Światowa branża energetyczna przechodzi rewolucję – na Zachodzie odnawialne źródła energii (OZE) stają się coraz bardziej dostępne dla zwykłych konsumentów. My wciąż czekamy na istotne zmiany. Czy wprowadzenie nowej ustawy to ich początek?
„W Polsce każdy może założyć mikroinstalację i produkować energię na własny użytek. Nowe przepisy, które wejdą w życie od stycznia przyszłego roku, mają ten proces ułatwić” – mówi serwisowi infoWire.pl Robert Kuraszkiewicz, prezes Stowarzyszenia Energii Odnawialnej. Ustawa o OZE systematyzuje i ujednolica między innymi regulacje dotyczące mikroinstalacji o mocy do 10 kW – na zainstalowanie urządzeń takich jak wiatraki czy ogniwa fotowoltaiczne nie trzeba będzie mieć koncesji, a zakład energetyczny nie będzie mógł odmówić przyłączenia ich do sieci.
Rozwijanie OZE ma wiele plusów: zwiększa wygodę prosumentów, dobrze wpływa na środowisko oraz przyczynia się do postępu technologii i infrastruktury w kraju. Działania inwestycyjne muszą się jednak opłacać. „Jeżeli obywatel, który założy instalację, będzie miał do niej dokładać, oczywiste jest, że tego typu inwestycje nie ruszą” – tłumaczy ekspert.
Niestety, planowana nowelizacja ustawy może pogorszyć korzystne warunki inwestycyjne. Zmiany obejmą obniżenie cen energii odbieranej przez zakłady energetyczne od prosumentów. A to prawdopodobnie odbije się na efektywności systemu energetycznego.
Część kupujących przed wyborem wersji silnikowej kolejnego samochodu zastanawia się, czy ubezpieczenie mocniejszego modelu będzie kosztowne. Pojemność i moc silnika faktycznie wpływa na wysokość składek w obowiązkowym ubezpieczeniu OC. Warto sprawdzić, ile wynoszą różnice kosztu ubezpieczenia w przypadku popularnego samochodu z różnymi silnikami.
Różnica w wysokości składek nie zawsze jest znacząca …
Ubezpieczyciele przy ustalaniu poziomu składki przyjmują, że kierowcy posiadający auto z większym i mocniejszym silnikiem, częściej mogą powodować wypadki drogowe. Taką zależność potwierdzają dane statystyczne. Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zaznacza jednak, że każdy ubezpieczyciel opiera się na swoich informacjach (tzw. historii szkód) i stosuje inną politykę marketingową. Dlatego podejście do osób kupujących mocniejszy samochód, w praktyce bywa bardzo różne. Można się o tym przekonać analizując poniższą tabelę. Przedstawiono w niej przykładowe koszty ubezpieczenia Volkswagena Golfa szóstej generacji. Analiza porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl uwzględnia trzy różne warianty (patrz poniżej).
Wariant pierwszy: ubezpieczany samochód to zielony Volkswagen Golf VI 1.4 Trendline (5 drzwi, 80 KM). Auto z rocznika 2009, zakupione w polskim salonie, po raz pierwszy zostało zarejestrowane w lutym 2010 r. Przebieg całkowity VW Golfa to 65 000 km. Samochód posiada autoalarm oraz immobilizer. Auto do tej pory nie miało uszkodzeń.
Wariant drugi: ubezpieczany samochód to zielony Volkswagen Golf VI 1.6 Comfortline (5 drzwi, 102 KM). Auto z rocznika 2009, zakupione w polskim salonie, po raz pierwszy zostało zarejestrowane w lutym 2010 r. Przebieg całkowity VW Golfa to 65 000 km. Samochód posiada autoalarm oraz immobilizer. Auto do tej pory nie miało uszkodzeń.
Wariant trzeci: ubezpieczany samochód to zielony Volkswagen Golf VI 2.0 TDI Comfortline (5 drzwi, 110 KM). Auto z rocznika 2009, zakupione w polskim salonie, po raz pierwszy zostało zarejestrowane w lutym 2010 r. Przebieg całkowity VW Golfa to 65 000 km. Samochód posiada autoalarm oraz immobilizer. Auto do tej pory nie miało uszkodzeń.
Po sprawdzeniu wysokości składek dla trzech różnych wersji silnikowych VW Golfa okazuje się, że różnice nie zawsze są duże. Właściciel Golfa VI w wersji 1.6 (102 KM) średnio zapłaci składkę o 7,63% wyższą niż osoba ubezpieczająca to samo auto z silnikiem 1.4 (80 KM). W przypadku dwulitrowego turbodiesla (110 KM), analogiczna różnica wynosi 21,08%. Trzeba jednak odnotować, że dopłaty obliczone dla niektórych ubezpieczycieli nie przekraczają 5% (wariant drugi) lub 10% (wariant trzeci). W analizowanym przykładzie, firmy AXA Direct oraz Link4 są najbardziej przyjazne dla właściciela VW Golfa z większym silnikiem. „Taka osoba najwięcej będzie musiała dopłacić jeśli wybierze ofertę Gothaer, Uniqa lub MTU” – mówi Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Ubezpieczenia OC dla kierowców: zależność między pojemnością i mocą silnika oraz roczną składką*
Nazwa ubezpieczyciela
↓
Składka płacona przez właściciela
VW Golfa
(wariant pierwszy)
Składka płacona przez właściciela
VW Golfa
(wariant drugi)
Składka płacona przez właściciela
VW Golfa (wariant trzeci)
Procentowa różnica w wysokości składki
(silnik 1.4 – 1.6)
Procentowa różnica w wysokości składki
(silnik 1.4 – 2.0)
Aviva Direct
437 zł
482 zł
516 zł
10,30%
18,08%
AXA Direct
489 zł
499 zł
519 zł
2,04%
6,13%
Generali Direct
435 zł
456 zł
529 zł
4,83%
21,61%
Gothaer
517 zł
573 zł
790 zł
10,83%
52,80%
Link4
510 zł
520 zł
561 zł
1,96%
10,00%
Liberty Ubezpieczenia
437 zł
449 zł
497 zł
2,75%
13,73%
MTU
520 zł
583 zł
664 zł
12,12%
27,69%
Uniqa
555 zł
645 zł
658 zł
16,22%
18,56%
Średnia dla ośmiu towarzystw
488 zł
526 zł
592 zł
7,63%
21,08%
*- Pozostałe założenia: VW Golf zawsze jest parkowany w garażu indywidualnym (kod pocztowy 01-001). Ubezpieczony mężczyzna nie wykorzystuje auta na potrzeby działalności gospodarczej, a samochód jest użytkowany tylko w kraju. Przewidywany roczny przebieg to 15 000 km. Właścicielem VW Golfa jest trzydziestopięcioletni urzędnik, który wraz z żoną wychowuje jedno dziecko (6 lat). Kierowca posiada prawo jazdy od 10 lutego 1999 r. Volkswagen Golf to jego drugie auto, a wcześniejszy pojazd użytkował przez osiem lat. Ubezpieczanego samochodu nie prowadzą inne osoby. Właściciel auta w trakcie ostatnich pięciu lat ubezpieczał się w Allianz. Zniżka z ostatniej umowy to 50% (zero szkód). Ochrona jest przewidziana od 15 lipca 2015 roku. Polisa zostanie zamówiona przez Internet i opłacona jednorazowym przelewem. Klient akceptuje domyślne pakiety ochrony, które proponują mu ubezpieczyciele.
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych porównywarki Ubea.pl
Przed zakupem auta można sprawdzić, ile kosztuje OC
Przeprowadzona analiza wskazuje, że ubezpieczyciele bardzo różnie szacują składki dla posiadaczy mocniejszych samochodów. Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zwraca również uwagę na spore zróżnicowanie proponowanych składek. W trzecim wariancie (VW Golf 2.0 TDI) roczny koszt polisy OC waha się od 497 zł (Liberty Ubezpieczenia) do 790 zł (Gothaer).
Bez pomocy porównywarki finansowej dość trudno jest ocenić, jaką dopłatę za większy silnik przewiduje nasz zaufany ubezpieczyciel. „Dlatego osoby rozważające zakup jednego z kilku samochodów lub wersji silnikowych tego samego modelu, powinny najpierw sprawdzić koszty ubezpieczenia. Taka kalkulacja w porównywarce jest bezpłatna i nie zobowiązuje do zakupu polisy” – podsumowuje Nina Kuczyńska z Ubea.pl.
Spółka Sunex zajmująca się produkcją i sprzedażą kolektorów słonecznych oraz innych urządzeń z zakresu energetyki odnawialnej już niedługo zadebiutuje na głównym parkiecie warszawskiej giełdy. Prospekt emisyjny został zatwierdzony przez Komisję Nadzoru Finansowego. Zarząd liczy na to, że transfer wzmocni wizerunek spółki oraz pozwoli dotrzeć do większej liczby inwestorów, którzy mogliby sfinansować przyszłe wydatki na nowe urządzenia.
Choć przejście Suneksu z rynku alternatywnego na główny nie wiąże się z emisją nowych akcji, prezes raciborskiej spółki nie ukrywa, że obecność na GPW ma w przyszłości pomóc w pozyskaniu nowego kapitału na przyszłe inwestycje.
– Decyzja ta została przede wszystkim podjęta ze względów marketingowych. Zależy nam na budowaniu wizerunku naszej firmy, pozyskaniu nowych inwestorów, pokazaniu się i osiągnięciu większej przejrzystości naszej spółki – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Romuald Kalyciok, prezes Suneksu.
W lutym bieżącego roku spółka Sunex złożyła do KNF wniosek o zatwierdzenie prospektu emisyjnego. Dokument został przygotowany w związku z zamiarem ubiegania się o przeniesienie spółki z NewConnect na rynek regulowany GPW.
– Firma powstała w 2002 roku, zajmuje się przede wszystkim produkcją kolektorów słonecznych, urządzeń dodatkowych do kolektorów, czyli systemów mocowania połączeniowych, zbiorników oraz pomp ciepła – wyjaśnia prezes Kalyciok.
Główne źródło przychodów spółki stanowi sprzedaż produktów za granicę. Eksport odpowiada za około 60 proc. całkowitej wielkości przychodów, które w 2014 roku wyniosły 29,32 mln zł (spadek o 4 proc. rok do roku). Z kolei zysk netto spółki wyniósł w ubiegłym roku 0,84 mln zł i był minimalnie mniejszy niż w 2013 roku.
– Plany na przyszłość to przede wszystkim wprowadzenie na rynek naszych nowych produktów, takich jak pompy ciepła NEXUS czy oprogramowanie do tych pomp – mówi Kalyciok.
Celem spółki Sunex na najbliższe lata jest głównie szukanie nowych partnerów handlowych oraz dotarcie do nowych rynków zbytu. W lipcu spółka poinformowała o podpisaniu umowy na dystrybucję swoich pomp ciepła w Austrii z tamtejszą firmą. Umowa może zostać poszerzona o teren Niemiec i jak podkreśla spółka, może znacząco wpłynąć na poziom jej przychodów. Prezes Kalyciok liczy również na poprawę rentowności sprzedaży oraz ugruntowanie pozycji spółki na polskim i europejskim rynku energii odnawialnej.
– Działamy na rynku energii odnawialnych. To rynek z dużym potencjałem wzrostowym, nowy, ciekawy. Rynek w Europie, który zajął już swoją pozycję, jest bardzo dużym rynkiem – tłumaczy przedstawiciel spółki Sunex.
Rozmówca wskazuje na duże różnice między polskim a niemieckim rynkiem. Nasz znajduje się dopiero w początkowej fazie rozwoju i jest około 10-20 razy mniejszy od naszych zachodnich sąsiadów. Takie porównanie pozwala na ukazanie potencjału, jaki wiąże się z inwestowaniem nad Wisłą.
– To rynek wielkich szans, wielkich nadziei, ale i wielu niebezpieczeństw. To rynek młody, nowy, tutaj dopiero budowane są różne opcje rozwoju – ocenia perspektywy biznesowe dla polskiego rynku Romuald Kalyciok.
Firma Sunex od 2011 roku notowana jest na rynku NewConnect.
Rafał Antczak, wiceprezes firmy doradczej Deloitte Business Consulting
Przejęcie przez Polskę roli głównego europejskiego dostawcy części zamiennych i podzespołów samochodowych ma też swoje gorsze strony. Powoduje, że kraj omijają duże inwestycje w fabryki nowych aut. Polska przegrywa konkurencję z innymi krajami regionu. Problemem jest to, że Polacy wciąż częściej kupują auta używane. Średni wiek samochodu na polskich drogach to 14 lat.
Produkcja, sprzedaż i eksport części samochodowych rokrocznie notują wzrosty. W ubiegłym roku na tym rynku działało 900 firm, w których pracowało ponad 116 tysięcy osób, a przychody ze sprzedaży wyniosły 60 mld zł. Ten segment rynku motoryzacyjnego stał się polską specjalnością – wartość eksportu w ciągu ostatniej dekady wzrosła dwukrotnie, a w 2014 roku sięgnęła 30 mld zł – wynika z danych Stowarzyszenia Dystrybutorów Części Samochodowych.
– Polska zaczyna być potęgą w produkcji części motoryzacyjnych. Jest to dobra i zła wiadomość, bo straciliśmy de facto wielu producentów, którzy w Polsce nie ulokowali produkcji, w związku z tym zastosowaliśmy strategię second best, czyli produkujemy części, a nie produkujemy całych aut, bo w tej konkurencji lepsze od nas okazują się kraje południa Europy Centralnej – wskazuje Rafał Antczak, wiceprezes firmy doradczej Deloitte Business Consulting, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.
Spośród państw Europy Środkowej i Wschodniej koncerny motoryzacyjne częściej wybierają na siedziby swoich zakładów takie kraje, jak Węgry, Słowacja czy Rumunia.
– Prawdopodobnie nie wygramy już tej konkurencji, ale producenci części sobie z tym jakoś radzą – podkreśla Antczak.
Wadą polskiego rynku jest wciąż duża popularność aut używanych. Mając do wyboru droższe, ale nowe auto z salonu oraz tańszy starszy model, klient często wybierze tę drugą opcję.
– To bardzo dziwna prawidłowość, że w Polsce sprzedaje się ponad dwukrotnie mniej nowych samochodów niż w innych krajach o podobnym poziomie dochodu – ocenia Antczak. – Często pojawia się opinia, że Polacy są biedni i nie stać ich na nowe pojazdy. Ale w innych krajach o podobnym poziomie dochodu konsumenci się jednak na nie decydują. Jest to, oczywiście, pokłosie polityki pozwalającej na wjeżdżanie starym, zużytym samochodom do Polski.
Jak podaje Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, działające w kraju koncerny samochodowe w 2014 roku wyprodukowały 578 tysięcy nowych pojazdów, o 0,56 proc. więcej niż rok wcześniej. W tym samym okresie Polacy kupili 327 tysięcy nowych samochodów, o blisko 13 proc. więcej niż w roku 2013. Średni wiek poruszającego się po krajowych drogach auta wynosi jednak 14,2 roku. To wynik wysoki w stosunku do innych krajów Unii Europejskiej, gdzie przeciętny samochód ma zaledwie 8,3 roku.
– Wiążą się z tym odpowiednie konsekwencje ekonomiczne w postaci kosztów wypadków drogowych i zanieczyszczenia powietrza, czego nikt tak naprawdę nie liczy – zauważa Antczak. – Okazuje się, że Polakom nie opłaca się kupowanie nowych samochodów, a to błędna ekonomia.
Z danych przytaczanych przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że w pierwszych pięciu miesiącach 2015 roku import aut używanych był wyższy niż rok wcześniej. Co istotne, wśród nich jest coraz więcej samochodów starszych niż 10 lat (55,8 proc. vs. 50,8 proc. w 2014 roku).
Jak uważa Antczak, rynek motoryzacyjny w Polsce powinien być uważnie monitorowany. DNB Bank Polska oraz Instytut SAMAR publikują przygotowany z uwzględnieniem metodologii Deloitte wskaźnik zmian cen nowych samochodów (samarDNB indeks cen auto-moto). Do jego wyliczenia wykorzystywana jest wielkość sprzedaży samochodów na krajowym rynku oraz ceny oferowane przez 65 producentów, którzy od stycznia 1998 roku sprzedają w Polsce samochody osobowe.
– Chodziło o stworzenie indeksu cenowego, który uchwyciłby, co się dzieje na rynku motoryzacyjnym nowych samochodów, i pokazywał co miesiąc pewne trendy oraz zależności w indeksie zagregowanym oraz podzielonym na osiem głównych koncernów motoryzacyjnych – tłumaczy Rafał Antczak. – To umożliwia analitykę np. producentom części. Dzięki temu indeksowi mogą oni śledzić, jak ich główny odbiorca oraz inni producenci aut zachowują się na rynku motoryzacyjnym w Polsce.
W czerwcu samarDNB indeks cen auto-moto wzrósł o 5,4 proc. w ujęciu miesięcznym, w ujęciu rocznym był wyższy o 4,4 proc.
Włączenie rynku wtórnego i spółdzielni mieszkaniowych do programu Mieszkanie dla Młodych spowoduje, że będą z niego mogły skorzystać osoby w mniejszych miejscowościach, gdzie firmy deweloperskie rzadko inwestują. Złagodzone zostaną także kryteria uprawniające do otrzymania dopłaty. Ustawa czeka na podpis prezydenta.
– Najważniejsze korekty sprowadzają się do tego, by polepszyć dostępność oferty dla przeciętnego Kowalskiego – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Madej, prezes spółki Pro-Development. – Trzeba było wprowadzić zmiany regulujące reżim, który okazał się zbyt ostry. Poprzednia oferta nie do końca była atrakcyjna, ponieważ wiele osób nie spełniało wymogów, przez co nie mogli skorzystać z pomocy państwa. W rezultacie duża część środków przepadła.
Chodzi o uchwaloną przez Sejm pod koniec czerwca br. nowelizację ustawy o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania przez ludzi młodych. Dofinansowanie obejmie na przykład kupno mieszkania z rynku wtórnego, co wcześniej było wykluczone. Jest to istotne szczególnie dla mieszkańców mniejszych miejscowości, gdzie inwestycje deweloperskie zdarzają się rzadko i w niewielkim stopniu, jeśli w ogóle, zaspokajają potrzeby mieszkaniowe.
– W wielu miastach mających 50-100 tys. mieszkańców, gdzie jest dość duży lokalny rynek, nie ma w ogóle działalności deweloperskiej, dlatego nie można było korzystać z dopłat – zauważa Łukasz Madej. – Wprawdzie został wprowadzony niższy limit ceny, tylko 90 proc. wartości odtworzeniowej, ale to i tak najważniejsza zmiana, bo rynek wtórny w skali kraju jest trzykrotnie większy niż pierwotny.
Zgodnie z nowelizacją do programu mogą być zakwalifikowane mieszkania z rynku wtórnego, których cena nie przekracza 90 proc. wskaźnika w danym województwie. W przypadku nowych lokali deweloperskich (rynek pierwotny) jest to 100 proc.
– Wskaźnik ten został w taki sposób ułożony, że w dużych miastach niewiele zmieni, bo mieszkania na rynku wtórnym są lokalami wykończonymi, czyli z zasady powinny być trochę droższe niż nowe [najczęściej oddawane w stanie deweloperskim – red.] – uważa Łukasz Madej. – Z punktu widzenia kupującego będzie to więc albo słabsza oferta z blokowisk, albo jednak rynek pierwotny. W mniejszych ośrodkach, ze względu na rynek wtórny i spółdzielnie mieszkaniowe, dostępność wzrośnie diametralnie, a w niektórych w ogóle pierwszy raz pojawi się oferta z dopłatą.
Drugą istotną zmianą jest dopuszczenie do programu spółdzielni mieszkaniowych. Skala ich działalności nie jest tak duża jak w latach wcześniejszych, kiedy były podstawową systemu zaspokajania potrzeb mieszkaniowych Polaków, ale i tak jest to ważna korekta wspomagająca rynki w mniejszych miastach, gdzie spółdzielnia często jest jedynym podmiotem dostarczającym lokale.
Pozostałe zmiany, jak wskazuje prezes Pro-Development, mają charakter łagodzenia kryteriów, i spowodują, że osobom zamierzającym zaciągnąć kredyt z dopłatą łatwiej będzie go otrzymać.
– Powiększy się krąg osób, które będą mogły pomóc w osiągnięciu zdolności kredytowej – informuje Łukasz Madej. – Polepszają się też niektóre wskaźniki co do samego metrażu. Nie są to może istotne zmiany, ale one spowodują, że skala dopłat będzie większa, szczególnie w przypadku modelu rodziny dwoje dorosłych plus trójka dzieci.
W ustawie budżetowej na br. limit środków do wykorzystania w ramach MdM został ustalony na 715 mln zł. Jak informuje zarządzający programem Bank Gospodarstwa Krajowego, na podstawie wniosków nabywców lokali do końca czerwca br. zostało wypłacone 296 mln 410 tys. zł, czyli 41,46 proc. Przez pierwszy rok funkcjonowania programu bank przyjął blisko 16 tys. wniosków, przyznając dopłaty o wartości ponad 366 mln zł.
Rynek pracy tymczasowej w Polsce dynamicznie się rozwija. Z pracowników tymczasowych korzystają zagraniczne korporacje, powoli przekonują się do nich również rodzime firmy, przede wszystkim związane z produkcją. Przed branżą są dobre perspektywy, zwłaszcza że pracodawcy coraz częściej szukają elastycznych rozwiązań w zakresie polityki kadrowej.
– W Polsce mamy szerokie spektrum pracy tymczasowej: od ogrodnictwa, poprzez prace fizyczne, po zastępstwa urlopowe, które są dużą szansą przede wszystkim dla ludzi młodych, bo mogą się zapoznać z pracą na stanowiskach, na które być może w przyszłości będą aplikować, czy po skończeniu studiów, czy rozwijając karierę zawodową – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Szrajber, dyrektor operacyjny Grupy Wadwicz, przewodniczący Komisji Etyki Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.
Z raportu Polskiego Forum HR za 2014 rok wynika, że liczba pracowników tymczasowych w Polsce przekroczyła 700 tys. (z czego 254 tys. zatrudniły firmy skupione w PFHR). Przeważają w nich młodzi ludzie, do 26 roku życia, którzy stanowią ok. 40 proc. wszystkich zatrudnionych. Choć jako pracownicy tymczasowi najczęściej zarabiają mniej niż zatrudnieni na etacie, to finanse mają drugorzędne znacznie. Istotne jest sprawdzenie wiedzy i nabycie praktycznych umiejętności.
– To bardzo istotne, bo w każdym przedsiębiorstwie panują pewne nieformalne warunki, które trzeba poznać, żeby dobrze w danym biznesie pracować. Praca tymczasowa to właśnie okazja, żeby zaznajomić się z tymi realiami i sprawdzić się w takim systemie biznesowym – przekonuje ekspert.
Wciąż przeważają oferty pracy na stanowiska produkcyjne (84 proc.), ale duże firmy także coraz częściej sięgają po pracowników tymczasowych, w ten sposób uzupełniając braki kadrowe w czasie sezonu urlopowego. O pracę łatwiej w tych firmach, w których pracownik może szybciej wdrożyć się w obowiązki.
– Prym wiodą firmy ze stanowiskami masowymi, związanymi z produkcją czy obsługą call center. Również w biurach pojawia się więcej takich stanowisk, kiedy trzeba wspomóc stały personel, bo jest większe zapotrzebowanie na pracę lub stali pracownicy korzystają z urlopu wypoczynkowego – podkreśla Szrajber.
Elastyczne formy zatrudnienia cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Dlatego branża spodziewa się dalszych wzrostów, sięgających nawet 15-20 proc. Jak wskazuje Szrajber, wciąż chętniej po pracowników tymczasowych sięgają duże zagraniczne korporacje, jednak powoli do tej formy zatrudnienia przekonują się też polskie firmy.
Zatrudnienie polskich pracowników tymczasowych w podziale na sektory różni się znacznie od europejskiego rynku, gdzie wiodącym sektorem są usługi.
– W Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych to temat dużo bardziej zaawansowany niż w Polsce. Tam praca tymczasowa funkcjonuje również na bardzo wysokich stanowiskach, np. osoby, które badają bilanse czy prowadzą zaawansowane projekty. Bardzo często pracują przez krótki okres w ciągu roku, a później korzystają z wakacji – tłumaczy Szrajber.
Polska jest jednym z najbardziej rozwiniętych technologicznie krajów pod względem transakcji bezgotówkowych. Liczbą terminali i transakcji wciąż jednak gonimy zachodnią Europę. Sieć terminali to dziś 410 tys. sztuk, a eksperci oceniają, że na rynku jest miejsce na kolejnych 300 tys. Rynek wyraźnie przyspieszył po obniżce prowizji od płatności kartą.
– O ile ilościowo dopiero gonimy starą Europę, o tyle pod względem samych produktów jesteśmy już w ścisłej czołówce – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Waś, country manager produkującej terminale płatnicze firmy Ingenico. – W tej chwili ponad 160 tys. firm umożliwia płatność kartami płatniczymi. To się przekłada na mniej więcej 410 tys. terminali płatniczych zainstalowanych w całym kraju.
Jego zdaniem liczba terminali może być nawet o 300 tys. większa. Z liczbą 700 tys. wskaźnik per capita byłby porównywalny do krajów zachodniej Europy. Jak podkreśla, Polska jest za to liderem pod względem kart bezstykowych – nie tylko w skali Europy, lecz także w skali świata.
– Przez ostatnie kilkanaście lat baza terminali rozwijała się z szybkością ok. 15 proc. rocznie. W ciągu ostatniego roku jej rozwój przyspieszył do 20-25 proc. rocznie. Po obniżce interchange rynek wyraźnie przyspieszył – przekonuje Piotr Waś.
Dzięki zmianom w ustawie o usługach płatniczych maksymalna opłata interchange, czyli prowizja od płatności kartą, spadła najpierw do 0,5 proc. wartości transakcji, a następnie (w styczniu tego roku) do 0,2 proc. przy transakcji kartą debetową i 0,3 proc. przy kartach kredytowych. Wcześniej opłaty w Polsce były jednymi z najwyższych w Europie (ponad 1,5 proc.). Ustawodawca założył, że dzięki obniżce spadną koszty użytkowania terminali przez przedsiębiorców, co pozytywnie wpłynie na rozwój sieci. Wciąż jednak koszt obsługi płatności bezgotówkowych jest dla wielu z nich barierą.
– Płatność kartą ze względu na użytą infrastrukturę i pośredników zawsze będzie kosztować. Nie są to w tej chwili duże koszty, w granicach mniej więcej 1 proc. wartości transakcji, ale to jest na pewno bariera. Środki otrzymywane z płatności obsługiwanych kartą pojawiają się na koncie z pewnym opóźnieniem, 2-3 dni, co też może być problemem. Poza tym to jest też bariera mentalna. Skoro do tej pory gotówka była dobra, dlaczego mam cokolwiek zmieniać – mówi Piotr Waś.
Ten problem jest szczególnie widoczny wśród mniejszych firm. Duzi detaliści zaakceptowali już taką formę płatności i są do niej profesjonalnie przygotowani. Wiedzą, że zaoferowanie takiej możliwości klientom jest korzystne dla obu stron – z oferty sklepu mogą skorzystać również ci, którzy zapomnieli o gotówce, a poza tym osoby, które nie są ograniczone ilością posiadanej w portfelu gotówki, są skłonne wydać więcej.
Ostatnio dynamicznie zwiększa się liczba urządzeń mobilnych.
– Są one bardzo chętnie kupowane przez restauracje czy różnego rodzaju dostawców, którzy w ten sposób sami stają się mobilni – informuje Piotr Waś. – W tej chwili widzimy mniej więcej 50 proc. przychodów z tej grupy terminali w naszym globalnym przychodzie.
Według Narodowego Banku Polskiego w ubiegłym roku w obiegu znajdowało się ogółem około 35 mln kart płatniczych, w tym 29 mln debetowych, 6,1 mln kredytowych i blisko 320 tys. obciążeniowych. Prognoza NBP zakłada, że do 2020 roku liczba wszystkich wzrośnie do około 41 mln. Kart debetowych będzie ponad 38 mln, kredytowych – 5,4 mln, a obciążeniowych – 250 tys.
Polacy uważają się za lokalnych patriotów, ale wielu z nich nie bierze udziału w przedsięwzięciach na rzecz sąsiedzkiej społeczności. 71 proc. jest dumnych z miejsca, w którym mieszka, a 53 proc. chce kupować produkty wytwarzane w okolicy, ale tylko 40 proc. zaangażowało się w jakieś lokalne przedsięwzięcie w ciągu ostatniego roku.
– Poczucie lokalności i związek z okolicą są wśród Polaków bardzo silne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Kopka, menadżer ds. strategii marki i badań marketingowych Banku Zachodniego WBK, lider projektu społecznego „Tu mieszkam, tu zmieniam”. – Aż 71 proc. Polaków jest dumnych z miejsca, w którym mieszka, rozumiejąc to jako dumę z osiągnięć czy historii swojej miejscowości, a także tego, jak wygląda.
Jak wynika z badania BZ WBK, połowa respondentów czuje się mocno związana z miejscowością, w której mieszka. Silną więź z całym krajem deklaruje tylko 43 proc.
Rezultaty badania BZ WBK dowodzą, że przywiązanie do lokalnej okolicy wśród Polaków coraz bardziej się ujawnia. Przejawem tego jest na przykład tzw. patriotyzm konsumpcyjny. 53 proc. osób stwierdziło, że chce kupować i nabywa wyroby lokalne właśnie dlatego, że one są produkowane w ich okolicy.
– Gorzej jest z zaangażowaniem w rozwijanie społeczności lokalnej – ocenia Magdalena Kopka.
Siedmiu na dziesięciu respondentów uważa, że podejmowanie działań na rzecz społeczności lokalnej jest przejawem patriotyzmu, ale aż 60 proc. nie zaangażowało się w ubiegłym roku w żadną tego typu akcję.
– Polacy najczęściej angażują się w programy wpierające wychowanie dzieci i młodzieży, kulturę, sport oraz programy nastawione na poprawę warunków życia w społecznościach lokalnych – wymienia Magdalena Kopka z BZ WBK.
Osoby z grupy niezaangażowanych najczęściej odpowiadały, że nie spotkały się z żadną tego rodzaju inicjatywą w swojej miejscowości (43 proc.). 38 proc. wskazało, że nikt nie zwrócił się do nich z propozycją udziału. Brak czasu, sił i zdrowia był powodem bierności 35 proc.
– Odpowiedzią na to jest program, który chcemy kontynuować również w kolejnych latach – twierdzi Magdalena Kopka. – Dajemy możliwość, wsparcie finansowe, informację i pomoc w realizacji projektów. Program stawia na lokalność i wspólne działanie. A prawie połowa Polaków uważa, że działając wspólnie, można osiągnąć więcej, to dla nas dobry znak i inspiracja do dalszych działań.
W ubiegłym roku BZ WBK rozpoczął ukierunkowany na wsparcie lokalnych inicjatyw program „Tu mieszkam, tu zmieniam”. Do 26 lipca poprzez aplikację można składać wnioski i pomysły na to, co można zmienić w okolicy. Do rozdysponowania jest 25 grantów w wysokości 10 tys. zł, kolejnych 50 w wysokości 7 tys. zł oraz 225 o wartości 4 tys. zł.
– W grę wchodzą także pomysły dotyczące tego, jak zmienić mentalność ludzi, którzy żyją w danej społeczności – dodaje Magdalena Kopka – Mam nadzieję, że w tym roku zrealizujemy nasze założenia z równie dużym sukcesem jak w ubiegłym roku.
W 2014 roku Warszawa przyciągnęła 3 mln turystów i ich liczba z roku na rok rośnie. Aby było ich jeszcze więcej, Warszawska Organizacja Turystyczna zainicjowała kampanię Warsaw City Break – Przyjedź do Warszawy latem. Ma ona wylansować polską stolicę jako miasto idealne na wakacyjny weekend.
Według Euromonitor International Warszawa znajduje się na 42. miejscu listy najchętniej odwiedzanych miast świata. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, stolicę odwiedza coraz więcej turystów – w 2014 roku nocowały tu 3 mln turystów, czyli o 5 proc. więcej niż rok wcześniej. 40 proc. z nich to obcokrajowcy, głównie Brytyjczycy, Niemcy i Amerykanie. Warszawa znalazła się także w pierwszej czterdziestce corocznego rankingu stu miast o najlepiej ocenianej bazie hotelowej, tworzonej przez trivago.pl. Zdaniem ekspertów tym, co może zainteresować zwłaszcza zagranicznych przyjezdnych, jest fakt, że stolica Polski jest miastem pełnym kontrastów.
– Z jednej strony to miasto stare, z drugiej strony nowoczesne, pełne muzyki i specyficznej atmosfery wydarzeń. Kluczowymi symbolami Warszawy powinna być zarówno infrastruktura, czyli Pałac Kultury i Nauki, jak i sztuka, np. św. Anna z Galerii Faras czy obraz Rembrandta na Zamku Królewskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Monika Białkowska z Warszawskiej Organizacji Turystycznej.
Zdaniem ekspertów polska stolica kojarzona jest głównie jako centrum biznesu i polityki – znaczna część obcokrajowców przyjeżdża bowiem do Warszawy w celach biznesowych. Aby jeszcze zwiększyć liczbę turystów, warto zmienić ten wizerunek i pokazać Warszawę jako miasto atrakcyjne turystycznie, idealne do spędzenia krótkiego urlopu lub ciekawego weekendu. Dobrym sposobem będzie podkreślanie kulturalnej atmosfery Warszawy – miasta wielu otwartych koncertów, spektakli teatralnych i innych wydarzeń kulturalnych.
– Turystów przyciąga różnorodność, różnokolorowość, nowoczesna infrastruktura, nowo otwarte metro czy nowo powstające budynki. Przyciągają ich nowoczesne muzea, wydarzenia kulturalne, mamy ponad 60 teatrów, wiele wydarzeń muzycznych. Wydaje mi się, że każdy jest w stanie znaleźć tutaj coś dla siebie – mówi Monika Białkowska.
Warszawska Organizacja Turystyczna we współpracy z przedstawicielami branży turystycznej przygotowała kampanię promocyjną Warsaw City Break. Prowadzona jest ona na rynku brytyjskim i szwedzkim, a opiera się przede wszystkim na działaniach w internecie. Na potrzeby kampanii stworzona została strona internetowa w całości w języku angielskim. Można na niej znaleźć informacje na temat aktualnych wydarzeń w Warszawie, sieci hoteli oraz atrakcji turystycznych.
– Jesteśmy organizacją, która łączy miasto i branżę turystyczną. Z inicjatywy tej branży rozpoczęliśmy działania, które są również przez branżę współfinansowane. Przekaz jest jeden: odkryj to miasto, zobacz, że to interesująca destynacja na weekend czy na kilka dni – mówi Monika Białkowska.
Kampania ma trwać do końca lipca. Warszawska Organizacja Turystyczna nie wyklucza jednak jej przedłużenia. Zdaniem twórców kampanii turystyka to ważny sektor gospodarki każdego miasta, a city tourism to obecnie kluczowy trend w turystyce.
Zarządzany przez Private Equity Managers fundusz wraz z TUW SKOK planują na bazie eCard zbudować lidera rynku obsługi płatności bezgotówkowych
Fundusz MCI. EuroVentures („MCI.EV”) zarządzany przez Private Equity Managers zainwestuje w eCard („Spółka”), podmiot oferujący nowoczesne rozwiązania w zakresie bezgotówkowego rozliczania transakcji płatniczych, w szczególności płatności w Internecie. Celem inwestycji jest zbudowanie lidera rynku obsługi płatności bezgotówkowych i agenta rozliczeniowego pierwszego wyboru dla spółek e-commerce.
MCI. EV realizuje inwestycję w eCard – polską firmę z segmentu fintech oferującą rozwiązania płatności w kanale elektronicznym oraz mobilnym. Warunkowa umowa inwestycyjna, którą fundusz podpisał ze spółką i jej największym akcjonariuszem, TUW SKOK z siedzibą w Sopocie, przewiduje m.in. konieczność osiągnięcia przez MCI.EV oraz TUW SKOK, poprzez skup akcji z rynku, poziomu 100% akcji. Po ziszczeniu się wszystkich warunków zawieszających, co zgodnie z umową powinno nastąpić do 29 kwietnia 2016 r., MCI.EV weźmie udział w podwyższeniu kapitału spółki i zostanie jej większościowym akcjonariuszem. TUW SKOK pozostanie mniejszościowym akcjonariuszem zachowując swój obecny stan posiadania.
– Wybierając cel naszej inwestycji przyglądamy się modelowi biznesowemu, kadrze zarządzającej oraz perspektywom rynkowym poszczególnych spółek. W przypadku eCard widzimy spółkę, która przy wsparciu głównego akcjonariusza zbudowała pozycję wiodącego gracza na rynku płatności online, a jej doświadczenie w obsłudze sklepów internetowych i współpracy z bankami pozwala czerpać korzyści z dynamicznego wzrostu rynków e-commerce i fintech. eCard to również dobra platforma do konsolidacji rynku płatności e-commerce i POS. Duży potencjał wzrostu wartości spółki sprawia, że jest ona naturalnym wyborem dla takiego funduszu jak MCI.EuroVentures – powiedział Cezary Smorszczewski, prezes zarządu Private Equity Managers S.A. i zarządzający funduszem MCI. EuroVentures.
– Już ponad 3 tys. firm podjęło współpracę z eCard. Pozyskanie tak doświadczonego inwestora jak MCI.EuroVentures to z jednej strony potwierdzenie jakości oferowanych przez nas usług, a z drugiej szansa na jeszcze szybszy rozwój spółki, w tym uatrakcyjnienie oferty i rozbudowanie bazy klientów – powiedziała Ewa Bereśniewicz-Kozłowska, prezes zarządu eCard S.A.
– MCI od lat współpracuje z liderami rynku e-commerce na całym świecie. Zna ich potrzeby i oczekiwania wobec systemów płatności. Kapitał jaki eCard pozyska w drodze podwyższenia kapitału zostanie przeznaczony na rozwój. Wspólnymi siłami zamierzamy uwolnić olbrzymi potencjał spółki i uczynić z niej wiodącą firmę obsługującą płatności bezgotówkowe – skomentował Grzegorz Buczkowski, członek zarządu TUW SKOK.
eCard to jeden z liderów rynku obsługi transakcji płatniczych online. Jego klientami są głównie firmy prowadzące sprzedaż w perspektywicznym segmencie e-commerce, który w Polsce notuje dwucyfrową dynamikę wzrostu każdego roku. Potencjał rozwoju rynku, na którym działa spółka, wynika z analizy przyzwyczajeń zakupowych Polaków: w transakcjach e-commerce nadal dominują płatności gotówką za pobraniem, które stanowią ok. 60% wartości wszystkich transakcji. Celem spółki jest zaoferowanie narzędzi dostosowanych do potrzeb klientów i w konsekwencji zwiększenie udziału płatności bezgotówkowych w transakcjach e-commerce.
eCard jest agentem rozliczeniowym oraz posiada zgodę KNF na świadczenie usług w charakterze krajowej instytucji płatniczej. Wykorzystując swoje bogate doświadczenie, MCI.EV chce uczynić ze spółki agenta rozliczeniowego pierwszego wyboru dla akceptantów rynku e-commerce.
– Obejmując akcje nowej emisji zamierzamy zasilić spółkę kapitałem, który posłuży do inwestycji w systemy IT i rozwój oferty produktowej dla akceptantów i klientów końcowych. Wspólnymi siłami zbudujemy szeroką bazę klientów, wykorzystując do tego spółki portfelowe funduszy MCI oraz nasze relacje zbudowane na rynku fintech. Dzięki rozległej sieci specjalistów z branży e-commerce pomożemy zarządowi eCard zoptymalizować strategię rozwoju, by efektywniej wykorzystywać szanse rynkowe. – powiedział Fabian Bohdziul, Investment Partner w MCI.
Według raportu firmy PMR wartość przychodów handlu internetowego w Polsce w 2014 r. przekroczyła 27 mld zł i rośnie w średniorocznym tempie 15%, jednym z najwyższych w Europie. W tak konkurencyjnej branży warunkiem koniecznym dalszego rozwoju jest stałe wprowadzanie innowacji. Jednym z obszarów najważniejszych zmian jest rynek płatności elektronicznych. eCard, który jest jednym z głównych graczy rynku e-płatności, dzięki wsparciu funduszu może zostać beneficjentem rewolucji technologicznej w zakresie płatności internetowych.
– Płatności internetowe są jednym z najważniejszych elementów funkcjonowania branży e-commerce. Uważamy, że rozwój tego innowacyjnego rynku jest kolejnym etapem na drodze rewolucji technologicznej (digital disruption), która stopniowo transformuje modele biznesowe z tradycyjnych w internetowe. Jako kluczowy inwestor technologiczny w Europie chcemy wesprzeć spółkę w budowaniu pozycji lidera tego rynku – powiedział Łukasz Wierdak, Investment Director w MCI.
O eCard S.A.:
Agent rozliczeniowy i krajowa instytucja płatnicza działająca od 2000 roku. Świadczy usługi najwyższej jakości, zgodnie z normami międzynarodowych organizacji płatniczych Visa, MasterCard oraz American Express. Dzięki doświadczeniu w dostarczaniu rozwiązań płatności w kanale elektronicznym oraz płatności mobilnych, współpracę z eCard S.A. podjęło już ponad 3 tysiące firm, w tym liderzy w swoich branżach tacy jak: Aviva, eBilet, Liberty Ubezpieczenia, Alma Market, Avon, Oriflame Poland, InPost, Ergo Hestia, Wakacje.pl, Polski Bus i wielu innych. Obecnie eCard S.A. oferuje szeroki wachlarz metod płatności za pomocą kart płatniczych, portfeli elektronicznych, szybkich przelewów automatycznych, SMS, płatności mobilnych, ratalnych i odroczonych.
Tendencje w sprzedaży poszczególnych koncernów motoryzacyjnych są zróżnicowane. Analizie poddawanych jest 8 koncernów, które odpowiadają za 91% sprzedaży w Polsce, tj. Volkswagen, PSA, Toyota, Renault, Opel, Nissan, Hyundai oraz Ford. Spośród nich najsilniej wzrósł indeks w przypadku Toyoty (o 16,9% r/r). Wzrost indeksu aut Grupy VW wyniósł 8,7%. Zbliżoną do średniej dynamiki za czerwiec, która wyniosła 4,4%, miał indeks cen aut firm: PSA (4,6%), Renault (5,4%) i Opel (5%). Wśród pozostałych wyróżnionych koncernów motoryzacyjnych obserwowaliśmy spadek wartości indeksu: Nissan o 10,8% r/r, Hyundai o 2,3% r/r oraz Ford o 0,7% r/r. Pomimo więc największej wagi koncernu Volkswagena w indeksie (27%) – słabsza dynamika zmian indeksu pozostałych koncernów wyhamowała w czerwcu wzrost jego ogólnego poziomu.
Indeks a średnie wynagrodzenie
Średnie ceny samochodów w salonach wykazują dość silny związek z dynamiką przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. W czerwcu 2015 r. skumulowany indeks dla cen aut wyniósł 179,2 (a więc wartość indeksu była o 79,2% wyższa niż średnio w 2004 r.), zaś dla płac – 173,7 (o 73,7% wyższa). Skumulowany indeks inflacji w analogicznym okresie wyniósł 130,3% (o 30,3% wyższe ceny towarów i usług konsumpcyjnych). Największy skumulowany wzrost indeksu miał miejsce w przypadku aut koncernu Hyundai (o 133%), Volkswagen (o 106,6%) i Toyota (o 95,8%) a najniższy wzrost koncernu PSA (13,4%) i Renault (o 51,2%). Skumulowany indeks aut koncernu Nissan utrzymał tendencję spadkową. W porównaniu do roku 2004 spadek wyniósł 14,1%.
Indeks a struktura rynku nowych samochodów
Warto zauważyć związek pomiędzy średnią ważoną ceną sprzedanych samochodów, a strukturą rynku: rośnie ona wraz ze wzrostem udziału klientów instytucjonalnych w rynku sprzedaży nowych samochodów. W czerwcu 2015 roku średnia ważona cena samochodu dla całego rynku wyniosła 93 923 zł (+1,15% w stosunku do maja 2015r.), w przypadku klientów indywidualnych – 77 659 zł (+0,81% m/m), a firm – 101 218 zł (+0,47% m/m). W pierwszym półroczu 2015 roku: cena ważona dla całego rynku wyniosła 90 570 zł (+3,34% r/r), dla klientów indywidualnych – 75 311 zł (-1,00% r/r), a dla firm – 100 160 zł(+4,66%).
W czerwcu 2015 roku udział klientów indywidualnych w całkowitej liczbie rejestracji samochodów osobowych wyniósł 30,95%. Udział firm osiągnął rekordowy poziom 69,05%. Statystyka ta jednak nie uwzględnia osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą oraz spółek cywilnych, które w bazie CEPiK klasyfikowane są w grupie „osób fizycznych”. Ponieważ w grupie osób fizycznych mogą również znaleźć się firmy, rzeczywisty rozkład rejestracji pomiędzy obiema grupami klientów może charakteryzować się jeszcze większą nierównowagą, ze wskazaniem na przewagę klientów instytucjonalnych. Fakt ten niekoniecznie świadczy o rosnącym zainteresowaniu zakupami firm, a raczej o małym popycie na samochody wśród klientów indywidualnych.
O indeksie:
SAMAR DNB indeks cen auto-moto to wspólne przedsięwzięcie DNB Bank Polska i Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR. Firma doradcza Deloitte jest autorem metodologii indeksu i jego kalkulacji. Jest to pierwszy w Polsce – i jeden z nielicznych na świecie – sektorowych wskaźników opartych na pełnych, a nie częściowych, danych zbieranych na krajowym rynku motoryzacyjnym. Indeks jest publikowany na bazie miesięcznej, począwszy od czerwca b.r.
– Sektor SKOK stał się obiektem brudnej kampanii politycznej – powiedział podczas dzisiejszej konferencji prasowej Rafał Matusiak, prezes Krajowej SKOK. – Tak zwana afera SKOK miała zaszkodzić kasom. Dziś mamy do czynienia z dalszą próbą wykorzystywania SKOK-ów w kampanii przed wyborami parlamentarnymi.
Rafał Matusiak, prezes Krajowej SKOK
W konferencji zorganizowanej w Centrum Prasowym PAP wzięli udział prezes Krajowej SKOK Rafał Matusiak oraz radca prawny Paweł Pelc. Matusiak odniósł się do niedawnej wypowiedzi wicepremiera Janusza Piechocińskiego, który w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” ujawnił, że był namawiany przez polityków Platformy Obywatelskiej do poparcia projektu powołania komisji śledczej w sprawie SKOK. Według Piechocińskiego PO twierdziła, że lider PSL „skorzysta na tym politycznie przed wyborami”. Wypowiedź ta wskazuje na prowadzenie politycznych targów wokół sektora SKOK, które nie mają nic wspólnego z merytoryczną oceną prowadzonej od blisko ćwierćwiecza działalności kas.
– Chciałbym podziękować panu premierowi za ujawnienie tego faktu w swoim wywiadzie i odpowiedzialność polityczną, jaką niewątpliwie się wykazał wskazując opinii publicznej na te okoliczności – powiedział Rafał Matusiak. Prezes Krajowej SKOK przedstawił także szerszy kontekst politycznych działań wobec sektora SKOK, podkreślając, że mają one istotny wpływ na stabilność funkcjonowania spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych.
– Z doniesień medialnych, które miałem okazję śledzić, wyłania się obraz zaplanowanej i przeprowadzonej z użyciem instytucji państwa operacji przeciwko kasom. Z publikacji wynika, że plan zaatakowania SKOK-ów powstawał już jesienią, natomiast do fazy realizacji przeszedł mniej więcej w lutym bieżącego roku. Według dziennikarzy tzw. afera SKOK miała zaszkodzić partii Prawo i Sprawiedliwość, miała również zdyskredytować kandydata na prezydenta PiS, pana Andrzeja Dudę. Dziś można powiedzieć, że mamy do czynienia z dalszym ciągiem tych działań, ponieważ trwa kampania parlamentarna. Z doniesień medialnych wynika, że SKOK-i nadal są w kręgu zainteresowań polityków Platformy Obywatelskiej i nadal mogą być wykorzystywane do zdobywania punktów w ramach kampanii – mówił Rafał Matusiak.
Prezes Krajowej SKOK, powołując się na doniesienia medialne, przedstawił scenariusz politycznego ataku na sektor. Rozpoczął się on upublicznieniem listu przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego do premier Ewy Kopacz oraz instytucji państwowych. Informacja była bardzo szeroko nagłaśniana w mediach przez polityków PO.
– Z żalem i dużym niepokojem chciałbym odnotować, że w wypowiedziach polityków PO można było usłyszeć wiele słów, które trudno było określić mianem odpowiedzialnych. Sięgano również po takie sformułowania, które mogły doprowadzić do wywołania paniki – zaznaczał Matusiak. – Można powiedzieć, że SKOK-i przeszły największy stress test w warunkach naturalnych, nie na papierze. Przeszły go z oceną bardzo dobrą, ponieważ nie doszło do masowych wypłat, nie doszło do runu na kasy. Te wydarzenia potwierdzają rzecz dla nas najważniejszą: SKOK-i cieszą się zaufaniem swoich członków, członkowie kas nie obawiają się przechowywać swoich depozytów w SKOK-ach. Te osoby, które próbują twierdzić, że nie istnieje coś takiego jak więź członkowska w SKOK-ach, po prostu nie wiedzą o czym mówią.
Przedstawiciele Krajowej SKOK skomentowali także przyjęcie sprawozdania przez sejmową podkomisję nadzwyczajną do spraw realizacji ustaw o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych, której przewodniczył Marcin Święcicki (PO). Według nich wyniki działań komisji należy ocenić krytycznie. Zwrócono m.in. uwagę na chaotyczny, pośpieszny tryb prowadzenia prac.
– Od samego początku komisja nie sporządziła żadnego harmonogramu. Poseł Święcicki o kolejnych posiedzeniach informował na 2-3 dni przed ich rozpoczęciem. Jestem w biznesie już kilkanaście długich lat i wiem, że bez planu po prostu nie da się działać – mówił Rafał Matusiak.
Uczestnicy konferencji podkreślali, że w ich ocenie sprawozdanie komisji ma charakter polityczny, nie zaś merytoryczny. – Wskazywaliśmy na liczne błędy merytoryczne w sprawozdaniu komisji, ale w praktyce wszystkie niemal poprawki, które nanosiliśmy były odrzucane. Wyjątkiem jest wykreślenie słów o „patologicznym” charakterze nadzoru Kasy Krajowej nad SKOK-ami. Stało się to po tym, gdy jeden z posłów poinformował, że eksperci Banku Światowego chwalą ten nadzór w swoich raportach – dodawał Paweł Pelc.
Rafał Matusiak wskazywał, że według autorów sprawozdania w Polsce powinny funkcjonować wyłącznie małe kasy, które nie stanowią zagrożenia dla lobby bankowego. Prezes Krajowej SKOK nie zgodził się też z zawartymi w sprawozdaniu ocenami, że SKOK-i popełniają „błąd” wspierając inicjatywy patriotyczne czy angażując się w dzieła Kościoła katolickiego. Matusiak zwracał uwagę, że przewodniczący podkomisji, poseł Marcin Święcki jest aktywnym uczestnikiem debaty politycznej, w której bardzo ostro krytykuje program gospodarczy Prawa i Sprawiedliwości. Wydźwięk raportu może być elementem tej właśnie debaty, ponieważ Święcki wielokrotnie wskazywał na rzekome związki kas z PiS. Prezes Krajowej SKOK dodawał również – powołując się na doniesienia prasowe – że poseł Marcin Święcicki prowadzi nie tylko działania mogące wywrzeć niekorzystny wpływ na funkcjonowanie sektora spółdzielczych kas, ale zaangażował się także w działania mogące osłabić pozycję Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Rafał Matusiak poinformował także o możliwych nieprawidłowościach w audytach przeprowadzanych w niektórych kasach na zlecenie KNF przez firmę Deloitte Polska. Zdaniem Matusiaka audytorzy Deloitte różnie oceniali takie same zjawiska gospodarcze w poszczególnych kasach oraz popełniali merytoryczne błędy w raportach – w przypadku jednej ze spółdzielczych kas sięgały one kilkuset milionów złotych. Niejasny jest też sposób wyłonienia firmy audytorskiej. Jedna z kas zwróciła się z prośbą o przedstawienie dokumentów umowy, która została zawarta pomiędzy KNF i Deloitte. Nie otrzymała ich, więc zwróciła się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego , który nakazał ich przekazanie. Do wczoraj – a od wyroku minął miesiąc – kasa dokumentów nie otrzymała.
– Z posiadanych przez Kasę Krajową informacji wynika też, że możemy mieć przynajmniej w jednym przypadku do czynienia z naruszeniem przepisów prawa polegającym na tym, że badanie zostało rozpoczęte, a data rozpoczęcia badania jest wcześniejsza niż data podpisania umowy między Komisją Nadzoru Finansowego i firmą audytorską. Myślę, że to jest również kwestia, którą należałoby wyjaśnić – mówił Matusiak.
Prezes Krajowej SKOK poinformował też, że pracownik Deloitte przeprowadzający audyt w kasach natychmiast po jego zakończeniu rozpoczął pracę w komercyjnym banku, który jest zainteresowany przejmowaniem SKOK-ów.
– W świetle opisanych zdarzeń, w naszej opinii, najpierw należy wyjaśnić wszelkie niejasności, a dopiero potem powinny zapadać jakiekolwiek rozstrzygnięcia o charakterze nadzorczym – mówił Rafał Matusiak.
Kończąc swoje wystąpienie prezes Krajowej SKOK zaapelował o zaprzestanie politycznej nagonki na kasy. – Polityka nie powinna dyktować metod traktowania rynku finansowego. Dlatego chciałbym zaapelować o to, aby instytucje państwowe powstrzymały się od pochopnych działań mogących mieć daleko idące skutki zarówno dla reputacji jak i funkcjonowania kas – powiedział.
Rafał Matusiak podkreślił również potrzebę stworzenia dobrego prawa dla spółdzielczych kas, prawa, które zapewni im możliwość stabilnego funkcjonowania. – Od dwóch i pół roku my takiej możliwości nie mamy. Jeżeli w ciągu niespełna trzech lat czterokrotnie zmienia się zasady prowadzenia rachunkowości, to jak w takiej sytuacji mówić o stabilnym działaniu. Prawo to powinno uwzględniać także specyfikę działalności SKOK-ów. SKOK-i nigdy nie były, nie są i nie zamierzają być bankami. SKOK-i, podobnie jak unie kredytowe działające w ponad 100 krajach na świecie realizują pewną misję, polegającą na dostarczaniu usług finansowych przede wszystkim osobom niezamożnym. Prawo, które obecnie nas obowiązuje w mojej opinii w żaden sposób tej kwestii nie uwzględnia – podsumował Rafał Matusiak.
Mercedes-AMG kompleksowo modernizuje modele CLA 45 4MATIC, CLA 45 4MATIC Shooting Brake oraz GLA 45 4MATIC – podobnie jak A 45 4MATIC, wyróżniają się one teraz jeszcze bardziej emocjonującą stylizacją i zapewniają większą przyjemność z jazdy. Innowacje techniczne oraz dodatkowe opcje indywidualizacji po raz kolejny plasują je na czele segmentu sportowych aut kompaktowych.
Do napędu CLA 45 4MATIC, CLA 45 4MATIC Shooting Brake oraz GLA 45 4MATIC służy 4-cylindrowy, turbodoładowany silnik o pojemności 2 litrów, który po modernizacji generuje moc 280 kW (381 KM) – o 15 kW (21 KM) wyższą niż dotychczas. To najmocniejsza produkowana seryjnie 4-cylindrowa jednostka na świecie. Jej maksymalny moment obrotowy wzrósł o 25 Nm, do 475 Nm. Nowe zestopniowanie 7-stopniowej przekładni dwusprzęgłowej i znany z Mercedesa-AMG GT system trybów jazdy DYNAMIC SELECT sprawiają, że kompaktowe modele osiągają jeszcze większą wydajność. Dostępne w opcji sportowe zawieszenie AMG RIDE CONTROL oraz pakiet AMG DYNAMIC PLUS pozwalają dodatkowo spotęgować dynamikę jazdy.
Kompleksowe modyfikacje silnika, skrzyni biegów, układu jezdnego, elektroniki i wyposażenia służą dalszemu zwiększeniu przyjemności z dynamicznej jazdy. „Dzięki optymalnej koordynacji poszczególnych zabiegów nasze samochody są nie tylko najmocniejsze, ale i najzwinniejsze w swoich klasach” – zauważa Tobias Moers, Prezes Zarządu Mercedes-AMG GmbH. „Mają wszelkie warunki, by kontynuować historię naszego sukcesu w wysoce konkurencyjnej stawce sportowych kompaktów”.
Decydującą rolę odgrywają tu zapierające dech w piersiach osiągi: CLA 45 4MATIC przyspiesza teraz od 0 do 100 km/h w 4,2 s, o 0,4 s szybciej niż poprzednik (Shooting Brake: 4,3 s, GLA: 4,4 s). Jednocześnie zużycie paliwa udało się utrzymać na dotychczasowym, bardzo niskim poziomie. Modele CLA 45 4MATIC i CLA 45 4MATIC Shooting Brake zużywają średnio jedynie 6,9 l/100 km, a GLA 45 4MATIC – 7,4 l/100 km.
Indywidualne doznania z jazdy: tryby jazdy AMG DYNAMIC SELECT
Charakterystykę działania jednostki napędowej, przekładni i układu kierowniczego kompaktowych modeli Mercedes-AMG można zmieniać jednym ruchem pokrętła dzięki montowanemu w standardzie systemowi trybów jazdy AMG DYNAMIC SELECT. Kierowca ma do wyboru cztery lub pięć programów: Comfort, Sport, Sport+ oraz Individual, a w połączeniu ze sportowym zawieszeniem AMG RIDE CONTROL – także Race.
Kolejną nowością jest pakiet AMG DYNAMIC PLUS, który dodatkowo wyostrza dynamikę jazdy. Jednym z jego głównych elementów jest blokada przedniego dyferencjału, znacznie poprawiająca trakcję podczas agresywnego pokonywania zakrętów. Co więcej, samochód jest jeszcze stabilniejszy podczas zmian obciążenia i podróżowania z wysokimi prędkościami. Do pakietu należy również sportowe zawieszenie AMG RIDE CONTROL (można zamówić je osobno) z programem jazdy Race oraz dwoma trybami adaptacyjnego tłumienia do wyboru. System działa w pełni automatycznie i osobno dobiera siły resorujące w każdym kole w zależności od aktualnych warunków drogowych oraz stylu jazdy.
Bezkompromisowe osiągi to również zasługa seryjnej, 7-stopniowej przekładni AMG SPEEDSHIFT DCT. Dzięki skróceniu biegów od 3. do 7. kompaktowe samochody Mercedes-AMG przyspieszają jeszcze szybciej w całym zakresie prędkości. Równocześnie inżynierowie z Affalterbach zoptymalizowali czas zmiany przełożeń i reakcji skrzyni.
Do standardowego wyposażenia wszystkich modeli należy napęd na cztery koła AMG Performance 4MATIC, zapewniający optymalną trakcję i maksymalną przyjemność z jazdy. Płynnie rozdziela on moment obrotowy między przednią a tylną osią w stosunku od 100:0 do 50:50. Zależnie od warunków, sprzęgło wielotarczowe zintegrowane z tylnym dyferencjałem w ułamku sekundy kieruje siłę napędową do tylnych kół.
Odnowione modele CLA 45 4MATIC, CLA 45 4MATIC Shooting Brake oraz GLA 45 4MATIC można zamawiać już w salonach Mercedes-Benz. Pierwsze egzemplarze dotrą do dealerów we wrześniu br.
Już pod koniec XIX wieku w Anglii zaczęli pojawiać się pierwsi osadnicy z Polski, którzy emigrowali w poszukiwaniu lepszego bytu i pracy. W tym okresie Wielką Brytanię zamieszkiwało około 2 tys. Polaków. Następny, znaczny napływ ludności z naszego kraju nastąpił w trakcie drugiej wojny światowej. Londyn stał się stolicą polskiej emigracji wojennej. Po wojnie liczba Polaków wciąż rosła osiągając poziom 94 tys.
Dnia 1 maja 2004 roku Wielka Brytania wraz ze Szwecją i Irlandią całkowicie otworzyły swój rynek pracy dla imigrantów z nowych państw Unii Europejskiej. Wielka Brytania stała się jednym z głównych kierunków emigracji Polaków. Już w 2004 roku liczba Polaków tam przebywających wyniosła 150 tys., a w 2005 roku podwoiła się i osiągnęła poziom 340 tys. Co ciekawe jeszcze przed otwarciem granic dużo osób wyjeżdżało do Wielkiej Brytanii i pracowało „na czarno”. O wyborze tego kraju decydowała w głównej mierze znajomość języka oraz wysokie zarobki. Emigrowali głównie ludzie młodzi w wieku produkcyjnym, część z nich początkowo wyjechała w celach edukacyjnych i zdecydowała się na pozostanie w tym kraju na stałe. Obecnie, jak wynika z danych GUS, na terenie Wielkiej Brytanii mieszka około 642 tys. naszych rodaków. Według nieoficjalnych danych jest ich tam nawet 1 mln.
Wynagrodzenia Polaków w Wielkiej Brytanii
Polacy najczęściej podejmują pracę w przemyśle (25%), hotelarstwie (20%) i budownictwie (8%). Znaczna część osób wykonuje również prace w edukacji i administracji (5%). Do Wielkiej Brytanii wyjeżdża też coraz więcej lekarzy. W ochronie zdrowia i pomocy społecznej pracuje około 7% emigrantów z Polski.
Minimalna stawka godzinowa w ojczyźnie Szekspira dla osób, które ukończyły 21 lat wynosi 6,50 GBP brutto na godzinę. Od października 2015 roku płaca minimalna w tej grupie wiekowej wzrośnie do 6,70 GBP na godzinę. Nieco niższa stawka jest wyznaczona dla osób od 18. do 21. roku życia – 5,13 GBP na godzinę. Najmłodszych pracowników, w wieku 16-17 lat obowiązuje płaca minimalna w wysokości 3,79 GBP na godzinę. Osobna stawka godzinowa jest wyznaczona dla praktykantów – 2,73 GBP.
Średnie wynagrodzenie Polaków, którzy pracowali w Wielkiej Brytanii w 2012 roku wyniosło 1 300 GBP, czyli około 6 711 PLN netto. Według danych Narodowego Banku Polskiego Polacy, którzy przebywali na terenie Wielkiej Brytanii krócej niż rok zarabiali przeciętnie 1 000 GBP netto miesięcznie. O 200 GBP więcej zarabiali ci, którzy przebywali na „Wyspach” od 1 do 3 lat. Najwyższe wynagrodzenia otrzymywali pracownicy z Polski, którzy zdecydowali się pozostać w Wielkiej Brytanii na stałe. Przeciętnie zarabiali 1 400 GBP netto miesięcznie, czyli około 7 228 PLN netto (po średniorocznym kursie z 2012 roku).
Wykres 1. Wynagrodzenie Polaków w Wielkiej Brytanii w zależności od długości trwania emigracji, według wyników badań z 2012 roku (netto w GBP)
Wynagrodzenia na różnych stanowiskach
Znaczna część Polaków pracuje w budownictwie (8%). W Wielkiej Brytanii w tej branży wymagane jest posiadanie karty CSCS (Construction Skills Certification Scheme), która określa specjalizację i poziom doświadczenia pracowników budowlanych oraz potwierdza znajomość przepisów BHP. To właśnie poziom doświadczenia jest kluczowym czynnikiem, który wpływa na wysokość wynagrodzenia tych osób. Oprócz tego kandydaci muszą posiadać kartę NIN (National Insurance Number), czyli kartę z numerem ubezpieczenia i numer UTR, czyli identyfikacji podatkowej. Ogłoszenia o pracę zazwyczaj zawierają widełki, kwota jest doprecyzowana podczas rozmowy z zainteresowanym, po uwzględnieniu poziomu specjalizacji i doświadczenia. Pracownicy ogólnobudowlani otrzymują od 80 do 110 GBP brutto dziennie (65-85 GBP netto dziennie).Podobnych wynagrodzeń mogą oczekiwać dekarze. Cieśla szalunkowy może zarobić nawet 11-18 GBP brutto na godzinę, przy ośmiogodzinnym dniu pracy dostaje od 88 do 144 GBP brutto. Duże rozpiętości są pomiędzy kwotami jakie może otrzymać stolarz. Zarobki w tym zawodzie w Wielkiej Brytanii wahają się od 60 do 120 GBP brutto dziennie. Podobnie jak w przypadku pracowników budowlanych. Wysokość ich wynagrodzenia w głównej mierze zależy od doświadczenia, specjalizacji i poziomu znajomości języka.
Stawki pracowników wszelkiego rodzaju fabryk zaczynają się od minimum (6,50 GBP na godzinę) osiągając nawet 10 GBP na godzinę. Wynagrodzenie pracowników produkcyjnych uzależnione jest od procesu, w którym biorą udział oraz doświadczenia. Często znaczenie ma również poziom znajomości języka. Jednak w fabrykach w Wielkiej Brytanii pracuje wielu Polaków, którzy nie znają języka angielskiego. Co więcej, nie mają problemów komunikacyjnych z przełożonymi bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zna język kraju emigracji i przekaże polecenia kadry zarządzającej. Zdarza się, że niepotrzebne jest pośrednictwo na linii pracownik – kierownik, gdyż często przełożeni polskich pracowników są również Polakami.
Wysoki odsetek Polaków pracuje w opiece nad osobami starszymi i dziećmi oraz służbie zdrowia. Praca w opiece może przybierać różne formy. Pierwsza z nich to „live-in” – oznacza zamieszkanie z podopiecznym. Tacy opiekunowie zarabiają od 60 do 80 GBP brutto dziennie. Najczęściej pracują 7 dni w tygodniu. W zależności od umowy z pracodawcą mają oni tydzień przerwy po 3 lub 4 tygodniach pracy lub 2 tygodnie wolnego po dwóch miesiącach pracy. Minusem takiej działalności jest konieczność całodobowej opieki, natomiast plusem jest to, że opiekun nie ponosi kosztów zakwaterowania mieszkając z podopiecznym. Drugim wariantem jest „live-out”, czyli praca z dojazdem do domu, pomoc w codziennych czynnościach i dotrzymywanie towarzystwa. Płace w tym systemie opieki wahają się od 7 do 9 GBP na godzinę. Podobne stawki obowiązują opiekunów osób starszych, pracujących w domach opieki. Znacznie więcej mogą zarobić pielęgniarze i pielęgniarki. Pielęgniarka ogólna zarabia od 12 do 19 GBP na godzinę, pielęgniarka chirurgiczna, operacyjna, anestezjologiczna czy z inną niszową specjalizacją, dużym doświadczeniem i bardzo dobrą znajomością języka angielskiego może zarobić nawet do 26 GBP za godzinę.
Polacy coraz częściej zajmują stanowiska administracyjne i specjalistyczne. Na tych stanowiskach ich wynagrodzenie jest równorzędne z tym, które otrzymują obywatele Wielkiej Brytanii.
Wydatki związane z życiem
Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii w 2007 roku na wydatki związane z życiem wydali 46% swojego wynagrodzenia. Wydatki te są ponoszone na wyżywienie, mieszkanie, transport, odzież, kulturę, rozrywkę, zdrowie jak i wszelkie inne towary i usługi. W 2010 roku Polacy przeznaczyli już średnio o 1 p. p. więcej. W 2012 roku na codzienne potrzeby wydali 49% swojego wynagrodzenia. Więcej wydają, Ci którzy w Wielkiej Brytanii postanowili osiąść na stałe. Często kupują domy i zaciągają kredyty, co zwiększa ich wydatki. Co więcej, nie żyją z dnia na dzień i nie starają się jak najwięcej zaoszczędzić. Polacy, którzy traktują swój wyjazd jako rozwiązanie tymczasowe chcą jak najwięcej odłożyć i przywieźć pieniądze do Polski. Znaczny odsetek tych osób już w trakcie pracy w Wielkiej Brytanii przesyła część wypłaty rodzinie, która została w ojczyźnie.
Wydatki związane z życiem za granicą, jako procent miesięcznego wynagrodzenia netto w różnych latach
Państwo socjalne
W Wielkiej Brytanii państwo oferuje szereg zasiłków takich jak: dla bezrobotnych, w związku z niskimi dochodami, na dziecko, zapomogi mieszkaniowe.
Zasiłek dla bezrobotnych „Jobseeker’s Allowance” przeznaczony jest dla osób, które są bez pracy lub pracują mniej niż 16 godzin tygodniowo. Aby dostać taki zasiłek należy być zdolnym do pracy i móc ją podjąć w każdej chwili, nie osiągnąć wieku emerytalnego i przepracować w trybie ciągłym 12 miesięcy przed utratą pracy. Wyróżnia się dwa rodzaje zasiłku:
1. zasiłek dla bezrobotnych – Contribution-based Jobseeker’s Allowance:
• osoby 16-24 lat – maksymalnie 56,80 GBP tygodniowo,
• osoby 25 lat i więcej – maksymalnie 71,70 GBP tygodniowo.
2. zasiłek w związku z niskimi dochodami – Income-based Jobseeker’s Allowance:
• osoby samotne poniżej 25 lat – maksymalnie 56,80 GBP tygodniowo,
• osoby samotne w wieku 25 lat i więcej – maksymalnie 71,70 GBP tygodniowo,
• małżeństwa lub związki partnerskie – maksymalnie 112,50 GBP tygodniowo,
• samotni rodzice (poniżej 18. roku życia) maksymalnie 56,80 GBP tygodniowo,
• samotni rodzice (powyżej 18. roku życia) maksymalnie 71,70 GBP tygodniowo.
Wysokość zasiłku może być niższa jeżeli pracuje się w niepełnym wymiarze pracy i pobiera wynagrodzenie. Do obliczenia wysokości zasiłku brana jest pod uwagę również wysokość oszczędności. Jeżeli zaoszczędzona suma przekracza 6 tys. GBP to kwota zasiłku jest pomniejszana. W przypadku gdy oszczędności przekraczają 16 tys. GBP osoba ta nie ma prawa do zasiłku.
Premier Wielkiej Brytanii David Cameron walczy o zmianę systemu zasiłków. Chce je ograniczyć dla imigrantów. Są to plany dalekosiężne, ale już od dawna słychać oburzenie Brytyjczyków, którym nie podoba się, że Polacy pobierają też zasiłki na swoje dzieci mieszkające w Polsce, co jest zgodne z prawem brytyjskim. Wystarczy mieć legalna pracę i dopełnić wszystkie formalności. Na pierwsze dziecko przysługuje 20,70 GBP tygodniowo, a na każde następne 13,70 GBP. Zasiłek przysługuje do ukończenia 16. roku życia przez dziecko lub nawet po 18. roku jeżeli dziecko pobiera naukę w pełnym wymiarze czasu.
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Przez wiele tygodni uwaga inwestorów była skupiona na Grecji, ale duże problemy ma także giełda w Chinach. Załamania na chińskim rynku akcji spodziewaliśmy się od dawna. Po tym, jak inwestorzy indywidualni zaczęli na potęgę kupować akcje, pompując ich ceny do irracjonalnych poziomów, ta bańka musiała pęknąć. Korekta była intensywna, ale zakończyła się gwałtownie, gdy w sprawę zaangażowały się władze. Partia „zakazała” giełdzie spadać. Władze wprowadziły zakaz sprzedaży akcji chińskich spółek pod groźbą sankcji – włącznie z więzieniem. „Pomocne” okazało się także zawieszenie notowań wielu spółek, w efekcie czego nie można było ich sprzedać. To tymczasowo uspokoiło sytuację.
Duży udział inwestorów indywidualnych problemem chińskiej giełdy
Po ostatnich spadkach chińskie akcje są wycenione dużo bardziej racjonalnie. Jednak trzeba brać pod uwagę specyfikę tamtejszego rynku – dominujący udział inwestorów indywidualnych, który wynosi ponad 80%. To ewenement na skalę światową, bo na innych giełdach dominują inwestorzy instytucjonalni. Struktura graczy na chińskim parkiecie stwarza ryzyko dalszej gwałtownej przeceny w chwili, gdy zostaną zniesione obostrzenia dotyczące sprzedaży akcji. Trzeba pamiętać, że dla inwestorów detalicznych Państwa Środka giełda jest relatywnie nową formą inwestowania. Wobec tego nie są oni przyzwyczajeni do spadków i ich reakcje mogą być paniczne.
Porozumienie z Iranem: ceny ropy mogą dalej spadać, ale stopniowo
W kontekście globalnej gospodarki bardzo ważne jest także porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Jego najwyraźniejszym skutkiem jest spadek cen ropy naftowej – od kilku (europejska odmiana Brent) do kilkunastu procent (amerykańska WTI). Ceny ropy mogą w przyszłości dalej spadać. Niemniej będzie to proces rozłożony w czasie, jako że będzie zależał z jednej strony od tempa inwestycji w irańskim sektorze wydobywczym, a z drugiej – od terminów znoszenia kolejnych sankcji w miarę spełniania przez Iran kolejnych punktów porozumienia. W perspektywie co najmniej kilku miesięcy nie należy się więc spodziewać masowego napływu irańskiej ropy na światowe rynki.
Ceny ropy a poszukiwanie zysków w Rosji
Mówi się, że potencjał wydobywczy Iranu może doprowadzić do zmiany sytuacji na rynku ropy naftowej, zagrażając największym potentatom. Potencjalnie byłby to problem dla Rosji, której gospodarka i giełda są mocno uzależnione od cen tego surowca. Warto jednak zwrócić uwagę, że pomimo spadków cen ropy rosyjska giełda nie zachowuje się wcale tak źle, jak można by tego oczekiwać. Ponadto rubel – patrząc przez pryzmat jego zachowania w ostatnich miesiącach – jest całkiem stabilny. To bardzo istotne, ponieważ działając na rosyjskim rynku akcji (jak na każdym innym rynku wschodzącym), inwestujemy zarówno w tamtejsze spółki, jak i w walutę, której nie sposób zahedge’ować. Pomimo że dla większości rynków wschodzących najprawdopodobniej nadchodzą ciężkie czasy, w poszukiwaniu wartości dobrze zwrócić uwagę na Rosję. Ceny ropy naftowej znalazły się najprawdopodobniej blisko minimów (prognozy sugerują, że z perspektywy całego kwartału nie powinny już spadać), giełda rosyjska jest już wyceniana z dużym dyskontem do własnej historii, a w III kwartale powinniśmy osiągnąć dołek koniunktury. Analitycy coraz pozytywniej patrzą na perspektywy zysków tamtejszych spółek, rewidując swoje prognozy w górę. Pamiętajmy jednak, że Rosja to kraj o bardzo wysokim ryzyku (także politycznym). Rozważając ewentualną inwestycję, powinniśmy się przygotować na to, że droga może się okazać dość wyboista. Zatem udział tego rynku w naszym portfelu powinien być niewielki.
Średnie wynagrodzenie miesięczne oferowane specjalistom i menedżerom w Polsce w 2014 roku wyniosło 9658 PLN brutto – wskazuje Raport Płacowy Antal 2015. Oznacza to niewielki spadek w stosunku do 2013 roku.
Komu pracodawcy oferowali najwyższe wynagrodzenie?
Najwyższe wynagrodzenie pracodawcy oferowali Wyższej Kadrze Zarządzającej – w 2014 roku wyniosło ono 17 503 PLN brutto. Na drugim miejscu znaleźli się specjaliści z obszaru Prawa ze średnią 12 460 PLN brutto, a tuż za – ze Sprzedaży i Marketingu – w tej dyscyplinie specjaliści i menedżerowie zarabiali średnio 10 380 PLN brutto.
Średnie miesięczne wynagrodzenie brutto PLN oferowane specjalistom i menedżerom w Polsce w 2014 roku
„Najnowszy Raport Płacowy Antal przedstawia stabilność sektorów, w których pracodawcy oferują najwyższe wynagrodzenia. Co więcej, w sektorach tych wynagrodzenia wzrastają, co dobrze wróży na przyszłość. Po raz kolejny na najwyższe wynagrodzenie mogą liczyć przedstawiciele Wyższej Kadry Zarządzającej – z najnowszego raportu wynika, iż oferowane średnie wynagrodzenie brutto wynosi 17 503 PLN. Również sektory Prawo oraz Sprzedaż i Marketing niezmiennie zajmują pozycje liderów – w sektorach tych, mimo wystarczającej liczby odpowiednich kandydatów na rynku pracy, pracownicy mogą liczyć na wysokie wynagrodzenia” -komentuje Artur Skiba, prezes zarządu Antal International
i wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.
Nieznaczne spadki
Mimo iż średnie wynagrodzenie oferowane w 2014 roku okazało się nieco niższe niż w roku poprzednim, tendencje są bardzo pozytywne, gdyż na spadek wynagrodzenia wpływ miały głównie dwa sektory – Logistyka oraz Bankowość i Ubezpieczenia. Branże te, mimo że odnotowały obniżenie oferowanych wynagrodzeń – o 1620 PLN brutto w Logistyce
i o 280 PLN w Bankowości – są w dobrej kondycji.
„Niewielki spadek wynagrodzenia w Bankowości wynika przede wszystkim ze zmniejszonej w stosunku do lat poprzednich, rotacji wśród pracowników. Co więcej, sektor ten jest obecnie rynkiem pracodawcy, na którym dostępna jest duża liczba kandydatów. Pracodawcy nie „przepłacają” więc zatrudnianych osób, ale za to oferują ciekawe wyzwania oraz dodatkowe możliwości rozwoju. Warto też pamiętać, że wynagrodzenia oferowane w poprzednich latach przewyższały stawki rynkowe”- komentuje Sebastian Sala, menedżer Antal Banking & Insurance.
W Logistyce, podobnie jak w sektorze Bankowość i Ubezpieczenia, główną przyczyną spadku oferowanego wynagrodzenia w 2014 roku w stosunku do roku wcześniejszego, była zdecydowanie większa rotacja wśród specjalistów.
„W 2014 roku menedżerowie w Logistyce zmieniali pracę znacznie rzadziej niż specjaliści. Konsekwencją tego średni wskaźnik wynagrodzeń proponowanych w tej branży wydaje się niższy niż w 2013 roku. Mimo rynku kandydata pracodawcy stawiają potencjalnym pracownikom coraz większe wymagania. Co więcej, nie są już skłonni do oferowania znacznie większych wynagrodzeń niż te przewidziane w budżecie”- twierdzi Artur Migoń, Dyrektor, Antal Engineering & Operations.
Znaczące wzrosty
Pozytywnie w przyszłość mogą spoglądać osoby pracujące w branżach IT, Prawo, HR i SSC/BPO – sektory te odnotowały znaczne wzrosty wynagrodzeń w stosunku do roku 2013. W sektorze Prawa średnie wynagrodzenie brutto oferowane specjalistom i menedżerom w Polsce w 2014 roku wyniosło 12 460 PLN, czyli niemalże o 2000 PLN więcej niż w poprzednim roku.
„Wynagrodzenia oferowane prawnikom są zdecydowanie wyższe niż w 2013 roku, z dwóch powodów: ze względu na znaczną liczbę rotacji na stanowiskach menedżerskich oraz prężne rozwijanie nowych specjalizacji wśród kancelarii, które chcą powiększać swoje zespoły o nowe linie biznesowe”- komentuje Agnieszka Pastuła, menedżer Antal Legal.
Dużym wzrostem wynagrodzeń cieszą się też sektory SSC/BPO i HR – wynagrodzenia brutto wyniosły odpowiednio 7320 PLN oraz 8110 PLN. W porównaniu z poprzednim Raportem Płacowym Antal, wynagrodzenia są wyższe o ponad 2000 PLN w branży SSC/BPO i przeszło 1000 PLN w HR.
„W mojej ocenie wzrost średniego wynagrodzenia w obszarze stanowisk HR związany jest z poprawą koniunktury na rynku polskim i tym, co organizacje mogą zaoferować swoim kandydatom. Nie bez znaczenia jest też fakt, że świadomość tego, jak ważni w organizacji są ludzie wzrasta, a pracownicy HR, dbający o ten aspekt personalny są coraz bardziej doceniani, co przekłada się na ich wynagrodzenia”-twierdzi Marta Tobiasz, Team Leader Antal HR & Admin.
Wynagrodzenia w sektorze SSC/BPO znacznie wzrosły, w porównaniu z poprzednim Raportem Płacowym Antal. Jednym z czynników, jest wciąż zbyt mało kandydatów posługujących się niestandardowymi językami obcymi.
„Cechą charakterystyczną sektora SSC/BPO w Polsce jest coraz wyższy stopień zaawansowania obsługiwanych procesów, podążający w kierunku projektów opartych na wiedzy. Aby więc przyciągnąć specjalistów i menedżerów do konkretnej firmy konieczny jest wzrost wynagrodzeń w tym sektorze. Bez wątpienia coraz większe zapotrzebowanie na nietypowe języki takie jak fiński, szwedzki, norweski, duński czy hebrajski również ma wpływ na rosnące wynagrodzenia w sektorze SSC/BPO” – mówi Anna Kulawiak, Team Leader, Antal SSC/BPO.
Sektor IT od wielu lat jest niekwestionowanym rynkiem kandydata, co potwierdzają stałe wzrosty wynagrodzeń w tej branży. W 2014 roku średnie wynagrodzenie oferowane specjalistom i menedżerom wyniosło 10 220 PLN brutto, co oznacza wzrost o 801 PLN w stosunku do roku poprzedniego.
„Zauważamy mocno rozwijający się rynek outsourcingu IT, na którym coraz więcej programistów wybiera pracę przy konkretnych projektach, określonych czasowo. Wynagrodzenia kontraktorów najczęściej są wyższe niż pracowników na etatach, co wpływa na stały wzrost wynagrodzeń w tym sektorze. Z przeprowadzanych przez konsultantów Antal rekrutacji wynika, że outsourcing IT cieszy się rosnącą popularnością, a kandydaci coraz chętniej podejmują taką formę współpracy”-mówi Aleksandra Kujawa, menedżer Antal IT Services.
Jednak zdecydowanym liderem wśród wszystkich dyscyplin jest Wyższa Kadra Zarządzająca – tutaj oferowane wynagrodzenie wyniosło 17 503 PLN brutto, czyli o przeszło 1600 PLN więcej niż wskazał Raport Płacowy Antal 2014.
Stabilnie do przodu
Pozostałe sektory również odnotowały wzrosty wynagrodzeń w 2014 roku, jednak nie są to tak wielkie różnice jak na przykład w przypadku sektora SSC/BPO czy HR.
W sektorach Farmacja, Finanse i Księgowość oraz Inżynieria średnie oferowane wynagrodzenia brutto w 2014 roku były bardzo zbliżone do tych z roku poprzedniego – miesięcznie wyniosły odpowiednio 10 167 PLN, 8890 PLN oraz 8035 PLN.
„Symboliczny wzrost wynagrodzeń w sektorze Finansów i Księgowości wraz z pogłębiającym się zjawiskiem rynku kandydata pokazuje pewnego rodzaju tendencję – w najbliższym czasie będziemy obserwować coraz większą walkę o kandydata, a co za tym idzie, coraz bardziej widoczne wzrosty wynagrodzeń”- komentuje Anna Piotrowska-Banasiak, menedżer Antal Finance & Accountancy.
Raport Płacowy Antal 2015 został przygotowany na podstawie 3 źródeł wiedzy. Pierwsze z nich to badanie ankietowe przeprowadzone metodą CAWI oraz CATI w terminie od października do grudnia 2014 roku, na próbie 3947 respondentów z Polski. Dane te zostały zweryfikowane i poszerzone o informacje z 850 procesów rekrutacyjnych przeprowadzonych przez konsultantów Antal w 2014 roku, a także wywiady telefoniczne z pracodawcami i kandydatami. Badanie dotyczy wynagrodzeń oferowanych w procesach rekrutacyjnych na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie, obejmuje osoby, które mają minimum 2-letnie doświadczenie oraz pracują w średnich i dużych firmach zarówno polskich, jak i międzynarodowych. Wynagrodzenia przedstawione w raporcie są wynagrodzeniami średnimi, brutto miesięcznie.
21 lipca to nie był dobry dla amerykańskiego Citibanku. Rząd nałożył na niego solidną karę oraz obowiązek wypłaty rekompensat dla oszukanych klientów. Do wyroków dorzuciła się pozarządowa instytucja chroniąca klientów finansowych.
Nakaz zwrotu tak dużej kwoty, 700 milionów dolarów, jest skutkiem stosowania przez bank zwodniczych technik sprzedaży. Wypłata obejmie 8,8 miliona klientów (7 milionów naciągniętych bezpośrednio przez Citibank oraz 1,8 miliona klientów jego jednostek zależnych). Consumer Financial Protection Bureau nałożyło na bank także dodatkowe 35 milionów dolarów kary.
CFPB udowodniło, że w okresie od 2003 do 2012 roku Citibank oferował klientom wakacje kredytowe oraz programy ochrony spłaty kredytu w przypadku utraty pracy. Nie dopełnił jednak obowiązku poinformowania ich o wysokich opłatach i prowizjach za skorzystanie z takich usług. Stosowano wobec klientów także mylące sformułowania podczas rozmów telefonicznych, które wprowadzały w błąd w zakresie informowania ich o warunkach kredytów.
Bank jak najszybciej chce wypłacić klientom rekompensaty w formie czeków. Zobowiązał się również wyłączyć z oferty sporne usługi, których opłacanie słono kosztowało prawie 9 milionów klientów.
Coraz więcej osób z obcym paszportem znajduje w naszym kraju swój nowy dom. I choć procedury bankowe są wtedy nieco bardziej skomplikowane, także i oni mają szansę na dobry kredyt mieszkaniowy. A jak zdobyć go najłatwiej?
Każdy obcokrajowiec, który zdecyduje się w Polsce na zakup mieszkania na kredyt, zobowiązany jest przedłożyć w banku kilka istotnych dokumentów. Listę otwiera zaświadczenie o zarejestrowaniu obywatela innego kraju na terenie Polski lub karta stałego pobytu, z datą ważności ustaloną na okres nie krótszy niż rok. Dodatkowo, osoby niebędące obywatelami Unii Europejskiej, powinny przedstawić także ważne zezwolenie na pracę w naszym kraju. Pamiętajmy bowiem, że zdecydowana większość banków gotowa będzie udzielić kredytu tylko wówczas, gdy osiągany przez obcokrajowca dochód uzyskiwany jest na terenie Polski.
Bywa, że niezbędny jest także odpowiednik polskiego zaświadczenia BIK (Biura Informacji Kredytowej), choć dodajmy, że nie jest to regułą. – W określonych wypadkach wystarcza ustna deklaracja o ewentualnych zobowiązaniach na terenie rodzimego kraju – wyjaśnia Witold Dziedzic, doradca hipoteczny z krakowskiego oddziału firmy Alex T. Great Doradcy Finansowi. – Pamiętajmy jednak, że bank i tak dokona weryfikacji przekazanych informacji, bowiem ewentualne zadłużenie za granicą może mieć wpływ na zdolność do skutecznej spłaty nowego kredytu.
Co jeszcze? Dobrze, jeśli osoba z zagranicznym paszportem posługuje się (choćby w stopniu komunikatywnym) językiem polskim. – Dokumenty bankowe zawierają wiele skomplikowanych formuł, zapisów, paragrafów, których zrozumienie jest niezbędne dla skutecznego zawarcia umowy kredytowej. W tej sytuacji bardzo liczy się poprawna komunikacja – tłumaczy Witold Dziedzic.
Wbrew pozorom, nawet dobra znajomość języka angielskiego nie gwarantuje pełnego wzajemnego zrozumienia, umowa kredytowa przygotowywana jest bowiem w języku polskim, a tylko nieliczni pracownicy banków posługują się językiem angielskim na tyle biegle, by móc w sposób zrozumiały wyjaśnić wszelkie jej zapisy. Co zatem robić? – Warto poszukać doświadczonego doradcy kredytowego z biegłą znajomością języka obcego. Jego pomoc może się wówczas przydać nie tylko na początku, ale wręcz na każdym etapie wnioskowania o kredyt – podkreśla Witold Dziedzic.
Prześledźmy zatem cały proces: co robi doradca finansowy, gdy trafia do niego osoba z obcym paszportem, nosząca się z zamiarem kupna mieszkania na kredyt? – W pierwszej kolejności weryfikuję ważność dokumentów związanych z pobytem takiej osoby w naszym kraju, to bowiem warunek konieczny, by bank w ogóle zechciał przyjąć do rozpatrzenia wniosek kredytowy – tłumaczy doradca Alexa. A jak wygląda weryfikacja zdolności kredytowych obcokrajowców? – Chcąc pozyskać kredyt w Polsce, osoby takie powinny udokumentować dochód osiągany z tytułu umowy o pracę przez co najmniej 6 kolejnych miesięcy. Okres ten powinien wynosić z kolei co najmniej 12 miesięcy, jeśli mówmy o dochodach osiąganych z innych źródeł, czyli umów zlecenia lub z działalności gospodarczej – tłumaczy Witold Dziedzic.
Większość funkcjonujących w Polsce banków traktuje obywatela obcego kraju dokładnie tak samo, jak obywatela Polski, niestety, nie jest to regułą – wybrane banki zobowiązują obcokrajowców do wniesienia wyższego wkładu własnego w celu lepszego zabezpieczenia kredytu. Oznacza to dodatkowe 10 proc. kapitału własnego, łącznie zatem muszą oni wnieść 20 proc. środków własnych. Na szczęście, to już ostatnia z różnic – pozostałe warunki kredytu, także te cenowe, są dokładnie takie same, jak w przypadku naszych obywateli.
Wniosek kredytowy sporządzany jest w języku polskim, stąd warta podkreślenia jest obecność i pomoc doradcy finansowego. Może on także pomóc w sprawnym i skutecznym zawarciu umowy kupna mieszkania. – Rola pełnego wyjaśnienia wszystkich zapisów umowy kupna-sprzedaży lokalu spoczywa przede wszystkim na notariuszu, który w razie potrzeby powinien zagwarantować obecność tłumacza przysięgłego. Z własnych doświadczeń wiem jednak, jak ważna jest w takich chwilach obecność osoby zaufanej, dlatego ja sam zawsze towarzyszę moim klientom podczas aktu notarialnego, by w razie potrzeby wyjaśnić wszelkie dodatkowe wątpliwości – zaznacza Witold Dziedzic z Alex T. Great Doradcy Finansowi.
Na koniec jeszcze ważne zastrzeżenie: zakup domu lub działki przez obywatela spoza Unii Europejskiej wymagać będzie dodatkowej zgody urzędnika polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Opracował:
Tomasz Kulpa
Alex T. Great Doradcy Finansowi
Polacy pracują tylko cztery godziny tygodniowo dłużej od Duńczyków, którzy to spośród Europejczyków w pracy spędzają czasu najmniej. Niestety z wysokością wynagrodzeń przez nas otrzymywanych nie jest już tak dobrze.
W 2014 r. w ciągu tygodnia pracowaliśmy przeciętnie 42,4 godz., a nasze średnie miesięczne zarobki wynosiły równowartość 634 euro netto – wynika z danych opublikowanych przez Eurostat. „Jeśli chodzi o czas pracy, wypadamy dobrze na tle krajów Europy, ponieważ tygodniowo pracujemy tylko cztery godziny dłużej od Duńczyków. Gorzej wygląda kwestia wynagrodzeń – Polska mieści się w środku europejskiej stawki. Jednak pod względem wzrostu płac nadal pozostajemy liderem wśród krajów unijnych z byłego bloku wschodniego” – mówi serwisowi infoWire.pl Kazimierz Sedlak, dyrektor firmy Sedlak & Sedlak.
Najwięcej w Europie pracują mieszkańcy Turcji (51,4 godz. na tydzień). Długi czas pracy nie przekłada się na zarobki Turków – ich średnia miesięczna pensja to równowartość 590 euro netto. Jest to jeden z najniższych wyników wśród Europejczyków.
Po przeciwnej stronie znajdują się obywatele krajów skandynawskich, w których wynagrodzenia są wysokie, a tygodniowy czas pracy często nie przekracza 40 godz. Najkrócej na Starym Kontynencie pracują Duńczycy – przeciętnie 38,8 godz. w tygodniu, za co otrzymują na miesiąc średnio równowartość 2 752 euro netto. Stosunkowo niedługi tydzień pracy mają również Norwegowie (39,1 godz.) oraz Finowie (40 godz.). Ci pierwsi zarabiają miesięcznie średnio równowartość 3 850 euro netto, ci drudzy – 2 480 euro netto.
– Dołączenie Marcina do naszego zespołu pozwoli nam kontynuować realizację strategii, której celem jest zbudowanie wiodącego zespołu powierzchni przemysłowo-magazynowych na rynku polskim. Dzięki bogatemu doświadczeniu i fachowej wiedzy Marcin świetnie uzupełni profil naszego zespołu i umożliwi nam dalszy rozwój – mówi Marc Le Bozec, Dyrektor Zespołu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych w DTZ Polska.
Marcin Żuchniewicz Zastępca Dyrektora w Zespole Powierzchni Magazynowych i Logistycznych w firmie DTZ
Marcin Żuchniewicz jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i posiada ponad 7-letnie doświadczenie w branży nieruchomości oraz doradztwie strategicznym i gospodarczym, które zdobył w takich firmach jak DTZ, KPMG i PwC Polska. W ramach swojej pracy Marcin uczestniczył w wielu projektach dla klientów z sektora nieruchomości i finansów, jak również podmiotów publicznych, gdzie odpowiadał m.in. za opracowywanie strategii wykonalności projektów, analizy rynkowe czy badania due dilligence.
Dobra koniunktura gospodarcza oraz ciągły napływ inwestycji zagranicznych są wyraźnie odczuwalne na rynku pracy. Pracodawcy cały czas deklarują chęć zatrudniania, zwłaszcza duże, zatrudniające ponad 250 osób firmy, które najchętniej powiększają swoje zespoły. Nie każdy szukający pracy chce jednak decydować się na codzienność w większej instytucji lub korporacji, do której zdążył przylgnąć nieoderwalny stereotyp. Dla części kandydatów możliwość zdobycia w nich doświadczenia jest spełnieniem zawodowych marzeń. Dla innych jednak wypalającym pędem za karierą.
– Rynek cały czas idzie do przodu, przesuwając się na korzyść pracownika, – komentuje Monika Styczyńska, ekspert agencji zatrudnienia Manpower. – Wciąż jednak na sytuację, w której będziemy mogli swobodnie przebierać w ofertach trzeba jeszcze trochę poczekać. W grupie większych firm z naturalnych przyczyn ten marsz jest szybszy. Podczas aplikowania na ogłoszenia pracodawców, należy pamiętać iż zawężenie grupy potencjalnych odbiorców CV już na tym etapie, może mocno ograniczyć nasz wybór na końcowym odcinku poszukiwań pracy.
Firma firmie nierówna i choć wykonywana w różnych miejscach praca może wydawać się taka sama, w praktyce zależy od prowadzonych na danym stanowisku projektów, zakresu obowiązków i pracodawcy. Zanim jeszcze przystąpimy do poszukiwań warto przemyśleć jak chcemy, by wyglądała nasza pracownicza codzienność. Istotne jest jakiego charakteru pracę chcemy wykonywać i w jakim otoczeniu, a także jakie są nasze cele zawodowe na bliższą, a także i dalszą przyszłość.
– Zanim zrezygnujemy z udziału w rekrutacji, która może zapewnić nam ciekawą pracę, należy zastanowić się czy to aby na pewno słuszne posunięcie i w razie wątpliwości poznać potencjalnego pracodawcę bliżej, – doradza Monika Styczyńska. – Można zacząć od zajrzenia na jego stronę internetową oraz profile w mediach społecznościowych, sprawdzenia czy widnieje na którymś z miejsc w rankingach pracodawców. Dobrym sposobem jest też wykorzystanie w tym celu networkingu i popytanie znajomych czy nie znają kogoś kto pracuje w interesującej nas firmie. Taki bezpośredni kontakt może dać najpełniejszy obraz na tym etapie poznawania przedsiębiorstwa. Uważajmy za to na fora dyskusyjne w Internecie. Zamieszczane na nich wypowiedzi są zwykle anonimowe i nie zawsze zgodne z prawdą. Nie bójmy się za to porozmawiać z przedstawicielami firmy na targach pracy, a na spotkaniu rekrutacyjnym zadawać pytań o przedsiębiorstwo, co pomoże uniknąć późniejszego rozczarowania. Rekruterzy są przygotowani na taką ewentualność i pozytywnie odbierają zainteresowanie kandydatów – mówi przedstawiciel Manpower.
Jeśli poszukujemy częstszych szkoleń, intensywnego rozwoju oraz międzynarodowego środowiska pracy, zdecydowanie większe szanse na osiągnięcie tych elementów da nam praca w korporacji. Korporacja to też zwykle większa różnorodność w prowadzonych projektach. Praca w niej wiąże się również z większym prestiżem wynikającym ze skali oraz rozpoznawalności firmy, do czego polscy menadżerowie coraz częściej przywiązują wagę. Wpis w CV o zatrudnieniu lub stażu w znanym przedsiębiorstwie może pomóc także w późniejszych poszukiwaniach pracy. Z racji bardziej rozbudowanych struktur wewnętrznych praca w dużej organizacji wiąże się z koniecznością regularnego raportowania swoich działań do przełożonych, a także osób z siedziby firmy za granicą. W przypadku pracy w dużych firmach prawdopodobne jest też, że będziemy odpowiadać za pewien wycinek działań. Małe z kolei częściej dają szansę opieki nad całością procesu. Wymagają przeważnie większej samodzielności, ale też dają większy obszar do podejmowania własnych decyzji, nie pozostając przy tym anonimowym, co może grozić w dużych organizacjach.
Decyzja o wyborze pracodawcy zależy od kandydata. Warto, by była ona podjęta świadomie, z uwzględnieniem jego potrzeb i planów, a także faktycznego wizerunku firmy, do której aplikuje. Wyścig za wynikiem i wysoką konkurencyjność można znaleźć w małej rodzinnej spółce, a świetną atmosferę w wielkiej korporacji i na odwrót. By zwiększyć szanse na szybsze znalezienie pracy warto korzystać też z ofert doświadczonych agencji zatrudnienia, takich jak Manpower. Współpracując z pracodawcami o różnej skali i z różnych branż, Manpower udziela dostępu do wielu ofert pracy w obszarze całej Polski, ułatwiając kandydatom jej szybsze znalezienie.
Opuszczanie struktur unijnych robi się najwyraźniej modne w niektórych kręgach. Po próbach Grecji, która strasząc wyjściem z unii walutowej ugrała pomoc na kolejne lata, przyszedł czas na Wielką Brytanię.
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Na rynkach ostatnio modnym tematem są wszelkie wyjścia z różnych porozumień w ramach struktur unijnych. Po Grexicie, czyli wyjściu Grecji ze strefy euro, przyszedł czas Brexit czyli wyjście Wielkiej Brytanii ze struktur unijnych. Co prawda premier Cameron zapowiedział referendum w tej sprawie na 2017 rok, aczkolwiek pomimo tego, że posiada on bezwzględną większość w parlamencie jego wynik wedle sondaży na razie wskazuje na wyraźną przewagę osób chcących pozostać w strukturach unijnych. Głównym celem tego referendum jest jednak poprawa pozycji negocjacyjnej Brytyjczyków.
Grecy wdrażają pakiety reform, aczkolwiek ze względu na bunt wewnątrz Syrizy rząd podchodzi ostrożnie do tematów i odkłada najtrudniejsze decyzje na później. Obecnie głosowane są ustawy na temat restrukturyzacji i ewentualnej likwidacji banków oraz zmiany w kodeksie postępowania cywilnego. Ograniczenie przechodzenia na wcześniejszą emeryturę, będące sporym problemem, czy opodatkowanie rolników zostało odłożone na sierpień. Powodem jest strach przed przegraniem głosowania. Warto zwrócić uwagę, że z rządowej koalicji przeciwko porozumieniu głosowało aż 32 deputowanych z 300 osobowego parlamentu. Gdyby teraz opozycja nie poparła reform przepadłyby one w głosowaniu. Na szczęście jak pamiętamy z głosowania nad porozumieniem z Unią opozycja zdecydowanie wspiera te działania.
Wyrazem zaufania rynków dla tego co dzieje się w Grecji jest wzrost ratingu kredytowego. Agencja Standard & Poor’s podniosła wskaźnik do CCC+ i ustawiła perspektywę na stabilną. Nie jest to oczywiście poziom atrakcyjny inwestycyjnie, ale pokazuje pewną tendencję. Co prawda opinie specjalistów co do możliwości wyjścia Grecji z obecnej spirali zadłużenia są mocno podzielone, są oni zgodni co do faktu, że obecna pomoc ustabilizuje sytuację na najbliższy czas.
Hrywna, waluta Ukrainy, która jeszcze przed kryzysem wyceniana była na ponad 40 groszy obecnie znajduje się na poziomie ok. 18 groszy. To i tak znaczna poprawa względem 11 groszy, do których spadła w kulminacyjnym momencie kryzysu w lutym. Jak ten kryzys wpływa na gospodarkę? Import towarów z Polski tylko w pierwszym kwartale spadł o 16%.
Dzisiaj o 11:00 odbędzie się publiczne wystąpienie Marka Belki. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na:
10:30 – Wielka Brytania – protokół z posiedzenia Bank of England,
14:00 – Polska – koniunktura gospodarcza,
16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 22.04.2015 do 22.07.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2400. Wsparciem do wybicia była linia na 4,1450. Kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1000 – 4,1050, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach znajdowały się ważne minima.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 22.04.2015 do 22.07.2015
Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Najbliższym wsparciem dla ruchu spadkowego są ważne minima na 3,9200.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 22.04.2015 do 22.07.2015
Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Korekta przebiła wsparcie na poziomie 3,7300. Kolejnym wsparciem są ważne maksima na 3,6500.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 22.04.2015 do 22.07.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9400. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie kanału na 5,8000.
Maciej Przygórzewski – główny dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Apsys Polska został wybrany przez Standard Life Investments na zarządcę Europy Centralnej. Centrum handlowe zlokalizowane w Gliwicach jest 22. obiektem handlowym w portfolio zarządczym firmy Apsys Polsa S.A.
Z dniem 15 lipca 2015 roku spółka Apsys Polska objęła zarządzanie centrum handlowym Europa Centralna w Gliwicach. To drugi obiekt handlowy, po Galerii Gniezno, który fundusz Standard Life Investments przekazał w zarządzanie Apsys Polska. Dzięki nowemu kontraktowi łączna powierzchnia handlowa, którą zarządza Apsys Polska, powiększyła się o 67 000 m2 i wynosi obecnie ok. 800 000 m2. Zakres zadań powierzonych Apsys obejmuje: zarządzanie nieruchomością, wynajem powierzchni handlowych, zarządzanie umowami najmu oraz marketing.
„Jesteśmy bardzo zadowoleni i zaszczyceni uzyskaniem mandatu zarządczego w Europie Centralnej. Rozszerzenie naszego portfolio o dwudzieste drugie centrum jest konsekwencją systematycznej realizacji naszej strategii rozwoju. Jednocześnie umacnia pozycję Apsys jako lidera w dziedzinie zarządzania centrami handlowymi. To dla nas wielkie wyzwanie. Wykorzystamy całą wiedzę oraz know-how zespołu Apsys, aby zapewnić Centrum Handlowemu Europa Centralna efektywne i sprawne zarządzanie dzięki skutecznej strategii biznesowej oraz marketingowej” – mówi Fabrice Bansay, Prezes Apsys Polska.
Centrum Handlowe Europa Centralna to jeden z największych obiektów komercyjnych w Polsce, którego otwarcie nastąpiło w marcu 2013 roku. Europa Centralna o powierzchni handlowej 67 000 m2 składa się z parku handlowego mieszczącego wielkopowierzchniowe sklepy m.in. Saturn i Castoramę oraz galerii handlowej oferującej szeroki asortyment towarów i usług. Do grona najemców Europy Centralnej należą także: hipermarket TESCO Extra, Jula, Jysk, RTV Euro AGD, SMYK Megastore, Reserved, H&M, Cubus, Lindex, Cropp, House, Empik, Super-Pharm i wiele innych.
Rozmowa kwalifikacyjna to jeden z bardziej stresujących momentów procesu rekrutacji. Podczas spotkań z rekruterami często słyszymy te same pytania. Mimo to, wiele osób nie do końca wie, jakich odpowiedzi udzielić, aby zaprezentować się z jak najlepszej strony. Co mówić, a o czym lepiej nie wspominać?
Osoby biorące udział w procesach rekrutacji, często słyszą podobne pytania. Udzielają na nie takich samych odpowiedzi nie do końca zastanawiając się, czego rekruter tak naprawdę chce się dowiedzieć. We współpracy z ekspertami z branży HR, serwis GoldenLine.pl przygotował FAQ rozmowy kwalifikacyjnej, w którym wyjaśnia, jak najlepiej odpowiedzieć na najczęściej zadawane przez rekruterów pytania.
Proszę opowiedzieć coś o sobie
Podczas rozmowy kwalifikacyjnej rekruterzy niemal zawsze proszą o powiedzenie kilku słów o sobie. Teresa Bęben, rekruterka z Agencji Zatrudnienia CRAFTS podpowiada jakiej odpowiedzi udzielić: Należy unikać powtarzania informacji zawartych w CV, szczegółowego opisywania swoich poprzednich stanowisk pracy, pozwalając sobie na wyciągnięcie i zaprezentowanie wniosków płynących z posiadanego doświadczenia. Ta krótka, słowna prezentacja powinna mówić o tym, kim jesteś, jakie masz cechy charakteru odpowiednie dla stanowiska, na które aplikujesz, jakie są Twoje cele zawodowe i kiedy chciałbyś je osiągnąć.
Jakie są Pana/Pani mocne i słabe strony?
To proste pytanie, wbrew pozorom może przysporzyć wielu trudności. Jak sobie z nim poradzić radzi Paulina Basta, HR Business Partner, autorka bloga paulinabasta.com: Rozmowa kwalifikacyjna jest momentem, kiedy ludzie starają się zaprezentować z jak najlepszej strony. Słabości kandydata są oceniane nie na podstawie opisowych deklaracji, tylko obserwacji jego zachowania. Inaczej sprawa wygląda w przypadku pytania o mocne strony. Warto merytorycznie opowiedzieć o swoich sukcesach i zaletach na wielu polach (o ile, mają jakieś znaczenie w kontekście stanowiska, o które się starasz). Na piedestale zawsze pozostaje umiejętność przytoczenia prawdziwych historii, przykładów, faktów.
Proszę opowiedzieć o swojej największej porażce/sukcesie
Odpowiadając na pytanie o sukcesy i porażki łatwo popaść w przesadę, zbytnio się chwaląc lub będąc zbyt krytycznym w stosunku do własnej osoby. Jak tego uniknąć podpowiada Anna Krawczyk, specjalista ds. Rekrutacji, Agora S.A.: Warto opowiedzieć o konkretnej sytuacji, w której brało się udział osobiście. Podać przykłady, z których jest się najbardziej dumnym, co się udało, co zmotywowało do dalszego działania. Z drugiej strony przytoczyć sytuację, w której chociaż popełniło się błąd, ale wyciągnęło z tego wnioski na przyszłość.
Jakie są Pana/Pani oczekiwania finansowe?
Pytanie, które pojawia się w każdym procesie rekrutacji. Jak na nie najlepiej odpowiedzieć, wyjaśnia Natalia Bogdan, prezes Jobhouse: Przede wszystkim osoba prowadząca rekrutację chce wiedzieć, czy oczekiwania finansowe kandydata są zbieżne z tym, co może zaoferować potencjalny pracodawca. Zanim podamy kwotę, warto zrobić research na temat zarobków w firmie, branży i na stanowisku, na które aplikujemy. Zapytajmy też znajomych, którzy pracują w tej lub podobnej firmie, przejrzyjmy statystyki dostępne w sieci, poszukajmy informacji na forach. Udzielając odpowiedzi bądźmy pewni siebie, ale nie roszczeniowi. Przedstawmy, co zawiera nasza „cena” – jakie realne korzyści możemy przynieść potencjalnemu pracodawcy (np. portfel swoich klientów, którzy mogą przynieść firmie korzyści na poziomie X złotych).
Co chce Pan/Pani robić za 5 lat?
Zadając to pytanie rekruter pragnie ocenić, czy planujemy związać się z firmą na dłużej i czy potrafimy zaplanować swoją ścieżkę kariery, chce zbadać nasze aspiracje zawodowe. Olga Sikorska, HR Specialist z CodiLime podpowiada, co warto odpowiedzieć, będąc zapytanym o plany na najbliższe lata: Odpowiadając na to pytanie warto pozostać wiernym sobie. Mając pomysł na własny rozwój, niezależnie od tego, czy znajdzie on swoje odzwierciedlenie w strukturze firmy, warto o nim opowiedzieć. Jeśli nie wiemy, co będziemy robić za pięć lat, nie obawiajmy się, to nie przesądzi o wyniku rekrutacji.
Europa Środkowo-Wschodnia stała się atrakcyjnym miejscem dla inwestycji światowych producentów samochodów. W 2014 r. w Europie Wschodniej wyprodukowano 3,6 mln pojazdów, co stanowi 21 proc. całkowitej produkcji UE. W krajach Europy Środkowo-Wschodniej – objętych analizą Coface – znajdują się 33 fabryki samochodów, z których większość została stworzona dzięki inwestycjom zagranicznym. Analiza pokazuje, że pomimo wysokiej dynamiki sprzedaży aut, osiągniętej ostatnio dzięki lokalnym klientom, produkcja aut w Europie Środkowo-Wschodniej zależna jest nadal w znacznym stopniu od popytu zagranicznego.
Rola branży motoryzacyjnej w aktywności gospodarczej Europy Środkowo-Wschodniej
Europa Środkowo-Wschodnia była w stanie przyciągnąć szereg inwestycji zagranicznych dzięki atrakcyjnym kosztom pracy, bliskości geograficznej z Europą Zachodnią, wykwalifikowanym pracownikom oraz polepszającemu się klimatowi dla biznesu. Przedmiotem analizy przeprowadzonej przez Coface jest branża motoryzacyjna w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w których produkowana jest znaczna liczba samochodów, tj. w Czechach, na Węgrzech, w Polsce, Rumunii, Słowacji oraz Słowenii. Wyjątkowo silnymi markami w regionie, które dzięki zagranicznym inwestycjom utrzymały się na rynkach światowych są Skoda i Dacia.
Produkcja pojazdów i sprzętu transportowego ma wymierny wpływ na wyniki finansowe Europy Środkowo-Wschodniej. Dla niektórych krajów regionu takich jak Węgry, Czechy, czy Słowacja, sektor ten stanowi 1/10 ich całkowitego wyniku finansowego. Sektor generuje również znaczącą liczbę miejsc pracy – w 2013 roku w 6 krajach poddanych analizie w branży motoryzacyjnej, zatrudnionych było ponad 850 000 pracowników.
Sektor motoryzacyjny stanowi istotną siłę napędową dla gospodarek regionu
Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki napływowi zagranicznych inwestycji, liczba samochodów produkowanych w regionie wzrosła tu ponad dwukrotnie przez ostatnie 10 lat. Największe wzrosty osiągnęły Słowacja, Czechy i Rumunia, gdzie produkcja wzrosła trzy- a nawet czterokrotnie, podczas gdy w Polsce liczba wyprodukowanych samochodów w 2014 r. była zbliżona do poziomu produkcji w 2004 r. Dzięki zwiększeniu mocy produkcyjnych i wyższemu popytowi, Polska będzie jednak umacniać się na pozycji lidera w produkcji samochodów dostawczych przez najbliższe lata – komentuje Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Środkowo-Wschodniej.
Silne nastawienie na eksport
Eksport pojazdów stanowi znaczącą część handlu zagranicznego krajów
Europy Środkowo-Wschodniej. Dla przykładu na Słowacji stanowi on 25 proc. całkowitego eksportu kraju. Produkcja samochodów w krajach Europy Środkowo-Wschodniej jest silnie nastawiona na klientów zagranicznych. Jednak obecna sytuacja pokazuje, że strefa euro – główny rynek eksportowy – odżywa i pokazuje lepsze perspektywy. Dzięki tym pozytywnym trendom także w innych krajach europejskich zapotrzebowanie na pojazdy wciąż rośnie. Mniejszy popyt na wyprodukowane samochody jest zauważalny w Rosji. Jest to jednak rekompensowane zwiększonym zapotrzebowaniem innych miejsc eksportu i lokalnej sprzedaży w krajach
Europy Środkowo-Wschodniej.
Zwiększanie wewnętrznego popytu poprawia krajową sprzedaż samochodów
Podczas gdy sytuacja na niektórych rynkach zewnętrznych jest niepewna, lokalne rynki pokazują pozytywne prognozy. Popyt na rynkach krajowych Europy Środkowo-Wschodniej zwiększa się dzięki lepszym perspektywom gospodarstw domowych, na które przekłada się bardziej chłonny rynek pracy, łagodniejsza inflacja, niskie ceny paliw, rosnąca pewność klientów oraz atrakcyjne stopy procentowe. Wyższa skłonność do wydawania powoduje bardziej dynamiczną sprzedaż aut w gospodarkach Europy Środkowo-Wschodniej. Klientami są nie tylko gospodarstwa domowe, ale również firmy zwiększające swoje floty samochodów osobowych i pojazdów dostawczych. Auta dostawcze generują wysoką dynamikę sprzedaży dzięki lepszym perspektywom dla biznesu, takim jak przewidywany w tym roku wzrost PKB w strefie euro o 1,5 proc. Zwiększony popyt na pojazdy dostawcze napawa optymizmem, ma to znaczenie zwłaszcza dla polskich fabryk, gdyż to właśnie tam produkuje się znaczną liczbę lekkich pojazdów dostawczych.
Nie mniej jednak zwiększone wydatki krajowe nie wystarczą, aby sektor motoryzacyjny w Europie Środkowo-Wschodniej stał się niezależny od zapotrzebowania płynącego z rynków zewnętrznych. Przy takim nastawieniu na eksport ryzyko związane z pogorszeniem sytuacji na rynkach zagranicznych jest nieuniknione, choć wyższy potencjał wzrostu na rynkach krajowych mógłby zmniejszyć to ryzyko. Niewielki udział Rosji w strukturze eksportu pojazdów z regionu nie wpływa znacząco na jego ogólny wynik, zwłaszcza dzięki lepszym perspektywom w strefie euro.
Rosnące wyniki sprzedaży nie przekładają się na rentowność producentów samochodów
Chociaż na rynku Europy Środkowo-Wschodniej liczba sprzedanych aut rośnie, nie oznacza to podobnego wzrostu rentowności producentów aut. Wielu z nich nadal cierpi z powodu nadmiaru mocy produkcyjnych czy oczekiwań klientów odnośnie znacznych rabatów.
CVC Capital Partners, jeden z wiodących funduszy private equity na świecie, ma do wydania 11 mld euro. Po przejęciu PKP Energetyka chce dalej inwestować w polskie firmy. Według Przemysława Obłója, dyrektora funduszu, krajowa gospodarka jest najmocniejsza w regionie i ma zdrową strukturę.
– Inwestujemy w wiele różnych sektorów – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Przemysław Obłój, dyrektor CVC Capital Partners. – W ostatnim czasie oglądaliśmy spółki z detalu, telekomunikacji, maszyn ciężkich. Obecnie patrzymy na PKP Energetyka.
W tym miesiącu fundusz otrzymał wyłączność na prowadzenie negocjacji w sprawie przejęcia PKP Energetyka. Obecnie trwa proces badania portfela sprzedaży energii spółki, a CVC udało się osiągnąć porozumienie ze związkami zawodowymi. CVC po podpisaniu umowy zakupu akcji KPK Energetyka musi jeszcze uzyskać zgodę na transakcję ze strony Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju oraz europejskiego urzędu antymonopolowego. Zakończenie transakcji powinno nastąpić w ciągu najbliższych tygodni. Wyjście funduszu z inwestycji może odbyć się za kilka lat poprzez wprowadzenie spółki na giełdę.
– Patrząc na Polskę, widzimy bardzo optymistyczny obraz – twierdzi Przemysław Obłój. – Zdecydowanie jest to najmocniejsza gospodarka w regionie. Ma też bardzo zdrową strukturę.
Zdaniem Przemysława Obłója w kraju prowadzi działalność wiele bardzo dobrych firm średniej wielkości, choć jest relatywnie niedużo firm o znaczącej skali.
– Ale przy obecnej ścieżce wzrostu za kilka lat średnie firmy powinny być duże, a dzisiejsze małe przedsiębiorstwa powinny być średnimifirmami – zauważa.
– Inwestujemy teraz z naszego ostatniego funduszu, w którym jest 11 mld euro – mówi Przemysław Obłój. – Nie mamy żadnych alokacji, tzn. nie potrafię teraz powiedzieć, ile z tych pieniędzy zostanie wydanych w Polsce. Mam nadzieję, że jak najwięcej, ale to zależy od tego, czy znajdziemy odpowiednie okazje do zainwestowania.
Fundusz jest przy tym elastyczny, jak podkreśla Przemysław Obłój, pod względem wysokości zaangażowania. Interesują go zarówno pakiety większościowe, jak i mniejsze. Natomiast w praktyce większość jego inwestycji obejmuje kupno kontrolnych pakietów większościowych.
Założony w 1981 roku CVC Capital Partners jest jednym z wiodących funduszy private equity na świecie. Obecnie jest zaangażowany w około 60 przedsiębiorstw na całym świecie, które łącznie zatrudniają blisko 400 tys. osób. Ich roczna sprzedaż wynosi około 120 mld dol.
Sprzedaż netto spółki SARE wyniosła w ubiegłym roku ponad 25 mln zł i była wyższa o ponad 70 proc. w stosunku do 2013 roku. Rośnie również średnia wartość przychodów przypadających na jednego klienta. Jak zapewnia prezes spółki Tomasz Pruszczyński, jest to jednak efekt korzystania przez klientów z nowych funkcjonalności oferowanych przez SARE, a nie wzrostu cen.
System informatyczny SARE jest kluczowym produktem znajdującym się w ofercie spółki. Narzędzie służy do prowadzenia precyzyjnej komunikacji przy użyciu poczty elektronicznej oraz usług mobilnych.
– Naszym głównym produktem są narzędzia do komunikacji za pomocą e-maila. Oczywiście to jest rozszerzone tak samo o SMS-y, ankiety, ale ogólnie pomagamy naszym klientom pozyskiwać nowych klientów i utrzymywać kontakt z aktualnymi klientami – wyjaśnia Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu SARE.
Rosnący wolumen sprzedaży jest potwierdzeniem rosnącego zainteresowania produktami spółki. W skonsolidowanym raporcie rocznym za 2014 rok wykazano przychody ze sprzedaży netto na poziomie ponad 25 mln zł. Oznacza to wzrost o 72 proc. rok do roku. W pierwszym kwartale 2015 r. przychody wyniosły 7,4 mln zł wobec 6,2 mln zł w analogicznym okresie roku ubiegłego, co oznacza wzrost o jedną piątą. Skonsolidowany zysk z działalności operacyjnej wyniósł 948 tys. zł, a zysk netto 604 tys. zł.
– Nie ma branży, która nie korzystałaby z naszych systemów. Oczywiście nasze główne źródła przychodów to są branże standardowe, można powiedzieć, w dziedzinie marketingu czy sprzedaży, czyli branża finansowa, branża FMCG. Mamy też bardzo dużo klientów w branży usługowej – mówi Pruszczyński.
Spółki z Grupy SARE pracują nad poprawą funkcjonalności oferowanych narzędzi. Dzięki temu, że większość usług dostępna jest on-line, wprowadzenie aktualizacji odbywa się niemal natychmiastowo.
– Ostatnio doszły nowe funkcjonalności śledzenia naszych klientów, nie tylko on-line, lecz także offline, czyli poza przeglądarką internetową – informuje prezes SARE.
Statystyki pokazują, że średnia wielkość przychodu uzyskiwanego z jednego klienta spółki systematycznie rośnie. Oznacza to, że osoby korzystają z oferty SARE w coraz większym zakresie.
– To daje nam pewien komfort, ponieważ mamy usługę abonamentową i to powoduje, że koszt abonamentu się zwiększa, ale nie przez to, że jesteśmy coraz drożsi, tylko przez to, że klienci dostrzegają nasze nowe usługi – wyjaśnia prezes.
Pytany o plany inwestycyjne SARE SA Tomasz Pruszczyński wskazuje na intensywny rozwój jednej ze spółek grupy – Mr Target, mocno inwestującej w segment wideo. W przyszłości możemy spodziewać się pełnej integracji usług komunikacyjnych dostępnych przy użycia telewizora.
– Smart TV, video on demand, pay-per-view to elementy, które musimy mocno rozwijać, znając naszych użytkowników dzięki e-mailowi. One są powiązane z SARE w postaci bardziej dokładnego śledzenia naszych klientów, czyli bardziej optymalnego wykorzystania big data i tych usług, które dzisiaj świadczymy naszym klientom – mówi prezes zarządu.
W skład Grupa Kapitałowej SARE wchodzi sześć spółek dostarczających rozwiązania służące do komunikacji z wykorzystaniem poczty elektronicznej oraz sieci komórkowej. Pod koniec czerwca uruchomiono spółkę zależną w Niemczech. SARE od marca 2011 roku obecna jest na rynku NewConnect i ma plany przeniesienia się jeszcze w tym roku na rynek główny warszawskiej giełdy.
Kupiony w marcu br. przez japoński Recruit Holding za 820 mln zł niemiecki serwis rezerwacji Quandoo obecnie współpracuje w Polsce z ponad 500 restauracjami. Do końca br. chce mieć ich około tysiąca. Serwis zakłada zwiększenie w ciągu maksymalnie pięciu lat udziału rezerwacji dokonywanych przez urządzenia mobilne do 90 proc. z obecnych 25 proc.
– Nasz model biznesowy opiera się na współpracy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Łagowski, wiceprezes zarządu spółki Quandoo. – Dostarczamy restauracjom nowych klientów, których zdobywamy w sieci. Jeśli internauta wpisze w najpopularniejszą wyszukiwarkę na przykład „restauracja azjatycka w Warszawie”, w jej treści pojawią się nasze oferty. Klient wówczas wchodzi na stronę WWW naszej spółki i wybiera jedną z placówek, w której rezerwuje miejsce.
Swoje usługi w Polsce Quandoo zaczęła świadczyć najpierw w Warszawie, potem w Krakowie i Poznaniu. Obecnie spółka rozwija działalność we Wrocławiu, Trójmieście oraz Katowicach. Dzisiaj współpracuje z ponad 500 restauracjami.
– Nasz plan zakłada dojście do około tysiąca [restauracji] – zapowiada Piotr Łagowski. – Obecnie około 25 proc. klientów korzysta z aplikacji mobilnych w momencie rezerwacji, a 75 proc. z desktopów. W ciągu roku, półtora udziały zbliżą się do około 50 proc., tak aby za kolejne trzy lata 90 proc. klientów korzystało tylko z telefonu przy dokonywaniu rezerwacji.
W ciągu pierwszych dwóch lat z usług Quandoo skorzystało 10 mln klientów. Zaledwie po 26 miesiącach od startu niemiecki serwis został sprzedany za około 850 mln zł. Nabywcą został japoński Recruit Holding, którego kapitalizacja wynosi blisko 20 mld dol.
– Pozyskaliśmy wiedzę, którą Japończycy mają na swoim rynku od ponad 25 lat – informuje wiceprezes Łagowski. – Mamy nową osobę stamtąd w zarządzie, która objęła stanowisko szefa strategii. Natomiast bieżąca wizja firmy zgadza się z wcześniejszą. Dajemy restauracjom dodatkowych klientów, przez co ich obroty wrastają. Klienci nie do końca i nie zawsze wiedzą, gdzie chcą iść. Nasza platforma pozwala im wybrać restaurację na podstawie zdjęcia i ocen innych klientów.
Te ostatnie, jak zapewnia Piotr Łagowski, są istotnym elementem serwisu. Restaurację można ocenić tylko wówczas, gdy się w niej było.
– Jeżeli ktoś nie dokonał rezerwacji i realnie jej nie wykorzystał, nie może zamieszczać takich podsumowań – wyjaśnia wiceprezes Łagowski. – Pozwala to na utrzymanie wysokiej jakości ocen oraz ich wiarygodności. Wierzymy w siedem dużych aglomeracji w Polsce, w których ten biznes ma rację bytu. Natomiast, jeżeli chodzi o Europę, największym obecnie rynkiem jest Londyn. Stambuł z kolei ma największy potencjał.
Quandoo to rozwijana od grudnia 2012 roku niemiecka firma, która obecnie znajduje się wśród najlepszych europejskich start-upów, obok serwisu Spotify i BlaBlaCar. W ubiegłym roku system wkroczył do Polski, szybko zdobywając pozycję lidera. Od października 2014 do lutego br. skorzystało z niego ok. 50 tys. osób.
Forma zatrudnienia powinna być coraz ważniejszym kryterium w zamówieniach publicznych – przekonuje rząd i chce zachęcać do tego zarówno zamawiających, jak i oferentów. Poprawiłoby to sytuację pracowników, mogłoby też korzystnie wpłynąć na konkurencję w przetargach. W sytuacji kiedy bezrobocie spada, można się skoncentrować na poprawie jakości i stabilności zatrudnienia.
– Przy każdym zamówieniu publicznym, czy to dotyczy administracji centralnej, czy samorządowej, trzeba zwracać uwagę na to, jak wydaje się publiczne pieniądze, ale cena, a właściwie kryterium najniższej ceny, nie zawsze jest dobrym doradcą – mówi Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.
Raport Najwyższej Izby Kontroli wskazuje, że w okresie od początku 2012 roku do połowy 2014 roku kryterium najniższej ceny było jedynym w 98 proc. zamówień publicznych. W ostatnich miesiącach coraz częściej zamawiający decydują się na dodatkowe kryteria, wciąż jednak nie jest to popularna praktyka. Eksperci wskazują, że udział czynników pozacenowych jest iluzoryczny.
– Rzecz w tym, żeby to prawo stosować w praktyce. Musimy się bardzo głośno upominać także o kryteria społeczne, o to, czy dany podmiot zatrudnia swoich pracowników w sposób trwały i stały, czyli w oparciu o umowę o pracę – mówi Halicki.
Taką możliwość daje m.in. zmienione w październiku 2014 roku Prawo zamówień publicznych.
Wprowadzenia umowy o pracę jako kluczowego kryterium w zamówieniach publicznych postuluje m.in. organizacja Pracodawcy RP. Mogłoby to ograniczyć liczbę umów cywilnoprawnych. Według Komisji Europejskiej w Polsce jest największy odsetek umów elastycznych (ok. jednej czwartej umów o zatrudnienie). Jak przekonuje minister pracy, w sytuacji gdy bezrobocie spada (jest najniższe od siedmiu lat), można się skoncentrować na poprawie jakości zatrudnienia.
– Wpisywanie w przetargu zatrudnienia na umowę o pracę jako jednego z kryteriów, które podlega ocenie, jest bardzo dobrym krokiem – ocenia minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz. – To wpisuje się w cały zestaw działań, które podjęliśmy – od ograniczenia umów terminowych do 33 miesięcy, ograniczenia liczby umów czasowych, które można zawierać, bo czwarta automatycznie przekształca się w umowę na czas nieokreślony, aż po oskładkowanie umów-zleceń, przynajmniej od minimalnego wynagrodzenia, i zmiany w zamówieniach publicznych.
Podkreśla, że przede wszystkim leży to w interesie pracowników, bo daje większą stabilność zatrudnienia. Jednak skorzystać na tym mogą również pracodawcy, czyli firmy, które w przetargach startują. Poprawi się bowiem konkurencyjność na rynku.
– Nie będzie takiego dualizmu, że w jednej firmie są pracownicy zatrudnieni tylko na umowy cywilno-prawne, a w drugiej na umowy o pracę, w związku z czym konkurencja nie jest możliwa w pełnym wymiarze – wyjaśnia Kosiniak-Kamysz.
Przykładem może być Poczta Polska. Największy w kraju pracodawca zatrudnia 80 tys. osób, z czego 99 proc. na umowach o pracę. Z tego tytułu płaci świadczenia społeczne w wysokości prawie 1 mld zł rocznie. To powoduje, że trudno jest mu w przetargach konkurować najniższą cena z podmiotami mniejszymi, które mają inną politykę zatrudnienia.
– Jeżeli weźmiemy pod uwagę obciążenia socjalne związane ze składką ZUS, ze składką zdrowotną i z innymi elementami ważnymi dla pracownika, to kwota, którą ponosimy jako pracodawca, zatrudniając na umowę o pracę, bywa nawet dwukrotnie większa niż w przypadku zatrudnienia na umowę-zlecenie, zwaną potocznie umową śmieciową. Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że chcemy konkurować i mieć takie same szanse konkurowania, to kryterium społeczne jest dla nas bardzo ważne – mówi Andrzej Nitecki, dyrektor pionu kapitału ludzkiego w Poczcie Polskiej.
Jak podkreśla minister administracji i cyfryzacji, wybór droższej oferty wcale nie musi oznaczać wyższych wydatków ze strony państwa jako zamawiającego.
– Mimo tego porównania ceny dla państwa koszt [związany z wyborem innej firmy – red.] będzie wyższy, bo będą konieczne środki na zasiłki, opiekę społeczną czy emerytury. Łatwo można dowieść, że to kryterium, patrząc z perspektywy budżetu państwa i podatników, nie okaże się wyborem najtańszym, nie mówiąc o innych konsekwencjach – mówi Andrzej Halicki.
Mimo destabilizacji za wschodnią granicą polskie firmy wciąż nie wycofują się z ukraińskiego rynku i czekają na lepsze czasy. Jak wskazują eksperci, potencjał jest ogromny, począwszy od przemysłu ciężkiego, poprzez chemiczny, a na rolnictwie kończąc. Również dane Banku Światowego wskazują, że choć Ukraina nie jest teraz najlepszym miejscem do prowadzenia interesów, to jest coraz przychylniejsza inwestorom.
– Poziom wymiany między Polską a Ukrainą spada. Dewaluacja hrywny spowodowała, że nasze produkty są tam mniej atrakcyjne, bo są po prostu drogie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. – Z drugiej strony potencjał eksportowy Ukrainy jest osłabiony z powodu konfliktu zbrojnego i kryzysu w całym państwie – dodaje.
Jak podaje Ministerstwo Gospodarki, w pierwszym kwartale eksport polskich towarów na Ukrainę spadł o 16 proc. do 610 mln euro. Tym samym pozycja tego kraju wśród partnerów handlowych Polski również się pogorszyła – teraz zajmuje 18. miejsce. Import w pierwszym kwartale był o ponad 26 proc. mniejszy (spadek do 336 mln euro). Ukraina spadła z 20. na 24. miejsce w rankingu państw, z których importujemy najwięcej.
Piechota ocenia, że problemem jest dziś brak wsparcia dla eksporterów ze strony polskiego rządu. Takie programy z powodzeniem działają np. na rynku rosyjskim i białoruskim.
– Ukraina uznawana jest przez naszą administrację za kraj wysokiego ryzyka i akcja kredytowa, niestety, jest ograniczona – mówi Jacek Piechota. – Nasi inwestorzy nie wycofują się jednak z Ukrainy, czekają z decyzjami na lepsze, bardziej stabilne czasy.
Mimo niekorzystnych danych ukraińska gospodarka wciąż ma dla polskich przedsiębiorców ogromy potencjał. Jednym z perspektywicznych obszarów jest gospodarka komunalna.
– Ukraina przymierza się i wdraża reformę samorządową, lokalne społeczności będą miały coraz więcej możliwości działania, będą miały własne źródła finansowania na wzór polskich samorządów. Wszystko, co wiąże się z gospodarką komunalną, to ogromne wyzwanie dla polskich firm z doświadczeniami – wyjaśnia Piechota.
Polskie firmy mogą skorzystać także na rozwijającym się ukraińskim rolnictwie i przemyśle.
– Ukraina to ogromne doświadczenia w przemyśle lotniczym i zbrojeniowym. To również metalurgia, przemysł chemiczny i nawozowy – wymienia prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. – Tamtejszy przemysł potrzebuje nowych technologii, nowych doświadczeń, ale ma ogromny potencjał.
Ekspert ocenia, że ukraińskie firmy mają szansę zaistnieć w Polsce.
– Nasza izba na początku roku przeprowadziła na Ukrainie konkurs na projekty inwestycyjne w Polsce. Zgłosiło się ponad 100 projektodawców z pomysłami, patentami z bardzo różnych obszarów: od przemysłu ciężkiego, poprzez motoryzacyjny, aż po przemysł rolno-spożywczy – mówi Jacek Piechota.
Według danych Banku Światowego, który co roku przygotowuje Wskaźnik Prowadzenia Interesów, Ukraina jest na 96. miejscu spośród 189 państw pod względem atrakcyjności dla przedsiębiorców. Rok wcześniej znajdowała się na 112. miejscu, a w 2013 roku dopiero na 140. miejscu. Lepsza pozycja w rankingu to efekt poprawy prawa regulującego prowadzenie biznesu i ochronę własności.
Bank Światowy wciąż negatywnie ocenia handel zagraniczny Ukrainy. W tym rankingu kraj ten zajmuje 154. miejsce. Źle jest również z takimi kwestiami, jak podłączenie prądu (185. miejsce na świecie) i ochrona inwestorów (109. miejsce). Największy problem Ukraina ma także ze ściąganiem podatków (108. miejsce na świecie) i w tym zakresie jest jednak postęp, bo rok temu było to 157. pozycja. Z drugiej strony, inwestorom wchodzącym na ukraiński rynek łatwo jest o pozyskanie tam kredytu (17. miejsce na świecie).
W Europie spada poziom bezpieczeństwa żywnościowego. Tylko cztery kraje, w tym Polska, zanotowały tendencję wzrostową. W Polsce w stosunku do roku 2014 poprawił się zwłaszcza dostęp do żywności. Autorzy Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego dość nisko ocenili natomiast nakłady na badania i rozwój w rolnictwie oraz infrastrukturę drogową.
Zgodnie z najnowszą edycją Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego na całym świecie w 2015 roku zwiększył się poziom bezpieczeństwa żywieniowego. Wyjątkiem jest Europa, w której zanotowano tendencję spadkową – wyniki aż 85 proc. krajów były gorsze niż w 2014 roku. Wskaźnik bezpieczeństwa żywnościowego dla 109 krajów na świecie w 2015 roku zwiększył swoją wartość o 1,4 pkt. Na czele rankingu uplasowały się Stany Zjednoczone, na drugim miejscu Singapur, a na trzecim Irlandia. Polska zajęła 28. miejsce i znalazła się w gronie czterech państw europejskich, które zanotowały wzrost bezpieczeństwa żywnościowego.
– Jednym z wysoko ocenionych przez Economist Intelligence Unit czynników jest dostępność rolników do źródeł finansowania, programy żywnościowe, czyli wspieranie i budowa programów żywnościowych, również standardy żywieniowe – to są elementy, którymi przewyższamy inne kraje, zwłaszcza jeśli chodzi o naszych wschodnich sąsiadów. Te czynniki zostały ocenione na 100 punktów na 100 możliwych – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Gill, dyrektor generalny DuPont.
W Polsce znacząco poprawiła się dostępność do żywności – wskaźnik ten zwiększył się o 3,6 pkt i wynosi obecnie 70 pkt na 100 możliwych. Nieznaczne spadki zanotowały natomiast takie wskaźniki, jak osiągalność cenowa oraz jakość i bezpieczeństwo żywności. W kategorii osiągalność cenowa Polska otrzymała 78,4 pkt, a w kategorii jakość i bezpieczeństwo żywności – 75 pkt. Dość nisko w indeksie oceniono natomiast nakłady na badania i rozwój w rolnictwie. Ten wskaźnik już od czterech lat otrzymuje stosunkowo niskie noty autorów Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego.
– Drugim elementem jest infrastruktura drogowa. W ostatnim czteroleciu jesteśmy ocenieni bardzo nisko. Sąsiadujemy z krajami, które mają słabo rozwiniętą infrastrukturę drogową i to wpływa na wielkość tego indeksu – mówi Piotr Gill.
Wynik Polski jest o 0,5 pkt lepszy niż rok wcześniej. W ogólnym rankingu Polska spadła jednak z 26. na 28. miejsce, co spowodowane jest wyższymi notami innych krajów.
Liczba centrów usług wspólnych w Polsce dynamicznie rośnie, a wraz z nią zatrudnienie w branży – średnio 15-18 proc. rocznie. Pod koniec dekady w tego typu ośrodkach w Polsce będzie pracować 250 tys. osób. Praca czeka przede wszystkim na osoby znające języki obce i z doświadczeniem w finansach, księgowości lub informatyce. Krajowym liderem rynku usług wspólnych (SSC) oraz usług dla biznesu (BPO) jest Kraków.
– Centra usług wspólnych w Polsce rozwijają się bardzo dynamicznie. Ostatnie raporty pokazują, że mniej więcej około 150-170 tys. osób jest zatrudnionych w sektorze BPO albo SSC – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.
Według raportu ABSL zatrudnienie w centrach usług wspólnych do 2020 roku może osiągnąć w Polsce poziom 250 tysięcy osób. Dynamika wzrostu wynosi około 15-18 proc. rocznie, a od zeszłego roku w kraju powstało 60 nowych centrów usługowych. Łącznie na Wisłą zlokalizowano już ponad 530 centrów, które obecne są w każdym polskim województwie.
– Dobrym przykładem jest MoneyGram, który swoją decyzję o ulokowaniu biznesu w Polsce podjął w ubiegłym roku, a w przeciągu sześciu miesięcy zatrudnił 550 osób i na tym nie poprzestaje. Nadal zwiększa swoje zatrudnienie – informuje Wiktor Doktór.
Oferty pracy w centrach usług wspólnych skierowane są głównie do osób sprawnie posługujących się językami obcymi (głównie angielskim) oraz mających wysokie umiejętności analityczne. Przedsiębiorcy poszukują osób mających doświadczenie m.in. w obsłudze procesów finansowych-księgowych.
– W Polsce większość centrów, prawie 80 proc., świadczy usługi finansowo-księgowe – wyjaśnia prezes Fundacji Pro Progressio.
Pozostała część zajmuje się obsługą procesów IT, usługami typu call i contact center czy obsługą prawniczą. W każdym przypadku centra usług wspólnych mogą stanowić dobry początek kariery dla młodych pracowników, nie tylko absolwentów wyższych uczelni.
– Większość centrów usług wspólnych nie obsługuje jednego procesu, lecz kilka, więc pracownik ma możliwość przenoszenia się pomiędzy departamentami w jednej firmie, czyli w strukturze poziomej. W miarę upływu czasu może też awansować na stanowiska niższej i wyższej kadry kierowniczej – wyjaśnia ekspert.
Zarówno w centrach usług wspólnych, jak i w centrach usług dla biznesu zatrudnienie znajdują również osoby z zagranicy. Związane jest to z obecnością międzynarodowych firm w Polsce i potrzebą zatrudnienia pracowników znających specyfikę danego rynku. Umiejętność swobodnej komunikacji w ojczystym języku usprawnia proces działań operacyjnych przedsiębiorstwa.
– Pytanie o studia dosyć często się pojawia, kiedy mówimy o zatrudnieniu w centrach usług wspólnych. Myślę, że bardzo dobre są wszelkie kierunki specjalistyczne z zakresu finansów, bankowości, ekonomii, ale także filologie obce – wylicza Doktór.
Największym krajowym ośrodkiem pod względem zatrudnienia w centrach typu SSC oraz BPO jest Kraków. W centrach usług z kapitałem zagranicznym pracuje tam niemal 36 tys. osób. Na kolejnych miejscach pod względem wielkości zatrudnienia znajdują się Warszawa (27 tys.) oraz Wrocław (23,7 tys.).
Cena benzyny bezołowiowej 95 na stacjach przekroczyła barierę 5 zł za litr. Jednak i tak ceny paliw są na poziomie o 50-60 groszy niższym niż przed rokiem. Eksperci oceniają, że w ciągu kolejnych dwóch tygodni rozpocznie się cykl obniżek. Jeżeli na świecie nie wydarzy się nic spektakularnie złego, to pod koniec roku ceny 95 Pb i oleju napędowego powinny być o 15-17 proc. niższe niż w 2014 roku.
– Kierowcy nie mogą w tym roku specjalnie narzekać. Ceny są obecnie sporo niższe niż w roku ubiegłym. Różnica wynosi ok. 50-60 groszy w zależności od gatunku paliwa – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Romaniuk, dyrektor ds. analiz rynku paliw w Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego (POPiHN).
Jak wynika z opracowania analizującej rynek paliw platformy e-petrol, kilka dni temu średnia ogólnopolska cena benzyny bezołowiowej 95 po raz pierwszy od listopada 2014 r. przekroczyła wartość 5 zł za litr. W ubiegłym tygodniu wyraźnie jednak wyhamowała obserwowana od pewnego czasu aprecjacja cen benzyn i oleju napędowego w polskich rafineriach.
Obowiązująca w ostatni piątek średnia hurtowa wartość benzyny bezołowiowej 95 wynosiła 3940,60 zł netto i była o 127,40 zł niższa niż tydzień wcześniej (spadek o 3,13 proc.). Za tysiąc litrów diesla trzeba było natomiast zapłacić około 3574 zł, o blisko 1,25 proc. mniej. W rezultacie zmniejszył się dystans między wartością benzyny a diesla.
– W ubiegłym roku już w połowie lipca notowaliśmy spadki cen paliw – przypomina Krzysztof Romaniuk. – Podobnie będzie w tym roku. Diesel w zasadzie już powoli zaczął tanieć. Ceny benzyny pewnie jeszcze ze dwa tygodnie będą utrzymywały się na obecnym poziomie. Potem powinniśmy jednak obserwować spokojne obniżki, aż do poziomów sporo niższych niż dwanaście miesięcy temu.
Jak informuje dyrektor w POPiHN, za pierwsze półrocze ceny detaliczne zarówno benzyny 95, jak i oleju napędowego były niższe o około 12 proc. w stosunku do średnich wartości w całym 2014 roku.
– Druga połowa roku prawdopodobnie przyniesie dalsze obniżki, w związku z czym na koniec roku najprawdopodobniej ceny spadną o 15-17 proc. w porównaniu do ubiegłego roku – prognozuje Krzysztof Romaniuk. – Pod warunkiem że nic spektakularnego na świecie się nie wydarzy. A przypomnijmy, że w 2014 roku wartość paliw również była sporo niższa niż podczas poprzednich dwunastu miesięcy.
W porównaniu do ub. r. cena za baryłkę ropy spadła o połowę. Dobre wiadomości dla kierowców nie przekładają się jednak na ceny paliw w Polsce. Dlaczego za litr benzyny płacimy ponad 5 zł? Odpowiada Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych oraz usilne starania o utrzymanie udziału w rynku prowadzone przez Arabię Saudyjską i inne kraje zrzeszone w OPEC, spowodowały, że ropa naftowa jest rekordowo tania. Kosztuje w tej chwili jedynie 56 dol. za baryłkę Brent. Rok temu cena na międzynarodowym rynku wahała się w granicach 110 dol.
Niestety w bardzo niewielkim stopniu korzystają na tym polscy kierowcy, zwłaszcza ci, których samochody tankowane są benzyną bezołowiową. Popularna „95”, według informacji Polskiej Izby Paliw Płynnych, kosztuje średnio 5.05 zł za litr. To zaskakujące, gdy weźmiemy pod uwagę, że kiedy rok temu europejska ropa Brent była dwa razy droższa, za litr “95” płaciliśmy 5.45 zł.
Dlaczego polscy kierowcy nie mogą skorzystać z pozytywnych trendów na rynku paliw?
Można podać przynajmniej kilka powodów. Ceny paliw na stacjach kształtuje nie tylko wartość ropy naftowej, ale także koszty jej przerobu i marże rafineryjne. Wpływ na końcową stawkę mają także opłaty związane z dystrybucją, marże detaliczne, podatki oraz sezonowe zmiany cen. Trzeba też pamiętać o zmianach kursu dolara, ponieważ to w amerykańskiej walucie wyrażana jest wartość surowca na rynku międzynarodowym.
Przede wszystkim warto jednak zwrócić uwagę na to, co się dzieje z paliwami na świecie. Ceny benzyny początkowo spadały w podobnym tempie co wartość ropy Brent, która jest globalnym wyznacznikiem kosztów dla paliw. Na początku roku sytuacja zaczęła się zmieniać. Spadki cen paliw wyhamowały, a ich późniejsze odbicie było bardziej gwałtowne, niż mogło wynikać ze wzrostu wartości podstawowego surowca.
W rezultacie, w czerwcu b.r., mimo że ropa była o 40 proc. tańsza niż przed rokiem, cena benzyny spadła jedynie o 25 proc. Dodatkowo, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w tym czasie dolar podrożał o kilkanaście procent, to faktyczny koszt benzyny wyrażony w złotówkach był momentami jedynie o 10-15 proc. niższy, niż miało to miejsce rok wcześniej. Na koniec, gdy zauważymy, że na wysokość ceny detalicznej w 50 proc. wpływają stałe podatki, trudno się dziwić, że benzyna jest zaledwie kilka procent tańsza niż w ub.r. Pozostaje jednak podstawowe pytanie…
Dlaczego hurtowa cena paliwa bezołowiowego jest tak wysoka, mimo niskiej ceny ropy?
Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, według EIA (Amerykańska Agencja ds. Energii) na początku roku mieliśmy więcej przestojów w rafineriach związanych z ich unowocześnieniem. Rynek negatywnie reagował również na strajki w sektorze paliwowym, które wybuchły w USA na przełomie lutego i marca br.
Dodatkowo notowany jest rekordowy wzrost popytu na benzynę w Stanach Zjednoczonych, który powoduje utrzymanie się ceny paliw na wysokim poziomie. Zgodnie z informacjami EIA, liczba mil przejechanych przez Amerykanów podczas wakacji wzrośnie w stosunku rocznym o 2.2 proc, co oznacza ich największy skok od 11 lat.
Silny popyt na produkty ropy naftowej i wspomniane wcześniej zaburzenia rynkowe z początku roku, spowodowały, że koncerny petrochemiczne notują rekordowe marże z jej przerobu. Wpływa to bezpośrednio na cenę detaliczną paliw na całym świecie. Ku uciesze kierowców ta sytuacja na szczęście długo się nie utrzyma. Według IEA (Międzynarodowa Agencja Energetyczna) dodatkowe możliwości przerobowe ropy naftowej, będą w najbliższych miesiącach większe niż zgłaszane przez konsumentów zapotrzebowanie, a to, jak twierdzi IEA, “każe wątpić w utrzymanie się rekordowo wysokich marży rafineryjnych”.
Korzystne dla kierowców wnioski płyną także z „Krótkoterminowej Prognozy EIA” (STEO). Wynika z niej, że średnia cena detaliczna galona benzyny w USA, spadnie z obecnych 2.80 dol. do 2.27 dol. w grudniu br. Dostosowując te informacje do naszego rynku, możemy oczekiwać, że za kilka miesięcy popularna w Polsce „95” może kosztować 4.5 zł za litr.
Opublikowany ubiegłej nocy protokół z posiedzenia Reserve Bank of Australia nie okazał się zbyt inspirujący dla inwestujących w AUD – komunikat był bardzo podobny do czerwcowego i sugerował, że bank centralny jest w pełni zadowolony z obecnego poziomu stóp (2%) i zależności od napływających danych.
Na publikację niemal w ogóle nie zareagowały stopy procentowe, ponieważ w tym momencie wszyscy czekają na dzisiejszy odczyt CPI w II kwartale oraz na wystąpienie prezesa RBA, Glenna Stevensa. W ciągu nocy AUD nieco stracił na wartości, a para AUD/USD znajduje się w okolicach odnotowanych wczoraj minimów cyklu poniżej poziomu 0,7350.
Podobny brak reakcji towarzyszył publikacji protokołu z posiedzenia Bank of Japan, mimo iż niektórzy przedstawiciele BoJ zaczynają zadawać sobie pytanie, czy efekty dotychczasowych bodźców nie zanikają. JPY nadal spokojnie odgrywa rolę niskiej bety USD. W przypadku jena ewentualny rajd może wymagać niekorzystnych zmian w zakresie apetytu na ryzyko, które podtrzymałyby wzrost; z drugiej strony, do zwiększenia zainteresowania sprzedażą konieczne byłyby nowe maksima rentowności.
Para EUR/USD pod koniec sesji azjatyckiej odnotowała nowe minima cyklu, ponieważ USD w większości par znajdował się zasadniczo na mocniejszym końcu obecnego przedziału. W tym tygodniu nie przewidziano publikacji istotnych danych amerykańskich, mimo iż poznamy PMI w Europie i w Stanach Zjednoczonych (przy czym rynek nie przywiązuje większej uwagi do drugiego z tych odczytów, ponieważ są to wyniki badania Markit, konkurencyjnego dla oficjalnych badań ISM).
Na umocnienie kursu USD mogła wpłynąć wczorajsza wypowiedź prezesa Banku Rezerwy Federalnej z St. Louis, Jamesa Bullarda, w której oświadczył, że szanse na podwyżkę stóp we wrześniu są większe, niż 50-50.
Wykres: AUD/USD
Dziś uwaga inwestorów skupia się na AUD w oczekiwaniu na odczyt CPI w II kwartale oraz na wystąpienie prezesa Stevensa z RBA. Dotychczas ogólny wydźwięk komunikatów RBA brzmiał „pożyjemy, zobaczymy”, jednak ewentualnym zaskoczeniem mogłoby być złagodzenie retoryki w dłuższej perspektywie w odniesieniu do nierównowag zewnętrznych Australii wynikających ze spadających ostatnio cen surowców.
Para AUD/USD w zwolnionym tempie traci na wartości i czekamy na impuls, który stanowiłby kolejny argument za spadkiem.
Podsumowanie w koszyku G-10:
USD: waluta jest gotowa na kolejne wzrosty, jednak dziś nie widać żadnego katalizatora poza nastrojami na rynku i apetytem na ryzyko. W wielu parach z USD wkraczamy na interesujące obszary – zobaczymy, czy parze USD/JPY uda się pokonać rejony 124,60/125,00, a parze EUR/USD – poziom 1,0800 podczas dzisiejszej sesji londyńskiej.
EUR: waluta jest słaba, jednak powrót do sprzedaży euro nie jest aż tak zdecydowany, jak przewidywano (w przeciwieństwie np. do sprzedaży AUD czy CAD).
JPY: jen pozostaje w tle – wyraźny kierunek obierze w przypadku pogorszenia/poprawy japońskich danych (i może wpłynąć wreszcie na zmianę oczekiwań BoJ) i/lub apetytu na ryzyko, a także zmiany rentowności obligacji.
GBP: para GBP/USD utrzymuje się w wyższym przedziale po uzyskaniu wsparcia w postaci zniesienia Fibonacciego o 38,2%, natomiast w parze EUR/GBP utrzymuje się tendencja do wyprzedaży.
CHF: czy zachęcające pod względem technicznym transakcje w parze USD/CHF przyciągną uwagę inwestorów? W parze tej nastąpił solidny rajd, mimo iż nie nabrał odpowiednio dużego impetu. Kurs w parze EUR/CHF jest nadal boczny, a słaby CHF może potrzebować kolejnych maksimów cyklu na rynku akcji i/lub wyższych rentowności, podobnie jak w przypadku JPY.
AUD: protokół z posiedzenia RBA nie przyczynił się do wzrostu wolumenu transakcji, jednak dzisiejszy odczyt CPI i wystąpienie prezesa RBA mogą spowodować wzrost zmienności po ostatnim spowolnionym spadku w parze AUD/USD.
CAD: akcja w parze USD/CAD koncentruje się wokół kluczowego obszaru 1,3000 w oczekiwaniu na konsolidację lub ponowne nabranie impetu przez USD. Wsparcie w parze USD/CAD pojawia się w obszarze 1,2900.
NZD: czekam na okazję do sprzedaży w parze NZD/USD, istnieje jednak ryzyko typu „sprzedawaj plotki, kupuj fakty” w związku z jutrzejszym posiedzeniem RBNZ (dla inwestorów z Azji będzie to czwartek rano), mimo iż zasadniczo NZD wykazuje trend spadkowy. Obszar 0,6600/50 może stanowić opór.
SEK: nie ma pretekstu do zawierania transakcji, ponieważ para EUR/SEK utrzymuje się w połowie przedziału.
NOK: niskie ceny ropy i surowców wpływają na osłabienie NOK, mimo iż pod pewnymi względami waluta ta jest niedoceniona.
Dobra passa w IT trwa. Liczba ofert pracy opublikowanych na portalu monsterpolska.pl w tej kategorii wciąż rośnie i w II kwartale była wyższa aż o 24% w stosunku do I kwartału. Duży wzrost (11%) zanotowały także HRy w wyniku wzmożonych poszukiwań rekruterów specjalizujących się w pozyskiwaniu kandydatów IT. Całkowita liczba opublikowanych ofert pracy w porównaniu do ubiegłego kwartału wzrosła o 6%.
IT nadal na pozycji lidera
Liczba ofert pracy z tej kategorii wciąż się zwiększa, ale już nie tak dynamicznie jak w poprzednich okresach. Nie świadczy to jednak o spadającym braku zainteresowania kandydatami o profilu IT, a jest jedynie wynikiem zmian metod ich poszukiwania, co widać chociażby po zwiększonym zapotrzebowaniu na rekruterów do tej branży. Aby znaleźć pracownika pracodawcy muszą aktywnie przeszukiwać zasoby i wychodzić do kandydatów. W tym, bowiem przypadku od dłuższego już czasu mamy do czynienia z rynkiem pracownika. Udział liczby ofert pracy, w ogólnej puli ogłoszeń, skierowanych do kandydatów o profilu IT od kwietnia do czerwca wyniósł 37%. Pracodawcy najczęściej poszukiwali pracowników na stanowiska Programisty i Inżyniera oprogramowania.
Spadek w Sprzedaży, duży wzrost w Finansach i Księgowości
Na drugiej pozycji w zestawieniu portalu monsterpolska.pl uplasowała się, tak jak w poprzednim kwartale, Sprzedaż / Sprzedaż detaliczna z udziałem na poziomie 16%. Liczba ofert pracy spadła jednak o 8% w stosunku do trzech pierwszych miesięcy tego roku. O 2/3 wzrosła natomiast liczba ofert pracy w kategorii Finanse / Księgowość. To przede wszystkim zasługa firm outsourcingowych oraz Centrów Usług Wspólnych, które wygenerowały większą liczbę ofert pracy dla tej kategorii.
Praca w dużych miastach
Niezmiennie największa liczba ofert pracy opublikowanych na portalu monsterpolska.pl dotyczyła największych miast Polski. Najwięcej pracowników poszukiwano w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Poznaniu.
Top zawody
W minionym kwartale najwięcej ofert pracy skierowanych było do Programistów. W rankingu pięciu najbardziej pożądanych specjalizacji znaleźli się także Doradcy Klienta, Księgowi, Inżynierowie oprogramowania oraz Przedstawiciele handlowi, którzy zamykają ranking. Rosnącym zainteresowaniem pracodawców, chociaż poza zestawieniem TOP 5, cieszyli się Analitycy biznesowi, dla których liczba ofert pracy prawie się podwoiła.
Mniej pracy w Logistyce i Marketingu
W odróżnieniu od specjalistów IT, z kłopotami ze znalezieniem pracy musieli się liczyć pracownicy branży Logistyka / Zakupy/ Transport, a także Marketingowcy i Specjaliści PR. Trudniej było także o pracę w Administracji.