Nieścisłości w projekcie ustawy o zakazie handlu w niedziele. Co na to małe, prywatne sklepy?

0

Proponowany  przez posłów zakaz handlu w niedzielę budzi wątpliwości Fundacji Polskiego Handlu, organizacji zrzeszającej małe i średnie sklepy. Zdaniem dyrektora fundacji, przepis jest nieprecyzyjny, bo zakazuje pracy w placówkach handlowych, a nie w handlu. Sam pomysł ograniczenia handlu w niedziele Fundacji Polskiego Handlu popiera, o ile bez zmian pozostaną przepisy pozwalające właścicielom małych sklepów na prowadzenie sprzedaży.

 – W projekcie jest wyłącznie mowa o zakazie pracy w punktach handlowych, więc właściwie trudno jest to zinterpretować. Myślę że należałoby ten akt na pewno dopracować – podkreśla Marcin Kraszewski,  dyrektor Fundacji Polskiego Handlu.

Według niego, niejasności budzi, kogo miałby ten zakaz dotyczyć.

 – Jeżeli mówimy o zakazie pracy to znaczy że wszelkie osoby zatrudnione w punktach handlowych nie mogą podejmować pracy w tych punktach w niedzielę. Również pracownicy ochrony i firm sprzątających. Wydaje mi się to lekkim nieporozumieniem, wątpię aby taka była intencja ustawodawcy – dodaje dyrektor Fundacji Polskiego Handlu.

Przyznaje, że popiera ograniczenie handlu, tym bardziej, że został on wprowadzony w innych krajach Europy, np. w Niemczech i gospodarki sobie z tym radzą. Kraszewski uważa, że skorzystaliby na tym wszyscy, przede wszystkim z socjologicznego punktu widzenia, bo niedziela jest dniem, który spędza się z rodziną i na aktywności społecznej, a niekoniecznie na zakupach. To samo dotyczy pracowników handlu.

Jednak – jak podkreśla dyrektor fundacji – pomysł jest dobry, o ile zachowane zostaną przy nim takie rozwiązania jak przy handlu w święta.

 – Tak długo jak ten zapis będzie dopuszczał prowadzenie działalności np. przez właścicieli sklepów, tak jak to ma miejsce w święta państwowe obecnie w Polsce – to jesteśmy za. Natomiast, jeżeli miałoby to dotykać absolutnie wszystkich, to nie wyobrażam sobie, żebym nie mógł w niedzielę na Krupówkach nabyć np. napoju – podkreśla Kraszewski.

Jak dodaje, zamknięte hipermarkety to szansa na zwiększoną sprzedaż dla małych sklepów czy innych jednostek drobnego handlu.

Projekt zmian w Kodeksie pracy jest w przeważającej mierze inicjatywą posłów PiS (65 z 86 podpisów) a także części posłów PO, SP i PSL. Argumentują oni, że niedziela w polskiej tradycji jest dniem świętym i rodzinnym. Zakaz handlu w niedziele to również niezmienny od wielu lat postulat „Solidarności”. Pomysł ten krytykuje natomiast Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji, argumentując to możliwymi konsekwencjami, jak  m.in. spadkiem zatrudnienia w handlu (o 5-10 proc.), obrotów (o 3-7 proc.), a co za tym idzie spadek rentowności sieci handlowych oraz bankructwa sklepów.

Ministerstwo Finansów wprowadza nowy, przyjazny system podatkowy dla przedsiębiorstw szukających gazu łupkowego

W ciągu najbliższych dni powinny zostać ukończone prace nad projektem ustawy regulującej opodatkowanie wydobycia węglowodorów – zapewnia Maciej Grabowski, wiceminister finansów. Trwają ostatnie uzgodnienia międzyresortowe dotyczące np. formy prawnej przedsiębiorstw szukających gazu łupkowego. Jak zapewnia wiceminister, system podatkowy ma być przyjazny inwestorom, a jednocześnie zapewnić wystarczające wpływy do budżetu państwa.

 – Ten projekt jest wyważony i domknięty na 95 proc.. W najbliższych dniach zakończymy ostatnie etapy pracy legislacyjnej – zapowiada  Maciej Grabowski, wiceminister finansów. – Przedstawiliśmy ponad dwa miesiące temu projekt ustawy, odbyliśmy konferencję uzgodnieniową z zainteresowanymi ministerstwami, które zgłosiły wiele uwag. Część z nich wyjaśniliśmy. Wydaje mi się, że jesteśmy już blisko tego, żeby przedstawić ostateczny projekt ustawy.

Wiceminister wyjaśnia, że po przełożeniu tych uzgodnień na język prawny dokument trafi do Komitetu Stałego Rady Ministrów, a następnie do Rady Ministrów. Ostateczna wersja projektu powinna być gotowa w ciągu najbliższych kilku dni.

 – Są jeszcze spory z kolegami w rządzie – przyznaje Grabowski. – Na przykład uważamy, że forma prawna przedsiębiorcy, który miałby wydobywać gaz, powinna być spółką akcyjną albo spółką z ograniczoną odpowiedzialnością. Ale w stosunku do tych rozbieżności, które już nam się udało uzgodnić, myślę, że te, które jeszcze nas czekają, są marginalne.

Wiceminister wyjaśnia, które uwagi ministerstwa zostaną uwzględnione w nowej wersji projektu.

 – Najistotniejsza część mówi o tym, żeby obciążenia fiskalne, które poniosą inwestorzy faktycznie zaczęły obowiązywać od 2020 roku. Uwzględniamy problem związany z tzw. gazem towarzyszącym, to jest taki gaz, który się ulatnia najczęściej przy pozyskiwaniem ropy. To są ilości śladowe i nie chcemy tego paliwa opodatkowywać – wymienia Grabowski. – Uwzględniamy specyfikę i w związku z tym wyższe koszty, związane z wydobywaniem gazu z dna morskiego.

Wiceminister zapewnia, że ten nowy system podatkowy ma być przyjazny dla inwestorów, a z drugiej strony zapewnić godziwe pożytki dla Skarbu Państwa, będącego właścicielem tych zasobów: gazu i ropy, które w naszej ziemi pozostają.

 – Przyjęliśmy stosunkowo prosty system, który funkcjonuje i w Wielkiej Brytanii, i w Australii. Z jednej strony opiera się o  podatek oparty o dodatnie przepływy finansowe, czyli kiedy jest zwrot z kapitału, to wówczas przedsiębiorca dzieli się tym zyskiem ze Skarbem Państwa. Z drugiej strony – o stosunkowo niewielką opłatę związaną wyłącznie z samym wydobywaniem. Czyli są dwa źródła, które mają zapewnić godziwe dochody również dla Skarbu Państwa – informuje Maciej Grabowski.

Przypomina, że rząd założył, że obciążenie całkowite powinno wynosić około 40 proc. zysków brutto na przestrzeni życia całego projektu (czyli nawet 50 lat).

 – Zysk brutto na przestrzeni tych lat powinien być dzielony w proporcji 60 do 40, czyli 40 proc. zysku brutto powinno zostać w naszym państwie, w naszym budżecie, a 60 proc. zysku mógłby przejmować inwestor – dodaje wiceminister.

Resort środowiska informuje, że do połowy maja wykonano w Polsce łącznie 44 odwierty za tzw. gazem łupkowym. Na 2013 rok zaplanowanych jest 41 wierceń, w tym 9 „opcjonalnych”, czyli nieobjętych ścisłym zobowiązaniem koncesyjnym. Z szacunków wynika, że inwestorzy będę wydobywać gaz na skalę przemysłową najwcześniej w 2015 roku.

Komentarz dzienny, 3 czerwca 2013

Dochody osobiste Amerykanów utrzymały się w kwietniu na niezmienionym poziomie; dochód rozporządzalny nieznacznie spadł (-0,1% m/m) zaś ta sama kategoria w ujęciu realnym odnotowała nieznaczny wzrost o 0,1%. Wydatki konsumpcyjne spadły o 0,2% m/m, na czym przeważyły wydatki na dobra nietrwałego użytku (1,1%); kompozycja nie jest zatem najgorsza i mogła wynikać z czynników pogodowych. Obie wielkości (i dochód i wydatki) uplasowały się poniżej konsensusu prognoz. Stopa oszczędności nieznacznie wzrosła do 2,5%.

Polish Weekly Review, 31 maja 2013

New week, the same story. Selloff on bonds continued, as investors realised that without QE those bonds look expensive. Yields on 10 year bonds went up another 30bp and now with weakening currency there is a pressure even on the short end of the curve.

Czy pracujący rodzic to gorszy rodzic? Niekoniecznie!

Promowany w mediach model rodzicielstwa wpędza rodziców w poczucie winy, jeśli nie poświęcają swoim dzieciom 100 procent swojej uwagi – podkreślają psychologowie. Tymczasem praca zawodowa rodziców to jeden z elementów wprowadzania dziecka w dorosłe życie i uczenia go pozytywnych wartości, które niesie ze sobą praca. Zadowolona z pracy mama i zaangażowany w zawodowy rozwój tata to zazwyczaj lepsi rodzice.

Współczesny model rodzicielstwa zakłada, że wychowanie dziecka powinno być priorytetem rodziców. Psychologowie podkreślają jednak, że jest nim jak najlepsze przygotowanie dziecka do wejścia w świat i stopniowe usamodzielnienie się.

 – Nasza praca zawodowa jest ważnym elementem edukacyjnym. Pokazuje, że to jest coś istotnego, że ludzie, którzy czerpią przyjemność ze swojej pracy w ogóle są zadowoleni. Zadowolony rodzic to bardzo często dobry rodzic – mówi dr Magdalena Śniegulska, psycholog dziecięca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Poza wysokimi wymaganiami, jakie stawiane są współczesnym rodzicom, dodatkowym czynnikiem stresującym jest kryzys finansowy, który oznacza redukcje w wielu firmach.

 – Posiadanie pracy w w tej sytuacji ekonomicznej jest naprawdę powodem do radości i zadowolenia, więc warto o tę pracę zadbać – dodaje Magdalena Śniegulska.  Uspokoiłabym tych rodziców, którzy mają poczucie, że przez swoją pracę zabierają ważne elementy z dzieciństwa swoich synów i córek.

Jak podkreśla, zapracowani rodzice, skoro mają mniej czasu dla swoich pociech, to powinni zastanowić się, w jaki sposób go wspólnie efektywnie spędzić. Dziecko musi czuć wsparcie i bliskość rodzica, a to oznacza, że czas z dzieckiem nie zawsze należy wypełniać ambitnymi zadaniami.

 – Chciałabym trochę umniejszyć to przekonanie, że jak już mamy ten wspólny czas, to musi być zadanie, np. wyjście do galerii – musimy oglądać obrazy czy program edukacyjny – musimy poznać nowe słowa. Może mamy takie dziecko, które tego potrzebuje, ale czasami to może być po prostu poleżenie w łóżku w piżamie i pogadanie o tym, co się dzieje, poprzytulanie, zrobienie razem obiadu – podkreśla psycholog.

Jej zdaniem, rodzic musi być otwarty na potrzeby i pomysły dziecka i być gotowy do poświęcania swojego wolnego czasu na rzeczy, które będą robić wspólnie.

 – Ten balans między życiem zawodowym a prywatnym polega właśnie na zadbaniu o to, żeby w przestrzeni wolnego czasu nasze dziecko w ogóle zaistniało, żeby miało świadomość, że jest dla nas istotne. Ale nie może być też tak, że z tego powodu, że jesteśmy rodzicami, to mamy poczucie krzywdy, że idziemy do pracy. Praca naprawdę może być bardzo fajna – dodaje Magdalena Śniegulska.

Sytuacja gospodarcza się poprawia, kwota niespłaconych przez Polaków długów powinna przestać rosnąć, może nawet zacząć spadać

Możliwości zadłużania się Polaków osiągają szczyt, a to oznacza, że jeszcze w tym roku kwota niespłacanych terminowo długów powinna przestać rosnąć. Według przedstawicieli firm windykacyjnych, może nawet zacząć spadać, bo sytuacja w gospodarce – zgodnie z prognozami – za kilka miesięcy powinna się poprawić.

 – Od paru lat kwota nieregularnie obsługiwanych wierzytelności rośnie i ta krzywa wzrostu nie jest tak bardzo płaska, więc myślę, że i ona będzie wciąż rosła. Niemniej spodziewam się, że ona w tym roku osiągnie swój szczyt i się zatrzyma. Być może będzie spadać prognozuje Jacek Daroszewski, prezes zarządu Fast Finance, firmy zajmującej się skupowaniem i odzyskiwaniem wierzytelności osób fizycznych.  Sytuacja gospodarcza się poprawia. Poza tym gdzieś jest kres zadłużania się.

Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że Polacy znacznie chętniej zadłużają się niż oszczędzają na planowane wydatki. Zobowiązania gospodarstw domowych o 24 miliardy przekraczają zgromadzone przez nie oszczędności. Na różnych listach nierzetelnych dłużników znajduje się 2,2 mln osób.

 – Banki mają zasięg ogólnopolski. Nie ma regionalnych instytucji tego typu, więc zadłużenie raczej jest równomiernie. Na pewno więcej długu niespłacanego jest tam, gdzie jest też więcej uzyskiwanego, czyli przeważają duże aglomeracje i rejony o gęstym zaludnieniu – mówi Jacek Daroszewski, prezes zarządu Fast Finance, firmy zajmującej się skupowaniem i odzyskiwaniem wierzytelności osób fizycznych.

Z danych firmy wynika, że statystyczny dłużnik ma 30-40 lat i mieszka w większym mieście. W sumie Polacy zalegają ze spłatą ponad 38 mld złotych. Zaległe raty 60 procent dłużników nie przekraczają sumy 5 tysięcy złotych.

  Wszystkie długi teoretycznie są trudne do odzyskania, ale wszystkie są możliwe do odzyskania – tłumaczy Jacek Daroszewski.

Banki i inne instytucje finansowe sięgają po usługi firm windykacyjnych po wyczerpaniu się innych sposobów odzyskania długu. Zdaniem prezesa Fast Finance, zmieniło się postrzeganie takich usług na rynku, również przez samych dłużników.

 – Te firmy właśnie nie „wydzierają” pieniędzy, a zdecydowanie pomagają. Zawsze jesteśmy nastawieni na to, żeby zawrzeć ugodę z dłużnikiem. Zawsze jesteśmy gotowi na wszelkie ustępstwa, byle wierzytelność dostała spłacona – wyjaśnia Jacek Daroszewski.

Zagraniczni inwestorzy lokują swe magazyny w Polsce. Mamy coraz lepsze autostrady i lotniska

Na  koniec I kwartału 2013 r. łączne zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej i logistycznej wynosiły w Polsce 7,4 mln m. kw., a odsetek powierzchni niewynajętych wynosił 10 proc. – wynika z danych firmy doradczej CBRE. Zagranicznych najemców powierzchni magazynowych przyciąga do Polski coraz lepsza infrastruktura, w tym nowe autostrady, drogi ekspresowe oraz lotniska. Nowym zjawiskiem jest też rozwój rynków lokalnych na wschodzie kraju – głównie w regionie Rzeszowa i Lublina.

Poszukujący magazynów do wynajęcia zwracają uwagę przede wszystkim na lokalizację.

 – Inwestorów zagranicznych interesują lokalizacje jak najbliższe autostrady. Każdy z nich chciałby mieć autostradę tuż przy swoim magazynie. To najważniejszy czynnik. Zwykle zagraniczne firmy mają już jakąś lokalizacje na Zachodzie, np. w Niemczech i chciałyby, żeby ich nowa lokalizacja w Polsce była położona o jeden dzień drogi tirem od ich obecnej lokalizacji. Dlatego też bezpośrednia dostępność drogowa jest bardzo ważna – mówi Aleksander Kuźniewski, starszy negocjator w dziale powierzchni magazynowych i przemysłowych CBRE – firmy doraczej w sekorze nieruchomości.

Dlatego inwestorzy najbardziej poszukują powierzchni w zachodnich regionach Polski oraz na Śląsku.

 – Chodzi o Poznań, Wrocław, Śląsk, obszar wzdłuż całej autostrady A4 i A2. Nowe lokalizacje pojawiające się z nowymi drogami, wszystkie korytarze główne transportowe są tak naprawdę w kręgu zainteresowań potencjalnych inwestorów – podkreśla ekspert.

Łączna wartość inwestycji na polskim rynku nieruchomości komercyjnych w 2012 roku wyniosła 2,7 mld euro, z czego inwestycje w sektorze logistycznym wyniosły 460 mln euro, czyli 17 proc. – znacznie więcej w porównaniu z latami wcześniejszymi.

Rośnie rynek powierzchni magazynowych na Wschodzie

Nowym zjawiskiem jest rozwój nowych regionalnych rynków logistycznych. Rośnie zainteresowanie Polską Wschodnią, w tym przede wszystkim regionem Rzeszowa i Lublina. To miasta bliskie granicy kraju, z tanimi gruntami w regionie oraz korzystające z zalet specjalnych stref ekonomicznych, a także obecności polskich i zagranicznych firm z sektora produkcji. Łączne zasoby powierzchni logistycznej w tym regionie wynoszą tylko 128 tys. m. kw., ale w budowie lub planach są już następne projekty.

Kolejnym wschodzącym rynkiem logistycznym jest region kujawsko-pomorski, z Bydgoszczą i Toruniem, którego atuty to centralna lokalizacja i dostęp do autostrady A1 łączącej północ i południe kraju. Na razie dostępnych jest tu jedynie 80 tys. m.kw. powierzchni logistycznej, ale w planach jest dwukrotne jej zwiększenie.

Wśród najemców z zagranicy dominują logistycy i sektor motoryzacyjny. Coraz większy wpływ na rynek powierzchni magazynowych ma też rozwój branży e-commerce.

 – Powoli będzie następowała taka tendencja, że odejdziemy od dużych centrów handlowych w stronę małych sklepików, gdzie będzie można zobaczyć produkt,  dotknąć go, a potem wrócimy do domu i będziemy kupować w internecie. Sklep internetowy działający w Poznaniu może być obsługiwany z magazynu w Piotrkowie Trybunalskim, w dzisiejszych czasach nie jest to żadną przeszkodą – stwierdza ekspert.

Nie jest tak dobrze jak w 2008 roku

Zmianie ulega także sposób inwestowania w powierzchnie magazynowe.

 – Jeszcze w 2008-2009 roku budowało się nawet bez klienta. Budowało się, bo wiadomo było, że klient się znajdzie. Teraz, żeby budować magazyn, trzeba mieć klienta przynajmniej na dużą część magazynu. Można ewentualnie zbudować o 20-40 proc. większy magazyn i czekać na następnych klientów, którzy przyjdą. Jednak do budowy magazynu deweloperzy potrzebują pierwszego najemcy, który jest zabezpieczeniem dla banku na sfinansowanie inwestycji – podsumowuje Aleksander Kuźniewski.

Z danych CBRE wynika, że w 2012 r. popyt na nowoczesne powierzchnie logistyczne wyniósł 1,8 mln m.kw. Około 70 proc. tej powierzchni wynajęto poza Warszawą i regionem stołecznym, z czego około 230 tys. m.kw. na Górnym Śląsku i ponad 105 tys. m.kw. w regionie Poznania.

Stawki wyjściowe czynszów w regionie warszawskim wynoszą 2,50-3,60 euro/mkw./miesiąc, a stawki efektywne to 1,90 – 3,00 euro/mkw./miesiąc.

Kompania Piwowarska odnotowuje spadek, ratunkiem może być długie i ciepłe lato

Kompania Piwowarska liczy się z pesymistycznym scenariuszem rozwoju sytuacji na rynku w tym roku. – Możemy obserwować nieznaczne spadki – twierdzi jej prezes Robert Priday. Wszystko przez długą zimę i kiepskie nastroje konsumentów. Branża ma nadzieję na długie i gorące lato, które dla browarów jest okresem żniw.

W ubiegłym roku sprzedaż na całym rynku wzrosła o 4,2 proc. (do 38 mln hl).

 – Myślę, że będzie trudno o wzrost na rynku piwa. Jedyna szansa, jeśli będziemy mieć długie lato i piękną pogodę, która rozciągnie się na sierpień, wrzesień, może październik – mówi Robert Priday, prezes Kompanii Piwowarskiej (KP). – W innym przypadku będziemy obserwować lekki spadek.

Spadek ten może wynieść 1-2 proc., przy negatywnych założeniach dotyczących pogody w dalszej części roku – zwłaszcza w sezonie letnim. Szacuje się, że ponad 50 proc. rocznej sprzedaży piwa przypada na okres od maja do września. Tegoroczna ostra i długa zima była wyjątkowo ciężka dla piwowarskich przedsiębiorstw. Nie pomagają im nastroje na rynku – w efekcie pogarszającej się sytuacji gospodarczej w drugiej połowie 2012 r. spadła konsumpcja piwa.

 – Potrzebujemy więc długiego i pięknego lata – podkreśla Priday.

Jego zdaniem, polski rynek i tak nie wygląda źle na tle innych europejskich państw. Sytuacja na piwnych rynkach odzwierciedla kondycję gospodarek poszczególnych krajów, czyli spadki na południu kontynentu i stabilna sytuacja na północy. Sprzedaż złotego trunku zależy od tego, jak bardzo konsumenci muszą oszczędzać.

 – Jeśli ludzie mają pieniądze, to kupują piwo, ale kiedy pieniędzy ubywa, nie decydują się na taki zakup. Niestety, europejski rynek nieco się skurczył i jest to skutkiem tego, co się dzieje w krajach południa. Kraje północne, również Polska, były w stanie utrzymać naszą sprzedaż na dobrym poziomie – tłumaczy prezes Kompanii Piwowarskiej.

Kondycji browarów nie polepszają obciążenia fiskalne ze strony państwa. Ale zdaniem Roberta Pridaya, branża nie powinna liczyć na obniżenie podatków. Tym bardziej uwzględniając trudną sytuację budżetową.

 – Jedyna rzecz, o jaką prosimy rząd, to nienakładanie na nas dodatkowych podatków. Zapłacimy to, co musimy, ale jeśli opodatkujecie pieniądze, jakie możemy zainwestować, by pobudzić rynek, zwiększyć zatrudnienie, ożywić gospodarkę, to będzie dla nas bardzo trudne – podkreśla.

W roku finansowym 2012/2013, który zakończył się 31 marca b.r., sprzedaż Kompanii Piwowarskiej wzrosła o 8 proc., do 14,5 mln hl. Zarząd tłumaczy to m.in wprowadzeniem nowych produktów. W tym roku finansowym firma chce utrzymać wzrost sprzedaży, ale nie zdradza, jakiej spodziewa się dynamiki. Zapowiada też wprowadzanie kolejnych nowości. Ostatnio jej oferta poszerzyła się m.in. o takie piwa jak Książęce Jasne Ryżowe, Wojak Radler czy nowa odmiana Lecha Shandy.

Nawet 200 tys. złotych dofinansowania dla firm, które chcą zaistnieć za granicą

0

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju czeka na wnioski aplikacyjne polskich firm z sektora nowoczesnych technologii, które ze swoim innowacyjnym produktem lub wynalazkiem chcą zaistnieć w kraju lub zagranicą. Środki na wsparcie dla nich będą pochodzić z drugiej edycji programu „Go Global”. Termin składania wniosków upływa 25 czerwca.

Program „Go Global” adresowany jest do przedsiębiorców, którzy mają już gotowe wyniki prac badawczo-naukowych. Jednak w zaistnieniu przeszkadza im specyfika rodzimego rynku, który czasem okazuje się zbyt płytki lub mało innowacyjny.

 – Oferujemy im 200 tys. zł maksymalnego wsparcia na dopasowanie strategii do rynku docelowego, światowego, gdzie chcą zaistnieć – mówi Daniel Maksym, szef działu rozwoju infrastruktury szkolnictwa wyższego Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Te pieniądze mogą wykorzystać ponadto na dostosowanie swoich umiejętności, prezentacji oferty, na zakup usług doradczych i – przede wszystkim – na kontakt z potencjalnym inwestorem i zaprezentowanie mu oferty.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oczekuje od przyszłego beneficjenta programu, że ten zainteresuje swoim projektem jak największą liczbę potencjalnych kontrahentów z zagranicy. Jak podkreśla Daniel Maksym, o dofinansowanie mogą starać się firmy z branży nowych technologii, ale nie muszą to być start-upy.

 – Zależy nam na firmach, które mają dobry produkt, przetestowany w warunkach rzeczywistych, na rynku krajowym, ktoś się tym produktem zainteresował, ktoś chciałby dać mu dofinansowanie, czyli innymi słowy nie jest to idea, jest to coś, co rzeczywiście funkcjonuje na rynku i daje się wycenić – wyjaśnia przedstawiciel NCBiR. – Ważne, żeby była to technologia, produkt czy usługa wytworzona w wyniku prac badawczo-rozwojowych, żeby była z sektora wysokich technologii i by miała przewagę konkurencyjną.

Dodaje, że takich firm – wbrew pozorom – nie jest dużo. W pierwszej edycji do konkursu zgłosiło się 26 firm, a ze względu na wysoko postawioną poprzeczkę wybrano jedynie pięć projektów.

 – Są to projekty wysokich technologii z branży informatycznej, a także z branży chemicznej i produkcji przemysłowej – wymienia Maksym.

Przedsiębiorca zainteresowany udziałem w programie musi złożyć prosty wniosek aplikacyjny przez internet. Ma na to czas do 25 czerwca. Nie musi do niego dołączać żadnych załączników w formie pisemnej.

 – Jest to wniosek, który może wypełnić sam, bez pomocy firm doradczych – ocenia szef działu rozwoju infrastruktury szkolnictwa wyższego NCBiR. – Zainteresowany musi w nim podać opis swojego projektu, poinformować nas, kto chciałby się tym projektem zainteresować, jakie są jego rynki docelowe oraz jaki jest jego plan na wykorzystanie tych 200 tys. zł.  

Przedsiębiorcy, dostrzegający w sobie i swoim przedsięwzięciu potencjał, pozwalający myśleć o podboju zagranicy, widzą siebie przede wszystkim na rynku amerykańskim, europejskim i azjatyckim.

 – Co ciekawe, żaden z przedsiębiorców, którzy zadeklarowali chęć udziału w konkursie nie chciał wejść na rynek afrykański – mówi Maksym. – A to jest, moim zdaniem bardzo perspektywiczny rynek, ogromny kontynent, niezagospodarowany przez polskie firmy.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju finansuje wszelkie koszty wyjazdów przedsiębiorcy do potencjalnego inwestora, i to w formie ryczałtowej. Nie trzeba więc gromadzić faktur, co nie stwarza dodatkowych trudności z późniejszym rozliczeniem projektu. Co ważne, przyszły beneficjent otrzymuje 80 proc. przyznanych mu środków w zaliczce, w związku z czym może finansować przedsięwzięcie z pieniędzy z NCBiR. Szanse na zainteresowanie kogoś, z zagranicy wcale nie są małe.

 – Pojawiają się firmy, które są reprezentowane przez fundusze kapitałowe, bo przyjęta zasadą na świecie jest inwestowanie za pomocą pośredników – tłumaczy  Daniel Maksym. – Mamy nowych partnerów w naszym przedsięwzięciu, chociażby Plug and Play Tech Center z Kalifornii, czy USPTC, czyli US-Polish Trade Council też z Doliny Krzemowej czy Mittel- und Osteuropa Zentrum z Lipska, czyli jeden z instytutów Fraunhofera.

Jego zdaniem ważne jest, by przedsiębiorca, lecąc na spotkanie z potencjalnym inwestorem do Ameryki czy Azji miał pomysł na siebie i wiedział komu i jak chce się sprzedać.

 – Pamiętajmy, że ma się kilkanaście minut na zaprezentowanie się inwestorowi, ale plusem jest to, że tych inwestorów może jednego dnia przyjść kilkudziesięciu – tłumaczy przedstawiciel Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Zygmunt Solorz-Żak: w Polkomtelu potrzebne są zmiany sposobu zarządzania i mentalności pracowników

0

Zygmunt Solorz-Żak skupia swoją uwagę na Polkomtelu. W należącej do niego od 2011 r. spółce telekomunikacyjnej największym wyzwaniem jest zmiana mentalności pracowników i sposobu zarządzania. W związku z tymi zadaniami biznesmen nie planuje na razie nowych przedsięwzięć.

Polkomtel S.A. został utworzony pod koniec 1995 r. Kiedy Zygmunt Solorz-Żak przejmował spółkę, jej udziałowcami były  m.in. KGHM Polska Miedź i PKN Orlen (po 24,39 proc.) oraz PGE (21,85 proc.).

 – Teraz jest tam inne zarządzanie, inna odpowiedzialność. Dotychczas zarząd miał bardzo dużo do powiedzenia, bo udziałowcami były firmy państwowe, a teraz trudno to szybko zmienić – opisuje sytuację w Polkomtelu Zygmunt Solorz-Żak.

Zygmunt Solorz-Żak podkreśla, że największym wyzwaniem związanym z quasi-państwową przeszłością Polkomtela jest mentalność pracowników.

 – Tam naprawdę jest co robić, trzeba inaczej to zorganizować, a to jest bardzo trudne. Ta firma funkcjonowała w ten sposób ponad 15 lat. Aby wprowadzić zmiany trzeba odmienić mentalność ludzi, a to nie jest takie proste albo wręcz jest niemożliwe – mówi Solorz-Żak.

Dodaje, że zmiany w Polkomtelu wymagają tak dużo pracy, że nowe przedsięwzięcia muszą poczekać. Jednym z wyzwań jest wprowadzenie nowych procedur.

 – Żeby cokolwiek przepchnąć trzeba pięciu podpisów. Ja chciałem zrobić dwa podpisy, a okazało się, że jest ich siedem. Trudno jest te regulacje wewnętrzne wszystkie pozmieniać, ponieważ od dawna to funkcjonowało tak, a nie inaczej – komentuje Solorz-Żak.

Polkomtel to operator sieci telefonii komórkowej Plus, 36,6 oraz Sami Swoi. Solorz-Żak zakupił spółkę za rekordowe 18,1 mld zł. Umowa między udziałowcami Polkomtela a spółką należącą do biznesmena została podpisana w czerwcu 2011 roku, a sfinalizowano ją kilka miesięcy później, w listopadzie, po uzyskaniu zgody urzędu antymonopolowego. Właścicielem 100 proc. udziałów stał się Spartan Capital Holdings. W lutym br. nastąpiło połączenie spółek poprzez przeniesienie całego majątku Spartan Capital Holdings na spółkę Polkomtel.

Farmy wiatrowe na Bałtyku dadzą około 32 tysięce nowych miejsc pracy

Blisko 74 mld zł i 32 tysiące nowych miejsc pracy – to potencjalne korzyści dla gospodarki z morskiej energetyki wiatrowej. Eksperci Ernst & Young wyliczyli, że jest to możliwe, jeśli do 2025 roku na Bałtyku zostanie zainstalowane 6 GW mocy z farm wiatrowych. Już dziś, mimo że żadnej farmy jeszcze na morzu nie posiadamy, Polska czerpie korzyści z rozwoju tej technologii. Głównie dzięki zagranicznym zamówieniom dla firm z przemysłu stoczniowego.

Opublikowany dziś raport Ernst & Young na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej analizuje wpływ rozwoju farm wiatrowych na Bałtyku na polską gospodarkę. Eksperci wskazują, że przyniesie to przede wszystkim oszczędności związane z ograniczeniem emisji dwutlenku węgla. Emisja mniejsza o ok. 40 mln ton oznacza dodatkowe 1,6 mld zł oszczędności. Poza tym rozwój morskiej energetyki wiatrowej (offshore) to również wiele nowych miejsc pracy – do 2025 roku będzie zapotrzebowanie na 31,8 tys. nowych pracowników w tej branży.

  Te miejsca pracy będą powstawać przede wszystkim w przemyśle stoczniowym, tak jak to ma już miejsce obecnie, a także generalnie w rejonach nadmorskich związanych z przemysłem portowym i maszynowym – mówi Wojciech Cetnarski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energii Wiatrowej.

Najwięcej miejsc pracy – ok. 5,1 tys. może powstać w przemyśle elektromaszynowym. Drugie tyle powstanie – według prognoz – w transporcie morskim, przemyśle stoczniowym i portowym.

 – Chodzi głównie o produkcję komponentów i elementów niezbędnych do budowy farm wiatrowych na morzu, czyli przy tworzeniu wież, fundamentów, ale również przy budowie specjalistycznych statków i wyposażenia dla nich i dla samych morskich farm wiatrowych. Krąg beneficjentów rozwoju tej branży energetyki odnawialnej jest więc dość szeroki – dodaje Cetnarski.

Pierwsze zamówienia już są

Mimo że branża offshore w Polsce dopiero raczkuje, to polski przemysł stoczniowy, maszynowy i stalowy mają już pierwsze zamówienia. Pochodzą głównie od inwestorów zagranicznych, którzy instalują farmy wiatrowe na Morzu Północnym. Sukcesy na światowych rynkach odnoszą m.in. takie polskie firmy jak stocznia CRIST, zajmująca się budową specjalistycznych jednostek montażowych i obsługą farm wiatrowych, czy GSG Towers produkująca wieże dla takich farm. Konstrukcje dla zagranicznych inwestorów tworzy też Polimex-Mostostal.

Inwestycje w farmy wiatrowe na Bałtyku doprowadzi do zwiększenia zmówień. Zdaniem Cetnarskiego, wybudowanie do 2025 r. ok. 6 GW mocy z energii wiatrowej jest realistyczne.

 – Są to realne liczby pod warunkiem, że będziemy korzystać z dobrego systemu wsparcia i regulacji pozwalających na inwestowanie w branżę – mówi Cetnarski.

Choć koszt wybudowania farmy na morzu jest dwukrotnie wyższy niż na lądzie, to – zgodnie z oczekiwaniami ekspertów – z czasem będzie on coraz niższy.

  – Symulacje dotyczące kosztów bazują na danych z Morza Północnego, gdzie warunki do budowy morskich farm wiatrowych są mniej korzystne niż na Bałtyku – mówi Cetnarski. – Dla rozwoju polskiej morskiej energetyki wiatrowej koszty inwestycyjne powinny dość istotnie spaść, nawet o 30 proc. do 2020 r. Spadek ten może być nawet większy, jeśli weźmiemy pod uwagę rozwój technologiczny.

Do zwiększenia stopy zwrotu z inwestycji w farmy offshorowe, przyczyni się ustawa o OZE, jeśli ostatecznie wejdzie w życie. Zgodnie z jej ostatnią wersją (z października 2012 roku) dla tego typu energetyki tzw. współczynnik korekcyjny ma wynieść 1,8. Oznacza to, że wsparcie wyniesie 1,8 razy cena zielonego certyfikatu, który potwierdza produkcję energii ze źródeł odnawialnych (w 2012 r. wynosił niecałe 300 zł za megawatogodzinę). Dla porównania, współczynnik korekcyjny dla instalacji wykorzystujących energię wiatru o mocy zainstalowanej powyżej 100 kW do 500 kW – 1,20, a te o mocy zainstalowanej powyżej 500 kW – 0,90. Wartość współczynnika będzie obowiązywać przez 15 lat, ale nie dłużej niż do końca 2035 roku.

 – Jeśli parlament uchwali ustawę odpowiednio szybko, nic nie będzie stało na przeszkodzie, byśmy w 2020 r. zobaczyli pierwsze polskie farmy wiatrowe – twierdzi prezes PSEW.

Wzrost inwestycji w odnawialne źródła energii wynika także ze zobowiązań Polski wobec UE. W 2020 r. udział energii z OZE w zużyciu finalnym brutto ma wynieść min. 15 proc.

Więcej Polaków wyjedzie na wakacje w tym roku, ale prawie połowa z nich nie zamierza wykupić ubezpieczenia

W tym roku więcej Polaków planuje wakacyjny wyjazd – na urlop wybiera się ponad 16 milionów rodaków, niespełna 6 milionów z nas spędzi go zagranicą.. Główne kierunki wypoczynku to nadal Włochy, Grecja, Turcja, ale przede wszystkim Chorwacja, która zdeklasowała dotychczasowego lidera Hiszpanię. Planujemy przy tym wydać mniej pieniędzy niż w roku ubiegłym. Oszczędzamy m.in. na ubezpieczeniach, choć tu mamy coraz szerszą ofertę.

 – Zgodnie z naszymi badaniami wyjedzie nas o milion więcej niż w zeszłym roku. Po raz pierwszy od kilku lat więcej niż połowa rodaków zamierza spędzić wakacje na wyjeździe – mówi Tomasz Frączek, prezes Mondial Assistance.

Wyjazd podczas tegorocznych wakacji planuje 52 proc. przebadanych przez Nielsen Polska na zlecenie Mondial Assistance. To 16 milionów dorosłych Polaków. Wśród nich 37 proc. zamierza wyjechać za granicę, a 63 proc. spędzić wakacje w Polsce.

 – To i tak więcej niż w ubiegłym roku, kiedy urlop planowało niespełna 15 mln Polaków, z czego ponad 4,5 mln wyjeżdżało zagranicę – informuje Tomasz Frączek.

Na tegoroczne wakacje wyjadą przede wszystkim osoby młode (w wieku 18-29 lat), mieszkające w miastach, z wykształceniem średnim i wyższym, o dochodzie gospodarstwa domowego powyżej 4,5 tys. zł. Na zagraniczne wakacje wybierają się osoby, których dochód gospodarstwa domowego kształtuje się powyżej 6 tys. zł.

Najbardziej popularne miejsca wyjazdów zagranicznych w 2012 roku to Hiszpania, Chorwacja, Włochy, Grecja, Turcja. Wśród tegorocznych wakacyjnych planów Chorwacja wyprzedziła Hiszpanię, pozostała trójka pozostaje bez zmian.

 – Głównie wyjeżdżamy samochodem, mniej więcej 2/3, natomiast 1/3 udaje się na wypoczynek zorganizowany, samolotem lub autokarem czy pociągiem. Ale liczba ludzi deklarujących wyjazd samochodowy wzrasta i stąd pojawienie się nowego lidera, czyli Chorwacji – mówi prezes Mondial Assistance. – Warto powiedzieć o pewnym spadku Egiptu, jako interesującego miejsca na spędzanie urlopu. Mniej więcej dwa razy mniej ludzi deklaruje chęć pojechania do tego kraju niż w zeszłym roku, gdy było to 7 proc., a obecnie jest ponad 3 proc.

Z badania wynika, że mimo większej liczby chcących wyjechać na wakacje, spada liczba deklarujących wykupienie ubezpieczenia. Taki zamiar, wśród planujących wakacje za granicą w 2012 roku, deklarowało 62 proc. Polaków. W tym roku ten odsetek spadł do 58 proc.

 – Dla wielu ludzi ubezpieczenie jest zbędnym kosztem. Są to na przykład optymiści, którzy nigdy się nie ubezpieczają, jest ich mniej więcej 1/4. Są też tacy, którzy uważają, że jeśli do tej pory nic im się nie zdarzyło, to się nie zdarzy. Są tacy którzy mówią, że jest to zbędny koszt. A przecież koszt ubezpieczenia realnie nie powinien odgrywać roli przy budżetach wakacyjnych – uważa Tomasz Frączek.

Średni szacowany koszt wyjazdu zagranicznego przypadający na jedną osobę w 2012 roku wyniósł 2 613 zł, wyjazdu w Polsce – 1 188 zł. Natomiast w tym roku ten średni koszt wyjazdu zagranicznego nieco spada – do 2 315 zł, z kolei w Polsce nieznacznie rośnie – do 1 191 zł.

 – Średni koszt jednego dnia ubezpieczenia zamyka się w 8-9 zł, w związku z tym w kontekście 2 300 zł to naprawdę nie jest wysoka pozycja. Przy średniej długości wyjazdu około 8 dni mówimy o dodatkowych 60 zł za ubezpieczenie. A w pakietach rodzinnych te koszty są jeszcze niższe – dodaje Tomasz Frączek.

Blisko 2/3 Polaków wyjeżdżających za granicę ma jednak zamiar wykupić ubezpieczenie turystyczne.

 – To jest osoba w wieku 20-39 lat, czyli młody świadomy mieszkaniec dużego miasta, wyjeżdżający głównie z rodziną. Ci, którzy jadą we dwójkę bądź rodzinnie, deklarują, że oni właśnie kupią sobie ubezpieczenie – wyjaśnia prezes.

Aby przyciągnąć klientów, ubezpieczyciele oferują dodatkowe usługi.

 – Produkt się zmienia, ewoluuje od lat i coraz bardziej dopasowujemy go do potrzeb klientów. Dotyczy głównie problemów związanych z zachorowaniami bądź wypadkami – mówi Tomasz Frączek.

Są to dwa główne komponenty pakietu turystycznego, do których można dodać  usługi okołoubezpieczeniowe, pomocowe, jak zlecenie organizacji dowolnej usługi, skorzystanie z serwisu awaryjnego w razie awarii samochodu, uzyskanie potrzebnych informacji. Zależnie od pakietów ubezpieczenie obejmuje uprawianie sportów, ubezpieczenie utraty lub zniszczenia bagażu, a nawet możliwość zwrotu kosztów wycieczki w przypadku odwołania podróży spowodowanej np. chorobą lub innym wypadkiem losowym.

Po wprowadzeniu możliwości płatności smartfonem przyszła kolej na zintegrowany portfel elektroniczny

0

Polska będzie czwartym w Europie krajem, w którym Visa wprowadzi usługę V.me, czyli zintegrowanego portfela elektronicznego. Analitycy Visy prognozują szybki wzrost ilości kart zbliżeniowych używanych przez Polaków. Drugim segmentem rynku, który będzie dynamicznie się rozwijał będą płatności mobilne, które umożliwią zastąpienie karty własnym telefonem komórkowym. 

Visa Europe wprowadziła już nową usługę V.me w trzech europejskich krajach: Wielkiej Brytanii, Francji i Hiszpanii.

 – Polska jest czwartym rynkiem. Myślę, że uruchomimy usługę jeszcze w tym roku – deklaruje dyrektor Visa Europe w Polsce, Jakub Kiwior.

Polska jest ciekawym rynkiem dla operatorów kart płatniczych ze względu na młody system bankowy, na którym od ponad 20 lat wprowadzane są najnowsze rozwiązania. Polacy coraz chętniej płacą kartami, w tym zbliżeniowymi. Mają w portfelach już ponad 15 milionów takich kart, a liczba ta do końca roku ma wzrosnąć do 20 milionów. Przybędzie też punktów obsługujących taki typ transakcji. Z prognoz firmy Polasik Research wynika, że do końca roku powinno ich być ok. 170 tysięcy.

Kolejny krok to płatność smartfonem.

  Telefon z funkcją zbliżeniową będzie zachowywał się dokładnie tak samo w punkcie sprzedaży, jak karta zbliżeniowa. Przy czym klient będzie mógł zobaczyć od razu w swojej bankowości elektronicznej, jakiej płatności dokonał, gdzie jej dokonał, na jaką kwotę i jak zmieniło się jego saldo rachunku – tłumaczy Jakub Kiwior.

Płatności mobilne zostaną zintegrowane z płatnościami internetowymi i elektronicznym portfelem.

  Portfel V.me będzie polegał na tym, że klient tylko raz zarejestruje swoją kartę w swoim wirtualnym portfelu, a potem będzie mógł dokonywać płatności w sklepach internetowych wpisując tylko swoją nazwę i hasło, które sam sobie nada. Czyli nie będzie musiał za każdym razem wpisywać wszystkich danych karty, które w dużej mierze powodowały, że takie transakcje nie były do końca przyjazne dla klientów – wyjaśnia Jakub Kiwior.

Według przewidywań Visa Europe, do końca 2020 r. z portfela V.me by Visa będzie korzystać jedna trzecia konsumentów w Europie.

Władze firmy podkreślają, że płatności bezgotówkowe to nie tylko wygoda dla klientów, ale również niższe koszty transakcji niż przy obrocie gotówkowym. Poza klientami zyskują też sprzedawcy – transakcje są bezpieczne.

  Sklepy, jeśli akceptują karty zbliżeniowe, to mają pełną gwarancję otrzymania płatności oraz korzystają z szybkości dokonywania płatności i możliwości dotarcia do nowych klientów, zarówno takich, którzy płacą kartami debetowymi, jak i kartami kredytowymi i korzystają z kredytu w punkcie sprzedaży – dodaje dyrektor Visa Europe w Polsce.  Jest to korzystne także dla gospodarki, gdyż karty i płatności elektroniczne obniżają koszt obiegu pieniądza oraz ograniczają wielkość szarej strefy – podsumowuje.

Podział uczelni wyższych na akademickie i zawodowe już za 3 lata

Już za 3 lata uczelnie wyższe będą się dzielić na akademickie i zawodowe. Podział wprowadza przyjęty przez rząd projekt zmian w Prawie o szkolnictwie wyższym. Szkoły będą musiały w tym czasie dostosować swoje programy odpowiednio do profilu kształcenia. W tych opracowaniu programów oraz prowadzeniu zajęć, szczególnie zawodowych, aktywny udział mają wziąć pracodawcy.

Podział uczelni wyższych na ogólnoakademickie i zawodowe to jedno z głównych założeń przyjętych przez rząd propozycji zmian w Prawie o szkolnictwie wyższym.  Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego chce, aby zmiany weszły w życie pod koniec 2013 r. lub na początku przyszłego roku, ale to nie oznacza, że już wtedy pojawią się nowe programy studiów.

 – Uczelnie będą miały czas na dostosowanie się do nowych wymogów. Na wszystkich uczelniach – i ogólnoakademickich i w zawodowych – trzy lata, natomiast na kierunkach licencjackich – dwa lata na przygotowanie nowego programu – wylicza prof. Barbara Kudrycka.

Według rządowych propozycji, system szkolnictwa wyższego będzie się składał z dwóch podstawowych typów uczelni: kształcących praktycznie (uczelnie zawodowe) i uczelni akademickich. Szkoły, które nie mają prawa do nadawania stopnia doktora będą mogły uruchomić wyłącznie studia o profilu praktycznym, a kształcące własną kadrę i uprawnione do doktoryzowania będą mogły prowadzić zarówno studia ogólnoakademickie, jak i praktyczne.

 – Uczelnia powinna kształcić nie tylko teoretyczną wiedzę, ale również umiejętności praktyczne i kompetencje społeczne. W uczelniach zawodowych umiejętności praktyczne są jednym z najważniejszych celów, które powinny stawiać sobie uczelnie niepubliczne i publiczne, np. państwowe wyższe szkoły zawodowe, które chcą mieć dobrą „zatrudnialność” absolwentów – mówi minister nauki.

Obowiązkowe praktyki

Projekt nakłada też na uczelnie obowiązek organizowania co najmniej trzymiesięcznych praktyk zawodowych na kierunkach studiów o profilu praktycznym. Obecnie praktyki nie są obowiązkowe ani na profilu praktycznym, ani ogólnokształcącym. Większość uczelni prowadzi praktyki na profilu praktycznym, ale trwają one na ogół 3-4 tygodnie, na niektórych kierunkach dwa miesiące.

Według pracodawców, praktyki w takim wymiarze są zbyt krótkie i absolwenci nie uzyskują koniecznych umiejętności do podjęcia pracy. Teraz przedstawiciele biznesu będą mieli większy wpływ na kształcenie swoich przyszłych kadr. W składzie konwentu zawodowych uczelni publicznych zostanie zwiększona liczba pracodawców. Rozwiązanie to ma pomóc w dostosowywaniu kształcenia do potrzeb rynku pracy.

 – Pracodawcy potrzebują dobrze wykwalifikowanych pracowników, często na średnich stanowiskach w zakładach pracy. Tam jest wciąż duże zapotrzebowanie na konkretne umiejętności praktyczne. Jeśli uczelnie zawodowe będą zapraszać pracodawców do współpracy, do tego, żeby pomagali tworzyć programy studiów i wpływali na tę część programów, która ma kształtować praktyczne umiejętności i gdyby mogli również prowadzić zajęcia kształcące umiejętności, to osiągnęlibyśmy swój cel – uważa prof. Kudrycka.

W uczelniach ogólnoakademickich natomiast szczególny nacisk będzie położony na kształcenie z wykorzystaniem najnowszych badań naukowych.

 – Bardzo ważne jest, aby wykłady i inne zajęcia dydaktyczne w uczelniach badawczych bazowały na najnowszych badaniach światowych i badaniach prowadzonych w samej uczelni oraz aby studenci mogli również być włączeni w ich realizację – podkreśla minister.

Zgodnie z propozycjami, możliwe będzie prowadzenie wspólnych studiów interdyscyplinarnych nie tylko w ramach tej samej uczelni, ale też pomiędzy uczelniami. Studia takie będą mogły prowadzić jedynie instytucje, które mają prawo do nadawania stopnia doktora habilitowanego.

Ułatwieniu ma ulec dostęp do studiów wyższych osobom dojrzałym  uczelnie będą mogły potwierdzać efekty uczenia uzyskane poza systemem szkolnictwa wyższego np. w pracy, na kursach i szkoleniach, przez samodoskonalenie czy wolontariat.

Dyskusje na temat nowego modelu funkcjonowania służby zdrowia ciągle trwają

Ministerstwo Zdrowia mimo opóźnień we wdrożeniu zmian w Narodowym Funduszu Zdrowia, nie zmienia zdania co do konieczności likwidacji centrali NFZ. Konsultacje propozycji resortu trwają, a dodatkowe miesiące są potrzebne na dokładne przeanalizowanie i przedyskutowanie nowego modelu funkcjonowania służby zdrowia. Wśród propozycji MZ jest również przekazanie kompetencji wojewódzkim oddziałom funduszu oraz powołanie Urzędu Ubezpieczeń Zdrowotnych, który ma zajmować się wyceną świadczeń. 

Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało, że projekt reformy NFZ będzie gotowy dopiero na początku przyszłego roku, a nie – jak wcześniej zakładano – jeszcze w tym. Póki co, swoich propozycji nie zmienia.

 – Na tę chwilę zostajemy przy swoim zdaniu, ponieważ propozycje, które do nas wysłano nie przekonały nas do tego, żeby radykalnie zmienić nasze założenia – mówi Sławomir Neumann.

Jak podkreśla, więcej czasu jest potrzebne, by spokojnie przygotować projekt zmian, zebrać i przeanalizować uwagi uczestników rynku do propozycji resortu. Ministerstwo deklaruje, że jest otwarte na dyskusje.

 – Sztuką jest to, żeby wprowadzać zmiany, które będą akceptowalne społecznie, a nie zmiany, które staną przed pewnym murem oporu czy niechęci. Wolimy poświęcić parę miesięcy, żeby to dobrze przedyskutować niż wprowadzać to i dopychać kolanem te zmiany, bo one potem generalnie rzadko kiedy się udają – uważa wiceminister.

Projekt ustawy o instytucjach systemu ubezpieczenia zdrowotnego zakłada likwidację centrali NFZ oraz utworzenie nowego organu – Urzędu Ubezpieczeń Zdrowotnych, który ma zatwierdzać plany finansowe oraz wyceniać świadczenia oferowane w szpitalach i przychodniach.

 – Sama kwestia likwidacji centrali NFZ ma kilku oponentów, co jest naturalne. Odnośnie innych zmian, to jest kilka koncepcji, które są dalej idące niż my proponujemy, dotyczące większej decentralizacji czy np. przekazania marszałkom nadzoru nad oddziałami funduszu – mówi Neumann. – Tych pomysłów jest sporo, one wszystkie wymagają analizy, nie chcemy odrzucać żadnego pomysłu, bo uważamy, że on jest zły, tylko staramy się go przeanalizować i pokazać wszystkie zalety i wady także tym, którzy te pomysły zgłaszają.

Ministerstwo Zdrowia uważa, że decentralizacja NFZ jest konieczna. W ocenie resortu, zarządzanie centralne Funduszem powoduje, że urzędnikom pracującym w Warszawie trudno jest ocenić, jakie są realne potrzeby udzielania świadczeń zdrowotnych w poszczególnych regionach kraju. Stąd niezbędne jest przekazanie podejmowania decyzji w tych sprawach do osób w regionach, które te potrzeby znają.

Powstać również mają mapy zapotrzebowania zdrowotnego, które na podstawie zebranych danych oraz wcześniej podpisanych kontraktów pokażą, jakie jest zapotrzebowanie na dane świadczenia w konkretnym regionie. Kolejny punkt zmian proponowanych przez resort zdrowia to premiowanie jednostek leczących najszybciej, najbezpieczniej i najefektywniej.

 – Powstają grupy eksperckie, np. przy Pracodawcach RP, które opracowują może nie tyle alternatywne rozwiązania, ale takie, które mogłyby wspomóc proponowaną przez nas reformę. Za kilka tygodni mamy otrzymać efekt tych prac – mówi wiceminister zdrowia.  Moim zdaniem zmiany w systemie są nieuniknione. Nie da się na dłuższą metę akceptować takiego systemu płatnika, jaki jest w Polsce, bo on ma wiele wad i chyba wszyscy, którzy biorą udział w tych konsultacjach, te wady dostrzegają.

Komentarz dzienny, 31 maja 2013

Drugi odczyt PKB potwierdza pogorszenie koniunktury w I kw. W I kw. PKB wzrósł o 0,5% r/r. Zrewidowano zatem nieznacznie w górę odczyt flash (0,4% r/r). W ujęciu odsezonowanym PKB wzrósł o 0,1% kw/kw wobec stagnacji w IV kw. 2012.

Zwołanie Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia

0

W dniu 29.05.2013 r. Zarząd Lubelskiego Węgla BOGDANKA S.A. postanowił zwołać na dzień 27.06.2013 r. na godz. 11:00, w siedzibie Spółki w Bogdance (budynek Zarządu) Zwyczajne Walne Zgromadzenie Lubelskiego Węgla BOGDANKA S.A. w Bogdance.

Komentarz poranny, 22 maja 2013

Prezes Getin Noble Banku, Krzysztof Rosiński, powiedział, że bank w kolejnych kwartałach 2013 chce utrzymać sprzedaż kredytów z I kwartału, kiedy wyniosła ona 2,8 mld PLN. Dodał, że bank utrzymuje miesięczny przyrost nowych rachunków bieżących na poziomie 20-25 tys. i nie obserwuje negatywnych zmian w poziomie kosztów ryzyka. Nowa dla nas jest informacja o planowanej sprzedaży portfela detalicznych kredytów z utratą wartości.

World Trends, 22 maja 2013

Udana sesja na brazylijskim parkiecie oraz niewielka korekta w Budapeszcie sprawiła, że wtorkowa przecena na GPW znacząco straciła na znaczeniu. Gdyby w Sao Paulo doszło do przeceny, zaś BUX cofnąłby się pod linię wybitego już trendu spadkowego, wtedy można byłoby spodziewać się trzeciej z rzędu przeceny na warszawskim parkiecie, a tak to po próbie desantu na południe należy z optymizmem zapatrywać się na dzisiejszą sesję, szczególnie jeśli chodzi o największe spółki.

Komentarz dzienny, 29 maja 2013

Amerykański Indeks optymizmu konsumentów Conference Board wzrósł w maju o 7,2 p. do poziomu 76,2. Jest to najwyższy poziom indeksu od pięciu lat. Za wzrost indeksu odpowiadają zarówno wzrosty subindeksu bieżącego (o 5,7 p.), jak i indeksu oczekiwanej sytuacji (wzrost o 8,1p.). Pomimo, iż oczekiwania co do poprawy dochodu obniżyły się o 0,2p. systematyczne wzrosty obserwujemy w oczekiwaniach co do sytuacji na rynku pracy i klimatu do prowadzenia działalności gospodarczej.  40% respondentów oczekuje również dalszych wzrostów na amerykańskiej giełdzie (najwyższy odsetek od 2007 roku). Optymizm amerykańskich konsumentów wydaje się chodzić  właśnie w parze z sytuacją na giełdach i rynku nieruchomości (efekt majątkowy). 

Wniosek Zarządu w sprawie podziału zysku netto za 2012 rok

W dniu 28.05.2013 r. Rada Nadzorcza Spółki pozytywnie oceniła wniosek Zarządu Spółki do Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia, dotyczący podziału zysku netto za rok obrotowy 2012.

Zgodnie z przedmiotowym wnioskiem, Zarząd proponuje wypracowany przez Spółkę w roku 2012 zysk netto w wysokości 287.026.808,52 zł (słownie: dwieście osiemdziesiąt siedem milionów, dwadzieścia sześć tysięcy, osiemset osiem złotych 52/100) podzielić w następujący sposób:

1. Kwotę 172.108.765,40 zł (słownie: sto siedemdziesiąt dwa miliony, sto osiem tysięcy, siedemset sześćdziesiąt pięć złotych 40/100) przeznaczyć na dywidendę, tj. 5,06 zł (słownie: pięć złotych 06/100) na jedną akcję.

2. Pozostałą kwotę, tj.: 114.918.043,12 zł (słownie: sto czternaście milionów, dziewięćset osiemnaście tysięcy, czterdzieści trzy złote 12/100) przeznaczyć na kapitał rezerwowy Spółki.

Zarząd proponuje ustalenie dnia dywidendy na dzień 15 września 2013 r., a dnia wypłaty dywidendy na dzień 1 października 2013 r.

Ostateczną decyzję dotyczącą podziału zysku za rok obrotowy 2012 podejmie Zwyczajne Walne Zgromadzenie Lubelskiego Węgla BOGDANKA S.A.

PTC zmienia nazwę na T-Mobile Polska SA

W dniu 27 maja 2013 r. spółka Polska Telefonia Cyfrowa Spółka Akcyjna zmieniła swoją nazwę na T-Mobile Polska Spółka Akcyjna. Zmianie uległa również skrócona nazwa spółki z: Polska Telefonia Cyfrowa S.A. na: T-Mobile Polska S.A. W dniu 27 maja 2013 r. zmianie uległ ponadto adres siedziby spółki z: Al. Jerozolimskie 181, 02-222 Warszawa, na: ul. Marynarska 12, 02-674 Warszawa.

Powyższe modyfikacje znajdują odzwierciedlenie w szczególności we wszystkich umowach o świadczenie usług telekomunikacyjnych i wzorcach takich umów, których wskazana spółka jest stroną, lub którymi się posługuje, bez konieczności podpisywania aneksu do poszczególnych umów lub dopełniania innych formalności.

Informacja o wskazanych zmianach nie stanowi zmiany warunków umów o świadczenie usług telekomunikacyjnych, a tym samym nie powoduje powstania uprawnienia do wypowiedzenia przez Abonenta umowy zawartej na czas oznaczony, bez obowiązku zapłaty odszkodowania (kary umownej) tytułem zwrotu ulgi związanej z zawarciem tej umowy. Wszystkie pozostałe dane spółki, w szczególności dotychczasowe numery rachunków bankowych, pozostaną aktualne.

Powyższa zmiana ma na celu zsynchronizowanie nazwy spółki z głównym znakiem towarowym oferowanych przez firmę usług.

World Trends, 21 maja 2013

Poniedziałkowa słabość blue chipów jest złym prognostykiem na kolejne dni tygodnia i nie wykluczone, że korekta na GPW właśnie się rozpoczęła – co akurat nie powinno być zmartwieniem dla inwestorów, gdyż po każdym impulsie wzrostowym nadchodzi czas odpoczynku. Nie oznacza to jednak, że na Książęcą 4 ponownie nadejdzie z północy potop w wyniku czego WIG20 ukształtuje nowe tegoroczne denka – wręcz przeciwnie.

Komentarz dzienny, 28 maja 2013

Wbrew oczekiwaniom części analityków, drugi kwartał rozpoczyna się dobrze dla sektora przemysłowego w Stanach Zjednoczonych. Zamówienia na dobra trwałe wzrosły o 3,3% m/m (po spadku o 5,9% w poprzednim miesiącu), ale część tego wzrostu wynika ze wzrostu zamówień na sprzęt transportowy (o 8,1%). W mniej zmiennych kategoriach bazowych odnotowaliśmy kolejny z rzędu miesiąc wzrostów: zamówienia na dobra trwałe z pominięciem środków transportu wzrosły o 1,3%, zamówienia po wyłączeniu zleceń wojskowych wzrosły o 2,1%, a zamówienia na cywilne dobra kapitałowe z wyłączeniem samolotów zwiększyły się w porównaniu z poprzednim miesiącem o 1,2%. 

Komentarz poranny, 20 maja 2013

Zarząd ULMA Construccion zarekomenduje ZWZ Spółki wypłatę dywidendy z zysku za rok obrotowy 2012 w wysokości 10,5 mln PLN (2 PLN/akcję). Proponowana wysokość dywidendy w opinii Zarządu stanowi kompromis pomiędzy bieżącym interesem akcjonariuszy i potrzebą zabezpieczenia realizacji programu rozwoju Spółki w długim horyzoncie czasu. Przy obecnym kursie akcji spółki propozycja Zarządu implikuje DYield = 4,5%. Z zysku za 2011 rok Ulma wypłaciła 5,39 PLN/akcję.

World Trends, 20 maja 2013

Niestety lecz piątkowe zamknięcie się indeksu dwudziestu największych spółek poniżej pułapu 2400 punktów sprawiło, że niedźwiedzie z GPW wcale nie są bez szans na wyprowadzenie południowej kontry. WIG20 stanął w obliczu średnioterminowego testu oporu wyznaczonego przez układ średnich EMA, które niestety lecz ponownie są w ułożeniu takim, jaki obowiązuje podczas średnioterminowych okresów spadkowych.

Komentarz poranny, 21 maja 2013

Zarząd ZUE chce powtórzyć w 2013 roku ubiegłoroczne przychody. Wartość portfela zamówień grupy wynosi obecnie ok. 900 mln PLN, co według Zarządu pozwala zrealizować ten cel. Prezes Wiesław Nowak poinformował, że spółka chce wypracować w tym roku dodatni wynik finansowy. Wyniki Q1 2013 oraz widoczna przez Zarząd walka cenowa sugerują, że ZUE czeka trudny rok.

Komentarz dzienny, 27 maja 2013

Sprzedaż detaliczna spadła w marcu o 0,2% r/r (konsensus +1,0%, nasza prognoza -0,5%). W ujęciu realnym sprzedaż kolejny miesiąc praktycznie nie zmieniła się wobec ubiegłego roku (+0,1% r/r). Głównym winowajcą tak niskiego odczytu jest sprzedaż żywności, która przez przesunięcie efektu świąt wielkanocnych (w zeszłym roku obejmowała marzec i kwiecień, w tym tylko marzec) odreagowała w kwietniu aż do poziomu -3,6% r/r (co odpowiada miesięcznej zmianie -13,1%). Podobnie zachowała się także sprzedaż paliw (-8% r/r) oraz sprzedaż w niewyspecjalizowanych sklepach (spadek dynamiki z 16,8% r/r w marcu do 4,9% w kwietniu). Te bardzo niskie odczyty złożyłyby się na znacznie niższy headline, gdyby nie dość zaskakujące wyniki sprzedaży dóbr trwałych – samochodów (+5,8% r/r), mebli, RTV i AGD (+8,9% r/r) czy odzieży i obuwia (+11,6% r/r). Podobnie zaskakujący okazał się aż 8,1% m/m wzrost kategorii pozostałe (markety budowlane) – wzorzec sezonowy sugerował wartość zbliżoną do 0%. Taki rozkład między poszczególnymi kategoriami przełożył się na istotny, bo aż 4,4% wzrost nominalnej sprzedaży bazowej (po wyłączeniu żywności i paliw), zaś realnej aż o 5,5%. Na razie trudno mówić o odwróceniu trendów (tego typu wybicia mogą być korektą związaną chociażby z lepszą pogodą czy dodatnim efektem dni roboczych) tym bardziej, że wskaźniki koniunktury konsumenckiej (dokonywanie ważnych zakupów, zmiany sytuacji finansowej) obniżyły się w kwietniu. Będziemy jednak obserwować czy kwietniowe wzrosty sprzedaży dóbr trwałych będą kontynuowane – oznaczałoby to niewątpliwie poprawę optymizmu konsumentów. 

Polish Weekly Review, 24 maja 2013

On fixed income market, we have local data, which can move the market some 3-5bp, and global trends, which can move the market 20bp per day. This week’s most important news was Bernanke’s comment about possibile Quantitative Easing Exit plan. Market reacted with panic selloff in long end bonds, yields went up some 20bp, investors realised that there is a risk for this ‘cheap money forever’ scenario. While we agree with steepening trend this maybe time to think about possible risk on short end of the curve and take profit on long end. Wibors are very low, already pricing fast 2 rate cuts and 9×12 fra at 2.27 is another 50bp lower. Definitelly, ‘no rate cut’ in June would be a surprise and while this in not our base scenario, possible payoff is worth betting on this. Keep in mind that volatility is huge and liquidity is very fragile at the moment.

Ostatnia szansa na dotacje w ramach projektu „Paszport do eksportu”

Do końca maja Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości przewiduje ogłoszenie terminu ostatniego naboru wniosków na dofinansowanie promocji polskich przedsiębiorstw na rynku międzynarodowym w ramach projektu „Paszport do eksportu”. Jest to ogromna szansa dla wszystkich firm, które chciałyby zaprezentować swoją ofertę za granicą, lecz nie posiadają wystarczających środków na takie działanie. W tym roku w ramach dofinansowania można otrzymać nawet do 400 tys. zł.

„Paszport do eksportu” przeznaczony jest dla wszystkich firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, które nie prowadziły jeszcze działań eksportowych lub ich eksport wynosił mniej niż 30% w roku obrotowym poprzedzającym rok, w którym został złożony wniosek o dofinansowanie. Głównym celem tego programu jest zwiększenie i wzmocnienie pozycji konkurencyjnej polskich przedsiębiorstw na rynkach międzynarodowych oraz promocja naszych rodzimych marek za granicą. O „Paszport do eksportu” powinny więc ubiegać się wszystkie firmy, które w przyszłości chciałyby zaistnieć na zagranicznych rynkach.

Dotychczas dofinansowanie promocji eksportu wynosiło 50% kosztów kwalifikowalnych, czyli podlegający refundacji z funduszy unijnych w ramach przyznanej dotacji, i maksymalnie 200 tys. zł. W ramach ostatniego naboru wniosków do „Paszportu do eksportu” planowana jest zmiana warunków przyznawania dotacji na korzyść przedsiębiorców. Tym razem dofinansowanie promocji eksportu obejmować będzie aż 75% poniesionych kosztów, a jego kwota zostanie zwiększona do 400 tys. zł. Poziom dofinansowania jest więc bardzo wysoki – mówi Jan Kordasiewicz, wspólnik zarządzający w Kancelarii Doradztwa Gospodarczego Cieślak & Kordasiewicz. – Ponieważ projekt może trwać nawet 2 lata, przedsiębiorstwa mają odpowiedni czas na rozsądne rozłożenie działań i zarządzenie otrzymanym wsparciem finansowym – dodaje.

Dotacje w ramach „Paszportu do eksportu” można uzyskać zarówno na działania marketingowe, jak i na szereg działań zmierzających do rozwoju eksportu danego przedsiębiorstwa. Pozyskane fundusze firma może więc przeznaczyć np. na zakup baz marketingowych, a także udział w międzynarodowych targach, w tym m.in. wynajęcie i zabudowę powierzchni wystawienniczej, obsługę techniczną stoiska, transport eksponatów etc.

Każde przedsiębiorstwo, które chciałoby uzyskać pomoc finansową w ramach projektu, musi przygotować Plan Rozwoju Eksportu, dołączany do dokumentacji aplikacyjnej. Wymogiem unijnym jest sporządzenie tego dokumentu przez zewnętrzną, niezależną firmę doradczą. Plan Rozwoju Eksportu to dokument określający strategię eksportową firmy i etapy jej realizacji, a jego sporządzenie jest warunkiem ubiegania się o otrzymanie dofinansowania w ramach programu. – mówi Jan Kordasiewicz z KDG Cieślak & Kordasiewicz. Sporządzenie dobrego Planu Rozwoju Eksportu powinno być więc priorytetem w całym procesie starania się o przyznanie dotacji na rozwój działań eksportowych.

Choć dla części firm stworzenie Planu Rozwoju Eksportu jest działaniem bardzo kosztownym, to jednak wydatek ten również zalicza się do kosztów kwalifikowalnych. Po przyznaniu dotacji przedsiębiorcy otrzymują zwrot nawet 80% kosztów przygotowania Planu Rozwoju Eksportu – maksymalnie 10 tys. zł – mówi Jan Kordasiewicz. – Aby otrzymać dotację, dokument ten musi uzyskać pozytywną ocenę merytoryczną Regionalnej Instytucji Finansującej, dlatego też jego stworzenie najlepiej powierzyć firmie, która ma w tej kwestii odpowiednie doświadczenie – nasza kancelaria na przykład podpisała niedawno umowę na przygotowanie już 100. Planu Rozwoju Eksportu.

Prawidłowo stworzony Plan Rozwoju Eksportu powinien zawierać m.in. opracowanie dotyczące analizy pozycji konkurencyjnej przedsiębiorstwa pod kątem produktów lub usług przedsiębiorcy, informacje o wybranych rynkach docelowych działalności eksportowej, a także opis bieżącej sytuacji przedsiębiorstwa i prognozy rozszerzenia działalności przedsiębiorstwa ze szczególnym uwzględnieniem rozwoju poprzez eksport. Dzięki wszystkim informacjom zawartym w Planie Rozwoju Eksportu Regionalna Instytucja Finansująca może ocenić, czy dana firma posiada potencjał na rozwój działalności eksportowej.

Choć w ubiegłym roku podczas żadnej z edycji „Paszportu do eksportu” nie wykorzystano wszystkich środków przeznaczonych na dofinansowanie, to jednak istnieje duża szansa, że tym razem będzie inaczej. Planowana zmiana wysokości przyznawany dotacji jest bowiem niezwykle atrakcyjna dla wszystkich firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, które chciałyby zaistnieć i odnieść sukces na rynkach międzynarodowych.

Dofinansowania do nowych terminali płatniczych dla małych przedsiębiorców

Do 2015 r. może być w Polsce nawet pół miliona terminali umożliwiających płatności kartami Visa – obecnie jest to 300 tys. W tym celu organizacja o połowę zwiększyła dofinansowanie do nowych terminali zakładanych w mniej zaludnionych miejscowościach. Program jest skierowany głównie do małych przedsiębiorców, dla których koszt akceptacji kart jest barierą trudną do przełamania.

 – Chcemy doprowadzić do takiego efektu, że na koniec 2015 roku w Polsce będzie może nawet pół miliona terminali płatniczych umożliwiających płatności kartami VISA – deklaruje  w rozmowie Jakub Kiwior, dyrektor Visa Europe w Polsce.

W tym celu organizacja o 50 proc. zwiększyła dofinansowanie do nowych terminali zakładanych w ponad połowie powiatów o relatywnie najmniejszej gęstości zaludnienia. Z kolei dofinansowanie terminali instalowanych w Warszawie, Krakowie, we Wrocławiu i w Poznaniu zostało wyłączone. Uznano, że w tych miastach akceptacja kart rozwija się już w sposób naturalny i nie ma potrzeby wspierania jej dodatkowymi subsydiami.

 – Wszyscy wydawcy kart Visa w Polsce zgodzili się stworzyć budżet, z którego środki przekazywane są do agentów rozliczeniowych, zakładających terminale w małych miejscowościach, na terenach wiejskich. Ten program polega na tym, że każdy nowo założony terminal jest subsydiowany z tego budżetu – tłumaczy Jakub Kiwior.

Jak podaje Visa, od początku funkcjonowania programu dopłatami objęto ok. 130 tys. urządzeń, z czego 40 proc. to terminale zbliżeniowe. W 2010 r., kiedy liczba terminali nie sięgała jeszcze 200 tysięcy, założeniem Visy było podwojenie do 2015 roku sieci akceptacji kart w Polsce. Dziś liczba ta przekroczyła 300 tysięcy.

Zachęta dla małych przedsiębiorców

Program może stanowić dla małych przedsiębiorców szczególną zachętę, ponieważ to oni najbardziej narażeni są na koszty stałe związane z płatnościami bezgotówkowymi.

 – Akceptując karty ponoszą oni dwa rodzaje kosztów – prowizję od płatności kartowej i stały koszt, czyli czynsz najmu terminala. Dla wielu z nich ten stały czynsz jest barierą, z uwagi na bardzo mały wolumen i bardzo małą liczbę transakcji. Inaczej jest w przypadku dużych sieci handlowych, dla których prowizja jest podstawowym i najważniejszym kosztem – tłumaczy dyrektor Visa.

Jego zdaniem mali przedsiębiorcy, którzy już zaczną akceptować karty, staną się przedmiotem zainteresowania różnych agentów rozliczeniowych.

 – Wtedy otrzymują bardzo dobrą ofertę zarówno, jeśli chodzi o czynsz najmu, jak i o prowizję, którą płacą – tłumaczy.

Poza rozbudową sieci terminali program ma służyć popularyzacji płatności zbliżeniowych. Dlatego wszystkie instalowane od lipca ub.r. terminale  muszą obsługiwać karty Chip & Pin.

 – Powoduje to, że mali przedsiębiorcy rozpoczynają akceptację kart już z pełną gamą możliwych rozwiązań. Czyli mogą obsłużyć kartę z paskiem magnetycznym, mogą obsłużyć kartę zabezpieczoną pinem i mogą obsłużyć kartę zbliżeniową – wymienia Jakub Kiwior.

Poza sklepami, program Visy obejmuje wszelkie miejsca i urządzenia, w których można dokonywać płatności bezgotówkowych, w tym np. urządzenia samoobsługowe, takie jak parkomaty czy biletomaty.

Kredyty z państwową gwarancją od BGK robią furorę wśród małych i średnich firm

0

Ponad 1700 mikro, małych i średnich firm skorzystało z możliwości uzyskania kredytu bankowego gwarantowanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Banki chwalą program, porównując jego popularność wśród firm do sukcesu „Rodziny na swoim” wśród klientów indywidualnych.

 – Ten program rozpoczął się raptem niecałe dwa miesiące temu. Już 1700 przedsiębiorstw z tego programu korzystało, a banki przyjęły portfele gwarancyjne, to znaczy jeszcze nie udzieliły tych kredytów, na kwotę 10 mld zł – podkreśla minister finansów Jacek Rostowski.

Program ruszył 4 marca. Do końca kwietnia suma gwarancji udzielonych przez Bank Gospodarstwa Krajowego wyniosła około 350 mln zł, co oznacza udzielenie przez banki kredytów obrotowych w wysokości 580 mln zł. BGK spodziewa się, że jeszcze w tym roku suma gwarancji sięgnie 5 mld zł, a skorzysta z nich 29 tysięcy firm. BGK dysponuje kapitałem, który umożliwia udzielenie gwarancji do kwoty 30 mld zł. Suma kredytów, które dzięki gwarancjom BGK mogą udzielać firmom kredytów obrotowych sięga 50 mld zł.

 – Widzimy duże zainteresowanie rynku, jeśli chodzi o tego typu produkt i wydaje mi się, że spośród tych pomysłów i produktów, które były ostatnio obecne na rynku, przedstawiane przez BGK, ten to naprawdę jest strzał, może nie w dziesiątkę, ale w ósemkę – mówi Krzysztof Rosiński, prezes Getin Noble Banku. – Zainteresowanie na rynku jest, przedsiębiorcy czekają na ten produkt. Produkt jest dobrze skonstruowany, więc atrakcyjny zarówno dla banku, który go udziela, jak i dla kredytobiorców.

Bankowcy porównują popularność wśród firm programu gwarancji de minimis do programu „Rodzina na swoim”, przeznaczonego dla indywidualnych klientów na rynku hipotecznym. Tylko Getin Noble Bank udzielił kredytów obrotowych 30 firmom na kwotę 11 mln zł,

 – Mam nadzieję, że to jest dopiero początek i będziemy co najmniej liniowo się rozwijać. Mam nadzieję, że kilkaset takich kredytów jeszcze udzielimy – deklaruje Rosiński.

Wsparcie małych i średnich firm to jeden z punktów rządowego programu walki z bezrobociem. Stopa bezrobocia w kwietniu spadła, ale minimalnie – z 14,3 procent w marcu do 14 procent. Rząd zakłada, że kredyty z państwową gwarancją wzmocnią sektor małych i średnich firm, bo to właśnie one zatrudniają 70 procent aktywnych zawodowo Polaków.

 – Jesteśmy na 15. miejscu w UE, czyli pozycja Polski, jeśli chodzi o bezrobocie poprawiła się w porównaniu z innymi krajami Europy aż o 11 miejsc – mówi minister finansów Jacek Rostowski. – Choć to oczywiście nikogo nie satysfakcjonuje.

Rząd może być zmuszony zwiększyć deficyt o 10-15 mld zł, prognozuje prof. Orłowski

Nowelizacja budżetu nie zaszkodzi polskiej gospodarce i nie będzie oznaką słabnięcia finansów państwa – uważa profesor Witold Orłowski. Jego zdaniem rząd może być zmuszony zwiększyć deficyt o 10-15 mld zł, ale nie będzie problemów ze sfinansowaniem zadłużenia. Minister finansów na początku miesiąca zasygnalizował, że decyzję w tej sprawie podejmie po pierwszym półroczu.

 – Złego planowania specjalnie wiele tutaj nie ma  minister finansów aż tak bardzo nie pomylił się w założeniach budżetowych. – mówi prof. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC. – Gorzej, że przyjęto pewne założenia dotyczące rynku pracy czy np. struktury popytu. Wyraźnie są inne niż w rzeczywistości, to znaczy założono więcej dochodów opodatkowanych VAT-em, a mniej eksportu, czyli tego, co VAT-u nie przynosi.

W budżecie na rok 2013 rząd zaplanował, że gospodarka będzie się rozwijać w tempie 2,2 proc. PKB. Inflacja w skali roku miała nie przekroczyć 2,7 proc., a deficyt budżetowy – 35 mld złotych. W pierwszych miesiącach roku wpływy do budżetu były jednak mniejsze od zakładanych. Polacy ograniczają konsumpcję, co oznacza mniejsze wpływy z VAT. Z danych rządowych wynika, że po pierwszym kwartale 2013 roku deficyt wyniósł 24 mld 452,7 mln złotych.

 – Nie potrafię powiedzieć, czy to był błąd, czy też to było w pewnym sensie działanie celowe, bo minister finansów bardzo nie chciał wypłoszyć wszystkich. Nie chciał doprowadzić do pogłębienia recesji przez to, że jeszcze silniej będzie ciął wydatki publiczne wtedy, kiedy słabną wydatki prywatne – tłumaczy profesor Orłowski.

Zdaniem ekonomisty, przyjęcie takiego scenariusza pomogło polskiej gospodarce jak dotąd uniknąć recesji. Cięcie wydatków mogłoby zdusić popyt wewnętrzny.

 – Lekkie rozluźnienie budżetu nikomu się nie podoba, ale to nie jest kwestia życia i śmierci w tym momencie – podkreśla główny doradca ekonomiczny PwC.

Prognozuje, że rząd może być zmuszony zwiększyć deficyt o 10-15 mld zł.

 – To jest trochę na zasadzie pewnego komfortu ministra finansów, który wie, że od tego, czy deficyt będzie o te parę miliardów większy lub mniejszy, nie zależy sytuacja gospodarcza kraju, nie zależy stabilność finansowa, natomiast myślę, że ważniejsze dla niego było to, aby nie przyłożyć ręki do tego, aby Polska przypadkiem nie wpadła w recesję – mówi prof. Orłowski.

Jego zdaniem resort finansów nie powinien mieć problemów ze sfinansowaniem zadłużenia. Nowelizacji budżetu nie powinni także odczuć obywatele.

 – Jedyna rzecz, która naprawdę limituje ministra finansów, aby nie przekroczyć 55 proc. PKB długu publicznego, bo wówczas rzeczywiście trzeba by podjąć ostrzejsze działanie – zaznacza ekonomista.

Polska wyrasta na nowego lidera branży IT w Europie, przed nami jest tylko Rosja

Polska wyrasta na europejskiego lidera branży w sektorze IT. W 2015 roku mamy wyprzedzić Rosję i stać się największym centrum tych usług w regionie. Na tle konkurencji wyróżniamy się jakością i umiarkowanymi kosztami. Dzięki temu rynek cały czas się rozwija, a zapotrzebowanie na specjalistów rośnie. Firmy przygotowują się obecnie do przyjęcia nawet 4 tys. pracowników IT.

W branży IT zapotrzebowanie na nowych pracowników jest bardzo wysokie. Poszukiwani są fachowcy z doświadczeniem, ukierunkowanym na określone obszary technologiczne albo konkretne projekty.

 – Już w tym momencie jesteśmy drugim największym centrum usług IT w Europie Środkowo-Wschodniej, a do 2015 roku wyprzedzimy Rosję i będziemy liderem – prognozuje Łukasz Kośnik, partner w Antal International i dyrektor Antal IT Services. – Szacujemy, że oficjalne dane to około 3 tys. miejsc pracy, natomiast nieoficjalne dane to nawet 4 tysiące żywych miejsc pracy, które są w tym momencie tworzone dla pracowników sektora IT, zarówno specjalistów, jak i menadżerów.

Nasza pozycja cały czas rośnie. Dzięki coraz większemu zaangażowaniu kapitału – w 70 proc. zagranicznego – realizowanych jest coraz więcej inwestycji i inicjatyw gospodarczych.

 – Są to obszary takie jak: badania i rozwój, centra usług wspólnych w IT, nearshore i offshore, czyli tzw. centra operacyjne działające na rzecz wewnętrznej lub zewnętrznej organizacji albo dla firm z rejonu Europy, Ameryki bądź Azji – mówi dyrektor Antal IT Services.

W obszarze rozwoju oprogramowania Polska jest numerem trzy, zaraz za Rosją i Indiami, ale już wkrótce możemy wysunąć się na czoło tego wyścigu. Rosja to przede wszystkim Moskwa, która pod względem kosztów jest dzisiaj dużo droższa od Berlina i Londynu. W Indiach z kolei wiele do życzenia pozostawia jakość świadczonych usług. Dochodzi do tego, że niektóre hinduskie firmy, chcąc utrzymać przy sobie kontrahentów z Zachodu, decydują się otwierać oddziały w Europie, w tym w Polsce.

 – Jesteśmy rynkiem coraz bardziej dojrzałym, przy dosyć niskim koszcie pracownika w całej inwestycji – mówi Łukasz Kośnik.

Kształcenie zbyt ogólne

By w pełni wykorzystać potencjał sektora, musi zmienić się sposób i zakres współpracy między przedsiębiorcami a środowiskiem akademickim. Jak wykazało badanie „IT@PL – rynek pracy IT w Polsce” pozostawia on dziś wiele do życzenia.

– Tutaj niestety są jeszcze znaczne różnice między tym, co inwestor albo potencjalny pracodawca dostaje na Zachodzi, a tym, co dostaje w Polsce – tłumaczy Łukasz Kośnik. – Na Zachodzie specjalista informatyk jest kształcony w bardzo wąskim zakresie technologicznym, co pozwala mu bardzo szybko wskoczyć w pierwsze projekty, w Polsce to kształcenie jest bardzo ogólne.

To zmusza pracodawców do organizowania dotykowych kursów i szkoleń, co zwiększa koszty pracy i osłabia tempo działania. Natomiast jest też coś, co należy nam zaliczyć na duży plus.

 – Pracodawcy podkreślają, że zmienił się etos pracy w Polsce – mówi Kośnik. – Studentów cechuje chęć nauki i pracowitość, zaangażowanie w projekty, czym młodzi Polacy nadrabiają pewne braki edukacyjne.

Antal International wraz z Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych przeprowadziły badanie „IT@PL – rynek pracy IT w Polsce”. Objęło ono pracodawców oraz pracowników sektora IT. Zostało przeprowadzone na początku kwietnia. Podzielono je na dwie części. W pierwszej z nich na szczegółowe pytania odpowiadali menedżerowie dużych, międzynarodowych korporacji. W drugiej części odpowiedzi udzieliło 340 specjalistów i menadżerów IT.

World Trends, 17 maja 2013

Wczorajsze cofnięcie się indeksu dwudziestu największych spółek pod pułap 2400 nie należy jeszcze traktować jako przejaw słabości strony popytowej, gdyż kluczowe dla rynku jest tygodniowe zamkniecie się a nie dzienne. Dlatego też dzisiejszy dzień jest najważniejszy w obecnym pięciodniowym majowym cyklu  i jeśli tak naprawdę hossa na GPW wróciła to o godzinie 17-tej WIG20 zamknie się na pułapie nie niższym niż 2.4k.

Komentarz poranny, 17 maja 2013

Getin Noble bank poinformował, e jego ZWZA odbędzie się 12 czerwca. Projekt uchwał na walne zakłada m.in. przekazanie całego zysku netto za 2012 na pokrycie niepodzielonej straty netto Getin Noble Banku z lat ubiegłych oraz przyjęcie uchwały w sprawie skupu akcji własnych. Informacja o braku dywidendy jest neutralna, podczas gdy informacja o planowanym programie skupu akcji jest dla nas nowa.

Komentarz dzienny, 24 maja 2013

Choć ,,Minutes’’ mocno historyczne, to Rada i tak bardzo gołębia. Choć od posiedzenia, którego zapisem są ,,Minutes’’, pojawiło się wiele nowych informacji sprzyjających oczekiwaniom na obniżki stóp procentowych (znacznie niższy wzrost PKB w I kwartale, zapowiedzi obniżek cen energii od lipca, spadki cen w taryfach roamingowych w telefonii komórkowej), nastroje panujące w RPP już na początku maja były bardziej gołębie niż wskazywałby na to komunikat wystosowany po posiedzeniu, i to nie tylko dlatego, że poddany został pod głosowanie wniosek o obniżkę stóp procentowych o 50pb (nasz scenariusz na majowe posiedzenie nie był zatem wcale taki abstrakcyjny).

Podatki nie powinny hamować rozowju firm, podkreśla Herbert Wirth z KGHM

Podatki powinny być w takiej wysokości, by nie hamowały rozwoju firm – uważa Herbert Wirth, prezes KGHM Polska Miedź, spółki Skarbu Państwa, która – zgodnie z rankingiem Pulsu Biznesu – płaci najwyższe podatki w kraju. Zdaniem prezesa Wirtha, fakt, że firmy rozliczają się z fiskusem w swoim kraju to jeden z przejawów ich patriotyzmu gospodarczego. Ale nie najważniejszy.

 – Patriotyzm gospodarczy należy rozumieć w kilku aspektach. Przede wszystkim jest to promowanie dobrych polskich rozwiązań, polskich kompetencji, to wreszcie pokazanie światu, że w niektórych kwestiach, zwłaszcza gospodarczych zapisaliśmy się w rozwój cywilizacyjny – mówi Herbert Wirth, prezes KGHM . –Więc z jednej strony to są aspekty ekonomiczne, czyli płacenie w kraju podatków i drugi ten wymiar, społeczny, czyli jest promowanie polskich kompetencji na rynkach światowych.

Przykładem takiej promocji, zdaniem ministra skarbu państwa Włodzimierza Karpińskiego, może być przejęcie kanadyjskiej Quadry przez polski koncern miedziowy. Dzięki temu KGHM Polska Miedź zajmuje 4. miejsce pod względem wielkości złóż miedzi i stało się 7. producentem surowca na świecie.

 – Na ekspansję na rynki zagraniczne trzeba spojrzeć przez perspektywę tego, co się zdarzy. Wierzę, że to jest dobry projekt i funkcją tego dobrze rozwijającego się projektu będzie promocja polskiego know-how, polskiej myśli geologicznej i polskiego systemu zarządzania dużymi projektami biznesowymi – podkreśla Karpiński.

Jak podkreśla Herbert Wirth, system podatkowy powinien być tak skonstruowany, by nie hamować rozwoju przedsiębiorczości. KGHM tylko z tytułu podatku od wydobycia niektórych kopalin płaci 6 mln zł podatku dziennie.

 – Z tego punktu widzenia jesteśmy bardzo istotną firmą, bo zasilamy budżet władz lokalnych i władzy centralnej, więc nie wstydzę się, że płacimy tu podatek. Ale chciałbym, żeby on był pewną równowagą między rozwojem firmy, a tym co się należy z tego tytułu różnym poziomom administracji – podkreśla prezes Wirth.

Prezes podkreśla, że przedsiębiorcy płacący podatki w kraju liczą na pewne ułatwienia i przychylność ze strony władz.

 – Jesteśmy firmą, która generuje i utrzymuje co roku kilkanaście tysięcy miejsc pracy i poprzez to jest przewidywalna. Jest więc kwestia taka, żeby widzieć tę firmę na różnych poziomach jako firmę rozwijającą się. Tutaj są potrzebne udogodnienia ze strony władz lokalnych, np. poprzez plany zagospodarowania przestrzennego oraz ze strony władz centralnych, czyli stymulowanie systemu podatkowego, jeżeli chcę wejść w nowe dziedziny, np. podatek od węglowodorów – mówi Herbert Wirth.

Jak podkreśla Grzegorz Nawacki, zastępca redaktora naczelnego Pulsu Biznesu, nie można jednoznacznie powiedzieć, że płacenie podatków jest równe patriotyzmowi, ale jest to jeden z aspektów. Innym jest tworzenie miejsc pracy, a jeszcze innym jest wspieranie kultury.

 – W związku z tym postanowiliśmy sprawdzić, kto płaci najwięcej i sklasyfikować w trzech kategoriach, czyli podmioty Skarbu Państwa, podmioty gigantycznych korporacji i podmioty prywatnych polskich właścicieli – wyjaśnia Siemieniec. – Nasz ranking udowadnia jasno, że z płaceniem podatków nie jest tak źle, jak się niekiedy uważa. Na czołowych miejscach są spółki najbogatszych Polaków – mówi zastępca redaktora naczelnego „Pulsu Biznesu”.

Na zaproszenie gazety o zjawisku patriotyzmu gospodarczego dyskutowali w środę ministrowie i biznesmeni, w tym najbogatsi Polacy: Jan Kulczyk, Zygmunt Solorz-Żak i Michał Sołowow.

„Mieszkanie dla młodych” gorszą kopią „Rodziny na swoim”?

Nowy program „Mieszkanie dla Młodych” może okazać się gorszą kopią „Rodziny na Swoim”. Ten projekt nie rozkręci rynku sprzedaży mieszkań i będzie dostępny dla nielicznych – oceniają eksperci rynku nieruchomości. Aby z niego skorzystać kupujący będą musieli wybierać mieszkania na peryferiach lub w niskim standardzie. Dziś rząd przedstawi w Sejmie swoje propozycje wspierania młodych ludzi w zakupie własnego mieszkania.

 – Założenia do nowego programu „Mieszkanie dla Młodych” nie napawają optymizmem – mówi Marcin Drogomirecki, ekspert serwisu Domy.pl. – Z jednej strony bardzo niewiele osób będzie spełniać kryteria i zmieści się w limitach, jakie w tym programie są przewidziane. Z drugiej strony trudno się spodziewać, żeby firmy deweloperskie zechciały z najciekawszymi ofertami zejść do takich poziomów cenowych, jakie przewidziane są w tym programie – zauważa Drogomirecki.

Jego zdaniem niskie limity cen za metr kwadratowy mieszkań objętych dopłatą spowodują, że do programu zakwalifikują się lokale na peryferiach miast lub w niskim standardzie.

 – Jeśli ktoś będzie zainteresowany zakupem mieszkania w centrum miasta, w ciekawym budynku czy w interesującej inwestycji, to prawdopodobnie tam mieszkań, które będą się kwalifikować do dopłaty nie znajdzie – prognozuje ekspert serwisu Domy.pl.

Pomimo dobrych idei pomysłodawców tego programu, może on nie spełnić pokładanych w nim oczekiwań zarówno ze strony deweloperów, jak i klientów, którzy są zainteresowani zakupem tańszych mieszkań. Zdaniem autorów programu, do programu kwalifikuje się około 100 tys. potencjalnych klientów. Branża nie podziela tego optymizmu.

 – Jeśli wczytamy się w limity i ograniczenia, które są w programie przewidziane, to trudno się spodziewać, żeby potencjalnych dopłatobiorców było wielu. Ograniczeniem jest zarówno wiek, jak i to, że kupowana nieruchomość musi być pierwszym mieszkaniem i musi mieć do 75 metrów kwadratowych – wymienia Drogomirecki.

Kolejnymi ograniczeniami jest wybór mieszkania – dopłatom nie będą podlegały mieszkania z rynku wtórnego.

 – Klienci mogą kupić tylko nowe mieszkanie z rynku pierwotnego. Wszystko to powoduje, że grono potencjalnych beneficjentów programu, bardzo, ale to bardzo się kurczy już w tym momencie – zapewnia ekspert serwisu Domy.pl. – Na razie trudno się tego spodziewać, żeby program poprawił sytuację na rynku mieszkaniowym – dodaje.

Nie ma pracy lub są umowy śmieciowe

Obecna sytuacja gospodarcza w kraju nie wskazuje na polepszenie koniunktury w branży deweloperskiej.

 – W tej chwili na horyzoncie nie ma żadnych przesłanek, które wskazywałyby na to, że zacznie się szturm klientów na mieszkania, że zaczną je masowo kupować – mówi Marcin Drogomirecki.

Do tego dochodzi niepewna sytuacja młodych ludzi na rynku pracy. Ci, którzy  pracę mają i którzy potencjalnie mogliby zaciągnąć kredyt, kupić mieszkanie, boją się zwolnień.

 – Wielu klientów z odpowiednimi dochodami albo jest zatrudnionych na tzw. umowy śmieciowe, albo nie spełnia innych warunków, które wymagają banki mające udzielić kredytu. Jednym słowem w tej chwili kupno mieszkania jest rzeczą trudną – zauważa Drogomirecki.

Zdaniem eksperta serwisu Domy.pl nowy program jest gorszą kopią wcześniejszego wsparcia, jakim był program „Rodzina na Swoim”.

 – W czasach kryzysu rząd nie jest skłonny do tego, żeby z kasy państwa wydawać pieniądze na jakikolwiek program, bo tych pieniędzy brakuje – mówi. – Prawdopodobnie rządzący wyszli z założenia, że rynek ureguluje się sam, a program „Mieszkanie dla Młodych” jest czymś w rodzaju zasłony dymnej: coś robimy, a że niewiele z tego wynika, to dopiero czas pokaże. Wydaje się, że to taki ruch pozorowany – dodaje ekspert.

Planowany wzrost płacy minimalnej może oznaczać kłopoty dla wielu firm

W przyszłym roku minimalne wynagrodzenie za pracę będzie wyższe od obecnego przynajmniej o „ustawowe” 88 zł. Przedsiębiorcy liczą na to, że ta podwyżka nie będzie większa. Ostrzegają, że mogłoby to oznaczać kłopoty dla wielu firm, a co za tym idzie, również dla pracowników. Straciliby też samozatrudnieni. Od wysokości płacy minimalnej zależą nie tylko zarobki, ale też wysokość niektórych składek, ale także np. opłat za przedszkola publiczne.

Piotr Rogowiecki, dyrektor biura Polskiego Związku Funduszy Pożyczkowych
Piotr Rogowiecki, dyrektor biura Polskiego Związku Funduszy Pożyczkowych

 – Płaca minimalna musi wzrosnąć zgodnie z ustawą i na pewno wzrośnie. Natomiast jest pytanie, jak wysoka będzie od 2014 r., bo minimalnie musi wzrosnąć o 88 złotych, co wynika z założeń do przyszłorocznego budżetu i ze wzoru, który jest zawarty w ustawie o minimalnym wynagrodzeniu za pracę. Dobrze byłoby, aby nie wzrosła więcej, bo to powoduje określone skutki i dla pracodawców, i dla pracowników – mówi Piotr Rogowiecki, dyrektor biura Polskiego Związku Funduszy Pożyczkowych.

Zbyt radykalny wzrost płacy minimalnej może mieć bowiem przełożenie na redukcję zatrudnienia w niektórych firmach.

 – Jeśli płaca minimalna wzrośnie, pracownicy będą zarabiali więcej, o ile będą mieli miejsca pracy. Jeżeli ich zatrudnienie przestanie się opłacać to po prostu stracą pracę. Podwyżka płacy minimalnej mogłaby spowodować przez wzrost obciążeń składkowych wypadniecie części firm z rynku – podkreśla ekspert.

Minimalne wynagrodzenie pobiera obecnie około 3 proc. zatrudnionych. Jak podkreśla Rogowiecki, jego podniesienie nie przełoży się w dużym stopniu na pobudzenie konsumpcji. Poziom płacy minimalnej jest jednak istotny, bo od jej wysokości zależy wiele innych wskaźników.

 – Na przykład opłata za przedszkola publiczne w Warszawie jest powiązana z płacą minimalną czy też składki na ZUS odprowadzane od samozatrudnionych. Trzeba też pamiętać o tym, że jeżeli ktoś zarabia dzisiaj 2 tys., a płaca minimalna zaczęłaby wynosić 1,9 tys. złotych, to on także zaraz będzie chciał podwyżki. Spowoduje to wzrost  presji płacowej, co jeśli nie będzie powiązane ze wskaźnikami ekonomicznymi, byłoby szkodliwe dla gospodarki – uważa Rogowiecki. – Płace oczywiście powinny rosnąć i oby rosły jak najszybciej, ale zawsze musi to być poparte ekonomią, a nie decyzjami administracyjnymi.

Zgodnie z ustawą o wynagrodzeniu minimalnym jest ono ustalane w taki sposób, aby przeciętna jego wysokość w danym roku wzrastała w stopniu nie niższym niż prognozowany na dany rok wskaźnik cen. Wzrost płacy minimalnej na właściwym poziomie zależy od wielu innych czynników, także od prawidłowej oceny przez rząd przyszłego wzrostu PKB. Ekspert PZFP podkreśla, że uzależnienie wzrostu od prognozowanych wskaźników makroekonomicznych może być niebezpieczne.

 – Jeżeli rząd założy zbyt optymistyczny PKB, a będzie niższy, wtedy płaca minimalna wzrośnie zbyt dużo. Natomiast jeśli założy zbyt niska inflację, a inflacja okaże się wyższa, wtedy płaca minimalna wzrośnie w zbyt małym stopniu i pracownicy będą pokrzywdzeni. Ministerstwo Finansów ma to do siebie, że z tymi prognozami budżetowymi często niestety ma kłopoty – zauważa Rogowiecki.

Wysokość minimalnego wynagrodzenia za pracę jest co roku uzgadniana w ramach Komisji Trójstronnej, czyli podczas spotkań rządu, pracodawców i związków zawodowych. Jest ustalana na podstawie informacji rządu, obejmującej między innymi informację o inflacji w roku poprzednim i jej prognozach na rok kolejny, poziomie przeciętnego wynagrodzenia oraz wskaźniku prognozowanego realnego przyrostu PKB. Jeżeli strony nie dojdą po porozumienia co do wysokości płacy minimalnej, ustala ją rząd.

W 2013 r. minimalne wynagrodzenie za pracę wynosi 1600 zł brutto.