W obawie przed Brexitem zagraniczni inwestorzy wstrzymują inwestycje w Wielkiej Brytanii

Zagraniczny biznes odkłada w czasie inwestycje na rynku brytyjskim z uwagi na niepewną przyszłość Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej, wynika z najnowszego raportu The Royal Institution of Chartered Surveyors (RICS).

Najnowszy raport RICS poświęcony referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, którego autorzy analizują pozytywne i negatywne aspekty pozostania i wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Europy pokazuje, że od momentu potwierdzenia referendum w II kwartale 2015 byliśmy świadkami postępującego osłabienia popytu wśród zagranicznych inwestorów na nieruchomości biurowe, przemysłowe i handlowe w Wielkiej Brytanii.

Wskaźnik popytu wśród inwestorów zagranicznych w Wielkiej Brytanii na nieruchomości komercyjne jest najniższy od czasu jego pomiaru przez RICS tj. od 2014 roku. Zaledwie 5 procent badanych potwierdza wzrost zainteresowania brytyjskim rynkiem ze strony zagranicznych firm w ciągu ostatnich trzech miesięcy. To znaczny spadek w porównaniu z II kwartałem 2015 roku gdy ten sam wskaźnik był na poziomie 36 procent.

38 procent członków RICS pracujących w sektorze jako główny powód nerwowości po stronie kluczowych zagranicznych detalistów i innych firm w odniesieniu do inwestowania w Wielkiej Brytanii podaje niepewność wywołaną unijnym referendum.

Na pytanie o konsekwencje odłączenia się Wielkiej Brytanii od Unii Europejskiej 43 procent respondentów odpowiedziało, że spełnienie się scenariusza Brexitu będzie miało negatywny wpływ na sektor nieruchomości komercyjnych, a tylko 6 procent stwierdziło, że wpływ ten będzie pozytywny.

Dokument RICS dedykowany referendum w Wielkiej Brytanii pokazuje, że niepewność w krótkim okresie dotknęła szereg kluczowych dla sektora branż, od mieszkalnictwa po budownictwo komercyjne i obrót ziemią. Jednocześnie we wszystkich obszarach rynku przewidywany jest trwały wzrost w dłuższej perspektywie.

Simon Rubinsohn, główny ekonomista RICS
Simon Rubinsohn, główny ekonomista RICS

Komentarz głównego ekonomisty RICS, Simona Rubinsohna:

„Nie ulega wątpliwości, że od czasu gdy referendum w sprawie członkostwa Zjednoczonego Królestwa w UE stało się pewne w rezultacie wyników wyborów powszechnych w maju minionego roku mogliśmy obserwować spadek zainteresowania zagranicznych inwestorów rynkiem nieruchomości komercyjnych w Wielkiej Brytanii; międzynarodowi sprzedawcy detaliczni i usługodawcy w perspektywie krótkoterminowej oceniają ten rynek jako mniej atrakcyjny. Nie powinniśmy jednak rozpatrywać tego wyłącznie w kategoriach negatywnych; w konsekwencji ostudzenia rynku wartości czynszu rosną w znacznie wolniejszym tempie co sugeruje, że wkrótce możemy się spodziewać bardziej korzystnych warunków wejścia i rozwoju biznesu na rynku brytyjskim. Warto również podkreślić, że pomimo atmosfery niepewności panującej we wszystkich sektorach poddanych wpływowi Brexitu perspektywa długoterminowa dla tych sektorów jest pozytywna i będziemy w nich odnotowywać dalsze wzrosty wartości gruntów i aktywów nieruchomościowych, choć w nieznacznie wolniejszym tempie”.

Według raportu RICS wraz ze zbliżającym się referendum w sprawie UE popyt inwestycyjny na nieruchomości komercyjne w Wielkiej Brytanii zastyga w miejscu:

  • niepewność w krótkim okresie wpływa na spadek popytu ze strony inwestorów zagranicznych w centrum Londynu
  • prognozy w zakresie najmu i wartości kapitałowych pogorszyły się po ogłoszeniu referendum w 2015
  • jedynie 6% respondentów jest zdania, że Brexit będzie miał pozytywny wpływ na sektor nieruchomości komercyjnych w Wielkiej Brytanii.

BossaFX: Komentarz PLN: Słabe dane z USA na korzyść PLN, rynek patrzy na ustawę dot. CHF

Początek nowego tygodnia handlu na rynku walutowym przynosi neutralne otwarcie na PLN. Polska waluta wyceniana jest przez rynek następująco: 4,3875 PLN za euro, 3,8642 PLN wobec dolara amerykańskiego, 3,9551 PLN względem franka szwajcarskiego oraz 5,6015 PLN w relacji do funta szterlinga. Rentowności polskiego długu wynoszą 3,124% w przypadku obligacji 10-letnich.

Początek nowego tygodnia handlu nie przynosi większych zmian na wycenie polskiej waluty, która pozostaje blisko poziomu 3,86 USD/PLN po piątkowych, słabych danych z amerykańskiego rynku pracy. Wyraźnie niższy odczyt NFP połączony z rewizją w dół danych za poprzednie miesiące w praktyce odsuwa w przyszłość moment podwyżek stóp procentowych w USA. W konsekwencji głównym zagrożeniem na czerwiec dla bardziej ryzykownych aktywów (w  tym walut EM) pozostaje kwestia tzw. Brexit’u, gdzie najnowsze sondaże wskazują na minimalną przewagę głosów za wyjściem. Wśród czynników krajowych warto wspomnieć o zaplanowanej na jutro prezentacji prezydenckiej ustawy dot. kredytów w CHF. W piątek zostały zdementowane wcześniejsze przecieki opublikowane m.in. przez GW, w konsekwencji rynek czeka na oficjalną prezentację, aby można było oszacować koszt dla sektora bankowego w Polsce. W szerszym ujęciu układ zewnętrzny zaczyna sprzyjać złotemu oraz innym walutom EM (spadek szans na podwyżki stóp przez FED). W przypadku jeżeli projekt ustawy dot. CHF przyniesie propozycje mniejszych kosztów dla sektora niż poprzednie sugestie rządu to możemy zakładać próbę dalszego odreagowania na wycenie PLN.

W trakcie dzisiejszej sesji brak jest istotniejszych publikacji makro z rynku krajowego. Na szerokim rynku warto bliżej przyjrzeć się publikacji dot. zamówień w przemyśle z Niemiec oraz niezwykle istotnemu wystąpieniu J. Yellen o godz. 18:30. Inwestorzy najprawdopodobniej pozostawać będą pod wpływem piątkowych danych stąd stanowisko Yellen będzie miało kluczowe znaczenie.

Z rynkowego punktu widzenia kwotowania USD/PLN spadły do okolic wsparć na 3,81-3,85 PLN. Sytuacja na GBP/PLN jest pochodną słabości GBP na szerokim rynku po weekendowych sondażach. EUR/PLN oscyluje blisko dolnego ograniczenia niedawnej konsolidacji (4,37 PLN). W szerszym ujęciu widoczne są próby umocnienia PLN, jednak jak dotąd mają one charakter wybiórczy (np. USD/PLN) i zależą głównie od czynników zewnętrznych.

 EURPLNDaily.png
CHFPLNDaily.png
 GBPPLNDaily.png
 USDPLNDaily.png

autor: Konrad Ryczko

Analityk

Makler Papierów Wartościowych

Źródło: BossaFX

Silne odreagowanie na rynkach surowcowych. Zyskiwać będą waluty takie jak rubel

CEO Magazyn Polska

Duży wpływ na notowania walut w najbliższych tygodniach mogą mieć rynki surowcowe, na których szybko drożeje ropa naftowa oraz miedź. Zdaniem Marka Wołosa, głównego ekonomisty DM Athena Investments, zyskiwać powinny waluty krajów ściśle związanych z ich wydobyciem, między innymi rubel. 

– Warto, żeby inwestorzy popatrzyli na rynki trochę w szerszej perspektywie – radzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Wołos, główny ekonomista Domu Maklerskiego Athena Investments. – Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na to, co dzieje się na rynkach surowcowych: zaczyna zyskiwać na wartości ropa, ale też coraz droższa jest miedź.

W maju notowania ropy naftowej na giełdach towarowych po raz pierwszy od wielu miesięcy przebiły psychologiczną barierę 50 dol. za baryłkę. Miedź natomiast chociaż na początku miesiąca spadła z 5 do 4,5 tys. dol. za tonę w ostatnim tygodniu znowu drożała (3 czerwca była wyceniana na 4683 dol.). Na wartości zyskiwały również, jak zauważa Marek Wołos, surowce rolne.

– Mamy więc silne odreagowanie – ocenia główny ekonomista domu maklerskiego Athena Investments. – W rezultacie coraz bardziej zaczynają drożeć waluty powiązane z rynkami surowców, takie jak rubel. Korzysta na tym po części polski złoty, który ostatnio nie słabnie już tak zdecydowanie. Widać na nim nawet odreagowanie.

Zachowanie rynku surowcowego, zdaniem Marka Wołosa, powinno być w wskazówką dla inwestorów giełdowych oraz walutowych. Droższe ropa oraz miedź mogą bowiem spowodować aprecjację pieniądza krajów, które są najmocniej zaangażowane w wydobycie surowców (np. rubla), ale też wzmocnić rynki giełdowe.

– W tym kierunku zaczął płynąć nowy kapitał, indeksy rosną, ale także jest to klucz, wskazówka i wyzwanie w najbliższych tygodniach dla wszystkich rynków wschodzących – uważa Marek Wołos.

Na klimat inwestycyjny będą mieć także wpływ wypowiedzi przedstawicieli amerykańskiej rezerwy federalnej. Ostatnie wystąpienia Janet Yellen, szefowej Fed, niemal jednoznacznie wskazują, że w miesiącach letnich, czerwcu albo lipcu, stopy procentowe za Oceanem po raz kolejny zostaną podniesione.

– W średnim terminie to decyzje Fed-u, oczekiwania i sygnały z tej instytucji będą kształtowały rynki – zauważa Marek Wołos. – Inwestorzy oceniają, że podwyżka stóp będzie mieć miejsce raczej w lipcu, niż czerwcu, ale prawie ze stuprocentowym prawdopodobieństwem można przyjąć, że będzie to któryś z tych dwóch miesięcy. Rynki są jednak w większości zdania, że podwyżka od dawna jest już wyceniona i w różnych instrumentach została już zdyskontowana. W związku z tym wydaje się, że reakcja na nią nie będzie tak silna, jak podczas poprzedniej operacji. Do czasu podjęcia decyzji będziemy jednak obserwować wzrost wartości dolara, który na naszym rynku wróci zapewne do granicy 4 zł bądź będzie blisko. Kurs eurodolara natomiast w średniej perspektywie spadnie w okolice 1,09-1,08. Natomiast nie należy oczekiwać, że dolar dużo bardziej drożeje.

Na notowania walut, jak wskazuje Marek Wołos, szczególny wpływ będzie mieć również wynik referendum w sprawie ewentualnego opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Ostatnie sondaże wskazują na przewagę zwolenników pozostania tego kraju we wspólnocie.

– Oznacza to mniejsze napięcia z tym związane. Zaczyna więc zyskiwać funt, mniej też tracą waluty, które w jakiś sposób były uzależnione od wyjścia Wielkiej Brytanii, czyli np. złotówka – tłumaczy Marek Wołos. – Ja też uznaję, że to ryzyko jest już trochę słabsze.

Przed wakacjami, tradycyjnie, daje o sobie znać inwestorom problem Grecji, chociaż w niedawno kraj ten uzyskał kolejną transzę pomocy finansowej, co oddaliło groźbę wpadnięcia w większe kłopoty strefy euro.

– Ryzyko jest nieco dalej, bo te 10-11 mld to dla Grecji kilka miesięcy spokoju, podczas których mogą funkcjonować – twierdzi Marek Wołos. – Gdyby jednak w budżecie zabrakło pieniędzy, to kraj ten znowu stanie się niewypłacalny, ale problem ten, jeżeli w ogóle, to pojawi się jednak raczej już po wakacjach. Mimo wszystko uważam, że Grecja w jakiś sposób doszła już do porozumienia. Tamtejszy parlament zdecydował się na kolejne oszczędności i ustępstwa, a z drugiej strony jest decyzja Komisji Europejskiej, pożyczkodawców, całej tzw. Trojki, w kwestii udzielenia kolejnej transzy płatności.

Polska ma szansę stać się regionalnym liderem innowacyjnej przedsiębiorczości. Właśnie powstało nowe centrum współpracy dużych firm ze start-upami

CEO Magazyn Polska

Zarówno rząd, jak i środowisko biznesowe w Polsce coraz bardziej doceniają rolę małych, nowoczesnych firm w zwiększaniu innowacyjności i konkurencyjności, tworzeniu nowych miejsc pracy i przyspieszaniu wzrostu gospodarczego. Właśnie ogłoszono powstanie w Warszawie nowego centrum wspierania rozwoju start-upów „The Heart Warsaw”, które ma łączyć innowacyjne młode firmy technologiczne z największymi korporacjami. Podczas ogłoszenia inicjatywy Jadwiga Emilewicz z Ministerstwa Rozwoju zapowiedziała rządowy program służący wspieraniu polskich start-upów.

Jestem zwolennikiem teorii, że to innowacje napędzają postęp technologiczny, a nie odwrotnie. Innowacje są zaś efektem ludzkiej inteligencji i umiejętności. W „The Heart Warsaw” udało nam się je zgromadzić po to, by wykorzystywać technologię do tworzenia nowych produktów, które Polska może z dumą prezentować światu. Na tym polega idea tego miejsca – podkreśla Ajay Banga, prezes MasterCard.

W niedawno otwartym warszawskim biurowcu Warsaw Spire firmy D-RAFT, MasterCard i Ghelamco ogłosiły powstanie „The Heart Warsaw”. Wartość inwestycji ma wynieść 9 mln zł w ciągu najbliższych 3 lat. Dzięki platformie korporacje – zarówno krajowe, jak i europejskie czy globalne – będą mogły nawiązać szerszą współpracę z innowacyjnymi start-upami. Duże firmy coraz częściej dostrzegają, że może ona być równie istotna, jak inwestycje we własne badania i rozwój. Na świecie taka forma współpracy jest często spotykana, w Polsce duże firmy dopiero otwierają się na start-upy.

Zaczęliśmy od świadczenia usług headhunterskich dla korporacji, ale zamiast ludzi wyszukiwaliśmy im start-upy, które odpowiadały na ich potrzeby. Stworzyliśmy klub korporacji, które chciały się spotykać, wymieniać doświadczenia na temat tego, jak inwestować w start-upy. Społeczność rosła, udało nam się przekonać partnerów, żeby wzorem londyńskiego Level39 stworzyć taką przestrzeń w Europie Centralnej i Wschodniej. Powstała ona właśnie w Warszawie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Rudolf, prezes D-RAFT.

Jak wskazuje, na świecie taka forma współpracy została już dostrzeżona i doceniona przez największe korporacje. Również w Polsce firmy widzą w tym szansę dla własnego rozwoju. Modeli współpracy ze start-upami może być wiele – korporacje mogą występować w roli klienta, partnera biznesowego lub inwestora. W ten sposób zyskują dostęp do innowacyjnych rozwiązań, a start-upy – możliwość rozwoju i zaistnienia na rynku, a także ekspansji zagranicznej.

Coraz więcej firm tworzy specjalne działy poświęcone współpracy ze start-upami, definiuje obszary, w których chce z nimi współpracować, a my te programy pomagamy realizować. Ta potrzeba będzie rosła, ponieważ gospodarka szybko się zmienia i potrzebuje innowacyjnych rozwiązań – przekonuje Rudolf.

W „The Heart Warsaw” działy innowacji i zespoły projektowe korporacji będą mogły pracować nad nowymi rozwiązaniami we współpracy ze start-upami. Jeszcze w tym roku mają zostać uruchomione programy tematyczne związane z: branżą FinTech, sprzedażą wielokanałową, tzw. internetem rzeczy oraz tematyką inteligentnych miast.

Polska jest liderem w zakresie usług finansowych. Przykładem może być ogromna popularność płatności zbliżeniowych. Polskie społeczeństwo jest coraz lepiej wykształcone, myśli nowocześnie i chce wdrażać nowe rzeczy. To między innymi dlatego jestem optymistą pod względem możliwości wykorzystania tego przedsięwzięcia przy tworzeniu innowacyjnych produktów z wykorzystaniem technologii, o których być może dziś nikt jeszcze nawet nie myśli – mówi prezes MasterCard.

Małe innowacyjne przedsiębiorstwa przynoszą korzyści nie tylko korporacjom, lecz także całej gospodarce. W Polsce ich rola nie jest jednak w pełni doceniana. Obecnie w naszym kraju działa 2,4 tys. start-upów. Raport „Polskie start-upy 2015” wskazuje, że młode firmy najbardziej potrzebują kapitału, wyspecjalizowanych pracowników, sieci kontaktów biznesowych i zwiększenia zasobów wiedzy. Na te potrzeby odpowiada nowa platforma współpracy.

W ramach „The Heart Warsaw” będą działały programy, które pozwolą na współpracę zarówno mniejszym firmom, jak i tym, które już swój biznes uruchomiły. Zależy nam na tym, żeby promować polskie firmy we współpracy z partnerami zagranicznymi i polskimi – podkreśla Aleksander Naganowski, dyrektor ds. rozwoju nowego biznesu w polskim oddziale MasterCard Europe.

Docelowo połowę działających w „The Heart Warsaw” korporacji, funduszy inwestycyjnych i start-upów mają stanowić podmioty zagraniczne. W ten sposób projekt ma wspierać międzynarodową współpracę. Łącznie platforma ma wesprzeć 100 start-upów w pozyskaniu kontraktów z dużymi firmami.

Firma, która chce wziąć udział w programie, powinna mieć zdefiniowany zespół i pierwsze kontrakty. Zakładamy też, że są to firmy, które zgromadziły już ok. 0,5 mln dolarów finansowania – wskazuje Naganowski.

Inicjatywy start-upowe ma także wspierać rząd. W najbliższych tygodniach ma zostać przedstawiony systemowy pakiet wsparcia dla tego segmentu firm.

Będzie to największy w tej części Europy program dla start-upów, dla nowych spółek technologicznych. Znajdą w nim przyjazne dla siebie ramy prawne i atrakcyjne zachęty finansowe do tego, aby poszerzać polską myśl technologiczną, pracować dla polskiej gospodarki, a także dla nowoczesnych technologii, które będą wykorzystywane na całym świecie – podkreśla Jadwiga Emilewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Polska ma się szansę stać regionalnym liderem innowacyjnej przedsiębiorczości. Właśnie powstało nowe centrum współpracy dużych firm ze start-upami

CEO Magazyn Polska

Zarówno rząd, jak i środowisko biznesowe w Polsce coraz bardziej doceniają rolę małych, nowoczesnych firm w zwiększaniu innowacyjności i konkurencyjności, tworzeniu nowych miejsc pracy i przyspieszaniu wzrostu gospodarczego. Właśnie ogłoszono powstanie w Warszawie nowego centrum wspierania rozwoju start-upów „The Heart Warsaw”, które ma łączyć innowacyjne młode firmy technologiczne z największymi korporacjami. Podczas ogłoszenia inicjatywy Jadwiga Emilewicz z Ministerstwa Rozwoju zapowiedziała rządowy program służący wspieraniu polskich start-upów.

Jestem zwolennikiem teorii, że to innowacje napędzają postęp technologiczny, a nie odwrotnie. Innowacje są zaś efektem ludzkiej inteligencji i umiejętności. W „The Heart Warsaw” udało nam się je zgromadzić po to, by wykorzystywać technologię do tworzenia nowych produktów, które Polska może z dumą prezentować światu. Na tym polega idea tego miejsca – podkreśla Ajay Banga, prezes MasterCard.

W niedawno otwartym warszawskim biurowcu Warsaw Spire firmy D-RAFT, MasterCard i Ghelamco ogłosiły powstanie „The Heart Warsaw”. Wartość inwestycji ma wynieść 9 mln zł w ciągu najbliższych 3 lat. Dzięki platformie korporacje – zarówno krajowe, jak i europejskie czy globalne – będą mogły nawiązać szerszą współpracę z innowacyjnymi start-upami. Duże firmy coraz częściej dostrzegają, że może ona być równie istotna, jak inwestycje we własne badania i rozwój. Na świecie taka forma współpracy jest często spotykana, w Polsce duże firmy dopiero otwierają się na start-upy.

Zaczęliśmy od świadczenia usług headhunterskich dla korporacji, ale zamiast ludzi wyszukiwaliśmy im start-upy, które odpowiadały na ich potrzeby. Stworzyliśmy klub korporacji, które chciały się spotykać, wymieniać doświadczenia na temat tego, jak inwestować w start-upy. Społeczność rosła, udało nam się przekonać partnerów, żeby wzorem londyńskiego Level39 stworzyć taką przestrzeń w Europie Centralnej i Wschodniej. Powstała ona właśnie w Warszawie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Rudolf, prezes D-RAFT.

Jak wskazuje, na świecie taka forma współpracy została już dostrzeżona i doceniona przez największe korporacje. Również w Polsce firmy widzą w tym szansę dla własnego rozwoju. Modeli współpracy ze start-upami może być wiele – korporacje mogą występować w roli klienta, partnera biznesowego lub inwestora. W ten sposób zyskują dostęp do innowacyjnych rozwiązań, a start-upy – możliwość rozwoju i zaistnienia na rynku, a także ekspansji zagranicznej.

Coraz więcej firm tworzy specjalne działy poświęcone współpracy ze start-upami, definiuje obszary, w których chce z nimi współpracować, a my te programy pomagamy realizować. Ta potrzeba będzie rosła, ponieważ gospodarka szybko się zmienia i potrzebuje innowacyjnych rozwiązań – przekonuje Rudolf.

W „The Heart Warsaw” działy innowacji i zespoły projektowe korporacji będą mogły pracować nad nowymi rozwiązaniami we współpracy ze start-upami. Jeszcze w tym roku mają zostać uruchomione programy tematyczne związane z: branżą FinTech, sprzedażą wielokanałową, tzw. internetem rzeczy oraz tematyką inteligentnych miast.

Polska jest liderem w zakresie usług finansowych. Przykładem może być ogromna popularność płatności zbliżeniowych. Polskie społeczeństwo jest coraz lepiej wykształcone, myśli nowocześnie i chce wdrażać nowe rzeczy. To między innymi dlatego jestem optymistą pod względem możliwości wykorzystania tego przedsięwzięcia przy tworzeniu innowacyjnych produktów z wykorzystaniem technologii, o których być może dziś nikt jeszcze nawet nie myśli – mówi prezes MasterCard.

Małe innowacyjne przedsiębiorstwa przynoszą korzyści nie tylko korporacjom, lecz także całej gospodarce. W Polsce ich rola nie jest jednak w pełni doceniana. Obecnie w naszym kraju działa 2,4 tys. start-upów. Raport „Polskie start-upy 2015” wskazuje, że młode firmy najbardziej potrzebują kapitału, wyspecjalizowanych pracowników, sieci kontaktów biznesowych i zwiększenia zasobów wiedzy. Na te potrzeby odpowiada nowa platforma współpracy.

W ramach „The Heart Warsaw” będą działały programy, które pozwolą na współpracę zarówno mniejszym firmom, jak i tym, które już swój biznes uruchomiły. Zależy nam na tym, żeby promować polskie firmy we współpracy z partnerami zagranicznymi i polskimi – podkreśla Aleksander Naganowski, dyrektor ds. rozwoju nowego biznesu w polskim oddziale MasterCard Europe.

Docelowo połowę działających w „The Heart Warsaw” korporacji, funduszy inwestycyjnych i start-upów mają stanowić podmioty zagraniczne. W ten sposób projekt ma wspierać międzynarodową współpracę. Łącznie platforma ma wesprzeć 100 start-upów w pozyskaniu kontraktów z dużymi firmami.

Firma, która chce wziąć udział w programie, powinna mieć zdefiniowany zespół i pierwsze kontrakty. Zakładamy też, że są to firmy, które zgromadziły już ok. 0,5 mln dolarów finansowania – wskazuje Naganowski.

Inicjatywy start-upowe ma także wspierać rząd. W najbliższych tygodniach ma zostać przedstawiony systemowy pakiet wsparcia dla tego segmentu firm.

Będzie to największy w tej części Europy program dla start-upów, dla nowych spółek technologicznych. Znajdą w nim przyjazne dla siebie ramy prawne i atrakcyjne zachęty finansowe do tego, aby poszerzać polską myśl technologiczną, pracować dla polskiej gospodarki, a także dla nowoczesnych technologii, które będą wykorzystywane na całym świecie – podkreśla Jadwiga Emilewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Zmiany na rynku kredytów hipotecznych. Kredytobiorcy mogą liczyć na stałą wysokość rat przez wiele lat

CEO Magazyn Polska

Zmiana sposobu refinansowania kredytów hipotecznych może zrewolucjonizować rynek. Dzięki emisji listów zastawnych banki zyskają długoterminowe środki oprocentowane według stałej stawki, które będą przeznaczać na kredyty hipoteczne. Co spowoduje, że będą mogły oferować kredyty także o stałym oprocentowaniu. To oznacza, że klienci będą mieli gwarancję stałych rat przez wiele lat. Ponadto, depozyty krótkoterminowe, z których dziś banki finansują kredyty hipoteczne, zostaną przeznaczone na finansowanie przedsiębiorstw, co powinno pobudzić wzrost gospodarczy.

Emisja listów zastawnych ma zapewnić długoterminowe refinansowanie kredytów hipotecznych. To oznacza, że długoterminowe środki będą pozyskiwane po stałej stopie procentowej, w efekcie banki będą mogły zaoferować kredyty hipoteczne o stałym oprocentowaniu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Kozłowski, prezes zarządu PKO Banku Hipotecznego. – W rezultacie klient będzie w stanie przewidzieć, jaka jest wysokość raty kredytowej w horyzoncie np. pięciu kolejnych lat.

Emisja listów zastawnych jest także korzystna dla całej gospodarki. Bank może uwolnić środki pochodzące z depozytów i przeznaczyć je na udzielanie pożyczek dla przedsiębiorstw. W  ten sposób firmy zyskują dodatkowy impuls do rozwoju.

Zdaniem Rafała Kozłowskiego emisja listów zastawnych korzystna jest  także dla systemu finansowego oraz bankowego, które dzięki temu stają się bardziej stabilne. Środki pozyskiwane są bowiem w perspektywie długoterminowej, na 5–7 lat.

Inwestor nie może wycofać się z takiego instrumentu przed terminem, chyba że sprzeda go na giełdzie, gdzie emitowane przez nas listy zastawne już są notowane – precyzuje prezes PKO Banku Hipotecznego. – Ale wówczas pojawia się inny podmiot, który w ten papier inwestuje. Po stronie banku mamy więc stałe źródło finansowania na lata, co wzmacnia stabilność danego banku i całego sektora.

Pierwsza emisja listów zastawnych PKO Banku Hipotecznego wzbudziła bardzo duże zainteresowanie inwestorów. Wartość oferty wyniosła 500 mln zł. Podczas budowania księgi popytu deklaracje nabycia papierów na łączną kwotę ponad 1,2 mld zł złożyło 37 inwestorów.

Inwestorzy uznają listy zastawne za instrumenty uzupełniające portfele papierów skarbowych – tłumaczy Rafał Kozłowski. – Zapewniają one nieco wyższe odsetki niż obligacje, czyli są bardziej dochodowe, a jednocześnie mają porównywalny poziom ryzyka.

List zastawny jest swego rodzaju zabezpieczoną obligacją, która ma dodatkowy element bezpieczeństwa w postaci możliwości sięgnięcia po raty spłaty kredytów mieszkaniowych. Z takiego bezpiecznika inwestor może skorzystać, gdyby emitent z różnych powodów przestał obsługiwać list zastawny. Inwestor może wtedy nabyć prawo do raty spłacanej przez klientów detalicznych z tytułu zaciągnięcia pożyczki hipotecznej.

Zabezpieczenie działa w ten sposób, że klient detaliczny spłaca kredyt do banku, a uzyskane w ten sposób środki wędrują do inwestora – wyjaśnia Rafał Kozłowski.

W grudniu ubiegłego roku agencja Moody’s nadała listom zastawnym PKO Banku Hipotecznego rating na poziomie Aa3, czyli najwyższy możliwy do osiągnięcia przez krajowe papiery wartościowe. Rządowe obligacje skarbowe są oceniane na A2.

PKO Bank Hipoteczny planuje kolejną emisję listów o podobnej skali w czerwcu br. Natomiast na przełomie września i października bank chciałby uplasować tego rodzaju papiery na rynku europejskim, przy czym ostateczna decyzja w tej sprawie zależy od odpowiedniego klimatu inwestycyjnego.

Gdyby okazało się, że jesteśmy w stanie te same środki pozyskać w kraju, to bardzo chętnie pozostaniemy w Polsce i nową emisję listów zastawnych zaoferujemy tylko polskim inwestorom – zapowiada Rafał Kozłowski.

Prezes ZUS: System ubezpieczeń społecznych czekają poważne wyzwania demograficzne

CEO Magazyn Polska

System powszechnych ubezpieczeń społecznych, którym administruje ZUS, obejmuje ponad 20 mln Polaków. Składki na ubezpieczenia społeczne pobierane są od 14,5 mln, a miesięcznie ZUS wypłaca emerytury i renty dla ponad 7 mln osób i zasiłki dla 0,5 mln pracujących. W perspektywie najbliższych lat, przede wszystkim ze względu na problemy demograficzne, system ubezpieczeń społecznych w Polsce stanie przed dużymi wyzwaniami. – Musimy wykonać dużą pracę, aby wzmocnić wiedzę o znaczeniu systemu ubezpieczeń społecznych w każdej fazie naszego życia – przekonuje prezes ZUS.

– System ubezpieczeń społecznych będzie ewoluował, wynika to z obecnej sytuacji demograficznej i społecznej. Ewolucja pójdzie w kierunku zabezpieczenia minimalnych dochodów w systemach emerytalnych. Zmiana powinna również uwzględnić starzenie się społeczeństw i mniejszą liczbę osób aktywnych ekonomicznie, a więc i mniej składek przekazywanych do systemu. Wszystkie makroekonomiczne i demograficzne wyzwania muszą być brane pod uwagę, aby ustalić zmiany systemu zabezpieczenia społecznego, w tym emerytalnego – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Co miesiąc ZUS pobiera składki na ubezpieczenia społeczne od 14,5 mln osób oraz składki na ubezpieczenie zdrowotne od 16,5 mln osób. Miesięcznie ZUS wypłaca emerytury i renty 7,3 mln Polaków i zasiłki chorobowe, macierzyńskie lub świadczenia rehabilitacyjne ponad 500 tys. pracujących. Rocznie Zakład wydaje też wydaje 1,3 mln orzeczeń lekarskich. Wypływy do powszechnego systemu mogą się zmniejszyć, a obowiązkowych wypłat może być więcej, zwłaszcza w świetle niekorzystnej sytuacji demograficznej. W 2060 roku na jednego emeryta będą przypadać mniej niż dwie osoby w wieku produkcyjnym (obecnie przypada 5).

Jak wskazuje Uścińska, problemem jest również niewystarczająca wiedza Polaków o systemie zabezpieczenia społecznego.

Musimy wykonać wspólnie ogromną pracę, w tym także dziennikarze i nauczyciele akademiccy, aby przede wszystkim wzmocnić wiedzę o znaczeniu systemu ubezpieczeń społecznych w każdej fazie naszego życia. Także o poczuciu bezpieczeństwa wypłaty świadczeń – ocenia prezes Zakładu.

Polacy wciąż nie tylko niewiele wiedzą na temat systemu zabezpieczenia społecznego i samych emerytur, lecz także nie są tym specjalnie zainteresowani. W 2014 roku, kiedy można było zdecydować, czy składki mają być odprowadzone wyłącznie do ZUS-u czy również do wybranego OFE, zaledwie 2,5 mln Polaków (z 14 mln uprawnionych) wysłało deklarację o pozostaniu w II filarze. W 2012 r., kiedy osoby wchodzące na rynek pracy musiały jeszcze wybrać otwarty fundusz emerytalny samodzielnie, bez przypominania przez ZUS, zrobiło to tylko ok. 1,5 proc. ze zobowiązanych.

Myślę, że powinniśmy stworzyć wielką publiczną platformę poprzez udział takich instytucji jak Zakład Ubezpieczeń Społecznych i edukować przez nią o tym, na czym polegają ubezpieczenia społeczne, kiedy te gwarancje występują. Musimy wykonać ogromną pracę, począwszy od młodzieży licealnej poprzez akademicką, a skończywszy na edukacji osób dorosłych – podkreśla Uścińska.

ZUS od kilku lat angażuje się w edukację młodzieży. Od 2013 roku prowadzi „Lekcje z ZUS” dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych. W projekcie wzięło łącznie udział ponad 50 tys. młodych ludzi. Uczestnictwo w programie oznacza również możliwość wzięcia udziału w konkursie „Warto wiedzieć więcej o ubezpieczeniach społecznych”, który zdaniem prezes Zakładu powinien w przyszłości stać się olimpiadą. W kwietniu ruszył też wspólny projekt Zakładu i Uniwersytetu Warszawskiego, a w maju Zakładu i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Jednym z pól współpracy jest właśnie kształcenie studentów w zakresie ubezpieczeń społecznych.

Współpraca jest coraz lepsza, ze szkołami, z liceami, w przyszłości z gimnazjami. Będziemy się też starać, aby treści z zakresu ubezpieczeń społecznych znalazły się w programach akademickich. Mamy podpisane umowy z Uniwersytetem Warszawskim i Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Mają one służyć promowaniu wiedzy o ubezpieczeniach społecznych, a także o naszej indywidualnej roli w zabezpieczeniu dochodów w razie zajścia określonych czynników ryzyka socjalnego – ocenia Gertruda Uścińska.

Rozwijaniu wiedzy o ubezpieczeniach ma służyć także konkurs organizowany co roku wspólnie przez Rzecznika Finansowego, Fundację Edukacji Ubezpieczeniowej oraz „Gazetę Ubezpieczeniową” na najlepszą pracę doktorską, magisterską, licencjacką oraz podyplomową z dziedziny ubezpieczeń gospodarczych i społecznych. W tym roku konkurs odbył się po raz piętnasty – wpłynęło 9 prac doktorskich, 19 magisterskich, 3 licencjackie oraz 13 prac podyplomowych.

Udział w konkursie i szansa na bycie jednym z laureatów konkursu to duży prestiż i szansa zaprezentowania swoich badań naukowych – podkreśla Tomasz Lasocki, adiunkt na Wydziale Prawa i Administracji na UW i laureat III nagrody w konkursie na najlepszą pracę doktorską, który dodatkowo otrzymał nagrodę specjalną prezesa ZUS. – Polacy nie interesują się ubezpieczeniami w wystarczającym stopniu. W mojej pracy zastanawiałem się nad tym, dlaczego większość Polaków nie utożsamia się z ubezpieczeniem społecznym i nie zdaje sobie sprawy z tego, że to ubezpieczeni dla nich.

Jak przekonuje Lasocki, powinniśmy dążyć do powszechności zabezpieczenia. Dziś część grup zawodowych jest z niego wyłączona (np. rolnicy czy sędziowie). W Polsce system ubezpieczeń społecznych nie jest gorszy niż na Zachodzie, jest jednak różnica w jego postrzeganiu.

To drobne rzeczy, ale bardzo medialne. Często narastają do takiej rangi, że mimo ogólnej przychylności i dobrej konstrukcji systemu, powoduje to dysonans między naszym postrzeganiem a tym jak jest naprawdę – przekonuje Tomasz Lasocki.

W Wilanowie ma powstać nowoczesna galeria handlowa. Inwestor czeka na pozwolenie na budowę

CEO Magazyn Polska

Według badań Millward Brown aż 90 proc. mieszkańców warszawskiego Wilanowa chce budowy na terenie dzielnicy galerii handlowej. Wyczekiwana inwestycja w prężnie rozwijającej się od 15 lat dzielnicy ma szansę na realizację. Globe Trade Centre zamierza wybudować Galerię Wilanów przy ul. Przyczółkowej. Uwzględnienie znaczącej części postulatów zgłoszonych przez Radę Dzielnicy Wilanów dotyczących wyglądu oraz zastosowań budynku oraz aktywny dialog ze społecznością lokalną pozwoliły wypracować kompromisową wersję projektu flagowej inwestycji GTC. Między innymi ograniczono wielkość bryły, zaplanowano więcej terenów zielonych wokół obiektu, i otwarto przestrzeń galerii na zewnątrz. GTC czeka teraz na pozwolenie na budowę. 

Wznowiliśmy postępowanie w sprawie wydania pozwolenia na budowę Galerii Wilanów, które zawiera zmodyfikowany plan inwestycji uwzględniający aż 15 z 19 postulatów Rady Dzielnicy. W tej chwili trwa procedura jego podnoszenia przez miasto, czyli potwierdzenia tego, że został złożony zgodnie z wymogami i że można podjąć rozpatrywanie merytoryczne. Od tego czasu władze mają około 65 dni na to, żeby taką decyzję wydać. To może się wydłużyć przez dodatkowe pytania, ale myślę, że w ciągu paru miesięcy powinna być decyzja ‒ mówi agencji Newseria Biznes Rafał Twarowski, Dyrektor Zarządzający Galerii Wilanów.

Nowoczesna Galeria, która ma powstać przy ul. Przyczółkowej, naturalnie oddzieli mieszkalną, prężnie rozwijającą się część warszawskiego Wilanowa od części historycznej. GTC podjęło rozmowy z Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, by na bieżąco konsultować planowane rozwiązania architektoniczne i aby koncepcyjnie połączyć tradycje z nowoczesnością. Budynek ma być przyjazny dla środowiska, mieć częścią rozrywkową, plac zabaw, otwarte przestrzenie i pasma zieleni.

­‒ Udostępniliśmy przestrzeń na place publiczne oraz unowocześniliśmy fasadę budynku, tak by wpisywała się w koncepcję urbanistyczną Miasteczka Wilanów. Te zmiany poprawiły wygląd bryły budynku, co do funkcjonalności oraz liczby najemców nic nie zmieniliśmy ‒ mówi Rafał Twarowski.

Do grona najemców Galerii Wilanów już dołączyli Cinema City, Carrefour, H&M, Grupa LPP i wiele innych.

W trakcie pozyskiwania dokumentów niezbędnych do złożenia wniosku o pozwolenie na budowę, takich jak decyzja konserwatora zabytków, decyzja środowiskowa, decyzja drogowa i wiele wiele innych, deweloper zlecił wykonanie szeregu analiz i opracowań, by zbadać wszelkie uwarunkowania funkcjonalne, historyczne i krajobrazowe obejmujące obszar przedpola Pałacu Wilanowskiego. GTC zadeklarowało zbudowanie infrastruktury drogowej, doprowadzenie linii tramwajowej pod teren Galerii i modernizacji fragmentów już istniejących. Na inwestycję w układ drogowy Wilanowa deweloper planuje przeznaczyć 65 mln zł.

Przebudujemy ulice Przyczółkową, Branickiego, Gieysztora i Herbu Szreniawa, zrobimy trzy tunele wyprowadzające ruch samochodowy oraz ruch rowerowy. Przeniesiemy również tym tunelem ruch rowerowy i spacerowiczów do pałacu po drugiej stronie ul. Przyczółkowej, która dzisiaj jest barierą dla mieszkańców Miasteczka Wilanów ‒ mówi Rafał Twarowski

W Wilanowie docelowo ma mieszkać ponad 30 tys. osób. To jedna z najszybciej rozwijających się dzielnic Warszawy. Takiego obiektu handlowo-usługowego jeszcze na jej terenie nie ma. Galeria Wilanów będzie pierwszym centrum handlowym nowej generacji, położonym w południowej części Warszawy.

Jak pokazały badania Millward Brown, 90 proc. mieszkańców chce Galerii Wilanów na kształt Galerii Mokotów uznanej w badaniach za ulubioną wśród respondentów. Co ważne, obiekt nie tylko zaoferuje bogatą ofertę handlową, lecz także będzie miejsce spotkań dla mieszkańców  śródmieściem, którego tak brakuje w Miasteczku Wilanów. Uważam, ze wiele rzeczy, o których mieszkańcy marzą, da właśnie Galeria Wilanów – dodaje Rafał Twarowski.

Firmy chętnie angażują się w działalność charytatywną. Często decydują się na pomoc nieuleczalnie chorym dzieciom

CEO Magazyn Polska

Wyjazd do Legolandu, spotkanie z papieżem Franciszkiem, meble do pokoju, dzień na zakupach w galerii czy obejrzenie meczu na stadionie – jedne marzenia dzieci są łatwiejsze do zrealizowania, inne z kolei wymagają sporych nakładów finansowych. Barbara Szopa z Fundacji „Mam Marzenie” podkreśla, że wielu z nich nie udałoby się zrealizować, gdyby nie wsparcie ludzi dobrej woli i firm. Nie żałują oni na ten cel pieniędzy, bo rozumieją, że czasem wystarczy niewielki gest, by pomóc chorym dzieciom przezwyciężyć trudne chwile.

Wolontariusze Fundacji „Mam Marzenie” podkreślają, że każda, nawet najmniejsza kwota wsparcia, ma ogromne znaczenie, bo dzięki niej kolejne dziecko może spełnić swoje marzenie.

Jeśli w grę wchodzą pieniądze, to nie jest łatwo pomagać w spełnianiu marzeń. Widać jednak, że coraz więcej ludzi otwiera swoje serca i zgłasza się na naszą stronę fundacyjną i realizuje marzenia. Zarówno osoby prywatne, jak i firmy są chcą nieść pomoc. Wszyscy starają się nam pomóc – mówi agencji informacyjnej Newseria Barbara Szopa, wolontariuszka Fundacji „Mam Marzenie”.

Właściciele firm chętnie się angażują w działalność charytatywną, bo zdają sobie sprawę z tego, że spełnienie marzenia jest dla chorych dzieci odskocznią od problemów i chociaż na chwilę pozwala im zapomnieć o trudnej, szpitalnej codzienności. Jedną z form wsparcia Fundacji „Mam marzenie” jest tzw. adopcja marzenia. Wystarczy z listy Marzycieli wybrać dziecko, które chce się wspomóc, a następnie skontaktować się z odpowiednim koordynatorem.

Firmy mają większe zasoby finansowe i mogą w większym zakresie pomóc w spełnianiu marzeń. Ma to też przełożenie na samą firmę. Kiedy pomagamy, opowiadamy o tym pracownikom, angażujemy ich w to i wpływa to na dobrą energię w pracy. W ten sposób również promujemy działanie fundacji, ponieważ nie wszyscy ludzie wiedzą, że można pomagać i trzeba pomagać, bo uśmiech małego dziecka jest dla nas najważniejszy – mówi Ilona Mroczek ze spółki Energetyczne Centrum.

Energetyczne Centrum pomogło spełnić marzenia 20 nieuleczalnie chorych dzieci. W maju udało się zabrać na Dzień Szalonych Zakupów do galerii handlowej 16-letnią Agatę, która zmaga się z ziarnicą złośliwą.

Od trzech lat współpracujemy z Fundacją „Mam Marzenie” i staramy się realizować różne marzenia. Fundacja wie najlepiej, kogo w danej chwili możemy wesprzeć, dlatego decydujemy się na współpracę z nimi – tłumaczy Ilona Mroczek.

Od początku działalności Fundacja „Mam marzenie” spełniła ponad 5 tys. marzeń chorych dzieci.

Coraz więcej dzieci choruje, mamy coraz więcej zgłoszeń, chociażby oddział w Białymstoku w ubiegłym roku zrealizował 34 marzenia. W tym roku wydaje mi się, że zbliżamy się już do 15 i cały czas jest lista otwarta – mówi Barbara Szopa.

Fundację „Mam marzenie” można również wspierać finansowo poprzez odpis 1 proc. podatku lub dobrowolną wpłatę na konto Fundacji.

Groźne nowotwory krwi są w Polsce zbyt późno rozpoznawane. Dostęp do leczenia również jest utrudniony

CEO Magazyn Polska

Zespoły mielodysplastyczne (MDS) to grupa chorób nowotworowych charakteryzujących się zaburzeniem funkcjonowania szpiku kostnego i krwi. Niektóre typy MDS przebiegają łagodnie i są łatwe w leczeniu, ale inne mają przebieg ostry i mogą skutkować śmiercią pacjenta. Liczba zachorowań jest wyższa niż w przypadku białaczek. Zespoły mielodysplastyczne są wykrywane za rzadko i za późno, w wielu przypadkach są błędnie rozpoznawane jako niedokrwistość. Dodatkowym problemem jest brak dostępu do terapii.

Na MDS chorują przede wszystkim osoby po 60. roku życia. W tej grupie osób diagnozowane jest aż 80 proc. przypadków zachorowań.

Zespoły mielodysplastyczne to jest grupa nowotworowych chorób krwi nieco zbliżonych do białaczek, ale jednak różnych. Jedne mają stosunkowo łagodny przebieg i dają możliwość przeżycia kilku lat, co jest optymistyczne. Są również takie, które mogą spowodować śmierć w ciągu kilku miesięcy i wymagają intensywnego leczenia, włącznie z przeszczepieniem szpiku – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Wiesław Jędrzejczak, kierownik Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Lekarze szacują, że w Polsce z tymi chorobami zmaga się kilka tysięcy osób. Ryzyko zachorowania na MDS zwiększają m.in.: kontakt ze środkami ochrony roślin, nawozami sztucznymi, metalami ciężkimi, dymem tytoniowym oraz z promieniowaniem jonizującym i cytostatykami. W celu zdiagnozowania choroby konieczne jest pobranie próbek krwi i szpiku kostnego oraz badanie genetyczne w kierunku zmian w chromosomach komórek szpiku kostnego.

Podstawowym badaniem jest morfologia krwi obwodowej, bowiem zazwyczaj u chorych z zespołem mielodysplastycznym stwierdza się niedokrwistość. Dotyczy to mniej więcej 90 proc. pacjentów. Ale może też być małopłytkowość czy obniżona liczba neutrofilii. W zasadzie nie ma innych charakterystycznych objawów klinicznych czy odchyleń w badaniu przedmiotowym. Następnie należy przejść do kolejnych etapów diagnostyki i wykonać biopsję cytologiczną szpiku – mówi dr n. med. Krzysztof Mądry, adiunkt w Klinice Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W niektórych typach choroby jest większe prawdopodobieństwo przekształcenia w ostrą białaczkę szpikową. Dlatego też próbki krwi i szpiku kostnego są pobierane i badane kilkukrotnie, aby zobaczyć, jaka jest dynamika choroby i czy nie następuje pogorszenie.

Lekarze podkreślają, że bardzo ważne jest dokładne zdiagnozowanie podtypu choroby, aby móc dobrać jak najlepszą opcję terapeutyczną. Nie wszystkie jednak są w Polsce dostępne.

Jeżeli zespoły mielodysplastyczne występują u młodych ludzi, standardem jest przeszczepienie allogenicznego szpiku. Jeżeli mamy zespół mielodysplastyczny o złośliwym przebiegu, stosowany jest lek azacytydyna. To leczenie jest dostępne w Polsce, podobnie jak w innych krajach europejskich. Natomiast mamy problemy z leczeniem zespołu 5q-, ponieważ lek, który jest przy nim stosowany, czyli lenalidomid, obecnie jest dla naszych chorych niedostępny – wyjaśnia prof. Wiesław Jędrzejczak.

W tej chwili, niestety, nie mamy dostępu do najskuteczniejszego leku, czyli lenalidomidu, ze względu na brak zgody na jego refundację w tym wskazaniu. Gdyby pacjent chciał się leczyć na własną rękę, to są to koszty rzędu kilku tysięcy złotych miesięcznie, a leczenie stosuje się przewlekle. W zasadzie stosuje się je dotąd, dopóki ten lek działa. Czyli jeżeli ktoś choruje na zespół 5q-, to niestety musi ten lek przyjmować przez wiele miesięcy, a nawet lat – mówi dr n. med. Krzysztof Mądry.

Jedynym leczeniem alternatywnym zespołu 5q- jest przetaczanie koncentratu krwinek czerwonych. Nie pozostaje to jednak bez wpływu na zdrowie.

– Grozi to gromadzeniem się nadmiaru żelaza, a to z kolei powoduje niewydolność serca i wątroby, inaczej mówiąc jej marskość. Po mniej więcej 20 takich przetoczeniach rozwijają się powikłania, które same w sobie mogą doprowadzić do śmierci chorego – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.

Zdaniem prof. Jędrzejczaka MDS będą występowały coraz częściej. Po pierwsze społeczeństwo się starzeje, po drugie – coraz dłużej żyją chorzy, którzy zmagają się z innymi nowotworami a chemio- i radioterapia zwiększają częstość występowania MDS.

W chwili obecnej takim dodatkowym problemem jest niewydolność ośrodków hematologicznych w stosunku do liczby chorych, którzy wymagają leczenia – dodaje prof. Wiesław Jędrzejczak.

Ulice handlowe dobrą alternatywą do ekspansji

Jak wynika z najnowszego raportu BNP Paribas Real Estate Poland „Opowieść o czterech miastach. Ulice handlowe w stolicach krajów Europy Środkowo-Wschodniej.  Druga edycja, maj 2016” w całym regionie na znaczeniu zyskują ulice handlowe. Jest to pochodna ograniczonej powierzchni  dostępnej w centrach handlowych a zarazem oznaka dojrzewania rynków, które wchodzą w okres dywersyfikacji formatów handlowych.

Ulice handlowe w analizowanych miastach nie posiadają homogenicznej struktury. Różnią się nie tylko ilością i jakością podaży, ale przede wszystkim ofertą handlowo-usługową. Jednakże cechą wspólną jest to, że większość z nich pełni rolę reprezentacyjną, jak i miastotwórczą.” – mówi Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo-Wschodnia.

Analitycy z BNP Paribas Real Estate Poland wskazują na istotne różnice między ulicami handlowymi stolic Europy Środkowo-Wschodniej w zależności od etapu cyklu ewolucji rynku w którym się znajdują, zamożności społeczeństwa czy ilości turystów. Najbardziej zróżnicowaną ofertę posiada Praga. Prowadzi pod względem ilości marek oraz bogactwa oferty marek luksusowych. Dzięki świetnie zachowanym budynkom w obrębie Starego Miasta, oferuje najemcom znaczną podaż obiektów, które spełniają wymogi kilkupoziomowych sklepów flagowych. Poziom pustostanów oscyluje wokół 2 proc., a stawki czynszu sięgają 170-200 euro za mkw. miesięcznie. Praga góruje również pod względem ilości turystów. Rocznie odwiedza ją 6,3 miliona zwiedzających. Trend wzrostowy będzie trwał utrzymując Pragę na czele stolic Europy Środkowo-Wschodniej.

Jak zauważają eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland, Budapeszt również ma silną pozycją w segmencie ulic handlowych dzięki ustabilizowanej obecności międzynarodowych sieci i dużego natężenia ruchu turystycznego, gdzie liczba turystów sięga 4,5 miliona osób rocznie. Dostepność wolnej powierzchni maleje (spadek o 1,5% r/r), a średnie stawki czynszu wzrosły o 5 proc. w ciągu ubiegłego roku osiągając poziom 90-100 euro za mkw. miesięcznie. Lokale handlowe prezentują dobry stan techniczny oferując dodatkowo pokaźne, pożądane przez najemców witryny.
Warszawa to największa stolica regionu jesli chodzi o liczbę mieszkańców (1,74 miliona) oraz ich siłę nabywczą (11 751 € per capita). Liczba zamożnych Polaków, rejestrujących dochód przekraczający 85 tys. zł rocznie, z każdym rokiem systematycznie rośnie. W Warszawie przybywa również turystów, których ilość w 2015 r. osiągnęła 4,2 miliona osób. Średni poziom czynszów przy ulicach handlowych oscyluje między 90 a 100 € za m kw. miesięcznie, a niski poziom pustostanów w galeriach handlowych sprzyja rozwojowi ulic handlowych.

Fabrice Paumelle, Dyrektor, Dział Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate, CEE
Fabrice Paumelle, Dyrektor, Dział Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate, CEE.

W Warszawie liczba sklepów firmowych marek luksusowych jest relatywnie umiarkowana, na co składa się brak spójnej, przejrzystej strategii w zakresie planowania, komercjalizacji, rozwoju i przekształcania ulic handlowych oraz ograniczona podaż odpowiednich obiektów o imponującej architekturze, będących w posiadaniu właścicieli prywatnych. Budynków, w których chętnie lokują się marki luksusowe. Przewidujemy, że wszystkie powyższe aspekty mogą ulec poprawie w najbliższej przyszłości i potencjał stolicy stanie się realny.” – komentuje Fabrice Paumelle, Dyrektor, Dział Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate, CEE.

Wynikami raportu po raz pierwszy objęty został Bukareszt, który spośród wszystkich analizowanych stolic posiada najwięcej lokali handlowych i usługowych (437), a także najniższe stawki czynszów (30-45 € za m kw. miesięcznie). W Bukareszcie na ulicach handlowych dominują lokale usługowe (53 %) i zauważalna jest mała różnorodność marek detalicznych obecnych na rynku. Marki luksusowe lokują się jedynie w ekskluzywnych hotelach.

Rosnące znaczenie ulic handlowych znajduje odzwierciedlenie w zwiększającym się zainteresowaniu inwestorów produktem, który stanowi bezpieczną inwestycję o niskiej stopie zwrotu, ale zapewniającą stały i stosunkowo pewny dochód.

Ponad połowa Polaków zanim przestanie płacić za telefon najpierw odpuści inne faktury

Polacy są winni firmom telekomunikacyjnym ponad 720 mln zł. Osoby zadłużone w telekomach jeszcze więcej długów, bo 1 515 mln zł, mają w innych miejscach. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor, większość Polaków zanim przestanie opłacać abonament za telefon, najpierw nie opłaca innych rachunków.

Z niepłacących rachunków telefonicznych, które do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor zgłosiło m.in. czterech czołowych operatorów telefonii komórkowej można by stworzyć spore miasto. Jest ich bowiem blisko 314 tys. Największy dług wobec telekomu ma 31-letni mieszkaniec Kalisza. Zalega z płatnością ponad 104 tys. zł. Kolejny rekordzista również mężczyzna – 26 lat, pochodzi z woj. mazowieckiego, jego dług w firmie telekomunikacyjnej sięga 94 tys. zł Na trzecim miejscu jest 53-latek ze Śląska, który z powodu niezapłaconych rachunków telefonicznych ma do spłacenia ponad 61 tys. zł, a na czwartym mieszkaniec woj. podkarpackiego, 45 letni mężczyzna z 58 tys. zł długu. Co charakterystyczne w pierwszej 10. w ogóle nie ma kobiet. Mniejszość – 40 proc. stanowią też w całej liczbie dłużników. Pozostali dłużnicy – mężczyźni z TOP 10., wyłącznie w firmach telekomunikacyjnych, mają do oddania po około 50 tys. zł, czyli równowartość samochodu. Tymczasem jak można przeczytać w raporcie finansowym jednego z czołowych telekomów w Polsce przeciętny abonamentowy rachunek telefoniczny klienta w I kwartale 2016 r wynosił 46 zł*

Około 60 proc. Polaków zanim przestanie płacić za telefon najpierw odpuści inne faktury

O ile w TOP 10, najbardziej zadłużonych w firmach telekomunikacyjnych, dominują zaległości wynikające z rachunku za telefon, to już wśród pozostałych jest inaczej. Łącznie dłużnicy telekomunikacyjni mają w BIG InfoMonitor ponad 2,2 mld zł zaległości, z czego na telekomy przypada „jedynie” 0,72 mld zł. W efekcie, gdy średnio jedna osoba ma do zwrotu w firmie telekomunikacyjnej 2 297 zł, to wraz z zaległościami za inne nieuregulowane rachunki, np. za telewizję, wywóz śmieci, czynsz, alimenty, ma do oddania 7125 zł.

Nasza analiza tego w jakiej kolejności nie były opłacane rachunki osób, które mają dług wobec operatorów telekomunikacyjnych pokazuje, że około 60 proc. Polaków zanim przestanie płacić za telefon najpierw odpuści spłatę innych rachunków – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor. Seria nieopłaconym rachunków rzadziej rozpoczyna się od faktury za użytkowanie telefonu, a osoby, które nie płacą tylko za telefon mają przeważnie do oddania firmie telekomunikacyjnej bardzo wysokie kwoty. – Z pewnością informacja o nieopłaconych rachunku telefonicznym klienta indywidualnego to dla instytucji oferującej takiej osobie usługi czy towar z odroczonym terminem płatności jednoznaczny sygnał, że może mieć problem ze ściągnięciem należności – dodaje Hildebrand.

Najstarsi i najmłodsi opłacają rachunki telefoniczne najlepiejNajstarsi i najmłodsi opłacają rachunki telefoniczne najlepiej

Statystyki pokazują, że wbrew pozorom to nie najmłodsi użytkownicy tracą głowę dla rozmów telefonicznych, coraz bardziej wyszukanych modeli telefonów, tabletów czy też niekończącej się transmisji danych, za które trudno im później zapłacić. Najczęściej dłużnika telekomunikacyjnego można spotkać w grupach wiekowych: 25-34 i 35-44 lata. Niezapłacony rachunek telefoniczny ma tu 14 na 1000 osób. Wraz z rosnącym wiekiem użytkowników telefonów spadają statystyki na temat niesolidnych płatników. Na 1000 wysłanych rachunków do klientów w grupie wiekowej 45-54 problem z opłaceniem pojawia się w 11 przypadkach, a gdy użytkownik telefonu ma od 55 do 64 lat jedynie w siedmiu. Najsolidniej opłacają rachunki telefoniczne osoby najstarsze od 65 lat w górę. Problem pojawia się tu zaledwie u trzech na 1000 osób. Wśród najmłodszych klientów między 18 a 24 rokiem życia statystycznie nie daje rady zapłacić za telefon 9 osób na 1000.

*raport finansowy T-Mobile Polska za I kw. 2016 r.

Wewnątrzfirmowe konstytucje w przedsiębiorstwach rodzinnych

Według danych PARP, firmy rodzinne prowadzone w formie spółki mogą stanowić 36 proc. wszystkich małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, a biorąc pod uwagę również podmioty prowadzone w formie działalności gospodarczej i niezatrudniające pracowników może być to nawet 78 proc. Jednocześnie jak wynika z dyskusji zorganizowanej przez Deloitte „Firmy rodzinne w Europie”, która odbyła się podczas ostatniego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, polskim firmom rodzinnym brakuje profesjonalizacji w zarządzaniu oraz wypracowania planów sukcesyjnych.

Kilka miesięcy temu Rada Firm Rodzinnych działająca przy Konfederacji Lewiatan przygotowała projekt zmian w przepisach prawnych, które mają ułatwić proces sukcesji w firmach rodzinnych. Jest to szczególnie ważne w przypadku podmiotów prowadzonych w formie działalności gospodarczej.

„W momencie śmierci właściciela NIP firmy umiera razem z nim. Ile mamy biznesów o wielomilionowych obrotach, które zatrudniają 200-300 osób, działających nadal w formie jednoosobowych działalności gospodarczych? Brakuje przepisów prawnych regulujących kwestię sukcesji w przedsiębiorstwach tego typu, dlatego zwróciliśmy się do legislatorów z apelem, że należy wypełnić tę lukę” – mówił w Katowicach Artur Czepczyński, Prezes Zarządu ABC-Czepczyński.

Zdaniem eksperta firmy Deloitte proces ten należy ułatwić i zaplanować na tyle wcześnie, by sukcesja przebiegła w sposób naturalny. „Służy temu konstytucja firmy rodzinnej. Jest to umowa zawarta przez członków rodziny, zaangażowanych w zarządzanie firmą, w której określają jak wyobrażają sobie jej funkcjonowanie w przyszłości. Umowa taka powinna mieć charakter formalny i być zawarta przed notariuszem” – wyjaśniał Adam Chróścielewski, Partner, liderem grupy Family Business Network w Deloitte.

Jak dowodzili rozmówcy, firmy rodzinne posiadające konstytucję osiągają lepsze wyniki finansowe, bo osoby nimi zarządzające kierują się planem i zawartymi w konstytucji wytycznymi, a nie emocjami. Konieczne jest jednak, by umowa taka była konstruowana wtedy, gdy w firmie istnieje zgoda co do planów sukcesyjnych właściciela, bo gdy takie konflikty wystąpią, na consensus bywa już często za późno.

„Sam proces sukcesji nie powinien następować dopiero wtedy, gdy w grę wchodzą względy zdrowotne i wiekowe właściciela, ale wtedy, gdy założyciel coraz słabiej sobie radzi z rzeczywistością biznesową i nowoczesnymi technologiami, które mają coraz większy wpływ na prowadzenie firmy. Sukcesja nie może być jedynie prostą kontynuacją, ale powinna być również otwarciem nowego rozdziału w życiu firmy. To jest moment na zasilenie firmy nowymi osobami i świeżymi pomysłami” – argumentował Dariusz Stasik, Prezes Wielkopolskiego Przedsiębiorstwa Inżynierii Przemysłowej.

Uczestnicy katowickiego panelu dzielili się własnymi doświadczeniami w zarządzaniu firmą rodzinną. Jarosław Jantoń, współwłaściciel działającej w przemyśle winiarskim firmy Jantoń, prowadzi ją wraz z dwoma braćmi. Jak zapewnił wszystkie decyzje są przez nich konsultowane. Podobnie jak w firmie meblarskiej Grupa Nowy Styl, której prezesem i współwłaścicielem jest Adam Krzanowski. Stworzyliśmy pięcioosobowy zarząd, w którym każdy ma swój zakres kompetencji. Oprócz mnie zasiada w nim mój brat. I każdy z nas ma taki sam głos jak pozostali członkowie. Stworzony przez nas model oscyluje pomiędzy firmą rodzinną a firmą, w której rodziny już nie ma” – mówił podczas panelu na Europejskim Kongresie Gospodarczym.

Zdaniem Andrzeja Glińskiego, członka zarządu Banku Millennium, firma rodzinna powinna być jednak zarządzana przez osoby ze sobą spokrewnione, gdyż pozbawienie się tego przywileju powoduje, że takie przedsiębiorstwo traci charakter firmy rodzinnej.

Zarówno Adam Krzanowski, Jarosław Jantoń, jak i Józef Rolnik, wiceprezes zarządu firmy Rolnik, opowiadali jak trudnym doświadczeniem dla sektora firm rodzinnych był kryzys finansowy, który rozpoczął się w 2008 roku. Wiele z nich nie przetrwało tego okresu, a inne musiały wprowadzić szereg zmian. Jedną z nich była konieczność dopuszczenia do zarządzania menedżerów z zewnątrz. Jak jednak argumentował Czepczyński nadal zdarza się, że menedżerowie z doświadczeniem zawodowym zdobytym w dużych korporacjach, nie chcą pracować w firmach rodzinnych, bo obawiają się autorytaryzmu właściciela. Taki styl nazwał nawet folwarcznym systemem zarządzania.

W Katowicach rozmawiano również o sposobach pozyskiwania kapitału przez firmy rodzinne. Jednym z nich jest emisja akcji i wejście na giełdę, które w Polsce jest wciąż mało popularne. Józef Rolnik przestrzegał, że firmy rodzinne muszą być gotowe na procesy konsolidacji, które są coraz powszechniejsze w polskiej gospodarce. „Przed konsolidacją nie da się uciec. Małe firmy będą przejmowane przez duże podmioty, ale niestety nie w celu zwiększenia mocy produkcyjnych. By temu zapobiec, trzeba samemu stać się konsolidatorem albo bronić swojego status quo. W innym przypadku pozostaje poddanie się i gra w golfa” – argumentował.

Na zakończenie dyskusji Adam Chróścielewski przewidywał, że w Polsce będzie następował proces zrzeszania się firm rodzinnych, tak jak to miało miejsce na przykład w Niemczech. U naszych zachodnich sąsiadów organizacje te mają silny wpływ na decyzje podejmowane przez polityków. „Należy spodziewać się, że podobnie będzie w Polsce. Firmy rodzinne zrzeszają się i chcą być słyszane przez klasę polityczną. Ale na razie jesteśmy na etapie początkowym tego procesu” – mówił ekspert Deloitte.

Forum Rynku Nieruchomości – Sopot 6 i 7 czerwca

Już 6 i 7 czerwca w Sopocie odbędzie się 6. Forum Rynku Nieruchomości – największe spotkanie branży nieruchomości w naszym kraju. Na miejscu będzie można zobaczyć m.in. innowacyjny system FIBARO – polskiego lidera bezprzewodowych rozwiązań dla inteligentnego domu.

Konferencja zaplanowana w Sheraton Sopot Hotel przeznaczona jest dla najważniejszych graczy na rynku nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych: deweloperów, pośredników, przedstawicieli banków, firm budowlanych, biur architektonicznych i pośredników finansowych. To wyjątkowe spotkanie daje możliwość wymiany doświadczeń, nawiązania kontaktów biznesowych oraz zapoznania się z najnowszymi trendami na rynku.

Jednym z takich trendów są cieszące się coraz większą popularnością inteligentne systemy zarządzania domem. Według szacunków aż 2/3 Polaków chciałoby korzystać w swoich mieszkaniach z tego typu technologii.

Rozwiązania te stają się powszechne. Nieruchomości wyposażone w automatykę są postrzegane jako nowoczesne, funkcjonalne, oszczędne i bezpieczne. Co więcej, wielu deweloperów już teraz oferuje je w standardzie – mówi Rafał Ciszewski, menedżer ds. obsługi klienta biznesowego i rynku deweloperskiego FIBARO.

FIBAROBędzie można przekonać się, jak zintegrować system z urządzeniami domowymi, takimi jak ekspres do kawy, oświetlenie domowe, rolety, urządzenia multimedialne czy nawet kamery, tak aby tworzyły jeden ekosystem. Dla konkretnego dewelopera, zgodnie z oczekiwaniami przyszłych lokatorów, przygotujemy dedykowane pakiety urządzeń, które w czasie forum będziemy prezentować na stoisku – dodaje Rafał Ciszewski.

Na ubiegłorocznej edycji Forum Rynku Nieruchomości pojawiło się niemal 400 uczestników, w tym również wielu z zagranicy. W tym roku wystawców i przedstawicieli całej branży ma być jeszcze więcej. Wśród nich znaleźli się między innymi paneliści i moderatorzy dyskuzji z Cushman & Wakefield, JLL, REAS, Kulczyk Real Estate Holding, Skanska Property Poland czy LC Corp.

WZA Pylon S.A. zdecyduje 30 czerwca o emisji akcji z prawem poboru

Już 30 czerwca 2016 roku walne zgromadzenie akcjonariuszy Pylon S.A. –zdecyduje o podwyższeniu kapitału zakładowego spółki w drodze emisji nowych akcji serii H, realizowanej w ramach subskrypcji zamkniętej, z zachowaniem prawa poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy. Celem ewentualnej emisji akcji będzie pozyskanie kapitału na sfinansowanie zobowiązań wynikających z zakupu nieruchomości przemysłowej w Jarocinie, którą spółka nabyła w styczniu 2016 roku z zamiarem przeniesienia i rozszerzenia dotychczasowej działalności produkcyjnej.

Jednocześnie – w związku z rozważaną emisją akcji, jak też aktywnymi działaniami inwestycyjnymi oraz nowo przyjętą strategią ekspansji zagranicznej na lata 2016-2020 – zarząd Pylon S.A. przeprowadzi w najbliższym czasie indywidualne i grupowe spotkania z inwestorami oraz akcjonariuszami spółki. Dokładne terminy, miejsce spotkań i sposób rejestracji zostaną podane do publicznej wiadomości – zgodnie z obowiązkiem informacyjnym oraz kodeksem „Dobrych Praktyk Spółek Notowanych na NewConnect” – w formie raportu giełdowego.

Kluczowym założeniem inwestycji środków pozyskanych przez Pylon S.A. z ewentualnej emisji akcji z prawem poboru ma być maksymalne ograniczenie zobowiązań wynikających z umowy kredytu inwestycyjnego, zawartej przez spółkę z Alior Bank S.A. oraz uregulowanie – w drodze objęcia akcji nowej emisji – należności względem PH „Maks” Sp. z o.o., stanowiącej wkład własny w ramach zakupu nieruchomości przeznaczonej pod działalność produkcyjną. Rozwiązanie to pozwoli spółce na długofalowe uwolnienie znacznych środków finansowych, umożliwiających dalszy, intensywny rozwój w kraju i poza jego granicami. Ewentualna emisja akcji miałaby miejsce nie wcześniej niż na przełomie III i IV kwartału 2016 roku, przy cenie emisyjnej nie niższej niż 0,22 zł za jedną akcję.

Kapitał zakładowy Pylon S.A. dzieli się obecnie na 15.092.694 akcji o łącznej wartości nominalnej 1 509 269,4 zł i może zostać podwyższony – w drodze ewentualnej emisji akcji zwykłych na okaziciela serii H o wartości nominalnej 0,1 zł – do kwoty nie większej niż 3.018.538,8 zł.

Przeprowadzenie celowej emisji z prawem poboru akcjonariuszy jest w ocenie Zarządu i Rady Nadzorczej Pylon S.A. najbardziej optymalnym narzędziem refinansowania zobowiązań z tytułu zakupu zabudowanej nieruchomości przemysłowej w Jarocinie. Co więcej, emisja nowych akcji – przy uwzględnieniu szeroko zakrojonych planów inwestycyjnych naszej spółki i jednoczesnej intensyfikacji działań eksportowych w ramach strategii ekspansji zagranicznej, przyjętej na lata 2016-20120 – może znacząco przyczynić się do dynamicznego rozwoju naszego biznesu i zapewnić tym samym wzrost wartości Pylon S.A. w kolejnych latach – podkreśla Mateusz Jujka, prezes zarządu Pylon S.A.

Największą inwestycją Pylon S.A. w 2015 roku był zakup i wdrożenie za kwotę 1,68 mln zł – pozyskanej dzięki zaangażowaniu w projekt EBC Incubator Sp. z o.o. – zaawansowanej technologii umożliwiającej produkcję przetworników elektroakustycznych marki Pylon Audio, w które docelowo wyposażone zostaną wszystkie zestawy głośnikowe produkowane w Jarocinie. Rozszerzenie działalności produkcyjnej umożliwi spółce wzrost marży, a tym samym pozwoli w kolejnych latach zwiększać przychody, już nie tylko w oparciu o rosnący systematycznie wolumen sprzedaży produktów własnych.

Z kolei w styczniu 2016 roku Pylon S.A. kupił za 2,5 mln zł 1,09 ha nieruchomości zabudowanej w Jarocinie, na której jeszcze w 2016 roku uruchomi nowy zakład produkcyjny o łącznej powierzchni ponad 3,3 tys. m2. Rozszerzenie działalności produkcyjnej, a przy tym niższe koszty rat kredytu względem opłat związanych z dzierżawą dotychczasowego zakładu produkcyjnego oznaczają również dobrą perspektywę dla wzrostu przychodów i rentowności spółki w kolejnych latach.

Przy tak intensywnym rozwoju na poziomie infrastrukturalnym, produkcyjnym, sprzedażowym i biznesowym, jaki odnotowujemy na przestrzeni ostatnich dwóch lat, niezbędne są inwestycje w infrastrukturę produkcyjną. Stąd między innymi decyzja o zakupie własnej nieruchomości. Przeniesienie linii technologicznych do większego i znacznie lepiej przystosowanego do potrzeb Pylon Audio zakładu oznacza nie tylko zwiększenie naszego potencjału produkcyjnego, co jest niezbędne w przypadku systematycznie rosnącej liczby zamówień, ale również optymalizację kosztów operacyjnych przez obniżenie bieżących opłat związanych z dzierżawą nieruchomości. Ponadto, inwestycja we własną infrastrukturę produkcyjną to również zwiększenie możliwości produkcyjnych – już z uwzględnieniem nowego asortymentu – a tym samym potencjał do dynamicznej ekspansji Pylon Audio na rynki europejskie. Z tej perspektywy dokapitalizowanie spółki w drodze nowej emisji akcji, z której środki zostaną przeznaczone na sfinansowanie zobowiązań wynikających z zakupu nieruchomości, jest jak najbardziej uzasadnione – dodaje Mikołaj Rubeńczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej Pylon S.A.

Intensywny rozwój Pylon S.A. oraz Pylon Audio następuje aktualnie w oparciu o własne źródła przychodów, jak też zewnętrzne formy finansowania. W I kwartale 2016 roku Pylon S.A. odnotował 0,87 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów własnych w porównaniu do 0,55 mln zł rok wcześniej. Początek 2016 roku okazał się dla polskiego producenta niezwykle atrakcyjny pod względem zbytu – krajowi konsumenci kupili w tym czasie aż 625 autorskich zestawów głośnikowych marki Pylon Audio w porównaniu do 359 rok wcześniej i 233 w pierwszych trzech miesiącach 2014 roku.

Z kolei, w 2015 roku Pylon S.A. osiągnął 52 proc. wzrost sprzedaży produktów własnych w ujęciu ilościowym i 59 proc. pod względem przychodów. W tym okresie producent sprzedał łącznie 1455 zestawów głośnikowych w odniesieniu do 957 w 2014 roku, dzięki czemu przychody spółki wyniosły narastająco po czterech kwartałach 2015 roku 2,29 mln zł w porównaniu do 1,44 mln zł rok wcześniej.

Jednocześnie spółka jest aktywnym beneficjentem programów unijnych, w ramach których wspierane są innowacyjne projekty technologiczne oraz firmy inwestujące w sektor Badań i Rozwoju (B + R). Łącznie w latach 2013-2015 marka Pylon Audio pozyskała z funduszy europejskich (wprost bądź na współfinansowane projekty) ok. 1,36 mln zł.

Poufne informacje firm będą lepiej chronione

Jakub Wojnarowski, zastępca dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan
Jakub Wojnarowski, zastępca dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan

Rada Europejska przyjęła dyrektywę o ochronie tajemnic i poufnych informacji unijnych firm. Jest to finalny krok po kilku latach dyskusji o przepisach mających zabezpieczyć przedsiębiorstwa przed bezprawnym pozyskiwaniem, wykorzystywaniem i ujawnianiem tajemnic przedsiębiorstw. Zdaniem Konfederacji Lewiatan nowe przepisy lepiej zabezpieczą interesy także polskich firm.

Debata o ochronie tajemnic firm i wprowadzeniu zabezpieczeń rozpoczęła się jeszcze na początku 2012 r. z inicjatywy BUSINESSEUROPE, którego członkiem jest Lewiatan. Komisarz ds. handlu w poprzedniej KE – Karel De Gucht podjął działania i obecna dyrektywa jest efektem prawie 4-letniej pracy.

– W tamtym czasie BUSINESSEUROPEE zwracał uwagę na coraz częstsze przypadki wykradania tajemnic europejskich firm wynikające z rozszerzenia możliwości ich pozyskiwania, przede wszystkim ze względu na rozwój nowoczesnych technologii, ale także w sytuacji podejmowania decyzji inwestycyjnych i współpracy handlowej. Próby wchodzenia i ekspansji firm europejskich na rynki zagraniczne powodowały, że tajemnice firm, wymieniane z partnerami handlowymi spoza UE, były ujawniane. Na szczególne ryzyka były i wciąż są narażone firmy innowacyjne, które swoje przewagi konkurencyjne tworzą w oparciu o know – how, inwestycje w B+R+I, inwestują ogromne środki w ochronę patentową i decydują de facto o wysokim poziomie gospodarki europejskiej – mówi Jakub Wojnarowski, zastępca dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan.

Z podobnym problemem borykają się firmy polskie. Rozwój gospodarki, uniknięcie pułapki średniego dochodu w ogromnej mierze zależeć będzie od przekształcenia naszych firm z bazujących na niskich kosztach wytwarzania, na firmy generujące dochody ze względu na innowacyjny produkt lub usługę i podejmujące ryzyka handlowe i ekspansję zagraniczną. To wszystko naraża przedsiębiorców na dodatkowe ryzyka, które nowa dyrektywa ma za zadanie zminimalizować. Daje dodatkowe narzędzia przedsiębiorcom dochodzenia roszczeń wobec osób, które bezprawnie uzyskały dostęp do tajemnic firm.

– Z punktu widzenia firm kluczowe jest, aby państwa członkowskie UE, także po wprowadzeniu dyrektywy do ustawodawstwa krajowego (2018 r.) mogły nakładać własne narzędzia chroniące przedsiębiorców, także wykraczające poza przepisy dyrektywy (art. 1). Istotne jest, by dyrektywa regulowała w związku z tym minimalny standard ochrony, który poszczególne kraje będą mogły rozwijać i doprowadziła do harmonizacji na rynku wewnętrznym, by inwestorzy mieli zapewnioną każdorazowo minimalną ochronę (co najmniej). Dyrektywa nie powinna wpływać na zmiany w zakresie prawa pracy (ochrona sygnalizatorów), ale powinna niezwykle precyzyjnie po wprowadzeniu do ustawodawstwa krajowego regulować zakres i cel ewentualnie uzyskiwanych informacji. W trakcie konsultacji zgłaszaliśmy zastrzeżenia wspólnie z BUSINESSEUROPEE w zakresie dopuszczalnego wykorzystania pozyskanych informacji i tajemnic handlowych, przede wszystkim w zakresie szeroko pojętej wolności wypowiedzi – dodaje Jakub Wojnarowski.

Konfederacja Lewiatan

Rząd powinien pomóc polskim cementowniom

Nieuczciwa konkurencja ze strony producentów białoruskich i rosyjskich zagraża polskiej branży cementowej. Pracodawcy i związkowcy z Rady Dialogu Społecznego przygotowują stanowisko, w którym zaapelują do rządu o działania na rzecz zniesienia blokad eksportu cementu do Rosji i na Białoruś. O kłopotach naszych cementowni alarmowała też wcześniej Konfederacja Lewiatan.

Firmy białoruskie zwiększają skokowo sprzedaż cementu do Polski. Jednocześnie Białoruś blokuje dostęp do swojego rynku. Administracyjne ograniczenia wprowadzono też w eksporcie cementu do Rosji, gdzie od marca 2016 r., wymaga się nowych krajowych certyfikatów, których nie wydaje się firmom importującym cement z Polski i innych krajów UE.

– To dyskryminacja polskich producentów, która przekłada się na ograniczenia produkcji cementu w Polsce. A to oznacza redukcję miejsc pracy w branży cementowej skupionej głównie w mniejszych miejscowościach, a także utratę wpływów podatkowych do budżetu państwa oraz budżetów samorządów lokalnych – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan. Pracodawcy i związkowcy wzywają rząd do interwencji i proponują, aby rozpoczął rozmowy z Rosją i Białorusią, także z udziałem przedstawicieli Unii Europejskiej. Chcą też nagłośnienia sporu na forum Światowej Organizacji Handlu.

Rząd mógłby także domagać się zastosowania przez UE instrumentów ochrony handlu wobec producentów cementu z Białorusi, w tym ceł antydumpingowych, czy antysubsydyjnych.

Zdaniem pracodawców i związkowców rząd powinien również zabiegać o reformę nieskutecznego obecnego unijnego systemu stosowania środków ochrony handlu, nie chroniących w sposób efektywny unijnej produkcji przemysłowej przed rzeczywistymi zagrożeniami ze strony łamiących celowo zasady uczciwego handlu międzynarodowego producentów oraz współdziałających z nimi władzami krajów trzecich.

Pracodawcy i związkowcy chcieliby też regularnych kontroli jakości cementu importowanego do Polski spoza Unii Europejskiej, w szczególności z Białorusi, gdzie obowiązują niższe niż w Polsce standardy i normy jakościowe.

Konfederacja Lewiatan

Kupno mieszkania jako skuteczna inwestycja

Kupno mieszkania powinno się okazać skuteczną inwestycją, jeżeli odpowiednio wysoki jest zysk z comiesięcznego czynszu i wzrost wartości nieruchomości w czasie. W dużych miastach najlepiej inwestować w małe mieszkania, na takie popyt jest największy. Wtedy z czynszu można uzyskać 6-7 procentową stopę zwrotu z inwestycji.
O czterech możliwościach inwestowania w nieruchomości mówi Małgorzata Czeboćko z Grupy Emmerson. W przypadku inwestowania w grunty budowlane szczególnie atrakcyjne są Mazury.

Skuteczność umów na rynku nieruchomości

Umowa na wyłączność zawarta z biurem nieruchomości jest pięciokrotnie bardziej skuteczna. Klient ma wówczas bezpośredni kontakt tylko z jednym pośrednikiem.
Pomimo tego, że taka umowa zawarta jest tylko z jednym biurem nieruchomości, to jednak trafia do wewnętrznego systemu obejmującego ponad 500 innych pośredników.
O skuteczności takich umów mówi prawnik Maria Musiałek z Grupy Emmerson.

Piątek w cieniu Ameryki

Koniec tygodnia należy do Amerykanów, chociaż Europa też dorzuci dzisiaj swoje trzy grosze. USA to jednak niekwestionowany lider piątku, bo dane z rynku pracy, tzw. payrolls to konkurent trudny do przebicia. Wczorajszy bliźniaczy raport ADP wniósł niewiele, wskaźniki były zgodne z konsensusem, więc dolar specjalnie nimi się nie przejął. Dzisiaj może być inaczej. Prognozy zatrudnienia w sektorze pozarolniczym (Nonfarm Payrolls) ustawione są nisko, więc wzrost ponad konsensus będzie przyjęty z dużą radością. Na rynku nie brakuje opinii, że dzisiejsze dane z rynku pracy, łącznie ze wskaźnikiem wzrostu płac, mogą przyklepać podwyżkę stóp w czerwcu. Inwestorzy są pełni dobrych myśli, jednak optymizm w tym przypadku może być dosyć ryzykowny…

W Ameryce pojawią się jeszcze inne dane, ale ich waga nie będzie już tak duża. Bilans handlu zagranicznego jest interesujący, ale raczej nie przyćmi payrollsów. Większe znaczenie może mieć ISM dla usług, publikowany kwadrans po PMI dla tego sektora. Na piątek planowane jest jeszcze wystąpienie Charlesa Evansa z Fed z Chicago (weźmie udział w konferencji w Londynie) oraz Lael Brainard. Ich przemówienia zapowiadają się ciekawie, ale teraz liczy się przede wszystkim przewodnicząca Rezerwy Federalnej Janet Yellen, która zaplanowała wystąpienie na najbliższy poniedziałek.

Europa na tle Ameryki nie wygląda dziś tak imponująco. Rynki, aż do czasu, gdy pojawią się dane z USA, będą kręciły się wokół indeksów PMI dla usług w Niemczech i strefy euro oraz dynamiki sprzedaży detalicznej w kwietniu. PMI pokaże jeszcze Wielka Brytania, ale po ostatnich sondażach dotyczących Brexitu, pokazujących, że praktycznie każdy wynik referendum jest możliwy, funt i tak bardziej jest czuły na badania opinii publicznej niż na dane z gospodarki.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Toyoty z globalnym dostępem do sieci telekomunikacyjnych

Toyota Motor Corporation (TMC) i KDDI Corporation (KDDI) podjęły współpracę, aby stworzyć globalną platformę komunikacyjną, która przyspieszy rozwój łączności między samochodami z wykorzystaniem sieci komórkowych, bez korzystania z roamingu. Umożliwi to szeroko zakrojone korzystanie kierowcy z Internetu i innych usług komunikacyjnych oraz komunikację samochodu z innymi pojazdami za pośrednictwem chmury, bez ponoszenia dodatkowych kosztów po przekroczeniu granicy.

Toyota dąży do tego, aby samochody mogły na całym świecie korzystać z szerokich możliwości, jakie daje internet, sieci telekomunikacyjne oraz technologia chmury. Aby można było zrealizować tę wizję, potrzebna jest uniwersalna platforma telekomunikacyjna oraz komercjalizacja modułu DCM.

Toyota globalna platforma komunikacyjnaModuł DCM (Data Communication Module) to urządzenie, które umożliwia łączenie się samochodów z sieciami telekomunikacyjnymi. Moduł zwiększa dostęp do Internetu, aplikacji, produktów i usług oraz transmisji danych z pokładu samochodu. DCM współpracuje m.in. z nawigacją i systemem multimedialnym zainstalowanymi w samochodzie. Dodatkową jego funkcją dostępną w standardzie będzie system powiadamiania o nagłych zdarzeniach, który automatycznie wyśle do odpowiednich służb informację o próbie włamania, a także o wypadku w chwili uruchomienia się poduszki powietrznej.

Toyota zamierza do 2019 roku opracować globalny standard DCM. W 2020 roku moduł ma stać się standardowym wyposażeniem samochodów Toyoty w Japonii i Stanach Zjednoczonych oraz stopniowo pojawiać się na kolejnych rynkach całego świata. Toyota dąży do przyspieszenia prac nad wypracowaniem standardów współpracy modułu DCM i technologii chmury – służy temu m.in. umowa z firmą KDDI.

Gdy platforma komunikacyjna zostanie uruchomiona, moduł DCM działający w jednym standardzie na całym świecie pozwoli automatycznie łączyć się z lokalnymi sieciami komórkowymi po przekroczeniu granicy. Pozwoli to uniknąć dodatkowych opłat za roaming i korzystać z najlepszych, najbardziej wydajnych sieci telekomunikacyjnych na danym terenie.

Marcin Krasoń, Home Broker: Dopłaty MdM wciąż się sprzedają

Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker
Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker

Niecałe 52 mln zł to kwota, o którą w maju wnioskowali beneficjanci programu Mieszkanie dla Młodych. To najmniej od sierpnia ubiegłego roku, jednak nadal więcej niż przed wejściem w życie zmian w programie jesienią ubiegłego roku. Wszystko wskazuje na to, że w wakacje nadejdzie moment, od którego będzie można wnioskować tylko o pieniądze z puli na 2018 rok.

Bank Gospodarstwa Krajowego od połowy marca nie przyjmuje wniosków o dofinansowanie w ramach Mieszkania dla Młodych wypłacane w tym roku, gdyż pula środków wyczerpała się. Program nadal jednak cieszy się sporą popularnością, a to dzięki elastyczności deweloperów, którzy dostosowują swoją ofertę do oczekiwań kupujących, także pod względem harmonogramu płatności za lokal, w większości miast na rynku pierwotnym bez problemu znajdziemy nieruchomości do kupienia w programie. Gorzej jest z rynkiem wtórnym, bo tutaj trzeba liczyć na przychylność sprzedającego, który zgodzi się na przyjęcie części zapłaty w przyszłości. 

Środki na 2017 wkrótce się skończą

Z przeanalizowanych przez Home Brokera danych opublikowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego wynika, że kwota wniosków w ujęciu netto w maju wyniosła 52 mln zł. Co ciekawe, analiza statystyk pokazuje, że część wniosków została przesunięta z 2016 na 2017 rok. Wynika to z faktu, że przez miesiąc o ponad 18 mln zł spadła kwota środków zablokowanych na 2016 rok. Prawdopodobnie wnioski zostały wycofane i złożone już na 2017 rok.

Jak dotąd (Mieszkanie dla Młodych działa od początku 2014 roku) do BGK trafiły wnioski o dopłaty na łączną kwotę 1,67 mld zł. Pieniędzy na ten rok już nie ma, a puli przyszłorocznej zarezerwowano dotąd prawie 230 mln zł, co stanowi 30,8 proc. całości. Warto jednak przypomnieć, że zgodnie z zapisami ustawy, przed rozpoczęciem danego roku wykorzystana może być tylko połowa środków na niego przeznaczonych, zatem w tym roku do dyspozycji beneficjentów MdM jest jeszcze tylko 143,3 mln zł, co wystarczy na nie więcej niż dwa-trzy miesiące. To oznacza, że w wakacje nadejdzie moment, w którym do BGK będzie można wnioskować o dopłaty tylko z puli na 2018 rok i dopiero od 1 stycznia 2017 r. do gry wrócą pieniądze na przyszły rok.

Kto może otrzymać dopłatę?

Chętni na kredyt z dopłatą w ramach MdM mogą składać wnioski w 14 bankach, wśród których są m.in. PKO BP, Pekao SA, Getin Noble Bank, Bank Millennium, Deutsche Bank Polska i Bank Zachodni WBK. Uzyskać dofinansowanie mogą osoby do 35 roku życia kupujące na kredyt swoje pierwsze mieszkanie, które powinno spełniać warunek cenowy (limity ceny metra kwadratowego dla każdej lokalizacji) i powierzchniowy. Łatwiej mają rodziny wielodzietne, których nie dotyczy zasada pierwszego mieszkania, mogą kupić większą nieruchomość i otrzymać znacznie wyższą dopłatę. 

Marcin Krasoń, Home Broker

P. Bielski (BZ WBK): W lipcu agencja Fitch raczej nie obniży ratingu Polski. Prawdopodobna jest jednak zmiana jego perspektywy

CEO Magazyn Polska

Mimo wyhamowania w pierwszym kwartale wzrostu PKB, co było skutkiem spadku inwestycji, kondycję gospodarczą Polski będą wspierać konsumpcja oraz rosnący eksport. Zdaniem Piotra Bielskiego, ekonomisty BZ WBK, w lipcu agencja Fitch prawdopodobnie nie obniży ratingu Polski. Możliwa jest natomiast zmiana jego perspektywy na negatywną i obniżka w kolejnych miesiącach.

Początek roku nie był zbyt dobry, bo tempo wzrostu gospodarczego wyhamowało i okazuje się, że głównym źródłem tego osłabienia był spadek inwestycji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Bielski, ekonomista banku BZ WBK. – Właśnie to one są obecnie największą niewiadomą, bo konsumpcja będzie rozwijała się solidnie.

Zdaniem Piotra Bielskiego może ona jeszcze bardziej wzrosnąć dzięki rządowemu programowi „Rodzina 500 plus”, bo gospodarstwa domowe będą miały do wydania więcej pieniędzy.

Myślę, że także krajowy eksport będzie rósł stosunkowo szybko – uważa Piotr Bielski. – Dane z Europy Zachodniej, w szczególności z Niemiec, wskazują, że wzrost gospodarczy jest tam wcale nie najgorszy.

Największą niewiadomą – według Piotra Bielskiego – jest dynamika krajowych inwestycji. Według wstępnych, ogłoszonych kilka dni temu szacunków Głównego Urzędu Statystycznego w pierwszym kwartale bieżącego roku niewyrównany sezonowo, liczony w cenach stałych roku poprzedniego PKB Polski zwiększył się realnie o 3 proc. (wobec wzrostu o 4,3 proc. podczas poprzednich trzech miesięcy). Dynamika popytu krajowego wyniosła 4,1 proc., inwestycje spadły o 1,8 proc., przyspieszył import, ale spadło tempo eksportu.

Jest szansa na lekki wzrost inwestycji, dlatego że odnotowana zapaść w dużym stopniu wynikała z zakończenia przedsięwzięć finansowanych z poprzedniej perspektywy unijnej – zauważa Piotr Bielski. – Absorpcja środków z nowego budżetu UE stopniowo będzie nabierała tempa, co może spowodować, że inwestycje w dalszej części roku nie będą aż tak złe jak na jego początku.

Po zaskakującym obniżeniu ratingu Polski przez agencję Standard & Poor&HASH39;s w styczniu oraz majowej zmianie perspektywy na negatywną przez Moody&HASH39;s notowania Polski – według Piotra Bielskiego – będą bacznie obserwowane. Nie wiadomo jednak, czy lipcowy rating ostatniej z trzech kluczowych agencji (Fitch), podobnie jak poprzednich, wypadnie negatywnie.

To w dużym stopniu zależy od tego, czy poznamy konkretne rozwiązania w sprawie kredytów walutowych i wieku emerytalnego, a jeśli tak, to jak będą one wyglądały – precyzuje Piotr Bielski. – Jeżeli prezydent i rząd nadal opowiadać się będą za niebezpiecznymi z punktu widzenia stabilności finansów ustawami, to ryzyko obniżenia ratingu się zwiększy. Jeśli z kolei pójdą one w dobrą stronę, nie zagrażającą stabilności gospodarki, to być może będzie inaczej.

Według ekonomisty BZ WBK w lipcu Fitch raczej nie obniży ratingu Polski, bo w kluczowych sprawach gospodarczych konkretnych decyzji jeszcze nie będzie. Możliwe jest natomiast, podobnie jak w przypadku Moody&HASH39;s, wskazanie negatywnej perspektywy.

Konkrety będą raczej wciąż dyskutowane – prognozuje Piotr Bielski. – Nie wykluczam natomiast, że obniżka może nastąpić w kolejnych miesiącach, w szczególności, gdyby się okazało, że szkodliwe dla gospodarki decyzje będą jednak realizowane, a budżet na 2017 rok, okaże się na tyle hojny, że trudno będzie utrzymać deficyt w granicach 3 proc. PKB.

Komisja Europejska i giganci IT walczą z nawoływaniem do nienawiści w internecie. Na usuwanie niebezpiecznych treści i stron zezwoli także polska ustawa antyterrorystyczna

CEO Magazyn Polska

Usuwanie z internetu treści, które łamią prawo, jest oczywiste, muszą być jednak spełnione określone warunki – przekonuje Michał Boni. Projekt ustawy antyterrorystycznej umożliwia blokowanie stron internetowych ze względu m.in. na zagrożenie terroryzmem. Ustawa nie określa jednak precyzyjnie zasad, na jakich będzie to możliwe. W walkę z niebezpiecznymi treściami w sieci, szczególnie z nawoływaniem do nienawiści, zaangażowała się także Komisja Europejska oraz największe firmy z branży IT.

Projekt ustawy antyterrorystycznej nakłada na operatorów różne obowiązki, które m.in. wiążą się z usuwaniem określonych treści ze stron czy z dodawaniem możliwości radiokomunikacyjnych na żądanie władz. Jest to oczywiście w jakiś sposób uzasadnione, natomiast niejasna jest dla mnie kwestia usuwania treści ze stron – mówi agencji Newseria Biznes Michał Boni, europoseł i były minister administracji i cyfryzacji.

Walka z mową nienawiści jest wyzwaniem dla całej Unii Europejskiej. Komisja Europejska wraz z przedsiębiorstwami z branży IT – Facebook, Twitter, YouTube i Microsoft – przedstawiła 31maja kodeks postępowania, który ma zapobiec rozprzestrzenianiu się niebezpiecznych treści, co ma duże znaczenie dla bezpieczeństwa.

Media społecznościowe należą niestety do narzędzi wykorzystywanych przez grupy terrorystyczne do radykalizowania młodych ludzi i ich rasistowskiego wykorzystywania do szerzenia przemocy i nienawiści – powiedziała cytowana w komunikacie prasowym KE Vĕra Jourová, komisarz UE do spraw sprawiedliwości, konsumentów i równouprawnienia płci.

Firmy zobowiązały się do sprawdzania powiadomień i wniosków o blokowanie treści w terminie do 24 godzin, a jeśli okaże się to konieczne również usunięcia treści, lub zablokowania do nich dostępu. Zadeklarowały także dostosowanie wewnętrznych procedur, szkolenie pracowników w tym zakresie, a także ściślejszą współpracę z różnymi organizacjami i instytucjami.

Skuteczne stosowanie przepisów zakazujących mowy nienawiści w dużej mierze zależy od systemu sankcji oraz w ogóle od przepisów krajowych. Przygotowywana w Polsce ustawa antyterrorystyczna daje służbom możliwość blokowania stron i treści w internecie, nie jest jednak precyzyjna w tym zakresie, a to może budzić wątpliwości.

W polskiej ustawie antyterrorystycznej nie jest jasne, kto ma zdecydować o tym, czy dane treści łamią przepisy prawne, czy może inne treści, które wskaże policjant, lub ktoś inny pełniący służbę. Z punktu widzenia ochrony praw obywatelskich nie może tak być, że nie są jasne zasady usuwania tych treści – przekonuje Boni.

Prace nad ustawą trwają. We wtorek zajmowała się nią sejmowa podkomisja. Według przedstawionej przez rząd w określonych warunkach może dojść do zablokowania stron bez zgody sądu, który musi zająć stanowisko najpóźniej w ciągu 5 dni. Blokada będzie musiała zostać zdjęta dopiero wówczas, gdy sąd nie wyda zgody. Zgodnie z rozwiązaniem proponowanym przez posłów blokada może trwać w sumie 30 dni, ale jednokrotnie może zostać przedłużona na trzy miesiące.

W trosce o poprawę języka, usuwanie języka nienawiści i pilnowanie, aby w internecie nie rozchodziły się treści nawołujące do terroryzmu, organizujące grupy terrorystyczne i przestępcze trzeba wprowadzić możliwość blokowania stron. Musi ona jednak być bardzo dokładnie opisana, na jakich to się odbywa warunkach – ocenia Michał Boni.

Strefy ekonomiczne nie tylko dla dużych inwestorów. Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna stawia na małe i średnie firmy

0

CEO Magazyn Polska

Małe i średnie firmy coraz chętniej inwestują w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Wartość ich inwestycji to nieco ponad 8 mld zł (z 23 mld zł realizowanych przez wszystkie firmy w Katowickiej SSE), jednak pod względem ilościowym sektor MŚP stanowi już ok. 40 proc. inwestorów. W ostatnich dwóch latach odpowiadał on za blisko połowę rozpoczętych inwestycji.

Jesteśmy postrzegani jako strefa dużych inwestycji zagranicznych. To poniekąd prawda, jeżeli weźmiemy pod uwagę kryterium nakładów, bo ponad 90 proc. nakładów z 23 mld zł przypada na duże firmy, a nieco poniżej 10 proc., około 8 mld, przypada na małe i średnie firmy, w tym w zdecydowanej większości polskie. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę kryterium ilościowe, to ponad 40 proc. firm to są małe i średnie firmy. Musimy więc odczarować ten mit – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Wojaczek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (KSSE).

W KSSE inwestycje realizuje ponad 220 firm polskich i zagranicznych. Są one warte ponad 23 mld zł i dają ponad 56 tys. nowych miejsc pracy. Jak w kwietniu informowała KSSE, plan na ten rok to 1 mld zł inwestycji i 1,5 tys. nowych miejsc pracy. 40 proc. z tych wartości ma przypaść na MŚP. Wśród firm działających w strefie są nawet 3 mikrofirmy. W ostatnich dwóch latach widać wyraźnie zwiększone zainteresowanie inwestowaniem w KSSE ze strony sektora MŚP.

Zaczynaliśmy od firm dużych, bo takie było wyzwanie. Chodziło nam o szybki efekt, bo jedna duża firma tworzy 300, 500, a nawet 1000 miejsc pracy. Wtedy nie koncentrowaliśmy się na małych i średnich firmach, tym bardziej że przeskok z rzemiosła do małej fabryki nie był wtedy taki łatwy – mówi Wojaczek. – Od kilku lat w sposób świadomy prowadzimy kampanię promocyjną wśród małych i średnich firm, zwłaszcza polskich. Wykorzystujemy w tym celu zarówno organizacje zrzeszające, lokalne czy regionalne, jak i samorządy. Chcemy też zerwać z przekonaniem, że u nas jest wyjątkowo droga gleba.

Jak podkreśla, ceny są adekwatne do tych rynkowych i każda firma może znaleźć w ramach strefy odpowiedni pod swoją inwestycję grunt. KSSE zajmuje obszar ponad 2 tys. hektarów, na obszarze 42 gmin w województwach śląskim, opolskim i małopolskim. Większość z nich znajduje się w atrakcyjnych infrastrukturalnie lokalizacjach, w pobliżu międzynarodowych korytarzy transportowych wschód–zachód, północ–południe oraz węzła autostrad A1 i A4.

Przedstawiciele KSSE podkreślają, że małe i średnie firmy przyciągają przede wszystkim przygotowane specjalnie dla tej grupy przedsiębiorców działki inwestycyjne oraz dostęp do wykwalifikowanych pracowników.

Podjęliśmy z deweloperami, czyli prywatnymi przedsiębiorcami, oraz z jednym partnerem gminnym w Częstochowie współpracę. Lokalna agencja w strefie wybuduje halę, która będzie przeznaczona pod wynajem dla firm małych, średnich, a nawet mikrofirmy – podkreśla Wojaczek. – Zaproponowaliśmy jakiś czas temu takie rozwiązanie, które miałoby służyć rewitalizacji dzielnic, które wskutek zubożenia społeczeństwa związanego z tradycyjnymi branżami dziś wyglądają znacznie gorzej i odstają od średniej. To mechanizm podobny do stosowanych kilkanaście lat temu we francuskim Nord-Pas-de-Calais.

Wskutek restrukturyzacji kopalń i koksowni po 1982 roku i zatwierdzeniu ustawy o decentralizacji tamtejsze władze regionalne uzyskały uprawnienia do zarządzania terenem i otrzymały znaczne wsparcie finansowe. Dzięki temu dokonano spektakularnych zmian zwłaszcza w ramach realizacji tzw. programu Agenda 21 i działań innowacyjnych. W rezultacie region uzyskał nową jakość i został zgłoszony do wpisu na Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Podobny mechanizm mógłby pobudzić mikro-, małe i średnie firmy – przypuszcza prezes Piotr Wojaczek. – Szczególnie dwie pierwsze to dla nas najciekawsza grupa, która tworzy dużo miejsc pracy w oparciu o własny potencjał intelektualny. W każdym mieście moglibyśmy rewitalizować społecznie jedną lub dwie dzielnice za pomocą fiskalnych narzędzi ekonomicznych, a więc najmniej obciążających budżet. Wydaje mi się, że tamten sukces bardzo łatwo powtórzyć. Sądzę nawet, że nam byłoby łatwiej, gdyż mamy bardzo duży potencjał.

Ulokowane już w KSSE przedsiębiorstwa dużo reinwestują. W ciągu ostatnich pięciu lat bywało, że nawet 60 proc. nowych projektów pochodziło od dotychczasowych klientów strefy, wiele z nich obywało się bez pomocy zewnętrznej (środki własne).

Reinwestycje są spoiwem polityki kotwiczenia, na którą składa się wiele zagadnień, również miękkich, np. otoczenie prawne czy klimat inwestycyjny – tłumaczy prezes KSSE. – To nie może być tak, że klientom stworzymy raz dobre warunki, a potem powiemy: radźcie sobie sami. To proces ciągły. Klient musi być zadowolony, bo tylko wtedy chce dalej na danym terenie działać.

Rosną ceny polis komunikacyjnych OC. Ustabilizują się dopiero pod koniec roku

CEO Magazyn Polska

Prognozy branży ubezpieczeniowej wskazują, że w tym roku ceny obowiązkowych polis komunikacyjnych mogą wzrosnąć od 20 do 30 proc. Podwyżki są podyktowane szeregiem czynników, m.in. ubiegłoroczną rekordową – ponad 1 mld zł – stratą techniczną odnotowaną w tym segmencie oraz wzrostem wypłat w szkodach osobowych. Stabilizacja cen może mieć miejsce pod koniec 2016 roku – prognozują przedstawiciele brokera ubezpieczeniowego Donoria.

Zanotowaliśmy w ubiegłym roku historyczną stratę w sektorze ryzyk majątkowych. Ubezpieczyciele wykazali stratę na wyniku technicznym przekraczającą 1 mld zł. To sytuacja bez precedensu, w naszej historii nie było jeszcze tak głębokiej straty. Musi przyjść otrzeźwienie, będziemy z uwagą przyglądali się ubezpieczycielom w najbliższych kilku miesiącach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominik Stachiewicz, członek zarządu firmy Donoria.

Odszkodowania i świadczenia z tytułu ubezpieczeń OC pojazdów wyniosły w ubiegłym roku 6,8 mld zł, co oznacza wzrost o 15,8 proc. względem 2014 roku. Łączna wartość wypłat za szkody osobowe przekroczyła 1,3 mld zł.

Jak podkreśla ekspert, tak duże straty dotyczą jednak tylko części ubezpieczycieli i tylko pewnych segmentów ich działalności, nie ma też zagrożenia dla całego rynku.

Rynek jest bardzo dobrze regulowany, nasz nadzór bardzo dobrze realizuje swoje zadania. Nie ma żadnego ryzyka finansowego. Nie można zapominać, że ubezpieczyciele uzyskują przychody również z działalności inwestycyjnej. Kiedy połączymy te dwa źródła, okazuje się, że ta strata już nie jest tak głęboka. Tym bardziej że pojawił się wzrost składki ubezpieczeniowej – ocenia Stachiewicz.

Ceny polis komunikacyjnych dla klientów indywidualnych i korporacyjnych zaczęły rosnąć pod koniec ubiegłego roku. Taki trend będzie się utrzymywał w tym roku. Jeszcze niedawno polisy kosztowały ok. 2,5 tys. zł, a dziś ich ceny są bliżej poziomu 5 tys. zł.

Największe wzrosty pojawiły się w taborze ciężkim, gdzie składka jest wysoka. Możemy się spodziewać, że również ta tendencja będzie utrzymana w tym roku, a pod koniec nastąpi ustabilizowanie wzrostu stawek. Klienci indywidualni również odczuwają wzrosty, natomiast nie będą one aż tak bolesne – przekonuje ekspert Donorii.

Rynek ubezpieczeń został zrewolucjonizowany przez dyrektywę Solvency II, która wprowadziła uzależnienie wysokości kapitału od wielkości ryzyka podejmowanego przez firmy ubezpieczeniowe. Wymogi kapitałowe są wyznaczane osobno dla ryzyka ubezpieczeniowego, finansowego i operacyjnego. Pojawiły się również zapowiedzi powrotu do podatku Religi, wedle którego koszty leczenia ofiar wypadków ponosiliby ubezpieczyciele.

 Pozostaje tylko pytanie, na jakim poziomie te wzrosty się zatrzymają. Trzeba będzie obserwować końcówkę tego roku – podkreśla Stachiewicz. – W ubezpieczeniach majątkowych (innych niż komunikacyjne) raczej stawki składki nie powinny się zmieniać do końca roku. Prognozujemy, że pewnie pierwsze zmiany pojawią się na początku przyszłego roku.

Jak dodaje, pozytywne tendencje dotyczą innego segmentu rynku – ubezpieczeń zdrowotnych. W ubiegłym roku wydatki na ten cel sięgnęły 483 mln zł, czyli o 21 proc. więcej niż rok wcześniej. Do 1,4 mln wzrosła liczba ubezpieczonych w tej formule. Składka stabilnie rośnie, podobnie jak zapotrzebowanie na tego typu ochronę.

Polacy coraz chętniej wykupują ubezpieczenie prywatne, mimo że wszyscy jesteśmy ubezpieczeni w NFZ – mówi Stachiewicz.

Tylko 5 proc. zakupów odzieży Polacy dokonują w sklepach internetowych. W krajach rozwiniętych stanowią one 30–40 proc.

CEO Magazyn Polska

W Polsce 5 proc. zakupów odzieży ma miejsce w internecie. To mniej więcej siedmiokrotnie mniejszy udział niż w krajach wysoko rozwiniętych. Jednak branża ta ma kluczowe znaczenie dla rozwoju rynku zakupów w sieci w Polsce. Kluczowa jest sprzedaż bardziej zindywidualizowanych kolekcji oraz skrócenie czasu dostawy.

Odzież ma szanse stać się najbardziej istotnym rynkiem e-commerce – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiktor Dymecki, członek zarządu i dyrektor ds. finansowych HubStyle, właściciela popularnych marek odzieżowych. – W dłuższym terminie segment ten na pewno będzie miał kluczowe znaczenie dla rozwoju branży.

Według ostatniego badania, zrealizowanego na zlecenie platformy e-Commerce Polska przez firmę Gemius, średnie miesięczne wydatki na produkty z kategorii odzież, dodatki i akcesoria deklarowane przez e-klientów to 75 zł. W tej kategorii kobiety wydają więcej niż mężczyźni (86 zł wobec 57 zł). Kategoria ta jest najczęściej kupowaną kategorią – wskazało ją 73 proc. badanych. Przez kupujących online została ona wskazana jako druga najpopularniejsza kategoria produktów, z której zamierzają kupować najczęściej w przeszłości (37 proc. wskazań).

Koszyk jest różny w zależności od marki i pułapu cenowego, natomiast średnio jest to 1,5–2 sztuki. W tej chwili wpasowaliśmy się w trend odchodzenia od zakupów w galeriach, a przechodzenia do zakupów w e-commerce. Zgodnie z ostatnimi badaniami w krajach wysoko rozwiniętych nawet do 30–40 proc. zakupów odzieży dokonuje się w internecie, u nas jest to w tej chwili dopiero 5 proc. Widać więc, że jest bardzo duży potencjał na tym rynku – mówi Wiktor Dymecki.

Badanie Gemiusa wskazuje również, że podczas jednej transakcji w kategorii moda Polacy wydają średnio 207 zł, a średnia cena kupowanego produktu to 140 zł. Wysoki jest jednak odsetek porzucanych w trakcie zakupów koszyków i wynosi on 64 proc. Średni czas pobytu na stronie wynosi ponad 6 minut.

Kupujący w sieci doceniają, że e-handel jest wygodny i oszczędny, a produkty – dostępne w szerszym niż w sklepach stacjonarnych asortymencie. Internauci doceniają komfort, jakim jest możliwość nabywania artykułów bez wychodzenia z domu, a także możliwość zapoznania się wcześniej z opiniami znajomych. 40 proc. przyznaje, że na decyzję zakupową wpłynęły pozytywne opinie i doświadczenia innych konsumentów.

Według niego priorytetem branży jest obecnie omnichannel, czyli budowa spójnej oferty w wielu kanałach, zarówno na poziomie stacjonarnym (sklepy fizyczne), jak i internetowym (e-commerce), uzupełniona o pomoc telefoniczną, czat, aplikacje internetowe oraz mobilne. Wszędzie tam powinny być te same oferty, promocje, a jakość obsługi na równie wysokim poziomie.

Wywodząc się z e-commerce i stawiając go w centrum kanałów dystrybucji, bardzo szybko udało się nam pozyskać dużą rzeszę zainteresowanych klientów – mówi Wiktor Dymecki. – Nie skupiamy się więc tylko na e-commerce, a w naszej strategii jest także omnichannel. Widzimy szansę w tym, by ruch z internetu kierować również do naszych sklepów stacjonarnych.

Jak wskazuje Wiktor Dymecki, jednym z kluczowych atutów, które zdecydowały o silnej pozycji rynkowej HubStyle było zaoferowanie konsumentom jako pierwsza firma na rynku handlu odzieżą w internecie usługi obejmującej dostawę tego samego dnia. Działa ona w dużych miastach, takich jak Warszawa, Poznań, Łódź i Kraków. Spółka jednak planuje rozwijać taką funkcjonalność także w innych ośrodkach. Rośnie bowiem zapotrzebowanie na zakupy, które bardzo szybko są finalizowane.

Same-day-delivery stanowi również dużą przewagę w stosunku do tradycyjnego retailu, gdyż niweluje czas oczekiwania na dostawę – precyzuje Wiktor Dymecki. – Klient czy klientka, którym oferowane są towary w galerii handlowej, mogą tak samo zamówić je u nas i w Warszawie, a otrzymają je już po trzech, czterech godzinach.

E-commerce zrewolucjonizował handel odzieżą. Dzięki temu kanałowi dystrybucji sklepy przestały być ograniczane powierzchnią handlową, dyktowaniem czasu promocji i sposobem prezentowania oferty. W e-commerce strona internetowa stała się witryną sklepową. Dzięki niej sklepy mogą bardziej elastycznie reagować na zmieniające się otoczenie, grać promocjami i większą liczbą modeli.

Naszym zdaniem w perspektywie pięciu lat e-commerce będzie jednym z najmocniej rosnących kanałów sprzedaży na rynku odzieżowy – zapewnia Wiktor Dymecki.

Na rynku widać zmianę preferencji konsumenckich. Kupujący coraz częściej odchodzą od sieciowych produktów na rzecz bardziej indywidualnych.

Budując portfolio pięciu marek, staraliśmy się zagospodarować najszybciej rosnące nisze rynkowe – tłumaczy Wiktor Dymecki. – Jedną z przewag konkurencyjnych każdej z nich jest bardzo szybka reakcja i elastyczny model produkcji. Możemy prawie natychmiast, w zależności od potrzeb i zmieniającego się otoczenia, wypuścić nowe wzory, reagować na pogodę, nie zależymy od długich terminów dostaw. Brak tradycyjnego podziału na dwie kolekcje w ciągu roku, rozwój odzieży raczej w stronę sezonowej, dostosowanej do okazji, czasu czy pogody oraz indywidualnych potrzeb to przyszłość.

W I kwartale 2016 r. Grupa HubStyle odnotowała ponad 4,6 mln zł przychodów netto ze sprzedaży wobec niecałych 3 mln zł przed rokiem. W II kwartale wprowadziła dwie nowe marki: Kragelman – pierwszy męski brand w portfolio, oraz Freakylicks – skierowany do młodych kobiet, brand mody ulicznej. HubStyle jest właścicielem także marek Cardio Bunny, Sugarfree i Emente.

Polacy rodzice dbają o ekonomiczną przyszłość swoich dzieci. Dla ponad połowy celem jest zapewnienie im mieszkania

CEO Magazyn Polska

Możliwość zakupu własnego mieszkania, realizacja własnych pasji i ukończenie dobrych studiów to najczęściej wymieniane przez rodziców życzenia co do materialnej i nie tylko przyszłości ich dzieci. Na każdą z tych rzeczy wskazywała mniej więcej połowa ankietowanych przez Deutsche Bank. 35 proc. rodziców chce, by ich dziecko założyło własną, dobrze prosperującą firmę, a 37 proc. marzy dla nich o pracy w stabilnej firmie. Rodzice starają się też sami odkładać, by ułatwić dzieciom start w dorosłe życie.

Badanie, które przeprowadziliśmy wśród rodziców polskich dzieci, wykazało, że największym marzeniem jest zapewnienie dzieciom własnego mieszkania – informuje agencję Newseria Biznes Małgorzata Bombol, profesor Szkoły Głównej Handlowej i ekspert Deutsche Banku (DB). – Ale równie istotne, co ciekawe, jest to, żeby mogły one realizować swoje pasje, hobby, zainteresowania. Trzecią kwestią jest atrakcyjna praca dzieci w przyszłości, z czym wiąże się zapewnienie im wykształcenia.

Nieruchomość dla potomka jako cel zabiegów ojca i matki została wskazana przez ponad połowę ankietowanych (55 proc.). Kwestia ta jest istotna przede wszystkim dla mieszkańców miast, czego przyczyną mogą być wyższe tam średnie ceny lokali i mniejsze możliwości współdzielenia domów przez kilka pokoleń. Opcję tę wybierały częściej kobiety (63 proc. wobec 49 proc. mężczyzn) i osoby mające od 25 do 44 lat.

Zauważyliśmy, że im mniejszy ośrodek, tym chęć zapewnienia mieszkania dzieciom jest większa – wskazuje profesor SGH. – Tłumaczymy to faktem, że nasza próba w dużych miastach składała się raczej z bardziej zamożnych rodziców, którzy zapewniają już dzieciom przynajmniej dobry start materialny. W związku z tym bardziej dbają o inne potrzeby.

Ponad połowie rodziców najbardziej zależy na tym, aby ich dziecko miało szansę realizacji własnych pasji takich jak nauka gry na instrumencie, podróże, uprawianie sportów itp. Opcję tę znacznie chętniej wybierali ojcowie (63 proc.) niż matki (38 proc.). Była to również najbardziej popularna odpowiedź wśród lepiej zarabiających.

Niemal połowa rodziców chciałaby, aby dzieci ukończyły studia na krajowej uczelni, a 13 proc. – na zagranicznej. Pod tym względem również widoczna jest prawidłowość wynikająca z płci. O ile na studia w Polsce chętniej wskazywali ojcowie, to matki znacznie częściej chciałyby, aby dzieci zostały absolwentami uczelni zagranicznych.

Marzenia rodziców zaczynają zmieniać się wraz z ewolucją społeczeństwa – komentuje Małgorzata Bombol. – Ojcowie chcą, żeby dzieci pracowały we własnych firmach, co jest dobrym wskaźnikiem rozwoju kapitalistycznej mentalności. Natomiast matki preferują stabilną pracę na etacie, co można tłumaczyć naturalnymi zachowaniami kobiet, które zwykle dążą do bezpieczeństwa.

Niemal jedna czwarta rodziców (23 proc.) chciałaby przy tym, aby dziecko znało co najmniej jeden język obcy, a 12 proc. – aby było je stać na prywatną służbę zdrowia. Mniej wskazań otrzymały takie odpowiedzi jak posiadanie samochodu (ponad 3 proc.) czy zdolności kredytowej (2,5 proc.).

Rodzice marzą o tym, żeby zapewnić dzieciom dobry życiowy start. W związku z tym istnieje, i w naszym badaniu wyszła, pewna prawidłowość, że można próbować akumulować obecne nadwyżki w budżetach domowych rodziców z myślą o przyszłości dzieci – mówi Małgorzata Bombol.

Dobrą okazją do tego może być program „Rodzina 500 plus”, mimo że większość beneficjentów zapewne przeznaczy otrzymywane na dzieci dofinansowanie na bieżącą konsumpcję.

Z ekonomicznego punktu widzenia uważam, że jest to bardzo dobry punkt wyjścia do oszczędzania z myślą o przyszłości potomstwa. W ramach inwestycji w bezpieczne instrumenty można zakumulować całkiem pokaźny kapitał – zauważa Małgorzata Bombol. – W Europie Zachodniej młodzi rodzice, kiedy rodzi się dziecko, zakładają specjalne fundusze, z których potomek może korzystać po skończeniu 18 roku życia. Obecna sytuacja w Polsce tworzy możliwość powielania takich zachowań ekonomicznych.

Zdaniem Małgorzaty Bombol w Polsce jest pokaźna grupa klientów banków, którzy marzą o tym, aby kumulować majątek, który mogliby przekazać swoim dzieciom.

To jest w rzeczywistości marzenie o dosyć systematycznym oszczędzaniu, którego celem jest pozostawienie po sobie czegoś, co będzie mieć przełożenie na ekonomiczną przyszłość następnych pokoleń – tłumaczy profesor SGH. – Widzimy połączenie tych wyników badań z rezultatami analizy, którą przeprowadziliśmy w maju br. Wskazywała ona jednoznacznie, że „Rodzina 500 plus” to program, który może pomóc w gromadzeniu majątku dla dzieci.

Jak podkreśla, rodzina, w której właśnie urodziło się drugie dziecko, mogłaby do momentu osiągnięcia przez nie pełnoletności odłożyć ponad 100 tys. zł, pod warunkiem że program będzie obowiązywać w niezmienionym kształcie.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW w maju 2016 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń1 na Głównym Rynku o 27,4% rdr przy rosnącej liczbie transakcji (+13,0% rdr)
  • Wzrost wolumenów obrotu kontraktami terminowymi na indeksy o 21,5% rdr, a kontraktami terminowymi na akcje o 34,6%
  • Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji wzrosła o 10,5% rdr, a łączna wartości obrotu na rynku Catalyst wzrosła o 37,7% rdr
  • Wzrost wolumenu obrotu gazem na rynku terminowym o 62,3% rdr oraz o 39,2% na rynku spot
  • Wzrost wolumenu obrotu energią elektryczną na rynku spot o 19,0% w porównaniu do maja 2015 r.

Obroty akcjami na Głównym Rynku w ramach arkusza zleceń osiągnęły w maju 2016 r. wartość 12,5 mld zł, czyli o 27,4% mniej niż rok wcześniej. Jednocześnie liczba transakcji w maju 2016 r. wyniosła 1,4 mln odnotowując wzrost o 13,0 % rok do roku. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na Głównym Rynku wyniosła w maju 2016 r. 624,6 mln zł, natomiast na rynku NewConnect – 4,4 mln zł. Wartość indeksu WIG na koniec maja 2016 r. wyniosła 45 844,15 pkt i była o 17,4% niższa niż rok temu.

W maju 2016 r. wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł 312,9 tys. szt., co oznacza wzrost o 21,5% wobec maja 2015 r. Wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł rok do roku o 34,6%, do poziomu 103,9 tys. szt.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji wyniosła na koniec maja 2016 r. 74,1 mld zł, co oznacza wzrost o 10,5% rok do roku. Łączna wartość obrotu na rynku Catalyst wzrosła o 37,7% w porównaniu do maja 2015 r., do poziomu 223,1 mln zł.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w maju 2016 r. wyniósł 10,1 TWh wobec 13,9 TWh rok wcześniej. Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym na rynkach spot i terminowym wyniósł w maju 2016 r. 8,9 TWh w porównaniu z 5,6 TWh w maju ubiegłego roku.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi w maju 2016 r. wyniósł 6,2 TWh co oznacza spadek o 15,6% w stosunku do maja 2015 r.

Kapitalizacja 434 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku (GR) na koniec maja 2016 r. wyniosła 496,9 mld zł (113,4 mld EUR). Łączna kapitalizacja 487 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na GR GPW wyniosła na koniec maja tego roku 971,8 mld zł (221,8 mld EUR).

Na rynku głównym w maju 2016 r. zadebiutowały spółki: X-Trade Brokers DM SA (wartość oferty 189 mln zł), Gekoplast (przejście z NC bez oferty), i2Development SA (wartość publicznej subskrypcji akcji 34 mln zł), AIRWAY MEDIX (przejście z NC bez oferty).

Na New Connect w maju zadebiutowały spółki Voicetel Communications SA (wartość oferty 320 tys. zł) oraz E-Solution Software SA (wartość oferty 600 tys. zł). Na Catalyst w maju inwestorzy powitali PKO Bank Hipoteczny SA (emisja hipotecznych listów zastawnych o wartości 500 mln zł) oraz SAPPEERS.COM (oferta prywatna 201 tys. zł, transakcje kupna-sprzedaży 2,25 mln zł).

W maju 2016 r. na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, podobnie jak rok wcześniej.

W jakich branżach na zapłatę faktury czeka się najdłużej?

Polskie firmy są (wg badań firmy Bisnode) najbardziej niesumienne w Europie pod względem terminów regulowania płatności. W tym niechlubnym rankingu wyprzedzamy nawet borykającą się z ogromnymi kłopotami finansowymi Grecję, która jest druga (na dalszych miejscach są Portugalia, Bułgaria i Turcja). Blisko 12 proc. faktur w Polsce płaconych jest co najmniej 120 dni po terminie. Stan naszej gospodarki nie wskazuje na konieczność tak dużych opóźnień, a tymczasem w 2015 roku nastąpiło pogorszenie sytuacji. Przeciętne terminy oczekiwania na płatności były dłuższe niż rok wcześniej. Wydłużanie terminów nie świadczy więc o tarapatach finansowych przedsiębiorstw, stało się raczej normą i modelem biznesowym.

– Problemem są nie tylko opóźniane płatności, ale same terminy zapłaty wpisywane na fakturach. Bardzo często to 90 czy nawet ponad 100 dni. Jeśli do tego dodamy ilość dni „przetrzymania” faktury w wielu przypadkach okres oczekiwania na zapłatę wynosi nawet 8 miesięcy. Funkcjonowanie nawet pół roku bez wpływów wymaga dużego zapasu kapitału, na który nie wszyscy mogą liczyć. W takich praktykach przoduje budowlanka, co potwierdzają też nasze statystyki – ocenia Jarosław Nowicki z eFaktor, firmy zajmującej się faktoringiem dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Jak w umowie czy jak na budowie?

Tak długie oczekiwanie na zapłatę za wykonaną usługę czy wyprodukowany towar dla każdej firmy jest uciążliwe. Powoduje nie tylko wstrzymywanie inwestycji, ale i problemy w bieżącej działalności. Przedsiębiorstwo, które nie otrzymało zapłaty jest często zmuszone wstrzymać przelew należności swojemu podwykonawcy, a ci kolejnym. W taki sposób łańcuch opóźnień się wydłuża. Nie wszystkie firmy są w stanie to przetrwać. Szczególnie mikroprzedsiębiorstwa – na zapłatę czekają średnio 3 miesiące i 24 dni (dane Krajowy Rejestr Długów). W przypadku małych firm – a badania pokazują, że właśnie te z wyegzekwowaniem płatności mają największy problem – szybkie otrzymanie przelewu może oznaczać być albo nie być. Aż 61 proc. małych i średnich firm wskazuje, że opóźnione płatności są elementem ich codzienności (dane BIG InfoMonitor).

– Zgłasza się do nas bardzo dużo firm szukających szybszego dostępu do gotówki, za usługi które już wykonały i do których zamawiający nie miał żadnych zastrzeżeń. Przy terminach płatności idących w tygodnie, a nawet miesiące problemy są oczywiste. W dodatku małe przedsiębiorstwa mają mniejszą siłę argumentów, nie pozwalającą płynnie wyegzekwować należności od dużego partnera. Często nasze działanie polega nie tylko na szybkim wspieraniu gotówką, ale właśnie na monitowaniu odbiorcy usługi wykonanej przez naszego klienta i przypominaniu mu o terminie płatności. Mówiąc wprost – mała firma nie zawsze ma odwagę „postawić się” dużemu partnerowi w obawie o utratę kontraktu – mówi Jarosław Nowicki z eFaktor.

Silna pozycja dużych firm powoduje, że potrafią zmienić terminy płatności na fakturze jednostronną decyzją, nawet bez konsultacji z partnerami. Na czele branż, w których opóźnienia to codzienność są górnictwo, budownictwo i rolnictwo. Dla firm z tych branż to ogromny problem, a skutki są długofalowe. Dla przykładu przedsiębiorstwa budowlane wprawdzie zazwyczaj mogą dostać materiały na kredyt, ale płacąc za nie z opóźnieniem, po otrzymaniu przelewu od partnera, wydają na takie materiały znacznie więcej. To zmniejsza ich zyskowność i pomniejsza szanse na rozwój.

Wiele firm cierpiących z powodu długiego oczekiwania na zapłatę korzysta z usług banków wspierając się kredytami czy otwartymi limitami na koncie. To jednak nie tylko sporo kosztuje, ale i obciąża księgi takich firm. Alternatywnym rozwiązaniem jest faktoring, nie obciążający rachunków firmy, pozwalający szybciej otrzymać środki za wykonaną pracę, sprzedany towar lub usługę, a przede wszystkim znacznie bardziej dostępny niż kredyt firmowy.

*Dane KRD

Sieci handlowe oczami Polaków

Zaufanie Polaków względem sklepów wielobranżowych to, jak wynika z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Procontent Communication, wypadkowa kilku składników, takich jak poziom obsługi klienta, ceny oraz funkcjonujące programy lojalnościowy. Aż 40% Polaków stwierdza, że trudno im ocenić czy strategia sklepów jest względem nich uczciwa. W związku z tym komu Polacy ufają najbardziej?

Branża FMCG, czyli szybko zbywalnych i relatywnie łatwo dostępnych produktów nieustannie ewoluuje, dopasowując do aktualnych trendów i potrzeb rynkowych. Podążając za tym, modyfikacjom ulega również oferta sklepów oraz polityka wobec klientów. W raporcie pt. „Sieci handlowe oczami Polaków”, zbadano jak polskie społeczeństwo ocenia sklepy wielobranżowe.

Zdaniem ankietowanych zdecydowanie najlepszy wizerunek mają dyskonty. Według 45% pytanych, sieci takie jak Biedronka, Lidl czy Kaufland kojarzą się znacznie lepiej niż drugie w zestawieniu sklepy osiedlowe (19%). Dopiero na trzecim miejscu pod kątem wizerunkowym, konsumenci wskazali supermarkety oraz hipermarkety. Sieci Auchan, Carrefour czy Tesco postrzegane są pozytywnie pod względem tzw. Corporate Image przez 16% zapytanych.

Czy przekłada się to na konkretne marki, którym ufają Polacy? Otóż, tak. Jako trzy najbardziej godne zaufania marki sieci handlowych, uczestnicy badania wskazali Biedronkę (65%), Lidl (48%) oraz Kaufland (35%). Co ciekawe, sklepy należące do portugalskiej grupy Jeronimo Martins już od kilku lat stoją na czele najchętniej odwiedzanych. „Wysoka pozycja w badaniu zaufania klientów potwierdza, że Biedronka wybrała właściwą strategię. Oparcie oferty na produktach wysokiej jakości w przystępnych cenach, możliwych dzięki pracy nad własną efektywnością, jest najlepszym środkiem budowania lojalności klientów. Dzięki konsekwencji w tych działaniach w ciągu ponad 20 lat istnienia sieci, możemy się cieszyć nie tylko wynikami badań klientów, ale także faktem, że prawie 4 miliony Polaków codziennie wybiera sklepy Biedronka  jako miejsce swoich zakupów.” komentuje wyniki raportu Alfred Kubczak, Dyrektor ds. korporacyjnych, Jeronimo Martins Polska S.A.

Na plus branży handlowej świadczy fakt, że prawie połowa pytanych w badaniu stwierdziła, że na przestrzeni ostatnich kilku lat, nastąpiła poprawa w podejściu sklepów do klienta. Przeszło ¼ Polaków twierdzi, że nie dostrzega żadnej zmiany ze strony sklepów w zachowaniu względem konsumentów.  Jedynie dla 12% badanych nastawienie supermarketów wobec klientów uległo pogorszeniu. Odzwierciedlenie tych wyników, można zauważyć przy pytaniu o zaufanie Polaków do sieci handlowych. Na pytanie „Czy Twoim zdaniem supermarkety są uczciwe, czy nieuczciwe wobec swoich klientów?” najczęściej wskazywaną odpowiedzią było „nie wiem/ trudno powiedzieć”. Może to sugerować, iż polityka marketów nie jest wystarczająco przejrzysta dla klientów, w związku z tym, Polacy nie są w stanie ocenić czy sklepy są faktycznie względem nich uczciwe. „Jak wskazują badania, około 40% Polaków nie jest w stanie ocenić wiarygodności sklepów. Jest to wskazówka, szczególnie dla marketów i dyskontów, oznaczająca, że sieci handlowe powinny postawić na przejrzystą i klarowną politykę komunikacyjną. Dzięki temu, sklepy mogą zdecydowanie zyskać wizerunkowo” – rekomenduje Agnieszka Kozak z Procontent Communication.

Warto dbać o swoich konsumentów, ponieważ statystyczny Polak na środki pierwszej potrzeby przeznacza około 1/3 swoich miesięcznych zarobków. Należy podkreślić fakt, iż Polacy są lojalnymi klientami i nie są skorzy do zmiany wyrobionych już nawyków, również dotyczących miejsca codziennych zakupów. Aż 78% ankietowanych stwierdziło, iż w ostatnim czasie nie zmieniło sklepu, w którym kupują produkty tzw. pierwszej potrzeby. Czemu decydujemy się na zmianę sklepu, w którym zazwyczaj robimy zakupy? Najczęściej ma to związek z aspektem finansowym. Dokładnie połowa (50%) wszystkich pytanych, jako odpowiedź na pytanie o powody zmiany miejsca robienia zakupów, wskazała „atrakcyjną ofertę innego sklepu”.„Przyglądając się uzyskanym wynikom badań, można pokusić się o postawienie tezy, że „Polak jako klient to typowy łowca” – korzysta z okazji, wybiera atrakcje produktowe i cenowe. Taki sposób zachowania konsumentów jest bardzo dobrze znany i wykorzystywany przez sklepy brandowane znakiem Biedronka czy Lidl, które często rotując ofertą, wprowadzają korzystne promocje cenowe i produktowe.” – analizuje dr Krzysztof Kubiak Dyrektor Instytutu Reklamy i PR z Wyższej Szkoły Promocji, Mediów i Show Businessu w Warszawie.

Raport pt. „Sieci handlowe oczami Polaków” został przygotowany przez zespół Procontent Communication na podstawie badania opinii publicznej przeprowadzonego przez  ARC – Rynek i Opinie[1].


[1] Próba reprezentatywna dla populacji ogólnopolskiej: N=909, wiek: 15-55 lat z uwagi na: płeć, wiek, wielkość miejscowości i region GUS.

Partnerzy społeczni apelują do premier Szydło w sprawie usług in-house

Prezydium Rady Dialogu Społecznego w stanowisku przesłanym do premier Beaty Szydło zwraca uwagę, że rząd nie uwzględnił w projekcie nowelizowanej ustawy Prawo zamówień publicznych licznych wątpliwości partnerów społecznych, m.in. Konfederacji Lewiatan w kwestii usług in-house. Partnerzy apelują, aby takie usługi były uregulowane dopiero w nowym prawie zamówień publicznych.

Straty spowodowane niedopracowanymi przepisami ustawy poniosą przede wszystkim firmy oraz ich pracownicy z małych i średnich przedsiębiorstw reprezentujące polski, rodzinny kapitał. Stanie się tak wskutek zachwiania uczciwej konkurencji pomiędzy spółkami samorządowymi a prywatnymi firmami na rynku usług dla ludności. Również mieszkańcy korzystający z usług publicznych mogą przez projektowane rozwiązania otrzymać usługi niższej jakości i w wyższych cenach.

Szacuje się, że wprowadzenie usług in-house w proponowanym kształcie spowoduje, iż poza kontrolą społeczną może znaleźć się nawet 30 mld zł środków pochodzących z podatków mieszkańców gmin.

Partnerzy społeczni reprezentujący Radę Dialogu Społecznego po raz kolejny wnoszą o przeanalizowanie skutków wprowadzenia zamówień in-house i postulują o przeniesienie ich procedowania do czasu prac nad nowym prawem zamówień publicznych, które powinny się zakończyć w ciągu półtora roku.

Celem powstania Rady Dialogu Społecznego było umożliwienie stronie społecznej zajmowania stanowisk w kwestii projektów ustaw, które mają wpływ na życie gospodarcze oraz społeczne w naszym kraju. Członkowie Rady mają nadzieję, że dialog prowadzony pomiędzy stronami będzie odbywał się z poszanowaniem woli partnerów społecznych, a przede wszystkim będzie korzystnie wpływał na jakość życia Polaków.

Konfederacja Lewiatan

Prawie milion niezapłaconych mandatów za jazdę na gapę

Prawie 350 mln zł musi zwrócić miejskim przewoźnikom w całej Polsce 300 tys. gapowiczów przyłapanych na jeździe bez biletu. Zatrzymani przez kontrolerów tłumaczą, że dopiero wsiedli, nie mieli gdzie kupić albo… udają cudzoziemców zdziwionych, że za jazdę autobusem trzeba zapłacić.

W ciągu roku kwota zadłużenia gapowiczów notowanych w Krajowym Rejestrze Długów wzrosła aż o 30% i wynosi obecnie blisko 350 mln zł. Gapowicze zalegają z zapłatą za ponad 915 tys. mandatów, czyli o 250 tys. więcej niż przed rokiem.

– Taki wzrost nie oznacza, że korzystający z transportu miejskiego nagle przestali płacić za przejazdy. Powodem jest położenie większego nacisku na walkę z gapowiczami, a co za tym idzie – lepsza skuteczność w ich łapaniu – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów. – Trudno się dziwić, że przewoźnicy zaostrzyli kontrole i starają się na wszystkie możliwe sposoby zmusić dłużników do spłaty długu. 350 mln zł to kwota, za którą mogliby kupić około 150 nowych autobusów, które z pewnością przydałyby się pasażerom – dodaje.

Statystyczny gapowicz to mężczyzna w wieku 26-35 lat pochodzący z Mazowsza. Bez ważnego biletu został złapany 3 razy, a do oddania ma średnio 1167zł.

– 60% dłużników dopisanych przez przewoźników miejskich, to mężczyźni. Oni też mają do oddania lwią część łącznej kwoty zadłużenia, bo aż 210 mln zł. Panie, choć nie są wzorem, nie ryzykują tak często jak panowie – tłumaczy Łącki.

Gapowiczem rekordzistą również jest mężczyzna. Ten Wielkopolanin uzbierał dług, który wynosi aż 92 tys. zł. Na drugim miejscu tego niechlubnego podium znalazła się kobieta ze świętokrzyskiego, która musi oddać komunikacji miejskiej 71 tys. zł. Ostatnie miejsce przypadło panu, który mieszka na Mazowszu, a jego zadłużenie wynosi 41 tys. zł.

Jadący na gapę pasażerowie powinni mieć się na baczności. Przewoźnicy robią, co mogą, aby zmotywować ich płacenia za bilety. Potwierdza to Igor Krajnow z Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie.

– Najskuteczniejsze są jak najczęstsze kontrole biletów, dlatego zwiększamy systematycznie ich liczbę oraz liczbę kontrolerów. Skuteczna jest także nieuchronność kary. Pracujemy stale nad podnoszeniem skuteczności windykacji i obecnie jej współczynnik przekracza już 60%. Spory wpływ na to ma także groźba wpisania dłużnika do Krajowego Rejestru Długów – wylicza Krajnow.

Wciąż jednak wielu dłużników liczy, że uda im się uniknąć płacenia kary, choćby odwlekając zapłatę w czasie.

– Roszczenie z tytułu niezapłaconego mandatu za jazdę bez biletu ulega przedawnieniu po upływie roku. Jeśli w ciągu tego czasu, wierzyciel nie podejmie działań, by pieniądze od dłużnika wyegzekwować, dług ulega przedawnieniu. Jeśli jednak przewoźnik postara się o sądowy nakaz zapłaty, przerywa bieg przedawnienia. Wtedy ma jeszcze 10 lat na dochodzenie należności – tłumaczy radca prawny Konrad Siekierka z kancelarii prawnej Via Lex.

Za niezapłacony mandat, można trafić także do biura informacji gospodarczej, a figurowanie w Krajowym Rejestrze Długów ogranicza dostęp do kredytów, pożyczek czy usług abonamentowych.

Niewiele osób się przyznaje, że świadomie wybiera jazdę na gapę. Jak twierdzi Igor Krajnow z warszawskiego ZTM, gapowicze tłumaczą się najczęściej , że nie zdążyli skasować biletu, bo dopiero wsiedli lub twierdzą, że nie mieli gdzie go kupić. Wielu zasłania się zapominalstwem lub tym, że do przejechania mają tylko jeden przystanek. Zdarzają się jednak też tacy, którzy udają obcokrajowców nie mówiących po polsku.

Wolontariat pracowniczy coraz ważniejszym narzędziem motywacyjnym

35 proc. polskich menadżerek i menadżerów uważa wolontariat kompetencji za jedno z najlepszych narzędzi CSR w pracy. Czy inicjatywy polegające na dzieleniu się wiedzą mogą więc zdominować Corporate Social Responsibility podejmowany przez przedsiębiorców? Zapytaliśmy przedstawicieli znanych firm społecznie odpowiedzialnych.

Dlaczego firmy inwestują w CSR?

Z badania „State of Sustainable Business Survey”, przeprowadzonego w 2015 r. przez BSR/Globe Scan wśród 200 firm będących członkami organizacji Business for Social Responsibility, wynika, że przedsiębiorcy coraz częściej włączają CSR do strategii biznesowej widząc, że działania te przynoszą wymierne korzyści finansowe.

Równie ciekawe wnioski płyną z raportu Nielsen „Global Sustainability Report”. Badanie przeprowadzone wśród 30 tys. internautów pochodzących z 60 państw pokazało, że nawet użytkownicy sieci zwracają uwagę na podejmowane aktywności CSR. Jak czytamy, dla 45 proc. z nich ważne jest, by producent działał z poszanowaniem środowiska naturalnego i był zaangażowany społecznie. Z kolei 66 proc. deklaruje, że zapłaciłaby więcej za produkt czy usługę, gdyby dostawcą była firma społecznie odpowiedzialna.

Analizując pozycję CSR w Polsce, warto zwrócić uwagę na raport „Menedżerowie CSR”, sporządzony przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu we współpracy z Instytutem PBS i Deloitte. Ponad 80 proc. menedżerów i menedżerek CSR (na 133 przebadanych) odpowiedziało, że dostrzega wpływ idei Corporate Social Responsibility na sposób funkcjonowania biznesu w Polsce. Co istotne, 35 proc. z nich określiło wolontariat kompetencji jako jedno z najlepszych narzędzi CSR w pracy.

Podkreślmy, że w tegorocznym raporcie Forum Odpowiedzialnego Biznesu pojawiło się aż 113 przykładów praktyk z zakresu pracy (o 29 więcej niż w ubiegłym roku). Jak widać, CSR w ramach którego dochodzi do podnoszenia poziomu zaangażowania pracowników staje się dla polskich firm coraz ważniejszy.

Menadżerki i menadżerowie w roli mentorów

Idea wolontariatu pracowniczego skupia się na pracowniku i procesie dzielenia się przez niego posiadanymi kompetencjami zawodowymi. Analizując podejmowane przez polskie firmy aktywności w tej dziedzinie, widać, że dziś kierunkowane są głównie na dwie grupy odbiorców. Jedną z nich są studenci oraz uczniowie, szczególnie szkół technicznych i liceów profilowanych, drugą – osoby dojrzałe 55+, które uczestnicząc w akcjach CSR mają zyskać przeświadczenie, że wejście w określony wiek nie jest równoznaczne z wykluczeniem społecznym.

W przypadku wolontariatu pracowniczego kierowanego do młodych ludzi, celem jest możliwość przekazania kompetencji umożliwiających w przyszłości zdobycie lukratywnej pracy. – Uczestnikami bezpłatnych warsztatów, prowadzonych przez ekspertów z różnych firm, są bardzo starannie wybrani, młodzi ludzie, o wysokim potencjale rozwojowym do podjęcia w przyszłości pracy w zawodzie promowanym przez trenera. Nierzadko to jednocześnie osoby, które mimo ogromnego potencjału, chęci i zaangażowania, nie otrzymują odpowiedniego wsparcia ze strony otoczenia – tłumaczy Anna Dyl z Fundacji Rozwoju Talentów, koordynatorka programu CSR „Akademia Talentów”. – Pamiętajmy, że kursanci uczestniczą w szkoleniach tematycznych, zgodnych z kierunkiem ich nauczania, zainteresowaniami, indywidualnymi predyspozycjami czy szczególnymi uzdolnieniami. Dlatego, choć celem zajęć jest przekazanie wiedzy, a nie rekrutacja, nierzadko dochodzi do sytuacji, w których menadżerowie – widząc potencjał kursanta – składają mu ofertę pracy, jeszcze w trakcie lub tuż po zakończeniu szkoleń – dodaje ekspertka.

Wolontariat pracowniczy to narzędzie motywacyjne

Pamiętajmy, że jednym z największych wyzwań związanych z zarządzaniem pracownikami, szczególnie w korporacjach oraz dużych i średnich firmach, jest konieczność stworzenia satysfakcjonujących warunków pracy, w tym systemów motywacyjnych. – Dla firmy, w której zrównoważony rozwój jest nieodłączną częścią biznesu, każdy sukces zależy od zaangażowania pracowników. To oni sprawiają, że idee CSR są realizowane w praktyce i zyskują ludzki, emocjonalny wymiar. Inwestujemy więc w naszą kadrę i zachęcamy, by inicjowali oraz wdrażali konkretne pomysły. Dzięki temu każda organizowana akcja przynosi wyłącznie najlepsze rezultaty – mówi Katarzyna Dulko-Gaszyna, kierownik ds. zrównoważonego rozwoju z IKEA.

Jak dodaje Dorota Kołodzicka, specjalista ds. szkoleń i rozwoju z ZT „Kruszwica” S.A.: – Wolontariat kompetencji stanowi innowacyjną formę obecności biznesu w społeczeństwie, która przekłada się na szereg korzyści dla wszystkich zaangażowanych stron. Studenci otrzymują porcję unikalnej, specjalistycznej i praktycznej wiedzy biznesowej, a firmowi prelegenci rozwijają swoje kompetencje trenerskie, zyskując jednocześnie sposobność wzbogacenia własnej perspektywy o sugestie oraz świeże spojrzenie na zagadnienia, którymi bardzo chętnie dzielą się ludzie młodzi. Wzajemne poznanie się studentów i pracodawcy ma szansę również przełożyć się na satysfakcjonującą dla obu stron współpracę.

Pracownicy to osoby, które – niczym wykładowcy na uczelni, posiadają najbardziej pożądane z punktu widzenia młodych talentów doświadczenie, pozwalające studentom uzupełniać formalną wiedzę o konkretne kwalifikacje. Dzieląc się swoim „know how”, nie tylko uczą innych, ale i sami nabywają nowe umiejętności. Doskonalą i rozwijają kompetencje, zarówno te „miękkie”, jak i „twarde”, ponieważ sami przechodzą odpowiednie szkolenia z umiejętności trenerskich. Są więc maksymalnie angażowani, realizując ważne cele i stając się tym samym motorem napędowym w rozwoju swojej firmy.

Możliwość dzielenia się wiedzą ze studentami i uczniami w ramach „Akademii Talentów” daje naszym pracownikom dużo satysfakcji, stanowiąc jednocześnie docenienie dotychczasowych osiągnięć zawodowych. Prowadzenie warsztatów jest doskonałą odskocznią od codziennych obowiązków w pracy. Daje szansę sprawdzenia swoich umiejętności na nieco innym gruncie i zdobycia ciekawych doświadczeń zawodowych – tłumaczy Krzysztof Kuzdowicz, koordynator utrzymania ruchu z Imperial Tobacco Polska S.A. Jak dodaje ekspert: – Człowiek dostaje dodatkowego „poweru”, gdy widzi studentów i uczniów zainteresowanych tym, co stara się im przekazać. Największą nagrodą jest jednak to, że „wkręceni” w temat warsztatów uczestnicy nie mają ochoty nawet na przerwy, z zapałem chłonąc całą przekazywaną wiedzę.

Zmotywowany pracownik nie chce odchodzić

Jeszcze 4 lata temu średni koszt rekrutacji pracownika wynosił ok. 1886 zł. Dziś to 2640 zł, zatem aż 40 procent więcej. Jak czytamy w raporcie PwC „Saratoga Human Capital Benchmarking 2015”, przyczyną tak dużego wzrostu jest nie tylko emigracja zarobkowa, ale przede wszystkim deficyt osób o określnym wykształceniu i kompetencjach oraz wieloetapowość w procesie weryfikacji i zatrudniania pracowników. Dziś wybór idealnego kandydata wymaga czasu oraz solidnej dawki energii. Gdy się go znajdzie, należy podjąć takie kroki, by praca w firmie dawała satysfakcje, a nie powody do odejścia. Jak pokazują przykłady z życia wzięte, CSR w zakresie wolontariatu kompetencji to jeden z takich, dobrych motywatorów.

Polsko-Francuskie Forum Nauki i Innowacji w Krakowie

Najbliższy miesiąc minie w Krakowie pod znakiem innowacyjności. Już 8 czerwca br. odbędzie się Polsko-Francuskie Forum Nauki i Innowacji, którego celem jest przedstawienie francusko-polskiej współpracy w dziedzinie badań i innowacji a od 9 czerwca rusza małopolska edycja Akademii Komercjalizacji. To tylko niektóre wydarzenia, które

Kraków oferuje innowatorom w najbliższym czasie.

Tegoroczne Polsko-Francuskie Forum Nauki i Innowacji to druga edycja wydarzenia organizowanego przez Ambasadę Francji w Polsce, Instytut Francuski w Polsce oraz polskie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW). Wydarzenie odbędzie się w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Celem Forum jest ułatwienie francuskim i polskim naukowcom i przedstawicielom międzynarodowych laboratoriów współpracy w dziedzinie badań i innowacji oraz przybliżenie możliwości, które daje europejski program ramowy dotyczący nauki i innowacji – Horizon 2020.

Rozwój kompetencji, rozwój innowacji

Bez odpowiednich narzędzi i umiejętności nawet najbardziej innowacyjny pomysł nie mógłby być zrealizowany. Odpowiedzią na tę potrzebę jest Akademia Komercjalizacji, której małopolska edycja odbędzie się miedzy 9 czerwca a 1 lipca br. w Krakowie. To pierwszy kompleksowy cykl szkoleniowo-warsztatowy, dedykowany tematyce komercjalizacji zaawansowanych technologii.

– Komercjalizacja innowacyjnych pomysłów to proces wymagający szczególnej wiedzy oraz specyficznych umiejętności. Mimo nietuzinkowych pomysłów, zarówno naukowcom jak i przedsiębiorcom, brakuje biznesowego know-how, niezbędnego do skutecznego wprowadzenia na rynek innowacji technologicznych. Chcemy wyeliminować tę barierę dostarczając narzędzi na miarę polskich innowacyjnych projektów. – tłumaczy Piotr Koral, Prezes Zarządu Grupy INVESTIN będącej organizatorem Akademii Komercjalizacji.

Akademia Komercjalizacji składa się z 8 bloków tematycznych. W jej skład wchodzą warsztaty z zarządzania innowacjami, strategii komercjalizacji technologii, potencjału komercyjnego projektu, finansowania innowacji, prawa w procesie komercjalizacji, własności intelektualnej i przemysłowej oraz czynników sukcesu w procesie komercjalizacji.

W ocenie organizatorów Akademia Komercjalizacji ma szansę skutecznie wypełnić lukę edukacyjną w zakresie znajomości procesów komercjalizacji technologii i przyczynić się do szybszego i pełniejszego rozwoju polskiego rynku innowacji technologicznych.

Nowa gospodarka, nowe technologie

Jak Czwarta Rewolucja Przemysłowa może wpłynąć na rozwój ekonomii, technologii i społeczeństwa w Polsce? Między innymi na to właśnie pytanie będą szukali odpowiedzi uczestnicy kongresu nowej gospodarki – Impact’16. Wydarzenie odbędzie się w Krakowie w dniach 15-16 czerwca i zgromadzi przemysł, przedsiębiorców i właścicieli startupów, naukowców, inwestorów Venture Capital z sektora prywatnego i publicznego, przedstawicieli inkubatorów, akceleratorów, parków naukowo-technologicznych, przedstawicieli rządu i samorządów terytorialnych oraz innych podmiotów , oferując im unikalną platformę wielostronnego porozumienia, dialogu, nawiązywania kontaktów i budowania trwałych relacji.

Nowa siedziba JLL w Polsce

30 maja 2016 r. do nowej siedziby w Warsaw Spire wprowadzili się pracownicy oddziału konsultingowego – JLL Polska, zajmując piętra 29 i 30. W kolejnych miesiącach dołączą do nich pozostałe spółki z grupy.

Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce, mówi: „Punktem wyjścia do rozważań o kształcie naszego nowego biura było określenie, co tworzy wartość naszej organizacji i położenie nacisku na takie rozwiązania przestrzenne i technologiczne, które sprzyjają jakości pracy. Chcieliśmy stworzyć miejsce pracy przyjazne pracownikom, wspierające produktywność i kreatywność, ale i odzwierciedlające „ducha firmy”. Poza uniwersalnymi kryteriami wyboru powierzchni biurowej, myśleliśmy o jakości przestrzeni, jej wykorzystaniu i zaprojektowaniu w odpowiedni sposób. Workplace Strategy, czyli opracowywanie strategii środowiska pracy, to jedna z usług, jakie oferujemy naszym klientom. Usługa ta jest w Polsce coraz bardziej popularna, coraz więcej firm analizuje swoje środowisko pracy i odpowiednio modyfikuje wymagania. My zdecydowaliśmy się na pełną analizę środowiska pracy, i w konsekwencji całkowicie zmieniliśmy nasze biuro, próbując jak najlepiej dopasować je do potrzeb pracowników, a jednocześnie poprawić komunikację, produktywność i współpracę. Wierzę, że to się udało.”

Firma JLL przeprowadziła cały proces analizy optymalizacji środowiska pracy, obejmujący m.in. badania wykorzystania przestrzeni, ankiety wydajności miejsca pracy, wywiady z kadrą zarządzającą czy warsztaty w grupach fokusowych.

„Opracowaliśmy nową aranżację biura z uwzględnieniem stylów pracy, nowego rozkładu stanowisk, funkcji oraz lokalizacji poszczególnych działów. Stworzyliśmy przestrzeń dostosowaną zarówno do pracy w grupie, w obrębie własnego działu, jak również pracy projektowej z osobami z różnych departamentów czy pracy w pełnym skupieniu” – mówi Regina Gul, Starszy Kierownik Projektu, odpowiedzialna za Workplace Strategy w JLL.

Na każdym piętrze znajduje się od 15 do 20 sal różnej wielkości. Są to m.in. małe sale do pracy w skupieniu, pokoje kreatywne, sale do spotkań wewnętrznych. Pracownicy JLL mają do dyspozycji także duże kuchnie ze stołami wysokimi i niskimi, fotelami i miękkimi pufami. W biurze jest także kilka bibliotek, czyli stref ciszy. Pracownicy JLL będą również mogli spotykać się w miejscu nazwanym „Town Hall”, czyli dużej przestrzeni do odpoczynku, relaksu, świętowania sukcesów czy np. wspólnego oglądania wydarzeń sportowych. Na piętrze 30 została zaaranżowana specjalna strefa klienta. Znajduje się w niej 12 nowocześnie wyposażonych sal konferencyjnych, a największe 4 można połączyć, tworząc przestrzeń konferencyjną na 100 osób.

Joanna Gajewska-Sokołowska, Dyrektor Operacyjny, JLL EMEA Centre of Excellence, dodaje: „Konsolidacja usług JLL oferowanych klientom lokalnym i globalnym w jednej lokalizacji to nie tylko usprawnienie operacyjne, ale przede wszystkim bardziej kompleksowa obsługa dzięki łatwiejszemu przepływowi informacji pomiędzy zespołami.”

Firma JLL angażuje się w ochronę środowiska, dbając równocześnie o zdrowie i samopoczucie pracowników, czego dowodem jest przeprowadzany obecnie proces certyfikacji BREEAM nowej powierzchni biurowej.

Autorami koncepcji aranżacji wnętrz oraz wykonawcą prac budowlanych była firma Tétris, spółka z grupy JLL.

Dział Reprezentacji Najemcy JLL był odpowiedzialny za analizę rynku, identyfikację odpowiednich budynków biurowych oraz negocjacje warunków finansowych umowy najmu. Analiza środowiska pracy i zarządzanie procesem wykończenia wnętrz zostało zrealizowane przez Dział Zarządzania Projektami firmy JLL, który obecnie prowadzi również certyfikację BREEAM nowej powierzchni.

Magdalena Piotrowska objęła stanowisko brand managera muzycznej marki Casio

Magdalena Piotrowska - nowy brand manager instrumentów muzycznych Casio
Magdalena Piotrowska – brand manager instrumentów muzycznych Casio

Magdalena Piotrowska objęła stanowisko brand managera muzycznej marki Casio. Jako dotychczasowy marketing manager odpowiedzialna była za działania dedykowane kalkulatorom jak też instrumentom muzycznym Casio. Teraz odpowiadać będzie za całokształt działań marketingowych i komunikacyjnych, a także import i politykę cenową produktów z muzycznych linii Casio, do których należą m.in. Celviano, Privia, CDPoraz najnowsze keyboardy MZ.

Nowa brand manager jest pomysłodawczynią projektu CASIO Something in the AiR
oraz konkursu wspierającego debiutantów CASIO Zgrani, której twarzami są muzyk Czesław Mozil, videoblogerCyberMarian oraz pianista Tomasz Stroynowski. Pod jej kierunkiem marka Casio systematycznie podkreśla wysoką jakość techniczną i profesjonalne zastosowania cyfrowych instrumentów klawiszowych oraz wiąże swój wizerunek z koncertującymi muzykami.

Jej nowym ambasadorem został Buslav – kolejny debiutujący projekt muzyczny,któremu patronuje marka. W 2015 Casio pod kierunkiem Magdaleny Piotrowskiej z sukcesem wprowadziło na rynek pianino hybrydowe GP-500 oraz GP-300. Flagowe instrumenty linii Celviano, stworzone we współpracy z uznanym producentem fortepianów C. Bechstein, docenione zostały przez wielu artystów i systematycznie pojawiają się na scenach podczas recitali.

Magdalena Piotrowska z marketingiem instrumentów muzycznych związana jest od 2013 roku. W jej portfolio znajdują się m.in. marki: Steinway & Sons, Boston, Essex, Casio, Hagstrom, Tanglewood i Mapex. W 2013 roku koordynowała przejęcie i relaunch marek należących do Rodziny Steinway na polskim rynku i od tego czasu odpowiada za ich marketing i komunikację.  Z sukcesem ożywiła wizerunek legendarnego wytwórcy fortepianów, odbudowała zaufanie do subbrandówBoston i Essex istotnie zwiększając ich udział w rynku oraz zbudowała szereg relacji z muzykami, wśród których znaleźli się czołowi polscy pianiści m.in. Włodek Pawlik, Wojciech Majewski, Aleksander Dębicz, Stanisław Soyka czy Tomasz Betka.

Grupa home.pl ciągle na „domenowym” szczycie

Z opublikowanego przez NASK raportu wynika, że na koniec pierwszego kwartału 2016 roku liczba aktywnych nazw domen .pl wyniosła ponad 2,7 mln. Zdecydowanym liderem w ich obsłudze oraz rejestracji nowych o tej samej końcówce jest niezmiennie grupa home.pl.

– Ponad milion użytkowników internetu dysponuje ponad 2.7 mln domen z końcówką .pl – mówi Dariusz Kowalski, lider zespołu produktowego w home.pl. – Średnio każdy dysponent domeny .pl zabezpiecza co najmniej 2,7 domeny z nazwą swojej działalności bądź zainteresowania. Jeszcze w 2011 roku obsługiwanych było 2 mln domen .pl.

Co jeszcze można wyczytać z raportu NASK? Pierwszy kwartał 2016 roku był trzecim najlepszym wynikiem w rejestracji nowych domen w historii rejestru .pl.  Zostało wtedy zarejestrowanych 290 530 nowych domen .pl. To prawie 6 tys. więcej niż w pierwszym kwartale 2015 roku.

– Oznacza to, że sukcesywnie rośnie świadomość Polaków zabezpieczenia swojej marki w sieci – mówi Kowalski. – Domena .pl pozostaje zdecydowanie najbardziej popularna w Polsce, deklasując takie rozszerzenia jak .com, .eu, czy nowe domeny globalne typu .tech, .pizza.  Widoczne jest przywiązanie do narodowej domeny, jako najbardziej rozpoznawalnej w prowadzeniu biznesu.

Z raportu NASK wynika także, że w pierwszym kwartale 2016 roku pierwsze miejsce w obsłudze domen .pl zajęła grupa home.pl (home.pl, az.pl, premium.pl), z wynikiem 33,72 proc. Daleko w tyle została Nazwa.pl (21,09 proc.) i Consulting Service (9,68 proc.).

A jak wygląda statystyka rejestracji nowych domen .pl? Tutaj też daleko przed konkurencją znalazła się grupa home.pl. Uzyskała ona 39,04 proc. udziałów w nowych rejestracjach nazw domen .pl, czyli znacznie więcej niż Nazwa.pl (23,45 proc.).

Szczegółowy raport NASK dostępny jest tutaj: http://www.dns.pl/NASK_Q1_2016_RAPORT.pdf

Atman dystrybutorem CloudFlare’a

Liczba ataków typu DDoS stanowi coraz większe zagrożenie. W odpowiedzi na wzrost aktywności cyberprzestępców Atman, operator krajowej sieci światłowodowej i największego polskiego centrum danych, przystąpił do współpracy partnerskiej i rozszerzył ofertę o usługi CloudFlare. Przedsiębiorcy mogą liczyć nie tylko na atrakcyjną cenę i inny dobór funkcji w pakietach usługi niż w bezpośredniej ofercie CloudFlare’a, ale także na polską linię wsparcia technicznego i polski system płatności.

Recepta na ataki

CloudFlare to amerykańska firma, która w 2011 otrzymała od Wall Street Journal tytuł najbardziej innowacyjnej firmy IT. Spółka trzyma swoje serwery w ponad 70 centrach danych rozsianych na całym świecie. Takie rozłożenie ruchu jest w stanie znacząco zminimalizować efekty potencjalnego ataku DDoS. Dzięki wykorzystaniu mechanizmów globalnej sieci firma co miesiąc analizuje ponad miliard nowych unikatowych adresów IP. Rozmiary śledzonego ruchu pozwalają na szybką identyfikację groźnej aktywności i sieci botnet stosowanych w atakach DDoS. – CloudFlare potrafi klasyfikować zagrożenia i właściwie dobierać działania przeciwdziałające przeciążeniu serwerów. Chroni warstwy: sieciową i transportową (3 i 4) oraz aplikacji (7) tzw. modelu OSI, czyli obszary zdecydowanej większości ataków – wyjaśnia Ewelina Hryszkiewicz z Atmana.

Należy do nich zaliczyć jeden z najpopularniejszych ataków, którego celem jest wygenerowanie dużego ruchu skierowanego na pojedynczy adres IP. W efekcie zajmuje on tak znaczną część przepustowości, że zarówno odwiedzający, jak i administratorzy nie są w stanie uzyskać dostępu do serwera.

Szybko, szybciej

Usługa pozwala także na przyspieszenie ładowania strony dzięki wykorzystaniu rozproszonego systemu dostarczania treści (CDN). – CloudFlare przyspiesza czas wczytywania stron, ponieważ łączy się z serwerami zlokalizowanymi najbliżej użytkownika i stosuje automatyczną optymalizację kodu strony. Co więcej, dzięki wykorzystaniu systemu CDN zapisuje i wyświetla użytkownikom aktualną wersję strony, nawet jeśli ta przestanie działać z powodu nagłej awarii zasilania czy ataku na infrastrukturę. CloudFlare wyświetli wówczas odwiedzającym ostatnio zapisaną wersję serwisu – tłumaczy Ewelina Hryszkiewicz z Atmana.

Usługa CloudFlare jest skierowana do wszystkich przedsiębiorstw prowadzących działalność w Internecie – zarówno do dużych firm i instytucji finansowych, jak i serwisów e-commerce czy małych firm. CloudFlare oferowany jest w 4 pakietach taryfowych. Ceny mieszczą się w zakresie od 12 zł do 870 zł miesięcznie, w zależności od wybranego planu. Poszczególne plany różnią się funkcjami, poziomem szyfrowania czy czasem analizy ruchu przychodzącego do serwisu. – Zdecydowaliśmy, że na tym etapie zapewnimy specyfikację techniczną i panel zamówienia usługi w języku polskim wraz z obsługą billingową, a także wsparcie polskich konsultantów, samo zarządzanie usługą natomiast pozostawimy w oryginalnym panelu CloudFlare’a – wyjaśnia Ewelina Hryszkiewicz.

DDoS na zamówienie

DDoS to coraz większy problem Internetu. Ataków jest coraz więcej i są coraz potężniejsze. Na początku roku miał miejsce rekordowy atak na infrastrukturę sieciową największego publicznego nadawcy na świecie – BBC – który osiągnął przepustowość rzędu 600 Gb/s. Przez ponad 3 godziny witryna była niedostępna. – To rekordowy atak w historii – zwraca uwagę Ewelina Hryszkiewicz z Atmana. – DDoS już wcześniej paraliżował działalność banków czy instytucji publicznych, ale łupem cyberprzestępców coraz częściej padają małe firmy. W zasadzie to nie jest kwestia „czy”, tylko „kiedy” przyjdzie zmierzyć nam się z takim atakiem – dodaje Ewelina Hryszkiewicz.

Według danych firmy Akamai, liczba ataków DDoS wzrosła w ubiegłym roku o 180%. Nic dziwnego – wystarczy zaledwie 5 dolarów, by zamówić atak DDoS o natężeniu 5 Gb/s. Za 30 dolarów można zlecić atak, który całkowicie zablokuje serwery przedsiębiorstwa przynajmniej przez dwie godziny. Są to ceny niewspółmiernie niskie do strat, które ponoszą firmy na skutek przerw w działalności.