Najnowsze dane makroekonomiczne z Polski pozwalają na lekki optymizm, ale globalna recesja czeka za rogiem

Najwyższa od 25 lat inflacja pozostaje jednym z głównych zmartwień Polaków. Czerwiec i lipiec okazały się wyjątkowo ciężkie, a w nadchodzących miesiącach trudno oczekiwać stabilizacji. Nad polską gospodarką wciąż krąży wiele czarnych chmur, m.in. trwająca w Ukrainie wojna i globalne spowolnienie ekonomiczne.

Wzrost inflacji o 0,1 punktu procentowego z czerwca na lipiec, po poprzedniej zmianie o 1,6 punktu proc., wywołał u analityków lekki optymizm. Ponadto wskaźniki dla polskiej gospodarki za II kwartał 2022 r. okazały się nieco lepsze niż początkowo zakładano, co nawet skłoniło instytucje do korekty prognoz wzrostu PKB. Międzynarodowy Fundusz Walutowy, zajmujący się w ramach ONZ kwestiami stabilizacji ekonomicznej na świecie, ogłosił w lipcu br., że zrewidował swoje przewidywania wzrostu PKB w Polsce do 4,5% z 3,7%. Także Komisja Europejska zdecydowała się na ten krok, podnosząc swoją prognozę do 5,2% z 3,7%.

Eksperci CEIC z ISI Emerging Markets Group podkreślają jednak, że wzrosty PKB należy analizować w dłuższej perspektywie, a ta nie pozostawia złudzeń co do kondycji polskiej gospodarki. Opublikowane przez GUS dane dotyczące PKB za II kwartał 2022 r. pokazują, że wskaźnik ten wyniósł -2,1% kw/kw, obniżając się z 2,4% kw/kw w pierwszych trzech miesiącach 2022 r. Przekłada się to na roczną dynamikę na poziomie 5,5% r/r, wyhamowując z poziomu 8,5% r/r w poprzednim kwartale. Co więcej, jest to pierwsze spowolnienie od III kwartału 2021 r., ale w najbliższym czasie trudno będzie oczekiwać poprawy sytuacji. Zarówno Międzynarodowy Fundusz Walutowy, jak i Komisja Europejska przewidują w 2023 r. spowolnienie wzrostu PKB. MFW obniżył swoją prognozę do 2,0% z 2,9%, a Komisja Europejska do 1,5% z 3,0%.

– Spadek PKB kwartał do kwartału nie jest sam w sobie zjawiskiem rzadko spotykanym ani szczególnie niepokojącym. Świadczy jednak o spowolnieniu gospodarki, co jest spójne z obserwacjami m.in. wskaźnika dynamiki produkcji przemysłu. Jeśli ten trend, jak spodziewa się wielu analityków, będzie utrzymany w kolejnym kwartale, stanie się to sygnałem, że gospodarka wchodzi w fazę recesji – zaznacza Andrzej Żurawski, analityk z ISI Emerging Markets Group.

Dotkliwy wzrost cen w najbardziej kluczowych obszarach

Analitycy CEIC wskazują, że głównym motorem inflacji w II kwartale 2022 r. były ceny energii, które względem ubiegłego roku wzrosły o 37%. Koszty transportu w Polsce zwiększyły się o 33,4% r/r, natomiast ceny mieszkań, wody, energii elektrycznej, gazu i innych paliw o 24,2% r/r. Podwyżka cen żywności i napojów bezalkoholowych, czyli największej kategorii w tzw. koszyku inflacyjnym, również osiągnęła dwucyfrowy poziom. W czerwcu było to 14,2% r/r – po wzroście o 5 punktów proc. względem 9,2% r/r w marcu br.

Biorąc pod uwagę wskaźnik cen dóbr produkcyjnych (ang. Producer Price Index – PPI), miernik obrazujący, jak zmienia się poziom cen ustalanych przez producentów dóbr, największe wzrosty odnotowały surowce naturalne: w maju o 94% r/r podrożał koks i produkty rafinacji ropy naftowej, a o 48,8% r/r węgiel kamienny, węgiel brunatny oraz torf. Ze względu na pojawiające się wątpliwości dotyczące rządowego dodatku węglowego, m.in. związane z 6-miesięcznym okresem na wprowadzenie przez urzędnika wniosku do systemu, zima w Polsce może okazać się trudna dla wielu osób. Producenci podwyższyli także ceny dostarczenia energii elektrycznej – w maju 2022 r. były one o 40,7% wyższe niż rok wcześniej.

NBP nieskutecznie zaklina rzeczywistość

Inflacja miała spadać, a jednak rośnie. Okazuje się, że danie ludziom wakacji kredytowych, za które mogą pojechać na wakacje, naprawdę powoduje, że mamy więcej pieniędzy na rynku, a ceny rosną.

Inflacja w Polsce ponad 16%

Wbrew myśleniu życzeniowemu naszych decydentów w sierpniu ceny rosły dalej. Wzrost o 16,1%, miesiąc temu było to 15,6%. Nie jest to dramatyczny wzrost. Analitycy spodziewali się jednak spadku o wartość 0,2%. W rezultacie mamy odczyt o 0,7% większy, niż przewidywano. To już spora różnica. Nie może dziwić, że rośnie również WIBOR. Rynki zaczęły bowiem uwzględniać konieczność dalszych wzrostów stóp procentowych. Przekłada się to również na wycenę złotego. Wyższe stopy procentowe to lepsze stopy zwrotu z instrumentów o niskim ryzyku opartych o stopę procentową. W rezultacie inwestorzy zainteresowali się bardziej złotym. W tle tych danych pojawił się lepszy od oczekiwań odczyt PKB z Polski, który również pomaga złotemu.

Słabsze dane z amerykańskiego rynku pracy

Wczoraj poznaliśmy wynik raportu ADP w USA. Pod tym tytułem kryje się dokument prezentujący zmiany zatrudnienia. Najczęściej sprowadza się go do jednej liczby i nie jest ona optymistyczna. Pokazuje on zmianę zatrudnienia. Wynik 132 tysiące może wydawać się dobry. Problem w tym, że analitycy oczekiwali imponującej wartości 290 tysięcy. To różnica na poziomie niemal 0,1% łącznej liczby pracujących w USA. To właśnie dlatego wczoraj dolar osłabił się względem euro. Nie można jeszcze mówić, że rynek pracy w USA ma problem. Jesteśmy zdecydowanie daleko od takiej obserwacji. Należy jednak stwierdzić, że mamy do czynienia z sytuację, gdzie warto przestać patrzeć na niego przez różowe okulary.

Wraca strach przed recesją

Powiedzenie, że na rynku ropy mamy rollercoaster chyba najlepiej opisuje bieżącą sytuację. Cena baryłki ropy naftowej z tygodnia na tydzień skacze po niemal 10 dolarów w górę lub w dół. Obecnie jesteśmy w trakcie ruchu w dół. Na rynek znów wrócił strach przed recesją. A skoro inwestorzy boją się recesji to i obniżają spodziewane zapotrzebowanie na ropę. W rezultacie przy stałym wydobyciu mamy do czynienia z potencjalną nadwyżką, która powoduje obniżki cen. W tle mamy jeszcze pęknięcie bańki spekulacyjnej na cenach energii elektrycznej w Niemczech.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
16:00 -USA – Raport ISM dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Vivid Games sprzedało technologię Bidlogic

Zarząd Vivid Games poinformował, o zawarciu przez Spółkę umowy zbycia technologii Bidlogic. Kupującym jest wrocławska firma Publishers Revenue Optimization sp. z o.o., działająca pod marką optAd360, która specjalizuje się w monetyzacji reklamowej serwisów internetowych i aplikacji mobilnych. We wrześniu na rachunek bankowy Spółki trafi 3,53 mln zł netto z pierwszej transzy. Zarząd Spółki rozważy przeznaczenie środków pozyskanych z transakcji, na przedterminową spłatę wszystkich pozostałych rat obligacji.

Proces due dilligence poprzedzający zawarcie umowy trwał od czerwca. Ostateczna, łączna kwota transakcji to 9 mln zł, przy czym po rozliczeniach z pomysłodawcą Bidlogic, w Spółce zostanie 4,55 mln zł.

Transakcja wzmocni pozycję Spółki i zapewni jej większą stabilność finansową. Po odliczeniu kosztów poniesionych inwestycji, przyniesie Spółce zysk netto na poziomie około 4,2 mln zł, zaksięgowany na dzień transakcji, co bezpośrednio przełoży się na wynik finansowy za ten rok. Z punktu widzenia cashflow, we wrześniu wpłynie do nas 3,53 mln zł z pierwszej transzy, kolejne zaplanowane są na styczeń 2023 i styczeń 2024 r.” – podkreśla Jarosław Wojczakowski, CEO Vivid Games.

Środki pozyskane z transakcji powinny pozwolić nam jeszcze w tym roku, przedterminowo spłacić wszystkie pozostałe raty obligacji, a co za tym idzie, zamknąć układ. Po spłacie obligacji, niedawnych odpisach amortyzacyjnych, oraz spodziewanym, znaczącym zysku netto, Spółka wejdzie w 2023 rok z dobrej pozycji umożliwiającej dalszy rozwój“– dodaje Prezes.

75% polskich firm elektryfikuje flotę, aby ograniczyć koszty paliwa. Priorytetem staje się jednak aspekt środowiskowy

Według danych Iron Mountain koszt przejechania jednego kilometra przez samochód elektryczny jest aż o 47% niższy niż w przypadku modelu zasilanego silnikiem spalinowym. Biznes bez wątpienia dostrzega dziś korzyści ekonomiczne związane z elektryfikacją firmowych pojazdów. Nawet 75% polskich przedsiębiorstw decyduje się na wdrożenie alternatywnych napędów, aby ograniczyć wydatki na paliwo[1]. Jednak coraz więcej organizacji dysponujących własnymi pojazdami zdaje sobie sprawę, że elektromobilność pozwala zaadresować również obszar odpowiedzialności środowiskowej. To ona stanie się wkrótce głównym motorem napędowym transformacji transportu.

W ostatnim czasie Parlament Europejski przychylił się do propozycji wystosowanych przez Komisję Europejską, podejmując decyzję o tym, aby od 2035 r. zakazać na terenie wspólnoty sprzedaży nowych samochodów spalinowych. To istotny krok na ścieżce do dekarbonizacji Unii Europejskiej, który z całą pewnością przyczyni się również do rozwoju elektromobilności w krajach członkowskich. Choć przepisy wejdą w życie dopiero za kilkanaście lat, transformacja transportu rozpoczyna się już dziś i obejmuje zarówno użytkowników indywidualnych, jak i przedstawicieli biznesu.

Firmy, które dysponują własnymi pojazdami, coraz częściej uwzględniają w swojej strategii elektryfikację floty. Jednak głównym motywatorem są aktualnie kwestie ekonomiczne, a konkretniej – redukcja kosztów paliwa, którą wskazuje 75% organizacji[2]. Przy czym w mojej opinii, wraz ze wzrostem znaczenia czynników ESG w biznesie, rośnie liczba organizacji sięgających po samochody elektryczne przede wszystkim po to, aby zrealizować zobowiązania klimatyczne i zaadresować główne potrzeby związane proekologiczną działalnością – mówi Marcin Skrzypczak, RM Operations Director w Iron Mountain Polska.

Elektryfikacja floty a odpowiedzialność środowiskowa

Szacuje się, że pojazdy spalinowe generują ok. 200 g CO2 na kilometr[3]. Samochody elektryczne umożliwiają znaczne ograniczenie tych emisji. Co istotne, jest to możliwe również w krajach, w których w miksie energetycznym dominują paliwa kopalne. Choć w Polsce wciąż blisko 70% energii elektrycznej pochodzi ze spalania węgla, pojazdy elektryczne pozwalają w ogólnym rozrachunku zredukować ilość wytwarzanego dwutlenku węgla nawet o 25%. Ponadto gdy są zasilane energią pochodzącą z odnawialnych źródeł energii, emisja wynosi zaledwie 50 g CO2 na kilometr[4].

Wyniki porównujące ilość emisji generowanych przez pojazdy spalinowe i elektryczne udowadniają, że konwersja floty, szczególnie przy odpowiedniej skali, gwarantuje realne korzyści środowiskowe. Dlatego też jako Iron Mountain mamy w tym zakresie konkretne cele, do których realizacji nieustannie dążymy, optymalizując procesy logistyczne. Globalnie nasz firma obsługuje flotę liczącą 5 tys. samochodów. Zobowiązaliśmy się do tego, aby najpóźniej do 2025 r. 10% z nich stanowiły pojazdy elektryczne. Ponadto do 2030 r. 100% naszych samochodów osobowych i 50% dostawczych ma być zasilanych energią elektryczną – dodaje Marcin Skrzypczak.

Mogę potwierdzić, że w Iron Mountain Polska wyprzedamy cele korporacyjne. Nasza flota obejmuje dziś 70 aut, a już w 2023 r. jej 18% będą stanowić samochody w pełni elektryczne, a kolejne 25% – hybrydowe. Konsekwentna elektryfikacja floty wykonującej miesięcznie średnio 160 tys. kilometrów pozwoliła nam w 2020 r. ograniczyć emisje dwutlenku węgla o 4 tony. Dzięki zamówieniu kolejnych 11 samochodów elektrycznych w nadchodzącym roku zwiększymy tę wartość do 18 ton – deklaruje ekspert Iron Mountain.

Rozwój elektromobilności w obliczu głównych wyzwań

Realizacja celów ESG poprzez konwersję floty nie dotyczy wyłącznie logistycznych gigantów. Coraz większe zainteresowanie pojazdami elektrycznymi wykazują również firmy zatrudniające zaledwie kilku pracowników. Nawet 49% takich organizacji deklaruje wdrożenie co najmniej jednej technologii w ramach alternatywnych napędów w perspektywie najbliższych 3 lat. W przypadku ogółu polskich firm odsetek rośnie do 54%[5].

Nie mam wątpliwości, że biznes jest realnie zaangażowany w rozwój elektromobilności. Jednak transformacja transportu w Polsce nie będzie miała racji bytu bez wsparcia samorządowego – zarówno w obszarze programów finansowania elektryków, jak i rozwoju sieci stacji ładowania. Mimo że na koniec lipca 2022 r. w Polsce były dostępne 2293 publiczne stacje ładowania pojazdów elektrycznych, a ich liczba rośnie z miesiąca na miesiąc, infrastruktura wciąż nie jest rozbudowana optymalnie. Jak dotąd niewystarczająca liczba ogólnodostępnych ładowarek jest główną barierą dla blisko połowy polskich przedsiębiorstw, przy czym 41% nie ma stacji nawet we własnej siedzibie[6]. Zmianę warto zacząć od siebie samego, dlatego też poza włączeniem do floty pojazdów elektrycznych, firmy powinny również dołożyć własną cegiełkę do rozwoju krytycznej infrastruktury. Obecnie mamy do dyspozycji 2 własne stacje ładowania pojazdów elektrycznych w dwóch lokalizacjach – w Warszawie i Wrocławiu. Jednak już w przyszłym roku zainstalujemy je przy każdym naszym obiekcie w kraju – podsumowuje Marcin Skrzypczak, RM Operations Director w Iron Mountain Polska.

Konsekwencje wprowadzenia przepisów dotyczących zakazu sprzedaży pojazdów spalinowych dla branży motoryzacyjnej, a także realny wpływ zmian legislacyjnych na rozwój elektromobilności ocenimy dopiero w perspektywie długoterminowej. Z pewnością jednak nowe regulacje w bezpośredni sposób wskazują kierunek, w którym będziemy podążać, a w związku z tym jest to ostatni moment, aby dołączyć do tej inicjatywy. Transformacja floty to w praktyce niezwykle czasochłonny proces, którego nie sposób realizować z dnia na dzień. Połączenie aspektu środowiskowego, chęci realizacji celów ESG, a także optymalizacji kosztowej bieżącej działalności przy rozsądnym wsparciu ze strony rządu już wkrótce wzmocni trend na elektryfikację floty. Eksperci Iron Mountain szacują, że koszt przejechania jednego kilometra samochodem elektrycznym jest nawet o 47% niższy niż w przypadku pojazdu spalinowego. Co ważne, coraz więcej firm ponad korzyści finansowe przedkłada odpowiedzialność środowiskową, która bezwzględnie staje się priorytetem współczesnego biznesu.

[1] Barometr flotowy, Arval Mobility Observatory, 2022

[2] Tamże

[3] Analizy własne Iron Mountain

[4] Analizy własne Iron Mountain

[5] Tamże

[6] Tamże

Cyfrowa Polska: nowe inwestycje, które mają wzmocnić cyberbezpieczeństwo Polski muszą powstawać transparentnie

Reprezentujący polską branżę cyfrową i nowych technologii Związek Cyfrowa Polska uważa, że projektowane przez rząd specjalne przepisy inwestycyjne niezbędne do budowy Krajowego Centrum Przetwarzania Danych wymagają poprawy w obszarze cyberbezpieczeństwa w ujęciu lokalizacji i dywersyfikacji serwerów, a także w zakresie przechowywania informacji oraz stosowania prawa zamówień publicznych.

Projektowane przez polski rząd prawo ma umożliwić sprawną realizację inwestycji, które wzmocnią bezpieczeństwo cyfrowe administracji rządowej. W ramach Krajowego Centrum Przetwarzania Danych (KCPD) planowana jest budowa specjalnych ustandaryzowanych obiektów. Powstanie pierwszych trzech ośrodków zaplanowano na lata 2024 – 2026. Inwestycja traktowana jest jako strategiczna, dlatego konieczna jest – w opinii państwa – specjalna ustawa inwestycyjna. W innym wypadku – budowa w oparciu o standardowe przepisy regulujące inwestycje – znacznie wydłużyłoby ten proces – uważają projektodawcy.

Kosztem inwestycji nie może być transparentność

Związek Cyfrowa Polska skierował w ramach konsultacji społecznych do Janusza Cieszyńskiego, Sekretarza Stanu w KRPM ds. Cyfryzacji swoje stanowisko wobec projektowanych przepisów. – To będą ważne inwestycje, jeśli chodzi o bezpieczeństwo naszego państwa w obszarze danych. Niemniej, musimy zadbać o to, aby regulacje powstały w zgodzie z obowiązującymi już przepisami i standardami – mówi Michał Kanownik, prezes Cyfrowa Polska. Jak bowiem zaznacza w Polsce były już prowadzone w normalnym trybie przez prywatne firmy inwestycje związane z budową centrów przetwarzania danych i to o rozmiarach większych niż te, które planuje polski rząd. Ich budowa przebiegła bardzo sprawnie. Np. Google swój projekt osiągnął w dwa lata – w tym czasie przygotował lokalizację, powstały budynki i udostępnił swoje usługi klientom.

Związek Cyfrowa Polska nie zgadza się bowiem, aby inwestycja powstała kosztem transparentności. Projektodawcy proponują bowiem wyłączenie w szerokim zakresie stosowania przepisów Prawa zamówień publicznych, które umożliwią wyłonienie wykonawców inwestycji bez przeprowadzenia przetargów. W opinii Cyfrowej Polski w ten sposób narażona jest bezstronności i niezależność procesu doboru wykonawcy. By tego uniknąć i jednocześnie nie opóźniać procesu inwestycji, organizacja proponuje, by zamówienie na wykonanie obiektów przeprowadzano w jednym z trybów przetargu ograniczonego – w trybie negocjacji z ogłoszeniem lub dialogu konkurencyjnego.

Wzmocnienie cyberbezpieczeństwa planowanych inwestycji

Związek zwraca również uwagę na to, że w projektowanych przepisach nie sprecyzowano zakresu danych, które mają być przechowywane w planowanych centrach danych ani nie określa grup podmiotów, które tam te informacje będą gromadziły.  – W obliczu zagrożeń, które dziś mamy, konieczna jest klasyfikacja danych.  Rząd powinien również zachęcać swoje instytucje, nad którymi ma nadzór i samorządy do dywersyfikowania dostępnych metod przechowywania i przetwarzania danych. To istotne, by zwiększyć bezpieczeństwo tego typu procesów oraz podnieść przy tym dostępność i innowację w administracji – przekonuje Michał Kanownik. W jego opinii korzystanie z usług oferowanych przez przedsiębiorstwa globalne, np. w zakresie usług chmurowych, potencjalnie podwyższa, a nie obniża, poziom cyberbezpieczeństwa administracji państwowej.

„W celu przeciwdziałania zagrożeniom kinetycznym, fizycznym albo szerzej militarnym dla krytycznej infrastruktury informatycznej państwa, należy rozważyć budowę rozwiązań typu e-Ambasada i/lub mobilnych Centrów Przetwarzania Danych, dla których być może konieczna byłaby regulacja ustawowa związana z transferem danych do miejsc bezpiecznych, nawet poza terytorium UE” – proponuje również Cyfrowa Polska w piśmie przesłanym do ministra Janusza Cieszyńskiego.

We wrześniu poznamy rządowe decyzje o budowie elektrowni jądrowej

Polska ma już na stole komplet ofert jądrowych. Rząd może wybierać spośród trzech ofert i w końcu nadrobić zaległość historyczną, budując energetykę jądrową.

Amerykanie zwyczajowo deklarują, że są najlepsi i oferują solidny offset polityczny. Francuzi także wstępnie deklarują zaangażowanie finansowe w polski atom i mogą być pomocni w grach wewnątrz Unii Europejskiej. Koreańczycy z Południa obiecują transfer technologii do Polski i mają doświadczenie udanych projektów poza Europą.

Szkic porozumienia Polska-USA o budowie atomu znany jest już w Warszawie. Ten dokument to więcej niż studium wykonalności, bo na 3 tys. stron spisuje w jaki sposób projekt zostanie zrealizowany na miejscu, jaki jest łańcuch dostaw, ilu ludzi potrzeba do projektowania i operowania projektu. Zawiera rozważania na temat kosztów i finansowania, ale poszczególne elementy w tej sprawie zostaną na dniach przedstawione przez rząd amerykański.

Model finansowania oraz udział w akcjach operatora Polskie Elektrownie Jądrowe ma zależeć od decyzji rządu polskiego. Prawdopodobnie rząd amerykański będzie odgrywał znaczną rolę w finansowaniu atomu w Polsce. To z tego względu oferta rządu będzie przedmiotem decyzji polskiego rządu. Nie będzie przetargu, decyzja miałaby zostać przedstawiona w drodze uchwały rządowej.

– Najważniejszy komponent oferty amerykańskiej to model finansowania, który może uwzględnić amerykański Eximbank. Polskie Elektrownie Jądrowe zaoferują 49 % akcji partnerowi zagranicznemu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl. – To może być rola dla amerykańskiego Eximbanku, który angażował się akcjami w projekty w Brazylii czy na Ukrainie.

Ewentualny wybór Amerykanów nie kończy negocjacji. Wtedy rozpoczną się rozmowy o warunkach przygotowania inwestycji, które poprzedzą rozpoczęcie prac.

Okres ten należy maksymalnie skrócić ze względu na „agresywny” termin budowy pierwszego bloku w 2033 roku.

– Najważniejsze będzie jednak podjęcie decyzji, a stać się to powinno we wrześniu – dodaje W.Jakóbik. – Oby wreszcie trzydzieści lat debaty o polskim atomie zakończyło się konkretnym rozstrzygnięciem.

Dlaczego polscy inwestorzy powinni obawiać się złota

W czasach wyjątkowej niepewności i podwyższonego ryzyka, czyli od początku pandemii, wybuchu wojny w Ukrainie oraz zagrożenia światową recesją złoto podrożało zaledwie o 12%. Złota powinni obawiać się zwłaszcza polscy inwestorzy.

W ciągu miesiąca złoto podrożało o 5%, ale przez pół roku potaniało o 4% i kosztuje na kontraktach terminowych poniżej 1 800 USD za uncję.

– Wzrost o 12% nie jest rzeczywiście imponujący, ale trzeba jednocześnie pamiętać, że złoto było bardzo zmienne w tym roku – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak. – W szczytach niepewności cena złota podchodziła pod 2 000 USD za uncję, a teraz tej niepewności mamy trochę mniej i ostre zacieśnianie polityki monetarnej przez banki centralne na niemal całym świecie.

Gdy banki centralne zmniejszą trochę agresywne tempo podwyżek stóp procentowych, złoto może zareagować pozytywnie czyli będzie drożeć.

Cena złota nie jest jednak niska, bo w 2011 r. bo w 2009 r. złoto kosztowało poniżej 1 000 USD/uncja i bardzo zdrożało od 2011 r.

– Pomimo, że fundusze inwestycyjne uciekają od złota jego cena pozostaje wysoka – komentuje ekspert XTB. – I gdy Fed zakomunikuje o zmianie swojej polityki stóp procentowych, będzie to bardzo dobry sygnał dla złota, a wkrótce może się to zdarzyć bo USA mają prawdopodobnie szczyt inflacji już za sobą.

W tym roku nie powinniśmy jednak spodziewać się wyższych poziomów cen złota niż 1 900 – 1 950 USD.

Czekamy więc na czasy, gdy dolar nie będzie traktowany jako bezpieczniejsza przystań niż złoto, a dolar jest obecnie ekstremalnie mocny.

Z perspektywy polskich inwestorów, gdy złoty jest bardzo słaby i dolar bardzo drogi, a więc cena złota znajduje się bardzo wysoko.

– Pojawia się sygnał ostrzegawczy czy powinniśmy szykować się na mocniejszego złotego, bo gdy dolar będzie tracił zyska na tym polska waluta – dodaje M.Stajniak. – Cena złota jest ekstremalnie wysoka w relacji do kursu złotego, dlatego byłbym bardzo ostrożny.

Jeszcze w tym roku rząd planuje zastąpienie papierowych paragonów paragonami całkowicie elektronicznym

Ministerstwo Finansów niedawno udostępniło nową aplikację na smartfony, która ma być dodatkowo wykorzystywana do gromadzenia i sprawdzania elektronicznych paragonów. Mamy już e-recepty, będą e-paragony. Prawdopodobne, że już w tym roku.

Aplikacja e-Paragony ma obecnie służyć do manualnego wprowadzania przez konsumentów paragonów papierowych. Konsument może śledzić również swoje wydatki. Dodatkowo może też zgłaszać nieprawidłowości, np. wydanie paragonu sfałszowanego.

Rząd szykuje jednak rewolucję i planuje zastąpienie papierowych paragonów paragonami całkowicie elektronicznym.

– Obecne przepisy przewidują formę dokumentu elektronicznego dla paragonów wystawianych przez kasy online i kasy wirtualnej, rząd chce jednak pójść dalej i wprowadzić możliwość automatycznego dodawania paragonów do aplikacji e-Paragony – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Radosław Bulejak, Senior Associate, Kancelaria Ożóg Tomczykowski. – Rozważane jest również rozwiązanie w postaci sms-a lub wiadomości mailowej.

Konsument nie otrzymywałby papierowych paragonów. Korzystanie z takiej formy byłoby jednak dobrowolne.

Niewątpliwie aplikacja e-paragony przyniesie wymierne korzyści. Po pierwsze, ryzyko zagubienia paragony zniknie. Po drugie, weryfikacja rejestracji sprzedaży na kasie będzie jeszcze dokładniejsza. Po trzecie, rozwiązanie to zwiększy ochronę środowiska.

– E-paragony mają przypominać e-recepty, gdzie pacjenci otrzymują jedynie informację sms-ową lub ewentualny wydruk – wyjaśnia R.Bulejak z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Rząd poinformował, że zmiany mogą wejść już w tym roku.

Nie należy wyłączać elektrowni jądrowych w Europie

Kryzys energetyczny to czas zaciskania pasa i oznacza, że pierwszym sposobem na zabezpieczenie dostaw energii oraz surowców jest ograniczenie ich zużycia. Dlatego Komisja Europejska słusznie zaleca oszczędności w sektorze gazowym – nawet w krajach, które poradziły sobie dobrze z porzuceniem gazu rosyjskiego. Im mniej zużyjemy gazu teraz, tym więcej będziemy go mieli w przyszłości. Nie tylko w tym sezonie grzewczym – ale także w następnym. Kolejne rozwiązanie to jest dywersyfikacja – czyli różnicowanie źródeł dostaw. W sektorze gazowym Polska poradziła sobie z tym na tyle dobrze, że zakręcenie kurka z rosyjskim gazem w maju 22 roku nie zagroziło bezpieczeństwu dostaw do Polski.

– O ile tej zimy może się okazać, że zgodnie z przepisami unijnymi my podzielimy się gazem z Niemcami – to już następnej zimy może być potrzebna pomoc Polsce na przykład z Niemiec. Należy uwzględnić taką możliwość – bo całkowite zatrzymanie dostaw gazu z Rosji może oznaczać, że ważne źródło dywersyfikacji dostaw do Polski, czyli giełda niemiecka, także wyschnie – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert. – Dlatego też wszyscy powinniśmy oszczędzać, redukować zużycie gazu – a docelowo przechodzić na źródła, które nie potrzebują paliw kopalnych. Niestety tutaj w Polsce mamy lata zaniedbań, które powodują, że mamy za mało elektrowni jakichkolwiek. Będziemy ciągnąć na węglu w latach 20-tych, bo nie zbudowaliśmy niczego w zamian. Potem w coraz większym stopniu węgiel będzie zastępowany przez odnawialne źródła energii zabezpieczane przez energetykę jądrową – ale dopiero w latach 30-tych, bo szybciej atomu nie da się zbudować. Obecnie każda elektrownia jest na wagę złota i nie należy wyłączać atomu w Niemczech – a raczej budować nowe bloki wszędzie w Europie – zaleca Jakóbik.

ZPP: Kolejny raz nastroje przedsiębiorców pogarszają się

Indeks nastrojów przedsiębiorców „Busometr ZPP” w pierwszym półroczu 2022 był najniższy w całej trwającej dekadę historii badania i wyniósł jedynie 34,4 punkty. Niestety wynik w drugim półroczu 2022 r. pogorszył się i indeks wyniósł 32,4. Zmniejszył się zatem o kolejne 2 punkty w stosunku do początku roku. Nastroje przedsiębiorców wciąż są pesymistyczne.

„Busometr ZPP”, czyli Indeks Nastrojów Gospodarczych MŚP jest cyklicznym badaniem prowadzonym przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców mającym na celu uzyskanie informacji o panujących nastrojach (poziomie optymizmu) wśród przedsiębiorców działających na polskim rynku oraz planowanych przez nich działaniach w pespektywie najbliższych dwóch kwartałów. Na wynik badania składają się trzy komponenty: koniunktury gospodarczej, rynku pracy i inwestycji. Wartości prezentowane są w przedziale od 0 do 100. Wyniki poniżej 50 oznaczają pesymizm, a powyżej optymizm przedsiębiorców. Badanie zrealizowano w lipcu 2022 r. na grupie badawczej 583 przedstawicieli sektora MŚP (mikro, małych i średnich przedsiębiorców).

Rok 2022 jest wyjątkowo trudny dla biznesu. Wiele z firm jeszcze nie zdążyło podnieść się po kryzysie pandemicznym, a już musi mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami. Poza oczywistymi czynnikami geopolitycznymi związanym z rosyjską agresją na Ukrainę, przedsiębiorcy mierzą się zarówno z chaosem prawnym będącym pokłosiem implementacji „Polskiego Ładu”, jak i dynamicznie rosnącymi kosztami, szczególnie energii i gazu.

Kolejnym istotnym czynnikiem dla pogorszenia się nastrojów wśród przedsiębiorców jest z pewnością najwyższa od 25 lat inflacja. Zgodnie z informacjami GUS inflacja w ujęciu rok do roku w lipcu 2022 r. wyniosła aż 15,6% r., a w sierpniu – wbrew oczekiwaniom większości analityków – wzrosła jeszcze bardziej, do poziomu 16,1%. Firmy zapytane o to, jak dużym zagrożeniem jest dla nich inflacja w 35% odpowiadały, że bardzo dużym i w 38%, że raczej dużym. Oznacza to, że niemal 3/4 przedsiębiorców bardzo obawia się wpływu inflacji na prowadzoną przez nich działalność gospodarczą.

Inflacja to dla przedsiębiorców wzrost kosztów działalności odczuwalny między innymi we wzroście rachunków, kosztów zakupu towarów, czy w istotnej presji płacowej ze strony pracowników. Obecnie mamy do czynienia z klasycznym zjawiskiem spirali inflacyjnej.” – mówi Cezary Kaźmierczak – Prezes ZPP.

Wreszcie kolejnym czynnikiem istotnie wpływającym na nastroje przedsiębiorców jest napaść Federacji Rosyjskiej na Ukrainę i trwająca za naszą wschodnią granicą wojna. Spowodowała ona trudności z dostępnością wielu towarów, przede wszystkim surowców energetycznych, a także utrudniła prowadzenie handlu z firmami z Ukrainy. O postrzeganie bieżącej sytuacji polityczno-gospodarczej w kontekście wojny również zapytaliśmy przedsiębiorców. Aż 62% polskich przedsiębiorców deklaruje, że inwazja Rosji na Ukrainę odbiła się na ich biznesie. 22% uznało ten wpływ za poważny, a 40% – umiarkowany. Największy negatywny wpływ wojna wywarła na produkcję i handel, a najmniej usługi (choć wciąż wpływ ten jest bardzo poważny).

Badanie „Busometr ZPP” wskazuje na wyjątkowo niski wskaźnik komponentu „Koniunktura gospodarcza”, który wyniósł 27,9 oraz „Inwestycje”, który wyniósł 24,1. Oba wskaźniki były niższe niż w ubiegłym półroczu. Odczyt wskaźnika „Koniunktura” był drugim najniższym w historii badania, zaś „Inwestycje” najniższym. Jedynie komponent „Rynek Pracy” kształtuje się powyżej progu 50 punktów i wyniósł 51,6, co również jest nieznacznie niższym wynikiem niż w pierwszym półroczu tego roku.

Przedsiębiorcy pytani o „Koniunkturę gospodarczą” aż w 71% wskazywali, że ulegnie ona pogorszeniu, a zaledwie w 10% że poprawi się. Pytani o planowane inwestycji aż w 75% wskazywali, że nie planują żadnych inwestycji bądź zamierzają zrezygnować z tych planowanych wcześniej. Z kolei 25% ankietowanych planuje przeprowadzić inwestycje (znaczące – 5% bądź niewielkie – 20%).

Mimo złych nastrojów dotyczących sytuacji gospodarczej przedsiębiorcy wciąż stosunkowo stabilnie postrzegają rynek pracy. 16% z nich planuje podwyżki wynagrodzeń pracowników.

Złe nastroje gospodarcze nie przekładają się wciąż na rynek pracy. Wynagrodzenia rosną z powodu dużej presji płacowej wywołanej głównie inflacją. Choć w tej chwili sytuacja jest stabilna, to przedłużający się kryzys może przynieść ryzyko wzrostu bezrobocia. W dalszym ciągu jednak brak rąk do pracy będzie poważniejszym problemem, niż trudność w znalezieniu zatrudnienia” – mówi Cezary Kaźmierczak – Prezes ZPP.

Inflacja w Niemczech znów przyspiesza

Wbrew oczekiwaniom części analityków Niemcy wcale nie opanowali wzrostu cen. To, że dwa miesiące ceny rosły wolniej, nie spowodowało, że trzeciego nie wróciły na szczyty.

Inflacja nad Odrą znów przyspiesza

Po dwóch miesiącach spadku cen nad Odrą mamy kolejny wzrost. 0,4% to nie jest jakaś przepaść, ale to również wynik równy szczytowi sprzed trzech miesięcy. Dla rynków to o tyle istotny sygnał, że rosnące ceny mogą wpłynąć na przyszłotygodniową decyzję EBC. Im wyższa inflacja, tym mocniej powinny rosnąć stopy procentowe, by jej przeciwdziałać. W rezultacie rosnąca inflacja w Niemczech była powodem wczorajszej lepszej kondycji euro, które do końca dnia utrzymało się wartością powyżej poziomu dolara.

Węgrzy podnieśli stopy procentowe

Bank Centralny Węgier nie zaskoczył rynków. Zgodnie z oczekiwaniami podniósł stopy procentowe o 1% do poziomu 11,75%. Poziom ten słusznie może nam się wydawać podejrzanie wysoki, gdyż jest to najwyższy wynik w Unii Europejskiej. By lepiej oddać skalę problemu, drugi wynik, czyli Czesi to zaledwie 7%, czyli 4,75% różnicy. Wynika to z faktu, że Węgrzy podjęli serię działań osłonowych, przez co podwyżki stóp procentowych mają znacznie mniejszy wpływ. Moglibyśmy się z tego śmiać, ale polskie wakacje kredytowe są podobnym działaniem. Może pomijając to, że jest ono finansowane z budżetu banków.

Niespodzianka za Oceanem

Wczoraj ku zaskoczeniu wielu analityków zobaczyliśmy wyraźnie lepszy od oczekiwań indeks zaufania konsumentów. Wynik 103,2 pkt jest wyższy od oczekiwań aż o 5,3 pkt, co dla tego wskaźnika jest sporą różnicą. Jest to również kolejny sygnał pokazujący siłę amerykańskiej gospodarki, która ostatnio radzi sobie wyraźnie lepiej niż strefa euro. To właśnie dobre dane oraz zdecydowana polityka FED w walce z inflacją powodują, że dolar kosztuje dzisiaj mniej więcej jedno euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
14:30 – Kanada – produkt Krajowy Brutto,
15:45 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Sektor odroczonych płatności stanowi 10 proc. rynku pożyczkowego

W sierpniu Fundacja Rozwoju Rynku Finansowego wspólnie z CRIF jako pierwsza na rynku publikuje wydzielone dane sektora pożyczek buy now and pay later (BNPL)[1]. Sektor BNPL w czerwcu udzielił finansowania o wartości 95 mln zł. W tym samym okresie sektor tradycyjnych pożyczek udzielił finansowania o wartości 1,16 mld zł. W lipcu wartość finansowania spadła o 4, 3 proc.  

Dane z sektora BNPL pokazują zupełnie inny obraz rynku niż w przypadku tradycyjnych firm pożyczkowych. Liczba pożyczek i unikalnych klientów jest niemal taka sama jak w tradycyjnych firmach pożyczkowych. Jednak wartość tego rynku stanowi ok 10 proc. wartości finansowania udzielanego przez firmy pożyczkowe.

Dane sektora pożyczkowego za lipiec

Lipiec 2022[2] roku był dobrym okresem dla firm pożyczkowych. W tym miesiącu udzielono pożyczek na kwotę 1,11 mld PLN, co wiąże się z 28,8 proc. wzrostem r/r, jednak w porównaniu miesiąc do miesiąca oznacza spadek o 4,3 proc. Średnia kwota pożyczki w lipcu wyniosła 3 624 PLN i była wyższa o jedynie 5,9% r/r, co przy uwzględnieniu obecnej inflacji sprawia, że siła nabywcza takiej pożyczki jest zdecydowanie niższa dla konsumenta.

Lipiec przyniósł wyhamowanie aktywności rynku pożyczek – obserwowaliśmy nieznaczne spadki wszystkich analizowanych danych w ujęciu miesiąc do miesiąca. Spadek ten jest powiązany prawdopodobnie z sezonem wakacyjnym, który charakteryzuje się niższą aktywnością klientów. Niewielkie wyhamowanie widoczne jest także w danych sprzedażowych. Liczba udzielonych pożyczek spadła do ok. 308 tys. wobec 361 tys. odnotowanych w czerwcu, co oznacza spadek o 2,7 proc. – podkreśla Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Jednocześnie dane wskazują na zaostrzanie polityki kredytowej przez firmy pożyczkowe, co sugerują dane dot. odrzuceń aplikacji o pożyczki, jak i wskaźnik średniej liczby aplikacji na klienta. Obie dane utrzymują się na wysokich poziomach (42,7 proc. i 3,22 proc). Wartość udzielanych pożyczek rośnie, lecz skala wzrostu jest dosyć niska, patrząc na poziom sprzed pandemii. Widać również dużą stabilizację średniej wartości udzielonej pożyczki, która na obecnym poziomie utrzymuje się od kilku lat, z niższymi wartościami w 2020 roku, co było efektem pandemii. Przy stale rosnących wynagrodzeniach, realny poziom obciążenia konsumenta pojedynczą pożyczką maleje.

Dane sektora BNPL za czerwiec

Dane z sektora BNPL pokazują zupełnie inny obraz rynku niż w przypadku tradycyjnych firm pożyczkowych. Liczba pożyczek i unikalnych klientów jest niemal taka sama jak w tradycyjnych firmach pożyczkowych. Jednak wartość tego rynku stanowi ok 10 proc. wartości finansowania udzielanego przez firmy pożyczkowe.

Średnia kwota pożyczki w przypadku BNPL to 315 PLN, co dobrze charakteryzuje ten segment, który zawiera zobowiązania raportowane w Credit-Check.pl związane z odroczoną płatnością oraz innymi produktami kredytowymi, udzielanymi przez podmioty działające w branży e-commerce. Niemal 86% pożyczek z tego segmentu to pożyczki nie przekraczające 500 PLN w momencie ich udzielenia. W czerwcu 3,9% klientów firm pożyczkowych skorzystało równolegle z finansowania BNPL, co oznacza, że bazy klientów tych segmentów przenikają się w ograniczonym stopniu i BNPL zaspokaja inne potrzeby konsumentów – podkreśla Piotr Badura, Wiceprezes CRIF.

[1] Ze względu na specyfikę raportowania spółek z branży BNPL dane będą publikowane cyklicznie z miesięcznym opóźnieniem – w edycji sierpniowej raportu prezentowane są dane za miesiąc czerwiec.

[2] Ze względu na upływ 12 miesięcy od zniesienia regulacji drastycznie obniżających maksymalny limit pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego, publikowane dane dotyczą wszystkich firm pożyczkowych raportujących do CRIF i zastępują używaną do tej pory jednorodną grupę porównawczą.

NEUCA w I półroczu 2022 roku: ponad 38% udziałów w rynku aptek niezależnych i niemal 115 mln zł skonsolidowanego zysku netto

  • Rynek hurtu aptecznego w II kwartale kontynuował dwucyfrową dynamikę wzrostu – wartość rynku wzrosła o 13,5% r/r (po 22,4% wzroście r/r w I kwartale). Wartość sprzedaży NEUCA w tym okresie wyniosła ponad 2,6 mld zł przy dynamice zbliżonej do wzrostu rynku. Grupa w okresie kwiecień-czerwiec zachowała udziały rynkowe z I kwartału, które wyniosły 31,1%.* W strategicznym segmencie aptek niezależnych również powtórzyła udziały z wcześniejszego okresu na poziomie 38,1%**.
  • Wysoki poziom zaufania do Grupy stale przekłada się na przystępowanie kolejnych aptek do programów partnerskich Partner+, Partner i IPRA. Na koniec I półrocza br. uczestnikami programów było ponad 3,7 tys. aptek (3728, tj.+18,2% r/r).
  • NEUCA w drugim kwartale uzyskała 52,3 mln zł zysk netto bez zdarzeń jednorazowych (vs. 51,8 mln zł r/r). Skumulowany skorygowany zysk netto po sześciu miesiącach przekroczył 114 mln zł (+11,9% r/r).
  • Grupa w II kwartale wypłaciła akcjonariuszom 50,7 mln zł dywidendy z zysku za 2021 rok, tj. 11,5 zł na akcję.

Apteczny rynek detaliczny w I półroczu urósł rok do roku o ponad 16%, średnia cena opakowania wzrosła o 10%***. Sytuacja na rynku detalicznym miała przełożenie na rynek hurtowy gdzie w każdym miesiącu notowano dwucyfrowe dynamiki wzrostu. Wartość rynku hurtu aptecznego w I półroczu wzrosła o niemal 18%*. Wartość sprzedaży NEUCA w tym okresie wyniosła przeszło 5,4 mld zł przy dynamice zbliżonej do wzrostu rynku.

– W I półroczu realizowaliśmy na bardzo dobrym poziomie wszystkie  nasze mierniki strategiczne. Trzymając w ryzach koszty, realizowaliśmy wszystkie nasze cele operacyjne.  Pozytywnych rezultatów spodziewamy się także w II części roku, jednak podobnie jak w szeregu innych branż, na naszą działalność będą wpływać czynniki kosztowe, jak  wzrost kosztów finansowania będący pochodną rosnących stóp procentowych, osłabienie złotego do euro, czy rosnący koszt paliw i energii mówi Piotr Sucharski, Prezes Zarządu NEUCA S.A.

W Grupie rośnie liczba klientów dla których NEUCA jest pierwszym dostawcą i spada liczba klientów niewspółpracujących. Wynika to z rosnącej satysfakcji klienta w czym NEUCA od lat pozostaje liderem. W pięciu kategoriach odnotowała najwyższe odczyty w historii. Net Promoter Score utrzymujący się od ponad 2 lat na najwyższym na rynku poziomie, osiągnął 67 pkt, co potwierdza wysoki poziom zaufania do Grupy. Zbliżone oceny zarówno ze strony właścicieli jak i pracowników aptek potwierdzają jakość i kompleksowość oferty Neuki.

Podstawowe wyniki finansowe NEUCA przedstawia poniższa tabela:

(mln zł) 1H 2022 1H 2021 zmiana  % r/r 2Q 2022 2Q 2021 zmiana
% r/r
Przychody ze sprzedaży 5471,5 4 630,5 +18% 2 654,9 2 331,1 +14%
Zysk brutto ze sprzedaży    608,6 492,7 +24% 286,3 242,8 +18%
Rentowność brutto 11,12% 10,64% + 0,48 pp. 10,78% 10,41% +0,37 pp.
EBITDA    202,2 138,9 +46% 96,6 55,7 +74%
EBIT    156,8 101,2 +55% 73,6 36,6 +101%
Wynik netto    102,7 86,1 +19% 40,9 36,0 +14%

 

Podstawowe wyniki finansowe NEUCA (bez zdarzeń jednorazowych):

(mln zł) 1H 2022 skoryg 1H 2021 skoryg zmiana  % r/r 2Q 2022 skoryg 2Q 2021 skoryg zmiana % r/r
Przychody ze sprzedaży 5471,5 4 630,5 +18% 2 654,9 2 331,1 +14%
Zysk brutto ze sprzedaży    608,6 492,7 +24% 286,3 242,8 +18%
Rentowność brutto 11,12% 10,64% + 0,48 pp. 10,78% 10,41% +0,37 pp.
EBITDA    202,2 168,7 +20% 96,6 85,4 +13%
EBIT    156,8 131,0 +20% 73,6 66,4 +11%
Wynik netto 114,1 102,0 +12% 52,3 52,8 +1%

 

NEUCA dynamicznie rozwija segment produkcji farmaceutyków. W II kwartale wypracowała w jego ramach ponad 75 mln przychodu przy 73% wzroście rok do roku. Narastająco w całym półroczu segment wypracował ponad 151 mln przychodu z dynamiką 79%.

–  W pierwszym półroczu 2022 roku Synoptis Pharma był liderem wzrostu pod względem liczby sprzedanych opakowań do pacjentów spośród TOP 20 koncernów farmaceutycznych. Segmentem produktów, który szczególnie wpłynął na dynamikę Synoptis był rynek produktów non RX, gdzie Synoptis Pharma zanotował drugą najwyższą dynamikę pod względem wartości produktów sprzedanych do pacjentów. W ostatnim miesiącu pierwszego półrocza spółka znalazła się już w pierwszej dziesiątce największych koncernów farmaceutycznych na tym rynku notując po raz kolejny najwyższą dynamikę sprzedaży*** – dodaje Katarzyna Iwaszkiewicz-Balsam, Prezes Zarządu Synoptis Pharma.

W obszarach biznesów pacjenckich (segment przychodni, badań klinicznych oraz ubezpieczeń) dynamika w całym półroczu wyniosła 65% (łącznie niemal 219 mln zł przychodu). W samym II kwartale dynamika osiągnęła blisko 60% przy przychodach na poziomie 111,5 mln zł.

Jesteśmy na naszej, utrwalonej już, ścieżce budowania wartości. Na bardzo dobrym poziomie realizujemy wszystkie nasze mierniki strategiczne. Utrzymujemy wysoki poziom satysfakcji klienta, pozycję lidera i udziały rynkowe. Rozwijamy się poszukując i wykorzystując wszystkie potencjały wzrostu. Doświadczenie naszego zespołu w przełamywaniu wszystkich trudności rynkowych upewnia mnie, że pokonamy także te najnowsze pozostając na ścieżce zrównoważonego rozwoju – podsumowuje Prezes Zarządu.

Czy przedsiębiorcy zapłacą 190 mld zł więcej za energię w 2023 roku?

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje do Premiera RP o pilne wdrożenie pakietu energetycznego dla przedsiębiorstw. Jest to niezbędne w związku z narastającym kryzysem energetycznym w Europie i w Polsce – potrzebne są systemowe rozwiązania nakierowane na ochronę przedsiębiorców. Dotychczasowe mechanizmy pomocowe skierowane były do konsumentów i gospodarstw domowych, aby ochronić je przed rosnącymi cenami energii czy ciepła. Należy jak najszybciej odblokować możliwość rozwoju lądowych farm wiatrowych i przywrócić rozwiązania prawne korzystne dla sektora fotowoltaiki. Konieczne jest także wprowadzenie przepisów umożliwiających realizację linii bezpośrednich i uwolnienie potencjału autoprodukcyjnego w obszarze energii przez przedsiębiorców. Wymaga to korekt regulacji z obszaru planowania i gospodarowania przestrzennego, udrożnienia przyłączania instalacji OZE do sieci oraz inwestycji zmniejszających straty w przesyle.

Aby pokazać skalę wzrostu kosztów energii i jej nośników, z jaką mierzą się przedsiębiorcy, wystarczy porównać rok 2021 z prognozami na rok 2023. Energia elektryczna i gaz ziemny będą kosztowały o ponad 190 mld zł więcej w 2023 niż w 2021 roku. Mamy do czynienia ze wzrostem kosztów przekraczającym 400%, a jest to wzrost uśredniony. Już dziś niektórzy przedsiębiorcy zmagają się z kosztami energii wyższymi o ponad 800% niż jeszcze w ubiegłym roku. Przedsiębiorcy nie są w stanie funkcjonować w takich warunkach, potrzebna jest pilna, systemowa i szeroko zakrojona pomoc.

Mechanizmy pomocowe dla biznesu powinny być skierowane szeroko, bez ograniczeń do sektorów energochłonnych, natomiast ze szczególnym uwzględnieniem mikro, małych i średnich przedsiębiorców. Liczne branże, od przetwórstwa spożywczego, przez firmy pralnicze, aż po sektor usług, zmagają się z rosnącymi cenami energii i jej nośników, które zaczynają zagrażać istnieniu przedsiębiorstw. Rząd wraz z Prezesem Urzędu Regulacji Energetyki powinny niezwłocznie, w dialogu z reprezentantami środowiska przedsiębiorców i pracodawców, przygotować instrumenty ochronne. Podkreślenia wymaga to, iż niektóre państwa UE – jak Grecja, Hiszpania, Francja, Włochy czy Bułgaria – podjęły już rozmaite działania, zyskując akceptację ze strony Komisji Europejskiej, która w kryzysowych warunkach jest elastyczna i otwarta na propozycje wsparcia zarówno obywateli, jak i przedsiębiorców. Jednym z podstawowych narzędzi stosowanych w innych krajach jest „zamrożenie” cen energii i jej nośników oraz wyrównanie strat sprzedawcom.

„Zwróciliśmy się z apelem do Premiera, bo doszliśmy do punktu, w którym konieczne jest wsparcie biznesu. W innym przypadku ryzykujemy nie tylko utratę konkurencyjności firm względem zagranicznych podmiotów, lecz utratę miejsc pracy oraz przenoszenie wzrostu kosztów prowadzenia działalności gospodarczej na konsumentów. W ten sposób niwelowane będą działania rządu chroniące obywateli przed skutkami inflacji. Zwracamy uwagę na to, że skupienie się na wspieraniu gospodarstw domowych powoduje wzrost popytu, a jednocześnie osłabia efekt sygnałów cenowych z rynku. Wśród innych działań na dziś należy wskazać na bardziej elastyczne podejście do zagadnienia ograniczeń w poborze mocy oraz poborze gazu (tzw. stopnie zasilania) przez przedsiębiorców – w postaci zmiany podejścia z ograniczeń godzinowych na ograniczenia tygodniowe bądź inne, jednak w dłuższym okresie, aby możliwe było utrzymanie produkcji, a nie jej znaczne ograniczenie bądź całkowite wstrzymanie. Obecnie istniejący mechanizm ograniczeń w poborze mocy/gazu daje przedsiębiorcom zaledwie do kilkunastu godzin na przygotowanie się do tej nagłej sytuacji, co uniemożliwia jakiekolwiek planowanie i podjęcie działań zaradczych. W przypadku gazu ziemnego dodatkowo postulujemy wdrożenie mechanizmu wzorowanego na rynku energii elektrycznej (DSR), polegającego na deklarowaniu dobrowolnego ograniczenia zużycia gazu za wynagrodzeniem. W obecnych kryzysowych warunkach nie możemy też zapominać o działaniach obliczonych na średni i dłuższy termin. Zwracamy uwagę na to, że dzisiejszy „renesans” węgla i silne wsparcie finansowe dla użytkowników tego paliwa nie może niwelować długoterminowego skupienia sił państwa, samorządów, obywateli oraz przedsiębiorców na rozwoju odnawialnych źródeł energii i powiązanej z nią infrastruktury sieciowej oraz magazynowej. W tym kontekście należy podkreślić wagę KPO, które w ponad 40% miało być skierowane na tzw. zielone inwestycje: rozwój odnawialnych źródeł energii, poprawę efektywności energetycznej, termomodernizację, elektromobilność itd. To dziesiątki miliardów złotych, po które powinniśmy sięgnąć, a także przygotować odpowiednie ramy prawno-regulacyjne, umożliwiające skuteczne inwestycje w oparciu o środki europejskie. Tych regulacji brakuje, a nawet jeśli pojawią, to – jak projekt ustawy liberalizującej zasadę 10H w przypadku lądowych farm wiatrowych – grzęzną na różnych etapach procesu legislacyjnego. Proponujemy także powołanie zespołu, z udziałem przedstawicieli organizacji pracodawców oraz ekspertów ds. energetyki. Z aktualnymi wyzwaniami powinniśmy zmierzyć się wspólnie, aby móc stawić czoła wyzwaniom i przygotować rozwiązania akceptowalne dla Polaków oraz dla przedsiębiorców. Stoimy bowiem przed najpoważniejszym kryzysem od dekad, a podejmowane decyzje mogą należeć do najtrudniejszych w historii wolnej Polski. Okoliczności wymagają współpracy i współdziałania, a także wspólnego wzięcia odpowiedzialności” – podkreśla Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Warto też pamiętać o konieczności nadania priorytetu inwestycjom w efektywność energetyczną, w szczególności termomodernizację budynków – także użyteczności publicznej. Korzyści może przynieść szeroko zakrojona kampania promująca oszczędność energii: ograniczanie zbędnego oświetlenia, wymianę oświetlenia na bardziej energooszczędne, ograniczenie pracy przestarzałych i energochłonnych urządzeń – a docelowo ich wymianę, ograniczenie temperatury/użycia klimatyzacji w sklepach wielkopowierzchniowych oraz budynkach użyteczności publicznej, ograniczenie oświetlenia powierzchni handlowych i budynków użyteczności publicznej, rezygnację z oświetlania witryn handlowych w godzinach nocnych etc.  Najtańsza jest bowiem ta energia, której w ogóle nie zużyjemy.

Deloitte: W 2021 r. łączne przychody 100 największych firm branży budowlanej wzrosły do 1,8 bln dol., a ich kapitalizacja rynkowa do 662,5 mln dol.

Dynamiczny rozwój światowej branży budowlanej spowolnił najpierw w efekcie kryzysu wywołanego przez COVID-19, a w ostatnim czasie ze względu na gospodarcze konsekwencje inwazji Rosji na Ukrainę. Mimo zmiany globalnych priorytetów inwestycyjnych, perspektywy sektora pozostają pozytywne. Łączna wielkość rynku budowlanego w minionym roku została wyceniona na 7,28 bln dol., a do 2030 r. osiągnie ona 14,41 bln dol. – wynika z raportu The Global Powers of Construction 2021, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Mimo dotychczasowej odporności, firmy z sektora muszą być jednak gotowe na wyzwania dotyczące zachwianych łańcuchów dostaw, rosnących cen towarów czy upowszechnienia zrównoważonych projektów infrastrukturalnych.

Raport Global Powers of Construction 2021 skupia się na 100 największych światowych firmach budowlanych pod względem sprzedaży oraz 30 według kapitalizacji rynkowej. Wzorem lat ubiegłych publikacja analizuje aktualne perspektywy makroekonomiczne sektora oraz oczekiwania na najbliższe lata. Skupia się na kluczowych wskaźnikach finansowych wiodących graczy sektora, takich jak przychody, dywersyfikacja geograficzna i działalności oraz rentowność.

Zdaniem ekspertów Deloitte pomimo wpływu pandemii i zmiany globalnych priorytetów inwestycyjnych, w 2021 r. na całym świecie branża budowlana odnotowała wzrost. Łączne przychody 100 największych firm rankingu wzrosły o 14,1 proc. do 1,8 bln dol., a ich kapitalizacja rynkowa o 13,3 proc., do 662,5 mln dol. Z drugiej strony, mimo odporności, raport przewiduje, że globalny wzrost sektora zmniejszy się niemal dwukrotnie: z 6,1 proc. w 2021 r. do 3,6 proc. w 2022 i 2023 r.

– Najpierw pandemia, a obecnie globalna niepewność będąca skutkiem wojny spowodowały, że nastawienie wielu inwestorów, szczególnie infrastrukturalnych, uległo zmianie. Widać to także na polskim rynku, gdzie przedsiębiorcy muszą borykać się z rosnącymi kosztami i ograniczoną dostępnością materiałów oraz wysoką inflacją. Dodatkowo, firmy operujące w Polsce zmagają się z brakiem rąk do pracy spowodowanym m.in. powrotem wielu pochodzących z Ukrainy pracowników do ojczyzny – mówi Łukasz Michorowski, partner, ekspert usług doradczych dla sektora budowlanego i nieruchomości, Deloitte.

Przychody największe w Chinach. Wzrost kapitalizacji domeną USA i Japonii

Rok 2021 był bardzo dobry dla firm uwzględnionych w tegorocznym rankingu Deloitte. Aż 71 podmiotów odnotowało zwiększoną sprzedaż, a 49 osiągnęło w tym obszarze wzrosty dwucyfrowe. Przychody uczestników tegorocznego zestawienia wyniosły w 2021 r. 1,8 bln dol., co oznacza wzrost o 14,1 proc. względem 2020 r. i o niemal jedną czwartą (24,5 proc.) w porównaniu z 2019 r. W ujęciu geograficznym prawie 55 proc. przychodów pochodzi od firm z siedzibą w Chinach, pozostałe – głównie z Europy (w szczególności z Francji i Hiszpanii), Japonii, Stanów Zjednoczonych i Korei Południowej.

Niewiele mniej w ujęciu procentowym wrosła wartość rynkowa podmiotów ujętych w zestawieniu GPoC – o 13,3 proc., z 584,6 mln dol. do 662,5 mln dol., co jest też wskazaniem wyraźnie wyższym niż wycena z 2019 r. (597,5 mln dol.). Co ciekawe jednak, dynamika kapitalizacji rozkłada się inaczej pod względem geograficznym. W tym przypadku największe wzrosty zanotowały firmy z USA (28,4 proc.) i Japonii (20,4 proc.). W Europie było to 8,4 proc., a wartość dominujących pod względem przychodów przedsiębiorstw z Chin zwiększyła się tylko o 2,7 proc.

Choć pod względem liczebności prowadzi Europa – z 40 podmiotami w najlepszej setce, to jednak podium najwyższych przychodów opanowały przedsiębiorstwa chińskie. Na szczycie ponownie uplasowała się China State Construction Engineering, z 293 mld dol. deklarowanego przychodu.

Cyfryzacja kluczowa dla transformacji branży budowlanej

Jak wskazują eksperci Deloitte, głównymi czynnikami determinującymi rozwój branży budowlanej w nadchodzących dziesięcioleciach będzie wzrost liczby ludności w krajach rozwijających się, starzenie się społeczeństw w regionach rozwiniętych, postępująca urbanizacja i koncentracja w mega-miastach, dekarbonizacja światowej gospodarki oraz transformacja technologiczna. Te wyzwania będą wymagały znacznych inwestycji w transport, dostęp do źródeł wody, gospodarkę odpadami, infrastrukturę społeczną, środki pozyskiwania energii odnawialnej, nowoczesne narzędzia telekomunikacyjne i przystosowanie do nowych technologii.

Zniwelowanie globalnej luki infrastrukturalnej może być trudne, jeśli firmy budowlane będą nadal funkcjonować w dotychczasowym, mocno je ograniczającym modelu. Jak wynika z raportu, kluczową rolę w zmianie sposobu ich działania odgrywać będzie postępująca cyfryzacja tzw. „smart construction”. Obok niej, wpływ na transformację sektora mają wywierać zmiany w sposobach i zakresie kontroli potencjalnego ryzyka oraz przyjmowanych modelach kontraktowania. Wreszcie, nie bez znaczenia będzie też konieczność spełniania wymogów dotyczących czynników ESG (środowiskowych, społecznych, z zakresu ładu korporacyjnego) oraz zwiększona współpraca publiczno-prywatna.

W ciągu ostatnich kilku lat czołowe firmy budowlane inwestują w Proptech, czyli wykorzystanie nowych technologii w branży. Aby zwiększyć efektywność operacyjną coraz powszechniej wykorzystują zaawansowaną analitykę danych już na etapie planowania inwestycji czy szacowania kosztów, ale także później, podczas monitoringu postępu prowadzonych prac. Jednocześnie, poprawa efektywności musi wiązać się z większą kontrolą ryzyka w procesach przetargowych. Tym bardziej, że regulatorzy nakładają na sektor wymogi dotyczące zielonego finansowania i raportowania środowiskowego. Konieczność uważniejszego monitorowania marży, idąca w parze z wykorzystaniem nowych rozwiązań i materiałów powoduje natomiast, że upowszechnia się standaryzacja i prefabrykacja komponentów, z wykorzystaniem zasad ekonomii cyrkularnej projektów – mówi Piotr Domański, dyrektor, dział doradztwa finansowego, Deloitte.

Wysoka inflacja sprzyja kradzieżom na stacjach paliw. Policyjne statystyki pokazują rdr. dwucyfrowe wzrosty

Według danych Komendy Głównej Policji, w I połowie br. liczba przestępstw kradzieży na stacjach paliw była o prawie 43% większa niż w analogicznym okresie ub.r. Najwięcej takich zdarzeń zostało zarejestrowanych przez KWP w Katowicach, czyli przeszło 20% wszystkich w kraju. Z kolei na końcu listy jest KWP w Lublinie. Natomiast liczba wykroczeń kradzieży na stacjach paliw wzrosła rdr. o przeszło 49%. Tu zestawienie otwiera KSP w Warszawie, a zamyka – KWP w Białymstoku. Jak podkreślają znawcy tematu, należy poważnie zastanowić się nad tym, czy nie trzeba zastosować drastycznych kroków.

Wzrost przestępczości

Jak wynika z danych Komendy Głównej Policji (KGP), od stycznia do czerwca br. stwierdzono 1 543 przestępstwa kradzieży na stacjach paliw. To o 42,9% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 1 080. Ostatnio najwięcej takich przypadków zarejestrowały KWP w Katowicach – 314 (w I poł. 2021 roku – 262), KSP w Warszawie – 241 (219), a także KWP we Wrocławiu – 173 (152), w Poznaniu – 158 (51) i Krakowie – 116 (34). Na końcu listy znajdują się KWP w Lublinie – 15 (rok wcześniej – 9), Białymstoku – 16 (17) oraz Rzeszowie – 19 (poprzednio 5).

– Wzrost liczby kradzieży nie jest związany z obniżeniem poziomu zabezpieczeń na stacjach paliw. Coraz droższe paliwa, inflacja i pogarszająca się sytuacja ekonomiczna sprawiają, że rośnie przestępczość. Dodatkowo staliśmy się państwem tranzytowym w czasie wojny w Ukrainie. W efekcie obserwujemy wzrost różnych niepożądanych czynników przestępczych na terenie Polski – komentuje Krzysztof Bartuszek, prezes zarządu spółek Securitas w Polsce.

Drożyzna i ubożenie społeczeństwa mają oczywisty wpływ na powyższe statystyki, co podkreśla dr Andrzej Maria Faliński, wiceprezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, były wieloletni dyrektor generalny POHID-u. Ekspert jednak wskazuje też inne czynniki, w tym spadek dyscypliny społecznej. Ponadto osoby łamiące prawo widzą, że policja jest mniej skuteczna. Do tego dochodzi kwestia pewnego terroru przestępczego w stosunku do stacji paliw i małych sklepów. Właściciele takich obiektów zdają sobie sprawę z tego, że przestępcy mogą np. ich pobić, w tym ciężko uszkodzić.

– Większość kradzieży paliwa na stacjach ma dość zuchwały charakter. Przestępcy po prostu podjeżdżają pod dystrybutor, tankują paliwo i odjeżdżają, nie uiszczając opłaty. Większa część pojazdów, którymi dokonują tych czynów, ma kradzione tablice rejestracyjne. Ewentualnie są one zupełnie zdjęte – dodaje prezes Bartuszek.

Zyskowne wykroczenia

Jak podaje KGP, od stycznia do czerwca br. stwierdzono 43 515 wykroczeń w związku z kradzieżą na stacjach paliw. To o 49,4% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 29 136. Najwięcej takich przypadków zostało zarejestrowanych przez KSP w Warszawie – 13 141 (rok wcześniej – 6 755). Dalej są KWP we Wrocławiu – 5 964 (I poł. 2021 roku – 4 173), Katowicach – 5 073 (3 400), Poznaniu – 3549 (2 172) oraz Łodzi – 2 736 (poprzednio 2 261). Natomiast na końcu zestawienia znajdują się KWP w Białymstoku – 402 (wcześniej był to 288), Kielcach – 478 (418) i Opolu – 516 (490).

– Absolutnie nie jest dla mnie zaskoczeniem wzrost rdr. o prawie 50%. Część osób kalkuluje sobie, że wystarczy kilka razy popełnić takie wykroczenie i można sporo zyskać. Złodzieje kradną nie tylko paliwo, ale też różne towary z półek. Przywłaszczane są m.in. takie produkty, jak alkohol, zakąski, słodycze, różne akcesoria samochodowe, zabawki, drobna elektronika, a nawet prezerwatywy – mówi dr Faliński.

Jak zaznacza prezes Bartuszek, na rynku funkcjonują rozwiązania, które mogą ograniczyć kradzież paliwa. Ale stacje, co poniekąd jest oczywiste, zawsze były nastawione na szybką obsługę klienta. Tankowanie z przedpłatą, blokady fizyczne czy wprowadzenie obsługi dokonującej tankowania to tylko niektóre z możliwych opcji. Jednak każda z nich ma swoje konsekwencje, m.in. kosztowe. Ekspert z Securitas podkreśla, że zastosowanie np. różnego rodzaju blokad spowoduje spowolnienie obsługi i ogólne niezadowolenie klientów.

– Z reguły kradną ludzie, którzy zarabiają między najniższym a średnim wynagrodzeniem. Do tego dochodzą grupy przestępcze, ale to już są zawodowcy. Sądzę, że w drugiej połowie br. będzie więcej przestępstw i wykroczeń kradzieży na stacjach paliw niż w analogicznym okresie 2021 roku – stwierdza wiceprezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Według prezesa Bartuszka, patrząc na skalę i trend – drastyczne kroki nie są wykluczone. Póki co odpowiedzialność spoczywa na barkach pracowników stacji i zależna jest w dużym stopniu od ich czujności. Jednak wzrost strat i zastosowanie dodatkowych środków zapobiegawczych mogą finalnie przełożyć się na ceny, bo przedsiębiorcy prędzej czy później będą zmuszeni wyrównać straty.

Przybywa długów i dłużników w systemie oświaty

Zamiast spłacać długi wobec systemu edukacji, zaciągamy kolejne. W zeszłym roku łączne zadłużenie wobec szkół wynosiło 17 mln zł – w tym to już prawie 19 mln zł. Sporą część tej kwoty muszą zwrócić byli uczniowie (14,5 mln zł), ale przedsiębiorcy też nie są bez winy. Ci ostatni mają na koncie 4,3 mln zł nieuregulowanych faktur od jednostek systemu oświaty, głównie za kursy i szkolenia dla swoich pracowników. Najwięcej problemów z odzyskaniem należności notują uczelnie wyższe oraz wielkopolskie placówki edukacyjne – wynika z danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

W polskim systemie oświaty narastają problemy z egzekwowaniem nieuiszczonych opłat. W zeszłym roku polskie szkoły miały do odzyskania od byłych uczniów i zleceniodawców 17 mln zł, dziś to już 18,8 mln zł. Wzrosła też liczba nierzetelnych płatników. W ub. roku było to 9505 dłużników, w tym roku ich liczba przekroczyła 10 tys. (10 423). Co ciekawe, większość niepłacących to kobiety.

Panie przodem

Największe problemy z odzyskaniem należności od konsumentów i firm mają uczelnie wyższe – to ponad 11,3 mln zł, z czego 8,3 mln zł należy do uczelni prywatnych. Następne w kolejce po pieniądze od kursantów są wszelkiego rodzaju ośrodki szkoleniowe – 5,8 mln zł, a pół miliona złotych zamrożone w nieopłaconych fakturach mają szkoły językowe.

Kobiety stanowią 62 proc. dłużników edukacyjnych (to 6274 osoby). Mężczyzn jest w tym gronie 3922. Panie zalegają z zapłatą ponad 8 mln zł, panowie 6,4 mln zł. Lwia część niespłaconych zobowiązań przez kobiety to kursy i szkolenia w ośrodkach szkoleniowych. Wśród mężczyzn natomiast przeważają długi wobec uczelni wyższych i szkół językowych.

Skąd te długi?

Największe zadłużenie – 6,7 mln zł – należy do osób w wieku 26-35 lat. Są to zarówno studenci i niedoszli absolwenci uczelni wyższych, jak i młodzi rodzice, którzy nie zapłacili np. za naukę języka obcego oraz za kształcenie dziecka w prywatnym modelu oświaty (prywatne szkoły, przedszkola, żłobki).

Zgodnie z polskim systemem oświaty, szkoły i uczelnie wyższe mogą pobierać opłaty za świadczone usługi edukacyjne w zakresie kształcenia na studiach zaocznych, wieczorowych, podyplomowych, a także na studiach w języku obcym (tzw. czesne). Dodatkowo oskładkowane mogą być również: opłata rekrutacyjna, kształcenie specjalistyczne czy powtarzanie zajęć z powodu niezadowalających wyników w nauce. Niewielką opłatę trzeba też uiścić za dyplom czy legitymację studencką. Bywa, że uczelnia pobiera opłaty za przeprowadzenie potwierdzenia efektów uczenia się czy różnego rodzaju obozy, które nierzadko są integralną częścią programu studiów.

Uczelnie, które pobierają opłaty za świadczone usługi edukacyjne, wskazują zawsze konkretny termin zapłaty. Nieuiszczenie w tym terminie należnych opłat za studia skutkuje wpisaniem dłużnika do KRD i wszczęciem procedury windykacyjnej. W takiej sytuacji uczelnia nalicza odsetki ustawowe oraz może skreślić dłużnika z listy studentów – wyjaśnia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Z danych Ośrodka Przetwarzania Informacji Państwowego Instytutu Badawczego wynika, że co czwarta osoba w Polsce, która podjęła naukę w szkole wyższej (24,8 proc.), rzuca studia. Jest to tzw. dropout, czyli rezygnacja z podjętego kierunku studiów przed uzyskaniem dyplomu. Na ten krok częściej decydują się mężczyźni – udział dropoutów jest wśród mężczyzn o 15 punktów procentowych wyższy niż wśród kobiet.

Przypadki porzucania nauki w trakcie roku szkolnego zdarzają się też młodocianym, kiedy dziecko nagle traci zainteresowanie daną aktywnością. Mam tu na myśli głównie płatne zajęcia pozalekcyjne i prywatne formy edukacji. W tej sytuacji to na barkach rodzica spoczywa obowiązek dotrzymania warunków umowy z placówką. I zazwyczaj nie wystarczy po prostu przestać płacić za zajęcia, ale trzeba wypowiedzieć umowę z zachowaniem wskazanego okresu wypowiedzenia – nadmienia Adam Łącki.

Edukacja na raty

Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że placówki edukacyjne mają również problem z odzyskaniem pieniędzy od przedsiębiorców korzystających z ich usług. Uczelnie podpisują różne kontrakty, stąd muszą się mierzyć także z nieuczciwymi partnerami biznesowymi. W ubiegłym roku te zaległości sięgały prawie 3,1 mln zł. Dziś to już 4,3 mln zł. Są wśród nich nieuregulowanie rachunki za wynajęcie pomieszczeń, zlecone badania i projekty, ale też kursy, szkolenia i naukę języków dla pracowników.

Wciąż jeszcze mało popularnym, ale coraz częściej stosowanym przez przedsiębiorców rozwiązaniem, jest finansowanie faktur zakupu w systemie ratalnym. Co ciekawe, na raty można dziś kupić do firmy nie tylko towary i produkty, ale też usługi edukacyjne, w tym właśnie kursy i szkolenia dla pracowników. A warto to robić, zwłaszcza w kontekście ostatnich podwyżek cen. Jak pokazuje nasze najnowsze badanie „Zakupy firmowe” przeprowadzone wśród firm z sektora MŚP, ceny kursów i szkoleń w ostatnich sześciu miesiącach wzrosły o jedną piątą, a 4,5 proc. firm musiało na cel zaciągnąć kredyt lub pożyczkę. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem dla firmowego budżetu są więc zakupy na raty takich usług – Emanuel Nowak, ekspert NFG.

Największe problemy z odzyskaniem należności od firm i konsumentów mają wielkopolskie placówki edukacyjne (6,5 mln zł). Drugie w kolejce po pieniądze są szkoły na Mazowszu (6 mln zł). W Kujawsko-Pomorskiem, Pomorskiem i na Dolnym Śląsku długi wobec szkół przekraczają milion zł.

Czy Lasy Państwowe wykoleją polską lokomotywę eksportową?

Pomimo zapewnień Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych o utrzymaniu certyfikacji polskich lasów w systemie Forest Stewardship Council (FSC), regionalne oddziały Lasów Państwowych wyłamują się z tej obietnicy. W sierpniu z certyfikacji zrezygnowała już Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Gdańsku. Perspektywa braku drewna z certyfikatem zrównoważonego rozwoju to kolejny poważny cios dla branży meblarskiej, zwanej polską lokomotywą eksportową, która w obliczu nawarstwiających się problemów może gwałtownie wyhamować pociągając za sobą inne sektory polskiego rynku.

Międzynarodowa certyfikacja FSC to gwarancja odpowiedzialnej gospodarki leśnej, uwzgledniającej aspekty społeczne, ekologiczne i ekonomiczne. Zarówno polskie, jak i zagraniczne sklepy i hurtownie zazwyczaj wymagają od dostawców mebli, by ich produkty były certyfikowane właśnie w tym systemie. Dla firm meblarskich możliwość pozyskania surowca drzewnego posiadającego FSC jest więc kwestią przetrwania na coraz bardziej wymagającym rynku.

Niestety, coraz więcej Regionalnych Dyrekcji Lasów Państwowych rozważa rezygnację z certyfikatu, mimo rozpaczliwych apeli Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli i innych organizacji branżowych, takich jak: Stowarzyszenie Papierników Polskich, Stowarzyszenie Producentów Płyt Drewnopodobnych w Polsce, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Producentów Programu Ogrodowego, Polski Komitet Narodowy EPAL, Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego, Stowarzyszenie Przemysłu Tartacznego i Związek Polskie Okna i Drzwi.

Organizacjom wprawdzie udało się w lipcu uzyskać obietnicę Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych, że certyfikacja będzie kontynuowana, jednak decyzja centrali okazała się mało znacząca dla regionalnych oddziałów. Już bowiem niecały miesiąc później, w sierpniu Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Gdańsku podjęła decyzję o rezygnacji z FSC. W rezultacie wygląda na to, że losy ogromnego sektora rynku i polskiej gospodarki (branża meblarska odpowiada za ponad 2 proc. polskiego PKB i jest czwartym przemysłem w kraju pod względem wielkości zatrudnienia) zależą od arbitralnych decyzji lokalnych urzędników.

Działania regionalnych oddziałów Lasów Państwowych wywołały ogromne zaniepokojenie w branży meblarskiej, która ma i tak już wystarczająco dużo problemów. „Sytuacja, w jakiej znajduje się nasza branża jest bardzo trudna. Odczuwa ona coraz wyraźniej efekty spowolnienia gospodarczego. Średnie spadki zamówień sięgają już w niektórych przypadkach nawet 50 proc.  Nasze meble, ze względu na dynamiczne rosnące koszty, tracą swoją konkurencyjność na rynkach eksportowych. Dlatego nie możemy sobie pozwolić na kolejną utratę klientów, spowodowaną tym, iż polska branża meblarska nie będzie miała dostępu do produktów z certyfikatem FSC” – napisał w liście wysłanym 25 sierpnia do Wiceminister Rozwoju i Technologii, Olgi Semeniuk, Prezes OIGPM, Jan Szynaka, prosząc ją o podjęcie działań przywracających certyfikację w Lasach Państwowych.

7 września w siedzibie Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych odbędą się kolejne wspólne rozmowy poświęcone certyfikacji gospodarki leśnej. Czy tym razem uda się skłonić Dyrekcje Regionalne LP do wykazania się większym patriotyzmem gospodarczym i czy polska lokomotywa eksportowa będzie mogła ruszyć dalej? O tym przekonamy się już wkrótce.

LG i Honda tworzą spółkę joint venture odpowiedzialną za produkcję baterii do aut elektrycznych

  • LG Energy Solution i Honda Motor Co., Ltd. ogłosiły porozumienie w sprawie utworzenia spółki joint venture, która zajmie się produkcją baterii litowo-jonowych w USA. Baterie zasilą modele EV marki Honda i Acura na rynku północnoamerykańskim.
  • Porozumienie przerodzi się w inwestycję o wartości 4,4 mld dolarów, której celem będzie budowa nowego zakładu produkcyjnego w USA.

LG Energy Solution wraz z Honda Motor Company podjęły decyzję o stworzeniu zakładu, którego roczna moc produkcyjna docelowo wyniesie 40 GWh.

Baterie typu pouch produkowane w USA będą dystrybuowane wyłącznie dla fabryk Hondy na tamtejszym rynku. Potwierdzenie ostatecznej lokalizacji inwestycji jest jeszcze w trakcie finalizacji. W tym przypadku kluczowe znaczenie mają plany produkcyjne aut elektrycznych Honda Motor Company.

Planowane rozpoczęcie budowy to początek roku 2023. Masowa produkcja zaawanasowanych ogniw litowo-jonowych miałaby rozpocząć się pod koniec 2025 roku.

Powodem podjęcia decyzji o stworzeniu dedykowanej spółki zajmującej się produkcją baterii w USA, było wspólne przekonanie obu firm o rozszerzeniu lokalnej produkcji pojazdów elektrycznych i zapewnienie terminowych dostaw akumulatorów. Te czynniki mają ogromne znaczenie w efektywnej ekspansji bardzo szybko rozwijającego się rynku aut elektrycznych w Ameryce Północnej.

– Nasza spółka joint venture z Hondą, której marka cieszy się znaczącą reputacją, jest kolejnym kamieniem milowym w naszej średnio- i długoterminowej strategii promowania elektromobilności na dynamicznie rozwijającym się rynku Ameryki Północnej – powiedział Youngsoo Kwon, CEO LG Energy Solution. – Naszym nadrzędnym celem jest zdobycie zaufania i szacunku naszych klientów. Aspirujemy do pozycji wiodącego innowatora w dziedzinie akumulatorów, współpracującego z Hondą w realizacji jej kluczowych inicjatyw w zakresie elektryfikacji, a także dostarczającego zrównoważone rozwiązania energetyczne wymagającym konsumentom – dodał.

– Honda wszystkimi swoimi działaniami zmierza w kierunku realizacji celu, jakim jest osiągnięcie do 2050 roku neutralności węglowej dla wszystkich swoich produktów i działań korporacyjnych – poinformował Toshihiro Mibe, prezes, dyrektor generalny i dyrektor reprezentacyjny Honda Motor Co., Ltd. – Zgodnie z naszym wieloletnim zobowiązaniem dotyczącym tworzenia produktów blisko klientów, Honda angażuje się w lokalne zapotrzebowanie na baterie do pojazdów elektrycznych, które są ich kluczowym elementem. Ta inicjatywa w USA, w porozumieniu z LG Energy Solution, światowym liderem wśród producentów akumulatorów, jest dowodem tej strategii.

Założenie spółki planowane jest na 2022 rok. Termin realizacji jest zależny od standardowych warunków finalizacji inwestycji oraz zatwierdzeń regulacyjnych.

Co pandemia i wojna zmieniły w świecie przemysłu?

Pandemia COVID-19 oraz agresja Rosji na Ukrainę wywróciły znany dotychczas porządek rzeczy do góry nogami i przyniosły szereg zmian na wielu poziomach: między innymi społecznym, kulturowym czy biznesowym. Z konsekwencjami obu tych zjawisk zmaga się również przemysł, który mierzy się z nową rzeczywistością i zmianami, które sektor może odczuć na długo – podkreśla Tomasz Haiduk, wykładowca Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej i Prezes Instytutu Industry 4.0.

Nearshoring i problemy z dostępnością komponentów

Ograniczenia w przemieszczaniu się, surowe obostrzenia i restrykcje, izolacja i konieczność przebycia kwarantanny w dobie pandemii stały się naszą uciążliwą codziennością. Zmiany boleśnie odczuliśmy jako społeczeństwo, ale w wymiarze biznesowym przyniosło to szereg innych przykrych konsekwencji, zwłaszcza w branży logistycznej. Pandemia przerwała ciągłość łańcuchów dostaw i utrudniła wymianę handlową m.in. pomiędzy Chinami a całym szeroko pojętym Zachodem.

Problem z dostępnością komponentów wybuchł w ciągu ostatnich kilku lat niczym pożar. Na globalnym rynku przemysłowym okazało się, że firmy są kompletnie nieprzygotowane na to, że coś może być niedostępne. Szczególnie duże firmy, które powiązane były z dostawcami umowami o często bardzo wyśrubowanych parametrach czasowo-ekonomicznych, nagle stanęły przed sytuacją, w której pewnych rzeczy po prostu nie ma i… nie wiadomo, kiedy będą.

Powszechnie znanym przykładem są perturbacje na rynku automotive. Fabryk nie mogą opuścić setki samochodów, których nie mozna sprzedać, ponieważ brakuje do nich komponentów elektronicznych, dotychczas produkowanych w ograniczonej liczbie fabryk zlokalizowanych bardzo daleko w Azji. Doprowadziło to do sytuacji, w której na popularności zaczął zyskiwać tzw. nearshoring. To nic innego, jak outcourcing usług do bliżej położonych krajów.

Wyraźnie widać bowiem, że coraz więcej firm szuka kontaktów z dostawcami w najbliższej okolicy. Zmiana sytuacji skłoniła menedżerów do zadania sobie kilku pytań, na przykład:

  • Czy koniecznie muszę mieć partnera biznesowego na drugim końcu świata i dlaczego jest on lepszy niż ten w mojej najbliższej okolicy?
  • Jak sobie poradzę z ewentualnym ryzykiem utraty ciągłości dostaw?
  • Co się stanie, kiedy mój partner biznesowy ze względów od niego niezależnych nie będzie mógł zrealizować zamówionych u niego usług czy dostaw towarów?
  • Czy właściwie kalkuluję ryzyka z tym związane?

Powodów takiego zaburzenia ciągłości dostaw może być mnóstwo. Równie dobrze mogą być to pandemia i wojna, ale też embargo, administracyjne ograniczenia importu czy dostępności surowców.

Poszukiwanie bliżej usytuowanych partnerów jest więc zjawiskiem, które w mojej ocenie zostanie z nami na stałe – i to zarówno w skali globalnej, jak i lokalnej (warto zresztą nadmienić, że Unia Europejska prowadzi już projekty związane z alokacją produkcji kluczowych komponentów z powrotem do Europy). Bliżej zlokalizowanych partnerów szukają też mniejsze firm. Coraz powszechniejszą dewizą jest wybór „takiego partnera, który dojedzie do mnie na rowerze”. 50 czy 100 km jest właśnie taką odległością, która daje dużą dozę pewności, że szczególnie usługi na przykład serwis czy usługi uruchomieniowe zostaną wykonane nawet przy różnego rodzaju ograniczeniach administracyjnych.

Eksplozja zachowań spekulanckich

Na wszystkie zaburzenia związane z logistyką światową nałożyła się też eksplozja zachowań spekulanckich. W wielu krajach wdrożono finansowe pakiety pomocowe dla przedsiębiorstw w trudnej sytuacji. Nie zawsze trafiały one tam, gdzie trzeba. Na rynek rzucono ogromną ilość gotówki, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, ale również i w Europie. Czy ta pomoc trafiła do najbardziej potrzebujących? Moim zdaniem – niekoniecznie. Duża część środków spłynęła nie do firm produkcyjnych, lecz do różnego rodzaju firm handlowo-pośredniczących, które wręcz gotowały się od nadpłynności. A co można zrobić z nadmiarem gotówki? Najlepiej kupić jakiś towar, szczególnie „chodliwy”. Stąd pojawił się ogromny popyt na elementy automatyki przemysłowej, robotykę, sterowniki programowalne, komputery, układy scalone ale także profile aluminiowe czy półprodukty do produkcji plastiku. Ważne, aby były potrzebne w ciągu najbliższych miesięcy, a jednocześnie nie miały określonego terminu ważności, tak jak produkty spożywcze. Rynek braku komponentów został jeszcze bardziej rozchwiany przez zachowania czysto ludzkie – kupowanie na zapas. Jeżeli nie wiem, czy coś będzie dostępne, a mam na to środki z tzw. tarczy pomocowej, to na wszelki wypadek kupuję dwa razy więcej, niż rzeczywiście potrzebuję.

Producenci byli zaś przygotowani na wzrost popytu rzędu 10 %, może 15 % rocznie i właśnie na taki wzrost przygotowali swoje moce produkcyjne. Kiedy jednak popyt z tygodnia na tydzień rośnie dwukrotnie, a znaczna jego część to popyt spekulacyjny lub wywołany przez firmy, które niekoniecznie potrzebują danego komponentu do bieżącej produkcji, nie da się go pokryć. Często zdarzało się, że firmy zamawiały niezbędne komponenty już na etapie składania oferty, jeszcze przed finalizacją danego zamówienia, co powodowało multiplikowanie popytu oraz naturalnie windowanie cen.

W tej chwili sytuacja powoli się stabilizuje, bo rynek inwestycyjny wchodzi w fazę spowolnienia. Nagle okazało się, że wiele firm zostało z zakupionymi towarami i nie bardzo wiedzą, co mają zrobić z takim „gorącym kartoflem”. Kupowali na górce popytu spekulacyjnego, a trudno dokonać przeszacowania magazynu w dół. To bowiem operacja, której ani żaden menedżer, ani żaden główny księgowy nie lubi.

Popyt na eko

Mówienie o eko rozwiązaniach jest teraz szczególnie trudne wobec sytuacji na rynku gazu, ropy i innych surowców energetycznych importowanych z Rosji. Kraje UE stoją dziś w obliczu weryfikacji swojej koncepcji energetyki opartej na OZE, jedynie uzupełnianych przez gaz,  i przejścia na uzupełnianie źródeł „eko” tym, czym aktualnie dysponują – na przykład węglem czy energetyką jądrową. Coraz więcej państw wraca do projektów związanych z energetyką konwencjonalną i bynajmniej nie dlatego, że są bardziej ekonomiczne czy przyjazne dla środowiska, ale dlatego, że państwa te boją się braku paliwa.

Taka jest sytuacja w Polsce (choć na pewno tutaj można byłoby zrobić o wiele więcej), ale również i w Niemczech, gdzie wstrzymano wygaszanie elektrowni jądrowych, a władze zastanawiają się nad tym, co może być szkieletem energetyki uzupełniającym energetykę alternatywną. W temacie ekologicznych rozwiązań jest jeszcze naprawdę wiele do zrobienia.

Przyjmując jednak perspektywę klientów – zwrot w stronę „eko” jest wyraźny. Coraz więcej konsumentów zwraca uwagę nie tylko na to, jak i z jakich surowców zostały wyprodukowane dane produkty oraz czy producent zapewnia powrót tych produktów po okresie eksploatacji do ponownego obiegu.

Bardzo trudno dziś jest sprzedać coś, co uważane jest za nieekologiczne. Niebycie eko prostu jest już passé, a – jak powszechnie wiadomo – w segmencie konsumenckim łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Wiele firm coraz baczniej zwraca uwagę na przygotowanie takiej polityki zakupowej i informacyjnej, aby można było wykazać, że ich produkty wytwarzane są z poszanowaniem wymagań naszej planety. Upowszechnia się konieczność śledzenia i monitorowania łańcucha dostaw tak, aby klient zdawał sobie sprawę i był w sposób wiarygodnie poinformowany, z czego produkt został wyprodukowany. Z pomocą przychodzą rozwiązania wykorzystywane przez Przemysł 4.0, na przykład technologia blockchain. Większość firm, szczególnie w przemyśle spożywczym, coraz chętniej spogląda na nią jako jedno z ciekawszych rozwiązań w tym zakresie.

Tomasz Haiduk, wykładowca Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, Prezes Instytutu Industry 4.0

Trzecia spadkowa sesja na Wall Street

Główne indeksy amerykańskiego rynku akcji spadły wczoraj trzeci raz z rzędu (S&P 500 -1,1 proc., DJIA -0,96 proc., Nasdaq Composite -1,12 proc.) osiągając najniższe poziomy od końca lipca. Najniżej od prawie 1,5 roku był meksykański IPC Index (-0,86 proc.). Zupełnie odmiennie zachowywał się chilijski IPSA Index, który wyszedł na najwyższy poziom od 2018 roku (+0,35 proc.).

Spadki przeważały dziś również na giełdach Azji i Oceanii. Najsilniej – o 1,58 proc. – spadał chiński Shanghai B-Share Index. Rosnącymi wyjątkami były główne indeksy na Tajwanie, w Korei Południowej i Tajlandii.

Odmiennie było dziś rano w Europie, gdzie dominowały dziś rano lekkie zwyżki indeksów giełdowych (DAX +0,19 proc., CAC 40 +0,12 proc. ok. godz. 9:40).

Rosły dziś rano główne indeksy GPW, ale zmiana poziomu WIG-u 20 była dziś ok. godz. 9:40 minimalna (+0,01 proc.). Swe nowe przynajmniej roczne minima zaliczyły dziś WIG-Górnictwo i WIG-Moto. Najniżej od 2 lat była dziś cena akcji KGHM. Wśród składników mWIG-u 40 najniższe od przynajmniej roku poziomy osiągnęły ceny akcji spółek ING Banku Śląskiego, Intercars i BNP Paribas Bank Polski. Wśród składników sWIG-u 80 swe nowe ponad 2-letnie minimum zaliczył kurs akcji Newagu.

Na rynkach 10-letnich obligacji skarbowych w USA i Europie przeważały lekkie spadki rentowności. Rentowność polskich 10-latek próbowała wrócić poniżej poziomu 6 proc. (6,03 proc.).

Po osiągnięciu w poniedziałek swych rekordowych poziomów cena notowanych na ICE kontraktów na brytyjski gaz ziemny tąpnęła wczoraj o ponad 21 proc. Cena analogicznych kontraktów w Holandii spadła wczoraj o prawie 11 proc. Po wczorajszym silnym spadku ceny kontraktów na ropę naftową lekko dziś zwyżkowały ok. godz. 9:15 (WTI +0,43 proc., Brent +0,48 proc.). Cena kontraktów na uran na COMEX-ie po wzroście o 3,11 proc. osiągnęła wczoraj najwyższy poziom od prawie 2 miesięcy. Najniższego poziomu od roku dotknęła wczoraj cena kontraktów na drewno na CME. Spadając wczoraj o 6,75 proc. cena kontraktów na prawa do emisji dwutlenku węgla w UE skala 7-dniowego spadku ceny tego instrumentu przekroczyła 18 proc. i była najwyższa od początku marca.

Stabilny był dziś rano kurs EUR/USD (+0,03 proc. ok. godz. 9:23), który minimalnie przekraczał poziom parytetu (1,00192). Zanim amerykański dolar zaczął lekko słabnąć zdołał zaliczyć najwyższy od 2009 roku poziom względem koreańskiego wona i ponad 2-letnie maksimum względem dolara tajwańskiego.

Zmiany kursu złotego względem głównych walut były dziś minimalne (EUR/PLN 0 proc., USD/PLN +0,1 proc.).
Kurs Bitcoina względem amerykańskiego dolara rosnąc dziś rano o 1,74 proc. powrócił powyżej poziomu 20000 USD.

Autor Wojciech Białek, TMS Brokers

Po lipcowym odbiciu sprzedaż mieszkań znowu spadła

Z danych portalu mieszkaniowego tabelaofert.pl za sierpień tego roku wynika, że łączna sprzedaż nowych mieszkań na siedmiu największych rynkach w Polsce spadła o 10,1% w stosunku do lipca, oraz o ponad 47% w stosunku do sierpnia ubiegłego roku. Spadki jednak nie dotyczą mieszkań gotowych lub prawie gotowych (do odbioru do końca roku) – takie lokale sprzedają się o prawie 250 % szybciej niż pozostałe mieszkania. Pomimo słabej sprzedaży ceny stoją w miejscu, choć realnie są one nieco niższe dzięki powszechnym promocjom i rabatom.

W sierpniu 2022 roku na największych rynkach nieruchomości w Polsce: Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Łódź, Katowice oraz Trójmiasto, sprzedano łącznie 2 551 mieszkań. Największe spadki miesiąc do miesiąca zanotowały Poznań i Łódź, zaś wzrosty sprzedaży Warszawa i Wrocław. Jeśli chodzi o dane miesięczne dla poszczególnych miast to – zwłaszcza dla mniejszych rynków – należy podchodzić do nich z dużą rezerwą. Okres urlopowy powoduje często, brak podpisywania umów deweloperskich w jednym miesiącu, a kumulację w kolejnym.

Tab.1. Sprzedaż mieszkań w sierpniu 2022 r. w porównaniu do sierpnia 2021 r. i lipca 2022 r.

  Sierpień 2021 Sierpień 2022 zmiana
r/r
Lipiec Sierpień 2022 zmiana m/m
2022
Warszawa 1 189 728 -38,8% 693 728 5,1%
Kraków 731 574 -21,5% 622 574 -7,7%
Wrocław 879 464 -47,2% 456 464 1,8%
Trójmiasto 1 184 388 -67,2% 294 388 32,0%
Poznań 540 168 -68,9% 383 168 -56,1%
Łódź 145 148 2,1% 299 148 -50,5%
Katowice 163 81 -50,3% 91 81 -11,0%
Razem – 7 rynków 4 831 2 551 -47,2% 2 838 2 551 -10,1%

Źródło: tabelaofert.pl przy współpracy z REDNET Consulting

Tab.2. Sprzedaż mieszkań w porównaniu sierpień 2022 r. do sierpnia 2021 r.

Tab.2. Sprzedaż mieszkań w porównaniu sierpień 2022

Tab.3. Sprzedaż mieszkań w porównaniu sierpień 2022 r. do lipca 2022 r.

Tab.3. Sprzedaż mieszkań w porównaniu sierpień 2022W sierpniu kupujący wyjechali na wakacje i po lipcowym niewielkim odbiciu sprzedaż mieszkań znów siadła. Należy jednak pamiętać, że w każdym analizowanym przez nas roku dane sierpniowe są zawsze słabsze niż lipcowe, bo sierpień ze względu na układ kalendarza jest miesiącem chętniej wybieranym na urlop, zarówno przez klientów jak i pracowników działów sprzedaży. We wrześniu spodziewamy się już solidnego odbicia prognozuje Robert Chojnacki, założyciel serwisu tabelaofert.pl.

Portal mieszkaniowy tabelaofert.pl opublikował także dane dotyczące cen sprzedanych mieszkań. Wynika z nich, że pomimo niskiej sprzedaży ceny nie chcą spadać, na siedmiu badanych rynkach symboliczny spadek (-0,7%) był tylko w Poznaniu, natomiast na pozostałych można zauważyć niewielkie wzrosty (od 0,3% do 2,4%).

Publikowane ceny mieszkań nie uwzględniają powszechnie udzielanych obecnie rabatów oraz czasowych promocji. Z naszych danych wynika, że tam gdzie jest rabat, jest też sprzedaż. Deweloperzy, którzy ich nie udzielają notują znacznie gorsze rezultaty sprzedażowe. Widać jednak niechęć deweloperów do obniżania cen, ponieważ uniemożliwiają im to wysokie koszty finasowania – zaznacza Robert Chojnacki.

Tab.4. Średnie ceny ofertowe mieszkań sprzedanych w sierpniu 2022 r. w porównaniu do sierpnia 2021 r. i lipca 2022 r.

  Sierpień 2021 Sierpień 2022 zmiana r/r Lipiec Sierpień 2022 zmiana m/m
2022
Warszawa 11 109 13 264 19,4% 13 224 13 264 0,3%
Kraków 9 942 11 465 15,3% 11 355 11 465 1,0%
Wrocław 10 374 10 910 5,2% 10 658 10 910 2,4%
Gdańsk 10 216 11 062 8,3% 11 027 11 062 0,3%
Poznań 8 216 9 533 16,0% 9 603 9 533 -0,7%
Łódź 7 413 8 575 15,7% 8 401 8 575 2,1%
Katowice 7 952 9 311 17,1% 9 204 9 311 1,2%

Źródło: Tabelaofert.pl przy współpracy z REDNET Consulting

Serwis tabelaofert.pl przeanalizował również tempo sprzedaży mieszkań w zależności od terminu oddania. Okazało się, że mieszkania gotowe lub prawie gotowe (z terminem odbioru do końca roku) sprzedają się znacznie szybciej niż pozostałe lokale. Gdyby tempo sprzedaży było takie jak w sierpniu to wszystkie mieszkania gotowe oraz z terminem realizacji do końca 2022 roku sprzedałyby się w czasie nieco ponad 12 miesięcy, natomiast do sprzedaży pozostałych lokali potrzebne byłoby prawie 29 miesięcy, czyli prawie 2,5 raz więcej.

Tab.5. Czas wyprzedania oferty w sierpniu 2022 r.Tab.5. Czas wyprzedania oferty w sierpniu 2022

Obecnie problemy ze sprzedażą mieszkań deweloperskich w znacznie mniejszym stopniu dotyczą lokali gotowych głównie ze względu na bardzo silny rynek najmu. Zwracam uwagę, że po pierwszym lipca, czyli po wprowadzeniu nowej ustawy deweloperskiej, która znacznie podniosła koszty prowadzenia projektu deweloperskiego obserwujemy masowe wstrzymywanie się deweloperów z uruchamianiem nowych inwestycji. Jak tak dalej pójdzie to pod koniec 2023 roku nie będzie ofert mieszkań gotowych na rynku pierwotnym, a ponieważ na rynku wtórym część sprzedających wycofała się ze sprzedaży i zdecydowała się na wynajem, to możemy mieć problem z dostępnością lokali – podkreśla Katarzyna Tworska, dyrektor zarządzająca redNet 24, firmy specjalizującej się w sprzedaży mieszkań deweloperskich.

W sierpniu inflacja nie wyjechała na wakacje

Według szybkiego szacunku GUS, w sierpniu inflacja wyniosła 16,1 proc., rosnąc z poziomu 15,6 proc. w lipcu. Widać, że mamy przed sobą kolejne miesiące znacznego wzrostu cen.

Wzrost inflacji nastąpił mimo dalszego spadku cen benzyny, która w sierpniu staniała o 8,3 proc. wobec lipca. Wzrosły natomiast ceny żywności o 1,6 proc. oraz nośników energii w tym węgla i gazu ziemnego o 3,7 proc. Dalszy wzrost inflacji powoduje, że prawie pewna stacje się podwyżka stóp procentowych na posiedzeniu RPP w dniu 7 września. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to podwyżka stóp o 0,5 p.p.
Polacy na bankowych lokatach ponoszą rekordowe straty. Na rocznej lokacie bankowej założonej na początku września 2021 roku i zakończonej w sierpniu 2022 roku, realna strata jej posiadacza wyniosła 13,7 proc.

Inflacja stanowi obecnie najważniejszy powód do niepokoju dla inwestorów zarówno w Polsce, jak i na świecie. Według badania eToro Puls Inwestora Indywidualnego, w którym ankietowanych było 10 000 inwestorów detalicznych w 14 krajach, wynika, że ze wszystkich nacji, to Polacy najbardziej boją się inflacji. W drugim kwartale 2022 roku, aż 66 proc. badanych inwestorów z Polski wskazuje rosnącą inflację jako główny powód do niepokoju (wzrost z 59 proc. w pierwszym kwartale 2022 r.), podczas gdy we wszystkich badanych krajach, inflacja budzi obawy 54 proc. ankietowanych (wzrost z 47 proc.).

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Uwaga na rynek pracy

Koniec wakacji przynosi na rynkach sporą zmienność. W centrum uwagi są koszty energii w Europie i na tym froncie mamy poprawę sytuacji po zapowiedzi interwencji z Brukseli. Drugim tematem jest skala zacieśnienia polityki pieniężnej, a tu bardzo ważne będą dane z rynku pracy.

Inwestorzy nie przywykli do restrykcyjnej polityki pieniężnej. W ostatnich latach banki centralne niemal na każdy problem reagowały luzowaniem, dzięki czemu powstało wrażenie, że tak naprawdę często złe informacje to dobre informacje, bo zbliżają nas do interwencji. Teraz jest inaczej, bo inflacja jest wysoka i to co jest samo w sobie złą informacją (np. wysokie koszty energii) może być podwójnie złą bo bank centralny nie tylko nie zareaguje luzowaniem, ale wręcz przeciwnie, uzna, że potrzebne jest dalsze zacieśnienie. Przykładem są ostatnie doniesienia z EBC, banku, który przez lata utrzymywał ogromny dodruk i ujemne stopy, a teraz sugeruje możliwą podwyżkę we wrześniu aż o 75bp.

Rynki boją się, że recesja wywołana spadkiem siły nabywczej gospodarstw domowych (plus dodatkowo zakłóceniami związanymi z racjonowaniem energii w Europie) zostanie pogłębiona przez determinację banków do walki z inflacją. Dlatego też przez dużą część wakacji na rynkach dominował tzw. „pivot play” – obstawianie zmiany polityki Fed w reakcji na pogarszające się perspektywy makroekonomiczne. To dlatego rynek tak źle przyjął wystąpienie szefa Fed w Jackson Hole. Staje się jasne, że Fed chce widzieć nie tylko szczyt inflacji, ale także wyraźne osłabienie kondycji na rynku pracy, które utrwali tendencję spadkową inflacji. Potwierdza to dzień wczorajszy, kiedy niespodziewanie dobry raport o nowych ofertach pracy wywołał bardzo nerwową reakcję rynku. W piątek czeka nas raport NFP, ale dziś (14:15) wraca raport ADP, który jest prywatnym szacunkiem zmiany zatrudnienia – niedostępnym w ciągu ostatnich miesięcy ze względu na zmiany metodologii.

Perspektywa większej podwyżki stóp ze strony EBC umacnia nieco europejskie waluty, jednak tutaj nadal ogromne znaczenie ma to, czy sytuacja na rynku energii ponownie się nie pogorszy. O 9:00 euro kosztuje 4,7264 złotego, dolar 4,7361 złotego, frank 4,8972 złotego, zaś funt 5,5447 złotego.

Autor: dr Przemysław Kwiecień CFA, główny analityk XTB

Z kieszeni kierowców może zniknąć nawet 1.3 miliarda złotych rocznie

Polscy dealerzy protestują przeciw projektowanym zmianom dążącym do dziesięciokrotnego podwyższenia opłat za zawarcie umowy ubezpieczenia OC.

Branża motoryzacyjna jest zaalarmowana właśnie projektowaną podwyżką opłat na fundusz CEPiK płaconych z tytułu zawierania umów OC pojazdów. W dniu 29 sierpnia 2022 roku Związek Dealerów Samochodów wystosował do Ministerstwa Cyfryzacji pismo protestacyjne w tej sprawie. Uczyniliśmy to nie tylko w imieniu naszej branży, ale milionów właścicieli pojazdów Polsce.

Opublikowany niedawno projekt przewidujący podwyżkę opłaty ewidencyjnej zakłada zmianę w ustawie z dnia 22 maja 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych, ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Zgodnie z tymi przepisami przy każdej zawartej umowie ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych zakład ubezpieczeń uiszcza opłatę ewidencyjną na tzw. Fundusz CEPiK. Opłata ta ma z definicji finansować prowadzenie, utrzymanie i modyfikacje tego ważnego rejestru. Zgodnie z projektem, wysokość opłaty ewidencyjnej nie będzie już jednak stała, ale ma być ustalana w drodze rozporządzenia ministra właściwego do spraw informatyzacji w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw instytucji finansowych i może wynosić do 1 % przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej ustalanego przez GUS.

Według aktualnych danych (zgodnie z komunikatem Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego przeciętne wynagrodzenia w gospodarce narodowej w 2021 roku wyniosło 5 662,53 zł), w praktyce oznacza to zatem potencjalne podniesienie kosztu dla każdego wykupującego OC z jednego euro (czyli niecałych pięciu złotych) aż do 57 złotych, będących odpowiednikiem 1% aktualnego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej.

W Polsce rocznie zawieranych jest około 26 milionów umów ubezpieczeń OC posiadaczy pojazdów mechanicznych. W skali całego rynku przedmiotowa podwyżka to ogromne pieniądze, które będą pochodzić od właścicieli samochodów.

Po raz kolejny dochodzi do sytuacji, w której ustawodawca postanawia podnieść ceny towaru czy usługi poprzez sztuczne pompowanie ich niekorzystnymi dla obywateli ustawami. Tym razem padło na ubezpieczenia OC, które są zobowiązani opłacić posiadacze wirtualnie wszystkich pojazdów poruszających się po drogach. Mowa tu o ponad 26 milionach umów rocznie, co nawet przy dotychczasowej opłacie na poziomie ok. 5 złotych za pojedynczą umowę, sumarycznie stanowi gigantyczną kwotę. Mnożenie tej opłaty aż 10 razy stanowi zabieg zakrawający o absurd z ekonomicznego punktu widzenia, gdzie praktycznie wszystkie te pieniądze trafią w ręce państwa. Jest to cios w obywateli i przedsiębiorców zwłaszcza teraz, w dobie ciągłych podwyżek cen i szalejącej inflacji. Związek Dealerów Samochodów oczywiście nie może pozostać bierny wobec takiej sytuacji, biorąc pod uwagę liczbę umów zawieranych przez właścicieli salonów. Apelujemy do władz o usunięcie zapisu o podwyżce i nalegamy o uwzględnienie nas oraz naszych postulatów w trakcie konsultacji publicznych! Należy też pamiętać, że podwyżka ta obejmie swoim zakresem nawet umowy 30-dniowe, niezwykle popularne w branży sprzedawców samochodów.” – powiedział Paweł Tuzinek, prezes Związku Dealerów Samochodów.

Projektowana podwyżka stanowić będzie ogromny problem dla sprzedawców samochodów. Projekt ustawy nie przedstawia od jakich umów ubezpieczenia opłata będzie pobierana, przez co należy rozumieć, że obciążone będą nią w takim samym zakresie umowy krótkoterminowe, czyli te 30-dniowe. Rocznie autoryzowani dealerzy rejestrują na siebie nawet kilkaset tysięcy nowych pojazdów, które stanowią towar handlowy i nie przemieszczają się po drogach publicznych. W wielu przypadkach opłata ewidencyjna w nowej formie byłaby wyższa od aktualnego kosztu takiego 30-dniowego ubezpieczenia, a ponoszona co 30 dni stanowiłaby ogromny cios dla rynku autoryzowanych dealerów, który już od dłuższego czasu zmaga się z coraz większymi problemami nie tylko wzrostu kosztów finansowania, ale również z niską dostępnością samochodów, zerwaniem łańcuchów dostaw czy wciąż obecnym problemem związanym z zapotrzebowaniem na półprzewodniki.

Związek Dealerów Samochodów po analizie prawnej proponowanych zmian wystąpił do Sekretarza Stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Janusza Cieszyńskiego będącego przedstawicielem Ministerstwa Cyfryzacji, odpowiedzialnego za ustalenie proponowanych stawek, z pismem apelującym o usunięcie z przedmiotowego projektu zmiany dotyczącej sposobu określenia wysokości opłaty ewidencyjnej, a także o uwzględnienie Związku Dealerów Samochodów w dalszych pracach nad projektem i konsultacje ewentualnych dalszych wersji projektu.

 

Można wybrać strukturę działalności, która ograniczy zobowiązania podatkowe

Jeśli podatnikowi przysługuje wybór pomiędzy dwiema czynnościami, to nie ma on obowiązku wyboru tej, z którą wiąże się obowiązek zapłaty najwyższej kwoty VAT. Przeciwnie, ma prawo wybrać taką strukturę swojej działalności, dzięki której ograniczy swoje zobowiązania podatkowe – orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach w sprawie przedsiębiorcy oskarżonego o udział w karuzeli VAT (wyrok z 27 czerwca 2022 r., sygn. akt I SA/Gl 878/21).

Zarzut uczestnictwa w karuzeli VAT

W sprawie jednej z firm ze Śląska, naczelnik urzędu celno-skarbowego, a za nim dyrektor izby administracji skarbowej, stwierdzili, że nie mogła ona w kwietniu 2016 r. nabyć od polskiego kontrahenta towaru za cenę ponad 528 000 zł brutto, zawierającą 23% VAT (czyli 121 000 zł) i odsprzedać go za 562 000 zł, z 0% stawką VAT, odbiorcy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Właśnie o zwrot kwoty ponad 121 000 zł VAT wystąpił podatnik.

W ocenie organów, prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą przedsiębiorca, z uwagi na rozmiary swojej firmy, m.in. brak zatrudnionych pracowników, nie mógł w rzeczywistości przeprowadzać transakcji o tak znacznej wartości. Na tej podstawie organ podatkowy wysnuł wniosek, że przedsiębiorca był świadomym ogniwem oszustwa podatkowego karuzeli VAT, nabywając elektronikę, czyli towar z tzw. branży wrażliwej, najbardziej narażonej na próbę wyłudzeń VAT, od dostawcy, co do którego inny organ skarbowy ustalił, iż uczestniczył w 2015 r. w łańcuchu transakcji mających na celu wyłudzenie VAT. Organy podniosły również, że przedsiębiorca nabywał towar po cenie znacznie wyższej niż rynkowa. To również zdaniem fiskusa świadczyło o fakturowaniu zakwestionowanych transakcji jedynie celem uzyskania znacznego zwrotu VAT dzięki odsprzedaży towaru z zerową stawką.

Decydujące ustalenia poczyniono nie wobec przedsiębiorcy, a jego kontrahenta

Przedsiębiorca wniósł skargę do sądu. Pełnomocnicy firmy, mec. Robert Nogacki i adwokat Paweł Chmielowiec z Kancelarii Prawnej Skarbiec, zarzucili organom, że oparły się w swoich ustaleniach na cenach towarów przedstawionych przez tylko jednego dystrybutora, podczas gdy takich dystrybutorów sprzętu elektronicznego było wielu. Rozbieżność oferowanych na rynku cen była bardzo duża, a cena za jaką oskarżony oszustwo przedsiębiorca nabywał towar o mieściła się w tych widełkach. Jednak najważniejszy zarzut skargi dotyczył tego, że fiskus zamiast przeciw przedsiębiorcy zebrał dowody przeciw jego kontrahentowi.

Organy podatkowe wykorzystały przeciwko przedsiębiorcy głównie ustalenia dokonane w niepotwierdzonej prawomocnym rozstrzygnięciem decyzji wymiarowej, wydanej wobec jedynego, w dodatku jednorazowego dostawcy towaru, przy czym ustalenia te w ogóle nie dotyczyły skontrolowanego w przedmiotowym postępowaniu okresu, ani też samej zakwestionowanej przez organy transakcji. Ta decyzja nie mogła być więc dowodem w postępowaniu przeciw mojemu klientowi – komentuje mec. Robert Nogacki, właściciel Kancelarii Prawnej Skarbiec.

Przedsiębiorca nie był uczestnikiem karuzeli

Sąd uchylił zaskarżoną decyzję skarbówki, przychylając się do stanowiska przedsiębiorcy, że nie działał on w ramach karuzeli podatkowej. Z zebranego materiału dowodowego nie wynika również, że działania jego kontrahentów na wcześniejszym i późniejszym etapie obrotu za okres objęty zaskarżoną decyzją były niezgodne z prawem. Sąd uznał, że organy naruszyły prawo pozbawiając przedsiębiorcę prawa do odliczenia VAT z zakwestionowanej faktury zakupowej, błędnie uznając, że stwierdza ona czynności, które nie zostały dokonane, a więc i dalsza odsprzedaż nie mogła mieć miejsca. Do odpłatnej sprzedaży doszło, i to przy zachowaniu oczekiwanej staranności kupieckiej.

Przedsiębiorcy nie mają obowiązku wyboru jak najwyższej formy opodatkowania

W uzasadnieniu swojego wyroku WSA w Gliwicach zwrócił uwagę na bardzo ważną dla przedsiębiorców i całego obrotu gospodarczo-prawnego kwestię. Przywołując regulacje unijnej dyrektywy VAT stwierdził, że przedsiębiorca podejmując transakcje, przy których ma wybór pomiędzy czynnością opodatkowaną a zwolnioną, nie ma obowiązku wyboru tej, z którą wiąże się konieczność zapłaty najwyższej kwoty VAT. Wręcz przeciwnie, może wybrać taką formę działalności, dzięki której ograniczy swoje zobowiązanie podatkowe.

Podsumowanie

Nagminną praktyką organów podatkowych jest opieranie się na ustaleniach poczynionych w sprawie innych podmiotów, do tego za inne okresy niż dotyczące konkretnych rozliczeń przedsiębiorców oskarżanych o oszustwa. Taka praktyka podciągnięcia działań przedsiębiorców pod paragraf niejednokrotnie już została potępiona przez sądy. W lipcu 2020 r. WSA w Białymstoku stanął po stronie firmy, którą organy podatkowe próbowały wmanewrować w oszustwo: „… organ podatkowy niejako z góry założył, że skarżąca jest świadomym uczestnikiem karuzeli podatkowej i starał się działalność skarżącej dopasować do z góry przyjętego, oszukańczego schematu transakcji pozornych” (wyrok z 22.07.2020 r., sygn. akt I SA/Bk 203/20).

W omawianym wyroku gliwicki sąd przypomniał, że organy podatkowe kwestionując prawo do odliczenia VAT mogą powoływać się na zasadę zakazu nadużycia prawa wyłącznie, gdy nadużycie jest ewidentne, a ingerencja w sposób prowadzenia działalności gospodarczej nie nosi znamion nadmiernej. Powyższe wynika z nakazu zachowania neutralności systemu VAT i działania w oparciu o zasadę pewności prawa, która wymaga, aby stosowanie regulacji wspólnotowych było przewidywalne dla podmiotów działających w obrocie gospodarczym.

Pierwsza ze wspomnianych reguł, czyli zasada neutralności podatkowej, była wielokrotnie omawiana przez TSUE. Choć z jego wyroków wynika, że wszelkie ograniczenia tego prawa, które ze swej natury niweczą neutralność, mają charakter wyjątkowy i muszą mieć wyraźne oparcie w przepisach – w Polsce gros sporów podatkowych dotyczy prawa do odliczenia VAT. Zaś decyzje niekorzystne dla podatników nie są wydawane wobec sprzedawców, którzy po zrealizowaniu transakcji i wystawieniu faktury nie rozliczyli podatku, a głównie wobec nabywców, którzy naliczony podatek uwzględnili w swoich rejestrach VAT.

Ta naganna praktyka krajowych organów podatkowych wymaga pilnej zmiany – gdyż prowadzi do wieloletnich sporów, praktycznie uniemożliwiających prowadzenie dalszej działalności gospodarczej, a finalnie trafiających przed WSA/NSA. W obliczu zaistnienia takiej sytuacji podatnikom pozostaje szukać pomocy u profesjonalnych pełnomocników, którzy podpowiedzą, czy w danych okolicznościach organy opierają swoje uznanie na właściwym materiale dowodowym, dotyczącym transakcji objętych kontrolą. Zasadne jest wnioskowanie o wyłączenie z akt sprawy dowodów, które tych wymogów nie spełniają, lub o przyłączenie zbywcy towaru do prowadzonego postępowania, by mógł zabrać głos w całej sprawie (np. na podst. art. 166 Ordynacji podatkowej).

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizująca się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Inwestorzy znów czują się bezpiecznie w Polsce

Całkowity wolumen transakcji inwestycyjnych w I połowie br. wyniósł prawie 2,9 mld euro, co było ponad 40% więcej niż w analogicznym okresie w roku ubiegłym. Wysoka wartość inwestycji świadczy o nadal dużym zainteresowaniu inwestorów polskimi produktami inwestycyjnymi we wszystkich głównych kategoriach, pomimo nowej sytuacji geopolitycznej i wojnie na Ukrainie. Eksperci AXI IMMO analizują, jak prezentuje się sytuacja poszczególnych sektorów na rynku inwestycyjnym w I połowie 2022 r. w Polsce.

Pierwsze sześć miesięcy bieżącego roku rozpoczęły się bardzo dobrze na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. Na koniec czerwca 2022 r. zarejestrowano wysoki wolumen transakcji na rynku inwestycyjnym, który był efektem kilku istotnych przejęć rozpoczętych jeszcze w 2021 r. Uzyskany wynik był o 40% wyższy niż w roku ubiegłym, a tym samym podobny do rezultatu z 2020 r. W podziale na sektory najwięcej zainwestowano w produkty biurowe 44%, następnie centra handlowe 28% i magazyny 24%.

– Największą niewidomą w II kw. br., która wpływała na postawię znacznej części inwestorów była sytuacja na Ukrainie. Widzimy, że obecnie sentyment do naszego regionu wraca, jednak niektórzy inwestorzy z Azji i USA oceniają bliskość konfliktu jako większe ryzyko i przyjmują na razie podstawę wyczekującą. Natomiast Ci z Europy i regionu Europy Środkowo-Wschodniej, już są ponownie obecni na rynku – komentuje Grzegorz Chmielak, Dyrektor Działu Wycen i Rynków Kapitałowych, AXI IMMO.

Sektor biurowy wraca na podium

Sektor biurowy odpowiadał za 44%, czyli 1,3 mld euro całości wolumenu transakcji na rynku. Biura obroniły swoją pozycję w czasie pandemii Covid-19. Obecnie pracownicy wrócili do biur, popyt na rynku wraca do normy, co przekłada się na trend wzrostowy w stawkach najmu  i na zwiększoną popularność tej kategorii aktywów wśród inwestorów. Ważnym sygnałem dla sektora był zakup przez Google od Ghelamco budynków B i C kompleksu The Warsaw HUB za 583 mln euro. Był to rekordowa transakcja na ryku biurowym. Przy czym nie tylko Warszawa znalazła się na radarze inwestorów, na popularności zyskują również miasta regionalne. Dość duże transakcje miały miejsce we Wrocławiu, a największa z nich w Poznaniu, gdzie Estnine zakupił od Skanska budynek D w kompleksie Nowy Rynek za ok. 121 mln euro.

Sektor handlowy zdominowany przez transakcje portfelowe

Wysoki wynik sektora handlowego w dużej mierze uzyskano dzięki dwóm transakcjom sfinalizowanym przez EPP o wartości 653 mln euro, które dotyczyły około 50% udziałów w dwóch portfelach nieruchomości handlowych: na rzecz PIMCO oraz na rzecz I Group – w konsekwencji wycofania EPP z giełdy w Johannesburgu i Luksemburgu. Pozostałe sprzedaże to przede wszystkim parki handlowe i wolno stojące sklepy spożywcze. Jest to ulubiona kategoria produktów wybierana przez fundusze, które już od kilku lat intensywnie inwestują w mniejsze formaty w Polsce. Ta kategoria produktów nie straciła na popularności nawet w trakcie trwania pandemii Covid-19.

Sektor magazynowy z niższym wynikiem, ale nadal na fali

Sektor magazynowy osiągnął o 25% niższy wynik niż w roku ubiegłym. Wolumen transakcji zamknął się na poziomie 0,7 mld euro, ale to efekt tymczasowy. Aktywa logistyczno-przemysłowe wciąż przyciągają inwestorów. Popyt na rynku najmu pozostaje wysoki, a jego motorem napędowym jest e-commerce. W kolejnych kwartałach będzie zwiększać się udział produkcji związanej ze zmianami w łańcuchach dostaw oraz przenoszeniem firm z ogarniętej wojną Ukrainy. Stawki czynszów co najmniej od dwóch kwartałów wykazują tendencję wzrostową, zwłaszcza dotyczy to nowych projektów, które muszą uwzględniać wyższe koszty związane z budową. Rosną również koszty finansowania, co w efekcie powoduje, że stopy kapitalizacji przestały spadać. Za najlepsze produkty magazynowe stopy kapitalizacji wahały się w przedziale 4,7% – 5%.

PRS perspektywiczny produkt inwestycyjny

Wzrost oprocentowania kredytów hipotecznych oraz masowy napływ uchodźców z Ukrainy wygenerował bardzo duży popyt na wynajem, co spowodowało gwałtowny wzrost stawek czynszów za wynajem w głównych miastach Polski. Dodatkowo spadek sprzedaży indywidualnej mieszkań, skłania coraz większą grupę deweloperów do współpracy z funduszami inwestującymi w PRS. Na razie, na rynku nie ma wielu transakcji ze względu na dość długie procesy decyzyjne oraz problemy inwestorów związane ze zwiększonymi kosztami finansowania. Jednak potencjał sektora wydaje się dość duży i możemy spodziewać się odbicia i dużej aktywności inwestorów już w drugiej połowie roku.

Obecnie warte zaznaczenia  jest, że uwaga, jak i cele zagranicznych funduszy skupiają się na poszukiwaniu alternatywnych klas nieruchomości, poza sektorem logistycznym i magazynowym. To dobra prognoza dla pozostałych segmentów rynku, zwłaszcza dla biurowego,  ponieważ oznacza ponowny ruch i ciekawe przejęcia w kolejnych miesiącach roku – podsumowuje Grzegorz Chmielak.

Złoty odrabia straty

Sytuacja na rynkach pozwala odzyskać złotemu trochę wartości po ostatnich stratach. Szczególnie cieszyć powinni się frankowicze, gdyż CHF staniał w ciągu tygodnia o 3%.

Złoty odzyskuje oddech

Po piątkowym wystąpieniu prezesa FED rynek się jeszcze dobrze nie otrząsnął, a już pojawiają się wątpliwości. Widać to dobrze na głównej parze walutowej, która niby zareagowała korzystnie dla dolara, ale teraz znów wraca w górę. Ruch ten jednak jest mocno korzystny dla PLN. Odpływ kapitału z USA powoduje, że złoty zyskuje. Jeszcze tydzień temu zastanawialiśmy się, czy euro będzie kosztować 4,80 zł. Dzisiaj obserwujemy okolice 4,73 zł. Frank, który atakował 5 zł, dzisiaj testował 4,85 zł. Tutaj jednak zasługą są też zmiany relacji euro do franka. Po słabszym odczycie indeksu zaufania KOF inwestorzy patrzą mniej przychylnie na franka.

Węgry windują stopy procentowe

Wszystko wygląda na to, że Węgrzy podniosą dzisiaj stopy procentowe o kolejny procent. Kraj ten ma zadziwiającą koncepcję wciskania równocześnie hamulca i gazu. Coś, co zresztą z polskiej perspektywy nie powinno aż tak dziwić, bo sami tak robimy. Kraj ten podniósł już stopy procentowe do 10,75%. Więcej w Europie ma Białoruś, Mołdawia i Ukraina. Nie jest to super prestiżowe grono, a pierwszy partner z Unii Europejskiej nie ma nawet ⅔ tego wyniku. Walka z inflacją wymaga jednak zmniejszania ilości pieniądza w obiegu. Węgrzy najpierw utopili gospodarkę drukowanym pieniądzem w trakcie wyborów. Następnie zamrozili stopy procentowe na potrzeby kredytów hipotecznych, by podwyżki stóp nie dotknęły obywateli. Do tego doszła agresja ich rosyjskich przyjaciół na Ukrainę, co w państwie niesamowicie uzależnionym od importu surowców tylko skomplikowało sytuację. Na deser (skoro już było dziwnie) to państwo, podobnie jak Polska, postanowiło sprawdzić, czy da się robić rzeczy, które zablokują wypłaty środków z UE. Udało się. Nie można się zatem dziwić, że pomimo podwyżek stóp forint jest blisko najsłabszych poziomów względem złotego.

Wstrząsy wtórne na giełdach

Po piątkowym wystąpieniu prezesa FED rynki zareagowały paniką. Na giełdach było widać wyraźny odwrót jeszcze przez większość poniedziałku. Rynki starają się przetrawić, jak będzie wyglądała sytuacja. Z jednej strony wyższe od oczekiwań stopy procentowe w USA to wyższa opłacalność inwestycji pasywnych. Z drugiej strony spadki na giełdach zachęcają do próby łapania dołków. Na wielu giełdach dzisiaj od rana widać pewną poprawę. Podobnie do giełd reagują zresztą kryptowaluty. Tutaj jedyna istotna różnica to fakt, że spadki trwały jeszcze w weekend, gdyż rynki te nie są ograniczone do dni roboczych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Czy sytuacja energetyczna w Polsce i na świecie powinna wpłynąć na odroczenie realizacji celów ekologicznych?

Postępujące w ostatnich latach zmiany klimatu obligują decydentów do podejmowania licznych inicjatyw i działań na arenie międzynarodowej. Takie przedsięwzięcia jak Porozumienie paryskie, Agenda 2030 czy Europejski Zielony Ład nadały szybszego tempa oraz podniosły priorytet kwestii związanych z klimatem i działaniami na rzecz zrównoważonego rozwoju. Ostatnia z ww. inicjatyw, tj.  Europejski Zielony Ład jest szczególnie ambitna i kompleksowa, ponieważ obejmuje łącznie aż 48 działań w różnych dziedzinach – od sektora energii, poprzez rolnictwo i transport kończąc na udziale społeczeństwa w walce ze zmianami klimatu. Obecnie głównym celem UE jest osiągnięcie neutralności klimatycznej w perspektywie do 2050 r. Natomiast do 2030 r. UE narzuciła sobie zobowiązanie zredukowania emisji o co najmniej 55% redukcji emisji netto w porównaniu z 1990 r. Zgodnie z szacunkami Komisji Europejskiej, aby osiągnąć cele Zielonego Ładu, w obecnym dziesięcioleciu (2021–2030), UE będzie musiała zwiększyć roczne inwestycje o około 520 mld EUR w porównaniu z poprzednim dziesięcioleciem (390 mld EUR rocznie przypada na dekarbonizację gospodarki oraz 130 mld  na pozostałe cele środowiskowe zielonej transformacji)[1]. Taka skala wydatków wykracza poza możliwości sektora publicznego i wiąże się z koniecznością przekierowania kapitałów prywatnych na inwestycje bardziej sprzyjające zrównoważonemu rozwojowi, a to z kolei będzie wymagało dogłębnej zmiany sposobu funkcjonowania systemu finansowego.

Jednocześnie cała Europa mierzy się dziś z bardzo trudną sytuacją gospodarczą i geopolityczną. Ożywienie pocovidowe, przerwanie łańcuchów dostaw oraz agresja Rosji na Ukrainę wywołało drastyczny wzrost cen surowców, nośników energii i samej energii elektrycznej, co przyczyniło się do największego wzrostu inflacji na świecie od lat 70-tych XX w. Aby przeciwdziałać rosnącym cenom, większość rządów w Europie zdecydowała się na podnoszenie stóp procentowych, co negatywnie odbija się na sytuacji zarówno producentów, jak i konsumentów, ponieważ oznacza wyższe koszty m.in. kredytów.

„Derusyfikacja” dostaw energii

„Derusyfikacja” dostaw paliw kopalnych w związku z atakiem Rosji na Ukrainę zapoczątkowała proces przewartościowania myślenia o polityce energetycznej.

Osłabia się znaczenie gazu ziemnego – który był przedstawiany jako paliwo przejściowe, ze względu na duży udział importu tego paliwa z kierunku rosyjskiego. W tych nowych okolicznościach krótkookresowym priorytetem dla Europy powinno być bezpieczeństwo dostaw oraz jak najszybszy koniec importu paliw z Rosji, natomiast na drugim miejscu powinna znaleźć się polityka klimatyczna i redukcja emisji. Nie oznacza to jednak, że obecną sytuację powinniśmy traktować jako pretekst do odejścia od polityki klimatyczno-energetycznej. Wręcz przeciwnie – powinniśmy ją lepiej wykorzystać i stopniowo uniezależnić się od paliw kopalnych np. poprzez intensyfikację działań na rzecz zwiększania udziału odnawialnych źródeł energii i poprawę efektywności energetycznej.

W ramach REPowerEU środkami  średnioterminowymi mającymi na celu stopniowe wycofanie importu rosyjskich paliw kopalnych jest właśnie podniesieniu ogólnounijnego celu w zakresie efektywności energetycznej na 2030 r. z 9 do 13% oraz podniesienie europejskiego celu w zakresie odnawialnych źródeł energii do 2030 r. z 40 do 45%[2]. Natomiast w związku z obecną sytuacją gospodarczą w Europie (wysokie ceny energii, inflacja i widmo recesji) należy rozważyć zmianę podejścia do tej polityki w krótszym terminie.

Zmiana polityki energetycznej

Jak to zrobić? Po pierwsze powinniśmy pozwolić przejściowo na dłuższe korzystanie ze źródeł węglowych (ale w połączeniu z intensyfikacją działań zwiększających uzyskiwane oszczędności energii i udział OZE) oraz przeanalizować datę włączenia do systemu handlu sektora budynków i transport (tzw. BRT ETS), ponieważ w tym ostatnim przypadku nałożenie dodatkowych opłat mogłoby wywołać opór społeczny wobec polityki energetyczno-klimatycznej spowodowany wzrostem problemu ubóstwa energetycznego.

Wśród narzędzi zmniejszających koszty energii, jakie posiada Polska, są przede wszystkim rozwiązania zmniejszające podatki i opłaty doliczane do finalnej ceny nośnika energii.

Kolejnymi są działania zmierzające do zwiększenia udziału OZE w miksie, co zmniejszyłoby uzależnienie od paliw kopalnych poprzez rozwój najtańszych w polskich warunkach technologii OZE tj. lądowych farm wiatrowych i fotowoltaiki. Konieczne wydaje się również wypracowanie mechanizmu przedłużenia pracy bloków węglowych, co pozwoliłoby na mniejsze wykorzystanie gazu ziemnego jako paliwa przejściowego. Po agresji Rosji na Ukrainę, Polska powinna dłużej wykorzystywać węgiel jako paliwo rezerwujące niesterowalne źródła OZE, by zmniejszać import gazu, a negocjowanie daty końca wsparcia węgla z rynku mocy wydaje się istotnym kierunkiem działań, jakie może podjąć polski Rząd.

Kolejnym punktem jest konsekwentne wdrażanie energetyki jądrowej – stabilnego i bezemisyjnego źródła energii. Wysokie koszty można ograniczyć, np. zmniejszając zużycie energii poprzez niższą temperaturę w mieszkaniu bądź redukując użycie samochodu – chociażby przez promocję pracy zdalnej w sektorach, w których jest możliwa lub ograniczając zbędne podróże – zmniejszamy nasze wydatki na nośniki energii, a każde takie działanie dodatkowo wpływa na zbliżenie się do równowagi na rynkach energii, więc i na spadek ich cen. Zatem zmniejszając zużycie energii, zmniejszamy nasze rachunki na dwa sposoby zarówno poprzez zmniejszenie ilości koniecznej do zakupu energii, jak i działając w kierunku zrównoważenia popytu z podażą, zmniejszamy finalną cenę każdego nośnika energii.

W długim horyzoncie czasowym ceny energii elektrycznej można obniżyć także dzięki subsydiom dla instalacji OZE. Subsydia obniżą koszty inwestycji dla producentów energii, a co za tym idzie, także ceny energii. Należy pamiętać jednak, że subsydia mogą stanowić znaczący koszt dla budżetu państwa.

Co przyniesie przyszłość?

W zasadzie cały świat będzie dążył do neutralności klimatycznej. Transformacja polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym jest konieczna, ponieważ brak działań może kosztować więcej niż wprowadzenie niezbędnych zmian. Stwarza to szansę dla dalszego rozwoju naszej gospodarki, wzmocnienia konkurencyjności oraz stworzenia nowych miejsc pracy. Koszty tego przedsięwzięcia będą ogromne, dlatego tak ważne jest wykorzystanie środków unijnych. Nie należy jednak z tym zwlekać, tylko działać już teraz. Dlatego też firmy powinny szukać źródeł finansowania tych inwestycji i np. rozważyć skorzystanie ze środków dostępnych w ramach systemu EU ETS (Fundusz Innowacyjny czy Modernizacyjny), czy funduszy krajowych np. Funduszu Transformacji Energetyki, do którego trafi 40% środków ze sprzedaży uprawnień w drodze aukcji z obecnego okresu rozliczeniowego. Należy przy tym pamiętać, że im wyższa cena uprawnień do emisji, tym więcej środków dostępnych na inwestycje w technologie niskoemisyjne. Z drugiej strony, zbyt szybkie tempo wzrostów cen uprawnień do emisji w EU ETS zwiększa koszty przedsiębiorstw oraz wpływa na ceny energii elektrycznej. Oznacza to, że niezbędna jest reforma tego systemu pod kątem wprowadzenia pewnych mechanizmów, które mogłyby tę cenę stabilizować. Bardzo dobrym rozwiązaniem mogłoby być np. „ulepszenie” istniejącego art. 29a dyrektywy EU ETS, tak aby szybciej reagował na nagłe wzrosty cen lub wykorzystanie uprawnień, które trafiają do rezerwy MSR[3]. Ważny jest też nadzór nad tym rynkiem. Dlatego też europejski nadzór finansowy (ESMA) powinien lepiej monitorować ten rynek i starać się wyłapywać przypadki handlu uprawnieniami, które odbiegają od normy.

Reasumując, nie jest nam potrzebna zmiana celów redukcyjnych, a jedynie zmiana drogi dojścia do tych celów. Można to osiągnąć poprzez przejściowe zapewnienie dostaw energii po akceptowalnej cenie (krótkoterminowo) i nie trzeba przy tym rezygnować z realizacji celów klimatycznych w dłuższym terminie (intensyfikacja rozwoju OZE i zwiększenie efektywności energetycznej).

Autor: dr inż. Krystian Szczepański, Dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska-Państwowego Instytutu Badawczego

[1] https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/PDF/?uri=CELEX:52022DC0083&from=EN

[2] https://eur-lex.europa.eu/resource.html?uri=cellar:fc930f14-d7ae-11ec-a95f-01aa75ed71a1.0010.02/DOC_1&format=PDF

[3] KE w ramach planu „REPowerEU” zamierza spieniężyć ok. 200 mln uprawnień do emisji znajdujących się w rezerwie MSR. Środki uzyskane ze sprzedaży uprawnień (ok. 20 mld EUR) mają zostać przekazane państwom czł. w formie dotacji (https://ec.europa.eu/info/strategy/priorities-2019-2024/european-green-deal/repowereu-affordable-secure-and-sustainable-energy-europe_pl).

Puste trybuny nie zaszkodziły piłce nożnej. W sezonie 2020/2021 wzrosły przychody europejskich klubów

Puste trybuny nie zaszkodziły piłce nożnej – w ubiegłym sezonie przychody europejskich lig piłkarskich wyniosły prawie 28 miliardów euro. Udział ligi angielskiej, niemieckiej, hiszpańskiej, włoskiej i francuskiej w całym europejskim rynku stanowi 57 proc.

Europejski futbol zdaje się odrabiać straty spowodowane pandemią koronawirusa. Jak wynika z 31. edycji raportu „Annual Review of Football Finance” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, przychody europejskiego rynku piłkarskiego w sezonie 2020/2021 wzrosły o jedną dziesiątą w porównaniu z poprzednim okresem rozgrywkowym i wyniosły 27,6 mld euro. W najbliższych latach drużyny piłkarskie ze Starego Kontynentu będą musiały jednak dokonać głębokich reform, m.in. na skutek zmian przepisów dotyczących finansowania klubów.

Europejski futbol zdaje się odrabiać straty spowodowane pandemią koronawirusa. Jak wynika z 31. edycji raportu „Annual Review of Football Finance” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, przychody europejskiego rynku piłkarskiego w sezonie 2020/2021 wzrosły o jedną dziesiątą w porównaniu z poprzednim okresem rozgrywkowym i wyniosły 27,6 mld euro. W najbliższych latach drużyny piłkarskie ze Starego Kontynentu będą musiały jednak dokonać głębokich reform, m.in. na skutek zmian przepisów dotyczących finansowania klubów.

Odroczone wpływy z praw do transmisji telewizyjnych oraz sukces wydarzenia, jakim było opóźnione o rok Euro 2020, pomogły europejskiemu rynkowi piłkarskiemu powrócić na ścieżkę rosnących przychodów. Było to możliwe, mimo zamknięcia trybun dla publiczności w związku z pandemią koronawirusa. W sezonie 2020/ 2021 całkowita wartość wpływów finansowych europejskiego rynku piłkarskiego wyniosła 27,6 mld euro, co oznacza wzrost o 10 proc. rok do roku.

Łączne przychody „wielkiej piątki” europejskiego futbolu – czyli Premier League, La Ligi, Bundesligi, Serie A i Ligue 1 – zwiększyły się z kolei o 3 proc., do poziomu 15,6 mld euro.

Wśród pięciu lig posiadających prawie 60 proc. udziału w europejskich piłkarskich finansach, liderem wzrostu była włoska Serie A. Przychody wynoszące 2,5 mld euro, o 23 proc. więcej w porównaniu do ubiegłego roku osiągnięto dzięki opóźnionym płatnościom za prawa do transmisji. Włoska liga jako jedyna zanotowała wyższe wpływy finansowe w porównaniu z okresem poprzedzającym wybuch pandemii COVID-19. Na przeciwległym biegunie finansowym znalazły się niemiecka Bundesliga oraz hiszpańska La Liga. Obydwie klasy rozgrywkowe w ubiegłym sezonie odnotowały roczny spadek przychodów o 6 proc., kończąc go z wynikiem wynoszącym odpowiednio 3 i 2,9 mld euro. Francuska Ligue 1 poradziła sobie nieco lepiej, aczkolwiek wzrost przychodów francuskich klubów wyniósł zaledwie 1 proc. Oznacza to finalny rezultat na poziomie 1,6 mld euro. Jednym z najlepszych wyników spośród całej piątki może pochwalić się angielska Premier League. Przychody zespołów zrzeszonych w tej klasie rozgrywkowej w ubiegłym sezonie wzrosły o 8 proc. do poziomu 5,5 mld euro. Podobnie jak w przypadku Włoch, głównym motorem wzrostu wpływów finansowych ligi angielskiej okazały się opóźnione płatności za prawa do transmisji telewizyjnych

– Znaczną część meczów sezonu 2020/2021 europejskie kluby rozegrały przy pustych trybunach, co spowodowało niemal całkowitą utratę wpływów z dnia meczowego. Mimo kłopotów, europejski rynek piłkarski jako całość osiągnął trwały wzrost przychodów, m.in. dzięki sukcesowi ostatniej edycji mistrzostw Europy w piłkę nożną oraz wpływom za sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych. Stanowi to dowód na odporność branży na zawirowania, aczkolwiek wiele klubów zakończyło miniony sezon ze stratą. W efekcie, u części podmiotów obserwujemy zmianę sposobu zarządzania finansami, uwzględniającą m.in. zewnętrzne finansowanie oraz reagowanie na zmiany trendów w obszarze pozyskiwania środków na transfery – mówi Tim Bridge, lead partner, lider Sports Business Group, Deloitte UK.

Idzie nowe

Zdaniem autorów raportu zawirowania spowodowane pandemią COVID-19 mogą zainicjować reformy dotychczasowego modelu funkcjonowania klubów piłkarskich. Chodzi przede wszystkim o faktyczne przestrzeganie zasad finansowego fair play, które ma zwiększyć inkluzywność rozgrywek.

– Wprowadzone przez władze UEFA zmiany przepisów dotyczące zasad kontroli finansów klubów piłkarskich mogą stanowić wyzwanie dla wielu utytułowanych zespołów. Celem władz europejskiej federacji piłkarskiej jest bowiem uzdrowienie sytuacji finansowej klubów oraz profesjonalizacja rozgrywek kobiecych zespołów. To historyczna zmiana, która wymagać będzie jednak głębokich reform szczególnie wśród tych podmiotów, które od wielu lat odnotowują straty finansowe – zaznacza Tim Bridge.

Napływ inwestycji

Z analizy Deloitte wynika, że pięć czołowych lig europejskich w ostatnim czasie cieszyło się zainteresowaniem wielu inwestorów. W 2021 r. odnotowano 15 inwestycji związanych z zespołami z „wielkiej piątki”, o 3 więcej niż w latach 2019 – 2020. Za blisko 90 proc. przypadków zaangażowania kapitałowego odpowiadają osoby fizyczne oraz inwestorzy private equity, a dwie trzecie inwestorów pochodzi ze Stanów Zjednoczonych.

Widocznym trendem jest także dążenie do kontrolowania więcej niż jednego klubu (ang. multi-club ownership, MCO). Dzisiaj na europejskim rynku futbolowym obecnych jest 70 takich przypadków, ponad 2 razy więcej niż zaledwie pięć lat temu. Widocznym przykładem tego zjawiska jest Premier League – dziewięć z 20 zespołów ligi wchodzi w skład większych piłkarskich imperiów.

– Europejski rynek piłkarski przyciąga coraz więcej zagranicznych inwestorów, poszukujących okazji inwestycyjnych. Ich zainteresowanie jest powodowane m.in szybkim tempem odbudowy tego sektora po pandemii. Aby korzyści z zaangażowania kapitałowego odnotowali nie tylko sami inwestorzy, ale również piłkarze i widzowie, konieczne jest uwzględnienie zasad odpowiedzianego inwestowania, którego celem jest ochrona stabilności finansowej klubów piłkarskich – mówi Sam Boor, sports M&A advisory lead, Sports Business Group, Deloitte.

Inwestowanie w sztukę od podstaw

Rynek sztuki – w przeciwieństwie do wielu innych sektorów gospodarki – nie tylko przetrwał pandemię COVID-19, ale wyszedł z niej silniejszy. W ostatnich latach niesamowity wzrost wartości odnotował przede wszystkim polski rynek. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny  w 2020 roku wartość sprzedanych w Polsce dzieł sztuki i antyków wyniosła 418,5 mln zł, czyli o 157,5% więcej niż w 2019 roku. Zeszły rok również bez wątpienia można uznać za rekordowy, aż trzy prace uzyskały na aukcji wynik ponad 10 mln złotych, a były to dwie figuralne kompozycje przestrzenne Magdaleny Abakanowicz („Tłum III” – 13,2 mln złotych i „Bambini” – 13,6 mln złotych) oraz obraz Andrzeja Wróblewskiego „Dwie mężatki” – 13,4 mln złotych. Bezpieczeństwo inwestowania na polskim rynku sztuki jest duże ze względu na dynamikę rozwoju oraz ciągłe niedoszacowanie cen dzieł rodzimych artystów, które pozostają sześcio/pięciokrotnie niższe niż ceny porównywalnych prac zagranicznych twórców.

Inwestowanie w sztukę

Rynek alternatywny charakteryzuje się długofalowymi inwestycjami o sporym potencjale wzrostu rentowności. Sztuka nie jest jednak aktywem płynnym – nie da się jej szybko spieniężyć. Skuteczny horyzont inwestycyjny rozpoczyna się od ok. 5-7 lat. W takich przypadkach przestrzega się przed pozyskiwaniem środków na zakup poprzez kredyty.  Szacuje się, że maksymalna wartość sztuki w portfelu inwestycyjnym powinna wynosić 10% jego wartości. Powód jest prosty – sztuka najwyższą stopę zwrotu przynosi po określonym czasie. Przy realizacji inwestycji, czyli odsprzedaży danego dzieła powinniśmy stworzyć sobie takie warunki, by uzyskać oczekiwaną i satysfakcjonującą ofertę cenową. Dzieła sztuki uznaje się za dobry środek tezauryzacji pieniądza. Celem tezauryzacji jest ochrona kapitału przed utratą wartości na skutek wydarzeń takich jak wojna, kryzysy gospodarcze czy konflikty zbrojne.

Zwrot inwestycji

Jeśli zależy nam na opłacalnej inwestycji, musimy pamiętać o tym, by zamiast emocjami kierować się logiką. Potrzeba ok. sześciu lat, by cena sprzedaży nie tylko pozwoliła pokryć koszty związane z zakupem, odpowiednim utrzymaniem i zabezpieczeniem dzieła sztuki, ale i przyniosła namacalny zysk. Inwestor oczekuje w końcu nie tylko zwrotu kapitału, dlatego w zależności od specyfiki i charakteru rynku musi często uzbroić się w cierpliwość. Nie wolno przy tym zapominać o zachowaniu właściwego stanu dzieła. Decydując się na tego typu inwestycję należy dołożyć wszelkich starań by zapewnić warunki konieczne do poprawnego przechowywania obiektu. Najistotniejsze czynniki, które trzeba wziąć pod uwagę to nasłonecznienie, temperatura i wilgotność pomieszczenia. Oprócz odpowiedniej konserwacji dzieła powinniśmy zabezpieczyć się na wypadek kradzieży, co stanowi dodatkowe koszta chociażby w postaci zainstalowania alarmów czy sejfu. Choć w rzeczywistości kradzieże dzieł sztuki zdarzają się niezwykle rzadko. Złodzieje częściej sięgają po biżuterię czy różnego rodzaju sprzęty, mając świadomość, że dzieło sztuki na czarnym rynku jest dobrem niezbywalnym. Najczęściej nie posiadają także umiejętności ocenienia jego wartości. Jeżeli natomiast dojdzie do kradzieży należy zawiadomić policję oraz Stowarzyszenie Antykwariuszy Polskich, którzy to niezwłocznie poinformują galerie i domy aukcyjne, jednocześnie zamieszczając informację na swojej stronie internetowej. Tym samy dzieło zostanie “zablokowane” i dla złodzieja nie będzie miało żadnej wartości materialnej. 

Mechanizmy rynkowe świata sztuki

Zakup dzieła sztuki wymaga odpowiedniego rozeznania i wiedzy. Na cenę wpływ ma wiele czynników – samo nazwisko artysty jest ważne, ale nie determinuje ostatecznego potencjału inwestycyjnego. Wartość rynkowa obiektu zależy od rozmiaru, techniki wykonania, obecności sygnatury, transparentnej proweniencji czy pozycji w dorobku danego twórcy – najczęściej najtańsze prace pochodzą z wczesnego i końcowego etapu aktywności artystycznej, gdyż cieszą się one najmniejszym zainteresowaniem kolekcjonerów. Najbardziej pomocne okaże się prześledzenie historii i notowań artysty na rynku sztuki. Za ile dotychczas sprzedawane były jego prace? Ile wynosi rekord aukcyjny? Jakie prace osiągają największe wyniki? Inwestowanie w sztukę powinniśmy rozpocząć od bliższego poznania rynku (zarówno aukcyjnego jak i galeryjnego). Nie warto dokonywać zakupów w ciemno, a o radę można poprosić art advisorów, czyli doradców i ekspertów rynku sztuki.

Muzea, galerie i domy aukcyjne

Na początek najlepszym krokiem do odkrywania świata sztuki będzie wizyta w muzeum, galerii, a nawet w domu aukcyjnym. O ile instytucje muzealne znajdują się prawie w każdym większym mieście, to domy aukcyjne skupione są w większości w Warszawie – podobna sytuacja ma miejsce w przypadku galerii, choć zachodzi tu jednak pewna dywersyfikacja na pozostałe duże miasta, takie jak: Kraków, Poznań, Wrocław, Gdańsk. Czy to oznacza, że inwestowanie przeznaczone jest tylko dla ludzi z dużych miast? Na szczęście nie. Mitem jest opinia o niedostępności i enigmatyczności informacji na ten temat. Rodzimy rynek sztuki w ciągu ostatnich dwudziestu lat wykształcił mechanizmy oraz narzędzia pozwalające w szybki i obiektywny sposób zdobywać wiedzę na jego temat. Cała oferta galerii i domów aukcyjnych znajduje się w sieci – zarówno na poszczególnych stronach internetowych jak i na portalach poświęconych inwestycjom na rynku sztuki.

Gdzie kupować dzieła sztuki?

Zaletą kupowania dzieł sztuki w galeriach, które działają długofalowo jest pewność, że z biegiem lat wartość danego artysty będzie rosnąć. Uzyskana rozpoznawalność przyczyni się do wzrostu cen. Celem każdej galerii jest promocja artysty, na którą składają się aktywności takie jak organizowanie wystaw, publikacja katalogów czy opracowań. Zupełnie inny model funkcjonowania mają domy aukcyjne. Niektóre z nich organizują aukcje systematycznie, inne sporadycznie. Polityka domu aukcyjnego stoi na przeciwległym biegunie względem polityki galerii. Aukcja to bezlitosny mechanizm rynkowy, który weryfikuje działalność galerii, gdyż pokazuje realne zainteresowanie danym artystą na rynku. Zupełnie inną formą inwestowania w sztukę jest kupowanie od artystów. Można w ten sposób uzyskać ceny niższe niż w galeriach, gdzie marża często sięga 40-50%. Trzeba jednak pamiętać, że w tym przypadku atrakcyjny cenowo zakup to tylko pozorna oszczędność. Marża, którą zostawiamy w galerii przeznaczona jest na dalszą promocję artysty, jeżeli twórca zatem nie jest związany z galerią – jego wartość nie będzie wzrastać. 

Jak zacząć inwestować?

Czy trzeba być milionerem żeby kupować obrazy lub rzeźby? Niekoniecznie. Wbrew pozorom inwestowanie w polską sztukę nie wymaga, aż tak wielkich nakładów finansowych. Rodzimy rynek w przeciwieństwie do światowego charakteryzuje spore zróżnicowanie cenowe. Polska sztuka wciąż pozostaje bardzo niedoszacowana. Co to oznacza w praktyce? Stosunkowo niskie ceny. Przygodę z inwestowaniem w dzieła sztuki można rozpocząć już od kilkunastu tysięcy złotych. Jednym z najdynamiczniej rozwijających się segmentów polskiego rynku sztuki są dzieła powojennych artystów – trzeba mieć jednak na uwadze, że są to inwestycje z wyższego pułapu kapitałowego. Jeszcze 10 lat temu dominującą pozycję zajmowali twórcy przedwojenni. Powodem pojawienia się nowego trendu była swoista zmiana pokoleniowa, którą datować można na okolice 2010 roku. Sztukę zaczęli kupować ludzie, którzy zbudowali duży kapitał po przemianie ustrojowej. Ze względu na rosnący wolumen obrotów, najbliższe lata będą prawdopodobnie czasem umacniania się sztuki powojennej na polskim rynku. Pojawia się coraz więcej nowych kolekcjonerów, a co za tym idzie, także i nowy kapitał. Podaż tych dzieł pozostaje jednak ograniczona. 

autor: Roman Kaczkowski

Roman Kaczkowski ukończył historię sztuki na UJ, studia poświęcił na zgłębianie tajemnic rynku sztuki. Tej tematyce też poświęcił swoją pracę magisterską. Po studiach rozpoczął pracę w instytucjach polskiego rynku sztuki. W pierwszej kolejności w galerii Piotra Nowickiego, następnie wydawnictwo Art&Business, by w końcu rozwinąć swoje umiejętności w domu aukcyjnym DESA Unicum, gdzie przez 6 lat zajmował się doradztwem w zakresie inwestowania w dzieła sztuki, budowania kolekcji dzieł sztuki. Od dwóch lat realizuje swój własny projekt ARX Gallery, która zajmuje się najlepszą klasyką polskiej sztuki powojennej.

Czy kryzys energetyczny wpływa na wydobycie bitcoinów?

Nie jest niespodzianką, że z powodu kryzysu energetycznego, który w ciągu ostatnich kilku tygodni nie schodził z nagłówków gazet, teraz wpływa on na wydobycie bitcoinów.

Ponieważ ceny BTC spadły o 50 proc., a ceny energii idą w górę, zrozumiałe jest, że niektórzy górnicy chcą pokryć swoje straty ze względu na samą ilość energii potrzebnej do wydobycia zasobów.

Jak się okazuje, niektórzy górnicy sprzedają teraz energię z powrotem do sieci, aby zrównoważyć spadek ceny bitcoina, a niektórzy faktycznie płacą za zamykanie operacji w godzinach szczytu, uwalniając moc z powrotem do sieci, jednocześnie obniżając koszt produktu.
W miarę pogłębiania się kryzysu kosztów utrzymania i możliwej bessy, może to być kolejny potencjalny efekt uboczny, ponieważ poziom produkcji prawdopodobnie spadnie poniżej poziomów z poprzednich miesięcy, ponieważ koszty energii nadal spadają.

Simon Peters, analityk kryptowalut eToro

Po komentarzach Fed widać spadki w krypto

Komentarze Jerome’a ​​Powella z Fed spowodowały spadek cen kryptowalut i akcji pod koniec zeszłego tygodnia, a ceny w dużej mierze nadal spadały, ponieważ inwestorzy chcą się pozbywać „bardziej ryzykownych” aktywów.

Bitcoin kosztuje obecnie 20 400 dolarów w porównaniu do zeszłego tygodnia, kiedy to przed piątkowym spadkiem zbliżał się do 22 000 dolarów. Ten spadek po Jackson Hole był odzwierciedleniem rynku akcji, a na rynkach amerykańskich straciło 1,25 biliona dolarów po komentarzach, że podwyżki stóp procentowych zostaną utrzymane. Na pewnym etapie w poniedziałek BTC spadł poniżej 20 000 dolarów, aby zakończyć na poziomie 19 500 USD

Ethereum kosztuje obecnie nieco poniżej 1600 dolarów – mniej więcej tyle samo, co w zeszłym tygodniu. Według Santiment wynika to z wiadomości, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy akcje giełdowych wielorybów wzrosły o 78 proc. Przepływ kryptowalut na giełdy zazwyczaj oznacza sentyment typowy dla bessy i czerpanie zysków – co oznacza, że ​​wieloryby oczekują, że cena Ethereum spadnie. To, czy połączenie będzie okazją typu „kup plotkę, sprzedaj wiadomość” – dopiero się okaże, ale na razie analiza techniczna sugeruje, że w nadchodzących tygodniach możemy zaobserwować wiele akcji blockchain.

Simon Peters, analityk kryptowalut eToro

Lejek sprzedażowy – jak wygląda w e-commerce?

Lejek sprzedażowy to obrazowy sposób pokazania kontaktu klientów z marką. Sprawdza się głównie w branży e-commerce, pozwalając podnieść sprzedaż dzięki odpowiednim działaniom marketingowym. Jak działa i jak wykorzystać jego strukturę?

Struktura lejka sprzedażowego

Czym jest lejek sprzedażowy? To schemat opisujący interakcję klienta z marką – zarówno pierwsze zetknięcie z produktem lub usługą, przez wpływ jaki ma odpowiedni marketing na opinie o marce aż do końcowej transakcji. Nie bez powodu wybrano właśnie nazwę od lejka. Konstrukcja tego naczynia doskonale obrazuje cały proces pozyskiwania potencjalnych klientów przez firmy.

Poszczególne etapy lejka sprzedażowego

Górny wlot lejka jest najszerszy, im bliżej zaś wylotu, tym mniej mieści lejek. Tak samo wygląda lejek sprzedażowy – na  górze, u wlotu znajdziemy największą liczbę potencjalnych klientów, którzy dopiero mieli pierwszą styczność z brandem. Na tym etapie lejka sprzedażowego działania marketingowe skupiają się na uświadomieniu potrzeb u potencjalnego klienta. Ten etap jest najszerszy, ponieważ nie każdy decyduje się na następny kontakt z marką.

Pośrodku lejka znajdują się klienci skłaniający się do przyjęcia oferty. To tutaj zachodzą negocjacje dotyczące ostatecznego kształtu oferty. U węższego końca w lejku sprzedażowym znajdują się odbiorcy gotowi do dokonania zakupu. Na każdym etapie lejka pozyskiwanie klientów odbywa się inaczej i wymaga różnych działań marketingowych.

Lejki sprzedażowe w e-commerce

Chociaż konstrukcja lejka marketingowego sprawdza się niemal w każdym biznesie, najczęściej znajduje swoje zastosowanie w branży e-commerce. Jak prezentuje się lejek marketingowy w przypadku odwiedzających sklep internetowy? Najszerszą objętość u góry lejka zajmuje grupa docelowa, w którą celuje marka. Niżej znajdują się osoby wchodzące na stronę sklepu internetowego, jeszcze niżej zaś konsumenci zainteresowani ofertą.

Pośrodku lejek sprzedaży zajmuje grupa tzw. Shoppersów. Shoppersi uważnie przeglądają ofertę, dodają produkty do koszyka, jednak nie dokonują zakupu. Często wyczekują wyprzedaży lub sprawdzają podobne oferty na innych witrynach e-commerce. Dalej są kupujący, którzy dokonali zakupu przy pomocy strony Twojej firmy. Poniżej znajdują się klienci korzystający z danego produktu lub usługi. Na końcu znajduje się najciekawsza grupa – społeczność zaangażowana wokół danej marki, która dzieli się recenzjami i komentarzami na jej temat.

Tradycyjny model oddziaływania na potencjalnego klienta

Klasycznie, do poszczególnych etapów lejka dopasowano model AIDA. Opiera się on o 4 etapy pozyskiwania grupy klientów:

  • A od Attention – zwrócenie uwagi na markę
  • I od Interest – wzbudzenie zainteresowania jej ofertą
  • D od Desire – pobudzenie pożądania w stosunku do produktu/usługi
  • A od Action – zachęcenie do dokonania zakupu

System ten ma jednak sporo luk, a proces sprzedaży obecnie rozpoczyna się już wcześniej, od stworzenia społeczności wokół marki. Nie skupia się też tak bardzo na finalizacji transakcji, a nacisk kładzie raczej na budowaniu więzi z marką. Model AIDA nie uwzględnia również tego, co zachodzi po zakupie towaru przez konsumenta. Dzisiaj jest to jednak bardzo ważny etap, ponieważ na podstawie opinii zaangażowanych odbiorców, potencjalny klient wyrabia sobie własne zdanie.

Nowy model działania na lejek sprzedaży

Dlatego dzisiaj, w zakresie sprzedaży internetowej, funkcjonuje bardziej skomplikowany model oddziaływania na klienta na różnych etapach lejka. Lejek sprzedażowy zaczyna się od budowania świadomości danej marki. Na tym etapie, najważniejszy jest dobry content marketing oraz optymalizacja swojej witryny pod kątem kluczowych fraz SEO. W tym momencie uświadamia się klienta o jego potrzebach, przez media społecznościowe, posty na blogach – idealnie działają infografiki oraz materiały wideo.

Na następnym fragmencie lejka marketingowego najważniejsze jest budowanie zainteresowania. Potencjalni klienci oczekują od witryny internetowej logicznej i ciekawej struktury, inaczej odbiją się od Twojej strony. Co ma największy wpływ na zainteresowanie klienta konkretną ofertą? Na pewno, oprócz designu strony, bezpośredni wpływ ma także czas jej ladowania i przystępne treści. Obecnie istotna jest także wyszukiwarka produktów i kontakt z firmą (live chat, adres e-mail). Często dodaje się też opinie osób po zakupie.

Kolejne działania w lejku sprzedaży

Następnie strony sprzedażowe muszą dać impuls do decyzji o zakupie. Twoi klienci dużo czasu spędzają na stronie, ale nie realizują swojego zamówienia? Tzw. efekt porzuconego koszyka można łatwo przerwać, wywołując pożądanie u konsumentów. Osiągniesz swój cel poprzez remarketing, aktywność w social media oraz korzystne promocje.

Kolejny etap w lejku marketingowym to zakup. Na tym jednak kontakt z klientem nie powinien się skończyć! Informacje o zamówieniu, reakcje na reklamacje oraz prośba o feedback – wtedy klient czuje, że jest w centrum uwagi. Lejek sprzedażowy nie kończy się w tym momencie – zadbaj o swoich klientów w posprzedaży, a zbudujesz zaufanie do marki.

Badanie Hays Poland: 53% specjalistów w czasie wakacji pracowało bardziej elastycznie

Elastyczność pozostaje dla specjalistów jednym z najważniejszych elementów pracy. Często kwestia ta odgrywa jedną z kluczowych ról w decyzjach podejmowanych przez profesjonalistów w życiu zawodowym. Duża część pracodawców dostrzega, jak ważne są dla pracowników rozwiązania umożliwiające pogodzenie życia zawodowego i prywatnego, a także benefity związane z czasem wolnym. Jak wynika z najnowszego badania Hays Poland, aż 53 proc. pracowników w okresie wakacyjnym miało możliwość pracować w bardziej elastyczny sposób.

Okres urlopowy może przyczyniać się do spadku motywacji oraz produktywności zatrudnionych. Jest również czasem, w którym z uwagi na liczne nieobecności pracowników, wiele projektów czy zadań realizowanych jest w nieco wolniejszym tempie. Z tego względu niektóre firmy w Polsce zdecydowały się wprowadzić bardziej elastyczne rozwiązania na czas wakacji.

Zagwarantowanie pracownikom większej niezależności w zarządzaniu czasem i miejscem pracy w okresie urlopowym zazwyczaj miało na celu ułatwienie im łączenia pracy i odpoczynku w letniej aurze, a także zapewnienia opieki dzieciom. Część organizacji wykorzystała ten okres – standardowo charakteryzujący się mniejszą dynamiką działań – również na przetestowanie określonych rozwiązań przed podjęciem decyzji o wdrożeniu ich na stałe. Takie inicjatywy tego typu zazwyczaj były oceniane przez specjalistów pozytywnie, a tym samym mogą przełożyć się na zwiększenie ich satysfakcji oraz lojalności wobec pracodawców.

Zmiany w okresie wakacyjnym

Firmy stale poszukują rozwiązań, które pomogłyby im zatrzymać oraz pozyskać pracowników. Co za tym idzie, starają się rozpoznać i sprostać oczekiwaniom specjalistów. Jedną z kluczowych kwestii jest dla nich elastyczność – zarówno w kontekście modelu pracy, jak i godzin pełnienia obowiązków zawodowych. Stąd też część firm oraz menedżerów w okresie wakacyjnego spowolnienia wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom.

Jak wynika z badania Hays Poland, przeprowadzonego w okresie od lipca do sierpnia 2022 roku wśród 900 profesjonalistów, aż 53 proc. pracowników zyskało większą elastyczność pracy na czas wakacji. Warto podkreślić, że większa elastyczność w okresie urlopowym, z której skorzystało tak wielu specjalistów, mogła wynikać zarówno z oficjalnych, ogólnofirmowych zaleceń, jak i z indywidualnych ustaleń z bezpośrednim przełożonym.

Czy firma oferuje pracownikom większą elastyczność w okresie wakacyjnym?

Tak 53%
Nie 47%

Źródło: Badanie Hays Poland, lipiec-sierpień 2022

Gotowość pracodawców do zwiększania elastyczności pracy może wynikać z dotychczasowych doświadczeń firmy w tym zakresie. Nawet jeśli jest to tymczasowe, np. wakacyjne rozwiązanie, to wprowadzenie go świadczy o zaufaniu do pracowników i dostrzeganiu ich potrzeb. To z kolei stanowi potwierdzenie, że firmom zależy na dobrostanie zatrudnionych. W dłuższej perspektywie może to prowadzić do wdrażania przetestowanych rozwiązań na stałe – tłumaczy Agnieszka Kolenda, Executive Director w Hays Poland.

Warto dodać, iż w wielu firmach elastyczna praca została już wdrożona i pracodawcy nie decydowali się na zwiększanie jej zakresu na czas wakacyjny. Jak wynika z ostatniego raportu Hays Poland „Rynek pracy 2022. Półroczny przegląd trendów”, 29 proc. specjalistów obecnie pracuje w modelu pełni zdalnym, a 43 proc. – hybrydowo. Pracę stacjonarną praktykuje obecnie zaledwie 26 proc. specjalistów i menedżerów.

Nie tylko praca zdalna

Obecnie największą popularnością wśród pracowników cieszy się model hybrydowy z większą częścią tygodnia przepracowanego zdalnie. Jednocześnie aż 70 proc. specjalistów uważa, że konieczność pracy w niesatysfakcjonującym modelu mogłaby być dla nich wystarczającym argumentem do zmiany miejsca zatrudnienia. Takie wnioski płyną z raportu „Rynek pracy 2022. Półroczny przegląd trendów”.

Co za tym idzie, aby choć częściowo spełnić oczekiwania specjalistów, wiele firm wprowadziło możliwość wyboru modelu pracy na czas wakacji. Takiej odpowiedzi udzieliło aż 69 proc. respondentów lipcowego sondażu Hays. W okresie urlopowym firmy oferowały również opcję rozpoczęcia pracy wcześniej lub później niż zazwyczaj (43 proc.) oraz możliwość pracy z zagranicy (21 proc.). Z kolei 14 proc. pracodawców wprowadziło krótszy wymiar czasu pracy, w tym krótsze lub wolne piątki.

Jakie rozwiązania zostały wprowadzone na czas wakacji?*

Możliwość wyboru modelu pracy (np. zdalny) 69%
Możliwość rozpoczęcia pracy wcześniej/ później 43%
Możliwość pracy z zagranicy 21%
Krótszy wymiar czasu pracy (np. krótsze/ wolne piątki) 14%
Inne 3%

Źródło: Badanie Hays Poland, lipiec-sierpień 2022

* Wyłącznie respondenci, którzy w okresie wakacyjnym cieszyli się większą elastycznością. Procenty nie sumują się do 100, ponieważ możliwe było zaznaczenie więcej niż jednej odpowiedzi. Wśród „innych” wymieniano dłuższe przerwy w trakcie pracy, mniej obowiązków na czas urlopowy oraz rozwiązania indywidualnie omawiane z pracownikami.

Możliwość pracy z zagranicy wyznaczyła nowy trend, nazywany „workation”. Termin ten oznacza połączenie pełnienia obowiązków zawodowych w pełnym wymiarze godzin z wakacjami. Po zakończeniu pracy możliwe jest bowiem korzystanie z uroków danego miejsca, bez konieczności brania urlopu. Ze względu na to, iż jest to stosunkowo nowe rozwiązanie, wiele firm wciąż zachowuje ostrożność i niechętnie się na nie decyduje. Obecnie największą popularnością cieszy się ono w branży IT – komentuje Łukasz Grzeszczyk, Executive Director w Hays Poland.

Work-life balance kluczowy dla pracowników

Równowaga pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym stanowi dużą wartość dla specjalistów. Jak wynika z badań Hays Poland, jej brak wskazywany jest jako jeden z głównych powodów rozważania zmiany pracy. Nie dziwi zatem fakt, iż większa elastyczność pracy jest postrzegana jako cenny benefit. Aż 87 proc. respondentów badania odpowiedziało twierdząco na pytanie o atrakcyjność tego rozwiązania, a aż 70 proc. z nich uzasadniło to znaczeniem work-life balance w ich życiu.

Większa elastyczność w okresie wakacyjnym okazała się również istotna z punktu widzenia pracowników wychowujących dzieci oraz planujących urlop – odpowiednio 10 i 7 proc. Zaledwie 6 proc. respondentów uznało, że elastyczne, tymczasowe rozwiązania pod żadnym względem nie są dla nich atrakcyjne.

Czy rozwiązania, z których mogłeś/aś korzystać w okresie wakacyjnym byłyby dla Ciebie atrakcyjnym benefitem?

Tak, ponieważ cenię sobie elastyczność pracy i work-life balance 70%
Tak, ponieważ łatwiejsze będzie zapewnienie dziecku opieki 10%
Tak, ponieważ zaplanowanie urlopu będzie łatwiejsze 7%
Nie mam zdania 7%
Nie 6%

Źródło: Badanie Hays Poland, lipiec-sierpień 2022

Work-life balance niezmiennie pozostaje istotnym elementem pracy dla specjalistów. Dzięki takiej równowadze możliwe jest zachowanie wysokiego poziomu produktywności i zadowolenia z pracy przy jednoczesnym czerpaniu satysfakcji z życia prywatnego. Nie dziwi zatem fakt, iż większość specjalistów ceni sobie elastyczne rozwiązania – zauważa Agnieszka Pietrasik, Executive Director w Hays Poland.

Zadowolenie z pracy elastycznej w okresie wakacji jednoznacznie potwierdzają wyniki badania. Aż 86 proc. respondentów chciałoby, aby był to benefit wdrożony na stałe, natomiast niemal co dziesiąty nie potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Poselski projekt ustawy o zmianie ustawy KPC oraz KPK – doręczenie przesyłek sądowych

W dniu 5 sierpnia 2022 r. do Sejmu został wniesiony poselski projekt ustawy o zmianie ustawy z dnia 17 listopada 1964 r. – Kodeks postępowania cywilnego oraz ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks postępowania karnego, który ma na celu umożliwienie odbioru przesyłek sądowych w postępowaniu sądowym przez osobę, której adresat udzielił pełnomocnictwa w formie aktu notarialnego zawierającego umocowanie do odbioru korespondencji. Potencjalna nowelizacja będzie również miała wpływ na doręczenie przesyłek sądowych w postępowaniu sądowoadministracyjnym.

Obecny kształt przepisów pozwala na odbiór awizowanych przesyłek sądowych adresatowi, a także osobie upoważnionej na podstawie pełnomocnictwa pocztowego do odbioru przesyłek pocztowych, o którym mowa w art. 38 ustawy z dnia 23 listopada 2012 r. – Prawo pocztowe. Skutkuje to tym, że pracownicy Poczty Polskiej odmawiają wydania przesyłek sądowych osobom legitymującym się m.in. pełnomocnictwem sporządzonym przed notariuszem. Tym samym trudno uznać taki stan prawny za racjonalny.

W uzasadnieniu do projektu nowelizacji trafnie przywołano przykład, w którym osoba umocowana w drodze pełnomocnictwa notarialnego do nabycia lub zbycia nieruchomości albo do działania w sprawach związanych z podmiotem podlegającym wpisowi do rejestru sądowego, jednocześnie nie może w imieniu swojego mocodawcy odebrać korespondencji z sądu wieczystoksięgowego czy rejestrowego.
Stąd też powyższy projekt ustawy ma na celu wprowadzenie trzeciej możliwości odbioru przesyłek sądowych, jakim będzie udzielenie pełnomocnictwa w formie aktu notarialnego zawierającego umocowanie do odbioru korespondencji.

Pełnomocnictwo to jednostronna czynność prawna, która polega na upoważnieniu określonej osoby do działania w imieniu mocodawcy. Udzielone w formie aktu notarialnego gwarantuje, że umocowanie do podjęcia konkretnej czynności nastąpiło w sposób prawidłowy i zgodny z obowiązującymi przepisami.

Na gruncie obowiązujących przepisów pełnomocnictwo pocztowe jest udzielane przez adresata w obecności pracownika operatora pocztowego w placówce pocztowej tego operatora. Zatem nie ulega wątpliwości, że sporządzenie pełnomocnictwa przed notariuszem tym bardziej gwarantuje pewność tego dokumentu w obrocie.
Tak więc należy podkreślić, iż umożliwienie pełnomocnikowi odbioru korespondencji sądowej, która z uwagi na jej charakter musi zostać bezwzględnie doręczona do jej adresata stanowi istotne ułatwienie dla wielu osób. Ponadto pełnomocnictwo może również obejmować umocowanie do dokonania innych czynności, dlatego tym bardziej powinno się przychylnie spojrzeć na proponowane zmiany przepisów.

Warto również zwrócić uwagę, że udzielenie pełnomocnictwa zaufanej osobie stanowi znaczące udogodnienie w codziennym życiu. Mając na uwadze konieczność zagospodarowania odpowiedniej ilości czasu, czy też kwestie zdrowotne, osobisty odbiór korespondencji, która następnie nieraz wymaga od adresata ustosunkowania się do jej treści, może być problematyczny.

Projektowane zmiany należy ocenić pozytywnie, zarówno pod kątem bezpieczeństwa obrotu prawnego, jak również w wymiarze czysto praktycznym.

Choć obejmują one nowelizację kodeksu postępowania cywilnego i kodeksu postępowania karnego, to będą miały także wpływ na doręczenia w postępowaniu sądowoadministracyjnym. Zgodnie z art. 65 § 2 ustawy z dnia 30 sierpnia 2002 r. – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi, do doręczania pism w postępowaniu sądowym przez operatora pocztowego stosuje się tryb doręczania pism sądowych w postępowaniu cywilnym.

Jeżeli projekt przejdzie ścieżkę legislacyjną to w świetle Rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 28 czerwca 2004 r. w sprawie maksymalnych stawek taksy notarialnej, opłata za sporządzenie aktu notarialnego dokumentującego pełnomocnictwo do dokonania jednej czynności wyniesie 30 zł (plus 23% VAT), natomiast przy czynnościach zawierających umocowanie do dokonania więcej niż jednej czynności – 100 zł (plus 23% VAT). W związku z tym wydaje się, że w większości przypadków wystarczające będzie poniesienie niższej z wymienionych kwot.

Autor: adw. Michał Jabłoński, Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Czy jest szansa na dalsze wzrosty dolara?

Przemówienie w Jackson Hole – traktowane jako jastrzębie – umocniło dolara i wywołało wyprzedaż na rynku akcji. W poniedziałek jednak nie widzieliśmy już kontynuacji aprecjacji USD. Para EUR/USD wczoraj w dużej części wymazała piątkowe spadki i osiągnęła poziom ponownie powyżej parytetu. Indeksy kontynuowały przecenę, jednak dominacja niedźwiedzi nie była już tak wyraźna jak przed weekendem.

Wczoraj prezes Minneapolis – Neel Kashkari – powiedział, że gwałtowny spadek cen akcji przed weekendem pokazał, że ludzie teraz zaczynają rozumieć powagę zaangażowania Fed-u w sprowadzeniu inflacji z powrotem do celu 2 proc. Odniósł się również do lat 70-tych i przestrzegł, że Rezerwa Federalna nie może ponowić błędu z tego okresu, kiedy zbyt wcześnie stwierdzono, że inflacja znajduje się na dobrej drodze do spadku. Podobne odwołania wykonywał Powell w Jackson Hole, cytując Paula Volckera i odwołując się do jego sukcesu w opanowaniu inflacji, czego kosztem była recesja. Powell starał się być jastrzębi – ucinał plotki o możliwym cięciu stóp już w 2023 oraz dał jasno do zrozumienia, że przekłada ryzyko inflacji nad wzrost gospodarczy.

Ruch piątkowy na indeksach był zdecydowanie większy niż na rynku FX. SP500, Dow Jones czy Nasdaq są nadal na bardzo wysokich poziomach i maja „z czego spadać”. W przypadku dolara widzę jednak, że ruch był ograniczony. Mam tu na myśli fakt, że główna para walutowa nie zdołała przełamać kluczowego w tym momencie wsparcia technicznego na 0,9900 a wczorajsza sesja spowodowała, że aprecjacja piątkowa USD w dużej części wyparowała. Sama zmienność w piątek była duża, bo od dziennego szczytu do dołka kurs głównej pary walutowej zmienił się o ponad 160 pipsów – to jak na jeden dzień wynik ponad przeciętny. Indeks dolarowy rośnie nieprzerwanie od maja 2021 – co może oznaczać, że większość z tego co zrobi Fed w niedalekiej przyszłości zostało już po prostu zdyskontowane.

Wycena rynkowa przyszłych stóp procentowych w USA nie zmieniła się jakoś znacznie w odpowiedzi na wydarzenia w Jackson Hole. Minimalnie wzrósł oczekiwany ruch na wrześniowym posiedzeniu FOMC do 68 pb z 67 pb w czwartek – dzień przed przemówieniem. Aktualnie rynek widzi zakończenie cyklu w okolicach poziomu 3,83 proc. podczas gdy jeszcze w czwartek było to blisko 3,79. Tu również nie zaszła jakaś diametralna zmiana. Rynek nie zmienił swojego podejścia co do obniżek, które mają nastąpić od maja 2023 pomimo zaprzeczeń płynących ze strony przewodniczącego. Co prawda sama ścieżka została mocno „wygładzona” w porównaniu do tego co widzieliśmy jeszcze kilka tygodni temu, ale to „wygładzenie” było już widoczne przed sympozjum bankierów centralnych w Górach Skalistych.

EUR/USD może jeszcze znaleźć się na niższych poziomach. Wykres jednak na ten moment sugeruje, że przełamanie przez EUR/USD 0,9900 nie będzie takie oczywiste. Trzykrotne odbicie kursu od tego poziomu sugeruje, że rynek chce wykonać większą korektę. Należy jednak pamiętać, że po drugiej stronie mamy euro, które w najbliższym czasie będzie prawdopodobnie wykazywać się nadal dużą słabością ze względu na problemy energetyczne Starego Kontynentu.

Łukasz Zembik OANDA TMS Brokers

Jak Zachód powinien reagować na wojnę w Ukrainie?

Należy mieć świadomość, że Rosja nie zatrzymuje się widząc słabość. Rosja nie zatrzyma się widząc ustępstwa i uległość – co pokazało między innymi brak pokojowego rozwiązania konfliktu na Wschodzie Ukrainy przez ostatnie kilka lat. Rosja w tym czasie przygotowywała kolejne narzędzia inwazji militarnej, Rosja przygotowywała też ideologiczną podmurówkę pod te konflikty, pod pełnoskalowy konflikt z Ukrainą. Te same argumenty widać w przypadku państw nadbałtyckich – Polski, Czech czy Słowacji. Coraz częściej słyszymy narrację o denazyfikacji. Wprost zostało to powiedziane w stosunku do Ukrainy. Coraz głośniej też wybrzmiewa w stosunku do państw Europy Środkowo-Wschodniej. Rosyjska machina propagandowa, dezinformacji oraz przekazy płynące od społeczeństwa rosyjskiego pokazują, że jest przyzwolenie społeczne na taką politykę. Nadal widać bardzo wysokie ratingi poparcia społecznego dla Vladimira Putina oraz dla jego polityki. A także bardzo wysoki współczynnik poparcia dla dalszego ekspansjonizmy rosyjskiego wobec innych państw. Dlatego Zachód musi dalej utrzymywać kolektywne wsparcie dla Ukrainy w różnym wymiarze. Od wojskowego, po polityczny i gospodarczy – po to, żeby rosyjskie koszty inwazji były na tyle duże, by opóźnić lub osłabić realizację dalszych imperialnych kroków Rosji.

– Jeżeli popatrzymy na to, jak Zachód reaguje – czy powinien zareagować na politykę Rosji – to przede wszystkim musimy pamiętać o tym, że polityka rosyjska, szczególnie pod rządami Vladimira Putina, opiera się na rosyjskim nowym imperializmie – powiedział serwisowi eNewsroom  Mariusz Marszałkowski, ekspert portalu BiznesAlert. – Czyli mało tego, że mówimy o resentymencie do Związku Radzieckiego – ale mówimy też o odradzaniu się polityki Rosji na kształt Związku Sowieckiego. Związku Sowieckiego lat 30-tych dwudziestego wieku. Czyli tego bytu, który przez politykę ekspansji, przez siłę militarną chciał zagarniać kolejne ziemie, kolejne terytoria i rozszerzać swoje strefy wpływów nie tylko w wymiarze politycznym, kulturalnym i gospodarczym – ale także w typowym wymiarze militarnym i terytorialnym. Polityka rosyjska weszła na tory otwartej konfrontacji z Zachodem. Oczywiście głównie przez podaż czy regulację podaży surowców energetycznych. Dlatego jeżeli Zachód opuści Ukrainę w momencie, kiedy trwa najbardziej gorący etap konfliktu rosyjsko-ukraińskiego to jest ryzyko, że Rosjanie za kilka kilkanaście lat zapukają do kolejnych drzwi Europy: państw bałtyckich – możliwe, że nawet Polski. To już nie jest myśl political science fiction, wydumanego zagrożenia – ostrzega Marszałkowski.

Biznes zmaga się z rosnącymi kosztami – rekordziści mają długi na ponad 20 mln zł

Na koniec pierwszego półrocza zaległości polskich firm widniejące w Krajowym Rejestrze Długów sięgały 9,18 mld zł. Najbardziej do tego wyniku przyczynili się dłużnicy-rekordziści. Niechlubne miejsce na podium należy tu do firm z województwa śląskiego, mazowieckiego i świętokrzyskiego. Suma przeterminowanych zobowiązań finansowych każdej z nich przekracza 20 mln zł. Co ciekawe, rekord zadłużenia padł w Katowicach i należy do tamtejszej spółdzielni mieszkaniowej. Jej członkowie mają do zapłaty aż 24,7 mln zł za… ogrzewanie. Jak pokazuje najnowsze badanie NFG, w najbliższym czasie 85,5 proc. przedsiębiorstw spodziewa się dalszych podwyżek cen produktów i usług niezbędnych do prowadzenia ich działalności.

Według danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, największe sumy do oddania mają firmy z województwa mazowieckiego (łącznie 2 mld zł), śląskiego (1,19 mld zł) oraz wielkopolskiego (924,8 mln zł). Najmniejsze zaległości w biznesie charakteryzują przedsiębiorstwa z Podlasia (153,2 mln zł), Opolszczyzny (158,6 mln zł) i Świętokrzyskiego (177,1 mln zł). Jednak co ciekawe, zarówno wśród najmniej, jak i najbardziej zadłużonych województw działają krajowi rekordziści, którzy „dorobili się” wielomilionowych zaległości.

Długi na 8-cyfrowe kwoty

Numerem jeden wśród dłużników niebędących konsumentami wpisanych do KRD jest katowicka spółdzielnia mieszkaniowa. Od kwoty, na którą zalega swoim wierzycielom, może zrobić się gorąco. Jej nieopłacone rachunki z ciepłowni sięgają aż 24,7 mln zł. Drugi największy dług na liście rekordzistów również należy do podmiotu z branży nieruchomości. To warszawska spółka akcyjna zajmująca się wynajmem i zarządzaniem nieruchomościami własnymi lub dzierżawionym. Zalega ze spłatą ponad 20,5 mln zł z tytułu niezwróconej pożyczki z funduszu poręczeniowego. Problem ze zwrotem takiego finansowania miał także trzeci największy dłużnik – świętokrzyska spółka z branży metalowej. W sumie do uregulowania ma 20,2 mln zł.

Poza wspomnianą trójką działającą w sektorze budownictwa i przemysłu, swoich własnych rekordzistów mają również inne kluczowe branże. W przypadku handlu 12,7 mln zł nie zapłaciła swoim kontrahentom poznańska firma zajmująca się sprzedażą mięsa i jego przetworów. Większość tej kwoty to nieuregulowane faktury za dostawy towaru oraz leasing.

W branży TSL rekord należy do warszawskiej spółki zajmującej się magazynowaniem towarów. Jej zaległości sięgają 11 mln zł. To głównie niezapłacone rachunki za energię elektryczną.

Firmy, które są przytłoczone ogromnymi, idącymi w miliony długami, mają małe szanse, aby wyjść na prostą. Często jedyną drogą dla nich jest ogłoszenie restrukturyzacji albo upadłości. W pierwszej połowie bieżącego roku na taki krok zdecydowało się łącznie ponad 1 tys. przedsiębiorstw, które w momencie ogłoszenia niewypłacalności winne były 84,5 mln zł. Ich wierzyciele mogą tych pieniędzy już nie odzyskać. Dlatego tak ważne jest sprawdzanie i monitorowanie kondycji swoich partnerów biznesowych. Przedsiębiorcy mogą i powinni stale weryfikować, czy kontrahent płaci innym oraz czy nie jest właśnie takim ekstremalnym dłużnikiem na skraju bankructwa. I nie powinno być to jedynie jednorazowe sprawdzenie. Sytuacja w biznesie dynamicznie się zmienia, każda firma może popaść w tarapaty. A lepiej zapobiegać niż leczyć i reagować, gdy u kontrahenta pojawią się pierwsze oznaki problemów z płatnościami – zaznacza Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Mikrofirmy też mają makrozobowiązania

Milionowe zaległości to jednak nie tylko domena dużych przedsiębiorstw i spółek. Rekordowe długi mają też jednoosobowe działalności gospodarcze. Na czele dłużników w tym sektorze stoi sprzedawca wyrobów tekstylnych z Kujawsko-Pomorskiego, który ma do zapłacenia 6,7 mln zł z tytułu leasingu.

W najbliższych miesiącach unikanie długów może być dla mikro, małych i średnich firm coraz trudniejsze. Jak wynika z najnowszego badania IMAS International dla firmy faktoringowej NFG pt. „Zakupy firmowe” 95 proc. przedsiębiorców sektora MŚP, którzy dokonują zakupów firmowych, zauważyło w ostatnich sześciu miesiącach wzrost cen produktów i usług niezbędnych do prowadzenia ich działalności. Najbardziej podrożało paliwo (78 proc. wskazań), następnie opłaty za media (68 proc.) oraz surowce, półprodukty i produkty potrzebne do funkcjonowania firmy (60 proc.). Przeciętny wzrost cen wyniósł 37,4 proc.

Myśląc o najbliższym półroczu, 85,5 proc. respondentów spodziewa się dalszej podwyżki cen. Jedynie 5 proc. respondentów ma co do tego wątpliwości, a pozostali nie mają zdania.

Zdaniem ekspertów NFG, nadchodzące miesiące jesienno-zimowe, nie tylko z uwagi na sezon grzewczy, ale też wzmożoną zwykle działalność firm w II połowie roku, mogą być dla wielu z nich trudnym sprawdzianem.

Przedsiębiorcy będą musieli zacisnąć pasa albo sięgnąć głębiej do firmowej kasy. Z naszego badania wynika, że w ostatnich sześciu miesiącach 29 procent mikro i małych firm zaciągnęło kredyt, pożyczkę lub leasing w celu nabycia produktów i usług niezbędnych do prowadzenia działalności. W kolejnych miesiącach spodziewają się dalszych wzrostów cen, co może oznaczać dalsze zadłużanie się. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem dla firm w tej sytuacji jest kupowanie produktów i usług firmowych na raty lub finansowanie krótkoterminowe w postaci faktoringu. Nie obciąża to tak budżetu jak kredyt czy leasing, a do tego chroni płynność finansową przedsiębiorstw – mówi Emanuel Nowak, ekspert NFG.

O badaniu:

Ogólnopolskie badanie „Zakupy firmowe” zostało przeprowadzone w sierpniu 2022 r. przez IMAS International na zlecenie firmy faktoringowej NFG na grupie 462 mikro i małych firm, techniką mieszaną CAWI oraz CATI.

Czego pragną pracownicy? Raport ManpowerGroup

93% wszystkich pracowników zauważyło, że elastyczność poprawiła jakość ich pracy, 73% chce przejścia na model czterech dni w tygodniu z zachowaniem pięciodniowego wynagrodzenia, a dla 53% talentów najważniejszym czynnikiem związanym z elastycznością jest wybór godziny rozpoczęcia i zakończenia dnia pracy – to tylko niektóre z wniosków opublikowanego dziś raportu ManpowerGroup „Czego pragną pracownicy”, prezentującego najnowsze dane na temat aktualnych trendów w zakresie oczekiwań talentów.

Raport ManpowerGroup „Czego pragną pracownicy” opisuje pięć głównych obszarów związanych z aktualnymi trendami dotyczącymi oczekiwań pracowników. Badanie pokazuje, że możliwości takie jak praca z domu i elastyczność zyskana podczas pandemii są dla talentów bardzo ważna – 93% respondentów zauważyło, że poprawiła ona jakość ich pracy. 7 na 10 osób (73%) chciałoby także przejścia na model pracy czterech dni w tygodniu (z zachowaniem pięciodniowego wynagrodzenia). Najważniejszymi czynnikami związanymi z elastycznością miejsca pracy są dla talentów możliwość wyboru godzin rozpoczęcia i zakończenia obowiązków służbowych (ważne dla 53% badanych), pełna elastyczność w zakresie wyboru miejsca pracy (41%) oraz dłuższy urlop (41%). Istotne dla pracowników są także zwiększenie liczby dni płatnego urlopu wypoczynkowego (33%) oraz możliwość częstszej realizacji zadań z domu, niż biura (23%).

– Elastyczność jest obecnie jednym z ważniejszych elementów oceny atrakcyjności zarówno oferty, jak i organizacji. Zatrudnione osoby cenią sobie możliwość wyboru pracy z biura lub z domu, zależnie od codziennych potrzeb. Firmy otworzyły się na nieporównywalnie większą elastyczność niż jeszcze kilka lat temu w podejściu do miejsca i godzin pracy swoich zespołów. Liderzy nauczyli się zarządzania talentami, z którymi kontaktują się często online. Pamiętajmy jednak, że dla wielu pracowników możliwość bezpośredniego kontaktu i przebywania w biurze jest również ważna, co zapewniają m.in. modele hybrydowe – mówi Luiza Luranc – Jaworek, dyrektor sprzedaży ManpowerGroup w Polsce.

Korzyści płynących z elastyczności w miejscu pracy jest wiele, w czołówce tych najważniejszych wskazanych przez respondentów znalazły się więcej czasu spędzanego z rodziną, przyjaciółmi (46%) oraz przeznaczonego na odpoczynek i regenerację (44%), a także krótszy czas dojazdu do pracy (36%). 3 na 10 talentów może poświęcić więcej czasu na realizowanie pozazawodowych aktywności (33%) oraz zauważyło, że elastyczność wpływa na większą produktywność tygodnia pracy (30%).

Najnowsza publikacja ManpowerGroup poruszyła także kwestię 4 dniowego tygodnia pracy. 7 na 10 pracowników (73%) preferuje skompresowanie godzin pracy w modelu 4-dniowego tygodnia pracy za 5-dniowe wynagrodzenie, 17% wskazało możliwość 7-dniowej dostępności z możliwością wykonywania obowiązków w dowolnym czasie, a 10% ankietowanych chciałoby realizować działania służbowe 4 dni w tygodniu w zamian za proporcjonalnie zmniejszoną wypłatę.

– O skróceniu tygodnia pracy do 4 dni mówi się coraz głośniej, również w Polsce. Pojawiają się firmy, które już podjęły tę decyzję, w wielu miejscach na świecie trwają testy weryfikujące na ile wiąże się to z ryzykiem spadku efektywności. Wyniki analiz są tu wyjątkowo obiecujące, wstępnie nie wskazują na pogorszenie rezultatów, wręcz przeciwnie, zauważono wzrost zaangażowania, motywacji, jak i ogólnej satysfakcji pracowników – dodaje Luiza Luranc – Jaworek.

Raport zawiera informacje na temat aktualnej roli liderów w organizacjach. Odpowiedzi respondentów pokazały, że pracownicy oczekują od liderów sprawiedliwego wynagrodzenia (94%), bezpiecznych warunków pracy (89%), a dla niemal 9 na 10 talentów (87%) ważna jest praca z osobami którym ufają i z którymi się dogadują. Priorytetowymi czynnikami związanymi z celami i wartościami firmy są dla talentów docenienie efektów realizowanych działań przez kierownictwo (81%), motywacja i pasja do pracy (76%), a także możliwość zdobywania nowych umiejętności (75%).

– W dobie niedoboru talentów na rynku pracy, firmy muszą szerzej patrzeć na potrzeby pracowników odpowiadając na ich oczekiwania. Pracownicy zwracają coraz większą uwagę na elementy pozapłacowe, kluczowym elementem jest także motywacja i pasja do pracy. Dzisiejszy pracownik nie chce tylko wykonywać tożsamych zadań przez całą swoją karierę, to osoba o wysokich ambicjach i chęci do rozwijania swoich umiejętności. Organizacje, które świadomie i długoterminowo budują swoją strategię personalną rozszerzają szerokorozumiane procesy wewnętrznych badań satysfakcji pracowników, które stają się później podstawą do podejmowania działań. Ma to szczególne zastosowanie w przypadku diagnozowania zrozumienia strategii i wizji firmy, poziomu utożsamiania się z nią czy także jej budowania np. w obszarze ESG. Wszystko to w oparciu właśnie o zdanie pracowników. Pracodawcy otwarci na opinie zespołów mogą liczyć na ich determinację we współtworzeniu i realizacji strategii oraz budowaniu nowoczesnej kultury organizacyjnej – mówi Kamil Sadowniczyk, dyrektor Manpower w Polsce.

W analizie ManpowerGroup poruszona została również kwestia zdrowia psychicznego, wypalenia zawodowego oraz wsparcia talentów przez firmy w tym obszarze. Ponad połowa (51%) pracowników mówi o tym, że w zapobieganiu wypaleniu zawodowemu pomocna byłaby większa pula dni urlopowych, a 44% wskazało zapewnienie elastyczności w pracy, jak na przykład wybór czasu i miejsca z jakiego wykonuje pracę. 4 na 10 (39%) zatrudnionych deklaruje, że chciałoby się rozwijać i zdobywać nowe umiejętności, a także oczekiwałoby od organizacji dodatkowych dni wolnych w celu zadbania o zdrowie psychiczne (36%).

– Wypalenie zawodowe może dotyczyć każdego pracownika. Branża nie jest tutaj żadnym wyznacznikiem narażenia na wypalenie, każdy z nas niezależnie od zajmowanego stanowiska i obszaru może wpaść w tę pułapkę. Obecne czasy obfitują w mnóstwo wyzwań, jak pandemia, konflikty zbrojne czy zmiany klimatyczne, a odsetek zestresowanych pracowników wciąż pozostaje wysoki. Jeśli dodamy do tego niesprzyjające środowisko pracy, presję czasu i przeciążenie obowiązkami – mamy gotowy sposób na wypalenie zawodowe. Pamiętajmy, że w naszym kręgu kulturowym mówienie o problemach natury psychicznej wciąż nie jest łatwe, wiele osób może nie przyznawać się do odczuwanego stresu. Na wypalenie szczególnie narażone są osoby ambitne, zdeterminowane, silnie zorientowane na sukces. Należy zwrócić tu uwagę na branżę IT, w której często pracuje się tylko zdalnie o różnych porach dnia ze względu na zespoły globalne, a kontakt ze współpracownikami jest ograniczony. To obszar bardzo wymagający, konieczne jest nieustanne śledzenie trendów i podnoszenie kompetencji – podsumowuje Justyna Mazur, liderka odpowiedzialna za linię biznesową realizującą rekrutacje stałe z obszaru IT w Experis.