uwagę brane są obecnie przede wszystkim oferty amerykańskiego Lockheed Martin, producenta systemu Himars, oraz państwowego, izraelskiego koncernu zbrojeniowego IMI Systems, który zaoferował dostarczenie systemu pocisków i wyrzutni Lynx.

– Te rakiety zostały wyprodukowane i udoskonalone w ostatnich latach. To nowoczesna technologia, sprawdzona w warunkach bojowych. Trzecią korzyścią byłby transfer technologii do polskiego przemysłu – mówi prezes IMI Systems.

Pociski Lora (wystrzeliwane w ramach izraelskiego systemu Lynx) to naprowadzane satelitarnie rakiety ziemia-ziemia najnowszej generacji, zdolne precyzyjnie niszczyć cele w odległości nawet do 400 km. System rakietowy Lynx może wystrzeliwać rakiety o zasięgu 40 km, 150 km (pociski Extra) i 300 km (Predator Hawk). Znajduje się już na wyposażeniu izraelskiej armii i 12 innych państw.

Istotne jest to, że do wyrzutni Lynx mogłyby być również zastosowane pociski 122 mm, które już znajdują się na wyposażeniu polskiej armii. Drugim atutem jest możliwość zainstalowania wyrzutni na platformach mobilnych, lądowych i morskich. Przy tym koszt zamówienia i późniejszego utrzymania systemu rakietowego od Izraelczyków ma być niższy niż w przypadku oferty Lockheed Martin.

Zaletą tej pierwszej ma być również transfer wiedzy i technologii. Na początku czerwca, w wywiadzie dla branżowego Defence24, szef IMI Systems poinformował, że koncern otrzymał od izraelskiego resortu obrony wszystkie zgody wymagane do tego, żeby przenieść na polski rynek technologie związane z produkcją systemu Lynx.

– Mówimy o stworzeniu w Polsce nowych miejsc pracy i uruchomieniu produkcji nowoczesnych rakiet. Inżynierowie z obu stron mogą współpracować jako jeden zespół. To coś, na czym naszym zdaniem mogą zyskać obie strony. Istnieje możliwość sprzedaży później tych rakiet do innych krajów – zapowiada Avi Felder.

IMI Systems ma całość praw do własności intelektualnej i może samodzielnie zadecydować o ich sprzedaży (w przypadku Lockheed Martin prawo do know how ma amerykański rząd). Izraelski koncern zadeklarował przeniesienie do Polski wszystkich wymaganych elementów i uruchomienie produkcji na tutejszym rynku, we współpracy z krajową zbrojeniówką. Izraelczycy zostawili polskiemu rządowi pełną swobodę w wyborze technologii, które miałyby zostać przetransferowane do polskiego przemysłu zbrojeniowego. Zadeklarowali też współpracę i merytoryczne wsparcie swoich specjalistów i inżynierów.

– Oferujemy pełen transfer technologii, która jest potrzebna, żeby uruchomić produkcję w Polsce. Transferujemy wszystkie elementy, które są potrzebne do uruchomienia linii produkcyjnych – podkreśla Avi Felder.

Izraelskiemu rządowi zależy na długofalowej współpracy wojskowej i zacieśnieniu stosunków z polskim przemysłem. Szef IMI Systems wskazuje też inne potencjalne obszary współpracy z polską zbrojeniówką.

– IMI modernizuje czołgi i transportery opancerzone. Jesteśmy w stanie zmodernizować czołg T-72, mamy odpowiednie know how, żeby to zrobić. Wspólnie z polskim przemysłem i polskimi pracownikami, którzy są bardzo wysoko wykwalifikowani, podołamy temu zadaniu. Inny potencjalny projekt to rakiety kalibru 122 mm, obecnie bardzo już przestarzałe. Wspólnie z polskimi partnerami możemy je zmodernizować. Trzeci obszar zainteresowania obu stron to produkcja nowoczesnej amunicji – wylicza Avi Felder.

PGNiG stworzyło pierwszy w Polsce inkubator dla start-upów z sektora energetyki

Łukasz Kroplewski
Łukasz Kroplewski

Korporacje i start-upy coraz częściej i chętniej podejmują współpracę. Spółka PGNiG stworzyła właśnie pierwszy w Polsce inkubator przedsiębiorczości dla młodych naukowców i innowacyjnych przedsięwzięć z sektora naftowo-gazowniczego. W zamian za wiedzę, wsparcie ekspertów i dostęp do swojego zaplecza, chce zyskać nieszablonowe pomysły i innowacje, które pomogą prześcignąć konkurencję. Do 2022 roku gazowa spółka zamierza przeznaczyć na rozwój innowacji, współpracę ze start-upami i działalność badawczą około 680 mln zł.

– Start-upy wnoszą powiew świeżości do biznesu, w którym funkcjonujemy. Ropa i gaz to rynek globalny i wbrew pozorom bardzo konkurencyjny, wszyscy gracze obserwują się nawzajem. Liczę na to, że współpraca ze start-upami pozwoli nam o krok wyprzedzać konkurencję. To główne założenie biznesowe. Jesteśmy potężną grupą, złożoną z wielu spółek. Aby się rozwijać i zwiększać swój potencjał, musimy inwestować w najnowocześniejsze technologie. Dzięki start-upom możemy je rozwijać pod swoimi skrzydłami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu PGNiG ds. rozwoju.

Współpraca korporacji i start-upów to coraz chętniej i coraz częściej rozwijany model biznesowy. Korzystają na nim obie strony: młoda, innowacyjna spółka zyskuje finansowanie i wsparcie, a duża firma dostęp do know how i najnowszych technologii, które pozwalają jej zwiększyć przewagę konkurencyjną.

W ramach takiej współpracy ciekawe pomysły chce rozwijać PGNiG. Gazowa spółka otworzyła InnVento, pierwszy w Polsce inkubator przedsiębiorczości dla młodych i innowacyjnych spółek w sektorze naftowym.

Partnerami InnVento są Izba Gospodarcza Gazownictwa, Instytut Nafty i Gazu oraz Agencja Rozwoju Przemysłu. Dzięki temu program stanowi wypadkową wiedzy i możliwości eksperckich kilku organizacji. Patronat nad przedsięwzięciem objęło Ministerstwo Energii.

– InnVento odpowiada na wyzwania, jakie stawia przed spółkami Skarbu Państwa Ministerstwo Energii w aktualnie wdrażanym dokumencie „Innowacje dla energetyki”. Patronat Ministra Energii jest dla nas bardzo ważnym wsparciem – mówi przedstawiciel PGNiG.

Projekt InnVento jest skierowany do młodych naukowców i początkujących przedsiębiorców z branży energetycznej. W ramach inkubatora uzyskają dostęp do zaplecza merytorycznego, infrastruktury technicznej, powierzchni biurowej oraz wsparcie administracyjne, m.in. z zakresu prawa i księgowości.

– Niejednokrotnie nam, dużym przedsiębiorcom, wydaję się, że mamy to, czego chcemy. Natomiast młode, kreatywne start-upy otwierają nam oczy na nasze potrzeby. Liczymy, że będą wspierały nas przy wyprzedzaniu konkurencji, która nigdy nie śpi. Dodatkowo być może w przyszłości start-upy będą budowały portfel grupy PGNiG – mówi Łukasz Kroplewski.

Największym plusem dla młodych spółek będzie pomoc w nawiązywaniu kontaktów biznesowych i znalezieniu finansowania zewnętrznego. Gazowa spółka udostępni im też dostęp do swojego zaplecza i niektórych baz danych, zapewni wsparcie mentorów, ekspertów i coachów.

– InnVento oferuje młodym naukowcom i przedsiębiorcom przestrzeń ok. 600 mkw. Możemy pomieścić tu kilkanaście start-upów. Dodatkowo zapewniamy wsparcie znakomitych specjalistów, naszą infrastrukturę i potencjał. To same korzyści – wylicza wiceprezes PGNiG Łukasz Kroplewski.

Obszary, które gazowa spółka chce rozwijać w ramach inkubatora InnVento, to m.in.: technologie wydobywcze i innowacje w wykorzystaniu gazu ziemnego, nowe źródła energii, nowe produkty i usługi dla klientów końcowych oraz ochrona środowiska w sektorze energetycznym.

InnVento, pierwszy w Polsce inkubator dla start-upów z sektora naftowego, to nie jest jedyny projekt gazowej spółki. PGNiG współtworzy też program akceleracji MIT Enterprise Forum Poland, który ma przyspieszyć komercjalizację pomysłów technologicznych. Niedawno zakończył się nabór do drugiej tury programu w ramach ścieżki dla start-upów energetycznych. Dla młodych firm z tej branży PGNiG organizował też Warsztaty Innowacyjnych Pomysłów, które są platformą współpracy, wymiany technologii i pomysłów.

– W ramach wspomnianych warsztatów oraz  MITEF, współpracujemy już z kilkoma start-upami i przedsiębiorcami. Ta współpraca daje wymierne korzyści, konkretne rezultaty. Pilotujemy, a za chwilę będziemy wdrażać te pomysły, które dotyczą obrotu detalicznego, customizacji, big data, internetu rzeczy, zagadnień bezpośrednio bądź pośrednio związanych z ropą i gazem – mówi Łukasz Kroplewski.

Na innowacje oraz działalność badawczo-rozwojową gazowy gigant zamierza przeznaczyć w latach 2017–2022 około 680 mln zł. Co roku planuje inwestować około 100 mln zł w innowacyjne projekty oraz współpracę ze start-upami.

Prognozy wzrostu PKB Polski w górę. Nieprawidłowości od NIK

Fitch koryguje prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski. NIK zgłasza nieprawidłowości w obliczeniach budżetowych. Na szczęście niewielkie. W USA rośnie bańka spekulacyjna na giełdzie.

Fitch o wzroście PKB w Polsce

Jedna z trójki największych agencji ratingowych świata podnosi perspektywę wzrostu gospodarczego dla Polski. Parametr za 2017 rok ma wynieść 3,3%. Stoi to w pewnej sprzeczności z prognozami rządu, który jeszcze niedawno zapowiadał, że osiągnięcie 4% będzie bardzo trudne, ale powinniśmy przekroczyć 3,6%. Jako główne powody wzrostu wskazywane są, jak wszędzie, odbicie w inwestycjach, rosnąca konsumpcja i poprawa na rynku pracy. Jest to wbrew pozorom dobra wiadomość dla złotówki. Skoro zagraniczne agencje wyceniają nas tak nisko, to o ile oczywiście będziemy spełniać prognozy rządu, czeka nas umacnianie rodzimej waluty.

Nieprawidłowo liczony deficyt w Polsce?

Najwyższa Izba Kontroli zwróciła uwagę na nieprawidłowości w kwalifikacji konkretnych pozycji do deficytu budżetowego. Informacja ta odbija się dość dużym echem w mediach, warto jednak zwrócić uwagę na to, co realnie się wydarzyło. Problemem są środki emerytalne, a konkretniej zakwalifikowany jako dochód wpływ z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. To co najważniejsze dla rynków, to wartości po korektach. Deficyt wzrósł z 44 na 49 mld złotych. Oznacza to, że w dalszym ciągu z zapasem zamknął się poniżej progu 3% w relacji do PKB osiągając 2,7%. Wartość ta jest tak istotna, gdyż to od niej UE może nałożyć na nas procedurę nadmiernego deficytu, co z pewnością odbiłoby się negatywnie na notowaniach złotego.

Rośnie bańka na giełdach w USA?

Dlaczego używamy słowa bańka? Jest kilka parametrów, które pozwalają analitykom oceniać czy akcje kupowane są w oparciu o wartość spółki, czy w sposób spekulacyjny. Jednym z nich jest relacja ceny do zysków. Parametr ten mówi w ile lat spółka, o ile jej zyski się nie zmienią, zarobi tyle, by spłacić samą siebie. Bez uwzględnienia wartości pieniądza w czasie, oczywiście. W tej chwili ten parametr wynosi dla głównych amerykańskich indeksów około 30 lat i ostatnio był tak wysoko w 2001 roku, czyli w roku pęknięcia bańki na tzw. dotcom-ach. Czy to oznacza, że czeka nas załamanie na giełdzie w USA? Niekoniecznie. Jeżeli zyski spółek będą rosły szybciej niż ceny, parametr ten zacznie się urealniać. Jeżeli jednak wciąż ceny będą rosły szybciej, ktoś w końcu powie “sprawdzam”. Jak zareagują na to rynki walutowe? Jeżeli giełda w USA będzie mieć problemy, z pewnością dostanie się walutom krajów rozwijających się, w tym złotemu. Czy to zła wiadomość dla dolara? Niekoniecznie. W sytuacji, gdy FED już teraz podnosi stopy procentowe, może się okazać, że alternatywą dla amerykańskiego rynku akcji są amerykańskie obligacje. Dodatkowo rosnące stopy procentowe zwiększają atrakcyjność bezpiecznych inwestycji, co powinno skłaniać część inwestorów do bezpiecznych form oszczędzania.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Zmiany unijnych przepisów o delegowaniu ciosem dla polskiego eksportu w budownictwie

Polskie firmy budowlane i branż pokrewnych realizują szereg usług poza granicami kraju – od budowy mieszkań, dróg i obiektów hydrotechnicznych, przez montaż magazynów, fabryk i linii produkcyjnych, renowację zabytków i usługi instalacyjne aż po budowę statków i elektrowni atomowych. Już niedługo. Zmiany w unijnej dyrektywie o delegowaniu pracowników sprawią, że ich usługi staną się za granicą niekonkurencyjne.

Polskie usługi budowlane doceniane za granicą

Jak podaje Korporacja Przedsiębiorców Budowlanych UNI-BUD, nasze firmy od lat są cenionymi partnerami w krajach UE i EOG realizując prestiżowe projekty z zakresu budownictwa mieszkaniowego, użyteczności publicznej czy infrastrukturalnego.

– Dla ponad 90% firm zrzeszonych w UNI-BUD transgraniczne świadczenie usług to ważna część działalności – podkreśla Barbara Reduch-Widelska, Prezes Zarządu Korporacji Przedsiębiorców Budowlanych UNI-BUD, od ponad 25 lat wspierającej polskie firmy, działające w szeroko rozumianej branży budowlanej.

Będąc generalnymi wykonawcami lub podwykonawcami firm lokalnych, rodzime przedsiębiorstwa budują domy, biurowce, hotele, stadiony, magazyny, drogi, mosty, tunele, obiekty hydrotechniczne, energetyczne i wiele innych. Świadczą również usługi specjalistyczne jak prace elektryczne, instalacyjne, stoczniowe, izolacyjne, konserwacja zabytków, prace remontowe, usługi sprzętowe, montażowe, relokacja linii produkcyjnych z jednego kraju do innego, usługi dla przemysłu stoczniowego czy specjalistyczne prace wysokościowe.

Polskie firmy w znacznej mierze realizują zaawansowane usługi, wymagające doświadczenia, dyspozycyjności oraz wysokich kwalifikacji pracowników. Przykładem takich robót może być budowa i renowacja farm wiatrowych czy elektrowni. Bardzo często na lokalnych rynkach europejskich zainteresowanie ofertą polskich firm jest duże z uwagi na deficyt specjalistów o wymaganych kwalifikacjach.

Śmiertelne zagrożenie ze strony unijnych przepisów

Komisja Europejska i Parlament Europejski pracują obecnie nad nowelizacją dyrektywy o delegowaniu. Według jej założeń wszystkie przedsiębiorstwa, które będą wysyłać swoich pracowników za granicę będą musiały naliczać ich wynagrodzenia według wszystkich zasad prawa państwa, na terenie którego wykonywana jest praca.

– Nie chodzi o to, że polscy pracodawcy nie chcą lepiej płacić swoim pracownikom – tłumaczy Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy, największego w Europie think-tanku zajmującego się mobilnością i delegowaniem pracowników – tym bardziej że po uchwaleniu dyrektywy w większości przypadków wynagrodzenia wcale nie zwiększą się. Chodzi o to, że jego prawidłowe naliczanie stanie się ogromnie skomplikowane, co podwyższy ryzyko i koszty związane z delegowaniem pracowników. A te, według najnowszych badań już obecnie są bardzo wysokie. Niestety duża ich część nie trafia do rąk pracowników, ale przeznaczana jest na pokrycie kosztów związanych z biurokracją i wymogami administracyjnymi wprowadzanymi przez państwa przyjmujące. Za niedostosowanie się do nich  grożą kary sięgające nawet 500 tys. Euro.

Drugą bolesną kwestią będzie ograniczenie czasu delegowania. Dotąd była mowa najczęściej o 24 miesiącach, obecnie Francja i Niemcy postulują skrócenie tego okresu do jednego roku. – Wyobraźmy sobie firmę budowlaną, która ma wieloletni kontrakt na prace renowacyjne i utrzymaniowe w kilku elektrowniach w Finlandii. Jej pracownicy będą się w trakcie trwania kontraktu wielokrotnie się zastępować. Według nowych przepisów będzie to postrzegane jako kontynuacja pracy na tym samym stanowisku i po łącznym przekroczeniu ustalonej liczby miesięcy każdy kolejny wysłany pracownik będzie traktowany tak, jakby był na stałe zatrudniony w Finlandii ze wszystkimi tego konsekwencjami.

– Jeśli delegowanie pracowników stanie się drogie i ograniczone w czasie, polskie firmy będą zmuszone do przenoszenia swojej działalności za granicę. Z badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie przez dra Benio wynika, że delegowanie polskich specjalistów za granicę już teraz generuje blisko 30% dodatkowych kosztów, co w powiązaniu z nowymi obciążeniami wynikającymi ze zmiany dyrektywy spowoduje, że eksport usług z Polski przestanie być opłacalny – komentuje Stefan Schwarz.

Równocześnie z pracami nad nową dyrektywą, niektóre państwa członkowskie już dziś wprowadzają przepisy, których celem jest nieuczciwa i sprzeczna z unijnymi zasadami ochrona swoich rynków. Pod koniec kwietnia szwedzki parlament przyjął ustawę, która pozwoli związkom zawodowym na blokowanie firm z innych krajów UE, jeśli nie podpiszą one lokalnych umów zbiorowych. Problemem jest także fakt, że w Szwecji nie ma dostępnej dla zagranicznych pracodawców listy powszechnie obowiązujących układów zbiorowych, a każdy taki układ będzie ich obowiązywał. Także Francja i jej samorządy wprowadzają coraz bardziej pomysłowe bariery. Przykładem jest chociażby słynna klauzula Moliera, zgodnie z którą pracownicy niemówiący po francusku nie mogą pracować na budowach, które są realizowane z pieniędzy publicznych w czterech regionach Francji, czy też opłata 40 euro, którą od stycznia przyszłego roku będzie trzeba wnieść za każdego pracownika delegowanego do Francji.

– Wszyscy wiedzą, że te przepisy są niezgodne z prawem unijnym. Zanim jednak interwencje Komisji Europejskiej przyniosą skutek mijają miesiące, a czasem lata. W tym czasie polskie firmy tracą kontrakty, a ich pracownicy zatrudnienie – komentuje Stefan Schwarz.

Konsekwencje dla branży

Wiele firm świadczących usługi na terenie innych krajów unijnych będzie miała trudności z utrzymaniem się na rynku.

– Oceniamy, że na unijnym rynku utrzyma się jedynie 30-40% firm z szeroko rozumianego sektora budowlanego i branż pokrewnych. Reszta albo upadnie, albo przeniesie się za granicę. To oznacza, że większość ich polskich pracowników straci pracę. Część będzie pracować w polskich firmach, ale ich składki na ubezpieczenia społeczne i podatki będą zasilać budżety innych państw – komentuje Barbara Reduch-Widelska. Niestety większość gorzej wykwalifikowanych pracowników straci dobrze opłacaną pracę za granicą i pozostanie bezrobotna, co dodatkowo obciąży polski budżet.

Ta ostatnia kwestia jest szczególnie mocno podkreślana przez UNI-BUD. W opracowanych przez organizację „Uwagach do projektu dyrektywy” czytamy: „Należy głośno mówić o problemach, które do tej pory były marginalizowane i przemilczane. Krajom tzw. ”starej UE” chodzi przede wszystkim o to, aby za pracowników, którzy są delegowani do krajów takich jak Niemcy, Francja, czy Belgia, wszystkie składki i podatki były płacone do ich kas.”

– Nie może zostać niezauważony fakt, że polscy pracodawcy delegujący pracowników do innych krajów UE ponoszą dodatkowe koszty takie jak zakwaterowanie, wyżywienie, transport, pomoc organizacyjna, dodatkowe ubezpieczenia, ustalanie właściwego ustawodawstwa, etc. szacowane na 30-35% ogółu kosztów usługi. Porównanie łącznych kosztów pracy pracownika delegowanego z Polski do łącznych kosztów pracy pracownika lokalnego podważają obiegowe opinie o rzekomym dumpingu socjalnym i nieuczciwej konkurencji ze strony polskich firm, podkreśla Barbara Reduch-Widelska.

Przedsiębiorcy zrzeszeni w organizacji podkreślają, że pracownik musi mieć możliwość wyboru państwa, w którym chce być ubezpieczony i z jakim systemem zabezpieczenia społecznego chce być związany i to właśnie w ten sposób należy rozumieć swobodny przepływ pracowników i jednolity rynek UE.

Słowa na razie wystarczą

Rynkowa wycena przyszłego tempa zacieśniania przez Fed jest cały czas niewystarczająca. pomimo jastrzębiego wydźwięku ostatniego posiedzenia, w perspektywie końca 2018 roku rynek wycenia o dwie podwyżki mniej niż sugerują to decydenci a na 2019 nie dyskontuje w zasadzie nic.

Sprawia to, że rynek stopy ma gigantyczną przestrzeń do reakcji na bodźce pochodzące od władz monetarnych, z gospodarki, czy ewentualnie ze strony administracji Trumpa. Przestrzeń do spadków dochodowości długu z każdego z tych powodów jest bardzo ograniczona. Pozycja spekulacyjna na USD również jest bardzo niska, co stwarza znaczne pole do silnego odreagowania.

Warto tu przywołać przebieg wczorajszej sesji: dolar pod wpływem komentarzy Wiliama Dudleya z Fed rozpoczął umocnienie a rentowność benchmarkowych dziesięciolatek odbiła w kierunku 2,20 proc. Widać po tym wyraźnie, że przedstawiciele władz monetarnych ponownie mają moc by wpływać swoimi słowami na rynek. Już o 9:15 polskiego czasu przemawia Stanley Fischer – poglądy wiceprezesa Fed zawsze są bacznie obserwowane i są swoistym wyznacznikiem opinii bardziej jastrzębich członków FOMC. Dlatego też należy śledzić, czy padną słowa o terminie rozpoczęcia procesu ograniczania sumy bilansowej.

Perspektywa powolnego kurczenia się bilansu Fed będzie szczególnie niebezpieczna dla walut oferujących wysokie realne stopy procentowe (high yielders, czyli waluty gospodarek wschodzących oraz surowcowe z grona G-10)– w poprzednich latach występował ewidentny związek pomiędzy przepływami typowymi carry tradingu a nadwyżką płynności wynikającą z polityki banków centralnych. Ograniczenie sumy bilansowej, czyli odwracanie wcześniejszego skupu aktywów to przecież instrument, po który jeszcze nigdy nie sięgano. Przywołać można w tym kontekście moment, w którym Fed zmierzał ku rozpoczęciu wygaszania tempa skupu aktywów. Tzw. taper tantrum to okres silnych rynkowych turbulencji, w tym: wzrostu rentowności długu USA i umocnienia amerykańskiej waluty, zwłaszcza do walut emerging markets. Może to pokazywać, że rynek zmuszony do wyceny wpływu nowego, nieznanego bodźca ma tendencję to zbyt mocnego dyskontowania jego wpływu (tzw. overshooting). Jednocześnie warto podkreślić, że wtedy słowa Bernanke zaskoczyły rynek, Yellen natomiast oswaja inwestorów z tą perspektywą.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Nowa dywersyfikacja

Wall Street świętuje wzrost akcji spółek technologicznych po ostatnim spadku i notuje nowe wzrosty na Dow Jones i S&P500. Oznacza to, że poziom zmienności utrzymuje się nadal na rekordowo niskim poziomie. MSCI ma wiele funduszy notowanych na giełdzie, które są dosyć stabilne i pewne. Jeden z nich, szczególnie ważny dla rynków wschodzących, stanie dziś przed poważną decyzją. Pytanie jest proste: czy dodać akcje z Chin kontynentalnych do indeksu. Chińskie akcje dobrze się ostatnio sprawdzały, więc dodanie ich do puli w celu dywersyfikacji można uznać za dobry znak.

BTC_20_06_2017EEM_20_06_2017NSDQ100_SPX500_DJ30_20_06_2017Zmienność_SP500_20_06_2017Chińskie akcje mają jednak swoje sposoby komunikacji z rządem, który ma tendencję do wywierania nacisku na firmy. Są także narażeni na ryzyko walutowe związane z Renminbi. Macy Ma, chiński analityk eToro wspomina: „Myślę, że dodanie tych akcji nie jest dobrą decyzją dla MSCI. Może się to okazać dobre na krótką metę, ale spowoduje, że cały indeks będzie ryzykowny dla inwestorów długoterminowych”.

Dyskusja tocząca się wokół Bitcoina osiąga punkt kulminacyjny. Porozumienie z Nowego Jorku zdobyło kamień milowy dla 70% górników, którzy zgodzili się na jego wdrożenie. Po osiągnięciu 80% konsensusu protokół będzie gotowy, jednocześnie wchodząc w życie. Pomysł jest podobny do rozwiązania SegWit, który został niedawno wdrożony w firmie Litecoin. Miejmy nadzieję, że będzie on wystarczająco silny, aby przetwarzać od 8 000 do 10 000 transakcji przypadających na jeden blok w łańcuchu.

Jeżeli tak się stanie, to dobrą wiadomością jest, że hard fork nie ma wpływu na zwykłych użytkowników Bitcoina. Bitcoin, który znamy dzisiaj, będzie nadal istnieć na normalnych warunkach, a każdy górnik, który nie zasygnalizuje segwit2x, zostanie usunięty z sieci. Cena Bitcoina zareagował na tę nowinę przyzwoicie idąc dziś w górę. Jeśli zobaczymy przełom na poziomie 2700 dolarów, z pewnością zaobserwujemy nową falę zainteresowania zarówno nowych, jak i starych inwestorów.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Dane z GUS mogą wesprzeć złotego

Publikowane dziś przez GUS dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej mogą wesprzeć złotego, ale nie zmienią oczekiwań co do działań RPP i nie przesądzą o losach złotego w najbliższych tygodniach.

We wtorek rano złoty stabilizuje się w relacji do głównych walut, po tym jak wczoraj osłabił się on do nich. O godzinie 09:11 kurs EUR/PLN testował poziom EUR/PLN 4,2161 zł, CHF/PLN 3,8763 zł, USD/PLN 3,7810 zł, a GBP/PLN 4,8215 zł. Finalnie złoty może jednak zamknąć dzień umocnieniem, wsparty przez prawdopodobne dobre dane z polskiej gospodarki i utrzymujące się pozytywne nastroje na rynkach globalnych.

Wydarzeniem dnia na krajowym rynku walutowym będą publikowane przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) o godzinie 14:00 majowe raporty o produkcji przemysłowej (prognoza: 8,5 proc. R/R), sprzedaży detalicznej (prognoza: 9,05 proc. R/R) i inflacji producenckiej (prognoza: 2,9 proc. R/R) w Polsce. Z uwagi na większą liczbę dni roboczych w maju, dane o produkcji i sprzedaży najprawdopodobniej będą lepsze niż wskazuje na to rynkowy konsensus. Nie jest wykluczone, że wyniki będą dwucyfrowe. Oczekuję, że sprzedaż wzrośnie o 10,2 proc., a produkcja przemysłowa będzie na granicy 10 proc.

Mocne wyniki sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej mają szanse dziś wesprzeć złotego, ale nie wpłyną na zmianę oczekiwań co do terminu przyszłych zmian stóp procentowych w Polsce. Te są bardzo mocno zakorzenione. W dalszym ciągu rynkowy konsensus będzie wskazywał, że na taki krok RPP zdecyduje się dopiero w III kwartale 2018 roku. A najprawdopodobniej zrobi to jeszcze później. Wydaje się, że już wkrótce, gdy inflacja pozostanie niska, inwestorzy pójdą śladem wygłaszanych od kilku miesięcy sugestii przez prezesa Glapińskiego i zaczną oczekiwać podwyżki kosztu pieniądza dopiero w 2019 roku.

Opisane raporty są głównym wydarzeniem dnia na krajowym rynku walutowym, który ponadto będzie jeszcze reagował na impulsy globalne. Zwłaszcza na zachowanie EUR/USD. Wczoraj to właśnie spadek tej pary przesądził o osłabieniu złotego (i innych walut regionu), pomimo bardzo dobrych danych o płacach w Polsce (najwyższy wzrost od 6 lat), czy utrzymujących się dobrych nastrojów na rynkach globalnych, które były wspierane przez niedzielne wyniki wyborów parlamentarnych we Francji. Dalsza przecena EUR/USD mogłaby dziś zniwelować potencjalnie pozytywny wpływ danych z Polski, przesuwając ciężar uwagi rynków w kierunku kontynuującego zaostrzanie polityki monetarnej Fed-u, co w przyszłości musi się odbić na kondycji rynków wschodzących.

To wspomniane ryzyko związane z polityką Fed-u dostrzegalne jest już w notowaniach polskich par. Układ sił na wykresach EUR/PLN, USD/PLN i CHF/PLN wskazuje, że półroczny trend spadkowy został definitywnie zakończony, a obecnie rozpoczęła się korekta tego ruchu. Jej celem są okolice 4,25 zł dla euro, 3,93 zł dla franka i 3,84 zł dla dolara. Znajduje to pełne uzasadnienie w sytuacji fundamentalnej, gdyż wszystkie pozytywne wieści, zarówno te z krajowej, jak i globalnej gospodarki, są już zawarte w cenach. Jednocześnie brakuje nowego paliwa do aprecjacji złotego, a za horyzontem czają się potencjalne ryzyka (polityka Fed, Chiny, zmiana polityki przez inne banki centralne)

Sprawą otwartą pozostaje natomiast przyszłe zachowanie GBP/PLN. W czerwcu spadki zostały powstrzymane poniżej poziomu 4,73 zł, skąd rozpoczęła się wzrostowa korekta. Jednak na gruncie analizy wykresu, dopiero wybicie powyżej strefy oporu 4,8550-4,8600 zł, będzie definitywnym potwierdzeniem zmiany tendencji ze spadkowej na wzrostową. W praktyce natomiast o losach funta zdecydują oczekiwania co do wyników negocjacji ws. brexitu.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Wydatki na badania laboratoryjne poprawią efektywność polskiej służby zdrowia

Choroby układu krążenia to główna przyczyna zgonów w Polsce, a cukrzyca – uznawana za chorobę cywilizacyjną – dotyka coraz większej liczby Polaków. Im bardziej zaawansowane stadium choroby, tym wyższe są koszty leczenia. Jak wynika z raportu „Medycyna laboratoryjna w Polsce – efektywność kosztowa”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy z Izbą Producentów i Dystrybutorów Diagnostyki Laboratoryjnej (IPDDL), w przypadku osób w stanie przedcukrzycowym roczny koszt leczenia oszacowano na 5 zł w porównaniu do 9 269 zł w stadium cukrzycy z powikłaniami. To oznacza, że dla efektywności systemu służby zdrowia, a także lepszego samopoczucia pacjentów bardziej opłacalne jest wykrywanie i leczenie chorób we wczesnym stadium ich rozwoju. Jest to możliwe dzięki wykorzystaniu w większym stopniu niż dotychczas laboratoryjnych badań diagnostycznych. Takie podejście oznacza również znaczne oszczędności dla budżetu NFZ.

„Raport „Medycyna laboratoryjna w Polsce – efektywność kosztowa” prezentuje wyniki ponad dwuletnich prac firmy doradczej Deloitte oraz IPDDL i z kilku powodów jest unikalny na rynku polskim i światowym. Jest interdyscyplinarny (łączy wiedzę medyczną i ekonomiczną), wykorzystuje wiele źródeł informacji i danych, stosuje konserwatywne podejście do szacunków oraz zawiera analizę diagnostyki laboratoryjnej dla pięciu chorób, a dla dwóch z nich prezentuje modele ekonometryczne i analizę efektywności kosztowej” – mówi Andrzej Banaszkiewicz, Prezes Izby Producentów i Dystrybutorów Diagnostyki Laboratoryjnej. Do analizy wybrano choroby, w których laboratoryjne badania diagnostyczne odgrywają duże znaczenie na etapie wykrywania i monitorowania postępów leczenia (ryzyko chorób układu krążenia, WZW typu B i C, zakażenia górnych dróg oddechowych, przewlekła choroba nerek – PCHN, cukrzyca).

Na wyroby medyczne do diagnostyki in vitro (w tym laboratoryjne badania diagnostyczne) wydajemy mniej niż Czesi i Słowacy

Choć w latach 2014-15 tempo wzrostu wydatków na wyroby medyczne do diagnostyki laboratoryjnej i samokontroli (IVD) uległo w Polsce wyraźnemu przyspieszeniu, to ich poziom (8,5 euro/per capita) należy do najniższych w Europie. Małe wydatki odzwierciedlają niski poziom rozwoju Polski na tle innych krajów, gdyż stanowią 0,78 promila PKB (a więc więcej, niż średnio w „starej” UE-15: 0,72 promila PKB). Jednakże na przykład Czechy i Słowacja wydają więcej niż Polska nie tylko nominalnie, ale także w relacji do PKB (ponad 1 promil PKB). „Przekonanie, że zwiększanie liczby badań sprzyja diagnozowaniu chorób w mniej zaawansowanych stadiach i w ten sposób wpływa na obniżanie kosztów leczenia, poparte jest licznymi opracowaniami medycznymi. Weryfikacja powyższego przekonania zgodnie z wymogami naukowymi była w przeszłości utrudniona m.in. z powodu ograniczenia dostępności danych i deficytu metodologii. Nam udało się pokonać te przeszkody” – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska, współautor raportu, ekonomistka Deloitte.

W raporcie skoncentrowano się na 17 badaniach laboratoryjnych służących do diagnozowania 5 wybranych chorób. W większości analizowanych badań w latach 2012-15 zaobserwowano trend wzrostowy. Poprawie uległy też wskaźniki powszechności badań, a więc ich liczby w relacji do liczby pacjentów lub liczby udzielonych im porad. Dane z Czech wskazują jednak na znacznie bardziej intensywne wykorzystywanie badań laboratoryjnych w diagnostyce i leczeniu wybranych chorób. I tak, częstotliwość badań ryzyka schorzeń sercowo-naczyniowych na tysiąc ubezpieczonych jest 2-3-krotnie wyższa niż w Polsce. Oznaczeń ALT i HBsAg (badania wątroby i zakażenia wątroby wirusem HBV) na tysiąc ubezpieczonych wykonuje się tam 4-5-krotnie więcej niż w Polsce. W Czechach wymaz z antybiogramem przeprowadza się niemal u każdego chorego, bez względu na wiek i charakter infekcji, a to oznacza ponad tysiąc badań na tysiąc zakażeń gardła i migdałków, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten wynosi jedynie 70. W Czechach wykonuje się 2-3-krotnie więcej badań kreatyniny w przeliczeniu na 1000 ubezpieczonych, a badań albuminy w moczu – niezbędnej do diagnozowania razem z kreatyniną I-II stadium PCHN – prawie 12 razy więcej niż w Polsce. Oznaczeń glukozy w przeliczeniu na 1000 ubezpieczonych wykonuje się w Czechach ponad 3-krotnie więcej niż w Polsce. Częściej też u chorych na cukrzycę monitoruje się skuteczność jej leczenia (poprzez oznaczanie poziomu hemoglobiny glikowanej).

Koszty leczenia rosną wraz z zaawansowaniem choroby

Z raportu wynika, że w Polsce największe deficyty w badaniach laboratoryjnych występują w diagnozowaniu zagrożenia chorobami układu krążenia (m.in. oznaczanie lipidogramu), potencjalnie zarażonych żółtaczką typu B i C, którzy powinni być wychwytywani w placówkach POZ (podstawowa opieka zdrowotna), w monitorowaniu leczenia cukrzycy w POZ za pomocą hemoglobiny glikowanej, czy osób z chorobami nerek. Powszechność badań jest mocno zróżnicowana pomiędzy województwami: rozbieżności we wskaźnikach w ramach POZ pomiędzy skrajnymi grupami województw wynoszą od blisko dwóch do czterech razy, a w ramach AOS (ambulatoryjna opieka specjalistyczna) – od blisko dwóch do 32 razy. „Najwięcej badań laboratoryjnych w przeliczeniu na pacjentów POZ realizuje się w województwie dolnośląskim i wielkopolskim oraz zachodniopomorskim, a najmniej w województwie podkarpackim i kujawsko-pomorskim. Z kolei w województwie wielkopolskim i zachodniopomorskim oraz łódzkim wykonuje się relatywnie najmniej badań w ramach AOS. Liderami pod tym względem są województwa mazowieckie i lubelskie” – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska.

Im bardziej zaawansowane stadium choroby, tym koszty leczenia pacjenta są wyższe. Jak wynika z analizy zawartej w raporcie średni roczny koszt leczenia chorego na przewlekłą chorobę nerek (PCHN) w I-III stadium wynosi 120-138 zł w porównaniu do 1 937 zł w IV stadium i 35 799 zł w V stadium (prawie 300-krotna różnica pomiędzy I a V stadium). To oznacza, że dla efektywności systemu służby zdrowia bardziej opłacalne jest wykrywanie i leczenie chorób w ich wczesnym stadium rozwoju. Eksperci Deloitte udowodnili, że im większa liczba badań, tym choroba diagnozowana jest we wcześniejszych stanach generujących niższe koszty leczenia – wzrost liczby badań kreatyniny w powiązaniu z albuminą o 25 proc. prowadziłby do powstawania oszczędności dla NFZ z tytułu leczenia PCHN rzędu 93-197 mln zł rocznie od 10. roku. Oznacza to, że w rachunku skumulowanym, licząc od chwili zwiększenia liczby badań, oszczędności dla NFZ pojawiłyby się po 9 latach i rosły z każdym kolejnym rokiem. Suma ta stanowi 5-9 proc. rocznych kosztów leczenia, już po uwzględnieniu wydatków na zwiększoną liczbę laboratoryjne ch badań diagnostycznych.

W przypadku cukrzycy roczny koszt leczenia oszacowano na 5 zł w stanie przedcukrzycowym w porównaniu do 9 269 zł w stadium cukrzycy z powikłaniami (ponad 1800-krotna różnica). Analiza efektywności kosztowej dowiodła, że przy zwiększeniu liczby badań glukozy o 25 proc., oszczędności NFZ z tytułu kosztów leczenia cukrzycy rosłyby stopniowo w ciągu 6 lat do blisko 0,5 mld zł rocznie. Oznacza to, że w rachunku skumulowanym, licząc od chwili zwiększenia liczby badań, oszczędności dla NFZ pojawiłyby się już po 2 latach i rosły z każdym kolejnym rokiem. Suma ta stanowi 11 proc. rocznych kosztów leczenia cukrzycy, już po uwzględnieniu wydatków na zwiększoną liczbę laboratoryjnych badań diagnostycznych. Uwzględnienie dodatkowo kosztów pośrednich cukrzycy, wynikających z obniżonej produktywności chorych, zwiększa łączne korzyści dla gospodarki do ponad 0,8 mld zł rocznie. „Wykazane przez nas oszczędności nabierają znaczenia makroekonomicznego dla finansów publicznych i gospodarki ogółem, nie wspominając już o korzyściach społecznych dla pacjentów i ich rodzin. Zintensyfikowanie prewencyjnej diagnostyki dla innych jednostek chorobowych przy wykorzystaniu analizy efektywności kosztowej powinno kształtować politykę zdrowotną w perspektywie średnio- i długofalowej, czyli najbliższych kilkunastu lat” – mówi ekspert Deloitte.

Niezbędne są zmiany systemowe

Zwiększanie liczby badań kreatyniny i glukozy przy obecnym modelu stosowania medycznej diagnostyki laboratoryjnej może poprawić wykrywalność odpowiednio PCHN czy cukrzycy tylko do pewnego stopnia. „Dlatego niezbędne są zmiany systemowe, które w większym stopniu motywowałyby personel medyczny do systematycznego stosowania diagnostyki prewencyjnej, zwłaszcza w ośrodkach POZ. Niezbędne jest też stworzenie procedur objęcia badaniami przesiewowymi osób z grup ryzyka, które obecnie znajdują się poza zasięgiem stałej opieki zdrowotnej oraz ustalenie jasnych i powszechnych procedur kierowania pacjentów na badania w POZ, a w razie konieczności do specjalisty. Przejście z medycyny naprawczej do systemowych działań profilaktycznych jest kluczem do poprawy efektywnego wykorzystywania nakładów na ochronę zdrowia” – mówi Józef L. Jakubiec, Dyrektor Generalny Izby Producentów i Dystrybutorów Diagnostyki Laboratoryjnej.

Praca nad raportem i konsultacje ekspertów ukazały znaczące braki w jakości i dostępności danych statystycznych niezbędnych do prowadzenia analiz efektywności kosztowej. Dane te powinny być rygorystycznie zbierane na poziomie POZ, AOS i szpitali, konsolidowane w wojewódzkich oddziałach NFZ, weryfikowane w centrali funduszu i regularnie publikowane przez Ministerstwo Zdrowia. „Większa transparentność w dostępie do publicznych danych przyczyniałaby się do interdyscyplinarnych badań i upubliczniania analiz, co pozwoliłoby efektywniej wykorzystywać ograniczone środki publiczne na politykę zdrowotną, która wraz ze starzeniem się społeczeństwa wymagać będzie coraz większych nakładów finansowych” – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 20.06.2017

Już od kilkunastu dni para walutowa AUD/USD znajduje się w mocnym trendzie wzrostowym. Według analizy technicznej mogliśmy spodziewać się odreagowania, ale ono przerodziło się w mocny impuls wzrostowy. Czy obecne wzrosty potrwają wiecznie? Według analizy międzyrynkowej niekoniecznie. Eksport australijski opiera się w głównej mierze na metalach przemysłowych, a w szczególności na rudzie żelaza. Spadek notowań rudy żelaza oraz innych metali przemysłowych negatywnie wpływa na walutę australijską.

Bloomberg industrial metals subindex (żółty), ruda żelaza (biały), AUD/USD (pomarańczowy)

Bloomberg industrial metals subindex (żółty), ruda żelaza (biały), AUD/USD (pomarańczowy)

Źródło: Bloomberg

Obecna sytuacja na metalach przemysłowych nie wygląda zbyt najlepiej. Na powyższym wykresie zobrazowano notowania rudy żelaza (linia biała), metali przemysłowych (indeks Bloomberga, kolor żółty) na tle dolara australijskiego (pomarańczowy). Jak widać 31 maja została rozerwana korelacja pomiędzy surowcami przemysłowymi, a notowaniami pary walutowej AUD/USD.

W związku z tym spodziewam się powrotu korelacji i wyprzedaż dolara australijskiego. Niemniej jednak na wykresie dziennym nie otrzymaliśmy jeszcze potwierdzenia takiego scenariusza. Należy wstrzymać się na ewentualną dywergencję na oscylatorze stochastycznym, która w przeciągu kilku następnych dni powinna zwiększyć prawdopodobieństw powrotu do wyprzedaży AUD.

Notowania AUD/USD, interwał dzienny

Notowania AUD/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Ponadto na wykresie dziennym musi zostać pokonana strefa wsparcia 0.754-0.756. Dopiero po tym powinniśmy zobaczyć większą presję podażową. Po pokonaniu wcześniej wspomnianego wsparcia nedźwiedzie otworzą sobie drogę w okolicę poziomu 0.734, po czym mogą zmierzać nawet w okolicę poziomu 0.72.

Złoto

Od niemal lutego notowania złota poruszają się w kanale wzrostowym. Aktualnie trwa korekta ostatnich wzrostów, która powinna znieść notowania w okolicę dolnej bandy kanału wzrostowego oraz wsparcia 1240 USD za uncję złota.

Notowania złota, interwal dzienny

Notowania złota, interwal dzienny

Źródło: Admiral Markets

Z technicznego punktu widzenia został również utworzony podwójny szczyt, który sygnalizuje dalsze spadki. Osoby patrzące tylko na jeden rodzaj analizy mogą być przekonane, iż notowania powinny zmierzać dalej na południe i pokonać wcześniej wspomniane wsparcia.

Aczkolwiek analiza międzyrynkowa w dalszym ciągu potwierdza kierunek północny.

Rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich (odwrócona, biały), notowania złota (żółty)

Rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich (odwrócona, biały), notowania złota (żółty)

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zobrazowano rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich (odwrócona) oraz notowania złota. Linia biała, rentowność obligacji została odwrócona, czyli obecna wartość została podzielona przez 1. Dzięki temu widać zachodzącą korelację pomiędzy tymi instrumentami. W ostatnim czasie złoto została solidnie przecenione, natomiast rentowność obligacji spadła (wzrosła jej cena). Dalszy spadek rentowności obligacji powinien zmienić nastawienie inwestorów do rynku metali szlachetnych. Na platformie MT4, zamiast rentowności obligacji można śledzić jej cenę. Wzrost notowań powinien pozytywnie wpłynąć na cenę złota.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Długa konsolidacja na AUD/USD

Wyraźne wzrosty zagościły w poniedziałek na amerykańskich rynkach akcyjnych. Również i w Polsce giełda otworzyła się wysoko, kończąc dzień na plusie. Nieco gorsze nastroje panowały na rynku ropy.


Ceny ropy zakończyły wczorajszą sesję na minusie, z wynikiem bliskim 1%. Inwestorzy są przekonani, iż rosnące wydobycie w USA czy też Libii i Nigerii niweluje efekty cięć w wydobyciu, jakich dokonały państwa OPEC. Tymczasem na rynku walutowym dolar amerykański znajdował się w ofensywie. Z głównych walut najwięcej zyskiwał względem jena japońskiego – ponad 0.6%. Największy opór USD stawiał jednak dolar kanadyjski, który stracił wczoraj jedynie 0.02%.

Wtorkowy poranek rozpoczęliśmy doniesieniami z Australii, gdzie lokalny bank centralny(RBA) opublikował raport z posiedzenia. Jeszcze dziś rano na inwestorów czekają wypowiedzi dwóch ważnych przedstawicieli świata polityki monetarnej. Najpierw przemawiać będzie prezes Banku Anglii, natomiast ponad godzinę później, o 10:45, przemawiać będzie szef Narodowego Banku Szwajcarskiego. Z Polski napłyną natomiast dane o produkcji przemysłowej i budowlanej.

Długa konsolidacja na AUD/USD 8

Tymczasem dolar australijski ciągle porusza się w konsolidacji, która ciągnie się przynajmniej od maja 2016. Rynek próbuje przejść teraz stopień wyżej, korzystając z faktu, iż nie udało się niedźwiedziom trwale zepchnąć AUD poniżej bariery 0.75. Wskaźnik RSI aktualnie wspiera grających na zwyżkę. Jednak już na 0.77 czeka opór. Wsparcia można szukać w rejonie 0.7440-0.75.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Blogerzy i opnie znajomych mają coraz większy wpływ na to, co kupujemy. Tradycyjne reklamy tracą na znaczeniu

Blogerzy i opnie znajomych mają coraz większy wpływ na to, co kupujemy. Tradycyjne reklamy tracą na znaczeniu 9

Reklama ma coraz mniejsze znaczenie w komunikacji sprzedażowej, ważniejsza staje się komunikacja bezpośrednia i opinia najbliższych – wynika z badania „Niecodzienne decyzje zakupowe Polaków”. Bardziej świadomie do zakupów podchodzą przede wszystkim osoby młode. Ufamy przede wszystkim rodzinie i znajomym, blogerom i vlogerom. Reklamy telewizyjne, internetowe i outdoorowe uznajemy za niewiarygodne i mało rzetelne. W epoce fake newsów i post-prawdy duże znaczenie mają mikroinfluencerzy. Skupiamy się na naszym najbliższym otoczeniu – podkreśla Adam Sanocki, prezes Attention Marketing.

– Attention Marketing Research, czyli badacze PMR oraz konsultanci Attention Marketing, zbadali, w jaki sposób Polacy podejmują niecodzienne decyzje zakupowe. Czterech na pięciu Polaków szuka informacji na temat produktów i usług niecodziennych, czyli takich które wykraczają poza schemat dnia codziennego, jak np. zakup samochodu, gramofonu, telewizora. Im młodszy, bardziej zamożny i mieszkający w większym mieście Polak, tym większą uwagę poświęca na poszukiwanie informacji na temat produktów i usług – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Sanocki, prezes zarządu Attention Marketing.

Z badania „Niecodzienne decyzje zakupowe Polaków” przeprowadzonego przez Attention Marketing Research wynika, że 78 proc. osób przed zakupem niecodziennego produktu lub usługi ma w zwyczaju zbierać informacje na ich temat. Im młodsi, lepiej wykształceni i bardziej zamożni klienci, tym częściej samodzielnie szukają informacji o produktach czy usługach.

– Największe zaufanie mimo czasu, jaki spędzamy w sieci, mamy do rodziny oraz przyjaciół. Ponad 60 proc. respondentów wskazało, że podejmując niecodzienne decyzje zakupowe, najbardziej ufa rodzinie i przyjaciołom – podkreśla Sanocki.

Rodzina jest najbardziej wiarygodnym i rzetelnym źródłem informacji dla 41 proc. badanych (dla 25 proc. raczej wiarygodną). Nieco mniej osób za takie źródło wskazuje znajomych (odpowiednio 25 i 31 proc.).

– Z drugiej strony szukamy także informacji w sieci. Tutaj również znajomi są pomocni, natomiast nie ufamy tak bardzo znajomym na przykład na Facebooku, jak tym ze świata realnego – zauważa ekspert..

Znacznie niżej oceniania jest wiarygodność odpowiedzi udzielanych przez znajomych na pytania zadane na Facebooku. Jedynie 8 proc. konsumentów uznało je za bardzo wiarygodne, a 21 proc. – za raczej wiarygodne, 43 proc. – za zupełnie, lub raczej niewiarygodne.

– Vlogi i blogi cieszą się umiarkowaną popularnością. Jeżeli chodzi o informacje od osób nam nieznajomych, największą wagę przywiązujemy do komentarzy pod produktami, usługami, odwiedzamy fora dyskusyjne, dużą popularnością cieszą się też strony producentów – ocenia prezes Attention Marketing.

W grupie, gdzie źródła stanowią opinie osób, których osobiście nie znamy, największym zaufaniem cieszą się recenzje publikowane pod ofertą (bardzo wiarygodne dla 21 proc. i raczej wiarygodne dla 29 proc.) i na forach internetowych (odpowiednio 17 i 31 proc.). Za mniej rzetelne uznajemy poradniki i przewodniki w internecie (łącznie 44 proc. pozytywnych wskazań), prasie (37 proc. pozytywnych wskazań) oraz blogi i vlogi tematyczne (łącznie 41 proc. pozytywnych wskazań).

– Jednym z najważniejszych wniosków naszego raportu jest fakt, że reklama nie wpływa tak istotnie jak kiedyś na podjęcie decyzji zakupowych. Pokazuje pewne rozwiązania, produkty, natomiast przy podjęciu decyzji nasi respondenci odpowiadali, że szukają zdecydowanie innych informacji, bardziej pogłębionych i te źródła informacji są bardzo szerokie – przekonuje Sanocki.

Zgodnie z badaniem reklamę telewizyjną za niewiarygodną uznaje trzech na czterech badanych (zupełnie niewiarygodna dla 45 proc. ankietowanych i raczej niewiarygodną dla 25 proc.). Dla porównania w przypadku reklamy outodoorowej to odpowiednio 44 i 25 proc., a reklam w internecie 43 i 25 proc. Lepiej oceniana jest wiarygodność informacji w witrynach internetowych producentów i dostawców usług.

– Im młodszy i bardziej zamożny klient, tym bardziej trzeba do niego docierać wielokanałowo. W dobie fake faktów, post-prawdy duże znaczenie mają tzw. mikroinfluencerzy. Nie ufamy już celebrytom, blogerom, vlogerom, raczej skupiamy się na naszym najbliższym środowisku, które doskonale znamy i które wzbudza nasze zaufanie – podkreśla Adam Sanocki.

Ponad 120 tys. polskich pasażerów ma się prawo domagać odszkodowania za utrudnione loty w 2016 roku. O rekompensatę ubiega się zaledwie 1 proc. z nich

Ponad 120 tys. polskich pasażerów ma się prawo domagać odszkodowania za utrudnione loty w 2016 roku. O rekompensatę ubiega się zaledwie 1 proc. z nich 10

W przypadku odwołanego lub opóźnionego lotu czy odmowy wejścia na pokład samolotu można się ubiegać o odszkodowanie. Rekompensata może sięgać 600 euro. W 2016 roku ok. 1,1 tys. lotów w Polsce odbyło się z problemami. O odszkodowanie mogło się ubiegać nawet 124 tys. pasażerów, a łączna kwota rekompensat sięga 50 mln euro. Niska jest jednak świadomość pasażerów co do swoich praw związanych z utrudnieniami z lotem. Tylko 1 proc. uprawnionych ubiega się o odszkodowanie – wynika z danych AirHelp.

– Zbliża się okres wakacyjny, warto więc wiedzieć, co przysługuje nam w przypadku problematycznego lotu. Pasażerowie mogą się ubiegać o odszkodowanie w trzech sytuacjach: w przypadku lotu opóźnionego powyżej 3 godzin na lotnisku docelowym, lotu odwołanego na minimum 14 dni przed wylotem oraz w momencie, kiedy linia odmówiła wejścia na pokład, np. ze względu na sprzedaż większej liczby miejsc, niż było dostępnych. Pasażerowie mogą składać wniosek o odszkodowanie, a rekompensata sięga 250–600 euro na pasażera – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Natalia Gębska, Country Manager w AirHelp.

Na rekompensatę można liczyć, jeśli opóźnienie lotu przekracza 3 godziny i było spowodowane czynnikami, na które linia lotnicza miała wpływ (np. problemy techniczne samolotu). W zależności od długości lotu i wielkości opóźnienia odszkodowanie wynosi od 250 do 600 euro. Podobne odszkodowanie dostaną pasażerowie, których lot został odwołany z powodów zależnych od przewoźnika, chyba że linie lotnicze powiadomią o tym co najmniej 14 dni przed planowanym lotem lub zaproponują alternatywny lot.

– Gdy doświadczamy problematycznego lotu, warto zachować kartę pokładową, nie jest to wymóg konieczny, ale warto ją mieć. Można również udokumentować tablicę przylotów, żeby czas opóźnienia był pokazany na dodatkowym zdjęciu. Za pośrednictwem takich firm jak AirHelp można w ciągu trzech minut złożyć wniosek na stronie, załączyć wszelkie dokumenty i system od razu automatycznie weryfikuje, w jakiej wysokości przysługuje odszkodowanie. Następnie firma prowadzi cały proces komunikacji z linią lotniczą za klienta, a jeśli jest to wymagane, również reprezentuje klienta na drodze sądowej – tłumaczy Gębska.

Niektóre linie lotnicze sprzedają większą liczbę biletów na dany lot, niż wynosi faktyczna liczba miejsc na pokładzie samolotu. Część pasażerów mimo posiadania ważnego biletu może nie zostać wpuszczona do samolotu. W takiej sytuacji pasażerowi przysługują jednak określone prawa. Pasażer, którego nie wpuszczono na pokład samolotu z powodu overbookingu, ma prawo do odszkodowania. Może ono wynieść od 250 do 600 euro w zależności od długości trasy plus pełny zwrot ceny biletu.

– Ostatnie orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości wskazuje, że jeśli lecimy z dzieckiem do 2 lat i nie jest przypisane miejsce w samolocie, a będziemy mieć do czynienia z problematycznym lotem, wtedy również taki pasażer bez przypisanego miejsca może się ubiegać o odszkodowanie. Również jeśli kupujemy wycieczkę poprzez biuro podróży online, kupujemy bilet przez pośrednika, również linia lotnicza ponosi odpowiedzialność za informowanie o ewentualnych zmianach w rozkładzie, dacie czy godzinie wylotu. Wówczas taki pasażer również może wystąpić do linii lotniczej z wnioskiem o odszkodowanie – podkreśla przedstawicielka AirHelp.

Przepisy mają zastosowanie w przypadku korzystania z usług przewoźników zarejestrowanych w Unii Europejskiej oraz gdy podróż odbywa się innymi liniami lotniczymi, ale lot rozpoczyna w jednym z państw unijnych. Okres przedawnienia wniosków o odszkodowanie z powodu problematycznych lotów wynosi rok. AirHelp wyliczył, że w 2016 roku 1,1 tys. lotów w Polsce miało utrudnienia. O rekompensatę z tego tytułu o łącznej wartości 50 mln euro mogłoby się ubiegać 124 tys. polskich pasażerów. O odszkodowanie ubiega się jednak zaledwie 1 proc. z nich.

– Świadomość pasażerów dotycząca ich praw jest nadal niska. Udostępniając takie rankingi jak AirHelp Score, dotyczące linii lotniczych i lotnisk, chcemy edukować pasażerów, że podróż to coś więcej niż cena biletu. Co z tego, że kupimy bilet w naprawdę okazyjnej cenie, jeżeli linia odwoła lot, zmieni datę wylotu, skracając urlop, albo pojawią się problemy, na przykład będzie duże opóźnienie na lotnisku i będziemy koczować dwa dni – mówi Natalia Gębska.

Bank internetowy chce wypełnić lukę na rynku. Do końca roku planuje zawrzeć umowy na 100 mln zł

Bank internetowy chce wypełnić lukę na rynku. Do końca roku planuje zawrzeć umowy na 100 mln zł 11

Wywodzący się z estońskiego sektora fintech Inbank jako pierwszy wprowadził w Polsce wideoweryfikację klientów na czacie i elektroniczny podpis w chmurze. Zainteresowani ofertą banku nie muszą składać wizyty w oddziale, dzwonić na infolinię, odwiedzać kadr ani wysyłać skanu dowodu. Prostą obsługą i innowacjami Inbank chce pozyskać klientów i wywalczyć sobie pozycję lidera w segmencie szybkich zobowiązań. Do końca roku planuje podpisać umowy na ponad 100 mln zł.

– Jesteśmy bankiem konsumenckim, patrzymy na portfel kredytowy. Planujemy pozyskać ponad sto milionów złotych w pierwszym roku działalności, docelowo celujemy w udział rynkowy na poziomie 1 proc. Model biznesowy zakłada dwa źródła: dystrybucja bezpośrednia internetowa, natomiast prawdziwe DNA Inbanku to sales finance, model ratalny, czyli dystrybucja poprzez partnerów biznesowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Rzeski, zastępca dyrektora oddziału Inbank w Polsce.

Internetowy Inbank zadebiutował w Polsce w drugiej połowie marca. Wywodzi się z estońskiej spółki fintech, która jest jedną z najbardziej innowacyjnych branż europejskiej gospodarki. Działa również na rynkach w Niemczech, na Łowie i w Austrii.

W Polsce Inbank będzie prowadził wyłącznie działalność w internecie, a wszystkie produkty finansowe są dostępne online. Klientów ma przyciągnąć innowacyjność i proste procedury: zawarcie umowy produktowej nie wymaga wizyty w placówce, umawiania się z kurierem, żeby odebrać dokumenty ani dzwonienia na infolinię. Jako pierwszy na polskim rynku Inbank wprowadził metodę wideoweryfikacji klientów za pośrednictwem internetowego czatu i elektroniczny podpis w chmurze wykorzystywany do podpisywania dokumentów i umów online.

W ofercie internetowego banku nie znalazły się konta osobiste ani produkty inwestycyjne. Za to na początek Inbank zaoferował polskim konsumentom atrakcyjne oprocentowane na 3 proc. lokaty,  ratalne kredyty gotówkowe i szybkie pożyczki do 4 tys. zł (chwilówki).

Do końca roku bank planuje zawrzeć umowy o wartości przekraczającej ponad 100 mln zł i z czasem wypracować sobie pozycję lidera w segmencie szybkich zobowiązań. Nie wyklucza też zakupu portfeli kredytowych. Nietypowy model biznesowy ma sprawić, że Inbank wypełni lukę pomiędzy tradycyjnymi bankami a firmami pożyczkowymi działającymi w internecie, które zdobywają coraz silniejszą pozycję w segmencie kredytów na niewielkie kwoty.

– Mamy próżnię pomiędzy bankami uniwersalnymi a firmami pożyczkowymi działającymi w internecie. Od trzech, czterech lat mamy do czynienia z lat obserwujemy odpływ klientów kredytowych na niskie kwoty – na kredyty do 4 tys. zł – od sektora bankowego w kierunku firm pożyczkowych. Banki koncentrują się na kredytach konsolidacyjnych, wysokokwotowych. My chcemy stanowić pewną alternatywę dla firm z sektora pożyczkowego, to jest ta możliwość, którą widzimy w obszarze dystrybucji bezpośredniej. Natomiast w obszarze sales finance naszą przewagą jest elastyczność – mówi Tomasz Rzeski.

Inbank rozpoczął działalność od kanału bezpośredniego i kieruje swoją ofertę do konsumentów, którzy są świadomi, samoobsługowi i szukają wygodnej oraz prostej oferty produktowej. Obecnie estoński bank pracuje nad wdrożeniem modelu sales finance, uruchomieniem kredytu ratalnego i nawiązaniem współpracy z czterema partnerami biznesowymi.

– W tej chwili podłączamy partnera, który – mówiąc kolokwialnie – kolędował po bankach uniwersalnych z prośbą o zbudowanie procesu finansowania zakupu jego dóbr w sposób zindywidualizowany. Nigdzie takiej oferty nie dostał. Dla banku uniwersalnego, który musi zainwestować zasoby i w IT po to, aby wdrożyć partnera, który generuje kilkadziesiąt milionów złotych wolumenu kredytowego rocznie, po prostu się nie opłaca. Nam to się opłaca, dlatego elastyczność i czas reakcji u nas są tą przewagą konkurencyjną – mówi Tomasz Rzeski.

Dwa tygodnie temu Inbank wdrożył do oferty kredyt samochodowy, jak na razie jedyny, który jest całkowicie dostępny online i nie wymaga zabezpieczenia na pojeździe. Wicedyrektor polskiego oddziału banku informuje, że w tej chwili instytucja skupia się na zbudowaniu oferty sales finance oraz całej infrastruktury informatyczna i operacyjnej do ofertowania klientów produktami ratalnymi. W ciągu najbliższych miesięcy skoncentruje się na podstawowej działalności biznesowej, czyli na akcji kredytowej i sprzedaży kredytów.

– W obszarze sales finance szukamy partnerów z obszaru technologii, finansów i e-commerce. Bardziej interesują nas biznesy, w których możemy liczyć na wyższe kwoty umów kredytowych. Chętnie będziemy finansowali zabiegi medyczne aniżeli zakup żelazka na raty – mówi Tomasz Rzeski.

Polskie i izraelskie firmy innowacyjne zacieśniają współpracę. Perspektywą ekspansja globalnego rynku

Polskie i izraelskie firmy innowacyjne zacieśniają współpracę. Perspektywą ekspansja globalnego rynku 12

Polskie i izraelskie start-upy zacieśniają współpracę. Na mocy porozumienia zawartego przez oba rządy w listopadzie 2016 roku państwa wymienią się bezcenną wiedzą i doświadczeniem. Eksperci zaznaczają, że potencjał porozumienia jest ogromny, bowiem zarówno Izrael, jak i Polska mają własne know-how, którym mogą się dzielić. Kraje mają w planach podjęcie wspólnych inicjatyw. Jedną z nich jest stworzenie lokalnego ekosystemu z wykorzystaniem metodologii izraelskiej opartej na ekspansji globalnego rynku.

– To początek tych relacji. Potencjał jest ogromny, ale znajdujemy się na bardzo wstępnym etapie. Chcemy wdrożyć kilka inicjatyw. Nasze rządy podpisały porozumienie w listopadzie, które ma pomóc w zacieśnieniu współpracy w tej dziedzinie. Potencjał jest duży, bo Izrael ma znaczne doświadczenie i własny know-how. Wiele naszych firm działa na skalę globalną i mamy bardzo rozwinięty ekosystem przedsiębiorczości, ustępujący jedynie Dolinie Krzemowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniela Candel, dyrektor ds. stosunków z krajami strategicznymi, Start-up Nation Central.

Według tygodnika „The Economist” w Izraelu co roku powstaje około tysiąca nowych start-upów, które od samego początku stawiają na globalny rynek. W Polsce przeważa strategia oparta o biznes lokalny, co nie zmienia faktu, że państwo nad Wisłą dysponuje jeszcze wieloma innymi równie przydatnymi atutami.

– Wasz kraj ma zupełnie nowy ekosystem. Są tu duże, stabilne firmy, rozumiejące rynek, od którego Izrael jest odległy. Wiedzą, jak działać na tym rynku. Te systemy mogą być zatem komplementarne. Dodatkowo w Polsce jest wiele talentów technologicznych, podobnie jak w Izraelu. Bardzo podobnie patrzymy na kwestie innowacyjności i technologii, co pozwala nam znaleźć wspólny język – porównuje Daniela Candel.

Zdaniem ekspertów Polska dla Izraela jest idealnym partnerem biznesowym, bowiem w kraju nad Wisłą start-upy bardziej stawiają na rynek lokalny aniżeli międzynarodowy. Dlatego też plany Izraela wobec Polski obejmują wiele programów, innowacji i inicjatyw. Jedną z nich jest stworzenie lokalnego ekosystemu z wykorzystaniem metodologii izraelskiej opartej na ekspansji globalnego rynku.

– Młodzi izraelscy przedsiębiorcy, na dobre i na złe, od razu myślą globalnie, ponieważ nie możemy polegać na rynku lokalnym. Od pierwszego dnia szukają możliwości na całym świecie. W Polsce też jest już wiele firm, które patrzą globalnie, ale ponieważ macie też rynek na miejscu, to pewne inicjatywy mają charakter bardziej lokalny niż globalny. A Izrael przez lata wypracował sobie w tej kwestii bardzo dobrą metodologię – twierdzi Daniela Candel.

Według dyrektor ds. stosunków z krajami strategicznymi w Start-up Nation Central bilateralna współpraca wyjdzie obu państwom na dobre, ponieważ zarówno Polska, jak i Izrael mogą się od siebie wzajemnie uczyć.

– Polski rynek i polski rząd są otwarci na innowacje, szukają ich i chcą współpracy. My w Izraelu jesteśmy częścią tej inicjatywy. Innowacje są pod ręką po obu stronach, bilateralna współpraca jest jak najbardziej możliwa. To nie jest tak, że Izrael przychodzi tu mówić Polakom, co mają robić. Chodzi raczej o to, by zastanowić się, jak możemy wzajemnie wykorzystać swoje zalety i mocne strony – podsumowuje Daniela Candel.

Rynek chemii budowlanej rośnie w siłę. Producenci stawiają na nowoczesne rozwiązania skracające czas wykonywania prac

Rynek chemii budowlanej rośnie w siłę. Producenci stawiają na nowoczesne rozwiązania skracające czas wykonywania prac 13

Dobre perspektywy przed rynkiem produkcyjno-montażowym. Poprawiają się nastroje polskich przedsiębiorców, rośnie też liczba oddanych do użytku mieszkań. Rynek chemii budowlanej szacuje się na 2,6 mln ton sprzedanych produktów o wartości blisko 4 mld zł. Producenci chemii inwestują w nowe produkty. Grupa Atlas rozszerza linię produktów, stawia też na innowacyjne systemy ociepleń. Nowe produkty mają odpowiedzieć na potrzeby rynku, m.in. skrócić czas wykonywania prac. 

Jeśli spojrzymy na sytuację gospodarczą i wzrost optymizmu u osób prowadzących biznes, rynek wygląda dobrze. Ten rok zapowiada się w dużych wzrostach. Dotychczas rynek fluktuował w granicach 2–4 a -2– -4.  Aktywność rynkowa poszczególnych dużych graczy była skoncentrowana na tym, żeby mieć jak największy udział w rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Garecki, dyrektor ds. rozwoju produktów i szkoleń i koordynator Grupy Atlas.

W tym roku perspektywy dla rynku chemii budowlanej wyglądają optymistycznie. Firmy oceniają koniunkturę najlepiej od października 2015 roku. Z Indeksu Optymizmu Przedsiębiorców wynika, że w maju 2017 roku indeks osiągnął wartość 107,9 pkt przy 102,4 w kwietniu (ocena bieżącej sytuacji biznesowej). Poprawiła się również prognoza sytuacji przyszłej w perspektywie najbliższych 6 miesięcy (wzrost ze 110,5 pkt w kwietniu do 114,4 pkt w maju). Rośnie też liczba mieszkań oddanych do użytku. Dane GUS wskazują, że w I kw. oddano ponad 40,5 tys. mieszkań (wzrost o 8,5 proc.).

Prognozy na wzrost gospodarczy i przede wszystkim ten optymizm, jeżeli chodzi o przedsiębiorców, który zaczyna przeważać nad opiniami sceptycznymi, powoduje, że możemy myśleć o bardziej wielokierunkowym wzroście w przynajmniej 3–4 kategoriach głównych – zapowiada Garecki.

Dane firmy badawczej IBP Research wskazują, że sprzedaż produktów chemii budowlanej na polskim rynku przekroczyła w 2016 roku wielkość 2,6 mln ton (wzrost 8 proc. rdr.). Wartość rynku szacuje się na 3,8 mld zł (wzrost o 10 proc.). Jak podkreśla firma dynamika wartości rynku chemii budowlanej determinowana jest przede wszystkim zmianą wolumenu sprzedaży niż stopą zmiany cen rynkowych. To sprawia, że najwięksi gracze na rynku skupiają się na rozwoju produktów dopasowanych do potrzeb rynku.

Od początku kwietnia zostały wprowadzone nowe, bardziej specjalistyczne produkty rozszerzające linie zapraw do klejenia płytek i okładzin z grupy geoflex. Natomiast znacznie większe będą wprowadzenia związane z systemami ociepleń. Atlas jest jednym z trzech głównych graczy na rynku. Zależy nam na tym, żeby dzięki tym wprowadzeniom ukierunkować się na pozycji lidera w perspektywie roku, maksymalnie 2 lat – zapowiada przedstawiciel Grupy Atlas.

W Polsce zaostrzają się przepisy dotyczące współczynnika przenikania ciepła ścian domów budowanych. Od stycznia tego roku może wynosić maksymalnie 0,23 W/m²K. Od 2021 roku będzie to już 0,2. Nowe produkty do ocieplania budynków proponowane przez Grupę Atlas pozwalają poprawić izolację budynków bez zwiększania jej grubości. Z badania TNS Polska przeprowadzonego na zlecenie Stowarzyszenia na rzecz Systemów Ociepleń wynika, że w Polsce 80 proc. inwestorów ocieplających ściany budynków wykorzystuje do tego styropian, ten zaś znacząco zwiększa grubość izolacji. Dlatego przyszłością są alternatywne materiały do wykonywania izolacji.

Kierunek naszego uderzenia to będą przede wszystkim realizacje obiektowe, gdzie będziemy w stanie na dużych obiektach z obecnym portfolio produktowym skutecznie funkcjonować. Jeżeli chodzi o rynek ociepleń, to kształtuje się pomiędzy 41–44 mln mkw. rocznie. Osiągnięcie targetu sprzedażowego, licząc kompletne systemy na poziomie 7–8 proc. czy nawet 10 proc., jest naprawdę dużym wyzwaniem. Ten kierunek chcielibyśmy utrzymać – wskazuje Garecki.

Obecnie wartość rynku ociepleniowego szacuje się na nieco ponad 3,9 mld zł (dane firmy badawczej PMR). W najbliższych latach ma wzrosnąć do blisko 4,5 mld zł.

Rynek z punktu widzenia inwestorów oczekuje od nas trwałości eksploatacyjnej i podniesienia estetyki fasad. Wykonawcy zaś bezpieczeństwa stosowania produktów, możliwości rozszerzenia zakresu temperaturowego ich stosowania, skrócenia czasu wykonywania prac poprzez skrócenie przerw technologicznych, skrócenie czasu wysychania produktów, po których już możemy aplikować kolejne warstwy – wymienia ekspert.

Grupa Atlas zapowiada też zwiększenie nakładów na inwestycje, m.in. poprzez przejęcia spółek, zwiększanie zatrudnienia czy ubieganie się o środki unijne na poszerzenie bazy laboratoryjnej.

Zwracamy szczególną uwagę na to, żeby to, co wchodzi na rynek, było właściwe przetestowane, jako jedyni wykonujemy tak obszerne walidacje przy udziale wykonawców, aby mieć 100 proc. pewność, że ten produkt jest dobry, ale z drugiej strony słuchamy rynku i stosujemy się do uwag. Często  kończy się to poprawą pewnych cech, zwróceniem uwagi na cechy, które dla nas z pozycji laboratorium były mniej istotne, natomiast są istotne z punktu widzenia wykonawcy – podkreśla Mariusz Garecki.

Firmy mogą stracić miliony przez złe zarządzanie licencjami oprogramowania. Większość zaniedbuje ten obszar IT

Firmy mogą stracić miliony przez złe zarządzanie licencjami oprogramowania. Większość zaniedbuje ten obszar IT 14

Niemal każde oprogramowanie jest prawnie chronione licencją. Nieaktualna umowa licencyjna albo jej brak może być poważnym problemem dla firmy, która w przypadku audytu będzie zmuszona zapłacić wysokie kary. Straci na tym nie tylko jej budżet, lecz także reputacja. Dzięki odpowiednim narzędziom i właściwemu zarządzaniu licencjami wzrasta bezpieczeństwo informatyczne firm, które mogą zaoszczędzić w ten sposób nawet kilka milionów złotych rocznie.

– Wdrażanie takiego oprogramowania jak Snow i budowanie koncepcji zarządzania licencjami może generować oszczędności w firmie. Globalna statystyka mówi, że to, co wydajemy dzisiaj na oprogramowanie, można zminimalizować nawet o 30–40 proc.  mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Majewski, country manager Snow Software w Polsce.

Licencja oprogramowania to innymi słowy umowa pozwalająca na korzystanie z danej aplikacji, zawarta pomiędzy jej użytkownikiem a podmiotem, który dysponuje do niej prawami autorskimi. Niemal każde oprogramowanie jest prawnie chronione licencją. Najczęściej użytkownik akceptuje warunki umowy licencyjnej na etapie instalacji nowego oprogramowania.

– Licencja jest to prawny element, który określa, na jakich prawach mogę korzystać z danej technologii. Rzadko kiedy czytamy napisaną drobnym druczkiem umowę, przeważnie akceptujemy ją, instalując aplikację. Niezrozumienie tych praw powoduje, że bardzo często możemy mieć pewne problemy  mówi Mateusz Majewski.

Nieaktualne licencje oprogramowania albo ich brak mogą być przyczyną poważnych kłopotów, zwłaszcza dla przedsiębiorstw. Dobrze obrazuje to głośny przypadek sprzed dwóch lat, kiedy firma ze wschodniej Polski została zmuszona do zapłacenia ponad 1 mln dol. kary za korzystanie z nielegalnego oprogramowania bez licencji, pochodzącego m.in. od Autodesk, Microsoftu i Siemensa. Na jej komputerach audytorzy znaleźli ponad 200 nielegalnych programów naruszających prawa autorskie.

BSA (Business Software Alliance) – działająca na całym świecie branżowa organizacja, reprezentująca producentów oprogramowania i sprzętu komputerowego, która profesjonalnie zajmuje się walką z piractwem – podaje, że w 2016 roku miał miejsce 100-procentowy wzrost liczby zgłoszeń podobnych przypadków, a firmy musiały zapłacić w sumie 1,5 mln zł odszkodowań za korzystanie z nielegalnego oprogramowania. Polskie sądy zasądziły w tym czasie na rzecz producentów zrzeszonych w BSA blisko 500 tys. zł odszkodowań. Łączna wartość kar finansowych, które firmy i użytkownicy musieli zapłacić w latach 2012–2016, sięga blisko 10 mln zł.

Jak zauważa Mateusz Majewski, brak ważnej licencji na oprogramowanie nie jest jedynym błędem, który przedsiębiorstwa popełniają w tym obszarze.

– Nieodpowiednie zarządzanie licencjami wiąże się z kilkoma obszarami ryzyka. Jednym z nich jest ryzyko finansowe, a więc potencjalnie nieplanowane wydatki w przypadku audytów producentów. Z drugiej strony aspekt wizerunkowy związany z wykorzystywaniem oprogramowań, do których nie mamy uprawnień  mówi Mateusz Majewski.

W ostatnich latach w Polsce skokowo wzrosła liczba audytów, które mają na celu sprawdzenie legalności i aktualności wykorzystywanego w firmach oprogramowania. Najważniejsi producenci software’u co roku przeprowadzają setki, a nawet tysiące kontroli. Jeżeli firma przejdzie ją negatywnie, grożą jej nie tylko kary finansowe, lecz także wizerunkowe straty.

Z ubiegłorocznego badania BSA wynika, że prawie połowa (48 proc.) używanego w Polsce oprogramowanie nie ma odpowiednich licencji. Średnia dla reszty państw europejskich nie przekracza natomiast 30 proc. Mimo że Polska wciąż odstaje od reszty Europy, to liczba oprogramowania bez ważnej licencji systematycznie spada od kilku lat (w 2007 roku ten wskaźnik wynosił 57 proc.).

– W Polsce ten element był przez długi czas bardzo niedoceniany, ale widzimy bardzo duże zainteresowanie klientów tym obszarem w ostatnich latach – mówi Mateusz Majewski.

Globalna firma doradcza Deloitte podaje, że koszty oprogramowania stanowią znaczną część firmowego budżetu na IT, ale wpływ umów licencyjnych na całą organizację jest wciąż niedoceniany. Firmy zaniedbują ten obszar i nie są świadome, że dzięki właściwemu zarządzaniu licencjami oprogramowania mogą obniżyć i zoptymalizować koszty z tego tytułu nawet o kilka milionów złotych rocznie.

– Jeden z opiniodawców rynku IT szacuje, że wartość oprogramowania na świecie to ponad 326 mld dol. Biorąc pod uwagę to, że oszczędności z wdrażania takiego oprogramowania jak Snow wynoszą ok. 30 proc, to mogą one sięgnąć do 100 mld dol. globalnie – mówi Mateusz Majewski. – Jeden z naszych klientów po 6 miesiącach od wdrożenia oprogramowania uzyskał zwrot inwestycji na poziomie 180 proc. Możemy bardzo szybko pokazać, gdzie de facto możemy oszczędzać, zarządzając licencjami.

Z narzędzi do zarządzania licencjami oprogramowania korzystają zarówno małe i duże instytucje komercyjne, jak i sektor publiczny, uczelnie czy jednostki badawcze. Korzyść z takiego rozwiązania to oprócz oszczędności finansowych większe bezpieczeństwo informatyczne firmy i niwelowanie ryzyka związanego z audytem.

Jedną z korzyści jest możliwość zarządzania każdym elementem tej infrastruktury IT, czyli jesteśmy w stanie zobaczyć wszystko, co mamy dzisiaj w firmie. Z drugiej strony to są kwestie związane z optymalizacją, głównie tą finansową, a także optymalizacją działania, a więc wybieraniem takich modeli licencyjnych, które będą dostosowane do potrzeb firmy. Bardzo często klienci zaczynają używać tego narzędzia także do automatyzacji pracy – podsumowuje Mateusz Majewski.

Zwykłe mieszkanie można przekształcić w inteligentny dom. Rozwiązania smart home przyciągają coraz niższymi cenami

Zwykłe mieszkanie można przekształcić w inteligentny dom. Rozwiązania smart home przyciągają coraz niższymi cenami 15

Nowe technologie pozwalają w ciągu kilkunastu godzin przekształcić zwykłe mieszkanie w inteligentny dom. Większość dostępnych na rynku rozwiązań może być rozbudowywana wraz z rosnącymi potrzebami, a smart home rozwija się razem z mieszkańcami. Polacy coraz chętniej sięgają po rozwiązania, które zwiększaj komfort mieszkania albo obniżają zużycie energii. Sprzyjają temu coraz niższe ceny inteligentnych rozwiązań, które w ciągu ostatnich kilku lat spadły dziesięciokrotnie.

– Jeszcze 10–15 lat temu mieszkania czy domy, które miały być inteligentne, musiały być specjalnie w tym kierunku zaprojektowane. Obecnie praktycznie każdy dom może być w bardzo krótkim czasie przekształcony w inteligentny. Większość rozwiązań dostępnych na rynku jest całkowicie bezprzewodowych. Stworzenie inteligentnego domu, poza przemyśleniem i omówieniem tego z klientem, zajmuje góra kilkanaście godzin, wszystkie moduły mogą być zamontowane bezinwazyjnie, bez niszczenia istniejących elementów budynku – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Patryk Arłamowski, założyciel firmy Blebox, dostarczającej rozwiązania z zakresu internetu rzeczy dla producentów i użytkowników końcowych.

Rozwiązania związane z inteligentnym domem stają się w Polsce coraz popularniejsze. Obecnie wartość rynku szacuje się na 100 mln zł, jednak – jak ocenia firma Somfy – za kilka lat może on sięgnąć 600–700 mln zł. W dużej mierze jest to spowodowane lepszą dostępnością inteligentnych rozwiązań, które można zamontować w większości domów i mieszkań.

– Budynki, w których nie da się zastosować technologii albo jest to bardzo utrudnione, to te, które mają starą instalację elektryczną, wykonaną przy pomocy przewodów aluminiowych. To obiekty, w których instalacja została wprowadzona w sposób niezgodny ze standardami, które mają w znacznej ilości zbrojone ściany i stropy, gdzie ten sygnał jest tłumiony. Jest ich jednak poniżej 1 proc. wszystkich budynków – ocenia Patryk Arłamowski.

Jak podkreśla ekspert, choć inteligentne rozwiązania można wprowadzić w każdym momencie, przed instalacją należy dobrze przemyśleć, która technologia najlepiej sprawdzi się w danym mieszkaniu czy domu. Większa popularność smart home sprawia, że zwiększa się też liczba producentów walczących o ten rynek.

– Warto sprawdzić też, czy oferowane rozwiązania są rozwiązaniami otwartymi, aby w przypadku, jeśli dostawca takiego rozwiązania zbankrutuje, zamknie firmę, dalej móc rozwijać tego typu inteligentny dom. Ich celem jest to, byśmy nie byli ograniczeni przez technologię – przekonuje założyciel Blebox.

Nowoczesne technologie pomagają zarządzać budynkiem, zwiększają komfort i bezpieczeństwo mieszkania, a często także redukują koszty. Dostępne rozwiązania pozwalają też zdalnie monitorować obiekt i sterować urządzeniami elektronicznymi. Często elementy oferowane przez jedną firmę są kompatybilne z innymi systemami, przed zakupem warto jednak to sprawdzić.

– Obecnie to kwestia wykonania montażu, zaprogramowania systemu. Ważne, abyśmy mogli dalej wpływać na jego konfigurację, aby instalator czy producent systemu nie ograniczył nam możliwości zmian w tym rozwiązaniu. Całość powinna się zamknąć w okresie kilku tygodni od momentu zapoznania się z ofertą, a sama instalacja nie powinna przekroczyć 1–2 dni – tłumaczy Patryk Arłamowski.

Najważniejsza – zdaniem eksperta – jest jednak oczywiście użyteczność oferowanych rozwiązań. Można je też dopasowywać do potrzeb mieszkańców, a inteligentne systemy mogą rosnąć razem z nimi. Na przykład w domu bez dzieci rzadko montowane są mikrofony. Przy małych dzieciach to często wybierany dodatek, bo pozwala on opiekunom na szybszą reakcję w razie wypadku.

– Możemy zacząć od zamontowania sterowników do wybranych okien, a następnie zamontować sterowniki do oświetlenia, czyli taki dom może rosnąć z naszymi potrzebami. Jeżeli rodzina, która buduje swój dom, nie ma jeszcze dziecka, nie musi montować elementów, które mają wpływać na bezpieczeństwo tego dziecka. Później można dodać np. elementy odcinające prąd w gniazdkach w sypialni dziecka tak, aby stało się to bezpieczniejsze – wskazuje ekspert.

Coraz więcej osób sięga po rozwiązania smart home, w dużej mierze także ze względu na niższe ceny. Jak podkreśla Patryk Arłamowski, w ciągu ostatnich pięciu lat ceny spadły niemal 10-krotnie, choć ostateczny koszt montażu zależy oczywiście od wybranych elementów.

– Przykładowo koszt sterowania jednym punktem, czyli na przykład oświetleniem, konkretną roletą lub oknem, wynosi 150-300 zł w zależności od producenta. Unikałbym stwierdzenia, że inteligentny dom można stworzyć za kilka czy 10 tys. zł, bo wszystko zależy od naszej pomysłowości, liczby gadżetów. Dla przeciętnego mieszkania to jednak faktycznie koszt w granicach 2–4 tys. zł – przekonuje Patryk Arłamowski.

Polscy naukowcy rewolucjonizują naukę języków obcych. Chcą zaczynać pracę już z dziećmi poniżej 2 roku życia

Polscy naukowcy rewolucjonizują naukę języków obcych. Chcą zaczynać pracę już z dziećmi poniżej 2 roku życia 16

Naukowcy udowodnili, że w wieku od sześciu miesięcy do dwóch lat reakcje dziecka na bodźce językowe są dużo bardziej wyczulone niż w późniejszym okresie życia. Dlatego w Centrum Nowoczesnych Technologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu prowadzone są badania, które mają na celu wypracowanie sposobów doskonaleniem umiejętności lingwistycznych, tak by w przyszłości nauka języka była o wiele łatwiejsza. Pomóc w tym mają m.in. interaktywne rozwiązania w postaci aplikacji, które powstaną w wyniku przeprowadzonych badań.

– W ramach projektu prowadzimy działanie, które zmierza do poznania możliwości słyszenia dźwięków w językach obcych, rozpoznawania ich z zamiarem doskonalenia umiejętności językowych w przyszłości, w stosunku do małych dzieci, takich, które są na początku niemowlętami, a później zaczynają mówić; czyli ten newralgiczny okres między wiekiem od sześciu miesięcy do dwóch lat. Reakcje dziecka na bodźce językowe badane są w oparciu o interaktywne środki audiowizualne, czyli wypowiadanie słów i zdań w różnych językach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Jerzy Łukaszewicz, dyrektor Interdyscyplinarnego Centrum Nowoczesnych Technologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Podczas badań naukowcy zwracają uwagę na reakcję obiektywną, a więc ruch gałek ocznych, co pozwala wśród dzieci określić zachowania odbiegające od normy. W ten sposób można wywnioskować, na jakie dźwięki w obcych językach szczególnie mocno reagują najmłodsi.

– Wśród wyników, które otrzymujemy, widać, że małe dziecko jest zaprogramowane na odbiór praktycznie wszystkich możliwych języków. Przyswaja i reaguje na dźwięki wypowiadane w bardzo różnych językach – chińskim czy francuskim, natomiast wraz z rozwojem dziecka, wskutek ciągłego przebywania z rodzicami, zawęża się pole wrażliwości na dźwięki tylko do języka macierzystego. Ogranicza się wrodzona zdolność do słyszenia języków obcych i być może w przyszłości pojawiają się trudności z ich uczeniem się – wyjaśnia Jerzy Łukaszewicz.

Projekt ma na celu wypracowanie podstawowych metod treningu językowego skierowanego do małych dzieci. Nauczy najmłodszych słów w języku obcym oraz pomoże przyswoić fonetykę.

– Każdy język ma inną fonetykę, co – jak wiemy – na późniejszym etapie życia jest bardzo trudne do nadrobienia. Obcokrajowiec w języku polskim mówi z charakterystycznym akcentem i odwrotnie, Polak w języku obcym też mówi ze swoim charakterystycznym akcentem, jest to bariera trudna do pokonania – przekonuje Jerzy Łukaszewicz.

Projekt zostanie zakończony w ciągu roku, a jego rezultaty pozwolą wypracować naukowcom interaktywne rozwiązania w postaci specjalnych aplikacji, które przygotują najmłodszych do efektywniejszego przyswajania języków obcych.

– Na terenie ICNT i ogólnie UMK działa cały szereg spółek spin off i jedna lub dwie z nich zajmują się wcieleniem w życie wyników uzyskiwanych w ramach tego projektu, czyli komercjalizacją lub implementacją wyników badań naukowych do praktyki – opowiada Jerzy Łukaszewicz.

Uber pracuje nad rozwojem pojazdów autonomicznych. Pierwszeństwo mają jednak samochody latające

Uber pracuje nad rozwojem pojazdów autonomicznych. Pierwszeństwo mają jednak samochody latające 17

Specjaliści nie mają wątpliwości, w niedalekiej przyszłości każdy człowiek będzie mógł się wzbić w przestrzeń powietrzną. Nad tymi rozwiązaniami pracuje Uber. Wśród nich są helikoptery, samoloty, a nawet latające samochody.

– Jako firma z silnym technologicznym rozwojem skupiamy się bardzo mocno na rozwoju technologii. Myślimy o tym, w jaki sposób rynek będzie wyglądał za 5, 10, 15 lat, także oprócz samochodów autonomicznych, pracujemy nad rozwojem latających samochodów, które mogłyby obsługiwać użytkowników w części dużych miast na świecie. Pierwsze testy najprawdopodobniej odbędą się w Dubaju w najbliższej przyszłości – mówi agencji Informacyjnej Newseria Innowacje Kacper Winiarczyk, dyrektor generalny Uber Polska.

Latające samochody to nie jest jedyna innowacja, nad którą pracuje Uber, przy czym czasami nowe rozwiązania mogą bazować na starych technologiach. Na przykład w niektórych zakątkach świata takich jak Indie firma planuje wprowadzenie zamówień SMS, ze względu na kiepską dostępność do internetu. Amerykańskie przedsiębiorstwo chce także zwiększyć liczbę samochodów przeznaczonych do przewozu osób niepełnosprawnych.

– Wiemy, że społeczeństwo w krajach Europy Zachodniej, w Stanach Zjednoczonych, a także w Polsce bardzo gwałtownie się starzeje. Ludzie będą potrzebowali pomocy z transportem i to są takie wyzwania, na których obecnie najbardziej się skupiamy – przekonuje Kacper Winiarczyk.

Jak twierdzi dyrektor generalny Uber Polska, firma ma w przyszłości pełnić rolę katalizatora pomiędzy podmiotami, które świadczą usługi transportu lotniczego. Jednak aby tak się stało, musi zostać spełnionych kilka warunków. Jeśli wszystko uda się ze sobą odpowiednio skorelować, ceny będą o wiele przystępniejsze dla przeciętnego użytkownika.

– Rola Ubera to rola katalizatora współpracy pomiędzy tradycyjnymi firmami, które działają w przestrzeni helikopterów, samolotów czy rozwiązań hybrydowych. Z drugiej strony są to spółki, które zajmują się infrastrukturą do ładowania, bo chcielibyśmy, aby tego typu pojazdy były elektryczne i to musi być szybkie ładowanie przy bardzo dużych napięciach, więc jest to kolejne wyzwanie. Z trzeciej strony jest to kwestia lądowisk dla helikopterów, tudzież pojazdów latających. W dużych miastach jest ich relatywnie niewiele, głównie obsługują szpitale czy część firm, które tego rodzaju usług potrzebują – wyjaśnia Kacper Winiarczyk.

Amerykańska firma planami wybiega daleko w przyszłość, już teraz poszukując innowacji, które znacząco usprawnią komunikację i zwiększą jej komfort.

– Wspólnie staramy się stworzyć ramy funkcjonowania tego typu systemów, aby były one dużo bardziej przystępne cenowo niż to, co obecnie funkcjonuje na rynku. Żeby były jak najefektywniej wykorzystywane i żeby rozwiązywały problemy ruchu w miastach, a nie stwarzały nowych, bo oczywiście nie chcielibyśmy nigdy zobaczyć korków powietrznych przy samochodach latających – mówi Kacper Winiarczyk.

Dużo mówi się ostatnio o samochodach autonomicznych, jednak wciąż są one w fazie testów. Mimo to – jak pokazują raporty Urzędu do spraw komunikacji stanu Kalifornia – nawet ograniczona liczba tego typu pojazdów spowodowała w ciągu ostatnich kilku lat 31 poważnych wypadków. Według innych statystyk nawet na wczesnym etapie testowania – między wrześniem 2014 a listopadem 2015 – pojazdy autonomiczne popełniły w sumie 2894 błędy zmuszające kierowców do przejęcia kontroli.

– W samochodach autonomicznych najważniejszą rzeczą jest dostrzeżenie, że to jest jeszcze pieśń przyszłości. To nie są technologie, które pojawią się w pełni autonomicznej wersji w ciągu 5 czy 15 lat – podsumowuje Kacper Winiarczyk.

Polskie firmy i instytuty badawcze otwierają się na naukowców z całego świata. Ich obecność wpływa na rozwój innowacyjności polskiej gospodarki

Polskie firmy i instytuty badawcze otwierają się na naukowców z całego świata. Ich obecność wpływa na rozwój innowacyjności polskiej gospodarki 18

Polskie firmy i instytucje naukowe coraz częściej współpracują z zagranicznymi naukowcami. Dzięki unijnemu programowi Marie Skłodowska-Curie Actions (MSCA) do Polski przyjechało pracować ponad 660 badaczy z całego świata. 

W Instytucie Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego PAN pracuje już 35 zagranicznych naukowców. Jak podkreślają przedstawiciele instytutu, naukowcy spoza Polski przynoszą ze sobą świeże, innowacyjne spojrzenie na różnego typu projekty i dzięki temu często posuwają badania do przodu.

– Mobilność jest wpisana w zawód naukowca. Wszyscy jeździmy na staże zagraniczne, na konferencje i szkolenia. Od kilku lat zauważamy, że coraz więcej osób zza granicy przyjeżdża do Polski, także do Instytutu Nenckiego, na specjalistyczne szkolenia oraz aby wykonywać badania naukowe. Instytut jest znany na całym świecie, pracują tu świetni ludzie, nasze laboratoria są bardzo dobrze wyposażone. Instytut Nenckiego jest też jedną z instytucji naukowych w Polsce, która dostaje najwięcej grantów z UE i Komisji Europejskiej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab Agnieszka Dobrzyń, kierownik Pracowni Sygnałów Komórkowych i Zaburzeń Metabolicznych w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.

Unijny program Marie Skłodowska-Curie Actions (MSCA) pozwala naukowcom, którzy mają już tytuł doktora bądź 4-letnie doświadczenie w pracy badawczej, uzyskać stypendia na okres od roku do 4 lat w zależności od programu, w dowolnym kraju unijnym. Naukowiec może liczyć na sfinansowanie kosztów utrzymania, podróży, zasiłku rodzinnego i badań. Do uczelni lub firm, która przyjmuje badacza, trafiają zaś granty.

– Granty pozwalają nam na finansowanie badań, ale też w ramach akcji Marie Skłodowska-Curie na organizowanie innowacyjnych szkoleń, na zatrudnianie osób zza granicy – przekonuje prof. Agnieszka Dobrzyń.

Łącznie w ciągu dekady do Polski przyjechało pracować 668 naukowców spoza Polski: przede wszystkim obywatele Ukrainy, (34) Niemiec (32) i Indii (27). Dzięki MSCA mogą oni również podjąć pracę. Dotychczas obcokrajowców zatrudnili m.in. firma Top Gan – producent półprzewodnikowych diod laserowych, czy CTA, która specjalizuje się w obrazowaniu medycznym i wirtualnej rzeczywistości. Część naukowców trafia natomiast do instytucji naukowych.

– W Instytucie Nenckiego pracuje obecnie 35 osób, które przyjechały zza granicy wykonywać badania naukowe właśnie u nas. Zwykle te osoby są zatrudniane w ramach projektów finansowanych przez Komisję Europejską w ramach akcji Marie Skłodowska-Curie, gdzie są to takie granty jak ITN, RISE czy COFUND – wskazuje ekspertka Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.

– To dobrze znany instytut, jeżeli chodzi o techniki mikroskopowe, więc kiedy dowiedziałem się, że mają program doktorancki, zdecydowałem się aplikować. Interesuję się mikroskopią i programowaniem. Chcę w ten sposób rozwijać moją karierę – dopowiada Miguel Lermo Jiménez, doktorant w Pracowni Obrazowania Struktury i Funkcji Tkanek. – Rozwijamy i stosujemy nowe techniki w zakresie mikroskopii, badamy ultrastruktury komórkowe i dynamikę kompleksów proteinowych w żywych komórkach. Mój projekt dotyczy akumulacji PCNA, białka katalizującego replikację DNA. Stosujemy do tego mikroskopy o najwyższej rozdzielczości. Jesteśmy dzięki temu w stanie uzyskać informacje o pojedynczych kompleksach białkowych.  

Granty COFUND w ramach akcji Marie Skłodowskia-Curie pozwalają sfinansować programy studiów doktoranckich lub programów stypendialnych dla doświadczonych naukowców. Służą realizacji programów badawczo-naukowych, które trwają 3–5 lat i angażują naukowców z zagranicy. Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN uzyskał grant na realizowany w latach 2015–2020 projekt „Bio4Med (Biology for Medicine): Międzynarodowe Studia Doktoranckie dotyczące Biologicznych Podstaw Chorób Człowieka”. Projekt otrzymał ze środków zagranicznych ponad 9,8 mln zł, dodatkowo 6,8 mln zł dofinansowania z MNiSW w ramach finansowania projektów międzynarodowych współfinansowanych.

– Zatrudniliśmy w sumie 22 osoby zza granicy do realizacji badań w Instytucie Nenckiego, które zakończą się uzyskaniem przez każdą z tych osób stopnia doktora. Wszystkie badania związane są z naukami biomedycznymi. Nauki z grupy nauk o życiu, takie jak nauki biomedyczne, biologia molekularna, biotechnologia, to dziedziny, w których Polska jest postrzegana jako jeden z liderów na świecie. Podobnie polscy fizycy, chemicy, biolodzy molekularni to jest ta grupa, gdzie grantów europejskich mamy najwięcej – podkreśla prof. Agnieszka Dobrzyń.

Na wsparciu korzystają nie tylko doktoranci i naukowcy, lecz także firmy i ośrodki badawcze. Udział w międzynarodowych projektach badawczych pozwalają na takie działania, bez których nie ma badań naukowych na najwyższym poziomie. Naukowcy spoza Polski wnoszą świeże, często innowacyjne spojrzenie, wynikające z doświadczeń, jakie zdobyli w swoich krajach, i często innowatorskie podejście do zagadnień.

– Nauka nie ma granic. Praca w międzynarodowych zespołach posuwa badania do przodu. Cieszę się, że instytuty w Polsce otwierają się na osoby zza granicy, to rzeczywiście robi różnicę – przekonuje prof. Agnieszka Dobrzyń.

Przemysław Schmidt w radzie nadzorczej Cloud Technologies

Przemysław Schmidt, bankier inwestycyjny, menedżer oraz radca prawny, który podczas swojej 30-letniej kariery zawodowej zarządzał m.in. spółkami z branży medialnej oraz finansowej, został członkiem rady nadzorczej Cloud Technologies. To notowana na NewConnect spółka specjalizująca się w Big Data marketingu, data consultingu oraz monetyzacji danych.

Przemysław SchmidtPrzemysław Schmidt jest obecnie udziałowcem i członkiem zarządu spółki GetFresh, producenta wody Dar Natury oraz przewodniczącym Komitetu Inwestycyjnego Funduszu Inwestycji Samorządowych (Grupa Polskiego Funduszu Rozwoju). Ponadto, pełni funkcje członka rad nadzorczych szeregu spółek publicznych. Należy także do zespołu ekspertów przy Forum Rad Nadzorczych, jak również jest prezesem Sądu Arbitrażowego Lewiatan.

Przemysław Schmidt posiada 30-letnie doświadczenie zawodowe, zasiadał w organach nadzoru i zarządzał wiodącymi spółkami z branży medialnej oraz finansowej. W trakcie swojej kariery zawodowej był m.in. wiceprezesem amerykańskiej spółki @Entertainment Inc. – największego operatora telewizji kablowej i satelitarnej w Europie Centralnej i Wschodniej oraz pierwszej spółki w regionie notowanej na NASDAQ. Jednocześnie – w ramach grupy kapitałowej – był prezesem Wizji TV. Był również Partnerem Zarządzającym i Przewodniczącym Rady Nadzorczej TRIGON DM S.A., najstarszego polskiego domu maklerskiego oraz Dyrektorem Zarządzającym polskich operacji MeesPierson, banku inwestycyjnego z grupy ABN AMRO.

Przemysław Schmidt ukończył z wyróżnieniem Wydział Prawa poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Zdał egzaminy sędziowski i radcowski. Jest również stypendystą Fulbrighta na University of California, Hastings (1991-1992) oraz absolwentem programów podyplomowych na Georgetown University, Leiden University i TMC Asser Institute (Asser College Europe). Jest autorem szeregu publikacji związanych z gospodarką.

Powołanie Marka Dietla na Prezesa Zarządu GPW

  • 19 czerwca 2017 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie powołało Marka Dietla na stanowisko Prezesa Zarządu GPW
  • Zgodnie z art. 27 ust. 1 Ustawy z 29 lipca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi powyższa decyzja wejdzie w życie pod warunkiem uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego na dokonanie zmian w składzie Zarządu Giełdy
Marek Dietl
Marek Dietl

19 czerwca 2017 r. Walne Zgromadzenie GPW podjęło uchwałę w sprawie powołania Prezesa Zarządu Giełdy. Na stanowisko Prezesa Zarządu GPW został powołany Marek Dietl. Uchwałę podjęto większością głosów na wniosek Ministra Rozwoju i Finansów działającego
w imieniu Skarbu Państwa– akcjonariusza reprezentującego 35 proc. kapitału zakładowego. Decyzja wejdzie w życie w dniu doręczenia GPW decyzji Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie wyrażenia zgody na zmiany w składzie Zarządu Giełdy.

Powołanie Rady Giełdy nowej kadencji

  • 19 czerwca 2017 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie GPW powołało siedmiu członków Rady Nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (Rada Giełdy) nowej kadencji

Zgodnie z art. 385 § 1 Kodeksu spółek handlowych oraz § 13 ust. 1 Statutu Spółki, ze składu Rady Giełdy poprzedniej kadencji odwołani zostali: Marek Dietl, Jarosław Grzywiński; Grzegorz Kowalczyk, Wojciech Nagel, Marek Słomski oraz Eugeniusz Szumiejko.

Zgodnie z art. 385 § 1 Kodeksu spółek handlowych oraz § 13 ust. 1 Statutu Spółki do Rady Giełdy nowej kadencji zostali powołani: Filip Paszke i Piotr Prażmo (jako członkowie Rady Giełdy zgłoszeni w trybie § 13 ust. 3 pkt 1) Statutu Spółki), Krzysztof Kaczmarczyk (jako członek Rady Giełdy zgłoszony w trybie § 13 ust. 3 pkt. 2) Statutu Spółki) oraz Wojciech Nagel, Bogusław Bartczak, Jakub Modrzejewski i Eugeniusz Szumiejko.

Rozszyfruj klienta, by być lepszym sprzedawcą

Większość ludzi mimowolnie zakłada, że inni myślą i działają w sposób podobny do nich. Tak jednak nie jest. W relacjach, a już szczególnie w kontaktach handlowych, bardzo ważne jest, aby sprzedawca potrafił zrozumieć sposób myślenia i działania konkretnego klienta. Stanie się to łatwiejsze, gdy będzie wiedział, z jakim typem temperamentu ma do czynienia.

Ludzie są różni – to oczywiste, dlatego trudno byłoby ich było podzielić na ściśle określone segmenty i postępować według precyzyjnie przypisanych do nich schematów. Z drugiej jednak strony, mimo wspaniałej różnorodności i niepowtarzalności, wszyscy jesteśmy ludźmi i posiadamy wiele wspólnych mianowników. Jako ludzie mamy podobne zasoby, choć rozmaicie je wykorzystujemy. I właśnie na podstawie podobieństw oraz różnic między nami a innymi ludźmi, jesteśmy w stanie wyodrębnić pewne typy zachowań i wyrażanych przez nie temperamentów.

– Określając własny i cudzy typ osobowości nie ,,dzielimy ludzi na kategorie” a łączymy dzięki zrozumieniu. Fakt, że nie z każdym zbudujemy porozumienie, nie każdego przekonamy do swoich racji, nie każdemu sprzedamy usługę lub produkt, jednak zrozumienie „dlaczego?”, może być tutaj kluczowe – mówi Ilona Rajchel, trenerka w firmie szkoleniowej Effect Group.

Bez znajomości typów temperamentów da się żyć. Podobnie, jak można całkiem dobrze funkcjonować, nie znając języków obcych. W praktyce jednak, znając podstawowe zwroty, poradzimy sobie podczas wakacyjnej wycieczki, a mając zaawansowaną znajomość języka, możemy z powodzeniem uczestniczyć w negocjacjach handlowych z zagranicznymi partnerami. To po prostu pomaga. Analogicznie można podejść do typów osobowości. Nawet znajomość podstawowych różnic pomiędzy podstawowymi typami może ułatwić komunikację, ale im większą zdobędziemy wiedzę, tym skuteczniej będziemy mogli z niej skorzystać np. podczas kontaktów z klientami, ale też w wielu innych sytuacjach.

Poznaj typy temperamentów

Na świecie istnieje wiele różnych typologii dotyczących temperamentów. Zasadniczo jednak, pod rozmaitymi nazwami kryją się podobne zestawy cech. Pierwszego podziału dokonał ponad 2300 lat temu Hipokrates, a później jego typologię rozwijał Galen. Na tej podstawie także współcześnie powstaje wiele rozmaitych typologii, np. Florence Littauer opisała swoją w książkach z serii „Osobowość Plus”. Dość często stosuje się też nazwy zwierzęce lub  kolorystyczne. Wszystkie jednak mają swe źródło w koncepcji starożytnej.

Bez względu na to, czy dany temperament nazwiemy cholerycznym, czerwonym, czy lwem – zawsze będzie on uosabiał cechy związane z nastawieniem na cel, umiejętnością szybkiego ustalania priorytetów, potrzebą aktywności czy wręcz ryzyka, skupieniem na efektach i nierozumieniem emocji. Taka osoba może być bardzo bezpośrednia, energiczna, czasem wręcz agresywna. Ale już temperament flegmatyczny (inaczej – zielony lub relacyjny) będzie empatyczny, ciepły, subiektywny, emocjonalny, spostrzegawczy, wrażliwy. Jeszcze inaczej sangwinik (nazywany też żółtym lub ekspresyjnym) – to osoba z wyobraźnią, charyzmatyczna, pełna pomysłów, ale przy tym niesystematyczna, egocentryczna i często trudna do zrozumienia. Ostatnim typem jest melancholik (niebieski, analityk) – to temperament systematyczny, uporządkowany, logiczny, ale przy tym rozwlekły, mało emocjonalny, cierpliwy i ostrożny, bywa że chłodny w kontaktach.

W praktyce niezwykle rzadko spotykamy się z czystym typem temperamentu. Większość ludzi reprezentuje mieszankę dwóch, trzech a nawet wszystkich typów – tyle, ze w różnych proporcjach.

– Na szkoleniach wchodzimy w ten temat głęboko, przez testy, zabawę, rysunki i obserwacje. W ten sposób uczymy się rozumieć własny temperament. Uczestnicy często z olśnieniem odkrywają, dlaczego nie lubią i nie rozumieją jakiejś konkretnej osoby. Z reguły reprezentuje ona temperament opozycyjny wobec ich własnego – mówi Ilona Rajchel.

Dostosuj się do klienta

Sprzedawca, który zna typy temperamentów, potrafi je rozpoznawać oraz umie dostosować swój styl rozmowy do odpowiedniego typu, będzie się zachowywał nieco inaczej w zależności od tego, z jakim rozmówcą ma do czynienia.

U większości klientów dominują cechy flegmatyków i melancholików. Takie osoby potrzebują czasu do namysłu, długo rozważają zakup, a czasem czują potrzebę, by skonsultować się z kimś przed podjęciem decyzji. Tacy klienci reagują oporem, gdy ktoś zachęca ich do aktywności, dlatego stosowanie wobec nich presji zakupowej, raczej „wypłoszy” ich ze sklepu niż skłoni do zakupu. Inaczej będzie z cholerykami i sangwinikami, którzy zazwyczaj są znacznie bardziej spontaniczni, szybko podejmują decyzje i lubią podejmować ryzyko. Tutaj sprzedawca z inicjatywą będzie mógł łatwiej odnieść sukces.

– Już ta oś różnic pokazuje, że dzięki znajomości typów temperamentów możemy uniknąć grubych błędów. Np. warto dać czas tym klientom, którzy są zorientowani na brak ryzyka. Do niektórych klientów warto podejść z szerokim uśmiechem, zagadać o pogodzie czy modzie, ale w relacji z innymi lepiej się sprawdzi poważna twarz i koncentracja na merytorycznej rozmowie – mówi trenerka Effect Group.

Jak  więc powinien reagować dobry sprzedawca przy pierwszym kontakcie z klientem? Nawiązując do przykładu ze znajomością języków, trochę tak, jak recepcjonista w hotelu. W zależności od tego, czy usłyszy od gościa ,,dzień dobry”, ,,hello”, czy ,,buongiorno”, powinien nawiązać rozmowę w odpowiednim języku. A przynajmniej spróbować, wykazać dobrą wolę, użyć tych kilku słów, które zna.

– Wśród naszych klientów mogą się zdarzyć tacy, których kompozycja temperamentów będzie tak odmienna od naszej, że nie mamy szans się dogadać. To będzie taki trochę ,,obcy”, z innej planety. Wtedy warto odpuścić i przekazać klienta koledze – podpowiada Ilona Rajchel.

Zazwyczaj mamy tendencję, by dostosowywać się do rozmówcy. Inaczej będziemy zwracali się do małego dziecka, inaczej do dystyngowanej starszej pani. Znajomość typów temperamentów pozwala na jeszcze trafniejsze odczytywanie oczekiwań poszczególnych osób i na bardziej adekwatne reagowanie na ich potrzeby.

Wykorzystaj nową wiedzę podczas sprzedaży

Przeważnie najlepiej rozmawia nam się z tymi osobami, które reprezentują mieszankę temperamentów podobną do naszej. Nauka może wiele ułatwić, ale i tak z osobami o skrajnie odmiennym typie temperamentu, jakakolwiek współpraca będzie dla nas trudniejsza niż komunikacja z osobami podobnymi. Dlatego najlepszymi sprzedawcami zazwyczaj okazują się ci, którzy reprezentują mieszankę wszystkich temperamentów.

Dodatkowo, jeśli takie osoby zostaną odpowiednio przeszkolone i nabiorą praktyki, wówczas w kontaktach handlowych mogą osiągnąć mistrzostwo. Dzięki temu, w czasie rozmowy sprzedażowej taki sprzedawca bez trudu wydobędzie z siebie tylko te zasoby, które są potrzebne w danej sytuacji, a więc zgodne z tym, co dany klient rozumie, co akceptuje i co wzbudza jego zaufanie.

– Każdy z nas potrafi i szeptać, i krzyczeć, ale nasza inteligencja, empatia i doświadczenie podpowiadają nam, które z tych narzędzi wykorzystać usypiając dziecko, a które, zatrzymując przed ruchliwą ulicą zamyślonego przechodnia. Znajomość typów temperamentów pozwala jeszcze dokładniej odczytywać subtelne sygnały wysyłane przez klientów i odpowiednio na nie reagować – wyjaśnia trenerka.

Gdy takiej wrażliwości brakuje, wówczas klienci często zarzucają sprzedawcom brak wrażliwości, niemiłe traktowanie czy wręcz brak profesjonalizmu. Tymczasem każdy sprzedawca, który chce podnieść poziom swoich relacji z klientami, realizować więcej celów, czy też obniżyć swój poziom stresu, powinien zainteresować się wiedzą dotyczącą osobowości jego klientów. Jeśli komunikację uda się poprawić, obydwie strony będą bardziej usatysfakcjonowane – korzyści odniesie i sprzedawca, i dobrze obsłużony klient.

Taką naukę zacząć można od zdobycia teoretycznych informacji o typach temperamentów. Sama teoria jednak nie wystarczy. Praktykę można natomiast zacząć od stosowania nowej wiedzy wobec kolegów z pracy, przyjaciół, sąsiadów czy partnera. Warto obserwować, zadawać pytania i na podstawie uzyskiwanych informacji zwrotnych, korygować swoje zachowania i wypowiedzi.

Działaj etycznie

Podejście do klienta, zgodnie z którym sprzedawca dostosowuje przekaz do cech danej osoby, chcąc skuteczniej na nią wpływać, może się niektórym kojarzyć z manipulacją. Mniej uczciwi sprzedawcy mogą wręcz szukać u klienta „pięty achillesowej”, co ułatwi skłonienie go do zakupu. Czy więc kierowanie się cechami osobowymi klientów jest etyczne?

– Manipulacja lub etyczne zachowanie to nie kwestia narzędzi, ale nastawienia wewnętrznego. Wiedzę o typach temperamentu można porównać do ostrego, doskonale wyważonego noża. To świetne i profesjonalne narzędzie, ale to od moich intencji zależy, czy pokroję nim chleb i podzielę się z innymi, czy będę nim komuś grozić – mówi Ilona Rajchel. – Zwracam na to uwagę także na szkoleniach. W sytuacjach handlowych nie jest tak, że sprzedawca wygrywa, gdy klient przegrywa (ani odwrotnie). Wygrać powinny obydwie strony, a do tego potrzebna jest uczciwość, empatia, zaufanie i wyrozumiałość.

Mahatma Ghandi powiedział: ,,Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie”. Sprzedawcy oczekują, że klienci będą wobec nich przyjaźni, uczciwi, szczodrzy, lojalni i wyrozumiali, zatem, niechże i oni tacy będą. Wiedza na temat temperamentów ich klientów może im w tym znacznie pomóc.