Dobre dane z negocjacji o uniknięciu tzw. shutdown’u pozwoliły dolarowi osiągnąć kolejne maksima. Włoskie pomysły znów mocno kontrowersyjne.
Dolar na górce
Po ostatnich słabych danych z Europy i przyzwoitych z USA doszło do umocnienia amerykańskiej waluty. Jest ona obecnie blisko maksimów z listopada względem euro, a względem złotego z października. W obydwóch przypadkach niewiele brakuje, by przebite zostały wielomiesięczne ekstrema. Od dzisiejszego 3,84 zł, dolar był droższy ostatni raz w kwietniu 2017 roku. Warto zwrócić uwagę, że oprócz bardzo ważnego umocnienia dolara względem walut europejskich, powodem tej zwyżki jest też wczorajsza słabość złotego.
USA bez shutdownu
Jednym z powodów dla których dolar się umacnia jest porozumienie w USA. Demokraci i Republikanie porozumieli się w sprawie migracji i kontroli granicy z Meksykiem. Nie będzie na razie budowy muru na całej długości. Porozumienie zakłada odcinek 55 mil, czyli około 90 km. To zaledwie 3% granicy lądowej z Meksykiem. Z drugiej strony odcinek, który chciał budować Donald Trump wcale nie miał kryć całej granicy, a tylko około 15%. Głosy czy porozumienie to jest sukcesem są podzielone. Fakt, że budowa w ogóle się rozpoczyna jest w pewnością wizerunkowym sukcesem Trumpa. Pytanie, czy tak krótki odcinek będzie miał realny wpływ? Rynki przyjęły tę wiadomość jako korzystną dla USA pomimo tego, że nie wiadomo jeszcze czy uzyska wszystkie konieczne podpisy.
Włosi znów podnoszą ciśnienie
Pomysły nowe koalicji budzą powszechny niepokój. Obecnie pojawiła się idea, by rezerwy złota przeszły z Banku Centralnego pod nadzór rządu. Pomysł wydaje się neutralny. Problem w tym, że wielu analityków zwraca uwagę, że wartość rezerw złota, to 2,5 roczny deficyt budżetowy. Ewentualnie jednoroczny wraz z odsetkami za cały rok. W rezultacie pojawiają się głosy, że może dojść do próby spieniężenia tych rezerw, by pokryć wydatki socjalne. Takie plotki nie pomagają europejskiej walucie.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
W dobie czwartej rewolucji przemysłowej, dostęp do specjalistów jest kluczowy dla rozwoju gospodarki. Tymczasem pod względem atrakcyjności dla rozwoju i pozyskiwania utalentowanych pracowników pozycja Polski jest coraz słabsza – wynika z raportu Global Talent Competitiveness Index. Polska nie ma pomysłu na to, jak zagospodarować osoby bez pracy. Nie potrafi wykorzystać potencjału osób 50+, z rynku odeszła część kobiet, kluczowe będzie też ściągnięcie osób, które wyjechały za granicę – przekonuje Anna Wicha, dyrektor generalny Adecco Poland.
– Dane płynące z gospodarki pokazują, że mamy wzrost gospodarczy, ale nie potrafimy tego dobrze wykorzystać. Raport GTCI wskazuje obszary, w których jesteśmy klasyfikowani dosyć wysoko, w pierwszej 20.–25. krajów, natomiast jest mnóstwo parametrów, na przykład long life learning, czyli edukacja zawodowa, gdzie nie jesteśmy w stanie być w czołówce krajów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Wicha, dyrektor generalny Adecco Poland.
Z raportu Global Talent Competitiveness Index przygotowanego przez Adecco, INSEAD i Tata Communications wynika, że pod względem atrakcyjności dla rozwoju i pozyskiwania utalentowanych pracowników Polska zajmuje dopiero 42. miejsce – w 2017 roku byliśmy na 38. pozycji, a rok później na 39. Choć nasze PKB w ubiegłym roku wzrosło o 5,1 proc. (dane GUS), to polska gospodarka może nie poradzić sobie z wyzwaniami przemysłu 4.0.
– Nie ma ministerstwa w pełni odpowiedzialnego za to, czy my mamy talenty, czy potrafimy zabezpieczyć rozwój naszych przedsiębiorstw, czy dbamy o to, żeby poszczególne grupy pracowników były zmotywowane do tego, żeby zostać w kraju i mieć szansę na to, żeby się rozwijać. Nie mamy programów ani akcji organizowanych po to, żeby przyciągać do Polski dobrze wykształconych kandydatów i profesjonalną siłę roboczą z innych krajów. Absolutnie nie jesteśmy postrzegani jako kraj, który jest atrakcyjny dla talentów – przekonuje Anna Wicha.
Polska nie wypada najlepiej na tle krajów o podobnych uwarunkowaniach ekonomicznych i społecznych. Na przykład Czechy zajęły 25. miejsce, Litwa – 35., Łotwa – 37., a Słowacja – 41. Tylko Węgry znajdują się w rankingu za Polską. Zdaniem ekspertki to tylko wskazuje, że wzrost PKB nie do końca jest miarodajnym czynnikiem wzrostu. Bez właściwie wykształconej siły roboczej nie uda nam się nadrabiać zaległości w stosunku do Europy Zachodniej, możemy też stracić pozycję lidera w regionie.
– Powinno nam się zapalić pomarańczowe światełko, bo za chwilę ten spadek może być rzeczywiście większy. Polska nie ma w tej chwili pomysłu na to, skąd wziąć kandydatów do pracy, nie ma pomysłu, jak zagospodarować ponad 900 tys. osób, które są w tej chwili jeszcze bezrobotne, bo albo nie mają odpowiedniej kwalifikacji, albo nie potrafią sobie poradzić na rynku pracy – wskazuje dyrektor Adecco.
Bezrobocie w Polsce jest na rekordowo niskim poziomie (5,8 proc. – dane GUS) przy jednoczesnej liczbie wakatów ok. 150 tys. Zdaniem ekspertki wyzwaniem na najbliższe miesiące jest zaktywizowanie kobiet, które ze względu na program Rodzina 500+ odeszły z rynku pracy i osób starszych, 50+ – obecnie co trzecia jest aktywna zawodowo.
– Nie jesteśmy w stanie wykorzystać potencjału, który mają pracownicy 50+, programy, które są, zamiast wspierać, w zasadzie powodują, że te osoby są eliminowane z rynku pracy. Są chronione przez ustawę i niezwalnialne, więc to też nie zachęca pracodawców, żeby z tymi osobami współpracować. W obszarze zainteresowań naszych rządzących powinni być również Polacy, którzy skutecznie pracują za granicą i grupy które mogłyby wrócić do kraju – wymienia Wicha.
W Polsce problemem jest też brak odpowiedniego systemu edukacji. Choć pod względem edukacji formalnej zajmujemy 27. miejsce na świecie, to znacznie gorzej wypadamy pod względem kształcenia ustawicznego (64. miejsce) i dostępu do możliwości rozwoju (80. miejsce). Kuleje współpraca wewnątrz i między organizacjami. W kategorii „łatwość zatrudnienia” zajmujemy dopiero 76. miejsce.
– Myślę, że agencje jak Adecco, powinny mieć swoją rolę w obszarze współpracy sektora publiczno-prywatnego. Mamy dostęp do tysięcy kandydatów i tysięcy klientów. Wiemy, czego jedna i druga strona potrzebują, możemy być doskonałym partnerem do tego, żeby współpracować z rządem, instytucjami szkoleniowymi czy pozarządowymi, żeby móc kreować nową politykę zarządzania talentami – przekonuje Anna Wicha.
Adecco angażuje się też w aktywizowanie osób, które dopiero wchodzą na rynek pracy. Program „CEO for One Month” to dla młodych szansa na sprawdzenie, jak ich kompetencje wyniesione ze szkoły przystają do wymogów pracodawców.
– To doskonała okazja dla młodego człowieka, żeby zacząć swoją karierę nie od dołu w organizacji, tylko od samej góry, gdzie jest zaangażowany w podstawowe biznesowe decyzje, które się w firmie dzieją. Dla mnie personalnie to jest szczególne wyzwanie, uczymy się od siebie wzajemnie, nie tylko ja przekazuję tą wiedzę młodemu kandydatowi, ale również uczymy się o oczekiwaniach młodego pokolenia, o tym, jakiego trybu pracy potrzebują, jaki sposób komunikacji akceptują – mówi Anna Wicha.
Nowelizacja ustawy o komornikach sądowych oraz ustawy o kosztach komorniczych i utworzenie Krajowego Rejestru Zadłużonych to jedne z najważniejszych zmian, które w tym roku będą wpływać na branżę zarządzania wierzytelnościami. Ta – jak ocenia prezes PZZW Piotr Badowski – okazała się również bardzo dobrze przygotowania na przyjęcie RODO i nowych wytycznych dotyczących ochrony danych osobowych. Wśród nadchodzących zmian kluczowa będzie z kolei nowelizacja pakietu ustaw dotyczących ograniczenia zatorów płatniczych. – Spodziewamy się dość dużo zmian legislacyjnych w ciągu nadchodzącego roku tych – mówi Badowski.
– W 2019 roku będziemy mieć w branży zarządzania wierzytelnościami kilka istotnych zmian legislacyjnych. Część z nich już wprowadzono, od stycznia mamy między innymi nowe przepisy dotyczące współpracy kancelarii firm windykacyjnych z kancelariami komorniczymi. Niedługo powinien też zostać uruchomiony centralny rejestr dłużników, który istotnie poprawi dostęp do informacji na temat problemów z płatnościami, jakie mają osoby zadłużone – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Badowski, prezes zarządu Polskiego Związku Zarządzania Wierzytelnościami.
Centralny, elektroniczny rejestr zadłużonych, który ma utrudnić zaciąganie zobowiązań osobom niewypłacalnym i unikającym płacenia alimentów, zacznie – zgodnie z ustawą o Krajowym Rejestrze Zadłużonych – działać od 1 lipca br. Dane zawarte w KRZ będą powszechnie dostępne i jawne. Korzystać z nich będą mogły zarówno osoby fizyczne czy instytucje finansowe, jak i przedsiębiorcy, którzy w ten sposób unikną zawierania umów z kontrahentami widniejącymi w KRZ, co może skutkować późniejszymi problemami ze spłatą zobowiązań. Utworzenie KRZ ma zwiększyć bezpieczeństwo obrotu gospodarczego i stanowić główne źródło informacji o podmiotach niewypłacalnych i zagrożonych niewypłacalnością.
Wyzwaniem dla środowiska może się okazać również nowelizacja ustawy o komornikach sądowych oraz ustawy o kosztach komorniczych, wprowadzone w styczniu br. Zmiany mają zapobiec patologiom i nadużyciom oraz zwiększyć prestiż zawodu komornika, ale – w ocenie branży – potencjalnie mogą mieć również negatywny wpływ na skuteczność postępowań egzekucyjnych.
– Kolejną istotną zmianą legislacyjną, która już weszła w życie, są zmiany wopodatkowaniu czynności związanych z obrotem wierzytelnościami, które także istotnie wpływają na działanie firm zarządzania wierzytelnościami – mówi Piotr Badowski.
W I kwartale br. branża zarządzania wierzytelnościami będzie żyła również nowelizacją pakietu ustaw dotyczących ograniczenia zatorów płatniczych, która zgodnie z zapowiedziami ma zostać przyjęta w pierwszym półroczu. Wśród wielu zmian nowe prawo przewiduje m.in. skrócenie okresu, w którym przedsiębiorca może zalegać z zapłatą. Chodzi o wprowadzenie 60-dniowego limitu na uregulowanie przez dużego kontrahenta jego zobowiązania wobec mniejszego podmiotu i 30-dniowego terminu na zapłatę faktury na rzecz przedsiębiorstw w przypadku instytucji publicznych.
– Spodziewamy się, że w ciągu nadchodzącego roku tych zmian legislacyjnych będzie dość dużo, podobnie jak w poprzednich latach. Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami aktywnie będzie uczestniczył w pracach legislacyjnych, mamy nadzieję, że nasze wsparcie merytoryczne będzie istotnie brane pod uwagę – mówi prezes PZZW.
Na pierwszą część tego roku Związek zaplanował również kontynuowanie prac związanych z opracowaniem nowego Kodeksu Postępowania i Etyki Rynku Zarządzania Wierzytelnościami, który zgodnie z założeniami ma zostać przyjęty przez członków PZZW w czerwcu.
Badowski ocenia, że dla firm z branży zarządzania wierzytelnościami dużą i dotkliwą zmianą były wprowadzone w maju ubiegłego roku przepisy RODO, dotyczące ochrony danych osobowych. Jednak w Polsce rynek okazał się bardzo dobrze do nich przygotowany.
– Jesteśmy członkiem międzynarodowej organizacji FENCA, która od lat współpracuje z Parlamentem Europejskim i Komisją Europejską. Kiedy trwały prace nad nową regulacją, przygotowywaliśmy, informowaliśmy naszych członków o tym, jak ona będzie wyglądać, na co trzeba się przygotować – mówi Piotr Badowski. – Na pewno byliśmy przygotowani lepiej niż firmy działające na innych rynkach, szczególnie w Europie Zachodniej. Niemniej zarządzanie danymi osobowymi w firmach związanych z zarządzaniem wierzytelnościami to kluczowy element działalności. Bardzo ważne, żebyśmy dobrze chronili te dane, ponieważ są to informacje wrażliwe dla wielu osób mających problemy z płatnościami.
Koszty zdrowotne wytwarzania energii z węgla przekraczają zdecydowanie przychody tego sektora. Dlatego Polski nie stać na wstrzymanie transformacji w energetyce – mówi ekonomista Kuba Gogolewski z Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”. Jak podkreśla, Polska jest teraz w idealnej sytuacji, żeby rozpocząć transformację, m.in. ze względu na niskie bezrobocie i dostępność zewnętrznych źródeł finansowania dla OZE. Potrzebne są jednak stabilne ramy prawne i jasna, twarda deklaracja, że energetyka węglowa jest w odwrocie.
– Każdą złotówkę generowaną przez sektor węglowy oczyszczamy naszymi płucami, okupiamy dniami chorobowymi naszych dzieci, osób starszych, które muszą częściej leżeć w szpitalu. Im szybciej odejdziemy od węgla, tym większa będzie korzyść zdrowotna dla polskich obywateli – mówi agencji Newseria Biznes Kuba Gogolewski, ekonomista, kampanier finansowy Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”.
Jak podkreśla, transformacja w polskiej energetyce to proces obliczony na dziesięciolecia. Wymaga wyznaczenia długoterminowych celów, podobnie jak w Porozumieniu Paryskim czy długoterminowej strategii klimatycznej UE. Inwestycje w duże moce wytwórcze czy energetykę wiatrową mają horyzont 20-, 30-, a nawet 60-letni, z kolei w przypadku energetyki nuklearnej można mówić nawet o 80 latach.
– Trzeba wyraźnie powiedzieć, że transformacja będzie zachodzić – nie obiecywać górnikom i koncernom, że kopalnie będą utrzymywane jeszcze przez 20 lat czy więcej. Jesteśmy w trudnej sytuacji. Klimat to największe wyzwanie dla naszego pokolenia, koszty energii będą rosły i trzeba się z tym zmierzyć –podkreśla Kuba Gogolewski.
Fundamentem dla transformacji energetycznej muszą być stabilne ramy prawne – z gwarancją, że nie będzie zmian retrospektywnych – oraz jasna, twarda deklaracja, że z powodu zmian klimatycznych i polityki UE energetyka węglowa jest w odwrocie.
– Mamy idealną sytuację, bo wciąż jeszcze możemy korzystać z dość dużych dopłat unijnych, dopłat Europejskiego Banku Inwestycyjnego, z pożyczek preferowanych Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Możemy tę transformację wspierać prywatnymi pieniędzmi, bo w odpowiednio skonstruowanym systemie ludzie będą chcieli inwestować w czyste źródła energii. Więc środki na transformację energetyczną w Polsce są, i są to środki spoza budżetu państwa, podczas gdy na energetykę węglową nakłady idą z kieszeni podatników czy spółek Skarbu Państwa – podkreśla Kuba Gogolewski.
Ekonomista zauważa, że w obecnej sytuacji nawet zagospodarowanie pracowników z sektora węglowego nie będzie większym problemem, bo Polska notuje najniższe od 25 lat bezrobocie. Fachowcy i specjaliści zatrudnieni do tej pory w energetyce węglowej bez problemu znajdą zatrudnienie w rozwijającej się branży energetyki odnawialnej.
– Na rynku jest duże zapotrzebowanie na monterów, instalatorów technologii odnawialnych, spawaczy, elektryków. Dla tych ludzi taka zmiana nie powinna być problemem – mówi Kuba Gogolewski.
Jak ocenia, może być ona problematyczna dla ludzi w wieku 45–55 lat, czyli w wieku przedemerytalnym, przyzwyczajonych do tego, że całe życie pracują w jednym zawodzie. Dla tej grupy potrzebne będą programy osłonowe, wsparcie dla zakładania nowych firm albo preferencyjne metody zatrudniania w innych przedsiębiorstwach państwowych. Ale – jak zauważa ekonomista – będzie to tylko część spośród 80 tys. górników zatrudnionych w polskich kopalniach.
– Niemcy zamknęły dużo większy sektor węglowy. Ostatnia kopalnia węgla kamiennego została zamknięta pod koniec 2018 roku. W Polsce też dość drastycznie zredukowaliśmy liczbę pracowników w górnictwie – na początku lat 90. było ich ok. 400 tys. Oczywiście są to środowiska bardzo uzwiązkowione, czyli o wysokim stopniu bezpieczeństwa miejsc pracy. Apelujemy do związków, żeby zainteresowały się nowymi sektorami, które są bardzo dobrze płatne, nie myślały tylko o tym, jak bronić starych sektorów, które czeka restrukturyzacja – mówi Kuba Gogolewski.
Polska jest jednym z europejskich liderów w prawnym uregulowaniu dronów – uważa Piotr Samson, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Jak ocenia, wprowadzone z końcem stycznia rozporządzenie, które określa zasady lotów dronów poza zasięgiem wzroku (BVLOS), powinno pobudzić polski rynek i przyczynić się do tego, że wzrośnie liczba lotów wykonywanych nie tylko w celach komercyjnych, lecz także służących bardziej skomplikowanym zadaniom, jak np. nadzorowi nad sieciami elektroenergetycznymi.
Jak wynika z raportu „Biała Księga Rynku Bezzałogowych Statków Powietrznych”, opracowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny we współpracy z Ministerstwem Infrastruktury, w polskiej przestrzeni powietrznej znajduje się w tej chwili około 100 tys. dronów, a wartość rynku wynosi ok. 150 mln zł. Już w tym roku przekroczy ona 190 mln zł, a do 2026 roku będzie rosła w tempie ok. 47 proc. Prognozowana wartość rynku (bez uwzględnienia dronów militarnych) w latach 2017–2026 to blisko 3,3 mld zł, co jest odpowiednikiem sześciokrotnych rocznych wydatków sektora rządowego na działalność B+R.
– Największe wyzwanie dla tego rynku to dynamika przyrostu, czyli ile tych dronów się pojawia, ilu mamy operatorów, oraz to, że system jest rozproszony. To nie wygląda tak jak w lotnictwie, gdzie większość samolotów lata po określonych trasach z lotniska w Warszawie, Gdańsku czy Katowicach. Drony latają w całej Polsce, czasami są małe, czasami są duże. Bywa, że rodzice kupują je dzieciom w sklepach zabawkami czy sprzętem RTV – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Samson, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.
Świadectwa kwalifikacji uprawniające do wykonywania lotów komercyjnych ma w Polsce 10 tys. osób. Duże rozproszenie rynku powoduje, że kluczowa staje się edukacja.
– Chodzi o dotarcie do tych wszystkich osób, które mają drony i albo się nimi bawią, albo próbują robić poważniejsze rzeczy. Musimy im uświadamiać, co jest dozwolone, a co nie, żeby było bezpiecznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Samson, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.
Jak podkreśla, w kwestii legislacyjnego uregulowania rynku dronów Polska jest jednym z europejskich liderów. 31 stycznia weszło w życie rozporządzenie ministra infrastruktury, które określa zasady lotów dronów poza zasięgiem wzroku (BVLOS). Jest to jeden z pierwszych tego typu aktów prawnych w Europie.
– Takie loty można już wykonywać ze stosunkowo niewielkim wyprzedzeniem informacyjnym 7 dni. To rozporządzenie jest przyczynkiem do tego, żeby wprowadzać loty autonomiczne, co jest naszym dalekosiężnym celem. Chcemy, żeby było możliwe wprowadzenie z telefonu komórkowego definicji: „Chcę lecieć z Gliwic do Zabrza” i przesłanie na ten telefon zgody: „Możesz wypuścić drona”. Wszystko będzie odbywać się bezpiecznie, automatycznie – mówi Piotr Samson.
Zdaniem prezesa ULC wprowadzone z końcem stycznia przepisy zdecydowanie pobudzą rynek oraz całą branżę do tego, żeby wykonywać więcej lotów – nie tylko komercyjnych, służących np. fotografii ślubnej czy koncertowej, lecz także bardziej skomplikowanych lotów wykonywanych poza zasięgiem wzroku, na duże odległości, które mają na celu m.in. nadzór nad sieciami elektroenergetycznymi, lasami czy granicami Polski.
Grafen coraz częściej postrzegany jest jako materiał mogący zrewolucjonizować wiele gałęzi medycyny. Na rynek trafia grafenowa poduszka rozgrzewająca, która pomoże wyleczyć dolegliwości bólowe. Termolezja, czyli metoda leczenia bólu poprzez ogrzewanie tkanek nerwowych, jest rozwijana m.in. w Polsce w ramach świadczeń gwarantowanych. Tymczasem dzięki materiałowi przyszłości leczenie ciepłem może być także dostępne w warunkach domowych. Dzięki grafenowi może powstać także zupełnie nowa metoda diagnostyki i leczenia epilepsji.
– Grafen stosujemy do wytwarzania takich produktów, jak łagodzące ból grafenowe poduszki podgrzewające, a także odzież podgrzewaną i inne urządzenia termiczne na bazie grafenu. Materiał ten jest bardzo dobrym przewodnikiem, a więc stanowi doskonały materiał do podgrzewania za pomocą powerbanka –mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Richard Song z chińskiej firmy Grahope New Materials Technologies.
Termolezja, czyli ogrzewanie tkanek nerwowych, stanowi jedną z najbardziej nowatorskich metod leczenia bólu. W Polsce jest ona rozwijana w Poradni Bólu działającej przy Szpitalu w Czarnkowie. Prąd o wysokiej częstotliwości wyłącza fragmenty nerwów odpowiedzialnych za przewodzenie bólu. W wyniku działania prądu dochodzi do miejscowego rozgrzania tkanek do temperatury około 80 stopni Celsjusza, przy której dochodzi do niszczenia nerwów odpowiedzialnych za ból. Zabieg jest wykonywany w znieczuleniu miejscowym, a po jego wykonaniu pacjent pozostaje kilka godzin pod obserwacją.
Wykorzystanie materiału grafenowego, który znajduje coraz szersze zastosowanie komercyjne również w medycynie, może umożliwić leczenie bólu ciepłem także w warunkach domowych.
– Jednym z tradycyjnych sposobów łagodzenia bólu jest podgrzewanie, ale tradycyjne rozwiązania elektryczne korzystają z kabli. My wykorzystujemy nowy materiał, którego rewolucyjność można porównać do papieru. Zastosowanie grafenu pozwala na podgrzewanie przy zachowaniu bardzo wysokiego poziomu bezpieczeństwa, ponieważ napięcie w urządzeniu wynosi jedynie 3,7 V. Tyle wystarcza, żeby podgrzać je nawet do 120 stopni Celsjusza przy emisji podczerwieni dzięki atomom węgla – zapewnia Richard Song.
Działanie poduszki grafenowej opiera się na właściwościach fizycznych grafenu, który jest bardzo dobrym przewodnikiem ciepła. Zasilany np. przez power bank może być dzięki temu również świetnym materiałem służącym do ogrzewania. Stosowanie poduszki grafenowej nie jest wprawdzie procedurą medyczną, ale może przynieść pacjentom ulgę w bólu w znacznie krótszym czasie niż ma to miejsce w ramach świadczenia NFZ.
– Poduszka podgrzewająca jest idealna dla osób cierpiących na bóle pleców czy kolana. Pozwala łagodzić te dolegliwości, a efekty będzie można odczuć już po dwóch dniach – zapewnia ekspert Grahope.
Chińska firma rozpoczyna właśnie masową produkcję urządzenia. Tymczasem wykorzystanie grafenu pozwala medycynie na wprowadzanie rewolucyjnych zmian w leczeniu i diagnostyce. Dzięki najnowszej technologii zastosowanej w grafenowych implantach opracowanych przez Graphene Flagship możliwe jest rejestrowanie aktywności mózgu na częstotliwościach poniżej granicznej dotychczas wartości 0,1 Hz. Ta przełomowa technologia może zmienić sposób, w jaki rejestrujemy i obserwujemy aktywność elektryczną mózgu. Może to dać szansę np. na opracowanie zupełnie nowego podejścia do diagnozy i leczenia epilepsji.
Z grafenem wiązały się też duże nadzieje polskiej gospodarki. Spółka Nano Carbon celowała w komercjalizację polskiego grafenu i światową ekspansję opracowanej przez rodzimych naukowców technologii produkcji. Na wdrożenie masowej produkcji zabrakło jednak pieniędzy, a produkcja zakończyła się na laboratoryjnych ilościach.
Według analityków z Grand View Research światowy rynek grafenu osiągnie do 2025 roku wartość ponad 552 mln dol. przy utrzymaniu średniorocznego tempa wzrostu na poziomie 38 proc.
Producenci urządzeń i akcesoriów łazienkowych zaczynają sięgać po rozwiązania inteligentne, które zwiększą zakres funkcjonowania systemów smart home. W sprzedaży pojawia się coraz więcej urządzeń, takich jak baterie łazienkowe, lustra, a nawet toalety, kontrolowane za pomocą aplikacji mobilnych. Producenci integrują je również z asystentami od Google i Amazonu, aby umożliwić obsługiwanie ich bezdotykowo, za pomocą komend głosowych.
– Wprowadzamy na rynek innowacyjną baterię kuchenną Sensate. Można nią sterować za pomocą systemu bezdotykowego, który pozwala na otwieranie i zamykanie strumienia wody w oparciu o czujnik umieszczony w spodniej części baterii. Można też skorzystać z aplikacji Kohler Konnect umożliwiającej współpracę z systemami Alexa i Google do włączania, wyłączania i ustawiania strumienia wody z naszej baterii – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Denise Quasius z firmy Kohler.
Jedną z najistotniejszych innowacji, jaką wprowadzono do baterii Sensate działające w ramach systemu Wi-Fi Kohler Konnect, jest kompatybilność z asystentami Amazonu oraz Google. Dzięki wykorzystaniu tej technologii użytkownik może zdalnie regulować przepływ wody w urządzeniu, wykorzystując wyłącznie polecenia głosowe. Na podobnej zasadzie działa bateria prysznicowa U by Moen, zaprezentowana także podczas tegorocznych targów CES w Las Vegas. Urządzenie wyposażono w wodoodporny wyświetlacz, a także w asystentkę głosową Alexę, dzięki której możemy ustawić np. temperaturę wody zanim wejdziemy pod prysznic.
– Coraz więcej osób korzysta z nowoczesnych technologii w coraz większej liczbie obszarów swojego życia. Niezależnie od tego, czy chodzi o telefony, muzykę czy inne aspekty ludzie korzystają z różnych urządzeń, więc zupełnie naturalnym krokiem jest integracja sterowania głosem, sterowania przez aplikację z innymi przedmiotami, z których korzystamy w naszych domach. Chcąc zapewnić klientom produkty, z których mogą oni korzystać w swój ulubiony sposób, dodajemy do naszych produktów funkcje połączenia z asystentami inteligentnego domu – wskazuje ekspertka Kohler.
Równie dynamicznie rozwijają się inne urządzenia inteligentne zaprojektowane z myślą o zautomatyzowaniu naszych łazienek. Dziś lustra ze zintegrowanym wyświetlaczem i obsługą asystentów głosowych oferują takie firmy, jak Electric Mirror, Verdera Voice czy Capstone Connected Home. Z kolei studenci z Moradabad Institute of Technology opracowali inteligentną umywalkę, która poinformuje nas o przeciekającym kranie.
Największym przełomem może się okazać upowszechnienie inteligentnych misek WC. Urządzenia te sprzedawane są od lat, ale dopiero od niedawna w pełni integrują się z systemem inteligentnego domu. Firma Xiaomi opracowała deskę klozetową oraz miskę, które można kontrolować za pośrednictwem asystenta XiaoAI, a firma Kohler poszła o krok dalej i uczyniła z toalety w pełni multimedialne urządzenie.
Miskę Numi wyposażono bowiem w system podgrzewania deski, ogrzewania stóp oraz zintegrowane głośniki, które odtworzą naszą ulubioną muzykę. Wszystkimi funkcjami można zarządzać bezdotykowo, za pośrednictwem asystentki głosowej Alexa.
– Numi to z kolei najbardziej zaawansowana miska WC w naszej ofercie. Oferuje podgrzewaną deskę i ogrzewanie stóp. Pozwala na bezdotykowe podnoszenie i opuszczanie deski oraz spłukiwanie. Ma oszczędzające wodę tryby spłukiwania, ma wbudowane podświetlenie i głośniki, a dodanie zgodności z systemem Alexa pozwala na sterowanie produktem za pośrednictwem zdalnego urządzenia lub wydawanie komend głosowych – tłumaczy Denise Quasius.
Firma badawcza Allied Market Research szacuje, że rynek rozwiązań inteligentnych dla łazienek do 2023 r. osiągnie wartość 2,5 mld dol. Branża ma się rozwijać w tempie niemal 11 proc. średniorocznie.
Rośnie popularność serwisów takich jak Netflix, CDA.pl czy HBO Go. Usługi VoD, czyli wideo na żądanie, zyskują nie tylko ze względu na szeroki dostęp do internetu, ale i coraz bardziej rozbudowaną ofertę serwisów. Obecnie liderami na rynku są CDA.pl i Netflix. Widzowie doceniają je zwłaszcza za różnorodność dostępnych tytułów i jakość transmisji. Polacy coraz częściej korzystają z serwisów VoD multikanałowo. W przypadku niektórych serwisów już nawet co trzeci internauta ogląda je na urządzeniach mobilnych.
– Rozwój serwisów VoD wynika z rozwoju urządzeń mobilnych i mobilnego internetu, co sprawia, że coraz większa liczba użytkowników ma do tego dostęp. To także rozwój całego segmentu, tzn. wejście takich graczy jak Netflix do Polski. Z drugiej strony przyczynia się do tego także rozwój usługi VoD jako komplementarnej do już istniejących usług stacji telewizyjnych albo portali internetowych, jak np. Onet.tv, WP.tv, czy Interia.tv – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Weronika Niżnik, Senior Project Manager w IRCenter.
Jak wynika z raportu IRCenter „Multiscreening 2018” liderem usług VoD jest CDA.pl (29 proc.) przed Netflixem (21 proc.), który z kolei zanotował w ciągu roku największy wzrost (z poziomu 5 proc. w 2017 roku). Ipla.tv oraz Player.pl mają po 20 proc. udziałów, a pierwszą piątkę zamyka HBO Go (13 proc.). Duże wzrosty notowała też platforma Showmax, ale mimo to wycofuje się ona z polskiego rynku.
– Rynek VoD w Polsce jest obecnie bardzo rozbudowany, polscy internauci mają bardzo wiele różnorodnych serwisów, z których mogą korzystać. Wyjście Showmaxa z polskiego rynku z jednej strony spowoduje, że prawdopodobnie jego oferta rozejdzie się pomiędzy Netflixa, HBO, czy jakieś inne serwisy VoD, tak że one na tym prawdopodobnie zyskają – ocenia Weronika Niżnik. – Z drugiej strony tworzy się luka na rynku, którą mogą próbować przejąć inne serwisy. To nie będzie łatwe, jako że mamy już dość mocno zakorzenionych liderów. Ale przykładowo Disney+, który niedługo ma zamiar wypuścić także swoje własne VoD, może być graczem, który postanowi zawalczyć o polską widownię.
Pod względem ogólnej oceny użytkowników serwisów VoD dostępnych w Polsce najlepsze noty zbiera Netflix. Pod względem różnorodności dostępnych tytułów i jakości streamingu jest pozytywnie oceniany przez ok. 70 proc. internautów. Netflix udostępnia w Polsce już ponad 2 tys. filmów i blisko tysiąc seriali. Dodatkowo wysoko oceniana jest też rozdzielczość 4K, technika HDR i możliwość wyboru lektora lub napisów. Wysoko oceniono również jakość usług HBO Go, nc+ GO oraz VoD Cyfrowego Polsatu.
– Niezależnie od tego, o jakim serwisie VoD mówimy, różnorodność dostępnych tytułów i jakość streamingu oceniane są stosunkowo najwyżej. Aspekty, które oceniane są znacznie niżej, to szybkość dodawania nowych tytułów do oferty oraz obecność reklam w serwisach – wskazuje ekspertka IRCenter.
Z badania IRCenter wynika, że platformy VoD są coraz chętniej oglądane multikanałowo. Pod tym względem bezkonkurencyjny jest Netflix – platformę na komputerze ogląda 80 proc. internautów, ponad połowa na telewizorze, a blisko 40 proc. na urządzeniach mobilnych. Z kolei do telewizora „przywiązani” są przede wszystkim użytkownicy VoD Cyfrowego Polsatu (75 proc.), na komputerach najczęściej oglądają wideo użytkownicy serwisu Zalukaj.com (84 proc.). a nc+ GO króluje wśród użytkowników smartfonów (35 proc.).
– Oglądanie na laptopach i komputerach jest cały czas najpopularniejsze, ale w przypadku niektórych serwisów VoD już nawet 1/3 internautów ogląda je także na urządzeniach mobilnych – mówi Weronika Niżnik.
Naukowcy z firmy IBM rzucają wyzwanie jednej z najbardziej ludzkich umiejętności. Podczas konferencji w San Francisco, stworzona przez nich Sztuczna Inteligencja debatować będzie z jednym z najbardziej utytułowanych mówców na świecie. Ludzkość reprezentować będzie Harish Natarajan, absolwent Uniwersytetu w Cambridge. Starcie odbędzie się 12 lutego o 2 w nocy czasu polskiego i transmitowane będzie bezpośrednio w internecie (link: http://bit.do/hibm).
Po słynnych meczach w szachy przeciwko Garry’ego Kasparova przeciwko maszynie Deep Blue w latach ’90 i zwycięstwie algorytmu AlphaGo przeciwko chińskim mistrzom w 2017, Project Debater stanowi kolejny istotny krok w rozwoju komputerów. Rozgrywka będzie jeszcze bardziej symboliczna, o ile bowiem o zwycięstwie w grach strategicznych decydowała sama moc obliczeniowa, o skutecznym przekonywaniu decyduje także umiejętność odnoszenia się do ludzkich emocji i wyobrażeń.
Harish popularyzował debaty także w Polsce, sędziując we współpracy z Fundacją Polska Debatuje Mistrzostwa Europy Debat w roku 2016. Niezależnie od wyniku starcia, powinno ono zmusić nas ono do gruntownego przemyślenia wpływu rozwoju technologii na nasze życie. Debatująca Sztuczna Inteligencja będzie w stanie zastąpić sprzedawców, asystentów czy prawników. Dostosowanie systemu edukacji oraz rynku pracy do zmian technologicznych to jedno z największych wyzwań przed jakimi stoimy. Być może nie musimy jednak zamartwiać się szukaniem odpowiedzi na te wyzwania bo i tym lepiej od nas zajmie się Sztuczna Inteligencja.
Jeśli interesują Państwa komentarze po wydarzeniu, nasi eksperci chętnie udostępnią je lub przyjmą zaproszenie do rozmowy o debatach i przyszłości sztucznej inteligencji.
Opublikowane przez GUS dane o obrotach towarowych handlu zagranicznego pozwalają na pewien optymizm. W grudniu 2018 wyeksportowano polskie produkty o wartości (w cenach bieżących) rzędu 16,7 mld EUR, natomiast import wyniósł ok. 18,7 mld EUR. Przed rokiem odpowiednie wielkości wyniosły 15,8 mld EUR (+5,6% r/r) oraz 17,1 mld EUR (zmiana +9,3% r/r). Oznacza to, że wracamy do ujemnego salda w handlu zagranicznym, przekraczającego 2 mld EUR. W całym 2018 roku saldo było ujemne – wartość importu przeważyła nad eksportem o 5,1 mld EUR, podczas gdy w 2017 roku jeszcze było dodatnie. Różnica w dynamikach eksportu i importu potwierdza perspektywy rozszerzania się salda w przyszłości.
Na tym tle zaskakują piątkowe dane dotyczące największego partnera handlowego Polski – Niemiec (28% polskiego eksportu, 22% importu). Eksport naszych zachodnich sąsiadów wzrósł w grudniu o 1,5% m/m (po odsezonowaniu), natomiast import – o 1,2%, przy konsensusie na poziomie 0,2%. Te bardzo pozytywne dane tworzą wrażenie, że poważne spowolnienie w Niemczech jest odroczone, a i relacje handlowe w gospodarce globalnej (w szczególności z Chinami) udało się zneutralizować. W rzeczywistości jednak bardziej prawdopodobne, że jest to splot szczęśliwych wydarzeń, aniżeli długofalowe odbicie. Jednak pomoże uniknąć Niemcom technicznej recesji, która ma silny efekt psychologiczny.
Łagodniejsze spowolnienie u naszych zachodnich sąsiadów miałoby pozytywny wpływ na wyniki naszego handlu zagranicznego.
Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan
Ubiegły tydzień przyniósł osłabienie polskiej waluty, co związane było z siłą dolara amerykańskiego. W tym tygodniu poznamy kluczowe dane o PKB w Polsce, inwestorzy jednak prawdopodobnie skupią się na globalnej polityce.
W zeszłym tygodniu dolar amerykański umocnił się względem wszystkich pozostałych walut G10. Silnej aprecjacji doświadczyły również frank szwajcarski oraz jen japoński. Gorzej radziły sobie natomiast waluty, których kurs historycznie zależał od wahań cyklu koniunkturalnego – osłabiła się korona szwedzka, a także dolar australijski i nowozelandzki. Mniejszy apetyt na ryzyko wśród inwestorów wynikał m.in. z braku postępów w negocjacjach handlowych z Chinami, a także był związany z publikacją serii słabych danych makroekonomicznych z krajów UE. Tym samym zyskiwały waluty powszechnie uznawane za bezpieczne, tzw. safe haven. W zeszłym tygodniu nie doświadczyliśmy również postępów w negocjacjach ws. Brexitu. Mimo, iż czasu jest coraz mniej, funt brytyjski zdołał dotrzymać kroku równie słabemu euro.
Publikacje makroekonomiczne w nadchodzącym tygodniu powinny mieć ograniczony wpływ na rynek walutowy. Najwięcej uwagi po raz kolejny przyciągnie polityka. Stany Zjednoczone wznawiają negocjacje z Chinami w kwestii handlu, a w Wielkiej Brytanii odbędzie się kolejne głosowanie nad poprawkami do umowy regulującej wyjście kraju z UE. W środę poznamy natomiast dane o inflacji w Stanach Zjednoczonych, co pozwoli rynkom na kolejną wycenę prawdopodobieństwa podwyżek Rezerwy Federalnej w 2019 roku. Na przestrzeni tygodnia będą również publikowane dane o PKB w krajach UE.
PLN
Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Polskiej walucie nie sprzyjało szczególnie umocnienie dolara amerykańskiego i osłabienie euro. Ubiegły tydzień nie przyniósł szczególnie interesujących wieści z Polski. Ostatnie posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej przeszło bez większego echa, stopy procentowe oczywiście nie uległy zmianie. Z informacji, które poznamy w tym tygodniu szczególną uwagę warto zwrócić z kolei na czwartkową publikację szacunku dynamiki PKB Polski w IV kwartale 2018 r. oraz na piątkowe dane o inflacji CPI w styczniu.
GBP
Podczas spotkania w miniony czwartek Bank Anglii wystosował dość „gołębi” komentarz względem sytuacji i perspektyw brytyjskiej gospodarki. Niemniej to głównie niepewność związana z procesem opuszczenia Unii Europejskiej, jak i ryzyko wystąpienia tzw. Brexitu bez umowy, determinują zachowanie rynku walutowego. W zeszłym tygodniu nie pojawiły się żadne nowe informacje związane z Brexitem, stąd zmiany kursu brytyjskiej waluty względem pozostałych walut były zbliżone do wahań euro.
Kluczowe punkty tego tygodnia to dzisiejsze dane o PKB w Wielkiej Brytanii oraz informacje o kształtowaniu się inflacji, które poznamy w środę. Odpowiedź rynku na poranne, słabe dane o ekspansji gospodarczej w Wielkiej Brytanii w końcówce roku była niewielka. Silnej reakcji oczekujemy natomiast w czwartek – to wtedy bowiem brytyjski parlament zbierze się, żeby po raz kolejny głosować w sprawie przyszłości dalszych negocjacji w kwestii Brexitu.
EUR
Zeszły tydzień w strefie euro przyniósł głównie rozczarowania – słabsze od oczekiwanych okazały się m.in. produkcja przemysłowa w Niemczech w grudniu, jak i dane o zamówieniach w fabrykach. Rentowności 10-letnich obligacji w Niemczech zmierzają w kierunku zera, stąd wspólna europejska waluta nie była w stanie utrzymać stabilnego kursu 1,14 względem dolara amerykańskiego. Kurs pary EUR/USD spadł do 1,13, czyli do poziomu najniższego w bieżącym roku. Uważamy jednak, że osłabienie z zeszłego tygodnia było raczej tymczasowe. Zarówno optymistyczne informacje z rynku pracy, jak i nadal mocno ekspansywna polityka monetarna EBC, naszym zdaniem, powinny wykluczyć ryzyko recesji w najbliższym czasie. Mimo to, będziemy uważnie obserwować kolejne dane makroekonomiczne ze strefy euro.
USD
Napływ względnie słabych, aczkolwiek drugorzędnych, danych makroekonomicznych z USA nie wpłynął istotnie na kurs dolara amerykańskiego. O ile nie można wskazać jednego czynnika odpowiedzialnego za umocnienie USD, warto zwrócić uwagę, że brak jednoznacznego postępu w żadnej z palących spraw (Brexit, umowa handlowa z Chinami) oznacza, że najbardziej „wahający się” inwestorzy woleli zaufać walutom uznawanym za bezpieczne, na czym skorzystał między innymi dolar amerykański. Najistotniejszymi informacjami najbliższego tygodnia, oprócz prawdopodobieństwa przełomu w negocjacjach z Chinami, będą dane o dynamice cen w styczniu, które poznamy w środę. Jeżeli dynamika cen w ujęciu bazowym będzie wyższa od oczekiwań konsensusu, rynki mogą ponownie zacząć wyceniać prawdopodobieństwo (jakichkolwiek) podwyżek stóp procentowych Rezerwy Federalnej w 2019 roku.
Po trzech latach nadwyżki polskiego eksportu nad importem, ubiegły rok przyniósł odwrócenie tej korzystnej tendencji. W handlu zagranicznym odnotowaliśmy deficyt największy od sześciu lat.
Według najnowszych danych GUS, w ubiegłym roku ujemne saldo handlu zagranicznego sięgnęło 21,4 mld zł i było najwyższe od 2012 r., gdy wynosiło 44,7 mld zł. Od 2015 do 2017 r. osiągaliśmy nadwyżkę eksportu nad importem, a najlepszy pod tym względem był rok 2016, w którym sięgnęła ona aż 17 mld zł. Ujemny wynik ubiegłego roku to efekt wyraźnego zmniejszenia się dynamiki eksportu i jedynie niewielkiego obniżenia się tempa wzrostu importu w porównaniu do 2017 r. Eksport wzrósł o 6,5 proc., do 940,4 mld zł, a import o 9,3 proc., osiągając 961,8 mld zł. Rok wcześniej, czyli w 2017 r., eksport wzrósł o 8,2 proc., a import o 10,5 proc.
Słabsze wyniki eksportu to głównie efekt osłabienia koniunktury gospodarczej w krajach Unii Europejskiej, a przede wszystkim w Niemczech. Tu warto odnotować, że ubiegły rok przyniósł jednak zwiększenie uzależnienia wyników naszego handlu zagranicznego od zachodniego sąsiada. Udział eksportu do Niemiec wzrósł z 27,5 do 28,2 proc., obniżył się zaś nieznacznie w przypadku Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch. Choć tak duża koncentracja relacji handlowych z Niemcami jest zupełnie naturalna, biorąc pod uwagę wielkość tamtejszej gospodarki i bliskość geograficzną, to jednak może być również czynnikiem ryzyka, które prawdopodobnie odczujemy także w tym roku. Prognozy dla gospodarki niemieckiej na 2019 r. są bowiem bardzo niekorzystne i zakładają spowolnienie tempa wzrostu PKB do około 1 proc. Na obrotach mogą także negatywnie odbić się perturbacje w relacjach amerykańsko-chińskich i kontynuacja pogarszania się koniunktury w Chinach, które z kolei są poważnym kontrahentem dla Niemiec.
Nieco trudniej interpretować dane dotyczące importu. Jego tempo, choć nieco niższe niż w 2017 r., wciąż utrzymywało się na wysokim poziomie. Można to wiązać zarówno z przyspieszeniem inwestycji, a więc większym zapotrzebowaniem na importowane surowce oraz maszyny i urządzenia, jak również z utrzymującą się bardzo wysoką dynamiką konsumpcji gospodarstw domowych. Bardzo dobra sytuacja na rynku pracy i silny wzrost przeciętnego wynagrodzenia, sprzyjają importowi dóbr konsumpcyjnych i ta tendencja prawdopodobnie utrzyma się także w tym roku.
Deficyt w handlu zagranicznym, choć z zasady niekorzystnie wpływa na dynamikę PKB, to jednak nie przeszkodził w osiągnięciu bardzo wysokiego tempa wzrostu polskiej gospodarki w 2018 r. Można jednak mieć obawy, że utrzymanie się przewagi importu nad eksportem w tym roku może już przyczyniać się
do pogorszenia się krajowej koniunktury.
W tym roku możemy spodziewać się osłabienia pozytywnych trendów na rynku pracy, m.in. spowolnienia tempa wzrostu przeciętnego wynagrodzenia.
Według danych GUS przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w 2018 r. wyniosło 4585,03 zł, co oznacza realny wzrost w stosunku do 2017 roku o 5,3 %. To kolejny rekord na rynku pracy – rok wcześniej płace wzrosły o 4,2%. Wzrost płac był powiązany z dużym zapotrzebowaniem na pracę – rok 2018 to również bardzo niskie wartości stopy bezrobocia i liczby osób zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy. Ubiegły rok zakończył się (mimo wzrostu w grudniu) bezrobociem na poziomie 5,8% i nieco ponad 1 mln pozostających w rejestrach bezrobotnych. Brakuje jeszcze danych dotyczących liczby pracujących za cały rok, jednak na podstawie informacji o pierwszych trzech kwartałach widać, również że liczba pracujących systematycznie rosła.
Wydaje się, że 2019 rok przyniesienie osłabienie pozytywnych trendów na rynku pracy. Bezrobocie na przełomie roku znacząco wzrosło, co może być oznaką zmniejszającego się zapotrzebowania na pracę, szczególnie prostą, świadczoną przez osoby nisko wykwalifikowane. Raczej nie należy się spodziewać istotnego wzrostu liczby pracujących – brakuje dużych inwestycji tworzących liczne miejsca pracy, a przedsiębiorcy raczej ograniczają swoje plany rozwoju, również z uwagi na odczuwalne trudności w pozyskaniu odpowiednich pracowników. To może oznaczać, że przeciętne wynagrodzenia w gospodarce nie będą już rosły w tak szybkim tempie jak miało to miejsce w roku ubiegłym, choć oczywiście mogą być firmy lub sektory gospodarki, które będą nadal chciały konkurować o najlepszych pracowników oferując im wyższe niż konkurencja płace.
ZUS pierwszy raz opublikował obszerne opracowanie dotyczące imigrantów w Polsce. Wynika z niego, że imigranci zarabiają mniej niż obywatele naszego kraju. Dodatkowo wśród przebywających nad Wisłą Ukraińców czy Białorusinów jest niezwykle niskie bezrobocie. Dane MFW z kolei pokazują silny pozytywny wpływ imigrantów na polski PKB, co niestety wkrótce może się skończyć – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Według opublikowanego kilka dni temu opracowania ZUS („Cudzoziemcy w polskim systemie ubezpieczeń społecznych”) w Polsce na koniec trzeciego kwartału 2018 r. zgłoszonych do ubezpieczenia rentowego i emerytalnego było 569 tys. pracowników z zagranicy.
W porównaniu z rokiem 2014 nastąpił przyrost o ok. 445 tys. osób. Największa zmiana dotyczyła obywateli Ukrainy. W niecałe cztery lata liczba płacących składki zwiększyła się z blisko 50 tys. do 425 tys., czyli ponad 8-krotnie.
Patrząc wiek imigrantów, mogą oni stanowić bardzo duże wsparcie dla starzejącego się polskiego społeczeństwa. Większość przybywających do Polski to ludzie młodzi lub bardzo młodzi. W wieku 19-44 lata jest aż 430 tys. osób, czyli 75 proc. populacji, która przyjechała do Polski. Mają oni przed sobą wiele lat aktywności zawodowej, a jeżeli pozostaną w naszym kraju, mogą tu zakładać rodziny, co przynajmniej częściowo zmniejszy skutki spodziewanej katastrofy demograficznej. Odsetek kobiet, które przyjechały do Polski w wieku 20-24 lata, jest ponad dwukrotnie większy niż w całej populacji.
Bezrobocie 0,24 proc. Zarobki niższe niż Polaków
Ile zarabiają w Polsce imigranci? Na bazie opracowania ZUS można to oszacować dość dokładnie.
Według ZUS-u przeciętna miesięczna podstawa wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe wynosiła w dziewięciu miesiącach 2018 r. – 2,8 tys. zł, a w przypadku ogółu ubezpieczonych – 3,6 tys. zł. Wynagrodzenia mogą więc być o nieco ponad 20 proc. niższe wśród imigrantów niż obywateli Polski.
Ciekawostką z raportu ZUS może być także liczba bezrobotnych imigrantów. Na koniec września było to 1345 osób w porównaniu do niespełna 570 tys. zatrudnionych. Z tego wynika, że stopa bezrobocia wynosi ok. 0,24 proc. W Polsce stopa bezrobocia dla osób w wieku 25-49 lata (czyli w takim wieku, jakim jest większość przyjezdnych) według danych Eurostatu wynosiła 3,5 proc. w III kw. 2018 r.
To może być koniec pozytywnej fali
Silny napływ imigrantów w ostatnich latach ma bardzo pozytywny wpływ na polską gospodarkę. Według opublikowanego w lutym raportu MFW o Polsce (Article IV consultation) wzrost zatrudnienia w 2017 r. wyniósł 1,4 proc., ale gdy dodamy do tego napływ osób z Ukrainy, to liczba pracujących w krajowej gospodarce zwiększyła się o 2,8 proc., czyli dwukrotnie więcej niż z udziałem samych Polaków.
Fundusz zaznacza, że Ukraińców do Polski przyciągają znacznie wyższe niż nad Dnieprem wynagrodzenia. W parytecie siły nabywczej (czyli wynagrodzenia oraz koszty życia w obu krajach) w Polsce są one trzy razy większe niż na Ukrainie. MFW podkreśla, że napływ pracowników z zagranicy do Polski wspiera także konsumpcję, mimo że większa część wynagrodzenia jest przesyłana za granicę.
Biorąc pod uwagę dane MFW i GUS, dodatni wpływ migracji na wzrost PKB w każdym z ostatnich trzech lat można szacować na mniej więcej 0,5 pkt proc. Niestety wiele wskazuje na to, że ten pozytywny trend może się szybko zatrzymać, gdyż najnowsze dane ZUS opublikowane w weekend przez PAP pokazują, że na koniec roku doszło do pierwszego spadku (o 20 tys.) liczby Ukraińców odprowadzających składki w Polsce.
Dalsze osłabienie nastrojów w strefie euro ogranicza pole do wzrostu rentowności polskich obligacji. Złoty traci na wartości, kurs EUR/PLN testuje opór na 4,31.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Piątek przyniósł stabilizację kursu EUR/USD (poniżej 1,1350), oraz wzrost kursu EUR/PLN (powyżej 4,31).
Eurodolar, który w ostatnich dniach tracił na wartości pod wpływem słabości danych przemysłowych z Niemiec, wsparcie uzyskał dopiero w gołębich wypowiedziach członków Fed-u. Bullard, określił aktualny poziom stóp, jako „nieco restrykcyjny” rozbudzając tym nadzieję na szybkie zakończenie procesu redukcji bilansu Fed-u (rychłe zakończenie redukcji bilansu sugerował ostatnio również Powell). Z kolei Kaplan, uznał bieżący poziom stóp Fed-u jako „bliski neutralnego”. Poddał również w wątpliwość sensowność koncepcji, aby na obecnym poziomie cyklu gospodarczego Fed podejmował próby dodatkowego stymulowania gospodarki. Jak widać w dyskusjach Fed-u, póki co, idea dalszego zacieśniania polityki monetarnej wyraźnie ustępuje pola jej stabilizowaniu lub łagodzeniu (nie tylko poprzez wstrzymanie się z dalszymi podwyżkami stóp, ale również poprzez wstrzymanie redukcji bilansu Fed-u).
Złoty nadal tracił na wartości wobec euro. Poza obawami, że spowolnienie przemysłowe w Niemczech przełoży się również na polską gospodarkę, rodzimej walucie szkodził też wzrost obaw o perspektywy porozumienia handlowego na linii USA-Chiny (Kudlow stwierdził, że do porozumienia jest jeszcze całkiem daleko, a dodatkowo pojawiły się również informacje, że przed 1 marca nie dojdzie do drugiego spotkania Trump-Jinping).
Piątkowa sesja nie przyniosła większych zmian na rynku stopy procentowej, a polskie papiery pozostają mocne po wydarzeniach z ostatnich dni.
Mocna aukcja długu, stabilne stanowisko RPP oraz dobre wykonanie budżetu za 2018 rok wspierały wyceny lokalnych instrumentów. Dodatkowo dalsze schodzenie na niższe poziomy krzywych dochodowości krajów bazowych strefy euro ogranicza pole do odmiennych ruchów w Polsce. 10-letni niemiecki Bund notowany jest już poniżej 0,10%, a wszystkie krótsze tenory na krzywej są na ujemnych poziomach. Co prawda dane o bilansie handlowym Polski okazały się lepsze od oczekiwań pokazując wzrost nadwyżki, to jednak nie przysłoniły one ostatnich publikacji przemysłowych, czy też obniżenia prognoz Komisji Europejskiej dla wzrostu gospodarczego strefy euro.
W tym tygodniu wśród najciekawszych wydarzeń dla krajowych inwestorów znajdą się publikacje danych makroekonomicznych z Polski. W czwartek GUS opublikuje wzrost PKB za czwarty kwartał 2018, gdzie na podstawie danych całorocznych można zakładać, że okaże się on niższy niż 5% r/r. W piątek poznamy zaś inflację CPI za styczeń, gdzie konsensu rynkowy zakłada spowolnienie dynamiki wzrostu z 1,1% r/r w grudniu do 1%. Publikacje te powinny nadal wspierać polskie obligacje.
Reguły polityki monetarnej dla polityki Fed-u w dalszym ciągu wskazują na potrzebę dalszego podnoszenia stóp, ale Fed obawia się wpływu zacieśnienia polityki monetarnej w USA na gospodarkę globalną.
Źródło: Thomson Reuters
Autorzy / Źródło: Jarosław Kosaty, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski
Dzień św. Walentego (14 lutego) kojarzy się z zakochaniem i okazywaniem miłości. Mimo to większość Polaków nie obchodzi walentynek. Nie czujemy takiej potrzeby? A może nie podoba nam się komercyjna otoczka towarzysząca temu świętu?
Wyniki cyklicznego badania Barometr Providenta wskazują, że w tym roku Walentynki planuje obchodzić 39 proc. Polaków. Najpopularniejszymi prezentami dla drugiej połówki będą kwiaty i słodycze. Chętnie spędzimy też walentynkowy wieczór na romantycznej kolacji. Średnio na święto zakochanych wydamy 90 zł. Jednocześnie połowa z nas deklaruje, że 14 lutego jest zwykłym dniem.
Z badania Barometr Providenta wynika, że mniej niż połowa Polaków zamierza obchodzić tegoroczne Walentynki. W szczególnym świętowaniu tego dnia przodują mieszkańcy woj. lubuskiego – aż 49 proc. respondentów z tego regionu wskazało, że planuje obchodzić święto zakochanych. Mniejsze znaczenie 14 lutego ma dla mieszkańców woj. małopolskiego – tam tylko 21 proc. osób planuje coś specjalnego na tegoroczne Walentynki.
Dzień zakochanych chętniej celebrują kobiety – deklaruje tak aż 42 proc. z nich, ale 36 proc. mężczyzn przyznaje, że też planuje obchodzić to święto – mówi Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska. – Walentynki to też ważny dzień dla młodych ludzi. 58 proc. osób w wieku 15-24 lata i aż 62 proc. osób do 34. roku życia zamierza tego dnia powiedzieć bliskiej osobie o swoich uczuciach do niej – dodaje Karolina Łuczak.
Święto zakochanych planuje obchodzić co druga osoba z wyższym wykształceniem i tylko co czwarta z podstawowym lub zawodowym – wynika z badania Barometr Providenta.
Prezent czy romantyczna kolacja?
Uczestnicy badania odpowiedzieli, że planują tradycyjnie obchodzić Walentynki. Co czwarty z nich przygotuje kolację. Częściej to kobiety (38 proc.) stawiają na sprawdzoną od lat receptę na udany związek – „przez żołądek do serca”. Jedną z najczęściej wskazywanych form celebrowania dnia zakochanych jest obdarowanie prezentem. Ponad 20 proc. Polaków kupi ukochanej osobie słodycze (23 proc.) lub kwiaty (21 proc.). Jedynie 5 proc. badanych wyśle wybrance lub wybrankowi kojarzoną z tym świętem kartkę walentynkową.
Obchody Walentynek różnią się w zależności od regionu Polski. Mieszkańcy województwa dolnośląskiego przygotują kolację, pary z lubuskiego obdarują się słodkościami, a zakochani z województwa zachodniopomorskiego, częściej niż inni mieszkańcy Polski, pójdą do kina.
Romantyzm kosztowniejszy dla panów. Wydadzą średnio o 20 zł więcej
Uczestnicy badania Barometr Providenta zadeklarowali, że na Walentynki wydadzą średnio 90 zł. Co czwarta osoba planująca obchody święta zakochanych, przeznaczy na ten cel od 51 do 100 złotych. Jednocześnie 62 proc. wszystkich respondentów odpowiedziało „tak” na pytanie, czy otrzymali kiedykolwiek prezent na Walentynki. Jak się okazało, upominki częściej otrzymywały panie (70 proc.) niż panowie (55 proc.).
– Wydamy średnio ok. 90 zł. Jest nieznaczna różnica między mężczyznami a kobietami. W przypadku Walentynek szerszy gest mają mężczyźni, którzy planują wyjąć z portfela średnio 100 zł. Kobiety wydadzą o 20 zł mniej. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że panowie częściej planują kupić bliskiej osobie prezent, a panie chętniej przygotują kolację w domu. Najwyższe kwoty na celebrowanie święta zakochanych, powyżej 300 zł, planuje wydać 3 proc. mężczyzn i 1 proc. kobiet – mówi Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska.
Obchodzenie walentynek nie ogranicza się naturalnie do powiedzenia drugiej osobie „kocham Cię”. Jakie plany mają Polacy na ten dzień najczęściej? 26% badanych pójdzie ze swoją sympatią na kolację, 23% – obdaruje ją słodyczami, 21% – wręczy jej kwiaty, a 5% – wyśle do niej walentynkową kartkę. A co, jeśli chodzi o wydatki związane ze świętem zakochanych? Jak stwierdza Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska:
14 lutego bez Walentynek
Dla 50 proc. respondentów badania Barometr Providenta 14 lutego jest tylko zwykłym dniem w kalendarzu. Powody, dla których nie świętują oni Walentynek są różne. 31 proc. twierdzi, że to zwyczaj skierowany do młodszych od nich i już wśród 25-latków są osoby, które uważają, że wyrosły z obchodzenia święta zakochanych. Blisko co czwarty badany przyznaje, że nie ma z kim spędzić 14 lutego. 23 proc. uważa, że uczucie powinno okazywać się każdego dnia, a nie tylko raz w roku, i tyle samo (23 proc.) jest zdania, że Walentynki to wyłącznie komercyjne święto.
O badaniu Barometr Providenta
Barometr Providenta to cykliczne badanie Polaków, które pozwala na lepsze zrozumienie zachowań i decyzji finansowych konsumentów. Badanie zrealizowała firma Danae w dniach 18-23 stycznia 2019 roku na ogólnopolskiej próbie n=1009 Polaków w wieku 15+.
2018 rok był wyjątkowo udany dla Forbis Group. Firma odnotowała wzrost sprzedaży na poziomie 130%, za który odpowiada przychód z realizacji fit-out biur. Ponadto zwiększyła możliwości wykonawcze, co umożliwiło realizację większych oraz bardziej zaawansowanych technologicznie inwestycji niż dotychczas.
Dołączenie do Grupy Paged w 2017 roku sprawiło, że Forbis Group zyskało stabilne zaplecze finansowe, umożliwiające równoległe realizowanie kilku projektów o wartości jednostkowej powyżej 5 mln zł.
Tomasz Piecychna, CEO Forbis Group Sp. z o.o.
Poprzedni rok zapisał się w historii naszej firmy jako jeden z najbardziej udanych. W strukturze przychodów istotnie zwiększyła się wartość pochodząca z realizacji powierzchni dla sektora biurowego. Jest to m.in. pochodną koniunktury na polskim rynku nieruchomości komercyjnych, który odnotowuje bardzo dużą aktywność najemców i deweloperów. Szacuje się, że jeszcze do końca 2020 roku relacja między podażą a popytem będzie stosunkowo zrównoważona – wskazuje Tomasz Piecychna, CEO Forbis Group Sp. z o.o.
Ożywienie w branży fit-out powierzchni biurowych nie spowodowało zamknięcia się Forbis Group na inne sektory. Dbamy o dywersyfikację źródeł dochodu i nie wycofujemy się z takich obszarów jak retail czy HoReCa. Potwierdza to choćby nasza realizacja dla Baltony, polegająca na gruntownej przebudowie czternastu, bardzo zaawansowanych technologicznie i multimedialnie, lokali handlowych na Lotnisku Chopina – mówi Tomasz Piecychna, CEO Forbis Group Sp. z o.o.
Jak wskazuje firma, rynek ewoluuje w imponującym tempie. Branża fit-outowa na przestrzeni ostatnich kilku lat bardzo się rozwinęła. Sektor nie osiągnął jednak pełnej dojrzałości i wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach nie zatraci swojej dynamiki. Jest to dobra perspektywa dla Forbis Group.
Polska drugim najatrakcyjniejszym rynkiem nieruchomości handlowych w Europie, za Portugalią, ale przed Czechami, Niemcami i Hiszpanią.
Indeks atrakcyjności polskiego rynku nieruchomości handlowych spadł o 2 punkty r/r do 118 punktów w czwartym kwartale 2018 r.
Globalnie Ameryka powiększyła przewagę nad Europą i regionem Azji i Pacyfiku.
Indeks atrakcyjności inwestycyjnej w handlu detalicznym (Global Retail Attractiveness Index, GRAI) opracowywany przez Union Investment mierzy atrakcyjność rynków handlu detalicznego w 17 krajach Europy, Ameryki Północnej i regionu Azji i Pacyfiku.
Indeks ten w Polsce spadł o 2 punkty r/r do poziomu 118 punktów w IV kw. 2018 r. – wynika z najnowszego badania instytutu GFK przeprowadzonego na zlecenie Union Investment. Spadek indeksu w Polsce nastąpił w wyniku lekkiego osłabienia się nastrojów konsumenckich oraz firm z branży handlowej, przy nieznacznie pozytywnym wpływie poziomu cen oraz braku zmian w indeksie sprzedaży detalicznej. Pomimo spadku Polska pozostała w czołówce najatrakcyjniejszych rynków nieruchomości handlowych w Europie, za prowadzącą Portugalią (121 punktów, wzrost o 2 pkt r/r), a przed Czechami (117 pkt, +2), Niemcami (115 pkt, -2) i Hiszpanią (114 pkt, bez zmian). Najsłabiej w rankingu wypadła Belgia (96 pkt), Francja (100) i Wielka Brytania (104).
Średnia wartość dla 12 badanych rynków europejskich wyniosła 110 punktów (spadek o 2 pkt w porównaniu z IV kw. 2017 r.). Spadek wynikał z gorszych nastrojów konsumentów i firm handlowych oraz rosnącej inflacji. Wyraźny wzrost odnotował natomiast wskaźnik sprzedaży detalicznej – wzrósł on na 9 z 12 badanych rynków. Na rynku europejskim widoczne jest rosnące rozwarstwienie pomiędzy silnymi rynkami nieruchomości handlowych oraz rynkami o wyższym profilu ryzyka w długim terminie. Różnica pomiędzy najlepszym a najsłabszym rynkiem (Belgią) wynosi już 25 punktów, ale może się jeszcze pogłębić.
– Korzystne otoczenie gospodarcze w Europie, przejawiające się rosnącymi przychodami sklepów stacjonarnych i internetowych niemal we wszystkich badanych krajach, osłabia ten trend. Natomiast jakiekolwiek głębsze osłabienie nastrojów konsumenckich najprawdopodobniej pogłębi różnice pomiędzy rynkami – mówi Henrike Waldburg, dyrektor zarządzania inwestycjami w handlu detalicznym w Union Investment Real Estate GmbH.
Ameryka Globalnym liderem
Globalnym liderem wskaźnika atrakcyjności inwestycyjnej pozostał region Ameryki Północnej, gdzie wskaźnik GRAI utrzymał się na poziomie 113 punktów. Region Azji i Pacyfiku odnotował natomiast spadek wskaźnika o 4 punkty z uwagi na wyraźny spadek nastrojów konsumenckich w Korei Południowej.
– Patrząc na rynki światowe, perspektywy najatrakcyjniejszych zwrotów z inwestycji oferują rynki handlowe Kanady, Stanów Zjednoczonych, Japonii i Australii – mówi Henrike Waldburg.
Jednak nawet na najatrakcyjniejszych rynkach inwestorzy powinni zastosować selektywne podejście do inwestycji, ponieważ mogą one przejść przemiany gwałtowniejsze niż w Europie, zauważa ekspertka.
– Procesy transformacyjne na rynku zmuszają sieci sklepów stacjonarnych do większej kreatywności. W segmencie sklepów stacjonarnych pojawią się nowe modele biznesowe i nowe koncepty. Z czasem mogą wyewoluować w osobne klasy aktywów – dodaje Henrike Waldburg.
Metodologia
Indeks GRAI (Global Retail Attractiveness Index) firmy Union Investment mierzy atrakcyjność rynków handlu detalicznego w 17 krajach Europy, Ameryki Północnej i regionu Azji i Pacyfiku. Wartość indeksu na poziomie 100 punktów oznacza wynik neutralny. Indeks EU-12 obejmuje indeksy następujących krajów w Unii Europejskiej: Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania, Austria, Holandia, Belgia, Irlandia, Portugalia, Polska i Czechy. Wynik ważony jest liczbą ludności zamieszkującej dany kraj. Indeks dla Ameryki Północnej obejmuje USA i Kanadę. Indeks dla regionu Azji i Pacyfiku obejmuje Japonię, Koreę Południową oraz Australię.
Opracowany co pół roku przez firmę badawczą GfK indeks GRAI obejmuje dwa wskaźniki nastrojów oraz dwa wskaźniki oparte na danych. Wszystkie cztery czynniki mają jednakową wagę w indeksie, po 25%. Indeks mierzy nastroje zarówno konsumentów, jak i przedsiębiorców. Czynniki ilościowe uwzględnione w indeksie to zmiany w indeksie cen konsumenckich (inflacja) oraz wyniki sprzedaży w sektorze detalicznym. Po standaryzacji i dostosowaniu tych czynników wejściowych początkowo wszystkie mają wartość 100 i potencjalny zakres ruchu od 0 do 200 punktów. Indeks jest oparty na najnowszych danych GfK, Komisji Europejskiej, OECD, Nielsen, Trading Economics, Eurostat oraz krajowych urzędów statystycznych.
Polska branża leasingowa ma za sobą bardzo udany rok. W 2018r. firmy raportujące do Związku Polskiego Leasingu sfinalizowały transakcje o łącznej wartości 82,6 mld zł. Dynamika inwestycji finansowanych leasingiem i pożyczką na poziomie +21,8 proc. r/r była najwyższą, jaką polski sektor leasingowy odnotował od 11 lat. To dobra wiadomość dla polskich leasingodawców, którzy w tym roku świętują jubileusz 25-lecia Związku Polskiego Leasingu.
Równie dynamicznie co wartość nowych kontraktów, w ostatnim roku zwiększał się portfel wszystkich aktywnych umów branży. Według danych Związku Polskiego Leasingu, na koniec 2018r. wartość umów obsługiwanych przez branżę leasingową wyniosła 146,6 mld zł, co oznacza +22,8 proc. wzrost w stosunku do 2017r. Tak dobre wyniki polscy leasingodawcy zawdzięczają z jednej strony rekordowemu poziomowi finasowania pojazdów osobowych i dostawczych do 3,5 tony (pojazdy lekkie mają obecnie 48,4 proc. udział w rynku), a z drugiej – niesłabnącemu wśród przedsiębiorców zainteresowaniu finansowaniem maszyn i innych urządzeń (26,3 proc. udział) oraz środków transportu ciężkiego (udział na poziomie 23,7 proc.). Przyglądając się poszczególnym obszarom działalności polskich firm leasingowych widzimy, że mniejsze znaczenie odgrywa finansowanie nieruchomości (1,1 proc. udział w rynku) oraz innych aktywów (0,5 proc. udział).
Pojazdy napędzają leasing
Jeśli mielibyśmy wskazać jedną kategorię, która w najwyższym stopniu przyczyniła się do rekordowego wyniku branży leasingowej w 2018r. byłyby to pojazdy lekkie tj. pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 tony. W ubiegłym roku wartość sfinansowanych umów w tym obszarze wyniosła 39,9 mld zł, co oznacza +30,7 proc. wzrost r/r.
Andrzej Krzemiński, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu
„Zgodnie z oczekiwaniami zapowiedz, a następnie wejście w życie 1. stycznia 2019 zmian podatkowych, dotyczących używania samochodów w działalności gospodarczej, przyczyniły się do istotnego wzrostu wolumenu finansowanych aut osobowych w IV kwartale 2018r. Analizując tempo wzrostu finansowania pojazdów lekkich w ciągu ostatnich 5 lat (2014r. +39%, 2015r. +20%, 2016r. +30,9 %, 2017r. +21,9%, 2018r. +30,7 %) możemy powiedzieć, że leasing jest tym instrumentem, który cieszy się niesłabnącą popularnością wśród polskich przedsiębiorców niezależnie od zmian przepisów. Jest bowiem szybkim, łatwo dostępnym i bezpiecznym sposobem na korzystanie z wybranego aktywa, bez konieczności angażowania własnych środków” – powiedział Andrzej Krzemiński, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL.
Należy podkreślić, że rekordowy wzrost obserwowany na rynku motoryzacyjnym w ostatnim roku (w 2018r. zarejestrowano 600 791 nowych pojazdów OSD tj. osobowych i dostawczych do 3,5 t.) był zasługą zakupów firmowych, a najsilniejszą grupę zakupową wśród firm stanowiły firmy leasingowe/ CFM/ RaC. Ich udział w rejestracjach pojazdów OSD na firmy w ostatnim roku wyniósł 67,4%.
Zyskuje finansowanie maszyn, środków transportu ciężkiego i nieruchomości
Ożywienie na rynku leasingu w 2018r. było obserwowane także w pozostałych kategoriach rynku: maszyn i urządzeń, w tym IT (+17,7 proc. dynamika r/r), środków transportu ciężkiego (+11,4 proc. dynamika r/r) oraz nieruchomości (+4,4 proc. dynamika r/r).
Łączna wartość maszyn i urządzeń sfinansowanych przez branżę leasingową w ubiegłym roku wyniosła 21,7 mld zł i była wyższa o +17,7 proc. w odniesieniu do wyników z 2017r. W tej części rynku wszystkie kategorie produktów odnotowały lepszy wyniki niż 12 miesięcy wcześniej. Najwięcej zyskało finansowanie sprzętu budowalnego (+45,4% r/r), sprzętu medycznego (+39,1%), maszyn rolniczych (+18,2%). Dobry, blisko 10 proc. wyniki branża osiągnęła w zakresie finasowania IT. Wśród najważniejszych czynników, mających wpływ na rosnący poziom finansowania maszyn i innych urządzeń przez branżę leasingową w 2018r. należy wymienić: solidny wzrost produkcji przemysłowej w 2018 roku (5,8%), przyspieszenie w wydawaniu funduszy unijnych z perspektywy na lata 2014-2020 (w 2018r. zaakceptowano projekty unijne stanowiące ponad 67 proc. łącznej puli Polski na politykę spójności), wyraźne przyspieszenie inwestycji publicznych (zarówno samorządów, jak i inwestycji finansowanych z budżetu państwa) jak również inwestycji dużych i średnich firm.
Równie istotnym segmentem rynku leasingu, co maszyny są środki transportu ciężkiego. Do tej grupy zaliczane są takie aktywa jak ciągniki siodłowe, naczepy/przyczepy, pojazdy ciężarowe powyżej 3,5 tony, autobusy, samoloty, statki i środki transportu kolejowego. W 2018r. branża leasingowa sfinansowała tego typu aktywa o łącznej wartości 19,5 mldzł – osiągając wynik lepszy niż przed rokiem o 11,4%. Największą dynamiką, w ramach tego segmentu rynku wyróżniło się finansowanie samolotów, statków i taboru kolejowego (+33,3%), pojazdów ciężarowych pow. 3,5t. (+20,8%) oraz naczep i przyczep (+12,1%). Transakcje dotyczące finansowania ciągników siodłowych w 2018r. miały dynamikę wyższą o +7,6% , podczas gdy finansowanie autobusów było na niższym poziomie niż rok wcześniej (-2%).
Marcin Nieplowicz
Jak zaznaczył Marcin Nieplowicz, Dyrektor ds. Statystyki i Monitorowania Rynku ZPL, prezentując analizy rynku, poziom finansowania transportu ciężkiego jest uwarunkowany koniunkturą gospodarczą w Unii Europejskiej, a strefa euro lokalny szczyt koniunktury ma już za sobą. Obecnie notujemy wyhamowanie wzrostu gospodarczego do poziomów z lat 2015-2016. W ślad za Eurolandem hamuje dynamika naszego eksportu, ale nie wolumenu usług transportowych. Firmy transportowe optymistycznie oceniają swoją sytuację finansową. Ich plany inwestycyjne pozostają relatywnie wysokie, uległy jednak istotnemu obniżeniu w ciągu ostatnich dwóch miesięcy 2018 roku.
Innym obszarem działalności firm leasingowych jest finansowanie nieruchomości. W 2018r. branża leasingowa sfinansowała nieruchomości o wartości 950 mln złotych, przy +4,4% dynamice tego segmentu (r/r). W 2018r. w stosunku do 2017r. branża znacząco poprawiła swoje wyniki w zakresie finansowania obiektów biurowych (+158,3 % r/r), mających dzisiaj już 43 proc. udział w finansowaniu nieruchomości przez firmy leasingowe. Poprawiły się także wyniki w zakresie finansowania obiektów handlowych i usługowych (+23,2% dynamika r/r).
Jubileusz 25-lecia Związku Polskiego Leasingu
2019 rok jest dla branży leasingowej szczególny, ponieważ 25 lat temu powstała pierwsza polska organizacja leasingowa – Konferencja Przedsiębiorstw Leasingowych, która następnie została przekształcona w Związek Polskiego Leasingu. Przez ostatnie 25 lat polska branża leasingowa sfinansowała inwestycje firm o łącznej wartości 628,2 mld zł (wartość skumulowana), przy średniorocznej dynamice na poziomie +19 proc. Przez ten czas polski sektor leasingowy awansował z 16. na 7. miejsce w europejskim rynku leasingu.
„Najważniejsza jest jednak dla nas rosnąca rola leasingu w finansowaniu krajowych inwestycji. W 1995 r. aktywa sfinansowane przez firmy leasingowe w nakładach inwestycyjnych w gospodarce były na poziomie 3,2%, podczas gdy w 2018r. branża leasingowa mogła sfinansować nawet 29,3% łącznych krajowych inwestycji. Jubileusz 25 lat Związku Polskiego Leasingu będzie dla nas dobrą okazją do zastanowienia się nad przyszłością branży leasingowej i temu tematowi go poświęcimy” – podkreślił Andrzej Krzemiński, Przewodniczący KW ZPL.
Wyniki badania koniunktury branży leasingowej
Z kwartalnego badania koniunktury branży leasingowej, realizowanego wśród osób odpowiedzialnych za sprzedaż w firmach zrzeszonych w ZPL wynika, że w I kwartale 2019r. ankietowane firmy oczekują nieznacznego wzrostu zatrudnienia oraz pogorszenia jakości portfela. Jednocześnie w omawianym czasie firmy spodziewają się wyhamowania aktywności sprzedażowej. Niższy poziom finansowania może dotyczyć przede wszystkim segmentu pojazdów. Stosunkowo najsłabsze perspektywy rysują się dla pojazdów lekkich, trochę mniej negatywne dla finansowania środków transportu ciężkiego. Natomiast wyraźne wzrosty finansowania oczekiwane są w sektorze maszyn i urządzeń – w tym IT. W I kw. br. nieznacznie ujemną dynamikę wzrostu może uzyskać sektor finansowania nieruchomości.
Prognoza na 2019 r.
Prognoza wyników branży leasingowej pokazuje istotne wyhamowanie po 6 latach intensywnego rozwoju rynku. Dynamika branży leasingowej w 2019r. na poziomie 5,5% będzie zgodna z prognozowanym wzrostem inwestycji prywatnych i scenariuszem rozwoju gospodarczego w Polsce. W 2019r. branża leasingowa możne udzielić łącznego finansowania na poziomie przekraczającym 87 mld zł.
Wejście w życie z dniem 1. stycznia 2019 zmian podatkowych przyczyniło się do istotnego wzrostu wolumenu finansowanych aut osobowych w IV kw. 2018, co w naturalny sposób przełoży się na nieznacznie ujemną dynamikę finasowania pojazdów lekkich w 2019r. Struktura wzrostu gospodarczego, wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych, wyniki produkcji przemysłowej i budowlanki oraz przyspieszenie wykorzystania funduszy unijnych powodują, że finansowanie maszyn pozostanie długoterminowym i głównym motorem rozwoju całej branży leasingowej. Pojazdy ciężarowe pozostaną istotnym aktywem finansowanym przez firmy leasingowe z uwagi na rosnący wolumen przewozów i utrzymanie wzrostu gospodarczego w strefie euro.
Celem projektu nowej Ordynacji podatkowej jest wprowadzenie kompromisowych rozwiązań na linii podatnik – organ podatkowy. Autorzy projektu chcą wyeliminować władczą postawę fiskusa wobec przedsiębiorców i zastąpić ją różnorodnymi formami współpracy między tymi podmiotami. Jednym z nowych rozwiązań ma być umowa o współdziałanie (ang. cooperativecompliance). Jednak jej idea, pozornie słuszna, budzi liczne wątpliwości.
Idea wzajemnego zaufania
Umowa o współdziałanie będzie mogła być zawarta między Szefem Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) i podatnikiem o istotnym znaczeniu gospodarczym. Ma mieć formę pisemną i obowiązkowo zawierać – zgodnie z art. 590 projektu:
oznaczenie stron umowy;
datę zawarcia;
wskazanie wzajemnych zobowiązań stron, zgodnie z art. 589 § 5–6;
oznaczenie osób odpowiedzialnych za wykonywanie umowy przez organ podatkowy i podatnika oraz sposobu informowania się stron o osobach właściwych do utrzymywania bieżących relacji między organem podatkowym i podatnikiem;
okres obowiązywania;
podpisy osób upoważnionych do reprezentowania stron umowy.
Umowa o współdziałanie będzie mogła zostać zawarta na okres od roku do 5 lat. Jak wskazuje art. 591, tego rodzaju umowa może być rozwiązana w dowolnym momencie zarówno przez podatnika, jak i Szefa KAS.
Czemu ma właściwie służyć podpisanie tego rodzaju porozumienia? Wyjaśnia to art. 589 § 4.: „Umowa o współdziałanie ma na celu zapewnienie przestrzegania przez podatnika prawa podatkowego w warunkach wzajemnego zaufania między organem podatkowym a podatnikiem, przejrzystości i zrozumienia przez organ podatkowy charakteru prowadzonej przez podatnika działalności”. Tak więc podpisanie przez strony tego rodzaju umowy ma być gwarancją zarówno wzajemnego zaufania, jak również chęci współpracy w zakresie poprawnego rozliczania należnego podatku. Władczy fiskus w tym przypadku ma zmienić się w biznesowego partnera przedsiębiorcy, który będzie podpowiadał właściwe rozwiązania podatkowych dylematów.
Przyjazny fiskus?
Dowodem na to, że umowa o współdziałanie ma stanowić gwarancję chęci współpracy organu podatkowego z podatnikiem, mają być wskazane w projekcie nowej Ordynacji podatkowej zobowiązania Szefa KAS. Zgodnie z art. 589 § 6 zobowiązuje się on do:
1) „dostosowania formy i częstotliwości działań weryfikujących poprawność rozliczenia podatkowego podatnika do skuteczności wewnętrznej kontroli poprawności tego rozliczenia;
2) udzielania bez zwłoki konsultacji i wyrażania stanowiska co do wskazanych przez podatnika istotnych zagadnień podatkowych”.
Wydaje się, że powyższy zapis gwarantuje ze strony organu podatkowego kooperację z podatnikiem będącym stroną umowy.
Lojalność podatnika
W projekcie nowej Ordynacji podatkowej zawarte są również obowiązki podatnika wynikające z podpisanej umowy o współdziałanie. Tych jest nie tylko więcej niż zobowiązań organu podatkowego, ale są one również o wiele bardziej rozbudowane. Zgodnie z art. 589 § 5. „w umowie o współdziałanie podatnik zobowiązuje się ponad obowiązki wynikające z przepisów prawa podatkowego do:
zachowania odpowiednich uzgodnionych z Szefem Krajowej Administracji Skarbowej procedur wewnętrznej kontroli poprawności rozliczenia podatkowego;
przekazywania Szefowi Krajowej Administracji Skarbowej bez zwłoki wszelkich istotnych do opodatkowania informacji na temat swojej działalności;
zgłaszania Szefowi Krajowej Administracji Skarbowej bez wezwania wszelkich istotnych zagadnień podatkowych potencjalnie spornych między nim a organem podatkowym;
lojalnego informowania o planowanych lub zrealizowanych operacjach prowadzących do uzyskania przez niego lub inne podmioty zaangażowane w te operacje korzyści podatkowej”.
Powyższe zapisy budzą wiele wątpliwości. Chociażby dlatego, że nakładają na podatnika obowiązek transparentności jego działań. Zatem, aby podatnik mógł skorzystać z możliwości skonsultowania swoich wątpliwości co do poprawności rozliczania podatków, będzie musiał ujawnić fiskusowi szczegółowe informacje na temat prowadzonej przez siebie działalności. Część specjalistów podkreśla, że zaproponowane rozwiązanie gwarantuje organowi podatkowemu pozyskanie zbyt wielu informacji na temat działalności podatnika. Wiele kontrowersji budzi również pkt 4 ww. paragrafu, w którym jest mowa o lojalności w informowaniu o planowanych czy realizowanych operacjach dotyczących nie tylko podatnika będącego stroną umowy o współdziałanie, ale również innych podmiotów. To zobowiązanie podatnika może burzyć zaufanie współpracujących z nim podmiotów, które nie są zainteresowane kompromisową współpracą z fiskusem. Ponadto brak szczegółowych wyjaśnień, jakiego dokładnie rodzaju informacje o innych podmiotach musiałby przekazywać podatnik będący stroną umowy budzi wątpliwości samych przedsiębiorców, którzy obawiają się, że spełniając ten obowiązek, staliby się informatorem o podejmowanych działaniach przez ich partnerów biznesowych.
Drugie dno projektu?
Dobrą wiarę organu podatkowego w kontekście umowy o współdziałanie podważa również fakt, że z tego rodzaju porozumienia mogłyby skorzystać jedynie podmioty o istotnym znaczeniu gospodarczym. Tym bardziej że ich kategoria miałaby być dopiero określona przez ministra właściwego ds. finansów publicznych, a klasyfikacja opierałaby się nie tylko na rodzaju prowadzonej działalności, ale również na wysokości osiąganego dochodu netto. Tym samym przedmiotem zainteresowania fiskusa stałyby się „grube ryby” polskiego rynku podatkowego oraz ich kontrahenci. Ograniczenie możliwości skorzystania z umowy o współdziałanie tylko przez duże podmioty gospodarcze sugeruje, że organ podatkowy – podpisując tego rodzaju dokument – chce ugrać o wiele więcej niż tylko kompromisowe rozwiązanie podatkowych dylematów z podatnikiem. Nakaz lojalności podatnika wobec Szefa KAS w zakresie informowania o operacjach realizowanych przez inne podmioty daje organowi podatkowemu dodatkową korzyść. Szef KAS, podpisując jeden dokument, zyskuje gwarancję otrzymywania informacji nie o jednym, a o wielu podmiotach gospodarczych. Pojawia się zatem pytanie, jaki jest rzeczywisty cel instytucji umowy o współdziałanie zaproponowanej w projekcie nowej Ordynacji podatkowej? Z jednej strony organ podatkowy wykazuje wolę współpracy w zakresie rozliczania podatków. Z drugiej zaś w sposób pośredni chce pozyskiwać informacje o innych podmiotach gospodarczych. Gdzie zatem idea wzajemnego zaufania, która jest nadrzędnym celem zaproponowanego rozwiązania?
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Kłamliwe i nierzetelne treści to problem, z którym jako użytkownicy Internetu borykamy się nie od dziś. Winę za zarzucanie nas nieprawdziwymi informacjami do tej pory przypisywano głównie mediom społecznościowym. Okazuje się jednak, że zjawisko fake news to nie tylko problem social mediów. Ostatnio głośno było również o możliwości tworzenia nieprawdziwych treści w wynikach wyszukiwania Google.
Fake newsy w Google
Trafić na szczyt wyników wyszukiwania Google nie jest łatwo. Świadczy o tym wysoka popularność usług agencji SEO czy budowanie w firmach zespołów SEO specjalistów, którzy każdego dnia dzielnie walczą o wysokie pozycje dla wybranych fraz kluczowych. Budżety roczne większych i mniejszych biznesów co roku przewidują wydatki związane ze zwiększeniem widoczności w Google i wielu nie szczędzi na to pokaźnych środków. Na rynku obecne są narzędzia, które wspomagają analizę danych z wyszukiwarki, prowadzone są blogi i zażarte dyskusje, a na licznych konferencjach, meetupach i barcampach na całym świecie wciąż powtarza się pytanie „Jak zwiększyć ruch z wyszukiwarki?”.
Zdawałoby się, że regularnie aktualizowane algorytmy Google, które podnoszą poprzeczkę dla contentu publikowanego na stronach www, powinny chronić nas przed treściami niskiej jakości, do których fake newsy bez wątpienia należą. Jak widać, nie zawsze. Twórcy fałszywych treści wykorzystali furtkę, na którą Google przez pewien czas przymykał oko. Jeszcze do niedawna (do stycznia 2019) istniała możliwość manipulacji wyglądu wyników wyszukiwania – do dowolnego adresu URL wyszukiwarki wystarczyło dodać dwa parametry, które zastępowały wyniki wyszukiwania Google dowolną kartą Knowledge Graph (boks wiedzy, który wyświetla się po prawej stronie po wpisaniu w wyszukiwarkę dowolnego hasła).
Skutki fake news w Knowledge Graph
Obserwując kolejne zmiany zachodzące w algorytmach Google i wyglądzie wyników wyszukiwania, można zauważyć tendencję prowadzącą do maksymalnego ułatwiania użytkownikom dotarcia do poszukiwanej informacji. Świadczą o tym m.in. krótkie odpowiedzi na wyszukiwane pytania, które wyświetlane są w tzw. Answer Box, informacje o pogodzie, walucie, a także wspomniany wyżej Knowledge Graph.
Często bierzemy te informacje za pewne, nie doszukując się ich źródeł. Rzucamy jedynie okiem na adres witryny, z której pochodzi dana informacja, a czasami nie robimy nawet tego. W Answer Box otrzymujemy odpowiedź na zadane pytanie, ale często jest ono jedynie wycinkiem bardziej złożonej wypowiedzi. Jeśli nie klikniemy w dany adres, rezygnujemy z możliwości uzyskania pełnej informacji.
Jak ustrzec się przed nieprawdziwymi treściami?
Sposobów jest wiele, jednak najważniejsze to pozostać czujnym i mieć świadomość tego, że obecnie treści w Internecie może tworzyć każdy. Brzmi banalnie, a mimo to wielu użytkowników o tym zapomina lub nie zdaje sobie z tego sprawy. Czujność w Internecie oznacza krytyczne podejście właściwie do każdej napotkanej informacji. Nie chcąc popaść w paranoję, wybierajmy serwisy, blogi i osoby-autorytety, których treściom ufamy i z nich czerpmy wiedzę. Sprawdzajmy też skąd pochodzą szukane przez nas informacje i weryfikujmy je w kilku niezależnych źródłach.
Warto pamiętać również o tym, że treści tworzą ludzie posiadający własne poglądy i różne przekonania. Świetnym przykładem na odmienną interpretację rzeczywistości mogą być komentarze w sieci dotyczące świata polityki i wydarzeń społecznych. Zanim przyjmiemy czyjeś słowa za prawdę, sprawdźmy jakie poglądy reprezentuje twórca czytanych przez nas treści. Powód jest prosty – często to, w co wierzymy, tłumaczy sposób, w jaki rozumiemy świat.
Autor: Karolina Matyska, Content Marketing Manager w Senuto
Po protestach policjantów kolejne zapowiadają nauczyciele. Za nimi mogą pójść inne grupy zawodowe – od urzędników administracji publicznej po personel medyczny, naukowców i pracowników sądownictwa. Oni wszyscy nie korzystają z owoców koniunktury gospodarczej. Ich płace zostały zamrożone, a koszty życia wciąż rosną. Jednoczesny strajk sektora publicznego doprowadziłby do paraliżu państwa. Pracownicy budżetówki widzą rosnące w biznesie pensje, ale sami nie dostają podwyżek. Duża liczba wakatów powoduje, że są przeciążeni pracą, jednak pozostają bez kompensaty finansowej. To budzi złość i frustrację, może też doprowadzić do buntu. O sytuacji zatrudnionych i o ryzyku związanym z niepokojami mówi prof. Grażyna Spytek-Bandurska z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego.
prof. Grażyna Spytek-Bandurska z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego
Nie tak dawno przeżyliśmy strajk pracowników Policji, a także konflikt związków zawodowych z zarządem PLL LOT. Swoje sprzeciwy zapowiadają też nauczyciele. Czy niezadowolenie tych wszystkich grup dotyczy jedynie kwestii płacowych? A może stoją za nim także inne postulaty?
Prof. Spytek-Bandurska: W ogólnym ujęciu spór zbiorowy może dotyczyć warunków pracy, płac lub świadczeń socjalnych oraz praw i wolności związkowych. Ale o konkretnych przyczynach niezadowolenia powinni się wypowiadać sami zainteresowani. Szczególnym przykładem, w którym rolę odgrywają nie tylko pieniądze, jest konflikt między związkami zawodowymi a zarządem PLL LOT. W tym przypadku protest wiązał się ze zwolnieniem aktywnych działaczy. Związkowcy oczekiwali też uregulowania umów z personelem i podwyżek. Najczęściej jednak pojawiają się żądania zwiększenia zarobków, czego przykładem są nauczyciele czy służby mundurowe. Wynika to z faktu, że pracownicy sfery publicznej od lat otrzymują niższe wynagrodzenia od osób zatrudnionych w sektorze prywatnym.
Jakie grupy zawodowe mogą pójść w ich ślady? Czy w nadchodzącym czasie możemy spodziewać się kolejnych strajków lub innych form dochodzenia swoich praw?
Prof. Spytek-Bandurska: Można założyć, że dojdzie do takich wydarzeń. Skoro jedni protestują, to dlaczego inni nie mogą domagać się wyższych świadczeń czy nowych przywilejów? Należy szczególnie brać to pod uwagę, jeśli mówimy o grupach zawodowych zbliżonych pod względem warunków zatrudniania, źródeł i zasad finansowania. Jednak o to, kiedy i dlaczego planują wejście w spór zbiorowy, należy pytać samych przedstawicieli związków zawodowych prowadzących rozmowy z pracodawcą na temat postulatów pracowniczych. Na pewno płace w sferze budżetowej są nieatrakcyjne, a koszty utrzymania ciągle rosną. Pracownicy to odczuwają, a jednocześnie widzą wzrost wynagrodzeń w przedsiębiorstwach prywatnych. Pensja urzędnika jest niższa niż sprzedawcy, a jeszcze kilka lat temu markety były kojarzone z nieatrakcyjnymi zarobkami. Wiele zależy od kondycji gospodarczej kraju, sytuacji na rynku pracy i polityki rządzących.
W których sektorach załogi nie wykazują żadnej chęci do strajkowania?
Prof. Spytek-Bandurska: Nie przejawiają jej osoby, które są godziwie wynagradzane i doceniane przez pracodawców. Wiele firm prywatnych zareagowało na niedobór pracowników podniesieniem płac, wprowadzeniem dodatkowych bonusów materialnych i uelastycznieniem organizacji pracy. Natomiast w sektorze publicznym też muszą nadejść zmiany, jeśli rządzący chcą uniknąć niezadowolenia i masowych protestów. To odbija się negatywnie na wykonywaniu zadań państwa.
Gdzie są punkty zapalne?
Prof. Spytek-Bandurska: Zarobki wielu grup pracowników są wysoce niesatysfakcjonujące, a pracy im przybywa. Te problemy nie zawsze są nagłośniane, np. z powodu braku siły przebicia bądź charakteru świadczonej pracy. Dotyczą one m.in. pracowników sądów i prokuratur. Jeśli rozmowy i negocjacje nie przynoszą efektu, pozostają akcje protestacyjne, strajki lub inne środki nacisku, których skutki odczuwa całe społeczeństwo.
Ktoś jeszcze może wywołać strajki?
Prof. Spytek-Bandurska: Od lat sytuacja personelu medycznego jest niekorzystna. Część osób wyemigrowała, a młode pokolenie nie garnie się do trudnej i nisko opłacanej pracy. Pamiętamy jeszcze tzw. białe miasteczko w Warszawie. To może się powtórzyć. Kluczowy problem to brak środków na podwyżki. Pracodawcami są zwykle samorządy, które borykają się z deficytami i zwiększającym się zadłużeniem. Wykonują coraz więcej obowiązkowych zadań własnych i dodatkowo zleconych.
W sektorze publicznym mamy jeszcze innych pracowników. Tu też czuje się napięcie?
Prof. Spytek-Bandurska: Oczywiście. Trudno wyszczególnić problemy i postulaty konkretnych działów finansowanych z budżetu, ale ci pracownicy mają prawo domagać się podwyżek czy lepszej organizacji pracy. To problem złożony, ponieważ sektor publiczny nie generuje zysków i nie podlega regułom rynkowym. Ale bez tej sfery społeczeństwo nie jest w stanie poprawnie funkcjonować. Administracja ma służyć wszystkim obywatelom w różnych wymiarach – od bezpieczeństwa i porządku po działalność kulturalną. Należy odpowiednio wcześniej interweniować, gdyż strajki skutkują ogromnymi stratami i frustracją, zwłaszcza gdy mają zasięg generalny.
Jakie skutki przyniosłyby właśnie strajki prowadzone jednocześnie w kilku branżach?
Prof. Spytek-Bandurska: Masowy protest pracowników sektora publicznego może doprowadzić do paraliżu państwa. Działania pojedynczych grup zawodowych już pokazują, jakie zagrożenie za tym idzie. Jednoczesny strajk budżetówki osłabiłby poczucie bezpieczeństwa i porządku, spowodowałby zatory w postępowaniach sądowych, brak dostępu do urzędów, szkół, opieki medycznej i wielu innych usług publicznych. Trudno wyliczyć straty finansowe, na pewno byłyby ogromne, podobnie jak społeczne.
Jak powinien działać rząd, by nie doprowadzić do takiej sytuacji?
Prof. Spytek-Bandurska: Nie wyobrażam sobie, by doszło do takich zjawisk na wielką skalę. Są podejmowane działania zapewniające bezpieczne funkcjonowanie państwa i zapobiegające potencjalnym problemom. Jak powszechnie wiadomo, przedstawiciele władzy prowadzą dyskusje ze związkami zawodowymi, żeby zrozumieć sytuację zatrudnionych i ich postulaty oraz przedsięwziąć odpowiednie środki. Kluczowe jest poszukiwanie funduszy w budżecie na zaspokojenie oczekiwań płacowych. Trzeba też zadbać o lepsze warunki zatrudnienia i tworzyć nowe, atrakcyjne miejsca pracy. Zmiany są konieczne, jednak powinny być przemyślane i dostosowane do wyzwań współczesności. Wyższym zarobkom powinien towarzyszyć profesjonalizm i innowacyjność działającej administracji.
Z dniem 11 lutego 2019 r. Anna Roszewska dołącza do kadry zarządzającej platformy nc+ i obejmuje stanowisko dyrektora ds. HR i administracji. Będzie odpowiedzialna za całościowe zarządzanie i planowanie wszelkich kwestii związanych z zasobami ludzkimi i administracją nc+.
Anna Roszewska
Anna Roszewska jest menadżerem z bardzo bogatym doświadczeniem we wszystkich aspektach zarządzania zasobami ludzkimi, administracji oraz komunikacji wewnętrznej. Przez piętnaście ostatnich lat zajmowała stanowiska dyrektorskie z obszaru zarządzania zasobami ludzkimi w dużych, dynamicznie działających firmach z branży mediowej i telekomunikacyjnej, o zróżnicowanych kulturach organizacyjnych.
Anna Roszewska w latach 2005 – 2009 zajmowała stanowisko dyrektora ds. pracowniczych (obszary: Internet, IT/Technologia, Drukarnie, Finanse) w Agora S. A. Następnie, w latach 2009 -2016, pracowała jako dyrektor personalny w firmie Cyfrowy Polsat S.A. Ostatnio, jako członek Executive Management Team, pełniła funkcję dyrektora ds. zasobów ludzkich w GK Netia.
Cieszymy się, mogąc powitać w naszej organizacji Annę Roszewską, która obejmuje kluczowe w firmie stanowisko. Anna z pewnością wniesie swoje szerokie doświadczenie oraz wiedzę w zakresie zarządzania zasobami ludzkimi, wspierając realizację wizji naszej firmy i reagując na szybką ewolucję branży medialnej. – Manuel Rougeron, prezes zarządu platformy nc+.
Anna Roszewska będzie raportować bezpośrednio do Manuela Rougeron, prezesa zarządu platformy nc+.
Aż 46 proc. Polaków twierdzi, że umawianie się na randki z współpracownikami jest normalne i nie ma w tym nic złego. 42 proc. uznało, że jest ono dopuszczalne. 12 proc. stwierdziło, że takie zachowanie nie powinno mieć miejsca – wynika z badania „Praca i miłość idą w parze” Grupy Progres. Temat związków w jednej firmie często stanowi tajemnicę poliszynela, wszyscy wiedzą, że takowe są jednak często nikt głośno o nich nie mówi.
Zgrany zespół, integracja, dobre relacje między pracownikami stanowią zagwozdkę dla przełożonych, którzy mają świadomość ich wpływu na funkcjonowanie i rozwój firmy. Tym bardziej, gdy zwykłe przyjaźnie przeradzają się w związki, a w grę zaczyna wchodzić miłość. Przepisy zakazujące bardzo bliskich relacji w polskich firmach praktycznie nie istnieją, prawo pracy również ich nie określa. Z badania Grupy Progres „Praca i miłość idą w parze” wynika, że Polacy aktywni zawodowo mają jasno zdefiniowane podejście do kwestii związków oraz randek ze współpracownikami. Nie widzą w nich nic złego, aż 71 proc. twierdzi, że to czy związek osób pracujących w danej firmie wpływa na kolegów i koleżanki z zespołu zależy od sytuacji, 15 proc. uważa, że ma on wpływ na relacje w zespole, a 14 proc. mówi, że bliska relacja uczuciowa nie oddziałuje na innych współpracowników.
– Kluczowym czynnikiem wpływającym na podejście Polaków do bardzo bliskich zażyłości w pracy może być zajmowane przez nich stanowisko. Wydaje się, że osoba, która jako kierownik, manager czy lider zespołu odpowiada za jego dobre funkcjonowanie ma świadomość potencjalnego wpływu, jaki wywierają ludzie związani ze sobą na innych pracowników – mówi Magda Dąbrowska, Dyrektor Zarządzający CUW. – Z punktu widzenia pracowników niższego szczebla, osób, które nie kierują zespołem i nie odpowiadają za planowanie oraz realizację projektów, otwartość na bardzo bliskie relacje może być znacznie większa. Wpływ ma również kultura organizacji, miejsce funkcjonowania firmy oraz cechy osobowościowe jej pracowników. Wydaje się, że środowiska, w których panuje luźna atmosfera sprzyjają związkom bardziej niż te narzucające pracownikom określone, przez procedury wewnętrzne, zachowania – podkreśla Magda Dąbrowska.
Zatrudnią pary, rozmawiają o nich, ale nie chcą pracować z małżonkiem
Polacy pytani, czy jako szefowie zatrudniliby pary w większości (73 proc.) odpowiadają, że tak, ale tylko do momentu, gdy taki związek nie wpływałby negatywnie na ich pracę i zespół. 14 proc. twierdzi, że nie, bo w pracy nie ma miejsca na miłość. 13 proc. odpowiedziało, że tak ponieważ ich związek nie ma znaczenia.
Mimo otwartości na relacje uczuciowe w firmie, Polacy nie chcą pracować ze swoimi drugimi połówkami. 39 proc. ankietowanych przyznaje, że pracowało z osobą, z którą byli związani. 61 proc. nie ma w tym temacie żadnych doświadczeń. Natomiast jedynie 23 proc. ankietowanych twierdzi, że chciałoby pracować z osobą, z którą jest w związku. 54 proc. nie chciałoby pracować z partnerem lub partnerką, 24 proc. tego nie wie.
Ankietowani przyznają także, że rozmawiają o parach, z którymi współpracują (56 proc.). W przypadku pozostałych 44 proc. badanych bliskie relacje nie są tematem do dyskusji.
Zakazane związki?
Polskie firmy bardzo często nie regulują kwestii związków między pracownikami. Są jednak takie przedsiębiorstwa, które egzekwują od pracowników skutki zaniedbań zawodowych wynikających z bardzo bliskich zażyłości. Jeśli narusza ona regulamin obowiązujący w firmie przełożony może wyciągnąć wobec takiej pary konsekwencje lub nawet ją zwolnić.
– Wykluczając przepisy zakazujące zatrudniania w tym samym urzędzie osób blisko spokrewnionych czy będących w związku partnerskim, które miałyby pozostawać w tzw. podległości służbowej, nie spotkałam się z innymi tego typu zakazami. Z naszych obserwacji wynika, że w Polsce takie kwestie są ustalane przez regulamin danej firmy, jednak nie jest to zjawisko powszechne. Inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie jedna piąta przedsiębiorstw, już w 2004 roku, wprowadziła wewnętrzny regulamin zakazujący romansów i związków pomiędzy pracownikami – zaznacza Magda Dąbrowska.
Z jednego z ostatnich badań Vault’s Office Romance Survey wynika, że na świecie tylko 28 proc. firm ma uregulowane kwestie związków między pracownikami, 29 proc. nie posiada takich regulacji, a w przypadku 43 proc. firm badani nie byli w stanie powiedzieć, czy ich pracodawca takie zapisy posiada – czyli nawet jeśli regulacje istnieją, pracownicy ich nie znają.
W informacji wykorzystano wyniki badania Grupy Progres „Praca i miłości idą w parze” przeprowadzonego w lutym na reprezentatywnej grupie 273 osób aktywnych zawodowo.
W tym tygodniu muszą zakończyć się negocjacje Republikanów i Demokratów by uniknąć kolejnego shutdown-u. Dane z Wielkiej Brytanii niewiele poniżej oczekiwań.
Wraca impas w USA
Tymczasowe wznowienie prac rządu USA po najdłuższym w historii zawieszeniu ma trwać zaledwie 3 tygodnie. W tym czasie Republikanie i Demokraci mają porozumieć się w sprawie imigrantów. Problem w tym, że obu stronom wcale nie spieszy się osiągać porozumienia. Dotychczasowy stan uważany jest przez komentatorów za sukces demokratów, jednak wątpliwym jest by w trwających obecnie negocjacjach mogli utrzymać dotychczasową sytuację. Analitycy zwracają uwagę, że czasu wcale nie jest za dużo. Trzytygodniowy termin od 25 stycznia minie w piątek. Do tego czasu musi to jeszcze przejść przez Izbę Reprezentantów i Senat. Rynki nie widzą na razie problemu i w dalszym ciągu trwa ruch umacniający dolara względem euro.
Dane z Wielkiej Brytanii
Poznaliśmy dzisiaj ważne dane z wysp. PKB Wielkiej Brytanii rośnie rok do roku o 1,3%. Jest to wynik o 0,1% gorszy od oczekiwań. Deficyt w handlu zagranicznym wyniósł 12,1 miliarda, wobec oczekiwanych 12 miliardów. Oba te odczyty były zatem słabsze od oczekiwań. Nie może zatem dziwić, że funt po tych informacjach zaczął tracić nieznacznie na wartości. Warto pamiętać, że dane makroekonomiczne są oczywiście ważne, ale większość inwestorów na funcie i tak żyje obecnie Brexitem. To właśnie niepewność co do opuszczenia Unii powoduje, że większość obserwatorów wyklucza większe zmiany. Przynajmniej do czasu wyjaśnienia się sytuacji.
Polski system bankowy mniej ryzykowny
Jeszcze kilka tygodni temu los dwóch banków należących do Leszka Czarneckiego budził spory niepokój analityków. Wartość akcji po aferze w KNF spadła do poziomów przy których wiele osób zastanawiała się, czy jeżeli bank naprawę jest tyle wart to czy wytrzyma odpływ klientów. Obecnie sytuacja się stabilizuje, a wyceny od minimów wzrosły nawet pięciokrotnie. Jest to dobra wiadomość dla złotego, gdyż znika kolejne ryzyko. Gdyby tak duże banki musiały zostać przejęte mogłoby to sporym wyzwaniem dla sektora szczególnie biorąc pod uwagę portfele kredytów walutowych.
Dzisiaj dzień wolny w Japonii z okazji Święta Założenia Państwa, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Łączne obroty 10 największych nowych polskich sprzedawców, którzy dołączyli do platformy eBay w 2018 roku, osiągnęły ponad 2 miliony euro. Jest to wolumen dwa razy większy niż obrót 10 największych nowych polskich sprzedawców w roku 2017. W ubiegłym roku polscy przedsiębiorcy podwoili także liczbę oferowanych produktów na eBay do blisko 8 milionów artykułów.
Najbardziej popularnymi kategoriami produktowymi wśród przedsiębiorców, którzy dołączyli do platformy w 2018 roku, były akcesoria dla domu i ogrodu, moda, części samochodowe oraz elektronika. Nowi sprzedawcy wystawili łącznie ponad 780 000 przedmiotów i chętnie wychodzili ze swoją ofertą na rynki międzynarodowe. Najwięcej z nich rozpoczęło swoją działalność za pośrednictwem platformy w pierwszych trzech miesiącach roku. Dołączenie do platformy umożliwiło im dotarcie do 179 milionów aktywnych konsumentów z całego świata – dzięki temu, tylko w pierwszym roku działalności, nowi polscy przedsiębiorcy eksportowali swoje produkty średnio do 18 krajów.
Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay
– Dzięki prostej mechanice serwisu oraz stałemu poszerzaniu oferty użytecznych narzędzi sprzedażowych chcemy przyczyniać się do rozwoju przedsiębiorczości i handlu transgranicznego. Cieszymy się, że jesteśmy partnerem dla polskich przedsiębiorców i możemy wspierać ich w rozwoju biznesu zapewniając dostęp do międzynarodowego rynku – mówi Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay.
Wzrost zainteresowania polskich sprzedawców platformą eBay przełożył się zarówno na zwiększenie eksportu produktów na rynki zagraniczne jak i na wzrost sprzedaży krajowej. W 2018 r. sprzedaż na rynek lokalny za pośrednictwem strony eBay.pl wzrosła o 13%. Przedsiębiorcy z Polski znacząco zwiększyli także eksport swoich produktów z dwóch kluczowych kategorii: Motoryzacja oraz Dom i Ogród. Jak wynika z danych, w skali roku eksport części samochodowych do Irlandii wzrósł o 83%, do Francji o 17%, a do Niemiec o 14%. Z kolei eksport produktów dla domu i ogrodu do Francji to wzrost na poziomie 23%, do Włoch – 21%, a do Niemiec – 15%.
Bardzo dobre wyniki sprzedaży osiągane przez polskich przedsiębiorców to także efekt wsparcia ze strony eBay. Jako profesjonalny partner, eBay dba o to, by stale poszerzać dostępność nowych funkcjonalności dla sprzedawców w Polsce i dostarczać narzędzi do efektywnego zarządzania firmą biorącą udział w handlu transgranicznym. Wśród udogodnień dla sprzedawców znalazło się m.in. zniesienie opłaty za wystawienie przedmiotów na eBay.pl, czy umożliwienie udziału w programie „Okazje”, który pozwala na wystawianie limitowanych ofert z darmową dostawą objętych rabatami od 20 do nawet 90 procent. W grudniu 2017 r. eBay rozszerzył również współpracę z firmami partnerskimi wprowadzając integrację z Shoplo, czyli platformą, na której sprzedawcy mogą koordynować sprzedaż w wielu kanałach jednocześnie.
Jak wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA, w 2018 r. w Polsce zarejestrowano 1324 samochody elektryczne (zasilane akumulatorem i hybrydy plug-in), co oznacza wzrost o 22,9% r/r. Plasuje nas to w gronie 6 państw o niższej dynamice sprzedaży pojazdów elektrycznych niż średnia rynkowa w UE (+38,2% r/r). Eksperci Exact Systems zauważają, że takie tempo rozwoju jest charakterystyczne dla dojrzałych rynków motoryzacyjnych, gdzie samochody elektryczne są na porządku dziennym. Z tego powodu doganiają nas inne kraje, tak jak Polska należące do grupy państw wciąż rozwijających się pod kątem elektromobilności.
Pod względem wolumenu sprzedaży elektro-aut jesteśmy na 15. miejscu w Unii. Zdaniem ekspertów zmiana naszego tradycyjnego podejścia do motoryzacji wymaga pracy u podstaw – budowania elektro-świadomości oraz zniesienia barier finansowych i infrastrukturalnych.
Paweł Gos, prezes Exact Systems
– Wydawać by się mogło, że zaostrzenie norm emisji spalin na terenie UE i związany z nim trend odchodzenia od silników diesla na rzecz innych napędów, powinien spowodować skokowy wzrost sprzedaży aut niskoemisyjnych, zwłaszcza tych elektrycznych. Dane ACEA[1] za 2018 r. pokazują jednak, że polscy kierowcy nie przesiedli się masowo do elektryków. Głównymi powodami są zaporowa cena, dopiero rozwijająca się infrastruktura i obawa przed nieznanym. Potencjalni nabywcy uważnie obserwowali ubiegłoroczne zmiany na rynku motoryzacyjnym i wielu z nich odłożyło decyzję o zakupie nowego auta na przyszłość. W 2019 r. nie zapłacimy akcyzy za zakup pojazdu o napędzie elektrycznym, przybędzie również kilkaset nowych stacji szybkiego ładowania na terenie całego kraju. W dodatku rząd zapowiedział przekazanie 3 miliardów euro w ciągu 10 lat na rozwój elektromobilności. Czy to wystarczy, aby przekonać niezdecydowanych? Bez nowelizacji ustawy o elektromobilności i bez wprowadzenia znaczących ulg podatkowych lub dopłat bezpośrednich, nie należy oczekiwać nagłego przełomu – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.
Więcej elektro-aut na polskich drogach
W ubiegłym roku w Polsce zarejestrowano 1324 auta z napędem elektrycznym, z czego 620 to pojazdy w pełni elektryczne, a 704 hybrydy plug in – podaje ACEA. W porównaniu do wyników z 2017 r. dynamika sprzedaży obu typów pojazdów elektrycznych była dodatnia, odpowiednio 42,5% oraz 9,7%, ale zdecydowanie niższa niż średnia unijna. Uwagę zwraca fakt, iż w IV kwartale 2018 r. sprzedaż hybryd plug-in w Polsce zanotowała spadek o 23,9% r/r, a na terenie Unii o 7,9%. Jednocześnie w UE nastąpił skok popularności aut w pełni elektrycznych + 88,7% r/r.
Elektromobilna Unia dwóch prędkości
W Unii Europejskiej liderami pod względem liczby zarejestrowanych aut elektrycznych są Niemcy, Wielka Brytania i Francja – w każdym z tych państw w 2018 r. sprzedano ich ponad 45 tysięcy. W tym okresie ponad 10 tysięcy sztuk znalazło nabywców także w Holandii i Szwecji. Polska w tym zestawieniu plasuje się na 15 pozycji. Biorąc pod uwagę całą Europę najwięcej aut o napędzie elektrycznym nadal sprzedaje się w Norwegii (ponad 72 tysiące sztuk, +16,7% r/r).
Pod względem dynamiki sprzedaży UE podzieliła się na dwie grupy. Pierwsza z nich obejmuje 18 państw, w których obserwujemy ponadrynkowy wzrost liczby rejestracji aut elektrycznych. Przewodzą im Dania i Rumunia, notujące ponad 200% przyrost r/r. W czołowej 10 znajduje się aż 6 państw z regionu CEE. Drugą grupę, z dynamiką poniżej 30% r/r, tworzy 5 dojrzałych i nasyconych rynków motoryzacyjnych: Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Austria, Belgia oraz jeden rozwijający się – Polska (22,9% r/r).
Klasyczna hybryda zamiast elektryka
Jeśli już Polacy decydują się na auto z alternatywnym napędem (APV), to wybór najczęściej pada na klasyczne hybrydy. Od początku roku w Polsce zostało zarejestrowanych łącznie 31 691 APV, z czego aż 22 821 to hybrydy (+32,6% r/r). Taki wolumen sprzedaży daje nam 6. miejsce wśród państw UE, za plecami Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, a przed m.in. Holandią, Finlandią, Belgią czy Szwecją. Również 4,3% udział aut hybrydowych w całkowitej sprzedaży nowych samochodów osobowych w 2018 r. jest wyższy niż średnia Unii Europejskiej (3,8%).
Polacy nie rezygnują z diesla
Z danych ACEA za 2018 r. wynika, że w Polsce zwiększyła się liczba rejestracji aut z napędem benzynowym (14,4% r/r), a bardzo nieznacznie spadła diesla (o -2,3% r/r). Jedynie w Estonii i Bułgarii liczba silników wysokoprężnych wzrosła. W pozostałych krajach Europy widać wyraźną tendencję odchodzenia od aut na olej napędowy, których dynamika rejestracji spadła w UE o 18,3% r/r.
Napędy alternatywne z 5,9% udziałem w rynku
W ciągu 12 miesięcy 2018 r. w Polsce kupiono łącznie 531 889 samochodów osobowych, z czego 368 199 to auta o napędzie benzynowym (udział w rynku 69%), 131 960 to diesle (udział 25%), a 31 691 (wzrost o 11,8% r/r) to pojazdy niskoemisyjne, których udział wynosi 5,9% (przy średniej 7,3% dla rynków unijnych).
Wyrok Sądu Najwyższego w USA z 1946 r. dusi rynek kryptowalut. Problem dostrzegli kongresmeni, a także amerykański regulator finansowy. Najprawdopodobniej jednak nie uda się go szybko rozwiązać, a kryptowaluty czekają ciężkie miesiące – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.
Ceny kryptowalut od tygodni tkwią niemal w miejscu. Notowania bitcoina ciągle oscylują wokół poziomu 3,5 tys. dolarów. Zasadniczym problemem uniemożliwiającym powrót na ścieżkę wzrostu pozostaje niski poziom zaufania zarówno konsumentów, jak i instytucji finansowych. Zwrot sytuacji mógłby nastąpić wraz z wprowadzeniem regulacji na kluczowych rynkach, takich jak USA, które wyjaśniłyby niejasności dotyczące kryptowalut.
Ucieczka do Szwajcarii
Jedna z kwestii wymagających wyjaśnienia dotyczy tego, jak traktować tokeny emitowane w ramach ICO, tzn. oferty publicznej w świecie kryptowalut. Traktowanie wspomnianych tokenów tak, jak papierów wartościowych może mocno utrudniać życie emitentom, m.in. start-upom pragnącym rozwinąć swój biznes. Będzie to bowiem równoznaczne z nałożeniem całej masy wymogów formalnych, czyniąc wiele projektów nieopłacalnymi. Nic więc dziwnego, że firmy po prostu uciekają z USA do bardziej przyjaznych pod tym względem Szwajcarii czy Malty. Według raportu firmy konsultingowej PwC, na każde 100 tys. mieszkańców Szwajcarii przypada pięć start-upów związanych z kryptowalutami i technologią blockchain, podczas gdy w USA tylko jeden.
Test Howeya 70 lat później
Szwajcarski regulator finansowy (FINMA) równo rok temu opublikował wytyczne, jak będzie traktować różnego rodzaju tokeny z ICO. Zarówno firmy, jak i inwestorzy mają jasność, które tokeny będą traktowane tak, jak papiery wartościowe, a które nie. SEC, czyli nadzorca finansowy w USA – do określenia, co jest papierem wartościowym, a co nie jest – stosuje jednak tzw. test Howeya. Rzecz wywodzi się ze sprawy z 1946 r., która dotyczyła sprzedaży kontraktu na rozwój gaju pomarańczy. Sąd Najwyższy w USA uznał na korzyść SEC, iż był to kontrakt inwestycyjny oznaczający „umowę, transakcję lub projekt, w którym dana osoba inwestuje swoje pieniądze we wspólne przedsiębiorstwo oraz może oczekiwać zysków wyłącznie z wysiłków promotora lub strony trzeciej, i nie ma znaczenia, czy udziały w przedsiębiorstwie są potwierdzone formalnymi certyfikatami, czy nominalnymi udziałami w aktywach fizycznych wykorzystywanych w przedsiębiorstwie”.
Jak wyjść z ram właściwych dla papierów wartościowych?
Dokładnie tej samej próbie poddawane są także tokeny z ICO. Biorąc jednak pod uwagę zdecentralizowany charakter kryptowalut, można się z góry domyślić, że jedna część tokenów nie wpada w definicję kontraktu inwestycyjnego, druga część wpada, ale dla kolejnej dużej części jest to kłopotliwe do określenia. Nie trzeba sięgać nawet daleko pamięcią, by znaleźć praktyczne przykłady tego zagadnienia. W połowie grudnia projekt Basis oddał wszystkie zebrane w ramach ICO 133 mln dolarów, gdyż zaaplikowanie prawa adekwatnego do papierów wartościowych praktycznie uniemożliwiło uruchomienie projektu.
Nie oznacza to jednak, że sprawy podobne do wyżej opisanej pozostają bez echa. Podczas przemówienia w Uniwersytecie w Missouri 8 lutego br. Hester Peirce, komisarz SEC, podkreślała potrzebę działania, by wspierać innowacyjność w sferze kryptowalut, bez zagrożenia dla obecnego prawa odnoszącego się do papierów wartościowych. Przyznała, że część projektów po prostu może nie mieć racji bytu właśnie ze względu na test Howeya i prawa z niego wynikające. Peirce, znana w świecie kryptowalut jako „krypto mama”, nie chciała komentować specyficznych przypadków, ale zapowiedziała: „…moje anteny pójdą w górę, gdy najwyraźniej uzasadnione projekty nie mogą być kontynuowane, ponieważ nasze prawa dotyczące papierów wartościowych sprawiają, że są niewykonalne”.
Długa droga przez Kongres
Nadziei w rozwiązaniu problemów dla kryptowalut wynikających z testu Howeya należy szukać w Kongresie. Jeszcze w ubiegłym roku kongresmeni Warren Davidson oraz Darren Soto zaprezentowali tzw. „Token Taxonomy Act”, który ma na celu określenie, że tokeny (a przynajmniej część z nich) nie są papierami wartościowymi i zasługują na traktowanie ich tak, jak odrębną klasę aktywów. W teorii mogłoby to istotnie ożywić rynek ICO w USA, w efekcie także pozytywnie przekładając się na ceny kryptowalut. Projekt utknął jednak w Kongresie i musi zostać ponownie przedstawiony.
Chociaż wydaje się, że byłby to krok w dobrą stronę, to jego wprowadzenie w życie może potrwać miesiące, a nawet lata. Do tego czasu, nadziei na odbicie na rynku kryptowalut należy prawdopodobnie szukać gdzie indziej.
RSM Poland, która świętować będzie niebawem 10-lecie obecności w RSM – wiodącej sieci niezależnych firm doradczych i audytorskich na świecie, wypracowała w 2018 roku najwyższe w swojej historii przychody na poziomie 29,2 mln PLN.
Globalnie, sieć RSM odnotowała rekordowe przychody w wysokości 5,37 mld USD, osiągając wzrost piąty rok z rzędu. W Europie przychody sieci wzrosły o 12% – ponad dwukrotnie w stosunku do roku 2017.
Realizując wspólną dla RSM strategię opartą na doświadczonych i ambitnych pracownikach, koncentracji na potrzebach klientów i innowacyjnym spojrzeniu na biznes, zanotowaliśmy znaczny wzrost przychodów, zwłaszcza w usługach doradztwa podatkowego i audytorskich. Nasi klienci szukają wsparcia w poruszaniu się w skomplikowanym środowisku międzynarodowym, a my dostarczamy im rozwiązania bazujące na prawdziwym zrozumieniu ich potrzeb, solidnej wiedzy fachowej i zdolności do szybkiego odpowiadania na ich oczekiwania – powiedział Bartosz MIŁASZEWSKI, Managing Partner w RSM Poland.
RSM Poland zdążyła przyzwyczaić obserwatorów rynku usług audytorsko-doradczych do dynamicznego wzrostu organicznego, ale także rozwoju poprzez akwizycje. Po przejęciu szczecińskiej kancelarii podatkowej Poncyljusz & Radź w 2017 roku, firma obserwuje rosnące zainteresowanie nowymi dla klientów z Pomorza Zachodniego usługami – zwłaszcza usługami audytorskimi i doradztwa transakcyjnego – które rozbudowuje cały czas w Szczecinie. Tak pozytywne doświadczenia z ostatniej akwizycji każą przypuszczać, że RSM Poland rozważa już kolejne transakcje, które zaowocują skokowym wzrostem przychodów.
Firma postawiła także na rozwój usług informatycznych, powiększając zespół IT Consultingu. RSM Poland specjalizuje się we wdrożeniach, optymalizacji i lokalizacji (dostosowywaniu do polskich wymagań) programu Oracle NetSuite. Jako jedyna w Polsce firma, RSM Poland jest członkiem Oracle SuiteCloud Developer Network, rozbudowując pakiety NetSuite o dedykowane dla tego oprogramowania aplikacje m.in. do automatyzacji obliczania VAT. Od czerwca 2018 roku firma posiada także tytuł NetSuite Alliance Partner potwierdzający kompetencje konsultantów RSM Poland jako ekspertów w dziedzinie rozwiązań NetSuite dla biznesu.
Rok 2018 był rokiem wzrostu dla RSM Poland oraz dla całej naszej sieci. To wynik między innymi rosnących przychodów z usług konsultingowych, a także aktywnej międzynarodowej współpracy pomiędzy firmami członkowskimi. Zwiększony stopień komplikacji prowadzenia biznesu krajowego i międzynarodowego oraz rosnące zagrożenie cyberprzestępczością, a także liczne zmiany krajowych przepisów – szczególnie podatkowych, stworzyły nowe pola do rozszerzania współpracy z klientami. Będziemy nadal koncentrować się na realizacji naszej globalnej strategii i zapewniamy, że RSM Poland będzie dalej dynamicznie rosnąć na krajowym rynku, a RSM pozostanie wiodącym doradcą na rynku średnich przedsiębiorstw w każdym zakątku świata – powiedział Bartosz MIŁASZEWSKI.
E.Leclerc zanotował wzrost sprzedaży w 2018 roku. Wzrost sprzedaży w tym okresie wyniósł 3,89 proc. Dobre wyniki zostały osiągnięte mimo obowiązującego od marca ur. zakazu handlu w niedzielę.
Sprzedaż E.Leclerc Polska w 2018 roku wyniosła 2,91 mld zł. Poziom wzrostu jest sygnałem dobrej sytuacji Grupy, która podobnie jak cała branża, musiała zmierzyć się ze skutkami wprowadzenia ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele i święta.
Jean-Philippe Magré, prezes E.Leclerc Polska
– Skala wyzwania, przed którym stanęliśmy była znacząca. W 2017 roku niedzielny handel stanowił 7 proc. naszego obrotu. Podjęliśmy silne działania promocyjne oraz rozbudowane akcje marketingowe wzmacniające sprzedaż w pozostałych dniach tygodnia, co pozwoliło do pewnego stopnia zrekompensować tę część obrotów. Osiągnęliśmy w tych warunkach bardzo dobre wyniki m.in. dzięki temu, że trafnie definiujemy potrzeby współczesnych konsumentów. Mocno zainwestowaliśmy także w marże, co pozwoliło nam osiągnąć konkurencyjne ceny – mówi Jean-Philippe Magré, prezes E.Leclerc Polska.
Strategia promocyjna E.Leclerc w 2018 roku opierała się na planie dedykowanym produktom świeżym, takim jak mięso, owoce czy nabiał. Zdecydowanie zwiększono ich obecność w katalogach. W celu wzmocnienia sprzedaży w dni poprzedzające niehandlowe niedziele, wprowadzono także cykl „U nas weekend zaczyna się od czwartku”, w którym promowano produkty z tej kategorii.
Współpraca z partnerami ważnym kierunkiem rozwoju
Grupa E.Leclerc Polska wzmocniła w ubiegłym roku swoją strukturę, rozpoczynając oficjalną współpracę z siecią Frac, która w lipcu dołączyła do grupy zakupowej Galec. Partnerstwo opiera się m.in. na wspólnym negocjowaniu cen z dostawcami. Kontrakty na 2019 rok osiągnięte tą drogą pokazały duży potencjał założonego modelu współpracy, który może być
w przyszłości kontynuowany również z innymi partnerami E.Leclerc. Frac posiada obecnie 16 sklepów w Polsce. W listopadzie ur. funkcjonująca wcześniej w ramach tej sieci placówka w Stalowej Woli, została otwarta pod szyldem E.Leclerc.
2018 rok to dla E.Leclerc także rozwój sprzedaży internetowej i sieci stacji paliw. Kolejne dwie placówki dołączyły do grona 11 sklepów, które oferują usługę zakupów online. Otwarto również 4 stacje paliw, których obecnie jest już 18. Rozwój w tych obszarach kontynuowany będzie również w 2019 roku.
Strategia na rzecz zdrowego odżywiania i poprawa komfortu zakupów
W 2018 roku E.Leclerc ogłosił swoje plany rozszerzania oferty związanej ze zdrowym odżywianiem. W odpowiedzi na coraz większe zainteresowanie Polaków tym obszarem,
w E.Leclerc znacząco wzrosła m.in. liczba produktów bio, dla osób z nietolerancjami pokarmowymi oraz produktów pochodzenia roślinnego marki własnej. Był to pierwszy etap strategii zakładającej podwojenie liczby produktów marki własnej z tych kategorii do 2020 roku. Wzrost znaczenia tego segmentu jest coraz bardziej widoczny również
w przestrzeniach sklepów, które rozbudowują swoje działy zdrowej żywności.
Jednym z priorytetów E.Leclerc w 2018 roku było wyjście naprzeciw oczekiwaniom konsumentów w kontekście doświadczeń zakupowych i komfortu podczas wizyty w sklepie. W tym okresie zakończono proces modernizacji działów z produktami świeżymi we wszystkich sklepach. Wprowadzono także nowe rozwiązania technologiczne z myślą
o poprawie komfortu klientów. Poszczególne placówki należące do grupy modernizowały się równolegle, w obszarach wynikających z posiadanego formatu czy specyfiki lokalnych rynków. Jednocześnie wdrażano rozwiązania w zakresie IT i logistyki, podnoszące efektywność wszystkich placówek E.Leclerc.
Wielkimi krokami zbliża się termin wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Od czasu, gdy Polska w 2004 r. weszła do grona państw członkowskich, krajowy eksport towarów na Wyspy wzrósł już blisko 4-krotnie. To jeden z największych przyrostów wśród czołowych odbiorców polskiego eksportu. Ewentualny twardy Brexit i zamkniecie brytyjskiej granicy może jednak zakończyć dobrą passę w rozwoju polskiej sprzedaży na tym rynku, sygnalizują eksperci instytucji płatniczej AKCENTA.
Według wstępnych danych GUS w 2018 r. wartość towarów wysłanych z Polski na rynek brytyjski była wyższa o 2,5% niż w analogicznym okresie rok wcześniej. W bieżącym roku dalszemu wzrostowi eksportu poważnie zagraża jednak ryzyko twardego Brexitu. Zjednoczone Królestwo jest obecnie trzecim, po Niemczech i Czechach, najważniejszym odbiorcą towarów z Polski. Udział tego rynku stanowi blisko 6,2% w całym polskim eksporcie.
W Unii polski eksport na Wyspy rozkwitł
Od wstąpienia Polski do UE wartość krajowego eksportu do Wielkiej Brytanii wzrosła już blisko 4-krotnie. W roku 2004 jego skala wynosiła 14,7 mld zł, podczas gdy z końcem 2018 r. osiągnął wartość już 58,2 mld zł. W tym czasie rósł także import z Wysp, jednak już w znacznie wolniejszym tempie, podkreślają eksperci AKCENTY. W roku przystąpienia Polski do grona państw członkowskich wartość importu towarów z Wielkiej Brytanii wynosiła, wg historycznych danych GUS, 10,8 mld zł. W ciągu 12. miesięcy ubiegłego roku import był już ponad dwukrotnie wyższy i sięgał 23,3 mld zł.
Radosław Jarema
Analizując historyczny rozwój polsko-brytyjskiej wymiany handlowej wyraźnie widać większą ekspansywność kraju nad Wisłą, wskazują analitycy AKCENTY. – Od wejścia Polski do UE saldo wymiany towarowej między oboma krajami zdecydowanie zwiększyło się na korzyść Polski. W roku 2004 dodatni bilans wynosił prawie 4 mld zł, w 2018 r. polska przewaga sięgała już 34,9 mld zł, była zatem prawie 9-krotnie wyższa. Na otwartej granicy i ułatwieniach w handlu dzięki przynależności obu krajów do UE polskie firmywyraźnie więc skorzystały – podkreśla Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA, zajmującej się obsługą transakcji walutowych eksporterów i importerów.
Brexit może podciąć eksporterom skrzydła
Niepewność związana z Brexitem martwi sporą część polskich eksporterów. Do tej pory nie mają oni bowiem jasności co do scenariusza wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Nadal w grę wchodzą wszystkie opcje. Główny analityk AKCENTY, Miroslav Novák wskazuje, że najprawdopodobniej czeka nas jeszcze kilka tygodni niepewności i negocjacji między UE i Wielką Brytanią, a przede wszystkim intensywna dyskusja w brytyjskim parlamencie. – Ważne jest, aby umowa o Brexicie zyskała wsparcie w całym spektrum politycznym i została ostatecznie zatwierdzona przez brytyjskich posłów. Jednocześnie zwiększa się prawdopodobieństwo, że termin opuszczenia UE przez Wielką Brytanię zostanie przesunięty. Jednak to bardzo niepewny scenariusz, gdyż premier May deklaruje, że takiej opcji chce uniknąć – mówi Miroslav Novák.
Kurs funta zależy od rozwoju wydarzeń
W przypadku zatwierdzenia przez stronę brytyjską wypracowanego wspólnie z UE porozumienia w sprawie Brexitu, eksporterzy będą mogli odetchnąć z ulgą. Ważną informacją pozostanie dla nich jednak kurs funta szterlinga. Według analityka AKCENTY powyższy scenariusz wpłynie na osłabienie złotówki w stosunku do brytyjskiej waluty. Kurs funta może przekroczyć poziom 5 PLN/GBP i utrzymywać się w kolejnych miesiącach w przedziale 5-5,10 PLN/GBP, prognozuje Miroslav Novák.
Największy wzrost wartości funt odnotowałby prawdopodobnie w razie rozpisania nowego referendum i wycofania się Zjednoczonego Królestwa z decyzji o Brexicie. Miroslav Novák spodziewa się w takim scenariuszu aprecjacji brytyjskiej waluty do poziomu nawet 5,40 PLN/GBP lub nawet wyżej. Z kolei opcja twardego Brexitu spowodowałaby umocnienie się złotówki względem funta oraz chaos w handlu zagranicznym. Negatywne skutki takiej decyzji odbiłyby się zarówno na PKB Wielkiej Brytanii, jak i UE. Analityk Akcenty wskazuje jednak, że ten scenariusz jest mało prawdopodobny, gdyż większość brytyjskich polityków zdaje sobie sprawę z konsekwencji takiej decyzji dla kraju i nie wyraża zgody na twardy Brexit. Niemniej jednak w tej opcji rozstania Wielkiej Brytanii z UE kurs funta mógłby spaść nawet do poziomu 4,30 PLN/GBP, prognozuje analityk AKCENTY.
Unia Europejska dąży do osiągnięcia 20-procentowego udziału energii z OZE w unijnym zużyciu energii do 2020 r. Wzrost udziału OZE w konsumpcji energii jest jednym z trzech priorytetowych obszarów polityki klimatyczno-energetycznej wspólnoty. W świetle tych założeń jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu poszukiwanie innowacyjnych rozwiązań w obszarze OZE i takimi osiągnięciami mogą pochwalić się także Finowie. Nowoczesne rozwiązania są wdrażane także w Polsce.
Finlandia jest drugim krajem w UE pod względem udziału energii odnawialnej w końcowym zużyciu energii brutto, tj. 38,7 proc. (na pierwszej pozycji plasuje się Szwecja 53,9 proc.).
Fińskie Centrum Badań Technicznych (VTT), jedna z wiodących instytucji badawczych w Skandynawii, opracowało zrównoważone rozwiązanie, które przetwarza odpady z biomasy z leśnictwa na energię cieplną, biopaliwo i chemikalia. Technologia gazyfikacji przekształca produkty uboczne przemysłu leśnego w produkty pośrednie, takie jak metan, które są następnie przetwarzane na paliwa odnawialne i chemikalia. W procesie wytwarzane jest ciepło, które można wykorzystać w komunalnym ciepłownictwie lub w elektrowniach, zasilających przemysł drzewny. Wyniki badań VTT wykazują, że 55 proc. biomasy można wykorzystać na paliwa transportowe, a kolejne 20 proc. na system grzewczy. Oznacza to 90-procentowy spadek emisji dwutlenku węgla w porównaniu do wykorzystywania paliw kopalnych.
Agnieszka Zielińska, Dyrektor Zarządzająca Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej, zwraca uwagę, że Skandynawowie przodują w rankingu Celów Zrównoważonego Rozwoju: „W 2018 r. aż trzy kraje skandynawskie: Szwecja, Dania i Finlandia zajęły kolejno trzy pierwsze miejsca, a Norwegia uplasowała się na 6. pozycji”. Agnieszka Zielińska dodaje, że: „Jednym z celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ są działania skupiające się na ograniczaniu zmian klimatycznych i ich skutków. Godne uwagi i naśladowania są działania państw i przedsiębiorstw skandynawskich w walce o zmniejszenie emisji CO2. Jednym, z przykładów takich działań są najnowsze badania Fińskiego Centrum Badań Technicznych czyobecnej w Polscespółki Fortum”.
Innowacyjne rozwiązania w Polsce
Elektrociepłownia Fortum w Zabrzu
We wrześniu 2018 roku fińska spółka energetyczna Fortum, działająca m.in. w Finlandii, Szwecji, Norwegii, krajach bałtyckich i Polsce, oddała do użytku nowoczesną i wysokosprawną elektrociepłownię, która dostarcza prąd i ciepło do ponad 70 tys. mieszkańców Zabrza i Bytomia.
– Inwestycja Fortum w Zabrzu jest wyjątkowa ze względu na elastyczność paliwową elektrociepłowni. W zależności od potrzeb będziemy mogli dostosowywać miks paliw. Obecnie elektrociepłownia spala węgiel i paliwo alternatywne – RDF, natomiast kocioł dostosowany jest także do spalania biomasy – mówi Jacek Ławrecki, dyrektor ds. komunikacji Fortum.
Kluczowa rola bioenergii
Według Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) nowoczesna bioenergia odgrywa kluczową rolę w budowaniu czystszego i bardziej zrównoważonego systemu energetycznego. Bioenergia stanowi obecnie około 50 proc. światowego zużycia energii odnawialnej, a IEA szacuje, że będzie ona najszybciej rosnącą formą energii odnawialnej w latach 2018-2023. W dłuższej perspektywie, ograniczenie globalnego ocieplenia do dwóch stopni wymaga, zgodnie z IEA, zwiększenia prawie czterokrotnie wkładu bioenergii w światowe zużycie energii, z obecnych 4,5 proc. do około 17 proc. do 2060 r.[1]
[1] VTT develops a new sustainable way to turn forestry waste into transport fuels and chemicals
Jednym z wątków, które przewijają się ostatnio na rynkach jest wpływ załagodzenia stanowiska przez Fed na rynkowe nastroje i zachowanie najbardziej ryzykownych klas aktywów: akcji i indeksów, świata EM, ze szczególnym uwzględnieniem walut z tego koszyka. Pierwszy impuls jest pozytywny, ale optymistyczne spojrzenie w przyszłość jest naszym zdaniem trudne od uzasadnienia. Inwestorzy w pamięci mają ostatni epizod gołębiego nastawienia, ale zdają się zapominać, że miał on zupełnie inne podstawy.
Kilka kwartałów temu wykrystalizowało się środowisko idealne dla koszyka emerging markets. Globalna gospodarka harmonijnie nabierała impetu. Konsumpcja kwitła dzięki rozgrzanym rynkom pracy. Nie przekładało się to jednak na pojawianie się zagrożenia wystrzałem wskaźników inflacyjnych. W rezultacie najważniejsze banki centralne utrzymywały łagodne nastawienie – nie kwapiono się do zdecydowanej normalizacji. Brak presji cenowej i gołębia polityka władz monetarnych sprzyjały utrzymywaniu w ryzach rentowności amerykańskich obligacji. Wypychało to kapitał w kierunku bardziej ryzykownych rynków długu kuszących wyższą dochodowością. Hossa na rynku akcji trwała w najlepsze: indeksy giełdowe seryjnie ustanawiały historyczne rekordy przy niskiej zmienności. Przez wiele miesięcy w głębokiej defensywie był dolar. Szklarniowe dla rynków otoczenie w anglojęzycznym żargonie określano mianem „Goldilocks economy.” Termin pochodzi od imienia głównej bohaterki przypowiastki o Złotowłosej i trzech niedźwiadkach. Dziewczynka próbowała owsianki z trzech miseczek, by stwierdzić, że najlepsza jest ta o pośredniej temperaturze. Ani gorąca, ani zimna. Podobnie: kondycja światowej gospodarki była wystarczająco dobra by podsycać apetyt na ryzyko. Jednocześnie nie było groźby narastania nierównowag wymagających bardziej restrykcyjnego podejścia banków centralnych.
Przypomnienie tamtego okresu jest nieprzypadkowe. Po fali odpływów z 2018 roku, rynki EM znów mocniej przyciągają kapitał. Jednym z powodów jest porzucenie polityki kontynuacji normalizacji przez Rezerwę Federalną. Jeszcze kilkanaście tygodni temu scenariuszem bazowym dla rynków było zakończenie cyklu na łącznie kilkunastu podwyżkach i znaczne ograniczenie bilansu rezerwy Federalnej (walcząc ze skutkami ostatniego kryzysu napompowano go z niespełna biliona do ponad czterech bilionów dolarów). Dziś, zanim dokonano dziesiątego podwyższenia kosztu pieniądza, nie ma wśród inwestorów pewności, że kolejnym ruchem FOMC nie będzie cięcie stóp. Wiemy też, że proces redukcji bilansu potrwa krócej. Skala absorbcji nadwyżki płynności w globalnym systemie finansowym będzie zatem mniejsza niż zakładano. Ostry zwrot w retoryce wsparł rynki wschodzące, ale nie ma powodów do trwałego optymizmu. Nie ma mowy o powrocie do bezinflacyjnego wzrostu czasów goldilocks economy. Wtedy banki centralne postępowały wbrew przyśpieszeniu, dziś łagodzą stanowisko w strachu przed silnym schłodzeniem koniunktury. To kolosalna różnica, a należy też pamiętać, że polityka monetarna nie ma dziś narzędzi by zapobiec fali przecen ryzykownych aktywów w przypadku gwałtownego hamowania wzrostu.
Najbardziej narażone są naszym zdaniem waluty takie jak ZAR, BRL, czy RUB, gdzie dodatkowo występuje silne ryzyko o charakterze politycznym. Złoty powinien pozostać względnie stabilny, EUR/PLN na razie nie wykazuje oznak bliskości wyjścia z reżimu bardzo niskiej zmienności. Należy pamiętać jednak, że ryzyka są asymetryczne: istnieje znacznie większe prawdopodobieństwo silnej przeceny niż wyraźnej aprecjacji.
W tym tygodniu w centrum uwagi będzie szereg posumowań czwartego kwartału pod postacią danych o PKB. Obawy o spowolnienie globalnego ożywienia ciążą na sentymencie rynkowym i najbliższe publikacje raczej nie odwrócą narracji. Dowiemy się też, jak kolejne banki centralne – z Nowej Zelandii i Szwecji – oceniają rozwój sytuacji gospodarczej.
Eurodolar zaczyna tydzień niebezpiecznie blisko kluczowej strefy wsparć wokół 1,13. Z kolei USD/JPY powrócił w okolice 110,00 – w tym przypadku dalszy wzrost może być trudny do zrealizowania. Po świetnych danych z rynku pracy silny może być dolar kanadyjski, ale tendencję tą należy naszym zdaniem dyskontować przede wszystkim na crossach z takimi walutami jak AUD, NZD, czy GBP.
Big Data, Blockchain, Internet Rzeczy, Smart City oraz OZE – to trendy, które zdominują 2019 rok i nadadzą ton zmianom w dziedzinie produkcji, zarzadzania i optymalizacji zużycia energii. Ubiegły rok stał bardzo mocno pod znakiem dyskusji i działań poświęconym rozwiązaniu realnego problemu zmian klimatycznych. Prognozy nie pozostawiają złudzeń. Jesteśmy obecnie w punkcie zwrotnym, jeśli chodzi o ograniczenie globalnego ocieplenia do poziomu mniejszego niż 2°C, który pozwoli nam uniknąć poważnej katastrofy ekologicznej.
Jacek Łukaszewski, Prezes Zarządu Schneider Electric Polska
Wyzwania z jakimi należy się zmierzyć to fakt, że do 2050 roku populacja miast na całym świecie powiększy się o 2,5 mld[1], liczba urządzeń podłączonych do sieci wzrośnie o 50 mld w ciągu najbliższych 5 lat[2], a zapotrzebowanie na energię w przemyśle zwiększy się o przynajmniej 50 proc. w ciągu kolejnych 35 lat[3]. Natomiast w Polsce w ubiegłym roku pierwszy raz w historii zapotrzebowanie odbiorców na energię elektryczną przekroczyło 170 TWh[4]. W 2018 roku odnotowano także najwyższy import prądu do naszego kraju. Rozwiązaniem problemu energetycznego, także dla Polski jest zwiększenie efektywności jej wykorzystania, nawet o trzykrotność. Zmiany powinny przebiegać zgodnie z trzema trendami.
Trend 1: Big Data, Blockchain, Internet Rzeczy – nowe oblicze energetyki
2018 rok pokazał, że polskie firmy coraz częściej wykorzystują analizę dużych strumieni danych – Big Data – w procesach produkcyjnych i logistycznych. 2019 rok będzie stał pod znakiem dynamicznego rozwoju tego sektora. Wraz z rozwojem Big Data coraz większe znaczenie zacznie odgrywać Data Science (nauka o danych), czyli jeszcze bardziej wyspecjalizowana metoda zbierania, analizowania, segmentowania i interpretowania danych opierająca się o Internet Reczy, nie tylko w procesach produkcyjno-logistycznych. Analiza ogromnych zbiorów danych w ramach jednego ekosystemu stanowi podstawę do uwolnienia ogromnego potencjału, jaki tkwi w energetyce.
Nowoczesne systemy analityczne pozwalają zbierać różnorodne pod kątem źródeł dane i informacje, co pozwala na zaplanowanie prac systemów przesyłowych oraz optymalizację kosztów za energię. Budynki, domy mieszkalne, centra danych, obiekty przemysłowe i sieci elektroenergetyczne będą skomunikowane ze sobą – od poziomu elektrowni do gniazdka – podnosząc efektywność dzięki dwukierunkowemu przepływowi energii i informacji. Sektor energetyczny jest wyjątkowo chłonny na rozwiązania Data Science z zakresu efektywności energetycznej. Z danych firmy badawczej MRC, wynika że globalny rynek rozwiązań z dziedziny nauki o danych będzie charakteryzował się 36-procentowym wzrostem przez najbliższe 3 lata. W 2022 jego wartość będzie wynosiła 128,2 mld dolarów. Spodziewamy się, że ten trend zyska na znaczeniu w 2019 roku, szczególnie w sektorze energetycznym, który już zaczyna korzystać z nowatorskich rozwiązań technologicznych. Świetnym tego przykładem jest implementacja przez największe koncerny energetyczne, w tym także z Polski – technologii blockchain. Ten rejestr rozproszonych bloków ma ułatwić i zautomatyzować szereg procesów: od rozliczeń prosumenta, przez zarządzanie dostawami prądu, po śledzenie źródeł pochodzenia energii.
Analiza danych nie może się odbywać bez ich pozyskania. Rozwiązania bazujące na Big Data i blockchain nie mogą funkcjonować bez inteligentnych liczników oraz całej gamy narzędzi związanej z Internetem Rzeczy (IoT – Internet of Things). Biznes już dziś postrzega IoT jako źródło potencjalnych korzyści – z badania zrealizowanego przez Schneider Electric wynika, że aż 70 proc. kadry kierowniczej z 2500 firm na całym świecie dostrzega wartość biznesową, jaką niesie ze sobą Internet Rzeczy, a 23 proc. organizacji planowało wdrożenie takich rozwiązań w ciągu najbliższych 6 miesięcy.
Trend 2: Smart City i Smart Building – inteligentna energia miasta
Budynki zużywają coraz więcej energii. Już teraz są odpowiedzialne za mniej więcej połowę globalnego zapotrzebowania, ale w ciągu kolejnych 20 lat odsetek ten może wzrosnąć nawet o 30 proc. Szacunki mówią o tym, że dziś zużywają one o 80 proc. energii więcej, niż mogłyby, gdyby wszystkie były wyposażone w nowoczesne technologie i rozwiązania z dziedziny Smart Building. Natomiast z danych Komisji Europejskiej, wynika iż budynki odpowiadają za 40 proc. łącznego zużycia energii w UE, przy czym około 75 proc. to energia, która jest zużywana w nieefektywny sposób. Ograniczenie zużycia energii w budynkach to jeden z najbardziej efektywnych ekonomicznie sposobów redukcji emisji dwutlenku węgla. Smart City trend, o którym mówi się już od lat dotyczy wykorzystania nowoczesnych technologii do polepszania jakości życia w miastach. W 2019 roku bardzo intensywnie w tym obszarze zostaną rozwinięte projekty związane z efektywnym zarządzaniem energią.
Pierwsze efekty i przykłady realizacji tego typu projektów mamy już za sobą. Na świecie funkcjonują już budynki zeroemisyjne, które wytwarzają tyle energii, ile zużywają. Rok 2019 będzie stał pod znakiem popularyzacji i intensywnej implementacji tego typu rozwiązań także w Polsce. Nad Wisłą efektywność energetyczna oraz rozwiązania z dziedziny Smart City były dotychczas realizowane przez duże międzynarodowe korporacje. W 2018 ten trend zaczął mocno interesować także polskich przedsiębiorców oraz administrację publiczną, w tym samorządy czy spółdzielnie mieszkaniowe. 2019 rok będzie stał pod znakiem rozwiązań z dziedziny automatyki budynkowej, która z jednej strony ma zapewnić wygodę w ich użytkowaniu, a z drugiej zmniejszyć ilość zużywanej energii. Kolejnym wyzwaniem w 2019 roku będzie e-mobilność, czyli kontrola i optymalizacja zanieczyszczeń oraz ich stopniowe zmniejszenie, np. poprzez elektryfikację transportu publicznego.
OZE – efektywna alternatywa
Zużycie energii elektrycznej w Polsce wzrosło w 2018 roku o blisko 1,7 proc. i osiągnęło najwyższy poziom w historii – niemal 171 TWh – wynika z danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE). W ubiegłym roku import netto energii elektrycznej do Polski osiągnął najwyższy poziom w historii – 5,7 TWh. Pobity został tym samym rekord sprzed ponad trzydziestu lat. Prognozy nie są optymistyczne – od 2023 roku w polskim systemie energetycznym będzie brakować ok. 1000 MW, aż do roku 2035 kiedy będzie to już 13 000 MW energii – wynika z raportu PSE o zapotrzebowaniu na energię w latach 2016 – 2035. Jednocześnie, będziemy musieli nie tylko spełnić unijne regulacje, z których wynika, że do 2020 roku emisja CO2 ma zostać zmniejszona o 20 proc. Polska będzie musiała sprostać także własnemu zapotrzebowaniu na energię, szczególnie w miastach, które obecnie odpowiadają za 75 proc. zużycia energii, a liczba ich mieszkańców będzie dynamicznie rosła. W tym celu konieczna będzie większa elastyczność w zakresie zarządzania zużyciem energii.
Dalszy rozwój energetyki odnawialnej jest nieunikniony. Jak wskazują prognozy, odnawialne źródła energii będą w coraz większym stopniu koegzystować z paliwami kopalnymi, konkurując o udział w miksie energetycznym, a do roku 2030 generatory słoneczne i akumulatory będą stanowić około 50 proc. wszystkich nowych instalacji podnoszących ilość dostępnej mocy[5]. Globalna moc paneli fotowoltaicznych pod koniec 2017 r. wynosiła 405 GW. Dodając do tego szacunki analityków z ubiegłego roku wynika, że w światowym systemie elektroenergetycznym w fotowoltaice jest już ponad 0,5 TW mocy. Jak szacuje Bloomberg w 2018 roku zainstalowano na świecie instalacje fotowoltaiczne o łącznej mocy 109 GW – w 2019 może paść kolejny rekord na poziomie 141 GW[6].
Kolejnym alternatywnym źródłem energii zyskującym na znaczeniu będzie energia wiatrowa. Zdaniem Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej (PSEW) źródła odnawialne mogą stać się dla przemysłu pewną i tańszą alternatywą, dowodem czego moją być aukcje dla mocy wiatrowych z listopada 2018 roku, podczas których cena zakontraktowanej energii nie przekraczała 200 zł za MWh. Co ciekawe – jak wskazuje PSEW – dla bloków węglowych koszt wytwarzania jest o ponad połowę większy, rzędu 350 zł za MWh. Polski przemysł nie jest w stanie uchronić się przed globalnymi trendami ograniczania emisji CO2 i rozwoju odnawialnych źródeł energii. 2019 rok będzie stał pod znakiem wypracowania długoterminowej metody zabezpieczenia stałego poziomu cen energii, w celu redukcji ich udziału w całkowitych kosztach gospodarki.
[1] Departament Spraw Ekonomicznych i Społecznych ONZ (DESA)
Bankructwo lub sukces firmy zależy czasem od opracowania biegłego sądowego, wydającego opinie w sprawie sądowej. Szybkość realizacji takiego opracowania przez specjalistę w czasie rozprawy decyduje niejednokrotnie o przyszłości przedsiębiorstwa. Niestety – na opinie biegłych w sądach powszechnych trzeba często czekać 3-6 miesięcy. Czy można krócej? Na te pytanie starają się odpowiedzieć mec Robert Szczepanek, współtwórca pierwszego w Polsce, w pełni elektronicznego, notarialnego sądu polubownego Ultima Ratio oraz dr inż. arch. Adam Baryłka, Prezes Polskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych w Warszawie.
W Polsce brakuje biegłych sądowych.
Mała lokalna firma- podwykonawca budowy kładki nad torami- czeka na zapłatę 200 tysięcy złotych z tytułu wykonanych prac. Generalny wykonawca kwestionuje wykonanie przedmiotu umowy. Sprawa trafia do sądu, bada ją biegły sądowy – ekspert, który pomaga właściwie ocenić materiał dowodowy. Opinia jest gotowa po 5 miesiącach. W tym czasie mała lokalna firma ma kłopoty z płynnością, czasem bankrutuje. Do takich sytuacji dochodzi często w różnych branżach polskiej gospodarki.
Dlaczego wykonanie takiego opracowania trwa tak długo? Należy pamiętać, że średnia rynkowa wartość prywatnej opinii rzeczoznawcy w zależności od specjalności waha się od 5 do 7 tysięcy złotych. Tymczasem wynagrodzenie biegłych sądowych (tych samych specjalności) w sądach powszechnych jest regulowane przez rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości, a jego wysokość w 2018 roku wynosiła co do zasady… 22,90 złotych za godzinę.
Robert Szczepanek, współtwórca elektronicznego sądu polubownego Ultima Ratio
„Matematyka jest nieubłagana – aby wynagrodzenie biegłego sądowego za jedną opinię sporządzoną na zlecenie sądu powszechnego odpowiadało realiom rynkowym, biegły musi ją przygotowywać… 262 godziny. Innymi słowy, za szybkie przygotowanie opinii jest on karany niższym wynagrodzeniem! Po co się więc spieszyć? Między innymi z tego powodu brakuje przy sądach powszechnych biegłych, a opinie są wydawane długimi miesiącami”- komentuje Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio.
Opinia on-line w 10 dni?
Pozyskiwanie opinii biegłych sądowych znacznie szybciej jest możliwe, o ile zostanie potraktowane jak normalny, dobrze zaplanowany i powtarzalny proces. Tak się dzieje w pierwszym w Polsce w pełni on-line sądzie polubownym ULTIMA RATIO, dzięki współpracy tej instytucji z Polskim Stowarzyszeniem Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych w Warszawie. Stowarzyszenie to zrzesza kilkuset członków i jest największą organizacją rzeczoznawców i biegłych sądowych w Polsce.
A jak wygląda wydanie opinii w 10 dni? Otóż, arbiter ULTIMA RATIO prowadzący sprawę przesyła wprost z systemu zlecenie wykonania opinii do Stowarzyszenia, to zaś wskazuje eksperta pożądanej specjalności. Biegły, zaraz po przyjęciu zlecenia, otrzymuje dostęp do profilu sprawy w serwisie internetowym Ultima Ratio. To tam biegły zapoznaje się z materiałem dowodowym. Jak łatwo zauważyć, biegły może zacząć pracę od razu i pracować w czasie i miejscu według własnego uznania. Jeżeli sytuacja wymaga bezpośredniego kontaktu biegłego z przedmiotem opinii, Stowarzyszenie wskazuje biegłego z konkretnej, najbliższej miejscowości.
„Po przygotowaniu opinii, biegły prezentuje ją bezpośrednio w serwisie Ultima Ratio, na profilu danej sprawy. Na jej czacie odpowiada na pytania i wątpliwości stron. Opinie z pięciu najbardziej popularnych specjalności: rachunkowości, grafologii, techniki samochodowej, szacowania wartości ruchomości i nieruchomości oraz z informatyki – są realizowane co do zasady w terminie 10 dni od daty zlecenia. Co ważne wynagrodzenie biegłych zostało ustalone z góry i ma charakter ryczałtowy za sporządzenie jednej opinii z danej specjalności.” – komentuje Adam Baryłka, Prezes Polskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych.
Dodatkowo w Ultima Ratio pracę biegłych koordynuje zewnętrzna, wyspecjalizowana organizacja a nie – tak jak w sądach powszechnych – sędzia prowadzący sprawę. To pozwala uniknąć sytuacji, w której arbiter samodzielnie wybiera biegłych sądowych z listy, nie mając z nimi wcześniejszego kontaktu ani możliwości upewnienia się co do ich dostępności. Po drugie – biegły pracuje na profilu danej sprawy w serwisie Ultima Ratio – nie musi w konsekwencji czekać na akta sprawy ani uczestniczyć rozprawie sądowej celem odpowiedzi na zarzuty stron. W efekcie w Ultima Ratio opinia rzeczoznawcy dla danej sprawy i dla przedsiębiorcy wydawana jest w 10 dni.
Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., otrzymała od podmiotu działającego w sektorze energetycznym zlecenia na obsługę windykacyjną wierzytelności z segmentu B2B na kwotę ok. 6,8 mln zł. Emitent nawiązał współpracę z tym kontrahentem na początku grudnia 2018 r.
Spółka otrzymała od podmiotu działającego w sektorze energetycznym, z którym rozpoczęła współpracę w grudnia 2018 r., zlecenia na obsługę windykacyjną wierzytelności z segmentu B2B na kwotę ok. 6,8 mln zł. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. z tytułu świadczenia usług otrzyma wynagrodzenie prowizyjne na każdym etapie postepowania, a na etapie sądowym oraz egzekucyjnym koszty zastępstwa procesowego. Emitent podpisał z tym kontrahentem umowę o współpracy na początku ub. roku, jednak jak dotąd nie otrzymywał zleceń o tak dużych wartościach. Obecnie saldo zleceń od tego podmiotu istotnie wzrosło i zapowiedział on przekazywanie Spółce kolejnych wierzytelności do windykacji. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. liczy na dynamiczny rozwój nawiązanej współpracy oraz dalsze zwiększanie skali działalności w tym segmencie biznesowym.
„Umowa z tym podmiotem w naszej ocenie zapewni nam przychody wynikające zarówno z potencjalnej prowizji przy odzyskaniu wierzytelności, jak i wynagrodzenia za obsługę prawną. Taka dwutorowość odpowiednio dywersyfikuje nasze przychody.” – wyjaśnia Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.
W ostatnim czasie Spółka podpisała umowę na obsługę windykacyjną wierzytelności z tytułu niedopełnienia przez podróżnych obowiązku uiszczenia należności przewozowych. Całkowita wartość obsługiwanego pakietu wynosi ponad 18,7 mln zł. Z kolei w styczniu br. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. wygrała przetarg na zakup wierzytelności konsumenckich od operatora telefonii komórkowej o łącznej wartości nominalnej wynoszącej ponad 0,3 mln zł i jest to pierwszy podmiot z branży telekomunikacyjnej, który nawiązał współpracę z Emitentem. Spółka na początku tego roku dokonała także nabycia wierzytelności z tytułu opłat dodatkowych od podmiotu z branży kolejowej, których całkowita wartość nominalna przekracza 1.777 tys. zł. Wszystkie powyższe aktywności biznesowe prowadzone w wielu obszarach działalności mają zdaniem Zarządu Spółki przyczynić się do umacniania marki i pozycji rynkowej, a także budowania wartości oraz poprawy wyników finansowych.
„Naszym celem jest zwiększanie kompetencji oraz nominału wierzytelności w zakresie obsługi windykacji masowej, co ma nam zapewnić wzrost przychodów z tego segmentu działalności. Jednocześnie cały czas dbamy o klientów z segmentu B2B i staramy się wprowadzać nowe usługi oraz rozwijać segment faktoringu. Uważamy, że dywersyfikacja przychodów zapewni Spółce stabilny rozwój, który jest naszym nadrzędnym celem.” – dodaje Prezes Brzeziński.
W listopadzie 2018 r. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. terminowo wykupiła zabezpieczone obligacje serii A, których łączna wartość nominalna wynosiła 823 tys. zł. Wykup obligacji został sfinansowany przez Spółkę ze środków własnych. Kapitał pozyskany z emisji obligacji serii A został przeznaczony w całości na finansowanie zakupu nieprzeterminowanych wierzytelności gospodarczych sektora B2B.
W 3 kw. 2018 r. Spółka osiągnęła blisko 210 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym wobec 161 tys. zł rok wcześniej. Po trzech kwartałach 2018 r. skonsolidowany zysk netto Emitenta wyniósł ponad 621 tys. zł podczas gdy rok wcześniej było to 431 tys. zł.
Wartość polskiego rynku assistance – czyli dobrowolnych ubezpieczeń zapewniających pomoc serwisową, medyczną, podróżną czy prawną – może przekroczyć 500 mln EUR. Dynamikę wzrostu sektora napędza rozwój dystrybucji cyfrowej, która w naszym kraju rosie w tempie 30% r/r. W nadchodzących miesiącach kanały online będą stanowiły kluczowy obszar kreowania przewag konkurencyjnych – oceniają eksperci AXA Partners.
Rewolucję cyfrową w ubezpieczeniach wymuszają przede wszystkim klienci. Możliwość kupienia polisy przez serwis www jest istotna dla przeszło co drugiego użytkownika (51,7%), a czterech na dziesięciu (40,7%) jako istotny kanał sprzedaży wskazuje aplikacje mobilne[1].
– Przyspieszająca digitalizacja wszystkich aspektów życia konsumentów pociąga za sobą zmianę ich postaw i potrzeb. Klienci wymagają dostępu do produktów i usług w czasie rzeczywistym – „tu i teraz”. Aby sprostać ich oczekiwaniom, ubezpieczyciele muszą adaptować nowe technologie w znacznie szerszym zakresie niż dotychczas. Rozwój platform cyfrowych, zarówno o charakterze B2C, jak i B2B w nadchodzących miesiącach będzie stanowił jeden ze strategicznych obszarów aktywności w sektorze ubezpieczeniowym – komentuje Tomáš Mrnka, Country Manager Poland AXA Partners CEE.
Trend ten jest coraz bardziej widoczny na rynku europejskim. Szacuje się, że obecnie już przeszło 50% ubezpieczeń online jest sprzedawanych za pośrednictwem platform-agregatorów, które łączą klientów z dostawcami polis, przygotowując profilowane oferty na podstawie zapytań użytkowników[2].
Czynnikiem zwiększającym dynamikę rozwoju cyfrowych kanałów dystrybucji ubezpieczeń jest także możliwość silnego zaangażowania się w tym obszarze firm technologicznych. Globalnie, blisko co trzeci klient (29,5%) deklaruje chęć kupna produktów ubezpieczeniowych za pośrednictwem Google, Amazon, Facebook czy Apple. Trend ten jest również widoczny w Europe, w której odsetek osób gotowych kupić polisę od jednego z technologicznych gigantów wzrósł od 2015 r. z 9,2% do 20,9% w 2018 r.[3]
– Szans na rozwój kanałów dystrybucji online polis assistance należy upatrywać również w zakresie współpracy ubezpieczycieli z cyfrowymi usługodawcami, szukającymi nowych możliwości budowania przewag konkurencyjnych poza obszarem ceny. Naturalnych sprzymierzeńców dla naszej branży można upatrywać wśród takich firm, jak Blablacar, Uber i Airbnb – podsumowuje Tomáš Mrnka, Country Manager w AXA Partners CEE.
Optymalizacja, monetyzacja i analityka. Pod znakiem tych pojęć będzie się rozwijać w Polsce coraz więcej firm z sektora przemysłowego, wynika z analizy firmy TogetherData. Jednym z kluczowych trendów, który przyczyni się w 2019 roku do szerszej realizacji koncepcji Przemysłu 4.0 wśród polskich przedsiębiorstw będzie zbieranie, agregacja i analiza dużych zbiorów danych. Natomiast standardem mającym na celu wsparcie procesów decyzyjnych, identyfikacji nieefektywności oraz maksymalizacji jakości produkcji będzie Data Science – jedna z gałęzi Big Data. Odpowiednie wdrożenie tych działań może poprawić wyniki poszczególnych działów nawet o 15% – przewidują analitycy z TogetherData.
Big Data, a Data Science
Data Science to dziedzina analityki szerokich strumieni danych, którą zaczyna się określać mianem „nauki o danych”. Jest to proces pozyskiwania, analizowania, wizualizacji i wnioskowania z zarówno ustrukturyzowanych jak i nieustrukturyzowanych danych, z użyciem m.in. takich technologii jak uczenie maszynowe i analiza predykcyjna. „Nauka o danych” w przeciwieństwie do Big Data, nie tylko agreguje i przetwarza dane, ale także tworzy całościowy model ich analizy, ukierunkowanej pod uzyskanie odpowiednich informacji i wniosków. W ciągu najbliższych dwóch lat zapotrzebowanie na wdrożenie systemów Data Science w Polsce wzrośnie nawet o 40 proc., wynika z szacunków firmy analitycznej TogetherData. Największy popyt będzie panował wśród firm z sektora produkcyjnego.
Michał Grams, Współzałożyciel i Prezes Zarządu TogetherData
Big Data w przemyśle to jedynie prosta wizualizacja danych pozyskanych przykładowo z czujników monitorujących awarię na linii produkcyjnej. Natomiast Data Science, czyli „nauka o danych” wyznacza cele do osiągnięcia, determinuje rodzaj danych potrzebnych do analizy oraz dobór modelu statystycznego. – mówi Michał Grams, Prezes Zarządu TogetherData. W średniej wielkości zakładzie produkcyjnym z branży FMCG liczba zdarzeń podlegających ciągłej zmianie wartości jest liczona w tysiącach na sekundę. Dzięki odpowiedniemu zastosowaniu algorytmów, można przewidzieć jakie są główne czynniki wpływające na obniżenie bądź zwiększenie jakości produktu.
Data Science – kluczowy element Przemysłu 4.0
Dzięki zastosowaniu odpowiednich algorytmów systemy Data Sciecne są w stanie identyfikować wąskie gardła produkcji oraz zredukować występowanie awarii oraz przestojów w działaniu linii produkcyjnej . Zdaniem ekspertów TogetherData, analiza danych historycznych i aktualnych pochodzących z raportów dotyczących kontroli jakości oraz przebiegu procesów produkcji, umożliwia zwiększenie efektywności produkcji o średnio 15 proc. Natomiast analiza predykcyjna informacji pochodzących z inteligentnych czujników oraz sensorów rozlokowanych na linii produkcyjnej przyczynia się do optymalizacji kosztów produkcyjnych, w tym do zmniejszenia o średnio 20 proc. kosztu utrzymania i serwisowania maszyn.
Analiza danych dotyczących planowania oraz zapotrzebowania na dostawy, informacjach o pogodzie, czy remontach dróg pozwala na zwiększenie terminowości o średnio 10 proc., oraz optymalizację kosztów logistycznych o średnio 15 proc. Możliwa staje się predykcja zapotrzebowania oraz efektywniejsze zaplanowanie dostarczenia zaopatrzenia, a także optymalizacja stanów magazynowych. Dzięki integracji danych z każdego etapu życia produktu, możliwe jest podniesienia jakości w łańcuchu dostaw o blisko 10 proc., wynika z szacunków TogetherData.
Zastosowanie narzędzi Data Science umożliwia identyfikację głównych czynników wpływających na obniżenie, bądź zwiększenie jakości produktów poprzez monitorowanie i analizę danych dot. procesu produkcji, jakości wyrobów, ilości wad w danych partiach towarów. Po agregacji tych danych z danymi dotyczącymi zakupów czy logistyki możliwa będzie historyczna analiza pochodzenia surowca, jego jakości oraz predykcja wskaźników wpływających na niższą niż średnia jakość produktu końcowego. – mówi Michał Grams, Prezes TogetherData.
Analiza prognozy pogody i zbiorów z lat poprzednich daje firmom z branży produkcji żywności możliwość przewidywania wolumenów produkcji. Inteligentne algorytmy są w stanie zautomatyzować proces oceny ryzyka niewypłacalności potencjalnych kontrahentów i klientów, co umożliwia otrzymanie prognoz o ewentualnym opóźnieniu w płatnościach. Z danych TogetherData wynika także, że zastosowanie narzędzi Data Science przyczynia się do efektywnej estymacji marży produktowej oraz audytu wydatków marketingowych jak i automatyzacji predykcji ROI z działań reklamowych.
Główne wyzwania
Różnorodność dostępnych źródeł danych stwarza trudności w stosowaniu i wdrażaniu systemów analitycznych. Zdaniem ekspertów TogetherData, tylko cztery na dziesięć firm w Polsce nie skarży się na brak specjalistycznej wiedzy, aby móc wykorzystać duże zbiory danych do dalszej analizy. Uporządkowanie zetabajtów informacji pochodzących zarówno ze źródeł online jak i offline, jest największym wyzwaniem dla podmiotów z branży przemysłowej. Wynika to z faktu, iż wciąż poziom cyfryzacji polskich przedsiębiorstw jest zatrważająco niski. Badania przeprowadzone w 2018 roku przez firmę ASD Consulting dowodzą, iż 84 proc. firm z branży produkcyjnej gromadzi informacje ręcznie, a co czwarte przedsiębiorstwo przetwarza je analogowo w formie papierowej. Systemami skanerowymi i kodami kreskowymi wspomaga się jedynie 16 proc. firm, a zautomatyzowane procesy gromadzenia cyfrowych informacji z cyklu produkcyjnego wykorzystuje niespełna 12 proc. przedsiębiorstw. Największą barierą blokującą proces „datyzacji” polskiego przemysłu jest opór pracowników – wynika z badania ASD Consulting.
Wyzwaniem dla polskich przedsiębiorców będzie nie tylko sama kwestia wdrożenia narzędzi analizujących dane, ale także sprytnej i efektywnej strategii ich badania i wykorzystania. Moda na Big Data zmieni się w trend Data Science. – tłumaczy Michał Grams. – Firmy muszą zmienić swoje podejście. Nie liczy się bowiem ilość badanych i wykorzystanych biznesowo danych, lecz technologia, rodzaj i forma narzędzi używanej do analizy – dodaje. Zdaniem ekspertów z TogetherData agregacja danych z wielu źródeł oraz wygenerowanie wysokopoziomowej, między-departamentowej bazy pozwala zwiększyć wyniki działów produkcji, jakości czy logistyki o średnio 15%.
Krzysztof Butyński, managing consultant w Michael Page
Znaczne wzrosty cen gruntów inwestycyjnych, materiałów budowlanych oraz kosztów pracy stanowią dziś jedne z większych wyzwań branży nieruchomości. Aby zoptymalizować wydatki, deweloperzy tworzą wewnątrz swoich struktur własne firmy wykonawcze, do których poszukują specjalistów potrafiących zarządzać budżetem i dobrze znających branżę budowlaną. Krzysztof Butyński, managing consultant w dziale Property & Construction w firmie rekrutacyjnej Michael Page komentuje ten trend w branży nieruchomości.
Wyzwania deweloperów
Z naszych obserwacji wynika, że tylko w ciągu ostatniego roku koszty inwestycji budowlanych w Polsce wzrosły o około 30 – 35 proc. Wpływ na to mają m.in. droższe ceny gruntów, deficyt pracowników w branży budowlanej, a także znaczny wzrost cen materiałów budowlanych, co istotnie podnosi koszty wykonawcze.
W celu optymalizacji wydatków, firmy deweloperskie zaczęły więc tworzyć własne spółki budowlane wewnątrz swoich struktur, które poza redukcją budżetów dają im również większy wpływ i kontrolę nad terminowością i przebiegiem prac inwestycyjnych. Wdrożenie takiego rozwiązania pozwala deweloperom obniżyć koszty inwestycji nawet o kilkadziesiąt procent. Wobec takiej sytuacji, nie dziwi zatem fakt, że na rynku nieruchomości szczególnie pożądani są specjaliści od optymalizacji finansów.
Popyt na cost managerów
Jednymi z pierwszych pracowników zatrudnianych przez deweloperów do wewnętrznych spółek budowlanych są cost managerowie, czyli osoby, które zarządzają budżetem inwestycji. Do niedawna takie stanowisko funkcjonowało głównie po stronie generalnych wykonawców i firm konsultingowych.
Od osób na tym stanowisku firmy oczekują wykształcenia inżynieryjnego, szerokiej znajomość branży budowlanej i kontaktów z podwykonawcami oraz praktycznego doświadczenia zdobytego przy realizacji projektów. Do obowiązków takiej osoby należy m.in. estymacja kosztów inwestycji, współpraca z kierownikami projektu i inżynierami budowy, organizacja i rozstrzyganie przetargów, optymalizacja kosztów i finalne rozliczanie inwestycji. W związku z większym zapotrzebowaniem na tego typu specjalistów, w tym roku zauważalny jest znaczny wzrost wynagrodzeń oferowanych osobom na tym stanowisku. Obecnie, pensje cost managerów oscylują wokół 13-15 tys. zł brutto miesięcznie. Choć są o ok. 20-30 proc. większe niż jeszcze rok temu, to jednak możemy zauważyć, że pod względem poziomu wynagrodzeń oferowanych tego typu specjalistom, rynek wkroczył w fazę stabilizacji.
Większa otwartość na zmiany, korzystanie z nowych technologii i rozwiązań sprawdzonych na świecie, chęć ciągłego dokształcania się – te cechy charakteryzują młodych hodowców trzody i bydła, stanowiących dziś ponad 20-proc. grupę. Znaczna ich część dziedziczy gospodarstwa po rodzicach, systematycznie powiększając produkcję i szukając sposobów na zwiększenie jej opłacalności. Jak podkreślają eksperci, zawód hodowcy to trudna praca, która wymaga doskonalenia swoich kompetencji, dokształcania się i bycia na bieżąco z nowościami, które pojawiają się na rynku.
– Po wejściu Polski do Unii Europejskiej nasze rolnictwo stanęło przed bardzo dużymi wyzwaniami. Musimy konkurować nie tylko w Polsce, lecz także z europejskim i światowym rynkiem. Jednym z większych wyzwań jest edukacja i dostęp do nowoczesnych technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kapusta, kierownik sprzedaży De Heus.
Młodzi hodowcy charakteryzują się przede wszystkim większą otwartością na zmiany i nowinki technologiczne.
– Młodzi rolnicy to przede wszystkim duża energia, zupełnie nowe spojrzenie, innowacje i nowe technologie. Oni wymuszają rozwój nowych technologii, więc zapotrzebowanie i ich zastosowanie, które już w tej chwili jest duże, nadal będzie rosło – mówi Wojciech Kapusta.
– Młodzi hodowcy nie chcą stać w miejscu, dlatego sięgają po nowe rozwiązania, jak np. płynne żywienie tuczników, czyli tzw. żywienie na mokro. Nie nowinką, ale bardzo dobrym rozwiązaniem jest obecnie dokarmianie prosiąt na porodówkach. Genetyki zachodnie, które coraz częściej występują w naszych gospodarstwach, wymuszają takie rozwiązania, aby ta hodowla przynosiła jak największe korzyści ekonomiczne w postaci większej liczby odsadzonych prosiąt i wyższej masy odsadzeniowej – mówi Wojciech Maćkowiak, specjalista ds. trzody chlewnej De Heus.
Jak wskazuje, młodzi ludzie często dziedziczą czy przejmują gospodarstwa od swoich rodziców. Są to hodowle niejednokrotnie wielkości 100–300 tuczników w jednej produkcji, natomiast z czasem powiększają te hodowle nawet do tysiąca lub więcej sztuk w jednym cyklu w chlewni.
– Możliwości rozwoju dzisiaj są dość ograniczone z kilku powodów. Jednym z nich jest niska opłacalność produkcji, a drugi to negatywne nastawienie społeczeństwa na produkcję w tuczu czy w chowie bydła, ze względu na pewne uciążliwości zapachowe. Ludzie chcą jeść mięso, ale nie rozumieją, że ta produkcja gdzieś musi się przecież odbywać, a w lesie chlewni czy obory wybudować się nie da – mówi Nikodem Maćkowiak, hodowca z Wielkopolski.
Jak podkreśla, zawód hodowcy to trudna praca, jednak dzięki bliskiej styczności z naturą daje dużo satysfakcji. Z drugiej strony prowadzenie gospodarstwa wymaga dziś, podobnie jak w każdej innej branży, doskonalenia swoich kompetencji, dokształcania się i bycia na bieżąco z nowościami, które pojawiają się na rynku.
– Dzisiaj w każdym zawodzie są wymagane wysokie bądź bardzo wysokie kompetencje. Jeżeli chodzi o prowadzenie gospodarstwa, nie jest łatwo. Po pierwsze, trzeba lubić to, co się robi, a później dokształcać, czytać, słuchać mądrych ludzi, wyciągać wnioski i próbować to implementować u siebie w gospodarstwie, na bieżąco nim zarządzać i cieszyć się z efektów, jeżeli takowe są – mówi Nikodem Maćkowiak.
– Młodzi hodowcy są bardzo ambitni i szukają tej wiedzy, dzięki której mogą się rozwijać. Niejednokrotnie znajdują ją w internecie, ale zawsze większym wsparciem jest bezpośrednia rozmowa z doradcami, którzy mają dużo większą wiedzę praktyczną niż tylko pojedynczy artykuł w czasopiśmie czy internecie – dodaje Wojciech Maćkowiak.