Zaprogramować pracę marzeń – Inżynierskie Targi Pracy 2014

Dziś tj. 18 marca, ruszają w Warszawie Inżynierskie Targi Pracy 2014. To największe tego typu wydarzenie w Polsce skupi przez 2 dni przedstawicieli 75 czołowych firm, w dużej mierze operujących w najdynamiczniej rozwijającej się dziś branży IT.

Stołeczne targi z roku na rok stają się coraz ważniejszym punktem na HR-owej mapie Polski. Tylko w zeszłym roku Dużą Aulę Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej odwiedziło blisko 33.000 studentów z całego kraju. Odbywające się już po raz 21. wydarzenie stanowić będzie doskonałą okazję zarówno dla żaków i absolwentów kierunków ścisłych, jak i przedstawicieli czołowych przedsiębiorstw na rynku pracy. Ci pierwsi otrzymają wiele cennych informacji na temat aktualnych akcji rekrutacyjnych, a także wymagań stawianych potencjalnym pracownikom. Ci drudzy – poczynią pierwsze kroki w kierunku pozyskania dla siebie najlepszych, pełnych innowacyjnych pomysłów oraz gotowych na nowe wyzwania studentów. – Inżynierskie Targi Pracy to uznana marka na krajowym poletku rekrutacyjnym. Impreza ta od wielu lat cieszy się ogromną popularnością wśród studentów warszawskich uczelni technicznych – m.in. miejscowej Politechniki i Uniwersytetu, Wojskowej Akademii Technicznej, Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego czy Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych. To znakomita baza zasobów ludzkich, w której możemy znaleźć przyszłego specjalistę – zauważa Tomasz Krawczyński, dyrektor polskiego oddziału brytyjskiej firmy Mobica.

Inżynierskie Targi Pracy to nie tylko ekspozycje pracodawców – goście wydarzenia będą mogli skorzystać także z bogatej oferty szkoleniowej. Dla uczestników zorganizowane zostaną 24 darmowe warsztaty, które poprowadzą przedstawiciele wystawiających się firm. Przybliżą oni w ten sposób studentom swe wartości, charakterystykę danej pracy oraz stawiane przez siebie wymagania. Tematyka spotkań? W sporej mierze skupiona wokół IT, ale jednocześnie bardzo rozległa – każdy powinien więc znaleźć interesujące go zagadnienie.

Podczas targów po raz kolejny odbędzie się również finał plebiscytu „Pracodawca dla Inżyniera”. Studenci tradycyjnie już wybiorą firmę, która ich zdaniem proponuje najlepsze środowisko dla rozwoju kariery oraz własnych zainteresowań. – Ta nagroda to duży prestiż i jasny znak dla osób poszukujących pracy – „tak, to pracodawca na poziomie”. Dokładamy wszelkich starań, by nasi pracownicy czuli się u nas docenieni i mieli świadomość prawdziwego rozwoju. Zdobycie statuetki „Pracodawca dla Inżyniera” byłoby dla nas ogromnym wyróżnieniem – podsumowuje Tomasz Krawczyński.

Zalety video marketingu okiem eksperta

Co minutę do YouTube trafia ponad 100 godzin materiału video, a co miesiąc ponad miliard osób na całym świecie odwiedza serwis, aby obejrzeć na nim różnorodne treści. Korzystanie z video jako narzędzia marketingowego jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się trendów w mediach interaktywnych. Według Brightcove, od września 2010, aż 85% marketingowców zdecydowało się wykorzystać video do promocji usług i produktów.

Jeszcze kilka lat temu stworzenie strony internetowej było zabiegiem pozwalającym na znaczne wyprzedzenie konkurencji. Dzisiaj serwis www, który jest najszybszą formą dotarcia do klienta, to nieodzowny element marketingu każdego przedsiębiorstwa. Aby się wyróżnić należy odważnie sięgać po nowe środki. Jednym z nich jest wciąż raczkujący video marketing, który dzięki swoim możliwościom w pełni zasługuje na uznanie wśród marketerów. Sposób promocji, który jak żaden inny szanuje permanentny brak czasu klientów oraz udziela błyskawicznych i wyczerpujących odpowiedzi zdobywa coraz więcej zwolenników.

Prognozy dotyczące video online mówią, iż do 2015 roku będzie ono wymogiem, nie dodatkową atrakcją. Już dzisiaj usługi dotyczące takich realizacji znacznie wykraczają poza standardowe obszary reklam zarówno telewizyjnych, jak i Internetowych. Coraz więcej firm wykorzystuje produkcję video do tworzenia marketingowych treści online, webmercials (infomercials), filmów promocyjnych, filmów i szkoleń korporacyjnych oraz nadawanych na żywo webcastów.

Video w sieci pomaga stworzyć interaktywne doświadczenie, które angażuje użytkownika i jednocześnie pozwala przemawiać bezpośrednio do niego – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET. Ponad to wykorzystuje ono wizualne, akustyczne i motoryczne możliwości oraz odwołuje się do emocji, przez co zwiększa szanse na coraz bardziej konkurencyjnym rynku reklamowym.

Lepsza komunikacja z klientem tworzy silniejsze relacje, a to z kolei zachęca go do zakupu. W celu jej usprawnienia trzeba przede wszystkim udowodnić oglądającym, iż ich uwaga jest warta czasu i wysiłku poświęconego do produkcji materiału. Następnym krokiem jest zapoznanie się ze zwyczajami grupy docelowej. Powszechnie wiadomo, iż konsument woli poświęcić 2-3 minuty na oglądnięcie video, zamiast 15 minut na przeczytanie tekstu. Jest głodny informacji, ale ma mało czasu żeby ją przyswoić. Ponad to, przeciętny użytkownik Internetu poszukuje informacji przeglądając video na serwisach sharingowych – YouTube notuje ponad 4 miliardy odsłon dziennie, co sprawia iż jest on drugą co do wielkości wyszukiwarką. Dodatkowym atutem jest to, iż filmy video są łatwe do wyszukiwania – jest to około 70% ze 100 najlepszych notowań w Google.

Istotnym elementem całej strategii jest to, że video które trafia do sieci przez długi okres czasu zachowuje swoją świeżość. Dodatkowo, jeśli odpowiednio wykorzystamy media społecznościowe istnieje duża szansa, że dotrzemy z komunikatem do wielu odbiorców w bardzo krótkim czasie. – komentuje Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET.

Wpasowując się w aktualne trendy, uznaliśmy jednogłośnie, iż skuteczna promocja usługi NR1WINTERNECIE musi angażować grupę docelową w taki sposób, który nie zagwarantuje żadna inna forma przekazu poza video produkcją. Założeniem realizacji video dla NR1WINTERNECIE była również swoista synchronia. Video promujące usługę bawi, edukuje i inspiruje jednocześnie. – dodaje Kamila Szwagiel.

Nie ważne czy korzystamy z krótkiego intro, streszczonego webmercial’u lub pełnej długości filmu promocyjnego. Video, idealny przykład popularnej tendencji opartej na wykorzystaniu technologii, wyróżni każdą stronę i pomoże rozszerzyć zasięg na rynku. Ponad to, odpowiednio promowane zadziała w sieci jak perpetuum mobile – raz puszczone w ruch będzie działać bez ustanku.

Rusza kolejna edycja biznesowych „Oskarów”

Do 15 czerwca br. przedsiębiorcy mogą zgłaszać się do udziału w 12. polskiej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku. Laureaci zostaną wyróżnieni w trzech kategoriach: Produkcja i Usługi, Nowe Technologie / Innowacyjność oraz Nowy Biznes. Przedsiębiorca Roku 2014 reprezentować będzie Polskę w międzynarodowym finale w Monte Carlo, w którym spotkają się wszyscy zwycięzcy lokalnych edycji konkursu – z ponad 60 krajów świata.

Niezależne od EY Jury konkursu wyróżni najlepszych twórców firm, charyzmatycznych przywódców biznesowych i innowacyjnych wizjonerów, których przedsiębiorczość, determinacja, jak również wkład w rozwój polskiego biznesu zasługuje na uznanie.

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy do 15 czerwca br. wypełnić formularz aplikacyjny dostępny na stronie http://www.przedsiebiorcaroku.pl/. Tegoroczna edycja przynosi zmiany w kategoriach konkursu. Połączone zostały w jedną kategoria Produkcja i Usługi, do której mogą zgłaszać się przedsiębiorcy zarządzający firmami z minimum 20 mln przychodem za ubiegły rok. Bez zmian pozostaje kategoria Nowy Biznes, gdzie szansę na wygraną mają młode innowacyjne firmy, których działalność nie przekracza pięciu lat. Debiutuje natomiast kategoria Nowe Technologie / Innowacyjność, która powstała z myślą o twórcach firm wyprzedzających konkurencję pod względem zastosowanych rozwiązań innowacyjnych. Kandydaci startujący w tej kategorii muszą działać na polskim rynku przynajmniej dwa lata, a ich przychody ze sprzedaży powinny przekraczać 5 mln zł. Rozstrzygnięcie 12. edycji konkursu, w tym przyznanie tytułu Przedsiębiorca Roku 2014, nastąpi w listopadzie br. podczas uroczystej Gali Finałowej, która będzie transmitowana przez dwie stacje telewizyjne: TVN24 i TVN24 Biznes i Świat.

Z ogromną satysfakcją witamy kolejnych partnerów naszego konkursu i z niecierpliwością czekamy na zgłoszenia. W tym roku po raz pierwszy można zaistnieć w którejś z dwóch nowoutworzonych kategorii. Pierwsza z nich daje pole do popisu firmom produkcyjno-usługowym, a druga bardzo mocno akcentuje technologiczną innowacyjność. Polska przedsiębiorczość bardzo szybko się rozwija i zmienia, a my staramy się zmieniać konkurs w podobnym rytmie. Dwunasta edycja przynosi szerokie otwarcie na kandydatów reprezentujących dojrzałe, wygrywające na wymagających rynkach biznesy, ale i na początkujących, młodych wizjonerów. Rośnie też wartość i ranga wygranej, bo coraz istotniejsza jest dla polskich firm silna promocja poza granicami naszego kraju. A właśnie to można zdobyć wraz z konkursowym laurem. – przypomina Barbara Górska, która od 2006 kieruje polską edycją konkursu.

Oceniając kandydatów, w pełni niezależne od EY grono jurorskie weźmie pod uwagę m.in. takie kryteria jak: przedsiębiorczość, strategia firmy, wyniki finansowe, działalność międzynarodowa, innowacyjność oraz relacje z pracownikami i otoczeniem, w którym dana firma funkcjonuje. Jurorzy dokonają wyboru również w oparciu o kryteria pozaekonomiczne, takie jak: pasja, determinacja, wizja, etyka, czy zaangażowanie w przedsięwzięcia na rzecz lokalnych społeczności.

W skład niezależnego od EY Jury wchodzą wybitne osobistości polskiego biznesu oraz zwycięzcy minionych edycji konkursu:

„ Jan Krzysztof Bielecki – Przewodniczący Jury, Przewodniczący Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów
„ Leszek Czarnecki – Przewodniczący Rady Nadzorczej Getin Holding
„ Andrzej Dębowski – Prezes DIE Inwestycje
„ Ryszard Florek – Przedsiębiorca Roku 2010, Prezes Zarządu FAKRO
„ Jerzy Koźmiński – Prezes Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności
„ Piotr Mikrut – Przedsiębiorca Roku 2009, Prezes Zarządu Fabryki Farb i Lakierów Śnieżka
„ Krzysztof Pawiński – Przedsiębiorca Roku 2011, Prezes Grupy Maspex Wadowice
„ Ewald Raben – Przedsiębiorca Roku 2012, Prezes Grupy Raben
„ Jacek Siwicki – Prezes Enterprise Investors
„ Andrzej Wiśniowski – Przedsiębiorca Roku 2013, twórca firmy WIŚNIOWSKI

EY Przedsiębiorca Roku to jedyna tej skali międzynarodowa inicjatywa promująca najlepszych przedsiębiorców na świecie. Od 12 lat również w Polsce konkurs wspiera rozwój najbardziej wartościowych polskich firm prywatnych. Kryteria konkursu są spójne we wszystkich lokalnych edycjach – dając przedsiębiorcom z całego świata równe szanse w rywalizacji o zwycięstwo w międzynarodowym finale World Entrepreneur of the Year, odbywającym się co roku w Monte Carlo. W tym roku w światowym finale konkursu w Monte Carlo Polskę reprezentować będzie Przedsiębiorca Roku 2013, Andrzej Wiśniowski, twórca firmy WIŚNIOWSKI.

Dotychczasowymi zwycięzcami polskiej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku byli Krzysztof Pawłowski (Wyższa Szkoła Biznesu National-Louis University w Nowym Sączu), Zbigniew Sosnowski (Kross), Tadeusz Winkowski (Quad/Graphics), Maciej Duda (Polski Koncern Mięsny DUDA), Dariusz Miłek (CCC), Michał Kiciński i Marcin Iwiński (CD Projekt), Piotr Mikrut (Śnieżka), Ryszard Florek (FAKRO) Krzysztof Pawiński (Grupa Maspex), Ewald Raben (Grupa Raben) oraz Andrzej Wiśniowski (WIŚNIOWSKI).

Kompania Piwowarska powiększyła centrum dystrybucji w Swarzędzu

Kompania Piwowarska rozpoczęła użytkowanie nowego centrum dystrybucji piwa w Swarzędzu. Dzięki tej inwestycji KP będzie mogła lepiej zarządzać logistyką dystrybucji, sprawniej dostarczać piwo do klientów i zwiększyć zatrudnienie.

Na przełomie lutego i marca Kompania Piwowarska przejęła w Centrum Logistyczno-Inwestycyjnym Poznań w Swarzędzu halę o powierzchni ok. 20 tysięcy m2, tj. dwukrotnie większą niż dotychczas używana. Ta olbrzymia powierzchnia stanowi aż 18% całej powierzchni magazynowej użytkowanej przez KP. Większe centrum firma posiada jedynie w Tychach. Kompania Piwowarska związała się kilkuletnią umową z CLIP, ponieważ traktuje nowe centrum jako miejsce strategiczne dla dystrybucji piwa do klientów z zachodniej Polski.

Więcej miejsca, więcej pracy, więcej piwa

Zwiększenie użytkowanej powierzchni i idące za tym zmiany w logistyce dystrybucji pozwolą zwiększyć zatrudnienie w Swarzędzu. W sezonie w nowym magazynie będzie pracować ok. 100 osób, czyli prawie dwukrotnie więcej niż do tej pory.

Nowe centrum dystrybucji to z jednej strony odpowiedź KP na rosnące oczekiwania rynku w zakresie obsługi logistycznej, z drugiej wyjście naprzeciw planom sprzedaży w kolejnych latach. Lider branży piwowarskiej szacuje, że sprzedaż z tego centrum dystrybucyjnego osiągnie w sezonie 0,9 mln hektolitrów, czyli blisko 3 razy więcej niż w ubiegłym roku. Dzięki nowemu magazynowi KP będzie mogła też lepiej obsługiwać klientów.

– Zdecydowaliśmy się powiększyć powierzchnię centrum dystrybucyjnego w Swarzędzu, by realizować dostawy bardziej precyzyjnie: szybko i terminowo. Nowy magazyn pozwoli zwiększyć częstotliwość dostaw i bardziej sprawnie dotrzeć do klientów – tłumaczy Marcin Andrzejczak, regionalny kierownik ds. logistyki w Kompanii Piwowarskiej.

Po przeprowadzce do nowej przestrzeni, ze Swarzędza będzie wyjeżdżać 12 samochodów ciężarowych wypełnionych piwem na godzinę. Ta liczba jest porównywalna jedynie z mocą załadunkową browaru w Tychach i Poznaniu. Większa moc oznacza rozszerzenie zasięgu działania centrum dystrybucji w Swarzędzu. W praktyce oznacza to, że Swarzędz przejmie część sprzedaży od browaru w Poznaniu. Ta zmiana ułatwi browarowi obsługę zwiększonych mocy rozlewowych wynikających z poczynionych w październiku ubiegłego roku inwestycji w nową linię butelkową.

To nie jedyna inwestycja KP w Swarzędzu, gdzie pod koniec marca zacznie funkcjonować także nowy magazyn materiałów promocyjnych i wyposażenia dla gastronomii o powierzchni około 6 tysięcy m2. Znacząco poprawi on funkcjonalność zaopatrywania rynku w te materiały.

Polski rynek artykułów kosmetycznych wzrósł o 2% w 2013 r.

Polski rynek kosmetyczny to rynek dojrzały, ustabilizowany, ale nadal podlegający przemianom. Stale rozwija się, choć w zdecydowanie wolniejszym tempie w porównaniu z okresem do 2009 roku, co jest głównie wynikiem niższych wydatków konsumenckich. Według szacunków zawartych w najnowszym raporcie PMR „Rynek dystrybucji artykułów kosmetycznych w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”, w 2013 roku rynek zanotował wzrost o 2% i osiągnął wartość niemal 20 mld zł. Zgodnie z naszymi prognozami, do końca 2016 roku wartość ta wzrośnie do 23 mld zł.

Dyskonty rosną najszybciej
Kanałem, który notuje w ostatnich latach największe dynamiki wzrostu, są dyskonty spożywcze. Nie tylko szybko zwiększają liczbę swych placówek, ale również przyciągają do sklepów coraz więcej klientów. Do dynamicznego wzrostu sprzedaży w dyskontach przyczyniło się również znaczne rozszerzenie przez te sklepy oferty markowych kosmetyków. Tym samym dyskonty zaczęły odbierać klientów nie tylko hipermarketom, ale również drogeriom.

Sieci drogerii to kanał, który również rośnie w dwucyfrowym tempie. Dzieje się tak na skutek zwiększania liczby placówek przez duże zagraniczne sieci, zwłaszcza przez lidera rynku – sieć Rossmann. Ponadto, w szybkim tempie rozwijają się sieci franczyzowe, m.in. Drogerie Laboo i Drogerie Polskie, co powoduje, że liczba placówek sieciowych zwiększa się o kilkaset rocznie, a tym samym segment sieci szybko zyskuje udziały w rynku kosztem placówek niezależnych. Już ponad 1 800 niezależnych sklepów drogeryjnych w Polsce działa w ramach systemów franczyzowych i partnerskich.

„Niska cena to w obecnych czasach jeden z najważniejszych wyznaczników zakupu kosmetyku. Konsumenci mają swoje ulubione marki, ale szukają okazji do ich zakupu, czekają na promocje. Kupują teraz bardziej ekonomicznie, sięgają po tańsze produkty i częściej wybierają marki własne. Mając to na uwadze, producenci wprowadzają tańsze linie kosmetyków oraz obniżają ceny swoich sztandarowych produktów, a detaliści coraz częściej stosują różnego rodzaju promocje. Ponadto, drogerie obniżają ceny, aby móc konkurować z dyskontami, które oferując coraz więcej markowych kosmetyków, odbierają im klientów. Ekspansja dyskontów oraz opinia taniego sklepu, jaką się cieszą powodują, że coraz więcej osób dokonuje tam zakupów spożywczych, przy okazji kupując również dostępne kosmetyki. W wyniku tej wojny cenowej spada lub wolniej rośnie wartość poszczególnych kategorii produktowych, spadają marże, a tym samym pogarsza się rentowność branży”, komentuje Patrycja Nalepa, starszy analityk handlu w firmie PMR.

Rossmann umacnia pozycję
Rosnąca dominacja rynkowa sieci Rossmann jest również widoczna w naszym badaniu przeprowadzonym na potrzeby raportu – aż 63% respondentów wymieniło spontanicznie jej nazwę w pytaniu o podanie preferowanego miejsca zakupu kosmetyków. Jest to zauważalna zmiana na korzyść tej sieci o 9 p.p. w stosunku do ubiegłorocznych notowań. W drugiej kolejności najczęściej wymienianą była firma Avon, która również odnotowała wzrost wskazań, o 3 p.p.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek dystrybucji artykułów kosmetycznych w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Po 2020 r. warszawskie elektrociepłownie będą wykorzystywać coraz mniej węgla. Zastąpią go gazem

PGNiG Termika, największy dostawca ciepła dla Warszawy, zapowiada stopniowe zastępowanie węgla kamiennego gazem w procesie produkcji ciepła. W stołecznych elektrociepłowniach powstaną więc nowe bloki na gaz. Inwestycje potrwają co najmniej do 2020 r. Spółka rozwija się także poza Warszawą, m.in. poprzez wspólną z Tauronem inwestycję w Stalowej Woli.

 – Plany inwestycyjne mamy ambitne. Główną inwestycją jest realizowany wspólnie z Tauronem blok gazowo-parowy w Stalowej Woli, gdzie jesteśmy właścicielem 50 proc. akcji. Ta inwestycja, warta 1,4 mld zł, będzie oddana w połowie 2015 roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Gajewski, prezes zarządu PGNiG Termika.

Budowa nowego bloku gazowo-parowego w Elektrociepłowni Stalowa Wola ruszyła w grudniu 2012 r. Jego moc wyniesie 450 megawatów. Blok ma od początku pracować w wysokosprawnej kogeneracji, czyli wytwarzać równocześnie energię elektryczną i cieplną.

Taki sam blok powstanie niedługo w Elektrociepłowni Żerań. PGNiG Termika chce rozpisać przetarg w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Jak podkreśla Andrzej Gajewski, to bardzo istotna inwestycja, bo wpłynie na dywersyfikację dostaw paliwa. Przewidywany termin oddania nowego bloku w EC Żerań to 2018 r. Zwiększy ona możliwości produkcyjne energii elektrycznej przez elektrociepłownię o 50 proc.

W tej chwili wszystkie elektrociepłownie należące do PGNiG TERMIKA, czyli Żerań, Pruszków i Siekierki, działają na węgiel oraz w niewielkim zakresie na biomasę.

 – Nowy blok na Żeraniu będzie na gaz, czyli będziemy mieli dywersyfikację dostaw paliwa. Kolejną inwestycją w Warszawie, która już jest w trakcie realizacji, jest modernizacja elektrociepłowni w Pruszkowie. Z uwagi na normy środowiskowe podjęliśmy decyzję, że Pruszków będzie zasilany gazem w prawie 50 proc. – mówi Gajewski.

Ostatnia w kolejności inwestycja dotyczy największej z warszawskich elektrociepłowni, czyli Siekierek. Tam również PGNiG TERMIKA planuje dywersyfikację w kierunku gazu. Na razie trwają prace studialne, bo inwestycja jest ograniczona brakiem tzw. południowego pierścienia gazu, czyli gazociągu, który dostarczyłby paliwo do elektrociepłowni.

 – Gaz-System dopiero nad tym pracuje. Południowy pierścień gazowy powstanie około 2020 roku i wtedy będziemy mieli nowoczesną elektrociepłownię gazową na Siekierkach – zapowiada Gajewski.

Dodaje, że PGNiG TERMIKA planuje też inwestycje poza Warszawą. Najlepsze perspektywy mają projekty oparte na gazie ze źródeł lokalnych PGNiG.

Spółka chce także rozwijać małe, lokalne ciepłownie w całym kraju. Dla ich opłacalności niezbędne jest jednak państwowe wsparcie kogeneracji. Pracuje nad nim obecnie parlament i wiadomo, że zostanie ono przedłużone co najmniej do 2018 r. Gajewski podkreśla jednak, że niezbędne jest wsparcie w dłuższej perspektywie czasowej.

Rząd pracuje nad zmianami w podatkach. Niektóre pomysły Ministerstwa Finansów wzbudzają silne kontrowersje

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd ma zająć się projektem nowelizacji ustawy Ordynacja podatkowa, która – zgodnie z uzasadnieniem resortu finansów – ma poprawić efektywność systemu podatkowego i uprościć procedury. Większość ze 125 proponowanych zmian eksperci oceniają jako pozytywne lub neutralne dla podatników, ale kilka z nich, np. zwiększające kontrolę nad podatnikiem czy opóźniające moment zaliczenia nadpłaty, budzi kontrowersje. 

Branża negatywnie ocenia poprawki dotyczące klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania. Zgodnie z nią fiskus będzie miał możliwość zakwestionowania transakcji podmiotów gospodarczych, gdy uzna, że jedynym jej benefitem są korzyści podatkowe. Zasadność stosowania tej klauzuli oceniać będzie specjalnie do tego celu powołana Rada ds. Unikania Opodatkowania złożona z niezależnych ekspertów. 

 – Mają być wprowadzone różne zabezpieczenia, jednak końcowy efekt często będzie taki, że tego typu transakcja będzie potraktowana przez fiskusa jako transakcja, która nie miała miejsca. Zostanie więc opodatkowana w inny sposób niż podmioty planowały – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Roszkowski, partner w Accreo, radca prawny i doradca podatkowy.

Resort proponuje także wprowadzenie przepisu, zgodnie z którym urząd skarbowy, chcąc uzyskać informacje o rachunku bankowym, będzie mógł przekazać sprawę do Urzędu Kontroli Skarbowej. Ponieważ ten drugi działa w oparciu o odrębne regulacje, to będzie mógł występować do banków o daną informację.

 – Pomysł rozszerzenia możliwości kontroli kont był dyskutowany już wcześniej i ucichł pod wpływem krytyki. Obecnie próbuje się go przeforsować niejako tylnymi drzwiami, co nie jest dobrą praktyką tworzenia prawa – twierdzi Roszkowski.

Ekspert firmy Accreo niekorzystnie ocenia również zmianę dotyczącą ustanowienia kar wobec podatników, którzy nie przedstawiają dokumentów w trakcie procedury podatkowej, czyli np. podczas czynności sprawdzających. Do tej pory spóźnianie się z przedstawieniem stosownej dokumentacji nie było karane.

Jedną z bardziej kontrowersyjnych zmian, którą Ministerstwo Finansów wprowadza, jest zmiana momentu powstawania nadpłaty. Do tej pory, jeśli podatnik wpłacił nienależne fiskusowi pieniądze, nadpłata powstawała w momencie wpłaty do organu podatkowego. Wtedy też było naliczane oprocentowanie od tej nadpłaty.

 – Ministerstwo chce, by rozpoznawanie nadpłaty następowało w momencie, w którym zostaje ona ujawniona przez podatnika, czyli kiedy przyjdzie on do urzędu i powie, że ta nadpłata istnieje. To oznacza, że od momentu wpłaty do momentu jej ujawnienia fiskus swobodnie dysponuje tymi pieniędzmi, a podatnik nie ma z tego tytułu żadnych benefitów w formie odsetek – wyjaśnia Michał Roszkowski. 

Jego zdaniem, niekorzystne dla podatników będzie również wprowadzenie możliwości doręczania korespondencji w formie elektronicznej.

 – Ma to wprawdzie zapobiec nieodbieraniu przesyłek przez podatników, może jednak prowadzić do sytuacji, w której urzędy będą wysyłać korespondencję do podatników dopiero w ostatnim dniu terminu – mówi radca prawny.

Postulowaną przez Ministerstwo Finansów zmianą, która będzie ułatwieniem dla podatników, jest natomiast wprowadzenie pełnomocnictwa ogólnego. Dzięki temu pełnomocnicy nie będą musieli posiadać osobnego pełnomocnictwa do każdej sprawy, w której reprezentują podatnika. Dodatkowo pełnomocnictwo będzie mogło być przedkładane Ministerstwu Finansów w formie elektronicznej, co znacznie uprości całą procedurę.

Nowelizacja ustawy obejmuje 125 regulacji. Ministerstwo Finansów zamierza wdrożyć niektóre z nich jeszcze w tym roku. 

Europejski biznes boi się pakietu klimatycznego. Gospodarka unijna może stać się niekonkurencyjna

Na rozpoczynającym się w czwartek posiedzeniu Rady Europejskiej głównym tematem będą zmiany w pakiecie energetyczno-klimatycznym. Przedstawiciele europejskiego biznesu alarmują, że ambitne cele, które unijna polityka zakłada w perspektywie do 2030 roku, podkopią konkurencyjność gospodarki UE. Stracić mogą najbardziej kraje takie jak Polska, których energetyka w większości oparta jest na węglu.

 – Mamy szczególne powody do niepokoju, ponieważ ponad 90 proc. energii w Polsce produkowane jest z węgla – mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej i szef komitetu ds. klimatu i energetyki Eurochambres (Stowarzyszenia Europejskich Izb Przemysłowo-Handlowych). – Nie ma możliwości, byśmy z dnia na dzień zmienili źródła pochodzenia energii. To wymaga dłuższego czasu i o ten czas apelujemy do w Brukseli. O to samo powinny apelować polskie władze.

Choć stowarzyszenie nie ma jeszcze jednego wspólnego stanowiska biznesu europejskiego, to już dziś niektóre państwa mają poważne wątpliwości do nowych wymogów klimatycznych. Według propozycji Komisji Europejskiej, do 2030 r. emisja CO2 powinna zostać zredukowana o 40 proc. w stosunku do 1990 r., a udział odnawialnych źródeł energii w produkcji energii elektrycznej ma wzrosnąć do 27 proc. Komisja postuluje także zmiany umożliwiające ingerencję w system handlu pozwoleniami do emisji.

 – Między innymi poważne zastrzeżenia wyrażają eksperci austriaccy, wskazując, że tak ambitne cele mogą bardzo mocno podważyć konkurencyjność gospodarki europejskiej – podkreśla Arendarski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Przestrzega, że konieczność ograniczania emisji CO2 zmusi przemysł do ucieczki za granicę, do krajów, które nie narzucają tak restrykcyjnych wymogów. To zaś stoi w sprzeczności z celami polityki przemysłowej, które wyznaczyła Komisja Europejska, czyli m.in. zwiększenie udziału przemysłu w PKB Unii z 16 do 20 proc. do roku 2020.

 – Unia stawia sobie pewne cele: po pierwsze wzrostu konkurencyjności gospodarki europejskiej (co jest absolutnie nieodzowne), po drugie – reindustrializacji. Jednocześnie stawia bardzo wysoko poprzeczkę, jeśli chodzi o cele środowiskowe. Te wszystkie rzeczy trzeba ze sobą pogodzić, bo one przecież nie są oddzielne, tylko na siebie wpływają, wzajemnie się warunkując – zaznacza prezes KIG.

Wyjaśnia, że komitet ds. klimatu i energetyki Eurochambres czeka teraz na rozwój wydarzeń po najbliższym szczycie Rady Europejskiej, która ma się ustosunkować do propozycji Komisji Europejskiej i Parlamentu. Potem skoncentruje się na wypracowaniu wspólnego stanowiska biznesu europejskiego.

 – Staramy się również nagłaśniać tę sprawę, tak, żeby przekonać opinię publiczną, że jakkolwiek cele ochrony środowiska są bardzo szczytne i my je popieramy, to jednak nie można dążyć do ich realizacji za wszelką cenę i od razu, tylko trzeba robić to w dłuższym planie, uwzględniając ponadto specyfikę poszczególnych krajów, między innymi Polski – podkreśla Andrzej Arendarski.

Stowarzyszenie Europejskich Izb Handlu i Przemysłu Eurochambres reprezentuje 45 narodowych organizacji, które tworzą sieć 2 tys. regionalnych oraz lokalnych izb, liczących 19 milionów firm i zatrudniających dziesiątki milionów pracowników.

Nie widać ożywienia w budownictwie. Spada liczba oddanych mieszkań

CEO Magazyn Polska

Po 40-proc. spadku produkcji budowlanej w ubiegłym roku, nie widać sygnałów poprawy sytuacji. Co prawda od początku roku nieco poprawia się publikowany przez Główny Urząd Statystyczny wskaźnik koniunktury w budownictwie, ale to oznaka jedynie mniejszego pesymizmu. Nawet łagodna zima nie pomogła branży. Przedsiębiorcy spodziewają się poprawy dopiero w 2015 roku.

W pierwszych dwóch miesiącach roku oddano do użytku 23 tys. 708 mieszkań – o 5 proc. mniej niż rok temu – podał wczoraj Główny Urząd Statystyczny. Pozwoleń na budowę, mimo lekkiej zimy, wydano jedynie o 0,8 proc. więcej.

 – Zima to okres istotnego ograniczenia pracy w sektorze budowlanym. Jeśli jest ciepła, można prace wykonać szybciej, zmniejszyć ryzyko przekroczenia terminu, a w przypadku mniejszych wykonawców łatwiej o zlecenia na drobne prace, zwykle wykonywane na wiosnę. Dla całego rynku budowlanego zima jest jednak obojętna, praktycznie nie generuje nowych zleceń – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa (PZPB).

Ekspert wskazuje, że prace zwykle po prostu się przesuwają – te, które wykona się zimą, wypadną z portfela zamówień w późniejszych okresach.

 – Dodatkowe zlecenia muszą pochodzić z innych źródeł – inwestycji prywatnych i państwowych – mówi Styliński.

Według GUS, w lutym tylko 12 proc. przedsiębiorstw sygnalizowało poprawę koniunktury, a 30 proc. – jej pogorszenie. Moce produkcyjne wykorzystywano na poziomie 66 proc.

Portal e-budowlani.pl wyliczył, że od 1 stycznia do połowy marca upadły 33 spółki branżowe. Według KUKE, branża budowlana jest liderem pod względem natężenia upadłości. W lutym wskaźnik wynosił 3,45 proc. przy średniej całego rynku na poziomie 1,74 proc.

 – Dane o upadłościach w branży budowlanej wskazują, że sytuacja nie jest najlepsza. Po krótkiej przerwie wróciła na czoło branż w największym stopniu obciążonych ryzykiem upadłości. W ostatnim czasie spadła liczba wydawanych pozwoleń na budowę, a to oznacza, że w perspektywie półtora roku pewnie będzie budowanych mniej mieszkań i domów – komentuje Jan Styliński.

Prezes PZPB nie widzi symptomów poprawy kondycji na rynku budowlanym, ale uważa, że sytuacja będzie lepsza w roku 2015 ze względu na większą skalę inwestycji publicznych wspomaganych finansowaniem unijnym. Jako przykład wskazuje prowadzone przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad postępowanie, mające wyłonić wykonawcę, który dokończy po poprzedniku roboty budowlane na autostradzie A4.

 – Pomogą przede wszystkim nowe pieniądze, które de facto pojawią się właśnie w 2015 roku. W związku z tym o większym portfelu zamówień i wzroście wartości rynku budowlanego możemy mówić za mniej więcej rok – przekonuje prezes PZPB.

Problemy branży budowlanej zmuszają przedsiębiorstwa do ograniczania kosztów. Według danych PZPB, w ubiegłym roku spadek produkcji budowlanej wyniósł niemal 40 proc., jednak redukcje zatrudnienia były na poziomie 15 proc. Jan Styliński wyjaśnia, że firmy nie zwalniają pracowników w momencie, kiedy nie mają nowych zamówień. Taki proces trwa nawet kilkanaście miesięcy i zależy od czasu, w jakim portfel zamówień się zmniejsza, od tego, kiedy pojawiają się gorsze wyniki i niższe przychody.

 – Widać, że redukcja zatrudnienia nie nadążała za spadkiem produkcji, przedsiębiorstwa ponosiły koszty utrzymania pracowników. I być może brak nowych zamówień spowodował, że rosnące koszty doprowadziły do fali kolejnych upadłości – podsumowuje Styliński.

Producenci urządzeń do druku poszerzają ofertę o tzw. druk w chmurze. Ma to ułatwić pracę zdalną w firmach

CEO Magazyn Polska

Przedsiębiorstwa zajmujące się drukiem poszerzają ofertę związaną z drukiem mobilnym. To odpowiedź na zmieniające się trendy na rynku pracy. Już dziś wiele osób pracuje zdalnie, a według danych IDC w przyszłym roku 37 proc. pracowników wybierze model pracy niestacjonarnej.

Przedsiębiorstwa coraz chętniej idą też w stronę „bring your own device”, czyli zachęcają pracowników do korzystania z własnych urządzeń przenośnych, takich jak laptopy, tablety czy smartfony. Muszą one być jednak zintegrowane z firmowymi sieciami, w tym również mieć możliwość wydruku. 

 – „Bring your own device” polega na tym, że możemy pracować poza siedzibą firmy lub możemy przynieść do firmy nasze prywatne urządzenia, na których się nam lepiej pracuje. Połączenie obszaru prywatnego z firmowym musi zostać w pewien sposób rozwiązane. Nasze urządzenia mają możliwość dostosowywania sieci do tego, aby przyjmowała również urządzenia prywatne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Górski z Konica Minolta Business Solutions.

Producenci urządzeń do druku muszą też dostosować się do coraz krótszych serii zamawianych przez firmy. Jak zauważa Górski, firmy produkcyjne nie zamawiają już setek tysięcy takich samych druków, bo na rynku panuje trend w kierunku indywidualizacji. Dlatego serie są coraz krótsze, a to wymaga nowych urządzeń. 

 – Musimy odpowiedzieć na potrzeby naszych klientów oraz dopasować się do panujących trendów na rynku. Najbardziej zauważalnym trendem jest panująca digitalizacja – ocenia Marcin Górski.

Firmie Konica Minolta, pomimo generalnych spadków w branży związanej z drukowaniem, udało się w ostatnich latach utrzymać tendencję wzrostową. Teraz jednak niezbędne będzie dostosowanie oferty do zmieniających się zapotrzebowań klientów. Model komputer-drukarka coraz częściej jest zastępowany przez model urządzenie mobilne-drukarka.

Górski podkreśla, że spółka chce w tym roku poszerzyć portfolio aplikacji biznesowych i rozwinąć wspomaganie zarządzania drukiem. Zmiany są związane przede wszystkim z rosnącą mobilnością w polskich firmach. 

 – Drukowanie w chmurze w tym momencie jest odpowiedzią na mobilność. Mobilność w takim rozumieniu, że posiadamy urządzenia typu tablet, smartfon i chcemy z nich dokonać wydruku. W tym momencie urządzenie musi zinterpretować, czy określony format, który jest przekazywany urządzeniu, ma szansę pojawić się na kartce. I my takie zadanie dostosowaliśmy do wymagań aktualnych urządzeń mobilnych i pracy w systemie zdalnym – tłumaczy Górski.

Górski dodaje, że na tle światowym Polska jest dla Koniki Minolty rynkiem bardzo wymagającym. Dodaje jednak, że podobne trendy obserwuje się na całym świecie. Firma zapowiada, że w tym roku wprowadzi na rynek zupełnie nowe urządzenia do drukowania w formatach A4 i A3.

Szara strefa niszczy branżę tytoniową

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż papierosów z roku na rok maleje. Nie oznacza to, że Polacy rezygnują z palenia, bo odsetek palących utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie. Spadek sprzedaży spowodowany jest rosnącą szarą strefę, która wynosi ok. 25 proc. Branża obawia się, że wzrost akcyzy i wprowadzenie dyrektywy tytoniowej znacząco zwiększy nielegalną sprzedaż i tym samym obniży wpływy do budżetu.

Wielkość rynku tytoniowego w Polsce szacuje się na 22–23 mld zł. Około 80 proc. tej kwoty rocznie trafia do budżetu państwa w formie akcyzy i innych podatków. Prognozy dla branży nie są jednak najlepsze.

 – Sprzedaż papierosów, oczywiście tych legalnych, z roku na rok maleje. W zeszłym roku spadek był bardzo wyraźny i dość mocny, bo wyniósł aż 10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Byszewski, ekspert Pracodawców RP.

Nie oznacza to wcale, że coraz więcej Polaków rzuca palenie. Badania pokazują, że odsetek tych, którzy zrezygnowali z nałogu, to ok. 4 proc. Pozostała część raczej przeniosła się do szarej strefy i kupuje papierosy podrabiane lub z przemytu.

Według analiz ekspertów, wielkość nielegalnej produkcji i handlu w obszarze wyrobów tytoniowych wynosi ok. 24–25 proc. W przypadku papierosów to ok. 14 proc. Jeszcze większy problem jest z tytoniem do palenia.

 – Wzrost szarej strefy w tej kategorii szacuje się rok do roku z 57 aż do 63 proc., czyli dwie trzecie sprzedawanego tytoniu do palenia to jest produkt niepodlegający akcyzie – mówi ekspert Pracodawców RP. – Wzrost szarej strefy jest spowodowany bardzo wysokim obciążeniem akcyzowym wyrobów tytoniowych.

Od stycznia br. akcyza na wyroby tytoniowe wzrosła o kolejne 5 proc. Paczka papierosów podrożała średnio o 1 zł. O skutkach podwyżek trudno jeszcze mówić, bo wiele sklepów do tej pory wyprzedaje zapasy produktów w starych cenach, ale eksperci szacują, że legalna sprzedaż znowu spadnie.

Poważnym problemem dla branży w Polsce mogą okazać się nowe unijne przepisy dotyczące zakazu sprzedaży papierosów smakowych, również mentolowych. Mają one zniknąć z rynku w 2020 roku. Co piąta sprzedawana w Polsce paczka papierosów to mentole. W czarnym scenariuszu dla budżetu państwa może oznaczać to stratę ok. 4 mld zł.

 – Można zakładać, że duża część konsumentów przywiązanych do papierosów mentolowych będzie poszukiwała ich na nielegalnym rynku, na którym będą one dalej dostępne – uważa Grzegorz Byszewski.

Podkreśla, że w Europie ten problem praktycznie nie występuje, bo papierosy smakowe nie są tam tak popularne jak w Polsce. Przedstawiciele branży zapewniają, że będą starali się przystosować do nowych regulacji w ciągu kolejnych sześciu lat, ale może to okazać się niewystarczające.

Księgarnie coraz bardziej dbają o klienta. Spadła za to jakość obsługi w sklepach odzieżowych

CEO Magazyn Polska

Poprawia się jakość obsługi klienta w księgarniach – wynika z raportu firmy badawczej Daymaker Poland. Odwrotny trend ma miejsce w sklepach odzieżowych. Przez okres spowolnienia firmy z branży wstrzymały inwestycje w szkolenia pracowników, teraz znów są skłonne przeznaczać na to więcej pieniędzy. To może przyczynić się do poprawy sytuacji.

Firma Daymaker Poland, która zajmuje się badaniem jakości obsługi klientów, sporządziła raport Daymakerindex 2014. Został on przygotowany na podstawie badań tajemniczych klientów, którzy przeprowadzili audyty w 156 sieciach handlowych z 19 branż.

 – Z przyjemnością obserwujemy większość dbałość o obsługę klienta w księgarniach, gdzie w ostatnich latach wyniki były najgorsze – mówi agencji informacyjnej Newseria Sofia Valentin, dyrektor generalna Daymaker Poland. – Zresztą w ostatnich latach obsługa u księgarzy pogarszała się nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie. Na szczęście się to zmienia

Z badań Daymaker wynika również, że gorsza w porównaniu do wcześniejszych lat stała się obsługa klienta w sklepach odzieżowych.

 – W branży ciągle mówiono o kryzysie, więc wiele firm wstrzymywało się z wydatkami, np. na szkolenia dla sprzedawców – mówi Valentin. 

Od początku tego roku jednak sytuacja się zmienia. Przedsiębiorstwa handlujące odzieżą inwestują w szkolenia dla sprzedawców i personelu sklepu, co powinno mieć przełożenie na powrót dobrej obsługi klienta i co za tym idzie – na wyższą sprzedaż.

 – Wszystkie firmy handlowe wiedzą, że obsługa klienta to kluczowy dla ich działalności obszar, nad którym należy pracować – mówi Sofia Valentin. – Dzisiaj konkurencja jest bardzo duża. T-shirt można kupić w prawie każdym sklepie, dlatego trzeba oferować coś więcej, aby klient chciał wrócić  do naszego sklepu – przekonuje. 

Z badań wynika, że jakość obsługi klienta w Polsce okazała się nieznacznie gorsza niż w 2013 r. ale lepsza niż w 2012 r. Sklepy poprawiły się pod względem aktywnego nawiązywania kontaktu z klientem i pomocy w podejmowaniu decyzji o zakupie. Pogorszyła się natomiast jakość obsługi, jeśli chodzi o przywitanie klientów – 46 proc. z nich nie jest witanych przez personel. Najlepiej w badaniu wypadła branża urody, a najgorzej – branża odzieżowa.

Nasila się dyskryminacja polskich pracowników w Europie. Tracą na tym także firmy ich zatrudniające

CEO Magazyn Polska

Nasila się dyskryminacja polskich firm i pracowników w Europie. Polska Izba Handlu ostrzega, że szczególnie źle jest we Francji. Polscy pracownicy często są przedstawiani stereotypowo i w negatywnym świetle, a firmy ich zatrudniające muszą liczyć się z surowymi kontrolami. Zdaniem pracodawców, problem wynika z prób ochrony krajowych przedsiębiorstw i wymaga rozwiązań na szczeblu politycznym.

 – Pracownik belgijski czy francuski widząc coraz więcej napływających polskich pracowników, coraz więcej ofert pracy dla pracowników z Polski, coraz więcej kolegów pojawiających się w halach fabrycznych czy winnicach, po prostu się obawia. Bardzo silne są związki zawodowe, organizacje pracownicze, które lobbują i próbują wymusić takie prawo, które by zablokowało wysyłanie polskich czy rumuńskich pracowników – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Gałka, ekspert Polskiej Izby Handlu.

Polska to najważniejszy kraj w UE pod względem tzw. pracy transgranicznej. Pojęcie to oznacza zatrudnianie przez firmę pracowników w Polsce, a następnie wysyłanie ich za granicę, by pracowali dla kontrahentów. Jak mówi Gałka, każdego miesiąca w samej tylko Francji w taki sposób pracuje średnio 250 tys. Polaków.

Mimo że oddelegowani pracownicy są potrzebni firmom na zagranicznych rynkach, władze patrzą na to niechętnie. Polacy często są też dyskryminowani. Jak mówi Gałka, to tzw. zastraszanie w białych rękawiczkach. Francuska izba pracy często kontroluje firmy zatrudniające Polaków, a w mediach prezentowane są negatywne stereotypy, dotyczące np. warunków, w jakich żyją polscy pracownicy. Jak podkreśla Radosław Gałka, to nieprawdziwy obraz, bo poza rzadkimi wyjątkami, Polacy wyjeżdżają do pracy za granicę tylko wtedy, gdy dostaną tam takie same warunki, jak obywatele tych państw.

 – Są właściwie dwa źródła dyskryminacji: polityka i związki zawodowe, które strzegą swoich członków i swojego rynku. Niektórzy to już dostrzegają, a przede wszystkim firmy, które na tym cierpią. Mówię między innymi o firmach francuskich, ponieważ one bardzo cenią firmy polskie na przykład w sektorze budowlanym – mówi Hanna Stypułkowska-Goutierre, prezes Polskiej Izby Przemysłowo-Handlowej we Francji.

Dodaje, że zwłaszcza teraz nastroje antyimigranckie są nasilone, bo we Francji zbliżają się wybory samorządowe, a w maju odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego.

Jej zdaniem jednak z dyskryminacją należy walczyć. Stypułkowska-Goutierre zachęca do aktywności polskie związki zawodowe oraz postuluje stworzenie grupy medialnej, która poprawiłaby wizerunek polskich pracowników. Wskazane byłoby według niej również powstanie silnych zrzeszeń przedsiębiorców. Również Polska Izba Przemysłowo-Handlowa we Francji prowadzi własne kampanie, jednak nie są one chętnie nagłaśniane przez lokalne media.

 – Jedyną drogą jest dialog społeczny, dialog dyplomatyczny. Tak naprawdę zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dzięki wspólnej pracy Polskiej Izby Handlu przy inicjatywie mobilności pracy Ministerstwa Pracy, udało się po raz pierwszy zjednoczyć to środowisko. Mówiliśmy o ankiecie, czyli wysłuchaliśmy pracowników, zrzeszamy firmy i wspólnie z innymi firmami wypracowaliśmy stanowisko. Więc jest pierwszy, bardzo pozytywny efekt  wspólne stanowisko polskiego rządu i środowiska partyjno-społecznych dotyczącego delegowania, które udało się w ogromnym stopniu obronić w Europie – mówi Gałka.

Dodaje jednak, że to nie koniec pracy. Niezbędna jest dalsza współpraca pomiędzy izbami handlowymi z Polski i innych krajów, takich jak Francja, Belgia czy Niemcy. Podkreśla też, że muszą się w to zaangażować resorty pracy tych krajów.

Agresywna polityka W. Putina wobec Ukrainy poprawia jego krajowe notowania

CEO Magazyn Polska

Polityka Rosji wobec Ukrainy to metoda na poprawę krajowych notowań prezydenta Władimira Putina. Według ekspertów właśnie dlatego nie należy spodziewać się jej złagodzenia, nawet pod wpływem nakładanych sankcji. Te mogą być bardzo niekorzystne dla Rosji, szczególnie jeśli ich efektem będzie zbudowanie wspólnego stanowiska w polityce energetycznej wobec Rosji oraz przyspieszenia praca nad strefą wolnego handlu między UE a USA.

  Na razie nic nie wskazuje na to, że Putin się może cofnąć. A gdyby się cofnął, to by utracił władzę. Niestety też widać schorzenie społeczeństwa rosyjskiego, któremu się to w dużej części podoba. Można komentować to, co robi Putin, że to jest próba ratowania się wewnętrznego wojną, ponieważ jego akcje w samym społeczeństwie rosyjskim zaczęły spadać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kazimierz Wóycicki ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

Krajowe notowania Władimira Putina wzrosły najpierw dzięki organizacji zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi, a następnie dzięki zdecydowanej odpowiedzi na prodemokratyczne i proeuropejskie protesty na Ukrainie. W przeprowadzonym na początku marca badaniu państwowej agencji WCIOM (Wszechrosyjskie Centrum Badania Opinii Obywateli), niemal 68 proc. Rosjan popierało Putina. To, według cytującego badania „Guardiana”, najwyższy wynik od maja 2012 r.

 – Taka mobilizacja na zasadzie nacjonalizmu poprawia poparcie, ale to może być krótkotrwałe. Są tacy komentatorzy, którzy mówią, że to jest początek rozpadu Federacji Rosyjskiej. Bo to jest rzeczywiście na trochę dłuższą metę polityka samobójcza – mówi Kazimierz Wóycicki.

Dodaje, że pomimo obecnego wzrostu poparcia dla Putina, jest wielu Rosjan, którzy sprzeciwiają się takiej polityce. W sobotnim marszu poparcia dla Ukrainy w Moskwie udział wzięło kilkadziesiąt tysięcy osób.

Od momentu obalenia ukraińskiego prezydenta Wiktora Janukowycza Putin niezmiennie utrzymuje, że nowo wybrany premier Arsenij Jaceniuk oraz pełniący obowiązki prezydenta Ołeksandr Turczynow, obydwaj związani ze stronnictwem Julii Tymoszenko, nie mają legalnej władzy. Rosja uznała też niedzielne referendum na Krymie, w którym mieszkańcy (według oficjalnych wyników ponad 96 proc.) opowiedzieli się za odłączeniem od Ukrainy i przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej.

 – Niestety, bardzo prawdopodobny jest taki scenariusz, że to napięcie będzie długotrwałe i że jeszcze przez ładnych parę miesięcy będziemy się zastanawiać, czy to nie będzie większa wojna. Przecież jest możliwy scenariusz inwazji rosyjskiej – mówi Wóycicki. 

Po reakcji Kremla na wydarzenia na Krymie USA i UE podjęły w poniedziałek decyzje o nałożeniu sankcji na Rosję. Na razie obejmują one zakaz wjazdu na teren Unii i USA oraz zamrożenie kont kilkunastu osób – urzędników i przedstawicieli władzy.

 – Z pewnością trwanie tego konfliktu będzie Rosję gospodarczo kosztowało bardzo wiele, tylko że należy rozumieć, czym są sankcje. To nie jest taki magiczny środek, że zaraz tamci padają na kolana, tylko to jest powolny proces rozkładania się tamtej gospodarki. To musi trwać, na pewno może to wywołać efekt bardzo niekorzystny dla Rosji – ocenia Wóycicki.

Według niego ucierpi rosyjska polityka energetyczna. Moskwa liczyła na zwiększenie dostaw gazu do Europy, a także m.in. na zwolnienie z unijnych przepisów antymonopolowych dla Gazpromu w Niemczech (gazociąg OPAL). Negocjacje zostały na razie przedłużone, oficjalnie z powodu konieczności dalszych rozmów technicznych, i nie wiadomo, czy i kiedy zapadną decyzje. Opóźnione zostały też rozmowy w sprawie gazociągu South Stream.

Wóycicki dodaje, że teraz Unia zewrze szeregi i przyspieszy negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi, które zakończą się podpisaniem umowy TTIP o wolnym handlu transatlantyckim.

 – To znowu odrzuci Rosję bardzo poważnie. Rosja dotychczas dążyła do tego, żeby nie dostrzegać Unii Europejskiej [jako całości red.] i żeby mieć stosunki bilateralne, bo wtedy niemal z każdym jest proporcjonalnie dużą, a w każdym razie większą stroną. Natomiast, jeżeli ma do czynienia z całą Unią, to jest dosyć malutka – podkreśla Wóycicki. – Europa będzie wspólnie i dużo bardziej stanowczo negocjowała z Rosją dostawy energii. I znacznie się usamodzielni.

MCI inwestuje w lidera rynkowego Hojo.pl – marketplace profesjonalnych usług sprzątania

Internet Ventures FIZ, fundusz z Grupy MCI Management, którego współudziałowcem jest Krajowy Fundusz Kapitałowy, objął mniejszościowy pakiet udziałów w spółce HOJO Sp. z o.o. (HOJO.PL), platformie on-line (marketplace) umożliwiającej zamawianie profesjonalnych usług sprzątania. Spółka zostanie dokapitalizowana kwotą do 2,5 mln zł z możliwością doinwestowania przez fundusz kolejnych 4 mln zł.

HOJO.PL jest pierwszym Internetowym Brokerem Usług Sprzątania oraz największą w Polsce platformą on-line łączącą firmy sprzątające z firmami i osobami poszukującymi profesjonalnych usług sprzątania. To także największa darmowa wyszukiwarka ofert takich usług w kraju. Dzięki platformie HOJO.PL można korzystać z atrakcyjnych cenowo, a także sprawdzonych pod względem rzetelności partnerów oferujących wysokiej jakości, profesjonalne usługi sprzątania. W ostatnich trzech latach firma zanotowała ponad 10-krotny wzrost skali działalności oraz osiągnęła kilkudziesięcioprocentową marżę na sprzedaży. Inwestycja funduszu Internet Ventures pomoże spółce umocnić się na pozycji lidera rynku w kraju i przygotować model biznesowy HOJO.PL do przeniesienia na poziom międzynarodowy.

– Współpraca z funduszem MCI / Internet Ventures otwiera przed nami możliwość uzyskania wartości dodanej, w postaci „know how” technologicznego, które fundusz wniesie do spółki. Przy takim wsparciu wspólnie stworzymy jeszcze lepsze narzędzie, które pozwoli HOJO.PL zbudować serwis on-line pierwszego wyboru na rynku usług sprzątania w Polsce. Mamy ten sam cel, którym jest zwiększenie wartości rynkowej projektu i spółki. Wierzę, że doświadczenie naszych zespołów oraz kompetencje MCI / Internet Ventures w realizacji inwestycji na arenie międzynarodowej, pozwolą nam w krótkim czasie zaistnieć także na rynkach zagranicznych – powiedział Tomasz Wójkowski, Prezes HOJO Sp. z o.o.

W ostatnich latach branża usług porządkowo-czystościowych w Polsce przeżywa dynamiczny rozwój. Jest to jeden z największych segmentów rynku usług na rzecz firm i instytucji, którego potencjał szacowany jest na ok. 4 mld zł, natomiast w przypadku usług dla klientów indywidualnych wartość rynku może kształtować się na poziomie ponad 1,5 mld zł (Źródło: szacunki HOJO.PL). Zapotrzebowanie na usługi sprzątania rośnie przede wszystkim ze względu na wzrost gospodarczy, bogacenie się i zmiany trybu życia społeczeństwa oraz zmianę postaw klientów instytucjonalnych, przejawiającą się większą skłonnością do wydzielania działalności wspomagającej (outsourcing). Według danych HOJO.PL, rynek usług sprzątania rośnie średniorocznie o ok. 20%.

Potencjał sektora usług sprzątania został także zauważony m.in. przez fundusze międzynarodowe. W ostatnim okresie wiodące fundusze venture capital dokonały inwestycji kapitałowych w amerykańskie podmioty Homejoy oraz Handybook.

– HOJO.PL wypracował skalowalny model biznesowy o istotnym stopniu powtarzalności i ogólnokrajowym zasięgu. Dzięki licznym przewagom konkurencyjnym spółka w krótkim czasie osiągnęła pozycję lidera w tym segmencie rynku w Polsce. Outsourcing usług sprzątania posiada, nie tylko w naszym kraju, duży potencjał wzrostu. HOJO.PL dysponuje kluczowymi atutami, aby ten potencjał wykorzystać, a w przyszłości uzyskać wiodącą pozycję w regionie i na rynku europejskim – powiedział Tomasz Danis, zarządzający funduszu Internet Ventures FIZ.

Inwestycja Internet Ventures w HOJO.PL to kolejny projekt realizowany wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym (KFK), który w roli współudziałowca kilkunastu funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy napotykające na barierę finansowania swego rozwoju ze względu na wczesny etap działalności operacyjnej i niepewność odnośnie efektu ekonomicznego.

Rada Nadzorcza TAURON Polska Energia wybrała zarząd na czwartą kadencję

Rada Nadzorcza TAURON Polska Energia wybrała 17 marca zarząd na czwartą (trzyletnią) kadencję. Wcześniej cały zarząd trzeciej kadencji został odwołany. Zgodnie z uchwałą Rady Nadzorczej – nowy zarząd rozpoczął pracę od 17 marca.

Życiorysy członków zarządu czwartej kadencji:

Dariusz Lubera

Ukończył studia na Wydziale Elektrotechniki, Automatyki i Elektroniki Akademii Górniczo–Hutniczej w Krakowie oraz studia podyplomowe w zakresie ekonomiki i zarządzania firmami na Akademii Ekonomicznej w Krakowie.

Kolejno pracował: w latach 1983-1985 w Zakładach Mechanicznych Tarnów, w latach 1985-1991 w Zakładzie Energetycznym Tarnów, w latach 1991-1993 w Zakładzie Energetycznym Tarnów jako dyrektor przedsiębiorstwa państwowego, w latach 1993–2004 w Zakładzie Energetycznym Tarnów SA jako prezes zarządu, w latach 2004-2006 w Enion SA jako wiceprezes zarządu, w latach 2007-2008 w Enion SA jako kierownik projektu, od 2008 r. w TAURON Polska Energia SA jako prezes zarządu – dyrektor generalny.

W latach 2001-2003 był członkiem Rady Nadzorczej PSE SA. Wieloletni członek: Rady ds. Cen Transferowych w Sektorze Energetycznym przy Ministerstwie Gospodarki, Polskiego Klubu Kogeneracji KOGEN Polska i Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej. Od 1998 do 2008 r. prezes Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej. Od 2008 roku stoi na czele Zarządu Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska. Wiceprzewodniczący Rady Krajowej Izby Gospodarczej. Przewodniczący, a następnie członek Międzynarodowego Komitetu Sterującego Live Working Association (LWA), a także Komitetu Technicznego ds. Aspektów Systemowych Dostawy Energii Elektrycznej przy Polskim Komitecie Normalizacyjnym. Od maja 2013 r. członek Rady Nadzorczej Towarowej Giełdy Energii SA.

Aleksander Grad

Absolwent Wydziału Geodezji Przemysłowej Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Do 1997 r. prywatny przedsiębiorca. W latach 1990-1994 – samorządowiec. W latach 1997 – 1999 – wojewoda tarnowski. Od 1999 do 2000 roku Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Zdrowia, gdzie odpowiadał m.in. za budżet, finanse i inwestycje. Równocześnie konsultant Banku Światowego, przewodniczący Komitetu Sterującego Programu PHARE Inred Tourin III. W latach 2007-2011 Minister Skarbu Państwa nadzorujący m.in. wprowadzenie na giełdę PZU, GPW, TAURON Polska Energia, PGE, Enea, Bogdanka, JSW oraz Zakłady Azotowe w Tarnowie. Twórca Akcjonariatu Obywatelskiego – kompleksowego programu zbliżania ludzi i rynku kapitałowego. W latach 2012 – 2014 prezes zarządu spółki PGE EJ 1 sp. z o.o., odpowiadającej za przygotowanie procesu inwestycyjnego oraz budowę pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce. Od 1 lutego 2014 r. członek rady nadzorczej TAURON Polska Energia. Delegowany w lutym 2014 r. przez radę nadzorczą do wykonywania czynności członka zarządu.Od lutego 2014 r. członek Towarowej Giełdy Energii.

Poseł na Sejm IV, V, VI i VII kadencji, gdzie pełnił m.in. funkcję wiceprzewodniczącego Komisji ds. Unii Europejskiej, wiceprzewodniczącego i przewodniczącego Komisji Skarbu Państwa. Mandat poselski złożył w czerwcu 2012 r.

Katarzyna Rozenfeld

Ukończyła studia z zakresu ekonomii na Wydziale Handlu Zagranicznego Uniwersytetu Łódzkiego oraz na Katolickim Uniwersytecie w Nijmegen w Holandii. Ukończyła także kurs doradców inwestycyjnych.

Pracowała kolejno: w latach 1994-1999 w PriceWaterhouseCoopers w Warszawie jako executive w dziale doradztwa finansowego, gdzie m.in. kierowała projektem nabycia największej elektrociepłowni w Europie przez Vattenfall; w latach 1999-2001 w PwC w Londynie jako menedżer w dziale prywatyzacji i finansów przedsiębiorstw; w latach 2001-2005 w PwC w Warszawie jako menedżer/wicedyrektor w dziale finansów przedsiębiorstw i restrukturyzacji, gdzie pracowała nad wprowadzeniem czołowych europejskich spółek na rynek energetyczny w Polsce, w tym m.in. EdF, Vattenfall i RWE; w latach 2005-2008 w PwC w Warszawie jako dyrektor działu doradztwa, gdzie stworzyła i prowadziła pierwszy w PwC w Polsce zespół branżowy (energetyczny); w latach 2009-2012 w Vattenfall Energy Trading na stanowisku członka zarządu, dyrektora zarządzającego ds. handlowych; od 2013 r. partner w Telos Partners, gdzie zajmowała się wspieraniem przedsiębiorstw w procesie transformacji, działalnością coachingową i mentoringową.

Stanisław Tokarski

Ukończył studia na Wydziale Elektrotechniki, Automatyki i Elektroniki Akademii Górniczo–Hutniczej w Krakowie, jak również szereg studiów podyplomowych, w tym między innymi w zakresie energetyki jądrowej we współczesnej elektroenergetyce (Akademia Górniczo-Hutnicza), prawa Unii Europejskiej (Uniwersytet Jagielloński) oraz zarządzania (Szkoła Główna Handlowa).

Karierę zawodową w branży energetycznej rozpoczął w Elektrowni Jaworzno III, gdzie między innymi zajmował stanowiska w obszarze produkcji (1992-1996), a następnie zastępcy dyrektora ds. strategii i zarządzania (1996-1997), dyrektora ds. strategii i zarządzania (1997-2001). W latach 2001-2008 pracował w Południowym Koncernie Energetycznym SA jako dyrektor ds. strategii zarządzania. W latach 2008-2010 pełnił funkcję wiceprezesa zarządu – dyrektora ds. strategii i rozwoju TAURON Polska Energia SA. W latach 2010-2014 pełnił funkcję prezesa zarządu TAURON Wytwarzanie SA.

Jest działaczem wielu organizacji, min: Eurelectric oraz Polskiego Komitetu Światowej Rady Energetycznej. Od 1998 r. uczestniczy w pracach wielu instytucji europejskich opiniując akty prawne dotyczące sektora elektroenergetycznego i paliwowego. Jest członkiem Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej oraz Rady Dyrektorów VGB. Aktywnie działa w KIC InnoEnergy, międzynarodowej spółce prowadzącej projekty badawczo-rozwojowe. Jest prezesem Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie oraz członkiem zarządu Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska.

Krzysztof Zawadzki

Ukończył studia na Wydziale Ekonomii Akademii Ekonomicznej w Katowicach, studia podyplomowe w zakresie Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej organizowane przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie i Ernst & Young Academy of Business, a także w zakresie rachunkowości i finansów oraz w zakresie podatków w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Ukończył studia doktoranckie na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Posiada uprawnienia biegłego rewidenta.

W branży energetycznej pracuje nieprzerwanie od początku 1996 r. Karierę rozpoczął w Elektrowni Łagisza SA w Będzinie w pionie ekonomiczno-finansowym, a następnie kontynuował jako zastępca głównego księgowego w Południowym Koncernie Energetycznym SA. Przez dwa lata, do sierpnia 2009 r., zajmował stanowisko dyrektora Departamentu Rachunkowości i Podatków – głównego księgowego w TAURON Polska Energia SA. Równolegle w różnych okresach sprawował funkcje w radach nadzorczych spółek prawa handlowego.

Od 21 sierpnia 2009 r. pełni funkcję wiceprezesa zarządu ds. ekonomiczno-finansowych w TAURON Polska Energia SA.

Fotowoltaika alternatywą dla wysokich cen energii elektrycznej?

Codziennie cieszy pięknym wschodem i zachodem. Jednak słońce ma nie tylko wizualny wpływ na nasze życie. To również ogromny potencjał energetyczny, który można wykorzystać chociażby do produkcji prądu. Pozwala na to wykorzystanie modułów fotowoltaicznych. Niestety – bezpośrednia produkcja energii elektrycznej z wykorzystaniem paneli w Polsce ma wciąż marginalne znaczenie.

Energię słoneczną wykorzystuje się przeważnie jako źródło ciepła do podgrzewania wody użytkowej i technologicznej, powietrza w suszarniach, podłoża w szklarniach oraz ogrzewania budynków. Służą do tego kolektory słoneczne, których nie należy mylić z modułami fotowoltaicznymi. Te drugie wykorzystuje się do produkcji prądu. W Polsce ogniwa fotowoltaiczne najczęściej wykorzystywane są do zasilania urządzeń o małych mocach, w miejscach o utrudnionym dostępie do sieci energetycznej. Są to zazwyczaj: sygnalizacja drogowa, lampy oświetleniowe, systemy zasilania awaryjnego czy przekaźniki telekomunikacyjne.

Szerzeniem informacji i prowadzeniem działań na rzecz rozwoju alternatywnych źródeł energii zajmuje się między innymi Polskie Towarzystwo Fotowoltaiki. Jak zaznacza Bartłomiej Zysiński „[…] słońce zgaśnie ostatnie, dlatego jest to naturalna przyszłość. Pytanie tylko, na ile szybko ludzkość i cywilizacja zechce w to wejść? Naturalnym wydaje się przechodzenie na fotowoltaikę zarówno w zakresie projektów na polach, np. farmy, ale przede wszystkim w budownictwie.”

O fotowoltaice mówi się w Polsce od dwóch lat. Coraz więcej podmiotów, jednostek budżetowych, osób prywatnych rozgląda się za alternatywnymi sposobami zasilania. Wbrew pozorom w całej Polsce jest dobre nasłonecznienie. Natężenie promieniowania wynosi ok. 1000 kWh/m2/rok. Dlatego warto pomyśleć o wykorzystaniu modułów fotowoltaicznych jako własnym, niezależnym źródle zasilania w energię elektryczną domu, firmy. Ma to przełożenie zarówno na rachunek ekonomiczny, jak i bezpieczeństwo energetyczne.

Maciej Kowalski, Dyrektor ds. Fotowoltaiki w firmie Grodno S.A. podkreśla, że idealnym rozwiązaniem dla domków jednorodzinnych jest zastosowanie do pięciu paneli fotowoltaicznych, o mocy 1 kW każdy. „[…] Systemy działają tylko i wyłącznie za dnia. Produkują energię w momencie, gdy tak naprawdę użytkowników nie ma w domu, kiedy włączonych odbiorników domowych jest jak najmniej.[…] Nadmiar tej wyprodukowanej energii wychodzi do zakładu energetycznego i jesteśmy z tego nadmiaru rozliczani. Zakład będzie płacił nam za wyprodukowaną energię.”

Niestety – koszty i czas zwrotu zakupu ogniw fotowoltaicznych jeszcze odstraszają prywatnych inwestorów. Średni czas zwrotu instalacji fotowoltaicznej obliczony jest na około 12 lat, przy czym te urządzenia będą pracowały bezobsługowo przez około 20 lat. Rozwój tego rodzaju technologii blokują regulacje prawne. „Na dzień dzisiejszy nie wprowadzono prawa, które miało dotować fotowoltaikę już po jej zainstalowaniu, w taryfach odkupu. W zamian za to mamy dotacje na etapie inwestycji. Są to programy ze środków unijnych i funduszy krajowych” – zaznacza Bartłomiej Zysiński. Warto jednak wiedzieć, że są to dotacje przeznaczone dla przedsiębiorstw. Dopiero na trzeci kwartał 2014 roku przewidziano start programu „Prosument”, wspierającego mikro- i małe instalacje OZE w budynkach wielo- i jednorodzinnych. Program obejmować będzie systemy fotowoltaiczne o zainstalowanej mocy elektrycznej do 40kWp.

Mimo wszystko może warto zacząć inwestować w prąd ze słońca. Przemawiają za tym nie tylko aspekty ekologiczne, ale również coraz niższe ceny modułów fotowoltaicznych.

Najszybciej „odkorkowuje” się Gdańsk i Warszawa

Przez korki i utrudnienia w ruchu drogowym w największych polskich miastach kierowcy tracą rocznie 3,5 mld zł, czyli 2,9 tys. zł na statystycznego kierowcę. W porównaniu z rokiem 2012 i 2011 widoczna jest jednak poprawa – straty kierowców zmniejszyły się odpowiednio o ponad 52 i prawie 31 mln zł rocznie. Z III edycji „Raportu o korkach w 7 największych miastach Polski” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte i serwis Targeo.pl wynika, że najłatwiej podróżuje się po Gdańsku i Katowicach, a najtrudniej po Krakowie. W ciągu dwóch ostatnich lat największa poprawa nastąpiła w Warszawie i Gdańsku.

Czas spędzony w korkach nie jest wykorzystywany produktywnie, gdyż można byłoby go przeznaczyć na pracę lub odpoczynek. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to więc strata, której rozmiar można oszacować jako koszt utraconych korzyści. Pracujący w siedmiu największych miastach Polski – Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Krakowie, Katowicach, Poznaniu i Gdańsku –tracili w korkach w 2013 r. średnio 13,1 mln zł dziennie, czyli 289 mln zł miesięcznie i 3,46 mld zł rocznie.

„W porównaniu z latami 2012 i 2011 zauważyliśmy poprawę, odpowiednio o prawie 52 mln zł i ponad 31 mln zł. Zmiana ta jest tym bardziej znacząca, że jeszcze w roku 2012 w porównaniu z rokiem poprzednim koszty korków wzrosły o prawie 21 mln zł. Dodatkowo w analizowanych miastach systematycznie rośnie liczba kierowców oraz wynagrodzenia, co podwyższa koszty korków. Okazuje się jednak, że nawet niewielkie dzienne skrócenie czasu stania w korkach nabiera makroekonomicznego znaczenia” – mówi Rafał Antczak, Członek Zarządu, Deloitte Business Consulting.

Koszt korków dla statystycznego mieszkańca-kierowcy wynosił w ubiegłym roku średnio 2 905 zł rocznie, co stanowiło średnio 70 proc. miesięcznego wynagrodzenia. Dwa lata wcześniej było to 2 811 zł, co stanowiło 77 proc. miesięcznego wynagrodzenia.

Poszczególne aglomeracje dość silnie różnią się kosztami korków, więc interpretacja wyników nie jest jednak tak oczywista. Na przykład, wysoki koszt zatorów drogowych miał miejsce dla kierowców w Poznaniu (12,3 zł dziennie) i był dużo niższy w Gdańsku (8,8 zł dziennie), pomimo mniejszej liczby kierowców w stolicy Wielkopolski i wyższego średniego wynagrodzenia w Gdańsku. Jednak czynnikiem decydującym okazał się czas spędzany w korkach, który był aż o 1/3 dłuższy w Poznaniu niż w Gdańsku. Natomiast niski koszt korków dla kierowców w Katowicach wynikał z dużo mniejszych zatorów niż w innych miastach, choć średnie wynagrodzenie w tym mieście jest najwyższe w Polsce (miesięcznie 5 427 zł).

Jeszcze bardziej znaczące różnice widoczne są w ujęciu rocznym. Nominalnie największe koszty korków rocznie ponoszą kierowcy w Warszawie (3,5 tys. PLN) oraz Poznaniu i Krakowie (po około 3,2 tys. PLN), a najmniej w Gdańsku (tylko 2,3 tys. PLN), Łodzi i Katowicach (po około 2,5 tys. PLN). W ciągu trzech lat nastąpiły jednak spore zmiany w nominalnych kosztach korków, gdyż w roku 2013 w porównaniu z rokiem 2011 kierowcy w Gdańsku zaoszczędzili na korkach najwięcej, bo aż 956 zł, w Warszawie 655 zł, a w Poznaniu 186 zł. Niestety w innych miastach koszty w analogicznym okresie wzrosły i to dużo – o 666 zł w Krakowie, 388 zł w Łodzi, 313 zł we Wrocławiu i 274 zł w Katowicach.

Wszystko jest względne, koszt korków na kierowców również, więc należy uwzględnić jeszcze różnice w wynagrodzeniach w poszczególnych miastach i dopiero wtedy uzyska się faktyczny obraz relatywnych kosztów korków. Średnia miesięcznych kosztów dla kierowców we wszystkich 7 miastach kierowcy wynosiła 70 proc. miesięcznego wynagrodzenia w 2013 r., ale też i znacząco spadła z poziomu 77 proc. w 2012 r. i 72 proc. w 2011 r. Tak jak to miało miejsce przy poprzednich dwóch badaniach najniższe relatywnie koszty korków ponoszą kierowcy w Katowicach, gdyż rocznie tracą „tylko” 47 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia. Na drugim końcu skali są kierowcy z Krakowa tracący rocznie aż 82 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia. Zróżnicowanie dla kierowców z poszczególnych miast jest więc spore, co miało ostatecznie wpływ na końcowy wynik w rankingu.

Skoro podatki pośrednie stanowią połowę ceny benzyny spalonej w korkach, to budżet państwa w 2013 roku zarobił na nich prawie 520 mln zł, ale był to spadek o ponad 18 mln w porównaniu z rokiem 2012 i 2011. Najwięcej budżet państwa zarobił w stolicy, gdzie było to aż prawie 83 mln zł (wzrost o 23 proc. w porównaniu z 2011 r.), a najmniej w Katowicach – 39 mln zł (wzrost o 8 proc.). Najwięcej budżet państwa stracił w Gdańsku, gdyż dochody z tytułu VAT i akcyzy od paliwa spalonego przez kierowców w korkach spadły o 30 proc. w porównaniu do 2011 r. i dały dochód podatkowy w wysokości nieco ponad 40 mln zł.

„W rezultacie koszt korków dla gospodarki wyrażony jako różnica kosztów dla kierowców (paliwa i utraconych korzyści) i korzyści dla budżetu ( dochody podatkowe od paliwa zużytego w korkach) wyniósł 2,945 mld zł, co stanowiło 0,18 proc. PKB Polski w 2013 r., podczas gdy w latach 2012-2011 koszt ten wynosił 0,19 proc. PKB. Największe straty dla gospodarki z powodu korków notujemy w Warszawie, a najniższe w Gdańsku i Katowicach. Różnica pomiędzy tymi miastami jest aż czterokrotna. Nawet w porównaniu z Krakowem różnica w kosztach korków w Warszawie jest ponad dwukrotna” – mówi Rafał Antczak.

Raport powstał w oparciu o badanie Korkometr™ realizowane przez serwis Targeo.pl i AutoMapę. Bazując na rzeczywistych pomiarach prędkości, dla każdego miasta wyliczono wskaźniki opóźnień pokazujące o ile korki wydłużają czas potrzebny kierowcom na dotarcie do miejsca docelowego. Efektywny czas spędzony w korkach w dni robocze w 2013 r. w porównaniu z latami 2011-2012 zmniejszył się w trzech miastach (Gdańsk, Warszawa i Poznań), nieznacznie rósł w dwóch (Łódź i Wrocław) i znacząco pogorszył się w jednym mieście (Kraków). Przez dwa ostatnie lata największe postępy w rozładowywaniu korków poczyniły Gdańsk i Warszawa.

„Zmiany jakie zaszły w rankingu są dość rewolucyjne przede wszystkim dla Warszawy. Kierowca dojeżdżający w stolicy do pracy 10 km w godzinach szczytu, oszczędza obecnie niemal dwie godziny miesięcznie w stosunku do czasu, który tracił w korkach dwa lata temu” – mówi Rafał Mikołajczak, Prezes Zarządu Indigo, operatora serwisu Targeo.pl.

W rankingu 2013 posłużyliśmy się dwoma kryteriami: czasem straconym w korkach oraz kosztem korków dla kierowcy, a więc w zgodzie z maksymą, że czas to pieniądz.

O ile dobre miejsce Katowic nie jest niespodzianką, to sukces Gdańska i Warszawy jest wręcz spektakularny. Zaskakuje też utrzymanie dobrej pozycji przez Łódź, która rozpoczęła bardzo poważne inwestycje infrastrukturalne. Widać, że w przypadku miast, które realizowały i realizują duże inwestycje drogowe przynoszą one szybkie pozytywne zmiany dla kierowców.

Metodologia:
Badanie występowania korków oparto na rzeczywistych pomiarach prędkości przejazdu poszczególnymi odcinkami dróg w dni robocze, wyznaczanych na podstawie danych z ponad 100 tysięcy pojazdów, dostarczających podczas jazdy informacji o lokalizacji, prędkości i kierunku jazdy, w interwałach czasowych nie większych niż 60 sekund. Obliczenia bazują na danych badania Korkometr™ z października 2013 r. (analogicznie do wcześniejszych edycji raportu), dla wąskich gardeł wykorzystano dane aktualne, tj. marzec 2014 r.

Cały raport: www.deloitte.com/pl/raporty oraz www.korkometr.pl.

Young Fashion Photographers Now: ogłoszono nazwiska uczestników

Znamy już nazwiska fotografików mody, którzy zaprezentują swoje prace podczas wystawy Young Fashion Photographers Now.

Young Fashion Photographers Now jest jednym z wydarzeń towarzyszących 10. Edycji FashionPhilosophy Fashion Week Poland (6-10 maja 2014). Dzięki wystawie, najzdolniejsi młodzi polscy fotograficy mody mają możliwość zaprezentowania swoich prac szerokiej publiczności. Przed uczestnikami Young Fashion Photographers Now otwiera się także szansa nawiązania współpracy z magazynami zajmującymi się tematyką mody oraz spotkania z profesjonalistami i łowcami talentów odwiedzającymi Fashion Week Poland.

Spośród artystów, którzy nadesłali swoje aplikacje, uczestników wystawy wyłoniła Rada Programowa w składzie: Mikołaj Komar (redaktor naczelny magazynu „KMag”), Bernard Saczuk (dyrektor artystyczny wystawy YFPN), Paweł Walicki (producent sesji Warsaw Creatives), Maciej Zieliński (redaktor naczelny magazynu „Digital Camera”) oraz Łukasz Ziętek (fotograf). Podczas tegorocznej edycji Young Fashion Photographers Now swoją twórczość zaprezentują:

Małgorzata Twardowska, Oll Bydlovska, Anna Dyszkiewicz, Ania Wójcik i Bartek Porszke, Daniela Swoboda, Kacper Godlewski, Laura Ociepa, Meg Galla, Dorota Deka oraz Antonina Konopelska.

Wystawa Young Fashion Photographers Now odbędzie się w Łodzi w dniach 8-10 maja 2014 roku podczas 10. edycji Fashion Philosophy Fashion Week Poland.

Będzie większy nadzór nad agencjami ratingowymi. Walczą one o zaufanie rynku

CEO Magazyn Polska

Po krytyce agencji ratingowych i zarzutach o arbitralne wystawianie ocen przed kryzysem, branża próbuje odzyskać zaufanie rynków. Jedna z trzech największych agencji, Standard and Poor’s, wydała 400 mln dolarów na wprowadzenie odpowiednich narzędzi analitycznych. Firmy znalazły się też pod nadzorem regulatora i jak przekonują przedstawiciele branży, rynek będzie zmierzał w kierunku dalszych regulacji.

Po głośnych przypadkach decyzji o obniżeniu ratingów krajom szczycącym się najwyższymi ocenami, a także spadkach ratingów niektórych firm, które wcześniej miały najwyższe oceny, po czym znalazły się w tarapatach, agencje ratingowe musiały zmierzyć się z falą krytyki. Podnoszono zarzuty, że podejmują decyzje bez odpowiedniego wyjaśniania przyczyn, działają w imię nieznanych interesów lub samodzielnie kreują rzeczywistość ekonomiczną. Od tego czasu same agencje podjęły działania, które mają zapewnić i udowodnić rzetelność ich analiz.

 – Branża przeszła pewną ewolucję. Sami od 2008 roku zainwestowaliśmy około 400 milionów dolarów, by pokazać, jak bardzo mocno rozgraniczamy aspekt komercyjny od aspektu analitycznego. Wydatki przyczyniły się do poprawy metodologii i modeli oceny ryzyka, tak, by wykorzystać nową wiedzę zdobytą w wyniku kryzysu. Inkorporowaliśmy lepsze rozwiązania, tworząc przyszłościowe modele – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w agencji ratingowej Standard & Poor’s.

Podkreśla, że agencje przeszły zmiany zarówno dzięki pracy wewnętrznej, jak i w wyniku pojawienia się nowego regulatora. ESMA (European Securities and Markets Authority), czyli Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych, monitoruje rynki finansowe i wymaga od agencji ratingowych większej przejrzystości.

 – Dodatkowo pojawił się nowy ważny aspekt zarządzania ryzykiem. Agencje ratingowe patrzą teraz nie tylko na ryzyko relacji z klientem, lecz także kładą większy nacisk na zarządzanie ryzykiem i tak zwany monitoring zgodności z różnego typu przepisami i prawami, zarówno globalnymi, jak i lokalnymi – tłumaczy dyrektor.

Firmy, zdaniem przedstawiciela Standard & Poor’s, wciąż pracują nad reputacją, by pokazać, że są agencjami obiektywnymi, wykorzystującymi najlepsze i obiektywne narzędzia do oceny podmiotów według ustalonych kryteriów.

 – W taki sposób, by inwestorzy mogli porównywać różne podmioty w ramach tej samej branży i np. pomiędzy różnymi lokalizacjami geograficznymi. Dążymy do wzrostu przejrzystości rynkowej – deklaruje Marcin Petrykowski.

Kryzysowa i pokryzysowa krytyka przejrzystości działań branży finansowej, nie tylko agencji ratingowych, doprowadziła do szeregu zmian, mających doprowadzić nie tylko do lepszego nadzoru czy poprawienia reputacji, lecz także do podniesienia poziomu bezpieczeństwa działalności całej branży, by w przyszłości ograniczyć ryzyko kolejnych kryzysów.

 – Tak samo jak ewoluuje bankowość, tak samo będzie ewoluowała branża ratingowa. Zmierzamy w kierunku coraz większego nadzoru i coraz bardziej aktywnego regulowania działalności, tak, by branża była przejrzysta, obiektywna i zrozumiała dla wszystkich uczestników rynku – informuje Marcin Petrykowski.

ArcelorMittal: Europa ryzykuje odpływ inwestycji do tańszych krajów

CEO Magazyn Polska

Europa musi znaleźć kompromis między polityką energetyczną a klimatyczną – uważa Surojit Kumar Gosh, członek zarządu ArcelorMittal Polska. Według niego ambitne cele Unii Europejskiej dotyczące redukcji emisji gazów cieplarnianych nie mogą szkodzić rozwojowi przemysłu. W przeciwnym wypadku Europa może stracić na rzecz Stanów Zjednoczonych i gospodarek wschodzących energochłonne gałęzie przemysłu, takie jak stal czy ceramika.

Szczególnie istotnym wyzwaniem dla producentów stali w Europie są trwające rozmowy UE z USA na temat strefy wolnego handlu. Dzięki tzw. rewolucji łupkowej, w przyszłym roku USA mogą stać się największym producentem gazu ziemnego na świecie, detronizując Rosję. Tania energia już teraz sprzyja amerykańskiej gospodarce, ponieważ coraz więcej firm z powrotem przenosi tam produkcję, np. z Chin.

 – Cena energii w Stanach Zjednoczonych to mniej niż połowa ceny, jaką płacimy tutaj. Tak więc towary pochodzące z USA będą bardziej konkurencyjne, szczególnie te wyprodukowane w branżach o wysokim udziale energii w kosztach. Zagrożenie dotyczy nie tylko USA, lecz także Rosji, Ukrainy, Korei czy Tajwanu – mówi Surojit Kumar Gosh, członek zarządu ArcelorMittal Poland, agencji informacyjnej Newseria Biznes. – Potrzebujemy konkurencyjnych cen energii. Wyzwaniem dzisiaj jest być konkurencyjnym kosztowo.

ArcelorMittal, jako największy na świecie producent stali, jest w stanie sprostać globalnej konkurencji dzięki logistyce i technologiom. Koncern posiada jednak zakłady produkcyjne na czterech kontynentach, gdzie ceny energii znacząco się różnią. Jeżeli te różnice będą wyższe od korzyści wynikających np. z bliskości europejskich rynków, to produkcja w Europie może być ograniczana. Obecnie europejskie zakłady ArcelorMittal odpowiadają za 44 proc. produkcji stali, natomiast Ameryka Północna i Południowa – za 39 proc.

Wyzwaniem dla branży stalowej jest także polityka klimatyczna Brukseli, która nakłada na producentów dodatkowe koszty w postaci zakupu obowiązkowych pozwoleń na emisję powyżej określonego pułapu. Według członka zarządu ArcelorMittal Polska, bezpłatne limity na emisję są niewystarczające.

  Nawet najbardziej wydajni producenci stali muszą kupować pozwolenia na emisję w wysokości 30 proc. ich potrzeb. Obecnie nie mamy nawet takiej technologii, która byłaby efektywna i pozwalała spełnić te standardy – tłumaczy członek zarządu ArcelorMittal Polska.

Producenci stali przypominają, że w ostatnich 40 latach europejskie huty ograniczyły emisję o połowę. Dalsze surowe wymogi wobec przemysłu, których źródłem jest polityka klimatyczna UE, grożą przeniesieniem produkcji poza granice Wspólnoty. Przy biernej postawie pozostałych, największych gospodarek świata nie doprowadzi to do spadku emisji w skali globalnej, a jedynie zmieni gospodarczą mapę świata – przestrzegają przedstawiciele przemysłu.

 – Dlatego potrzebne jest globalne porozumienie dotyczące zmian klimatycznych oraz odnawialnych źródeł energii. Europa nie jest w stanie rozwiązać tego problemu samodzielnie, ponieważ jej gospodarka odpowiada tylko za 10 proc. światowej emisji. Tak więc właściwa polityka klimatyczna musi gwarantować zrównoważony rozwój energetyki oraz ochronę środowiska. W przeciwnym wypadku, ryzykujemy odpływ inwestycji z Europy – mówi Surojit Kumar Gosh. – Zależy nam na właściwej równowadze między polityką energetyczną i klimatyczną. Nie twierdzimy, że należy zapomnieć o zmianach klimatycznych.

Według raportu Komisji Europejskiej „Energy prices and costs in Europe”, za wzrost cen energii elektrycznej w UE odpowiada m.in. rosnący udział alternatywnych źródeł energii w całkowitej produkcji energii, a także demonopolizacja. Państwowe monopole obciążały kosztami inwestycji podatników, a w przypadku konkurencyjnych firm spadają one na ich klientów – wskazują autorzy raportu. Najważniejszą przyczyną wysokich cen energii w UE jest jednak szybko rosnące opodatkowanie. W stosunku do roku 2008 całkowite obciążenia nakładane na energię elektryczną wzrosły o 127 proc. dla odbiorców przemysłowych i 36 proc. dla gospodarstw domowych.

Parlament Europejski pracuje nad obniżeniem opłat za transakcje kartą. Mają spaść poniżej 0,5 proc.

CEO Magazyn Polska

W Parlamencie Europejskim trwają prace nad obniżeniem opłat interchange, czyli prowizji od płatności kartami. Jeśli propozycja Komisji Europejskiej w tej sprawie zostanie przyjęta przez europosłów, stawki spadną poniżej 0,5 proc. – poziomu, który polska ustawa określiła dla obowiązujących w kraju opłat. Bruksela liczy, że zmieni to płatnicze nawyki konsumentów.

Jak pokazują badania Komisji Europejskiej, w UE wciąż płatności kartą nie są popularne. Wśród 10 badanych społeczeństw tylko Szwedzi połowę transakcji dokonują kartami. W innych krajach jest to średnio ok. 30–40 proc. transakcji. Natomiast w Polsce, Niemczech, Austrii i we Włoszech odsetek ten spada poniżej 20 proc. W Polsce wciąż 84 proc. transakcji to płatności gotówką.

 – Prace Komisji Europejskiej i obecnie w Parlamentu Europejskiego potwierdzają konieczność zejścia z opłatą interchange do jeszcze niższych poziomów – do 0,2 proc. dla kart debetowych i 0,3 proc. dla kart kredytowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Robert Łaniewski, prezes Fundacji Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego.

Zaproponowane przez Komisję Europejską obniżenie interchange w lutym zaakceptowała parlamentarna Komisja ds. Gospodarczych i Monetarnych (ECON). Jednak do dalszych prac i głosowania dojdzie prawdopodobnie w nowej kadencji PE.

Polska ustawa, obniżająca opłatę interchange, weszła w życie z początkiem tego roku. Organizacje płatnicze mają jednak pół roku na obniżenie stawek do maksymalnie 0,5 proc. wartości transakcji. 

 – Opłata interchange, a dokładniej  jej nadmierna wysokość, były obciążeniem dla polskich przedsiębiorców. Mamy nadzieję, że obniżka stawek znacząco obniży poziom kosztów związanych z przyjmowaniem płatności kartowych przez przedsiębiorców, którzy się na to zdecydowali. Czekamy również na decyzję tych przedsiębiorców, którzy dotychczas nie zdecydowali się na taką formę płatności właśnie z powodu wysokich kosztów związanych z przyjmowaniem kart płatniczych – ocenia Robert Łaniewski.

Dziś interchange w Polsce wynosi ok. 1,3 proc., jeszcze kilka miesięcy temu było to 1,6–1,7 proc. To zdecydowanie więcej niż wynosi unijna średnia (0,6–0,7), ale także kosztów płatności gotówkowych (szacuje się, że jest to 0,1 proc.).  

 – Mamy nadzieję, że zmniejszenie tych dysproporcji będzie dodatkowym impulsem do rozwoju obrotu bezgotówkowego, poprzez rozwój sieci akceptacji, czyli zmianę decyzji przez przedsiębiorców – ocenia Łaniewski.

Zapewnia, że niższe opłaty interchange nie wpłyną znacząco na działalność bankową, jedynie w początkowym okresie może nastąpić nieznaczny spadek przychodów banków. 

 – Jak pokazał rok 2013, obniżka z 1, 6 do 1,3 procenta nie spowodowała znaczących spadków przychodów w tym zakresie. Dlatego też stwierdzenie, że za wyższymi opłatami i prowizjami dla klientów indywidualnych, czyli dla nas – konsumentów, stoją niższe opłaty interchange, jest nieprawdą – zaznacza prezes FROB.

PKP Cargo będzie inwestować w nowe lokomotywy

CEO Magazyn Polska

PKP Cargo chce w tym roku kupić nowe lokomotywy, które zwiększą możliwości ekspansji poza Polską. Pomimo spadku zysku o 76 proc. w 2013 r., przewoźnik ma 331 mln zł gotówki netto, a ewentualne dodatkowe środki na inwestycje może bez problemu pozyskać z giełdy lub dzięki kredytowi przyznanemu przez Europejski Bank Inwestycyjny. 

 – 2014 rok to będzie rok kontynuacji naszej strategii rozwoju poza granicami Polski. Już dziś dysponujemy certyfikatami na przewozy towarów w kilku liczących się krajach europejskich. W tym roku chcemy być tam z naszą ofertą sprzedażową dzięki działalności nie tylko PKP Cargo, lecz także naszej spółki zależnej Trade Trans, która prowadzi działalność spedycyjną. Dysponujemy już dzisiaj dziesięcioma lokomotywami wielosystemowymi. W tym roku będziemy przymierzali się do tego, aby powiększyć naszą flotę takich lokomotyw – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Purwin, prezes zarządu PKP Cargo.

Największy polski i drugi co do wielkości w UE kolejowy przewoźnik towarowy ma certyfikaty na samodzielne prowadzenie przewozów w Niemczech, Czechach, Austrii, Węgrzech, Belgii, Holandii i na Słowacji. PKP Cargo może też wjeżdżać na graniczną stację towarową Travisio we Włoszech. Do prowadzenia przewozów w innych krajach potrzebne są jednak tzw. lokomotywy wielosystemowe, czyli korzystające z różnych napięć sieci trakcyjnej. PKP Cargo posiada takie lokomotywy produkcji Bombardiera (EU43) oraz Siemensa (EU45).

PKP Cargo nie będzie miało problemów z finansowaniem inwestycji, bo spółka ma 331 mln zł dostępnej gotówki netto. Do tego nie miałaby problemów z pozyskaniem finansowania zewnętrznego, gdyby zaszła taka potrzeba. 

 – Dysponujemy kredytem z Europejskiego Banku Inwestycyjnego, który wynosi 200 mln zł. Jako jedyny narodowy przewoźnik w Europie PKP Cargo jest notowane na giełdzie. To oczywiście dostęp do kapitału, który – o ile tak zdecydują nasi akcjonariusze – może być przeznaczony na rozwój. Możliwości emisji długu przez PKP Cargo są również dostępne. Dzisiaj rynek dobrze ocenia standing finansowy i myślę, że bez żadnego problemu znaleźlibyśmy kupców na obligacje spółki. Na razie takiej potrzeby nie ma, spółka ma bardzo dobrą sytuację finansową, także w kontekście potencjalnych inwestycji – wylicza Purwin.

Zapowiada, że dzięki planowanej ekspansji, zwłaszcza w krajach ościennych, przychody z działalności zagranicznej mają wzrosnąć. Spółka planuje wydłużyć łańcuchy logistyczne, czyli zapewniać jak najbardziej rozbudowaną ofertę przewozową od nadawcy do odbiorcy.

Plany mają pomóc poprawić wyniki po słabszym 2013 r. Z uwagi na konieczność wypłacenia premii prywatyzacyjnej oraz brak koniunktury w przewozach kruszyw zysk netto PKP Cargo wyniósł 65,4 mln zł netto, czyli aż o 76 proc. mniej niż w 2012 r. Po korekcie o istotne zdarzenia jednorazowe zysk netto wyniósł 188,8 mln zł (spadek o 29 proc.), a EBITDA 662,2 mln zł (spadek o 14 proc.). Skorygowana marża EBITDA wyniosła niemal 14 proc., co pomimo spadków plasuje PKP Cargo wśród czołowych europejskich przewoźników kolejowych. 

 – Najbardziej jesteśmy zadowoleni z rozwoju w segmencie węgla, który urósł kilkanaście procent rok do roku. To był zdecydowanie słaby rok, jeżeli chodzi o transport kruszyw. Branża ta odczuła wyjątkowo złe warunki atmosferyczne, jakie panowały w I i II kwartale roku 2013. Ten segment spadł o kilkanaście procent rok do roku. Natomiast IV kwartał dał nam już zdecydowanie pozytywny odczyt i spadek został zahamowany. W związku z czym perspektywa dla roku 2014 jest obiecująca, głównie ze względu na optymistyczne prognozy makroekonomiczne – ocenia Purwin.

Dodaje, że poza rosnącym przewozem węgla ze Śląska do portów PKP Cargo odnotowało także wzrost transportu rud z portów do odbiorców w Polsce i regionie. Gorzej było jednak w segmencie transportu kontenerów (intermodalnym). Powodem jest przede wszystkim wciąż trwające spowolnienie w branży samochodowej. Purwin prognozuje jednak, że w tym roku  transport intermodalny będzie rósł szybciej.

By poprawić efektywność spółki, cały czas trwa jej restrukturyzacja. Zakłady naprawy i modernizacji taboru zostały połączone w spółkę Cargowag, a za zarządzanie infrastrukturą będzie odpowiadać Cargotor. Purwin zapowiada również walkę z niepotrzebną biurokracją i lepsze dostosowanie oferty do potrzeb klientów. 

PSB: Rośnie sprzedaż materiałów budowlanych. W lutym była lepsza o 24 proc. niż przed rokiem

CEO Magazyn Polska

Ciepła zima sprzyja branży budowlanej. Robót nie przerywały niskie temperatury, więc i sprzedaż materiałów była wyższa niż przed rokiem. Z danych Grupy PSB wynika, że w styczniu sprzedaż wzrosła o jedną trzecią, a w lutym – o 24 proc. w porównaniu do miesięcy zimowych w 2013 roku. Ceny pozostają na tym samym poziomie, ale w niektórych segmentach można oczekiwać nieznacznych podwyżek.

 – Styczeń 2014  roku był lepszy o 34 proc. od stycznia 2013 roku,, a luty – jak wstępnie oceniamy – o około 24 proc. Jako cała grupa mieliśmy 125 mln obrotów, czyli wynik rekordowy w naszym wypadku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Kwapisz, dyrektor Polskich Składów Budowlanych w Warszawie.

W  jego ocenie, jest to zasługa przede wszystkim ciepłej zimy: braku śniegu i braku niskich temperatur, co wyraźnie wpłynęło na zwiększenie zakresu prac budowlanych, zwłaszcza elewacyjnych.

Wyjaśnia, że duży jak na tę porę roku popyt na materiały budowlane nie wpływa znacząco na ich ceny. 

 – Ceny raczej się nie zmieniają. Są jednak sezonowe spadki, to oczywiste w większości branż – wyjaśnia Zbigniew Kwapisz. – Właściwie od pięciu lat jest tendencja do stabilizacji poziomu cen. Niektóre grupy są tańsze nawet o 20-30 proc. niż 5-6 lat temu, i nic nie wskazuje na to, żeby ceny miały wrócić do tamtego poziomu.

Jak podaje grupa PSB, w styczniu 2014 roku, w porównaniu do grudnia 2013 roku, ceny wzrosły w sześciu grupach produktowych, w tym najbardziej w grupie: izolacji termicznych (+1,6 proc.), pokryć i folii dachowych, rynien (+1,4 proc.) oraz narzędzi i sprzętu budowlanego (+1 proc.) oraz farb, lakierów, tapet (+1,7 proc.). Ruchy cen cementu, wapna, instalacji i techniki grzewczej, kanalizacji, odwodnień, wentylacji oraz płytek ceramicznych, wyposażenia łazienek i kuchni były nieznaczne (poniżej 1 proc.). Spadły jedynie ceny bram, ogrodzeń (-0,8 proc.), a ceny wyrobów stalowych i kostki brukowej się nie zmieniły.

 – Myślę, że mocniejszy rozwój budownictwa dopiero przed nami, dlatego ceny nie będą rosnąć w najbliższym czasie. Będą próby podwyżek w niektórych grupach towarowych, ale to będą kosmetyczne zmiany w granicach 1–2 proc. – prognozuje dyrektor PSB w Warszawie.

W jego ocenie będzie to dotyczyć chemii budowlanej i tzw. suchej zabudowy.

 – Wydaje mi się, że producenci są z cenami blisko kosztów produkcji, ale to jest związane z charakterystyką polskiego rynku budowlanego. Klimat tu nie ma żadnego znaczenia – podkreśla Kwapisz.

Douglas planuje co roku otwierać w Polsce 6-10 nowych perfumerii

CEO Magazyn Polska

Sieć Douglas ma obecnie 110 perfumerii w 55 polskich miastach. W kolejnych latach firma zamierza otwierać między od sześciu do dziesięciu nowych placówek rocznie. Sieć będzie także modernizowała już istniejące perfumerie. 

 – Planujemy kolejne otwarcia, może już w nie tak szybkim tempie, jak było to w ubiegłych latach, ale około 6–10 perfumerii rocznie będziemy nadal otwierać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Mosurek-Zava, prezes firmy Douglas Polska.

Firma planuje również modernizację sklepów już istniejących. Oprócz rozwoju sieci prezes zapowiada również skoncentrowanie się na sprzedaży przez internet, a także usługach. W salonach można wykonać profesjonalny makijaż, a także zadbać o kondycję dłoni i stóp. Firma stawia także na edukację. W Szkole Makijażu sieci odbywają się praktyczne warsztaty.

 – Od kilku lat stawialiśmy na mocny zespół profesjonalistów. Inwestowaliśmy w naszych konsultantów, nie tylko w ich wiedzę produktową, lecz także ich wiedzę z zakresu obsługi klienta. Cieszę się, że dzisiaj możemy pochwalić się świetnymi wynikami – podsumowuje prezes firmy Douglas Polska.  

Douglas w ostatnich latach wprowadził na polski rynek firmy, których produkty dostępne są tylko w ich sklepach. Perfumeria ma w asortymencie na wyłączność ponad 70 marek, wśród nich są m.in. Sensai Kanebo International, Georgio Armani Cosmetics czy Tom Ford. 

 – Polacy są bardzo zainteresowani nowościami, podróżują po świecie, są naprawdę otwarci na wszelkie nowinki. Cieszymy się, że zaakceptowali wiele nowych marek, które udało nam się w ostatnich latach wprowadzić do Polski – tłumaczy Mosurek-Zava. – Kobiety, które nas odwiedzają przede wszystkim interesują się makijażem i produktami pielęgnacyjnymi. Natomiast odwiedzają nas również mężczyźni, zwłaszcza w poszukiwaniu prezentów, ciekawych zapachów. To są najczęściej poszukiwane produkty w perfumeriach Douglas.

Polskie bakalie na zagranicznych rynkach. Bakalland będzie zwiększał udział eksportu w sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Chiny, RPA, Nigeria, Kanada, Węgry i Rumunia – to tylko niektóre rynki zagraniczne, na które stawia Bakalland. Firma chce zwiększyć udział eksportu w sprzedaży, głównie płatków śniadaniowych i batonów. Nie zamierza jednak zdobywać nowych rynków poprzez przejęcia, stawia raczej na wzrost sprzedaży stacjonarnej.

 – Staramy się cały czas rozwijać eksport na bazie naszych płatków śniadaniowych  bo to jest główny motor napędowy  oraz batonów bakaliowo-zbożowych. Nowe rynki to głównie kraje afrykańskie: pozyskaliśmy ostatnio kilku dużych klientów z RPA i Nigerii. Nawet z tak egzotycznego kraju jak Seszele. Eksportujemy również do Kanady i Stanów Zjednoczonych. Nowymi klientami są też Chiny, co jest efektem naszych targów z ubiegłego roku w Szanghaju – mówi Marian Owerko, prezes zarządu Bakallandu.

Firma planuje zwiększać udział eksportu w sprzedaży. Jednak, jak podkreśla prezes, nie będzie to efekt przejęć na zagranicznych rynkach ani otwierania tam przedstawicielstw, ale raczej wzmacniania sprzedaży stacjonarnej, czyli obecności produktów Bakallandu na sklepowych półkach.

 Nasz dział eksportu się wzmocnił i mam nadzieję, że pozwoli nam to realizować plany, które sobie założyliśmy. Eksport jest nam potrzebny, bo szukamy możliwości wykorzystania naszych mocy produkcyjnych. A po drugie, przedmiotem eksportu są płatki śniadaniowe i batony, czyli produkty, do których surowce kupujemy w Polsce – na tej bazie budujemy taki naturalny hedging, gdyż bakalie są w 100 proc. importowane – podkreśla Marian Owerko.

Import orzechów włoskich pochodzi m.in. z Ukrainy. Napięta sytuacja polityczna nie jest jednak zagrożeniem dla dostaw. Prezes zapewnia, że w przypadku jakichkolwiek problemów, surowiec będzie sprowadzony z dwóch alternatywnych rynków, czyli z Mołdawii lub USA.

Bakalland również w Polsce nie chce rosnąć przez przejęcia. Strategia na rynek polski na najbliższe trzy lata przewiduje organiczny wzrost. Przez kolejne dwa lata firma nie zamierza też rozbudowywać mocy produkcyjnych.

 Będziemy rozwijać trzy linie, czyli bakalie, płatki śniadaniowe i batony. W tych segmentach mamy kilka nowości, które będziemy wdrażać zarówno w tym roku fiskalnym, jak i w przyszłym – zapowiada prezes Bakallandu.

Za kilka tygodni sprzedaż bakalii widocznie wzrośnie – to efekt zbliżających się Świąt Wielkanocnych – przede wszystkim dotyczy to bakalii dodawanych do ciast.

 Pozostałe bakalie, czyli owoce suszone i orzechy, sprzedają się tak samo w każdym miesiącu, z wyjątkiem okresu czerwiecsierpień, kiedy dostępne są dużo tańsze polskie świeże owoce – mówi Marian Owerko. – Również kategorie płatków śniadaniowych i batonów to nie są kategorie sezonowe.

Credit Agricole: Z powodu sytuacji na Ukrainie PKB Polski może rosnąć 0,3 pkt proc. wolniej

CEO Magazyn Polska

W tym roku wzrost gospodarczy w Polsce z powodu sytuacji na Ukrainie może być niższy o 0,3 punktu procentowego – ocenia Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole. Wpłynąć na to ma zmniejszony import i mniejsza konsumpcja na Ukrainie. Czarny scenariusz czeka jednak polską gospodarkę, jeśli pogorszą się relacje handlowe z Rosją lub zostaną na nią nałożone międzynarodowe sankcje, które uderzyłyby w wymianę handlową.

 W takiej sytuacji można oczekiwać również odpowiedzi Rosji – odpowiedzi, która uderzy w eksport Unii Europejskiej do tego kraju, w tym oczywiście polski eksport – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole. – Eksport do Rosji to ponad 5 proc. polskiego eksportu, około 2 proc. produktu krajowego brutto. W takiej sytuacji oczywiście polska gospodarka spowolniłaby znacznie silniej i moglibyśmy wówczas mówić o podcinaniu tego ożywienia, które w Polsce się utrwala – prognozuje.

Rosja jest drugim, po Unii Europejskiej, rynkiem eksportowym dla polskich przedsiębiorstw. Wartość dostaw na rynek rosyjski wzrosła ponad siedmiokrotnie z 1,5 mld dolarów w końcu 2003 r. do blisko 11 mld dolarów w 2013 r. Według danych Ministerstwa Gospodarki, w 2013 r. wiodącą grupą towarową w eksporcie do Rosji pozostawały wyroby przemysłu elektromaszynowego, których dostawy osiągnęły wartość ok. 4,2 mld dolarów.

Jakub Borowski prognozuje również negatywny wpływ napiętej sytuacji politycznej na Ukrainie na rozwój gospodarczy w Polsce. Jego zdaniem, PKB Polski może rosnąć o ok. 0,3 pkt proc. wolniej z powodu wydarzeń za naszą wschodnią granicą.

 – Słabsza waluta ukraińska, hrywna, będzie czynnikiem hamującym import na Ukrainę, w tym import z Polski. Przede wszystkim uderzy to w import towarów żywnościowych, w mniejszym stopniu – dóbr przetworzonych przemysłowych – ocenia główny ekonomista Credit Agricole. – Jednocześnie można oczekiwać pogorszenia nastrojów konsumenckich na Ukrainie i w ogóle wyraźnego spowolnienia wzrostu gospodarczego, bo niepewność będzie czynnikiem ograniczającym konsumpcję gospodarstw domowych i inwestycje.

Według wstępnych danych Ministerstwa Gospodarki, w 2013 r. obroty towarowe pomiędzy Polską i Ukrainą wzrosły o 1,4 proc. i wyniosły blisko 8 mld dol., w tym polski eksport na Ukrainę zwiększył się o 8,5 proc. i osiągnął wartość 5,7 mld dol., natomiast import obniżył się o 13 proc. do poziomu 2,2 mld dol. Polska eksportuje przede wszystkim wyroby przemysłu elektromaszynowego, chemicznego, produkty mineralne oraz artykuły rolno-spożywcze.

O długoterminowych skutkach napięcia między Rosją a Ukrainą na razie trudno mówić, bo zależy to od rozwoju wydarzeń. Wczoraj oba kraje porozumiały się w sprawie wstrzymania akcji militarnych na Krymie do 21 marca. Żadnego scenariusza jednak wykluczyć nie można. 

 – Jeśli doszłoby do zaostrzenia konfliktu, w szczególności do konfliktu militarnego, to będziemy mieć do czynienia z długoterminowym negatywnym wpływem na cały region: wzrostem awersji do ryzyka, niechęcią inwestorów do kupowania aktywów nie tylko z tych krajów, które bezpośrednio uczestniczą w tym konflikcie, lecz także z krajów ościennych – przestrzega ekonomista.

Już dziś można z pewnością mówić o negatywnym wpływie zaistniałej sytuacji na gospodarki państw zaangażowanych, czyli Ukrainy i Rosji.

 – Natomiast Rosja jeszcze bardziej będzie postrzegana jako kraj typowo surowcowy, a nie kraj, który jest dobrym miejscem do inwestowania długoterminowego kapitału, ponieważ jest bardzo niestabilny – w tym sensie, że generuje konflikty w swoim otoczeniu geograficznym – podkreśla Jakub Borowski.

W przypadku Ukrainy, ważny będzie kierunek rozwoju, jaki władze obiorą: prorosyjski czy proeuropejski. Zwrócenie się Ukrainy w kierunku UE będzie korzystne nie tylko dla gospodarki naszego wschodniego sąsiada, lecz także dla gospodarki Polski, ponieważ wpłynęłoby w dłuższej perspektywie na ożywienie wzrostu gospodarczego w kraju.

Przybywa centrów outsourcingowych na Pomorzu. Inwestorzy spieszą się przed lipcową obniżką pomocy publicznej

CEO Magazyn Polska

Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna przyciąga coraz więcej firm outsourcingowych. Pracę w nich, głównie na terenie Trójmiasta, ma już 40 tys. osób. Pomorska aglomeracja jest szczególnie atrakcyjna dla firm ze Skandynawii. W ubiegłym roku PSSE przyciągnęła ponad 1 mld zł inwestycji, w tym – liczy na zainteresowanie inwestorów przed lipcowym obniżeniem pomocy publicznej.

 – Trójmiasto jest bardzo zaawansowane, jeżeli chodzi o rozwój usług outsourcingowych. Jest 40 firm, które świadczą tego typu usługi, a zatrudnionych w nich jest 40 tys. osób, głównie na terenie Trójmiasta. Mamy bardzo duży potencjał w postaci młodych, wykształconych ludzi. W Trójmieście i całym województwie jest kilka uczelni wyższych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Józef Adam Bela, wiceprezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Dzięki rozwojowi outsourcingu PSSE liczy na utrzymanie dobrego trendu z ubiegłego roku. W 2013 r. strefa przyciągnęła inwestycje warte ponad 1 mld zł, które wygenerują 630 miejsc pracy. Wydane zostały 23 zezwolenia dla nowych firm. Pod względem zadeklarowanych inwestycji aktywniejsza była tylko Katowicka SSE; pod względem utworzonych miejsc pracy PSSE znalazła się na 5. miejscu w kraju.

Łącznie podmiotów działających w PSSE jest już ok. 100, m.in.: centra usługowe, księgowe, IT i farmaceutyczne; wśród tych ostatnich także polska Polpharma, która stworzyła nowoczesne laboratorium badań i rozwoju w Gdańskim Parku Naukowo-Technologicznym.

Bela zauważa, że Trójmiasto jest bardzo atrakcyjne m.in. dla inwestorów ze Skandynawii. W pomorskiej aglomeracji mieszka ponad połowa wszystkich Polaków, którzy mówią językami z tego rejonu Europy.

 – Przekazywanie pewnych procesów biznesowych na Pomorze kalkuluje się pod każdym względem wielu firmom, i nie ma tutaj znaczenia, czym one się zajmują, o ile dana działalność spełnia wymogi uzyskania zezwolenia. W takiej sytuacji przedsiębiorca może otrzymać ulgi inwestycyjne od 40 proc. do 70 proc. zależnie od tego, czy to jest duży, mały czy średni przedsiębiorca – podkreśla Bela.

PSSE oferuje nie tylko wsparcie finansowe i ulgi podatkowe, lecz także powierzchnie biurowe. Lokalne szkoły wyższe, m.in. Sopocka Szkoła Wyższa, prowadzą specjalne zajęcia uczące działalności w sektorze outsourcingowym.

Bela przewiduje, że w tym roku zainteresowanie inwestorów nasili się w pierwszej połowie roku. Od 1 lipca zmienią się przepisy dotyczące pomocy publicznej, która będzie niższa. Wsparcie dla dużych inwestorów zmaleje z maksymalnie 40 proc. do 25 proc. Już w ubiegłym roku widać było, że inwestorzy spieszą się z decyzją o wejściu do strefy, by skorzystać z obowiązującego wyższego wsparcia.

 – W tym roku już wydaliśmy trzy zezwolenia, skutkiem czego będą inwestycje rzędu 80 mln złotych. Ten proces na pewno będzie do połowy roku narastał – ocenia Bela.

Pomorska SSE obejmuje 22 podstrefy w czterech województwach (pomorskim, zachodniopomorskim, kujawsko-pomorskim oraz wielkopolskim), o łącznym obszarze 1380 hektarów. W lutym resort gospodarki zaproponował powiększenie strefy o ponad 72 hektary, co ma dać 270 nowych miejsc pracy.

Wśród największych inwestorów w PSSE są m.in.: Bridgestone, Cargotec, Lafarge, Solvay, Apator oraz Polpharma.

Raiffeisen Centrobank utrzymał rekomendację „Trzymaj” dla ENEI

W raporcie z 13 marca 2014 r. analitycy Raiffeisen Centrobank rekomendują „Trzymaj” dla akcji ENEI. Cena docelowa wyznaczona została na poziomie 15,30 za walor.

Jak zgodnie z przepisami przekształcić działkę rolną w budowlaną?

Zagadnienia związane z realizacją inwestycji budowlanych reguluje ustawa Prawo budowlane, która precyzuje rodzaj robót i miejsce ich wykonywania. Zgodnie z obowiązującymi przepisami inwestycja budowlana, która nie ma charakteru rolniczego, może być realizowana tylko na gruntach wyłączonych z produkcji rolnej, czyli działkach o statusie inwestycyjnym – budowlanym.

Aby sprawdzić status działki, niezbędne jest zapoznanie się z miejscowym planem zagospodarowania, który określa rodzaj i przeznaczenie wszystkich ujętych w nim gruntów na danym obszarze. Jeśli aktualnie dokument taki nie istnieje, warto dowiedzieć się we właściwym urzędzie o ewentualnie planowanych lub trwających pracach mających na celu jego przygotowanie.

Odrolnienie i wyłączenie terenu z produkcji rolnej jest znacznie łatwiejsze w przypadków gruntów gorszej jakości – klasy IV, V i IV, gruntów lepszej jakości, które w miejscowych planach już są postrzegane jako obszar inwestycyjny, a także gruntów znajdujących się w granicach miast. Wówczas procedura przekształcenia opiera się przede wszystkim na przepisach ustawy Prawo budowlane i wymaga uzyskania warunków zabudowy.

Również w sytuacji braku miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego przekształcenie działki rolnej w budowlaną może odbywać się poprzez uzyskanie decyzji o warunkach zabudowany, która w tej sytuacji określa status gruntu. Decyzja może być wydana tylko dla działki, która posiada dostęp do drogi, zapewnia możliwość przyłączy mediów, nie wymaga zmiany jej przeznaczenia,  sąsiaduje z działką o zabudowie spełniającej takie same wymogi. W tej sytuacji warto też w urzędzie dowiedzieć się o planowanych inwestycjach na całym obszarze, na którym znajduje się działka.

W przypadku gruntów klasy I, II, III procedura przekształcenia może powodować więcej trudności, ponieważ wymagana jest zgoda ministra do spraw rozwoju wsi przy uwzględnieniu Ustawy O ochronie gruntów rolnych i leśnych.

Jeśli plan zagospodarowania przestrzennego traktuje grunty jako rolne, wówczas należy złożyć pisemny wniosek o odrolnienie działki. Pisemny wniosek składa się do gminy właściwej ze względu na lokalizację gruntów. We wniosku muszą zostać ujęte dokładne informacje na temat działki, jej położenia i rodzaju planowanej na niej inwestycji. Ponadto inwestor może być zobowiązany przedstawić uzasadnienie przekształcenia, o które wnioskuje. Odrolnienie gruntu jest jednak dopiero pierwszym etapem właściwego przekształcenia działki rolnej w budowlaną. W dalszej kolejności niezbędne jest wyłączenie gruntu z produkcji rolnej, co odbywa się poprzez złożenie wniosku do starosty lub prezydenta miasta na prawach powiatu, w celu zmiany statusu działki w ewidencji.

Trwałe wyłączenie gruntów z powierzchni rolnej wiąże się z koniecznością dokonania jednorazowej opłaty, której wysokość uwarunkowana jest jakością gruntów. Uiszcza się również roczne opłaty za każdy rok użytkowania gruntów. W przypadku wyłączenia trwałego opłata za okres użytkowania obowiązuje przez 10 lat, natomiast w przypadku nietrwałego przez 20, przy czym nie może on trwać dłużej. Wysokość opłat uwarunkowana jest klasą gruntów – im wyższa klasa, tym wyższe też opłaty.

Autor: Ksiegarnia.Profinfo.pl
Artykuł powstał przy współpracy z firmą https://www.profinfo.pl 

„Dobrze, że strefa euro istnieje, i dobrze, że nas w niej jeszcze nie ma”

O sytuacji makroekonomicznej i rynku obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI.

Europejski Bank Centralny pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Czy to dobra, neutralna, a może zła informacja dla rynków obligacji?

Od dłuższego czasu retoryka Europejskiego Banku Centralnego jest niezmienna. Także na ostatnim posiedzeniu prezes Mario Draghi nie zaskoczył inwestorów i ponownie podkreślił, że bank jest gotowy do podjęcia stosownych kroków, jeśli tylko zajdzie taka konieczność. Choć takiej decyzji można było się spodziewać, część inwestorów poczuła się rozczarowana, że EBC nie zadziałał bardziej zdecydowanie, np. obniżając stopy procentowe do zera.

A czy byłaby to uzasadniona decyzja w obecnych okolicznościach?
Sytuacja gospodarcza w strefie euro poprawia się powoli, a co więcej – widać zdecydowaną dysproporcję pomiędzy poszczególnymi państwami. „Lokomotywą” Europy pozostają Niemcy, ale można też wskazać kraje, gdzie wzrost produktu krajowego brutto jest minimalny. Europejski Bank Centralny optymistycznie zakłada, że PKB w strefie euro wzrośnie w 2014 r. o 1,2%, a w 2016 r. gospodarka urośnie nawet o 1,8%. Jednocześnie bank prognozuje, że kolejne dwa lata upłyną pod znakiem niskiej inflacji, dzięki czemu nie pojawi się presja na podwyżkę stóp procentowych. Należy jednak brać pod uwagę, że na drodze do realizacji scenariusza globalnego ożywienia gospodarczego stoi kilka niewiadomych, np. rozwój sytuacji w Chinach.

A co o kondycji gospodarek mówią wskaźniki wyprzedzające?
Większość odczytów wskaźników wyprzedzających PMI oraz OECD pozostaje na wysokich poziomach, jednak dla wielu krajów, w których proces ożywienia gospodarczego rozpoczął się najwcześniej, wskaźniki wyprzedzające zaczęły się już obniżać. Dlatego całościowy obraz analizowany przez pryzmat tych wskaźników nie jest tak jednoznacznie pozytywny, jak jeszcze w drugiej połowie ubiegłego roku. Z perspektywy lokalnej wskaźnik PMI dla Polski, obliczany z uwzględnieniem wolumenu nowych zamówień, produkcji, zatrudnienia czy wielkości zapasów, jest satysfakcjonujący i zaskakuje pozytywnie już kilka miesięcy z rzędu.

Jak w tym kontekście można ocenić decyzję Rady Polityki Pieniężnej o przesunięciu podwyżek stóp procentowych?
Wzrost gospodarczy w Polsce nie jest jeszcze na tyle długotrwały, a co istotniejsze, inflacja rośnie bardzo powoli. Rada była więc w komfortowej sytuacji i mogła bez przeszkód pozostawić stawkę bazową na poziomie 2,5%. Podczas posiedzenia członkowie RPP odroczyli dodatkowo początek cyklu podwyżek stóp procentowych co najmniej do końca III kwartału 2014 r. Wydźwięk tej decyzji był klarowny: „Polska gospodarka oraz waluta są w fundamentalnie dobrej kondycji, a konflikt na Ukrainie nie zagraża ich stabilności”.

W jednej z ostatnich wypowiedzi Marek Belka, prezes NBP i przewodniczący RPP, powiedział, że „kryzys ukraiński może skłaniać do przemyślenia członkostwa Polski w strefie euro”. Czy przyjęcie wspólnej waluty byłoby dobrym krokiem w kontekście bezpieczeństwa polskiej gospodarki?

Odpowiedź na to pytanie można by zawrzeć w jednym zdaniu: dobrze, że strefa euro istnieje i dobrze, że nas w niej jeszcze nie ma. Polska gospodarka jest na tyle silna, że jej włączenie do wspólnoty walutowej okazałoby się korzystne przede wszystkim dla strefy euro, ale niekoniecznie dla Polski. „Bezpieczeństwo dzięki wspólnej walucie” jest swego rodzaju iluzją. O tym, że jedna waluta nie gwarantuje stabilności i rozwoju gospodarczego świadczy chociażby sytuacja krajów bałtyckich – Estonii i Łotwy – czy Czarnogóry, która wprowadziła euro, nie przystępując jednak do unii walutowej. Dlatego pomimo że sytuacja za wschodnią granicą nie pomaga RPP w prowadzeniu polityki pieniężnej, posiadanie własnej waluty przynosi Polsce wiele korzyści.

Jak się wydaje, polski rynek obligacji jest ostatnio w całkiem dobrej kondycji. A jak wygląda sytuacja na rosyjskim i ukraińskim rynku długu?

Zanim przejdę do obecnej rentowności tamtejszych obligacji, chciałbym zwrócić uwagę na pewien paradoks, o którym niewiele się mówi. Tylko w 2015 r. Rosja ma do wykupienia papiery skarbowe o wartości ok. 4 mld dolarów amerykańskich, a Ukraina ok. 5,5 mld dolarów – i to wszystko w sytuacji, gdy dług zewnętrzny Rosji jest tylko dwukrotnie wyższy niż Ukrainy. Dodatkowo całkowite zadłużenie Rosji to aż w 75% zadłużenie wewnętrzne. Warto też zestawić ze sobą wartości jednego z kluczowych parametrów, na który zwracają uwagę inwestorzy. Rosja utrzymuje dług do PKB w granicach 10% i jest obecnie jednym z najmniej zadłużonych państw na świecie. Z kolei stosunek długu do PKB na Ukrainie już przed kryzysem w 2008 r. wynosił ok. 35%. Teraz nie wiadomo nawet, ile wynosi PKB Ukrainy, co niewątpliwie nie zachęca ewentualnych inwestorów.

A czy w obecnej sytuacji politycznej są chętni na rosyjskie lub ukraińskie obligacje?
Tak. Co ciekawe, niepewność polityczna i groźba pogłębienia konfliktu na Ukrainie nie zniechęciły wszystkich inwestorów, choć oczywiście odbiły się na wycenach. Rentowność papierów rosyjskich oscyluje pomiędzy 4% a 5% – w zależności od terminu ich zapadalności (długości na krzywej rentowności) – podczas gdy rentowność obligacji ukraińskich jest dużo wyższa i wynosi ok. 10%.

Patrząc na rynki europejskie, można zauważyć pewną ciekawą rzecz – obligacje greckie są najdroższe od 2010 r.
W 2013 r. najlepszymi inwestycjami na rynku długu były obligacje krajów, które w ostatnich latach kojarzyły się, całkiem zresztą zasłużenie, z kryzysem. To Grecja, Hiszpania, Włochy, Portugalia i Irlandia. Szczególnie Grecja okazała się doskonałym wyborem, bo wcześniej najwięcej traciła. Co warte podkreślenia, obligacje hiszpańskie czy włoskie mają obecnie rentowności niższe niż polskie. Oznacza to, że papiery krajów, które swego czasu były omijane przez inwestorów, na powrót stały się pożądane.

Ranking polskich sklepów internetowych na koniec 2013 r.

Morele.net, Agito.pl, Electro.pl to zwycięskie Mega–sklepy w najnowszym „Rankingu sklepów internetowych” publikowanym przez niezależny serwis Opineo.pl. Już po raz szósty można prześledzić zestawienie opinii polskich konsumentów, którzy oceniali profesjonalizm, jakość obsługi i rzetelność internetowych sprzedawców. Kto w ciągu 12 miesięcy 2013 roku zdobył uznanie klientów, a kto spadł z piedestału? Prezentujemy wyniki tego plebiscytu.

Polscy konsumenci są coraz bardziej świadomi swoich praw. Także w kwestii zakupów przez Internet. W ciągu ostatniego roku wystawili sprzedawcom blisko 1,2 miliona opinii, co dało łączną liczbę 3,3 mln recenzji w serwisie Opineo.pl na koniec 2013 r. A jak klienci oceniali internetowych sprzedawców?

Mega–przetasowanie, czyli o głos od zwycięstwa

W ścisłej dwunastce wyróżnionych Mega–sklepów znalazły się: Morele.net, Agito.pl, Electro.pl, Empik.com, Redcoon.pl, RTV EURO AGD, Mall.pl, Merlin.pl, Mixmedia.pl, Avans.pl, Neo24.pl i MegaMarket.com.pl.

― Mega–sklepy są dobrze znane polskim konsumentom, bo obecne na rynku w handlu e– commerce od wielu lat. Obsługują dużą liczbę nabywców i realizują ogromne ilości zamówień. Przy tym wszystkim potrafią zaoferować klientom usługi najwyższej jakości. W aktualnej edycji rankingu, opartego w głównej mierze o historię opinii z 12 miesięcy 2013 roku, widoczne jest przetasowanie na szczycie stawki. Dla sklepów, które straciły miejsce na podium, może to być sygnał do poprawy jakości obsługi i większej dbałości o klientów, zaś dla świeżo upieczonych liderów będzie to z pewnością nagroda za ubiegłoroczne wysiłki ― komentuje wyniki rankingu Paweł Kucharzak, prezes zarządu firmy Opineo.pl.

W bieżącym wydaniu rankingu w grupie wyróżnionych Mega-sklepów zabrakło sprzedawców: Electromarket.pl i RAM.net, którzy już w poprzednim zestawieniu znajdowali się na dole tabeli. Pojawiły się natomiast na liście zupełnie nowe sklepy, które w 2013 r. zdobyły mega–uznanie klientów: Empik.com, Mall.pl, Merlin.pl i Avans.pl.

Sklepy średniej wielkości i Młode wilki

Nie mniej interesująco wygląda zestawienie w pozostałych klasyfikacjach. Zwycięskie sklepy średniej wielkości w kategorii Komputery to: Drukuj24.pl, 3kropki.pl i OleOle.pl, w kategorii Fotografia pierwsze trzy miejsca należą do Empikfoto.pl, Mediamarkt.pl i 2BIS.pl, zaś w kategorii AGD i RTV prym wiodą: North.pl, Bdsklep.pl i OleOle.pl.

Bardzo ciekawie prezentuje się też ranking Młodych wilków, czyli sprzedawców, którzy dopiero zaczynają gromadzić opinie. W kategorii Komputery na wyróżnienie zasługują Kuzniewski.pl, Drukmistrz.pl i Tuszmarkt.pl. Trzy pierwsze miejsca w zestawieniu Fotografia należą do sprzedawców: Bratex.org, Vertis.pl i Fotozakupy.pl. Liderzy kategorii AGD i RTV to: Filtreo.pl, BankKabli.pl i Sonusmobile.pl.

Kategorie specjalistyczne

Jak co roku, w naszym rankingu wykrystalizowało się wiele kategorii specjalistycznych. Wynika to zarówno z preferencji samych klientów, którzy cenią fachowe doradztwo i bogaty asortyment sklepów branżowych; jak i z polityki sprzedawców, którzy wolą zajmować się wąską dziedziną handlu, prowadzić określony sklep specjalistyczny i oferować tylko wybrane produkty.

Niekwestionowanym liderem w grupie sklepów z artykułami dziecięcymi w bieżącej edycji rankingu jest Smyk.com. Absolutnym rekordzistą w klasyfikacji Zdrowie i uroda jest sklep Iperfumy.pl, który zgromadził prawie 30 tysięcy recenzji w samym tylko 2013 roku. W segmencie Zegarki i biżuteria rządzi Korallo.pl. W kategorii sportowej naszego rankingu prowadzi Sklep-Presto.pl. Odzież i obuwie też ma swojego lidera, którym jest Eobuwie.pl. W kategorii akcesoriów samochodowych niezmiennie króluje Oponeo.pl. Apteka-Melissa.pl to lider zestawienia Artykuły medyczne. W kategorii Ogród i narzędzia laur zwycięstwa przypadł sklepowi Renowa24.pl. W grupie e–sklepów wnętrzarskich największą sympatią klientów cieszy się Dekoria.pl. Telekarma.pl zdobyła uznanie konsumentów w kategorii Artykułów zoologicznych. W ulubionej kategorii dużych i małych dzieci ― Gry, gadżety i prezenty ― zestawienie najlepszych e–sklepów otwierają 3kropki.pl. Liderem internetowych sprzedawców oferujących książki jest Fabryka.pl. Na zadowolenie klientów nie może też narzekać zwycięzca kategorii Żywność ― sklep Chocolissimo.pl. Zaś pierwsze miejsce w zupełnie nowym zestawieniu: Militaria i survival ― okupuje GunFire.pl.

Klienci lubią oceniać

Firmy działające w branży e–commerce mają teraz swoje złote żniwa, a sam rynek zakupów on–line przeżywa właśnie prawdziwy rozkwit. Według danych Opineo.pl, na koniec 2013 r. liczba e–sklepów w Polsce wynosiła ok. 20 tys. Z roku na rok przybywa też użytkowników Internetu i osób, które przekonują się do zakupów elektronicznych. Na rynek handlowy wkracza również zupełnie nowe pokolenie klientów, tzw. „cyfrowych tubylców”, czyli ludzi urodzonych w dobie Internetu i wychowanych na nowych technologiach, którzy w wirtualnym świecie czują się jak ryba w wodzie. Wszyscy oni tworzą internetową społeczność e–klientów, której nie sposób zlekceważyć. ― Cogito ergo… opineo, zdają się mówić konsumenci i chętnie korzystają z możliwości wystawienia oceny w niezależnym serwisie internetowym. Takich opinii w 2013 roku mieliśmy 3,3 miliona, szacujemy, że wraz z końcem 2014 roku ich liczba wzrośnie do 4,5 miliona. Rzeczywistość pokazuje, że ocenianie danego sklepu, usługi czy produktu nie tylko pomaga innym w podejmowaniu decyzji zakupowych, ale również motywuje samych sprzedawców do podnoszenia standardów obsługi. Bo skoro klient płaci i wymaga, to lubi też mieć ostatnie zdanie ― podsumowuje Paweł Kucharzak.

Palacze z mniejszą pensją!

Pracodawcom nie wolno wprowadzić zakazu palenia w czasie pracy, mogą jednak obniżać palaczom pensje. Pracodawca może zobowiązać pracownika do odpracowania czasu poświęconego na palenie tytoniu i nie będzie to uznawane za pracę w godzinach nadliczbowych. Taką możliwość dają znowelizowane przepisy Kodeksu pracy dot. ruchomego czasu pracy (art. 151 par. 21).

Palenie papierosów może być uznawane za prywatną czynność pracownika. W takim wypadku załatwienie sprawy osobistej powinno się odbywać na pisemny wniosek pracownika. Formalnie oznaczałoby to, że każdy pracownik powinien przerwę na papierosa poprzedzać pismem i zgodą przełożonego, gwarantowałoby to jednak pracodawcy pełne ewidencjonowanie czasu pracy pracownika i zabezpieczało w przypadku ew. kontroli. Jednocześnie pracodawca nie może zakazać palenia tytoniu w miejscu pracy, nie może z tego powodu dyskryminować pracowników, może jedynie wyciągać konsekwencje wynikające z ew. łamania regulaminu.

Jak informuje Tygodnik Biznes i Prawo, zgodnie z obowiązującymi przepisami pracodawca nie jest zobligowany płacić pracownikom za czynności niezwiązane z pracą, może więc albo potrącić im proporcjonalną część wynagrodzenia, albo też zobowiązać ich do odpracowania tego czasu. Nie dotyczy to jednak przypadków, w których palący mieści się w kodeksowych i regulaminowych przerwach w pracy, te bowiem pracownik może przeznaczyć na dowolny cel.

Statystyczny palacz korzysta z przerwy na papierosa pięć razy dziennie po ok. 10 minut. Tygodniowo daje to 250 minut, w skali miesiąca to 16 nieprzepracowanych godzin, a w ciągu roku aż 192 godziny, czyli 24 dni pracy.

Stan i perspektywy rozwoju rynku nieruchomości i użytków rolnych w Polsce w 2014 r.

Zespół Analityków Banku BGŻ przygotował najnowsze wydanie rocznej analizy rynku nieruchomości w Polsce. Raport pokazuje analizę najważniejszych trendów i tendencji na rynku nieruchomości mieszkaniowych, niemieszkalnych, działek budowlanych i użytków rolnych (pochodzących z obrotu prywatnego i Zasobów WRSP) w 2013 r. i prognozuje ich dalszy rozwój 2014 r. Dodatkowo w raporcie zawarto krótką analizę kształtowania się tendencji na światowych rynkach nieruchomości mieszkaniowych oraz ziemi ornej.

Z raportu „Stan i perspektywy rozwoju rynku nieruchomości i użytków rolnych w Polsce w 2014 r.” można się dowiedzieć m.in. o: aktualnych i prognozowanych trendach cenowych nieruchomości mieszkaniowych, popytowych i podażowych czynnikach kształtujących rynek nieruchomości, rosnącej akcji kredytowej wspieranej historycznie niskimi stopami procentowymi i rządowym programem „Mieszkanie dla Młodych”. W opracowaniu opisano również: symptomy wzrostu popytu na działki budowlane i nieruchomości komercyjne, wskazano również powody wyhamowania dynamicznego wzrostu cen ziemi rolnej.

Więcej informacji na stronach Serwisu Ekonomicznego Banku BGŻ analizy.bgz.pl

Konsorcjum pięciu banków sfinansuje modernizację bloków w Elektrowni Pątnów I

Bank Pekao SA podpisał dziś umowę kredytową z Zespołem Elektrowni Pątnów Adamów Konin S.A. (ZE PAK) na finansowanie modernizacji bloków energetycznych w Elektrowni Pątnów I. Zaangażowanie Pekao w kredyt konsorcjalny wynosi 200 mln zł. Łączna wartość kredytu to 1,2 mld zł. Bank Pekao od wielu lat jest głównym partnerem bankowym ZE PAK.

W konsorcjum udział biorą: Bank Pekao SA (udział 200 mln zł), Bank Gospodarstwa Krajowego (400 mln zł), Bank PKO BP (200 mln zł), mBank (200 mln zł), Bank Millenium ( 200 mln zł). Całkowita wartość kredytu to 1,2 mln zł. Część A kredytu o wartości 1,11 mld zł sfinansuje zaplanowane inwestycje, natomiast część B zostanie przeznaczona na refinansowanie całkowitej spłaty zadłużenia kredytu udzielonego na instalację odsiarczania bloków w Elektrowni Pątnów I. Koniec finansowania przypada 20 grudnia 2023 r.

Finasowanie dla Zespołu Elektrowni Pątnów Adamów Konin S.A. jest kolejnym dużym projektem z sektora energetycznego finansowanym przez Bank Pekao. Jest to jednocześnie kolejna, istotna inwestycja ZE PAK, w której uczestniczy Pekao.

– Bank Pekao od lat finansuje kluczowe dla Polski projekty energetyczne. Dzięki zaangażowaniu wysoko wykwalifikowanych pracowników możemy brać udział w najbardziej skomplikowanych projektach. W latach 2010-2013 zawarliśmy umowy na organizację i gwarantowanie objęcia emisji obligacji dla wielu spółek sektora energetycznego, w tym m.in. PGE SA, Tauron Polska Energia, PGNIG czy ENEA SA. Bank Pekao od wielu lat jest głównym partnerem bankowym ZE PAK, braliśmy udział w finansowaniu wszystkich dotychczasowych znaczących inwestycji Spółki. Kolejna transakcja z ZE PAK potwierdza naszą dominującą pozycję w finansowaniu najważniejszych projektów inwestycyjnych w branży energetycznej, szczególnie ważnej dla rozwoju kraju – mówi Andrzej Kopyrski, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao.

Zaplanowane inwestycyjne ZE PAK przewidują modernizację czterech bloków w Elektrowni Pątnów I. Przeprowadzenie prac umożliwi bezpieczną eksploatację bloków do 2030 r. zgodnie z obowiązującymi wymaganiami ochrony środowiska.

Oskładkowanie umów śmieciowych pozwoli ZUS-owi kontrolować pracodawców

O tym, że w przyszłości świadczenia z publicznego systemu emerytalnego będą bardzo niskie, wiadomo nie od dziś. Podczas gdy eksperci zachęcają do samodzielnego zadbania o swoją przyszłość, rządzący starają się znaleźć sposób na rozwiązanie problemów emerytalnych dzisiejszych 20-latków. W godnej pracy, a później w godnej starości ma pomóc oskładkowanie umów zleceń i o dzieło.

Coraz więcej młodych ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że emerytura z publicznego systemu nie zapewni im godnego życia. Pokolenie, które weszło na ścieżkę zawodową zaczyna rozumieć, że jeśli nie zgromadzi sobie odpowiednich oszczędności, to przyszłość może wyglądać bardzo nieciekawie. Ile odkładać? Nie ma dokładnej odpowiedzi na to pytanie. Żeby poznać tę kwotę, trzeba najpierw ustalić, jakie mamy wymagania. Im są one większe, tym więcej trzeba będzie oszczędzać. Według różnych ekspertów obecni 20-latkowie mogą liczyć na świadczenie w wysokości 2/3 ostatniej pensji, którą otrzymuje się przed przejściem na emeryturę. Kwota ta uważana jest za w miarę bezpieczną – tak, żeby można było się utrzymać.

Marek Kutarba, redaktor naczelny „Tygodnika Biznes i Prawo” zaznacza, że „[…] młodzi ludzie powinni już dzisiaj co miesiąc odkładać 300 złotych. To jest minimum, które będzie w miarę upływu czasu się zmieniać, bo jak wiadomo warunki ekonomiczne też się zmieniają.” Odkładając regularnie 300 złotych miesięcznie, dzisiejszy 20-latek może uzbierać do czasu emerytury aż 810 tysięcy złotych. To pozwoli na dodatkową emeryturę w wysokości 6 tysięcy złotych. Wiadomo jednak, że każdy grosz w portfelu młodego człowieka się liczy i czasem sto złotych ma ogromne znaczenie w domowym budżecie. Niestety, ma też wpływ na wysokość ewentualnej dodatkowej emerytury. Odkładając 200 złotych miesięcznie, do wydania na jesień życia będziemy mieli 540 tysięcy złotych.

„Formy oszczędności do wyboru są różne. Każdy może zdecydować sam, co mu będzie odpowiadać – czy to będzie IKE, IGZE, rachunek w banku, gdzie będziemy regularnie gromadzić oszczędności. Natomiast należy pamiętać, że bez tego nie ma szans na godne warunki życia na emeryturze”- przestrzega Marek Kutarba.

Dla młodych ludzi czas, gdy osiągną wiek emerytalny, to odległa przyszłość. Niewielu wierzy lub nie chce wierzyć, że koszmarny sen prorokowany przez różne środowiska stanie się rzeczywistością. Trudno się dziwić takiej postawie. O dobrą pracę jest trudno, a gdy już jest, to młody człowiek ma do wyboru albo pracować na umowę tzw. śmieciową, albo w ogóle. Wysokie koszty pracownicze sprawiają, że pracodawcy niechętnie zatrudniają na stałe umowy. Stąd pomysł rządzących, by oskładkować umowę zlecenie i o dzieło. Szacuje się, że obecnie na tego typu umowach pracuje milion osób.

Według Związku Przedsiębiorców i Pracodawców opodatkowanie pracy zawsze przynosi negatywne konsekwencje. Umowy elastyczne są potrzebne w takiej formie, w jakiej funkcjonują dotychczas. W wielu branżach sami pracownicy oczekują takich umów. Jak zaznacza Marcin Nowacki, dyrektor ds. relacji publicznych Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „[…] obawiamy się, że długofalowo, jeśli ta tendencja nie zostanie zmieniona, zakończy się tym, że tych umów w ogóle nie będzie. Będzie przechodzenie do szarej strefy, bo przedsiębiorca i pracownik przechodzą do niej tylko wtedy, gdy muszą. To naprawdę nie jest tak, że mały przedsiębiorca – a takie mikro- i małe firmy stanowią w Polsce 98% ogółu – chce funkcjonować w szarej strefie. Naprawdę nie chcą. Przedsiębiorca chce mieć spokojną głowę, chce normalnie działać.”

Póki co, na pierwszy ogień zmian poszła umowa zlecenie. Z projektu ustawy przyjętej przez rząd wynika, że osoby pracujące na ich podstawie będą mieć odprowadzane składki na ZUS od kwoty nie niższej niż minimalne wynagrodzenie. Zatrudnieni na umowę zlecenie uzyskają prawo do zasiłku dla bezrobotnych i wyższe świadczenia. Projekt zakłada także wprowadzenie obowiązkowych składek emerytalnych i rentowych dla wynagrodzeń uzyskiwanych przez członków rad nadzorczych.

Warto pamiętać, że koszty składki dzielone są na pracownika i pracodawcę. Zatem jak podkreśla Marcin Nowacki „[…] gdy mówimy o budżecie brutto, który mamy do zaoferowania jako pracodawcy i tym, co pracownik dostaje netto, to jest duże rozczarowanie i pracownicy coraz częściej sami wybierają umowy elastyczne. Chcą więcej zachować w swoim portfelu i samodzielnie dysponować tymi środkami.” Odłożyć chociażby na koszty związane z jesienią życia. Wydatki na leki, sanatoria, nie wspominając już o pasjach i odpoczynku. Nie ma co liczyć, że przeciętna emerytura wystarczy. Własne rezerwy finansowe to jedyne rozsądne rozwiązanie, które pomoże uniknąć szoku na stare lata.

NIK chce powołania instytucji do kontroli zamówień publicznych i prac nad usprawnianiem przetargów

CEO Magazyn Polska

Głównym kryterium przy rozstrzyganiu publicznych przetargów powinien być najniższy koszt, a nie najniższa cena – uważa prezes Najwyższej Izby Kontroli. Powinien on uwzględniać m.in. koszty utrzymania inwestycji. NIK apeluje także o stworzenie urzędu, który kontrolowałby przetargi i na bieżąco udoskonalał prawo z nimi związane.

Krzysztof Kwiatkowski, prezes NIK, podkreśla, że w Polsce powinna istnieć instytucja, która zajmowałaby się koordynacją zamówień publicznych oraz nadzorowaniem prawa w tym zakresie. Do jej kompetencji należałby też nadzór nad inwestycjami wykonywanymi w trybie partnerstwa publiczno-prywatnego. Takie organy działają w innych państwach UE, jednak według Kwiatkowskiego, Polska wciąż jeszcze jest krajem na wczesnym etapie rozwoju prawa zamówień publicznych.

 – Zatrzymaliśmy się na etapie, który w innych krajach był o wiele lat wcześniej. Teraz trzeba skorzystać z tych dodatkowych doświadczeń, które już mamy, zmienić praktykę, znowelizować przepisy. Najłatwiej to zrobić, kiedy będzie jeden publiczny ośrodek, który będzie zbierać te doświadczenia i mając odpowiedni autorytet będzie proponować nowelizacje w taki sposób, żeby potem one zyskały akceptację podmiotów zamawiających, czyli państwa i rządu, wykonawców, którzy startują w tych przetargach, i takich instytucji, jak Najwyższa Izba Kontroli – mówi Krzysztof Kwiatkowski agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Dziś główną bolączką zamówień publicznych w Polsce jest kryterium najniższej ceny, często stosowane jako jedyne kryterium w przetargu. Kwiatkowski podkreśla, że przez tę praktykę w Polsce mieliśmy w ostatnich latach do czynienia z paradoksalną sytuacją: trwały liczne, bardzo duże inwestycje infrastrukturalne, a jednak wiele firm budowlanych ogłosiło upadłość. To z kolei przełożyło się na opóźnienia inwestycyjne.

Według prezesa NIK-u rezygnacja z kryterium najniższej ceny powinna poprawić sytuację. Tylko ceną można nadal kierować się jedynie w przypadku najprostszych, małych inwestycji. Wykonawcy większych projektów powinni być jednak wybierani według innych kryteriów, takich jak np. najniższy całkowity koszt inwestycji. Kwiatkowski dodaje, że już teraz ustawa daje możliwość korzystania z innych kryteriów. W jego ocenie prawo powinno rozszerzyć te możliwości.

 – Warto rozważyć wprowadzenie jako kryterium nie tylko najniższej ceny, lecz także najniższego kosztu. Analiza życia produktu, jego jakości, kosztów serwisowania, wszystkich elementów dodatkowych  to wszystko przecież musi być uwzględniane – przekonuje prezes Najwyższej Izby Kontroli. – Praktyka stosowania ustawy o zamówieniach publicznych jest taka, że ponad 90 proc. przetargów, gdzie podmiotem zamawiającym jest instytucja samorządowa, jest rozstrzyganych wyłącznie w oparciu o jedno kryterium najniższej ceny.

Niezbędne, zdaniem prezesa NIK-u, jest też wprowadzenie definicji rażąco niskiej ceny. Choć już teraz na tej podstawie można wykluczyć firmę z przetargu, brakuje jednoznacznego sposobu identyfikowania oferty jako „rażąco niskiej”.

 – Brakuje definicji rażąco niskiej ceny, przy której wiemy na pewno, że wykonawca nie będzie w stanie wykonać inwestycji, chyba że z góry zakłada, że nie zapłaci podwykonawcom lub zerwie po jakimś czasie kontrakt. Brakuje pogłębionej oceny możliwości finansowych podmiotów startujących w przetargu. To wszystko musi być uwzględnione w toku prac, które trwają w Sejmie nad nowelizacją ustawy o zamówieniach publicznych – apeluje Kwiatkowski.

W listopadzie wyjdzie na jaw cała prawda o europejskich bankach

stress-testy-pol.png” alt=”CEO Magazyn Polska” />

Zaplanowane na ten rok stress-testy w europejskich bankach mają sprawdzić ich wypłacalność i zdolność do bezpiecznego działania w sytuacjach kryzysowych. Badania ujawnione zostaną w listopadzie i na ich podstawie będzie można określić kondycję sektora bankowego.  – Możliwe, że testy zidentyfikują bilionowy deficyt w całym europejskim systemie bankowym – prognozuje Chris Skinner, założyciel Financial Services Club. 

Stress-testy banków prowadzi się w Europie od 2010 roku. To efekt światowego kryzysu finansowego i problemów strefy euro. W wyniku problemów tego sektora zwiększono uprawnienia nadzoru finansowego i wprowadzono takie regulacje, jak Bazylea III – wyższe wymogi finansowe wobec banków i towarzystw inwestycyjnych, służące stabilizacji rynków finansowych.

 – Kiedy zaczęto przeprowadzać stress-testy, banki, szczególnie hiszpańskie, próbowały je ominąć w obawie przed porażką. I rzeczywiście, gdyby testy były bardziej rygorystyczne, nie przeszłyby ich – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Chris Skinner, założyciel Financial Services Club.

Podstawowym wskaźnikiem kondycji banku jest wskaźnik kapitału Tier I, który pokazuje stosunek kapitału banku do aktywów ważonych ryzykiem, czyli współczynnik wypłacalności. Został on ustalony na poziomie 6 proc. Szczegółowe wyniki testów w poszczególnych europejskich bankach będą znane w listopadzie.

 – Możliwe, że testy zidentyfikują bilionowy deficyt w całym europejskim systemie bankowym na podstawie wskaźnika kapitału Tier I – może on być wyższy niż ten wymagany w regulacji Bazylea III i innych – tłumaczy Chris Skinner.

W tym roku testom poddanych będzie 128 banków. Według założyciela Financial Services Club, 107 z nich przechodzi testy bardzo rygorystyczne; w niektórych planowane są rekonstrukcje – ich bilanse będą badane już po rekonstrukcji.

 – Dzięki wynikom testów będzie więcej transparentności w bilansach europejskich banków i prawdopodobnie zobaczymy eksplozję transakcji fuzji i przejęć. 128 banków znajdzie się na celowniku, ponieważ dzięki przejrzystości bilansów każdy będzie mógł sprawdzić ich kondycję i zastanowić się, czy warto dany bank kupić – twierdzi Chris Skinner.

Ocenia, że sektor bankowy w Polsce wciąż jest rozproszony – w większości krajów działają 3-4 banki, podczas gdy w Polsce o wiele więcej.

 – Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że PKO BP właśnie kupiło Nordea Bank, czyli przejęło 10. największy bank w Polsce, a mimo to wciąż działa tu dziesięć potężnych banków, w przyszłości z pewnością dojdzie do konsolidacji na rynku – podkreśla Chris Skinner.

Zdaniem eksperta polski rynek to prawdopodobnie najbardziej tętniący życiem rynek dla innowacji bankowych w Europie. Drugi, podobny to Turcja.

 – W obu państwach populacja osiągnęła masę krytyczną – w Polsce jest 40 mln ludzi, w Turcji 70 mln. W obu funkcjonuje całkiem nowy, młody konkurencyjny rynek bankowy, powstały po latach 90. – przekonuje Chris Skinner.

Jako przykłady przewodniczący Financial Services Club wskazuje Alior Bank i mBank, których modele biznesowe są na całym świecie uważane za innowacyjne.

Financial Services Club organizuje spotkania dla kadry zarządzającej sektora bankowego z ważnymi przedstawicielami branży. Spotkania odbywają się w Londynie, Wiedniu, Dublinie, Edynburgu, Sztokholmie, Oslo i Warszawie.

UE w tym roku zniesie krajowe zezwolenia dla operatorów telekomunikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Już w lipcu tego roku mogą zniknąć krajowe zezwolenia dla operatorów telekomunikacyjnych w Unii Europejskiej. Zmiany wprowadzane przez Komisję Europejską ułatwią zwłaszcza małym operatorom wchodzenie na zagraniczne rynki z innowacyjnymi usługami, a polskie przedsiębiorstwa mogą być bardzo konkurencyjne ze względu na niskie koszty. Komisja liczy również na efekt w postaci większej konsolidacji rynku.

 – Jeżeli wszystko dobrze pójdzie w Parlamencie Europejskim, już w lipcu 2014 roku wejdzie w życie rozporządzenie Komisji Europejskiej stymulujące rozwój rynku komunikacji elektronicznej. Najważniejsze elementy tego rozporządzenia to jednolite zezwolenie europejskie dla operatorów działających na rynku europejskim. Nie będzie już trzeba w każdym kraju występować o zezwolenie do regulatora – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Katarzyna Nietyksza, prezes EFICOM-u i sprawozdawca opinii Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego na temat propozycji KE.

Nowe rozporządzenie oznacza, że operatorzy telekomunikacyjni, działający w którymkolwiek z 28 unijnych państw, będą mogli bez dodatkowych zezwoleń wejść na pozostałe unijne rynki. Zezwolenie z kraju, w którym jest siedziba operatora, będzie obowiązywało w całej UE. Dotyczy to zarówno już wydanych dokumentów, jak i przyszłych zgód.

Anna Nietyksza prognozuje, że nowe przepisy przede wszystkim uproszczą rynek. Dla małych operatorów może oznaczać to większe szanse na ekspansję międzynarodową. Mogą na tym skorzystać polscy operatorzy, którzy są tańsi niż firmy działające na innych europejskich rynkach. Pierwszym kierunkiem ekspansji przedsiębiorstw z Polski będą prawdopodobnie rynki państw ościennych.

 – Mniejsi operatorzy zaczną patrzeć poza granice kraju, może na początek na Europę Centralną i Wschodnią, ale powoli zaczną wychodzić dalej i oferować produkty, które już mają w sieciach – prognozuje prezes EFICOM-u. 

Z drugiej strony możliwa jest też zwiększona aktywność największych koncernów, które mogą chcieć przejmować mniejsze firmy.

 – Rynek z jednej strony będzie działał szybciej, w sposób uproszczony, procedury biurokratyczne będą dużo lżejsze i dużo bardziej dostępne albo ich po prostu nie będzie. Ale przede wszystkim nastąpi prawdopodobnie  i to jest oczekiwane przez Komisję Europejską konsolidacja rynku – ocenia Nietyksza.

Harmonizacji ulegną też przetargi dotyczące rezerwacji częstotliwości oraz wykorzystania infrastruktury. Na tym również mają skorzystać mali operatorzy.

 – Mniejsi operatorzy będą mogli korzystać z sieci już istniejącej, poprzez wirtualne produkty dostępu szerokopasmowego, szybciej pozyskiwać pozwolenia na częstotliwości, bo to będzie zharmonizowane. Teraz mamy przetargi w każdym kraju, jest to regulowane przez poszczególnych regulatorów, i to trwa długo – mówi Nietyksza.

Prognozuje, że rynek europejski rozwinie się teraz podobnie do amerykańskiego. Duzi operatorzy będą budować infrastrukturę i sieci bezprzewodowe, a mali skorzystają z niej i zaproponują nowe usługi. Małe i średnie przedsiębiorstwa zaczną działać na wielu rynkach, na początku w regionie, a potem w całej Europie. Nowa oferta oraz międzynarodowy zasięg pozwolą na szybki rozwój tego rynku, a co za tym idzie – na rozwój firm z sektora MŚP i w konsekwencji wzrost całej gospodarki.

 – Istotną barierą jest chęć bronienia się dużych operatorów przed zmianą. Każdy broni monopolu, teoretycznie już go nie ma, ale w praktyce duzi jednak mają dostęp większej liczby abonentów. Ale zmiany już są przesądzone – mówi Nietyksza. – Pozostaje tylko kwestia tego, by mali mieli wystarczająco dużo środków inwestycyjnych, by wyjść na rynek europejski i na nim działać.

Rozwiązaniem jest jednak finansowanie zewnętrzne. Prezes EFICOM-u podkreśla, że fundusze inwestycyjne i private equity już zwiększyły zainteresowanie rynkiem telekomunikacyjnym i liczą na szybki rozwój tego sektora.

Skotan otworzył innowacyjną instalację na terenie Zakładów Azotowych w Kędzierzynie

CEO Magazyn Polska

Otworzona w Kędzierzynie Koźlu instalacja badawcza pozwala produkować energię elektryczną przy wykorzystaniu gazów odpadowych. Eksperymentalny blok energetyczny o mocy ok. 1 MW w produkcji energii elektrycznej wykorzystuje wodór i inne gazy palne. Pozwala to na zmniejszenie zanieczyszczenia środowiska i znaczne oszczędności.

 Projekt jest innowacyjny na skalę krajową – silniki wykorzystujące gazy odpadowe z instalacji chemicznej zmienne w składzie i w czasie pozwalają nam produkować energię elektryczną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Sobczak, wiceprezes Skotan SA, firmy, która uruchomiła instalację. – Mówiąc w uproszczeniu, wytwarzamy elektryczność z gazu traktowanego do tej pory jako odpad.

Wybudowany blok ma moc 1 MW. Jak podkreśla Wojciech Sobczak, produkcja energii elektrycznej to nie jedyny walor instalacji.

 – Dodatkowo w kogeneracji produkujemy wodę lodową, możemy produkować parę. Tego typu instalacja będzie odpowiadała zapotrzebowaniu zakładu, na terenie którego stanie. Dzięki temu potencjalna stopa zwrotu jest bardzo interesująca – mówi wiceprezes firmy Skotan. – Zainteresowanie rynku jest duże i mamy nadzieje na wdrażanie tej technologii na szeroką skalę.

Na razie jest to instalacja badawcza, ale Grupa Azoty wstępnie wyraża zainteresowanie wdrożeniem projektu.

 – Przy rozszerzeniu inwestycji istnieje szansa na to, by całość naszych gazów odpadowych z obszaru OXO była przerabiana na prąd – mówi Newserii Biznes Adam Leszkiewicz, prezes zarządu Grupa Azoty Zakłady Azotowe Kędzierzyn. – Zakładamy, że uda nam się pozyskać nowe środki finansowe i rozszerzyć skalę tego projektu. Dziś dysponujemy blokiem o mocy 1 MW, a docelowo chcemy, by było to 5 MW.

Budowa instalacji odbywa się w ramach projektu badawczo-rozwojowego „Wykorzystanie odpadowego wodoru do celów energetycznych”, którego koszt to 48,7 mln zł. 29,5 mln pochodzi z dofinansowania przyznanego Skotanowi przez PARP w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Budowa instalacji, która stanowi trzon tego projektu, trwała 10 miesięcy.

 – Wsparcie ze środków unijnych dla projektów badawczych sięga realnie ok. 70 proc. dofinansowania, ponieważ należymy do grupy małych i średnich przedsiębiorstw – wyjaśnia Sobczak. – Bez tego wsparcia nie moglibyśmy przystąpić do realizacji tego projektu.

Instalacja ma także swój walor ekologiczny. W przeciwieństwie np. do energii wiatrowej uzależnionej od wiatru, działanie instalacji opartej na gazie może regulować człowiek. Sprzyja to stabilizacji systemu energetycznego.

 – W tym projekcie chodzi o wykorzystanie całego posiadanego potencjału energetycznego – mówi Adam Zadorożny z West Technology & Trading Polska, głównego wykonawcy instalacji oraz projektu technologicznego instalacji. – Skoro odpady są spalane, to lepiej, by była z nich korzyść w postaci energii. Chodzi też o to, by powstające w wyniku spalania substancje były zdecydowanie mniej szkodliwe.

Istotną zaletą instalacji jest jej elastyczność, co jest niezmiernie ważne przy wykorzystaniu odpadów procesowych, gdyż ich ilość i skład ulega dużym wahaniom w czasie. Instalacja może być włączana i wyłączana w każdej chwili.

Choć polskie firmy chemiczne na badania i rozwój przeznaczają znacznie mniej niż światowi konkurenci, to kwoty te stale rosną.

 – Z roku na rok mamy coraz większą świadomość, że dzisiaj nasza pozycja konkurencyjna na rynku zależy od innowacyjności – mówi Adam Leszkiewicz. – Dlatego też w samej Grupie Azoty będziemy dążyć, by 1 proc. przychodów przeznaczać na badania i rozwój. To kilkadziesiąt milionów złotych na współpracę ze środowiskami naukowymi różnego typu bądź budowę własnych laboratoriów.