Pierwszy na świecie smartfon ze świecącą obudową. Nowy Alcatel A5 LED potrafi zmieniać kolory i wyświetlać animacje

Pierwszy na świecie smartfon ze świecącą obudową. Nowy Alcatel A5 LED potrafi zmieniać kolory i wyświetlać animacje 1

Zaawansowane specyfikacje smartfonów nie robią na użytkownikach już takiego wrażenia jak jeszcze kilka lat temu, dlatego producenci z branży telekomunikacyjnej idą krok dalej i stawiają na designerskie obudowy. Alcatel A5 LED to nowy telefon, który w najbliższych dniach pojawi się na rynku. Smartfon dostosuje kolor obudowy do preferencji użytkownika, dzięki 35 specjalnym diodom i aplikacji Color Catcher.

Alcatel A5 LED wyposażono w ośmiordzeniowy procesor, 2GB RAM, 16GB wbudowanej pamięci, którą można rozszerzyć przez kartę microSD i zainstalować na niej aplikacje. Ponadto telefon zaoferuje użytkownikom aparaty: 5 i 8 megapikseli. Równie istotną rolę odegrają specjalne diody doświetlające, które pozwolą zmienić kolor telefonu.

– W urządzeniu zmieściliśmy 35 diod na tylnym panelu, dzięki czemu już przy pierwszym kontakcie rzuca się w oczy, robi wrażenie świetlnymi efektami, animacjami, które pojawiają się z tyłu. Ponadto pozwala w fajny sposób spersonalizować to urządzenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Bialic, PR manager Alcatel Mobile Polska.

Innowacyjna obudowa złożona z diod ma 3 specjalnie zaprojektowane zastosowania. Użytkownik może zaprogramować kolor dla powiadomień z telefonu czy muzyki, jak również może dokonać manualnej personalizacji koloru w czasie rzeczywistym za pomocą aplikacji Color Catch.

– Mamy trzy główne założenia, jak wykorzystywać tę obudowę. Po pierwsze, powiadomienia. Niezależnie od tego, czy są to połączenia głosowe, wiadomości czy alarm, ale też aplikacje, które pochodzą od zewnętrznych deweloperów. Po drugie, muzyka. W każdej aplikacji, która generuje dźwięk, po włączeniu będzie się pojawiać animacja z tyłu. Tę animację łatwo zmienić, wystarczy potrząsnąć telefonem i animacja zmienia się na inną, natomiast jest dostosowana do rytmu muzyki, która jest odtwarzana przez urządzenie. Po trzecie, możliwość personalizacji telefonu. Opcja ta współpracuje z aplikacją Color Catcher, która za pomocą aparatu rozpoznaje barwy, które są dookoła – wyjaśnia Adam Bialic.

Telefon niczym kameleon dostosuje zarówno kolor obudowy, jak i interfejsu do miejsca, w którym się znajdzie, a wszystko za sprawą aparatu.

– Wystarczy, że skierujemy aparat w stronę sukienki, samochodu czy dowolnego dodatku, który akurat dzisiaj mamy przy sobie, a chcemy, żeby nasz smartfon się do niego upodobnił. Aparat wychwyci te barwy, zaproponuje nam kilka tapet i wersji kolorystycznych interfejsu. Oprócz tego, że sam interfejs się zmieni, to przy każdym zablokowaniu czy odblokowaniu ekranu z tyłu pojawi się animacja, która jest właśnie dostosowana kolorystycznie do tych barw, które wybraliśmy – tłumaczy Adam Bialic.

Smartfon wejdzie na rynek za kilka dni, mimo to już teraz można zaobserwować bardzo pozytywny feedback zarówno wśród recenzentów, którzy wystawiają przychylne oceny, jak i zainteresowanych klientów.

– Widzimy na rynku pewną tendencję, klienci są zmęczeni standardowym wyglądem smartfona. Patrząc na targi MWC, na których był zaprezentowany nasz A5 LED, tam pozytywne opinie wynikały głównie z tego, że smartfon wyraźnie wyróżniał się na tle innych urządzeń – przekonuje Adam Bialic i podsumowuje – Smartfon będzie kosztował 750 zł i pojawi się w przeciągu kilku najbliższych dni, jest to średnia półka cenowa, więc musimy mówić o kompromisach, natomiast podzespoły, które znalazły się w tym urządzeniu, powinny wystarczyć większości odbiorców, do których kierujemy ten smartfon.

Systemy satelitarne generują coraz więcej danych o stanie naszej planety. Polska firma zamierza je komercjalizować, oferując wynalazcom i przedsiębiorstwom

Systemy satelitarne generują coraz więcej danych o stanie naszej planety. Polska firma zamierza je komercjalizować, oferując wynalazcom i przedsiębiorstwom 2

Coraz więcej danych napływa z przestrzeni kosmicznej, dzięki czemu naukowcy wiedzą więcej o procesach, które zachodzą na Ziemi. Satelity dostarczają bardzo dużo nowych informacji na temat stanu naszej planety. Firmy takie jak Kapitech starają się to wykorzystać do celów biznesowych. W ramach stworzonego przez polską firmę projektu o nazwie EO ClimLab w Polsce powstaną serwisy, które będą wykorzystywać dane satelitarne.

– W ramach projektu wdrożymy różnego rodzaju serwisy klimatyczne z wykorzystaniem danych satelitarnych. Tworzymy teamy z najlepszymi specjalistami i rozwiązania dla współczesnych problemów związanych ze zmianami klimatu. Jednym z przykładów jest pomiar poziomu oceanu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Iuliia Strotska, która zarządza innowacją w projekcie EO ClimLab. Po czym dodaje: – Wspieramy zespoły i ich rozwiązania. Doprowadzamy też do procesu akceleracji, współpracujemy z akceleratorami, najpierw wspieramy przy wejściu na rynek, a po niespełna roku zaczynamy sprzedawać lub pomagamy pozyskać klientów. 

Jak twierdzi Philippe Mathieu, który w Europejskiej Agencji Kosmicznej zajmuje się pracą na rzecz lepszego wykorzystania danych satelitarnych, informacje z przestrzeni kosmicznej są coraz częściej wykorzystywane przez przedsiębiorców i wynalazców. Ponadto podkreśla również ich przydatność dla całego społeczeństwa.

– W Europie mamy dziś do czynienia z rewolucją. System Copernicus dostarcza metabajty informacji na temat stanu naszej planety. Te dane mogą być wykorzystywane przez przedsiębiorców i wynalazców, którzy tworzą nowe aplikacje i w ten sposób generują nową wartość na bazie technologii cyfrowych. Na tym polegają innowacje. Oferujemy wynalazcom dane i narzędzia, a oni dzięki swoim pomysłom, przekształcają te dane w informacje, które mogą być użyteczne dla kogoś innego. One mogą mieć wartość komercyjną, ale także przynosić pożytek społeczeństwu – twierdzi Philippe Mathieu.

Specjalista uważa, że dane pomagają podejmować decyzje oraz realizować określoną politykę w takich obszarach jak rolnictwo czy kontrola zanieczyszczeń, a także wielu innych. Cały pomysł opiera się na przekształceniu danych pochodzących z kosmosu w coś, co jest dla nas użyteczne, np. SMS czy mapę.

– Możesz z nich korzystać, przekształcać je, dystrybuować. To dobro publiczne, podobnie jak sygnał GPS, który stwarza szansę i na niej ludzie budują swoje biznesy. Płacisz za informację, ale nie za dane. Można powiedzieć, że budujemy autostradę informacyjną, przy której każdy może postawić swoją restaurację – wyjaśnia Philippe Mathieu.

Philippe Lattes, pracujący dla francuskiej grupy Dolina Lotnicza uważa, że program EO ClimLab jest szansą dla młodych odkrywców tworzących innowacyjne aplikacje. Według niego technologia big data odgrywa kluczową rolę w procesie analizy danych satelitarnych ze względu na wciąż zwiększając się liczbę dostępnych informacji.

– Dzięki temu system może się uczyć pewnych sytuacji, wyciągać wnioski ze zdjęć, uzyskiwać użyteczne informacje. Chcemy gwarantować jakość tych danych. Mamy do czynienia z konwergencją zachodzącą pomiędzy danymi satelitarnymi a technologią big data. To pozwoli nam na wprowadzenie wielu nowych aplikacji – podsumowuje Philippe Lattes.

Pracodawca może wypłacić wynagrodzenie w obcej walucie, ale pracownik nie musi się na to godzić

Jeśli przedsiębiorcy rozliczają się z klientami np. w dolarach, to dla własnej wygody mogą zaproponować pracownikom wynagrodzenie w tej samej walucie. Jednak firma musi to indywidualnie uzgodnić z każdym zatrudnionym, zawrzeć takie postanowienie w umowie o pracę, a potem systematycznie sprawdzać kurs złotego w NBP.

Art. 358 kodeksu cywilnego mówi o tym, że zobowiązanie finansowe może być regulowane w innej walucie, niż polska, jeżeli tak ustalą strony bądź bezpośrednio wynika to z orzeczenia sądowego lub też z ustawy. Wyjątkiem jest sytuacja, w której akt prawny, orzeczenie sądowe, będące źródłem zobowiązania, lub czynność prawna zastrzega spełnienie świadczenia w walucie obcej. Do tego odsyła art. 300 kodeksu pracy. Dlatego, zgodnie z prawem, pracodawca i pracownik mogą umówić się, że wynagrodzenie będzie wypłacane np. w dolarach. Z obserwacji eksperta z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że najczęściej dotyczy to przedsiębiorców, którzy są cudzoziemcami i z reguły nie dokonują transakcji finansowych w złotówkach.

– Przedsiębiorca ma prawo wypłacać pensje w dogodnej dla niego walucie, w zależności od źródła przepływu finansów w firmie. Natomiast, płaca musi być przeliczana, według kursu Narodowego Banku Polskiego, zgodnie z dniem wymagalności świadczenia. Kwota, uzyskana po przewalutowaniu, nie może być niższa od minimalnego wynagrodzenia za pracę w Polsce. A gdyby tak się zdarzyło, to pracodawca ma obowiązek wyrównać tę różnicę. W tej sytuacji, pracownik jest stroną chronioną – mówi prof. Grażyna Spytek-Bandurska.

Ekspert podkreśla, że jeżeli już dochodzi do wypłat w obcej walucie to z reguły są one wyższe, niż przeciętne wynagrodzenie w naszym kraju. I raczej dotyczą wysoko wykwalifikowanych i dobrze opłacanych pracowników. W związku z tym, według wykładowcy z Uniwersytetu Warszawskiego, w większości przypadków nie ma obawy o to, że zatrudniony otrzyma na koniec miesiąca mniejszą kwotę, niż płaca minimalna obowiązująca w naszym kraju. Dotyczy to zarówno pracy wykonywanej w Polsce, jak i za granicą, np. podczas delegacji służbowej.

– Pracownik może też otrzymywać sporadycznie wynagrodzenie w innej walucie, niż polski złoty. Podstawowy warunek jest taki, że musi być o tym powiadomiony. Pracodawca ma obowiązek zawrzeć z nim postanowienie na piśmie, np. w aneksie do umowy o pracę. I oczywiście w tym wypadku również wypłata powinna być przeliczana w dniu wymagalności świadczenia, według wcześniej wspomnianego kursu NBP. Warto zauważyć, że w każdym momencie zainteresowane strony mogą dokonać zmiany swoich ustaleń i zaprzestać rozliczeń w obcej jednostce, gdyż może to być uciążliwe, zwłaszcza dla pracownika. Bowiem wszelkie transakcje zwykle czynimy w polskiej walucie – dodaje prof. Spytek-Bandurska.

Polacy inaczej zaczynają postrzegać luksus. Bardziej niż dobra materialne cenią wolny czas

Polacy inaczej zaczynają postrzegać luksus. Bardziej niż dobra materialne cenią wolny czas 3

Zmienia się definicja pojęcia luksusu wśród polskich klientów segmentu premium. Większość zamożnych Polaków duże pieniądze woli przeznaczyć na ekskluzywne podróże niż przedmioty materialne. Jeśli już wybierają luksusowe marki, to dlatego że oznaczają dla nich przede wszystkim gwarancję wysokiej jakości. Najpopularniejsze z nich to Ferrari, BMW, Mercedes oraz Louis Vuitton.

Jak pokazuje badanie „Obraz zamożnego konsumenta w Polsce”, zaprezentowane w maju przez LuxHub, rodzima klasa ludzi zamożnych przechodzi istotne zmiany. Znacznie większe znaczenie przywiązuje obecnie do wartości niematerialnych oraz doświadczeń, a nie do posiadania. 60 proc. respondentów zadeklarowało, że 10 tys. dol. wolałoby przeznaczyć na luksusowe wakacje niż przedmioty materialne. Luksusowe gadżety znalazły się dopiero na drugim miejscu: kosztowny zegarek kupiłoby 17 proc. badanych, a biżuterię – 10 proc. 7 proc. ankietowanych za pieniądze te wybrałoby się natomiast na luksusowy festiwal muzyczny, np. Burning Man w USA.

– Zmienia się również definicja luksusu. Jest on obecnie rozumiany jako możliwość cieszenia się życiem i dysponowania własnym czasem. Taką odpowiedź w badaniu LuxHub wskazało blisko 50 proc. respondentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Baran, redaktor PRoto.pl.

Luksusowe marki kojarzą się zamożnym Polakom przede wszystkim z gwarancją wysokiej jakości. Najpopularniejsze z nich to Ferrari, BMW, Mercedes oraz Louis Vuitton. Informacje o markach z segmentu premium Polacy czerpią głównie od znajomych, z prasy oraz witryn sklepowych.

Zamożni Polacy odznaczają się tradycyjnym podejściem do mediów. W przeciwieństwie do większości społeczeństwa regularnie sięgają po prasę codzienną. Chętnie czytają także tygodniki takie jak „Newsweek” czy „Polityka”.

– Interesują ich takie treści, jak artykuły i reportaże o tematyce społecznej, materiały dotyczące ekonomii i gospodarki oraz treści związane z wykonywanym przez nich zawodem, a także poświęcone podróżom – mówi Małgorzata Baran.

Połowa osób badanych przez LuxHub deklaruje, że codziennie ogląda telewizję – ich ulubione stacje to TVN i TVN24. Raz w tygodniu włączają oni kanały tematyczne, takie jak Discovery czy Netflix. Radia zamożni Polacy słuchają zazwyczaj podczas jazdy samochodem – najchętniej wybierają wówczas takie rozgłośnie jak TOK FM, RMF FM i Radio Zet. Klienci dóbr luksusowych są również aktywni w internecie, chętnie korzystają m.in. z portali społecznościowych, które pełnią coraz istotniejszą rolę w procesie zakupowym marek z segmentu premium.

– Tutaj obecne są marki luksusowe, które wiedzą, że ich klienci poszukują w portalach społecznościowych opinii na temat produktów i sami dzielą się tymi opiniami ze swoimi znajomymi. Kanały społecznościowe służą markom luksusowym zarówno do budowania wizerunku, jak i do działań sprzedażowych – mówi Małgorzata Baran.

Wydarzeniami, które w ostatnim czasie szczególnie zainteresowały zamożnych Polaków, były doniesienia o kłopotach marki Michael Kors. Popularna nad Wisłą amerykańska marka zapowiedziała w maju, że w ciągu dwóch najbliższych lat planuje zamknięcie nawet 125 sklepów, co wiąże się ze spadkiem sprzedaży. Problemy finansowe mogą się wiązać z nietrafioną strategią sprzedażową polegającą na wypuszczaniu linii skierowanych do klientów masowych. Polskich klientów zainteresowała także sprzedaż torebki Hermesa za rekordową sumę 350 tys. dol.

– Chodzi o model Himalaya, który anonimowy nabywca kupił podczas targów w Hongkongu. Torba ta jest w całości pokryta skórą krokodyla, zamki wykonane są ze złota, natomiast uchwyty wysadzane diamentami – mówi Małgorzata Baran.

Istotnym wydarzeniem na rynku premium była również sprzedaż przez markę Rolls-Royce najdroższego samochodu świata. Chodzi o model Sweptail, estetyką nawiązujący do klasycznych aut Rolls-Royce’a z lat 20. i 30. XX wieku. Model ten został wykonany na specjalne zamówienie indywidualnego klienta, a jego cena wyniosła ok. 13 mln dol.

Firmy stawiają na innowacje w działach zakupów. Inwestycje w nowe technologie pozwalają im zaoszczędzić do 15 proc. wydatków

Firmy stawiają na innowacje w działach zakupów. Inwestycje w nowe technologie pozwalają im zaoszczędzić do 15 proc. wydatków 4

Polskie firmy coraz częściej inwestują w narzędzia, które usprawniają ich procesy zakupowe. Ich odpowiednie wykorzystanie może przynieść oszczędności na poziomie 15-proc. wydatków. Ponad połowa menadżerów dostrzega przydatność nowoczesnych narzędzi IT i platform zakupowych, które pozwalają zarządzać tym procesem i kontrolować bazę dostawców. Dotyczy to szczególnie branży produkcyjnej, która na zakupy przeznacza około połowy swoich przychodów.

W obszarze zakupów produkcyjnych kluczowe są narzędzia związane z zarządzaniem bazą dostawców. Coraz większe znaczenie mają również te, które służą do zarządzania ryzykiem wynikającym ze współpracy z dostawcami. Firmy patrzą już nie tylko na koszty, ceny produktów i usług, lecz także na potencjalne ryzyka związane na przykład z bankructwem dostawcy czy problemami z logistyką – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Borowiecki, prezes zarządu firmy OptiBuy, specjalizującej się w doradztwie zakupowym.

W porównaniu z krajami zachodniej Europy rynek doradztwa zakupowego w Polsce jest wciąż słabo rozwinięty, chociaż z roku na rok coraz więcej firm zdaje sobie sprawę z tego, że dzięki optymalizacji procesów zakupowych mogą zaoszczędzić znaczne kwoty. Dlatego tworzą specjalne działy, wdrażają systemy IT i nowoczesne platformy zakupowe, które mają wesprzeć proces zakupowy i kontrolować bazę dostawców.

– W zależności od typu zakupów oszczędności mogą być bardzo różne. Z naszego doświadczenia wynika, że największe oszczędności można osiągnąć tam, gdzie jest potencjał do standaryzacji, wejścia w strukturę kosztową po stronie dostawców. Mowa o wszystkich zakupach, które mają duży udział pracy ludzkiej, gdzie można zastosować automatyzację. To są obszary, w których oszczędności mogą sięgać od kilkunastu do kilkudziesięciu procent bazy kosztowej – mówi Mateusz Borowiecki.

Według badań KPMG na razie tylko 27 proc. zarządzających spółkami dostrzega strategiczną rolę funkcji zakupów. Największym wyzwaniem jest dla firm zmierzenie efektów optymalizacji tego obszaru. Jednak coraz więcej menadżerów zaczyna doceniać wsparcie procesów zakupowych w swojej firmie, jakie zapewniają nowoczesne narzędzia informatyczne.

Na tle firm z Europy Zachodniej czy ze Stanów inwestycje w narzędzia IT są jeszcze stosunkowo niewielkie. Jeżeli porównamy budżety na narzędzia informatyczne dla zakupów w stosunku do całej bazy wydatków, to są one na niskim poziomie. W Polsce firmy cały czas inwestują więcej w systemy ERP czy CRM, ale naturalną koleją rzeczy są systemy do zarządzania dostawcami. Budżety nie są jeszcze duże, ale rosną rok do roku i my widzimy ten wzrost –mówi Mateusz Borowiecki.

Polskie przedsiębiorstwa są coraz bardziej świadome korzyści, jakie przynosi korzystanie z platform zakupowych do zarządzania łańcuchem dostaw. Za ich pośrednictwem firma może nie tylko budować bazę potencjalnych dostawców, lecz także m.in. wysyłać do nich elektroniczne zaproszenia do udziału w przetargu lub procesie zakupowym, indeksować faktury i historię zamówień, wysyłać zapytania ofertowe czy tworzyć tabele cenowe.

Zakupy produkcyjne (direct) to zakupy materiałów produkcyjnych, które firma kupuje w celu przetworzenia i zastosowania w swoich wyrobach. Terminowość, cena i rzetelność dostawców ma w tym przypadku kluczowe znaczenie dla ciągłości produkcji przedsiębiorstwa.

– W zakupach produkcyjnych chodzi o to, aby firma była w stanie dobrze zarządzać bazą dostawców i rozumiała, z jakimi kategoriami zakupowymi ma do czynienia – wyjaśnia Mateusz Borowiecki.

Jak wynika z badań przeprowadzonych na początku tego roku przez GfK na zlecenie Deloitte i Aleo firmy, które wdrożyły nowoczesne systemy zakupowe, mogą liczyć na oszczędności rzędu 10–15 proc. Z takich narzędzi korzysta na razie tylko 35 proc. polskich przedsiębiorstw. Eksperci Deloitte wskazali jednak, że digitalizacja procesów zakupowych to proces, którego nie da się już powstrzymać. Większość dyrektorów zakupów uważa, że digitalizacja stwarza im szansę dostępu do większej bazy dostawców, innowacji i narzędzi zapewniających efektywność, usprawnia współpracę i pozwala znaleźć dodatkowe oszczędności.

Obszar zakupów w firmach produkcyjnych i nowoczesne narzędzia wspierające procesy zakupowe były motywem przewodnim konferencji Procon Manufacturing 2017, która w ostatnich dniach maja przyciągnęła do Wrocławia blisko setkę menadżerów i specjalistów z tego obszaru. Zorganizowana po raz drugi konferencja jest jedynym w Polsce wydarzeniem o tematyce zakupów direct.

Ze względu na zagrożenie terrorystyczne w Europie Zachodniej turyści wybierają Polskę. Krajowy rynek hotelowy rośnie w siłę

Ze względu na zagrożenie terrorystyczne w Europie Zachodniej turyści wybierają Polskę. Krajowy rynek hotelowy rośnie w siłę 5

Polski rynek hotelowy ma za sobą kilka lat hossy i wciąż bardzo dobre perspektywy. Jest na nim miejsce na nowe projekty, co w połączeniu z podażą gruntów i nisko oprocentowanymi kredytami przyciąga zainteresowanie zagranicznych inwestorów i dużych sieci hotelowych. Ze względu na niewielkie zagrożenie terrorystyczne Polska jest również coraz chętniej wybierana przez zagraniczny biznes i turystów. Dlatego z krajowym rynkiem duże nadzieje wiąże także sieć Best Western.

Polski rynek hotelowy jest szczególnie interesujący. Organizacja ubiegłorocznego szczytu NATO czy wydarzenia kulturalne we Wrocławiu, który był Europejską Stolicą Kultury, spowodowały, że to miejsce zaistniało w świadomości turystów na całym świecie. W Europie Zachodniej prawie nie ma już możliwości dalszego rozwoju rynku hotelowego, podczas gdy tu, w Warszawie, otworzy się w przyszłym roku nowe centrum konferencyjne, które przyciągnie do Polski biznesmenów i turystów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Suzi Yoder, wiceprezes ds. operacji międzynarodowych w sieci hoteli Best Western Hotels & Resorts.

Polski rynek hotelowy notuje wzrosty nieprzerwanie od kilku lat – wynika z raportu („A Land of Opportunity. Poland Hotel Market Snapshot”) firmy doradczej Christie&Co., która działa w segmencie nieruchomości komercyjnych. W latach 2006–2015 liczba turystów korzystających z usług hoteli wzrosła w Polsce o 86 proc., natomiast krajowa baza noclegowa zwiększyła się o 80 proc. W efekcie z końcem 2015 roku na polskim rynku działało 2 316 hoteli, z których większość to obiekty trzygwiazdkowe. Mimo że w ostatnich latach branża hotelowa notowała wzrosty, Polska wciąż pozostaje w tyle za większością państw Europy Zachodniej.

Polski rynek nie jest jeszcze tak dojrzały jak rynki zachodnioeuropejskie – potwierdza Suzi Yoder.

Jak wynika z ubiegłorocznej analizy Cushman & Wakefield, znajduje się on jednak w fazie stabilnego wzrostu. Rośnie liczba przyjazdów: zarówno w celach turystycznych, jak i biznesowych. Na koniec 2015 roku liczba noclegów w hotelach w całej Polsce sięgnęła łącznie 32,6 mln. Najbardziej atrakcyjna pozostaje Warszawa, gdzie w 140 obiektach hotelowych znajduje się około 15 tys. pokoi. Wśród najbardziej perspektywicznych lokalizacji są także lokalne rynki w  Krakowie, Trójmieście i Wrocławiu. Dużo miejsca na nowe projekty jest zwłaszcza w średnim segmencie budżetowym.

– Kredyty są nisko oprocentowane, a grunty dostępne, więc można się spodziewać w dalszym ciągu dużego zainteresowania zagranicznych inwestorów – mówi Suzi Yoder. – Dodatkowo w kontekście zagrożenia terrorystycznego Polska jest postrzegana jako bezpieczny kraj. W ostatnich latach miasta takie jak Kraków, Katowice, a nawet Warszawa zaczęły być postrzegane jako atrakcyjne miejsca zarówno do wypoczynku, jak i dla biznesu. Wiele dużych firm jest już tu obecnych, więc sektor biznesowy od dawna jest bardzo ważny, ale nowością są przyjazdy turystów podyktowane bezpieczeństwem.

Również globalna firma doradcza Cushman & Wakefield zauważyła, że w związku z atakami terrorystycznymi w całej Europie turyści coraz częściej biorą pod uwagę kwestie bezpieczeństwa przy wyborze celu podróży. To samo dotyczy podróży służbowych i biznesowych. Co istotne, większość zagranicznych turystów bardzo pozytywnie ocenia swój pobyt w Polsce i ma w planach kolejny przyjazd. „Badanie satysfakcji turystów krajowych i zagranicznych 2016”, przeprowadzone na zlecenie Polskiej Organizacji Turystycznej, pokazało że 86 proc. z nich deklaruje zadowolenie z pobytu w Polsce.

Best Western, trzecia na świecie pod względem wielkości grupa hotelowa, ma na najbliższe lata ambitne plany dotyczące również polskiego rynku. W centrum Katowic otwiera właśnie nowy obiekt liczący 46 pokoi. Wyróżnia go własny browar w podziemiu, dzięki czemu hotel będzie sprzedawał własnej produkcji piwo.

W czerwcu otwieramy hotel z 64 pokojami w Zakopanem. W drugiej połowie następnego roku otworzymy w tym mieście kolejny obiekt, tym razem z 50 pokojami. Natomiast w 2018 roku planujemy otworzyć 64-pokojowy hotel klasy premium we Wrocławiu. Dekadę temu, kiedy otwieraliśmy w Polsce nasze biuro, mieliśmy 7 hoteli. Pod koniec tego roku dobijemy do 30 – mówi Suzi Yoder.

Na całym świecie grupa Best Western ma już zaplanowane do realizacji około 500 inwestycji. Prawie połowa z nich będzie realizowana w Ameryce Północnej. Spółka jest też bardzo aktywna w Chinach i innych krajach Azji oraz w Australii.

– W Europie ta ekspansja jest nieco wolniejsza, ale mamy dużą grupę hoteli w Szwecji, które pod koniec tego roku dołączą do marki Best Western. Dzięki temu przybędzie nam na tamtejszym rynku 60 obiektów. Rozmawiamy z grupami hotelowymi we Włoszech i w Niemczech – mamy nadzieję także tam pozyskać hotele. Dwa kolejne, ważne dla nas obszary to Bliski Wschód, gdzie mamy w planach otwarcie 13 nowych hoteli, oraz Ameryka Łacińska, gdzie planujemy 20 otwarć. To są obiekty, przy których mamy już podpisane umowy i zaakceptowane plany inwestycyjne – mówi Suzi Yoder.

Mateusz Grzesiak: Polskie firmy niegotowe na rezygnację z hierarchii pracowników. Zaufanie i zmiana pokoleniowa pomogą wprowadzić model firmy bez szefa

Mateusz Grzesiak: Polskie firmy niegotowe na rezygnację z hierarchii pracowników. Zaufanie i zmiana pokoleniowa pomogą wprowadzić model firmy bez szefa 6

W firmie zarządzanej w modelu turkusowym nie ma kierowników ani dyrektorów, sztywnej hierarchii ani rozmów oceniających. Pracownicy sami wyznaczają sobie zadania i cele, a potem rozliczają się z nich między sobą. Dzięki temu mają poczucie współodpowiedzialności, a firma osiąga znakomite wyniki. Turkusowe zarządzanie cieszy się na świecie rosnącą popularnością, ale polskie przedsiębiorstwa jeszcze nie są na to gotowe – potrzebne jest większe zaufanie społeczne i zmiana pokoleniowa na rynku pracy.

Turkusowe zarządzanie to nowoczesny model, którego idea opiera się na braku hierarchii wewnętrznej. Brak w nim systemu motywacyjnego w postaci kary i nagrody. Model skupia się na tym, w jaki sposób pracownik ma się samodzielnie motywować, samoorganizować i osiągać odpowiednie wyniki dla firmy. W Polsce dopiero zyskuje swoich zwolenników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mateusz Grzesiak, doradca biznesowy i psycholog.

Przedsiębiorstwa, które działają w turkusowym modelu zarządzania, są przeciwieństwem firm o sztywnej hierarchii i korporacyjnym porządku, gdzie każdy musi raportować i wykonywać polecenia osób na wyższych stanowiskach.

W „turkusowych” firmach nie ma kierowników ani dyrektorów, a struktura zatrudnienia jest płaska. Przełożeni nie kontrolują pracowników, którzy samodzielnie wyznaczają sobie zadania i cele do realizacji. To pobudza ich kreatywność, daje swobodę podejmowania decyzji i sprawia, że pracownik czuje się współodpowiedzialny za firmę.

Eksperci zauważają, że taki model zarządzania opiera się w dużej mierze na uczciwości i zaufaniu. Organizacja zarządzana w modelu turkusowym nie ma sztywnych budżetów przeznaczonych na premie, prowizje czy określone projekty. Nie ma również okresowych rozmów ewaluacyjnych. Pracownicy sami między sobą rozliczają się z wykonywanych zadań w ramach zespołu. Dzięki temu w „turkusowej” firmie zbędne stają się systemy premiowe czy motywacyjne, bo wszyscy mają poczucie, że pracują na wspólne dobro.

Motywowanie pracowników w turkusowym modelu zarządzania polega na roztoczeniu wspólnej wizji, ponieważ wtedy myślą oni kategoriami „Think Big”. Dodatkowo należy postawić na brak przymusu, zamienić słowo „muszę” na „chcę”. Pamiętajmy o tym, że szczególnie młode pokolenie nastawione jest na samorozwój i odpowiednie budowanie relacji. Jeżeli przedsiębiorstwa uwierzą, że pracownicy są skłonni sami się organizować i motywować, wówczas turkusowe zarządzanie  stanie się w Polsce bardziej popularne – uważa Mateusz Grzesiak.

Zdaniem jednego z czołowych doradców biznesowych polski rynek pracy nie jest jeszcze w pełni gotowy na turkusowe zarządzanie. Pracownicy w Polsce przywykli do tradycyjnych organizacji i hierarchicznego modelu. Według dra Mateusza Grzesiaka, aby zmiana była możliwa, potrzebne jest większe zaufanie społeczne i transformacja pokoleniowa.

Obecnie wśród millenialsów popularność zdobywa praca zdalna. W tym modelu pracownik również sam wyznacza sobie zadania i obowiązki, a przełożony rozlicza go z efektów pracy. Z czasem ten model może przekształcić się w turkusowy.

Potrzeba nam zmian mentalnościowych, żeby turkusowe zarządzanie znalazło w Polsce więcej zwolenników. Jesteśmy przyzwyczajeni do pionowego, hierarchicznego systemu zarządzania, z szefem, który kieruje całością organizacji, uprawiając micromanagement, oraz pracownikiem, który w gruncie rzeczy ma niewiele do powiedzenia. Musimy bardziej zaufać sobie jako społeczeństwu, postawić na zmianę pokoleniową i podejście oparte na freelancerach. W gruncie rzeczy każdy może samodzielnie zarządzać swoim czasem, swoją motywacją oraz osiągać określone cele – mówi Mateusz Grzesiak.

Na polskim rynku istnieje kilkadziesiąt, głównie młodych i innowacyjnych przedsiębiorstw, które działają w tym modelu. Przykładem z rodzimego podwórka jest krakowska firma szkoleniowa Leance. Turkusowa jest także holenderska organizacja Buurtzorg, skupiająca 80 proc. pielęgniarek z całego kraju.

Według moich obserwacji turkusowym zarządzaniem są zainteresowani nie tylko młodzi, lecz także coraz większa rzesza dużych rynkowych graczy. Wiąże się to z faktem, że model ten obniża koszty, przyspiesza wymianę informacji oraz powoduje, że każdy motywuje się samodzielnie. Dzięki temu presja i odpowiedzialność pracodawcy jest przeniesiona na pracownika, który samodzielnie jest w stanie podejmować decyzje – mówi Mateusz Grzesiak.

Zwolennicy turkusu podkreślają, że firmy, które wdrożyły ten model zarządzania, mogą się pochwalić zadziwiająco dobrymi wynikami.

Turkusowy model zarządzania to koncepcja sformułowana przez Frederica Lalouxa (byłego partnera globalnej agencji doradczej McKinsey & Company) w książce „Pracować inaczej” (2014), która cieszy się wielką popularnością na całym świecie. Oprócz turkusu Laloux wyróżnił jeszcze model czerwony (autorytarny, charakterystyczny np. dla mafii), bursztynowy (sztywna hierarchia, np. kościelna), pomarańczowy (charakterystyczny dla korporacji, nastawiony na cel) oraz zielony – oparty na wartościach i zasadach demokratycznych, w którym decyzje są podejmowane wspólnie.

Zdaniem twórcy tej koncepcji turkusowe zarządzanie to ostatni i najlepszy, najbardziej świadomy model zarządzania organizacją. W Polsce zwolennikiem turkusowego zarządzania jest profesor Andrzej Blikle, który napisał o nim książkę „Można Inaczej” i propaguje ten model wśród pracodawców.

Polski producent okien chce podbić amerykański rynek. Testuje też eksport na Bliski Wschód i do Australii

Polski producent okien chce podbić amerykański rynek. Testuje też eksport na Bliski Wschód i do Australii 7

Głównymi rynkami eksportowymi polskich producentów okien pozostają kraje europejskie ze względu na bliskość geograficzną i kulturową. Jednak w obliczu dużego nasycenia i rosnącej konkurencji tanich produktów z Chin, Bułgarii czy Rumunii coraz więcej producentów decyduje się na szukanie kontrahentów poza Starym Kontynentem. Oknoplast po zdobyciu rynków europejskich testuje rynek amerykański i bliskowschodni. Coraz lepiej radzi sobie także w odległej Australii.

Polscy eksporterzy powinni stawiać na rynki odpowiednie dla etapu rozwoju, na którym się znajdują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mikołaj Placek, prezes zarządu Grupy Oknoplast. – Oknoplast postawił przede wszystkim na rynki europejskie, dlatego że logistycznie one były najbliżej, aczkolwiek w tym momencie rozwój spółki na tych rynkach oraz nasycenie są na tyle duże, że przechodzimy do kolejnego etapu rozwoju na rynkach poza kontynentem europejskim.

Polska jest potentatem w eksporcie stolarki otworowej – okien i drzwi. Choć pod względem produkcji zamykamy pierwszą piątkę, już w 2015 roku eksport okien i drzwi z Polski przekroczył poziom wygenerowany przez Niemcy. Tym samym Polska stała się w Unii Europejskiej liderem eksportu tych produktów. Jego wartość wyniosła wówczas 1,55 mld euro.

Dla Oknoplastu najbardziej perspektywiczne pozostają rynki Unii Europejskiej: Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania – tłumaczy Mikołaj Placek. – Przede wszystkim dlatego, że pod względem logistycznym znacznie łatwiej jest nam eksportować do tych krajów niż do krajów poza Europą. W tym momencie jesteśmy na etapie testowania rynku amerykańskiego. Sprzedajemy również na Bliski Wschód i coraz lepiej zaczynamy sobie radzić na rynku australijskim.

W I kwartale 2017 roku największym partnerem handlowym Polski niezmiennie pozostawały Niemcy z 27,5-proc. udziałem w eksporcie i 22,7-proc. w imporcie. Saldo obrotów z głównym partnerem handlowym było dodatnie i wyniosło 10,7 mld zł wobec niemal 12 mld zł przed rokiem.

Na kolejnych miejscach pod względem eksportu ze znacznie mniejszymi udziałami znalazły się Wielka Brytania (6,5 proc.), Czechy (6,4 proc.) oraz Francja (5,7 proc.)

Decydująca o przewadze konkurencyjnej polskich firm w tym momencie wciąż jest niska cena – uważa prezes Oknoplastu. – Daje się jednak zauważyć, że coraz więcej firm przestaje stawiać na niską cenę. Takie konkurowanie jest coraz trudniejsze, bo na rynku pojawia się coraz więcej firm chińskich, bułgarskich czy rumuńskich, które są po prostu tańsze. W związku z tym coraz więcej producentów zaczyna stawiać w tym momencie na innowacje. W mojej opinii to jest przyszłość polskich firm.

Z badania „Raport Smart Industry Polska” przeprowadzonego dla Siemensa przez Kantar Millward Brown wynika, że w 2016 roku 58,6 proc. firm w Polsce wprowadziło innowacje. W 37,8 proc. wskazań chodziło o wprowadzenie nowego lub znacząco udoskonalonego produktu lub usługi, natomiast 32,7 proc. firm wykorzystało znacząco udoskonaloną bądź nową technologię produkcji lub dostawy.

Wydaje mi się że firmy rodzinne mają okazję osiągnąć międzynarodowy sukces, bo takich przykładów już mamy wiele – przekonuje Mikołaj Placek. – Możemy mówić o naszej firmie, o firmach Solaris, Inglot i wielu innych. Widać, że coraz więcej polskich firm rodzinnych odnosi międzynarodowy sukces nie tylko w Europie, lecz także coraz więcej na rynku globalnym.

Instytut Staszica: Polska na dobrej drodze do całkowitego uniezależnienia się od dostaw gazu z Rosji

Instytut Staszica: Polska na dobrej drodze do całkowitego uniezależnienia się od dostaw gazu z Rosji 8

Do Świnoujścia wpływa właśnie gazowiec z amerykańskim LNG. Wiele dzieje się także wokół propozycji budowy gazociągu Baltic Pipe, przez który Polska ma odbierać gaz z norweskiego szelfu i który mógłby być konkurencją dla rosyjsko-niemieckiego North Stream II. Ten projekt ma już jednak zapewnione finansowanie, wsparcie europejskich koncernów paliwowych i Rosji, która traktuje tę budowę jako narzędzie gospodarczo-polityczne. Dlatego Polska musi brać po uwagę alternatywne scenariusze i prowadzić kompleksową strategię w kwestii dostaw gazu – uważa Jerzy Kurella, ekspert Instytutu Staszica. 

Realizacja projektu North Stream II narusza gospodarcze interesy Polski, ale również innych krajów basenu Morza Bałtyckiego oraz Europy Środkowej. Przede wszystkim może stanowić istotne zagrożenie dla niezawisłości Ukrainy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Kurella, ekspert ds. energetyki Instytutu Staszica, były prezes zarządu PGNiG i Tauron Polska Energia.

Dwunitkowy rurociąg Nord Stream II ma być zgodnie z harmonogramem gotowy w 2019 roku. Rosyjski gaz będzie nim transportowany do Niemiec przez Morze Bałtyckie. Obecnie, za pośrednictwem Nord Stream I, Niemcy odbierają około 55 mld metrów sześciennych surowca rocznie. Dzięki nowej magistrali ta ilość ulegnie podwojeniu.

Eksperci oceniają, że tak duża ilość rosyjskiego surowca może przemodelować europejski rynek i utrudnić konkurowanie energii pochodzącej z innych źródeł. Podkreślają, że Nord Stream II w jeszcze większym stopniu uzależni Europę od dostaw rosyjskiego gazu i może zagrozić jej bezpieczeństwu energetycznemu (strategia bezpieczeństwa energetycznego UE zakłada minimalizowanie zależności Europy od gazu z Rosji).

Dlatego kraje bałtyckie, Polska, Ukraina i państwa środkowoeuropejskie sprzeciwiają się tej inwestycji. Polski rząd przyjął we wtorek stanowisko dotyczące realizacji projektu Nord Stream II. Dokument został jednak utajniony bez podania przyczyny.

W przypadku realizacji North Stream II idea europejskiej solidarności poniosła istotną porażkę. Poprzez tę inwestycję europejskie firm paliwowe zapewniają sobie dywersyfikację dostaw, uniezależniając się od partnerów, którzy albo dyktują zbyt wysokie ceny, albo z ich punktu widzenia są partnerami niestabilnymi. Interesy europejskich firm paliwowych rozeszły się z interesami państw Europy Środkowej i basenu Morza Bałtyckiego, dla których realizacja projektu North Stream II niewątpliwie stwarza ryzyko związane z brakiem dostaw, a z drugiej strony – z brakiem opłat tranzytowych – wyjaśnia Jerzy Kurella.

Pod koniec kwietnia pięć europejskich koncernów (niemieckie Uniper i Wintershall, brytyjski Shell, francuski Engie oraz austriacki OMV) zawarło z rosyjską spółką Nord Stream 2 AG umowę o współfinansowaniu budowy rosyjskiego gazociągu. Zgodnie z jej zapisami europejskie firmy zobowiązały się sfinansować połowę kosztów budowy nowego gazociągu w wysokości ok. 6,65 mld euro. Część kosztów pokryje też Gazprom.

Po uruchomieniu North Stream II w 2019 roku Rosja planuje wstrzymać przesył surowca rurociągami, które biegną przez terytorium Ukrainy. To państwo straci swoją pozycję kraju tranzytowego i w jeszcze większym stopniu zostanie uzależnione od większego sąsiada, z którym od 2014 toczy zbrojny konflikt. To jeden z powodów, dla których budowa nowego rurociągu jest dla Rosji nie tylko przedsięwzięciem gospodarczym, ale również politycznym.

Trzeba stwierdzić jednoznacznie, że z punktu widzenia Federacji Rosyjskiej realizacja projektu North Stream II nie jest wyłącznie przedsięwzięciem gospodarczym. Jest to przedsięwzięcie geopolityczne, które ma na celu zapewnienie rosyjskim dostawcom przewagi strategicznej na europejskim rynku paliwowym – podkreśla Jerzy Kurella.

Część ekspertów wskazuje, że konkurencją dla rosyjskiej inwestycji może być Brama Północna, przez którą Polska mogłaby odbierać gaz z norweskiego szelfu (około 10 mld metrów sześciennych surowca rocznie). Zgodnie z planem rurociąg ma w październiku 2022 roku połączyć złoża gazu na szelfie norweskim z polskim systemem przesyłowym. Składają się na niego dwa projekty: interkonektor gazowy między Polską i Danią (tzw. Baltic Pipe) oraz między Danią i Norwegią.

W ubiegłym roku gazociąg Baltic Pipe został uznany przez Komisję Europejską za projekt o znaczeniu wspólnotowym, a jej wiceszef Marosz Szefczovicz uznał, że Brama Północna może stać się stabilną drogą dostaw norweskiego gazu nie tylko do Polski, ale i całego regionu Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej, przyczyniając się do zapewnienia mu większego bezpieczeństwa energetycznego. Zdaniem rządu Brama Północna, wraz z gazoportem w Świnoujściu, zapewni Polsce bezpieczeństwo dostaw.

Były prezes PGNiG zauważa jednak, że projekt jest dopiero na etapie wstępnych planów. We wtorek polski Gaz-System i duński Energinet rozpoczęły zbieranie ofert od firm zainteresowanych przesyłaniem gazu za pośrednictwem planowanego gazociągu Baltic Pipe. Podmioty mogą składać zgłoszenia do 25 lipca. Na tej podstawie zapadnie decyzja o rozpoczęciu inwestycji.

Trzeba podkreślić, że budowa gazociągu norweskiego wymaga bardzo dużych kompetencji od wszystkich partnerów zaangażowanych w tę inwestycję. Mówimy o budowie gazociągu po dnie Bałtyku oraz rozbudowie duńskiego systemu przesyłowego. Żadna z polskich firm nigdy do tej pory nie miała takich doświadczeń. Niewątpliwie wymagałoby to pełnej współpracy z partnerami zachodnimi, norweskimi i duńskimi, przy realizacji tego projektu – zauważa Jerzy Kurella.

Koszt inwestycji jest szacowany na co najmniej 2 do 3 mld euro. Baltic Pipe, jako projekt strategiczny dla europejskiej energetyki, może jednak ubiegać się o dofinansowanie ze środków Unii Europejskiej. Utrzymanie i eksploatacja gazociągu zostały wycenione na ponad 52 mln euro rocznie, z czego dwie trzecie przypadnie na polski Gaz-System. Ekspert Instytutu Staszica podkreśla, że finansowanie, obok kwestii prawno-regulacyjnych, może okazać się najbardziej problematyczną stroną całego przedsięwzięcia. Dlatego Polska powinna brać także pod uwagę alternatywne rozwiązania i prowadzić kompleksową politykę dotyczącą dostaw gazu.

W Polsce wzrasta zapotrzebowanie na gaz jako surowiec grzewczy. Wpływa na to między innymi europejska polityka odchodzenia od paliw kopalnych. Rynkowi eksperci są zgodni, że ten trend się utrzyma.

Mając na względzie globalną politykę klimatyczną i skokowy rozwój rynku LNG, a co za tym idzie, stałą obniżkę cen tego surowca, można stwierdzić, że zapotrzebowanie na gaz będzie stale wzrastać. Dlatego trzeba popatrzeć szeroko na polską politykę gazową – mówi Jerzy Kurella. –  Powinniśmy zadbać przede wszystkim o aktywa, które już posiadamy. Są zatwierdzone projekty rozbudowy terminalu w Świnoujściu do pojemności 7,5 mld metrów sześciennych gazu, co przy obecnym zapotrzebowaniu spowoduje, że prawie połowa polskiego zapotrzebowania na gaz będzie zabezpieczana przez terminal w Świnoujściu – dodaje ekspert Instytutu Staszica.

Eksperci szacują, że po rozbudowie gazoportu w Świnoujściu z 5 mld do 7,5 mld metrów sześciennych gazu – w połączeniu z realizacją hubu LNG w Polsce i ewentualnego projektu Baltic Pipe – Polska może całkowicie uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu.

Były prezes PGNiG i Tauronu podkreśla też, że Polska powinna być bardzo aktywna na rynku LNG i mocno angażować się w projekt budowy międzynarodowego korytarza gazowego Północ-Południe. Gazociąg N-S umożliwi dostarczanie gazu LNG do państw UE, które nie mają obecnie możliwości pozyskania LNG.

Ważnym elementem budowania bezpieczeństwa energetycznego jest też włączenie Polski do zachodniego systemu gazowniczego. Konieczna jest dalsza rozbudowa interkonektorów gazowych na granicy zachodniej i południowej, ale przede wszystkim budowa interkonektorów w kierunku eksportowym, który może być istotny dla możliwości Polski związanych z dalszym rozwojem rynku gazowego w Europie. Nie można również zapominać o intensyfikacji krajowego wydobycia. Obecne możliwości technologiczne sprawiają, że niewykorzystywane od lat odwierty można znowu przywrócić do życia – mówi Jerzy Kurella.

Rynek pracy optymistycznie ale już nie tak różowo

Jak wynika z opublikowanego dziś przez firmę doradztwa personalnego ManpowerGroup, kwartalnego raportu Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, pracodawcy w Polsce przejawiają ostrożne nastawienie co do planów rekrutacyjnych na najbliższe trzy miesiące. Prognoza netto zatrudnienia po korekcie sezonowej plasuje się na poziomie +6%, osiągając najniższy wynik w ciągu ostatnich dwóch lat. Zarówno w ujęciu kwartalnym jak i rocznym odnotowano spadek prognozy, o 4 punkty procentowe. Spośród przebadanych w Polsce pracodawców, 14% przewiduje zwiększenie całkowitego zatrudnienia, 5% zamierza redukować etaty a 74% nie planuje zmian personalnych w najbliższym kwartale.Barometr_ManpowerGroup_3Q2017_Trend dla Polski przez lata

–  Rynek pracy kieruje się sezonowością. Początek wakacji zaowocuje więc  dużym optymizmem, spowodowanym napływem wielu ofert sezonowych. Z tego samego powodu, w późniejszym czasie możemy spodziewać się pewnego spowolnienia u progu jeseni, co będzie spowodowane zakończeniem aktywności sezonowych po lecie –  powiedziała Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce. – Nie powinno to mieć wpływu na ogólny obraz rynku pracy, gdzie w większości sektorów obserwujemy stały popyt na pracowników. Obecną sytuację można nazwać ostrożnie optymistyczną, a po spodziewanym spowolnieniu we wrześniu możemy spodziewać się poprawy klimatu, – dodaje Iwona Janas.

W siedmiu z 10 badanych sektorach[1] kraju prognoza netto zatrudnienia dla III kwartału 2017 r. jest dodatnia. Największy wzrost zatrudnienia przewidują pracodawcy w sektorze Budownictwo, zgodnie z ich deklaracjami prognoza netto zatrudnienia wynosi +18%. Stały wzrost zatrudnienia przewidywany jest w sektorze Transport/ Logistyka/ Komunikacja a także w Handlu detalicznym i hurtowym, gdzie perspektywa wynosi +11% dla każdego, podczas gdy perspektywa dla sektora Produkcja przemysłowa wynosi +6%. Jednocześnie spodziewany jest spadek zatrudnienia w dwóch sektorach: Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi oraz Finanse/Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi, zgodnie z deklaracjami pracodawców, wynik wynosi tu odpowiednio -3% i -2%.

Barometr_ManpowerGroup_3Q2017_SektoryW ujęciu kwartalnym prognoza pogorszyła się w siedmiu z dziesięciu badanych sektorach. Znaczne spadki o 16 i 13 punktów procentowych deklarują odpowiednio pracodawcy w sektorze Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi oraz w sektorze Produkcja przemysłowa. W trzech innych sektorach, Instytucje sektora publicznego, Restauracje/Hotele oraz Handel detaliczny i hurtowy, wyniki uległy pogorszeniu o 5 punktów procentowych. Nieznaczne wzrosty odnotowano w dwóch sektorach, w tym w sektorze Budownictwo, gdzie wynosi on 2 punkty procentowe.

W porównaniu do III kwartału 2016 r. pogorszenie prognoz miało miejsce w ośmiu z dziesięciu badanych sektorach. Pracodawcy w sektorze Produkcja przemysłowa deklarują najbardziej warty odnotowania spadek o 14 punktów procentowych. Perspektywa spada o 7 punktów procentowych w sektorach Restauracje/Hotele oraz Transport/Logistyka/Komunikacja, podczas gdy w sektorze Finanse/Ubezpieczenia/Nieruchomości/Usługi jest niższa o 4 punkty procentowe. Jednocześnie pracodawcy w sektorach Budownictwo oraz Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi nie planują zmian w zatrudnieniu w ujęciu rocznym.

We wszystkich sześciu badanych regionach Polski[2] prognoza netto zatrudnienia dla III kwartału 2017 r. jest dodatnia. Największy wzrost zatrudnienia planują pracodawcy na Południowym-Zachodzie, gdzie prognoza netto zatrudnienia wynosi +13%. Pracodawcy na Południu przewidują dobrą sytuację w zakresie zatrudnienia, z perspektywą wynoszącą +10%, podczas gdy wyniki w regionach Wschodnim i Centralnym wynoszą odpowiednio +6% i + 5%. Najbardziej umiarkowany optymizm cechuje pracodawców z regionu Północnego, dla którego prognoza wynosi +4% oraz Północno-Zachodniego, gdzie osiąga ona +3%.Barometr_ManpowerGroup_3Q2017_Regiony

W ujęciu kwartalnym planowany wskaźnik wzrostu jest niższy w pięciu z sześciu regionach. Najbardziej znaczący spadek, o 10 punktów procentowych, odnotowano na Północy, podczas gdy perspektywa dla regionu Północno-Zachodniego spadła o 7 punktów procentowych. Natomiast w Polsce Centralnej oraz na Wschodzie perspektywa jest niższa o 4 punkty procentowe. Zmian w ujęciu kwartalnym nie odnotowano na Południu.

W ujęciu rocznym planowane wskaźniki zatrudnienia są niższe w pięciu z sześciu regionach; największy spadek, wynoszący 6 punktów procentowych, odnotowano na Wschodzie. Pracodawcy w regionie Centralnym i Północno-Zachodnim deklarują spadek o 5 punktów procentowych, podczas gdy zarówno na Północy, jak i w regionie Południowo-Zachodnim perspektywa jest niższa o 3 punkty procentowe. Jedynie dla Południa odnotowywany jest wzrost o 2 punkty procentowe.

W badaniu Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia dla III kwartału 2017 r. deklaracje polskich respondentów przedstawiono również w podziale pod względem rodzajów organizacji na przedsiębiorstwa duże średnie, małe oraz mikroprzedsiębiorstwa[3]. Dla pracodawców w dwóch spośród czterech wyżej wymiennych grup prognoza netto zatrudnienia jest dodatnia. Najbardziej pozytywne wyniki odnotowano wśród respondentów z dużych przedsiębiorstw, dla których prognoza wynosi +23%, podczas gdy dla pracodawców ze średnich przedsiębiorstw wynosi skromne +5%. Pracodawcy z małych i mikroprzedsiębiorstw przewidują nieznaczny spadek zatrudnienia, przy prognozach wynoszących odpowiednio -3% i -1%.

Polska a Świat:

Barometr_ManpowerGroup_3Q2017_Świat

W badaniu ManpowerGroup wzięło udział blisko 59.000 pracodawców z 43 krajów i terytoriów. Pracodawcy w 41 z 43 krajów i terytoriów zamierzają w różnym stopniu zwiększać zatrudnienie w okresie od lipca do września. W porównaniu do ubiegłego kwartału plany rekrutacyjne poprawiły się w 17 z 43 krajach i terytoriach, pogorszyły w 16, a w 10 pozostały bez zmian. W ujęciu rocznym można zaobserwować większą pewność pracodawców; wzrost zatrudnienia prognozowany jest w 26 krajach, spadek spodziewany jest w jedynie 15 krajach, natomiast bez zmian pozostanie sytuacja w dwóch krajach. Najlepsze nastroje związane ze zwiększaniem zatrudnienia w III kwartale panują wśród pracodawców w Japonii, na Tajwanie, Węgrzech i w USA. Najsłabsze prognozy odnotowano we Włoszech, w Czechach i Finlandii.

[1]   Sektory uwzględnione w badaniu: Budownictwo, Energetyka/ Gazownictwo/ Wodociągi, Finanse/ Ubezpieczenia/ Nieruchomości/ Usługi,
Handel detaliczny i hurtowy, Instytucje sektora publicznego, Kopalnie/ Przemysł wydobywczy, Produkcja przemysłowa, Restauracje/ Hotele, Rolnictwo/ Leśnictwo/ Rybołówstwo, Transport/ Logistyka/ Komunika.

[2]   Regiony Polski według podziału Eurostatu: Centralny (łódzkie, mazowieckie), Południowo-Zachodni (dolnośląskie, opolskie), Południowy (małopolskie, śląskie), Północno-Zachodni (wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie), Północny (kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, pomorskie), Wschodni (lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie).

[3]  Podział respondentów pod względem wielkości przedsiębiorstw: mikroprzedsiębiorstwa (zatrudniające mniej niż 10 osób), małe przedsiębiorstwa (od 10 do 49 osób), średnie przedsiębiorstwa (od 50 do 249 osób), duże przedsiębiorstwa (powyżej 250 osób).

Chińskie firmy zainteresowane inwestycjami i przejęciami w Polsce

Wiele chińskich firm bardzo interesuje się dzisiaj wejściem na rynek polski i europejski. Nasz kraj jest w idealnym miejscu – centralnie między Wschodem a Zachodem. Tamtejsze firmy doceniają to i widzą naszą przewagę. Coraz więcej z nich szuka przestrzeni do współpracy z polskimi i europejskimi partnerami. Zarówno nasze, jak i chińskie firmy mogą skorzystać w kontekście wymiany handlowej, wspólnych inwestycji czy projektów joint venture.

– Coraz więcej chińskich firm pojawia się w Polsce. Z obserwacji wynika, że rośnie również liczba inwestorów, którzy będą przejmowali polskie spółki – powiedział serwisowi eNewsroom Bartosz Komasa, przedstawiciel Bank of China – Będzie to dotyczyło branży energetycznej, infrastrukturalnej, logistycznej, ale przede wszystkim spożywczej. Dziś w Chinach obserwujemy ogromne zapotrzebowanie na produkty tej ostatniej, zwłaszcza dobrej jakości wyroby mleczarskie czy słodycze. Chińskie firmy chcą przejmować polskie spółki i sprowadzać te towary do siebie. Nie do końca rozumieją jeszcze uwarunkowania europejskie, jeśli chodzi o procedury przetargowe i prawo. Dlatego ciągle widać pewne problemy chińskich przedsiębiorstw, jeśli chodzi o gąszcz przepisów administracyjnych. To szybko się zmienia i Chiny rozumieją, że potrzebne jest im tutaj wsparcie prawne. Muszą mieć lokalnych partnerów, którzy znają przepisy. Szukają nie tylko prawników, ale też firm partnerskich. Chińczycy omijają więc pewne przeszkody na rynku, przez wybór kancelarii prawnych lub polskim firm do współpracy. W kwestii nieruchomości chińscy przedsiębiorcy i inwestorzy indywidualni nadal interesują się bardziej Europą Zachodnią. Głównie Wielką Brytanią – zwłaszcza Londynem oraz Niemcami i Francją. W Polsce ciągle nie widzimy zbyt wielu inwestycji w tym obszarze. Choć pojawiają się pierwsze sygnały, dotyczą jednak tylko lokalizacji premium w Warszawie. Nie widać zainteresowania mniejszymi, bardzo ciekawymi miastami, jak Kraków, Gdańsk czy Wrocław. Dla Azjatów ten region Europy jest nadal wielką niewiadomą, dlatego nadal widać skupienie na stolicach albo na Zachodzie – dodał Komasa.

Znamy laureatów „Diamentów Private Equity”

Zakończyła się uroczysta gala rozdania „Diamentów Private Equity”, których laureatów poznaliśmy dzisiejszego wieczora. Gala była zwieńczeniem konferencji „Investment Forum & Private Equity Awards Gala”, organizowanej przez Executive Club we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Inwestorów Kapitałowych, patronem wieczornej gali.                      

Podczas obrad eksperci, specjaliści z sektora i reprezentanci najważniejszych spółek branżowych debatowali między innymi o postrzeganiu polskich aktywów przez inwestorów oraz ich oceny i spojrzenia na poziom ryzyka i zmiany w sytuacji polityczno-gospodarczej, czy trenów i uwarunkowań na polskim rynku private equity.

Wśród gości wydarzenia byli: Paweł Borys – Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, Karol Bach Dyrektor Zarządzający ds. Corporate Finance; Prezes Zarządu mCorporate Finance S.A, mBank, Maciej Dyjas – Partner Zarządzający i Prezes, Griffin Real Estate, Przemysław Gdański – Wiceprezes Zarządu ds. Bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej w mBanku i wielu innych.

Partnerami tegorocznej edycji są takie spółki jak m.in.: mBank, DNB, KPMG, Cushman & Wakefield, Kancelaria Gessel, Norton Rose Fulbright, Value4Capiptal czy Konsalnet,

Gala „Diamenty Private Equity” odbyła się już po raz szósty, a jej celem było uhonorowanie najlepszych inwestycji i przedsiębiorców, którzy w sposób szczególny przyczynili się do rozwoju polskiej gospodarki. W tym roku Diamenty rozdane zostały w aż 11 kategoriach.

LAUREACI PRESTIŻOWYCH DIAMENTÓW PRIVATE EQUITY TO:

  • SPÓŁKA PORTFELOWA PE ROKU                                     Żabka – Mid Europa Partners
  • SPÓŁKA PORTFELOWA VC ROKU                                     Salesmanago – 3TS Capital Partners
  • WYJŚCIE PE ROKU                                                               Dino – Enterprise Investors
  • WYJŚCIE VC ROKU                                                              PBKM – Enterprise Investors
  • CEO ROKU                                                                           Jacek Pogonowski – Konsalnet
  • PRZEDSIĘBIORCA ROKU                                                     Tomasz Biernacki – Dino
  • BANK ROKU                                                                         mBank
  • KANCELARIA PRAWNA ROKU                                          Kancelaria Gessel
  • DORADCA CORPORATE FINANCE ROKU                         CIC Corporate Finance
  • FIRMA ZARZĄDZAJĄCA ROKU                                          Mid Europa Partners
  • OSOBOWOŚĆ RYNKU PE/VC                                             Krzysztof Krawczyk – CVC Capital Partners

Żółte osobowości najlepiej zarządzają ryzykiem

To wynik badania CIMA (The Chartered Institute of Management Accountants), skupionego wokół identyfikacji cech charakteru występujących wśród specjalistów ds. rachunkowości zarządczej. Autorzy raportu ankietowali pracowników odpowiedzialnych za zarządzanie ryzykiem jednego z czołowych holenderskich banków.

Choć wszyscy specjaliści ds. rachunkowości zarządczej zatrudnieni w bankowości realizują w części zadania z zakresu zarządzania ryzykiem, stopień zaangażowania ich w te procesy zależy nie tylko od pierwotnego planu obowiązków. Istotnym czynnikiem są indywidualne cechy charakteru. Najlepiej na stanowiskach związanych z zarządzaniem ryzykiem odnajdują się umysły analityczne. To typy reprezentujące wiele cech ze spektrum skrupulatności. Jednak bycie skrupulatnym umysłem analitycznym nie wystarczy, żeby odnajdywać się w tej roli. Badanie pokazuje, że liderami są tzw. żółte osobowości, cechujące się entuzjazmem, darem przekonywania i wpływania na innych. Te umiejętności pozwalają im lepiej komunikować się z przełożonymi, ale i podwładnymi. Specjaliści ds. rachunkowości zarządczej muszą jednak uważać, żeby w swojej otwartości nie przekroczyć cienkiej linii pomiędzy doradztwem, a wywieraniem wpływu i brakiem obiektywizmu.

W świecie finansów znamy przypadki, kiedy dyrektorzy finansowi banków zostawali usunięci ze swoich stanowisk ze względu na niewystarczające umiejętności w zakresie zarządzania ryzykiem. Takie sytuacje nie zdarzały się natomiast, kiedy nie uzyskali odpowiednich wyników finansowych. To świadczy o rosnącym znaczeniu tej dziedziny zarządzania. To także znak, że decydenci finansowi coraz częściej dostrzegają w niej wartości dla całej organizacji. Zwiększony nacisk na bezpieczeństwo jest efektem kryzysu na światowych rynkach, który obserwowaliśmy w okolicach 2007/2008 roku – komentuje Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Trzy rodzaje specjalistów

Specjaliści ds. rachunkowości zarządczej mogą wybierać spośród ról takich jak business controller, financial controller czy process controller. Badacze podkreślają, że każda ankieta wykazuje inny stosunek konkretnych cech charakteru wśród danej grupy zawodowej. O ile u przedstawicieli wszystkich trzech specjalizacji poziom tzw. „przychylności” przedstawia się podobnie, to różnice obserwowane są już w przypadku np. stabilności emocjonalnej. Jej najwyższy wskaźnik wykazują business i process controllers, najniższy – kontrolerzy finansowi. Podobne wyniki zaobserwowano z kolei w przypadku ekstrawersji i otwartości. Co więcej, specjaliści ds. rachunkowości zarządczej, którzy plasują się wysoko na polu otwartości na nowe doświadczenia, kontaktują się również częściej ze swoimi przełożonymi, komunikując im potencjalne zagrożenia.

Badanie CIMA przekrojowo analizuje cechy charakteru, które sprawdzają się w zawodzie. Wykazano np., że specjaliści ds. rachunkowości zarządczej uzyskują wyższe oceny swojej pracy, jeżeli wykazują się dużą stabilnością emocjonalną, spektrum ich zainteresowań jest szerokie, a dodatkowo są osobami śmiałymi. Uważam, że ma to ścisły związek z jednym z głównych założeń tej profesji, czyli komunikowaniu danych, które dopiero przedstawione w odpowiedni i rzetelny sposób stają się informacjami – komentuje Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Draghi nie popsuł pozytywnego klimatu wokół rynków wschodzących

Szef EBC na chwilę osłabia euro. Pozytywne informacje z Francji i zwycięstwo partii Macrona w wyborach parlamentarnych znów powodują wzrosty na wspólnej walucie. USD/PLN przed kluczowym posiedzeniem Fed. GBP/PLN łamie kolejne wsparcia. Funt w obliczu wielu niepewności nie ma pola do odreagowania.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 15.04.2017-12.06.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1700 3,8100 3,7080 4,7500
Maksimum 4,3470 4,0020 4,0100 5,1090

 

eurZgodnie z przewidywaniami Mario Draghi schłodził nieco głowy inwestorom. Zachował dość gołębi ton swojej wypowiedzi. A co ważniejsze tematu QE na posiedzeniu nie poruszano więc luźna polityka trwa w najlepsze. Wydaje się to uzasadnione w obliczu spadku presji inflacyjnej. Spadające ceny ropy naftowej powodują, że szybko może ona nie wrócić. Tym samym nieco osłabił wspólną walutę. Ale jak się okazało tylko na chwilę wskutek pozytywnych informacji z Francji, gdzie Macron jest zdecydowanie na fali, uzyskując zdecydowaną większość parlamentarną w pierwszej rundzie. Dla rynków wschodzących brak ogłoszenia terminu ewentualnego ograniczania QE był dość pozytywnym argumentem. Rentowność obligacji europejskich nie wzrosła, więc ucieczki od kapitału z naszego kraju nie było. Tym samym złoty pozostał mocny do euro i konsoliduje się w dość wąskim przedziale poniżej granicy 4,20. Granica 4,17 wydaje się dość silnym wsparciem w przypadku ruchu w dół. Trzeba być jednak dość ostrożnym, gdyż temat Wielkiej Brytanii może popsuć nastroje w najbliższych tygodniach. Przebicie granicy 4,20 mogłoby wygenerować ruch korekcyjny w górę. W tym tygodniu mamy posiedzenie Fed. I to ono powinno wyklarować kierunek ruchu dla złotego. Podwyżka stóp plus jastrzębi komunikat władz monetarnych z USA zwyczajowo psuje klimat inwestycyjny wokół krajowej waluty.

chfNa CHF/PLN również nie widać zdecydowanego kierunku. Fakt jesteśmy kilka groszy wyżej niż minimum na poziomie 3,81. Ale wynikać to mogło z ostrożności inwestorów przed wyborami w Wielkiej Brytanii. Widać to było na EUR/CHF, który nieznacznie spadł ale przełożył się na minimalny wzrost CHF/PLN. Biorąc pod uwagę statystyki czerwca to nie należy się spodziewać wyjścia ponad granice wrysowanego kanału. Od kilku lat czerwiec pozostaje najnudniejszym miesiącem o niskiej zmienności. I ma to poparcie w wydarzeniach, które mogą się pojawić. Poza Fed żadnych ryzyk na horyzoncie nie widać. Zdecydowane zwycięstwo Macrona w pierwszej rundzie wyborów parlamentarnych odsuwa ryzyko polityczne w strefie euro. Zamieszanie w Wielkiej Brytanii i nie uzyskanie większości przez Therese May to temat raczej na dłuższy termin i nie powinien wpływać na franka szwajcarskiego. Usunięcie Donalda Trumpa z fotelu prezydenta to też raczej może być bardziej temat medialny niż faktyczne zagrożenie.

usdUSD/PLN wybił się z kanału spadkowego. Ruch ten jednak nie był zdecydowany i wynikał z ruchu w dół na EUR/USD po posiedzeniu EBC. Nie jest wykluczone, że USD/PLN powróci do tego kanału. Dolar od początku tygodnia pozostaje słaby. Szczególnie do euro gdzie znów jesteśmy powyżej 1,12. Ten tydzień to przede wszystkim decyzja władz monetarnych. I nie jest powiedziane, że przełoży się na siłę dolara. Owszem podwyżka stóp o 25 pkt bazowych jest już w cenach, ale treść późniejszego komunikatu już budzi wątpliwości. Wydaje się, że tylko jasne stanowisko Janet Yellen o dalszych ruchach w tym roku, może wzmocnić dolara. Po kwotowaniach waluty amerykańskiej widać jednak, że inwestorzy na to nie liczą. Gdyby tak się faktycznie stało i FED zaprezentował postawę czekaj i patrz to USD/PLN może powalczyć o pokonanie ostatniego minimum na poziomie 3,71.

gbpOczywiście tematem numer jeden nie jest ostatnie posiedzenie EBC czy przesłuchanie byłego szefa FBI w USA a rozczarowujący wynik wcześniejszych wyborów w Wielkiej Brytanii. To niby zwycięstwo a faktycznie przegrana Theresy May zasiała nieco niepewności na rynkach. Pani premier liczyła na przekonujące zwycięstwo i tym samym nie bałaby się twardych negocjacji z UE. Brak większości jednak to zdecydowanie utrudnia. Jak wiemy niepewność w danym kraju skutkuje wyprzedawaniem waluty i tak też się dzieje na funcie. Póki co łapiemy coraz niższe poziomy a o strefach wsparcia nie ma co nawet wspominać bo tracą znaczenie. Z pewnością nie jest to koniec presji na funcie teraz pozostaje Konserwatystom szukanie koalicjanta. W dalszej perspektywie pozostaje wątpliwość o dalsze negocjacje z UE, niektórzy twierdzą, że przełoży się to na łagodniejszy ton i UE więcej będzie mogła ugrać. Ciągle czarny scenariusz jest taki, że będą wcześniejsze wybory. Zaraz przyczepią się agencje ratingowe, które już sygnalizowały o negatywnych informacjach dla Wielkiej Brytanii. Bez dwóch zdań GBP/PLN może śmiało zejść poniżej 4,70 bo próżno szukać pozytywów teraz dla funta.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Do kogo należą największe marki motoryzacyjne

Chiński właściciel Volvo przejął kilka tygodni temu kolejną markę – brytyjski Lotus stał się tym samym częścią koncernu Geely Automobile. W ostatnich latach doszło do przejęć wielu znanych marek i firm motoryzacyjnych, a stan posiadania podmiotów inwestujących na tym rynku wciąż dynamicznie się zmienia. Sprawdzamy, do kogo obecnie należą największe marki samochodowe.

Sektor samochodowy w latach 2008–2009 doświadczył jednego z największych kryzysów w historii. Globalna produkcja spadła o ponad 15 procent. Załamanie dotknęło także największych graczy, a część z nich stanęła na granicy bankructwa.

 

Nie wszystkie marki – nawet te uznawane za kultowe – były w stanie przetrwać na rynku. Wiele – np. Pontiac, Eagle, Autobianchi nie wytrzymało konkurencji. W Wielkiej Brytanii nie ma już ani jednej brytyjskiej fabryki samochodów – część z nich zbankrutowała, inne zostały sprzedane.

Chińczycy przejmują europejskich producentów

Chińska korporacja Zhejiang Geely Holding Group, która kontroluje Geely Automobile i szwedzkie Volvo Car Group, przejęła w maju 2017 roku kolejną firmę motoryzacyjną. Od malezyjskiego właściciela zakupiono spółkę Lotus – firmę o brytyjskich korzeniach, znaną z produkcji sportowych samochodów.

Volvo i Lotus nie są jedynymi markami motoryzacyjnymi, które obecnie należą do Chińczyków. W 2011 roku Saab również został przejęty i jego głównym akcjonariuszem stał się chiński producent aut Hawtai Motor. Przy okazji transakcji inwestor zapowiedział, że firma będzie importować Saaba na rodzimy rynek, planowano również produkcję modelu 9-3 w Chinach.

Znaczącym udziałowcem w koncernie PSA, do którego należą marki Citroen, Peugeot, DS, a ostatnio również Opel, jest chińskie przedsiębiorstwo Dongfeng Motor. Jak do tego doszło? W 2013 roku kondycja francuskiej korporacji nie była najlepsza. Chcąc ratować firmę, postanowiono sprzedać część udziałów wspomnianemu chińskiemu przedsiębiorstwu i francuskiemu rządowi. W ten sposób rodzina Peugeot kierująca PSA po raz pierwszy utraciła kontrolę nad przedsiębiorstwem.

Amerykańskie inwestycje i rozwód stulecia

Jednym z największych i najgłośniejszych motoryzacyjnych rozwodów było zakończenie współpracy Daimlera i Chryslera. Megafuzja z 1998 roku zakończyła się po dziewięciu latach współpracy – w ten sposób przestał istnieć globalny niemiecko-amerykański koncern.

Co było głównym powodem ostatecznego zakończenia współpracy? Przede wszystkim słaba kondycja amerykańskiego partnera. Nowym właścicielem Chryslera stała się w 2007 roku amerykańska firma Cerberus, a ostatecznie amerykańską marką zainteresował się włoski koncern Fiat, będący obecnie jej właścicielem.

Brytyjski Jaguar również nie uchronił się przed przejęciem. Założona w 1922 roku firma została w wyniku prywatyzacji odłączona od koncernu British Leyland Motor Corporation i pięć lat później sprzedana Fordowi, który stał się przy okazji również właścicielem Land Rovera. Problemy finansowe amerykańskiej marki spowodowały, że Jaguara i Land Rovera  kupił indyjski koncern Tata Motors, który jest ich właścicielem do dzisiaj.

Wspomniany Ford był również właścicielem Astona Martina. Obecnie marka ta należy do spółki, w skład której wchodzi David Richards – właściciel firmy Prodrive, John Sinders oraz kuwejckie spółki Investment Dar i Adeem Investment.

Głośne upadki – producenci, którzy zniknęli z motoryzacyjnej mapy

Nie wszyscy producenci zdołali przetrwać kryzys i zdobyć inwestora. Z motoryzacyjnej mapy zniknęło w ostatnich latach wiele kultowych i znanych marek.

Amerykański Pontiac stworzony w 1926 roku został zduszony przez kryzys finansowy i ostatecznie upadł w 2009 roku. Podobna historia spotkała o wiele starszą markę Oldsmobile, której działalność zawieszono w 2004 roku i ostatecznie zamknięto w 2009 roku. Z amerykańskiego rynku zniknęły również: w 2011 roku Mercury, w 2001 roku Plymouth oraz w 1997 roku Eagle i w 2010 roku Hummer.

Włosi także musieli się pożegnać z kilkoma markami samochodów. Powstała w 1955 roku Autobianchi – firma, która budowała modele oparte na Fiatach i w latach 80. stała się częścią Lancii, ostatecznie zlikwidowała działalność w 1996 roku. Również De Tomaso – firma z Modeny, której zawdzięczamy kilka ciekawych sportowych modeli, przestała działać w 2004 roku.

Polakom bliżej do popularnych w naszym kraju Wartburgów i Trabantów – oba modele produkowane były do 1991 roku. Jeszcze kilka lat temu miłośników marki Trabant ucieszyła wiadomość o możliwości produkcji elektrycznego Trabanta – został nawet zaprezentowany prototyp, ale na obietnicach się skończyło. Podobny los spotkał Fabrykę Samochodów Osobowych – produkowano tam cieszące się dzisiaj dużym zainteresowaniem kolekcjonerów Polonezy i Fiaty 125p, a także Warszawy i Syreny.

Marki, które nigdy nie zmieniły swojego właściciela

Sytuacja, w której marka od początku swojego istnienia znajduje się w jednych rękach, nieczęsto występuje w globalnym biznesie, a jeżeli już, dotyczy to tak zwanych firm rodzinnych.

Toyota i Honda to jedne z ostatnich największych koncernów motoryzacyjnych, które wciąż działają niezależnie – nie licząc oczywiście umów o współpracy z innymi koncernami.

Toyota została założona w 1937 roku przez Sakichi Toyodę i od tamtej pory znajduje się w rękach tej samej rodziny. Dzisiaj na jej czele stoi znany z zamiłowania do sportów motorowych Akio Toyoda. W portfolio Toyoty można znaleźć między innymi  Lexusa – luksusową markę założoną przez tego japońskiego producenta, oraz firmę Daihatsu, nad którą największy japoński producent samochodów przejął kontrolę w 2016 roku. Ponadto do Toyoty należy 16,48 procent akcji Subaru. Firma współpracuje także z BMW oraz Mazdą i Suzuki, a jeszcze do niedawna była inwestorem w Tesli.

Również Honda i Suzuki znalazły się w gronie marek, które od lat pozostają w jednych rękach. Ta ostatnia współpracowała na przestrzeni lat z wieloma producentami – między innymi Fiatem, GM, Subaru czy Nissanem, ale udało się jej zachować niezależność. Prezesem firmy jest Osamu Suzuki, a rodzina założyciela, Michio Suzuki, nadal sprawuje kontrolę nad firmą. Podobnie założona w 1946 roku Honda nie zmieniła właściciela, a w jej portfolio można znaleźć działy zajmujące się między innymi produkcją samolotów, motocykli oraz traktorów.

Inaczej potoczyły się losy Ferrari – założona przez Enzo Ferrari firma długo pozostawała w rękach rodziny, jednak w 1969 roku trafiła do stajni Fiata. Podobnie zresztą jak Porsche – rodzinna firma w 1972 roku zmieniła się w spółkę akcyjną, co ostatecznie spowodowało, że członkowie rodziny Porsche przestali w niej pełnić funkcje kierownicze i w 2009 roku marka trafiła pod skrzydła VW, mającego większościowy pakiet akcji.

Biznes nie lubi stagnacji. Powyższe przykłady pokazują kilka sposobów na utrzymanie się na rynku i rozwój. Z jednej strony w historii motoryzacji można znaleźć wiele przykładów firm, które – pomimo innowacyjnych i ciekawych modeli samochodów – nie zdołały odnieść komercyjnego sukcesu. Z drugiej strony przetrwanie wielu marek było możliwe wyłącznie za sprawą nowego właściciela, który zdecydował się na inwestycję. Tych, które od lat pozostają w jednych rękach, jest niewiele, stanowią jednak dowód, że również firmy rodzinne mogą osiągnąć globalny sukces.

Rynek nieruchomości komercyjnych w Rumunii – komentarz Luisa-Maxime Juhel

Przez wielu ekspertów rynek rumuński określany jest dziś mianem czarnego konia. Wzrost gospodarczy napędzany jest przez wewnętrzną konsumpcję i wzrost wynagrodzeń, ale nie bez znaczenia pozostają również relatywnie niskie podatki. Dodatkowo, Rumunia dba o potencjalnych inwestorów. Stwarza atrakcyjne warunki dla prowadzenia działalności.

Rumuńskie prosperity powoduje, że kraj jest coraz bardziej atrakcyjnym kierunkiem dla zagranicznych firm. Korzysta na tym także branża nieruchomości komercyjnych. Ogromny potencjał lokalnego rynku dostrzega firma doradcza BNP Paribas Real Estate, wchodząca w skład globalnych struktur Grupy BNP Paribas. Kluczowymi obszarami działalności w Rumunii jest wynajem biur, zarządzanie nieruchomościami oraz wsparcie w transakcjach kupna i sprzedaży nieruchomości. Główną osią zainteresowania BNP Paribas Real Estate jest rynek Bukaresztu, w którym poziom wynajmu w ostatnich dwóch latach osiągnął poziom 300 tys. mkw., co porównywalne jest z poziomem wynajmu w Lyonie, drugim co do wielkości rynkiem biurowym we Francji. W stolicy Rumunii, BNP Paribas Real Estate jest odpowiedzialna za zarządzanie America House, który znajduje się w elitarnym gronie największych i najbardziej prestiżowych multifunkcjonalnych obiektów biznesowych Bukaresztu. Eksperci firmy podkreślają, że popyt generują przede wszystkim firmy działające w sektorze IT&C (Information Technology and Communications). W pierwszej połowie 2017 roku BNP Paribas Real Estate domknie łączną pulę transakcji wynajmu biur na poziomie 25 tys. mkw. Analitycy firmy przewidują, że ten dynamiczny trend utrzyma się jeszcze co najmniej w latach 2017-2018. Co naturalne, zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w Bukareszcie zachęca deweloperów. Odpowiedzią na wysoki popyt na nowoczesną powierzchnię biurową są nowe projekty realizowane w Środkowo-Zachodniej i Zachodniej części rumuńskiej stolicy. Warto jednak podkreślić, że Bukareszt nie jest jedynym magnesem przyciągającym inwestorów do Rumunii. Optymalnymi warunkami do rozwoju biznesu kuszą miasta takie jak Cluj, Jassy czy Timisoara. Eksperci BNP Paribas Real Estate podkreślają jeszcze fakt stabilizacji poziomu stawek czynszów, który oscyluje wokół 15-18 EUR/mkw./mies., i wejście w fazę rynkowej dojrzałości. Ekonomiści i analitycy zgodnie pointują, że jeśli ktoś chce być dziś mocny w Europie, obecność w Rumunii jest koniecznym „must-have”.

Louis-Maxime Juhel

Dyrektor, Dział Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Romania

Dynamika cen minimalnie hamuje

GUS potwierdza wstępny odczyt CPI na poziomie 1,9 proc. rok do roku w maju. Przed wstępną publikacją zarówno rynkowy konsensus, jak i nasza prognoza plasowały się na pułapie 2,0 proc. r/r.

Struktura składowych inflacji CPI potwierdza znoszenie się rosnących cen żywności (0,8 proc. m/m) i spadających cen paliw (tendencje widoczne też w danych z Węgier i Czech) i nie skłania nas do rewizji oczekiwań względem jutrzejszego odczytu inflacji bazowej. Oczekujemy, że przybierze on wartość 1,0 proc. rok do roku. Dane będą neutralne dla złotego tak długo jak Rada Polityki Pieniężnej nie zakomunikuje, że jest gotowa podnieść stopy wcześniej niż za rok.

Druga połowa roku powinna stać pod znakiem wzrostu dynamiki CPI powyżej 2,5 proc. Większą presję na Radę Polityki Pieniężnej powinna wywierać inflacja bazowa, która będzie dążyć do 2 proc. a prawdopodobieństwo podniesienia jej ścieżki jest znacznie wyższe niż obniżenia ze względu na siłę rodzimego rynku pracy, która – zgodnie z historycznym wzorcem – w końcu może przełożyć się nasilenie presji płacowej w gospodarce.

W maju nastąpiło częściowe wymazanie efektu związanego z wprowadzeniem nowej kolekcji odzieży, bowiem jej ceny odnotowały zniżkę na poziomie 0,7 proc. W koszyku inflacyjnym ujemny wpływ taniejących ubrań skutecznie znosiły ceny obuwia notujące 0,7 proc. wzrost. Na szczególną uwagę zasługuje dość silny skok opłat związanych z łącznością, których 2,5 proc. dynamikę skutecznie hamowała przecena sprzętu telekomunikacyjnego (1,2 proc. m/m). Niższe ceny telefonów należy utożsamiać nie tylko z wprowadzeniem nowych ofert przez czołowych operatorów, ale również z efektem komunijnym, który zapewnił sprzedawcom wygenerowanie założonego zysku operacyjnego przy wyższym wolumenie sprzedaży.

Wypowiedzi udzielił Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak wymuszona izolacja Kataru wpłynie na ceny ropy naftowej

5 czerwca Arabia Saudyjska, Egipt, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie zerwały stosunki dyplomatyczne z Katarem. Powodem tego drastycznego posunięcia było oskarżenie, że stolica Kataru, Doha, czynnie wspiera Iran oraz terroryzm w regionie.

Wszyscy Katarczycy, na co dzień mieszkający w Królestwie Arabii Saudyjskiej, w Bahrajnie oraz w Emiratach Arabskich, otrzymali dwa tygodnie na wyjazd. Dyplomaci Kataru mieli natomiast 48 godzin, aby opuścić zarówno Egipt, jak i ZEA. Granice z tym małym państwem zostały zamknięte, powodując wielkie obawy dotyczące importu żywności (Doha importuje 40% żywności z Arabii Saudyjskiej), zaś Egipt zamknął przestrzeń powietrzną dla katarskich samolotów, co prawdopodobnie uczynią też inne kraje. Spowoduje to masowe zakłócenia podróży lotniczych jednego z kluczowych przewoźników – Qatar Airways.

Przewoźnik stoi przed perspektywą zostania zamkniętych we własnym kraju, ponieważ zakaz obowiązuje w państwach otaczających Katar. Arabia Saudyjska, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie zawiesiły wszystkie połączenia lotnicze, co spowodowało wzrost kosztów i czasu lotu z Kataru: średni czas podróży do Europy wydłużył się z 6 do 9 godzin.

Zerwanie stosunków dyplomatycznych zapewne wpłynie również na projekty budowlane w Katarze. Kluczowe materiały, niezbędne do ukończenia prac przygotowawczych do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2022 w Katarze, były dostarczane przez Arabię Saudyjską. Zamknięcie granic zwiększy ceny i spowoduje ogromne opóźnienia.

Katar jest aktywnym członkiem OPEC (Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową) od 1961 roku. Jak te wydarzenia wpłyną na jej ceny?

Zdaniem ekspertów easyMarkets, po pierwsze, istnieje zagrożenie, że obecne porozumienie OPEC w sprawie ograniczenia produkcji ropy naftowej może się załamać. Jeśli to nastąpi, ceny ropy spadną. Jednakże Katar jest jednym z najmniejszych producentów ropy w organizacji, posiadając szacowane rezerwy na poziomie 25 mld baryłek, co w porównaniu do rezerw Arabii Saudyjskiej, wynoszących 266 miliardów baryłek, stanowi niewielką liczbę. Wpływ Kataru na obowiązujące porozumienie miałby znaczenie, gdyby państwo to wsparli inni, mniejsi członkowie, jak Algieria i Nigeria. Nawet jeśli Katar zwiększyłby produkcję, to i tak musiałby w jakiś sposób przeprowadzić ropę przez zamknięte granice.

Głównym zagrożeniem dla regionu i cen ropy jest to, że napięcie pomiędzy krajami Zatoki może doprowadzić do sytuacji, w której Katar skieruje się w stronę Iranu z prośbą o wsparcie, co wzbudzi niepokój z dyplomatycznego punktu widzenia. Jest to o tyle możliwe, że Arabia Saudyjska wspierana jest przez rząd Stanów Zjednoczonych. W trakcie swojej niedawnej wizyty w Arabii Saudyjskiej, Donald Trump wskazał Iran jako winnego niestabilności w regionie.

Jednak jest jeszcze inny, prawdopodobny scenariusz: ten niewielki, 2,7 milionowy kraj będzie negocjował i zostanie zachęcony do zmiany rządów w stolicy. To mogłoby uspokoić dawnych partnerów arabskich.

Warto na bieżąco monitorować sytuację w Zatoce Perskiej, ponieważ polityka w regionie zawsze będzie miała wpływ na ceny ropy.

Autorem wypowiedzi jest James Trescothick, Dyrektor ds. globalnej strategii w easyMarkets.

Murad Al-Katib zwycięzcą światowego finału konkursu EY Przedsiębiorca Roku 2017

Murad Al-Katib, Prezes AGT Food and Ingredients Inc. z kanadyjskiej prowincji Saskatchewan został, podczas uroczystej gali w Salle des Etoiles w sobotę wieczorem, zwycięzcą światowego konkursu EY Przedsiębiorca Roku. Pokonał 59 przedsiębiorców z 49 państw. W Monte Carlo Polskę reprezentował Marcin Grzymkowski, twórca marki eobuwie.pl.

Murad założył firmę AGT Food and Ingredients w 2003 roku. Dzisiaj jest to największy na świecie dostawca soczewicy, ciecierzycy oraz groszku. W 2007 roku firm AGT Food and Ingredients weszła na giełdę. Przez ostatnie 5 lat jej przychody rosną w sposób zrównoważony, średnio o 100 mln USD rocznie. W 2016 roku wyniosły 1,49 mld USD. AGT odpowiada za 23% światowego handlu soczewicą w ponad 120 krajach. Firma zatrudnia 2 tysiące osób na wszystkich kontynentach.

– Jury składające się z osób z różnych krajów świata i mających szeroką znajomość sektorów gospodarki, po burzliwej, wyważonej i opartej na wiedzy dyskusji podjęło decyzję jednogłośnie. Murad jest niesamowitym przedsiębiorcą, który w sposób wyjątkowy tworzy wartość, poszerza zasięg organizacyjny i rozwija się. Ma pozytywny wpływ na światowe środowisko naturalne poprzez zrównoważone podejście do rolnictwa – podsumował Jim Nixon, Prezydent Nixon Energy Investments, przewodniczący Jury światowej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku.

Murad Al-Katib, Prezes AGT Food and Ingredients Inc.
Murad Al-Katib, Prezes AGT Food and Ingredients Inc.

– Jestem wzruszony i zaszczycony tą nagrodą. Celem AGT jest zbudowanie zrównoważonego i odnoszącego sukces biznesu. Podejmując ryzyko i zmieniając podejście do mojego sektora zbudowaliśmy odpowiedzialną firmę i zmieniliśmy rolnictwo Kanady. Chciałbym w imieniu własnym i moich kolegów, którzy dzień po dniu poświęcają się naszym wartościom i naszemu celowi, podziękować EY za to wyróżnienie – powiedział Murad Al-Katib, Prezes AGT Food and Ingredients Inc.

Bryan Pearce, globalny szef konkursu EY Entrepreneur Of The Year, dodał: – Murad zbudował swoje przedsiębiorstwo od zera, a dzisiaj ma przychody przekraczające miliard USD. Podobnie jak inni przedsiębiorcy odnoszący sukcesy Murad potrafi rozwijać swoją firmę jasno przedstawiając swoją wizję pracownikom, dostawcom i klientom. Wdrażając innowacyjny łańcuch dostaw jest pionierem w zrównoważonym rolnictwie.

Mark Weinberger, globalny Prezes EY, powiedział: – Realizując swoją wizję i podejście do biznesu Murad zmienił rolnictwo i przewodzi firmie, która w ciągu dekady rozwinęła się w sposób wyjątkowy. Osiąga cel poprzez „empatyczną przedsiębiorczość”. Wykorzystuje swoje możliwości, by mieć pozytywny wpływ na świat poprzez dostarczanie żywności milionom ludzi oraz edukację uchodźców i ich rodzin. Sukces i pasja Murada czyni z niego wzorowego zwycięzcę światowego konkursu EY Przedsiębiorca Roku.

Murad Al-Katib i jego firma AGT Food and Ingredients 

Misją Murada Al-Katiba jest świat, w którym każdy ma dostęp do bezpiecznej, taniej i zrównoważonej żywności, a zwłaszcza protein. Wciela tę misję w życie poprzez rozwój swojej firmy oraz dynamiczny rozwój produkcji roślinnych protein.

Murad wykorzystał swoją szansę 15 lat temu, kiedy na kanadyjskich preriach stworzył biznes, który stał się strategicznym partnerem dla producentów soczewicy – bezpośrednim połączeniem pomiędzy nimi a resztą świata. Dzisiaj Kanada jest największym na świecie producentem soczewicy, z Muradem na czele największego przedsiębiorstwa w tym sektorze.

AGT Food and Ingredients jest światowym liderem zintegrowanego łańcucha dostaw soczewicy, ciecierzycy oraz groszku, z 46 centrami produkcyjnymi. Jej przychody w 2016 roku wyniosły 1,49 mld USD. Zatrudnia ponad 2 tysiące osób na pięciu kontynentach.

Przedsiębiorstwo rośnie dzięki połączeniu organicznego rozwoju ze strategicznymi przejęciami. W ciągu 7 lat AGT dokonało 17 przejęć na całym świecie, w tym także na rynkach rozwijających się. Umożliwiło to AGT skonsolidowanie światowego rynku nasion roślin strączkowych i rynku podstawowej żywności, jednocześnie poszerzając działalność o inne obszary, jak np. makarony, ryż, ziarna zbóż, składniki żywności, proteiny i błonnik.

Zwycięzca światowej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku wyznaje filozofię „empatycznej przedsiębiorczości”. Bezpieczeństwo żywności, pomoc dla głodujących oraz awaryjna pomoc żywnościowa dla uchodźców są dla niego ważnymi celami długoterminowymi.

Poprzez jego międzynarodowy łańcuch dostaw oraz sieć produkcyjną i dystrybucyjną Murad dostarczył ponad 4 miliony racji żywnościowych międzynarodowym agencjom pomocowym zajmującym się uchodźcami z Syrii. Był wielokrotnie nagradzany za działalność charytatywną. W 2016 roku został uznany przez United Nations Association w Kanadzie za Globalnego Obywatela. W marcu tego roku był jednym z czterech zwycięzców nagrody Biznes dla Pokoju przyznawanej przez fundację działającą w Oslo w Norwegii.

Jury światowej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku

Przewodniczącym niezależnego jury był Jim Nixon z amerykańskiej firmy Nixon Energy Investments. Pozostali członkowie jury to:

  • Rosario Bazán z firmy DanPer z Peru,
  • Judy Chan z firmy Grace Vineyard z Chin (a także Hong Kong i Macau)
  • Diane Foreman z firmy Chelsea Group Ltd z Nowej Zelandii
  • Ilkka Paananen z firmy Supercell z Finlandii
  • Rosemary Squire z brytyjskiej firmy Trafalgar Entertainment Group
  • Manny Stul z firmy Moose Enterprise Holdings & Controlled Entities z Australii.

Polski reprezentant

W 17. światowej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku Polskę reprezentował Marcin Grzymkowski, twórca marki eobuwie.pl – lidera sprzedaży online markowego obuwia, akcesoriów i galanterii skórzanej.

Rozmowy koalicyjne w Wielkiej Brytanii. Wybory parlamentarne we Francji

Zgodnie z oczekiwaniami w Wielkiej Brytanii Torysi negocjują koalicję z irlandzkimi unionistami. Pierwsza runda wyborów prezydenckich we Francji sukcesem prezydenta. Referendum w sprawie roli prezydenta w Polsce.

Rozmowy koalicyjne w Wielkiej Brytanii

W sobotę zgodnie z oczekiwaniami ruszyły konsultacje pomiędzy torysami a unionistami irlandzkimi. Rozmowy zgodnie z komunikatem wydanym przebiegały obiecująco i doszło do zgody co do wstępnego porozumienia w sobotę. Na niedzielę zawieszono rozmowy i mają do nich wrócić dzisiaj. Rozmowy te są bardzo istotne gdyż Torysom do bezwzględnej większości brakuje zaledwie 7 głosów w 650 osobowej izbie gmin. Biorąc pod uwagę brak innych możliwości koalicyjnych jeżeli tylko Unioniści nie postawią nierealnych warunków w ciągu kilku dni powinniśmy zobaczyć nowy rząd. Na razie na stanowisku pozostaje Theresa May, jednak ze względu na wynik wyborów wielu komentatorów uważa, że już wkrótce ktoś inny zajmie jej stanowisko. Funta zareagował na te doniesienia spokojnie utrzymując się na poziomach na które spadł w wyniku wyborów.

Wybory parlamentarne we Francji

W weekend odbyła się pierwsza tura wyborów parlamentarnych we Francji. Na fali sukcesu z wyborów prezydenckich partia La Republique En Marche Emmanuela Macrona zdobyła 32% głosów. Kolejne miejsce zajęli Republikanie. Radykalna prawica pani Marine Le Pen uzyskała zaledwie 14 % głosów. socjaliści uzyskali 10% głosów czyli o 1 punkt procentowy mniej niż skrajna lewica Jean-Luca Melanchtona. Pełne wyniki i podział miejsc będą znane dopiero za tydzień. Wtedy to odbędzie się druga tura w okręgach gdzie nie było zdecydowanego zwycięzcy. Wynik został pozytywnie przyjęty przez rynki. Euro od rana umacnia się względem głównych walut. Powodem tego ruchu jest fakt, że wbrew wcześniejszym obawom wygląda na to, że prezydent będzie miał silne poparcie w parlamencie.

Referendum w Polsce

Andrzej Duda zapowiedział referendum w sprawie roli prezydenta w Polsce na 11 listopada. Temat nie jest nowy i był regularnie podnoszony przez wiele osób. Powodem są relatywnie małe uprawnienia głowy państwa w Polsce względem sposobu jej wyboru. W krajach gdzie prezydent pełni głównie funkcje reprezentatywne przeważnie jest wybierany przez zgromadzenie narodowe. Nie wiadomo w którą stronę będzie chciał przekształcić PiS Polski system, ale fakt faktem sytuacja Polska jest dość dziwna biorąc pod uwagę zagraniczne ustroje polityczne.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Polska – inflacja konsumencka.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Co przyniesie przyszłość? – komentarz rynkowy

Wydawać by się mogło, że zniszczenia poczynione przez Theresę May znalazły się pod kontrolą, tak jakby to była broń jądrowa, którą można odłożyć na przyszłość Niepewnemu sojuszowi torysów z północnoirlandzką Partią Demokratycznych Unionistów udało się wprowadzić na rynek pewne załagodzenia. Miejmy nadzieję, że wkrótce uda im się osiągnąć solidne porozumienie. Jak na razie May wciąż dowodzi, ale po igraniu z losem narodu wiele osób pragnie ją zastąpić jak najszybciej.

GBPUSD_12_06_2017Najbardziej odbija się to na funcie brytyjskim, który spadł o ponad 300 jednostek w przeciągu nocy wyborczej. Od czasu referendum w sprawie Brexitu rok temu, mogliśmy zauważyć dwa duże wzrosty. Jednym było przemówienie Theresy May na temat Brexitu 17 stycznia, drugim wezwanie May do przedterminowych wyborów po których rynki się spodziewały umocnienia jej pozycji. Prawdopodobnie to silna pozycja May była odpowiedzialna za uratowanie funta od spadku poniżej 1.2000. Dalsza niepewność mogłaby spowodować powrót do tego samego punktu. Pozostałe rynki nie wyglądają na zaniepokojone sytuacją w Wielkiej Brytanii. Na ten moment, Brexit jest już przesądzony więc jedynym pytaniem jakie wszyscy sobie zadają to rodzaj porozumienia, które Wielka Brytania podpisze z Europą.

DJ30_SPX500_12_06_2017Wall Street kontynuowało swój pęd ku rekordowo wysokim notowaniom w piątek, ale Dow Jones i S&P zetknęły się z niewielkimi spadkami tuż przed weekendem. Złoto kontynuuje swój spadek i poważnie testuje swój krótkoterminowy poziom wsparcia. Należy uważać na duże zamówienia sprzedaży. ROPA_12_06_2017Również ropa notowana jest na niski poziomie i przez ostatnie trzy miesiące trzyma się poziomu 46 dolarów za baryłkę. Jeżeli jednak nadmierna podaż przepchnie ją poniżej poziomu 42,5 dolarów może to oznaczać kłopoty. Poza dramatem Trumpa w Stanach Zjednoczonych, rynki czekają na spotkanie Federalnej Rezerwy w środę. Analitycy wciąż dyskutują, co Fed zamierza zrobić, a taka powszechna niepewność z perspektywą coraz szybciej zbliżającego się spotkania, nie oznacza nic dobrego.

ZŁOTO_12_06_2017W ten weekend nastąpił gwałtowny wzrost krypto-aktywów. Ethereum przekroczyło poziom 300 dolarów a Bictoin jest obecnie handlowany za ponad 3000 dolarów w Japonii oraz Chinach. Zachód wciąż notuje nieco niższe poziomy, ale jeżeli trend będzie kontynuowany, z pewnością szybko to nadrobi. Ethereum nie traciło czasu aby spocząć na tym kamieniu milowym i już jest notowane powyżej 360 dolarów za monetę. Nowy ICO o nazwie Bancor, który pojawi się dzisiaj online, może przyciągnąć dużo świeżych pieniędzy do sieci Etheru. Ten projekt znajduje się w samym sercu Blockchaina jako przyszłości internetu. Być może, pewnego dnia całkowicie zastąpi kontrakty różnicy kursowej będącej główną metodą, jaką ludzie sprzedają akcje, towary i inne aktywa finansowe w internecie.

kapitalizacja_rynkowa_12_06_2017Nadal znajdujemy się we wczesnym stadium rozwoju technologii Blockchain, ale w mojej opinii Bitcoin i Ethereum pewnego dnia mogą zastąpić pieniądze, a internet z pewnością ciągle zdobywa na popularności. Całkowita kapitalizacja rynkowa wszystkich cyfrowych aktyw według coinmarketcap.com wynosi skromne 115 miliardów dolarów i szybko wzrasta.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Raport NIK o górnictwie węgla kamiennego w latach 2007-2015

Trudna sytuacja finansowa dotyczyła głównie trzech największych producentów węgla grupujących łącznie 27 kopalń. Ich skumulowana strata netto w latach 2007-2015 wyniosła ponad (-)1,1 mld zł, podczas gdy w tym samym okresie jedna sprywatyzowana kopalnia osiągnęła skumulowany zysk netto w wysokości ponad (+)1,4 mld zł. W ostatnim roku trwania Programu kondycja finansowa oraz efektywność funkcjonowania głównych producentów węgla była gorsza niż na początku jego realizacji.

Pamiętać należy, że podmioty górnicze rozpoczynały realizację rządowego „Programu działalności górnictwa węgla kamiennego w Polsce w latach 2007-2015” [1]w korzystnych warunkach. W latach poprzedzających jego przyjęcie dokonano znacznych redukcji zdolności produkcyjnych oraz zatrudnienia w górnictwie (głównie lata 1998-2002), a także umorzono zobowiązania przedsiębiorstw górniczych na ponad 18 mld zł (2003 r.). Późniejszy okres dobrej koniunktury na węgiel kamienny (2003-2011) stwarzał możliwości dokończenia w latach 2007-2015 procesu restrukturyzacji oraz efektywnej prywatyzacji górnictwa. Okoliczności tych jednak nie wykorzystano.

Pogarszająca się od 2012 r. koniunktura wykazała niezdolność trzech największych producentów do prowadzenia rentownej działalności oraz całkowity brak przygotowania na spadek cen i popytu na węgiel. Należy zauważyć, że średnie ceny węgla w 2015 r. były jednak o 36% wyższe od cen w roku 2007, kiedy to górnictwo osiągało dodatnie wyniki finansowe. Niepowodzenie realizacji Programu oraz zagrożenie upadłości niektórych podmiotów skutkowało w ostatnim roku jego trwania koniecznością udzielenia górnictwu zwiększonego, w stosunku do lat poprzednich, wsparcia finansowego ze strony Państwa. Łączna wartość wsparcia dla górnictwa w latach 2007-2015 w różnych formach wyniosła ok. 65,7 mld zł, z czego ok. 58,4 mld zł stanowiło pokrycie niedoboru środków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na wypłaty emerytur i rent górniczych. W tym samym czasie wartość płatności publicznoprawnych podmiotów sektora górnictwa była porównywalna i wyniosła ok. 64,5 mld zł.

Chociaż węgiel kamienny jest nadal najważniejszym nośnikiem energii w Polsce, to w latach 2007-2015 zużycie węgla obniżyło się w kraju o 16% – z ponad 85 mln ton do niecałych 72 mln ton. W tym samym okresie zużycie węgla w UE zmalało o 26% – z ok. 467 mln ton do 346 mln ton. W latach 2007-2015 wydobyto w Polsce łącznie ok. 700 mln ton węgla, z czego 85% stanowił węgiel energetyczny, a 15% koksowy. Około 82% udziału w krajowym wydobyciu węgla mieli w tym okresie: Kompania Węglowa S.A. (KW), Katowicki Holding Węglowy S.A. (KHW) i Jastrzębska Spółka Węglowa S.A. (JSW).

Ważniejsze ustalenia kontroli

(1) Zdaniem NIK Program rządowy, określający wytyczne działalności górnictwa w latach 2007-2015 oraz wskaźniki i mierniki realizacji przyjętych celów, został opracowany w sposób nierzetelny. Nie ustalał on szczegółowych działań restrukturyzacyjnych, lecz tylko wyznaczał kierunki działalności górnictwa, które powinny stanowić podstawę do budowy strategii przez poszczególne spółki węglowe. Tymczasem strategie działalności spółek węglowych zostały opracowane w sposób wskazujący, że ich przygotowanie traktowane było głównie jako realizacja wymogu formalnego, a nie jako potrzeba stworzenia rzeczywistego planu mającego zapewnić ich ekonomiczną efektywność. Powyższe dokumenty zostały oparte na mało realistycznych założeniach i prognozach nie znajdujących rynkowego i ekonomicznego uzasadnienia. Odnosiło się to głównie do zbyt optymistycznych założeń dotyczących przychodów producentów węgla, przy jednoczesnym marginalizowaniu znaczenia kosztów tej działalności. I tak na przykład:

  • W Programie zidentyfikowano ważniejsze zagrożenia dla górnictwa, wśród których wskazano rosnące koszty produkcji, w tym wynagrodzeń, jednak zrezygnowano z zapisów o konieczności powiązania wzrostu wynagrodzeń ze wzrostem wydajności pracy.
  • Program nie zawierał analizy ryzyka wystąpienia określonych zdarzeń i powiązanych z nimi scenariuszy działań na wypadek uzyskiwania przez przedsiębiorstwa górnicze wyników innych niż zakładano. Jednocześnie nie aktualizowano zawartych w Programie prognoz wydobycia i sprzedaży węgla, pomimo ich niezgodności z trendami rynkowymi oraz z założeniami polityki energetycznej.
  • W Programie przyjęto, że całość nadwyżki węgla na rynku krajowym zostanie sprzedana na eksport, bez uwzględnienia faktycznych możliwości zbytu poza kraj. Nie zapewniono także zgodności strategii spółek węglowych z celami i założeniami Programu, dotyczącymi m.in. wielkości sprzedaży na rynek krajowy.

NIK o górnictwie węgla kamiennego

(2) Nadzór Ministra Gospodarki nad realizacją Programu prowadzony był nierzetelnie i niezgodnie z założeniami. Minister Gospodarki nie ustosunkował się do większości strategii spółek węglowych ani nie monitorował stopnia ich realizacji. Spółki węglowe, m.in. z powodu szybkiej dezaktualizacji swoich wieloletnich strategii, prowadziły działalność głównie w oparciu o plany roczne – dostosowywane do ich bieżącej sytuacji. W rezultacie systematyczne działania restrukturyzacyjne zostały zaniechane bądź były niewystarczające i nieskuteczne. Prowadziło to do pogłębiania się trudnej sytuacji spółek węglowych, która w pełnym zakresie ujawniła się w czasie dekoniunktury na rynku węgla. W latach 2007-2015 nierozwiązanym problemem spółek węglowych była niska wydajność wydobycia, przerosty zatrudnienia i nieefektywny system wynagradzania, przekładający się na wysoki udział kosztów stałych w prowadzonej działalności oraz jej dużą wrażliwość na wahania popytu i cen węgla. I tak m.in.:

Dodatnie wyniki na sprzedaży węgla do 2012 r. były głównie rezultatem jego wysokich cen, a nie prowadzonej przez zarządy spółek węglowych optymalizacji kosztów, które w tym okresie nadmiernie wzrastały. W czasie spadku cen i zmniejszenia sprzedaży węgla – koszty, wśród których ok. 80% stanowiły koszty stałe (niezależne od skali prowadzonego wydobycia), pozostawały na dotychczasowym, wysokim poziomie co skutkowało ponoszeniem strat.NIK o górnictwie węgla kamiennego 3

Okresu dobrej koniunktury na węgiel nie wykorzystano na dostosowanie wielkości zatrudnienia do faktycznych potrzeb spółek i poprawę wydajności wydobycia. Osiągana wydajność wydobycia w latach realizacji Programu rządowego (2007-2015) była niższa od wydajności w roku poprzedzającym jego rozpoczęcie (2006 r.). Występował także brak korelacji pomiędzy wzrostem średniego wynagrodzenia a osiąganą wydajnością, przy czym w KW był on najbardziej widoczny.NIK o górnictwie węgla kamiennego 4 NIK o górnictwie węgla kamiennego 5

Dobrej koniunktury na węgiel nie wykorzystano także na likwidację trwale nieefektywnych kopalń oraz na stosowny wzrost nakładów na rozwój pozostałych. Spółki węglowe zwiększyły swą aktywność inwestycyjną w praktyce dopiero w latach 2012-2013 – czyli już w trakcie postępującej dekoniunktury na rynku węgla. Nadwyżki finansowe w latach wcześniejszych wydatkowane były na wzrastające koszty osobowe.NIK o górnictwie węgla kamiennego 6(3) NIK zwraca uwagę, że ministrowie odpowiedzialni za sektor górnictwa oraz zarządy spółek węglowych dysponowali bieżącymi informacjami o sytuacji finansowej podmiotów górniczych. Były one wystarczające dla prowadzenia skutecznego nadzoru oraz do reagowania na zmienne warunki na rynku węgla. Wiedza ta nie została jednak efektywnie wykorzystana przez Ministra Gospodarki i zarządy spółek. Organy państwowe oraz ZUS nie dysponowały natomiast wiedzą o skali niedoboru środków pochodzących ze składek na wypłaty emerytur i rent górniczych. Trudna sytuacja finansowa części podmiotów wydobywających węgiel spowodowała, że w ostatnim roku trwania dziewięcioletniego Programu podmiotom tym udzielono zwiększonego, w stosunku do lat poprzednich, wsparcia finansowego ze strony Państwa.

Według szacunków NIK w latach 2007-2015 różnica pomiędzy wypłatami emerytur i rent górniczych dla byłych pracowników górnictwa węgla kamiennego, a wpływami ze składek wynosiła ok. 58,4 mld zł. Łączna wartość wsparcia, w różnych formach, jakiego w latach 2007-2015 udzielił górnictwu Skarb Państwa (65,7 mld zł), obejmująca także pokrycie ww. niedoboru Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, była porównywalna z płatnościami publicznoprawnymi podmiotów sektora górnictwa (64,5 mld zł). Tak więc wypracowane przez sektor środki de facto w całości do niego powróciły.NIK o górnictwie węgla kamiennego 7 NIK o górnictwie węgla kamiennego 8(4) Pierwsze działania związane z radykalnym pogorszeniem się w 2012 r. sytuacji w górnictwie zostały zainicjowane przez Ministra Gospodarki dopiero w 2013 r. Jednak zdecydowane działania, których celem była próba rozwiązania rzeczywistych problemów górnictwa, zostały podjęte dopiero w 2015 r. przez Pełnomocnika Rządu ds. restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego i Ministra Skarbu Państwa. Zostały one zapoczątkowane przyjętym w styczniu 2015 r. Planem Naprawczym Kompanii Węglowej S.A. Z uwagi na ich pilność, były realizowane w oderwaniu od postanowień Programu rządowego bądź prób jego aktualizacji. Podejmowane w tym czasie działania, wynikające z programów naprawczych spółek węglowych, nie doprowadziły jednak do osiągnięcia przez nie rentowności do końca 2015 r. NIK zwraca uwagę, że w okresie 10 miesięcznego sprawowania nadzoru nad podmiotami górnictwa węgla kamiennego przez Ministra Skarbu Państwa nie wypracowano jednolitej, spójnej koncepcji dla tej branży. Było to m.in. wynikiem niejednoznacznego podziału kompetencji pomiędzy Ministrem Skarbu Państwa i Pełnomocnikiem, a Ministrem Gospodarki. W efekcie do końca 2015 r. nie opracowano programu dla górnictwa węgla kamiennego na kolejne lata.

W końcu 2015 r. Minister Rozwoju utworzył rezerwy strategiczne węgla kamiennego, pomimo powszechnego nadmiaru węgla na rynku oraz wysokiego poziomu już zgromadzonych zapasów węgla. Łączny poziom zapasów węgla w górnictwie i energetyce na koniec lat 2012-2015 był ok. cztery razy wyższy od stanu zapasów obowiązkowych, zapewniających bezpieczeństwo energetyczne. Zdaniem NIK rzeczywistym celem utworzenia ww. rezerw za kwotę 380 mln zł było zapewnienie płynności finansowej spółkom węglowym oraz środków na ich bieżące funkcjonowanie.NIK o górnictwie węgla kamiennego 9(5) Dobra koniunktura na węgiel była zdaniem NIK odpowiednim okresem na przeprowadzenie skutecznej prywatyzacji polskiego górnictwa. Mogła ona przynieść nie tylko znaczne wpływy do budżetu, ale także stwarzała możliwość pozyskania kapitałów na rozwój i modernizację oraz dalszą restrukturyzację górnictwa. Kontynuacji procesów prywatyzacyjnych, przewidzianych we wcześniejszych dokumentach rządowych, nie sprzyjało przyjęcie w Programie jedynie ogólnego założenia o możliwości „ewentualnej prywatyzacji” bez odniesienia się do konkretnych podmiotów. Ponadto prywatyzacji nie sprzyjała niewielka aktywność Ministra Gospodarki, po którego stronie leżała inicjatywa zgłaszania gotowości rozpoczynania tych procesów, a który uzależniał plany prywatyzacyjne od stanowiska górniczych związków zawodowych.

Sprywatyzowanie kopalni Bogdanka w 2009 r. poprzez zbycie akcji nowej emisji oraz akcji Skarbu Państwa zapewniło znaczne wpływy do budżetu państwa oraz środki na modernizację i rozwój spółki. Prywatyzację JSW w 2011 r. ograniczono do zbycia części akcji Skarbu Państwa. Z uwagi na pogarszającą się sytuację w górnictwie nie doszły do skutku plany zbycia akcji nowej emisji, co umożliwiłoby pozyskanie kapitału na rozwój i modernizację JSW. Porównanie wyników niesprywatyzowanych i sprywatyzowanych podmiotów przedstawiono poniżej:

Przedsiębiorstwo górnicze Udział w krajowym wydobyciu węgla w latach 2007-2015 Posiadane akcje Skarbu Państwa na koniec 2015 r. (data prywatyzacji) Skumulowany wynik finansowy netto
za lata 2007-2015
Kompania Węglowa S.A. 49% 100% (-) 1 847 mln zł
Katowicki Holding Węglowy S.A. 16% 100% (-) 297 mln zł
Jastrzębska Spółka Węglowa S.A. 17% 55% (2011 r.) (+) 1 011 mln zł
LW Bogdanka S.A. 9% 0% (2009 r.) (+) 1 430 mln zł

Prywatyzację branży górniczej po 1990 r. prowadzono w sposób częściowy i wybiórczy. Sprywatyzowano niemal wszystkie podmioty okołogórnicze (np. producentów maszyn i urządzeń dla górnictwa), podczas gdy główni kontrahenci tych podmiotów – spółki prowadzące działalność wydobywczą pozostały w rękach Skarbu Państwa. Nie sprzyjało to transparentności wzajemnych relacji pomiędzy „państwowymi” spółkami węglowymi, a prywatnymi firmami, z których usług kopalnie musiały korzystać – tak jak to miało miejsce po zmianie właściciela spółki REMAG – wiodącego producenta kombajnów chodnikowych. NIK uważa, że brak zgody Ministra Gospodarki na zakup przez Węglokoks S.A. akcji REMAG S.A. skutkował drastycznym wzrostem kosztów dzierżaw tych urządzeń ponoszonych przez spółki węglowe po przejęciu tej firmy przez prywatnego inwestora branżowego. Wzrost ten wynosił od ok. 90 do 140% w latach 2010-2015. Ponadto w konsekwencji braku zgody na zakup przez Węglokoks S.A. akcji REMAG wpływy z prywatyzacji były niższe o ponad 18 mln zł.

Wnioski systemowe

NIK wniosła o podjęcie następujących działań systemowych:

przez Ministra Energii:

  • Doprowadzenie do zakończenia prac nad programem działalności górnictwa węgla kamiennego dla perspektywy czasowej po 2015 r. oraz nad aktualną polityką energetyczną Polski oraz zapewnienie zgodności założeń obu tych dokumentów.
  • Jednoznaczne określenie jednostek odpowiedzialnych za monitoring i nadzór nad przebiegiem nowego programu, w tym nad działaniami podmiotów w nim uczestniczących, w szczególności obejmującymi realizację strategii spółek węglowych;
  • Uwzględnienie w statutach spółek węglowych postanowień o zatwierdzaniu dokumentów o charakterze strategicznym przez organy stosowne do struktury właścicielskiej tych podmiotów, a także zapewnienie
    i realizowanie wymogu zatwierdzania tych dokumentów.
  • Zakończenie realizacji procesów restrukturyzacyjnych podmiotów prowadzących wydobycie węgla kamiennego w terminach umożliwiających wykorzystanie mechanizmów wsparcia ze strony Państwa, przewidzianych w uregulowaniach unijnych.
  • Podjęcie działań w celu sfinalizowania przekształceń własnościowych podmiotów prowadzących wydobycie węgla kamiennego, w sposób umożliwiający tym podmiotom pozyskanie kapitału na modernizację i rozwój.

przez Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w porozumieniu z Ministrem Energii:

Wypracowanie i wdrożenie rozwiązań zmierzających do ograniczenia deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w zakresie świadczeń wypłacanych osobom wykonującym pracę górniczą.


[1] Zwanego dalej „Programem rządowym” lub „Programem”. Był to siódmy rządowy program dot. górnictwa, jaki obowiązywał po 1990 r.

Analiza pozycji dużych graczy 12.06.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 12.06.2017 9– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 12.06.2017 10-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportu COT powinniśmy zainteresować się euro oraz ropą naftową.

Euro

W zeszłym tygodniu pozycja netto funduszy lewarowanych wzrosła, ale warto przyjrzeć się temu bliżej. Warto zadać sobie pytanie, dlaczego? Co spowodowało, że pozycja netto po raz kolejny wzrosła? Dzięki odpowiedniej analizie raportu COT jesteśmy wstanie odpowiedzieć na to pytanie. Pozycje netto wzrosły jedynie przez redukcję krótkich pozycji, a nie wzrost długich, co przedstawia poniższy wykres.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Analiza pozycji dużych graczy 12.06.2017 11

Źródło: Cme Group

W poprzednim tygodni duzi gracze zamknęli prawie 7 tysięcy długich i 11 tysięcy krótkich pozycji. Dzięki temu pozycja netto po raz kolejny wzrosła. Zatem możemy wyróżnić dwa scenariusze, w którą stronę euro zacznie podążać. Po pierwsze na rynek może zawitać konsolidacja, ale bardziej prawdopodobny jest scenariusz spadkowy (brak dobierania długich pozycji świadczy o wyczerpaniu impulsu wzrostowego).

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Scenariusz pierwszy zakłada dalszą konsolidację, wsparcie tworzone jest przez strefę 1.1120-1.1170, natomiast opór znajduje się w okolicy 1.2300. Pokonanie górnej strefy może być bardzo utrudnione. Drugi scenariusz zakłada pokonanie wcześniej wspomnianego wsparcia i spadek w okolicę poziomu 1.10. Warto zwrócić uwagę na MACD, który wskazuje na negatywną dywergencję, co tylko zwiększa prawdopodobieństwo spadków.

Ropa naftowa

Ropa została przeceniona, został zatem zrealizowany scenariusz, o którym pisaliśmy w tym miejscu. Czarne złoto ześlizgnęło się w okolicę 45 USD za baryłkę, ale czy to koniec spadków? Średnioterminowym celem dla niedźwiedzi może być poziom 41 USD za baryłkę lub też długoterminowa linia trendu wzrostowego.

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Analizując pozycję zarządzających na kontraktach terminowych możemy zostać nieco zmyleni, ponieważ od trzech tygodni pozycja netto jest systematycznie powiększana.

Pozycje zarządzających, linia niebieska – pozycje długie, żółta – krótkie, zielona -netto

Pozycje zarządzających, linia niebieska – pozycje długie, żółta – krótkie, zielona -netto

Źródło: Cme Group

Na powyższym wykresie wszystkie zmienne przedstawiono jako linie. Kolor zielony odpowiada za pozycje netto. Trzy tygodnie temu pozycje netto znalazły się blisko swoich minimów, dlatego duzi gracze powoli zaczęli redukować krótkie pozycje i otwierać długie. Reasumując, dalsza wyprzedaż czarnego złota poniżej obecnych poziomów stworzy ciekawą perspektywę zajęcia długiej pozycji. Czy tak będzie? Zobaczymy.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Andrzej Szumowski: Polska jest i będzie ogrodem i farmą Europy

Takiego rozwoju polskiego handlu i produkcji 28 lat temu nikt by nie przewidział. Polska jest i będzie ogrodem i farmą Europy, jednym z prawdziwych liderów w Unii Europejskiej.

– Będziemy produkować coraz więcej, lepiej i smaczniej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Szumowski, wiceprezes zarządu Wyborowa Pernod Ricard, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka – Polacy muszą rozkoszować się smakami rodzimej żywności i płodami własnej ziemi. Oknem dla naszej krajowej produkcji jest jednak eksport. Polscy producenci powinni pamiętać, że dla polskich towarów Europa to za mało. Powinniśmy sięgać do Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Mamy co zaoferować – jakość naszych wyrobów jest doskonała. Sprzedajemy nie tylko produkt, ale myśl, mistykę z nim związaną, a przede wszystkim tradycję – podkreślił Szumowski.

Linux najbardziej wpływową technologią open source

Linux, Git, MySQL – to dziś trzy najbardziej wpływowe technologie open source, biorąc pod uwagę czynniki takie jak m.in. liczba użytkowników czy wpływ na tworzenie nowych miejsc pracy – wynika z The Battery Open Source Software Index. To pierwsze tego typu opracowanie, którego celem jest śledzenie rozwoju tego dynamicznie rozwijającego się segmentu IT.

Coraz większa grupa przedsiębiorstw opiera dziś swoje krytyczne funkcje biznesowe na otwartych technologiach, czyli takich, które w całości bazują na dostępnym powszechnie kodzie źródłowym – w przeciwieństwie, do rozwiązań zamkniętych, gdzie kod dostępny jest tylko producentowi. Dane pokazują, że z rozwiązań open source korzysta nawet 78 proc. organizacji.[1] Z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego przez Forrester wśród szefów IT wynika, że dla ponad 40 proc. z nich zwiększenie zakresu wykorzystania open source jest wysokim lub krytycznym priorytetem. Jednak jak twierdzą autorzy opublikowanego rankingu, fakt, że wciąż niewiele organizacji oferujących rozwiązania otwarte jest notowanych na giełdzie i publikuje swoje wyniki finansowe, sprawia, że wycena wartości tego rynkui śledzenie rozwoju poszczególnych projektów jest utrudnione. Dlatego opracowanie Battery Ventures ocenia potencjał technologii open source na podstawie ogólnodostępnych danych. Na podium zestawienia znalazły się Linux, Git i MySQL. Razem z nimi pierwszą dziesiątkę tworzą jeszcze m.in. Node.js, Docker, Hadoop czy Spark. Najliczniejszą grupę technologii, które znalazły się w rankingu – 15 z 40 – stanowią otwarte projekty związane
z przechowywaniem i przetwarzaniem danych.

Wszystkie wymienione w rankingu rozwiązania są niezwykle popularne i dynamicznie rozwijane. Zarówno na polskim, jak i międzynarodowym rynku otwartych technologii, możemy  znaleźć wiele przykładów na to, że model biznesowy oparty w całości na open source może przynieść biznesowy sukces. Z tego typu rozwiązań korzystają w naszym kraju m.in. liderzy sektora finansowego czy teleinformatycznego, a także duże instytucje publiczne – mówi Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day, jednego z największych w Europie wydarzeń poświęconych otwartym technologiom.

Zarabiać na open source

Kryteria ewaluacji zastosowane w czasie tworzenia The Battery Open Source Software Index uwzględniają m.in. liczbę i stopień aktywności użytkowników czy liczbę ofert pracy dla osób posługujących się daną technologią. Autorzy oddzielają popularność danego rozwiązania wśród użytkowników od sukcesu związanego z jego komercjalizacją. Ze względu na to, że model open source opiera się na bezpłatnym udostępnieniu kodu źródłowego, w większości przypadków firmy zajmujące się jego dystrybucją zarabiają nie na sprzedaży samego oprogramowania, ale na usługach takich jak jego wdrożenie czy utrzymanie.

Pomimo, że część dużych projektów open source nie została jeszcze  skomercjalizowana przez konkretne firmy w takim stopniu jak np. umieszczony na czele rankingu Linux, nie da się zakwestionować ich biznesowego potencjału. Są one bowiem powszechnie stosowanei używane przez komercyjne instytucje. Zatrudnieni przez nie inżynierowie korzystają z nich, kiedy pojawia się potrzeba stworzenia nowej aplikacji czy infrastruktury. Kluczowym elementem dla autorów otwartych rozwiązań powinno być wypracowanie odpowiedniego modelu sprzedaży – dodaje Dariusz Świąder, Open Source Day.

O konferencji Open Source Day

Open Source Day to największe w Polsce i Europie wydarzenie poświęcone otwartemu oprogramowaniu. W dotychczasowych edycjach udział wzięło 5 tys. osób, a kilkanaście tysięcy śledziło relację online. Open Source Day stanowi platformę wymiany wiedzy na temat otwartego oprogramowania, jednego z najważniejszych obecnie kierunków rozwoju nowoczesnych technologii, umożliwiającego tworzenie wysokiej jakości, stabilnych rozwiązań IT, które dziś są podstawą działania wszystkich gałęzi gospodarki. Gośćmi specjalnymi poprzednich edycji byli przedstawiciele Rządu, m.in. Wicepremier, Minister Gospodarki, Pan Waldemar Pawlak, Minister Administracji i Cyfryzacji Pan Michał Boni, a także Wiceminister Cyfryzacji, Pan Piotr Woźny. 10., jubileuszowa edycja konferencji odbyła się w dniu 17 maja 2017 r. w Warszawie.

[1] Źródło: Black Duck

 

Kurs funta – krajobraz po wyborach

Wynik wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii jest porażką premier Theresy May – zamiast wzmocnić jej mandat, osłabia jej przywództwo w jednym z najważniejszych momentów dla przyszłości kraju. Choć osłabienie pozycji Torysów może być interpretowana jako wzrost szans na łagodniejszy Brexit, nie jest to wcale pewne, za to powstała niestabilność polityczna wskazuje na słabość funta w krótkim i średnim terminie.

Wybory parlamentarne z 8 czerwca skutkują tzw. „zawieszonym parlamentem”, gdzie żadna partia nie zdobyła samodzielnej większości. Partia Konserwatywna uzyskała w Izbie Gmin 318 z 650 miejsc, o 12 mniej niż miała za poprzedniej kadencji i o 8 mniej względem 326 koniecznych do samodzielnego rządzenia. W sobotę kancelaria premier May informowała o uzgodnieniu ram porozumienia z Demokratyczną Partią Unionistyczną Irlandii Północnej (DUP), jednak później oświadczenie to zostało wycofane. Premier May walczy o dodatkowe poparcie DUP, które dawałoby 10 głosów i pozwoliło na stworzenie rządu.  May dokonała też przetasować w gabinecie oddając cześć istotnych stanowisk swoim rywalom w partii, by zabezpieczyć swoje przywództwo.

W reakcji na wynik wyborów kurs GBP załamał się o niemal 2 proc. względem USD. Fakt, że premier May nie podała się do dymisji, był jedynym pozytywnym akcentem w powyborczym krajobrazie, przynosząc umiarkowane odbicie, jednak w ogólnym ujęciu wybory skutkują bardzo słabym rządem, który będzie miał utrudnione zadanie forsowania dotychczas zapowiadanej polityki „brak porozumienia jest lepszy niż złe porozumienie” w sprawie Brexitu.

Polityczna niepewność

Niepewna przyszłość sojuszu Partii Konserwatywnej z DUP oznacza, że rynek będzie kwestionował mandat premier May i jej zdolność do skutecznego realizowania swojej polityki (głównie w kwestii negocjacji Brexitu). Jej rezygnacja w dalszym ciągu pozostaje realnym zagrożeniem, co skutkowałoby trwającą kilka tygodni kampanią o przywództwo w Partii Konserwatywnej. Wprowadzałoby to dodatkowy chaos i opóźnienia
w negocjacjach rozwodu z UE.

Negocjacje Brexitu

Start oficjalnych rozmów między Wielką Brytania a Unią Europejską został wyznaczony na 19 czerwca i choć na razie nie ma sygnałów, aby termin ten miał się zmienić, wszelkie oznaki opóźnienia będą szkodliwe w skutkach dla funta. Po rynku krążą opinie, że słabsza pozycja Partii Konserwatywnej oznacza sprzeciw obywateli wobec „twardego Brexitu” (ochrona brytyjskiego rynku pracy mieszkańcami UE kosztem swobody handlu w ramach jednolitego rynku europejskiego). Ma to oznaczać zwiększenie szans na łagodniejszą postawę negocjacyjną, gdyż rząd będzie musiał się liczyć z postulatami opozycji. Również potencjalny koalicjant DUP chce umowy swobodnego handlu i nieskrępowanego przekraczania granicy z Irlandią. Jednak w podobnym tonie wzmocni się wpływ eurosceptyków w Partii Konserwatywnej, którzy chcą szybkiego i bez ustępstw odłączenia od UE. Tym samym ograniczone może być pole, w ramach którego premier May będzie mogła szukać polubownego Brexitu.

Ponadto nawet jeśli ryzyko „twardego Brexitu” zmalało, trudno uznać łagodniejsze rozwiązanie za korzystne dla brytyjskiego gospodarki, jeśli nowe porozumienia handlowe z UE nie będą nawet w połowie tak dobre, jak dotychczasowa przynależność w jednolitym rynku europejskim. Trzeba pamiętać, że strona unijna ma swoją własną agendę w negocjacjach, którą przede wszystkim jest wysłanie sygnałów do eurosceptycznych ruchów w innych rajach, że odłączenie od UE będzie bolesnym procesem. Bruksela za swój priorytet stawia ochronę praw swoich obywateli i bez ustępstw Londynu na tym polu (mało prawdopodobne) relacje handlowe ulegną pogorszeniu.

Polityka Banku Anglii

Przy podwyższonej niepewności politycznej jest mało realne, aby Bank Anglii prędko zmienił swoje stanowisko na najbliższym posiedzeniu w ten czwartek, ale także w kolejnych miesiącach. Okres funkcjonowania mniejszościowego rządu podnosi ryzyko negatywnego odbicia na sentymencie gospodarczym, który już bez tego pokazuje oznaki słabnięcia. Rynek oddalił wycenę pierwszej podwyżki stóp procentowych na wrzesień 2019 r. i wątpimy, aby oczekiwania te prędko zostały przybliżone.

Konsekwencje dla GBP

Rok 2017 pozostaje okresem podwyższonej zmienności dla funta. Rezultat zeszłotygodniowych wyborów implikuje przewagę negatywnych ryzyk, których pełna moc jeszcze się nie zmaterializowała i możemy być świadkami dalszej deprecjacji funta, szczególnie że w okresie przedwyborczym krótkie pozycje w GBP były masowo redukowane. Jednocześnie jesteśmy zdania, że nie będzie to „gładki” i jednostajny ruch. Mając na uwadze, jak silne i nagłe były odbicia funta w ostatnich miesiącach, inwestorzy będą zachowywać teraz większą ostrożność przy budowaniu pozycji krótkich w GBP. Tym samym kurs będzie podatny na impulsywne ruchy w ramach tzw. „short squeeze”, jednak uważamy, że w ogólnym rozrachunku funt będzie słabszy wobec euro i dolara. Podtrzymujemy prognozy GBP/USD 1,25 i EUR/GBP 0,88 na koniec roku.

Wypowiedzi udzielił Konrad Białas, Główny Ekonomista, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wpływ Brexitu na brytyjskie przedsiębiorstwa

  • Przedsiębiorstwa wykazały się odpornością na zawirowania od czasu referendum, jednak zaczyna być widoczny spadek inwestycji
  • Spowolnienie wzrostu gospodarczego (1,4 proc. w 2017 roku i 1,2 proc. w 2018 roku) spowoduje zwiększenie liczby upadłości przedsiębiorstw odpowiednio o 8,7 proc.1 i 8 proc.1
  • Przewiduje się, że zmniejszenie przepływów migracyjnych z UE będzie miało negatywny wpływ na rozwój Wielkiej Brytanii — spowolnienie o 0,3 p.p. w przypadku „miękkiego Brexitu” i do 0,6 p.p. w przypadku „twardego Brexitu”
  • Przedsiębiorstwa mogą stracić na atrakcyjności, ale w oczach inwestorów nadal będą oferować znaczne korzyści

Mimo odporności brytyjskiej gospodarki na zawirowania, wśród przedsiębiorstw coraz powszechniejsza będzie postawa wyczekiwania, która nasili się jeszcze bardziej na etapie negocjacji związanych z Brexitem.

Rok po referendum w sprawie opuszczenia UE brytyjskie przedsiębiorstwa wykazują się odpornością, którą umacniają konsumpcja gospodarstw domowych (wzrost o 2,6 proc. w 2016 r.), korzystne warunki kredytowe i silny globalny popyt. W ostatnim kwartale 2016 roku firmy wygenerowały łącznie ponad 105 mld funtów zysków, co stanowi rekordowy wynik. Po początkowym spadku w następstwie referendum pewność znacząco wzrosła, szczególnie wśród małych i średnich przedsiębiorstw. Gwałtowne załamanie kursu funta — najbardziej widoczna oznaka nadchodzącego Brexitu — potwierdza siłę eksportu, nawet jeżeli korzyści wynikające z konkurencyjności cen pozostają niewielkie.

Mimo korzystnych warunków gospodarczych i wysokich zysków generowanych przez przedsiębiorstwa, niepewny wynik negocjacji między Wielką Brytanią a UE już skutkuje spadkiem inwestycji (8,8 proc. PKB w 2016 r. — najniższy poziom od czasu kryzysu gospodarczego). Przewiduje się, że ta tendencja będzie się nasilać do kwietnia 2019 roku. Prawdopodobnie najbardziej ucierpią na tym sektory, w których inwestycje generują największe koszty, takie jak przemysł obróbki metali, motoryzacyjny i budowlany.

Etap negocjacji będzie testem obecnie prezentowanej przez przedsiębiorstwa prężności. W 2017 roku spadek konsumpcji gospodarstw domowych z powodu rosnących nacisków inflacyjnych osłabi kondycję sektora detalicznego (obniżenie przez Coface oceny z ryzyka „umiarkowanego” na „wysokie” w marcu 2017 r.). Presja będzie odczuwalna również w sektorze motoryzacyjnym, choć jej nasilenie będzie mniejsze z uwagi na popyt zza granicy. Ponadto oczekuje się, że zyski przedsiębiorstw ulegną stopniowemu obniżeniu z uwagi na wzrost kosztów spowodowany deprecjacją kursu walutowego. W tym kontekście Coface szacuje, że liczba upadłości brytyjskich przedsiębiorstw może wzrosnąć o 8,7 proc.[1] w 2017 r. oraz o 8 proc.1 w 2018 r. w dużej mierze z powodu załamania wzrostu gospodarczego, który może osiągnąć 1,4 proc w 2017 roku i 1,2 proc. w 2018 roku.

W obliczu malejącej atrakcyjności oraz bardziej restrykcyjnych przepisów polityki handlowej i migracyjnej, brytyjskie przedsiębiorstwa będą musiały dostosować się do nowych zasad gry.

Gdy wiosną 2019 roku Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej, protekcjonistyczny wstrząs, do którego dojdzie, będzie miał znaczny wpływ na politykę handlową. Stanie się tak zwłaszcza w przypadku „twardego Brexitu” (wraz z powrotem do zasad WTO) ze względu na zwiększenie barier taryfowych i pozataryfowych. Według OECD straty PKB do 2030 roku mogą w związku tym wynieść około 7,5 proc. w porównaniu do 5 proc. przewidywanych w przypadku „miękkiego Brexitu”.

Po wprowadzeniu restrykcyjnej polityki imigracyjnej wstrząsowi handlowemu mogą towarzyszyć niedobory pracowników w niektórych sektorach. W przypadku miękkiego Brexitu (główny scenariusz brany pod uwagę przez Coface) spadek napływu migracyjnego z Europy o jedną trzecią grozi potencjalnym spowolnieniem wzrostu o 0,3 p.p. PKB w 2019 roku — prawie tak wysokim, jak w przypadku wstrząsu protekcjonistycznego. Te wartości mogą wzrosnąć do 0,6 p.p. w ekstremalnym scenariuszu (w przypadku „twardego” Brexitu) przewidującym gwałtowny spadek wskaźnika migracji netto o dwie trzecie. Najbardziej ucierpią na tym sektory, w których pracuje wielu wykwalifikowanych imigrantów z Unii Europejskiej — czyli przemysł produkcyjny, handel hurtowy i detaliczny oraz sektory transportowy, komunikacji i usług finansowych.

Niezależnie, czy Brexit przyjmie formę miękką czy twardą, atrakcyjność kraju w oczach inwestorów z pewnością ucierpi, a wskaźnik zagranicznych inwestycji bezpośrednich (FDI) spadnie o 22 proc.[2] Obecnie Wielka Brytania jest głównym europejskim odbiorcą FDI, głównie w sektorach finansowym, informacyjnym i komunikacji. Na kolejnych miejscach plasują się sektory transportowy i logistyczny. Brexit oznacza negatywny wpływ na poziom inwestycji przedsiębiorstw zagranicznych, a w konsekwencji ograniczenie nakładów na innowacje oraz badania i rozwój.

Brytyjskie przedsiębiorstwa, które mają dwa lata, aby przygotować się na wyjście z Unii Europejskiej, będą musiały dostosować swoje strategie. Te mniejsze i bardziej kruche mogą zostać zmuszone do przekształcenia modelu biznesowego, aby zwiększyć swoją odporność, a niektórym grozi nawet upadłość. Inne pewnie będą musiały dostosować swoje strategie branżowe oraz geograficzne, przenosząc się do Niemiec, Francji, Irlandii lub Holandii. Niemniej Brexit nie neguje całkowicie strukturalnej atrakcyjności Wielkiej Brytanii, która utrzyma większość swoich zalet biznesowych. Należą do nich transparentność, dobre zarządzanie, środowisko przyjazne dla biznesu oraz zróżnicowany i elastyczny rynek pracy. Brexit nie neguje również zachęcającego systemu podatkowego Wielkiej Brytanii, a de facto powinien jeszcze zwiększyć jego atrakcyjność w związku z obniżeniem stawki podatkowej z 20 proc. na początku 2017 roku do 17 proc. w 2020 roku.

[1] Szacunków tych dokonano poprzez dostosowanie modelu szczególnie wysokiego wzrostu liczby upadłości przedsiębiorstw, który miał miejsce w ostatnim kwartale 2016 roku, z powodu zmiany regulacyjnej (1796 przypadków). Na tej podstawie szacuje się, że liczba upadłości przedsiębiorstw spadnie o 2,7 proc. w 2017 r. i wzrośnie o 8,8 proc. w 2018 r.

[2] Badanie przeprowadzone przez R. Bruno, N. Campos, S. Estrin i M. Tian, „Gravitating towards Europe: An Econometric Analysis of the FDI Effects of EU Membership”, 2016

Depozyty firm na rekordowych poziomach, firmy szukają możliwości lepszych niż lokaty

Zgodnie z danymi KNF[1], od września minionego roku depozyty przedsiębiorstw utrzymują wartość powyżej 250 mld PLN. Na koniec 2016 r. ich poziom sięgnął 275 mld PLN, co stanowi rekord w najnowszej historii naszego kraju. Także dane NBP oraz GUS pokazują, że polskie firmy nigdy jeszcze nie miały tak dużo pieniędzy. W tych warunkach poważnym wyzwaniem jest jednak efektywne zarządzanie wolnymi środkami, bo historycznie niskie stopy procentowe negatywnie wpływają na oprocentowanie depozytów.

W kwietniu GUS podał, że wynik finansowy netto przedsiębiorstw zatrudniających 50 i więcej osób w 2016 r. był aż o 21,3 proc. wyższy niż w 2015 r. Zysk netto wykazało 81,5 proc. przedsiębiorstw.[2] NBP już w III kw. 2016 r. podał, że wskaźnik informujący o odsetku firm płynnych osiągnął (po raz kolejny) historycznie wysoki poziom. Stopień płynności firm też jest niespotykany: wskaźnik płynności gotówkowej za 2016 r. wyniósł 38,8 proc., a wskaźnik płynności szybkiej 102 proc.[3] Tak dobre wyniki polskich firm są konsekwencją m.in. spowolnienia w inwestycjach, które w 2016 r. spadły o 13,2 proc. w porównaniu do roku poprzedniego[4] i częściowo wynikały z zastoju w wydawaniu unijnych euro z perspektywy 2014-2020.

Wyzwania w efektywnym zarządzaniu gotówką

Eksperci Banku Zachodniego WBK podkreślają, że choć korporacje mają świetną sytuację, to kolejnych kilka miesięcy będzie dla nich okresem wyzwań w zarządzaniu wolnymi środkami. Przyczyna? Oprocentowanie lokat, nawet dla dużych firm, które na ogół negocjują swoje warunki, jest na całym rynku bardzo niskie. Wynika to przede wszystkim z historycznie niskich stóp procentowych. W połączeniu z rosnącą inflacją powodują one, że realne stopy zwrotu na lokatach są dziś ujemne. Co więcej, na podwyżki ze strony Rady Polityki Pieniężnej nie można raczej liczyć przed końcem 2018 r. – Nawet jeśli prognozy inflacji i PKB zostały podniesione i nawet jeśli kolejne dane inflacyjne będą zaskakiwać w górę, to w naszej ocenie RPP będzie cierpliwa w swoich decyzjach co do stóp – mówi Marcin Luziński, ekonomista Banku Zachodniego WBK.

To oznacza, że firmy jeszcze przez dłuższy czas nie mogą liczyć na zauważalny wzrost oprocentowania depozytów. – Właśnie zakończyliśmy serię spotkań informacyjnych dotyczących pakietu, gdzie korporacje mogą dywersyfikować nadwyżki finansowe pomiędzy różne instrumenty, takie jak lokata strukturyzowana, dwuwalutowa strategia inwestycyjna, obligacje skarbowe oraz subfundusze pieniężne i obligacji korporacyjnych. Bardzo wyraźnie widać, że firmy chcą aktywnie zarządzać nadwyżkami finansowymi i szukają sposobów bardziej efektywnych niż zwykłe lokaty, ale nadal stosunkowo bezpiecznych – mówi Tomasz Górski z Zespołu Sprzedaży Produktów Inwestycyjnych w Departamencie Usług Skarbu Banku Zachodniego WBK.

Kredyt łatwiejszy niż kiedykolwiek

Ekonomiści Banku Zachodniego WBK przewidują, że pieniądze na inwestycje będą polskim firmom potrzebne w drugiej połowie roku. – Powrót inwestycji jest spodziewany, ale minie dłuższa chwila zanim plany i wstępne zainteresowanie zamienią się w decyzje i projekty a firmy będą mieć realną potrzebę sięgnięcia po pieniądze – mówi Marcin Luziński.

Otoczenie sprzyja inwestycjom, bo firmy mają nie tylko bardzo dobre wyniki finansowe, ale i zdolność kredytową. Jednocześnie to, co w przypadku produktów oszczędnościowych i inwestycyjnych jest wyzwaniem, czyli niskie stopy procentowe, w przypadku produktów kredytowych jest świetną informacją. Nie było jeszcze tak dobrego czasu na finansowanie inwestycji ze źródeł zewnętrznych. Kredyt jest tani, także ze względu na sporą konkurencję na rynku. Do tego firmy mają szansę na finansowanie inwestycji z funduszy unijnych, która w przyszłości może się już nie powtórzyć z racji „skręcania” finansowania unijnego w stronę instrumentów zwrotnych, o których coraz częściej głośno mówi Bruksela.

[1] https://www.knf.gov.pl/opracowania/sektor_bankowy/dane_o_rynku/Dane_miesieczne.html

[2] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/podmioty-gospodarcze-wyniki-finansowe/przedsiebiorstwa-niefinansowe/wyniki-finansowe-przedsiebiorstw-niefinansowych-w-2016-roku,12,26.html

[3] Jak wyżej

[4] Jak wyżej

Przed nami kolejny tydzień obfitujący w ważne wydarzenia

Oczywiście pozycja numer jeden to posiedzenie Fed z konferencją Yellen oraz nowymi projekcjami optymalnego poziomu stóp procentowych, ale będą też posiedzenia Banku Japonii, Banku Anglii i Szwajcarskiego Banku Centralnego. Tyle tylko, że na pierwsze z tych wydarzeń poczekamy do środowych godzin wieczornych, a dziś kalendarz makroekonomiczny zionie pustką.

Wróćmy do Fed. Obecnie rynek z 96 – proc. prawdopodobieństwem wycenia podwyżkę stóp w środę i jednocześnie dyskontuje wzrost kosztu pieniądza na przestrzeni kolejnego roku o mikre 21 pb. Innymi słowy: w perspektywie do końca 2018 roku rynek wycenia – w zależności od przyjętej miary – dwie lub dwie i pół podwyżki mniej niż sugeruje to mediana wskazań członków FOMC. Do tego dodać należy, że w tym horyzoncie przyśpieszenie zacieśniania następować będzie poprzez kanał ograniczania sumy bilansowej, a nie większą liczbę podwyżek. A to przecież instrument, po który jeszcze nigdy nie sięgano. Przywołać można w tym kontekście moment, w którym Fed zmierzał ku rozpoczęciu wygaszania tempa skupu aktywów. Tzw. taper tantrum to okres silnych rynkowych turbulencji, w tym: wzrostu rentowności długu USA i umocnienia amerykańskiej waluty, zwłaszcza do walut emerging markets. Może to pokazywać, że rynek zmuszony do wyceny wpływu nowego, nieznanego bodźca ma tendencję to zbyt mocnego dyskontowania jego wpływu (tzw. overshooting). By zminimalizować ryzyko „powtórki z rozrywki” FOMC pewnie będzie dążyć by inwestorzy byli do tego lepiej przygotowani.

Oczywiście nie spodziewamy się rozpoczęcia ograniczania sumy bilansowej wcześniej niż w grudniu, ale powolne przygotowywanie gruntu pod taki krok powinno być kwestią najbliższych tygodni (Jakckson Hole w sierpniu?). W każdym razie podwyżka i utrzymanie prognoz poziomu stóp na obecnym pułapie powinny wystarczyć, by wesprzeć dolara.
Warto zwrócić przy tym uwagę, na przebieg notowań na rynku długu USA. W przypadku papierów dziesięcioletnich większa część poprzedniego tygodnia to test ważnego wsparcia w okolicach 2,15 proc. Zostało ono na koniec tygodnia wybronione i dochodowość obecnie plasuje się powyżej 2,21 proc. Techniczny układ przemawia zatem za dalszym wzrostem sprzyjającym USD oraz stawiającym pod mocną presją waluty EM oraz metale szlachetne. Po drugie po ubiegłotygodniowym posiedzeniu ECB rynek nie powiedział naszym zdaniem ostatniego słowa w krótkoterminowej redukcji długiej pozycji na wspólnej walucie. Po wyborczej klęsce May spodziewamy się wstrzemięźliwości w kupowaniu funta. W przypadku AUD znakiem ostrzegawczym jest niemoc w wychodzeniu na nowe maksima i niezdolność do kontynuacji ubiegłotygodniowego rajdu pomimo pnących się do góry cen miedzi i odbicia kursu rudy żelaza. Sentyment na rynku ropy nie pozwala ciepło myśleć o dolarze kanadyjskim. Większość walut G-10 traci zatem swój czar, co może skłonić rynek do tego by łaskawszym okiem spojrzeć na mocno przecenionego USD.

Drugim motywem przewodnim notowań może stać się słabość rynku akcji. Ostra przecena gigantów rynku technologicznego z USA na piątkowej sesji (NASDAQ spadł 2,4 proc. o 3 proc. i więcej przeceniono Amazon, Aplhabeat, Apple i Facebooka) może być wykorzystana jako pretekst do zbudowania głębszego cofnięcia na wykupionych i podlegających ekstremalnie niskiej zmienności globalnych rynkach akcji. W takim scenariuszu waluty emerging markets również powinny znaleźć się pod dodatkową presją pogorszenia nastrojów inwestycyjnych.

Sporządził: Bartosz Sawicki, DM TMS Brokers S.A.

Wizyta Trumpa bez znaczenia dla poprawy relacji gospodarczych na linii USA-Polska. Liczą się cele polityczne

Nie jesteśmy atrakcyjnym partnerem do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Nasz rząd tego nie zmieni, nawet gdyby prowadził sprawniejszy lobbing w tej kwestii. Ale zacieśniając relacje z Amerykanami, również te polityczne, daje sygnał zagranicznym inwestorom, że mogą bezpiecznie realizować u nas swoje przedsięwzięcia.

Przywódca Stanów Zjednoczonych odwiedzi Polskę na początku lipca, w drodze na szczyt G20. Właśnie tam będą prowadzone m.in. rozmowy na temat międzynarodowej współpracy gospodarczej. Administracja Trumpa z pewnością dostrzega wysokie tempo wzrostu gospodarczego krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Ale dla prezydenta USA ważniejsze będzie podkreślenie roli swojego państwa jako lidera NATO, chroniącego wschodnią flankę Sojuszu. Podczas krótkiej wizyty w Polsce sprawy gospodarcze mogą w ogóle nie być poruszane. Zdaniem prof. Witolda Orłowskiego, rektora Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie, nie należałoby przeceniać ekonomicznego znaczenia przyjazdu amerykańskiego prezydenta do naszego kraju.

– Polska gospodarka nie czeka na wizytę Donalda Trumpa. Jesteśmy mało znaczącym partnerem wymiany ekonomicznej dla USA. Jeśli chodzi o kierunek eksportowy zajmujemy u nich dopiero 47. pozycję, a importowy – 40. Oczywiście wielu polskich przedsiębiorców może liczyć na to, że cokolwiek się zmieni po przyjeździe Donalda Trumpa. Niemniej, jednak nie oczekiwałbym jakichkolwiek nowych ustaleń ze Stanami Zjednoczonymi. Natomiast, w ocenie zagranicznych obserwatorów, odwiedziny amerykańskiego prezydenta mogą być potwierdzeniem tego, że Polska to kraj w Europie Środkowo-Wschodniej, który rzeczywiście jest istotnym sojusznikiem USA – mówi analityk gospodarczy Łukasz Białek.

Warto pamiętać o tym, że amerykańska gospodarka, w odróżnieniu od wielu innych na świecie, nie jest sterowana przez prezydenta. Decyzje o wielkich przedsięwzięciach podejmują samodzielnie firmy. Głowa państwa ma w tym zakresie bardzo ograniczone możliwości. Ekonomiści są jednak zgodni co do tego, że Donald Trump zachęca przedsiębiorców do rozwoju, ale na liście jego celów nie ma planu zwiększonego inwestowania w relacje gospodarcze z Polską. Przywódcy USA zależy głównie na tym, żeby biznes zostawiał swoje pieniądze w Stanach Zjednoczonych, a nie w innych krajach.

– Polska ma do zaoferowania amerykańskim firmom przede wszystkim dobrze wykształconych specjalistów w wielu dziedzinach. Jednocześnie, nasz biznes może stanowić bramę do europejskiego rynku, co czasem jest znaczące pod względem strategicznym. I to wszystko, co na ten moment Polacy są w stanie dać przedsiębiorcom z USA. Niestety, nasz kraj nie jest partnerem do rozmowy dla prezydenta Stanów Zjednoczonych. Szansę na takie właśnie traktowanie w Europie ma jedynie Wielka Brytania, Niemcy, być może Francja i raczej nikt więcej. Dobrze świadczyłoby o Donaldzie Trumpie, gdyby się okazało, że w ogóle wie, gdzie leży Polska – stwierdza prof. Witold Orłowski.

Zdaniem Łukasza Białka, Gabinet Donalda Trumpa nie interesuje się poprawą naszych relacji gospodarczych. Jesteśmy dla USA tylko jednym z krajów członkowskich UE. I ewentualnie w tym kontekście możliwa by była zmiana w zakresie stosunków ekonomicznych. Ponadto, pod względem rozwiązań wysoko technologicznych jesteśmy daleko za Stanami Zjednoczonymi. Gdyby nasi przedsiębiorcy mieli do zaoferowania produkty, unikalne na poziomie globalnym i trudne do powielenia, to mogliby zabiegać o uwagę inwestorów zza oceanu. Tymczasem, jak oszacowała Amerykańska Izba Handlowa w Polsce, na koniec 2016 roku wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych, pochodzących z USA, przekroczyła u nas 40 mld dolarów. Część z nich trafiała tu przez europejskie spółki, gdzie amerykańskie firmy czy fundusze mają swoje udziały.

– Nasz rząd może oczywiście lobbować. Natomiast oczekiwanie, że to skłoniłoby amerykańskie firmy do inwestowania w Polsce byłoby wielką naiwnością. Niewątpliwie, wizyta prezydenta USA wzmocniłaby nasz wizerunek jako bezpiecznego i stabilnego kraju. Mielibyśmy dowód na to, że Gabinet Donalda Trumpa, niezależnie od swoich politycznych planów, traktuje nas jak przyjaciół. I to właśnie byłby najważniejszy aspekt tego typu wizyty. W dalszej konsekwencji oczywiście zagraniczni inwestorzy mogliby z większym zaufaniem podejmować przedsięwzięcia na terenie naszego kraju – przewiduje prof. Orłowski.

W ocenie ekonomistów, polska gospodarka, chcąc być atrakcyjnym partnerem do rozmów z USA, musi najpierw pokazać, że niezależnie od stosunków politycznych, proponuje pionierskie rozwiązania, np. w dziedzinie nowoczesnych technologii. Same obietnice nie wystarczą. Tamtejsze przedsiębiorstwa, jeśli tylko chcą inwestować w różnych częściach świata, to po prostu to robią. Wiele lat temu Amerykanie przejmowali nasze firmy, m.in. z obszaru zbrojeniowego. Jednak to należy już do przeszłości. Trzeba mieć świadomość tego, że amerykańskie inwestycje, które dotychczas zostały zrealizowane w Polsce, miały miejsce nie z powodu kurtuazyjnego spotkania o wydźwięku politycznym. One zostały zrealizowane z pobudek pragmatycznych, umotywowanych stricte biznesową ekonomiką.

– To nie jest moment na to, aby polska administracja w ogóle rozważała kwestię jakiegokolwiek lobbingu w celu zwiększania naszych szans gospodarczych na arenie międzynarodowej. Są one ewidentnie słabe. Podczas ewentualnych rozmów z Donaldem Trumpem nasz rząd nie powinien więc sygnalizować gotowości do rozwoju tego typu współpracy. Na linii Polska-USA nie należy oczekiwać rewolucji. Uważam, że w obecnym uwarunkowaniu globalnych relacji gospodarczych i geopolitycznych, polska sfera rządowa powinna na pierwszym miejscu skoncentrować swoje działania w kierunku krajów azjatyckich, gdyż tam mamy większe szanse na sukces – podsumowuje Łukasz Białek.

Deloitte: wyciekły dane medyczne 50 tys. pacjentów – komentarz eksperta

W internecie przez wiele dni dostępne były dla wszystkich dane Samodzielnego Zakładu Opieki Medycznej w Kole – ok. 50 tysięcy rekordów z danymi osobowymi (m.in. imię, nazwisko, adres, PESEL) i prawdopodobnie medycznymi (grupa krwi, diagnostyka) pacjentów. Informacje pochodzą z różnych okresów. Nie wiadomo dlaczego dane znalazły się w Internecie.

Jest prawdopodobne, że działanie to jest po prostu wynikiem zaniedbania i braku świadomości, któregoś z pracowników. Jednakże taka sytuacja może mieć poważne skutki dla placówki. Co do zasady, udostepnienie takiego zbioru danych w internecie nie może pozostać niezauważone. Nawet jeśli teraz usunięto dane z serwera, lub odcięto go od sieci, dane prawdopodobnie zostały już skopiowane przez wiele osób.

Być może są już lub będą wykorzystane w działaniach przestępczych (np. phishingu lub wyłudzeniach finansowych). Zespół Cyberbezpieczeństwa Deloitte na bieżąco zbiera i analizuje informacje o zagrożeniach w sieci Internet. Naszych informacji wynika, że pod wymienionym w adresem IP (serwer www), znajdowały się również strony do phishingu m.in. na użytkowników PayPal (http://spzozkolo.pl/zp/87/protesty/login-paypal/login/websc_login.php). Prawdopodobnie ktoś wykorzystywał (np. w sposób nieautoryzowany) tę infrastrukturę do atakowania innych podmiotów.

Jeśli chodzi o aspekt poufności informacji, dwa główne obszary ryzyka w szpitalach, to dane osobowe i medyczne pacjentów przechowywane w systemach informatycznych oraz dane z badań pacjentów przechowywane w urządzeniach medycznych podłączonych do sieci komputerowych. W 2016 roku Deloitte przeprowadził badanie szpitali w 9 krajach. Większość z ankietowanych przyznała, że nie posiada polityki bezpieczeństwa regulującej w podstawowy sposób zasady ochrony danych pacjentów.

W tym roku przeprowadziliśmy badania, z których wynika, że 95 proc. Polaków deklaruje, że podczas robienia zakupów lub podejmowania decyzji o wyborze usługi zwraca uwagę na to, czy wymaga się od nich podania danych osobowych. Blisko połowa z nich ma negatywny stosunek do ich udostępniania instytucjom lub firmom, a 83 proc. przynajmniej raz zrezygnowało ze skorzystania z usługi po zapoznaniu się z warunkami przetwarzania danych osobowych.

Wymóg ochrony danych osobowych z nowych regulacji prawnych unii w tym zakresie (RODO/GDPR) wchodzi w życie 25 maja 2018 r. Naruszenie zasad bezpiecznego przetwarzania danych mogłoby skutkować wysoką karą finansową od GIODO (10 lub 20 milionów euro lub do 2% lub 4% wartości rocznego światowego obrotu przedsiębiorstwa), jak również stratami finansowymi wynikającymi z konieczności zarządzenia tym incydentem, oraz zawiadomienia pacjentów o wycieku.

Autor komentarza: Marcin Ludwiszewski, Dyrektor, lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte

Nawet 30 tys zł kary dla pracodawców za błędy w ewidencji pracowników tymczasowych

Z dniem 1 czerwca 2017 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o pracy tymczasowej. Na pracodawców spadają nowe obowiązki dotyczące ewidencji okresu pracy. Niedostosowanie się do regulacji może spowodować nałożenie wysokich kar – nawet do 30 tys. złotych. Rozwiązaniem może być bliska współpraca pracodawców z agencjami pracy tymczasowej.

Nowelizacja, mająca na celu podniesienie standardów pracy tymczasowej, polepszenie warunków zatrudnienia pracowników tymczasowych oraz poziomu bezpieczeństwa prawnego pracodawców, nakłada na pracodawców użytkowników (czyli przedsiębiorstwa korzystające z usług agencji pracy tymczasowej) niespotykany dotąd obowiązek ewidencji pracowników tymczasowych. Ustawa przewiduje, że pracę tymczasową można wykonywać przez 18 z 36 kolejnych miesięcy. Dotychczas zbieranie danych o okresie pracy pracownika należało do obowiązków agencji pracy tymczasowej, które były jednocześnie właścicielami tych informacji. Co ważne, ewidencja ma dotyczyć nie tylko pracowników zatrudnionych na podstawie umów o pracę, ale także osób wykonujących swoje obowiązki na podstawie umów cywilnoprawnych. Ewidencja okresu pracy pracowników tymczasowych musi zawierać informacje o dacie rozpoczęcia oraz zakończenia wykonywania takiej pracy w okresie obejmującym 36 kolejnych miesięcy. Musi także być przechowywana przez okres jej prowadzenia oraz przypadające bezpośrednio po nim kolejne 36 miesięcy. Ewidencja może być prowadzona zarówno w formie papierowej jak i elektronicznej, ale musi być odrębna dla każdego pracownika tymczasowego.

Od 1 czerwca 2017 roku istnieją 3 równorzędne podmioty mogące teoretycznie w różny sposób policzyć okres wykonywania pracy lub zlecenia: pracodawca użytkownik, agencja oraz pracownik tymczasowy. Ten ostatni nigdy nie został objęty obowiązkiem profesjonalnego zbierania danych, również po wejściu w życie ustawy nie będzie ponosił żadnych konsekwencji prawnych czy finansowych, w przypadku np. przedstawienia błędnych oświadczeń czy zaniechania dopełnienia tego obowiązku.

Niestety ze względów formalnych pracownik może okazać się najsłabszym ogniwem w procesie ewidencjonowania okresu pracy. Dodatkowo kontrola sumarycznego okresu zatrudnienia jest skrajnie utrudniona – pracownik nawet w ciągu jednego dnia może wykonywać pracę dla dwóch różnych pracodawców użytkowników, nie mówiąc już o skali miesiąca. Właśnie dlatego według ekspertów rynku pracy lepszym rozwiązaniem może okazać się współpraca pomiędzy agencją pracy tymczasowej, a pracodawcą użytkownikiem, wymaga to jednak poważnych zmian w kontaktach pomiędzy zainteresowanymi podmiotami” wyjaśnia Dawid Widyna, twórca i właściciel Jobel.pro, platformy oferującej pracodawcom obsługę ewidencji pracowników tymczasowych dzięki dedykowanej bazie danych, która może być w prosty sposób udostępniana wszystkim współpracującym agencjom.

Pracodawca zatrudniający pracowników tymczasowych musi pamiętać, że kontrola Państwowej Inspekcji Pracy może zostać przeprowadzona bez uprzedzenia, o każdej porze dnia i nocy. Aby uniknąć wysokich kar (od 1 000 do 30 000 złotych) należy odpowiednio przygotować się do kontroli.

Niestety ustawodawca nie określa sposobu liczenia 18 miesięcy pracy. Oczywiście w przypadku umów o pracę jest do dosyć prosty zabieg (wystarczy podliczyć czas w którym obowiązywała taka umowa), jednak określenie sumarycznego okresu pracy osób zatrudnionych na podstawie umowy zlecenia może być nieco trudniejsze.

Leszek Zieliński, ekspert ds. rynku pracy tymczasowej oraz prezes Jobman Group wyjaśnia: „Co będzie w przypadku pracownika, który podpisuje umowę na trzy miesiące, a realnie przepracuje dla jednego pracodawcy tylko sześć tygodni? Istnieje ryzyko, że agencja policzy ten okres jako sześć tygodni (przepracowany czas), natomiast pracodawca jako trzy miesiące (okres obowiązywania umowy). Moim zdaniem, skoro ustawodawca uznał, że okres 18 miesięcy ma być realizowany na rzecz pracodawcy użytkownika, to równocześnie ustawodawca powinien uznać, iż to pracodawca użytkownik będzie odpowiedzialny za monitorowanie tego okresu i za zbieranie tych danych. Jednocześnie powinien być zobligowany do prowadzenia ewidencji, rejestru pracowników tymczasowych mając możliwość udostepnienie tej informacji agencji, która na etapie rekrutacji kieruje zapytanie w stosunku do konkretnego kandydata o długość okresu na jaki dany pracownik może być skierowany do pracodawcy użytkownika. Zdaję sobie sprawę, że takie rozwiązanie może być niepopularne w branży, jednak tylko wtedy będziemy mieli jeden mianownik, nie mając wątpliwości, ani prawnego chaosu”.

Dawid Widyna dodaje: „Prowadzenie zgodnego z przepisami o ochronie danych osobowych rejestru pracowników tymczasowych i umożliwienie korzystania z niego współpracującym agencjom pracy tymczasowej powinno być obecnie priorytetem pracodawców użytkowników w całej Polsce”.

Specjaliści obalają mit, że smartfony przyciągają pioruny w czasie burzy. Natomiast dla sprzętu elektronicznego wyładowania atmosferyczne stanowią poważne zagrożenie

Specjaliści obalają mit, że smartfony przyciągają pioruny w czasie burzy. Natomiast dla sprzętu elektronicznego wyładowania atmosferyczne stanowią poważne zagrożenie 12

Częstym zjawiskiem spotykanym w okresie letnim są krótkie, ale gwałtowne burze. Specjaliści potwierdzają, że mogą one stanowić poważne zagrożenie dla sprzętu elektronicznego znajdującego się w domu, natomiast opowieść o przyciąganiu piorunów przez smartfony wkładają między bajki.

Choć o zjawisku atmosferycznym, jakim są burze, wiadomo już sporo, nadal pozostaje to żywioł stanowiący pewne zagrożenie dla ludzi i ich mienia. W szczególności narażone są urządzenia elektroniczne, dla których nagłe wyładowania atmosferyczne mogą się okazać krańcowo niebezpieczne.

Wyładowania atmosferyczne są zjawiskiem fizycznym o dość skomplikowanej naturze. W dalszym ciągu trwają badania nad ich charakterem, skąd one się biorą, jak się rozwijają. Natomiast nie ma wątpliwości, że stanowią one poważne zagrożenie dla instalacji i urządzeń elektrycznych – opowiada agencji Newseria Innowacje dr inż. Konrad Sobolewski z Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej.

Najgroźniejsze są przypadki wyładowań bezpośrednich. W takich wypadkach obiekt, w który bezpośrednio uderzył piorun, narażony jest na działanie prądu o bardzo dużym natężeniu (nawet do 200 tysięcy amperów, choć statystycznie najczęściej jest to około 40–50 tysięcy amperów) i bardzo dużego napięcia, nierzadko przekraczającego kilkanaście milionów woltów. Nie bez znaczenia jest również fakt, że wszystkie te wielkości zmieniają się w bardzo krótkim czasie: kilku lub kilkunastu mikrosekund, czyli milionowych części sekundy. Trzeba też pamiętać o tym, że wyładowaniu piorunowemu towarzyszy pole elektryczne i magnetyczne, również stanowiące realne zagrożenie.

– Nawet w sytuacji, kiedy to wyładowanie nie dotyczy bezpośrednio naszego domu, tylko sąsiada, może się okazać, że docierające pole spowoduje zaindukowanie się przepięć w naszej instalacji, a to z kolei doprowadzi do uszkodzeń urządzeń czy samej instalacji w naszym obiekcie. Energia, która jest wytwarzana w czasie takiego wyładowania atmosferycznego, wystarczyłaby do zasilania 100-watowej żarówki przez około miesiąc – dodaje Konrad Sobolewski.

Wiele uszkodzeń sprzętu elektronicznego podczas burzy wynika z mylnej opinii o tym, że wyposażenie budynku w piorunochron definitywnie załatwia sprawę ewentualnych zagrożeń. Tak jednak nie jest – zapewnienie skutecznej ochrony jest bardziej skomplikowane.

– Ochrona przed wyładowaniami atmosferycznymi składa się z dwóch elementów. Generalnie nosi ona nazwę kompleksowej ochrony odgromowej. Te dwie części to część zewnętrzna, czyli tzw. piorunochron, i część wewnętrzna – opowiada Konrad Sobolewski, wyjaśniając, że piorunochron składa się z trzech komponentów: zwodów, których zadaniem jest ukierunkowanie miejsca wyładowania, z przewodów odprowadzających, które mają za zadanie odprowadzić ten prąd pioruna w kierunku ziemi, i z instalacji uziemiającej. Równie istotna jest jednak wewnętrzna część instalacji.

– Ochrona wewnętrzna jest związana z ograniczaniem przepięć, które mogłyby się od tego pola elektrycznego czy magnetycznego pojawić w naszych instalacjach. Powinniśmy zwrócić uwagę na prawidłowo wykonaną instalację, tak żeby np. nie powstawały pętle o zbyt dużych powierzchniach – wtedy te przepięcia będą miały większe wartości, albo instalować urządzenia ograniczające przepięcia, których zadaniem jest ograniczenie przepięcia do poziomu bezpiecznego z punktu widzenia samej instalacji i urządzeń, które do niej są przyłączone – wyjaśnia Konrad Sobolewski.

Przy okazji ekspert obala też popularny obecnie mit o tym, że rozmawianie przez telefon podczas burzy może powodować zagrożenie dla rozmawiającego, bo jakoby przyciąga on pioruny. Wyjaśnia, że jedynym niebezpieczeństwem jest pozostawanie w pozycji pionowej na otwartej przestrzeni podczas wyładowań atmosferycznych, natomiast nie ma znaczenia, czy w tym czasie ktoś rozmawia przez telefon, czy nie.

– W obiegu jest dość popularna plotka, że telefony zwiększają ryzyko trafienia przez piorun. Nie jest to do końca prawdą, ponieważ sam telefon takiego działania nie ma. Jeżeli by tak było, to montowalibyśmy telefony zamiast tradycyjnej ochrony odgromowej gdzieś nad budynkami – żartuje Konrad Sobolewski.

Usunięcie zaćmy z wszczepieniem nowoczesnych soczewek wewnątrzgałkowych ogranicza lub eliminuje potrzebę noszenia okularów po zabiegu

Usunięcie zaćmy z wszczepieniem nowoczesnych soczewek wewnątrzgałkowych ogranicza lub eliminuje potrzebę noszenia okularów po zabiegu 13

Zaćma znacznie obniża komfort życia, a nieleczona może prowadzić do całkowitej utraty wzroku. Nowoczesne sposoby usuwania tego schorzenia pozwalają przywrócić niemal całkowitą ostrość widzenia, a także umożliwiają korekcję wady wzroku takich jak astygmatyzm czy prezbiopia. Implantowane podczas zabiegu soczewki wewnątrzgałkowe dają możliwość rezygnacji z używania okularów. Jest to szczególnie ważne dla osób prowadzących aktywny tryb życia.

Zaćma to choroba, która  polega na postępującym mętnieniu naturalnej soczewki oka. W wyniku czego blokowany jest dostęp światła do siatkówki, co upośledza ostrość widzenia. Rozwój zaćmy prowadzi do stopniowego pogarszania się wzroku, a nieleczone schorzenie może spowodować utratę widzenia. 70 proc. przypadków tej choroby diagnozowane jest u osób po 75 roku życia, zdarza się jednak, że dotyka też ludzi młodszych, w wieku 50 lat, wciąż aktywnych zawodowo i towarzysko.

– Choroba rozwija się podstępnie i powoduje coraz mniejszą chęć wykonywania różnych czynności. Pacjent odsuwa się od życia aktywnego, od tego, co robił wcześniej, od swoich pasji, nie wiedząc do końca, co jest przyczyną – mówi agencji informacyjnej Newseria lek. Hanna Bednarzak-Bulak, specjalista chorób oczu z Centrum Medycznego MAVIT.

Objawy zaćmy to m.in. nieostre widzenie, którego nie poprawia korekcja okularowa oraz wysoka wrażliwość na światło. Osoby cierpiące na zaćmę stają się apatyczne i mniej aktywne, gdyż pogarszająca się jakość widzenia utrudnia im wykonywanie codziennych czynności, takich jak uprawianie sportów czy prowadzenie samochodu. Nieleczona zaćma jest jedną z głównych przyczyn pogorszenia lub utraty widzenia u osób powyżej 55 roku życia.

Tymczasem schorzenie to jest całkowicie uleczalne. Usunięcie zaćmy przeprowadzane jest chirurgicznie, zabieg trwa zaledwie kilkanaście minut i obarczony jest niewielkim ryzykiem powikłań.

– Wynika to z techniki operacji. Udoskonalanie sprzętu, zdolności chirurgów, materiałów, których używamy w czasie operacji spowodowało, że próg bezpieczeństwa zabiegu jest bardzo wysoki – mówi Hanna Bednarzak-Bulak.

Chirurgiczne usunięcie zaćmy może całkowicie przywrócić komfort widzenia, niestety polscy pacjenci mają ograniczony dostęp do tego rodzaju terapii. Średni czas oczekiwania na zabieg wynosi ponad 22 miesiące, a czasem nawet 3 lata. Alternatywą jest operacja w prywatnych klinikach, gdzie może być ona wykonana znacznie szybciej. Płatny zabieg daje możliwość nie tylko usunięcia zaćmy, lecz także skorygowania wad wzroku – krótkowzroczności, nadwzroczności i astygmatyzmu. Jest to możliwe dzięki nowoczesnym soczewkom wewnątrzgałkowym, niedostępnym w ramach zabiegu refundowanego przez NFZ.

– Jeżeli pacjent jest aktywny zawodowo, spełnia wszystkie wymogi zdrowotne, to jest to szansa pozbycia się okularów. Podobnie jak właściwie dopasowany do pacjenta rodzaj implantu pozwala mu na powrót do takiego funkcjonowania, jakie wiele osób często miało w wieku 20–30 lat, bo taka jest przejrzystość soczewki i jej parametry optyczne – mówi Hanna Bednarzak-Bulak.

W ramach refundowanego zabiegu pacjentowi wszczepiane są soczewki jednoogniskowe, które zapewniają ostre widzenie do dali lub bliży i nie korygują astygmatyzmu. Nowoczesne soczewki wieloogniskowe zapewniają natomiast pełny zakres widzenia zarówno do bliży, jak i do dali, w znacznym stopniu ograniczając lub eliminując potrzebę korzystania z okularów po zabiegu.

Soczewki te minimalizują ponadto ryzyko powstawania zaćmy wtórnej, a także chronią siatkówkę oka przed szkodliwym promieniowaniem UV.

– Wyboru soczewki dokonuje ostatecznie lekarz kwalifikujący. Każda kwalifikacja jest bardzo szczegółowa, dlatego że staramy się dopasować ją zarówno do tego, jaki tryb życia prowadzi pacjent, przede wszystkim do jego wieku, jak i do tego, czy nie ma innych schorzeń, które decydują o tym, jaki rodzaj implantu możemy zastosować – mówi Hanna Bednarzak-Bulak.

Upowszechnianie wiedzy na temat zaćmy to cel kampanii „Wyjdź z kolejki. Rozważ zabieg odpłatny”. Jej organizatorzy stworzyli platformę internetową (wyjdzzkolejki.pl), na której pacjenci i ich bliscy mogą znaleźć wszystkie informacje dotyczące przyczyn powstawania zaćmy, objawów choroby, profilaktyki oraz sposobów leczenia wraz z adresami ośrodków medycznych wykonujących odpłatne zabiegi usunięcia zaćmy.

Wirtualna rzeczywistość zrewolucjonizuje e-sport. Stanie się on pełnoprawną dyscypliną medalową

Wirtualna rzeczywistość zrewolucjonizuje e-sport. Stanie się on pełnoprawną dyscypliną medalową 14

O podobieństwie e-sportu do prawdziwych dyscyplin sportowych napisano już wiele, ale w najważniejszych rozgrywkach nadal chodzi wyłącznie o sprawne posługiwanie się klawiaturą i myszką. Dopiero wirtualna rzeczywistość ma szansę zmienić ten rynek, wymagając od graczy prawdziwie sportowej kondycji fizycznej.

Sportowców i profesjonalnych graczy komputerowych łączy w dzisiejszych czasach wiele. W obu przypadkach, aby znaleźć się na szczycie, wymagane jest w pełni profesjonalne podejście do ćwiczeń i rywalizacji. Podobnie bywa z zarobkami – najlepsi e-gracze zarabiają na poziomie porównywalnym z piłkarzami czy skoczkami narciarskimi. Całe mówienie o podobieństwie kończy się jednak w momencie, w którym porównujemy zdjęcia sportowców i zawodowych graczy komputerowych. Sylwetki tych ostatnich jednoznacznie przypominają, że w e-sporcie wymagane jest jedynie sprawne posługiwanie się myszką i klawiaturą.

Sytuację – i to w sposób rewolucyjny – może zmienić wykorzystanie w grach wirtualnej rzeczywistości. Jedną z firm, która podejmuje tego typu projekty, jest VR Visio.

– Gra Special Forces to taki odpowiednik Counter-Strike, tylko że w wirtualnej rzeczywistości. Musimy się dużo ruszać, czyli się pocimy. Jest to taki naturalny rozwój dla e-sportu, bo w tej chwili jak wygląda e-sport: siada 8–10 osób przy komputerach i klikają myszką. Nie ma w tym zbyt dużo tradycyjnego sportu. A wirtualna rzeczywistość i gra Special Forces to zmienia. Tam trzeba się obracać, fizycznie się ruszać. Jest to męczące – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Cegielski z VR Visio.

Samo wkładanie wysiłku w ruch podczas gdy, choć przełoży się niewątpliwie na kondycję i sylwetki przyszłych e-sportowców, zwycięstwa jednak nie gwarantuje. W tym przypadku, właśnie tak jak w tradycyjnych dyscyplinach sportowych, wygra ten zawodnik, którego organizm będzie miał najlepsze warunkami fizyczne, wzmocnione przez odpowiedni trening.

– Żeby wygrać, nie tylko trzeba będzie mieć refleks, lecz także kondycję fizyczną. Myślę, że to będzie przełom w e-sporcie ze względu na to, że to będzie prawdziwy ruch, prawdziwy wysiłek fizyczny, czyli prawdziwy sport – dodaje Adam Cegielski.

Możliwości, jakie daje wirtualna rzeczywistość, na tym się jednak nie kończą. Dzięki treningom przeprowadzanym w goglach VR i specjalnie przygotowanej przestrzeni możliwe będzie trenowanie nawet prawdziwych żołnierzy z sił specjalnych.

– W tej chwili jest jeszcze jeden projekt, nad którym pracujemy. Jest to symulator do szkolenia sił specjalnych i dla firm ochroniarskich. W wirtualnej rzeczywistości można dużo taniej szkolić żołnierzy. Nie trzeba używać prawdziwej amunicji, nie trzeba się przemieszczać ciągle w nowe miejsca, żeby móc odbywać szkolenia w nowych miejscach – zdradza Adam Cegielski.

Możliwości nowego typu szkoleń wydają się niemal nieograniczone, przy czym bardzo ważny jest również aspekt finansowy. Tego typu szkolenie zajmie nie tylko mniej czasu, ze względu na brak konieczności przemieszczania się do innych miejsc, ale przede wszystkim będzie tańsze.

– W tej chwili wszystko będzie można zrobić w wirtualnej rzeczywistości. Czyli wchodzimy na salę gimnastyczną i nasz dowódca programuje odpowiedni scenariusz. Za każdym razem to może być inny rozkład pomieszczeń, inna broń, inna sytuacja. Takie szkolenia będą możliwe już za jakiś czas – zapowiada Adam Cegielski.

Powyborcza przecena funta będzie trwać jeszcze wiele miesięcy. Życie na Wyspach stanie się droższe

Powyborcza przecena funta będzie trwać jeszcze wiele miesięcy. Życie na Wyspach stanie się droższe 15

Wyniki wyborów w Wielkiej Brytanii oznaczają dużą niepewność dla Polaków i droższe życie dla Brytyjczyków z powodu osłabienia funta – ocenia Adam Korecki z TMS Brokers. Przyspieszone wybory, które odbyły się niespełna rok po referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej, miały wzmocnić pozycję Partii Konserwatywnej i w konsekwencji ułatwić jej negocjacje warunków brexitu. Choć rządząca partia wygrała wybory, to stojąca na jej czele Theresa May poniosła porażkę, bo nie zdobyła wystarczającej i niezbędnej do samodzielnego rządzenia większości mandatów w Izbie Gmin. 

– Wyniki wyborów oznaczają wzrost niepewności. Dla Brytyjczyków będą oznaczały droższe zakupy za granicą, gdyż osłabienie funta powoduje, że towary importowane stają się droższe, podobnie jak wyjazdy zagraniczne. W przypadku Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii będzie to oznaczało większą niepewność w związku z tym, na jakich warunkach będą mogli pozostać w tym kraju, czy część z nich będzie musiała wrócić do Polski, czy będą musieli uzyskiwać dodatkowe pozwolenia na pracę i życie w Wielkiej Brytanii – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Korecki, makler papierów wartościowych z Domu Maklerskiego TMS Brokers.

8 czerwca rządząca w Wielkiej Brytanii Partia Konserwatywna wygrała wybory, ale torysi nie zdobyli niezbędnej do samodzielnego rządzenia większości. Po przeliczeniu większości głosów partia Theresy May zdobyła 12 mandatów mniej, niż do tej pory miała. Łącznie torysi zdobyli 318 miejsc, tuż za nimi znalazła się Partia Pracy z 261 fotelami. Kolejnymi partiami są Szkocka Partia Narodowa z 35 mandatami i Liberalni Demokraci z 12. Do samodzielnego rządzenia May i jej partia potrzebowała 326 miejsc w Izbie Gmin.

– Ten wynik wyborów, który zobaczyliśmy, patrząc całościowo, jest niekorzystny zarówno dla Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii, jak i dla samych Brytyjczyków. Korzystniejsze byłoby, gdyby przewaga partii rządzącej była dużo bardziej widoczna, co pozwoliłoby na znacznie lepszą pozycję negocjacyjną Wielkiej Brytanii w kontaktach z Unią Europejska. W tej chwili ten wynik niewiele zmienia, a nawet pogarsza sytuację partii rządzącej – komentuje Korecki.

Zaskakujący wynik brytyjskich wyborów parlamentarnych spowodował załamanie funta, który jest najtańszy od kilku miesięcy. W ciągu zaledwie jednej nocy brytyjska waluta osłabiła się do złotego o blisko 10 groszy z 4,84 zł do 4,74 zł. W reakcji na pierwsze sondażowe wyniki wyborów (ok. godz. 23 polskiego czasu) inwestorzy rzucili się wręcz do wyprzedaży waluty. Kurs funta w stosunku do złotego z poziomu 4,84 zł do 4,75 zł i był najtańszy od ponad 7 miesięcy.

– Pierwsze reakcje na wyniki wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii pokazują znaczące osłabienie funta w stosunku do wszystkich walut. Inwestorzy, widząc słabe wyniki rządzącej partii, zdecydowali się na wyprzedaż funta i od momentu, kiedy wyniki stały się dość pewne, wszyscy sprzedają funta i jego przecena jest największa od wielu tygodni – mówi Adam Korecki.

Ekspert z TMS Brokers podkreśla, że fala przeceny funta szybko się nie zatrzyma. Walucie nie będzie służyła niepewność polityczna związana z sytuacją powyborczą.

– Inwestorzy będą niepewni co do warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, sposobu i warunków negocjacji oraz końcowego efektu zarówno dla gospodarki Wielkiej Brytanii, jak i dla mieszkańców tego kraju, co będzie w najbliższych tygodniach i miesiącach osłabiało funta. Nie zdziwiłbym się, gdyby jeszcze w tym roku funt znalazł się na swoich tegorocznych minimach – prognozuje Korecki.

Wartość rynku drukarek 3D wzrośnie do 20 mld dol. w 2020 r. W ciągu kilku najbliższych lat będą one w większości domów

Wartość rynku drukarek 3D wzrośnie do 20 mld dol. w 2020 r. W ciągu kilku najbliższych lat będą one w większości domów 16

Nieduże drukarki 3D, które można postawić na biurku niedaleko komputera, pod względem funkcjonalności zbliżają się do urządzeń stosowanych w przemyśle. Stanowią też ok. 95 proc. wszystkich sprzedawanych drukarek 3D, jednak zdecydowana większość tego typu urządzeń trafia do biznesu. Dopiero nowoczesny, elegancki design sprawia, że także domowi użytkownicy częściej sięgają po drukarki 3D, dzięki czemu – jak szacuje Deloitte – w 2020 roku globalna wartość tego rynku ma przekroczyć 20 mld dol. Rozkwitowi domowego druku 3D sprzyjać będą także niższe ceny drukarek i znalezienie dla nich niepowtarzalnego, spersonalizowanego zastosowania.

– Główną barierą dla typowych domowych użytkowników było to, że drukarki 3D są nieco zbyt trudne w obsłudze. Są one już bardzo popularne w biznesie, natomiast dla typowego Kowalskiego to jeszcze nie jest ten moment. Uważam, że przystosowanie tego typu maszyn do takich odbiorców zajmie jeszcze kilka lat – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Przemysław Jaworski, prezes firmy ZMorph.

Raport Deloitte wskazuje, że wartość desktopowych drukarek 3D szybko rośnie. W 2015 roku było to 4,8 mld dol., zaś w 2020 ma to być już 20 mld dol. W 2016 roku na świecie sprzedano 500 tys. tego typu urządzeń (niemal dwukrotnie więcej niż w 2015 roku) o wartości ponad 5 mld dol. Raport Gartnera prognozuje, że do końca dekady sprzedaż wzrośnie do blisko 5,6 mln drukarek rocznie. Zdecydowana większość z nich wciąż trafia jednak do biznesu.

– Pracujemy nad tematem tzw. user experience. Wiemy, jak ważne jest to, żeby użytkownik mógł tylko za pomocą kilku kliknięć wytworzyć obiekt, który jest mu potrzebny, bez zgłębiania opasłych tomów, gdzie są wielkie instrukcje obsługi. Uważam, że jeszcze kilka lat może potrwać dostosowanie drukarki 3D do domowego użytkownika – przewiduje Przemysław Jaworski.

Większość dostępnych na rynku drukarek 3D to duże bryły, często nieforemne albo kanciaste. Dlatego także w niezbyt przekonującym designie można się dopatrywać wciąż małej popularności takich drukarek u prywatnych użytkowników. Jak jednak przekonuje prezes ZMorph, błędem jest stawianie na sam design, który powinien się raczej łączyć z funkcjonalnością drukarek.

– Obecnie dużo pracujemy nad tym, aby maszyna była bardzo cicha, żeby mogła stać na biurku i nie przeszkadzać podczas pracy. Jest tam także dużo rzeczy, które są ukryte, niewidoczne od zewnątrz w samej formie, to całościowy proces. Jest dużo drukarek na rynku, które są po prostu kostkami. Jest to cięcie kosztów, natomiast uważam, że ergonomia jest czymś, na czym nie można oszczędzać, podobnie jak wygoda użytkownika oraz łatwość użytkowania – podkreśla Przemysław Jaworski.

Sytuacja na rynku desktopowych drukarek 3D powoli się jednak zmienia. Choć wciąż jeszcze drukarki nie trafiły powszechnie pod strzechy, coraz częściej sięgają po nie osoby korzystające z oprogramowania CAD w branży inżynierskiej.

– Myślę, że zastosowania domowe się pojawią, kiedy będą dużo bardziej rozbudowane bazy danych obiektów, które można znaleźć w internecie, i gdy branża druku 3D znajdzie tzw. „killer app”, czyli zastosowanie, którego nie da się wykonać za pomocą żadnej innej technologii, szczególnie powtarzalnej. Moim zdaniem jest to najbliżej związane z personalizacją obiektów, personalizacją ubioru, butów czy zegarków i okularów. To wszystko jest dostosowane do osób, z których każda jest inna, i to jest moim zdaniem dobry kierunek do rozkwitu personalnego, domowego druku 3D – ocenia prezes ZMorph.

Na większą popularność drukarek 3D wpłyną też niższe ceny. Obecnie najtańsze urządzenie to wydatek ok. 1 tys. zł, jednak im tańsza drukarka, tym wzrasta konieczność związana z modernizacją urządzenia, jeśli chcemy uzyskać wysoką jakość wydruku..

– Co jednak istotne, samo użytkowanie takiej maszyny jest bardzo tanie, szczególnie jeśli chodzi o drukarki desktopowe, nabiurkowe. Nie jest tak samo w przypadku drogich, przemysłowych drukarek, gdzie materiały są bardzo drogie, natomiast drukarki nabiurkowe są tanie w użytkowaniu. Choć jeszcze mogą być uważane za drogie w nabyciu, ale zdecydowanie inwestycja w taki sprzęt się bardzo szybko zwraca – podkreśla Przemysław Jaworski.

Branża logistyczna inwestuje w powierzchnię magazynową. Duże natężenie inwestycji pod Warszawą

Branża logistyczna inwestuje w powierzchnię magazynową. Duże natężenie inwestycji pod Warszawą 17

Niskie stopy procentowe i niskie czynsze wpływają na wzrost zainteresowania inwestorów polskim rynkiem nieruchomości magazynowo-przemysłowych. Firmy logistyczne dynamicznie rozbudowują swoje zasoby, żeby sprostać oczekiwaniom klientów z Polski i z zagranicy. QSL Polska, lider w logistyce żywności, otwiera nowy magazyn w podwarszawskim Błoniu. Okolice Błonia stają się jednym z najważniejszych hubów magazynowych w Polsce.

Rozwijamy się niezwykle dynamicznie w całej Europie, także w Polsce. W tym roku obchodzimy trzecią rocznicę naszej operacji i pojawiła się potrzeba otworzenia nowego magazynu. Złożył się na to zarówno rozwój naszych dotychczasowych klientów, jak i rozpoczęcie współpracy z nowymi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Sałek, dyrektor ds. handlowych w Quick Service Logistics Polska.

Firma QSL, działająca w sektorze logistyki dla branży spożywczej, wynajmuje w Europie łącznie 163 magazyny o łącznej powierzchni ponad 3,3 mln mkw. na terenie 9 krajów. Obecnie w Polsce dysponuje dwoma magazynami i trzema centrami cross-dock (przeładunkowymi), obecnie rozbudowuje się w ramach parku P3 Błonie.

 Nowa lokalizacja znajduje się w pobliżu naszego obecnego magazynu. To nowoczesny budynek o powierzchni operacyjnej 9 tys. mkw., z trzema strefami składowania: magazyn suchy bez kontroli temperatury, chłodnia z przedziałem temperaturowym 1–4 st. C i mrożnia z przedziałem temperaturowym od -18 do -24 st. C. Dodatkowo będziemy tam mieli dużą przestrzeń biurową z pomieszczeniami biurowymi i socjalnymi dla naszych pracowników – zapowiada Agnieszka Sałek.

Dotychczas firma QSL wynajmowała w parku P3 Błonie 6 tys. mkw. W nowej, większej powierzchni ponad 4 tys. mkw. zajmie chłodnia i mroźnia. Blisko 0,5 tys. mkw. zajmie powierzchnia biurowa.

 Magazyn w Błoniu będzie naszym największym magazynem. Równie nowoczesne centrum o powierzchni 7 tys. mkw znajduje się w Sosnowcu. Z magazynu w Błoniu będziemy obsługiwali obszar Polski Centralnej i Północnej. Dodatkowo także klientów zagranicznych z krajów nadbałtyckich, Kazachstanu, Armenii i na południe od Polski, czyli z Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii – wymienia dyrektor ds. handlowych w QSL Polska.

Jak wynika z raportu Colliers International i Advisory Group TEST Human Resources, na koniec ubiegłego roku zasoby warszawskiego rynku magazynowo-przemysłowego wzrosły do 3 mln mkw., z czego 75 proc. znajduje się w strefach II i III, czyli w promieniu odpowiednio 15–30 km oraz 30–60 km od Warszawy. Największa koncentracja tego typu obiektów występuje właśnie w Błoniu, w Natolinie, pod Grodziskiem Mazowieckim i w okolicach Pruszkowa. Wszystkie te miejscowości są położone w bliskiej odległości od Autostrady A2, co ułatwia dojazd do centrum Warszawy, ale również na zachód i północ Polski

Rozwój działalności wymusza na firmach logistycznych także rozbudowę floty. Także QSL zapowiada, że zamierza zwiększyć liczbę pojazdów.

– W tym roku planujemy rozszerzenie naszej floty samochodowej. Będą to samochody zarówno typu daily przystosowane do obsługi klientów w ścisłych centrach miast, jak i samochody wielopaletowe przystosowane do transportu po całej Polsce – wskazuje Agnieszka Sałek.

QSL Polska obsługuje wiodące na rynku sieci kawiarń i restauracji, m.in. Starbucks, Burger King, KFC, Pizza Hut i Bobby Burger.

Sklepy inwestują w zaawansowane systemy do analizy zachowań klientów. Pozwalają one znacząco zwiększyć sprzedaż w internecie i tradycyjnych placówkach

Sklepy inwestują w zaawansowane systemy do analizy zachowań klientów. Pozwalają one znacząco zwiększyć sprzedaż w internecie i tradycyjnych placówkach 18

Narzędzia do analizy zachowań klientów zyskują nowy wymiar. Dzięki technologii wi-fi i beaconom handel może już nie tylko monitorować ruch użytkowników w witrynach online, lecz także zyskuje narzędzie do analizy aktywności konsumentów również w świecie rzeczywistym. Na tej podstawie może skierować do nich spersonalizowaną reklamę mobilną. Po tego typu narzędzia coraz częściej sięgają też tradycyjne sklepy, które w ten sposób mogą poznać potrzeby klientów w obrębie sklepu. Takie możliwości daje platforma Cluify stworzona przez wrocławską spółkę Datarino.

Nowoczesne narzędzia do analizy zachowań klientów są od dawna powszechnie wykorzystywane przy zakupach internetowych. E-sklepy śledzą m.in. to, jakie produkty ogląda użytkownik i jak dużo czasu spędza na stronie. Teraz mogą zebrać takie dane również o klientach w tradycyjnych sklepach. Dzięki temu zacierają się granice między internetowym a tradycyjnym handlem. Platforma Cluify dostarcza marketerom informacje o użytkownikach dowolnie wybranych lokalizacji na mapie, dzięki czemu są oni w stanie dotrzeć do potencjalnych klientów z kontekstową reklamą online dopasowaną do ich rzeczywistych zachowań i preferencji. To może być sklep konkurencji, wydarzenie sportowe czy pobliski park biznesowy.

– Usługa Cluify daje przede wszystkim możliwość dotarcia do nowych klientów, którzy są w świecie rzeczywistym, a do których trudno dotrzeć z komunikacją. Dostarczamy klientom informację o kupujących. Dzięki nim nie tylko każda placówka, lecz także każda marka chcąca się reklamować online, może dotrzeć do osoby, która potencjalnie jest zainteresowana jej produktem. Mowa o całej populacji, nie tylko w kontekście internetu, lecz także w kontekście świata rzeczywistego. To największy przełom naszej usługi – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Edward Mężyk, prezes zarządu Datarino.

Jak zauważa prezes Datarino, możliwość dotarcia do klientów tradycyjnych sklepów daje kilkukrotnie większe możliwości e-sklepom. Internetowe zakupy, których wartość szacuje się na blisko 40 mld zł rocznie, wciąż stanowią ułamek całego sprzedażowego rynku, a większość zakupów konsumenci nadal wykonują w realu.

Dotychczas, jeżeli sklep w sieci korzystał z dostępnych obecnie cyfrowych narzędzi, to i tak docierał tylko do 1/10 całego rynku. Otwieramy dziesięciokrotnie większe możliwości. Nie tylko sklep offline może dotrzeć do konsumentów offline, lecz także teraz także e-commerce można nawiązać komunikację online z użytkownikami offline na podstawie ich aktywności w świecie rzeczywistym – mówi Edward Mężyk.

Technologia wi-fi i beacony otwierają także nowe możliwości przed handlem tradycyjnym. Na podstawie danych o ruchu użytkowników offline Cluify umożliwia sklepom stacjonarnym prześledzenie zakupowej ścieżki klienta. Dzięki nowoczesnym narzędziom mogą one przeanalizować ruch klientów w obrębie swojego punktu handlowego, poznać ich potrzeby i zachowania. Na tej bazie mogą tworzyć spersonalizowanie reklamy mobilne – zarówno dla klientów, którzy znajdują się w sklepie, jak i dla osób, które przechodzą obok sklepu, z różnych powodów nie wchodząc do niego. Taka reklama wyświetlona w odpowiednim czasie ma ich zachęcić do odwiedzin i zakupu. Jak podkreślają eksperci, Cluify dostarcza sklepom stacjonarnym to, co Google Analytics sklepom internetowym.

Korzystamy z istniejących na rynku aplikacji mobilnych, które udostępniają nam dane zaraz po tym, jak telefon „widzi” wokół siebie sieć wi-fi i inne urządzenia, które nadają również przez bluetooth. To nie muszą być stricte sieci wi-fi, to mogą być również małe urządzenia, które tylko nadają na tym sygnale. Dzięki tym danym jesteśmy w stanie zmapować, jak telefon przemieszcza się pomiędzy różnymi lokalizacjami w mieście czy w konkretnym budynku. Nawet jeśli budynek jest wielopiętrowy, możemy dokładnie określić lokalizację – wyjaśnia Edward Mężyk.

Big data dostarczają sklepom informacje o upodobaniach klientów, ich przyzwyczajeniach i potrzebach. Dane SalesBee wskazują, że w dużych sklepach 10–37 proc. sprzedaży to właśnie efekt wiedzy o konsumencie.

Big data ma wtedy swoją siłę, kiedy mamy na nią konkretny produkt. Mało organizacji może sobie poradzić z surowymi danymi. Dlatego trzeba dostarczać produkty oparte o dane. To jest najważniejszy trend w big data – podkreśla Edward Mężyk. – Rynek dostarczania usług w oparciu o dane, to przyszłościowy trend. Te usługi będą dostarczane tak samo, jak produkty w świecie rzeczywistym.

Założona trzy lata temu wrocławska spółka, dzięki wykorzystaniu technologii wi-fi i beaconom dostarcza wiedzę o zachowaniach konsumentów w świecie offline. Firma wyceniana już na przeszło 20 mln zł, a jej tempo wzrostu przekracza 200 proc. rocznie. W portfolio jej klientów są już m.in. Grupa ING, Grupa Onet czy Boston Consulting Group. Datarino zaczynała od współpracy z sektorem finansowym, teraz oferuje też narzędzia dla branży handlowej oparte na analizie i pozyskiwaniu danych.

Datarino prowadzi działalność nie tylko w Polsce, lecz także w Czechach i Serbii. Cluify – stworzone przez nią narzędzie do pozyskiwania danych o ruchu konsumentów w świecie rzeczywistym – jest kluczowym elementem strategii rozwoju spółki na lata 2017–2020 i ekspansji na globalne rynki, w szczególności USA i UE.

 Big data sama w sobie jest rynkiem trudnym. Trzeba włożyć dużo pracy, żeby osiągnąć sukces, również komercyjny. Dlatego połączenie rozwoju rynku, sukcesów pojedynczych firm i zainteresowania inwestorów świadczy o tym, że w big data mamy silny rozwój – ocenia Edward Mężyk.

Jak wynika z badań IDC, big data rozwija się w tempie sześciokrotnie większym niż cały rynek IT.

Boom na pracę sezonową. W tym roku wynagrodzenia będą wyższe

Boom na pracę sezonową. W tym roku wynagrodzenia będą wyższe 19

Koniec roku szkolnego i początek wakacji to najlepszy okres na poszukiwanie prac sezonowych. Dodatkowe rekrutacje rozpoczynają nie tylko branże gastronomiczna, hotelarska i rolnicza, lecz także produkcyjna, handlowa i logistyczna. Największe zapotrzebowanie jest na pracowników niższego szczebla. To często okazja dla studentów i młodych osób do zdobycia pierwszych doświadczeń na rynku pracy. Choć podczas wielu sezonowych prac będzie można zarobić więcej niż w poprzednich latach, to i tak kraje zachodnie oferują znacznie wyższe stawki.

– Co roku w okresie wakacyjnym mamy boom na rynku pracy. Coraz więcej firm, szczególnie z sektora gastronomii, hotelarstwa i usług, potrzebuje rąk do pracy. Jest to sezon wzmożonego zapotrzebowania na pracowników. Wielu studentów, którzy np. kończą sesję, mogą się odnaleźć na rynku pracy, mają do dyspozycji wiele ofert, które często stają się ich pierwszą pracą w życiu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Kubisiak, dyrektor Zespołu Analiz w Work Service SA.

Pierwsze oferty pracy sezonowej pojawiają się już w maju. Rąk do pracy szukają przede wszystkim tradycyjne sektory sezonowe: gastronomia, hotelarstwo, budownictwo i rolnictwo, bardzo mocno połączone z letnimi temperaturami i dobrą pogodą. Wiosenne i letnie rekrutacje prowadzą też inne branże, które w tym czasie chętnie sięgają po młodych i niedoświadczonych pracowników.

– Największe zapotrzebowanie jest na pracowników niewykwalifikowanych. Często to osoby, które zdobywają pierwsze szlify i doświadczenie na rynku pracy. Oczywiście są też cykliczne rekrutacje prowadzone przez firmy, które mają zwiększone zapotrzebowanie na pracowników w danym okresie. Natomiast większość prac wakacyjnych to prace dorywcze, krótkookresowe związane z nadejściem lata i sezonu wakacyjnego – tłumaczy Kubisiak.

Dane o pracy sezonowej w Polsce przygotowane przez Work Service SA wskazują, że najwyższe średnie wynagrodzenie w tym roku mogą uzyskać operatorzy wózka widłowego – od 17,8 do 18,4 zł brutto za godzinę, pracownik linii produkcyjnej od 13 do 23 zł oraz barmani, których zarobki wahają się od 14 do ponad 20 zł za godzinę pracy. Na najmniejsze wynagrodzenie powinni się nastawić pakowacze – niewiele powyższej 13 zł.

– W tym roku możemy się spodziewać wyższych stawek godzinowych ze względu na podniesioną od stycznia płacę minimalną. Od tego roku na umowach-zlecenie wynagrodzenie musi wynosić co najmniej 13 zł brutto i to jest najniższa stawka, jaką można uzyskać w tym sezonie wakacyjnym – wskazuje dyrektor Zespołu Analiz w Work Service.

Duża część Polaków mimo wyższych zarobków wybierze pracę za granicą. W tym roku blisko 14 proc. aktywnych zawodowo osób planuje co najmniej kilkumiesięczny wyjazd na Zachód. Przede wszystkim do Niemiec i Francji, gdzie zarobki są kilkukrotnie wyższe niż w Polsce.

 W Niemczech czy we Francji płace minimalne również poszły w górę. Dla osób, które podejmą legalne zatrudnienie w Niemczech, oznacza to, że minimalne wynagrodzenie to 37 zł brutto. We Francji ta stawka już przekracza 40 zł za godzinę brutto, więc jest bardzo atrakcyjna dla pracowników z Polski – mówi Kubisiak.

W okresie wakacyjnym szczególnie ważne jest, aby dokładnie sprawdzić firmę, która proponuje nam zatrudnienie. Wyczuleni na to powinni być zwłaszcza młodzi i niedoświadczenie ludzie, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy.

– Ważne, żeby mieć wiarygodnego partnera, wiarygodną firmę, z którą zawieramy umowę. Co bardzo ważne, pierwszego dnia pracy musimy mieć spisaną umowę, w której będą określone warunki i sposoby rozliczeń: czy to będzie rozliczenie miesięczne, tygodniowe, czy to będzie dniówka. Bardzo ważne jest, aby młody człowiek, który wchodzi na rynek pracy, wiedział, że pierwszego dnia ma dogadane wszystkie warunki umowy, tak aby później nie było rozczarowań – podkreśla Andrzej Kubisiak.