Deloitte: Niedobory półprzewodników mogą w ciągu dwóch lat spowodować ponad 0,5 bln dol. strat w światowej gospodarce

Po dwóch latach pandemii branża Technologii, Mediów i Telekomunikacji nadal pozostaje pod jej silnym wpływem. Wśród globalnych trendów, które mogą mieć największy wpływ na firmy i konsumentów w nadchodzącym roku, eksperci firmy doradczej Deloitte w raporcie Technology, Media & Telecommunications Predictions 2022 wymieniają: przedłużające się braki w produkcji półprzewodników, rozwój sztucznej inteligencji i związane z tym zabiegi regulacyjne, a także wzmożone zainteresowanie wielu rządów i funduszy Venture Capital rozwojem technologii obliczeń kwantowych.

Opracowany przez Deloitte raport identyfikuje globalne trendy TMT oraz bada, jak wiele z nich jest obecnie napędzanych przez zmiany gospodarcze i społeczne wywołane globalną pandemią.

Wybuch pandemii w wielu gałęziach światowej gospodarki zadziałał jak katalizator, generujący lub dynamicznie przyspieszający rozwój niektórych obszarów technologicznych. Zmienione okoliczności z jednej strony stały się więc siłą napędową innowacyjnych narzędzi i usług. Z drugiej jednak, ograniczenia w mocach produkcyjnych czy zachwianie łańcuchami dostaw odcisnęły znaczące piętno zarówno na wynikach finansowych wielu firm, jak i na ich zdolności do dalszej technicznej i rynkowej ekspansji – mówi Sławomir Lubak, partner, lider obszarów Systems and Cloud Engineering oraz TMT, Deloitte.

W 2022 roku nadal aktualny będzie problem niedoboru półprzewodników wykorzystywanych obecnie niemal wszędzie – można je znaleźć w diodach w oświetleniu LED, chipach RFID w sklepach samoobsługowych i transporcie, w automatyce przemysłowej, smart rozwiązaniach w budynkach, automatyce domowej czy e-sporcie. Kryzys związany z ich niewystarczającą podażą jest jednak najbardziej widoczny przede wszystkim w branży automotive. Próba konfiguracji bardziej wyrafinowanego wyposażenia samochodu kończy się informacją o niedostępności opcji lub wyjątkowo długim czasie oczekiwania na dostawę.

Kryzys związany z niedoborem półprzewodników jest więc coraz bardziej widoczny i dotyka rosnącej liczby przedsiębiorstw z różnych branż. Deloitte przewiduje, że będzie on odczuwalny przez co najmniej 24 miesiące, a jego łączny wpływ na gospodarkę ocenia się na kwotę ponad 0,5 bln dolarów.

Konsumenci, przemysł i rządy domagają się chipów, a ich producenci starają się jak mogą. Jednakże, pandemia i wynikające z niej kłopoty logistyczne są powodem obecnej sytuacji jedynie w ograniczonym zakresie. Największym winowajcą jest postępująca cyfryzacja, która przyzwyczaiła nas do wszechobecności prostych, tanich chipów, a także rozwój zaawansowanych rozwiązań wykorzystujących moc obliczeniową – sztucznej inteligencji, chmurowego przetwarzania danych, kryptowalut, IoT czy 5G. Im bardziej wyrafinowana technologia, tym wolniej jest produkowana i tym więcej czasu wymaga na transfer wiedzy, szkolenia i wdrożenie – mówi Ścibor Łąpieś, dyrektor, lider zespołu Technology/IT M&A, Deloitte.

W połowie 2021 roku czas realizacji zamówień na rynku półprzewodników wynosił od 20 do 52 tygodni, ale eksperci przewidują, że do końca 2022 roku można spodziewać się jego skrócenia do 10-20 tygodni, a do 2023 roku branża może wrócić do równowagi. Do ustabilizowania się sytuacji z pewnością przyczynią się inwestycje w tym zakresie. Choć założenie nowej fabryki chipów wymaga kilku lat pracy i inwestycji na poziomie 10 mld dol., największe firmy wytwarzające układy scalone zaplanowały w latach 2021-2023 wydać 200 mld dol. na zwiększenie mocy produkcyjnych. Już w wyniku zakończenia wcześniejszych inwestycji, rozpoczętych w 2019 i 2020 r., do końca 2022 r. produkcja ma wzrosnąć o 35 proc.

Jak wskazują eksperci Deloitte, na rozwiązanie problemów z niedoborem układów scalonych w skali globalnej może w pewnym zakresie wpłynąć również produkcja chipów w modelu open-source, w szczególności w oparciu o otwarty standard RISC-V. Takie podejście przyspiesza możliwości rozpoczęcia wytwarzania nowych procesorów przez kraje, które do tej pory nie kojarzyły się z tego typu technologią.

Co więcej, rekordowo kształtują się inwestycje typu venture capital w firmy produkujące układy scalone. Deloitte przewiduje, że w 2022 r. fundusze VC na całym świecie zainwestują w nie ponad 6 mld dol. – suma ta jest nieco niższa niż w 2021 r., ale ciągle znacznie przekracza nakłady odnotowane w ostatnich dwóch dekadach.

Fuzje przedsiębiorstw działających w obszarze półprzewodników skutkują powstaniem nowych firm, które są jeszcze bardziej atrakcyjne dla inwestorów venture capital. Biorąc pod uwagę, że średnia wartość transakcji w 2021 r. wyniosła szacunkowo 25 mln dol., czyli mniej więcej trzy razy tyle, co średnia dla większości pozostałych transakcji w tym stuleciu, można powiedzieć, że startupy zajmujące się układami scalonymi są dobrze finansowane i mają środki zarówno na innowacje, jak i na zabezpieczenie w przypadku niepowodzeń – mówi Agnieszka Zielińska, partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.

Era Quantum Computing jeszcze nie nadeszła

Zdaniem ekspertów Deloitte w długoterminowej perspektywie ogromny potencjał mają komputery kwantowe. Prawdopodobnie jednak nie zostanie on zrealizowany przed końcem dekady, a obecnie jest bardzo niewiele przypadków ich faktycznego zastosowania na świecie. Rządy i inwestorzy venture capital inwestują jednak w tę technologię, a wyceny firm zajmujących się obliczeniami kwantowymi, które wchodzą na giełdę, sięgają nawet miliardów dolarów. Pomimo to, ten rynek jest w rzeczywistości niewielki: w 2022 r. przychody związane z kwantowym sprzętem komputerowym, oprogramowaniem i usługami obliczeniowymi nie osiągnął wartości 500 mln dolarów.

Choć era obliczeń kwantowych jeszcze nie nadeszła, to nie znaczy, że nie można się do niej przygotowywać już teraz. Przewidujemy ciągły postęp w tej sferze oraz podwajanie się możliwości obliczeniowych komputerów kwantowych każdego roku. Nie wiemy jednak, jaki jest próg ich realnej użyteczności – czyli ta „magiczna liczba” kubitów prowadząca do prawdziwego przełomu. Dobra wiadomość jest taka, że komputery kwantowe są zupełnie inne od klasycznych, co pozwala im rozwiązywać złożone problemy – zbyt trudne lub zbyt kosztowne do zaadresowania dotychczasowymi metodami. Zła – że różnią się tak bardzo, że ich wykorzystanie i integracja nie będzie prosta – mówi Marcin Knieć, dyrektor Cloud Engineering, Deloitte.

Do najciekawszych rynków, na których komputery kwantowe mogą w najbliższym czasie zaistnieć prawdopodobnie należeć będą chemia kwantowa, materiałoznawstwo, komunikacja kwantowa oraz problemy optymalizacyjne i rekomendacje – we wszystkich tych dziedzinach zaobserwowano ostatnio postępy, jeśli chodzi o wykorzystanie obliczeń QC.

Ta technologia może w przyszłości poprawić wydajność algorytmów sztucznej inteligencji. Jest wiele modeli AI, które wymagają cały czas dużej mocy obliczeniowej. Na przykład obszar ryzyk klimatycznych – naukowcy szukają materiałów mogących skutecznie wychwytywać dwutlenek węgla.

– Inne zastosowania to analiza i tworzenie tekstu – obecnie, duże modele językowe, np. GPT-3 mają 175 mld parametrów i 500 mld elementów danych treningowych, a ich opracowanie wiązało się z nakładami rzędu 12 mln dol. Takie modele są nam potrzebne do prowadzenia mądrych konwersacji z czatbotami czy rozumienia prac naukowych z dziedziny medycyny, by budować skuteczne modele dla wparcia lekarzy drugą opinią, dokonaną przez AI – mówi Piotr Mechliński, dyrektor, lider praktyki AI & Data Risk, Deloitte.

Wszechobecna i coraz potężniejsza AI

Dzięki o wiele szybszym, wyspecjalizowanym procesorom, lepszemu oprogramowaniu i większym zbiorom danych, sztuczna inteligencja ma obecnie znacznie szersze możliwości niż kiedykolwiek wcześniej i to przy spadających kosztach jej wykorzystania. W 2022 r. to będzie znacznie potężniejsze narzędzie niż jeszcze pięć lat temu, co będzie się wiązało ze wzmożonymi kontrolami regulacyjnymi, których skutki da się odczuć we wszystkich branżach.

Eksperci Deloitte przewidują, że w 2022 r. dojdzie do wielu debat na temat bardziej ustrukturyzowanych ram regulacyjnych dotyczących sztucznej inteligencji. Jeśli nawet pojawią się jakieś konkretne propozycje w tym zakresie, ich wprowadzenie w życie w postaci rzeczywistych przepisów prawdopodobnie nastąpi jednak nie wcześniej niż w 2023 r.

Organy regulacyjne mają obawy co do konsekwencji wykorzystania Sl w związku z kwestiami sprawiedliwości, uprzedzeń, dyskryminacji, różnorodności i prywatności. Na przykład, podstawowym narzędziem stojącym za Sl jest uczenie maszynowe, któremu organy regulacyjne i inne podmioty bacznie się przyglądają i analizują je pod kątem potencjalnych uprzedzeń społecznych.

W centrum zainteresowania znalazło się wykorzystanie sztucznej inteligencji w sektorze publicznym, usługach finansowych i w zakresie zasobów ludzkich. Organy regulacyjne powinny starać się znaleźć punkt równowagi: muszą powstać przepisy ograniczające tendencyjność i uprzedzenia, ale zbyt wiele regulacji może zdusić innowacje i utrudnić konkurencyjność.

Choć uregulowanie kwestii SI jest konieczne i jednocześnie bardzo trudne, głosy jednoznacznie krytyczne względem takich regulacji nie są dla mnie przekonywujące. Czy naprawdę chcemy, żeby druga opinia medyczna wydana przez sztuczną inteligencję nie była tworzona w reżimie ścisłych regulacji albo żeby autonomiczne auta nie uczyły się na ściśle nadzorowanych danych i modelach? Przyszłość konkurencyjna UE zależy od wielu czynników. Ważniejsze będzie to, czy rzeczywiście zjednoczymy swoje siły w globalnej konkurencji, czy też partykularne interesy krajów wezmą górę i przegramy razem lub też wygrają największe kraje europejskie – mówi Piotr Mechliński.

Covid dziesiątkuje kierowców. Braki kadrowe w transporcie uderzą rykoszetem w klientów

Przez całą Polskę przechodzi 5 fala koronawirusa, która powoduje utrudnienia w funkcjonowaniu firm transportowych. Braki kadrowe spowodowane przez pandemię już odczuwają m.in. klienci komunikacji miejskiej czy regionalnej. A to dopiero początek utrudnień, bo liczba osób chorych i przebywających na kwarantannie rośnie lawinowo.

  • Sektor transportu należy do grupy branż najbardziej narażonych na braki kadrowe spowodowane koronawirusem.
  • Sytuacja jest tym trudniejsza, że chorych pracowników transportu nie można szybko zastąpić, bo na wielu stanowiskach wymagane są określone umiejętności.
  • Deficyt kadrowy będzie się pogłębiał i może doprowadzić do paraliżu jednej z najważniejszych gałęzi polskiej gospodarki, przed czym ostrzega również rząd.
  • Braki kadrowe bardzo mocno odczują również klienci firm z sektora transportu, którzy korzystają z ich z usług każdego dnia, w tym pasażerowie muszący uzbroić się w cierpliwość.

Od 31 stycznia br. Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia (obejmująca 41 gmin) – w tym Katowice, Tychy, Bytom czy Mysłowice – wprowadza zmiany w komunikacji miejskiej. Podobnie jest w Lublinie, Opolu, Poznaniu czy Łodzi. Wszystko za sprawą pogarszającej się sytuacji epidemicznej powodującej lawinę zakażeń COVID-19 wśród pracowników transportu, nałożone kwarantanny czy izolacje, a także choroby, które wskutek utrudnionego dostępu do lekarzy i możliwości leczenia w czasie pandemii stały się schorzeniami przewlekłymi.

Ciężką sytuację pracowników odczuwają również klienci, muszą się oni liczyć z wieloma niedogodnościami. Przewoźnicy już wprowadzają zmiany w rozkładach jazdy, ograniczają liczbę kursów autobusów czy taboru kolejowego, jak np. w przypadku Łódzkiej Kolej Aglomeracyjnej, która podjęła decyzję o zwieszeniu kursowania części pociągów, niektóre z nich mają wrócić na tory 12 marca br. Skali utrudnień nie zmniejszyły nawet tzw. strefy ochronne dla kierowców (uniemożliwiają pasażerom korzystanie z przednich drzwi czy zakup biletu u prowadzącego pojazd).

–   Od początku pandemii za sterami branży transportowej siedzi covid i znacząco wpływa na jej funkcjonowanie oraz bardzo zagraża pracownikom tego sektora, każdego dnia narażonym na zakażenie koronawirusem. Jest to bowiem branża, która ze względu na pracę możliwą jedynie w formie stacjonarnej wymaga codziennego kontaktu z ludźmi, a tym samym narażenie na zakażenie i kwarantannę – mówi Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres. – Covidowego zagrożenia trudno uniknąć, nawet mimo środków ostrożności wdrożonych przez przełożonych i przestrzeganie obowiązujących obostrzeń sanitarnych. Co więcej, transport odpowiada nie tylko za przewóz osób, ale również za dostawy komponentów czy towarów, a zajmujący się tym pracownicy również chorują. Wcześniej epidemia przerwała już łańcuch dostaw, teraz może zrobić to kolejny raz – zaznacza ekspert.

W transporcie są ludzie nie do zastąpienia

Według raportu Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska” oraz PwC, szacunkowo na rodzimym rynku brakuje ok. 200 tys. zawodowych kierowców. Analiza firmy Transport Intelligence wskazała dodatkowo na deficyt w wysokości ok. 124 tys. kierowców ciężarówek. Rówież na kolei wzrasta zapotrzebowanie na wykwalifikowaną kadrę, poszukiwani są pracownicy bezpośredni związani z prowadzeniem pociągów, jak maszynista czy dyżurny ruchu, wolne miejsca pracy są także na pozostałych ważnych stanowiskach regulowanych, m.in. automatyk sterowania ruchem kolejowym, rewident, zwrotniczy i ustawiacz.

– Jesteśmy w momencie permanentnej rekrutacji. Braki kadrowe dotykają zarówno organizacje działające w transporcie drogowym, jaki i morskim, lotniczym czy kolejowym, dotyczą one przewozów pasażerskich, a także transportu towarów. Poszukiwani są kasjerzy, konduktorzy czy pracownicy dworców, których trudno pozyskać, bo kandydatów zniechęcają m.in. oferowane zarobki oraz warunki pracy wymuszające stały kontakt z ludźmi czy wykonywanie obowiązków w trybie zmiennym. Na wagę złota są również specjaliści, a chętnych na takie stanowiska też brakuje – zaznacza Cezary Maciołek.  Problem jest tym większy, że wielu pracowników nie można zastąpić z uwagi na wymagane umiejętności, których nie posiada odpowiednia liczba kandydatów. Co więcej, ich nabycie jest czasochłonne. W przypadku gdy kierowca, motorniczy czy pracownik obsługi pociągu nagle zachoruje na kronawirusa lub trafia na kwarantannę to natychmiastowe zastępstwo, gdy 5 fala dopiero się rozpędza, jest raczej niemożliwe – ocenia ekspert.  

Kierowca, który wykonuje zarobkowe przewozy drogowe samochodami ciężarowymi lub autobusami (a także przedsiębiorca wykonujący przewozy jako kierowca) musi mieć odpowiednie kwalifikacje. Do wykonywania tego zawodu przy przewozach drogowych nie wystarczy samo prawo jazdy i odpowiednie uprawnienia. Na tym stanowisku mogą pracować osoby, które nie mają przeciwwskazań zdrowotnych i psychologicznych. Co więcej, muszą m.in. uzyskać kwalifikację wstępną (szkolenie trawa 280 godzin) lub kwalifikację wstępną przyśpieszoną (szkolenie trawa 140 godzin) czy ukończyć szkolenie okresowe. Niemało czasu zajmuje także szkolenie motorniczego tramwaju. Od kandydatów na maszynistów nie oczekuje się wykształcenia kierunkowego. Niezbędna i wymagana wiedza zostaje przekazana podczas szkolenia, które łącznie (dla licencji i świadectwa) – w zależności od rodzaju uprawnień do prowadzenia określonego rodzaju pojazdów – może trwać od 18 do 24 miesięcy. Ukończenie szkoły kolejowej lub niektórych kierunków studiów może skrócić ten czas dzięki zwolnieniu ze szkolenia na licencję.

Rząd ostrzega, a pasażerów uratuje spokój

Sytuacja w wielu sektorach nie jest wesoła, co potwierdzają działania Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, które rozesłało komunikat do operatorów infrastruktury strategicznej. Ostrzega w nim, że nawet 30 proc. pracowników – m.in. PKP – nie będzie mogło pojawić się w miejscu pracy.

– Pasażerowie muszą uzbroić się w cierpliwość, bo utrudnienia w kursowaniu komunikacji miejskiej czy krajowej mogą nadal rosnąć. Pociągi, autobusy czy tramwaje nie będą funkcjonowały zgodnie z rozkładem jazdy, bo nie będzie miał ich kto obsługiwać. Co obserwujemy już w wielu regionach Polski – mówi Cezary Maciołek.  – Powinniśmy liczyć się też z utrudnieniami w dostawach m.in. towarów, bo odpowiadają za nie ludzie, którzy codziennie narażają się na zakażenie i kwarantannę. Wyzwaniem i lekcją do odrobienia jest inwestowanie w stałe szkolenie i rozwój kadry w takiej liczbie, by w przyszłości epidemia nie oznaczała sytuacji patowej dla funkcjonowania transportu, którą odczują nie tylko pracodawcy i ich kadra, ale także klienci – podsumowuje ekspert.

Pandemia upadłości konsumenckich

W drugim półroczu 2021 r. sądy zatwierdziły upadłość ponad 8,2 tys. konsumentów, wynika z danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej. W przypadku większości bankrutów ich narastające problemy finansowe było widać z dużym wyprzedzeniem – prawie 60 proc z nich było notowanych w Krajowym Rejestrze Długów już na rok przed orzeczeniem upadłości przez sąd. W dniu ogłoszenia bankructwa byli winni 602 wierzycielom 260 mln zł.

Od czasu wybuchu pandemii można zaobserwować wyraźny wzrost liczby upadłości osób fizycznych w Polsce. Według danych COIG analizowanych pod kątem daty postanowienia sądu w 2019 r. zbankrutowało 7764 konsumentów. W 2021 r. łączna liczba zatwierdzonych niewypłacalności była już ponad dwukrotnie wyższa i wyniosła prawie 16,5 tys. W ciągu jednego półrocza przekraczała więc poziom notowany przed pojawieniem się Covid-19. Jednak, jak podkreślają eksperci z Krajowego Rejestru Długów, nie można przypisywać tego zjawiska wyłącznie wpływowi koronawirusa.

Pandemia a bankructwa

W marcu 2020 r. weszła w życie nowelizacja przepisów dotycząca procesu postępowania upadłościowego. Wcześniej sądy mogły odrzucić wniosek o orzeczenie niewypłacalności, jeśli dana osoba świadomie doprowadziła się do nadmiernego zadłużenia, na przykład zadłużając się na życie ponad stan. Z tego powodu ok. połowa wniosków była oddalana. Obecnie sądy już nie biorą pod uwagę okoliczności, które doprowadziły konsumenta do upadłości przy podejmowaniu swojej decyzji. Od początku pandemii formalnie bankrutować jest więc łatwiej i konsumenci mogli korzystać z takiej możliwości częściej. To spowodowało, że począwszy od czerwca liczba upadłości ogłaszanych przez sądy wzrosła o ponad 100 proc.

W 2021 r. ich liczba zaczęła się już jednak stabilizować. Zarówno w pierwszym, jak i drugim półroczu sądy zatwierdziły podobną liczbę upadłości (odpowiednio po ok. 8,2 tys.). Jednak w najbliższych latach znów możemy mieć w Polsce do czynienia z jej wzrostem.

Konsumenci będą musieli zmierzyć się z podwyżkami cen, kosztów życia czy wyższych rat zaciągniętych kredytów. Ci, którzy balansowali do tej pory na krawędzi bankructwa, mogą nie dać rady udźwignąć tak dużego obciążenia. Jednak efekty wpływu inflacji i podwyżek zobaczymy dopiero za pewien czas. Na razie zmiany trwają za krótko, aby mieć realny wpływ na wzrost upadłości. Warto też pamiętać, że równocześnie z cenami rosły pensje i poniekąd równoważyły wyższe koszty życia. Ale nie w każdym przypadku, dlatego większe zagrożenie konsumentów bankructwem w przyszłości wydaje się być realne – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Długi mogą zwiastować upadłość

Analiza danych COIG i KRD pokazuje, że większość ogłaszających upadłość konsumentów widniała w rejestrze dłużników na długi czas przed jej sformalizowaniem. Na 12 miesięcy przed ogłoszeniem upadłości zarejestrowane zaległości miało 58 proc. z nich. Im bliżej decyzji sądu, tym ten odsetek się zwiększał. W dniu jej uchwalenia w KRD widniało już blisko dwie trzecie (65 proc.) bankrutujących w II półroczu. Te 5,3 tys. osób miało 260 mln zł niespłaconych należności – średnio około 48,5 tys. zł na osobę. Łącznie w całym 2021 r. orzeknięto o niewypłacalności blisko 10,7 tys. dłużników, którzy pozostawili po sobie niespłacone rachunki i pożyczki na ponad pół miliarda złotych (540 mln zł).

Kto zostawia po sobie największe długi?

Wśród dłużników bankrutów największą grupę niezmiennie od lat reprezentują osoby w wieku 36-45 lat. W ostatnim czasie zmieniła się natomiast proporcja płci wśród upadłych konsumentów notowanych w Krajowym Rejestrze Długów. W drugim półroczu 2021 r. szala przechyliła się w stronę mężczyzn (52%). Wcześniej w tej grupie przeważały kobiety. Choć różnica jest niewielka, to rysuje się ona wyraźniej jeśli spojrzymy na kwoty długu obu płci. Mężczyźni bankruci mają 50 mln zł długu więcej niż kobiety (155 mln vs. 105 mln zł).

Co więcej, zadłużeni bankruci zdecydowanie częściej mieszkają w miastach niż na wsi. W podobnym stopniu niewypłacalności doświadczają mieszkańcy średnich (100-300 tys.) i dużych miast (powyżej 300 tys. mieszkańców), jak i miejscowości, gdzie rezyduje od 20 do 50 tys. osób. Jednak to upadli konsumenci z największych miast mają najwyższe kwoty zaległości (54,6 mln zł).

Nie dziwi więc, że najwięcej do oddania mają mieszkańcy województw, gdzie mieszczą się też największe aglomeracje – jak stolica, konurbacja śląska czy metropolia łódzka. Dłużnicy z Mazowsza przed orzeczeniem upadłości nie uporali się ze spłatą 40,5 mln zł. Drugą pozycję zajął Śląsk. Mieszkańcy tego województwa „dorobili się” 39,7 mln zł zaległości. 24,3 mln zł nie uregulowali wobec swoich wierzycieli dłużnicy z Łódzkiego.

W kolejce po spłatę

Jak zaznacza  Adam Łącki, upadłość postrzegana jest przez wielu Polaków jako sposób na ucieczkę od długów. To błędne przekonanie, bo długi nie znikają automatycznie wraz z ogłoszeniem bankructwa przez sąd.

Całkowite oddłużenie w związku z ogłoszeniem upadłości jest możliwe tylko w wyjątkowych sytuacjach, gdy bankrut nie ma żadnego majątku i jest trwale niezdolny do pracy zarobkowej. A nawet w takiej sytuacji nie wszystkie długi można umorzyć – z tej opcji wyłączone są na przykład alimenty. W drugim półroczu 2021 r. bankruci mieli z tego tytułu 3,9 mln zł zaległości i ten dług się nie skasuje. Większości bankrutów sąd umarza dług tylko częściowo. Pozostałą część muszą oni spłacić, a sąd może wyznaczyć im na to nawet 7 lat. I na poczet długu licytuje się majątek dłużnika. Bankructwo nie jest więc sposobem na uchylenie się od odpowiedzialności finansowej, a właśnie środkiem na jej wyegzekwowanie – wskazuje Adam Łącki.

Wśród wierzycieli, którzy oczekują spłaty należności od upadłych konsumentów na niemal 146,5 mln zł liczą fundusze sekurytyzacyjne i firmy windykacyjne, które skupiły przeterminowane długi od innych podmiotów. 101,35 mln zł bankruci zalegają instytucjom finansowym (głównie bankom).

Pozornie łatwe wyjście

Decyzja o ogłoszeniu upadłości dla zdecydowanej większości niewypłacalnych konsumentów oznacza utratę całego majątku. Pieczę nad wszystkimi środkami finansowymi, ruchomościami i nieruchomościami przejmuje syndyk. To z nich pokrywa należne wierzycielom zobowiązania. Na ich spłatę idzie też wynagrodzenie.

Jak podkreśla Jakub Kostecki z firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso, zajmującej się odzyskiwaniem należności, wnioskowanie o bankructwo powinno być dla każdego dłużnika ostatecznością.

Pracując na co dzień z dłużnikami i wierzycielami wiemy z doświadczenia, że upadłość to najgorszy możliwy scenariusz dla obu stron. Sam proces może być długotrwały i generuje dodatkowe koszty. Dlatego tak ważna jest postawa samego konsumenta. Wiele osób nawet nie próbuje szukać rozwiązania swoich problemów i ogłasza upadłość, choć zamiast tego mogliby podjąć rozmowy z wierzycielami, czy skorzystać z pomocy doradców.  Są oni w stanie zaproponować działania, które pomogą dłużnikowi odzyskać kontrolę nad finansami i uniknąć bankructwa, które tej kontroli ich finalnie pozbawi – dodaje prezes Kaczmarski Inkasso.

Przegląd wydarzeń tygodnia 31.01 – 4.02.2022

W kolejnym tygodniu najważniejszą publikacją będzie w mojej opinii decyzja Banku Anglii ws. poziomu stóp procentowych. W sprawie kosztu pieniądza decydować będzie również Europejski Bank Centralny, a także RBA oraz CNB. Niezmiennie uwagę inwestorów przykuwać będą dane z USA, a wśród nich zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA. Po jastrzębim zwrocie szefa Fed Powella odczyt nie powinien jednak budzić tak dużych emocji.

Najważniejsze wydarzenia: Decyzja ws. poziomu stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, Australii, strefie euro, Zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA (NFP)

Wielka Brytania

Banki Anglii stanął u progu podwyżek stóp procentowych. Zmiany w programie skupu aktywów poprzednich miesiącach były jedynie preludium do bardziej zdecydowanych ruchów. Kolejne wysokie odczyty inflacji i ryzyko spirali płacowo-cenowej będą zachęcać BOE do podwyższenia kosztu pieniądza. Głosowanie prawdopodobnie nie będzie jednak jednomyślne, gdyż część decydentów obawia się nadmiernego hamowania gospodarki. W takiej sytuacji zmienność na rynku funta będzie podwyższona i właściwie wszystkie scenariusze mają szansę materializacji.

Strefa euro

W obecnej sytuacji jest mało prawdopodobne, abyśmy w przyszłym tygodniu zobaczyli jakiekolwiek nowe komunikaty w sprawie polityki pieniężnej w Strefie euro. EBC będzie jednak musiał ostrożnie sterować oczekiwaniami rynku. Bank będzie musiał potwierdzić swoją nową jastrzębią postawę, nie brzmiąc przy tym zbyt jastrzębio. Jeśli oczekiwania rynkowe wzrosną zbyt szybko, wyższe stopy procentowe mogą osłabić ożywienie gospodarcze. Z drugiej strony, zbytnia gołębia postawa mogłaby zaszkodzić wiarygodności EBC jako podmiotu walczącego z inflacją. Dlatego też EBC nie powinien przechodzić od „inflacyjnej cierpliwości” do „inflacyjnej paniki”. Tym samym można spodziewać się podkreślenia troski o poziom cen, przy zapewnieniu, że stopy procentowe nie wzrosną gwałtownie.

USA

Niezmiennie inwestorów interesować będzie sytuacja na Amerykańskim rynku pracy. W piątek opublikowane zostaną dane o zmianie zatrudnienia w sektorze. W związku z wypowiedziami szefa Rezerwy Federalnej Powella w mojej opinii odczyt traci nieco na znaczeniu. W trakcie środowej konferencji, odnosząc się do rynku pracy Powell stwierdził, że „pod względem wielu wskaźników jest ona bardzo dobra”. W aspekcie inflacji Powell podkreślił w dużej mierze podażowy charakter wzrostu cen, choć jednocześnie dodał, że Rezerwa jest wrażliwa na płacowy charakter inflacji. Sądzę, że pojedyncze odczyty NFP nie zmienią poglądu Fed na politykę pieniężną, niemniej inwestorzy bardzo często spoglądają na ten raport, tak więc zmienność może być podwyższona.

Polska

Jedyną istotną publikacją w Polsce będą dane o dynamie PKB. Spowolnienie w Niemczech rodzi pewne obawy, jednak wydaje się, że krajowa gospodarka jest bardziej rozpędzona. Sytuacja na rynku złotego będzie determinowana przez czynniki zewnętrzne. W sferze zainteresowania inwestorów powinny utrzymywać się konflikt na linii Rosja – Ukraina, a także oczekiwania względem polityki pieniężnej w USA. Tym samym krajowe czynniki stracą nieco na znaczeniu.

Maciej Madej, analityk DM TMS Brokers

Nie ma odwrotu od pakietu mobilności: Prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o transporcie drogowym i czasie pracy kierowców

W środę, 26 stycznia zakończyły się prace nad Ustawą o zmianie Ustawy o transporcie drogowym, ustawy o czasie pracy kierowców oraz niektórych innych ustaw. Sejm przyjął wszystkie poprawki zaproponowane przez Senat z wyjątkiem jednego przepisu – abolicji za przypuszczalne pomyłki przewoźników w początkowej fazie obowiązywania nowych zasad. Kolejny krok to podpisanie nowelizacji ustawy przez Prezydenta Andrzeja Dudę, co stało się już następnego dnia od przyjęcia przez Rząd ostatecznych poprawek senackich. Jakie ważne zmiany wprowadza ta ustawa dla polskich przewoźników i kierowców?

Nowelizacja ustawy o transporcie drogowym i czasie pracy kierowców oraz niektórych innych ustaw, została podpisana przez Prezydenta Andrzeja Dudę, 27 stycznia. Teraz, pozostaje czekać na oficjalną publikację dokumentu w Dzienniku Ustaw, która musi się odbyć przed 2 lutego, ponieważ to właśnie wtedy zaczynają obowiązywać pierwsze zmiany dotyczące wynagrodzeń kierowców (braku delegacji dla kierowców międzynarodowych). Data 2 lutego nie jest przypadkowa, ponieważ w tym terminie wchodzą również przepisy europejskie pakietu mobilności, które określają konieczność zgłaszania kierowców w innych krajach i zmieniają zasady naliczania wyrównania do zagranicznych płac.

Zatwierdzona przez Rząd i Prezydenta ustawa dostosowuje nasze prawo do unijnych przepisów w zakresie pakietu mobilności. Obejmuje ona także likwidację podróży służbowych jako formy wykonywania zadań służbowych kierowców, którzy realizują międzynarodowe przewozy. Dla kierowców wykonujących transport krajowy delegacje pozostaną tak jak dotychczas. Ale to tylko jedna z wielu kwestii, jakie zawiera ostateczny kształt ustawy – komentuje Mateusz Włoch, ekspert Grupy Inelo.

Jakie inne ważne zmiany wprowadza nowelizacja?

Przede wszystkim kwestie możliwości skorzystania z niższych podstaw oskładkowania i opodatkowania dla kierowców międzynarodowych, nazywanych ulgami. W raz z podpisaną ustawą konieczne staje się tworzenie szczegółowej ewidencji czasu pracy dla kierowców, z wyszczególnionymi składnikami na podstawie danych z karty kierowców i tachografów. Ewidencja czasu pracy obejmuje wedle ustawy: liczbę przepracowanych godzin oraz godzinę rozpoczęcia i zakończenia pracy, liczbę godzin przepracowanych w porze nocnej, liczbę godzin nadliczbowych, dni wolne od pracy z oznaczeniem tytułu ich udzielenia, liczbę godzin dyżuru oraz godzinę rozpoczęcia i zakończenia dyżuru, ze wskazaniem, czy jest to dyżur pełniony w domu, rodzaj i wymiar zwolnień od pracy, rodzaj i wymiar innych usprawiedliwionych nieobecności w pracy.

Ostateczna wersja Ustawy nie wpływa na możliwość zaliczenia wynagrodzenia za dyżur do płacy minimalnej. Pozostawia także wyjątek zwalniający z obowiązku prowadzenia ewidencji czasu pracy dla kierowców, którzy otrzymują ryczałt za nadgodziny i godziny nocne lub tych, pracujących w systemie zadaniowym.

Zmieniono zasady liczenia limitu czasu pracy w porze nocnej. Po zmianach czas pracy będzie liczony nie w dobie 24-godzinnej, a pomiędzy odpoczynkami (dziennymi lub dziennym i tygodniowym). W naszym systemie 4Trans jest już dostępna taka opcja. To dobra zmiana dla przewoźników i kierowców, ponieważ ułatwia przestrzeganie tego limitu. Co istotne, finalizujemy obecnie zmiany w systemie, tak aby wynagrodzenie za luty wyliczyć już zgodnie z nową ustawą – komentuje Mateusz Włoch.

Z innych zmian warto wyszczególnić:

  • coroczne informowanie o liczbie zatrudnionych pracowników i liczbie truckerów wykonujących operacje transportowe w ostatnim roku,
  • konieczność dostosowania bazy przewoźnika do wielkości floty pojazdów. Łączna liczba miejsc parkingowych musi odpowiadać 1/3 wielkości floty,
  • konieczność uzyskania licencji oraz spełniania warunków zawodu przewoźnika drogowego dla przedsiębiorstw zajmujących się międzynarodowym zarobkowym przewozem rzeczy autami powyżej 2,5 tony DMC.

Ponadto w taryfikatorze dodano kary za naruszenia związane z pakietem mobilności. Odpoczynek powyżej 45 godzin odebrany w kabinie pojazdu będzie kosztował kierowcę, firmę i zarządzającego transportem po 50 zł. Brak dokumentacji dotyczącej organizacji powrotu kierowcy maksymalnie co 4 tygodnie wiąże się z karą w wysokości 150 zł dla przewoźnika i 50 zł dla zarządzającego transportem. Z kolei brak wpisu kraju przekroczeni granicy po 2 lutego skutkuje otrzymaniem 100 zł mandatu dla kierowcy. Inne kary dotyczą naruszeń w obszarze powrotów pojazdów co maksymalnie 8 tygodni. Po 21 lutego firma transportowa może zapłacić nawet 2000 zł za nieprzestrzeganie tego przepisu. Z kolei brak dokumentacji wymaganej przez ITD, jak listy przewozowe czy dokumentacje dotyczące delegowania skutkują karą dla firmy w wysokości nawet 3000 zł.

Moody’s podtrzymał ratingi Banku Pekao

Agencja ratingowa Moody’s Investors Service podtrzymała w piątek oceny ratingowe Banku Pekao S.A. na dotychczasowym poziomie, perspektywa ratingowa pozostała stabilna.

Moody’s poinformował, że ocena ratingowa Banku Pekao odzwierciedla jego odbudowującą się rentowność, która zostanie dodatkowo wzmocniona przez wzrost stóp procentowych, wysokie współczynniki kapitałowe oraz bardzo ograniczoną ekspozycję na kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich.

Agencja podkreśla dobre pokrycie rezerwami stosunkowo wysokiego wskaźnika kredytów zagrożonych (NPL). Ocena Moody’s odzwierciedla również duże bufory płynnościowe banku i jego niskie uzależnienie od funduszy rynkowych.

Aktualne oceny ratingowe Moody’s dla Banku Pekao są następujące:

  • długoterminowa ocena depozytów: „A2”; perspektywa: „Stabilna”;
  • krótkoterminowa ocena depozytów: „P-1″;
  • ocena indywidualna (BCA): „baa2″;
  • skorygowana ocena indywidualna (Adjusted BCA): „baa2″;
  • długoterminowa ocena ryzyka kontrahenta (CRR): „A2”;
  • krótkoterminowa ocena ryzyka kontrahenta (CRR): „P-1”;
  • długoterminowa opinia o ryzyku kontrahenta (CRA): „A2(cr)”;
  • krótkoterminowa opinia o ryzyku kontrahenta (CRA): „P-1(cr)”.

Develia: Cena proponowana w wezwaniu nie odpowiada wartości godziwej spółki

W ocenie zarządu cena proponowana w wezwaniu na sprzedaż akcji Develii nie odpowiada wartości godziwej spółki. Stanowisko zarządu zostało przygotowane m.in. na podstawie sytuacji finansowej spółki, danych dotyczących czynników rynkowych, dokumentacji finansowej i strategii spółki, a także w oparciu o niezależną opinię biegłych PwC Advisory.

Trzy podmioty: Forseti IV S.a r.l., Invest Line E S.A. oraz BEKaP Fundusz Inwestycyjny Zamknięty 12 stycznia 2022 r. ogłosiły wezwanie do zapisywania się na sprzedaż ponad 295 mln akcji Develii. Akcje objęte wezwaniem reprezentują 66% głosów na Walnym Zgromadzeniu oraz 66% kapitału zakładowego spółki. Proponowana przez wzywających cena akcji wynosi 3,34 zł.

Cena akcji w wezwaniu nie jest niższa niż średnia cena rynkowa z okresu 6 miesięcy poprzedzających ogłoszenie wezwania. Jednocześnie jest wyższa od wartości księgowej Develii przypadającej na jedną akcję spółki według stanu na 30 września 2021 r. Istotnym aktywem grupy Develia są grunty przeznaczone pod przyszłe inwestycje mieszkaniowe oraz realizowane projekty deweloperskie, których wartość jest prezentowana w sprawozdaniu finansowym po koszcie ich nabycia. Tym samym wartość ujęta w księgach spółki (zgodnie z polityką rachunkowości) nie uwzględnia wzrostu wartości wynikającej ze wzrostu cen gruntów, które miały miejsce w ostatnich latach ani zysków z realizowanych obecnie projektów mieszkaniowych. Według opinii ekspertów niezależnego podmiotu zewnętrznego PwC Advisory, cena zaproponowana w wezwaniu nie odpowiada wartości godziwej spółki, gdyż jest niższa od dolnego przedziału szacunku wartości godziwej akcji spółki.

W opinii zarządu zamieszczone w wezwaniu deklaracje nie pozwalają zarządowi ocenić wpływu wezwania na interes Develii, realizację strategii na lata 2021-2025 i zatrudnienie w spółce. Przekazane w wezwaniu informacje nie pozwalają także na ocenę czy strategiczne plany wzywających będą miały wpływ na lokalizację prowadzenia działalności przez spółkę.

Decyzja dotycząca sprzedaży akcji Develii powinna być niezależną decyzją każdego z akcjonariuszy spółki. Stanowisko zarządu jest tylko jednym z elementów, jakie akcjonariusz powinien wziąć pod uwagę.

W celu zapewnienia akcjonariuszom dostępu do informacji poufnych, które mogą mieć istotny wpływ na ich decyzję o skorzystaniu z wezwania, spółka poinformowała o podpisaniu w listopadzie i grudniu 2021 r. listów intencyjnych w sprawie sprzedaży części nieruchomości gruntowej przy ul. Kolejowej we Wrocławiu wraz z częścią inwestycji obejmującej budowę dwóch budynków wielofunkcyjnych, planowanych na tej nieruchomości oraz sprzedaży prawa użytkowania wieczystego nieruchomości gruntowej przy ul. Podskarbińskiej i Żupniczej w Warszawie o łącznej powierzchni 10,5 tys. mkw. wraz z realizowaną na tej nieruchomości inwestycją obejmującą budowę dwóch budynków mieszkalnych. Listy intencyjne mają związek z zaangażowaniem spółki w segment PRS.

PGE z najwyższym ratingiem BBB+ wśród grup energetycznych i stabilną perspektywą

ating agencji Fitch na poziomie BBB+, najwyższym wśród polskich grup energetycznych, potwierdza naszą wiarygodność kredytową. Opinia agencji jest również istotnym argumentem w kontekście decyzji o dokapitalizowaniu spółki, co ma umożliwić przyspieszenie procesów inwestycyjnych Grupy PGE i pozwolić na szybszą transformację energetyki w kierunku nisko- i zeroemisyjnym – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej. Za nami już pierwsze kilkanaście spotkań z akcjonariuszami instytucjonalnymi. Liczę, że inwestorzy będą postrzegać nasze plany i ich wpływ na przyszłe wyniki Grupy PGE tak samo pozytywnie, jak agencja ratingowa Fitch – dodaje Wojciech Dąbrowski.

Rating agencji Fitch odzwierciedla profil biznesowy Grupy PGE, która jest największą zintegrowaną polską grupą energetyczną opartą na biznesie dystrybucyjnym i wytwarzaniu energii, oraz jej umiarkowany poziom zadłużenia. Głównymi czynnikami pozytywnie wpływającymi na rating są Strategia Grupy PGE, zakładająca zmianę profilu Grupy w kierunku źródeł odnawialnych i niskoemisyjnych, stabilne przychody z biznesów regulowanych, takich jak dystrybucja energii elektrycznej i rynek mocy. Dodatkowo, wydzielenie aktywów węglowych do Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego wg Fitch wspierałoby profil kredytowy spółki. Jako potencjalne ryzyka wymieniane są z kolei poziom marży w segmencie sprzedaży oraz przejściowy wzrost zadłużenia związany z wysokim poziomem nakładów inwestycyjnych.

Ponadto, agencja Fitch pozytywnie oceniła planowaną przez PGE Polską Grupę Energetyczną nową emisję akcji, z której pozyskane środki mają być przeznaczone na rozwój aktywów dystrybucyjnych, odnawialnych oraz niskoemisyjnych źródeł wytwórczych.

Aktualne ratingi PGE są na poziomie BBB+ z perspektywą stabilną (Fitch) oraz Baa1 z perspektywą stabilną (Moody’s).

Nieprzewidywalne skutki tarczy antyinflacyjnej

Gdy tarcza antyinflacyjna wygaśnie ceny znów zaczną rosnąć. Jakie ceny wówczas obejrzymy? Czy nie będą wyższe od tych sprzed wprowadzenia tarczy?

– Wiadomo, że jeżeli obniżamy podatki od sprzedaży, to bezpośredni efekt jest szybko odczuwalny, bo rynkowa konkurencja wymusza obniżenie cen, które jednak nie spadają o tyle, o ile zmalało opodatkowanie, bo część korzyści firmy starają się zachować dla siebie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Gdy powrócimy do tych samych stawek podatkowych przy dużym popycie firmy mogą podnieść ceny bardziej niż je obniżyły.

Problem ten dotyczy zwłaszcza paliw i żywności, w konsekwencji obniżki VAT. Natomiast ta różnica w cenach może okazać się jednak niższa, jeżeli znajdziemy się w sytuacji spowolnienia gospodarczego i słabnącego popytu.

– Oceniając politykę pieniężną państwa można dyskutować czy obniżanie inflacji poprzez podatki wpłynie pozytywnie na ścieżkę inflacji – dodaje ekspert XTB. – Wprowadzenie tarczy może obniżyć oczekiwania inflacyjne, za którymi podążają wzrosty cen lub może podwyższyć popyt ponieważ pozostanie nam trochę więcej pieniędzy w kieszeni, które wydamy.

Trudno wyliczyć i ocenić, który z tych dwóch scenariuszy jest bardziej prawdopodobny. Zwłaszcza, że o ile takie obniżki podatków wprowadzano w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech, to po to, aby pobudzić zbyt niski popyt, a Polska z bardzo wysoką inflacją jest w odwrotnej sytuacji.

Pojawiają się jednak obawy, że wprowadzając tarczę znaleźliśmy się na początku drogi do centralnej kontroli cen prowadzonej przez państwo. Im głębsza taka ingerencja w rynek tym bardziej nieprzewidywalna staje się reakcja zdezorientowanego rynku.

Dla dobra gospodarki reguły gry powinny być przejrzyste i stabilne, jeżeli uważamy, że VAT na żywność powinien być zerowy, to taką decyzję powinno się podejmować na dłuższą metę, a nie na dwa czy trzy miesiące.

– System podatkowy nie jest po to, aby sterować inflacją – dodaje P.Kwiecień. – Podatki są po to, aby w gospodarce miała miejsce redystrybucja dochodów.

Nadchodzą zmiany w prawach konsumenta ważne dla dostawców treści i usług cyfrowych

Planowane zmiany adresowane są do przedsiębiorców dostarczających treści i usługi cyfrowe na rzecz konsumentów oraz świadczących usługi hostingu, przechowywania danych w chmurze, czy media społecznościowe.

W związku z rozwojem technologii, regulacji prawnej doczekały się zawierane z konsumentami umowy o dostawę treści lub świadczenie usług cyfrowych. Są to zupełnie nowe przepisy, dotąd nieistniejące w polskim porządku prawnym.

W pierwszej kolejności należy wyjaśnić pojęcia, którymi posługują się te przepisy. I tak:

  • definicja treści cyfrowej, która już obecnie znajduje się w ustawie o prawach konsumenta, stanowi, iż są to dane wytwarzane i dostarczane w postaci cyfrowej;
  • projektowana ustawa definiuje pojęcie usługi cyfrowej jako usługi pozwalającej konsumentowi na wytwarzanie, przetwarzanie, przechowywanie lub dostęp do danych w postaci cyfrowej, wspólne korzystanie z danych w postaci cyfrowej, które zostały przesłane lub wytworzone przez konsumenta lub innych użytkowników tej usługi, lub inne formy interakcji przy pomocy takich danych;
  • natomiast umowa o dostarczanie treści cyfrowej lub usługi cyfrowej, także zaproponowana projektem ustawy przewiduje, że jest to umowa, na podstawie której przedsiębiorca zobowiązuje się dostarczyć konsumentowi treść cyfrową lub usługę cyfrową, w tym również wykonaną według wskazówek konsumenta, a konsument zobowiązuje się zapłacić cenę, lub dostarczyć dane osobowe.

Będą tu więc mieścić się wszystkie umowy, których przedmiotem są dane w postaci cyfrowej – w tym oprogramowanie, aplikacje, pliki muzyczne, audiowizualne, czy gry, oraz takie, na podstawie których świadczone są usługi programistyczne czy hostingowe.

Przedsiębiorcy świadczący tego rodzaju treści i usługi muszą przygotować się na szereg nowych obowiązków, dotąd ich nie obciążających. Do ustawy o prawach konsumenta dodaje się bowiem nowy rozdział 5b, zatytułowany „Umowy o dostarczanie treści cyfrowej lub usługi cyfrowej” regulujący szczegółowo zobowiązania przedsiębiorców wobec konsumentów zamawiających takie treści lub usługi. Najważniejsze z nich to:

  • Obowiązek dostarczenia treści cyfrowej lub usługi cyfrowej niezwłocznie po zawarciu umowy, chyba że strony wyraźnie inaczej się umówiły, lub treść cyfrowa ma być dostarczona na nośniku materialnym. Zatem zaraz po tym, jak umowa zostanie zawarta konsument powinien otrzymać przesłany plik, mieć możliwość pobrania danych lub w inny sposób móc natychmiast korzystać z usługi. Co ważne – udostępnienie przez przedsiębiorcę treści lub usług na fizycznej lub wirtualnej platformie uważa się za skuteczne wówczas, gdy to konsument wybrał tę platformę a przedsiębiorca nie miał na ten wybór wpływu. Przedsiębiorca odpowiada zatem za problem z dostępem do platformy, zarówno gdy sam ją wskazał, jak i wówczas, gdy wprawdzie wskazał ją konsument, lecz przedsiębiorca mógł mieć wpływ na ten wybór. Jeśli treść lub usługa nie zostaną udostępnione konsumentowi niezwłocznie, ma on prawo wezwać przedsiębiorcę do wykonania tego obowiązku, a następnie odstąpić od umowy. Przepisy przewidują też przypadki, w których nie będzie konieczne dodatkowe wezwanie przedsiębiorcy.
  • Obowiązek zapewnienia zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową. Regulacja w tym zakresie jest szeroka i w dużej mierze zbliżona do regulacji dotyczącej niezgodności towaru z umową. Przewiduje między innymi:
  • konieczność zapewnienia zgodności z umową treści lub usługi cyfrowej przez cały określony w umowie okres ich dostarczania.
  • Obowiązek informowania konsumenta o aktualizacjach, które są niezbędne do zachowania zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową. Obowiązek ten trwa przez cały czas trwania umowy, gdy umowa przewiduje dostarczenie treści lub usług cyfrowych w sposób ciągły, zaś gdy umowa przewiduje dostarczenie ich jednorazowo lub częściami – przez czas zasadnie oczekiwany przez konsumenta, uwzględniając rodzaj i cel treści lub usługi cyfrowej, oraz okoliczności i charakter umowy. Jeśli konsument nie zainstaluje aktualizacji dostarczonych przez przedsiębiorcę nie będzie on ponosił odpowiedzialności za brak zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową, wynikający z braku aktualizacji, jeżeli poinformował konsumenta o dostępności aktualizacji i konsekwencjach jej niezainstalowania, oraz niezainstalowanie aktualizacji nie wynikały z błędów instrukcji dostarczonej przez przedsiębiorcę.
  • Wymóg dostarczenia treści cyfrowej lub usługi cyfrowej w najnowszej wersji dostępnej w chwili zawarcia umowy, chyba że strony postanowią inaczej.

Przedsiębiorca odpowiada za brak zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową, jeśli brak ten istniał w chwili dostarczenia i ujawnił się w ciągu dwóch lat. Domniemywa się, że jeśli brak zgodności z umową ujawnił się przed upływem roku od dostarczenia treści cyfrowej lub usługi cyfrowej, istniał w chwili dostarczenia. W przypadku umów o dostarczanie usługi lub treści w sposób ciągły przedsiębiorca odpowiada za brak zgodności z umową jeśli ujawnił się w czasie, gdy zgodnie z umową usługa lub treść miała być dostarczana.

Przed zarzutem braku zgodności treści lub usługi cyfrowej z umową przedsiębiorca może się bronić tym, że środowisko cyfrowe konsumenta jest niezgodne wymogami technicznymi, o których przedsiębiorca informował w jasny sposób przed zawarciem umowy.

Jeśli treść lub usługa cyfrowa są niezgodne z umową konsument może domagać się doprowadzenia do zgodności z umową – nieodpłatnie, w rozsądnym czasie i bez nadmiernych niedogodności. Przedsiębiorca może odmówić, gdy doprowadzenie do zgodności z umową jest niemożliwe lub nadmiernie kosztowne. Konsument ma też prawo odstąpić od umowy lub żądać obniżenia ceny, gdy przedsiębiorca nie wykonał obowiązku doprowadzenia treści lub usługi do zgodności z umową, zrobił to już uprzednio i niezgodność ponownie się ujawniła, lub niezgodność jest na tyle istotna, że uzasadnia natychmiastowe obniżenie ceny lub odstąpienie od umowy. Od umowy konsument nie może natomiast odstąpić, gdy niezgodność z umową jest nieistotna – przy czym domniemywa się, że każda niezgodność jest istotna.

  • Po odstąpieniu od umowy przedsiębiorca nie może wykorzystywać treści wytworzonych lub dostarczonych przez konsumenta w trakcie korzystania z treści lub usług cyfrowych (z pewnymi wyjątkami). Jednocześnie przedsiębiorca ma obowiązek nieodpłatnie udostępnić konsumentowi na jego żądanie treści wytworzone lub dostarczone przez konsumenta w trakcie korzystania z treści lub usługi cyfrowej.
  • Przedsiębiorca nie może żądać zapłaty za czas, w którym treść lub usługa cyfrowa były niezgodne z umową, nawet jeśli przed odstąpieniem od umowy konsument z nich faktycznie korzystał.

Zmiany te wymagają od wszystkich przedsiębiorców świadczących treści lub usługi cyfrowe w rozumieniu ustawy przeanalizowania wzorców umów, regulaminów i zasad udostępniania treści i usług tak, by dostosować się do nowych wymogów. Warto już teraz przyjrzeć się swoim dokumentom i stosowanym praktykom, by nie dać się zaskoczyć nowym wymogom prawnym.

Anna Gąsecka, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci. Specjalizuje się w prawie telekomunikacyjnym, prowadzi obsługę korporacyjną firm z branży telekomunikacyjnej, farmaceutycznej, dystrybucyjnej i usługowej. 

Ceny mieszkań rosną w rekordowym tempie

Według danych najnowszego raportu Barometr przygotowanego za 4 kw. 2021 r. przez Metrohouse, Gold Finance oraz RynekPierwotny.pl ceny mieszkań w największych miastach wzrosły nawet o 18 proc. w skali roku. Mimo wysokich cen nie brakuje osób lokujących kapitał w nieruchomości. Według autorów raportu ponad 40 proc. mieszkań jest nabywanych w celach inwestycyjnych.

Hasło „taniej już było” znakomicie obrazuje sytuację na rynku mieszkaniowym w 2021 r. –Pandemia, która przyczyniła się do wywołania nasilonych procesów rynkowych destabilizujących światowe gospodarki, odcisnęła silne piętno na sytuacji cenowej na rynkach mieszkaniowych. Choć w różnym stopniu, to ceny nieruchomości wzrosły właściwie wszędzie, komentuje Marcin Jańczuk z sieci biur nieruchomości Metrohouse, współautor raportu. Analizowane w Barometrze Metrohouse i Gold Finance największe rynki mieszkaniowe w Polsce nie są wcale rekordzistami wzrostów. Podwyżki są też domeną Polski „powiatowej”, gdzie brak podaży nowych mieszkań powoduje coraz silniejszą falę wzrostów przyczyniając się do większego wykluczenia osób, których zdolność kredytowa nie pozwala na realizację marzeń choćby o niewielkim lokum.

W dużych miastach, analizowanych w niniejszym raporcie, mówimy o wzrostach cen sięgających kilkunastu procent w odniesieniu do analogicznej sytuacji sprzed 12-stu miesięcy. Na rynku wtórnym rekordzistami wzrostów są Gdańsk i Łódź (po 18,1 proc.). W Gdańsku ceny nabywanych mieszkań wyprzedziły już Kraków, który zwykle zajmował drugie miejsce w zestawieniach najdroższych metropolii w Polsce. Średnia cena powyżej 10 tys. zł za m kw. występuje na razie tylko w Warszawie, gdzie po kolejnych zwyżkach osiągnęła poziom już prawie 12,5 tys. zł za m kw. Tab 1. Średnie ceny transakcyjne mieszkań na rynku wtórnym

Na rynku pierwotnym średnia stołeczna cena przekracza także 12 tys. zł za m kw., ale w odróżnieniu od rynku wtórnego bariera 10 tys. zł została wyraźnie złamana jeszcze w Krakowie i Gdańsku (nieco ponad 10 800 zł za m kw.). – Jednak wszystko wskazuje na to, że w ostatnim czasie rolę lidera cenowych podwyżek przejął Poznań, który wcześniej był dość stabilny cenowo. Segment najdroższych poznańskich lokali z ceną ponad 15 tys. zł za m kw. mocno się rozbudował. Na uwagę zasługują też szybkie kwartalne wzrosty średnich cen 1 m kw. widoczne na terenie Warszawy, Łodzi oraz Gdańska, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Spośród największych miast, tylko w Krakowie zostały odnotowane nieco niższe ceny (średnio o 1,7 proc.). Ujemna zmiana średnich cen nowych lokali z Krakowa to na pewno wyczekiwana informacja, bo wcześniej krakowskie „M” mocno podrożały. Od IV kw. 2020 r. do III kw. 2021 r. ich średnia ofertowa cena na rynku pierwotnym wzrosła o równe 12%.Tab.2 Średnie ceny mieszkań w największych miastach na rynku pierwotnym

Dane ankietowe wskazują, że nie ustaje zainteresowanie mieszkaniami w kontekście inwestycyjnym. W porównaniu do ubiegłego kwartału o 5 pkt. procentowych (do 41 proc.) wzrósł odsetek osób nabywających lokale w celu innym niż realizacja własnych potrzeb mieszkaniowych. Jednocześnie końcówka roku uwidoczniła malejący popyt na mieszkania, o czym świadczy odczyt prowadzonego w naszym Barometrze Indeksu Popytu na poziomie 56 pkt., co jest jednym z najniższych odczytów od czasu publikacji niniejszego indeksu.

Ostatni kwartał zeszłego roku nie zmienił w znaczącym stopniu oferty kredytów hipotecznych pod kątem marż oraz innych opłat około kredytowych. – Istotną zmianą może być chęć przechodzenia przez banki na oprocentowanie kredytu opartego o stawkę WIBOR-u 6-miesięcznego, jeśli do tej pory posługiwały się stawką 3-miesięczną. Na rynku zaczęły się pojawiać oferty kredytów z marżami poniżej 2%. Z uwagi na bardzo dobre wyniki sprzedażowe w bankach w zeszłym roku i nowe plany na 2022, mamy nadzieję że trend obniżania marż się utrzyma, mówi Andrzej Łukaszewski, ekspert kredytowy Gold Finance. W tej chwili widoczne jest wyhamowanie ilości wniosków jakie płyną do banków, co przekłada się na wyraźne skrócenie czasu na wydanie decyzji kredytowej.

Niższy napływ na rynek klientów jest spowodowany w dużej części sytuacją na rynku kredytów hipotecznych. Podwyżki stóp procentowych skutecznie przyczyniły się do obniżenia zdolności kredytowej klientów. W przypadku przeciętnej rodziny to nawet ponad 100 tys. zł.

Jak uzdrowić Polski Ład?

Właściwie od początku obowiązywania Polskiego Ładu obserwujemy próby naprawienia przepisów, wokół których panuje największy chaos interpretacyjny. Tymczasem w obecnej sytuacji najważniejsze powinno być przywrócenie możliwości odliczania składki zdrowotnej od podatku, zlikwidowanie ulgi dla klasy średniej i wprowadzenie okresów przejściowych dla leasingobiorców oraz osób, które rozliczają najem lokali w działalności gospodarczej.

Reakcją ze strony rządu na obniżki pensji było m.in. wydanie rozporządzenia o tym, jak przeliczać zaliczkę na podatek dochodowy. Według zalecenia zaliczkę należy porównywać do tej wyliczanej według zasad z roku ubiegłego i ostatecznie pobrać niższą.

Najbardziej negatywne skutki Polskiego Ładu wynikają ze zmian w naliczaniu składki zdrowotnej i z braku możliwości odliczania jej części od podatku. Ponadto przedsiębiorcy, którzy rozliczają się liniowo i według skali, naliczają tę składkę od dochodu, a ryczałtowcy – od przychodu.

Co należałoby zrobić, żeby zniwelować te negatywne skutki w postaci zwiększonych obciążeń publicznoprawnych? Najlepszym rozwiązaniem zarówno dla przedsiębiorców, jak i pracowników, byłoby dalsze odliczanie części składki zdrowotnej w wymiarze 7,75% od podatku dochodowego. Gdyby zostawić przy tym podwyższoną kwotę wolną i drugi próg podatkowy, to każdy z pracowników zyskałby na zmianach. Natomiast w przypadku przedsiębiorców odliczanie składki od podatku niwelowałoby negatywne konsekwencje finansowe wynikające z jej podwyższenia.

Kolejnym krokiem mogłaby być likwidacja ulgi dla klasy średniej. Wprowadzono ją po to, aby łagodzić negatywne skutki związane z brakiem możliwości odliczania składki zdrowotnej od zaliczki na podatek. Gdyby więc taką możliwość przywrócić, ulga stałaby się zbędna, zwłaszcza że jej stosowaniu towarzyszy wiele kontrowersji. W niektórych przypadkach może ona bowiem podatnikom przynieść więcej problemów niż korzyści. Wystarczy przekroczyć próg dochodowy w którąkolwiek stronę o złotówkę, a będzie trzeba oddać w zeznaniu rocznym wykorzystaną ulgę. To powoduje, że podatnicy, zwłaszcza ci, którzy otrzymują premie czy dodatki, muszą pilnować, aby znaleźć się w odpowiednich widełkach. Co prawda istnieje możliwość naliczania ulgi w trakcie roku podatkowego narastająco, jednak powyższa zmiana musiałby znaleźć się w przepisach samej ustawy PIT.

Pewne zmiany powinny dotyczyć także leasingu. Można zastanowić się nad okresem przejściowym dla wykupu aut. W mojej ocenie warto tu zastosować przepisy w taki sposób, by przedsiębiorcy, którzy nabyli samochód w leasingu do końca grudnia 2021 roku (czyli już z niego korzystają, a wykup nastąpi dopiero w 2022, 2023 lub w kolejnych latach) mogli na zasadzie praw nabytych rozliczać się według przepisów obowiązujących do końca 2021 roku. Przedsiębiorca, który rozpoczął okres leasingowania według określonych zasad np. w maju 2021 roku, powinien móc rozliczać się na takich zasadach, jakie wówczas obowiązywały.

Podobne zasady należałoby wprowadzić także w przypadku rozliczania najmu nieruchomości. Roczny okres przejściowy jest zbyt krótki. Powinien on trwać aż do końca używania nieruchomości w działalności gospodarczej, a podatnik powinien zachować prawo do amortyzacji do samego końca.

Jeżeli zmienia się przedsiębiorcom sposób rozliczania nieruchomości czy też wprowadza brak możliwości amortyzowania lokalu mieszkalnego, powstaje duży problem. Jeśli według planów przedsiębiorcy istotnym kosztem uzyskania przychodu z działalności jest amortyzacja i gdyby przedsiębiorca wcześniej wiedział, że nie będzie ona możliwa, to być może nie zdecydowałby się na nabycie nieruchomości w celach jej wynajmu.

W związku z powyższym podatnikom powinno się wprowadzić okres przejściowy na zasadzie praw nabytych, tj. możliwość rozliczania na starych zasadach przychodów z najmu lokalu mieszkalnego czy też przedmiotów w ramach leasingu operacyjnego.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

Kurs dolara przekracza 4,10 zł, funt atakuje 5,50 zł

Koniec tygodnia należy zdecydowanie do dolara. Większość sygnałów docierających do nas zza oceanu jest wyraźnie pozytywnych, co tylko wzmacnia wzrosty.

Dolar maszeruje dalej

Środowy komunikat po decyzji trafił na rynek po zamknięciu notowań zarówno w Azji jak i w Europie. W rezultacie cały czwartek rynki te “trawiły” zmiany. Powodowało to dalsze umocnienie dolara, gdyż perspektywy dla amerykańskiej waluty tylko się poprawiały. Amerykańska waluta jest obecnie najsilniejsza względem euro od półtora roku. Względem złotego trochę od ponad miesiąca, aczkolwiek tutaj jest to głównie zasługa słabości polskiego pieniądza z końca 2021 roku, a nie realnej siły amerykańskiego pieniądza. Nie zmienia to faktu, że w ciągu tygodnia dolar podrożał ponad 10 groszy.

Kolejne sygnały wspierające dolara

Czwartek to nie tylko wstrząsy wtórne po komunikacie. Poznaliśmy również pakiet danych makroekonomicznych zza oceanu. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych ustabilizowała się obecnie na 260 tysiącach tygodniowo. Nie jest to może tak dobry wynik jak jeszcze kilka tygodni temu, ale jest on, patrząc na historyczne poziomy tego wskaźnika, minimum solidny. Do tego doszedł lepszy od oczekiwań odczyt wzrostu PKB. W rezultacie nawet trochę słabsza od oczekiwań zmiana w zamówieniach nie była w stanie popsuć humoru inwestorów. Dolar otrzymał tym samym kolejny bodziec do wzrostów.

Funt atakuje 5,50 zł

Wczorajsze dane z Wielkiej Brytanii wsparły funta w kolejnej próbie przekroczenia psychologicznej bariery 5,50 zł. Sprzedaż detaliczna według CBI wzrosła wczoraj niespodziewanie do 28 pkt. Wzrost optymizmu jest też powiązany częściowo ze zmniejszeniem lockodownu na Wyspach. Jest to możliwe dzięki sukcesom programu szczepień, który pozwala mimo bardzo dużej liczby zachorowań, rozważać luzowanie ograniczeń w gospodarce.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wyzwania i trendy na rynku usług IT – SoDA podsumowuje 2021 r.

Technologie wykorzystywane są już niemal we wszystkich dziedzinach życia. Po prawie dwóch latach pandemii problemem na rynku IT jest więc nie tyle pozyskanie klienta, co zatrudnienie dobrego programisty, który zapewniłby dostarczenie projektu na czas i na odpowiednim poziomie. Luka kadrowa pogłębia się, co staje się palącym problemem branży. Jakie trendy widoczne były na rynku w 2021 roku i jakie wyzwania czekają software house’y, zapytaliśmy SoDA – polską organizację zrzeszającą pracodawców z sektora usług IT.

Specjaliści na wagę złota

Największym wyzwaniem, z jakim mierzyła się branża IT w 2021 roku, była rosnąca luka kadrowa. Brak odpowiednio wykwalifikowanej kadry, zdaniem SoDA, w dłuższej perspektywie może stać się kluczowym czynnikiem hamującym rozwój firm w tym sektorze. Według szacunków organizacji na rynku brakuje nawet 250–300 tys. programistów. Rośnie więc presja płacowa, która dodatkowo napędzana jest rosnącą inflacją.

W częściowym „załataniu” braków mogłoby pomóc zatrudnianie specjalistów spoza UE. Pracodawcy IT postulują więc o gruntowne zmiany w przepisach, które umożliwiłyby sprawne przeprowadzenie procedur związanych z uzyskaniem pozwolenia na pracę w Polsce dla deweloperów spoza Wspólnoty. Nowelizacja tzw. ustawy o cudzoziemcach z listopada ubiegłego roku, choć jest krokiem w dobrym kierunku, wciąż jest niewystarczająca.

Przedsiębiorcy od lat zgłaszają również, że system kształcenia na kierunkach informatycznych w Polsce nie jest dostosowany do potrzeb rynku. Jak wynika z doświadczeń software house’ów należących do SoDA, absolwenci po zakończeniu edukacji potrzebują przynajmniej 1,5 roku do 2 lat, aby móc samodzielnie prowadzić projekty.

Jest to duża inwestycja, zarówno czasowa, jak i pieniężna, jakiej muszą dokonać pracodawcy. Działanie w rozproszonych zespołach też nie ułatwia zadania. Te z firm, które mogą sobie na to pozwolić, zyskają lojalnego pracownika, który będzie chciał rozwijać się wewnątrz organizacji – mówi Konrad Weiske, Wiceprezes SoDA i CEO Spyrosoft. – Nie wszystkie software house’y jednak na to stać, dlatego część z nich decyduje się na zatrudnienie specjalisty gotowego do pracy z klientem. Konieczne są więc nie tylko zmiany w programach edukacji, bo ich efekty będą zauważalne dopiero po latach. Rozwiązaniem, które można wdrożyć „tu i teraz”, byłoby na przykład dofinansowanie do pensji juniorskiej. W ten sposób absolwenci dostępni już na rynku pracy mogliby zdobyć niezbędne doświadczenie, a branża IT kluczowa w dobie gospodarki cyfrowej zyskałaby cennych pracowników – dodaje.

Jak podaje Inhire w raporcie „IT Market Snapshot 2021”, w czwartym kwartale 2021 roku oferty pracy dla „midów” stanowiły 50,4%, dla „seniorów” ponad 40,5%, a dla „juniorów” niecałe 9,1%. Widać też, że odsetek tych ostatnich systematycznie rośnie i w porównaniu do stanu z końca 2020 roku wzrósł aż o 5,82 p.p. („IT Market Snapshot 2020”, Inhire). Rok do roku zwiększyła się także liczba ogłoszeń kierowanych do średniego szczebla – choć tu zmiana jest mniejsza, bo o 0,62 p.p. Odwrotnie wśród seniorów – jeszcze w 4Q2020 oferty dla nich stanowiły około 46,5% wszystkich dostępnych, w 4Q2021 było ich już o prawie 6 p.p. mniej.

Globalizacja rynku

Choć spotkania online nie zastąpią w pełni tych bezpośrednich, podczas pandemii okazało się, że pozwalają na pozostawanie w stałym kontakcie i skrócenie dystansu – również tego geograficznego. Postępujące automatyzacja i cyfryzacja, ułatwiły więc rodzimym firmom technologicznym dotarcie do klientów zagranicznych, zapewniając jednocześnie stały popyt na usługi. Według badań ankietowych SoDA z 2021 roku, 49% software house’ów należących do organizacji planowało ekspansję na rynki USA, 47% do krajów DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria), a 45-46% skłania się ku Wielkiej Brytanii i Skandynawii. Wśród wymienianych kierunków padały też Benelux (20%), Kanada (16%), Półwysep Arabski (13%) czy Izrael (10%).

Polskie software house’y w znakomitej większości eksportują swoje usługi. Ich siłą jest know-how i nieszablonowe podejście do projektów, nawet najbardziej wymagających. Nadal też mogą konkurować z zagranicznymi firmami ceną, choć tu różnica jest coraz mniejsza – zwraca uwagę Konrad Weiske.

…i rekrutacja bez granic

Nie tylko rodzime firmy dostrzegły szansę w globalizacji rynku. Polska także stała się kierunkiem zainteresowania zagranicznych przedsiębiorstw i to nie tylko biznesowo. Aż 47% specjalistów IT w badaniu Devire przyznało, że w ostatnim roku otrzymało ofertę pracy od firmy, która nie posiada biura czy przedstawicielstwa w naszym kraju.

Nie od dziś wiadomo, że mamy doskonałych specjalistów IT. Polacy mogą pochwalić się przy tym bardzo dobrą znajomością języka angielskiego, a ten jest międzynarodowym językiem w branży. W rankingu „EF English Proficiency Index”, który klasyfikuje kraje pod względem znajomości tego języka wśród obcokrajowców, w 2021 roku Polska zajęła 16 miejsce na 112 klasyfikowanych – podkreśla wiceprezes SoDA. – Zagraniczne przedsiębiorstwa kuszą więc wyższymi stawkami i dużymi, międzynarodowymi projektami, bez konieczności relokacji. Przy rosnących kosztach funkcjonowania przedsiębiorstwom w Polsce coraz trudniej będzie z nimi rywalizować o najbardziej doświadczoną, a więc najdroższą, kadrę.

Sytuacji rodzimym firmom nie ułatwia zmiana przepisów podatkowych wprowadzonych jako Polski Ład. Swoje obawy o wpływ nowego sposobu opodatkowania na relokację polskich specjalistów IT za granicę wyraziła większość pracodawców należących do SoDA. Zdaniem prawie połowy ankietowanych przedsiębiorstw (46,1%) może on grozić odpływem minimum 30%, a nawet ponad 50% pracowników. Jednocześnie 94,7% firm uważa, że zmiany odbiją się negatywnie także na polskich usługodawcach przy próbach pozyskania zagranicznych specjalistów IT.

Praca zdalna zostanie na dłużej

Pandemia COVID-19 niewątpliwie zmieniła generalne podejście do pracy zdalnej. Choć taka forma pracy w branży IT wykorzystywana była od dawna, dopiero po 2020 roku stała się ona normą, a nie wyjątkiem. Udział ofert pracy zdalnej w puli wszystkich ogłoszeń IT na przestrzeni czasu zdecydowanie wzrastał i w czwartym kwartale 2021 r. stanowił już 70%. Dla porównania – w 1Q2020 r. było ich 14%, w 1Q2021 46% (za „IT Market Snapshot 2021”, Inhire). Nie zapowiada się też, aby po wygaszeniu pandemii sytuacja miała ulec diametralnej zmianie. Możliwość działania w trybie home office stała się bowiem dla większości specjalistów warunkiem koniecznym przy zmianie zatrudnienia – takie wnioski płyną z raportu Devire „Branża IT 2021/2022”, a przy obecnej luce kadrowej w tej branży, warunki dyktują poszukiwani przez firmy pracownicy.

Konsolidacja rynku

To wszystko powoduje, że na rynku dochodzi coraz częściej do konsolidacji i wchłaniania mniejszych podmiotów przez większe software house’y. W czasach rynku pracownika ten trend będzie się pogłębiał. Dla dużych firm będzie szansą na pozyskanie szeregu zasobów ludzkich z odpowiednim doświadczeniem w branży. Dla małych przedsiębiorstw , którym obecnie może być ciężej przyciągnąć pracownika, szansą na utrzymanie się w innej strukturze i poznanie nowego know-how.

W 2021 w samej SoDA zostały przejęte cztery firmy – dwa butikowe software house’y, ponad 50-osobowy i około 300-osobowy. Jeden z podmiotów został przejęty przez firmę spoza SoDA, trzy pozostałe wewnętrznie. Wiemy też, że planowane są kolejne zmiany na rynku – mówi Konrad Weiske.

Luka kadrowa bardzo mocno rzutuje na obecną i przyszłą sytuację sektora usług IT, stanowiąc bariery wzrostu poszczególnych podmiotów oraz wyznaczając trendy dla całej branży. Jeśli kroki zmierzające do systemowego rozwiązania problemu braku specjalistów nie zostaną w porę podjęte, może okazać się, że usługi IT – obecny motor rozwoju gospodarczego, dojdzie do punktu, w którym nie będzie miał „kim” pracować lub straci rentowność.

Faktoring zyskuje coraz większą popularność – obroty branży w 2021 r.: 362,4 mld zł (wzrost o 26 proc.)

Już 26 tys. firm korzysta z faktoringu. Podmioty zrzeszone w Polskim Związku Faktorów obsłużyły w 2021 r. o 41 proc. więcej przedsiębiorców niż rok wcześniej. Po faktoring sięga coraz więcej nie tylko dużych i średnich firm, ale także małych i mikro. Rosną też obroty obsługujących je faktorów. W całym 2021 r. sfinansowali oni działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 362,4 mld zł. Oznacza to wzrost obrotów branży o blisko 26 proc. Tylko raz w ciągu ostatnich 10 lat zanotowała ona większą dynamikę rozwoju.faktoring 4 kw 2021

Polski Związek Faktorów (PZF) zrzesza większość podmiotów świadczących usługi faktoringowe. Skupia obecnie 5 banków komercyjnych i 21 wyspecjalizowanych firm udzielających finansowania. Należy do niego także 6 podmiotów o statusie partnera.

Firmy należące do PZF osiągnęły w 2021 r. wzrost obrotów o 25,8 proc. Sfinansowały działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 362,4 mld zł.

Branża faktoringowa pokonała kryzys wywołany pandemią. Wszystkie wskaźniki cechujące nasz rynek powróciły do właściwych poziomów.  Cieszymy się, że usługa faktoringu pełnego ponownie nieznacznie dominuje nad faktoringiem niepełnym. Oznacza to, że przedsiębiorcy starają się nie tylko zabezpieczać swoją płynność finansową, ale także zniwelować ryzyko niewypłacalności kontrahentów, którym wystawiają faktury. Wydaje się, że ubezpieczenie należności połączone z funkcją finansowania może mieć jeszcze większe znaczenie w tym roku i kolejnych latach.

Niemal wszystkie firmy faktoringowe zrzeszone w PZF wygenerowały wyższe obroty niż przed rokiem. Składają się na to wyższe wolumeny sprzedaży u naszych klientów, a także wzrosty cen produktów i usług. Dzięki temu branża zwiększyła obroty w 2021 r. o 25 proc. To drugi najwyższy wzrost w ciągu ostatnich 10 lat. Lepszy zanotowaliśmy tylko w 2018 r. mówi Konrad Klimek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.obroty faktoring 4 kw 2021

Z pomocą branży faktoringowej z recesją poradziło sobie wielu krajowych przedsiębiorców. Udzielając im szybkiego finansowania w oparciu o wystawione przez nich faktury wpłynęliśmy na poprawę ich funkcjonowania i konkurencyjności w trudnym otoczeniu. Istotnym wsparciem był i nadal jest program gwarancji limitów faktoringowych, dedykowany dla naszych klientów – faktorantów, który nasz rynek realizuje wspólnie z Bankiem Gospodarstwa Krajowego. Program znacząco podniósł elastyczność członków PZF w utrzymaniu dotychczasowych limitów faktoringowych i udzielaniu nowego finansowania w ramach faktoringu z regresem oraz faktoringu odwrotnego. Dlatego po nasze usługi sięga coraz więcej firm. Obsługujemy nie tylko więcej dużych i średnich podmiotów, ale także małych i mikro. Ofertę dla nich mają już nie tylko fintechy, ale także najwięksi i najbardziej doświadczeni gracze na rynku usług faktoringowych dodaje Konrad Klimek.

Z usług firm należących do PZF korzysta obecnie 26 tys. krajowych przedsiębiorstw. Wystawiły one ponad 21 mln faktur, na podstawie których faktorzy udzielili finansowania.

Jesteśmy po to aby wspierać polskich przedsiębiorców i pomagać im w utrzymywaniu płynności, rozwijaniu biznesu, poszukiwaniu nowych rynków. Finansowanie działaności łączymy z podnoszeniem bezpieczeństwa obrotów handlowych. Dlatego wciąż rośnie nie tylko liczba przedsiębiorców sięgających po usługi firm faktoringowych, ale także liczba transakcji w ramach faktoringu pełnego.  dodaje Konrad Klimek.liczba faktorów w pzf

Finansowanie w formie faktoringu wybierają przeważnie firmy produkcyjne i dystrybucyjne. Aż ośmiu na dziesięciu klientów korzystających z usług faktoringowych wywodzi się z tych dwóch grup podmiotów. Wystawiają one na ogół faktury na znaczące kwoty oraz z dłuższymi terminami płatności, co sprawia że środki na ich bieżącą działalność pozostają w „zamrożeniu”. Faktoring pozwala im na szybki dostęp do gotówki i regulowanie bieżących zobowiązań. Dzięki temu mogą bez zakłóceń rozwijać swoją działalność, a przy tym oferować odbiorcom atrakcyjne warunki zamówień towarów.struktura faktorów w pzf

Czy państwo jest gotowe na 2 miliony testów dziennie? To oznacza 30 mld zł rocznie

Federacja Przedsiębiorców Polskich skierowała do Marszałek Sejmu pismo z uwagami do projektu ustawy o szczególnych rozwiązaniach dotyczących ochrony życia i zdrowia obywateli w okresie epidemii COVID-19. Przy 14 mln zatrudnionych i testach raz na tydzień państwo musi zagwarantować 2 mln testów dziennie. Czy rząd jest w stanie zapewnić tyle testów? Czy budżet jest na to przygotowany?

Koszt wykonania testu antygenowego to 35,83 zł, zaś szybkiego testu RT-PCR 197,00 zł[1]. Przyjmując, że 3% wykonywanych testów będą stanowić badania PCR (co odpowiada szacunkowej maksymalnej wydolności systemu), zaś resztę testy antygenowe – potencjalny koszt testowania sięgałby nawet 30 mld zł w skali roku.

Zaszczepieni bez ochrony

Projektowana ustawa całkowicie pomija szczepienia, które są najważniejszym sposobem ograniczania skutków epidemii – zwłaszcza śmiertelności i obciążeń w systemie ochrony zdrowia. Pominięcie statusu szczepienia w projektowanej ustawie sprawia, że cele wskazane w preambule nie zostaną osiągnięte. Przepisy dotyczące testowania nie zapewniają żadnej ochrony przed narażeniem się na kontakt z osoba zakażoną – testowanie raz na tydzień jest daleko niewystarczające i podnosi ryzyko zakażenia w zakładzie pracy.

Arbitraż wojewody to loteria

Projektowana ustawa przewiduje zadziwiającą konstrukcję odpowiedzialności na zasadzie ryzyka (w istocie loterię), rozpatrywanej w trybie administracyjnym na podstawie swobodnego uznania organu. Zgodnie z przepisami projektu ustawy zakażony pracownik, który podejrzewa, że zaraził się SARS-CoV-2 w pracy, zgłasza swoje „uzasadnione podejrzenie” pracodawcy, a ten – na podstawie listy pracowników, którzy nie okazali negatywnego testu w okresie poprzedzającym domniemaną datę zakażenia – przekazuje wniosek pracownika o wypłatę świadczenia odszkodowawczego wraz z listą do wojewody. Wojewoda w drodze decyzji określa osoby zobowiązane do zapłaty tego świadczenia i wysokość kwoty należnej od każdego zobowiązanego. Właściwie każdy element tej regulacji budzi fundamentalne zastrzeżenia.

Ustawa zaburza relacje pracodawca – pracownik

Aby zmniejszyć ryzyko zakażenia koronawirusem w miejscu pracy, pracodawcy powinni móc weryfikować status zdrowotny pracowników oraz osób związanych stosunkiem cywilnoprawnym. Natomiast nie do przyjęcia jest propozycja, aby pracodawcy musieli występować z roszczeniami przeciwko tym pracownikom, którzy są niezaszczepieni i spowodowali wzrost zachorowalności w zakładzie pracy – wśród współpracowników i osób trzecich. Występowanie z pozwami przeciwko pracownikom nie jest społecznie oczekiwanym kierunkiem rozwiązania problemu. To droga do eskalacji konfliktów w stosunkach pracy.

Testy nie chronią – chronią szczepienia

Polska jest pierwszym krajem na świecie, które walczy z epidemią za pomocą testów, a nie szczepień. To całkowita kapitulacja przed antyszczepionkowcami. Projekt ustawy w ogóle nie przewiduje skutków odmowy pokazania negatywnego wyniku testu, poza całkowicie losowym ryzykiem wysokich konsekwencji finansowych. Jeżeli prawodawca poszukiwał sposobu wyzwolenia presji na osoby unikające testowania, to obrał wyjątkowo złą drogę. Znacznie bardziej prawdopodobnym skutkiem projektowanej ustawy będzie skonfliktowanie pracowników.

Pracodawcy powinni mieć możliwość sprawowania rzeczywistej kontroli nad ryzykiem wystąpienia COVID-19 w zakładzie pracy przez weryfikowanie certyfikatów szczepień pracowników, gdyż odpowiadają za stan bezpieczeństwa i higieny pracy. Ponoszą wszelkie ryzyka związane z pracą – gospodarcze, socjalne, osobowe. Zatem powinni mieć narzędzia do wypełniania podstawowego obowiązku w zakresie bhp, zgodnie z art. 207 Kodeksu pracy. Zatem, żeby zmniejszyć ryzyko zakażenia koronawirusem w miejscu pracy, pracodawcy powinni móc weryfikować status szczepień pracowników przy wykorzystaniu instrumentów, które państwo w pełni im zapewni.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

[1] Zgodnie z zarządzeniem Prezesa NFZ nr 11/2022/DSOZ

FED pomógł w umocnieniu dolara

Głównym wydarzeniem tego tygodnia dla rynków walutowych było posiedzenie amerykańskiej Rezerwy Federalnej, która zgodnie z oczekiwaniami nie zmieniła swojego kierunku polityki pieniężnej. Nie zaskoczył również szef Fed Jerome Powell, który potwierdził, że program luzowania ilościowego zakończy się na początku marca i że w najbliższym czasie doczekamy się wzrostu stóp procentowych. Po rozpoczęciu procesu podnoszenia stóp procentowych bilans Fed się zmniejszy. Powell zasugerował również, że tym razem tempo spadku bilansu może być szybsze niż w przeszłości, co jest prawdopodobnie spowodowane wysoką inflacją. Należy jednak zauważyć, że słowa przedstawiciela Fed były bardzo ogólne i na faktyczne kroki i ich wpływ będziemy musieli poczekać.

Złoty ma za sobą stosunkowo dynamiczny tydzień. W pierwszej połowie tygodnia polska waluta osłabiła się, po czym odrobiła część strat w drugiej połowie tygodnia i w piątek rano notowana była na poziomie 4,57. W praktyce jednak osłabienie to wynikało bardziej z technicznej korekty po styczniowym umocnieniu złotego niż ze zmiany fundamentu, który złoty ma relatywnie pozytywny w stosunku do euro. Natomiast eurodolar w tym tygodniu spadł do poziomu 1,113. Fundamentalna sytuacja dolara jest znacznie lepsza niż euro. Z amerykańskiej gospodarki napływają optymistyczne dane i w przeciwieństwie do strefy euro, prawdopodobnie wkrótce zobaczymy wzrost amerykańskich stóp procentowych.

AKCENTA CZ a.s.

Ta ustawa to legislacyjna kołomyja. Przedsiębiorcy oburzeni propozycją nowej ustawy covidowej

To aberracja i niestety kpina z przedsiębiorców. To największa legislacyjna kołomyja jaką widzieliśmy” – przedsiębiorcy apelują o konkretne rozwiązania w walce z pandemią.

– W tej propozycji ustawy absurd goni absurd. Tak naprawdę trudno jest w jakikolwiek sposób ocenić jej pozytywne efekty dla ochrony miejsc pracy przed koronawirusem. Mamy wrażenie, że kolejny raz pozoruje się działanie, by sprawić wrażenie, że coś się dzieje, że nad czymś się pracuje. Wniosek jest taki, że przedsiębiorcy są zostawieni sami sobie w obliczu dramatycznych skutków piątej fali pandemii COVID-19. Jesteśmy zaskoczeni tej treści projektem ustawy i mówimy już dzisiaj, że w obecnej formie zrobi on więcej szkody niż pożytku – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

  • Pracodawca będzie mieć prawo do zażądania przedstawienia negatywnego testu na COVID-19. Testy będą mogły być wykonywane raz w tygodniu w firmach bezpłatnie co akurat jest dobrym rozwiązaniem
  • Testowani będą również ozdrowieńcy oraz pracownicy zaszczepieni – w praktyce więc, szczepienie nie jest benefitem. Takie działanie wywoła chaos i konieczność gigantycznego zaangażowania organizacyjnego
  • Pracownicy mogą odmówić wykonania testu, a pracodawca nie będzie miał prawa takiego pracownika zwolnić, zawiesić czy delegować do innych obowiązków
  • Jeżeli dojdzie do zakażenia to pracownik zakażony będzie miał prawo do ubiegania się o odszkodowanie od pracownika , który nie poddał się testowi, a istnieje prawdopodobieństwo, że mógł być on źródłem zakażenia. Odszkodowanie wyniesie 5-krotość minimalnego wynagrodzenia  za pracę
  • W procesy odszkodowawcze zaangażowany będzie pracodawca, do którego pracownik może złożyć wniosek o wszczęcie postępowania w przedmiocie świadczenia. Następnie wniosek jest weryfikowany przez pracodawcę,  który sprawę kieruje do  wojewody, który dokonywać będzie „dochodzenia” jak doszło do zakażenia, czy doszło do niego w zakładzie pracy i kto mógłby być źródłem zakażenia
  • Kara w wysokości 6.000 zł za nieprzestrzeganie  zakazów i ograniczeń  związanych z epidemią Covid-19 generuje chaos  informacyjny  w przedmiocie interpretacji przepisów  o zapobieganiu  i zwalczaniu  zakażeń i chorób zakaźnych
  • Hanna Mojsiuk: nie ma słów na to, jak nielogiczna jest to propozycja ustawy. To prawdopodobnie największa kołomyja legislacyjna jaką widzieliśmy bo wydaje się , że wg ustawy wojewoda ma zastąpić postępowanie sądowe

Jak mówi Hanna Mojsiuk Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, oczekiwania przedsiębiorców były bardzo  proste i formułowane od wielu miesięcy: ustawa o weryfikacji szczepień, taka, która chroni prawa pracownika i pracodawcy. Przedsiębiorcy w czwartkowy wieczór otrzymali jednak propozycje, która komentowana jest jako skandaliczna, nielogiczna i nierozwiązująca żadnego problemu.

– Jako rozwiązanie problemu z galopującą ilością zakażeń, proponuje nam się ustawowego dziwoląga, który wprowadza wiele zamieszania, a nie rozstrzyga żadnych wątpliwości. Pracodawcy będą mogli zażądać przedstawienia negatywnego wyniku testu, który będzie nieobowiązkowy. Pracownik może odmówić przedstawienia go i nie spotka go za to żadna konsekwencja. Jeżeli dojdzie do zakażenia, to osoby nieprzetestowane będą potencjalnymi podejrzanymi o zakażenie. A co jeżeli wykonania testu odmówi kilkadziesiąt osób? Będzie losowanie winnego? Co jeżeli podejrzany będzie zaszczepiony? Co jeżeli zakażony zostanie zaszczepiony, a podejrzanym o zakażenie też będzie zaszczepiony? Jak będzie wyglądać śledztwo? Kto będzie prokuratorem a kto sędzią ? Czy pracownicy będą donosić na siebie nawzajem tylko po to, by otrzymać odszkodowanie? I jak w tym wszystkim ma odnaleźć się wojewoda, który będzie niczym  Sherlock Holmes i będzie  musiał znaleźć winnego zakażenia innego pracownika? Mam wrażenie, że zaproponowano nam rozwiązanie, które mnoży zamęt i nie jest odpowiedzią na żaden problem przedsiębiorców. Ta propozycja ustawy to największe nieporozumienie  legislacyjne jakie widzieliśmy – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej.

– Produkujemy martwe przepisy, które nie będą mieć żadnego zastosowania w praktyce. Ta skandaliczna propozycja podważa istotę szczepień, jako rozwiązania zabezpieczającego miejsca pracy. Liczymy na opamiętanie i przygotowanie projektu ustawy, który nie będzie obrazą dla przedsiębiorców i ich codziennej walki o utrzymanie miejsc pracy. Przypominam: w Polsce na kwarantannie przebywa milion osób, a za dwa tygodnie ta liczba może być nawet dwukrotnie większa. Wielkimi krokami zbliżamy się do lockdownu. Potrzebujemy rozwiązań, a nie działania pozorowanego – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Izby.

Sytuacja gastronomii coraz trudniejsza

W opinii ekspertów firmy PMR Restrukturyzacje, przedłużająca się pandemia, bardzo mocno uszczupliła zapasy finansowe polskich przedsiębiorców. Ograniczone budżety, w połączeniu z rosnącą inflacją i gwałtownym wzrostem kosztów stałych, mogą doprowadzić na skraj niewypłacalności nawet kilka tysięcy firm. W najtrudniejszej sytuacji znajduje się branża gastronomiczna.

Ubiegłoroczny rekord 2125 zarejestrowanych niewypłacalności polskich firm (co stanowiło 71 proc. wzrost rdr.), już za 11 miesięcy może stracić na aktualności. Głównymi przyczynami kolejnej lawiny restrukturyzacji i upadłości, będą inflacja i skokowe podwyżki kosztów stałych, w postaci m.in. cen energii i stale rosnącej presji na płace.

Inflacja dobija zdziesiątkowaną gastronomię

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w grudniu ub.r. inflacja konsumencka w Polsce wyniosła w ujęciu rocznym 8,6 proc., przy średniej 5,1 proc. dla całego 2021 roku. Największe wzrosty cen w roku 2021 odnotowano w transporcie – 22,7 proc. Więcej o 11,2 proc. niż przed rokiem kosztowało w grudniu ub. r. użytkowanie mieszkania lub domu, a także nośniki energii, gdzie wzrosty rachunków sięgały nawet kilkuset procent. Dla przykładu średnia rynkowa cena prądu w grudniu 2021 r. wynosiła ok. 830 zł za MWh i była o 215 proc. wyższa niż w styczniu 2021 r. A to zaledwie początek długiej listy wyzwań, przed którymi stają dziś firmy działające nad Wisłą.

Od stycznia br. mierzą się one również ze wzrostem płacy minimalnej. Ta z kolei pośrednio wpływa na podwyższanie pozostałych wynagrodzeń, na które wielu przedsiębiorców po prostu już nie stać. W normalnych okolicznościach tego typu koszty mogą być pokrywane z nadwyżek lub zapasów finansowych, które firmy są w stanie gromadzić przy dobrej koniunkturze. Dla wielu branż, w tym m.in. transportu, rozrywki, sektora kosmetycznego czy gastronomii, ostatnie kilkanaście miesięcy było jednak niezwykle trudne, a duża część firm bardzo szybko wykorzystała zaplecze gotówkowe. Dziś, część z nich staje na progu niewypłacalności i realnie myśli o zamknięciu biznesutłumaczy Małgorzata Anisimowicz, prezes zarządu PMR Restrukturyzacje i kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i dodaje, że w szczególnie trudnej sytuacji znajduje się gastronomia. Według szacunków Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej w 2021 roku obroty branży były aż o 54 proc. niższe w stosunku do przedpandemicznego 2019 roku. W konsekwencji, z sektora odpłynęło aż 200 tys. pracowników i zniknęło około 20 tysięcy lokali.

Słabnąca konsumpcja spotęguje problemy firm

Dodatkowym zmartwieniem przedsiębiorców stała się reforma opodatkowania firm i płac, wprowadzona w postaci Polskiego Ładu. Ze styczniowego sondażu firmy United Surveys wynika, że ponad połowa badanych wciąż nie wie, jak w związku z nowymi przepisami zmienią się ich dochody. Ze znacznie większymi problemami zmagają się jednak sami pracodawcy. Dla przykładu, przedsiębiorcy, którzy aktualnie w swoich magazyn mają towar z ubiegłego roku i teraz będą chcieli go sprzedać, zapłacą gigantyczną składkę zdrowotną, która w wielu przypadkach znacząco przewyższy marżę. W nowych przepisach podobnych zapisów jest znacznie więcej i w dużym spektrum dotyczą one zbywania dóbr nabytych przed 2022 rokiem, za które teraz trzeba będzie zapłacić dodatkową, bardzo wysoką daninę. – Z perspektywy firm jednym z czynników, które najmocniej utrudniają prowadzenie biznesu jest nieprzewidywalność. Jeśli przedsiębiorca wie, jakich podwyżek i konkretnych, dodatkowych kosztów może spodziewać się w przyszłości, jest w stanie podjąć skuteczne działania zaradcze. Dziś większość firm nie wie jednak czego spodziewać się za kilka miesięcy i za co tak właściwie będzie musiała zapłacić. Chaos panuje nawet w biurach księgowych, a to tylko pogarsza i tak już niełatwą sytuację wielu osób prowadzących bizneswskazuje Małgorzata Anisimowicz.

Trudny do przewidzenia wzrost kosztów, potęguje prognoza konsumpcji, która w najbliższych miesiącach może ulec radykalnemu załamaniu. Badanie, przeprowadzone przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Grupy BLIX, pokazuje, że w wyniku rosnącej inflacji aż 67,9 proc. Polaków ogranicza wydatki w sklepach. Na podobny trend wskazuje firma badawcza GfK Polonia – według niej w najbliższym czasie aż 73 proc. polskich nabywców zamierza oszczędzić na podstawowych zakupach, przy jednoczesnym planowanym wzroście wydatków na dobra trwałe. – Jeszcze przez pewien czas rynek może być stymulowany przez duże zakupy dóbr stałego użytku. Nikt nie potrzebuje jednak kilku tosterów lub ekspresów do kawy. Gdy konsumenci zatowarują się w potrzebne produkty, sprzedaż może gwałtownie wyhamować, co w pierwszej kolejności odczują mali i średni przedsiębiorcypodkreśla ekspert PMR Restrukturyzacje.

Firmy nie chcą upadać i częściej sięgają po restrukturyzację

Według obserwacji PMR Restrukturyzacje w ostatnich miesiącach stale wzrasta liczba przedsiębiorstw, które nie regulują zobowiązań z powodu zachwianej płynności finansowej. To oznacza, że jeszcze w pierwszym kwartale br. kilkuset kolejnych przedsiębiorców ogłosi niewypłacalność. Równocześnie przybywa jednak firm, które zamiast decydować się na upadłość, postanawiają zawalczyć o swój biznes na drodze restrukturyzacji. Na taki trend największy wpływ miało wprowadzenie nowego narzędzia w postaci uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego, które pozwala przeprowadzić cały proces bez udziału sądu, w znacznie krótszym czasie niż w przypadku innych rodzajów postępowań. W konsekwencji, w 2021 roku w Monitorze Sądowym i Gospodarczym niewypłacalność w formie nowego uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu (bez rejestracji w sądzie) ogłosiło niemal 1,2 tys. podmiotów, czyli ponad trzykrotnie więcej niż rok wcześniej. – Choć uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, wprowadzone wraz z Tarczą 4.0 zakończyło już swój byt prawny, przedsiębiorcy mają teraz do dyspozycji postępowanie o zatwierdzenie układu, które w tożsamym stopniu jak poprzednia formuła, odbywa się poza sądem oraz ochroni przedsiębiorstwa przed agresywną windykacją pozwalając na zawarcie układu z wierzycielami. Jeśli inflacja nagle nie wyhamuje i w gospodarce nie pojawi się stabilizacja, możemy oczekiwać kolejnego rekordu przeprowadzonych postępowańpodsumowuje Małgorzata Ansimowicz.

Fiasko odbicia na Wall Street

Próba odbicia amerykańskiej giełdy okazała się niewypałem. Pomimo dobrych danych z amerykańskiej gospodarki (PKB) indeksy zdołały rosnąć jedynie na początku sesji. W późniejszych godzinach zapanował niedźwiedzi sentyment. Dolar kolejny dzień umacniał się a EUR/USD spadł do najniższego poziomu od czerwca 2020 roku.

Wczoraj przed otwarciem Wall Street poznaliśmy obraz amerykańskiej gospodarki w IV kwartale minionego roku. Sam wynik okazał się imponujący. Dynamika wzrostu okazała się dużo lepsza od oczekiwań: 6,9 proc. versus 5,5 proc. Dane te z pewnością dały paliwo do wzrostu, choć starczyło go na niewiele. Indeksy na początku sesji zyskiwały prawie 2 proc. żeby potem ponownie skierować się na południe. SP500 ostatecznie zamknął dzień pod kreską 0,5 proc. a Nasdaq Composite stracił 1,4 proc. Wczorajsza sesja wprowadziła niepokój. Nie widać aż tak dużego zainteresowania inwestorów do kupowania dołków, a jak wiemy taka strategia od długiego czasu działała. Być może skala ostatniej przeceny budzi obawy u traderów. Sprawy powędrowały już za daleko. Podwyżkę stóp procentowych w USA widać za rogiem i to może blokować wielu przed ponownym wejściem w ryzykowne aktywa.

Amerykański dolar dynamicznie umacniał się przez ostatnie ponad pół roku dyskontując start procesu normalizacji polityki pieniężnej Fed. Nie oznaczało to jednak, że dalsze umocnienie nie jest możliwe. Główna para walutowa zbliża się do poziomu 1,11. Został przełamany ważny techniczny poziom na 1,1190 i nastąpiła aktywacja wielu zleceń. Pytanie teraz brzmi czy zejdziemy do 1,11 czy może nawet do 1,10 i dopiero wówczas zobaczymy odbicie notowań.

Wracając do wczorajszych danych PKB z USA, dobry wynik to zasługa przed wszystkim tego, że przedsiębiorstwa dynamicznie uzupełniały zapasy, które uległy zmniejszeniu. Wzrosło zapotrzebowanie konsumentów na towary kosztem usług, które to szczególnie ucierpiały w ostatnich miesiącach z powodu ograniczeń. Dodatkowo produkcja nie była w stanie nadążyć z powodu zjawiska „wąskich gardeł”. Wzrost zapasów nastąpił pierwszy raz od roku. Duży wkład w PKB miała także konsumpcja prywatna, która zwiększyła się o 3,3 proc. co było pokłosiem ożywienia na rynku pracy i przejściowego złagodzenia skutków pandemii. Wiemy, że fala wariantu omikron dotknęła USA dopiero w grudniu.

Prawdopodobnie jej skutki nie znalazły odzwierciedlenia w danych za IV kwartał. Prawdopodobnie dane za I kwartał pokażą spowolnienie. Moim zdaniem wczorajsze dane nie mają większego znaczenia dla oceny polityki monetarnej Fed. Cały czas problemem nr jeden jest wysoka dynamika inflacji.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

Dane MRiPS: W ub.r. obcokrajowcom wydano ponad 500 tys. zezwoleń na pracę. Głównie dostali je Ukraińcy

Jak wynika ze wstępnych danych Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej, w ub.r. wydano ponad pół miliona zezwoleń na pracę dla cudzoziemców. To o 22% więcej niż w 2020 roku, a względem 2019 roku wzrost wyniósł ponad 13%. Ostatnio około 65% ww. decyzji dotyczyło obywateli Ukrainy. Za nimi znaleźli się Białorusini. Co piąte zezwolenie wydane w kraju przypadło na województwo mazowieckie. Natomiast na drugim końcu zestawienia widzimy świętokrzyskie. Jak podkreślają eksperci komentujący wyniki, musimy lepiej podejść do sprawy, bo za 3-4 lata brak rąk do pracy będzie strategicznym problemem naszej gospodarki.

Dwucyfrowe wzrosty

Jak informuje Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej, według wstępnych szacunków, w 2021 roku wydano 502,3 tys. zezwoleń na pracę dla cudzoziemców. To o 22% więcej niż w 2020 roku, kiedy było ich prawie 411,7 tys. W ub.r. nastąpił też wzrost o 13,3% względem 2019 roku. Wówczas takich przypadków odnotowano blisko 443,3 tys. Tak wynika z danych uzyskanych z systemu analityczno-raportowego CeSAR.

– Polska jest gospodarką zerowego bezrobocia. Firmy mają więc problem ze znalezieniem pracowników, zwłaszcza do prac mniej płatnych, wymagających niższych kwalifikacji. Jednocześnie cudzoziemcy nie mają trudności ze zdobyciem zajęcia w Polsce. Jest nadwyżka popytu na pracę i to przyciąga coraz więcej obcokrajowców. Jednocześnie nasza polityka gospodarcza nie zachęcała do tego, żeby więcej ludzi pracowało. Mam na myśli choćby obniżenie wieku emerytalnego czy wzrost zasiłków niezwiązanych z aktywnością zawodową – komentuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Z kolei ekonomista Marek Zuber zwraca uwagę na analizy firm headhunterskich. Z nich wynika, że w 2021 roku Ukraińców pracujących w Polsce było około 200 tys. mniej niż w 2019 roku. Jak podkreśla ekspert, nie wszyscy obcokrajowcy zarabiają u nas legalnie, zwłaszcza w pomocy domowej czy w opiece nad seniorami. Część z nich zmusiły do tego trudne warunki życia we własnej ojczyźnie. Natomiast w związku z pandemią mamy do czynienia z zaostrzaniem różnego rodzaju przepisów, w tym także kontroli. Jest więc tendencja do legalizowania pobytu. Pracodawcy chętniej decydują się na oficjalne zatrudnienie, bo jest większa konkurencja na rynku.

– Dane resortu pokazują też złą sytuację gospodarczą naszych sąsiadów z Ukrainy i Białorusi. To ciągle są państwa, w których trudno o przyzwoicie płatną pracę. Przepaść płacowa czy dochodowa między naszymi krajami pozostaje tak duża, że Polska ich przyciąga. Oczywiście są miejsca jeszcze bardziej atrakcyjne, np. Niemcy. Jednak Ukraińcom i Białorusinom łatwiej jest mieszkać i żyć u nas, choćby ze względu na język – dodaje prof. Orłowski.

Kierunek dla Ukraińców

Ze wstępnych danych z 2021 rok wynika, że najwięcej zezwoleń na pracę otrzymali obywatele Ukrainy – prawie 324 tys. To około 64,5% wszystkich pozwoleń wydanych w ubiegłym roku. Natomiast w 2020 roku odsetek ten wyniósł blisko 72,8% (ponad 299,5 tys.), a w 2019 roku – 74,4% (niespełna 330 tys.).

– Wpływ na te dane mają przede wszystkim 2 czynniki. Po pierwsze, rynek niemiecki jest częściowo otwarty dla obywateli Ukrainy. Tam mogą więcej zarobić, ale są większe różnice kulturowe i jest dużo większy problem w kwestiach językowych. Po drugie, Słowacja i Czechy zrobiły w ostatnich pięciu latach znacznie więcej ruchów ułatwiających pracę Ukraińców niż my. Oczywiście, działaliśmy w tych kwestiach, ale znacznie wolniej. W związku z tym nie tylko Niemcy, lecz też nasi południowi sąsiedzi są dla nas konkurencją. Oni ściągają sporo pracowników z Ukrainy – analizuje Marek Zuber.

Kolejne miejsce w zestawieniu zajmują Białorusini – 34,7 tys. (w 2019 roku – 26,9 tys., w 2020 roku – prawie 27,4 tys.). Za nimi znajdują się obywatele Indii – 15,3 tysiąca, Uzbekistanu – prawie 15 tysięcy, Filipin – przeszło 13,2 tysiąca, a także Nepalu – ponad 10,8 tys.

– Zastanawiamy się nad ściąganiem pracowników z odległych zakątków świata, np. z Filipin. Natomiast taką naturalną grupą powinni być potomkowie Polaków, którzy zostali wywiezieni z kraju m.in. po drugiej wojnie światowej, a dziś mieszkają np. w Kazachstanie czy na Syberii. Myślę, że spora część z nich chciałaby tu żyć. Jednak cały czas te działania idą jak po grudzie – dodaje Marek Zuber.

Województwa pod lupą

Ponadto ze wstępnych danych wynika, że w 2021 roku najwięcej zezwoleń na pracę wydano w województwie mazowieckim – ponad 104,1 tys. (przeszło 20,7% wszystkich). Następne w zestawieniu są woj. wielkopolskie – 57,8 tysiąca, łódzkie – 53,2 tysiąca, śląskie – 48,7 tys. i małopolskie – 42,7 tys. Natomiast najmniej takich przypadków odnotowano w świętokrzyskim – 4,9 tys., warmińsko-mazurskim – 6,6 tys. oraz podkarpackim – 7,8 tys.

– W Polsce w rejonach zurbanizowanych nie ma bezrobocia. Jest nawet nadwyżkowy popyt na pracę. I tam widzimy najwięcej zezwoleń dla cudzoziemców. Na końcu zestawienia mamy województwa jedne z najsłabiej zurbanizowanych. Wiadomo też, że w niektórych regionach Polski niechęć do cudzoziemców, zwłaszcza do Ukraińców, jest większa niż w innych. Mam na myśli przede wszystkim Polskę południowo-wschodnią. Przyczyny są historyczne – podkreśla prof. Orłowski.

Jak stwierdza Marek Zuber, w perspektywie 3-4 lat brak ludzi do pracy stanie się strategicznym problemem polskiej gospodarki. Nie jest wykluczone, że jeśli sobie nie poradzimy z tym, to zaczniemy się wolniej rozwijać. Dlatego dzisiaj musimy szukać rezerw. Jedną z opcji jest wzrost aktywności zawodowej, bo w dalszym ciągu mamy ok. 6 punktów procentowych mniej aktywnych zawodowo ludzi niż w Niemczech. Zdaniem eksperta, w ciągu najbliższego roku lub dwóch lat będziemy obserwować nacisk na legalizację pracy ze względu na konkurencję o pracownika. Ale wzrost kosztów dla przedsiębiorców zacznie raczej ich wpędzać w szarą strefę niż z niej wyciągać. Dziś nie wiemy, który z tych przeciwstawnych czynników będzie mocniej wpływał na sytuację rynku pracy.

Polski Ład: jak skorzystać z ulgi dla klasy średniej?

Jedną ze zmian w ramach Polskiego Ładu jest wprowadzenie ulgi dla klasy średniej. Jakie warunki należy spełnić, aby móc sięgnąć po tę formę odliczenia?

Wspomniana ulga polega na możliwości obniżenia podstawy opodatkowania w podatku dochodowym zarówno przez pracowników, jak i samych przedsiębiorców. Co ważne, dotyczy ona zarówno osób zatrudnionych na podstawie stosunku pracy, stosunku służbowego, pracy nakładczej lub spółdzielczego stosunku pracy, jak i przedsiębiorców, którzy rozliczają się według skali podatkowej.

Sięgnąć po nią mogą wyłącznie te osoby, które zarabiają od 5 701 do 11 141 złotych brutto miesięcznie. Jak zatem odpowiednio zastosować ulgę? – W przypadku przedsiębiorców sprawa wydaje się być prosta, albowiem rozliczającym jest sam podatnik, który rozlicza ulgę od dochodu, jaki został wypracowany od początku roku. Należy przy tym podkreślić, że przedsiębiorcy rozliczający się na podstawie zaliczek uproszczonych nie będą mogli skorzystać z ulgi – mówi Teresa Warska, specjalista ds. księgowości w Systim.pl. – Inaczej jednak rzecz ma się w przypadku pracowników. Tu bowiem pracodawca jest zobligowany do tego, by sprawdzić czy podatnik osiągnął minimalny przychód bądź przekroczył jego maksymalną wartość – dodaje Warska.

Co istotne, w zależności od wysokości przychodów w skali roku ustawa przewiduje dwa wzory obliczania ulgi dla klasy średniej:

  1. dla przychodów od 68 412 zł do 102 588 zł kwota ulgi = [(kwota przychodu x 6,68%) – 4 566] ÷ 0,17,
  2. dla przychodów ponad 102 588 zł do 133 692 zł kwota ulgi = [(kwota przychodu x (7,35%)) + 9 829 zł] ÷ 0,17.

 

Należy pamiętać, że przy wyliczaniu wartości ulgi do kwoty przychodów przedsiębiorcy powinni zaliczyć przychody z działalności, zaś pracownicy nie tylko wynagrodzenie w kwocie brutto, wynikające ze stosunku pracy, lecz również i nadgodziny, premie oraz dodatkowe świadczenia, jak chociażby wartość pakietu opieki medycznej.

Czy ulgę można rozliczać jedynie rocznie? – Ulgę dla klasy średniej można rozliczać w dwojaki sposób – odpowiada ekspertka z Systim.pl – Z uwagi na fakt, iż na koniec roku podatnik posiada pełną wiedzę co do swoich przychodów, rozliczenie roczne jest opcją najprostszą. Niemniej może on również wybrać opcję rozliczenia miesięcznego. Co więcej, w sytuacji, gdy w danym miesiącu przekroczy on bądź nie osiągnie podanych w ustawie wartości dochodów uprawniających do ulgi, nie traci on prawa do korzystania z niej w kolejnych miesiącach – podkreśla specjalistka.

Na koniec warto podkreślić, że w przypadku wątpliwości co do granic przychodów uprawniających do ulgi, pracownik może złożyć wniosek o jej rezygnację, zaś przedsiębiorca nie rozliczać jej wraz z zaliczkami na podatek.

Zaledwie 17 proc. Polaków twierdzi, że na pewno rozpozna oszusta wyłudzającego dane osobowe

Ponad 45 proc. z nas otrzymała w czasie ostatnich 6 miesięcy podejrzaną wiadomość SMS lub e-mail z prośbą o udostępnienie danych osobowych. Dodatkowo 25 proc. Polaków przyznaje, że w trakcie rozmowy telefonicznej zostali wprost poproszeni o podanie numeru PESEL oraz numeru i serii dowodu osobistego. Problem w tym, że tylko 17 proc. z nas nie ma żadnych wątpliwości, że potrafi rozpoznać, kiedy mają do czynienia z oszustem. Takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego przez serwis ChronPESEL.pl i Krajowy Rejestr Długów.

Ponad 43 proc. ankietowanych uważa, że w ciągu ostatnich 6 miesięcy byli bardziej niż wcześniej narażeni na wyłudzenie danych osobowych. Najwięcej zaniepokojonych (47,7 proc.) można znaleźć wśród osób w wieku 35-44 lata.

Za największe zagrożenie dla swoich danych osobowych ankietowani uważają oszustów wykorzystujących SMS-y, e-maile czy telefony. To blisko połowa (47,5 proc.) wszystkich badanych. Najbardziej obawiają się tego osoby w wieku 35-44 lata oraz powyżej 55 r.ż. W każdej z tych grup oszustów wyłudzających dane za największe zagrożenie uznała ponad połowa ankietowanych. Kolejne miejsce na liście zagrożeń zajmują wycieki danych, bądź to z instytucji państwowych, bądź z prywatnych firm. Obawia się tego 39 proc. ankietowanych. Listę zagrożeń zamykają hakerzy, przed którymi drży co siódmy badany (13,5 proc.).

Młodzi Polacy częściej proszeni o kliknięcie w podejrzany link

Doświadczenia Polaków z ostatnich 6 miesięcy pokazują, że powyższe obawy nie są bezpodstawne. Ponad 45 proc. z nich deklaruje bowiem, że w tym czasie otrzymało podejrzany e-mail lub sms albo odebrało telefon skłaniający do podjęcia jakichś działań związanych z udostępnieniem danych. Najwięcej takich przypadków odnotowali ankietowani w wieku 35-44 lata. Doświadczyło tego prawie 53 proc. z nich.

Otrzymana wiadomość najczęściej zachęcała do kliknięcia w przesłany link (59,6 proc.) lub otworzenia podejrzanego załącznika (52,4 proc.). Prawie 1/3 ankietowanych (29,7 proc.) spotkała się w tej sytuacji także z prośbą o wykonanie podejrzanej płatności lub przelewu, a 19 proc. zostało wprost poproszone o przekazanie danych osobowych.

Kliknięcie w taki link lub pobranie podejrzanego załącznika może się skończyć tym, że na naszym sprzęcie zainstalowane zostanie złośliwe oprogramowanie, które pozwoli oszustom zdobyć wszystkie potrzebne informacje. Zebrane w ten sposób dane posłużą potem do zaciągnięcia zobowiązań z wykorzystaniem naszej tożsamości, np. w postaci umowy kredytowej, leasingowej, drogich zakupów lub szybkiej pożyczki. I właściciel wyłudzonych w ten sposób danych osobowych dowie się o tym dopiero wówczas, gdy dostanie wezwanie do zapłaty – ostrzega Bartłomiej Drozd, ekspert serwisu ChronPESEL.pl.

Podejrzane linki i załączniki do wiadomości to problem, który w jeszcze większym stopniu dotyczy młodych Polaków. Blisko 2/3 ankietowanych w wieku 18-24 lata, którzy otrzymali takiego SMS lub e-maile została poproszona właśnie o kliknięcie w odpowiednie miejsce lub pobranie wskazanej zawartości. Także prawie co trzeci z nich (31 proc.) doświadczył w takiej wiadomości wezwania do przekazanie danych osobowych, a co czwarty (23,8 proc.) danych do logowania w bankowości.

Dzwoni pracownik banku i prosi o numer PESEL

Problemem są również oszuści telefoniczni. Ponad 25 proc. ankietowanych zadeklarowało, że w czasie ostatnich 6 miesięcy zostało w trakcie rozmowy telefonicznej poproszonych o podanie danych osobowych takich, jak numer PESEL oraz numer i serię dowodu osobistego. Takie doświadczenie ma 1/3 osób (34 proc.) w wieku 18-24 lata.

Jak wskazują ankietowani, najczęściej dzwonili pracownicy banku, w którym mamy konto. To ponad 40 proc. przypadków. 1/5 takich sytuacji (20,6 proc.) dotyczyła już jednak rzekomych pracowników firm energetycznych, telekomunikacyjnych lub dostawców Internetu. Najczęściej (32,3 proc.) z takim telefonem mieli do czynienia seniorzy w wieku powyżej 65 r.ż. To o tyle niepokojące, że przecież te firmy nie potrzebują telefonicznie przetwarzać takich danych.

Na pewno alarmujące powinno być to, że ponad 17 proc. przypadków dotyczyło telefonów z banku, w którym nie mamy nawet konta. W najmłodszej grupie ankietowanych z taką sytuacją spotkała się nawet co czwarta osoba.

Od kilkunastu miesięcy obserwujemy wzmożoną aktywność przestępców wyłudzających dane osobowe. Oszuści podszywają się pod firmy kurierskie, sklepy internetowe, operatorów sieci telefonicznych oraz pod banki. Cały czas wykorzystują także kontekst pandemii. Dlatego warto na bieżąco śledzić ostrzeżenie w mediach. Utrata czujności otworzy bowiem pole do kolejnych działań oszustów, którzy będą chcieli wykorzystać nasz chwilowy brak uwagi – ostrzega Bartłomiej Drozd, ekspert serwisu ChronPESEL.pl.

Uwagę powinniśmy zwrócić również na rzekomy pracowników organizacji koordynujących bezpłatne badania medyczne, którzy w trakcie rozmowy telefonicznej proszą o podanie danych osobowych. Spotkało się z tym blisko 15 proc. ankietowanych. Jednak wśród osób wieku 55-64 lata, było to już prawie 25 proc.

Edukacja pomoże w walce z oszustami

Powyższe odpowiedzi dotyczące aktywności oszustów wyłudzających dane osobowe są o tyle niepokojące, że jak wynika z przeprowadzonego badania, tylko 17 proc. Polaków deklaruje, że jest zdecydowanie pewna tego, że potrafi rozpoznać fałszywą wiadomość powołującą się na bank, sklep internetowy lub firmę kurierską. Pozostali albo asekurują się twierdząc, że raczej potrafią zweryfikować oszusta (62 proc.), albo wprost przyznają, że nie wiedzą, jak to zrobić (21 proc.).

Przez co są podatni na coraz bardziej wymyślne próby oszustwa. Dużą większą pewność siebie wykazują w tym aspekcie mężczyźni. Tylko niespełna 15 proc. z nich deklaruje, że nie wie, w jak rozpoznać próbę oszustwa. Wśród kobiet ten odsetek jest prawie dwukrotnie wyższy i wynosi ponad 27 proc.

Dlatego najlepszą metodą walki z oszustami jest nieustanna edukacja na temat odpowiedniej ochrony danych osobowych. Przykładem takiego działania jest organizowany 28 stycznia Dzień Ochrony Danych Osobowych.

Przyspieszenie transformacji cyfrowej, które odczuwamy na co dzień w każdej sferze życia, pobudziło aktywność oszustów wyłudzających dane osobowe. Ponieważ skuteczna ochrona danych osobowych wynika z wiedzy i odpowiednich zachowań, dlatego UODO w różnorodny sposób popularyzuje informacje o ochronie danych osobowych. W ten sposób przyczynia się do podnoszenia świadomość społeczeństwa oraz zachęca do odpowiedzialnego posługiwania się danymi. W tym kontekście należy wspomnieć o naszej infolinii, która codziennie odpowiada na kilkadziesiąt pytań, od osób fizycznych czy inspektorów ochrony danych, z którymi się zmagają. Na naszej stronie www.uodo.gov.pl, publikowane są artykuły poradnikowe czy udostępniane filmy edukacyjne, poprzez które wyjaśniamy, jakie skutki niesie utrata kontroli nad własnymi danymi osobowymi i co robić aby minimalizować to ryzyko. Bardzo dużo uwagi poświęcamy szczególnie na kształtowanie odpowiednich postaw wśród najmłodszych Polaków. Z myślą o nich od 12 lat realizuje ogólnopolski program edukacyjny dla szkół „Twoje dane – Twoja sprawa” – mówi Adam Sanocki, rzecznik Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Jednak nawet zachowanie wszystkich zasad bezpieczeństwa może nie wystarczyć do tego, żeby uchronić się przed wykorzystaniem naszych danych osobowych. Nieprzypadkowo aż 39 proc. ankietowanych obawia się wycieku danych z instytucji rządowych lub firm prywatnych. Nie wiemy, w jaki sposób zabezpieczone są bazy danych szpitali, przychodni, szkół wyższych, sklepów internetowych, pracodawców  i wielu innych firm i instytucji, które przetwarzają nasze dane osobowe. Dlatego Urząd Ochrony Danych Osobowych w swoim komunikacie dotyczącym reagowania w przypadku kradzieży tożsamości rekomenduje m.in. założenie konta w systemie informacji gospodarczej, celem monitorowania swojej aktywności kredytowej.

Ogólnopolskie badanie „Ochrona danych osobowych w Polsce” zostało przeprowadzone w styczniu 2022 r. przez IMAS International na zlecenia Krajowego Rejestru Długów BIG SA i serwisu ChronPESEL.pl na próbie 1010 osób.

Jak dziś finansować inwestycje?

W 2021r. we wszystkich 27 krajach UE, ponad 75% firm MŚP posiłkowało się zew. źródłami finansowania – pokazują wyniki badania zrealizowanego przez Komisję Europejską. Europejscy przedsiębiorcy, wymieniając najbardziej istotne instrumenty, wskazali na linię kredytową oraz leasing (odpowiednio 48% i 47% odpowiedzi). W Polsce od kilku lat pierwsze miejsce zajmuje leasing, który w coraz większym stopniu finansuje ekologiczne inwestycje.

Warszawa, 28.01.2022: Linia kredytowa, leasing oraz kredyt bankowy to instrumenty finansowe, które w ostatnich latach były najczęściej wybierane przez małe i średnie firmy w 27 krajach UE. Pozycja leasingu pozostawała stabilna w latach 2015-2020, a w ostatnim roku zyskała, podczas gdy znaczenie linii kredytowej lub kredytu w rachunku bieżącym i kredytów bankowych traciło od 2015 r. Takie wnioski płyną z badania SAFE realizowanego na próbie 16 tys. europejskich firm[1].

W Polsce 62% przedsiębiorców z segmentu MŚP uznaje leasing za najbardziej istotne źródło finansowania działalności. Na drugim miejscu znalazła się linia kredytowa, która jest ważna dla połowy badanych firm MŚP (52%), podczas gdy na trzecim miejscu wskazywane były dotacje (42%). Leasing zajmuje w Polsce najwyższą lokatę od 5 lat, natomiast znaczenie dotacji zyskało w momencie pojawienia się pandemii COVID-19 w 2020r. Badanie było prowadzone we wrześniu i październiku 2021r., czyli w miesiącach, w których komunikowano zmiany podatkowe w zakresie prywatnego wykupu aktywa po okresie leasingu.

„Branża leasingowa wspiera inwestycje firm z segmentu MŚP, które dopowiadają za blisko 50% polskiego PKB. Jednocześnie są one największym odbiorcą usług leasingowych. Dziś coraz większego znaczenia nabierają inwestycje spełniające postulaty klimatyczne i prowadzące do transformacji energetycznej gospodarki. Sektor leasingowy aktywnie wspiera tworzenie i realizację programów oferujących dopłaty do ekologicznych rozwiązań. Dobrymi przykładami mogą być program dopłat do pojazdów elektrycznych „Mój elektryk” na lata 2021-2026 czy PolSEFF z lat 2011-2014, czyli program wspierający inwestycje w urządzenia, poprawiające efektywność energetyczną z listy LEME  – powiedział Tomasz Sudaj, Prezes Zarządu Związku Polskiego Leasingu.

Leasingodawcy już dziś finansują instalacje fotowoltaiczne, ładowarki do samochodów elektrycznych czy pojazdy ciężarowe, napędzane gazem i energią elektryczną. Niedługo na większą skalę będą finansować pompy ciepła czy magazyny energii. Jako branża jesteśmy gotowi do rozmów na temat kolejnych programów dopłat, angażujących zewnętrzne instrumenty finansowe, takie jak leasing” – podkreślił Tomasz Sudaj.ZPL zrodla finansowania msp SAFE 2021

W co inwestowały firmy?

Wyniki badania zrealizowanego przez Komisję Europejską pokazują, że polskie firmy pozyskane finansowanie przeznaczały na zapasy i kapitał obrotowy (40% wskazań firm) oraz na inwestycje w różne aktywa (36 proc. polskich firm). 23% badanych firm zewnętrznym kapitałem sfinansowało rekrutacje i szkolenia pracowników oraz refinansowało lub spłacało zobowiązania. W badanej grupie firm, tylko 13 proc. postanowiło rozwinąć nowe produkty i usługi.

W przypadku europejskich firm (średnia EU27) na pierwszym miejscu znalazły się zapasy i kapitał obrotowy oraz inwestycje w różne aktywa (38% deklaracji), a na kolejnych: procesy rekrutacyjno- szkoleniowe (22%) czy rozwijanie nowych produktów i usług (20%).

Komentując wyniki badania, Tomasz Sudaj stwierdził: „Polskie firmy, podobnie jak firmy z innych krajów UE, przeznaczają pozyskane środki na sfinansowanie pojazdów, maszyn i innych środków trwałych, wykorzystywanych w prowadzonej działalności. Porównując wyniki rodzimych przedsiębiorców z wynikami płynącymi z poszczególnych rynków UE widzimy, że dwa razy więcej firm z takich krajów jak: Niemcy, Finlandia czy Austria (odpowiednio 27, 29 i 32% wskazań) rozwija nowe produkty i usługi. Uważam, że jest to coraz ważniejszy kierunek także dla polskich firmy, które na co dzień konkurują na europejskich rynkach. W najbliższych latach dodatkowo wzmocni się oczekiwanie ze strony klientów, kontrahentów czy międzynarodowych instytucji finansowych, aby realizowane inwestycje wspierały cele klimatyczne i w większym stopniu bazowały na energii pozyskiwanej ze źródeł odnawianych. Ten obszar już dziś należy adresować, jako jeden z priorytetów, którego realizacja zapewni rozwój przedsiębiorstwa w długim terminie”.

ZPL przeznaczenie środków SAFE 2021[1] Źródło: ZPL za Komisja Europejska, Survey on the access to finance of enterprises (SAFE). 2021

Thorium Space, producent technologii satelitarnych, zmierza na giełdę

Wystrzelenie dwóch satelitów oraz debiut na giełdzie to dwa główne cele Thorium Space – producenta zaawansowanych systemów komunikacji satelitarnej – na 2022 rok. Plany na bieżący rok przewidują również komercjalizację innowacyjnej anteny wykorzystującej pasmo Ka, możliwej do zastosowania m.in. w przemyśle lotniczym, motoryzacyjnym czy morskim. Zespół Thorium Space powiększy się w 2022 r. o kolejne 30 osób.

– Miniony rok poświęciliśmy na zbudowanie zaplecza technologicznego i finansowego, które pozwolą nam w 2022 r. na potężny skok do przodu. Od strony technologicznej w bieżącym roku będziemy gotowi do wystrzelenia dwóch małych satelitów oraz komercjalizację naszej anteny Ka, a od strony biznesowej gotowi na wejście na giełdę – zapowiada Paweł Rymaszewski, prezes Thorium Space.

Niewątpliwie za najważniejsze wydarzenia minionego roku można uznać dofinansowanie do projektu „Stacja bazowa 5G w paśmie milimetrowy / Polish 5G mmWave Micro Cell” oraz dofinasowanie do projektu „SUBCOM – Satelitarny system teledetekcji oraz komunikacji suborbitalnych rakiet badawczych”. Łączna wartość projektów to ponad 60 mln zł, a wartość uzyskanego dofinansowania przekroczyła 48 mln zł. Łącznie Thorium Space pozyskało i podpisało już umowy na wsparcie grantowe w wysokości 75 mln zł. Pod koniec roku wrocławska spółka przeprowadziła również prywatną rundę finansowania. Wszyscy kluczowi dotychczasowi inwestorzy wzięli, bezpośrednio lub pośrednio, udział w ostatnim podwyższeniu kapitału w spółce, wliczając założycieli. Pokazuje to duże zaufanie do projektu. Nasza wycena w ostatniej rundzie finansowania przekroczyła 100 milionów złotych – podkreśla Paweł Rymaszewski.

Od strony technologicznej miniony rok m.in. to rozpoczęcie prac nad systemami rakietowymi oraz zakończenie projektowania i testowania stacji naziemnej, która wkrótce zostanie umieszczona w miejscu docelowym. Jednak kluczowe projekty, które udało się w 2021 r. zrealizować to zakończenie prac nad modelem inżynieryjnym dwóch satelitów oraz zakończenie prac badawczych nad płaską anteną elektrycznie sterowaną w paśmie Ka. – To kolejne kamienie milowe w naszej historii. Dzięki nim możemy myśleć o wystrzeleniu pierwszych dwóch satelitów w końcówce roku i komercjalizacji anteny Ka. Zastąpią paraboliczne anteny montowane na dachach, samolotach czy jachtach, co w dobie szybko poruszających się satelitów na niskiej orbicie – także z konstelacji SpaceX, OneWeb – jest warunkiem uzyskania odpowiedniej jakości sygnału – podkreśla Paweł Rymaszewski.

Thorium Space coraz poważniej myśli również o wejściu na giełdę. – Zaczynamy być rozpoznawani w kraju i zagranicą. Dostajemy liczne pytania od zainteresowanych inwestorów. Liczymy, że na przełomie pierwszego i drugiego kwartału zakończymy przekształcenie w spółkę akcyjną. Jeśli nie zaistnieją nieoczekiwane wydarzenie niezależne od nas, chcielibyśmy przeprowadzić IPO w trzecim kwartale bieżącego roku – zapowiada Paweł Rymaszewski.

W ubiegłym roku Thorium Space został wybrany m.in.  jednym z 10 najbardziej innowacyjnych startupów technologii kosmicznych (https://www.startus-insights.com/innovators-guide/top-10-spacetech-trends-innovations-2021/) oraz wyróżniony jako jeden z 5 Top Space Tech Global Manufacturing Solutions z 288 badanych firm. (https://www.startus-insights.com/innovators-guide/discover-5-top-space-manufacturing-solutions/). Obecnie spółka zatrudnia w biurach we Wrocławiu i Warszawie łącznie około 40 pracowników. W tym roku liczba ta zwiększy się o kolejnych 30.

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne ratunkiem dla przedsiębiorstw

Liczba niewypłacalności przedsiębiorstw w Polsce w 2021 wzrosła w bardzo wysokim tempie – przyrost wyniósł aż 71%. To ponad 2000 firm. Na skalę tego problemu należałoby spojrzeć w kontekście ogólnej niewypłacalności – czyli braku płatności dla kontrahenta za dostarczony produkt czy wykonaną usługę. Patrząc bardziej szczegółowo na statystyki niewypłacalności, należy przeanalizować trzy główne rodzaje postępowań. Pierwsze to typowe upadłości w celu likwidacji majątku – kiedy firma przestaje istnieć. To jest najbardziej dotkliwe działanie. Drugi rodzaj to działania restrukturyzacyjne – nowe przepisy zostały wprowadzone w 2016 roku i objęły zmianę prawa upadłościowego oraz wprowadzenie odrębnego prawa restrukturyzacyjnego. Postępowania te prowadzone są przez sądy. Obecnie bardzo istotny jest trzeci rodzaj postępowań – czyli uproszczone postępowania o zatwierdzenie układu. Nie wymagają one ścieżki sądowej. Wystarczy jedynie obwieszczenie w Monitorze sądowym i gospodarczym. Dłużnik, który znajduje się w trudnej sytuacji, ma cztery miesiące na zatwierdzenie układu.

– Uproszczone postępowania zostały wprowadzone w czerwcu 2020 roku tak zwaną ustawą covidową, aby pomoc firmom w trudnej sytuacji płynnościowej. W związku z konsekwencjami pandemii ich popularność gwałtownie wzrosła – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – W 2020 roku firmy podchodziły do nich jeszcze dosyć ostrożnie – odnotowano zaledwie 356 postępowań. Natomiast w 2021 postępowań było aż 1190. Był to ponad trzykrotny przyrost i to one głównie odpowiadają za zwiększenie ogólnej liczby niewypłacalności. Aspekt prawny jest tutaj bardzo istotny. Uproszczone postępowania z zatwierdzeniem układu miały obowiązywać tymczasowo – jednak ustawodawca zadecydował, by na stałe wprowadzić je do polskiego systemu prawnego. Pojawiają się jednak pewnie aspekty techniczne, które mogą zakłócać statystyki. Wprowadzono krajowy, elektroniczny rejestr zadłużonych i na pewno jest to krok w dobrą stronę – ale na razie jego funkcjonalność jest dosyć niska. Doradcy restrukturyzacyjni raportują, że są problemy z wpisywaniem wniosków o restrukturyzację w tym systemie. W związku z tym Ministerstwo Sprawiedliwości nadało najwyższy priorytet tej sprawie, aby pilnie udrożnić system – wyjaśnia Sielewicz.

To ostatnia niedziela. Sklepy od lutego zamknięte w niedzielę

Fortel na placówkę pocztową nie jest już aktualny. Od lutego wszystkie sklepy wielkopowierzchniowe będą nieczynne. Zamknięte będą dyskonty, hipermarkety, markety budowlane i sklepy z elektroniką. Wracamy do sytuacji sprzed momentu, gdy sklepy masowo zaczęły stosować fortel legislacyjny „na placówkę pocztową”. Północna Izba Gospodarcza konsekwentnie opowiada się za swobodą handlu. Upór polityków jest w tym przypadku niezrozumiały. – Niestety oczekiwania społeczeństwa i przedsiębiorców nie są wysłuchiwane. W przede dniu szczytu piątej fali pandemii zamyka się sklepy w niedzielę, co będzie generowało ścisk na zakupach w soboty. To decyzja zła. Szkodliwa z gospodarczego punktu widzenia, ale i dowód na to, że głos przedstawicieli handlu nie został wzięty pod uwagę przez parlamentarzystów. Ludzie chcą robić zakupy w niedzielę. Udowodniły to ostatnie miesiące – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Hanna Mojsiuk: handel jest w wielowymiarowym kryzysie

Handel boryka się z wieloma problemami: braki kadrowe, ekspansja sektora e-commerce, presja inflacyjna. Zniesienie zakazu handlu w niedziele byłoby szansą na uporządkowanie trudnej sytuacji tego sektora gospodarki. – Zakaz handlu w niedzielę został zweryfikowany negatywnie. Utrzymywanie go, a wręcz zaostrzanie przepisów to działanie wbrew woli społeczeństwa i przedsiębiorców. To także działanie wbrew logice społecznej. Mamy pandemię, wiec rozłożenie handlu na jak najwięcej dni powinno być absolutnie automatyczne – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Nie jestem zwolenniczką rozwiązania „na placówkę pocztową”, bo to jawne obchodzenie prawa i psucie go. Przedsiębiorcy, by ratować swój biznes są zmuszeni do kombinowania i szukania kruczków i luk w prawie, to bardzo negatywne zjawisko. Handel jest w wielowymiarowym kryzysie, nie powinniśmy pozwalać na to, by odbił się on na pracownikach i konsumentach. Na pewno zakaz handlu w niedziele jest jednym z czynników, który ten kryzys pogłębia – wyjaśnia Hanna Mojsiuk.

„Efekt mrożący” – czyli dlaczego na zamkniętych dyskontach nie korzystają małe sklepy

Jak mówi dyrektor Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Piotr Wolny. Decyzja o ograniczeniu handlu w niedzielę jest negatywna nie tylko dla wielkich sieci, ale i dla mniejszych sklepów. Tak naprawdę zakaz dotyka horyzontalnie cały sektor gospodarki, a rządzący nie do końca są tego świadomi.

– Zamknięte dyskonty czy ograniczony ruch w galeriach handlowych generuje efekt mrożący dla całego handlu. Po prostu wykluczamy niedzielę z naszego harmonogramu zakupowego i nie idziemy nie tylko do dyskontu, ale i do małego sklepu osiedlowego. Sieci handlowe zachęcają nas do robienia zapasów i wówczas wydajemy więcej pieniędzy w sobotę – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Zakaz handlu w niedzielę oceniamy negatywnie. Ostatnie miesiące udowodniły nam jasno i wyraźnie jakie są społeczne preferencje Polaków. Chcemy mieć gospodarczą wolność wyboru – dodaje dyrektor Wolny. Północna Izba Gospodarcza konsultowała swoje stanowisko z targowiskami oraz kupcami zrzeszonymi w Izbie. Zdecydowana większość opowiada się za swobodą handlu w niedzielę. – Takie decyzje powinny należeć indywidualnie do firm. Można przygotować rozwiązania, które będą premiować pracowników decydujących się na pracę w niedzielę. Nad takimi rozwiązaniami nikt nigdy nie pracował – mówi dyrektor Piotr Wolny.

Polski Ład w mieszkaniówce

Wejście w życie z początkiem roku przepisów podatkowych Polskiego Ładu spowodowało powszechne zamieszanie, rozczarowanie i eskalację złych emocji. Jak wiadomo, nowy porządek prawny ma zrewolucjonizować także krajową mieszkaniówkę. Pytanie, czy per analogiam czeka nas kolejna „dobra zmiana” z chybionym skutkiem, czy może wręcz przeciwnie, już wkrótce proces zaspokajania potrzeb mieszkaniowych Polaków ulegnie radykalnej poprawie.

Z górą sześć lat temu rząd Zjednoczonej Prawicy, entuzjastycznie zakomunikował Polakom narodziny Narodowego Programu Mieszkaniowego. Tym samym grubą kreską odciął się od wszelkich form dofinansowywania własności mieszkaniowej typu MdM czy RnS, ogłaszając jednocześnie program Mieszkanie Plus jako jedyną priorytetową metodę zaspokajania potrzeby dachu nad głową poprzez budowę, na powszechną skalę, „tanich” mieszkań na wynajem. Tymczasem kolejna już dobra zmiana w mieszkaniówce, tym razem niesiona na fali Polskiego Ładu, odwraca dokładnie o 180 stopni pierwotne idee programowe, powracając do intensywnego wspierania zakupów mieszkaniowych, jednocześnie uderzając w najem poprzez podatkowe psucie jego rentowności.

Co gorsza jednak, każdy z zasadniczych instrumentów wspierania mieszkaniówki w Polskim Ładzie, albo niesie ze sobą szereg zagrożeń, nie tylko dla samych beneficjentów, albo stanowi pomoc bardziej iluzoryczną niż faktyczną.

Gwarancja wkładu własnego – zaproszenie na spacer po kruchym lodzie?

W kraju żyją dziś setki tysięcy młodych, wykształconych, pracujących i coraz lepiej zarabiających Polaków, którzy nie za bardzo chcą, ale niestety muszą wynajmować lokum albo gnieździć się przy rodzinie. Bo choć byłoby stać ich na spłatę rat hipoteki, to nie dysponują wkładem własnym, bo np. co miesiąc płacą czynsz najmu i nie mają z czego odłożyć. Gwarancja wkładu własnego może więc stanowić wymierną pomoc państwa dla tej grupy rodaków. Tymczasem najnowszy pomysł kredytów preferencyjnych ma od początku fatalną prasę i jest powszechnie krytykowany. Co ciekawe, chyba najbardziej przez przedstawicieli sektora bankowego, z NBP i ZBP na czele. Nasuwa się więc pytanie o przyczynę takiego stanu rzeczy.

Niestety wiele wskazuje na to, że po mieszkaniowych kredytach frankowych i tych hojnie udzielanych w trakcie niedawnych kilku kwartałów zerowych stóp procentowych, ustawa o gwarantowanym kredycie mieszkaniowym wykreuje kolejny segment hipotek o podwyższonym ryzyku. Potwierdzają to nie tylko wypowiedzi przedstawicieli sektora bankowego, ale od dawna znana zasada, wg której osoby bez zgromadzonego wkładu własnego są dla banku niewiarygodne finansowo i niegodne statusu posiadacza pełnej zdolności kredytowej.

Co gorsza, już dziś wiadomo, że kredyty gwarantowane będą horrendalnie drogie. Same marże banki mogą wywindować do zaporowego poziomu 4-5 proc. i dołożyć jeszcze słoną prowizję. A co z WIBOR-em 3M zawieszonym na stopach NBP?

Kiedy ustawa była uchwalana na początku października 2021 r., stopa referencyjna wynosiła 0,1 proc. Z kolei pod koniec maja br., kiedy to przepisy zaczną działać, może wynosić już, bagatela, nawet 4-5 proc. i to bez gwarancji zastopowania na tym poziomie. W sumie tak wysoki koszt hipoteki z wkładem gwarantowanym może mocno okroić grono beneficjentów, z którymi banki zechcą w ogóle rozmawiać na temat umowy kredytowej.

Z drugiej strony dość wątpliwy wydaje się w ogóle sens kreowania na siłę warunków do zadłużania się młodych rodaków na tak wyśrubowaną skalę, jeśli mierzyć ją stosunkiem wysokości raty do salda zadłużenia. Przypomina to  trochę zaproszenie ich do dłuższego spaceru po kruchym lodzie, z którego niekoniecznie wszyscy muszą wrócić cali i zdrowi. A jeszcze niedawno miało być tak pięknie z łatwo dostępnym Mieszkaniem Plus, bez kredytów, wyrzeczeń i z bezbolesnym dojściem do własności.

W tej sytuacji  wątpliwym buforem bezpieczeństwa są ustawowe ograniczenia gwarancji państwa do 100 tys. zł i 20 proc. wydatków na cele mieszkaniowe, co teoretycznie ogranicza poziom zadłużenia do 0,5 mln zł, czy też limity stawek mkw. programu mieszkań bez wkładu własnego. Wprawdzie oferta kwalifikujących się lokali z kilku największych metropolii jest na chwilę obecną marginalna, ale dużo lepiej wygląda to w lokalizacjach spoza pierwszej szóstki krajowych rynków nieruchomości.

Dla pewnej części potencjalnych klientów atrakcyjnymi mogą wydawać się zachęty w postaci tzw. spłaty rodzinnej za powiększenie familii – 20 tys. zł za drugie dziecko i 3-krotnie więcej za każde następne. Sęk w tym, że z budżetem rzędu 500 tys. zł, nawet w średniej wielkości rodzimym mieście, trudno będzie o mieszkanie, o powierzchni odpowiadającej potrzebom wielodzietnej rodziny. Z kolei w głównych metropoliach taka kwota wystarczy zaledwie na kawalerkę i to raczej w lokalizacjach bliższym peryferiom niż centrum.

Dom do 70 mkw. bez formalności – projekt pełen znaków zapytania

Przepisy dopuszczające budowę domów jednorodzinnych o powierzchni zabudowy do 70 mkw. na podstawie zgłoszenia z projektem budowlanym, bez uzyskania pozwolenia na budowę, ustanowienia kierownika budowy i prowadzenia dziennika budowy, weszły w życie z dniem 3 stycznia br. Tymczasem wg najnowszych doniesień medialnych, w trakcie trzech pierwszych tygodni obowiązywania przedmiotowych przepisów, do żadnego starostwa powiatowego w kraju nie wpłynął choćby jeden wniosek na tego typu inwestycję, sprowadzając zainteresowanie nimi do zera. Czyżby więc kolejny bubel legislacyjny z misją regulacji rodzimej mieszkaniówki? Wiele wskazuje, że niestety tak.

Kwestia domów 70-metrowych bez pozwolenia zdominowała na dobre w ostatnich tygodniach medialną przestrzeń o tematyce nieruchomościowej. Przez publikacje przewija się zasadnicza konkluzja, dotycząca sensu perspektywy oszczędności rzędu ułamka procenta kosztów inwestycji na eliminacji kierownika budowy wraz z jej dziennikiem, wobec całej gamy kosztownych problemów i zagrożeń z ryzykiem kary więzienia dla inwestora włącznie, już po zakończeniu budowy.

O ile w przypadku kredytów z gwarantowanym wkładem własnym sygnały ostrzegawcze pochodzą głównie z sektora bankowego, to przed podejmowaniem inwestycji domów 70-metrowych bez pozwolenia ostrzegają doświadczeni w tematyce nieruchomościowej prawnicy, ale przede wszystkim eksperci budownictwa.

Pierwszorzędnym problemem jest zadeklarowana w oświadczeniu odpowiedzialność inwestora za kierowanie budową w sytuacji braku kierownika budowy, a tym samym za prowadzenie jej zgodnie z projektem i sztuką budowlaną, za bezpieczeństwo prac, ale przede wszystkim za bezpieczeństwo użytkowania budynku w przyszłości.

Co gorsza jednak same przepisy są pełne niejasności i niedomówień. Obligatoryjne oświadczenie o budowie takich domów, wyłącznie w celu zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych, sugeruje że nie będzie można ich sprzedać lub wynająć, co jednak nie jest jednoznacznie zakazane w ustawie. Z kolei nie dotrzymanie zobowiązania treści oświadczenia grozi odpowiedzialnością karną, do tego nie byle jaką, bo kilkuletnim pozbawieniem wolności.

Jedyną pewną kwestią jest natomiast brak możliwości ubezpieczenia budynku postawionego bez kierownika budowy i profesjonalnego nadzoru budowlanego. Co więcej, żaden bank nie skredytuje inwestycji, której nie można w normalnym trybie ubezpieczyć, sprzedać, a przede wszystkim w tradycyjny sposób wycenić.

Tymczasem kancelarie notarialne już zapowiadają, że nie będą sporządzać aktów notarialnych na podobne nieruchomości, ponieważ nie będą w stanie ustalić zgodności przedmiotowej czynności z obowiązującym prawem.

Gdyby jednak w przyszłości szczęśliwie okazało się, że sprzedaż takich domów jednak jest dopuszczalna, to i tak znalezienie nabywcy będzie mocno utrudnione, a cena transakcyjna zaniżona być może o dziesiątki procent w stosunku do rynkowej na tradycyjne domy. W sumie bardzo trudno się jest dziwić, że Polacy nie rzucili się od pierwszego dnia obowiązywania tzw. ustawy o domu bez formalności do zgłaszania takich budów, których wysypu raczej nie należy oczekiwać w przewidywalnej przyszłości.

Bony mieszkaniowe – wsparcie raczej iluzoryczne

Bony mieszkaniowe to trzecia zasadnicza forma wspierania drogi młodych Polaków do własnego M przez Polski Ład. W odróżnieniu od dwóch powyżej opisanych nie doczekała się jeszcze ram prawnych, a przewidywany termin uruchomienia programu to początek 2023 roku.

Wstępne założenia Polskiego Ładu przewidują wprowadzenie społecznego oraz rodzinnego bonu mieszkaniowego. Ten pierwszy miałby być dedykowany osobom bez własnego lokum i zdolności kredytowej, a opiewałby na kwoty od 5 tys. zł dla singla do 40 tys. zł dla małżeństwa z dwojgiem dzieci. Wsparcie miało by służyć sfinansowaniu partycypacji w budownictwie społecznym czynszowym (TBS/SIM) albo wkładu mieszkaniowego w spółdzielni.

Z kolei rodzinny bon mieszkaniowy byłby dedykowany rodzinom z co najmniej trójką dzieci i mógłby zostać wykorzystany podobnie jak bon społeczny, a dodatkowo także na zakup mieszkania lub domu jednorodzinnego, albo jego budowę. Natomiast wartość bonu rodzinnego planowana jest na kwoty od 55 do 145 tys. zł w zależności od liczebności potomstwa oraz posiadania bądź nieposiadania nieruchomości mieszkaniowej.

Niestety z biegiem czasu kwestia bonów wydaje się coraz mniej chętnie komunikowana przez gremia rządowe, co nie jest najlepszym prognostykiem przetrwania planów ich wprowadzenia. Gdyby mimo wszystko tak się jednak stało, w istotnym stopniu trudno byłoby skorzystać ze wsparcia, zwłaszcza oferowanego w ramach bonów społecznych. Wynika to z faktu śladowej oferty budownictwa społecznego czynszowego i spółdzielczego, bez optymistycznych perspektyw zmiany w przewidywalnej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Topniejąca oferta i wysoki popyt na nowe mieszkania

Rok 2021 na rynku mieszkaniowym stał pod znakiem pogłębiającej się nierównowagi podaży i popytu. Deweloperzy wprowadzili do sprzedaży o 11 000 mieszkań mniej niż sprzedali. Kupujący traktowali mieszkania głównie jako bezpieczną lokatę kapitału. Gdyby nie pandemia, spowolnienie, które czeka polską mieszkaniówkę w 2022 r. przyszłoby znacznie wcześniej.

Międzynarodowa firma doradcza JLL opublikowała podsumowanie sytuacji na pierwotnym rynku mieszkaniowym na 6 największych rynkach w Polsce (Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Łodzi) na koniec IV kwartału 2021 r., z którego wynika, że:

  • W całym 2021 r. sprzedaż mieszkań osiągnęła poziom 69 tys. – więcej sprzedano tylko w 2017 r – uznanym za szczyt boomu w cyklu rynkowym.
  • Różnica pomiędzy mieszkaniami sprzedanymi, a wprowadzonymi w tym samym czasie do oferty deweloperów wyniosła 11 tys. – tak dużej dysproporcji podaży i popytu nie notowano od 2013 r. Na koniec grudnia 2021 r. oferta była o 22% niższa niż rok wcześniej.
  • Rosnące koszty wykonawstwa w połączeniu z ograniczoną podażą nowych mieszkań oraz niesłabnącym popytem, skutkowały szybkim wzrostem cen – w ujęciu rocznym od 14% do 18%, a nawet, jak w przypadku Łodzi, o 21% r-d-r.
  • Trudno spodziewać się wyraźnych przecen, wobec bardzo wysokiego poziomu przedsprzedaży w projektach w realizacji oraz ograniczonej podaży nowych mieszkań, przy wciąż wysokim popycie inwestycyjnym.

Sprzedawało się tam, gdzie można było kupić

Kazimierz Kirejczyk, Wiceprezes Zarządu JLL
Kazimierz Kirejczyk, Wiceprezes Zarządu JLL

„Zakończył się rok pod wieloma względami wyjątkowy. Udział w popycie nabywców kupujących mieszkania na własne potrzeby był najprawdopodobniej najniższy od wielu lat. Rynek mieszkaniowy z miejsca, gdzie przede wszystkim zaspokajana jest jedna z najważniejszych ludzkich potrzeb – posiadania siedziby dla siebie i rodziny, stał się niemal w równym stopniu alternatywą dla innych lokat kapitału. Od 2007 r. nie mieliśmy do czynienia z tak skrajną nierównowagą pomiędzy szybko rosnącym, zdeterminowanym na dokonanie zakupu popytem, a z trudem nadążającą podażą”,  tak podsumował ostatni rok Kazimierz Kirejczyk, główny analityk ds. rynku mieszkaniowego i Przewodniczący Panelu Strategicznego przy Zarządzie JLL.

Dla wielu rynków z czołowej szóstki rok 2021 był rokiem rekordów. W Łodzi, która zmniejszyła w ciągu dwóch ostatnich lat dystans do rynków o największych obrotach, w 2021 r. nowa podaż wyniosła 6,1 tys., a sprzedaż sięgnęła 6,2 tys. Podobnie najwyższą roczną sprzedaż w historii odnotowano w Poznaniu, gdzie 7,4 tys. lokali sprzedano mimo, iż wzrost cen wyniósł ponad 16% r-d-r.

Deweloperzy działający na tych rynkach mogli elastycznie zwiększać ofertę, dzięki temu, że posiadają największy „zapas” mieszkań z wydanymi pozwoleniami. W Trójmieście liczba sprzedanych mieszkań wyniosła 10,9 tys. przy wzroście średniej ceny 15,1% r-d-r. Taki rezultat uzyskano, dzięki mobilizacji deweloperów, którzy zdołali wprowadzić do sprzedaży 9,2 tys. mieszkań, czyli tylko nieznacznie mniej od średniej z ubiegłych lat.

Rekordy wydanych pozwoleń, a w ofercie pusto

Na sześciu największych rynkach w sumie na koniec 2021 r. w ofercie deweloperów znajdowało się 37,4 tys. mieszkań, co oznacza spadek o ponad 22% r-d-r. Poprzednio podobnie niski poziom odnotowano w 2010 r.

Tymczasem wg danych GUS w tym roku padły rekordy liczby mieszkań na budowę których wydano pozwolenia. Dlaczego zatem deweloperzy nie wprowadzają ich do realizacji?

„Wprowadzają, z tym, że nie na rynkach, które dotychczas uchodziły za papierek lakmusowy rynku pierwotnego, czyli sześciu największych polskich miastach. Nasze analizy pokazują, że za skokowy wzrost aktywności deweloperskiej odpowiadają dziś mniejsze ośrodki. I mowa tu nie o miastach z drugiej dziesiątki największych w Polsce, tylko o tych poniżej 100 tys. mieszkańców. Jeszcze w 2017 r. w 6 największych aglomeracjach powstawało 60% wszystkich nowych mieszkań. Dziś ta proporcja odwróciła się i to małe ośrodki odpowiadają za ok. 70% produkcji deweloperskiej w kraju”, komentuje Aleksandra Gawrońska, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL 

Na największym w Polsce rynku warszawskim, gdzie w latach 2018-1019 do sprzedaży wprowadzano średnio 24-25 tys. mieszkań, w 2021 r. do oferty trafiło 19 tys. lokali. W obliczu sprzedaży na poziomie 23 tys. mieszkań rocznie, oznacza to skurczenie się liczby dostępnych do zakupu nowych lokali o prawie 4 tys. W porównaniu do 2019 r. nowa roczna podaż była w Warszawie niższa o 11%, a w porównaniu do 2018 r. – aż o 22%. W rezultacie oferta na rynku pierwotnym na koniec grudnia osiągnęła skrajnie niski poziom10 tys. mieszkań.

Nie dziwi zatem, że w największych miastach, gdzie konkurencja o lokale była duża a możliwości zwiększania podaży ograniczone, ceny mieszkań, które pojawiały się na rynku były z kwartału na kwartał wyższe.

Nie ma przesłanek do prognozowania spadku cen mieszkań

Ceny mieszkań w 2021 r. rosły szybciej od przyspieszającej inflacji. Z danych JLL wynika, że w ciągu ostatniego kwartału roku z największymi wzrostami średniej ceny mieszkań w ofercie mieliśmy do czynienia w Warszawie (6%) i Łodzi (5%), najmniej we Wrocławiu (1%). Natomiast w pozostałych miastach kwartalny wzrost wyniósł ok. 3%.

W ujęciu rocznym wzrosty były już dwucyfrowe i wyniosły od 14% do 18% z wyjątkiem Łodzi, która poza wolumenem sprzedaży nadrobiła do pozostałych pięciu miast również dystans cenowy. Średnia cena mieszkań dostępnych w ofercie w Łodzi na koniec grudnia wynosiła 8 100 zł/m2 i była o 21% wyższa niż przed rokiem.

„Wiele wskazuje na to, że odpowiadająca w znacznej mierze za wzrosty cen nierównowaga popytu i podaży na największych rynkach mieszkaniowych w Polsce jeszcze się pogłębi. Na pewne wyhamowanie popytu można liczyć w związku ze wzrostem stóp procentowych, które osłabiają możliwości nabywcze kupujących – szczególnie tych, wspierających zakup kredytem hipotecznym. Wciąż jednak rosnąca inflacja podtrzymywać będzie skłonność do dalszego przenoszenia oszczędności na rynek nieruchomości”, tłumaczy Aleksandra Gawrońska, dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego JLL.

„Dane statystyczne z rynku mieszkaniowego potwierdzają, że sektor deweloperski wchodzi w rok 2022 w bardzo dobrej kondycji. Niestety, jak to już bywało w przeszłości, najważniejsze zagrożenia nie mają żadnego związku ani z potencjałem firm deweloperskich, ani z czynnikami bezpośrednio wpływającymi na popyt, takimi jak stopy procentowe. To te zewnętrzne w stosunku do rynku mieszkań, w tym także te pochodzące spoza Polski czynniki sprawiają, że tak trudno dziś formułować jednoznaczne prognozy”, podsumowuje Kazimierz Kirejczyk.

Więcej informacji na temat sytuacji na sześciu największych rynkach mieszkaniowych przeczytać można w najnowszym raporcie firmy doradczej JLL: Rynek mieszkaniowy w Polsce IV kwartał 2021.

Porozumienie płacowe w KGHM – 10% podwyżki dla pracowników

Po zaledwie dwóch spotkaniach zarządu KGHM z centralami związkowymi strony zawarły porozumienie. Załoga otrzyma podwyżkę w wysokości 10 proc. Wyższe wynagrodzenia wypłacone zostaną już za styczeń 2022 roku. Pracownicy Polskiej Miedzi dostaną dodatkowo jednorazową gratyfikację w wysokości aż 2000 zł.

– Załoga KGHM jest godziwie wynagradzana za rzetelną pracę. Negocjacje płacowe potwierdzają podejście zarządu KGHM: od kilku lat podwyżki są znaczące, a wypracowanym zyskiem dzielimy się z pracownikami. Stale prowadzony dialog i rzetelne podejście do postulatów strony społecznej zaowocowały szybkim porozumieniem. Wiadomość dla pracowników jest świetna: wynagrodzenia wzrosną o 10 proc., już od wypłaty za styczeń. – powiedział Marcin Chludziński, prezes zarządu KGHM. – Zarząd KGHM dziękuje stronie związkowej za konstruktywną dyskusję i profesjonalne podejście do rozmów o warunkach wynagrodzenia.

KGHM Polska Miedź SA zatrudnia ponad 18,5 tysiąca pracowników. Średnie wynagrodzenie za zeszły rok to ponad 13 500 zł. W 2021 roku pracownicy KGHM otrzymali rekordowej wysokości zaliczki na dodatkową nagrodę z zysku.

Miedziowa spółka, pomimo pandemii, nie zwalnia tempa inwestycji i mocno angażuje się w tematy związane z transformacją energetyczną. KGHM przyjął w ostatnim czasie zaktualizowaną Strategię oraz Politykę Klimatyczną, która zakłada m.in. redukcję emisji gazów cieplarnianych i osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku.

Organ musi w decyzji wykazać, że nie wszczęto instrumentalnie postępowania

Organ musi w decyzji wykazać, że nie wszczęto instrumentalnie postępowania karnego skarbowego. Nie można konwalidować w odpowiedzi na skargę niedostatków decyzji podatkowej – powiedział WSA w Krakowie w wyroku z dnia 27 stycznia 2022 roku, I SA/Kr 453/21.

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców złożył skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie na decyzję utrzymującą w mocy decyzję DIAS w Krakowie przedmiocie w podatku od towarów i usług za poszczególne miesiące od stycznia do grudnia 2012 r. Przedsiębiorca dokonał odliczenia podatku naliczonego z tytułu usług nabywanych w celu wsparcia sprzedaży na rynkach zagranicznych. Zarówno sprzedaż jaki i samo nabycie usług nie były na żadnym etapie kwestionowane przez DIAS. Organ kwestionował jedynie celowość ponoszenia wydatków. Przedsiębiorca oraz Rzecznik MŚP w złożonych skargach podkreślali, że w przedmiotowej sprawie spór dotyczył wykładni i stosowania przepisów prawa i nie było żadnych podstaw by w ogóle wszczynać jakiekolwiek postepowanie karne skarbowe. Ponadto organ pomimo wszczęcia postępowania przygotowawczego w grudniu 2017 roku, do czasu wydania wyroku w niniejszej sprawie, a wiec przez cztery lata, zachowywał się w sposób bierny, nie dokonał żadnych ustaleń, w tym nie wydał postanowienia o przedstawieniu jakichkolwiek zarzutów.

WSA w Krakowie  wyrokiem z dnia 27 stycznia 2022 r. o sygn. akt I SA/Kr 453/21 uchylił zaskarżoną decyzję. W ustnym uzasadnieniu, WSA uwzględniając pogląd prawny przedstawiony przez NSA w uchwale sygn. akt I FPS 1/21, podkreślił, że w tej sprawie za koniecznością zbadania okoliczności instrumentalnego wszczęcia postępowania przemawiało wszczęcie KKSU w grudniu 2017 roku (a więc na 27 dni przed upływem terminu przedawnienia – przyp. red.). Dodatkowo uzasadnione wątpliwości, zdaniem Sądu budzi brak jakiejkolwiek aktywności organu w ciągu pierwszych sześciu miesięcy po wszczęciu postępowania.

Niedopuszczalnym jest pozostawanie przedsiębiorcy w niepewności przez dziesięć lat co do wysokości zobowiązania podatkowego. Prawo do przedawnienia nie może być iluzoryczne, gwarantuje ono bowiem pewność prowadzenia biznesu w zmieniającej się rzeczywistości  –  komentuje Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Cain International i White Star Real Estate pozyskali 36 mln euro na budowę The Park Kraków

Deweloper White Star Real Estate oraz Cain International, inwestor działający w Stanach Zjednoczonych i Europie, pozyskali 36 milionów euro kredytu budowlanego i inwestycyjnego od PKO BP, na budowę kompleksu The Park Kraków. Inwestycja zlokalizowana na krakowskim Podgórzu będzie składać się z ośmiu budynków i zapewni 100 000 mkw. powierzchni biurowej klasy A. Budowa rozpoczęła się w czerwcu 2020 roku, a pierwszy budynek jest wynajęty w ponad 70% i ma zostać oddany do użytku w drugim kwartale 2022 r.

The Park Kraków zaoferuje nowoczesną przestrzeń biurową, którą będzie można łatwo dostosować do potrzeb najemców. Kompleks został zaprojektowany zgodnie z zasadami biophilic design, co jak potwierdzają badania, wspiera produktywność, kreatywność i wpływa na dobre samopoczucie pracowników. Cały projekt będzie zrealizowany na powierzchni około 5ha, z czego 3ha to przestrzeń niezabudowana i w pełni wyłączona z ruchu samochodowego z dużą ilością starannie dobranej zieleni, małą architekturą, strefami relaksu i szeroką ofertą udogodnień.

Projekt jest jednym z aktywów funduszu European Real Estate Opportunity Fund I (EREO I), który zamknął maj 2021 roku z zobowiązaniami w wysokości 324 mln euro.

„Jesteśmy pewni, że takie biura jak The Park Kraków odegrają ważną rolę w rozwoju miast” – powiedział Daniel Harris, dyrektor zarządzający, szef ds. inwestycji europejskich w Cain International. „Udogodnienia dla pracowników w połączeniu z doskonałą lokalizacją i przemyślanym designem sprawiają, że The Park Kraków może stać się perłą w koronie jednego z najbardziej dynamicznie rozwijających się miast w Polsce. To ważny moment dla projektu i nie możemy doczekać się kolejnych etapów.”

„Bardzo się cieszymy, że nasze dotychczasowe realizacje parków biurowych, pozwoliły nam nawiązać wieloletnią współpracę z tak ważną instytucją, jaką jest PKO BP. Pozyskanie tego finansowania oraz podpisanie pierwszej umowy przednajmu na ponad 70% powierzchni w pierwszym budynku, były kamieniami milowymi dla The Park Kraków. To, oraz dobra strategia najmu potwierdzają jakość projektu, który rozwijamy pomimo trudnych warunków rynkowych.” Mówi Bartosz Prytuła, Managing Partner w White Star Real Estate.

„Byliśmy zachwyceni możliwością bycia częścią tego wyjątkowego, wielofazowego kompleksu biurowego w Krakowie. Doceniamy inwestycję The Park Kraków, w szczególności projektowanie w trosce o komfort pracownika, który jest kluczowy w dzisiejszym środowisku pracy. Jesteśmy przekonani, że podpisana umowa kredytowa jeszcze bardziej przyspieszy rozwój projektu.”– komentuje Agata Gola, Dyrektor Finansowania Nieruchomości w PKO BP.

Informacje o projekcie:
The Park Kraków będzie docelowo liczył 8 budynków biurowych w których dostępne będzie ok. 100 tys. m2, wysokiej jakości powierzchni najmu. Budowa pierwszego budynku w ramach The Park Kraków rozpoczęła się w połowie 2020 r. Projekt ma wyróżniać się tzw. „zielonymi” rozwiązaniami. Na dachach zostaną zainstalowane panele fotowoltaiczne, a w budynkach będzie wdrożony system optymalizacji zużycia wody, gdzie woda deszczowa będzie wykorzystywana do podlewania zieleni. Cały kompleks został też zaprojektowany zgodnie z zasadami biophilic design które wykorzystują potencjał natury – roślinności, światła, wody i powietrza. Inwestycja przy ulicy Saskiej 25, będzie największym jak dotąd projektem biurowym w stolicy Małopolski. Projekt zakłada, że na każdym piętrze biurowca znajdzie się ok. 240 stanowisk pracy, co w sumie daje 9,6 tys. miejsc dla pracowników biurowych w całym kompleksie.

Kadrowe i księgowe pod presją. Ogromna liczba skarg na konsekwencje Polskiego Ładu

– Osoby pracujące w kadrach i księgowości piszą do nas i dzwonią, że już nie dają rady. Skarg jest sporo i mają one często dość dramatyczny charakter. Pracownice piszą, że nie rozumieją zmian, które musza wdrażać, a jednocześnie nie czują się wspierane w tym zakresie przez pracodawców – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom. Polski Ład porządnie namieszał od nowego roku w wielu firmach. Wiadomości, które trafiają do stowarzyszenia albo są skargami przepracowanych pracowników kadrowych i księgowych albo informacjami o wątpliwościach, co do wysokości otrzymywanego wynagrodzenia.

Sytuacja w wielu firmach jest bardzo poważna, a wiadomości, które docierają do naszego stowarzyszenia od ponad dwóch tygodni pokazują, że wiele firm nie potrafi poradzić sobie z Polskim Ładem. Od początku stycznia otrzymaliśmy blisko 100 wiadomości od pracowników, którzy nie radzą sobie z wdrażaniem nowych przepisów podatkowych, księgowych i kadrowych. Pracownicy czują się przepracowani. Wiele osób pisze o tym, że nie chce brać na siebie odpowiedzialności za wdrażanie systemu, którego po prostu nie rozumie.

– Dominują wiadomości od pracowników sektora budżetowego, ale i od księgowych czy kadrowych w firmach prywatnych. W wielu przypadkach to właśnie ten sektor musi udzielać informacji pracownikom np. o uldze dla klasy średniej czy o tym, jaki system rozliczenia należy przyjąć, by firma była rozliczana prawidłowo. Pracownicy piszą nam o presji, jaką wywierają pracownicy, ale i szefowie na osobach zajmujących się kadrami i płacami. Czasem brakuje zrozumienia, że kadrowa czy księgowa to też człowiek, a Nowy Ład to nie jest prosty projekt – mówi Marczulewska.

Pracownicy piszą wprost o zdaniach takich jak: „Jesteś księgową, to masz liczyć” czy „Nie obchodzi mnie, że to jest trudne i nowe. Ma być policzone, nawet jakbyście mieli siedzieć do północy”. Pracownicy skarżą się na brak zrozumienia, nadgodziny czy na groźby… odpowiedzialności finansowej za błędy popełnione przy rozliczaniu. – Nasze stowarzyszenie pomaga prawnie. Oczywiście nie ma żadnej podstawy do tego, by wyciągać odpowiedzialność dyscyplinarną czy finansową za błędy popełniane przy rozliczeniu Polskiego Ładu. Oczywiście przedsiębiorcy mają prawo oczekiwać, że pracownicy księgowi, kadrowi czy podatkowi będą na bieżąco w sprawach Polskiego Ładu. Mają prawo także oczekiwać zaangażowania. Nie mogą jednak pozostawać głusi na cały kontekst wprowadzania tych zmian oraz to, że tak wielka zmiana sprawia problemy niemal całej gospodarce – mówi Marczulewska.

Innym problemem pozostaje również brak szkoleń. Pracodawca ma obowiązek zatroszczyć się o to, by komórki merytoryczne miały dostęp do wiedzy na temat zmian, które muszą być zastosowywane w firmach. – Nie ma naszej zgody na to, by mówić do księgowych i kadrowych, by „odpaliły sobie YouTube”, bo to jest skrajnie nieprofesjonalne. Troska o szkolenia leży w gestii kadry zarządzającej. Uważamy, że w kwestii Polskiego Ładu potrzebna jest współpraca i porozumienie. Niestety brak tego będzie prowadzić do konfliktów, a nawet odejść z pracy. Mamy dużo sygnałów, że to bardzo częste i prawdopodobne w wielu firmach. Księgowe czują się przytłoczone, sfrustrowane i wypalone. To dla tej grupy zawodowej gigantycznie trudny czas – mówi Marczulewska.

Podwyżka stóp w USA na horyzoncie

FED, zgodnie z przewidywaniami, nie zmienił stóp procentowych na wczorajszym posiedzeniu. Jednak komunikat i późniejsza konferencja Jerome’a Powella, pozwalają stwierdzić, że podwyżka 16 marca jest prawdopodobna. Potem zaś rozpocznie się ograniczanie gigantycznego bilansu FED.

Z coraz większym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że do pierwszej podwyżki stóp za oceanem dojdzie na kolejnym posiedzeniu FED, czyli 16 marca. Rynek obecnie ocenia, że do końca roku dojdzie do 5 podwyżek stóp procentowych (po 25 punktów bazowych). Nie wiemy, jak te podwyżki zostaną rozłożone w czasie, natomiast Jerome Powell na konferencji nie wykluczył, że któraś z podwyżek może być wyższa niż o 25 punktów bazowych. Nie wykluczył także, że podobnie jak w Polsce podwyżki w USA mogą następować na wszystkich kolejnych posiedzeniach.

Komunikat po posiedzeniu zapowiada, że program skupu aktywów (QE- Quantitative Easing) zostanie zakończony przed pierwszą podwyżką stóp. Potem zaś, równolegle z kolejnymi, ma następować zmniejszenie bilansu FED (QT – Quantitative Tightening), w którym znajdują się papiery wartościowe o rekordowej wartości 9 bilionów dolarów.

FED pokazał swoje bardziej jastrzębie oblicze, którego źródłem są silny wzrost gospodarczy, niskie bezrobocie i inflacja wynosząca 7 proc. Powell na konferencji jasno stwierdził, że uważa, że obecna, najlepsza od lat, sytuacja na rynku pracy daje pole do podwyżek stop bez ryzyka wzrostu bezrobocia. Oczywiście na rynku pojawiają się także głosy, że FED działa, za późno i zbyt ostrożnie. Widać jednak, że FED stara się działać w sposób przewidywalny, uprzedzając rynek o najbardziej prawdopodobnych scenariuszach własnego działania.

Decyzja FED są lepsze niż wiele przewidywań analityków i to może pomóc giełdom w najbliższych dniach. Jednak FED wskazał, że ryzyko inflacyjne pozostaje wysokie, a sytuacja na rynku pracy daje pole do podwyżek stóp, dlatego nie ma co liczyć, żeby z rynku zniknęła niepewność. Pojawiły się pierwsze informacje o przyszłym ograniczaniu bilansu FED, na razie, w postaci generalnych zasad. To właśnie na ten element rynki kapitałowe będą szczególnie wyczulone w najbliższych miesiącach.

Zobaczymy czy 2022 rok, będzie czwartym kolejnym z dwucyfrowym wzrostem na rynku akcji. W tym roku warto szukać zysków w tańszych i mniej ryzykownych aktywach oraz na rynkach poza USA. Wysoka dochodowość amerykańskich i europejskich przedsiębiorstw, która przekłada się na dobre wyniki za 4 kwartał, pomaga w utrzymaniu wysokich wycen wielu spółek. W tym roku trzeba być jednak selektywnym, bo mała jest szansa na kontynuowanie hossy na wszystkich aktywach, co miało miejsce w poprzednich latach. I jak wspomniał wczoraj na konferencji Jerome Powell, warto być elastycznym i dostosowywać się do bieżącej rynkowej sytuacji.

Paweł Majtkowski, analityk eToro na polskim rynku

GfK: Mimo pandemii Polacy chętnie odwiedzają restauracje

Pandemia wciąż bardzo mocno wpływa na sytuację w branży gastronomicznej. Pod względem liczby działających lokali rynek cofnął się aż o kilkanaście lat. Na koniec 2021 roku w Polsce działało ponad 63 tys. obiektów gastronomicznych, a wartość branży wyniosła 28,5 mld zł. W ujęciu procentowym oznacza to dwucyfrowe spadki w porównaniu do 2019 roku, czyli okresu przed wybuchem pandemii. Takie wnioski płyną z nowego „Raportu Gastronomicznego 2021” przygotowanego przez Panel Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Pandemia, która stopniowo wpisuje się w naszą codzienność, wciąż znacząco wpływa na zwyczaje Polaków. Nastroje konsumenckie zmieniają się gwałtownie, a w ostatnich miesiącach notują rekordowo niski poziom, na co dodatkowo wpływają czynniki ekonomiczne. Wyzwania biznesowe oddziaływują także na gastronomię. – Wybuch pandemii zastopował, a nawet cofnął rozwój branży. Przedsiębiorcy z tego sektora zachęcali konsumentów, aby wychodzili z domów, spotykali się w klubach, pubach czy restauracjach, jednak COVID-19 brutalnie zweryfikował ich plany. Lockdown, restrykcje nałożone na gastronomię, wzrost kosztów prowadzenia działalności oraz problemy ze znalezieniem pracowników spowodowały, że w 2021 roku zamkniętych zostało 17 proc. lokali gastronomicznych w porównaniu do liczby z 2019 roku. Pod względem liczby obiektów pandemia cofnęła rynek do 2009 roku. Z kolei w kwestii obrotów mamy do czynienia z powrotem do sytuacji z 2016 roku. Jest to znaczący regres, który trudno będzie nadrobić wylicza Szymon Mordasiewicz, dyrektor komercyjny Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Według badań GfK w Polsce w 2021 roku działało 63 350 lokali gastronomicznych. Wartość rynku wyniosła 28,5 mld zł, co oznacza spadek o 22 proc. w porównaniu do 2019 roku. – Choć obserwujemy malejącą wartość rynku, to warto podkreślić, że są obszary, które rosną. Brandy zaliczane do top 15 „sieciówek” odnotowały 5 proc. wzrost liczby lokali w porównaniu do 2019 roku – podkreśla Szymon Mordasiewicz.

Nowa rzeczywistość

Większość lokali, które przetrwały pandemię, działało w ograniczony sposób. Na czas wprowadzania restrykcji ponad połowa obiektów była okresowo zamykana. Ponadto pandemia udowodniła, że w branży gastronomicznej kluczowe jest doświadczenie oraz możliwość spotkania towarzyskiego. Tak więc skutki COVID-19 najdotkliwiej odczuły dyskoteki, lokale sezonowe oraz puby. Z kolei obiekty stworzone z myślą o szybkim spożyciu posiłku, takie jak pizzerie czy fast foody, łatwiej odnalazły się w covidowej rzeczywistości.

Mimo to przedsiębiorcy musieli szukać nowych sposobów, aby dotrzeć do konsumentów. W 2021 roku aż 59 proc. obiektów gastronomicznych oferowało posiłki poza lokalem, co oznacza wzrost aż o 15 p.p. w porównaniu do również pandemicznego 2020 roku. Właściciele obiektów decydowali się na różne rozwiązania. Najczęściej wybieranym było wprowadzenie posiłków na wynos (55 proc.), co czwarty lokal oferował dostawę zamówionego dania, a najrzadziej stosowaną opcją była obsługa cateringowa (17 proc.).

Nowe wyzwania w branży

Według danych Panelu GfK Polacy nadal chętnie jedzą na mieście, a średni rachunek rośnie. Odsetek konsumentów odwiedzających lokale gastronomiczne wśród wszystkich Polaków powyżej 15. roku życia wynosi obecnie 58 proc. Dla porównania przed pandemią było to 59 proc. – Optymizmem napawa fakt, że konsumenci, którzy korzystają z usług lokali gastronomicznych, starają się do maksimum wykorzystywać czas, kiedy nie ma wprowadzonych obostrzeń. Przyglądając się jednak codzienności w 2022 roku, można zacząć studzić ten optymizm. Kiedy Polacy staną przed decyzjami związanymi z oszczędzaniem i ograniczaniem wydatków, to w pierwszej kolejności mogą zrezygnować z konsumpcji poza domemdodaje Szymon Mordasiewicz.

Amerykanie będą podnosić stopy

Z komunikatu po posiedzenie FED wynika, że stopy procentowe powinny wzrastać w najbliższym czasie. Brakuje co prawda konkretów, ale wygląda na to, że wkrótce je poznamy.

Co powiedziano w USA?

Wczorajsze posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku zgodnie z oczekiwaniami nie przyniosło żadnych zmian w poziomie stóp procentowych. Zgodnie z oczekiwaniami program skupu aktywów zostanie wygaszony na początku marca. To, co zaskoczyło rynki, to zapowiedź, że podwyżki stóp procentowych nie są wykluczone na żadnym z posiedzeń w 2022 roku. Do tego przyznano, że inflacja nie jest przejściowa i może pozostać na dłużej. Podczas oceny sytuacji gospodarki wskazano oczywiście na bardzo dobrą kondycję rynku pracy. Co ciekawe, pojawił się nawet temat zmniejszania sumy bilansowej. Proces ten jednak ostatnio miał bardzo negatywny wpływ na giełdy, w związku z czym wielu obserwatorów uważa, że będzie on jednak odkładany.

Rynek nieruchomości za oceanem

Wczoraj oprócz posiedzenia w sprawie stóp procentowych mieliśmy również ważny odczyt z rynku nieruchomości. Sprzedaż nowych domów idzie wyraźnie w górę. Poziom 811 tysięcy nie jest nawet blisko rekordów. W zeszłym roku w marcu sprzedano ich ponad milion. Jest to jednak ponad 50 tysięcy więcej, niż sądzili analitycy. Część komentatorów zwraca uwagę, że potencjalny wzrost stóp procentowych może powodować zwiększone zainteresowanie na tym rynku. Połączenie dobrych danych oraz informacji z Rezerwy Federalnej, jak nietrudno się domyślić, miało oczywiście pozytywny wpływ na dolara, który wyraźnie zyskiwał wczoraj na wartości.

Wzrost stóp procentowych w Chile

Zainteresowanie walutą Chile nie jest może największe w naszym regionie. Właściwie to nie ma go prawie wcale. Niemniej, patrząc na wczorajszą decyzję tamtejszego banku centralnego, warto o niej wspomnieć. Na wczorajszym posiedzeniu stopy procentowe miały zdaniem analityków wzrosnąć o 1,25%, z 4% na 5,25%. Jak się okazało, podniesiono je bardziej, bo aż o 1,5%. Powodem jest oczywiście szybko rosnąca inflacja. Wynosi ona bowiem już 7,2%. Mamy zatem podręcznikowy przykład walki z tym zjawiskiem.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg CBI,
14:30 – USA – PKB,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Robot Wizlink wpisany do rejestru innowacji Ministerstwa Zdrowia

Roboty cyfrowe coraz śmielej wkraczają do placówek medycznych. Doskonałym potwierdzeniem na to, że medycyna potrzebuje wsparcia technologii i otwiera się na nowoczesne rozwiązania, jest opinia Ministerstwa Zdrowia na temat Wizlink – polskiego narzędzia do robotyzacji procesów. Rozwiązanie to zostało wpisane do rejestru innowacji, a Ministerstwo zaleca jego wykorzystanie w placówkach, jeżeli będzie się wpisywać w kierunek rozwojowy ochrony zdrowia.

Branża medyczna zmaga się między innymi z niedoborami kadry i przepracowaniem zespołów. Część ich obowiązków mogą przejąć roboty cyfrowe. Dzięki nim medycy mogą zaoszczędzić cenny czas, który do tej pory przeznaczali np. na sprawy administracyjne.

Taki pomysł na wykorzystanie robotów doceniło Ministerstwo Zdrowia, wpisując Wizlink do rejestru innowacji – zestawienia prowadzonego przez Wydział Rozwoju Innowacji.

– Cieszy mnie fakt, że w medycynie dostrzega się potencjał narzędzi RPA (Robotic Process Automation). Mieliśmy okazję spotkać się z Zespołem ds. Innowacji Ministerstwa Zdrowia i pokazać, jak nowoczesne technologie mogą pomóc medykom. W efekcie Wizlink został wpisany do rejestru innowacji MZ i jest rekomendowany jednostkom medycznym – mówi Michał Wawiórko, prezes First Byte, właściciela Wizlink. Dodaje: To nie pierwsze nasze działania w tym zakresie – nasze narzędzie udostępniliśmy już między innymi firmie TDZ Technika dla Zdrowia.

Wykwalifikowana kadra

Robotyzacja to kierunek przyszłości, co można zaobserwować również na rynku pracy. W różnych branżach rośnie zapotrzebowanie na wykwalifikowaną kadrę posiadającą kompetencje cyfrowe – również wśród medyków.

First Byte wspiera studentów uczelni udostępniając im narzędzie Wizlink do nauki budowania scenariuszy dla robotów. Firma współpracuje m.in. z Wyższą Szkołą Bankową w Opolu, a niedawno nawiązała współpracę z Uniwersytetem Medycznym w Łodzi.

– Chcemy, aby nasi studenci nauczyli się znajdować te problemy i zadania, w których roboty sprawdzą się najlepiej – to właśnie oni za 2-3 lata będą podejmować decyzje, pracując w szpitalach czy przychodniach. Potrzebują więc konkretnych narzędzi, które pomogą im w radzeniu sobie np. z brakiem personelu. Do kursu z zakresu robotyzacji zaprosiliśmy studentów różnych kierunków: lekarskiego, pielęgniarstwa, ratownictwa medycznego oraz zdrowia publicznego. Część z nich już posiada doświadczenie pracy w ochronie zdrowia i wie, jakie są problemy w codziennym funkcjonowaniu placówek – mówi Jakub Borowczyk, Starszy specjalista ds. współpracy z pracodawcami UM w Łodzi.

Z zalet RPA korzysta w Polsce coraz więcej przedsiębiorstw i organizacji. To prężnie rozwijający się rynek, którego potencjału nie warto ignorować. Tym bardziej cieszy fakt, że rozwiązania wspierające pracowników doceniane są przez instytucje państwowe, takie jak Ministerstwo Zdrowia. Dzięki stworzonemu przez MZ rejestrowi innowacji, z pewnością więcej placówek medycznych zdecyduje się na „zatrudnienie” robota.

Optymizm wśród prezesów na świecie najwyższy od 10 lat – PwC CEO Survey 2022

Polscy i światowi prezesi firm najbardziej optymistyczni od 10 lat, aż 70% z nich uważa, że globalne PKB przyspieszy w tym roku.

  • Polscy prezesi wśród ryzyk najwyżej wymieniają czynniki makroekonomiczne
    i znacznie częściej obawiają się też zmian klimatycznych niż prezesi na świecie
  • Na świecie wśród wyzwań dominują ryzyka związane z cyberbezpieczeństwem
    i zdrowiem, kolejne są wyzwania makroekonomiczne i zmiany klimatyczne
  • Mimo, że rośnie świadomość działań prośrodowiskowych wśród polskich prezesów
    41% z nich nie ma w swoich firmach zobowiązań neutralności klimatycznej
  • CEOs w Polsce częściej niż ich globalni odpowiednicy zajmują się strategiami podatkowymi i aż 43% boi się o to kwestie podatkowe mogą wpłynąć na utratę reputacji w porównaniu do zaledwie 20% na całym świecie. Podatki są więc znacznie wyżej na agendzie prezesa w naszym kraju w porównaniu do średniej globalnej
  • Rośnie znaczenie zaufania wobec szefów firm i jego wzrost wynika z wdrożonych w życie działań ESG

Prezesi firm nadal odczuwają presję wywołaną trwającą pandemią COVID i zmiennymi warunkami rynkowymi, takimi jak rosnąca inflacja czy zakłócenia łańcuchów dostaw. Ale pomimo szeregu ryzyk, ankietowani przez nas menedżerowie są najbardziej od 10 lat optymistycznie nastawieni do perspektyw wzrostu gospodarki. Ponad trzy czwarte prezesów (77% na świecie i 70% w Polsce) przewiduje, że światowa gospodarka ulegnie poprawie. Poza wyzwaniami czysto biznesowymi, wielu liderów zwraca więcej uwagi na sprawy proklimatyczne i społeczne, uważając że te aspekty wzmacniają zaufanie i pomagają budować długoterminową wartość. Reputacja i podatki są wysoko na agendzie.

Tegoroczny sondaż PwC CEO Survey badający nastroje wśród prezesów wskazuje poziom optymizmu na nieznacznie wyższym poziomie niż w ubiegłorocznym badaniu (wówczas średnia globalna wynosiła 76%), ale jest aż o 54 punkty wyższy niż w 2020 r., kiedy ponad połowa (53%) prezesów przewidywała spowolnienie gospodarki.

“Badanie CEO Survey potwierdza odporność światowej gospodarki i zdolność prezesów do radzenia sobie w warunkach niepewności. Obaw oczywiście nie brakuje – najczęściej wśród ryzyk polscy prezesi wymienili czynniki makroekonomiczne. Wysoka inflacja i niskie inwestycje to wyzwania dla ich działalności, ale import, eksport, popyt konsumpcyjny i dynamika wzrostu PKB to elementy dodające wiatru w żagle optymistom. Prognozy ekonomistów dotyczące wzrostu światowego PKB pozostają dobre, stąd też tak wysoki odsetek respondentów spodziewających się przyspieszenia gospodarki” – mówi Adam Krasoń, prezes PwC Polska.

Badanie CEO Survey, którego publikacja zbiega się z dwuletnim okresem trwania pandemii, w tym roku obchodzi swoją 25-letnią rocznicę. Sondaż, który przeprowadzamy wśród prezesów i dyrektorów generalnych (liczba respondentów w tegorocznej edycji wyniosła 4446 na całym świecie, z czego prawie 40 jest z Polski), jest benchmarkiem dla wielu organizacji i stałym elementem opisu nastrojów przedstawicieli świata biznesu na najbliższe 12 miesięcy.

Ponad połowa dyrektorów generalnych na poziomie globalnym zgłasza również wysoki poziom zaufania do perspektyw wzrostu przychodów własnej firmy w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Najbardziej optymistyczni są prezesi firm z sektora private equity (67% z nich jest bardzo pewnych rozwoju swojej firmy) oraz firm technologicznych (64%). Oba sektory nadal korzystają z dużego napływu kapitału dzięki sprzyjającym warunkom finansowym panującym w większości rozwiniętych gospodarek.

Chociaż dyrektorzy generalni są ogólnie optymistyczni co do wzrostu gospodarczego w 2022 r. to sytuacja jest bardzo zróżnicowana w poszczególnych krajach i regionach. Pozytywne wskazania są najwyższe w Indiach, gdzie 94% prezesów przewiduje globalny wzrost w nadchodzącym roku, w porównaniu z 88% w zeszłym roku. Optymizm również wyraźnie rośnie wśród prezesów w Japonii (plus 16 punktów do 83%, z 67% w zeszłym roku) i jest nieco wyższy w Wielkiej Brytanii (wzrost o pięć punktów do 82%). Włochy i Francja odnotowały znaczny wzrost optymizmu prezesów, być może w wyniku silniejszego niż oczekiwano ożywienia gospodarczego. Optymizm prezesów we Włoszech osiągnął aż 89%, o 18 punktów więcej niż rok temu, podczas gdy we Francji odnotowano największy wzrost optymizmu prezesów, który wzrósł o 25 punktów do 85%. Pośród 178 prezesów badanych z regionu Europy Środkowo-Wschodniej optymiści stanowią 68 % wobec 64% w poprzednim sondażu. W Niemczech zaś nastąpiła lekka erozja optimistów – zwyżki globalnego PKB spodziewa się 76 % szefów firm wobec 80% przed rokiem.

Zagrożenia widziane oczami prezesów

Wśród kluczowych ryzyk, prezesi na świecie na pierwszych miejscach wskazują na wyzwania związane z cyberbezpieczeństwem (ataki hakerów, inwigilacja, dezinformacja) i te dotyczące zdrowia (m.in. COVID-19, obciążenia dla zdrowia psychicznego) – 49% i 48% wskazań. Podobnie było rok wcześniej. Polscy prezesi, inaczej i częściej niż globalni, wśród kluczowych wyzwań wymieniają ryzyka makroekonomiczne (dynamika PKB, wahania bezrobocia i inflacji) i zmiany klimatyczne (odpowiednio 57% i 54%  – 1. oraz 2. miejsce na mapie wyzwań), znacznie niżej zaś ryzyka cybernetyczne (35%).

Uważamy, że wzrost świadomości zagrożeń klimatycznych wśród polskich prezesów może być częściowo także efektem obaw przed silnym wzrostem cen energii.

“Czyżby prezesi w Polsce zaczynali po prostu otwierać oczy na to co się dzieje w sprawie konieczności działań klimatycznych? Ich świadomość konieczności działań i rosnących ryzyk związanych z brakiem działań prośrodowiskowych znacząco wzrosła. Na pewno obserwują jak to wpływa na wzrost ceny energii. Bardziej zaczęli widzieć więc w tym ryzyka dla prowadzenia swojej działalności. Liczę na to, że w efekcie wzrostu świadomości związanej z klimatem do zawodowego życia CEOs – dojdzie wprowadzenie w ich firmach realnych działań ESG, w tym np. polityk neutralności klimatycznej net-zero”  – dodaje Adam Krasoń.PwC CEO Survey 2022

ESG i neutralność klimatyczna

Wraz z pojawieniem się nowego prawodawstwa UE, wysiłki związane z zerową emisją CO2 czy neutralnością klimatyczną staną się obowiązkowe dla przedsiębiorstw, co sprawia, że proces dekarbonizacji staje się coraz pilniejszy – także w Polsce. Średnio na świecie udział dużych korporacji z wdrożoną samodzielnie polityką klimatyczną jest wciąż niski, w granicach 20 proc., podobnie jest wśród polskich menedżerów. 41% badanych prezesów nie wprowadziło w swoich firmach zobowiązań neutralności klimatycznej. Jednakże jednocześnie 68% uważa, że to zobowiązanie przyspiesza proces innowacyjności usług i produktów. 27% wskazało, że ich firma pracuje nad wdrożeniem zobowiązania net-zero, zaś w 24% przypadków takie zobowiązanie zostało podjęte.

“Wyzwania, przed którymi stoją dziś prezesi, są nie mniej trudne i kompleksowe. Coraz częściej liderzy muszą tworzyć trwałą wartość dla wielu interesariuszy, których podejście nie zawsze jest zbieżne. Jednak chęć do podjęcia zdecydowanych działań być może nigdy nie była tak silna jak teraz. Biznes jak zwykle nie łagodzi kryzysu klimatycznego ani nie likwiduje przepaści społeczno-ekonomicznej. Wyniki naszego 25. corocznego badania CEO Survey potwierdzają te tezy, ale podkreślają potrzebę odważnego przywództwa. Motywują również menedżerów by stali się tymi, którzy nie tylko chcą ale i realnie zaczynają rozwiązywać problemy” – dodaje Adam Krasoń.

Wpływ poprzez odpowiedzialne opodatkowanie

Zobowiązania ESG (regulacje związane z ochroną środowiska, sprawami społecznymi i ładem korporacyjnym) to nie jedyny sposób, w jaki społeczność biznesowa może przyczynić się do budowania zaufania i osiągania trwałej wartości dla społeczeństwa. Warto zauważyć, że liderzy biznesu w Europie Środkowo-Wschodniej i w Polsce są znacznie bardziej proaktywni w przypadku innego elementu budowania wpływu biznesu na społeczeństwo – płacenia podatków. Przejrzystość podatkowa to też część działań ESG.

Zarządy spółek w Polsce znacznie częściej koncentrują się na strategii podatkowej niż średnia światowa. Wskazuje na to 57% respondentów z Polski wobec 38 % na świecie. Eksperci PwC interpretują to przede wszystkim znacznie większą liczbą zmian i modyfikacji w polskim systemie podatkowym i jego skomplikowaniem. Dodatkowo 38% prezesów z naszego kraju deklaruje, że ich firma skutecznie komunikuje opinii publicznej wszystkie płacone przez siebie podatki, w porównaniu do 33% na świecie. I na koniec, szefowie firm w Polsce mają znacznie większe obawy niż ich globalni odpowiednicy o związek między kwotą zapłaconych podatków a potencjalnym ryzykiem utraty reputacji. Jej utraty spowodowanej sprawami podatkowymi obawia się 43% polskich prezesów, w porównaniu do zaledwie 20% na całym świecie. Podatki są więc znacznie wyżej na agendzie CEO w naszym kraju w porównaniu do średniej globalnej.

Siła zaufania

Zaufanie nigdy nie było tak ważne dla sukcesu firmy jak dziś. Jednocześnie nigdy nie było tak trudne do zdobycia i utrzymania. Bazując na odpowiedziach prezesów na pytania dotyczące zachowań ich klientów, ankieta CEO Survey pokazuje korelację między zaufaniem klientów a zaufaniem prezesów. Prezesi firm zajmujących najwyższe pozycje pod względem postrzeganego zaufania przez klientów i pracowników są bardziej pewni swoich perspektyw rozwoju w nadchodzącym roku. 71% prezesów firm o najwyższym poziomie zaufania jest pewnych wobec perspektyw wzrostu przychodów ich firm w ciągu najbliższych 12 miesięcy, w porównaniu z zaledwie 47% prezesów o najniższym poziomie zaufania.

Wyraźnie ukazuje się też korelacja między wzrostem zaufaniem a zobowiązaniami neutralności net-zero. CEOs firm dbających o najwyższy poziom zaufania znacznie częściej przewodzą organizacjom, które podjęły zobowiązanie net-zero (29%) niż tym, które uzyskały najniższą pozycję pod względem zaufania klientów (16%). Prezesi firm „wysokiego zaufania” są również bardziej skłonni do kierowania organizacjami, które powiązały wyniki niefinansowe ze wynagrodzeniem zarządu. Około połowa prezesów, którzy przewodzą organizacjom najwyżej ocenianym pod względem zaufania, ma wskaźniki zadowolenia klientów (51%) i zaangażowania pracowników (46%) powiązane z osobistą premią lub planem motywacyjnym.

PwC dokumentuje i bada nastroje wśród prezesów – ich reakcje na trendy i oczekiwania transformacyjne od 25 lat. Podczas bańki internetowej w 1998 roku rozmawialiśmy z menedżerami o technologii, od ich osobistego korzystania z Internetu po przyszłość handlu elektronicznego; w 2003 roku śledziliśmy wzrost znaczenia ładu korporacyjnego i zarządzania ryzykiem korporacyjnym w następstwie skandali finansowych. Przeprowadziliśmy również ankietę wśród szefów firm w chwilach kryzysu — w 2008 r., gdy globalny system finansowy się załamał i w zeszłym roku, gdy pandemia trwała od roku.

Gliwice przyciągają inwestycje

ciągu ostatnich lat obserwujemy dynamiczny rozwój rynku gliwickiego, co powoduje rosnące zainteresowanie miastem, zwłaszcza wśród inwestorów i firm z branży IT oraz nowych technologii. Skutkuje to zwiększonym zapotrzebowaniem na wysokiej klasy biura. Jak wynika z najnowszego raportu Colliers „Rynek biurowy w Gliwicach 2021” zasoby powierzchni biurowej miasta w najbliższych latach zwiększą się blisko dwukrotnie.

Region z potencjałem

Gliwice, zaraz za Katowicami, stanowią drugi najważniejszy ośrodek usług biznesowych Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – jednego z najszybciej rozwijających się obszarów miejskich w Polsce. Atrakcyjne położenie geograficzne, zapewniające inwestorom bliskość głównych ciągów komunikacyjnych, dobra infrastruktura oraz dostęp do wykwalifikowanych pracowników sprawiają, że region ten charakteryzuje wysoka atrakcyjność zarówno dla deweloperów, jak i najemców.

Miasto wchodzi w skład Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, która znalazła się w ścisłej piątce najlepszych stref ekonomicznych na świecie 2021 r. według rankingu Financial Times. KSSE kolejny już rok zakończyła z rekordową liczbą nowo pozyskanych projektów inwestycyjnych – w ramach 102 projektów powstanie 4,47 tys. nowych miejsc pracy, a nakłady inwestycyjne osiągną wartość 5,35 mld zł.

Rozwój miasta napędza rynek

Gliwice od lat podejmują liczne działania, mające na celu zwiększenie potencjału miasta w oczach inwestorów. Wśród zrealizowanych w ostatnich latach projektów wyróżnić należy powstanie jednej z największych hal widowiskowo-sportowych (Arena Gliwice), wdrożenie inwestycji związanej z inteligentnym systemem zarządzania ruchem, rozbudowę Centrum Edukacji i Biznesu „Nowe Gliwice” czy modernizację Palmiarni Miejskiej. Obecnie trwają prace nad budową nowoczesnego Centrum Przesiadkowego, którego ukończenie planowane jest w 2022 r. W planach jest również rozbudowa Parku Naukowo-Technologicznego Technopark Gliwice o kolejny budynek oraz budowa szpitala miejskiego. Gliwice mogą pochwalić się również spektakularnymi rewitalizacjami jak odrestaurowany przez DL Invest Group budynek Starej Poczty, nominowany do nagród MIPIM Awards czy kompleks budynków dawnej Kopalni Węgla Kamiennego – Nowe Gliwice, inwestycję Górnośląskiej Agencji Przedsiębiorczości i Rozwoju, który zyskał nową formułę Centrum Edukacji i Biznesu.

Miasto dba także o rozwój infrastruktury logistycznej – w trakcie budowy jest południowa oraz zachodnia obwodnica Gliwic, która tym bardziej usprawni komunikację z innymi ośrodkami w Polsce i za granicą.

– Potencjał Gliwic jest coraz bardziej dostrzegany przez deweloperów, co przekłada się na systematyczny wzrost inwestycji biurowych w tym mieście. Obecne zasoby powierzchni biurowej kształtują się na poziomie ok. 90 tys. mkw. W budowie pozostaje jednak obecnie 34,1 tys. mkw., a w planach jest budowa kolejnych 18,5 tys. mkw. biur. W najbliższych latach spodziewamy się więc dalszego dynamicznego rozwoju gliwickiego rynku oraz rosnącego zainteresowania ze strony najemców. Popyt na powierzchnię biurową w Gliwicach generowany jest głównie przez firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, IT, jak również branże związane z nowymi technologiami. Odnotowujemy także zainteresowanie powierzchniami biurowymi ze strony licznych startupów zakładanych przez absolwentów Politechniki Śląskiej. Rosnące zapotrzebowanie na biura znajduje odzwierciedlenie w gwałtownie malejącym współczynniku pustostanów, który od początku 2019 r. do III kw. 2021 r. spadł w Gliwicach o blisko 10 p.p. – mówi Barbara Pryszcz, Dyrektor Regionalny Colliers w Katowicach.

Renta dożywotnia. Senior potrzebuje średnio 466 dni, by podjąć decyzję o podpisaniu umowy

Z danych Funduszu Hipotecznego DOM, który przeprowadził analizę zachowań konsumentów decydujących się na rentę dożywotnią wynika, że senior potrzebuje średnio 466 dni, by podpisać umowę renty dożywotniej. Tyle czasu mija od momentu przedstawienia oferty do zawarcia umowy notarialnej.

– Emeryci, którzy decydują się na rentę dożywotnią potrzebują średnio 1,5 roku, by podjąć decyzję czy podpisać umowę renty dożywotniej, czy też nie. Najdłużej zastanawiała się na przykład nasza klientka z Kalisza i zajęło jej to 10 lat – minęło dokładnie 3632 dni od momentu wypełnienia pierwszej ankiety aż do zawarcia umowy notarialnej. Z kolei najkrótszy czas, który był potrzebny innej seniorce do przejścia tego samego procesu wynosił 10 dni. Jeśli przyjrzymy się z kolei medianie to zobaczymy, że połowa seniorów potrzebowała ponad 145 dni na podjęcie takiej decyzji – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Trzeba podkreślić, że podpisanie umowy renty dożywotniej jest ważną decyzją i nie należy podejmować jej pochopnie. Lepiej dać sobie czas, by przeanalizować wszystkie za i przeciw, skonsultować się z rodziną lub prawnikiem. Długi czas procesowania powoduje, w mojej opinii, że jest to przemyślana decyzja – dodaje.

Jak wygląda procedura związana z podpisaniem umowy renty dożywotniej w profesjonalnym funduszu hipotecznym? Przede wszystkim jest wieloetapowa. Najpierw fundusz dokonuje wstępnej wyceny nieruchomości i przygotowuje prognozę renty dożywotniej (kwota zależy m.in. od wartości posiadanej nieruchomości, wieku i płci seniora). Następnie instytucja przedstawia propozycję umowy, a jeśli senior chce skorzystać z oferty podpisywana jest umowa przedwstępna. Po jej zawarciu fundusz zbiera wszystkie dokumenty potrzebne do podpisania umowy przyrzeczonej. Zanim jednak zostanie podpisany kontrakt, powoływany jest niezależny rzeczoznawca majątkowy, który przygotowuje operat z wyceną nieruchomości. Warto podkreślić, że sama umowa przyrzeczona jest zawierana w formie aktu notarialnego.

– Nasze cykliczne badania opinii, które od kilku lat przeprowadzamy wśród seniorów, wykazują że ponad 60 proc. emerytów decyduje się na rentę dożywotnią z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej oraz rosnącego zadłużenia. Emeryci starają się żyć oszczędnie i przez wiele lat zarządzają niewielkim budżetem, ale polskie emerytury są jednymi z najniższych w Europie, inflacja szaleje, ceny rosną, a osoby starsze popadają w coraz większe długi. Zdarza się, że renta dożywotnia jest dla nich jedynym ratunkiem na normalne, godne życie – mówi Robert Majkowski. – Wzmożone zainteresowanie usługą obserwujemy zresztą nie tylko w Polsce, ale również w Europie, Stanach Zjednoczonych, czy Australii, gdzie usługa istnieje od lat.