Grupa Morele łączy się z Pigu – największym graczem sprzedaży online w krajach bałtyckich. W wyniku fuzji powstanie jedna z największych grup e-commerce w Środkowo – Wschodniej Europie, z planem przekroczenia obrotu rocznego 4 mld zł w ciągu najbliższych 5 lat.
Głównym celem realizowanej strategii jest rozszerzanie oferty nowopowstałego holdingu – Grupy Morele – o nowe kategorie sprzedaży, wykraczające poza elektronikę. W pierwszej kolejności, nowo nawiązana współpraca z Pigu bazować będzie na wymianie najlepszych praktyk w zakresie marketingu, logistyki oraz procesów i operacji biznesowych między firmami. W 2019 roku rozpocznie się proces ujednolicania rozwiązań technologicznych, w oparciu o które funkcjonują sklepy. Opracowana w Grupie Morele autorska, zaawansowana platforma e-commerce, wdrożona zostanie na potrzeby Pigu.lt. Z rozwiązania tego w ostatnim czasie skorzystały m.in. sklep-presto.pl i budujesz.pl, które regularnie poszerzają ofertę produktową i zwiększają obroty.
– Polacy to innowacyjny i pracowity naród. Potrafimy tworzyć technologie ale musimy ją konfrontować z realiami rynku globalnego. Jako Grupa Morele przyświeca nam cel zbudowania platformy e-commerce obecnej we wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschodniej – mówi Michał Pawlik, prezes morele.net. – Wykorzystując taką skalę liczę, że będziemy mogli zabezpieczyć region przed dominacją jednego globalnego gracza i wpływać korzystnie na poprawę konkurencji na wszystkich rynkach, na których będziemy obecni – podsumowuje.
Holdingiem zarządzać będzie nowy zarząd, składający się z managerów morele.net i Pigu.lt. Dzięki powstaniu nowego holdingu Klienci dostaną jeszcze niższe ceny i jeszcze większy wybór produktów. W pierwszej kolejności, jeszcze w tym roku, istotnie wzmocni się oferta sklepów amfora.pl (drogeria), meblujesz.pl (dom i meble) oraz hulahop.pl (zabawki i akcesoria dla dzieci), których kategorie są szeroko dostępne w Pigu.
Polscy pracodawcy odczuli w ostatnich miesiącach wzrost kosztów pracy. Generują go, po pierwsze, dobra koniunktura gospodarcza, która pociąga za sobą wzrost płac, a po drugie, szereg zmian prawnych, na które pracodawca nie ma żadnego wpływu. Już w tej chwili obciążenie składkowe po stronie pracodawcy wynosi ok. 20 proc. wynagrodzenia pracownika. Po wprowadzeniu pracowniczych programów kapitałowych będzie ono jeszcze wyższe. Nadal istnieje ryzyko związane ze zniesieniem limitu tzw. 30-krotności. Choć Trybunał Konstytucyjny uznał przepisy za niezgodne z Konstytucją, temat wciąż może powrócić. Wzrostu kosztów nie da się uniknąć, ale pracodawcy mogą je sobie zrekompensować gdzie indziej – wskazują eksperci Ayming Polska.
Polska należy do krajów o najniższych kosztach pracy w Europie. Biorąc jednak pod uwagę udział, jaki w ogólnych kosztach pracy stanowią obowiązkowe składki płacone przez pracowników i pracodawców, okazuje się, że obciążenie pozapłacowymi kosztami pracy w Polsce należy do najwyższych w Europie. Wyprzedzamy pod tym względem Szwecję czy Wielką Brytanię.
– Koszty pracy rosną w Polsce dość dynamicznie i mamy tego kilka przyczyn. Dwie główne to uwarunkowania koniunkturalne wynikające z tego, że mamy zapotrzebowanie na pracowników i musimy podnosić wynagrodzenia, oraz uwarunkowania prawne, na które składają się zmiany legislacyjne w tym zakresie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes adw. Robert Adamczyk, ekspert Ayming Polska.
To m.in. wzrost płacy minimalnej, pojawienie się nowej obowiązkowej składki na pracownicze plany kapitałowe czy tzw. daniny solidarnościowej oraz ryzyko związane ze zniesieniem limitu opłacania składek emerytalno-rentowych po przekroczeniu progu tzw. trzydziestokrotności. Obecnie obciążenie składkowe po stronie pracodawcy już wynosi ok. 20 proc. wynagrodzenia pracownika. Po wprowadzeniu PPK będzie ono jeszcze wyższe.
– Wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych będzie najważniejszą zmianą, jaka czeka pracodawców w 2019 roku. Z założenia system będzie tworzony przez podmioty zatrudniające i podmioty zatrudnione, a więc głównie pracowników – mówi Robert Adamczyk.
Od 2019 roku wszyscy pracownicy będą automatycznie zgłaszani do PPK, a część ich wynagrodzenia (od 2 do 4 proc.) będzie odkładana na przyszłe świadczenie. Złożą się na nią także ich pracodawcy, odprowadzając minimum 1,5 proc. pensji. To oznacza kolejny wzrost kosztów pracy.
– Warto też zwrócić uwagę na ustawę, która znosiła limit trzydziestokrotności. Trybunał Konstytucyjny uznał, że przepisy te są niezgodne z Konstytucją, ale trzeba pamiętać, że w każdej chwili mogą ponownie trafić do Sejmu i zostać uchwalone. Gdyby tak się stało, to od okresu, kiedy będą one obowiązywały, wszyscy pracownicy, którzy przekroczą limit trzydziestokrotnosci przeciętego wynagrodzenia w gospodarce krajowej, będą zmuszeni odprowadzać składki na ubezpieczenia emerytalno-rentowe. Dzisiaj jest tak, że składek tych po przekroczeniu tego limitu nie odprowadzają – wyjaśnia ekspert Ayming Polska.
Jak podkreśla, ryzyko powrotu do zniesienia limitu trzydziestokrotności jest realne. Szacuje się, że potencjalne dodatkowe wpływy z tego tytułu do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych miałyby sięgnąć ponad 5 mld zł rocznie. Zniesienie limitu trzydziestokrotności spowodowałoby znaczący wzrost kosztów dla osób najlepiej zarabiających i ich pracodawców. Dla jednych i drugich wzrosłyby świadczenia związane z ZUS. W konsekwencji pracodawca zapłaciłby więcej, a pracownik otrzymywał niższe wynagrodzenie netto. Przykładowo, osoba zarabiająca 15 tys. zł miesięcznie po przekroczeniu drugiego progu odprowadzałaby podatek dochodowy w wysokości 32 proc. oraz wszystkie składki na ubezpieczenia społeczne, w tym na ubezpieczenie emerytalno-rentowe.
– Dla przykładu, pracownik, zarabiający dzisiaj 15 tys. zł brutto, odprowadziłby więcej o 3,5 tys. zł w skali roku, gdyby limit został zniesiony. Natomiast pracodawca poniósłby większe koszty zatrudnienia o ok. 7,5 tys. zł w skali roku. Łącznie daje to kwotę blisko 11 tys. zł wyższych kosztów rocznie – mówi Robert Adamczyk.
Pracodawcy nie uchronią się przed wzrostem kosztów związanych ze zmianami ustawowymi i muszą je przewidzieć w budżecie. Mogą się jednak przyjrzeć innym kosztom, np. ponoszonym przez przedsiębiorstwo w obszarze ubezpieczeń społecznych, i częściowo zrekompensować podwyżki.
– Jednym z takich obszarów potencjalnych oszczędności jest składka wypadkowa, która z założenia maleje, jeżeli pracodawcy dbają o bezpieczeństwo i higienę pracy. Można by w ten sposób częściowo zrekompensować koszty związane z innymi obszarami. Innym rozwiązaniem jest wystąpienie do ZUS o dofinansowanie inwestycji z zakresu BHP, aby składkę na ubezpieczenie wypadkowe stosownie obniżyć w przyszłości – wskazuje mecenas Adamczyk.
Część przedsiębiorstw nie zdaje sobie sprawy z możliwości obniżenia składki na ubezpieczenie wypadkowe. Tymczasem weryfikacja czynników wpływających na części zmienne w wyliczaniu indywidualnej dla każdego płatnika składki wypadkowej, często wykazuje, że przedsiębiorstwo zawyża swoje opłaty z tego tytułu. Nienależnie opłacone składki można odzyskać za wiele lat wstecz.
Złe nawyki finansowe, przeszacowanie swoich możliwości albo kompulsywne zakupy, a także sytuacja życiowa – na przykład utrata pracy, rozwód czy ciężka choroba w rodzinie – mogą być przyczyną zadłużenia. Z danych Grupy KRUK wynika, że na koniec III kwartału tego roku z takim problemem boryka się 4,5 mln Polaków. Mają oni łącznie do spłaty 34 mld zł. 17 listopada już po raz dziesiąty w Polsce będziemy obchodzić Dzień bez Długów. Jest to między innymi okazja do edukacji finansowej Polaków i zwrócenia ich uwagi na problem zadłużenia.
Z danych Grupy KRUK wynika, że z problemem zadłużenia zmaga się obecnie 4,5 mln osób. Łączne zadłużenie Polaków na koniec III kwartału 2018 roku wyniosło 34 mld zł i względem ubiegłego roku wzrosło o 15 proc. Natomiast grono osób zadłużonych powiększyło się w tym czasie o 500 tys. osób. Dla porównania jeszcze pięć lat temu, czyli w 2013 roku, łączny dług Polaków wynosił niecałe 16 mld zł.
– Już od dłuższego czasu średnie zadłużenie to około 5,5 tys. zł na osobę. To tylko o 800 zł więcej niż wynosi średnie krajowe wynagrodzenie, więc teoretycznie – przy zachowaniu samodyscypliny, powinniśmy sobie z tym zadłużeniem poradzić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Salach z Grupy KRUK.
Jak wskazuje, wśród głównych przyczyn zadłużania się Polacy wymieniają przede wszystkim przeszacowanie swoich możliwości finansowych i kompulsywne zakupy, bez zastanowienia i wcześniejszego zaplanowania. Statystki pokazują też, że Polacy często mają problem ze spłatą rat bankowych kredytów konsumpcyjnych. Co ciekawe, kredyty hipoteczne – na dużo większe kwoty – są w większości spłacane terminowo.
– Z tym nie mamy problemu. Jest to pewnie kwestia psychologiczna wynikająca z tego, że jednak bardzo dbamy, aby mieć dach nad głową, więc pilnujemy terminu spłaty rat kredytów hipotecznych. Mamy natomiast problem przede wszystkim ze spłatą kredytów konsumpcyjnych. Na drugim miejscu nie płacimy za rachunki telefoniczne, rachunki za internet – mówi Agnieszka Salach.
Obok złych nawyków finansowych częstą przyczyną zadłużenia Polaków jest też zmiana sytuacji życiowej, utrata pracy bądź nagły spadek zarobków, długotrwała choroba w rodzinie, rozwód czy utrata bliskiej osoby. Powodem zadłużenia w około 40 proc. przypadków jest branie pożyczek na spłatę wcześniejszych długów. W momencie, kiedy bank odmówi udzielenia kredytu lub pożyczki, jest jeszcze dostęp do pożyczek online lub przez SMS. Bardzo wiele zadłużonych osób korzysta z tej formy pożyczania pieniędzy, nie zwracając uwagi na oprocentowanie. To łatwy sposób na wpadnięcie w spiralę zadłużenia.
– Niestety, okazuje się że Polacy nie mają wystarczającej wiedzy finansowej i często to jest największy problem. Z badania, które przeprowadziliśmy kilka lat temu, wynika, że Polacy dzielą się na trzy mniej więcej równe grupy. Pierwsza to osoby, które rzeczywiście dobrze oceniają swoją wiedzę finansową, potrafią oszczędzać, inwestować i pomnażać zyski, inwestować. Jest też spora grupa, która uważa, że ich podstawowa wiedza o finansach jest wystarczająca, nie pogłębiają jej, po prostu korzystają z podstawowych produktów finansowych i rozumieją, jak one działają, np. potrafią ocenić, czy dana pożyczka jest dla nich opłacalna. Trzecia grupa po prostu nie zna się na finansach. W grupie osób zadłużonych te procenty rozkładają się już inaczej i tutaj aż 65 proc. osób mających długi ocenia swoją wiedzę finansową na średnim poziomie, a 30 proc. uważa ją za niewystarczającą, na niskim poziomie – mówi Karolina Duniec z Grupy KRUK.
W tym roku po raz dziesiąty Grupa KRUK, która jest pomysłodawcą obchodzonego 17 listopada Dnia bez Długów, przygotowała kolejne działanie z zakresu edukacji finansowej. Eksperci podkreślają, że takie święto to dobry moment, żeby zastanowić nad swoją sytuacją finansową albo skontaktować się z wierzycielem i zrobić pierwszy krok w kierunku rozwiązania swoich problemów.
– W tym roku oferujemy kurs online, do którego zaprosiliśmy do współpracy blogera finansowego Tomasza Jaroszka. Kurs składa się z dwunastu lekcji wideo. Dowiemy się z niego m.in., jak zarządzać domowym budżetem, oszczędzać, jak zrobić plan spłaty zadłużenia, jeśli takie mamy, jak szukać wsparcia i motywować się do spłaty zadłużenia oraz budować poduszkę finansową, która zabezpieczy nas na przyszłość. Sam materiał to dwie godziny nagrań, ale każdą lekcję można też odsłuchać w formie audio albo przeczytać w transkrypcji. Oczywiście mamy także dużo materiałów dodatkowych. Są to zadania, arkusze kalkulacyjne, kalkulatory, artykuły, poradniki. Tych materiałów jest dużo, dlatego warto podzielić sobie te dwanaście lekcji, na przykład na dwa tygodnie codziennej, systematycznej pracy, jak komu wygodnie – mówi Karolina Duniec z Grupy KRUK.
W ciągu trzech pierwszych kwartałów tego roku Citi Handlowy wypracował wzrost zysku netto z 372,2 mln zł do 486,6 mln zł. W części instytucjonalnej bank zamierza nadal aktywnie promować biznes międzynarodowy, wspierając ekspansję polskich przedsiębiorstw e-commerce. W bankowości detalicznej strategia zakłada inwestowanie w relacje z klientami i dalszą digitalizację rozwiązań, która ma poprawić jakość oferowanych produktów i usług. W 2019 roku Citi Handlowy wdrażać będzie w dwóch fazach nową aplikację mobilną, zbudowaną zgodnie z trendem otwartej bankowości, w której tradycyjny model logowania zastąpi biometria. Prezes banku Sławomir S. Sikora podkreśla, że technologie – zwłaszcza sztuczna inteligencja – będą przesądzać o przyszłym kształcie usług bankowych.
– Trzeci kwartał był bardzo udany dla Citi Handlowy. Nasz zysk wyniósł 158 mln zł i w ciągu ostatnich trzech kwartałów odnotowaliśmy wzrost w porównaniu z rokiem ubiegłym, głównie za sprawą dobrych wolumenów klientowskich i dobrego wyniku z działalności skarbcowej. Nasi klienci rosną szybciej niż moglibyśmy się spodziewać, najszybciej – klienci globalni, dla których Polska pozostaje atrakcyjnym rynkiem a Citi Handlowy bankiem pierwszego wyboru –mówi Sławomir S. Sikora, prezes Banku Handlowego w Warszawie SA.
Z wyników finansowych Citi Handlowy za III kwartał br. wynika, że spółka odnotowała w tym czasie 158,48 mln zł skonsolidowanego zysku netto wobec 171,57 mln zł zysku rok wcześniej. Wynik odsetkowy wzrósł o 3 proc. do 280,7 mln zł, natomiast wynik z tytułu prowizji i opłat zmniejszył się o 8 proc. do 135,1 mln zł. Bank podał w raporcie, że największy spadek dotyczył wyniku prowizyjnego z tytułu pośrednictwa w sprzedaży produktów ubezpieczeniowych i inwestycyjnych, a powodem tego było pogorszenie sentymentu na rynkach kapitałowych i większa awersja do ryzyka. Saldo rezerw na koniec III kwartału wyniosło 19 mln zł, a koszty ogółem bank utrzymuje pod kontrolą – w ujęciu kwartalnym spadły o 2 proc. do poziomu 275 mln zł.
Łącznie w ciągu trzech pierwszych kwartałów tego roku Citi Handlowy wypracował wzrost zysku netto z 372,2 mln zł do 486,6 mln zł, pomimo spadku przychodów z tytułu odsetek i wyniku prowizyjnego w tym samym okresie.
– Spodziewamy się, że wynik netto będzie istotnie lepszy niż w roku ubiegłym. Co istotne dla inwestorów, chcielibyśmy zrealizować naszą obietnicę, że zwrot na kapitale wyniesie powyżej 10 proc. – mówi Sławomir Sikora.
Prezes Citi Handlowy wskazuje, że w części instytucjonalnej bank nie planuje żadnych zmian w dotychczasowej strategii i nadal zamierza aktywnie promować biznes międzynarodowy, wspierając ekspansję polskich przedsiębiorstw.
– Nawet małe firmy w segmencie e-commerce preferują ekspansję poza polski rynek. 65 proc. z nich deklaruje, że chciałyby się rozwijać poza polskim rynkiem i dla takich firm jesteśmy partnerem. Natomiast jeżeli chodzi o bankowość detaliczną, chcielibyśmy zwiększyć liczbę klientów. Wspólnym mianownikiem dla obu segmentów jest oparcie o innowacyjną technologię, w kolejnych trzech latach tej technologii będziemy widzieć zdecydowanie więcej. Mam tu na myśli m.in. biometrię i sztuczną inteligencję – mówi Sławomir Sikora.
W 2019 roku Citi Handlowy wdroży nową aplikację mobilną, zbudowaną w oparciu o API (zgodnie z trendem otwartej bankowości), w której tradycyjny model logowania zastąpi biometria, a klientom zostaną zaoferowane kontekstowe oferty produktowe. Jednocześnie bank zapowiada rozwój programu korzyści CitiSpecials.
– W tym roku bardzo doceniana przez klientów jest oferta Citi Specials, oferta przedsprzedaży biletów na atrakcyjne koncerty spotkała się to z ogromnym zainteresowaniem klientów. Muszę więc powiedzieć, że w tej chwili, aby kupić w ofercie przedsprzedaży bilety na koncerty Backstreet Boys i Muse, trzeba otworzyć relację z Citi Handlowy i zapłacić kartą Citi Handlowy. Wtedy można zostać tym szczęśliwcem, który ma dostęp do najlepszych koncertów wcześniej niż inni – mówi Sławomir Sikora.
Prezes Citi Handlowego podkreśla też, że bankowość jutra będzie oparta na robotyzacji i sztucznej inteligencji, która znajdzie coraz szersze zastosowania w różnych obszarach, począwszy od interakcji z klientem. Citi Handlowy AI rozwija w obszarze AML, czyli zapobieganiu oszustwom i praniu pieniędzy. Dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji czas identyfikacji podejrzanych transakcji został zredukowany o 80 proc.
– W moim przekonaniu na przestrzeni kolejnych kilku lat rozwiązania takie jak chatboty staną się powszechne, a klienci przekonają się do nich. Rozwój chatbotów dojdzie do takiego poziomu, na którym praktycznie nie będzie już różnicy pomiędzy rozmową z człowiekiem a robotem. Natomiast jeżeli zajdzie potrzeba uszycia na miarę usługi bankowej – wtedy moim zdaniem nadal będzie dominował człowiek. Przynajmniej w naszej strategii, bo w przypadku fintechów i banków internetowych będziemy obsługiwani automatycznie od początku do końca, często skazani na samoobsługę. Natomiast w części operacyjnej, czyli tam, gdzie procesujemy transakcje, przelewy czy różnego rodzaju płatności, ta automatyzacja będzie się zwiększać – mówi prezes banku Sławomir Sikora.
Pozytywne opinie budują wiarygodność firm w oczach potencjalnych klientów. Zdaniem ekspertów Polacy woleliby wystawiać dobre oceny, nie mają jednak motywacji do dzielenia się pozytywnymi doświadczeniami. Do negatywnych komentarzy skłania ich chęć powetowania własnych strat oraz ostrzeżenia innych konsumentów przed nietrafionym wyborem. Podejmujemy decyzje kierując się opiniami, dlatego do dzielenia się nimi w sieci zachęca kampania „Dobry głos dla firm”.
Decydując się na zakup towarów lub usług, Polacy kierują się w dużej mierze opiniami zamieszczonymi w internecie. Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez magazyn E-commerce Polska ponad połowa Polaków uważa, że tego rodzaju oceny w największym stopniu budują wiarygodność sprzedawcy. Dla biznesu kluczowe znaczenie mają pozytywne komentarze, badania pokazują, że dominują one w sieci, ich siła oddziaływania jest jednak znacznie mniejsza niż komentarzy krytycznych.
– Jesteśmy bardziej skłonni, mniej więcej dwa razy bardziej, udzielać pozytywnych opinii niż negatywnych. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że negatywne opinie mają zdecydowanie szerszy zasięg oddziaływania – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Jolanta Tkaczyk z Katedry Marketingu Akademii Leona Koźmińskiego.
Udzielaniu krytycznych komentarzy sprzyja anonimowość, jaką zapewnia internet. Konsumenci są też znacznie bardziej zmotywowani do dzielenia się negatywnymi doświadczeniami, co wynika z ich poczucia niezadowolenia z zakupu. Podłożem braku satysfakcji może być zarówno źle wykonana usługa czy otrzymanie wadliwego produktu, jak i nieodpowiedni kontakt ze sprzedawcą. Wystawiając negatywną ocenę, konsumenci chcą powetować sobie stratę oraz przestrzec innych internautów. A przecież konstruktywna ocena może zmotywować przedsiębiorcę do podniesienia jakości świadczonych usług i lepszego dostosowania ją do oczekiwań klientów.
– Firmom zależy na dobrych opiniach, czyli takich, które są na tyle konstruktywne, żeby można było wyciągnąć na ich podstawie wnioski związane z obecnym funkcjonowaniem firmy. Opinie mogą być pozytywne lub negatywne, ale dopóki są konstruktywne, mają duży sens. Dzielenie się dobrymi opiniami jest w interesie nas wszystkich, ponieważ odwraca negatywny trend hejtu oraz skutecznie motywuje firmy do robienia lepszych rzeczy, na czym zyskują konsumenci – mówi dr Jolanta Tkaczyk.
Do wystawiania pozytywnych ocen Polaków skłania przede wszystkim altruizm, chcą w ten sposób pomóc innym konsumentom dokonać dobrego wyboru i uniknąć zakupowej wpadki. Istotną motywacją jest także pragnienie wsparcia lokalnej przedsiębiorczości lub znanego nam osobiście sprzedawcy. Zachęcaniu Polaków do wystawania pozytywnych ocen służy kampania „Dobry głos dla firm”, zainicjowana przez ING Bank Śląski.
– Dzielimy się opiniami o firmach, kiedy jesteśmy niezadowoleni, żeby ostrzec innych, natomiast jeżeli jesteśmy zadowoleni, często brakuje nam motywacji, żeby to zrobić. Chcielibyśmy to zmienić i zmotywować Polaków do tego, żeby chwalili firmy, doceniali to, co robią, i dzielili się pozytywnymi opiniami o nich w internecie. Mamy poczucie, że brakuje nam nawyku dawania pozytywnego feedbacku i naszym celem jest odwrócenie tego trendu – mówi Anna Witecka z ING Banku Śląskiego.
Na stronie internetowej kampanii „Dobry Głos dla Firm” Polacy mogą zostawiać opinie o swoich ulubionych markach, miejscach lub usługodawcach. Część z nich zostanie następnie zamieniona w krótkie piosenki, które we własnych aranżacjach wykonują Mela Koteluk i Paweł Domagała. Organizatorzy wybrali tę parę artystów ze względu na ich wyjątkowe zdolności muzyczne i nietuzinkowe podejście artystyczne do realizacji projektu. Na stronie internetowej kampanii można oglądać powstające w ten sposób piosenki wraz z mini teledyskami. Ich autorzy przywiązują wagę nie tylko do samych piosenek, lecz także do scenografii nagrania, wykorzystując rekwizyty związane tematycznie z firmą, na której temat opinię artyści wyśpiewują.
– Myślę, że internauci pozytywnie odbierają nagrane opinie. Sama zresztą nucę te wszystkie melodie cały czas, bo naprawdę świetnie się tego słucha. Nie wiem, może będzie z tego coś jeszcze większego niż początkowo zakładaliśmy – mówi Julia Rogowska, reżyser z Papaya Films.
Akcja wystartowała 5 listopada i mamy nadzieję, że dla wielu osób dzielenie się dobrymi opiniami stanie się nawykiem. Organizatorzy planują nagrać i opublikować blisko 70 filmów z piosenkami, które można oglądać na stronie internetowej kampanii, w mediach społecznościowych oraz na platformie YouTube. Już teraz – zgodnie z informacjami twórców akcji – odzew jest bardzo pozytywny.
– Liczymy na to, że tych opinii będzie jeszcze więcej i tak naprawdę każda z nich jest wartościowa, niezależnie od tego, czy zostanie nagrana w formie piosenki, czy opublikowana wyłącznie w formie tekstu na stronie – mówi Krzysztof Matlak z ING Banku Śląskiego.
11 mln Polaków cierpi z powodu permanentnego zmęczenia. Przekłada się ono zarówno na jakość życia prywatnego, jak i na obniżoną efektywność w pracy. Przyczyną jest m.in. nieumiejętne zarządzanie energią, którą należy czerpać z czterech źródeł: fizycznego, emocjonalnego, mentalnego i społecznego. Pomaga to rozwijać siłę i odporność psychiczną.
Spadające zaangażowanie w pracę to problem ogólnoświatowy. Według informacji amerykańskiego Instytutu Gallupa ograniczoną determinację w tym zakresie zdradza prawie 80 proc. pracowników, co przekłada się na ich mniejszą efektywność. Jedynie co piąty z menedżerów to lider, który osiąga najwyższy poziom efektywności. W Polsce na niezadowolenie z pracy i zmęczenie nadmiarem obowiązków zawodowych skarży się blisko 60 proc. pracowników. Mniejsze zaangażowanie oraz idąca za nim ograniczona efektywność mogą mieć kilka przyczyn.
– To są czynniki zarówno organizacyjne, np. takie, że firmy mają słabo poukładane procesy, pracownicy są przeciążeni, nie wiedzą, jakie są priorytety, mają słaby kontakt ze swoim przełożonym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marzena Jankowska, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.
Na niskie zaangażowanie w pracę wpływa ponadto przeciążenie informacyjne. Współczesny człowiek dziennie przyswaja ok. 100 tys. słów, a więc o 350 proc. więcej niż w 1980 roku. Nowoczesna technologia sprawia, że ludzie są stale obecni w internecie i wchłaniają zawarte w nim informacje, co również przekłada się na gorsze samopoczucie. Niezwykle istotny jest ponadto brak umiejętności zarządzania uwagą, czyli podstawowym procesem poznawczym, oraz energią życiową.
– Ludzie, którzy dobrze zarządzają swoją energią, to są ludzie, którzy są po prostu szczęśliwi. Mają zwykle dobrze poukładane priorytety, są blisko swoich wartości, którzy wiedzą, jakie są te wartości i od nich zaczynają dzień – mówi Marzena Jankowska.
Osoby te cechuje ponadto asertywność, zdolność do odpowiedniego organizowania czasu oraz skupienia na wykonywanych obowiązkach. Dzięki temu zachowują równowagę między życiem zawodowym a prywatnym, a w pracy nie ulegają niepotrzebnym napięciom. Ludzi dobrze zarządzających swoją energią życiową łatwo poznać, nie mają bowiem problemu z permanentnym zmęczeniem, które zdaniem ekspertów powoli staje się plagą XXI wieku. Z badań wynika, że ciągłe wyczerpanie odczuwa już blisko 11 mln Polaków.
– Na tle innych krajów europejskich pracujemy bardzo dużo, ale jednocześnie jesteśmy krajem ludzi, którzy najsłabiej o siebie dbają, tu chodzi o czas przeznaczany codziennie na regenerację. Jeśli połączymy jedno z drugim, to mamy prosty sposób na obniżenie efektywności i wypalenie zawodowe – mówi Marzena Jankowska.
Istnieją cztery źródła energii życiowej: fizyczne, emocjonalne, mentalne i społeczne, z których należy czerpać codziennie. Pierwsze z nich odnosi się do biologii i ciała człowieka i jest podstawą dobrego samopoczucia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Polacy często zapominają jednak, że o ciało należy dbać, głównie poprzez przestrzeganie tak podstawowych zasad jak prawidłowe odżywianie, odpowiednia ilość snu na dobę, regularna aktywność fizyczna. Równie istotnym źródłem energii życiowej jest to emocjonalne.
– Tutaj są wszystkie hedonistyczne, do niczego innego niesłużące przyjemności, jak tylko do tego, żeby się zregenerować, czerpać dobrą energię, czuć się dobrze. To są proste rzeczy, to jest obejrzenie wspólnie wybranego filmu z rodziną czy posmyranie psa za uchem, czy przeczytanie dobrej książki – mówi Marzena Jankowska.
Energię życiową należy czerpać również ze źródła mentalnego, obejmującego działania prowadzące do stałego rozwoju intelektualnego. Może to być zarówno dokształcanie się i poszerzanie kompetencji zawodowych, jak i rozwiązywanie krzyżówek. Źródło to dotyczy także ćwiczenia woli, zastanawiania się nad podejmowanymi decyzjami, refleksyjnego podejścia do rzeczywistości. Ostatnim źródłem jest to społeczne, a więc energia, którą czerpie się od innych ludzi. Jest to bardzo ważne źródło energii dla każdego typu osobowości, zarówno ekstrawertyków, jak i introwertyków.
– Jeśli nie zapewniamy sobie stałego wsparcia, jeśli nie budujemy dobrych relacji, jeśli nie mamy zbudowanych więzi z najbliższymi ludźmi, to jesteśmy bardzo mocno narażeni na wypalenie, nie tylko zawodowe, lecz także wypalenie życiowe – mówi Marzena Jankowska.
Wysoko wyspecjalizowana i uznana na świecie kadra naukowa jest siłą Polski w walce o wpływy w europejskiej branży kosmicznej – twierdzi minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz. Coraz więcej polskiej myśli technicznej w tej branży udaje się skomercjalizować dzięki udziałom w międzynarodowych konsorcjach. Polscy naukowcy już dziś dysponują technologią pozwalającą sprzątać odpady w przestrzeni kosmicznej. Przetestują także czujnik Słońca.
– Analizując dotychczasowe osiągnięcia polskich firm w dziedzinie kosmicznej od 2012 roku, czyli od czasu, kiedy Polska stała się członkiem Europejskiej Agencji Kosmicznej i co roku kontrybuuje składką powyżej 35 mln euro do budżetu ESA, możemy powiedzieć, że branża kosmiczna jest mała, ale rośnie bardzo szybko, zaczynaliśmy od trzydziestu podmiotów, dzisiaj jesteśmy na poziomie około 350 podmiotów gospodarczych i jesteśmy bardzo skuteczni –mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz.
Polskie firmy działające w sektorze kosmicznym obecnie najczęściej spełniają rolę podwykonawców lub łączą się z zagranicznymi podmiotami w konsorcja. Polacy biorą m.in. udział w unijnych projektach DIAS, upowszechniających dostęp do danych satelitarnych. Wart 15 mln euro kontrakt CREODIAS jest realizowany przez konsorcjum, którego główną siłą są właśnie polskie firmy technologiczne na zlecenie Europejskiej Agencji Kosmicznej. Jego istotą jest opracowanie platformy upowszechniającej szerokiej rzeszy użytkowników dane zbierane przez satelity Sentinel, wystrzelone w 2014 roku w ramach programu Copernicus.
W ramach programu Horyzont 2020 granty uzyskały także polskie firmy mające pomysł na oczyszczanie orbity okołoziemskiej za pomocą siatki. SKA Polska z Warszawy i OptiNav ze Słupska na realizację projektu otrzymały 2,5 mln zł.
– Jeśli zobaczymy wskaźnik sukcesu podmiotów z branży kosmicznej, które aplikowały do programu europejskiego Horyzont 2020 z branży kosmicznej, to ona cieszy się najwyższym wskaźnikiem sukcesu. Choć branża jest niewielka, to jest bardzo kompetentna, bardzo skuteczna. Ta branża to często firmy zakładane przez pracowników naukowych, wysokiej klasy inżynierów z dużym doświadczeniem międzynarodowym, którzy dali się poznać na rynku międzynarodowym – podkreśla minister Emilewicz.
19 listopada w przestrzeń kosmiczną zostanie wystrzelony satelita PW-Sat2 opracowany przez studentów Politechniki Warszawskiej. Oprócz zadania głównego, jakim ma być test systemu zapobiegającego zaśmiecaniu orbity, stoi przed nim wiele dodatkowych zadań. To miedzy innymi testy czujnika Słońca. Dzięki temu rozwiązaniu panele słoneczne satelitów będą automatycznie nastawiały się w kierunku źródła światła, co zapewni im stabilną pracę w przestrzeni kosmicznej.
Firma Astronika z kolei w ramach współpracy z NASA opracowała próbnik kosmiczny przeznaczony do wykorzystania w marsjańskiej misji InSight. Penetrator Kret HP3 umożliwi sondzie wgryzienie się w marsjański grunt i pobranie próbek z głębokości ok. pięciu metrów. Firma SatRevolution tymczasem zaprojektowała sondę Światowid, przystosowaną do obserwacji powierzchni Ziemi w świetle widzialnym. Będzie wykorzystywana m.in. do monitorowania poziomu wód i jakości powietrza. Lądownik InSight z sondą na pokładzie wyląduje na Marsie najprawdopodobniej już 26 listopada.
Na początku października 2018 r. podczas Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego w Bremie Polska Agencja Kosmiczna została przyjęta do Międzynarodowej Federacji Astronautycznej (IAF). W praktyce członkostwo w niej zapewnia dostęp do badań i materiałów opracowywanych przez organizację. IAF skupia kilkuset członków, w tym najważniejsze na świecie agencje kosmiczne.
Polska Strategia Kosmiczna, przyjęta przez rząd w lutym 2017 roku, zakłada, że do 2030 roku Polska będzie uczestniczyć na poziomie 3 proc. w europejskim obrocie sektora kosmicznego.
– Widzimy, że dzisiaj polityka kosmiczna i polityka obronna to będą prawdopodobnie najobszerniejsze kieszenie finansowe w kolejnej perspektywie finansowej. Myślę, że polski rynek naukowo-badawczy i przemysłowy, przedsiębiorczy, jest dzisiaj gotowy do tego, żeby korzystać z tych nowych funduszy – podsumowuje Jadwiga Emilewicz.
W sumie w latach 2014–2020 Komisja Europejska planuje przeznaczyć w ramach programu Horyzont 2020 kwotę ponad 1,4 mld euro na obszar związany z badaniem przestrzeni kosmicznej. Oprócz tego planowany jest Europejski Program Kosmiczny z budżetem 16 mld euro, którego główne obszary tematyczne to nawigacja satelitarna (program Galileo), obserwacje satelitarne (program Copernicus) czy ochrona przed zagrożeniami w przestrzeni kosmicznej (SST) i bezpieczna łączność (Govsatcom).
Autyzm, obok AIDS, nowotworów i cukrzycy, jest według ONZ, największym zagrożeniem zdrowotnym dla ludzkości. Obecnie w Europie autyzmem dotkniętych jest ok. 5 mln osób. W Polsce cierpi na nią 30 tys. osób, z czego zdecydowana większość to dzieci. Opracowana przez Polaków elektroniczna kostka do terapii autyzmu może zwiększać liczbę neuronów lustrzanych w mózgu, a tych dzieci autystyczne mają kilkukrotnie mniej. Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które pomagają w normalnym życiu.
– Elektroniczna kostka do terapii autyzmu jest sposobem na rozwiązanie problemów autystycznych dzieci, takich jak zaburzony proces przewidywania czy zaburzony proces odtwarzania motorycznego. Dzieci z autyzmem mają zaburzony proces przewidywania, co powoduje, że nie potrafią się uczyć, współpracować z najbliższymi osobami – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Adam Pabiś, neurobiolog z Kinetic Centrum Nowoczesnej Audiologii.
Kostka skłania dzieci do powtarzania określonych ruchów. W ten sposób może podnieść liczbę neuronów lustrzanych, które odgrywają kluczową rolę w uczeniu poprzez naśladowanie, czy empatię. Naukowcy szacują, że o ile dzieci niedotknięte autyzmem mają neuronów lustrzanych ok. 45 tys., to autystyczne – zaledwie 15 tys. Dzięki elektronicznej kostce ich liczba może wzrosnąć nawet do 25–30 tys.
Kostka ma kształt sześcianu, a każdy bok jest jednocześnie ekranem dotykowym. Ruch kostki jest zintegrowany z wirtualną kostką, wyświetlaną na ekranie tabletu. Dzięki odpowiednim czujnikom każdy ruch jest monitorowany, a dziecko musi możliwie jak najdokładniej odwzorować ruch wirtualnej kostki.
– Kostka działa w naturalnym procesie przewidywania, czyli np. jeżeli zauważamy, że klucze spadają, to staramy się je złapać. To jest naturalny proces przewidywania, czyli wiemy, że są w jakimś miejscu, w którym mogą spaść i próbujemy je złapać. Dzieci autystyczne mają zaburzony proces przewidywania, więc w takiej sytuacji klucze spadają na ziemię bez reakcji dziecka. Zadaniem kostki jest naprawienie tego procesu. Chcemy nauczyć neurony przewidywać pod względem wzroku, dotyku i słuchu – mówi dr Adam Pabiś.
Elektroniczna kostka to tylko jedna z terapii, jaka może być stosowana w autyzmie. Naukowcy odkryli, że autystycy mają też zaburzoną florę bakteryjną w układzie pokarmowym, a przez to zaburzona jest produkcja neuroprzekaźników.
– Dużą skalą rozwoju są probiotyki i tworzenie specjalnych kultur bakterii, które będą wchodziły w interakcje z zaburzonymi bakteriami w układzie pokarmowym dziecka z autyzmem i naturalnie będą przywracały do normy te kultury bakterii, które odpowiadają za kontrolowanie pracy mózgu – ocenia neurobiolog.
Autyzm został przez ONZ uznany za jedno z największych zagrożeń ludzkości, obok nowotworów czy cukrzycy. Według danych Autism Europe w Unii Europejskiej ok. 5 mln osób dotkniętych jest autyzmem. W Stanach Zjednoczonych jedno na 68 urodzonych dzieci jest dotkniętych tym rodzajem niepełnosprawności. W Polsce – według różnych szacunków – na autyzm cierpi ok. 30 tys. osób. Większość to dzieci. Szansą dla nich może być właśnie elektroniczna kostka.
– Elektroniczna kostka będzie dostępna na rynku w dwóch postaciach. Dla specjalistów w gabinetach, neurologopedów, psychiatrów, psychologów. Cena będzie uzależniona od liczby dzieci, którą lekarz chce leczyć. Będzie także dostępna do domu dla rodzica, do treningu na okres sześciu miesięcy. Abonament to koszt około 300–400 zł miesięcznie – zapowiada Adam Pabiś.
Według analityków Technavio globalny rynek terapii autyzmu do 2022 r. osiągnie wartość 3,8 mld dol.
MSSF 16 wpłynie na obraz rynku najmu powierzchni biurowych, ale sektor nie musi obawiać się znaczących przetasowań.
Zmiany, które wprowadza MSSF 16, wydają się nieznaczące dla właścicieli nieruchomości. Okazuje się jednak, że po wprowadzeniu nowego standardu rachunkowości, niektórym najemcom bardziej może opłacić się zawieranie krótkich umów najmu. Ale jak wskazują eksperci, taki scenariusz może być możliwy przede wszystkim w przypadku mniejszych firm i start-upów, jednak nie korporacji.
W styczniu 2016 r. Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości (RMSR) opublikowała treść nowego standardu rachunkowości dotyczącego leasingu – MSSF 16. Zgodnie z ustaleniami ma on wejść w życie już 1 stycznia 2019 r. Chodzi przede wszystkim o ujednolicenie zasad prezentowania danych finansowych. Oznacza to, że obowiązująca obecnie forma leasingu operacyjnego nie będzie już dostępna – za wyjątkiem umów krótkoterminowych (do 12 miesięcy) oraz tych dotyczących aktywów o niskiej wartości.
Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL
MSSF 16 będzie miał szczególnie odczuwalny wpływ na spółki, dla których forma leasingu operacyjnego stanowiła istotne źródło finansowania pozabilansowego. Może on również po części wpływać na zamianę strategii niektórych firm i pójście np. w kierunku łączenia typowego, wieloletniego wynajmu biura z przestrzeniami oferowanymi w tym samym budynku przez operatorów przestrzeni elastycznych. Dziś elastyczność to słowo klucz. Niemniej jednak tradycyjny leasing pozostanie podstawową formą dysponowania przestrzenią biurową dużych korporacji – zauważa Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL.
Niektórzy eksperci sądzą, że możliwa będzie presja ze strony firm, na skracanie okresów najmu. Obawy te rozwiewa Artur Apostoł, Head of Investments w Globalworth Poland, którego zdaniem duże korporacje nie będą przechodziły z umów długoterminowych na krótkoterminowe tylko z tego powodu, że zostały zmienione zasady prezentowania zobowiązań.
Ten scenariusz może oczywiście być możliwy, ale raczej w przypadku mniejszych firm i start up’ów. Co więcej, sami nie zauważamy żadnych ruchów ze strony najemców, które wskazywałyby na to, że mają w planach zmianę umów na krótsze – zapewnia Artur Apostoł.
Artur Apostoł, Head of Investments w Globalworth Poland
Globalworth Poland to obecnie największy, instytucjonalny właściciel powierzchni biurowej w Polsce. W portfolio firmy znajdują się zróżnicowane pod względem powierzchni i lokalizacji projekty biurowe m.in. w Warszawie, Łodzi, Wrocławiu czy Krakowie. Zdaniem Artura Apostoła, zmiany w podejściu firm do najmu biur, które zachodzą na rynku, nie są spowodowane wdrożeniem zmian w MSSF 16, a zmianą sposobu myślenia samych przedsiębiorców o ich potrzebach lokalowych. Już teraz można zaobserwować znaczny wzrost liczby firm coworkingowych w kraju, które są w stanie oferować krótkoterminowe umowy najmu np. start-upom czy freelancerom, ale z tej oferty korzystają nierzadko także duże korporacje, które lokują niektóre swoje zespoły w takich przestrzeniach biurowych.
Starsze biurowce wracają do łask
Jak wynika z raportu „MSSF – co przyniesie przyszłość”, zrealizowanego przez JLL, średnia długość umowy wynajmu biur wynosi obecnie w Polsce pięć lat. Nowe regulacje mogą natomiast sprawić, że bardziej popularne staną się tzw. break option, czyli możliwość rozwiązania umowy po trzech latach. Co ciekawe, jak zauważają eksperci, zasady MSSF 16 mogą pozytywnie wpłynąć na rynek starszych nieruchomości biurowych, które są w stanie oferować krótsze okresy najmów, niż ma to miejsce w przypadku całkiem nowych inwestycji.
W starszym budynku biurowym można zawrzeć chociażby trzyletnią umowę najmu, która nie będzie w aż tak znacznym stopniu wpływała na bilans spółki – komentuje Mateusz Polkowski.
Nie ulega wątpliwości, że nowe standardy księgowe będą w pewien ograniczony sposób wpływać na obraz rynku najmu powierzchni biurowych w Polsce. Warto jednak podkreślić, że popyt na nie systematycznie rośnie. Jak wynika z analizy JLL, w okresie I-III kw. 2018 r. wyniósł on ponad 1 mln mkw., z czego za około 40 proc. odpowiadają główne rynki poza Warszawą. Ponadto w całej Polsce w trakcie budowy jest obecnie 1,6 mln mkw. powierzchni biurowych.
Wydatki poniesione przez firmę w celu zachowania lub zabezpieczenia źródła przychodów stanowią koszt ich uzyskania. Są ciężarem, jaki zmuszony jest ponieść przedsiębiorca celem wypracowania dochodu, dlatego ich niewliczenie w koszty prowadzenia działalności gospodarczej zakłamałoby wysokość rzeczywistego zysku, jaki wypracował. Skutkowałoby to powstaniem wyższego zobowiązania w podatku dochodowym od osób prawnych, co z kolei ucieszyłoby fiskusa. Dlatego organy podatkowe przy każdej nadarzającej się okazji odmawiają przedsiębiorcom możliwości zaliczania ponoszonych wydatków do kosztów uzyskania przychodów. W wyroku z 25 lipca 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku pouczył organy podatkowe, że nie mogą przy tym zakłamywać rzeczywistości (I SA/Gd 568/18).
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Zgodnie z art. 15 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych kosztami uzyskania przychodów są koszty poniesione w celu osiągnięcia, zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów. Jak stanowi jednak art. 16 ust. 1: „Nie uważa się za koszty uzyskania przychodów (…) kar umownych i odszkodowań z tytułu wad dostarczonych towarów, wykonanych robót i usług oraz zwłoki w dostarczeniu towaru wolnego od wad albo zwłoki w usunięciu wad towarów, albo wykonanych robót i usług” (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86 ze zm.).
Zadośćuczynienie pieniężne, jako forma usunięcia wad
W lutym 2018 r. spółka z o.o. z branży skórzanej wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (dalej: DKIS) z wnioskiem o wydanie interpretacji w zakresie podatku dochodowego od osób prawnych. Spółka w imieniu swojego partnera biznesowego/pośrednika zajmuje się garbowaniem skór. Produkt finalny trafia do odbiorcy końcowego, który jest jednym z najważniejszych klientów spółki.
W procesie realizacji jednego z zamówień, pomimo zachowania przez spółkę wymogów specyfikacji produkcji, przeprowadzenia wszelkich niezbędnych testów i badań, odbiorca końcowy zgłosił reklamację produktu wskutek powstania w nim wady. Była ona wynikiem niewłaściwej interakcji dwóch komponentów produkcji. Odbiorca finalny zagroził wytoczeniem powództwa zarówno przeciw spółce, pośrednikowi, jak i dostawcy jednego z feralnych komponentów. Wszystkie trzy podmioty zobowiązały się do usunięcia wad realizacji zamówienia poprzez zapłatę na rzecz jego odbiorcy określonych kwot.
We wniosku o wydanie interpretacji spółka wskazała, iż „Kwoty te nie miały charakteru ani sankcyjnego, ani odszkodowawczego. Co istotne, a co było podkreślane przez Finalnego Odbiorcę, nieuiszczenie umówionych kwot pieniężnych przez Podmioty wiązałoby się z zerwaniem wzajemnych stosunków handlowych, a więc z utratą źródła przychodów przez Podmioty, w tym Spółkę” (interpretacja indywidualna 0111-KDIB1-2.4010.69.2018.1.MS z 10.04.2018 r.).
Rękojmia za wady to nie to samo, co odszkodowanie i kara umowna
Spółka wystąpiła do organu o potwierdzenie, czy przekazana w tym charakterze przez nią kwota pieniędzy na rzecz finalnego odbiorcy będzie stanowiła dla niej koszt uzyskania przychodów w rozumieniu art. 15 ust. 1 ustawy o CIT. Wydatek został poniesiony przede wszystkim w celu zabezpieczenia i zachowania przychodów i może mieć wpływ na ich wysokość. Albowiem brak poniesienia tego wydatku skutkowałby zaprzestaniem współpracy i utratą zamówień zarówno od odbiorcy finalnego, jak i pośrednika.
Zdaniem przedsiębiorcy wydatek nie znajdował się również w grupie wyłączonych z zakresu kosztów uzyskania przychodów wymienionych w art. 16 ust. 1. Nie spełniał on zwłaszcza definicji „odszkodowania” i „kary umownej” ujętych w tym katalogu. Obciążenie finansowe poniesione przez spółkę w ramach zgłoszonych reklamacji celem prawidłowego wykonania umowy realizuje za to przesłanki zdefiniowane w art. 556 Kodeksu cywilnego rękojmi za wady: „Sprzedawca jest odpowiedzialny względem kupującego, jeżeli rzecz sprzedana ma wadę fizyczną lub prawną” (Dz.U. 1964 nr 16, poz. 93 ze zm.). Na potwierdzenie, że koszty reklamacji mogą być uznane za koszty uzyskania przychodów, spółka przywołała m.in. interpretacje: Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 27.06.2014 r. nr IBPBI/2/423-365/14/BG, z 02.09.2014 r. nr IBPBI/2/423-663/14/CzP oraz DIS w Bydgoszczy z 13.03.2009 r. nr ITPB3/423-744/08/MK. To, iż wydatki związane z reklamacją nie są odszkodowaniem ani karą umowną potwierdzają m.in. interpretacje: DIS w Poznaniu z 11.01.2016 r. nr ILPB3/4510-1-479/15-4/KS; z 30.05.2014 r. nr ILPB3/423-118/14-2/PR; DIS w Katowicach z 02.09.2014 r. nr IBPBI/2/423-663/14/CzP.
Skarb państwa nie może ponosić negatywnych konsekwencji prowadzenia działalności
Organ nie zgodził się ze spółką, stwierdzając, że poniesiony przez nią wydatek stanowi odszkodowanie. Odszkodowanie jest rekompensatą za straty powstałe u poszkodowanego. I do takiej rekompensaty została zobowiązana spółka wskutek własnego zawinienia, które stanowi element ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej, „którego negatywnych konsekwencji finansowych nie można przenosić na Skarb Państwa poprzez zmniejszenie obciążeń podatkowych” (0111-KDIB1-2.4010.69.2018.1.MS). Osiągnięcie przychodu wskutek usunięcia przeszkód na drodze do realizacji umowy nie może być wystarczającą podstawą do uznania poniesionych w tym celu nakładów za koszty uzyskania przychodu, skoro ta kara finansowa jest następstwem nienależytego wykonania umowy.
Modyfikacja stanu faktycznego na własne potrzeby
WSA w Gdańsku nie znalazł w zaskarżonej interpretacji wytłumaczenia, dlaczego organ uznał przedmiotowy wydatek za odszkodowanie, skoro spółka wyraźnie wskazała, że został przez nią poniesiony w ramach instytucji rękojmi. Sąd zgodził się ze spółką, że ponoszone przez nią wydatki w celu należytego wykonania zobowiązania miały znaczący wpływ na zachowanie przez nią źródeł przychodów i w tym świetle organ powinien rozpoznawać możliwość zaliczenia tego wydatku do kosztów uzyskania przychodów.
Niezrozumiały był również zarzut niedochowania należytej staranności przez spółkę przy realizacji zamówienia, skoro ta wyraźnie wskazała, że dopełniła wszelkich wymogów i przeprowadziła testy, które nie zasygnalizowały nieprawidłowości – takim też opisem stanu faktycznego organ powinien być związany przy wydawaniu interpretacji. WSA przychylił się tym samym do podniesionego przez spółkę zarzutu wykroczenia przez organ poza zakres wniosku o wydanie interpretacji.
„Dokonana przez organ ocena, że opisany wydatek nie został poniesiony w celu zachowania czy zabezpieczenia źródła przychodów jest arbitralna, organ, dokonując jej, nie odniósł się bowiem do opisanych we wniosku okoliczności faktycznych, lub wręcz je zmodyfikował. (…) Organ nie uzasadnił, dlaczego opisany wydatek stanowi odszkodowanie. Nie odniósł się do kwestii poniesienia tego wydatku w ramach instytucji rękojmi, w celu należytego wykonania zobowiązań, co było trzonem argumentacji prawnej skarżącej zarówno w zakresie wykazania związku wydatku z zachowaniem źródła przychodu w rozumieniu art. 15 ust. 1 u.p.d.p. jak i brakiem zastosowania art. 16 ust. 1 pkt 22 u.p.d.p.” (I SA/Gd 568/18).
Sankcje grożą tylko jednej stronie
Niezgodność stanu faktycznego ze stanem podanym we wniosku o wydanie interpretacji podatkowej to najczęstszy zarzut fiskusa i powód odmowy udzielenia podatnikom ochrony wynikającej z tej interpretacji. Ta niezgodność może skutkować negatywnymi konsekwencjami finansowymi po stronie podatnika np. w postaci domiaru podatkowego, obciążenia zaległymi odsetkami, a nawet odpowiedzialności karnej lub karnoskarbowej dla osób odpowiedzialnych za stosowanie prawa podatkowego w przedsiębiorstwie.
Zgodnie z wyrokiem WSA w Rzeszowie z 10 czerwca 2009 r.: „Organ podatkowy ma obowiązek przyjąć za wnioskodawcą do oceny prawnej stan faktyczny przez niego przedstawiony. Stanu tego organ nie może kwestionować, weryfikować, czy zmieniać” (I SA/Rz 310/09). „Weryfikowanie przedstawionego we wniosku stanu faktycznego przez organ stanowi niedopuszczalną w postępowaniu o wydanie interpretacji ingerencję organu” (wyrok NSA z 06.06.2017 r., I FSK 1788/15).
W świetle przywołanych wyroków w pełni uzasadnione wydaje się stosowanie tych samych sankcji finansowych, karnych lub karnoskarbowych wobec organów podatkowych, zwłaszcza gdy dokonują one niedozwolonej modyfikacji stanu faktycznego na niekorzyść podatników. Być może przypadki nadużyć i urzędniczego bezprawia nie byłyby wówczas tak powszechne.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Trybunał Konstytucyjny ustalił, że ustawa znosząca limit 30-krotności składek ZUS nie jest zgodna z Konstytucją. Tym samym groźba kolejnego zwiększenia obciążeń wynagrodzeń została oddalona. Pracownicy, przynajmniej na razie, odetchnęli z ulgą.
Pracodawcy RP od początku podzielali wątpliwości Prezydenta RP dotyczące sposobu przeprowadzenia konsultacji społecznych w przypadku tej ustawy. Było jednak jasne, że ustawa przede wszystkim nie jest zgodna ze zdrowym rozsądkiem, rachunkiem ekonomicznym i potrzebami polskiej gospodarki. Budowanie nowoczesnych przedsiębiorstw i urzędów wymaga zatrudniania najbardziej kompetentnych pracowników. Ich wynagrodzenia są faktycznie dość wysokie jak na polskie warunki, ale i tak są raczej niskie, jeśli je porównamy z wynagrodzeniami w innych krajach, do których mogliby oni wyjechać. Efektem wprowadzenia ustawy byłaby nie tylko demotywacja najcenniejszych pracowników, ale także dodatkowa zachęta do poszukiwania pracy za granicą lub rezygnacji z etatu.
Nawet jeśli okazałoby się, że ustawa jest zgodna z Konstytucją, Pracodawcy RP i tak domagaliby się rezygnacji z jej wprowadzenia. Podstawowe zarzuty wobec niej dotyczyły bowiem nie tego, czy jest zgodna z prawem, ale tego, że w sposób oczywisty nie jest zgodna z ekonomicznym interesem Polski i Polaków. Mamy zatem nadzieję, że liczne argumenty podawane przez pracodawców i pracowników okażą się dla rządu przekonujące. Dzięki temu będzie można wrócić do konstruktywnych, wspólnych działań na rzecz wzrostu wynagrodzeń polskich pracowników.
Wyrok Trybunału jest bez wątpienia korzystny dla pracowników, bo nie podwyższa przymusowych składek na ZUS. Będą więc oni mogli wydać te pieniądze na towary i usługi, które sami uznają za najważniejsze dla siebie i swoich rodzin. Ważniejszy jednak niż osobisty interes jest w tym przypadku sposób wprowadzania zmian. Oczywistym jest to, że państwo realizując ambitne zadania potrzebuje na to środków. Na pewno jest możliwe wypracowywanie rozwiązań, które będą optymalne zarówno z perspektywy państwa, jak pracowników i pracodawców. Wymaga to jednak otwartego dialogu z udziałem wszystkich partnerów społecznych. Dlatego pozostaje mieć nadzieję, że przy kolejnych zmianach prawa głos pracowników i pracodawców będzie uwzględniany. Dzisiejszy wyrok potwierdził, że praca w pośpiechu nad bardzo ważnymi ustawami nie tylko nie przynosi pożądanych rezultatów, ale także nie jest skutecznym rozwiązaniem. Prowadzenie otwartego dialogu pozwala natomiast na wypracowanie takich rozwiązań, które są korzystne dla wszystkich i dzięki odwołaniu się do ekspertów – praktyków, nie zawierają błędów prawnych. Ustawa o zniesieniu limitu 30-krotności do takich z pewnością nie należała.
Sektor globalnej gospodarki związany z rozwojem przemysłu i usług kosmicznych w 2016 r. osiągnął wartość 345 miliardów USD[1]. Szansę na podbój tego rynku ma polskie rozwiązanie. Głównym celem misji PW-Sat2 – satelity zbudowanego przez studentów Politechniki Warszawskiej – będzie przetestowanie żagla deorbitacyjnego. Rozwiązanie w przyszłości pomoże ograniczyć problem powstawania tzw. „kosmicznych śmieci” tj. urządzeń, które zakończyły swoją misję, ale pozostając na orbicie zagrażają czynnym orbiterom czy Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Szacunki wskazują, że w najbliższych latach ma zostać wystrzelonych niemal 1500 satelitów takich jak PW-Sat2, co obrazuje komercyjny potencjał zastosowania żagla deorbitacyjnego. Aspiracje do odgrywania istotnej roli w sektorze kosmicznym mają również gliwickie firmy Future Processing oraz FP Instruments – partnerzy strategiczni budowy PW-Sat2. Obie spółki w ramach konsorcjum FPSpace realizują własny program kosmiczny. PW-Sat2 zostanie umieszczony na orbicie 19 listopada 2018 r., z pokładu rakiety Falcon 9.
Jak wynika z opracowania Global Space Industry Dynamics (raport badawczy sporządzony przez analityków firmy Bryce Space and Technology dla rządu Australii) na wartość globalnego sektora kosmicznego składa się ponad 86,25 mld USD inwestycji państwowych, a także 258,75 mld USD pochodzących z sektora prywatnego. W podbój kosmosu inwestuje blisko 50 państw, z czego dziewięć dysponuje kwotą ponad 1 miliard dolarów, a prawie 20 z nich ok. 100 milionów dolarów rocznie. Obecnie 80 państw posiada swoje satelity[2].
Skutkiem coraz intensywniejszej eksploracji bliskiego kosmosu jest m.in. powstawanie „kosmicznych śmieci”. W 2013 r. do 2000 km ponad Ziemią odnotowano obecność m.in. ok. 7000 satelitów (z czego działających było tylko 1200), 20 teleskopów, części rakiet, kawałki powłoki wahadłowców, człony rakiet z misji Apollo oraz 32 reaktory atomowe, które zasilały satelity. Rozwiązanie tego problemu zaproponowali polscy studenci.
Inna Uwarowa
– Celem żagla deorbitacyjnego jest zwiększenie powierzchni satelity, a co za tym idzie oporu aerodynamicznego, dzięki czemu PW-Sat2 obniży swoją orbitę, by docelowo spłonąć w atmosferze. Taki system pozwala przyspieszyć ok. 20 krotnie zwolnienie miejsca na orbicie po zakończeniu misji satelity. Zastosowanie systemu deorbitacyjnego na przyszłych satelitach pomoże rozwiązać problem powstawania śmieci kosmicznych. Jesteśmy przekonani, że pomyślny przebieg testu wspomoże późniejszą komercjalizację naszego rozwiązania – mówi Inna Uwarowa, koordynator projektu.
Żagiel deorbitacyjny to nie jedyny przykład stworzonego przez polskich inżynierów rozwiązania, które ma szansę zawojować sektor kosmiczny. Własną misję pn. Intuition-1 realizuje śląskie konsorcjum FPSpace. Tworzą je spółki Future Processing i FPInstruments – partnerzy strategiczni projektu PW-Sat2 oraz KPLabs. Celem misji Intuition-1* będzie przeprowadzenie obserwacji Ziemi z wykorzystaniem satelity wyposażonego w instrument hiperspektralny i zaawansowane przetwarzanie danych na pokładzie. Podniesienie jakości wykonywanych zdjęć satelitarnych i segmentacja obrazów na pokładzie satelity pozwolą skrócić czas reakcji na zdarzenia, które będą monitorowane przez Intuition-1. Dane przetworzone w ten sposób znajdą zastosowanie w wielu sektorach, takich jak: rolnictwo, ochrona środowiska, górnictwo i geologia czy przemysł obronny.
Future Processing ufundowała oraz dostarczyła oprogramowanie dla komputera pokładowego, czyli „mózgu” PW-Sat2.
– Rozwój oprogramowania, które kontroluje pracę satelity, to ciekawe wyzwanie. Mamy do czynienia z wieloma ograniczeniami, które nie występują w typowych systemach, a każdy błąd niesie wysokie ryzyko, że misja nie zostanie doprowadzona do końca – komentował zaangażowanie firmy w projekt Jarosław Czaja, CEO Future Processing.
Sukcesem zakończyła się zbiórka pieniędzy na zakup biletów lotniczych, która umożliwi studentom obejrzenie na własne oczy startu rakiety Falcon 9, z PW-Sat2 na pokładzie. Udało się zebrać ponad 100 proc. kwoty (https://zrzutka.pl/e6gdvw), a we wsparcie finansowe wyjazdu zaangażowała się m.in. kancelaria SSW Pragmatic Solutions.
– Innowacyjna myśl techniczna, która znajduje uznanie w skali globalnej i przyczynia się do rozwoju przemysłu kosmicznego – nie ma inicjatywy, która trafniej oddawałaby strategię SSW Pragmatic Solutions. Działania naszej firmy już od dekady wychodzą poza utarte schematy myślenia o doradztwie prawnym, ponieważ oferujemy klientom więcej niż oczekują. Wierzymy w innowacyjność i jej rolę w postępie ekonomicznym, naukowym czy wręcz – nie waham się użyć tego słowa – cywilizacyjnym. Trzymamy kciuki za projekty takie jak PW-Sat2, bo widzimy w nich podobne do naszego śmiałe i innowacyjne podejście do rzeczywistości – mówi Barbara Lenarcik, Dyrektor ds. marketingu oraz rozwoju biznesu z SSW Pragmatic Solutions. Wyjazd wsparły również Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Politechnika Warszawska.
Sukces studentów docenia prof. dr hab. inż. Janusz Frączek, dziekan Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, który wskazuje również na ogromny potencjał sektora kosmicznego.
– Studenci ze Studenckiego Koła Astronautycznego (SKA) osiągnęli to, co jest marzeniem wielu inżynierów – mają szansę na umieszczenie satelity swojego autorstwa na orbicie okołoziemskiej. Jestem szczególnie dumny z tego osiągnięcia, bo SKA to największe w Polsce naukowe koło studenckie tak zaawansowane w działalności kosmonautycznej. Mam nadzieję, że studenci jeszcze chętniej będą podejmowali studia w zakresie specjalności Kosmonautyka na naszym wydziale. Otwierają one bowiem przed swoimi absolwentami wiele wspaniałych możliwości rozwoju własnych zainteresowań
i atrakcyjnej pracy w przyszłości – mówi prof. dr hab. inż. Janusz Frączek.
W kontekście szeregu wydarzeń, odbywających się w listopadzie pod wspólnym hasłem pod hasłem „Poland in Space – kosmiczny listopad”, związanych z polskim przemysłem kosmicznym prezes Polskiej Agencji Kosmicznej dr hab. Grzegorz Brona powiedział: – Bardzo kibicujemy powodzeniu eksperymentu realizowanego przez studentów Politechniki Warszawskiej w ramach misji satelity
PW-Sat2. Ten projekt jest istotny dla polskiego sektora kosmicznego z dwóch powodów. Po pierwsze, wpisuje się w światowy trend poszukiwania skutecznego rozwiązania problemu wzrostu ilości śmieci kosmicznych. Po drugie zaś jest miernikiem potencjału i ambicji polskich studentów, którzy zasilają kadry rodzimej branży kosmicznej. Rosnący krajowy przemysł kosmiczny potrzebuje zdolnych, zmotywowanych, dobrze przygotowanych inżynierów. Polska Agencja Kosmiczna realizuje i zamierza podjąć szereg działań na rzecz budowania tych kadr – zostały one uwzględnione w Krajowym Programie Kosmicznym na lata 2019-2021, który do końca 2018 r. chcemy przedłożyć do akceptacji Prezesa Rady Ministrów. Mam nadzieję, że po uruchomieniu tych projektów wsparcia polscy studenci, zamiast poszukiwać funduszy, będą się mogli skupić na pracy merytorycznej, a ich ambitne projekty, na których realizacji może skorzystać cały krajowy sektor kosmiczny, nie będą zagrożone.
***
Informacje dodatkowe:
Rozwój rynku usług kosmicznych w Europie i na świecie.
Rynek europejskich usług kosmicznych w 2017 r. zanotował sprzedaż o wartości 8,76 mld € (+ 6,2%). Bezpośrednie zatrudnienie w europejskim przemyśle kosmicznym wyniosło 42 664 FTE (FTE – Full Time Equivalent, oznacza godziny przepracowane przez jednego pracownika, pracującego na pełnym etacie w ciągu jednego roku) i wzrosło o 3,2%. Kobiety stanowią około 21% pracowników przemysłu kosmicznego, z podobnym poziomem odpowiedzialności i kwalifikacji jako mężczyźni[3].
Szacunki wskazują, że rynek usług kosmicznych na świecie będzie utrzymywał tendencję wzrostową, tak by w 2040 r. osiągnąć 1 bilion USD (Goldman Sachs), a wg prognoz Bank of America Merrill Lynch[4] w ciągu 30 lat wzrośnie do 2,7 biliona USD.
Segmenty usług kosmicznych na rynkach dojrzałych (skrót)[5]:
Segment rynku
Przykłady
Obecna wartość
Trend
Bariera wejścia
Produkcja satelitów
Boeing, TAS, MELCO,
14 miliardów USD
Rosnący
wysoka
Usługi związane z umieszczaniem satelitów na orbicie
ULA, SpaceX, Ariane Group, MHI
6 miliardów USD
Rosnący
wysoka
Obserwacja Ziemi
DigitalGlobe,
Airbus, Imagesat
Intl.
2 miliardy USD
Mocno rosnący
wysoka
Analiza danych wskazuje, że satelitów takich jak PW-Sat2 (od 1kg do 50 kg), w latach 2013-2017 wyniesiono na orbitę ponad 750 – to pokazuje potencjał zastosowania żagla deorbitacyjnego. A prognozy pokazują, że liczba ta będzie wciąż przyrastać:
w 2020 r. – ma zostać wyniesionych 361 satelitów takich, jak PW-Sat2,
w 2021 r. – ma zostać wyniesionych 411 satelitów takich, jak PW-Sat2,
w 2022 r. – ma zostać wyniesionych 460[6] satelitów takich, jak PW-Sat2.
Możliwości wykorzystania danych uzyskanych z kosmosu.
Jaki potencjał niesie ze sobą podbój kosmosu? Eksperci mówią m.in. o:
Wykrywaniu przecieków wody w instalacjach naziemnych.
Wykrywaniu wycieków gazu.
Dostarczaniu, za pomocą konstelacji satelitów, Internetu (OneWeb).
Przewidywaniu trzęsień ziemi i fal tsunami.
Wsparciu rolnictwa. Np. opolskie https://www.yellowai.co/pl/index.html to algorytmy służące analizie upraw rzepaku, wykorzystujące sztuczną inteligencję. Dzięki temu możliwe jest prognozowanie kwitnienia z kilkudniowym wyprzedzeniem, wskazanie obszaru z największą ilością upraw, przedstawienie danych statystycznych w formie graficznej. YellowAI wykorzystuje zdjęcia satelitarne przedstawiające ziemię w różnych spektrach.
Analizie składu atmosfery i walka ze smogiem. Rozwiązanie firmy Future Processing pn. DiscovAir (https://www.discovair.pl), pomaga walczyć ze skutkami smogu. DiscovAir wykorzystuje do wizualizacji zanieczyszczenia atmosfery m.in. dane pozyskane z satelity Sentinel-5P dzięki realizowanemu w Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) programie Copernicus. Dane satelitarne pomagają w korelacji Benzo(a)pirenu (BaP) z pyłami zawieszonymi PM10 i PM2.5. BaP jest jednym z najbardziej toksycznych składników smogu.
* Program kosmiczny Intuition-1 konsorcjum FP Space
Śląskie konsorcjum FPSpace (Future Processing, FPInstruments oraz KPLabs), https://fpspace.com/, pracuje nad misją kosmiczną Intuition-1. Jej celem jest przeprowadzenie obserwacji Ziemi z wykorzystaniem satelity wyposażonym w instrument hiperspektralny i zaawansowane przetwarzanie danych na pokładzie wykorzystujące głębokie sieci neuronowe. Będzie to pierwszy na świecie satelita o mocy przetwarzania pozwalającej na segmentację obrazów hiperspektralnych na orbicie. Intuition-1 będzie satelitą klasy 6U, w kształcie prostopadłościanu o wymiarach 10x22x36 cm, a jego waga w przybliżeniu wyniesie 10 kg. Zostanie w nim umieszczona specjalistyczna kamera o rozdzielczości spektralnej w zakresie światła widzialnego i bliskiej podczerwieni. Dzięki podzieleniu tego pasma na 150 kanałów będzie można uzyskać zdecydowanie więcej informacji w stosunku do aktualnie istniejących na rynku instrumentów, które oferują ich jedynie 40. Zwiększona liczba kanałów pozwoli na podniesienie jakości wykonywanych zdjęć satelitarnych, a segmentacja obrazów na pokładzie satelity – na skrócenie czasu reakcji na zdarzenia, które chcemy monitorować. Dane przetworzone w ten sposób znajdą zastosowanie w wielu sektorach, takich jak:
Leśnictwo: klasyfikacja lasów, określanie gatunków i stanu zdrowia lasów, planowanie zalesiania.
Ochrona środowiska: mapy emisji zanieczyszczeń, mapy zanieczyszczeń wód i gleby, zarządzanie i analiza zagospodarowania gruntów.
Górnictwo i geologia: klasyfikacja pokryć gruntowych, tworzenie map rozkładu minerałów, monitoring obszarów kopalnianych i pokopalnianych, wykrywanie zanieczyszczeń przedostających się do wód i gruntu, możliwość detekcji na postawie sygnatury spektralnej metali ciężkich takich jak kadm, ołów i arsen.
Obronny: identyfikacja obszarów terenu modyfikowanych przez człowieka, odróżnienie tych obszarów od środowiska naturalnego
Satelita Intuition-1 trafi na niską orbitę okołoziemską (LEO), planowany czas wystrzelenia to 2022 rok.
O konsorcjum FP Space:
Budowa satelity Intuiton-1 z najbardziej wydajnym na świecie komputerem pokładowym i zaawansowanymi przyrządami do obserwacji Ziemi, stworzenie oprogramowania, które będzie interpretowało dane satelitarne napływające na Ziemię z orbity oraz zaangażowanie w budowę czwartego polskiego satelity PW-Sat2 – to cele
FP Space, konsorcjum utworzonego przez trzy śląskie firmy: KP Labs, FP Instruments oraz Future Processing. Więcej informacji: https://www.fpspace.com/.
Satelita PW-Sat2 trafi na orbitę synchronizowaną słonecznie o wysokości ok. 575 km. Start planowany jest na 19 listopada 2018 r. z bazy Vandenberg w Stanach Zjednoczonych. Satelita PW-Sat2 ma kształt prostopadłościanu o wymiarach 10x10x22 cm, wewnątrz którego zamontowano żagiel deorbitacyjny i czujnik Słońca. Studenci zaprojektowali również strukturę satelity. Nad pracą całego satelity będzie panował komputer pokładowy
z oprogramowaniem stworzonym przez programistów Future Processing. Dwie kamery zarejestrują otwarcie żagla, a sygnały radiowe nadawane z systemu komunikacji będą mogli odbierać radioamatorzy z całego świata. Stan satelity internauci będą mogli śledzić w aplikacji zbudowanej przez SoftwareMill.
Studenci Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa, Wydziału Mechatroniki i Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej pracowali nad satelitą w cleanroomach (miejsce o podwyższonej czystości i kontrolowanych parametrach, o znikomej ilości zanieczyszczeń typu: pył, kurz, opary chemiczne) Centrum Badań Kosmicznych PAN oraz dzięki JM Rektorowi PW w Centrum Zaawansowanych Materiałów
i Technologii CEZAMAT. Wcześniej przez wiele miesięcy projektowali i rozwijali swoje rozwiązania w Centrum Zarządzania Innowacjami i Transferem Technologii Politechniki Warszawskiej. Wraz z firmą SoftwareMill stworzyli narzędzie do analizy i prezentacji danych odebranych z satelity, które będzie dostępne dla internautów i radioamatorów.
Intensywny listopad w polskim sektorze kosmicznym
W listopadzie – oprócz wyniesienia satelity PW-Sat2 na orbitę – będą miały miejsce również inne bardzo ważne wydarzenia związane z polskim sektorem kosmicznym. Na pokładzie tej samej rakiety Falcon9 znajdą się satelita ICEYE-X2 oraz satelita ESEO/S-50 zrealizowany w ramach programu edukacyjnego Europejskiej Agencji Kosmicznej, dla którego system telekomunikacyjny został przygotowany w znacznej mierze na Politechnice Wrocławskiej.
26 listopada 2018 r. na Marsie wyląduje sonda InSight NASA, na pokładzie której znajduje się urządzenie penetrujące grunt marsjański z mechanizmem opracowanym i wykonanym w Polsce przez firmę Astronika ze wsparciem krajowych przedsiębiorstw i instytutów naukowo-badawczych. Również w drugiej połowie listopada 2018 r. na poligonie w Drawsku planowane jest wystrzelenie na wysokość 15 km prototypu rakiety suborbitalnej przygotowanej przez polskie przedsiębiorstwo SpaceForest – jednej z 2 rakiet konstruowanych w Polsce, która podczas lotów do granicy kosmosu może umożliwić w przyszłości testowanie technologii i prowadzenie badań w stanie mikrograwitacji. Dobiegają końca negocjacje prowadzone przez Polską Agencję Kosmiczną agencję w sprawie dołączenia Polski do Europejskiego Konsorcjum SST (Space Surveillance and Tracking). Członkostwo w konsorcjum umożliwi polskim podmiotom udział w przedsięwzięciach finansowanych ze środków Unii Europejskiej, których budżet w bieżącej perspektywie finansowej wyniesie prawie 100 mln euro. Agencja finalizuje również prace analityczne nad wynikami badania ankietowego dotyczącego zapotrzebowania polskiej administracji publicznej na wykorzystanie danych satelitarnych, zrealizowanego przez PAK w ramach projektu Sat4Envi.
Listopadowym wydarzeniom krajowego sektora kosmicznego towarzyszy kampania informacyjna pod hasłem „Poland in Space – kosmiczny listopad” realizowana przy wsparciu Polskiej Agencji Kosmicznej oraz Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.
Listopadowe osiągnięcia polskich podmiotów wpisują się w kierunki rozwoju wyznaczone przez Polską Strategię Kosmiczną przyjętą przez rząd w 2017 r. Polska branża kosmiczna liczy obecnie około 50 podmiotów, w większości z sektora MŚP, których działalność koncentruje się na obszarze technologii satelitarnych i kosmicznych. Dla kolejnych ponad 100 podmiotów projekty w tego obszaru stanowią tylko fragment prowadzonej aktywności. Dynamiczny rozwój tej branży rozpoczął się wraz z dołączeniem Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej w listopadzie 2012 r. Polskie przedsiębiorstwa i instytuty naukowo-badawcze efektywnie wykorzystały 6 lat członkostwa naszego państwa w ESA. Zrealizowały lub realizują dla europejskiej agencji około 330 kontraktów o łącznej wartości ponad 100 mln euro, biorą udział w prestiżowych misjach kosmicznych ESA, takich jak: Rosetta – na kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko, Cassini-Huygens – na Tytana, księżyc Saturna, Proba 3 – badająca zewnętrzną warstwę atmosfery słonecznej, ExoMars2016 czy JUICE – do księżyców Jowisza. W kraju rozwijają się kosmiczne specjalizacje, takie jak: robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne i integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne.
Działania te ma wspierać Krajowy Program Kosmiczny – dokument wykonawczy Polskiej Strategii Kosmicznej, nad opracowaniem którego pracuje Polska Agencja Kosmiczna. Celem programu jest budowa w Polsce kompetencji umożliwiających zabezpieczenie krajowych potrzeb w zakresie technologii satelitarnych oraz rozwój potencjału podmiotów tworzących narodowy sektor kosmiczny i ich konkurencyjności na rynku międzynarodowym. Trwają obecnie konsultacje Krajowego Programu Kosmicznego na lata 2019-2021, a gotowy dokument zostanie przekazany do akceptacji Prezesa Rady Ministrów do końca 2018 r.
[4] https://www.cnbc.com/2017/10/31/the-space-industry-will-be-worth-nearly-3-trillion-in-30-years-bank-of-america-predicts.html oraz https://spacenews.com/a-trillion-dollar-space-industry-will-require-new-markets/
Universal-Investment otworzył oddział w Krakowie. Docelowo utworzone zostanie około 150 miejsc pracy.
Aneta Pilch, Universal-Investment
W Krakowie zbudowany zostanie od podstaw zespół specjalistów w obszarach robotyki i data science. Polskim oddziałem Universal-Investment pokieruje Aneta Pilch, która przez ostatnie lata związana była z UBS Business Solutions w Krakowie pełniąc funkcję członka zarządu. Aneta Pilch swoje doświadczenie zdobywała w HSBC Service Delivery jako regionalny szef operacji na Europę kontynentalną, a swoją karierę zawodową rozpoczynała w bankowości w Stanach Zjednoczonych. Jest absolwentką studiów ekonomicznych na Uniwersytecie Illinois w Chicago. Anetę Pilch będzie wspierał Bartłomiej Jakubiec, który obejmie funkcję szefa działu obsługi klienta. Bartłomiej Jakubiec był wcześniej związany z Citibankiem.
– Pierwsi pracownicy nowego zespołu rozpoczną pracę na początku 2019 r. – komentuje Bernd Vorbeck, prezes zarządu Universal-Investment. Planowana jest pełna integracja krakowskiego oddziału z organizacją i procesami, co w praktyce oznacza, że nie będzie relokacji zespołów czy obszarów biznesowych. Zarząd uważa, że jest to właściwa droga, nawet jeśli taka struktura organizacyjna może stanowić wyzwanie dla menedżerów zarządzających międzynarodowymi zespołami.
– Decydujące znaczenie miała dla nas dostępność wysokiej klasy ekspertów z branży finansów i IT, co jest gwarancją zadowolenia klientów, sprawnego funkcjonowania procesów i efektywnej współpracy – dodaje Bernd Vorbeck.
Universal-Investment jest największym niezależnym dostawcą produktów inwestycyjnych oraz usług związanych z administracją funduszy inwestorów instytucjonalnych i podmiotów zarządzających aktywami w regionie państw niemieckojęzycznych. Universal-Investment ma jasno sprecyzowany cel rozwoju. W ciągu 5 lat chce zarządzać portfelem aktywów o łącznej wartości 500 miliardów euro i jednocześnie stać się największą w Europie platformą obsługującą fundusze inwestycyjne wszystkich kategorii. Osiągnięcie tego ambitnego celu wymaga rozszerzania kompetencji spółki. Nowa lokalizacja w Krakowie stwarza możliwość zatrudnienia wykwalifikowanych pracowników, a tym samym zwiększa międzynarodową konkurencyjność Universal-Investment.
Pełna integracja zamiast outsourcingu
Po skomplikowanym procesie wyboru lokalizacji, podjęto decyzję na korzyść Krakowa. Na lokalnym rynku pracuje ponad 60 tysięcy ekspertów specjalizujących się w procesach biznesowych. W ciągu ostatnich 10 lat, rozwinął się również obszar zarządzania funduszami. Wśród pozostałych czynników, które decydowały o wyborze Krakowa, Universal-Investment wymienia atrakcyjny poziom płac, odpowiednią ofertę nieruchomości, jak również bliskość kulturową Niemiec.
Z najnowszych danych GUS wynika, że na koniec II Q 2018 r. w naszym kraju było prawie 165 tys. wolnych miejsc pracy. To o 8% więcej, niż w I Q br. i aż 35% różnicy r/r. Jednak niedobór rąk do pracy i ryzyko odpływu kolejnych pracowników, skuszonych lepszymi warunkami w innych krajach, to nie jedynie zmartwienie polskiego rynku. Eksperci Personnel Service wskazują, z jakich jeszcze powodów polscy przedsiębiorcy powinni mieć się na baczności.
Polskim firmom brakuje rąk do pracy
Polska jest w trójce krajów z najniższym poziomem bezrobocia w Europie – wskazują najnowsze dane Eurostatu za wrzesień 2018 r. Wynosi ono tyle samo, co w Niemczech – 3,4%, niższe jest jedynie w Czechach – 2,3%. Prawie 57% polskich firm ma wakaty, na które brakuje Polaków, a jedna trzecia ma wolne miejsca pracy, którymi Polacy w ogóle nie są zainteresowani – podają to jako główne powody poszukiwania i zatrudniania Ukraińców – wynika z „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018”, badania Personnel Service. Wszystko wskazuje na to, że problemy z dostępnością pracowników będą narastać – to jedno z największych zagrożeń dla polskiej gospodarki. Brak rąk do pracy to problemy z ciągłością działalności polskich firm, a w konsekwencji nawet spadek PKB.
Niemcy, Czesi i Węgrzy zabiorą nam Ukraińców
Dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej za I półrocze br., wskazują, że oświadczeń o powierzeniu pracy Ukraińcowi jest obecnie 692 tys. Należy jednak jeszcze uwzględnić nowy typ zezwoleń, z których aż 154 tys. dotyczyło Ukraińców. Wtedy liczba Ukraińców, którzy pracują w Polsce legalnie wzrasta do 846 tys. Tymczasem Niemcy, Czesi, Węgrzy na wzór Polski zaczynają zabiegać o pracowników z Ukrainy, co stanowi realne zagrożenie dla dostępności kadry ze Wschodu dla polskich przedsiębiorców. Planowane od 2019 r. zmiany w przepisach w Niemczech, które otworzą tamtejszy rynek pracy dla obywateli spoza UE, mogą spowodować odpływ nawet 200-300 tys. Ukraińców z Polski. Najnowsze analizy NBP wskazują, że ten proces będzie następował stopniowo, ale spowoduje relatywnie trwałe pogorszenie atrakcyjności Polski względem Niemiec jako miejsca pracy dla imigrantów.
W Polsce wciąż zarabia się za mało
Z najnowszych danych GUS wynika, że średnie wynagrodzenie brutto w Polsce w trzecim kwartale 2018 r. wyniosło 4580,20 zł. W Czechach jest to ok. 20% więcej, a w Niemczech nawet trzy razy tyle, co w Polsce. Polska siła nabywcza jest więc mniejsza, niż w wymienionych krajach, co negatywnie wpływa na wzrost gospodarczy w naszym kraju w porównaniu do innych gospodarek UE, w których pensje są wyższe. Z „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze” wynika, że prawie jedna trzecia polskich przedsiębiorców jest w stanie płacić Ukraińcom więcej, niż Polakom. Jednak wciąż nie są to kwoty, którymi możemy konkurować np. z Niemcami.
Szkoły uczą niepotrzebnych rzeczy
W Polsce nadal zbyt mały nacisk kładzie się na nowoczesne rozwiązania na uczelniach, przez co wielu studentów wybiera kierunki mało przyszłościowe. Pokazuje to chociażby lista zawodów nadwyżkowych opublikowana przez Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. Znajdują się na niej takie profesje, jak ekonomista, filozof, historyk, politolog, kulturoznawca czy pedagog. Na ten problem wskazuje też ranking stu najbardziej innowacyjnych uniwersytetów, publikowany co roku przez agencję Reuters – jako jedyny znalazł się w nim Uniwersytet Jagielloński i to dopiero na 90 pozycji.
– Jeśli nie wprowadzimy zmian w systemie edukacji, wkrótce możemy być w poważnych tarapatach. Zamiast uczyć dzieci i studentów schematycznych czynności, które już powoli na rynku pracy zastępuje sztuczna inteligencja, powinniśmy postawić na uniwersalne umiejętności, takie jak rozwiązywanie problemów, kreatywność i samodzielność w myśleniu, praca zespołowa. W Polsce działa solidny system oparty o przekazywanie wiedzy i podstawowych umiejętności, ale brakuje pomysłów na zreformowanie tradycyjnego modelu kształcenia w kierunku promowania kreatywności. A tego typu projekty realizują już takie kraje jak Finlandia, Kanada, Estonia, Singapur, Japonia, Korea czy Chiny – mówi Krzysztof Inglot, prezes agencji zatrudnienia Personnel Service.
Polaków kusi Zachód i USA
Z najnowszych danych Eurostatu za 2017 r. wynika, że obywatele Polski byli drugą, pod względem wielkości, grupą obywateli UE mieszkających w innych państwach członkowskich UE, tuż za Rumunią. Z kolei wg danych GUS, w końcu 2016 r. na emigracji przebywało ponad 2,5 mln Polaków – o prawie 5% więcej, niż rok wcześniej. Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w Wielkiej Brytanii (788 tys.), Niemczech (687 tys.), Holandii (116 tys.) oraz w Irlandii (112 tys.) – wynika z danych GUS.
– Niskie bezrobocie i wyższe pensje na zachodzie Europy kuszą nie tylko Ukraińców, ale także Polaków. Najniższe bezrobocie jest w Niemczech – mamy do nich blisko, dlatego Polacy, szczególnie Ci wykwalifikowani, chętnie pracują na tym rynku i ten trend będzie się pogłębiał. Zagrożeniem może być także zniesienie wiz do USA, które niedawno zapowiedziała nowa ambasador. Choć uważa się, że zniesienie wiz ma obecnie w zasadzie głównie znaczenie dyplomatyczne, to taka informacja z pewnością będzie zachętą do wyjazdu dla kolejnych naszych rodaków – mówi Krzysztof Inglot.
Metodologia badania:
Dane prezentowane w raporcie „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Personnel Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown. Badanie pracodawców zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI. Próbę pracodawców N=300 dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Wywiady z pracodawcami zostały zrealizowane w lipcu 2018 r.
Niestety, minął już najlepszy czas na zwiększenie konkurencyjności naszych małych i średnich przedsiębiorstw na rynku europejskim.
Sonia Buchholtz
W październiku 2018 r. przewaga przedsiębiorstw deklarujących pogorszenie pozycji konkurencyjnej na rynku UE, nad tymi deklarującymi poprawę, wyniosła 4,6 pkt. proc. Największy pesymizm sygnalizowały przedsiębiorstwa średnie (5,1 pkt. proc.) w porównaniu do małych i dużych (po 2,5 pkt. proc) – wynika z danych GUS.
Wśród wielu pytań regularnie zadawanych przez GUS polskim przedsiębiorcom znajduje się to o ocenę konkurencyjności firmy na rynkach krajowym, UE i pozostałych. Deklaracje przedsiębiorstw zebrane od 2003 zawiera publikacja „Koniunktura w przemyśle, budownictwie, handlu i usługach 2000-2018″. W jej świetle polskie firmy deklarowały relatywną poprawę konkurencyjności w badanym okresie w 13 kwartałach z 64: w 2004, na przełomie 2006/2007, 2007/2008, 2015/2016 (z jednym kwartałem poniżej zera) i w 2018 roku. W ostatnim cyklu koniunkturalnym epizody optymizmu uległy skróceniu do trzech i jednego kwartału.
Co istotne, sentyment rozkłada się bardzo nierównomiernie między firmami różnej wielkości. Od 2003 r. obserwowano przewagę optymistów w dużych przedsiębiorstwach aż w 49 kwartałach (77%), ale już tylko w 10 kwartałach w średnich i w 5 w małych. Wprawdzie dla małych firm ostatni rozkwit był pierwszym w historii badań, jednak trudno mówić o znaczącej poprawie. Pogorszenia są głębsze niż fale poprawy w obu kategoriach przedsiębiorstw, natomiast epizody optymizmu bardzo nietrwałe.
Ekspansja gospodarcza obserwowana w ostatnich latach (mierzona np. luką popytową czy stopą bezrobocia) sugerowała, że czerpiemy garściami z poprawy koniunktury. Tymczasem deklaracje mniejszych przedsiębiorców studzą ten optymizm. Pozycja konkurencyjna MŚP wydaje się w ostatnim czasie wątła. Odsetek małych eksporterów deklarujących poprawę konkurencyjności pozostaje niski, mimo drgnięcia w ostatnim roku (26,5 proc. vs. 23,7-24,8 proc. w 2014-2017), w przypadku średnich udział spadł do 46,5 proc. po kilku lepszych latach. Jeszcze niższe saldo odpowiedzi odnotowuje się w odniesieniu do rynków innych niż UE – tylko częściowo jest to w stanie zniwelować nieznaczna poprawa na rynku krajowym.
Otoczenie makroekonomiczne nie będzie w najbliższym czasie sprzyjać poprawie konkurencyjności mniejszych przedsiębiorstw: wysokie tempo wzrostu płac czy drożejące surowce (w tym, energia) pogarszają terms of trade. Uzyskiwanie wysokich marż przy stabilnym kursie euro także będzie utrudnione. Wreszcie, spowolnienie gospodarcze w zachodniej Europie nie pomoże zdobywać i zwiększać udział na nowych rynkach. Wydaje się, że najlepszy czas dla podnoszenia konkurencyjności małych i średnich firm na rynku europejskim minął.
Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan
Październikowe dane dotyczące inflacji okazały się wyższe niż 1,7 proc., szacowane wcześniej przez GUS. Ostatecznie wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych okazał się wyższy i wyniósł 1,8 proc. Wyższa inflacja to głównie efekt wciąż wysokich notowań ropy naftowej. Koszty transportu wzrosły w związku z tym o 7,5 proc., a więc nieco mocniej niż miesiąc wcześniej, gdy wzrost sięgał 7 proc. Benzyna była droższa niż przed rokiem o 10,9 proc., a olej napędowy o 15,5 proc. (wzrost cen paliw do prywatnych środków transportu wyniósł ogółem 12,8 proc.).
Konsumenci mogą natomiast cieszyć się z nieco wolniejszego wzrostu cen żywności. Poszły one w październiku o 1,8 proc., podczas gdy we wrześniu rosły o 2,3 proc. W tej grupie po raz kolejny najmocniej, bo o 16,8 proc. zdrożały jaja i warzywa, za które w związku z suszą trzeba było płacić o 10 proc. więcej niż przed rokiem. O 7,4 proc. w górę poszły ceny pieczywa. W stałym sięgającym 2 proc. tempie zwiększają się koszty użytkowania mieszkania, z czego opłaty na rzecz właścicieli wzrosły o 4,2 proc., opał o 3,6 proc., a gaz o 2,2 proc. Bez zmian pozostały ceny energii, ale ich wzrost jest prawdopodobny w przyszłym roku, w związku z silnymi zwyżkami cen prądu. O 4,3 proc. w górę poszły ceny usług związanych z prowadzeniem gospodarstwa domowego. O 3,4 proc. zdrożały usługi lekarskie.
Tradycyjnie już taniały odzież (o 3,5 proc.) i obuwie (o 1,9 proc.), ale w dół poszły także ceny samochodów osobowych (o 3,3 proc.), sprzętu telekomunikacyjnego (o 11,3 proc.) oraz usług telekomunikacyjnych (o 3,4 proc.) i sprzętu audiowizualnego i informatycznego (o 4,1 proc.).
Kto najbardziej skorzysta na zmianach w systemie emerytalnym? Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych zyskała akceptację Senatu. To pracodawcy będą decydować dokąd trafią składki przyszłych emerytów, mogą więc trafić do państwowych funduszy, które będą wspierać rządowe inwestycje.
Wprowadzenie PPK oznacza, że składki będą wpłacane przez pracowników i ich pracodawców. Jednak to pracodawcy będą decydować do jakich funduszy inwestycyjnych trafi kilka miliardów złotych. To jest istotne różnica w porównaniu do OFE. Wśród największych polskich firm są spółki, w których państwo jest największym współwłaścicielem. Co wybiorą? Państwowe czy prywatne fundusze? Jeżeli państwowe, to będzie to powiązane z rządowymi inwestycjami, a od ich opłacalności będą zależne emerytury.
Powstaną nowe fundusze inwestycyjne, ale nadal istnieją OFE, choć zmarginalizowane. Dlaczego powstają Pracownicze Plany Kapitałowe? Opinie ekspertów są różne.
– Nadal istnieją OFE, to po co tworzyć nowe fundusze inwestycyjne? Po to, aby wydawać nowe koncesje i decydować o obsadach personalnych tych funduszy – twierdzi w rozmowie z MarketNews24 dr Andrzej S.Bratkowski, były wiceprezes NBP i byłych członek RPP.
Do PPK najszybciej muszą zapisywać się największe polskie firmy. Mniejsze w kolejnych etapach.
-Wprowadzenie PPK uważam za niepotrzebne, to ukryta forma przejmowania przez państwo kontroli nad firmami – ocenia A.S.Bratkowski.
Realizacja prognoz zakładających nadejście lekkiego spowolnienia w polskiej gospodarce przesuwa się na dalszą przyszłość. Według wstępnego szacunku GUS, w trzecim kwartale tempo wzrostu PKB wyniosło 5,1 proc. Ekonomiści spodziewali się, że sięgnie ono 4,7 proc. Bardzo dobry wynik oznacza szansę na utrzymanie się w całym roku rezultatu zbliżonego do 5 proc., a więc wyższego od osiągniętego w 2017 r. Jednak to głównie efekt silnego, przekraczającego 5 proc. tempa wzrostu w pierwszej połowie obecnego roku. W kolejnych kwartałach należy jednak spodziewać się osłabienia dynamiki PKB. Główną przyczyną tej tendencji będzie widoczne już spowolnienie w strefie euro. Według wstępnych danych, w trzecim kwartale tempo wzrostu niemieckiej gospodarki spowolniło z 2,3 do 1,1 proc., a prognozy na przyszły rok zakładają kontynuację tej tendencji. Niemieccy ekonomiści spodziewają się spadku przyszłorocznego tempa wzrostu do 1,5 proc. Komisja Europejska ocenia, że w przypadku całej Unii Europejskiej PKB w 2019 r. wzrośnie o 1,9 proc., wobec szacowanych 2,1 proc. w obecnym roku.
Choć wstępny szacunek GUS nie obejmuje danych dotyczących poszczególnych czynników, wpływających na tempo wzrostu PKB, można przypuszczać że wciąż główną siłą napędową pozostaje wysoka konsumpcja gospodarstw domowych. Wsparciem były prawdopodobnie inwestycje publiczne, jednak trudno liczyć na inwestycyjne ożywienie ze strony sektora prywatnego, a szczególnie małych i średnich firm. Patrząc na dane z Niemiec i strefy euro, należy też zakładać słabsze wyniki polskiego eksportu, który w prawie 28 proc. trafia do naszego zachodniego sąsiada. Przy prawdopodobnym utrzymywaniu się silniejszego wzrostu importu, oznacza to negatywny wpływ deficytu handlowego na nasz PKB.
Jak wynika z badania[1] przeprowadzonego przez SAS, Intel oraz Accenture Applied Intelligence, największą korzyścią wynikającą z wdrożenia rozwiązań z zakresu analityki w czasie rzeczywistym jest utrzymanie klientów (58% odpowiedzi). Kolejno ankietowani wskazywali lepsze zrozumienie ścieżki zakupowej klienta (51%), wzrost przychodów (44%) oraz wartości klienta (33%). Na podstawie różnorodnych danych o niemal każdej czynności, jaką wykonują kupujący, tworzony jest ich profil. Dzięki temu doświadczenia zakupowe są coraz bardziej spersonalizowane, a sklepy wiedzą, co zaproponować klientom, zanim ci zdążą o tym pomyśleć.
Według danych firmy badawczej Bisnode, w Polsce w 2010 roku zarejestrowano ponad 7,6 tys. sklepów internetowych. Na koniec stycznia 2018 roku mniej lub bardziej aktywnie funkcjonowało już tylko 2,3 tys. firm. Oznacza to, że tylko 30% polskich e-sklepów działa dłużej niż 8 lat. Zdaniem ekspertów SAS o sukcesie w trudnej branży retail decyduje umiejętność wykorzystania posiadanych danych w najbardziej optymalny sposób. Ważne jest także zrozumienie, że od przedstawienia oferty do dokonania zakupu prowadzi niekiedy niezwykle długa droga, a wielu klientów rezygnuje z transakcji dopiero na etapie koszyka.
W handlu liczą się nie tylko umiejętności przewidywania zapotrzebowania na dane produkty, właściwa polityka cenowa, planowanie akcji rabatowych czy sprawna komunikacja z klientem. Istotna jest także cierpliwość i konsekwentne, ale nienachalne promowanie danej oferty. Chodzi o to, aby nie spamować, ale subtelnie przypominać się osobom, które z różnych powodów odstąpiły od zakupu, ale dalej są nim zainteresowane – mówi Anna Walkiewicz, Territory Sales Manager w SAS Polska.
Walka o uwagę klienta
Chcąc zrozumieć rolę narzędzi analitycznych w branży retail, najlepiej prześledzić przykładową ścieżkę zakupową klienta. Poniższy przykład pokazuje, jak wiele wysiłku wymaga sfinalizowanie zakupu i jak dużo czynników może odciągnąć czy rozproszyć klienta.
Krok 1 – E-mail ze spersonalizowaną ofertą
Będąc w pracy, klient otrzymuje wiadomość e-mail ze spersonalizowaną ofertą sezonową z akcesoriami w kategorii, która go najbardziej interesuje. Dodatkowo zareklamowane są akcesoria z innej kategorii (których klient nie kupował do tej pory, ale są powiązane z interesującymi go produktami lub je uzupełniają).
Krok 2 – Porzucony koszyk
W sklepie internetowym klient klika w link z wiadomości e-mail nawigujący do oferty sezonowej. Spersonalizowana reklama z akcesoriami jest zaprezentowana na stronie z ofertą sezonową. Klient klika w reklamę i przechodzi do strony produktu. Dodaje produkt do koszyka, ale ponieważ zaraz zaczyna spotkanie, nie finalizuje zakupu.
Krok 3 – Zdarzeniowy mobile push
Następnego dnia wiadomość mobile push zostaje wysłana do klienta. Informuje go o dostępnym rabacie. Nawiguje klienta do aplikacji na stronę programu lojalnościowego. Klient otwiera banner, reklamę produktu z porzuconego koszyka. W tym samym momencie ktoś do niego dzwoni, opuszcza aplikację mobilną i odbiera telefon.
Krok 4 – Mobile Push po wejściu do sklepu
Dwa dni później klient przyjeżdża do sklepu. Otrzymuje wiadomość „push” przypominającą mu o rabacie.
Krok 5 – Mobile Push w dziale sklepu
Podczas tej samej wizyty klient otrzymuje push message reklamujący produkt, który planował kupić, co ostatecznie skłania go do sfinalizowania zamówienia.
Wiedza z paragonu
Przykładem wykorzystania analityki w branży retail jest analiza danych paragonowych. Dzięki informacjom znajdującym się na dowodzie zakupu można dowiedzieć się, w jakich godzinach i w jakie dni placówkę odwiedza najwięcej klientów, ile sztuk danego towaru kupują podczas jednej wizyty lub jaka jest średnia wartość ich koszyka. Ponadto, w przypadku większych sklepów możliwe jest sprawdzenie, które kasy są najbardziej obciążone.
Ten niewielki kawałek papieru, który większość z kupujących wyrzuca do kosza na śmieci może mieć ogromną wartość dla biznesu. Zawarte na nim informacje umożliwiają m.in. planowanie działań promocyjnych, optymalne ustalenie grafiku pracy sprzedawców czy podjęcie odpowiednich decyzji odnośnie zatowarowania poszczególnych sklepów – tłumaczy Anna Walkiewicz, Territory Sales Manager w SAS Polska.
Rozwiązaniem, które pozwala efektywnie wykorzystać dane dotyczące obecnych i potencjalnych klientów jest SAS Customer Intelligence. Poza danymi paragonowymi, informacje te pochodzą z różnych źródeł i są to m.in.:
informacje deklaratywne z programów lojalnościowych oraz te dotyczące wykorzystania programu przez klienta,
wszelkie dane o zachowaniu obecnych i potencjalnych klientów w kanałach elektronicznych, w tym: odwiedzane strony, oglądane produkty, interakcje z koszykiem zakupowym,
informacje o lokalizacjach, w których pojawia się klient i o zachowaniu klientów w tradycyjnych punktach sprzedaży.
Rozwiązania analityczne zmieniły krajobraz retail raz na zawsze. Teraz do właścicieli sklepów należy decyzja, na ile zechcą włączyć je w strategię pozyskiwania i utrzymywania klientów, zwiększając tym samym swoje szanse na pierwszeństwo na rynku.
[1] Analityka w czasie rzeczywistym: Klucz do wiedzy o kliencie i personalizowania doświadczenia klienta, Raport Działu Usług Analitycznych Harvard Business Review, 2018
Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy październikowy odczyt wyniósł + 17,4% i jest niższy od odczytu wrześniowego o – 6,2 p.p. Wartość indeksu na poziomie + 17,4% oznacza, że w październiku 2018 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe, na kwotę wyższą o 17,4%, w porównaniu z październikiem 2017 r.
– W październiku 2018 r., w porównaniu do września 2018 r., wartość indeksu spadła o 6,2 p.p. Jednak październikowy odczyt nadal jest bardzo wysoki. Łącznie w październiku o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało 36,38 tys. osób w porównaniu do 32,13 tys. rok wcześniej (+13,2%). Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w październiku 2018 r. wyniosła 258,46 tys. zł, tj. o 8,4% więcej niż rok wcześniej. Wzrost indeksu spowodowany jest więc zarówno wzrostem liczby wnioskodawców, jak i średniej kwoty wnioskowanego kredytu. Wzrostowi liczby osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy sprzyja nadal bardzo dobra sytuacja gospodarstw domowych, której towarzyszy optymizm co do przyszłej sytuacji finansowej. Natomiast wnioskowanie o wyższe kwoty kredytów mieszkaniowych niż w 2017 r. może mieć swoje główne źródła zarówno we wzroście cen nieruchomości, jak i wzroście zdolności kredytowej, któremu sprzyja wzrost dochodów gospodarstw domowych, i nadal rekordowo niskie stopy procentowe – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.
Metodyka indeksu:
Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.
Na zamówienie Lexusa powstał pierwszy w świecie film, którego scenariusz napisała sztuczna inteligencja
60-sekundowy film „Driven by Intuition” nakręcił laureat Oscara Kevin Macdonald
Projekt, reklamujący w Europie nową generację Lexusa ES, podkreśla nowatorstwo marki
Film będzie prezentowany na internetowych kanałach Lexusa od 19 listopada, przed rozpoczęciem europejskiej kampanii reklamowej ES w grudniu
Globalna reputacja Lexusa jako marki znanej z innowacji i wykorzystania najnowszych technologii stała się inspiracją dla powstania pierwszego w świecie filmu reklamowego, którego scenariusz w całości stworzyła sztuczna inteligencja (AI, Artificial Intelligence). 60-sekundowy film „Driven by Intuition” wyreżyserował zdobywca Oscara Kevin Macdonald.
1 z 9
Premiera filmu odbędzie się jutro (15 listopada) w Wielkiej Brytanii, po czym będzie on prezentowany w kanałach mediów społecznościowych oraz europejskich kinach, zapowiadając wprowadzenie na rynek nowej generacji luksusowego sedana ES na początku przyszłego roku.
Film „Driven by Intuition” jest efektem tego samego śmiałego ducha technicznej innowacji, dzięki któremu powstała słynna lewitująca „deskorolka” Lexus Hoverboard. Scenariusz filmu został w całości wygenerowany przez mechanizmy sztucznej inteligencji stworzone przez technicznego partnera Lexusa, firmę Visual Voice we współpracy z The&Partnership za pomocą zestawu narzędzi AI i aplikacji IBM Watson.
Tak powstałą koncepcję wcielił w życie Kevin Macdonald, reżyser filmów „Ostatni król Szkocji” i „Whitney”, nagrodzony przez amerykańską Akademię Filmową Oscarem dla najlepszego filmu dokumentalnego za „One Day in September”.
Na potrzeby filmu stworzono specjalny system sztucznej inteligencji, który poddał analizie wszystkie nagodzone reklamy dóbr luksusowych z ostatnich 15 lat. Pomogło to w określeniu emocji wpływających na percepcję reklam przez widzów oraz na wyniki wykonanych na zamówienie badań ludzkiej intuicji.
Nową reklamę będzie można oglądać na kanałach Lexusa od 19 listopada.
Grupa Impel – największa w kraju grupa firm świadczących usługi dla biznesu – wypracowała przez dziewięć miesięcy 2018 roku przychody na poziomie 1 589 mln zł. Skonsolidowany zysk operacyjny w tym okresie wyniósł 38,4 mln zł i jest wyższy w stosunku do pierwszych trzech kwartałów ubiegłego roku o 13,4%. Zysk netto po dziewięciu miesiącach osiągnął poziom 16 mln zł.
Przychody ze sprzedaży wyniosły 1 589 mln zł i są niższe niż analogiczne w roku ubiegłym o około 5%. Między innymi jest to efekt strategii konsekwentnego wycofywania się z kontraktów nierentownych lub nisko rentownych. W 2018 roku Grupa obniża zadłużenie przygotowując się do finansowania nowych rentownych usług i projektów rozwojowych, w tym współfinansowanych ze środków UE.
Wojciech Rembikowski, Wiceprezes Zarządu Impel S.A.
– Wyniki operacyjne potwierdzają, że działamy skutecznie na rzecz poprawy wyników. Wypowiedzenie ponad 500 kontraktów zwiększyło rentowność Grupy, a aktywna współpraca z naszymi partnerami biznesowymi oparta o segmentację, prospecting, sprzedaż pakietową i oczywiście efektywność ekonomiczną realizowaną na wyższych marżach pozytywnie wpłynęła na finanse Grupy – mówi Wojciech Rembikowski, Wiceprezes Zarządu Impel S.A.
Grzegorz Dzik, prezes Impel S.A.
– Obecna sytuacja na rynku pracy, prognozy dotyczące jego rozwoju i wzrost znaczenia kryteriów poza cenowych wymagają od nas nowego podejścia do procesów realizacji usług. Dodatkowo na otoczenie biznesowe naszej branży ogromny wpływ ma konieczność dostosowywania się do zmieniającej się rzeczywistości prawnej. Od roku 2015 stale angażujemy zasoby handlowe, operacyjne, administracyjne, które generują wysokie koszty funkcjonowania na rynku. Bardzo ważne jest, aby nastąpiła stabilizacja. Naszą strategią jest rozwój dotychczasowych usług w oparciu o nowe technologie. Poszukujemy i równocześnie tworzymy innowacyjne rozwiązania na wszystkich poziomach naszej organizacji. Dotyczy to zarówno kształtu usług, ich rodzajów, jakości, jak i naszej wewnętrznej organizacji pracy. Wykorzystujemy rozwiązania technologiczne, cyfrowe, zwiększające efektywność usług, ale również zwiększamy specjalizację obsługi wewnętrznych procesów biznesowych. Tylko stabilność prawa pozwoli nam tę strategię skutecznie wdrażać – mówi Grzegorz Dzik, Prezes Zarządu Impel S.A.
Facility Management
Jakub Dzik, Wiceprezes Impel S.A.
Największy udział w skonsolidowanych przychodach Grupy Impel, stanowią przychody segmentu FM, które wynoszą 1 112 mln zł. Zysk operacyjny ukształtował się na poziomie 19,57 mln zł. – Grupa w trzecim kwartale pozyskała nowe kontrakty na usługi fizycznej ochrony mienia na rzecz spółek Grupy PKP, obejmujące obsługę wszystkich dworców kolejowych w województwie lubuskim, wielkopolskim i zachodniopomorskim. Natomiast w obszarze usług porządkowych premium rozpoczęliśmy obsługę prestiżowego obiektu biurowo-handlowego w Warszawie – podkreśla Jakub Dzik, Wiceprezes Impel S.A.
Dzięki rozpoczęciu współpracy z firmą Amic Polska, operatorem sieci stacji paliw Lukoil, Grupa Impel wzmocniła swoją pozycję w zakresie usług świadczonych dla sieci paliwowych. Kontrakty dotyczą dostarczania materiałów higienicznych i biurowych, odzieży roboczej, produktów do utrzymania czystości, a dodatkowo Grupa świadczy usługę utrzymania czystości na terenach zewnętrznych dla 115 stacji Lukoil w Polsce.
– Branża paliwowa poszukuje partnerów, którzy zapewnią im kompleksową obsługę. Jesteśmy otwarci na łączenie usług, szukanie synergii, możliwości integracji. Obecnie świadczymy usługi z obszaru facility management dla podmiotów zarządzającymi takimi markami jak ORLEN, Shell, Moya i Lukoil – podsumowuje prezes Dzik.
Industrial Services
Segment Industrial Services w skonsolidowanych wynikach uzyskał przychody na poziomie 220 mln zł, a zysk operacyjny wyniósł 3,11 mln zł.
– Najważniejszy kontrakt w obszarze Industrial Services to realizacja budowy nowoczesnej sieci szerokopasmowej w rejonach szczecińskim i nowotarskim, współfinansowanych ze środków Unii Europejskiej. Zarówno prace projektowe jak i realizacja prac inwestycyjnych przebiegają zgodnie z harmonogramem i oczekiwaniami inwestora. Realizowane działania obejmują budowę 1800 km sieci światłowodowej i 138 węzłów dostępowych. Efektem inwestycji będzie podłączenie do nowoczesnej sieci FTTH 300 jednostek oświatowych i ponad 41 tys. gospodarstw domowych. Szacowana łączna wartość dwóch zamówień to ponad 120 mln zł realizowanych w okresie ponad 30 miesięcy. Dostrzegamy dalszy rozwój Grupy Produktowej Rebranding, zajmującej się m.in. produkcją oznakowania np. dla stacji paliwowych Grupy Lotos. Prowadzimy cały proces od projektu przez produkcję, a kończąc na montażu na miejscu u klienta. W tym obszarze finalizujemy trzy duże kontrakty. Dalszy rozwój tej Grupy Produktowej zagwarantuje nam planowana automatyzacja procesów produkcyjnych – podkreśla Jakub Dzik, wiceprezes zarządu Impel S.A.
W obszarze Industrial Services sukcesywnie rezygnujemy z niskomarżowych kontraktów angażujących kapitał. Koncentrujemy się na usługach dla branży energetycznej, szczególnie dla energetyki przemysłowej.
– Nasza przyszłość w tym segmencie to rozwój usług polegających na budowie lub modernizacji infrastruktury niskiego i średniego napięcia. Posiadamy silne zaplecze projektowe do realizacji wysokospecjalistycznych zadań. Kompetencje, to przewaga, na której budujemy rozpoznawalne know how – podkreśla Jakub Dzik.
Digital Services & Business Process Outsourcing
W ramach Digital Services & Business Process Outsourcing Grupa Impel uzyskała przychody na poziomie 344,7 mln zł. Zysk operacyjny wyniósł 5,09 mln zł.
Spółka Impel Business Solutions rozpoczęła automatyzację procesów z wykorzystaniem robotyzacji. Sukcesywne wprowadzenie robotów do wykonywania zadań operacyjnych pozwoliło spółce poprawić procesy wewnętrzne Grupy Impel, a także stworzyć ofertę dla klientów, którym zależy na efektywnym wykorzystaniu zasobów ludzkich i automatyzacji prostych czynności. Robotyzacja implementowana przez Impel Business Solutions polega na zastępowaniu w całości lub w części zadań i procesów wykonywanych dotychczas przez pracowników, wykorzystując zaawansowane algorytmy zaprogramowane w technologii UIPath.
– Obecnie w spółce uruchomiliśmy 30 zrobotyzowanych procesów z obszaru kadrowo-płacowego, a 50 kolejnych czeka na implementację. Wśród wdrożonych warto wyróżnić takie procesy jak: generowanie zgłoszeń pracowników do ZUS, księgowanie wyciągów bankowych, wystawianie ulg na PFRON czy wystawianie zaświadczeń. Mamy ambicję stać się w przyszłości innowacyjnym, zrobotyzowanym centrum procesowym. Jesteśmy przekonani, że duże zainteresowanie wprowadzonymi przez nas rozwiązaniami z zakresu automatyzacji i robotyzacji procesów przełoży się na nowe płaszczyzny współpracy z obecnymi klientami Grupy Impel, a także na pozyskanie nowych partnerów – podsumowuje Jakub Dzik, wiceprezes Zarządu Impel S.A.
Spółka SI-Consulting buduje kompetencje w tworzeniu autorskich rozwiązań opartych na technologii Blockchain przeznaczonych dla rynku reklamowego.
– Autonomiczny system zarządzania procesami reklamowymi w transporcie to projekt, który na rozproszonej i zdecentralizowanej bazie danych buduje rozwiązanie pozwalające na zautomatyzowanie procesu biznesowego związanego z wyświetlaniem reklam na środkach transportu i precyzyjnym dostosowaniu oferty reklamowej dla zleceniodawców i odbiorców. Dzięki zastosowaniu IoT i algorytmów analizy zbieranych danych, system określa, jakie reklamy powinny zostać wyświetlone w miejscu, w którym obecnie znajduje się pojazd. Weryfikując zdefiniowane czynniki, np. porę dnia, obszar, przez który przemieszcza się pojazd, planowane zgromadzenia ludzi, system dynamicznie określa opłatę za daną reklamę. Dzięki zastosowaniu technologii Blockchain całość procesu przypieczętowana jest automatycznym podpisaniem tzw. SmartContractu. Szukamy nowoczesnych rozwiązań dla wielu branż, dlatego coraz bardziej usługi w Grupie Impel będą związane z nowymi technologiami – podkreśla Jakub Dzik.
Przedstawiciele motobranży w Polsce z optymizmem patrzą w przyszłość. 2 na 3 z nich oczekuje, że produkcja w ich zakładach będzie rosnąć. W tym roku mamy niemal dwa razy więcej produkcyjnych optymistów niż w 2017 r. (wzrost o 32 p.p.). Podobnie dobre lub nawet lepsze nastroje panują w Turcji, Rumunii, na Słowacji i Węgrzech. Jedynie w Niemczech i Wielkiej Brytanii zauważalna jest większa powściągliwość w prognozowaniu przyszłości – wynika z raportu Exact Systems „MotoBarometr 2018. Nastroje w automotive”.
Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A., odpowiedzialny za rozwój sprzedaży
– Wyniki tegorocznego „MotoBarometru” pokazują, że dynamika produkcji motoryzacyjnej uzależniona jest od stopnia zaawansowania danego rynku. Tym samym optymizm panujący w Polsce nie jest przypadkiem odosobnionym, lecz wpisuje się w szerszy trend, obejmujący także inne rozwijające się rynki automotive, takie jak Rumunia, Węgry czy Słowacja. Kraje te pracują na najwyższych obrotach, nadrabiając dystans do Europy Zachodniej i liczą, że korzystna koniunktura potrwa jak najdłużej. Natomiast na rynkach rozwiniętych, czyli w Niemczech i Wielkiej Brytanii, obserwujemy rosnącą niepewność. W przypadku naszych zachodnich sąsiadów jest to prawdopodobnie efekt afery dieselgate i zmniejszenia produkcji tradycyjnych napędów, zaś Brytyjczycy wciąż nie wiedzą, z jakimi ekonomicznymi konsekwencjami wiązać będzie się nadchodzący Brexit – mówi Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A.
Motoryzacyjna Europa dwóch prędkości
Po zeszłorocznym spadku nastrojów nie ma już śladu, a przedstawiciele motobranży w Polsce znów wykazują spory optymizm produkcyjny. Podobnie jak przed dwoma laty, aż 68% zapytanych liczy na zwiększenie poziomu zamówień. Jest to wynik o 32 p.p. lepszy niż w 2017 r. Warto zauważyć, że zaledwie 2% producentów motoryzacyjnych uważa, że do końca 2018 r. wolumen wytwarzanych przez nich towarów spadnie. Natomiast co czwarty ankietowany nie spodziewa się w tym względzie zmian.
Są jednak aż 4 kraje, w których optymistów produkcyjnych jest więcej niż w Polsce. Należą do nich Rumunia (77%), Rosja i Słowacja (po 74%) oraz Węgry (72%). Nastroje w tureckiej branży automotive są niemalże identyczne jak te panujące nad Wisłą (68% optymistów), zaś w Czechach optymizm jest nieco mniejszy (55% wskazań). Przedstawiciele najbardziej rozwiniętych rynków motoryzacyjnych, czyli Niemcy i Brytyjczycy, są znacznie bardziej zachowawczy w swoich prognozach. Większość z nich nie przewiduje znaczących zmian w najbliższych miesiącach.
Nastroje w Polsce zależne od zagranicznej koniunktury
Silne umiędzynarodowienie łańcucha dostaw w branży motoryzacyjnej powoduje, iż czynnikiem najbardziej wpływającym na poziom produkcji w polskich zakładach są zamówienia z zagranicy. Aż 95% respondentów jest zdania, że nowe zlecenia od zagranicznych partnerów mogą wpłynąć na wzrost produkcji. W mniejszym stopniu odczuwalne mogą być nowe zamówienia od kontrahentów z Polski, na co wskazuje 29% ankietowanych, czy otwarcie nowej fabryki aut w sąsiednich państwach (16%). Zaledwie 9% respondentów liczy na wzrost produkcji związany z powstaniem nowej fabryki samochodów w naszym kraju.
– Przemysł motoryzacyjny w Polsce jest silnie powiązany z europejską koniunkturą, szczególnie w Niemczech. Ważnym czynnikiem wpływającym na optymizm polskich menadżerów jest rosnący eksport komponentów.W pierwszych pięciu miesiącach tego roku komponenty odnotowały blisko 9-procentowy wzrost. Ich udział w całości wymiany handlowej przemysłu samochodowego zbliża się do połowy jego wartości (47,5 proc.) – mówi Rafał Orłowski, Partner w AutomotiveSuppliers.pl
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2017 roku za granicę wyeksportowaliśmy towary o łącznej wartości 870 mld zł, a motoryzacja odpowiadała za 12,3% tego eksportu. To jak istotna jest branża motoryzacyjna dla naszego eksportu potwierdzają dane z zestawienia „TOP10 polskich hitów eksportowych” opracowanego przez Bank Zachodni WBK we współpracy z Exact Systems. W ubiegłym roku w pierwszej dziesiątce rankingu uplasowały się aż trzy produkty eksportowe wytwarzane przez fabryki motoryzacyjne. Były to: części i akcesoria do samochodów, samochody osobowe oraz ciężarówki.
A czego przedstawiciele motobranży w Polsce obawiają się najbardziej? Przede wszystkim zmniejszenia zamówień od partnerów z zagranicy (52%) oraz spadku produkcji i sprzedaży aut w krajach do których eksportujemy nasze wyroby (29%). Natomiast 21% respondentów obawia się ewentualnych skutków mniejszej liczby zleceń od partnerów z Polski.
Metodologia badania
Badanie „MotoBarometr 2018. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 597 respondentów z 9 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja, Turcja, Węgry, Wielka Brytania).
Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od kwietnia do lipca 2018 roku.
65% firm w Polsce korzysta z urządzeń mobilnych w codziennej pracy. Blisko połowa organizacji wykorzystuje je do dostępu do firmowej poczty elektronicznej lub kalendarza, zaś co piąta korzysta z nich w bardziej zaawansowany sposób – realizując dzięki aplikacjom mobilnym część procesów biznesowych. W znacznej większości przedsiębiorstwa deklarują, że dbają o bezpieczeństwo urządzeń mobilnych, ale jednocześnie aż 57% ankietowanych uważa, że włamania do urządzeń mobilnych nie stanowią istotnego ryzyka dla ich organizacji. Jedynie 4% firm całkowicie ignoruje dzisiejsze cyberzagrożenia w tym obszarze, a 30% ogranicza się wyłącznie do zdefiniowania wymagań w formie zapisów w wewnętrznych politykach i procedurach bezpieczeństwa.
W większości organizacji (76% wskazań) pracownicy nie mogą korzystać z prywatnych urządzeń mobilnych w celu przetwarzania danych firmowych. 13% firm pozwala przetwarzać dane przedsiębiorstwa na prywatnych urządzeniach mobilnych pracowników bez stosowania wewnętrznych uregulowań w tym zakresie. Pozostałe organizacje wdrożyły politykę BYOD (ang. Bring Your Own Device) umożliwiającą pracę na prywatnych smartfonach i tabletach. Niska popularność tego rozwiązania może wynikać z ograniczonej możliwości wymuszenia odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa.
Spośród firm, które wzięły udział w badaniu KPMG, aż 35% nie wykorzystuje technologii mobilnych i nie planuje tego robić w najbliższej przyszłości. Z kolei 9% nie korzysta z takich rozwiązań, ale planuje je niebawem wdrożyć.
Technologie mobilne na naszych oczach rewolucjonizują rzeczywistość. Są najbliższym i przez to często najwygodniejszym dla użytkowników interfejsem do cyfrowego świata. Obserwowane obecnie trendy cyfryzacji czy Internetu rzeczy nie byłyby bez nich możliwe. Technologie te są wykorzystywane dziś przez większość polskich przedsiębiorstw. Zastanawia jedynie, że aż co trzecie przedsiębiorstwo w ogóle nie rozważa stosowania tych rozwiązań – mówi Michał Kurek, partner w dziale usług doradczych, szef zespołu ds. cyberbezpieczeństwa w KPMG w Polsce.
Oprogramowanie antywirusowe najpopularniejszym zabezpieczeniem urządzeń mobilnych
Najczęściej stosowanym zabezpieczeniem stosowanym w urządzeniach mobilnych jest instalacja oprogramowania antywirusowego. 7 na 10 przedsiębiorstw wymusza uwierzytelnianie w celu dostępu do urządzenia, a ponad 60% organizacji daje możliwość instalowania jedynie zatwierdzonych aplikacji. Urządzenia mobilne są również często kontrolowane zdalnie, poprzez wymuszanie aktualizacji, szyfrowanie danych oraz możliwość zdalnego czyszczenia danych. Niewiele firm podchodzi do zarządzania bezpieczeństwem urządzeń mobilnych kompleksowo. Jedynie co szósta wdrożyła rozwiązanie Mobile Device Management. W przypadku dużych organizacji efektywne zarządzanie bezpieczeństwem technologii mobilnych bez scentralizowanego systemu jest niemożliwe lub bardzo nieefektywne kosztowo. Poprzeczkę w tym zakresie podnosi dodatkowo umożliwienie przetwarzania danych firmowych na urządzeniach prywatnych na co zdecydowała się co czwarta firma – mówi Michał Kurek, partner w dziale usług doradczych, szef zespołu ds. cyberbezpieczeństwa w KPMG w Polsce.
Firmy najbardziej obawiają się złośliwego oprogramowania
W opinii przedsiębiorstw największym cyberryzykiem jest złośliwe oprogramowanie – szpiegujące oraz szyfrujące dane. Równie istotnym jest phishing oraz ataki na sieci bezprzewodowe. Natomiast włamania do urządzeń mobilnych są rozpatrywane jako realne ryzyko przez niecałą połowę badanych firm (43% wskazań).
Najczęściej za bezpieczeństwo informacji w przedsiębiorstwach odpowiedzialny jest prezes zarządu (38% wskazań) lub pracownik działu IT (36% wskazań). W niewielkiej liczbie firm bezpieczeństwem zajmują się niezależne, dedykowane do tego osoby. W co dziesiątym przedsiębiorstwie nie ma osoby zajmującej się formalnie cyberbezpieczeństwem.
Najistotniejszym źródłem cyberzagrożenia dla większości firm są pojedynczy hakerzy (62% wskazań). Co druga organizacja jako realnie zagrażające bezpieczeństwu firmy wskazuje również zorganizowane grupy cyberprzestępcze. Niezadowoleni lub podkupieni pracownicy (28% wskazań), a także cyberterroryści (22% wskazań) i haktywiści (20% wskazań) są zdecydowanie rzadziej postrzegani jako szkodliwi w kontekście bezpieczeństwa przedsiębiorstwa. Co dziesiąta firma nie jest w stanie określić grupy zagrażającej jej bezpieczeństwu.
W mniejszych firmach bardzo często nie ma osoby formalnie odpowiedzialnej za zapewnienie bezpieczeństwa. Okazuje się, że tego typu organizacje mają trudności ze zrozumieniem dzisiejszych cyberzagrożeń oraz oceniają wszystkie typy cyberataków, jako mniej zagrażające niż pozostałe przedsiębiorstwa. Potwierdza to, że dużo jest jeszcze do zrobienia w zakresie budowania świadomości na temat cyberbezpieczeństwa. Niestety obecnie proces ten odbywa się najczęściej zgodnie z powiedzeniem „Polak mądry po szkodzie” – mówi Michał Kurek, partner w dziale usług doradczych, szef zespołu ds. cyberbezpieczeństwa w KPMG w Polsce.
87% mikro i małych firm ma poczucie bezpieczeństwa finansowego – wynika z Indeksu Bezpieczeństwa Finansowego Nest Banku. Jednocześnie ponad 60% przedsiębiorców obawia się o przyszłość finansową swojej firmy.
Mikrofirmy poczuły się bezpiecznie na polskim rynku. Mają świetne pomysły na biznes, a ich przychody nieprzerwanie rosną. Kredyt w ofercie już nie wystarczy. To dla banków duże wyzwanie. Stajemy się elastycznym partnerem dostępnym wszędzie tam, gdzie działa przedsiębiorca, szybko, intuicyjnie i bezpiecznie.
mówi Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku
Drobny biznes rośnie w siłę
Jak wskazują dane Głównego Urzędu Statystycznego od 2010 roku liczba firm zatrudniających mniej niż 9 osób systematycznie rośnie. W 2017 roku odnotowano ich 2073,6 tys., czyli o ponad 20% więcej niż 7 lat wcześniej. Wzrosły również przychody tej grupy firm – o ponad 47,5% w porównaniu do 2010 roku.
Agnieszka Porębska-Kość – Nest Banku
Mikro i małe firmy w Polsce rosną w siłę i czują się całkiem pewnie na rynku. Jak wynika z Indeksu Bezpieczeństwa Nest Banku, aż 87% z nich ma poczucie bezpieczeństwa finansowego. Co ciekawe 59% badanych zadeklarowało także, że ma poczucie stabilności finansowej.- Agnieszka Porębska-Kość, Dyrektor Zarządzająca Obszarem Bankowości Przedsiębiorstw i Finansowania w Nest Banku
Jak pokazują nasze badania, mikro i małe firmy poczuły się bezpiecznie na polskim rynku. Potrafią odnaleźć się w dynamicznym i niepewnym otoczeniu. To dla instytucji finansowych duże wyzwanie, bo nie wystarczy już oferta kredytowa, aby być dla nich partnerem. Jako bank od początku działalności skupiamy się na potrzebach takich firm i chcemy działać jak one – dynamicznie, szybko, intuicyjnie. Wykorzystujemy nowoczesne technologie, aby być wszędzie tam, gdzie potrzebuje tego klient. – mówi Agnieszka Porębska-Kość, Dyrektor Zarządzająca Obszarem Bankowości Przedsiębiorstw i Finansowania w Nest Banku
Co sprawia, że mali przedsiębiorcy czują się bezpiecznie?
Okazuje się, że poczucie bezpieczeństwa właścicieli mikro i małych przedsiębiorstw zależy w największej mierze od pracowników oraz płynności finansowej firmy i popytu na ich usługi. Ponadto dla 71,5% badanych znaczenie ma wsparcie instytucji finansowych, w tym banków.
Co niepokoi mikro i małe firmy?
Indeks Bezpieczeństwa Finansowego Nest Banku wykazał, że ponad 60% mikro i małych firm obawia się o finansową przyszłość swojej firmy. Wśród najczęstszych obaw przedsiębiorcy wskazywali brak płynności finansowej, opóźnienia w płatnościach od kontrahentów, niewypłacalność klientów, nieprzewidywalność rynku, trudności w prowadzeniu księgowości czy braku dostępu do kredytów czy pożyczek. Jedynie 4% badanych wskazało, że nie ma żadnych obaw w obszarze finansowym firmy.
Mikro i mali przedsiębiorcy a banki
57% badanych przedsiębiorców zadeklarowało, że ma pełne zaufanie do swojego banku. Co więcej prawie 45% z nich twierdzi, że otrzymuje od niego wsparcie w rozwijaniu biznesu. Przeciwnego zdania jest 36% badanych.
To ważne, że większość przedsiębiorców ufa swojemu bankowi. Ciekawsze jest jednak, co możemy zrobić dla 36% badanych, którzy nie czują się wspierani w rozwijaniu biznesu. W Nest Banku jesteśmy przekonani, że wsparcie to dużo więcej, niż obsługa w zakresie finansowania. Dlatego stale unowocześniamy nasze procesy. Udostępniamy porównywarki ofert, dajemy dodatkowe usługi, jak np. pakiet 1000 zł na rozwój firmy w Internecie czy pakiet związany z finansowaniem faktur. Jako jedni z pierwszych na rynku udostępniliśmy przedsiębiorcom płatności zbliżeniowe Google Pay, Apple Pay i Garmin Pay. Od października 2018 r. mamy także nowoczesny system bankowości elektronicznej z funkcjonalnościami dedykowanymi firmom, takimi jak dostęp dla dowolnej liczby użytkowników z indywidualnymi uprawnieniami czy wielopoziomowa autoryzacja przez więcej niż jedną osobę. Jako pierwszy bank na rynku dajemy możliwość założenia konta dla wybranych spółek w pełni online, bez konieczności pojawienia się w oddziale czy wizyty kuriera. Chcemy towarzyszyć klientowi w każdej jego decyzji, dając narzędzia oszczędzające czas i otwierające nowe możliwości. – mówi Agnieszka Porębska-Kość, Dyrektor Zarządzająca Obszarem Bankowości Przedsiębiorstw i Finansowania w Nest Banku Indeks Bezpieczeństwa Finansowego
* to badanie zrealizowane na zlecenie Nest Banku we wrześniu i październiku 2018 roku przez agencję SW RESEARCH na reprezentatywnej grupie polskich mikro i małych firm. Celem badania było sprawdzenie postaw i przekonań przedsiębiorców w zakresie bezpieczeństwa finansowego.
Wielka Brytania i Unia Europejska osiągnęły porozumienie w sprawie projektu umowy brexitowej. Szczegóły miały pozostać tajne do zatwierdzenia projektu przez rząd… więc brytyjska prasa już informuje o szczegółach, z których przejawia się kompromis z pewnością niezadowalający niektórych eurosceptyków w Partii Torysów. Ale chaos z rozwiązania rządu lub powtórzone referendum są jeszcze gorszą alternatywą. Dziś po południu projekt ma zatwierdzić rząd i możemy być krok bliżej porozumienia.
Dziś o 15:00 zbiera się brytyjska rada ministrów, by debatować nad projektem porozumienia, jakie wczoraj osiągnęli negocjatorzy z Wielkiej Brytanii i UE. Szczegóły, do jakich dotarła prasa, sugerują tymczasowe pozostanie Wielkiej Brytanii w ramach europejskiej unii celnej; jeśli w terminie nie zostaną ustalone warunki nowych relacji handlowych, procedura backstopu zatrzyma na unijnych zasadach Irlandię Północną (by uniknąć twardej granicy poprzez wyspę). Wielka Brytania będzie dalej podlegać pod regulacje unijne dotyczące konkurencji, prawa pracy, podatki. Jeśli te informacje się potwierdzą, sprzeciw eurosceptyków w brytyjskim parlamencie jest pewny. Jednak premier May postawiła sprawę jasno – ministrowie, którzy nie zaakceptują dziś projektu, mogą składać dymisję. Pozostali członkowie Partii Konserwatywnej także nie są w lepszym położeniu. Bunt przeciwko May, rozwiązanie parlamentu i powtórzenie wyborów zamraża proces negocjacyjny bez żadnych konkretnych ustaleń i gwarantuje chaotyczny brexit na koniec marca przyszłego roku. Alternatywnie wzmocnienie mandatu poprzez powtórzenie referendum nie zda egzaminu, gdyż sondaże wskazują na wzrost poparcia dla pozostania w UE.
Gdyby analiza decyzji politycznych rzeczywiście była taka prosta? Premier May może wygrać pierwsze starcie z własnym gabinetem i projekt zostanie zatwierdzony, co rynek FX może przyjąć z zadowoleniem. Jednak o pełną euforię będzie trudno. Do pełnego sukcesu potrzeba jeszcze akceptacji na szczycie unijnym (prawdopodobnie 25 listopada) oraz – co najważniejsze i najtrudniejsze – ratyfikacji projektu w brytyjskim parlamencie (na początku grudnia). Do tego czasu możemy liczyć na wiele słów krytyki ze strony zatwardziałych Brexitowców. Opozycja pewnie też nie będzie siedzieć cicho. Targi polityczne podtrzymają dziką zmienność na GBP, co dalej będzie zniechęcać dużych graczy do aktywnego wejścia do handlu. Osobiście jestem optymistą i liczę na zaakceptowane porozumie i rajd GBP do końca roku, ale nie widzę tego w prostej linii.
Dziś mamy napakowany danymi dzień. Za nami już gorszy od prognoz odczyt PKB z Niemiec (w III kw. -0,2 proc. k/k, prog. -0,1 proc.), choć odczyt jest obciążony jednorazowym wpływem obciążeń regulacyjnych w sektorze motoryzacyjnym i w kolejnym kwartale można liczyć na odbicie. PKB dla całego Eurolandu jest podawany drugi raz i już zawiera w sobie pesymistyczne oczekiwania. Z Polski poznamy szybki szacunek PKB z a III kw., gdzie spodziewamy się osłabienia tempa wzrostu do 4,7 proc. r/r z 5,1 proc. w II kw. Szczególnie wrzesień przyniósł niepokojące wyhamowanie produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, co świadczy zarówno o minięciu szczytu cyklu koniunkturalnego, jak i o odczuwalnych skutkach spowolnienia na świecie. Ryzyka przeważają po stronie słabszego odczytu, który będzie rysą na tarczy ochronnej solidnych fundamentów, która broniła złotego przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych. EUR/PLN powinien jednak nie oddalać się do 4,30.
W przypadku inflacji z Wielkiej Brytanii CPI rozczarował we wrześniu spadkiem do 2,4 proc. r/r, więc prognoza na październik na 2,5 proc. zawiera w sobie element odreagowania, ale ryzyka są po stronie stabilizacji wskaźnika. Dane mogą przejść echa z uwagi przyćmione sprawą brexitu. Po południu uwagę skupi CPI z USA. Wzrost cen benzyny i odreagowanie słabości niektórych komponentów inflacji bazowej powinno podnieść wskaźnik roczny CPI do 2,5 proc. Przy silnej postawie USD w ostatnim czasie rozczarowania w danych będą miały większy wpływ od pozytywnych zaskoczeń.
Na koniec 2018 roku nastroje przedsiębiorców w poszczególnych branżach są zróżnicowane. Najgorzej jest w HoReCa, gdzie w IV kwartale br. odnotowano najniższy subindeks Barometru EFL[1] w historii badania – 48,3 pkt. (-8,4 pkt. kw./kw.). W opinii aż 73% hotelarzy i restauratorów do pogorszenia ich kondycji najmocniej przyczyni się sezonowy spadek klientów. Podobnie najsłabsze nastroje w historii pomiaru są w przemyśle (50,8 pkt., -4,3 pkt. kw./kw.). Największym problemem dla 66% firm produkcyjnych jest brak pracowników. W budownictwie i usługach spadek był niewielki, zaś w handlu i transporcie odnotowano niewielki wzrost optymizmu.
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
– Kondycja danej branży jest wynikową kilku czynników, które najbardziej determinują działalność firm ją reprezentujących. Te okoliczności z pewnością wpływają także na subiektywną ocenę sytuacji przedstawiciela firmy. Mam tutaj na myśli na przykład czynniki związane z rokiem kalendarzowym. Koniec roku to czas, w którym hotele i restauracje zwalniają, podobnie zadyszkę ma wtedy branża budowlana, podczas gdy handel ma swoje pięć minut z uwagi na „szał” świątecznych zakupów. Jednak wartość branżowych subindeksów to również pochodna sytuacji gospodarczej w kraju, Unii Europejskiej czy u najważniejszych partnerów handlowych. Każdy właściciel firmy uważnie obserwuje to, co dzieje się wokół – jakie nastroje panują wśród zachodnich kontrahentów, jakie są ceny ropy, jak wygląda sytuacja na zagranicznych giełdach – i uwzględnia to w swoich prognozach i planach – mówi Radosław Kuczyński, Prezes EFL.
HoReCa obawia się końca roku
Wśród badanych branż najniższą wartość odnotował subindeks HoReCa (48,3 pkt.). Co ciekawe, jest to wynik odwrotny niż przy pomiarze dokonanym w III kwartale br., kiedy przedstawiciele tego sektora najlepiej ze wszystkich badanych oceniali swoją sytuację. Kwartał do kwartału mamy spadek o 8,4 pkt. Co więcej, jest to najniższy odczyt Barometru EFL dla HoReCa w historii badania, czyli od początku 2015 roku. Na pogorszenie kondycji hoteli, restauracji i firm cateringowych najbardziej, w opinii aż 73% respondentów badania, może wpłynąć zmniejszenie liczby klientów. W efekcie, ponad 40% przedstawicieli branży obawia się spadku zamówień, a tylko co czwarty ich wzrostu.
Brak uśmiechu na twarzach producentów
Również producenci obawiają się, że ostatni kwartał tego roku będzie najsłabszy od kilku lat. Odczyt subindeksu Barometru EFL dla tej branży wyniósł tylko 50,8 pkt. i był o 4,3 pkt. niższy w stosunku do III kwartału tego roku. Na taki wynik wpływ miały przede wszystkim czynniki związane z zatrudnieniem. Aż 66% firm produkcyjnych ma problem ze znalezieniem pracowników, a 60% obawia się rosnących oczekiwań płacowych. Problemy kadrowe mogą wpłynąć na realizację bieżących zamówień i przyjmowanie kolejnych. Warto też podkreślić, że wśród przedstawicieli produkcji jest najwięcej obaw związanych z nowymi regulacjami dotyczącymi tzw. podzielonej płatności podatku VAT (17%).
Budownictwo i usługi niepewne
W IV kwartale br. subindeks dla branży budowlanej wyniósł 53,5 pkt. i był niższy o 1 pkt. w porównaniu do poprzedniego kwartału. Z pominięciem tylko II kwartału br., sytuacja w całym 2018 roku w budowlance nie jest optymistyczna, ale stabilna. Największym problemem w branży, podobnie jak w produkcji, jest brak pracowników, na który narzeka ponad 66% (najwięcej ze wszystkich 6 branż). Warto zwrócić uwagę, że firmy budowlane spośród wszystkich badanych za jedno z najlepszych rozwiązań problemów kadrowych uważa zatrudnienie obcokrajowców (45% wskazań).
Subindeks dla usług spadł poniżej bezpiecznego progu 50 pkt. i wyniósł 49,4 pkt. (-2,3 pkt. kw./kw.). Jest to też najniższy wskaźnik dla branży od początku realizacji badania. Tutaj również dominują problemy kadrowe – 53% narzeka na brak pracowników, a 41% obawia się presji płacowej. Warto też podkreślić, że firmy usługowe najbardziej ze wszystkich obawiają się wymogów związanych z ochroną danych osobowych (RODO) – 21% wskazań.
Więcej optymizmu w handlu i transporcie
Handel i transport to wyjątki, które mogą pochwalić się wzrostem optymizmu kwartał do kwartału. Choć subindeks handlowy Barometru EFL na IV kwartał nie należy do najwyższych dla tej branży (52,9 pkt.) to jest wyższy o 1,8 pkt. kw./kw. Firmy handlowe w największym stopniu dotyczy optymizm związany z sezonowym wzrostem sprzedaży (65,3%), co może wiązać się z okresem przedświątecznym.
W przypadku branży transportowej subindeks wyniósł 51,6 pkt., czyli o 3,6 pkt. więcej niż w poprzednim kwartale. Firmy transportowe spośród wszystkich badanych sektorów są największymi optymistami w kwestii sprzedaży – prawie 34% z nich liczy na wzrost zamówień pod koniec tego roku. Plany mogą pokrzyżować problemy kadrowe – 65% respondentów nie może znaleźć ludzi do pracy. Rozwiązaniem mogą okazać się pracownicy z zagranicy – o ich zatrudnieniu myśli ponad 36% ankietowanych.
***
Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 20-28 września 2018 r.
Warszawa, 13 listopada 2018 – Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowuje III kwartał br. na polskim rynku nowoczesnych powierzchni przemysłowych i logistycznych w raporcie: MARKETBEAT – RYNEK MAGAZYNOWY W POLSCE – III KW. 2018 r.
Na koniec III kwartału 2018 r. całkowite zasoby rynku powierzchni przemysłowych i logistycznych przekroczyły granicę 15 mln mkw. dzięki oddaniu od początku roku 1,42 mln mkw. powierzchni magazynowej. Od czerwca do września br. deweloperzy ukończyli 687 000 mkw. w ramach 23 projektów. Najwięcej powierzchni dostarczono w regionie Polski Centralnej (210 000 mkw.), gdzie firma Panattoni zakończyła realizację obiektu dla Media Expert w Central European Logistics Hub (74 000 mkw., Panattoni) a SEGRO rozbudowę SEGRO Logistics Park Stryków (55 000 mkw., w tym 39 000 mkw. dla Corning Optical Communications). Wśród największych oddanych do użytku inwestycji były również Goodman Wrocław V Logistics Center (57 000 mkw. dla The Hut Group), Hillwood Krosno Odrzańskie (41 500 mkw.) oraz Panattoni Park Białystok (41 000 mkw.).
Analitycy Cushman & Wakefield wskazują, że na rynku obserwowany jest dalszy wzrost aktywności deweloperskiej wspierany wysokim popytem. Na koniec września 2018 roku w budowie pozostawało 2,1 mln mkw. (w 61 projektach), z czego 78% zostało zabezpieczone umowami najmu. Najwięcej powierzchni magazynowej powstaje w Polsce Centralnej (584 000 mkw.), na Górnym Śląsku (383 000 mkw.) oraz w regionie Warszawy (259 000 mkw.). Znaczący wzrost zasobów spodziewany jest również w północnej i zachodniej części kraju m.in. w Trójmieście (183 000 mkw.), Wrocławiu (145 000 mkw.) i Szczecinie (130 000 mkw.).
Adrian Semaan, Konsultant w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield
– W strukturze inwestycji dominują duże centra dystrybucji zlokalizowane wzdłuż głównych szlaków transportowych oraz projekty typu BTS realizowane na potrzeby takich firm jak Amazon, Zalando, Leroy Merlin, BSH, Ideal Automotive, Metsa Tissue czy K-Flex. Rośnie zaangażowanie deweloperów w segmencie miejskich obiektów logistycznych, co ma związek z szybkim rozwojem sektora e-commerce i rosnącą presją na skrócenie czasu dostaw – informuje Adrian Semaan, konsultant w dziale powierzchni przemysłowych i logistycznych, Cushman & Wakefield, autor raportu. – Najwięcej powierzchni w budowie niezabezpieczonej umowami najmu odnotowano w okolicach Warszawy (91 000 mkw.), w Trójmieście (91 000 mkw.), a także we Wrocławiu (61 000 mkw.), w Poznaniu (52 000 mkw.), na Górnym Śląsku (44 000 mkw.) oraz w Polsce Centralnej (38 000 mkw.) – dodaje Adrian Semaan.
Zapotrzebowanie na nowoczesną powierzchnię logistyczną i produkcyjną w Polsce w III kwartale 2018 r. utrzymało się na wysokim poziomie.. Wolumen transakcji najmu wyniósł 789 000 mkw. a całkowity popyt w okresie pierwszych trzech kwartałów osiągnął rekordowy poziom 2,89 miliona mkw. i był wyższy o 15% w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Tradycyjnie najwięcej wynajęto na pięciu głównych rynkach (prawie 2,18 mln mkw.), z których liderem był region Górnego Śląska (515 000 mkw.), Polska Centralna (495 000 mkw.) oraz okolice Warszawy (460 000 mkw.). W strukturze transakcji największy udział miały branże: logistyczna (33%), sieci sklepów (17%), e-commerce (15%) i produkcyjna (8%). Popyt netto uwzględniający nowe umowy i ekspansje wyniósł 2,19 miliona mkw. (76% całkowitego popytu), a pozostałe 700 000 mkw. (24%) stanowiły renegocjacje. Największymi transakcjami zawartymi w okresie ostatnich trzech miesięcy były ekspansja Amazon w ramach realizowanej inwestycji BTS w Gliwicach (60,000 mkw.) oraz rozszerzenie powierzchni najmu Jysk w P3 Mszczonów (35,000 mkw.).
Na koniec września 2018 roku około 672 000 mkw. powierzchni magazynowej pozostawało niewynajęte, co stanowi 4,5% całkowitej podaży. Wskaźnik powierzchni niewynajętej wzrósł o 0,5 pp. względem II kw. br.,jednakże spadł o 0,8 pp. w relacji do stanu sprzed roku. Najwięcej dostępnej powierzchni odnotowano na czterech rynkach: w okolicach Warszawy (184 000 mkw.), na Górnym Śląsku (178 000 mkw.), w Poznaniu (86 000 mkw.) i Warszawie – miasto (78 000 mkw.).Natomiast w Szczecinie, Polsce Zachodniej i Bydgoszczy-Toruniu nie zarejestrowano pustostanów. Najwyższy poziom wskaźnika powierzchni niewynajętej utrzymywał się w Warszawie (10,6%, wzrost o 0,2 pp. w porównaniu do stanu na koniec II kw. 2018 r.) oraz w Krakowie (7,9%, -0,5 pp.), najniższe wartości odnotowano w Trójmieście (1,4%, +1,3 pp.) i Polsce Centralnej (1,5%,+1.1 pp.).
– Rosnące koszty usług budowlanych ograniczają elastyczność deweloperów w zakresie negocjacji czynszów, co prowadzi do zmniejszenia luki pomiędzy stawkami bazowymi a efektywnymi. Równolegle obserwujemy nieznaczny wzrost skłonności deweloperów do realizacji inwestycji o charakterze spekulacyjnym, co powinno obniżyć presję na wzrost czynszów w perspektywie najbliższych miesięcy – wyjaśnia Adrian Semaan.
Najwyższe czynsze bazowe i efektywne niezmiennie obowiązują w Warszawie (max. 5,25 EUR/mkw./miesiąc za moduł typu Small Business Units i max. 4,50 EUR/mkw./miesiąc) i w Krakowie (max. 4,50 EUR/mkw./miesiąc i 4,00 EUR/mkw./ miesiąc). Na pozostałych rynkach, w przypadku większych modułów magazynowych typu BIG-BOX (powyżej 2 000 – 5 000 mkw.), stawki czynszu bazowego są znacznie niższe (max. 3,60 EUR/mkw./miesiąc). Natomiast czynsz efektywny zazwyczaj nie przekracza 3,20 EUR/mkw./miesiąc.
Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield
Dziś najważniejszymi siłami napędowymi dla rynku magazynowego w Polsce są: dynamiczny rozwój e-commerce, wzrastająca konsumpcja oraz dobra koniunktura gospodarcza. Wysoki wolumen inwestycji deweloperskich to odpowiedź na rosnący popyt. Swoje potrzeby powierzchniowe zgłaszają przede wszystkim firmy rozbudowujące sieć dystrybucji w naszym kraju, ale także nowi gracze przenoszący część swoich procesów logistycznych bądź produkcyjnych do Polski. Dynamiczny rozwój branży e-commerce, z pewnością znajdzie odzwierciedlenie w kontynuacji wysokiej aktywności najemców. Powstaną kolejne magazyny dla tej grupy klientów- zwykle obiekty dedykowane, uwzględniające specyfikę branży w parametrach technicznych budynków, częściowo zautomatyzowane, w lokalizacjach dogodnych pod kątem dystrybucyjnym ale również racjonalnych z punktu widzenia rynku pracy. Korzystne prognozy dla rozwoju sektora logistycznego w Polsce, jak na całym kontynencie europejskim, pozwalają z optymizmem patrzeć na rozwój rynku w perspektywie zbliżającego się 2019 roku. Warto pamiętać również o wyzwaniach, z których najistotniejszym jest dynamiczna sytuacja na rynku pracy i zapotrzebowanie na pracowników, szczególnie na głównych rynkach magazynowych – powiedziała Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.
Inwestycjom w mieszkania na wynajem rośnie konkurencja. Wysokie zyski przyciągają inwestorów do rynku apartamentów wypoczynkowych i condohoteli. Segment ten czeka w najbliższym czasie intensywny rozwój. Według prognoz zawartych w raporcie „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce 2018” firmy Emmerson Evaluation, do 2020 r. nad Bałtykiem liczba condohoteli i obiektów oferujących apartamenty wypoczynkowe wzrośnie o ok. połowę w stosunku do obecnej podaży i wygeneruje ok. 7 tys. nowych pokoi. O 5 tys. rozszerzy się także oferta w górach, o 3,5 tys. w największych polskich aglomeracjach, a na Warmii i Mazurach w tego typu obiektach przybędzie blisko 350 nowych pokoi.
W związku z dobrą sytuacją gospodarczą w kraju, niskimi stopami procentowymi oraz oprocentowaniem lokat, Polacy coraz chętniej inwestują w nieruchomości. Dynamiczny rozwój turystyki oraz atrakcyjne zyski z wynajmu krótkoterminowego w lokalizacjach popularnych turystycznie lub biznesowo napędzają rozwój rynku apartamentów wypoczynkowych i condohoteli. Eksperci Emmerson Evaluation wskazują, że w takich miejscach wyższe stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału częściej uzyskuje się z wynajmu krótkoterminowego (tzw. wynajmu na doby), niż z wynajmu lokalu mieszkalnego na długi termin jednemu najemcy. Duże znaczenie, zwłaszcza dla rozwoju rynku apartamentów wypoczynkowych, miał w ostatnich latach również wzrost atrakcyjności i popularności serwisów internetowych, jak Booking.com czy AirBnB, dzięki którym oferta prywatnych inwestorów stała się konkurencyjna nawet wobec najlepszych pokoi hotelowych w danych lokalizacjach.
Nowy kierunek dla deweloperów
Szansę na udany biznes dostrzegli na tym rynku także deweloperzy, którzy starając się maksymalizować zysk, zaczęli dostosowywać swój produkt do potrzeb klienta i tym samym tworzyć inwestycje oferujące apartamenty wypoczynkowe/wakacyjne, prawnie stanowiące samodzielne lokale mieszkalne lub użytkowe oraz tzw. condohotele. – Z punktu widzenia dewelopera takie przedsięwzięcie jest atrakcyjne, bo pozwala na uzyskanie znacznie większej marży niż w przypadku sprzedaży mieszkań. Ceny ofertowe lokali w takich inwestycjach są często wyższe, a w przypadku najbardziej luksusowych inwestycji mogą sięgać prawie 30 tys. zł netto/mkw. Nie dziwi więc, że mamy obecnie „wysyp” tego typu inwestycji na polskim rynku – mówi Robert Korczyński, członek Zarządu Emmerson Evaluation.
W przypadku oferty obiektów z apartamentami wypoczynkowymi rynek jest bardzo zróżnicowany. Najbardziej okrojoną formą takiego obiektu jest budynek mieszkalny wielorodzinny, bez recepcji, rozbudowanych części wspólnych, nie oferujący żadnych usług dodatkowych, o różnorodnym standardzie wykończenia poszczególnych lokali, w którym obsługą najmu zajmuje się kilku operatorów, w tym właściciele. Tego typu inwestycje powstawały głównie w początkowej fazie rozwoju rynku apartamentów wakacyjnych, a ze względu na atrakcyjną lokalizację w popularnej destynacji turystycznej bardzo szybko znajdowały swoich nabywców, zaznaczają autorzy raportu „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce 2018”. Wraz z rozwojem segmentu rynku nieruchomości wypoczynkowych, wzrostem konkurencji oraz oczekiwań ze strony nabywców, deweloperzy zaczęli tworzyć inwestycje mieszkaniowe wielorodzinne o podwyższonym lub wysokim standardzie wykończenia i wyposażenia, z bogatą ofertą usług dodatkowych. Często takie obiekty funkcjonują pod jedną nazwą marketingową i prowadzona jest dla nich indywidualna strona internetowa z możliwością rezerwacji poszczególnych apartamentów. W takich obiektach standard wykończenia i wyposażenia lokali również może być ujednolicony, co sprawia, że z punktu widzenia gości obiekt ten może nie różnić się od typowego hotelu.
– Zapisy miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego w atrakcyjnych lokalizacjach miejscowości turystycznych oraz aglomeracji miejskich bardzo często pozwalają jedynie na realizację inwestycji polegającej na budowie obiektu o funkcji usługowej – np. dla turystyki i rekreacji, czyli najczęściej hotelu lub pensjonatu. Z tego powodu wielu deweloperów, chcąc wykorzystać wysoki popyt ze strony inwestorów indywidualnych na nieruchomości w atrakcyjnych lokalizacjach, zaczęło tworzyć przedsięwzięcia typu condohotel. Z punktu widzenia gościa taki obiekt nie różni się od tradycyjnego hotelu, a deweloperowi umożliwia szybsze wyjście z inwestycji – tłumaczy Izabela Bednarczyk, analityczka Emmerson Evaluation.
W Polsce rynek condohoteli jest relatywnie młody i cały czas w fazie kształtowania się, zaznacza ekspertka. Definicja dla tego typu obiektu nie jest w Polsce jeszcze prawnie uregulowana. Emmerson Evaluation sformułował jednak opis charakteryzujący tego typu inwestycje. Wg autorów raportu condohotele to budynki hotelowe, w których wyodrębnione zostały prawnie samodzielne lokale niemieszkalne i powstało z nich kondominium (wspólnota właścicieli). Poszczególne lokale sprzedawane są w ujednoliconym standardzie wykończenia i wyposażenia. Funkcjonalnie lokale najczęściej składają się z 1-2 pokoi hotelowych i łazienki. Występują również condohotele, w skład których wchodzą apartamenty składające się z 1-2 pokoi hotelowych, aneksu kuchennego i łazienki. Z dalszą, bardziej szczegółową częścią definicji można zapoznać się w raporcie przygotowanym przez Emmerson Evaluation.
Największy przypływ pokoi nad morzem
W raporcie „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce 2018”, eksperci Emmerson Evaluation poddali analizie rynek obiektów typu condo, jaki i obiektów z apartamentami wypoczynkowymi w najbardziej popularnych miejscowościach nadmorskich, górskich, na Warmii i Mazurach, a także w największych polskich aglomeracjach.
Największą podażą obiektów typu condohotel oraz obiektów z apartamentami wypoczynkowymi charakteryzuje się nadmorski obszar naszego kraju. Wg danych za pierwsze trzy kwartały 2018 r. w sumie funkcjonuje ich tam łącznie ponad 100. To też ponad 46% wszystkich zidentyfikowanych obiektów w analizowanych rejonach. Oferta w pasie górskim stanowi 40%, w aglomeracjach ok. 10%, na Warmii i Mazurach zaś jedynie ok. 4%.
Dominująca liczba obiektów na wynajem krótkoterminowy w pasie nadmorskim (prawie 75%) znajduje się w województwie zachodniopomorskim. Obiekty z apartamentami wypoczynkowymi występują tu także zdecydowanie częściej niż condohotele, które stanowią ok. 10% wszystkich obiektów w pasie nadmorskim. Najbardziej popularnymi lokalizacjami dla obiektów z apartamentami wypoczynkowymi są: Świnoujście (znajduje się tam ponad 20% obiektów z apartamentami wypoczynkowymi), Kołobrzeg (prawie 19%), a także Władysławowo (ponad 14%). Kilka obiektów funkcjonuje także w Międzyzdrojach, Mielnie, Dziwnowie, Rewalu. Pojedyncze obiekty działają także w Jastarni, Krynicy Morskiej, Ustce, Stegnie, Ustroniu Morskim, Trzebiatowie, Darłowie i na Helu.
Najwięcej condohoteli znajduje się w Kołobrzegu. Stanowią one ponad 50% wszystkich zidentyfikowanych przez nas obiektów condohotelowych w pasie nadmorskim. Pojedyncze obiekty funkcjonują także w Świnoujściu, Władysławowie, Krynicy Morskiej, Jastarni i Mielnie.
Obecnie najwięcej obiektów przygotowywanych (w budowie lub planowanych) jest w miejscowościach województwa zachodniopomorskiego – Kołobrzegu, Dziwnowie, Świnoujściu i Międzyzdrojach. W sumie condohotele oraz obiekty z apartamentami wypoczynkowymi przygotowywane w województwie zachodniopomorskim stanowią niemal 90% wszystkich obiektów tego typu realizowanych w pasie nadmorskim.
Według szacunków Emmerson Evaluation do końca 2020 r. najwięcej condohoteli i obiektów z apartamentami wypoczynkowymi (ponad 30) nadal będzie funkcjonowało w Kołobrzegu. Na kolejnych miejscach znajdą się Świnoujście z 28 obiektami, oraz Władysławowo (16), Międzyzdroje (15) i Dziwnów (15). W sumie do końca 2020 r. w całym pasie nadmorskim przybędzie ponad 7 tys. nowych pokoi i apartamentów w condohotelach i obiektach z apartamentami wypoczynkowymi.
PAS NADMORSKI
ISTNIEJĄCE
W PRZYGOTOWANIU
CONDOHOTELE
OBIEKTY
Z APARTAMENTAMI WYPOCZYNKOWYMI
OGÓŁEM
CONDOHOTELE
OBIEKTY
Z APARTAMENTAMI WYPOCZYNKOWYMI
OGÓŁEM
POMORSKIE
27
6
WŁADYSŁAWOWO
1
13
14
1
1
2
JASTARNIA
2
3
5
–
–
0
KRYNICA MORSKA
2
2
2
–
–
0
HEL
–
2
2
–
1
1
USTKA
–
2
2
–
2
2
STEGNA
–
2
2
–
–
0
ŁEBA
–
–
0
–
1
1
ZACHODNIOPOM.
77
44
KOŁOBRZEG
7
17
24
4
4
8
ŚWINOUJŚCIE
2
19
21
2
5
7
MIĘDZYZDROJE
–
8
8
2
5
7
MIELNO
1
7
8
–
5
5
DZIWNÓW
–
7
7
1
7
8
REWAL
–
5
5
–
1
1
USTRONIE MORSKIE
–
2
2
–
3
3
TRZEBIATÓW
–
1
1
1
2
3
DARŁOWO
–
1
1
–
1
1
SARBINOWO
–
–
0
–
1
1
OGÓŁEM
13
91
104
11
39
50
NOWA PODAŻ POKOI/APARTAMENTÓW DO 2020 R.
ok. 7000
Góry zyskują w oczach deweloperów
Kolejnym obszarem z największą liczbą condohoteli oraz obiektów z apartamentami wypoczynkowymi jest pas górski. Najwięcej funkcjonujących obiektów eksperci Emmerson Evaluation zidentyfikowali w rejonie Sudetów (ponad 42%), następnie w rejonie Tatr (ok. 33%) oraz Beskidów (ok. 24%).
Najpopularniejsze miejscowości dla lokalizowania obiektów z apartamentami wypoczynkowymi to: Zakopane (ok. 31% wszystkich obiektów z apartamentami wypoczynkowymi w pasie górskim), Karpacz (ok. 27%) oraz Szklarska-Poręba (ok. 12%). Obiekty z apartamentami wypoczynkowymi funkcjonujące w Wiśle i Krynicy-Zdroju stanowią po ok. 10% podaży w pasie górskim. Takie obiekty znajdują się również w Ustroniu, Szczyrku, Świeradowie-Zdroju, Polanicy-Zdroju oraz miejscowości Sienna k. Stronia Śląskiego.
Condohotele w obszarze pasa górskiego stanowią zdecydowaną mniejszość – jedynie ok. 4% wszystkich zidentyfikowanych przez Emmerson Evaluation obiektów. Obecnie funkcjonują w Zakopanem oraz w miejscowości Podgórzyn w rejonie Sudetów.
Nowe inwestycje do 2020 r. w największej liczbie pojawią się w rejonie Tatr – w Zakopanem i Białce Tatrzańskiej. Będzie to prawie 40% inwestycji będących w przygotowaniu w pasie górskim. Budowane lub projektowane obiekty z planowaną datą oddania do użytkowania w 2020 r. w rejonie Sudetów oraz Beskidów wygenerują po ok. 30% nowej podaży. Łącznie pas górski do końca 2020 r. wzbogaci się
o niemal 5 tys. nowych pokoi w obiektach condohotelowych i apartamentach wypoczynkowych.
PAS
GÓRSKI
ISTNIEJĄCE
W PRZYGOTOWANIU
CONDOHOTELE
OBIEKTY
Z APARTAMENTAMI WYPOCZYNKOWYMI
OGÓŁEM
CONDOHOTELE
OBIEKTY
Z APARTAMENTAMI WYPOCZYNKOWYMI
OGÓŁEM
TATRY
30
13
ZAKOPANE
3
27
30
2
10
12
BIAŁKA TATRZAŃSKA
–
–
0
–
1
1
BESKIDY
22
11
WISŁA
–
8
8
1
2
3
USTROŃ
–
4
4
–
3
3
KRYNICA-ZDRÓJ
–
8
8
1
–
1
SZCZAWNICA
–
–
0
1
–
1
SZCZYRK
–
2
2
–
2
2
KOZUBNIK
–
–
0
–
1
1
SUDETY
38
11
KARPACZ
–
23
23
3
–
3
SZKLARSKA PORĘBA
–
10
10
–
1
1
ŚWIERADÓW ZDRÓJ
–
2
2
–
1
1
POLANICA ZDRÓJ
–
1
1
–
1
1
DUSZNIKI ZDRÓJ
–
–
0
1
–
1
PODGÓRZYN
1
–
1
2
–
2
SIENNA
–
1
1
–
2
2
OGÓŁEM
4
86
90
11
24
35
NOWA PODAŻ POKOI/APARTAMENTÓW DO 2020 R.
ok. 5000
Znikoma oferta nad jeziorami
W rejonie Warmii i Mazur podaż condohoteli i obiektów z apartamentami wypoczynkowymi jest zdecydowanie niższa niż w rejonie pasa nadmorskiego i górskiego. Obszar ten dopiero od jakiegoś czasu w tym segmencie zyskuje na atrakcyjności w oczach deweloperów i indywidualnych inwestorów, zaznaczają autorzy raportu „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce 2018”.
Podobnie jak w przypadku pozostałych analizowanych regionów, również tutaj dominują obiekty
z apartamentami wypoczynkowymi. Stanowią ponad 60% podaży nieruchomości tego typu w rejonie Warmii i Mazur. Condohotele można znaleźć jedynie w Mikołajkach i Olsztynie.
Jednakże, w przygotowaniu jest kilka nowych obiektów z apartamentami wypoczynkowymi w Mikołajkach, Giżycku i jego okolicach, Rucianem-Nidzie, a condohoteli w Olsztynie. W rejonie Warmii i Mazur autorzy raportu szacują przyrost nowych pokoi i apartamentów do 2020 r. na poziomie ponad 350.
WARMIA
I MAZURY
ISTNIEJĄCE
W PRZYGOTOWANIU
CONDOHOTELE
OBIEKTY
Z APARTAMENTAMI WYPOCZYNKOWYMI
OGÓŁEM
CONDOHOTELE
OBIEKTY
Z APARTAMENTAMI WYPOCZYNKOWYMI
OGÓŁEM
GIŻYCKO
–
1
1
–
1
1
MIKOŁAJKI
2
1
3
–
2
2
OLSZTYN
1
–
1
1
–
1
IŁAWA
–
1
1
–
–
0
RUCIANE NIDA
–
–
0
–
1
1
PASYM
–
1
1
–
–
0
MIŁKI K. GIŻYCKA
–
1
1
–
1
1
OGÓŁEM
3
5
8
1
5
6
NOWA PODAŻ POKOI/APARTAMENTÓW DO 2020 R.
ok. 350
Rynek rośnie także w aglomeracjach
W raporcie Emmerson Evaluation analizie pod kątem obecności obiektów z apartamentami na wynajem oraz condohoteli poddano także rynki największych polskich aglomeracji. Ogółem, ok. 70% podaży stanowią obiekty oferujące apartamenty na wynajem krótkoterminowy. Występują one głównie w: Warszawie (ok. 30% z podaży obiektów z apartamentami na wynajem krótkoterminowy), Szczecinie (ok. 20%) oraz Krakowie, Wrocławiu i Gdańsku (po ok. 13% w każdym z tych miast). W przypadku condohoteli podaż rozłożyła się pomiędzy Warszawę (ok. 70%) oraz Gdańsk (ok. 30%).
– Sytuacja dotycząca podaży będącej w przygotowaniu przedstawia się na korzyść condohoteli – do 2020 r. powstanie kilkanaście nowych obiektów. Będzie to niemal 60% wszystkich obiektów tego typu będących w budowie lub na etapie projektowania. Największej liczby condohoteli oraz apartamentów na wynajem krótkoterminowy spodziewamy się w Warszawie, Wrocławiu oraz Łodzi – będzie to ok. 75% podaży będącej obecnie w przygotowaniu. Do końca 2020 r. szacujemy przyrost nowych lokali w condohotelach i apartamentów wypoczynkowych na poziomie 3,5 tys. – podaje Izabela Bednarczyk, analityczka Emmerson Evaluation.
AGLOMERACJE
ISTNIEJĄCE
W PRZYGOTOWANIU
CONDOHOTELE
OBIEKTY
Z APARTAMENTAMI
NA WYNAJEM
OGÓŁEM
CONDOHOTELE
OBIEKTY
Z APARTAMENTAMI
NA WYNAJEM
OGÓŁEM
WARSZAWA
5
5
10
4
3
7
KRAKÓW
–
2
2
2
1
3
WROCŁAW
–
2
2
4
3
7
GDAŃSK
2
2
4
2
–
2
POZNAŃ
–
1
1
–
1
1
ŁÓDŹ
–
–
0
2
2
4
SZCZECIN
–
3
3
–
–
0
OGÓŁEM
7
15
22
14
10
24
NOWA PODAŻ POKOI/APARTAMENTÓW DO 2020 R.
ok. 3500
Konkurencja będzie coraz większa, a zysk mniejszy
Wraz ze wzrostem popularności inwestowania w rynek condohoteli i apartamentów wypoczynkowych oraz wysypem nowych obiektów, zaostrza się konkurencja. Deweloperzy oraz operatorzy zarządzający tego typu obiektami starają się dostosowywać swoją ofertę do wymagań klientów. Obecnie oferowane są lokale z gwarantowaną stopą zwrotu, dla których dokonujący zakupu inwestor ma zapewnioną i określoną w umowie wysokość zysku. Niekiedy zysk może być dość wysoki i sięgać nawet 8 %, co jest znacznie lepszym wynikiem niż ten, który można uzyskać w przypadku wynajmu lokalu mieszkalnego na dłuższy okres.
Pomimo licznych zalet inwestowania kapitału w inwestycje condohotelowe czy apartamenty wypoczynkowe, wiąże się ono z potencjalnym ryzykiem, które należy uwzględnić, podkreślają autorzy raportu „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce 2018”. – Biorąc pod uwagę fakt, że zdecydowana większość takich obiektów zlokalizowana jest w miejscowościach wypoczynkowych, należy zwrócić uwagę na sezonowość i obłożenie obiektów w poszczególnych okresach roku. Sezon turystyczny w Polsce, chociaż w ostatnich latach wydłuża się, nadal trwa jedynie kilka miesięcy w roku. Nie wiadomo więc, jak długo operatorzy będą w stanie oferować tak wysokie stopy zwrotu z inwestycji w obliczu coraz większej podaży, „starzenia się” obiektów i rosnącej konkurencji. Przewidujemy, że w kolejnych latach rynek ten zacznie dojrzewać i z biegiem czasu nasyci się. Bardzo wysoka podaż spowoduje, że nowe inwestycje będą pojawiać się wolniej i prawdopodobnie nie zaoferują już tak wysokich stóp zwrotu – prognozuje Robert Korczyński z Emmerson Evaluation.
Zmiany dotyczące nabywania oraz użytkowania pojazdów lekkich w działalności gospodarczej – czyli samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 t – zostały uchwalone. Z jednej strony Ministerstwo Finansów podwyższyło limit odpisów amortyzacyjnych z tytułu nabycia pojazdu, który nie był zmieniany przez ostatnie 16 lat i wynosił 20 tys. euro. Teraz wynosi on 150 tys. złotych.W przypadku transakcji leasingowych będzie to kwota brutto w wysokości 184 tys. złotych.Kolejna zmiana dotyczy kosztów eksploatacji. Do tej pory można było w całości zaliczać się do kosztów podatkowych, jeżeli samochód użytkowany był w działalności gospodarczej. Dzisiaj Minister Finansów chce ograniczyć je do 75 proc., o ile pojazd jest wykorzystywany do tzw. celów mieszanych, czyli oprócz służbowych, także prywatnych. Jeżeli przedsiębiorca nadal chce zaliczać w całości tego typu wydatki do kosztów podatkowych, musi prowadzić ewidencję przebiegu pojazdu – podobnie jak przy rozliczeniach podatku VAT.
– Przedsiębiorcy, którzy do tej pory mogli w pełni zaliczać raty leasingowe czy wynajmu do kosztów uzyskania przychodu, teraz zostaną ograniczeni w przypadku samochodów powyżej wartości 150 tys. zł– powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sugajski dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu – Dla podatników zainteresowanych pojazdami do kwoty 184 tys. złotych brutto nic się nie zmieni. Polepszają się jedynie warunki zaliczania do kosztów podatkowych wydatków z tytułu zakupu. Po przeliczeniu na złotówki limit ten został zwiększony z 85 tys. złotych. Doradcy podatkowi zgłaszają jednak pewne wątpliwości. Konfederacja Lewiatan twierdzi, że prywatny użytek został już uregulowany w 2015 roku. Jest on doliczany do wynagrodzenia, jako świadczenie rzeczowe, a tym samym – podobnie jak inne jego składniki – opodatkowany podatkiem dochodowym od osób fizycznych, jak również obciążony składkami ZUS. Takie świadczenie pieniężne – które służy uzyskiwaniu dochodów przez pracodawcę – powinno stanowić w pełni koszt podatkowy transakcji. Podobnie jest w przypadku usług medycznych dla pracownika czy jego rodziny, które w całości stanowią koszy uzyskania przychodu – dodał Sugajski.
Już 3 mln osób wyemigrowało z pogrążonej w niewyobrażalnym kryzysie Wenezueli. W kraju brakuje jedzenia, wody pitnej i elementarnej opieki zdrowotnej. Nie ma też śladu po przygotowywanej miesiącami reformy walutowej. Przez zaledwie trzy miesiące boliwar stracił ponad 75 proc. wartości – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Dramat Wenezuelczyków pogłębia się. Według najnowszych szacunków organu ONZ zajmującego się kwestiami migracji (UNHCR) do krajów Ameryki Łacińskiej przybyło 2,4 mln Wenezuelczyków. Tylko w samej Kolumbii przed biedą, chorobami, głodem i przestępczością schroniło się ok. 1 mln obywateli pogrążonego w kryzysie kraju. W sumie poza ojczyzną przebywa 3 mln obywateli (ok. 10 proc. ludności) tego południowoamerykańskiego państwa.
Emigracja w tym momencie wcale nie jest najpoważniejszym problemem Wenezueli. Tragicznie przedstawia się los tych, którzy zostali w Boliwariańskiej Republice. Gehennę lokalnej ludności pokazują raporty opublikowane przez pozarządowe organizacje oraz lekarzy.
Brakowało żywności, a teraz nie ma nawet wody i prądu
Według opracowania „Right to Water” przygotowanego przez organizacje społeczne, aż 82 proc. populacji (26 mln ludzi) nie ma regularnego dostępu do wody. 20 lat temu proporcje były odwrotne i 87 proc. mieszkańców otrzymywało zdatną do picia wodę.
Nie tylko gospodarstwa domowe czy przedsiębiorstwa mają kłopot z dostępem do wody. 75 proc jednostek publicznej służby zdrowia również nie otrzymuje regularnie wody, a 25 proc. nie ma jej w ogóle. Zresztą jej jakość i tak jest niezadowalająca. Braki kadrowe i finansowe powodują, że przedsiębiorstwa użyteczności publicznej nie wywiązują się z obowiązków, a woda jest zanieczyszczona lub nie jest badana.
Środków brakuje także na utrzymanie potencjału największej hydroelektrowni Wenezueli (Guri). Według Raportu powinna zaspokajać 65 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. Obecnie jednak 9 z 20 turbin nie działa, co oznacza, że brak prądu przekraczający 12 godzin „dotyka znaczne części terytorium kraju” – czytamy w „Right to Water”.
Publiczna służba zdrowia zamarła
Zanieczyszczenia lub braki wody w powiązaniu z przerwami w dostępie do energii elektrycznej generują olbrzymi problem dla szpitali. Gdy do tego dodamy cięcia w finansowaniu leków, katastrofa jest praktycznie gwarantowana.
Według wrześniowego raportu „Right to Health” od 2011 r. aż o 82 proc. zmniejszyły się możliwości udzielenia pomocy lekarskiej w publicznym systemie zdrowia. Od 2016 r. leczenia pozbawiono 300 tys. osób, które miały przeszczepione organy, hemofilię, raka lub wymagały innej specjalistycznej pomocy.
Między 2017 a 2018 rokiem na 15 tys. regularnie dializowanych osób aż 2,5 tys. zmarło, ze względu na awarie bądź braki urządzeń do dializ, ich zanieczyszczenie bądź konieczność zamknięcia placówki medycznej.
Na 25 oddziałów zapewniających radioterapię funkcjonują tylko cztery. Ze względu na całkowite uzależnianie się Wenezueli od importu leków (95 proc. medykamentów sprowadzano z zagranicy) ich konsumpcja spadła o 93 proc. Aż 92 proc. placówek medycznych i oddziałów szpitalnych raportuje braki w podstawowych i relatywnie tanich leków (np. aspiryny).
Gospodarka na dnie
Biorąc pod uwagę całkowitą zapaść państwa i poważny kryzys humanitarny, wielkim zaskoczeniem nie będzie fakt, że przygotowywana miesiącami reforma gospodarcza legła w gruzach. Powiązanie boliwara z kryptowalutą uzależnioną od ceny ropy naftowej zakończyło się całkowitym fiaskiem.
Trzy miesiące temu za dolara trzeba było płacić 60 nowych boliwarów (6 mln starych). Tylko przez kilka dni kurs czarnorynkowy był zbliżony do oficjalnego. Teraz amerykańska waluta już kosztuje 250 boliwarów, czyli ponad cztery razy więcej.
Coraz gorzej wygląda także sytuacja sektora paliwowego w kraju. Choć w Wenezueli, państwie z największymi złożami ropy naftowej na świecie, benzyna jest nadal praktycznie darmowa, to zaczyna jej po prostu brakować. Dane agencji Bloomberg pokazują, że rafinerie pracują poniżej 20 proc. swoich możliwości produkcyjnych, co jest przede wszystkim spowodowane brakiem inwestycji oraz personelu. Doniesienia mediów ujawniają również wielogodzinne kolejki po paliwo.
Niewykluczone, że niedostatek paliwa, nawet w większym stopniu niż problemy związane z opieką zdrowotną, elektrycznością czy wodą, przyczyni się do upadku reżimu prezydenta Nicolasa Maduro. Prawdopodobnie dlatego zresztą do tej pory władze starały się utrzymać podaż paliw dla kraju na relatywnie wysokim poziomie, tnąc przy tym wydatki na wszelkie inne publiczne dobra i usługi.
Możliwość jednorazowego rozliczenia straty podatkowej do 5 mln zł, wprowadzenie statusu małego podatnika PIT i CIT dla firm o przychodach do 2 mln euro rocznie, możliwość wliczenia wartości pracy współmałżonka do kosztów uzyskania przychodu czy zniesienie obowiązku przeprowadzania okresowych szkoleń BHP w niektórych branżach – to część propozycji zawartych w Pakiecie MŚP. Większość rozwiązań dla mikro-, małych i średnich firm zacznie obowiązywać w 2019 roku. Zdaniem minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz ograniczenie biurokracji i kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw może się przełożyć na zwiększone inwestycje po ich stronie.
– Pakiet MŚP to kolejne – po pakiecie 100 zmian dla firm i Konstytucji Biznesu – rozwiązanie ustawowe, które ma ograniczyć bariery biurokratyczne dla małych i średnich przedsiębiorstw. Wprowadza wiele atrakcyjnych rozwiązań, które – jak zapisaliśmy w naszej ocenie skutków regulacji – spowodują, że w kieszeni przedsiębiorców w perspektywie najbliższych 10 lat zostanie ponad 4 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.
Pakiet MŚP to blisko 50 zmian w prawie podatkowym i gospodarczym, które mają ułatwić funkcjonowanie małym i średnim firmom oraz obniżyć ich koszty. W końcówce września został on przyjęty przez rząd, a teraz pracuje nad nim Sejm. Część zmian ma wejść w życie już w styczniu 2019 roku.
Wśród głównych projektowanych zmian jest m.in. możliwość wliczenia wartości pracy współmałżonka do kosztów uzyskania przychodu. Ta zmiana ma przynieść korzyści kilkudziesięciu tysiącom mikro- i małych przedsiębiorców rodzinnych. Podatnik zatrudniający małżonka (na podstawie umowy o pracę, umowy zlecenia czy umowy o dzieło) będzie przez fiskusa traktowany tak samo, jak podatnik zatrudniający osobę spoza najbliższej rodziny.
Kolejne ułatwienia to możliwość jednorazowego rozliczenia straty podatkowej do 5 mln zł, wprowadzenie statusu małego podatnika PIT i CIT, który uzyskają firmy o przychodach nieprzekraczających 2 mln euro rocznie (obecnie limit to 1,2 mln euro).
– Znosimy także obowiązek okresowych badań BHP dla tych najlżejszych miejsc pracy w firmach, dla pracowników biurowych. To dla nich kosztowna uciążliwość biurokratyczna – podkreśla Jadwiga Emilewicz.
Według szacunków resortu z okresowych szkoleń BHP zwolnionych zostanie w sumie blisko 5 mln pracowników, głównie z branży administracyjno-biurowej. To przełoży się na oszczędności, ponieważ obecnie pracodawca ponosi koszt związany z zakupem usługi i przeprowadzeniem szkolenia.
Wśród ważnych zmian jest także propozycja skrócenia ze 150 do 90 dni terminu uprawniającego wierzyciela, który nie otrzymał należności, do skorzystania z ulgi na złe długi w VAT.
Jadwiga Emilewicz podkreśla, że ograniczenie biurokracji i kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw może się przełożyć po ich stronie na zwiększone inwestycje.
– Mamy nadzieję, że to kolejne ułatwienia dla firm oraz zachęta dla tych, którzy się wahają, zastanawiają się, czy warto zakładać w Polsce działalność gospodarczą. To jest kolejny drogowskaz, zielone światło na skrzyżowaniu, które pokazuje, że warto jechać tą drogą. Wreszcie jest to uwolnienie środków w firmach, w które być może przedsiębiorcy zechcą dzięki tym rozwiązaniom inwestować, bo odjęte zostaną im wydatki, które dotychczas musieli ponosić z tytułu obciążeń biurokratycznych – mówi Jadwiga Emilewicz.
W krajach Unii Europejskiej w ubiegłym roku na drogach zginęło 25,3 tys. osób, w Polsce liczba ofiar przekroczyła 2,8 tys. Śmiertelne wypadki drogowe to potężny problem zarówno społeczny, jak i ekonomiczny. Szwedzka program „Wizja zero” zakłada ich całkowite wyeliminowanie, a w tym celu niezbędne są odpowiednie rozwiązania prawne, kontrola i poprawa stanu technicznego pojazdów oraz infrastruktury drogowej. Na świecie pojawiają się nowe technologie oparte m.in. na analizie danych czy innowacyjnych elementach infrastruktury, które mogą poprawić bezpieczeństwo na drogach. Problemem jest jednak ich wdrażanie, w wielu przypadkach barierę stanowi Prawo zamówień publicznych.
– Stoimy przed licznymi wyzwaniami. Wszyscy dążymy do jednego celu, jakim jest całkowite wyeliminowanie wypadków śmiertelnych na drogach. Wymaga to usprawnień w zakresie infrastruktury oraz innego podejścia do ochrony najbardziej wrażliwych użytkowników dróg – pieszych, motocyklistów, rowerzystów czy kierowców seniorów najbardziej narażonych na obrażenia w czasie wypadku. Musimy projektować nasze drogi w taki sposób, aby potencjalne błędy użytkowników nie prowadziły do poważnych wypadków. Musimy też robić więcej w kierunku podnoszenia kultury bezpieczeństwa wśród kierowców – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Greg Cohen, prezes i dyrektor generalny American Highway Users Alliance (Amerykańskiego Stowarzyszenia Użytkowników Autostrad).
Według WHO każdego roku w wypadkach drogowych na całym świecie ginie ok. 1,3 mln osób – więcej niż na wojnach i w konfliktach zbrojnych. Wypadki komunikacyjne stanowią obecnie główną przyczynę śmierci młodych ludzi na świecie. Najbardziej zagrożeni są najsłabiej chronieni uczestnicy ruchu – prawie połowę ofiar śmiertelnych stanowią piesi, rowerzyści lub motocykliści.
W krajach UE w ubiegłym roku na drogach zginęło 25,3 tys. osób. Europejskie drogi są jednak najbezpieczniejszymi na świecie, ponieważ w wypadkach drogowych ginie 49 na milion osób. Polska wypada w tej statystyce nieco gorzej – średnio jest tu 75 ofiar na milion mieszkańców. Według danych Komendy Głównej Policji w całym ubiegłym roku doszło w Polsce do 32,7 tys. wypadków drogowych, w których zginęło 2,8 tys. osób, a prawie 40 tys. odniosło obrażenia.
– Pod względem bezpieczeństwa na drogach Polska nie wypada najlepiej na tle krajów UE i innych państw wysoko rozwiniętych. Jest jednak coraz lepiej, obraliśmy właściwy kierunek. Liczba ofiar śmiertelnych na drogach się zmniejsza – to duży skok cywilizacyjny, bo jeszcze 10 lat temu mówiliśmy o 6 tys. ofiar śmiertelnych, teraz mówimy już o ok. 3 tys. rocznie. Uważamy jednak, że to wciąż za dużo – podkreśla Bogdan Rzońca, przewodniczący sejmowej Komisji Infrastruktury.
Z raportu Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego „Stan bezpieczeństwa ruchu drogowego 2017” wynika, że w ciągu ostatniej dekady nastąpił blisko 50-proc. spadek liczby zabitych na polskich drogach oraz ponad 30-proc. spadek liczby ciężko rannych.
Wypadki drogowe to problem nie tylko społeczny, lecz także ekonomiczny. Komisja Europejska szacuje koszty takich incydentów na ok. 120 mld euro rocznie. Z danych KRBRD wynika, że w 2015 roku koszty wypadków na polskich drogach stanowiły 2 proc. PKB i sięgnęły kwoty 33,6 mld zł.
Według prognoz WHO bez odpowiednich rozwiązań prawnych, poprawy infrastruktury i stanu technicznego pojazdów do 2020 roku liczba śmiertelnych ofiar wypadków może wzrosnąć już do 1,9 mln. Statystyki wyglądają najgorzej w krajach rozwijających się. W Chinach do wypadku komunikacyjnego dochodzi średnio co trzy sekundy, a co 10 minut ktoś z tego powodu umiera. Prym wiodą natomiast Holandia, Wielka Brytania i Szwecja, gdzie liczba wypadków jest najniższa na świecie, a w takich incydentach ginie tylko 25 na milion osób. To efekt zapoczątkowanej w 1997 roku polityki „Wizja zero”, która ma na celu całkowite wyeliminowanie śmiertelnych wypadków na drogach. Działania w tym kierunku podejmuje również Polska.
– Nasze zadanie polega na tym, aby zwiększać liczbę środków na drogi gminne, powiatowe, wojewódzkie, obwodnice i bezkolizyjne skrzyżowania oraz budować świadomość wśród kierowców. Mamy już dobre rozwiązania związane z ewidencją kierowców i pojazdów, poprawia się stan techniczny samochodów, ale zawsze może być lepiej, dlatego przygotowujemy odpowiednie przepisy, które mają ograniczyć oszustwa i fałszerstwa związane z cofaniem liczników. Zmieniamy prawo także w kontekście działania stacji kontroli pojazdów. Badania techniczne muszą być ewidencjonowane i historia pojazdów będzie mieć charakter ciągły, żeby wiedzieć, czy aby ktoś nie manipulował przy liczniku albo przy składaniu tego samochodu w całość z trzech pojazdów. Taki samochód jest bardzo niebezpieczny – mówi Bogdan Rzońca.
Jak podkreśla, podnoszenie bezpieczeństwa ruchu drogowego w Polsce wymaga z jednej strony poprawy infrastruktury i odpowiedniego prawodawstwa, a z drugiej – wdrażania nowych i innowacyjnych rozwiązań.
– Żyjemy w świecie cyfryzacji. Musimy mieć bardzo dobre systemy, które będą uprzedzały użytkowników dróg o tym, gdzie są trudności w przejazdach, ostrzegały, gdzie są źle przygotowane do użytku obwodnice, skrzyżowania, miejsca niebezpieczne. Wyświetlanie miejsc niebezpiecznych to jest wyzwanie. Mówi się o czarnych punktach, zakrętach śmierci, więc system ostrzegania w tym aspekcie musi być wdrożony w Polsce na większą skalę – podkreśla Bogdan Rzońca.
Technologie pozwalają na nowo projektować transport drogowy i wpływają na poprawę bezpieczeństwa. Najnowsze rozwiązanie, które pojawiają się na świecie, to m.in. wykorzystanie analizy danych w celu poprawy bezpieczeństwa na drogach czy innowacyjne elementy infrastruktury drogowej, np. bariery dźwiękoszczelne czy słupy elektryczne, które dzięki specjalnej konstrukcji zmniejszają ryzyko w przypadku kolizji.
– W Stanach Zjednoczonych mocno koncentrujemy się na rozwiązaniach opartych o dane. Dzięki temu mamy mnóstwo konkretnych informacji na temat tego, które rozwiązania najbardziej efektywnie poprawiają bezpieczeństwo, uwzględniając korzyści i koszty. Zainwestowaliśmy znaczne środki w tworzenie wyśrubowanych standardów w zakresie znaków, oznaczeń czy barierek, w wysokiej jakości materiały. Wydaliśmy miliony dolarów na poprawę standardów – mówi Greg Cohen.
Rik Nuyttens, prezes Federacji Drogowej Unii Europejskiej podkreśla, że wiele firm pracuje nad stworzeniem nowych technologii poprawiających bezpieczeństwo na drogach, ale barierą we wdrażaniu takich rozwiązań są procedury związane z Prawem zamówień publicznych.
– Jesteśmy skazani na przetargi publiczne ogłaszane przez władze, które wcześniej określają wymagany przez siebie rodzaj usług lub produktów. Gdy pojawia się nowa technologia, która nie spełnia tych specyfikacji, wówczas mamy problem. Konieczna jest zmiana standardów i przepisów tak, aby władze mogły skorzystać z nowych technologii. Kłopot w tym, że w wielu przypadkach zajmuje to bardzo dużo czasu. Wprowadzono szereg metod przyspieszających ten proces dla firm oferujących nowe technologie. Komisja Europejska przygotowała przeznaczone do tego narzędzia, ale wciąż cały proces wdrożenia trwa dłużej niż rok – mówi Rik Nuyttens.
Kolejny problem polega na tym, że kiedy pojawi się nowa technologia, to zazwyczaj jest oferowana tylko przez jedną firmę, która ją stworzyła. To problem, ponieważ rządy wolą mieć wielu dostawców, żeby nie narażać się na oskarżenia o monopol, naruszanie konkurencji czy faworyzowanie konkretnych firm. Ta bariera we wdrażaniu nowych rozwiązań także wynika z charakteru zamówień publicznych.
– Pierwszy dostawca danej technologii zawsze boryka się z największymi trudnościami, jeśli chodzi o jej wykorzystanie przez władze. Taką sytuację mamy teraz z infrastrukturą drogową czy inteligentnymi samochodami. Dochodzi do tego przytłaczająca liczba nowych technologii. Zarządy dróg czy ministerstwa transportu spotykają się z tak wieloma ofertami, że jest im bardzo trudno wybierać, trudno określić, gdzie najlepiej ulokować pieniądze, na co przeznaczyć środki z budżetu. Zastanawiają się, czy dobrym pomysłem jest nawiązanie współpracy z daną firmą z branży oprogramowania albo z jakąś dużą korporacją, bo zawsze obawiają się monopolu. To stanowi duże utrudnienie – mówi Rik Nuyttens.
Walka z cukrzycą to nie tylko kontrolowanie poziomu cukru we krwi, lecz także zapobieganie powikłaniom, takim jak zawał serca i udar mózgu. To z ich powodu pacjenci żyją nawet kilka lat krócej niż osoby zdrowe. Leczenie powinno obejmować stosowanie leków, do których polscy chorzy mają ograniczony dostęp, zdrowe żywienie oraz aktywność fizyczną. Niezbędne jest wsparcie bliskich osób, zapewniających pacjentom równowagę emocjonalną oraz motywację do walki z chorobą.
Cukrzyca to choroba cywilizacyjna, którą Światowa Organizacja Zdrowia uznała za epidemię XXI wieku. Chorych stale przybywa – według Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej od 1980 roku liczba osób cierpiących z powodu cukrzycy zwiększyła się ze 108 mln do ponad 400 mln. Jak wynika z danych Narodowego Funduszu Zdrowia, w Polsce choruje obecnie ponad 3 mln osób, przy czym na przestrzeni najbliższych 15–20 lat liczba ta może się podwoić.
– Pacjenci z cukrzycą umierają o kilka lat wcześniej niż osoby bez cukrzycy i to jest najważniejsze wyzwanie, które stoi przed wszystkimi, którzy opiekują się osobami z cukrzycą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Maciej Małecki. – Chodzi o to, żeby wydłużyć życie pacjenta z cukrzycą. Pacjenci przede wszystkim z cukrzycą typu 2 umierają dlatego, że doświadczają zawału mięśnia sercowego, udaru mózgu, wszystkich postaci miażdżycy tętnic. Chodzi o to, żeby to widmo, tę plagę odsunąć, żeby odsunąć przewlekłe powikłania, te, o których wspomniałem, a także powikłania oczne, powikłania nerkowe, żeby pacjenci nie tracili wzroku, żeby nie doświadczali konieczności dializoterapii, przeszczepów nerek – dodaje.
Znacznie gorzej przedstawia się sytuacja pacjentów borykających się z cukrzycą typu 2. Jest to najcięższa postać choroby, dotykająca 90 proc. wszystkich pacjentów, w efekcie której dochodzi do zaburzenia działania i wydzielania insuliny. Leczenie polega na redukcji masa ciała poprzez wprowadzenie odpowiedniej diety i aktywności fizycznej oraz stosowania odpowiedniej farmakoterapii.
Cukrzycy żyją nawet o kilkanaście lat krócej niż osoby wolne od tej choroby. Przyczyną przedwczesnych zgonów są najczęściej powikłania sercowo-naczyniowe, m.in. zawał serca i udar mózgu – osoby chore na cukrzycę są dwukrotnie bardziej narażone na wystąpienie tych schorzeń niż osoby zdrowe. Do istotnych komplikacji towarzyszących cukrzycy należą ponadto retinopatia cukrzycowa, stopa cukrzycowa, niewydolność nerek oraz zapalenie nerwów obwodowych. Przedłużenie życia chorych i poprawa jego jakości to obecnie największe wyzwanie stojące przed systemem opieki zdrowotnej, możliwe do zrealizowania dzięki nowoczesnym lekom. Równie istotne jest zwiększanie świadomości Polaków w zakresie skutecznej walki z chorobą.
– Edukacja rodzin ma również kluczowe znaczenie, dlatego że rodzina może bardzo pomagać choremu w codziennym zarządzaniu chorobą. Niestety, niewyedukowana rodzina może mu wręcz w tym przeszkadzać. Cukrzyca nie jest tylko chorobą tej osoby, która na nią choruje, lecz także jest chorobą całej rodziny – mówi Anna Śliwińska, prezes zarządu Głównego Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.
Bez wsparcia najbliższych pacjentom bardzo trudno jest zmienić dotychczasowy tryb życia i wykorzenić złe nawyki. Rodzina może zapewniać pomoc poprzez kontrolowanie wykonywania badań, mierzenie poziomu cukru we krwi czy zachęcanie do zdrowego stylu odżywiania. Eksperci radzą, by najbliższe pacjentowi osoby również zmieniły dietę, zwiększy to bowiem motywację chorego. Warto też pamiętać o wsparciu psychicznym.
– Człowiek chory ma swoje słabsze momenty i wówczas rodzina dająca wsparcie to chyba najlepsze lekarstwo. To pozwala mu żyć dalej, ale nie tylko, czuje się, że nie jest osamotniony – mówi Monika Kaczmarek, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków oddziału w Złotoryi i mama zwyciężczyni nagrody głównej w konkursie „Rodzina wygrywa”, który przeprowadzono w ramach kampanii „Dłuższe życie z cukrzycą”.
Ogólnopolska kampania edukacyjna „Dłuższe życie z cukrzycą” ma na celu zwiększenie świadomości Polaków w zakresie skutecznej walki z chorobą. W 2017 roku jej organizatorzy sformułowali Deklarację 12 zasad w walce o dłuższe życie z cukrzycą. Elementem tegorocznej odsłony kampanii był konkurs „Rodzina wygrywa” przeznaczony dla Polaków mających pośród bliskich krewnych przynajmniej jedną osobę chorą na cukrzycę typu 2. W ten sposób organizatorzy chcieli pokazać pozytywne przykłady pacjentów, którzy dzięki pomocy najbliższych radzą sobie z chorobą. Ambasadorem kampanii został Michał Piela, popularny aktor, u którego 3 lata temu zdiagnozowano cukrzycę typu 2.
– Dzięki mojej popularności serialowej, artystycznym działaniom, jestem dziś osobą rozpoznawalną, więc poproszono mnie, żebym wziął udział w tej kampanii, żebym został jej twarzą. Uważam, że to bardzo ważne, bo ta kampania ma na celu uświadomienie społeczeństwu, na czym polega cukrzyca i jak z nią walczyć – mówi aktor.
Śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Badania wskazują jednak, że w porannym pośpiechu często o nim zapominamy. 24 proc. dzieci nie je codziennie śniadania, nie wszystkie zabierają też drugie śniadanie do szkoły – mówi Ewa Gayny z Partnerstwa dla Zdrowia. By nauczyć dziecko tego zdrowego nawyku, potrzebny jest przede wszystkim dobry przykład. To ważna rola nie tylko rodziców, lecz także nauczycieli. W tym roku w podstawówkach w całej Polsce po raz ósmy odbędzie się akcja „Śniadanie daje moc”, której celem jest zaszczepianie wśród najmłodszych zdrowego nawyku, jakim jest codzienne jedzenie śniadań.
– Zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych śniadanie jest podstawą tego, aby w ciągu dnia funkcjonować prawidłowo. Zapewnia energię, żeby dzieciaki mogły się w szkole skupić, korzystać z wiedzy, którą szkoła im daje, i bawić się. Ale energia to nie wszystko – ważne, żeby śniadanie było dobrze skomponowane, zawierało różne składniki i dostarczało dzieciom wszystkich ważnych składników odżywczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Gayny z Partnerstwa dla Zdrowia.
Ekspert podkreśla, że dobrze zbilansowane śniadanie powinno być urozmaicone i zawierać produkty z różnych grup piramidy żywieniowej, a więc produkty zbożowe, warzywa, owoce i przetwory mleczne. Typowo polskie śniadanie to przede wszystkim kanapki, ale warto je urozmaicać.
– Nie ma nic złego w kanapkach, ale warto się pokusić o zrobienie z dzieckiem czegoś więcej – sałatek, koktajli na bazie jogurtu, warzyw i owoców w formie sałatek. To są wszystko rzeczy, które kuszą oczy i potem dobrze smakują, a dodatkowo zapewniają potrzebne wartości odżywcze. Tylko wcześniej przygotowane śniadanie daje nam pewność, że będzie odpowiednio zbilansowane i odpowiednio smaczne, bo nawet najzdrowsze śniadanie, ale niewystarczająco smaczne, po prostu nie zostanie zjedzone – mówi Ewa Gayny.
Aby nauczyć dziecko jeść codzienne śniadania, przede wszystkim trzeba dawać mu dobry przykład. Także szkoła odgrywa ważną rolę w zaszczepianiu najmłodszym prawidłowych nawyków żywieniowych.
– Przede wszystkim trzeba jeść śniadania w obecności dzieci. W szkole mamy taką tradycję, że drugie śniadania nauczyciele zawsze jedzą razem z dziećmi, żeby widziały, co jemy i jak jemy. Rola nauczyciela jest wiodąca, ponieważ często uczymy dzieci, które tych śniadań w domu nie jedzą i nie mają dobrych wzorców od rodziców. Część dzieci je ma i dobrze, żeby nauczyciel pokazywał ich jako wzór dla klasy. Co roku urządzamy też „Dzień dobrego jedzenia”, żeby dzieci na warsztatach żywieniowych mogły pokazać, co jedzą w domu. Uświadamiamy je, jak powinny jeść, żeby dobrze funkcjonował organizm – mówi Kamila Brzostek, nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej w Szkole Podstawowej nr 221 w Warszawie.
8 listopada to Europejski Dzień Zdrowego Jedzenia i Gotowania. Z tej okazji w szkołach w całej Polsce odbywała się już ósma edycja programu edukacyjnego „Śniadanie daje moc”. Organizowały one w klasach wspólny posiłek oraz przeprowadzały zajęcia z zakresu zdrowego odżywiania, oparte na materiałach opracowanych przez Instytut Matki i Dziecka specjalnie na potrzeby programu. Szkoły podstawowe wciąż mogą dołączać do programu – w tym celu nauczyciele klas I–III szkół podstawowych muszą zgłosić swoją klasę poprzez formularz dostępny na oficjalnej internetowej stronie programu „Śniadanie daje moc”.
– „Śniadanie daje moc” to program, który prowadzimy od 8 lat w szkołach podstawowych w klasach I–III. Jest to program, który ma na celu uczyć dzieci prawidłowo jeść – nie zapominać o śniadaniu, pamiętać o tym, że to jest najważniejszy posiłek w ciągu dnia i uczyć się, co powinniśmy jeść, żeby śniadanie działało na naszą korzyść. Zakładamy kluby śniadaniowe, dzieci uczą się 12 zasad prawidłowego żywienia sformułowanych przez Instytut Matki i Dziecka. Na tej bazie przygotowują też wspólne posiłki, a kulminacją jest dzień „Śniadanie daje moc” 8 listopada, w którym dzieci w klasach przygotowują wspólne, zdrowe śniadanie – mówi Ewa Gayny.
Program „Śniadanie daje moc” jest organizowany przez Partnerstwo dla Zdrowia – koalicję firm Biedronka, Danone, Lubella oraz Instytutu Matki i Dziecka, która działa od 2006 roku. Celem jest przeciwdziałanie niedożywieniu dzieci i propagowanie zdrowych nawyków żywieniowych wśród najmłodszych. O tym, jak ważne jest śniadanie w codziennej diecie, przekonały się jak dotąd dzieci w 8,7 tys. szkół w całej Polsce.
– Akcje tego typu dzieci odbierają bardzo pozytywnie. Bywa, że tygodniami już nie mogą się doczekać, przynoszą nam różne produkty kupione przez rodziców i dopytują się, kiedy będziemy robić sałatki, koreczki czy przekąski – mówi Kamila Brzostek.
W tym roku organizatorzy przygotowali dla uczestników programu konkurs na śniadaniowy reportaż. Aby wziąć w nim udział, trzeba udokumentować realizację co najmniej jednego scenariusza lekcji dostępnego w materiałach edukacyjnych programu i ciekawie pokazać obchody dnia „Śniadanie daje moc”. Zgłoszenie należy wysłać poprzez formularz konkursowy na stronie programu najpóźniej do 9 grudnia. Nagrodzona zostaje szkoła, klub oraz każdy uczestnik klubu. Szkoły mają szansę zdobyć do 3 tys. zł na działalność edukacyjną, a kluby – bon o wartości do 700 zł oraz zestawy śniadaniowe „Śniadanie daje moc”.
– Program ma dwa cele. Z jednej strony, jest nim budowanie wiedzy o tym, co powinniśmy jeść, jak powinniśmy jeść, jak powinno wyglądać zdrowe śniadanie. Z drugiej – budowanie zdrowego nawyku. W klubach śniadaniowych w szkołach często dzieci jedzą wspólne śniadanie, to pozwala im po prostu dobrze wykorzystywać przerwę śniadaniową, bo wiemy, że dzieci mają mnóstwo bardzo ważnych rzeczy do zrobienia w czasie przerw, a śniadanie nie zawsze się na tej liście mieści. W domach i rodzinach też powinniśmy pamiętać o wspólnym śniadaniu – szczególnie w weekendy, bo wtedy jest więcej czasu i możemy przyłożyć do tego odpowiednią wagę. To wszystko buduje dobre nawyki – mówi Ewa Gayny.
Nowe technologie i usługi transportu oparte na ekonomii współdzielenia stają się w Polsce coraz bardziej powszechne. Korzystają z nich przeważnie młodzi, zamieszkujący duże miasta i zarabiający powyżej średniej krajowej. Największą popularnością cieszy się wynajem rowerów na minuty oraz aplikacje do zamawiania taksówek i współdzielenia przejazdów, takie jak Uber czy Taxify. Stosunkowo niewielu użytkowników korzysta za to z carsharingu, choć w dużych miastach ta usługa jest znana 70 proc. mieszkańców. Nową usługą, która pojawi się w Polsce na większą skalę w 2019 roku, będą elektryczne hulajnogi na minuty, które mogą zdobyć sobie wierne grono klientów.
– Jak często bywa w przypadku nowych technologii, z usług Mobility as a Service (MaaS) korzystają przeważnie młodzi ludzie, czyli milenialsi i pokolenie Z. Są to przede wszystkim osoby z większych miast, liczących ponad 500 tys. mieszkańców, zarabiające powyżej średniej krajowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Jędraszak, prezes Straal.
Z raportu „Mobility as a Service PL”, przygotowanego przez Straal w partnerstwie z fundacją Digital Poland, wynika, że połowę respondentów korzystających z MaaS stanowią osoby w grupie wiekowej 18–29. Większość użytkowników żyje w gospodarstwach domowych o dochodzie przekraczającym 5 tys. zł netto miesięcznie i ma dostęp do własnego samochodu.
– Mimo że z usług Mobility as a Service korzysta ta bardziej zamożna część społeczeństwa, to wydatki na tego typu usługi są wciąż niskie i wynoszą średnio ok. 60 zł miesięcznie. Wyjątkiem jest wynajem rowerów na minuty, na który użytkownicy wydają jedynie ok. 28 zł miesięcznie. Z drugiej strony na wynajem samochodu na minuty użytkownicy wydają miesięcznie średnio ok. 140 zł – mówi Michał Jędraszak.
Rozpoznawalność poszczególnych usług z kategorii MaaS waha się wśród polskich konsumentów od 28 do nawet 91 proc. Największą popularnością cieszą się rowery na minuty – to rozwiązanie zna 9 na 10 Polaków. Kolejny jest carsharing, czyli współdzielenie samochodów (68 proc.). Dalej uplasowały się aplikacje do zamawiania licencjonowanych taksówek, które są znane 65 proc. polskich konsumentów, oraz aplikacje kojarzące pasażerów z kierowcami, takie jak Uber czy Taxify (61 proc.). Najmniej kojarzoną usługą jest wynajem elektrycznego skutera lub hulajnogi na minuty – zetknęło się z nią na razie zaledwie 28 proc. Polaków.
– Gdy przychodzi do korzystania z usług MaaS, 61 proc. użytkowników korzysta z usługi wynajmu roweru na minuty. Natomiast drugą najbardziej popularną usługą jest zamawianie taksówek za pomocą aplikacji mobilnej (47 proc.). Ze skuterów na minuty korzysta jedynie 5 proc. użytkowników, natomiast tutaj przewidujemy gwałtowny wzrost. Najczęściej popularność idzie w parze z korzystaniem z danej usługi. Wyjątek stanowi jednak carsharing – mimo że 68 proc. populacji rozpoznaje tę usługę, to korzysta z niej zaledwie 18 proc. – mówi Michał Jędraszak.
Jak podkreśla, wyzwaniem dla firm oferujących wynajem samochodów na minuty jest przekonanie konsumentów do korzystania z ich oferty. Jedną z najczęściej wskazywanych przez Polaków barier są niejasne warunki świadczenia takiej usługi, dlatego dostawcy carsharingu powinni postawić na edukację rynku i przejrzystość oferty. Użytkownik musi wiedzieć, jak działa i co obejmuje ubezpieczenie, co robić w razie stłuczki oraz jakie mogą być konsekwencje zakończenia wynajmu w niedozwolonym miejscu.
– Poza tym użytkownicy cały czas twierdzą, że ta usługa jest dość droga. Natomiast porównanie kosztów korzystania z własnego samochodu w dużym mieście z wynajmem auta na minuty pokazuje, że ta usługa może być o wiele tańszą opcją – wskazuje Michał Jędraszak.
Prezes Straal ocenia, że – biorąc pod uwagę rozpoznawalność i liczbę użytkowników danej usługi – można podzielić je na trzy kategorie. Pierwszą są usługi mocno już osadzone na rynku, druga to usługi wschodzące, które cieszą się stopniowo rosnącą popularnością.
– Usługi mocno już osadzone na rynku to przede wszystkim aplikacje do zamawiania taksówek licencjonowanych, aplikacje do kojarzenia kierowców z pasażerami oraz aplikacje do wynajmu rowerów na minuty. Patrząc na drugą kategorię, czyli usługi wschodzące, tutaj prym wiedzie carsharing, który cieszy się wysoką rozpoznawalnością – mówi Michał Jędraszak.
Trzecią kategorią MaaS są usługi niszowe, które dopiero weszły na rynek i starają się znaleźć na nim swoje miejsce. Do tej ostatniej kategorii należą wynajem skuterów elektrycznych, dostępny w Polsce krócej niż 3 lata, oraz hulajnóg elektrycznych na minuty. Ta usługa ma się pojawić na polskim rynku na większą skalę dopiero w 2019 roku, choć pierwszy dostawca – firma Lime – pojawił się na warszawskich ulicach tej jesieni.
Straal, fintech założony w 2016 roku przez grupę programistów i ekspertów e-commerce, jest globalnym dostawcą rozwiązań płatniczych, analitycznych, optymalizacyjnych i ochronnych dla innowacyjnych biznesów i usługodawców. Umożliwia akceptację kart płatniczych wszystkich wiodących organizacji, przyjmowanie przelewów SEPA, przelewów ekspresowych pay-by-link, a także płatności dokonywanych za pomocą BLIK.
Nowoczesne systemy monitoringu rozpoznają domowników, nie wpuszczą do domu obcych. Rozpoznają też stan emocjonalny i potrafią na niego odpowiednio zareagować. Kamery z algorytmem sztucznej inteligencji w przeciwieństwie do zwykłych kamer z czujnikiem ruchu, rozpoznają kto znalazł się w jej zasięgu i powiadamiają właściciela. Dzięki SI kamera zareaguje też na powrót domowników – włączy ogrzewanie, światło, czy ulubiony program telewizyjny.
– Nasze kamery wspierane przez algorytmy sztucznej inteligencji potrafią rozpoznawać członków rodziny użytkownika i odróżniać ich od nieznajomych. Potrafią też powiadomić użytkownika o obecności nieznanej osoby w domu. Jest to o wiele lepsze rozwiązanie od kamer wyposażonych w czujnik ruchu, ponieważ kamera nie tylko wykrywa, ale i rozpoznaje kto znajduje się w jej zasięgu i wysyła powiadomienie do właściciela tylko gdy zaistnieje taka potrzeba – mówi agencji Newseria Innowacje Florian Deleuil, główny menedżer produktu w Netatmo.
Systemy monitoringu współpracujące ze sztuczną inteligencją są coraz częściej wykorzystywane. Wzmacniają bezpieczeństwo podczas imprez masowych, w Chinach policjanci są zaś wyposażeni w okulary, które skanują i identyfikują twarze podróżnych. Niedługo w inteligentne kamery zostaną wyposażeni strażnicy graniczni na Węgrzech, Łotwie i w Grecji. Monitoring pozwoli skontrolować prawdomówność imigrantów.
Kamery z algorytmem sztucznej inteligencji zapewnią też bezpieczeństwo domów i domowników. W przeciwieństwie do zwykłego monitoringu, który reaguje na ruch, nowoczesna kamera rozpoznaje, kto znalazł się w jej pobliżu. Jeśli jest to domownik – system otworzy drzwi, jeśli obcy – zawiadomi właściciela.
– Opracowaliśmy urządzenia wyposażone w sztuczną inteligencję w trosce o spokój naszych użytkowników, aby mogli opuszczać dom, nie martwiąc się o jego bezpieczeństwo. Technologia służy do rozpoznawania twarzy w celu identyfikacji osób, a także do rozpoznawania kształtów, dzięki czemu potrafi odróżnić sylwetkę człowieka od np. zwierzęcia. Dysponujemy także algorytmami, które potrafią odróżnić kobiety od mężczyzn lub analizować stan emocjonalny, czyli rozpoznać, czy ktoś jest w dobrym lub złym nastroju – tłumaczy Florian Deleuil.
Coraz częściej po sztuczną inteligencję sięga handel – inteligentne lustra w przymierzalniach podpowiadają, jakie ubrania będą do nas pasować, który rozmiar będzie odpowiedniejszy, same też zamówią do przymierzalni potrzebną garderobę. Monitoring w centrach handlowych pozwala ustalić, co wpływa na wizytę w konkretnych sklepach. Dzięki możliwości rozpoznania stanu emocjonalnego, kamery mogą sprawdzić jak klient reaguje na określone przedmioty. Tego typu urządzenia sprawdzą się także w domu.
– Rozpoznawanie twarzy umożliwia zaprogramowanie określonych działań, które ma wykonać inteligentny dom. Jeśli wchodzi do niego domownik, dom może np. włączyć telewizor lub ulubioną muzykę. Zastosowaliśmy w naszych kamerach instalowanych wewnątrz domów podobne rozwiązanie jak w iPhone’ach, które mają funkcję Face ID, czyli odblokowywanie telefonu przy pomocy rozpoznawania twarzy właściciela – podkreśla przedstawiciel Netatmo.
Kamery po rozpoznaniu twarzy domownika mogą automatycznie otworzyć drzwi do domu. Choć jak przekonują producenci ich rozwiązania są bezpieczne, mogą jednak okazać się problematyczne. Niedawno w Stanach Zjednoczonych właściciel nie mógł dostać się do domu, bo inteligentny zamek potraktował jako intruza wizerunek Batmana na koszulce właściciela.
– Aby wykorzystać technologię SI, należy użyć dobrego algorytmu, np. algorytmu do rozpoznawana twarzy, i zastosować system uczący się, który pomaga udoskonalać algorytmy. SI pomoże ludzkości w dalszym rozwoju. Umożliwi urządzeniom poznanie przyzwyczajeń ludzi, co sprawi, że będą one otwierały okna, włączały ogrzewanie lub światło w pomieszczeniu zgodnie z naszymi upodobaniami. Dzięki temu nasze życie będzie łatwiejsze – przekonuje Florian Deleuil.
Według analityków marketsandMarkets, światowy rynek inteligentnych systemów bezpieczeństwa do 2020 roku osiągnie wartość 3 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie niemal 10 proc.
Ruszył pilotażowy program GovTech Polska, który ma połączyć świat administracji publicznej z biznesem. W ramach programu wypracowane zostaną rozwiązania, które ułatwią wdrażanie nowych technologii i innowacji stworzonych na potrzeby jednostek administracyjnych. Projektowanie narzędzi na potrzeby administracji publicznej ma przypominać metodologię wykorzystywaną podczas zamawiania i realizacji produktów na rynku komercyjnym. Program zakłada rozwiązywanie realnych problemów, a do przystąpienia do programu najważniejszy jest pomysł.
– Program GovTech Polska ma za zadanie połączyć dwa światy: administracji publicznej i biznesu. Chcemy wypracować ścieżki, które pozwolą administracji publicznej na zamawianie produktów IT w innowacyjny sposób, zbliżony do tego, jak zamawia biznes innowacyjne produkty na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska.
W pilotażu programu GovTech Polska biorą udział cztery ministerstwa – Finansów, Zdrowia, Cyfryzacji, Przedsiębiorczości i Technologii – oraz samorząd lokalny, czyli miasto Świdnik. Rozwiązania wypracowywane w ramach programu nie będą się jednak skupiać wokół konkretnych ministerstw czy jednostek administracji publicznej, mają mieć charakter uniwersalny. Rząd planuje stworzyć procedury rozwiązywania problemów administracyjnych za pomocą nowoczesnych, innowacyjnych technologii. Za wzór mają służyć programy działające m.in. w Anglii czy Finlandii.
Proces realizacji projektów GovTech Polska będzie podzielony na kilka etapów. W pierwszej fazie urzędnicy wskażą problem, z którym się borykają, a następnie przeprowadzą konsultacje z firmami wyspecjalizowanymi w danej branży. Następnie rozpisany zostanie konkurs dla przedsiębiorstw, które mają pomysł na narzędzie, które pozwoli rozwiązać dany problem jak najszybciej i najefektywniej.
– Wyzwania, z którymi się mierzymy w pierwszej edycji GovTech Polska, to m.in. poszukiwanie przez miasto Świdnik optymalnego rozwiązania na uszczelnienie systemu poboru opłat za śmieci. Niestety, jest ich wywożona coraz większa ilość, podczas gdy mieszkańców miasta ubywa, w związku z czym pieniędzy jest z tego tytułu o wiele mniej w budżecie, a miasto nie może przeznaczyć tych pieniędzy np. na budowę dróg, przedszkoli. To jest w skali kilku lat kilka milionów złotych – mówi Justyna Orłowska.
Podczas realizacji programu przydadzą się doświadczenia zebrane w trakcie przeprowadzania konkursu MinFinTech. W ramach tego konkursu wyłoniono specjalistów z branży IT, którzy dołączyli do zespołu programistów Ministerstwa Finansów i pomogli w stworzeniu narzędzi informatycznych do zwalczania wyłudzeń VAT.
Do pierwszego etapu GovTech Polska zakwalifikują się wszystkie zamówienia o wartości nieprzekraczającej 144 tys. euro, czyli minimalnego unijnego progu przetargowego. Takie rozwiązanie ma ułatwić partycypowanie w programie nawet niewielkim firmom, które nie mają doświadczenia w realizacji projektów rządowych, ale mają pomysł na rozwiązanie konkretnych problemów administracyjnych.
– Przede wszystkim zminimalizowaliśmy kryteria podmiotowe. Tutaj każdy w konkursie może wystartować, nie trzeba przygotowywać referencji, wadium. Wykorzystujemy konkurs, w którym najważniejszym kryterium jest pomysł. Tutaj nie to, kim jesteś, nie to, jaki jest twój zespół, tylko to, co zaprezentujesz ma znaczenie – przekonuje dyrektor programu GovTech Polska.
Rozwiązania z dziedziny GovTech cieszą się rosnącą popularnością na całym świecie. Singapurski rząd sięgnął po ten model współpracy biznesowej przy realizacji Narodowego Systemu Biometrycznej Identyfikacji Twarzy (NDIFBC), który w przyszłym roku ma wejść w fazę pierwszych testów. Narzędzie ma się sprawdzić w roli centralnego systemu identyfikacji i będzie wykorzystywane m.in. do weryfikacji tożsamości podczas składania zeznań finansowych czy wnoszenia opłat urzędowych.
Potencjał tej branży dostrzegli także założyciele amerykańskiej firmy Govtech Fund, która ma ułatwiać małym i średnim przedsiębiorstwom nawiązywanie współpracy przy realizacji projektów rządowych. Fundusz inwestycyjny ma pełnić rolę doradczą oraz inwestycyjną, firma planuje wspomagać młode start-upy w zaistnieniu na rynku globalnym.
– Ideą naszego programu jest to, aby pomysłodawca mógł wdrożyć rozwiązanie. Ogłaszając konkretne wyzwanie, ministerstwo bądź miasto zobowiązuje się do tego, że na koniec chce kupić i wdrożyć to rozwiązanie – twierdzi Justyna Orłowska.
Według analiz przeprowadzonych przez Govtech Fund wartość globalnych rozwiązań z branży GovTech przekracza 400 mld dol.
Ruszył pilotażowy program GovTech Polska, który ma połączyć świat administracji publicznej z biznesem. W ramach programu wypracowane zostaną rozwiązania, które ułatwią wdrażanie nowych technologii i innowacji stworzonych na potrzeby jednostek administracyjnych. Projektowanie narzędzi na potrzeby administracji publicznej ma przypominać metodologię wykorzystywaną podczas zamawiania i realizacji produktów na rynku komercyjnym. Program zakłada rozwiązywanie realnych problemów, a do przystąpienia do programu najważniejszy jest pomysł.
– Program GovTech Polska ma za zadanie połączyć dwa światy: administracji publicznej i biznesu. Chcemy wypracować ścieżki, które pozwolą administracji publicznej na zamawianie produktów IT w innowacyjny sposób, zbliżony do tego, jak zamawia biznes innowacyjne produkty na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska.
W pilotażu programu GovTech Polska biorą udział cztery ministerstwa – Finansów, Zdrowia, Cyfryzacji, Przedsiębiorczości i Technologii – oraz samorząd lokalny, czyli miasto Świdnik. Rozwiązania wypracowywane w ramach programu nie będą się jednak skupiać wokół konkretnych ministerstw czy jednostek administracji publicznej, mają mieć charakter uniwersalny. Rząd planuje stworzyć procedury rozwiązywania problemów administracyjnych za pomocą nowoczesnych, innowacyjnych technologii. Za wzór mają służyć programy działające m.in. w Anglii czy Finlandii.
Proces realizacji projektów GovTech Polska będzie podzielony na kilka etapów. W pierwszej fazie urzędnicy wskażą problem, z którym się borykają, a następnie przeprowadzą konsultacje z firmami wyspecjalizowanymi w danej branży. Następnie rozpisany zostanie konkurs dla przedsiębiorstw, które mają pomysł na narzędzie, które pozwoli rozwiązać dany problem jak najszybciej i najefektywniej.
– Wyzwania, z którymi się mierzymy w pierwszej edycji GovTech Polska, to m.in. poszukiwanie przez miasto Świdnik optymalnego rozwiązania na uszczelnienie systemu poboru opłat za śmieci. Niestety, jest ich wywożona coraz większa ilość, podczas gdy mieszkańców miasta ubywa, w związku z czym pieniędzy jest z tego tytułu o wiele mniej w budżecie, a miasto nie może przeznaczyć tych pieniędzy np. na budowę dróg, przedszkoli. To jest w skali kilku lat kilka milionów złotych – mówi Justyna Orłowska.
Podczas realizacji programu przydadzą się doświadczenia zebrane w trakcie przeprowadzania konkursu MinFinTech. W ramach tego konkursu wyłoniono specjalistów z branży IT, którzy dołączyli do zespołu programistów Ministerstwa Finansów i pomogli w stworzeniu narzędzi informatycznych do zwalczania wyłudzeń VAT.
Do pierwszego etapu GovTech Polska zakwalifikują się wszystkie zamówienia o wartości nieprzekraczającej 144 tys. euro, czyli minimalnego unijnego progu przetargowego. Takie rozwiązanie ma ułatwić partycypowanie w programie nawet niewielkim firmom, które nie mają doświadczenia w realizacji projektów rządowych, ale mają pomysł na rozwiązanie konkretnych problemów administracyjnych.
– Przede wszystkim zminimalizowaliśmy kryteria podmiotowe. Tutaj każdy w konkursie może wystartować, nie trzeba przygotowywać referencji, wadium. Wykorzystujemy konkurs, w którym najważniejszym kryterium jest pomysł. Tutaj nie to, kim jesteś, nie to, jaki jest twój zespół, tylko to, co zaprezentujesz ma znaczenie – przekonuje dyrektor programu GovTech Polska.
Rozwiązania z dziedziny GovTech cieszą się rosnącą popularnością na całym świecie. Singapurski rząd sięgnął po ten model współpracy biznesowej przy realizacji Narodowego Systemu Biometrycznej Identyfikacji Twarzy (NDIFBC), który w przyszłym roku ma wejść w fazę pierwszych testów. Narzędzie ma się sprawdzić w roli centralnego systemu identyfikacji i będzie wykorzystywane m.in. do weryfikacji tożsamości podczas składania zeznań finansowych czy wnoszenia opłat urzędowych.
Potencjał tej branży dostrzegli także założyciele amerykańskiej firmy Govtech Fund, która ma ułatwiać małym i średnim przedsiębiorstwom nawiązywanie współpracy przy realizacji projektów rządowych. Fundusz inwestycyjny ma pełnić rolę doradczą oraz inwestycyjną, firma planuje wspomagać młode start-upy w zaistnieniu na rynku globalnym.
– Ideą naszego programu jest to, aby pomysłodawca mógł wdrożyć rozwiązanie. Ogłaszając konkretne wyzwanie, ministerstwo bądź miasto zobowiązuje się do tego, że na koniec chce kupić i wdrożyć to rozwiązanie – twierdzi Justyna Orłowska.
Według analiz przeprowadzonych przez Govtech Fund wartość globalnych rozwiązań z branży GovTech przekracza 400 mld dol.
Już ponad 400 dni temu weszła w życie nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, która wprowadziła w Polsce tzw. sieć szpitali. Sieć działa od 13 miesięcy, a nadal nie można doczekać się podsumowania jej funkcjonowania.
Pracodawcy RP wierzyli, że Ministerstwo Zdrowia, jako racjonalny ustawodawca, przeprowadzi we współpracy z Narodowym Funduszem Zdrowia ewaluację tzw. sieci szpitali i podejmie zapowiadane działania korygujące jej funkcjonowanie w oparciu o twarde dane statystyczne.
Niestety minął październik, mamy połowę listopada, a MZ i NFZ milczą – mimo wielu zapowiedzi, że pierwsze podsumowania pojawią się po roku.
W związku z tym Pracodawcy RP czują się zobowiązani przekazać swoją opinię o nowym systemie funkcjonowania i rozliczania szpitali.
Przede wszystkim uważamy, że system nie uległ istotnym zmianom z punkty widzenia pacjenta. Nie zauważyliśmy skrócenia kolejek, poprawy dostępności do świadczeń medycznych, lepszego gospodarowania środkami przez szpitale, czy też zmniejszenia zadłużenia sektora szpitali – mimo otrzymania dodatkowych funduszy na ambulatoryjną opiekę specjalistyczną (AOS). Środki przeznaczane na leczenie szpitalne według planu NFZ wzrosły z 38,7 mld zł (według ostatniej dostępnej wersji planu finansowego) do 42,1 mld zł. Mimo, iż do szpitali trafiło dodatkowo prawie 3,5 mld zł, nie obserwuje się znaczącego skrócenia kolejek do usług medycznych. Trzeba jeszcze przypomnieć, że Fundusz zdecydował się w wielu przypadkach aneksować umowy z podmiotami świadczącymi usługi w zakresie AOS: prywatni świadczeniodawcy, wielokrotnie przy przedłużaniu umowy, otrzymywali istotnie niższą propozycję kontraktu.
To tylko pobieżne obserwacje, gdyż dane NFZ z pierwszego półrocza jednoznacznie pokazują, że kolejki nie mogą się zmniejszać, jeśli maleje liczba przyjętych pacjentów zarówno w AOS, jak i w szpitalu. Przypomnijmy, że w I połowie 2017 r. wartość świadczeń udzielonych w szpitalach wyniosła 9,75 mln zł, a w analogicznym okresie 2018 r. już tylko 8,89 mln zł. W tych samych okresach koszty pobytów w oddziałach szpitalnych wyniosły odpowiednio 5,1 mln zł i 4,65 mln zł.
Oczywiście zmniejszanie się liczby wykazanych świadczeń nie świadczy o tym, że dostępność się pogarsza i nie musi to być zły trend, ale wymaga głębszej analizy na podstawie danych, jakimi przecież dysponuje NFZ.
Nadal liczymy, że Minister Zdrowia zdecyduje się na publicznie pokazać, czy sieć szpitali spełnia swoją rolę oraz czy finansowanie ryczałtowe jest rzeczywistym sukcesem dla uczestników systemu, a przede wszystkim dla pacjentów.