Dramatyczna sytuacja hoteli i restauracji w kurortach turystycznych. Restrukturyzacje, zwolnienia i „usypianie” na zimę

Statystyki gospodarcze jeszcze z początku pandemii koronawirusa pokazują, że turystyka jest jednym z sektorów gospodarki, który najciężej odczuł czas pandemii. Przedsiębiorcy zarówno z branży hotelarskiej jak i gastronomicznej z dużym niepokojem patrzą na jesień i zimę oraz uczciwie przyznają, że nie wszyscy przetrwają do wiosny i lata 2021. Trudną sytuację pogłębia fakt, że pandemia nie ustępuje, a związana z tym niepewność powoduje, że wielu przedsiębiorców boi się zaciągać zobowiązania finansowe, gdyż nie są pewni czy w przyszłym roku ich działalność będzie generować zysk.

  • W maju spadek liczby gości w obiektach turystycznych szacowany był na 88%. W czerwcu na ok. 62%. Według statystyk Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego sezon wakacyjny przyniósł spadek obłożenia w hotelach o ponad 40%. Statystyki zachodniopomorskie mówią o spadkach wahających się od 15 do 25%. Najwięcej turystów kurorty odwiedziło w lipcu, we wrześniu za to odnotowano duży współczynnik anulowanych rezerwacji (efekt drugiej fali pandemii).
  • Wśród firm, które zgłaszają się do Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska jest bardzo dużo firm związanych z turystyką. Najwięcej to hotele i apartamentowce, rzadziej restauracje i lokale gastronomiczne.
  • Najczęstsze pytania o porady dotyczą pożyczek płynnościowych i możliwości pozyskania wsparcia na przeczekanie trudnego czasu pandemii. Hotelarze i gastronomicy często także sondują możliwość zbycia swoich biznesów lub pytają o porady związane np. z zawieszeniem działalności gospodarczej na sezon jesienny i zimowy

„To lato było skromniejsze, a jesień i zima może okazać się sezonem martwym”

Spadek podróży turystycznych na świecie w trzech kwartałach roku 2020 spadł o ponad 60% – to oznacza gigantyczny kryzys całego sektora turystycznego, którego straty w czasie pandemii koronawirusa liczone są w miliardach w każdej możliwej walucie. W Polsce czas „odwilży” w pandemii przyszedł na szczyt sezonu wakacyjnego – turyści, którzy więc zdecydowali się na wypoczynek w lipcu i sierpniu byli raczej ze swoich decyzji zadowoleni. Gorzej sytuacja miała się we wrześniu, kiedy wzrost zakażeń spowodował, że wiele osób musiało weryfikować swoje plany. Obecnie rozpoczyna się wielki proces restrukturyzowania turystyki, co może mieć duże konsekwencje dla ogólnego krajobrazu gospodarczego w tym sektorze gospodarki.

– Turystyka musi się zmienić, bo oferowane obecnie wsparcie w ramach Tarczy Antykryzysowej dedykowanej turystyce może okazać się niewystarczające. Trudno jest także ocenić efektywność Bonu Turystycznego, bo brakuje oficjalnych informacji jak bardzo pomógł on hotelom, restauracjom i obiektom rozrywkowym w czasie minionego sezonu. Ta pomoc rozmyła się w morzu potrzeb, a wiemy, że turystyka latem zarabia na sezony jesienne i zimowe. To lato było skromniejsze, a jesień i zima może okazać się sezonem martwym. Pandemia postępuje, turystów z zagranicy będzie na pewno zdecydowanie mniej i zarówno mniejsze jak i większe hotele muszą myśleć o tym jak przetrwać ten trudny czas – mówi Filip Kiżuk z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

Niektórzy zyskali, niektórzy stracili – specyficzny sezon nad polskim morzem. Wiele firm zastanawia się: co dalej?

Jaka jest realna sytuacja gospodarcza branży turystycznej na Pomorzu Zachodnim? Z informacji naszych specjalistów wynika, że wiele firm spodziewało się, że będzie jeszcze gorzej. Nie zmienia to jednak faktu, że prognozy na kolejne miesiące nie są zbyt optymistyczne. – Obecnie prowadzimy procesy optymalizacyjne dla kilku hoteli oraz grup hotelarskich z Pomorza Zachodniego oraz innych miejscowości turystycznych. Przedsiębiorcy mają naprawdę bardzo różną ocenę obecnej sytuacji i nie jest tak, że wszyscy wakacje zakończyli na dużym minusie. Spadki owszem były, ale niektórzy byli przekonani, że bez turystów zagranicznych czeka ich upadek, a okazało się, że zainteresowanie turystów krajowych w jakiś sposób zrekompensowało im brak obecności gości z zagranicy – mówi Filip Kiżuk z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

– Przedsiębiorcy, którzy zgłaszają się do nas pytają o możliwość sprzedaży lub wydzierżawienia hotelu lub pensjonatu. Często twierdzą, że są już zmęczeni prowadzeniem biznesu, a koronawirus tylko stał się motywacją do podjęcia decyzji. Jest bardzo dużo postępowań restrukturyzacyjnych, które wiążą się z ograniczeniem zatrudnienia lub poszukiwaniem innych oszczędności. Hotele nie chcą rezygnować z jakości usług, ale pojawiały się pytania np. o wyłączenie części SPA na sezon zimowy czy w ogóle o zawieszenie działalności na jesień i zimę – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska. – To trudne decyzje, bo zawieszenie działalności może wiązać się z tym, że powrót na rynek będzie trudny, a nawet niemożliwy. Dla przedsiębiorców to może być czas bardzo trudnych decyzji – dodają specjaliści.

Wrzesień w galeriach i centrach handlowych wciąż na minusie. Eksperci: Spadki będą się pogłębiały

Z badania Proxi.cloud wynika, że we wrześniu br. ruch w galeriach i centrach handlowych był aż o 54% mniejszy niż w analogicznym okresie ub.r. Z kolei, według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych, zmniejszył się o 19%. Eksperci, wyciągając wnioski z obu prób, mówią, że realny spadek może być na poziomie 30-35%. Analiza, wykonana przez poznańską spółkę, wykazała, że ruch najbardziej podniósł się we wtorki i środy, a najmocniej zmalał w poniedziałki i niedziele. Natomiast PRCH informuje, że szczególnie zyskały soboty, a straciły niedziele. Branża przekonuje, że wyniki trzeba dobrze przenalizować, ale jedno jest pewne. Zniesienie niedzielnego zakazu poprawiłoby niezwykle trudną sytuację tego typu obiektów, szczególnie w dobie pandemii.

Według badania firmy technologicznej Proxi.cloud, wykonanego na próbie ponad 550 tys. osób w blisko 700 obiektach, we wrześniu br. ruch w największych polskich galeriach i centrach handlowych był o 54% słabszy niż rok wcześniej. Natomiast z raportu Polskiej Rady Centrów Handlowych, obejmującego dokładnie ten sam okres i 119 lokalizacji, wynika, że spadek wyniósł 19%.

– Dane PRCH pochodzą ze 119 obiektów, stanowiących 35% rynku, gdzie liczone były realne wizyty. Z kolei nasza analiza objęła blisko 6 razy więcej miejsc, a dane zebrano za pośrednictwem tzw. geofencingów. Zatem widać, że tutaj są dwie różne metodologie. Wyciągając jednak średnią z dwóch badań, ale także opierając się na szerszej obserwacji rynku, należy wnioskować, że spadek we wrześniu mógł być na realnym poziomie ok. 30-35% – komentuje dr Krzysztof Łuczak z Proxi.cloud.

Jak podkreśla dr Andrzej Maria Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, spadek ruchu o ponad połowę, widoczny na większej próbie, świadczy o kilku kwestiach. Konsumenci niechętnie chodzą na zakupy, podszyci strachem przed wirusem. Sporo marek zredukowało lub nawet zlikwidowało oferty dostępne stacjonarnie. Większą część sprzedaży realizują w Internecie. Galeriom to poważnie zagraża, bo nie wykonują swoich podstawowych funkcji sprzedażowych, tak jak zakładały.

– Ruch w galeriach handlowych, po bardzo trudnym okresie lockdownu, powoli wraca do normy. Są oczywiście podmioty, które radzą sobie z tym lepiej, takie jak centra wyprzedażowe czy retail parki. W zarządzanych przez nas obiektach widać spadek wizyt w stosunku do poprzedniego roku zaledwie na poziomie 15%, ale to nie dotyczy wszystkich galerii na rynku – zauważa Magdalena Frątczak z sektora handlowego w CBRE.

Dr Łuczak nie ma jednak wątpliwości, że dla wielu Polaków tego typu obiekty przestały być ulubionymi miejscami spędzania wolnego czasu. Dlatego muszą one podejmować rozszerzone działania marketingowe w Internecie, żeby przetrwać. W dużych miastach klientów jest mniej m.in. z uwagi na brak studentów. Nie ma też turystów, którzy wcześniej tłumnie odwiedzali galerie usytuowane np. blisko dworców kolejowych. Biorąc pod uwagę nasilenie pandemii w okresie jesienno-zimowym, nie należy spodziewać się poprawy sytuacji. Choć ruch może delikatnie wzrosnąć przed Bożym Narodzeniem, to z całą pewnością tegoroczny grudzień będzie jednym z najgorszych w historii galerii handlowych.

– W ostatnich miesiącach klienci zaczęli coraz częściej przychodzić do galerii po konkretne produkty. Rzadziej pojawiają się tylko po to, aby je oglądać czy spacerować. W IV kwartale tego roku, z uwagi na nasilającą się pandemię, możemy spodziewać się zmniejszenia odwiedzalności. Jednak w trakcie jednej wizyty koszyk zakupowy będzie większy. Nie wiadomo tylko, czy to zrekompensuje zmniejszony ruch. Punkty usługowe, lokale gastronomiczne i strefy rozrywkowe w galeriach korzystają na efekcie skali. Tym najemcom najtrudniej będzie odrobić straty – przewiduje ekspert z CBRE.

Badanie Proxi.cloud wykazało też, że w rozkładzie tygodniowym najbardziej wzrósł ruch we wtorki (2019 – 14,3%, 2020 – 17,7%) i środy (2019 – 13,5%, 2020 – 16,7%). Dr Faliński uważa, że popyt przesunął się na środek tygodnia po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele. W poniedziałki ludzie mają więcej pracy w firmach i dlatego dopiero we wtorki czy środy wstępują do galerii.

– Z badania ewidentnie wynika, że Polacy chcą unikać tłumów i dlatego dni w środku tygodnia najbardziej zyskują na popularności. Warto rozważyć przywrócenie zakupów w niedziele, aby rozładować sobotnie tłumy oraz wesprzeć galerie i najemców w trudnej sytuacji – przekonuje dr Łuczak.

Najwięcej straciły poniedziałki (2019 – 19%, 2020 – 15%) i niedziele (2019 – 8,6%, 2020 – 4,2%). Zdaniem ekspertów, ma to ewidentnie związek z zakazem handlu w tym ostatnim dniu. Dr Faliński uważa, że należy zastosować specjalne formy promocji poniedziałków i pozostałych dni, by podnieść sprzedaż. Ponadto trzeba skoncentrować się na dwóch najlepszych dniach i umocnić ich pozycję.

– Centra handlowe są miejscem pracy ponad 400 tys. Polaków. Dlatego tak ważne jest podniesie sprzedaży. Jedną z możliwości jest powrót do niedziel handlowych. Wpłynęłoby to dodatkowo na poprawę bezpieczeństwa klientów poprzez rozłożenie ruchu na siedem dni tygodnia. Dane wrześniowe PRCH wyraźnie wskazują, że w soboty galerie notowały średnio 44% wzrost liczby odwiedzających w porównaniu z innymi dniami tygodnia – podsumowuje Małgorzata Dziubińska z Cushman & Wakefield.

Badanie Proxi.cloud miało na celu sprawdzenie, jak wygląda obecnie ruch w galeriach handlowych. Trwało cały wrzesień br. Porównano wyniki z tego miesiąca i z alogicznego okresu ub.r. Łącznie przeanalizowano zachowanie ponad 550 tys. osób w wieku od 18 do 65 lat we wszystkich 16 województwach. Analiza polegała na zebraniu danych za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie.

Rośnie znaczenie pomagania

Społeczna odpowiedzialność biznesu to dziś nieodłączna część funkcjonowania większości firm. Działania te są istotne nie tylko dla danych organizacji, ale także dla ich pracowników oraz kandydatów poszukujących pracy. Co ciekawe CSR to jeden z elementów przyciągających nowe talenty do firmy. Projekty z zakresu dobrych praktyk są także wyrazem unikalnych wartości organizacji i efektywnym narzędziem budowania zespołu.

Działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu przeżywają w ostatnich latach prawdziwy boom. Ich rozwój to z jednej strony efekt wzrostu świadomości i wrażliwości szeroko pojętego biznesu na potrzeby środowiska, czy lokalnych społeczności, z drugiej odpowiedź na oczekiwania pracowników, kandydatów oraz klientów danych firm.

Chcemy działać

Z roku na rok stale rośnie liczba projektów CSR-owych realizowanych w Polsce, co pozytywnie wpływa m.in. na funkcjonowanie biznesu w ogóle. Zależność tę widzi większość respondentów (87 proc.) najnowszego badania „Menedżerowie CSR 2020” przeprowadzonego przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Zdaniem badanych, biznes przyczynia się do rozwiązywania problemów społecznych w Polsce (opinia 70 proc. respondentów), a integracja wartości CSR z biznesową działalnością firmy staje się coraz silniejsza. Zależność tę w swoich organizacjach dostrzega blisko 80 procent badanych[1]. Charytatywne zaangażowanie firm to w dzisiejszych czasach niezwykle istotny aspekt także dla kandydatów poszukujących nowego zatrudnienia. Ponad połowa Polaków chętniej aplikuje do organizacji, które realizują działania z zakresu CSR, a 59 procent do firm, które dają możliwość wsparcia tych działań swoim pracownikom[2]. – Nic tak nie jednoczy jak wspólne działania, którym przyświeca większy charytatywny cel – tłumaczy Iwona Grela, HR Manager w Perfetti Van Melle Polska. – Nasza wrażliwość społeczna z roku na rok jest coraz większa. Widzimy to zarówno w inicjatywach podejmowanych przez biznes, jak i oczekiwaniach pracowników. Zatrudnieni chcą pomagać, być częścią projektów, które są ważne i wspierają bliskie im lokalne społeczności. Wspólne zaangażowanie w takie działania daje ogromne poczucie satysfakcji, ale też umacnia więzi między pracownikami, dzięki czemu integruje i buduje całe zespoły – dodaje.

Aktywne wsparcie

Z badania „Zawodowy styl życia” wynika, że pracownicy najchętniej włączają się w prowadzone w organizacjach zbiórki, aukcje oraz zawody sportowe mające charytatywny cel[3]. – Nasi pracownicy z ogromnym zaangażowaniem przystępują do projektów, w których cyklicznie bierzemy udział. W tym roku, już po raz siódmy, zaangażowaliśmy się w inicjatywę Poland Business Run, wspierającą osoby z niepełnosprawnościami narządów ruchu. Wspólnie przebiegliśmy 120 kilometrów – mówi Iwona Grela HR Manager Perfetti Van Melle Polska. W tegorocznej edycji biegu wystartowało aż 18 tysięcy zawodników, a ich zaangażowanie pozwoli na dofinansowanie 11 protez kończyn, 4 wózków aktywnych oraz 45 turnusów rehabilitacyjnych.

Otwartość i wrażliwość firm działających na polskim rynku oraz ich pracowników napawa optymizmem. Długofalowe strategie CSR i projekty uwzględniające współczesne wyzwania mają realny wpływ m.in. na lokalne społeczności. Ponadto kształtują postawy wszystkich zatrudnionych i coraz silniej wyznaczają kierunki rozwoju biznesu.

[1] http://odpowiedzialnybiznes.pl/wp-content/uploads/2020/10/FOB_MenedzerowieCSR-2020.pdf

[2] http://media.pracuj.pl/84285-csr-przyciaga-talenty-do-firm-badania-pracujpl

[3] http://media.pracuj.pl/84285-csr-przyciaga-talenty-do-firm-badania-pracujpl

Wschodzące lokalizacje magazynowe w Polsce – rynek kielecki

Kielce to miasto pełniące funkcję centrum gospodarczego, a także główny ośrodek z województwa świętokrzyskiego, w którym rozwija się lokalny rynek magazynowy. Historycznie, region ten związany był z eksploatacją i przetwórstwem surowców mineralnych z bogatymi tradycjami w przemyśle metalowym i budowlanym. Aktualnie, dzięki poprawie infrastruktury drogowej i centralnemu położeniu staje się nowym ważnym punktem na magazynowej mapie Polski.  Jaki jest potencjał sektora w regionie sprawdzili eksperci AXI IMMO.

Całkowite zasoby kieleckiego rynku magazynowego na zakończenie czerwca 2020 r. wynosiły 102 000 mkw. (+41,5% r/r). Ostatnim oddanym do użytku nowoczesnym parkiem logistycznym jest inwestycja firmy 7R (7R Park Kielce, 21 700 mkw.), którą deweloper dostarczył na zakończenie 2019 roku. Obecnie w regionie położonym w południowo-centralnej Polsce brak projektów w trakcie realizacji. Rynek jest dość młody, dlatego deweloperzy będę podchodzić ostrożnie do nowych inwestycji, zwłaszcza spekulacyjnych. Aktualnie na kieleckim rynku, od ręki dostępnych jest ok. 35 000 mkw. powierzchni magazynowej (34,5%, całkowitych zasobów).

Po stronie popytowej w pierwszej połowie 2020 roku zanotowano jedną transakcję najmu, w Panattoni Park Kielce (2 900 mkw.). Ponadto, podpisano krótkoterminową umowę najmu na ponad 13 000 mkw. W ostatnim czasie kielecki rynek zdominowany jest przez najemców z sektora tekstyliów, a także firmy logistyczne.

Charakteryzując potencjał kieleckiego rynku magazynowego, jako pierwszy argument należy wskazać dobrą lokalizację na mapie Polski. Położenie miasta przy trasie S7 gwarantuje połączenia na północ do Warszawy i dalej do Trójmiasta, a na południe m.in. do Krakowa. Z kolei droga krajowa nr 74 łączy Kielce z regionem Polski Centralnej. Firmy zainteresowane rozwojem w tej lokalizacji z pewnością ucieszy fakt, że władze miasta są na ukończeniu nowego projektu Centrum Kształcenia Praktycznego, które w najbliższych latach dostarczy na ten rynek wielu specjalistów. Ponadto region ten dysponuje  dużym zasobem relatywnie tanich i przygotowanych terenów inwestycyjnych, dużym zasobem doświadczonej kadry, a także władzami miasta, które z chęcią pomogą znaleźć najbardziej komfortowe rozwiązanie dla inwestorów zainteresowanym rozwojem biznesu w stolicy województwa świętokrzyskiego. Lokalizacja ze względu na swoje atuty, może stać się atrakcyjną destynacją dla firm e-commerce, których trend rozwoju w nowych, dobrze skomunikowanych z siecią autostrad miastach wojewódzkich i regionalnych obserwujemy w ostatnich latach” – komentuje Danuta Dzierżak, Associate Director Industrial & Logistic w AXI IMMO.

Jak seniorom żyje się w pandemii i dlaczego gorzej?

Z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia wynika, że prawie połowa dorosłych Polaków odczuwa przewlekły stres. Wśród najważniejszych przyczyn rodacy wymieniają pandemię, sytuację gospodarczą w kraju, problemy finansowe lub zdrowotne – zarówno swoje jak i bliskich. Rodacy przyznają, że wśród sposobów na „radzenie sobie” ze stresem jest palenie papierosów (20 proc.), picie alkoholu (19 proc.), zajadanie problemów niezdrowymi produktami (11 proc.). A jak w pandemii żyje się seniorom? Czy sytuacja epidemiologiczna stresuje ich? Czy uważają, że teraz żyje im się lepiej, czy gorzej niż kiedyś? O to zapytał Fundusz Hipoteczny DOM.

Blisko połowa seniorów uważa, że obecnie żyje im się gorzej niż kiedyś – tak wynika z najświeższego badania opinii przeprowadzonego przez Fundusz Hipoteczny DOM we wrześniu tego roku.[1] Aż 49 proc. ankietowanych przyznaje, że ich poziom życia, finansów i ogólnego samopoczucia pogorszył się, 27 proc. twierdzi, że nie widzi różnicy, a ok. 24 proc. przyznaje, że jest lepiej niż w „starych czasach”.

– Pytanie o to jak się żyje seniorom w obecnych czasach jest dość ogólne i zawiera w sobie mnóstwo wątków. Bo przecież na poziom życia emeryta, a więc osoby starszej składa się nie tylko jego zdrowie, samopoczucie, sytuacja finansowa, czy rodzinna, ale również ekonomiczna czy polityczna, a teraz pandemiczna. Seniorzy zazwyczaj wykazują się dużo większym dystansem do otaczającego nas świata twierdząc, że przeżyli już wiele. Mimo to blisko połowa uznaje, że w dzisiejszych czasach żyje im się gorzej niż kiedyś – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Dlaczego jest gorzej?

Blisko 40 proc. emerytów narzeka na niskie świadczenia emerytalne. – To akurat nie zmienia się od lat. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że emeryci są jedną z najbardziej zadłużonych grup społecznych i na co dzień borykają się z trudną sytuacją finansową. Na dodatek, sytuacja pandemiczna wpływa mocno na rynki powodując m.in. inflację. I na to również narzekają emeryci. Co piąty z nich przyznaje, że przez ciągłe podwyżki nie stać go na podstawowe produkty – mówi Robert Majkowski. Co piąty ankietowany (19 proc.) martwi się tym, że dostęp do służby zdrowia, lekarzy, zabiegów jest coraz gorszy, a 16 proc. emerytów twierdzi, że na gorszą jakość życia ma również wpływ sytuacja epidemiologiczna. Mniej niż 10 proc. narzeka na trudną sytuację rodzinną oraz fakt, że relacje międzyludzkie są słabsze i coraz bardziej płytkie niż kiedyś.

Mimo to, wśród osób, którym w obecnych czasach żyje się lepiej są też optymiści. Co czwarty senior przyznaje, że obecne czasy wcale nie są najgorsze, bo i tak nie ma tylu zmartwień co kiedyś. Co piąty uważa, że można się kształcić, rozwijać i robić to, na co ma się ochotę. Spora grupa seniorów (27 proc.) docenia również waloryzację emerytur i inne dodatki finansowe od Państwa.

[1] Ankieta telefoniczna FH DOM zrealizowana na próbie 203 osób (w wieku 65+) we wrześniu 2020 roku

Budżet państwa niewiele zyska na opodatkowaniu spółek komandytowych CIT, stracą polscy przedsiębiorcy

  • Wbrew twierdzeniom Ministerstwa Finansów w większości analizowanych krajów w Europie spółki komandytowe (lub o zbliżonym charakterze) są spółkami transparentnymi podatkowo.
  • Opodatkowanie spółek komandytowych w innych europejskich krajach nie ma związku ze wzmożoną w ostatnich latach walką z unikaniem opodatkowania.
  • Większość racjonalnie działających firm zmieni formę prowadzenia działalności na formę zapewniającą obecny poziom opodatkowania a firmy zagraniczne będą płaciły tyle co do tej pory.
  • Budżet państwa niewiele zyska, stracą polscy przedsiębiorcy zajęci walką o przetrwanie w czasach pandemii – wynika z raportu CRIDO, ZPP i InfoCredit „Opodatkowanie spółek komandytowych w Europie”.

Autorzy raportu przyjrzeli się opodatkowaniu spółek komandytowych w 16 krajach Europy. W większości przeanalizowanych państw spółki komandytowe są transparentne podatkowo (nieopodatkowane CIT). Są wśród nich: Austria, Dania, Finlandia, Irlandia, Malta, Niemcy, Szwecja czy Wielka Brytania.

W pozostałych krajach opodatkowanie CIT spółki komandytowej wynika z przyjętego historycznie systemu prawa. Co istotne, żaden spośród analizowanych krajów nie wprowadził opodatkowania spółek komandytowych w ciągu ostatnich 5 lat. Świadczy to o tym, że w żadnym z tych krajów opodatkowanie spółek komandytowych nie ma związku ze wzmożoną w ostatnich latach walką z unikaniem opodatkowania.

Wśród spółek komandytowych poddanych opodatkowaniu, we Francji i Czechach dochód przypadający na komplementariusza w dalszym ciągu nie podlega opodatkowaniu na poziomie spółki komandytowej (w przeciwieństwie do założeń polskiej nowelizacji). W żadnym z badanych krajów nie występują różnice w opodatkowaniu wspólników ze względu na stopień powiązań między nimi (tj. posiadanie udziałów w spółce będącej komplementariuszem przez komandytariuszy).

Polskie, małe, rodzinne biznesy będą płaciły więcej niż ich odpowiednicy w Niemczech

W sytuacji wprowadzenia podwójnego opodatkowania spółek komandytowych w Polsce, w porównaniu do warunków funkcjonowania spółek komandytowych w Niemczech, istotnemu pogorszeniu ulegnie sytuacja polskich, małych, rodzinnych spółek osiągających roczne dochody nie przekraczające ok. 230 000 zł. Pomimo skorzystania z preferencyjnej, 9% stawki CIT przez polskie SPK, poziom opodatkowania polskich wspólników będzie wyższy niż analogiczne opodatkowanie wspólników niemieckich spółek komandytowych pomimo objęcia ich progresywnym opodatkowaniem.

Ta sytuacja dotknie co najmniej 13 tys. spółek komandytowych w Polsce.

Budżet państwa niewiele zyska

Ze względu na przepisy unijne i prawo międzynarodowe opodatkowanie CIT spółek komandytowych nie zagrozi pozycji konkurencyjnej tego rodzaju spółek z zagranicznym kapitałem w Polsce. W dalszym ciągu będą płaciły podatek na tym samym poziomie (tj. 19%). Natomiast polscy przedsiębiorcy chcąc utrzymać swoją pozycję konkurencyjną wybiorą alternatywną formę prowadzenia działalności gospodarczej. Część z nich dokona przekształcenia w spółkę jawną lub partnerską. Tym samym będą zmuszeni poświęcić bezpieczeństwo swoje i rodzin, aby utrzymać dotychczasowy poziom opodatkowania i konkurencyjności. Inni (głównie większe podmioty) będą prowadzić działalność za pośrednictwem sp. z o.o. w oparciu o struktury holdingowe. W konsekwencji efekt dla budżetu państwa będzie minimalny, ponieważ chroniąc swoją pozycję konkurencyjną polskie spółki będą się ratować zmianą struktury.

Struktura spółek w Polsce i w Niemczech

W latach 2010-2019 lawinowo rosła liczba nowych spółek w Polsce. Najwięcej (176,7 tys.) powstało sp. z o.o., które stanowiły w 2019 roku 83% wszystkich spółek w Polsce. Jest ich aż 429,1 tys. w porównaniu do 40,6 tys. spółek komandytowych, które stanowią zaledwie 7% wszystkich spółek w Polsce. W Niemczech ten odsetek jest ponad dwukrotnie wyższy i wynosi 15%. Pomimo więc znacznego przyrostu spółek komandytowych w ostatnich latach, choćby ze względu na ograniczenie ryzyka biznesowego dla przedsiębiorców, pozostajemy pod tym względem daleko za zachodnim sąsiadem.

– Widzimy inne alternatywne rozwiązania, które mogłyby pomóc osiągnąć cel ograniczenia ryzyka nieopodatkowanego transferu dochodu spółek komandytowych za granicę, np. poprzez nałożenie na spółkę komandytową obowiązków płatnika. W takiej sytuacji spółka komandytowa mająca zagranicznych wspólników – działająca jako płatnik – byłaby zobowiązana odprowadzić podatek od dochodu spółki komandytowej do polskiego urzędu. Taki alternatywny scenariusz ochroniłby polskich przedsiębiorców przed wzrostem opodatkowania zachowując ich pozycję konkurencyjną w stosunku do zagranicznych podmiotów – komentuje Mateusz Stańczyk, partner w zespole doradztwa podatkowego w CRIDO.

– To, że spółki komandytowe nie są wykorzystywane na potrzeby międzynarodowej optymalizacji podatkowej, udowodnił już raport opublikowany na początku października. Później potwierdziła to również odpowiedź Ministerstwa Finansów na wystosowany w tej sprawie przez ZPP wniosek o udzielenie informacji publicznej. Najnowszy raport wskazuje dodatkowo, że generalnie spółki komandytowe są w Europie raczej transparentne podatkowo. Regulacje odwrotne, tj. obejmujące spółki komandytowe CIT, to efekt raczej przyjętego historycznie podejścia, niż zintensyfikowanych działań na rzecz uszczelniania systemu. Okazuje się zatem, że argumentacja wykorzystywana przez Ministerstwo Finansów w uzasadnieniu do projektu ustawy nie znajduje oparcia w rzeczywistości. Jedynym skutkiem opodatkowania spółek komandytowych CIT będzie pogorszenie pozycji konkurencyjnej polskich przedsiębiorców, którzy będą obciążeni w wyższym stopniu, niż ich zagraniczni odpowiednicy – twierdzi Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

– Przedsiębiorcy, prowadzący działalność w formie spółek komandytowych, są mocno zaniepokojeni zmianami podatkowymi. Tym bardziej, że koniunktura osłabła, a ich koszty, związane z choćby przestawieniem się na bezpieczny tryb pracy i inwestycje w nowe technologie komunikacji, rosną. Do końca tego miesiąca zbieramy ich opinie w formie ankiety. Odzew jest spory. Pierwsze odpowiedzi zaczynały do nas spływać już 10 minut po wysłaniu pytań – mówi Jerzy Wonka, dyrektor ds. rozwoju InfoCredit.

Podatnik wygrał w sądzie, bo powołał się na COVID-owe zawieszenie biegu terminów administracyjnych

Organ podatkowy doręczył podatnikowi decyzję wymiarową 6 marca 2020 r. Podatnik odwołał się od niej e-mailem 17 marca 2020 r. Organ stwierdził jednak, że nie zostało ono skutecznie wniesione, bo nie zawiera wiążącego podpisu elektronicznego. Podatnik przesłał więc swoje odwołanie klasycznym pismem w formie papierowej. Jednak organ znów uznał je za nieskuteczne, gdyż zostało wniesione już po terminie, który upłynął 20 marca. W odpowiedzi podatnik powołał się na COVID-ową specustawę z 2 marca 2020 r., zgodnie z którą na czas trwania stanu epidemii nie biegną żadne terminy przewidziane przepisami prawa administracyjnego. I wygrał.

Drogą elektroniczną odwołanie nie podpisane, drogą pocztową wniesione po terminie

W marcu 2020 r. organ podatkowy zmienił i podwyższył podatnikowi wysokość zobowiązania w podatku od nieruchomości. Ten ostatni odwołał się od tej decyzji pismem wysłanym drogą elektroniczną (e-mailem) 16 marca 2020 r. Dzień później organ poinformował go, że pismo nie zawiera podpisu elektronicznego. Mimo sprzeciwu podatnika, który twierdził, że pismo podpisał, nadał je po raz drugi 24 marca 2020 r., tym razem w formie listownej poprzez pocztę. Samorządowe Kolegium Odwoławcze stwierdziło jednak, że podatnik uchybił terminowi na wniesienie odwołania, który upłynął 20 marca 2020 r.

Organ nie honoruje zaleceń państwowych

Podatnik wniósł skargę do sądu administracyjnego, podnosząc, że organ podatkowy nie honoruje zaleceń wydanych przez Państwo Polskie co do postępowania w obliczu pandemii COVID-19. A państwo to powołało 2 marca 2020 r. ustawę o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz.U. z 2020 r., poz. 374 ze zm.), w której to na mocy art. 15zzr ust. 1 i art. 15zzs ust. 1 (obecnie już uchylone) wprowadziło regulację stanowiącą, że w czasie trwania pandemii koronawirusa nie biegną żadne terminy przewidziane przepisami prawa administracyjnego.

Ustawa weszła w życie po upływie terminu odwołania

Samorządowe Kolegium Odwoławcze wniosło o oddalenie skargi, bo choć przyznało podatnikowi rację co do obowiązywania w okresie pandemii COVID-19 specjalnych zaleceń państwowych odnośnie do zawieszenia terminów administracyjnych, to przywołana przez podatnika ustawa weszła w życie dopiero 31 marca 2020 r., a więc już po upływie terminu na wniesienie odwołania od decyzji wymiarowej. A ustawodawca nie nadał przedmiotowym przepisom mocy wstecznej.

Przepisy miały chronić podatników zarówno w stanie epidemii, jak i zagrożenia epidemicznego

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi wyrokiem z 25 sierpnia 2020 r. przychylił się do skargi podatnika. Sąd stwierdził, że co prawda sporne przepisy weszły w życie 31 marca 2020 r., to jednak odnoszą się do stanu zagrożenia epidemicznego, wprowadzonego na terytorium Polski od 14 marca 2020 r., jak i do stanu epidemii wprowadzonego na terenie RP od 20 marca 2020 r. A zatem, skoro zarówno 14 marca, jak i 20 marca biegł jeszcze termin na wniesienie przez podatnika odwołania, to na podstawie przepisów art. 15zzr ust. 1 i art. 15zzs ust. 1 antycovidowej specustawy z 2 marca 2020 r. uległ on zawieszeniu na czas trwania tych stanów. Dlatego też podatnik, wnosząc swoje odwołanie 24 marca 2020 r., nie uchybił terminowi na jego wniesienie. Uchylając zaskarżone postanowienie SKO w przedmiocie stwierdzenia uchybienia terminowi do wniesienia odwołania od decyzji wydanej w przedmiocie ustalenia wymiaru łącznego zobowiązania pieniężnego za 2019 r., WSA w Łodzi orzekł:

„…intencją ustawodawcy było uregulowanie kwestii biegu terminu zarówno w odniesieniu do uchylonego już (…) stanu zagrożenia epidemicznego, jak i trwającego w chwili wejścia w życie przepisu – stanu epidemii – obu ogłoszonych z powodu narastającego zagrożenia wywołanego niebezpieczeństwem zachorowania na COVID-19. Przyjęcie wykładni przeciwnej tj. ograniczenie mocy obowiązującej przepisu art. 15zzs ust. 1 (oraz art. 15zzr) ustawy do okresu od jego wejścia w życie do uchylenia tzn. z wyłączeniem okresu stanu zagrożenia epidemicznego – stanowiłoby wyraz zaprzeczenia zasadzie racjonalności ustawodawcy” (wyrok z 25 sierpnia 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 319/20).

Zawieszenie terminów na czas epidemii dotyczyło wielu spraw

Przepisy art. 15zzr i art. 15zzs zostały uchylone z dniem 16 maja 2020 r (Dz.U. z 2020 r., poz. 875). Zatem zgodnie z powyższym wyrokiem wszyscy podatnicy, i nie tylko, których dokonanym czynnościom odmówiono mocy wiążącej, bądź pogorszeniu uległa ich sytuacja prawna z uwagi na uchybienie terminowi, mogliby wystąpić o przywrócenie takiego terminu. Nie tylko podatnicy, bowiem zgodnie z treścią art. 15 zzr w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii ogłoszonego z powodu koronawirusa bieg terminów procesowych i sądowych nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu na ten okres w postępowaniach: sądowych, w tym sądowoadministracyjnych, egzekucyjnych, karnych, karnych skarbowych, w kontrolach celno-skarbowych, w sprawach o wykroczenia, w sprawach wpisu do odpowiedniego rejestru domen nazwy domeny internetowej wykorzystywanej do urządzania gier hazardowych bez koncesji, zezwolenia lub dokonania zgłoszenia wymaganego przez ustawę, jak i w postępowaniach i kontrolach prowadzonych na podstawie ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa, a także w innych postępowaniach prowadzonych na podstawie ustaw.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Black Friday 2020 już w sieci, nie w galeriach

  • Polacy kupują online coraz częściej – już nawet 87 proc. internautów robi zakupy w sieci[1], a aż 74 proc. rodaków deklaruje, że skorzysta z okazji w trakcie Black Friday[2].
  • Wraz z początkiem września wśród kobiet rośnie zainteresowanie przedmiotami z kategorii odzież i obuwie, w szczególności takimi jak botki damskie, kurtka zimowa damska, płaszcz damski, buty zimowe damskie[3].
  • Branża jubilerska mimo spadków sprzedaży ma szansę na odrobienie strat.

W tym roku Black Friday wypada 27 listopada. To amerykańskie święto zakupowe doskonale przyjęło się nad Wisłą dzięki wyjątkowym promocjom. W tym roku, z uwagi na pandemię, e-sklepy mogą przeżyć jeszcze większe oblężenie niż zwykle.

Planowanie z wyprzedzeniem

Rozwój e-commerce w Polsce zmienił nawyki Polaków. Kiedyś robiliśmy rozeznanie w sklepach stacjonarnych, jednak pandemia sprawiła, że coraz częściej sięgamy do internetu i z wyprzedzeniem szukamy rzeczy, które chcielibyśmy kupić pod koniec roku – tłumaczy Marta Nasiadka, Senior SEM Specialist w DevaGroup. Trend wyszukiwania produktów z dużym wyprzedzeniem czasowym szczególnie dobrze widoczny jest u kobiet. Jednak zainteresowanie promocjami z okazji Black Friday jest niezależne od płci – aż 74 proc. rodaków deklaruje, że skorzysta z okazji w trakcie tego święta[4].

Jak pokazuje historia wyszukiwań w Google’u na przestrzeni ostatnich lat, wraz z początkiem września, wśród kobiet rośnie zainteresowanie przedmiotami z kategorii odzież i obuwie[5], w szczególności takimi jak botki damskie, kurtka zimowa damska, płaszcz damski, buty zimowe damskie. Widoczny jest trend uzupełniania garderoby na zimę – podobnego popytu nie widać jednak w kategorii biżuteria. Zainteresowanie nią rośnie dopiero od listopada, gdy Polacy ruszają na polowanie na prezenty świąteczne.

Black Friday nadzieją dla jubilerów

Wspomniana biżuteria odnotowała przez pandemię koronawirusa znaczące spadki. Według danych Euromonitor International, w tym roku rynek jubilerski skurczy się aż o 22,3 proc. i cofnie się do poziomu sprzed kilku lat. Spadki widać we wszystkich sektorach – od biżuterii luksusowej, po tę z niższej półki[6].

Sam sektor luksusowy również nie jest w najlepszej sytuacji – jego globalna wartość może odnotować co najmniej kilkunastoprocentowy spadek, według Bain & Company ma to być od 15 do nawet 35 proc. Jednak mimo gorszej frekwencji w salonach po lockdownie sprzedaż online uratowała biżuterię.

Promocje online, nie w galeriach

Ubiegłorocznych trendów zakupowych nie można przełożyć bezpośrednio na ten rok z uwagi na pandemię. Jednak obserwując wzrost liczby Polaków kupujących online, można śmiało stwierdzić, że tegoroczny Black Friday będzie przyciągał potencjalnych kupujących częściej przed ekrany komputerów czy smartfonów niż do galerii. Nawet po zniesieniu wiosennego lockdownu centra handlowe nie są bowiem odwiedzane tłumnie[7].

– Klientom bezpieczniej jest robić zakupy w sieci. Z najnowszego badania agencji Zymetria wynika, że 87 proc. internautów kupuje online, co oznacza wzrost o 11 pkt proc. w stosunku do poprzedniego badania z 2019 r. – objaśnia Marta Nasadka.

[1] Zymetria, Study on behaviours around e-shopping, październik 2020 r.

[2] Deloitte, Zakupy świąteczne 2019. Wyniki i wnioski

[3] Analiza DevaGroup na podstawie liczby wyszukiwań w Google

[4] Deloitte, Zakupy świąteczne 2019. Wyniki i wnioski

[5] Analiza DevaGroup na podstawie liczby wyszukiwań w Google

[6] Euromonitor International, Jewellery in Poland, sierpień 2020 r.

[7] Dane CBRE, wrzesień 2020 r.

Wzrost zachorowań na cukrzycę. Nawet milion Polaków może być niezdiagnozowanych, a w dobie pandemii coraz trudniej dostać się do lekarza

Z cukrzycą zmaga się około 422 mln osób na całym świecie, w tym blisko 3 mln w Polsce. To według WHO pierwsza niezakaźna epidemia. – Na całym świecie obserwujemy wzrost zachorowań, podobnie w Polsce. Mamy wiele przypadków niezdiagnozowanej cukrzycy, co może się wiązać z niechęcią Polaków do wykonywania badań – mówi Anna Śliwińska z Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków. Według raportu „Cukrzyca – niewidzialna pandemia”  przeprowadzonego na zlecenie Nationale-Nederlanden 1/3 respondentów w ciągu ostatnich trzech lat nie sprawdziła poziomu cukru we krwi. W dobie koronawirusa dostępność lekarzy specjalistów jest ograniczona – tak uważa 60 proc. badanych.

– Szacuje się, że nawet milion Polaków nie wie, że choruje na cukrzycę, a stan przedcukrzycowy ma ponad 5 mln osób. Zatem w przyszłości możemy się spodziewać, że zachorowań będzie coraz więcej. Nie bez powodu mówi się, że cukrzyca jest pierwszą niezakaźną epidemią, jaka występuje na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Śliwińska, prezes zarządu głównego Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Jak wynika z badania Nationale-Nederlanden „Cukrzyca – niewidzialna pandemia”, sytuacja związana z koronawirusem wyzwoliła u Polek i Polaków pewne obawy dotyczące ich zdrowia. 2/3 ankietowanych uważa cukrzycę za poważną chorobę i boi się na nią zachorować. Co 10. potwierdza, że choruje na cukrzycę, a blisko jedna trzecia przyznaje, że z tą chorobą zmaga się członek ich najbliższej rodziny. Pomimo tego co trzeci badany deklaruje, że w ciągu ostatnich trzech lat nie skontrolował poziomu cukru we krwi.

– Jako stowarzyszenie i całe środowisko diabetologiczne zabiegamy o to, aby takie badania były obowiązkowe, chociaż rzeczywiście świadomość ludzi jest coraz większa i coraz częściej są one wykonywane, chociażby w ramach medycyny pracy. Nawet jeżeli lekarz takich badań nie zaleci, to polecamy wszystkim osobom po 45. roku życia, aby poprosiły lekarza o skierowanie albo sami je sfinansowali – zaleca prezes PSD.

Przyczyną cukrzycy typu II jest często niezdrowy tryb życia w połączeniu z predyspozycją genetyczną.

– Jeśli choroba występowała w najbliższej rodzinie albo podczas ciąży w przypadku kobiet, można się obawiać zachorowania – uściśla Anna Śliwińska. – Jeżeli nie będziemy prowadzili zdrowego trybu życia, czyli nie będziemy się zdrowo odżywiali, nie będziemy aktywni fizycznie, to czeka nas bardzo często nadwaga, otyłość i, co za tym idzie, cukrzyca typu II.

Dobrą wiadomością jest to, że Polacy coraz więcej wiedzą na temat zdrowych nawyków. Siedmiu na dziesięciu uważa, że ich wdrożenie w życie pomoże uniknąć zachorowania na takie choroby jak nowotwory, cukrzyca czy zawał serca. Dwie trzecie badanych deklaruje, że stosuje na co dzień odpowiednią dietę.

– Według badania przeprowadzonego na zlecenie Nationale-Nederlanden najczęstszym powodem, który uniemożliwia nam zadbanie o siebie, jest stres. Wskazuje na to 30 proc. Polaków. Na drugim miejscu ex aequo znajduje się brak ruchu fizycznego i brak czasu na badania profilaktyczne (po 28 proc.). Okazuje się, że tylko 1/4 Polaków nie ma najmniejszego problemu z zadbaniem o siebie i zachowaniem zdrowego stylu życia – wskazuje Joanna Walczuk, menadżer ds. portfela produktów w Nationale-Nederlanden.

Jednocześnie 60 proc. badanych twierdzi, że ma świadomość, jakie są potencjalne powikłania cukrzycy i jaki tryb życia powinni prowadzić, żeby się przed nimi i samą cukrzycą ustrzec.

– Jedna czwarta Polaków wskazuje, że najbardziej obawia się chorób układu krążenia, natomiast co 10. obawia się też zakażenia koronawirusem – mówi Joanna Walczuk.

– Cukrzyca nieleczona i niezaopiekowana wywołuje katastrofalne powikłania. W Polsce nadal mamy sporo takich przypadków, kiedy chorzy dowiadują się o tym, że mają cukrzycę, przy okazji zawału serca czy udaru mózgu, co już jest powikłaniem niezdiagnozowanej cukrzycy – podkreśla Anna Śliwińska.

Trzy czwarte uczestników badania wskazuje, że największym problemem w leczeniu w Polsce jest dostęp do lekarzy specjalistów oraz do innowacyjnych terapii i technologii.

– W dobie koronawirusa problem związany z umówieniem wizyty jeszcze się pogłębił, na co wskazuje 60 proc. ankietowanych. Dodatkowo co drugi badany uważa, że koszty związane z leczeniem cukrzycy są bardzo wysokie – mówi Joanna Walczuk.

Co trzeci jest z kolei zdania, że najbardziej pomocne w przypadku zachorowania na cukrzycę byłoby dla niego wsparcie finansowe na zakup leków i sprzętu diagnostycznego. Podobny odsetek respondentów wskazuje na pomoc w umówieniu wizyty u lekarza specjalisty.

Jak widać, Polacy mają świadomość, że leczenie cukrzycy często wymaga dodatkowych nakładów finansowych. Zgodnie z danymi Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków blisko 80 proc. cukrzyków potwierdza, że nie stać ich na optymalną i nowoczesną terapię. Na rynku dostępne są już jednak rozwiązania, które mogą być realnym zabezpieczeniem i wsparciem w przypadku zachorowania na tę chorobę oraz w trakcie walki z jej powikłaniami. Taka ochrona dostępna jest w ramach umowy dodatkowej do indywidualnego ubezpieczenia na życie oraz grupowego ubezpieczenia na życie.

W Żabce wystartował pilotaż zbiórki plastiku. Powstaną z niego butelki wody marki własnej

W skali UE konsumenci zużywają około 46 mld plastikowych butelek rocznie, a każdy Europejczyk generuje ok. 31 kg śmieci z plastiku, z których tylko 1/3 trafia do ponownego przetworzenia. Również w Polsce do recyklingu trafia stosunkowo niewielki odsetek plastikowych odpadów, a 1/3 jej mieszkańców w ogóle nie segreguje śmieci. Dlatego też Żabka chce promować proekologiczne nawyki i startuje z akcją zbiórki plastikowych butelek, za które będzie nagradzać klientów dodatkowymi punktami w programie lojalnościowym. Plastikowe odpady zwrócone do sklepów Żabka posłużą do produkcji nowych, pochodzących w 100 proc. z recyklingu butelek na wodę mineralną.

– Statystyczny Polak produkuje rocznie ponad 300 kg odpadów, z czego prawie połowa nadaje się do recyklingu. Niestety – ze względu na niską świadomość ekologiczną i brak selektywnej zbiórki – recyklingowi poddawanych jest ich o wiele mniej – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Zagórski, dyrektor Lekaro. – Selektywna zbiórka odpadów w naszych domach jest kluczowa z perspektywy całego cyklu życia odpadu i jego dalszego przetworzenia. Jeżeli dobrze je przesortujemy, podzielimy na papier, plastik i szkło, możemy z nich odzyskać o wiele więcej surowców, dzięki czemu mniej odpadów trafi na składowisko, zanieczyszczając nasze środowisko.

Plastik jest w tej chwili jednym z najbardziej problematycznych surowców w kontekście ochrony środowiska. Według WWF Polska w ciągu ostatnich 65 lat jego produkcja wzrosła z 2 do 348 mln ton rocznie, z czego 40 proc. stanowią plastikowe opakowania. Nieumiejętne gospodarowanie plastikiem powoduje, że przedostaje się on do środowiska, w tym do gleby, rzek, mórz i oceanów, siejąc spustoszenie. W morzach i oceanach ląduje rocznie ponad 8 mln ton plastiku – to odpowiednik jednej śmieciarki pełnej odpadów wrzucanych do wody co 1 minutę. Szacuje się, że na powierzchni oceanów już teraz unosi się około 100 mln ton plastiku.

Tymczasem tylko w UE konsumenci zużywają ok. 100 mld foliówek i 46 mld plastikowych butelek rocznie. Każdy mieszkaniec Europy generuje co roku ok. 31 kg śmieci z plastiku, ale tylko 30 proc. z nich jest poddawanych recyklingowi. – Dlatego jako pierwsza firma w Polsce razem z naszymi franczyzobiorcami i partnerami postanowiliśmy przetestować działanie gospodarki o obiegu zamkniętym dla marki własnej – mówi Anna Gorączka, green officer w Żabka Polska.

Żabka, czyli jedna z głównych sieci handlowych w Polsce, zachęca klientów do budowania proekologicznych nawyków i oddawania plastikowych butelek podczas zakupów. Akcja będzie prowadzona w ponad 20 sklepach w Warszawie, a sieć wykorzysta w niej swoją aplikację żappka. Dzięki temu za oddane w sklepie plastikowe butelki klienci będą otrzymywać dodatkowe punkty lojalnościowe – żappsy (więcej informacji: https://www.zabka.pl/recycling).

– W ramach akcji zachęcamy naszych klientów do przynoszenia plastikowych butelek po napojach podczas zakupów. Nagradzamy ich za to punktami lojalnościowymi – żappsami. Zebrane opakowania posłużą nam do stworzenia nowych butelek na wodę marki własnej OD NOWA, pochodzących w 100 proc. z recyklingu. Dzięki temu wspólnie nadamy opakowaniom nowe życie i zamkniemy obieg plastiku. Akcja ma charakter pilotażowy i będzie prowadzona w 23 sklepach zlokalizowanych na warszawskiej Pradze. Gorąco zachęcam warszawiaków do wzięcia udziału w akcji i budowania nowych proekologicznych nawyków – mówi Anna Gorączka.  Wpływ plastiku to jeden z tematów, który jest istotny dla naszych klientów, interesuje ich w zakresie odpowiedzialności społecznej. Każdy z nas ma też swój mały wpływ i może małymi krokami zmieniać rzeczywistość i polepszać stan planety. 

W akcji zbiórki plastikowych butelek biorą też udział partnerzy i franczyzobiorcy Żabki, którzy podkreślają, że dla klientów kwestie ochrony środowiska stają się coraz bardziej istotne.

– Ekologia to temat, którym interesuje się coraz szersza grupa naszych klientów. Coraz częściej pytają o ekologiczne produkty, doceniają że w naszych sklepach mamy torby papierowe zamiast plastikowych, doceniają oznaczenia produktów marek własnych na opakowaniach, które ułatwiają im segregację. W akcję zbierania plastikowych butelek zaangażowali się nie tylko klienci, ale również pracownicy. Cieszymy się, że możemy dawać butelkom drugie życie – mówi Adrian Olszak, franczyzobiorca Żabki.

– Widzimy ogromny potencjał w podnoszeniu świadomości ekologicznej mieszkańców, we wzroście poziomów recyklingu i minimalizacji ilości odpadów. Dlatego bardzo chętnie bierzemy udział w akcjach, które zachęcają do selektywnej zbiórki zamiast wyrzucania odpadów zmieszanych. Podobnie jak można przynosić szklane butelki zwrotne do sklepu, tak teraz ruszamy z akcją zbiórki tych plastikowych – dodaje Leszek Zagórski, dyrektor Lekaro.

Butelki oddane przez klientów zostaną przetworzone na nowy surowiec. Posłużą do produkcji nowych plastikowych opakowań na wodę OD NOWA, pochodzących w 100 proc. z recyklingu.

– Butelki zebrane w sklepach Żabka będziemy mogli przetworzyć na recyklat PET i ponownie wytworzyć z nich opakowania, zamykając w ten sposób obieg materiałów – mówi Mariusz Musiał, dyrektor zarządzający ALPLA Polska. – Już w tym momencie w zakładzie w Radomsku przetwarzamy rocznie około 1,5 mld butelek PET, co pozwala nam na wyprodukowanie około 30 tys. ton recyklatu rocznie. Tworzywo PET z naszej produkcji nadaje się do kontaktu z żywnością i już teraz na sklepowych półkach można znaleźć butelki z zawartością recyklatu nawet na poziomie 100 proc.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania „Postawy Polek i Polaków wobec ochrony środowiska” Kantar Millward Brown dla WWF Polska – 82 proc. Polaków uważa zanieczyszczenia powietrza, wód i gleb za największe zagrożenie dla środowiska naturalnego. Mimo to ubiegłoroczny sondaż ARC Rynek i Opinia dla Forum Odpowiedzialnego Biznesu pokazał, że wciąż jedynie 66 proc. konsumentów deklaruje, że segreguje odpady, a tylko 58 proc. widzi sens w takich działaniach.

Polska liderem w produkcji autobusów elektrycznych. Nowy rządowy program pozwoli kupić je z 80-procentowym dofinansowaniem

Po ulicach ponad 20 polskich miast jeździ blisko 350 autobusów elektrycznych. Ich liczba sukcesywnie rośnie, a samorządy coraz częściej decydują się na zakup takich pojazdów. Wynika to, po pierwsze, z proekologicznych trendów, a po drugie – z ustawowego wymogu, zgodnie z którym do 2028 roku powinny one wykazać minimum 30-proc. udział autobusów elektrycznych we flocie. Od przyszłego roku ruszy rządowy program, który pozwoli samorządom na zakup takich pojazdów z 80-proc. dofinansowaniem. MAN Truck & Bus uruchomił właśnie w swojej fabryce pod Starachowicami seryjną produkcję elektrycznych autobusów, które zostały zaprojektowane właśnie z myślą o miejskiej mobilności.

– Polska jest jednym z europejskich liderów pod względem liczby autobusów elektrycznych, które jeżdżą po drogach miast. Jesteśmy też jednym z liderów pod względem ich produkcji i eksportu – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Mazur, prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – W ponad 20 miastach Polski jeździ już blisko 350 autobusów elektrycznych. Ta liczba szybko rośnie: porównując pierwszych siedem miesięcy ubiegłego i tego roku, widać prawie 200-proc. wzrost.

Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Klimatu na początku przyszłego roku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej ma uruchomić nowy program dofinansowania autobusów elektrycznych z budżetem sięgającym 1,3 mld zł. Jego celem będzie zwiększenie liczby takich pojazdów na drogach polskich miast.

– W przetargach ogłaszanych przez samorządy widzimy, że one coraz częściej decydują się na zakup autobusów zeroemisyjnych. Jest to związane m.in. z programami dofinansowań, które funkcjonowały w ubiegłych latach. Mamy nadzieję, że ten, który wystartuje w przyszłym roku, dodatkowo ugruntuje ten trend – mówi Maciej Mazur.

W pierwszym roku obowiązywania nowego programu dofinansowanie do zakupu autobusów elektrycznych ma wynieść 80 proc. i sukcesywnie spadać – do 70 proc. w 2022 roku oraz 60 proc. rok później. Wsparcie będzie kierowane w pierwszej kolejności do samorządów i miejskich przedsiębiorstw komunikacyjnych.

– Środki finansowe przewidziane w tym programie pozwolą dofinansować zakup setek autobusów elektrycznych. Łącznie możemy mówić o około tysiącu sztuk – wskazuje prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

Jak ocenia, rosnąca liczba elektrycznych autobusów w miastach to nie tylko zasługa szerokich możliwości dofinansowania zakupu takich pojazdów. Ten trend wiąże się też z wprowadzeniem rok temu ustawowego nakazu, zgodnie z którym od 1 stycznia 2021 roku samorządy powinny wykazać minimum 5-proc. udział autobusów elektrycznych we flocie. Ma on stopniowo rosnąć aż do 30 proc. w 2028 roku.

– To jest kierunkowskaz dla polskich miast i mamy nadzieję, że ten 30-proc. udział jeszcze wzrośnie, bo nie ma wątpliwości co do tego, że autobusy elektryczne powinny funkcjonować w miastach w jeszcze większej liczbie – mówi Maciej Mazur.

– Autobusy elektryczne to korzystne rozwiązanie zarówno dla mniejszych miast i miejscowości, jak i dużych aglomeracji. W pierwszej kolejności powinny być elektryfikowane te linie, gdzie występują największe skupiska ludzi, bo tam korzyści będą największe, m.in. w postaci ograniczenia emisji i hałasu. Autobusy elektryczne umożliwiają też przearanżowanie transportu zbiorowego – można go wprowadzić np. na obszarach, które do tej pory były wyłączone z ruchu. Dzięki temu miasta zyskują nowe możliwości zwiększenia mobilności mieszkańców, także osób z niepełnosprawnościami ruchowymi – wskazuje Małgorzata Durda, dyrektor ds. produktu i sprzedaży autobusów w MAN Truck & Bus Polska.

Na całym świecie jest około pół miliona takich pojazdów. Większość jeździ po drogach chińskich miast, ale w ostatnich latach także Europa szybko się elektryfikuje i coraz więcej europejskich aglomeracji stawia na transport zeroemisyjny. Dotyczy to zwłaszcza państw takich jak Niemcy, Wielka Brytania czy kraje skandynawskie, ale w gronie liderów elektromobilności jest też Polska.

– Również coraz więcej producentów decyduje się przestawiać na produkcję autobusów elektrycznych. Każdy liczący się producent wprowadza już do swojej oferty takie pojazdy, bo taka jest przyszłość transportu – podkreśla Maciej Mazur.

– Polska jest w tej chwili europejskim liderem w zakresie produkcji autobusów elektrycznych, a na własnym przykładzie możemy powiedzieć, że to z kolei wiąże się również z powstawaniem nowych miejsc pracy, badaniami i rozwojem, wdrażaniem nowych technologii. Zatem elektryfikacja transportu napędza też inne gałęzie gospodarki – dodaje Małgorzata Durda.

Potwierdza to też raport Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych „Napędzamy polską przyszłość”, z którego wynika, że elektryfikacja transportu kołowego w Polsce będzie pozytywnie wpływać na krajowe PKB i rynek pracy. W wyniku tego procesu polska gospodarka wzrośnie o 0,3 proc. w 2030 roku i o 1,1 proc. do 2050 roku.

W październiku MAN Truck & Bus Polska w swojej fabryce pod Starachowicami rozpoczął produkcję innowacyjnych autobusów elektrycznych. Pierwsze egzemplarze kilka miesięcy temu trafiły na testy m.in. do klientów w Niemczech. Teraz ruszyła natomiast seryjna produkcja miejskich autobusów elektrycznych MAN Lion’s City E.

– Innowacyjny autobus elektryczny powinien wykorzystywać wszystkie dostępne technologie, aby był bezpieczny dla pasażerów i uwzględniał wszystkie potrzeby użytkowników. Mowa także o kabinie kierowcy, którą zaprojektowaliśmy w sposób ergonomiczny. Przestrzeń dla pasażerów jest jasna, doświetlona i przestronna, zapewniająca wszystkie potrzebne funkcje dla osób z niepełnosprawnościami – wymienia Małgorzata Durda. – Musieliśmy też zaprojektować ten pojazd tak, żeby obsługa posprzedażowa, wszystkie prace remontowe czy przeglądy były wykonywane w sposób prosty i bezpieczny. 

Koncepcja miejskiego autobusu elektrycznego MAN umożliwia przewóz 84 pasażerów w pojeździe 12-metrowym i 110 pasażerów w przegubowym. Ładowanie poprzez złącze plug-in jest wygodne i niweluje koszty związane z rozbudową infrastruktury ładowarek na terenie miasta. Z kolei duża pojemność akumulatorów przekłada się na zasięg do 270 kilometrów na jednym ładowaniu. Zastosowanie silnika centralnego ułatwia zaś przeprowadzenie prac serwisowych oraz skraca czas przestojów pojazdu spowodowanych konserwacją.

Istotne są także szkolenia dla kierowców, ponieważ specyfika elektryków jest nieco inna niż autobusów spalinowych.

– W naszej organizacji mamy szkołę jazdy i prowadzimy szkolenia zarówno dla kierowców, jak i dla przedstawicieli operatorów – mówi dyrektor ds. produktu i sprzedaży autobusów w MAN Truck & Bus Polska. – Technika jazdy autobusu zelektryfikowanego i elektrycznego jest trochę inna niż tradycyjnego pojazdu z napędem Diesla. Chcemy w nich odzyskać jak najwięcej energii w procesie rekuperacji, żeby nie tylko korzystać z tej energii zgromadzonej ze stacji ładowania, ale również odzyskać jej jak najwięcej w procesie hamowania.

Wraz z rozwojem elektromobilności w miastach MAN rozwija też punkty serwisowe i dostosowuje je do obsługi pojazdów elektrycznych, wyposażając w narzędzia do obsługi systemów wysokiego napięcia i szkoląc elektryków samochodowych. W przyszłym roku ma być w Europie 170 takich specjalistycznych punktów.

Rząd planuje nowe obciążenia podatkowe dla ponad 40 tys. firm. Dla wielu z nich może to oznaczać koniec działalności

0

Ponad 40,5 tys. działających w Polsce spółek komandytowych musi się liczyć od początku przyszłego roku z dodatkowymi obciążeniami podatkowymi. Resort finansów w ramach uszczelniania systemu podatkowego i walki z optymalizacją podatkową zamierza obłożyć je 19-proc. CIT-em, co razem z podatkiem PIT od dywidendy pobieranym od wspólników złoży się na łączną daninę rzędu 34,4 proc. – To pogorszy konkurencyjność polskich przedsiębiorstw wobec zagranicznych podmiotów – uważa ekspert podatkowy TPA Poland.

– Przedmiotem prac Sejmu jest obecnie ustawa zmieniająca szereg ustaw podatkowych, w tym ustawę o podatku dochodowym od osób prawnych i ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wojciech Sztuba, doradca podatkowy, partner zarządzający w firmie TPA Poland. – Jednym z najbardziej bulwersujących jest ten, który odnosi się do opodatkowania spółek komandytowych. Do tej pory nie były obłożone podatkiem dochodowym.

W połowie września rząd opublikował projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw. Nowelizacja ta zakłada rozszerzenie katalogu podmiotów objętych podatkiem CIT o spółki komandytowe, które do tej pory takiego obowiązku nie miały.

Ministerstwo Finansów w uzasadnieniu do projektu zakłada, że obecnie spółki komandytowe służą do agresywnej międzynarodowej optymalizacji podatkowej. Według urzędników spółki komandytowe z komplementariuszem, którym jest spółka z o.o., obchodzą prawo podatkowe, naruszając tzw. klauzulę obejścia prawa podatkowego.

– Zaledwie 0,4 proc. wspólników wszystkich spółek komandytowych to podmioty zagraniczne. Taką liczbę udało się ostatnio ustalić na podstawie twardych danych pochodzących z KRS – podkreśla dr Wojciech Sztuba. – Trzeba jasno powiedzieć, że ta regulacja ma charakter bardzo asymetrycznego uderzenia w polskich przedsiębiorców, dlatego że za znakomitą większością spółek komandytowych stoi polski przedsiębiorca, polski kapitał rodzinny.

Spółek komandytowych jest w Polsce ponad 40,5 tys. (dane za 2019 rok), a istota ich konstrukcji polega na połączeniu ograniczonej odpowiedzialności wspólników z jednokrotnym opodatkowaniem PIT, zazwyczaj w formie podatku liniowego 19 proc.

Nowelizacja ustawy zakłada, że od 1 stycznia przyszłego roku spółki komandytowe zapłacą 19 proc. CIT-u, a oprócz tego wspólnicy osiągający zysk dodatkowo zapłacą dotychczasowy 19-proc. podatek PIT od dywidendy. Razem procent składany takiego efektywnego opodatkowania to 34,4 proc.

– Tego typu opodatkowanie spowoduje, że rentowność netto polskiego biznesu spadnie o około 15 punktów procentowych, gdy tymczasem opodatkowanie podmiotów zagranicznych gospodarujących w Polsce się nie zmieni. Oprócz tego tworzy się też ryzyko domiarów podatków za nieprzedawnione okresy historyczne, czyli za lata 2015–2020, co wynika wprost z projektu ustawy, jak również z jego uzasadnienia – mówi ekspert TPA Poland.

Przedsiębiorcy i organizacje zrzeszające właścicieli firm próbują przekonać władze do rezygnacji z tego projektu. Podkreślają, że na 40 587 spółek komandytowych w Polsce tylko 439 ma zagranicznego wspólnika, spośród których 30 proc. pochodzi z Niemiec. Podmioty umożliwiające potencjalny wypływ środków pieniężnych do rajów podatkowych to znikomy margines (113 z Luksemburga, 41 z Cypru, 15 z Malty).

– Gospodarcze skutki takich regulacji mogą być takie, że spółka komandytowa stanie się martwym wehikułem, tej formy prawnej nikt nie będzie w przyszłości używał. Te spółki oczywiście częściowo zostaną w obrocie, podobnie jak dzisiaj widzimy jeszcze sporą część spółek komandytowo-akcyjnych, tyle że one nie mają istotnego znaczenia dla gospodarki, nie są ważnym graczem – mówi dr Wojciech Sztuba.

1 stycznia 2014 roku wprowadzono podatek dochodowy CIT dla spółek komandytowo-akcyjnych. Do tej pory ich liczba rosła dynamicznie – w 2011 roku zwiększyła się o ponad 46 proc., w 2012 – o 86 proc., zaś w rekordowym 2013 – o blisko 103 proc. Na koniec 2013 roku według danych GUS było zarejestrowanych 5,7 tys. spółek S.K.A. Po wprowadzeniu dodatkowego opodatkowania liczba takich form prawnych sukcesywnie zaczęła spadać, by na koniec 2019 roku wynieść 3,7 tys. Część z nich przekształciła się w spółki komandytowe.

– Dla polskiego kapitału, który dzisiaj korzysta ze spółek komandytowych, będą dwie możliwości: albo zaakceptuje podwójne opodatkowanie z jednoczesną dalszą ochroną swojego majątku, albo za cenę obniżenia jego ochrony zdecyduje się np. na formę spółki jawnej lub inną formę jednokrotnego opodatkowania. Przy czym w obu tych przypadkach jest to bardzo zła wiadomość dla polskiego kapitału i dla polskich przedsiębiorców, bo w długim terminie ich konkurencyjność z kapitałem zagranicznym istotnie się pogorszy – mówi ekspert TPA Poland.

Jak podkreśla, proponowane regulacje mają charakter antyrozwojowy. Sukces niemieckiej gospodarki czy gospodarek zachodnich opiera się w głównej mierze na przekazywaniu sobie w formie sukcesji przedsiębiorstwa z pokolenia na pokolenie, a tego rodzaju sukcesja, gdzie istnieje ograniczona odpowiedzialność majątkowa, jest chroniona prawnie, tak jak ma to miejsce w spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością.

– Zmiana przepisów w stronę, jaką zaplanował resort finansów, w trwały sposób to uniemożliwi – twierdzi dr Wojciech Sztuba. – Motywacja przepisów zmieniających prawo podatkowe od przyszłego roku jest dość jasna, nawet wymieniona wprost w uzasadnieniu do projektu. To jest motywacja fiskalna, to znaczy resort finansów poszukuje nowych źródeł finansowania deficytu budżetowego i – prawdę mówiąc – uczciwiej byłoby, gdyby politycy mieli odwagę podnieść nominalne opodatkowanie wszystkich podatników, czyli nominalne stawki CIT czy PIT.

Polska dopiero na 24. miejscu w UE pod względem liczby specjalistów od SI. Największe zapotrzebowanie jest w sektorze rozpoznawania obrazu

Polska w unijnym rankingu nasycenia praktykami SI zajmuje odległe 24. miejsce. Wprowadzenie nowych, ujednoliconych norm prawnych pomoże zwiększyć konkurencyjność rodzimego sektora sztucznej inteligencji. Obecnie w naszym kraju najchętniej inwestuje się w inteligentne technologie z branży finansowej, ubezpieczeniowej i handlowej, ale największe zapotrzebowanie jest na specjalistów od technologii zautomatyzowanego przetwarzania obrazu i to w tym segmencie rynku specjaliści upatrują szansę na zaistnienie na arenie międzynarodowej.

– Jesteśmy zapleczem dla zachodnich firm, wiele korporacji otwiera tutaj swoje oddziały skoncentrowane na sztucznej inteligencji. Są to firmy z branży finansowej, ubezpieczeniowej, a nawet mamy tutaj centrum rozwoju Amazona, który rozwija asystenta głosowego Alexę. W tym zakresie jesteśmy bardzo mocni, nasi specjaliści są rozpoznawani na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Mariusz Kraj, dyrektor technologiczny Codibly.

Polska przyciąga wielu inżynierów specjalizujących się w sztucznej inteligencji, wynika z najnowszego raportu „Sztuczna inteligencja w Polsce – kompetencje ekspertów AI” fundacji Digital Poland, stworzonego we współpracy z Accenture i Microsoftem. Mimo tego zajmuje odległą 24. pozycję rankingu nasycenia praktykami SI w Unii Europejskiej. Z opracowania wynika, że za taki stan rzeczy odpowiada niedopasowanie kompetencji pracowników z sektora SI do rynkowego zapotrzebowania. Choć aż 58 proc. ofert pracy skierowanych jest do specjalistów ds. rozpoznawania obrazu, najliczniejsza grupa polskich ekspertów od sztucznej inteligencji zajmuje się eksploracją oraz analityką danych, a na drugim miejscu znajdują się specjaliści od robotyki i internetu rzeczy.

W poprawie kondycji rynku sztucznej inteligencji i rozwoju rodzimych biznesów opartych na tej technologii pomóc mogą nowe regulacje prawne, nad którymi pracują przedstawiciele Unii Europejskiej. Grupa D9+, w skład której wchodzi m.in. Polska, optuje za przyjęciem zunifikowanych regulacji prawnych opisujących mechanizmy wsparcia unijnego sektora sztucznej inteligencji. Dzięki temu kraje członkowskie mają zyskać narzędzia do swobodnego rozwoju narzędzi SI, a co za tym idzie, zawalczyć o konkurencyjność na rynku międzynarodowym.

– Pod względem prawnym sztuczna inteligencja i przetwarzanie danych są dosyć gorącym tematem. Dane są zbierane na wszelkie możliwe sposoby, we wszelkich możliwych formach. Dlatego kwestie prywatności są na pierwszym miejscu. Kilka państw rozważa wprowadzenie ograniczeń w tym zakresie, żebyśmy mieli większą kontrolę nad tym, co udostępniamy firmom czy osobom, które dokonują przetwarzania danych, próbując wyciągnąć nasze zwyczaje czy preferencje, nie zawsze pytając o zgodę – mówi ekspert.

O tym, jak istotną rolę sztuczna inteligencja odegra w najbliższych latach, przekonują specjaliści z Oxford Analytica oraz Coleman Parkes, autorzy raportu „Work 2035”. Z analizy przeprowadzonej na potrzeby tego badania wynika, że technologie automatyzujące mogą odgrywać kluczową rolę na rynku pracy w 2035 roku. 75 proc. ankietowanych ze świata biznesu uważa, że do tego czasu większość organizacji będzie posiadać centralną jednostkę SI odpowiedzialną za koordynację regionalnych biznesów, a 69 proc. dyrektorów zarządzających przewiduje, że będzie współpracować z ich komputerowymi odpowiednikami, Chief of Artificial Intelligence (CAI), odpowiedzialnymi za wszystkie zautomatyzowane procesy zachodzące w przedsiębiorstwie.

– W Polsce sztuczna inteligencja najsilniej obecna jest w branżach finansowych, ubezpieczeniowych i handlu, ze względu na to, że jest tam bardzo dużo danych i są tam największe możliwości zysku. Poza tym jesteśmy obecni w obszarze automotive. Liczymy też na energetykę, gdyż tam jest ogromny potencjał na to, aby w optymalny sposób wykorzystać wszystkie odnawialne źródła energii. Przełom nastąpił w momencie pojawienia się samojeżdżących samochodów czy rakiet, które startują i lądują bez udziału człowieka. Jednak potrzebna jest rewolucja w kontekście poznania człowieka, ale też możliwości technicznych – podsumowuje Mariusz Kraj.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji w 2020 roku wyniesie 62,4 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie on do 733,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 42,2 proc.

Ekologiczne oczyszczalnie rozwiążą problem braku kanalizacji na polskich wsiach. Ruszają pierwsze tego typu inwestycje

Zaledwie nieco ponad 40 proc. gospodarstw domowych na polskich wsiach posiada przyłącze kanalizacyjne. W miejscowościach o niedużej liczebności, oddalonych od oczyszczalni komunalnej, problem dostępu do kanalizacji mogą rozwiązać oczyszczalnie pasywne, czyli hydrofitowe. W Polsce działa jak dotąd zaledwie kilka takich instalacji, tymczasem na Słowacji cieszą się one dużą popularnością już od kilku dekad.

– W miastach większość mieszkańców jest skanalizowanych. Inaczej sytuacja wygląda na obszarach wiejskich i tutaj widzimy największy obszar do wprowadzania innowacji, nowych rozwiązań. Jeżeli pomyślimy o rozproszonej zabudowie na obszarach wiejskich, to mamy olbrzymie wyzwanie z tym, żeby podłączyć domy czy miejscowości oddalone od siebie o kilkaset metrów lub kilka kilometrów. Wiąże się to z ogromnymi kosztami, jeżeli chodzi o budowę sieci kanalizacyjnej. I nie chodzi tylko o same nakłady inwestycyjne, ale też później utrzymanie przepompowni i utrzymanie całej tej sieci – mówi agencji Newseria Innowacje Łukasz Rodek, prezes spółki RDLS.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego do sieci kanalizacyjnej przyłączonych jest zaledwie 41,3 proc. gospodarstw z terenów wiejskich. Alternatywą dla szamb i przydomowych oczyszczalni ścieków mogą być w małych miejscowościach oczyszczalnie hydrofitowe.

– Ich działanie polega na tym, że mamy złoże, które składa się z różnych frakcji kamienia. Na tym złożu w naturalny sposób osadzają się mikroorganizmy, które oczyszczają wodę. W przeciwieństwie do oczyszczalni wykorzystujących osad czynny tutaj bakterie zasiedlają te złoża w naturalny sposób, tworząc biofilm, dzięki czemu są bardziej odporne na zmianę ilości ścieków i zmianę ich charakterystyki. Pozwala to na odprowadzenie wody nawet od 2 tys. mieszkańców i nie ma z tym większych problemów – tłumaczy Łukasz Rodek.

Spółka RDLS we współpracy z czeską firmą Dekonta zakończyły niedawno budowę jednej z największych tego typu instalacji w Europie. Oczyszczalnia ścieków w Białce w województwie lubelskim będzie mogła obsłużyć ok. 1,8 tys. mieszkańców. Z kolei pod koniec przyszłego roku zakończy się realizowana inwestycja w Udrzynku w województwie mazowieckim. W tym przypadku z oczyszczalni korzystać będzie 1750 mieszkańców.

– Tego typu oczyszczalnie powstają głównie na terenach wiejskich. Jest to związane z tym, że wymagają one większej ilości terenu – mniej więcej 5 metrów kwadratowych na mieszkańca. Dla miejscowości liczącej 1–2 tys. mieszkańców będzie potrzebny ponad hektar przestrzeni. Jeżeli zaczęlibyśmy sobie wyobrażać rozmiar takiej oczyszczalni nawet dla niezbyt dużego miasta, o populacji ok. 50 tys. mieszkańców, to już byłyby ogromne obszary. Rozwiązanie to najlepiej się sprawdza dla mniejszych miejscowości czy hoteli oddalonych od istniejącej sieci kanalizacyjnej – mówi prezes RDLS.

W Polsce tego typu oczyszczalnie są jeszcze mało popularne. Dużo większym uznaniem cieszą się np. na Słowacji. Działa tam kilkaset takich instalacji. Najstarsza, zlokalizowana w Břehovie, funkcjonuje nieprzerwanie od 20 lat. Najbardziej znana oczyszczalnia pasywna zlokalizowana jest na wyspie Ko Phi Phi w Tajlandii. Instalacja o kształcie motyla obsługuje całą wyspę, a zwłaszcza infrastrukturę hotelarską i biznesową.

– Oczyszczanie wód to obecnie jeden z najważniejszych aspektów szeroko rozumianej ochrony środowiska. I jest bardzo dużo różnych technologii. My skupiamy się na tych, które są proste, ekologiczne i nie wymagają użycia dużych ilości energii, a w ogóle nie wymagają chemikaliów. Tutaj więc doszukiwałbym się innowacyjności w takich rozwiązaniach – wskazuje ekspert.

Według danych GUS z roku na rok rośnie w Polsce produkcja ścieków. W 2019 roku jedna osoba średnio produkowała 56,7 m3 ścieków, podczas gdy w 2015 roku było to 55,2 m3.

Jak radzi sobie polski eksport w drugim półroczu epidemii?

Jedną z branż, która szczególnie ucierpiała podczas epidemii koronawirusa, jest handel zagraniczny. Zapaść na rynku eksportowym wiąże się nie tylko z restrykcjami przewozu produktów przez granicę, lecz także z sytuacją gospodarczą naszych głównych partnerów zagranicznych. Parę miesięcy po najgorszym okresie lockdownu kolejne branże podnoszą się i zaczynają wracać do normalności. Jak radzi sobie polski handel? Od stanu gospodarek naszych partnerów zależy, czy polski eksport wyjdzie na prostą i zdoła odbudować straty z pierwszej połowie roku. To bardzo ważny czynnik, który może zaważyć na stanie polskiej gospodarki.

– W kolejnych miesiącach, poczynając od przełomu maja i czerwca, widać pewną poprawę. Na pewno sprawy idą w dobrą stronę. Cały czas jednak rynek eksportowy jest wyraźnie mniejszy. Nasz handel zagraniczny dopiero dochodzi do siebie – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Dobra wiadomość jest taka, że Niemcy – nasz główny partner handlowy – radzą sobie z epidemią całkiem nieźle. To dobrze wróży. Stan handlu zagranicznego ma potężny wpływ na koniunkturę w Polsce. Wbrew pozorom to nie konsumpcja, która stanowi około 70% PKB, decyduje o dynamice gospodarczej. Decyduje o niej przede wszystkim dynamika eksportu i inwestycji. Podobnie duże znaczenie dla PKB mają inwestycje międzynarodowe. One też mocno oberwały podczas COVID-u. Od tego, jak te dwie branże poradzą sobie przez następne miesiące, będzie zależeć poziom recesji polskiej gospodarki – podkreśla Orłowski.

Czy sztuczna inteligencja zastąpi sprzedawcę?

54 proc. kupujących każdego dnia wchodzi w interakcje ze algorytmami tzw. sztucznej inteligencji m.in. za pośrednictwem wirtualnych agentów, skanerów biometrycznych, wirtualnej jazdy próbnej, interaktywnych przymierzalni, hiperpersonalizowanych ofert… Przestrzenie naszpikowane innowacyjnymi rozwiązaniami koncentrują się na klientach. Z jakim skutkiem? Czy wkrótce sprzedawcy w sklepach staną się zbędni? Jak wrażenia z interakcji AI odbierają kupujący? Na te pytania odpowiada raport Capgemini dotyczący AI w Customer Experience uwzględniający obecną sytuację gospodarczą. 

Zarówno w przestrzeni komercyjnej, jak i publicznej, organizacje stawiają klienta w centrum swoich działań. Firmy kierując się wyznacznikami określanymi ogólnie jako marketing 4.0. – np. skrócenie ścieżki komunikacji na linii klient – marka, wykorzystanie AI i innych innowacyjnych narzędzi technologicznych – coraz odważniej wprowadzają nowoczesne rozwiązania oparte na zaawansowanej technologii. Ich głównym celem jest ułatwienie podejmowania decyzji zakupowych, podnoszenie jakości obsługi, optymalizacja kosztów…

Czy te rozwiązania rzeczywiście się sprawdzają? Jaka jest pozycja sztucznej inteligencji w tej przestrzeni? Na jakie rozwiązania stawiają najczęściej organizacje? Co klienci sądzą o inteligentnych narzędziach? Na te pytania odpowiada raport przygotowany przez Capgemini – The art of customer-centric artificial intelligence.

Sztuczna inteligencja w służbie klienta

Badanie przeprowadzone przez Capgemini wskazuje, że ponad połowa kupujących wchodzi codziennie w interakcje ze sztuczną inteligencją. Chatboty, skanery biometryczne, czy też asystenci głosowi zyskują na popularności. Co więcej, przeniesienie doświadczeń znanych klientom e-commerce do fizycznej przestrzeni sklepu jest już w pełni możliwe, co potwierdza m.in. marka Modivo w swojej autorskiej przestrzeni zrealizowanej w Galerii Młociny. Placówka wyposażona w ponad 21 specjalnie zaprojektowanych terminali cyfrowych, w pełni pozbawiona tradycyjnych wieszaków, czy też regałów wypełnionych asortymentem, zachęca klientów do składania zamówień i zapoznania się z ofertą ponad 250 tys. produktów umieszczonych w dark-przestrzeni. Marka Nanovo odpowiadająca za wdrożone rozwiązania dostrzega zwiększające się zainteresowanie produktami wykorzystującymi coraz bardziej zaawansowane technologie. Czy zatem można spodziewać się, że takich miejsc będzie coraz więcej?

– Jak wynika z raportu Capgemini – 57 proc. klientów jest zadowolonych z wykorzystania rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, jednak jest to niższy wynik, niż jeszcze dwa lata temu, gdy entuzjastami takich innowacji było aż 69 proc. kupujących. Warto zwrócić uwagę, że nieco ponad połowa klientów uznaje wykorzystanie AI za pozytywne pod warunkiem, iż zapewni im to wyjątkowe doświadczenie. Mimo wszystko można spodziewać się, że inteligentnych rozwiązań będzie coraz więcej. Jest to podyktowane przede wszystkim zwiększającymi się możliwościami technologicznymi, chęcią zapewnienia maksymalnie pozytywnych doświadczeń zakupowych, dostarczaniem hiperspersonalizowanej oferty, czy też optymalizacją kosztów – mówi Łukasz Ulaniuk, Head of Cloud Cognitive Solutions and Digital Adoption w Capgemini.

Raport wskazuje, że 53 proc. organizacji wdraża sztuczną inteligencję w swoich fizycznych siedzibach, a 45 proc. implementuje tego typu narzędzia w contact center, by usprawnić obsługę klientów.

Kompleksowo – bezdotykowo nie tylko w czasie pandemii

Pewnym jest, że jednym z katalizatorów wdrażania inteligentnych systemów okazał się globalny kryzys zdrowotny wywołany pandemią. Wiele placówek przestrzeni społecznej (szpitale, urzędy, biura), czy też sklepy poszukuje i wdraża rozwiązania ograniczające konieczność fizycznego dotyku (przycisków, klamek, ekranów), tym bardziej, że trzech na czterech użytkowników oczekuje w takich miejscach zwiększenia możliwości wykorzystania z interfejsów bezdotykowych, m.in. asystentów głosowi, czy rozpoznawanie twarzy. W krajach wysoko rozwiniętych np. w Niemczech zwolennikami takich rozwiązań jest już 73 proc. klientów.

Według raportu Capgemini, 62 proc. klientów deklaruje chęć korzystania z bezdotykowych urządzeń także po pandemii. Oznacza to, że inwestycje w tego typu technologie są niezwykle prosperujące i przygotowują przestrzeń na oczekiwania przyszłości.

Bezdotykowe rozwiązania szeroko wykorzystywane są m.in. w branży motoryzacyjnej w celu maksymalnego podniesienia bezpieczeństwa na drogach. Marka BMW już od wielu lat wykorzystuje asystentów głosowych opartych na AI. Obecnie planuje w samochodach serii 2021 jeszcze bardziej unaturalnić system, dzięki funkcji rozpoznawania gestów lub wzroku.

By zyskać klienta offline

Pandemia wywołana koronawirusem okazała się niemałym wyzwaniem dla sklepów stacjonarnych. Sprzedaż online nie jest w stanie zrekompensować strat, które ponoszą fizyczne placówki w związku ze zmniejszoną aktywnością klientów. W takich przypadkach również z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja.

– Doskonałym przykładem takich działań może być aplikacja polskiego startupu – Cosmose AI. Jego wartość osiągnęła właśnie 400 mln USD, co jest potwierdzeniem olbrzymiego zapotrzebowania właśnie na tego typu rozwiązania. Cosmose AI wykorzystując technologię sztucznej inteligencji monitoruje aktywność użytkowników smartfonów, którzy posiadają aplikacje pozwalające ustalać ich aktualną pozycję. Startup gromadząc te dane jest w stanie z niezwykle wysoką dokładnością określać gdzie znajdował się użytkownik, a nawet przy regałach z jakim asortymentem się zatrzymywał, co jest niezwykle wartościowe dla sprzedawców i pozwala lepiej dostosowywać reklamy do zapotrzebowania poszczególnych klientów. Właśnie takie sukcesy są dobitnym potwierdzeniem rosnącego znaczenia i ogromnego potencjału AI – mówi Łukasz Ulaniuk.

Wyzwania, którym AI musi sprostać

Organizacje dużo pracy włożyły i mnóstwo czasu zainwestowały, by ich klienci zaufali rozwiązaniom opartym na sztucznej inteligencji. Badania pokazują, że 67 proc. użytkowników ufa spersonalizowanym zaleceniom i sugestiom powstałym w wyniku interakcji człowieka z AI, a nawet 46 proc. badanych twierdzi, że te wskazówki są godne zaufania. Jeszcze dwa lata temu zdanie to podzielało jedynie 30 proc. ankietowanych.

– Jednym z czynników odpowiadającym za zwiększający się poziom zaufania klientów do AI jest coraz większa humanizacja systemów. Duży nacisk został w ostatnich latach położony na zbliżenie sztucznych inteligentnych rozwiązań do ludzkich relacji. 64 proc. klientów uważa, że obecnie ich interakcje z AI są zbliżone do międzyludzkich. Raport Capgemini przypomina, że w 2018 r. uważało tak 48 proc. badanych, więc łatwo dostrzec, że implementowane systemy stają się coraz bardziej zaawansowane i ludzkie. Oczywiście, aby zapewnić sukces rozwiązaniom opartym na AI konieczne jest doskonałe rozpoznanie potrzeb użytkowników oraz zrozumienia roli technologii dla sprostania wyzwaniu – w tym z uwzględnieniem stopnia interakcji, wyglądu i funkcjonalności bota – zauważa Łukasz Ulaniuk z Capgemini.

Niestety to nie koniec wyzwań, przed którymi stoi AI – wciąż konieczne jest podniesienie poziomu satysfakcji klientów obsługiwanych przez inteligentne narzędzia. Aby tego dokonać z pewnością interakcje na linii klient-robot konieczne jest uwzględnienie kontekstu komunikacyjnego, większa intuicyjność i lepsze zrozumienie. Przeprowadzone badania pokazały, że choć wykorzystanie AI jest dużym wyzwaniem, to w oczywistym kontekście gwarantuje zadowolenie klienta m.in. w przypadku autonomicznego parkowania, uwierzytelniania płatności za pomocą skanerów biometrycznych.

W dużej mierze brakuje efektu „wow”. Klienci zaledwie w 13 proc. otrzymują od rozwiązań opartych na AI więcej, niż oczekują, a aż 45 proc. deklaruje, że wartość dostarczona przez sztuczną inteligencję jest niższa od spodziewanej.

– Taka sytuacja jest wynikiem jeszcze niedokładnego dostosowania technologii do pełni potrzeb użytkowników, ale również niepełnej intuicyjności rozwiązań opartych na AI. Brak zrozumienia pełnego kontekstu sytuacji stanowi ogromne wyzwanie, którem sztuczna inteligencja jeszcze w pełni nie jest w stanie sprostać – wyjaśnia Łukasz Ulaniuk.

Niewątpliwie technologia z wykorzystanie AI wciąż intensywnie będzie się rozwijać i odnajdzie swoje zastosowanie w wielu przestrzeniach. Choć wciąż relacje międzyludzkie pozostają niezastąpione, to wiele działań w zakresie obsługi klienta może zostać zastąpionych przez roboty, aplikacje, czy też innowacyjne systemy. Klienci oswajają się z takimi rozwiązaniami i coraz bardziej doceniają wartość, którą ze sobą one niosą.

Cyberbezpieczeństwo – jak zadbać o kulturę bezpieczeństwa w organizacji?

Bezpieczeństwo ewoluuje od odpowiedzialności jednego zespołu do odpowiedzialności całej firmy. Powinno ono stać się częścią kultury organizacji, w której każdy pracownik ma obowiązek zaakceptować ideę bezpieczeństwa jako fundament i działać zgodnie z jego zasadami. Pozytywne i proaktywne podejście w tym zakresie jest niezbędne do zbudowania organizacji, w której bezpieczeństwo umożliwia szybsze działanie całej firmie.

Tworzenie kultury bezpieczeństwa to przyszłość, ale jak to wygląda w praktyce i jak organizacje mogą zapewnić, że przestrzegają głównych zasad bezpieczeństwa? Co można zrobić już dzisiaj, aby promować pozytywną kulturę bezpieczeństwa?

– Bezpieczeństwo jest niezwykle istotne w każdej firmie, zwłaszcza jeśli mówimy o bezpieczeństwie danych. Warto zatem zadbać o ich odpowiednią ochronę – mówi Tomasz Stachlewski, CEE Senior Solutions Architecture Manager w AWS. – W Amazon Web Services bezpieczeństwo jest najwyższym priorytetem. Klienci korzystający z naszych usług mogą lepiej dostosować się do wymogów bezpieczeństwa i obowiązujących przepisów poprzez dostęp do najwyżej klasy usług chmurowych ułatwiających budowanie nowoczesnych i bezpiecznych systemów i aplikacji informatycznych.

Zasady dla bezpieczeństwa

Aby stworzyć kulturę bezpieczeństwa, firmy powinny stosować kilka kluczowych zasad:

  1. Wykształcenie: oznacza to utrzymywanie umiejętności pracowników w zakresie dostępnej technologii, zasięganie porady specjalistów ds. bezpieczeństwa oraz pracę nad zrozumieniem zasad i reguł bezpieczeństwa. Takie postępowanie maksymalizuje zdolność każdego pracownika do bycia pierwszą linią obrony dla bezpieczeństwa firmy, zmniejszając ryzyko prostych błędów, które mogą spowodować problemy z bezpieczeństwem. Obejmuje to również ustalanie oczekiwań dla całej firmy, czy to konfiguracji bezpieczeństwa, która powinna być wdrażana przez programistów aplikacji, czy też obowiązków właścicieli produktów.
  2. Higiena: dobra higiena bezpieczeństwa jest niezbędna, aby zapobiec przekształcaniu się podstawowych błędów w zagrożenia dla bezpieczeństwa. W związku z tym, pracownicy powinni rozumieć zagrożenia wynikające ze złych praktyk bezpieczeństwa, takich jak udostępnianie kont użytkowników i haseł. W międzyczasie firmy mają za zadanie zapewnić, że stosowane przez nie systemy dostępu ułatwiają stosowanie bezpiecznych praktyk. Na przykład usługi AWS oferują tymczasowe poświadczenia, które działają przez określony czas, po którym nie zezwalają na dostęp do systemu za pomocą wcześniej udostępnionych poświadczeń. Zwiększa to kontrolę nad dostępem do usług, zmniejszając prawdopodobieństwo niezamierzonego dostępu do danych biznesowych przez osoby nieupoważnione.
  3. Uczenie się na podstawie błędów, bez obwiniania: ludzie zawsze będą popełniać błędy, a tworzone przez nich oprogramowanie nie będzie doskonałe. Ważną rzeczą do zrobienia jest zatem wyciągnięcie wniosków z błędów i podjęcie odpowiednich działań. Stworzenie kultury, w której analiza powstałych problemów, wykrycie powodów i błędów proceduralnych w sposób obiektywny, bez szukania winnych, pomaga w tworzeniu zdolności uczenia się organizacji i przyczynia się do zwiększenia zaufania pracowników do firmy. Kierownictwo nie powinno kierować się zasadą dopytywania czy i który pracowników popełnił błąd, zamiast tego powinno zadać pytanie co należy zmienić w firmie, aby taki błąd się nie powtórzył. Ludzie w organizacji powinni czuć się swobodnie poruszając kwestie bezpieczeństwa, mając świadomość, że będą wspierani przez zespół ds. bezpieczeństwa.
  4. Poznanie ludzi i ich pracy: lepsze zrozumienie pracy programistów może być pomocne w zrozumieniu procesów, przez które przechodzą, aby zbudować i wdrożyć oprogramowanie i aplikacje wykorzystywane w firmie. Pomoże to w zrozumieniu, gdzie w procesach IT można wprowadzić ulepszenia zwiększające bezpieczeństwo organizacji np. poprzez określenia klarownych reguł związanych z polityką przechowywania danych i dostępów do nich, czy też przekazanie pewnych zadań związanych z bezpieczeństwem innemu, dedykowanemu zespołowi. Przykładem może być tutaj często spotykana integracja platformy chmurowej z działającym w firmie rejestrem pracowników – dzięki czemu łatwiej zapanować nad uprawnieniami i dostępami pracowników. Dodatkowo firmy powinny wdrażać w ramach procesów wytwórczych aplikacji automatyczne walidacje, które weryfikują zgodność tworzonych systemów z wytycznymi działu bezpieczeństwa.
  5. Kontrola i monitorowanie: możliwość kontroli postawy bezpieczeństwa i zapewnienia ludziom dostępu do danych jest dobrym sposobem komunikacji i zrozumienia, gdzie znajdują się najsprawniejsze części organizacji. Dzięki zidentyfikowaniu zespołów, które radzą sobie dobrze lub budują innowacyjne rozwiązania, można rozszerzyć ich zakres działań na cały biznes. Mówienie ludziom, jakie zasady oceny ich obowiązują, promuje kulturę własności, która wzmacnia pozytywne podejście do bezpieczeństwa.

Wdrożenie kultury bezpieczeństwa może znacząco poprawić pozycję bezpieczeństwa organizacji, tworząc swojego rodzaju ramy, w których wszyscy pracownicy mogą sprawnie się poruszać, budując technologie w oparciu o podjęte decyzje. Aby jednak odnieść sukces, firmy powinny przyjąć ustrukturyzowane podejście do wprowadzenia takich ram. Kultura bezpieczeństwa opiera się na edukacji, higienie, modelowaniu zagrożeń, gdzie wszyscy pracownicy pracują razem jako wspierający się zespół. Stosując się do powyższych zasad, organizacja będzie w stanie poprawić swoją pozycję w zakresie bezpieczeństwa, plasując się ponad konkurencją i przede wszystkim zapewniając bezpieczeństwo danych.

Jak wspólnie z klientem budować granice prywatności w sieci? 3 kroki do konsensusu

Mówić prosto i otwarcie o polityce prywatności, prosić tylko o te dane, które są niezbędne i budować trwałą relację – te 3 elementy są potrzebne, aby klienci byli spokojni o swoją prywatność w sieci, a firmy pozyskiwały informacje o konsumentach potrzebne do prowadzenia działalności biznesowej. Naukowcy z Katedry Marketingu Akademii Leona Koźmińskiego przeanalizowali, jak powinien wyglądać idealny transfer danych osobowych między użytkownikami internetu a markami.

– Kiedy firma świadczy usługi przez internet, zawiera z klientem swego rodzaju transakcję – w zamian za wgląd do jego danych osobowych oferuje produkt lub usługę, której klient poszukuje. Naturalne jest to, że aby konsument miał mniej oporów przed powierzaniem tego typu informacji, musi darzyć firmę zaufaniem oraz rozumieć, jakich danych i w jakim celu potrzebuje – piszą prof. Grzegorz Mazurek i dr Karolina Małagocka z Akademii Leona Koźmińskiego na łamach czasopisma „Business Horizons” wydawanego przez Kelley School of Business Uniwersytetu Indiany.

Taktyka trzech „T”

Na podstawie analizy kilkudziesięciu studiów przypadku i dostępnych wyników prac naukowych badacze stworzyli autorski model, który pokazuje, że proces przekazywania
i pozyskiwania danych personalnych w sieci może być komfortowy dla obu stron.

– W czasach gospodarki cyfrowej kluczowa nie jest ilość danych, ale ich jakość. Z naszych analiz wynika, że najczęściej trzeba spełnić trzy warunki, aby obie strony rynkowego „dealu”, nazywanego fachowo „cyfrowym kontraktem społecznym”, czuły się usatysfakcjonowane. Ujęliśmy je w autorski model T-Form. Trzy „t” to Transparency, Type of data i Trust, czyli transparentność, typ danych i zaufanie – mówi dr Karolina Małagocka, wykładowczyni na studiach MBA Cyfrowa Transformacja w Akademii Leona Koźmińskiego, która w lipcu obroniła doktorat z zakresu prywatności klientów w relacjach z markami w sieci, a pracę akademicką łączy z działalnością w jednej z firm w sektorze IT.

Badaczka tłumaczy, co w praktyce oznacza model T-Form: – Transparentność to nie tylko informowanie o tym, jak dane są wykorzystywane, ale też sposób komunikacji, który jest pozbawiony terminów specjalistycznych. Język powinien być przyjazny, a konsumenci – poinformowani o tym, w jaki sposób marka przetwarza dane – zaznacza.

T-Form, czyli prosta porada dla firmy Przykład komunikatu
Komunikuj o polityce prywatności
w sposób prosty i przejrzysty

 

„Potrzebujemy Twoich danych do celów X i Y, jednakże w każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę na ich przetwarzanie.”

– Zdarza się również, że firmy proszą o dane, które nie są konieczne do realizacji usług,
a wszelkie próby ich „wyciągnięcia” działają na klientów jak płachta na byka. Jeśli chcę kupić coś online, to raczej nie odmówię podania adresu e-mail, ale już np. pytania o preferencje zakupowe mogą budzić podejrzenia dotyczące tzw. profilowania. To dotyczy adekwatności pozyskiwanych danych – kontynuuje Małagocka.

T-Form, czyli prosta porada dla firmy Przykład komunikatu
Informuj, jakie informacje zbiera firma i proś tylko o niezbędne dane

 

„Żeby doręczyć paczkę, potrzebujemy tylko Twojego adresu domowego i telefonu, aby kurier mógł się z Tobą skontaktować.”

– Z kolei wysoki poziom zaufania znacznie zmniejsza obawy klientów przed ujawnianiem swoich danych. Zyskują na tym obie strony: firma ma dane na których jej zależy, a klient wie, że dzięki temu może ona działać w zgodzie z jego wartościami – dodaje dr Karolina Małagocka.

T-Form, czyli prosta porada dla firmy Przykład komunikatu
Wzbudź zaufanie do marki

 

„Zależy nam, abyś czuł się komfortowo, przekazując nam swoje dane niezbędne
do realizacji usług. Powiedz nam, jak możemy usprawnić naszą politykę prywatności!”


Kontrakt społeczny oparty na wzajemnym zrozumieniu

Zdaniem Karoliny Małagockiej z Akademii Leona Koźmińskiego umiejętne zastosowanie taktyki trzech „T” może sprawić, iż klienci zaufają firmie, a ona sama pozyska dobre jakościowo dane oraz przyzwolenie na ich wykorzystanie, np. w celu ulepszenia oferty czy spersonalizowania komunikacji. – Wówczas klient będzie odważniej wchodził w relacje online z taką firmą. W ten sposób buduje się kapitał społeczny wokół usług cyfrowych, który pozwala zrozumieć, że rynek cyfrowy nie „żeruje” na kliencie oraz nie traktuje go jako produkt – podkreśla naukowczyni.

– Aby opisywana transakcja doszła do skutku, w zamian za dostęp do prywatnych informacji marka musi zaoferować atrakcyjne propozycje i benefity. Umowne wynagrodzenie jest tu o tyle ważne, że jego brak może doprowadzić do utraty lojalności konsumenta wobec firmy – uzupełnia Małagocka.

Leonardo bierze udział w badaniach planety Mars

Leonardo: ruszają prace nad robotycznymi ramionami dla wspólnej misji NASA i ESA Mars Sample Return.

  • Firma jest zaangażowana w badania nad instrumentami robotycznymi zarówno dla łazika jak i lądownika wspólnej misji NASA i ESA planowanej na rok 2026.
  • Koncern Leonardo rozpoczął fazę projektowania ramienia łazika do pobierania próbek (Rover Fetch Sample Arm), które pobierze próbki pozostawione przez łazik Perseverance wystrzelony w lipcu 2020 roku.
  • Trwają badania nad ramieniem do przenoszenia próbek (Sample Transfer Arm – STA). STA działające na pokładzie lądownika NASA załaduje próbki do kapsuły kosmicznej, która zostanie umieszczona na orbicie Marsa.
  • Koncern Leonardo jest także zaangażowany w prace nad statkiem mającym sprowadzić kapsułę na ziemię (Earth Return Orbiter).
  • Firma jest liderem w Europie dzięki opracowywaniu i produkcji robotycznych ramion i wierteł znajdujących się na pokładzie takich misji ESA jak Rosetta, Luna-27 i ExoMars.

Badania Marsa za pomocą robotów stanowią istotę ostatnich międzynarodowych misji kosmicznych. Koncern Leonardo jest zaangażowany w badania nad najnowocześniejszymi systemami robotycznymi, które pomogą w rozwikłaniu tajemnic Czerwonej Planety. Dla celów misji NASA sprowadzenia próbek z Marsa (“Mars Sample Return”) i we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną (ESA), koncern Leonardo uzyskał kontrakt wraz koncernem Airbus na fazę badań zaawansowanych (Advanced B2) nad ramieniem robotycznym łazika do pobierania próbek ESA (SFR) i uzyskał finansowanie z ESA na prowadzenie badań nad ramieniem do przenoszenia próbek (Sample Transfer Arm – STA) dla lądownika NASA.

Tym samym, dzięki istotnemu wkładowi w działania Włoskiej Agencji Badań Kosmicznych (ISA), koncern Leonardo jest zaangażowany w badania nad dwoma zasadniczymi elementami misji sprowadzenia próbek z Marsa (Mars Sample Return) zaplanowanej na rok 2026: ramienia łazika oraz ramienia lądownika. W obydwu przypadkach, koncern Leonardo ma zaprojektować systemy robotyczne dla pozyskania i obsługi próbek.

Na czele konsorcjum przemysłowego SFR stoi Airbus UK. Po fazie wstępnej badań nad koncepcją i testowania, prace projektowe nad robotycznym ramieniem SFR wchodzą teraz w zaawansowaną fazę wraz z opracowaniem pierwszego prototypu ramienia robotycznego (makiety) mającego pokazać ogromne zdolności systemu. Ramię można wydłużać do około 110 cm, jego system sterujący zapewnia 6 stopni swobody i na końcu ramię jest wyposażone w uchwyt czyli efektor. STA lądownika NASA to bardziej złożone ramię, z 7 stopniami swobody i wydłużające się o 200 cm; teraz STA w chodzi w fazę opracowania makiety.

Koncern Leonardo przewodzi międzynarodowemu konsorcjum przemysłowemu odpowiedzialnemu za zaprojektowanie elektroniki sterującej, oprogramowania oraz systemu wizji.

Projekt zarówno ramion robotycznych SFR jak i STA jest oparty o doświadczenia zdobyte w trakcie opracowywania przez koncern Leonardo modeli DELIAN oraz DEXARM, które nadal są uważane za standardy na europejskim rynku kosmicznym. Ponadto firma ma ogromną wiedzę w sektorze wierceń kosmicznych, jako że opracowała wiertła dla takich misji, jak Rosetta, ExoMars oraz Luna-27.

Dla misji MSR, koncern Leonardo wniesie także wkład w statek Earth Return Orbiter (ERO) poprzez Thales Alenia Space (spółka joint venture Thales 67 proc. i Leonardo 33 proc.), która będzie odpowiedzialna za dostarczenie systemów komunikacji umożliwiających przekazywanie danych między Ziemią, ERO i Marsem, prace projektowe nad niezwykle istotnym modułem Orbit Insertion Module, zarządzanie fazą integracji i testów montażu (Assembly Integration and Test – AIT) dla modelu Proto-Flight statku ERO.

Mars Sample Return (MSR)

Wspólna misja ESA/NASA MSR obejmuje trzy misje, które będą wdrażane począwszy od roku 2020. Misje będą ze sobą współpracować w celu osiągnięcia ambitnego celu sprowadzenia na Ziemię próbek gleby marsjańskiej do roku 2031.

Pierwsza misja NASA “Mars2020”, wystrzelona w lipcu, będzie polegała na tym, że łazik Perseverance przewierci się przez glebę i pobierze trochę próbek gruntu marsjańskiego. Perseverance szczelnie zamknie próbki skał i gleby w odpowiednich zasobnikach i umieści je w strategicznych miejscach w oczekiwaniu na przejęcie przez kolejne misje.

W 2026 roku Ziemię opuści “Sample Retrieval Lander”, czyli druga misja MSR. Ta misja składa się z trzech elementów: lądownika NASA, łazika do pobierania próbek ESA (Sample Fetch Rover), oraz pojazdu startującego z Marsa (Mars Ascent Vehicle (MAV). Koncern Leonardo jest zaangażowany w badania nad ramionami lądownika NASA i łazika ESA, które będą miały różne cechy i zadania. Wykorzystując robotyczne ramię, łazik będzie szukał i pobierał zasobniki z próbkami oraz przewoził je do lądownika NASA. Następnie, wykorzystując swoje ramię ESA, lądownik NASA przeniesie próbki do MAV, który wystrzeli je w specjalnej kapsule na orbitę Marsa.

I wreszcie ostatnia misja, statek “Earth Return Orbiter” (ERO), będzie miała za zadanie odebranie kapsuły z próbkami z orbity i sprowadzenie jej na Ziemię. Poprzez Thales Alenia Space, koncern Leonardo będzie zaangażowany w wyposażenie statku ERO w kluczowe elementy. Lądowanie ERO ma nastąpić w amerykańskim stanie Utah.

10 marek najczęściej wykorzystywanych przez hakerów w atakach phishingowych

Microsoft, DHL, Google, PayPal i Netflix – to najczęściej wykorzystywane marki, pod które podszywają się hakerzy, aby podstępnie wykorzystać nasze dane. Prym wiedzie Microsoft – twierdzą specjaliści cyberbezpieczeństwa z Check Point Research w najnowszym raporcie Brand Phishing Report for Q3 2020. W trzecim kwartale 2020 roku blisko jedna piąta tego typu ataków wykorzystywała wizerunek firmy z Redmond.

Na łamach najnowszego kwartalnego raportu dotyczącego phishingu, badacze bezpieczeństwa firmy Check Point zwracają uwagę na czołowe marki, pod które najczęściej podszywają się cyberprzestępcy, aby skłonić nas do ujawnienia swoich danych osobowych lub płatności.

W III kwartale 2020 r. firmą najczęściej wybieraną przez cyberprzestępców w swoich działaniach był Microsoft – aż 19% wszystkich prób phishingu na całym świecie miało związek z wizerunkiem technologicznego giganta. Eksperci z Check Point twierdzą, że cyberprzestępcy wybrali firmę z Redmond, której sztandarowym produktem jest pakiet biurowy Office, by wykorzystać masową pracę zdalną w związku z pandemią Covid-19. W poprzednim zestawieniu, dotyczącym drugiego kwartału roku, Microsoft stanowił jedynie 7% wszystkich prób phishingu wykorzystującego globalne firmy.

Check Point w swoim raporcie przedstawił pełną listę najczęściej wykorzystywanych marek w atakach phishingowych:

  1. Microsoft (19% wszystkich ataków z wykorzystaniem znanych marek)
  2. DHL (9%)
  3. Google (9%)
  4. PayPal (6%)
  5. Netflix (6%)
  6. Facebook (5%)
  7. Apple (5%)
  8. Whatsapp (5%)
  9. Amazon (4%)
  10. Instagram (4%)

Co ciekawe, po raz pierwszy w 2020 roku pierwszej dziesiątce rankingu znalazł się DHL, który od razu zajął drugie miejsce, z 9% wszystkich prób phishingu.

Eksperci wskazują, że najczęstszym wektorem ataków były wiadomości e-mail, które odpowiadały za 44% wszystkich prób phishingu. Podobną ilość (43%) ataków przeprowadzono za pomocą stron internetowych, natomiast pozostałe próby wyłudzenia informacji były realizowane za pomocą mobile’u.

E-mail – TOP3 wykorzystywanych mar:

  1. Microsoft
  2. DHL
  3. Apple

Web – TOP3 wykorzystywanych marek:

  1. Microsoft
  2. Google
  3. PayPal

Mobile – TOP3 wykorzystywanych marek:

  1. Whatsapp
  2. PayPal
  3. Facebook

– Pracownicy zdalni są obecnie centralnym punktem dla hakerów. Miliony ludzi pracują zdalnie, a wielu z nich robi to po raz pierwszy w życiu. Ta nagła zmiana pozostawiła wiele firm i ich pracowników nieprzygotowanych do radzenia sobie z najnowszymi cyberatakami. – wyjaśnia Omer Dembinsky, menedżer działu danych wywiadowczych w Check Point – Hakerzy, wyczuwając wielką szansę, podszywają się pod najbardziej znaną markę w pracy: Microsoft. Spodziewam się, że podszywanie się pod Microsoft będzie kontynuowane wraz z przełomem nowego roku. Zachęcam wszystkich pracowników zdalnych do zachowania szczególnej ostrożności podczas odbierania wiadomości e-mail. Jeśli dostaniesz e-maila na temat swojego konta Microsoft bądź wyjątkowo czujny.

Badanie Ericsson: Polacy czekają na sieć 5G „Made in Poland”

71% Polaków uważa, że produkcja komponentów do budowy sieci 5G powinna być w rękach firm z Polski lub Europy – wynika z badania SW Research na zlecenie firmy Ericsson*. Respondenci wysoko ocenili wkład lokalnie działających firm w rozwój technologii teleinformatycznych na świecie, co znajduje potwierdzenie w rzeczywistości. W Łodzi i Krakowie działają centra badawczo-rozwojowe, a w Tczewie produkuje się sprzęt 5G dla Polski i innych krajów Europy. 31% badanych dodatkowo uważa, że sieć 5G powinna być traktowana jako infrastruktura krytyczna, czyli kluczowa dla bezpieczeństwa narodowego i stabilnego rozwoju gospodarki.

Pierwszeństwo dla dostawców lokalnych

Oczekiwania biznesu i konsumentów wobec 5G są bardzo duże. Uruchomienie sieci piątej generacji będzie wymagało od operatorów sieci komórkowych zmiany sprzętu i oprogramowania. Według uczestników badania za budowę sieci 5G w kraju powinna odpowiadać firma z Polski (53%) lub Europy (16%). W przypadku miejsca produkcji komponentów do budowy sieci 5G, respondenci największym zaufaniem darzą firmy prowadzące produkcję w Polsce (54%), w Europie (17%), a w dalszej kolejności w Stanach Zjednoczonych (4,4%) i Azji (2,5%). Dla blisko co czwartego respondenta lokalizacja produkcji czy pochodzenie geograficzne firmy nie mają znaczenia.Wykres_SW Research_Ericsson

Technologia 5G z Polski dla Europy

Wkład działających w Polsce firm w rozwój światowych technologii teleinformatycznych został oceniony jako wysoki przez 30% badanych. Ten patriotyzm technologiczny i priorytetowe traktowanie Polski i Europy przez respondentów znajdują pokrycie w rzeczywistości. Na przykład, spośród jedenastu fabryk produkujących sprzęt Ericsson na świecie, jedna znajduje się w Polsce. W Tczewie powstają urządzenia radiowe gotowe obsłużyć 4G i 5G „Made in Poland”. W przyszłości sprzęt znad Wisły zostanie wykorzystany do budowy sieci 5G w Polsce oraz w innych krajach Europy.

W Polsce również działa drugie pod względem wielkości centrum badań i rozwoju firmy Ericsson na świecie, które w Krakowie i Łodzi zatrudnia około 1800 osób. Efekty pracy polskich inżynierów wykorzystują operatorzy telekomunikacyjni w wielu krajach, w Polsce są nimi Play i Polkomtel.

Wzrost konkurencyjności gospodarki

63% badanych uważa, że technologia 5G zwiększy konkurencyjność polskiej gospodarki wobec innych krajów UE. Zdaniem respondentów największy potencjał wykorzystania technologii 5G ma sektor telekomunikacyjny (63%). Ponad 1/4 respondentów wskazuje na logistykę i edukację (27%), a jedna na pięć osób branżę rozrywkową (21%). Korzyści dla wielu gałęzi gospodarki potwierdza również najnowszy raport agencji Analysys Mason, specjalizującej się w badaniach i analizach rynku telekomunikacyjnego. Według jej szacunków uruchomienie sieci 5G w Polsce przyniesie największe korzyści firmom z branży produkcyjnej i logistycznej, które dzięki sieci piątej generacji mogą zyskać ponad 7 mld EUR.

Wiedza o wpływie sieci 5G na bezpieczeństwo zbyt mała?

Ciekawe wyniki przynosi odpowiedź na pytanie dotyczące bezpieczeństwa danych w sieciach 5G. 30% respondentów uważa, że sieć 5G powinna być traktowana jako infrastruktura krytyczna. Takie stanowisko jest zgodne z wytycznymi UE oraz ekspertów z zakresu cyberbezpieczeństwa. Zaskakujące jest jednak to, że blisko połowa osób (48%) nie potrafi wyrazić swojego zdania w tej kwestii.

„Wiele osób nie docenia faktu, że bezpieczeństwo prywatnych danych czy pracy najważniejszych systemów informatycznych zależy również od technologii używanej do budowy infrastruktury telekomunikacyjnej. Sieć 5G będzie nową platformą komunikacji dla struktur administracji publicznej i wszystkich gałęzi gospodarki. Dlatego należy pamiętać, że sieć piątej generacji nie jest kolejnym G i musi być traktowana jako infrastruktura krytyczna, od której zależy sprawne działanie państwa i stabilność gospodarki” – komentuje Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

Polska u progu 5G

W Polsce technologia 5G jest już dostępna, ale konieczne jest przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W lutym 2020 r. Ericsson ogłosił uruchomienie komercyjnej sieci 5G z operatorem Polkomtel oraz badawczej sieci na Politechnice Łódzkiej. Ericsson prowadzi testy 5G z innymi operatorami i podmiotami w Polsce.

Ericsson posiada obecnie ponad 110 komercyjnych umów 5G, z których ponad 60 to aktywne sieci działające w ponad 30 krajach. Ericsson jest również liderem w standaryzacji 5G, z większością udziałów dla 4G i 5G. Biorąc pod uwagę deklaracje zgłoszone do Europejskiego Instytutu Norm Telekomunikacyjnych (ETSI), stosując filtr niezbędności, Ericsson jest na szczycie wyścigu patentowego 5G. Według analizy firmy prawnej Bird & Bird, Ericsson posiada największą liczbę znaczących patentów SEP (standard-essential patent) związanych z 5G na świecie (15,8%).

*Badanie przeprowadzone w październiku 2020 roku przez SW Research na zlecenie Ericsson na reprezentatywnej grupie Polaków powyżej 16. roku życia. Przeprowadzono 806 ankiet, a reprezentatywność była kontrolowana pod względem podstawowych zmiennych demograficznych: płci, wieku oraz wielkości miejscowości zamieszkania.

PINK opublikował dane dot. biurowych rynków regionalnych za pierwsze trzy kwartały

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych opublikowała dane dotyczące rynku powierzchni biurowych na ośmiu głównych rynkach regionalnych w Polsce (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Szczecin, Lublin) za trzy pierwsze kwartały 2020 roku. Źródłem informacji są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers International, Cresa, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills), a podsumowanie dotyczy zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych obiektów oddanych do użytku, liczby i wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

Na koniec trzeciego kwartału 2020 roku łączne zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na ośmiu rynkach regionalnych wyniosły około 5,7 mln mkw. Najwięcej powierzchni zlokalizowane jest w Krakowie (1 521 400 mkw.), Wrocławiu (1 235 000 mkw.) oraz Trójmieście (898 800 mkw.).

W ciągu dziewięciu pierwszych miesięcy 2020 roku do użytkowania oddano obiekty o łącznej powierzchni ponad 305 100 m kw., z czego najwięcej w Krakowie (ok. 107 300 m kw.), Trójmieście (60 300 m kw.) oraz Wrocławiu (57 200 m kw.).

Na koniec trzeciego kwartału 2020 roku na ośmiu głównych rynkach regionalnych do wynajęcia od zaraz pozostawało prawie 679 600 m kw. powierzchni biurowej, czego wynikiem jest stopa pustostanu na poziomie 11,9% (wzrost o 1,7 p.p. kw./kw.). Najwyższy współczynnik pustostanów odnotowano w Łodzi i Wrocławiu – 14,3 %, najniższy w Katowicach – 7,0%.

Całkowity wolumen transakcji najmu zarejestrowanych w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku wyniósł 459 500 m kw., co jest wartością o 11% mniejszą niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast w samym trzecim kwartale 2020 roku wynajęto 40% mniej powierzchni niż przed rokiem. Od początku 2020 roku najwięcej powierzchni zostało wynajęte w Krakowie (140 000 m kw.) i Wrocławiu (108 800 m kw.).

W okresie od stycznia do września 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom: 48% (włączając umowy przednajmu oraz powierzchnie na potrzeby własne właściciela nieruchomości). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 38% zarejestrowanego popytu, a ekspansje za 14%. W samym trzecim kwartale 2020 roku największy udział stanowiły transakcje odnowieniowe – 52%, natomiast na umowy nowe oraz ekspansje przypadło odpowiednio 31% i 17%.

Wśród największych transakcji zawartych w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2020 roku można wymienić odnowienie umowy ABB w biurowcu Axis w Krakowie (20 000 m kw.), transakcję przednajmu firmy Fujitsu Technology Solutions w budynku Fuzja w Łodzi (16 300 m kw.), transakcję klienta poufnego w krakowskim Tertium Business Park II (14 500 m kw.) oraz dwa odnowienia umów przez firmę Nokia Solutions and Networks pierwsze w budynku West Link (14 400 m kw.), drugie w budynku West Gate (14 100 m kw.) oba zlokalizowane we Wrocławiu.

Dane satelitarne mogą pomóc w ratowaniu zdrowia Europejczyków

Zanieczyszczenie powietrza ma coraz większy wpływ na stan zdrowia ludzi. W Europie jest powodem już co ósmego zgonu. Monitorowanie jakości powietrza za pomocą satelitów może przyczynić się do lepszego informowania o jakości powietrza w krajach europejskich. To novum, ponieważ tradycyjnie wykorzystywano w tym celu tylko pomiary naziemne.

Raport EEA

Raport Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) w dużej mierze opiera się na danych WHO (World Health Organization), dotyczących przyczyn zgonów i chorób ludzi na całym świecie. Z analizy wynika, że jakość środowiska w ogromnej mierze determinuje nasze samopoczucie i stan zdrowia. Zanieczyszczenie atmosfery to obecnie jeden z największych problemów środowiskowych na Ziemi. Według raportu EEA, zanieczyszczenie powietrza, hałas, skutki zmian klimatycznych, takie jak fale upałów a także narażenie na niebezpieczne chemikalia, powodują pogorszenie stanu zdrowia wielu Europejczyków. Zła sytuacja środowiska odpowiada już za 13 proc. zgonów w Europie.

Głównym zagrożeniem dla zdrowia Europejczyków pozostaje zanieczyszczenie powietrza, powodując w krajach UE 400 tys. przedwczesnych śmierci rocznie. Na drugim miejscu znajduje się zanieczyszczenie hałasem, które przyczynia się do 12 tys. przedwczesnych zgonów. Kolejnym „cichym mordercą” są skutki zmian klimatu, zwłaszcza fale upałów.

Obciążenie zanieczyszczeniem i zmianą klimatu jest różne, z wyraźnymi różnicami między wschodem i zachodem Europy. Najwyższy odsetek zgonów tego typu przypisuje się środowisku w Bośni i Hercegowinie (27 proc.), a najniższy w Islandii i Norwegii (9 proc.). Szczególnie wrażliwe na te zagrożenia są te miasta, które mają mniejszy dostęp do terenów zielonych i ograniczone zasoby wodne.

Informacje o Ziemi wprost z satelitów

W 2020 roku dane satelitarne były szeroko wykorzystywane do monitorowania wahań jakości powietrza wywołanych ograniczeniami związanymi z pandemią COVID-19. W ramach programu obserwacji Ziemi Copernicus, koordynowanego przez Komisję Europejską we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną ESA, dane satelitarne dotyczące jakości atmosfery dostarcza m. in. satelita Sentinel-5P.

Wiosną tego roku zdjęcia z europejskiego satelity Sentinel-5P ukazały swą użyteczność szerokiemu gronu odbiorców, przedstawiając wyraźne różnice w składzie, a tym samym zanieczyszczeniu atmosfery przed lockdownem oraz w trakcie jego trwania. Analizy porównawcze obrazów znad Chin i Europy wyraźnie wskazywały różnice w jakości powietrza, na które mają wpływ produkcja przemysłowa, ruch miejski czy transport. To tylko przykładowe zastosowania obrazowania satelitarnego w analizie jakości atmosfery – wyjaśnia dr Sylwia Nasiłowska, Project Manager w CloudFerro, firmie która na zlecenie ESA zbudowała i jest operatorem platformy CREODIAS, umożliwiającej dostęp do danych satelitarnych oraz ich przetwarzanie w chmurze obliczeniowej. CREODIAS jako jeden z pięciu DIAS-ów (DIAS – Data and Information Access Services) jest częścią programu Copernicus.

Analiza zanieczyszczenia przed i trakcie pandemii

Naukowcy z Królewskiego Niderlandzkiego Instytutu Meteorologicznego (KNMI) i Królewskiego Belgijskiego Instytutu Aeronomii Kosmicznej (BIRA-IASB) wykorzystali informacje z satelity Sentinel-5P oraz dane naziemne, aby określić korelację między COVID-19 a skutkami zanieczyszczenia powietrza nad Europą. Analiza wykazała, że najsilniejsze spadki, wynoszące nawet 50 proc., odnotowano w pierwszym etapie blokady w Europie Południowej (w Hiszpani, Włoszech i Francji). W lipcu i sierpniu 2020 stężenia były nadal o 10-20 proc. niższe od poziomów sprzed wybuchu pandemii.

Jak twierdzi Bas Mijling, badacz atmosfery w KNMI: – Środki bezpieczeństwa wprowadzone w Berlinie spowodowały spadek zanieczyszczeń o około 20 proc., z niewielkimi wahaniami obserwowanymi do sierpnia. Zdecydowanie mniejsze spadki zanieczyszczeń powietrza odnotowały satelity w Europie Wschodniej niż Zachodniej, gdzie podczas ścisłego lockdownu obserwowano spadki nawet o połowę.

Co istotne, porównanie pomiarów satelitarnych z pomiarami naziemnymi wykazuje zgodność. Stanowi to kolejny krok do bardziej powszechnego wykorzystania pomiarów atmosfery z kosmosu do raportowania jakości powietrza.

Sentinel-5P do zadań specjalnych

Wspomniany wcześniej satelita Sentinel-5P, wyposażony w skaner TROPOMI, monitoruje jakość powietrza i warstwę ozonową oraz obserwuje zmiany klimatyczne.

Platforma CREODIAS umożliwia łatwy i szybki dostęp do produktów tego satelity, są to dane takie jak: aerozole, zachmurzenie, zawartość CO, HCHO, NO2, NP, O3, SO2. Parametry te determinują ogólnie pojętą jakość powietrza, wpływającą na zdrowie i długość życia ludzi oraz stan ekosystemów. Dzięki bieżącemu dostępowi do aktualnych, obiektywnych danych satelitarnych w czasie niemal rzeczywistym, monitoring staje się znacznie łatwiejszy. Korzystają z tego nie tylko instytucje naukowe, ale również rządy państw czy ich zrzeszenia, takie jak Komisja Europejska – wyjaśnia dr Sylwia Nasiłowska z CloudFerro.

Informacje gromadzone za pomocą urządzenia -5P są przechowywane i dostępne w domenie publicznej, m.in. na platformie CREODIAS, której operatorem jest CloudFerro. – Naukowcy, badacze i firmy zainteresowane wykorzystaniem danych dotyczących atmosfery mają nie tylko do nich dostęp, ale także, za pośrednictwem maszyny wirtualnej, którą można łatwo utworzyć na platformie CREODIAS, mogą je przetwarzać w chmurze, bez konieczności pobierania ich na własny komputer. Platforma oferuje także narzędzia dedykowane analizie informacji z TROPOMI, ułatwiające przetwarzanie, filtrowanie oraz wizualizację danych atmosferycznych, dla dowolnego obszaru na Ziemi i dowolnego zakresu dat – wyjaśnia dr Sylwia Nasiłowska.

Dane satelitarne dotyczące gazów cieplarnianych, jakości powietrza i wody są już wykorzystywane do raportowania związanego z wieloma wskaźnikami klimatycznymi, które mają wpływ na zdrowie i życie mieszkańców Ziemi. Na razie korzystają z nich głównie instytucje zaangażowane w ochronę zdrowia, ale jest to także ogromny potencjał dla biznesu – firmy i startupy mogą tworzyć zupełnie nowe aplikacje i usługi, wykorzystujące satelitarne dane środowiskowe oraz służące ochronie zdrowia. Przykładem może być aplikacja dla osób, które często biegają czy uprawiają sport na świeżym powietrzu, która informuje o aktualnej sytuacji w danym miejscu. Warte uwagi są także rozwiązania symulujące zmiany klimatyczne, wykorzystywane do planowania terenów zurbanizowanych, przesiedleń ludności czy monitorowania miejsc najbardziej narażonych i niebezpiecznych do zamieszkania przez człowieka.

Polska jest na 4 miejscu na świecie pod względem poziomu cyfryzacji w bankowości

Ograniczenia związane z COVID-19 znacząco wpływają na sposób obsługi klientów przez instytucje finansowe, ale prowokują też do wprowadzenia nowych cyfrowych funkcjonalności. 41 proc. banków w skali światowej zwiększyło limit płatności zbliżeniowych, a ponad jedna trzecia wdrożyła w pełni cyfrowe procesy jak np. otwieranie rachunków.

„Badanie Digital Banking Maturity 2020. How banks are responding to digital (r)evolution?” przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte pokazuje wyraźne przyspieszenie rozwoju kanałów cyfrowych banków. Jak będzie wyglądał ich rozwój w Polsce po pandemii? O tym i o wynikach badania podczas debaty w ramach Europejskiego Kongresu Finansowego online, której gospodarzem był Deloitte, dyskutowali przedstawiciele ING Banku Śląskiego S.A., mBanku oraz Santander Bank Polska.

W wyniku pandemii 60 proc. banków na całym świecie skróciło godziny pracy swoich oddziałów lub w ogóle je zamknęło. Z badania „Digital Banking Maturity” wynika także, że 11 proc. banków zrezygnowało z wybranych metod otwierania rachunków dla klientów, a kolejne 6 proc. przestało przyjmować nowych klientów. – Z drugiej jednak strony COVID-19 ewidentnie przyspieszył rozwój kanałów cyfrowych. Ponad 40 proc. banków na świecie niemal od razu zwiększyło limit płatności zbliżeniowych, a 34 proc. wdrożyło w pełni cyfrowe procesy. Tak szybka reakcja oznacza, że za sprawą pandemii instytucje finansowe w pełni zaczęły wdrażać procesy, które miały już wcześniej przygotowane. To znakomita wiadomość, że Polska tak dobrze wypadła na tle 39 krajów biorących udział w badaniu. Zajęliśmy 4 miejsce, jeśli chodzi o rozwój kanałów cyfrowych w bankowości – mówi Michael Wodzicki, Partner odpowiedzialny za obszar strategii, lider centrum usług dla bankowości i ubezpieczeń, Deloitte. Polskę wyprzedziły Turcja, Hiszpania i Belgia.

Banki stawiają na digitalizację

Aż 5 z 13 rodzimych banków przebadanych przez Deloitte okazało się być cyfrowymi liderami. Większość polskich placówek od dawna stawia na digitalizację, zwiększając, w różnym tempie, liczbę usług dostępnych w kanałach cyfrowych. Przedstawiciele banków i goście debaty przyznają, że poza oczywistymi ograniczeniami, pandemia niewiele zmieniła. Utrudniony z pewnością, przynajmniej w początkowej fazie pandemii, był kontakt z klientem. Wychodząc temu naprzeciw ING Bank Śląski postawił na sposób najszybszy w tej sytuacji i zapewniający najszerszy dostęp do klientów – social media, które wcześniej służyły do komunikacji marketingowej.

Z kolei Santander Bank Polska organizował także webinaria dla klientów, w tym dla przedsiębiorców. Dzięki takiemu podejściu kontakt z klientami udało się utrzymać mimo bariery fizycznej.

– Pandemia pomogła przekonać nieprzekonanych – zarówno klientów jak i banki. Ci, którzy mieli karty i dostęp do internetu, ale z nich nie korzystali – zaczęli to robić. Ruch cyfrowy, płatności bezgotówkowe – to wszystko wzrosło i na pewno zostanie na stałe. Ostatnie miesiące pokazały nam, że musimy się skoncentrować i przyspieszyć procesy cyfryzacji tak, żeby klient w każdej sprawie zdalnie, w pełni cyfrowo i wygodnie mógł współpracować z bankiem i zawsze miał wybór, czy chce daną sprawę załatwić w oddziale czy online – mówi Andrzej Pyka, dyrektor transformacji bankowości detalicznej, Santander Bank Polska.

Cyfrowy znaczy bardziej rentowny

W Polsce jak i na świecie banki, które są cyfrowymi liderami osiągają lepsze wyniki finansowe. Rentowność kapitału własnego (ROE) w przypadku banków na świecie wynosi ok. 2 pp. i 1 pp. w przypadku banków w Polsce. Co równie ważne, liderzy cyfrowi zarówno na świecie jak i w kraju mają także niższe koszty w stosunku do dochodów o ok. 4 pp.

Uczestnicy debaty zauważyli, że prawdziwie cyfrowy bank to bank zdigitalizowany od początku do końca, w którym procesy wewnętrzne również dzieją się automatycznie, co podnosi efektywność kosztową. Jak tłumaczył Andrzej Pyka – oferując klientom wielość kanałów, bank przyciąga nowych, aktywnych klientów, co też wpływa na jego przychody.

Dlatego zdaniem eksperta Deloitte w bankach cyfrowych na znaczeniu będzie zyskiwać skala, bowiem nawet przy podwojeniu liczby klientów w ich przypadku koszt obsługi nie wzrasta.

– Rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana. Tak naprawdę tylko banki, które miały wysokie wskaźniki i wysokie przychody, mogły pozwolić sobie na inwestycje w cyfryzację. Na ROE może to dobrze wpływać tylko wówczas, gdy inwestując w IT, rezygnujemy z innych inwestycji. Ważne też czy jesteśmy w stanie utrzymać koszty IT na niezmienionym poziomie. Niestety przy dzisiejszym stopniu złożoności nowych technologii koszty IT rosną – mówi Jacek Iljin, dyrektor zarządzający, mBank.

Jak zauważył Marcin Giżycki, Wiceprezes Zarządu ING Banku Śląskiego S.A., to klienci są aktywni – dają znać o potrzebach, o tym jakie usługi czy produkty powinny być dostępne elektronicznie. Kluczowe jest słuchanie tych potrzeb i szybkie zastosowanie rozwiązań bankowych. Dlatego jego zdaniem banki bardziej zdigitalizowane mają lepsze wyniki, ponieważ lepiej odpowiadają na konkretne potrzeby klientów.

Bankowość mobilna coraz ważniejsza

W stosunku do poprzedniego raportu Deloitte polskie banki powiększyły swoją przewagę zarówno w bankowości internetowej jak i mobilnej o 6 pp., podczas gdy średnia w przypadku banków na świecie wyniosła 5 pp. W ostatnich latach można zaobserwować wzrost znaczenia roli kanału mobilnego. W Polsce 85 proc. kont jest otwieranych w kanale mobilnym, a 46 proc. w kanale internetowym. Na świecie to odpowiednio 58 proc. i 55 proc. Zdaniem Deloitte bankowość mobilna to przyszłość, internet z czasem będzie miał funkcję jedynie informacyjną.

– Przy zdalnym bankowaniu customer experience powinien być taki sam na każdym z urządzeń. Dlatego w ING projektujemy nasze serwisy responsywnie i dopasowując do użyteczności oraz funkcjonalności naszych klientów. Finalnie to klient decyduje, z jakiej formy kontaktu z bankiem może i chce skorzystać. W naszym przypadku bankowość mobilna ma jednak dużo większy zasięg i dostępność niż bankowość przeglądarkowa – mówi Marcin Giżycki.

Z kolei Jacek Iljin nie spodziewa się w przypadku banków omnikanałowych gwałtownej zmiany i inwestycji tylko w jeden – mobilny kanał. Jak zauważa, praca z domu staje się coraz bardziej popularnym rozwiązaniem, a to oznacza zwrot w kierunku dużych ekranów i komputerów.

Rola banków przyszłości

Wyniki badania Deloitte pokazują, że choć pod względem rozwoju cyfrowych kanałów bankowości detalicznej Polska znajduje się w gronie światowych liderów, to nadal istnieją obszary, których potencjał nie został jeszcze w pełni przez branżę wykorzystany. Chodzi o tzw. usługi pozabankowe, które nie odgrywają jeszcze kluczowej roli w propozycji dla klientów, ale wyróżniają banki, które je świadczą na tle innych i mogą mieć wpływ na zwiększenie ich atrakcyjności. Paneliści byli zgodni co do tego, że widzą ogromny potencjał w dystrybucji przez ich instytucje kapitału z programów rządowych takich jak 500+ czy tarcza antykryzysowa.

– Jako jeden z największych inwestorów w technologię banki mają znaczącą rolę. Myślę, że ciekawa jest tocząca się właśnie debata na temat usług dodanych w sektorze bankowym, bo to ona przyniesie odpowiedź, czy banki ograniczą się do dotychczasowych aktywności, czy będą grały większą rolę i rozszerzą swoją działalność. Aby znaleźć odpowiedź, banki powinny uważnie śledzić zachowania swoich klientów. Wzorem mogą być azjatyckie instytucje finansowe, które zaczęły grać istotną rolę w różnych sferach pozabankowych – podsumowuje Michael Wodzicki.

O badaniu
Pięć lat temu, podczas Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie, firma doradcza Deloitte przeprowadziła badanie dojrzałości cyfrowej banków detalicznych „Digital Banking Maturity”, które potwierdziło, że Polska jest jednym z liderów w dziedzinie rozwoju cyfrowych kanałów bankowości detalicznej. Od tego czasu badanie prowadzone jest regularnie, a najnowsza edycja jest największą z dotychczasowych i obejmuje 318 banków w 39 krajach.

Robert Gajda dołączył do zarządu Microsoft w Polsce

Polski oddział Microsoft rozszerzył zespół kierownictwa firmy. Do zarządu dołączył Robert Gajda w roli Specialist Team Unit Lead in Poland.

Robert Gajda posiada 25-letnie doświadczenie na rynku technologii IT dla biznesu. Do Microsoft dołączył w sierpniu 2010 roku. Przez pierwsze 5 lat w Microsoft był odpowiedzialny za opracowanie i realizację strategii wykorzystania m.in. usług chmurowych platformy Azure przez partnerów Microsoft w dziale Developer Experience (Microsoft DX) oraz kierował zespołem sprzedaży do dużych klientów jako Solution Sales Manager w Specialist Team Unit (STU) – zespole konsultantów technologicznych i biznesowych skupionych wokół zdefiniowanych obszarów transformacji cyfrowej oraz określonych segmentów klientów. Robert Gajda był również odpowiedzialny za budowanie świadomości, rozwój rynku oraz adopcje usług chmurowych Microsoft w Polsce oraz Europie Środkowo-Wschodniej. Wcześniej pracował w Cisco, gdzie był odpowiedzialny za budowę i realizację strategii sprzedaży w obszarze Advanced & Emerging Technologies w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej

„Zmiana w biznesie zaczyna się od ludzi i to oni są najważniejszym ogniwem i początkiem dyskusji o cyfrowej transformacji w chmurze. Kwestia ta dotyczy przedsiębiorstwa każdego rozmiaru i sektora bez względu na szerokość geograficzną, w której działa. Dołączenie do zarządu Microsoft traktuję jako niezwykłe wyzwanie i cieszę się, że będę miał jeszcze większą możliwość wsparcia naszych klientów na drodze do cyfrowej zmiany, której osią jest właśnie chmura” – mówi Robert Gajda.

Przez ostatnie dwa lata Robert Gajda pełni funkcje Specialist Team Unit Lead w Polsce.

Robert Gajda ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie, Wyższą Szkołę Zarządzania i Marketingu w Warszawie oraz posiada dyplom MBA.

Euro po 4,60?

Ostatnia słaba dyspozycja złotego się przedłuża, w przeciągu ponad tygodnia nasza waluta traci już więcej niż 10 groszy względem euro. Patrząc na klimat na rynku możliwa jest kontynuacja tego ruchu, strach ma wielkie oczy.

Przemysł odżywa

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wzrostu produkcji przemysłowej w Polsce. W skali roku mamy wzrost o 5,9%. Nie jest to powalająca wartość pod kątem tego, jak ten wskaźnik kształtował się w poprzednich kwartałach. Warto jednak odnieść go do wyniku 1,5% miesiąc temu oraz (co ważniejsze) 3,8% będącego oczekiwaniami analityków. Pomimo tych danych złoty jest jednak w odwrocie.

Strach na rynkach

Po bardzo słabych dniach dla złotego ten tydzień wcale nie zaczął się lepiej. Euro jest już ponad 4 grosze droższe niż na początku tygodnia, a mamy dopiero wtorek. Powodów jest kilka, ale można je uprościć jednym słowem “strach”. Z jednej strony można wskazywać na sytuację pandemiczną w kraju, to jednak nie jest tak, że koronawirus jest tylko w Polsce. Warto natomiast zwrócić uwagę, że sytuacja jest znacznie szersza, co widać chociażby po nagłych spadkach na EURCHF, para ta jest pewnym barometrem strachu, a spadki pokazują, że rynki się boją. Nic dziwnego, że inwestorzy wycofują się również z Polski.

Chiny utrzymują stopy procentowe

Dzisiaj w nocy poznaliśmy informacje o utrzymaniu przez chiński bank centralny stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Wartość 3,85% może wydawać się wysoka jak na europejskie standardy, ale wyzwania, szczególnie w postaci wzrostu cen, przed którymi staje gospodarka chińska, są jednak inne. Warto też zwrócić uwagę, że państwa o niższym poziomie PKB na mieszkańca przeważnie mają niższe stopy procentowe niż państwa wysoko rozwinięte.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – pozwolenia na budowę domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Mastercard przedłuża umowę z UEFA Champions League

Mastercard poinformował o przedłużeniu partnerstwa z UEFA Champions League na lata 2021-2024, tym samym kontynuując wieloletnią współpracę, która rozpoczęła się w 1994 roku. Umowa obejmuje również prawa sponsorskie do meczów Superpucharu Europy w 2021, 2022 i 2023 roku.

Mastercard chce łączyć ludzi z ich pasjami, a od 25 lat jest partnerem najważniejszych klubowych rozgrywek piłkarskich w Europie. Tym samym oferuje bezcenne doświadczenia kibicom na całym świecie, również będąc patronem dziecięcej eskorty, w ramach której dzieci są wyprowadzane na murawy boisk przez piłkarzy. W czasie trwającej pandemii dzieci mają możliwość cyfrowego łączenia wideo ze swoimi idolami, kiedy ci przyjeżdżają na areny sportowych zmagań – miało to miejsce przy okazji niedawnych półfinałów i finału Ligi Mistrzów UEFA, jak również Superpucharu Europy. Mastercard realizuje ten pomysł we współpracy z UEFA Foundation for Children.

„Długotrwałość ma zasadnicze znaczenie w budowaniu udanych relacji partnerskich, więc cieszymy się, że możemy rozszerzyć naszą współpracę z Mastercard, szczególnie w tym trudnym, niepewnym czasie dla kibiców oraz sportu na całym świecie. Partnerstwo z globalną marką, taką jak Mastercard, przynosi wiele korzyści i możliwości dla UEFA, a rola technologii cyfrowej staje się coraz ważniejsza w budowaniu głębszych relacji z globalną publicznością. Dlatego tym bardziej jesteśmy podekscytowani kontynuacją współpracy w nadchodzących latach” – mówi Guy-Laurent Epstein, dyrektor ds. marketingu UEFA Events SA.

„Jesteśmy bardzo dumni, że możemy przedłużyć nasze wieloletnie partnerstwo Ligi Mistrzów UEFA. Kluczowe wydarzenia sportowe są dla nas doskonałym sposobem na bezpośrednie połączenie kibiców na całym świecie z ich pasją. Cieszymy się z naszego 27. roku jako oficjalnego sponsora tych rozgrywek i jesteśmy podekscytowani, że będziemy świadkami nowych, bezcennych chwil w Lidze Mistrzów UEFA przez kolejne lata” – dodaje Mark Barnett, prezes Mastercard Europe.

Trwa rewolucja na rynku płatności cyfrowych

Bezpieczne i wygodne metody płatności są niezbędne dla rozwoju sektora e-commerce a biorąc pod uwagę zagrożenie cyberprzestępczością, cały czas w tym zakresie jest bardzo dużo do zrobienia.

Technologie płatności są obecnie jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się obszarów innowacji technologicznych. Inwestorzy stoją w kolejce aby finansować startupy z tej dziedziny. Problem polega jednak na tym, że nie wiemy do końca, które z dziesiątek rozwijanych technologii zostaną finalnie zaakceptowane przez użytkowników.

Niezbędnym warunkiem rozwoju branży e-commerce jest istnienie bezpiecznych i wygodnych metod płatności. Tymczasem wielu klientów cały czas obawia się podawać w sieci numer swojej karty płatniczej i obawy te często są uzasadnione. Kradzieże danych z kart to bardzo lukratywna forma cyber-przestępczości.

Jednak branża technologii finansowych ma już całkiem niezłą odpowiedź na te problemy. Jest nią tokenizacja. W skrócie polega ona na tym, że zamiast danych karty płatniczej, podajemy sprzedawcy jednorazowy, losowo wygenerowany kod zwany przez specjalistów tokenem. Dzięki temu w ogóle nie musimy ujawniać numeru karty płatniczej. Według prognoz serwisu MarketsAndMarkets, wartość światowego rynku tokenizacji w okresie od 2018 do 2023 roku wzrośnie z 983 milionów do 2,67 miliarda dolarów. Liderami rynku są niedawno połączone amerykańskie firmy Fist Data i Fiserv, ponadto istotnymi graczami są holenderskie Gemalto i brytyjski Micro Focus.

Dynamika rynku tokenizacji jest bardzo dobrze wyceniana przez inwestorów. Wartość akcji First Data wzrosła o ponad 91% od początku 2018 roku. Technologia rozwija się dynamicznie również w Polsce dzięki stworzonemu przez największe polskie banki systemowi płatności Blik. Obsługuje on już rocznie setki milionów transakcji. Są też inne rozwiązania. Niektóre banki oferują na przykład tokeny w formie jednorazowych kart płatniczych. W takim wypadku bez obaw możemy podać numer karty w internecie.

Kolejny obszar intensywnego rozwoju to systemy płatności wykorzystujące dane biometryczne, takie jak skan odcisku palca, rozpoznawanie głosu czy trójwymiarowy skan twarzy użytkownika. Te technologie, oprócz tego że należą do obecnie najbezpieczniejszych, mogą umożliwić przeprowadzenie silnego uwierzytelnienia transakcji elektronicznych w sposób bardzo wygodny dla użytkownika.

Zmienia się również sposób obsługi przyjmowania płatności przez internetowe i tradycyjne punkty sprzedaży. Rozwój płatności bezdotykowych powoduje, że płatności będzie można przyjmować przy użyciu aplikacji zainstalowanych na zwykłych smartfonach lub tabletach. Bardzo rozpowszechnione obecnie terminale służące do płatności kartami i telefonami będą coraz mniej potrzebne. Przyjmowanie płatności nie będzie wymagało osobnej infrastruktury, co będzie miało wpływ na obniżkę kosztów i zwiększenie efektywności pracy zarówno przez małe i średnie przedsiębiorstwa jak i obsługujące je instytucje finansowe.

Ambitni inwestorzy powinni bardzo dokładnie obserwować rynek płatności elektronicznych. Nie tylko z racji na jego aktualną dynamikę ale i znaczenie dla rozwoju całej gospodarki a w szczególności sektorów e-commerce i MŚP. Nie ma też wątpliwości, że w zakresie technologii płatności2020 internetowe startupy wpadną jeszcze na bardzo wiele interesujących pomysłów.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintechu Provema

Edukacja menedżerska na covidowym zakręcie

Pandemia COVID-19 postawiła przed branżą edukacji menedżerskiej poważne wyzwania. Wymogi i ograniczenia sanitarne zmusiły szkoły biznesu i firmy szkoleniowe do zmiany modelu nauczania. Kto się nie dostosuje i nie sprosta wymogom „nowej rzeczywistości” może wypaść z rynku.

Obiekty wielu uczelni stoją obecnie puste lub wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Niezagospodarowana przez wiele miesięcy infrastruktura stanowić będzie znaczne obciążenie kosztowe. Duża część zajęć odbywa się zdalnie. Jednakże nawet studenci wywodzący się z młodego pokolenia, którzy przyzwyczajeni są do komunikacji online, nie są zadowoleni z jakości prowadzonych programów. Jeśli podobne ograniczenia miałyby się powtórzyć w przyszłości, model instytucji edukacyjnej oparty na rozbudowanej i kosztownej bazie dydaktycznej oraz tradycyjnym procesie nauczania może okazać się trudny do utrzymania.

Klasyczne nauczanie do lamusa

Zarówno duże uczelnie, jaki i mniejsze podmioty stosunkowo sprawnie przestawiły się na prowadzenie zajęć online. Nauczanie zdalne – choć pozbawione części walorów zajęć stacjonarnych – pozwoliło słuchaczom i uczelniom zachować planowane harmonogramy programów. Doświadczenie minionych miesięcy pokazuje jednak dobitnie, że nauczanie online nie sprowadza się do przeniesienia tradycyjnych programów do domeny internetowej. Również powrót, po ustąpieniu pandemii, do dotychczasowych form przekazywania wiedzy wydaje się być niemożliwy.

– Klasyczne nauczanie, nieuwzględniające indywidualnych zainteresowań, preferencji i potrzeb, a także innego stylu uczenia się młodszych pokoleń, będzie coraz mniej atrakcyjne w porównaniu z różnorodną i aktualną ofertą bardziej elastycznych i nowoczesnych ośrodków edukacji menedżerskiej. Model kształcenia, w którym uczelnia jest skarbnicą wiedzy, wykładowca jej dostarczycielem, a słuchacze biernymi odbiorcami, bezpowrotnie odszedł do lamusa. Zadaniem nowoczesnej szkoły biznesu jest stworzenie środowiska sprzyjającego uczeniu się, poszukiwaniu własnych rozwiązań, eksperymentowaniu. Rolą prowadzącego – eksperta, mentora i coacha – jest organizowanie i  moderowanie procesu zdobywania kompetencji, wspieranie osobistego i profesjonalnego rozwoju, wzmacnianie oczekiwanych postaw i wartości. Uczestnicy są w coraz większym stopniu współwłaścicielami i współtwórcami procesu własnego rozwoju zauważa Andrzej Popadiuk, Prezes Zarządu Gdańskiej Fundacji Kształcenia, nagrodzony w tym wymagającym covidowym czasie tytułem Business School Leader of the Year, przyznawanym przez organizację CEEMAN – International Association of Management Development in Dynamic Societies, zrzeszającą uczelnie biznesowe z całego świata.

Elastyczność w cenie

Programy edukacyjne – zarówno akademickie, jaki i szkoleniowe – będą musiały stać się bardziej mobilne, dając możliwość dostępu do treści szkoleniowych w dogodnym czasie, miejscu i formie; bardziej zindywidualizowane, pozwalając na elastyczne komponowanie zawartości szkolenia oraz bardziej praktyczne, dostarczając najbardziej adekwatnych kompetencji i rozwiązań w momencie, gdy  są one potrzebne. Zderzenie tradycyjnego modelu nauczania z aktualnymi oczekiwaniami słuchaczy i dynamicznym rozwojem technologii będzie największym wyzwaniem dla większości uczelni akademickich. W tym względzie mniejsze, niezależne ośrodki szkoleniowe są w znacznie lepszej sytuacji, mając większą łatwość wprowadzania nowoczesnych rozwiązań dydaktycznych.

– Uczelnie biznesowe na całym świecie zdały sobie sprawę, że oderwanie się od biznesowej rzeczywistości, zatracenie się w wyścigu o punkty za teoretyczne publikacje naukowe, a także bardzo nieelastyczny model działalności w zakresie zasobów materialnych i kadrowych, to droga bez przyszłości. W pewnym sensie dla tego środowiska GFKM to szkoła biznesu nowego typu – ucząca z życia, a nie z książek, koncentrująca się na korzyściach dla słuchaczy. Będąc, w porównaniu do światowych uniwersytetów, niewielką organizacją, jest nie tylko reprezentowana we władzach najważniejszych stowarzyszeń szkół biznesu, ale także wyróżniana – ostatnio nagrodą Business School with Significant Impact, wręczaną podczas dorocznej konferencji Baltic Management Development Associacion mówi Andrzej Popadiuk.

Dla większości firm szkoleniowych ograniczenia związane z pandemią okazały się ogromnym wyzwaniem. Najsprawniejsze z nich mogą jednak, poprzez odpowiednie reagowanie na zmienne warunki funkcjonowania, przejść przez ten okres stosunkowo sprawnie, a być może nawet wzmocnić swoją pozycję na rynku edukacyjnym.

– Podczas szkoleń i programów MBA uczymy, że przywództwo osobiste i firmowe polega między innymi na zdolności do działania w zupełnie nowej, szybko zmieniającej się rzeczywistości. Szkolenia i programy GFKM są na bieżąco dostosowywane do wymogów aktualnej sytuacji i uwarunkowań naszych słuchaczy. Zajęcia prowadzone są w trybie stacjonarnym, zdalnym lub hybrydowym. Część odbywa się w salach z zachowaniem najwyższych standardów sanitarnych. Bezpośredni kontakt z prowadzącymi i uczestnikami, dynamika dyskusji, nawiązanie osobistych relacji jest dla wielu ważnym elementem programu szkoleniowego. Zajęcia online pozwalają na udział osobom, które preferują tę formę ze względów zdrowotnych lub logistycznych. Coraz częściej w tej formule prowadzimy także szkolenia dla firm międzynarodowych. Zajęcia hybrydowe, w których część uczestników pracuje w sali, a część zdalnie, jest rozwiązaniem łączącym walory obu rozwiązań. Regularnie wprowadzamy też tematy, które odpowiadają na obecne i przyszłe wyzwania. Obecny okres, pomimo wszystkich obaw i trudności, warto wykorzystać do wzmacniania potencjału własnego i firmowego. Na szkoleniach uczymy zwinnego przywództwa, zarządzania nową organizacją pracy, kierowania rozproszonymi zespołami, motywowania pracowników pracujących zdalnie. Nowa normalność będzie wymagała wielu niestandardowych umiejętności. Inwestycja w rozwój ma obecne szczególne uzasadnienieprzekonuje Andrzej Popadiuk.

Wyzwanie zmian na całym świecie

Międzynarodowe doświadczenia i zaangażowanie Andrzeja Popadiuka, który jest członkiem zarządów European Foundation for Management Development (EFMD) oraz Baltic Management Development Association (BMDA), a także wiceprzewodniczącym European Quality Link (EQUAL), członkiem EPAS Board – European Program Accreditation System oraz Sekretarzem Generalnym European League of Economic Cooperation – Polish Chapter (ELEC), pozwalają odnieść się do sytuacji edukacji biznesowej nie tylko Polsce, ale i na świecie.

– Dominującym tematem w międzynarodowym środowisku szkół biznesu jest oczywiście organizacja zajęć w najbliższych miesiącach. Wiele uczelni planuje zajęcia stacjonarne w ramach programów MBA i szkoleń, natomiast zajęcia zdalne lub hybrydowe na studiach akademickich. Jedna ze znanych brytyjskich szkół biznesu już w maju ogłosiła, że cały rok akademicki 2020/2021 będzie realizowany w trybie online. Początkowo decyzja wywołała spore zaskoczenie, ale intencją uczelni było zapewne pozyskanie studentów zagranicznych, którzy będą studiować na tych samych zasadach co krajowi, pomimo ograniczeń w podróżowaniu. Szkoły, które zdecydowały się na nauczanie online zdają sobie jednak sprawę, że wymaga ono zaawansowanej technologii, nowych kompetencji kadry dydaktycznej i innych metod prowadzenia zajęć, niż podczas tych, które wiosną prowadzone były w awaryjnym trybie za pomocą popularnych platform komunikacyjnychmówi Andrzej Popadiuk.

Zdaniem Prezesa GFKM wypracowanie nowego modelu działania i modyfikacja procesów nauczania będzie dla branży edukacyjnej najpoważniejszym zadaniem na nadchodzące lata.

– Równolegle od dłuższego czasu toczą są dyskusje o konieczności zmiany profilu edukacji akademickiej – wzmocnienia praktycznych aspektów nauczania, zapewnienia przydatności badań naukowych, uwzględniania potrzeb środowiska biznesowego, kształtowania postaw liderów i menedżerów wobec społecznych, środowiskowych i globalnych wyzwań. Są to tematy, które już teraz wpływają na kształt programów edukacyjnych w Europie i na świecie. Żałować można jedynie, że tylko nieliczne polskie uczelnie aktywnie uczestniczą w tych pracach. W tym kontekście fakt, iż GFKM jest reprezentowana we władzach najważniejszych organizacji szkół biznesu w Europie, ma szczególne znaczenie. Uczestnicząc w aktywnościach tych organizacji promujemy polskie szkoły biznesu na arenie międzynarodowej. Nasze uczelnie z tych relacji mogą w pełni korzystaćpodsumowuje Andrzej Popadiuk.

Organ, odmawiając uczciwości przedsiębiorcy, musi wykazać inne dowody jej braku niż tylko dokonanie zapłaty za towar w formie gotówkowej

Przedsiębiorca dokonywał eksportu towarów poza terytorium Unii Europejskiej i rozliczał go w oparciu o wystawione faktury VAT oraz dokumentację z unijnego systemu kontroli przewozu ECS. Jednak organ podatkowy stwierdził, że firma nie dołożyła odpowiedniej staranności w gromadzeniu dokumentów potwierdzających dostawę towarów poza granice UE. Przedsiębiorca wygrał jednak w sądzie, bo ten orzekł, że wadliwe działanie systemu ECS nie może obarczać negatywnymi konsekwencjami wyłącznie przedsiębiorcy, który działał w uzasadnionym do tego systemu zaufaniu. Po drugie, aby móc stwierdzić, że przedsiębiorca miał świadomość udziału w nieuczciwej transakcji, organ powinien ustalić coś więcej niż tylko okoliczność, że w jej ramach zapłata za towar nastąpiła w gotówce.

Komunikat IE 599 z unijnego systemu kontroli przewozu ECS

Na mocy art. 41 ust. 6 ustawy o podatku od towarów i usług 0% stawkę VAT stosuje się w eksporcie, pod warunkiem, że podatnik przed upływem terminu do złożenia deklaracji podatkowej za dany okres rozliczeniowy otrzymał dokument potwierdzający wywóz towaru poza terytorium Unii Europejskiej. Zgodnie z ust. 6a tego artykułu poza zgłoszeniem wywozowym w formie papierowej dokumentem tym mogą być w szczególności dokumenty w formie elektronicznej z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych.

Jeden z przedsiębiorców dokonujących eksportu towaru poza granice UE, na Ukrainę, posiadał taki dokument, a dokładnie komunikat IE 599 z unijnego systemu kontroli przewozu ECS (z ang. Export Control System). Jest on wysyłany do eksportera i potwierdza wyprowadzenie towaru, zawiera dane zgłoszenia w momencie zwolnienia towarów do procedury wywozu, informację o potwierdzeniu wywozu lub zatrzymaniu towaru na granicy oraz ewentualnie informacje z urzędu celnego państwa wyprowadzenia towaru.

Włamanie do systemu administracji celnej

Po kilku latach od dokonania tego eksportu naczelnik urzędu celno-skarbowego w kraju unieważnił zgłoszenia celne wywozowe polskiego przedsiębiorcy. Jak ustalił, bułgarska administracja celna poinformowała węgierską, iż w jej systemie celnym (bułgarskim) nastąpiła zewnętrzna ingerencja w okresie, w którym eksportu dokonywał ten przedsiębiorca. Procedury tranzytowe w bułgarskim urzędzie celnym zostały zakończone nieprawidłowo, a wygenerowane i wysłane komunikaty elektroniczne przesłano dalej bez udziału funkcjonariuszy celnych.

Przedsiębiorca nie ma już dokumentów potwierdzających eksport

Wskutek unieważnienia ww. zgłoszeń naczelnik polskiego urzędu skarbowego w toku postępowania podatkowego ustalił, że przedsiębiorca nie dysponuje już wymaganymi prawem dokumentami, które uprawniają do zastosowania 0% stawki VAT. Tym samym czterema fakturami z: marca, kwietnia, maja i czerwca 2015 r. zaniżył on wartość netto dostaw oraz świadczenia usług na terytorium kraju oraz podatku należnego według stawki 23%, zawyżając odpowiednio wartości dostaw eksportowych. Organ podatkowy zmienił więc w drodze decyzji złożone przez przedsiębiorcę rozliczenie VAT za I i II kwartał 2015 r.

Uzyskane komunikaty nie wymagały dodatkowej dokumentacji

Przedsiębiorca odwołał się od tej decyzji, wskazując, że w Polsce funkcjonuje wspólnotowy system ECS, w ramach którego zgłoszenie wywozu następuje w formie elektronicznej. Także wywóz towarów jest potwierdzany za pomocą takiego specjalnego komunikatu, który zostaje wysłany do zgłaszającego w tej formie. Dowód ten, mający postać komunikatu IE-599, nie wymaga potwierdzenia przez urząd celny. Przedsiębiorca posiada taki komunikat IE-599, który jest dokumentem urzędowym, a więc o szczególnej mocy, potwierdzającym nie tylko wywóz towarów poza UE, ale również podane w nim informacje. To, że po latach stwierdzono zewnętrzną, nieuprawnioną ingerencję w wygenerowanie takich komunikatów nie oznacza, że firma brała w niej udział. Nie może to również przesądzać o cenie dochowania przez nią należytej staranności przy wypełnianiu procedury wywozu, zwłaszcza że nie miała ona świadomości, że sprzedany przez nią towar będzie wykorzystany do czynności niezgodnych z prawem.

Organy mogły potwierdzić wywóz, ale potem mogły sprawdzić, czy potwierdziły dobrze

Dyrektor Izby Administracji Skarbowej jako organ odwoławczy stwierdził, że aby wypełnić wszystkie konieczne przesłanki wskazane w art. 2 pkt 8 ustawy o VAT, uprawniające do zastosowania 0% stawki podatku od towarów i usług w eksporcie towarów, musi dojść do wywozu towaru poza granice Unii Europejskiej, a urząd celny wywóz ten potwierdzić. Organ zgodził się z przedsiębiorcą, że uzyskany przez niego komunikat IE 599 jest bez wątpienia urzędowym potwierdzeniem okoliczności w nim stwierdzonych. Jak stwierdził, zwolnienie towaru do procedury wywozu i wygenerowanie w systemie ECS tego komunikatu oznaczało co prawda zakończenie procedur wywozowych, nie pozbawiało jednak organów kompetencji do weryfikacji tych procedur. A na mocy przepisów wspólnotowych w przypadku stwierdzenia przez te organy, że towar nie został jednak wywieziony, obejmujące ten wywóz zgłoszenie celne podlega unieważnieniu. Nie zmienia to jednak faktu, że eksporter może za pomocą innych, alternatywnych dokumentów udowodnić, że towar opuścił terytorium Unii. Dodatkowo, Trybunał Sprawiedliwości UE wprowadził do wspólnotowego systemu VAT klauzulę dobrej wiary, uprawniającą do zastosowania przez eksportera 0% stawki VAT, jeśli nie zostanie wykazane, że wiedział on lub powinien wiedzieć, że przedłożone przez niego dokumenty nie odzwierciedlają rzeczywistości.

Płatności gotówkowe

Niemniej, jak zadecydował organ odwoławczy w niniejszej sprawie, na podstawie informacji bułgarskich celników administracja węgierska wycofała swoje potwierdzenie wyprowadzenia towaru poza obszar UE, co oznacza, że wycofała komunikat potwierdzający pozytywny wynik kontroli celnej wyprowadzenia towaru, a to jest równoznaczne z brakiem takiego komunikatu. Nie można się więc zgodzić z przedsiębiorcą, że posiadane przez niego komunikaty potwierdzają wywóz towarów z terytorium celnego Wspólnoty. A w ocenie organu ukraiński kontrahent nie był nabywcą końcowym przedmiotowego towaru, zatem towar nie opuścił terytorium UE. Co do istnienia dobrej wiary przedsiębiorcy, to zdaniem Dyrektora Izby Administracji Skarbowej:

„…podatnik winien tak zorganizować prowadzoną działalność gospodarczą, w tym nadzór nad prowadzoną zawodowo działalnością gospodarczą, by nie narazić się na zarzut zaniedbania lub niedopełnienia obowiązków publicznoprawnych. (…) trudno za standard zachowania w legalnym obrocie gospodarczym pomiędzy dwoma podmiotami uznać fakt dokonywania wyłącznie gotówkowych płatności kwot należności” (uzasadnienie wyroku sygn. akt I SA/Lu 793/19).

Przedsiębiorca działał w oparciu o urzędowe dokumenty, a płatność gotówką nie może być jedynym argumentem

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Lublinie, do którego skargę wniósł przedsiębiorca, przywołując orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie wspólnego systemu VAT, podkreślił, że nie można pozbawiać podatnika możliwości skorzystania z oferowanych przez ten system mechanizmów, jeśli uszczuplenie dochodów podatkowych państwa jest wynikiem oszukańczego działania osób trzecich, na które podatnik nie miał żadnego wpływu. A zdaniem sądu w niniejszej sprawie przedsiębiorca dochował należytej staranności przy przeprowadzaniu zakwestionowanych przez organy transakcji. Jednocześnie wykazał, że nie wiedział i nie mógł wiedzieć, iż są one elementem oszustwa. Sąd zwrócił uwagę, że przedsiębiorca dokonał rozliczeń podatkowych dopiero po uzyskaniu komunikatów IE 599, będących urzędowym potwierdzeniem spełnienia ustawowych wymogów eksportu towarów, określonych w art. 2 pkt 8 ustawy o VAT. Natomiast dokonana przez organy ocena co do działania przedsiębiorcy w złej wierze narusza przepisy ustawy o VAT, jak również:

„Ustalenie to narusza także art. 121 § 1 o.p., gdyż powoduje obciążenie konsekwencjami wadliwego działania systemu ECS wyłącznie skarżącego, który działał w uzasadnionym zaufaniu do dokumentów generowanych przez ten system. (…) jeżeli w sposób przekonujący organ nie ustali, że w dacie dokonywania zakwestionowanych transakcji, a najpóźniej w dacie dokonania ich podatkowego rozliczenia istniały konkretne (inne niż zapłata za towar w formie gotówkowej) okoliczności, które powinny były wzbudzić u skarżącego wątpliwości w zakresie uczciwości transakcji, to powinien przyjąć, że nie ma podstaw do oceny, że stosując do rozliczenia tych transakcji stawkę VAT 0% skarżący naruszył art. 41 ust. 4 w związku z ust. 11 ustawy o VAT” (wyrok WSA w Lublinie z 15 lipca 2020 r., sygn. akt I SA/Lu 793/19).

Walka o pieniądze

Spór przedsiębiorców z organami podatkowymi na gruncie przepisów ustaw podatkowych to w istocie walka o majątek. Ci pierwsi chcą go ochronić przed utratą na rzecz działających w imieniu Skarbu Państwa organów. Ale tak jak urzędnicy dbają o zabezpieczenie słusznych interesów państwa, tak samo powinni dbać o zabezpieczenie realizacji reguły pewności prawa. Skoro więc w gąszczu przepisów i narzucanych przez nie licznych wymogów przedsiębiorcy prowadzą swą działalność i dopełniają ciążących na nich wobec tego państwa zobowiązań publicznoprawnych w oparciu o potwierdzone urzędowo przez same organy dokumenty, to inne organy, działające w zasadzie w ramach jednej, wspólnej, unijnej administracji, nie mogą zarzucać im braku dochowania należytej staranności przy spełnianiu tych zobowiązań. Bo co w sytuacji, gdy przedsiębiorca nie zwróci się o pomoc prawną i nie podejmie walki z – jak to określił WSA w Lublinie – naruszającymi prawo rozstrzygnięciami organów? Przedsiębiorcy powinni móc się skupić na prowadzeniu działalności gospodarczej, a nie na sprawdzaniu prawidłowości działań urzędników i wystawionych przez nich dokumentów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Barometr COVID-19: co druga firma w Polsce spodziewa się powrotu koniunktury najwcześniej za 2-3 lata

Mikro, małe i średnie firmy w Polsce zaczynają odczuwać drugą falę koronawirusa „na własnej skórze”. Piąta edycja Barometru COVID-19, zrealizowana przez EFL pod koniec września br., pokazuje, że właściwie nie ma już przedsiębiorców, którzy wierzą, że koniunktura w ich branży powróci jeszcze w tym roku (tylko 1,7 proc. wskazań). Zdecydowana większość zapytanych – 53 proc. – uważa, że nastąpi to w ciągu 2-3 lat, a 20 proc. w ogóle nie liczy na rekonwalescencję branży. Tak pesymistycznych prognoz przedstawiciele MŚP nie wysuwali od początku pandemii w Polsce.

– Źle już było, ale to nie oznacza, że nie może być gorzej. Tak można krótko opisać to, co za, ale i przed nami. W marcu i kwietniu zdecydowana większość z nas, w tym przedsiębiorcy, nie wiedziała, z jak poważnym przeciwnikiem mamy do czynienia. Przedsiębiorcy odczuli bolesne „ciosy” na własnej skórze w ciągu 2-3 miesięcy od wybuchu epidemii w Polsce, ale jednocześnie liczyli, że druga część roku będzie już spokojniejsza. Dane z ostatnich dni dotyczące liczby nowych zakażeń koronawirusem wyraźnie pokazują, że musimy przygotować się na kolejne starcie. I to nie tylko w sferze opieki zdrowotnej, ale i gospodarczej. Z powagi sytuacji zdają sobie sprawę nasi przedsiębiorcy, wśród których, jak wynika z naszego badania, nie ma już prawie wcale głosów liczących na optymistyczne zakończenie roku. Na odbudowę gospodarki, zdaniem większości zapytanych, możemy potrzebować 2-3, a może i więcej lat. Tak pesymistycznych nastrojów nie było nawet pół roku temu – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

MŚP szykują się na drugie starcie

EFL w badaniu Barometr COVID-19 już po raz piąty zapytał przedsiębiorców z sektora MŚP, kiedy ich zdaniem nastąpi powrót koniunktury w branży, w której działa firma. We wrześniu br. prawie nie było przedsiębiorców, którzy wierzą, że stanie się to jeszcze w tym roku (1,7 proc.). Dla porównania, w czerwcu takiej odpowiedzi udzieliło 6 proc. zapytanych, a w maju ponad 18 proc. Nawet w kwietniu, czyli na początku epidemii w Polsce, było więcej optymistów – ponad 8 proc.

Co czwarty przedsiębiorca spodziewa się powrotu koniunktury w przyszłym roku (24 proc.). To prawie dwukrotnie mniej niż w czerwcu br. (40 proc.) i w kwietniu br. (45 proc.). Zdecydowanie więcej jest tych, którzy uważają, że nastąpi to w ciągu 2-3 lat (53 proc., poprzednio 39 proc.). Wzrósł też odsetek osób, które są zdania, że koniunktura nie powróci w najbliższych latach (20 proc., w czerwcu 13 proc.). Co ciekawe, w kwietniu uważało tak tylko niecałe 5 proc. przedstawicieli sektora MŚP, a w maju w ogóle nie było takich głosów.

Spodziewany powrót koniunktury jest oczekiwany we wszystkich branżach najczęściej w ciągu najbliższych 2-3 lat. Na odbicie w przyszłym roku liczy najwięcej przedstawicieli firm usługowych (30 proc.) i HoReCa (27 proc.). Jednocześnie najwięcej jest wśród hotelarzy i restauratorów głosów, że w najbliższych latach koniunktura nie powróci (28 proc.).

Trudny przeciwnik

Wpływ pandemii koronawirusa na MŚP jest nadal oceniany przede wszystkim jako negatywny. Łącznie 61 proc. przedsiębiorców we wrześniu br. ocenia, że wpływ ten będzie niekorzystny (poprzednio 67 proc.).

Podobnie jak w czerwcu pesymizm dotyczący wpływu COVID-19 na działalność firmy jest największy w branży HoReCa, w której większość osób prognozuje pogorszenie sytuacji (86 proc., poprzednio 73% proc.). Natomiast ponownie w branży budowlanej jest najoptymistyczniej. Najwięcej przedsiębiorców ze wszystkich branż uważa, że pandemia nie wpłynie na ich firmę (44 proc.) i najmniej tych, którzy wskazują na negatywne oddziaływanie pandemii na biznes (51 proc.).

W badaniu Barometr COVID-19 przedsiębiorcy ocenili również wpływ kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa na kondycję branży. W porównaniu z czerwcem we wrześniu br. znacznie spadł odsetek optymistów – z 24 proc. do 13 proc. Jednocześnie nie przełożyło się to wzrost odsetka pesymistów (wzrost o 0,5 pkt. proc. do 39 proc.).

***

Barometr COVID-19 to dodatkowe badanie towarzyszące Barometrowi EFL, zapoczątkowane w marcu 2020 roku w celu diagnozy wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Badanie jest realizowane co miesiąc.

Jedna z najatrakcyjniejszych działek w Warszawie czeka na nowego właściciela

Spółka System Gazociągów Tranzytowych EuRoPol Gaz S.A. wystawiła na sprzedaż grunt o powierzchni 22 708 mkw. przy ulicy Literackiej 7, na granicy Bielan i Żoliborza. W procesie sprzedaży właściciela wspiera firma Colliers International, wiodący doradca na rynku nieruchomości komercyjnych. Termin składania ofert mija 16.11.2020 o godz. 12.

Na nieruchomość składają się 4 działki, z czego 2 stanowią własność spółki, a 2 są w użytkowaniu wieczystym sprzedającego. Teren posiada pozwolenie na budowę budynku biurowo-usługowego o całkowitej powierzchni użytkowej ok. 35 000 mkw., który obecnie znajduje się w stanie surowym częściowo zamkniętym. Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Warszawy dopuszcza tu zabudowę wielorodzinną.

Działka znajduje się zaledwie 8 km od centrum Warszawy i 13 km od lotniska Chopina. Bliskość ulic Powązkowskiej i Generała Maczka, a przede wszystkim alei Armii Krajowej, która stanowi fragment drogi ekspresowej S8, zapewnia dobrą komunikację z innymi częściami miasta oraz miejscowościami usytuowanymi na południowy zachód od stolicy. Nieruchomość znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie ronda Ofiar Zbrodni Katyńskiej, przy którym znajdują się liczne przystanki autobusowe. W odległości 650 m, przy skrzyżowaniu Armii Krajowej i Broniewskiego, są również przystanki tramwajowe.

– Dostępność gruntów w atrakcyjnych lokalizacjach miejskich, pozbawionych wad prawnych i technicznych, jest dziś niezwykle niska. Biorąc to pod uwagę, działka przy ulicy Literackiej 7 należy obecnie do najciekawszych w Warszawie nieruchomości gruntowych w sprzedaży. Na pograniczu Żoliborza i Bielanach, gdzie jest zlokalizowana, intensywnie rozwija się tkanka mieszkaniowa, a wraz z nią infrastruktura usługowa i społeczna. Grunt usytuowany jest w bezpośredniej bliskości terenów zielonych, takich jak Fort Bema, Lasek na Kole czy Park Olszyna, a także centrów usługowo-handlowych. W Warszawie coraz trudniej znaleźć przestrzeń o podobnie wysokim potencjale inwestycyjnym – mówi Emil Domeracki, dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w Colliers International.

Dolnośląski rynek magazynowy jako ważny hub logistyczno-produkcyjny dla Europy Zachodniej

Region Dolnego Śląska, czyli czwarty co do wielkości rynek magazynowy w Polsce nadal jest w fazie rozwoju. W pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku deweloperzy oddali łącznie ok. 200 000 mkw. nowoczesnej powierzchni logistycznej, co przy obniżonym popycie przyczyniło się do wzrostu współczynnika pustostanów.  Jak wygląda sytuacja w regionie, gdzie powstają nowe projekty, jacy najemcy szukają powierzchni sprawdzili eksperci AXI IMMO.

W pierwszych sześciu miesiącach 2020 r. na rynku inwestycyjnym w regionie Dolnego Śląska cztery nieruchomości magazynowe zmieniły swoich właścicieli. Największym ze sprzedanych parków logistycznych był Panattoni Wrocław IX o powierzchni 46 000 mkw., którego nabywcą został Savills Investment Management, z kolei Segro zdecydowało się na zakup Panattoni Park City Logistic Wrocław o powierzchni 38 000 mkw. . Natomiast firma CGL Investment Holdings przejęła portfel nieruchomości Hines Polska, w tym projekt o powierzchni 26 000 mkw. w Legnicy, a singapurski GIC centrum dystrybucyjne DHL we Wrocławiu w ramach przejęcia europejskiego portfela Maximus od Apollo Global Management.

Na koniec czerwca 2020 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej na Dolnym Śląsku powiększyły się o ponad 200 000 mkw. (+60% w porównaniu z wynikiem uzyskanym w I poł. 2019 roku) i obecnie wynoszą blisko 2,5 mln mkw. (+8,2% r/r). Tylko w ostatnim roku na wrocławski rynek magazynowy dostarczono aż 526 000 mkw. i był to trzeci co do wielkości wynik zaraz po Górnym Śląsku i (649 000 mkw.) i Warszawie (523 000 mkw.). Z kolei zestawiając dane sprzed dwóch lat całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej na Dolnym Śląsku wzrosły o 46%. Obserwowana w ostatnich latach wysoka aktywność deweloperska pozwoliła na utrzymanie czwartej pozycji Dolnemu Śląskowi w TOP 5 największych rynków logistycznych w Polsce.

Od kilku lat region Dolnego Śląska prężnie rozwija się w zakresie dostarczania nowoczesnej powierzchni magazynowej i logistycznej, a sam rynek uważany jest za doskonałą lokalizację dla centrów dystrybucyjnych i zakładów produkcyjnych obsługujących Europę Zachodnią. Z pewnością duży wpływ na taki stan ma bliskość granic z Niemcami i Czechami, a także wysokiej klasy infrastruktura drogowa w postaci dwóch autostrad A4 i A8 oraz dróg ekspresowych S3, S5 i S8. Na korzyść Dolnego Śląska wpływa również fakt dużej podaży dobrej jakości gruntów inwestycyjnych, które są mniej rozdrobnione, a także tym, że objęte są planami zagospodarowania przestrzennego i są uzbrojone. Dodatkowo, najemcy zainteresowani rozwojem na Dolnym Śląsku z pewnością pod uwagę biorą dużą dostępność kadry pracowniczej, a także dużą liczbę studentów, którzy w przyszłości mogą stanowić o przyszłości i rozwoju firmy. Region już dziś przyciąga wielu inwestorów z Polski i zagranicy oferując komfortowe warunki do prowadzenia biznesu” – komentuje Damian Kińczyk z działu Industrial AXI IMMO.

W najbliższych miesiącach na wrocławskim rynku magazynowym spodziewane jest spowolnienie. Z obecnie znajdujących się w budowie 187 000 mkw. (-56% r/r), prawie 100 000 mkw. to projekty spekulacyjne. Najemcy zainteresowani rozwojem na Dolnym Śląsku mogą poszukiwać powierzchni w obecnie realizowanych projektach większości aktywnych deweloperów jak np. Panattoni, Hillwood, Goodman, MLP i 7R. Wśród parków logistycznych oddawanych w III kwartale 2020 roku znajdują się m.in. Hillwood Oleśnica (53 000 mkw.), Hillwood Wrocław Wschód II Budynek B (11 500 mkw.) czy inwestycja Panattoni City Logistics Wrocław, gdzie w ramach dwóch budynków zostanie dostarczone 23 200 mkw.

Patrząc na Dolny Śląsk przez pryzmat samych lokalizacji z pewnością należy wymienić Wrocław-Miasto, które wybierane jest przez klientów z branży FMCG i kurierów, a także firmy zajmujące się lekką produkcją. Kierując się na południe od Wrocławia na Bielany Wrocławskie, Nową Wieś Wrocławską, Tyniec czy Pietrzykowice dużą grupą najemców zainteresowaną rozwojem biznesu są z pewnością producenci i logistycy. Z kolei lokalizacje na północ od Wrocławia zapewniają firmom dobrą komunikację z poznańskim rynkiem czy Polską Centralną. Najemcy rozwijający się w kanale e-commerce docenią okolice Żurawiny i Wojkowic przez fakt dobrego dostępu do pracowników, a także atrakcyjnych stawek czynszu. Z kolei Legnica to dobry wybór dla firm, które oprócz rozwoju na lokalnym rynku chcą prowadzić biznes z Niemcami. Okolice Bolesławca najczęściej wybierane są pod inwestycje. Z rynków wschodzących w regionie Dolnego Śląska należy wymienić Oleśnicę, Legnicę , a także Jawor” – dodaje Damian Kińczyk z AXI IMMO.

Wysoka aktywność deweloperów na Dolnym Śląsku przełożyła się na wzrost poziomu pustostanów. Jeszcze na koniec 2019 roku wolna powierzchnia stanowiła 3,7% całkowitych zasobów, natomiast obecnie, na koniec czerwca 2020 współczynnik pustostanów wynosi 10,1%, przy średniej dla całej Polski na poziomie 6,8%. Nowa sytuacja na rynku powoduje, że deweloperzy są skłonni do większych negocjacji w zakresie wyjściowych stawek czynszu, które na zakończenie II kwartału 2020 roku dla rynku wrocławskiego wynoszą 3,30 – 3,70 EUR/mkw. w obiektach A-klasowych.

Na zakończenie I poł. 2020 r. popyt brutto nie uwzględniający umów krótkoterminowych wyniósł 175 000 mkw. i był o prawie 45% niższy niż w I półroczu 2019 roku. Z kolei zestawiając sam najem  krótkoterminowy to stanowił on 33% całkowitej powierzchni wynajętej w II kwartale 2020 roku, przy średniej krajowej na poziomie 16%. Wśród najciekawszych transakcji zamkniętych w pierwszej połowie 2020 r należy uwzględnić nowe umowy dla Żabki w ramach Panattoni Park Wrocław XII (22 800 mkw.) i VS Transport w Panattoni Wrocław VII (13 400 mkw.). Od kilku kwartałów największą grupę najemców stanowią operatorzy logistyczni, a następnie producenci i dystrybutorzy sprzętu RTV i AGD. Najbardziej skutki pandemii Covid-19 wpłynęły na funkcjonowanie branży motoryzacyjnej i tekstylnej w regionie.

Ruszyła II edycja Akademii GPW Growth

  • Wystartowała druga edycja Akademii GPW Growth, organizowanej przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW)
  • Celem programu jest wsparcie rozwoju małych i średnich firm
  • GPW Growth jest jedną z inicjatyw strategicznych #GPW2022

24 uczestników bierze udział w drugiej edycji Akademii GPW Growth, która wystartowała w miniony weekend. Do czerwca będą oni uczestniczyć w cyklu dziesięciu sesji wykładów i spotkań. Akademia jest częścią inicjatywy strategicznej GPW – programu GPW Growth, który ma na celu wspieranie rozwoju i transformacji spółek z sektora MŚP.

Po zakończeniu pierwszej, udanej edycji Akademii GPW Growth bez wahania zdecydowaliśmy o uruchomieniu kolejnej. Poprzez ten program chcemy wspierać małe i średnie firmy w dynamicznym rozwoju ich biznesów na przykład w ekspansji zagranicznej czy pozyskiwaniu finansowania na rynku kapitałowym. Wymiana doświadczeń i wiedzy jest szczególnie ważna w obecnych, pandemicznych czasach, które dla wielu mogą być czasem niepewności biznesowych. W trakcie programu uczestnicy otrzymają pakiet konkretnych narzędzi, wspomagających skuteczne zarządzanie spółką – powiedziała Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

W ramach Akademii GPW Growth odbędą się spotkania networkingowe z ekspertami i praktykami biznesu, warsztaty i case studies. Kolejna edycja programu obejmuje 110 godzin warsztatów i wykładów oraz liczne wydarzenia towarzyszące. W czerwcu 2021 roku, na zakończenie tej edycji, uczestnicy otrzymają certyfikat „Ready for Growth”.

W pierwszej edycji Akademii GPW Growth uczestniczyło 21 uczestników z 13 spółek. Program jest adresowany do prezesów, członków zarządów i dyrektorów odpowiedzialnych za realizację kluczowych celów w firmach.

Organizatorem inicjatywy jest GPW we współpracy z partnerami, wśród których znajdują się m.in: Polski Fundusz Rozwoju S.A., EY Academy of Business, Baker McKenzie Krzyżowski i Wspólnicy sp. k., Grabowski i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych Sp. k., NBS Communications, CFA Society, Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych, Business Dialog. Patronat nad Akademią GPW Growth objęło Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii.

Warszawski rynek biur reaguje na pandemię

Popyt na koniec III kwartału 2020 był o 35% niższy niż w tym samym okresie w ubiegłym roku, a na rynku rośnie ilość przestrzeni biurowej przeznaczonej na podnajem.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym na koniec trzeciego kwartału 2020 r.

Aktualna dynamika na warszawskim rynku biurowym różni się od tej, do której przyzwyczaiły nas poprzednie lata. Popyt między pierwszym a trzecim kwartałem obniżył się o 35% w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku. Jednocześnie pandemia dodatkowo wpłynęła na spodziewany wzrost wskaźnika pustostanów, który jest w dużym stopniu związany ze znacznym wolumenem nowej podaży. Warto natomiast pamiętać, że projekty planowane na kolejne lata nie będą mieć skali tych oddawanych właśnie do użytku lub będących w realizacji, co powinno zrównoważyć ewentualne niedobory popytu. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Popyt

Między pierwszym a trzecim kwartałem tego roku wynajęto w Warszawie łącznie 447 000 mkw. powierzchni. Największą popularnością ponownie cieszyły się Centrum i Mokotów, odpowiedzialne za 71% całkowitego zapotrzebowania na biura.

W ostatnich trzech miesiącach największa transakcja sięgnęła 6200 mkw., a siedem największych umów stanowiły przedłużenia, czasem połączone z ekspansją. Obecnie najemcy często decydują się na przedłużenie umowy na krótki okres i czekają na powrót do normalności przed podjęciem długoterminowych zobowiązań. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Do największych transakcji najmu w tym roku. należały: rekordowa umowa przednajmu PZU w Generation Park Y – pierwszym budynku wieżowym Skanska w Polsce (46 500 mkw.), umowa typu sale and leaseback DSV na Mokotowie (20 000 mkw.) oraz odnowienie umowy i ekspansja Poczty Polskiej w Domaniewska Office Hub (19 800 mkw.).

Jakub Sylwestrowicz
Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Nowym trendem na warszawskim rynku biurowym jest zwiększona podaż powierzchni na podnajem. Obecnie w stolicy na zainteresowane nim firmy czeka ok. 118 000 mkw. tego typu przestrzeni, z czego ok. 60% przypada na centralne części miasta. Istnieją jednak pewne ograniczenia związane z podnajmem biur, tj. w zakresie wykończenia, długości trwania umowy czy też w ogóle obowiązku uzyskania zgody wynajmującego na transakcję podnajmu. Dlatego też nie dla każdego najemcy jest to optymalne rozwiązanie. W tej sytuacji wiele przedsiębiorstw rozważa jako alternatywę biura typu flex. Mogą one być lepszym rozwiązaniem dla najemców oczekujących na oddanie docelowych budynków biurowych, wykończenie powierzchni, bądź też ustalających dopiero docelowy model środowiska pracy. – Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Podaż

O stycznia do końca trzeciego kwartału na warszawski rynek dostarczono 238 000 mkw. biur, z czego największą nową inwestycją jest kompleks The Warsaw Hub, zrealizowany przez Ghelamco Poland. Ponadto, po kilku latach stale rosnącej aktywności deweloperskiej, wolumen powierzchni w budowie spada.

W ostatnich latach w realizacji pozostawało od 700 000 mkw. do 800 000 mkw., a teraz jest to ok. 600 000 mkw. Deweloperzy znacznie ostrożniej podchodzą do rozpoczynania nowych budów, co w rezultacie może spowodować powstanie luki podażowej, zwłaszcza poza centrum miasta. To z kolei prawdopodobnie zwiększy atrakcyjność i konkurencję o powierzchnie w najlepszych budynkach tam zlokalizowanych. – Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Rynek inwestycyjny – trzeci najlepszy wynik

Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Na warszawski rynek przypadło 61% kapitału zainwestowanego w polskim sektorze biurowym w tym roku. W okresie od stycznia do września zawarto w stolicy aż osiemnaście transakcji biurowych o łącznej wartości blisko 940 mln euro. Jest to trzeci najlepszy wynik dla pierwszych dziewięciu miesięcy roku w ciągu ostatniej dekady. Jednocześnie ograniczenia związane z podróżowaniem i wizytowaniem nieruchomości opóźniają do pewnego stopnia realizację nowych transakcji, pomimo zainteresowania Warszawą ze stroną inwestorów. – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Warto zauważyć, że wszystkie obiekty biurowe, które zmieniły właścicieli w trzecim kwartale (Generation Park Z, Chmielna 89 (65%) i Concept Tower) znajdują się w obszarze Zachodniego Centrum.

Pustostany i czynsze

Obecna sytuacja gospodarcza bezpośrednio wpływa na wskaźnik pustostanów w Warszawie. W III kwartale wzrósł on do 9,6% (8,4% w strefach centralnych i 10,4% w strefach poza centrum), co stanowi wzrost o 1,8 p.p. w stosunku do końca 2019 r. (i 1,7 p.p. w ujęciu kwartalnym). Tym statystykom towarzyszy zwiększona podaż przestrzeni na podnajem. Co ważne, w perspektywie kolejnych lat na rynek dostarczane będzie mniej nowych biur, co przełoży się na stopniową absorpcję dostępnej powierzchni.

Najwyższe czynsze transakcyjne dla najlepszych nieruchomości w szerokim centrum wynoszą od 18 do 24 euro/mkw./m-c, a poza nim do 16 euro/ mkw./m-c.

Polskie firmy zdecydowane, ale nie gotowe na robotyzację

Według danych Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR) w zakładach produkcyjnych na całym świecie w ubiegłym roku zainstalowanych było 2,7 mln robotów przemysłowych, czyli o 12 proc. więcej niż rok wcześniej. Prym wiodą Chiny, Japonia oraz USA. Natomiast na starym kontynencie liderem okazały się Niemcy, Włochy oraz Francja. Co ciekawe, Polska znalazła się na 14 pozycji.

Końcówka 2020 roku może doprowadzić do przyspieszenia procesu robotyzacji przemysłu. Zapotrzebowanie na rozwiązania wdrażające proces automatyzacji w Polsce może w ciągu najbliższych 12 miesięcy wzrosnąć nawet o 25-30 proc. Głównym czynnikiem będzie optymalizacja kosztów produkcji w obliczu niepewności gospodarczej spowodowanej pandemią COVID-19, jak wynika z analizy firmy Next IoT, zajmującej się technologią internetu rzeczy (IoT).

7 na 10 z polskich firm jest zdecydowana na automatyzację procesów produkcyjnych wraz z wykorzystaniem rozwiązań bazujących na technologii internetu rzeczy (IoT). – mówi Mateusz Starański z Next IoT. Jednak chęć wdrożenia nie idzie w tym przypadku w parze z gotowością. Albowiem otrzymujemy od naszych klientów sygnały, że przygotowanie do uruchomienia pierwszych robotów przemysłowych mogą osiągnąć najwcześniej za rok.

Potwierdzają to badania „Barometru Polskiego Rynku Pracy” przeprowadzone przez firmę Personnel Service, z których wynika, że tylko co czwarty przedsiębiorca czuje, iż jego organizacja jest przygotowana do wdrożenia nowoczesnych technologii automatyzacji produkcji. Co ciekawe, z szacunków ekspertów ds. internetu rzeczy w przemyśle z firmy Next IoT, wynika, że polskie przedsiębiorstwa mogą dzięki zautomatyzowaniu procesów produkcyjnych podnieść swoją efektywność biznesową o 10-15 proc.

Automatyzowanie procesów produkcji w dobie pandemii COVID-19 może zakończyć się brakiem zwiększenia lub wręcz redukcją etatów. Badacze z Oxford Economic wskazują, że w pierwszym roku od zainstalowania maszyny zatrudnienie zmniejsza się statystycznie o 1,3 pracownika. Obecna sytuacja będzie dla wielu firm sygnałem do działania w kwestii implementacji rozwiązań z dziedziny robotyzacji i automatyzacji. Wbrew pozorom wielu managerów nie utożsamia faktu implementacji tego typu technologii z koniecznością radykalnej redukcji zatrudnienia. Zdaniem większości automatyzacja produkcji wiąże się także ze stworzeniem nowych ról i obowiązków dla pracowników.

Polskie firmy dostrzegają, że warto rozpocząć już dziś przygotowania do wdrożenia procesów automatyzacyjnych. Oznacza to dla nich oszczędność czasu, pieniędzy oraz zwiększenie efektywności biznesowej w ciągu najbliższych lat. W następnej dekadzie nie będziemy rozmawiać i myśleć o modelu człowiek kontra robotyzacja, lecz człowiek i wsparcie ze strony inteligentnych urządzeń. – mówi Mateusz Starański.

GPW wprowadza kontrakty terminowe na akcje spółki ALLEGRO.EU SOCIÉTÉ ANONYME

  • Od dziś po raz pierwszy w obrocie dostępne będą kontrakty terminowe na akcje spółki ALLEGRO.EU SOCIÉTÉ ANONYME
  • Wprowadzone zostały 3 serie kontraktów terminowych, wygasające: w grudniu 2020 r., marcu 2021 r. oraz czerwcu 2021 r.
  • Mnożnik będzie wynosił 100
  • Rozwój instrumentów pochodnych jest jedną z inicjatyw strategicznych GPW

Od dziś w obrocie giełdowym są dostępne nowe kontrakty terminowe na akcje spółki ALLEGRO.EU SOCIÉTÉ ANONYME.  Zostały wprowadzone trzy serie kontraktów terminowych wygasających w grudniu 2020 r., marcu 2021 r. i czerwcu 2021 r. Mnożnik dla tego kontraktu terminowego będzie równy 100.

– GPW gotowa jest do szybkiego wprowadzania nowych kontaktów terminowych na pojedyncze akcje, jak tylko zaobserwujemy duże zainteresowanie inwestorów instrumentem bazowym oraz nawiążemy współpracę z animatorem rynku. Debiut spółki Allegro był historycznie największym debiutem, na akcje spółki zapisało się wielu inwestorów instytucjonalnych i ponad 36 tys. inwestorów indywidualnych. Wielkość spółki, imponujące obroty na pierwszych sesjach, szybka ścieżka wejścia do indeksu WIG20 oraz innych globalnych indeksów – te fakty skłoniły Zarząd GPW do podjęcia decyzji o wprowadzeniu do obrotu kontraktów na Allegro zaledwie tydzień od debiutu giełdowego spółki – powiedziała Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Szczegółowe informacje dotyczące nowych kontraktów terminowych opublikowane zostały w Uchwała Nr 775/2020 z dnia 12 października 2020 r.

III kwartał na rynku nieruchomości przynosi pierwsze skutki pandemii

W trzecim kwartale roku można już dostrzec wpływ Covid-19 na wyniki rynku biurowego. O ile pierwsza połowa roku napędzona była negocjacjami rozpoczętymi jeszcze przed pandemią, to obecne dane widocznie już pokazują spowolnienie na rynku. Należy przy tym zaznaczyć, że największych zmian w aktywnościach zarówno deweloperów, jak i najemców oczekujemy w kolejnym roku.  

Jednym ze wskaźników, który w pewien sposób odzwierciadla obecny nastrój niepewności i oczekiwania jest popyt. Od lipca do września 2020 roku zdecydowanie osłabło zainteresowanie najemców, którzy w ciągu kwartału wynajęli najmniej powierzchni biurowej od dekady – zaledwie 113 000 m kw. (w I połowie roku było to ok. 334 000 m kw.). Dla porównania analogiczny kwartał w ubiegłym roku zanotował rekordowo wysoki popyt na poziomie 284 000 m kw., ale jednocześnie należy tutaj wspomnieć, że część zasług we wspaniałych wynikach najmu za trzy kwartały ub.r. trzeba przypisać kilku dużym transakcjom. Tak niski wskaźnik popytu nie bez przyczyny związany jest z pandemią oraz niepewnością na rynku. Najemcy świadomie wstrzymują podejmowanie długofalowych decyzji, skłaniając się raczej do pozostania w biurze, które do tej pory zajmowali, niż wynajmowanie przestrzeni w nowej lokalizacji czy ekspansja dodatkowej powierzchni.

Interesująca jest również zmiana w strukturze podpisanych umów. Niemal połowa wynajętej w III kwartale powierzchni w Warszawie stanowiły renegocjacji wcześniejszych umów najmu. Tak wysoki wynik dotychczas niespotykany w historii stołecznego rynku biurowego jest potwierdzeniem, że najemcy wybierają bezpieczniejszą opcję i zostają w dotychczasowych lokalizacjach. Dla porównania w okresie I-III kwartał 2019 roku renegocjacje stanowiły 35% wolumeny transakcji, co wówczas było rekordowym wynikiem. Dodatkowym sygnałem płynącym z rynku, a wskazującym na ograniczenie zainteresowania nową powierzchnią jest zdecydowany spadek udziału umów pre-let, które w minionym kwartale wyniosły zaledwie 4% wolumenu popytu (średnia dla pierwszych trzech kwartałów ub.r. to 27%).

Biorąc pod uwagę podaż nowej powierzchni biurowej, to w III kwartale 2020 roku do użytku oddano ponad 131 000 m kw. w ramach sześciu projektów. Zestawiając to z pierwszym półroczem kiedy w ramach 4 inwestycji na rynek warszawski trafiło 107 000 m kw. nowej powierzchni, wynik jest wysoki. Aktualnie w budowie pozostaje ponad 650 000 m kw. Największymi projektami dostarczonymi na stołeczny rynek w ostatnich trzech miesiącach były: kompleks The HUB (dwa budynki) należący do Ghelamco Poland, który łącznie oferuje ok. 89 000 m kw. biur oraz budynek Biura przy Warzelni kompleksu Browary Warszawskie (24 000 m kw.), zrealizowany przez Echo Investment. Mniej optymistyczny wydaje się wskaźnik komercjalizacji nowych budynków. Projekty ukończone w III kwartale w momencie oddania do użytku były zabezpieczone umowami w 66%, podczas gdy budynki ukończone w pierwszej połowie roku były niemal w pełni wynajęte. Za sprawą wysokiej nowej podaży, całkowite istniejące zasoby biurowe w Warszawie na koniec września 2020 roku przekroczyły 5,8 mln m kw.

Spadek aktywności najemców oraz wysoka podaż nowej powierzchni, która nie była w pełni wynajęta, przełożyły się na wzrost współczynnika pustostanów. Z naszych danych wynika, że na koniec września wyniósł on 9,6%, co przekłada się na niemal 560 000 m kw. dostępnej powierzchni od zaraz. Wzrost o 1,7 pp. do poprzedniego kwartału oznacza poziom najwyższy od dwóch lat. Analizując poszczególne obszary koncentracji wzrost współczynnika pustostanów odnotowano niemal w każdej strefie. Wyjątek stanowiła strefa Zachód, a największa zmiana w strefie Centrum, w której ukończono najwięcej nowych inwestycji.

Faktyczna oferta dostępnej od zaraz powierzchni biurowej jest zdecydowanie szersza. Ostatnie miesiące to bliższa analiza rosnącego trendu, którym jest podnajem. Zmiana modelu pracy wymuszona pandemią, przejście na system hybrydowy oraz pogarszająca się sytuacja gospodarcza wymusiła na niektórych firmach oszacowanie swojego zapotrzebowania na powierzchnię biurową od nowa. Co za tym idzie, niektóre organizacje poszukując oszczędności zdecydowały się ograniczyć zajmowaną powierzchnię i podnająć jej część. Na koniec września 2020 roku na stołecznym rynku oferta podnajmu obejmowała już ponad 100 000 m kw. biur gotowych do wynajęcia od zaraz.

Pomimo zmieniającej się sytuacji rynkowej wywoławcze stawki czynszu na stołecznym rynku wciąż utrzymują się na stabilnym poziomie.

Autor: Bożena Garbarczyk, Straszy Konsulatnt w Dziale Badań Rynku Knight Frank

Porozumienie fiskalne w USA kontra ryzyka drugiej fali pandemii

Typowe korelacje rynkowe zostały zaburzone przy przecenie na rynku akcji, ale z podtrzymaną słabością dolara. Brak świeżych katalizatorów zachęca do redukcji pozycji, gdyż dwie przeciwstawne siły mogą uderzyć w każdej chwili – porozumienie fiskalne w USA kontra ryzyka drugiej fali pandemii.

Wczoraj indeksy na Wall Street zanurkowały o 1,4-1,8 proc., jednak pogorszenie nastrojów na rynku akcji nie spotkało się z typowymi przepływami kapitału na rynku walutowym. Obserwowaliśmy solidną postawę EUR i innych walut europejskich względem USD, a AUD, JPY, CAD i NZD zachowały względną stabilność. Nie chciałbym spędzić czasu na rozważania, która strona ma tutaj racje – pesymistyczny rynek akcji czy niewzruszony rynek walutowy. Każdy obóz ma swoje argumenty. Perspektywy globalnego ożywienia stanęły pod znakiem zapytania w obliczu nasilenia drugiej fali pandemii i nawet jeśli rządy chcą uniknąć powtórki z wiosny i pełnego lockdownu, każde obostrzenia będą miały negatywny wpływ na wzrost gospodarczy. Nielimitowana ekspansja monetarna i fiskalna jest poduszką bezpieczeństwa, ale jest to czynnik na tyle znany i ograny, że aktualnie nie robi różnicy. Chyba że w końcu dostaniemy coś dużego w postaci fazy 4. pakietu fiskalnego w USA. Rozmowy w dalszym ciągu trwają, a nadzieje podtrzymują komentarze ze strony spikerki Demokratów w Izbie Reprezentantów Pelosi, według której różnice uległy zawężeniu. Ale czy do końca dnia (deadline wyznaczony przez Pelosi) dojdzie do porozumienia? – trudno powiedzieć. Prezydent Trump jest za większą pomocą (by poprawić sondaże), ale ma problemy z przekonaniem do tego Republikanów z Senatu. Ci szykują swój własny projekt ustawy pomocowej, który dla Demokratów jest niewystarczający. Razem mamy klimat na rynkach, gdzie są ryzyka, są nadzieje, ale nic nie jest pewne. Niezależnie, czy oczekuje się wzrostu awersji do ryzyka, czy powrotu apetytu na ryzyko, pozostaje się otwartym na zwrot w niekorzystnym kierunku. Dla rynku akcji wrażliwość jest po stronie spadków, na FX nasycone są długie pozycje w USD. Wczoraj prawdopodobnie doszło do dostosowania pozycji bez wglądu na tradycyjne korelacje.

Słabość USD nie pomaga AUD, który ma swoje kłopoty w postaci kolejnych gołębich komentarzy z banku centralnego. Protokół z październikowego posiedzenia RBA dostarczył niewiele nowych informacji, ale przypomniał, że bank toruje sobie drogę dla dalszej ekspansji monetarnej. W protokole podkreślono, że bank widzi możliwość dalszego łagodzenia działań wspierających zatrudnienie, przy czym dalsze łagodzenie polityki prawdopodobnie przyniesie większe efekty w miarę zniesienia ograniczeń w całej gospodarce. Protokół wzmocnił słowa wiceprezesa RBA Kenta wypowiedziane godzinę wcześniej, zdaniem którego „wciąż jest miejsce na obniżenie krótkoterminowych stóp procentowych” i nie wykluczyłby spadku rynkowego oprocentowania poniżej zera. Rynek AUD od jakiegoś czasu jest przygotowany na cięcie stopy kasowej w listopadzie do 0,10 proc. z 0,25 proc., ale ofensywna przedstawicieli banku w ostatnich dniach (podobnie gołębio brzmiał w ubiegłym tygodniu prezes Lowe) sugeruje, że w grę może wchodzić coś więcej. Teraz możliwe jest, że oprócz obniżki bank zdecyduje się na rozszerzenie programu skupu aktywów, by obniżyć koszt długu na długim końcu krzywej. Perspektywa większej gołębiości RBA będzie ciążyć na AUD przynajmniej do czasu, aż najbliższe posiedzenie RBA (3 listopada) nie przyniesie odpowiedzi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kontrolerzy PIP-u: Pracodawcy najczęściej łamią przepisy w kwestiach BHP i wypłaty wynagrodzeń

Od 1 czerwca do 31 sierpnia br. Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła o prawie 25% mniej kontroli niż w analogicznym okresie ub.r. Ostatnio największą aktywnością w tym zakresie wykazali się inspektorzy w woj. śląskim, mazowieckim i pomorskim. O przeszło 30% zmniejszyła się również liczba zastosowanych środków prawnych. Najwięcej zastrzeżeń dotyczą kwestie związane z przestrzeganie przepisów BHP i wypłacaniem wynagrodzeń.

Od początku czerwca do końca sierpnia br. inspektorzy PIP-u przeprowadzili w całej Polsce 13 906 kontroli. To o 4 449 mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 18 355. Ostatnio najwięcej takich działań zostało podjętych w Katowicach – 1 901 (rok wcześniej – 2 357), Warszawie – 1 895 (1 939), Gdańsku – 1 171 (1 302), Poznaniu – 1 148 (1 615) oraz Łodzi – 1 023 (1 280). Z kolei najmniej kontroli przeprowadzono w Zielonej Górze – 331 (561), Kielcach – 339 (689) i Opolu – 395 (623). Tak wynika z danych aktualnych na dzień 25 września br.

– Państwowa Inspekcja Pracy zdecydowała, że inspektorzy przystąpią do wykonywania obowiązków w pełnym zakresie dopiero 22 czerwca 2020 roku. To mogło mieć wpływ na ilość przeprowadzonych kontroli. Ponadto, jak podaje PIP, w ostatnim okresie liczba aktywnych inspektorów zmniejszyła się aż o jedną czwartą ze względu na urlopy czy opiekę nad dzieckiem w czasie pandemii. Dodatkowo wiele firm wciąż pracuje w trybie zdalnym, a kontrola może odbyć się jedynie w siedzibie przedsiębiorstwa – komentuje Kamila Sotomska, analityk Departamentu Prawa i Legislacji w Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Z kolei Monika Fedorczuk z Departamentu Pracy w Konfederacji Lewiatan podkreśla w tym kontekście znaczenie lockdownu. Ten okres cechował się bardzo dużą solidarnością pracowników i pracodawców zorientowanych na wspólnym celu, czyli przetrwaniu zakładu pracy. Być może był to jeden z czynników decydujących o mniejszej liczbie zawiadomień.

– Inspektorzy pracy mają więcej obowiązków podczas kontroli w trakcie pandemii. Obecnie PIP sprawdza też, czy w przedsiębiorstwach zostały wdrożone zasady bezpieczeństwa związane z koronawirusem. Mowa tu o zachowaniu odpowiedniej odległości pomiędzy pracownikami i o dostępie do płynów dezynfekcyjnych oraz środków ochrony osobistej – zaznacza Kamila Sotomska.

W wyniku kontroli przeprowadzonych od 1 czerwca do 31 sierpnia br. zastosowano 87 321 środków prawnych (rok wcześniej – 127 874). Wśród nich były decyzje – 43 275 (63 731), wnioski w wystąpieniach – 41 927 (60 882) oraz polecenia – 2 119 (3 261). W tym kontekście Monika Fedorczuk zwraca uwagę na zmniejszającą się liczbę środków prawnych. Na podstawie tego można postawić wniosek o większym przestrzeganiu prawa przez pracodawców w zakresie praw pracowniczych.

– Paradoksalnie liczba wykroczeń przeciwko przepisom prawa pracy jest pojęciem względnym. Ogromna część środków prawnych jest wymierzona przeciwko wielkim międzynarodowym korporacjom, które często są nękane kontrolami. A tam standardy bezpieczeństwa zazwyczaj przewyższają wymagania prawne w znaczącym stopniu. Mimo to firmy te nie są w stanie zapobiec naruszeniom. Przepisy są drobiazgowe, sztywne, często staroświeckie i nieżyciowe. Z kolei istnieją tysiące małych, polskich przedsiębiorstw, gdzie prawa pracy nie przestrzega się w ogóle. Jednak tam kontrole nie docierają – mówi adwokat Bartłomiej Raczkowski.

Jak zaznacza ekspert z Konfederacji Lewiatan, przed pandemią sporo przedsiębiorstw miało duże trudności z zapełnieniem wakatów. To powodowało, że konieczne stało się dbanie o wizerunek firmy, zarówno wśród obecnych, jak i potencjalnych pracowników. Jednym z podstawowych warunków powodzenia tego zamierzenia jest przestrzeganie przez pracodawców prawa pracy.

– Ogólnie z przestrzeganiem tego prawa nie jest najlepiej. Jednak często sankcje są naciągane, inspektorzy stosują przepisy i interpretacje tak, aby tylko móc wykazać się znalezieniem naruszenia. Celem kontroli nie jest zapewnienie zgodności z prawem, ale znalezienie na siłę czegokolwiek, co da się zinterpretować jako bezprawne. Mam wrażenie, że problem nie występuje tam, gdzie się go na siłę szuka, ale tam, gdzie się raczej nie zagląda – dodaje mec. Raczkowski.

PIP wskazuje najczęściej występujące podstawy w środkach prawnych wydanych po kontrolach. W analizowanych okresach był to art. 11 pkt. 1 Ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy. Ostatnio wskazano go  21 347 razy, a rok wcześniej – 32 075.

– Przywołany artykuł dotyczy nakazania usunięcia stwierdzonych uchybień w ustalonym terminie w przypadku, gdy naruszenie dotyczy przepisów i zasad bezpieczeństwa i higieny pracy.  Niewątpliwie pracodawca jest odpowiedzialny za zapewnienie bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Jednak niekiedy literalne zastosowanie wszystkich norm jest bardzo trudne, np. w odniesieniu do odległości biurek, które pracownicy często swobodnie przestawiają – informuje ekspert z Konfederacji Lewiatan.

Patrząc na zestawienie najczęściej występujących podstaw w środkach prawnych od 1 czerwca do 31 sierpnia tego roku, następny w kolejności jest art. 207 § 2 kodeksu pracy – 1 260 razy (rok wcześniej – 2 160). Dalej są art. 11 pkt. 7 Ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy – 1 144 razy (1 365), art. 29 § 3 k.p. – 1 130 razy (1 612). Piąta pozycja to § 10 ust. 2 rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Socjalnej w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy – 1 029 razy (poprzednio 1 540).

– Analizując te dane, najwięcej środków prawnych wydawanych jest więc w sprawach BHP, w tym bezpieczeństwa urządzeń elektrycznych. Zaraz potem są niewypłacone wynagrodzenia. Dalej wymienia się naruszenie obowiązku przekazania pracownikowi informacji o warunkach zatrudnienia. Z jednej strony, przepisy BHP są tak skomplikowane i często nieżyciowe, że w praktyce nie da się ich wszystkich przestrzegać. Z drugiej strony, rzeczywiście zdarzają się przypadki braku odpowiedniej dbałości o podstawowe zasady bezpieczeństwa. Co do niewypłacanych wynagrodzeń, sprawa jest oczywiście poważna – podsumowuje ekspert z Kancelarii Raczkowski.