Popyt na roboty współpracujące, zaprojektowane do pracy z ludźmi, zwiększy się przynajmniej dziesięciokrotnie w ciągu nadchodzących pięciu lat. W Polsce ten wzrost będzie jeszcze większy, bo pod względem wykorzystania robotów w przemyśle na razie odstajemy od sąsiadów – prognozuje Enrico Krog Iversen, dyrektor generalny OnRobot. Dla polskich firm wykorzystanie robotów może być odpowiedzią na niedobory kadr i rosnące płace, a dodatkowo pozwoli zwiększyć wydajność i obniżyć koszty. Zakres możliwości robotów stale się poszerza, więc mogą być wykorzystywane w coraz większej liczbie gałęzi przemysłu.
– Patrząc całościowo na światowy rynek robotów współpracujących [cobotów – red.], w minionym roku udało się ich sprzedać około 20 tys. egzemplarzy. W ciągu najbliższych 5 lat spodziewamy się sprzedaży na poziomie 210–220 tysięcy, a więc oczekiwany wzrost będzie co najmniej dziesięciokrotny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Enrico Krog Iversen, dyrektor generalny OnRobot, firmy produkującej rozwiązania techniczne montowane na ramionach robotów (m.in. czujniki, chwytaki i inne elementy wyposażenia).
Popyt na roboty przemysłowe na świecie rośnie już od kilku lat. Jak wynika z danych IFR (Międzynarodowa Federacja Robotyki), w 2017 roku sprzedaż wzrosła o 30 proc. do nieco ponad 381,3 tys. sztuk i był to piąty, rekordowy rok z rzędu. Głównymi odbiorcami był przemysł metalowy, elektryczny i elektroniczny oraz motoryzacyjny. Roboty współpracujące – zaprojektowane do pracy z ludźmi – stanowią wciąż kilka procent wszystkich sprzedawanych robotów przemysłowych, ale ten odsetek szybko rośnie.
– Trzeba ponieść koszty inwestycji w samego robota, jednak w większości przypadków – patrząc z perspektywy europejskiej – czas zwrotu z inwestycji w całą instalację waha się od 3 do 9 miesięcy, natomiast okres gwarancji wynosi 12 miesięcy. To oznacza, że zwrot z inwestycji następuje zawsze przed upływem okresu gwarancji. Większość potencjalnych odbiorców ocenia to jako znakomitą inwestycję z finansowego punktu widzenia – mówi Enrico Krog Iversen.
Jak podkreśla, w Polsce ogólna liczba robotów w przeliczeniu na 10 tys. pracowników w przemyśle jest niska (według IFR wynosi ona 36 robotów), zwłaszcza w porównaniu z takimi krajami jak Korea Południowa, jedna z najszybciej rosnących gospodarek świata, gdzie na 10 tys. pracowników przypada średnio 530 robotów. Biorąc pod uwagę spadające bezrobocie i rosnące płace, polskie firmy muszą inwestować w roboty przemysłowe i zwiększać stopień automatyzacji, jeżeli chcą utrzymać konkurencyjność na światowym rynku w perspektywie nadchodzących kilku lat.
– Myślę, że w Polsce wzrost sprzedaży cobotów będzie nawet większy niż dziesięciokrotny, bo liczba obecnie eksploatowanych robotów odstaje od średniej w sąsiednich krajach. Polska ma sporo do nadrobienia, więc wzrost też prawdopodobnie będzie wyższy niż na innych rynkach – mówi Enrico Krog Iversen. – Świadomość rośnie jednak powoli. Myślę, że istnieje ogromna potrzeba działań edukacyjnych w tym zakresie na polskim rynku.
Tradycyjne zastosowania robotów współpracujących jeszcze do niedawna ograniczały się głównie do podnoszenia i przenoszenia dużych obiektów. Jednak w tej chwili dzięki nowym technologiom, które dają robotom zmysły czucia i wzroku, zakres ich możliwości się poszerza. Możliwe jest już nie tylko przenoszenie skrzynek, lecz także wykonywanie podstawowych zadań związanych z montażem, kontrolą jakości, mocowaniem do siebie poszczególnych komponentów czy polerowaniem przedmiotów.
– Tradycyjnym przykładem jest obrabiarka, w której trzeba umieścić część, a następnie ją z niej wyjąć. Robot zajmie się więc odebraniem ukończonej części i podaniem nowej, jeszcze nieobrobionej. Z nowszych przykładów w kontekście montażu można przywołać telefony komórkowe. W typowym smartfonie jest cały szereg elementów, które trzeba ze sobą odpowiednio połączyć. Kiedy możemy przyłożyć odpowiednią siłę i wiemy dokładnie, jak duży nacisk musi zastosować robot, by złączyć ze sobą elementy, takie nowe zastosowanie staje się możliwe – mówi Enrico Krog Iversen.
Jak podkreśla, nowe możliwości cobotów powodują, że rośnie też liczba branż, w których znajdują one zastosowanie.
– W wielu branżach istnieje potrzeba polerowania produktów aż do uzyskania gładkiej powierzchni. Dzięki zastosowaniu robota z naszą technologią sensorów można utrzymać jednakowy nacisk i jednakową siłę przez cały czas, niezależnie od kształtu powierzchni. To pozwala nam zatrudniać roboty do prac, które wcześniej można było wykonywać tylko ręcznie – tłumaczy Enrico Krog Iversen.
Zastosowanie technologii sensorów powoduje, że robot zyskuje zmysł dotyku. Dzięki nim wyczuwa, czy trzyma stal czy jajko, i jest w stanie odpowiednio dostosować siłę chwytu i nacisku.
Dyrektor generalny OnRobot podkreśla, że ze względu na ogromny potencjał cobotów na polskim rynku firma zdecydowała się rozszerzyć tu działalność, zakładając nowe biuro w Warszawie, które obsługuje region Europy Środkowo-Wschodniej.
Tylko nieco ponad 1,1 tys. ofert pracy dla PR-owców pojawiło się w 2018 roku. To najgorszy wynik od kiedy prowadzone są badania, czyli od 2008 roku – wynika z danych PRoto.pl. Z analizy ubiegłorocznych ogłoszeń wynika, że w agencjach PR zmienia się profil stanowisk, na które poszukiwano pracowników. Choć na najwięcej ofert pracy mogą liczyć konsultanci i asystenci, do których skierowane jest mniej więcej co trzecie ogłoszenie, coraz częściej poszukiwani są też specjaliści. Na pracę mogą liczyć osoby, które mają już kilkuletnie doświadczenie. Najwięcej ofert pracy w firmach dotyczyło branż IT i nowych technologii.
– Rok 2018 zdecydowanie nie sprzyjał poszukiwaniu zatrudnienia w branży PR. W tym roku pojawiło się najmniej ogłoszeń od 10 lat. W 2018 roku było to 1 147 ofert pracy. To aż o 253 oferty pracy mniej niż w 2017 roku i o blisko 750 ogłoszeń mniej niż w 2016 roku, który to z kolei był rokiem najlepszym pod względem liczby ogłoszeń w branży PR – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Baran, zastępca redaktora naczelnego PRoto.pl.
W 10-letniej historii badania najsłabszy do tej pory był 2013 rok (nieco ponad 1,3 tys. ofert). W najlepszych latach liczba ogłoszeń sięgała 1,9 tys.
– Najlepszym miesiącem na poszukiwanie pracy był lipiec, kiedy pojawiło się 113 ofert pracy. Podobnie pod względem liczby ogłoszeń wypadły luty i marzec – po 112. Natomiast najgorszym czasem, i taką tendencję obserwujemy już od kilku lat, był koniec roku. W grudniu pojawiło się tylko 50 ogłoszeń – wskazuje Małgorzata Baran.
Tendencję spadkową pod względem liczby publikowanych ofert pracy pod koniec roku można zauważyć od 2013 roku.
– Zdecydowanie najczęściej pracowników poszukiwały agencje public relations. To one opublikowały 65 proc. ofert pracy dla PR-owców [746 – red.]. 34,5 proc. ogłoszeń pochodziło od firm i instytucji [396 ofert – red.], a zaledwie 0,5 proc. to ogłoszenia od pośredników [5 ofert – red.] – mówi przedstawicielka PRoto.pl.
Stopniowo zmienia się profil stanowisk, na które poszukuje się pracowników. Choć agencje wciąż najczęściej chciały zatrudniać konsultantów lub asystentów (36,5 proc.), to częściej szukały także specjalistów – 33,5 proc. ogłoszeń. Dla porównania rok wcześniej do konsultantów i asystentów była skierowana ponad połowa ofert, a tylko 20 proc. do specjalistów.
– Firmy i instytucje z kolei częściej poszukiwały specjalistów. Tutaj sytuacja jest podobna jak w poprzednich latach. Stawiają one na osoby z większym doświadczeniem zawodowym. Do nich kierowały 62 proc. opublikowanych ogłoszeń – zauważa Małgorzata Baran.
Na trzecim miejscu wśród osób, do których agencje kierowały ogłoszenia, byli praktykanci i stażyści – 18,5 proc. ogłoszeń, a 11,5 proc. dotyczyło menadżerów w i dyrektorów. Firmy i instytucje częściej za to poszukiwały menadżerów i dyrektorów, rzadziej zaś praktykantów. Łącznie do menadżerów i dyrektorów było skierowanych 13 proc. ofert.
– Agencje najczęściej nie informowały o tym, dla jakich klientów, z jakich branż mają pracować nowo zatrudnione osoby. W firmach i instytucjach największą liczbę pracodawców stanowiły z kolei firmy z branży IT i nowych technologii. Za nimi znalazły się organizacje pozarządowe, firmy z branży kultury, sztuki i rozrywki oraz media, a także finanse i ubezpieczenia – wymienia Małgorzata Baran.
Podobnie jak w latach ubiegłych najwięcej ofert pracy – aż 958 (84 proc.) – pochodziło z województwa mazowieckiego, przede wszystkim z Warszawy. W drugim z kolei województwie – dolnośląskim – opublikowano 62 oferty, a w małopolskim – 39.
Każdego roku w Polsce w śpiączkę zapada ponad 600 osób, w tym około 150 dzieci. Ponad połowa to ofiary przestępstw, najczęściej drogowych, ale wiele z nich to ofiary przemocy. To dlatego budowa kliniki „Budzik” dla dorosłych to konieczność – podkreśla Ewa Błaszczyk, prezes Fundacji „Akogo?”. Fundacja wygrała ogłoszony przez Fundusz Sprawiedliwości konkurs na utworzenie ośrodka rehabilitacji dla ofiar ciężkich wypadków. Na przestrzeni kilku lat otrzyma na ten cel ponad 37 mln zł. To pozwoli wybudować i w pełni wyposażyć nowoczesną placówkę w Warszawie.
Dzięki inicjatywie fundacji „Akogo?” i współpracy z profesorem Wojciechem Maksymowiczem pierwszy oddział wybudzeniowy dla dorosłych powstał przy Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Olsztynie w 2016 roku. Ewa Błaszczyk przyznaje, że zainteresowanie jest ogromne, ale warunki nie pozwalają pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują.
– W Olsztynie, gdzie jest osiem miejsc dla dorosłych, było w pewnym momencie osiemset próśb o przyjęcie. W „Budziku” dziecięcym przy Centrum Zdrowia Dziecka ktoś najdłużej czekał tydzień, bo wypadków z udziałem nieletnich jest mniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Ewa Błaszczyk, prezes Fundacji „Akogo?”.
Jak podkreśla, po uruchomieniu oddziału wybudzeniowego w Olsztynie przekonała się, jak bardzo potrzebna jest taka placówka dla osób powyżej 18. roku życia. Dorosłych z ciężkimi urazami mózgu jest bowiem o wiele więcej niż dzieci z podobnymi schorzeniami.
– W wypadkach komunikacyjnych poszkodowanych jest bardzo dużo osób dorosłych – rowerzyści, motocykliści, młodzi kierowcy. Kiedy uszkodzenie jest miejscowe i są bardzo dobre rokowania, to jeśli się nad tym pochylimy w odpowiednim czasie, naprawdę można dużo zrobić – mówi Ewa Błaszczyk.
Dlatego osoby po ciężkich wypadkach nie powinny długo czekać na rozpoczęcie rehabilitacji, bo jest ona dla nich jedyną szansą na powrót do życia. Budowa, wyposażenie i utrzymanie nowoczesnej placówki sprawującej opiekę nad tymi pacjentami jest więc koniecznością. Obiekt powstanie przy Szpitalu Bródnowskim w Warszawie.
– W Olsztynie wybudziło się już dziesięciu dorosłych, a w „Budziku” dziecięcym – pięćdziesiąt cztery osoby. To darowane drugie życie, nie tylko dla tych ludzi, lecz także dla ich rodzin – mówi Ewa Błaszczyk.
By zdobyć dofinansowanie na budowę nowego obiektu, klinika „Budzik” stanęła do konkursu organizowanego przez Funduszu Sprawiedliwości.
– Aby w ogóle startować do konkursu Funduszu Sprawiedliwości, trzeba było mieć wkład własny. Zakupiliśmy więc od architektów projekt za 1,5 mln zł. Podpisaliśmy też umowę z marszałkiem województwa i władzami Szpitala Bródnowskiego i wtedy wystartowaliśmy do konkursu w sprawie „Budzika” dla dorosłych na Bródnie – mówi Ewa Błaszczyk.
Nowa klinika będzie miała powierzchnię około 3 tys. mkw. Budynek ma zostać kompleksowo wyposażony w sprzęt medyczny, rehabilitacyjny, diagnostyczny i obrazowy. Do wybudzania ze śpiączki posłużą urządzenia do krioterapii, hydroterapii, laseroterapii oraz terapii manualnych, a także specjalne łóżka. Klinika ma zakupić też nowoczesny japoński system pionizowania pacjentów i przemieszczania ich po terenie całej placówki za pomocą szyn zamontowanych w suficie.
– Chcemy rozpocząć budowę „Budzika” dla dorosłych już w maju – mówi Ewa Błaszczyk.
Fundusz Sprawiedliwości jest ukierunkowany na pomoc osobom pokrzywdzonym i przywracanie ich do normalnego funkcjonowania. Ewa Błaszczyk tłumaczy, że jej inicjatywa idealnie wpisuje się w to założenie, dlatego nie wahała się ani chwili, czy przystąpić do konkursu.
– Fundusz Sprawiedliwości operuje pieniędzmi, które pochodzą z kar. Bardzo dużo kierowców ucieka z miejsca wypadku, potem są łapani, bo to jest rodzaj przestępstwa drogowego, i te pieniądze trafiają właśnie do ofiar przestępstw, na ich powrót do życia, czyli rehabilitację czy neurorehabilitację. Ponad 70 proc. naszych pacjentów to są właśnie ofiary wypadków – mówi Ewa Błaszczyk.
Ewa Błaszczyk wyjaśnia, że przy „Budziku” dla dorosłych na warszawskim Bródnie będzie też prowadzona działalność naukowo-badawcza po to, by docelowo wdrażać nowe technologie i programy eksperymentalne. Pierwsi pacjenci będą mogli trafić do kliniki w połowie 2022 roku.
Nieinwazyjne badanie wykonane za pomocą aparatu smartfona pozwala zbadać parametry fizjologiczne kluczowe dla diagnostyki chorób układu sercowo-naczyniowego. Może się też sprawdzić jako przełomowa metoda kontrolowania glikemii w czasie rzeczywistym bez nakłuwania i konieczności noszenia przez chorego sensora na ciele. Skuteczność metod diagnostycznych opartych na urządzeniach mobilnych została potwierdzona w badaniach klinicznych.
– LifeLeaf jest urządzeniem do ciągłego monitorowania stanu zdrowia. Nasze rozwiązanie działa w oparciu o metodę zwaną fotopletyzmografią, która polega na emitowaniu sygnału optycznego, przenikającego przez skórę do naczyń krwionośnych. W oparciu o uzyskane dane urządzenie oblicza takie parametry fizjologiczne, jak poziom glukozy we krwi, ciśnienie tętnicze, tętno, stopień potliwości i saturację krwi tlenem. Te parametry stosuje się do monitorowania stanu i postępu w szeregu różnych chorób przewlekłych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alodeep Sanyal, współzałożyciel i dyrektor generalny LifePlus.
Urządzenie LifeLeaf w sposób całkowicie nieinwazyjny pozwoli monitorować najważniejsze aspekty życia, co może się okazać rewolucją np. dla cukrzyków. Skuteczność fotopletyzmografii w diagnostyce chorób układu sercowo-naczyniowego została już potwierdzona w badaniach klinicznych. Badanie Capital iRadial prowadzone na Uniwersytecie Ottawskim, sprawdzające dokładność pomiarów wykonywanych przez aplikację mobilną na iPhone’a, wykazało, że diagnostyka z użyciem odczytów fotopletyzmografii wykrytych za pomocą soczewki aparatu smartfona umieszczonej na palcu wskazującym pacjenta była lepsza od tradycyjnego badania Allena.
W ocenie klinicystów badanie to podkreśla potencjał diagnostyki opartej na smartfonach w podejmowaniu decyzji przy łóżku chorego. Rozwiązanie może sprawdzić się również jako podstawa udoskonalonego i nieinwazyjnego modelu sprawdzania parametrów cukrzycowych.
– Tradycyjnym sposobem pomiaru poziomu glukozy jest nakłuwanie palca. Nowszym rozwiązaniem obecnym na rynku jest plaster z sensorem, który podskórnie mierzy poziom glukozy we krwi w kilkuminutowych odstępach. Jednak żadna z tych metod nie jest nieinwazyjna – pomiar glikemii nadal wymaga nakłucia palca lub bezpośredniego kontaktu z krwią albo innym płynem ustrojowym. Jesteśmy jednym z pierwszych podmiotów na rynku, który przymierza się do wprowadzenia całkowicie nieinwazyjnej metody pomiaru glikemii, niewymagającej nakłuwania ani umieszczania sensora na skórze – przekonuje Alodeep Sanyal.
Naukowcy w dziedzinie medycyny coraz częściej dostrzegają skuteczność aplikacji mobilnych pomagających diabetykom w samokontroli i opracowywaniu spersonalizowanego podejścia do kontroli glikemii. Badanie kliniczne, któremu poddano użytkowników aplikacji DayTwo Food & Activity Logger, analizującej poposiłkowe reakcje glikemiczne na pokarm i opracowującej spersonalizowany model predykcyjny, wykazało, że takie narzędzia dają pacjentom dostęp do informacji przydatnych w zarządzaniu poziomem glukozy we krwi.
Spersonalizowane prognozy dostępne w formie aplikacji mobilnej lub internetowej umożliwiają – zdaniem autorów badania – ocenę wpływu żywności i kombinacji żywności w czasie rzeczywistym na poziom glukozy we krwi u konkretnej osoby. Ta zdolność stanowi ważne uzupełnienie istniejących procedur, mających na celu zmniejszenie zachorowalności na cukrzycę.
– Na całym świecie istnieje ogromny rynek na produkty dla cukrzyków, a sama choroba charakteryzuje się tym, że sprawia bardzo wiele kłopotów osobom nią dotkniętym. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest bardzo niski poziom komfortu użytkowników urządzeń monitorujących, w związku z tym kontrolowanie swojego stanu jest dla chorych dużym wyzwaniem. Cukrzyca jest też silnie skorelowana z innymi poważnymi chorobami, takimi jak choroby serca, zaburzenia metaboliczne czy choroby endokrynologiczne i stanowi znaczący czynnik wpływający na śmiertelność spowodowaną powiązanymi chorobami – twierdzi ekspert.
Urządzenie LifeLeaf nie jest jeszcze dostępne na rynku, ponieważ nadal znajduje się w fazie opracowywania, jednak bazowe rozwiązanie stworzone do programów pilotażowych ma być dostępne jeszcze pod koniec pierwszego lub na początku drugiego kwartału tego roku. Urządzenie dla użytkowników końcowych powinno zostać opracowane jeszcze przed końcem roku.
Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że na całym świecie na cukrzycę cierpi ponad 420 mln osób.
Maszyny coraz częściej reagują na emocje ludzi. Dostosowują reklamy, muzykę czy obrazy. Już niedługo analizowanie i mierzenie emocji pozwoli na nawiązanie bliskich relacji z robotami czy asystentami głosowymi. Analiza uczuć będzie miała też funkcje terapeutyczne. Emocje to przyszłość całego rynku smart urządzeń. Już niedługo mogą się pojawić gry i filmy reagujące na emocje gracza, telewizor sam ustawi odpowiedni program, a samochody włączą muzykę zgodną z nastrojem kierowcy.
– Analizowanie i mierzenie emocji sprawi, że będziemy mieli jeszcze bardziej inteligentnych i empatycznych asystentów. Powstaje dużo automatyzacji, są to specjalne speakery, czyli domowi asystenci. Nie mają jednak komponentu empatyczności, nie mamy z nimi bliższej więzi, bo to dalej jest kawałek metalu, maszyna. Wydaje mi się, że z czasem taki robot domowy, odkurzacz czy nawet lodówka będą bardziej empatyczne, bo my chcemy tej więzi z różnymi przedmiotami – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartosz Rychlicki z Quantum Lab.
Roboty coraz mocniej wchodzą w niemal każdą sferę życia. Dostępne są już takie, które mają zastąpić domowe zwierzęta, a nawet te, z którymi można stworzyć namiastkę związku. Problemem jednak jest u nich zbyt niski poziom rozpoznawania emocji i uczuć człowieka. Dzięki polskiemu start-upowi może się to wkrótce zmienić. Mobilne aplikacje do mierzenia emocji sprawią, że maszyny z niemal całkowitą dokładnością odpowiedzą na nawet niewyrażone wprost potrzeby użytkownika. Wystarczy określić, jak mięśnie twarzy układają się w emocje i w jaki sposób je rozpoznawać.
Polski start-up Quantum Lab chce mierzyć zadowolenie zarówno klientów, jak i pracowników. Czujniki reagują na każdy uśmiech, a specjalny algorytm przyznaje punkty. W ten sposób system ma motywować pracowników do częstszego uśmiechania się i poprawiania jakości obsługi klientów, jeśli ci się zbyt mało uśmiechają.
– Możliwość zrozumienia naszych emocji przez maszynę będzie m.in. wykorzystana do tego, żeby budować bardziej empatycznych, intymnych asystentów domowych. Istnieją firmy, które wykorzystują podobną technologię do tego, żeby ostrzegać kierowców przed tym, że zaczynają się denerwować w trakcie jazdy – przekonuje Bartosz Rychlicki.
Po takie rozwiązania, choć na razie wykorzystywane w niewielkim stopniu, sięga coraz więcej branż. Odpowiednia aplikacja w samochodach po ruchu powiek, grymasie ust i napięciu mięśni wykrywa zmęczenie u kierowcy. Już teraz Hyundai i Kia opracowują system, który będzie rozpoznawał też emocje. Na podstawie danych o tętnie i aktywności elektrycznej mózgu stworzy odpowiedni nastrój w samochodzie dopasowany do potrzeb kierowcy – przytłumi światło, włączy odpowiednią muzykę czy temperaturę, w przypadku stresu fotel może zaś uruchomić funkcję masażu. Takich rozwiązań będzie coraz więcej.
Dzięki umiejętności rozpoznawania emocji inny będzie też kontakt z wirtualnymi asystentami. Huawei pracuje nad asystentem, który będzie dopasowywał się do aktualnego nastroju użytkownika, nawet bez komendy głosowej zidentyfikuje potrzeby człowieka i wejdzie z nim w interakcję. To także przyszłość handlu. Możliwość zamówienia produktu w sklepie czy restauracji za pomocą tabletu jest już codziennością. Duża grupa ludzi jednak z tego nie korzysta – woli kontakt z żywym człowiekiem. Przyjazne nastawienie sprzedawcy to większa satysfakcja z zakupów.
– Z pomocą takich technologii w przyszłości można dodać pewien aspekt człowieczeństwa do interakcji automatycznych, czy to w obsłudze, czy to w hotelach, czy to w zamówieniach. My chcemy wspomóc tę automatyzację, dodając taką empatyczną warstwę – zapewnia ekspert.
Niedługo to maszyny mogą lepiej rozpoznawać emocje niż człowiek. Zwłaszcza że większość ludzi ma problem z prawidłowym nazywaniem uczuć. Z badania świadomości emocjonalnej Instytutu Rozwoju Emocji wynika, że 35 proc. Polaków nie potrafi ich rozpoznać. Choć 86 proc. badanych myśli, że rozumie, dlaczego ludzie czują się w określony sposób, to tylko 13 proc. ma wgląd w emocje innych. W mieszkaniu przyszłości takich problemów już nie będzie. Maszyny z dużą precyzją rozpoznają i dopasują otoczenie do nastroju człowieka.
– To mogą być nowe zastosowania w inteligentnych domach. Dom zareaguje w jakiś sposób na emocje mieszkańców, np. dostroi muzykę. Czy dopasowanie samochodu, czy jakaś kontrola kierowcy poprzez emocje. Na pewno najbardziej wyeksplorowana jest kwestia badań materiałów wideo w kontekście reakcji emocjonalnej. Ale zastosowań jest dużo, czy rozrywka, czy nawet proste zastosowania marketingowe na ulicy, np. zapłać za parking uśmiechem – wymienia Bartosz Rychlicki.
Według analityków Market Research Future globalny rynek rozpoznawania emocji osiągnie w 2023 r. wartość ponad 25 mld dol. W najbliższych latach rynek będzie się rozwijał w tempie 17 proc. średniorocznie.
Komunikat GUS nie wpłynął na szacunek PKB za IV kwartał 2018 – niewyrównany sezonowo wskaźnik wyniósł 4,9% r/r w stosunku do 5,0% przed rokiem. Po wyrównaniu polski produkt wzrósł o 4,6% w skali roku. Procedura odsezonowania skorygowała w dół dynamiki PKB za II i III kwartał 2018 o 0,1 pkt. proc. (do poziomów 5,1% oraz 5,6%).
Odsezowane dane kwartalne wskazują, że dynamika PKB w IV kwartale 2018 (0,5% q/q) osiągnęła najniższy poziom od ponad dwóch lat, a nadspodziewanie dobry wynik III kwartału był raczej miłą niespodzianką niż trwałym odbiciem trendu spadkowego. O tym, że na powtórkę z III kwartału 2018 nie ma już co liczyć, świadczą rozproszone dane, w tym PMI czy produkcja przemysłowa.
Wydaje się, że dane za I kwartał 2019 będą kluczowe dla przewidzenia, czy będziemy mieli do czynienia z łagodnym spowolnieniem – jak dotąd miało to miejsce – czy może współwystępowanie słabej koniunktury w strefie euro, wygasającej konsumpcji gospodarstw domowych i kulejących inwestycji przedsiębiorstw, szybko wprowadzą nas w obszary głębokiego spowolnienia. Istotną podpowiedź dostarczą też dane o źródłach PKB, które GUS opublikuje za dwa tygodnie.
Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan
Polski złoty w relacji do euro znajduje się w okolicy górnego poziomu korytarza, w którym utrzymuje się od około siedmiu miesięcy, czyli 4,34. W parze z dolarem amerykańskim złoty jest jeszcze słabszy – kurs USD/PLN znajduje się na najwyższym poziomie od półtora roku.
Krajowej walucie cały czas nie sprzyja słabość EUR/USD – para przedwczoraj wprawdzie przerwała spadki, w środę jednak znów zamknęła dzień na minusie i obecnie utrzymuje się na niskim poziomie w okolicy 1,13. Z kolei fundamentalnych (wewnętrznych) powodów słabości złotego naszym zdaniem nadal nie ma. Dzisiejsze, kwartalne dane o PKB (0,5% wobec 0,9% oczekiwanego wzrostu) wprawdzie rozczarowały, jak i wskazują na wyhamowywanie polskiej gospodarki, ale nie sugerują zejścia wzrostu poniżej poziomu potencjału.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,32-4,34. Wspólna europejska waluta wczoraj radziła sobie słabo i traciła w relacji tak do dolara amerykańskiego, jak i do funta brytyjskiego. Wczorajsze dane o produkcji przemysłowej w końcówce ubiegłego roku rozczarowały. A dzisiejsze dane o dynamice PKB całego bloku w IV kwartale wprawdzie okazały się zbieżne z oczekiwaniami, jednak już wspomniane oczekiwania były bardzo niskie. W ujęciu kwartalnym odnotowano wzrost rzędu 0,2%, a rok do roku gospodarki strefy euro wzrosły o 1,2%. Tym samym strefa euro odnotowała najniższe roczne tempo wzrostu gospodarczego od II kwartału 2015 r. Co istotne, dziś rano rozczarowały dane z największej gospodarki strefy euro, czyli Niemiec. W końcówce roku wbrew oczekiwaniom konsensusu kraj nie odnotował ekspansji w ujęciu kwartalnym i o włos uniknął technicznej recesji.
GBP
Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,92-4,95. Brytyjska waluta wczoraj reagowała przede wszystkim na zmiany na głównej parze, umacniając się w relacji do słabego euro i tracąc w parze z silniejszym dolarem. Z wewnętrznych kwestii, poznaliśmy dane inflacyjne, które pokazały po raz pierwszy od dwóch lat spadek wskaźnika CPI poniżej 2%, czyli celu inflacyjnego Banku Anglii. Nie oznacza to jednak automatycznie, że w Wielkiej Brytanii nie ma presji na wzrost cen. Silny rynek pracy powinien wspierać utrzymanie wysokiej dynamiki cen oraz naszym zdaniem sprawić, że BoE w drugiej części roku podniesie stopy procentowe (zakładając, że nie dojdzie do „twardego Brexitu”).
Czwartek nie przyniesie żadnych danych makro ze Zjednoczonego Królestwa, jednak będzie chyba najbardziej interesującym dniem dla funta w tym tygodniu. Wieczorem bowiem odbędzie się debata (i głosowania) w parlamencie nad „poprawkami” dotyczącymi wyjścia Wielkiej Brytanii z UE.
USD
Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 0,9%, wahając się w widełkach 3,82-3,85. Amerykańska waluta charakteryzowała się wczoraj wyraźną siłą również w relacji do głównych walut. Dolarowi w środę pomagały m.in. wieści z amerykańskiej gospodarki. Wczorajsze dane o inflacji w USA w styczniu pokazały nieco wyższą dynamikę cen od oczekiwanej – w przypadku inflacji CPI 1,6% rocznie, w przypadku inflacji bazowej 2,2% rocznie.
Dziś jednak dolar nie zyskuje, pomimo niezbyt dobrych informacji ze Starego Kontynentu. Powodem mogą być doniesienia, zgodnie z którymi USA myślą nad wydłużeniem okresu negocjacji z Chinami o 60 dni powyżej obecnego terminu, który kończy się 1 marca.
Dziś poznamy dane o sprzedaży detalicznej w USA w grudniu, w tym samym czasie opublikowane zostaną również cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA. Po południu przemawiać będzie z kolei Patrick Harker z FOMC. Dla dolara oprócz danych makroekonomicznych (których znaczenie jest umiarkowane) istotne będą wszelkie informacje dotyczące negocjacji handlowych USA i Chin.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – dane o sprzedaży detalicznej w USA w grudniu
14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA
17:00 – przemawia Patrick Harker z FOMC
18:00 – głosowanie nad poprawkami w kwestii Brexitu w brytyjskiej Izbie Gmin
W 2018 r. popyt brutto sięgnął 3,7 mln mkw., zasoby powierzchni magazynowej powiększyły się o kolejne 2 mln mkw., a blisko 2 mln mkw. pozostaje w budowie. Ubiegły rok charakteryzował się także rekordową wartością transakcji inwestycyjnych – aż 1,84 mld euro.
Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowo-przemysłowych w Polsce w 2018 r.
Popyt – duże apetyty najemców
Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce
Polski rynek magazynowy kolejny raz udowodnił swoją siłę i pozwolił na dalszy optymizm. Dzięki 960 000 mkw. wynajętym w IV kwartale, roczny wynik wzrósł do 3,7 mln mkw. popytu brutto, co było drugim najlepszym rezultatem w historii tego sektora. Popyt netto, czyli nie uwzględniający odnowień umów, sięgnął 2,9 mln mkw. Największa aktywność najemców przypadła na trzy główne rynki, czyli Warszawę, Górny Śląsk i Polskę Centralną, gdzie łącznie wynajęto ponad 1,5 mln mkw. nowej powierzchni. – Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce
Wybrane transakcje w 2018 r.
Najemca
Park
Powierzchnia (mkw.)
Leroy Merlin
Panattoni BTS Piątek
124 000
Zalando
Hillwood BTS Olsztynek
121 000
Poufny najemca
Panattoni BTS Krzywe
61 000
Poufny najemca
Panattoni BTS Łódź
45 000
Arvato
Panattoni Park Stryków III
43 000
Źródło: JLL, www.magazyny.pl, 2018 r.
Po raz kolejny na rynku magazynowym dominowali najemcy z dwóch branż, czyli operatorzy logistyczni i sieci handlowe. Logistycy wynajęli ponad milion mkw. nowej powierzchni, odpowiadając tym samym za 35% całkowitego popytu netto. Udział sieci handlowych nie był o wiele niższy i wyniósł 32%. Lekka produkcja i sektor motoryzacyjny łącznie ustanowiły 16% popytu. Podobny rozkład powinien utrzymać się również w kolejnych kwartałach. – Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Podaż – deweloperzy nadal aktywni
Wysokiemu zainteresowaniu ze strony najemców towarzyszyła również mocna aktywność deweloperska. Rynek powiększył się o kolejne 2 mln mkw., z czego ponad 720 000 mkw. dostarczono tylko w IV kwartale. Bez wątpienia ten rok należał do Polski Centralnej, gdzie nowa podaż osiągnęła ponad 760 000 mkw., co stanowiło prawie 40% powierzchni dostarczonej w całym kraju.
Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
W sumie, całkowite zasoby powierzchni magazynowej na koniec 2018 roku wyniosły 15,7 mln mkw. – czyli trzy razy tyle ile 10 lat temu. Co ważne, aktywność budowlana nadal utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. Na koniec ubiegłego roku w Polsce powstawało blisko 2 mln mkw. nowej powierzchni, z czego najwięcej na Górnym Śląsku, gdzie realizowano prawie 420 000 mkw. Największe projekty, których ukończenia spodziewamy się w ciągu kilku kolejnych kwartałów to hale dla operatorów e-commerce w Gliwicach i Olsztynku. – Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Udział budowanej powierzchni niezabezpieczonej umowami najmu w 2018 roku wyniósł 35%. Deweloperzy decydują się na projekty spekulacyjne na największych rynkach, takich jak Warszawa, Wrocław i Górny Śląsk – na każdym z nich powstaje ponad 100 000 mkw. tego typu powierzchni.
Czynsze rosną, pustostany raczej bez zmian
Stosunkowo wysoki udział powierzchni budowanej spekulacyjnie w 2018 roku nie wpłynął na poziom pustostanów, których średni wskaźnik utrzymał się na poziomie 5,3%. Na koniec grudnia 2018 r. najwyższy udział niewynajętej powierzchni notowały Warszawa Miasto (12%), Poznań (7%) i Białystok (36%), w którym w III kw. oddano do użytku pierwszy częściowo spekulacyjny park magazynowy. Dostępnej od ręki powierzchni nie można było znaleźć natomiast w Lubuskim oraz w Kielcach i Radomiu.
Koszty wynajmu utrzymują tendencję do wzrostu. Najdroższym rynkiem pozostaje Warszawa Miasto, gdzie czynsze bazowe wahały się pomiędzy 4,3 a 5,2 euro/ mkw./ miesiąc. Z kolei najniższe czynsze znaleźć można w pozamiejskich obszarach Polski Centralnej (2,6 – 3,2 euro/ mkw./ miesiąc).
W niektórych z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji zaobserwować można było zapowiadany wzrost czynszów, szczególnie w przypadku wartości efektywnych, tj. uwzględniających zachęty proponowane przez deweloperów. Wpływ na to mają przede wszystkim rosnące koszty gruntów oraz budowy. – Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Polsce
Rekordowe inwestycje
Wartość transakcji inwestycyjnych, których przedmiotem były nieruchomości magazynowe, rosła od 2015 r., kiedy sfinalizowano transakcje o wartości 221 mln euro. Wynik w kolejnym roku osiągnął prawie 770 mln euro i 900 mln euro w roku 2017 – aż do imponującej kulminacji w 2018 r.
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
W ciągu 2018 roku właścicieli zmieniło 90 parków o łącznej powierzchni prawie 3,2 miliona mkw., co stanowiło ponad 20% całkowitych zasobów zlokalizowanych w Polsce. Wartość transakcji osiągnęła historycznie najwyższy wynik 1,84 mld euro, z czego znaczącą część stanowiły duże transakcje portfelowe. W przyszłym roku również spodziewać możemy się dużej aktywności ze strony inwestorów, napędzanej zarówno sprzedażą dużych portfolio oraz mniejszych, pojedynczych aktywów. Jednocześnie pojawiają się nowe źródła kapitału oraz inwestorzy gotowi kupować „kontra trend”. – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Największe przejęcia 2018 roku obejmowały – portfolio Encore (Hillwood) i Prologis, które kosztowały Mapletree odpowiednio 320 i 260 mln euro; portfolio Och-Ziff kupione przez joint-venture pomiędzy Griffin oraz Redefine, którego wartość to około 195 mln euro; portfolio Azurite (Goodman) oraz Hines nabyte przez Blackstone za odpowiednio około 190 i 140 mln euro czy zakup portfela przez Tristan Capital Partners za niecałe 100 mln euro.
Średnia stopa kapitalizacji w przypadku najlepszych produktów magazynowych w Polsce wynosi 6,5%, z pojedynczymi przypadkami parków z długoterminowymi umowami najmu poniżej 5,5%. W najbliższym czasie spodziewamy się kompresji stóp kapitalizacji.
Jak wynika z badania Cisco 2019 Data Privacy Benchmark Study, organizacje z całego świata, które zainwestowały w ochronę danych osobowych odczuwają teraz namacalne korzyści biznesowe. Respondenci przyznali, że rejestrują krótsze opóźnienia w sprzedaży, a także doświadczają mniej przypadków naruszenia danych, które są jednocześnie mniej kosztowne. Zadaniem ekspertów Cisco ma to związek z poziomem dbałości o bezpieczeństwo danych osobowych.
W maju 2018 roku weszło w życie RODO (Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych), mające na celu zwiększenie bezpieczeństwa danych osobowych oraz ochronę prywatności mieszkańców Unii Europejskiej. Organizacje pracowały wytrwale nad zapewnieniem zgodności z nowym rozporządzeniem. 59% uczestników badania Cisco stwierdziło, że spełnia wszystkie lub prawie wszystkie wymogi. 29% przewiduje, że będzie gotowa w ciągu roku, a tylko 9% potrzebuje więcej czasu, aby dostosować się do RODO.
„W ciągu ostatniego roku znaczenie prywatności i potrzeba ochrony danych wzrosły w znacznym stopniu. Dane stanowią nową walutę, a zmiany rynkowe sprawiają, że organizacje zaczynają dostrzegać prawdziwe korzyści biznesowe wynikające z inwestycji w bezpieczeństwo informacji” – mówi Michelle Dennedy, Chief Privacy Officer w Cisco. „W Cisco wierzymy zarówno w ochronę naszych klientów, jak i wsparcie na drodze do sukcesu biznesowego poprzez maksymalne wykorzystanie potencjału danych oraz minimalizację ryzyka”.
Klienci coraz częściej zastanawiają się, czy firmy, których produkty i usługi nabywają, należycie chronią ich dane osobowe. Organizacje, które zadbały o to, aby spełnić wymogi RODO doświadczyły krótszych opóźnień w sprzedaży do obecnych klientów, związanych z obawami dotyczącymi bezpieczeństwa informacji: 3,4 tygodnia, w porównaniu z 5,4 tygodnia w firmach deklarujących najmniejszą gotowość na RODO. Całkowity średni czas opóźnień w sprzedaży do obecnych klientów wyniósł 3,9 tygodnia. Dla porównania, rok temu wyniósł on 7,8 tygodnia. Firmy gotowe na RODO podkreślały, że doświadczały mniej przypadków naruszeń danych, cyberataki dotyczyły mniejszej liczby rekordów, a czas braku dostępu do systemów firmowych był krótszy.
W przypadku firm gotowych na RODO, ryzyko znacznej straty finansowej spowodowanej cyberatakiem było znacznie mniejsze. Ponadto 75% uczestników badania Cisco przyznało, że dostrzega liczne zalety inwestycji w ochronę danych, w tym większą zwinność operacyjną oraz wyższy poziom innowacji. Respondenci przyznają, że jest to wynik wprowadzenia właściwych procedur kontroli danych, uzyskania przewagi konkurencyjnej oraz poprawy efektywności przedsiębiorstwa dzięki lepszej organizacji oraz katalogizacji danych.
W badaniu Cisco wzięło udział ponad 3,200 specjalistów ds. bezpieczeństwa i prywatności z 18 krajów, reprezentujących główne branże. Kluczowe wnioski z badania obejmują:
87% firm przewiduje opóźnienia w cyklu sprzedażowym związane z obawami obecnych lub przyszłych klientów odnośnie prywatności ich danych. Dla porównania, w zeszłym roku takiej odpowiedzi udzieliło 66% badanych. Jest to najprawdopodobniej wynik wzrostu świadomości klientów spowodowany wejściem w życie RODO oraz ostatnimi doniesieniami medialnymi o przypadkach naruszeń danych.
Opóźnienia w sprzedaży, w poszczególnych krajach wynosiły odpowiedniego pomiędzy 2,2 a 5,5 tygodnia. Najmniejsze opóźnienia miały miejsce we Włoszech, Turcji i Rosji, a największe w Hiszpanii, Brazylii i Kanadzie. Wydłużone opóźnienia mogą występować w obszarach, gdzie wymagania związane z poufnością danych są wyjątkowo restrykcyjne lub są w trakcie zmiany. Opóźnienia w sprzedaży mogą powodować spadek dochodów, co z kolei wiąże się z potrzebą wypłaty odszkodowań, finansowaniem zewnętrznym oraz relacjami inwestorskimi. Opóźniona sprzedaż może również zmienić się w sprzedaż utraconą, gdy klient uda się do konkurencji lub w ogóle zrezygnuje z zakupu.
Jako główne przyczyny opóźnień w sprzedaży, respondenci badania wskazali rozpatrywanie zapytań klientów odnośnie prywatności danych, tłumaczenie informacji dotyczących prywatności danych na język klienta, informowanie o polityce prywatności danych lub wprowadzanie zmian w produktach tak, aby spełniały oczekiwania klientów związane z prywatnością.
Tylko 37% firm deklarujących zgodność z RODO doświadczyło naruszeń danych, których koszt przekroczył 500 000 USD, w porównaniu z 64% najmniej gotowych na RODO przedsiębiorstw.
Wczoraj w nocy robotyczne ramię sondy InSight rozstawiło na powierzchni Marsa instrument HP3 z polskim mechanizmem na pokładzie.
Ponad dwa miesiące temu na Marsie wylądowała przełomowa misja NASA – InSight. Lądownik InSight ma na pokładzie mechanizm w całości zbudowany w Polsce. To właśnie ten mechanizm zaprojektowany i zintegrowany przez firmę Astronika pozwoli sondzie wbić się na 5 m pod powierzchnię Czerwonej Planety. To głębiej niż jakikolwiek instrument na jakiejkolwiek planecie czy księżycu.
Dziś w nocy instrument HP3, którego elementem jest mechanizm wbijający, dotknął powierzchni Marsa. Prawdopodobnie już w nadchodzącym tygodniu Kret zacznie wbijać się pod powierzchnię Czerwonej Planety.
Co się dzieje na Marsie?
Instrument HP3 został ustawiony na lewo od sejsmometru (drugiego z trzech kluczowych instrumentów na lądowniku). Teraz zespół naukowców w JPL będzie analizować fotografie wykonane z obu kamer lądownika żeby, potwierdzić, że uzyskano optymalne ustawienie instrumentu. Po uzyskaniu takiego potwierdzenia Kret zostanie uwolniony, a następnie rozpocznie prace polegające na wbijaniu się w marsjański regolit.
Dlaczego to tyle trwa?
Wykonywanie precyzyjnych operacji na odległej o 230 mln km planecie to nie lada wyzwanie. Opóźnienie w komunikacji pomiędzy Marsem i Ziemią wynosi obecnie ok. 8 minut. Dodatkowo, robotyczne ramię, które przenosi instrumenty ma (z uwagi na to, że działa w grawitacji wynoszącej 38% grawitacji Ziemi) istotnie większą sprężystość, co jeszcze dodatkowo utrudnia nawigowanie. Dlatego wszystkie czynności trenowano wpierw „na sucho” sprawdzając działanie poszczególnych komend dla ramienia i ich opóźnienia w ich wykonywaniu. Wygląda na to, że te intensywne przygotowania przyniosły oczekiwany skutek i HP3 jest już ustawiony w zaplanowanym miejscu.
W kolejnych dniach planowane jest uwolnienie Kreta ze struktury wspierającej, a następnie (prawdopodobnie 22 lutego) rozpoczęcie wbijania, które potrwa około 40 dni.
Grupa EWL powiększyła się o spółkę Staffer, lidera polskiego rynku oferującego rozwiązania outsourcingu pracowników dla klientów w branży HORECA (hotele, restauracje, catering). Dla EWL oznacza to wzmocnienie pozycji na rosnącym rynku, w którym udział pracowników zagranicznych przekracza 20%. Z kolei dla Staffera to gwarancja szerszego dostępu do pracowników ze wschodu w warunkach powszechnego braku rąk do pracy.
– Połączenie ze Stafferem to kolejny krok w rozwoju Grupy. Chcemy sprawdzić, jak będziemy w stanie rozwijać się drogą akwizycji – podkreśla Andrzej Korkus, prezes EWL. – Dodatkowo Staffer to dla nas nowy ciekawy rynek pracy, bardzo innowacyjne podejście do zarządzania obszarem operacji i rekrutacji oraz dodatkowe oferty w dużych miastach, gdzie dotychczas dostarczaliśmy pracowników głównie do przemysłu.
– Staffer zyskuje dostęp do największych na rynku możliwości rekrutacyjnych, które oferuje Grupa EWL – oświadcza Pamela Gmiter, dyrektor ds. rozwoju w Stafferze, która będzie zarządzała bieżącą działalnością operacyjną spółki.
Strony wierzą, że w wyniku synergii uzyskanej z połączenia spółek, pozycje obu firm na polskim rynku znacząco się umocnią, a dynamicznie rozwijająca się branża hotelarsko-gastronomiczna wzbogaci się o szeroką ofertę kadrową.
Według szybkiego szacunku GUS, PKB wzrósł w czwartym kwartale ubiegłego roku o 4,9 proc., a więc mocniej niż spodziewali się ekonomiści. To potwierdza siłę naszej gospodarki i jej odporność na niekorzystne wpływy otoczenia. Widać to bardzo wyraźnie, jeśli porównać bardzo słabe dane z Niemiec i strefy euro. Niemiecka gospodarka w ostatnich miesiącach 2018 r. wzrosła o zaledwie 0,9 proc.
Wstępny szacunek GUS nie zawiera szczegółów, mogących wskazać wpływ poszczególnych czynników na utrzymanie się wysokiego tempa wzrostu polskiej gospodarki. Jednak wnioskując z innych dostępnych danych, można przypuszczać, że w ostatnich miesiącach ubiegłego roku nadal utrzymywała się wysoka dynamika inwestycji, choć prawdopodobnie niższa niż 9,9 proc. zanotowane w trzecim kwartale. Wiele wskazuje na to, że nadal silna była konsumpcja, w tym spożycie gospodarstw domowych, choć w tym ostatnim przypadku w poprzednich kwartałach dynamika była nieco słabsza.
Do nieco niższego niż poprzednio tempa wzrostu PKB niekorzystnie wpłynąć mógł deficyt w handlu zagranicznym, który w całym 2018 roku wyniósł 21,4 mld zł.
Po jednym dniu korekty dolar amerykański znów rośnie. Niemcy nie mieli drugiego z rzędu spadkowego kwartału. Wzrost Polski wciąż solidny, ale już nie wynosi 5%.
Powrót rekordów ceny dolara
Po korekcie na dolarze nie ma już śladu. Po tym jak we wtorek dolar atakował ważne maksima widzieliśmy w środę ruch w drugą stronę. Wczoraj jednak inwestorzy wrócili do kupowania amerykańskiej waluty. Dolar przekroczył 3,85 zł tym samym jest najdroższy od pierwszej połowy 2017 roku. Warto przypomnieć, że 2017 rok zaczynał się górką powyżej 4 złotych za dolara, zatem ten poziom jeszcze jakiś czas będzie niezagrożony. Wczorajsze dane z USA okazały się zgodne z oczekiwaniami. Inflacja wyniosła 1,6% zamiast 1,5%, ale nie jest to szczególnie istotna zmiana. Ruch ten był dodatkowo napędzany przez rosnący deficyt w bilansie płatniczym Polski. W górę szły wszystkie główne waluty, ale pozostałe już nie tak silnie jak dolar.
Brak zmian PKB w Niemczech
Niemieckie PKB w czwartym kwartale 2018 roku nie zmieniło się. Tym samym uniknięto drugiego z rzędu spadkowego odczytu, który oznaczałby podręcznikowo recesję gospodarczą. W skali roku PKB wzrasta o zaledwie 0,9%. Dane te wyraźnie pokazują, że Unia Europejska zmaga się z problemami. Nie musi to oznaczać kryzysu od razu, ale wiele wskaźników pokazuje, że dalsze pogorszenie tempa wzrostu jest możliwe. Jaki ma to wpływ na waluty? Z jednej strony osłabia to euro. Z drugiej słabsi partnerzy jak np. Polska również tracą. Słabsza sytuacja UE podnosi ryzyka. Gdy ryzyka rosną kapitał ucieka z bardziej ryzykownych rynków, w tymz Polski.
Wzrost PKB Polski
Spadł również wzrost PKB Polski. Spadać do 4,9% to jednak nie jest wstyd biorąc pod uwagę kondycję ościennych gospodarek. Jak ten wynik wygląda na tle Europy? Najszybciej rozwija się Malta z imponującym 7,5%. Następnie Węgry, Łotwa i Czarnogóra pokazały lepszy wynik od Polski. W każdym z tych przypadków było to równo 5,0% zatem nie brakuje nam dużo do europejskiego podium. Żaden europejski kraj nie jest w recesji rocznej. Warto zwrócić uwagę, że motory napędowe Unii Francja, Włochy oraz Niemcy wszystkie pokazują wynik poniżej 1,0%. To przez nie średnia dla Unii wynosi zaledwie 1,5%.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Wdrożenie zintegrowanej platformy e-commerce do zarządzania przejętymi sklepami internetowymi oraz integracja operacyjna Profit M, przy jednoczesnym planie osiągnięcia progu rentowności – to tylko niektóre z ambitnych celów biznesowych na 2019 rok właściciela Merlin.pl, jednego z najstarszych na polskim rynku sklepów internetowych. Rynkowy i finansowy potencjał Merlin Group rośnie między innymi dzięki przejęciu Profit M i tym samym rozszerzeniu portfolio o cztery nowe sklepy. Łączne przychody spółek za 2018 rok przekroczyły 115 mln zł, co jest dobrym prognostykiem na przyszłość.
Merlin Group planuje ponadto rozbudowę centrum logistycznego w Ożarowie Mazowieckim, z którego odbywa się dystrybucja towarów sprzedawanych online
za pośrednictwem zarządzanych przez spółkę sklepów: merlin.pl, cdp.pl, nieprzeczytane.pl, profit24.pl, smarkacz.pl i mestro.pl.
Rosnąca skala biznesu, weryfikacja strategii rozwoju, dalsze inwestycje w zaplecze logistyczne oraz infrastrukturę informatyczną mają przynieść Merlin Group – właścicielowi sześciu sklepów internetowych, oferujących m.in. książki, gry, zabawki i muzykę – przede wszystkim coraz lepsze wyniki finansowe. Aktywne działania prosprzedażowe dają spółce również perspektywę na wzmocnienie w kolejnych latach pozycji na rynku internetowej sprzedaży książek. Aktualnie Merlin Group – przy przychodach za 2018 rok łącznie z Profit M na poziomie przekraczającym 115 mln zł – jest trzecim internetowym sprzedawcą książek w Polsce. W perspektywie kolejnych lat ambicją spółki jest druga pozycja na rynku. Spółka nie wyklucza również kolejnych akwizycji.
Łukasz Szczepański, prezes Merlin Group
– Od kilku miesięcypracujemy nad wdrożeniem zintegrowanej platformy e-commerce, opartej o rozwiązanie Magento, która zaoferuje klientom naszych sklepów szereg nowych funkcjonalności, a nam pomoże ograniczyć koszty obsługi sprzedaży. Usprawnimy tym samym realizację zamówień, unifikując rozproszone dotychczas procesy sprzedażowe, co szybko przełoży się na oszczędności wynikające ze zintegrowanego zarządzania jedną, wspólną dla wszystkich sklepów platformą sprzedażową. Obecnie koncentrujemy się również na integracji operacyjnej, logistycznej oraz informatycznej przejętej w listopadzie 2018 roku za 17,4 mln zł spółki Profit M oraz rozbudowie własnego centrum logistycznego w Ożarowie Mazowieckim, co powinno przynieść wymierne korzyści dla Grupy jeszcze w drugiej połowie 2019 roku – podkreśla Łukasz Szczepański, prezes Merlin Group.
Przy tak szeroko zakrojonych wyzwaniach operacyjnych na 2019 rok, spółka postanowiła zrewidować plany dotyczące realizacji programu lojalnościowego, opartego na technologii blockchain, który miała wdrożyć wspólnie z Krypto Jam.
– Prowadzone przez nas projekty infrastrukturalne uznajemy za priorytetowe dla realizacji strategii biznesowej Merlin Group i niezbędne do dalszego rozwoju Grupy, stąd decyzja o zawieszeniu współpracy ze spółką Krypto Jam, z którą mieliśmy stworzyć program lojalnościowy. O rozwiązaniu umowy przesądziły również zewnętrzne okoliczności, w tym mało atrakcyjna sytuacja na rynku kryptowalut i niejasne perspektywy na jej poprawę w najbliższym czasie. O ile koncepcyjnie sam program lojalnościowy mLoyalty nadal oceniamy jako dobrą alternatywę rozwoju Merlin.pl i całej Grupy, o tyle jego realizację musimy odłożyć w czasie. Naszym priorytetem jest aktualnie wdrożenie strategicznie istotnych dla Grupy projektów, mających na celu zwiększenie jej udziałów w rynku oraz poprawę wyników finansowych.
Jak dodaje Rafał Zaorski z Krypto Jam – Potencjał sprzedażowy Merlin Group, w tym systematycznie rosnąca liczba klientów, jak też nowoczesne zaplecze IT całej Grupy sprawiają, że Merlin jest optymalnym partnerem do wdrażania projektów lojalnościowych, opartych na technologii blockchain. Nie wykluczamy tym samym, że jeżeli tylko sytuacja na rynku kryptowalut ustabilizuje się, a Merlin zakończy w pełni proces integracji z Profit M, wrócimy do rozmów odnośnie wdrożenia mLoyalty w przyjętej lub udoskonalonej formule. Projekt bez wątpienia jest perspektywiczny, jeżeli tylko warunki koniunkturalne na rynku cyfrowej waluty pozwolą na jego korzystną dla obu stron realizację.
Środki na inwestycje i systematyczną redukcję zobowiązań finansowychz tytułu obligacji Merlin Group zamierza pozyskać – poza wzrostem przychodów, będących efektem m.in. przejęcia Profit M – z ogłoszonej na początku lutego 2019 roku emisji akcji serii L.
Hive jako nowa usługa wynajmu e-hulajnóg na minuty, zostało wprowadzone na rynek przez mytaxi i jej macierzystą grupę Intelligent Apps. Po udanym pilotażu w Lizbonie, Hive formuje własne struktury i planuje start w kolejnych krajach. Tristan Torres Velat obejmie funkcję CEO Hive. Doświadczenie managerskie Torres Valat zdobywał w takich globalnych firmach jak Amazon, Groupon i hiszpańska sieć bankowa Caixa.
Tristan Torres Velat, CEO Hive
– W wielu krajach europejskich, e-hulajnogi na minuty zyskały ogromną popularność w ciągu zaledwie ubiegłego roku – mówiTristan Torres Velat, CEO Hive – W 2019 r. spodziewamy się, że zostaną wprowadzone regulacje dotyczące tego sektora usług mobilnościowych. Deklarujemy gotowość do rozmów z rządzącymi i włodarzami miast, by wspólnie zastanowić się jak określić rolę e-hulajnóg w transporcie miejskim. Tym samym, planujemy rozwinąć dostępność usługi Hive na kolejne kraje – jeszcze w ciągu kilku najbliższych miesięcy.
Pilotaż Hive w Lizbonie okazał się sukcesem – kilka tygodni po starcie usługa przyciągnęła aż 10 tysięcy użytkowników. Hive wypracował system serwisowania i obsługi e-hulajnóg – są one zbierane i ładowane w nocy, a rano rozmieszczane na ulicach Lizbony w bezpieczne i nienaruszające porządku punkty w mieście. Przedstawiciele Hive prowadzą regularne rozmowy z urzędem miasta w Lizbonie, by wspólnie pracować nad konstruktywnym rozwojem mobilności w stolicy Portugalii. Takie podejście Hive zamierza utrzymać w każdym kolejnym mieście, w którym udostępni swoją usługę.
Zamierzający zmniejszyć swoje udziały w spółce jawnej wspólnik chciał wcześniej upewnić się co do ciążącego na nim w związku z tą czynnością zobowiązania w podatku dochodowym od osób fizycznych, a dokładnie o jego braku. 3,5 roku walczył o potwierdzenie swego stanowiska. Dwukrotnie wygrał nawet w sądzie. Fiskus zastosował się do wyroków, ale i tak opodatkował wspólnika (interpretacja indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 28 grudnia 2018 r., sygn. ITPB4/4511-89/15-5/MT).
Zmniejszenie udziałów w spółce osobowej
27 kwietnia 2015 r. udziałowiec spółki jawnej wystąpił do organu interpretacyjnego o potwierdzenie, czy zmniejszenie przez niego udziału kapitałowego w tej spółce nie będzie rodzić po jego stronie obowiązku podatkowego w podatku dochodowym od osób fizycznych na moment dokonania tej czynności. Kwota zmniejszonego udziału nie przekroczy wartości wniesionego wkładu.
Wspólnik zwrócił uwagę, że przychody i koszty spółki w wysokości przypisanej poszczególnym udziałowcom są rozliczane podatkowo na bieżąco, niezależnie od tego, czy dokonują oni wypłat zysków, czy nie. Wszelkie przepływy środków finansowych dokonane pomiędzy spółką a jej wspólnikami powinny zatem pozostać neutralne podatkowo, by nie doszło do podwójnego opodatkowania. Aby do tego nie dopuścić, ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych szczegółowo określa, które z przypadków takich przepływów pieniężnych na linii spółka – udziałowiec podlegają opodatkowaniu. Wśród nich ustawa nie wymienia transferów pieniężnych z tytułu zmniejszenia udziału w spółce. Za to w art. 14 ust. 3 pkt 10 i pkt 11 wyraźnie stwierdza, że do przychodów z pozarolniczej działalności gospodarczej nie zalicza się środków pieniężnych otrzymanych przez wspólnika spółki niebędącej osobą prawną z tytułu likwidacji takiej spółki oraz z tytułu wystąpienia z takiej spółki, w części odpowiadającej uzyskanej przed wystąpieniem przez wspólnika nadwyżce przychodów nad kosztami ich uzyskania, pomniejszonej o wypłaty dokonane z tytułu udziału w tej spółce i wydatki niestanowiące kosztów uzyskania przychodów.
(Nie)przekonujące wyroki
Wspólnik wskazał organowi na jasny głos orzecznictwa, potwierdzający jego stanowisko. Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 10 grudnia 2014 r. wyjaśnił: „(…) efekty podatkowe wszelkich wypłat gotówkowych ze spółki osobowej należy analizować dopiero w momencie utraty przez osobę prawną statusu wspólnika w spółce w związku z likwidacją spółki albo wystąpieniem wspólnika ze spółki. Do tego czasu są one neutralne podatkowo” (sygn. akt II FSK 2670/12; również wyrok NSA z 30 lipca 2014 r., sygn. II FSK 2046/12).
Również Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi nie miał wątpliwości, że: „Treść art. 12 ust. 4 pkt 3b lit. a ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (odpowiednio art. 14 ust. 3 pkt 10 i 11 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych) wskazuje, że zamierzeniem ustawodawcy było odroczenie opodatkowania wypłat z tytułu udziału w spółce do momentu całkowitego wystąpienia wspólnika ze spółki. W przeciwnym wypadku (tj. gdyby ustawodawca dopuszczał wcześniejsze opodatkowanie niektórych wypłat) znalazłoby to odzwierciedlenie w przepisach, które zostały wcześniej opodatkowane. Brak takiego zastrzeżenia jednoznacznie wskazuje na intencję ustawodawcy: wszelkie wypłaty z tytułu udziału w spółce osobowej powinny być opodatkowane wyłącznie w momencie wystąpienia wspólnika ze spółki (a nie w momencie dokonania tych wypłat)” (wyrok z 13 lutego 2015 r., sygn. akt SA/Łd 1377/14).
Organu nie przekonały takie argumenty. Standardowo przywołał ulubioną regułę organów podatkowych stanowiącą, że wyroki sądów administracyjnych wydawane są w konkretnych, indywidualnych sprawach, a ponieważ nie stanowią źródeł prawa powszechnie obowiązującego, nie muszą być dla nich wiążące.
Jeżeli nie ma pewności, czy coś jest opodatkowane, to znaczy, że jest
Dyrektor KIS stanął na stanowisku, że czynność zmniejszenia udziału w spółce jawnej należy zakwalifikować nie do pozarolniczej działalności gospodarczej, a do określonego w art. 10 ust. 1 pkt 7 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych źródła przychodów, jakim są prawa majątkowe. Jak wynika z treści tego przepisu, prawa majątkowe są odrębnym od działalności gospodarczej źródłem przychodów.
Organ przywołał treść przepisu art. 18 ustawy o PIT, zgodnie z którym za przychód z praw majątkowych uważa się w szczególności przychody z praw autorskich i praw pokrewnych, jak również z odpłatnego zbycia tych praw. I choć ustawa nie zawiera definicji praw majątkowych, to w związku z zawarciem przez ustawodawcę w treści art. 18 zwrotu „w szczególności” należy mieć na uwadze, iż wymieniony tam katalog przychodów z praw majątkowych jest jedynie przykładowy. Można więc zakwalifikować do nich inne, niewymienione tam prawa.
Powołując się na art. 9 ustawy o PIT, podsumował: „Z treści powołanego przepisu wynika, że opodatkowaniu podatkiem dochodowym podlegają wszelkiego rodzaju dochody uzyskane przez podatnika, z wyjątkiem tych, które zostały enumeratywnie wymienione przez ustawodawcę w katalogu zwolnień przedmiotowych ustawy bądź od których Minister Finansów zaniechał poboru podatku, w drodze rozporządzenia” (interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Bydgoszczy z 13 lipca 2015 r., sygn. ITPB4/4511-89/15/KW).
Oczywiste, jednoznacznie niedopuszczalne kwalifikowanie do praw majątkowych
Wnioskodawca wezwał organ do usunięcia naruszenia prawa, jednak ten, pismem z 2 września 2015 r., poinformował o braku podstaw do zmiany wydanej interpretacji. Wspólnik wniósł więc skargę do sądu. Wojewódzki Sad Administracyjny podzielił jego stanowisko, uchylając sporną interpretację. Jak stwierdził, od chwili wejścia w życie 1 stycznia 2011 r. przepisu art. 14 ust. 2 ustawy o PIT oczywiste i jednoznacznie niedopuszczalne jest kwalifikowanie środków uzyskanych z tytułu zmniejszenia udziałów w spółce jako przychodów z praw majątkowych. Wskazał w szczególności na pkt 16 tego artykułu, zgodnie z którym: „Przychodem z działalności gospodarczej są również środki pieniężne otrzymane przez wspólnika spółki niebędącej osobą prawną z tytułu wystąpienia z takiej spółki” (Dz.U. 1991 nr 80, poz. 350, ze zm.).
„Twierdzenie, że istnieją podstawy do odmiennej kwalifikacji środków pieniężnych pozyskanych z tytułu zmniejszenia udziału – bez wyraźnej po temu dyspozycji ustawodawcy, jest chybione. (…) organ interpretacyjny naruszył przepis prawa materialnego, a to art. 10 ust. 1 pkt 7 i art. 18 u.p.d.o.f., poprzez jego zastosowanie i zakwalifikowanie środków pieniężnych, które ma otrzymać wnioskodawca z tytułu zmniejszenia udziału kapitałowego w spółce niebędącej osobą prawną, do przychodów z praw majątkowych; podczas gdy winien był rozważyć kwalifikację tych środków jako ewentualnego przychodu z pozarolniczej działalności gospodarczej” (wyrok WSA w Gdańsku z 23.02.2016 r., sygn. akt I SA/Gd 1672/15).
Do ostatniej kropli krwi
Co zrobił organ, który na mocy art. 153 ustawy o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (Dz.U. 2002 nr 153, poz. 1270, ze zm.) jest związany oceną prawną i wskazaniami co do dalszego postępowania wyrażonymi w orzeczeniu sądu? Nie rozpatrzył ponownie wniosku udziałowca zgodnie z zaleceniami sądu, do tego dość wyraźnie zakreślonymi w niniejszej sprawie. W kwietniu 2016 r. wniósł od wyroku WSA skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Wyrokiem z 11 lipca 2018 r. NSA podzielił stanowisko wyrażone w orzeczeniu wydanym przez WSA w Gdańsku i oddalił skargę organu. Organ, będąc znów związanym na mocy ww. art. 153, wydał ponownie interpretację, w której uznał stanowisko wspólnika za… nieprawidłowe.
Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po stronie fiskusa
28 grudnia 2018 r. Dyrektor KIS ponownie rozpatrzył wniosek udziałowca spółki. Zgodnie ze wskazaniami sądów nie zakwalifikował już środków pochodzących ze zmniejszenia udziałów w spółce jako przychodów z praw majątkowych. Nie uznał ich też za pochodzące z pozarolniczej działalności gospodarczej. Przyjął wprost, że podlegają one zakwalifikowaniu do przychodów z działalności gospodarczej, zgodnie z art. 14 ust. 2 pkt 16, jako „otrzymane przez wspólnika spółki niebędącej osobą prawną z tytułu wystąpienia z takiej spółki”. Wywiódł dalej, że co prawda art. 14 ust. 3 pkt 11 nie zalicza takich środków do podlegających opodatkowaniu przychodów, ale jedynie „w części odpowiadającej uzyskanej przed wystąpieniem przez wspólnika nadwyżce przychodów nad kosztami ich uzyskania, o których mowa w art. 8, pomniejszonej o wypłaty dokonane z tytułu udziału w tej spółce i wydatki niestanowiące kosztów uzyskania przychodów” (Dz.U. 1991 nr 80, poz. 350, ze zm.). Uznał więc ponownie stanowisko udziałowca za nieprawidłowe i stwierdził, że obowiązek podatkowy po stronie wnioskodawcy, choć w okrojonym zakresie, ale jednak powstanie.
„Wobec powyższego, w opisanym zdarzeniu przyszłym otrzymanie przez Wnioskodawczynię środków pieniężnych w wyniku zmniejszenia udziału kapitałowego należy kwalifikować jako częściowe wystąpienie z takiej spółki. W związku z powyższym, po stronie Wnioskodawczyni powstanie przychód z działalności gospodarczej, którego wartość należy ustalić stosownie do art. 14 ust. 2 pkt 16 w związku z art. 14 ust. 3 pkt 11 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (stosowanym z uwzględnieniem proporcji wartości zmniejszenia udziału kapitałowego do pełnej wartości tego wkładu określonej przed jego zmniejszeniem)” (ITPB4/4511-89/15-5/MT).
Przyjazna interpretacja prawa na korzyść przedsiębiorców
„Opracowaliśmy gruntowną reformę prawa gospodarczego, w której proponujemy pozytywny przełom w relacjach przedsiębiorców z administracją” – ogłaszał w listopadzie 2017 r. ówczesny Minister Rozwoju i Finansów, zapowiadając wprowadzenie w życie tzw. Konstytucji Biznesu. Jedną z naczelnych reguł aktu stworzonego z myślą o podatnikach prowadzących działalność gospodarczą miała być przyjazna interpretacja prawa, czyli rozstrzygania niejasnych przepisów na korzyść przedsiębiorców. Tworzący skierowane do organów podatkowych instrukcje postępowania nie przewidzieli chyba, co będzie się działo w sytuacji, gdy urzędnicy uznają, że dla nich przepisy są jasne.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Wielokanałowość od kilku lat jest popularnym hasłem związanym z handlem detalicznym, jednak wciąż wywołuje wiele zamieszania. Największym wyzwaniem dla sprzedawców, którzy chcą zmaksymalizować potencjał omnichannel są klienci, a dokładniej sprostanie ich oczekiwaniom. Jak skutecznie przeprowadzić konsumenta przez ścieżkę zakupu? Jakie są głównie cele działań wielokanałowych?
Mariusz Maksymiuk – Prezes Adexon
Głównym założeniem omnichannel jest kontakt sprzedawcy z klientem za pomocą licznych, zintegrowanych ze sobą kanałów. W obecnych czasach, konsumenci oczekują natychmiastowej reakcji, nieograniczonych możliwości dokonywania zakupów zarówno online, jak i offline oraz otrzymywania spersonalizowanych ofert, dopasowanych do ich potrzeb. Jednym z rozwiązań, pozwalającym wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom jest wielokanałowość, która pomaga marketerom w zwiększaniu przychodów, a także w lepszym poznaniu klientów.
Wyzwania i możliwości omnichannel
Okazuje się, że to właśnie obsługa klientów jest największym wyzwaniem przed jakim stają sprzedawcy, którzy chcą zmaksymalizować zyski z zastosowania wielokanałowości. Ponieważ każdy klient musi zostać przeprowadzony przez jedyną w swoim rodzaju, dopasowaną do niego ścieżkę zakupów, ważne jest aby nawigować indywidualnie każdego z nich. Staje się to coraz łatwiejsze dzięki stale pojawiającym się oraz ulepszanym technologiom, takim jak boty, asystenci głosowi, brokerzy danych czy sztuczna inteligencja.
Jak podkreśla Greg Ng, wiceprezes ds. cyfrowego zaangażowania w PointSource, dużym wyzwaniem jest poznanie swojego klienta oraz stworzenie jego unikalnego profilu w komunikacji wielokanałowej. Za przykład dobrze prowadzonych działań podaje on firmę Netflix. Platforma, niezależnie od urządzenia, z którego korzysta odbiorca, dopasowuje unikalne treści zgodne z preferencjami użytkownika. Dla sprzedawców detalicznych to właśnie innowacje oparte na danych są kluczem do ujednolicenia doświadczeń konsumentów. Dane te, gromadzone w każdym punkcie kontaktu z klientem, pozwalają poznać wzorce zakupów, preferencje i zachowania użytkowników na różnych urządzeniach. Metody ich pozyskiwania mogą się różnić w zależności od kanału, ale strategia powinna pozostać taka sama. Ważne jest, aby marketerzy wykorzystywali informacje o klientach do wprowadzania ulepszeń związanych z interakcją, w celu zapewnienia spersonalizowanego wrażenia użytkownika.
Sprzedaż online na prowadzeniu
Z badań przeprowadzonych przez firmę ComScore i UPS wynika, że w 2014 roku 47% użytkowników dokonało zakupów przez Internet, rok później wynik ten wzrósł do 48%, natomiast w 2016 wyniósł 51%. Pokazuje to, że z roku na rok konsumenci chętniej dokonują zakupów online niż offline. W związku z tym, strategia wpierania klientów przez firmy musi zostać dostosowana do tych zmieniających się preferencji. Vincent Naigeon, dyrektor zarządzający firmy BRIDGE uważa, że innowacyjne technologie, takie jak boty, asystenci głosowi czy sztuczna inteligencja są odpowiedzią na wypełnienie luk w podróży klienta, a jednocześnie pomagają wspierać kupców w ich wysiłkach omnichannel.
Łączenie wszystkich kanałów marketingowych ma kluczowe znaczenie, ponieważ przyczynia się do stworzenia spójnej strategii firmy, dzięki której klienci silniej zwiążą się z daną marką, a tym samym pozostaną z nią na dłużej. Kluczowe znaczenie dla sprawnie prowadzonej strategii, zakładającej wielokanałowość, ma oferowanie spójnych doświadczeń klienta we wszystkich punktach kontaktu z nim, w tym w social mediach, e-mail marketingu, mobile’u, na stronach internetowych czy sprzedaży offline. Ważne jest również pamiętanie o określeniu właściwych ścieżek omnichannel – unikalnych oraz dopasowanych do potrzeb odbiorców.
Sprzedawcy muszą pamiętać, że podejście wielokanałowe w komunikacji ze współczesnym konsumentem ma kluczowe znaczenie dla sukcesu w handlu detalicznym. Pozwala ono firmom spotkać się z klientami w dowolnym momencie, w każdym miejscu na świecie.
Mariusz Maksymiuk – Prezes Adexon. Funkcję tę pełni od marca 2016 roku. Posiada wieloletnie doświadczenie w branży mediów, marketingu i reklamy. Jako CEO Adexon kieruje rozwojem agencji.
Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy, tzw. twardy brexit, to duże zagrożenie nawet dla 179 tys. miejsc pracy w Unii Europejskiej. Ponad połowa z nich znajduje się w Niemczech – wynika z analiz niemieckich ekonomistów[1]. W efekcie u naszych zachodnich sąsiadów spadnie popyt na pracowników z Ukrainy. Zdaniem ekspertów Personnel Service może to zmienić scenariusz odpływu Ukraińców do Niemiec, zatrzymując w Polsce nawet 100 tys. spośród pracowników, którzy potencjalnie mogli wyjechać za Odrę.
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service
– Brexit bez umowy zagrozi miejscom pracy w Niemczech i tym samym utrudni Ukraińcom rywalizację o legalną pracę na niemieckim rynku. W konsekwencji w Polsce może pozostać nawet 100 tys. pracowników ze Wschodu, którzy według niedawnych prognoz mieli wyjeżdżać do naszych zachodnich sąsiadów. Niemcy, zamiast werbować dodatkową kadrę, będą ograniczać zatrudnienie, np. w motoryzacji. Taka sytuacja może znacząco zmienić dotychczasowy czarny scenariusz dla polskiego rynku pracy, który zakładał wyjazd nawet 250 tys. Ukraińców z naszego kraju do Niemiec na koniec 2019 r. – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy.
Brexit niemiecki
Jak twierdzą niemieccy ekonomiści, twardy brexit zagrozi bezpośrednio aż 100 tys. miejsc pracy w ich kraju. Jednocześnie dodają, że ta liczba może okazać się znacznie wyższa – brexit bez umowy przełoży się pośrednio na mniejszą skłonność do inwestycji i wzrost bezrobocia. Takie mogą być konsekwencje spadku eksportu z UE do UK, który najbardziej odbije się na Niemczech jako największej gospodarce we wspólnocie.
Przykładem branży, w której Niemcy będą redukować zatrudnienie, jest motoryzacja. Wyjście UK będzie miało realny wpływ na „być albo nie być” dla kilkunastu tysięcy pracowników z sektora przemysłu samochodowego. Oznaczałoby to dużą zmianę sytuacji niemieckich firm motoryzacyjnych, które jeszcze na koniec 2018 r. planowały poszukiwanie dodatkowej kadry wśród Ukraińców. Aż 22% z nich chciało zatrudniać osoby z Ukrainy, z braku rąk do pracy na rodzimym rynku – wynika z MotoBarometru Exact Systems. Tymczasem, jeśli spełni się scenariusz twardego brexitu, zamiast werbować nowych pracowników, mogą być zmuszone do ograniczenia zatrudnienia.
Na polskim rynku motoryzacyjnym kadrą ze Wschodu wspiera się już aż 57% firm. Jeśli faktycznie zaczęliby oni masowo wyjeżdżać do pracy za Odrę, nasz przemysł może nie nadążyć z uzupełnianiem wakatów, co spowoduje zastoje w produkcji i duże straty finansowe. Twardy brexit oddala od nas tę wizję.
Brexit bez granic
Jak wynika z analiz niemieckich ekonomistów, drugą największą ofiarą twardego brexitu może być Francja, która może stracić nawet 50 tys. miejsc pracy. Łącznie, w całej Unii Europejskiej zagrożonych będzie 179 tys. stanowisk. Pośrednio dotknięte zostaną też Chiny, które w przyszłości mogą otrzymywać mniej zamówień od firm eksportujących do Wielkiej Brytanii – tam w grę wchodzi redukcja 59 tys. miejsc pracy. Szacunki wskazują, że w skali całego świata brexit bez umowy może dotknąć nawet 612 tys. stanowisk.
Rynki dalej chcą wierzyć w postęp w rozmowach handlowych między USA i Chinami, ale znaleźliśmy się w punkcie, gdzie już potrzeba konkretów, aby wzmocnić apetyt na ryzyko. Azja pokazała pierwsze oznaki ostrożnej stabilizacji, podczas gdy Europa raczej skupi się na danych makro. Euro i złoty pozostają pod presją.
W nocy rynek obiegła informacja, że prezydent Trump rozważa odroczenie o 60 dni terminu granicznego dla negocjacji, po którym zostaną nałożone wyższe cła na towary z Chin. Miałoby to być podyktowane chęcią nieprzesadzania w negocjacjach, które idą w dobrym kierunku. Ogólnie jest dobra wiadomość, która pokazuje, że jesteśmy bliżej niż dalej porozumienia, choć późniejsze informacje stawiały w wątpliwość, czy czasem wnioski co do stanowiska Trumpa nie są zbudowane na wyrost. Nie jest to też nową informacją, gdyż już wczoraj Trump mówił, że może zmienić terminy, jeśli rozmowy będą bliskie finalizacji. Zatem tak naprawdę nie otrzymaliśmy nic przełomowego, a po kilku dniach podsycanych nadziei jesteśmy w punkcie, gdzie dalsze ciągniecie rajdu ryzyka potrzebuje bardziej klarownych dowodów. To tłumaczy zatrzymanie wzrostów na azjatyckim rynku akcji. Rynek FX był bardziej przekonany do kupna ryzykownych walut, chociaż pośrednio było to odreagowanie aprecjacji USD z wczorajszego popołudnia po mocnym odczycie CPI z USA. Dziś rano wraca presja m.in. na AUD, NZD i EUR, co bardziej przemawia za trzymaniem poziomów i czekaniem na finalne konkluzje z rozmów handlowych, które kończą się w piątek.
EUR/USD wraca pod 1,13, balansując wokół tego poziomu bez wiejskiego przekonania. Jakkolwiek dalej pozostaję przy zdaniu, że potencjał spadkowy jest ograniczony pod kątem długoterminowych fundamentów, tak na ten moment zdecydowanie łatwiej jest budować pozytywną narrację wokół USD i negatywną wokół EUR. Mocny CPI z USA i uniknięcie wznowienia government shutdown po jednej stronie, a ryzyko przyspieszonych wyborów w Hiszpanii i ponure odczyty makro z Eurolandu po drugiej. Dziś kolejne elementy układanki dołoży wstępny szacunek PKB ze strefy euro i sprzedaż detaliczna z USA. Prognozowany wzrost PKB na poziomie 0,2 proc. nie czymś, z czego można się cieszyć, szczególnie jeśli występuje to w akompaniamencie zerowego wzrostu w Niemczech (dane już opublikowane). Z kolei w USA konsumpcja pozostaje silna i jest ważnym składnikiem solidnego ożywienia. To wystarczy, by zbudować na rynku siłę do zepchnięcia EUR/USD niżej, ale dalej nie jestem przekonany, czy rozwinie się z tego mocniejszy ruch. Od miesięcy rynek EUR/USD wyraża bojaźliwość przy każdej próbie odklejenia się od poziomów 1,13-1,15, a mało potrzeba, by przechylić szalę na powrót wzrostów. Porozumienie handlowe USA-Chiny byłoby takim powodem.
EUR/PLN na 4,34 jest dla mnie anomalią bez głębszego uzasadnienia poza sąsiedzkim towarzyszeniem złotego w cierpieniach euro. Dzisiejszy szybki szacunek PKB za IV kw. z Polski (4,9 proc. r/r, poprz. 5,1 proc.) nie jest argumentem za wyprzedażą PLN. Wzrost jest relatywnie wysoki i w żadnym wypadku nie implikuje gołębiego zwrotu RPP, a to mogłoby być jednym wnioskiem, który uderzyłby w walutę. Jakkolwiek nie warto walczyć z rynkiem, który aktualnie nie darzy złotego sympatią, ale gdy kurz opadnie, opadać zacznie też EUR/PLN. Kwestia czasu.
Kolejne dwie firmy mogą skorzystać ze zwolnienia z podatku dochodowego. Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna wydała decyzje o wsparciu ich inwestycji szacowanych łącznie na 43 mln zł.
Dwie nowe inwestycje zlokalizowane będą w województwie kujawsko-pomorskim. – Województwo kujawsko-pomorskie jest dla naszej spółki strategicznym obszarem, gdzie wspieramy rozwój biznesu polskiego i zagranicznego, o czym świadczą kolejne decyzje, dzięki którym powstaną nowe miejsca pracy – mówi Przemysław Sztandera, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.
Pierwsza z nowych decyzji dotyczy inwestycji spółki Formeleon (dawny Formit), należącej do szwajcarskiego koncernu Rychiger AG z branży budowy maszyn i narzędzi, prototypów, wyposażenia, przyrządów kontrolnych i montażowych, podzespołów do maszyn. Inwestor planuje wybudowanie w Grudziądzu nowego obiektu produkcyjnego z częścią biurowo-magazynową oraz zakup odpowiednich maszyn. Planowane nakłady inwestycyjne to prawie 31 mln zł. Inwestor zadeklarował stworzenie nowych miejsc pracy. Decyzja wydana tej spółce przez PSSE daje jej podstawę do zwolnienia z podatku dochodowego przez 15 lat.
Drugą firma, która dzięki deklarowanej inwestycji może skorzytać z pomocy publicznej w postaci zwolnienia z podatku dochodowego przez 12 lat, jest polska firma Mikro-Met Zakład Produkcyjno-Handlowy Grzegorz Kłosowski. Od 1983 roku zajmuje się produkcją komponentów dla przemysłu motoryzacyjnego, armatury wodnej i gazowej. Zakład specjalizuje się w produkcji różnych skomplikowanych detali toczonych i frezowanych. Wyroby wytwarzane są według najnowszych technologii na maszynach i liniach produkcyjnych. Przedsiębiorca zamierza zainwestować 12 mln zł w zakup nowych linii produkcyjnych do swojego zakładu w Brodnicy oraz stworzyć cztery nowe miejsca pracy.
– Witamy w naszej strefowej rodzinie nowych przedsiębiorców. Jak widać nowa ustawa o wspieraniu inwestycji stwarza impulsy inwestycyjne zarówno dużym, globalnym firmom, jak i rodzimym przedsiębiorcom. Mogą liczyć na nasze wsparcie na każdym etapie inwestycji, jak i opiekę na długo po jej zakończeniu – podkreśla Paweł Lulewicz, wiceprezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.
Do tej pory PSSE wydała już 12 decyzji o wsparciu inwestycji według obowiązującej od połowy ubiegłego roku ustawy o wspieraniu inwestycji. Osiem z nich powstaje a terenie Kujawsko-Pomorskiego, a pozostałe – na Pomorzu. Ustawa Wprowadziła inne zasady funkcjonowania stref ekonomicznych – zniosła ich granice i ułatwiała przedsiębiorcom inwestowanie, tworząc Polską Strefę Inwestycji. Obecnie mogą się oni ubiegać o zwolnienie z podatku dochodowego na okres od 10 do 15 lat niezależnie od miejsca inwestycji. Dzięki odejściu od ograniczeń terytorialnych firmy nie muszą przenosić się do poszczególnych stref i inwestować z dala od swojego obszaru działania. Mogą to robić tam, gdzie jest to dla nich najkorzystniejsze. Ustawa wprowadziła też prostsze i bardziej dostępne zasady ułatwiające inwestowanie małym i średnim przedsiębiorcom. Aby otrzymać pomoc publiczną w postaci zwolnienia z podatku dochodowego Inwestor musi spełnić kryteria wartości inwestycji, jak i jej jakości, które zależą od warunków konkretnej lokalizacji.
Środa przyniosła dalsze osłabienie złotego, jeszcze podczas sesji europejskiej kurs EUR/PLN przekroczył poziom 4,33. Za osłabieniem polskiej waluty przemawiały dalsze spadki euro względem dolara, gdzie para EUR/USD ponownie zeszła do 1,125.
Na najbliższych posiedzeniach FOMC wytyczy plany zakończenia ilościowego zacieśnienia polityki monetarnej (taka fraza znalazła się w ujawnionych zapiskach L.Mester – szefowej Fed-u z Cleveland). Jest to pierwszy tak wyraźny przekaz Fed-u dotyczący QT. Do tej pory J.Powell, co najwyżej sugerował, że w razie pogorszenia się „warunków finansowych” bank gotowy jest rozważyć zmiany w programie. Jednakże, to dopiero publikacja wyższej od oczekiwanej inflacji z USA (w styczniu CPI wzrósł o 1,6% r/r wobec 1,5% oczekiwanych) pozwoliła EUR/USD silniej zejść w dół, a ruch dodatkowo nasiliła informacja o niższym o 42% niż w tym samym miesiącu poprzedniego roku, grudniowym deficycie budżetowym.
Wspólna waluta nadal pozostaje też pod presją słabych danych europejskich, potwierdzających spowalnianie aktywności gospodarczej EZ. Wg ostatnich publikacji w grudniu produkcja przemysłowa w strefie euro spadła o 0,9% m/m wobec -0,4% oczekiwanych. W skali roku obniżyła się zaś o 4,2% co jest najgorszym odczytem od niemal dekady.
Na polskim rynku stop procentowej nie mieliśmy do czynienia z istotnymi zmianami, gdzie rentowności obligacji pozostawały w trendzie bocznym przed publikacją danych o PKB (czwartek) i inflacji (piątek). Jednak seria danych o inflacji publikowanych w ostatnich dniach w krajach Europy Środkowo-Wschodniej miała istotny wpływ na spready pomiędzy obligacjami. Publikowana w środę czeska inflacja okazała się wyższa od oczekiwań rosnąc w styczniu do 2,5% r/r, powyżej 2% celu inflacyjnego. Pomimo takiego odczytu, rynek wycenia obecnie podwyżkę stóp procentowych w Czechach w tym roku na niecałe 50%. Jednak przy wzroście inflacji w Czechach oraz ostatnich odczytach poniżej celu w Polsce, spread polskich obligacji nad czeskimi w sektorze 2-letnim pozostaje ujemny.
Wyższy od oczekiwań odczyt inflacji w USA pozwolił na powrót rentowności obligacji 10-letnich powyżej 2,70%. Istotny był nie tylko wskaźnik główny, ale też bazowy, który wyniósł 2,2% r/r wobec oczekiwanych 2,1%. Takie dane dają argumenty za kontynuacją podwyżek stóp procentowych w USA w tym roku i mogą wskazywać, że Fed niekoniecznie musiał już zakończyć cykl zacieśniania polityki pieniężnej.
W czwartek oprócz wyniku dla PKB Polski rynki poznają też analogiczne dane z Niemiec i EZ. Z USA napłyną zaś tradycyjnie tygodniowe wyniki z rynku pracy (initial jobless claims) oraz sprzedażowe za styczeń.
Wykres dnia: Postępujący spadek produkcji przemysłowej w EZ coraz wyraźniej zaczyna ciążyć notowaniom euro do dolara.
Źródło: Thomson Reuters
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski
W uruchomionym Sądzie Arbitrażowym Online OAC wiążący wyrok jest wydawany średnio 20 razy szybciej niż w sądzie powszechnym. Postępowanie od początku do końca jest prowadzone elektronicznie, a Sąd jest dostępny przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Rozstrzyga też spory z kontrahentami z zagranicy.
Już można korzystać z arbitrażu online. Pierwszy tego rodzaju sąd w Polsce – Sąd Arbitrażowy Online OAC (Online Arbitration Court) właśnie rozpoczął działalność. Na czym polega rewolucyjność i znaczenie tego rozwiązania? – Postępowanie jest szybkie, a procedury proste i przejrzyste. Wystarczy się zarejestrować, a następnie opisać roszczenia i je uzasadnić oraz załączyć dowody. Sprawa w całości toczy się online, a wyrok jest prawnie wiążący. Uruchomiliśmy efektywny, bezpieczny i powszechnie dostępny model arbitrażu – mówi Bartosz Ziemblicki, prezes Sądu Arbitrażowego Online OAC, doktor nauk prawnych i doświadczony prawnik.
W Sądzie Arbitrażowym Online OAC spory rozstrzygają arbitrzy specjalizujący się w prawie gospodarczym. Obie strony sporu mają wpływ na wybór arbitrów. Co istotne, jeśli nie wybiorą arbitra zgodnie, to zostanie on wylosowany. – Arbitrami Sądu Arbitrażowego Online OAC są głównie adwokaci oraz radcowie prawni, zarówno z Polski, jak i z zagranicy, z wieloletnim doświadczeniem zawodowym – podkreśla Bartosz Ziemblicki.
Arbitraż daje możliwość rozstrzygania sporów bez konieczności prowadzenia sprawy przed sądem powszechnym. – Uruchomienie Sądu Arbitrażowego Online wprowadza nowy, od dawna oczekiwany standard w polskim sądownictwie. Szybkie i skuteczne rozstrzyganie sporów jest w interesie przedsiębiorców, adwokatów i radców prawnych – podkreśla Grzegorz Miś z Polskiego Towarzystwa Arbitrażu. Sąd Arbitrażowy Online OAC może wydać wyrok w każdej sprawie gospodarczej i cywilnej, w której prawo zezwala na zawarcie ugody.
Jak działa arbitraż ONLINE?
W Sądzie Arbitrażowym Online OAC drogą elektroniczną odbywa się m.in. wymiana wszystkich pism procesowych, przedstawianie wniosków stron, przekazywanie zarządzeń arbitrów, a także składanie zeznań (np.
w formie wideokonferencji).
– Dzięki procedurze online oszczędzamy czas i zapobiegamy mnożeniu niepotrzebnych kosztów procesowych. Wszystkie informacje są szyfrowane zgodnie z najwyższymi standardami bezpieczeństwa – mówi Rafał Rybicki, jeden z pomysłodawców i współzałożyciel Sądu Arbitrażowego Online OAC.
Serwis Sądu Arbitrażowego Online OAC jest dostępny z dowolnego miejsca na świecie, oczywiście pod warunkiem, że jest tam dostęp do Internetu. Dzięki temu, poprzez aplikację, można w każdej chwili sprawdzić status sprawy, pobrać protokół oraz przeglądać i analizować wszystkie dokumenty dotyczące postępowania. Po zakończeniu sprawy dokumentacja jest przenoszona do archiwum cyfrowego.
Finał sprawy w kilka tygodni
Na rozstrzygnięcie sporu poprzez arbitraż muszą się zgodzić obie strony. Jeśli w umowie zawrzemy odpowiednią klauzulę arbitrażową, to sprawa automatycznie trafi do Sądu Arbitrażowego Online OAC zamiast do sądu powszechnego. – Celem Polskiego Towarzystwa Arbitrażu są takie działania edukacyjne, by wprowadzanie klauzuli o arbitrażu do umów należało do dobrych praktyk biznesowych w naszym kraju
– podkreśla Grzegorz Miś.
Tego rodzaju klauzulę można też zamieścić np. w regulaminie swojego serwisu internetowego. Jeśli klauzuli w umowie nie ma, to w razie sporu można podpisać porozumienie o jego rozstrzygnięciu przez arbitraż.
W Sądzie Arbitrażowym Online OAC ostateczny wyrok zapada zwykle w ciągu 3-5 tygodni, co może być zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że sądy powszechne przyzwyczaiły nas do postępowań trwających przez lata. W odróżnieniu od tradycyjnego procesu, procedura Sądu Arbitrażowego Online OAC uniemożliwia przedłużanie postępowania za pomocą różnych wybiegów i kruczków prawnych.
– Podam przykład takiego rozwiązania: pozew zamieszczany jest w serwisie z dostępem dla stron i arbitrów, a informacja o tym przesyłana jest dodatkowo pozwanemu mailem i SMS-em, co jest uznawane za skuteczne doręczenie.Wszystkie informacje są w serwisie. Nie ma więc możliwości, by strona przeciwna przeciągała sprawę, powołując się na fakt, że nie została właściwie poinformowana o jej przebiegu. Arbitrzy mogą wydać wyrok zaoczny – mówi Rafał Rybicki.
Dodajmy, że zawarcie w umowie klauzuli arbitrażowej oznacza, że obie strony zarejestrowały już w Sądzie Arbitrażowym Online OAC swoje konta. To rozwiązuje problem skutecznych doręczeń, również za granicę.
Co istotne, wyrok wydany przez Sąd Arbitrażowy Online OAC jest podstawą do prowadzenia egzekucji komorniczej. –Dla przedsiębiorców ma to ogromne znaczenie, bo z biznesowego punktu widzenia dopiero odzyskanie pieniędzy faktycznie zamyka sprawę, jeżeli dotyczy ona zapłaty – dodaje Bartosz Ziemblicki.
Sąd również w sporach transgranicznych
Dodajmy, że Sąd Arbitrażowy Online OAC jest sądem o zasięgu międzynarodowym, co oznacza, że za jego pośrednictwem można rozstrzygać również spory transgraniczne. Dotyczy to nie tylko spraw, w których stronami są np. przedsiębiorca z Polski oraz z innego kraju Unii Europejskiej, lecz właściwie wszystkich państw świata.
– Dzięki arbitrażowi online można uniknąć problemów i kosztów związanych z prowadzeniem ewentualnej sprawy za granicą. Dostępność takiej formy rozstrzygnięcia sporu na pewno ułatwia prowadzenie biznesu z kontrahentami z innych krajów. Strony w umowie same wskazują, jakiemu prawu ma podlegać sprawa. Mają też możliwość wyboru języka postępowania – podkreśla Rafał Rybicki.
Wykonalność wyroków Sądu Arbitrażowego Online OAC za granicą gwarantuje art. III Konwencji Nowojorskiej o uznawaniu i wykonywaniu zagranicznych orzeczeń arbitrażowych, która została ratyfikowana już przez 159 krajów. Sąd Arbitrażowy Online OAC dysponuje arbitrami przygotowanymi do orzekania zgodnie z prawem kilku krajów świata. Lista arbitrów Sądu Arbitrażowego Online OAC, w tym zagranicznych, cały czas się poszerza.
Branża transportowa należy obecnie do sektorów najbardziej zagrożonych upadłościami i restrukturyzacjami. Już teraz odnotowuje wzrost liczby postanowień w związku ze spowolnioną dynamiką handlu wewnętrznego w Polsce, jak i sytuacją na rynkach zagranicznych. Dotyczy to także pogorszenia się stanu globalnej wymiany handlowej. Sektor odczuwa tego bezpośrednie i pośrednie skutki. Spodziewany jest dalszy wzrost liczby upadłości i restrukturyzacji w transporcie.Dodatkowo w znacznym stopniu zagrożony jest sektor handlowy.
– Niekorzystnie wpływają także czynniki, których doświadczają polskie przedsiębiorstwa transportowe działające na rynkach Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Na zachodzie Europy mamy do czynienia z wprowadzaniem kolejnych ograniczeń w przewozie towarów. Pojawiają się także rozwiązania i regulacje dotyczące pracowników delegowanych i usług kabotażu. Bezpośrednio odbija się to na branży transportowej, a także na sektorze handlowym. Sytuacja ta ma miejsce pomimo sprzyjającego otoczenia makroekonomicznego i nadal rosnącej konsumpcji gospodarstw domowych. Dotyczy to handlu detalicznego, jak i hurtowego. Sieci handlowe konkurują między sobą, zaś mniejsze podmioty są w gorszej sytuacji – nie mogą oferować równie atrakcyjnych cen. Rośnie więc liczba upadłości małych firm i następuje konsolidacja przedsiębiorstw w branży. Tym samym – pomimo korzystnego otoczenia – liczba upadłości w handlu będzie wzrastała w dalszych miesiącach – ocenił Sielewicz.
Ukraińscy informatycy traktują nas tranzytowo? Polska w tym starciu nie ma wielkich szans.
Z obserwacji ukraińskiego eksperta wynika, że klimat świadczenia usług IT w Polsce jest dużo lepszy niż w jego kraju. Jednak kultura wytwarzania bezawaryjnego oprogramowania i dostęp do dobrze płatnych zleceń pozostawia wiele do życzenia. Dlatego tamtejsi specjaliści nie bardzo garną się do pracy w naszych firmach. Nawet, gdy do nas przybywają, to oprócz stałego etatu, który gwarantuje im legalny pobyt na terenie UE, szybko szukają bardziej dochodowych zleceń, ale już poza granicami Polski. Często też traktują to jako dalszą przepustkę do migracji na Zachód. Z kolei pracodawcy tłumaczą, że warunki zatrudnienia i życia u nas są trudniejsze niż chociażby w sąsiednich Niemczech. I to jest duży kłopot. Jednak niektórzy mówią, że mamy wystarczająco szeroki dostęp do zagranicznych narzędzi i klientów, a zarobki w branży są godne. Dodają też, że tamtejsi fachowcy i tak do nas przyjeżdżają, więc problem właściwie nie istnieje.
Kondycja branży
Polska jest krajem hermetycznym pod względem IT, skoncentrowanym na doświadczeniu lokalnym, a krajowi informatycy niechętnie sięgają po zagraniczne procesy wytwarzania oprogramowania. Tak zauważa Sergiusz Diundyk, pochodzący z Ukrainy, międzynarodowy ekspert ds. nowych technologii oraz automatyzacji procesów w branży IT. Po wielu latach pracy i zarządzaniu różnego rodzaju zespołami na polskim rynku stwierdza, że rozwój tutejszej branży można przyspieszyć. Trzeba połączyć najlepsze krajowe rozwiązania z procesami wypracowanymi i przetestowanymi przez światowych gigantów.
– Działających w Polsce centrów biznesowych jest znacznie więcej niż na Ukrainie. Można przyjąć, że rodzimi informatycy mają dzięki nim wręcz szerszy dostęp do najnowszych światowych narzędzi informatycznych. Częściej też polskie zespoły współpracują z globalnymi przedsiębiorstwami. Zatem nie można mówić, że tutejsza branża IT jest zamknięta na światowe rozwiązania, ale być może powinna lepiej je wykorzystywać – komentuje Łukasz Łukaszewicz, prezes spółki TeamQuest.
Natomiast Marcin Tchórzewski, prezes szkoły IT Coders Lab, zwraca uwagę na to, że zarówno uczestnicy z Polski, jak i z Ukrainy czy z Rosji od lat są w czołówce zwycięzców międzynarodowych konkursów informatycznych dla studentów. Sergiusz Diundyk twierdzi jednak, że taka rywalizacja, chociaż i jest powodem do dumy, nie zawsze wiąże się z realnymi efektami. Programując sprzęt, trzeba m.in. przewidzieć wszystkie możliwe sytuacje, które mogą nastąpić podczas jego wykorzystania. Polscy studenci mają świetne przygotowanie teoretyczne, ale czasem brakuje im praktycznego podejścia. Ponadto terminy wdrażania projektów, a także struktura baz danych czasem pozostawiają wiele do życzenia.
– Umiejętności, osiągnięcia i zaangażowanie zatrudnionych specjalistów IT oceniamy w ramach regularnych rozmów okresowych, gdzie kierownik zespołu i pracownik mają doskonałą okazję, by porozmawiać o osiągnięciach w ocenianym okresie i działaniach rozwojowych, planowanych na kolejny czas. Obok takich rozmów są jeszcze spotkania one-to-one, przy pomocy których kadra zarządzająca ma elastyczne podejście do wyznaczania, weryfikacji i rozliczania celów w dowolnej chwili – mówi Krzysztof Flak, HR Business Partner w firmie Comarch.
Jest dobrze, ale…
Ukraiński ekspert podkreśla, że poziom kształcenia na polskich uczelniach jest znacznie wyższy niż w jego ojczystym kraju. Jednak nie przekłada się to na umiejętność projektowania bezawaryjnej architektury systemów. Z pisaniem kodów polscy specjaliści radzą sobie bardzo dobrze, ale ewidentnie brakuje szkoły projektowania i testowania oprogramowania. Gdyby polskie firmy nie oszczędzałyby na wynagrodzeniu architektów systemowych i testerów, takie giganty informatyczne, jak Google, Twitter czy Facebook, powstawałyby właśnie nad Wisłą. Sergiusz Diundyk zwraca też uwagę na to, że otoczenie prawne nie jest szczególnie przyjazne dla polskich przedsiębiorców, ale od strony technicznej byłoby to realne.
– Jeśli chodzi o przyswajanie nowości, w Polsce nie ma z tym problemu. Wystarczy zajrzeć na np. GitHub, jedną z najważniejszych platform dla programistów. Warto zobaczyć, jak wiele jest uruchomionych repozytoriów i sprawdzić m.in. jakość i czystość kodu oraz poziom wykorzystania różnych rozwiązań. I to można porównywać wśród programistów obok wiedzy, kompetencji i doświadczenia – przekonuje Łukasz Łukaszewicz.
Z tym nie do końca zgadza się Sergiusz Diundyk. Jak twierdzi, na GitHub wszystko wygląda świetnie, ale źle zaprojektowana architektura konkretnego projektu potrafi zniszczyć nawet najlepszy kod. Zamiast upraszczać, utrudnia codzienne życie użytkowników. Dla przykładu, pasażerowie czasem wysiadają na niewłaściwych przystankach autobusowych, bo wyświetlacz błędnie ich informuje o przebiegu trasy. Z kolei Jacek Tchórzewski, główny wykładowca w IT Coders Lab, wskazuje, że za praktyczność i ergonomię systemu IT odpowiadają całe zespoły, często międzynarodowe – od architektów oprogramowania i project managerów, poprzez analityków oraz specjalistów od user experience, po programistów i testerów. Ważne jest też zaangażowanie podmiotu zamawiającego taki system w proces jego wytwarzania.
– Polacy próbują samodzielnie dojść do rozwiązań, które już istnieją na świecie. W ten sposób wyważają otwarte drzwi i usiłują wynaleźć koło od nowa. A powinni otworzyć się na sprawdzone już procesy produkcji oprogramowania i najnowsze światowe technologie. Sięgając po nie, z całą pewnością będą mogli sprawnie radzić sobie z problemami w oprogramowaniu i osiągnąć najlepsze efekty. Takie działanie zdecydowanie zwiększy ich zyski – uważa Sergiusz Diundyk.
Z kolei prezes TeamQuest mówi, że poszukiwanie własnych dróg do osiągnięcia celu w cyklu tworzenia oprogramowania jest naturalnym prawem informatyki. Z drugiej strony, wzorce międzynarodowe nie zawsze się sprawdzają w różnych organizacjach i projektach. Bywa też, że coś można zrobić szybciej i prościej samodzielnie niż sięgając po istniejące platformy programistyczne z gotowymi narzędziami i rozwiązaniami. Do tego ekspert z Ukrainy dodaje, że poszukiwanie własnych dróg to czasem mentalne cofnięcie się w czasie o kilka czy nawet kilkanaście lat wstecz. Ważne jest, by dzielić się doświadczeniami zbieranymi na całym świecie.
Praca w Polsce
– W IT nie liczą się dyplomy, narodowość czy wiek, a jedynie praktyczne umiejętności. Branża ta należy też do najlepiej płacących. To jeden z powodów, dla których ukraińscy programiści coraz częściej szukają pracy w Polsce, kraju kulturowo i językowo bliskim. Drugą przyczyną jest załamanie tamtejszego rynku IT po zajęciu Krymu przez Rosjan, kiedy wiele międzynarodowych firm zaczęło wycofywać się z Ukrainy – przypomina Marcin Tchórzewski.
Jak zaznacza Sergiusz Diundyk, jeszcze kilka lat temu, gdy na Ukrainie panował względny spokój, zarabiało tam się dużo więcej niż w polskich projektach. Ekspert zdradza, że obecnie ukraińscy informatycy często pracują dla tutejszych firm z powodu legalizacji pobytu na terenie UE, jednak z góry planują dalszą migrację do krajów zachodnich lub za ocean. Inni wolą bliską kulturę i podobny język, dlatego zostają w Polsce. Jednak od razu sięgają po amerykański lub brytyjski outsourcing i działają zdalnie. I to warto by polska branża wzięła pod uwagę w obliczu nadchodzącego kryzysu pracowniczego.
– Jechałem do Polski z nastawieniem na pobyt tymczasowy. W międzyczasieozmawiałem z 4 amerykańskimi firmami. Tutaj znalazłem pracę na stałe, ale ze zleceń z USA i Rosji, które robię po godzinach mam o wiele więcej pieniędzy. Chcę zostać w tym kraju, bo mi się on podoba i czuję się bezpiecznie z tym, że nie ma tu wojny i zawirowań politycznych jak na Ukaranie. Mam też silne poczucie, że nie przeprowadziłem się zbyt daleko od swoich krewnych i przyjaciół, których zostawiłem w ojczyźnie – opowiada anonimowo pracownik jednej z działających w Polsce korporacji.
Tymczasem dr Warski zapewnia, że ukraińscy specjaliści z branży IT mają często tak wysokie kompetencje, że faktycznie mogą przebierać w ofertach pracy na całym świecie. Jeśli nie chcą pracować akurat w Polsce, to nie należy za to winić tutejszych pracodawców czy też rodzimej branży. Generalnie warunki życia w naszym kraju są dużo trudniejsze niż chociażby w sąsiednich Niemczech, nie mówiąc o USA. I to niestety dotyczy nie tylko sfery zawodowej, ale też codziennego życia. Ludzie, którzy decydują się opuścić swoją ojczyznę, tak naprawdę szukają stabilizacji. Przenoszenie się z państwa do państwa im jej nie zapewni.
Toyota pracuje nad nowym urządzeniem, które w kontakcie z powietrzem, pod wpływem światła słonecznego produkuje wodór – bez żadnych kosztów. Pomysł ten stanowi punkt wyjścia do badań naukowych, prowadzonych wspólnie przez Toyota Motor Europe oraz Dutch Institute for Fundamental Energy Research (DIFFER).
Wspólny projekt badawczy Toyoty i DIFFER o nazwie LIFT (Launchpad for Innovative Future Technology) otrzymał grant z publiczno-prywatnego funduszu NWO ENW PPS2. Celem projektu jest opracowanie urządzenia, które będzie absorbować parę wodną i wyodrębniać z niej wodór oraz tlen przy użyciu energii słonecznej.
Podstawowe cele – prosta i tania produkcja wodoru
Naukowcy z DIFFER i Toyoty poszukują innowacyjnych metod bezpośredniej produkcji wodoru z wilgotnego powietrza. Głównym celem tych badań jest ograniczenie zależności od paliw kopalnych oraz obniżenie emisji gazów cieplarnianych. Wodór to ekologiczne paliwo do różnego rodzaju pojazdów, które można traktować jako wygodny magazyn energii odnawialnej. Wodór w reakcji z tlenem w ogniwach paliwowych uwalnia energię elektryczną, a jedynym produktem ubocznym tego procesu jest para wodna.
Badania prowadzą specjaliści z ośrodka rozwojowego Advanced Material Research przy Toyota Motor Europe wspólnie z zespołem Catalytic and Electrochemical Processes for Energy Applications w instytucie DIFFER, którego szefem jest dr Mihalis Tsampas. Najważniejszą innowacją w projekcie jest wyodrębnianie wodoru z pary wodnej zamiast wody w stanie ciekłym, która to metoda jest szeroko stosowana na świecie.
„Zajmowanie się wodą w stanie gazowym zamiast ciekłego ma wiele zalet” – wyjaśnia dr Mihalis Tsampas. – „Ciecze powodują pewne problemy techniczne, takie jak niepożądane tworzenie się pęcherzyków. Co więcej, dzięki zastosowaniu pary wodnej, nie potrzebujemy kosztownych instalacji do oczyszczania wody. A dzięki temu, że korzystamy z wilgoci występującej w otaczającym powietrzu, nasza technologia może służyć także w oddalonych miejscach, gdzie nie ma dostępu do wody”.
Studium wykonalności
W ubiegłym roku DIFFER i Toyota Motor Europe przeprowadziły stadium wykonalności, które udowodniło, że pomysł ma szansę się udać. Badacze opracowali nowatorskie ogniwo fotoelektrochemiczne w stanie stałym, które wychwytuje wilgoć z powietrza i pod wpływem światła słonecznego produkuje wodór. Pierwszy prototyp osiągnął imponującą, 70-procentową efektywność w stosunku do porównywalnego urządzenia produkującego wodór z wody w stanie ciekłym. System składa się z siatki z elektrolitu polimerowego, porowatych fotoelektrod i materiałów absorbujących wilgoć, połączonych w specjalnie opracowanych urządzeniach ze zintegrowaną siatką.
Kolejny etap – wydajność i skalowalność
Następnym etapem projektu będzie udoskonalenie urządzenia. „W naszym pierwszym prototypie zastosowaliśmy fotoelektrody, które są bardzo stabilne. Jednak użyty w nich materiał pochłania tylko promieniowanie UV, które stanowi mniej niż 5% całego promieniowania słonecznego docierającego do Ziemi” – mówi dr Mihalis Tsampas. – „Następnym krokiem będą eksperymenty z użyciem najbardziej zaawansowanych materiałów, aby zoptymalizować architekturę systemu pod względem ilości pochłanianej pary wodnej oraz promieniowania słonecznego”.
Kiedy uda się rozwiązać te zagadnienia, zespół skoncentruje się na kwestii skalowania nowej technologii. Obecnie ogniwa fotolektrochemiczne produkujące wodór są bardzo małe – o wielkości około centymetra kwadratowego. Aby rozwiązanie to stało się opłacalne, ogniwa muszą osiągnąć rozmiary większe przynajmniej o dwa czy trzy rzędy wielkości.
„Przed nami jeszcze wiele pracy, ale mamy nadzieję, że w przyszłości tego rodzaju systemy będą używane w prywatnych gospodarstwach do zasilania domu i tankowania samochodu” – dodaje dr Mihalis Tsampas.
Toyota pionierem technologii wodorowych
Toyota rozpoczęła prace badawcze nad technologią wodorowych ogniw paliwowych w 1992 roku, zaś pierwszy prototyp został zaprezentowany w Osace w 1996 roku. Toyota Mirai, pierwszy samochód na ogniwa paliwowe marki, zadebiutował na rynku w 2014 roku.
„Jako pionier technologii wodorowych i producent pierwszego masowo produkowanego sedana na ogniwa paliwowe, Toyota wciąż poszukuje nowych metod produkcji wodoru bez użycia paliw kopalnych” – powiedziała Isotta Cerri, główna dyrektor Advanced Material Research, TME. – „Nasze zaangażowanie w technologie wodorowe wpisuje się w program Toyota Environmental Challenge 2050, którego jednym z 6 celów jest wyeliminowanie emisji CO2 z całego cyklu życia samochodów produkowanych przez Toyotę. Produkcja wodoru oparta na odnawialnych źródłach energii pomoże znacząco ograniczyć emisję gazów cieplarnianych. Tego rodzaju badania podstawowe przybliżają nas do wdrożenia gospodarki wodorowej. Zmierzają bowiem do opracowania przystępnych i łatwych w użyciu zastosowań wodoru”.
Instytut DIFFER
Dutch Institute for Fundamental Energy Research to jeden z dziewięciu instytutów badawczych Netherlands Organisation for Scientific Research, narodowego funduszu naukowego Holandii, podlegającego bezpośrednio Ministerstwu Edukacji, Kultury i Nauki. Instytut prowadzi interdyscyplinarne badania nad materiałami, procesami i systemami do budowy globalnej infrastruktury energii odnawialnej.
Niska podaż atrakcyjnych gruntów pod inwestycje była w 2018 roku jedną z głównych bolączek inwestorów z każdego segmentu rynku nieruchomości. Zwłaszcza deweloperzy mieszkaniowi mieli duże problemy z uzupełnianiem banków ziemi, a niska dostępność działek wywindowała ich ceny. Dlatego inwestorzy szukają terenów z obiektami do wyburzenia lub modernizacji. Według prognoz JLL to właśnie niska podaż i nadal rosnące ceny terenów pod nowe inwestycje będą w 2019 roku najmocniej wpływać na wszystkie segmenty rynku gruntów.
– Pod względem zapotrzebowania na nowe grunty 2019 rok będzie zapewne podobny do ubiegłego. Zarówno deweloperzy mieszkaniowi, jak i biurowi bardzo intensywnie poszukują nowych terenów pod inwestycje. Mamy także bardzo dużą aktywność inwestorów z rynku hotelowego i handlu wielkopowierzchniowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Puchalski, dyrektor działu gruntów inwestycyjnych JLL.
Z analiz specjalizującej się w nieruchomościach firmy doradczej wynika, że w 2018 roku korzystna sytuacja makroekonomiczna sprzyjała inwestorom, którzy chętnie kupowali grunty i rozpoczynali nowe projekty. Ograniczona dostępność atrakcyjnych działek pociągnęła jednak za sobą wzrost ich cen, a z drugiej strony spowodowała większą otwartość inwestorów na trudniejsze projekty, wymagające wyburzeń, działań remediacyjnych, przebudowy i rewitalizacji.
Według prognoz JLL stabilne mają być tylko ceny na rynku nieruchomości handlowych.
– W segmencie mieszkaniowym w ubiegłym roku ceny bardzo wzrosły i wygląda na to, że w tym roku również delikatnie wzrosną. W niektórych miastach Polski – takich jak Gdańsk i Wrocław – obserwujemy też wzrost cen gruntów przeznaczonych pod nieruchomości biurowe. Wynika to z ich ograniczonej podaży i wzmożonej aktywności inwestorów. W tym roku ceny nieco urosną także na rynku hotelowym – mówi Daniel Puchalski.
To właśnie niska podaż i rosnące ceny gruntów pod nowe inwestycje będą w 2019 roku tym czynnikiem, który najmocniej wpłynie na wszystkie segmenty rynku nieruchomości.
– Inwestorzy ciągle szukają gruntów inwestycyjnych w tych samych miastach. Jeżeli chodzi o mieszkaniówkę, są to głównie Wrocław, Kraków, Warszawa, Łódź, Poznań i Katowice, ale aktywność deweloperską obserwujemy również w mniejszych miastach, liczących od 150 tys. do 200 tys. osób. Na rynku biurowym takimi wyspami są Wrocław i Gdańsk. Tam zapewne transakcje pojawią się nawet szybciej niż w Warszawie. Jednak stolica niezmiennie pozostaje rynkiem, który jest dobrą inwestycją dla każdego inwestora: hotelowego, biurowego i mieszkaniowego – mówi Daniel Puchalski.
Zapał inwestorów mogą studzić nie tylko wysokie ceny, lecz także sytuacja w branży budowlanej – rosnące koszty pracy, materiałów oraz niska dostępność siły roboczej – oraz zaostrzenie polityki kredytowej przez banki.
Problemem jest również to, że dobrze przygotowanych terenów, które pozwalają przykładowo na realizację inwestycji mieszkaniowej w 6 do 24 miesięcy, jest niewiele. W efekcie zarówno doradcy inwestycyjni, jak i deweloperzy oraz fundusze szukają alternatywnych możliwości ekspansji.
– Przykładem tego mogą być rewitalizacje budynków czy wręcz całkowite rozbudowy, przebudowy, stawianie nowych inwestycji w miejsce starych budynków – mówi Daniel Puchalski. – W rękach osób prywatnych i firm niezwiązanych z nieruchomościami jest pewna ilość gruntów, która być może trafi na rynek. Niestety, akurat ta część jest obciążona roszczeniami reprywatyzacyjnymi.
W mieszkaniówce nadchodzący rok będzie również okresem rozkwitu najmu instytucjonalnego, do czego przyczynią się m.in. prace nad przyjęciem projektu ustawy o firmach inwestujących w najem nieruchomości, zwanych polskimi REIT-ami.
– Duże, profesjonalne firmy już zaczynają zmieniać rynek najmu mieszkań i będą to robić w jeszcze większym stopniu. Jesteśmy przekonani, że w 2019–2020 roku rynek najmu mieszkań i condohoteli bardzo się zinstytucjonalizuje – ocenia dyrektor działu gruntów inwestycyjnych JLL.
Z danych JLL wynika, że w sześciu największych aglomeracjach Polski (Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi) deweloperzy sprzedali w ubiegłym roku 65 tys. mieszkań. To o 11 proc. mniej niż przed rokiem, ale jednocześnie to drugi najlepszy wynik w historii polskiej branży deweloperskiej. Deweloperzy mieszkaniowi mieli duże trudności z uzupełnieniem banków ziemi, a niska dostępność terenów wywindowała ceny do poziomów niepozwalających wielu inwestorom na osiągnięcie oczekiwanych marż. Według analityków JL w tym roku deweloperzy będą realizować projekty i sprzedaż na poziomie zbliżonym do obserwowanego w 2018 roku. Liczba sprzedanych lokali będzie powoli spadać, ale ceny mieszkań pozostaną stabilne.
Na rynku biurowym przybyło w ubiegłym roku 744 tys. mkw. nowej powierzchni, z czego ponad 500 tys. mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą. W rezultacie łączne zasoby powierzchni w kraju przekroczyły 10 mln mkw. W tym segmencie wysoka aktywność najemców i spadający wskaźnik pustostanów będą sprzyjać dalszemu zainteresowaniu zakupami gruntów biurowych oraz starszych budynków z możliwością ich rewitalizacji
Na rynku nieruchomości handlowych postępuje konsolidacja. Przejmowanie obiektów konkurencji i rebranding to dla inwestorów alternatywny wobec zakupu gruntów inwestycyjnych sposób na pozyskanie przestrzeni do dalszej ekspansji. Według danych JLL w ubiegłym roku na polskim rynku przybyło 435 tys. mkw. nowej powierzchni handlowej, a jej łączne zasoby przekraczały 14 mln mkw.
Eksperci wskazują również na duży potencjał rozwoju nieruchomości hotelowych. W ubiegłym roku zainteresowaniem inwestorów cieszyły się nie tylko grunty, lecz także kamienice i inne budynki nadające się do przebudowy pod wszystkie typy oraz standardy hoteli w największych miastach. Według prognoz JLL w ciągu nadchodzących 3 lat liczba miejsc noclegowych w Polsce powinna się zwiększyć o 30 proc.
IT to dziś jedno z głównych narzędzi służących budowaniu przewagi konkurencyjnej na rynku – zauważa CEO Hicron Michał Guzek. Jak podkreśla, biznes wymaga obecnie coraz bardziej złożonych, zintegrowanych rozwiązań, które będą dostarczane niemal natychmiastowo, co jest wyzwaniem dla firm z branży IT. Natomiast w nadchodzących latach rynek usług IT będzie ewoluował w stronę technologii opartych na machine learning, blockchain czy sztucznej inteligencji, która w krótkiej perspektywie może nawet zmarginalizować zawód programisty.
– Zmiany na rynku informatycznym przede wszystkim mają szybkość, skalę i zmienność, z jaką nie zetknęliśmy się do tej pory. To wszystko nie rośnie, nie zmienia się liniowo, ale wykładniczo. Z rynkiem informatycznym jest w tej chwili trochę tak, jak ze wzrostem wolumenów danych na świecie, przeskok jest już porażający. To duże wyzwanie i żeby mu sprostać, standardowe podejście przestaje już wystarczać – mówi agencji Newseria Biznes Michał Guzek, CEO Hicron.
Jak podkreśla, rynek informatyczny jest swoistym papierkiem lakmusowym biznesu. IT to jedno z głównych narzędzi służących do budowania przewagi konkurencyjnej na rynku. Dlatego dzisiaj – w kontekście rynku informatycznego – coraz rzadziej mówi się o kolejnych przełomowych technologiach, takich jak blockchain, big data czy internet rzeczy, a raczej podkreśla się ich wpływ na biznes i działanie firm.
– Tak naprawdę największą rewolucją, która stoi przed IT, są wymagania biznesu. Biznes wymaga z jednej strony bardzo złożonych, zintegrowanych rozwiązań, a z drugiej strony – wymaga ich tu i teraz. Jesteśmy w stanie te rozwiązania dostarczyć, ale tu i teraz pozostaje największym wyzwaniem – mówi Michał Guzek.
Odpowiedzią na oczekiwania firm są rozwiązania chmurowe i abonamentowe, które pozwalają szybko wdrażać zaawansowane usługi IT. Jednocześnie ekspert zwraca uwagę na to, że firmy świadczące usługi informatyczne mają dziś do wyboru dwie strategie biznesowe. W czasach zglobalizowanej konkurencji można konkurować albo ceną, albo drugą metodą: specjalizacją, wiedzą branżową, byciem ekspertem, czyli koncentracją na kliencie i świadczeniem usług, które mają charakter kompleksowy.
– Niewiele można już zoptymalizować w procesach logistycznych, większość firm po 20–30 latach optymalizacji niewiele może już zrobić w podstawowej działalności operacyjnej. Natomiast technologia, pojawiające się zmiany, trend koncentracji na kliencie i pozyskiwania informacji spoza organizacji, próby łączenia tych światów – to elementem strategii, gdzie wyłącznie IT jest w stanie pomóc – mówi Michał Guzek.
Jak ocenia, rynek usług IT będzie ewoluował w stronę takich technologii opartych na machine learning czy blockchain, którego pierwsze komercyjne zastosowania dopiero się pojawiają.
– Na pewno sztuczna inteligencja jest elementem, który będziemy spotykać nie tylko w filmach science fiction, lecz także w codziennej działalności operacyjnej – mówi Michał Guzek. – Jest ona w stanie zrewolucjonizować zarówno sposób prowadzenia biznesu, jak i samą branżę IT. Jestem w stanie wyobrazić sobie złożone i zaawansowane narzędzia, które same analizują miliony wytworzonych linii kodów i same piszą programy, co trochę jest też zagrożeniem dla nas, informatyków.
W perspektywie nadchodzących lat sztuczna inteligencja może się przyczynić do tego, że zawód programisty straci na znaczeniu, jednak – jak podkreśla ekspert – IT opiera się nie tylko na twardych umiejętnościach, lecz także kompetencjach miękkich. Stąd branża nie ma większych powodów do obaw, jeżeli skupia się na dostarczaniu kompleksowych usług i wartości dodanej dla rozwoju biznesu.
– Staramy się być tym butikiem, łączyć wiedzę technologiczną z rozumieniem biznesu, syntetyzować to i być partnerem dla firm. Dlatego mam nadzieję, że jeszcze chwila minie, zanim jakaś maszyna będzie w stanie nas w tym zastąpić, ponieważ tu jest wymaganych bardzo dużo cech miękkich. Natomiast spodziewam się, że zawód kodera dość szybko, w ciągu kilku lat, może stracić na znaczeniu – mówi Michał Guzek.
Ubiegły rok był rekordowy dla branży leasingowej, która zanotowała blisko 22-proc. wzrost i sfinansowała aktywa o wartości 82,6 mld zł. Motorem napędowym rynku pozostaje segment lekkich pojazdów, który odnotował wzrost o 31 proc. Przyczyniły się do tego zapowiedzi zmian w PIT i CIT dotyczące użytkowania samochodów w działalności gospodarczej. W tym roku największy wzrost sprzedaży powinien się przenieść do segmentu maszyn i urządzeń – zwłaszcza w kategoriach agro i maszyn budowlanych. Eksperci Santander Leasing prognozują, że mimo spowolnienia gospodarki branża leasingowa zanotuje 5,5–7 proc. wzrostu.
– Dla branży leasingowej 2018 rok był kolejnym, rekordowym okresem jeżeli chodzi o wzrost obrotów. Rosnące PKB, malejące bezrobocie, wzrost nakładów na konsumpcję i inwestycje spowodowały, że dynamika wzrostu rynku leasingu rok do roku wyniosła 21,8 proc., a branża zanotowała kolejny rekord sprzedaży – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Poręcki, dyrektor sprzedaży vendorsko-dealerskiej w Santander Leasing.
W ubiegłym roku firmy raportujące do Związku Polskiego Leasingu sfinalizowały transakcje o łącznej wartości 82,6 mld zł. Wzrost na poziomie 21,8 proc. roku do roku był najwyższy, jaki branża odnotowała od 11 lat. Natomiast łączna wartość umów obsługiwanych przez sektor leasingowy na koniec ubiegłego roku wyniosła 146,6 mld zł, co z kolei oznacza 22,8-proc. wzrost.
Tak dobre wyniki to w dużej mierze zasługa rekordowego finansowania pojazdów osobowych i dostawczych do 3,5 tony, które utrzymują największy udział w rynku na poziomie 48,4 proc. W ubiegłym roku wartość aktywów sfinansowanych w tym segmencie wyniosła 39,9 mld zł, co oznacza ponad 30-proc. wzrost. Przyczyniły się do niego m.in. zapowiedź i wejście w życie od stycznia br. zmian podatkowych w PIT i CIT, dotyczących używania samochodów w działalności gospodarczej.
Drugi czynnik, który podkręcił wyniki branży, to niesłabnące zainteresowanie przedsiębiorców finansowaniem maszyn i innych urządzeń (26,3 proc. udział w rynku) oraz środków transportu ciężkiego (23,7 proc.). Łączna wartość maszyn i urządzeń sfinansowanych przez branżę leasingową w ubiegłym roku wyniosła 21,7 mld zł i była wyższa o 17,7 proc. Wpłynął na to m.in. wzrost produkcji przemysłowej, przyspieszenie w wydawaniu funduszy unijnych, wyraźne przyspieszenie inwestycji sektora publicznego oraz dużych i średnich firm. Dane ZPL pokazują, że w segmencie maszyn i urządzeń rekordową popularnością cieszyło się finansowanie sprzętu budowlanego (wzrost o 45,4 proc. rdr.), medycznego (39,1 proc.), maszyn rolniczych (18,2 proc.) oraz IT (blisko 10 proc.).
– Spodziewamy się, że w 2019 roku rynek leasingowy nadal będzie rosnąć, natomiast – mając na uwadze nieco słabsze prognozy wzrostu PKB – wiemy, że ta dynamika nie będzie już tak imponująca jak w poprzednich latach. Zakładamy, że wzrost branży leasingowej powinien oscylować na poziomie 5,5–7 proc. rok do roku – prognozuje Jakub Poręcki.
Według ekonomistów Santander Bank Polska w tym roku – pomimo spowolnienia gospodarki do poziomu około 4 proc. – krajowe inwestycje nadal będą wzrastać dzięki dostępnym jeszcze środkom UE. Jak podkreśla ekspert, głównym przedmiotem leasingu nadal będą pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 tony.
– Najbardziej dynamicznych wzrostów w tym roku spodziewamy się w segmencie agro oraz maszyn i urządzeń – ocenia Jakub Poręcki.
Santander Leasing, jeden z liderów polskiego rynku leasingu, w 2018 roku rósł szybciej niż cała branża. Odnotował prawie 30-proc. wzrost dynamiki sprzedaży rok do roku, finansując aktywa o rekordowej wartości 5,4 mld zł.
– Kluczowy był dla nas rynek pojazdów, na którym osiągnęliśmy dynamikę wzrostu rzędu 45 proc. Tutaj kluczowym obszarem były samochody osobowe, gdzie nasza dynamika wyniosła aż 70 proc., a obroty wzrosły z 1,1 mld zł do 1,9 mld zł na koniec ubiegłego roku – mówi dyrektor sprzedaży vendorsko-dealerskiej Santander Leasing.
Ekspert ocenia, że jednym z czynników napędzających rynek leasingu w tym roku będzie ciągle rosnąca świadomość inwestorów, którzy – poznając zalety tej formy finansowania – decydują się na nią coraz częściej.
Spółki węglowe i energetyczne straciły w ubiegłym roku ponad jedną piątą swojej wartości. Z samego tylko portfolio OFE zniknęło poprzez te aktywa 800 mln zł – wynika z analiz Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. Tymczasem w tym roku zaczynają się tworzyć Pracownicze Plany Kapitałowe, które również mogą chcieć lokować środki w sektorze wydobywczym i energetycznym. Według ekspertów Fundacji byłoby to nie tylko nieekonomiczne, lecz także nieetyczne działanie.
– Z naszej analizy wynika, że otwarte fundusze emerytalne wciąż nabywały aktywa spółek sektora węglowego pomimo spadających cen notowań akcji tych podmiotów w 2018 roku, tym samym narażając się na ryzyko finansowe związane ze zmianami klimatu i nie odpowiadając na dylemat natury etycznej, jaki wiąże się współcześnie z inwestowaniem w aktywa paliw kopalnych, a w szczególności sektora węglowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Chudzyński, analityk i kampanier z Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. – Przeglądając wyniki OFE, zauważyliśmy, że z wyjątkiem jednego wszystkie one na przestrzeni zeszłego roku nabywały dodatkowe akcje.
Jak podaje fundacja na podstawie analizy publikowanych w styczniu raportów przedstawiających roczną strukturę aktywów OFE, wartość posiadanych przez fundusze aktywów głównych węglowych spółek wydobywczych i energetycznych na koniec 2018 roku spadła o blisko 11 proc. w porównaniu do grudnia 2017 roku. Nie jest to jednak efektem sprzedaży części akcji, a silnego trendu spadku wartości węglowych spółek. Indeks WIG-Górnictwo, w skład którego wchodzą KGHM, Bogdanka, JSW i Prairie Mining, stracił w 2018 roku niemal 22,6 proc., natomiast WIG-Energia złożony z jedenastu spółek stracił niemal 20 proc.
Z 5,9 mld zł węglowych aktywów (dane na koniec 2018 roku; rok wcześniej wartość ta wynosiła 6,7 mld zł) w portfolio funkcjonujących w Polsce OFE 60 proc. znajdowało się w portfelach OFE Nationale-Nederlanden (1,7 mld zł), PZU Złota Jesień (1,09 mld zł) oraz Aviva Santander (1,06 mld zł). Trzy największe fundusze są także liderami pod względem zaangażowania w Energę i Eneę, czyli spółki realizujące projekt Ostrołęka C, w spółki prowadzące odkrywkowe kopalnie węgla brunatnego – PGE i ZE PAK, jak również w producentów węgla.
– Z danych i z tej tendencji, którą obserwujemy na podstawie naszych corocznych analiz, można wyciągnąć wniosek, że ten strumień inwestycji będzie na jakimś poziomie utrzymywany – mówi Jan Chudzyński. – Tak samo w tym roku, pomimo spadku cen akcji, cały czas były one nabywane. To jest oczywiście problematyczne, zarówno z punktu widzenia opłacalności tej inwestycji, jak i na poziomie etycznym.
Analityk przytacza tu doświadczenia Wielkiej Brytanii, które pokazują, że trend inwestowania w aktywa węglowe pomimo wątpliwej rentowności tych inwestycji, da się odwrócić. W 2018 roku brytyjski nadzór nad funduszami emerytalnymi zaczął pracować nad regulacjami, które mają wręcz zachęcać zarządzających funduszami do tego, by w swoich decyzjach inwestycyjnych zdecydowanie w większym stopniu przyglądali się przyszłym klimatycznym czynnikom ryzyka w sektorze paliw kopalnych.
Kwestia tych inwestycji w Polsce pozostaje istotna z punktu widzenia PPK, czyli pracowniczych planów kapitałowych, które zaczną się pojawiać na rynku jeszcze w tym roku. Będą one wprowadzane w poszczególnych firmach stopniowo do 2021 roku i mają umożliwić oszczędzanie na emeryturę ponad 11 milionom Polaków. Fundacja „Rozwój TAK – Odkrywki NIE” obawia się, że również gromadzone na kontach tych instytucji środki mogą być inwestowane w akcje firm przyczyniających się do zanieczyszczania środowiska, zwłaszcza że ustawa zobowiązuje PPK do inwestowania co najmniej 40 proc. części akcyjnej środków w spółki z WIG20, w skład którego wchodzą spółki węglowe i energetyczne.
– Jako potencjalny klient wolałbym, żeby moje wkłady w ten plan emerytalny nie były inwestowane w aktywa węglowe. Mogę się posłużyć danymi, które uzyskaliśmy dzięki naszej analizie, które pokazują, że w przypadku niektórych spółek 15–20 proc. ich akcji jest we władaniu OFE. Podatność na zmiany cen akcji spółek węglowych jest odczuwana w tym portfelu, więc myślę, że nie jest to najlepszy pomysł – argumentuje analityk Fundacji. – Inwestycje w ten sektor nie wydają się mieć wielkiej przyszłości. Poza kwestią finansową mamy też kwestie natury etycznej. W krajach Europy Zachodniej odchodzenie od inwestycji w sektor węglowy jest konsekwencją nie tyle głębokich analiz zarządzających funduszami, ile pewnej presji społecznej, ducha czasu i zmiany podejścia do tego typu inwestycji.
Od ośmiu lat stale rośnie liczba odchudzających się dzieci. Obecnie diety, które mają zredukować wagę, stosuje co czwarte polskie dziecko, ponad 20 proc. myśli natomiast o ich wprowadzeniu. W większości przypadków jadłospisy ułożone są nieprawidłowo i codzienne posiłki nie dostarczają dzieciom niezbędnych do prawidłowego rozwoju składników odżywczych. Może to skutkować zahamowaniem wzrostu, zaburzeniami koncentracji, osteoporozą, odwodnieniem, a nawet depresją – podkreślają eksperci Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej.
Zaburzenia odżywiania na całym świecie stają się coraz poważniejszym problemem. Według danych The Renfrew Center Foundation for Eating Disorders cierpi na nie ok. 70 mln ludzi. Klasyfikowane przez WHO jako zaburzenia psychiczne dotykają przede wszystkim ludzi młodych, coraz częściej nawet dzieci.
Ogólnopolskie Centrum Zaburzeń Odżywiania informuje, że próby odchudzania ma za sobą 33 proc. polskich nastolatków, 40 proc. obawia się otyłości, a blisko 30 proc. odczuwa jadłowstręt. Zgodnie z danymi Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej w Polsce od 2010 roku stale wzrasta liczba odchudzających się dzieci – obecnie do radykalnego obniżenia wagi dąży co czwarty młody Polak.
– Jeżeli do tych dzieci odchudzających się dołączymy dzieci, które myślą o tym, żeby się odchudzać, których jest około 22 proc., to mamy prawie 50 proc. dzieci zagrożonych zaburzeniami odżywiania. Najczęściej te dzieci stosują nieracjonalne diety, które właśnie do takich zaburzeń prowadzą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Siuba-Strzelińska, zastępca kierownika Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej.
Odchudzają się przede wszystkim dziewczęta. Z danych Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej do stosowania diet skłonne są przede wszystkim piętnastolatki – dziewczęta w tym wieku odchudzają się nawet trzykrotnie częściej niż ich młodsze o cztery lata koleżanki. Dziewczynki w wieku nastoletnim przywiązują znacznie większą wagę do wyglądu niż chłopcy, częściej też odczuwają niezadowolenie z własnego ciała.
– Chłopcy, jeżeli już podejmują próby odchudzania, to one są czasami zdrowsze – oni jednocześnie włączają aktywność fizyczną, dlatego że zależy im na dobrych wynikach w sporcie. Dziewczęta tak nie działają, dla dziewcząt bardzo ważna jest samoocena, a poza tym podszepty koleżanek – mówi Magdalena Siuba-Strzelińska.
Eksperci zwracają uwagę na to, że nieracjonalne odchudzanie może mieć poważne konsekwencje zdrowotne, zarówno w zakresie zdrowia fizycznego, jak i psychicznego. Organizm nastolatków wciąż się rozwija i potrzebuje składników odżywczych w odpowiedniej ilości, przede wszystkim białka, nienasyconych kwasów tłuszczowych, wapnia i magnezu. Ich brak powoduje w pierwszym rzędzie osłabienie i brak koncentracji – w efekcie dziecko ma znacznie gorsze wyniki w nauce.
– Kolejnym efektem, który jest zauważalny zarówno u dzieci, jak i dorosłych, jest wypadanie włosów, pogorszenie się stanu skóry, paznokci. To są efekty, które są dosyć szybko zauważalne – mówi Magdalena Siuba-Strzelińska.
Do konsekwencji nieracjonalnego odchudzania należy także zahamowanie wzrostu, osteoporoza w wieku dorosłym, odwodnienie, upośledzenie działania układu pokarmowego. U dziewcząt mogą wystąpić zaburzenia cyklu menstruacyjnego, w skrajnych przypadkach prowadzące do niepłodności lub trudności z utrzymaniem ciąży. Wiele nastolatków cierpi również na depresję, niekiedy połączoną z tendencją do autoagresji.
Tylko jeden nieszczelny kran, z którego woda ścieka z częstotliwością kropli na sekundę, oznacza stratę nawet 5 tys. litrów w ciągu roku. Nieszczelna spłuczka to kolejne 800 litrów straty. Dzięki technologii opartej na sztucznej inteligencji można łatwo wykryć wyciek wody i zidentyfikować urządzenie, którego dotyczy problem. System odetnie dopływ wody do tej strefy bez wyłączania całej instalacji. Wykrycie nieszczelności zajmuje kilka sekund i pozwala znacznie zaoszczędzić na rachunkach za wodę.
– Flowbox Interactive to inteligentna instalacja wodna. Wykorzystując algorytm uczenia maszynowego, nasza technologia pozwala na wykrycie nieszczelności w układzie i dokładne rozpoznanie jej lokalizacji. Dane trafiają następnie do aplikacji mobilnej, co pozwala użytkownikowi otwierać i zamykać zawory wodne za pomocą smartfona – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Alexandra Wagner z firmy Flovea.
Na rynku pojawia się coraz więcej inteligentnych urządzeń, które poprawiają jakość życia. Domy, w tym łazienki, stają się coraz bardziej smart. Częścią urządzeń można już sterować komendami głosowymi lub odpowiednim ustawieniem w aplikacji. Jeszcze inne uczą się nawyków domowników i same ustawiają odpowiedni strumień wody o określonej temperaturze.
Urządzenie Flowbox to inteligentny system hydrauliczny. Dzięki algorytmowi uczenia się, system bada nawyki użytkownika i sposób działania sieci przez sześć tygodni po zainstalowaniu. Po tym czasie w ciągu kilku sekund wykryje wyciek i dokładne miejsce jego wystąpienia.
– Gdy nieszczelność w układzie pojawi się np. w okolicy prysznica, dzięki systemowi możliwe będzie odcięcie dopływu wody do tej strefy bez wyłączania całej instalacji. Można również w dowolnej chwili sprawdzić bieżące odczyty zużycia i związanych z nim kosztów, a nawet ustawić wartości docelowe, gdy chcemy ściślej kontrolować nasze korzystanie z wody – tłumaczy Alexandra Wagner.
Urządzenie zapewnia pomiar wielu parametrów w sieci hydraulicznej, takich jak temperatura, przepływ i ciśnienie wody. Po zebraniu informacji przetwarza dane za pomocą inteligentnego algorytmu uczenia, który umożliwia dostosowanie go do każdego konkretnego użytkownika. Jest wówczas w stanie wykryć wyciek, a informacje przekazuje na aplikację mobilną, z którą jest połączony. Dzięki temu każdy użytkownik może sam decydować o przepływie wody, np. otworzyć lub zamknąć zawory czy ustawić docelowe zużycie.
– Technologia wykorzystuje algorytm uczenia się i mierniki umieszczone na każdej rurze przebiegającej przez urządzenie. Dzięki połączonym odczytom na podstawie ciśnienia można określić, czy w układzie wszystko działa tak, jak należy. Wystarczy tylko kropla, żeby wykryć, że doszło do rozszczelnienia instalacji i przesłać natychmiastowe powiadomienie na telefon – wskazuje ekspertka. – Urządzenie jest bardzo szybkie. Wykrycie nieszczelności zajmuje kilka sekund, dokładność sięga 0,008 mm na sekundę – przekazuje.
Według obliczeń Sweco Polska nieszczelny kran, z którego wycieka jedna kropla na sekundę, to straty ok. 5 tys. litrów wody w ciągu roku. Z kolei w nieszczelnej toalecie, przy założeniu, że strużka wyciekającej wody ma ok. 1 mm grubości, to w ciągu godziny wypłynie ok. 9 litrów wody, w ciągu doby – 216 litrów, czyli po brzegi pełna wanna. W ciągu roku będzie to niemal 800 wanien. To zaś oznacza ogromne obciążenie budżetu w każdym gospodarstwie domowym.
– Rośnie świadomość związana z faktem, że zasoby wody nie są nieograniczone, a opracowując nasze produkty chcemy promować ich bardziej świadome wykorzystanie – ocenia Alexandra Wagner. – Produkt jeszcze nie trafił na rynek. Planujemy zaoferować go klientom na Bliskim Wschodzie, w Europie, Kanadzie i USA od początku maja – zapowiada ekspertka.
Według Transparency Market Research rynek automatyki domowej do 2026 r. osiągnie wartość 116 mld dol.
Technologia ubieralna jest coraz bardziej zaawansowana. Najnowsze inteligentne zegarki służą już nie tylko do monitorowania treningów sportowych, lecz także sprawdzą się w roli osobistych asystentów, urządzeń do pomiaru parametrów zdrowia czy wykrywania wczesnych oznak zawału. Opaski zakładane na głowę potrafią z kolei reagować na pracę mózgu, co przełoży się na aktywność umysłową np. w trakcie medytacji.
Gadżety do noszenia stają się coraz bardziej inteligentne i innowacyjne. Indyjska firma technologiczna GOQii stworzyła asystenta, który jest w stanie od podstaw przygotować biegaczy do udziału w maratonach oraz innych zawodach biegowych. Run GPS to klasyczna opaska sportowa, która oprócz pomiaru podstawowych parametrów życiowych pozwoli ułożyć profesjonalny, trzymiesięczny plan treningowy.
Najnowsze zegarki Apple Watch wyposażono z kolei w moduł EKG, który monitoruje pracę serca użytkownika i jeśli wykryje wczesne objawy zawału – informuje o tym najbliższych. Naukowcy z University of Wisconsin-Madison poszli o krok dalej i skonstruowali opaskę leczniczą z nanogeneratorem wytwarzającym prąd z tarcia powstającego podczas noszenia urządzenia. Pozyskana energia przesyłana jest do plastrów wyposażonych w elektrody przyspieszające gojenie się ran.
Technologie ubieralne mogą pomóc także w medytacji. Opaska Muse wyposażona jest w moduł EEG, który nieustannie dokonuje pomiaru aktywności elektrycznej mózgu. Zebrane dane pozwalają ustalić aktualny poziom skupienia podczas ćwiczeń. Dzięki tym informacjom asystent medytacyjny może na bieżąco modyfikować ścieżkę dźwiękową, dopasowując ją do nastroju i poziomu koncentracji użytkownika.
– Muse to opaska reagująca na pracę mózgu, która rozpoznaje aktywność umysłową w trakcie medytacji i przekłada ją na dźwięki pogody. Kiedy coś nas rozproszy, znajdziemy się w środku burzliwego frontu, a gdy uda nam się znów skupić na swoim oddechu i wyciszyć, to i pogoda, którą słyszymy, zacznie się uspokajać. Nowe urządzenie jest wyposażone w trzy nowe czujniki, które pozwalają na monitorowanie tętna, tempa oddechu i ruchu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Nadia Kumentas z firmy Interaxon.
Prawdziwym przełomem w sektorze technologii ubieralnych są urządzenia pełniące funkcję interfejsu mózg–komputer. Prototypowa opaska Edge od firmy Humm monitoruje aktywność mózgu i wykorzystuje impulsy elektryczne do stymulowania kory przedczołowej użytkownika. Wczesne testy urządzenia wykazały, że kilkuminutowa sesja stymulacyjna może na kilka godzin poprawić zdolności poznawcze o 10–20 proc. Edge jest jednak dopiero w fazie testów, urządzenie nie przeszło jeszcze procesu certyfikacyjnego, który dopuściłby je do powszechnego użycia.
Tymczasem na popularności zyskują takie opaski jak Muse, które monitorują aktywność mózgu i nie ingerują bezpośrednio w jego pracę. Podobnie jak opaski sportowe pełnią rolę wspomagającą wykonywanie konkretnych czynności.
– Muse pozwala się nauczyć medytacji i skupienia. Wiele osób rozpoczynających swoją przygodę z medytacją nie ma pewności, czy robi wszystko tak, jak należy, ponieważ trudno jest to ocenić samodzielnie. Dlatego opracowaliśmy to narzędzie, które pozwala uzyskiwać wyniki, a na końcu tworzy raporty, dzięki czemu wiemy, przez jak długi czas udało nam się wyciszyć – mówi Nadia Kumentas.
Z badań przeprowadzonych przez Market Research Engine wynika, że w najbliższych latach branża technologii ubieralnych będzie się rozwijać w tempie 15 proc. w skali roku, a do 2022 roku osiągnie wartość ponad 51 mld dol.
Prowadząc biznes internetowy, musimy praktycznie nieustannie troszczyć się o to, by jak najlepiej radził sobie na tle konkurencji. Aby tak się jednak stało, nasza strona lub sklep internetowy muszą działać bez zarzutu, zarówno w odniesieniu do samego użytkownika, jak i robotów Google. Dzięki temu, stają się one lepiej widoczne, a nasi potencjalni klienci mogą się po nich swobodnie poruszać, nie natrafiając na żadne problemy. Doprowadzenie do takiego stanu, wymaga jednak sporego wysiłku, a proces zbliżający nas do osiągnięcia celu, warto zacząć od profesjonalnego audytu SEO.
Audyt SEO – co to takiego?
Nasze rozważania należy zacząć od wytłumaczenia pokrótce, czym tak właściwie jest audyt SEO strony internetowej? Można stwierdzić, iż jest to swego rodzaju raport, w którym specjaliści z zakresu SEO (ang. Search Engine Optimization) umieszczają informacje na temat wykrytych przez nich błędów w optymalizacji strony internetowej oraz zalecanych poprawek i usprawnień.
W jakim celu wykonuje się taki audyt? Zawarte w nim dane są wykorzystywane do tego, aby w jak największym stopniu ulepszyć stronę pod względem jej zgodności z wymogami wyszukiwarek internetowych oraz czytelności kodu dla robotów wyszukiwarek. Wszystkie zalecane poprawki są oparte na standardach i wytycznych stworzonych przez Google, a w efekcie zwiększa się widoczność strony w wynikach naturalnych wyszukiwarki.
Jaki jest zakres SEO audytu?
Trzeba pamiętać, że każdy audyt SEO strony internetowej będzie nieco inny. Większość agencji SEO opiera się jednak na swoich wewnętrznych szablonach, które pomagają im usystematyzować i przyśpieszyć taką analizę. Dla klienta najważniejsze powinno być jednak to, aby taki raport zawierał jak najwięcej konkretów. A zatem jakie elementy sprawiają, że strona internetowa nie osiąga wysokich pozycji w Google oraz co dokładnie powinniśmy zrobić, aby to zmienić. Dzięki temu, osoba odpowiedzialna za ostateczne wprowadzenie poprawek, otrzyma jasne i klarowne wytyczne dotyczące swoich działań.
Do jakich kwestii może się odnosić taki audyt? Są to na przykład: właściwie dobrane tytuły i opisy podstron, ustawienia adresów kanonicznych, opracowanie właściwych komend oraz wytycznych dla robotów wyszukiwarek, poprawne ustawienie przekierowań wewnątrz serwisu w zgodzie ze standardami, czy też analiza prędkości ładowania się strony internetowej.
Koszty
Tak naprawdę, to ile będziemy musieli zapłacić za profesjonalny audyt SEO strony internetowej, zależy przede wszystkim od stopnia jej skomplikowania. Jeśli posiadamy bardzo prosty serwis, składający się z maksimum kilkunastu podstron, taka usługa może nas kosztować kilkaset złotych. Natomiast audyt bardziej skomplikowanej strony lub sklepu internetowego, wymaga znacznie większych nakładów pracy, dlatego w tym przypadku koszt dobrej usługi tego typu może wynosić nawet kilka tysięcy złotych.
Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że profesjonalne wykonanie takiego audytu jest świetną inwestycją. W oparciu o zawarte w nim sugestie możemy wprowadzić zmiany, których efekty wpłyną na wzrost ruchu na stronie z bezpłatnych wyników wyszukiwania Google i jej lepszą pozycję na wybrane słowa kluczowe, pozwalające osiągnąć największe przychody.
W czerwcu upłyną trzy lata od referendum, w którym Brytyjczycy zdecydowali się na wyjście z Unii Europejskiej. Choć krok ten zaplanowano na koniec marca 2019 roku, wciąż nie osiągnięto porozumienia co do zasad, na jakich ma się to odbyć. Jedną ze spornych kwestii jest dostęp do unijnego systemu satelitarnego Galileo.
Galileo jest nowoczesnym europejskim systemem nawigacji satelitarnej umożliwiającym bardzo precyzyjne globalne pozycjonowanie oraz bardzo dokładny pomiar czasu. To alternatywa dla amerykańskiego systemu GPS, rosyjskiego GLONASS i chińskiego Beidou. Jednak w przeciwieństwie do nich jest kontrolowany przez instytucje cywilne. Ma oferować swoim użytkownikom znacznie wyższą precyzję pozycjonowania niż pozostałe systemy. Galileo zaczął działać w grudniu 2016 r., po 17 latach przygotowań. Obecnie na orbicie jest 22 z 30 docelowych satelitów. Planowana data osiągnięcia pełnej wydajności operacyjnej to 2020 rok.
Satelity i życie codzienne
System Galileo ma ogromny wpływ na życie ludzi. Jego satelity nie tylko ułatwiają prowadzenie samochodu, ale także pobieranie opłat drogowych i pomiar prędkości. W niedalekiej przyszłości umożliwi poruszanie się samochodami autonomicznymi i inteligentnymi. Jest pomocny także w nawigacji morskiej, w branży kolejowej oraz lotniczej. Wraz z rozwojem inteligentnych miast rośnie liczba jego zastosowań. Wykorzystuje się go na przykład do śledzenia pojazdów i ludzi czy wydarzeń odbywających się na określonej przestrzeni. Dzięki Galileo, informacje dotyczące lokalizacji, pochodzące m.in. ze smartfonów czy tabletów są wyraźnie bardziej precyzyjne. Ma to znaczenie szczególnie w miastach, gdzie wąskie uliczki i wysokie zabudowania często blokują sygnał satelitarny i ograniczają użyteczność wielu usług mobilnych. System ten ma swoje zastosowania także w rolnictwie. Pozwala maksymalnie zwiększyć wielkość plonów, poprawić produktywność, zoptymalizować zużycie nawozów oraz zmniejszyć wpływ rolnictwa na środowisko.
Ochrona z samego nieba
Paweł Rymaszewski (źródło ThoriumSpace)
– Galileo ma także istotny wpływ na zwiększenie bezpieczeństwa ludzi – mówi Paweł Rymaszewski, prezes Thorium Space, polskiego producenta satelitów i kosmicznych urządzeń telekomunikacyjnych. – Pozwala m.in. skrócić czas poszukiwania osoby zagubionej na morzu lub w górach z 3 godzin do zaledwie 10 minut, licząc od momentu aktywacji nadajnika ratowniczego. Jest też wykorzystywany w rozwiązaniach unijnej inicjatywy eCall – systemie, który automatycznie zawiadamia służby ratownicze w momencie zdarzenia drogowego. System Galieo jest także przydatny z punktu widzenia badań nad Ziemią przy pomocy różnych technik teledetekcji. Dzięki swoim funkcjonalnościom poszerza możliwości wykorzystania technologii do prowadzenia działań w tym trudnym środowisku.
Odsunięci na out
Do budowy europejskiego systemu nawigacji satelitarnej istotnie przyczyniły się również firmy brytyjskie. Jednak biorąc pod uwagę, że Galileo działa pod egidą Unii Europejskiej, Wielka Brytania opuszczając wspólnotę, utraci do niego dostęp. W przyszłości może postarać się o ponowne odpłatne włączenie do sieci na podobnych zasadach jak Szwajcaria czy Norwegia, które nie są członkami Unii, jednak należą do Europejskiej Agencji Kosmicznej, która współtworzyła Galileo.
Duże problemy mogą jednak mieć brytyjskie firmy, które mają podpisane kontrakty na dostawę sprzętu dla konstelacji Galileo, często warte wiele milionów euro. W momencie opuszczenia przez ich kraj struktur unijnych, realizacja tych umów zostanie wstrzymana. Inwestycje dotyczące Galileo są finansowane z budżetu Unii Europejskiej, co oznacza, że wszelkie zakupy mogą być dokonywane jedynie w krajach członkowskich UE. Zarejestrowane na Wyspach przedsiębiorstwa nie będą też mogły ubiegać się o zamówienia na budowę kolejnej grupy satelitów nawigacyjnych dla Wspólnoty Europejskiej. Stracą także dostęp do związanych z tym tajemnic technologicznych. Natomiast Wielka Brytania może otrzymać status obserwatora w agencjach realizujących unijny program kosmiczny, jednak bez możliwości wpływu na rozstrzygnięcia oraz wytyczne polityk tych organizacji. Straci też dostęp do bezpiecznej, zaszyfrowanej wersji systemu, do którego wgląd mają tylko rządy krajów Unii Europejskiej.
Zgubna polityka
Według szacunków trwałe zakłócenia w nawigacji satelitarnej kosztowałyby brytyjską gospodarkę 1 miliard funtów dziennie. Stąd też rząd Wielkiej Brytanii w obawie przed wykluczeniem brytyjskich podmiotów z programu Galileo na skutek Brexitu, ogłosił zamiar utworzenia własnego, odrębnego od Galileo, systemu nawigacji satelitarnej, który będzie w stanie zagwarantować Wielkiej Brytanii niezależną i suwerenną pozycję w kosmosie.
– Choć programy kosmiczne Unii Europejskiej, takie jak Galileo przynoszą brytyjskiej branży kosmicznej jedynie 2,5 proc. przychodów, to Brexit może tu bardzo zaszkodzić – uważa Paweł Rymaszewski . – Pogłębiający się konflikt będzie się wiązał ze znaczącymi opóźnieniami i wzrostem kosztów. Brytyjskie firmy zaangażowane w to przedsięwzięcie z pewnością dysponują dużą specjalistyczną wiedzą, umiejętnościami i zaangażowaniem. Dla świata nauki wielką szkodą będzie to stracić. Warto, by w przyszłości międzynarodowe inicjatywy, zwłaszcza w sektorze kosmicznym, wypracowały mechanizmy pozwalające bronić się przed takimi sytuacjami.
Znaczący gracz
Udział Wielkiej Brytanii w globalnym rynku kosmicznym sięga obecnie 5,1 proc. Jednak jego dynamika znacznie przewyższa światową branżę. Od 2007 roku skumulowany wzrost wyniósł tu 91 proc. w porównaniu ze wzrostem światowym wynoszącym 42 proc..
Sektor kosmiczny w Wielkiej Brytanii odnotował znaczący wzrost zysków, eksportu i zatrudnienia, przy łącznym dochodzie wynoszącym 14,8 miliarda funtów. Rozwija się szybciej niż reszta gospodarki jako całości. Od 2012 roku corocznie przybywa tu około 40 nowych firm działających w tej branży, a w ciągu dwóch ostatnich lat, mimo niepewności, liczba nowych miejsc pracy zwiększyła się tu o około 3,5 tys. Łącznie zatrudnionych jest ponad 40 tys. osób. Branża obsługuje w Wielkiej Brytanii również wiele innych sektorów o wartości około 300 miliardów funtów.
Przestrzeń kosmiczna to brytyjski sukces eksportowy, stanowiący ponad jedną trzecią (37 proc.) dochodu z handlu międzynarodowego. Wieloletnie członkostwo Wielkiej Brytanii w Europejskiej Agencji Kosmicznej, która jest niezależna od UE, generuje 29 proc. tego eksportu. Największy udział w eksporcie do poszczególnych krajów mają Francja i Stany Zjednoczone (odpowiednio 40 proc. i 8 proc.).
Nadawanie stanowi zaledwie połowę przychodów przemysłu kosmicznego (51 proc.), a wraz z dywersyfikacją sektora nastąpił silny wzrost w obszarach takich jak dostawa urządzeń i sprzętu wykorzystujących dane satelitarne.
Mniej awaryjne, bardziej wytrzymałe, cichsze, lżejsze, czystsze i bardziej ekologiczne – dzięki rozwojowi technologii polimerowych taka wizja samochodu spełnia się na naszych oczach. A jeszcze nie tak dawno plastik w kontekście motoryzacji kojarzył się z legendarnym trabantem i tanią stylistyką wnętrza.
Michał Obrębski i Hubert Kowalczyk, igus Polska
Motoryzacja nie stoi w miejscu. Rozwój napędów hybrydowych i elektrycznych, czy trendy takie, jak car-sharing zmieniają nasze wyobrażenia na temat samochodów. Ważnych zmian, które dokonują się w motoryzacji jest dużo więcej, choć nie wszystkie są tak widoczne dla użytkownika, czyli kierowcy. Wiele z nich zachodzi po cichu przy biurkach projektantów i innowatorów przemysłu. Przykładem są technologie polimerowe dedykowane branży automotive. Dzięki nim samochody stają się cichsze, mniej awaryjne i lżejsze – a więc w konsekwencji bardziej przyjazne człowiekowi i środowisku.
Koniec skrzypienia
Choć w obiegowej opinii metal wciąż wydaje się być ikoną trwałości, okazuje się, że wcale nie jest on niezastąpiony. W wielu miejscach polimery nie tylko z powodzeniem zajmują jego miejsce, ale są wręcz od niego lepsze. Polimerowe komponenty trafiają do coraz większej liczby elementów współczesnych samochodów: od mechanizmów regulacji foteli, opuszczania szyb, pracy wycieraczek (łożyska), przez karoserię – np. składany dach czy przesuwane drzwi (prowadniki kabli), po elementy mechaniczne: pedały gazu i hamulca nożnego i ręcznego, zawieszenie, układ kierowniczy. Tworzywa wkraczają dziś także w obszary, które do tej pory wydawały się wyłączną domeną metalu i aluminium, jak alternator (napinacz paska klinowego), turbosprężarka, skrzynia biegów, czy nawet silnik (zastawka w układzie wlotu powietrza).
– Elementy z tworzyw świetnie zastępują tradycyjne materiały, bo współczesne polimery są odporne nie tylko na czynniki chemiczne, jak oleje i kwasy, ale też na wysokie temperatury. Typowa temperatura silnika to ok. 90°C, w niektórych może sięgnąć 180°C, tymczasem są dostępne polimery, które mogą wytrzymywać nawet 250 stopni – mówi Michał Obrębski, ekspert igus Polska, firmy specjalizującej się w tworzeniu rozwiązań trybopolimerowych, czyli wykonanych z tworzyw pracujących w ruchu. Dodaje, że to tylko jedna z ich licznych zalet, których odkrywanie zaczęło się właśnie dzięki trybologii, czyli nauce o tym, jak zachowują się rożne materiały w trakcie poruszania się.
– Fakt, że metal jest odporny na rozciąganie wcale nie znaczy, że jest też odporny na tarcie (czy też wycieranie). Właśnie dlatego stalowe łożyska, zawiasy i inne elementy mechaniczne najczęściej wymagają smarowania. Nowoczesne polimery, które – mówiąc w uproszczeniu – zawierają smar w swoim składzie, nie wymagają smarowania. Nie ulegają więc korozji, są czystsze i pracują ciszej – wyjaśnia Michał Obrębski. – Jeśli w metalowym elemencie pojawi się trochę luzu, zaczyna stopniowo coraz bardziej skrzypieć lub stukać. Ten sam element z polimeru będzie się zachowywał nadal cicho, ponieważ jedną z właściwości tworzywa jest to, że dobrze tłumi drgania – dodaje ekspert.
Część, która mówi: „wymień mnie”
Jak informuje Marcus Feth, szef działu automotive iglidur bearings igus, już dziś każdy nowy samochód, jaki wyjeżdża z fabryki ma co najmniej jeden element trybopolimerowy. O tym, że popularność komponentów z tworzyw wykorzystywanych w motoryzacji będzie stale rosła świadczą także futurystyczne projekty, takie, jak siedzenia z możliwością obracania o 180 stopni, jakie projektuje się do samochodów autonomicznych (czyli jeżdżących bez kierowcy).
Fakt, że komponenty z tworzyw są średnio siedmiokrotnie lżejsze od stalowych odpowiedników, sprawia też, że są bezkonkurencyjne w samochodach elektrycznych, w których zmniejszanie masy ma kluczowe znaczenie w oszczędzaniu energii.
A to wciąż nie koniec zalet plastiku! Polimerowe komponenty są nie tylko ogromnie wytrzymałe i odporne na brud i korozję, ale też ok. 40 procent tańsze od metalowych, a dzięki szczegółowym testom wytrzymałościowym, mają przewidywalną żywotność.
– Możemy na przykład przewidzieć, że dana część pracując w konkretnym układzie samochodu wytrzyma niezawodnie do 10 milionów cykli ruchu w temperaturze otoczenia do 200 °C. Użytkownik może więc zaplanować, kiedy będzie trzeba dane łożysko czy prowadnik kablowy wymienić – mówi Hubert Kowalczyk, ekspert igus Polska zajmujący się m.in. rozwojem inteligentnych systemów monitorowania zużycia. Dodaje, że rozwój automatyki i elektroniki powoduje, iż już wkrótce polimerowe elementy maszyn będą mogły w czasie rzeczywistym monitorować i ostrzegać o swoim zużyciu. O ile w branży samochodowej to jeszcze dziś science fiction, o tyle w przemyśle, takie rozwiązania są już bliskie realizacji.
Może się więc okazać, że w niedalekiej przyszłości samochód będzie mógł nas poinformować nie tylko o zużyciu paliwa, niezapiętym pasie, nie zgaszonych światłach czy awarii silnika, ale też o tym, którą konkretnie część należy w nim wymienić ze względu na zużycie. Dodajemy, że mechanik, który będzie tej wymiany dokonywał, może to robić bez brudzenia rąk, czy wręcz w białych rękawiczkach.
CIEKAWOSTKA – polimery w trasie
W 2015 roku, z okazji 30-lecia powstania tworzywa iglidur, firma igus przeprowadziła nietypowy test „iglidur® w trasie”, w trakcie którego w podróż dookoła świata ruszył samochód smart wyposażony w 56 łożysk ślizgowych z tworzyw sztucznych. Autko pokonało już ponad 100 000 kilometrów na drogach 30 krajów z czterech kontynentów. W trakcie testu oprócz pustyń i lasów tropikalnych testowy smart odwiedził także Polskę. Testowy smart do dziś jest w trasie i wszystkie polimerowe elementy działają bez zarzutu, co chyba najlepiej udowadnia, jak świetnie sprawdzają się one w ekstremalnych drogowych warunkach.
Z analizy Instytutu Badawczego ABR SESTA wynika, że tylko 1% aptek oferuje medyczną marihuanę od ręki, a 9% – na zamówienie. Z kolei 25% farmaceutów prosi o kontakt w innym terminie. W większości przypadków zakup jest niemożliwy. W placówkach sieciowych dostęp do leku jest ponad dwukrotnie lepszy niż w pozostałych. Tam, gdzie nie można go zamówić, ponad 30% aptekarzy nie podaje żadnego powodu braku. Natomiast w blisko 70% aptek pacjent nie może się dowiedzieć, jak długo będzie musiał czekać na realizację recepty. Największa dostępność preparatu występuje w miastach liczących od 10 do 99 tys. mieszkańców i więcej niż 500 tys. Sceptyczne nastawienie do tematu najczęściej wykazują farmaceuci w ośrodkach, w których żyje od 100 do 499 tys. ludzi. Eksperci podkreślają, że surowiec farmaceutyczny oferuje tylko jedna z łódzkich hurtowni, z którą porozumiał się jedyny działający w kraju dystrybutor tego produktu.
Źródła problemu
W 62% badanych aptek pacjenci nie mogą kupić medycznej marihuany. Tomasz Witkowski ze Spectrum Cannabis Polska (jedyny działający w kraju producent leku) wyjaśnia, że pierwsza dostawa do Polski opiewała na 7 kg. Lek trafił w pierwszej kolejności do aptek, w których czekały recepty do realizacji. Natomiast Błażej Ajzert z Pharmapoint SA (jedyny na całą Polskę dystrybutor) zapewnia, że pozostała jeszcze niewielka rezerwa specyfiku. W ciągu kilku tygodni do Polski ma trafić nieco większa niż za pierwszym razem ilość medycznych konopi. Ograniczenia w dostawach wynikają z przewagi popytu nad podażą na światowym rynku.
– Na obecną chwilę surowiec farmaceutyczny oferuje tylko jedna z łódzkich hurtowni, z którą porozumiał się jedyny działający w kraju dystrybutor medycznej marihuany. Apteki z całej Polski mogą składać w niej zamówienia. Przy założeniu, że z czasem zainteresowanie tym specyfikiem wzrośnie wśród innych podmiotów na rynku, zwiększy się również jego dostępność dla chcących go zamawiać farmaceutów i samych pacjentów – stwierdza Tomasz Leleno, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Aptekarskiej.
Z badania wynika również, że zaledwie 1% aptek oferuje medyczną marihuanę od ręki, a 9% – na zamówienie. Z kolei w 25% aptek pytani przez telefon farmaceuci proszą o ponowny kontakt tego samego lub innego dnia. Chcą m.in. zorientować się, czy produkt jest dostępny w hurtowniach. Niektórzy wyjaśniają, że do tej pory nie mieli do czynienia z tematem bądź proponują przyjście do apteki w celu sprawdzenia recepty.
– Kupowanie tego specyfiku na zapas i liczenie na to, że akurat zjawi się pacjent z receptą jest mocno abstrakcyjne i ryzykowne. Dostępność preparatu w placówkach w Poznaniu i w Koninie jest związana z aktywnością jednej z sieci. Może, choć nie musi, to być dla niej swoistą reklamą – mówi dr Stefan Piechocki, Wojewódzki Konsultant w Dziedzinie Farmacji Aptecznej dla Wielkopolski.
Analiza Instytutu Badawczego ABR SESTA wykazała też, że w aptekach sieciowych jest zdecydowanie lepszy dostęp do specyfiku niż w pozostałych. Dotyczy to zarówno realizacji recepty od ręki, jak i na zamówienie. Nie ma większej różnicy, jeśli chodzi o liczbę farmaceutów, którzy proszą pacjentów o ponowny kontakt w sprawie leku. W ogóle nie można dostać specyfiku w 65% placówek niesieciowych i w 58% działających w ramach konkretnej sieci.
– Wiele aptek niesieciowych boryka się z rosnącymi problemami finansowymi. Często pracują w nich tylko właściciele, licząc na przetrwanie na rynku przy niewielkim dochodzie. I z tego prawdopodobnie wynika niechęć do nowości, na którą popyt jest niepewny. Farmaceuci obawiają się też, że z powodu braku refundacji leczenia ze strony NFZ nieliczni pacjenci mogą sobie pozwolić na zakup medycznej marihuany – zaznacza dr Piechocki.
Brakuje wiedzy?
Tam, gdzie nie można zamówić preparatu, 31% farmaceutów nie podaje żadnego powodu jego braku. Z kolei 22% mówi, że jest on dostępny wyłącznie w wybranych placówkach. Jednak Błażej Ajzert tłumaczy, że każda apteka w Polsce ma możliwość złożenia zamówienia na ten lek.
– Z badania wynika, że większość aptekarzy rzetelnie odpowiada na zadawane pytania i chce realnie pomóc – 74%. Niezainteresowanych tematem jest 14%, a sceptycznie nastawionych – 12%. Moim zdaniem, wielu farmaceutów może nie mieć pełnej wiedzy na temat tego specyfiku. Przez wiele miesięcy mówiło się, że jest nieosiągalny w Polsce i informacja o jego dostępności zapewne jeszcze nie dotarła do wszystkich – komentuje Tomasz Witkowski.
Jak podkreśla dr Paweł Jurowczyk z Instytutu Badawczego ABR SESTA, niepokojące jest też to, że aż 66% aptekarzy nie wie, jak długo pacjent będzie musiał czekać na realizację zamówienia. Tylko 7% farmaceutów informuje, że trwa to do tygodnia. Zaledwie 1% twierdzi, że lek jest dostępny na miejscu. I tyle samo badanych podaje, że czas oczekiwania wynosi do 4 tygodni lub do 3 miesięcy. Rozbieżności pomiędzy tym, co słyszą pacjenci w różnych placówkach, są naprawdę spore.
– Trzeba jednak podkreślić, że świadomość farmaceutów stale rośnie, m.in. dzięki szkoleniom organizowanym wspólnie przez Polish Institute of Medical Cannabis oraz samorząd aptekarski. Pierwsze tego typu zajęcia odbyły się już w Gdańsku i w Łodzi. Zainteresowanie uzupełnieniem wiedzy w tym obszarze zgłosili też farmaceuci z Krakowa, Rzeszowa, Kalisza, Lublina i Wrocławia. I w tych miastach zapewne również zostaną zorganizowane odpowiednie szkolenia – wskazuje Tomasz Leleno.
Lokalny lek?
Oszacowano, że największa dostępność leku od ręki jest w miastach mających od 10 do 99 tys. mieszkańców – 3%, a także w aglomeracjach powyżej 500 tys. ludności – 3%. Dr Jurowczyk wskazuje, że jest to związane z lokalizacją aptek sieci, która zadeklarowała obecność medykamentu na rynku detalicznym. Ponadto preparat najczęściej można zamówić w ośrodkach liczących od 10 do 99 tys. ludzi – 14%. Tak jest też w miastach, w których mieszka od 100 do 499 tys. osób – 14%.
– Dopóki w danej aptece nie zjawi się pacjent z receptą, farmaceuta raczej nie zamówi specyfiku po to tylko, żeby mieć go na stanie. Byłoby to zamrażaniem kapitału o określonym terminie ważności. Dopiero przypadek konkretnej osoby może uruchomić procedurę związaną z zamówieniem i sprowadzeniem leku do placówki. Jednak do takich sytuacji może rzadko dochodzić, bo lekarze ordynujący leki często sami wskazują chorym, gdzie są one dostępne – zauważa dr Piechocki.
Najwięcej próśb o ponowny kontakt z placówką występuje w miastach liczących od 10 do 99 tys. mieszkańców – 31%. Potem są najmniejsze miejscowości mające do 10 tys. ludności – 27%. Natomiast 69% aptekarzy z największych aglomeracji w Polsce mówi pacjentom, że nie można zamówić leku. Dr Jurowczyk zwraca uwagę na to, że większość farmaceutów stara się być pomocna dla pacjentów. I to jest właściwie najbardziej pocieszające w całej tej sytuacji.
– Z moich obserwacji wynika, że chorzy są gotowi przemierzyć nawet kilkaset kilometrów, żeby kupić lek. Najpierw oczywiście sprawdzają miejscowe apteki. To pokazuje, jak ważne dla pacjentów w Polsce było wprowadzenie na rynek medycznych konopi – podkreśla przedstawiciel z Pharmapoint SA.
Na pytanie, jak długo trzeba czekać na zamówienie, największe różnice dotyczą odpowiedzi „nie wiem”. Prym wiodą najmniejsze miejscowości liczące do 10 tys. mieszkańców – 85%. Natomiast wśród tych aptekarzy, którzy nie bardzo byli zainteresowani tematem, najwięcej niechęci odnotowano w aglomeracjach mających powyżej 500 tys. ludności – 20%. Z kolei sceptyczne nastawienie najczęściej przedstawiali farmaceuci w miastach, w których żyje od 100 do 499 tys. osób – 16%. Osoby, które starały się pomóc, były niemal wszędzie tak samo zaangażowane.
Badanie przeprowadził Instytut Badawczy ABR SESTA w dniach 28-30 stycznia 2019 roku. Dane do analizy zostały zebrane techniką CATI. Oznacza to, że ankieterzy przeprowadzili wywiady telefoniczne z farmaceutami. Odbyły się one we wszystkich województwach. Przy doborze próby uwzględniono wielkość miejscowości, a także podział na apteki sieciowe i niesieciowe. Łącznie analizie poddano 140 placówek.
Coraz bardziej realny staje się scenariusz wyjazdu części obywateli Ukrainy z Polski. Ma to związek z planowanymi w Niemczech ułatwieniami dla pracowników spoza UE. Trudno jeszcze przewidzieć skalę zjawiska, ale eksperci już ostrzegają przed jego negatywnymi skutkami. Ucierpi nie tylko rynek pracy, ale również – FUS. Tymczasem ZUS nie przygotowuje oddzielnych prognoz wpływów do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych ze składek cudzoziemców. Dziura finansowa w nim wprawdzie ostatnio zmalała, ale wciąż pozostaje spora. Możliwości poprawy sytuacji po wyjeździe Ukraińców nie brakuje. Jednak według ekonomistów szanse na ich szybkie i skuteczne wdrożenie są niewielkie.
Wróżenie z FUS-ów
W grudniu ub. roku rząd Angeli Merkel zatwierdził projekt ustawy ws. napływu fachowców do Niemiec. To istotny krok do wprowadzenia ułatwień związanych z zatrudnieniem pracowników spoza Unii Europejskiej. Jeśli przepisy zostaną przyjęte przez tamtejszy parlament, to zaczną obowiązywać już od 1 stycznia 2020 roku.
– Wyniki jednego z niedawnych badań wskazują, że 58% Ukraińców pracujących w Polsce rozważy wyjazd do Niemiec. Moim zdaniem, to nie będzie exodus, ale jednak spora grupa przeniesie się na zachód. Zadecydują o tym m.in. względy finansowe. U nas minimalne wynagrodzenie wynosi 14,70 zł brutto za godzinę, a tam – 9,19 euro, czyli blisko 3 razy więcej. I dlatego uważam, że to negatywnie wpłynie na Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, który dalej ma potężną dziurę w swoich finansach. W przekazie ministerialnym mówi się o poprawie sytuacji w nim, a on cały czas jest dotowany olbrzymimi kwotami – zauważa ekonomista Marek Zuber.
Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha
Jak podkreśla Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, dziura w FUS jest kategorią księgową. Można ją w każdej chwili zneutralizować. Dziś gospodarka kraju nie rozwija się zgodnie z posiadanym potencjałem. A tylko jej odblokowanie może dostarczyć więcej pieniędzy na rezerwę demograficzną. Przykładowo, Norwegia stworzyła specjalny fundusz dla przyszłych pokoleń, zabezpieczony przed pokusami osób sprawujących władzę. Regularnie wpływają do niego dochody z eksploatacji gazu i ropy. Ekspert jednak zaznacza, że FUS nadal pozostaje niezabezpieczony przed politykami, co już miało miejsce. Kolejne rządy są więc w stanie zrobić z nim praktycznie wszystko. To tylko kwestia bieżących potrzeb politycznych.
– Ułatwienia w Niemczech mają dotyczyć pracowników wykwalifikowanych spoza UE. Dokładnie nie wiadomo, ilu takich Ukraińców pracuje w Polsce. Według szacunków Narodowego Banku Polskiego, średnio rocznie przebywa u nas ok. 900 tys. obywateli tego państwa. Inne źródła wskazują, że jest ich co najmniej 2 czy 3 razy więcej. Bardziej obawiamy się zubożenia polskiego rynku pracy niż dotknięcia tym problemem Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – analizuje dr Leszek Juchniewicz, główny ekonomista Pracodawców RP.
Ukraińskie wpływy
321 789 to liczba pracowników, którzy w zgłoszeniu do ubezpieczeń emerytalno-rentowych podali obywatelstwo inne niż polskie. Zagraniczne pochodzenie wskazało też 17 096 osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą. Według stanu z 30 września 2018 roku, najliczniejsi w tych grupach okazują się Ukraińcy. Było ich odpowiednio 222 068 oraz 4046. Łączna liczba obywateli Ukrainy podlegających ubezpieczeniu wyniosła 425 067.
– Jeśli przyjmiemy, że oni otrzymują co najmniej przeciętne wynagrodzenie miesięczne w sektorze przedsiębiorstw, czyli 4765 zł brutto, to do FUS wpłacaliby ponad 800 mln zł rocznie. W projekcie budżetu państwa na 2019 rok przewidziano dochody Funduszu na poziomie 245 mld zł. Gdyby sprawdził się najczarniejszy scenariusz i wszyscy Ukraińcy porzuciliby pracę w Polsce, to ubyłoby zaledwie 0,3% przychodów. Z pewnością nie jest to kwota, która mogłaby jakoś istotnie nadwyrężyć kondycję i płynność tego Funduszu, ale jednak tych pieniędzy by zabrakło – wskazuje dr Juchniewicz.
Z kolei ZUS nie przygotowuje oddzielnych prognoz wpływów do FUS-u ze składek cudzoziemców. Przewidywania dotyczą całości wpływów. Ponadto, Zakład nie bada potencjalnego wpływu zmiany przepisów w innym kraju, np. w Niemczech, na ewentualny odpływ z polskiego systemu obcokrajowców, o czym informuje Maria Kuźniar z biura prasowego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Z kolei Marek Zuber zwraca uwagę na spory w ostatnich latach przyrost Ukraińców ubezpieczających się w Polsce. To był jeden z dodatkowych elementów poprawiających sytuację w FUS.
– Fundusz jest finansowany z kilkudziesięcioprocentowego haraczu nakładanego na pracę, dla zmylenia nazwanego składką. Nie ma czegoś takiego jak składka. Gdyby tak było, to dostalibyśmy umowę cywilnoprawną, która określałaby nasze prawa. Skoro jej nie mamy, to można dowolnie zmieniać przepisy. Przykładem są cały czas modyfikowane zasady waloryzacji emerytur. Dlatego to nie jest składka, tylko podatek nałożony na pracę, który finansuje wyłącznie bieżące zobowiązania. Systemu finansowanego z haraczu na pracę nie uratuje rzesza legalnie zatrudnionych obywateli Ukrainy – stwierdza Andrzej Sadowski.
Problemy i nadzieje
Jak stwierdza Marek Zuber, wyjazd nawet sporej liczby Ukraińców nie sprawi, że wszystko się załamie z dnia na dzień. Po prostu wrócimy do trendu, który obserwowaliśmy np. 4 lata temu, czyli z roku na rok pogorszała się sytuacja. Teraz mamy poprawę, tzn. dziura wolniej narasta. Po wyprowadzce naszych wschodnich sąsiadów znów może się powiększać. Jednak cały czas o wiele poważniejszym problemem dla FUS-u jest obniżenie wieku emerytalnego niż widmo wyjazdu z Polski pracowników z Ukrainy.
– Niebezpieczny może być nie tyle ubytek świadczeń na rzecz FUS-u ze strony Ukraińców, co brak ich rąk do pracy na potrzeby polskiej gospodarki. Już dziś wiele branż zgłasza problemy z niedoborem pracowników. Wśród nich znajduje się branża budowlana, która bodajże najboleśniej odczuła odejście z rynku pracy ok. 300 tys. osób w związku z obniżeniem wieku emerytalnego. Ewentualne przenosiny licznej armii ukraińskich rąk do pracy jeszcze bardziej pogłębiłoby ten regres – dodaje główny ekonomista Pracodawców RP.
Według Andrzeja Sadowskiego, obecnie w UE mamy do czynienia z wojną handlową o pracownika. Tak było w przypadku polskich inżynierów, pielęgniarek, lekarzy i innych specjalistów. Teraz Niemcy chcą poszerzyć front o Ukraińców. Prezydent Centrum im. Adama Smitha podkreśla, że obywatele innych państw przepływają przez nasz kraj i to jest naturalny proces. Cudzoziemcy wybierają bowiem miejsca, w których pojawiają się nowe, lepsze perspektywy. Tak zrobiły też miliony Polaków, wybierając sobie na trwałe inne ojczyzny, które są lepiej rządzone.
– Mamy 4 możliwości, żeby zniwelować skutki wyjazdu Ukraińców z Polski. Pierwsza oznacza wyraźny wzrost produktywności, ale ona wymaga czasu i inwestycji. Drugą jest zwiększenie aktywności zawodowej, która u nas wynosi poniżej 70%, a w Niemczech ok. 76%. Trzecia droga to pozyskiwanie pracowników z zewnątrz. Tylko ilu możemy ich ściągnąć np. z Dalekiego Wschodu? Czwartą opcją jest zachęcenie Polaków do powrotu z emigracji, a można to zrobić wyłącznie zwiększeniem płac. Jednak dziś nie widzę istotnych działań rządu zmierzających do tego, żeby którykolwiek z tych czynników poprawił sytuację – podsumowuje Marek Zuber.
Średnio dziesięciokrotne wzrosty zapotrzebowania na pracowników w branży handlowej odnotowano w sezonie wakacyjnym ubiegłego roku. Braki kadrowe są spore, w III kwartale 2018 r. w handlu do obsadzenia było ponad 25 tys. wolnych stanowisk (GUS). Boomu na pracowników nie zahamowały nawet sklepy samoobsługowe, wycofywanie się niektórych sieci handlowych z Polski czy ustawa ograniczająca handel w niedzielę.
Agencje rekrutacyjne dwoją się i troją by sprostać wyzwaniu, jakie stawia przed nimi branża handlowa. Zatrudnienie w tym sektorze charakteryzuje sezonowość i zmienność, jednak zapotrzebowanie na nowych pracowników cały czas jest spore. Rekrutacje prowadzone są bez przerwy. Jeśli tendencja z ubiegłych lat powtórzy się w 2019 r. już za 4 miesiące odnotujemy kolejny pik rekrutacyjny, a zapotrzebowanie na pracowników w niektórych firmach i sieciach handlowych wzrośnie nawet dwudziestokrotnie.
Nadchodzi pik rekrutacyjny
Według danych Grupy Progres zapotrzebowanie na pracowników w branży handlowej jest najwyższe w okresie wakacyjnym (czerwiec – wrzesień). Sieci handlowe, które w tym czasie nie chcą mieć problemów kadrowych, już teraz rozpoczynają projekty rekrutacyjne. W całym kraju poszukiwani są pracownicy tymczasowi – sprzedawcy, kasjerzy czy personel pomocniczy.
– Na ten moment nie zauważyliśmy spadku prowadzonych rekrutacji, które spowodowane byłyby na przykład wprowadzaniem wolnych od handlu niedziel czy wycofywania się z Polski sieci handlowych, jednak więcej pokaże nam zbliżający się sezon. Już teraz widać wzrost zapotrzebowania na personel niższego szczebla czy pracowników magazynowych – mówi Iwona Szczykowska, Kierownik ds. kluczowych Klientów w Grupie Progres. – Z naszych obserwacji wynika, że wspomniane niehandlowe niedziele, których tak się obawialiśmy, w przypadku pracowników zatrudnianych w dużych marketach spożywczych nie spowodowały spadku zatrudnienia. Jest wręcz przeciwnie, ich praca została zaplanowana tak, aby nikt nie został zwolniony. Cały czas otwierane są też nowe sklepy, a co za tym idzie powstają nowe miejsca pracy do obsadzenia – podkreśla Iwona Szczykowska.
Handlowcy z akcentem?
Liczba rekrutowanych osób cały czas rośnie, jednak zmienił się nieco profil kandydata i w dużej mierze są to obcokrajowcy. Ukraińcy zarabiający i chcący zarabiać w Polsce, w wielu przypadkach pracują dłużej niż Polacy. Średnia liczba RBH pracownika tymczasowego w przypadku osoby z Ukrainy wynosi 533 RBH, czyli o 177 RBH więcej niż w przypadku zatrudnionego tymczasowo Polaka. Zaangażowanie widać u obu płci – kobiety z Ukrainy pracują, średnio 537 RBH, Polki znacznie mniej, bo 375 RBH. Mężczyźni z Ukrainy na pracę poświęcają średnio 526 RBH, podczas gdy Polacy 355 RBH. Najbardziej aktywni zawodowo są Ukraińcy w wieku od 31 do 40 lat, średnio każdy z 2031 zatrudnionych przepracowuje 571 RBH, w przypadku Polaków w tym samym wieku jest to średnio 418 RBH. Równie dużo pracują 51-60-latkowie, bo aż 559 RBH, jednak w tym przypadku jeszcze więcej pracują Polacy, bo aż 591 RBH, podobnie jest wśród 61-70-latków – obie narodowości spędzają w pracy ponad 500 RBH, przy czym Polacy 548 RBH, a Ukraińcy 507 RBH. Aktywność młodych pracowników tymczasowych jest mniejsza. W grupie 21-30 latków z Ukrainy średnia liczba roboczogodzin na osobę wynosi 530 RBH, u Polaków 361 RBH. Najmniej czasu na pracę poświęcają osoby poniżej 21 roku życia – 365 RBH w przypadku młodych Ukraińców i 180 RBH w przypadku Polaków.
Kiedyś będę handlowcem
– Wśród wymienianych przez kandydatów zalet pracy w handlu, które przekonują ich do rozwoju kariery w tej branży, znajdują się elastyczne godziny pracy oraz możliwość dopasowania grafiku. Zapotrzebowanie na pracowników niższego szczebla tj. personel pomocniczy, pracownicy magazynowi jest nadal wysokie, co powoduje, że pracodawcy stali się bardziej elastyczni. Często są w stanie dopasować charakter pracy czy zakres obowiązków pod konkretnego pracownika, co również postrzegane jest jako plus – mówi Iwona Szczykowska. – Kolejną zaletą jest możliwość wypracowania nadgodzin, uzyskania premii, co wiąże się z wyższym wynagrodzeniem. Oczywiście w tym przypadku wiele zależy od lokalizacji. Są regiony Polski, gdzie rekrutacje są zdecydowanie trudniejsze, jest duże nasycenie rynku, ogromna konkurencja i niska stopa bezrobocia, wtedy proponowane stawki to ponad trzy tys. zł brutto, w rejonach „łatwiejszych” wynagrodzenie jest kilkaset złotych niższe – 2, 4 tys. zł – 2,6 tys. zł brutto plus premie – zaznacza Iwona Szczykowska.
Zainteresowanie kandydatów ofertą pracy różni się w zależności od stanowiska. Z danych Grupy Progres za 2018 r. wynika, że największą popularnością cieszą się oferty pracy w zawodzie przedstawiciela handlowego, doradcy handlowo-technicznego czy kierownika sklepu. W przypadku tego typu stanowisk liczba kandydatów niejednokrotnie sięga ponad 100 osób. Stanowiska niższego szczebla są trochę mniej popularne, a na rozmowy kwalifikacyjne zgłasza się średnio kilkanaście osób. Wśród nich znajdują się osoby starsze, które chcą dorobić do emerytury. Najczęściej pracują one na podstawie umowy cywilno-prawnej (82 proc.), pozostali podpisują umowę o pracę (18 proc.). Podejmowana aktywność zawodowa pozwala im załatać dziury w domowym budżecie. W ubiegłym roku statystyczny Polak z grupy 61 – 70 lat zarobił w pracy tymczasowej w sumie 7 561 zł brutto. Więcej zarobiły panie – średnio każda z nich powiększyła swój roczny budżet o 7 696 zł brutto, statystyczny pan do emerytury dorobił w sumie 7 398 zł brutto. Osoby powyżej 71 r.ż. pracując tymczasowo zarobiły średnio 7 178 zł brutto, w przypadku kobiet łączne dochody wyniosły 7 808 zł brutto, w przypadku mężczyzn, średnio 5 302 zł brutto.
W artykule wykorzystano dane Grupy Progres za rok 2017 i pierwszą połowę 2018 r. analizujące 19 796 pracowników tymczasowych z Polski oraz dane Grupy Progres za 2018 r. analizujące 28 330 aplikacji na oferowane stanowiska.
2,89 mld zł wydali Polacy na zakup nowych mieszkań w siedmiu największych polskich miastach, jak wynika z najnowszych szacunków NBP zawartych w raporcie za III kw. 2018 r. To o 434 mln zł mniej niż kwartał wcześniej, ale też o 1,2 miliarda mniej niż w analogicznym okresie 2017 r.
Narastają obawy przed zakupem mieszkania na tzw. górce cenowej. Od kilku kwartałów widzimy znaczny spadek zakupów gotówkowych dokonywanych w biurach sprzedaży deweloperów, choć wciąż notowane wyniki nie są niskie. Najprawdopodobniej najbardziej zachowawczy inwestorzy wstrzymali się z zakupami widząc bardzo szybko rosnące ceny mieszkań.
– Rentowność wynajmu pozostaje więc wciąż na bardzo atrakcyjnych poziomie, nawet 3-4 razy wyższym niż zyskowność przeciętnej rocznej lokaty, a do tego dochodzi wzrost cen mieszkań szacowany na od 9% (dane NBP) do bez mała 15% (Home Broker i Open Finance)- mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance. – Problem w tym, że nikt nie daje gwarancji, że tak wysokie zwroty utrzymają się w przyszłości.
Pomimo słabszych danych zakupy stricte gotówkowe stanowią wciąż bez mała połowę (49%) pieniędzy trafiających do biur sprzedaży deweloperów. Odsetek ten wzrósłby do 62%, gdyby uwzględnić też obecną na rynku gotówkę, którą Polacy wykorzystują jako wkład własny przy zaciąganiu kredytów mieszkaniowych (NBP szacuje, że przeciętny kredytobiorca ma 25% wkładu). Jakby jednak nie liczyć, to w obu ujęciach mamy od kilku kwartałów do czynienia ze spadkiem udziału gotówki w sprzedaży nowych mieszkań.
Kwartał wcześniej transakcje, w których w ogóle nie występowały kredyty, odpowiadały za 53% pieniędzy trafiających do biur sprzedaży deweloperów. Rekordowy wynik z ostatniego kwartału 2017 roku sugerował natomiast 66-proc. udział transakcji stricte gotówkowych. A jak sytuacja wyglądała w trzecim kwartale 2017 roku? Transakcje bez udziału kredytu miały 60-proc. udział w rynku. To 11 pkt. proc. więcej niż dziś.
W III kw. 2018 r. deweloperzy sprzedali 14,3 tys. mieszkań w największych miastach (za gotówkę i na kredyt). Biorąc pod uwagę ich łączną wartość oszacowaną przez NBP na poziomie prawie 5,9 miliarda z łatwością obliczymy, że przeciętne nowe „M” kosztowało w trzecim kwartale ponad 412 tysięcy złotych. W sumie więc, za wspomniane 2,9 miliardów gotówki można było kupić 7 tys. nowych mieszkań. Jeszcze niedawno, bo w IV kw. 2017 r. deweloperzy sprzedali bez udziału kredytu hipotecznego aż 12,6 tys. mieszkań.
W najnowszym światowym rankingu 2500 przedsiębiorstw z największymi wydatkami na B+R w 2017 r. sektor motoryzacyjny odgrywa znaczącą rolę – jako całość utrzymuje swoją pozycję na 3 miejscu, wyprzedzany nieznacznie przez sektor urządzeń IT oraz sektor farmaceutyczny i biotechnologiczny. Volkswagen, ubiegłoroczny lider wydatków na B+R, tym razem znalazł się na trzecim miejscu (13,135 mld EUR), Daimler na 10 miejscu (8,66 mld EUR, wzrost z pozycji 12), Toyota na 12 miejscu (7,85 mld EUR, wzrost z pozycji 13), Ford na 14 miejscu (6,67 mld EUR, wzrost z pozycji 15, wyprzedzając Facebooka), BMW na miejscu 17 (6,10 mld EUR), GM na 18 miejscu (6,08 mld EUR, spadek z pozycji 11) a Robert Bosch na 20 miejscu (5,58 mld EUR).
Branża motoryzacyjna jest również jednym z filarów europejskiej gospodarki oraz jednym z liderów w zakresie prac badawczo-rozwojowych oraz wdrażania innowacji. W Europie, pod względem wydatków na B+R, sektor motoryzacyjny znajduje się na pierwszym miejscu, znacznie wyprzedzając takie sektory jak farmacja i biotechnologia oraz przemysł maszynowy, a także lotnictwo i obrona.
Najwięksi inwestorzy B+R z podziałem na kraje (Europa)
Branża motoryzacyjna jest również jednym z filarów europejskiej gospodarki oraz jednym z liderów w zakresie prac badawczo-rozwojowych i wdrażania innowacji. W Europie, pod względem wydatków na B+R, sektor motoryzacyjny znajduje się na pierwszym miejscu, znacznie wyprzedzając takie sektory jak farmacja i biotechnologia, sektor urządzeń IT, przemysł maszynowy, a także lotnictwo i obronę.
Spoglądając na specjalizacje sektorowe w nakładach na B+R pod kątem regionalnym (USA, EU, Chiny, Japonia) można zauważyć pewne różnice. W UE podział nakładów na sektory wygląda następująco: ICT 20,1%, zdrowie 22,4%, ale aż 30,5% w motoryzacji, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, gdzie ICT to 51,4%, zdrowie 26,7%, a tylko 7,8% w motoryzacji. W Japonii rozkład jest podobny jak w UE, ICT 24,9%, w przemyśle samochodowym 30,8%, ale tylko 12,4% w zdrowiu. Struktura nakładów na B+R w Chiny podobna jest natomiast do USA, ICT 44,7%, motoryzacja 11,4%, ale tylko 3,4% na zdrowie.
Ogólnoświatowy wzrost nakładów na B+R w latach 2017/18 był napędzany przez sektor technologii informacyjno-komunikacyjnych oraz sektor zdrowia. Od 2009 r. najwyższy wzrost nakładów na B+R widoczny jest w usługach ICT, a następnie w sektorze motoryzacyjnym i sektorze urządzeń ICT. Bardzo wyraźne są również tendencje i trendy regionalne – firmy amerykańskie zwiększają swój udział w globalnym sektorze usług ICT wraz z jego redukcją w UE, podczas gdy udział przedsiębiorstw unijnych w przemyśle motoryzacyjnym wzrósł wraz z ich spadkiem w USA.
W UE liderem wzrostu nakładów B+R były firmy motoryzacyjne, takie jak Daimler (15%), BMW (18%) i Peugeot (24%). Co ciekawe, jedne z najniższych wyników (czyli spadek nakładów na B+R) zanotował Volkswagen (-4%). Mimo tego dalej zachowuje on pozycję lidera pod względem wydatków na B+R. Warto przy tym zauważyć, że w przypadku niektórych z tych firm, zmiana wydatków na B+R wynika z dokonanych przejęć – w połowie 2017 r. Peugeot kupił GM Europe (Vauxhall / Opel), przejęcie Fale Automotive przez Valeo, czy Aptiv jako część Delphi Automotive, po podziale na dwie odrębne firmy – to jest powód obniżenia o 26,5%.
Duża liczba unijnych przedsiębiorstw w czołówce rankingu nakładów B+R na świecie pozostaje stabilna w czasie. W roku 2017 2 firmy znajdują się w pierwszej dziesiątce, 18 firm w pierwszej 50 i 32 firmy w pierwszej setce.W pierwszej setce firm z największymi nakładami na B+R liczba firm z UE i spoza UE jest podobna dla sektora samochodowego (11 do 9) oraz przemysłu lotniczego i obronnego (po 2), jednak zdecydowaną różnicę widać w branży ICT (5 vs 29) i zdrowia (10 vs 17).
Na całym świecie nastąpiła istotna zmiana sektorowa jeśli chodzi o branże wiodące w nakładach na B+R. Różnice przedstawia poniższy wykres.
Przedsiębiorstwa unijne wzmocniły swoją specjalizację w sektorach średnio-zaawansowanych technologicznie, zwiększając wkład w globalnych nakładach B+R w dziedzinie motoryzacji o ponad 6 punktów procentowych. Z drugiej strony jednak zmniejszyły swój udział w globalnych nakładach B+R w ICT o ponad 8 punktów procentowych, a w mniejszym stopniu w sektorach niskich technologii i chemikaliów – patrz wykres poniżej.
Autonomiczne pojazdy elektryczne
Elektryczne pojazdy drogowe. Coraz więcej B+R obejmuje prace nad pojazdami elektrycznymi (EV) i ich autonomicznością. Większość firm motoryzacyjnych ma już w ofercie lub testuje pojazdy elektryczne. Niektóre z nich pojazdów zawierają rozwiązania związane z autonomicznością, w innych testowane są nowe rodzaje baterii i zasilania. Tesla pracuje nad obniżeniem kosztów baterii, inwestując wraz z Philips w pierwszą gigafabrykę baterii – w sierpniu 2018 r. produkcja osiągnęła poziom 20 GWhr w sierpniu 2018 roku i będzie wzrastać do 35 GWhr wraz z dalszą rozbudową. Pięć chińskich firm produkujących akumulatory również buduje gigafabryki, a dwie największe, Contemporary Amperex Technology (CAT) i BYD będą miały moce 24 GWhr. Do 2020 roku BYD planuje podwojenie mocy zakładu. Zarówno BMW, jak i Volkswagen zamówiły akumulatory od CAT. Co najmniej siedem nowych gigafabryk akumulatorów ma zostać otwartych w Europie do 2020 roku. Niektórzy nowi uczestnicy rynku EV, tacy jak Dyson, planują używać nowych baterii, ale nie ma jeszcze wiarygodnych danych na temat wydajności takich akumulatorów.
Globalna sprzedaż samochodów elektrycznych przez pierwsze pięć miesięcy 2018 roku wyniosła 598 tys., co stanowi wzrost o 71% w stosunku do roku 2017. Szacuje się, iż globalna sprzedaż pojazdów elektrycznych przekroczyła milion w roku 2017, z czego dwie trzecie to czysta pojazdy elektryczne. Oczekuje się, że światowa sprzedaż wzrośnie do 4,5 miliona w roku 2020 (5% światowej sprzedaży lekkich pojazdów) i prawie 60 milionów w 2040 roku. Chiny są na pozycji lidera z większą sprzedażą niż Europa i USA łącznie, a 94% z tych pojazdów jest produkowanych w Chinach. Jeśli chodzi o rynek USA to niskie ceny paliwa oraz długie dystanse do pokonywania zmniejszają przewagę pojazdów elektrycznych oraz są czynnikiem hamującym ich sprzedaż w USA.
Autonomiczna jazda. Waymo, spółka zależna Alphabet, jest liderem technologicznym spośród firm pracujących nad autonomicznymi systemami kierowania. Firma od dziesięciu lat testuje swoje samochody bez kierowcy. Ich flota, licząca ok 600 pojazdów, zarejestrowała ponad 10 milionów mil na drogach publicznych w 25 miastach USA i okolicach. Alphabet nie ujawnia swoich całkowitych inwestycji, ale eksperci branżowi oceniają je ponad 1 miliard dolarów. Również GM jest zaawansowane w swoich pracach. Rozwiązania zastosowane przez Waymo pozwalały na tylko jedną interwencję kierowcy na 5000 mil autonomicznej jazdy próbnej w porównaniu do 1250 mil u GM i innych firm samochodowych w zakresie od 1 na 200 mil do 80 na 100 mil. Firmy samochodowe często podejmują współpracę, aby przyspieszyć rozwój technologii autonomicznych. Na przykład, Honda utworzyła spółkę z GM w celu opracowania pojazdów autonomicznych do masowej produkcji. Podobną kooperację podjęło Waymo z FiatChrysler, a także z JaguarLandRover. Pierwsze zastosowanie autonomicznych pojazdów, robo-taxi Waymo w Phoenix w Arizonie, uruchomiono pod koniec 2018 roku.
Trzy najlepsze sektory według poziomu inwestycji w badania i rozwój dla każdego regionu/kraju obejmują:
67% w UE (samochody i inny transport 31%, sektor zdrowia 22% i producenci ICT 13%).
79% w USA (sektor zdrowia 27%, producenci ICT 26% i usługi ICT 26%).
63% w Japonii (samochody i inny transport 31%, producenci ICT 20% i przemysł zdrowia 12%).
59% w Chinach (producenci ICT 33%, samochody i inny transport 11%, a usługi ICT 15%).
1000 największych firm badawczo-rozwojowych w UE zainwestowało 206,3 mld euro, czyli o 5,4% więcej niż przed rokiem.
Firmy niemieckie wniosły największy wkład w wyniki próby 1000 UE. Zwiększyły one B+R o 6,3%, a sprzedaż netto o 6,5%. Wyniki te w dużym stopniu odzwierciedlają wyniki niemieckich firm w sektorze dużych samochodów w Chinach (5,7% w sektorze badań i rozwoju oraz 6,3% w sprzedaży netto). W rzeczywistości pięć czołowych niemieckich firm motoryzacyjnych odpowiada za 45% wszystkich niemieckich badań i rozwoju w UE1000. Firmy z tego sektora wykazujące najwyższy wzrost w zakresie badań i rozwoju to Daimler i BMW. Firmy z siedzibą w Wielkiej Brytanii zwiększyły B+R o 6,9%, ale wykazały duży wzrost sprzedaży netto (16,3%), głównie ze względu na wpływ ceny ropy naftowej na firmy takie jak SHELL i BP. Największy wkład w rozwój B+R miały firmy z różnych sektorów, np. GLAXOSMITHKLINE, LLOYDS, SHIRE, VODAFONE, ROLLS-ROYCE.
Firmy z Francji zwiększyły B + R o 8,2%, a sprzedaż o 9,1%. Wśród tych firm największy udział w rozwoju badań i rozwoju pochodzi z sektora samochodowego (PEUGEOT, RENAULT, VALEO), producentów ICT i zdrowia (np. SCHNEIDER i SANOFI). Jak wspomniano we wcześniejszych rozdziałach, wzrost przychodów z prac badawczo-rozwojowych Peugeota, Valeo i Schneidera skorzystał z ostatnich przejęć.
Jeśli chodzi o Polskę, to zgodnie z danymi GUS, W 2017 r. nakłady krajowe brutto na działalność B+R wyniosły 20,6 mld zł i wzrosły w stosunku do poprzedniego roku o 14,7%. Udział B+R w PKB, osiągnął poziom 1,03% (w 2016 r. – 0,97%). Największy udział w nakładach na B+R miały przedsiębiorstwa, które przeznaczył na B+R 13,3 mld zł, co stanowiło 64,5% nakładów wewnętrznych na działalność B+R. Przedsiębiorstwa z sektora motoryzacyjnego sklaryfikowanego kodami z grupy PKD 29 (PRODUKCJA POJAZDÓW SAMOCHODOWYCH, PRZYCZEP I NACZEP, Z WYŁĄCZENIEM MOTOCYKLI) na działalność innowacyjną przeznaczyły 3,68 mld PLN a na działalność B+R 1,54 mld PLN.
Przedstawione dane kolejny raz potwierdzają ścisłe powiązanie sektora motoryzacyjnego z pracami B+R. Polskie firmy muszą postawić na innowacje i B+R aby utrzymać się na tak konkurencyjnym rynku. Tym bardziej, że branża motoryzacyjna przechodzi obecnie istotny proces transformacji. Nowe technologie i trendy powodują, że nie wystarczy produkować pojazdy wysokiej jakości – trzeba zmieniać i dostosowywać do nowych warunków cały proces projektowania, wytwarzania i sprzedawania.
Problemem, który wciąż stanowi barierę dla wzrostu konkurencyjności polskiej gospodarki w sektorze branży motoryzacyjnej jest ograniczona liczba konkurencyjnych i innowacyjnych rozwiązań, tworzonych przez polskie ośrodki naukowe i przedsiębiorstwa.
Na problem ten składają się następujące przyczyny:
Krajowe firmy branży motoryzacyjnej wykazują niskie zainteresowanie prowadzeniem i finansowaniem prac B+R nakierowanych na innowacje. Przede wszystkim wynika to ze słabej kondycji finansowej krajowych firm MSP sektora motoryzacyjnego w porównaniu do firm europejskich i światowych, przy wysokich kosztach procesu wdrożenia nowych technologii i wyrobów. Duże przedsiębiorstwa sektora motoryzacyjnego w Polsce, ze względu na powiązania kapitałowe, z założenia prowadzą prace B+R poza granicami Polski. Sytuację dodatkowo pogarsza mała efektywność współpracy przedsiębiorstw sektora motoryzacyjnego z polskimi ośrodkami naukowo-badawczymi dysponującymi nowoczesną infrastrukturą badawczą i wysoko wykwalifikowaną kadrą badawczą.
Polscy przedsiębiorcy często decydują się na skorzystanie z gotowych innowacyjnych produktów rynkowych (zakup licencji, itp.) z zagranicy, gdyż prowadzenie własnej działalności B+R nie gwarantuje uzyskania innowacyjnych rozwiązań, a przez to wiąże się z wysokim ryzykiem finansowym.
Mało dynamiczny rozwój polskich ośrodków naukowych działających w obszarze motoryzacji, wynikający z niewystarczających środków na finansowanie prac (w tym zakupu i wytworzenia nowoczesnej infrastruktury badawczej) związanych z opracowywaniem innowacyjnych rozwiązań B+R oraz ograniczonej współpracy ośrodków naukowych z przedsiębiorcami i innymi ośrodkami naukowymi w kraju i zagranicą. Prowadzi to do ograniczenia liczby przedsięwzięć badawczych, w zakresie innowacyjnych rozwiązań, prowadzonych w Polsce.
Rozwiązaniem tych problemów może być skorzystanie z dostępnych źródeł wsparcia działalności innowacyjnej, w formie ulg lub dotacji.