Zmodernizowany Mercedes Klasy A od 88 900 zł

W salonach Mercedes-Benz można już zamawiać odnowioną Klasę A. Kompaktowy model łączy sprzeczności – lepsze osiągi z niższym zużyciem paliwa i wyższym komfortem jazdy, a przy tym wygląda jeszcze dynamiczniej niż dotychczas. Nowością w ofercie jest m.in. bazowa odmiana A 160 z benzynową, turbodoładowaną jednostką 1.6 R4 o mocy 90 KM i 180 Nm maksymalnego momentu obrotowego oraz 6-stopniową przekładnią manualną. Jej ceny startują od 88 900 zł.

Klasa A jest symbolem rewolucji w gamie kompaktowych Mercedesów. Produkowany od 2012 roku model radykalnie odciął się od wizerunku poprzednich serii i zdążył zdobyć wielką popularność – zwłaszcza wśród młodych nabywców. Jego odnowiona wersja wyróżnia się jeszcze bardziej emocjonującym designem, z naciskiem na elementy typowe dla aut coupé, oraz montowaną w standardzie osłoną chłodnicy z diamentowym wypełnieniem. W kabinie uwagę zwracają nowe okładziny, bogatsza gama kolorystyczna materiałów wykończeniowych, nowa stylistyka wskaźników i kierownicy, a także dostępny na życzenie system multimedialny z ekranem o większej przekątnej (8 cali). Na początku 2016 r. na liście wyposażenia pojawią się nowe opcje telematyki, umożliwiające integrację smartfona z interfejsem MirrorLink oraz Apple CarPlay.

Każda Klasa A jest wyposażona m.in. w: klimatyzację, komputer pokładowy, elektrycznie sterowane szyby, fotochromatyczne lusterka, 7 poduszek powietrznych, wielofunkcyjną kierownicę oraz system multimedialny Audio 5 ze złączem USB i 6 głośnikami. Montowane seryjnie systemy wspomagające kierowcę otrzymały dodatkowe funkcjonalności – układ antykolizyjny COLLISION PREVENTION ASSIST PLUS może przeprowadzić autonomiczne hamowanie, a monitorujący zmęczenie ATTENTION ASSIST działa w szerszym zakresie prędkości. Na liście dodatków debiutują: w pełni LED-owe, inteligentne przednie reflektory, nastrojowe oświetlenie w 12 kolorach do wyboru oraz system trybów jazdy DYNAMIC SELECT, który za naciśnięciem przycisku pozwala w mgnieniu oka zmienić charakter samochodu. Zakres ustawień poszerza oferowane opcjonalnie aktywne zawieszenie z komfortowym i sportowym trybem tłumienia.

Kolejna nowość w gamie Klasy A to specjalna seria „Motorsport Edition”, z efektowną stylizacją utrzymaną w barwach zwycięskiego zespołu Formuły 1 MERCEDES AMG PETRONAS. Zderzaki, obręcze AMG i spojler tylnej klapy mają tu akcenty w charakterystycznym, jasnozielonym kolorze, podobnie jak fotele oraz pasy bezpieczeństwa w kabinie. Seria „Motorsport Edition” jest oferowana dla wszystkich odmian z wyjątkiem A 160, A 180 i A 180 d.

Gama napędowa odnowionej Klasy A liczy 17 wariantów – wiele z nich dysponuje większą mocą, a jednocześnie wyróżnia się niższym zapotrzebowaniem na paliwo. Mistrzem oszczędności jest wariant A 180 d BlueEFFICIENCY o mocy 80 kW (109 KM), zużywający średnio zaledwie 3,5 l/100 km. Nabywcy ceniący sportowe walory mają teraz do wyboru  dynamiczne odmiany A 250 i A 250 Sport z manualnymi przekładniami oraz jeszcze mocniejszy wariant Mercedes-AMG A 45 4MATIC – jego 2-litrowy silnik turbo rozwija 381 zamiast 360 KM. Dodatkowy zastrzyk mocy przekłada się na jeszcze lepsze osiągi: model przyspiesza od 0 do 100 km/h w ciągu 4,2 s, o 0,4 s szybciej niż poprzednik.

Cennik odnowionego Mercedesa Klasy A w skrócie

Wersje benzynowe:

  • A 160 (90 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 88 900 zł
  • A 180 (122 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 93 700 zł
  • A 200 (156 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 105 400 zł
  • A 220 4MATIC (184 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 122 600 zł
  • A 250 (211 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 121 600 zł
  • A 250 Sport (218 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 136 200 zł
  • A 250 4MATIC (211 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 137 700 zł
  • A 250 Sport 4MATIC (218 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 152 200 zł
  • A 45 AMG 4MATIC (381 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 188 200 zł

Wersje wysokoprężne:

  • A 180 d (109 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 103 800 zł
  • A 200 d (136 KM, 6-bieg. skrzynia manualna): od 125 500 zł
  • A 200 d 4MATIC (136 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 144 200 zł
  • A 220 d (177 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 151 000 zł
  • A 220 d 4MATIC (177 KM, 7-bieg. skrzynia aut.): od 160 500 zł

Anna Panek nowym dyrektorem HR w Vivus Finance

0

Od lipca 2015 r. Anna Panek objęła stanowisko Dyrektora Departamentu HR.

Anna Panek nowym dyrektorem HR w Vivus Finance
Anna Panek nowym dyrektorem HR w Vivus Finance

Nowe stanowisko traktuje, jako największe wyzwanie w swojej dotychczasowej karierze zawodowej. Do zmiany pracy przekonała ją dynamika rozwoju firmy i całej branży.
– Na polskim rynku jest niewiele firm rosnących w takim tempie jak Vivus. Nasza kultura organizacyjna to mieszanka atmosfery pracy w start-up’ie i doświadczenia ludzi, którzy wiele lat spędzili w bankowości. Współpraca z takim zespołem to chyba marzenie każdego HR-owca – mówi Anna Panek, Dyrektor HR Vivus Finance. – Cały czas poszukujemy talentów – najlepszych w swojej dziedzinie ekspertów, managerów, ale też młodych pracowników, którzy mają przede wszystkim chęć do rozwijania się – dodaje.

W przypadku Vivusa rozwój pracowników, przychodzących nawet do pracy w call-center nie jest tylko sloganem z ofert pracy. Wiele nowych stanowisk obsadzanych jest w ramach rekrutacji wewnętrznej. – Standardowo, w firmach o stabilnym poziomie zatrudnienia, rekrutacje wewnętrzne to oferta trudno dostępna, trafiająca się „raz, kiedyś”.  W Vivusie stanowisko zmieniło już 65 osób, czyli ponad 30 proc. pracowników – wyjaśnia Anna Panek. – Promocje wewnętrzne zawsze będą dla nas priorytetem, bo przede wszystkim stawiamy na rozwój naszych pracowników, a dopiero w drugiej kolejności szukamy talentów poza organizacją. Mamy osoby, które zaczynały jako konsultant w obsłudze klienta, a teraz są szefem zespołu albo specjalistą w Departamencie Ryzyka. Jedyne czego wymagamy zawsze, to zaangażowanie w obecną pracę.

Vivus Finanse prowadzi aktywną politykę rozwoju pracowników. W jej ramach odbywają się szkolenia będące elementem planów rozwojowych tworzonych osobno dla każdego pracownika i dostosowanych do specyfiki pracy.  – Ale to nie wszystko. Stawiamy na silną rolę przywództwa w organizacji i unikatowe wartości, które budują nasza przewagę konkurencyjną. Wspieramy także mocno wewnętrzne inicjatywy rozwojowe. Mamy na pokładzie wiele wyjątkowych osób, które nie tylko posiadają szeroką wiedzę z danego obszaru, ale dodatkowo chcą i potrafią się nią dzielić z innymi – mówi Anna Panek.

Vivus jako jeden z nielicznych na rynku organizuje płatne staże i praktyki nie tylko dla studentów wyższych uczelni, ale i uczniów ostatnich klas szkół średnich. Rzetelność i tworzenie nowych miejsc pracy zostało wyróżnione przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. W czerwcu tego roku Vivus został doceniony w konkursie „Kreator Miejsc Pracy” za wkład w tworzenie nowych miejsc zatrudnienia.

Anna Panek posiada jedenastoletnie doświadczenie w zarządzaniu zasobami ludzkimi, które zdobywała pracując na stanowiskach managerskich w korporacjach z branży bankowej, FMCG i farmaceutycznej. Jest absolwentką Wydziału Zarządzania Kadrami na Uniwersytecie Jagiellońskim i doktorantką w Akademii Leona Koźmińskiego. Biegle posługuje się językiem angielskim oraz niemieckim. Interesuje się rozwijaniem talentów w organizacji oraz coachingiem. Prywatnie jest mamą dwóch chłopców, na bieżąco z warszawskimi wydarzeniami kulturalnymi. Aktywnie uprawia sport.

Kto skorzysta na rządowej pomocy dla frankowiczów?

Na rządowej propozycji pomocy frankowiczom najbardziej zyskają ci, którzy zadłużyli się przy kursie wynoszącym ok. 2 zł. Oni uzyskają nie tylko spadek zadłużenia, ale i wysokości raty. Niestety z wyliczeń Expandera wynika, że wysokość ich comiesięcznego zobowiązania spadnie tylko na chwilę. W ciągu kilku lat po przewalutowaniu, ze względu na wzrost stóp procentowych, może ono wzrosnąć nawet o ponad 600 zł. Z drugiej strony rezygnacja z przewalutowania również może skończyć się wzrostem raty. Frankowicze będą więc musieli podjąć bardzo trudną decyzję.

Przepisy umożliwiające przewalutowanie z częściowym umorzeniem zadłużenia kredytów walutowych jeszcze nie zostały uchwalone. Natomiast już pojawiają się wątpliwości, czy warto będzie z tego rozwiązania skorzystać. Prezes NBP, Marek Belka zwrócił uwagę, że na franku jest bańka spekulacyjna i za jakiś czas kurs może spaść. O znacznym przewartościowaniu franka mówi również prezes Szwajcarskiego Banku Narodowego. Z drugiej strony w ostatnim czasie agencja Bloomberg opublikowała prognozy, według których frank dopiero w 2019 roku powróci do poziomu sprzed tzw. czarnego czwartku, czyli 15 stycznia 2015 r.

Prawda jest taka, że nikt nie wie, co się stanie z kursem CHF za kilka lat. Możliwe jest zarówno pęknięcie bańki i bardzo szybki spadek kursu, jak i jego długotrwałe pozostawanie na poziomie zbliżonym do aktualnego. Nie można też zupełnie wykluczyć, że frank za jakiś czas będzie kosztował np. 5 zł, choć to obecnie wydaje się mało prawdopodobne.

Trudna decyzja

Jeśli ustawa wejdzie w życie, to zadłużeni w CHF będą musieli podjąć bardzo trudną decyzję. Z jednej strony mogą bowiem uwolnić się od ryzyka walutowego i zmniejszyć zadłużenie. Jednocześnie jednak zgodzą się na to, że mimo umorzenia ich zadłużenie pozostanie wyższe niż kwota zaciągniętego kredytu i to mimo kilku lat regulowania rat. Zgodzą się również na to, że ich dług będzie od dnia przewalutowania oprocentowany według polskich stóp procentowych. Te są natomiast znacznie wyższe niż w Szwajcarii. Ponadto szacuje się, że pod koniec przyszłego roku stopy w naszym kraju zaczną rosnąć. Tymczasem Szwajcarzy stóp nie podniosą dopóki kurs nie spadnie, gdyż to mogłoby spowodować dalsze umocnienie się ich waluty, co jest szkodliwe dla tamtejszej gospodarki.

Co się stanie, gdy przewalutujemy kredyt

Niestety wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje będzie miało podjęcie decyzji o przewalutowaniu lub pozostaniu przy kredycie w CHF. Przeanalizowaliśmy kilka możliwych scenariuszy, które mogą nastąpić w najbliższych latach. Załóżmy na początek, że osoba, która zaciągnęła kredyt na 300 000 zł w sierpniu 2008 r. zdecydowała się na skorzystanie z zaproponowanej przez rząd pomocy. W jej wyniku zadłużenie spadnie z niemal 500 tys. zł do 367 tys. zł. Spadnie również rata – z 1966 zł do 1761 zł. Początkowo może się więc wydawać, że takie preferencyjne przewalutowanie przynosi jedynie korzyści.

Jednak za jakiś czas ta ocena może się zmienić. Obecnie mamy w Polsce najniższe w historii stopy procentowe. Nie pozostaną one jednak na tym poziomie na zawsze. Wystarczy, że stopa referencyjna powróci do poziomu z czerwca 2013 r. (2,75%), a już rata takiej osoby będzie nieco wyższa niż obecnie. Tymczasem stopy w ciągu kilku lat mogą wzrosnąć znacznie bardziej.

Przypomnijmy, że jeszcze w listopadzie 2012 r. stopa referencyjna NBP wynosiła 4,5%. W takiej sytuacji rata kredytu z sierpnia 2008 r. byłaby o niecałe 400 zł wyższa niż obecnie, a kredytu ze stycznia 2007 r. nawet o blisko 640 zł wyższa. Wniosek jest więc taki, że korzystając z przewalutowania z częściowym umorzeniem trzeba być przygotowanym na to, że w przyszłości nasza rata może istotnie wzrosnąć. W projekcie ustawy ewidentnie brakuje nakazu poinformowania wnioskodawców jak może zmienić się rata po preferencyjnym przewalutowaniu, w sytuacji wzrostu stóp procentowych w Polsce.

Co może się stać jeśli nie przewalutujemy kredytu

Jeśli nie skorzystamy z propozycji preferencyjnego przewalutowania kredytu to niestety również istnieje ryzyko, że wysokość naszej raty się zwiększy. Gdyby kurs z jakiegoś powodu wzrósł do 5 zł, to rata opisywanego wcześniej kredytu wzrosłaby o ok. 300 zł (przy założeniu, że jednocześnie jeszcze mocniej spadłyby szwajcarskie stopy procentowe). Z drugiej jednak strony gdyby pękła bańka spekulacyjna na franku i kurs spadł do 3 zł, to rata kredytu w CHF byłaby znacznie niższa niż w sytuacji skorzystania z preferencyjnego przewalutowania z częściowym umorzeniem. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że stopy procentowe w Polsce wzrosną, to nawet spadek kursu do 3,4 zł (ok. tyle średnio wynosił od połowy 2012 r. do połowy 2014 r.) spowodowałby większe zmniejszenie raty niż skorzystanie z propozycji rządowej. Problem polega jednak na tym, że nie mamy pewności, czy i kiedy kurs powróci do takiego poziomu.

Jak może się zmienić wysokość płaconej raty

Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

Grodno wypłaci 0,12 zł dywidendy na akcję

Zarząd firmy Grodno SA, zarekomendował Radzie Nadzorczej oraz Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 1.845.823,32 zł, tj. 0,12 zł na akcję z zysku netto wypracowanego w roku obrotowym od 1 kwietnia 2014 r. do 31 marca 2015 r.

W dniu 23 lipca 2015 r. została podjęta uchwała dotycząca rekomendacji w sprawie wypłaty dywidendy za rok obrotowy 2014/2015. Zgodnie z uchwałą, Zarząd rekomenduje Radzie Nadzorczej oraz Walnemu Zgromadzeniu Spółki wypłatę dywidendy w wysokości 1.845.823,32 zł, tj. 0,12 zł na akcję z zysku netto wypracowanego w roku obrotowym od 1 kwietnia 2014 r. do 31 marca 2015 r. w wysokości 6.086.415,61 zł, co daje stopę wypłaty dywidendy na poziomie 30,33%.

 

Spółka wypłaciła dywidendę dla akcjonariuszy za rok obrotowy 2013/2014 w kwocie 984 tys. zł, co daje 0,08 zł na akcję. Polityka dywidendy spółki przewiduje możliwość rekomendacji Walnemu Zgromadzeniu przeznaczanie do 30% zysku netto na wypłatę dywidendy po każdym zakończonym roku obrotowym, jeżeli tylko będzie to możliwe przy uwzględnieniu możliwości finansowych, w tym poziomu generowanego zysku netto, prowadzonego programu inwestycyjnego oraz bieżących potrzeb kapitałowych.

 

Wrocław zainspirowany zdrowiem. Na Placu Nowy Targ funkcjonuje Centrum Stworzone dla Zdrowia.

Od początku lipca we Wrocławiu otwarte jest Centrum Stworzone dla Zdrowia.
To miejsce pozwola nie tylko sprawdzić kondycję swojego organizmu, ale także nad nią popracować. Przez dwa letnie miesiące można wziąć udział w inspirujących warsztatach i wykładach, uzyskać porady ekspertów i trenerów oraz pogłębić wiedzę na temat zdrowia. Bogaty i różnorodny program przewiduje zajęcia dla każdego – młodszych i starszych, dzieci i rodziców. Centrum czynne jest codziennie do 30 sierpnia, a korzystanie z niego – bezpłatne. Partnerem przedsięwzięcia jest Miasto Wrocław.

Centrum Stworzone dla Zdrowia na Placu Nowy TargCentrum Stworzone dla Zdrowia to pierwszy tak zaawansowany projekt popularyzujący wiedzę  o zdrowiu, który na 400m2 łączy najnowocześniejszą technologię, design i naturę. Każdy, kto je odwiedzi będzie mógł sprawdzić swoje podstawowe parametry organizmu. Nowoczesna technologia pozwola w wygodny i ciekawy sposób oszacować blisko 30 podstawowych wskaźników określających stan zdrowia. Można poznać m.in. stopień zmineralizowania kości, zawartość wody i tkanki tłuszczowej w organizmie. Dzięki interaktywnym powierzchniom dotykowym odwiedzający przyjrzą się budowie
i funkcjonowaniu ludzkiego organizmu, a księga wiedzy dostarczy wielu ciekawostek dotyczących funkcjonowania ich ciała.

W Centrum można także liczyć na wiele inspiracji i wskazówek, dotyczących nawyków i codziennej troski o dobre samopoczucie. Odwiedzający mogą sprawdzić swój indywidualny Styl Zdrowia i dowiedzieć się więcej o swoim zdrowiu, a także, o które z jego wymiarów powinni zadbać w szczególności.

Centrum Stworzone dla Zdrowia to projekt firmy USP Zdrowie, zainaugurowany dwa lata temu  w Warszawie. W ubiegłym roku to niezwykłe miejsce mogli odwiedzić mieszkańcy Trójmiasta i pobliskich miejscowości. Teraz przyszedł czas na Wrocław – miasto z którym pomysłodawca przedsięwzięcia – firma USP Zdrowie – jest związana od 1997 r., kiedy to przy ul. Ziębickiej została otwarta Wytwórnia – zakład produkcyjny należący do Grupy USP Zdrowie.

Cieszymy się, że w tym roku Centrum Stworzone dla Zdrowia jest właśnie we Wrocławiu – mieście dla nas szczególnym – oraz że do współpracy przy tym niezwykłym przedsięwzięciu udało się nam zaprosić wielu lokalnych partnerów. Serdecznie zapraszamy do odwiedzenia Centrum Stworzone dla Zdrowia wszystkich mieszkańców Wrocławia i okolic. Warto skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji i dowiedzieć się jeszcze więcej na temat tego, jak dbać o zdrowie swoje i swoich bliskich – komentuje Sebastian Świerc, Dyrektor Wytwórni Grupy USP Zdrowie we Wrocławiu. Celem projektu jest skłonienie Polaków do refleksji
na temat własnego zdrowia i zainspirowanie ich do zdrowszego stylu życia.

Raport najbardziej medialne kluby Ekstraklasy w sezonie 2014/2015

W badaniu „Polska Piłka”, przygotowanym przez PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, na szczycie miesięcznego zestawienia znalazł się Lech Poznań. „Kolejorz” w czerwcu najczęściej gościł w prasie i na stronach internetowych. W całym sezonie, tj. od lipca 2014 do czerwca 2015, najbardziej medialna była jednak Legia Warszawa.

Raport najbardziej medialne kluby Ekstraklasy 6 miesięcy 2015Tylko w czerwcu na temat Mistrza Polski pojawiło się ponad 4,3 tys. materiałów medialnych. W całym sezonie o Lechu Poznań informowano ponad 40 tys. razy. Znakomity wynik „Kolejorza” został jednak pobity przez „Wojskowych”. Co prawda w czerwcu na temat Lecha pojawiło się o 7,3 proc. więcej publikacji niż o Legii,  jednak w perspektywie roku lepsi okazali się Warszawiacy. Od lipca 2014 do czerwca 2015 dziennikarze pisali o stołecznej drużynie ponad 48 tys. razy. „Medialny sezon” zakończył na podium także Śląsk Wrocław, o którym w ciągu dwunastu miesięcy informowano ponad 37 tys. razy. Barierę 30 tys. publikacji w ciągu roku przekroczyły jeszcze dwa zespoły. W rywalizacji o prymat w Krakowie lepsza okazała się Wisła. Na temat „Białej Gwiazdy” odnotowano blisko 35 tys. materiałów, a o Cracovii pisano nieco ponad 30 tys. razy.

Na zapleczu Ekstraklasy, w czerwcowym badaniu, najlepsze okazały się zespoły, którym udało się wywalczyć awans do najwyższej klasy rozgrywkowej: Zagłębie Lubin i Termalica Bruk-Bet Nieciecza. „Miedziowi” ponownie zdystansowali konkurencję. Badanie „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” wykazało, że w całym sezonie zespół z Lubina również był najbardziej medialny. Analiza przeprowadzona w tym okresie wykazała blisko 12,5 tys. publikacji. Drugie miejsce pod względem medialności przypadło na koniec sezonu Widzewowi Łódź (10,2 tys.), a trzecie – Arce Gdynia (9 tys.). Poza podium znalazły się GKS Tychy (8,3 tys.) oraz  Wisła Płock (7,7 tys.).

 

„Hakerzy” z Hacking Team zhakowani! Wyciekło 400 GB rządowych danych

Hacking Team, firma zajmująca się cyberzabezpieczeniami padła ofiarą ataków hakerskich, które doprowadziły do wycieku 400 GB danych. Wśród nich znalazły się m.in. e-maile, kody źródłowe oraz dane klientów firmy, którymi są represyjne rządy i… Centralne Biuro Antykorupcyjne.

Prawdopodobnie dzięki programom typu malware oraz podatnością w zabezpieczeniach sieciowych, nieznani sprawcy zaatakowali włoską firmę trudniącą się przede wszystkim dostarczaniem wyspecjalizowanego oprogramowania inwigilującego organizacjom rządowym na całym świecie. Jak twierdzą analitycy z portalu Niebezpiecznik.pl lista plików wskazuje, że hakerom udało się skopiować zawartość całej sieci wewnętrznej oraz wszystkich serwerów.

Obecnie dominują ataki APT, czyli ataki kierowane, z wykorzystaniem malware’u, którego sygnatury nie są znane. Co miesiąc powstają wielkie liczby nowych wirusów, z którymi obecne systemy sobie nie radzą – twierdzi Krzysztof Wójtowicz z firmy Check Point Software Technologies.

Z Check Point Security Report 2015 wynika, że drastycznie rośnie liczba ataków hakerskich z użyciem nieznanego dotąd złośliwego oprogramowania – w ciągu każdej godziny przeprowadzanych jest na świecie 106 różnego rodzaju działań wymierzonych w firmę lub organizację.

Hacking Team zagrożeniem dla wolności Internetu

W 2014 roku Hacking Team został oskarżony przez organizację Citizen Lab, działającą przy uniwersytecie w Toronto, o współpracę z rządzami nieprzestrzegającymi podstawowych praw człowieka, taki jak Etiopia. Firma na początku nie ustosunkowała zarzutów. Dopiero w tym roku jej rzecznik starał się podważyć wiarygodność raportu Citizen Lab.

Rok wcześniej Reporterzy bez Granic uznali Hacking Team jako jednego z „korporacyjnych wrogów Internetu”, nazywając ich „cyfrowymi najemnikami”. Na odpowiedź firmy nie trzeba było długo czekać. Hacking Team oświadczył, że firma dokłada wszelkich starań, aby upewnić się, że oprogramowanie nie jest sprzedawane krajom znajdującym się na czarnej liście UE, Stanów Zjednoczonych i NATO, czy jakimkolwiek represyjnym reżimom.

Dane, które wypłynęły do Internetu świadczą o tym, że przedstawione zarzuty nie były bezpodstawne. Wśród nich znajdowały się listy usługobiorców, wśród których znalazły się kraje o najbardziej represyjnych reżimach na świecie takie jak Bahrajn, Uzbekistan, Etiopia czy Sudan, które wielokrotnie oskarżane były o śledzenie swoich obywateli.

Co więcej, eksperci z „Niebezpiecznika” informują, że kody źródłowe oprogramowania szpiegowskiego (które również zostały wykradzione), zwierają błędy bezpieczeństwa oraz wstawki w kodzie, które – według jednej z teorii – mogły umożliwiać podstawianiu w komputerach ofiar fałszywych wpisów, świadczących o pobieraniu dziecięcej pornografii, dzięki czemu służby tworzyły pretekst do aresztowań. Oczywiście są to jedynie domysły. Możliwe, że wstawki były nigdy nieużywanymi funkcjami programu.

Bardziej niepokojącym jest fakt, że w RCS znajdowały się tzw. backdoory, które mogły umożliwiać podglądanie Hacking Team działań poszczególnych służb specjalnych.

Hacking Team a sprawa Polska

Z wykradzionych dokumentów wynika, że w gronie klientów firmy jest przynajmniej jedna organizacja z Polski. Wśród 400 GB danych znajdują się faktury wystawione na Centralne Biuro Antykorupcyjne. Polskie służby zakupiły System RCS, służący do zdalnej kontroli komputerów oraz urządzeń mobilnych. Jak informuje portal Niebezpiecznik.pl, narzędzie pozwala m.in. na nagrywanie rozmów, kopiowanie wiadomości, śledzenie lokalizacji a nawet odbiór obrazu pochodzącego z kamery urządzenia ofiary. Całkowita wartość transakcji pomiędzy CBA a Hacking Team opiewa na kwotę bliską 250.000 Euro.

W marcu 2014 roku Helsińska Fundacja Praw Człowieka poprosiła o udostępnienie informacji, czy CBA i ABW posługują się oprogramowaniem RCS. CBA odmówiło udzielenia odpowiedzi, zasłaniając się ustawą o ochronie informacji niejawnych; z kolei ABW zaprzeczyła, jakoby używało RCS.

Nasdaq Composite – hossa czy bańka?

Amerykański indeks giełdowy Nasdaq Composite, w którym główną rolę odgrywają spółki z sektora technologicznego, takie jak chociażby Apple czy Facebook, pokonuje kolejne rekordowe szczyty.

Wall Street - NasdaqMotorem napędowym ostatnich wzrostów była spółka Google, która pochwaliła się zaskakująco dobrymi wynikami finansowymi za zakończony kwartał. Spółka po raz pierwszy od sześciu lat pokonała projekcje analityków, tym samym przyczyniając się do wyznaczania przez indeks Nasdaq Composite kolejnych historycznych rekordów notowań. Świetny raport finansowy spółki, która jest jedną z największych w całym indeksie pod względem kapitalizacji rynkowej, pozwolił inwestorom na kontynuację zakupów akcji przedsiębiorstw wchodzących w skład indeksu Nasdaq. Stopa zwrotu tego indeksu od początku roku wynosi około 11%, z czego ponad 5% wzrostu zostało osiągniętych tylko w lipcu.

Po zakończeniu wtorkowej sesji na amerykańskiej giełdzie, kolejni giganci branży technologicznej przedstawili wyniki finansowe za zakończony kwartał, które jednak w przeciwieństwie do publikacji raportu spółki Google, zostały potraktowane przez rynek w kategorii rozczarowania. Spółka Apple, mimo przedstawienia lepszych od oczekiwań analityków wyników przychodu oraz zysku na akcję, zanotowała gorszy poziom sprzedaży telefonów iPhone, czyli flagowego produktu odpowiadającego za lwią część generowanego zysku. Inwestorom nie pomogły informacje o 38% wzroście zysków w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej, a wśród analityków pojawiają się opinie, że szczyt sprzedaży telefonów iPhone został już osiągnięty. W reakcji na opublikowane wyniki finansowe, akcje Apple traciły prawie 7% podczas handlu posesyjnego.

Kolejnym rozczarowaniem są wyniki finansowe przedstawione przez firmę Microsoft, która odnotowała najwyższą w historii istnienia stratę kwartalną w wysokości 3,2 miliardów dolarów oraz spadek sprzedaży o około 5% do poziomu 22 miliardów. Słaby rezultat giganta branży technologii informacyjnych to przede wszystkim efekt odpisów związanych z zakupem od Nokii działu telefonów komórkowych. Ich wartość w zakończonym kwartale wynosi około 7,5 miliardów USD. Przedstawione wyniki finansowe przyczyniły się do prawie 4% spadku notowań producenta popularnego systemu Windows, w trakcje handlu posesyjnego.

Aktualna wartość indeksu Nasdaq Composite jest już wyższa od szczytu osiągniętego przed krachem dot-comów, jak popularnie nazywane jest pęknięcie bańki na akcjach spółek technologicznych w 2000 roku. Najistotniejsza różnica w porównaniu do tamtego wydarzenia polega jednak na zupełnie innym poziomie rozwoju spółek, które wtedy odpowiadały za wzrosty, a które teraz mają największy wpływ na osiąganie kolejnych rekordowych poziomów notowań. Przedsiębiorstwa posiadające obecnie największy udział w indeksie Nasdaq Composite to światowi giganci branży technologicznej, chociażby Google, Facebook, Apple czy Amazon, a wzrost wartości ich akcji jest poparty realnym rozwojem tych spółek, które każdego roku kontynuują ekspansję w skali globalnej, poprawiając wyniki finansowe. Początek XXI wieku, podczas którego nastąpiło załamanie na rynku dot-comów, upływał pod znakiem szaleństwa zakupowego akcji wszystkich spółek, których profil działalności chociaż w minimalnym stopniu wpisywał się w branżę „nowych technologii”. Po fakcie okazywało się jednak, że część z tych przedsiębiorstw nie wytworzyła w historii swojej działalności żadnego produktu.

Bieżące wyceny fundamentalne indeksu Nasdaq Composite przemawiają za tym, że kolejna bańka na tym rynku nam raczej nie grozi. Według prognoz zebranych przez agencję Bloomberga na zakończenie tego roku wskaźnik C/Z dla tego indeksu ma wynieść 22,66, a dla porównania podczas krachu dot-comów była to wartość na poziomie 190. Porównanie wycen Nasdaq do pozostałych indeksów na amerykańskiej giełdzie – gdzie wskaźnik C/Z na koniec roku dla S&P500 prognozowany jest na poziomie 17,87, a dla Dow Jones w okolicach 16 – może budzić pewne obawy wśród inwestorów, jednak należy pamiętać o tym, że szybko rozwijające się spółki technologiczne charakteryzują się wyższymi wskaźnikami C/Z.

Jedynym zagrożeniem na horyzoncie, które w dłuższej perspektywie mogłoby powstrzymać dalsze wzrosty indeksu Nasdaq Composite jest możliwe rozpoczęcie procesu zacieśniania polityki pieniężnej przez Rezerwę Federalną, która może zdecydować się na pierwszą podwyżkę stóp procentowych już we wrześniu tego roku. Silniejszy dolar, który byłby wynikiem takiej decyzji, wraz z wyższym kosztem pieniądza, miałby negatywny wpływ na cały rynek akcji w Stanach Zjednoczonych, nie tylko na indeks Nasdaq Composite.

Robert Pietrzak, HFT Brokers

Rząd uszczęśliwia frankowców

Na światowych rynkach rządzą dziś odczyty indeksów PMI. Z głównych gospodarek dobrze wypadła właściwie tylko Japonia. Chiny i Europa wyraźnie pod kreską. Pojawiły się założenia do rządowego programu pomocy kredytobiorcom frankowym. Nie znamy wszystkich szczegółów, ale już teraz widać, że to od nich będzie zależało komu ten program w ogóle będzie się opłacał.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Spowolnienie w Chinach jest powoli widoczne w danych makroekonomicznych. Większość danych nieindeksowych jest w dalszym ciągu na nieosiągalnych dla rozwiniętych państw poziomach, aczkolwiek widać problemy wyraźnie w indeksach koniunktury. Wczorajszy odczyt indeksu PMI dla przemysłu wyniósł zaledwie 48,2pkt. Jest to o 1,5pkt poniżej oczekiwań i o ponad 1pkt mniej niż ostatni odczyt. Świadczy to o spadku optymizmu wśród menadżerów produkcyjnych w tym kraju. Indeks ten uważany jest za dobrze prognozujący kondycję gospodarki w przyszłości. Jego wartość spadająca poniżej 50pkt świadcząca o przewadze negatywnych oczekiwań nad pozytywnymi zwyczajowo zwiastuje recesję. Recesja na warunki chińskie to prawdopodobniej nie osiągnięcie przez Państwo Środka zakładanego celu wynoszącego 7% wzrostu PKB w skali roku. Co ciekawe pomimo tego giełda w Shanghaju cały dzień rosła, po czym dopiero pod koniec gdy ruszyły sesje w Europie gwałtownie zanurkowała.

Pozostałe indeksy PMI wypadają optymistycznie. Japoński indeks wyniósł 51,4pkt przekraczając o 0,9pkt oczekiwania. Słabo wypadają natomiast dane dla Europy. Zarówno indeksy dla Francji jak i te ważniejsze dla Niemiec wypadły słabiej niż oczekiwano. Wynikiem tych danych była przecena euro względem dolara. Ruch ten nie był zbyt silny, ale warto zwrócić uwagę, że wynikało to głównie z tego, że euro jest już i tak słabe względem dolara.

Widać zbliżające się wybory. Polscy posłowie rzadko są tak aktywni latem. Obecnie na tapetę trafiła ustawa mająca pomóc kredytobiorcom frankowym. Wstępny projekt ustawy zakłada, że kredytobiorca będzie mógł podzielić się częścią kredytu z bankiem. Jak to ma dokładnie działać? Wyliczamy różnicę pomiędzy wartością kredytu w CHF, a takim samym kredytem wyrażonym w złotych. Z tej różnicy bank umarza połowę, a resztę bierze na siebie kredytobiorca. Brzmi bardzo korzystnie? Tak, ale należy pamiętać, że nagle płacimy WIBOR a nie LIBOR. W efekcie nasza rata … może wzrosnąć. Nie są znane jeszcze szczegóły, ale już teraz wiadomo, że opcja ta byłaby na pewno korzystna tylko dla osób, które chcą szybko sprzedać nieruchomość, reszta musiałaby to poważnie policzyć. O ile ucieczka przed ryzykiem walutowym ma swoją wartość, to gdyby frank nie zmieniał swojej wartości a tym bardziej gdyby spadł wariant ten dla wielu osób okazałby się niekorzystny. Teraz trzeba czekać na detale, ale w obecnej formie nie wygląda na to by wariant ten był korzystny aż dla 50 tysięcy kredytobiorców jak pokazują symulacje. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na brak kryterium dochodowego, które się niemal na pewno pojawi.

EUR/PLNKomentarz walutowy 24.07.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.07.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2400. Wsparciem do wybicia była linia na 4,1450. Kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1000 – 4,1050, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach znajdowały się ważne minima.

CHF/PLNKomentarz walutowy 24.07.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.07.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9200, kolejnym ważnym poziomem jest 3.8450.

USD/PLNKomentarz walutowy 24.07.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.07.2015

Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wybił się dołem z kanału wzrostowego. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem po wybiciu są ważne minima na 3,7200.

GBP/PLNKomentarz walutowy 24.07.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 24.04.2015 do 24.07.2015

Kurs GBP/PLN wybił się dołem z kanału wzrostowego Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9400. W przypadków dalszych spadków najbliższym wsparciem jest Ostatnie minimum lokalne na 5,7700.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i walutomat.pl

Już ponad 100 spółek w portfelu niemieckiego funduszu Rocket Internet. Wśród nich znajduje się warte prawie 8 mld euro Zalando

W portfolio inwestycyjnym berlińskiego Rocket Internet znajduje się ponad 100 spółek tworzonych przez fundusz od zera. Większość biznesów to sklepy internetowe skierowane do klienta końcowego. Wśród najbardziej wartościowych spółek portfelowych funduszu znajduje się Zalando. Internetowy sklep wysyłkowy, który jesienią ubiegłego roku zadebiutował na giełdzie we Frankfurcie, wyceniany jest na 8 mld euro. Rocket Internet działa także nad Wisłą, choć Polska nie należy do kluczowych rynków dla niemieckiej spółki.

Katarzyna Kazior, dyrektor Rocket Internet w Polsce
Katarzyna Kazior, dyrektor Rocket Internet w Polsce

Fundusz Rocket Internet jest bardzo nietypowym funduszem, ponieważ nie inwestuje w istniejące już spółki, ale inwestuje w spółki, które tworzy sam – mówi Katarzyna Kazior, dyrektor Rocket Internet w Polsce.

Zarówno wybór pomysłu, jak i dobór zespołu należy do kompetencji spółki Rocket Internet. Dzięki temu proces inkubacji przebiega bardzo szybko, a nowa spółka już średnio po 100 dniach od powstania pomysłu jest w stanie rozpocząć funkcjonowanie na rynku.

W swoim portfelu mamy już ponad 100 spółek. Są to głównie spółki oparte o modele e-commerce’owe, związane z konsumentem ostatecznym, a nie spółki w modelu B2B. W Polsce np. jest to Zalando, które niedawno zadebiutowało na giełdzie w Niemczech – mówi Katarzyna Kazior.

Zalando jest jedną z najbardziej wartościowych spółek w portfelu Rocket Internet. Debiut na giełdzie we Frankfurcie odbył się w październiku 2014 roku, a obecna kapitalizacja przedsiębiorstwa wynosi około 8 miliardów euro.

W przypadku polskiego rynku do najważniejszych inwestycji należą Westwing, spółka zajmująca się internetową sprzedażą elementów wyposażenia wnętrz, oraz CupoNation, oferujące klientom dostęp do kodów rabatowych w ponad 2000 sklepach internetowych. Jak tłumaczy Katarzyna Kazior, Polska nie zalicza się jednak do kluczowych miejsc z punktu widzenia strategii Rocket Internet. Rynek polski, choć jest stabilny,to  pod względem dynamiki rozwoju i zainteresowania inwestorów ustępuje krajom Azji i Afryki.

Spółki w Polsce bardzo często ograniczają się na początku do rodzimego rynku. Często spotykamy się z sytuacją, w której spółka z naszego portfela bardzo długo nie decyduje się na wyjście poza Polskę, ponieważ nasz kraj jest na tyle duży, że z ekonomicznego punktu widzenia racjonalne jest pozostanie na tym rynku. Z drugiej jednak strony jesteśmy na tyle mali, że zagraniczni inwestorzy nie traktują takiej inwestycji bardzo poważnie – zwraca uwagę Katarzyna Kazior.

Natomiast spośród branż, w które inwestorzy najchętniej chcieliby się zaangażować, wymienia głównie obszar FinTech, dotyczący usług finansowych, oraz tzw. sharing economy, czyli model biznesowy, w którym posiadacz jakiegoś dobra, dzieli się nim odpłatnie z innymi osobami.

W przypadku rozwiązań, które już znajdują zastosowanie rynkowe, największą dynamikę wzrostu widać w dziedzinie mody i wyposażenia domu. Do tej pory klienci dość niechętnie podchodzili do zakupów produktów wielkogabarytowych przez internet.

Obecnie klienci coraz częściej otwierają się na zakupy wielkogabarytowe w sieci. Wiąże się to z tym, że dostawcy są w stanie dużo lepiej niż kiedyś zaprezentować produkt np. w formie video. Oznacza to, że otwierają się na potrzeby konsumenta – wyjaśnia Katarzyna Kazior.

Spółka akcyjna Rocket Internet została założona w 2007 roku i zatrudnia obecnie około 25 tysięcy osób. Akcjami internetowej firmy można handlować na frankfurckiej giełdzie. Debiut odbył się w październiku 2014 roku, a aktualna wartość rynkowa przedsiębiorstwa wynosi ponad 5,5 miliarda euro.

TYNKBUD1 na wiosnę przyszłego roku wprowadzi do sprzedaży mieszkania w dwóch inwestycjach na warszawskiej Pradze

Ryszard Banacki, dyrektor ds. sprzedaży w Tynkbud-1

Zajmująca się od 20 lat generalnym wykonawstwem firma TYNKBUD1, która od kilku lat zajmuje się również działalnością deweloperską, zamierza na wiosnę uruchomić sprzedaż mieszkań w dwóch inwestycjach na warszawskiej Pradze.

– Nasza spółka istnieje już od 20 lat, przez 15 pierwszych lat budowaliśmy inwestycje jako generalny wykonawca, od 5 lat prowadzimy projekty w działalności deweloperskiej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ryszard Banacki, dyrektor ds. sprzedaży w TYNKBUD1.

Obecnie spółka realizuje cztery inwestycje, które znajdują się w sprzedaży na terenie Warszawy. Największe z nich – na Woli i Bemowie – liczą po około 50 mieszkań.

– Kolejne inwestycje planujemy realizować w przyszłym roku. Na wiosnę chcemy wprowadzić do sprzedaży po praskiej stronie Warszawy dwie inwestycje – zapowiada Ryszard Banacki.

Także w tym przypadku chodzi o realizacje o kameralnym charakterze. Przykładowo powierzchnia działki przy ulicy Liwieckiej, na której powstanie jedna z inwestycji, wynosi tylko 806 mkw. TYNKBUD1 stawia natomiast na wysoki standard wykończenia części wspólnych budowanych mieszkań. Przywiązanie do jakości ma być istotną cechą odróżniającą dewelopera od konkurencji.

– Jeśli porównamy lata poprzednie z boomem w 2008 roku, to zobaczymy, że trochę więcej osób szuka mieszkań dwu- i trzypokojowych, kompaktowych z dużą liczbą izb, czyli w tym wypadku kuchnie są pozamykane – tłumaczy przedstawiciel TYNKBUD1.

Choć tradycyjnie przy wyborze liczy się cena i lokalizacja, a zwłaszcza dobre skomunikowanie budynku z miastem, nie są to jedyne kryteria, którymi kierują się klienci przy wyborze mieszkania.

– Zwróciłbym tu uwagę jeszcze na taki często niedoceniany element jak indywidualne potrzeby każdego klienta – podkreśla Ryszard Banacki. – Na pewno komunikacja, dostęp do infrastruktury socjalnej, technicznej, ale bardzo ważna jest również sama funkcjonalność mieszkania, lokalizacja względem stron świata, koszty administrowania i zarządzania.

Jego zdaniem obowiązująca od ponad trzech lat ustawa deweloperska nie wpłynęła w znaczący sposób na działalność deweloperów, natomiast przysłużyła się klientom.

Ustawa deweloperska w sposób zasadniczy uregulowała rynek deweloperski. Spowodowała, że klienci czują się pewniej – tłumaczy rozmówca.

Ustawa o ochronie nabywcy lokalu mieszkaniowego lub domu jednorodzinnego weszła w życie w kwietniu 2012 roku. Dokument reguluje stosunku prawne pomiędzy deweloperem a nabywcą lokalu i dotyczy między innymi kwestii ewentualnej niewypłacalności sprzedającego.

Ona w moim odczuciu niewielkie znaczenie ma dla funkcjonowania deweloperów, po prostu musieli oni się do niej dostosować. Również uporządkowała rynek, więc uważam, że to nie ma aż tak wielkiego znaczenia – ocenia Banacki.

Jego zdaniem nie należy też przeceniać wpływu na rynek obowiązującego od 2014 roku rządowego programu Mieszkanie dla Młodych. W jego ramach małżeństwa oraz osoby samotnie wychowujące dzieci mogą liczyć na wsparcie o wartości nawet 15 proc. nabywanego mieszkania.

Ze swojej strony obserwujemy, że ma to niewielki wpływ, w programie rządowym MdM sprzedajmy od 5 do 10 proc. mieszkań. Jest to impuls, ale nie na tyle silny, żeby mówić, że to jest tendencja stała – informuje dyrektor ds. sprzedaży w spółce TYNKBUD1.

Zdaniem Ryszarda Banackiego wpływ na popyt na mieszkania ma także wyższy wkład własny przy kredycie hipotecznym . Od początku roku banki wymagają od klientów minimum 10 proc. wartości kredytu. Do końca ubiegłego roku było to tylko 5 proc.

Wyższy wkład własny może w sposób zasadniczy spowodować, że na początku roku będzie trochę mniej kredytów, choć uważam, że te 5 proc. to nie jest aż tak duża różnica – komentuje przedstawiciel budowlanej spółki.

Poziom minimalnego wkładu kredytobiorcy będzie rósł także w kolejnych latach. Docelowo w 2017 roku ma to być 20 procent.

Simple planuje ekspansję na rynki zagraniczne

0

Przemysław Gnitecki, prezes zarządu Simple

Spółka Simple prowadzi wstępne rozmowy na temat wdrożenia swoich rozwiązań informatycznych w krajach UE. Chodzi o uniwersalne, niewymagające lokalizacji systemy front office dla wyższych uczelni oraz szpitali. Kraje będące w kręgu zainteresowań należą do Unii Europejskiej, więc podobnie jak Polska korzystają z unijnego budżetu. Przedstawiciel spółki nie chce jednak zdradzać na jakich rynkach prowadzone są rozmowy. Niemniej jednak zaznacza, że efekty tych rozmów będą widoczne w 2016 roku. 

Do tej pory eksploatowaliśmy efektywnie rynek polski – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Przemysław Gnitecki, prezes zarządu oferującej rozwiązania informatyczne głównie dla klientów instytucjonalnych spółki Simple – Natomiast widzimy także potencjał za granicą, Już w tej chwili prowadzimy rozmowy na temat możliwości wdrożenia tam naszych rozwiązań.

Chodzi przede wszystkim, jak informuje Przemysław Gnitecki, o systemy front office (miejsce, gdzie odbywa się pierwszy kontakt klienta z pracownikiem), przeznaczone dla wyższych uczelni, obejmujące obsługę toku studiów oraz kadry naukowej. Ale w grę wchodzą także oferowane przez przedsiębiorstwo rozwiązania dla służby zdrowia (przede wszystkim szpitali), dotyczące obsługi ruchu chorych i wszystkich procesów z tym związanych.

Widzimy możliwości wdrożenia naszych rozwiązań w zagranicznych odpowiednikach polskich instytucji, jednostkach opieki zdrowotnej i odpowiadających za szkolnictwo wyższe – przekonuje prezes Gnitecki. – Rynki np. południowo-wschodnie mają pod tym względem duży potencjał i co ważne, również dofinansowanie, ponieważ znajdują się w UE.

Oczywiście trudniej jest prowadzić taką sprzedaż, bo wymaga to nawiązania partnerstw, zbudowania relacji biznesowych – tłumaczy prezes Gnitecki. – Natomiast już rozpoczęliśmy pracę i mam nadzieję, że w przyszłym roku będą pierwsze efekty.

Istotne jest, jak zauważa prezes zarządu, że oferowane przez spółkę systemy są dość uniwersalne i nie wymagają zgodności z prawem lokalnym ani dużej adaptacji, jak w przypadku systemów ERP (enterprise resource planning, czyli planowanie zasobów przedsiębiorstwa).

Nasze rozwiązania są związane z obsługą front office’ową instytucji – tłumaczy prezes spółki Simple – Wiadomo, że zarówno w przypadku szpitali, jak i uczelni wygląda to bardzo podobnie w różnych krajach.

W I kwartale br. przychody Simple SA wyniosły nieco ponad 15 mln zł i były wyższe o około 40 proc. niż w tym samym okresie 2014 roku. Spółka wypracowała również lepszy zysk netto niż w roku ubiegłym. Wynosi on 440 tys. zł.

Podatek bankowy uderzy w małe banki. Może je skłonić do konsolidacji

Marta Czajkowska-Bałdyga, analityk finansowy Domu Maklerskiego BPS

PiS chce uzyskać 5 mld zł z sektora bankowego dzięki proponowanemu w programie tej partii podatkowi. Instytucje finansowe prawdopodobnie będą musiały zapłacić od 0,15 do 0,39 proc. wartości swoich aktywów. Podatek pochłonie jedną trzecią zysków całego sektora i może szczególnie uderzyć w mniejsze banki.

Podatek obejmowałby aktywa i byłoby to ok. 0,39 proc., chociaż informacje na temat stawki były różne  od 0,15 do 0,39 proc. Wydaje się, że taką stałą wartością jest 5 mld zł, które PiS chce uzyskać z sektora bankowego – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marta Czajkowska-Bałdyga, analityk finansowy Domu Maklerskiego BPS.

Pomysł wprowadzenia podatku dla banków znalazł się już w programie wyborczym prezydenta elekta Andrzeja Dudy. Prawo i Sprawiedliwość zawarło ten postulat także w swoim programie wyborczym. Według wyliczeń partyjnych ekspertów, na których powoływała się w swoim przemówieniu na kongresie programowym w Katowicach kandydatka na premiera Beata Szydło, miałby on przynieść właśnie 5 mld zł rocznie.

Na razie PiS nie podał precyzyjnie, w jaki sposób i w jakiej wysokości miałby być naliczany podatek. Najprawdopodobniej będzie to jednak danina od aktywów banków w wysokości do 0,39 proc.

Podatek wpłynie bardziej na mniejsze, mniej rentowne banki. Jego wpływ na zysk netto będzie wtedy wyższy. Większe, bardziej rentowne banki – moim zdaniem  dalej będą zyskowne, podczas gdy mniejsze mogą zacząć generować straty – prognozuje Czajkowska-Bałdyga.

Jak podkreśla, danina będzie równa jednej trzeciej wszystkich zysków sektora bankowego. W 2014 r. zarobił on netto 16,23 mld zł.

Nowe obciążenie dla banków na pewno wpłynie na klientów. Czajkowska-Bałdyga ocenia, że może on skłonić banki do konsolidacji. Polski rynek bankowy jest w tej chwili jednym z bardziej konkurencyjnych w Europie, ale jeśli małe banki będą zagrożone stratami, mogą chcieć się łączyć z większymi.

Ten podatek będzie wpływał negatywnie na ceny oferowanych produktów przez sektor bankowy. Banki będą starały się przełożyć na klientów część tej straty spowodowanej podatkiem, który jest podatkiem janosikowym – ocenia Czajkowska-Bałdyga.

Podatek w formie zaproponowanej przez PiS będzie najwyższy dla banków z dużym portfelem kredytowym. To właśnie pożyczki stanowią główny składnik aktywów instytucji finansowych.

Jak wynika z wyliczeń mediów, podatek bankowy może być jeszcze większym obciążeniem dla instytucji finansowych innego typu. Jeśli objąłby także towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI) i domy maklerskie, to mógłby doprowadzić do nierentowności obydwu tych sektorów. Jak wyliczył „Dziennik Gazeta Prawna”, obciążenie podatkowe dla tych instytucji wyniosłoby odpowiednio 1,1 mld i ponad 400 mln zł, podczas gdy zyski netto w 2014 r. wyniosły tylko 477 mln i 396 mln zł.

Obcokrajowcy ratunkiem dla polskiego rynku pracy. Potrzebna jest jednak odpowiednia polityka integracyjna

Dominika Potkańska, analityczka w Instytucie Spraw Publicznych

Starzejące się społeczeństwo i rosnąca emigracja sprawiają, że w Polsce w niektórych zawodach zacznie brakować pracowników i szybko rosnąć będzie zapotrzebowanie na pracowników z innych krajów. Dziś wielu obcokrajowców jest zatrudnianych jako opiekunowie osób starszych czy dzieci, jednak zwykle nielegalnie i w prywatnych domach. Eksperci wskazują, że potrzebne są przepisy, które ułatwią zatrudnianie obcokrajowców, nie tylko przy pracach sezonowych, lecz także na stanowiskach, gdzie potrzebni są wysoko wykwalifikowani pracownicy.

Zatrważająca sytuacja demograficzna – oprócz postępującego procesu starzenia się społeczeństwa wydłużony wiek emerytalny – wpływa na to, że potencjał opiekuńczy polskich rodzin się zmniejsza. Dodatkowo dochodzi też kwestia emigracji zarobkowej Polaków. Powstaje więc bardzo duża luka na rynku usług opiekuńczych nad osobami starszymi i dziećmi – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Potkańska, analityczka w Instytucie Spraw Publicznych.

Jak podaje GUS, osoby starsze będą stanowiły coraz większą grupę społeczną. W 2035 roku 23 proc. Polaków będzie miało powyżej 65 lat. W 2050 roku ten wiek przekroczy już co trzeci Polak. Wpłynie to na większe zapotrzebowanie na pracę w sektorze usług opiekuńczych.

Z badań przeprowadzonych przez IPS w ramach unijnego projektu „Niewidzialna siła robocza. Warunki pracy i prawa pracownicze migrantów w sektorze opiekuńczym” wynika, że obecnie w placówkach świadczących opiekę w formie zinstytucjonalizowanej zatrudnionych jest zaledwie 4 proc. obcokrajowców.

Częściej spotyka się zatrudnienie w domach prywatnych. Celem naszego badania było zobrazowanie sytuacji cudzoziemskich pracowników oraz relacji między pracodawcą, migrantem a seniorem. Inaczej postrzegają tę sytuację same migrantki. Wskazują na szereg nadużyć, z którymi się spotykają, np. pracą bez umowy, nielegalną, czy nielimitowanym czasem pracy – podkreśla ekspertka.

Z badań ISP wynika, że przeciętne zarobki imigrantki za opiekę nad osobą starszą nie przekraczają 1,6 tys. zł. Najczęściej praca wykonywana jest nielegalnie, ale jak wynika z raportu, żadna ze stron nie jest zainteresowana jej zalegalizowaniem. Pracodawcy twierdzą, że wówczas miesięczny koszt zatrudnienia wzrósłby do 4 tys. zł.

Pracodawcy wskazują na szereg niedogodności, w tym biurokratycznych przeszkód w polskim prawie, które przyczyniają się do problemów z legalnym zatrudnieniem cudzoziemca w Polsce. Prawo warto tak zmieniać, żeby łatwiej było legalizować zatrudnienie osób, które pracują przy opiece nad osobami starszymi – zaznacza Potkańska.

Imigrantów w Polsce wciąż przybywa. Na koniec 2014 roku karty pobytu miało już 175 tys. osób. Z danych resortu pracy wynika również, że wzrasta liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy. Na podstawie takich oświadczeń mieszkańcy Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy mogą uzyskać wizę pobytową lub zezwolenie na pobyt czasowy. W I kw. tego roku liczba oświadczeń zwiększyła się o 150 proc., zaś o 410 proc. wzrosła liczba oświadczeń dotyczących zamiaru zatrudnienia w sektorze pomocy domowej. Łącznie złożono ponad 10 tys. oświadczeń o pracy w tym segmencie.

Warto też skupić się na grupie cudzoziemców o wysokich kwalifikacjach. Tego potrzebuje polski rynek pracy. Warto stosować takie instrumenty polityki publicznej, które będą ich aktywnie zachęcać do przyjazdu i osiedlania się tu. Wskazałabym też na sferę pozaprawną. Nic się nie zmieni w sytuacji pracowników, jeżeli nie zmienimy świadomości i podejścia pracodawców – przekonuje analityczka ISP.

Same zmiany prawne nie wystarczą, istotne będzie też stworzenie odpowiedniej polityki integracyjnej, nie tylko na szczeblu krajowym, lecz także na szczeblu lokalnym. Będzie to konieczne, zwłaszcza że – jak wynika z raportu Boston Consulting Group – w 2030 roku Polska będzie potrzebować 20 mln pracowników. Aktywnych zawodowo będzie zaś tylko ok. 16 mln osób. Lukę będą mogli zapełnić tylko imigranci.

Wysoki poziom pomocy publicznej przyciąga inwestorów na Warmię i Mazury. Dodatkowym atutem jest rozbudowywana infrastruktura

0

Marcin Kuchciński, dyrektor departamentu pozyskiwania inwestorów w Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej

Warmińsko-Mazurska Specjalna Strefa Ekonomiczna przyciąga inwestorów najwyższym w kraju poziomem pomocy publicznej. W nowej perspektywie unijnej będzie to jeszcze istotniejsze, bo o dofinansowanie dla firm może być trudniej. Dodatkowym atutem regionu jest rozbudowywana infrastruktura – coraz większa sieć dróg i lotnisko w Szymanach, które może zacząć działać w przyszłym roku.

Ta perspektywa finansowa zdecydowanie będzie się różniła od tej ubiegłej. Dofinansowania w dużej mierze będzie trudniej dostać i nie dla wszystkich firm będą one dostępne, więc strefa z najwyższym poziomem pomocy publicznej może się okazać jedyną formą pomocy i to na bardzo wysokim poziomie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Kuchciński, dyrektor departamentu pozyskiwania inwestorów w Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej.

Spośród 14 działających w Polsce SSE Warmińsko-Mazurska ma najwyższy możliwy próg pomocy publicznej – aż 50 proc. dla dużych przedsiębiorstw (60 i 70 proc. odpowiednio dla średnich i małych). Na taki sam poziom pomocy publicznej mogą liczyć inwestorzy w strefach, które obejmują województwa podlaskie, lubelskie i podkarpackie (m.in. Suwalska SSE i Tarnobrzeska SSE).

W innych regionach przedsiębiorcy dostaną znacznie niższe wsparcie państwa. Na Pomorzu to np. 35 proc., na Śląsku – 25 proc., a w Warszawie – 15 proc.

Inna przewaga dotyczy regionalnego programu operacyjnego i projektów, które są z tym związane. My, jako strefa, oferujemy pomoc publiczną w postaci zwolnienia dochodu z podatku dochodowego – dodaje Kuchciński.

Podkreśla, że dla inwestorów barierą nie jest już ani infrastruktura, ani kapitał ludzki. Te dwa czynniki, poza pomocą publiczną i ulgami podatkowymi, najbardziej interesują inwestorów. Zauważyli już, jak podkreśla Kuchciński, że drogi w województwie warmińsko-mazurskim  są coraz lepsze. Dzięki temu po ulokowaniu inwestycji w tej strefie można nadal szybko dojeżdżać do Gdańska czy Warszawy.

Dodatkową zachętą dla przedsiębiorców będzie lotnisko w Szymanach, w pobliżu Szczytna. Jego budowa ma zakończyć się do końca tego roku, a władze lotniska liczą na pierwsze rejsy wiosną 2016 r. Na razie żadna linia nie zapowiedziała uruchomienia połączenia do Szyman.

Lotnisko jest kilka kilometrów od Szczytna, w centralnej części województwa warmińsko-mazurskiego – podkreśla Kuchciński. Zwraca też uwagę na to, że dla inwestorów liczy się nie tylko ruch pasażerski: – Myślę, że docelowo pojawi się strefa cargo. Widać to na przykładzie innych lotnisk regionalnych, gdzie tereny inwestycyjne wokół lotniska są dobrze postrzegane, jest duże zainteresowanie takimi terenami. Myślę, że to jest kolejna wartość dodana, a to przekonuje inwestorów, by zainwestowali w naszym regionie.

Coraz więcej kolekcjonerów samochodów zabytkowych. Co roku rynek rośnie o 30 proc.

Michał Wróbel, dyrektor domu aukcyjnego Ardor Auctions

W Polsce przybywa pasjonatów zabytkowych samochodów. Coraz częściej kupujemy auta nie do codziennego użytku, ale dla przyjemności. Choć w porównaniu z krajami zachodnimi rynek jest wciąż niewielki, to dynamicznie się rozwija – nawet 30 proc. w skali roku. Popyt na takie auta będzie rósł, zwłaszcza że to również dobry sposób na inwestycje. W ciągu 10 lat ceny zabytkowych samochodów wzrosły o 456 proc.

Rynek samochodów kolekcjonerskich rośnie w sposób bardzo dynamiczny. Od trzech lat możemy mówić o wzroście ponad 30-proc. rok do roku. Najczęściej kupujemy samochody poniżej 60-70 tys. zł, jesteśmy zainteresowani tanimi klasykami. To jeden z najbardziej dynamicznych rynków niszowych – mówi agencji Newseria Biznes Michał Wróbel, dyrektor domu aukcyjnego Ardor Auctions, pierwszego w Polsce domu aukcyjnego wyspecjalizowanego wyłącznie w motoryzacji klasycznej zabytkowej.

Coraz większa jest także grupa ludzi o ponadprzeciętnych dochodach, którzy decydują się albo na zakup luksusowego samochodu, albo zabytkowego auta o charakterze kolekcjonerskim. Dlatego też, jak przekonuje Wróbel, rynek powinien wciąż rosnąć w siłę.

W odpowiedzi na rosnące zainteresowanie zabytkowymi samochodami w marcu br. powstał pierwszy w Polsce dom aukcyjny, który ma pomóc w kupnie i sprzedaży.

Potencjał jest naprawdę duży. Z roku na rok zwiększa się grupa ludzi, których stać na wydanie nawet 80 tys. zł na zabawkę, na stary samochód i jeszcze na jego utrzymywanie. Dlatego jeśli sytuacja ekonomiczna się nie zmieni, to rynek będzie rósł w tempie powyżej 20 proc. – analizuje ekspert.

W Europie jest ponad 1,5 mln zabytkowych samochodów, w rękach polskich kolekcjonerów znajduje się ok. 50 tys. Część z nich to youngtimery, czyli samochody 40-letnie, które można kupić za stosunkowo niewielkie pieniądze. Starsze samochody to znacznie poważniejszy wydatek. W ubiegłym roku padła rekordowa kwota, 38 mln dolarów, za Ferrari 250 GTO z 1962 roku. Przeciętny koszt oldtimerów to kilka, kilkanaście milionów, jednak ceny rozpoczynają się od kilkudziesięciu tysięcy euro.

Jest coraz więcej osób majętnych, które decydują się na zakup auta zamiast nieruchomości. To też ciekawsze niż dzieło sztuki, które można postawić w domu, ale nie ma z niego żadnego użytku – zaznacza Wróbel.

Zabytkowy samochód jest dobrym pomysłem na inwestycje, zwłaszcza że ceny takich pojazdów idą w górę. Z danych zebranych przez Lion’s Bank wynika, że w ciągu dziesięciu lat wzrosły one o 456 proc. To znacznie więcej niż wzrost wartości nieruchomości, monet czy alkoholi.

Samochodów klasycznych powyżej 200 tys. zł będzie coraz więcej, co też sprawi, że rynek usług związany z tymi samochodami będzie się rozrastał. Z jednej strony mowa o ubezpieczeniach, z drugiej strony o usługach związanych z serwisowaniem i dilerach samochodów klasycznych – prognozuje Michał Wróbel.

Liczba robotów przemysłowych w polskich przedsiębiorstwach będzie rosnąć. Najlepsze perspektywy w branży metalowej

Jędrzej Kowalczyk, prezes FANUC Polska

Wskaźnik robotyzacji w polskim przemyśle jest czterokrotnie niższy niż średnia w Europie, blisko piętnaście razy niższy niż w Niemczech oraz dziewięć razy niższy niż w rozwiniętych technologicznie krajach, jak Belgia czy Szwecja. To jednak powoli się zmienia. Zastosowanie rozwiązań z zakresu automatyki i robotyki pozwala na obniżenie kosztów produkcji oraz zwiększenie precyzji wykonania produktów. Szczególne korzyści widoczne są w przypadku branży metalowej, a także motoryzacyjnej, spożywczej, medycznej i farmaceutycznej.

Wciąż będziemy dostarczać produkty do branż, w których koszty produkcji nieubłaganie rosną. Nowoczesne środki automatyzacji są szczególnie przydatne tam, gdzie istnieje ryzyko uszkodzenia produktu podczas procesu technologicznego lub ryzyko jego nieprecyzyjnego wykonania, co przynosi przedsiębiorstwu straty.Mowa tu o branżach motoryzacyjnej, metalowej oraz maszynowej – tam, aby móc nadal produkować w naszym kraju, należy inwestować w innowacyjne technologie niosące za sobą możliwość zarówno podniesienia jakości produktów, jak i obniżenia kosztów produkcyjnych, a co najważniejsze  utrzymania stabilnej jakości – mówi agencji Newseria Biznes Jędrzej Kowalczyk, prezes FANUC Polska, firmy dostarczającej rozwiązania z zakresu automatyki przemysłowej.

Jak podkreśla, wyjątkowo ciekawe perspektywy są w branży metalowej, gdzie możliwe jest nie tylko zastosowanie jednej technologii, lecz także łączenie kilku różnych. To wprawdzie wiąże się z większymi kompetencjami, które są niezbędne do wykorzystania tych rozwiązań, ale daje również większe możliwości zwiększania efektywności produkcji. Przykładem są aplikacje spawalnicze wykorzystywane w powtarzalnych procesach wymagających dużej dokładności. W ocenie Kowalczyka w takich przypadkach widoczny jest najszybszy zwrot z inwestycji.

Na pewno bardzo interesujące i perspektywiczne są branże spożywcza, medyczna i farmaceutyczna. Tam pracuje obecnie jeszcze niewiele robotów, ale na pewno będziemy obserwować wzrost ich wykorzystania – ocenia Jędrzej Kowalczyk. – Branża spożywcza ma przed sobą ciekawy okres. Aby móc zapewnić higienę pracy i większą różnorodność produktów, niezbędna będzie automatyzacja.

Zdaniem prezesa FANUC Polska można liczyć również na ożywione inwestycje w branży motoryzacyjnej.

Kondycja w branży jest bardzo dobra, nie tylko z punktu widzenia producentów aut, lecz także ich poddostawców. Są oni coraz bardziej cenieni na arenie międzynarodowej. Wielu klientów mówi nam, że uzyskało silną pozycję u swoich kontrahentów dzięki automatyzacji i robotyzacji – mówi Kowalczyk.

Wyjaśnia, że w Polsce największym zainteresowaniem cieszą się zaawansowane technologicznie maszyny obróbcze oraz roboty do aplikacji spawalniczych, zgrzewalniczych i paletyzacji.- Widzimy również bardzo duże zainteresowanie robotami współpracującymi, umożliwiającymi bezpośrednią współpracę człowieka z robotem, bez konieczności budowania dodatkowych systemów bezpieczeństwa – dodaje Kowalczyk.

Polska jest perspektywicznym rynkiem dla dostawców rozwiązań z zakresu automatyki i robotyki, ponieważ krajowy przemysł wciąż jest mało zautomatyzowany. Wskaźnik gęstości robotyzacji, czyli liczba robotów zainstalowanych na 10 tys. pracowników przemysłu, wynosi zaledwie 19. Średnia dla Europy wynosi 82, czyli czterokrotnie więcej.

FANUC Polska stanowi część międzynarodowej korporacji FANUC. Spółka zatrudnia ponad 5,2 tys. pracowników. Jej akcjami można handlować na giełdzie papierów wartościowych w Tokio.

Bilety kolejowe i autobusowe coraz częściej kupowane przez internet. Podróżnych przyciągają promocje cenowe

Andrzej Soroczyński, prezes Teroplan, właściciela serwisu e-podroznik.pl

Wygoda, promocje i niższe ceny powodują, że liczba pasażerów kupujących bilety w sieci systematycznie rośnie. W ten sposób zakupu można dokonać niemal przez całą dobę, a należną kwotę uiścić za pośrednictwem szybkiego e-przelewu. Z tej opcji najczęściej korzystają ludzie młodzi. W okresie wakacji zainteresowanie jest jeszcze większe.

Po kilku kliknięciach pasażer bez wychodzenia z domu otrzymuje na e-mail dokument uprawniający do podróży. Może go wydrukować lub pokazać konduktorowi na ekranie urządzenia mobilnego.

Coraz więcej osób kupuje bilet online, ponieważ po pierwsze jest to wygodne, a po drugie często przewoźnicy oferują promocje, które są dostępne tylko online. To też przyciąga pasażerów, dla których najbardziej się liczy cena, więc cieszy ich, że mogą u nas kupić bilet dużo taniej niż na dworcu czy u kierowcy i nie trzeba wychodzić z domu – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Soroczyński, prezes Teroplan, właściciela serwisu e-podroznik.pl.

Trend wzrostowy dotyczy zarówno przewozów autobusowych, jak i kolejowych. Dla przykładu PKP Intercity w pierwszych dwóch miesiącach tego roku zanotowało aż 85-procentowy wzrost sprzedaży biletów online. Ponad 25 proc. biletów sprzedawanych jest przez internet. W marcu przewoźnik wprowadził też możliwość zakupu biletu przez aplikację IC Mobile Navigator.

Soroczyński podkreśla, że w transporcie coraz bardziej widoczne są nowe technologie.

Bilety online kupują przede wszystkim ludzie młodzi, którzy korzystają z internetu czy aplikacji mobilnych, to oni są często odbiorcami tej usługi. A druga grupa to ludzie starsi, którzy albo proszą kogoś o pomoc, albo też sami starają się skorzystać z tej usługi – tłumaczy Andrzej Soroczyński

Ze statystyk wynika, że bilety przez internet najczęściej kupują mieszkańcy dużych miast – Warszawy, Katowic, Krakowa, Poznania, Trójmiasta i Wrocławia. Pasażerowie, którzy dokonują zakupów w sieci, są na bieżąco informowani o promocjach. Nie muszą się też rejestrować jako użytkownicy serwisów, mogą dokonywać zakupów jako goście.

W wakacje widać ożywiony ruch na trasach do miejscowości typowo turystycznych.

Pasażerowie najczęściej wyjeżdżają z dużych, zatłoczonych miast do centrów turystycznych, nad Bałtyk, m.in. do Łeby, Ustki, Karwi, Władysławowa, Międzyzdrojów, lub w góry, m.in. do Zakopanego, Kudowy Zdroju i innych miejscowości górskich – dodaje Andrzej Soroczyński.

Jak podkreśla, w wielu miejscowościach wypoczynkowych nie ma transportu kolejowego, stąd podróżni częściej decydują się na autobus. Do większych miast chętniej wybierane są pociągi.

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Stać nas na pół metra mieszkania więcej niż w 2005 roku

W 2005 roku za roczne średnie wynagrodzenie mogliśmy nabyć 4,2 metra kwadratowego mieszkania w stolicy. Chociaż od 2005 roku przeciętna płaca zwiększyła się o 62%, to wraz z płacami rosły też ceny nieruchomości. Dzisiaj za roczną średnią pensję w Warszawie możemy kupić o 0,5 metra kwadratowego mieszkania więcej niż 10 lat temu.

Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl
Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl

– Przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw zwiększyła się z 1727 zł netto do 2813 zł obecnie, czyli prawie 1 tys. zł (62%). W miarę stałe względem wzrostu płac były ceny nieruchomości w stolicy. W 2005 roku za roczną średnią pensję netto można było nabyć 4,2 metra kwadratowego nowego mieszkania (0,35 m kw. miesięcznie). Z kolei dzisiaj za równowartość obecnej rocznej średniej pensji kupimy 4,7 m kw. mieszkania, czyli pół metra więcej niż 10 lat temu – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Na obecną chwilę za średnią płacę można kupić więcej powierzchni we Wrocławiu, Warszawie i Krakowie, ale w niektórych miastach Polski relacja przeciętnej płacy do ceny nieruchomości wyraźnie się pogorszyła. W Poznaniu za roczną średnią płacę kupimy 0,2 m kw. mniej niż w 2005 roku  a w Gdańsku „tracimy” aż 1,5 m kw. rocznie.

Dzisiaj, by zakupić mieszkanie o powierzchni 50 m2 w stolicy, trzeba wydać ok. 400 tys. zł. Jeżeli zaciągniemy kredyt na 85% wartości nieruchomości, to przez 30 lat będziemy spłacać ratę, która będzie oscylować w granicach 1500 zł miesięcznie. Obecnie taka kwota stanowi 53% przeciętnego wynagrodzenia.

– Gdy przeciętny Polak w 2005 roku decydował się zaciągnięcie kredytu na mieszkanie musiał zadłużyć się na ok. 200 tys. zł, co dawało ratę w wysokości 1300 zł miesięcznie m.in. z powodu dużo wyższych stóp procentowych. Wówczas obciążenie ratą stanowiło ponad 70% jego wynagrodzenia. Teraz raty od tego kredytu stanowią ok. 30% średniej krajowej. Innymi słowy, osoby które zdecydowały się na kupno mieszkania 10 lat temu, chociaż było wtedy ciężko, to dzisiaj na tym korzystają – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Umowa o pracę, dzieło czy zlecenie? Przy której w portfelu zostaje najwięcej?

W opinii publicznej często słychać oburzenie, ponieważ część pracowników w Polsce jest zatrudnionych w oparciu o umowę zlecenie czy o dzieło, które potocznie są nazywane „śmieciowymi”. Według danych opublikowanych w tym roku przez GUS, w 2013 roku około 1,4 mln osób zawarło umowę zlecenie lub o dzieło.

Infografika - wynagrodzenia a różne formy umowy
Infografika – wynagrodzenia a różne formy umowy

Co więcej: osoby te nie były oprócz tego nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy oraz nie pobierały renty lub emerytury. Niestety nie zostały przeprowadzone badania, które wskazywałyby, ile procent z tej grupy zatrudnionych jest niezadowolonych z formy zawartej umowy. Wiadomo, że taka grupa istnieje.

Umowę o dzieło lub kontrakt menedżerski zawiera wielu menedżerów. Taka decyzja pozwala uniknąć wysokich podatków po przekroczeniu drugiego progu podatkowego. Są też i tacy, którzy nie zarabiają kroci, a jednak świadomie wybierają inne formy umowy niż umowa o pracę.

Postanowiliśmy przeanalizować, jak wysokie wynagrodzenie netto otrzymuje pracownik zatrudniony w oparciu o umowę o pracę, umowę zlecenie i umowę o dzieło, jeżeli jego wynagrodzenie brutto równe jest płacy minimalnej, średniej płacy w gospodarce narodowej lub dwukrotności średniego wynagrodzenia. Poddaliśmy również analizie koszty, jakie ponosi pracodawca w związku z zatrudnieniem takich pracowników.

Dofinansowanie wyprawki szkolnej dla dzieci pracownika przez pracodawcę

Pracodawcy mają wiele możliwości, by pomóc swoim pracownikom. Jednym z najbardziej cenionych sposobów jest zatroszczenie się o dzieci osób zatrudnionych w firmie, na przykład przez sfinansowanie wyprawki szkolnej. Pracodawca może w tym celu skorzystać ze środków  Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych (ZFŚS) lub bezpośrednio z pieniędzy przedsiębiorstwa. Taka forma pomocy pracownikom musi być jednak w odpowiedni sposób rozliczona.

Andrzej Lazarowicz, Prezes wfirma.pl
Andrzej Lazarowicz, Prezes wfirma.pl

Wyprawka szkolna – dofinansowanie ze środków ZFŚS

Istnienie w zakładzie pracy ZFŚS ułatwia przedsiębiorcy zadanie, jeśli chodzi o finansowanie wyprawki dzieciom pracowników – zgodnie z regulaminem może on przekazać im niezbędną sumę właśnie ze środków funduszu lub kupić odpowiednie przedmioty. W takim przypadku limit dofinansowania na wyprawkę powinien odpowiadać sytuacji materialnej, życiowej i rodzinnej pracownika.

Art. 21 ust. 1 pkt 67 Ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych reguluje te kwestię i wskazuje, że do pewnej kwoty dofinansowanie wyprawki szkolnej jest zwolnione z opodatkowania. Suma, którą pracodawca może przekazać jednemu pracownikowi, wynosi 380 złotych rocznie.

Ważne!
Kwota ta odnosi się do  wszystkich świadczeń przekazanych w danym roku z ZFŚS.Jak wskazuje natomiast § 2 ust. 1 pkt 19 Rozporządzenia w sprawie szczegółowych zasad ustalania podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe, świadczenia pochodzące z ZFŚS, są całkowicie zwolnione ze składek ubezpieczeniowych.Dopłata do wyprawki szkolnej dziecka pracownika może być także wypłacona w ramach zapomogi w związku z indywidualnym zdarzeniem losowym czy klęską życiową, długotrwałą chorobą lub śmiercią. Tu zwolnienie z opodatkowania odnosi się do kwot wyższych niż 2280 złotych na rok podatkowy. W takiej sytuacji nie ma także znaczenia, czy pochodzi ona z ZFŚS, czy z dochodów firmy. Wyprawka szkolna – dofinansowanie ze środków obrotowych firmy Jeżeli pracodawca nie chce skorzystać z zasobów ZFŚS lub w zakładzie pracy nie funkcjonuje taka instytucja, może przeznaczyć na wyprawkę dla dzieci pracowników część środków obrotowych firmy. Dofinansowanie należy jednak wtedy traktować jako dodatkowy  pozapłacowy element wynagrodzenia za pracę i jako taki opodatkować.Sumę, jaką pracodawca przeznaczył na wyprawkę, dolicza się do wynagrodzenia pracownika za dany miesiąc. Zatrudniający jest zobowiązany do odliczenia, pobrania i odprowadzenia zaliczki na podatek dochodowy od całości na zasadach przewidzianych dla opodatkowania przychodów ze stosunku pracy.Pieniądze na wyprawkę szkolną nie są częścią składową podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie społeczne pod warunkiem, że taką sytuację przewidziały układy zbiorowe pracy, regulaminy wynagrodzenia, obowiązujące w danym zakładzie pracy, lub przepisy o wynagradzaniu. W przypadku, gdy takie dofinansowanie zostało uregulowane przez którąś ze wspomnianych regulacji, podlega ono oskładkowaniu.

Andrzej Lazarowicz prezes wfirma.pl

Coaching zamiast szkolenia?

Jarosław Gibas, coach z firmy coachingowo-szkoleniowej GóreckiGroup
Jarosław Gibas, coach z firmy coachingowo-szkoleniowej GóreckiGroup

Po każdym szkoleniu nasza półka wzbogaca się o kolejny plik notatek i materiałów edukacyjnych. Jednak niezwykle rzadko do nich wracamy – najczęściej z braku czasu. Tymczasem badania Neila Rackhama dowodzą, że 87% wiedzy, którą zdobywamy na szkoleniach, ulega zapomnieniu już po miesiącu. Co zatem zrobić, by przeciwdziałać tej prawidłowości? Jak zwiększyć efektywność szkoleń bez konieczności ciągłego powracania do notatek? 

Nauka przez praktykę

Proces coachingowy jest niezależnym narzędziem rozwoju kompetencji, ale może również stanowić skuteczne dopełnienie specjalistycznego szkolenia. Jeśli bezpośrednio po szkoleniu rozpoczniemy pracę z coachem, mniej informacji ulegnie zapomnieniu, a my szybciej i efektywniej wykorzystamy nowo nabyte umiejętności.

– Podczas szkolenia w krótkim czasie otrzymujemy dużą dawkę nowej wiedzy, której nie jesteśmy w stanie przyswoić w całości. Sesje z coachem sprawiają, że ze spotkania na spotkanie wiedza może być systematycznie utrwalana. A jak wiadomo najlepiej uczymy się poprzez praktykę. Dlatego zadaniem coacha jest zainspirowanie osoby do tego, by znalazła sposoby na wykorzystanie nowych kompetencji w swojej pracy – wyjaśnia Jarosław Gibas, coach z firmy coachingowo-szkoleniowej GóreckiGroup.

Szkolimy się, ale co dalej?

O tym, że szkolenie pracowników jest niezbędną inwestycją nie trzeba już w Polsce nikogo przekonywać. Z raportu MillwardBrown SMG/KRC wynika, że ze szkoleń korzysta 98% średnich przedsiębiorstw oraz 80% małych firm. Większość pracodawców wysyła pracowników zarówno na szkolenia obowiązkowe, wymagane ustawowo, jak i te podnoszące kompetencje (84% w przypadku średnich firm oraz 57% w przypadku małych). Jedynie ok. 10% przedsiębiorstw ogranicza się wyłącznie do szkoleń obligatoryjnych.

Jednak na szkoleniach zwykle się kończy, dlatego zarówno pracodawcy, jak i pracownicy często narzekają na nieefektywność szkoleń. Pracownik w teorii wie bardzo dużo, ale nie potrafi tego zastosować, wykonując swoje zawodowe obowiązku. Brakuje przełożenia wiedzy na praktyczne rozwiązania. Polscy przedsiębiorcy dopiero zaczynają odkrywać zalety coachingu.

W poszukiwaniu praktycznych rozwiązań

Według szacunków ekspertów z GóreckiGroup ok. 10-15% firm w Polsce decyduje się na uzupełnianie szkoleń procesami coachingowymi. Dla porównania, dane amerykańskie mówią o ponad 60% przedsiębiorstw, które wspierając rozwój pracowniczy, korzystają z różnych form coachingu. Bez wątpienia ten trend będzie niedługo widoczny także w Polsce, bo regularnie rośnie liczba menedżerów i właścicieli firm, którzy dostrzegają korzyści płynące z sięgania po usługi coachingowe.

Co decyduje o tym, że coaching stanowi idealne uzupełnienie procesu rozwoju, zainicjowanego poprzez uczestnictwo w szkoleniu? W coachingu, w przeciwieństwie do szkolenia, nie ma transferu wiedzy. Coach nie musi być ekspertem w dziedzinie, w której pracuje jego klient. Nie jest jego trenerem, mentorem ani przewodnikiem duchowym. Nie przekazuje klientowi rad ani gotowych rozwiązań. – Wprost przeciwnie, rolą coacha jest pokierowanie klientem w taki sposób, aby ten zaczął korzystać z wiedzy, którą posiada, aby wypracowywał nowe rozwiązania, szukał nowych dróg osiągania założonych celów zawodowych – tłumaczy Jarosław Gibas.

Zwrot z inwestycji

Adrian Górecki, właściciel GóreckiGroup
Adrian Górecki, właściciel GóreckiGroup

Aby proces coachingowy skutecznie uzupełniał kompetencje nabyte dzięki szkoleniu, można podczas sesji pracować nad celem bezpośrednio związanym z tematyką szkolenia. Dla przykładu przedstawiciel handlowy, który właśnie wziął udział w szkoleniu sprzedażowym, może od razu wspólnie z coachem szukać praktycznych rozwiązań jak wdrożyć do codziennej pracy poznane techniki, a tym samym zwiększyć poziom sprzedaży. – Dzięki wykorzystaniu coachingu skraca się czas pomiędzy treningiem, czyli szkoleniem, a jego rezultatem w postaci np. zwiększenia wydajności czy uzyskania lepszych wyników sprzedażowych. Mówiąc wprost, dla pracodawcy zastosowanie coachingu oznacza wyższy zwrot z inwestycji w programy szkoleniowe – mówi Adrian Górecki, właściciel GóreckiGroup.

Coaching w biznesie jest stosowany coraz częściej nie tylko jako element programu szkoleniowego. Popularność zyskuje również nurt kierowania zespołem z zastosowaniem technik coachingowych, wykorzystywanie coachingu do rozwiązywania konfliktów między pracownikami czy planowania ścieżki kariery wewnątrz firmy. – Coaching staje się nieodłącznym elementem myślenia o rozwoju pracowników i rozwoju firmy. Opierając się na klasycznych modelach zarządzania, rezygnując ze stawiania na kapitał ludzki, nie inwestując w rozwój swoich pracowników, firmy szybko zostają w tyle za nieustannie rozwijającym się rynkiem. A przecież konkurencja nie śpi – podsumowuje Górecki.

Nowa Honda HR-V wjedzie do polskich salonów sprzedaży we wrześniu tego roku

Od momentu wejścia na rynek w Japonii pod koniec 2013 roku, nowy, niewielki SUV Hondy – oferowany na tamtejszym rynku pod nazwą Vezel – wspiął się na szczyt statystyk sprzedaży, oferując nabywcom niespotykane połączenie stylowo zaprojektowanego nadwozia, przestronnego wnętrza oraz wszechstronnych rozwiązań. W Europie model ten pojawi się pod nazwą HR-V.

W 2014 roku Honda Vezel sprzedała się w Japonii w liczbie 96 000* egzemplarzy, zyskując miano ulubionego SUV-a Japończyków, natomiast w ciągu ostatnich 18 miesięcy było to najlepiej sprzedające się auto w segmencie SUV. Do dziś, Vezel trafił w ręce 140 000 klientów z Japonii, przy czym tylko w pierwszej połowie 2015 roku sprzedano 38 218 sztuk tego modelu Hondy.

W Stanach Zjednoczonych, w pierwszej połowie 2015 roku, sprzedaż SUV-ów zwiększyła się o ponad 10 procent w porównaniu z tym samym okresem w 2014 roku. Największy wzrost zainteresowania autami tego typu odnotowano w czerwcu, gdy do salonów Hondy trafił model HR-V. Sprzedaż SUV-ów wzrosła wówczas o 18 procent w stosunku do ubiegłego roku. „Nowa Honda HR-V weszła do sprzedaży z impetem, notując doskonałe wyniki po zaledwie sześciu miesiącach obecności na rynku”,powiedział Jeff Conrad, wiceprezes i dyrektor Hondy w Stanach Zjednoczonych. W pierwszym pełnym miesiącu sprzedaży, model HR-V trafił aż do 7 760 nabywców.

Honda HR-V wkrótce zadebiutuje w Europie, oferując klientom unikatowe rozwiązania techniczne. Zawieszenie tego modelu zostało zestrojone z uwzględnieniem charakterystyki europejskich dróg, podczas gdy nowy system sterowania pracą przekładni CVT odpowiada preferencjom europejskich kierowców. Wszystko to, w połączeniu ze 120-konnym silnikiem wysokoprężnym o pojemności 1,6 litra i-DTEC, oferowanym wyłącznie w Europie, sprawia, że model ten ma duże szanse sukcesu sprzedażowego również na Starym Kontynencie.

Wiesław Kołodziej, prezes Oddziału Hondy w Polsce powiedział: „Cieszymy się, że już wkrótce tak atrakcyjny produkt, jakim jest HR-V, trafi do sieci autoryzowanych dealerów Hondy. Liczymy, że podobnie jak w Japonii i USA, przypadnie on do gustu polskim klientom. Samochód ten reprezentuje ostatnio bardzo modny na naszym rynku segment niewielkich crossoverów, przy czym – oprócz niezwykle atrakcyjnego designu – zaoferuje nabywcy przestronne, funkcjonalne wnętrze, w tym obszerny bagażnik, a także bardzo ekonomiczne jednostki napędowe.”

 

Mniej pijanych kierowców i wypadków drogowych w Polsce

W sobotę, 25 lipca br., już po raz dziesiąty w Polsce obchodzić będziemy Dzień Bezpiecznego Kierowcy. Z najnowszych statystyk policji wynika, że Polacy z roku na rok są rzeczywiście ostrożniejszymi kierowcami. W pierwszym półroczu tego roku doszło do 14912 wypadków drogowych, co oznacza 7% spadek w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Mniej było też kierujących pod wpływem alkoholu (o 7% r/r). Jak podkreślają eksperci zakładu ubezpieczeń Gothaer, na bezpieczeństwo drogowe wpływa z jednej strony coraz większa świadomość zagrożeń wśród kierowców, z drugiej natomiast intensyfikacja działań policji.

Kierowcy w Polsce coraz większą wagę przykładają do prawidłowej jazdy. Wprowadzone wcześniej regulacje prawne w zakresie obowiązku jazdy z włączonymi światłami, zapiętymi pasami czy w przypadku dzieci, jazdy w specjalnym foteliku dostosowanym do wieku i wzrostu dziecka, stały się już naturalnym i automatycznym zachowaniem kierowcy rozpoczynającym podróż. Obszarem, nad którym jeszcze musimy popracować, i któremu w ostatnich latach nasza policja poświęca więcej uwagi, jest stan trzeźwości kierowców jeżdżących po polskich drogach. Od stycznia do czerwca br. liczba badań na zawartość alkoholu wzrosła aż o 19% -z 7,5 mln do ponad 9,3 mln. To oczywiście ma pozytywne przełożenie na bezpieczeństwo, gdyż jazda pod wpływem alkoholu jest jedną z najczęstszych przyczyn wypadków drogowych. Pijana osoba za kierownicą stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla siebie, ale także dla pasażerów i otoczenia – mówi Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A.

Działania podejmowane przez policję wpływają na większą ostrożność polskich kierowców. Z najnowszych danych Komendy Głównej Policji wynika, że w okresie od stycznia do czerwca br. liczba kierujących pojazdami mechanicznymi pod wpływem alkoholu zmniejszyła się o 7% rok do roku (IH 2014 r.: 48514, IH 2015 r.: 45203). Znajduje to odzwierciedlenie w liczbie wypadków drogowych, których w pierwszej części tego roku było o 7% mniej niż w analogicznym okresie 2014 r. (IH 2014 r.: 15961, IH 2015 r.: 14912). Również liczba rannych w wypadkach w tym roku była niższa – o 8% r/r (IH 2014 r.: 19451, IH 2015 r.: 18040).

Pijany kierowca zapłaci słony rachunek

Zgodnie ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych, każdy właściciel pojazdu jest zobowiązany do posiadania polisy OC, aby po spowodowaniu wypadku czy stłuczki rekompensatę poszkodowanym osobom trzecim wypłaciło jego towarzystwo ubezpieczeń. Jednak w przypadku jazdy pod wpływem alkoholu odpowiedzialnością finansową zostanie obarczony sam kierowca. – Jeśli sprawca zdarzenia był w stanie po użyciu alkoholu lub nietrzeźwy, to zgodnie z art. 43 ustawy, jego ubezpieczyciel wypłaci odszkodowanie poszkodowanym, ale następnie wystąpi do sprawcy o zwrot wypłaconego odszkodowania – podkreśla Marek Dmytryk.

W sytuacji, kiedy sprawcą zdarzenia jest kierowca pod wpływem alkoholu, poszkodowany i ubezpieczony w Gothaer może także skorzystać z likwidacji szkody w ramach modelu bezpośredniej likwidacji szkód. – Nie ma znaczenia stan trzeźwości sprawcy zdarzenia na fakt możliwości skorzystania z bezpośredniej likwidacji szkód w Gothaer. Wystarczy, że zgłosi szkodę do nas, a my weźmiemy na siebie wszystkie obowiązki związane z likwidacją szkody i wypłatą odszkodowania. To z pewnością wpłynie na szybkość i jakość całego procesu – wyjaśnia przedstawiciel Gothaer TU S.A.

Regionalna mapa wypadków drogowych

Jeśli spojrzymy na liczbę wypadków drogowych w rozbiciu na poszczególne regiony, to zobaczymy, że z mniejszą liczbą wypadków w pierwszym półroczu tego roku mieliśmy do czynienia w 12 regionach. Największy spadek został odnotowany w województwie śląskim (-17,2%) i zachodniopomorskim (-15,7%). Wzrost natomiast policja zanotowała w 5 województwach, największy w woj. lubuskim (+9,3%)[1]. Również w większości regionów Polski w wyniku wypadków samochodowych było mniej rannych. Niewielki wzrost zanotowano tylko w 3 województwach: podkarpackim, łódzkim i kujawsko-pomorskim.

[1] Źródło: http://statystyka.policja.pl/

Nowy dyrektor Polskiego HR – Hanna Listek

Hanna Listek
Hanna Listek

Tworzenie nowych strategii rozwoju oraz osiągnięcie wyznaczonych celów długoterminowych – to zadania, z którymi zmierzy się nowa dyrektor zarządzająca holdingu Polski HR – Hanna Listek. Jako sprawny manager i psycholog z 15-letnim doświadczeniem w branży HR, zadba o spójność działań wszystkich podmiotów rekrutacyjnych grupy Loyd S.A., działających pod egidą Polskiego HR-u.

Dotychczas Hanna Listek zarządzała spółką Polski HR Doradztwo Personalne wchodzącą w skład holdingu Polski HR, gdzie odpowiadała za projekty rekrutacji, outplacementu, a także aktywizacji osób bezrobotnych.

–„Wybór nowego dyrektora zarządzającego holdingu Polski HR był oczywisty. Jako osoba zarządzająca spółką Polski HR Doradztwo Personalne Hanna Listek wykazała, że posiada niezbędne kompetencje do kierowania zespołem oraz realizowania wizji grupy LOYD S.A. Do obowiązków dyrektora zarządzającego holdingu należy koordynacja i wytyczanie wspólnego kursu dla blisko 20 spółek Polskiego HR działających w obszarze Human Resources. W ramach swoich kompetencji Hanna Listek odpowiadać będzie za współpracę z kontrahentami z Polski i zagranicy, budowę i wdrażanie strategii rozwoju firmy oraz planowanie i nadzór budżetu spółki. Do realizacji tych zadań potrzeba kompetencji menedżerskich oraz zaawansowanych umiejętności interpersonalnych. Według mnie Hanna Listek pozwoli spółce Polski HR rozwinąć skrzydła i wykorzystać potencja holdingu” – komentuje Bartosz Kaczmarczyk, prezes grupy kapitałowej LOYD S.A.

– „Branża HR w Polsce cały czas się kształtuje, co sprawia, że  agencje zatrudnienia muszą nieustannie się rozwijać i dbać o jak najlepszy poziom obsługi swoich klientów. Ten awans stawia przede mną nowe wymagania. Moim celem będzie rozbudowanie portfela klientów krajowych oraz rozszerzenie współpracy na rynkach międzynarodowych. Chciałam bardzo podziękować za zaufanie jakim mnie obdarzono. Na ten awans patrzę przez pryzmat mojej dotychczasowej działalności w spółce Polski HR Doradztwo Personale. Docenienie efektów wieloletniej pracy jest bardzo motywujące”- skomentowała Hanna Listek, nowa dyrektor zarządzająca Polski HR.

Nowa dyrektor zarządzająca równocześnie prowadzi własną pracownię badań, gdzie rozwija zainteresowania z dziedziny psychologii. Wiedzę z zakresu HR łączy z wyjątkową wrażliwością na problemy drugiego człowieka.

Maciej Jędrzejak: Nadmiar ropy szkodzi cenom

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Na rozchwianym rynku surowcowym, informacja o wzroście zapasów ropy w Stanach Zjednoczonych wystarczyła, by notowania amerykańskiej WTI spadły o ponad 3 proc., do 49 dolarów za baryłkę. To poziom najniższy od końca marca. O 2,5 proc. w dół poszły też ceny benzyny, mimo że jej zapasy zmniejszyły się w ostatnim tygodniu o 1,7 mln baryłek. Kontrakty na miedź zniżkowały o prawie 2 proc., do poziomu widzianego poprzednio w lipcu 2009 r. Oparcia nadal nie mogą znaleźć notowania złota. Czwartkowy poranek przynosi uspokojenie nastrojów na giełdach towarowych.

Na nowojorskim parkiecie najmocniejszej przecenie poddawały się w środę nie spółki surowcowe, lecz technologiczne, między innymi Apple, Microsoft, IBM. W Warszawie odgrywające podobną rolę akcje banków, oddały wczoraj dwa pierwsze miejsca wśród spadkowiczów walorom KGHM i PZU. W czwartek przodują akcje PKN Orlen, po publikacji rozczarowujących wyników finansowych. Nic nie wskazuje na to, by sytuacja na polskiej giełdzie miała się radykalnie poprawić, ale odreagowanie przeceny jest możliwe. Środowa panika nie przenosi się ani na złotego, ani na notowania obligacji.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Eksport i import: kurs dolara w II półroczu 2015 będzie stabilny

Kurs jednej z najważniejszych walut w handlu międzynarodowym, czyli dolara amerykańskiego, ulegał w pierwszym półroczu 2015 r. sporym zmianom. W okresie od stycznia do czerwca wahał się między wartościami 3,5550 – 3,9260 PLN, a aprecjacja wspierała zyski polskich eksporterów. Analitycy instytucji płatniczej AKCENTA przewidują, że w drugim półroczu 2015 r. wartość dolara ustabilizuje się, aby na koniec tego roku zejść do poziomu 3,48 PLN.

Radosław Jarema
Radosław Jarema

W pierwszym półroczu 2014 r. kurs dolara wynosił średnio 3,3526 i handel w USD podwyższał zyski importerów. Ponieważ w ciągu półtora roku kurs dolara do złotego otarł się zarówno o granicę 3 jak i 4 zł, to tak znaczące wahania wpłynęły na biznes firm zajmujących się handlem międzynarodowym. Biorąc pod uwagę długie terminy płatności dla większości kontaktów, znaczne wahania utrudniają przewidywanie marż i planowanie działalności firmy w związku z niepewnością, co do przyszłych wpływów i odpływów środków finansowych. – Najprostszym narzędziem eliminowania ryzyka wahań kursów dolara są forwardy, dostępne także dla MŚP. Jest to proste narzędzie, w AKCENCIE bezpłatne, a dzięki niemu przedsiębiorcy, którzy obawiali się zmian kursów dolara, wyeliminowali swoje ryzyko. Dzięki temu z góry wiedzieli ile na danym kontrakcie zarobią – mówi Radosław Jarema, szef polskiego rynku AKCENTY, instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe eksporterów i importerów.

Kurs USD zaczął piąć się w górę już w III kw. 2014 r. aby na przełomie 2014/2015 r. podnieść swoją wartość do prawie 4 PLN, które ostatni raz płacono za dolara w 2004 r. Pierwsze półrocze 2015 r. było więc dużo korzystniejsze dla eksporterów przyjmujących płatności w dolarze, którzy za swoje towary uzyskiwali większe przychody w przeliczeniu na złotówki. Najwyższy kurs dolara od ponad 10 lat oznaczał spore zmiany dla eksporterów i importerów na kierunkach, na których w płatnościach dominuje dolar amerykański. – Na aprecjacji dolara skorzystali eksporterzy handlujący z USA oraz z krajami arabskimi, w tym głównie z Bliskim Wschodem. Również duża większość naszych klientów prowadzących biznes z krajami afrykańskimi, Ameryki Łacińskiej oraz Azji rozlicza się w USD, więc na tych kierunkach Polscy eksporterzy także mocno zyskali – mówi Radosław Jarema.

Analitycy AKCENTY przewidują, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że w drugim półroczu 2015 r. PLN będzie się w stosunku do USD umacniał. W perspektywie najbliższych 3 miesięcy kurs USDPLN powinien oscylować ok. 3,64 a na koniec roku znajdzie się w okolicach 3,48.

Od czego będzie zależeć kurs dolara do końca tego roku?

– Jest jedna podstawowa kwestia, która będzie decydować w kolejnych miesiącach o kursie amerykańskiej waluty i to właśnie głównie na tę kwestię powinni zwracać uwagę przedsiębiorcy używający dolara w swoich rozliczeniach. Kluczowy wpływ na kurs dolara, m.in. wobec złotego, będą miały w następnych miesiącach 2015 r. decyzje Fedu – mówi Miroslav Novak, analityk AKCENTY. Kluczowym wydarzeniem mogącym osłabić lub wzmocnić złotego będzie ogłoszenie przez FED informacji o podniesieniu stóp procentowych. Na początku obecnego roku oczekiwano, że FED, po raz pierwszy od 2006 r., podniesie w czerwcu stopy procentowe. Już teraz jednak wiadomo, że taka decyzja nastąpi zdecydowanie później niż zakładano. – W odróżnieniu od rynku, który oczekuje poniesienia stóp we wrześniu o 0,25 pkt., my – choć nie przestaje być to spora niewiadoma – przewidujemy, że do pierwszej podwyżki dojdzie dopiero w IV kw. bieżącego roku. Późniejsze podniesienie stóp procentowych pozytywnie wpłynie na rynki EM (emerging markets) i ich waluty, w tym na złotówkę. Jeśli jednak podwyżka nastąpiłaby już we wrześniu, to taka wiadomość może spowodować odpływ aktywów z rynku EM i osłabienie walut EM. Z dużym prawdopodobieństwem sytuacja ta wpłynęłaby także na osłabienie PLN, aczkolwiek nie tak wyraźnie jak innych walut regionu – twierdzi Novak. Ekspert podkreśla jednocześnie, że kurs USDPLN jest bardzo wrażliwy na notowania wspólnej waluty. – To co osłabia euro wobec dolara osłabia także złotówkę wobec dolara. Przykładem jest chociażby negatywny wpływ greckiego kryzysu na osłabienie europejskich walut. Niepokoje w Europie podbijają cenę dolara, który także dzięki poprawie sytuacji gospodarczej w USA jawi się dla inwestorów jako dobra inwestycja – dodaje analityk AKCENTY.

Jak walczyć z polisolokatami?

Wiele osób zainteresowanych odzyskaniem na drodze sądowej tzw. opłaty likwidacyjnej, bezprawnie pobranej przez towarzystwo ubezpieczeniowe w związku z przedterminową wypłatą środków z polisolokaty, z pewnością zastanawia się, czy w takiej sytuacji dochodzić swoich praw samodzielnie, czy też za pomocą tzw. pozwu zbiorowego. Przekonanie, że tylko ta druga opcja jest skuteczna w sporach z dużymi podmiotami na rynku finansowym, sprawia, że wielu z nas rezygnuje w ogóle z dochodzenia swych praw przed sądem.

Na co należy zwrócić uwagę, decydując się na pozew zbiorowy i co go odróżnia od pozwu indywidualnego?

Instytucja pozwu zbiorowego funkcjonuje w polskim porządku prawnym stosunkowo niedługo, bo od połowy 2010 r., kiedy weszła w życie ustawa z dnia 17 grudnia 2009 r. o dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym (Dz. U. z 2010 r., Nr 7, poz. 44). Zgodnie z jej przepisami, postępowaniem grupowym jest postępowanie sądowe, obejmujące roszczenia jednego rodzaju co najmniej 10 osób, jeżeli oparte są na tej samej lub takiej samej podstawie faktycznej.

Oznacza to, że w celu wniesienia pozwu zbiorowego powinna się zebrać grupa co najmniej 10 osób, żądających od strony przeciwnej tego samego zachowania (najczęściej zapłaty sumy pieniężnej, np. tytułem odszkodowania), a żądanie to musi wynikać z tego samego lub podobnego zdarzenia (np. wypadku komunikacyjnego lub, co nas interesuje najbardziej, umowy o założenie polisolokaty) – podkreśla mec. Szymon Guniewicz, adwokat z kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci. Należy pamiętać, że postępowanie grupowe ma ograniczone zastosowanie, tj. tylko do spraw o roszczenia o ochronę konsumentów, z tytułu odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny oraz z tytułu czynów niedozwolonych, z wyjątkiem jednak roszczeń o ochronę dóbr osobistych. W wypadku polisolokat może więc być wykorzystane do dochodzenia roszczeń z polisolokaty jako sprawy o roszczenia o ochronę konsumentów – dodaje.

Bardzo istotnym w postępowaniu grupowym jest ujednolicenie roszczeń członków grupy, czyli określenie wspólnej ich wysokości (mając na uwadze wspólne dla wszystkich okoliczności sprawy), ewentualnie dopuszcza się takie ujednolicenie w podgrupach, liczących co najmniej dwie osoby. Powództwo w imieniu własnym, ale na rzecz wszystkich członków grupy wytacza jej reprezentant, którym może być jeden z członków grupy lub miejski (powiatowy) rzecznik konsumentów. Niezależnie od powyższego, w postępowaniu grupowym mamy do czynienia z tzw. przymusem adwokackim, tj. obowiązkowym reprezentowaniem powoda przez profesjonalnego pełnomocnika (adwokata lub radcę prawnego), który nie występuje w postępowaniu zwyczajnym.

Sprawy w postępowaniu grupowym rozpoznaje zawsze sąd okręgowy obradujący w składzie trzech sędziów zawodowych w odróżnieniu od postępowania zwyczajnego, gdzie zasadą jest jednoosobowy skład sędziowski.

Koszty sądowe

W porównaniu do postępowania zwyczajnego, gdzie opłata sądowa wynosi co do zasady 5% wartości przedmiotu sporu, w postępowaniu grupowym opłata ta jest mniejsza i wynosi 2%, przy czym w obu wypadkach nie może przekraczać 100 000 zł. Dodatkową korzyścią postępowania grupowego jest możliwość rozłożenia opłaty pomiędzy członków grupy. Niestety, w postępowaniu grupowym nie można ubiegać się o zwolnienie od kosztów sądowych. Dodatkowo sąd, na żądanie pozwanego, może zobowiązać powoda do złożenia kaucji na zabezpieczenie kosztów, której wysokość nie może być wyższa niż 20% wartości przedmiotu sporu. Żądanie kaucji przy pozwie indywidualnym nie jest przewidziane przez przepisy procedury cywilnej.

Przepisy o postępowaniu grupowym wprowadziły po raz pierwszy do polskiego prawa ustawową możliwość umówienia się z pełnomocnikiem na wysokość należnego mu wynagrodzenia jako procent wygranej (nie wyższy niż 20%). W postępowaniu indywidualnym nadal obowiązują zryczałtowane stawki kwotowe (np. 7200 zł za sprawę, w której roszczenia przekracza 200.000 zł) z tym, że są to tzw. stawki minimalne, przyznawane przez sąd stronie wygrywającej sprawę od strony przegrywającej. Istnieje również możliwość indywidulanego negocjowanie stawek pomiędzy pełnomocnikiem a klientem.

Postępowanie grupowe składa się z dwóch etapów: w pierwszym sąd rozstrzyga o dopuszczalności rozpoznania danej sprawy w ramach postępowania grupowego, badając spełnienie wymogów formalnych opisanych na wstępie, a więc czy zgłoszone przez co najmniej 10 członków grupy roszczenia są jednego rodzaju i czy oparte zostały na takiej samej lub tej samej podstawie faktycznej, a także czy zostały prawidłowo ujednolicone.

Nie każda sprawa kwalifikuje się do pozwu zbiorowego

Z dotychczasowej praktyki sądowej wynika, iż właśnie zakwalifikowanie sprawy do postępowania grupowego w oparciu o prawidłowego zidentyfikowanie przez sąd podstawy faktycznej pozwu (tej samej lub takiej samej dla wszystkich roszczeń nim objętych) budzi największe wątpliwości i powoduje poważne rozbieżności w orzecznictwie.

Jedne sądy przyjmują bowiem, iż wystarczą same twierdzenia powodów o tożsamej podstawie faktycznej, by uznać sprawę nadającą się do rozstrzygnięcia w postępowaniu grupowym. Zdaniem innych (np. w szeroko komentowanej sprawie „frankowiczów” przeciwko Bankowi Millenium), mimo istnienia korzystnych wyroków Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów nt. abuzywności określonych klauzul umownych, należy pod kątem tej abuzywności zbadać każdą umowę oddzielnie, a to już wyklucza rozpoznanie ich wszystkich w postępowaniu grupowym – wyjaśnia mec. Guniewicz.

Jeżeli decyzja sądu o rozpoznaniu sprawy w postępowaniu grupowym stanie się prawomocna, sąd zarządza ogłoszenie (w prasie ogólnokrajowej) o wszczęciu postępowania grupowego, przez co rozpoczyna się drugi etap tego postępowania, w którym ustalany jest ostatecznie skład grupy (gdyż na podstawie ogłoszenia do grupy mogą przystąpić nowi członkowie) oraz następuje merytoryczne rozstrzygnięcie sprawy wg zasad tożsamych jak w postępowaniu zwyczajnym.

Co jeśli nie pozew zbiorowy?

Które zatem postępowanie jest skuteczniejsze dla odzyskania nienależnie pobranych opłat likwidacyjnych z polisolokat?

Na pewno korzyścią pozwu zbiorowego jest rozstrzygnięcie w jednym postępowaniu większej liczby takich samych spraw. Jednak wszystko rozbija się o niewinne zdawałoby się pojęcie „takiej samej sprawy”, skwapliwie wykorzystywane przez pozwanych argumentujących, iż aneks do umowy (zawierający czasem zapisy zupełnie nieistotne) nie pozwala jej traktować jako sprawy tożsamej. Niestety, z dotychczasowej praktyki sądów wynika, że traktują one przesłankę tej samej lub takiej samej podstawy faktycznej bardzo rygorystycznie, co istotnie zwiększa ryzyko niedopuszczenie pozwu zbiorowego do merytorycznego rozpoznania. W następstwie tego mnożą się odwołania do sądów wyższej instancji, co wpływa na czas trwania postępowania grupowego – podkreśla mec. Szymon Guniewicz z kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci.

Ryzyko niedopuszczenia sprawy do rozpoznania z przyczyn formalnych właściwie nie istnieje przy pozwie indywidualnym, który ponadto nie musi być też wcale droższy od pozwu zbiorowego ponieważ osoba, której nie stać na uiszczenie kosztów sądowych, może ubiegać się o zwolnienie od ich ponoszenia (co, jak wyżej wskazano, jest niedopuszczalne przy pozwie zbiorowym). Ponadto postępowanie zwyczajne toczy się szybciej: w czasie, którym sąd przystępuje do merytorycznego rozpoznania pozwu zbiorowego, ta sama sprawy z pozwu indywidualnego może zmierzać ku końcowi, przynajmniej w pierwszej instancji.

Maciej Tybura nowym prezesem Ciech SA

0

22 lipca 2015 roku Rada Nadzorcza CIECH S.A. odwołała ze stanowiska prezesa zarządu spółki Dariusza Krawczyka i na jego miejsce powołała Macieja Tyburę, który od października 2014 roku pełnił funkcję członka zarządu.

Dariusz Krawczyk został prezesem zarządu CIECH w maju 2012 roku. Jego głównym zadaniem było rozpoczęcie restrukturyzacji i poprawy efektywności całej grupy.

Maciej Tybura związany jest z CIECH od lipca 2014 roku, najpierw jako członek Rady Nadzorczej, a od listopada 2014 roku jako członek zarządu. Maciej Tybura jest doświadczonym menedżerem, który pełnił funkcje zarządcze w największych polskich koncernach. W latach 2008-2012 był wiceprezesem KGHM Polska Miedź. Członek licznych Rad Nadzorczych: PCC Exol, KGHM International, Telefonia Dialog, Pol-Miedź Trans, Walcownia Metali Nieżelaznych. Pełni funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej KGHM TFI oraz PHP Mercus, zasiada również w Radzie Nadzorczej Tauron Polska Energia.

Maciej Tybura jest absolwentem Wydziału Zarządzania Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. W latach 1999-2001 ukończył studia MBA na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. W latach 2000-2001 ukończył studia podyplomowe w Wyższej Szkole Handlowej we Wrocławiu.

R. Benecki (ING Bank Śląski): Jeszcze w tym roku bezrobocie spadnie do 10 proc. lub nawet niżej. W przyszłym roku dalsza poprawa sytuacji na rynku pracy

Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego

Czerwcowa stopa bezrobocia według Głównego Urzędu Statystycznego wyniosła 10,3 proc. Jest to najniższy poziom od grudnia 2008 roku. Mimo to łączna liczba zatrudnionych w gospodarce nie rośnie. Przyczyną są procesy restrukturyzacyjne prowadzone w wielu zwłaszcza dużych przedsiębiorstwach i idąca za tym redukcja zatrudnienia. Stopa bezrobocia powinna jednak dalej spadać.

– Na rynku pracy obserwujemy ożywienie, ale jest ono rozłożone nierównomiernie. Z jednej strony następuje systematyczny spadek stopy bezrobocia, z drugiej strony zatrudnienie w sektorze dużych przedsiębiorstw przestało rosnąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.

Największa dynamika wzrostu zatrudnienia widoczna jest w sektorze MSP oraz w rolnictwie. Tymczasem w większych przedsiębiorstwach przebiegają procesy restrukturyzacyjne, przez co w tym segmencie mamy do czynienia ze zwolnieniami lub stagnacją.

– Stąd ta rozbieżność w statystykach – spadające bezrobocie i nierosnące zatrudnienie albo stabilizujące się zatrudnienie w sektorze największych przedsiębiorstw – wyjaśnia ekspert.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia w czerwcu bieżącego roku wyniosła jedynie 10,3 proc., co jest wynikiem znacznie lepszym niż w tym samym okresie poprzedniego roku (12 proc.) Łączna liczba osób pracujących w gospodarce narodowej w I kwartale 2015 roku wyniosła z kolei 15,84 mln. Poprawa była tutaj jedynak niewielka. W analogicznym okresie 2014 roku w polskiej gospodarce pracowało 15,57 mln osób.

– Jednocześnie warto również zwrócić uwagę na sporą dynamikę ofert pracy, która poprawiła się znacząco w porównaniu do ubiegłego roku – mówi Rafał Benecki. – Myślę, że w tym roku bezrobocie przejściowo dotknie 10 proc. lub spadnie nieco poniżej tego poziomu, po czym przed końcem roku ponownie sezonowo wzrośnie w okolicę 10,2-10,3 proc. Przyszły rok powinien przynieść dalszą kontynuację poprawy sytuacji na rynku pracy.

Rafał Benecki oczekuje, że spadek bezrobocia utrzyma się do końca III kwartału bieżącego roku. Potem nastąpi lekki wzrost, który będzie spowodowany czynnikami sezonowymi.

– Trwająca poprawa na rynku pracy wynika oczywiście z czynników cyklicznych, z dobrej koniunktury gospodarczej i popytu, jaki firmy zgłaszają na nowych pracowników – tłumaczy Benecki.

Ekonomista zwraca uwagę na zmiany dotyczące warunków i regulacji pracy. Co prawda większość z nich jest niekorzystna dla pracowników, jednak stwarza dużo większą swobodę pracodawcom w procesie zatrudnienia. W związku z tym ożywienie na rynku pracy widoczne jest znacznie szybciej, niż było to zauważalne w przypadku poprzednich cykli koniunkturalnych.

Natomiast z drugiej strony ta możliwość wybierania między pracownikami razem z niską inflacją powodują, że tempo wzrostu płac jest dosyć niskie – wyjaśnia ekspert ING Banku Śląskiego.

Istotną zmianę stanowi również dopuszczenie do procesu poszukiwania pracy prywatnych agencji zatrudnienia. Ich obecność wpływa na duży wzrost ofert pracy zgłaszanych do państwowych urzędów.

– Innymi słowy: obecna sytuacja, czyli spadek bezrobocia, jest związana zarówno z czynnikami cyklicznymi, jak i z pewnymi zmianami strukturalnymi – podsumowuje Benecki.

Dłużnik zapłaci z nawiązką

Tylko część firm stale zleca obsługę należności. Większość czeka na pieniądze od swoich kooperantów tak długo jak tylko się da. Kiedy, mimo zapewnień, gotówka nie pojawia się na koncie wierzyciele zwracają się do firmy z branży obrotu wierzytelnościami. Większość po to, aby jak najszybciej sprzedać dług. Czy to się opłaca?

Szymon Kobierski - Dyrektor Działu Dochodzenia Roszczeń Pragma Inkaso SA
Szymon Kobierski – Dyrektor Działu Dochodzenia Roszczeń Pragma Inkaso SA

Za ekspres dopłacisz

Dlaczego przedsiębiorcy zamiast zlecieć windykację wybierają sprzedaż długu? Najczęściej z przyczyn finansowych. W sytuacji, gdy firmowy budżet jest już mocno napięty sprzedaż jest pierwszym i ostatnim branym pod uwagę rozwiązaniem. Przedsiębiorcy są bowiem przekonani, że zlecenie windykacji po pierwsze kosztuje, po drugie trwa. Do firmy windykacyjnej trafiają najczęściej wówczas, gdy nie mają już ani pieniędzy ani czasu. Sprzedaż długu rzeczywiście pozwala błyskawicznie odzyskać zamrożoną gotówkę. Zbywca – wierzyciel natychmiast po podpisaniu umowy odzyskuje pieniądze w wysokości uzgodnionej ceny wierzytelności. Z punktu widzenia wierzyciela to jednak nie zawsze najkorzystniejsze finansowo rozwiązanie.

Płacisz za sukces

Firmy windykacyjne przekonują, że zlecenie obsługi należności wcale nie musi być drogie. Przede wszystkim przedsiębiorca zlecając odzyskanie długu profesjonalnej firmie nie powinien ponosić na wstępie żadnych opłat. Umowa zlecenia windykacji jest wstępnie zawierana na okres 3 miesięcy. Strony ustalają w niej wysokość prowizji jako procent należny od kwot odzyskanych, który jest potrącany z wpłat od dłużnika. Wynika z tego, że wiarygodne firmy windykacyjne nie będą pobierały żadnego wynagrodzenia dokąd nie odzyskają gotówki od dłużnika. Jeżeli chodzi o czas – to złotą zasadą jest ustalenie rozsądnego harmonogramu spłat i oznacza to, że nawet jeżeli wierzyciel czekał bez skutku kilkanaście tygodni na wpłatę, to firma windykacyjna ustali dla dłużnika terminy kolejnych płatności w odstępach nie dłuższych niż 2 -3 tygodnie. Doświadczeni windykatorzy przekonują, że przy krótkich terminach motywacja i dyscyplina płatnicza dłużnika jest większa, a tym samym skuteczność windykacji wyższa.

Prowizję windykacyjną zwróci dłużnik

Na mocy ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych wierzyciel może domagać się od dłużnika równowartości 40 euro jako zryczałtowanych kosztów windykacji. W sytuacji gdy wykaże, że korzystał z pomocy profesjonalnej firmy i poniósł w związku z tym koszty przewyższające wspomniane 40 euro np. w formie prowizji firmy windykacyjnej, może również domagać się jej zwrotu od dłużnika. Niektóre firmy z branży obrotu należnościami wprowadziły odzyskiwanie kosztów windykacji od dłużnika do swoich ofert. Decydując się czy zlecić windykację czy sprzedaż długu przedsiębiorcy powinni przede wszystkim dobrze przestudiować ofertę i porównać koszty obu rozwiązań. W sytuacjach kryzysowych, przy wysokich nominałach wierzytelności, duże firmy windykacyjne mogą zaproponować windykację z zaliczkowym finansowaniem przyszłych spłat od dłużnika. Jednak zarówno w przypadku sprzedaży, jak i windykacji im mniej czasu upłynie od momentu wymagalności faktury tym lepszą ofertę otrzyma wierzyciel.

Szymon Kobierski – Dyrektor Działu Dochodzenia Roszczeń Pragma Inkaso SA

Lubimy się angażować w akcje lokalne, ale … nie wiemy jak

Z badania „Zaangażowanie Polaków w działania lokalnych społeczności” przeprowadzonego przez 4P Research Mix. na zlecenie Banku Zachodniego WBK wynika, że połowa respondentów czuje się mocno związana z miejscowością, w której mieszka, a silną więź z całym krajem deklaruje tylko 43% respondentów. 7 na 10 respondentów jest zdania, że podejmowanie działań na rzecz społeczności lokalnej jest przejawem patriotyzmu, ale aż co szósty z nas nie zaangażował się w ubiegłym roku w żadną akcję lokalną. Lepiej jest z tzw. lokalnym patriotyzmem konsumenckim – więcej niż połowa zapytanych (53%) kupuje lokalne produkty ze względu na ich pochodzenie.

ludzie telewizjaO patriotyzmie lokalnym można mówić na różne sposoby – zaczynając od deklaracji chęci „ponownego” ułożenia sobie życia w swojej miejscowości, po poczucie dumy z miejsca, w którym się mieszka. Można też na patriotyzm lokalny patrzeć przez pryzmat decyzji zakupowych podejmowanych z uwzględnieniem pochodzenia produktów. Jednak warto podkreślić, że niezależnie od tego, co rozumiemy przez to pojęcie, aż 71% respondentów badania na zlecenie Banku Zachodniego WBK jest przekonanych, że podejmowanie działań na rzecz swojej społeczności lokalnej jest przejawem patriotyzmu w ogóle.

Nie angażujemy się, bo nie mamy w co

Z badania zleconego przez Bank Zachodni WBK wynika, że 4 na 10 zapytanych osób zaangażowało się w działania na rzecz lokalnej społeczności chociaż jeden raz  w ciągu ostatniego roku(41%). Najczęściej respondenci brali udział w akcjach na rzecz dzieci i młodzieży (14%), akcjach związanych z działalnością kulturalną (10%), z poprawą estetyki i porządku (10%), ze sportem i turystyką (10%) oraz angażowali się w działania na rzecz środowiska i ekologii (9%). Z drugiej jednak strony, aż 59% uczestników badania nie włączyło się w żadną inicjatywę lokalną. Czemu? Najczęściej odpowiadali, że nie spotkali się z żadną akcją lokalną w swojej miejscowości (43%). Po drugie, wskazali, że nikt nie zwrócił się nich z propozycją udziału w niej (38%) i po trzecie, brak zaangażowania wynikał z braku czasu, sił lub zdrowia (35%).

Warto podkreślić, że czynnikiem, który skłoniłby osoby biorące udział w badaniu do większego zaangażowania się w działalność na rzecz ich społeczności lokalnych, byłaby większa liczba organizowanych programów ułatwiających angażowanie się i pomaganie. Tak odpowiedziała niemal połowa respondentów (48%).

Jesteśmy patriotami konsumenckimi

Często nie zdajemy sobie sprawy, że można być patriotami na co dzień, np. robiąc zakupy. Decyzja o zakupie danego produktu czy usługi uwzględniająca ich pochodzenie, to także przejaw patriotyzmu lokalnego. Z badania Banku Zachodniego WBK wynika, że więcej niż połowa osób świadomie kupiła określoną rzecz z uwagi na lokalne miejsce jej produkcji. Jesteśmy coraz bardziej świadomymi klientami, a tzw. patriotyzm konsumencki czy gospodarczy to tego pozytywny przejaw. Wzorem państw zachodnich, gdzie z tym trendem mamy do czynienia już od kilkudziesięciu lat, podczas zakupów zwracamy coraz większą uwagę na to, aby wybrane towary pochodziły z kraju, regionu czy miejscowości, z której pochodzimy. Najczęściej dotyczy to produktów z branży spożywczej, ale coraz częściej decydujemy się na „nasze” kosmetyki jaki i ubrania.

Z badania wynika, że niezbyt liczne grono osób przynależy do różnego rodzaju organizacji społecznych. Tylko 25% pytanych odpowiedziało, że jest członkiem jakiejś organizacji, stowarzyszenia, komitetu lub partii. Chętniej natomiast udzielają wsparcia finansowego. Aż 72% zapytanych zadeklarowało, że przy rozliczeniu rocznym przekazało 1% podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego. Połowa zaś (51%) przynajmniej raz dokonała wpłaty pieniędzy na rzeczy organizacji charytatywnej lub społecznej.

Innymi przejawami zaangażowania społecznego są udział w wyborach samorządowych (aż 74% twierdzi, że brało udział w ostatnich takich wyborach), udział w głosowaniu na budżet partycypacyjny (19%), zgłaszanie problemów i spraw do władz lokalnych (35%) czy popieranie inicjatyw lokalnych w Internecie poprzez Facebooka lub Twitter (35%).

Metodologia badania

Badanie „Zaangażowanie Polaków w działania lokalnych społeczności” zostało przeprowadzone przez firmę badawczą 4P Research Mix. na zlecenie Banku Zachodniego WBK S.A. w maju 2015 r. Badanie przeprowadzono na reprezentatywnej próbie 1007 respondentów w wieku 18-64 lata. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI) oraz samodzielnie wypełnianych kwestionariuszy internetowych (CAWI). Próby kwotowe uwzględniały wiek i płeć oraz miejsce zamieszkania, oddając rozkłady tych cech w populacji.

Drugi pakiet greckich reform zatwierdzony

Grecji udało się przeforsować drugi pakiet reform. Grecki premier przekonywał parlamentarzystów do głosowania ‘’za’’ w burzliwej debacie. Tsipras powiedział, że ’’wybraliśmy kompromis zmuszający nas do wprowadzenia programu, w który nie wierzymy, ale wdrożymy go ponieważ nie ma innej alternatywy’’.

Krzysztof Furmańczak - dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Krzysztof Furmańczak – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Przegłosowane zmiany regulują kto poniesie koszty w sytuacji bankructwa banku. W pierwszej kolejności będą to udziałowcy i właściciele obligacji, dopiero potem właściciele depozytów powyżej 100 tys. euro.

Helladę czeka jeszcze zatwierdzenie trzeciego pakietu ustaw, który budzi największe kontrowersje wśród obywateli, gdyż dotyczy zmian w emeryturach i opodatkowania rolników. Głosowanie w tej sprawie ustalono na koniec sierpnia. Do tego czasu Troika (MFW, KE i EBC) ustali szczegóły trzeciego pakietu pomocy dla zadłużonego kraju opiewającego na ok. 86 mld euro.

Rodzima waluta wczoraj zachowywała się stosunkowo stabilnie. Kursy głównych walut względem złotego oscylowały praktycznie wokół wtorkowego zamknięcia. Ciekawostką było wyjątkowo słabe zachowanie polskiej giełdy, która była wczoraj najsłabszą na świecie, WIG20 stracił na zamknięciu ok 3%. EUR/USD rośnie dziś o 0,3%, a od początku tygodnia główna para walutowa podniosła się o prawie 200 pipsów z 1,08 o 1,1.

W kalendarzu makro o godz. 10:30 poznamy ważne dane na temat sprzedaży detalicznej z  Wielkiej Brytanii. O godz. 16:15 przemawia prezes niemieckiego Bundesbanku i członek EBC Jens Weidmann. Jutro o godz. 9:30 poznamy wskaźnik PMI dla przemysłu w Niemczech. O godz. 10:00 pojawi się PMI dla przemysłu oraz usług dla Eurolandu. O godz. 16:00 opublikowane zostaną dane odnośnie sprzedaży nieruchomości ze Stanów.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 23.07.2015 Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 23.04.2015 do 23.07.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2400. Wsparciem do wybicia była linia na 4,1450. Kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1000 – 4,1050, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach znajdowały się ważne minima.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 23.07.2015 Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 23.04.2015 do 23.07.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Najbliższym wsparciem dla ruchu spadkowego są ważne minima na 3,9200.

USD/PLN

Komentarz walutowy 23.07.2015 Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 23.04.2015 do 23.07.2015

Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Korekta przebiła wsparcie na poziomie 3,7300. Kolejnym wsparciem są ważne maksima na 3,6500.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 23.07.2015 Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 23.04.2015 do 23.07.2015

Kurs GBP/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9400. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie kanału na 5,8000.

Krzysztof Furmańczak- analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Mieszkanie dla Młodych (MdM) nowe, czy używane?

Wkrótce o państwową dopłatę do kredytu będą mogły ubiegać się także osoby nabywające mieszkania używane. Czy po objęciu programem Mieszkanie dla młodych rynku wtórnego spadnie zainteresowanie nowymi mieszkaniami kwalifikującymi się do dopłat? Czy deweloperzy ograniczą budowę projektów, w których oferują lokale w MdM? Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl prezentują opinie na ten temat przedstawicieli wiodących firm deweloperskich.  Jakie mieszkanie wybrać z dopłatą? Nowe, czy używane?

Jakie mieszkanie wybrać z dopłatą? Nowe, czy używane?

Tomasz Kaleta, dyrektor ds. sprzedaży LC Corp S.A.

Rozszerzenie programu MdM na rynek wtórny będzie miało umiarkowany wpływ na sprzedaż mieszkań na rynku pierwotnym w największych aglomeracjach. Zmiana pomoże natomiast nabywcom w mniejszych miastach, gdzie podaż nowych lokali jest ograniczona. Jest to związane ze średnimi cenami na rynku pierwotnym i wtórnym oraz wysokością limitów MdM.

Należy zauważyć, że ceny mieszkań na rynku wtórnym w takich miastach, jak Warszawa, Gdańsk, Kraków, czy Wrocław są na podobnym lub nawet wyższym poziomie niż na rynku pierwotnym. Zgodnie z nowym projektem uchwały limity MdM będą niższe o około 19 do 28 proc. niż na rynku pierwotnym. Obecnie trwają prace nad dokładnym ustaleniem wysokości mnożnika, który będzie używany do wyliczenia kwoty limitu ceny 1m kw. powierzchni użytkowej. Oferta spełniająca wymagania MdM w największych miastach Polski mieści się obecnie w przedziale 10-20 proc. Przy niższych limitach dla mieszkań z rynku wtórnego nie zakładamy, aby ta pula znacznie się powiększyła.

Warto jednak zaznaczyć, że w kolejnych latach rozszerzenie MdM o rynek wtórny wpłynie na pulę wykorzystanych środków. O ile środków w tym roku powinno wystarczyć, to w 2016 roku i w latach kolejnych z zakupem mieszkania w MdM trzeba będzie się spieszyć. Tym bardziej, że wzrosło dofinansowanie dla rodzin z większą liczbą dzieci.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Wprowadzenie dopłat dla mieszkań z rynku wtórnego w programie MdM nie będzie miało dużego wpływu na długookresowy popyt na rynku pierwotnym. Ceny atrakcyjnych, gotowych mieszkań, wybudowanych w nowoczesnej technologii, które cieszą się największym zainteresowaniem klientów na rynku wtórnym bardzo rzadko są konkurencyjne, czy nawet porównywalne, do mieszkań oferowanych przez deweloperów. Nie sądzę by nowe regulacje miały istotne konsekwencje dla dobrze zlokalizowanych, atrakcyjnych projektów. Mieszkania w MdM oferujemy aktualnie w jednym projekcie – Księżycowa 60 – zlokalizowanym w warszawskich Bielanach. W przypadku naszej oferty nie obawiamy się spadku dynamiki sprzedaży w związku z nowymi regulacjami MdM.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Wprowadzenie dopłat na rynek wtórny z pewnością uatrakcyjni ofertę dla osób poszukujących własnego M, jednak nie doprowadzi do gwałtownego obniżenia zainteresowania nowymi inwestycjami. Nowe mieszkania mają szereg zalet, których nie zapewniają nieruchomości z rynku wtórnego. Ponadto, mieszkania objęte programem MdM w naszych najnowszych, krakowskich inwestycjach – Zawiła, Piasta Park i Halszki 28A – są tańsze od podobnych lokali z rynku wtórnego w tych samych rejonach.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

Objęcie programem Mieszkanie dla młodych rynku wtórnego niewątpliwie otworzy szansę skorzystania z dopłat osobom mieszkającym w mniejszych ośrodkach, w których działalność deweloperska nie jest rozwinięta. W tych lokalizacjach dopłaty do mieszkań używanych nie stworzą konkurencji dla rynku deweloperskiego.

Zmiany w programie MdM nie wpłyną też na rynek w Warszawie, gdzie udział mieszkań spełniających limity cenowe jest niewielki. W pewnym stopniu na zmianach mogą skorzystać deweloperzy, którzy mają w swoich inwestycjach lokale o większym metrażu. Po zmianie przepisów rodziny z co najmniej trójką dzieci będą mogły kupić z dopłatą mieszkanie nawet, jeśli wcześniej posiadały na własność nieruchomość. Dla tych klientów zwiększy się kwota dopłaty z 15 do 30 proc., która liczona będzie nie do 50 m kw., ale do 65 m kw. mieszkania, co ułatwi rodzinom zmianę mieszkania na większe.

W planowanych etapach inwestycji Central Park Ursynów będą dostępne mieszkania w programie MdM. Nie planujemy ograniczenia realizacji takich projektów.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

Wybierając działki i planując nowe osiedla nie kierujemy się programem MdM, ale opieramy się na kalkulacji rentowności inwestycji. Wprowadzenie dopłat na rynek wtórny nie wpłynie więc na plany spółki.

Mieszkania deweloperskie są często tańsze od podobnych ofert sprzedawanych na rynku wtórnym. Na przykład w projekcie Polnordu 2 Potoki w Gdańsku można kupić dwupokojowe mieszkania ze słonecznym balkonem lub ogródkiem na parterze już za 156 tys. zł. Ceny lokali w tym osiedlu zaczynają się od 3900 zł za m kw. i przy ich zakupie można skorzystać z dopłat.

Różnice między stawkami za nowe i używane lokale widać szczególnie w dzielnicach o dużej podaży nowych lokali lub w rejonach, gdzie w latach 2006 – 2008 deweloperzy budowali i sprzedawali mieszkania w wygórowanych cenach. W prestiżowych lokalizacjach, o ograniczonych możliwościach zabudowy, jak np. w centrach miast, z reguły powstają inwestycje z wyższej półki, które nie kwalifikują się do MdM. Ich nabywcami są osoby z zasobnym portfelem, które nie pytają o rządowe dopłaty.

Wojciech Stisz z firmy Barc Warszawa

Zmiany przepisów dotyczących przyznawania dopłat do kredytów mieszkaniowych nie wpłyną na sprzedaż w inwestycjach, które oferują mieszkania w konkurencyjnych cenach. W warszawskim osiedlu Tarasy Dionizosa, w którym wszystkie mieszkania można kupić z dopłatą, nie zauważyliśmy spadku zainteresowania zakupem lokali. Oferta w tej inwestycji jest dla klientów atrakcyjna, trudno byłoby im znaleźć na rynku wtórnym mieszkania w cenie 5500 zł/m kw.

Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży Dolcan

W naszej ocenie nowelizacja ustawy nie wpłynie znacząco na popyt. Szczególnie na rynku warszawskim, gdzie średnia cena na metr kwadratowy jest wyższa niż obowiązujący limit. Stale monitorujemy preferencje rynkowe i z naszych obserwacji wynika, że mieszkania o powierzchni do 65 m kw. są najczęściej poszukiwane. Dlatego też wprowadzenie MdM na rynek wtórny nie przełoży się na nasze plany inwestycyjne. Aktualnie przygotowujemy się do wprowadzenia do oferty kliku nowych projektów z mieszkaniami o takim metrażu. Na przykład w warszawskim Osiedlu Moderna w ofercie znajdą się mieszkania o powierzchni od 45-76 m kw.  Projektując inwestycje staramy się dopasować je przede wszystkim do oczekiwań danej grupy klientów. Program dopłat ma w tym zakresie znaczenie drugorzędne.

Urszula Hofman, reprezentująca Grupę Inwest

Program Mieszkanie dla młodych, poza zapewnieniem dofinansowania do zakupu mieszkań, ma też za zadanie stymulowanie gospodarki, poprzez zwiększenie miejsc pracy w sektorach związanych z budownictwem. Chodzi o zatrudnienie w związku realizacją inwestycji, a także przy obsłudze technicznej, administracyjnej, prawnej, sprzedażowej, czy bankowej. A tymczasem dofinansowanie mieszkań z rynku wtórnego, poza umożliwieniem ich tańszego zakupu, w żaden sposób nie wpływa korzystnie na ogół spraw gospodarczych związanych z rynkiem nieruchomości. Tak więc dopłaty, generowane z naszych podatków, nie przyczyniają się do rozwoju sytuacji gospodarczej.

W realizowanych przez nas nieruchomościach nie zabraknie mieszkań, przy zakupie których można skorzystać z dopłat, jak np. w inwestycji realizowanej w doskonale skomunikowanym punkcie warszawskiej Pragi Północ przy ul. Siedleckiej.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Program MdM ma stabilny wpływ na sprzedaż. Dopasowujemy do niego naszą ofertę. Założeniem jest umożliwienie większej ilości młodych ludzi zakupu wymarzonego mieszkania i zachęcenie ich do rozwoju swoich możliwości w naszym kraju. W krajach Europy Zachodniej ludzie znacznie krócej muszą oszczędzać na mieszkanie niż w Polsce.

Nie spodziewamy się, że zmiany znacząco wpłyną na popyt na rynku pierwotnym. Zamierzamy rozwijać program MdM. W warszawskiej Białołęce, gdzie jesteśmy autorem niemal 1/3 inwestycji, wszystkie osiedla objęte są MdM, w tym nasze, najnowsze projekty Zielona Dolina II i Willa One. W ofercie inwestycji Villa Campina mamy także domy o powierzchni 100 m kw. z ogródkiem, kwalifikujące się do dopłat, w kwocie zbliżonej do ceny dwupokojowego mieszkania w centrum Warszawy.

Monika Kudełko z firmy Activ Investment

Dopłaty do mieszkań z rynku wtórnego niewątpliwie zwiększą konkurencję na rynku nieruchomości, bo wiele osób zdecyduje się na zakup takich lokali. Mimo to, nie obawiamy się spadku zainteresowania naszymi inwestycjami. Budując mieszkania od 1996 roku wyspecjalizowaliśmy się w tworzeniu nowoczesnych, niedużych i niedrogich mieszkań, na które zawsze będzie popyt, a szeroka oferta nowych mieszkań objętych programem MdM dodatkowo uatrakcyjnia te ofertę.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

Należy raczej zadać pytanie, na ile program MdM przyczynił się do wzrostu popytu na mieszkania na rynku pierwotnym. Czy obecna dobra koniunktura nie jest raczej wypadkową wielu innych czynników? Chodzi o to, że program dopłat nie wpłynął w zasadniczy sposób na wzrost popytu na rynku pierwotnym. Choć jego wdrożenie nie było obojętne dla wzrostu sprzedaży. Chcę jednak zwrócić uwagę, że kryteria które musiał spełnić nabywca powodowały, że MdM nie był osiągalny dla wielu klientów, którzy mimo to decydowali się na zakup mieszkań. Przyjęte zmiany w programie wiążą się nie tylko z rozszerzeniem go na rynek wtórny, ale również ze złagodzeniem kryteriów i zwiększeniem kwoty dopłat. Tym samym, nowelizacja przepisów przyczyni się do wzrostu liczby osób korzystających z MdM, co zrównoważy odpływ klientów na rynek wtórny.

 

Autor: Kamil Niedźwiedzki

Grupa Robyg w I półroczu zakontraktowała sprzedaż ponad 1,1 tys. nowych mieszkań. To o 7 proc. więcej niż rok wcześniej

Zbigniew Wojciech Okoński

Grupa Robyg w pierwszym półroczu 2015 roku znalazła chętnych na 1131 mieszkań. W skali całego roku – przy utrzymaniu dotychczasowych tendencji rynkowych – sprzedaż może wynieść ponad 2,2 tys. lokali. Pod tym względem spółka znajduje się na pozycji krajowego lidera. Deweloper nie rezygnuje również z planów inwestycyjnych. Tylko w przeciągu ostatnich 12 miesięcy na kupno nowych terenów pod budowę mieszkań przeznaczył ponad 126 milionów złotych.

­– Jesteśmy ciągle zainteresowani nowymi lokalizacjami w Warszawie. Budujemy jeszcze w Gdańsku, ale szczególnie intensywnie rozwijamy się w stolicy, interesują nas działki zarówno po prawej stronie Wisły, na Pradze Północ, jak i po lewej stronie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Zbigniew Wojciech Okoński, prezes zarządu Robyg SA.

Deweloper szczególnie aktywny jest właśnie w zachodniej części Warszawy, gdzie do tej pory oddał już do użytku kilka tysięcy lokali mieszkaniowych.

– W tym roku kupiliśmy do tej pory działki za około 100 mln zł i chcielibyśmy podwoić ten wynik, czyli zakupić następne działki w Warszawie za podobną kwotę – deklaruje prezes giełdowego dewelopera.

Chodzi o działki znajdujące się na terenach od Bemowa po Wilanów oraz w prawobrzeżnej części Warszawy.

Na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów Grupa Robyg zakupiła 6 nowych terenów inwestycyjnych na terenie Warszawy oraz w gdańskiej dzielnicy Morena. Łączny koszt zakupionych działek wyniósł ponad 126 milionów złotych. Tylko na samym Bemowie na terenie o powierzchni 85 tys. mkw. ma powstać inwestycja Miasteczko Robyg Young City, która w sumie będzie liczyła około 3000 mieszkań.

– W tym roku chcielibyśmy osiągnąć wynik ponad 2,2 tys. mieszkań w kontraktacji. W zeszłym roku to było 2,1 tys. z małym kawałkiem – informuje przedstawiciel giełdowego dewelopera, pytany o planowaną wielkość sprzedaży na ten rok.

W pierwszym półroczu Grupa Robyg zakontraktowała sprzedaż łącznie ponad 1130 mieszkań. Oznacza to wzrost o 7 proc. w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej. Tylko w II kwartale deweloper zawarł umowy sprzedaży na niemal 600 nowych lokali. Spółka ma również plany dotyczące rozpoczęcia budowy kolejnych mieszkań.

– W tym roku planujemy rozpocząć budowę ponad 2,5 tys. mieszkań, z tego do początku lipca rozpoczęliśmy ponad tysiąc – mówi Zbigniew Wojciech Okoński.

Przychody ze sprzedaży Grupy Robyg w 2014 roku wyniosły 409,3 mln zł. Chociaż jest to o 16 proc. mniej niż rok wcześniej, to zwiększył się wypracowany zysk netto. Wynik na poziomie 43,2 mln zł jest lepszy o 60 proc. od tego z 2013 roku.