Aplikacja #FakeHunter już dostępna w App Store i Google Play

Dostępna jest już aplikacja #FakeHunter Polskiej Agencji Prasowej (PAP) działająca w systemie Android i iOS. Dzięki niej potencjalnie fałszywe informacje będą mogli zgłaszać nie tylko użytkownicy komputerów, ale także urządzeń mobilnych.

Aplikacja #FakeHunter to naturalne uzupełnienie stworzonych już wcześniej przez Polską Agencję Prasową narzędzi do wyszukiwania fałszywych informacji na temat koronawirusa krążących w Internecie. „Dzięki tej aplikacji będziemy mogli dotrzeć do 100 proc. użytkowników sieci. Nasze narzędzia działają bowiem już na komputerach i urządzeniach mobilnych – podkreśla Wojciech Surmacz, prezes zarządu PAP.

W połowie kwietnia użytkownikom sieci udostępniono specjalną wtyczkę do instalowania w przeglądarce umożliwiającą łatwe oraz intuicyjne zgłaszanie potencjalnie fałszywych informacji. Ruszył też serwis internetowy fakehunter.pap.pl, w którym można zapoznać się z werdyktami ekspertów odnośnie zgłaszanych newsów. Każdy taki werdykt jest efektem wnikliwego researchu oraz opiera się na sprawdzonych i wiarygodnych źródłach. Projekt został zrealizowany wspólnie z GovTechem – agencją odpowiedzialną za wprowadzanie nowych technologii w sektorze publicznym. W lipcu w facebookowym Messengerze pojawił się FakeHunter chatbot – narzędzie wykorzystujące sztuczną inteligencję do automatycznej weryfikacji prawdziwości informacji.

Powstanie tych narzędzi to naturalna odpowiedź na infodemię – zjawisko zalewu internetu fałszywymi informacjami towarzyszące wybuchowi pandemii koronawirusa. O wystąpieniu tego zjawiska informowali przedstawiciele Światowej Organizacji Zdrowia już w marcu. Przez kolejne miesiące przybierało ono na sile. „Wyszliśmy z założenia, że trzeba temu przeciwdziałać” – mówi prezes Polskiej Agencji Prasowej.

Wojciech Surmacz podkreśla kluczowy charakter elementu społecznościowego tego przedsięwzięcia. „To użytkownicy internetu decydują, które informacje weryfikujemy” – mówi. Właśnie to odróżnia serwis Polskiej Agencji Prasowej od innych rozwiązań tego typu. Wiele zagranicznych mediów, np. francuska agencja AFP czy brytyjski Reuters prowadzi dziś serwisy rozprawiające się z fałszywymi informacjami, ale w tamtych przypadkach to dziennikarze decydują, który z newsów należy zweryfikować. Zaangażowanie użytkowników w wyłapywanie fałszywych informacji wpływa na skalę przedsięwzięcia – przez tryby FakeHuntera zostaje przepuszczonych dużo więcej potencjalnie dezinformujących publikacji niż w innych serwisach fact checkingowych.

„Chciałbym, żeby cały projekt rozwijał się w tym właśnie kierunku. Żeby angażować ludzi do walki z fake newsami. Żeby je wyłapywali. To uczy czujności i edukuje” – mówi prezes Surmacz.

Początkowo projekt skupiał się na informacjach związanych z pandemią koronawirusa. Na początku lipca w serwisie, w dziale ze zweryfikowanymi informacjami pojawiła się zakładka Finanse, Nauka i Zdrowie oraz kolejny dział Telekomunikacja. Jest to efekt obserwacji jak wiele fake newsów z różnych dziedzin wpływa na dezinformacje opinii publicznej. Są takie fake newsy, które wymagają bardzo dużej wiedzy, dlatego do współpracy zaprosiliśmy ekspertów i naukowców, tworząc grupy eksperckie w różnych dziedzinach.

Wszystkie działania to efekt współpracy PAP i GovTechu oraz partnerów tego społecznego projektu.

„Finanse, medycyna i telekomunikacja to również bardzo wrażliwy obszar, szczególnie w obszarze 5G. W trakcie pandemii weryfikowaliśmy pogłoskę, że państwo zamierza opodatkować lokaty. Oczywiście była to nieprawda, ale co by się stało, gdyby w obawie przed opodatkowaniem wszyscy w jednym czasie zaczęli wypłacać gotówkę z banku? Czy szczepienia na COVID będą bezpieczne? Wystarczy jedna fałszywa informacja, która może spowodować załamanie całego systemu” – przekonuje prezes Surmacz.

Jednocześnie dodaje, że – w zamierzeniach – projekt PAP i GovTechu powinien objąć swoim zasięgiem wszystkie obszary tematyczne, bo fake newsy nie dotyczą jedynie pandemii, finansów i medycyny. Kolejnym krokiem ma być stworzenie anglojęzycznej wersji serwisu.

Centra danych – nowy sektor nieruchomości komercyjnych z potencjałem wzrostu

Centra danych stają się ważnym segmentem rynku nieruchomości komercyjnych, a pandemia Covid-19 okazała się impulsem do ich dalszego dynamicznego rozwoju. Obecnie w Polsce istnieje 115 centrów danych, z czego najwięcej jest zlokalizowanych w Warszawie (38), Katowicach i Krakowie (po 13). Dalszy wzrost przed nami, szczególnie po decyzji gigantów IT Google i Microsoft o dodaniu Warszawy do listy globalnych regionów chmurowych i zainwestowaniu w tym celu odpowiednio 2 mld USD i 1 mld USD. Eksperci AXI IMMO przygotowali raport na temat rynku centrów danych, jego wymaganiach i specyfiki na polskim rynku.  

Centra danych jako sektor nieruchomości są inne od tradycyjnych segmentów rynku. Wiele czynników, które odgrywają ograniczoną rolę w przypadku biur, powierzchni handlowych czy magazynów jest absolutnie kluczowa przy wyborze działki pod centrum danych. Do takich aspektów należy infrastruktura instalacji elektrycznej, koszt energii, dostęp do internetowej sieci szkieletowej i bliskość punktów wymiany ruchu internetowego.

„Typowy magazyn nie zawierający chłodni ani mroźni wymaga około 50kW energii na 1000 mkw. powierzchni. Tymczasem centrum danych o identycznej powierzchni, ze średniej jakości infrastrukturą i typową gęstością serwerów wymaga około 2MW energii czyli 40 razy więcej! Centrum danych musi być w stanie działać w trybie nieprzerwanym. Dlatego powinno być zabezpieczone przed przerwami w dostawach prądu, przepięciami w instalacji elektrycznej i awariami w sieci internetowej. Wymaga to dostępu do przynajmniej dwóch źródeł energii oraz instalacji zapasowego systemu zasilania. Ponadto, konieczny jest dostęp do przynajmniej dwóch źródeł Internetu światłowodowego oraz istnienie oddzielnej infrastruktury dla poszczególnych dostawców Internetu” –  wyjaśnia Janusz Gutowski, CEO AXI IMMO Services.

Centra danych zaczęły powstawać początkowo w Warszawie, gdzie znajduje się większość instytucji rządowych i finansowych. Stolica pozostaje najważniejszym rynkiem centrów danych w Polsce i wciąż skupia dużą część działalności w tej dziedzinie. To tu giganci Google i Microsoft postanowili ulokować swoją infrastrukturę chmurową, która ma obsługiwać region CEE oraz inne części Europy. A już teraz w Warszawie znajduje się aż 35 ze wszystkich 115 polskich centrów danych. Jednak stolica może niedługo nie być w stanie zapewnić wystarczająco dużo energii na potrzeby większych centrów danych biorąc pod uwagę, że niektóre z nich potrafią zużyć tyle energii, co cała dzielnica. Ponadto, koszt energii w stolicy jest relatywnie wysoki, szczególnie w porównaniu do tych lokalizacji, które są położone blisko odnawialnych źródeł energii.

„Niezaprzeczalnie, Warszawa pozostanie ważnym hubem centrów kolokacyjnych, czyli takich, które są zajmowane przez wielu użytkowników o niskim zapotrzebowaniu na przestrzeń serwerową. Natomiast największe centra danych użytkowane przez duże firmy technologiczne i operatorów chmury, które wymagają wyjątkowo dużo prądu, będą w przyszłości częściej lokowane w miejscach, które są w stanie zapewnić niedrogą energię. Konieczność spełnienia unijnych standardów dotyczących zielonej energii powinno wypromować lokalizacje z dostępem do źródeł energii odnawialnej. Ulokowanie centrum danych na przykład w pobliżu farm wiatrowych w północnej Polsce może pomóc spełnić normy unijne jak i wygenerować znaczne oszczędności. Dziesięcioletnia korporacyjna umowa na dostawę energii z farm wiatrowych do miejsca położonego w bliskiej odległości od takiej farmy jest o ok. 30% tańsza w porównaniu do standardowej umowy podpisanej przez firmę z siedzibą w Warszawie z tradycyjnym dostarczycielem energii. Lokowanie centrów danych w dalszej odległości od miast w innych częściach świata już się rozpoczęło. W niektórych krajach, na przykład w Skandynawii, centra danych są oddalone od najbliższej konurbacji nawet o kilkaset kilometrów. Umożliwił to postęp technologiczny, a w szczególności fakt, że nowoczesne centrum danych może być zarządzane niemal w całości zdalnie” –  komentuje Roger Mroczek, Investment Sales & Capital Markets Director, AXI IMMO.

Zainteresowanie inwestorów tym szczególnym sektorem rynku rośnie. Atrakcyjność centrów danych jako produktu inwestycyjnego wynika ze stabilności przychodu w związku z niskim stopniem relokacji najemców.  Klienci są przywiązani do swoich centrów danych ze względu na wysokie początkowe koszty najmu, w tym dedykowaną infrastrukturę IT oraz zaawansowany system wentylacji, chłodzenia i klimatyzacji oraz znaczne ryzyko i koszt, jakie niesie ze sobą migracja danych. Jakiekolwiek błędy popełnione w czasie przeprowadzki do nowego centrum danych mogą być niewybaczalne dla użytkowników końcowych. Na przykład najkrótsza przerwa w dostępie do środków na kontach bankowych mogłaby spowodować trwały uszczerbek na reputacji banku. Inwestorzy są w związku z tym w stanie wynegocjować długie terminy najmu – nawet 15 lat, jak w przypadku umowy podpisanej w Gate One Business Park w Warszawie w czerwcu 2020 roku.

Centra danych są atrakcyjną inwestycją ze świetnymi prognozami wzrostu. Ich rozwój w kolejnych latach będzie napędzany przez dalszy skokowy wzrost popularności mediów społecznościowych, Internetu rzeczy, big data, sztucznej inteligencji i technologii VR (virtual reality) i AR (augmented reality), które otrzymały dodatkowy impuls do wzrostu ze względu na pandemię Covid-19. Wszystkie te technologie będą wymagać skrócenia czasu w przesyłaniu danych, co będzie się wiązało z koniecznością stworzenia większej liczby lokalnych serwerowni, bliżej użytkownika końcowego. Większy nacisk na ochronę danych osobowych, w tym unijne RODO, również będą napędzać rozwój lokalnych centrów danych w Polsce, podobnie jak nasilający się trend przenoszenia danych do chmury przez polskie firmy.

„Polska ma również szansę stać się europejskim hubem danych. Unijne prawo z 2019 ułatwiło przepływ danych nieosobowych między krajami członkowskimi. Drugie najniższe koszty energii w Unii Europejskiej oraz planowany gazociąg do Norwegii, który poprawi bezpieczeństwo energetyczne kraju, mogą przyciągnąć kolejne firmy oferujące rozwiązania chmurowe w całej Europie. Na korzyść rodzimego rynku przemawiają też atrakcyjne koszty budowy i relatywnie niskie ceny gruntów, połączone ze stale rozwijającą się infrastrukturą transportową i cyfrową oraz duże zasoby wykwalifikowanych pracowników, szczególnie w sektorze IT” podsumowuje Roger Mroczek.

Prowadzenie działalności gospodarczej w USA – praktyczne aspekty prawne, bankowe i podatkowe. Otwarty webinar ekspercki

Jak sprostać barierom finansowym i organizacyjnym na amerykańskim rynku? Jak przygotować się na wyzwania związane z pozyskiwaniem kapitału czy zawieraniem umów? Na te i inne pytania odpowiedzą eksperci, podczas webinaru „Prowadzenie działalności gospodarczej w USA – praktyczne aspekty prawne, bankowe i podatkowe”, 15 października o godz. 15:00.

Jak wynika z danych UNCTAD, Stany Zjednoczone były w ubiegłym roku największym odbiorcą bezpośrednich inwestycji zagranicznych na świecie. Polskie firmy różnej wielkości – od startupów po korporacje międzynarodowe – chcą być tam obecne.

Co ciekawe, systemy prawne, bankowe i podatkowe w Stanach Zjednoczonych – choć złożone – są przyjazne zagranicznym przedsiębiorcom, którzy chcą rozpocząć działalność gospodarczą lub inwestycyjną. Istnieją jednak pewne bariery wejścia oraz wyzwania w prowadzeniu biznesu w USA, które należy wziąć pod uwagę.

W trakcie webinarium eksperci z kancelarii Barnes & Thornburg LLP, Santander Bank Polska S.A. oraz firmy audytorskiej i doradczej RSM Poland podzielą się swoimi doświadczeniami i przekażą praktyczne wskazówki dla przedsiębiorców, którzy chcą spełnić swój „American dream”.

Termin: 15.10.2020 r., godz. 15:00 – 17:30

Agenda

  1. Aspekty praktyczne wyboru formy działalności gospodarczej – Michał Baumert, prawnik, Barnes & Thornburg LLP
  2. Polskie pułapki podatkowe, o których należy pamiętać, inwestując w USA – Piotr Liss, Tax Partner, RSM Poland
  3. Niezbędnik otwierania rachunków bankowych – Magdalena Kusa, International Business Manager, Santander Bank Polska S.A. oraz Umiędzynarodawianie firm za pośrednictwem Santander Trade: bezpłatnej platformy do przekraczania granic i rozszerzania rynków – Robert Fedorowicz, Ekspert Handlu Zagranicznego, Santander Bank Polska S.A.
  4. IP Due Diligence: jak zabezpieczyć swoją własność intelektualną bez naruszania praw osób trzecich – Michał Baumert, prawnik, Barnes & Thornburg LLP
  5. Kupić, a może sprzedać? – amerykański rynek transakcji M&A – Krzysztof Ciesielski, M&A and Corporate Advisory Director, RSM Poland

Spotkanie odbędzie się w języku polskim.

Aby wziąć udział w webinarze należy się zarejestrować: Link do zapisów: https://event.on24.com/wcc/r/2619119/A74BE3C38F9A625BF18D7963304CBED9

Drastyczne zmiany podatkowe rujnują zaufanie przedsiębiorców do państwa

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że sposób wprowadzenia CIT od spółek komandytowych – którego skutkiem będzie wzrost opodatkowania o 9% dla małych firm i o 19% dla większych – jest absolutnie nieakceptowalny w procesie stanowienia prawa, które dotyka kilkadziesiąt tysięcy polskich przedsiębiorców. Brak vacatio legis oraz istotnie ograniczony proces konsultacji sprawia, że po raz kolejny przedsiębiorcy otrzymują sygnał o niepewności otoczenia prawnego i nieprzewidywalności prowadzenia biznesu. Dlatego FPP postuluje, aby każda zmiana zmieniająca warunki finansowe prowadzenia działalności gospodarczej była wprowadzana z zachowaniem 12 miesięcznego vacatio legis – by przedsiębiorcy mogli przygotować się na zmiany.

FPP wielokrotnie wspierała postulaty rządowe – w takich działaniach jak ozusowanie umów zleceń, zmiany w prawie zamówienia publiczne preferujące zatrudnienie na umowę o pracę, wirtualne kasy fiskalne, e-faktura, wzrost minimalnej płacy i stawki godzinowej, zawieszenie reguły budżetowej, a także wiele innych regulacji gospodarczych i pracowniczych. Teraz FPP apeluje o wysłuchanie postulatów małych i średnich przedsiębiorców.

„Rada Przedsiębiorczości apelowała do kandydatów na prezydentów że wszelkie zmiany prawne i podatkowe dot. działalności gospodarczej powinny wchodzić z rocznym vacatio legis – ponieważ tylko to pozwala przedsiębiorcom przystosować się, chroniąc jednocześnie zatrudnionych w firmach pracowników oraz kontrahentów. Niestety, jak widać rząd nie wysłuchał tego apelu i wprowadza fundamentalną zmianę podatkową polegającą na dodatkowym obciążeniu – do którego przedsiębiorcy w tak krótkim czasie nie są w stanie się przygotować. Każda średniej wielkości firma – ale również i te mniejsze – planują kolejny rok budżetowy na przełomie września i października. Przedstawienie projektu w połowie października – który może zakończyć drogę legislacyjną pod koniec listopada nie daje wystarczająco czasu na przygotowanie się do tych zmian. Podatek jest elementarnym kosztem planowania w roku podatkowym. Jeżeli podatki rosną w sposób nieprzewidywalny – to jedyną możliwością, jaką ma przedsiębiorca, jest ograniczenie marży albo redukcja zatrudnienia. Należy zwrócić uwagę, że obecnie polscy przedsiębiorcy znaleźli się w podwójnie trudnej sytuacji – ponieważ większość działalności nie wróciła jeszcze do równowagi po stratach spowodowanych epidemią COVID-19. Dodatkowo przedsiębiorcy ci w tej sytuacji nie będą mogli skutecznie skorzystać z zabezpieczeń, jakie wprowadziły tarcze antykryzysowe – ponieważ większość z nich nakładała na przedsiębiorców gwarancję zatrudnienia pracowników od pół roku do roku. Takie postępowanie rządu ogranicza bardzo zaufanie przedsiębiorców – dzisiaj to dotyka spółek komandytowych, a jutro może dotknąć wszystkich Polaków prowadzących działalność gospodarczych” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

„Spółka komandytowa to dla małych i średnich przedsiębiorstw bardzo ważna forma prawna – chroniąca wspólników przed odpowiedzialnością za niezawiniony błąd pracownika, który też jest tylko człowiekiem. To właśnie jest istotą spółki komandytowej – a nie chęć optymalizacji podatkowej. Przytłaczająca większość przedsiębiorców komandytowych powstała wskutek organicznego rozwoju i przekształcenia z innych osobowych form prowadzenia działalności gospodarczej – płaciła PIT i teraz płaci taki sam PIT, więc o ucieczce od wyższego do niższego podatku absolutnie nie może być mowy. Taka forma prawna jest nie tylko ważna dla ochrony biznesu – ale jest od wielu lat stosowana w wielu krajach europejskich, w tym w kluczowej dla naszych przedsiębiorców gospodarce niemieckiej. Premier obiecał, że nie wprowadzi nowych podatków – tymczasem zaraz po wyborach sięga do kieszeni Polaków, ich rodzin, a pośrednio do kieszeni milionów pracowników takich przedsiębiorców. Spółka komandytowa to jedna z najbardziej transparentnych form działalności, w dodatku jej wspólnicy odprowadzają solidnie podatki. Efektem takich regulacji wcale nie będzie więcej wpływów do budżetu – ale bankructwa i likwidacje takich spółek, powrót do jednoosobowych działalności gospodarczych, a przede wszystkim zwolnienia i skokowy wzrost bezrobocia – nawet o kilkaset tysięcy osób. Co więcej – wcale nie zmieni to sytuacji dużych firm, które transferują zyski za granicę. Żeby tego było mało, rząd chce niejako ukarać polskie małe i średnie przedsiębiorstwa otrzymujące pomoc w ramach tzw. tarczy finansowej – mającej z założenia wspierać utrzymanie zatrudnienia w okresie pandemii. Najpierw przyznaje tarczę tym najbardziej dotkniętym kryzysem na rynku, a następnie – przez przygniatanie drakońskimi podatkami – zmusza te firmy do zwrotu subwencji, ponieważ warunkiem jej utrzymania jest funkcjonowanie przedsiębiorstwa i ciągłość zatrudnienia!” – komentuje Paweł Grabarkiewicz, jeden z liderów grupy polskich małych i średnich przedsiębiorców komandytowych.

Amazon walczy z fałszywymi recenzjami. Ofiarą nieświadomy konsument

Słowo droższe od pieniędzy” – brzmi popularne powiedzenie, z którym Amazon zgodzić się raczej nie może. Amerykański gigant e-handlu boryka się z plagą nierzetelnych recenzji, zamieszczanych przez fikcyjnych nabywców. Ile kosztuje publikacja opinii pod wystawionym na sprzedaż produktem? Okazuje się, że niewiele więcej niż średnia pizza, czyli około 40 zł.

O tym, czy kupimy dany produkt, coraz częściej decydują opinie, zamieszczone na jego temat w internecie. Wagę takich recenzji doskonale rozumie Amazon, który pod ich kątem stworzył nawet specjalne opcje filtrowania ofert. – Przykładem takiej funkcjonalności jest ograniczenie wyników do produktów, które mogą pochwalić się średnią ocen na poziomie minimum 4 gwiazdek w pięciostopniowej skali – tłumaczy Sascha Stockem, prezes zarządu Nethansy, która wprowadza polskie i niemieckie spółki na Amazona, gdzie kompleksowo zarządza sprzedażą ich produktów.

Cena słowa

O tym, jak istotne z punktu widzenia sprzedawców są internetowe recenzje, świadczą chociażby słowa Matta Mooga, dyrektora generalnego Power Reviews, firmy zajmującej się ocenami i recenzowaniem oprogramowania, które padły w wywiadzie dla USA Today. – Szacuję, że 20% sprzedaży jest napędzanych recenzjami, a jedna trzecia kupujących online mówi wprost, że nie kupi produktu, który nie ma pozytywnych ocen – twierdzi businessman.

Nic więc dziwnego, że sprzedawcy internetowi robią wszystko, żeby zebrać jak najwięcej pochlebnych opinii. Niektórzy w tej rywalizacji zaszli tak daleko, że zapomnieli o biznesowych zasadach fair play. Stosują oni zagrania, które w nomenklaturze bokserskiej określa się mianem chwytu poniżej pasa. Mowa rzecz jasna o fałszywych recenzjach, na które wykształcił się spory czarny rynek. Fałszywe opinie znaleźć można również na popularnych portalach aukcyjnych, gdzie – o ironio! – wśród ofert sprzedaży suplementów diety, garnków, książek czy telewizorów, wystawione są usługi publikowania zakłamanych recenzji. Nabyć je można zarówno od pojedynczych użytkowników, jak i zorganizowanych grup, których członkowie udają posiadaczy danego produktu, bez ceregieli wychwalają go pod niebiosa lub mieszają z błotem. Wydźwięk opinii zależy wyłącznie od oczekiwań i intencji nabywcy. – Jak wykazało przeprowadzone przez nas dochodzenie, cena takiej usługi różni się w zależności od skali zamówienia. Pod uwagę brane są ilość opinii, ich długość, specyfika lokalnego rynku oraz uzupełnienie recenzji zdjęciami bądź filmami – wyjawia Sascha Stockem z Nethansa.

Takie działania są szalenie ryzykowne i surowo karane przez administrację Amazona. Jeżeli osoby moderujące amerykański serwis e-commerce dowiedzą się o stosowaniu przez sprzedawcę zakazanych praktyk, los jego konta jest przesądzony. Sklep blokuje nie tylko sprzedaż produktu, ale również konto sprzedawcy i wszystkie środki na nim zgromadzone. – Jeśli Amazon zorientuje się, że sprzedawca manipuluje recenzjami, to naturalną konsekwencją jest całkowite usunięcie konta, jednak wszystko zależy od skali oszustwa. Te realizowane z rozmachem mogą skończyć się nawet wytoczeniem pozwu. W ten sposób Amazon stara się zniechęcić potencjalnych oszustów, chronić konsumentów i zapewnić wszystkim sprzedawcom równe warunki – wyjaśnia ekspert z Nethansy.

Ile warte jest kłamstwo?

Specjaliści szacują, że cena fałszywej recenzji na Amazonie waha się w okolicach od 10 do 15 USD, przy czym wyraźnie widoczny jest trend wzrostowy. Jeszcze dwa lata temu opłata za taką usługę wynosiła około 5 USD od recenzji. Dział prewencji Amazona poświęca tysiące roboczogodzin na walkę z fałszywymi opiniami, wykorzystując w tym celu m.in. narzędzia analityczne i sztuczną inteligencję. Nic więc dziwnego, że wraz ze stopniem trudności rośnie również cena usługi. Potwierdzają to wyniki badań analityków ReviewMeta, którzy doszli do wniosku, że liczba niezweryfikowanych recenzji opublikowanych na Amazon w ciągu zaledwie kilku miesięcy poprzedniego roku spadła z wysokiego poziomu 35% do zaledwie 5%.

Zdrowa konkurencja

Żeby uzyskać rekomendacje, nie trzeba stosować wątpliwych praktyk. Istnieją legalne metody gromadzenia pochlebnych recenzji, które nie naruszają zasad wytyczonych przez Amazona. – Sposobów jest kilka i można stosować je jednocześnie. Jednym z nich jest obniżenie ceny połączone z agresywna kampania promocyjną. To prosty przepis na zwiększenie sprzedaży, a co za tym idzie, liczby otrzymanych opinii – radzi Sascha Stockem.

O wystawienie recenzji można również poprosić klientów, a najlepiej robić to automatycznie. Odpowiednie technologie dostępne są już na rynku. – Opracowany przez nas system wsparcia sprzedaży Clipperon sam zaprasza klientów do wystawiania recenzji. Cały proces jest zautomatyzowany, a prośby o ocenę transakcji wysyłane są tylko do osób zadowolonych z zakupu. Jest to możliwe dzięki narzędziom kontroli każdego zamówienia, które sprawdzają m.in. czy przesyłka została dostarczona na czas lub, czy klient zdążył już wystawić opinię – wyjaśnia Stockem. Z danych Nethansy wynika, że wspomniana wyżej funkcja systemu Clipperon, powoduje wzrost pozytywnych opinii o średnio o 50%. Są one szczególnie ważne w przypadku rywalizacji o BuyBox. Oferta zwycięzcy jest mocno wyeksponowana, podczas gdy inni sprzedawcy tego samego produktu zepchnięci są na bok, co minimalizuje ich szanse zrealizowania transakcji.

Amazon od pewnego czasu oferuje również inny sposób na zyskanie rozgłosu. To program VINE, w ramach którego wysyłamy produkt bezpośrednio do Amazona, a ten przekazuje go jednemu ze swoich certyfikowanych testerów. Oczywiście musimy liczyć się z tym, że jeżeli jest on słabej jakości, to wspomniany recenzent może nam to wypomnieć. Warto również dodać, że taka recenzja kosztować może nawet 2500 USD. – Może zabrzmi to banalnie, ale podstawowym elementem strategii marketingowej jest wybór odpowiedniego produktu. Pamiętajmy, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, a ewentualne fiasko ciągnąć się będzie za nami w nieskończoność – zwraca uwagę Stockem i dodaje, że jego firmie udało się wielokrotnie wynegocjować z Amazonem bezpłatną realizację usługi VINE, lecz każdorazowo recenzowany produkt był w swej kategorii wyjątkowy.

Zakupowa wyszukiwarka

Amazon to dziś nie tylko największa baza produktowa na świecie, w skład której wchodzi miliony pozycji. To również jedna z najbardziej popularnych wyszukiwarek na świecie oraz… Największa baza rekomendacji. Wielu konsumentów, zanim zdecyduje się na zakup jakiegokolwiek produktu, po opinię na jego temat zagląda najpierw do serwisu Jeffa Bezosa.

Koniec końców system recenzji bazuje na prostym równaniu. Im większa skala przedsięwzięcia, czyli im więcej dobrych opinii, tym mniejsze znaczenie ma te kilka negatywnych. Mamy tu do czynienia z efektem skali. Jeśli produkt zgromadził tysiąc recenzji, to jedna zła jest jak wyjątek potwierdzający regułę. Co ciekawe, na pewnym etapie popularności sklepu opinie stają się formą interakcji pomiędzy nabywcami, a ci z kolei zmieniają się w nieformalnych ambasadorów marki. Sytuacja, w której firma ma gorliwych zwolenników, gotowych bronić jej dobrego imienia w internecie, to marzenie niejednego marketera.

Nieterminowe płatności rosnącym problemem polskich firm

Rosnie skala nieterminowych płatności. Już 7 na 10 przedsiębiorców w naszym kraju ma problem z klientami niepłacącymi na czas. Ponad połowa przedsiębiorców uważa, że Polskę w ciągu roku lub dwóch czeka recesja.

Z najnowszej edycji raportu Intrum “European Payment Report 2020” opublikowanego pod koniec września wynika, że pandemia Covid-19 negatywnie wpłynęła na krajobraz płatności w Polsce oraz nastroje polskich przedsiębiorców. Jeszcze przed korona-kryzysem zatory płatnicze były jednym z głównych problemów rodzimej gospodarki, a obecnie aż 45% respondentów badania przeprowadzonego przez Intrum uważa, że w ciągu 12 nadchodzących miesięcy ryzyko wystąpienia opóźnionych płatności lub braku płatności ze strony dłużników ich firm wzrośnie. Klienci płacący po terminie są już problemem dla ponad 70% biznesów. Pandemia zauważalnie powiększyła lukę płatniczą: ta w sektorze publicznym wynosi już 20 dni, a w B2B 17 dni. Konsekwencje opóźnień w płatnościach mogą mieć negatywne skutki dla firm. Jakie środki stosują przedsiębiorcy, by ich uniknąć?

Rośnie luka płatnicza

Jednym ze wskaźników pokazujących czy w danym kraju występuje problem opóźnionych płatności, jest luka płatnicza, czyli różnica między terminami płatności oferowanymi przez firmy, a czasem w którym klienci realnie płacą za dostarczone towary i usługi. Jak pokazuje raport EPR 2020, jeżeli chodzi o Polskę, luka płatnicza jest największa w sektorze publicznym i wynosi 20 dni. Średnia w UE jest niższa –15 dni. Nieco lepiej jest w sektorze B2B, ale opóźnienia w płatnościach w naszym kraju, w tym przypadku nadal wynoszą 17 dni. Luka płatnicza jest najmniejsza
w sektorze B2C – 9 dni.

– Kryzys spowodowany pandemią Covid-19 sprawił, że zdecydowanie spadła siła nabywcza Polaków – dochody niemałej grupy uległy znacznemu spadkowi. Przez to mogłoby się wydawać, że luka płatnicza będzie wyższa, jeżeli nie najwyższa w sektorze B2C, ale jak pokazuje nasz raport, najbardziej rzetelnymi płatnikami są właśnie konsumenci. Natomiast niepokojąco wysoka luka płatnicza jest w sektorze B2B. Dane zebrane przez Intrum można interpretować w następujący sposób: pandemia trwa już na tyle długo, że część firm, szczególnie tych z sektora MŚP, zaczęła mieć problem z zachowaniem płynności finansowej. Aby utrzymać się na rynku, firmy opóźniają zapłatę faktur, niestety, nierzadko stając się dłużnikami – komentuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

Rośnie luka płatniczaJednak, to tylko jedna strona problemu. Pandemia Covid-19 wywarła presję na większości przedsiębiorców w Polsce. Wielu z nich wiedząc, że może znaleźć się w trudnej sytuacji finansowej, ma zrozumienie dla innych firm i zgadza się na wydłużenie terminów płatności. 82% respondentów badania Intrum przyznaje nawet, że zaakceptowało dłuższy termin płatności niż ten, z którym czują się komfortowo, by nie popsuć sobie relacji z klientami. Co 3. firma w ciągu ostatniego roku zgodziła się na późniejszą płatność, by uniknąć bankructwa. Blisko połowa (49%) przedsiębiorców pytanych przez Intrum uważa, że rosnąca luka płatnicza jest realnym ryzykiem dla zrównoważonego rozwoju ich biznesu.

Problemy z płynnością finansową, redukcja zatrudnienia i brak rozwoju, czyli konsekwencje opóźnień w płatnościach

Opóźnione płatności odbijają się negatywnie na funkcjonowaniu firm. Respondenci badania Intrum przyznali, że z powodu niewypłacalnych klientów i kontrahentów mają problemy z płynnością finansową (58% przedsiębiorców z sektora MŚP, 48% z dużych firm) lub jest zagrożone istnienie ich biznesów (analogicznie: 41% i 36%). Opóźnione płatności odpowiadają również m.in. za niezatrudnianie nowych pracowników w firmach (40% i 47%) i redukcję obecnego personelu (36% i 37%).

Według przedsiębiorców, szybsze płatności od dłużników umożliwiłyby ich firmom: wprowadzenie innowacji (64%), rozszerzenie gamy oferowanych produktów i usług (60%), ekspansję geograficzną i wejście na nowe rynki (58%) oraz zatrudnienie większej liczby pracowników (56%).

Czy firmy mogą coś zrobić, by zabezpieczyć się przed opóźnionymi płatnościami? – Zdecydowanie tak, i cieszy to, że widzimy taką pozytywną tendencję w odpowiedziach respondentów naszego badania – mówi Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

zaległości firm i konsekewncje
W pierwszej trójce środków wykorzystywanych przez firmy, które mają je chronić przed opóźnionymi płatnościami, znalazło się: sprawdzanie wiarygodności kredytowej klientów/kontrahentów (36%), sięganie po gwarancje bankowe (33%) i korzystanie z pomocy firm windykacyjnych (33%).

– Aż 57% przedsiębiorców uważa, że Polskę w ciągu roku lub dwóch czeka recesja, która ma być skutkiem pandemii Covid-19. Można przypuszczać, że nadchodzący kryzys gospodarczy nasili problem zatorów płatniczych. W takiej sytuacji niezwykle ważne jest korzystanie z pomocy firm windykacyjnych, które pomagają firmom w tym, by otrzymywały należne im płatności na czas i poprzez oferowanie rozwiązań należących do prewindykacji sprawiają, że problem opóźnionych płatności w ogóle nie będzie występował – zaznacza Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

O raporcie European Payment Report 2020

Firma Intrum zebrała dane od 9 980 firm z 29 krajów w całej Europie (także z Polski), działających w 11 branżach. Badanie zostało przeprowadzone w maju 2020 r. (przed wybuchem pandemii Covid-19 i w jej trakcie).

Pobierz pełny raport: https://www.intrum.pl/partner-biznesowy/nasze-raporty/epr/european-payment-report/

Najlepiej płatne zawody, czyli w jakiej pracy zarobisz najwięcej?

Jakie są najlepiej płatne zawody? Podpowiadamy, w jakiej branży zarobicie najwięcej! Zdradzimy najlepiej płatne zawody w Polsce, a nawet najlepiej płatne zawody… bez studiów. Dowiedzcie się, jak musicie pokierować swoją karierą, żeby dobrze na tym wyjść.

Najlepiej płatne zawody 2020: w jakich branżach zarabia się najwięcej?

Jakie są najlepiej płatne zawody? Warto wiedzieć, jak pokierować swoją karierą, aby nie musieć obawiać się o przyszłość w niepewnych czasach. Zmiana zawodu na jeden z lepiej płatnych wcale nie musi oznaczać potrzeby kończenia dodatkowych studiów, czy też drastycznej zmiany branży. 

Wystarczy wiedzieć, gdzie możecie zarobić dobrze i jak zapewnić sobie stabilne zatrudnienie. Pracownicy których branż nie muszą się więc obawiać zwolnień, czy redukcji pensji? W Polsce od lat są to przedstawiciele branż takich jak IT, marketing, czy bankowość. 

Podobnie wygląda to w skali globalnej, gdzie według badań do najlepiej zarabiających pracowników należą m.in. programiści, piloci samolotów, lekarze, a także prawnicy korporacyjni i analitycy finansowi. Ciekawi, ile się zarabia na takich stanowiskach? Łatwo to sprawdzić – pomoże Wam kalkulator wynagrodzeń 2020, który oblicza kwotę brutto i netto pensji.

Wbrew pozorom natomiast do najlepiej płatnych zawodów 2020 wcale nie należy samodzielny przedsiębiorca. Właściciele firm często muszą borykać się ze skutkami kryzysu gospodarczego, spowodowanego następstwami pandemii, a także ponoszą dużą odpowiedzialność – zarówno finansową, jak i za swoich pracowników. 

Choć historii firm działających z sukcesem także nie brakuje, do otwarcia własnego biznesu warto więc podejść ze szczególną ostrożnością. 

Najlepiej płatne zawody w Polsce

Do najlepiej płatnych zawodów w Polsce, jak wspominaliśmy wyżej, należą z pewnością ten programisty, a także radca prawny. Ten ostatni może liczyć na miesięczne wynagrodzenie rzędu nawet 21,3 tys. zł brutto! Oferty pracy dla prawników i magików komputerowych zawsze się znajdą – wystarczy zajrzeć na portal z ogłoszeniami.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez firmę Sedlak&Sedlak, kolejnym świetnie opłacanym zawodem jest główny mechanik. Jeśli Wasze dzieci zastanawiają się, jaką uczelnię wybrać, stanowczo zacznijcie namawiać ich na ukończenie technicznego kierunku studiów! Ich przyszłe zarobki mogą plasować się nawet na poziomie ponad 20 tys. zł brutto miesięcznie!

Już dawno temu skończyliście edukację, a pieniądze przydałyby się Wam “od zaraz”?Jeśli macie smykałkę do handlu, warto rozważyć także ścieżkę kariery przedstawiciela handlowego w branży technicznej. Najlepsi w tym zawodzie zarabiają nawet 18,5 tys. zł miesięcznie!

Jakie jeszcze są najlepiej płatne zawody w 2020 roku w Polsce?

  • Inżynier produktu (18,2 tys. zł)
  • Analityk sprzedaży (17,9 tys. zł)
  • Specjalista ds. kluczowych klientów (17,7 tys. zł)
  • Inżynier testów i walidacji (17,2 tys. zł)
  • Inżynier ds. rozwoju dostawców (16,1 tys. zł)
  • Główny technolog (16 tys. zł)
  • Specjalista ds. zakupów (15,6 tys. zł)
  • Inżynier automatyk (15,3 tys. zł)
  • Analityk systemów komputerowych (15, 2 tys. zł)
  • Przedstawiciel handlowy (14,6 tys. zł)

To właśnie te zawody są nie tylko najlepiej opłacane, ale również istnieje na nie największe zapotrzebowanie na rynku.

Najlepiej płatne zawody bez studiów. Czy żeby dużo zarabiać, trzeba być wykształconym?

Większość z najlepiej płatnych zawodów wymaga posiadania kierunkowego wykształcenia. Wciąż istnieją jednak branże, w których od dyplomu ważniejsze jest Wasze doświadczenie, a także unikalne talenty.

Macie “gadane” i dobrze rozumiecie działanie technik sprzedażowych? Na powyższej liście najlepiej opłacanych zawodów w Polsce nie bez przyczyny dwukrotnie znalazł się przedstawiciel handlowy. Tu studia nie są warunkiem koniecznym, a żeby osiągnąć dobry wynik, wystarczy systematyczna praca, dobra sieć kontaktów i odrobina uroku osobistego. 

Tylko od Waszej wytrwałości zależy, czy sobie poradzicie! Przypomnimy, że jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie, McDonald’s, nie powstałaby, gdyby nie upór nie twórców koncepcji restauracji, a właśnie jej przedstawiciela handlowego, a późniejszego CEO firmy – Raya Kroca. Tu nie ma limitów!

Na rynku bez ukończonych studiów mogą dobrze poradzić sobie także specjaliści ds. public relations. Choć w marketingu nie brakuje absolwentów humanistycznych kierunków, również Ci, którzy nie zdecydowali się na dalszą edukację, mogą tu zrobić karierę. Od czego zacząć? Dobrym pomysłem może być zapisanie się do szkoły policealnej, lub samodzielna edukacja w domu. Webinary, kursy, również te certyfikowane, specjalistyczne blogi i vlogi – nie ma opcji, żebyście nie znaleźli darmowej wiedzy, dzięki której zaczniecie w końcu lepiej zarabiać! Dalej szukacie inspiracji? Zapraszamy na forum o pracy, gdzie przeczytacie wpisy wielu osób i założycie własny wątek na temat opłacalnych zawodów i najbardziej atrakcyjnych ścieżek rozwoju.

Mateusz Bonca pokieruje oddziałem JLL w Polsce

W połowie listopada funkcję Dyrektora Zarządzającego JLL w Polsce przejmie Mateusz Bonca, wcześniej związany między innymi z McKinsey&Company, Deutsche Bank AG i Grupą LOTOS S.A.

Mateusz Bonca jest ekspertem z wszechstronną wiedzą analityczną i doradczą zdobytą w różnych sektorach gospodarki, co pozwoli połączyć wieloletnie doświadczenie JLL z nowym spojrzeniem na organizację i jej otoczenie biznesowe. Mateusz będzie nadzorował całość operacji JLL w Polsce – zarówno tzw. core biznes, czyli lokalny konsulting nieruchomościowy, jak i działalność zespołów wspierających klientów oraz realizujących projekty dla innych oddziałów JLL w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki.

Mateusz to lider z doświadczeniem zawodowym zdobytym w różnych sektorach gospodarki: od bankowości i finansów, po sektor energetyczny. Jestem przekonana, że Mateusz, posiadając szeroką wiedzę spoza branży nieruchomości, wniesie do JLL nową perspektywę i odegra kluczową rolę w tworzeniu nowoczesnych modeli długofalowej obsługi klientów oraz wdrażaniu rozwiązań, które najlepiej odpowiadają na szybko zmieniające się warunki biznesowe i gospodarcze. Serdecznie witamy Mateusza w JLL. – komentuje Sabine Eckhardt, Szefowa JLL w Niemczech, nadzorująca oddziały firmy w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, Holandii, Szwajcarii oraz krajach nordyckich

Wybór Mateusza Boncy na stanowisko Dyrektora Zarządzającego JLL oznacza, że pierwszy raz w historii międzynarodowego biznesu konsultingowego na rynku nieruchomości w Polsce stery przejmuje osoba spoza branży real estate. Poprzez wybór Mateusza Boncy na stanowisko CEO, JLL w Polsce wpisuje się w nowoczesny model zarządzania biznesem – otwarty na kompetencje z różnych sektorów i oparty na zróżnicowanym doświadczeniu oraz ekspertyzie.

Bardzo się cieszę z objęcia funkcji Dyrektora Zarządzającego JLL w Polsce i możliwości współpracy z tak doświadczonym i inspirującym zespołem zwłaszcza teraz, gdy firmy z różnych sektorów muszą odpowiedzieć na wyzwania, jakie niesie przyszłość. To również kluczowy moment dla strategicznego wsparcia klientów w zakresie budowania odporności biznesu, między innymi dzięki wdrażaniu rozwiązań z zakresu zrównoważonego rozwoju oraz promowaniu innowacji, jakie prezentuje JLL. Organizacje mierzą się dziś z podobnymi wyzwaniami, niezależnie od branż, w których działają, a dynamika zmian w gospodarce motywuje je do większej otwartości na doświadczenia innych biznesów i kultur organizacyjnych. Chciałbym podziękować JLL za zaufanie oraz ciepłe przyjęcie. – dodaje Mateusz Bonca, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce

Mateusz Bonca pełnił funkcję Prezesa Zarządu Grupy LOTOS S.A. w latach 2018-2019. Wcześniej, od czerwca 2016 jako Wiceprezes Zarządu odpowiadał za Pion Strategii i Rozwoju, później również za Pion Ekonomiczno-Finansowy. W latach 2012-2016 pełnił funkcję dyrektora w Deutsche Bank AG we Frankfurcie. Nieco wcześniej w latach 2010-2012 był związany z Peppers and Rogers Group Middle East w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Od 2004 do 2010 r. pracował w McKinsey & Company jako konsultant i starszy konsultant, realizując projekty biznesowe w wielu krajach. Poza Polską przygotowywał i realizował strategiczne zmiany w korporacjach m.in. w Niemczech, Czechach, Wielkiej Brytanii, Belgii, Włoszech, Portugalii, Hiszpanii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie, Republice Południowej Afryki i Turcji.

Mateusz Bonca jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Studiował także w Al Akhawayn University w Maroku. W 2009 r. uzyskał stopień naukowy doktora nauk ekonomicznych. Należy do Strategic Management Society – globalnej sieci ekspertów z obszaru przywództwa.

Usługi logistyczne w ramach outsourcingu – dlaczego warto?

Rosnące zapotrzebowanie klientów na e-usługi sprawiło, że coraz większym zainteresowaniem wśród przedsiębiorców zaczęły cieszyć się usługi logistyczne oferowane w ramach outsourcingu. Korzystanie z takiego rozwiązania zapewnia firmom wiele korzyści, wśród których warto wymienić przede wszystkim oszczędność czasu i pieniędzy oraz gwarancję realizacji usług logistycznych na najwyższym poziomie. Na czym polega outsourcing, jakie usługi logistyczne wchodzą w jego zakres i jakie korzyści zapewnia to rozwiązanie?

Czym jest i na czym polega outsourcing usług logistycznych?

Outsourcing usług logistycznych jest profesjonalną usługą oferowaną przed wyspecjalizowane podmioty z zakresu logistyki. Polega na oddelegowaniu wszystkich lub części obowiązków związanych z obsługą logistyczną przedsiębiorstwa zewnętrznej firmie, czyli operatorowi logistycznemu. Zakres funkcji logistycznych przekazywanych w ramach outsourcingu może być bardzo zróżnicowany i obejmować zarówno samo magazynowanie towarów i ich transport, jak i całokształt zarządzania łańcuchem dostaw. Do usług najczęściej przekazywanych w outsourcing należą: transport, magazynowanie oraz usługi celne.

Usługi logistyczne oferowane w ramach outsourcingu są idealną odpowiedzią na potrzeby współczesnych firm, które pragną skupiać się na rozwijaniu własnej działalności oraz wychodzić naprzeciw rosnącym z roku na rok potrzebom wymagającego, współczesnego rynku. Możliwość oddelegowanie w ręce zewnętrznej, wyspecjalizowanej firmy większości obowiązków związanych z obsługą logistyczną przedsiębiorstwa pozwala firmie na optymalizowanie kosztów własnej działalności, skoncentrowanie się na rozwoju oraz poprawę jakości obsługi logistycznej. Bardzo ważnym aspektem outsourcingu jest czas jego trwania, który najczęściej ma charakter długoterminowy.

Co można zyskać stosując outsourcing logistyczny?

Korzystanie z usług logistycznych oferowanych w ramach logistyki kontraktowej wiąże się z licznymi korzyściami, które doceni każda, dążąca do systematycznego rozwoju firma. Usługi logistyczne realizowane przez zewnętrznego, wyspecjalizowanego operatora pozwalają znacznie zredukować koszty operacyjne funkcjonowania przedsiębiorstwa oraz podnieść jakość procesów logistycznych. Przedsiębiorstwo zyskuje profesjonalną pomoc, odciążenie w wykonywanych obowiązkach oraz dostęp do niezbędnych zasobów, w tym w pełni wyposażonego magazynu, przestrzeni do kompletowania zamówień, know-how z zakresu logistyki, obsługi posprzedażowej i wielu innych.

Profesjonalne usługi logistyczne w ramach logistyki kontraktowej są oferowane przez różne firmy. Klienci z Sosnowca i okolic w pierwszej kolejności powinni zapoznać się z ofertą lokalnego operatora logistycznego Delta Trans, który posiada hale magazynowe i produkcyjne o łącznej powierzchni ponad 120 tys. m2 zlokalizowane na terenie centrum logistycznego w Świętochłowicach i Chorzowie oraz w Rudzie Śląskiej i Gliwicach. Delta Trans oferuje dostęp do szerokiego spektrum działań w ramach swojej działalności oferując takie usługi logistyczne, jak m. in. transport, logistykę magazynową, e-commerce, co-manufacturing, obsługę celną i wiele innych.

Firmy znowu chore na Koronawirusa. Wsparcia coraz mniej, a restrykcji i problemów coraz więcej

– Doniesienia medialne z całego kraju są coraz bardziej niepokojące. Wszyscy zadajemy sobie pytanie, czy czeka nas zaostrzenie reżimu sanitarnego, czy wejdziemy do żółtej, a może czerwonej strefy? Jako Prezes Północnej Izby Gospodarczej czuję się w obowiązku napisać kilka słów. Potrzeba nam znów wielkiej solidarności, bo tylko wspierając się wzajemnie przedsiębiorcy będą w stanie przetrwać trudny czas pandemii. Nie da się jednak ukryć, że sama solidarność nie wystarczy, Jako Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie apelujemy do Rządu o przygotowanie nowej strategii wsparcia dla sektora MŚP. Znam wiele firm, które nie „wyszły na prostą” po pierwszej fali pandemii. To, co dzieje się obecnie może doprowadzić te firmy do upadku. Apelujemy o opracowanie nowego modelu Tarczy Antykryzysowej, który wesprze przedsiębiorców, którzy tego najbardziej potrzebują. Uważam także, że należy wykonywać więcej testów, bo widzimy, że niektórzy przechodzą pandemię bezobjawowo – pisze w swoim pierwszym otwartym liście Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

  • Powolne wygaszanie programów wspierających przedsiębiorców w ramach Tarczy Antykryzysowej przy jednoczesnym zaostrzaniu restrykcji jest zostawianiem przedsiębiorców samym sobie
  • Apelujemy do Rządu i samorządu o przygotowanie kolejnych programów wsparcia dla lokalnych przedsiębiorców. Najbardziej poszkodowane są takie branże jak: eventowa, kulturalna, hotelarstwo, turystyka, transport czy mały sektor przemysłowy
  • Wsparcia jest obecnie coraz mniej, a wielu przedsiębiorców zwraca uwagę, że sytuacja gospodarcza jest coraz poważniejsza
  • Północna Izba Gospodarcza niezmiennie działa – proponujemy naszym przedsiębiorcom bezpłatne doradztwo w ramach Izbowego Pakietu Wsparcia dla Przedsiębiorców

– Koronawirus jest częścią świata, w którym żyjemy. Spowszedniał, stał się częścią krajobrazu, a to niedobrze. Nadal jest niebezpieczny. Może nie dla każdego w równym stopniu, ale każdy z nas może zarazić nim osobę, dla której walka z nim może okazać się zbyt trudna.  Od kilku lat pracowałam intensywnie z moimi kolegami w Prezydium Izby, dbając o jej dobro i rozwój. Jako przedsiębiorca dostrzegam konieczność współdziałania z innymi i potrzebę wspólnoty. Izba jako samorząd gospodarczy idealnie spełnia ten warunek i jest gwarantem realizacji wspólnych postulatów i potrzeb przedsiębiorców. To dzięki uczestnictwu w takiej organizacji głos przedsiębiorców jest słyszalny, a ich problemy i potrzeby dostrzegalne. Sugerujemy także powrót do niższych stawek VAT dla wszystkich przedsiębiorców i trwalsze, czasowe obniżenie  VAT dla przedsiębiorców najmocniej dotkniętych pandemią np. gastronomii, turystyki czy hotelarstwa – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– W tym trudnym okresie, który zapewne szybko się nie skończy, przede wszystkim musimy dbać o interesy przedsiębiorców. Docierać z ich głosem i potrzebami do decydentów politycznych na wszystkich poziomach władzy. Reprezentować biznes jako całość, ale i poszczególne branże z osobna. Z całą stanowczością należy stwierdzić, że pandemia koronawirusa, wiosenny lockdown i jesienne spowolnienie gospodarcze doprowadziło wiele firm do bardzo trudnej sytuacji. Przedsiębiorcy są zmuszeni do zadłużania się lub zamykania działalności. Z naszego punktu widzenia powolne wygaszanie programów wsparcia, przy jednoczesnym zaostrzaniu restrykcji jest zostawianie małych firm samym sobie. Najbardziej poszkodowane są takie branże jak: branża kreatywna i eventowa, kultura, gastronomia, hotelarstwo, turystyka, przemysł, transport coraz częściej słyszymy również o stratach w handlu. Działania Tarczy Antykryzysowej były przez przedsiębiorców oceniane jednoznacznie pozytywnie. Obecnie dochodzi do sytuacji, że tego wsparcia jest mniej, a dla niektórych firm jesień jest czasem trudniejszym niż wiosna – mówi Hanna Mojsiuk.

– Północna Izba Gospodarcza nadal będzie aktywnie działać, pilnować wdrażanych rozwiązań i apelować, by były możliwie najlepsze. Ponadto cały czas w ramach Izbowego Pakietu Wsparcia pomagamy przedsiębiorcom w postaci udzielania porad prawnych, podatkowych, finansowych, dotacyjnych oraz z zakresu ubezpieczeń społecznych i wielu innych. Podczas II fali epidemii ograniczamy eventy i spotkania bezpośrednie, ale nie rezygnujemy z działalności. Przenosimy się w większości do aktywności on-line i jesteśmy do dyspozycji przedsiębiorców cały czas.

Ponadto jako jedna z największych organizacji tego typu w Polsce chcemy nadal się rozwijać. Tworzyć nowe inicjatywy, projekty i przedsięwzięcia współpracując z innymi organizacjami, urzędami i uczelniami. Chcemy być organizacją opiniotwórczą o zasięgu krajowym będącą blisko spraw przedsiębiorców i mówiącą ich głosem. Wszystkim Państwu życzę zdrowia, bo to jest teraz najważniejsze – dodaje Hanna Mojsiuk.

ZPP: trzeba radykalnych zmian organizacyjnych i przestrzegania restrykcji sanitarnych, nie możemy pozwolić sobie na ponowny lockdown

Liczba zakażeń koronawirusem rośnie lawinowo, coraz bardziej niepokojące stają się dane o zajętych łóżkach i respiratorach. Kolejne zmiany taktyki ogłaszane na konferencjach prasowych każą zadać pytanie o to, czy w ciągu ostatnich miesięcy udało się przygotować państwo do drugiej fali epidemii. Zdaniem ekspertów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, brak jasnej strategii i skutecznych procedur pokazuje, że okres „wyciszenia” wirusa został przespany przez instytucje kierujące systemem opieki zdrowotnej w Polsce.

– Można założyć, że w marcu i kwietniu Ministerstwo Zdrowia było zajęte „gaszeniem pożaru”, jednak już od maja był czas, żeby przemyśleć sposób postępowania jesienią i doposażyć odpowiednie instytucje. Wiadomo było przecież, że druga fala epidemii nadejdzie – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Od kilku tygodni obserwujemy zupełny chaos i bezradność instytucji. Procedury albo nie istnieją, albo nie działają, testujemy wielokrotnie mniej niż powinniśmy, a zasób łóżek i respiratorów kurczy się. Minister Zdrowia nie zdążył przygotować realnej strategii walki z koronawirusem, bo trudno nazwać strategią opublikowany na stronie resortu dokument.

Podstawowe cele przygotowanej przez ZPP strategii walki z COVID-19 to graniczenie transmisji wirusa poprzez masowe testowanie, zabezpieczenie maksymalnej możliwej wydolności systemu opieki zdrowotnej i zapewnienie ciągłości prowadzenia działalności gospodarczej. Zdaniem ekspertów Związku, mimo deklaracji polityków o braku możliwości ponownego zamknięcia gospodarki, wprowadzane konsekwentnie ograniczenia w gigantycznej mierze dotykają biznes i oznaczają w praktyce kroczący lockdown.

– Polska gospodarka poniosła gigantyczne koszty lockdownu – pierwszy raz od lat nie odnotowujemy wzrostu PKB, deficyt budżetowy wzrósł do rekordowych rozmiarów, wydaliśmy dziesiątki miliardów złotych na konieczne programy pomocowe – podkreśla Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Wydaliśmy te pieniądze w określonym celu, żeby kupić czas potrzebny na przygotowanie systemu opieki zdrowotnej do walki z wirusem. Nie zrobiono tego i teraz ponownie koszty reżimu sanitarnego próbuje się przerzucić na biznes. To niemożliwe do zaakceptowania.

Zaprezentowana przez ZPP strategia zakłada daleko idące zmiany w modelu przeciwdziałania rozwojowi epidemii. Eksperci Związku postulują stworzenie wyspecjalizowanej, podległej bezpośrednio premierowi agencji, zorganizowanej na wzór PFR, która przejęłaby zadania administracyjne i menadżerskie. Pod kątem medycznym, strategia opiera się na rekomendacji możliwie masowego testowania (w tej chwili Polska zajmuje 84 miejsce na świecie pod względem liczby wykonywanych testów na milion mieszkańców) i ścisłej egzekucji kluczowych restrykcji sanitarnych wynikających ze stanowiącego w tej chwili szeroki konsensus podejścia DDM (dystans – dezynfekcja – maseczki). Jednocześnie, Związek sprzeciwia się jakimkolwiek ograniczeniom dla prowadzenia biznesu – konsekwentnie, uważa za stosowne zlikwidowanie żółtej strefy na terenie całego kraju.

Integralną częścią strategii jest case study poświęcone strategiom walki z COVID-19 stosowanym w Szwecji i w Niemczech. Doświadczenia tych państw nie są jednoznaczne, jednak dostarczają przydatnej wiedzy dotyczącej ewentualnych skutków rozmaitych modeli strategicznych.

– Szwecja „poszła na żywioł” i, będąc w europejskiej awangardzie, nie wprowadzała szczególnych obostrzeń w trakcie pierwszej fali. Zapłaciła za to wysoką cenę gospodarczo, ale przede wszystkim zdrowotnie, odnotowując bardzo wysoką liczbę zakażeń i zgonów – stwierdza Kamila Sotomska, analityk Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Póki co, kraj ten przechodzi drugą falę epidemii stosunkowo łagodnie, ale nie jest pewne, czy to rezultat podejścia przyjętego wcześniej w tym roku. Niemcy wydają się dobrze radzić sobie z wirusem – jest to oczywiście konsekwencja wysokich nakładów na opiekę zdrowotną, ale również bardzo masowego testowania. Jest to w tym zakresie podejście, które proponujemy powielić w Polsce.

– Trzeba powiedzieć wprost – strategia walki z COVID-19 na okres jesienny nie została przygotowana przez właściwe organy – konkluduje Cezary Kaźmierczak – Wykonaliśmy więc tę pracę i liczymy na to, że podejście do walki z epidemią zostanie zmodyfikowane bardzo szybko. Mamy coraz mniej czasu, by zareagować na narastającą liczbę zakażeń i uchronić system opieki zdrowotnej przed utratą wydolności.

PARP: Sytuacja na rynku pracy w Polsce stabilniejsza niż w innych krajach UE

Stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce w sierpniu 2020 r. wyniosła 6,1 proc. i od czerwca utrzymuje się na takim samym poziomie. Jak wynika z raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości „Rynek pracy, edukacja, kompetencje. Aktualne trendy i wyniki badań. Wrzesień 2020”, w sierpniu w urzędach pracy zarejestrowało się mniej bezrobotnych i jednocześnie pojawiło się mniej wolnych wakatów w porównaniu do lipca br. O swoją przyszłość na rynku pracy najbardziej boją się najmłodsi pracownicy i ci w wieku 45-54 lata.

Raport przygotowany przez PARP przedstawia syntetyczne wyniki aktualnych badań i analiz dotyczących polskiego i międzynarodowego rynku pracy. To cykliczna comiesięczna publikacja, którą Agencja przygotowuje na potrzeby Rady Programowej ds. Kompetencji koordynującej działanie systemu Sektorowych Rad ds. Kompetencji. Omawiany raport dotyczy okresu od 19 sierpnia do 20 września 2020 r.

Mniej bezrobotnych i mniej wakatów

Od czerwca br. stopa bezrobocia rejestrowanego utrzymuje się na poziomie 6,1 proc. Rok do roku wartość wskaźnika wzrosła natomiast o 0,9 pp. Pod koniec sierpnia w urzędach pracy było zarejestrowanych 1,029 mln bezrobotnych. W porównaniu z lipcem 2020 r. ich liczba nieznacznie spadła o 0,5 tys. osób (0,05 proc.). Natomiast rok do roku to więcej o 163,5 tys., czyli o 18,9 proc.

Wraz z liczbą bezrobotnych spada również liczba wakatów zgłaszanych do urzędów pracy. Według danych MRPiPS, w sierpniu 2020 r. pojawiło się 94,5 tys. wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej. To o 11,5 tys. ofert (10,8 proc.) mniej niż w lipcu tego roku.
W sierpniu stopa bezrobocia nieznacznie wzrosła o 0,1 pp. w trzech województwach: mazowieckim, pomorskim i śląskim. Spadła natomiast w pięciu: o 0,2 pp. w warmińsko-mazurskim i o 0,1 pp. w kujawsko-pomorskim, lubelskim, świętokrzyskim i zachodniopomorskim.

W Polsce lepiej niż w Europie

Z danych Eurostatu wynika, że wskaźnik bezrobocia dla krajów członkowskich Unii Europejskiej w lipcu 2020 r. wyniósł 7,2 proc. To wzrost o 0,1 pp. wobec poprzedniego miesiąca oraz o 0,9 pp. r./r. W Polsce w lipcu 2020 r. wartość wskaźnika stopy bezrobocia, liczona zgodnie z metodologią Eurostatu, wyniosła 3,2 proc. i zmalała o 0,1 pp. zarówno w porównaniu z wynikiem z czerwca br., jak i w ujęciu rocznym. To drugi najlepszy wynik wśród państw Unii. Lepiej jest tylko w Czechach, gdzie wskaźnik wyniósł 2,7 proc.

– Dane napływające do nas z Europy pokazują, że sytuacja na polskim rynku pracy jest w miarę stabilna. Jesteśmy w czołówce, jeśli chodzi o najmniejszy wskaźnik stopy bezrobocia. Pokazuje to, że nasi pracodawcy za wszelką cenę chcą utrzymać obecnie zatrudnione osoby, wiedząc że rekrutacja wykwalifikowanego pracownika będzie bardziej kosztochłonna i obciążona dużym ryzykiem niepowodzenia. Częściej niż na zwolnienie decydują się, na przykład, na zmniejszenie wymiaru godzin pracy – mówi Daniel Nowak, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

W najgorszej sytuacji jest obecnie Hiszpania, gdzie wskaźnik bezrobocia wyniósł 15,3 proc. Na drugim miejscu znalazły się Włochy (9,7 proc.), a na trzecim Szwecja (9,4 proc.). Szwedzkie władze nie zdecydowały się na całkowite zamknięcie gospodarki, nie uchroniło to jednak tego kraju od kryzysu na rynku pracy.

Z niepewnością w przyszłość

Jak wynika z zaprezentowanych w raporcie PARP badań Work Service, niemal 15,9 proc. pracujących Polaków obawia się utraty stanowiska w ciągu najbliższych 2 lat. To najwyższy odsetek od 2017 r. i ponad 7 proc. więcej niż w lutym br. Jednocześnie zmniejszyła się liczba osób, które czują się spokojne o swoje miejsca pracy, choć nadal jest ona bardzo wysoka – 81,1 vs 87,5 proc. w lutym br.

– Kryzys wywołany koronawirusem nadal jest z nami i nie wiadomo, jak długo będziemy się mierzyć z jego konsekwencjami. Nic więc dziwnego, że rośnie liczba osób zaniepokojonych swoją przyszłością na rynku pracy. Najwięcej obaw mają pracownicy najmłodsi, w wieku 18-24 lat, ale również ci bardziej doświadczeni, z grupy 45-54 lat – mówi Piotr Krasiński, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

Kwalifikacje kluczowe do rozwoju

Niepewność związana jest z brakiem odpowiedniego przygotowania do wyzwań czekających na coraz bardziej zaawansowanym cyfrowo rynku pracy. Głównie chodzi o umiejętności z zakresu nauk ścisłych, technologii, inżynierii i matematyki, które uważane są za niezbędne do wspierania innowacyjności i zapewnienia wzrostu gospodarczego. Jednocześnie są poszukiwane przez pracodawców. Według danych Eurostatu, w latach 2005-2018 udział specjalistów w dziedzinie technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT) w całkowitym zatrudnieniu wzrósł z 2,6 proc. do 3,9 proc. W czasie pandemii zapotrzebowanie na pracowników z tej branży zwiększyło się jeszcze bardziej. Firmy zgłaszają, że brakuje im specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa, tak ważnych w czasie, kiedy praca nadal wykonywana jest zdalnie.

Równie ważne są jednak kompetencje miękkie. Z czasem w wykonywaniu powtarzalnych zadań człowieka zastąpią roboty, dlatego pracodawcy oczekiwać będą umiejętności krytycznego myślenia, kreatywności i przedsiębiorczości potrzebnych do rozwiązywania najtrudniejszych zadań.

Podnoszenie kwalifikacji ma znaczenie nie tylko dla rozwoju osobistego, a tym samym zwiększania swoich szans na rynku pracy. To kluczowy aspekt również w czasie, gdy mierzymy się z problemami takimi jak zmiany klimatyczne, globalizacja, migracja czy starzenie się społeczeństwa.

Nowe rekordy w Warszawie. Pół km2 zgarnęło połowę transakcji!

Według danych REDD, w drugim i trzecim kwartale 2020 roku w nowoczesnych obiektach biurowych w Warszawie wynajęto ok. 220 tys. mkw. Ponad 55 proc. tej powierzchni wynajęto na Woli, w ścisłym sąsiedztwie Ronda Daszyńskiego.

–  Jak pokazują dane REDD, na tym obszarze mniejszym niż 1/2 kilometra kwadratowego podpisano umowy najmu na łączną powierzchnię ponad 120 tys. mkw. – mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.REDD_1 (1)

Wyniki wynajmu na Woli są czterokrotnie wyższe niż w następnej dzielnicy w zestawieniu. Na Mokotowie zarejestrowano umowy najmu na łączną powierzchnię 31 tys. mkw. Na kolejnych miejscach plasują się: Śródmieście (22,5 tys. mkw.), Ochota (19,4 tys. mkw.) oraz Włochy (12,9 tys. mkw.).REDD_2

Months of supply: Średnia dla całego kraju lekko powyżej roku

Months of supply („MoS”) to teoretyczny wskaźnik relacji popytu do podaży, który symuluje ile trwałoby wynajęcie wszystkich dostępnych biur na danym rynku, biorąc pod uwagę obecne zasoby i tempo wynajmu.

–  Średnia wartość MoS dla głównych rynków w Polsce wynosi obecnie 13,5 miesiąca. Najniższy wskaźnik w granicach sześciu miesięcy zanotowało Trójmiasto, natomiast najwyższy – ponad półtora roku – Katowice – wymienia Judyta Bartnicka, analityczka REDD.REDD_3

80 proc. zatrudnionych jest „zdalnie wykluczonych” i narażonych na COVID-19 w miejscu pracy?

Według danych GUS na początku epidemii koronawirusa w Polsce tylko 14 proc. zatrudnionych pracowało zdalnie. Ten typ pracy w naszym kraju może wykonywać w sumie ok. 20 proc. aktywnych zawodowo. Większość osób – aż 80 proc. nie ma możliwości pracy z domu, bo branże, w których funkcjonują i zlecane im obowiązki zawodowe wymagają fizycznej obecności w firmie. Niestety, to właśnie zakłady pracy są dziś jednymi z miejsc, w których szansa na zakażenie COVID-19 jest duża, mimo że przełożeni robią co mogą, by ochronić zespół przed zarażeniem, a firmę przed przestojem, a nawet upadkiem.

W naszym kraju ok. 16,5 mln osób jest aktywnych zawodowo. W tej grupie tylko 2 na 10 Polaków może pracować zdalnie. Pozostali (8 na 10 osób) swoje obowiązki muszą wypełniać stacjonarnie. Wśród nich znajdują się pracownicy wielu branż m.in. produkcyjnej, handlowej, logistycznej, transportowej, ale też pracownicy banków, urzędów czy służb publicznych. Niemożność pracy zdalnej nie sprzyja ochronie ich zdrowia, nawet w sytuacji, gdy polscy pracodawcy wzięli sobie do serca wszelkie zalecenia i robią wszystko, by zminimalizować ryzyko zakażenia w swojej organizacji. Fala zachorowań w przedsiębiorstwach dla ich właścicieli oznacza nie tylko wsparcie pracownika w walce o powrót do zdrowia, ale też trudną walkę o zachowanie miejsc pracy i przetrwanie ich biznesu.

Mimo starań pracodawców, codziennie nowe przypadki zachorowań

Firmy są dziś jednymi z miejsc, w których zakażamy się najczęściej. Tylko w woj. pomorskim na 109 ognisk zakażeń SARS-CoV-2, aż 34 to zakłady pracy (wg. danych sanepidu z 9.10.2020). Pozostałe to m.in. szpitale i szkoły, których pracownicy również chorują na koronawirusa. Każdego dnia z całej Polski płyną sygnały o nowych zakażeniach w przedsiębiorstwach. W dużym stopniu spowodowane są one specyfiką wykonywanej pracy i branżą, w której funkcjonują firmy niemogące pozwolić sobie na przywilej wprowadzenia pracy zdalnej.

Za nami 7 miesięcy sprawdzianów, które COVID-19 fundował niemal codziennie w polskich firmach. Moim zdaniem pracodawcy odrobili lekcję z ochrony pracowników zarówno pod względem formalnym, jak i operacyjnym. Wprowadzenie zmian w firmach zajmowało od kilku dni do max. 3 miesięcy – w zależności od skali ich działania. Wypracowano procedury, opracowano koronawirusowe regulaminy pracy i informowano pracowników o kluczowych zmianach – mówi Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres. – Przełożeni starali się też jak najlepiej chronić zespół w miejscu pracy – badano temperaturę, gwarantowano środki odkażające, maseczki, rękawiczki, zachowywano odległość, ograniczano spotkania bezpośrednie. Ci, którzy mogli wprowadzili pracę zdalną, jednak przeważająca większość firm nie miała takiej możliwości, dlatego w wielu przypadkach wprowadzano system zmianowy, by chronić zespół przed chorobą – zaznacza Cezary Maciołek.

Niestety, do powstania ognisk zakażeń w firmach przyczyniają się również pracownicy, którzy nie zgłaszają nikomu, w tym pracodawcy, że mogą być nosicielem koronawirusa i nadal chodzą do pracy. Dzieje się tak np. w sytuacji, gdy nie chcą oni iść na chorobowe lub kwarantannę, bo boją się utraty premii za stuprocentową obecność w pracy oraz nie chcą otrzymywać niższej pensji, która z powodu zasiłku chorobowego wynosi 80 proc. normalnego wynagrodzenia.

Koronawirus gra z firmami w domino

Firmy bardzo często stanowią system naczyń połączonych, gdy w jednej z powodu zachorowań pracowników nastąpi przestój, w innych – uzależnionych od jej pracy również dochodzi do znacznych opóźnień. Obecna sytuacja może przełożyć się na funkcjonowanie przedsiębiorstw w momencie, gdy większość z nich nie może wprowadzić pracy zdalnej z uwagi na charakter wykonywanej pracy i – mimo zabezpieczeń – dojdzie do fali zachorowań wśród pracowników. W praktyce oznacza to nie tylko destabilizację pracy całego przedsiębiorstwa, ale też straty finansowe. Następują one w momencie, gdy dochodzi do braków kadrowych w zespole, które w czasach koronawirusa, bardzo trudno szybko uzupełnić, a to oznacza niewywiązanie się z umowy z klientami np. niedostarczenie towarów na czas, a to z kolei może wpłynąć na kary finansowe wynikające z zawartej umowy handlowej. Wydatki generują także koszty kwarantanny pracowników, które często biorą na siebie pracodawcy i wypłaty wynagrodzeń chorobowych. Przykładowo, jeśli w firmie zachoruje 100 pracowników, którzy będą musieli przebywać na kwarantannie 10 dni to pracodawca musi wypłacić im około 150 tys. zł z tytułu wynagrodzeń za czas, w którym nie byli w stanie wykonywać swoich obowiązków.

Elastycznością w COVID-19

W dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości polscy pracodawcy, by przetrwać, musieli ograniczyć inwestycje średnio oraz długookresowe i skupili się na planowaniu niedalekiej przyszłości. Nagłe braki kadrowe, które może spowodować COVID-19 i niepewność rynkowa powodują, że elastyczność jest obecnie istotnym elementem polityki personalnej każdej firmy, bo może uchronić ją przed przymusowym przestojem. Stąd też rosnące zainteresowania pracą tymczasową zarówno wśród firm, jak i kandydatów do pracy.

Obserwując doniesienia płynące z rynku nie sądzę, żeby doszło do drugiego lockdownu w takiej skali, jaka miała miejsce w momencie, gdy stawialiśmy pierwsze kroki w walce z koronawirusem. Obecnie polscy przedsiębiorcy wiedzą, czym jest COVID-19 i jak ogromne zagrożenie stanowi dla ich biznesu. Mają też świadomość, że nie stać ich na kolejne przestoje zaznacza Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres. – Rząd zakłada, że odrobimy straty w przyszłym roku, ale to może być bardzo trudne. Moim zdaniem aktywność gospodarcza powróci do poziomu sprzed pandemii dopiero w 2022 r. Aktualna sytuacja wpływa negatywnie na konsumpcję i inwestycje, a to są bardzo istotne elementy rozwoju gospodarczego. Ponadto wstrzymanie realizacji zamówień w zakładach pracy jest ogromnym zagrożeniem, które może ziścić się w z dnia na dzień. Dlatego wiele firm szuka ratunku w pracownikach tymczasowych i w swoich planach uwzględnia zwiększenie zespołu wykonującego ten rodzaj pracy. Bo to oznacza dla nich wygraną walkę o przetrwanie, którą będą musieli toczyć w niepewnych czasach – podsumowuje ekspert.

Rockwell Automation przejmuje Oylo – dostawcę usług w zakresie cyberbezpieczeństwa

Firma Rockwell Automation ogłosiła przejęcie firmy Oylo, dostawcy usług w zakresie cyberbezpieczeństwa z siedzibą w Hiszpanii. Głównym obszarem działalności Oylo jest dostarczanie szerokiej gamy usług i rozwiązań w zakresie cyberbezpieczeństwa przemysłowych systemów sterowania (ICS), w tym ocen, wdrożeń pod klucz, usług zarządzanych i reagowania na incydenty. Nabycie Oylo umocni łańcuch dostaw i poszerzy ofertę usług cyberbezpieczeństwa Rockwell Automation dostępnych na rynku przemysłowym.

„Wraz z wdrażaniem na halach produkcyjnych koncepcji smart manufacturing, w tym m.in. połączonych ze sobą sieciowo urządzeń, posiadanie kompleksowej strategii cyberbezpieczeństwa obejmującej przemysłową technologię operacyjną (OT) i informatyczną (IT) nigdy wcześniej nie było tak ważne, jak teraz. Naszym celem jest sukces naszych klientów m.in. w zakresie wdrażania koncepcji Connected Enterprise, a specjalistyczna wiedza, którą Oylo wniesie do Rockwell Automation sprawi, że będziemy mogli dzielić się nią z firmami na całym świecie.” – powiedział Frank Kulaszewicz, Senior Vice President, Lifecycle Services w Rockwell Automation.

Przejęcie firmy Oylo potwierdza zaangażowanie firmy Rockwell Automation w dostarczanie najlepszych w swojej klasie usług i rozwiązań w zakresie cyberbezpieczeństwa. Doświadczenie Oylo w dziedzinie cyberbezpieczeństwa OT uzupełnia wiedzę w zakresie cyberbezpieczeństwa IT zdobytą, dzięki niedawnemu przejęciu Avnet Data Security. Nabycie Oylo bezwględnie umacnia łańcuch dostaw i poszerza ofertę usług cyberbezpieczeństwa dostępnych na rynku przemysłowym.

Oylo będzie włączone do  segmentu operacyjnego Lifecycle Services.

CDRL wyniki sprzedaży za III kwartał 2020 r.

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik, w III kwartale br. wygenerowała 122,89 mln zł przychodów w obu markach, o około 7 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Na bardzo wysokim poziomie utrzymuje się sprzedaż za pośrednictwem kanałów e-commerce, które w obu markach wzrosły o ponad 60 proc r/r.

– W związku z aktualną sytuacją społeczno-gospodarczą, musimy zaakceptować spadki obrotów w sklepach stacjonarnych spodziewamy się, że w najbliższym czasie to się nie zmieni. Konsekwentnie od kilku miesięcy stawiamy na rozwój e-commerce. Myślimy o współpracy z multiplatformami obecnymi na naszym i na zagranicznych rynkach. Pracujemy także nad uruchomieniem kolejnego sklepu internetowego na Ukrainie – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.

Polskie sklepy stacjonarne w III kwartale 2020 roku osiągnęły przychody na poziomie 40,8 mln zł. Jest to wynik o 6 proc. niższy od odnotowanego w analogicznym okresie 2019 roku. Sieć sklepów stacjonarnych Buslik w omawianym okresie wygenerowała 44,1 mln zł przychodów – jest to o 20 proc. mniej niż III kwartale ubiegłego roku.

Nadal bardzo dużą popularnością wśród kupujących cieszy się kanał e-commerce. Przychody ze sprzedaży w polskim sklepie internetowym wyniosły 10,5 mln przychodów i jest to wynik wyższy od odnotowanego w analogicznym okresie ubiegłego roku o 66 proc. W omawianym okresie sklep internetowy sieci Buslik osiągnął przychody w wysokości 2,7 mln zł. Jest to wzrost o 62,1 proc. względem II kwartału 2019 roku.

Narastająco, od stycznia do końca września Grupa CDRL wygenerowała 292,9 mln zł przychodów. Jest to wynik niższy od ubiegłorocznego o ponad 10 proc.

W czasach nieoczywistych dobrze jest trzymać się razem – w rodzinie i w rodzinie biznesowej!

Sukcesorzy polskich firm rodzinnych spotkali się w Poznaniu na V Kongresie Next „FUTURE of NEXTgen”. To była 5. edycja Kongresu, który odbył się w dniach 5 i 6 października 2020 roku w samym sercu Poznania – Concordii Design.  Temat przewodni Kongresu „ Future of Next Generation. Digital, smart, competent & professional!” nawiązywał do wspólnego zdefiniowania nowej roli młodego pokolenia przedsiębiorców z firm rodzinnych w biznesowej przyszłości. Balans pomiędzy brawurowymi wyzwaniami w firmie a tradycyjnymi wartościami i impulsami z wewnątrz samego pokolenia Next Generation to źródło spokoju, siły i ładu firm rodzinnych” – mówi Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego dr Adrianna Lewandowska.

Do prelekcji, paneli dyskusyjnych zaproszeni zostali uznani zagraniczni eksperci z obszaru firm rodzinnych jak  Susanne Bransgrove, Guillermo Salazar czy dr Marta Widz. Wystąpili także polscy praktycy i mówcy; Zofia Dzik z Instytutu Humanites, Roman Wieczorek, Szymon Trzebiatowski oraz dr Adrianna Lewandowska z ramienia Instytutu Biznesu Rodzinnego, a także sukcesorzy czołowych polskich firm rodzinnych jak ZPUE, PAK, Grupa Wróbel, Mitcar, Kaczmarski Group, Altom Design, Wajnert Meble, Dr Irena Eris, Werner Kenkel.  Po raz pierwszy podczas Kongresu odbyły się sesje VIP z Mentorami, które cieszyły się ogromnym powodzeniem wśród młodych, pochodzących z rodzin biznesowych. Spotkanie z Mentorem oko w oko było spotkaniem w kuluarowym, małym gronie. Uczestnicy mogli poznać  liderów przedsiębiorczości na rodzimym rynku, porozmawiać, poznać historię rodzinną, firmy czy zadać pytanie.

Kongres zorganizowany przez Instytut Biznesu Rodzinnego zostawia sukcesorów z niezwykłymi przemyśleniami, inspiracjami, z zalążkami relacji nie tylko biznesowych, ale także tych prywatnych. „Relacje nie mogą być iluzją, a nasza rzeczywistość powinna być wspólna. Kluczowa kompetencja to wejrzenie w siebie, wartości i przeniesienie ich na DNA firmy” – mówi dr Adrianna Lewandowska.

Te dwa dni pełnie były prelekcji, spotkań, wymiany doświadczeń, zdobywania nowej wiedzy, praktycznych warsztatów i ciekawych, tematycznych dyskusji. „Ufamy, że każdy z sukcesorów zabrał cząstkę tej wiedzy, która będzie rezonować w jego sercu i myślach jeszcze długo” – podsumowuje Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego dr Adrianna Lewandowska.

Kongres został przeprowadzony w formule hybrydowej – z możliwością wzięcia udziału w formule stacjonarnej dla ograniczonej liczby uczestników (ze względów bezpieczeństwa) oraz ONLINE – dla wszystkich tych, którzy wybiorą zdalne uczestnictwo w konferencji. Z udziału w Kongresie skorzystało 250 uczestników stacjonarnych i online łącznie.

Instytut Biznesu Rodzinnego to Centrum Wiedzy o Firmach Rodzinnych w Polsce i za granicą. Wiodącą misją działań Instytutu jest profesjonalizacja polskich przedsiębiorstw rodzinnych poprzez doradztwo w zakresie procesu sukcesji, strategii międzypokoleniowych i Konstytucji Firm Rodzinnych, szerzenie wiedzy, dobrych praktyk, prowadzenie i publikowanie wyników badań naukowych oraz wymianę doświadczeń krajowych i zagranicznych. Każdego roku Instytut organizuje szereg wydarzeń́ dedykowanych firmom rodzinnym, które zawsze są unikatową platformą wymiany doświadczeń́ i okazją do nawiązania bezcennych relacji biznesowych.

Trump w opałach

Reelekcja prezydenta w USA stoi pod coraz większym znakiem zapytania, a jednak analitycy wciąż nie wykluczają, że na końcówce wyścigu nie wydarzy się coś, co odmieni los tej kampanii.

Wybory się zbliżają a Trump traci

Na początku listopada wybory prezydenckie w USA. Niezależnie od tego co się dzieje w danym momencie na świecie, wybór głowy państwa za oceanem jest topowym wydarzeniem nie tylko na rynkach walutowych. Ostatnie tygodnie to jednak wyraźne wypracowywanie przewagi kandydata Demokratów. Zdaniem obserwatorów to sformułowanie nie jest do końca precyzyjne, to raczej kandydat Republikanów jest w odwrocie. Powody są dwa, z jednej strony nie najlepiej radząca sobie gospodarka, a z drugiej zarażenie się prezydenta koronawirusem po tych wszystkich mądrościach wygłoszonych odnośnie pandemii.

Dane z Kanady

W piątek poznaliśmy dane z kanadyjskiego rynku pracy. Powstało 378 tysiące nowych miejsc pracy, to ponad 50% więcej niż miesiąc wcześniej i dwukrotnie więcej od oczekiwań. Nie są to co prawda tylko nowe miejsca, ale też otwarcie tych zamkniętych przy lockdownie. Warto natomiast zwrócić uwagę na spadek bezrobocia. Analitycy spodziewali się, że spadnie ono do 9,7% , okazało się jednak być o 0,7% niższe. Po tych danych dolar kanadyjski zyskiwał na wartości względem głównych walut.

Ropa znów w odwrocie

Pomimo teoretycznie lepszych danych z USA, gdzie rośnie ilość wież wiertniczych cena ropy naftowej spada. Jest to, co prawda, korekta na koniec tygodnia, kiedy to mieliśmy niemal 10% wzrost cen surowca, ale znów wraca pytanie o to, jak obecny kryzys wpłynie na popyt na surowiec w przyszłości. Patrząc na rosnące liczby wież wiertniczych przy w miarę stałych poziomach zapasów wydaje się, że jest miejsce na dalsze wzrosty na rynkach.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polacy przeciwko ubojowi zwierząt bez ogłuszania – najnowsze badania

W piątek 9 października Eurogroup For Animals, koalicja zrzeszająca organizacje działające na rzecz zwierząt z całego świata, opublikowała wyniki najnowszego badania opinii publicznej, dotyczącego uboju zwierząt bez wcześniejszego ogłuszenia. Europejczycy są zgodni – 9 na 10 obywateli i obywatelek Europy uważa, że każde zwierzę powinno być obowiązkowo ogłuszone przez ubojem.

W Polsce od kilku tygodni trwa głośna debata na temat nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, zawierającej m.in. zapis o ograniczeniu uboju rytualnego tylko na potrzeby grup wyznaniowych. Organizacja Eurogroup For Animals postanowiła sprawdzić nastroje Europejczyków w stosunku do takiego uboju zwierząt. Ubój rytualny to taki, podczas którego zwierzę nie zostaje wcześniej ogłuszon. Gardło zwierzęcia zostaje podcięte specjalnym nożem, umiera ono wskutek wykrwawienia się.

Badanie zostało przeprowadzone w formie online między 30 września a 7 października br. i wzięło w nim udział 23 126 osób z 24 krajów Europy, w tym także z Polski. Europejczycy są zgodni w kwestii uboju zwierząt przy zachowaniu ich świadomości – aż 92% badanych uważa, że zwierzęta poddane takiemu ubojowi odczuwają ból. 89% ankietowanych Europejczyków jest zdania, że zwierzęta powinny być zawsze ogłuszone przed ubojem, a 87% twierdzi, że zapis ten powinien dotyczyć też uboju na potrzeby religijne. Co ważne, 8 na 10 badanych zgodziło się ze stwierdzeniem, że Unia Europejska powinna poszukiwać i finansować alternatywnych, bardziej humanitarnych metod uboju, akceptowanych również przez grupy wyznaniowe.

Co o uboju bez ogłuszenia sądzą Polki i Polacy?

Z badania wynika, że nasze nastroje odzwierciedlają te, które panują w całej Europie. Aż 95% badanych Polek i Polaków uważa, że zwierzęta zabijane bez wcześniejszego ogłuszenia odczuwają ból. 9 na 10 ankietowanych uważa, że wszystkie zwierzęta powinny być obowiązkowo ogłuszane przed ubojem, nawet gdy ubój odbywa się na potrzeby religijne (tutaj poparcie wyniosło 88%). Co więcej, aż 93% Polek i Polaków zgadza się ze stwierdzeniem, że państwa Unii Europejskiej powinny mieć możliwość przyjęcia dodatkowych środków, zapewniających wyższe standardy w zakresie dobrostanu zwierząt.

– Badanie Eurogroup For Animals potwierdza to, co organizacje prozwierzęce mówią od lat: we współczesnej Europie nie ma zgody na cierpienie zwierząt, a ubój bez ogłuszenia niewątpliwie jest jednym z największych jego źródeł – mówi Paweł Rawicki, prezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Mamy nadzieję, że politycy wezmą pod uwagę opinię publiczną w dalszej pracy nad nowelizacją ustawy o ochronie zwierząt – dodaje Rawicki.

91% Europejczyków zgadza się ze stwierdzeniem, że jak największe ograniczenie cierpienia zwierząt przy uboju jest dla nich ważne. Taką opinię podziela taki sam odsetek Polek i Polaków. Choć ubój rytualny jest mocno zakorzeniony w religiach judaizmu i muzułmańskiej, coraz więcej przedstawicieli islamu dopuszcza możliwość tzw. ogłuszenia odwracalnego, które polega na oszołomieniu zwierzęcia w taki sposób, że może ono jeszcze odzyskać przytomność. Niektóre kraje wprowadziły już zakaz uboju rytualnego ze względu na troskę o dobrostan zwierząt (np. Szwecja), w innych panują różne ograniczenia związane z ogłuszeniem lub znieczuleniem zwierząt przed ubojem. Od wielu lat trwa także międzynarodowa debata odnośnie znakowania mięsa koszernego i halal tak, aby konsumenci mogli podejmować świadome decyzje podczas zakupów, mając świadomość skąd pochodzi kupowane przez nich mięso.

Obecnie w Senacie trwa debata na temat nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, która zakłada m.in. znaczne ograniczenie uboju rytualnego (byłby on dozwolony jedynie na potrzeby związków wyznaniowych, ale nie z przeznaczeniem na eksport). Kolejne prace nad ustawą będą miały miejsce już dziś, tj. 12 października.

Dodatkowe świadczenie postojowe również dla agentów turystycznych

Dodatkowe świadczenie postojowe również dla agentów turystycznych – 9 października 2020 r. weszła w życie ustawa z dnia 7 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania społeczno-gospodarczym skutkom COVID-19, przewidująca stosowne wsparcie.

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców postulował o objęcie świadczeniem postojowym również działalności agentów turystycznych i popierał postulaty branży w zakresie dodatkowego świadczenia postojowego m.in. dla agentów turystycznych przy okazji opiniowania ustawy o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw (tzw. ,,mikrotarcza dla turystyki”), o czym informowaliśmy tutaj: https://rzecznikmsp.gov.pl/rzecznik-msp-wystosowal-kolejne-uwagi-i-postulaty-do-uchwalonej-przez-sejm-ustawy-o-zmianie-ustawy-o-szczegolnych-rozwiazaniach-zwiazanych-z-zapobieganiem-przeciwdzialaniem-i-zwalczaniem-covid-19-w-z/.

W dniu 17 września 2020 r. Sejm uchwalił oczekiwaną przez polską branżę turystyczną i eventową ustawę przewidującą pomoc sektorową, jednak zabrakło w niej postulowanego także przez Rzecznika MSP dodatkowego świadczenia postojowego m.in. dla agentów turystycznych.

Przy okazji prac na kolejną ustawą przewidującą zmiany w tzw. tarczy antykryzysowej poprawiono jednak to niedopatrzenie. W dniu 9 października 2020 r. weszła w życie ustawa z 7 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w celu przeciwdziałania społeczno-gospodarczym skutkom COVID-19, która uwzględniła agentów turystycznych jako uprawnionych do dodatkowego świadczenia postojowego.

Tym samym kolejny postulat Rzecznika MŚP został zrealizowany. Przedsiębiorcy uprawnieni do dodatkowego postojowego z ZUS będą mogli składać wnioski na Platformie Usług Elektronicznych (PUE) ZUS od 15 października 2020 r. (https://www.zus.pl/o-zus/aktualnosci/-/publisher/aktualnosc/0/tarcza-5_0-tarcza-branzowa-/3583326).

W życie wchodzi nowy plik JPK_VAT. Będą nowe obowiązki i kary, ale… nie od razu

Podatnicy od 1 października są zobowiązani do sporządzania nowej struktury JPK_V7. Wprowadza ona szereg zmian w zakresie danych, jakie będą przekazywane do organów podatkowych. Zawarte w niej informacje mają służyć zautomatyzowanemu wykrywaniu nieprawidłowości w rozliczaniach VAT. Za błędy w składanych dokumentach ustawodawca przewidział kary. Na szczęście, jak podkreślają eksperci inFakt, nie będą one nakładane od razu, a przedsiębiorcy dostaną czas na wyeliminowanie pomyłek.

Kontrole bez wiedzy podatnika

Wszystkie nowe informacje zawarte w JPK_V7 są poszerzeniem dotychczas przekazywanych danych za pośrednictwem Jednolitego Pliku Kontrolnego. – Fiskus dzięki temu będzie mógł samodzielnie sprawdzać wiele danych bez wzywania podatnika do przekładania dodatkowych dokumentów – podkreśla Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt. Dopiero w przypadku wykrycia błędów organ podatkowy wezwie do złożenia korekt lub wyjaśnień.

Nowe obowiązki, nowe problemy?

Nowy JPK_V7 to sporo dodatkowych obowiązków dla przedsiębiorców. Jednym z nich jest oznaczenie przez sprzedawców niektórych towarów i usług specjalnymi oznaczeniami liczbowymi – kodami GTU. Dla wybranych towarów zostały przewidziane oznaczenia od „01” do „10”, a dla wybranych usług – oznaczenia od „11” do „13”. Podkreślić należy, że wskazany obowiązek ciążyć będzie wyłącznie na sprzedawcach i usługodawcach. Brak oznaczenia GTU w JPK_V7 jest błędem formalnym i przedsiębiorca może z tego powodu otrzymać wezwanie do uzupełnienia wymaganego symbolu.

Wydaje się, że właśnie najwięcej kłopotów będzie z oznaczeniem odpowiedniego GTU – uważa ekspert inFakt. – Mowa tu zwłaszcza o nieoznaczaniu kodami tych usług i towarów, które są elementem składowym sprzedawanego produktu czy też świadczonej usługi, niemających przypisanego kodu GTU.

Jeśli więc przykładowo przedsiębiorca sprzedaje usługę gastronomiczną, której elementem jest alkohol, nie musi oznaczać kodu GTU. Podobnie dzieje się w przypadku usługi mechanicznej, w której zawarte są np. nowe części do auta.

Zarówno alkohol jak i części samochodowe mają swoje kody GTU. Jednak w przypadku, kiedy są składowymi usługi o szerszym zakresie (w powyższych przykładach usługi gastronomicznej i mechanicznej), nie muszą być one oznaczane. Podobnie dzieje się w przypadku wysyłkowej sprzedaży towarów przez Internet. Sama usługa transportowa ma swój kod GTU, ale w takim przypadku nie musi być oznaczana.

Warto zaznaczyć, że na jednej fakturze może być oznaczonych kilka kodów GTU, jednak w pliku JPK istnieją tylko pola GTU od 1 do 13. Jeśli któreś GTU dotyczy danej faktury, to w odpowiednim polu GTU wpisana będzie cyfra „1”. Przedsiębiorca przekazuje więc fiskusowi tylko informacje o tym, jakich grup towarów i usług jego faktura dotyczy. Dodatkowo żadne przepisy nie wymagają tego, aby na samej fakturze zamieszczać kod GTU. W związku z tym błędne oznaczenie kodu GTU w pliku JPK nie będzie powodować konieczności korekty faktury.

Podatnicy również muszą pamiętać, że jeśli dokonują tzw. refakturowania i jeśli te towary lub usługi znajdują się na liście GTU, to również będzie istniał obowiązek oznaczenia ich. Refakturowanie traktowane jest na takich samych zasadach, jakby podatnik samodzielnie wykonywał te usługi.

Kary? Będą, ale nie od razu

Ustawodawca przewidział także kary za błędy – chodzi przede wszystkim o takie, które uniemożliwiają weryfikację rozliczeń. W takiej sytuacji przedsiębiorca będzie zobowiązany do usunięcia ich w terminie 14 dni od otrzymania stosownego wezwania. Dopiero w przypadku, gdy podatnik błędów nie poprawi, to wówczas zostanie na niego nałożona kara pieniężna w wysokości 500 zł za każde uchybienie.

Spółki komandytowe i spółki jawne podatnikami CIT

Rządzący mówili, że nie będzie nowych podatków, jednak złamali obietnice. Rząd przyjął 28 września 2020 r. projekt nowelizacji ustaw podatkowych, w tym szczególnie ustawy o CIT. Podatek CIT to podatek dochodowy od osób prawnych. Oznacza to, że znów najbardziej po kieszeni dostanie się przedsiębiorcom.

Jeszcze 31 sierpnia 2020 r. w publicznym wystąpieniu Minister Finansów deklarował, że ministerstwo nie pracuje nad podniesieniem podatków, ani nad wprowadzeniem nowych. Silnikiem napędowym polskiej gospodarki w wyjściu z kryzysu spowodowanego pandemią wirusa COVID-19 miała być zwiększona konsumpcja, jak i zachęty dla przedsiębiorców, choćby w postaci tzw. estońskiego CIT. Jak pokazuje jednak historia, najprostszym sposobem finansowania działalności państwa jest głębsze sięganie do kieszeni przedsiębiorców. Co jednak zrobić, by nie zostać posądzonym o złamanie obietnic lub, co gorsza, o kłamstwo? Formalnie nie podwyższyć podatków i nie wprowadzać nowych, a jedynie objąć już istniejącymi szerszy krąg podmiotów.

Kolejne opodatkowanie przedsiębiorców. Chodzi o spółki komandytowe i spółki jawne

Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw z 15 września 2020 r. (nr projektu UD126), regulacją art. 2 rozszerza krąg podmiotów będących podatnikami podatku dochodowego od osób prawnych, o mające siedzibę na terytorium Polski:

  1. a) spółki komandytowe oraz
  2. b) spółki jawne, których wspólnikami nie są wyłącznie osoby fizyczne, a które nie złożą przed rozpoczęciem roku obrotowego właściwemu naczelnikowi urzędu skarbowego określonej informacji o podatnikach i prawie do udziału w zysku.

Co to oznacza? Każda spółka komandytowa stanie się podatnikiem podatku CIT. Bez względu na wielkość, czy rodzaj prowadzonej działalności. Do tego nowym podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych staną się te spółki jawne, których jednym ze wspólników jest np. spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, a które zapomną dopełnić, bądź nie dopełnią, określonych w ustawie obowiązków informacyjnych. Skąd ten pomysł? Według zapewnień Ministerstwa Finansów, jak wynika z uzasadnienia projektu ustawy, służyć ma to uszczelnieniu systemu podatkowego, m.in. poprzez eliminację możliwości uchylania się wspólników tych spółek od opodatkowania.

Kolejnych 45 000, a może nawet 80 000 spółek do opodatkowania

Jakie jest drugie dno wprowadzanej nowelizacji? Jak informuje Główny Urząd Statystyczny, na koniec 2015 roku w Polsce było zarejestrowanych 20 391 spółek komandytowych. Rok później było ich już 25 647, w 2017 r. – 30 654, w 2018 r. – 35 826, a w 2019 r. – 40 576. Matematyka jest prosta – na przestrzeni 4 lat liczba przedsiębiorców prowadzących swoją działalność w formie spółki komandytowej wzrosła dwukrotnie, a co istotniejsze, widoczna jest stała, wyraźna tendencja wzrostowa tej liczby – każdego roku przybywa ok. 5 000 nowych spółek komandytowych. Wniosek? Jeśli nic nie zakłóci rynkowej tendencji, od 1 stycznia 2021 r. fiskus zyska od razu ok. 45 000 nowych podatników CIT, których grono powiększać się będzie corocznie o kolejnych 5 000. Mowa tu tylko o podatnikach, przedsiębiorcach prowadzących działalność w formie spółki komandytowej. Tylko, bo przecież nowymi podatnikami podatku dochodowego od osób prawnych stanie się również część spółek jawnych. Działalności gospodarczych prowadzonych w formie spółki jawnej na koniec 2019 r. było ponad 35 000 (4 lata wcześniej było ich tylko o kilkaset mniej).

Od kiedy nowe opodatkowanie?

Wypłata zysków ze spółek komandytowych i spółek jawnych, wygenerowanych przed 1 stycznia 2021 r. będzie podlegać dotychczasowym regułom. Dotyczy to także zobowiązań wspólników w PIT. Nowe przepisy będą mieć zastosowanie do wypłat z zysków powstałych po tej dacie. W przypadku gdy spółka przyjęła do rozliczeń inny rok podatkowy niż kalendarzowy, i nie kończy się on 31 grudnia 2020 r., to i tak z tą datą powinna zamknąć księgi i od 1 stycznia 2021 r. rozliczać już podatek CIT.

Wyższa podstawa opodatkowania

Omawianą nowelizacją fiskus zapewni sobie wyższe wpływy podatkowe nie tylko poprzez poszerzenie grona podatników, ale i dzięki odebraniu im jednej z możliwości obniżenia podstawy opodatkowania. Jak stanowi art. 7 ustawy o CIT, przedmiotem opodatkowania podatkiem dochodowym jest dochód stanowiący sumę dochodu osiągniętego z zysków kapitałowych oraz dochodu osiągniętego z innych źródeł przychodów, poza wskazanymi w tym artykule wyjątkami, gdy przedmiotem opodatkowania jest wyłącznie przychód.

Projektodawcy ustawy zmieniającej chcą od nowego roku odebrać przedsiębiorcy możliwość obniżenia postawy tego opodatkowania o stratę, jeśli przejął on inny podmiot lub nabył przedsiębiorstwo lub zorganizowaną część przedsiębiorstwa, w tym w drodze wkładu niepieniężnego, lub otrzymał wkład pieniężny, za który nabył przedsiębiorstwo lub zorganizowaną część przedsiębiorstwa, w wyniku czego:

  1. a) przedmiot faktycznie prowadzonej podstawowej działalności gospodarczej po takim przejęciu lub nabyciu, w całości lub w części był inny, niż przedmiot faktycznie prowadzonej przez niego podstawowej działalności przed takim przejęciem lub nabyciem, lub
  2. b) co najmniej 25% udziałów (akcji) przedsiębiorcy posiada podmiot lub podmioty, które na dzień kończący rok podatkowy, w którym podatnik poniósł taką stratę, praw takich nie posiadały.

Dotyczyć to będzie wszystkich podatników CIT, nie tylko tych nowych.

Spółka nieruchomościowa, 19% podatku i 1 mln zł kary

Do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych zostanie wprowadzona nowa definicja: spółka nieruchomościowa. Ustawa rozpoznawać będzie pod nią podmiot, w tym niebędący spółką, w którym co najmniej 50% wartości rynkowej aktywów w dowolnym okresie 12 kolejno bezpośrednio następujących po sobie miesięcy, stanowiły nieruchomości położone na terytorium RP lub prawa do takich nieruchomości.

Pośród szeregu obowiązków ciążących na takim podatniku, najważniejszym, z punktu widzenia fiskusa, będzie ten stanowiący, że w przypadku zbycia udziałów (akcji), ogółu praw i obowiązków, tytułów uczestnictwa lub praw o podobnym charakterze, zapłaci ona 19% podatek od dochodu z tego tytułu, jeżeli co najmniej jedną ze stron transakcji jest podmiot niemający siedziby lub zarządu na terytorium Polski lub osoba fizyczna niemająca na tym terytorium miejsca zamieszkania. Jeśli nie zapłaci, fiskus będzie mógł dodatkowo nałożyć na spółkę karę pieniężną w wysokości do 1 mln zł.

Sprawozdanie z realizacji strategii podatkowej

Karę do 1 mln zł naczelnik urzędu skarbowego będzie mógł nałożyć również za brak realizacji innych obowiązków. Przykładowo za niesporządzenie i/lub nie podanie do publicznej wiadomości sprawozdania z realizacji strategii podatkowej za rok podatkowy. Jak wynika z treści projektu ustawy, sprawozdanie to obejmować ma m.in.: opis podejścia podatnika do procesów oraz procedur dotyczących zarządzania wykonywaniem obowiązków wynikających z przepisów prawa podatkowego i zapewniających ich prawidłowe wykonanie, oraz do dobrowolnych form współpracy z organami Krajowej Administracji Skarbowej, czy też informacje dotyczące dokonywania rozliczeń podatkowych w krajach stosujących szkodliwą konkurencję podatkową.

Kolejne zmiany w cenach transferowych

Nowelizacja niesie ze sobą dla przedsiębiorców jeszcze szereg innych zmian, do których będą musieli dostosować swoją działalność lub co najmniej się z nimi zapoznać i zniwelować ryzyko poniesienia ewentualnych negatywnych konsekwencji ich nieznajomości. To m.in. zmiany w zakresie realizacji obowiązków ustalania i dokumentacji cen transferowych, zarówno co do podmiotowości tego obowiązku, jak i jego przedmiotu. Na przykład, ustawa zmieniająca wprowadza do ustawy o CIT nowy przepis art. 11k ust. 2a, stanowiący, że w przypadku transakcji kontrolowanych z podmiotem mającym miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium lub w kraju stosującym szkodliwą konkurencję podatkową, próg dokumentacyjny wynosi 100 000 zł, niezależnie od rodzaju transakcji.

Nie tylko ustawa o CIT

Omawiany projekt nowelizuje nie tylko opodatkowanie podatkiem dochodowym od osób prawnych, ale również wprowadza zmiany w innych ustawach:

  • o podatku dochodowym od osób fizycznych;
  • o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne;
  • o rachunkowości;
  • o podatku tonażowym;
  • o aktywizacji przemysłu okrętowego i przemysłów komplementarnych;
  • Kodeks spółek handlowych i
  • o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

Projekt nowelizacji trafił do Sejmu. Zmiany mają wejść w życie z dniem 1 stycznia 2021 roku.

Uszczelnianie podatków i walka z COVID-19 kosztem przedsiębiorców

Minister Finansów składając w imieniu rządu deklaracje, że nie wprowadzi nowych podatków, ani nie podniesie istniejących, nie powiedział, że nie rozciągnie ich na nowy krąg podmiotów. I choć teoretycznie słowa nie złamał, to w praktyce dla ok. 80 000 przedsiębiorców oznacza to po prostu objęcie ich nowym opodatkowaniem.

No, ale hasło „uszczelniania systemu podatkowego” już od wielu lat daje fiskusowi zielone światło do nakładania na przedsiębiorców kolejnych ciężarów. Co gorsza, teraz do tego hasła doszło jeszcze głośniejsze, pozwalające w jeszcze większym stopniu umywać ręce fiskusa od odpowiedzialności za skutki gospodarcze oraz głębszego sięgania do kieszeni przedsiębiorców. To „walka z pandemią COVID-19”. O jakich skutkach tutaj mowa? Pogorszenie sytuacji finansowej firm, co w najczarniejszym scenariuszu skutkuje ich upadłością, albo przeprowadzka biznesu za granicę, do bardziej liberalnych, korzystniejszych i przyjaznych jurysdykcji podatkowych, przez tych, którzy takiego czarnego scenariusza będą chcieli uniknąć.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polska gospodarka cyfrowa zagrożona

Wykorzystywanie przestrzeni cyfrowej do naruszania uczciwej konkurencji z polskimi podmiotami, unikanie podatków i manipulowanie konsumentami – to niektóre kwestie poruszone podczas premiery raportu „Polska suwerenna cyfrowo” mającej miejsce w czasie cyfrowego okrągłego stołu zorganizowanego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

W opracowanym przez think-tank Instrat oraz koalicję ekspercką Polskiej Karty Suwerenności Cyfrowej raporcie znalazły się przede wszystkim kwestie monopolizowania rynków przez największe platformy, jak np. amerykańskie Google, Facebook, Amazon czy chińskie AliExpress, oraz prowadzenie nieuczciwej konkurencji z MŚP oznaczające spadek rentowności lub nawet bankructwo polskich firm.

„Dominujące platformy uniemożliwiają wejście na rynek mniejszym przedsiębiorcom. Aby zapewnić uczciwą konkurencję, koniecznym jest nakładanie na podmioty o znaczącej obecności cyfrowej dodatkowych obowiązków, jak chociażby nakazu regularnego informowania organów krajowych o działalności platformy czy stosowania testów Oceny Skutków Algorytmu” – mówi Blanka Wawrzyniak, autorka raportu i analityczka Instratu.

Wzmocnienie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów i budowanie polskiej suwerenności cyfrowej, m.in. przez rozwój własnych narzędzi do pracy i edukacji zdalnej, to ambitne, ale konieczne propozycje, co podkreślali uczestnicy okrągłego stołu.

Cyfrowi giganci powinni podlegać wszelkim regulacjom prawnym w równym stopniu co inni przedsiębiorcy działający na rynku, w tym realizować obowiązki podatkowe. Z tego względu dalsze uszczelnienie VAT w e-handlu, szczególnie z Chinami, oraz wprowadzenie podatku cyfrowego są niezbędne, aby zagraniczne koncerny obowiązywały uczciwe zasady.

„Firma powinna płacić́ podatek od dochodu w tym kraju, w którym faktycznie dochód ten został wytworzony” – to fundamentalna zasada organizacji systemu podatkowego na świecie. Niestety, w świecie cyfrowym bardzo często granice państw nie istnieją̨” – mówi dr Jakub Sawulski, ekonomista Polskiego Instytutu Ekonomicznego i wykładowca Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Poza problemami uczciwego handlu i podatków raport porusza kwestie społeczne związane z nieuczciwymi naciskami platform na konsumentów w sieci, destabilizacją rynku mieszkaniowego czy prekaryzacją warunków pracy wynikającą z nowych modeli biznesowych. Proponowane regulacje mają przywracać pracownikom pełnię praw i ograniczać niekontrolowany wynajem na platformach takich jak Airbnb czy Booking skutkujący eksplozją cen mieszkań.

„Praca platformowa i praca zdalna powinna stanowić stały element Kodeksu pracy, dlatego konieczny jest dobrze zaplanowany proces legislacyjny, czyli rzetelna ocena skutków regulacji, konsultacje, dialog społeczny” – zaznacza Magdalena Gryciuk z Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.

Gdy pracownik staje się cyberzagrożeniem

Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa z Cisco oraz startupów zrzeszonych w Cisco Investments: Flashpoint i Illusive, prezentują czynniki wpływające na to, że niekiedy to sami pracownicy narażają biznes na cyberzagrożenia. Specjaliści przedstawiają również sposoby, jak w czasach pandemii koronawirusa zapobiec atakom lub zminimalizować ich skutki.

Jak wynika z badania The Ponemon Institute, liczba wewnętrznych zagrożeń, które doprowadziły do naruszeń cyberbezpieczeństwa, wzrosła o 47% od 2018 roku. Problem nie jest nowy, jednak, jak wskazują eksperci ds. cyberbezpieczeństwa, ten negatywny trend nasilił się podczas pandemii COVID-19.

„Niestety tryb home office przyczynia się do tego, że pracownicy przywiązują mniejszą wagę do procedur bezpieczeństwa i są mniej wyczuleni na zagrożenia. Pokutuje przekonanie, że jest się mniej kontrolowanym niż w warunkach biurowych, więc można wykonać pewne czynności „na skróty”. Nie zawsze jest to podyktowane złymi zamiarami, a zazwyczaj wygodą” – mówi Ofer Isreali, prezes i założycie Illusive Networks.

Potwierdzają to tegoroczne wyniki badania Cisco, według których 77% pracowników ankietowanych w regionie EMEAR uważa, że ​​musi obejść systemy bezpieczeństwa, aby móc wykonać swoją pracę.

„Ponadto presja finansowa i obawa o utratę pracy w związku z kryzysem wywołanym pandemią COVID-19 sprawiają, że pracownicy mogą dokonywać złych wyborów, które narażają firmy na ryzyko cyberataku. Podobny trend zaobserwowaliśmy podczas kryzysu w 2008 roku” – dodaje Israeli.

Twój login i hasło na czarnym rynku IT

Biznes musi również liczyć się z ryzykiem, że dane wykradzione przez osoby z zewnątrz lub wewnątrz organizacji, w tym loginy i hasła, zostaną wystawione na sprzedaż na czarnym rynku. Gdy ktoś je kupi, wykorzystuje programy typu account checker do automatycznego wpisywania informacji uwierzytelniających w oknach logowania, aż w końcu natrafi na odpowiednią stronę, gdzie będą one pasowały. Uzyskanie dostępu do dysku wirtualnego lub firmowej poczty e-mail stanowi ogromne zagrożenie dla każdej organizacji. Dlatego biznes powinien stale monitorować czarny rynek IT. Platforma firmy Flashpoint umożliwia przeszukiwanie nielegalnych społeczności internetowych w celu znalezienia skradzionych informacji. Dzięki temu można je namierzyć, zanim zostaną wykorzystane do przeprowadzenia ataku. Zdaniem ekspertów Flashpoint w sieci krążą 34 miliardy danych dostępowych.

Pułapka na cyberprzestępców

Obecnie dbałość o procedury bezpieczeństwa stała się ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Strategia zerowego zaufania, wdrożenie narzędzi uwierzytelniania wieloskładnikowego oraz zabezpieczanie sieci, punktów końcowych, chmury i aplikacji to biznesowa konieczność. Działania te mogą jednak nie wystarczyć, gdyż wiele wzorców bezpieczeństwa i modeli behawioralnych opracowanych przed pandemią koronawirusa przestała być aktualna, gdy pracownicy masowo przeszli na tryb home office.

Cyberprzestępcy nie ustają w działaniach, aby znaleźć sposób na złamanie zabezpieczeń firm, a w efekcie uzyskanie dostępu do zasobów całego ekosystemu partnerów, dostawców i klientów. Do tego celu używają m.in. botnety wyszukujące protokoły pulpitu zdalnego, za pośrednictwem których przejmują kontrolę nad danym urządzeniem i pokonują systemy obronne, pozostając niemal całkowicie niezauważonym. Są coraz bardziej pomysłowi i wciąż szukają kontaktu z użytkownikami np. poprzez dystrybucję wiadomości e-mail zawierających złośliwe oprogramowanie. Organizacje nie mogą zatem opierać się jedynie na działaniach reaktywnych, które pozwalają wykryć atak, gdy do niego dojdzie. Technologia Illusive umożliwia zastawienie pułapki na cyberprzestępców, również tych wewnątrz organizacji, poprzez wprowadzenie do sieci firmowej nieprawdziwych danych uwierzytelniających i informacji o połączeniach sieciowych. Fałszywe pakiety utrudniają dotarcie do właściwych zasobów, a dział IT otrzymuje powiadomienie dotyczące każdej próby ich pozyskania. Dzięki temu działania cyberprzestępców zostają wykryte, zanim wyrządzą realne szkody w firmie.

Okiem prawnika: ustawa o e-doręczeniach

Ustawę o e-doręczeniach w postępowaniu administracyjnym należy ocenić pozytywnie. Nowe rozwiązania niewątpliwie doprowadzą do przyśpieszenia postępowania administracyjnego. Na szczególną pochwałę zasługuje postulat utworzenia publicznego rejestru adresów elektronicznych, dzięki któremu obywatel będzie mógł komunikować się z administracją publiczną w ramach jednego konta (obecnie można już to robić, ale za pośrednictwem różnych kont w kilku elektronicznych urzędów). Istotne jest również to, że ustawodawca pamiętał o osobach niekorzystających z internetu i zagwarantował im możliwość dalszego otrzymywania korespondencji w tradycyjnej formie. Cyfryzacja wymiany pism spowoduje też znaczne zmniejszenie zużycia papieru, co z pewnością przysłuży się środowisku. Oczywiście, przyjęta przez Sejm zmiana spowoduje z początku szereg różnych problemów. Jednak w mojej ocenie problemy te zostaną rozwiązane przez praktykę i w ostateczności wprowadzenie e-doręczeń będzie przełomem w usprawnieniu relacji obywatel-urząd. Istotne jest również to, że od 1 października 2029 r. sądy, komornicy, prokuratura, organy ściągania i Służba Więzienna będzie zobowiązana do stosowania nowych trybów doręczeń (elektroniczne bądź hybrydowe). – mec. Adam Ziębicki, kancelaria prawna Chałas i Wspólnicy

Emocje rządzą rynkiem, a humory inwestorów potrafią szybko popadać w skrajności

Jak tydzień potrafi zrobić różnicę! Nastroje rynkowe diametralnie odmieniły się w stronę pozytywną przy zagłuszeniu negatywnych ryzyk dotyczących wyborów prezydenckich w USA. W opinii większości inwestorów USA stoi przed scenariuszem zagarnięcia kontroli nad Białym Domem i Kongresem przez Demokratów przy wciąż tlących się nadziejach na szybko uchwalony pakiet fiskalny.

Humory inwestorów potrafią zmieniać się równie mocno, co zdanie prezydenta Trumpa. Jeszcze w piątek rano pisałem, że rynek nie wykazuje chęci do rewaluacji sytuacji wokół wyścigu prezydenckiego w USA, by teraz być zmuszonym odwoływać ta opinię. Słaba postawa Trumpa w pierwszej debacie, potem diagnoza COVID i malejące sondaże początkowo nie potrafiły zagłuszyć obaw, że wynik wyborów i tak może być nieuznany przez Trumpa i przedłuży się okres nerwowości. Jednak piątek przyniósł znaczące dyskonto scenariusza, w którym wygrana Bidena będzie niekwestionowana, a dobra passa Demokratów pozwoli im odbić Senat i utrzymać kontrolę w Izbie Reprezentantów. Jakkolwiek bezproblemowa realizacji polityki Demokratów oznacza m.in. wzrost podatków, to dla uczestników rynków większe znaczenie ma usunięcie ryzyka kwestionowanego wyniku wyborów. Czasami trzeba wybrać mniejsze zło. Zgadzam się z oczekiwaniami rynkowymi, że wygrana Bidena stała się bardziej prawdopodobna, choć nie odczuwam komfortu pełnego zawierzania w sondaże, biorąc pod uwagę, jak zgubne to się okazało w 2016 r. Także sytuacja w Senacie nie jest taka prosta – Republikanie posiadają 53 ze 100 miejsc i w wyborach (dotyczących jednej trzeciej miejsc) stracą według sondaży trzy a zyskają dwa mandaty, z kolei w trzech stanach wynik jest trudny do przewidzenia. W efekcie wycena tzw. „blue sweep” (przejęcie pełni władzy przez „niebieskich” Demokratów) może być przesadna, jak również wciąż pozostaje ryzyko kontrofensywy sztabu Trumpa. Jednak w ujęciu netto stało się bardziej realne, że po 3 listopada ryzyk będzie mniej, a rynek już zaczyna ustawiać się na „lepsze” czasy. To może wystarczyć, by kontynuować wzrosty rynku akcji i odnawiać krótkie pozycje w USD a długie w walutach ryzykownych. Mimo to 3 tygodnie do wyborów to sporo czasu na negatywne zaskoczenia, więc nastawiam się na przetasowania okresów risk-on i risk-off. Obecnie ryzyko jest w trybie ON.

W USA tydzień zaczyna się z opóźnieniem w związku z obchodami Dnia Kolumba w poniedziałek. Dalej ważniejsze niż dane będą czynniki polityczne – negocjacje fiskalne i wybory. Administracja Trumpa zasugerowała otwartość dla uzgodnienia większego pakietu, ale przełom z pewnością nie jest bliski. Po drugiej stronie Atlantyku niemiecki indeks ZEW (wt) powinien być mocniejszy po stronie sytuacji bieżącej (druga fala COVIDu rozwija się wolniej niż w innych częściach Europy), ale przy spadku subindeksu oczekiwań (pandemia osłabia perspektywy gospodarcze całego bloku). EUR/USD pozostaje barometrem nastrojów względem ryzyk z USA (pakiet fiskalny, wybory) i tutaj należy szukać drogowskazu dla kursu.

Brexit pozostaje głównym czynnikiem ryzyka dla funta. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson wyznaczył 15 października na deadline dla porozumienia handlowego z UE, jednak strona unijna nie zamierza poddać się presji i prędzej pozwoli Johnsonowi odejść od rozmów niż zrezygnować że swoich postulatów. Porozumienie w tym tygodniu byłoby dużą niespodzianką, której rynek jeszcze nie wycenia, nawet jeśli funt pozostaje względnie stabilny przy nadziejach na końcową ugodę (choć raczej dopiero w listopadzie).

W Polsce dane o saldzie na rachunku bieżącym (śr) powinny wskazać na utrzymanie dużej nadwyżki w sierpniu – pozytywny czynnik wspierający fundamentalnie walutę. Poza tym nastroje zewnętrze dyktują apetyt na aktywa rynków wschodzących, choć hamulcem dla umocnienia złotego może być ostrożność inwestorów w obliczu zaostrzenia restrykcji krajowych w obliczu wzrostu liczby zachorowań na COVID-19.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Okrągły stół ws. arbitrażu korporacyjnego obradować będzie z inicjatywy Sądu Arbitrażowego przy KIG

Rozwój arbitrażu korporacyjnego w Polsce to główny cel okrągłego stołu zwołanego przez Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej. Zasiądą przy nim teoretycy i praktycy arbitrażu – przedstawiciele środowisk akademickich, biznesowych oraz sędziowie. Uczestnicy ocenią opublikowany przez SA KIG projekt przepisów służących rozwiązywaniu sporów o zaskarżanie uchwał spółek kapitałowych. Obrady ruszą jeszcze w październiku.

Inicjatywa SA KIG jest wynikiem nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego w zakresie sądownictwa polubownego, która weszła w życie we wrześniu ub. roku. Nowelizacja daje silny impuls do umocnienia polskiego arbitrażu, znosi bowiem wątpliwości, które mogły pojawiać się po stronie przedsiębiorców przy dokonywaniu zapisów na sądy polubowne. Wprowadzone zmiany rozwiązują najistotniejsze problemy w debacie nad arbitrażowością sporów uchwałowych.

Od chwili wejścia w życie nowelizacji, w Sądzie Arbitrażowym przy KIG toczą się prace nad projektem przepisów służących rozwiązywaniu sporów o zaskarżanie uchwał spółek kapitałowych. W tym celu w SA KIG powstał projekt regulaminu dodatkowego dotyczącego sporów uchwałowych. Od czerwca br. Sąd prowadzi szerokie konsultacje tego dokumentu.

Jesteśmy zdania, że sukces powyższej inicjatywy – a także szerzej przyszłość arbitrażu korporacyjnego w Polsce – zależy od współpracy różnych środowisk prawniczych, w szczególności środowiska arbitrażowego z prawnikami wyspecjalizowanymi w prawie spółek oraz z sędziami. Wierzymy, że pomocna w rozwoju arbitrażu korporacyjnego będzie międzyśrodowiskowa debata na temat nowelizacji prawa arbitrażowego w Polsce, połączona z dyskusją nad opublikowanym przez SA KIG projektem – mówi Agnieszka Durlik, dyrektor generalny Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

Powołanie Zespołu ds. Arbitrażu Korporacyjnego to kolejny etap prowadzonych przez SA KIG prac. Zespół będzie obradował w formule okrągłego stołu, a do jego zadań należeć będzie ocena opublikowanego przez SA KIG projektu przepisów. Zaproszenie do współpracy otrzymali:

  • Andrzej Szumański, Członek Rady Arbitrażowej, Uniwersytet Jagielloński
  • Katarzyna Bilewska, Dentons, Uniwersytet Warszawski
  • Jacek Siński, kancelaria SK&S
  • dr Bartosz Karolczyk, kancelaria DZP
  • SSR Zbigniew Miczek, Sąd Rejonowy Tarnów
  • dr Konrad Czech, UKSW, redaktor naczelny Biuletynu Arbitrażowego SAKIG
  • Piotr Bytnerowicz, White & Case
  • dr Marcin Dziurda, Uniwersytet Warszawski
  • dr hab. Grzegorz Suliński, Uniwersytet Jagielloński
  • SSO Maciej Kruszyński, Sąd Apelacyjny Warszawa
  • Luiza Modzelewska, dyrektor Departamentu Osób Prawnych I, Prokuratoria Generalna

Wszystkim – niezależnie od tego czy mowa o prawnikach zajmujących się prawem spółek, procesualistach, prawnikach wewnętrznych, reprezentantach środowiska sędziowskiego, czy o pracownikach naukowych – powinno zależeć na spożytkowaniu nowelizacji (art. 1157 i 1163 k.p.c.) w możliwie optymalny i nierodzący wątpliwości sposób. Ważnym jest znalezienie w instrumentach proceduralnych i statutach spółek takich rozwiązań, które cieszyć się będą szeroką aprobatą – podkreśla Agnieszka Durlik.

Pierwsze spotkanie Zespołu ds. Arbitrażu Korporacyjnego odbędzie się pod koniec października br. w formie wideokonferencji.

IV kw. w handlu: Pandemia zmienia nawyki konsumentów. Ale stacjonarne sklepy nadal są popularne

W ostatnim kwartale roku łącznie 53% konsumentów zamierza dokonywać bieżących zakupów w dyskontach lub supermarketach. Na trzeciej pozycji są hipermarkety – 15%. Pomimo pandemii blisko połowa Polaków nadal preferuje tradycyjne placówki. Sklepy online wskazuje tylko 14%, a mieszany sposób kupowania – 30% ankietowanych. Tak można wyczytać z badania UCE RESEARCH, wykonanego na zlecenie programu branżowego „BLIX AWARDS – Wybór Konsumentów”.

Jak wynika z raportu, w IV kwartale br. 32% konsumentów będzie robić codzienne zakupy głównie w dyskontach, a 21% – w supermarketach. 15% Polaków wskazuje hipermarkety. Hubert Majkowski z Hiper-Com Poland uważa, że pandemia oraz zakaz handlu silnie wpłynęły na nawyki zakupowe Polaków, co m.in. pokazują wyniki tego badania. Niestety ofiarami tej sytuacji stały się hipermarkety. Wybory konsumentów determinuje też relatywnie łatwa dostępność dwóch pierwszych formatów.

– W czasie tegorocznej pandemii mniejsze placówki zaczęły być uważane przez klientów za bezpieczniejsze niż hipermarkety. Polacy zdążyli się już przyzwyczaić do tego, że robią w nich małe i szybkie zakupy. I docenili ten komfort, gdy powszechnie zaczęły obowiązywać maseczki ochronne. Duże powierzchnie do przemierzania oraz kolejki działają coraz bardziej zniechęcająco – mówi dr Krzysztof Łuczak, wieloletni obserwator rynku retailowego.

Z kolei dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego podkreśla, że hipermarkety nie są preferowane przez konsumentów przede wszystkim z uwagi na ich lokalizację i wydłużony czas zakupu. Dyskonty, które są zdecydowanie lepiej umiejscowione, bo blisko miejsc zamieszkania klientów, oferują wystarczająco rozbudowany asortyment, niskie ceny i atrakcyjne promocje. Ma to znaczenie zwłaszcza w sytuacji, gdy klienci optymalizują swoje wydatki. Ponadto kasy samoobsługowe czynią te sklepy nowoczesnymi. Dodatkowo stali klienci dyskontów czują się w nich bezpiecznie, bo dobrze znają te placówki.

– Polska jest obecnie drugim rynkiem w Europie, po Niemczech, z tak dużym nasyceniem placówek dyskontowych. Mają do nich dostęp nie tylko mieszkańcy dużych miast, ale także małych miejscowości, pozbawionych m.in. galerii handlowych. Dla części Polaków wizyta w takim sklepie jest swego rodzaju rozrywką. Złota era hipermarketów absolutnie już nie wróci. Format odchodzi do lamusa i pandemia tylko przyspiesza ten proces – przekonuje Radosław Kaczmarek z Melting Pot.

Z badania można też wyczytać, że konsumenci, mimo pandemii, nadal cenią sobie robienie zakupów w placówkach stacjonarnych. Łącznie zadeklarowało tak 48% ankietowanych. Zakupy online wskazało zaledwie 14%. Mieszany sposób preferuje 30% Polaków. Tomasz Jabłoński z programu branżowego „BLIX AWARDS – Wybór Konsumentów” wyjaśnia, że znaczenie ma nawyk samodzielnego wybierania produktów spożywczych. Pod tym względem Polacy wyróżniają się na tle Europy. Artykuły pakowane i dostarczane przez obce osoby wciąż budzą wątpliwości rodzimych konsumentów. Ponadto rynek spożywczy online jest jeszcze mało rozwinięty.

– Wciąż wielu konsumentów nie do końca odnajduje się w dobie cyfryzacji. Ta grupa cały czas preferuje odwiedziny w fizycznych sklepach. Dodatkowo agresywna polityka promocyjna sieci zachęca ludzi do takich wizyt. Jednocześnie duża część społeczeństwa nie jest do końca przekonana co do realnego zagrożenia związanego z pandemią. Jednak zakupy internetowe będą silnie rozpychać się na rynku i zwiększać swoje udziały – przewiduje ekspert z Hiper-Com Poland.

Jak podsumowuje Radosław Kaczmarek, w tym roku wyjścia do sklepów zaczęły być formą rekreacji dla osób, które nagle zostały zmuszone do pracy w domach. Konsumenci chętnie zamawiają przez Internet cięższe produkty, a lekkie – traktują jako preteksty do spacerów. Zakupy stacjonarne stają się więc rytuałem dla coraz większej liczby klientów.

Badanie zostało wykonane przez UCE RESEARCH (platformę analityczno-badawczą, należącą do brytyjskiej spółki UCE GROUP LTD.) programu branżowego „BLIX AWARDS – Wybór Konsumentów”. Ankieta odbywała się w okolicach placówek handlowych w dniach 1-3 października br. Działania były prowadzone na terenie 16 dużych wojewódzkich miast, a także 11 średnich i mniejszych miejscowości. Łącznie odbyło się 1016 wywiadów z losowo wybranymi dorosłymi osobami.

Wojciech Zielecki dołączył do zespołu Peakside Capital Advisors w Polsce

Wojciech Zielecki wzmacnia zespół Peakside w Polsce. Ma ponad 17-letnie doświadczenie zawodowe. Teraz przełoży je na rozwój pozycji Peakside w segmencie nieruchomości magazynowo-industrialnych. Wojciech Zielecki objął stanowisko Project Management Director i będzie odpowiedzialny za zarządzanie i nadzór nad realizowanymi projektami Peakside w Polsce.

Wojciech Zielecki posiada wieloletnie doświadczenie w branży nieruchomości komercyjnych. Jego wiedza i umiejętności są bardzo ważne dla funduszu, który pracuje nad rozbudową swojego portfolio o inwestycje na rynku nieruchomości magazynowo-industrialnych. Peakside planuje budowę portfela zróżnicowanych obiektów, w tym między innymi typu City Logistics, BTS i parków magazynowych.

Wojciech jest świetnym i zorientowanym na cel ekspertem. Ma bardzo duże doświadczenie w planowaniu, zarządzaniu i nadzorowaniu inwestycji na rynku nieruchomości. Jego umiejętności są dla nas bardzo cenne i jestem przekonany, że osiągniemy wspólny sukces wzmacniając pozycję Peakside na polskim rynku nieruchomości magazynowo-industrialnych – powiedział Roman Skowroński, dyrektor zarządzający Peakside Capital Advisors w Polsce.

Wojciech Zielecki będzie nadzorował i koordynował realizację projektów nieruchomości magazynowo-industrialnych, które fundusz planuje w najbliższym czasie. Przed dołączeniem do Peakside Wojciech Zielecki jako Chief Delivery Officer i Head of Project Management kierował zespołami i nadzorował projekty dla Polcom Group. Wcześniej związany był JLL w Polsce (Jones Lang LaSalle) gdzie doświadczenie zawodowe zdobywał przez 9 lat piastując stanowiska, Senior Project Manager, Project Director i Director. Wcześniej karierę zawodową budował także za granicą pracując w Wielkiej Brytanii w Sir Robert McAlpine oraz w J.W. Construction Holding i Olejnik Systemy Magazynowe.

Wojciech Zielecki jest absolwentem wydziału Inżynierii Lądowej i Środowiskowej Politechniki Rzeszowskiej. Ukończył także University of the West of England w Bristolu w Wielkiej Brytanii i posiada uprawnienia budowlane do kierowania robotami budowlanymi w specjalności konstrukcyjno–budowlanej. Jest również członkiem Royal Institution of Chartered Surveyors (RICS), do którego przynależność gwarantuje najwyższej klasy profesjonalizm w branży nieruchomości i budownictwa.

Prawo daje skuteczne narzędzia do negocjacji z wierzycielami

Przedsiębiorcy będący w kłopotach finansowych zbyt późno otwierają postępowania restrukturyzacyjne. Głównym powodem jest obawa o reakcje wierzycieli i szeroko rozumianego otoczenia. Tymczasem obowiązujące prawo restrukturyzacyjne daje im bardzo użyteczne narzędzia pomagające w negocjacjach z wierzycielami.

Epidemia koronawirusa stała się źródłem poważnych problemów dla wielu firm. Konieczność nagłego przerwania działalności w przypadku braku dużych rezerw finansowych doprowadziła ich do nagłego wzrostu zadłużenia. Tymczasem przy skutecznych i sprawdzonych przez lata modelach biznesowych szybko otwarte postępowanie restrukturyzacyjne może pomóc w powrocie tych przedsiębiorstw do sprawnej działalności. W czasie trwania postępowania z mocy przepisów przerwaniu ulega pętla zadłużenia, zawieszane zostają postępowania egzekucyjne i zabezpieczane ryzyka wypowiedzenia ważnych umów, co umożliwia przedsiębiorcy finansowanie bieżącej działalności. W idealnej sytuacji może to doprowadzić do przywrócenia zdolności i do regulowania zobowiązań.

Zawieszenie obowiązku spłaty zobowiązań

Od stycznia 2016 roku funkcjonuje ustawa „Prawo restrukturyzacyjne”. Z jej przepisów mogą korzystać wszystkie podmioty gospodarcze, w tym te prowadzone w formie działalności jednoosobowych. Ustawa daje przedsiębiorcom będącym w kłopotach finansowych bardzo użyteczne narzędzia pozwalające na uporządkowanie ich sytuacji. Najważniejszą z korzyści jest zawieszenie obowiązku spłaty zobowiązań oraz egzekucji z majątku dłużnika na okres trwania postępowania. Obecnie w trakcie obowiązywania przepisów „tarcz antykryzysowych” istnieje możliwość otwierania postępowań restrukturyzacyjnych bez udziału sądu.

Wydaje się, że wielu przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy z istnienia tak korzystnych rozwiązań. Często dowiadują się o nich, gdy ich sytuacja finansowa jest już bardzo trudna. Tymczasem postępowanie restrukturyzacyjne ma największe szanse na powodzenie wówczas, gdy istnieją jeszcze realne szanse na uzdrowienie sytuacji.

Środki pomocowe nie zawsze stanowią złoty środek

Wśród dłużników cały czas obserwujemy proces wstrzymywania się z podejmowaniem decyzji o otwarciu postępowań restrukturyzacyjnych. Jednym z powodów może być chęć skorzystania ze środków pomocowych oferowanych przez PFR i inne instytucje. Niektóre z tych rozwiązań ograniczają możliwość restrukturyzacji przedsiębiorstwa. Jednak same środki pomocowe w dłuższej perspektywie nigdy nie będą wystarczające do utrzymania firmy. W związku z tym wstrzymywanie się z otwieraniem postępowań restrukturyzacyjnych może skutkować zwiększoną liczbą firm wchodzących w etap utrwalonej niewypłacalności. Środki z programów pomocowych są instrumentem krótkoterminowym, tymczasem przedsiębiorcy powinni koncentrować się na perspektywie długoterminowej. Taką możliwość daje im skutecznie przeprowadzone postępowanie restrukturyzacyjne.

Negocjacje z wierzycielami

Należy pamiętać o tym, że odbudowanie zdolności do generowania dodatnich przepływów finansowych ułatwi przedsiębiorstwu negocjacje z wierzycielami. Może na przykład skłonić ich do zgody na rozłożenie płatności na raty możliwe do spłaty lub wręcz umorzyć część zobowiązań objętych układem. Postępowanie restrukturyzacyjne zmusza bowiem wierzycieli do podjęcia negocjacji. Będą oni tym bardziej skłonni do ustępstw, im bardziej widzą, że sytuacja finansowa dłużnika ma szansę na poprawę. Dodatkowo w ramach postępowania restrukturyzacyjnego dostępny jest cały pakiet rozwiązań, które wspierają proces negocjacji z wierzycielami  i wypracowywania optymalnego sposobu restrukturyzacji ich zadłużenia. Od niedawna proces restrukturyzacji może zostać również wsparty finansowe poprzez instrumenty finansowe udostępnione przez ustawodawcę dla firm wymagających restrukturyzacji. Nowa ustawa z dnia 16 lipca 2020 roku wprowadza bowiem możliwość finansowania tego typu firm za pośrednictwem środków udostępnionych przez Agencję Restrukturyzacji Przemysłu.

Zdiagnozowanie przyczyn kryzysu kluczowe do odzyskania płynności finansowej

Najważniejszą jednak rzeczą, jaką powinien zrobić dłużnik, jest znalezienie przyczyn swoich problemów. A te rzadko mają charakter wyłącznie finansowy. Najczęstszym powodem utraty płynności finansowej jest brak przewagi konkurencyjnej na rynkach kluczowych dla przedsiębiorstwa. W sytuacji, gdy firma ma koszty wyższe od konkurentów, nieskutecznie prowadzi działalność sprzedażową i marketingową lub oferuje produkty, które przestały spełniać oczekiwania klientów, postępowanie układowe nie spełni swojej roli. Bez strategicznych zmian w modelu działania firmy nawet pozytywnie zakończone postępowanie restrukturyzacyjne, jedynie przesunie w czasie jej upadek. Właściwe zdiagnozowanie powodów złej sytuacji, a w konsekwencji opracowanie skutecznego planu restrukturyzacji wspieranego środkami finansowymi z ARP i procesem restrukturyzacyjnym, to najskuteczniejszy sposób rozwiązania problemów firmy.

Dlatego należy pamiętać, że uzdrowienie sytuacji finansowej jest jedynie elementem szerszej strategii. Optymalnym rozwiązanie jest bowiem połączenie kompetencji doradcy restrukturyzacyjnego bądź wiedzy prawniczej z kompetencjami ekonomicznymi i właściwym zespołem, który może podjąć się skutecznego stworzenia i wdrożenia planu restrukturyzacyjnego. Świadomość tego faktu powinna mieć kluczowe znaczenie dla wyboru doradcy przy postępowaniu układowym.

Autor: Mariusz Grajda, Partner Zarządzający, Członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group Sp. z o.o.

Europejski Zielony Ład to duże pieniądze na OZE

Europejski Zielony Ład to program, w którym Europa aspiruje do pierwszego na świecie neutralnego dla środowiska kontynentu. Oznacza to głównie zeroemisyjność europejskich gospodarek – które do 2050 roku mają nie produkować dwutlenku węgla i innych gazów przy transporcie, produkcji energii i w przemyśle. To ambitny plan, który oznacza dla Polski bardzo dużo pracy. Jesteśmy bowiem jedną z najbardziej emisyjnych gospodarek na kontynencie. Najtrudniejszym wyzwaniem będzie dekarbonizacja sieci energetycznej, która w 70% korzysta teraz z węgla. Dodatkowo dochodzą do tego problemy społeczne, związane z górniczym charakterem wielu regionów w Polsce. Żeby osiągnąć unijny cel będziemy więc potrzebowali bardzo dużo pieniędzy. Na szczęście Europejski Zielony Ład jest oczkiem w głowie unijnych funduszy rozwojowych.

– Większość pieniędzy unijnych, które pochodzą nie tylko z naszych regularnych składek – ale także z długów, które unia zaciągnie, będzie skierowana na transformację do zeroemisyjnej gospodarki w roku 2050 – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Pieniądze na transformację energetyczną to nie będą środki na kolejną restrukturyzację sektora węgla kamiennego. To fundusze na rozbudowę sieci elektroenergetycznych, ciepłowniczych, budowę nowych źródeł wysokosprawnych i  zeroemisyjnych. To także pieniądze na elektrownie wodorowe – które będą bilansowały energię w systemie opartym na niesterowalnych, odnawialnych źródłach energii. Gospodarka zeroemisyjna w 2050 roku to rzeczywiście duże wyzwanie. Nie wszystkie technologie są jeszcze dojrzałe, tak jak na przykład sektor wodorowy. Ale na rozwój gotowych technologii – takich jak OZE – możemy się spodziewać dużych funduszy z Unii – zapowiada Roszkowski.

Wciąż pozytywnie – pół roku pracy i rekrutacji zdalnej w oczach pracowników

Mimo pół roku nowej normalności pracownicy i kandydaci wciąż są pozytywnie nastawieni do pracy zdalnej. Aż 87% respondentów Pracuj.pl chce kontynuować pracę w tym modelu po opanowaniu pandemii. Z kolei 3 na 10 osób wykonujących obowiązki z biura obawia się o swoje zdrowie. Pracownicy i kandydaci wciąż są otwarci na rekrutację zdalną, coraz bardziej popularną w obliczu zmieniającej się sytuacji epidemiologicznej. Przedstawiamy kolejne wnioski z najnowszego raportu Pracuj.pl „Pół roku nowej normalności”.

Najważniejsze informacje:

  • 4 na 10 respondentów pracuje w pełni zdalnie lub w modelu hybrydowym.
  • 87% chce kontynuować pracę w tym modelu także po pandemii.
  • Badani częściej niż w kwietniu wykonują sprawnie obowiązki z domu.
  • 3 na 10 osób pracujących w biurze obawia się o swoje zdrowie.
  • 9 na 10 respondentów weźmie udział w pełni zdalnej rekrutacji.
  • 86% jest otwarte na rozmowy kwalifikacyjne wideo.
  • Badani oczekują także korzystania z innych form rekrutacji online.

Pół roku nowej normalności

Jak pół roku pandemii wpłynęło na postrzeganie przez pracowników i kandydatów rynku pracy? By odpowiedzieć na to pytanie zespół Pracuj.pl przygotował raport „Pół roku nowej normalności. Pracownicy i kandydaci o rynku pracy”. Oparty został on na badaniach przeprowadzonych przez analityków Grupy Pracuj w kwietniu i wrześniu 2020 roku. W drugim tekście poświęconym wynikom eksperci omawiają opinie respondentów na temat pracy zdalnej i rekrutacji zdalnej. Uwagę badaczy przyciągnęło także podejście pracowników i kandydatów do rekrutacji zdalnej, która zdominowała procesy HR w wielu firmach.

Praca zdalna – wciąż pożądana

Badania Pracuj.pl pokazują, że praca zdalna wciąż pozostaje bardzo popularna, mimo zniesienia obostrzeń i „oswojenia” pandemii przez wielu pracujących. Obowiązki zawodowe przynajmniej częściowo wykonuje w tym modelu 42% respondentów Pracuj.pl. Widać jednocześnie spadek w stosunku do kwietnia, co jest zrozumiałe w obliczu trwającego wówczas lockdownu. Na początku pandemii pracę zdalną deklarowało 60,5% badanych.praca online po 6 miesiącach

Pół roku doświadczeń pracy zdalnej i związanych z nią zmian nie zmniejszyło pozytywnego podejścia Polaków do tej formy zatrudnienia. Przynajmniej częściowo zdalnie po zakończeniu pandemii chce pracować aż 87% respondentów Pracuj.pl, którzy wykonują obecnie w ten sposób obowiązki – zaledwie o 2 punkty procentowe mniej, niż w kwietniu. Choć wśród badanych wciąż dominują zwolennicy modeli hybrydowych, zdecydowanie zwiększyła się liczba osób chcących pracować w pełni zdalnie lub z wyłącznie sporadycznymi wizytami w siedzibie firmy.Pół roku doświadczeń pracy zdalnejTrudno znaleźć eksperta rynku pracy, który w połowie marca z ręką na sercu przewidywałby aż tak dużą popularność pracy zdalnej po sześciu miesiącach pandemii. Badania Pracuj.pl pokazywały co prawda, że już w minionym roku zdecydowana większość Polaków była nastawiona pozytywnie do tego modelu wykonywania obowiązków. Jednak czym innym jest praca zdalna jako benefit, a czym innym jako element codzienności, wynikający z wymuszonej rewolucji. Nasz najnowszy raport pokazuje, że wiele obaw związanych z tą zmianą zostało rozwianych, a pracownicy dobrze zaadaptowali się do nowej sytuacji – komentuje Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Manager w Grupie Pracuj.

Praca zdalna ma przyszłość

Słowa ekspertki potwierdzają wypowiedzi respondentów Pracuj.pl. Wśród badanych we wrześniu aż 67% uważa, że są równie efektywni podczas wykonywania obowiązków poza domem, co w biurze. Z kolei 65% przyznaje, że dobrze radzi sobie z oddzieleniem czasu prywatnego i służbowego – oba wyniki są nieco wyższe niż w kwietniu. Poprawę deklarowanej jakości pracy widać także w perspektywie całych zespołów. Blisko 2/3 badanych wykonujących obowiązki poza siedzibą uważa, że praca zdalna w ich firmach została sprawnie zorganizowana.Praca zdalna ma przyszłośćCo interesujące, gwałtowny wzrost popularności pracy zdalnej w ostatnich miesiącach tworzy przestrzeń na dostarczanie zespołom dodatkowych benefitów. Aż 77% respondentów Pracuj.pl uważa, że dofinansowanie przez firmę narzędzi do wykonywania obowiązków z domu (np. mebli biurowych, sprzętu IT) to ważny atut pracodawcy.

Strach nie rządzi biurami

Chcąc uzyskać bardziej zróżnicowany obraz pracy w obliczu pandemii, podczas wrześniowego pomiaru badacze przyjrzeli się sytuacji zawodowej osób pracujących w biurach. Sprawdzili także skalę potencjalnych obaw, jakie osoby wykonujące obowiązki z siedzib firm mogą mieć w obliczu nowej normalności. Jak się okazuje, wśród respondentów pracujących w biurach blisko połowa (49%) nie odczuwa większego zagrożenia bezpieczeństwa niż wcześniej. Natomiast co trzeci badany wyraża ogólne obawy o swoje zdrowie w związku z koronawirusem (32%).Strach nie rządzi biurami

Otwarci na rekrutację zdalną

Wybuch pandemii spowodował bardzo istotne zmiany na rynku rekrutacji – nie tylko pod kątem podaży ofert, ale także sposobów rekrutowania. Jak zareagowali na to pracownicy i kandydaci? Zdecydowana większość jest gotowa na udział w pełni zdalnych rekrutacjach. Co więcej – dla znaczącej grupy respondentów Pracuj.pl to wciąż istotny atut oferty.
Przez sześć miesięcy branża rekrutacyjna wypracowała wiele przydatnych rozwiązań odpowiadających na nową sytuację. Pojawiały się kolejne pomysły: od oznaczenia ofert z rekrutacją zdalną czy wsparcia dla branż dotkniętych przez kryzys, przez komunikatory i narzędzia wideo wspierające kontakt z kandydatami, aż po wdrażanie oprogramowania i narzędzi chmurowych wspierających efektywność rekrutacji. Odpowiedzi respondentów pokazują, że większość kandydatów jest nastawiona pozytywnie do rekrutacji zdalnej i związanych z nią nowych form kontaktu – komentuje Agata Dzierlińska, HR Business Partner w Grupie Pracuj.

Blisko 4 na 10 respondentów (38%) jest bardziej skłonnych aplikować na oferty, które umożliwiają w pełni zdalny proces rekrutacyjny. To wyraźnie mniej w porównaniu do kwietnia, w którym podobne oczekiwanie wyrażała blisko połowa badanych (49%). Niezmiennie natomiast marginalny jest udział osób przeciwnych zdalnej rekrutacji (8%).
rekrutacja online

Z rekruterem przez wideo… i nie tylko
Z rekruterem przez wideo… i nie tylkorekrutacja online po 6 miesiącachPół roku nowych rozwiązań

Od połowy marca 2020 roku celem Grupy Pracuj było jak najszersze wsparcie pracodawców i kandydatów w rekrutacji zdalnej i mierzeniu się ze skutkami pandemii. Efektem jest szereg rozwiązań technologicznych oraz dedykowanych ofert, odpowiadających na wyzwania wielu uczestników rynku pracy.

Już w połowie marca 2020 roku na Pracuj.pl wprowadzono możliwość oznaczania ofert tagiem “rekrutacja zdalna” – wyróżniającym procesy prowadzone online lub telefonicznie. Ponadto cykl życia ogłoszeń w pierwszych tygodniach pandemii został przedłużony do 60 dni. W tym samym czasie rekruterom i kandydatom udostępnione zostały wirtualne spotkania wideo i komunikator w Strefie Pracuj.pl. Odpowiednie wsparcie otrzymały także branże HoReCa oraz Hair&Beauty, szczególnie dotknięte przez pandemię. Otrzymały one czasowo możliwość umieszczania ogłoszeń za symboliczną złotówkę.

Użytkownicy Pracuj.pl biorą także udział w cyklach bezpłatnych webinariów z ekspertami HR, szkoleniach i warsztatach, konsultacjach CV czy symulacjach rozmów kwalifikacyjnych. Ponadto już 21-22 października odbędzie się specjalna edycja Festiwalu Pracy JOBICON – po raz pierwszy organizowanego w przestrzeni wirtualnej. Zaprezentuje się na nim ponad 100 pracodawców.

Rynek fotowoltaiki na etapie szybkiego rozwoju, w perspektywie dalsza ekspansja branży

Obroty na rynku fotowoltaiki w 2020 roku wzrosną nawet o 25 proc. i przekroczą 5 mld zł – wynika z prognozy Instytutu Energii Odnawialnej. „Dlatego wiele firm z tej branży może trafić na giełdę” – zapowiada Marcin Pieczora, prezes Sunday Polska, firmy specjalizującej się w kompleksowym montażu instalacji fotowoltaicznych.

„Fotowoltaika (red. przetwarzanie światła słonecznego na energię elektryczną) rozwija się w Polsce najszybciej ze wszystkich sektorów Odnawialnych Źródeł Energii” – podkreśla prezes firmy Sunday Polska. Jego zdaniem przełomowy był rok 2019, kiedy rynek mocno przyspieszył dzięki ulgom i dotacjom. Dodatkowo – jak dodaje – zadziałała też zmieniająca się świadomość energetyczna i ekologiczna Polaków.
Sunday Polska rośnie szybciej niż rynek: wyniki sprzedaży przewyższają pierwotne założenia firmy. Porównując pierwszych osiem miesięcy 2020 roku do analogicznego okresu roku ubiegłego, firma notuje prawie 10-krotne wzrosty pod względem ilości i wartości podpisanych umów.

„Na bazie dostępnych danych rynkowych szacujemy nasz obecny udział w segmencie mikroinstalacji na ok. 5 proc. – mówi prezes Marcin Pieczora. – Nasycenie rynku mikroinstalacji w gospodarstwach domowych jest nadal tylko kilkuprocentowe, dlatego przewidujemy, że trend wzrostowy utrzyma się i potrwa jeszcze dobrych kilka lat” – ocenia Pieczora.

„Intensywnie rozwijamy naszą ofertę, planujemy na przykład sprzedaż pomp ciepła czy produktów z segmentu elektromobilności. Wierzymy, że miks rozwiązań, zestawów PV i innych produktów, przyczyni się do dalszego kilkukrotnego wzrostu przychodów w perspektywie 1-3 lat” – podsumowuje Marcin Pieczora.

Co ułatwiłoby przedsiębiorstwom inwestowanie w fotowoltaikę? Według Pieczory powinna to być „prosta i przyjazna” forma wsparcia, analogiczna do rządowego programu „Mój prąd”. Jak podkreśla, szczególnie w dobie pandemii, byłaby „motorem wzrostu dla tego segmentu klientów”.

Program „Mój Prąd”, który dotychczas napędzał rozwój branży fotowoltaicznej w Polsce, niestety powoli się kończy. Powstaje pytanie, czy zainteresowanie Polaków fotowoltaiką nie osłabnie, gdy zabraknie rządowej dopłaty? „Jeśli nie będzie kolejnego tak przyjaznego klientom, łatwego w obsłudze programu jak +Mój prąd+, to z pewnością zaobserwujemy spowolnienie” – uważa Pieczora.

„Tu bardzo dużo zależy od komunikacji i decyzji rządu – dodaje prezes Sunday Polska. – Bo z jednej strony fotowoltaika broni się sama i uzyskanie na niej satysfakcjonującej rentowności nie wymaga żadnych dofinansowań, lecz z drugiej strony wstrzymanie dotacji, nawet chwilowe, spowoduje, że rynek kliencki z pewnością poczeka na nie i przestanie czasowo inwestować” – wyjaśnia Pieczora.

Według prezesa Sunday Polska warto pamiętać, że na świecie szybko rosnący sektor OZE stał się katalizatorem dla rozwoju wielu technologii przyszłości. Na przykład pojazdy elektryczne oprócz swojej podstawowej roli będą mogły pełnić funkcję dodatkowych magazynów energii w domu, jak i w rozproszonych miejscach ich ładowania.

Kolejnym przykładem są inteligentne domy, których rozwój spowoduje współdziałanie wielu urządzeń i aplikacji, w tym zarządzanie magazynowaną energią; czy też inteligentne zarządzanie sieciami energetycznymi.

Żółta strefa dla wielu branż jest porównywalna z lockdownem. Sytuacja przedsiębiorców coraz trudniejsza

Rok 2020 w pamięci wielu przedsiębiorców zapisze się jako czas najtrudniejszy w ich dotychczasowej działalności – pandemia koronawirusa nie oszczędziła niemal żadnej branży, a konsekwencje gospodarcze będą w wielu firmach odczuwalne jeszcze przez długie lata. Wielu przedsiębiorców myślało, że w kontekście pandemii „najgorsze już za nami”, teraz jednak widzimy, że pandemia nie ustępuje, a wizja kolejnego lockdownu – mimo zapewnień rządzących – wcale nie jest niewiarygodnym scenariuszem. – Przedsiębiorcy szukają u nas pomocy w kilku tematach. Ci, którzy zyskali na pandemii poszukują inwestycji oraz okazji do przejęć oraz zakupów. Ci, którzy są stratni zastanawiają się jak funkcjonować w tym trudnym czasie oraz szukają doradztwa restrukturyzacyjnego i pomocy w pozyskiwaniu funduszy płynnościowych – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

„Spełnia się czarny sen wielu przedsiębiorców”

Jak mówią specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska sytuacja wielu firm jest bardzo trudna: – Przedstawiciele Rządu mówią, że robią wszystko, by nie doprowadzić do drugiego lockdownu. To cenna deklaracja, choć faktycznie mamy już z nim do czynienia. Obecność w żółtej strefie wiąże się z tym, że ilość osób przebywająca w kinach, restauracjach, na targach i na eventach się zmniejsza. Traci kultura, traci gastronomia, tracą mali przedsiębiorcy gdyż znowu promowana jest akcja „zostać w domu i trzymaj dystans”, powracają godziny dla seniorów, które przynoszą oczywiste straty w handlu. To, co obserwujemy od kilku dni jest już faktycznie małym lockdownem i myślę, że spełnieniem czarnego snu wielu przedsiębiorców – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

– Prawdą jest, że wiele branż jeszcze nie otrząsnęło się po pierwszej fali kryzysu, a nadchodzi drugi, kto wie czy nie silniejszy niż pierwszy. Lockdown, który obserwujemy jest trochę inny niż pierwszy, bo nikt wprost jeszcze nie zamyka sklepów, ale widzimy, że ludzie są bardziej oszczędni i nauczeni doświadczeniami wiosennymi decydują się na ograniczanie kosztów. Niezbyt wielu klientów planuje teraz wycieczki, zakupy domów, zakupy samochodów. To wszystko rysuje znacznie szerszy kontekst gospodfarczy, w którym nie trzeba mówić o „twardym lockdownie” żeby widzieć, że faktycznie on następuje – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy.

Jak zachowywać się w obecnej sytuacji? – Niektórzy starają się działać tak szeroko, jak tylko jest to możliwe. Mamy wielu bardzo wyrozumiałych klientów, którzy wiedzą, że pandemia minie i trzeba zbierać energię na ten czas, kiedy będzie można już działać tak jak kiedyś. Bardziej dobijająca jest jednak dla niektórych niepewność. Rozmawiamy z ludźmi, którzy musieli np. zwolnić część zespołu lub sprzedać swoje aktywa, by przetrwać. Przedsiębiorcy korzystają z pożyczek płynnościowych, ale unikają długów komercyjnych, bo wiedzą, że takie zadłużenie może wiązać się z poważnymi problemami jeżeli jednak działalność „taka jak kiedyś” nie będzie możliwa zbyt szybko – mówi Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy.

– Nastroje przedsiębiorców są bardzo różne. Właściwie wszyscy czekają na dalszy rozwój wydarzeń. Na pewno każde informacje o wzroście zakażeń i kolejnych restrykcjach nie powodują, że optymizmu jest coraz więcej. Myślę, że wiele osób szykowało się na zupełnie odwrotną sytuację, stąd też dużo frustracji. Nasze porady to zawsze dokładne przeliczenie sytuacji bieżącej i przyszłej, rozpisanie potencjalnych zysków i strat, szansa na oszczędności, szansa na dywersyfikację itp. Kryzys zawsze budzi w przedsiębiorcach kreatywność. Gorzej jeżeli ten kryzys jest dłuższy niż się spodziewano, wtedy trudno jest wykrzesać z siebie energię i entuzjazm do działania – dodaje Filip Kiżuk.

Coraz więcej elektrośmieci. W Polsce 200 tys. ton nieprzetworzonych elektroodpadów

Ponad 53 milionów ton elektrośmieci – to światowy wynik z ubiegłego roku. A to oznacza, że każdy z nas wyprodukował 7 kg e-odpadów. Niestety, jedynie około 17 proc. elektroodpadów na świecie poddanych zostało recyklingowi. – Problem jest spory, bo konsumenci często nie wiedzą, co zrobić zwłaszcza ze zużytym małym sprzętem, takim jak suszarka czy żelazko – komentuje prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. 13 października przypada Międzynarodowy Dzień Bez Elektrośmieci, który ma zwrócić uwagę na skalę problemu. Dowiedz się, jak prawidłowo postępować z elektroodpadami.

Międzynarodowy Dzień Bez Elektrośmieci jest obchodzony w Polsce po raz trzeci. Organizatorem akcji w Polsce jest organizacja odzysku sprzętu elektrycznego i elektronicznego – ElektroEko S.A., w partnerstwie m.in. ze Związkiem Cyfrowa Polska. Cel? Promowanie odpowiedzialnych postaw i znaczenia utylizacji elektroodpadów oraz budowanie świadomości na temat problemu, jaki stanowią. A problem stale rośnie. Statystyki wskazują, że globalnie mamy w tej dziedzinie zaległości. W ubiegłym roku świat wyprodukował rekordowe 53,6 milionów ton e-śmieci, recyklingowi poddając zaledwie 17,4 proc. z nich – wynika z raportu Global E-Waste Monitor nadzorowanym przez ONZ.

Skala problemu

Statystyki na temat problemu elektrośmieci na świecie prezentowane są od 2014 r. w raporcie Global E-Waste Monitor nadzorowanym przez ONZ. Autorzy tegorocznego raportu alarmują, że w 2019 r. na świecie wytworzyliśmy blisko 54 mln ton elektrośmieci, czyli ponad 7kg „na głowę”. To wzrost o niemal 20 proc. w ciągu pięciu lat. W tym samym czasie odsetek e-odpadów, które zbieramy i poddajemy recyklingowi, wzrósł globalnie z 17 proc. do 17,4 proc.

Szacuje się, że obecnie w Polsce utylizacji podlega blisko 60 proc. elektroodpadów wprowadzonych na rynek. Choć wynik ten jest imponujący na tle europejskiej średniej, która wynosi 42,5 proc., to w praktyce oznacza również, że niespełna 200 tysięcy ton elektroodpadów rocznie w kraju nie podlega przetworzeniu. Pociesza fakt, że zaangażowanie władz w problem rośnie, przez ostatnie pięć lat liczba państw dysponujących przepisami regulującymi kwestię zbioru, obiegu i utylizacji elektroodpadów wzrosła z 61 do 78. Reakcja władz i obywateli będzie potrzebna, estymacje wskazują, że w 2030 r. roczna produkcja elektrośmieci wyniesie prawie 75 mln ton.

O ile mamy świadomość, co zrobić ze starą lodówką czy pralką, to ciągle mamy problem z mniejszym sprzętem, jak suszarka czy żelazko. Międzynarodowy Dzień Bez Elektrośmieci jest dobrym pretekstem, by edukować konsumentów, jak prawidłowo postępować z e-odpadami – mówi prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik. I dodaje: – Trzeba przypominać, że wyrzucanie elektroodpadów do śmietnika czy pozostawianie go w altance śmietnikowej jest karalne – grozi za to grzywna.

E-waste, czyli od pralki po kalkulator

Elektrośmieci to ogół sprzętu elektrycznego i elektronicznego, zasilanego prądem lub bateriami, którego z dowolnego powodu na dobre przestaliśmy używać. Na potrzeby regulacji prawnych i ze względu na sposób utylizacji elektrośmieci podzielone zostały na 6 kategorii: sprzęt działający na zasadzie wymiany ciepła, taki jak lodówki czy klimatyzatory; ekrany i monitory; lampy, w tym świetlówki i LEDy; sprzęt wielkogabarytowy, do którego zaliczamy pralki, zmywarki czy piekarniki; sprzęt małogabarytowy (m.in. tostery, odkurzacze, czajniki elektryczne) i małogabarytowy sprzęt informatyczny i telekomunikacyjny z telefonami i laptopami na czele. Lista jest długa, a problem elektroodpadów staje się coraz większy,

Dlaczego to istotne?

Elektrośmieci to przede wszystkim źródło niebezpiecznych pierwiastków i związków, w tym kadmu, rtęci czy freonu. Jeśli nie poddamy odpadów utylizacji, trafiają one do środowiska, wyrządzając w nim ogromne szkody, by w końcu trafić do wód gruntowych i żywności, szkodząc naszemu zdrowiu. Szczególnie narażona jest też ludność mieszkająca w sąsiedztwie składowisk elektroodpadów. Co więcej, w e-śmieciach znajdują się surowce, które możemy odzyskać i ponownie wykorzystać: np. złoto, żelazo, miedź. Ich wartość w elektrośmieciach powstałych w 2019 r. oszacowano na 57 miliardów dolarów. Drugie życie w nowych urządzeniach możemy dać też tworzywom sztucznym, czy włóknom karbonowym z e-odpadów. Nie poddając ich recyklingowi, tracimy te zasoby i pieniądze.

Jak pomóc?

Każdy z nas może przyczynić się do rozwiązania problemu i poprawy statystyk. Przede wszystkim pod żadnym pozorem nie należy wyrzucać zużytego sprzętu do zwykłego śmietnika. Elektroodpady to nie odpady zmieszane ani metale czy tworzywa sztuczne. Bezwzględnie zwalczać należy też nawyk porzucania elektroodpadów w lesie czy na poboczach dróg.

Elektrośmieci oddać można do dedykowanych punktów zbierania, z których trafią do wyspecjalizowanych zakładów przetwarzania. Zabrać możemy ze sobą zarówno sprzęt wielko- i małogabarytowy.

Co, jeśli nie mamy możliwości zabrania ze sobą e-odpadów o znacznych gabarytach? W wielu miastach dostępne są usługi zupełnie bezpłatnego odbioru elektroodpadów z miejsca zamieszkania przez wyspecjalizowane firmy. W miejscowościach, gdzie przedsiębiorstwa takie nie funkcjonują, regularnie organizowane są zbiórki zużytego sprzętu. Jedynym warunkiem w obu przypadkach jest, aby urządzenia przekazywane do utylizacji były kompletne.

Od kilku lat możliwe jest również oddanie zużytego sprzętu w sklepach z RTV i AGD. Kupujesz nowy telewizor? Stary zabierz ze sobą i zostaw w punkcie handlowym. Mniejszy sprzęt można pozostawić w wielkopowierzchniowym sklepie, nawet jeśli nie robimy tak żadnych zakupów! – Dzielmy się tą wiedzą  z rodziną i znajomymi. Część z pozostałych 40 proc elektroodpadów, które nie ulegają w Polsce przetworzeniu zalega na naszych strychach, w piwnicach i szufladach. Wspólnie możemy zadbać o ich odpowiedzialną utylizację, dać surowcom, z których powstały drugie życie i zadbać o nasze zdrowie i planetę – zauważa Michał Kanownik.

W oczekiwaniu na nową ustawę winiarską

Powinna być spójna z przepisami akcyzowymi, doprecyzowywać niektóre zagadnienia i nie pozostawiać pola do nadużyć. Mowa o nowej ustawie winiarskiej. Prace nad nią trwają w Ministerstwie Rolnictwa. Właśnie zakończył się etap  konsultacji społecznych. Swoje uwagi do dokumentu zgłosił Związek Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. Szefowie firm zrzeszonych w organizacji nie ukrywają, że wiążą z tym aktem wielkie nadzieje.

Przepisy celne

To, na czym szczególnie zależy przedstawicielom branży, to zharmonizowanie ustawy winiarskiej ustanawiającej zasady produkcji z regulacjami akcyzowymi. – Aktualnie przepisy te nie są zbieżne, a to – z punktu widzenia polskich przedsiębiorstw – bardzo trudna sytuacja  – ocenia Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. – Projekt wychodzi wprawdzie naprzeciw rozwiązaniu tego problemu, jednak zapisy wymagają jeszcze dopracowania. Liczymy zatem na współpracę pomiędzy Ministerstwem Rolnictwa, a Ministerstwem Finansów. Apelujemy o ustanowienie stabilnego otoczenia prawnego dla przedsiębiorstw branży winiarskiej i o to, by warunki, w jakich funkcjonują krajowi producenci, były analogiczne do panujących w innych krajach Unii Europejskiej – mówi Magdalena Zielińska.

Dlaczego to tak ważne? – Rozpoczynając produkcję musimy mieć pewność, że zachowanie wszystkich zasad określonych w przepisach spowoduje, że wyprodukowany wyrób będzie obciążony konkretną stawką podatku akcyzowego – tłumaczy Anna Kalinowska, Dyrektor ds. Produkcji i Inwestycji w Firmie Henkell Freixenet Polska. – Dzisiaj nie mamy takiej gwarancji. Produkt winiarski wytworzony w zgodzie z polską ustawą winiarską na bazie krajowych owoców (jabłek, gruszek, wiśni, porzeczek) może pod względem akcyzowym zostać zakwalifikowany jako spirytusowy. W przypadku wyrobów produkowanych na bazie winogron, takie ryzyko nie istnieje – te zawsze będą uznane z produkty winiarskie – przepisy obejmujące ich produkcję i klasyfikację są zharmonizowane i klarowne.  My też potrzebujemy tak przygotowanych regulacji – mówi Anna Kalinowska.

– Sytuacja, w jakiej znajduje się nasza branża, powoduje ogromne ryzyko i skłania nas do rezygnacji z wykorzystywania w produkcji krajowych owoców – dodaje z kolei Grzegorz Bartol, Wiceprezes Firmy Bartex.  – Zdecydowanie bezpieczniej jest produkować napoje na bazie importowanego koncentratu soku winogronowego. To też wielka szkoda dla krajowego sadownictwa, głównie producentów jabłek.

Podobnego zdania jest Jakub Nowak, Prezes Firmy JNT Group. – Nasze prawo powinno chronić rodzimych producentów, bo inne państwa zupełnie naturalnie nie są tym zainteresowane i lobbują na rzecz win gronowych. Polska powinna troszczyć się o krajowy przemysł i – podobnie jak Wielka Brytania – wprowadzić odpowiednie regulacje prawne w tym zakresie.

Nowe kategorie cydru

Kolejne, proponowane przez branżę winiarską zmiany, dotyczą cydru. ZP PRW wnioskował o to, by stworzyć osobną kategorię promującą cydry jakościowe i dodatkowo, by możliwa była  wreszcie produkcja cydrów aromatyzowanych. To da możliwość budowy oferty zgodnej z oczekiwaniami konsumentów – zarówno tych którzy poszukują wyrobów tradycyjnych, jak i tych którzy wolą produkty innowacyjne. To właśnie cydry aromatyzowane, o smakach innych owoców niż jabłko, coraz częściej wybierają  konsumenci na świecie. – Aktualnie światowy rynek cydru rozwija się praktycznie dzięki wzrostom odnotowywanym  w segmencie cydrów aromatyzowanych. W ciągu ostatnich pięciu lat rósł on średnio o ponad 12% rok do roku i aktualnie stanowi już niemal 20% europejskiego rynku cydru – mówi Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW.

Polscy producenci do tej pory nie mogli ich wytwarzać ze względu na zapisy aktualnie obowiązującej ustawy winiarskiej, co było jednym z głównych problemów krajowego rynku cydru. – Brak możliwości rozwijania kategorii w tym zakresie dyskwalifikuje producentów w kontekście oferty cydrów kierowanej do młodszej grupy konsumentów, którzy preferują warianty smakowe cydru. W ten sposób wciąż na uprzywilejowanej pozycji pozostają piwa smakowe (radlery), którym nasze prawo daje na każdym polu ogromną przewagę konkurencyjną. Piwa można reklamować,  nałożona jest na nie także bardzo niska akcyza, pomimo podobnej zawartości alkoholu – zauważa Jakub Nowak, Prezes Firmy JNT Group.

– Na tę zgodę czekamy już od kilku lat. Tylko u nas, w kraju jabłka, sprzedaż cydru odnotowuje od kilku lat drastyczne spadki. W innych krajach rośnie bardzo dynamicznie. Liczymy na to, że ta zmiana przepisów to pierwszy krok w kierunku zniesienia ograniczeń, jakie są w Polsce nałożone na cydr. Prawda jest taka, że wielkiego wsparcia ze strony Państwa nie potrzeba. Ten produkt sam się obroni jeśli my, producenci, będziemy mogli funkcjonować w takich samych warunkach jakie ma chociażby  piwo – dodaje Grzegorz Bartol, Wiceprezes Firmy Bartex.

Z myślą o małych producentach

Warto wspomnieć, że projekt ustawy zawiera propozycje bardzo korzystnych zmian dotyczących funkcjonowania małych producentów win, win owocowych, cydrów i miodów pitnych. Nowe zapisy zwiększają ich konkurencyjność, zredukowane mają  zostać obciążenia administracyjne.

– Popieramy produkcję rzemieślniczą i lokalną – należy promować polskie wyroby – mówi Jakub Nowak, Prezes Firmy JNT Group. – Oczywiście, przepisy muszą być precyzyjne, aby nie otworzyć pola do nadużyć i nie dać impulsu do działania szarej strefy.  Warto zauważyć, że choć polskie wino nadal jest niszowym produktem i jest stosunkowo drogie na tle win z innych regionów winiarskich, to na pewno wzbudza ono zainteresowanie ze strony dobrych restauracji obsługujących międzynarodowych gości. W naszym kraju intensywnie rozwija się też enoturystyka. Widać, że polscy winiarze nabierają doświadczenia i powstają coraz lepsze produkty, a areał winnic wciąż rośnie – ocenia.

To bardzo ważne, że produkujący wina owocowe, cydry czy miody pitne z surowców wytworzonych w własnym gospodarstwie w końcu będą mogli działać poza składem podatkowym, czyli zyskają ułatwienia przysługujące do tej pory jedynie  producentom wina gronowego. To duży krok w kierunku popularyzacji wytwarzania polskich tradycyjnych wyrobów winiarskich – dodaje Anna Kalinowska, Dyrektor ds. Produkcji i Inwestycji w Firmie Henkell Freixenet Polska.

W oczekiwaniu na nowe

Aktualnie obowiązująca ustawa winiarska pochodzi z 2011 roku i nie przystaje już do nowej rzeczywistości. Stąd tak wielkie nadzieje związane z nowym aktem. Właśnie zakończył się etap konsultacji społecznych. Ministerstwo Rolnictwa ma teraz czas na odniesienie się do zgłoszonych uwag.

Polska ma potencjał do rozwoju biogazowni. Sprzyja temu prawo i dobrze rozwinięte rolnictwo

Na koniec II kwartału tego roku łączna moc zainstalowana w instalacjach biogazowych wyniosła 245,15 MW. Biogaz – w przeciwieństwie do fotowoltaiki czy energii z wiatru – nie zalicza się w ostatnich latach do dynamicznie rosnących sektorów OZE, ale Polska ma atuty, który czynią nasz rynek perspektywicznym dla tego sektora, jak np. dobrze rozwinięty sektor spożywczy i rolnictwo, które zapewniają stały dopływ surowców dla elektrowni biogazowych. – Ponadto obowiązujące w Polsce przepisy sprzyjają funkcjonowaniu takich elektrowni. Obecny system wsparcia jest jednym z najkorzystniejszych w UE. Ten sektor ma potencjał wzrostu – ocenia prezes Green Genius Simonas Šileikis.

– Widzimy ogromny potencjał rozwoju sektora biogazu w Polsce. Obecnie działa tu ok. 100 rolniczych elektrowni biogazowych o łącznej mocy zainstalowanej 110 MW i wykorzystują one tylko mały ułamek potencjału Polski w zakresie produkcji energii z biogazu. Według naszych szacunków możliwa wielkość polskiego rynku jest bliższa wartości 2000 MW – mówi agencji Newseria Biznes Simonas Šileikis, prezes zarządu Green Genius Poland.

Polska jest w ostatnich latach wielkim placem budowy dla inwestycji w odnawialne źródła energii. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki na koniec II kwartału br. łączna moc zainstalowana w OZE w polskim systemie przekroczyła 9474 MW, natomiast moc w instalacjach biogazowych wyniosła 245,15 (wobec 245,37 MW na koniec 2019 roku). Według prowadzonego przez KOWR rejestru – który obejmuje tylko wytwórców biogazu rolniczego – na początku października br. w Polsce funkcjonowało 96 biogazowni rolniczych o łącznej mocy elektrycznej 115,3 MW.

Biogaz nie zalicza się w ostatnich latach do dynamicznie rosnących sektorów OZE, ale Polska ma kilka bardzo mocnych atutów dla branży biogazowej – przede wszystkim dobrze rozwinięty sektor spożywczy i rolnictwo, które zapewniają stały dopływ surowców dla elektrowni biogazowych. Ponadto obowiązujące w naszym kraju przepisy sprzyjają funkcjonowaniu elektrowni biogazowych, a polskie prawodawstwo jest w tym zakresie jednym z najkorzystniejszych w UE.

– Obecny system wsparcia w Polsce jest jednym z najkorzystniejszych i najbardziej nowatorskich na tle innych państw w Europie – podkreśla prezes Green Genius Poland.

Rozwój elektrowni biogazowych niesie ze sobą szereg korzyści. Po pierwsze, wytwarzana w nich energia jest czysta i stanowi ekologiczny zasób, który ogranicza koszty ogrzewania i transportu. Po drugie, biogaz do pewnego stopnia może też zastąpić gaz ziemny, zwłaszcza na terenach położonych z dala od infrastruktury. Po trzecie, jego produkcja wiąże się również z niższymi kosztami zagospodarowania odpadów i większą wydajnością.

 Produkcja biogazu stanowi wzorowy przykład gospodarki bezodpadowej o zamkniętym obiegu, która pozwala ograniczyć zanieczyszczanie środowiska i zagospodarować odpady organiczne. To oczywiście ma ogromny wpływ na łagodzenie efektu cieplarnianego. Poziom redukcji emisji dwutlenku węgla osiągany przez elektrownie biogazowe jest ogromny w porównaniu do innych technologii – mówi Simonas Šileikis.

Jak podkreśla, biogaz jest jedną z wiodących, a przy tym najbardziej wydajnych technologii w sektorze energii ze źródeł odnawialnych, która zapewnia prawie ośmiokrotnie większą wydajność niż fotowoltaika. Green Genius od ubiegłego roku przygląda się polskiemu rynkowi biogazu. W ciągu trzech najbliższych lat planuje uruchomić 20 MW mocy z biogazu. Pierwsze elektrownie mają zacząć działać w drugiej połowie przyszłego roku.

COVID-19 przyspieszył cyfryzację firm o sześć lat. Jeszcze większych zmian może dokonać wdrożenie sieci 5G

Pandemia koronawirusa znacząco przyspieszyła cyfryzację przedsiębiorstw – pokazuje nowy raport Deloitte. Ta nabierze jeszcze szybszego tempa wraz z wdrożeniem sieci 5G, która ma być katalizatorem dla nowego etapu globalnej, cyfrowej rewolucji. W Polsce wdrożenie nowego standardu zbliża się wielkimi krokami, ale duży wpływ na nie będzie mieć nowelizowana właśnie ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Znalazły się w niej zapisy, które pozwalają na wykluczenie niektórych dostawców infrastruktury, co może opóźnić wprowadzanie tej technologii w Polsce nawet o trzy lata.

– Cyfryzacja jest procesem, którego w tej chwili właściwie nie da się już zatrzymać ani cofnąć. Wirus, którego tak nie lubimy, okazał się największym cyfryzatorem w historii. Według badań dzięki pandemii COVID-19 przyspieszyliśmy proces cyfryzacji gospodarki globalnej o około sześciu lat, nie ma sensu się już cofać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Jaczyński, dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej i krajach nordyckich firmy Huawei.

Jeszcze przed wybuchem pandemii 94 proc. firm wskazywało, że transformacja cyfrowa zalicza się do najważniejszych celów strategicznych w ich organizacji. W Polsce cyfryzację za priorytet uznała ponad połowa (58 proc.) menadżerów wysokiego szczebla – wynika z kwietniowego raportu Deloitte („Przemysł 4.0 w Polsce – rewolucja czy ewolucja”).

COVID-19 przyspieszył procesy cyfryzacji w firmach. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy większość z nich podjęła w tym zakresie bardzo intensywne działania. Polskie przedsiębiorstwa skupiały się głównie na umożliwianiu telepracy (56 proc.) i przeniesieniu procesów wewnętrznych do świata online (51 proc.) – pokazuje z kolei wrześniowy raport „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją”, przygotowany przez Deloitte we współpracy z Obserwatorium.biz i Asseco Data Systems. Firmy musiały w ekspresowym tempie cyfryzować swoje procesy między marcem a wrześniem, kiedy lockdown i ograniczenia związane z pandemią były najdotkliwiej odczuwalne.

 Zyski, które przedsiębiorstwa dzięki temu uzyskały, są bardzo wymierne. Po pierwsze, klienci lubią i doceniają nowe, cyfrowe kanały kontaktu. 75 proc. klientów, którzy nawet pierwszy raz mieli do czynienia z takim cyfrowym światem, deklaruje, że będzie z tych kanałów dalej korzystać. Po drugie, cyfryzacja to oszczędności. Globalne dane wskazują na to, że można oszczędzić mniej więcej 10–20 proc. w produkcji w łańcuchu dostaw, a kapitałochłonność biznesu można zmniejszyć o 15–30 proc. To są realne oszczędności. Do tej pory brakowało motywacji, żeby tę cyfryzację zacząć i dokończyć, wirus po prostu pozwolił te bariery mentalne przełamać, nie pozostawiając firmom i nam wyjścia – mówi Rafał Jaczyński.

Jak podkreśla, cyfryzacja w sektorze przedsiębiorstw nabierze jeszcze szybszego tempa wraz z wdrożeniem sieci 5G. Nowa technologia ma być katalizatorem, który zapoczątkuje w globalnej gospodarce nowy etap cyfrowej rewolucji. Tylko w Polsce – jak wynika z rządowej Strategii 5G dla Polski – ma ona przyczynić się do powstania blisko 0,6 mln nowych miejsc pracy i wygenerować dodatkowe przychody w wysokości 13 mld euro rocznie do 2025 roku, głównie w takich sektorach jak finanse, motoryzacja i transport publiczny, opieka zdrowotna czy energetyka.

– Technologii 5G potrzebujemy jak powietrza, zwłaszcza w Polsce. Gdyby w Kalifornii nie było internetu, nie powstałaby Dolina Krzemowa. Podobnie my – jako kraj i polskie firmy – nie będziemy uczestniczyć w podziale przychodów i zysków z ekosystemu 5G, jeżeli u nas piątej generacji nie będzie. Ona musi powstać szybko i co ważne, bezpiecznie – wskazuje ekspert Huaweia.

Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej do 2025 roku kraje członkowskie UE powinny zapewnić szerokie pokrycie siecią 5G na głównych szlakach komunikacyjnych i w największych miastach. W Polsce – nie czekając na aukcję pasma 3,6 GHz – komercyjne wdrożenia nowego standardu przeprowadziły już Polkomtel, T-Mobile i Orange. Według Deloitte do końca tego roku ponad 100 firm na całym świecie rozpocznie testowanie prywatnych wdrożeń 5G, inwestując w nie łącznie kilkaset milionów dolarów („Technology, Media and Telecommunications Predictions 2020”).

 Według Deloitte ci, którzy jako pionierzy wdrożą piątą generację w sieciach komórkowych, oraz firmy, które jako pierwsze będą miały kontakt z tą technologią, mogą zapewnić sobie przewagę konkurencyjną przynajmniej na dekadę. To jest nie do przecenienia. W związku z tym jeżeli chcemy uczestniczyć w tym wyścigu i w podziale tego rynku, którego wartość jest szacowana nawet na tryliony dolarów, musimy w końcu uruchomić u nas 5G w pełnym zakresie – podkreśla Rafał Jaczyński.

Na wdrożenie w Polsce 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego duży wpływ będzie mieć nowelizacja ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Resort cyfryzacji opublikował jej projekt na początku września, a 6 października br. zakończył się etap publicznych konsultacji dokumentu. Wzbudził on duże kontrowersje, nie tylko w branży telekomunikacyjnej. Znalazły się w nim bowiem zapisy, które pozwalają na wykluczenie dostawców infrastruktury pochodzących z państw nieprzestrzegających praw człowieka. Może to ograniczyć dostęp chińskich firm do wdrażania tej technologii w Polsce.

 Zakończyły się konsultacje projektu nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która wprowadza dodatkowe – i niestety czysto polityczne – kryteria służące do wyboru dostawców – ocenia ekspert Huaweia. – Ta ustawa absolutnie nie dotyczy cyberbezpieczeństwa i opieram się tutaj na opiniach izb, które już częściowo opublikowały swoje stanowiska. Ona jest nielegalna, niezwykle kosztowna dla państwa polskiego, dla podmiotów krajowego systemu cyberbezpieczeństwa i operatorów telekomunikacyjnych. Jest też dewastująca dla wizerunku Polski jako wiarygodnego i przewidywalnego partnera biznesowego.

Wielu ekspertów ocenia, że próba wykluczenia chińskich firm z polskiego rynku negatywnie odbije się na relacjach i wymianie handlowej z Państwem Środka. Prawnicy wskazują też, że te zapisy pozwalające eliminować przedsiębiorstwa z rynku na podstawie politycznych, niejasnych kryteriów i bez możliwości odwołania do sądu stoją w sprzeczności z przepisami o wolnym handlu, konkurencji i wolności gospodarczej oraz prawem międzynarodowym.

 Kryteria dopuszczenia do budowy 5G powinny skupiać się przede wszystkim na produktach. Sieci telekomunikacyjne buduje się z urządzeń, nie z ich dostawców. Dopiero kiedy na podstawie testów, certyfikatów i wymogów będziemy w stanie ocenić te rozwiązania, możemy też dokonać oceny ich dostawców, ale według takich kryteriów, które są wymierne i uczciwe, na podstawie certyfikacji i wymagań dotyczących bezpieczeństwa. Ważne, żeby te kryteria były uczciwe, precyzyjne i dotyczyły wszystkich dostawców na rynku, niezależnie od tego, z którego kraju się wywodzą – mówi Rafał Jaczyński.

Na zlecenie Huaweia brytyjska firma Assembly Research policzyła, ile będzie kosztować polską gospodarkę wprowadzenie nowelizacji ustawy o KSC w obecnym kształcie i wykluczenie z rynku chińskiego dostawcy. Według analityków opóźni to wdrażanie technologii 5G w Polsce nawet o trzy lata, co pociągnie za sobą straty sięgające 4,8 mld euro. Część tych kosztów wynika z faktu, że operatorzy telekomunikacyjni będą zmuszeni wycofać wykorzystywany już w tej chwili sprzęt Huaweia i ponieść koszty zakupu nowego. To zaś może odbić się także na kieszeniach klientów.

– Przez ten czas będziemy tracić nawet pół miliarda złotych miesięcznie  tak wynika z opracowań brytyjskiej firmy, która robiła podobne analizy dla operatorów w Wielkiej Brytanii – wskazuje dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej i krajach nordyckich Huaweia. – Dodatkowy koszt, który będą musieli ponieść operatorzy i niestety przerzucić go na abonentów, jest związany z koniecznością usunięcia obecnie używanego sprzętu z sieci telekomunikacyjnych.

Polska wciąż atrakcyjna dla globalnych marek. Tylko na obecności McDonald’s polska gospodarka zyskuje ponad 4 mld zł rocznie

– Obecność globalnych marek na polskim rynku mocno oddziałuje na całą gospodarkę – podkreśla Jan Karasek z firmy doradczej KPMG, która policzyła, jak McDonald’s wpływa na krajowy rynek. Oprócz 4,1 mld zł wartości dodanej dla gospodarki, m.in. w postaci wpływów z różnych podatków, międzynarodowa sieć restauracyjna odpowiada za ponad 40 tys. miejsc pracy i kilkusetmilionowe zakupy w sektorze spożywczym. – Losy McDonald’s są blisko związane z rozwojem gospodarczym Polski i krajowych producentów – mówi dyrektor generalny restauracyjnej sieci Adam Pieńkowski.

– Polska jest nadal bardzo atrakcyjna dla globalnych marek, które inwestują tu ze względu na lokalizację, potencjał naszego rynku i potencjał zasobów ludzkich. Obecność takich firm wpływa nie tylko na ich najbliższe otoczenie, ale też na całą gospodarkę i inne przedsiębiorstwa. Tworzy się dodatkowy popyt wygenerowany przez te marki, nowe miejsca pracy, układy z dostawcami. Co ważne, takie globalne marki intensywnie angażują się też w działania lokalne i wspieranie lokalnych społeczności – mówi agencji Newseria Biznes Jan Karasek, partner w KPMG Polska.

Duże firmy obecne na polskim rynku wywierają na gospodarkę wpływ bezpośredni, pośredni i indukowany. Pierwszy to m.in. miejsca pracy i podatki odprowadzane do państwowej kasy. Drugi obejmuje np. współpracę z siecią dostawców i generowanie popytu poprzez kupowanie od nich produktów i usług. Z kolei wpływ indukowany to całościowy wpływ na gospodarkę, np. napędzanie konsumpcji poprzez wynagrodzenia osób zatrudnionych w danej firmie.

– Obecność globalnych marek w Polsce rozwija nie tylko branże, w których funkcjonują, ale wpływa też na całe otoczenie biznesowe i inne sektory gospodarki Na przykład poprzez swoich poddostawców. McDonald’s Polska, działając w branży gastronomicznej, ma istotny wpływ m.in. na branżę produkcji spożywczej, budowlaną, usług profesjonalnych czy wreszcie logistyki i transportu – wymienia partner w KPMG Polska.

W całym systemie McDonald’s – składającym się z restauracji własnych, franczyzobiorców oraz biura – pracuje w sumie ponad 27 tys. pracowników. Kolejne 16 tys. to miejsca pracy wygenerowane pośród dostawców i poddostawców sieci, np. w transporcie (1,6 tys.), budownictwie (1,7 tys.) i usługach (3 tys.).

Jak oszacowali analitycy KPMG, całkowita wartość dodana McDonald’s w polską gospodarkę w zeszłym roku przekroczyła 4,1 mld zł. To niemal koszt jednej z największych inwestycji drogowych ostatnich lat, czyli Południowej Obwodnicy Warszawy (4,4 mld zł). Tylko z tytułu wynagrodzeń firma i jej franczyzobiorcy wypłacili w zeszłym roku ok. 750 mln zł, co prawie dwukrotnie przewyższa koszt budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Kolejne 815 mln zł to wpływy do państwowej kasy z tytułu podatku VAT.

– Płacenie lokalnych podatków w Polsce, podobnie jak inwestycje, ma olbrzymi wpływ zwłaszcza w przypadku tak dużych marek. Skala daje odpowiedni efekt – mówi Jan Karasek. – McDonald’s zatrudnia swoich pracowników na umowę o pracę, w związku z czym odprowadza składki na ubezpieczenie społeczne w wysokości ponad 180 mln zł. Co więcej, mamy w Polsce bardzo wiele restauracji tej sieci, od których jest odprowadzany podatek od nieruchomości. Jego wartość to ok. 7 mln zł rocznie.

Restauracyjna sieć wpływa też na rozwój wielu powiązanych z nią firm. McDonald’s większość produktów kupuje u krajowych dostawców. W zeszłym roku dokonał zakupów w sektorze spożywczym za ponad 480 mln zł. Przykładowo, frytki produkowane są w Lęborku z polskich ziemniaków. Flagowy burger Big Mac też w całości składa się z lokalnych produktów: bułka pochodzi ze Strzegomia, burger wołowy – z Ostródy, a sałata – z Niepruszewa pod Poznaniem.

– Mamy 47 firm, które serwisują McDonald’s w Polsce, wiele z nich rozwijało się z nami od samego początku – od małych firm rodzinnych do dużych biznesów. Przykładem może być Green Factory, które dba o to, żeby w restauracjach i produktach McDonald’s była świeża sałata i świeże warzywa. Teraz jest to firma, która obsługuje nie tylko nas, ale i duże sieci sklepów spożywczych, działając na poziomie Europy Środkowej – podkreśla Adam Pieńkowski, dyrektor generalny McDonald’s Polska.

Globalna sieć restauracyjna działa w Polsce od prawie 30 lat. Pierwsza restauracja McDonald’s – otwarta we współpracy z lokalnym przedsiębiorcą – ruszyła w 1992 roku. W tej chwili sieć współpracuje z ponad 70 franczyzobiorcami, do których należy prawie 90 proc. restauracji w Polsce. Średnio na jednego przedsiębiorcę przypada 5,5 lokali. Co ciekawe, jedna trzecia organizacji franczyzowych prowadzona jest przez kobiety.

– Rozwój McDonald’s na polskim rynku odzwierciedlał to, co przez ten czas działo się w polskiej gospodarce. W 1995 roku ok. 20 proc. restauracji było prowadzonych przez franczyzobiorców, czyli niezależnych, polskich przedsiębiorców. Teraz ten odsetek sięga już ok. 90 proc. Ciągle otwieramy nowe restauracje. Mimo pandemii na początku października otworzyliśmy 450. restaurację w Bielsku-Białej – mówi Adam Pieńkowski.

Świadomość prawna Polaków jest wciąż niewielka. Większość zbyt późno zasięga porady prawnika w obawie przed kosztami

0

– Prawa nie należy się obawiać, a kontakt z prawnikiem, adwokatem lub radcą prawnym nie jest niczym strasznym – mówi Michał Miller, adwokat i jeden z pomysłodawców akcji „Prawo bez strachu”. Badania pokazują, że świadomość prawna Polaków jest niewielka, a tylko co piąty  decyduje się odpłatnie skonsultować swój problem z prawnikiem. Często w obawie przed wysokimi kosztami osoby w kłopotach zwlekają z wizytą u adwokata. Często jednak to zwłoka i próba samodzielnego poradzenia sobie z problemem prowadzą do wyższych wydatków, np. w wyniku przegranej sprawy.

– Pomysł na kampanię „Prawo bez strachu” zrodził się w wyniku obserwacji zwyczajów, które panują w Stanach Zjednoczonych. Tam bardzo popularne są spotkania klienta z adwokatem umawiane poza kancelarią, np. w restauracji, co niweluje dystans i zmniejsza obawy ze strony klienta. Chcemy wyjść do ludzi, którzy obawiają się przyjścia do kancelarii, adwokata, spotkać się w restauracji, w luźnej atmosferze i omówić kwestie prawne, ale bez zobowiązania do podjęcia współpracy – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Miller z Kancelarii E i M Miller Adwokaci.

Celem kampanii „Prawo bez strachu” jest zmiana podejścia społeczeństwa do korzystania z pomocy prawnej, co wciąż jest często uważane za powód do wstydu. Chodzi o to, aby ludzie przestali obawiać się kwestii prawnych i spotkania z adwokatem, co jest od razu utożsamiane z sądami czy kancelariami. Dlatego też prawnicy, inicjatorzy kampanii, planują co tydzień w restauracji organizować spotkania, podczas których będą omawiać najbardziej powszechne problemy prawne.

– Chcemy pokazać, że kontakt z prawnikiem, adwokatem czy radcą prawnym to nie jest nic strasznego i nie trzeba się go obawiać, bo może przynieść tylko korzyści – dodaje adwokat. – Świadomość prawna społeczeństwa cały czas rośnie i ludzie dostrzegają potrzebę korzystania z profesjonalnej pomocy prawnej. Możemy zauważyć, że im młodsze osoby, tym chętniej zgłaszają się do prawników. Jednak ten odsetek jest cały czas za mały. W Europie Zachodniej czy USA wygląda to zdecydowanie lepiej.

Badanie „Świadomość prawna Polaków”, przeprowadzone w ramach kampanii informacyjnej „Adwokat w każdym przypadku” organizowanej przez Naczelną Radę Adwokacką, pokazało, że Polacy najczęściej czerpią informacje o prawie z internetu. 43 proc. badanych wskazało na specjalistyczne serwisy i portale. Na drugim miejscu znalazły się fora internetowe – 37 proc. Polaków poszukuje informacji właśnie w ten sposób, a 36 proc. uznaje je za wiarygodne. Więcej niż co czwarty ankietowany poszukuje porady u znajomych lub rodziny, a tylko co piąty decyduje się na kontakt z prawnikiem i jest gotowy za to zapłacić.

– Z naszego doświadczenia wynika, że zazwyczaj ludzie korzystają z porad prawników dopiero wtedy, kiedy problem jest bardzo poważny i sami nie potrafią sobie z nim poradzić. To błąd, bo wczesne rozpoznanie sprawy daje szansę, aby szybciej uporać się z problemem i uzyskać dużo lepszy efekt – zaznacza Michał Miller.

Jak informuje, Polacy najczęściej zgłaszają się do prawników z problemami rodzinnymi dotyczącymi rozwodów, spadków czy alimentów. Potwierdzają to wyniki badań. W przypadku konsultacji ze specjalistą respondenci badania „Świadomość prawna Polaków” jako powód wizyty najczęściej wskazywali sprawy spadkowe. Wymieniło je 32 proc. osób, które w ciągu ostatnich pięciu lat zdecydowały się na wizytę u prawnika. Na kolejnych miejscach znalazły się kwestie związane z nieruchomościami (24 proc.), sprawy rodzinne (20 proc.), pomoc przy analizie i zrozumieniu dokumentów (18 proc.) oraz konsultacje w zakresie zatrudnienia (17 proc.).

– Specjalizuję się w prawie odszkodowawczym – to też jest dziedzina, która coraz szybciej się rozwija, bo coraz więcej ludzi spotyka się z problemami niewłaściwego leczenia lub wypadków przy pracy – zauważa adwokat z Kancelarii E i M Miller Adwokaci..

Jego zdaniem główną barierą, która powstrzymuje ludzi przed udaniem się po profesjonalną pomoc prawną, jest cena. Wielu obawia się, że wizyta u adwokata czy radcy prawnego będzie się wiązała z dużymi kosztami, dlatego liczą, że sprawę uda im się załatwić samodzielnie.

– Często prowadzi to do wprost odwrotnego efektu, bo postępowanie się przedłuża, a i tak w pewnym momencie pomoc prawnika jest konieczna. Jeśli jest zbyt późno, to często nie można już osiągnąć takiego efektu, który byłby w pełni zadowalający – zaznacza Michał Miller.