Przynajmniej raz w miesiącu zmagamy się z rachunkami. Prąd, gaz, telewizja, telefon… I trzeba jeszcze gdzieś to wszystko zapłacić. Z najnowszych danych wynika, że chętnie zabieramy domowe rachunki na zakupy, aby uregulować je w sklepowej kasie oznaczonej pomarańczowym znakiem VIA™ – Moje Rachunki. Co miesiąc w ten sposób opłacanych jest około 1,5 miliona rachunków. Tym samym wybieramy rynkowego lidera i zarazem tańszą oraz wygodniejszą alternatywę dla okienek pocztowych.
W całej Polsce jest już przeszło 7600 kas z usługą VIA™ – Moje Rachunki. To najpopularniejszy system na rynku pośrednictwa opłat gotówkowych i w tym zakresie największa konkurencja dla Poczty. Warto wspomnieć, że punkty VIA™ są najczęściej czynne także w weekendy, a w niektórych przypadkach nawet całą dobę.
Oprócz nowych punktów lawinowo rośnie też liczba transakcji przeprowadzanych w VIA™ – Moje Rachunki. W roku 2008 było ich około 13 milionów, a w roku 2009 za pośrednictwem tej usługi zostało opłaconych blisko 19 milionów faktur. Dowodzi to, że VIA™ – Moje Rachunki doskonale sprawdza się także w czasach finansowego kryzysu. Prognozy na bieżący rok są równie optymistyczne, w pierwszych miesiącach 2010 obsługiwanych jest około 1,5 mln transakcji miesięcznie.
W 2018 roku osiągnęliśmy rekordowy wolumen 13,8 mld euro, co oznacza wzrost o 5% w stosunku do ubiegłego roku.
Najważniejszy makrowskaźnik dla Europy Środkowej i Wschodniej (CEE) w 2019 roku – stopy procentowe w strefie euro – będą się utrzymywać na poziomie zerowym. Powinno to częściowo rozwiać potencjalne obawy związane z zaostrzającymi się warunkami kredytowymi, podtrzymać zainteresowanie inwestorów, utrzymać wysoką płynność i poziom cen nieruchomości. Przewidujemy selektywną kompresję stóp zwrotu dla wysokiej jakości obiektów biurowych w najlepszych lokalizacjach w stolicach. O ile nie dojdzie do kryzysu finansowego w strefie euro, finansowanie ze strony kredytodawców powinno nadal wspierać rynek – wyjaśnia Colliers International w swoim najnowszym raporcie dotyczącym Europy Środkowej i Wschodniej „Outlook 2019: Climbing at the altitude”.
Dane zostały opublikowane w najnowszym raporcie Colliers pt. „Outlook 2019: Climbing at the altitude”.
Mark Robinson, specjalista ds. badań rynku w regionie CEE w Colliers International, komentuje: „Dalsze wzrosty wynagrodzeń znacznie powyżej poziomu inflacji powinny pozytywnie wpływać na konsumpcję i czynsze w 2019 roku, a także doprowadzić do rozwoju sektora usług w gospodarkach Europy Środkowej i Wschodniej w nadchodzących latach, do pewnego stopnia chroniąc region przed zawieruchami w gospodarce światowej.”
Przepaść na horyzoncie globalnego wzrostu
Szereg wskaźników, które obecnie obserwujemy, sugeruje spowolnienie w gospodarce światowej. Badania wzrostu gospodarczego w Chinach, ceny ropy naftowej, chiński import, południowokoreański eksport, niemiecki wskaźnik IFO Expectations (wskaźnik oczekiwań gospodarczych) – wszystkie te parametry wskazują ten sam kierunek: w dół. Bardziej niepokojący dla CEE oraz Niemiec jest niedawny spadek popytu na samochody w Chinach, który był zwiastunem impasu handlowego w stosunkach Chin z USA. Największa gospodarka Europy może znajdować się obecnie w „technicznej recesji”.
Kamienie, o które można się potknąć
Uważamy, że inwestorzy na rynku nieruchomości w regionie CEE-6 muszą być coraz bardziej wyczuleni na inne zagrożenia w tym „rozrzedzonym powietrzu”. Obejmują one przegrzewającą się gospodarkę, niedobory siły roboczej, coraz większą łatwość prowadzenia działalności gospodarczej konkurentów na całym świecie, Brexit i związane z tym cięcia funduszy unijnych, „populistyczną” politykę w Europie Środkowej i Wschodniej oraz ryzyko związane z opodatkowaniem aktywów. Bardziej długoterminowi prekursorzy zmian to e-handel i elastyczne warunki pracy.
Tanie finansowanie
Dostępność taniego finansowania była niewątpliwie głównym motorem dobrych wyników rynków nieruchomości w całej Europie i w regionie CEE w ostatnich latach. W 2018 roku wywindowało to wzrost inwestycji w krajach CEE-6 na nowe rekordowe poziomy, z wartością na poziomie 13,8 mld euro, co stanowiło wzrost o 5% w stosunku do roku poprzedzającego (dane Colliers International). Stopy zwrotu utrzymywały w 2018 roku tendencję spadkową tylko w przypadku powierzchni biurowych w stolicach i niektórych transakcji dotyczących powierzchni handlowych.
Przewidujemy, że w 2019 roku dalsza kompresja stóp zwrotu będzie następować tylko w niektórych lokalizacjach (głównie w odniesieniu do powierzchni biurowych w stolicach). Koszty finansowania transakcji są niskie, ale przy stopach kapitalizacji odnotowywanych w ostatnich latach zyski skurczyły się. Podobnie jak w przypadku wielu kategorii aktywów na całym świecie, zwiększona płynność finansowa nieruchomości w regionie CEE-6 sprawiła, że pobiły one nowe rekordy. Marże wyglądają najbardziej atrakcyjnie w sektorze przemysłowym.
Czynnik napędzający konsumpcję zwalnia
Wzrost podaży pieniądza w strefie euro zwalnia od końca 2016 roku. Zapowiada to spowolnienie w Europie. Widzimy już oznaki tego zjawiska w Europie Zachodniej. Oznacza to, że w najlepszym wypadku nastroje konsumpcyjne, a co za tym idzie dynamika wzrostu, przestaną rosnąć w regionie CEE-6 i zatrzymają się na osiągniętym poziomie.
Konsumenci wspinają się wysoko
Nastroje konsumenckie wydają się napędzać dynamikę przepływu funduszy w sektorze nieruchomości w Europie Środkowej i Wschodniej. Związek z modelami biznesowymi inwestorów – przy prawie połowie przepływów w regionie pochodzących z sektorów handlu, logistyki i hotelarstwa, oraz pośrednio z zatrudnienia – z rynkami biurowym i przemysłowym jest oczywisty. Nastroje konsumenckie w większości krajów regionu CEE-6 najwyższy poziom osiągnęły 6–12 miesięcy temu, w Rumunii wcześniej. Zastosowanie tu osiemnastomiesięcznego okresu realizacji każe oczekiwać szczytu w drugiej połowie 2019 roku.
Ku płaskowyżowi, nie przepaści
Czy przed nami jest przepaść czy płaskowyż? Zdaniem ekspertów Colliers płaskowyż. Badania, które przeprowadziliśmy 12 miesięcy temu, sugerowały, że wzrost wynagrodzeń w krajach europejskich w okresach czteroletnich prowadzi do szybszego wzrostu PKB w kolejnym czteroletnim okresie. Jak wie już większość pracodawców w CEE, wzrost wynagrodzeń w tym regionie jest główną cechą tego cyklu gospodarczego. Przewidujemy kontynuację w 2019 roku (5-10% w regionie CEE-6), choć w tempie niższym niż w roku ubiegłym ze względu na początek osłabienia popytu w sektorze przemysłowym.Wzrost ten jest zwykle szybszy niż w UE, więc nawet w fazach recesji następuje stopniowe dążenie tego regionu do poziomu osiąganego w UE.
Brexit…
Brexit spowoduje najprawdopodobniej cięcia w programie unijnych funduszy strukturalnych oraz ponowną kalibrację kwalifikowalności regionów w ramach CEE-6. Jeżeli lokalna polityka na to pozwoli, stosunkowo zrównoważone budżety krajów CEE-6 powinny generalnie pomóc zrekompensować ewentualne ograniczenie przepływów unijnych funduszy strukturalnych. Inne prawdopodobne skutki Brexitu to niewielkie zmniejszenie transferów pieniężnych oraz zmiana salda migracji pracowników, co może pomóc Europie Środkowej i Wschodniej w rozwiązaniu problemu niedoboru siły roboczej w przyszłości.
Prekursorzy zmian
W regionie CEE-6 do roku 2022 jest miejsce zarówno na rozwój handlu internetowego, jak i tradycyjnego/wielokanałowego. Niemniej wstępne dane o wolumenie e-handlu na rynku czeskim za 2018 rok sugerują, że wielkość rynku może być większa od naszych najśmielszych szacunków.
Ostatnie miesiące były dla polskiego rynku budowlanego niezwykle łaskawe. Czy będzie tak nadal? Dostrzegalne są już pewne pierwsze symptomy zwiastujące zmianę.
Aktualny stan sytuacji w polskim budownictwie jest optymistyczny, choć większość ośrodków analitycznych podkreśla, że szczyt koniunktury mamy już raczej za sobą. Nadal wiele wskaźników pokazuje, że o bieżący rok możemy być spokojni, lecz dynamika wyraźnie wyhamowuje.
Przyglądając się kluczowym trendom na rynku budowlanym, w raportach dostępnych na rynku, można dostrzec kilka symptomów zwiastujących zmianę bieżącej sytuacji. Biorąc pod uwagę wskaźnik kontraktacji mieszkań wiodących deweloperów, w ciągu ostatnich dwóch kwartałów znacząco spadł (ujemna dynamika r/r wynosząca aż -9,3% ). Podobna sytuacja dostrzegalna jest w wydanych pozwoleniach budowlanych, a jest to bardzo istotny wskaźnik wyprzedzający. Wyraźnie widać, że dynamika wydanych zezwoleń w roku 2018 spadła w stosunku do roku 2017.
Bartosz Pilch, Dyrektor E-commerce w firmie SIG
– Wiele wskazuje na to, że w ciągu najbliższych miesięcy sytuacja na polskim rynku budowlanym będzie ewoluować – mówi Bartosz Pilch, Dyrektor E-commerce i Marketingu w firmie SIG. – Nie spodziewamy się, że zmiana przyjdzie gwałtownie, ale jej pierwsze symptomy już dostrzegalne są na horyzoncie. Myślę, że najpóźniej rok 2020 przyniesie przekształcenie sytuacji na rynku – dodaje.
Niebagatelna znaczenie ma w tym wypadku również ogromny wzrost cen praktycznie wszystkich materiałów budowlanych, na co skarży się wiele firm. Ponadto, odczuwalne są znaczące trudności na rynku pracy. Coraz trudniej znaleźć odpowiednio wykwalifikowanych pracowników, a koszty zatrudnienia rosną.
Miejsce jednej zamkniętej mikrofirmy zajmują dwie nowo otwarte – tak wynika z podsumowania drugiej połowy 2018 r. w rejestrze REGON. Poprzedni rok przyniósł rekordowe liczby nowopowstałych drobnych biznesów i historycznie niski próg wyrejestrowań. Przyczyną wydaje się być najlepsza od 12 lat koniunktura, ale czy tylko?
To najlepszy wynik od 2007 r. i fenomen przy niskiej inflacji – według wstępnego szacunku GUS, nasze PKB wyniosło w 2018 r. 5,1%., względem 4,8% w 2017 r. Prognozowana przez Komisję Europejską średnia dla Unii Europejskiej wynosi 2,1%.
Budujący PKB
Wzrostowi aktywności gospodarczej w minionym roku sprzyjało spożycie gospodarstw domowych, wspierane przez bardzo dobre nastroje konsumentów. W ciągu ostatnich dwóch lat konsumpcja wzrosła o ok. 10%.
Takie wyniki świadczą o tym, że poziom życia w Polsce szybko się podnosi przy jednoczesnej równowadze, co jest odczuwane przez społeczeństwo. W 2018 r. urósł wskaźnik ufności konsumenckiej, który wyraża poziom optymizmu związanego z sytuacją gospodarczą i przejawia się w wysokości oszczędności i wydatków konsumentów.
Konsumenci ufni jak nigdy dotąd
Źródło: GUS
Korzystne uwarunkowania popytowe potwierdzają dane październikowej analizy Narodowego Banku Polskiego, w której odnotowano zbliżony do historycznego minimum odsetek dużych firm wskazujących niedostateczny popyt jako barierę rozwoju ich działalności. Zarówno raporty NBP, jak i GUS wskazują też na bardzo wysoki poziom wykorzystania zdolności produkcyjnych w przedsiębiorstwach w 2018 r.
W takich warunkach nie powinno dziwić, że z prowadzenia własnej działalności gospodarczej rezygnuje najniższy jak dotąd odsetek przedsiębiorców.
Słaby czas na zamykanie biznesu
Chodzi zwłaszcza o jednoosobowe firmy, bo to właśnie od sytuacji na lokalnych rynkach zależy, w jakiej kondycji znajduje ich biznes. Segment mikro to ponad 90% wszystkich firm w Polsce. Jak wynika z danych rejestru REGON, jeszcze w 2016 r. średnio co miesiąc zamykało się 23,1 tys. jednoosobowych działalności. Średnia liczba firm wypisywana co miesiąc z rejestru w 2018 r. to tylko 16,8 tys. W samym listopadzie ubyło jedynie 12,1 tys. działalności gospodarczych. To imponująco niski poziom.
Dla porównania, najniższa odnotowana w 2017 r. liczba drobnych przedsiębiorców usuniętych z rejestru wynosi 19,1 tys., w 2016 r. 16,7 tys., w 2015 14,2 tys., a w 2014 r. 17,0 tys. Jeśli spojrzeć na historię wyrejestrowań z ostatnich pięciu lat, widać długofalowy spadający trend, utrzymany mocno przez drugą połowę 2018 r.
Pociąg do pracy „na swoim”
Siłą pozytywnie oddziałującą w zeszłym roku na nastroje gospodarstw domowych i zwiększającą ich skłonność do konsumpcji był też korzystny z punktu widzenia pracowników rozwój sytuacji na rynku pracy i zwiększające się płace. W 2018 r. odnotowano najszybszy od dziewięciu lat wzrost przeciętnych nominalnych wynagrodzeń brutto w sektorze przedsiębiorstw, który wyniósł 7,1%, a wzrost realnych wyniósł 5,4% i był najwyższy od pięciu lat (styczniowe wstępne podsumowania sytuacji społeczno-gospodarczej Polski przez GUS).
Płace rosną m.in. dlatego, że popyt na pracę przewyższa podaż kandydatów, co widać w październikowym raporcie NBP. Jednocześnie jednak obniża się odsetek dużych firm prognozujących zwiększanie wynagrodzeń. Niewykluczone, że pracodawcom zaczyna brakować możliwości podwyższania pensji. Jednak, jak wynika z badania Indeks Przedsiębiorczości Tax Care, zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę nie spełnia oczekiwań Polaków. Zaledwie co czwarty etatowiec jest zadowolony ze swojej pracy, natomiast wśród właścicieli firm ten sam poziom satysfakcji wykazuje aż co drugi przedsiębiorca.
W takich realiach optymizm związany z chęcią do zakładania własnej działalności przypuszczalnie osiągnął w 2018 r. swój punkt kulminacyjny.
Jak szacuje Tax Care na podstawie podsumowania danych rejestru REGON za 2018 r., w okresach wzmożonego zainteresowania otwieraniem własnego biznesu (tj. na początku roku i na wiosnę) do rejestru wpisywano ponad 1000 jednoosobowych firm dziennie, aż o 200 więcej niż w 2017 r. Średnia miesięczna dla 2018 r. wyniosła 26,6 tys. Skala chętnych do pracy „na swoim” jeszcze bardziej fascynuje, kiedy przyjrzymy się półroczom. W pierwszej połowie ub.r. w Polsce rejestrowano średnio 27,9 tys. działalności gospodarczych i jednocześnie zamykano 20,3 tys. Druga połowa to z kolei średnio 25,2 tys. nowych wpisów versus 13,1 tys. wyrejestrowań, co w przybliżeniu oznacza, że w miejsce jednej zamkniętej mikrofirmy pojawiały się dwie nowe.
Lepiej już było?
Tak dobre podsumowanie rynku mikrofirm może się jednak nie powtórzyć, podobnie jak zeszłoroczna wartość PKB. W danych GUS widać zapowiedź obniżenia dynamiki konsumpcji, który zakładają również aktualne szacunki NBP – powodem ma być m.in. słabnące ożywienie w strefie euro. Podobnego efektu oczekuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy w opublikowanym na początku lutego raporcie, z którego wynika, że w tym roku w Polsce nastąpi spowolnienie wzrostu gospodarczego do ok. 3,6%.
Oczekiwany spadek dynamiki rozwoju polskiej gospodarki nie oznacza jednak, że przychodzą chude lata. Tak wysokie, przekraczające normę tempo wzrostu jest trudne i wcale nie korzystne do utrzymania, o czym wspomniano na posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej w zeszłym tygodniu. RPP prognozuje łagodne wyhamowanie, ale nadal solidny wzrost i nie dostrzega symptomów, aby jakieś głębokie nierówności mogły go zaburzyć. Również ocena naszej krajowej koniunktury przez MFW jest korzystna, biorąc pod uwagę, że Fundusz widzi zagrożenia dla wzrostu PKB na świecie.
Optymizmem napawa też potencjał możliwości polskich przedsiębiorców. To oni stoją za wypracowanymi liczbami, mimo, że w ostatnich miesiącach działają w trudnym, dość niestabilnym otoczeniu regulacyjnym. Zgodnie z danymi rejestru REGON, na koniec 2018 r. ogólna liczba jednoosobowych działalności gospodarczych sięgnęła rekordowych 3,112 mln.
Mimo, że powyższa liczba stanowi o zarejestrowanych, a nie fatycznie działających firmach, uwiarygodniają ją wspomniane wyjątkowe liczby nowo zarejestrowanych i historycznie niski próg wyrejestrowań. Nie bez znaczenia pozostają też deklaracje z przeprowadzonego w zeszłym roku Indeksu Przedsiębiorczości Tax Care – aż co czwarta osoba zatrudniona na etacie przyznała, że w ciągu dwóch lat założy własną firmę. Jak wynika z badania o pracy „na swoim” myśli co drugi badany mężczyzna i co trzecia kobieta.
Szyfrowanie przez przestępców zasobów komputerów firmowych, a następnie żądanie okupu za odblokowanie, czyli tzw. ransomware jest coraz częstszym sposobem wyłudzania pieniędzy przez cyberprzestępców.
Kwoty okupów wymuszanych na małych i średnich firmach oscylują wokół 1000 dolarów, często są określane w bitcoinach.
Część firm płaci w obawie przed unieruchomieniem działalności i stratami, nie zawsze jednak odzyskują dostęp do swoich danych. Rozsądniejsze, tańsze i łatwiejsze jest zabezpieczanie firmowego sprzętu zanim dojdzie do ataku.
Straty wyrządzane przez złośliwe oprogramowanie typu ransomware szacuje się na ponad 11,5 miliarda dolarów rocznie w skali całego świata. Atakami tego typu były np. Petya czy WannaCry, jedne z najbardziej dewastujących w historii. W Polsce ofiarami tego drugiego padło wg danych CERT Polska 12 558 urządzeń z 411 systemów autonomicznych (na podstawie unikalnych adresów IP zgromadzonych na platformie n6 w kontekście ataku). Wg danych F-Secure w 2017 roku incydentów ransomware przybyło o 415 procent (w porównaniu z 2016). Koszty związane z atakami ransomware także w Polsce są coraz istotniejsze i w coraz większym stopniu dotykają małe firmy. W listopadzie i grudniu 2018 roku jedna z wersji ataku z wykorzystaniem fałszywego maila od InPost miała właśnie charakter ransomware’u.
Blokada zasobów firmy może być bardzo dotkliwa
Wg ekspertów obecnie to jedno z największych cyberzagrożeń dla firm na całym świecie. Wykorzystywanie socjotechnik (jak np. w przypadku ataków na paczkomaty – w grudniu wiele osób niecierpliwie czekało na przybycie swojej przesyłki) sprawia, że działania oszustów są coraz trudniejsze do zidentyfikowania i odparcia. Przestępcy najczęściej swoją aktywność kierują na serwery firmowe, bo wielu przedsiębiorców podejmuje rozmowy z hakerami i decyduje się na zapłacenie okupu.
– Tygodniowo zgłasza się do nas kilka firm zaatakowanych przez przestępców żądających okupu. Jest ich 2-3 czasem 4 czy 5. Przytaczam tu liczby wyłącznie przedsiębiorstw, które zostały dotknięte infekcją złośliwym oprogramowaniem szyfrującym typu ransomware. Są to zarówno mikro-firmy jak i te należące do segmentu tzw. small biznes czy nawet do MSP. Niezależnie od wielkości przedsiębiorstwa specyfika ataku powodowała rzeczywiste straty materialne z powodu wymuszonego przestoju firmy lub utraty efektów pracy oraz zainwestowanych w realizację zamówień środków finansowych. Dlatego niektórzy – mądrzy po szkodzie – interesują się cyberochroną. Bez niej czasem pozostaje tylko zapłacić. Dla przykładu pewien szpital w stanie Indiana w USA zapłacił 55 tys. dolarów okupu, żeby móc funkcjonować, znam też przykład biura pośrednictwa nieruchomości z Berlina, któremu zaszyfrowano wszystkie komputery pracowników oraz serwery. Za odblokowanie zażądano okupu 300 tys. euro – mówi Wojciech Gołębiowski, dyrektor zarządzający Veronym, firmy zapewniającej najnowocześniejsze i kompleksowe chmurowe cyberbezpieczeństwo w modelu subskrypcji usługi, który jest tańszy oraz skuteczniejszy niż zatrudnianie specjalistów IT.
Kluczem według którego przestępcy wybierają swoje ofiary jest podatność na atak czy po prostu brak zabezpieczeń przed przestępczością internetową. Większość rodzajów incydentów ransomware została zbudowana stosunkowo niskim nakładem sił, z użyciem nieznacznie zmodyfikowanych projektów złośliwego oprogramowania dostępnych publicznie i za darmo w łatwych do znalezienia serwisach internetowych. Nawet pomimo nieskomplikowanej konstrukcji takich ataków, zwykły antywirus, w dodatku sporadycznie aktualizowany, to niewystarczające zabezpieczenie. Obiektem ataku może już być nie tylko komputer czy telefon, ale zaawansowane systemy sterujące działaniem firmy, czy gromadzące dane o transakcjach, klientach czy stanach magazynowych. Infekowane i blokowane mogą być systemy takie jak ERP czy aplikacje księgowe, kadrowe czy sprzedażowe.
Wojciech Gołębiowski podaje przykłady:
Firma produkująca materiały biurowe. Atak unieruchomił większość systemów informatycznych, w tym system klasy CRM. W efekcie przedsiębiorstwo musiało wstrzymać produkcję oraz obsługę klientów. Straty szacowane przez właściciela oscylują wokół 200 tys. złotych za 1 dzień przestoju. Mimo podejmowanych przez firmę prób znalezienia rozwiązania (skutecznego deszyfratora) przez kolejne 4 dni nie udało się przywrócić działania firmy.
Inny przykład dotyczy firmy budowlanej, prowadzącej swoje działania handlowo-usługowe głównie w Emiratach Arabskich, która została całkowicie zatrzymana przez atak ransomware na wszystkie komputery i systemy informatyczne, łącznie z systemem ERP oraz systemem księgowym. Swoje straty określiła na ok 50 tysięcy USD przede wszystkim ze względu na przestój firmy i opóźnienia związane z dostawami. Atakujący zażądali 300 000 AED (ok 300 tys. PLN) za udostępnienie klucza deszyfracji. Firma nie zdecydowała się na współpracę z atakującymi. Udało się odszyfrować zasoby i uruchomić działalność. Niestety kilka dni przestoju kosztowały kilkaset tysięcy złotych, nadwyrężony został też wizerunek i renoma przedsiębiorstwa.
Cyberochrona tańsza i skuteczniejsza niż okup
Pierwszą reakcją firmy w przypadku cyberataku jest próba samodzielnego odblokowania danych. Ta zazwyczaj kończy się niepowodzeniem. W drugiej kolejności przedsiębiorcy szukają fachowej pomocy wyspecjalizowanej firmy. W tym momencie zaczynają się już koszty, tym bardziej, że próby deszyfracji podejmowane przez specjalistów też rzadko kończą się sukcesem. Dopiero po kilku dniach bezskutecznych prób, przedsiębiorcy przechodzą do negocjacji z przestępcami.
Nie ma wiarygodnych danych na temat tego, ile firm decyduje się zapłacić okup. Z pewnością jednak jest to znacząca liczba, niektóre szacunki mówią o połowie zaatakowanych. Wielu z nich płaci, choć nie ma żadnej gwarancji, że po przelaniu okupu odzyskają dostęp do zasobów firmy. Znane są przypadki likwidacji przedsiębiorstwa po takim incydencie.
– Beztroska wielu przedsiębiorców jest w tym kontekście niepokojąca. O ile próba odblokowania i deszyfracji danych jest bardzo trudna, o tyle zabezpieczenie przed atakiem wcześniej jest możliwe, w dodatku niekoniecznie kosztowne. Najlepsze dla MSP czy tzw. small biznesu są rozwiązania, które pozwalają im nie martwić się o programy zabezpieczające, inwestowanie w sprzęt czy zatrudnianie drogich informatyków. Wszystkie te kompetencje i dostęp do najlepszych technologii do walki z cyberprzestępczością mogą być dostarczane zewnętrznie, np. w modelu miesięcznego abonamentu. Ważne, aby ochrona była wielowarstwowa, zapewniała nie tylko zaawansowane, nowoczesne zabezpieczenia, ale uwzględniała też możliwe do popełnienia błędy ludzkie. Najbardziej wrażliwym miejscem jest oczywiście styk z Internetem i oprogramowanie analizujące znane przypadki ataków. Odpowiednia ochrona gwarantuje, że jeśli ingerencja pokona jedno z zabezpieczeń, np. antywirus, kolejne moduły nie dopuszczą do jego powodzenia. Ochrona powinna też być konfigurowana i optymalizowana w zależności od pojawiających się nowych typów ataków i zagrożeń – ocenia Wojciech Gołębiowski z Veronym.
1 stycznia 2019 r. weszły w życie znowelizowane przepisy Ordynacji podatkowej, wprowadzające obowiązek raportowania fiskusowi schematów podatkowych. Nowe zasady, mające swoje źródło w dyrektywie unijnej, mają na celu ograniczenie agresywnej optymalizacji podatkowej. Wywołują jednak liczne kontrowersje.
Dlaczego fiskus nie lubi schematów podatkowych?
Ustawodawca zdefiniował, czym jest schemat podatkowy w art. 86a § 1 pkt 10 Ordynacji podatkowej, wyróżniając trzy jego typy:
schemat podatkowy, czyli uzgodnienie, które spełnia kryterium głównej korzyści i dysponuje zarówno ogólną, jak i szczególną cechą rozpoznawczą,
schemat podatkowy standaryzowany, który można odnieść do więcej niż jednego podmiotu, bez zmiany jego istotnych założeń,
schemat podatkowy transgraniczny, czyli taki, który spełnia kryterium transgraniczne.
Schematem podatkowym będą zatem wszelkie rozwiązania oparte na znajomości prawa podatkowego oraz praktyce jego stosowania, które mają na celu optymalizację obciążeń podatkowych.
Stąd właśnie tak ogólna definicja, która umożliwia zakwalifikowanie jako schemat wszelkich działań nakierowanych na optymalizację, podjętych nie tylko przez podatnika, ale także „promotora” – doradcę podatkowego, radcę prawnego, adwokata, pracownika banku lub inny podmiot, który pomaga stworzyć schemat.
Transakcje zagraniczne, czy tylko krajowe – kto musi zgłosić schemat podatkowy?
Obowiązek raportowania schematów podatkowych wprowadza Dyrektywa MDR (ang. Mandatory Disclosure Rules) przyjęta przez Radę UE 25 maja 2018 r. Nakłada na państwa członkowskie obowiązek implementacji do krajowych porządków prawnych przepisów, które nakazują podatnikom ujawnianie informacji o schematach podatkowych w transakcjach międzynarodowych.
Problem w tym, że znowelizowane przepisy Ordynacji podatkowej nakazują zgłaszać schematy także w transakcjach krajowych, pod dwoma alternatywnymi warunkami:
korzystający jest podmiotem, którego przychody, koszty lub wartość aktywów przekracza 10 milionów euro,
przedmiotem uzgodnienia są rzeczy lub prawa o wartości przekraczającej 2,5 milionów euro.
Od 1 stycznia 2019 r. schematy podatkowe muszą więc zgłaszać wszyscy korzystający w transakcjach międzynarodowych oraz wybrani w transakcjach krajowych.
Nowe przepisy wzbudzają liczne kontrowersje
Krajowa Izba Doradców Podatkowych wyraziła obawę, że raportowanie schematów podatkowych naruszy obowiązek zachowania tajemnicy zawodowej. Ustawodawca wprawdzie zapewnia, że promotor będzie mógł uchylić się od wyjawienia informacji objętych tajemnicą, ale co z innymi podmiotami zobowiązanymi do składania raportu, które nie są objęte tajemnicą zawodową?
Poza tym raportowanie obejmuje przekazywanie danych identyfikacyjnych korzystającego, m.in. firmę lub imię i nazwisko, datę i miejsce urodzenia, numer identyfikacji podatkowej. Ale nawet sam opis schematu podatkowego oraz działalności korzystającego może pozwolić na jego identyfikację. Nowelizacja pozbawia więc doradców podatkowych oraz innych podmiotów zobowiązanych do zachowania tajemnicy zawodowej pełnej realizacji tego obowiązku.
Poważne obawy wzbudziło także wyjaśnienie Ministerstwa Finansów, że brak reakcji organów podatkowych na schemat nie oznacza, że nie zostanie on zakwestionowany w przyszłości. Brak terminu granicznego, po którym nie będzie możliwe kwestionowanie schematu, negatywnie wpłynie na swobodę prowadzenia działalności gospodarczej. Przede wszystkim odbierze przedsiębiorcom pewność co do prawidłowości swoich działań, nakierowanych na zmniejszenie obciążeń podatkowych.
Powstają także wątpliwości co do celu implementacji dyrektywy w takim zakresie. Specjaliści zauważają, że pod przykrywką implementacji przepisów unijnych, Ministerstwo Finansów próbuje forsować swoje własne pomysły. Martwi także tempo wprowadzania nowych zasad. Dyrektywa MDR nakazuje państwom członkowskim wprowadzić jej przepisy do 31 grudnia 2019 r. Tymczasem w Polsce obowiązują już od 1 stycznia. Taki pośpiech może spowodować zarówno błędy legislacyjne, jak i jeszcze większe skomplikowanie przepisów Ordynacji podatkowej w naszym kraju.
Na co liczy fiskus?
Celem implementacji Dyrektywy MDR w tak szerokim zakresie jest eliminacja agresywnego planowania podatkowego. Organy zyskają szybki dostęp do informacji na temat samych schematów oraz korzystających i promotorów.
Fiskus liczy na to, że w ten sposób zniechęci podatników do podejmowania działań zmierzających do uzyskania korzyści podatkowej, ponieważ, mając świadomość obowiązku składania raportu, zastanowią się, czy chcą ryzykować ujawnieniem danych oraz ewentualnymi sankcjami.
Podsumowanie
Wprowadzenie obowiązku raportowania będzie sprzyjało zapobieganiu nadużyciom podatkowym. Budzi jednak liczne zastrzeżenia. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że nowe przepisy są kolejnym krokiem w kierunku przerzucania pracy administracji skarbowej na podatnika.
Wątpliwości budzi także szybkość implementacji przepisów dyrektywy oraz jej zakres. Przedsiębiorcy obawiają się nieograniczonej w czasie możliwości kwestionowania zgłoszonych schematów, która odbierze im pewność co do prawidłowości stosowanych rozwiązań.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Spółka KP Labs buduje na terenie Nowych Gliwic Centrum Badawczo-Rozwojowe (CBR) w dziedzinie elektroniki i technik kosmicznych. W Centrum wysoko wykwalifikowani inżynierowie będą prowadzić badania przemysłowe i prace rozwojowe związane z małymi satelitami. KP Labs jest zaangażowane w budowę satelity Intuiton-1, który będzie wyposażony w najbardziej na świecie wydajny komputer pokładowy i zaawansowane przyrządy do obserwacji Ziemi. W ubiegłym roku inżynierowie KP Labs zdobyli główną nagrodę w konkursie na najlepszą sztuczną inteligencję do interpretacji danych z obrazów satelitarnych – zwyciężając w Copernicus Hackathon, organizowanym przez Komisję Europejską.
W powstającym w Gliwicach kompleksie znajdzie się szereg specjalistycznych laboratoriów naukowych, a także obserwatorium (umożliwiające eksperymentalną komunikację optyczną
z satelitami), którego kopuła będzie miała 4,5m średnicy.
– Nie mam wątpliwości, że przed nami stoją wyjątkowe wyzwania, będące marzeniem wielu inżynierów. Eksploracja kosmosu to zadanie dla ambitnych, a ja i zespół KP Labs do takich osób należymy. Powstanie Centrum Badawczo-Rozwojowego jest dla nas krokiem milowym. Pozwoli nam na realizację planów budowy komponentów dla projektowanych przez nas satelitów, w tym Intuition-1, podsystemów związanych z przetwarzaniem danych, komunikacją optyczną, a wreszcie także z autonomią satelitów – komentuje Michał Baćkowski, Wiceprezes Zarządu KP Labs.
Trzykondygnacyjny budynek pomieści clean room1oraz szereg laboratoriów przeznaczonych do analizy zdjęć satelitarnych i prac nad algorytmami do nawigacji satelitów (GNC), kontroli i planowania misji, systemów komunikacyjnych, optyki, uczenia maszynowego, montażu i testów systemów elektronicznych czy kompatybilności elektromagnetycznej EMC2.
– W centrum znajdzie się wszystko to co jest niezbędne do prowadzenia skomplikowanych, ale niezbędnych w projektach kosmicznych prac i badań – komentuje Rafał Żogała, Project Manager zarządzający budową Centrum.
Kubatura CBR wyniesie 7065m3, a powierzchnia kompleksu użytkowa to 2355m2. Projekt zakłada również ogród zielony o powierzchni 136m2, który będzie okalał obserwatorium. Budynek ma zostać oddany do końca 2020 r.
– Projekt biurowca rozbudowaliśmy o niezbędną infrastrukturę, aby sprostać wymaganiom inwestora. Na dachu powstanie strefa do obserwacji i śledzenia satelitów. Dodatkową funkcją pozwalającą pracownikom na „bliższe spojrzenie” w gwiazdy ma być zielony taras na dachu dostosowany do ich potrzeb przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa i dostosowaniu do obowiązujących przepisów budowlanych – mówi arch. Grzegorz Szymczak, autor projektu, właściciel MFA Studio.
Budują satelitę do obserwacji hiperspektralnych
Obecnie KP Labs buduje satelitę Intuition-1, którego celem jest przeprowadzenie obserwacji Ziemi z wykorzystaniem instrumentu hiperspektralnego i zaawansowanym przetwarzaniem danych na pokładzie, opartym o głębokie sieci neuronowe. Będzie to pierwszy na świecie satelita o mocy przetwarzania pozwalającej na segmentację obrazów hiperspektralnych na orbicie. Intuition-1 będzie satelitą klasy 6U, w kształcie prostopadłościanu o wymiarach 10x22x36 cm, a jego waga w przybliżeniu wyniesie 10 kg. Zostanie w nim umieszczona specjalistyczna kamera o wysokiej rozdzielczości spektralnej w zakresie światła widzialnego i bliskiej podczerwieni. Dzięki podzieleniu tego pasma na ponad 100 kanałów będzie można uzyskać zdecydowanie więcej informacji w stosunku do aktualnie istniejących na rynku instrumentów. Zwiększona liczba kanałów pozwoli na podniesienie jakości wykonywanych zdjęć satelitarnych, a segmentacja obrazów na pokładzie satelity – na skrócenie czasu reakcji na monitorowane zdarzenia. Dane przetworzone w ten sposób znajdą zastosowanie w wielu sektorach, np.:
leśnictwo (klasyfikacja lasów, określanie gatunków i stanu zdrowia lasów, planowanie zalesiania),
ochrona środowiska (mapy emisji zanieczyszczeń, mapy zanieczyszczeń wód i gleby, zarządzanie i analiza zagospodarowania gruntów).
Jednym z podwykonawców budowy satelity jest spółka FP Instruments.
Inżynierowie KP Labs rozwijają DeepFlow i zwyciężają w Copernicus Hackaton
Zespół inżynierów KP Labs zwyciężył w Copernicus Hackathon, organizowanym przez Komisję Europejską konkursie na najlepszą sztuczną inteligencję do interpretacji danych z obrazów satelitarnych. Zwycięskie rozwiązanie pn. DeepFlow pozwoli interpretować dane obrazowe, nadsyłane przez satelity obserwacyjne Ziemi w celu ich wykorzystania np. w rolnictwie, przemyśle, ochronie zdrowia. Automatyzuje bowiem wyszukiwanie istotnych informacji, które są „ukryte” w różnych warstwach zdjęć satelitarnych.
Dzięki zaawansowanej technologii uczenia głębokiego DeepFlow, komputery są w stanie analizować bardzo duże zbiory danych i pomagają odkrywać wzorce na setkach lub tysiącach zdjęć. Dane te wymagają jednak przygotowania i dalszej obróbki, która możliwa jest dzięki wykorzystaniu sieci głębokich i mechanizmów korekcji obrazów DeepFlow.
Wszystko to sprawia, że czas wymagany na pozyskanie informacji z obserwowanych obszarów jest znacznie krótszy. Wykorzystując zaawansowaną technologię uczenia maszynowego, najlepszy zespół Copernicus Hackathon, za pomocą swojej aplikacji, będzie przygotowywać dane ze zdjęć satelitarnych oraz poddawać obrazy niezbędnej obróbce i korekcie zgodnie z oczekiwaniami odbiorców.
Czym jest status Centrum Badawczo-Rozwojowego?
Status przyznawany jest na postawie ustawy z dnia 30 maja 2008 r. o niektórych formach wspierania działalności innowacyjnej (Dz.U. 2008 nr 116 poz. 730) – tekst jednolity po zmianach. Przedsiębiorca posiadający status jednostki badawczej ma większe możliwości ubiegania się o dotacje, w niektórych sytuacjach może ubiegać się o wyższe dofinansowanie niż przedsiębiorca niemający statusu CBR – poziomy dofinansowania dla jednostek badawczych są zwykle wyższe niż dla firm. Daje także możliwości odliczania kosztów poniesionych na działalność badawczo-rozwojową od przychodów firmy. Przedsiębiorca posiadający status CBR staje się jednostką naukową i może być wnioskodawcą albo dostawcą usług w konkursach unijnych, które dla „zwykłego” przedsiębiorcy są niedostępne.
KP Labs wystąpiła o nadanie takiego statusu w związku z prowadzoną działalnością badawczo-rozwojową.
Status CBR nadaje minister właściwy ds. gospodarki (obecnie Minister Przedsiębiorczości i Technologii) na podstawie wniosku przedsiębiorcy, który chce taki status uzyskać. Status przyznawany jest maksymalnie na rok, trzeba potem złożyć wniosek o utrzymanie statusu. Warunkiem uzyskania statusu jest odpowiednia struktura przychodów firmy (odpowiedni % przychodów muszą stanowić przychody ze sprzedaży wytworzonych przez siebie usług badawczo-rozwojowych).
Po niemal dwóch tygodniach wzrostów przyszedł czas na odbicie na dolarze. Iskra zapalna nadeszła z FED. Nowa Zelandia nie obniża stóp procentowych a komunikat po posiedzeniu umacnia walutę.
Odbicie na dolarze
Dolar w dalszym ciągu pozostaje bardzo drogi, jednak cofnął się trochę od wczorajszych maksimów. Powodem jest ruch na parze EURUSD. Skoro dolar stracił około pół centa do euro, tyle samo musiał stracić względem złotego. Zakładając oczywiście, że złoty był stabilny względem euro, co akurat miało miejsce. W rezultacie oglądamy dzisiaj dolara około dwa grosze tańszego. Co takiego wydarzyło się za oceanem, że nagle dolar potaniał? Część analityków jako iskrę zapalną wskazuje zmiany oczekiwań w sprawie stóp procentowych. FOMC ma co prawda zaprzestać zmniejszania sumy bilansowej, ale ma również spowolnić obniżki stóp procentowych. Czym jest suma bilansowa? To środki jakie wygenerował FED w ramach operacji luzowania ilościowego. Każdego miesiąca jest obecnie umarzanych 50 miliardów dolarów. Ta kwota znika zatem z rynków finansowych. Żeby mniej więcej oddać skalę tego zjawiska to jakby w 6 miesięcy zniknął ekwiwalent całej Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. To właśnie te niedobory uważane są powszechnie za powód końca hossy na amerykańskiej giełdzie.
Nowa Zelandia bez zmiany stóp
Bank Nowej Zelandii nie zmienił stóp procentowych. Pozostały one na poziomie 1,75%. Analitycy spodziewali się takiej decyzji. To co jednak było pewnym zaskoczeniem dla rynków to komunikat po samym posiedzeniu wydłużający perspektywę utrzymania stóp procentowych. Wielu inwestorów spodziewało się jeszcze w tym roku obniżek stóp procentowych w związku ze spowolnieniem światowej gospodarki. Efektem tych oczekiwań był słabszy dolar nowozelandzki. Gdy okazało się, że stopy procentowe dłużej pozostaną niezmienione inwestorzy rozpoczęli kupowanie dolarów nowozelandzkich, które poszły w górę o niemal 1%.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – USA – bilans płatniczy,
14:30 – USA – inflacja konsumencka,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Zakład Ubezpieczeń Społecznych podał informację na temat tego, iż po raz pierwszy od lat zmniejszyła się liczba obywateli Ukrainy ubezpieczonych w ZUS. Według ostatnich danych ubezpieczyciela, na przełomie roku liczba pracowników z ukraińskim paszportem, za których odprowadzano składki do ZUS zmalała o ponad 20 tysięcy. Eksperci OTTO Work Force podkreślają, iż zwiększyła się konkurencja o pracowników z Ukrainy, a inne kraje wprowadzają specjalne udogodnienia dla obywateli zza wschodniej granicy.
Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska
„Spadek Ukraińców ubezpieczonych w Polsce przede wszystkim może wynikać z sezonowości. W IV kwartale mamy zwykle większe zapotrzebowanie na pracowników w logistyce czy handlu, które to wraz z końcem roku wygasa. Z drugiej strony na pewno ogromne znaczenie ma to, że o pracowników z Ukrainy jest coraz trudniej. Konkurujemy o nich z innymi krajami, np. ze Słowacją, która od stycznia wprowadziła specjalne udogodnienia w zatrudnianiu pracowników spoza Unii Europejskiej. W styczniu 2020 duży rynek niemiecki również dołączy do walki o pracowników z Ukrainy. To co my jako Polska powinniśmy zrobić, aby zapobiegać odpływowi tych pracowników, to przede wszystkim uproszczenie procedur przedłużania pobytu w naszym kraju, które są obecnie bardzo skomplikowane przez co pracownicy z Ukrainy są często zmuszeni do wyjazdu” – komentuje zmiany Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.
Według raportu OTTO Work Force z 2018 roku 37% pracowników tymczasowych z Ukrainy „rozważa” lub „raczej rozważa” wyjazd do innego kraju niż Polska. Jedynie 16% ankietowanych zadeklarowało, że nie bierze pod uwagę dalszej emigracji zarobkowej. Ankietowani wskazali wyższe zarobki (62%) jako decydujący powód ich wyjazdu. Destynacje, które biorą pod uwagę to głównie Niemcy (40%), Wielka Brytania (15%), Holandia (14%), Norwegia (13%), Włochy (9%) i Francja (8%).
W sądach pojawia się pytanie, czy spread, który pobierały banki przy okazji kredytów frankowych, odbiegał od kursu ustalonego na rynku międzybankowym. Wątpliwości budzi, czy banki w relacjach z kredytobiorcami mogły w ogóle go pobierać. Art. 11 ust. 1 pkt. 4 Prawa Bankowego stanowi o tym, że banki publikują tabelę w miejscu wykonywania czynności. Chodzi o uregulowany w art. 5 Prawa Bankowego obrót dewizowy. Gdyby zestawić te dwa przepisy, spread należy się na wykonanie usługi kantorowej. W kredytach denominowanych oraz indeksowanych taka czynność w ogóle się nie pojawiała. Tymczasem banki pobierały spread. Świadkowie zeznający w sprawach frankowiczów tłumaczą to koniecznością, jako że banki same musiały go zapłacić na rynku międzybankowym w obrocie frankiem szwajcarskim. Spread w banku był jednak wyższy. Jednocześnie rzeczywisty obrót walutą, czyli usługa kantorowa miała miejsce jedynie w drugim przypadku. W umowach z kredytobiorcami nie była wykonywana.
– Sądy powinny zastanowić się nad tym, czy uczciwym jest pobieranie wynagrodzenia bez wykonania jakiejkolwiek usługi, w szczególności polegającej na wymianie walutowej – powiedziała agencji eNewsroom.pl Barbara Garlacz, radca prawny – Kolejnym pytaniem jest wiedza kredytobiorcy w momencie zaciągania kredytu odnośnie konieczności zapłaty tego wynagrodzenia w danych okolicznościach. Kwestionowana jest zatem znajomość przyczyn pobierania spreadu w jego umowie kredytowej. Mów o tym orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 22 lutego 2018 roku w sprawie C126/17. Wskazuje, że jeżeli umowa nie określa zasad ustalania kursu, a on sam w sobie jest nietransparentny, to taki warunek jest nieuczciwy. Jeżeli kredytobiorca nie wiedział, dlaczego bank pobiera spread – to już z tego punktu widzenia przewidująca to wynagrodzenie klauzula jest nieuczciwa – wskazała Garlacz.
Ceny energii wpływają na wiele elementów życia codziennego i gospodarczego. Oddziałują na inflację, czy efektywność produkcji. Poziom emisyjności w najbliższych latach będzie istotny dla wszystkich Polaków. Zacznie wpływać na chęć ucieczki z zawodowej energetyki – jeśli ta nie zacznie się zmieniać. Polska energetyka emituje ok. 800 kilogramów CO2 na jedną mWh wygenerowanej energii. Średnia unijna to ponad 300. Oznacza to, że mamy niemal trzy razy mniej konkurencyjną gospodarkę, tylko ze względu na jej emisyjność. To bardzo mocno wpływa na przemysł i ogółem – na ceny energii. Zmiana tej sytuacji wymaga działania na wielu obszarach. Nie ma jednego dobrego rozwiązania dla krajowej energetyki i ciepłownictwa. Szybką poprawę przynosi wybieranie rozwiązań nisko- i zeroemisyjnych.
– Rozwiązania prosumenckie, kiedy sami możemy wytwarzać i magazynować energię, nie są już daleką przyszłością. Rozproszenie energii przyczyni się do transformacji energetycznej – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego –Stały impuls do wzrostu cen energii może zostać przełamany przez dwa czynniki. Pierwszym jest krótkotrwałe otwarcie granic i import energii. To rozwiązanie ma jednak pewne ograniczenia techniczne i związane z nim ryzyka. Drugi sposób to budowa rozproszonej zero- i niskoemisyjnej energetyki. Częściowo jest to możliwe przez działania indywidualnych przedsiębiorców, jak w części prosumenckiej. To jednak też inwestycje dużych spółek energetycznych, jak np. PGE czy Orlen. Firmy te rozszerzają aktywność rozwijając projekty offshore, czyli w oparciu o wiatr na morzu. Strategia energetyczna musi brać pod uwagę tzw. merit order – krańcowy koszt wytwarzania energii – który powinien maleć, a nie rosnąć. Na początku powinny znaleźć się tu źródła zeroemisyjne, przewidywalne, chociaż niesterowalne – w znacznej części OZE. Następnie niezbędne są elementy bilansujące. Są to elektrownie i elektrociepłownie gazowe oraz gazyfikacja miast. Na końcu są źródła węglowe, które w dużej mierze będą wygaszane. Niedawno wprowadzony pakiet zimowy eliminuje ich dotowanie oraz bardzo mocno ogranicza modernizację i budowę nowych źródeł opartych o ten surowiec – wskazał Roszkowski.
Ceny nowych mieszkań powinny się ustabilizować w drugim półroczu, gdy przez pierwszych sześć miesięcy 2019 r. będą nadal rosły. Kondycja finansowa deweloperów jest dobra, nie mają większych problemów ze sprzedażą obligacji korporacyjnych.
– Nie spodziewam się spadku cen mieszkań w pierwszym półroczu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mateusz Mucha, menedżer w Domu Maklerskim Navigator.
W jego ocenie na sytuację deweloperów będzie miała duży wpływ sytuacja na rynku pracy, związana z pracownikami z Ukrainy. Jeżeli wyjadą z Polski do Niemiec, to wzrosną nie tylko koszty płacowe w budownictwie, ale także spadnie rentowność najmu mieszkań.
– Pracownicy z Ukrainy są dużym graczem na rynku najmu – wyjaśnia M.Mucha.
Kondycja finansowa deweloperów jest nadal dobra, czego potwierdzeniem jest rynek obligacji korporacyjnych.
– Z naszego raportu, który przygotowujemy co kwartał. wynika, że w 2018 r. deweloperzy wyemitowali obligacje wartości 1,2 mld zł, a na rynku są do wykupienia do 2010 r. obligacje o wartości już 3,5 mld zł – mówi menedżer z DM Navigator.
W Polsce ok. 12 mln ludzi mieszka w blokach z wielkiej płyty. Najstarsze budynki, choć miały funkcjonować 50 lat, zaraz będą miały 60 i nie zapowiada się, aby szybko miały zniknąć z krajobrazu Polskich miast.
Wielka płyta czy może stać się niedługo problemem. Czy scenariusz, w którym dużo osób będzie chciało pozbyć się tych mieszkań i ich ceny radykalnie pójdą w dół jest możliwy?
– Te budynki są modernizowane i ludzie tam dalej mieszkają. Budowano je z przeświadczeniem, że one mogą stać 60 lat, ale nikt tego nie potwierdził, więc one mogą stać i 100 lat – mówi Aleksander Skirmuntt, Maxon.
Budynki z wielkiej płyty nadal są popularne, ponieważ wybudowane zostały w bardzo dobrych lokalizacjach. Mieszkania w takich blokach bardzo szybko znajdują najemców.
– Mieszkania w tych budynkach są kompaktowe, czyli lokal poniżej 60 m2 może mieć 3 pokoje – mówi Michał Rudnicki, Emmerson Realty.
Czy trudniej jest wziąć kredyt na mieszkanie znajdujące się w bloku z wielkiej płyty?
– Bez problemu dostaniemy kredyt hipoteczny na takie mieszkanie – komentuje Jarosław Sadowski, Expander.
– Ci, którzy wieszczą, że wielka płyta za chwilę się skończy w Polsce są w dużym błędzie – podsumowuje Jarosław Mikołaj Skoczeń z firmy Emmerson Realty.
W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny; Michał Rudnicki, Emmerson Realty; Aleksander Skirmuntt, Maxon i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Emmerson Realty.
Kurs EUR/PLN pozostaje w okolicach 4,325 co potwierdza utrzymującą się presję na PLN.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Wtorkowa sesja przyniosła lekką przecenę dolara, co jednak nie zmieniło dotychczasowego obrazu krajowego rynku walutowego. Przy kalendarzu makro, kolejny dzień z rzędu, pozbawionym kluczowych pozycji, notowania EUR/USD wzrosły do 1,1345 podczas gdy kurs EUR/PLN nadal „trzymał się” oporu na 4,325.
Rynki czekają na finał amerykańsko-chińskich rozmów handlowych. Choć Trump wielokrotnie sygnalizował optymizm, jednak samo tworzenie dobrego PR-u nie wystarcza. Inwestorzy wydają się wypatrywać sygnałów, że strony konfliktu gotowe są rozważyć wydłużenie terminu rozejmu poza 1 marca, jeżeli zaszłaby taka potrzeba, aby można było uniknąć eskalacji nakładania ceł, co znalazłoby ujście w dalszym spowalnianiu globalnej gospodarki.
Otwartym tematem wciąż pozostaje też Brexit. Za 6 tygodni Wielka Brytania może pogrążyć się w politycznym i gospodarczym chaosie, co podgrzewa nerwową atmosferę. Niemniej w ostatnich dniach na rynek ocierają informacje, o obustronnej woli porozumienia, co we wtorek przyczyniło się do poprawy nastrojów w Europie. Brytyjski minister do spraw Brexitu powiedział, że zarówno UK, jak i UE zależy na zawarciu ugody, przyznając, iż wyjście Wielkiej Brytanii z Unii bez umowy nie leży w interesie żadnej ze stron.
Na rynku stopy procentowej wtorek przyniósł lekki wzrost rentowności obligacji. Powodem osłabienia notowań były informacje ze świata sygnalizujące możliwy spadek awersji do ryzyka. Wiele wskazuje na to, że uda się uniknąć kolejnego wstrzymania prac rządu USA, a w ocenie inwestorów zwiększyło się też prawdopodobieństwo zawarcia porozumienia handlowego pomiędzy USA a Chinami. W efekcie wzrósł popyt na aktywa ryzykowne, co przyczyniło się do wzrostu rentowności amerykańskich i europejskich obligacji, a w ślad za nimi także polskich.
W regionie opublikowane zostały dane nt. inflacji na Węgrzech. Odczyt pokazał niższą dynamikę wzrostu cen od prognoz (2,7% r/r vs. konsensus 2,8%), ale też wzrost wskaźnika inflacji bazowej do 3,2% r/r wobec 2,8% w grudniu, co wskazuje na podwyższoną presję cenową w gospodarce. Tym samym mamy do czynienia z rozbieżnymi trendami w Polsce i na Węgrzech. Podwyższona ścieżka inflacji tworzyć będzie presję na Bank Węgier w kierunku „normalizacji” polityki pieniężnej, zakładającej również podwyżki stóp procentowych. Stąd, w najbliższych miesiącach spodziewać się można, że polskie obligacje zachowywać się będą lepiej od węgierskich.
W Polsce, wzrostowi cen krótkoterminowych obligacji będą sprzyjać najbliższe odczyty inflacyjne. W piątek GUS poda dane za styczeń, które powinny pokazać spadek CPI do 0,9% r/r wobec 1,1% w grudniu (konsensus zakłada 1,0%). W przypadku polskiego wskaźnika niższe poziomy będą wynikały m.in. z niższych cen paliw. Zakładając utrzymanie stabilnych cen paliw i dalszy brak wpływu presji płacowej na inflację w kolejnych miesiącach (to powinna potwierdzić inflacja bazowa w styczniu bliska 0,5% r/r) trudno będzie liczyć na wzrost inflacji powyżej dolnego odchylenia wahań od celu inflacyjnego NBP. W środę dodatkowo tezę o globalnym braku presji inflacyjnej potwierdzić powinny publikacje inflacji w Rumunii, Wielkiej Brytanii i USA (jedynie w Czechach spodziewany jest wzrost wskaźnika). Dodatkowe prawdopodobne ograniczenie podaży papierów skarbowych w Polsce w kolejnych kwartałach będzie sprzyjać spadkowi rentowności 2-letnich obligacji w kierunku 1,40%.
Wykres dnia: Spread pomiędzy rentownościami polskich a węgierskich 10-letnich obligacji skarbowych powinien powrócić do ujemnych poziomów (pb.).
Źródło: Thomson Reuters
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski
W 2018 roku skonsolidowany zysk netto Grupy ING Banku Śląskiego osiągnął rekordowy poziom 1 525,9 mln zł, co oznacza wzrost o 9% w porównaniu z 2017 rokiem. Intencją Zarządu Banku jest wypłata dywidendy w wysokości ok. 30% zysku za ubiegły rok. Bank zanotował w minionym roku najwyższy w historii przyrost wartości kredytów. ING Bank Śląski osiągnął dynamiczny wzrost zachowując jedną z najlepszych na polskim rynku jakości portfela kredytowego.
Podstawowe dane finansowe Grupy ING Banku Śląskiego w 2018 roku:
przychody ogółem wzrosły o 10% do 5 232,4 mln zł,
koszty ogółem wzrosły o 9% do 2 326,8 mln zł,
wynik przed kosztami ryzyka wzrósł o 10% do 2 905,6 mln zł,
zysk brutto wzrósł o 8% do 2 033,0 mln zł,
zysk netto wzrósł o 9% do 1 525,9 mln zł,
zwrot z kapitału (ROE) wyniósł 12,5% w porównaniu z 12,6% przed rokiem,
wskaźnik koszty/przychody obniżył się do 44,5% z 44,8% przez rokiem,
udział kredytów zagrożonych wyniósł 2,8% w porównaniu ze średnią dla banków w wysokości 6,5%,
łączny współczynnik kapitałowy wyniósł 15,6%.
Brunon Bartkiewicz, prezes ING Banku Śląskiego
– W 2018 roku osiągnęliśmy rekordowy zysk netto, który wyniósł ponad 1,5 mld zł. To efekt wzrostu działalności podstawowej banku. Szczególnie warty podkreślenia jest przyrost akcji kredytowej o blisko 16 mld zł. To najwyższy nominalny wzrost w historii banku. W efekcie na koniec roku portfel kredytów osiągnął poziom 104 mld zł. Oznacza to wzrost o 18%. Rezultatem wysokiej dynamiki akcji kredytowej jest zwiększenie udziału rynkowego banku. Po stronie bankowości korporacyjnej osiągnął on rekordowy poziom 11,15%, a detalicznej 6,33%. Dynamiczny wzrost osiągamy zachowując wysoką jakość aktywów – udział kredytów zagrożonych wyniósł 2,8% w porównaniu ze średnią dla banków w wysokości 6,5% – powiedział Brunon Bartkiewicz, prezes ING Banku Śląskiego.
– Od wielu lat zachęcamy klientów do korzystania z cyfrowych kanałów dostępu do banku. W efekcie notujemy dynamicznie rosnącą transakcyjność. Obrazuje to udział przelewów mobilnych w całości przelewów, który wzrósł do 18% w 2018 roku z 14% w 2017 roku. W ciągu minionego roku liczba przelewów wykonanych za pośrednictwem urządzeń mobilnych w bankowości detalicznej wzrosła o 19 mln do ponad 63 mln, co daje wzrost o 44%. Po stronie bankowości korporacyjnej liczba przelewów mobilnych wzrosła o 36%. Liczba transakcji BLIK-iem osiągnęła w tym okresie poziom 13,5 mln. To czterokrotnie więcej niż w poprzednim roku. O zmianie zachowań i preferencji klientów świadczy również to, że wzrostowi transakcji elektronicznych towarzyszył 14-proc spadek wypłat gotówki w oddziałach i urządzeniach – dodał B. Bartkiewicz.
Naszym klientom firmowym pomagamy w przechodzeniu na obsługę bezgotówkową oferując terminale płatnicze oraz bramkę płatniczą do przyjmowania transakcji w internecie. W zeszłym roku zainstalowaliśmy łącznie 12,6 tys. terminali oraz przeprocesowaliśmy 8 mln transakcji. Ponad 300 sklepów internetowych korzysta z naszej bramki płatniczej imoje, z czego 80 sklepów oferuje płatności Twisto.
Na koniec ub.r. 76% kredytów gotówkowych dla klientów indywidualnych oraz 71% w przypadku przedsiębiorców zostało udzielonych przez internet. Po stronie korporacyjnej w ten sposób jest składanych już 95% wniosków kredytowych. Nowoczesne systemy bankowości internetowej i mobilnej zwiększają satysfakcję klientów i pozwalają nam efektywniej obsługiwać ich rosnącą liczbę – powiedział prezes ING Banku Śląskiego.
Najważniejsze wyniki biznesowe Grupy ING Banku Śląskiego osiągnięte w 2018 roku:
wzrost wartości kredytów o 18% do 104 445 mln zł,
wzrost wartości depozytów o 13% do 115 908 mln zł,
wzrost liczby nowych klientów detalicznych do 4,8 mln (wzrost liczby nowych klientów o 429 tys. w porównaniu z 2017 r.),
wzrost liczby nowych klientów korporacyjnych do 62 tys. (wzrost liczby nowych klientów o 11,6 tys. w porównaniu z 2017 r.),
wzrost liczby rachunków bieżących o 273,7 tys. do 3,6 mln.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że sprawna realizacja projektów wspófinansowanych ze środków europejskich w ramach obecnej, rekordowej dla Polski perspektywy finansowej na lata 2014-2020 stanowi jedno z kluczowych wyzwań, którym musi sprostać nasze państwo. Infrastruktura transportowa należy do głównych obszarów, w których inwestowane są środki UE. W celu uniknięcia utraty części środków, realizacja i certyfikacja wszystkich wydatków musi zostać zakończona do końca 2023 r. Dalsze utrzymywanie się przewlekłości procesu rozstrzygania przetargów rodzi istotne ryzyko dla planowej realizacji harmonogramu wykorzystania funduszy unijnych w tym obszarze.
Do końca bieżącej perspektywy finansowej pozostało niewiele ponad 2 lata. Do tego czasu wszystkie planowane wydatki powinny zostać objęte umowami o dofinansowanie. Aby wyeliminować potencjalne zagrożenie dla realizacji projektów infrastrukturalnych finansowanych ze środków europejskich w obecnej perspektywie finansowej, konieczne jest przyspieszenie procesu rozstrzygania przetargów oraz zabezpieczenie realizacji zawartych już kontraktów na budowę – przez mechanizmy skuteczniej dostosowujące ich wartość do zmieniających się warunków rynkowych. Jest to niezbędne dla oddalenia ryzyka organizowania dodatkowych, kosztownych i czasochłonnych przetargów.
Marek Kowalski
„Przewlekłość procesu rozstrzygania przetargów i wyboru wykonawcy nie tylko powoduje, że harmonogram realizacji projektów staje się coraz bardziej napięty, lecz również wpływa na uwarunkowania inwestycyjne. Kumulacja prac związanych z budową dróg w jednym okresie powoduje gwałtowny wzrost cen materiałów oraz pozostałych składników kosztów robót. Na przykład, od początku 2016 r. ceny stali zbrojonej wzrosły o ok. 60%, betonu o ponad 30%, a asfaltu prawie o 90%. To, w połączeniu z długim okresem oczekiwania na podpisanie umowy po złożeniu oferty oraz bardzo ograniczonym zakresem waloryzacji, przyczynia się do wzrostu ryzyka wycofywania się wykonawców z nierentownych kontraktów. W takiej sytuacji konieczna byłaby ponowna organizacja przetargów w celu wyboru wykonawców zastępczych, co wiązałoby się z dodatkowymi kosztami oraz jeszcze większymi opóźnieniami” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
W przypadku przedsięwzięć infrastrukturalnych, tempo wykorzystania funduszy w poprzednich latach nie rodziło poważnego zagrożenia niewykorzystania w całości przydzielonych Polsce środków. W ostatnim czasie zaczynają jednak narastać niepokojące tendencje, mogące niekorzystnie zmienić ten stan rzeczy. Proces rozstrzygania przetargów drogowych niebezpiecznie się bowiem przedłuża. Okres od momentu ogłoszenia przetargu do podpisania umowy na wykonanie zadania, w przypadku kontraktów zawartych do tej pory w 2018 r. wynosił średnio aż 713 dni. Dla porównania, w poprzedniej perspektywie finansowej ten okres wynosił średnio ok. 355 dni. Problem dotyczy również inwestycji kolejowych. Choć kontraktacja środków przebiega tam bez tak dużych zakłóceń, tempo wydatkowania funduszy jest znacznie wolniejsze niż w przypadku dróg. Wąskim gardłem w całym procesie są również uzgodnienia środowiskowe.
Przeciętna długość okresu od złożenia oferty do zawarcia umowy osiągnęła w bieżącym roku aż 236 dni, a w ekstremalnych przypadkach wykonawcy muszą oczekiwać nawet około roku. Jak wynika z danych Komisji Europejskiej, w I poł. 2018 r. poziom kontraktacji środków na drogi w ramach osi III polskiego Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko praktycznie nie uległ zmianie w stosunku do sytuacji na koniec 2017 r., utrzymując się na poziomie ok. 6,5 mld EUR, czyli ok. 58% planowanej całkowitej kwoty certyfikowanych wydatków kwalifikowanych. Opóźnienia w kontraktacji mogą za sobą pociągnąć opóźnienia w samym wydatkowaniu środków.
Leasing pozostaje najważniejszym zewnętrznym źródłem finansowania sektora MŚP w Polsce w I kwartale 2019 roku – korzysta z niego ponad 55 proc. przedsiębiorców. Po to narzędzie sięga ponad dwa razy więcej średnich firm niż mikro (odpowiednio 72 proc. i 33 proc. wskazań) – wskazuje „Barometr EFL”. Popularność leasingu potwierdzają najnowsze dane Związku Polskiego Leasingu, z których wynika, że wartość rynku leasingu w Polsce w 2018 roku wyniosła 82,6 mld zł i wzrosła o 21,8 proc. r/r.
Leasing jest najpopularniejszy w firmach z branży transportowej (71 proc.). W ten sposób przedsiębiorcy najczęściej finansują swoją flotę pojazdów. Z danych ZPL wynika, że w ubiegłym roku wartość leaisngu pojazdów ciężkich wyniosła prawie 20 mld zł, co oznacza ponad 11 proc. wzrost rok do roku.
Z leasingiem za pan brat są również firmy przemysłowe, wśród których z tego narzędzia korzysta aż 67 proc. przedstawicieli. W ten sposób finansują maszyny i urządzenia do produkcji, które są wymieniane przez nich co kilka lat. Trzecią branżą, która chętnie sięga po leasing, jest handel (62 proc. wskazań), a tuż za nią uplasowało się budownictwo (61 proc.).
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
– Każda branża ma swoje ulubione lub najbardziej odpowiednie do jej specyfiki narzędzia finansowania inwestycji. W przypadku aż czterech branż takich jak transport, produkcja, handel i budownictwo, numerem jeden, jeśli weźmiemy pod uwagę zewnętrzne instrumenty, jest leasing. Przedsiębiorcy tak chęnie go wybierają z kilku powodów. Mogą dokonać inwestycji bez angażowania często dużej gotówki, tę mogą przeznaczyć na inne cele – na przykład związane z rozwojem swoich pracowników, a kupione środki trwałe zwiększają wartość firmy i jej konkurencyjność – podkreśla Radosław Kuczyński, prezes EFL.
TOP3 zewnętrznych narzędzi finansowych bez zmian
Od początku realizacji badania „Barometr EFL” (od stycznia 2015 roku) przedstawiciele sektora MŚP najczęściej finansują swoją działalność środkami własnymi. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w I kwartale br. – aż 92 proc. przedsiębiorców zadeklarowało, że sięga do swoich kieszeni, żeby inwestować. Biorąc pod uwagę finansowanie zewnętrzne, na fotelu lidera znajduje się leasing, z którego korzysta 55 proc. MŚP. Po raz kolejny bardzo wysoko utrzymuje się ubezpieczenie majątku firmy – sięga po nie ponad 51 proc. przedsiębiorców. Podium domyka kredyt bankowy (42 proc. wskazań).
Większe firmy najbardziej doceniają leasing
Rok 2019 nie przyniósł także zmian, jeśli weźmiemy pod uwagę wielkość podmiotu i popularność leasingu. Po raz kolejny widać tendencję, zgodnie z którą, im firma zatrudnia więcej pracowników, tym częściej korzysta zewnętrznych narzędzi finansowych, w tym z leasingu. Podczas gdy wśród mikro firm 33 proc. zarządzających bazuje na tym produkcie, to wśród małych ten odsetek już jest niemal dwa razy wyższy i wynosi 64 proc., a wśród średnich podmiotów ponad 72 proc.
Z ubezpieczenia majątku najchętniej korzystają małe podmioty (60 proc.), wśród średnich ten wskaźnik wynosi 53 proc., a mikro 38 proc. Podobnie po kredyt bankowy najchętniej sięgają przedsiębiorstwa zatrudniające od 10 do 49 pracowników (52 proc.), a njarzadzirj te najmniejsze (22 proc.).
Według raportu DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2019. Nowe nadzieje, nowe zagrożenia w dobie rosnącego egoizmu gospodarczego. Skutki dla polskiej gospodarki i przedsiębiorstw” zjawisko gospodarczego egoizmu jest bardzo niebezpieczne dla Polski.
Skutki Brexitu i wojny handlowej zapoczątkowanej przez USA będą najbardziej dotkliwe dla polskiego przetwórstwa przemysłowego oraz handlu.
Prawie dwie trzecie polskich firm nie dostrzega wśród swoich zagranicznych kontrahentów oznak zniechęcenia wobec współpracy.
Ponad 55 proc. przedsiębiorców obawia się realizacji scenariusza Unii Europejskiej dwóch prędkości.
Ponad połowa firm nie zgadza się ze stwierdzeniem, że rządy powinny stosować politykę gospodarczą, która chroni rodzimych przedsiębiorców nawet kosztem ograniczenia swobody przepływu towarów, kapitału i przedsiębiorczości.
Artur Tomaszewski – Prezes Zarządu DNB Bank Polska S.A.
Po upadku komunizmu procesy globalizacyjne przyspieszyły, co wiązało się z intensyfikacją integracji regionalnej oraz wzrostem otwartości gospodarczej. Globalizacja zaczęła obejmować nie tylko obrót towarów, ale również rynki finansowe, przepływy kapitału, a także migracje ludności. Sytuacja zaczęła się zmieniać po kryzysie finansowym w 2008 roku, na skutek którego globalne PKB spadło w 2009 r. o 1,7 proc. (r/r), a unijne aż o 4,3 proc. – Zaufanie między dotychczasowymi partnerami gospodarczymi spadło. Do najwyraźniejszych sygnałów świadczących o odwrocie od otwartości i integracji należy kryzys migracyjny z 2015 roku, a także Brexit oraz nowa polityka handlowa Stanów Zjednoczonych. Wszystkie te zdarzenia są przejawem rosnącego indywidualizmu lub wręcz egoizmu gospodarczego poszczególnych krajów – mówi Artur Tomaszewski, prezes DNB Bank Polska.
Egoizm gospodarczy to działania, które z globalnego punktu widzenia mają negatywne konsekwencje społeczno-gospodarcze, ale dla danego państwa wydają się one korzystne i są uzasadniane potrzebą ochrony indywidualnych interesów. – Długookresowe skutki tych zmian są trudne do przewidzenia. Rewolucja technologiczna dziejąca się na naszych oczach przybiera na sile i na pewno będzie stymulowała kolejne zmiany w podejściu do globalizacji i otwartości gospodarczej – dodaje Artur Tomaszewski.
Globalizacja na tak
W ostatnich latach wyraźnie da się dostrzec, że politycy zmienili podejście do globalizacji i współpracy z sąsiadami. Z punktu widzenia przedsiębiorców działających w Polsce i innych państwach zachodnich kluczowe jest jednak to, czy za hasłami i retoryką wyborczą idą faktyczne zmiany w wymianie towarowej, w dostępie do rynków, do zagranicznej siły roboczej oraz kapitału. Póki co, polscy przedsiębiorcy tego nie odczuwają. Z ankiety przeprowadzonej przez DNB i PwC wśród największych polskich firm wynika, że aż 65,2 proc. badanych nie dostrzega wśród swoich zagranicznych kontrahentów oznak zniechęcenia wobec współpracy z nimi. Respondenci równie przychylnie postrzegają globalizację – blisko dwie trzecie z nich przyznało, że jest ona zjawiskiem pozytywnym, prowadzi do wzrostu światowego bogactwa i wzajemnego wzbogacania kultur. Co ciekawe, taka odpowiedź była wybierana zarówno w firmach z dużym udziałem kapitału zagranicznego i współpracujących z podmiotami zagranicznymi, jak i wśród tych prowadzących działalność jedynie na terenie Polski.
Polski rynek pracy otwarty na emigrantów
Zjawiskiem, które w Unii Europejskiej niewątpliwie wpłynęło na zmianę optyki jej członków, był kryzys migracyjny w 2015 roku. W 1998 w UE jeden emigrant przypadał na 230 osób, a w 2015 było to już 109 osób. Liczba wszystkich migrantów, którzy przybyli wówczas do Unii Europejskiej sięgała ponad 4,6 mln, co odpowiadało 0,95 proc. jej populacji. Komisja Europejska twierdzi, że w latach 2015-2016 przeznaczyła na walkę z kryzysem migracyjnym 9,2 mld euro. Same Niemcy oceniają swój dodatkowy wkład na około 0,5 proc. PKB w latach 2016 i 2017. Wydatki te nie powinny być jednak traktowane jako czyste koszty – OECD szacuje, że dodatkowe środki przeznaczone na wsparcie imigrantów już w latach 2016 i 2017 wygenerowały w państwach Europy popyt rzędu 0,1-0,2 proc. PKB.
Aż 91,3 proc. badanych biorących udział w ankiecie DNB i PwC nie uważa, by cudzoziemcy mieli negatywny wpływ na rynek pracy. Jeśli chodzi o unijne sektory najbardziej uzależnione od pracy imigrantów, to w pierwszej kolejności wymienić należy przetwórstwo przemysłowe, w którym 14,1 proc. zatrudnionych to imigranci pochodzący z Unii Europejskiej, a 11,1 proc. – spoza Unii. Oznacza to, że co czwarta osoba pracująca w tym sektorze to obcokrajowiec. Praca imigrantów jest niemal równie istotna w handlu, budownictwie, a także opiece zdrowotnej i pomocy społecznej.
Dane dotyczące pozwoleń na pracę wydanych w Polsce w dużej mierze potwierdzają te wnioski – branżami najbardziej uzależnionymi od cudzoziemców są usługi administrowania i działalność wspierająca, które obejmują między innymi działalność usługową związaną z utrzymaniem porządku w budynkach i zagospodarowaniem terenów zieleni (26,5 proc. wydanych pozwoleń na pracę), przetwórstwo przemysłowe (21,2 proc.), budownictwo (19,5 proc.) i transport i gospodarka magazynowa (15,9 proc.). W pierwszej połowie 2018 roku najwięcej pozwoleń wydano w Polsce obywatelom Ukrainy (110 075 dokumentów – 74,4 proc. wszystkich wydanych pozwoleń). Poza tym byli to Nepalczycy (9 234 pozwoleń, 6,2 proc.) oraz Białorusi (8 255 pozwoleń, 5,6 proc.). W ponad 70 proc. ankietowanych firm obcokrajowcy stanowią nie więcej niż 5 proc. zatrudnionych, ale już jednej piątej to od 5 do nawet 50 proc. załogi.
Brexit i wojna handlowa z USA w roli głównej
29 marca Wielka Brytania prawdopodobnie opuści Unię Europejską. Dziś trudno wyrokować jakie będą skutki tego pierwszego w historii wyjścia kraju z UE dla całej Wspólnoty i poszczególnych państw. Według szacunków PwC, PKB Wielkiej Brytanii w 2020 roku powinno być o 3-5,5 proc. niższe niż gdyby Brexit nie miał miejsca. Z kolei w zależności od scenariusza, Unia Europejska do 2030 roku straci w wyniku Brexitu od 13,3 do 63 mld euro, co oznacza spadek PKB o 0,11 do 0,52 proc.
Skutki dla Polski mają sięgnąć od około 0,4 do 0,55 proc. PKB. Ponadto analitycy spodziewają się deprecjacji złotego i podniesienia stóp procentowych przez Narodowy Bank Polski, co spowolni wzrost gospodarczy. W polskim eksporcie nad Tamizę dominują maszyny, urządzenia, sprzęt elektryczny i elektrotechniczny (m.in. komputery), sprzęt transportowy (m.in. samochody i części do nich), a także przetwory spożywcze oraz artykuły przemysłowe. Branże te odpowiadają za 61 proc. całego polskiego eksportu do Wielkiej Brytanii. – Oznacza to, że producenci działający w sektorach przetwórstwa przemysłowego, transportu i motoryzacji, a także w branży spożywczej mogą odczuć najsilniej utrudnienia w wymianie handlowej z Wielką Brytanią po jej wyjściu z Unii Europejskiej – mówi Jacek Socha, wiceprezes PwC.
Około 13 proc. ankietowanych firm uważa, że tzw. twardy Brexit będzie miał duże lub bardzo duże skutki dla ich działalności. W przypadku 60 proc. będzie on niewielki.
Z kolei prawie jedna czwarta ankietowanych obawia się konsekwencji wojny handlowej zapoczątkowanej przez administrację Donalda Trumpa. Dla samych Stanów Zjednoczonych może ona oznaczać spadek PKB o 0,5 proc. oraz utratę 700 tys. miejsc pracy w szczytowym momencie, który przypada na trzeci kwartał 2019 roku. Ewentualna dalsza eskalacja konfliktu i podniesienie stawek celnych do 25 proc. mogłaby poskutkować dalszym spadkiem PKB o 1,8 proc. w pierwszym kwartale 2020 roku oraz utratą blisko 2,6 milionów miejsc pracy.
Przetwórstwo przemysłowe, a zwłaszcza motoryzacja i elektronika to obszary o największej ekspozycji na wymianę międzynarodową, a więc również najbardziej narażone na ograniczenia otwartości państw. – Dlatego to właśnie niemiecki przemysł motoryzacyjny wymienia się jako branżę, która najsilniej może odczuć nową politykę handlową Stanów Zjednoczonych. Polska, jako dostawca półproduktów dla producentów samochodów, również może odczuć skutki wojny celnej – mówi Jacek Socha.
Poszkodowany przemysł i handel
Wskaźnik otwartości handlowej to stosunek obrotów handlowych (sumy eksportu i importu) do wielkości produktu krajowego brutto danego państwa. Eksperci DNB i PwC przenalizowali na jakim poziomie kształtuje się otwartość gospodarcza Polski, Niemiec, Węgier, Francji, USA, Norwegii i Wielkiej Brytanii. Jak się okazuje najniższy wskaźnik odnotowano w USA (pomiędzy 23-30 proc.). Z kolei na przeciwległym biegunie znajdują się Węgry, gdzie w 2017 roku osiągnął on poziom 192 proc. W przypadku Polski sięga on około 100 proc., ale co ważne w latach 1998-2017 wzrósł aż o 75 proc.
Pomysły takie jak Unia Europejska dwóch prędkości, Inicjatywa Trójmorza, Brexit czy Polexit łączy to, że stanowią one odwrót od obranych niegdyś kierunków rozwoju i najprawdopodobniej pociągną za sobą spadek średniego poziomu globalnej otwartości. Powstanie Unii Europejskiej dwóch prędkości jest w ocenie respondentów najbardziej prawdopodobnym scenariuszem rozwoju Europy – takiej przyszłości spodziewa się 56,5 proc. badanych. – Obszarami najbardziej zagrożonymi ewentualnymi pogłębiającymi się tendencjami izolacjonistycznymi w Polsce będzie przemysł, zwłaszcza branża motoryzacyjna, maszynowa i meblarska, handel hurtowy i detaliczny, transport i gospodarka magazynowa, a także usługi i działalność biznesowa – mówi Artur Tomaszewski. – Jednak egoizm gospodarczy i procesy dezintegracji w dłuższej perspektywie nie będą służyć nikomu. Mogą być szczególnie dotkliwe dla gospodarek, które tak jak Polska, rozwijają się co prawda dynamicznie, ale ciągle pozostają daleko za globalnymi liderami – podsumowuje.
Co 4 osoba w Polsce przynajmniej raz w tygodniu robi zakupy, płacąc za nie kartą kredytową. Ponad połowa z nas kupuje już większość potrzebnych rzeczy online. Przeszło 4 na 10 konsumentów przyznaje, że łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni i zdarzyło im się nawet nabyć droższe produkty niż myśleli. To tłumaczy, dlaczego aż 53 proc. osób w naszym kraju uważa, że zakupy w sieci są zbyt proste. To dane, pochodzące z raportu Intrum – Europejski Raport Płatności Konsumenckich 2018 – Polska[1], z którego wynika również, że nowoczesne metody płatności i korzystanie z zalet sprzedaży internetowej, co prawda ułatwiają nam życie, ale niemałą grupę konsumentów „zmuszają” do zbędnego kupowania, nierzadko na kredyt.
Polacy coraz chętniej korzystają z alternatywnych sposobów płatności…, dzięki którym się zadłużają
Czy Polacy są „zaprzyjaźnieni” z nowoczesnymi sposobami płatności? Zdecydowanie tak. Chociaż, jak wynika z badania Intrum, płacąc za zakupy, nadal najczęściej wybieramy gotówkę – 42 proc. codziennie i blisko 40 proc. raz w tygodniu korzysta z tego rozwiązania – to jednak inne metody płacenia zaczynają wypierać z obiegu papierowy pieniądz. 26 proc. pytanych przyznało, że przynajmniej raz w tygodniu korzysta z płatności mobilnych, czyli o 6 proc. więcej, niż w poprzednio analizowanym okresie (2017 r.). Blisko co 5 osoba korzysta codziennie z bankowości elektronicznej, a 46 proc. respondentów minimum raz na tydzień wykonuje przelewy internetowe i inne finansowe transakcje online. Niewiele mniej osób niż w przypadku bankowości internetowej, bo 16 proc. ankietowanych docenia zalety karty płatniczej, płacąc nią codziennie. Raz w tygodniu zdarza się to ponad 1/3 badanych. W badaniu wzięto również pod uwagę osoby, które posiadają kartę kredytową. 12 proc. z nas wyciąga ją codziennie z portfela, a blisko co 4 osoba płaci nią przynajmniej raz w tygodniu. 40 proc. używa karty kredytowej do płacenia w Internecie.
Krzysztof Krauze, prezes Intrum Justitia
– Liczba osób, które korzystają z karty kredytowej pozornie może nie robi wrażenia, ale w tym przypadku nie chodzi o „zwykły” środek płatniczy, ale o korzystanie z zewnętrznego źródła finansowania codziennych zakupów i bieżących rachunków. Aż 12 proc. osób biorących udział w naszym badaniu przyznało, że codziennie posługuje się kartą kredytową, czyli każdego dnia kupuje coś na kredyt. Te dane pokazują, że z jednej strony, kiedy potrzebujemy dodatkowego zastrzyku gotówki, zaciągnięcie kredytu na karcie jest wygodnym rozwiązaniem, praktycznie w zasięgu ręki każdego z nas, ale dla niektórych może być to zbyt łatwym wyjściem – posiadanie plastikowego pieniądza w swoim portfelu może skłaniać do częstszego i łatwiejszego zadłużania się. Kiedyś, gdy jedyną możliwością na uzyskanie finansowania było udanie się do oddziału banku, wypełnianie wielostronicowych formularzy/wniosków kredytowych i oczekiwanie na decyzję kredytodawcy – już sam proces starania się o kredyt zniechęcał wielu do pożyczania pieniędzy. Dzisiaj, wniosek o wydanie karty kredytowej można wypełnić online w 10 minut. Jeżeli spełniamy wymagane kryteria, limit zostaje nam przyznany przez bank i po kilku dniach po otrzymaniu karty, możemy dowolnie, w każdym momencie dokonać zakupów na kredyt – komentuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum.
Jednak nie tylko nowoczesne metody płatności, których ciągłe przybywa, skłaniają nas do zadłużania się. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Intrum, w tym zjawisku nie mniejszą rolę odgrywa także rozwój e-commerce.
Przez zakupy online wydajemy więcej niż chcemy
Szacuje się, że wartość rodzimego rynku e-commerce wynosi już ok. 50 mld zł, a do 2020 r. wzrośnie nawet do 60 mld zł, co nie zaskakuje. Chętnie robimy zakupy online, bo są szybkie, wygodne i dają niezależność. W ciągu kilku dni mogą do nas dotrzeć zamówione produkty, dosłownie z drugiego końca świata. Ponad połowa (52 proc.) pytanych przez Intrum zgadza się ze stwierdzeniem, że w porównaniu z rokiem poprzednim, dziś większą część swoich zakupów robi online. Nie przeszkadza temu fakt, aż 63 proc. z nas martwi się o to, że gdy kupuje rzeczy w Internecie, nasze dane osobowe mogą trafić w niepowołane ręce. – Duża liczba respondentów, którzy uważają w ten sposób, nie musi koniecznie świadczyć o tym, że nie czujemy się do końca bezpiecznie kupując online czy internetowi sprzedawcy nie dbają o bezpieczeństwo transakcji dokonywanych w sieci. Te dane pokazują, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, jakie zagrożenia mogą spotkać konsumentów nabywających rzeczy przez Internet – wskazuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum.
Ale jak się okazuje, zakupy w sieci oprócz oczywistych plusów, mają także swoje minusy. Jak przyznaje 44 proc. ankietowanych, łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni. Co 4 osoba stwierdza nawet, że kupiła online produkty, które okazywały się droższe, niż się wydawały, co również związane jest ze specyfiką kupowania w sieci. Często takich zakupów dokonujemy pospiesznie, nie wczytując się we wszystkie warunki transakcji, co potem odczuwa nasz portfel. Tę zależność również potwierdzają osoby pytane przez Intrum. Aż 52 proc. ankietowanych nie ukrywa, że rzadko czyta zasady i warunki, kupując online. Nie pomaga również to, że jesteśmy stale zachęcani do kupowania online. Nie chodzi tylko o wszechobecne reklamy „atakujące” internautów. Również media społecznościowe wytwarzają presję, by kupować i konsumować więcej, niż się powinno. Tego zdania jest 55 proc. ankietowanych.
– 53 proc. Polaków uważa, że zakupy przez Internet są zbyt proste. Co to oznacza? Sama mechanika kupowania produktów w sieci oraz szczególnie, skrócenie całego procesu nabywania sprawia, że zbyt szybko podejmujemy decyzję o tym, co kupić, a co się z tym wiąże – nie zawsze myślimy o tym, czy jest nas stać na daną rzecz i jak za nią zapłacimy. A jeżeli stwierdzamy, że to problem, w zasięgu ręki od razu mamy rozwiązanie. Online możemy zaciągnąć kredyt lub starać się o pożyczkę. Łatwość kupowania przez Internet w połączeniu z łatwością sięgnięcia po dodatkowe fundusze, dla niektórych osób może być prostym przepisem na popadnięcie w problemy finansowe, co są świadome osoby biorące udział w naszym badaniu. 6 na 10 respondentów przyznało, że martwi ich łatwy dostęp do kredytów przez smartfony, ponieważ to może skłaniać o pożyczania pieniędzy te osoby, które nie powinny tego robić– wyjaśnia Krzysztof Krazue, Prezes Intrum.
[1] Intrum, European Consumer Payment Report, listopad 2018.
Sentyment rynkowy jest ratowany strzępkami nadziei na przełom w rozmowach handlowych USA-Chiny, co pozwala zastopować rajd USD. EUR/USD wraca powyżej 1,13 i kolejny raz pokazuje niemoc uczestników przy próbach wyrwania się z męczącej konsolidacji. Poza tym kiwi pokazuje niedowiarkom, że nieloty potrafią czasem polecieć wysoko.
Rynek przyjął za pewnik, że RBNZ musi mocno uderzyć w gołębie nuty, więc neutralny przekaz okazał się jastrzębi wobec zbudowanych oczekiwań. Bank obniżył ścieżkę w projekcji stopy procentowej i prognozuje podwyżkę w I kw. 2021 r. (wcześniej III kw. 2020 r.), a do komunikatu wróciła fraza, że kolejny ruch na stopach „może być w górę lub w dół”. Prognozy PKB i inflacji zostały skorygowane w dół z uwagi na pogorszenie sytuacji globalnej, jednak bank podkreśla siłę lokalnej gospodarki, szczytową formę rynku pracy i oczekiwania na wsparcie fiskalne. Prawdziwym zaskoczeniem była jednoznaczna odpowiedzieć prezesa Adriana Orra na konferencji na pytanie, czy wzrosły szanse na obniżkę stopy OCR? Orr stwierdził prosto, że nie, a ryzyka są zrównoważone. Rynek tymczasem mocno liczył na przesłanki, że RBNZ jest bliżej cięcia. Sporo krótkich pozycji w NZD musiało zostać ekspresowo zamkniętych. Inwestorzy otrzymali ważną lekcję od RBNZ: jeśli rynki pesymistycznie zapatrują się na perspektywy globalnej gospodarki i oczekują gołębiej reakcji banków centralnych, to fakt, że Fed ugiął się pod ich naciskiem wcale nie oznacza, że wszyscy pójdą tym śladem. A mam wrażenie, że takie proste myślenie panuje na rynkach finansowych i generuje ślepą wyprzedaż walut, po czym mamy takie skutki, jak dzisiejsza reakcja NZD. Dziś rano szwedzki Riksbank także oparł się presji i podtrzymał nastawienie z grudnia, dalej zakładając kolejną podwyżkę stopy procentowej w drugiej połowie 2019 r. Nic nie jest do końca przesądzone w kwestii jakości światowego ożywienia gospodarczego w tym roku i przynajmniej niektóre banki centralne wybierają opcję poczekać na konkrety.
To, jak dobrze/źle będzie w 2019 r., silnie zależy od postępów w negocjacjach handlowych USA-Chiny, a tutaj otrzymujemy kolejne informacje, że zbliżamy się do porozumienia. Wczoraj prezydent USA Donald Trump powiedział, że może pozwolić, aby termin 1 marca na zawarcie umowy handlowej z Chinami „opóźnił się na chwilę” i oczekuje spotkać się z chińskim Prezydent Xi Jinping by w końcu podpisać porozumienie. Od jakiegoś czasu powtarzam, że Trump chce ogłaszać swoje sukcesy i umowa z Chinami będzie takim sukcesem. Z racji, że negocjacje budżetowe przyniosły połowiczny triumf (i krótszy mur na granicy z Meksykiem, który tak naprawdę będzie tylko ogrodzeniem), Trump może chcieć szybszego zamknięcia rozmów z Chinami. To dobra wiadomość dla budowania apetytu na ryzyko na rynkach, w szczególności dla AUD, ale też dodaje kolejnego argumentu dla NZD. A mniej awersji do ryzyka, to także mniejszy zapał do ucieczki kapitału w USD.
EUR/USD wrócił ponad 1,13. Znowu. Od 66 dni kursowi nie udało się na pełną dobę wyrwać poza przedział 1,13-1,15 i dobitnie podkreśla tchórzostwo uczestników rynku w próbach przerwania trendu bocznego. Krótkoterminowo kontrast w sytuacji gospodarczej USA i strefy euro oraz aktualny status polityki pieniężnej wyraźnie premiują dolara. Ale rynek walutowy ma dyskontować przyszłość i przyjmując wyparowanie ryzyka wojen handlowych, na poprawie globalnego ożywienia większe do skorzystania ma euro (odbicie wzrostu, powrót debaty o normalizacji polityki EBC). Tego rynek się obawia przy zbijaniu EUR/USD niżej, a mnie utwierdza w sceptycyzmie co do potencjału spadkowego kursu.
Najwyższe straty spowodowane przez cyberatak wyniosły 10 mld dolarów. W największym ataku skierowanym przeciwko jednej firmie skradziono dane miliarda użytkowników. Metody hakerów wciąż się zmieniają – od ransomware[1], przez koparki kryptowalut (cryptojacking), do tzw. socjotechnik, czyli metod wyłudzania lub kradzieży danych. Natężenie iskala incydentów nie słabnie, a na celowniku są już nie tylko komputery, ale też smartfony, telewizory, a nawet samochody. Oto 7 przykładów cyberataków z ostatnich lat, które szczególnie zapamiętamy.
Leszek Tasiemski – F-Secure
WannaCry
Ransomware o największej jak dotąd skali – odpowiadał za 9 na 10 wszystkich detekcji w 2017 roku[2]. Sparaliżował systemy informatyczne instytucji na całym świecie, m.in. brytyjskiej służby zdrowia, rosyjskiego MSW, banku centralnego czy prasowej agencji informacyjnej. Koszty, które wygenerował WannaCry, szacowane są na około 4 miliardy dolarów[3]. Hakerzy wykorzystali niechęć użytkowników systemu Windows do przeprowadzania aktualizacji – odpowiednie łatki naprawiające podatność udostępniono dwa miesiące przed pierwszymi cyberatakami.
Petya/NotPetya
Petya to najdroższy w historii pojedynczy incydent z zakresu cyberbezpieczeństwa. W jego efekcie firmy na całym świecie straciły nawet 10 miliardów dolarów[4]. Wirus działał podobnie do WannaCry, blokując zainfekowane urządzenia i żądając 300 dolarów w bitcoinach za ich odszyfrowanie. W ataku najbardziej ucierpiały instytucje rosyjskie i ukraińskie – m.in. Rada Ministrów Ukrainy i Ukraiński Bank Narodowy, rosyjski bank centralny, a nawet monitoring promieniowania nieczynnej elektrowni atomowej w Czarnobylu[5]. W tym przypadku ogromnym stratom również można było zapobiec, dbając o aktualizację systemów.
Problemy z prywatnością Facebooka
W marcu 2018 r. świat obiegła informacja, że dane nawet 87 mln użytkowników Facebooka[6] mogły zostać bezprawnie udostępnione firmie Cambridge Analytica. Organizacja wykorzystała Facebookowy quiz osobowości[7] do pozyskania wrażliwych informacji o jego użytkownikach, tworząc na ich podstawie personalizowane reklamy i wpisy wyborcze. Aplikację z quizem pobrało około 270 tys. osób, ale luka w API[8] Facebooka umożliwiła pozyskanie danych wszystkich ich znajomych. Niedługo potem hakerzy zyskali dostęp do cyfrowych kodów logowania i wykorzystując lukę w kodzie opcji „Wyświetl jako”, wykradli dane 29 milionów osób[9]. Dotyczyły one m.in. lokalizacji, kontaktów, statusów, historii wyszukiwania i urządzeń, z których się logowali.
Spectre/Meltdown
Luki wykryte w niemal wszystkich procesorach firmy Intel istniały od 1995roku i miały charakter sprzętowy – ich przyczyną była sama konstrukcja procesorów. Umożliwiały one odczytywanie informacji zapisanych w pamięci podręcznej, np. danych logowania (tzw. plików cookies). Co ciekawe, podatności zostały odkryte przez 4 niezależne zespoły prawie w tym samym czasie – jak gdyby świat badaczy otrzymał wskazówkę, gdzie warto szukać.
Mirai
Tylko w 2016 roku w ataku wykorzystującym złośliwe oprogramowanie Mirai zainfekowano 2,5 miliona inteligentnych urządzeń[10] takich jak kamerki internetowe, lodówki czy routery Wi-Fi. Mirai wykrywał i zarażał słabo zabezpieczone urządzenia z zakresu IoT[11], a następnie przekształcał je w botnety[12] służące do przeprowadzania cyberataków. Według danych CERT w Polsce przejmowanych było nawet 14 tys. urządzeń dziennie[13]. Tak szeroka skala infekcji to efekt m.in. upublicznienia kodu źródłowego Mirai w sieci. Ten rodzaj złośliwego oprogramowania był tak popularny, że tworzone botnety zaczęto sprzedawać – nawet 7500 dolarów za 100 tys. botów[14].
Skradzione rezerwacje Marriotta
W 2018 roku sieć hoteli Marriott poinformowała o zhakowaniu przez cyberprzestępców swojego systemu rezerwacji. W efekcie od 2014 do 2018 roku wyciekły dane 500 milionów[15] klientów – nazwiska, adresy e-mail, numery telefonu, adresy zamieszkania, numery paszportu, kart płatniczych czy daty urodzin.
Wyciek wszystkich kont Yahoo
We wrześniu 2016 r. Yahoo ujawniło, że dwa lata wcześniej doszło do kradzieży danych500 mln użytkowników. W grudniu ogłoszono kolejny wyciek, tym razem miliarda rekordów – to jak dotąd największy atak wymierzony w jedną organizację[16]. Hakerzy wykradli nazwy użytkowników, daty urodzenia, pomocnicze adresy e-mail, zaszyfrowane hasła czy numery telefonów. Przejęli też kontrolę nad wewnętrznym narzędziem Yahoo do zarządzania usługami, dzięki czemu mogli podszyć się pod wybrane konta – m.in. rosyjskich polityków i dziennikarzy, przedstawicieli zagranicznych wywiadów, pracowników firm inwestycyjnych, banków czy amerykańskich urzędników. Jak przyznało Yahoo, łącznie wyciek dotyczył danych wszystkich użytkowników przeglądarki, czyli około 3 miliardów kont[17].
Jak chronić się przed działaniami hakerów?
– Zachowanie odpowiednich środków ostrożności może ochronić nas przed większością ataków. Regularne aktualizowanie urządzeń i systemów, stosowanie oprogramowania ochronnego oraz tworzenie kopii zapasowych danych znacznie poprawi nasze bezpieczeństwo. Warto również zwracać szczególną uwagę na podejrzane e-maile, wiadomości SMS, załączniki oraz linki i pobierać aplikacje tylko z pewnych źródeł. Firmy powinny zadbać przede wszystkim o szkolenia pracowników w zakresie budowania świadomości zagrożeń – radzi Leszek Tasiemski, wiceprezes ds. badań i rozwoju w firmie F-Secure.
[1] Oprogramowanie szyfrujące dane na zainfekowanym komputerze, domagając się zapłacenia okupu za przywrócenie dostępu.
[2] w porównaniu do roku 2016. Źródło: Raport F-Secure The Changing State of Ransomware, 2018
[3] https://www.bbc.com/news/business-42687937
[4] Według informacji Wired potwierdzonych przez Biały Dom: https://www.wired.com/story/notpetya-cyberattack-ukraine-russia-code-crashed-the-world/
[7] Chodzi o aplikację thisisyourdigitallife (czyli to twoje cyfrowe życie) – skierowany do amerykańskich użytkowników Facebooka quiz, którego uczestnicy zgodzili się udostępnić swoje dane.
[8] ang. Application Programming Interface, interfejs programowania aplikacji
[12] Botnet – grupa komputerów zarażonych złośliwym oprogramowaniem, która pozwala twórcy na zdalne kontrolowanie urządzeń i wykorzystanie ich do ataków.
Płaca minimalna w Polsce stale wzrasta od 2000 roku. Nowe stawki mają zastosowanie do wszystkich zawodów i branż, niezależnie od wielkości przedsiębiorstwa, regionu czy wyników finansowych, co wśród niektórych pracodawców z sektora transportu ciężkiego spotyka się ze sprzeciwem. Małe firmy przewozowe, choć niezadowolone, muszą dostosować się do realiów rynku. Tym bardziej, że wynagrodzenie minimum to temat numer jeden również w innych krajach Unii Europejskiej. Francja najniższy próg pensji aktualizuje co roku, a Holandia jeszcze częściej, bo co sześć miesięcy. Sprawdziliśmy, ile mogą zarobić na tak zwanej podstawie kierowcy w wybranych państwach Wspólnoty.
W Polsce przyjmuje się, że minimalnym wynagrodzeniem jest kwota, poniżej której nie można wynagradzać pracownika zatrudnionego w oparciu o umowę o pracę w pełnym wymiarze godzinowym, a także o umowę zlecenie lub umowę o dzieło. Kwotę minimalną określa rząd – o czym traktuje art. 10 par. 2 Kodeksu Pracy (KP). Wynagrodzenie minimalne to nie tylko dochód netto danego pracownika, lecz także wszystkie składki i świadczenia wynikające ze stosunku pracy w tym m.in. składka ZUS. Obecnie w Polsce „najniższa krajowa” to 2250 zł brutto, co stanowi ok. 1634 zł netto miesięcznie lub stawka godzinowa wynosząca 14,70 zł brutto, czyli ok. 12 zł netto. Według szacunków Głównego Urzędu Statystycznego w 2017 roku około 1,5 mln osób otrzymywało minimalne wynagrodzenie.
Kamil Wolański
Pracodawca w branży transportowej powinien szczególnie pamiętać, że do kwoty minimalnego wynagrodzenia nie można wliczyć kwoty za godziny nadliczbowe, czy też dodatku przysługującego za pracę w porze nocnej – zauważa Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Zgodnie z zapisem ustawy także nagrody jubileuszowe, czy odprawy pieniężne przysługujące w związku z przejściem na emeryturę lub rentę nie mogą stanowić składowej wynagrodzenia minimalnego – dodaje.
Czy firmy transportowe udźwigną podwyżkę?
Podniesienie płacy minimalnej jest jednoznaczne ze wzrostem kosztów także pozostałych świadczeń takich jak: wynagrodzenie za urlop wypoczynkowy, dodatek wyrównawczy wynikający z obniżenia pensji w związku z chorobą zawodową lub wypadkiem przy pracy, nagrody i premie, które nie są wyróżnieniem, dodatki do wynagrodzenia zasadniczego za staż pracy, za pełnione funkcje, warunki pracy.
W sektorze transportowym podwyżka płacy minimalnej o 150 zł ma na pewno duże znaczenie, szczególnie, że pracownik otrzyma jedynie część tej kwoty po odjęciu składek ZUS i podatku. Taka wysokość wynagrodzenia brutto jest często spotykana w sektorze z uwagi na specyficzną strukturę płacy kierowcy, opierającą się w dalszym ciągu w zdecydowanej większości na dietach i ryczałtach noclegowych związanych z podróżą służbową. – komentuje ekspert.
Pracodawcy w Polsce odnoszą się do wzrostu minimum dość krytycznie. Argumentują to tym, że tak naprawdę nie powinno się wprowadzać jednolitej płacy minimalnej dla wszystkich sektorów gospodarki – niezależnie od wielkości przedsiębiorstwa, regionu, czy jego wyników finansowych – podkreśla Kamil Wolański. – Dla wielu – szczególnie małych firm, koszty utrzymania pracowników są trudne do zaakceptowania, również ze względu na konkurencyjność wynagrodzeń oferowanych przez większych przewoźników. Sytuacji nie polepsza fakt sporego niedoboru kierowców na rodzimym rynku pracy – dodaje ekspert OCRK. Zaś pracodawca, który wypłaca wynagrodzenie niższe niż zakłada ustawa, podlega karze sięgającej nawet 30 000 zł.
Jak sytuacja wygląda w innych krajach?
Nowy rok przyniósł podwyżki stawek minimalnych nie tylko w Polsce, ale także w wielu krajach europejskich.
Austria – w Austrii minimalna stawka godzinowa dla kierowcy uzależniona jest od dwóch czynników – od pojazdu, którym się porusza oraz stażu pracy. Maksymalna z najniższych stawek wynosi 11,10 euro dla kierującego cysterną z ponad dwudziestoletnim stażem pracy. Najmniej może zarobić kierowca pojazdu do 3,5 tony z doświadczeniem zawodowym krótszym niż 5 lat – jego stawka wynosi 8,98 euro/h.
Czechy – zatrudnieni na najniższą krajową mogą liczyć tutaj na13 400 CZK (ok. 2 219 zł)
Francja – Francuzi gwarantują minimalną krajową na poziomie 1498 euro. Najniższą stawką godzinową we Francji jest kwota 10,06 euro brutto.
Holandia – od nowego roku górna stawka płacy minimalnej wynosi 9,33 euro dla kierowcy powyżej 22 roku życia. Zawodowy trucker w wieku 18 lat może zarobić 4,43 euro/h. Za pełny etat pracownik zatrudniony w oparciu o umowę o pracę może liczyć na minimalne wynagrodzenie w kwocie 1614 euro.
Litwa – o prawie 1100 euro mniej niż we Francji, mogą zarobić pracownicy na Litwie. Płaca minimalna w tym kraju wynosi 400 euro.
Łotwa – kwota minimalnego wynagrodzenia jest uregulowana w oparciu o Kodeks Pracy i wynosi 430 euro. Ponadto pracownik może liczyć na zwroty z tytułu kosztów podróży oraz dodatki za pracę w święta i nadgodziny w wysokości 100% stawki godzinowej, zaś nocą jest to dodatkowe 50%.
Niemcy – za godzinę pracy w Niemczech minimalnie można zarobić 9,19 euro. Niemcy już zapowiedzieli, że w 2020 roku stawka wzrośnie do 9,35 euro. Dokładnie na tyle samo, co we Francji mogą liczyć zatrudnieni na najniższą krajową w Niemczech – 1498 euro.
Stawki minimalne w krajach Unii Europejskiej są różne, co też komplikuje naliczanie wynagrodzenia kierowców. Nietrudno o tzw. ludzki błąd. Warto w tej kwestii pomyśleć o outsourcingu do jednostek specjalizujących się w rozliczaniu płac kierowców. Takie działania minimalizują ryzyko błędu i narażenia przedsiębiorstwa na dodatkowe koszty – podpowiada ekspert OCRK.
To nie jedyne zmiany
Podniesienie płac minimalnych nie jest jedyną zmianą, która nastąpiła w zakresie kadrowo-płacowym w Polsce. Absolutną nowością w przypadku kierowców jest możliwość zajęcia komorniczego zwrotu kosztów z tytułu podróży służbowej. Od 2019 roku zadłużony kierowca powinien liczyć się z tym, że tę część wypłaty w kwocie sięgającej 50% wartości wypłaconych diet może zająć komornik. Zmiana ta dotyczy osób, którym zostały zasądzone alimenty.
Wzrost wynagrodzenia, który przyniósł nowy rok, dla wielu pracowników jest z pewnością dobrą wiadomością, jednak czy polska branża transportowa, w szczególności mali przewoźnicy będą w stanie sprostać oczekiwaniom, które nakładają na nich rządzący? Może nie być to zadaniem łatwym, zważywszy na fakt zaostrzenia także innych przepisów, które uderzają w transport, takich jak, będący cały czas w opracowaniu, Pakiet Mobilności czy nowe regulacje wynikające z ustawy o transporcie drogowym – podsumowuje Kamil Wolański.
W styczniu 2019 odnotowano 98 niewypłacalnych przedsiębiorstw wobec 82 w styczniu 2018 roku – wzrost o 20% w porównaniu r/r,
Kolejny rok dwucyfrowego wzrostu liczby niewypłacalności (po 19% r/r w styczniu 2018r) odbierać można jako przedłużający się rzeczywisty spadek koniunktury w gospodarce dla sporej części rodzimych firm, zwłaszcza z sektora MSP.
Dobrą wiadomością jest fakt, że orzeczenia są sprawnie zarówno wydawane przez sądy, jak i publicznie publikowane co sprzyja pewności obrotu gospodarczego oraz przyczynić się może do odzyskania przez wierzycieli chociaż części pieniędzy.
Najwyższa liczba niewypłacalności miała miejsce w sektorze przemysłowym (23, wobec 22 w styczniu 2018 roku). Kolejne pod względem skali niewypłacalności były w styczniu: budownictwo (17 firm, wobec 16 przed rokiem) i transport (7 wobec 2).
Główne przyczyny wzrostu niewypłacalności w produkcji to spadek eksportu, a budownictwie opóźnienia w płatnościach spowodowane długim łańcuchem dostawców i podwykonawców.
Wzrost liczby niewypłacalności w województwach centralnych i północnych.
Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W styczniu 2019 w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 98 przypadkach niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 82 w styczniu 2018 roku i 69 w styczniu 2017. To oznacza aktualny wzrost ich liczby r/r o 20%.
Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
W styczniu liczba niewypłacalności polskich firm wciąż rosła w tempie dwucyfrowym
Tempo wzrostu liczby niewypłacalności w porównaniu r/r ponownie ma wynik dwucyfrowy. W styczniu 2019 było to 20%, a w styczniu 2018 – 19%. Znaczący wzrost liczby niewypłacalności nie jest zatem efektem niskiej bazy, ale wielomiesięcznego trendu i rzeczywistej sytuacji rynkowej, co potwierdza fakt, iż większość niewypłacalności to nie są – tak jak bywało kiedyś – sprawy sprzed wielu miesięcy. Zdecydowana większość orzeczeń podejmowana jest w okresie kilku tygodni i zapadła w grudniu-styczniu, przy czym są one równie sprawnie, niemal natychmiast podawane do publicznej wiadomości. Pomimo, iż samo zjawisko niewypłacalności, wzrostu ich liczby nie napawa optymizmem, to szybkość rozstrzygania oraz informowania o tym sprzyja zarówno zobrazowaniu aktualnej sytuacji rynkowej, jak i odzyskiwaniu należności przez wierzycieli.
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
– To, że sądy przeprowadzają postępowania sprawnie jest bardzo dobrą wiadomością. – wskazuje Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. – System zaczyna działać wydajnie, a samo prawo zostało już „oswojone” zarówno przez przedsiębiorców, doradców restrukturyzacyjnych jak i sądy. Warto bowiem podkreślić, że im wcześniej firma otworzy postępowanie a sąd je rozpatrzy, tym większa szansa, że zakończy się ono pozytywnie. Z korzyścią dla firmy – mogącej kontynuować działalność w przypadku skutecznej restrukturyzacji a także dla wierzycieli, którzy nawet pomimo np. redukcji zobowiązań mają dużą szansę odzyskać chociaż część swoich pieniędzy.
Niewypłacalności rosną w sektorach: produkcyjnym, budowlanym i transportowym
Przemysł metalowo-maszynowy: decydujący spadek zamówień eksportowych
Liczba niewypłacalności utrzymuje się na stosunkowo wysokim poziomie w przemyśle, gdzie kilkumiesięczny już spadek zamówień eksportowych skutkuje obok niewypłacalności także bardzo wysokimi stanami magazynowymi. Największa grupa niewypłacalnych firm w przemyśle pochodziła z sektora metalowego – 9 przedsiębiorstw spośród 23. Pięć z nich produkowało konstrukcje metalowe, nie tylko na eksport ale też na na potrzeby budownictwa, a cztery kolejne dostarczały maszyny przemysłowe – m.in. chłodnicze czy piece i paleniska. Prawdopodobnymi przyczynami ich kłopotów jest więc z jednej strony spadek zamówień z zagranicy, a z drugiej regres w inwestycjach rodzimych firm. Mniejszy popyt z zagranicy wpływa też na zmniejszenie zamówień eksporterów na półprodukty do produkcji maszyn i urządzeń na eksport – a co za tym idzie kłopoty mniejszych poddostawców.
– Na wyniki wielu firm, nawet tych niekoniecznie eksportujących wpływ ma mniejszy popyt z rynku unijnego, w tym w szczególności z Niemiec. Mamy bowiem do czynienia z efektem domina spadku zamówień, a ponadto producenci zaangażowani w eksport – zwykle większe i bardziej profesjonalne podmioty – przekierowują nadmiar produkcji na rynek krajowy, kosztem mniejszych i słabszych konkurentów, którzy do tej pory mieli do dyspozycji większą cześć rynku krajowego – wskazuje Tomasz Starus.
Produkty konsumenckie: trudna kwestia sezonowości (obok konkurencji z tanimi towarami z Azji)
Wśród niewypłacalności firm produkcyjnych widocznych jest też kilka przypadków firm produkujących na rynek konsumencki – odzież, obuwie, zabawki etc.
– Odzież, obuwie i zabawki to kategorie zdominowane przez tanich dostawców z Azji. Mniejsi, lokalni producenci, którzy wcześniej bazowali na taniej sile roboczej w krajowych szwalniach obecnie nie mają szans wygrać z dalekowschodnią konkurencją – wskazuje Tomasz Starus. – W przypadku odzieży, obuwia ale i też zabawek dochodzi dodatkowo kwestia mody – nietrafionych kolekcji oraz nieprzewidywalności pogody. Opóźnienie lub skrócenie pór roku (zimy czy wiosny) wpłynąć może na problem ze sprzedażą sezonowego asortymentu – a więc i z płynnością wielu producentów i dystrybutorów.
Budownictwo: problemy firm realizujących prace infrastrukturalne
Liczba niewypłacalności w budownictwie wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, pomimo kolejnego sezonu wzrostu wartości rynku budowlanego w tempie dwucyfrowym, w okolicach 20% r/r.
Niewypłacalności wiążą się z realizowanymi pracami, a nie ich brakiem o czym świadczy m.in. obecność w zestawieniu kilku firm budowlanych prowadzących specjalistyczne prace towarzyszące inwestycjom infrastrukturalnym – w tym wodno-kanalizacyjne czy elektryczne, nie wspominając o samych spółkach drogowych. – Z budownictwem jest trochę jak z rolnictwem – trudno o zadowalającą stabilizację, a zamiast tego jest albo klęska urodzaju, albo nieurodzaju. W budownictwie kontraktów jest więc albo za mało, albo za dużo, a wtedy materiały są za drogie, pracowników jest za mało i dodatkowo są oni wysokim kosztem – trudno więc w efekcie osiągnąć zadowalającą rentowność. W dodatku długi łańcuch dostawców i podwykonawców powoduje, że kumulują się opóźnienia w płatnościach, co najbardziej uderza w najsłabszych, regionalnych podwykonawców będących na końcu łańcucha płatności – mówi Tomasz Starus.
Wzrost liczby niewypłacalności w województwach Polski centralnej i północnej
Najwięcej niewypłacalnych przedsiębiorstw w styczniu 2019 roku odnotowano w województwie mazowieckim (25) oraz śląskim (11). Przy czym, gdy w mazowieckim wiązało się to z najwyższym wzrostem w porównaniu r/r (+6), to w śląskim liczba ta spadła o 1. Drugim województwem z najwyższą dynamiką wzrostu było kujawsko-pomorskie (+4). Kolejne pod względem dynamiki przyrostu liczby niewypłacalności zarejestrowanych w nich firm były województwa pomorskie i warmińsko-mazurskie (w obydwu było to o 3 niewypłacalności więcej niż przed rokiem.
Na przeciwległym biegunie – stabilizacji bądź spadku liczby niewypłacalności są województwa przygraniczne: zachodnie (zachodniopomorskie -2), wschodnie (lubelskie również spadek o 2) czy opolskie, śląskie i małopolskie (spadki o 1-2 niewypłacalności r/r).
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Tzw. test prywatnego inwestora wykonany dla Centralnego Portu Komunikacyjnego wykazał, że stopa zwrotu z lotniskowej części tej inwestycji wynosi prawie 10 proc.
Test Prywatnego Inwestora określa m.in. podstawowe parametry inwestycji i weryfikuje argumenty ekonomiczne przemawiające za jej budową. TPI dla CPK został wykonany przez renomowanego niezależnego doradcę z grupy największych firm konsultingowych na rynku w Polsce. Wyniki wskazują na opłacalność budowy CPK z perspektywy potencjalnego inwestora prywatnego.
– Projekt CPK ma swoje głębokie uzasadnienie ekonomiczne.Ze względu na swoją wielkość istrategiczny charakter inwestycja cieszy się zainteresowaniem zarówno wśród inwestorów finansowych, jak i branżowych. Rozważamy zaangażowanie w ten projekt inwestora prywatnego, co powoduje, że jego finansowanie może pochodzić nie tylko z sektora publicznego – mówi Michał Wrona, wiceprezes CPK ds. finansowych.
– Dla właściwego przebiegu inwestycji konieczna jest szczegółowo i profesjonalnie przygotowana faza planowania i projektowania. CPK jest już uwzględniony w nowej Strategii Rozwoju Transportu dla RP. W tym roku przyjęty będzie też rządowy plan wieloletni, czyli dokument, który określi, jakie konkretnie inwestycje będą realizowane, w jakim czasie i jakie finansowanie będzie na to potrzebne – zapowiada wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.
W ten sposób CPK uzyska status podobny do Programu Budowy Dróg Krajowych i Krajowego Programu Kolejowego.
Spółka CPK zdefiniowała wstępny zakres prac koniecznych dla realizacji nowego lotniska. Obejmuje on ponad 60 elementów infrastruktury portu. Od strony kolejowej gotowy jest także podział pierwszych zadań inwestycyjnych między spółki: CPK i PKP Polskie Linie Kolejowe w sprawie budowy tzw. szprych, czyli poszczególnych korytarzy kolejowych obsługujących Port Lotniczy Solidarność (dokument jest obecnie w fazie uzgodnień).
W tym roku będzie wybrany doradca strategiczny, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania i budowy największych portów lotniczych. Doradca będzie wspierał spółkę CPK wiedzą i doświadczeniem w dziedzinie planowania, projektowania, a potem budowy oraz zasad zarządzania i operowania lotniskiem. Będzie też brał udział w przygotowaniu planu generalnego (tzw. masterplanu). Ten kluczowy dla inwestycji dokument koncepcyjny będzie zawierał m.in. długoterminowe prognozy rozwoju lotniska w horyzoncie co najmniej 20 lat, szczegółową lokalizację terminala i pasów startowych oraz zakładany kosztorys przedsięwzięcia wraz z listą towarzyszących inwestycji infrastrukturalnych.
W sprawie centralnego lotniska od 2003 r. kolejne rządy zlecały opracowanie analiz – zarówno firmom zewnętrznym, jak też wewnętrznym zespołom ministerialnym – których celem była odpowiedź na pytanie, czy budowa portu ma uzasadnienie i w jaki sposób wpłynie na gospodarkę. Poniżej przedstawiamy kilka liczb, które przemawiają za CPK:
> Transport lotniczy a PKB i rynek pracy
Według dostępnych danych, 10-procentowy wzrost mobilności społeczeństwa powoduje 0,5 proc. wzrostu PKB kraju i dodatkowo długoterminowy wzrost produktywności pracowników o 0,07 proc. rocznie.
(źródło: InterVISTAS, 2015, Economic Impact of European Airports A Critical Catalyst to Economic Growth; PWC)
Zwiększenie tzw. oferowania (liczby miejsc w cywilnym transporcie lotniczym) o każde 10 proc. może spowodować do 1 proc. wzrostu PKB. W przypadku Wielkiej Brytanii odnotowano w takiej sytuacji również 4 proc. wzrost ruchu turystycznego, 1,7 proc. wzrostu importu i 3,3 proc. wzrostu eksportu.
(źródło: dane PWC dla UK Airports Commission)
Doświadczenia międzynarodowe wskazują, że duże porty lotnicze mają znaczący udział w tworzeniu PKB:
Paryskie Lotnisko De Gaulle’a (CDG) zapewnia 195 tys. miejsc pracy i dodatkowe 17 mld euro do PKB Francji (72 mln pasażerów w 2018 r.).
lotnisko Madryt Barajas (MAD) zapewnia pracę 300 tys. pracownikom i wkład w PKB Hiszpanii rzędu 15,2 mld euro (58 mln pasażerów w 2018 r.).
(źródło: EY „Wpływ CPK na gospodarkę Polsk” z 11.07.2017 r.)
Każde 10 etatów w branży lotniczej generuje 26 kolejnych miejsc pracy pośrednio w łańcuchu dostaw (źródło: Oxford Economics)
Każde 1 miejscepracy wytworzone w lotnictwie tworzy 3 nowe miejsca pracy w innych gałęziach gospodarki. Z kolei każde 1 euro wytworzone przez sektor lotniczy generuje 3 euro w innych dziedzinach gospodarki (źródło: European Commision, Aviation Strategy for Europe)
Jak czytamy w Koncepcji Centralnego Portu Komunikacyjnego z 7 listopada 2017 r. transport to jeden z kluczowych składników europejskiej gospodarki. Transport odpowiada za około 7 proc. PKB i 5 proc. zatrudnieniaw UE.
> Port Solidarność a PKB Polski i miejsca pracy
Według Ministerstwa Infrastruktury, powstanie CPK powinno zapewnić wzrost przychodów budżetowych o co najmniej 2,4 mld zł rocznie i kolejne 4,7 mld zł z tytułu zwiększenia PKB.
Według uchwalonej przez Radę Ministrów Koncepcji CPK, w wyniku budowy CPK powstanie łącznie prawie 150 tys. miejsc pracy, w tym prawie 40 tys. w bezpośrednim otoczeniu węzła przesiadkowego oraz ok. 110 tys. w ramach powiązanych sektorów gospodarki, np. w branży logistycznej, turystycznej, hotelowej, deweloperskiej, handlu i usługach.
> Dynamika rozwoju rynku lotniczego
Rynek lotniczy rozwija się w dynamicznym tempie. W 2017 r. po raz pierwszy w historii liczba pasażerów lotniczych na świecie przekroczyła 4 mld. Według szacunkowych danych IATA, do 2036 r. liczba ta ma się podwoić: do 8 mld.
Według danych PWC, w 2015 r. lotniska w Polsce ogółem obsłużyły ponad 30 mln pasażerów, w 2016 r. ponad 34 mln, a w r. 2017 r. już 40 mln pasażerów. Wzrostowy trend się utrzymuje: w 2018 r. przez polskie lotniska przewinęło się prawie 46 mln (15 proc. wzrostu rok do roku).
Do kresu swojej przepustowości zbliża się Lotnisko Chopina, które w 2017 r. obsłużyło 15,75 mln pasażerów – o 23 proc. więcej niż w 2016 r.. W 2018 r. pasażerów w największym polskim porcie było już 17,75 mln, co oznacza wzrost o prawie 13 proc.
Obecna przepustowość dróg startowych jest już maksymalnie wykorzystywana. Regularnie na Okęciu wykonuje się od 38 do 40 startów i lądowań. W szczycie operacyjnym wykonywane są nawet 42 operacje na godzinę. Tzw. przepustowość środowiskowa – 600 operacji lotniczych (startów i lądowań) dobowo – na Lotnisku Chopina w sezonie letnim jest prawie maksymalnie wykorzystywana. Rozwój tego lotniska limitują m.in. obszar ograniczonego użytkowania i zakaz lotów nocnych.
Polacy coraz większą uwagę zwracają na skład i pochodzenie produktu. Wielu konsumentom bliska staje się idea „od pola do stołu”. Choć zwracamy uwagę na to, co jemy i chcemy sięgać po zdrową żywność, wydajemy na nią zaledwie kilka euro. Paradoks polega na tym, że za takie produkty nie chcemy dodatkowo płacić. Polski konsument często je żywność ekologiczną, choć nie ma o tym pojęcia – wskazuje Bartosz Urbaniak z Banku BGŻ BNP Paribas.
– Niemal 7 na 10 osób w Polsce robi zakupy z listą, ale robimy je bardziej świadomie. Zwracamy uwagę na skład, wygląd, jakość produktu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sylwia Prośniewska, analityk marketingowy w De Heus.
Jak wskazuje badanie agencji Mands przeprowadzone na zlecenie De Heus, blisko 70 proc. konsumentów przed zakupem sprawdza pochodzenie produktu, a 90 proc. wybiera ten pochodzący z Polski. Czytamy etykiety, bo chcemy odżywiać się zdrowo. 40 proc. przyznaje, że kupuje zdrową żywność przynajmniej raz w tygodniu. Tylko co dziesiąty konsument twierdzi, że nie wkłada zdrowych produktów do koszyka. Bliska jest nam też idea „od pola do stołu” – przywiązujemy wagę do tego, jak dana rzecz została wyprodukowana. Dodatkowo miejsce zakupów wybieramy w zależności od tego, co zamierzamy kupić.
– Mięso najchętniej kupowalibyśmy u rzeźnika, w sklepie mięsnym, gdzie – jak nam się wydaje – jest produkt zdrowy i świeży. Tak samo jajka – kupujemy jajka od szczęśliwych kur, najczęściej od rolnika na targu. Warzywa najchętniej kupowalibyśmy na rynku. Jednak jak przychodzi do zakupów, to około 60 proc. z nas kupuje w dyskontach, jeszcze więcej w supermarketach – wskazuje Sylwia Prośniewska.
Choć wciąż duże znaczenie przy zakupie ma cena, zwracamy uwagę, czy dany produkt zawiera konserwanty i fosforany. Częściej do koszyka trafiają te z krótką listą składników i jak najmniej przetworzone.
– Dla konsumentów generalnie zdrowa żywność oznacza taką bez glutaminianu, środków konserwujących, wszelkiego rodzaju E, gumy arabskiej czy mleka w proszku w przypadku nabiału. Nie jesteśmy aż tak bardzo zafiksowani na punkcie non-GMO czy produktów eko czy bio, bardziej robimy zakupy zdroworozsądkowo – ocenia Sylwia Prośniewska.
Polacy stawiają na zdrową żywność, bo coraz większą wagę przywiązują do swojej kondycji. Badania francuskiej agencji badawczej L&HASH39;Institut National de la Recherche Agronomique pokazują, że u konsumentów regularnie spożywających żywność ekologiczną o 25 proc. zmniejsza się ryzyko zachorowania na nowotwory.
Jednak konsumenci nie zawsze wiedzą, jak zmienić swoją dietę na zdrowszą. Nie zawsze to, co wydaje się zdrowe, takie faktycznie jest. Dodatkowo zdrowa żywność ma kilka definicji. Najczęściej wskazujemy na tą wyprodukowaną bez konserwantów, fosforanów, z dala od głównych ciągów komunikacyjnych, jak najmniej przetworzoną.
– Także w restauracjach zwracamy uwagę na to, co mamy na talerzu. Kucharze dostosowują menu pod klienta, np. wpisując w konkretną pozycję, skąd dany produkt pochodzi. Zazwyczaj są to małe lokalne gospodarstwa – zauważa Damian Kordas, kucharz, zwycięzca programu Masterchef i student weterynarii.
Rynek zdrowej żywności jest jeszcze w Polsce słabo rozwinięty. Szacuje się, że żywność ekologiczna stanowi ok. 3 proc. produkcji rolniczej w naszym kraju, a np. w Niemczech jest to już 10 proc. Wartość krajowego rynku żywności ekologicznej w 2017 roku sięgnęła 1 mld zł.
– Ciężko jest oszacować segment zdrowej żywności w globalnej skali. My to liczymy przez wydatki konsumenta rocznie na zdrową żywność. Ten wskaźnik sięga około 3 euro, co pokazuje, że jest naprawdę niewielki. Niemiecki konsument teraz testuje granicę 400 euro – mówi Bartosz Urbaniak, szef Bankowości Agro na Europę Środkowo-Wschodnią i Afrykę w BGŻ BNP Paribas.
Choć chcemy jeść zdrowo, nie chcemy na to wydawać więcej pieniędzy niż na zwykłą żywność. Zdaniem niektórych konsumentów jest to chwyt marketingowy, który ma usprawiedliwić wyższe ceny lub zachęcić do kupna.
– Istnieje też możliwość, że Polacy jedzą żywność ekologiczną, ale o tym nie wiedzą. Nie wszyscy producenci w Polsce chcą się certyfikować, nie jest to też tak popularne jak w Niemczech, gdzie instytuty nadające certyfikaty są finansowane przez państwo i bardzo mocno respektowane – wskazuje Bartosz Urbaniak.
Zdaniem eksperta segment zdrowej żywności w Polsce ma przed sobą duży potencjał. Sprzyjają mu coraz silniejszy trend slow life i nacisk na zdrowy tryb życia. Zwłaszcza młode pokolenie przykłada wagę do racjonalnego odżywiania i życia w zgodzie z naturą.
– Może nie osiągniemy takiego poziomu konsumpcji i wydatków na żywność ekologiczną per capita jak w Niemczech, natomiast na pewno nie będzie to sto razy mniej, tylko może 2–3 razy. To pokazuje, że miejsce do wzrostu jest olbrzymie. Świadomość konsumencką mieliśmy rozbudzoną nieco później, ale moda na zdrowe jedzenie i różnego rodzaju programy, jak np. Masterchef, służą popularyzacji zdrowej żywności i świadomego odżywiania się – tłumaczy Bartosz Urbaniak.
Polski Holding Hotelowy przejmie pierwszych 20 hoteli i obiektów hotelowych, zarządzanych wcześniej przez podmioty Skarbu Państwa. Zainwestuje dziesiątki milionów złotych w ich renowację i unowocześnienie, co ma przełożyć się na poprawę wyników finansowych. Holding zapowiada, że w 2019 roku będzie liczył w sumie około 50 obiektów. Docelowo PHH ma zagospodarować większość z kilkuset hoteli, należących do spółek Skarbu Państwa. Holding będzie też odgrywać istotną rolę przy budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego.
– Kolejne spółki, które będą włączane do Polskiego Holdingu Hotelowego, będą anonsowane w II kwartale tego roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Gheorghe Marian Cristescu, prezes Polskiego Holdingu Hotelowego. – Sądzę, że w tym roku PHH najprawdopodobniej będzie liczył około 50 obiektów. Następne kroki, które zamierzamy podejmować, są zaplanowane na wczesny 2020 rok.
Spółka Chopin Airport Development (ma w portfolio osiem hoteli pod znanymi markami i dwa kolejne w trakcie budowy) oficjalnie przekształciła się w Polski Holding Hotelowy pod koniec stycznia br. Nowy podmiot z kapitałem zakładowym w wysokości 500 mln zł ma skonsolidować hotele i obiekty hotelowe, należące do państwa, zarządzane wcześniej przez publiczne instytucje. Na początek do PHH włączonych zostanie 20 obiektów, które wspólnie liczą 1755 pokoi. Większość (13) zostanie przejęta od Agencji Mienia Wojskowego, pozostałe od Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Usług Turystycznych, Gliwickiej Agencji Turystycznej i spółki Hotele Olsztyn.
– Polski Holding Hotelowy to kontynuacja Chopin Airport Development. Ma za zadanie zagospodarować większość hoteli spółek Skarbu Państwa. To jest projekt podzielony na etapy, który będzie ewoluował. Potrwa nie rok czy dwa, ale o wiele dłużej, ponieważ – jeśli chodzi o aktywa hotelowe Skarbu Państwa – razem z KPRM zidentyfikowaliśmy już kilkaset takich obiektów – mówi Gheorghe Marian Cristescu.
W przejęte obiekty holding ma zainwestować kilkadziesiąt milionów złotych, aby unowocześnić i podnieść ich standard, a w konsekwencji – zwiększyć rentowność i podnieść wyniki finansowe. PHH – we współpracy z firmą doradczą EY – ma też opracować model konsolidacji oraz koncepcję rozwoju przejmowanych od państwa obiektów hotelowo-turystycznych.
Docelowo Polski Holding Hotelowy ma stać się jednym z głównych graczy na polskim rynku i skupiać zarówno obiekty klasy ekonomicznej, jak i 5-gwiazdkowe hotele, usytuowane w dużych miastach i miejscowościach wypoczynkowych. Ich oferta będzie skierowana zarówno do biznesu, jak i turystów. Nowo utworzony podmiot ma również odegrać istotną rolę przy budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego jako części składowej Airport City.
– Bardzo chcemy się włączyć do tej inwestycji. Jesteśmy spółką, która ma bardzo duże doświadczenie w inwestycjach okołolotniskowych. Dlatego chcemy być aktywnym graczem przy budowie Airport City, ale sądzę, że znajdzie się tam miejsce dla wielu innych podmiotów. Dzisiaj przy Lotnisku Chopina działa wiele hoteli i wszystkie one prosperują bardzo dobrze. CPK będzie obsługiwać o wiele więcej pasażerów, więc będzie tam miejsce dla wielu inwestycji –mówi Gheorghe Marian Cristescu.
Jak podkreśla, ograniczenia w przepustowości Lotniska Chopina blokują dalsze możliwości rozwoju. Przeniesienie ruchu poza miasto i budowa CPK pozwoli zwiększyć ruch pasażerski i przyciągnąć dodatkowych gości z zagranicy.
– Centralny Port Komunikacyjny daje możliwość istotnego zwiększenia przepływu podróżnych, którzy przylatują samolotem, i przyciągnięcia kolejnych segmentów gości. Jeżeli będą korzystać z naszych usług, większość będzie również chciała podróżować po Polsce, korzystać z naszych hoteli i oferty – mówi prezes Polskiego Holdingu Hotelowego.
Po 11 latach od debiutu na polskim rynku płatności zbliżeniowe wykorzystywane są już w 85 proc. transakcji w Polsce. Te do kwoty 50 zł nie wymagają potwierdzenia numerem PIN. Według ekspertów, podniesienie tego limitu może zwiększyć obroty handlowe i z przyspieszy czas realizacji transakcji, bez uszczerbku dla ich bezpieczeństwa. Najprawdopodobniej jeszcze w tym roku płatności zbliżeniowe bez PIN-u do kwoty 100 zł umożliwią Visa i Mastercard.
– Płatności zbliżeniowe w Polsce rozwijają się znakomicie, ale ten rozwój właściwie zbliża się już do granicy. Obecnie ponad 85 proc. płatności realizowanych jest drogą zbliżeniową. Za moment przeskoczymy 90 proc. i w zasadzie nie będzie już innych metod płatności niż zbliżeniowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Waś, dyrektor zarządzający Ingenico na Europę Wschodnią.
Pod względem popularności płatności bezstykowych Polska znajduje się w globalnej czołówce. Z danych Visa, opublikowanych na początku tego roku, wynika, że udział płatności zbliżeniowych przy użyciu polskich kart w ogólnej liczbie transakcji bezgotówkowych w punktach sprzedaży zbliżył się do poziomu 85 proc. W tej chwili już ponad 99,9 proc. terminali płatniczych w Polsce obsługuje płatności zbliżeniowe – co oznacza, że w perspektywie nadchodzących tygodni Polska będzie pierwszym krajem na świecie, który może osiągnąć 100 proc. akceptacji dla transakcji zbliżeniowych.
Kolejnym krokiem – jak podkreśla Piotr Waś – powinno być zwiększenie limitu płatności zbliżeniowych bez PIN. W Polsce wynosi on 50 zł i został ustanowiony ponad dekadę temu, kiedy płatności zbliżeniowe na polskim rynku dopiero raczkowały. Obecnie nie przystaje on ani do europejskiej średniej, ani do potrzeb użytkowników kart.
– Limity płatności w transakcjach bezstykowych stosuje się po to, aby obrót był bezpieczniejszy, aby użytkownicy kart czuli się bezpieczniej, kiedy nie autoryzują transakcji PIN-em. Jednak poziom kradzieży i fraudów jest niewielki, transakcje są dobrze zabezpieczone i nie wydaje się, aby obawy o bezpieczeństwo transakcji miały zatrzymać podwyższenie limitu transakcji realizowanych bez PIN-u – ocenia Piotr Waś.
Na początku lutego Visa otrzymała od Narodowego Banku Polskiego zgodę na podniesienie limitu transakcji zbliżeniowych bez PIN-u z 50 do 100 zł. Do Visa należy ponad połowa (54 proc.) wydawanych w Polsce kart płatniczych (według NBP na polskim rynku jest ich obecnie blisko 34 mln). Na drugim miejscu znajduje się Mastercard, który zgodę na podniesienie limitu płatności bezstykowych do 100 zł otrzymał od NBP w maju ubiegłego roku.
Jak podkreśla dyrektor zarządzający Ingenico na Europę Wschodnią, podwyższenie limitu transakcji bez PIN-u może wręcz zwiększyć obroty handlowe i z pewnością przyspieszy czas realizacji transakcji, bez uszczerbku dla ich bezpieczeństwa.
– Istnieje wiele poziomów zabezpieczeń, z których użytkownicy nawet nie zdają sobie sprawy. Karta cały czas komunikuje się z terminalem i co jakiś czas bank żąda podania PIN – nawet jeśli realizujemy transakcję, która tego nie wymaga. Ponadto karty migrują z plastiku do telefonu. Pojawiają się nowe metody płatności, jak Apple Pay i Google Pay, gdzie bezpieczeństwo jest jeszcze większe, ponieważ w ten sposób możemy zapłacić wyłącznie po uprzedniej autentykacji w telefonie (np. przez biometrię). Nad bezpieczeństwem całego systemu czuwają też systemy informatyczne po stronie agentów rozliczeniowych – podkreśla Piotr Waś.
W raporcie „Digital Payments Study” Visa zwraca uwagę na fakt, że wprowadzenie płatności zbliżeniowych utorowało drogę płatnościom mobilnym. Z danych organizacji wynika, że już blisko 90 proc. polskich konsumentów spośród tych, którzy dokonali płatności zbliżeniowej, sądzi, że w ciągu trzech lat zapłaci smartfonem.
Społeczeństwo szybko się starzeje, dlatego dodatkowe środki w systemie służby zdrowia powinny być przeznaczone nie tylko na profilaktykę i leczenie, lecz również opiekę długoterminową – uważa dr hab. n. med. Tomasz Hryniewiecki, dyrektor warszawskiego Instytutu Kardiologii. Jak podkreśla, wydatki na zdrowie należy traktować jako inwestycję, ponieważ lepsza jakość życia Polaków przełoży się na korzyści dla gospodarki, wynikające m.in. ze zwiększonej produktywności pracowników. Co istotne, w kolejnych latach wydatki i inwestycje w służbie zdrowia powinny być przemyślane i zaplanowane bardziej efektywnie niż do tej pory, żeby uniknąć marnotrawienia środków.
– Dodatkowe pieniądze w systemie ochrony zdrowia pozwolą poprawić jakość życia Polaków, wydłużyć ich życie i zmniejszyć liczbę zachorowań na rozmaite choroby. Te dodatkowe pieniądze mają też przyczynić do tego, aby opieka nad osobami już dotkniętymi chorobą była lepsza – nie tylko szpitalna, ale i domowa, w hospicjach domowych czy zakładach opiekuńczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. n. med. Tomasz Hryniewiecki, dyrektor Instytutu Kardiologii im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, członek prezydium Rady Społecznej Debaty Wspólnie dla Zdrowia.
Jak podkreśla, społeczeństwo się starzeje (GUS szacuje, że w 2050 roku osób w wieku 65+ będzie już 13,7 mln, co będzie stanowić 40 proc. ogółu ludności), a dzięki ogromnemu postępowi w medycynie – coraz więcej chorób śmiertelnych zmienia się w przewlekłe. Dlatego opieka medyczna musi być długotrwała i odpowiadać na potrzeby coraz starszego społeczeństwa. To z kolei będzie wymagać zwiększonych nakładów.
– Powinniśmy patrzeć na kraje Europy Zachodniej, gdzie inwestycje w tym obszarze – nie tylko typowo leczniczym, ale i opiekuńczym – są od lat bardzo duże. Myślę, że to jest bardzo dobry kierunek, który już w tej chwili trzeba w Polsce powielać – mówi dr Tomasz Hryniewiecki.
W ubiegłym roku parlament przyjął ustawę, zgodnie z którą nakłady na służbę zdrowia nie spadną poniżej 4,67 proc., a do 2024 roku mają wzrosnąć do 6 proc. krajowego PKB. Ekspert ocenia, że dodatkowe środki w systemie powinny być ukierunkowane na podnoszenie jakości życia Polaków, co przełoży się na korzyści dla całej gospodarki wynikające m.in. ze zwiększonej produktywności.
– Poprawa jakości życia przekłada się na wyniki gospodarcze, bo chorzy obywatele to koszty zwolnień, nieobecności w pracy, rehabilitacji albo niskiej efektywności w pracy. Warto wydawać pieniądze na ochronę zdrowia, bo są to dobrze zainwestowane środki. Inwestycje w zdrowie to inwestycje w obywateli, czyli w pracowników. Ten aspekt przez lata był pomijany, ale mam nadzieję, że teraz będzie rozwijany – mówi dr Tomasz Hryniewiecki.
Według ostatnich danych Eurostatu, w 2016 roku wydatki na służbę zdrowia kształtowały się na poziomie 700 euro na mieszkańca, co daje Polsce 3. miejsce od końca w UE. Rocznie na ochronę zdrowia przeznaczanych jest około 100 mld zł, jednak zdarza się, że środki są wydawane nieefektywnie. Zdaniem eksperta potrzebna jest lepsza organizacja opieki zdrowotnej i planowanie inwestycji – określanie potrzeb w danej specjalności medycznej, regionie czy placówce, by zapobiec marnotrawieniu funduszy.
– W tym kierunku idą pewne zmiany wprowadzane przez ministerstwo zdrowia, np. system IOWISZ [Instrument Oceny Wniosków Inwestycyjnych w Sektorze Zdrowia – red.] do oceny wniosków inwestycyjnych. Przez całe lata było wiele nietrafionych inwestycji, bo lokalni włodarze chcieli mieć dobrze wyposażony szpital i kupowali bardzo drogi, skomplikowany sprzęt, ale niekoniecznie potrzebny w danym miejscu. Było to łatwe dzięki funduszom unijnym – mówi dr Tomasz Hryniewiecki – Teraz mamy wiele urządzeń wysokiej klasy, ale mało wykorzystywanych, bo brakuje pieniędzy na ich utrzymanie i zatrudnienie odpowiednich specjalistów. Z tego doświadczenia powinniśmy czerpać i nie dopuścić do tego, żeby kolejne inwestycje były chybione.
Ekspert podkreśla, że kluczowe są inwestycje w personel medyczny. Powinny one być szczególnie przemyślane i rozważne, ponieważ w tym obszarze Polska ma – i będzie mieć coraz większe – braki. Podczas ubiegłorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy premier Mateusz Morawiecki przytaczał dane, które pokazują, że w ostatnich latach z Polski wyjechało od 25 do 30 tys. lekarzy, a wykształcenie jednego medyka to dla budżetu państwa koszt rzędu od pół miliona zł wzwyż. Aby uatrakcyjnić zawody medyczne, potrzebny jest przede wszystkim wzrost wynagrodzeń, który także wymaga dodatkowych nakładów.
Polacy coraz częściej świętują walentynki, a 70 proc. z nich zamierza z tej okazji wręczyć ukochanej osobie upominek – wynika z badania SW Research przeprowadzonego na zlecenie firmy Wyjątkowy Prezent. Choć nadal częstym wyborem na ten dzień są prezenty rzeczowe, to jednocześnie są one wymieniane jako te najmniej pożądane. Bukiet róż, perfumy czy biżuteria coraz częściej są więc zastępowane przez atrakcje, które wiążą się z emocjonującymi przeżyciami, jak np. skok ze spadochronem, przejażdżka czołgiem czy lot balonem.
Prawie 40 proc. badanych Polaków ma pozytywny stosunek do walentynek. Drugie tyle podchodzi do nich raczej neutralnie.
– Jest to święto, które obchodzi już ponad 70 proc. Polaków. Z roku na rok zmieniają się nieco prezenty, które kupujemy dla ukochanych osób. Wcześniej to były prawie wyłącznie kwiaty, drobne upominki, w tej chwili są to coraz droższe prezenty – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Krawczyński, kierownik ds. marketingu w firmie Wyjątkowy Prezent.
Na popularności zyskują oryginalne prezenty, które wiążą się z niebanalnymi przeżyciami. W tej kwestii wybór jest coraz większy.
– Polacy szukają takich prezentów, które pozostawiają wspomnienia, które można zamieścić w postaci zdjęć w social mediach. Ponad 1/3 Polaków za taki wymarzony prezent uznałaby wspólny wyjazd, kolację w ciemności czy skok ze spadochronem albo lot balonem – wymienia Mariusz Krawczyński.
Badanie SW Research pokazuje, że uniwersalne upominki rzeczowe, które jednocześnie nadają się na wiele innych okazji, nie są najbardziej pożądane przez osoby obchodzące święto zakochanych.
– Pierwsze miejsce zestawienia najmniej oczekiwanych prezentów zajmuje bielizna. Wskazało ją ponad 9 proc. badanych Polaków. Następne miejsca to akcesoria kuchenne czy erotyczne, a także skarpety. Jednym z takich dziwniejszych wskazań był test ciążowy informujący o ciąży – mówi Mariusz Krawczyński.
Ponad 26 proc. badanych deklaruje, że walentynki planuje spędzić z bliską osobą w domowym zaciszu. I choć na razie większość Polaków 14 lutego spędza raczej konwencjonalnie, to coraz więcej osób marzy o czymś bardziej wyjątkowym. Dla 20 proc. respondentów idealnym prezentem walentynkowym byłby romantyczny wyjazd w dwoje, a 12,4 proc. liczy na prezent w formie przeżycia, takiego jak wspólny masaż, degustacja wina czy lot widokowy turystycznym samolotem. Zarówno panie, jak i panowie za dobry upominek walentynkowy uważają też bilet do kina, teatru czy na koncert.
– Ponad 1/4 badanych planuje ten wieczór spędzić w domu – we dwoje, natomiast ponad 1/3 planuje aktywne spędzenie czasu poza domem. Może to być wyjście do teatru, do kina, wyjazd za miasto albo spędzenie czasu w SPA. Około 5 proc. Polaków myśli o czymś szalonym, ekstremalnym, np. skoku ze spadochronem czy locie balonem – mówi Mariusz Krawczyński.
Od kilku lat walentynkowy biznes kwitnie i pozwala handlowi zwiększyć obroty w trudnym okresie początku roku. Badania pokazują, że w tym roku na walentynkowe upominki 20,5 proc. respondentów chce wydać kwotę od 50 do 100 zł, podobny odsetek przeznaczy na ten cel od 100 do 200 zł, a 6 proc. – ponad 300 zł.
W erze postępującej informatyzacji wprowadzenie skutecznej polityki ochrony danych osobowych to zadanie priorytetowe. Wrażliwe dane w rękach hackerów mogą posłużyć do przejęcia naszej tożsamości czy wyłudzenia kredytu z banku. Urząd Ochrony Danych Osobowych rozpoczyna program masowych kontroli szczelności systemów cyberbezpieczeństwa, które mają poprawić bezpieczeństwo naszych danych przechowywanych i przetwarzanych zarówno przez podmioty publiczne, jak i prywatne.
– My mówimy o danych osobowych w kontekście tego, że wykorzystane w sposób nieuprawniony, mogą narazić nas na negatywne konsekwencje. To jest wkraczanie w naszą sferę prywatności, które może mieć wymiar finansowy, np. zaciągnięcie pożyczki na nasze nazwisko. Niestety, dane osobowe są także często wykorzystywane przez do ośmieszania ludzi. Nie wiemy, do czego wykorzystywane są np. zdjęcia dzieci, które rodzice bezrefleksyjnie wrzucają na portale społecznościowe – powiedziała dr Edyta Bielak-Jomaa, prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych.
Z początkiem roku urzędnicy UODO rozpoczęli program kontroli sektorowych. Urzędnicy sprawdzą, w jaki sposób przetwarzane są nasze dane osobowe zarówno przez jednostki publiczne, jak i prywatne. Kontroli mogą spodziewać się m.in. operatorzy monitoringu, komendy policji, areszty śledcze, banki, ubezpieczyciele, szkoły, szpitale czy firmy marketingowe.
Działania te mają za zadanie uszczelnić systemy bezpieczeństwa jednostek posiadających zezwolenie na gromadzenie danych osobowych. Nieodpowiednie zabezpieczenie systemów informatycznych może doprowadzić do wycieku informacji o charakterze poufnym. Z takim przypadkiem zmagał się ostatnio serwis Morele.net, który padł ofiarą cyberprzestępców. W ręce hackerów wpadły adresy e-mail klientów sklepu, ich numery telefonów, imiona i nazwiska, hashe haseł a także dane, które podawali podczas składania wniosków o zakupy ratalne. Te informacje mogą posłużyć przestępcom m.in. do zaciągnięcia pożyczki przez internet.
Wprowadzenie zapisów RODO ograniczyło co prawda swobodę przetwarzania danych osobowych przez podmioty trzecie, ale nawet najlepsze prawo nie zapobiegnie takim wyciekom jak ten, z którym musiał zmagać się serwis Morele.net. Najdoskonalsze zabezpieczenia da się obejść albo złamać, dlatego najlepszym sposobem na zabezpieczenie danych jest udostępnianie ich tylko tym podmiotom, które naprawdę je potrzebują.
– Najsłabszym ogniwem zawsze jest człowiek, nie zastąpi go żadna maszyna, żaden algorytm. To człowiek musi zdecydować, co ten algorytm ma zrobić. Najczęściej jest tak, że nawet nowoczesne rozwiązania technologiczne są błędne albo wadliwe, albo na skutek ingerencji człowieka bądź czynników zewnętrznych następuje rozszczelnienie systemu. Wyciek danych, ich utrata, brak integralności. Odpowiedzialność za taką sytuację musi wziąć człowiek, administrator danych, który decyduje o tym jakie dane, w jakim celu przetwarza – powiedziała nasza rozmówczyni.
Badania opublikowane w raporcie KPF – IRG „Sytuacja na rynku consumer finance” dowodzą, że Polacy mają nikłe pojęcie na temat ochrony danych osobowych. Aż 56,6% ankietowanych stwierdziło, że w ciągu roku udostępniło swoje dane do pięciu razy, a 4% badanych przyznało, że podzieliło się nimi nawet kilkadziesiąt razy. Jednocześnie 31% respondentów nie wie lub nie pamięta, w jaki sposób ich dane zostały zarejestrowane, a wyłącznie co piąty badany obawiał się, że udostępnienie poufnych informacji może wiązać się z jakimiś niepożądanymi konsekwencjami.
Wprowadzenie zapisów RODO było pierwszym krokiem na drodze do poprawy bezpieczeństwa cybernetycznego krajów Unii Europejskiej i efekty działania nowych zapisów powoli wychodzą na światło dzienne. Na początku roku francuska Krajowa Komisja ds. Informatyki oraz Wolności nałożyła na Google rekordowo wysoką karę w wysokości 50 mln euro za naruszenie postanowień RODO. Firmie zarzucono, że w niejasny sposób przedstawia użytkownikom Androida informacje o sposobie przetwarzania danych na potrzeby spersonalizowanych reklam oraz rozprasza warunki świadczenia usług w zbyt dużej liczbie dokumentów.
Z kolei na początku lutego unijni urzędnicy wymogli wycofanie ze sprzedaży na terenie krajów członkowskich dziecięcych inteligentnych zegarków Safe-KID-One od niemieckiej firmy ENOX. Stwierdzono, że produkt w niewystarczający sposób chroni dane użytkowników, przesyłając wrażliwe informacje bez ich szyfrowania, co może przyczynić się do przechwycenia przez cyberprzestępców m.in. lokalizacji urządzenia, numerów telefonów czy numeru seryjnego zegarka.
Kontrole takie jak te przeprowadzane przez UODO mogą częściowo rozwiązać problem niewłaściwego przetwarzania danych osobowych. Jeśli urzędnicy stwierdzą uchybienia w procesie gromadzenia informacji, prezes UODO może zadecydować o usunięciu ich bądź wymóc na administratorze odpowiednie ich zabezpieczenie.
– Znajomość przepisów to podstawa, i nie mówimy tutaj tylko o ogólnym rozporządzeniu o ochronie danych osobowych, ale również o innych przepisach, które na system się składają. Nic nas nie uchroni tak, jak wiedza na temat tego, do czego jesteśmy zobowiązani i jakie mamy prawa. Po drugie odpowiedzialność w tym działaniu i po trzecie zdrowy rozsądek, więcej refleksji na temat tego, czy musimy bezrefleksyjnie udostępniać swoje dane osobowe w sieci – podsumowuje prezes UODO.
Według raportu Market Reaserch Engine globalny rynek rozwiązań z zakresu ochrony danych będzie rozwijał się w tempie 15%, a do 2023 roku osiągnie wartość 120 mld dol.
Mobilny sprzęt okulistyczny pozwala na dotarcie z diagnostyką do wykluczonych, np. osób starszych, wśród których większość posiada wady wzroku. Dzięki niewielkim rozmiarom i przystępnej cenie, urządzenia do samodzielnego badania wzroku pozwalają lepiej dobierać soczewki i okulary, a dzięki temu skuteczniej korygować wadę. Mocowane do smartfona urządzenia pozwalają określić wadę z dokładnością do 0,35 dioptrii.
– Podstawową funkcją VisionCheck jest pomiar tzw. niemiarowości oka, dzięki czemu uzyskujemy niezbędne dane pozwalające dobrać szkła do okularów. Urządzenie wyposażone jest też w ramki do pomiaru rozstawu źrenic, co daje jego użytkownikowi możliwość samodzielnego zamawiania okularów przez Internet – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jamiee Neal z EyeQue.
Badanie jest możliwe po zamontowaniu urządzenia na smartfonie użytkownika. W sprzedaży dostępne są już rozwiązania służące do diagnostyki wad wzroku przy użyciu telefonu. Jednym z nich jest EyeNetra umożliwiająca badanie refrakcji oka w środowisku rozszerzonej rzeczywistości z dokładnością do 0,35 dioptrii. Rozwiązanie zaprezentowane przez EyeQue na targach CES 2019 w Las Vegas jest jednak mniejsze i wygodniejsze w użyciu. Producent twierdzi, że urządzenie VisionCheck zarekomendowało takie same lub lepsze soczewki albo okulary w przypadku 90 proc. testujących produkt.
– Współzałożyciel naszej firmy jest związany ze słynną amerykańską uczelnią MIT, dzięki czemu mamy do dyspozycji opatentowaną przez MIT technologię odwróconego detektora Shacka-Hartmanna, która umożliwiła nam zmniejszenie wymiarów autorefraktometru do rozmiarów urządzenia przenośnego. Wystarczy przymocować go do smartfona i wykorzystać emitowane przez ekran światło. Potrzebna jest tylko niewielka ilość światła, które jest odpowiednio filtrowane, pozwalając na uzyskanie refrakcji – tłumaczy Jamiee Neal.
Po przeprowadzaniu badania wyniki prezentowane są w aplikacji mobilnej. W oparciu o nie można zamówić nowe okulary lub soczewki online. Dzięki temu, że urządzenie jest przenośne i poręczne, użytkownik może zapewnić sobie częstsze badanie wady wzroku, dzięki czemu korygowanie wady jest dużo bardziej efektywne i można szybciej reagować na zmiany w rozmiarze dysfunkcji wzroku. Aplikacja dodatkowo przechowuje w chmurze wyniki poszczególnych badań, co umożliwia ich porównywanie.
– Parametry wzroku podlegają ciągłym zmianom, a nasze rozwiązanie umożliwi dostęp do znacznie większej ilości badań i źródeł danych, dzięki czemu parametry wykorzystywane do doboru szkieł korekcyjnych będą znacznie dokładniejsze – mówi ekspertka EyeQue.
Na rynek trafia coraz więcej mobilnych rozwiązań, które mogą pomóc w leczeniu wad wzroku. Stwarzają one ogromną szansę na dotarcie z diagnozą i leczeniem również do osób starszych. Z badań wykonanych przez American Optometric Association Nursing Home and Geriatric Practice wynika, że niemal wszyscy podopieczni amerykańskich domów opieki mają wadę wzroku. Jednocześnie tylko nieco ponad 12 proc. placówek opieki zatrudnia własnych okulistów, a dowożenie podopiecznych do przychodni jest utrudnione nie tylko z uwagi na logistykę, lecz także na zły stan zdrowia.
Rozwiązaniem tego problemu mogą być właśnie mobilne urządzenia optometryczne, do użycia których nie trzeba nawet adaptować specjalnych pomieszczeń. Tymczasem nawet osoby w pełni sprawne fizycznie odwiedzają okulistę rzadziej, niż trzeba.
– Obecnie standardową praktyką jest odwiedzanie okulisty raz w roku, może raz na dwa lata i te wizyty stanowią jedyne źródło danych, na których przez cały rok opiera się nasza korekcja wzroku. Dzięki nam można teraz badać wzrok w dowolnej chwili, rano, po południu lub w nocy – przekonuje Jamiee Neal.
Urządzenie VisionCheck trafi na rynek w marcu tego roku, w cenie 60 dol. Według badaczy z Coherent Market Insights, rynek sprzętu optometrycznego osiągnął w 2018 roku wartość niemal 3,3 mld dol i będzie do 2026 roku rósł w średniorocznym tempie na poziomie 5,6 proc.
OptAd360 zamyka rok 2018 z ponad 30 milionami złotych przychodu. To o 13 milionów więcej w porównaniu z rokiem 2017. Jest to znacząca kwota zważywszy na fakt, że wrocławska firma działa na rynku dopiero od trzech lat. Plany na 2019 zakładają kolejne wzrosty oraz wprowadzanie nowych produktów.
Sukces młodej firmy to wynik ustalonej na początku działalności strategii i skutecznej jej egzekucji. Założyciele optAd360 postawili na sprzedaż powierzchni reklamy internetowej w modelu programmatic. Dzięki temu, średni i mniejsi wydawcy, a nie tylko duzi, mogą znacznie korzystniej monetyzować swoje serwisy internetowe. Liczba współpracujących na koniec roku z firmą serwisów internetowych i aplikacji mobilnych sięgnęła prawie 1 500, a liczba użytkowników do których dociera optAd360 to już 60 milionów na całym świecie. Należy także zauważyć znaczny wzrost liczby żądań reklamowych z około 35 do ponad 60 miliardów.
Warto zaznaczyć, że już 47% przychodów firmy stanowią przychody spoza Polski. W porównaniu z poprzednimi latami widać, że firma dynamicznie podbija nowe rynki. W tym momencie firma jest już obecna w 32 krajach, a w najbliższym czasie planowana jest ekspansja na kolejne.
Firma w 2019 zapowiada także wdrożenia autorskiego rozwiązania ułatwiającego i zwiększającego monetyzację powierzchni reklamowych o nazwie optAd360 AI Engine. Główną ideą narzędzia jest dostarczanie reklam w oparciu o sztuczną inteligencję, analizę zachowań użytkowników i struktury treści serwisów. To innowacyjne narzędzie, które rozszerzy możliwość zarabiania wydawcom internetowym na całym świecie. Ma ono służyć wszystkim witrynom, niezależnie od ich wielkości i bez potrzeby rezygnowania z dotychczasowych rozwiązań.
Plany na rok 2019 komentuje Jakub Szczepankowski – Head of Business Development w optAd360: ,,Nie poprzestajemy na aktualnych wynikach. Nasza strategia zakłada wprowadzanie nowych produktów i ekspansję na kolejne rynki zagraniczne. W tym roku planujemy docierać z przekazem reklamowym do 80 milionów użytkowników oraz monetyzować ponad 8 miliardów odsłon reklamowych miesięcznie. Przed nami wiele wyzwań, ale konsekwencja w naszych działaniach sprawia, że optymistycznie patrzymy na najbliższe miesiące’’.
Firma zatrudnia już kilkudziesięciu specjalistów z ponad 11 krajów. Planowane są kolejne rekrutacje oraz rozwój struktur firmy.
Internet ciągle się rozwija i rośnie w siłę. Szacuje się, że na koniec poprzedniego roku ponad cztery miliardy ludzi na całym świecie aktywnie użytkowało sieć internetową. Potentatem w tym zestawieniu są Chiny. Prawie 20% światowych internautów (800 mln) mieszka za Wielkim Murem.
Internet w Azji jest potęgą. Prawie połowa wszystkich ludzi na kuli ziemskiej siedzących przed ekranami komputerów, laptopów i tabletów mówi po chińsku, japońsku, koreańsku itd. „Na drugim miejscu jest Europa. Szacuje się, że co szósty internauta na świecie mieszka na Starym Kontynencie. Coraz lepiej pod tym względem jest również w Polsce. Według Głównego Urzędu Statystycznego w zeszłym roku 84% gospodarstw domowych miało już dostęp do sieci. Z każdym rokiem ten wskaźnik rośnie. Ostanie lata to mniej więcej 2-3% na rok” – komentuje Bartosz Gadzimski, z firmy hostingowej Zenbox.
Jakie są prognozy na 2019 rok? Według Johna Stevensa z portalu hostingfacts.com prawie dwa miliardy ludzi dokona chociaż jednego zakupu w sklepach online, każdego dnia około 90 tys. stron będzie hakowanych, a na blogach codziennie będą napisane 4 mln postów. Nadal popularny będzie Twitter z pół miliardem twittów każdej doby. „To także będzie rok dynamicznego rozwoju rynku e-commerce. Sklepy internetowe przyciągają nie tylko dostępnością, ale również atrakcyjnymi cenami, promocjami i bonifikatami. Do tego dochodzi często darmowa wysyłka, a więc po co wychodzić do galerii handlowej jeśli można zaopatrzyć się w dobry sprzęt lub markowe ubranie klikając myszką?” – uważa Bartosz Gadzimski. Potwierdzają to opublikowane pod koniec stycznia badania Eurostatu. Czytamy w nich, że w 2017 roku na terenie Unii Europejskiej o 12% wzrosła liczba zakupów w sieci. Największy przyrost odnotowano w Estonii (+36%), na Węgrzech (+32%), w Rumunii i na Litwie (+26%). Polska z wynikiem 11% prawie idealnie wpisała się w europejską średnią. W 2019 roku wskaźniki z pewnością pobiją kolejne rekordy.
Według portalu hostingfacts.com nadal w rozkwicie będą media społecznościowe. W tym roku aktywnie będzie z nich korzystać 2,7 mld użytkowników. Na Instagram każdego dnia będzie wrzucanych 95 mln zdjęć i materiałów video. Co jeszcze zdaniem ekspertów przyniosą najbliższe miesiące w sieci? 63% posiadaczy smartfonów i telefonów komórkowych będzie korzystać z nich nie tylko do dzwonienia, ale też do korzystania z Internetu.
Firma analityczna KBV Research przewiduje, że wartość globalnego rynku systemów informacji geograficznej (GIS) do 2024 roku osiągnie wartość prawie 24 mld dolarów, a skumulowany roczny wskaźnik wzrostu (CARG) wyniesie nawet 13,5% (w Europie 11,7%). Przyczyną wzrostu popularności platform do analiz przestrzennych jest możliwość integracji różnych rodzajów technologii i różnych typów danych. Systemy te coraz częściej wykorzystywane są jako podstawowe rozwiązania informatyczne nie tylko w administracji, lecz także w biznesie. Oto 5 obszarów, w których rozwiązania z obszaru analityki przestrzennej wpłyną na funkcjonowanie naszej gospodarki i życia zwykłych ludzi.
Stopniowy rozwój GIS, jako przekrojowej platformy analitycznej, zdefiniowany jest przez jej rosnące możliwości w zakresie analizy danych przestrzennych, narzędzi statystycznych, uczenia maszynowego oraz integracji IoT i big data. Upraszczając, można wyróżnić trzy czynniki, które wpływają na rozwój tej technologii, są to: rosnąca ilość danych przestrzennych; większa świadomość ich wartości; nagłe przyspieszenie w obszarze technologii.
– Przedsiębiorstwa już teraz (świadomie lub nieświadomie) zbierają i zarządzają ogromnymi ilościami danych geoprzestrzennych dotyczących ich zasobów, personelu i działalności gospodarczej. Dane te są często wykorzystywane w codziennych działaniach firmy i stają się częścią korporacyjnych systemów informatycznych. Rozwiązania te wprowadzają nową jakość do takich dziedzin, jak mobilność i logistyka. Oprócz tego GIS coraz częściej integrowany jest z systemami AEC i BIM, dając zupełnie nowe możliwości w zakresie projektowania budynków – mówi Małgorzata Grzywacz, Dyrektor Marketingu z Esri Polska.
Mikrosatelity
Miniaturyzacja w produkcji czujników i sensorów oraz ograniczenie kosztów ich produkcji przełożyło się na obszary związane z obserwacją Ziemi i technologią LIDAR (Light Detection and Ranging). W działaniach tych coraz częściej wykorzystuje się mikrosatelity, które swoimi rozmiarami nie przekraczają pudełka na buty. Trend związany z szeroką dostępnością danych z obserwacji Ziemi, zapoczątkowany na szeroką skalę w 2018 roku, pozwala na dostęp do danych przestrzennych na temat zmian zachodzących na naszej planecie w analogiczny sposób, w jaki Google indeksuje internet. Miniaturyzacja i popularyzacja satelitów znacząco wpływa na szerszy dostęp do danych lokalizacyjnych dla przedsiębiorstw i administracji. Przykładowo firmie Planet specjalizującej się w produkcji satelitów w zeszłym roku udało się zobrazować całą powierzchnię Ziemi w trybie 24×7. Oznacza to, że mamy dostęp do bardzo dokładnych zdjęć satelitarnych, które mogą pokazać jak dany fragment naszej planety zmieniał się w ciągu roku z godziny na godzinę.
Nowa forma sztucznej inteligencji – Geospatial AI
Geospatial AI (w skrócie GEO AI) to nowa forma uczenia maszynowego, w której system czerpie wiedzę z danych geograficznych. Przykładowo w prostych aplikacjach mobilnych, takich jak Yanosik każdy jest w wstanie dzielić się informacjami w czasie rzeczywistym na temat swojego otoczenia czyli np. natężenia ruchu w mieście. Dane są zbierane, sortowane i analizowanie, a ich dokładność jest tym wyższa im więcej osób przekazuje swoje spostrzeżenia. Przykładowo pozwoli to przewidzieć z wyprzedzaniem, które obszary miasta będą najbardziej zatłoczone i jaką trasę powinna wybrać osoba zmierzająca do pracy.
GEO AI otwiera także nowe możliwości w zastosowaniach biznesowych. Potwierdzeniem rozwoju tej technologii jest m.in. współpraca firm Esri i Microsoft w obszarze Data Science Virtual Machine na platformie Azure, gdzie wykorzystywane są rozwiązania z obszaru GEO AI. Rozwiązanie to daje potężne możliwości w obszarze sztucznej inteligencji i analityki predyktywnej, w tym algorytmów deep learning (głębokiego uczenia) i machine learning (uczenia maszynowego). GEO AI pozwala wykorzystać sztuczną inteligencję do klasyfikowania pokrycia terenu z dokładnością do piksela na podstawie zdjęć satelitarnych i wydobywania informacji semantycznych w niespotykanej dotąd skali, co przekłada się na podejmowanie lepszych decyzji biznesowych.
GIS w branży budowlanej
W 2019 roku systemy informacji geograficznej mają być integralną częścią branży budowlanej, która coraz częściej wykorzystuje technologię BIM (modelowanie informacji o budynkach). Połączenie najnowszych osiągnięć w dziedzinie projektowania z danymi geoprzestrzennymi umożliwia precyzyjną analizę projektów, co sprzyja redukcji kosztów i zmniejsza zapotrzebowanie na siłę roboczą. Użyteczność tych rozwiązań wzrośnie wraz z wykorzystaniem AR i VR w modelowaniu BIM. Informacje przestrzenne w połączeniu z innymi cyfrowymi danymi lokalizacyjnymi, wzbogacają środowisko BIM o wizualizację przestrzenną, ułatwiając bezproblemową wymianę danych pomiędzy inżynierami i np. specjalistami w dziedzinie ochrony środowiska. Przyczyni się do to eliminacji nadmiarowości danych oraz poprawy przepływu prac związanych z integracją informacji w celu lepszego planowania projektów budowlanych.
Mapping as a Service (MaaS)
Innowacje w obszarze technologii chmurowej otworzyły drogę do nowych modeli biznesowych. Jednym z nich jest mapowanie jako usługa (Mapping as a Service). Internet to obecnie największy zbiór darmowych map cyfrowych, problem pojawia się w momencie, kiedy potrzebujemy mapy danego obszaru w bardzo wysokiej rozdzielczości. W tym miejscu do gry wchodzą firmy takie jak: Nearmap, Carmenta czy Harman Ignite, które dają dostęp do map i wysokiej jakości zdjęć satelitarnych dla każdej lokalizacji na świecie. Jak podaje Grand View Research, Inc. rynek usług świadczonych w modelu Mapping as a Service ma być wart ponad 8 miliardów dolarów do 2025 roku.
Wirtualne Smart Cities
Inteligentne miasta to niewątpliwie przyszłość mieszkalnictwa miejskiego. Przeprowadzone przez Unicef badania wskazują, że do 2050 roku 70% ludzi będzie żyło w metropoliach. Będzie rodziło to szereg wyzwań związanych z logistyką i planowaniem. W związku z tym włodarze z praktycznie każdego zakątka świata przygotowują mapy drogowe na potrzeby rozwoju istniejących miast. Technologie geoprzestrzenne stanowią podstawę inteligentnych ośrodków miejskich i tkankę, na której można budować rozwiązania tworzące podstawę smart cities.
Technologią, która z roku na roku zyskuje coraz większe znaczenie jest wizualizacja modeli w środowisku 2D i 3D, która w połączeniu z Internetem Rzeczy pozwala na odwzorowanie w rzeczywistości wirtualnej nie tylko pojedynczych obiektów, lecz także całej infrastruktury i procesów w niej zachodzących. Takie cyfrowe bliźniaki (ang. digital twins) w połączeniu z technologią GIS stwarzają niezwykłą okazję dla rozwoju inteligentnych miast, które dzięki wirtualnym kopiom mogą w niespotykany do tej pory sposób zarządzać swoją infrastrukturą i planować rozwój.
Malejąca podaż atrakcyjnych gruntów i rosnące ceny kierują uwagę inwestorów na tereny zabudowane obiektami wymagającymi wyburzenia lub rewitalizacji. Projekty wielofunkcyjne nadal zyskują na popularności.
Firma doradcza JLL podsumowała 2018 r. oraz wskazała trendy na 2019 r. w segmencie gruntów pod inwestycje mieszkaniowe, biurowe, handlowe i hotelowe w Polsce.
Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL
Korzystna sytuacja makroekonomiczna w 2018 roku sprzyjała optymistycznym nastrojom inwestorów, którzy podejmowali decyzje o zakupach kolejnych gruntów i rozpoczynaniu nowych projektów. Ograniczona dostępność atrakcyjnych działek z jednej strony pociągnęła za sobą wzrost ich cen, a z drugiej – spowodowała większą otwartość na trudniejsze projekty, wymagające realizacji wyburzeń, działań remediacyjnych, przebudowy i rewitalizacji. Dużą popularnością cieszyły się również projekty wielofunkcyjne, które odchodzą od dzielenia przestrzeni miejskiej na monokulturowe strefy mieszkania, pracy i wypoczynku. Wyzwaniami, z którymi musieli się zmierzyć inwestorzy, były rosnące koszty materiałów budowlanych i usług podwykonawczych. – Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL
Grunty pod zabudowę mieszkaniową
Deweloperzy w sześciu największych aglomeracjach Polski (Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi) zamknęli 2018 r. wynikiem blisko 65 000 sprzedanych mieszkań. To rezultat o 11 % słabszy niż rok temu, ale jednocześnie drugi najlepszy wynik w historii polskiej branży deweloperskiej. Sektorowi sprzyjała sytuacja gospodarcza, w tym utrzymujące się w dalszym stopniu niskie stopy procentowe sprzyjające zaciąganiu kredytów hipotecznych. Jednocześnie deweloperzy borykali się z problemami niedoboru siły roboczej w budownictwie, skokowego wzrostu kosztów wykonawstwa i materiałów, a także coraz mniejszą dostępnością atrakcyjnych działek.
W ubiegłym roku deweloperzy napotkali na wiele trudności z uzupełnieniem banków ziemi, głównie z powodu dużej konkurencji oraz ograniczonej podaży odpowiednich gruntów. Niska dostępność terenów wywindowała ceny ziemi do poziomów niepozwalających wielu inwestorom na osiągnięcie oczekiwanych marż. To, w połączeniu ze wzrostem kosztów realizacji inwestycji, pociągnęło za sobą nawet dwucyfrowy wzrost cen lokali na rynku pierwotnym. Drożeją też mieszkania na rynku wtórnym i w rezultacie zmniejszają się różnice średnich stawek cenowych dla obu tych segmentów, co najwyraźniej widać w Warszawie. – Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL
Średnie ceny gruntów pod inwestycje mieszkaniowe w 2018 r.
Obszar Cena (PLN / mkw. PUM*)
Warszawa Śródmieście 3 000 – 5 000 PLN
Warszawa – pozostałe dzielnice 1 000 – 2 500 PLN
Miasta powyżej 400 000 mieszkańców 650 – 2 500 PLN
*PUM – Powierzchnia Użytkowa Mieszkań, Źródło: JLL
Wraz z trudnością w zakupie gruntów w dotychczas preferowanych lokalizacjach, deweloperzy stali się bardziej otwarci na perspektywę ekspansji w miastach regionalnych. Wielu z nich zaczęło również interesować się obiektami wymagającymi rewitalizacji. Rozwój tego segmentu rynku ogranicza jednak brak ostatecznego uregulowania kwestii reprywatyzacji. W 2019 deweloperzy będą realizować projekty i sprzedaż na poziomie zbliżonym do obserwowanego w 2018 roku. Liczba sprzedanych lokali będzie powoli spadać, ale ceny mieszkań pozostaną stabilne.
Polski rynek nieruchomości mieszkaniowych jest u progu przemian – 2019 rok zapowiada się jako moment rozkwitu rynku najmu instytucjonalnego, czemu powinny sprzyjać również prace nad przyjęciem projektu ustawy o firmach inwestujących w najem nieruchomości, zwanych polskimi REIT-ami. W dłuższej perspektywie czasu, podaż nowych projektów zaowocuje dużymi transakcjami w tym segmencie rynku.
Grunty pod zabudowę biurową
Pozytywna sytuacja makroekonomiczna miała też wpływ na rekordowe wyniki notowane w sektorze nieruchomości biurowych. W 2018 roku rynek biurowy w Polsce wzbogacił się o 744 000 mkw., w tym ponad 500 000 mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą. W rezultacie, łączne zasoby powierzchni w kraju przekroczyły 10 mln mkw.
W odróżnieniu od branży mieszkaniowej, sytuacja na rynku gruntów biurowych była bardziej stabilna i spokojna. Wyjątkiem były transakcje dotyczące terenów inwestycyjnych w takich miastach jak Kraków, Gdańsk czy Warszawa, gdzie dobrych lokalizacji, z jasną sytuacją prawną, jest coraz mniej, a atrakcyjne oferty błyskawicznie znikają z rynku. W konsekwencji aktywnego rozwoju segmentu biurowego i malejącej podaży gruntów pod inwestycje komercyjne, średnie ceny gruntów przeznaczonych pod inwestycje biurowe wzrosły. – Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL
Średnie ceny gruntów pod inwestycje biurowe w 2018 r.
Obszar Cena (PLN / mkw. PUB**)
Warszawa COB* 3 500 – 4 500
Warszawa obrzeża COB* 1 300 – 2 300
Warszawa pozostałe 600 – 1 300
Gdańsk 1 000 – 1 400
Wrocław 1 000 – 1 400
Kraków 1 000 – 1 400
*COB – Centralny Obszar Biznesu, **PUB – Powierzchnia Użytkowa Biur, Źródło: JLL
Wysoka aktywność najemców i spadający wskaźnik pustostanów będą sprzyjać dalszemu zainteresowaniu zakupami gruntów biurowych oraz starszych budynków z możliwością ich rewitalizacji.
Dodatkowym bodźcem dla realizacji nowych projektów biurowych jest skala zainteresowania polskim rynkiem ze strony międzynarodowych sieci coworkingowych i biur serwisowanych. Popyt na biurowe grunty inwestycyjne w nadchodzących miesiącach będzie dotyczył wszystkich głównych miast regionalnych, z Trójmiastem, Krakowem i Warszawą na czele. To właśnie w tych trzech miastach możemy spodziewać się dalszego wzrostów cen gruntów. – Joanna Kieszczyńska, Starszy Konsultant, Dział Gruntów Inwestycyjnych, JLL
Grunty pod zabudowę handlową – mniejsze miasta i mniejsze koncepty w cenie
W ubiegłym roku na polskim rynku przybyło 435 000 mkw. nowej powierzchni handlowej w ramach wszystkich formatów, z czego centra handlowe stanowiły 266 000 mkw. Na koniec 2018 r. łączne zasoby nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce przekraczały 14 mln mkw. Większość zakupów realizowanych jest w centrach i parkach handlowych, którymi rynek jest wciąż nierównomiernie nasycony. Z jednej strony mamy „wypełnione” powierzchnią handlową aglomeracje Wrocławia czy Poznania, a z drugiej – takie miasta jak Szczecin, gdzie potencjał dla rozwoju jest nadal duży.
Specyfika polskiego rynku handlowego zachęcała inwestorów do poszukiwania terenów inwestycyjnych oraz przestrzeni w projektach wielofunkcyjnych pod małe koncepty, do 10 000 mkw. powierzchni sprzedaży, które uzupełnią już istniejącą ofertę handlową. Nie wykluczali przy tym z analiz miast poniżej 50 000 mieszkańców. – Joanna Kieszczyńska, Starszy Konsultant, Dział Gruntów Inwestycyjnych, JLL
Kolejny trend 2018 roku to konsolidacja rynku handlowego. Był to czas fuzji i przejęć. Przykładem jest przejęcie Spółki Emperia, właściciela konceptu Stokrotka, przez litewską Maxima Grupe, czy sfinalizowanie przez Grupę Eurocash kupna sieci handlowej Mila S.A.
Przejmowanie obiektów konkurencji i rebranding to alternatywne wobec zakupu gruntów inwestycyjnych sposoby na pozyskanie przestrzeni dla dalszej ekspansji. Przykładem jest koncept OBI DIY, który uruchomił sklepy w kilku lokalizacjach po zamkniętych sklepach Praktiker. Z kolei Jeronimo Martins i Carrefour przejęły niektóre sklepy działające pod szyldem Piotr i Paweł w ramach planu restrukturyzacji tej sieci. W kolejnych latach możemy spodziewać się zarówno kolejnych konsolidacji w segmencie handlowym, jak i pozyskiwania lokali i terenów inwestycyjnych w ramach przejęć obiektów konkurencji. – Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL
Średnie ceny gruntów pod inwestycje handlowe w 2018 r.
Obszar Cena (PLN / mkw. PUU*)
Warszawa – tereny przeznaczone pod handel wielkopowierzchniowy 2 000 – 5 000 PLN
Warszawa – tereny przeznaczone pod parki handlowe i wolnostojące budynki handlowe 1 500 – 2 000 PLN
Miasta powyżej 400 000 mieszkańców 400 – 1 200 PLN
* PUU – Powierzchnia Użytkowa Usług, Źródło: JLL
Z analiz JLL wynika, że w 2019 roku możemy się spodziewać kontynuacji ekspansji inwestorów działających w segmencie handlowym.
W przypadku terenów inwestycyjnych, największym zainteresowaniem będą się cieszyć grunty pod budowę małych parków handlowych o wielkości od 3 000 do 10 000 mkw. powierzchni usługowej. W szczególności dotyczy to lokalizacji, gdzie występuje luka podażowa. Również starsze obiekty handlowe oraz takie, które nie są już „mile widziane” w portfelu inwestora, mają szansę znaleźć w 2019 nowych nabywców, którzy przeprowadzą modernizację lub wyburzą istniejący budynek, aby zrealizować własny projekt. – Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL
Grunty pod zabudowę hotelową – z potencjałem
Rok 2018 pokazał drzemiący w branży hotelowej potencjał. Wzrost turystyki biznesowej i wypoczynkowej pociągnął za sobą zainteresowanie ze strony zagranicznych sieci. Fala nowych hoteli sieciowych rozlała się w największych aglomeracjach (Warszawa, Trójmiasto, Poznań, Kraków), ale też i mniejszych (Swarzędz, Oświęcim, Kalisz), w kurortach (Świnoujście, Kołobrzeg) oraz na lotniskach (Pyrzowice, Okęcie).
Z naszych informacji wynika, że w 2018 roku ponad 30 firm poszukiwało aktywnie lokalizacji pod budowę hoteli w Polsce, a oferowane przez nie ceny przyczyniły się do wzrostu oczekiwań właścicieli nieruchomości w zakresie ceny sprzedaży. Oprócz gruntów, zainteresowaniem inwestorów cieszyły się kamienice i inne budynki nadające się do przebudowy pod wszystkie typy oraz standardy hoteli w największych miastach w Polsce. Na aktywność inwestorów wpływa też dynamika rozwoju sektora biurowego, który generuje ruch biznesowy w hotelach i eliminuje problem tzw. sezonowości. Na rynku pojawiają się coraz częściej projekty łączące w ramach jednej inwestycji budynki biurowe z hotelami, czego dobrym przykładem jest The Warsaw HUB. – Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL
Ostatnie dwa lata przyniosły też wzrost popularności projektów condo. W kurortach niemal nie powstają typowe hotele z jednym podmiotem właścicielskim. Tego typu inwestycje są realizowane albo w formie klasycznych hoteli, z pełnym hotelowym wyposażeniem oraz funkcjami, albo jako budynki apartamentowe.
Fala projektów condo stanowi odpowiedź na duże zainteresowanie inwestorów. Wobec niskich stóp procentowych depozytów bankowych oraz niepewności rynku, coraz więcej osób poszukuje alternatywnych sposobów lokowania kapitału. Jednocześnie dynamiczny rozwój turystyki spowodował, że wyższe stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału uzyskuje się z wynajmu krótkoterminowego niż z wynajmu lokalu mieszkalnego na długi termin jednemu najemcy.
Zdaniem JLL, rynek hotelowy w Polsce ma wciąż duży potencjał wzrostu – w ciągu 3 lat liczba miejsc noclegowych powinna zwiększyć się o 30%. Na przeszkodzie dalszej ekspansji branży mogą jednak stanąć coraz wyższe ceny gruntów i materiałów budowlanych oraz deficyt pracowników wśród firm budowlanych i wykształconej kadry hotelowej. Niezależnie od istniejących wyzwań, eksperci JLL prognozują, że w 2019 będziemy obserwować ciągłość trendu zakupowego gruntów i kamienic w największych ośrodkach biznesowych i turystycznych w Polsce, z naciskiem na centralne, dobrze wyeksponowane i skomunikowane lokalizacje.
Perspektywy 2019
W 2019 roku będziemy obserwować kontynuację zainteresowania projektami rewitalizacyjnymi i wielofunkcyjnymi, które przyczynią się do nawiązywania współpracy między inwestorami z różnych segmentów rynkowych. Spodziewamy się również dalszego, niewielkiego wzrostu cen gruntów we wszystkich segmentach rynku, w szczególności w Warszawie i Trójmieście. Optymizm inwestorów może studzić sytuacja w branży budowlanej oraz zaostrzanie przez banki kryteriów przyznawania kredytów, zarówno w stosunku do inwestorów indywidualnych, jak i komercyjnych. – Daniel Puchalski, Dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w JLL
Pod kątem wydatków na R&D Polska znajduje się w ogonie Europy. To samo tyczy się liczby rejestrowanych patentów. Obciążenie zadaniami i presja na wyniki są w firmach tak duże, że blokują kreatywność i produktywność pracowników, a ci w efekcie wożą puste taczki. Jak temu zaradzić tłumaczy Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT Makers.
Czym właściwie zajmuje się konsultant innowacji?
Już samo słowo konsulting może być opacznie interpretowane i błędnie kojarzone z tzw. wielką czwórką, do której należą specjalizujące się w audytach finansowych Deloitte, EY, KPMG i PwC. Unikam również określenia service designer. Wiele osób nie słyszało o zawodzie projektanta usług. Nie chcę lądować w jednym worku z grafikami czy projektantami wnętrz, czyli specjalistami, których można wynająć, aby wykonali określone dzieło. Konsultant to ktoś, kto pomaga organizacjom w rozwiązywaniu problemów, osiągnięciu zamierzonych efektów czy optymalizacji procesów wewnętrznych. Można powiedzieć, że zajmuję się poprawianiem kondycji klientów, tak by znaleźli się w lepszej sytuacji. Nie dostarczam im gotowych rozwiązań, lecz pomagam w ich opracowaniu – to ogromne różnica. Alan Weiss, światowej sławy ekspert w obszarze konsultingu, uważa, że z natury opiera się on na innowacji. Jeśli w procesie doradczym nie powstaje coś nowego, to jest on zbędny. Nie oznacza to jednak, że w szerokim ujęciu musi to być absolutne novum. Ważne natomiast, by rozwiązanie było szyte na miarę. Każda organizacja ma inny styl działania, kulturę i wewnętrzne mechanizmy. Sukces projektu często zależy od drobnych niuansów. Dlatego kopiowanie gotowych rozwiązań zazwyczaj kończy się fiaskiem. Doskonale widać to na przykładzie wielu fuzji. Klienci, z którymi rozmawiamy, mówią o tym wprost. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że przejęcie jednego banku przez drugi zostało drobiazgowo przygotowane. W całym procesie uczestniczą często grupy konsultantów z wielkiej czwórki, opierające się na modelach kompletnie nie uwzględniających tzw. czynnika ludzkiego. Teoretycznie wszystko się zgadza, a siedem lat po zakończeniu operacji okazuje się, że część pracowników wciąż utożsamia się z poprzednią, już dawno nieistniejącą firmą. Temat kultury organizacyjnej został zupełnie pominięty, co osłabiło płynność komunikacji i na wiele lat przyhamowało produktywność zespołów. Wiem, wydaje się to niewiarygodne. Nie miesięcy, lat!
Innowacyjność stała się słowem-wytrychem. Wszyscy trąbią o swoich przełomowych rozwiązaniach, które w gruncie rzeczy nie różnią się tak bardzo od tego, co od dłuższego czasu możemy znaleźć na rynku.
Słowo „innowacja” jest bardzo modne. To dlatego nazwałem się konsultantem innowacji (śmiech). A całkiem serio, taki stan rzeczy jest dla nas sporym wyzwaniem. Z powodu nadużywania pojęcie to uległo dewaluacji. Dobrze jest prowadzić firmę, którą inni postrzegają jako innowacyjną. Dlatego wiele organizacji, które mają mocno przestarzałe procesy, niedopasowaną do współczesnych realiów kulturę czy obsługę klienta z poprzedniej epoki, chętnie się w ten sposób tytułuje. Niektóre sięgają nawet po takie zabiegi, jak kampanie rebrandingowe, licząc, że klienci uwierzą w ich nowoczesność.
A spod makijażu wyłaniają się zmarszczki.
Często właśnie tak to wygląda. Mowa o innowacyjności sprowadza się wyłącznie do pudrowania. Tymczasem nowatorskie rozwiązania stwarzają potencjał do wzrostu. Niemniej, wiąże się to z pewną dozą ryzyka i nie zawsze przekłada na korzyści finansowe. Duże organizacje, którym pomagamy, zazwyczaj mają ten problem. Posiadają działające do pewnego momentu, sprawdzone modele biznesowe, jednak są one mało elastyczne. Wśród pracowników rośnie świadomość, że należy dopasować się do potrzeb klientów, a te zmieniają się nieustannie. W praktyce okazuje się, że jest to bardzo trudne, przede wszystkim z powodu skali. Nie pomogą spore budżety, pozwalające na bezpieczne wprowadzenie innowacji, kiedy wszystko rozbija się o konserwatywny sposób myślenia, sprowadzający się do szukania bezpieczeństwa i minimalizowania ryzyka. Wprowadzając w życie innowację, zawsze ryzykujemy.
Jak mierzyć innowacyjność?
Dobrym wyznacznikiem może być liczba pomysłów pojawiających się każdego miesiąca lub liczba prototypów i testów. W ten sposób nie mierzymy efektów, ale samo działanie, nastawione na eksperymentowanie i eksplorację. Weźmy na przykład braci Eames, którzy stworzyli legendarny fotel Lounge Chair. Nie wymyślili go ni stąd, ni zowąd, lecz bardzo długo eksperymentowali z różnymi materiałami, naszkicowali wiele projektów, stworzyli liczne prototypy, z których spora część do niczego się nie nadawała. Cały ten wysiłek w końcu się opłacił. Wychodzę z założenia, że podstawą innowacyjności jest kreatywność, a ta nie zawsze musi mieć określony kierunek. Niestety, nasza kultura zbytnio jej nie sprzyja. W szkole głównie przyswajamy wiedzę. Nauka bada i opisuje to, co już istnieje. Kreatywność natomiast odnosi się do tego, co może być.
A czy nie jest ona trochę przereklamowana? Większość pracodawców wymaga bezmyślnego wykonywania obowiązków. Mamy robić to, co nam polecono, i najlepiej się nie wychylać.
W nauce o kreatywności mamy dwa zasadnicze pojęcia: myślenie konwergencyjne i dywergencyjne. To pierwsze jest jednotorowe, nastawione na wyciągnięcie konkretnego wniosku. Towarzyszy nam ono przy wykonywaniu zdefiniowanych obowiązków. Wiedząc, na czym polega postawione przede mną zadanie, powinienem się na nim skupić i zwyczajnie je wykonać. Gdy natomiast mierzymy się z problemem, który nie został jeszcze dobrze zbadany, a więc nie znamy normatywnej metody działania, uruchamiamy myślenie lateralne, dywergencyjne, prowadzące do wielu poprawnych pomysłów. Tutaj zaczyna się kreatywność.
Dużo łatwiej pozostać przy myśleniu konwergencyjnym, wykonując zadania jak chomik biegnący w kołowrotku. W gruncie rzeczy to nasz standardowy tryb. Aby funkcjonować inaczej, potrzebna jest praktyka. Daniel H. Pink w książce Drive. Kompletnie nowe spojrzenie na motywację przytacza wyniki badania, które jednoznacznie dowodzą, że im wyższa nagroda za wykonanie schematycznego zadania, tym lepiej i szybciej nam ono wychodzi. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku łamigłówek, których rozwiązanie jest nieoczywiste. Im wyższa nagroda, tym niższa kreatywność. Myśląc o tym, co możemy zyskać, odczuwamy coraz większą presję, a ta blokuje nasze kreatywne zdolności. W wielu firmach mamy do czynienia z takim paradoksem. Obciążenie zadaniami i presja na wyniki są tak duże, że nie tylko blokują kreatywność pracowników, lecz również ograbiają ich z produktywności. W efekcie wożą oni puste taczki. Są wieczne w niedoczasie ze swoimi podstawowymi zadaniami, nie mówiąc już o generowaniu nowych pomysłów, czy ich rozwijaniu.
To solidna diagnoza. Ma Pan na to jakąś receptę?
Czasem, gdy ludzie są zbyt obciążeni zadaniami, warto się zatrzymać i określić, które z nich są zbędne. Jest to bardzo trudne, lecz możliwe, i wcale nie znaczy, że połowę czasu pracy powinno się dedykować innowacjom. W takich firmach jak Facebook, gdzie odgrywają one kluczową rolę, do 20 proc. czasu poświęca się na eksplorację nowych pomysłów. Nawet 5 proc. to już bardzo dużo, jeśli wcześniej nie robiliśmy tego wcale. Poświęcając 10 proc., czyli mniej więcej pół dnia w każdym tygodniu, możemy spodziewać się realnych efektów.
Kreatywność w dużej mierze polega na dawaniu przestrzeni i niewypełnianiu jej na siłę. John Cleese powiedział kiedyś, że wystarczy utrzymać umysł w sporze z tematem w przyjazny, ale uporczywy sposób, a wcześniej czy później dostanie się nagrodę od swojej nieświadomości. Obejmując uwagą jakiś obszar, możemy być pewni, że w naszych głowach zaczną pojawiać się pomysły, niekoniecznie podczas zaplanowanej burzy mózgów. Czasem ma to miejsce np. pod prysznicem. Ważne, by stworzyć odpowiednią przestrzeń. Stephen King funkcjonuje podobnie. Pomiędzy śniadaniem a lunchem zamyka się w pokoju, skupiając się wyłącznie na pracy twórczej. Jeśli ma gorszy dzień, napisze jedno zdanie, a innym razem np. cały rozdział, jednak zawsze poświęca na to z góry określony czas. To rodzaj dyscypliny czy nawet rytuału.
Od ponad 5 lat zajmuje się Pan metodą design thinking. Co to właściwie jest i z czym to się je?
Design thinking to metoda tworzenia innowacyjnych rozwiązań pod realne potrzeby odbiorców oraz kreatywnego rozwiązywania problemów. Ma ona bardzo szerokie zastosowanie, a składa się z pięciu etapów. Każdy z nich charakteryzuje się innym celem, sposobem myślenia i szczególnymi narzędziami. Pierwszy, nazywany empatią, polega na zgłębianiu potrzeb odbiorców. Poznajemy ich jako ludzi, wychodząc daleko poza kontekst produktu czy usługi. Staramy się zrozumieć ich wartości, motywacje, potrzeby i problemy, by móc na nie właściwie odpowiedzieć. Stajemy się niejako etnografami, próbującymi spojrzeć na świat oczami innej osoby i zrozumieć, dlaczego ludzie robią to, co robią. Drugi etap – synteza – polega na wyciąganiu wniosków. Jest to etap analityczny, na którym rozpoznajemy prawidłowości, odkrywamy kluczowe aspekty i wyciągamy wnioski ze wszystkich informacji, jakie udało nam się zebrać podczas wywiadów. Na ich podstawie formułujemy wyzwania projektowe. Następnie przechodzimy do generowania pomysłów. Na tym etapie obowiązuje zasada „ilość rodzi jakość”. Im więcej pomysłów, tym większe prawdopodobieństwo, że któryś z nich okaże się genialny. Korzystamy tu ze wszelkiej maści technik kreatywnych, takich jak burze mózgów, mindmaping, brainwriting itp. Inspirujemy się rozwiązaniami z innych branż, szukamy powiązań, skojarzeń. Bazujemy na różnorodności doświadczeń i wiedzy wszystkich członków zespołu. Ważne, by był on w pełni zaangażowany i podchodził do zadania z entuzjazmem. Po dokonaniu selekcji pomysłów przechodzimy do prototypowania. Z prostych, łatwo dostępnych materiałów wykonujemy fizyczną reprezentację naszej idei. Wbrew pozorom, prototypować można nie tylko materialne produkty. Doświadczenie klienta, aplikacje mobilne, interakcja z osobą z obsługi klienta – to wszystko możemy zaprototypować, wykorzystując różne techniki, np. scenki. Wszystko zmierza ku temu, by zweryfikować i dopracować pomysły, tak aby rozwiązanie końcowe było prawdziwie użyteczne i przyjazne użytkownikowi. Odbywa się to poprzez wielokrotne testowanie.
Istnieją jakieś spektakularne realizacje, które uwiarygodniają stosowaną przez Pana metodę?
Historii sukcesu jest bardzo dużo. Moja ulubiona dotyczy usługi Keep the Change. W 2006 r. Bank of America zgłosił się do IDEO, firmy, która opracowała Design Thinking, stawiając przed nią wyzwanie: jak zwiększyć liczbę nowych klientów? Pracę rozpoczęto od przeprowadzenia gruntownego etapu empatii. Próbowano znaleźć odpowiedź na pytanie, czym dla ludzi są finanse. To delikatny temat, dla wielu nawet tabu. Z wywiadów wyłonił się jeden wspólny element: problem z oszczędzaniem. Jest zbyt wiele pokus i za mało środków, by je odkładać. Opracowane przez IDEO rozwiązanie polegało na zaokrągleniu kwoty przy płatności kartą. Przykładowo, przy zakupie kawy za $1.90 bank aproksymował tę kwotę do $2, z czego 10 centów przenosił na konto oszczędnościowe. Genialność tego pomysłu polega na tym, że oszczędzanie odbywa się w sposób zautomatyzowany – niewymagający zmiany nawyków. Im częściej płacimy kartą, tym więcej oszczędzamy. Efekty? Rozwiązanie przyniosło 2,5 mln nowych klientów w pierwszym roku od wdrożenia. Później sklonowały je inne banki, np. polski mBank.
Jeśli mierzyć innowacyjność liczbą zarejestrowanych patentów, to Polska jest w ogonie Europy i nic nie wskazuje na to, że ma się to w najbliżej przyszłości zmienić. Jakie są tego przyczyny?
Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że mają do zaproponowania coś wartościowego. To, w jaki sposób postrzegamy nasze dzieło, decyduje o jego sukcesie rynkowym, nawet w skali globalnej. Kiedy w Polsce były komunizm i stagnacja, Zachód pędził do przodu. Myślę, że stąd bierze się ten kompleks niższości, który można dostrzec nawet u najzdolniejszych wynalazców czy managerów. Japończycy np. wychowywani są w ogromnym szacunku do pracy i zawsze dążą do tego, by osiągnąć w danej dziedzinie mistrzowski poziom. Traktują swoje zajęcie z takim pietyzmem, że bez znaczenia jak dobrze je wykonują, to i tak będą mieli obniżoną samoocenę. Amerykanie natomiast wręcz odwrotnie. Mówienie ludziom, że są numerem jeden, nawet kiedy robią coś beznadziejnie, zakorzeniło się w ich kulturze. Dlatego w USA częściej spotykamy ludzi z zawyżoną samooceną.
U nas wygląda to tak: ktoś robi blachodachówkę, która w niewielkim stopniu różni się od konkurencyjnych produktów, zgłasza się do projektu dofinansowującego innowacje, poprawnie wypełnia wniosek, a urzędnicy przybijają bezmyślnie pieczątkę i odkręcają kurek z pieniędzmi. Tymczasem grupa inżynierów tworzy wyjątkowo precyzyjny instrument dla branży samochodowej, wykorzystując zaawansowane łożyska i inne skomplikowane technologie, ale ponieważ te elementy znajdują się już w innych urządzeniach, to nie uważa swojego za innowacyjne. Widzą pojedyncze drzewa, lecz nie dostrzegają lasu. Natomiast innowacja zazwyczaj polega na stworzeniu nowej wartości z tego, co już istnieje.
Często odnosi się Pan do pojęcia „klientocentryzm”. Powiedzenie „klient nasz pan” zakorzeniło się u nas na dobre. Zdawałoby się, że klientocentryzm wyssaliśmy z mlekiem matki. Czy aby na pewno?
Mamy tu podobną sytuację co z innowacyjnością. W przypadku wielu organizacji stwierdzenie „klient nasz pan” zakrawa o hipokryzję. Nie można mówić o panowaniu klienta, kiedy w rzeczywistości w ogóle się go nie słucha. Łatwiej skupić się na działającym modelu biznesowym czy sprzedającej się usłudze. Badając potrzeby odbiorcy, może się okazać, że tak naprawdę wcale jej nie potrzebuje lub ma takie potrzeby, których nasza usługa nie zaspokoi. Taki feedback bywa bolesny. Łatwiej jest wierzyć, że jakoś uda się tą usługę sprzedać. A gdy to nie wychodzi, zrobić szkolenie z negocjacji i technik sprzedażowych. Słuchanie klientów jest niewygodne również dlatego, że nawet kiedy firma jest w stanie zaspokoić ich potrzeby, to zazwyczaj nie wydarzy się to bez wysiłku, ryzyka, zmiany.
W większości organizacji ludzie toną w obowiązkach i nikt nie odpowiada za badanie potrzeb klienta. Co jakiś czas zleca się to zewnętrznej firmie i nawet jeśli uda się jej zgromadzić wartościowe dane, to nikt nie wyciąga z nich odpowiednich wniosków, a raporty trafiają do szuflady. Nie wiadomo, jak z etapu badań przejść do kreowania konkretnych rozwiązań. Brak zaangażowania w ten proces daje błędne wrażenie, że nie musimy wsłuchiwać się w głos klientów, bo ktoś inny zrobi to za nas. Tak powstaje outsourcowana klientocentryczność.
Przekonaliśmy się wielokrotnie, że osobiste zaangażowanie pracowników firmy w badania klientów jest źródłem niezwykle cennych odkryć. Wielu z nich po raz pierwszy widzi swojego klienta twarzą w twarz. Nie mogą się nadziwić, że postrzega on ich usługę inaczej, niż zakładali, lub że używa produktu niezgodnie z przeznaczeniem i ma ku temu uzasadnione powody. Takie odkrycia są na wagę złota. To właśnie dzięki nim możemy tworzyć produkty, które trafiają w realne zapotrzebowanie rynku.
Dolar ponownie jest niezniszczalny i niezależnie jakie panują nastroje na rynkach, on pozostaje mocny. Gnębienie waluty pod presją gołębiego zwrotu Fed okazało się przejściowe, a dywergencja w postawie gospodarek daje wystarczającą tarczę ochronną. Pozytywne wibracje w tematach wojen handlowych i government shutdown zdają się bardziej wspierać dolara niż apetyt na ryzyko. Cierpią euro, funt i jen, rykoszetem obrywa złoty.
Jeśli na rynkach dzieje się źle, to inwestorzy szukają bezpieczeństwa i płynności, a rynek dolara oferuje obie rzeczy. Jeśli nastroje się poprawiają, to ostatnio zwykło to mieć związek z osłabieniem obaw wokół wojen handlowych, a dokładniej załagodzeniem sporu między USA i Chinami. Tutaj też USD jest zwycięzcą. Dodajmy do tego sygnały, że wysokiej rangi przedstawiciele partii w Kongresie USA osiągnęli porozumienie w sprawie finansowania ochrony granicy z Meksykiem (1,375 mld USD na 55 mil ogrodzenia na terenie Teksasu), stąd uda się uniknąć ponownego government shutdown. Dla kontrastu nie słychać żadnych pomyślnych wiadomości z Japonii, Eurolandu, Wielkiej Brytanii, co pozwalałoby rozłożyć energię rynku i powstrzymać jednokierunkowość przepływów. Dodajmy do tego naruszenie poziomów technicznych (EUR/USD poniżej 1,13, USD/JPY ponad 110, GBP/USD pod 1,29) i mamy idealną mieszankę dla podtrzymania aprecjacji dolara.
Osobiście nie mam przekonania, czy w dłuższym horyzoncie ten trend powinien się utrzymać. Głód ogłaszania sukcesów przez Donalda Trumpa sugeruje dążenie Białego Domu do szybkiego zamknięcia negocjacji handlowych z Chinami, co z zdejmie potężny czynnik niepewności z globalnej gospodarki, a dla rynków oznacza powrót rajdu ryzyka. Bezpieczny dolar przestanie być potrzebny, pauzujący Fed nie jest już wsparciem, a odbicie globalnego ożywienia daje większe pole do poprawy wszędzie indziej niż w USA. Jednak na razie trzeba zaakceptować fakt, że żadna waluta nie wygląda tak atrakcyjnie jak dolar i nikt na rynku nie odważy się zawracać biegu rzeki.
Popyt na USD daje się we znaki walutom rynków wschodzących i to na tyle mocno, że wreszcie z marazmu wyrwany został złoty. USD/PLN na 3,84 ma za sobą 12 groszy wzrostu od początku lutego, częściowo za sprawą zjazdu EUR/USD, ale też EUR/PLN wybił się ponad 4,32 – pierwszy raz od listopada. Nie uważamy, aby nic poza globalnymi czynnikami stało za pogorszeniem notowań złotego i dominacja USD oraz widoczna słabość EUR wystarczają, aby zbudować niechęć do walut z Europy Środkowo Wschodniej. Ale to też oznacza, że fundamentalny punkt równowagi złotego wciąż pozostaje na swoim miejscu (ok. 4,30), więc gdy gorączka kupowania dolara się zakończy, złoty będzie okazją do odnowienia długich pozycji. Na razie jednak nie ma co łapać spadającego noża.
Latem 2018 r. portal RynekPierwotny.pl opublikował analizę wskazującą, że przeciętne czynsze za wynajem mieszkań na terenie metropolii nadążają za rosnącymi cenami metrażu. Warto pokusić się o sprawdzenie, czy podwyżki takich stawek czynszowych przynajmniej kompensują właścicielom lokali wpływ inflacji. Nowa analiza ekspertów RynekPierwotny.pl dotycząca poziomu czynszów oraz inflacji, oprócz ostatnich 3 – 4 lat obejmuje również znacznie dłuższy przedział czasowy. Taka długookresowa perspektywa prowadzi do ciekawych wniosków.
Realne stawki czynszów wciąż są mniejsze niż 10 lat temu
Polski rynek najmu mieszkań ze względu na swoje rozproszenie oraz specyfikę (związaną m.in. z dużą „szarą strefą”), na pewno nie jest łatwy do analizowania pod kątem cenowym. Mimo tego dysponujemy regularnie aktualizowanymi danymi o średnich stawkach czynszowych, które publikuje Narodowy Bank Polski. Wspomniana instytucja oblicza średnie stawki za wynajem 1 mkw. mieszkania na następujących kategoriach rynków:
rynek stołeczny (Warszawa)
sześć największych rynków poza Warszawą (miasta: Gdańsk, Gdynia, Kraków, Łódź, Poznań i Wrocław)
dziesięć mniejszych rynków regionalnych (miasta: Białystok, Bydgoszcz, Katowice, Kielce, Lublin, Olsztyn, Opole, Rzeszów, Szczecin i Zielona Góra)
Analitycy portalu RynekPierwotny.pl nieco zmodyfikowali dane NBP dotyczące czynszów poprzez uwzględnienie inflacji. Poniższy wykres przedstawia zmiany średnich stawek czynszowych za 1 mkw. mieszkania, które zostały skorygowane o poziom kwartalnej inflacji podawanej przez GUS.
Po skorygowaniu zmian czynszów o inflację okazuje się, że w ujęciu realnym średnie stawki z połowy 2018 r. wciąż były znacząco niższe od wartości notowanych około dziesięć lat wcześniej. To porównanie pokazuje, że pod koniec poprzedniego boomu mieszkaniowego przeciętne stawki czynszowe były podobnie oderwane od realiów ekonomicznych (m.in. poziomu wynagrodzeń), jak ówczesne ceny mieszkań.
Kolejna ciekawa obserwacja dotyczy zależności pomiędzy cenami metrażu oraz poziomem czynszów. Na poniższym wykresie możemy zaobserwować, że stawki czynszowe (skorygowane o inflację) zmieniały się podobnie, jak średnie koszty zakupu mieszkań. Na uwagę zasługuje m.in. spora korekta czynszów po eskalacji globalnego kryzysu, ich późniejszy powolny spadek (mniej więcej do 2012 r.), a następnie odwrócenie trendu widoczne przez kolejne lata. Poniższy wykres pokazuje, że wzrostowy trend dotyczący poziomu czynszów (od 2013 r.), nawet po uwzględnieniu inflacji jest stabilny oraz wyraźny.
Najwięcej zyskali inwestorzy z regionalnych rynków najmu
Powyższy wykres dobrze pokazuje trendy, ale nie pozwala na obliczenie dokładnych zmian w ujęciu procentowym. Właśnie dlatego eksperci RynekPierwotny.pl przygotowali poniższą tabelę, która pokazuje nominalne i realne zmiany średnich stawek czynszowym w dwóch okresach: II kw. 2015 r. – II kw. 2018 r. oraz III kw. 2006 r. – II kw. 2018 r. Warto zwrócić uwagę, że po uwzględnieniu inflacji wzrosty z obydwu analizowanych okresów prezentują się dość podobnie. Wynika to z faktu, że trzy ostatnie lata (II kw. 2015 r. – II kw. 2018 r.) były dla inwestorów znacznie lepsze niż cały dwunastoletni okres.
Procentowe zmiany średniego kosztu wynajęcia 1 mkw. mieszkania na największych rynkach (III kw. 2006 r. – II kw. 2018 r.)
Analizowana lokalizacja →
Analizowany okres
↓
Warszawa – zmiana średniego czynszu
w zł/mkw.
Sześć największych rynków poza Warszawą* – zmiana średniego czynszu w zł/mkw.
Dziesięć rynków regionalnych** – zmiana średniego czynszu w zł/mkw.
III kw. 2006 r. – II kw. 2018 r.
(wyniki bez uwzględnienia inflacji)
+43,9%
+45,9%
+55,1%
II kw. 2015 r. – II kw. 2018 r.
(wyniki bez uwzględnienia inflacji)
+15,6%
+17,9%
+18,4%
III kw. 2006 r. – II kw. 2018 r.
(wyniki z uwzględnieniem inflacji)
+14,0%
+15,6%
+22,8%
II kw. 2015 r. – II kw. 2018 r.
(wyniki z uwzględnieniem inflacji)
+12,6%
+14,8%
+15,3%
*- Sześć największych rynków poza Warszawą to: Gdańsk, Gdynia, Kraków, Łódź, Poznań i Wrocław.
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych NBP i GUS / RynekPierwotny.pl
Kolejną ciekawą kwestią jest zależność pomiędzy tempem wzrostu czynszów i rodzajem rynku. Okazuje się, że zarówno w perspektywie trzyletniej, jak i dwunastoletniej realne wzrosty stawek czynszowych były najwyższe na terenie dziesięciu mniejszych rynków regionalnych. Od III kw. 2006 r. do II kw. 2018 r. na takich rynkach średni koszt wynajęcia 1 mkw. mieszkania przeciętnie wzrósł o 22,8% (po odjęciu inflacji).
Analogiczne wyniki dla Warszawy oraz sześciu dużych rynków są znacznie mniejsze (odpowiednio: 14,0% oraz 15,6%). Powyższa tabela sugeruje, że osoby inwestujące w wynajem powinny brać pod uwagę nie tylko sześć – siedem największych rynków mieszkaniowych.
Autor: Andrzej Prajsnar,ekspert portalu RynekPierwotny.pl
Ponad 3,84 zł trzeba było płacić we wtorek za dolara. To najwyższy poziom od maja 2017 r., czyli od niemal dwóch lat. Silne wzrosty wartości dolara w relacji do złotego wynikają zarówno ze słabości polskiej waluty, jak i siły amerykańskiej – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Globalna siła dolara to przede wszystkim rezultat problemów innych walut, a zwłaszcza euro. Koniunktura w strefie euro uległa znacznemu pogorszeniu w drugiej połowie 2018 r. Włochy weszły w recesję, a Niemcy są w stagnacji. Perspektywy na rok 2019 również nie są dobre. Komisja Europejska ocenia, że PKB wzrośnie o 1,3 proc., czyli prawdopodobnie o połowę wolniej niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie MFW oczekuje wzrostu 2,5 proc.
Polityka nie pomaga
Niewiele pozytywnego także można powiedzieć o sytuacji politycznej na obszarze wspólnej waluty. Problemy z utrzymaniem koalicji rządowej występują we Włoszech, w Hiszpanii spekuluje się o przedterminowych wyborach. Zwiększa to ryzyko radykalizowania się sceny politycznej i dobrego wyniku ugrupowań populistycznych, które zwykle chcą silnego zwiększania wydatków, ale boją się przeprowadzać reformy strukturalne poprawiające konkurencyjność gospodarki.
Te negatywne trendy są widoczne przed wyborami do Parlamentu Europejskiej (23-26 maja), co może wzniecać spekulacje na temat systemowych zagrożeń dla obszaru wspólnej waluty czy całej Unii. Jakby tego było mało, Unia nie wciąż może dojść do porozumienia z Wielką Brytanią w sprawie brexitu. Chaotyczne opuszczenie UE przez Zjednoczone Królestwo nie byłoby dobre ani dla koniunktury na Wyspach, ani również dla Unii. W rezultacie euro balansuje o włos od osiągnięcia najniższych wartości od czerwca 2017 r. w relacji do dolara, czyli spadku EUR/USD poniżej poziomu 1,12.
Inni radzą sobie lepiej
Umocnienie się dolara w relacji do złotego jest więc głównie pochodną problemów w strefie euro i silnego powiązania gospodarki polskiej z unijną. Wynikać może także z gorszej kondycji naszego regionu w porównaniu do wcześniejszych oczekiwań i sytuacji rynków wschodzących na innych kontynentach.
Ameryka Łacińska jakoś przetrwała kryzys w Brazylii, Meksyku czy Argentynie i od kilku tygodni panuje tam względny spokój oraz widać napływ kapitału. Chilijskie czy kolumbijskie peso oraz brazylijski real zyskały 3-4 proc. w relacji do dolara.
Poprawiła się sytuacja w Azji. Niższa cena ropy naftowej zredukowała obawy o kondycję gospodarczą Indii czy Indonezji. Zmniejszył się strach, że wojna celna USA i Chin zaszkodzi wyraźnie azjatyckim gospodarkom. W rezultacie indonezyjska rupia czy chiński juan zyskały po ok. 1-2 proc. do dolara.
Złoty słabnie nawet do forinta. Ratunkiem gospodarka
Złoty z kolei od początku roku stracił do dolara 2,5 proc. i zajmuje przedostatnie miejsce wśród 31 walut państw rozwiniętych i rozwijających się porównywanych przez agencję Bloomberg.
Polska waluta nie tylko słabo radzi sobie w relacji do dolara, ale również do forinta. Złoty, najbardziej płynny w naszej części Europy, odzwierciedla nastawienie inwestorów do całego naszego regionu. Czasami do analogicznej sytuacji dochodzi z meksykańskim peso w Ameryce Łacińskiej. Forint też jest w niezłej kondycji w relacji do złotego (umocnił się o ok. 1,5 proc. od początku roku), gdyż niewykluczone, że węgierski bank centralny podwyższy stopy procentowe w tym roku. W Polsce na taki ruch szanse są niemal zerowe.
Ogólnie jednak nie należy też przeszacowywać zagrożeń dla złotego. Jego kondycja może się pogarszać wraz z dalszym umocnieniem dolara czy pogłębieniem problemów strefy euro, ale panicznej wyprzedaży na razie nie należy się spodziewać i pułapy 4 zł za dolara czy 4,40 zł za euro raczej nie zostaną w najbliższym czasie przekroczone. Kondycja polskiej gospodarki, mimo wyraźnego spowolnienia, pozostanie stosunkowo dobra. Nie widać także poważnych nierównowag (np. deficyt na rachunku obrotów bieżących) w rodzimej gospodarce sprzyjających gwałtownemu obniżeniu wartości waluty.
Z dniem 1 stycznia 2019 r. w polskim prawie podatkowym pojawił się szereg zmian, na które przedsiębiorcy muszą się dokładnie przygotować. Jedną z nich są nowe regulacje dotyczące poboru podatku u źródła oraz powiązana z tą tematyką uszczegółowiona definicja rzeczywistego właściciela (tzw. beneficial owner), która w bardzo istotny sposób może wpływać na rozliczenie zryczałtowanego podatku dochodowego.
Rzeczywisty właściciel a zwolnienie od podatku
Ustawa o podatku dochodowym kluczowe znaczenie przypisuje definicji rzeczywistego właściciela przy określeniu konieczności poboru podatku u źródła od wypłaty określonych należności m.in. z tytułu praw autorskich lub praw pokrewnych, odsetek, znaków towarowych oraz know-how. Zgodnie z art. 21 ust. 3 ustawy o CIT zwolnienie z opodatkowania jest możliwe jedynie w sytuacji, gdy podmiot otrzymujący wskazane należności, może zostać uznany za ich rzeczywistego właściciela. Kwestia ta nie jest wprawdzie wystarczająca dla zastosowania zwolnienia (przepisy przewidują konieczność spełnienia jeszcze szeregu innych przesłanek), jednak to właśnie tzw. klauzula beneficial owner ma tu szczególne znaczenie.
Dotychczasowa definicja rzeczywistego właściciela
Definicja rzeczywistego właściciela pojawiła się w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych i zaczęła obowiązywać z początkiem 2017 r. Zgodnie z jej brzmieniem, rzeczywisty właściciel to podmiot otrzymujący daną należność dla własnej korzyści, niebędący pośrednikiem, przedstawicielem, powiernikiem lub innym podmiotem zobowiązanym do przekazania całości lub części danej należności innemu podmiotowi. Upraszczając: ustawa określała, że rzeczywisty właściciel to ten, który faktycznie otrzymuje korzyści ekonomiczne z danego prawa, i to niezależnie od tego, komu formalnie i prawnie przysługuje prawo własności.
Regulacje w tym zakresie są więc stosunkowo nowe – wcześniej polskie prawo podatkowe nie operowało tym określeniem, a przepisy wskazywały jedynie na odbiorcę należności. W ramach ostatnich zmian ustawodawca zdecydował się na rozszerzenie definicji rzeczywistego właściciela. Ma to bardzo istotne znaczenie przy rozpatrywaniu kwestii zwolnienia z podatku u źródła.
Nowa definicja rzeczywistego właściciela
Modyfikacja w zakresie pojęcia rzeczywistego właściciela to jedna ze zmian obowiązujących od stycznia 2019 r., która może istotnie uderzyć w część podatników. Nowa definicja wprowadza bowiem dalsze wymagania związane z możliwością uznania danego podmiotu za ekonomicznego właściciela należności.
Zmieniona definicja wprowadza nowe warunki. Zgodnie z nim, przez rzeczywistego właściciela należy rozumieć podmiot, który:
otrzymuje należność dla własnej korzyści, w tym decyduje samodzielnie o jej przeznaczeniu i ponosi ryzyko ekonomiczne związane z utratą tej należności lub jej części;
nie jest pośrednikiem, przedstawicielem, powiernikiem lub innym podmiotem zobowiązanym prawnie lub faktycznie do przekazania całości lub części należności innemu podmiotowi;
prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą w kraju siedziby, jeżeli należności uzyskiwane są w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą, przy czym przy ocenie, czy podmiot prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą, przepis art. 24a ust. 18 stosuje się odpowiednio.
Rozszerzona definicja wprowadza tym samym bardzo ważne zmiany i znacznie zawęża możliwość uznania odbiorcy należności za rzeczywistego właściciela. Istotna staje się pierwsza przesłanka wprowadzająca kryterium samodzielnego decydowania o przeznaczeniu należności i ponoszenia ryzyka związanego z jej utratą. Kluczowe jest jednak wprowadzenie zupełnie nowego kryterium, tj. konieczności rzeczywistego prowadzenia działalności gospodarczej w danym kraju. Objaśnienie znaczenia tego pojęcia znajduje się z kolei w przepisach dotyczących zagranicznych spółek kontrolowanych (tzw. CFC).
Dla stwierdzenia spełnienia tej przesłanki istotna będzie zatem definicja rzeczywistej działalności gospodarczej zawarta w art. 24a ust. 18 ustawy. Oznacza to, że w celu określenia, czy dany podmiot jest rzeczywistym właścicielem, konieczne będzie m.in. skontrolowanie tego, czy:
1) zarejestrowanie zagranicznej jednostki kontrolowanej wiąże się z istnieniem przedsiębiorstwa, w ramach którego ta jednostka wykonuje faktycznie czynności stanowiące działalność gospodarczą, w tym w szczególności, czy jednostka ta posiada lokal, wykwalifikowany personel oraz wyposażenie wykorzystywane w prowadzonej działalności gospodarczej;
2) zagraniczna jednostka kontrolowana nie tworzy struktury funkcjonującej w oderwaniu od przyczyn ekonomicznych;
3) istnieje współmierność między zakresem działalności prowadzonej przez zagraniczną jednostkę kontrolowaną a faktycznie posiadanym przez tę jednostkę lokalem, personelem lub wyposażeniem;
4) zawierane porozumienia są zgodne z rzeczywistością gospodarczą, mają uzasadnienie gospodarcze i nie są w sposób oczywisty sprzeczne z ogólnymi interesami gospodarczymi tej jednostki;
5) zagraniczna jednostka kontrolowana samodzielnie wykonuje swoje podstawowe funkcje gospodarcze przy wykorzystaniu zasobów własnych, w tym obecnych na miejscu osób zarządzających.
Mając na uwadze, iż zgłaszane są liczne wątpliwości odnośnie do interpretowania pojęcia rzeczywistej działalności gospodarczej, zostaną one teraz przeniesione również na przepisy regulujące opodatkowanie podatkiem u źródła. To zaś z pewnością będzie dodatkowym utrudnieniem dla określenia możliwości zastosowania zwolnienia od podatku u źródła, gdyż wspomniane regulacje są wysoce niejasne i prowadzą do sporów z organami podatkowymi.
Ucierpi jak zwykle podatnik
Rozszerzenie definicji rzeczywistego właściciela miało mieć przede wszystkim charakter uszczegóławiający. Zapowiadane doprecyzowanie to w praktyce nowe przesłanki, które sprawią, że stosowanie zwolnienia z opodatkowania zryczałtowanym podatkiem dochodowym będzie wymagało spełnienia większej ilości warunków. Nowe przepisy nie rozwiewają też wątpliwości, które już wcześniej sprawiały podatnikom trudności interpretacyjne, a które w większości pozostały. To sprawia, że stosowanie nowych regulacji, zwłaszcza na początku ich obowiązywania, może okazać się dla podatników bardzo trudne. Tym samym, aby ograniczyć ryzyko podatkowe, znacznie częściej konieczne może okazać się skorzystanie z usług profesjonalnego wsparcia prawnego.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Według danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i w bazie BIK, łączna wartość przeterminowanych zobowiązań polskich przedsiębiorstw, na koniec 2018 r. wyniosła 29,57 mld zł.
W ciągu roku, przeterminowane o minimum 30 dni i kwotę co najmniej 500 zł, zaległości kredytowe i pozakredytowe firm, wzrosły o 4,42 mld zł, czyli o 17,6 proc.
Największy przyrost zaległego zadłużenia o 1,37 mld zł, odnotowano w IV kwartale minionego roku. Część wierzycieli porządkując finanse na koniec roku zdecydowała się nie pobłażać dłużej niesolidnym partnerom biznesowym i zgłosić ich do rejestru. Rośnie bowiem zainteresowanie wierzycieli naciskiem na dłużników poprzez wpis do BIG, gdzie informacje o niepłacącym przedsiębiorstwie czy konsumencie są dostępne dla wszystkich podmiotów zaglądających do BIG.
Zjawisko przeterminowanych zobowiązań m.in. ze względu na wagę sektorów w największym stopniu dotyczy handlu, przetwórstwa przemysłowego oraz budownictwa. Ich udział w ogólnej kwocie przeterminowanego zadłużenia wyniósł na koniec ub.r. ponad 61 proc. Najwyższą wartość zaległości ma handel – prawie 6,5 mld zł. Przez rok kwota ta wzrosła o jedną piątą. Wśród kluczowych dla gospodarki sektorów w największym stopniu wzrosła jednak suma zaległości transportu, o 37 proc., czyli ponad dwukrotnie więcej niż wyniósł wzrost zaległości wszystkich firm. Wynoszący co najmniej jedną trzecią wzrost wartości przeterminowanych płatności wobec kontrahentów i banków odnotowały również takie sektory jak: Wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę i powietrze do układów klimatyzacyjnych, Dostawa wody, gospodarowanie ściekami i odpadami, Opieka zdrowotna i pomoc społeczna oraz Pozostała działalność usługowa.
Największe ryzyko zawarcia kontraktu z przedsiębiorstwem, które ma problem z terminowymi płatnościami w relacjach z innymi firmami oraz bankami istnieje w transporcie, górnictwie oraz sektorze zajmującym się dostawą wody, gospodarką ściekami oraz odpadami. Nie płaci tu na czas od 8,5 do 8,9 proc. firm czyli co najmniej co dwunasta. Dla porównania w całej gospodarce odsetek ten wynosi 6,1 proc. przy liczbie 295,57 tys. nierzetelnych płatników. Od 2017 r. udział przedsiębiorstw z opóźnionymi płatnościami widocznymi w BIG InfoMonitor oraz BIK, na minimum 30 dni i kwotę co najmniej 500 zł, zwiększył się o 0,7 p.p. Wpłynął na to m.in. znaczący wzrost niesolidnych płatników wśród przedsiębiorstw transportowych.
Zestawienie obejmuje aktywne i nieaktywne firmy występujące w CEiDG oraz KRS.