Komentarz poranny, 19 czerwca 2013

Erbud podpisał z Facinelli 1 Sp. z o.o. umowę o wartości 45 mln PLN na budowę budynku biurowousługowego na działce przy ul. Czerskiej 12 w Warszawie. Do wejścia umowy w życie konieczne jest złożenie przez inwestora pisemnego polecenia rozpoczęcia budowy, najpóźniej do 31 lipca 2013 r. Wartość kontraktu stanowi 3,3% ubiegłorocznych przychodów Erbudu. Wiadomość neutralna.

World Trends, 19 czerwca 2013

Korekta na rynkach emerging markets dotyka także i warszawski parkiet, jednakże głównym celem niedźwiedzi są największe tuzy z GPW. WIG20 zakończył wczorajszy dzień ponownie pod kreską co po poniedziałkowej przecenie coraz bardziej negatywnie rzutuje na dalsze dni tygodnia. Oddalanie się od czerwcowego szczytu 2512 a tym samym zbliżanie się do strefy 2400 daje uzasadnione powody do obaw o to, czy byki z Książęcej 4 są w stanie dotrzeć do tegorocznych szczytów.

Komentarz dzienny, 26 czerwca 2013

Sprzedaż detaliczna wzrosła o 0,5% w ujęciu rocznym (konsensus +0,3%, nasza prognoza -1,2%). Już w poprzednim miesiącu sugerowaliśmy, że z uwagą analizować będziemy nadchodzące dane szukając w nich symptomów odwrócenia trendów (szczególnie na dobrach trwałych). Kolejny minus w naszej prognozie podyktowany był czynnikami statystycznymi (przesunięcia w związku ze świętami Wielkiej Nocy, dni robocze). Można zaryzykować stwierdzenie, że dane są całkiem niezłe (znów interpretacja podobna jak w przypadku produkcji – według naszej interpretacji efektów bazowych zostały one pokonane przez prawdopodobnie stromiący się trend) a sprzedaż detaliczna osiągnęła już dno (lub jest tego bliska). Widać to w liczonych przez nas tradycyjnie agregatach sprzedaży bazowej (patrz rysunek) oraz w rozbiciu danych.

Komentarz indeksowy BossaFX 26 czerwca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 26 czerwca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Dla 67 proc. osób źródłem wiedzy o ofercie polskich banków jest głównie rodzina i przyjaciele

Dlaczego decydujemy się na zakup karty kredytowej? Czy więcej zarabiamy czy może właśnie straciliśmy pracę? Zaciągamy kredyt hipoteczny, ponieważ bierzemy ślub czy też się rozwodzimy? Polskie banki w dalszym ciągu nie znają odpowiedzi na te pytania, zdając się jedynie na swoją dotychczasową politykę sprzedażową i działania marketingowe. Tymczasem identyfikacja potrzeb klienta jest kluczem do rozpoznania, w jakich ważnych momentach życia klienta skierować do niego dane produkty finansowe. Banki tylko trafiając w potrzeby klientów mogą zapewnić sobie zaufanie oraz trwałą lojalność swoich klientów. To wybrane wnioski płynące z badania „Customer Journey. Analiza ścieżek zakupowych klientów banków w Polsce” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, którego wyniki zostały zaprezentowane podczas III Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie.

Badanie Deloitte potwierdziło słowa Bretta Kinga, który w swej książce „Bank 3.0 – Nowy wymiar bankowości” przekonywał, że banki nie analizują szczegółowo potrzeb swoich klientów oraz procesu „podróży”, którą klienci przebywają od pojawienia się potrzeby (pojawiającej się w ich codzienności) do momentu zakupu danego produktu finansowego. Tymczasem każda decyzja związana z nabyciem karty kredytowej, kredytu hipotecznego czy też gotówkowego wynika z jakiejś konkretnej sytuacji życiowej, którą bank powinien zidentyfikować. „Ta wiedza daje możliwość odpowiedzi na pytania, w których momentach życiowych oferta banku powinna być skierowana do klientów, aby najpełniej zaspokoić ich potrzeby. Zamiast tego wciąż napotykamy na przypadkowe oferty typu »mamy dla Pana kartę kredytową w promocji«” – tłumaczy Michał Dubno, Dyrektor w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte.

Jak pokazało badanie, w przypadku decyzji o zakupie karty kredytowej przesłanki okazały się zaskakujące i raczej rzadko identyfikowane przez banki. Aż 41 proc. osób jest zainteresowanych kartą kredytową ponieważ dopiero co zaczęli swoje studia (finansowanie drobnych wydatków, problem z bieżącą płynnością). Kolejne 40 proc. to osoby, które właśnie wyjeżdżają do pracy za granicę.

Wbrew pozorom, często na kartę nie decydują się jedynie osoby zamożne. Karta kredytowa była ratunkiem dla 36 proc. ludzi, którym spadały dochody i dla prawie jednej trzeciej osób, którzy stracili pracę. Z kart muszą korzystać także ci, którzy robią zakupy przez Internet (22 proc).

Badanie pokazało również, że klientów, którzy decydują się na kartę kredytową różnicuje podejście do dodatkowych usług i obowiązków z nią związanych. Na przykład ci, którzy wyjeżdżali za granicę doceniali to, że wraz z kartą otrzymują dodatkowe ubezpieczenie oraz zakres usług medycznych, a nie przejmowali się dodatkowymi opłatami czy oprocentowaniem. Co ciekawe, bardziej niż dla pozostałych, liczył się dla nich także wygląd samej karty.

Oczywiste jest, że klienci zaciągają kredyt mieszkaniowy w momencie, gdy wyprowadzają się z domu rodzinnego (67 proc.) lub chcą zamieszkać z partnerem (46 proc.). Ale również na taki krok decyduje się aż 58 proc. osób, które są w trakcie rozwodu i muszą na nowo poukładać swoje sprawy mieszkaniowe. Równie zaskakujące są motywy wzięcia kredytu gotówkowego. Respondenci wymieniali m.in. awarię auta lub wypadek samochodowy.

Badanie Deloitte miało również na celu analizę źródeł informacji, z których korzysta klient przed decyzją o wyborze konkretnego produktu finansowego. Okazuje się, że w jak wielu życiowych sprawach, także w tej, radzimy się głównie przyjaciół (40 proc.) i rodziny (27 proc.). Co ciekawe częściej korzystamy z rad kobiet (63 proc.) niż mężczyzn (37 proc.) i osób młodszych (66 proc.) niż starszych (34 proc.). „Żadna kampania reklamowa nie zrekompensuje złej opinii, którą niezadowolony klient przekaże swoim najbliższym. Tymczasem nasze ubiegłoroczne badanie Customer Experience jasno pokazało, że blisko jedna trzecia klientów deklaruje, że nie wybrałaby ponownie swojego aktualnego banku, a to oznacza, że w tym zakresie jest jeszcze dużo do zrobienia. Zrozumienie podejścia klientów do różnych, zarówno nowoczesnych jak i tradycyjnych form komunikacji zrewolucjonizuje działania marketingowe prowadzone przez banki” – tłumaczy Zbigniew Szczerbetka, Partner Deloitte, Lider Sektora Instytucji Finansowych w Europie Środkowej.

Klienci są znacznie bardziej usatysfakcjonowani i lojalni, gdy czują, że są traktowani w sposób zindywidualizowany i podmiotowy. Doceniają bank, który oferuje im spersonalizowane usługi i oczekują produktów „szytych na miarę”. Dlatego polskie banki muszą na nowo zdefiniować sposób zarządzania produktem oraz sprzedaż i marketing, aby lepiej odpowiedzieć na potrzeby klientów. Produkty finansowe muszą być oferowane w odpowiednim momencie życia klienta. „Definiowanie bankowości w ten sposób pozwoli bankom działać znacznie bardziej efektywnie i w znacznie większym stopniu sprawiać by klienci byli zadowoleni z ich usług. Jest to o tyle istotne, że cały czas w Polsce jest więcej osób niezadowolonych z usług swojego banku niż tych, którzy poleciliby go swoim znajomym” – podsumowuje Michał Dubno.

O badaniu:

W badaniu wzięło udział 1.218 respondentów, którzy zostali przebadani metodą CAWI. Były to osoby, które w ciągu ostatniego pół roku zdecydowały się na zakup produktu finansowego (karty kredytowe, otwarcie rachunku, kredyt hipoteczny lub gotówkowy) lub w ciągu najbliższego miesiąca mają zamiar to zrobić.

Kulczyk Oil Ventures sfinalizowała przejęcie kanadyjskiej spółki Winstar – powstaje Serinus Energy

Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy Kulczyk Oil Ventures i Winstar Energy podjęły uchwały, w wyniku których KOV przejęła wszystkie akcje kanadyjskiej spółki poszukiwawczo-wydobywczej Winstar Energy. Transakcja została zarejestrowana przez sąd w Kanadzie 24 czerwca. Jednocześnie dokonano konsolidacji akcji, a KOV zmieniła nazwę na Serinus Energy. Już wkrótce nowa Spółka zadebiutuje na giełdzie w Toronto.

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Kulczyk Oil Ventures sfinalizowała przejęcie kanadyjskiej spółki poszukiwawczo-wydobywczej Winstar Energy. Transakcja oznacza przełomową zmianę dla KOV- ponad 50 proc. wzrost produkcji, trzykrotne zwiększenie rezerw i rozszerzony portfel aktywów, który obejmuje 13 koncesji w pięciu krajach. KOV, już pod nową nazwą, jako Serinus Energy zadebiutuje na parkiecie w Toronto, który jest jednym z największych rynków dla branży oil&gas. Debiut planowany jest na przełom czerwca i lipca.

„Po ukraińskim sukcesie, po raz kolejny dowodzimy, że dotrzymujemy obietnic. Powstaje firma o kapitalizacji prawie 1 mld PLN, ogromnym potencjale zwiększania rezerw i produkcji zarówno ropy, jak i gazu, notowana na parkietach w Warszawie i w Toronto. Zapewni nam to odpowiednią, światową ekspozycję, a KOV pod nową nazwą Serinus Energy znajdzie się wśród ponad 400 spółek z branży oil&gas notowanych na TSX i pod okiem niemal 200 analityków branżowych” – powiedział Dariusz Mioduski, Przewodniczący Rady Dyrektorów KOV.

20 czerwca odbyły się dwa Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy: Winstar Energy, którego inwestorzy musieli wyrazić zgodę na transakcję oraz Kulczyk Oil Ventures, na którym zaakceptowano transakcję, podjęto decyzję o zmianie statutu i przyjęciu nowej nazwy. Jednocześnie podjęto decyzję dot. konsolidacji akcji zwykłych w stosunku 1 nowa akcja Serinus Energy za 10 akcji KOV sprzed transakcji. Zgodnie z warunkami przejęcia posiadacze akcji zwykłych Winstar mieli prawo otrzymać, wedle własnego wyboru, 7.555 akcji zwykłych Spółki przed scaleniem za każdą posiadaną akcję Winstar lub 2,50 CAD w gotówce, do kwoty maksymalnej 35 mln CAD, którą zabezpieczał większościowy udziałowiec Spółki, Kulczyk Investments S.A. („KI”). W związku z tym, że wybór padł na wypłatę maksymalnej kwoty w gotówce, KI nabył 14 000 000 akcji Winstar w momencie zakończenia transakcji. Akcje te następnie zostały wymienione na akcje zwykłe Spółki, łącznie na rzecz akcjonariuszy Winstar wyemitowano 27.252.496 akcji zwykłych Serinus (po konsolidacji), z czego 10 577 000 akcji zwykłych wydano na rzecz KI. Ponadto, niezwłocznie po zakończeniu przejęcia 3 183 268 akcji zwykłych Serinus wyemitowano na rzecz KI w ramach konwersji niespłaconej pożyczki oraz narosłych odsetek w łącznej kwocie 13 369 726 USD.

Po połączeniu oraz dokonaniu konwersji pożyczki, Serinus posiada obecnie 78 611 437 akcji zwykłych pozostających w obrocie, z czego KI posiada 37 840 987 akcji zwykłych (48,1proc.).

Jednocześnie Bruce Libin i Evgenij Iorich, dotychczasowi Dyrektorzy Winstar weszli w skład Rady Dyrektorów Serinus Energy.

Na przełomie czerwca i lipca Serinus Energy zadebiutuje na giełdzie kanadyjskiej TSX, pod tickerem ‘SEN’. Spółka będzie równolegle notowana na GPW, po decyzji odpowiednich instytucji dopuszczających w Warszawie.

„Rok 2013 to nowy, ekscytujący okres w działalności Serinus. Najpierw, na Ukrainie dokonaliśmy znaczącego odkrycia, konsekwentnie zwiększając wydobycie oraz rezerwy, kilka dni temu w Brunei rozpoczęliśmy prace nad obiecującym odwiertem w zasobnym w węglowodory obszarze tego kraju, a 24 czerwca zakończyliśmy transakcję z Winstar. Z niecierpliwością oczekujemy na rozpoczęcie prac związanych z zagospodarowaniem tunezyjskich i rumuńskich aktywów Winstar, z korzyścią dla wszystkich naszych akcjonariuszy i cieszymy się, że już wkrótce będziemy notowani zarówno na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, jak i na giełdzie w Toronto”- powiedział Timothy Elliott, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny KOV.

Czy e-mail stanowi powiadomienie pisemne?

W erze poczty elektronicznej, którą w relacjach zawodowych i biznesowych wykorzystujemy na co dzień, pojawiają się wątpliwości, czy wiadomości wysłane tą drogą można uznać za powiadomienie pisemne. A może są nimi jedynie przesyłki nadane tradycyjnym listem poleconym? Niejasności wyjaśnia ekspert, Agnieszka Janowska, radca prawny, dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

Zgodnie z treścią art. 78 § 1 Kodeksu Cywilnego do zachowania pisemnej formy czynności prawnej wystarcza złożenie własnoręcznego podpisu na dokumencie obejmującym treść oświadczenia woli. § 2 ww. artykułu mówi natomiast że takie oświadczenie złożone w postaci elektronicznej i opatrzone bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym przy pomocy ważnego kwalifikowanego certyfikatu jest równoważne z oświadczeniem woli złożonym w formie pisemnej.

W związku z tym informacja przesłana drogą e-mailową bez wymaganego przepisami prawa podpisu elektronicznego lub faksem czy też smsem, nie zostanie uznana za formę pisemną. Ma to również zastosowanie w przypadkach, gdy e-mailem, faksem, a przy obecnej technologii telefonów komórkowych również MMS-em prześlemy drugiej stronie skan pisma z naszym podpisem. Przyjmuje się bowiem, że „podpis musi być złożony własnoręcznie w taki sposób, aby można było ustalić na podstawie badania pisma, kto jest autorem podpisu. W razie sporu ustala to biegły grafolog” (wyrok Sądu Najwyższego z 08.05.1997 r., II CKN 153/97). Nie jest więc podpisem wydruk nazwiska czy np. obraz podpisu odbity w jakikolwiek sposób. Tym bardziej nie może nim być sygnatura umieszczona jedynie na zeskanowanym czy sfotografowanym dokumencie. Nie ma bowiem możliwości jej weryfikacji przez grafologa.

Gdy forma pisemna nie została zachowana

Na kwestię weryfikacji należy spojrzeć również od strony konsekwencji niezachowania formy pisemnej, jeśli taka była wymagana przez przepisy prawa lub zostało tak ustalone w dokumencie. W przypadku, gdy dla danej czynności normy prawne lub strony w umowie zastrzegły formę pisemną pod rygorem nieważności, to jej niezachowanie będzie skutkowało tym, że dana czynność będzie bezwzględnie nieważna, a zatem nie wywoła żadnych skutków prawnych. Jeśli przepisy lub strony umowy zastrzegają dokonanie czynności w formie pisemnej, nie określając skutków jej niezachowania, to poczytuje się w razie wątpliwości, że forma pisemna była zastrzeżona wyłącznie dla celów dowodowych.

Zastrzeżenie formy pisemnej bez rygoru nieważności powoduje, że w razie jej niezachowania, w sporze nie są dopuszczalne dowody na fakt dokonania czynności pochodzące od świadków, czy z przesłuchania stron. Zasady tej nie stosuje się jednak w pewnych określonych przypadkach (patrz ramka 2.).

Warto też w tym miejscu zwrócić uwagę na wyrok Sądu Najwyższego, który początkowo wydaje się być kontrowersyjny: „Doręczenie pracownikowi za pomocą faksu pisma pracodawcy wypowiadającego umowę o pracę jest skuteczne i powoduje rozpoczęcie biegu terminu przewidzianego w art. 264 § 1 kp, ale stanowi naruszenie art. 30 § 3 kp” (uchwała Sądu Najwyższego z dnia 2 października 2002 r., III PZP 17/02).

Wyrok ten tylko pozornie budzi kontrowersje, gdyż zgodnie z art. 30 § 3 Kodeksu pracy oświadczenie stron stosunku pracy o wypowiedzeniu bądź rozwiązaniu umowy „powinno nastąpić na piśmie”, jednak ustawa nie formułuje rygoru nieważności takiego oświadczenia.

Forma pisemna może być również zastrzeżona w celu wywołania określonych skutków prawnych. Jej niezachowanie nie spowoduje, że taka czynność zostanie uznana za nieważną. Będzie ważna i wywoła skutki prawne, ale mogą być one inne aniżeli miałoby to miejsce w przypadku zachowania tej formy.
Należy wspomnieć, iż obecnie trwają prace nad wprowadzeniem zmian do kodeksu cywilnego oraz postępowania cywilnego, które miałyby zrównać e-mail i sms z formą pisemną.

W kwestii wyboru rodzaju poczty jaką powinniśmy wysłać pismo (zwykłą czy poleconą),warto wcześniej zapoznać się z odpowiednimi przepisami mającymi zastosowanie do danego dokumentu oraz ustaleniami w tym zakresie pomiędzy stronami. Jeśli nie zostało to określone prawem, np. kodeks pracy nie zawiera przepisów regulujących rodzaj poczty jaką mają być wysyłane pisma do pracownika lub strony nie dokonały takiego szczególnego ustalenia, to można je przesłać listem zwykłym. Jednak dla własnych celów dowodowych warto przesłać je przesyłką poleconą za potwierdzeniem odbioru. Wtedy unikniemy wszelkich wątpliwości, czy druga strona ją otrzymała.

PODSUMOWANIE Jeśli w danym dokumencie jest ustalony wymóg zachowania formy pisemnej, to decydując o tym w jaki sposób go wysyłać, należy wziąć pod uwagę skutki prawne niezachowania takiej formy oraz przepisy odnoszące się do danego obszaru.

„Czy giełda popłaca?” – o zarobkach prezesów i członków zarządu największych spółek giełdowych

Stabilizuje się poziom zarobków prezesów i członków zarządu największych spółek giełdowych. W ubiegłym roku ich wynagrodzenia wzrosły średnio o 10 procent, czyli o blisko połowę mniej niż w 2011 r. Najwięcej zarobił Janusz Filipiak, szef Comarchu. W ubiegłym roku zainkasował ponad 12 mln zł – wynika z raportu PwC.

Raport „Wynagrodzenia zarządów największych spółek giełdowych w 2012 roku. Czy giełda popłaca?” wyraźnie pokazuje, że poziom zarobków osób należących do ścisłego kierownictwa giełdowych gigantów zaczyna się stabilizować. W 2011 roku ich wynagrodzenia wzrosły średnio o 18 procent. Miniony rok pod tym względem nie był już dla nich tak pomyślny.

 – Najbardziej wyraźnie to widać na przykładzie prezesów zarządów, których wynagrodzenia właściwie pozostały na niezmienionym poziomie od roku 2011 – mówi Dominika Jędrzejewska, konsultant HR Consulting PwC. – Cały pakiet zaś, o ile w poprzednim roku wzrósł o średnio 18 proc., to w roku 2012 zaobserwowaliśmy jedynie wzrost o około 10 proc.

Najlepiej członków zarządów poszczególnych spółek wynagradzała w minionym roku branża medialna i sektor finansowy. Wyraźnie wzrosły zarobki w sektorze surowcowym.

 – Związane jest to z dołączeniem do listy największych spółek nowej spółki zagranicznej New World Resources, która zdecydowanie wyżej wynagradzała swoich członków zarządu niż polskie spółki, dotychczas wchodzące w skład analizowanych WIG-ów – tłumaczy Jędrzejewska.

New World Resources przeznaczył w ubiegłym roku na wynagrodzenia członków zarządu prawie 5 mln złotych, przy średniej wynoszącej 2,8 mln. W przypadku BRE było to, np. 2,75 mln, a Orlenu – 2,37 mln zł.

Najlepiej zarabiającym prezesem był Janusz Filipiak, twórca i szef Comarchu, czyli spółki operującej w szeroko rozumianym sektorze IT. Na jego konto wpłynęło prawie 12,5 mln złotych.

 – To już kolejny rok, kiedy ta osoba zajęła pierwsze miejsce w rankingu dziesięciu najlepiej wynagradzanych prezesów zarządów – mówi Jędrzejewska.

Stabilizację widać też w strukturze wynagrodzeń członków zarządu największych spółek giełdowych. Jest ona kształtowana w sposób mało agresywny, tzn. wciąż dominującym składnikiem pakietu wynagrodzeń jest płaca zasadnicza, czyli część gwarantowana, niezależnie od wyników spółki czy zaangażowania danego pracownika. To ponad 50 proc. łącznego wynagrodzenia. Od 30 do 35 proc. stanowią premie. Pozostała część to dodatkowe świadczenia, uzyskiwane ze spółek zależnych i stowarzyszonych.

 – Taki pakiet kontrastuje ze sposobem wynagradzania, jaki obserwujemy na rynkach zachodnich, wysoko rozwiniętych – mówi Dominika Jędrzejewska. – Np. w Wielkiej Brytanii wartość składników zmiennych zdecydowanie przewyższa wartość pozostałych elementów pakietu wynagrodzeń.

Zdaniem Jędrzejewskiej taką stabilizację można łączyć z trudną sytuacją gospodarczą. W latach 2010-2011 systematycznie poprawiały się wyniki finansowe spółek giełdowych. Skutkowało to przyrostem premii na poziomie 50 proc. W minionym roku takiej poprawy nie było, zatem i członkowie zarządów musieli zapomnieć o znacznie wyższych premiach.

 – To jest ta część wynagrodzenia, która jest uzależniona od wyników – tłumaczy Jędrzejewska. – Natomiast w bardzo wyraźny sposób widać połączenie wielkości zarobków z wielkością spółki, która jest mierzona np. zawartością kapitalizacji czy też aktywów danej spółki.

Z raportu PwC wynika bowiem, że spółki giełdowe z WIG20 oferują osobom zarządzającym średnio półtora raza wyższe zarobki niż spółki z WIG40 i nawet dwukrotnie wyższe niż spółki z WIG80.

BOŚ wychodzi z nową propozycją wspierającą wzrost efektywności energetycznej

Instytucje finansowe mają pieniądze na zmniejszenie zużycia energii w domach zwykłych konsumentów, a także wśród firm i samorządów. Tylko programy przygotowane przez Bank Ochrony Środowiska opiewają na kilkaset milionów złotych. Jednak pieniądze te mogą zostać wpompowane w polską gospodarkę dopiero w przyszłym roku.

Mariusz Klimczak, prezes BOŚ Banku zapewnia, że w jego ofercie znajduje się wiele produktów wspierających wzrost efektywności energetycznej, a klienci chętnie po nie sięgają.

 – Podczas spowolnienia gospodarczego jest to istotny element ograniczenia kosztów w sposób najbardziej efektywny – mówi Mariusz Klimczak. – Inwestycje i programy wsparcia dla efektywności energetycznej są istotne, dotyczą zarówno klientów, firm, jak i samorządów. W tym jest duża rola Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska [głównego akcjonariusza BOŚ Banku – red.], który ma szereg tego typu programów. Jednak potrzeba czasu, żeby nowe projekty weszły w życie.

Procedura związana ze złożeniem wniosków sprawia, że uruchomienie procesów inwestycyjnych nastąpi najprawdopodobniej w przyszłym roku.

Na start czekają też kredyty związane z odnawialnymi źródłami energii (OZE), czyli dofinansowywanie inwestycji w fotowoltaikę, farmy wiatrowe i biogazownie. Piotr Lemberg z biura prasowego banku informuje, że BOŚ udzielił 1,5 mld zł kredytów na tego typu projekty. Jednak obecnie rynek i inwestorzy wstrzymują inwestycje, czekając na nowe regulacje prawne.

 – My także mamy w planie wiele projektów, które są gotowe, natomiast nie ruszają, ponieważ do końca nie wiadomo, w jakich realiach gospodarczych będzie ta inwestycja funkcjonowała przez najbliższe kilkanaście lat – zwraca uwagę Mariusz Klimczak.

Dlatego bank czeka z uruchomieniem projektów do momentu uchwalenia ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE). Bez niej nie jest możliwe precyzyjne określenie np. stopy zwrotu z inwestycji.

 – Z punktu widzenia banku jest istotne, czy to będzie dofinansowanie na poziomie jednego certyfikatu, czy 0,7 certyfikatu, ale przede wszystkim ważne jest, żeby zostało to określone. Wówczas taki projekt może stać się „bankowalny”, bo nawet przy „mniejszym certyfikacie” [poziomie współczynnika korekcyjnego określającego wysokość dofinansowania z budżetu państwa – red.] bank może zażądać po prostu większego wkładu własnego. Natomiast trudno w tej chwili zakładać, jaki to będzie poziom, jak będzie wyglądał rynek. To wstrzymuje całkowicie tego typu inwestycje – mówi  prezes BOŚ.

Prezes banku szacuje, że te projekty w skali całej krajowej gospodarki opiewają na miliardy złotych.

Bank Ochrony Środowiska specjalizuje się we wspieraniu przedsięwzięć i działań na rzecz ochrony środowiska. W ciągu 22 lat działalności przeznaczył 11 mld zł na finansowanie projektów ekologicznych. Łączna wartość inwestycji zrealizowanych dzięki wsparciu banku wyniosła 38,7 mld zł. BOŚ należy do 20 największych banków w Polsce. Od 1997 r. jego akcje są notowane na rynku podstawowym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Głównym akcjonariuszem banku jest Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (56,62 proc. ogólnej liczby głosów). Oferta BOŚ skierowana jest do klientów indywidualnych i instytucjonalnych, ze szczególnym uwzględnieniem jednostek samorządu terytorialnego oraz spółek komunalnych.  

PZU startuje do przejęcia Croatia Osiguranje, chorwackiego ubezpieczyciela

PZU zapowiada, że jest przygotowane do wyścigu o przejęcie chorwackiego ubezpieczyciela, Croatia Osiguranje. To jedna z ostatnich niesprywatyzowanych firm z dominującą pozycją na lokalnym rynku. Władze firmy bacznie obserwują też rynek pod kątem ofert sprzedaży spółek w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Prezes PZU Andrzej Klesyk nie ukrywa, że polski ubezpieczyciel przegapił najlepsze możliwości przejęć w procesie prywatyzacji w regionie.

  98 proc. rynku czeskiego jest w rękach ubezpieczycieli spoza Europy Centralnej. To samo jest na Słowacji i na Węgrzech. Bardzo podobna sytuacja zaczyna być już w Rumunii i Bułgarii. My po prostu jako kraj, jako firma jesteśmy kilka lat spóźnieni – podkreśla Andrzej Klesyk.

Szanse na ekspansję PZU International w Europie nadal jednak istnieją. Przykładem może być właśnie Croatia Osiguranje. PZU czeka teraz na decyzję ze strony władz chorwackich.

  Rząd Chorwacji jeszcze nie podjął decyzji co do kształtu i prywatyzacji Croatia Osiguranje, dominującej na rynku firmy ubezpieczeniowej. Czekamy już od kilku miesięcy na tego typu decyzje. Jesteśmy w blokach startowych i będziemy brać udział w tej prywatyzacji, jeśli taka nastąpi – tłumaczy Klesyk.

Druga szansa ekspansji to odkupowanie firm sprywatyzowanych na początku przemian gospodarczych w regionie.

  Zawsze jest szansa na tzw. wtórne prywatyzacje, czyli ci, którzy kiedyś kupili, a będą się chcieli wycofywać czy wycofują się z tychże rynków z różnych powodów. Takim przykładem jest francuska Grupa Groupama, która kiedyś kupiła firmę na Węgrzech i musiała ją sprzedać – mówi prezes PZU.

Dużo trudniej znaleźć podobne oferty na polskim rynku. Kondycja firm operujących w naszym kraju, mimo kryzysu gospodarczego, jest stabilna. Poza PZU w spółkach ubezpieczeniowych w Polsce dominuje kapitał zagraniczny, który na razie nie zamierza wycofywać się z Polski. Dlatego PZU skupia się na utrzymaniu własnych klientów i pozyskaniu nowych.

  Cena oferty PZU jest adekwatna do jakości, bezpieczeństwa naszej firmy oraz tego, w jaki sposób obsługujemy naszych klientów. Zawsze mówimy, że nie będziemy najtańszym ubezpieczycielem na rynku, ale my oferujemy jakość, pewność i oferujemy to, że jeżeli ktokolwiek będzie miał jakikolwiek problem, czy to z samochodem, domem czy z samym sobą, PZU wywiąże się w stu procentach ze swoich zobowiązań – podkreśla Klesyk.

Tak jak inni, największy polski ubezpieczyciel czeka na możliwość dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.

 Ciągle czekamy na zmiany w prawie, ciągle czekamy na decyzje parlamentu dotyczące finansowania NFZ oraz możliwości współfinansowania ubezpieczeń przez indywidualne osoby – mówi Andrzej Klesyk.

Firmy marketingowe walczą o nośniki reklam w miejscowościach wypoczynkowych

Nawet 20 mln złotych mogą wydać firmy na reklamę w ośrodkach wakacyjnych. Specjaliści szacują, że nadchodzący sezon będzie znacznie lepszy niż ubiegły. Reklama w kurortach ma bardzo duży zasięg. Najważniejsze 10 miejscowości umożliwia dotarcie do 70 proc. z 10 mln turystów. Firmy wykupują nośniki, pomimo tego że jedno- lub dwumiesięczne kampanie są droższe od długoterminowych.

 – Zaczęło się ujednolicanie pewnego rodzaju formatów, uporządkowała się oferta, jeśli chodzi o jakość tych nośników. Mówimy m.in. o kurortach nadmorskich, mazurskich, dużą popularnością cieszą się też miejscowości górskie. Tylko Zakopane, Wisła, Szczyrk to są miejscowości, które generują setki tysięcy odwiedzających i to jest obszar, który bardzo mocno interesuje klientów – wyjaśnia w rozmowie Łukasz Wylęga z Headz Marketing Partner, operatora ponad 100 tablic reklamowych w miejscowościach wypoczynkowych.

Wylęga dodaje, że ze względu na liczbę zapytań od klientów oferta na ten sezon jest już niemal zamknięta. To lato ma być znacznie lepsze od ubiegłego.

Szczególnie aktywne są koncerny samochodowe. Latem 2012 r. wydały one, według szacunków domu mediowego Starlink, 12 mln zł na reklamę w kurortach. Teraz może to być nawet o 10 proc. więcej. Branża motoryzacyjna liczy na lepszą sprzedaż jesienią, a turyści w miejscowościach wypoczynkowych to ich potencjalni klienci. Aż 70 proc. z nich ma własny samochód, a na wakacjach spędzają średnio 10 dni.

Jednak również inne branże aktywnie reklamują się w letnich ośrodkach wakacyjnych. Wylęga wymienia m.in. firmy z sektora dóbr szybkozbywalnych (FMCG), czyli np. producentów artykułów spożywczych.

Krótko – znaczy drogo

Jak informuje Wylęga, koszt ekspozycji w miejscowościach wypoczynkowych może być nawet dwukrotnie wyższy niż w przypadku klasycznej reklamy zewnętrznej (tzw. outdoorowej). Wynika to z krótkiego czasu trwania tych kampanii. Reklamodawcy są najczęściej zainteresowani dwumiesięczną ekspozycją w lipcu i sierpniu. Niektórzy wykupują reklamę tylko na jeden miesiąc – wtedy koszty są jeszcze wyższe.

 – Nośniki w mieście funkcjonują bardzo długo. Ich okres amortyzacyjny, zwrot z inwestycji jest przewidziany na bardzo długi okres, na wiele lat. Z kolei outdoor w kurortach wypoczynkowych ma okres eksploatacji dwa miesiące, lipiec i sierpień, kiedy mamy szczyt sezonu. Potem ta aktywność praktycznie zanika. Trzeba więc ponieść duże nakłady, żeby wygenerować odpowiednią liczbę nośników, żeby zainstalować te nośniki. Stąd też ceny za ten okres są wyższe niż standardowego outdooru, bo jest to przewiezienie nośnika, zainstalowanie go wyłącznie na dwa miesiące – wyjaśnia Wylęga.

Licząc koszty, reklamodawcy decydują się na różnicowanie produktów w zależności od miasta. Wylęga podaje przykład Juraty, która jest uważana za bardziej ekskluzywny kurort i przyciąga zamożnych klientów. Pobliskie Władysławowo z kolei jest znacznie bardziej popularne, ale tam jeżdżą mniej zamożni klienci.

 – Każda miejscowość, patrząc przez pryzmat swojego klienta, prezentuje inne wartości, dzięki którym możemy precyzyjnie docierać z komunikatem do określonego konsumenta – mówi Wylęga. – Marketingowiec, który odpowiada za budżet marketingowy, wie, kto jest jego klientem, wie jak on się porusza, jakie są jego zachowania konsumenckie i wie, gdzie on będzie spędzał czas. Dzięki temu ta kampania jest skuteczna.

Według Wylęgi lokalizacja nośnika nawet w obrębie jednej miejscowości może mieć olbrzymie znaczenie dla sukcesu kampanii.

 – Od dwóch lat obserwujemy tendencję, że marketingowcy zaczynają bardzo wnikliwie analizować wszystkie kupowane media, oglądają je pod lupą. Rozpoczyna się oglądaniem lokalizacji, jest analizowane, czy nośnik 100 metrów dalej będzie bardziej zauważalny, czy będzie lepszy odbiór, czy wtedy klient jest w stanie zapłacić za niego 20 proc. więcej – zwraca uwagę Wylęga.

Nowa propozycja dla małych firm od Toyoty: długoterminowy wynajem samochodu zamiast kredytu czy leasingu

Długoterminowy wynajem samochodu zamiast kredytu albo leasingu. Dotychczas z wynajmu korzystały tylko duże przedsiębiorstwa, teraz taką możliwość będą miały także małe firmy. W Polsce wynajem udostępniła m.in. Toyota. W Europie i na świecie z tej formy finansowania korzysta coraz więcej małych i średnich przedsiębiorców.

Do tej pory z wynajmu floty samochodowej korzystały przede wszystkim duże korporacje, m.in. firmy transportowe czy przedsiębiorstwa, zatrudniające wielu przedstawicieli handlowych.

 – Wyszliśmy z założenia, że trzeba wyrównać szanse, dać drobnym przedsiębiorcom coś, co już mają i z czego korzystają firmy na Zachodzie oraz duże korporacje w Polsce – mówi Mirosław Krawczyk, dyrektor ds. sprzedaży flotowej Toyota Bank. – Tworząc program, bazowaliśmy na doświadczeniach naszych kolegów m.in. z Wielkiej Brytanii, gdzie funkcjonuje to z dużym powodzeniem. W Europie Zachodniej z tej formy użyczenia samochodu czy też jego finansowania korzysta 40-60 proc. przedsiębiorców.

Opracowany przez Toyotę SmartPlan to usługa kompleksowa, która z założenia ma w minimalnym stopniu angażować zarówno pieniądze przedsiębiorcy, jak i jego czas i uwagę.

 – To my dla klienta kupujemy np. ogumienie, dbamy o to, żeby w odpowiednim czasie je wymienić, informujemy o wszystkich czynnościach serwisowych i podstawiamy samochód zastępczy – tłumaczy Krawczyk.

Pod tym właśnie względem SmartPlan różni się zasadniczo od zwykłego leasingu. W tym drugim przypadku mamy bowiem do czynienia tylko i wyłącznie z finansowaniem.

Mała firma w ramach programu SmartPlan może wynająć pojazd w Toyocie na dwa, trzy lub cztery lata, regulując przy tym od 0 do 40 proc. opłaty wstępnej. Oznacza to, że nie trzeba mieć wkładu własnego, by skorzystać z oferty. Należy jedynie przejść proces weryfikacyjny, tzn. firma jest sprawdzana pod kątem jej zdolności do terminowego regulowania rachunków.

 – Warunki oceny są w zasadzie bardzo zbliżone do kryteriów, które mamy w leasingu – mówi dyrektor ds. sprzedaży flotowej Toyota Bank. – Namawiamy przedsiębiorców do wyboru wariantu, w którym nie angażują własnego kapitału, tzn. nie wpłacają opłaty wstępnej, po okresie użytkowania zwracają samochód i ewentualnie, jeśli usługę oceniają pozytywnie, to wynajmują następny pojazd.

Wynajem samochodu na okres kilku lat staje się realną alternatywą dla tradycyjnych form finansowania, jak kredyt czy leasing. Niższa miesięczna rata oraz szereg dodatkowych usług, takich jak ubezpieczenie czy serwisowanie, które na własne barki bierze wynajmujący, przekonują coraz większą grupę klientów.

 – Chcieliśmy stworzyć dla przedsiębiorców małych, drobnych, jednoosobowych działalności gospodarczych produkt, który wyjdzie naprzeciw ich oczekiwaniom, czyli chcieliśmy zaoferować coś, co da im pewność, przewidywalność wydatków i możliwość skoncentrowania się przede wszystkim na swojej działalności – mówi Mirosław Krawczyk, dyrektor ds. sprzedaży flotowej Toyota Bank.

Kluza: w Polsce brakuje spójnej wizji polityki prorodzinnej

To był ruch chaotyczny, bo nie wynikał całościowej polityki demograficznej państwa – ocenia zmiany w urlopach macierzyńskich ekonomista Stanisław Kluza. Jego zdaniem takiej spójnej wizji w Polsce brakuje, w tym również innych niż urlopy macierzyńskie narzędzi, które pomogłyby polepszyć sytuację ekonomiczną rodziny.

 – Ruch sam w sobie był dobry, aczkolwiek dwie rzeczy oceniłbym negatywnie – komentuje zmiany w urlopach macierzyńskich Stanisław Kluza, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej, były minister finansów. – Po pierwsze, nie wynikał on z żadnej uporządkowanej całości, czyli był ruchem chaotycznym. Zdecydowanie jest brak całościowej polityki demograficznej państwa. Druga rzecz: ten ruch dotyczył kwestii, która w mojej ocenie jest ważna, ale nie jest najważniejsza.

Jego zdaniem polityka demograficzna w Polsce jest nieuporządkowana z wielu powodów.

 – Odnosi się ona zarówno do osób w wieku emerytalnym, osób czynnych zawodowo, odnosi się do osób bezrobotnych, do osób potrzebujących pewnej pomocy społecznej, jak również do osób decydujących się na świadome rodzicielstwo, wychowywanie dzieci – tłumaczy Stanisław Kluza.

Ekonomista podkreśla, że polityka prorodzinna, w tym kwestie dotyczące młodego pokolenia, są szczególnie ważne dla państwa, bowiem to ono będzie w przyszłości głównym beneficjentem nakładów ponoszonych dziś przez rodziców na wychowanie swoich dzieci.

 – Państwo musi dobrze rozpoznać i wycenić te ponadproporcjonalne nakłady, ponadproporcjonalny wysiłek rodzin, który jest wnoszony na rzecz przyszłego pokolenia, a który później, kiedy młodzi ludzie dorosną, jest uspołeczniany, czyli służy pewnemu pożytkowi społecznemu i wypłacaniu emerytur wszystkim – tłumaczy.

Dlatego, poza zmianami w urlopach macierzyńskich, zdaniem Stanisława Kluzy, potrzeba jest znacznie więcej narzędzi, które pomogłyby polepszyć sytuację ekonomiczną rodziny w Polsce.

 – Jednym z nich na pewno jest kwestia lepszego zarządzania w obszarze urlopów wychowawczych, urlopów rodzicielskich, urlopów macierzyńskich, ale zdecydowanie bardziej należałoby dotknąć kwestii kwot, które się odpisuje od podatku w związku z ponadproporcjonalnymi nakładami finansowymi na dzieci – podkreśla.

Nowelizacja Kodeksu pracy, która weszła w życie 17 czerwca br., przewiduje wydłużenie dodatkowego urlopu macierzyńskiego do 6 tygodni oraz wprowadzenie nowej kategorii urlopu rodzicielskiego w wymiarze 26 tygodni. Zgodnie z nowymi przepisami łączny wymiar tych urlopów będzie wynosił 1 rok przy urodzeniu jednego dziecka. Rodzice będą mogli dzielić się urlopem dodatkowym oraz urlopem rodzicielskim. Przepisy te dotyczą osób, których dzieci urodziły się po 31 grudnia 2012 r.

Trwają negocjacje warunków dotyczących strefy wolnego handlu między UE i USA

Rozpoczynające się w lipcu negocjacje pomiędzy Waszyngtonem a Brukselą mogą doprowadzić do zniesienie barier w wymianie handlowej. To oznacza jej wzrost, a co za tym idzie – stworzenie nowych miejsc pracy i przyspieszenie wzrostu gospodarczego, zarówno w pogrążonych w kryzysie krajach UE, jak i w Stanach Zjednoczonych. Negocjacje na linii Bruksela-Waszyngton mogą też pomóc w przełamaniu impasu w trwających już od 10 lat rozmowach rundy z Doha w ramach WTO. Zdaniem byłej komisarz, a obecnie europosłanki Danuty Hübner, negocjacje mają szanse zakończyć się sukcesem ze względu na dobre polityczne nastawienie w Europie i w USA.

 – Po raz pierwszy doszliśmy w stosunkach między UE a USA do takiego etapu, że zaczynamy negocjować traktat o wolnym handlu i wspólnych inwestycjach – podkreśla Danuta Hübner.

Cła między Unią a USA są już na bardzo niskim poziomie. Utworzenie strefy wolnego handlu oznaczałoby zmniejszenie ich do zera, ale również likwidację wielu ograniczeń pozacelnych.

 – Jest bardzo dużo tzw. barier pozataryfowych w bardzo różnych obszarach, od usług poprzez przemysł przetwórczy. Są różnego typu ograniczenia dotyczące np. zamówień publicznych, jest cała sfera usług, która wymaga dopiero ruszenia. Także wspólna polityka energetyczna, więc bardzo wiele obszarów, które są kluczowe dla wzrostu i w Stanach, i w Europie – wymienia Danuta Hübner

Była komisarz nie ukrywa, że rozmowy nie będą łatwe, bo obie strony mają całą listę branż, które nadal chcą chronić przed konkurencją.

 – Bardzo trudne są sprawy dotyczące kultury, usług audiowizualnych. Europa przez całe lata żyje w pewnym strachu przed zalewem rynku europejskiego tworami kultury amerykańskiej – wymienia Hübner i przypomina, że ten obszar był również przedmiotem sporów w czasie negocjacji akcesyjnych Polski. Szczególnie ostre jest w tej sprawie stanowisko Francji. Również strona amerykańska chciałaby utrzymać monopol w niektórych branżach.

 – Żegluga przybrzeżna jest takim obszarem, który dla USA jest bardzo ważny, ale także wszystko, co dotyczy żywności genetycznie modyfikowanej. Takich spraw trudnych  jest dużo w rolnictwie i poza rolnictwem – mówi europosłanka.

Wśród tematów, które mogą pojawić się w trakcie rozmów będą też takie, do których zastrzeżenia, jeszcze w trakcie udzielenia Komisji Europejskiej mandatu do negocjacji zgłosiła strona polska. Są wśród nich właśnie sprawy usług audiowizualnych i związane z rolnictwem.

 – Mamy dość zbliżone obawy, ale myślę, że tych spraw związanych z rolnictwem może być nieco więcej. Jestem przekonana, że poszczególni ministrowie bardzo pilnują tych wszystkich spraw – mówi Hübner.

Obie strony deklarują jednak polityczną wolę, by osiągnąć porozumienie. Zdaniem Danuty Hübner zarówno Europie, jak i USA zależy też na czasie.

 – Jeżeli byśmy rzeczywiście utworzyli strefę wolnego handlu, to by oznaczało ogromny przyrost wymiany handlowej. To zaś oznacza oczywiście tworzenie nowych miejsc pracy, poprawę konkurencyjności Europy i gospodarki europejskiej, więc trzymamy wszyscy kciuki – podkreśla Hübner.

Negocjacje między UE a USA będą miały też wpływ na likwidowanie barier gospodarczych w skali globalnej.

 – Od ponad 10 lat politycy są niezdolni na poziomie globalnym zakończyć negocjacje rundy z Doha. To jest runda, która regulowałaby handel światowy, dlatego te negocjacje między Stanami a Europą mogą być początkiem ustalania nowych globalnych standardów, które określają współpracę gospodarczą w świecie – dodaje Danuta Hübner.

World Trends, 18 czerwca 2013

Spadkowy poniedziałek na warszawskim parkiecie nie wróży dobrze na kolejne dni tym bardziej, że korekcie poddały się rynki z grona emerging markets. BUX zanurkował na południe nie pozwalając tym samym graczom znad Wisły do wyprowadzenia wzrostowej fali, jaka zaczęła się tworzyć na Wall Street czy też na Deutsche Boerse. W tym tygodniu wygasają kontrakty FW20 i w przeciwieństwie do zagranicznych giełd nie można liczyć na to, że piątkowe rozliczenie derywatów na Książęcej 4 będzie wysokie.

Komentarz poranny, 18 czerwca 2013

Dom mediowy ZenithOptimedia obniżył prognozy na 2013r. dla polskiego rynku reklamy, z poziomu -5,2% r/r do poziomu -5,9% r/r. Jedynymi rosnącymi rynkami mają pozostać Intenret (+7,3% r/r) oraz kina (1,8% r/r). Informacja nie jest dla nas zaskoczeniem. Dom mediowy zaktualizował swoje prognozy zgodnie z panującymi warunkami makroekonomicznymi w Polsce. Zmiana o 0,7 p.p. w dół jest niewielka, a ZenithOptimedia już we wcześniejszym raporcie informował, że może obniżać prognozy, jeśli sytuacja ekonomiczna nie polepszy się w trakcie roku.

Komentarz dzienny, 25 czerwca 2013

Zgodnie z oczekiwaniami, niemiecki indeks koniunktury Ifo wzrósł z 105,7 do 105,9. Na zmianę ogólnego wskaźnika złożyła się poprawa oczekiwań (ze 101,6 do 102,5) i gorsza ocena sytuacji bieżącej (spadek subindeksu ze 110 do 109,4). Warto przy tym jednak odnotować, że pogorszenie ocen sytuacji bieżącej było skoncentrowane w handlu detalicznym i hurtowym, w budownictwie i przemyśle odnotowano raczej nieznaczne wzrosty. Dane Ifo po raz kolejny okazały się więc być nieco bardziej optymistyczne od PMI. W szczególności, krótkookresowy trend jest tutaj rosnący, w przeciwieństwie do indeksu menadżerów logistyki.

Komentarz dzienny, 24 czerwca 2013

Tydzień w Europie rozpoczyna się od publikacji niemieckich wskaźników IFO – ze względu na dużą historyczną korelację z PMI i biorąc pod uwagę negatywną niespodziankę tamże w poprzednim tygodniu, można oczekiwać raczej niekonkluzywnego odczytu. Spośród danych ze strefy euro warto zwrócić uwagę na dane o bezrobociu (czwartek), sprzedaży detalicznej (czwartek lub piątek) i inflacji (piątek) w Niemczech. Tym niemniej, po poniedziałku pałeczkę przejmują publikacje danych makroekonomicznych ze Stanów Zjednoczonych. \textit{Headline} zamówień na dobra trwałe będzie zaburzony przez wahliwą na kategorię zamówień na środki transportu (tym razem – Boeing), dlatego tu warto obserwować kategorie bazowe, w których można oczekiwać raczej spadków, w ślad za negatywnymi sygnałami z badań koniunktury. Trzeci odczyt PKB za I kwartał nie powinien przynieść dużych zmian, choć pewne przesunięcia w strukturze wzrostu są możliwe. Na publikowane w czwartek dane na temat wydatków i dochodów konsumenckich warto zwrócić szczególną uwagę – jeżeli oczekiwania rynku się zrealizują, obserwowane od początku roku słabnięcie konsumpcji z miesiąca na miesiąc ulegnie odwróceniu. Jako przygrywkę do przyszłotygodniowego ISM należy potraktować piątkową publikację Chicago PMI, choć tutaj korelacja nie jest historycznie zbyt mocna. 

Polish Weekly Review, 21 czerwca 2013

The recent stream of data confirmed that disinflation continues, not only on consumer’s side (about which we learned two weeks ago) but also in terms of producer prices. Deceleration of prices is proceeding in environment of stabilization of labor market (bottoming out in terms of annual growth) and falling industrial output. Along with inflation projection which will be probably tailored in such a way that a final cut would be enough to bring inflation to target in mid-term perspective, the data provide a good support for a rate cut in July and it is set to be the final one in this cycle. We think that recent FX intervention and Fed (conditional) announcement of QE tapering are not an obstacle for the cut.

To nie geny, a styl życia ma główny wpływ na powstawanie otyłości

22 proc. Polaków jest otyłych, a już co drugi ma nadwagę – alarmują dietetycy z Instytutu Żywności i Żywienia. W ostatnim czasie ten problem narasta przede wszystkim u ludzi młodych. Dietetycy podkreślają, że otyłość uwarunkowana genami stanowi niewielki odsetek przypadków. 90 proc. zaś to skutek zbyt obfitego jedzenia i małej aktywności fizycznej.

– Otyłość to bardzo poważny problem. Z przeprowadzonych przez Natpol w 2011 r. badań wynika, że co piaty Polak jest otyły, a nadwagę ma już co drugi. Ze statystyk wynika, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat ta częstość otyłości wzrosła z 19 proc. do 22 proc. głównie u mężczyzn i głównie u młodych Polaków, do 34 roku życia – mówi Agencji Informacyjnej Newseria dr Magdalena Białkowska, specjalista dietetyk z Instytutu Żywności i Żywienia.

Otyłość grozi wieloma chorobami (chorobami serca, nadciśnieniem, cukrzycą), ale samo jej podłoże rzadko jest uwarunkowane genetycznie.

– Osoby, u których otyłość jest objawem choroby, często choroby genetycznie uwarunkowanej, stanowią mały odsetek. Większość przypadków otyłości to efekt zbyt obfitego jedzenia oraz braku aktywności fizycznej. Siedzący tryb życia, korzystanie ze wszystkich udogodnień cywilizacyjnych plus brak ruchu musi dawać nadwagę, a potem otyłość. Otyłość zależna od złego stylu życia występuje w ponad 90 proc. przypadków – stwierdza dietetyczka.

U części osób otyłość jest spowodowana chorobami.

– Wiele osób ma skłonność do otyłości z racji chorób, które u tych osób występują, to samo dotyczy nadmiernego apetytu. Każdy otyły nie chciałby mieć takiego wilczego apetytu, ale coś każe mu jeść. Może być to spowodowane szeregiem zaburzeń w wydzielaniu hormonów, np. nadmiernym wydzielaniem insuliny, niektórych neuropeptydów, czy też niektórych hormonów jelitowych,. Te parametry wydzielane w nadmiarze powodują nadmierny apetyt i tycie. Otyłość jest skomplikowanym problemem i nie można upraszczać kwestii otyłości tylko do stylu życia, jednak styl życia stanowi podstawowy czynnik rozwoju tego schorzenia – wyjaśnia dr Białkowska.

Badanie Natpol z 2011 r. wskazuje, że liczba osób otyłych wzrośnie w Polsce z 22 proc. do 33 proc., czyli z 6,5 mln do ponad 9 mln w 2035 r. Największy wzrost otyłości następuje w grupie wiekowej 18–34 lat – odsetek osób a nadwagą w tym przedziale wiekowym wzrósł z 21,5 proc. w 2002 roku do 25,7 proc. w badaniu z 2011 r.
Badanie to objęło 2418 Polaków w wielu w wieku 18–79 lat.

Komentarz dzienny, 21 czerwca 2013

Seria odczytów wskaźników PMI ze strefy euro okazała się być zasadniczo lepsza od oczekiwań – odnotowano wzrosty zarówno w przemyśle (z 47,2 do 48,6 pkt), jak i w usługach (z 48,3 do 49,5), co sygnalizuje słabnące tempo pogarszania się warunków gospodarowania przedsiębiorstw. Nie znamy dokładnego rozbicie geograficznego, ale wiadomo, że na wynik dla całego eurolandu złożyły się niejednoznaczne wyniki dla Niemiec (PMI w usługach znów powyżej 50 pkt, ale zaskakujący spadek wskaźnika dla przemysłu), większa od oczekiwanej poprawa we Francji i dalsze słabnięcie negatywnych tendencji w pozostałych państwach członkowskich. 

Komentarz indeksowy BossaFX 21 czerwca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 21 czerwca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Rynek farmaceutyczny wróci na ścieżkę wzrostu w 2013 r.

W 2012 r. rynek apteczny w Polsce po raz pierwszy od wielu lat odnotował ujemną dynamikę zmian i spadł o 6% w stosunku do roku 2011, do wartości 26,53 mld zł w cenach detalicznych. Miało to głównie związek z wejściem w życie ustawy refundacyjnej. Była ona główną przyczyną spadku wartości sprzedaży w segmencie leków refundowanych w 2012 r., który wyniósł aż 23%. Według najnowszego raportu firmy badawczej PMR pt. „Rynek farmaceutyczny i ochrony zdrowia w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015” w 2013 r. dynamika rynku będzie znowu dodatnia.

W 2013 r. rynek wzrośnie o ponad 4%

Według prognoz PMR, w 2013 r. dynamika rynku aptecznego będzie dodatnia i wyniesie około 4%. Będzie to związane głównie z efektem niskiej bazy z 2012 r. – przed wejściem w życie ustawy refundacyjnej (w czwartym kwartale 2011 r.) pacjenci kupowali lek na zapas, co przełożyło się to na istotne spadki sprzedaży na początku 2012 r.

W 2013 r. nadal na rynek będą mieć wpływ czynniki, które niekorzystnie wpływały na wartość segmentu w 2012 r., takie jak spadki sprzedaży leków refundowanych w stosunku do okresu w poprzednim roku, częste zmiany na listach leków refundowanych i dalsze obniżki cen. „W latach 2014-2015 przewidujemy dalszą stabilizację sprzedaży aptecznej w Polsce i dynamikę wzrostu na poziomie około 4,5-5,5%. Ogółem, CAGR (średnioroczna stopa wzrostu) dla lat 2013-2015 wyniesie 4,7%, a rynek przekroczy 30 mld zł w 2015 r.” mówi Agnieszka Skonieczna, starszy analityk rynku farmaceutycznego PMR i współautor raportu.

W latach 2013-2015 leki przeciwpasożytnicze i wpływające na narządy zmysłów wzrosną najszybciej

W 2012 r. większość kategorii ATC zanotowała spadki sprzedaży – największe odnotowane zostały w kategoriach leków stosowanych w chorobach krwi i układu krwiotwórczego oraz w przypadku leków przeciwnowotworowych i immunomodulacyjnych. Doszło do tego wskutek zmian na listach leków refundowanych oraz obniżek cen leków wymuszonych przez nowy system. W ostatnich dwóch latach trendy we wszystkich głównych kategoriach terapeutycznych były zbliżone: był to gwałtowny skok sprzedaży w czwartym kwartale 2011 r., spadek sprzedaży w pierwszym kwartale 2012 r. i utrzymanie stosunkowo niskiego poziomu sprzedaży w ciągu całego 2012 r.

Według prognoz PMR, w latach 2013-2015 najszybciej będą rozwijały się najmniejsze pod względem wartości sprzedaży kategorie ATC – leki przeciwpasożytnicze (CAGR 2013-2015: 10%) i leki wpływające na narządy zmysłów (9%).

Problem w finansowaniu leków onkologicznych najnowszej generacji

W latach 2008-2009 r. leki onkologiczne i immunomodulujące były motorem wzrostu aptecznego rynku leków. Główną przyczyną była tu zmiana statusu immunosupresorów z preparatów stosowanych w lecznictwie zamkniętym na leki dostępne w aptekach. W 2012 r. apteczna sprzedaż leków onkologicznych i immunomodulujących spadła jednak najbardziej ze wszystkich kategorii, o blisko jedną czwartą. „Wynikało to przede wszystkim ze znaczących obniżek cen leków onkologicznych po wejściu w życie ustawy refundacyjnej. Według prognoz PMR, pomimo wzrostu zachorowalności na nowotwory (według Centrum Onkologii, do 2025 r., w porównaniu do 2009 r., nastąpi wzrost zachorowań o 43% u mężczyzn i 36% u kobiet ), dynamiki tej kategorii w sprzedaży aptecznej będą niewielkie. W Polsce największym problemem jest bowiem finansowanie najnowszej generacji leków onkologicznych” mówi Agnieszka Skonieczna.

Według Krajowego Rejestru Nowotworów liczba zachorowań na nowotwory wzrasta i w roku 2010 osiągnęła poziom ponad 140 tys. zachorowań. Polska jest w porównaniu do średniej UE krajem o niskiej zachorowalności na nowotwory, lecz o wysokiej śmiertelności.

Najczęściej występującym nowotworem w całej populacji jest nowotwór oskrzela i płuca, chociaż zachorowalność na ten nowotwór spada od 15 lat. Jest on na pierwszym miejscu biorąc pod uwagę zachorowalność wśród mężczyzn i na drugim miejscu wśród kobiet. U kobiet obserwuje się wzrost zachorowalności na ten nowotwór, ponieważ kobiety urodzone w latach 1940-1960, wśród których było lub jest wiele palaczek, wchodzą obecnie w wiek największego zagrożenia chorobą nowotworową.

Ponad połowa nowych zachorowań na nowotwory notowana jest u osób powyżej 60 roku życia. Z roku na rok wzrasta jednak zachorowalność wśród osób w wieku produkcyjnym. Na przykład, w roku 2010 o prawie 10% wzrosła liczba nowych zachorowań wśród mężczyzn w wieku 35-39 lat w porównaniu do roku 2009.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek farmaceutyczny i ochrony zdrowia w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.

Dyrektorzy finansowi (CFO) prognozują dla Polski wzrost gospodarczy wyższy niż 1,5 proc.

Ostrożny optymizm – tak można określić nastroje polskich dyrektorów finansowych (CFO) i ich prognozy dla Polski i naszej gospodarki w nadchodzących miesiącach. Aż połowa z nich prognozuje wzrost PKB na poziomie ponad 1,5 proc. Nie oznacza to jednak, że zamierzają już teraz inwestować w nowe przedsięwzięcia. Wręcz odwrotnie, ich zdaniem sytuacja nie jest jeszcze na tyle stabilna, by można było sobie pozwolić na zbyt pochopne wydawanie pieniędzy. M.in. takie wnioski płyną z czwartej edycji międzynarodowego badania dyrektorów finansowych „CFO Survey” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wśród przedstawicieli dużych firm w Polsce i Europie Środkowej.

Polscy menedżerowie zarządzający finansami są coraz bardziej optymistycznie nastawieni do sytuacji gospodarczej, choć nadal trudno mówić o jakiejkolwiek euforii. Prawie 95 proc. CFO prognozuje wzrost gospodarczy, w tym więcej niż połowa szacuje, że sięgnie on ponad 1,5 proc. Jeszcze pół roku temu ten sam odsetek badanych przewidywał stagnację (wzrost na poziomie 0-1,5 proc.). Na tle innych krajów Europy Środkowej nastroje polskich dyrektorów finansowych wypadają pozytywnie, choć nie tak bardzo jak przedstawicieli „bałtyckich tygrysów” – menedżerów z Litwy, Łotwy i Estonii. Na przeciwległym biegunie znajdują się zaś Słoweńcy oraz Węgrzy. Ci pierwsi bardzo mocno odczuwają wzrost niepewności związany z wyborami w kraju, sytuacją na Cyprze i przede wszystkim poziomem zadłużenia kraju. Węgrzy natomiast od dłuższego czasu próbują uniknąć sankcji ze strony Unii Europejskiej, które grożą im za niemożność stałego sprowadzenia deficytu budżetowego poniżej 3 proc. PKB.

„Wśród przedstawicieli polskich firm odsetek tzw. optymizmu netto, czyli różnicy osób wskazujących na poprawę sytuacji ekonomicznej i odsetek mówiących o pogorszeniu sytuacji wzrósł bardzo wyraźnie, z -28 do +24. Jednocześnie jednak nastąpił dalszy wzrost odczuwanej niepewności. Dziś mówi o niej ponad 90 proc. respondentów. Wskazuje to na dużą ostrożność – z jednej strony CFO widzą poprawę sytuacji gospodarczej, ale z drugiej mają świadomość, że daleko nam do stabilności” – wyjaśnia Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte. Pomimo tak dużego wzrostu optymizmu na tle Europy Środkowej plasujemy się w środku stawki.

Podobnie jak w badaniu sprzed 6 i 12 miesięcy CFO jako biznesowy priorytet wskazują wzrost przychodów na aktualnych (ok. 84 proc.) i nowych rynkach (ok. 65 proc.). Zainteresowanie tymi ostatnimi wzrosło w porównaniu z poprzednią edycją badania aż o 12 pp. Może to oznaczać, że CFO są gotowi, aby w obronie przed recesją podjąć nieco większe ryzyko i wyjść ze swoją ofertą na nowe obszary. Niestety, pomimo pozytywnego wpływu rekordowo niskich stóp procentowych CFO w dalszym ciągu nie widzą potrzeby inwestowania. Jest to nadal najrzadziej wymieniany priorytet – wskazała na niego jedynie jedna trzecia ankietowanych.

Badanie ujawniło za to wyraźne zmiany w zakresie apetytu na ryzyko. W najnowszej edycji ponownie obserwujemy jego wzrost. Dyrektorzy finansowi planują z jednej strony zwiększenie zadłużenia, a z drugiej bardziej agresywny rozwój dotychczasowej działalności (np. poprzez wchodzenie na nowe rynki). „Nieco zaskakuje fakt umieszczenia inwestycji przez polskich CFO tak nisko na liście priorytetów w porównaniu z innymi krajami. Tylko w Słowenii, Albanii i Rumunii ten element działalności firmy znalazł się niżej. Menedżerowie z innych krajów, nawet przy gorszych prognozach, ale stabilniejszych warunkach są bardziej skłonni do inwestowania. Polacy zaś wobec dużej niepewności ekonomicznej i silnych obaw o popyt nie widzą wartości w nowych inwestycjach” – tłumaczy Paweł Zarudzki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

W tej edycji badania widać bardzo niewielką zmianę obszarów, które budzą największą obawę dyrektorów finansowych. Pół roku temu najbardziej niepokoiły ich recesja i spadek popytu. I to się nie zmieniło. Odpowiedź tę wybrało 48 proc. badanych. Jednak miejsce obawy przed rosnącymi kosztami działalności (obecnie wskazało na to jedynie 3 proc. badanych) zajęła presja cenowa (22 proc.). Jest to prawdopodobnie efekt systematycznie spadającej inflacji. Zdecydowanie spadł też odsetek CFO obawiających się braku dostępu do finansowania działalności – z 8 proc. do 2 proc. Polscy CFO są w Europie Środkowej największymi optymistami, jeśli chodzi o spadek kosztów finansowania.

Aż 64 proc. z nich oczekuje braku wzrostu tych kosztów, z czego 34 proc. przewiduje ich spadek. Wynika to z decyzji RPP o obniżkach stóp procentowych. Wydaje się, że naturalną konsekwencją takiego myślenia powinien być wzrost zadłużenia. Tym bardziej cieszy fakt, że zmniejsza się odsetek CFO negatywnie postrzegających kredyt jako źródło finansowania działalności firmy. W ich ocenie są one także coraz bardziej dostępne. Można zatem wnioskować, że rozpoczęta w I kwartale tego roku tendencja wzrostowa liczby udzielanych kredytów jeszcze bardziej przybierze na sile w kolejnym półroczu.

Wygląda na to, że polskie firmy mają już za sobą okres wewnętrznych zawirowań wynikających z konieczności cięcia wydatków, gdyż o prawie dwie trzecie spadła liczba tych organizacji, dla których restrukturyzacja stanie się kluczowym priorytetem w kolejnych miesiącach. Optymistyczną informacją jest także to, że wraz z powrotem stabilizacji na polską GPW CFO coraz przychylniejszym okiem spoglądają na emisję akcji jako źródło finansowania swojej działalności. Dziś uważa tak ponad jedna piąta badanych, podczas gdy pół roku wcześniej było to zaledwie 10 proc. Do prawie 60 proc. podwyższył się procent osób, które spodziewają się wzrostu aktywności na rynku fuzji i przejęć. W tym obszarze Polska jest liderem spośród przebadanych krajów.

Podatki, a w szczególności VAT, są niezmiennie największą bolączką polskich dyrektorów finansowych. Aż 62 proc. z nich wskazuje właśnie ten obszar jako przeszkodę, którą usunęliby w pierwszej kolejności, gdyby mieli taką możliwość. Należy podkreślić, że chodzi tu o uproszczenie przepisów z nim związanych. Drugą największą przeszkodą są regulacje dotyczące zatrudnienia (36 proc.) – ubezpieczenia społeczne oraz kodeks pracy (35 proc.). W dobie niepewności ekonomicznej, kiedy elastyczność zatrudnienia może zadecydować o przetrwaniu przedsiębiorstwa, te dwa aspekty dodatkowo zyskują na znaczeniu. Z 24 proc. do 31 proc. wzrósł odsetek CFO, którzy spodziewają się trudności w znalezieniu dobrych pracowników. Chodzi głównie o stanowiska średniego i wyższego szczebla – czyli dostępne dla osób posiadających już pewne doświadczenie. Nie dotyczy to jednak absolwentów.

„CFO są optymistami jeżeli chodzi o prognozy długoterminowe. Aż 73 proc. z nich (w porównaniu do 48 proc. w poprzednim badaniu) przewiduje wzrost możliwości obsługi zadłużenia w ciągu trzech lat. Co więcej praktycznie nikt nie przewiduje pogorszenia swojej sytuacji. Tak dobry wynik pozwala po raz kolejny zachować Polsce pozycję lidera, jeśli chodzi o postrzeganie 3-letnich perspektyw wśród wszystkich państw biorących udział w badaniu” – podsumowuje Krzysztof Pniewski.

Początek monopolizacji usług geolokalizacyjnych? Google kupił Waze!

Świat obiegła informacja o kolejnej niebagatelnej transakcji w branży internetowej. Po zeszłorocznym zakupie Instagramu przez Facebook i majowym przejęciu Tumblra przez Yahoo, przyszedł czas na ruch ze strony Google. Ten wyszukiwarkowy gigant „wytargował” Waze za 1,3 miliarda dolarów.

Waze to darmowa – zarabiająca na reklamach i sprzedaży map drogowych – aplikacja nawigacyjna zaprojektowana przez start-up Waze Mobile z Izraela. Dostępna na urządzenia z Androidem i iOS, łączy w sobie funkcje stale aktualizowanego GPS-u i CB radia, wytyczając trasę, z uwzględnieniem wypadków, prac drogowych, korków i radarów.

Tym, co ją wyróżnia oraz co w dużej mierze przyczyniło się do zdobycia nagrody za Best Overall Mobile App na tegorocznym GSMA Mobile World Congress w Barcelonie, jest jej kontekst społecznościowy. Waze jest zintegrowana z Facebookiem – logując się za pomocą swojego konta można informować innych użytkowników o utrudnieniach na drogach w czasie rzeczywistym. Ta funkcja zadecydowała o popularności aplikacji, z której obecnie korzysta 50 milionów kierowców w 110 krajach na świecie. Tylko w roku 2012 udostępniono za jej pośrednictwem 90 milionów raportów drogowych, a znajdujące się w bazie mapy edytowano 500 milionów razy.

– Jednym z wielu powodów, dla których Google zdecydowało się na zakup Waze jest próba ratowania Google+, które charakteryzuje się bardzo niskim współczynnikiem zaangażowania użytkowników. Oprócz wcześniej wspomnianych funkcji, Waze umożliwia śledzenie tras podróży znajomych oraz aranżowanie spotkań w umówionym i wytyczonym punkcie, tworząc tym samym swoisty komunikator dla kierowców. To o wiele bardziej interesujące niż googlowska opcja wystawiania opinii lokalom umieszczonym na mapie – mówi Dominika Chłopicka, Social Media Manager GRUPA 365 NET. – Zintegrowanie usługi nawigacyjnej i społecznościowej wydaje się być strzałem w dziesiątkę – dodaje.

Batalia o Waze toczyła się pomiędzy Apple, Microsoftem, Facebookiem i Google. O przewadze negocjacyjnej tego ostatniego zadecydował ponoć fakt, iż zespół programistów izraelskiego start-upa nie będzie musiał przeprowadzać się do Stanów Zjednoczonych. Poza tym, Google nie nałożyło na Waze obowiązku wejścia na giełdę.

Google jest obecnie bezapelacyjnym liderem rynku reklamy w internecie. Ta dominacja szczególnie widoczna jest w sektorze mobile marketingu. Aktualne 50% wszystkich przychodów w tym sektorze, ma szansę zmienić się w prawdziwą hegemonię. Dzięki bardzo obszernej bazie map całego świata, uzupełnionej o zdjęcia satelitarne oraz materiały zebrane podczas projektu StreetView oraz Google Earth, Google posiada także niekwestionowanie mocną pozycję na rynku map online. Skonsolidowanie tych informacji w jednej aplikacji, sprawi, że Waze od Google zamieni się ze zamieni się w studnię bez dna i obecne 50 milionów użytkowników, do końca roku na pewno zwiększy się o prognozowane 20 milionów, jak nie więcej.

Euronet instaluje bankomaty sezonowe w miejscowościach turystycznych

Już od 20 czerwca Euronet, największy w Polsce niezależny operator oraz właściciel sieci bankomatów jak co roku, udostępni dodatkowe maszyny w miejscowościach tłumnie odwiedzanych przez turystów. W tym roku zainstalowanych zostanie aż 39 nowych bankomatów, w 25 różnych miastach. Sezonowe maszyny będą funkcjonowały przez cały okres wakacyjny.

– Poprzez instalację dodatkowych urządzeń dajemy turystom większy dostęp do gotówki podczas ich wypoczynku. W mniejszych miejscowościach, które na co dzień, nie są tak tłumnie uczęszczane, możliwość realizacji transakcji kartą płatniczą jest ograniczona. Dlatego każdego roku, decydujemy się na czasową rozbudowę sieci w najpopularniejszych destynacjach turystycznych – mówi Marek Szafirski, Prezes Zarządu Euronet Polska.

Dodatkowe bankomaty staną m.in. przy Molo w Sopocie, Piekarni Brzóska w Ustce, polu namiotowym we Władysławowie, Porcie Ekomarina w Giżycku, deptaku w Rewalu, Pobierowie i Jastrzębiej Górze, oraz przy informacji turystycznej w Ustroniu Morskim. Ilość dostępnych bankomatów sezonowych może ulec zmianie. – Przedstawiciele miast lub mniejszych miejscowości turystycznych, które w okresie letnim będą tłumnie odwiedzane przez wypoczywających mogą cały czas zgłaszać zapotrzebowanie do Działu Rozwoju Sieci firmy Euronet. Po jego weryfikacji eksperci Euronet podejmą decyzję o instalacji dodatkowego urządzenia w kolejnym punkcie – dodaje Marek Szafirski.

Transakcje w bankomatach sezonowych realizowane są na takich samych warunkach jak w przypadku urządzeń całorocznych. Maszyny sezonowe są w większości przypadków bankomatami wolnostojącymi, ponieważ ułatwia to ich montaż we wszystkich punktach o dużym dziennym przepływie osób.

Handel złotem – wszystko co trzeba wiedzieć o rynku złota

Złoto to pierwiastek chemiczny o symbolu Au (łac. Aurum). Jest najbardziej kowalne spośród wszystkich metali. Jeden gram złota może być rozbity na arkusz o powierzchni 1 m², dzięki czemu znalazło ono szerokie zastosowanie w jubilerstwie, przemyśle, elektronice, chemii przemysłowej, medycynie a także przemyśle spożywczym. Raz wydobyte złoto pozostaje w obiegu w tej lub innej postaci – żaden inny towar nie ma takiej właściwości. Oprócz zastosowań fizycznych, złoto jest także aktywem wykorzystywanym jako środek tezauryzacji (czyli gromadzenia majątku), zabezpieczenie w transakcjach finansowych oraz w celach inwestycyjnych. To właśnie ta ostatnia cecha najbardziej interesuje inwestorów na rynku Forex.

Złoto (ang. gold), często kwotowane zgodnie z kodami ISO jako XAUUSD (złoto wyceniane w dolarze amerykańskim) lub XAUEUR (złoto wyceniane w euro), jest obok głównych par walutowych (ang. majors) najchętniej handlowanym instrumentem. Jeszcze w 2010 roku rynek złota wyceniany był na około 2500 mld dolarów (dla porównania brytyjski rynek długu był wart w tym czasie 1200 mld dolarów).

Podobnie jak na Foreksie, lwia część handlu złotem odbywa się na rynku OTC (ang. Over The Counter), czyli na rynku pozagiełdowym. Oprócz tego występują także giełdy udostępniające inwestorom kontrakty futures i opcje na złoto (COMEX, TOCOM, czy MCX). Dzięki szerokiej dostępności kruszcu oraz wysokiej płynności, koszty transakcyjne (spread) stały się porównywalne do tych występujących na rynku Forex. Jednostką transakcyjną jest jedna uncja trojańska (oz), czyli około 31 gramów. Podstawowa cena na rynku podawana jest w dolarach amerykańskich za jedną uncję trojańską. Co najważniejsze, wraz z rozwojem detalicznego runku Forex i powstaniem brokerów działających w modelu ECN, także handel złotem stał się możliwy bez ponoszenia dodatkowego ryzyka w postaci konfliktu interesu pomiędzy brokerem, a klientem. Dla przykładu, w BRE Forex ECN spread transakcyjny oscyluje wokół 0.22 USD/oz (co w przypadku 0.1 lota wynosi około 8 PLN, czyli porównywalnie do kosztów na parze walutowej USDPLN), a kwotowania dostarczają największe globalne banki. Dziennym kosztem utrzymania pozycji na rynku spot są punkty swapowe – obliczane dokładnie tak samo jak dla par walutowych (różnica stóp procentowych dwóch walut określa koszt netto pozycji). W przypadku złota stopą procentową analogiczną do stopy LIBOR, czy WIBOR jest tzw. stopa leasingu (ang. lease rate). Stopa leasingu określa koszt pożyczki w złocie. Oznacza to, ze jeśli pożyczamy jedną uncję złota po 2.5 proc. na rok, po roku jesteśmy zobowiązani zwrócić 1.025 uncji złota. Stopa leasingu jest również ściśle powiązana z wyznaczeniem cen kontraktów futures handlowanych na giełdach, bowiem cena kontraktu futures powstaje poprzez skapitalizowanie ceny spot stopą określaną jako Gold Forward Offered Rate (różnica pomiędzy USD LIBOR, a stopą leasingu).

Z punktu widzenia inwestora indywidualnego handel złotem praktycznie niczym nie różni się zatem od standardowego handlu walutami. Rynek złota jest aktywny podobnie jak Forex 24h/7 dni w tygodniu, dzięki czemu inwestorzy z różnych stron świata mogą w nim partycypować i cieszyć się wysoką płynnością. Wg World Gold Council w 2010 roku, na rynku złota OTC, średni dzienny obrót wyniósł niemal 120 miliardów dolarów, a jest to liczba dotycząca tylko transakcji rozliczanych z dostawą. Faktyczny obrót może być zatem nawet dwukrotnie wyższy. W tym samym czasie dzienny obrót na NYSE wynosił 50 miliardów dolarów.

Transakcje, które kończą się dostawą (opcja niedostępna dla inwestora detalicznego poprzez platformę u brokera) opierają się na złocie zlokalizowanym w londyńskich skarbcach. Rozliczenie transakcji, podobnie jak na rynku międzybankowym, odbywa się po dwóch dniach (T+2). Inwestor może zatem z dowolnego miejsca na Ziemi zakupić złoto zlokalizowane w Londynie w standardzie określanym jako loco London (sztabki o wadze 400 uncji trojańskich, z 99.5 proc. czystości). London Bullion Market Association (organizacja zrzeszająca dealerów złota) pilnuje, aby uczestnicy rynku przestrzegali dobrych praktyk, dzięki czemu rynek OTC nie odbiega efektywnością od giełd terminowych. Członkami LBMA są między innymi takie banki jak Goldman Sachs, UBS, Deutsche Bank oraz JP Morgan (dostarczają kwotowania cen złota w BRE FOREX ECN). W Londynie odbywają się również dwa razy dziennie fixingi cen złota, które stanowią benchmark dla producentów, konsumentów oraz banków centralnych. Entuzjaści rynków towarowych twierdzą, że tam trendy są dłuższe i wyraźniejsze. Spoglądając na wykres cen złota trudno nie przyznać im racji. Niewątpliwie złoto jest idealnym spoiwem pomiędzy rynkiem commodities i Forex.

Dominik Rożko

Makler Papierów Wartościowych w Domu Inwestycyjnym BRE

BRE FOREX ECN

HR-owca portret własny… czyli jaki?

Większość praktyków HR ma szeroki zakres obowiązków. Zajmują się zarówno rekrutacją, selekcją aplikacji, sprawami kadrowymi, jak i szkoleniami. Najbardziej czasochłonne są dla nich spotkania z kandydatami do pracy. Na selekcję napływających aplikacji poświęcają średnio 4 godziny i 45 minut w ciągu tygodnia. Jednocześnie specjaliści HR chcieliby przeznaczać więcej czasu na doszkalanie się i zdobywanie wiedzy, a także na planowanie strategii HR dla firmy. I to mimo, iż nierzadko zostają „po godzinach”. Czy zatem osoba zarządzająca zasobami ludzkimi znajduje czas dla siebie? Jak wygląda work-life balance specjalisty ds. HR? Czy znajduje chwilę na przeczytanie lubianych przez kolegów z branży kryminałów? Jaki jest „HR-owca portret własny” zbadała Grupa Pracuj Solutions – twórca serwisu rekrutacyjnego Pracuj.pl.

Departament ds. HR, biuro kadr i szkoleń, dział zarządzania zasobami ludzkimi. Mnogość nazw i określeń dla najbardziej „ludzkiego” obszaru organizacji, jakim jest Human Resources, od razu wskazuje na wielozadaniowość pracujących w nim specjalistów. Choć jest to także ogromne wyzwanie – zwłaszcza w czasach spowolnienia gospodarczego – dla menedżera HR to chleb powszedni. Jak wynika z przeprowadzonego w lutym 2013 r. przez Grupę Pracuj badania „HR-owca portret własny”[1] oczekiwania firm wobec pracowników HR są wysokie i obejmują wiele różnorodnych zadań.

W gestii pracownika departamentu HR spoczywają kompleksowe działania związane zarówno z rekrutacją nowych pracowników (95%), selekcją napływających aplikacji (92%) czy kwestiami kadrowymi (79%). Ponadto, aż ¾ badanych specjalistów zajmuje się także doskonaleniem pracowników i umożliwianiem im rozwijania swoich kompetencji poprzez szkolenia (77%). Niewiele mniej bo 72% ankietowanych wymieniło także motywowanie pracowników poprzez zapewnianie im możliwości rozwoju w ramach organizacji, jako ważny aspekt ich codziennej pracy.

Ponad ¾ osób zw. z zarządzaniem zasobami ludzkimi zapytanych o to, co jest dla nich największym motywatorem wskazało właśnie różnorodność wykonywanych zadań, a także – co pokazuje poziom zaangażowania specjalistów ds. HR – poczucie wpływu na rozwój całej firmy (70%) oraz bycie partnerem dla biznesu (57%). Pracowników działów HR motywuje bardziej większa decyzyjność i związana z nią odpowiedzialność za całościowy rozwój organizacji niż własna pensja, która znalazła się dopiero na czwartym miejscu (53% głosów).

W wynikach badań przeprowadzonych przez Grupę Pracuj znalazło także potwierdzenie zjawisko luki kompetencyjnej, z którą borykają się nie tylko największe korporacje ale też przedsiębiorstwa z sektora MSP. Aż 56% rekruterów spytanych, co jest największym wyzwaniem w ich codziennej pracy odpowiedziało: znalezienie odpowiedniego kandydata. Odpowiedniego czyli takiego, którego nie tylko doświadczenie i umiejętności ale także wiedza, będą odpowiadały profilowi stanowiska pozostającego do obsadzenia. Wśród innych wyzwań wskazywali także dostosowanie koniecznych działań do ograniczonego budżetu działu HR (15% wskazań) oraz praca bez pomocnych narzędzi i technologii rekrutacyjnych (11%).

Oprócz kwestii związanych z życiem zawodowym, autorzy raportu „HR-owca portret własny” zapytali ankietowanych także o to, w jaki sposób spędzają czas wolny. Choć zdecydowana większość – aż 94% badanych – potwierdziła, że na pracę przeznacza więcej niż ustawowo przewiduje to 40-godzinny tydzień roboczy, to jednak starają się zachować work-life balance. Menedżerowie, specjaliści i pracownicy Human Resources w czasie prywatnym chętnie uprawiają sport, spotykają się ze znajomymi oraz czytają książki i czasopisma.

Działy HR w naturalny sposób stanowią punkt styku między organizacją a jej otoczeniem. Zarówno wewnątrz firmy poprzez motywowanie, szkolenie czy zarządzanie talentami, jak również na zewnątrz – rekrutując i konfrontując się z bieżącą sytuacją na rynku pracy. Dział HR jest więc papierkiem lakmusowym kondycji całej organizacji. Raport „HR-owca portret własny” zawiera odpowiedzi na wiele pytań dotyczących m.in. wyzwań z jakimi mierzą się HR-owcy w swej pracy, sposobu w jaki zarządzają swoim czasem przy niepewnej i stale zmieniającej się sytuacji, a także jakie działania są w ich opinii istotą zawodu, a na jakie poświęcają najmniej czasu. Wyniki przedstawione w raporcie uzmysławiają zatem jak odpowiedzialne, różnorodne i wielozadaniowe jest środowisko pracy HR-owców – podsumowuje raport Agnieszka Bieniak, Senior HR Manager z Grupy Pracuj Solutions.

Złoty został mocno przeceniony z powodu słów Bena Bernanke

Z powodu słów Bena Bernanke, który dał sygnał do porzucenia ryzykownych aktywów złoty został mocno przeceniony. Możliwość zmiany polityki za oceanem oznacza drogie wakacje dla podróżujących za granicę.

Złoty został poturbowany przez słowa Bena Bernanke. Podczas środowego wystąpienia prezes Rezerwy Federalnej – amerykańskiego banku centralnego – nakreślił obraz zacieśnienia polityki pieniężnej. Chociaż perspektywa ograniczenia interwencji jest odległa, to jednak sama sugestia na ten temat została odczytana jako sygnał opuszczenia ryzykownych inwestycji.

Euro jest obecnie najdroższe od roku, rosnąc do 4,3487 zł. Frank szwajcarski wzrósł do 3,5299 zł, co jest najwyższym poziomem od lipca 2012 roku. Dolar zyskał do 3,2809 zł, co jest najwyższym poziomem od początku czerwca.

Z perspektywy inwestorów największe znaczenie miały słowa dotyczące możliwości ograniczenia programu ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej (QuantitativeEasing; QE) jeszcze w tym roku, jeżeli sytuacja gospodarki ulegnie poprawie. Oznacza to zmniejszenie skali dodruku pieniądza, od którego zależałą bardzo dobra atmosfera na giełdach oraz niskie koszty obsługi długu publicznego. Program ma zostać wygaszony w 2014 roku, pod warunkiem realizacji prognoz gospodarczych Fed.

Inwestorów nie uspokoiły słowa Bernanke, że Fed „będzie odejmować gazu, ale nie naciśnie hamulca”. Nie pomogły także słowa, że w sytuacji pogorszenia koniunktury w Stanach Zjednoczonych Fed może nawet powiększyć program QE. Jednak na razie polityka zerowych stóp procentowych oraz skupu aktywów wielkości 85 mld dolarów każdego miesiąca będzie wciąż kontynuowana.

Zacieśnienie polityki pieniężnej ma znaczenie także w kontekście obligacji z rynków wschodzących, które dzięki nadpłynnościom zachodnich systemów finansowych notowały historyczne szczyty.

Zmiana nastawienia Fed oznaczać będzie pozbawienie napływu kapitału także polski rynek obligacji, który świętował sukcesy w pierwszej połowie roku. W rezultacie rząd zapłaci więcej za obsługę długu, powiększając swoje potrzeby finansowe.

Tym sposobem słowa Bena Bernanke mogą zwiększyć napięcia w polskim budżecie, co będzie miało następnie przełożenie na posunięcia ministra finansów oraz ostatecznie na kondycję naszych portfeli ze względu na możliwe podwyżki podatków.

Obok przeceny złotego uwagę zwracają silne spadki złota. Cena żółtego metalu poszukuje nowego dna, spadając do zaledwie 1.305 dolarów. Jest to najniższy poziom od dwóch lat. Złoto przez ostatnie lata drożało na fali polityki drukowania dolara przez Rezerwę Federalną. Teraz, kiedy może zabraknąć tego impulsu, żółty metal nie jest już tak atrakcyjną lokatą kapitału.

Zdarzenia po dniu sporządzenia sprawozdania finansowego

Czerwiec to miesiąc, w którym upływa termin zatwierdzenia sprawozdań finansowych. Od momentu ich sporządzenia do zatwierdzenia upływa sporo czasu. W tym okresie może wystąpić wiele zdarzeń, o których opowiada ekspert, Monika Borczyńska, konsultant w Dziale Audytu w Baker Tilly Poland.

Zdarzenia po dniu bilansowym można podzielić na dwie zasadnicze grupy:
a) dostarczające dowodów na istnienie określonego stanu na dzień bilansowy,
b) wskazujące na stan zaistniały po dniu bilansowym.

Ustawa o rachunkowości w sposób bardzo ogólny reguluje kwestię ujmowania zdarzeń, które wystąpiły po sporządzeniu sprawozdania finansowego, a przed jego zatwierdzeniem. Należy w tym przypadku bardziej szczegółowych informacji poszukać w Krajowym Standardzie Rachunkowości nr 7 – „Zmiany zasad (polityki) rachunkowości, wartości szacunkowych, poprawianie błędów, zdarzenia następujące po dniu bilansowym – ujęcie i prezentacja”.

Dowody na istnienie określonego stanu na dzień bilansowy

Do pierwszej grupy zdarzeń, a więc takich, które dostarczają dowodów istnienia określonego stanu na dzień bilansowy, zaliczyć można m.in. korekty przychodów ze sprzedaży za ubiegły rok. Także rozstrzygnięcia spraw sądowych, które potwierdzają lub zmieniają wysokość wykazanej na dzień bilansowy rezerwy na zobowiązanie jednostki bądź powodują powstanie zobowiązania, na które nie utworzono rezerwy, należą do pierwszej grupy zdarzeń. Podobnie jest z uzyskaniem informacji o tym, że na dzień bilansowy wartość składnika aktywów na skutek utraty wartości była niższa od wykazanej w księgach rachunkowych jednostki. Wreszcie ostatnim zdarzeniem dowodzącym istnienia określonego stanu na dzień bilansu, które warto wymienić są uzyskane przychody ze sprzedanych po dniu bilansowym aktywów, pomniejszone o koszty sprzedaży, które są niższe od wartości, w jakiej aktywa te figurują w księgach rachunkowych na dzień bilansowy.
Stan zaistniały po dniu bilansowym

Nieco większą grupę zdarzeń stanowią takie, które wskazują na stan zaistniały już po dniu sporządzenia sprawozdania finansowego. Należy do niej spadek wartości inwestycji posiadanych przez jednostkę w skutek zmiany ogólnej sytuacji rynkowej, a także zadeklarowanie dywidend należnych posiadaczom jej instrumentów kapitałowych. Zdarzeniem tego typu jest również połączenie jednostki z innym podmiotem gospodarczym. Na stan po dniu bilansowym wskazują też znaczące zakupy aktywów oraz przeznaczenie do sprzedaży lub znacząca ich sprzedaż przez jednostkę.

Zniszczenie przez pożar, powódź ważnego zakładu przedsiębiorstwa także uznaje się za tego typu zdarzenie. Podobnie jest w przypadku rozpoczęcia wdrażania restrukturyzacji podmiotu a nawet jedynie jego ogłoszenia. Ostatnie przykłady zdarzeń wskazujących na stan zaistniały po sporządzeniu sprawozdania stanowią: zaciągnięcie znaczących zobowiązań przez jednostkę oraz udzielenie przez nią wysokich gwarancji lub/i poręczeń.
Ujęcie zdarzeń

Jeżeli przed dniem zatwierdzenia sprawozdania finansowego jednostka otrzymała informacje o zdarzeniach, jakie nastąpiły po dniu bilansowym i które zmieniają jej wiedzę o stanie istniejącym na dzień bilansowy, a skutki tych zdarzeń istotnie wpływają na obraz sytuacji majątkowej, finansowej oraz wyniku finansowego jednostki za rok obrotowy, to skutki te odpowiednio uwzględnia w księgach rachunkowych i koryguje już sporządzone roczne sprawozdanie finansowe za rok obrotowy.

Natomiast jeżeli przed dniem zatwierdzenia rocznego sprawozdania finansowego jednostka otrzymała informacje na temat zdarzeń wpływających na jej stan lub sytuację po dniu bilansowym i dane te mogą być istotne dla użytkowników rocznego sprawozdania finansowego, to w dodatkowych informacjach i objaśnieniach podmiot podaje lub aktualizuje już wykazane informacje albo ujawnia dla każdej kategorii zdarzeń informacje o:
a) rodzaju zdarzenia,
b) szacunkowej kwocie jego skutków finansowych lub stwierdza, że szacunek taki jest praktycznie niewykonalny.

Co ze zdarzeniami uznanymi za nieistotne?

Skutki zdarzeń zmieniających wiedzę jednostki o stanie na dzień bilansowy, o których otrzymała ona informacje po sporządzeniu rocznego sprawozdania finansowego, ale przed dniem jego zatwierdzenia, i których nie uznano za istotne, ujmuje się w rocznych księgach rachunkowych i wykazuje w sprawozdaniu finansowym za rok obrotowy, w którym dane te otrzymano.

Firmy widzą potrzebę udostępniania informacji pozafinansowych w swoich raportach

Aż 84% globalnych firm przebadanych przez PwC odwołało się w swoich raportach rocznych przynajmniej do jednego elementu pozafinansowego, ale tylko 15% z nich zrobiło to całościowo. To dowód na to, że wśród przedsiębiorstw rośnie świadomość konieczności dopasowania sposobu raportowania do dzisiejszej rzeczywistości biznesowej. Inwestorzy coraz ostrożniej wybierają podmioty, którym chcą powierzać pieniądze. Jednak nie wszystkie firmy wiedzą jak wzmocnić swoją atrakcyjność poprzez ujawnianie dodatkowych informacji.

Raportowanie zintegrowane umożliwia dostarczenie rynkowi informacji pozafinansowych, dających pełniejszy obraz działalności przedsiębiorstwa, w tym lepszą ocenę ryzyk oraz szans dla danego biznesu. Według ekspertów z firmy doradczej PwC właściwie zaadresowanie obszarów pozafinansowych wpłynie pozytywnie na konkurencyjność danej firmy na rynku oraz w danej społeczności. Według wytycznych International Integrated Reporting Council (IIRC) odpowiednio skonstruowane zintegrowane raporty powinny zawierać, obok danych finansowych oraz tych dotyczących wytworzonego kapitału, również informacje o kapitale ludzkim, intelektualnym, społecznym, naturalnym – czyli wszystkie aspekty tworzące tzw. „wartość dodaną” danego przedsiębiorstwa.

Z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą PwC wynika, że 48% firm informuje o zasobach oraz relacjach, na których opiera się ich model biznesowy. Większość przedstawicieli tej grupy omawia ograniczenia oraz możliwe oczekiwania, jednak bardzo niewielu z nich czyni to w odniesieniu do wszystkich elementów pozafinansowych. Z analizy wynika także, że 83% globalnych firm analizuje przyszłe trendy rynkowe, jednak jedynie 40% z nich wykorzystuje dyskusje w tym zakresie do podejmowania decyzji strategicznych.

96% ankietowanych raportuje swoje główne ryzyka, jednak jedynie 23% łączy swoje ryzyka z pozostałymi raportowanymi obszarami – odnosząc je do przyjętej strategii, modelu biznesowego oraz przyjętych wskaźników, na podstawie których oblicza się sukces firmy. Według ekspertów z firmy doradczej PwC ulepszenia w tym zakresie zwiększyłyby zaufanie do firmy oraz przyczyniłyby się do bardziej adekwatnych decyzji operacyjnych.

Raportowanie zintegrowane jest kluczowym elementem dla przedsiębiorstw dążących do osiągnięcia długoterminowego sukcesu. Dobrze, że przedstawiciele firm to zauważają i aktywnie uczestniczą w działaniach promujących ten transparentny sposób komunikacji z otoczeniem. Jednak jesteśmy na początku długiej drogi – firmy nie widzą jeszcze wszystkich istotnych zależności między wynikami finansowymi oraz niefinansowymi, co pokazuje, że dużo jeszcze brakuje do zbudowania świadomości na temat tego, w jaki sposób organizacja może tworzyć swoją „wartość dodaną” oraz w jaki sposób może ją efektywnie komunikować – komentuje Anna Szlachta, Menedżer w zespole ds. zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu w PwC.

Według ekspertów z firmy doradczej PwC kolejnym krokiem będzie opracowanie takich schematów raportów zintegrowanych, by informacje niefinansowe w nich zawarte były w strategiczny sposób powiązane z informacją finansową.

O badaniu PwC

Badanie PwC zostało przeprowadzone wśród 50 największych globalnych firm (m.in. Deutsche Bank, Coca Cola Company, Natura, Unilever, Tata Steel) zaangażowanych w pilotażowy program prowadzony przez International Integrated Reporting Council (IIRC), którego celem jest pomoc w opracowaniu podstaw tzw. raportowania zintegrowanego. Przedstawiciele przedsiębiorstw w ankiecie odpowiadali na pytania dotyczące obecnego sposobu raportowania. Liderzy firm biorących udział w programie spotkają się w dniach
18-19 czerwca we Frankfurcie, aby podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat opracowanych schematów raportowania. Ich opinie zostaną podane do informacji publicznej 15 lipca 2013 roku.

Wydłużenie działalności specjalnych stref ekonomicznych pozwoli na rozwój gospodarczy regionów objętych tymi strefami

– Mamy wspólne stanowisko w sprawie wydłużenia działalności specjalnych stref ekonomicznych – powiedział Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki. Obecnie trwa ustalanie nowych zasad, na jakich będą funkcjonować. Mają one być impulsem do rozwoju gospodarczego regionów, w których działają, poprzez m.in. ścisłą współpracę z urzędami pracy czy szkołami. Ich dodatkowym zadaniem ma być wspieranie promocji polskich firm, przede wszystkim małych i średnich oraz eksportu.

 – Wydaje się, że już jesteśmy pogodzeni z wicepremierem i ministrem finansów Jackiem Rostowskim co do tego, że specjalne strefy ekonomiczne niosą w sobie wiele pozytywnego – podkreśla Janusz Piechociński.

Zgodnie z przepisami specjalne strefy ekonomiczne (SSE) mają funkcjonować do końca 2020 roku, jednak resort gospodarki zabiegał o wydłużenie tego terminu co najmniej o kolejnych sześć lat. Minister finansów był temu przeciwny, ponieważ inwestycje w strefach mają być niższe od utraconych dochodów podatkowych (firmy działające w SSE korzystają z ulg). Zarzucał też ministrowi gospodarki, że nie ma analizy, jak zwolnienia podatkowe w strefach wpływają na rozwój regionalny, likwidację bezrobocia i przyciąganie nowych inwestycji.

Konsultacje międzyresortowe w tej sprawie trwają od kilku miesięcy. Szef resortu gospodarki zapewnia, że teraz omawiane są szczegóły nowych zasad działania stref.

 – Diabeł tkwi w szczegółach. Teraz jest pytanie: w których obszarach chcemy, żeby funkcjonowały strefy i jaki rodzaj inwestycji chcemy w sposób szczególny preferować – informuje Janusz Piechociński. – Będzie to oceniane w oparciu o czytelne wskaźniki, które w ustawie czy rozporządzeniu zapiszemy. Jesteśmy bardziej na etapie tworzenia słowniczka do tego dokumentu niż kłócenia się co do intencji.

Zdaniem wicepremiera, nacisk powinien zostać położony na te aspekty, które zwiększają konkurencyjność polskich firm, czyli np. innowacyjność, nowe technologie, energooszczędność.

 – Te zmodyfikowane specjalne strefy ekonomiczne, klastry i parki technologiczne to mają być nowe formy rozsadnika polskiej przedsiębiorczości, mechanizmu zarządzania procesami logistyki, umiejętności współpracy, oddziaływania na Powiatowe Urzędy Pracy, oddziaływania na miejscowy rynek szkolnictwa i tego prywatnego, i publicznego – tłumaczy minister gospodarki.

Te cele miałyby być realizowane przez takie instrumenty, jak kierunki zamawiane, staże, praktyki, fundowanie stypendiów dla najlepszych studentów czy najlepszych uczniów szkół średnich. Powinno także nastąpić odwrócenie ról pomiędzy urzędem pracy a potencjalnym pracodawcą.

 – A więc więcej pieniędzy na rzecz poprawienia jakości poszukiwania miejsca pracy, na kreowanie miejsc pracy poprzez przedsiębiorców, a mniej poprzez urzędy pracy. Specjalne strefy, klastry i parki technologiczne powinny być także reprezentantami polskiej małej i średniej przedsiębiorczości na zewnątrz, w zdobywaniu nowych rynków, kontaktów i promowaniu eksportu. W tę stronę będziemy szli – zapowiada Janusz Piechociński.

Z danych resortu gospodarki wynika, że w 2012 r. tereny SSE zwiększyły się o prawie 784 ha, osiągając łączną powierzchnię ponad 15,8 tys. ha. W porównaniu do 2011 r. zatrudnienie znalazło w nich o 6,7 tys. osób więcej, wzrosła też o blisko 6,2 mld zł wartość inwestycji. Ponad 74 proc. ulokowanego w strefach kapitału pochodziło z 6 krajów: Polski, Niemiec, USA, Holandii, Włoch i Japonii. Największe nakłady poniosły firmy motoryzacyjne oraz producenci wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych, a także wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych.

Ministerstwo finansów planuje zmiany w prawie, które usprawnią ściganie przestępstw podatkowych

Dzięki planowanym przez Ministerstwo Finansów zmianom w Ordynacji podatkowej w razie podejrzenia popełnienia przestępstwa podatkowego organy ścigania będą miały większe niż do tej pory możliwości sprawdzenia przelewów bankowych czy operacji na rachunkach maklerskich. Wszystko po to, by skuteczniej ścigać przestępców. Resort podkreśla, że podobne przepisy są już międzynarodowym standardem.

Nowelizowana ustawa o zmianach w Ordynacji podatkowej zakłada m.in. szerszy niż do tej pory wgląd w dokonywane przez nas operacje finansowe. Chodzi nie tylko o rachunki bankowe. Do przekazywania informacji zobowiązywane będą urzędy pocztowe, domy maklerskie, fundusze inwestycyjne i emerytalne, SKOK-i, a nawet firmy ubezpieczeniowe. Skarbówka będzie się mogła dowiedzieć w ten sposób o dokonywanych wpłatach i wypłatach, kredytach i pożyczkach, a nawet formie ich zabezpieczenia.

– To jest norma w krajach OECD, UE i na świecie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Wiesława Dróżdż, rzeczniczka Ministra Finansów. – Organy ścigania przestępstw podatkowych mają takie uprawnienia i w przypadku podejrzenia, że ktoś dopuszcza się przestępstw podatkowych, mają prawo zwrócić się do banku o udostępnienie szerszej informacji.

Tym bardziej, że jak mówi rzeczniczka resortu, nie chodzi o nic nowego. Szefowie organów skarbowych już dziś mają podobne uprawnienia. Mogą jednak pytać banki tylko o salda na rachunkach bankowych osób, które podejrzewają o przestępstwa finansowe.

– Ta propozycja ma poszerzyć kompetencje tak, by organy kontrolne mogły sprawdzić, jakie przelewy były dokonywane z takiego podejrzanego konta – tłumaczy Wiesława Dróżdż.

Urząd skarbowy występując o takie informacje będzie musiał spełnić szereg warunków formalnych. Ministerstwo zapewnia, że skarbówki nie będą nadużywały nadanych im kompetencji. Po tego typu działania sięgałyby jedynie w uzasadnionych przypadkach.

– Nie chodzi o żadne losowanie, dziś Kowalski, jutro Nowak i zajrzyjmy, co ma na koncie. Absolutnie nie – zastrzega Dróżdż. – Chodzi o skuteczne ściganie przestępstw podatkowych, które zataczają często międzynarodowe kręgi.

Dzisiaj urząd skarbowy może wystąpić do banku mieszczącego się np. we Francji o pełne informacje, dotyczące obywatela Polski i takie informacje uzyskuje. W przypadku polskich banków jest to niemożliwe, bo nie pozwalają na to przepisy.

– Dlatego też chcemy, żeby w polskim prawie zagościło takie uprawnienie, żebyśmy nie mieli w naszym kraju mniej uprawnień niż za granicą – mówi rzeczniczka ministerstwa.

Według resortu obowiązujące rozwiązania prawne, które pozwalają jedynie na sprawdzenie salda w banku, są niewystarczające i nie gwarantują skutecznego ścigania przestępstw podatkowych

– To jest za mało informacji, kiedy tropi się np. przestępstwa karuzelowe, w których wyłudzanie podatku VAT polega przede wszystkim na generowaniu fałszywych faktur – mówi Wiesława Dróżdż. – Aby sprawdzić , czy one faktycznie są prawdziwe, czy fałszywe, czy dokonano przelewu, organy kontrolne muszą mieć prawo do prześledzenia podejrzanego konta bankowego.

Nowelizacja Ordynacji podatkowej jest na etapie konsultacji międzyresortowych. Resort zapewnia, że wszystkie wątpliwości zostaną wyjaśnione.

– Wszystkie uwagi są wyjaśniane, analizowane i będą brane pod uwagę – mówi rzeczniczka Ministra Finansów. – To jest tak wczesny etap konsultacji społecznych, że jesteśmy na etapie analizy.

Wiadomo już, że wątpliwości, co do zasadności i zakresu wprowadzanych zmian są. I to duże. Zgłaszają je przede wszystkim radcy prawni, przedsiębiorcy i środowisko bankowe. Bankowcy obawiają się, że przestanie istnieć tajemnica bankowa, co może skutkować tym, że ludzie przestaną zaciągać pożyczki w bankach czy lokować tam swoje pieniądze.

– Tajemnica bankowa nadal będzie obowiązywała – zastrzega Wiesława Dróżdż. – Ale kiedy w trakcie postępowania kontrolnego okaże się, że istnieją podstawy do tego, by podejrzewać, że ktoś dokonał przestępstwa podatkowego, wtedy na uzasadniony wniosek naczelnik urzędu skarbowego będzie mógł prześledzić dane konto.

Nowe programy studiów będą zwiększać nacisk na umiejętności praktyczne studentów

Reforma nie dzieli uczelni na lepsze i gorsze, kierunki zawodowe są bardzo potrzebne – uważa prof. Zbigniew Marciniak, były wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego. Jego zdaniem, przyjęte przez rząd założenia nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym są korzystne z punktu widzenia studentów, bo są lepiej dostosowane do rynku pracy. Tłumaczy, że więcej praktyki na studiach umożliwi studentom podjęcie pracy w szerszej niż dotychczas grupie zawodów.

 – Zamysł nie polega na tym, żeby zabrać uczelniom, w szczególności uniwersytetom to, co już robią. Raczej chodzi o zachęcenie uczelni zawodowych, żeby poszły jeszcze mocniej w kierunki praktyczne – mówi prof. Zbigniew Marciniak, były wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego.

Jego zdaniem obecny program kierunków o profilu praktycznym nie przystaje do oczekiwań studentów, bo są prowadzone w sposób ogólnoakademicki.

 – Ja to oceniam z punktu widzenia przyszłego studenta. Większość studentów nie marzy o tym, żeby mieć karierę naukową, raczej chcą zdobyć dyplom, który umożliwi im zatrudnienie w zakresie pewnej grupy zawodów – tłumaczy. – Skoro taka jest tendencja potrzeb, to przepisy starają się to skodyfikować, żeby ułatwić podstawowym interesariuszom, czyli studentom, jak najlepsze studia.

Projekt nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym oraz niektórych innych ustaw zakłada m.in. zróżnicowanie uczelni na akademickie i zawodowe. Podział ten ma poprawić jakość kształcenia zarówno praktyków, jak i teoretyków.

 – Oczywiście nie wolno zapomnieć o kształceniu tej szpicy, która będzie potem kadrą akademicką. O to dbamy należycie i nawet nam się udaje mieć tu sukcesy, w końcu to nasi studenci wygrywają różne międzynarodowe konkursy – podkreśla profesor.

Jego zdaniem kluczem do poprawy jakości kształcenia jest wyraźne określenie zasad dotyczących kształcenia na poszczególnych profilach studiów.

 – Trzeba wyraziście powiedzieć, jakie warunki trzeba spełniać, żeby prowadzić kształcenie na profilu ogólnoakademickim, a jakie warunki, nie mniej trudne, trzeba spełnić, żeby uczyć praktycznie, bo tam muszą być praktycy, musi być dużo praktyk. To są dwa różne aspekty kształcenia na poziomie wyższym, ale nie jest tak, że jeden jest ważniejszy, drugi jest mniej ważny – tłumaczy prof. Zbigniew Marciniak.

Przekonuje, że same uczelnie chcą położyć większy nacisk na praktykę i finansowo są w stanie sprostać temu wyzwaniu.

 – Nie ma dwóch zdań, że niektóre aspekty kształcenia praktycznego mogą pociągnąć za sobą dodatkowe koszty, np. dobrze zorganizowane praktyki, ale uczelnie sobie z tego zdają sprawę. Przypomnę, że finansowanie szkolnictwa wyższego skonstruowane jest w taki sposób, że uczelnia dostaje dotację na prowadzenie kształcenia, a nie rozlicza koszty z ministerstwem, wobec tego to jest kwestia mądrego planowania, czyli przesuwania środków – podkreśla były wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego.

„Czytaj etykiety” – trwa akcja uświadamiania Polaków na temat wartości odżywczych produktów

Wciąż niewielu Polaków zwraca uwagę na wartość odżywczą kupowanych artykułów – twierdzi Instytut Żywności i Żywienia. Skutkuje to tym, że jemy niezdrowo i zbyt kalorycznie. W akcję uświadamiania klientów włączają się również sieci handlowe.

 – Coraz więcej Polaków ma nadwagę i otyłość, zaś czytanie etykiet pomaga dokonywać świadomego wyboru produktów, które chcemy zjeść i które mają nam służyć. Odchudzając się często chwytamy po diety cud, a wystarczy po prostu umieć przeczytać etykietę, wybrać właściwy produkt i nie mieć problemu ze zbędnymi kilogramami – mówi dr n. med. Agnieszka Jarosz, Kierownik Centrum Promocji Zdrowego Żywienia i Aktywności Fizycznej w Instytucie Żywności i Żywienia w Warszawie

A jak zwracają uwagę przedstawiciele sieci Biedronka, biorącej z Instytutem Żywności i Żywienia udział w akcji „Czytaj etykiety”, otyłość to nie tylko defekt estetyczny, to przede wszystkim choroba, która najczęściej powstaje z powodu nieprawidłowego odżywiania. Problem wynika stąd, że nie wiemy, co tak naprawdę wkładamy do sklepowego koszyka.

 – Niewiele osób zwraca uwagę na wartość odżywczą jedzenia. Ciągle nasza świadomość w tym zakresie jest zbyt mała i taka akcja powinna być cały czas prowadzona, żeby rzeczywiście edukować klientów. Wiele badań wskazuje, że w zasadzie takie drążenie tematu przez kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, jak w przypadku Finów, dopiero daje jakiś efekt. W związku z tym przed nami długa droga – uważa dr Agnieszka Jarosz.

Instytut wraz z siecią Biedronka starał się zmienić zachowania konsumenckie Polaków, by zwracali większą uwagę nie tylko na datę przydatności do spożycia, ale także na inne podane na nich informacje dotyczące jakości kupowanych produktów.

 – Jakość to nie tylko smak. To jest też skład, wartość odżywcza, kraj pochodzenia surowca, warunki produkcji, metoda przetworzenia. Wiele z tych informacji można znaleźć na etykiecie, tylko trzeba to przeczytać – dr inż. Justyna Czarnacka-Szymani, dyrektor działu rozwoju jakości produktu w Jeronimo Martins Polska.

W ramach akcji „Czytaj etykiety” organizatorzy szacują, że dotarli do ponad 12 mln konsumentów, poprzez m.in. spotkania z dietetykami odbywające się na terenie sklepów.

Dr inż. Justyna Czarnacka-Szymani wyjaśnia, że wielu Polaków nie ma w zwyczaju czytania etykiet. Biedronka liczy, że dzięki takim akcjom staną się bardziej świadomi, tego co kupują i co jedzą.

Jednocześnie zapewnia, że sieć przykłada do jakości produktów dużą wagę. Zanim produkt znajdzie się na sklepowych półkach, przechodzi kontrolę jakości na podstawie tych parametrów, które zostały uznane przez sieć za istotne dla konsumentów.

 – Chodzi o dokładnie określony skład, parametry fizykochemiczne, cechy organoleptyczne – wyjaśnia dr inż. Justyna Czarnacka-Szymani.

Kontroli poddawana są także te produkty, które znajdują się już na sklepowej półce.

 – Zależy nam, żeby Polacy czytali etykiety, rozumieli informacje na nich zawarte, aby wiedzieli, jak je wykorzystać przy budowaniu właściwej diety zgodnej z potrzebami żywieniowymi. Budując nowe produkty zwracamy uwagę na ich jakość, wartość odżywczą. Wierzymy, że konsument oceniając informacje na etykiecie, oceniając ich jakość będzie mógł dokonać właściwego dobrego wyboru jakości produktu – podsumowuje wyjaśnia dr inż. Justyna Czarnacka-Szymani.

Zwiększenie bezpieczeństwa w PKP PL pochłonie dziesiątki milionów złotych

0

Na polskich torach ma być bezpieczniej. PKP PLK prowadzi zarówno remonty torów i przejazdów kolejowych, jak i szkolenia dla pracowników. Dyżurni ruchu przechodzą szkolenia z radzenia sobie ze stresem, a wkrótce będą mogli ćwiczyć na wartych kilka milionów złotych symulatorach.

 – W ubiegłym roku przyjęliśmy program ponad 100 inicjatyw, które były związane z poprawą bezpieczeństwa. Zarówno w obszarze formalnym, w obszarze naszych procedur, jak i w obszarze urządzeń, inwestycji oraz szkoleń pracowników. Liczba tych inicjatyw od momentu, kiedy zainaugurowaliśmy program znacznie się zwiększyła, w tej chwili jest ich ponad 140 – mówi Robert Kuczyński, rzecznik prasowy PKP PLK.

Spółka zarządzająca polską infrastrukturą kolejową zrealizowała już ponad połowę z zaplanowanych inicjatyw. Kuczyński podkreśla jednak, że cały program to ciągłe, codzienne działania. Dlatego trudno podsumować łączne koszty akcji zwiększania bezpieczeństwa na polskiej kolei. Według Kuczyńskiego należy mówić o dziesiątkach milionów złotych.

Kilka milionów będą kosztować nowoczesne symulatory dla dyżurnych ruchu, które PKP PLK wkrótce kupi. Procedura jest już przygotowywana. Dzięki urządzeniom ponad 9 tys. pracujących w PLK dyżurnych ruchu będzie mogło lepiej przygotować się do swojej pracy, polegającej na układaniu trasy pociągów. Spółka oferuje osobom na tym stanowisku również wsparcie w radzeniu sobie ze stresem.

 – W pierwszej kolejności przystąpiliśmy do szkoleń dotyczących umiejętności radzenia sobie z sytuacjami stresowymi. Konieczność podejmowania szybkich trafnych decyzji jest bardzo ważnym elementem pracy dyżurnych – wyjaśnia Kuczyński. – Symulatory są kolejnym etapem, który planujemy zrealizować, chcemy zakupić 8 symulatorów, na których nasi pracownicy będą regularnie utrzymywać i zwiększać poziom swoich kompetencji.

PKP PLK prowadzi obecnie ponad 100 programów inwestycyjnych w infrastrukturę kolejową w 250 miejscach w całej Polsce, to przede wszystkim modernizacja torów, ale i przebudowa przejazdów kolejowych, co jest szczególnie istotne dla bezpieczeństwa. Jak podkreśla Kuczyński, na przejazdach kolejowo-drogowych dochodzi aż do 40 proc. wszystkich tragicznych zdarzeń. Tam też jest najwięcej ofiar, a winni najczęściej są nieostrożni kierowcy.

 – Jeśli chodzi o programy przejazdowe, mamy w planach modernizację ponad 400 przejazdów kolejowych. Jest to związane zarówno z poziomem zabezpieczeń, jak i wdrożeniem nowoczesnych urządzeń na przejazdach kolejowych, co będzie zapewniało wyższy poziom bezpieczeństwa w ramach danej kategorii przejazdu kolejowego – mówi Kuczyński. – Budowa przejść podziemnych, wiaduktów, różnego rodzaju zabezpieczeń wpływa również korzystanie na bezpieczeństwo ruchu wokół kolei, ponieważ eliminuje potencjalne możliwości potrąceń bądź wjazdu kierowców na tory w momencie, kiedy jest to niebezpieczne.

Łącznie aż 80 proc. wszystkich zdarzeń wpływających na ruch kolejowy jest spowodowanych czynnikami zewnętrznymi.

 – Mam na myśli kierowców przejeżdżających przez przejazdy kolejowo-drogowe w momencie, kiedy jest to nieuprawnione. Mam na myśli osoby, które poruszają się po torach w miejscach niedozwolonych i narażają na niebezpieczeństwo siebie i wprowadzają również potencjalne zagrożenie dla ruchu kolejowego – tłumaczy Kuczyński.

By zwiększać świadomość wśród kierowców oraz pieszych PKP PLK kontynuuje kampanię „Bezpieczny przejazd”. 17 czerwca odbył się „Bezpieczny poniedziałek”, w trakcie którego w 23 miejscach w Polsce miała miejsce kampania ucząca użytkowników dróg, w jaki sposób należy bezpiecznie przekraczać przejazdy kolejowo-drogowe.

Kuczyński dodaje, że w ramach poprawy bezpieczeństwa na kolei PKP PLK buduje również nowoczesne lokalne centra sterowania. Dzięki wysokiej klasy sprzętowi komputerowemu i systemom informatycznym prawdopodobieństwo popełnienia błędu przez pracownika znacznie maleje.

Szwajcarski Bank Centralny podejmuje działania, które mają osłabić franka

Czwartek może być ważnym dniem dla osób spłacających kredyty we frankach szwajcarskich. Na dziś zaplanowano posiedzenie Narodowego Banku Szwajcarii.  Być może pojawi się pomysł, by franka osłabić  mówi Marek Rogalski, główny analityk walutowy Domu Maklerskiego BOŚ. 

Na decyzje, jakie zapadną dzisiaj w Szwajcarii czekają tysiące kredytobiorców w Polsce, regulujących swoje zobowiązania we frankach. Ostatnie wahania kursowe zasiały w nich spory niepokój. Mało sprzyjająca cena franka sprawiła, że np. rata kredytu mieszkaniowego w tym miesiącu była o kilkadziesiąt złotych wyższa niż w maju.

Zdaniem analityków najbliższe tygodnie powinny przynieść stabilizację.

 W lipcu i sierpniu bardziej realny jest poziom za franka w rejonie 3,40 zł niż 3,50 zł, czyli nasza rata fakt, jest może jeszcze wysoka, ale raczej nie będzie znacznie wyższa – uważa Marek Rogalski z DM BOŚ.

Rogalski zwraca uwagę nie tylko na relację złotówki do franka, ale przede wszystkim euro do franka. Europejska waluta, przez kryzys finansowy w ostatnich latach się osłabiła. W okresie boomu kredytowego euro kosztowało ok. 1,6 CHF, dziś jest to 1,23 CHF.

 – Byśmy wrócili do tego poziomu, frank musi być wyraźnie słabszy, a tego na razie nie widać – zauważa analityk. – Sądzę, że to jest kwestia kilku lat.

Nie można wykluczyć, że szwajcarski bank centralny podejmie działania,zmierzające do osłabienia waluty. To zdarzało się już w przeszłości. Szwajcarzy zapowiedzieli m.in. że nie dopuszczą, by euro kosztowało poniżej 1,2 CHF. Według analityka DM BOŚ, bank ma dwie możliwości działania na osłabienie franka.

 – Po pierwsze, podnosi limit euro do franka, z 1,20 CHF w górę, np. na 1,23 lub 1,25 CHF i bronią tego poziomu z wyższego pułapu, czyli frank zaczyna słabnąć. Druga możliwość, też do wykonania, ale nie do końca fair, to wprowadzenie ujemnych stóp procentowych – mówi Marek Rogalski

Dzisiaj stopa procentowa, ustalona przez szwajcarski bank centralny jest na bardzo niskim poziomie, blisko 0 proc. Wprowadzenie stopy ujemnej mogłoby spowodować niepokój, bo ci, którzy trzymają swoje oszczędności na lokatach we franku traciliby na tym i zapewne chcieliby się pozbyć tej waluty z portfela.

 – Mogłoby to franka osłabić – przekonuje Marek Rogalski. – Z tym, że to już jest ryzykowne posunięcie, więc raczej na krótką metę.

Jeśli e-sklepy przygotują się na handel mobilny, to Polska może stać się liderem w tej branży

W ciągu 5 najbliższych lat 80 proc. ruchu w Internecie będzie pochodzić z urządzeń mobilnych.  Już dziś co 15 sekund ktoś w Europie dokonuje zakupu przez smartfony lub tablety. Według raportu Praktycy.com Polska ma szansę stać się europejskim liderem mobilnego handlu. Problem w tym, że e-sklepy nie są na to gotowe.

Wartość polskiego handlu mobilnego (m-commerce) ma w tym roku osiągnąć pół miliarda złotych. Już 5 milionów Polaków korzysta z internetu mobilnego, a 2/3 kupowanych w Polsce telefonów to smartfony. Eksperci wskazują, że ten rynek będzie stale rósł.

 –  Polska stoi przed ogromnym rozwojem rynku handlu mobilnego, a wszystko wskazuje, że w bieżącym roku będziemy świadkami bardzo dużych zmian – mówi Piotr Krawiec, właściciel Praktycy.com. – Wiele danych jest bardzo optymistycznych, ale są też problemy.

E-sklepy muszą się przystosować do handlu mobilnego

Problemem jest brak przygotowania sklepów internetowych. Według badań Praktycy.com 3/4 polskich sklepów nie ma mobilnej wersji strony ani aplikacji mobilnej.

 – Te firmy już dziś sporo tracą z tego powodu, a w niedalekiej przyszłości te straty będą dla nich jeszcze większe, gdyż w tym roku rynek m-commerce się podwoi. Myślę, że w ciągu najbliższych 2-3 lat będzie odpowiadał za 5 proc. rynku handlu elektronicznego. Jego wartość powinna więc wynosić ok. 1,5 miliarda złotych – prognozuje Krawiec.

Choć e-sklepy nie inwestują w mobilność, to jednocześnie 76 proc. właścicieli e-sklepów uważa, że aplikacje mobilne zwiększają zainteresowanie sklepem. Tylko 10 proc. ankietowanych nie widzi potrzeby wdrażania takich rozwiązań. Wśród tych, którzy mają taki zamiar, 41 proc. chce to zrobić w ciągu kolejnych sześciu miesięcy. Tyle samo e-sklepów taką inwestycję planuje w ciągu dwóch lat.

Najszybciej rozwijają się branże związane z usługami finansowymi typu płatności mobilne, opłaty za bilety, a także kupowanie książek czy produktów elektronicznych.

 – Najszybciej rozwijają się branże związane przede wszystkim z usługami finansowymi typu płatności mobilne, płatności za bilety. Kolejna rzecz to są wszelkiego typu możliwości kupowania książek, produktów związanych z elektroniką. Choć na rynku m-commerce nie ma głębokiej specjalizacji – zauważa Krawiec.

Agencja Praktycy.com przebadała w maju 2013 r. 347 właścicieli e-sklepów w Polsce.

M.Bukowski: destabilizacja finansów publicznych to nie wina II filaru, a obniżki podatków sprzed kilku lat

Pieniądze odłożone przez Polaków w OFE to 0,5 procent PKB, dlatego, zdaniem ekonomistów zgromadzonych w Komitecie Obywatelskim ds. Bezpieczeństwa Emerytalnego, nie można winić II filaru za destabilizowanie finansów publicznych. Znacznie bardziej deficytowe są w tym momencie pozostałe fundusze społeczne, a na budżecie odbijają się też obniżki podatków sprzed kilku lat, których nie zrównoważyły dochody z innych źródeł. Zdaniem ekspertów przeniesienie pieniędzy z OFE do budżetu poprawi sytuację na 5 do 10 lat, ale nie zlikwiduje strukturalnych przyczyn deficytu finansów publicznych. Same fundusze wymagają jednak reformy.

Przeciwnicy otwartych funduszy emerytalnych twierdzą często, że gdyby w Polsce nie wprowadzono kapitałowego filaru systemu emerytalnego dziś nasz dług publiczny byłby znacząco niższy. Polska mogłaby też liczyć na lepszy rating, co pozwalałoby taniej pożyczać pieniądze na rynkach finansowych. Zdaniem Macieja Bukowskiego, ekonomisty SGH i eksperta Komitetu Obywatelskiego ds. Bezpieczeństwa Emerytalnego, takie spojrzenie na OFE to jednak uproszczenie kwestii deficytu.

 – Gdzieś się ta nierównowaga pojawiła. Refleksja powinna być taka, że rząd zbyt hojnie rozdawał prezenty, jak np. obniżki pewnych podatków, co próbował rekompensować podwyżkami, które jednak nie przełożyły się na dochody – tłumaczy Bukowski.

Likwidacja OFE i przeniesienie pieniędzy do ZUS dałoby rządowi czas, nie zastąpi jednak prawdziwych reform. W funduszach Polacy zgromadzili ponad 270 miliardów złotych.

 – To starczy na pięć, może na dziesięć lat hulania. Problem za te kilka lat będzie taki sam, jak dzisiaj, a tak naprawdę większy. Nadal nie będziemy mieli uporządkowanych spraw finansów publicznych, nadal będzie nierównowaga, nadal dług będzie rósł, ale już wydaliśmy wszystko i jesteśmy bez majątku – ostrzega Maciej Bukowski.

Ekonomiści widzą jednak wady II filaru. Przypominają jednak, że podczas reformy emerytalnej zapisano, że co 3 lata rząd będzie przyglądał się działalności OFE, by móc wprowadzić konieczne korekty systemu. Jest długa lista poprawek, które już dziś powinny objąć OFE.

 – Można trochę zmniejszyć opłaty, które pobierają PTE, czyli firmy, które zarządzają otwartymi funduszami emerytalnymi, z naszych składek. Można w ogóle zlikwidować opłatę od składki, zostawić tylko opłatę za zarządzanie. Można poluzować limity inwestycyjne – wymienia Maciej Bukowski.

Wśród propozycji jest też wprowadzenie tzw. zewnętrznego benchmarku, czyli wysokości stopy zwrotu, którą fundusz musi osiągnąć, by nie dopłacać klientom z własnego kapitału. Dla przyszłych emerytów dobre byłoby też zwiększenie składki do OFE.

 – OFE zarabiały pieniądze i to dużo lepiej niż ZUS. Jeżeli wpłacilibyśmy 1000 zł na samym początku reformy emerytalnej do OFE i 1000 zł do ZUS, to dziś w OFE mielibyśmy mniej więcej 1600 zł, a w ZUS 1400 – więc 200 zł różnicy. Ja myślę, że to jest poważna różnica – wylicza Maciej Bukowski.

Komentarz dzienny, 20 czerwca 2013

W maju produkcja przemysłowa spadła o 1,8% r/r wobec +2,7% r/r zanotowanych  w kwietniu (rynek oczekiwał -1,9%). W ujęciu odsezonowanym spadek wyniósł 1,5% r/r wobec 0,3% r/r zanotowanych w poprzednim miesiącu. Właściwie to odsezonowane dane robią bardziej przygnębiające wrażenie niż sam headline. Na spadek produkcji przemysłowej wpływ miały ujemna różnica w liczbie dni roboczych oraz wysoka baza z poprzedniego roku (łatwa do dostrzeżenia, w szczególności w produkcji żywności, która wystrzeliła w górę tuż przed EURO2012). Naszym zdaniem wskaźniki (również odsezonowane) mogły być zaniżone przez długie weekendy (tradycyjnie nie ujmowane prawidłowo w procedurach odsezonowania). Z tego względu majowe dane z przemysłu nie są aż tak złe, jak może się to wydawać na pierwszy rzut oka.