Raport: freelancing w Polsce i na świecie w 2020 r.

Wartość rynku wolnych strzelców w naszym kraju zwiększy się w tym roku o ponad ¼ i przekroczy 12 mld zł. Na amerykańskim, najbardziej rozwiniętym, rynku pracuje już 60 milionów ludzi, a jego wartość w br. to ponad 1 bilion dolarów. Globalny rynek będzie w 2020 r. wart ponad 3 biliony dolarów. Co wpływa na tak dynamiczny jego rozwój? Co przyciąga pracowników do niego i na jakie zarobki mogą liczyć? Jak pandemia go zmienia? Najnowszy obraz rodzimego i światowego rynku freelancerskiego prezentuje raport Useme.com.

Napędzana zmianami demograficznymi, postępem technologicznym, a także nowym paradygmatem rynku pracy, gospodarka wolnych strzelców kwitnie. A freelancing staje się preferowanym stylem zarabiania, jak i życia dla milionów osób na świecie. „Geek economy” rozwija się w zawrotnym tempie i jest już nie tylko dorywczym zajęciem, ale także stałym i coraz lepiej płatnym sposobem zarobkowania. Pandemia Covid-19 tylko ten proces przyśpieszyła. Paradoksalnie kryzys, redukcja etatów w przedsiębiorstwach i wstrzymanie rekrutacji jest dobrą wiadomością dla wolnych strzelców. Nie od dziś bowiem wiadomo, że outsourcing usług czy pracy jest sposobem na optymalizację kosztów w firmach. A w turbulentnych czasach, freelancing przychodzi z pomocą.

Rynek amerykański i światowy

W USA liczba freelancerów przekroczyła już 57 milionów osób i zarobili oni blisko bilion dolarów, podczas gdy wartość całego globalnego rynku wyniosła w 2019 r. 2,8 biliona dolarów. Według analityków rynku, w bieżącym roku, te liczby zmienią się co najmniej o 1/5 na plus. Z globalnych badań, przeprowadzonych w 2020 r. na próbie ponad 7 tysięcy freelancerów z ponad 150 krajów wynika, że młodsze generacje, takie jak pokolenie Z czy millenialsów, stanowią zdecydowaną większość dzisiejszej wolnych strzelców na świecie. W Azji Południowo-Wschodniej 82% pracowników ma mniej niż 35 lat, podczas gdy w Ameryce Północnej tylko 47%. Z drugiej strony, freelancerzy w wieku powyżej 55 lat, zarabiają ponad dwa razy więcej niż ich młodsi rówieśnicy. Średnia ogólnoświatowa stawka godzinowa pobierana przez freelancerów wynosi aktualnie 21$ i jest wyższa o 2 $ w porównaniu z ubiegłym rokiem. A przeciętny zarobek amerykańskich wolnych strzelców jest wyższy niż globalna średnia o 33% i wynosi 28$. Najwyżej opłacanymi wolnymi strzelcami są eksperci w programowaniu, IT oraz prawnicy. A najwyższa stawka, zaoferowana za pośrednictwem platform dedykowanych freelancerom, to 255 $/godzinę pracy dla mecenasa, który specjalizuje się w restrukturyzacji prawnej podmiotów gospodarczych.

Wolni strzelcy w Polsce

Z raportu „Freelancing w Polsce – edycja 2020”, przygotowanego jak co roku przez platformę Useme.com wynika, że także w naszym kraju rynek freelancerów rośnie dynamicznie, zarówno pod kątem wartości, jak i liczby wolnych strzelców. Co prawda, jeszcze dużo brakuje nam do stanu rozwoju tego rynku w USA czy Wielkiej Brytanii, jednak zmiany które zachodzą nad Wisłą szybko zbliżają nas do najbardziej rozwiniętych krajów na świecie.

Wartość całego rynku freelancingu w Polsce zwiększy się w 2020 roku o 28% i urośnie do poziomu 12,16 mld zł. – mówi Przemysław Głośny, prezes Useme.com.  – Aktualnie na tym rynku zachodzą duże zmiany, które kształtowane są zarówno przez globalne czynniki, np. przechodzenie na model pracy zdalnej, jak i lokalne, np. profesjonalizacja sektora. W tym roku, doszedł jeszcze jeden czynnik,  którego w zeszłym roku nikt nie brał pod uwagę – pandemia. Covid-19 przyczynił się upowszechnia pracy w modelu zdalnym, choć także wprowadził przyczynił się komplikacji na tym rynku. –  dodaje Głośny z Useme.com.

Jak wynika z tegorocznych badań Useme, koronawirus dla ponad połowy (51,88%) respondentów nie wpłynął ani negatywnie, ani pozytywnie na wysokość wyceny prac. Jednak wielu respondentów uważa, że pandemia, a zwłaszcza lockdown gospodarki odcisnął swoje piętno na rynku wolnych strzelców w Polsce. Aż 64,29%  respondentów deklaruje, że sytuacja w branży uległa pogorszeniu lub znaczącemu pogorszeniu. Dla 57,89% wolnych strzelców zmniejszyła się liczba zleceń czy ogólnie pracy. Jedynie dla 28,2% badanych sytuacja pozostała bez zmian.

Na rodzimym rynku zaszło sporo zmian w stosunku do lat ubiegłych. Wśród nich, można wymienić m.in. zmianę statusu freelancerów. Wolny strzelec w Polsce przestał się kojarzyć z uczącym się amatorem, który w związku z brakiem pracy w off-linie, szuka zleceń w sieci. Freelancer, to coraz częściej wysokiej klasy praktyk, który sam wybiera taką formę zatrudnienia, z uwagi na coraz istotniejszy dla młodych ludzi work-life balance. Bycie freelancerem w 2020 roku nie tylko brzmi dumnie, ale także aspirująco.

Freelancer czyli kto?

Z badań Useme.com wynika, że przeciętny wolny strzelec to 32-letnia kobieta, która mieszka w jednym z dużych miast w Polsce i zajmuje się copywritingiem lub social mediami. Od kilku lat pracuje w charakterze wolnego strzelcy najczęściej dla małych firm, zatrudniających do 10 pracowników. Na projekty poświęca do 4 godzin dziennie, a w miesiącu realizuje 1-5 zleceń. Tyle nam mówi ogólna statystyka. Zagłębmy się w dane z tegorocznych badań, aby poznać i zrozumieć polskich freelancerów oraz zmiany, które zachodzą na tym rynku.

W tegorocznym badaniu wzięło udział po raz pierwszy w historii więcej kobiet (51,8%) niż mężczyzn (48,2%). 35,1% z nich zamieszkuje miasta powyżej 500 tysięcy mieszkańców, 21,8% 100-500 tysięcy, a 17,4% miasta od 20 do 100 tysięcy mieszkańców. Na wsi na stałe przebywa 14,1%, a za granicą 2,9% badanych. Dla 49,5% respondentów freelancing jest jedynym sposobem zarobkowania, podczas gdy 50,5% dorabia, czyli łączy stałe zatrudnienie z byciem wolnym strzelcem. Praktycznie dane te wyglądały tak samo w 2019 roku, kiedy 49,3% badanych traktowało freelancing jako jedyne źródło utrzymania.

¾ freelancerów wykonuje projekty jako osoba fizyczna, nieposiadająca osobowości prawnej. Pozostałe ¼ z respondentów ma swoją firmę. Najczęściej jest to jednoosobowa działalność gospodarcza (20,4%). Jedynie 1,3% oferuje swoje usługi w formie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Polscy freelancerzy świadczący usługi dla biznesu elektronicznego, oferują najczęściej: copywriting i social media (27,9%), projektowanie graficzne (17,8%), tworzenie stron i sklepów internetowych (12,3%), fotografia, wideo i animacja (9%), programowanie i IT (8,1%), tłumaczenia (8,1%).

Stawkiwykres_ileZarabiaja

Zarobki freelancerów w Polsce rosną od lat. Z takim samym zjawiskiem mamy do czynienia także w bieżącym roku. W 2020 roku średnie stawki godzinowe zwiększyły się o 12% w stosunku do 2019 rok, do poziomu 16,8 zł netto na godzinę. Co prawda należy pamiętać o dwóch rzeczach. Pierwsza to fakt, że w Polsce dominują wynagrodzenia za projekty, tj. całościowe rozliczenia za zlecenie. Jednak coraz częściej, zwłaszcza wśród programistów czy grafików korzysta się przy rozliczeniu ze stawek godzinowych. Druga uwaga, to że średnia, tak samo jak ma to miejsce czy w USA czy globalnie, nie jest precyzyjnym odzwierciedleniem stawek dla poszczególnych branż freelancingu. Dużo wyższe średnie stawki np. 150 zł netto za godzinę będą obowiązywały wśród programistów, czy 200 zł wśród prawników niż u freelancerów świadczących usługi administracyjne, gdzie średnie zarobki na godzinę będą oscylował wokół 13 zł netto.

Warto także podkreślić, że tak jak to ma miejsce na rynku globalnym, także w Polsce tanieją usługi proste, ze względu na rosnącą podaż usług czy też automatyzacją pewnych procesów, jak np. pisanie nieskomplikowanych tekstów. Podobnie dzieje się z niewymagającymi tłumaczeniami i grafikami. Specjaliści w tych dziedzinach, zarabiają więcej przede wszystkim dzięki rosnącej ilości zamówień, a nie wzrostowi stawki godzinowej czy wartości poszczególnych zleceń.

Obszarem biznesu freelancerskiego, gdzie stawki wciąż dynamicznie rosną, pozostają szeroko rozumiane usługi IT i programowania. Choć i tu, z uwagi na rosnącą konkurencję ze strony automatycznych rozwiązań, np. generatorów stron www, znacznie zmalały wynagrodzenia za proste prace. Kilka lat temu koszt stworzenia takiej strony wynosił ok. 1000-1500 zł, obecnie jest to ok. 400 – 500 zł. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com. – Mimo to, zarobki twórców stron rosną, bo dzięki automatom są w stanie stworzyć ich więcej, a popyt rośnie. Nie tylko z powodu migrującej coraz większej liczby firm do świata online, kiedyś utożsamianych tylko i wyłącznie z off-linem, np. sklepy z obuwiem czy naprawa elektroniki. Dziś po prostu nikt nie jest w stanie działać w biznesie, bez choćby prostej wizytówkowej strony www. Co więcej, o ile kiedyś wystarczyło odświeżyć serwis raz na 5-8 lat, to aktualnie trzeba robić to znacznie częściej, co 2-3 lata, aby wyglądał atrakcyjnie. – dodaje Głośny z Useme.com.

W obszarze copywriting-u i tłumaczeń, więcej zarabiają wolni strzelcy, którzy posługują się językami tzw. nieoczywistymi, np. holenderskim lub też mają umiejętność sprawnego pisania w języku obcym w wąskiej dziedzinie. Aktualnie, sama znajomość języka angielskiego czy niemieckiego nie zapewni już wysokich zarobków. Ci freelancerzy, którzy chcą zarabiać dobrze, muszą posiadać umiejętność pisania w obcym języku, jak i np. w zakresie ekonomii lub konkretnego sektora, np. zrównoważonych opakowań czy turbin mechanicznych.wykres_5k

Jak i dzięki czemu pozyskują klientów?wykres_kimSaKlienci

Freelancer w Polsce może liczyć na stale rosnące zarobki, o ile jest sumienny, słowny i jest rzeczywiście fachowcem w swojej dziedzinie. 2/3 badanych deklaruje, że ma stałych klientów. 58,7% wolnych strzelców pozyskuje kolejnych klientów dzięki poleceniom. A ponad połowa (50,9%) respondentów korzysta z portali ogłoszeniowych, takich jak Useme.com. 1/3 wykorzystuje social media do pozyskiwania nowych zleceń.

Ile projektów realizują?wykres_ilośćProjektówCzasPracy

Największy odsetek freelancerów wykonuje w ciągu miesiąca 1-5 zlecenia (52,3%). W stosunku do zeszłego roku ten odsetek zmniejszył się z poziomu 58,2%. Praktycznie bez zmian pozostaje liczba osób, które wykonują więcej zleceń, tj. 6-10 czy powyżej 10 w ciągu 30 dni. Duży wpływ na ilość pracy wolnych strzelców ma zarówno ich specjalizacja, jak i długość stażu pracy jako freelancerów oraz to, ale także czy oprócz zleceń posiadają stałą pracę.

Jak dużo odpoczywają?wykres_urlp

Freelancing to przede wszystkim chęć utrzymania odpowiedniej relacji pomiędzy czasem poświęcanym na pracę i życie osobiste, tzw. work-life balance. Z tegorocznych badań wynika, że ponad połowie wolnych strzelców udaje się ta sztuka. Co trzeci z respondentów (28,3%) wyjeżdża na dwa tygodnie lub dłużej, a co czwarty (25,1%) od tygodnia do dwóch.

Raport „Freelancerzy w Polsce – edycja 2020” został przygotowany przez platformę Useme.com w X 2020 r. Dane opracowane na podstawie badania zrealizowanego przez Useme na reprezentatywnej próbie 1076 freelancerów, z wykorzystaniem metody badawczej CAWI, na przełomie V – VI 2020 roku. Dane pochodzące z raportów: Payoneer, Upwork i MarketWatch opisują rynek amerykański i globalny. Badanie wolnych strzelców, jak i raport „Freelancing w Polsce” opracowywane są corocznie od 2014 roku.

Wyzwania managerów na najbliższy czas: bezpieczeństwo

Wyzwania managerów na najbliższy czas: zmiana podejścia do pracy, zarządzanie lękiem, wdrożenie procedur bezpieczeństwa jak badanie kamerą termowizyjną.

Niemal co drugi mieszkaniec Polski powinien szykować się na życie w „czerwonej strefie”. Oznacza to, że także przedsiębiorcy i managerowie ponownie stoją przed wyzwaniami, które nie mają precedensu we współczesnych czasach. Wsparcie pracowników w codziennej pracy, opracowanie planów awaryjnych, wdrożenie procedur bezpieczeństwa (np. badanie kamerą termowizyjną) – to tylko niektóre z nich. A na co jeszcze powinni zwrócić uwagę?

Bezpieczeństwo firmowych danych

Lockdown ponownie dotyka części branż (gastronomię czy obiekty sportowe), a żółte i czerwone strefy objęły cały kraj. To ostatni moment, aby przesunąć część zysków na działania związane z zarządzaniem kryzysowym i usprawnieniem pracy zdalnej. Dla przykładu – większość organizacji nie miała do tej pory opracowanych procedur pracy zdalnej i zapewnienia bezpieczeństwa firmowym plikom. Zarówno firmy, których działalność mocno związana jest z przetwarzaniem wrażliwych danych (np. z branży finansowej, farmaceutycznej), jak i małe przedsiębiorstwa stają przed wyzwaniem ochrony poufnych informacji, do których pracownicy mają dostęp nie z firmowego komputera, ale np. w prywatnego laptopa. Istotne jest zatem uwrażliwienie pracowników na kwestie zachowania poufności, odpowiedniego zabezpieczenia danych, a także przygotowanie procedur i wytycznych, które umożliwią wykonywanie obowiązków bez narażania firmy na zagrożenie.

Dobre samopoczucie pracowników

To jedno z największych wyzwań, przed którym stają managerowie. Większość jest odpowiednio przeszkolona, ​​aby zarządzać pracownikami w środowisku biurowym. Inaczej rzecz wygląda w przypadku pracy zdalnej.

Z sondażu Business Centre Club i 4 Business & People wynika, że epidemia ujawniła braki w kompetencjach kadry zarządzającej, jak i pracowników. Należały do nich m.in.:

  • nieumiejętność adaptacji do zmian (34%),
  • brak odwagi w działaniu w nowej sytuacji (28%),
  • brak innowacyjności i kreatywności (34%),
  • brak odporności psychicznej (28%),
  • brak umiejętności samoorganizacji pracy (26%),
  • brak kompetencji do zdalnego zarządzania zespołem (16%),
  • braki w umiejętnościach informatycznych (13%).

Managerowie HR muszą zatem stworzyć odpowiednie środowisko do pracy, w przeciwnym razie ryzykują ogromne straty związane z negatywnym samopoczuciem psychicznym pracowników, a finalnie spadkiem efektywności.

– Okres epidemii budzi we wszystkich trudne w przeżywaniu emocje – zarówno w pracownikach, jak i managerach – mówi Marcin Nowacki, psycholog i coach biznesowy. – Rozwiązaniem, które może zminimalizować te trudności, jest dostęp do jasnych informacji – faktów, które nie będą dodatkowo wzmacniać nieprzyjemnych emocji. Ważne jest też stworzenie przestrzeni na przyglądanie się tym emocjom samym w sobie, w takiej formie, w jakiej się w nas pojawiają. Obecny szum informacyjny negatywnie wpływa na podejmowanie decyzji, dlatego pracownicy tym bardziej docenią proste i uzasadnione komunikaty – podsumowuje psycholog.

Liderzy ważniejsi niż kiedykolwiek

Biorąc pod uwagę niezwykły kryzys, jaki obecnie przeżywamy, trudno się dziwić, że wiele osób obawia się o przyszłość własnej organizacji i szuka wskazówek od liderów. Dlatego podczas komunikacji należy podkreślać, że wszystkie aktualne kroki (np. badanie kamerą termowizyjną, konieczność codziennego raportowania pracy itp.) przyniosą korzyści dla całej organizacji. Ponadto warto podzielić się informacją na temat strategii i planów na najbliższą przyszłość. Dobrym pomysłem jest także docenienie pracowników, którzy dołożyli wszelkich starań, aby utrzymać w ostatnich miesiącach optymalne wyniki biznesowe lub pomogli współpracownikom. Pamiętaj – biorąc pod uwagę to, jak szybko i drastycznie pandemia zmieniła życie osobiste i zawodowe ludzi, pracownicy bardziej niż kiedykolwiek oczekują od swoich przywódców wskazówek i wsparcia. To, co powiedzą liderzy, będzie miało znaczący wpływ na to, jak organizacja poradzi sobie w następnych miesiącach.

Ochrona przede wszystkim: maseczki, badanie kamerą termowizyjną

Odpowiednia komunikacja to jeden z filarów, który pozwoli przetrwać drugą falę pandemii. Kolejnym jest działanie nastawione na prewencję. Choć z pozoru może wydawać się bardzo czasochłonne – istnieje sposób na sprawne zarządzanie sytuacją. Jednym z rozwiązań jest automatyzacja. I tak jak w przypadku komunikacji – priorytetem stała się nieprzerwana łączność z pracownikami, w której wspomagają nas liczne komunikatory, tak w przypadku ochrony ich zdrowia zautomatyzować można procedury mające na celu eliminację ryzyka rozprzestrzeniania się wirusów. Przykład? Badanie kamerą termowizyjną, które umożliwia szybkie i dokładne wykrycie podwyższonej temperatury. Działanie kamery, tak jak komunikatorów pozwala sprawnie pozyskać informację, bez konieczności długiego oczekiwania na reakcję. Jak mówi Tatiana Kuder, przedstawiciel firmy Etisoft  dostarczającej systemy kontroli termowizyjnej: Sprzęt umieszczony zostaje przy wejściu do budynku lub hali produkcyjnej. Następnie w punkcie kontrolnym dokonywane jest badanie kamerą termowizyjną. W przypadku przekroczenia optymalnej temperatury ciała urządzenie wysyła alert, który jest podstawą do podjęcia dalszych działań ochronnych.

Zaopatrzenie firmy w kamerę termowizyjną, czy środki ochronne (maseczki MASTICK, mini przyłbice 2w1) to jasny sygnał, że zależy nam na zdrowiu pracowników. Jako managerowie, kierownicy działu HR, dbamy zatem nie tylko o jasny przepływ komunikacji, ale i samopoczucie zespołu, co zredukuje jego stres i zwiększy efektywność.

Wymienione działania to propozycje „check listy” dla managerów. Przy tworzeniu planu warto także zapytać pracowników o ich oczekiwania, obawy i rekomendacje. W końcu to od ich samopoczucia i pracy będzie zależało dalsze funkcjonowanie organizacji.

Czy branża turystyczna doczeka wakacji

Gdy po tygodniach całkowitego zamknięcia branża turystyczna od maja stopniowo wracała do nowej normalności, przedsiębiorcy z nadzieją patrzyli na nadchodzący sezon urlopowy, licząc na odrobienie strat wywołanych lockdownem. Dzięki podnoszeniu cen, bonom turystycznym, tarczy antykryzysowej i większej popularności wyjazdów w kraju udało się w trakcie wakacji wyhamować notowany wiosną gwałtowny przyrost zaległości. Nadal jednak w turystyce zaległe zobowiązania wobec dostawców i banków, które na koniec sierpnia zbliżyły się do 120 mln zł, przyrastają szybciej niż wśród wszystkich firm.

Wprowadzenie ograniczeń zmierzających do zachowania dystansu społecznego i reżimu sanitarnego znalazło natychmiastowe odzwierciedlenie w niemal całkowitym zastoju branży turystycznej. Według Światowej Organizacji Turystyki (UNWTO) liczba podróży turystycznych może spaść w tym roku na świecie nawet o 80 proc., a według GUS do lipca w Polsce liczba turystów ogółem była niższa o 50 proc. niż przed rokiem. W ciągu siedmiu miesięcy 2020 r. z hoteli skorzystało o ponad 46 proc. mniej turystów niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Niektórzy nie wierzą, że uda się przetrwać pandemię i zamykają biznes. Na koniec lipca w Polsce działalność prowadziło 10 291 turystycznych obiektów noclegowych, o 960 mniej niż przed rokiem (8,5 proc.).W branży turystycznej od początku roku do połowy października zawieszonych zostało blisko 1,5 tys. działalności. Są wśród nich zarówno biura podróży jak i agenci turystyczni, organizatorzy, czy piloci wycieczek, itp. Jak podaje Bisnode Polska, na taki krok zdecydowało się obecnie o 55 proc. podmiotów więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

– Gdy w połowie maja zaczęto stopniowo znosić obostrzenia, wydawało się, że po niemal całkowitym zastoju nastąpi spore odbicie. Po miesiącach izolacji wielu z nas było złaknionych wyjazdów, a potrzeby urlopowiczów doskonale wyczuli usługodawcy licząc, że obawiający się wypoczynku za granicą Polacy bez narzekania zaakceptują wyższe ceny w kraju. Gdy obserwowaliśmy relacje z kurortów odwiedzanych przez tłumy urlopowiczów, szczególnie w okresie święta Bożego Ciała, niezbyt zważających na wciąż istniejące zagrożenie koronawirusem, wydawało się, że branża może spodziewać się znaczącej poprawy sytuacji – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Z badań Polskiej Organizacji Turystycznej wynika jednak, że już na początku wakacji blisko dwie trzecie Polaków deklarowało, że sytuacja i ograniczenia w związku z Covidem wpływają na ich plany wyjazdowe. W efekcie Polacy inaczej spędzali w tym roku urlopy – rzadziej korzystali z propozycji masowych, częściej wybierali bardziej indywidualne formy wypoczynku, co było widać np. po wzroście zainteresowania ofertami czarterowymi jachtów na Mazurach czy wynajmem przyczep kempingowych. Z kolei badania zrealizowane dla BIG InfoMonitor pokazały, że w obawie o sytuację finansową w kryzysie, wszelkiego rodzaju wydatki w tym wakacyjne są ograniczane.

– Efekt? Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, z jednej strony liczba i odsetek firm turystycznych z nieuregulowanymi zobowiązaniami w ostatnich miesiącach nieznacznie spadły, z drugiej jednak strony kwota zadłużenia cały czas rośnie. Na koniec sierpnia jest ona ponad dwukrotnie wyższa niż wiosną zeszłego roku. Choć należy podkreślić, że pomoc tarczy antykryzysowej, wakacje kredytowe dla firm, bony turystyczne i ograniczenie wyjazdów za granicę mocno wyhamowały przyrost zaległości branży turystycznej. Po tym jak w samym kwietniu odnotowaliśmy 45 proc. wzrost, w ciągu czterech kolejnych miesięcy było to już 2 proc., stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę sytuację, ale i tak więcej niż w przypadku firm z wszystkich branż łącznie – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Bardziej ucierpiały duże firmy

Liczba firm z problemami w terminowym regulowaniu zobowiązań między marcem 2019 r. a marcem 2020 r. spadła z 919 do 904, a odsetek niesolidnych dłużników w turystycznej branży obniżył się z 5,9 do 5,5 proc. Potem nastąpiła wyraźna zmiana wynikającą z wprowadzonych ograniczeń – w miesiąc liczba wzrosła do 939, a odsetek do 5,7 proc. Na koniec sierpnia doszło do pewnej poprawy i liczba firm z przeterminowanymi zobowiązaniami wobec partnerów biznesowych i banków spadła do 926 (5,6 proc.).

W tym samym czasie kwota zadłużenia branży turystycznej systematycznie rosła, przy czym w miesiąc po wprowadzeniu lockdownu przyrosła bardziej niż w ciągu całego wcześniejszego roku. W marcu ubiegłego roku wynosiła ona 58,6 mln zł, by w rok wzrosnąć do 81,2 mln zł, a potem skoczyć w miesiąc o kolejne 36,3 mln zł i na koniec sierpnia zatrzymać się na 119,8 mln zł.

Czy branża turystyczna doczeka wakacjiChoć obserwowany w pandemii wzrost zaległości bardziej dotknął mniejsze firmy, akurat w turystyce objął głównie duże podmioty (zarejestrowane w KRS). W pięć miesięcy, kwota ich przeterminowanych zobowiązań podwyższyła się o niemal 80 proc. do 85,9 mln zł, podczas gdy mniejszych przedsiębiorstw o 7 proc. Liczebnie przeważają jednak mali niesolidni dłużnicy, głównie jednoosobowe działalności gospodarcze.

Badania zrealizowane we wrześniu przez firmę Profitroom pokazują, że ponad dwie trzecie gości hotelowych planuje jeszcze w tym roku wyjazd wypoczynkowy mimo zakończenia sezonu urlopowego. Rozważają głównie krótkie, kilkudniowe wypady, ale jednocześnie ostateczną decyzję uzależniają od rozwoju sytuacji epidemiologicznej w Polsce. Wzrost liczby zachorowań nie tylko może doprowadzić do ponownego wprowadzenia ograniczeń w kraju, ale stwarza też niebezpieczeństwo zamykania przed Polakami granic innych państw.

Rezerwy ma część firm

Jak wynika z badania przeprowadzonego dla BIG InfoMonitor, w sektorze usług, w którym mieści się też turystyka, 22 proc. firm ma spore, a 36 proc. niewielkie oszczędności, co oznacza, że usługodawcy obok przemysłu najczęściej dysponują rezerwą finansową. Nastroje przedsiębiorców i ich ocena sytuacji, w jakiej się znajdują nie napawają jednak optymizmem. Co piąta firma zdolność przetrwania kolejnej fali kryzysu szacuje na maksimum pół roku, a 17 proc. mówi o trzech miesiącach.

Wchodząca w życie 15 października branżowa Tarcza Antykryzysowa 5.0, adresowana m.in. do firm turystycznych, może z pewnością trochę ulżyć przedsiębiorcom tej branży dzięki wprowadzeniu świadczenia postojowego i dodatkowego świadczenia postojowego oraz zwolnienia z obowiązku opłacania składek za lipiec, sierpień i wrzesień. Czy to jednak wystarczy?

– Przedstawiciele branży turystycznej z niepokojem patrzą w przyszłość. Choć jak pokazują wyniki naszego badania, firmy posiadają pewne oszczędności, jednocześnie nie potrafią ocenić, jak duży wpływ wywoła na ich działalność ewentualny kolejny lockdown. Perspektywy dla polskich firm nie są zbyt kolorowe, bo co czwarta z nich nie wie, jak długo jest w stanie przetrwać – mówi Sławomir Grzelczak. – Ta niepewność w połączeniu z większą dbałością o dyscyplinę finansową i troską o utrzymywanie pewnych rezerw finansowych pokazują jednak, że przedsiębiorcy pomni doświadczeń sprzed kilku miesięcy, starają się lepiej przygotować na niepewną przyszłość i potencjalne problemy gospodarcze – dodaje.

Badanie na zlecenie BIG InfoMonitor, zrealizowane przez research&grow techniką CATI na grupie firm MŚP N=500, w dniach 14-21 września 2020 r.

Inflacja w Polsce przyspiesza

Inflacja CPI we wrześniu wyniosła 3,2% r/r, co jest nieco wyższym wynikiem od oczekiwań analityków. Inflacja lekko przyspieszyła w stosunku do poprzedniego miesiąca, kiedy wyniosła 2,9% r/r. Pomimo kryzysu gospodarczego inflacja CPI pozostaje podwyższona, a jej wyhamowanie następuje wolniej, niż oczekiwano. Najistotniejszym czynnikiem napędzającym inflacje są rosnące ceny usług, których dynamika przyspieszyła do 7,2% r/r z 6,6% miesiąc wcześniej. Jest to efekt przerzucania na konsumentów wyższych kosztów świadczenia usług ze względu na konieczność zabezpieczenia sanitarnego.

W ubiegłym tygodniu liczba nowych zakażeń koronawirusem rosła dynamicznie. Pogarszająca się sytuacja epidemiologiczna skłania rządy poszczególnych krajów do rozważenia powrotu do ograniczeń, co skutkuje wzrostem nerwowości na rynkach.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 1,99%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 2,56%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 osłabił się o 1,74%, z kolei mWIG40 zanotował nieco lżejszą stratę o 0,69%.

W bieżącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z Polski oraz USA. We wtorek (20.10.2020) poznamy dane dotyczące produkcji przemysłowej w Polsce oraz liczbę nowych pozwoleń na budowę domów w USA. W środę (21.10.2020) będą opublikowane wrażliwe dane o sprzedaży detalicznej w Polsce. W czwartek (22.10.2020), tradycyjnie, poznamy liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA. Z kolei w piątek (23.10.2020) nadejdzie kolej na odczyt PMI dla usług i przemysły w Stanach Zjednoczonych oraz Strefie Euro.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

W Polsce spada jakość obsługi klientów. Najwięcej uwag konsumentów dotyczy kompetencji pracowników i długich kolejek

0

Po dekadzie wzrostów od trzech lat jakość obsługi klientów na polskim rynku sukcesywnie spada – wynika z cyklicznych badań przeprowadzanych przez Polski Program Jakości Obsługi. W ocenie 1/5 klientów jej jakość jest niezadowalająca. Najczęściej narzekamy m.in. na długi czas obsługi, kolejki i niskie kompetencje pracowników. Złe oceny wynikają też z faktu, że część firm nie nadąża za stale rosnącymi oczekiwaniami konsumentów. W tym roku wpłynęła na nie także pandemia COVID-19, która sprawiła, że zaczęli oni przykładać większą wagę do higieny i bezpieczeństwa.

– W Polsce poziom satysfakcji konsumentów od trzech lat systematycznie spada. To ciekawe o tyle, że przez poprzednie 10 lat, aż do 2017 roku, satysfakcja klientów z obsługi rosła praktycznie z roku na rok – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Bartoń, prezes Polskiego Programu Jakości Obsługi.

W 2019 roku wskaźnik jakości obsługi osiągnął wartość 76,4 proc., co oznacza, że na każde 100 transakcji zakupowych około 23 można uznać za całkowicie nieudane. Tendencja spadkowa, choć niewielka, utrzymuje się od 2017 roku, kiedy wskaźnik jakości obsługi wyniósł 77,9 proc.

Z najnowszych badań wynika, że w ocenie 1/5 klientów jakość obsługi w Polsce jest niezadowalająca. Konsumenci mają największe zastrzeżenia do kompetencji personelu, narzekając głównie na podejście do klienta i brak profesjonalizmu. Blisko 30 proc. jest też niezadowolonych z powodu zbyt długiego czasu oczekiwania na obsługę, wskazując na długie kolejki i niewystarczającą liczbę personelu w sklepach bądź punktach obsługi.

– Spadek satysfakcji konsumentów wynika z tego, że ich potrzeby nieustannie się zmieniają i niestety nie wszystkie firmy potrafią za tymi zmianami nadążyć – mówi Mirosław Bartoń.

Z drugiej strony Polacy doceniają przyjazne wnętrza i komfort zakupów. Prawie 78 proc. konsumentów dobrze oceniło wygląd miejsca, w którym dokonywało zakupów, najczęściej zwracając uwagę na takie aspekty jak czystość, swoboda poruszania się po sklepie, przyjazne oświetlenie czy rozmieszczenie towaru. Badania pokazują też, że klienci w Polsce lubią mieć wybór i przebierać w ofertach. Zdaniem prawie 75 proc. to właśnie dostępność różnorodnych produktów i usług, specjalne oferty oraz atrakcyjne ceny zasłużyły na wysokie noty.

W rankingu satysfakcji konsumentów trzy pierwsze miejsca zajmują branże turystyczna, kosmetyczna i rozrywkowa, w których wskaźniki satysfakcji przekroczyły 80 proc. W tych sektorach klienci docenili m.in. wygląd sklepu bądź miejsca obsługi, wysoki poziom usług i profesjonalizm pracowników. W porównaniu z poprzednią edycją badania z 2018 roku swoje wyniki poprawiła tez branża finansowa, w której wskaźnik zadowolenia konsumentów wzrósł o prawie 6 pkt proc., głównie dzięki sprawnej obsłudze i indywidualnemu podejściu do klienta.

Na drugim biegunie znalazły się urzędy i instytucje – w ich przypadku wartość wskaźnika spadła o kolejne 2 pkt proc., a co drugi petent wychodzi z urzędu nieusatysfakcjonowany m.in. długim czasem obsługi i niskimi kwalifikacjami pracowników. Nisko oceniany jest też transport publiczny, gdzie jakość obsługi została oceniona na 66 proc., czyli aż o 12 pkt proc. gorzej niż jeszcze rok wcześniej.

– Każdy konsument oczekuje czegoś innego, ale jako społeczność mamy podobne potrzeby. Składają się na nie m.in. szybkość i czas obsługi, wiedza i kompetencje personelu czy dostępność oferty. Portal Jakoscobslugi.pl dostarcza informacji o tym, czego konkretny klient w konkretnym przypadku oczekiwał od firmy – wskazuje prezes Polskiego Programu Jakości Obsługi.

Polski Program Jakości Obsługi od 13 lat monitoruje poziom satysfakcji w Polsce. Konsumenci przez cały rok mogą oceniać ponad 46 tys. firm zgromadzonych na portalu Jakoscobslugi.pl. Na podstawie ich opinii zostają wyłonione te najlepsze, które cieszą się największym uznaniem klientów.

– Firmy biorące udział w Polskim Programie Jakości Obsługi zyskują przede wszystkim korzyści informacyjne. Za naszym pośrednictwem dowiadują się, co podoba lub nie podoba się konsumentom, które elementy i obszary należy poprawić albo zmodyfikować. To dla nich cenna informacja, bo firmy, które znają rzeczywiste potrzeby swoich klientów, nie tracą ich i utrzymują sprzedaż na wysokim poziomie – podkreśla ekspert.

W tym roku konsumenci po raz 13. wyłonili najbardziej przyjazne w Polsce firmy. Ich proklienckie standardy zostały wyróżnione godłem Gwiazdy Jakości Obsługi, a wśród tegorocznych laureatów są m.in. marki DPD, Ergo Hestia, ING Bank Śląski, OleOle.pl, RTV EURO AGD czy Vivus.pl.

Polski Program Jakości Obsługi we współpracy z ekspertami SecretClient przeprowadził także specjalne badanie dotyczące zaangażowania poszczególnych grup zawodowych w pracę podczas pandemii. Zwycięzcy badania, czyli grupy, które wykazały się m.in. wyjątkowym zaangażowaniem, zostali nagrodzeni Specjalną Gwiazdą Jakości Obsługi. Polacy wyróżnili ratowników medycznych, pracowników sklepów z towarami pierwszej potrzeby (sklepy spożywcze, apteki, drogerie) oraz kurierów i listonoszy. Na drugim biegunie znaleźli się z kolei urzędnicy i pracownicy administracji państwowej.

Co istotne, w tegorocznej edycji rankingu duży wpływ na zachowania, oczekiwania i oceny konsumentów miała pandemia COVID-19 i związane z nią obostrzenia, które objęły też sektor handlu.

– W trakcie pandemii Polacy zwracali szczególną uwagę na dwa aspekty obsługi: jej bezpieczeństwo i szybkość. W wielu przypadkach pandemia wydłużyła czas obsługi i klienci byli wyrozumiali, ale w miarę możliwości oczekiwali też przyspieszenia i ułatwień. Natomiast bardzo zwracali uwagę na bezpieczeństwo, czyli maseczki, płyny dezynfekujące czy możliwość korzystania ze zdalnej obsługi – mówi Mirosław Bartoń.

Podczas 13. edycji Gwiazd Jakości Obsługi przyznano również nagrody specjalne za utrzymywanie najwyższej jakości obsługi przez całą dekadę. Wśród laureatów Gwiazd Dekady 2010–2020 wyróżniono m.in.: Hebe, Lidl, Play, Samsung, T-Mobile i UPC.

Pracownicy objęci prywatną opieką medyczną o połowę krócej przebywają na zwolnieniu lekarskim. Dla pracodawcy to wymierne korzyści finansowe

1005 zł na jednego pracownika w skali roku – tyle oszczędności może przynieść finansowanie dobrej opieki zdrowotnej przez pracodawcę – wynika z raportu Medicover „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2020”. Zatrudnieni, którzy mają szybszy i łatwiejszy dostęp do specjalistów, rzadziej korzystają ze zwolnień lekarskich i wykazują się większą efektywnością w pracy. – Nasz raport pokazuje, że inwestycja w zdrowie pracowników opłaca się obu stronom, zarówno zatrudnionym, jak i pracodawcom – mówi Artur Białkowski, dyrektor zarządzający ds. usług biznesowych, członek zarządu Medicover Polska. Najczęstsze problemy zdrowotne, z którymi borykają się osoby czynne zawodowo, to nadciśnienie, wysoki poziom cholesterolu, bóle pleców i otyłość.

Jak wynika z raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2020”, w którym przeanalizowano przypadki chorobowe 347 tys. pacjentów w latach 2018–2019, pracownik objęty opieką zdrowotną w Medicover przebywa na zwolnieniu średnio pięć i pół dnia w ciągu roku, czyli o połowę krócej niż w przypadku ogółu pracowników w Polsce (11 dni). Według wyliczeń analityków przekłada się to na wymierne korzyści finansowe dla pracodawców – oszczędności dla firmy sięgają 1005 zł na pracownika w skali roku. Ponadto pracownicy pod opieką Medicover mniej odczuwają skutki choroby i wiążący się z tym spadek produktywności, czyli tzw. prezenteizm.

– Medicover od wielu lat przygotowuje raport „Praca. Zdrowie. Ekonomia” po to, żeby pokazać, jakie są efekty dobrej opieki medycznej. Okazuje się, że prywatna opieka medyczna zapewnia szybki dostęp do lekarza wszystkim pracownikom, kompleksową opiekę profilaktyczną oraz w zakresie badań medycyny pracy. To wszystko powoduje, że pracownicy są w lepszej kondycji, cieszą się lepszym zdrowiem, co przekłada się na ich efektywność w pracy – ich absencja jest zdecydowanie mniejsza, ich praca dużo bardziej wydajna, a dzięki temu wyniki firmy są lepsze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Białkowski.

Z analiz Medicover wynika, że najczęstszą przyczyną zwolnień lekarskich, nie licząc absencji związanych z opieką położniczą w ciąży, są ostre zakażenia dróg oddechowych, a także bóle pleców, urazy oraz reakcja na ciężki stres. Dla przykładu w przypadku infekcji koszty absencji i prezenteizmu w opiece poza Medicover wynoszą 761 zł rocznie na pracownika, a w ramach opieki prywatnej – 614 zł. W przypadku bólów pleców różnica jest znacznie większa i wynosi nieco ponad 600 zł.

– Raport „Praca. Zdrowie. Ekonomia” udowadnia, że inwestycja w zdrowie się opłaca, dlatego że koszty absencji, które są nieuniknione dla każdego pracodawcy, są zdecydowanie mniejsze dla pracowników objętych opieką Medicover – przekonuje członek zarządu Medicover Polska.

Dostęp do specjalistów ma duże znaczenie również w kontekście profilaktyki. Ponad 70 proc. pracowników objętych opieką Medicover skorzystało w ciągu roku z wizyty profilaktycznej (łącznie z medycyną pracy). To dwukrotnie wyższy odsetek w porównaniu do ogólnej populacji w Polsce. Jest to o tyle istotne, że wiele osób boryka się z problemami zdrowotnymi, które mogą być przyczyną groźnych chorób w przyszłości.

– Najczęstsze problemy zdrowotne naszych pacjentów to nadciśnienie, wysoki poziom cholesterolu i otyłość. Jeżeli przeanalizujemy dane liczbowe, okazuje się, że sytuacja jest bardzo niepokojąca, co pokazuje, jak duże jest zagrożenie chorobami wśród osób zatrudnionych – mówi dr n. med. Michał Chudzik, kardiolog, zastępca dyrektora ds. medycznych Medicover Polska.

Ponad połowa zatrudnionych ma nadwagę, a co piąty mężczyzna i co dziesiąta kobieta to osoby otyłe. Tylko 34 proc. mężczyzn i niemal 61 proc. kobiet ma prawidłową masę ciała. Waga wzrasta wraz z wiekiem – największe problemy z nią mają pracownicy obojga płci po 65. roku życia, ale problem narasta zdecydowanie wcześniej, już po 40. roku życia.

U blisko połowy pracowników stwierdzono nieprawidłowe stężenie cholesterolu całkowitego. Najgorsze wyniki mają osoby w wieku 50–59 lat. Jednocześnie co trzeci zatrudniony cierpi z powodu nieprawidłowego ciśnienia tętniczego: tu w najgorszej sytuacji są pracownicy w wieku 60–64 lata. Chorobę tę stwierdzono u 1/3 pracowników, a niekontrolowana i nieleczona może grozić rozwojem choroby wieńcowej, zawałem lub niewydolnością serca czy udarem. Szczególnie narażone są osoby po 50 roku życia, głównie mężczyźni.

Przeciętny pracownik boryka się z co najmniej jednym czynnikiem ryzyka prowadzącym do problemów zdrowotnych w przyszłości. Wciąż 14,5 proc. pracujących pali papierosy, narażając się na zwiększone ryzyko chorób płuc i układu krążenia: zawału serca, udaru mózgu oraz nowotworów złośliwych (m.in. raka płuc).

– Aby w odpowiedni sposób zadbać o zdrowie pracowników, ważne jest, aby nie skupiać się tylko na jednej chorobie, ale spojrzeć kompleksowo na problem zdrowotny pacjentów. Dzisiaj koncentrujemy się na medycynie stylu życia, czyli zdrowiu fizycznym, psychicznym i społecznym. Nie można zaniedbać żadnego z tych elementów. Profilaktyka i wczesne leczenie chorób oraz zapewnienie maksymalnego komfortu życia, czyli odpowiedniej regeneracji i wypoczynku., istotnie wpływa na budowanie zdrowia wśród pracowników – wskazuje dr n. med. Michał Chudzik.

Odpowiedzią Medicover na potrzeby pracowników i pracodawców, na które wskazał raport, jest koncepcja Zdrowej Firmy.

– To rozwiązania wspierające zdrowie fizyczne, psychiczne i społeczne pracowników, poprawiające ich odporność i kondycję, zwiększające zaangażowanie, a także bezpieczeństwo w pracy – wyjaśnia Artur Białkowski.

Pandemia zmienia modele biznesowe na rynku nieruchomości komercyjnych. Ekologiczne inwestycje zdominują rynek

0

Pandemia zmienia modele biznesowe na rynku nieruchomości komercyjnych. Ekologiczne inwestycje zdominują rynek 1

Mimo pandemii w pierwszej połowie tego roku rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce notował bardzo dobre wyniki. Kryzys i niepewność gospodarcza wpłyną jednak na całoroczny wynik i mniejszy wolumen transakcji inwestycyjnych. Koronawirus zmienił sposób, w jaki projektowane, budowane i wyposażane są budynki biurowe, handlowe i magazynowe. Głównym trendem na rynku pozostaje ekologia – wynika z raportu innogy Polska. Zielone certyfikaty stają się powoli standardem, którego oczekują najemcy nieruchomości.

 Wszystkie trzy segmenty rynku – nieruchomości handlowe, biurowe i magazynowe – charakteryzują obecnie trendy ekologii i dostosowania powierzchni do potrzeb użytkownika, zapewniania mu komfortu. Zmienia się nastawienie użytkowników, a to generuje zmiany architektoniczne, zmiany w aranżacji powierzchni i doborze najemców – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Eull, dyrektor Departamentu Klientów Biznesowych w innogy Polska.

Polski rynek nieruchomości komercyjnych szybko się rozwija i staje się coraz atrakcyjniejszy dla inwestorów. Opracowany przez innogy raport „Kierunki rozwoju rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce” przytacza dane Colliers International, zgodnie z którymi w ubiegłym roku obroty na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych wyniosły ok. 275 mld euro, co stanowiło 2-proc. spadek r/r. Z kolei obroty aktywami inwestycyjnymi w Polsce sięgnęły 7,7 mld euro, wzrastając o 6 proc. r/r. W tym roku mimo pandemii także notowane są wzrosty. Raport „At a Glance Investment Market in Poland H1 2020” BNP Paribas Real Estate Poland wskazuje, że w I połowie tego roku wartość transakcji inwestycyjnych na tym rynku była o 5 proc. wyższa niż przed rokiem. Ogólnoświatowy kryzys może mieć jednak odzwierciedlenie w całorocznych wynikach.

Wraz z pandemią koronawirusa na rynku biurowym pojawiły się nowe wyzwania i trendy, takie jak praca zdalna i mniejsza liczba pracowników w biurowcach. Ich konsekwencje najszybciej mogą odczuć operatorzy coworkingowi, którzy bazują na krótkich umowach najmu. Jak wynika z raportu innogy, ten model może okazać się dla najemców atrakcyjny również po pandemii, bo klienci i najemcy będą w coraz większym stopniu poszukiwać elastyczności.

 Biura z jednej strony przestawiają się na komfort użytkownika, rearanżując powierzchnie i tworząc miejsca przyjazne pracownikom. Z drugiej strony ze względu na COVID-19 firmy muszą przemyśleć całą strukturę swoich biur. W tej chwili pracownicy spotykają się w nich głównie po to, aby pracować zespołowo. Biura mają umożliwić zespołom komunikację ze sobą. Coraz ważniejsze stają się też aspekty takie jak higiena użytkowania biura w sposób zapewniający bezpieczeństwo zdrowotne i komfort pracy – mówi Małgorzata Eull.

Jak pokazuje raport innogy, lockdown znacząco wpłynął na przychody właścicieli powierzchni handlowych i ich najemców, ale z drugiej strony dał impuls do rozszerzenia kanałów dystrybucji w retailu. Efektem będzie rosnąca cyfryzacja tego segmentu.

– Powierzchnie handlowe to już nie są tylko przestrzenie do dokonywania zakupów, ale też do spędzenia wolnego czasu, pójścia na koncert, dobrą kolację czy też spotkania się ze znajomymi. Zakupy są w tej chwili robione niejako przy okazji i to głównie na zasadzie click & collect, czyli kupujemy online i odbieramy offline – wskazuje dyrektor Departamentu Klientów Biznesowych w innogy Polska.

Na zmiany spowodowane pandemią COVID-19 najbardziej odporny okazał się sektor powierzchni magazynowych. Zwiększona aktywność konsumentów w e-commerce, a tym samym większa częstotliwość korzystania z usług kurierskich, spowodowały wzrost zapotrzebowania na nie, zwłaszcza krótkoterminowo. W I połowie tego roku magazyny odpowiadały za prawie 40 proc. kapitału zainwestowanego w polski rynek nieruchomości komercyjnych. Wzrosła też aktywność najemców, a w strukturze popytu przeważały nowe umowy.

– Powierzchnie magazynowe nie służą już tylko do przechowywania towarów, ale spełniają też szereg innych funkcji. Odbywa się w nich praktycznie cały proces sprzedażowy. Inwestycje idą w kierunku automatyki oraz ekologii. Z uwagi na to, że aktualnie więcej osób przebywa w magazynach, coraz bardziej istotne stają się kwestie związane z oświetleniem, wentylacją czy dostępem do mediów. Widzimy też, że powierzchnie magazynowe zaczynają dobudowywać czy rearanżować część swoich powierzchni na biura. Firmy zajmujące się magazynowaniem już nie oddzielają funkcji biuro–magazyn, tylko próbują je scalić w jedno – mówi Małgorzata Eull.

Dla wszystkich segmentów rynku nieruchomości komercyjnych wspólnym mianownikiem jest w tej chwili rosnący nacisk na ekologię. Aspekty ekologiczne odgrywają istotną rolę na każdym etapie inwestycji – od projektu architektonicznego, poprzez dobór materiałów, skończywszy na realizacji inwestycji i użytkowaniu obiektu. Znaczenia nabierają m.in. aspekty takie jak zasilanie budynków poprzez odnawialne źródła energii, optymalizacja zużycia wody, odpowiednia gospodarka odpadami czy też inteligentne oświetlenie.

Wzrost świadomości ekologicznej dobrze odzwierciedla liczba tzw. zielonych certyfikatów, które gwarantują, że dany obiekt powstał zgodnie z normami przyjaznymi środowisku. Według danych Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego Polska jest liderem Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby certyfikowanych budynków, a najwięcej ich przypada na biurowce (61,4 proc. wszystkich certyfikowanych obiektów). Dalej plasują się powierzchnie logistyczne i przemysłowe (16,7 proc.) oraz  handlowe (14,4 proc.).

– W Polsce połowa budynków jest w tej chwili certyfikowana pod kątem ekologii i jest to najlepszy wynik w Europie Środkowo-Wschodniej. Jest to dyktowane wymaganiami najemców, którzy chcą być coraz bardziej odpowiedzialni społecznie, zmniejszać ślad węglowy i w coraz większym stopniu dbać o ekologię. To już nie jest tylko oszczędność papieru, ale również segregowanie odpadów i zastosowanie innowacyjnych rozwiązań, jak np. ule na dachach, powierzchnie zielone, które mają oczyszczać powietrze. To także inwestycje w fotowoltaikę i ładowarki samochodów czy hulajnóg – mówi Małgorzata Eull.

Standardem staje się także energooszczędne oświetlenie LED i montaż czujników sterowania oświetleniem. Coraz częściej stosowane są kolektory słoneczne, panele fotowoltaiczne oraz hybrydowe systemy wentylacji. W ten sposób firmy inwestują w oszczędzanie energii, za czym podąża optymalizacja kosztów.

Grupa PGE rezygnuje z węgla. Do 2030 roku zainwestuje 75 mld zł w odnawialne źródła energii

0

PGE to gigant polskiej energetyki, którego portfel w tej chwili w 80 proc. jest oparty na węglu kamiennym i brunatnym. Grupa właśnie ogłosiła, że zamierza sukcesywnie z niego rezygnować na rzecz odnawialnych źródeł energii. Do 2030 roku udział OZE w jej portfelu ma już wynieść 50 proc., głównie dzięki inwestycjom w farmy wiatrowe na Bałtyku i fotowoltaikę. Równolegle zainwestuje też w stopniową dekarbonizację ciepłownictwa i rozwój magazynów energii. W efekcie Grupa Kapitałowa PGE osiągnie neutralność klimatyczną w 2050 roku, czyli nie będzie emitować już ani grama CO2 – wynika z nowej strategii PGE.

– Zakładamy, że w 2050 roku osiągniemy neutralność klimatyczną, czyli zero emisji CO2 i sto procent energii ze źródeł odnawialnych. Nasza strategia będzie osadzona na dwóch podstawowych filarach: jeden to OZE, drugi to dystrybucja – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu Polskiej Grupy Energetycznej.

Gigant polskiego rynku ogłosił właśnie nową strategię dekarbonizacji i osiągnięcia neutralności klimatycznej w 2050 roku. Do tego czasu PGE – której portfel wytwórczy jest w tej chwili w ponad 80 proc. oparty na węglu kamiennym i brunatnym – całkowicie zrezygnuje z paliw kopalnych i będzie dostarczać klientom 100 proc. zielonej energii. Grupa chce osiągnąć ten cel poprzez wielomiliardowe inwestycje w infrastrukturę sieciową oraz w nisko- i zeroemisyjne źródła wytwórcze, skupiając się głównie na energii z wiatru i fotowoltaice.

– Wśród odnawialnych źródeł energii podstawą będą morskie farmy wiatrowe. Chcemy w 2030 roku mieć 2,5 GW mocy zainstalowanej w morskich farmach wiatrowych na Bałtyku. Na początku lat 30. przybędzie kolejny gigawat, a w 2040 roku będziemy mieć już 6,5 GW na morzu – wskazuje Wojciech Dąbrowski.

Do końca tej dekady Grupa PGE zamierza wybudować łącznie 2,5 GW nowych mocy w dwóch morskich elektrowniach wiatrowych na Bałtyku (i kolejne 4 GW w późniejszych latach), 3 GW w fotowoltaice oraz rozbudować swój portfel lądowych farm wiatrowych o co najmniej 1 GW. Inwestycjom w zielone projekty ma też towarzyszyć program magazynowania energii na co najmniej 0,8 GW, który pozwoli na ustabilizowanie systemu elektroenergetycznego.

– Chcemy, aby projekty na morzu były wspierane przez farmy wiatrowe na lądzie oraz wielkoskalową fotowoltaikę, a także magazyny energii komplementarne dla tych wszystkich źródeł OZE. Dzięki temu, kiedy energia będzie tania bądź nie będzie potrzebna – będzie magazynowana i oddawana do sieci wtedy, kiedy będą potrzebować tego klienci – mówi prezes PGE.

Odnawialne źródła w 2030 roku mają już odpowiadać za 25 proc. wyniku finansowego Grupy PGE. Do tego czasu udział OZE w jej nakładach na inwestycje wyniesie ok. 50 proc. i będzie sukcesywnie rósł. Plan inwestycyjny obejmuje jednak nie tylko OZE, lecz także infrastrukturę sieciową. Rozwój sieci dystrybucyjnej umożliwi integrację nowych, zielonych źródeł, ponieważ te będą w większości podłączane do linii należących do operatorów sieci dystrybucyjnych. Grupa zainwestuje więc nie tylko w magazyny energii, ale też linie, transformatory, łączność cyfrową oraz nowoczesne opomiarowanie stanowiące elementy inteligentnej sieci.

– W zakresie dystrybucji czekają nas ogromne wyzwania, jeśli chcemy dostarczyć naszym klientom nowoczesne usługi, których oni oczekują. Musimy mieć w tym celu nowoczesne sieci dystrybucyjne, stąd nasz ogromny plan inwestycyjny w tym obszarze, zakładający m.in. kablowanie sieci – czyli zakopywanie ich w ziemię, żeby w jak najmniejszym stopniu ulegały awariom i żeby jak najłatwiej było je obsługiwać – mówi Wojciech Dąbrowski.

Horyzont czasowy nowej strategii dekarbonizacji PGE to 2050 rok, ale ogromne zmiany w ramach grupy zajdą już w tej dekadzie. Do 2030 roku zwiększy ona udział zielonej, odnawialnej energii w swoim portfelu do 50 proc. i zmniejszy emisję dwutlenku węgla o 85 proc. – co oznacza zmniejszenie emisji CO2 o ok. 120 mln ton.

W kolejnym dziesięcioleciu – obok inwestycji w źródła zielonej energii – PGE zamierza też inwestować w dekarbonizację ciepłownictwa i sukcesywną wymianę paliw węglowych na gazowe w  ciepłownictwie systemowym. Grupa zakłada, że wykorzystanie gazu ziemnego – jako paliwa przejściowego – będzie możliwe jeszcze przez ok. 20 lat. Do 2030 roku udział niskoemisyjnych źródeł w produkcji ciepła Grupy PGE wyniesie ok. 70 proc.

– Nowoczesne ciepłownictwo – czyli zastępowanie paliwa węglowego paliwem gazowym – też jest jednym z elementów nowej strategii. Oczywiście traktujemy gaz jako paliwo przejściowe, bo zapewne w ciągu kilkunastu lat paliwo gazowe w ciepłownictwie zostanie zastąpione innym. W tej chwili nie ma jeszcze tylu sprawdzonych źródeł energii, które mogłyby w tej branży zapewniać rentowność, ale już przyglądamy się nowym technologiom. Z ciekawością obserwujemy m.in. innowacje w obszarze wodoru i wykorzystywania go w przyszłości jako paliwa w energetyce – wskazuje prezes PGE.

Dekarbonizacja będzie wymagać wielomiliardowego kapitału, dlatego Grupa PGE chce wykorzystać w tym procesie środki finansowe z funduszy pomocowych dostępnych dla Polski w ramach UE. Udział pozyskanego w ten sposób finansowania ma pokryć nawet 25 proc. inwestycji energetycznego giganta. Co istotne, do 2025 roku PGE zamierza też ograniczyć swoje stałe koszty funkcjonowania o co najmniej 15 proc., a do 2030 roku już o ¼ (w stosunku do ubiegłorocznego poziomu).

– Ta strategia jest ogromną szansą dla podniesienia komfortu naszego życia, dla poprawy jakości naszego zdrowia. Będziemy żyli w środowisku, w którym będzie otaczać nas czystsze powietrze – mówi Wojciech Dąbrowski. – W wymiarze gospodarczym przeznaczymy na dekarbonizację ogromne środki, do 2030 roku będzie to co najmniej 75 mld zł. Zamierzamy finansować swoje projekty w różnych formułach, korporacyjnie, ale też project finance, i poszukujemy inwestorów, którzy wspólnie z nami chcieliby zainwestować w polską energetykę. Jest duże zainteresowanie szczególnie z zagranicy, m.in. funduszy amerykańskich. To pokazuje, że ten sektor jest rentowny i przyszłościowy.

Sektor lotniczy sięga po technologie wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Za jej pomocą będzie szkolić pilotów i personel techniczny

Przedstawiciele sektora lotniczego eksperymentują z innowacyjnymi technologiami, które pozwolą unowocześnić przestarzałe procesy szkolenia personelu lotniska czy załogi samolotów. Duże nadzieje pokłada się w systemach wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości umożliwiających przeszkolenie specjalistów w ściśle kontrolowanych warunkach, minimalizując tym samym ryzyko popełnienia kosztownego błędu zarówno podczas samego szkolenia, jak i w trakcie późniejszej służby.

– Idziemy w kierunku rzeczywistości rozszerzonej, zadań ekologicznych, smart energy i różnego rodzaju intuicyjnych systemów. Kiedyś większość wojskowych statków powietrznych mogła być obsługiwana przez żołnierzy służby zasadniczej po niespełna rocznym przeszkoleniu. Teraz jest to absolutnie niemożliwe. Systemy zastosowane w F-35 wymagają wiedzy technicznej, którą nabywa się poprzez specjalistyczne szkolenie przy wsparciu urządzeń kontrolnych najnowszej generacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Kisiel, prezes zarządu Wojskowego Centralnego Biura Konstrukcyjno-Technologicznego SA.

W celu unowocześnienia procesów szkoleniowych eksperci z WCBKT SA opracowali innowacyjne narzędzie dla systemu e-NOSP służącego do serwisowania urządzeń naziemnej obsługi statków powietrznych. Dzięki wykorzystaniu gogli rozszerzonej rzeczywistości możliwe jest przeprowadzenie wirtualnego szkolenia pracowników, a także wyświetlanie holograficznych schematów urządzeń oraz instrukcji obsługi na potrzeby przeprowadzania naprawy najróżniejszych urządzeń lotniczych.

System od WCBKT SA przystosowano także do współpracy z algorytmami sztucznej inteligencji wyszkolonymi w procesie zarządzania ryzykiem. Pozwalają one przewidzieć ryzyko ewentualnej usterki na podstawie analizy danych historycznych oraz bieżących danych na temat funkcjonowania danego sprzętu.

– Mamy ogromne możliwości oraz potrzeby. Z jednej strony są to potrzeby firmy produkcyjnej, np. podnoszenie kwalifikacji pracowników, szkolenia, obsługa serwisowa czy wsparcie przy procesie produkcyjnym i modernizacyjnym. Z drugiej strony jest użytkownik, czyli żołnierz albo pracownik cywilny na płycie lotniska. Dzięki rozszerzonej rzeczywistości skracamy czas szkolenia, minimalizujemy ryzyko, że technik wykona jakieś błędne czynności – podkreśla ekspert.

Modernizację lotnictwa opartą na systemach AR i VR planują przeprowadzić także przedstawiciele Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Amerykańska armia w ramach testów wdrożeniowych przetestuje narzędzia opracowane przez start-up Red 6, które pozwolą wykorzystać potencjał wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Dotychczas każda godzina lotu szkoleniowego na F-22 Raptor kosztowała armię ok. 40 tys. dol., a od 2013 do 2017 roku w trakcie szkolenia zginęło przeszło 130 osób. Przeniesienie tego procesu do wirtualnej rzeczywistości pozwoli znacząco obniżyć koszt szkoleń, wyeliminować ryzyko ofiar podczas treningu oraz zwiększyć liczbę lotów treningowych przed rozpoczęciem służby.

W Polsce podobny system zaprojektowali inżynierowie z Politechniki Lubelskiej. Narzędzie VR Syntia stworzono z myślą o szkoleniu zarówno pilotów samolotów, jak i śmigłowców oraz pojazdów bezzałogowych. Pozwoli ono przeprowadzić wstępną ocenę zdolności kandydatów na pilotów poprzez określenie m.in. ich podzielności uwagi czy czasu reakcji, a co za tym idzie – przyspieszyć proces rekrutacyjny.

– W przypadku lotnictwa cywilnego każda minuta to są tysiące złotych. Zminimalizowanie wystąpienia błędu ma kolosalne znaczenie i systemy rozszerzonej rzeczywistości pozwalają to ryzyko minimalizować – twierdzi Piotr Kisiel. – Poprzez systemy wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości można szkolić techników, montażystów, pracowników linii produkcyjnych. Przyświeca nam idea zarządzania ryzykiem i minimalizowania możliwości wystąpienia błędu. Jest to trend, z którym podąży cały świat lotniczy.

Według analityków z firmy Fortune Business Insights wartość globalnego rynku symulatorów VR dla lotnictwa w 2019 roku wyniosła 5,89 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 8,05 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,2 proc.

Dzięki drukowi 3D już niedługo mogą powstać pierwsze budynki na Księżycu. W przyszłości technologia może pomóc w stworzeniu infrastruktury na Marsie

Misja załogowa ma wylądować na Księżycu w 2024 roku, a po 2030 roku będzie już możliwa eksploracja Marsa. Aby było to możliwe, niezbędna jest odpowiednia infrastruktura, która pozwoli kosmonautom na konieczne badania, a w przyszłości pozwoli nawet zamieszkać na naszym satelicie. Niedawno firma ICON  otrzymała finansowanie z NASA na rozpoczęcie badań i rozwoju kosmicznego systemu konstrukcyjnego, który mógłby wesprzeć przyszłą eksplorację Księżyca.

Przyszłość podróży kosmicznych wymaga nowych technologii, zwłaszcza w kontekście przyspieszającej eksploracji kosmosu. NASA zapowiedziała, że na Księżycu do 2024 roku wyląduje misja kosmiczna. W 2030 roku z kolei amerykańska agencja planuje wysłać człowieka na Marsa. Plany Elona Muska są znacznie bardziej ambitne – do 2050 roku chce on umieścić na Marsie nawet milion ludzi. Aby eksploracja kosmosu i planet była jednak możliwa, konieczne jest zbudowanie odpowiedniej infrastruktury, która pozwoli na zamieszkanie na odległych ciałach niebieskich.

Amerykańska firma ICON właśnie rozpoczęła Project Olympus. Przedsięwzięcie ma na celu opracowanie kosmicznego systemu konstrukcyjnego, który docelowo ma pomóc zdobyć przyczółek na Księżycu i Marsie. Firma otrzymała finansowanie z NASA na rozpoczęcie badań i rozwoju kosmicznego systemu konstrukcyjnego, który mógłby wesprzeć przyszłą eksplorację Księżyca.

– Budowa pierwszego domu dla ludzkości na innej planecie będzie najbardziej ambitnym projektem konstrukcyjnym w historii i wyniesie naukę, inżynierię, technologię i architekturę na dosłownie nowe wyżyny – twierdzi Jason Ballard, współzałożyciel i dyrektor generalny ICON. – Inwestycje NASA w technologie ery kosmicznej, takie jak ta, mogą nie tylko pomóc w rozwoju przyszłości ludzkości w kosmosie, ale także w rozwiązaniu bardzo realnych, irytujących problemów, z którymi borykamy się na Ziemi. 

Trwała obecność ludzi na Księżycu wymaga nie tylko rakiet, ale też wytrzymałej infrastruktury, która zapewni lepszą ochronę termiczną, radiacyjną i mikrometeorytową niż ta, którą znamy z Ziemi. Do tworzenia takich struktur mieszkalnych można zaś wykorzystać druk 3D. Dlatego też firma ICON, znana z zaawansowanej technologii druku 3D w budownictwie mieszkaniowym na Ziemi, otrzymała kontrakt SBIR Strategic Fund Increase (STRATFI), aby przyspieszyć rozwój technologii druku 3D zaawansowanych materiałów oraz oprogramowania, która znajdzie zastosowanie w kosmosie. ICON będzie przy tym współpracować z firmami architektonicznymi BIG – Bjarke Ingels Group oraz SEArch + (Space Exploration Architecture).

– Nowa architektura nadaje formę temu, co nie zostało jeszcze nadane – mówi Bjarke Ingels, założyciel i dyrektor kreatywny BIG – Bjarke Ingels Group. – Dzięki ICON wyznaczamy nowe granice zarówno pod względem materialnym, technologicznym, jak i środowiskowym. Odpowiedzi na nasze wyzwania na Ziemi mogą być równie dobrze na Księżycu.

ICON będzie współpracować z Centrum Lotów Kosmicznych imienia George’a C. Marshalla NASA w Alabamie, aby przetestować różne technologie druku przy użyciu symulowanej gleby księżycowej. Badania będą opierać się na technologii, którą ICON zademonstrował w 2018 roku podczas konkursu 3D Printed Habitat Challenge NASA.

Infrastruktura zbudowana na Księżycu będzie zdeterminowana przede wszystkim przez materiały. To konieczne m.in. ze względu na dni i noce księżycowe, które trwają równowartość dwóch ziemskich tygodni, ekstremalne ciepło i zimno, promieniowanie i regularne ataki meteorytów. Pomóc w tym może właśnie gleba księżycowa.

W przyszłości, jeśli testy się powiodą, infrastruktura może znaleźć zastosowanie również na Marsie. Zwłaszcza że zarówno NASA, jak i prywatni przedsiębiorcy mają ambitne plany dotyczące eksploracji Czerwonej Planety.

– Od samego początku istnienia ICON myśleliśmy o budowaniu poza światem. To zaskakująco naturalny postęp, jeśli chodzi o sposoby, w jakie konstrukcja addytywna i drukowanie 3D mogą stworzyć lepszą przyszłość dla ludzkości. Nauka budowania na innych planetach zapewni również niezbędne innowacje, aby rozwiązać problemy mieszkaniowe, przed którymi stoimy na tym świecie – mówi Jason Ballard.

Większa aktywność małych firm – sezonowa zwyżka czy nadrabianie strat?

Tegoroczna jesień jest dużo lepsza dla polskich mikroprzedsiębiorców niż wiosna. Po bardzo dużym spadku działalności małych i mikro przedsiębiorców w marcu i kwietniu – obserwujemy spory wzrost ich ruchu na rynku. Widać to na przykład na portalu faktura.pl, gdzie liczba wystawionych we wrześniu faktur przewyższyła wynik z maja o 37%. To rekordowa liczba – wskazująca na to, że polscy mikroprzedsiębiorcy działają i z optymizmem patrzą w przyszłość. Taki wniosek można wysnuć również po liczbie nowo zakładanych przedsiębiorstw – która we wrześniu 2020 wróciła do czasów sprzed pandemii. Wciąż pojawia się jednak pytanie – czy jesienna tendencja zwyżkowa spowodowana jest nadrabianiem strat po pandemii, czy wynika z chwilowych, lepszych możliwości biznesowych – związanych z wakacjami i początkiem roku szkolnego?

– Czy ten wzrost jest spowodowany, tym że polski mikroprzedsiębiorca nadrabia stracony czas związany z lockdownem i chwilowym spowolnieniem swojego biznesu, czy też jest to przyspieszenie sezonowe? Trudno ocenić na tym etapie – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Sikorski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Finea S.A. – W wakacje nastąpił wzrost liczby wystawianych faktur przez firmy, które dostarczają swoje produkty – chociażby żywnościowe, do branży turystycznej. Wszyscy obserwowaliśmy bardzo duży popyt na usługi turystyczne na terenie Polski. Nie można jednak uznać, że branża turystyczna nadrabiała stracony czas i odradzała się po lockdownie. Skorzystała po prostu z możliwości, które dały jej regulacje rządowe oraz ograniczenie ruchu międzynarodowego. Wzrost działalności przedsiębiorstw zajmujących się turystyką lub dostarczaniem produktów dla turystyki wynikał z wykorzystania tych 5 minut, które branża dostała. Trudno jednak nazwać to podniesieniem się po pandemii – wskazuje Sikorski.

W tym tygodniu dowiemy się, jak gospodarka strefy euro zareagowała na drugą falę pandemii

W tym tygodniu poznamy pierwsze istotne odczyty, które pokażą nam, jak gospodarka strefy euro zareagowała na drugą falę pandemii i związane z nią obostrzenia. Uwaga inwestorów nadal kieruje się w stronę USA przed wyborami.

Miniony tydzień przyniósł wyprzedaż globalnych akcji, inwestorzy szukali bezpieczeństwa w aktywach safe haven, szczególnie USD, JPY i CHF. Ruchy te były jednak ograniczone i nie zmieniły obrazu handlu z ostatnich kilku tygodni. Euro w parze z dolarem amerykańskim znajduje się obecnie w okolicy środka widełek, w których utrzymywało się od sierpnia, migrując między poziomem 1,16 a 1,19. W minionym tygodniu najgorzej radziły sobie waluty środkowoeuropejskie, osłabione przez obawy, że druga fala pandemii szczególnie mocno uderza w kraje z tego obszaru.

Rynki w coraz większym stopniu koncentrują się na wyborach w USA, które odbędą się w pierwszym tygodniu listopada. Zdaje się obecnie panować konsensus co do tego, że Demokraci uzyskają zarówno prezydenturę, jak i kontrolę w Senacie, co naszym zdaniem byłoby pozytywne dla aktywów ryzykownych i negatywne dla dolara. Piątkowa publikacja wstępnych danych PMI za październik dla strefy euro będzie w tym tygodniu kluczowa. Ostatnie nasilenie wysiłków zmierzających do ograniczenia liczby zakażeń koronawirusem wprowadza w tym kontekście ryzyko, że dane okażą się gorsze od oczekiwań. Odczyt istotnie gorszy od zakładanego mógłby sprawić, że rynek zacząłby się zastanawiać nad możliwym dalszym złagodzeniem polityki pieniężnej przez Europejski Bank Centralny.

PLN
Polski złoty zakończył miniony tydzień znacznym osłabieniem. Stan polskiej waluty należy wiązać tak z ogólnym pogorszeniem sentymentu, z powodu którego relatywnie mocno cierpiały aktywa europejskie, jak też z gorszymi informacjami z kraju. Dotyczą one zarówno samej pandemii, jak i wprowadzonych na terenie całego kraju nowych restrykcji, mających ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa.

Zeszłotygodniowe dane dot. inflacji w Polsce nie skupiły na sobie większej uwagi, w tym tygodniu czeka nas jednak prawdziwe zatrzęsienie publikacji makroekonomicznych, które – choć nie powinny mieć istotnego wpływu na rynek – jednak pozwolą zorientować się w sytuacji gospodarczej pod koniec III kwartału. W związku ze skokowym wzrostem liczby nowych zakażeń i wspomnianym efektywnym minilockdownem w Polsce kluczowe za to będą publikacje dotyczące października, na które jednak przyjdzie nam poczekać miesiąc.

EUR
Pogarszające się koronawirusowe statystyki w większości krajów strefy euro i powrót lokalnych obostrzeń zaszkodziły nastawieniu inwestorów do euro w ubiegłym tygodniu. W tym czasie dzienna liczba nowych zakażeń osiągnęła kolejne szczyty w czterech najważniejszych gospodarkach strefy euro (Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania), a większość krajów wspólnego bloku ponownie wprowadziła większe restrykcje.

W tym kontekście na znaczeniu zyskują dane PMI, które poznamy w piątek. Będą one pierwszą istotną miarą skali wpływu częściowych lockdownów i innych obostrzeń na sytuację gospodarczą. Spadek indeksu zbiorczego poniżej poziomu ekspansji (50) nałoży na EBC dodatkową presję, aby bank przygotował się do dalszego złagodzenia polityki pieniężnej. W tym kontekście, oczekiwaną przez nas odpowiedzią na słabe dane byłaby wyprzedaż euro w relacji do głównych walut.

USD
Dane o sprzedaży detalicznej w USA, jakie poznaliśmy w ubiegłym tygodniu, były bardzo pomyślne, pomimo że kraj nie doczekał się jeszcze drugiej tury pomocy fiskalnej. Sprzedaż skoczyła o ponad 5% w ujęciu rocznym.

Wybory w USA, które odbędą się w pierwszym tygodniu listopada, zaczynają przysłaniać jednak publikacje makroekonomiczne z kraju. Tych ostatnich zresztą w tym tygodniu nie będzie zbyt wiele. Sondaże wskazują na większą i bardziej stabilną przewagę Demokratów, niż sugerowały w analogicznym czasie przed wyborami w 2016 roku, i aktywa ryzykowne powinny odnaleźć w tym pocieszenie. Finalna debata prezydencka pod koniec tygodnia skupi na sobie uwagę inwestorów.

GBP
Tak jak oczekiwaliśmy, negocjacje brexitowe w ubiegłym tygodniu utknęły w martwym punkcie, lecz Boris Johnson wycofał się z groźby odejścia od stołu. Ostrzegł natomiast, że Wielka Brytania powinna przygotować się do możliwego Brexitu bez umowy. Szterling zachowywał się podobnie jak euro, wygląda więc na to, że rynki nadal oczekują, że stronom uda się osiągnąć jakieś ograniczone porozumienie. Również jesteśmy tego zdania. Obie strony zdają się otwarte na dodatkowe rozmowy pomimo twardej postawy Johnsona. Oczekuje się, że w najbliższych kilku dniach negocjacje powrócą.

W tym tygodniu nie poznamy zbyt wielu publikacji mogących wpłynąć na kurs, zatem oczekujemy, że uwaga inwestorów w kontekście funta utrzyma się na koronawirusowych statystykach w Wielkiej Brytanii i możliwości nowego lockdownu, co potencjalnie mogłoby mocno zaszkodzić brytyjskiej walucie. Zgodnie z doniesieniami szereg obszarów na Wyspach, w tym Sheffield i Leeds, jest na skraju znalezienia się w strefie „poziomu 3” lockdownu, najwyższego w brytyjskiej skali koronawirusowych obostrzeń.

CHF
Pogorszenie sentymentu do ryzyka sprawiło, że frank zakończył tydzień jako jedna z najlepiej radzących sobie walut G10. Tym niemniej, relatywnie gorsze nastroje względem europejskich aktywów sprawiły, że frank radził sobie gorzej niż inne waluty safe haven.

Druga fala pandemii COVID-19 nie oszczędziła Szwajcarii, a liczba nowych zakażeń w ubiegłym tygodniu osiągnęła kolejne szczyty. Obecnie oscyluje w okolicy 3 tys. dziennie. W związku z tym, że sytuacja pandemiczna w Japonii zdaje się stabilizować, frank szwajcarski, który lepiej radził sobie w poprzednich tygodniach, może w najbliższym czasie stać się mniej preferowaną walutą safe haven i radzić sobie gorzej. W sytuacji pogarszającego się sentymentu do ryzyka naszym zdaniem powinien być jednak w lepszej sytuacji niż inne europejskie waluty.

Poza koronawirusowymi statystykami, ostatnio wieści ze Szwajcarii nie było zbyt wiele, a ich znaczenie było ograniczone. Kalendarz ekonomiczny dla kraju w tym tygodniu jest niemalże pusty i jako waluta safe haven frank prawdopodobnie będzie nadal reagował na zmiany sentymentu, korygowane o krajowe (czy raczej kontynentalne) wieści z frontu walki z pandemią.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Eksperci EKF przedstawiają makroekonomiczne wyzwania i prognozy dla Polski

Grono ekspertów zrzeszonych wokół Europejskiego Kongresu Finansowego przedstawiło największe wyzwania makroekonomiczne oraz prognozy dla Polski w oparciu o zaktualizowaną wersję V edycji badania Makroekonomicznych wyzwań i prognoz EKF.

Jak powiedział Ludwik Kotecki, dyrektor Instytutu Odpowiedzialnych Finansów w październikowej aktualizacji do V edycji badania Makroekonomicznych wyzwań i prognoz EKF uwzględniono pięć kluczowych wskaźników: PKB, inflację, bezrobocie, deficyt finansów publicznych oraz dług publiczny.

Zdaniem Koteckiego, w porównaniu do czerwcowej edycji badania, eksperci EKF okazali się nieco bardziej optymistyczni. Najnowsze prognozy zakładają bowiem recesję gospodarczą i ujemną dynamikę PKB na poziomie -3,1 proc. w roku bieżącym. W 2021 roku przewiduje się natomiast tempo wzrostu na poziomie ok. 3,9 proc. i 3,5 proc. w roku 2022.

Kotecki zwrócił też uwagę na rozbieżności między ekspertami w zakresie prognoz PKB. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) szacuje, że ujemna dynamika PKB w Polsce wyniesie w tym roku -3,6 proc. Tymczasem oficjalna prognoza rządowa dla PKB zgodna z projektem aktualnie procedowanej ustawy budżetowej to -4,6 proc.

W przewidywaniach odnośnie inflacji wśród ekspertów panuje większa zgodność. Prognozy EKF pokrywają się z tymi z MFW szacując inflację na 3,4 proc. w roku bieżącym. W kolejnych latach ma ona wynieść odpowiednio 2,3 proc. i 2,6 proc. Tymczasem rząd zakłada, że inflacja w 2020 roku zatrzyma się na poziomie 3,3 proc.

Stopa bezrobocia prognozowana przez ekspertów EKF na koniec 2020 roku zatrzyma się na poziomie 4,4 proc. W przyszłym roku wzrośnie do 4,5 proc., a w 2022 roku nieznacznie spadnie. Jak zaznaczył Ludwik Kotecki, w czerwcowej edycji badania eksperci EKF przewidywali tegoroczne bezrobocie w Polsce na poziomie 6,7 proc.

Jak informował Kotecki, eksperci EKF szacują deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w relacji do PKB na poziomie 10,8 proc. w 2020 roku. MFW prognozuje deficyt na 10,4 proc. PKB, zaś rząd na 12 proc. W 2021 według prognoz ekspertów EKF deficyt spadnie do 5,8 proc. Rząd szacuje przyszłoroczny deficyt na 6 proc.

Zadłużenie państwa w 2020 roku, zdaniem ekonomistów ankietowanych przez EKF, wyniesie 60,8 proc. PKB. W 2021 roku wzrośnie do poziomu 62,3 proc. PKB. Według metodyki unijnej dług publiczny ma wynieść 61,9 proc. PKB w tym roku i aż 64,1 proc. PKB w przyszłym.

Ludwik Kotecki omówił również pięć najważniejszych zagrożeń dla koniunktury gospodarczej w Polsce na 2020 rok, dzieląc je na dwa zewnętrzne (ryzyko nawrotu lockdown-ów związanych ze wzrostem zakażeń koronawirusem oraz głęboka i długotrwała recesja w Unii Europejskiej), a także trzy wewnętrzne (bankructwa przedsiębiorstw i wzrost bezrobocia, spadek inwestycji oraz kryzys finansów publicznych).

Według ekspertów EKF o ile finanse publiczne są najlepszym narzędziem stabilizującym koniunkturę, to ich używanie nie może naruszać bezpieczeństwa finansów państwa. W obliczu braku przejrzystości tych finansów i planu powrotu do bezpiecznych poziomów, kryzys finansów publicznych jest przez nich określany jako jedno z istotniejszych zagrożeń.

Leszek Pawłowicz, inicjator i koordynator Europejskiego Kongresu Finansowego, opowiedział o zagrożeniach dla stabilności systemu finansowego. Jako najważniejsze w opinii ekspertów EKF wymienił pogorszenie jakości portfela kredytowego w bankach, czyli wzrost ryzyka kredytowego.

Zagrożenie stanowi również polityka Narodowego Banku Polskiego w okresie kryzysu, czyli nadmierne obniżenie stóp procentowych. Jak tłumaczył Pawłowicz, dochody odsetkowe stanowią zdecydowaną większość dochodów w małych bankach, głównie spółdzielczych. Dlatego w opinii ekspertów EKF sektor ten może wpaść w kłopoty w wyniku polityki obniżania stóp procentowych.

Kolejnym zagrożeniem są wysokie obciążenia fiskalne, wśród których Pawłowicz wymienił podatek bankowy. Jego negatywne konsekwencje wzmacniają się w czasie kryzysu, powodując uruchomienie dodatkowego hamulca w dopływie kapitału do przedsiębiorstw oraz osób prywatnych.

Niezależny ekspert bankowy, Andrzej Reich opowiedział o nieoczekiwanym czynniku ryzyka destabilizacji rynku finansowego, jakim okazał się wyrok TSUE z końca 2019 roku w sprawie kredytów we frankach. Jego zdaniem trudność tego zagadnienia polega na tym, że trzeba je rozpatrywać na styku dwóch obszarów – prawa oraz zasad rządzących rynkiem finansowym.

Drugi problem stanowi rosnąca skala pozwów, które mogą bezpośrednio zagrażać stabilności systemu bankowego. Zdaniem Reicha bez dokładnej analizy ekonomiczno-prawnej i systemowego podejścia nie da się go rozwiązać. Zaledwie 5 proc. kredytobiorców złożyło pozwy w bankach. Nie wiadomo natomiast, ile procent dopiero zamierza to zrobić.

Jednym z pomysłów proponowanych przez Andrzeja Reicha jest przejęcie po cenach rynkowych przez instytucję państwową portfela kredytów walutowych. Państwo byłoby najbardziej obiektywnym arbitrem pomiędzy obiema stronami konfliktu. Innym rozwiązaniem jest przewalutowanie kredytów walutowych.

Ludwik Kotecki przedstawił pięć najważniejszych rekomendowanych przez ekspertów EKF działań w polityce gospodarczej. Jako pierwszą wymienił poprawę efektywności działania antypandemicznego i zwiększenie wydolności systemu opieki zdrowotnej. Ekonomiści zalecają również kontynuowanie działań antykryzysowych.

W szczególności chodzi tu o wspieranie płynności finansowej, odciążenie firm w zakresie podatkowo-regulacyjnym, uproszczenie prowadzenia działalności gospodarczej. Eksperci EKF rekomendują też racjonalizację polityki budżetowej i zwiększenie przejrzystości finansów publicznych.

Zdaniem ekonomistów należy już teraz przygotować strategię odbudowy gospodarki. Tutaj nacisk kładą na przygotowanie pakietu stymulacji inwestycji, inwestycje publiczne w kluczowe obszary: cyfryzację, innowacje oraz zieloną gospodarkę, a także wspieranie inwestycji prywatnych poprzez programy pomocowe – rządowe i unijne.

Eksperci EKF zalecają zwiększenie stabilności regulacyjno-prawnej. Postulują odpolitycznienie gospodarki, dążenie do zawarcia trwałego porozumienia z Komisją Europejską w kwestiach praworządności, poprawienie przejrzystości, stabilności i przewidywalności otoczenia regulacyjnego oraz usprawnienie sądownictwa gospodarczego.

Druga fala pandemii covid-19 może spowolnić wzrost zatrudnienia i płac

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw we wrześniu br. osiągnęło 6 312,4 tys. osób i było niższe o 1,2% niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Przeciętne wynagrodzenie wyniosło zaś 5371,56 zł i było o 5,6% wyższe w porównaniu z wrześniem 2019 r. – podał GUS.

W porównaniu do sierpnia br. zatrudnienie wzrosło o 0,3% (w sierpniu br. w stosunku do lipca br. zaobserwowano wzrost o 0,7%). Przedsiębiorstwa uzupełniają brakujące miejsca pracy poprzez przywracanie wcześniejszych etatów, rezygnację z przestoju i nowe przyjęcia pracowników, choć ich skala i tak nie umożliwia osiągnięcia poziomu zatrudnienia sprzed pandemii covid-19.

Przeciętne wynagrodzenie pracowników we wrześniu 2020 roku wynosiło 5371,56 zł i było wyższe od wypłaconego w sierpniu o 33,91 zł. Tempo wzrostu wynagrodzeń we wrześniu w ujęciu rocznym było szybsze niż obserwowane w poprzednich pięciu miesiącach.

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2020 roku przeciętne wynagrodzenie, w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, wzrosło prawie we wszystkich sekcjach PKD – od 0,7% w sekcji „Górnictwo i wydobywanie” do 8,9% w sekcji „Administrowanie i działalność wspierająca. Spadek o 4,2% odnotowano w sekcji „Rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo”.

Te dane można uznać za optymistyczne. Niemniej jednak należy zwrócić uwagę, że we wrześniu poziom zachorowań na covid – 19 był niższy niż w październiku. Druga fala zachorowań i wysokie dzienne przyrosty chorych na poziomie ponad 7 tys. osób, a tym samym wprowadzenie przez rząd istotnych ograniczeń w działalności gospodarczej, mogą przynieść efekt podobny do tego obserwowanego w marcu, kwietniu i maju, czyli zahamowania wzrostu wynagrodzeń, m.in. poprzez zmniejszenie wymiaru czasu pracy oraz redukcję zatrudnienia. Już teraz część pracodawców znacząco ogranicza wypłatę dodatków do pensji, które nie są konieczne i rezygnuje z benefitów, chcąc zachować płynność finansową. Niektóre firmy decydują się również na obniżkę wynagrodzeń w zamian za zapewnienie pracownikom utrzymania zatrudnienia.

Niestety, na razie brak zapewnień rządu o pomocy dla przedsiębiorców, szczególnie tych, którzy ponoszą straty na skutek wprowadzonych obostrzeń. Względy budżetowe decydują o tym, że niemożliwe wydaje się wdrożenie powszechnych programów wspierających wypłatę wynagrodzeń. Bez przynajmniej selektywnej pomocy dla najbardziej zagrożonych zwolnieniami branż, musimy się liczyć z falą zwolnień i wyhamowaniem wzrostu płac.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Zatrudnienie i płace w sektorze przedsiębiorstw we wrześniu 2020 r.

Główny Urząd Statystyczny zaprezentował dane o zatrudnieniu i płacach w sektorze przedsiębiorstw we wrześniu 2020. Przeciętne uposażenie uległo zwiększeniu o 33,91 PLN do 5371,56 PLN tj. o 0,6%. Wrzesień przyniósł sezonowe wzrosty płac będące efektem liczniejszego pojawienia się w płacach ruchomych części wynagrodzeń (głównie premii i nagród). Na wyniki września wpływ miało też stopniowe przywracanie pracowników do pracy po wcześniejszych przerwach oraz najprawdopodobniej również wyższe wypłaty dla osób objętych systemem akordowym. Przeciętne uposażenie we wrześniu okazało się o 287,00 PLN i 5,6% wyższe niż przed rokiem. Roczna dynamika płacy we wrześniu była wyższa od notowanej w pięciu poprzednich miesiącach.

Zatrudnienie okazało się o 17,4 tys. osób, tj. o 0,3% wyższe niż przed miesiącem i wyniosło 6312,4 tys. osób. W porównaniu do stanu sprzed roku zatrudnienie było niższe o 73,6 tys. osób tj. o 1,2%. Wzrost zatrudnienia notowany we wrześniu jest wynikiem dalszego postępu w przywracaniu do pracy części działalności wcześniej wstrzymanych, w tym przywracania zwyczajnego czasu pracy pracowników, którym wymiar pracy obniżono, choćby poprzez urlopy postojowe. Widoczne jest też powracanie pracowników z zasiłków opiekuńczych, chorobowych i urlopów bezpłatnych.

W najbliższych miesiącach zmiany płac w ujęciu miesiąc do miesiąca prezentować się mogą porównywalnie lub nawet nieco lepiej niż w analogicznym okresie roku 2019. Roczny wskaźnik płac będzie więc stopniowo poprawiać się. Skala tej poprawy będzie wyraźniejsza w ostatnich miesiącach roku.

W przypadku zatrudnienia tendencje dla najbliższych miesięcy są trudne do określenia. Z jednej strony postępować będzie obserwowana choćby w ostatnich miesiącach poprawa związana z przywracaniem normalnego funkcjonowania części zakładów i branż. Jednak w statystykach ujawnić się mogą osoby tracące pracę wskutek nadejścia drugiej fali zachorowań i towarzyszących jej obostrzeń w gospodarce.

Piotr Soroczyński, Główny ekonomista KIG

Polska wśród krajów o najwyższym wskaźniku lęku wywołanego pandemią

Dynamiczny wzrost liczby osób zakażonych koronawirusem przełożył się na poziom niepokoju polskich konsumentów, który od końca sierpnia wzrósł o 12 pp. Z najnowszej edycji badania firmy doradczej Deloitte Global State of the Consumer Tracker wynika, że wzrosły także obawy Polaków o kwestie finansowe oraz te związane z utrzymaniem obecnej pracy. Przestajemy też kupować na zapas. W najnowszej edycji badania już tylko 36 proc. konsumentów nad Wisłą deklaruje, że kupuje więcej, niż jest w stanie zużyć na bieżąco.

Przeprowadzone przez Deloitte na przełomie września i października badanie reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią koronawirusa to jedenasta ankieta na świecie i ósma dla Polski. Na pytania Deloitte odpowiadało po tysiąc osób z każdego spośród 19 badanych krajów: Australii, Belgii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile, RPA oraz Polski.

Coraz więcej obaw

Razem z Chile i Hiszpanią Polska jest na czwartym miejscu pod względem poziomu lęku wywołanego pandemią. Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju, czyli różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły, wyniósł w tych krajach po 4 proc. W przypadku Polski to spory wzrost w ciągu miesiąca – aż o 12 pp.

W Europie większy niepokój od Polaków wykazują tylko Irlandczycy (6 proc.). – Cała Europa, nie tylko Polska, ugina się pod ciężarem pandemii. Niemniej gwałtowany wzrost liczby zachorowań, obawy o wydolność służb medycznych, a także poważne ograniczenia jakie zaczynają wprowadzać inne kraje, sprawiają, że Polacy po prostu nie wiedzą, czego mogą się spodziewać po nadchodzących tygodniach. A mówiąc najprościej, boimy się tego, czego nie znamy – mówi Michał Tokarski, Partner, Lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Warto odnotować zmiany, jakie na tle innych krajów biorących udział w badaniu zaszły w Chinach. W najnowszym zestawieniu Deloitte indeks niepokoju w Państwie Środka osiągnął rekordowy w tym kraju poziom -17 proc. Indeks obaw Chińczyków systematycznie spada od pierwszej połowy lipca, kiedy wyniósł 7 proc. W ciągu miesiąca natomiast poziom obaw zmniejszył się aż o 15 pp. Nieprzerwanie najwyższy poziom obaw eksperci Deloitte notują w Indiach. Od ostatniego badania jednak spadł on z 43 proc. do 27 proc.

Najspokojniejsi w Europie wydają się być mieszkańcy Belgii i Włoch (po -2 proc.) oraz Niemcy, w przypadku których indeks niepokoju jest też najniższy na świecie i wynosi -42 proc., a od ostatniego badania przeprowadzonego pod koniec sierpnia poprawił się o 10 pp. W każdej edycji, począwszy od maja, niemieccy konsumenci wykazują najniższy poziom obaw.

Pandemia zamyka drzwi restauracji

Choć Niemcy są naszym najbliższym sąsiadem, jeśli chodzi o obawy związane z COVID-19 znajdujemy się na przeciwległych biegunach. Wzrost społecznej mobilności, powrót do szkół i – w wielu przypadkach – do biur wpłynęły na wzrost zachorowań, co z kolei pogłębiło nasz niepokój. Co ciekawe, deklarowany przez Polaków poziom lęku w większości nie przełożył się na obawy związane z aktywnościami społecznymi. Wbrew ogólnemu poziomowi obaw o 2 pp. wzrosła liczba polskich konsumentów, którzy czują się bezpiecznie w sklepach (51 proc.), a nieznacznie, o 1 pp. liczba osób, które nie mają obaw w związku z podróżowaniem samolotem (25 proc.). Zmiana jest natomiast zauważalna w przypadku wyjść do restauracji. Z 44 proc. do 41 proc. spadła od końca sierpnia liczba konsumentów, którzy czują się w nich bezpiecznie. Również o 3 pp. mniej jest osób, które nie mają obaw przed korzystaniem z indywidulanych usług jak wizyta u dentysty czy fryzjera (39 proc.). Na tym samym poziomie utrzymuje się liczba konsumentów, którzy czują się bezpiecznie podczas większych wydarzeń jak koncerty czy mecze ( 23 proc.) oraz w czasie pobytu w hotelu (36 proc.).

O ile obawy nie odbiły się na codziennych zwyczajach i zachowaniach konsumentów w Polsce, o tyle zmianę widać w przypadku pytań o zdrowie. Aż 77 proc. zapytanych przez Deloitte niepokoi się o zdrowie swojej rodziny. To wzrost o 6 pp. i najwyższy wynik w Europie. Taki sam poziom obaw wykazują Hiszpanie. Oni także najbardziej w Europie niepokoją się o własną kondycję (76 proc.)

– Wśród polskich konsumentów różnica między troską o własne zdrowie a zdrowie rodziny jest znacznie większa. Niezmiennie zdecydowanie bardziej martwimy się o bliskich. W najnowszej edycji różnica wynosi aż 15 pp. Niemniej jednak w obu przypadkach poziom obaw Polaków o zdrowie swoje i bliskich jest najwyższy od początku badania – mówi Krzysztof Wilk, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, Lider praktyki Life Sciences i Ochrony Zdrowia, Deloitte.

Wraca lęk o pracę

Sporo, bo o 5 pp. od ostatniego badania wzrosły nad Wisłą obawy konsumentów dotyczące utraty pracy. To powód do niepokoju dla połowy zapytanych przez Deloitte. Ma to związek z drugą falą epidemii i rosnącymi obawami związanymi z wprowadzeniem kolejnego lockdownu. Przykładem są sąsiednie Czechy, które już zamknęły bary i restauracje oraz wprowadziły w szkołach nauczanie zdalne.

Nieco ponad jedna trzecia konsumentów nad Wisłą obawia się zakończenia zdalnej formy pracy i powrotu do biura. To mniej o 3 pp. niż miesiąc temu. Widać to także w deklaracjach dotyczących publicznego transportu, z którego często korzystamy w drodze do pracy czy szkoły. Jazdę komunikacją miejską planuje ograniczyć 44 proc. zapytanych. Miesiąc temu odpowiedziała tak aż połowa naszych respondentów. – Większość planów działania kryzysowego skupia się na strukturach, protokołach i procesach, które są przecież reakcją na określone zdarzenia i pomijają czynnik ludzki. Opierają się przy tym na założeniu, że niezależnie od sytuacji ludzie i tak stawią się do pracy, czy też podejmą się jej zdalnie. Z naszego badania wynika jednak, że w naprawdę trudnych sytuacjach założenie to może okazać się fałszywe. Trzeba więc znaleźć sposób, by temu zapobiec – mówi John Guziak, Partner, Lider ds. Kapitału Ludzkiego w Deloitte Polska.

Większe zakupy muszą poczekać

Fakt, że myślimy o naszej zawodowej przyszłości z niepokojem ma odzwierciedlenie w finansowych planach. 36 proc. z nas, a więc o 3 pp. więcej niż miesiąc temu, deklaruje, że odkłada na później większe zakupy, a 29 proc. obawia się o uregulowanie przyszłych płatności.

– W tej edycji badania po raz pierwszy zapytaliśmy respondentów, czy będą w stanie spłacić swoje zadłużenie kredytowe. Jedynie 13 proc. ankietowanych odpowiedziało, że nie ma co do tego obaw. Innego zdania jest aż 62 proc. badanych. 65 proc. zapytanych przez nas osób obawia się natomiast o stan swoich oszczędności, tylko dla 14 proc. nie jest to problemem – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, Lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Większą ostrożność widać w zwyczajach zakupowych Polaków. Do tej pory najczęściej w Europie kupowaliśmy na zapas. Od ostatniej edycji liczba konsumentów deklarujących, że kupują więcej niż są w stanie na bieżąco zużyć, spadła o 4 pp. Odpowiedziało tak 36 proc. zapytanych, tyle samo w Wielkiej Brytanii. Do kupowania na zapas przyznaje się tylko nieco mniej Belgów i Włochów (po 35 proc.). Najrzadziej w Europie ponad bieżące potrzeby kupują Hiszpanie (22 proc.) i Francuzi (21 proc.).

Po dużym spadku pod koniec sierpnia, z 53 do 46 proc., w ciągu ostatniego miesiąca nieznacznie spadła liczba Polaków, którzy polują na okazje (-1 pp.). Tym samym, razem z Niemcami jesteśmy europejskimi liderami tego trendu zakupowego (po 45 proc.). – Co rzuca się w oczy to mniejsza o 5 pp. liczba polskich konsumentów, którzy są w stanie zapłacić więcej za wygodę. Od najwyższego wyniku w pierwszej połowie czerwca to spadek o 8 pp. Polacy ewidentnie przechodzą na tryb oszczędności i niechętnie wydają pieniądze. Niepewność związana z tym, że nie wiemy, jakie dalsze ograniczenia przyniesie nam rozwój pandemii, z pewnością ma na to duży wpływ – mówi Michał Tokarski.

Sprzedaż nowych mieszkań we Wrocławiu spadła o 42,2%. Co dalej?

W ciągu zaledwie pół roku sprzedaż mieszkań na rynku pierwotnym we Wrocławiu obniżyła się o 42,2%. To jeden z najwyższych spadków odnotowany wśród największych polskich aglomeracji, przeanalizowanych przez ekspertów od wycen nieruchomości z Emmerson Evaluation. Mimo wyraźnego wyhamowania na rynku pierwotnym, za które winić można m.in. koronawirusa, ceny mieszkań wciąż pozostają wysokie. W I półroczu 2020 r. średnia cena mkw. w stolicy Dolnego Śląska wzrosła o 3,4% do poziomu 8 471 zł. W perspektywie dwuletniej mieszkania zdrożały o 15%.

Z analizy Emmerson Evaluation na podstawie danych z bazy Evaluer wynika, że w I pół. 2020 r. na wrocławskim rynku pierwotnym w ofercie znajdowało się prawie 8 tys. mieszkań. Najwięcej nowych lokali deweloperzy zbudowali w dzielnicy Krzyki, kolejne były Fabryczna i Psie Pole. Najmniej lokali powstało w Śródmieściu i na Starym Mieście.

Wzrosty cen w większości dzielnic

Ceny mieszkań z rynku pierwotnego we Wrocławiu, podobnie jak w większości innych aglomeracji, wzrosły. Największe podwyżki (8,3%) eksperci Emmerson Evaluation odnotowali w Śródmieściu, gdzie średnia cena za mkw. nowego „M” osiągnęła wartość 11 840 zł/mkw. O 5,4% podrożały mieszkania na Krzykach, gdzie średnia cena w I pół. 2020 r. wzrosła do 8 475 zł. O 1,9% zdrożały lokale w ofercie dzielnicy Fabryczna. To właśnie tu można było znaleźć najtańsze mieszkania – średnia cena za mkw na rynku pierwotnym wyniosła tam 7 346 zł. Najniższy wzrost odnotowano na Psim Polu. Cena w tej dzielnicy w ciągu półrocza wzrosła o 1,1% osiągając wartość 7 525 zł. Spadła natomiast cena za mieszkania na Starym Mieście – w ciągu pół roku mieszkania w tej dzielnicy (jako jedynej) potaniały o 2,7% do poziomu 10 450 zł. Mimo tego, znajduje się ona na drugim miejscu (po Śródmieściu) wśród najdroższych dzielnic we Wrocławiu.

Wzrost cen mieszkań był bezpośrednim efektem aktywności deweloperów sprzed pandemii. Widać było to między innymi w podwyżkach cen w styczniu i lutym, gdy nadal na rynku panowała hossa. Jednak ze względu na bardzo wysoki pułap cen oraz spadającą liczbę zawieranych transakcji, pod koniec pierwszego półrocza br. deweloperzy musieli zmienić swoją politykę ofertową. Pojawiło się w niej związku tym coraz więcej dodatkowych bonusów np. rabaty na komórki lokatorskie czy miejsca postojowe – wskazuje Tomasz Kaźmierski, Business Development Director w Emmerson Evaluation.

Dzielnica Cena za mkw
Śródmieście 11 840 zł
Stare Miasto 10 450 zł
Krzyki 8 475 zł
Psie Pole 7 525 zł
Fabryczna 7 346 zł
Źródło: Baza Evaluer  

 

Wrocław poza podium najdroższych miast

Dynamika wzrostu cen w przeciągu półrocza we Wrocławiu należy do jednych z najniższych w Polsce. Podobny wynik do stolicy Dolnego Śląska (3,4%) uzyskał Sopot, gdzie ceny wzrosły o 3,3%. Najmniejsze wahania cen miały miejsce w Gdańsku oraz Gdyni, gdzie wzrosty wyniosły kolejno 1,4% i 1,3%.

Średnia cena za nowe mieszkanie we Wrocławiu wynosząca 8 471 zł uplasowała to miasto poza podium najdroższych miast w Polsce. W zestawieniu 9 największych aglomeracji, stolica Dolnego Śląska  plasuje się na szóstym miejscu pod kątem wysokości cen mieszkań. Na podium znalazły się Sopot (17 180 zł/mkw.), Warszawa (10 706 zł/ mkw.) i Gdańsk (9 972 zł/mkw.) Za Wrocławiem, na ostatnich trzech miejscach zestawienia, znajdują się Poznań (7 802 zł/mkw.), Katowice (7 268 zł/mkw.) oraz Łódź (6 456 zł/mkw.).

Odnotowany przez analityków Emmerson Evaluation spadek sprzedaży mieszkań we Wrocławiu sięgający 42% jest drugim najwyższym wynikiem dla analizowanych aglomeracji. Mocniej sprzedaż spadła jedynie w Łodzi – tam wolumen transakcji zmniejszył się o ponad połowę (57,5%). Jednak i w pozostałych metropoliach wyhamowanie sprzedaży było wyraźne. Najniższą zmianę odnotowano w Warszawie, a spadek wyniósł tam i tak niemało, bo 22%. Spośród wszystkich analizowanych miast trendowi spadkowemu nie uległ jedynie Sopot. W tym mieście sprzedaż nie tylko nie spadła, ale nawet wzrosła – w ciągu pół roku aż o 17,6%. Jednak jest to specyficzny rynek – mały i skupiony wokół luksusowych inwestycji i występują tu odmienne trendy niż w reszcie największych aglomeracji, tłumaczy ekspert Emmerson Evaluation.

Perspektywy dla wrocławskiego rynku nieruchomości

Mimo pandemii deweloperzy wciąż kontynuują uruchamianie nowych inwestycji. Z danych GUS wynika, że w pierwszym półroczu 2020 r. wydano o prawie 5% mniej pozwoleń na budowę mieszkań niż jeszcze pół roku wcześniej. – Te dane pozwalają wnioskować, że w najbliższych miesiącach nie powinniśmy spodziewać się gwałtownego ograniczenia podaży w stolicy Dolnego Śląska – dodaje Tomasz Kaźmierski.

Ponadto ekspert wskazuje, że przyszły rozwój rynku będzie zależeć od tego, jak poradzimy sobie z drugą falą pandemii, która powoli staje się faktem. W pesymistycznym scenariuszu, jeśli gospodarka ponownie zostanie zamrożona i pogłębi się recesja, to można spodziewać się ponownego spadku popytu i podaży, a to przełoży się na wyraźne spadki cen mieszkań. Natomiast w drugim, bardziej optymistycznym wariancie, gdy przejdziemy przez epidemię w sposób kontrolowany i nie wpłynie ona pogłębianie się recesji, nadal można spodziewać się korekty cen, ale raczej w dłuższym terminie i w mniejszej skali.

Pandemia jedynie spowolniła proces, ale nie odebrała Ukraińcom pragnienia wyjazdu do Niemiec

Pandemia jedynie spowolniła proces, ale nie odebrała Ukraińcom pragnienia wyjazdu do Niemiec i Czech. Głównym powodem są wyższe zarobki.

W związku z pogarszającą się sytuacją gospodarczą na Ukrainie ukraińscy migranci zarobkowi za priorytet uważają możliwość szybszego osiągnięcia wyższych wynagrodzeń w Niemczech, Czechach i krajach skandynawskich niż w Polsce. Ten proces został spowolniony przez pandemię i lockdown. Pomimo tego, pesymistyczna tendencja na polskim rynku pracy  w dalszym ciągu jest mocno widoczna.  Potwierdzają to badania Centrum analitycznego agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy dynamika wyjazdów Ukraińców do Niemiec na podstawie sfałszowanych dokumentów lub polskich wiz pracowniczych wzrosła. Ludzi nie powstrzymuje ryzyko deportacji z zakazem wjazdu do UE, naloty policji i grzywny. W okresie od lipca do września deportowano około trzystu Ukraińców, a tylko w ciągu pierwszych 10 dni września zatrzymano 48 osób. To jest rekord, pisze Bild, cytując wewnętrzną „Analizę migracji” Komendy Głównej Policji Federalnej. Konsulat Generalny Ukrainy w Monachium również oficjalnie oświadcza, że w ostatnim czasie odnotowano gwałtowny wzrost liczby zatrzymań obywateli Ukrainy podczas prób nielegalnego przekroczenia niemieckiej granicy.

Również czeska policja zaczęła częściej organizować kontrole. Według Ambasady Ukrainy w Czechach, tylko w lipcu w ośrodkach czasowego pobytu dla cudzoziemców i bezpaństwowców przebywało około dwustu Ukraińców.

„Na początku pandemii, ze względu na brak wiedzy, jak obejść ograniczenia związane z kwarantanną, zmniejszyła się liczba Ukraińców wyjeżdżających do innych krajów UE. Jednak teraz migranci zarobkowi dostosowali się do nowej rzeczywistości i omijają zakazy, aby dostać się do pracy w innych krajach UE. Na Ukrainie kwitnie biznes pośredników i przewoźników drogowych, gotowych przewieźć ukraińskich pracowników do Niemiec, Czech czy Austrii tranzytem np. przez Węgry. Ukraińscy migranci zarobkowi coraz częściej próbują wyjechać i pracować w tych krajach na podstawie polskich wiz pracowniczych lub nawet zwykłych pozwoleń na pracę. Do pracy w Europie wykorzystują też fałszywe umowy o pracę, fałszywe paszporty rumuńskie i węgierskie, czy czeskie wizy pracownicze”- komentuje sytuację dyrektor generalny Gremi Personal Tomasz Bogdevic.

Niemcy, Czechy i inne kraje UE przyciągają Ukraińców wyższymi od polskich zarobkami. Republika Czeska ma najniższą stopę bezrobocia w Europie, a kraj potrzebuje pracowników z zagranicy, aby uzupełnić deficyt siły roboczej. Niektóre firmy, szczególnie budowlane, podnoszą stawki godzinowe, aby przyciągnąć pracowników i realizować zamówienia.

W Niemczech wciąż najbardziej poszukiwani są pracownicy budowlani, murarze, opiekunki i pielęgniarki. Niemieckie zarobki są 2-3 razy wyższe niż polskie (2-2,5 tys. euro w porównaniu do 800-1000 euro).

Według danych Centrum analitycznego Gremi Personal około 40 proc. Ukraińców, którzy przyjechali do pracy do Polski, wśród przyczyn migracji podaje brak pracy w ojczyźnie, inflację i wzrost cen.

A według szacunków Instytutu Demografii i Badań Społecznych Narodowej Akademii Nauk Ukrainy liczba ubogich ludzi na Ukrainie (w przypadku których wydatki są poniżej rzeczywistego poziomu utrzymania) w 2020 roku wzrośnie do 45%. Natomiast według prognoz UNICEF wskaźnik ten w tym roku może wzrosnąć do 50,8%.

Prognozy te po raz kolejny potwierdzają, że ​​po zniesieniu ograniczeń wywołanych kwarantanną ukraińscy migranci zarobkowi będą z jeszcze większą determinacją wyjeżdżać do pracy w Niemczech, Czechach i innych krajach UE. Polska może zatrzymać pracowników z Ukrainy tylko poprzez nieustające upraszczanie procedur wydawania cudzoziemcom kart pobytu, a także poprzez wzmacnianie i rozwijanie programów społecznych na rzecz asymilacji Ukraińców w Polsce.

Centrum Analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal 

Neutralność klimatyczna Grupy PGE do 2050 roku

PGE Polska Grupa Energetyczna opublikowała nową strategię. Spółka przedstawiła plan transformacji Grupy i drogę do dekarbonizacji wytwarzania oraz ogłosiła cel osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r. „Przyspieszamy proces zmian w spółce. Już w ciągu dekady Grupa PGE stanie się zupełnie innym przedsiębiorstwem” – zapowiada prezes zarządu PGE Wojciech Dąbrowski.

Nowa Strategia Grupy PGE przedstawia plan transformacji zmierzający do neutralności klimatycznej Grupy w 2050 roku. Zostanie to osiągnięte poprzez realizację inwestycji w nisko i zeroemisyjne źródła energii oraz infrastrukturę sieciową.

„Zgodnie z informacją z lutego 2020 roku, zaraz po powołaniu do zarządu PGE XI Kadencji, zapowiedziałem zmiany i rozpoczęcie prac nad nową strategią Grupy PGE. Dzisiaj informuję, że PGE Polska Grupa Energetyczna jest gotowa do bycia liderem zrównoważonej transformacji energetycznej, a zarząd ma na to bardzo konkretny plan. W nowej strategii odpowiedzieliśmy na oczekiwania społeczne, zmiany regulacyjne oraz rynkowe i zdecydowanie postawiliśmy na nisko i zeroemisyjne źródła energii. Nasz cel to neutralność klimatyczna Grupy PGE w 2050 roku. Aby go zrealizować przyspieszamy proces zmian w spółce. Już w 2030 roku Grupa PGE będzie całkowicie innym przedsiębiorstwem” – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polska Grupa Energetyczna.

Nowa Strategia PGE została oparta na trzech filarach: energia przyjazna dla środowiska, nowoczesne usługi energetyczne oraz sprawna i efektywna organizacja.

Dekarbonizacja portfela aktywów wytwórczych

Dekarbonizacja będzie procesem złożonym, wymagającym kapitałochłonnych inwestycji skoncentrowanych na wytwarzaniu wyłącznie w technologiach nisko i zeroemisyjnych. Obecny portfel wytwórczy Grupy PGE jest w ponad 80 proc. oparty na węglu kamiennym i brunatnym.

„W horyzoncie 2030 roku utrzymanie pozycji lidera wytwarzania zamierzamy oprzeć na wzmocnieniu portfela odnawialnych źródeł wytwórczych oraz konwersji paliwa węglowego na gazowe w ciepłownictwie systemowym. Gaz ziemny jest paliwem przejściowym i jego wykorzystanie będzie możliwe jeszcze przez ok. 20 lat. Późniejsze inwestycje w zakresie źródeł gazowych będą zależały od tempa rozwoju alternatywnych technologii. W 2050 roku będziemy dostarczać naszym Klientom 100 proc. zielonej energii” – podkreśla Wojciech Dąbrowski.

W tym celu do 2030 roku Grupa PGE zamierza wybudować 2,5 GW nowych mocy w morskich elektrowniach wiatrowych, 3 GW w fotowoltaice oraz rozbudować portfel lądowych farm wiatrowych o co najmniej 1 GW. Dostrzegając zainteresowanie ze strony klientów, Grupa PGE przygotuje dla nich możliwość udziału w transformacji energetycznej. Wielkoskalowym projektom będzie towarzyszyć komplementarny program magazynowania energii na co najmniej 0,8 GW, co pozwoli na wsparcie bezpiecznej i elastycznej pracy systemu elektroenergetycznego.

PGE: neutralność klimatyczna w 2050 roku

Grupa PGE jako lider transformacji deklaruje zmniejszenie oddziaływania na środowisko naturalne i osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku. Obniżenie emisyjności wytwarzania nastąpi poprzez zmianę technologii, rozbudowę portfela OZE, umożliwienie udziału w transformacji klientom PGE i zaangażowanie w działania na rzecz gospodarki obiegu zamkniętego.

„Naszym długoterminowym celem strategicznym jest, aby w 2050 roku 100 proc. energii sprzedawanej przez PGE pochodziło ze źródeł odnawialnych. Nasi klienci oczekują energii produkowanej w sposób przyjazny dla środowiska. Dlatego będziemy realizować ambitny program budowy morskich i lądowych farm wiatrowych oraz fotowoltaiki. Będziemy też poszukiwać możliwości akwizycyjnych kolejnych projektów odnawialnych. Wiemy, że transformacja energetyczna jest procesem wielowymiarowym, dlatego budowę udziału w rynku OZE oprócz realizacji inwestycji wielkoskalowych wzmocnimy o długoterminową współpracę z naszymi klientami. Dostrzegamy ich dążenie do niezależności i bycia aktywnymi uczestnikami rynku. Dlatego korzystając ze swoich kompetencji i doświadczenia, wychodzimy naprzeciw ich potrzebom: będziemy wdrażać oferty oparte na długoterminowej współpracy, zapewniające im dostęp do zielonej energii, stwarzać korzystne warunki do produkcji energii w mikroinstalacjach oraz zapewniać niezawodne usługi dystrybucyjne, umożliwiające rozwój energetyki rozproszonej i magazynów energii” – informuje Wojciech Dąbrowski.

Aspiracje PGE zostały określone w dwóch horyzontach czasowych. Do 2030 roku nastąpi zwiększenie udziału energetyki odnawialnej w portfelu Grupy do poziomu 50 proc. oraz zmniejszenie emisji dwutlenku węgla o 85 proc., co oznacza 120 mln ton mniej emisji CO2, natomiast do 2050 roku Grupa zamierza osiągnąć neutralność klimatyczną, czyli zero emisji netto CO2 oraz zapewniać 100 proc. zielonej energii dla swoich klientów.

Inwestycje napędzające transformację Grupy PGE i rozwój polskiej gospodarki

W polityce inwestycyjnej Grupy PGE widoczna będzie wyraźna zmiana w kierunku źródeł odnawialnych, które w perspektywie 2030 roku będą zapewniać ponad 25 proc. wyniku Grupy PGE. Udział OZE w nakładach inwestycyjnych wyniesie ok. 50 proc. i będzie sukcesywnie rósł. Konieczne inwestycje w jednostki gazowe wynikać będą z potrzeb bilansowania systemu oraz umożliwienia dekarbonizacji ciepłownictwa. Do 2030 roku udział źródeł niskoemisyjnych w produkcji ciepła Grupy PGE wyniesie przynajmniej 70 proc.

„Grupa PGE jest w najlepszej pozycji do pełnienia roli lidera zmian w energetyce. Konieczne będą inwestycje o wielkiej skali. Ich realizacji będą mogły podjąć się duże przedsiębiorstwa energetyczne, takie jak PGE. Podstawową działalnością Grupy PGE będzie: wytwarzanie energii w oparciu o źródła odnawialne, nisko i zeroemisyjne ciepłownictwo, niezawodna infrastruktura sieciowa i nowoczesne usługi energetyczne. W tych obszarach będziemy koncentrować wysiłki inwestycyjne. Do 2030 roku na inwestycje przeznaczymy ponad 75 mld złotych. Chcemy, by jak największy udział w transformacji polskiej energetyki mieli polscy przedsiębiorcy, którzy już dziś dostarczają najwyższej klasy produkty i rozwiązania również dla energetyki na całym świecie” – informuje Wojciech Dąbrowski.

Realizowany na przestrzeni najbliższej dekady program inwestycyjny Grupy PGE będzie zmierzać do realizacji nisko i zeroemisyjnej transformacji polskiego miksu energetycznego. Grupa PGE w tym okresie będzie intensywne rozwijać kierunek wiatrowy i fotowoltaiczny. Do 2030 roku powstaną dwie morskie farmy Grupy PGE o łącznej mocy 2,5 GW oraz kolejny 1 GW po 2030 roku. Potencjał Morza Bałtyckiego zostanie w pełni wykorzystany, a baza projektów PGE zostanie uzupełniona o kolejne 3 GW. Tym działaniom będzie towarzyszyć budowa elastycznych mocy gazowych oraz komplementarny do OZE program budowy magazynów energii, zapewniających elastyczną pracę systemu elektroenergetycznego i pozwalający na większe wykorzystanie mocy źródeł odnawialnych. Plan Grupy PGE w tym obszarze to 800 MW nowych magazynów energii w Polsce w 2030 roku, które zapewnią bezpieczną integrację systemową nowych źródeł OZE.

Plan inwestycyjny Grupy PGE będzie się także koncentrował na infrastrukturze sieciowej. Inwestycje w rozwój sieci dystrybucyjnej umożliwią integrację nowopowstających źródeł odnawialnych, ponieważ w przeważającej liczbie będą one podłączane do linii należących do operatorów sieci dystrybucyjnych. Dla zapewnienia niezawodności dostaw oraz odpowiednich parametrów jakościowych realizowane będą inwestycje w linie, transformatory, łączność cyfrową, magazyny energii oraz nowoczesne opomiarowanie stanowiące elementy inteligentnej sieci. Dystrybucja odegra także istotną rolę w procesie łączenia sektora energetycznego z sektorami ciepła, przemysłu i transportu, które będą się systematycznie elektryfikować.

Sprawna i efektywna organizacja

Strategia Grupy PGE podkreśla, że dynamika transformacji wymaga ciągłego podnoszenia produktywności i sprawności funkcjonowania spółki. Do realizacji ambitnego programu inwestycyjnego konieczne jest dostosowanie organizacji do nowych wyzwań i stałe podnoszenie efektywności operacyjnej. W tym celu zostanie zbudowany nowy model współpracy w Grupie PGE, dostosowana zostanie struktura zatrudnienia, wykorzystany będzie potencjał automatyzacji i cyfryzacji, zoptymalizowane zostaną usługi remontowe i eksploatacyjne. W efekcie tych działań do 2025 roku Grupa planuje obniżyć koszty stałe funkcjonowania (nie wliczając efektów w segmencie Energetyki Konwencjonalnej) o co najmniej 15 proc., a do 2030 roku o 25 proc. w stosunku do 2019 roku w cenach stałych.

„Przygotowujemy aktywa konwencjonalne do funkcjonowania w nowej strukturze właścicielskiej. Jesteśmy też przygotowani do integracji sektora elektroenergetycznego w różnych konfiguracjach” – informuje Wojciech Dąbrowski.

Dostęp do finansowania na potrzeby inwestycyjne Grupy PGE

Grupa wykorzysta dostępne źródła finansowania z funduszy pomocowych dostępnych dla Polski w zakresie transformacji energetycznej. Ambicją PGE jest, aby udział pozyskanego finansowania pokrył 25 proc. potrzeb inwestycyjnych Grupy.

Ograniczenie ekspozycji na zmiany rynkowe i stabilny zwrot z inwestycji opartych o dedykowane mechanizmy wsparcia, a także wykorzystanie finansowania pozabilansowego korzystnie wpłyną na profil ryzyka spółki i będą wspierać budowę wartości dla akcjonariuszy.

Fundusze hedgingowe odporne na koronawirusa

Fundusze hedgingowe przygotowują się do wyjścia z zakłóceń spowodowanych pandemią COVID-19, bardziej odporne, elastyczne, zróżnicowane i produktywne.

Pomimo trwającej pandemii COVID-19 57% funduszy hedgingowych na całym świecie aktywnie poszukuje lub zatrudnia nowych pracowników. Zdecydowana większość – 81% firm inwestuje w technologie IT i technologie cyfrowe, aby zapewnić swoim organizacjom ciągłość i skuteczność działania. Wyniki badania KPMG International i Alternative Investment Management Association wskazują, że fundusze hedgingowe przygotowują się do wyjścia z zakłóceń spowodowanych pandemią COVID-19, bardziej odporne, elastyczne, zróżnicowane, wydajne i produktywne.

Raport KPMG International i Alternative Investment Management Association pt. „Agile and Resilient: Alternative investments embrace the new reality” powstał na podstawie badania przeprowadzonego wśród 144 zarządzających funduszami hedgingowymi na całym świecie, reprezentujących aktywa w zarządzaniu o wartości 840 miliardów USD. Badanie było przeprowadozne w czasie rzeczywistym podczas pandemii i zakończyło się w lipcu 2020 roku.

Dochód ze źródeł nieujawnionych a dochód określony w drodze oszacowania

Organy podatkowe dysponują narzędziami umożliwiającymi określenie prawidłowej kwoty zobowiązania podatkowego oraz rozliczenie podatku w przypadku, gdy podatnik robi pewne rzeczy w sposób nieprawidłowy albo nie do końca poprawny. W sytuacji, gdy podatnik dokonuje określenia podstawy opodatkowania w sposób nieprawidłowy, organ może dokonać oszacowania. W przypadku wątpliwości w zakresie źródeł finansowania wydatków organ podatkowy podejmuje czynności w zakresie określenia dochodu z nieujawnionych źródeł.

Nieujawnione źródła przychodów

Przychody nieujawnione oraz przychody nieznajdujące pokrycia w ujawnionych źródłach zaliczane są do kategorii „innych” przychodów. Określenie „nieujawnione źródła przychodów” odnosi się obecnie do przychodów nieznajdujących pokrycia w ujawnionych źródłach albo ujawnionych w nieprawidłowej wysokości, a także przychodów ze źródeł niewskazanych przez podatnika i nieustalonych w ramach kontroli skarbowej.

Wysokość przychodów ustalonych w powyższy sposób jest równa wartości odpowiadającej nadwyżce wydatków nad przychodami opodatkowanymi lub nieopodatkowanymi, uzyskanymi przed poniesieniem wydatku. Z kolei zgodnie z art. 25b ust. 2 ustawy o PIT pojęcie „wydatku” oznacza wartość zgromadzonego przez podatnika w roku podatkowym mienia lub alternatywnie wysokość wydatkowanych środków. Pomimo braku ustawowej definicji mienia przyjęło się traktować je jako mienie własności i inne prawa majątkowe. Jest to pojęcie bardzo szerokie, mające swoje źródło w regulacjach kodeksu cywilnego.

Postępowanie

Podstawą do wszczęcia postępowania w sprawie dochodów ze źródeł nieujawnionych jest wiedza organów skarbowych. W przypadku, gdy organ podatkowy chce ustalić dochód z nieujawnionych źródeł, z jednej strony porówna wartość posiadanego przez podatnika majątku oraz przychodów za dany okres do wartości poniesionych przez niego wydatków. W przypadku, gdy składniki majątku nie będą miały pokrycia w osiągniętych przychodach, organ podatkowy może ustalić dochód z nieujawnionego źródła i wymierzyć opodatkowanie według sankcyjnej stawki 75%.

Kluczowa kwestia to posiadanie dowodów. W postępowaniu organy podatkowe dążą do ustalenia kompletnego stanu faktycznego. Aby nie narazić się na sankcyjną stawkę 75%, podatnik powinien wykazać, że posiadał wystarczające środki na pokrycie wydatku, wynikające zarówno z przychodów opodatkowanych, jak i nieopodatkowanych (wyrok WSA w Olsztynie z dnia 05.03.2020 r., sygn. akt I SA/Ol 45/20). Co do zasady niedające się usunąć wątpliwości powinny być rozstrzygane na korzyść podatnika, jednak podatnik powinien jedynie uprawdopodobnić, nie udowodnić pochodzenie posiadanych środków (przykładowo wyrok WSA w Łodzi z dnia 09.01.2020 r., sygn. akt I SA/Łd 612/19).

Na zakończenie warto wspomnieć, że okres przedawnienia w przypadku dochodów z nieujawnionych źródeł lub nieznajdujących pokrycia w ujawnionych źródłach wynosi 5 lat od końca roku kalendarzowego, w którym powstał obowiązek podatkowy w tym zakresie.

Dochód określony w drodze oszacowania

Zasadniczo podstawę opodatkowania określa się na podstawie prowadzonych ksiąg rachunkowych. Jeżeli organ podatkowy podejmie wątpliwości w zakresie prawidłowości ustalenia podstawy opodatkowania, może sam dokonać oszacowania. Organ podatkowy może określić wymiar zobowiązania podatkowego w sytuacji, gdy:

  • brak jest ksiąg podatkowych lub innych danych umożliwiających określenie podstawy opodatkowania;
  • dane wynikające z ksiąg rachunkowych nie pozwalają na określenie podstawy opodatkowania;
  • podatnik naruszył warunki uprawniające do korzystania ze zryczałtowanej formy opodatkowania.

Organ podatkowy może odstąpić od określenia dochodu w drodze oszacowania w sytuacji, gdy dowody uzyskane w toku postępowania pozwalają na określenie podstawy opodatkowania.

Metody szacowania

Dostępnych jest kilka metod określenia podstawy opodatkowania. Główne metody to:

  • porównawcza zewnętrzna – porównanie funkcjonowania przedsiębiorstwa do innego, niezależnego podmiotu;
  • porównawcza wewnętrzna – wykorzystanie historycznych danych o funkcjonowaniu przedsiębiorstwa;
  • remanentowa – porównanie stanu na początek i koniec okresu;
  • produkcyjna – ustalenie zdolności produkcyjnej przedsiębiorstwa;
  • kosztowa – określenie obrotu na podstawie poniesionych kosztów i przyjęcia odpowiedniego wskaźnika;
  • dochodowa – określenie dochodu w obrocie.

Celem zastosowania jednej z powyższych metod jest ustalenie podstawy opodatkowania w wysokości zbliżonej do rzeczywistej.

Podsumowanie

Granica pomiędzy ustaleniem dochodu w drodze oszacowania a zastosowaniem 75% stawki podatku od dochodów nieujawnionych jest stosunkowo „cienka”. Innymi słowy, organ podatkowy, dokonując oszacowania dochodu, może dojść do wniosku, że część wydatków nie znajduje pokrycia lub wręcz została pokryta ze źródeł nieujawnionych. W obu sytuacjach organ musi przeprowadzić postępowanie dowodowe, jednak w przypadku dochodów ze źródeł nieujawnionych podatnik musi jedynie uprawdopodobnić źródło pochodzenia dochodów. W przypadku oszacowania podatnik może jedynie nie zgodzić się z kwotą oszacowania, jednak wtedy musi przedstawić konkretne dokumenty w postępowaniu dowodowym prowadzonym przez organ, a w kolejnym etapie sądowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Większość klientów wróciła do centrów handlowych, ale wizyty w nich wyglądają inaczej

Jak wynika z raportu EY „Czy w pandemii centra są handlowe? Analiza obrotów, odwiedzalności i ich wzajemnych zależności w centrach handlowych w Polsce” przygotowanego przy współpracy z Mastercard i Top-Key, pod koniec wakacji odwiedzalność centrów handlowych była na poziomie 87% frekwencji notowanej na początku roku. Dane z ostatniego tygodnia sierpnia pokazały wprawdzie zwiększoną aktywność kupujących przed rozpoczynającym się rokiem szkolnym, ale we wrześniu w obiektach handlowych frekwencja była już na poziomie 82% w porównaniu z okresem sprzed pandemii. Jeszcze szybciej niż klienci, do centrów handlowych wróciły obroty – w sierpniu średnio były już na poziomie 90% tych, notowanych na początku roku. Wizyty w centrach handlowych wyglądają jednak inaczej niż przed pandemią, a szczegółowa analiza zachowań klientów w trakcie lockdownu i po nim pozwala wyciągać wnioski i szacować, w jakiej skali wprowadzenie kolejnych obostrzeń mogłoby wpłynąć na spadki obrotów, odwiedzalności, czy na przykład wielkość koszyka.

handel i zakupy w czasie pandemii– Nasza analiza wskazała na szereg trendów zarówno dotyczących zachowań klientów, jak i działalności centrów handlowych. Część z nich była tylko tymczasowa i spowodowana sytuacją lockdownu, ale część z nich ma szansę utrwalić się na dłużej. Jedno jest pewne, przyszłość obiektów handlowych zależna będzie nie tylko od zachowań konsumenckich i działań podejmowanych przez najemców i zarządców, ale również od wielu czynników od nich niezależnych, a dotyczących dalszego rozwoju sytuacji epidemicznej w kraju – mówi Anna Kicińska, Partner, Lider Grupy Doradztwa Rynku Nieruchomości EY Polska.

– Przedstawione w raporcie wnioski pozwalają szacować, jak wprowadzenie ewentualnych kolejnych obostrzeń mogłoby wpłynąć na ich dalszą działalność. Byliśmy w stanie zaobserwować te zależności dzięki zestawieniu unikatowych i niedostępnych powszechnie szczegółowych danych, dotyczących zarówno obrotów, jak również odwiedzalności centrów handlowych. Dzięki temu mogliśmy oszacować potencjał zakupowy, ocenić skalę tzw. „pustego footfallu” i zmierzyć, ilu z odwiedzających decyduje się na zakupy. Stworzyliśmy w ten sposób szeroki i pełen obraz działalności centrów handlowych w okresie lockdownu i kilka miesięcy po nim – dodaje Dominik Wojdat, Senior Manager, Grupa Doradztwa Rynku Nieruchomości EY Polska.

Jak wynika z analizy danych Mastercard i Top-Key[1] przeprowadzonej przez ekspertów EY, okres lockdownu był szczególnie dotkliwy dla centrów handlowych trzeciej i czwartej generacji, w których oprócz sklepów i punktów usługowych, istotną część przestrzeni zajmują kina, restauracje, kluby fitness, czy biura. Zdecydowanie lepiej w czasie lockdownu radziły sobie obiekty typu convenience, w których za obroty w znacznej mierze odpowiadają sklepy spożywcze.Czy w pandemii centra są handloweW trakcie lockdownu największy spadek obrotów dotyczył obiektów handlowych zlokalizowanych w dużych miastach regionalnych (w których liczba mieszkańców jest wyższa niż 200 tys.) oraz w Warszawie. Tu też dużo wolniej handel wracał do poziomów sprzed pandemii. Znacznie lepiej radziły sobie centra handlowe w miastach do 100 tys. mieszkańców, które po ponownym otwarciu w maju, notowały najszybszy wzrost obrotów.

– Okres zamknięcia nie dotknął tak istotnie obrotów, jak samej odwiedzalności obiektów handlowych. Jak wynika z naszych danych, wartość koszyka zakupowego klientów centrów handlowych wzrosła – w szczytowym momencie nawet o ponad 70% w porównaniu ze styczniem 2020 r. Klienci wydawali więc więcej, jednocześnie zmniejszając liczbę wizyt w obiektach handlowych i ograniczając liczbę osób „towarzyszących” na zakupach. Pozwoliło to na kompensację spadku liczby transakcji wyższą średnią wartością koszyka zakupowego – mówi Marek Kolano, dyrektor działu Data Driven Solutions w polskim oddziale Mastercard Europe.

Z analizy EY wynika, że w okresie lockdownu tzw. konwersja, czyli przełożenie wizyt w obiektach handlowych na realne zakupy, wzrosła o nawet 30% w porównaniu z początkiem roku, jednak luzowanie obostrzeń w kolejnych miesiącach spowodowało jej obniżenie, co jest szczególnie widoczne w małych miastach.

Biorąc pod uwagę poszczególne branże, z oczywistych powodów, w najmniejszym stopniu skutki zamknięcia i ograniczenia w handlu odczuła branża spożywcza, choć część sprzedaży przeniosła się z super- i hipermarketów zlokalizowanych w centrach handlowych do małych sklepów osiedlowych. Znaczne wzrosty po okresie zamknięcia odnotowały sklepy typu DIY i meblowe. Obroty w tej grupie – choć zwyczajowo rosnące w okresie letnim – w 2020 r. były wyjątkowo wysokie.

Siłą rzeczy, w czasie lockdownu najmocniej dotknięte zostały kina i gastronomia. Kina nadal borykają się z brakiem widzów i jednocześnie kinowych premier (w samym sierpniu obroty były tu na poziomie ok. 20% w porównaniu z początkiem roku), a ich powrót jest konieczny, by nie tylko kina, ale całe centra handlowe mogły wrócić do czasów swojej dawnej świetności.

Tam, gdzie było to możliwe handel przeniósł się do kanału e-commerce – w dużym stopniu dotyczyło to np. elektroniki i w tej branży niemal od razu odnotowano znaczny wzrost aktywności kupujących w Internecie. Nieco później do sieci przeniosła się sprzedaż na przykład w segmencie odzież i obuwie, ale wraz z luzowaniem ograniczeń, znaczna część ruchu wróciła do sklepów stacjonarnych.Czy w pandemii centra są handlowe zmiana obrotów– Zmiany zachowań zakupowych Polaków dokonują się od dłuższego czasu. Jeszcze przed pandemią obserwowaliśmy przesunięcie zakupów w stronę online, a klienci stawali się coraz bardziej wielokanałowi. Z naszego badania wynika jednak wyraźnie, że nie wszystkie branże cieszą się zwiększoną popularnością w sieci. O ile klienci coraz częściej wybierają ten kanał do zakupu elektroniki czy sprzętu AGD, to zakupy w kategorii odzież czy produkty spożywcze wciąż w dużej mierze pozostawiają w tradycyjnych kanałach sprzedaży. Kupujący z jednej strony cenią sobie bowiem możliwość osobistego wyboru, oglądania, mierzenia, jak również dostępności produktu „od ręki” bez konieczności czekania na przesyłkę. Inną kwestią w czasie pandemii pozostawało to, czy Polacy komfortowo czuli się w centrach handlowych, ale z innych naszych badań wynika, że obiekcje w tej kwestii miał jeden na trzech Polaków, co w porównaniu z mieszkańcami krajów Europy Zachodniej wyglądało zdecydowanie bardziej optymistycznie – mówi Łukasz Wojciechowski, Partner, Lider Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich w EY Polska.

Pandemia odmieniła również przyzwyczajenia dotyczące aktywności zakupowej na przestrzeni poszczególnych dni tygodnia. O ile wcześniej można było obserwować, że rosła ona z każdym dniem tygodnia, osiągając najwyższy poziom w sobotę, o tyle sytuacja lockdownu zmitygowała te różnice i można mówić niemalże o równomiernym rozłożeniu wizyt w centrach handlowych na poszczególne dni.

– Po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele, zakupy (na które najchętniej przeznaczaliśmy dwa weekendowe dni) zostały w dużej mierze przesunięte na sobotę. Szczególnie powszechnie odwiedzane były w tym czasie outlety i parki handlowe. Z naszych danych dotyczących odwiedzalności centrów handlowych wynika, że w czasie lockdownu i po nim równie chętnie odwiedzaliśmy obiekty handlowe w każdym innym dniu tygodnia. Widać jednak, że udział sobót ponownie rośnie, co pozwala wnioskować że odwrócenie tego zjawiska było jedynie tymczasowe i mogło być spowodowane bardziej elastycznym czasem pracy czy zdalnym nauczaniem – mówi Marcin Guziński, Dyrektor Operacyjny Top-Key.

Zmiany widać było również w danych dotyczących czasu spędzanego w obiektach handlowych. O ile przed lockdownem, średnio w centrach handlowych odwiedzający spędzali 60 – 70 minut, to w okresie największych obostrzeń było to już tylko 40 – 45 minut. Po zniesieniu ograniczeń klienci znów chętniej przebywają w centrach handlowych, spędzając tu nawet więcej czasu niż przed pandemią – średnio w sierpniu i wrześniu było to 75 minut.

Raport EY „Czy w pandemii centra są handlowe? Analiza obrotów, odwiedzalności i ich wzajemnych zależności w centrach handlowych w Polsce” powstał na podstawie analizy danych Mastercard i Top-Key dla ponad 130 obiektów handlowych w całej Polsce, o łącznej powierzchni najmu ponad 3 mln mkw, czyli stanowiących około 1/4 podaży nowoczesnej powierzchni handlowej. W badanej próbie reprezentowane były wszystkie rodzaje obiektów: od centrów convenience, przez outlety i parki handlowe, po centra handlowe najwyższych generacji. Analizą objęte zostały wskaźniki obrotów i odwiedzalności obiektów handlowych w okresie od początku 2020 roku do końca sierpnia.

GLS Poland uruchamia trzy nowe filie

Firma kurierska uruchamia trzy nowe filie – pod Starogardem Gdańskim, na północ od Warszawy w miejscowości Różan koło Ostrołęki oraz w Wodzisławiu Śląskim. GLS Poland dostosowuje swoją infrastrukturę bazową do rosnącego strumienia przesyłek i potrzeb e-commerce.

Zadaniem nowych filii jest uzupełnienie oraz dalsze wzmocnienie sieci operacyjnej firmy kurierskiej. – Lokalizacje zostały wybrane po starannej analizie. Gęsta sieć operacyjna pozwala stale usprawniać proces doręczeń i odbioru. Zależy nam na tym, by być „bliżej” klientów i sukcesywnie wzbogacać wachlarz opcji dostępnych na ostatniej mili. W kontekście rozwoju branży e-commerce jest to strategicznie ważny element nowoczesnych, czyli elastycznych usług kurierskich – mówi Małgorzata Markowska, marketing manager GLS Poland.

Dwie na północy, jedna na południu

We wrześniu otwarta została nowa filia GLS Poland w Rywałdzie, tuż obok Starogardu Gdańskiego. Obiekt ma 18 bram kurierskich, a jego przepustowość wynosi obecnie ok. 3,5 tys. przesyłek dziennie. Znajduje się w pobliżu węzła drogi krajowej 22 z autostradą A1. Oddział obsługuje okolice Malborka, Tczewa, Skwierzyny czy Elbląga, odciążając filię w Straszynie pod Gdańskiem.

Pod koniec października ruszy filia w Różanie, ok. 100 km na północ od Warszawy. Obiekt ma powierzchnię ponad 1400 m kw., został wyposażony w 31 bram kurierskich i docelowo może obsłużyć łącznie ok. 6000 paczek dzienne. Jest zlokalizowany w centralnym punkcie między filiami GLS w Warszawie, Białymstoku, Olsztynie, Ełku, Brodnicy i Płocku.

Kurierzy z oddziału w Różanie będą obsługiwali Ostrołękę, Łomżę, Przasnysz, Ciechanów czy Ostrów Mazowiecką. Filia znajduje się na skrzyżowaniu dróg krajowych DK60 i DK61, z dogodnym dojazdem do tych miejscowości. Poza tym, dzięki drodze S8, Różan jest bardzo dobrze skomunikowany z naszą regionalną sortownią w Wypędach pod Warszawą – mówi Artur Antos, dyrektor operacyjny Regionu Wschód GLS Poland.

Na początku listopada wystartuje filia w Wodzisławiu Śląskim, czyli w południowej części województwa śląskiego. Będzie dysponować 30 bramami kurierskimi. Obiekt ma pow. blisko 1000 m kw., zgodnie z prognozami w pierwszym etapie będzie obsługiwać ok. 4500 przesyłek dziennie. Przejmie część tras oddziałów w Czeladzi, Bielsku-Białej, a później odciąży też filię w Opolu. Z Wodzisławia kurierzy dotrą do Raciborza, Rybnika, Żor, Jastrzębia-Zdroju, a nawet w okolice Kędzierzyna-Koźla.

Początkowo planowaliśmy tu tylko punkt przeładunkowy, jednak potencjał tego obszaru, zwłaszcza liczba działających tu firm, a także możliwości optymalizacji kosztów operacyjnych, przekonały nas do otwarcia regularnej filii. Dodatkowo, obiekt w Wodzisławiu Śląskim można  rozbudować o kolejne 20 bram kurierskich w najbliższych latach – zapowiada Michał Dojcz, dyrektor operacyjny Regionu Południe.

Rośnie przepustowość na trasach krajowych i zagranicznych

W tym roku znacznie rozbudowana została również filia GLS w Poznaniu: teraz ma blisko dwa razy więcej bram kurierskich (jest ich 158), z 8 do 13 zwiększyła się liczba wahadłowych bram załadunkowych (z możliwością dodania kolejnych 7), więcej jest również wahadłowych bram rozładunkowych. Powierzchnia obiektu jest teraz większa łącznie o ok. 50%. Filia, działająca w tej lokalizacji od 2008 roku wraz z polską centralą firmy kurierskiej, jest dziś w stanie obsłużyć dwa razy więcej paczek niż przed rozbudową.

Obiekt jest w pełni przygotowany do tego, by w przyszłości przejąć funkcję samodzielnej sortowni regionalnej. W tym roku w poznańskiej filii GLS ruszyła też sortownia dla paczek eksportowych. Są stąd kierowane do krajów Europy Zachodniej.

Systematycznie rozbudowujemy naszą infrastrukturę bazową i optymalizujemy trasy transportu liniowego, zwiększając przepustowość sieci. Dostosowujemy się w ten sposób do rosnącego strumienia paczek, zarówno w ruchu krajowych, jak i transgranicznym – dodaje Małgorzata Markowska.

Natomiast w ubiegłym roku GLS Poland otworzył nowe filie w Tarnobrzegu, przy DK 9 łączącej  Warszawę i Rzeszów, oraz w Bielawie na Dolnym Śląsku.

Przypomnijmy, że w 2018 roku GLS Poland uruchomił swój największy oddział w Polsce, który jest w stanie obsłużyć średnio 90 tys. paczek dziennie pełni również funkcję sortowni regionalnej. Jest zlokalizowany we wspomnianych Wypędach pod Warszawą, z bardzo dogodnym dostępem do sieci autostrad i dróg szybkiego ruchu. Centralnym punktem przeładunkowym dla przesyłek krajowych i międzynarodowych jest Stryków. Wraz z sortowniami regionalnymi w Bydgoszczy, we Wrocławiu, w Wypędach łączy polską i międzynarodową sieć GLS.

Dodajmy, że GLS systematycznie, już od 10 lat, rozwija również sieć punktów nadania i odbioru Szybka Paczka/ ParcelShop (prowadzonych przez partnerów GLS). Ich liczba w całej Polsce przekroczyła 1300. W tym roku w Krakowie operator otworzył również swój drugi firmowy (tj. obsługiwany przez pracowników GLS) punkt Szybkiej Paczki. Pierwszy tego rodzaju punkt od 2019 r. działa w Poznaniu.

Grupa GLS to jeden z liderów jakości w europejskiej logistyce przesyłek. Cała sieć operatora, za pośrednictwem spółek-córek oraz partnerów transportowych, obejmuje 40 krajów, w tym  USA i Kanadę.

Krajobraz innowacyjności na świecie. Technologia remedium na kryzys

Z „Międzynarodowego Barometru Innowacji 2021”, przygotowanego przez grupę doradczą Ayming, wynika, że ankietowani z 13 krajów na świecie poważnie odczuli skutki pandemii Covid-19. Wpłynie ona przede wszystkim na wysokość planowanych budżetów na działania badawczo-rozwojowe. Tylko 62 proc. firm oczekuje ich zwiększenia w ciągu najbliższych 3 lat, co stanowi aż 12 p.p. mniej niż w roku ubiegłym. Zdaniem 69 proc. respondentów na inwestycje w B+R mogą pozytywnie wpłynąć zmiany technologiczne, a 55 proc. za motywator przy planowaniu wydatków uznaje dostęp do ulg podatkowych. Zapowiadana na przyszły rok ulga robotyzacyjna może więc stanowić nie tylko katalizator do wprowadzania innowacji w firmach w Polsce, ale wpisuje się także w oczekiwania samych przedsiębiorców.

42 proc. badanych przedsiębiorstw przeznacza na działania badawczo-rozwojowe od 1 do 3 proc. swojego budżetu, a niemal co piąte – więcej niż 3 proc. Oprócz wewnętrznego finansowania coraz powszechniejsze w skali globalnej staje się finansowanie z udziałem sektora venture capital i funduszy inwestycyjnych, które stosuje 34 proc. respondentów w porównaniu z 28 proc. rok temu. W obliczu topniejących budżetów na działania B+R z powodu Covid-19 kluczowym zadaniem dla rządów jest wzmocnienie zaufania do oferowanych przez nich programów innowacyjnych oraz ułatwienie procesu korzystania z ulg podatkowych.

Według najnowszych danych Ministerstwa Finansów, w 2019 r. ulgę badawczo-rozwojową rozliczyło w Polsce 2469 płatników PIT i CIT, co oznacza wzrost o 34 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Choć trend rok do roku jest rosnący, wciąż wiele firm nie wykorzystuje potencjału finansowego, który daje ulga B+R. Pozwala ona odzyskać część poniesionych kosztów nawet od 2016 r. dzięki złożeniu korekty, umożliwiając tym samym zmaksymalizowanie podatkowych oszczędności – komentuje Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, dyrektor Obszaru podatków i finansowania innowacji w Ayming Polska.

Ulga robotyzacyjna w służbie innowacji

Z raportu grupy Ayming wynika, że rozwój działalności badawczo-rozwojowej w firmach jest przede wszystkim kształtowany przez dostępną technologię (39 proc. odpowiedzi) oraz chęć utrzymania przewagi konkurencyjnej i przyszły popyt rynkowy (po 38 proc. wskazań). Jeśli chodzi o konieczność sięgania po najnowsze technologie, przedsiębiorcy w Polsce otrzymają na początku 2021 r. rządowe wsparcie w postaci nowej ulgi podatkowej na robotyzację. Ma ona stanowić dopełnienie obowiązującej od 2016 r. ulgi badawczo-rozwojowej, a sam mechanizm jej działania będzie podobny. Podatnicy, którzy poniosą koszty automatyzacji i robotyzacji procesów produkcji, będą mogli odliczyć je od podstawy opodatkowania niejako dwukrotnie. Raz, standardowo, jako koszty uzyskania przychodu, a drugi raz jako dodatkowe 50 proc., czyli w sumie 150 proc., co przełoży się na obniżenie należnego podatku dochodowego.

W zamierzeniu ulga robotyzacyjna ma się przyczynić do zwiększenia wydajności produkcji i obniżenia jej kosztów, dzięki czemu polska gospodarka stanie się bardziej nowoczesna i konkurencyjna. Zgodnie z danymi Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR) Polska ma dość niski współczynnik robotyzacji rozumiany jako liczba robotów przypadających na 10 tys. pracowników w przemyśle. W 2018 r. sięgnął on 44, podczas gdy średnia europejska wyniosła 114 robotów. Dla porównania, w Niemczech było to 338 robotów na 10 tys. zatrudnionych, w Słowacji – 165, a w Czechach – 135. Dobra wiadomość jest taka, że Polska jest jednym z 15 krajów na świecie, w których robotyzacja w przemyśle postępuje najszybciej. W ubiegłym roku w rodzimych firmach zainstalowano 2600 robotów. Można założyć, że wprowadzenie nowej ulgi jeszcze wzmocni ten trend – dodaje Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, dyrektor Obszaru podatków i finansowania innowacji w Ayming Polska.

Współpraca szansą na sukces

Współpraca lokalna i międzynarodowa jest jednym z czynników warunkujących sukces prowadzonych działań badawczo-rozwojowych, a także wpływa na obniżenie kosztów, co w sytuacji pomniejszonych budżetów B+R jest niezwykle ważne. Z „Międzynarodowego Barometru Innowacji 2021” wynika jednak, że liczba przedsiębiorstw współpracujących z innymi podmiotami spadła z 51 proc. w ubiegłym roku do 43 proc.
w tegorocznym badaniu. Jako powód można wskazać obawę przed utratą własności intelektualnej oraz różnice w procedurach, kulturze pracy i oczekiwaniach, które utrudniają skuteczną kooperację.

W Polsce, jeśli dochodzi do współpracy z jednostkami zewnętrznymi, są to głównie ośrodki naukowe. Rodzime firmy starają się chronić własne know-how, dlatego niechętnie podejmują wspólne działania z innymi przedsiębiorcami. Natomiast w Europie dość często mamy do czynienia z takimi kooperacjami, czego najlepszym przykładem jest sektor motoryzacyjny, w którym wymiana wiedzy odbywa się na dużą skalę. W pracach nad pojazdami autonomicznymi uczestniczą zarówno znani dostawcy, jak i młode start-upy technologiczne. Wiele małych firm postrzega dużych przedsiębiorców jako wsparcie dla swoich ryzykownych projektów, podczas gdy najwięksi rynkowi gracze widzą w start-upach sposób na pozyskanie nowych form własności intelektualnej – zauważa Marek Dalka, kierownik Działu innowacji, ulg i dotacji w Ayming Polska.

Innowacje w dobie zrównoważonego rozwoju

Zgodnie z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu, gospodarka UE ma stać się do 2050 r. niskoemisyjna, nowoczesna i konkurencyjna. Jednym ze sposobów na osiągnięcie tego celu jest rozwój zrównoważonych innowacji, które mają chronić środowisko naturalne. Dla respondentów Ayming zrównoważony rozwój jest obecnie trudnym kompromisem pomiędzy przestrzeganiem nowych przepisów a zachowaniem rentowności i konkurencyjności. Europejskim prymusem w zakresie wprowadzania zrównoważonych innowacji okazuje się Portugalia, w której największy odsetek przedsiębiorców przeznacza ponad 50 proc. swojego budżetu na projekty z tego zakresu. W ujęciu globalnym najpopularniejszym czynnikiem napędzającym zrównoważone innowacje jest chęć poprawy wyników finansowych – wskazało go 43 proc. ankietowanych.

Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzająca w Ayming Polska
Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzająca w Ayming Polska

– Dla przedsiębiorców w Polsce presja na realizację projektów dotyczących zrównoważonych innowacji ma przede wszystkim trzy źródła. Po pierwsze, bierze się ze strony klientów, którzy są coraz bardziej świadomi ekologicznie i doświadczają skutków zmian klimatu, chcąc je minimalizować. Po drugie, wypływa ona
z wartości, jakie firma sama wyznaje, gdyż nierzadko w biznesowym statucie znajduje się ochrona środowiska. Trzecim czynnikiem, który warunkuje rozwój zrównoważonych innowacji w Polsce, jest presja międzynarodowa związana m.in. ze strategią dotyczącą wprowadzenia gospodarki o obiegu zamkniętym –
stwierdza Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzająca w Ayming Polska.

Link do „Międzynarodowego Barometru Innowacji 2021”: bit.ly/Barometr2021

Metodologia: Podstawą raportu jest badanie przeprowadzone w maju 2020 r. wśród 330 ankietowanych – specjalistów ds. badań i rozwoju, dyrektorów finansowych, członków wyższej kadry kierowniczej i właścicieli firm – w 13 krajach:
w Belgii, Czechach, Francji, Hiszpanii, Irlandii, Kanadzie, Niemczech, Polsce, Portugalii, Słowacji, Wielkiej Brytanii, we Włoszech i w Stanach Zjednoczonych.

Tylko ¼ Polaków ufa reklamom w Internecie, a o ofertach dowiadują się z mediów społecznościowych

Wraz z rozwojem e-commerce, zmienia się też nastawienie kupujących online do reklam. Jak wynika z raportu E-zakupy w Polsce 2020, ExpertSender, siedem na dziesięć osób nie ufa lub nie ma zdania na temat reklam w Internecie. Wśród różnych form najlepiej postrzegane są spersonalizowane komunikaty (74 proc.). Ankietowani lubią otrzymywać informacje o produktach z mediów społecznościowych (43 proc.) lub e-maili (23 proc.), natomiast najbardziej nie odpowiadają im pop-upy, czyli wyskakujące okna z reklamami (32 proc.).z-ktorych-reklam-najbardziej-lubisz-dowiadywac-sie-o-produktach-ofertach-w-internecie

Wiadomości szyte na miarę e-klienta

Sklepy internetowe w coraz szerszym stopniu wykorzystują personalizację oferty i komunikacji w swoich działaniach sprzedażowych w sieci. Wyższa efektywność tego typu działań potwierdzają wyniki badania E-zakupy w Polsce 2020. Aż 70 proc. kupujących w Internecie  stwierdziło, że dostosowana do ich potrzeb oferta pomaga podjąć decyzję o zakupie. Dodatkowo 74 proc. badanych stwierdziło, że chce otrzymywać przygotowaną pod kątem ich preferencji komunikację. Równocześnie tylko ponad połowa ankietowanych stwierdziła, że zgadza się na profilowanie. Terminem tym określane są działania, które pozwalają w zautomatyzowany sposób dostosować ofertę do indywidualnych potrzeb każdego klienta.

Inną kwestią, która ma duży wpływ na dostosowanie wiadomości do oczekiwań Polaków, jest udostępnianie własnych kont innym osobom. W takim wypadku mechanizm, który zdążył już poznać zachowania zakupowe e-klienta najczęściej otrzymuje sprzeczne informacje, przez co trudniej jest mu odpowiednio dostosować ofertę. Co prawda 57 proc. ankietowanych stwierdziło, że tego nie robi, jednak z drugiej strony 42 proc. deklaruje, że na pewno udostępnia swoje konta lub co zaskakujące nie ma pewności czy to robi czy nie.

Polacy nie ufają reklamom w InterneciePolacy nie ufają reklamom w Internecie

Prawie połowa ankietowanych twierdzi, że nie ufa reklamom, a ¼ deklaruje, że nie ma pewności w kwestii tego, czy należy im wierzyć. Zdaniem ankietowanych najczęściej informacje o produkcie lub usłudze docierają do nich z mediów społecznościowych. Taką odpowiedź zaznaczyło, aż ¼ z nich. Polecenia od znajomych wskazała ⅕ badanych, a  polecenia od innych użytkowników wskazało 13 proc..

Jako ulubiony kanał otrzymywania informacji marketingowych w Internecie 43 proc. ankietowanych wskazało media społecznościowe. Dodatkowo dla połowy wszystkich badanych ważne jest by e-sklep prowadził tam komunikację. Na kolejnych pozycjach z wynikiem 25 proc. wskazań znalazły się e-maile, a inne formy reklamy internetowej wskazało 16 proc..

Badani wskazali też te formy, których nie lubią. Najczęściej zaznaczaną opcją były wyskakujące reklamy typu pop-up to prawie ⅓, a także SMS dla ¼ odpowiedzi.

SMS jest jedną z najbardziej osobistych form komunikacji. Telefon głównie wykorzystujemy do kontaktu z rodziną czy znajomymi i przez to znacznie łatwiej jest podać e-sklepowi do kontaktu adres e-mail niż numer telefonu. To wszystko powoduje, że SMS-y, choć są chętnie otwierane przez Polaków, nie są przez nich lubiane. – mówi Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender

Większość Polaków korzysta z programów lojalnościowych w internecie

programy lojalnościoweProgramy lojalnościowe coraz częściej wykorzystywane są w Internecie. E-sklepy w ten sposób starają się zatrzymać obecnych klientów lub pozyskać nowych, a także, by lepiej ich poznać. Klienci chętnie oszczędzają w ten sposób. Aż 62% badanych stwierdziło, że zbiera wirtualne naklejki, pieczątki czy punkty podczas zakupów w e-sklepach. To oznacza, że tylko 1/3 osób nie uczestniczy w Internetowych programach lojalnościowych.

Zaangażowanie społeczne

Warto wspomnieć też o odpowiedzialności społecznej e-sklepów. Duże firm wykorzystują działania CSR (ang. corporate social responsibility), czyli społecznej odpowiedzialności biznesu, do celów komunikacyjnych. Natomiast te mniejsze działają głównie lokalnie, co widoczne jest szczególnie teraz, w czasie pandemii. W obu przypadkach e-sklepy przekonują klientów, zdobywając ich przychylność i jednocząć się przy wspólnym celu. Patrząc na odpowiedzi respondentów, taka taktyka może być skuteczna, dla aż 60 proc. ankietowanych takie zaangażowanie e-sklepu jest ważne.

Urząd Patentowy ułatwi zmianę danych w rejestrach

  • Urząd Patentowy przychylił się do propozycji Konfederacji Lewiatan, aby stworzyć jeden formularz (wniosek) o zmianę danych w rejestrach przez niego prowadzonych.
  • Dzięki temu możliwa będzie równoczesna aktualizacja danych właściciela wszystkich dóbr niematerialnych (znaków towarowych, wzorów przemysłowych, wzorów użytkowych, patentów na wynalazki), przy wprowadzeniu jednej opłaty urzędowej.

– Cieszymy się, że Urząd Patentowy z życzliwością potraktował naszą propozycję i zapowiada stworzenie jednego formularza (wniosku) o zmianę danych w rejestrach. W takim formularzu możliwe byłoby wpisanie listy konkretnych dóbr oraz byłaby sposobność wniesienia jednej opłaty urzędowej. Mamy nadzieję, że zgodnie z zapowiedzią będzie to możliwe dzięki planowanej na rok 2021 nowelizacji ustawy Prawo własności przemysłowej – mówi Elżbieta Dziuba, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Obecnie jest wymóg złożenia do Urzędu Patentowego wniosku o zmianę danych właściciela konkretnego dobra niematerialnego oddzielnie dla każdego z nich. Dodatkowo, za konieczne przyjęto dołączenie dowodu uiszczenia opłaty urzędowej jednorazowo w przypadku każdego z praw własności intelektualnej.

Mechanizm ten jest uciążliwy, przede wszystkim dla dużych przedsiębiorstw, które niejednokrotnie zmuszone są do częstych aktualizacji danych właściciela praw własności intelektualnej, co skutkuje multiplikacją wymaganych wniosków oraz załączników.

Pakiet danych zza oceanu

Oczekiwanie na wybory prezydenckie to jedno, ale warto też spojrzeć na publikowane dane makroekonomiczne za oceanem. Dzieje się tam ostatnio całkiem sporo a niewykluczone, że stan gospodarki może być mocnym finiszem tej kampanii.

Dane zza oceanu

W piątek poznaliśmy zmianę sprzedaży detalicznej w USA. Rosła ona o 1,9%, teoretycznie niewiele, ale spodziewano się 0,7% wzrostu, zatem można to uznać za sukces. Słabiej wypadła za to produkcja przemysłowa, która wbrew oczekiwanemu wzrostowi o 0,5% spadła o 0,6%. Wraz ze spadkiem produkcji spadło oczywiście wykorzystanie mocy produkcyjnych. Żeby było jeszcze trudniej interpretować te wyniki, po wszystkim pojawił się lepszy od oczekiwań wynik raportu Uniwersytetu Michigan. Dane te odbiły się zwiększoną zmiennością na dolarze, jednakże nie spowodowały większych zmian kursu po uspokojeniu rynku.

Dane z polskiego rynku pracy

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat przeciętnego zatrudnienia i wynagrodzeń w kraju. Wynagrodzenia rosną o 5,6%, co jest wynikiem o 1,1% lepszym od oczekiwań. W rezultacie przeciętna pensja brutto w przedsiębiorstwie zatrudniających minimum 10 osób wynosi obecnie 5371,56 zł. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że zatrudnienie jest niższe niż w zeszłym roku o 1,2%, to wyższy spadek niż oczekiwano. Patrząc na wpływ pandemii w innych krajach można to uznać za zupełnie przyzwoity wynik. Nie zmienia to faktu, że złoty jest obecnie ponownie w odwrocie.

Chiny znów się rozpędzają

Poranne dane Chin powoli przypominają nam starą normę. PKB nie osiągnęło, co prawda, zakładanego poziomu 5,2% wzrostu, ale 4,9% robi solidne wrażenie. Produkcja przemysłowa rośnie o 6,9%, a sprzedaż detaliczna o 3,3%. Te dane z kolei przebiły oczekiwania.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Anwim S.A. przejmie stacje eMILA

Anwim S.A., właściciel marki MOYA, podpisał z BM Reflex Sp. z o.o. Sp. K. umowę przyrzeczoną, dotyczącą zakupu części sieci stacji eMILA i tym samym rozpoczął proces włączania ich do swojej sieci stacji paliw.

Anwim S.A. przejmie stacje eMILA rozlokowane w dużych miastach Polski (m.in. w Gdańsku, Gdyni, Lublinie, Wrocławiu, Poznaniu, Toruniu, Szczecinie czy w Łodzi). Proces przejęcia stacji paliw rozpocznie się w  listopadzie br., a zakończy w lutym 2021 r. Kolejnym krokiem będzie rebranding stacji eMILA na niebieskie barwy MOYA.

MOYAAnwim S.A. jest jedną z największych firm sektora paliwowego w Polsce. Pod marką MOYA działa obecnie niemal 270 stacji paliw. Stacje sieci MOYA oferują pełną gamę usług od sprzedaży paliwa, przez własny koncept kawiarniano-gastronomiczny Caffe MOYA, sklep, aż po myjnie i ofertę MOYA Firma kierowaną do klientów biznesowych. Wszystkie stacje działające w ramach sieci spełniają jednolite standardy obsługi i jakości. Gwarancją jakości paliwa na stacjach w barwach MOYA jest niezależny program badania paliw – TankQ.

PINK opublikował dane dotyczące rynku biurowego w Warszawie w III kw.

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) publikuje zagregowane dane dotyczące warszawskiego rynku najmu powierzchni biurowych w trzecim kwartale 2020 roku. Źródłem danych są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers International, Cresa, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills), a informacje dotyczą zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych projektów oddanych do użytku, wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

  • Na koniec września 2020 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosły około 5 822 400 m kw.
  • W III kwartale 2020 roku na stołeczny rynek dostarczono około 131 500 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej w sześciu projektach. Największym z nich był kompleks The Warsaw HUB oferujący w dwóch budynkach łącznie 89 000 m kw. oraz budynek Biura przy Warzelni (24 000 m kw.), oba zlokalizowane w strefie Centrum. Ponadto na rynek dostarczono 11 900 m kw. powierzchni biurowej w strefie Jerozolimskie – The Park 7 (10 000 m kw.) oraz Bolero Office Point II (1900 m kw.). Kolejnymi budynkami były oddany w strefie Mokotów Kolonia Sielce Office (2600 m kw.) oraz biurowiec Kosmatki 8 (4000 m kw.) w strefie Wschód.
  • Na koniec III kwartału br. w Warszawie wskaźnik pustostanów osiągnął wartość 9,6% (wzrost o 1,7 pp. w porównaniu z poprzednim kwartałem i wzrost o 1,4 pp. w odniesieniu do porównywalnego okresu w 2019 roku). Dostępność powierzchni biurowej wynosiła 559 200 m kw. W strefach centralnych współczynnik pustostanów wyniósł 8,4%, natomiast poza centrum miasta sięgnął 10,4%.
  • W pierwszych trzech kwartałach 2020 roku popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe osiągnął prawie 447 500 m kw., w tym szczególnie wysoką aktywność najemców zaobserwowano w II kw. tego roku – ponad 195 400 m kw. wynajętej powierzchni biurowej. Natomiast w III kwartale odnotowano najniższą aktywność najemców w wysokości 113 200 m kw. Największym zainteresowaniem cieszyły się niezmiennie strefy Centrum oraz Mokotów.
  • W okresie od lipca do końca września 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom – 47,9% (włączając umowy przednajmu). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 47,6% zarejestrowanego popytu, a ekspansje – 4,5%.
  • Największymi transakcjami III kwartału 2020 r. były renegocjacje, podpisane przez między innymi: Medicover (6200 m kw.) w Equator II, Santander (5500 m kw.) w Atrium 2, poufnego najemcę w Biurach przy Willi (ponad 5300 m kw.) i DLA Piper (5300 m kw.) w budynku Atrium 2.

Browar Za Miastem ruszył z budową browaru w Wielkopolsce. Na crowdfundingowym koncie ma już 1,7 mln zł

Już blisko 350 inwestorów przekonał Browar Za Miastem do inwestycji w nowy browar, który powstaje w miejscowości Rumianek koło Poznania. Po miesiącu trwającej nadal emisji crowdfundingowej spółka zgromadziła 1,7 mln zł wpłat. To 40 proc. celu oferty akcji, który wynosi 4,18 mln zł. Pierwsze piwa zostaną uwarzone we wrześniu 2021 r. Nowatorską technologią ich produkcji na bazie składników „Superfood” interesują się klienci w Europie, USA i Azji. Firma pochwaliła się wizualizacjami obiektu i zdjęciami z placu budowy.[1]

W gminie Tarnowo Podgórne w powiecie poznańskim ruszyła budowa innowacyjnego zakładu Browar Za Miastem, który będzie w stanie produkować 30 tys. hektolitrów piwa. To około 6 mln butelek rocznie. Będzie to piwo o niespotykanych w skali świata właściwościach.

Patent na innowacje

W browarze spółka będzie warzyć piwa rzemieślnicze według autorskich receptur. Wśród nich znajdą się piwa produkowane w oparciu o nowatorską technologię z wykorzystaniem surowców zaliczanych do kategorii tzw. „Superfood”. – Innowacja polega na zastąpieniu tradycyjnie wykorzystywanego słodu jęczmiennego niesłodowanymi zbożami i pseudozbożami, jak orkisz, amarantus czy komosa ryżowa. W rezultacie będziemy warzyć piwa o wyższej zawartości minerałów, witamin i aminokwasów – mówi Marek Wziątek, współzałożyciel i wiceprezes spółki Browar Za Miastem.

Browar Za Miastem opracował technologię we współpracy z Politechniką Łódzką i zgłosił do ochrony patentowej. – Według opinii fachowców jest ona wyjątkowa w skali świata. Na nasze nowe, innowacyjne piwa już czekają odbiorcy w Europie Zachodniej, USA i Azji – dodaje Marek Wziątek.

Fundamenty pod piwny biznes

Projekt technologiczny browaru został stworzony przez głównego piwowara spółki, Piotra Stacheckiego, który piwa warzy zawodowo od 40 lat. Uczestniczył też w budowie i rozbudowie kilku innych browarów. Za stronę architektoniczną, tj. koncepcję obiektu, projekt budowlany i projekt wykonawczy odpowiedzialna była pracownia Ind Design Dzierżyński Wytyk Sp. J. Budowa została podzielona na dwa główne etapy.

Zakończone zostały prace ziemne oraz podbudowa budynku, a w tej chwili przygotowywane jest zbrojenie fundamentów. Stan surowy otwarty będzie gotowy na przełomie roku 2020 i 2021. Już po zakończeniu pierwszego etapu inwestycji, tj. jesienią 2021 roku obiekt będzie w pełni wyposażony i zdolny do produkcji do 10 tys. hektolitrów piwa rocznie.

Do września 2021 roku w browarze znajdzie się: warzelnia, 20 zbiorników fermentacyjno-leżakowych, pasteryzator przepływowy i linia do rozlewu w butelki. Nasz zakład będzie jednym z niewielu browarów rzemieślniczych, które mają tak nowoczesny sprzęt, jak wirówka do piwa i dobrze wyposażone laboratorium produkcji. Dzięki temu piwo będzie smaczniejsze, o wyższej jakości wyjaśnia Tomasz Brycki, współzałożyciel i prezes spółki Browar Za Miastem.

Pierwsze piwo zostanie uwarzone już w III kwartale 2021 Po zakończeniu budowy browar będzie rozlewał piwo w butelki i kegi. W drugim etapie planowane jest zwiększenie mocy produkcyjnych przez zakup kolejnych tanków fermentacyjno-leżakowych. Planowany jest także zakup linii do puszkowania. Tuż po otwarciu w browarze powstanie sklep z piwem i upominkami. Projekt zakłada również zastosowanie instalacji fotowoltaicznej dla oszczędności energii.

Wspólnicy do warzenia piwa

Całkowita wartość inwestycji w nowy zakład Browaru Za Miastem wyniesie 8,8 mln zł. Fundusze na budowę obiektu oraz urządzenia produkcyjne w kwocie ponad 2 mln zł pochodzić będą ze środków własnych. – W 2018 roku zdobyliśmy dotację unijną o wartości 1,85 mln zł, a umowę o dofinansowanie z BGK podpisaliśmy na początku 2019 roku. Mamy także zawartą umowę o kredyt inwestycyjny, który pokryje część inwestycji – wyjaśnia Tomasz Brycki.

Dodatkowe środki w kwocie 4,18 mln zł Browar Za Miastem chce zgromadzić przez emisję akcji promowaną w kampanii crowdfundingowej na platformie Crowdway.pl. Minimalna wartość inwestycji dla inwestorów indywidualnych to 330 zł. Oprócz benefitów crowdfundingowych, jak zniżki i gadżety, nowi akcjonariusze wezmą też udział w uroczystym otwarciu browaru.

Rentowność w 3 lata i apetyt na więcej

Browar Za Miastem działa od początku 2017 roku. Obaj założyciele Tomasz Brycki i Marek Wziątek, przepracowali około 20 lat w branży piwnej, w tym w Kompanii Piwowarskiej. Tomasz jest m.in. twórcą takich marek, jak Żubr i Dębowe. Zarządzał też marką Tyskie. Marek zarządzał marką Żubr i przyczynił się do jej sukcesu rynkowego.

Spółka warzy zarówno europejską klasykę (np. pilsner, pszeniczne), jak i piwa nowej fali (np. APA, Black IPA). Ich nazwy kojarzą się z miłym nastrojem i wypoczynkiem, np. Święty Spokój, Długi Weekend czy Dzień Wolny. W ciągłej sprzedaży ma kilkanaście gatunków piwa, które dostępne są w ponad 2 000 punktów sprzedaży, w tym w sieciach handlowych: Auchan, Carrefour, Duży Ben, Intermarche, Kaufland, Lidl, Stokrotka.

W 2019 roku Browar Za Miastem sprzedał 4 tys. hektolitrów piwa i zanotował 3,3 mln przychodów. Rok do roku sprzedaż wzrosła o 50 proc. (ilościowo i wartościowo). W drugiej połowie 2019 r., firma osiągnęła rentowność. – Plan na ten rok to 4 mln zł przychodów. Już w 2025 planujemy osiągnięcie rocznej wartości sprzedaży 15 mln zł i ponad 3,6 mln zł zysku netto. Od 2022 roku zamierzamy wypłacać dywidendę w przedziale od 50 do 100 proc. zysku netto – zapowiada Tomasz Brycki.

[1] Dane z 19.10.2020, godz. 11:30, www.crowdway.pl

Wystartowała kampania crowdfundingowa Browaru Brodacz

Browar Brodacz sukcesywnie realizuje strategię rozwoju, zmierzającą do budowy własnej warzelni oraz otwarcia profesjonalnej linii produkcyjnej. Zorganizowane do tej pory dwie akcje crowdfundingowe zgromadziły ponad 1500 inwestorów. Pozyskane w ten sposób środki Brodacz przeznaczył na zakup hurtowni, rozwój dystrybucji, otworzenie sklepu stacjonarnego oraz internetowego. Rozpoczęta 19 października AkcjaBroda.pl ma przynieść browarowi ponad 1 mln złotych.

Polskie Stowarzyszenie Browarów Rzemieślniczych (PSBR) szacuje, że w Polsce istnieje dziś około 260 różnego rodzaju browarów stacjonarnych oraz ponad sto działających na zasadzie kontraktowej[1]. Ich liczba, podobnie jak liczba warzonych piw stale się zwiększa. Nie zmienia tego nawet pandemia koronawirusa. Mimo że spowolnienie dotknęło całą branżę piwowarską, wiele browarów rzemieślniczych wyszło z kryzysu obronną ręką, a niektóre planują wręcz inwestycje i rozwój. Brodacz w czasie pandemii postawił na umacnianie dystrybucji oraz usługi cateringowe. Sezon letni zakończył na plusie, udowadniając odporność na rynkowe zawirowania. Przychody grupy Brodacza (browar wraz z hurtownią) zwiększyły się w tym roku o ok. 35 proc. Teraz browar spogląda w przyszłość i zaprasza inwestorów do zakupu swoich akcji.

Kontraktowcy z mocną pozycją na rynku

Trójmiejski Brodacz działa od 2015 roku. Jest jednym z najbardziej znanych browarów rzemieślniczych na Pomorzu, ale swoją dystrybucją obejmuje całą Polskę. W 2018 roku przeniósł bieżącą działalność do spółki akcyjnej utworzonej na potrzeby pierwszej emisji akcji. Od momentu założenia, browar uwarzył i sprzedał ponad pół miliona litrów piwa, a w jego portfolio znajduje się ponad 100 pozycji, prezentujących szeroką gamę stylów piwnych. Obecnie Brodacz działa na zasadzie kontraktowej – samodzielnie opracowuje receptury, ale warzy korzystając z infrastruktury podwykonawców.

– Naszym największym celem jest budowa stacjonarnego browaru oraz uruchomienie linii produkcyjnej. Fundusze na ich powstanie zbieramy poprzez akcje crowdfundingowe, ale przede wszystkim zwiększając produkcję i sprzedaż oraz rozwijając biznes, tak by generował coraz większe przychody. Przed pierwszą emisją akcji zakładaliśmy, że w ciągu dwóch lat sprzedamy 200 tys. litrów piwa. Przeliczyliśmy się – wynik ten osiągnęliśmy już po pierwszym roku – mówi Tomasz Brzostowski, prezes i założyciel Brodacz S.A.

Równolegle z produkcją, browar rozwija łańcuch dostaw i sieć dystrybucyjną, która obecnie obejmuje ponad 500 punktów sprzedaży detalicznej. Piwa Brodacza dostępne są dziś w sieciach takich jak: Carrefour, Auchan, Kaufland, Lewiatan, Merkus.

Rozwój na stabilnych podstawach

Brodacz już dwukrotnie sięgał po finansowanie społecznościowe. Zorganizowane we współpracy z platformą Beesfund emisje w 2019 i na początku 2020 roku przyniosły w sumie 1 895 700 złotych, które pozyskano dzięki zaangażowaniu 1522 inwestorów. Środki z pierwszej zbiórki browar przeznaczył na zakup hurtowni oraz rozwój dystrybucji własnej, zwłaszcza w regionie Pomorza. Dzięki drugiej akcji powstał sklep stacjonarny w Gdańsku oraz sklep internetowy.

– Emisje crowdfundingowe, zakup hurtowni, otwarcie sklepu to kolejne kroki przyjętej przez nas strategii rozwoju. Dzięki nim zdobyliśmy solidny fundament finansowy, który ułatwia nam rozmowy z inwestorami i pozwala myśleć o realizacji kolejnych planów. Od momentu przejęcia na początku 2019 roku hurtowni Chmielove, zwiększyliśmy jej przychody o 200 proc. – z 450 tys. do ponad 900 tys. złotych (stan na dzień 15.10.2020). Najmłodsze dziecko w grupie Brodacza – sklep internetowy – powstał na początku pandemii jako agregator cateringowy. Przez pierwsze 3 miesiące działania wygenerował 90 tys. zł przychodu – opowiada założyciel Browaru Brodacz.

Crowdfunding, browar, a potem giełda

Nowa emisja akcji Browaru Brodacz rozpoczęła się 19 października i potrwa trzy miesiące. Akcje pierwszej serii można kupić w cenie 120 zł za jedną. Na rynek trafi ich łącznie ponad 8 tysięcy. Planowana kwota zbiórki to 1 000 500 zł. Równolegle do emisji na stronie AkcjaBroda.pl, Brodacz będzie poszukiwał inwestora strategicznego oraz starał się o środki unijne z Kredytu na Innowacje Technologiczne. Ma to zapewnić dodatkowe finansowanie budowy browaru, którego koszty szacowane są na ok. 9,5 mln złotych. W drugiej połowie 2023 roku, najpóźniej w momencie zakończenia budowy, Brodacz planuje wprowadzenie akcji spółki do publicznego obiegu.

– Naszym głównym celem, a zarazem wielkim marzeniem jest własny browar. Chcemy uruchomić warzelnię o pojemności 3 tys. litrów, dysponującą kilkudziesięcioma tankami i osobnym budynkiem magazynowym, która dzięki panelom fotowoltaicznym i biogazownią będzie przyjazna dla środowiska i samowystarczalna energetycznie. Pierwotnie jego lokalizację planowaliśmy w Gdańsku, ale obecnie myślimy o działce na Mazurach, w okolicy mojego rodzinnego Piszu. W nowopowstałej inwestycji będziemy realizować produkcję piw Brodacza, zaprzyjaźnionych browarów kontraktowych, a także reaktywujemy lokalną markę piwa i, co bardzo ważne, wejdziemy mocniej na rynek piw i napojów bezalkoholowych – opowiada prezes Brodacz S.A., Tomasz Brzostowski.

[1] Raport z działalności browarów zrzeszonych w Polskim Stowarzyszeniu Browarów Rzemieślniczych w 2019 roku https://www.psbr.eu/raporty.php

Emisja prywatna akcji Wealthon zakończona sukcesem. Spółka zebrała 3 mln PLN

Wealthon, fintech oferujący finansowanie polskim przedsiębiorcom, pozyskał od inwestorów 3 mln zł w ramach emisji prywatnej akcji. Środki zostaną przeznaczone na rozwój nowego produktu. Doradcą przy pozyskaniu kapitału dla spółki był Dom Maklerski INC. Najbardziej rozpoznawalnym produktem spółki jest pożyczka pomostowa na spłatę zaległości w ZUS i US w celu uzyskania kredytu bankowego. Wealthon aktualnie koncentruje się na oferowaniu nowego produktu – pożyczki dla klienta biznesowego.

– Z radością i satysfakcją informujemy, że z sukcesem zakończyliśmy emisję prywatną akcji, z której  pozyskaliśmy 3 mln zł. Dziękujemy nowym akcjonariuszom za udział w emisji i za zaufanie, którym nas obdarzyli. Dołożymy wszelkich starań, aby jak najlepiej wywiązać się z ustalonych celów – informuje Aleksander Majchrzak, prezes Wealthon.

Zgodnie z celami emisji akcji, pozyskane środki zostaną przeznaczone na rozwój nowego produktu, czyli pożyczki dla przedsiębiorców, która jest już w ofercie spółki. – Pierwsze prace nad nowym projektem zostały zapoczątkowane w styczniu 2020 roku, koncept wynikał z potrzeb inwestycyjnych przedsiębiorców, dotychczas zgłaszających się do Wealthona. Po opracowaniu szczegółów, wspólnie z zespołem programistów, udało się stworzyć silnik całego projektu, czyli system przyznawania pożyczek oparty na nowatorskich algorytmach i sztucznej inteligencji. Dzięki nowoczesnym rozwiązaniom szybko weszliśmy na rynek z gotowym produktem dla przedsiębiorców – mówi Majchrzak.

Do tej pory Wealthon udzielił pożyczek pomostowych, w tym pod gwarancje PFR, o łącznej  wartości ponad 10 mln PLN. W ostatnich tygodniach do portfolio dołączyła nowa pożyczka ratalna dla przedsiębiorców. Kapitał spółki powiększony został o dodatkowe 3 mln zł w ramach emisji akcji, a spółka planuje już debiut na rynku NewConnect w 1 kwartale 2021 roku. W gronie inwestorów, Wealthon powitał Łukasza Oleka, twórcę pierwszego e-kantoru internetowykantor.pl, Francois Colombie, wieloletniego prezesa Auchan Polska oraz fundusz Innovatika.

Nowy produkt – pożyczka dla przedsiębiorców, jest najlepszą i najszybszą formą pozyskania kapitału dla osób prowadzących biznes, które nie mogły uzyskać kredytu bankowego. – Klient wpisuje w formularzu online tylko swój NIP, a system samodzielnie zaciąga dane, automatycznie łączy się z bazami typu BIK, BIG, KRD, a dzięki PSD2 z kontami bankowymi. Następnie nasze algorytmy weryfikują historię transakcji z ostatnich 12 miesięcy oraz proponują maksymalną kwotę pożyczki – tłumaczy Majchrzak.

Przyznanie pożyczki jest bardzo szybkie, wystarczy 30 minut. Wealthon nie wymaga biznesplanu ani innych dodatkowych dokumentów, wszystko odbywa się online. System automatycznie łączy się ze wszystkie potrzebnymi bazami i z kontami bankowymi aplikującego, które stanowią rzeczywiste potwierdzenie historii transakcji w przeciwieństwie do standardowych dokumentów obowiązujących na rynku kredytowym, typu KPiR, PIT. Po stronie przedsiębiorcy pozostaje tylko spłata zobowiązania.

Pojemnik na odpady w roli innowacyjnego prototypu, czyli jak obudzić w sobie innowatora?

Tworzenie innowacji to proces, na który składa się kilka kluczowych etapów. Za jeden z najważniejszych uważa się prototypowanie, które pozwala w szybki i stosunkowo niedrogi sposób przekształcić ideę w rzeczywisty, namacalny przedmiot. Prototyp to nie tylko oszczędność pieniędzy, ale też czasu i energii, bo dzięki niemu można łatwo zweryfikować oczekiwania odbiorców względem pomysłu. Jak powstają prototypy? Między innymi podczas „innowacyjnych burz mózgów”, nazywanych też warsztatami kreatywnymi, których celem jest tworzenie unikatowych produktów. Zatem, co to jest prototypowanie i dlaczego ma tak wielki potencjał? Na te pytania można odpowiedzieć, przytaczając konkretny przykład.

Warsztaty Design Sprint

W ostatnim czasie miałem przyjemność uczestniczyć w warsztatach „Projektanci Innowacji” zorganizowanych jako wspólna inicjatywa Google i Polskiego Funduszu Rozwoju. Podczas szkolenia, które odbywało się w warszawskim kampusie Google For Startups, wykorzystano metodę Design Sprint, która ukierunkowana jest na błyskawiczne stworzenie prototypu produktu czy usługi. Warsztaty miały charakter dość kameralny – brało w nich udział około trzydziestu osób, które podzielono na 5-6 osobowe teamy. Co ważne, każdy team stanowił ciekawą mieszankę osób z różnych branż i przedsiębiorstw.

Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy taki personalny „miszmasz” ma szansę powodzenia? Jak ludzie specjalizujący się w kompletnie różnych dziedzinach mają stworzyć pomysłowy prototyp i to w zaledwie kilka godzin? Drużyna złożona z freelancerów, artystów, pracowników korporacji czy inżynierów to już prawdziwy chaos. Jakby tego było mało, zostaliśmy wymieszani również pod względem charakteru, o którego określenie zostaliśmy wcześniej poproszeni. Istniało tylko jedno ograniczenie – w jednym teamie nie mogły spotkać się osoby z tej samej firmy. Podsumowując, nie miałem większych oczekiwań co do efektów końcowych.

Warsztaty z empatii

Zanim przeszliśmy do głównego tematu warsztatów, prowadzące z Google CSI: Lab zorganizowały ćwiczenia z empatii, które polegały na aktywnym słuchaniu rozmówcy. Na potrzeby ćwiczenia prowadzące podzieliły nas w pary, a następnie poprosiły jedną osobę o powiedzenie kilku zdań na swój temat. Zadaniem drugiej osoby było maksymalne skupienie się na dwuminutowym monologu, bez zbędnego przerywania i zadawania pytań. Wydaje się proste, ale tak naprawdę to spore wyzwanie. Dodatkowym utrudnieniem był zakaz korzystania w tym czasie z telefonu (notowania czy nagrywania), dlatego musieliśmy radzić sobie inaczej. Czyli słuchać.

Następnie słuchacz musiał powtórzyć wypowiedź partnera, podając jak najwięcej szczegółów, po czym opowiadający weryfikował zgodność tego podsumowania z prawdą. Później role się odwróciły i ćwiczenie zostało powtórzone, a na koniec wszyscy doszliśmy do wniosku, że mówienie było o wiele łatwiejsze niż słuchanie. Jaki był cel tego ćwiczenia? Przygotowywało nas do przeprowadzania wywiadu z klientem, którego rolę miał później odegrać jeden z członków każdej ekipy. Te krótkie warsztaty z empatii uświadomiły nam, że sztuką jest aktywne słuchanie potrzeb klienta, a nie zakładanie „w ciemno”, czego naszym zdaniem się od nas wymaga.

Rozmowa z klientem

Po rozgrzewce każda z drużyn musiała błyskawicznie określić problem, którego rozwiązania się podejmie. W moim teamie rozważaliśmy trzy opcje, z których wybraliśmy jedną – zaproponowaną przez koleżankę, która woli robić zakupy online niż w sklepie stacjonarnym, jednak nie podoba jej się procedura zwrotów. Jej zdaniem cały proces zabiera zbyt dużo czasu, generuje problem ponownego spakowania niechcianego produktu i wydruku etykiety zwrotnej. Zwróciła uwagę również na to, że ma poważny problem z przyjazdem kuriera po przesyłkę.

Muszę wspomnieć, że koleżanka spędza więcej czasu w biurze niż w domu i nie wyobraża sobie korzystania z usług firmy kurierskiej w miejscu pracy. Co prawda „klientka” nie ma problemów z odbiorem przesyłek, bo robi to za nią ochrona w jej miejscu zamieszkania, jednak zlecanie ochroniarzom nadawania paczek to już lekka przesada.

Piętnaście minut wystarczyło, abyśmy zrozumieli sedno problemu. Skomplikowana procedura zwrotów zniechęca „klientkę” do zakupów internetowych, przez co często odmawia sobie nowych butów czy ubrań. Zakupy online ceni sobie za możliwość spokojnego namysłu i bieżącego porównywania cen, jednak nie można uchronić się przed kupnem rzeczy, które po rozpakowaniu okazują za małe czy niezgodne z opisem. Niby błahostka, jednak problematyczne zwroty mogą być jedną z głównych przyczyn spadku wpływów z e-commerce.

Po przedstawieniu przez koleżankę jej punktu widzenia musieliśmy wziąć się do rozwiązania problemu. Dwie osoby przeprowadziły z nią dokładny wywiad, starając się unikać sugerujących pytań, zgodnie z otrzymanymi wcześniej wskazówkami od prowadzących. Dwie kolejne osoby zajęły się zapisywaniem odpowiedzi „klientki”, aby mieć później materiał do analizy. Po skończonym wywiadzie koleżanka opuściła zespół, dzięki czemu mogliśmy przejść do meritum.

Innowacyjna burza mózgów

Gdy tylko zobaczyłem „sticky notes” na stole, mój zapał trochę osłabł. Dlaczego? Podczas licznych warsztatów kreatywnych, w których uczestniczyłem jeszcze jako pracownik korporacji, etap pracy z żółtymi karteczkami zazwyczaj był stratą czasu. Nie mogę powiedzieć, że ich zawartość była bezużyteczna, ale nic z nich nie wynikało i wracaliśmy do punktu wyjścia. Po tych warsztatach musiałem jednak zmienić zdanie o żółtych karteczkach.

Czas uciekał, dlatego szybko wzięliśmy się do wypisywania wszystkich pomysłów, nawet tych, które części z nas mogły wydawać się głupie. Prowadzące poinstruowały każdą z grup, aby wypisała takich pomysłów w granicach 50. Po umieszczeniu karteczek na ścianie doliczyliśmy się ich około 40 i przeszliśmy do sortowania. Te same lub podobne pomysły znalazły się w jednej sekcji, a koncepcje, które budziły konsternację czy podziw dokładnie omówiliśmy.

Jakie pomysły znalazły się na karteczkach? Na przykład drony przylatujące do klienta po zwracany towar, kartony wielokrotnego użytku dla firm kurierskich czy też aplikacje o dość złożonym schemacie działania. Potem nastąpiło głosowanie, w trakcie którego każdy miał do dyspozycji trzy głosy. Po ich podliczeniu „zwycięzcą” okazał się „zwrotomat”, będący sprytnym połączeniem znanych nam paczkomatów i pojemników na odzież używaną.

Wybierając koncepcję „zwrotomatu” nie wzięliśmy pod uwagę jednej, ale jakże ważnej rzeczy – jak wykonamy nasz genialny prototyp? Nasze obawy związane były z materiałami, które udostępniali nam organizatorzy eventu. Wśród nich mogliśmy znaleźć między innymi kartki, pudełka, sznurki, spinacze i inne drobiazgi, które wcale nie ułatwiały nam zadania, zwłaszcza że musieliśmy zmieścić się w limicie czasowym. Jednak od czego ma się w drużynie człowieka z tytułem inżyniera? To właśnie on podsunął nam pomysł z wykorzystaniem stojącego nieopodal kosza do sortowania odpadów z czterema komorami. Tym samym bez większego wysiłku mieliśmy niemal gotowy projekt.

Praca nad prototypem i małe przedstawienie

Jak według naszego zamysłu ma działać „zwrotomat”? Nic prostszego – sklep udostępniający klientom usługę „zwrotomatu” musi do każdego produktu dołączać metkę oznaczoną danym kolorem i kodem kreskowym, gdzie zaszyfrowane są informacje dotyczące specyfikacji towaru oraz historia transakcji. Klient chcąc zwrócić towar nie musi go pakować czy zamawiać kuriera – wystarczy, że znajdzie „zwrotomat” i zeskanuje kod z metki, w wyniku czego jedna ze skrytek oznaczona odpowiednim kolorem się otworzy, a następnie zwracający umieści w niej przedmiot. Za zabezpieczenie towaru i zwrot do sklepu ma odpowiadać kurier. Po zamknięciu komory klient otrzymuje komunikat o pomyślnym przebiegu operacji. Ciekawym rozwiązaniem byłby również błyskawiczny zwrot pieniędzy na konto tuż po zamknięciu skrytki, co miałoby dotyczyć stałych użytkowników.

Nie pozostało nam nic innego jak przerobić pojemnik na odpady na nasz prototyp i zaprezentować go naszej koleżance. Adaptacja kosza na „zwrotomat” wymagała jedynie zaklejenia widniejących na nim symboli frakcji odpadów za pomocą karteczek samoprzylepnych w kilku różnych kolorach. Niechcianym towarem została bluza jednego z kolegów, do której przyczepiliśmy „metkę” z kodem kreskowym.

Później odegraliśmy krótką scenkę, w której jedna osoba pełniła rolę „klienta”, a druga kuriera. „Klient” rozpakował przesyłkę, przymierzył bluzę, po czym podszedł do prowizorycznego skanera umieszczonego na śmietniku, sczytał kod kreskowy i włożył ubranie do komory opróżnionego wcześniej pojemnika na odpady. Nasza koleżanka-klientka była pod wrażeniem pomysłowości całej grupy.

Stworzony przez nas prototyp „zwrotomatu” nie był wolny od mankamentów, jednak główny cel został osiągnięty – „klientka” mogła naocznie przekonać się, jak działa urządzenie. Trzeba pamiętać, że „klientką” była współuczestniczka warsztatów, a skala trudności skutecznego prototypowania wzrośnie podczas pracy z prawdziwymi klientami. To nie zmienia jednak faktu, że problem był prawdziwy i przebieg procesu tworzenia innowacji również.

Prototypowanie – przyjemne z pożytecznym

Moja grupa jako ostatnia przeszła z etapu burzy mózgów do wykonania projektu, co ostatecznie nie miało przełożenia na efekt. Dzięki nieszablonowemu tokowi myślenia naszego kolegi inżyniera stworzyliśmy godny uwagi prototyp i to nie więcej niż w pięć minut. Jesteśmy żywym przykładem na to, że dobre planowanie się opłaca.

Przebieg procesu prototypowania wydaje się ciekawą rozrywką? W gruncie rzeczy, tak właśnie uważam. Jednak najważniejszą lekcją, jaką udało nam się wyciągnąć, było to, jak w ekspresowym tempie można stworzyć innowację i poddać ją ocenie odbiorcy. Prototypowanie zatem wyrasta na bardzo ważną część generowania gotowego produktu czy usługi, pozwalającą uniknąć poważnych strat finansowych, poniesionych wskutek produkcji towaru, który „nie przyjmie się” na rynku tak, jak zakładaliśmy.

Partner technologiczny – skorzystać czy nie?

Jak już wspomniałem, bez skutecznego prototypowania trudno myśleć o prawidłowym przebiegu procesu tworzenia innowacji. Startup Development House kładzie ogromny nacisk na prototypowanie, czego byłem świadkiem pracując jako Kierownik ds. Innowacji w Siemens Financial Services i będąc częścią teamu odpowiedzialnego za stworzenie nowego produktu w sektorze leasingowym. Dzięki warsztatom Design Thinking i Design Sprint mogliśmy nakreślić schemat działania i rozwoju innowacji, jak również zweryfikować jej przydatność i atrakcyjność dla grupy docelowej przed wypuszczeniem jej na rynek.

Wielu przedsiębiorców zadaje sobie zasadnicze pytanie – czy podczas tworzenia innowacji skorzystać z pomocy partnera technologicznego, czy też zdać się na własne możliwości? Dla mnie sprawa jest jasna – ekspercka wiedza okazuje się na wagę złota. Design Sprint i prototypowanie to stosunkowo młode specjalności, których zastosowanie w praktyce wymaga niemałego zasobu wiedzy. Moje doświadczenia z kooperacji z Product Managerami i Produkt Designerami ze Startup Development House tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że bez ich udziału nie przeszlibyśmy tak gładko przez proces tworzenia Siemens SimplyLease, począwszy od prototypowania aż po wdrożenie udanej usługi.

Praca tymczasowa rozwiązaniem na kryzys

W czasach spowolnienia gospodarczego, pracodawcy niepewni co do przyszłości swoich firm obawiają się zatrudniać nowych pracowników na tzw. etat. Częściej wybierają elastyczne rozwiązania, jak np. praca tymczasowa. A jakie korzyści praca tymczasowa daje pracownikom? W jakich branżach znajdziemy dziś najwięcej ofert pracy tymczasowej?

Koronawirus wywołał ogólnoświatowe spowolnienie gospodarcze i redukcje zatrudnienia w wielu branżach. Zmienił też diametralnie rynek pracy. Pracodawcy, nie wiedząc, jak zmieni się koniunktura gospodarcza w najbliższych miesiącach oraz kondycja finansowa ich organizacji, coraz częściej wstrzymują rekrutacje stałe. W przypadku zapotrzebowania na nowych pracowników szukają bardziej elastycznych rozwiązań, takich jak praca tymczasowa. Pozwala ona utrzymać płynność bieżącej działalności i uruchomić nowe projekty, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jeszcze przed pandemią, w 2019 roku, według danych Polskiego Forum HR, w Polsce było 776 tys. pracowników tymczasowych[1]. Na początku pandemii, to oni tracili pracę w pierwszej kolejności. Jednak teraz, kiedy rynek się odbija, zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych szybko wzrasta.

 

Obserwujemy coraz większe zainteresowanie zatrudnieniem pracowników tymczasowych wśród firm. Obecnie najwięcej ofert pracy tymczasowej można znaleźć w handlu, usługach, ale też w branży produkcyjnej (automotive, energetyka) i logistycznej (obsługa magazynów, usługi kurierskie). Pracownicy tymczasowi poszukiwani są nie tylko do prac fizycznych, ale też biurowych – do działu administracji, księgowości, jako wsparcie kadrowe czy do obsługi call center. – mówi  Aneta Dyrcz, Dyrektor Regionu w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Praca tymczasowa nie tylko na czas kryzysu

Niewykluczone, że kiedy uporamy się już z koronawirusem i jego konsekwencjami gospodarczymi, praca tymczasowa będzie nadal popularnym rozwiązaniem. Z dwóch powodów – zapewnia elastyczność działania i pracodawcy, i pracownikowi.

37% pracowników tymczasowych w Polsce to osoby w wieku do 26 lat.[2]. Dla ludzi młodych, studentów, to dobry sposób na zdobycie pierwszego doświadczenia, pierwszego zarobku lub poszukiwanie swojej ścieżki zawodowej – sprawdzenia czy takie zajęcie lub branża mi odpowiada. Często zdarza się, że praca tymczasowa jest pierwszym krokiem do stałego zatrudnienia w danej firmie i zapowiedzą dłuższej kariery. Pracodawcy korzystają też coraz częściej z oferowanej przez agencje zatrudnienia usługi „Try&Hire” (sprawdź i zatrudnij). Pozwala ona na przejęcie od agencji pracownika tymczasowego w dogodnym momencie, np. gdy ustabilizuje się sytuacja w firmie lub pojawi się wakat. Wtedy przedsiębiorcy chętnie zatrudniają sprawdzonych pracowników tymczasowych na stałe.

Z kolei dla osób starszych, także tych 50+, zatrudnienie na umowę o pracę tymczasową może być sposobem na znalezienie źródła utrzymania w okresie poszukiwania stałej pracy czy sposobem na dodatkowe zasilenie domowego budżetu. Chociażby w ramach pracy dorywczej w weekendy, która staje się coraz bardziej poszukiwana przez samych pracowników.

Jakie korzyści zapewni nam praca tymczasowa?

Umowa o pracę tymczasową to nic innego, jak umowa na czas określony, z tą różnicą, że pracownik podpisuje umowę z agencją, a kierowany jest do pracy u „pracodawcy użytkownika”.  Umowa o pracę tymczasową nie ma nic wspólnego z „umową śmieciową”, jak zwykło się potocznie nazywać umowy zlecenie. Agencja zatrudnienia, z którą pracownik tymczasowy podpisuje umowę, jest zobowiązana odprowadzać za pracownika podatek, wszystkie składki i ubezpieczenie. Pracownik może korzystać z publicznej służby zdrowia i w przypadku choroby przysługuje mu zwolnienie lekarskie, chronione są również kobiety w ciąży. Przysługuje też płatny urlop w liczbie 2 dni w miesiącu, czyli 24 dni w roku bez względu na staż pracy (osobie bez stażu pracy zatrudnionej na umowie kodeksowej przysługuje 20 dni urlopu). Umowa o pracę tymczasową liczy się do stażu pracy i emerytury. Ponieważ jest to umowa na czas określony, pracownik tymczasowy ma także większe szanse na potwierdzenie swojej wiarygodności kredytowej w banku niż pracownik zatrudniony na umowę zlecenie.

Pracodawca użytkownik, u którego występuje świadczenie pracy, musi zapewnić pracownikowi tymczasowemu identyczne warunki pracy i wynagrodzenia, jak pracownikom etatowym zatrudnionym u niego na takim samym stanowisku. Z reguły, pracownik tymczasowy może też korzystać z benefitów, które oferuje pracodawca użytkownik, np. prywatna opieka medyczna, karnety do klubów sportowych czy ubezpieczenie grupowe.

Istotną różnicą pomiędzy pracą tymczasową a kodeksową jest okres wypowiedzenia. W umowie o pracę tymczasową jest on krótszy. W przypadku umowy zawartej do 14 dni, okres wypowiedzenia wyniesie 3 dni. Przy zatrudnieniu powyżej 14 dni – przedłuża się do 7 dni. Ma to swoje minusy, ale też i plusy, np. daje możliwość szybszego rozstania się z pracodawcą, jeśli praca nam nie odpowiada albo dostaliśmy lepszą ofertę. Warto też pamiętać, że agencja zatrudnienia ma w swoim portfolio bardzo różnorodne oferty i może nam znaleźć pracę u innego pracodawcy użytkownika. Niektóre firmy prowadzą rekrutacje wyłącznie poprzez agencje pracy i nie ma innego sposobu zatrudnienia w takiej firmie.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze agencji zatrudnienia

W 2019 roku widoczna była duża rotacja wśród agencji pracy tymczasowej – 2448 zarejestrowanych nowych agencji, 1882 wykreślonych[3]. I chociaż pandemia koronawirusa zweryfikowała także branżę agencji zatrudnienia, warto przeprowadzić własną weryfikację, aby finalnie podpisać umowę z wiarygodnym i doświadczonym partnerem. Na co trzeba zwrócić uwagę?

Sprawdźmy czy, oprócz wpisu do KRAZ (Krajowego Rejestru Agencji Zatrudnienia) agencja ma swoją stronę internetową, „fizyczne” biuro, do którego możemy w razie potrzeby przyjść i czy oferuje dostęp do swojego konsultanta, który w rzetelny sposób przedstawi nam ofertę pracy. Nie mniej istotna jest transparentność –  pracownik powinien otrzymać na piśmie umowę o pracę, warunki pracy i zatrudnienia u pracodawcy użytkownika, a także informacje o przynależnych mu prawach, także o prawie do reklamacji i jak ją ma składać. Nasz niepokój powinny wzbudzić jakiekolwiek opłaty, których żądałaby agencja. Jakiekolwiek comiesięczne składki, czy dotyczy to odzieży roboczej, czy np. kluczyków do szafek nigdy nie powinny być pobierane od pracownika.podkreśla Aneta Dyrcz, Dyrektor Regionu w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

W dobie pandemii i ponownie rosnącej niepewności, co do kondycji polskich firm i gospodarki, możemy przewidywać, że praca tymczasowa będzie coraz powszechniej stosowanym przez pracodawców rozwiązaniem. Z kolei dla osób szukających pracy, może okazać się dobrym rozwiązaniem do czasu, aż gospodarka ustabilizuje się i pracodawcy znów będą chętnie zatrudniać na stałe.   

[1] Polskie Forum HR: Raport 2020 „Rynek agencji zatrudnienia”

[2] Polskie Forum HR: Raport 2020 „Rynek agencji zatrudnienia”

[3] Polskie Forum HR: Raport 2020 „Rynek agencji zatrudnienia”

Co może zrobić przedsiębiorca, jeśli nie otrzyma płatności za fakturę w umówionej walucie?

Otwarta pozycja walutowa po stronie klienta, której fizyczne rozliczenie nie jest możliwe, nie musi stać się dla firmy problemem, a co więcej – stwarza możliwość wygenerowania realnego zysku. Taką szansę dają rozwiązania wprowadzone przez TMS Kantor – fintechową usługę wymiany walut Domu Maklerskiego TMS Brokers. Jak to się robi?

– Znając potrzeby przedsiębiorców i rozumiejąc ich problemy z płynnością w przypadku nie otrzymania płatności za fakturę zdecydowaliśmy się podejść do problemu pro-biznesowo. TMS jako jedyny kantor na rynku oferuje funkcjonalności, które stanowią zabezpieczenie klienta przed ewentualnym brakiem otrzymania płatności w walucie, koniecznej do rozliczenia transakcji, co ważne bez ponoszenia kar za nierozliczenie jej w terminie. Możliwe jest to dzięki takim funkcjonalnościom jak rozliczenie SPOT+ i rozliczenie netto – tłumaczy Tomasz Stosio, Dyrektor Departamentu Płatności i Wymiany Walut w TMS Brokers.

Jak to działa?

– W TMS Kantor Premium klient ma możliwość rozliczenia zawartej transakcji netto w oparciu o aktualną cenę rynkową, bez dodatkowych kar i wpłaty kwoty wynikającej z rozliczenia transakcji. Jeśli przedsiębiorca nie posiada środków koniecznych do rozliczenia, ma możliwość zawarcia transakcji przeciwstawnej do otwartej pozycji walutowej, czego wynikiem będzie rozliczenie na podstawie wyłącznie powstałej różnicy netto. Zawarte wcześniej transakcje ulegają wówczas zamknięciu, a ewentualny zysk z tytułu rozliczenia netto zostanie przelany przez TMS Brokers na wskazany rachunek klienta jeszcze tego samego dnia – tłumaczy Tomasz Stosio.

Czym jest przesunięcie daty rozliczenia SPOT+?

Alternatywą do rozliczeń NETTO, która umożliwia utrzymanie otwartej pozycji walutowej jest przesuniecie daty rozliczenia. W przypadku, gdy przedsiębiorca wie, że środki za płatności w walucie finalnie trafią na jego rachunek z opóźnieniem, może skorzystać z dodatkowego czasu na rozliczenie zawartej z TMS Brokers transakcji.

– Rozliczenie SPOT+ to całkowicie bezpłatna usługa kierowana do osób i firm, których celem jest rozliczenie transakcji walutowej w dacie dalszej niż SPOT (2 dni robocze od daty zawarcia transakcji). W przypadku braku możliwości wpłaty środków pod rozliczenie danej transakcji w terminie, klient otrzymuje dodatkowe 2 dni robocze na zlecenie przelewu do TMS Brokers po zabezpieczonym wcześniej kursie transakcji – tłumaczy Stosio i podaje przykład: jeśli przedsiębiorca zawarł transakcję sprzedaży 10 000 EUR (otrzyma 44 000 PLN) po 4,40, a wciąż nie posiada środków do jej rozliczenia, może skorzystać z rozliczenia SPOT+. W dacie rozliczenia transakcji zawiera dwie nowe transakcje, pierwsza przeciwną, czyli kupna 10 000 EUR po kursie 4,39 (zapłaci 43 900 PLN), a drugą sprzedaży 10 000 EUR również po kursie 4,39 (otrzyma 43 900 PLN). Klient zakupił EUR po cenie 4,39, więc różnica kursowa wyniosła 100 bp. W tym momencie różnica kursowa 100 bp., czyli 100 zł przelewana jest na wskazane przez klienta konto bankowe, a druga – nowa – transakcja z kursem 4,39 będzie rozliczona w dacie SPOT. Tym sposobem klient otrzymał 100 zł tytułem różnicy kursowej, a w dacie SPOT za sprzedane 10 000 EUR otrzyma kolejne 43 900 PLN co sumarycznie zabezpieczyło pierwotny kurs 4,40.

Czy to wszystkie dostępne rozwiązania na platformie transakcyjnej?

– TMS Kantor Premium to najbardziej zautomatyzowana platforma walutowa na rynku, która jest w pełni elastyczna i dopasowana do potrzeb klientów. Platforma daje dodatkowe możliwości dzięki realizacji koncepcji otwartej bankowości (ang. open banking): integrację przy użyciu protokołu API umożliwiającą TMS Brokers błyskawiczną komunikację pomiędzy usługami, a bankiem klienta, co przyspiesza rozliczenia transakcji oraz umożliwia wprowadzanie kolejnych rozwiązań w oparciu o licencję Krajowej Instytucji Płatniczej. Stworzyliśmy zatem rozwiązanie nie tylko do wymiany waluty po najlepszych dostępnych kursach, ale pośrednio także do zarządzania swoją pozycją walutową, uzależnioną od przyszłych terminów płatności – tłumaczy Tomasz Stosio, Dyrektor Departamentu Płatności i Wymiany Walut w TMS Brokers.

Należy pamiętać, że kodeks cywilny mówi jasno – jeśli w umowie ustalono wartość świadczenia w walucie obcej, ale nie poczyniono uzgodnień co do waluty, w jakiej zapłata (lub jej równowartość) powinna rzeczywiście nastąpić, to dłużnik będzie miał prawo wyboru.

– Przedsiębiorca powinien wprowadzić zapisy w umowach, z których wynika, że zapłata również nastąpi w określonej walucie obcej, inaczej wystawia się na zwiększone ryzyko kursowe. Czy mimo to, można ten problem przekuć w zysk? Z TMS Kantor Premium można! – mówi Stosio.

Pod wpływem pandemii Polacy mogą na dobre ograniczyć wizyty w oddziałach banków

Z powodu pandemii Covid-19 Polacy zdecydowanie ograniczyli wizyty w oddziałach banków i chętniej korzystają z usług bankowości elektronicznej i mobilnej, wynika z najnowszego badania firmy doradczej Bain & Company. Zmiany preferencji klientów detalicznych oznaczają, że banki muszą położyć większy nacisk na rozwój procesów w kanałach wirtualnych i monitorować poziom satysfakcji klientów.

Podczas pandemii niemal połowa Polaków (49 proc.) zupełnie zrezygnowała lub zmniejszyła ilość wizyt w oddziałach. Pod tym względem Polska jest w zdecydowanej czołówce, a wyprzedza ją jedynie Brazylia, gdzie 65 proc. klientów zaniechała wizyt w bankach oraz Wielka Brytania, gdzie banki przestało odwiedzać 55 proc. klientów. Dla ośmiu przebadanych przez Bain & Company krajów średnia wyniosła 41 proc. Co ciekawe, we Włoszech, gdzie pandemia uderzyła wyjątkowo mocno – z bezpośrednich kontaktów z bankami zrezygnowało jedynie 16 proc.

Zdaniem ekspertów Bain & Company dane te pokazują, że o ile część klientów po prostu odłożyła w czasie fizyczny kontakt z placówką, to jednak duża grupa wybrała kontakt zdalny. W Polsce ponad jedna czwarta ankietowanych deklaruje, że zaczęła częściej korzystać z usług bankowości elektronicznej i mobilnej. Ta grupa twierdzi też, że w przyszłości będzie nadal korzystać z cyfrowych kanałów dostępu.

Teraz kluczowe pytanie dotyczy tego, czy pandemia w sposób trwały zmieniła zachowanie klientów i nie powrócą oni do starych zwyczajów, kiedy sytuacja wróci do normy. Aby na nie odpowiedzieć banki muszą bacznie obserwować czy oferta produktów i usług dostępnych zdalnie satysfakcjonuje klientów, na przykład stale badając NPS (Net Promoter Score). Z naszych badań wynika, że jeżeli klienci będą zadowoleni z jakości obsługi w kanałach zdalnych, to duża część z nich nie będzie chciała wracać do wizyt w placówkach – powiedział Marcin Szczuka, Młodszy Partner w Bain & Company.

Wzrost zainteresowania bankowością elektroniczną i mobilną kosztem wizyt w oddziałach wymaga więc od banków położenia większego nacisku na rozwój zarówno procesów obsługowych jak i sprzedażowych w kanałach wirtualnych.

Z naszych wcześniejszych badań wynika, że choć Polacy w znacznym zakresie wykorzystują Internet do wyszukiwania produktów i usług finansowych, to często nie są w stanie sfinalizować zakupu takiego produktu lub usługi bez konieczności fizycznej wizyty w oddziale. Niektóre banki dokonały znacznego postępu w tym zakresie poprzez umożliwienie wykorzystania kanałów zdalnych, ale dla większości pozostaje to istotny problem, z którym będą musiały się jak najszybciej zmierzyć – dodał Marcin Szczuka.

Wywołane pandemią zmiany w zachowaniach klientów detalicznych wymagają też od banków dalszej analizy sieci placówek i funkcji jakie pełnią w modelu biznesowym danej instytucji finansowej. Polskie banki od dłuższego czasu ograniczają rozmiary stacjonarnej sieci sprzedaży, co ma związek z rozwojem bankowości cyfrowej, konsolidacją sektora i presją na zmniejszanie kosztów działalności. Na koniec sierpnia liczba oddziałów i innych placówek obsługi klienta wyniosła nieco ponad 12 tys. i była o 3 proc. niższa niż rok wcześniej.

Jednak jak zwracają uwagę eksperci Bain & Company, banki nie powinny koncentrować się tylko na wielkości sieci detalicznej, ale również na jej lokalizacji. Pandemia pokazała, że nie wszystkie placówki zostały dotknięte w ten sam sposób. Wzrost odsetka osób pracujących zdalnie sprawił, że zwiększyło się natężenie ruchu w placówkach zlokalizowanych w dzielnicach mieszkaniowych i na peryferiach dużych miast, natomiast klienci detaliczni rzadziej odwiedzają placówki położone w centrach i dzielnicach biurowych.

Sieć 5G: Lepsza łączność nowym celem hakerów

Trwa wyścig o to kto pierwszy wdroży technologię 5G. Założenia w Unii Europejskiej są ambitne – do końca 2020 roku mają być uruchomione programy pilotażowe 5G we wszystkich państwach członkowskich. Do 2025 roku 5G ma być dostępna wzdłuż wszystkich szlaków komunikacyjnych. Jednak co z bezpieczeństwem superszybkich sieci?

Technologia 5G zapewnia niezrównaną szybkość transmisji oraz charakteryzuje się bardzo niskim opóźnieniem, co otwiera drzwi do nowej ery natychmiastowej, zawsze dostępnej łączności między różnymi systemami. Wszystkie te cechy umożliwią szeroki zakres zastosowań usług i urządzeń, które mają na celu uczynienie naszego życia łatwiejszym, wydajniejszym, zdrowszym czy bezpieczniejszym.

Stawka jest wysoka, więc nic dziwnego, że firmy i rządy na całym świecie ścigają się, aby wdrożyć sieci i rozwiązania 5G jako pierwsi. Jest jednak haczyk – ostrzegają eksperci firmy Check Point. Całkowicie skomunikowany świat obiecany przez 5G daje również cyberprzestępcom i narodowym oddziałom hakerskim nieskończone możliwości przeprowadzania cyberataków, a co za tym idzie powodowania zakłóceń, szkód, a nawet śmierci, poprzez celowanie w tę wszechobecną łączność.

– Stany Zjednoczone pracują nad strategią bezpiecznego wdrażania nowych technologii „Secure 5G and Beyond”, która przewiduje asystę także dla sojuszników – podkreśla Mirosław Maj, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń w rozmowie z PR24.

Zastosowanie 5G obejmie pojazdy autonomiczne, telemedycynę, inteligentne rolnictwo, inteligentną produkcję i wiele innych gałęzi gospodarki. Dziesiątki miliardów urządzeń będzie połączonych przez 5G, umożliwiając monitorowanie w czasie rzeczywistym praktycznie wszystkiego: od lokalizacji Twojego kota, po kontrolę urządzeń medycznych. Samochody i ciężarówki będą mogły komunikować się ze sobą w celu nawigacji w czasie rzeczywistym, unikając wypadków czy korków. Telemedycyna i chirurgia zdalna staną się bardziej rozpowszechnione. Automatyzacja i szersze zastosowanie robotów staną się powszechne w wielu różnych branżach. Przewiduje się, że rewolucja przemysłowa możliwa dzięki 5G wesprze dodatkowe 12 bilionów dolarów światowej produkcji gospodarczej w ciągu następnych 15 lat!

5G – ryzykowny interes?

Obawy dotyczące bezpieczeństwa 5G nie są przesadzone, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę rodzaje szkodliwych ataków i exploitów, które widzieliśmy w ciągu ostatnich trzech lat, jeszcze przed wprowadzeniem powszechnej sieci 5G. Do najbardziej głośnych przykładów należy atak hakerskiego oprogramowania ransomware na niemiecki szpital, który spowodował wyłączenie systemów przyjęć i rejestrów pacjentów i śmierć pacjenta. W 2020 roku hakerzy dokonali również włamania do izraelskiej stacji uzdatniania wody w celu dodania dodatkowej ilości chloru do wody pitnej, aby uczynić ją toksyczną. Głośno było o działaniach hakerów, którzy pokazali, jak można zdalnie przejąć samochody i kontrolę nad nimi. W końcu świat obiegły informacje o udanych atakach na domowe urządzenia IoT (Alexa), gdzie w inteligentnych żarówkach, wykryto poważne luki w zabezpieczeniach, pozwalające hakerom szpiegować użytkowników lub kontrolować inne urządzenia domowe.

Jakie są konkretne wyzwania związane z bezpieczeństwem sieci i urządzeń 5G? Silniejsze szyfrowanie danych 5G i lepsza weryfikacja użytkowników sieci to niewątpliwy postęp w porównaniu z technologią 4G, jednak niesie on ze sobą również nowe zagrożenia. Wyzwania związane z bezpieczeństwem dotyczą dwóch głównych obszarów: braku kontroli dostępu i widoczności zagrożeń oraz łatwo dostępne, podatne na ataki urządzenia – dziesiątki miliardów inteligentnych urządzeń będzie podłączonych do sieci 5G, jednak tylko niewielki ułamek z nich będzie miał jakiekolwiek zabezpieczenia poza hasłem. Wspomniane wcześniej przykłady pokazują, jak łatwo te urządzenia można przejąć i wykorzystać do szpiegowania lub przeprowadzania ataków.

Badania firmy Check Point wykazały, że 90% organizacji ma w swoich sieciach niezatwierdzone, ukryte urządzenia IoT, w wielu przypadkach połączone bez wiedzy zespołów IT lub bezpieczeństwa.

Chociaż 5G zrewolucjonizuje łączność i komunikację, będzie również bardziej podatne na ataki w porównaniu z istniejącymi sieciami. Powstaje więc pytanie, w jaki sposób organizacje zabezpieczą swoje wdrożenia 5G, aby chronić się przed nowymi lukami, włamaniami i atakami, zarówno na poziomie sieci, jak i urządzenia?

Potrzebne będzie inne podejście do bezpieczeństwa. Ponieważ 5G połączy użytkowników i aplikacje w telefonach komórkowych, punktach końcowych, sieciach, chmurze i IoT, koniecznym będzie posiadanie zaawansowanej ochrony przed zagrożeniami, aby chronić wszystkie tego typu zasoby, niezależnie od ich lokalizacji. Wymaga to skonsolidowanej architektury bezpieczeństwa, która działa na wszystkich platformach i wykorzystuje ujednoliconą analizę zagrożeń, aby zapobiec przenikaniu znanych i nieznanych zagrożeń do struktury sieci. Zapewni to spójne bezpieczeństwo, jedynie będąc w pełni skalowalnym, aby radzić sobie z ogromną przepustowością zapewnianą przez 5G.

Answear.com kontynuuje dynamiczny wzrost od początku roku

Answear.com, wiodąca platforma cyfrowej sprzedaży odzieży w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, podsumowuje operacyjnie 9 miesięcy 2020 r. W tym czasie spółka kontynuowała wzrost, poprawiając kluczowe wskaźniki efektywności biznesu, w tym liczbę dokonanych transakcji, która wyniosła 1,74 mln, przy średniej wartości zamówienia 224 zł netto. Bezpośrednio przełożyło się to na zwiększenie sprzedaży. W połowie września br. Answear.com złożył prospekt emisyjny do zatwierdzenia przez Komisję Nadzoru Finansowego. Spółka liczy na debiut do końca 2020 r.

– Minione 9 miesięcy było nietypowym okresem sprzedażowym, ze względu na sytuację epidemiczną na świecie, w tym rynkach, na których jesteśmy obecni. W tym czasie nastąpiła fundamentalna zmiana nawyków zakupowych – klienci jeszcze bardziej docenili możliwość zakupów za pośrednictwem Internetu, bez wychodzenia z domu.  Podczas gdy tradycyjne sklepy zostały przez pewien okres całkowicie wyłączone ze sprzedaży, my byliśmy w stanie realizować naszą strategię i sprzedawać produkty. Już teraz widzimy, że nie były to zmiany chwilowe, a nastąpiła trwała ewolucja zachowań konsumenckich. – komentuje Krzysztof Bajołek, prezes zarządu Answear.com

Answear.com w okresie styczeń-wrzesień 2020 r. odnotował 1,74 mln transakcji, co oznacza wzrost o 23 proc. r/r. Średnia wartość zamówienia urosła r/r o 6 proc. i wyniosła 224 zł netto. Zwiększył się także poziom konwersji do 1,81 proc, co przełożyło się na wzrost sprzedaży on-line o29% r/r.

Poprawiliśmy nasze kluczowe wskaźniki biznesu, co jest zasługą przede wszystkim efektywnego dostosowania oferty produktowej oraz lepszego dopasowania oferowanych cen sprzedaży. Cieszy nas fakt, iż umacniamy się na wszystkich rynkach, na których jesteśmy obecni. Trend ten widoczny był już w ubiegłym roku i przełożył się na uzyskanie rentowności. W tym roku kontynuujemy rozwój sprzedaży, pracując również nad rentownością. Warto podkreślić, iż stale zwiększamy średnią wartość koszyka, co jest wynikiem poszerzania gamy produktów z kategorii premium. – dodaje Krzysztof Bajołek.

Szeroka oferta produktowa jest jednym z kluczowych czynników dla rozwoju Spółki, dlatego obecnie Answear.com intensywnie pracuje nad jej powiększeniem i pozyskaniem nowych marek. W ostatnim czasie spółka zaczęła współpracować z kilkunastoma nowymi markami, w tym m.in.: GAP, All Saints, Hugo, Benetton, Superdray, Baldessarini, FURLA, Dr.Denim, Max&Co / Sportmax Code, Rossignol,Paul Smith, Samsonite, Emanuel Berg, Kate Spade, Burton, Elizabetta Franchi i Blauer. Część z nich dostępna jest już w sprzedaży od sezonu jesień-zima 2020, a pozostałe będą wchodzić od sezonu wiosna-lato 2021 i jesień-zima 2021.

Filarami naszego wzrostu jest szeroka oferta produktowa oraz inwestycje w marketing i budowę świadomości marki. Dlatego to jest nasz główny kierunek rozwoju. Staramy się pozyskiwać nowe marki z segmentu premium i średniej półki, które gwarantują relatywnie wysoką wartość koszyka. Prowadzimy aktywne działania marketingowe, dzięki ugruntowanej pozycji na rynku Europy Środkowo-Wschodniej korzystamy z premii wizerunkowej, która widoczna jest m.in. w postaci relatywnie niższego kosztu pozyskania klienta. Wprowadzamy jednak nowe działania, na początku przyszłego roku planujemy przeprowadzić kampanię TV. – mówi Krzysztof Bajołek.

ZPP apeluje o natychmiastowe 12 miesięczne moratorium na wszelkie regulacje nakładające na biznes nowe obowiązki, dodatkowe opłaty i zwiększające podatki

Polska znajduje się w niechlubnej awangardzie krajów, które podwyższają podatki. Analiza zmian wprowadzonych w Australii, Szwecji, Niemczech i Czechach pokazuje, że większość krajów idzie w kierunku liberalizmu fiskalnego. Tymczasem, z początkiem 2021 r. w Polsce wejdzie w życie szereg danin, które obciąża dodatkowo konsumentów i mocno dotkną rodzime firmy oraz sektor MŚP. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców apeluje o natychmiastowe 12 miesięczne moratorium na wszelkie regulacje nakładające na biznes nowe obowiązki, dodatkowe opłaty i zwiększające podatki. Ten apel jest tym bardziej istotny, że wpisuje się w etap wprowadzania pełzającego lock down’u, który upośledzi możliwość prowadzenia działalności gospodarczej oraz odbije się na kondycji polskiej gospodarki w najbliższych miesiącach.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przedstawił raport „Podwyżki podatków w Polsce na tle redukcji obciążeń w innych krajach OECD”.

W początkowym okresie kryzysu pomoc państwa skupiała się na utrzymaniu płynności finansowej w przedsiębiorstwach. Natomiast okres względnego wyciszenia pandemii przypadający na miesiące letnie pozwolił na refleksję nad kształtem polityki fiskalnej, która umożliwi odbudowę po pandemii. Analiza zmian wprowadzonych w Australii, Szwecji, Niemczech i Czechach pokazuje, że większość krajów idzie w kierunku liberalizmu fiskalnego.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców apeluje o natychmiastowe 12 miesięczne moratorium na wszelkie regulacje nakładające na biznes nowe obowiązki, dodatkowe opłaty i zwiększające podatki – mówi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

W nowym opracowaniu ZPP analizuje zmiany w polityce fiskalnej krajów OECD podczas pandemii koronawirusa. W rezultacie stwierdza, iż polska polityka fiskalna znacząco odbiega od strategii naszych sąsiadów.

Polska znajduje się w niechlubnej awangardzie krajów, które podnoszą podatki – zaznacza Kamila Sotomska, Analityk Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

ZPP w raporcie wskazuje, że Australia kontynuuje rozpoczętą w 2019 r. reformę systemu podatkowego, która obniży podatki dla wszystkich grup społecznych oraz uprości system podatkowy. W ślad za nią, Szwecja przedstawiła pakiet reform, który zakłada znaczącą redukcję podatków dochodowych dla wieku grup społecznych. Aby ulżyć biznesom podczas kryzysu, Niemczy i Czechy wprowadziły czasowe obniżki VAT-u, w szczególności dla branż mocno dotkniętych przez lock down. Hiszpania postuluje podwyższenie podatku dochodowego, jednak jedynie dla osób i firm generujących najwyższe dochody. Istotnym jest tu fakt, że opodatkowanie w Hiszpanii pozostaje na poziomie niższym niż średnia europejska i plany rządu zdają się iść w kierunku wyrównania. Z początkiem 2021 r. w Polsce natomiast wejdzie w życie szereg danin, które obciąża dodatkowo konsumentów i mocno dotkną rodzime firmy oraz sektor MŚP. Głównymi zagrożeniami są tu podatek cukrowy, danina od sprzedanego oleju i opodatkowanie spółek komandytowych podatkiem CIT.

Nasz apel wpisuje się w etap wprowadzania pełzającego lock down’u, który uniemożliwia prowadzenie wielu rodzajów działalności gospodarczej. Nie stać nas na kolejny lock down, a wprowadzanie dodatkowych obciążeń na biznes w trakcie kryzysu jest niemożliwe do zaakceptowania czy zrozumienia. – mówi Cezary Kaźmierczak.

Zdając sobie sprawę z konieczności spłaty zadłużenia zaciągniętego w trakcie kryzysu zdrowotnego i gospodarczego wywołanego pandemią koronawirusa, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców apeluje o zmianę strategii planu jego spłacenia. Wygenerowanie zysków do budżetu, które pozwolą na spłatę zadłużenia, jest możliwe na dwa sposoby: poprzez podniesienie podatków lub zwiększenie produktywności. Mimo iż podnoszenie podatków może wydawać się najprostszym sposobem wygenerowania środków, to jest to rozwiązanie jedynie krótkotrwałe. Prace Alberto Alesina z Uniwersytetu Harvarda pokazują, że jeśli wartość planu konsolidacyjnego opartego o wyższe podatki wynosi 1 proc. PKB, to po roku od jego wprowadzenia PKB jest niższe o ponad 1 proc. niż, gdyby konsolidacja się nie odbywała. Innymi słowy podnoszenie podatków doprowadzi do trwałego spowolnienia gospodarczego, na które w tym momencie nie możemy sobie pozwolić.

Biorąc pod uwagę nieuniknione spowolnienie gospodarcze związane ze zwiększeniem dystansu społecznego, dodatkowe daniny odbiją się na sytuacji polskich przedsiębiorstw w sposób dramatyczny. Warto pamiętać też, że proponowane opłaty jak każde inne podatki są przerzucalne. To oznacza, że ich koszt poniosą konsumenci, czyli my wszyscy. – dodaje Kamila Sotomska.

PPK: małe firmy muszą być gotowe dopłacić nawet 21 tys. zł rocznie. Pracownicy chętnie podchodzą do oszczędzania

  • 27 października mija termin wprowadzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych w małych i średnich firmach.
  • Małe przedsiębiorstwa będą musiały płacić rocznie nawet 21 tys. zł dodatkowo na poczet PPK[1]. Dla wielu firm dodatkowe wydatki po osłabieniu gospodarczym są kosztownym wyzwaniem.
  • Pracownicy w obawie przed niepewną sytuacją epidemiczną szukają nowych form oszczędzania, co sprawi, ze pracodawcy będą musieli zmierzyć się z rosnącym zainteresowaniem PPK.

Finiata_PPK_inforgrafikaDobiegają końca drugi i trzeci etap wdrażania programu Pracowniczych Planów Kapitałowych w firmach średnich i małych. Najpóźniej do 27 października 2020 r. pracodawcy powinni zawrzeć umowy o zarządzanie funduszami, a następnie nie później niż do 10 listopada 2020 r. podpisać kontrakt o prowadzenie PPK. Pierwotny plan wprowadzenia programu w średnich przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 50 osób, został przesunięty w marcu o pół roku ze względu na pandemię. W efekcie przed końcem października do PPK powinno dołączyć 40,2 tys. firm – niestety dla wielu z nich to bardzo kosztowne wyzwanie.

Pracodawcy boją się kosztów

Projekt Pracowniczych Planów Kapitałowych pojawił się w 2018 roku, jako nowelizacja systemu  emerytalnego. Został wtedy zaprezentowany jako rewolucja w sposobie oszczędzania przez Polaków. Od początku program budził obawy wśród przedsiębiorców, których wkład stanowi 1/3 źródeł inwestowanych funduszy. Pozostałe środki są potrącone z pensji pracownika oraz dopłacane ze skarbu państwa w ramach corocznego bonusu. W IV kwartale 2019 roku 92 proc. badanych przedsiębiorców zadeklarowało wpłacać minimalną, wymaganą przez regulacje prawne, kwotę stanowiącą 1,5 proc. wynagrodzenia brutto pracownika. Przyjmując, że pracodawca zatrudnia 20 osób, zarabiających średnie wynagrodzenie w sektorze wynoszące 4 816 zł brutto[2], dodatkowy koszt to ponad 21 tys. zł rocznie. Ponadto może on także wybrać jeszcze wpłatę dodatkową z własnej kieszeni, do wysokości 2,5 proc. wynagrodzenia brutto.

– Gdy PPK wchodziło do dużych firm szacowaliśmy, że w najbliższych latach dodatkowe środki wpłacane na poczet PPK mogą być atutem w czasie rekrutacji lub bonusem dla lojalnych pracowników. Widzimy, że nasze przewidywania przekładają się na realne liczby. Suma dodatkowych wpłat dokonanych przez pracodawców między IV kwartałem 2019 a II kwartałem 2020 wzrosła ponad 4-krotnie.[3]  – mówi Jan Enno Einfeld, dyrektor zarządzających Finiata Group, która wspiera małe i średnie przedsiębiorstwa w poprawie płynności finansowej, dzięki zastosowaniu innowacyjnych narzędzi uczenia maszynowego.

W obliczu osłabienia gospodarczego po lockdownie dla większości małych i średnich przedsiębiorstw nawet podstawowa wpłata do PPK jest obecnie dużym obciążeniem finansowym. Przykładowo handel i budownictwo – branże mające największy udział wśród MŚP, po pierwszej połowie 2020 roku wygenerowały długi stanowiące odpowiednio 23 i 15 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań.[4] Badania wśród przedsiębiorców potwierdziły, że blisko co druga firma handlowa nie wróciła do działania w skali sprzed pandemii.[5] Dodatkowo niepewne perspektywy zniechęcają przedsiębiorców do inwestycji.

Wdrożenie Pracowniczych Planów Kapitałowych w ramach przedsiębiorstwa wiąże się z wieloma zmianami organizacyjno-prawnymi. Ponad połowa badanych firm (52 proc.) rozpoczęła współpracę z zewnętrznymi dostawcami wspierającymi je w obszarze zmian w dokumentach, a także firmowych systemach księgowych i HR.[6] Dodatkowo pracodawcy muszą zainwestować w integrację dedykowanych systemów IT, które wspomogą wymianę informacji – koszt programów finansowych, np. ERP (ang. Enterprise Resource Planning), może sięgać nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Pracowniczy coraz chętniej podchodzą do oszczędzania

Również po stronie pracowników program wpłat do PPK wywołał mieszane opinie. Część z nich widziała w programie głównie korzyści i deklarowała chęć odkładania dodatkowych środków na przyszłą emeryturę. Pozostali sceptycznie oceniali konieczność potrącania 2 proc. miesięcznej pensji na poczet niepewnych inwestycji na przyszłość. Przy średniej krajowej wynoszącej 5 338 zł brutto pracownicy muszą oddać na konto PPK 106,76 zł miesięcznie – w efekcie w skali roku pensja zostaje uszczuplona o 1 281 zł. Negatywnie oceniana była również kwestia limitowania dopłat od państwa – w 2020 roku trzeba uzbierać minimum 546 złotych, aby bonus roczny od Państwa mógł być przyznany.

Niespodziewane pojawienie się koronawirusa spowodowało wzrost obaw Polaków o pracę, finanse i oszczędności osobiste. Jak pokazują ostatnie badania 83 proc. respondentów zamierza oszczędzać po pandemii, w tym blisko 20 proc. osób, które nie planowały tego wcześniej.[7] W efekcie pracodawcy, którzy liczyli na rezygnację pracowników z prowadzenia PPK, są zmuszeni zmierzyć się z rosnącym zainteresowaniem tą formą inwestycji.

Obawy pracodawców potwierdzają także statystki uczestnictwa w PPK. W IV kw. 2019 roku odnotowano niewiele ponad 328 tys. uczestników, z końcem II kw. 2020 swoje oszczędności w programie posiadało już blisko 1,1 mln osób. Pandemia sprawiła, że Polacy zmienili swoje podejście do oszczędności i gromadzenia finansów, na tzw. czarną godzinę. Niepewne czasy dla gospodarki powinny skłonić również przedsiębiorców do poszukiwania dodatkowego kapitału a także wdrożenia narzędzi analitycznych, które pomogą im śledzić przepływy pieniężne. – komentuje Jan Enno Einfeld, dyrektor zarządzających Finiata Group.

Wprowadzenie PPK do małych i średnich firm wymaga od nich wewnętrznej stabilności, która w obliczu drugiej fali pandemii jest bardzo trudna do utrzymania. Aby uniknąć problemów związanych z funkcjonowaniem programu i terminowym regulowaniem wpłat do funduszu pracodawcy powinni kompleksowo zbadać stan swoich finansów. Najlepiej jeszcze przed końcem października.

[1] Opracowanie własne na podstawie średniego wynagrodzenia w sektorze MŚP

[2] PARP, Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, 2020

[3] KNF, Informacja dotycząca pracowniczych planów kapitałowych (PPK) – II kwartał 2020

[4] Raport BIG InfoMonitor

[5] Raport Keralla Research dla BIG InfoMonitor

[6] KPMG, Pracownicze Plany Kapitałowe, Październik 2019

[7] Instytut Badań Zmian Społecznych „Jaka będzie Polska po epidemii?”