Ministerstwo Cyfryzacji dąży do utworzenia Społeczeństwa 5.0. Już za kilka lat wszystkie sprawy będziemy mogli załatwić przez Internet

Ministerstwo Cyfryzacji dąży do utworzenia Społeczeństwa 5.0. Już za kilka lat wszystkie sprawy będziemy mogli załatwić przez Internet 1

Wraz z upowszechnieniem się technologii 5G na rynku pojawią się rozwiązania technologiczne, które umożliwią realizację założeń programu Społeczeństwa 5.0. To społeczeństwo, które w znacznej mierze polega na rozwiązaniach funkcjonujących w oparciu o chmurę danych. Infrastruktura 5G umożliwi m.in. przeprowadzenie cyfryzacji administracji, zautomatyzowanie wielu procesów przemysłowych czy wykorzystanie potencjału internetu rzeczy.

– Ministerstwo Cyfryzacji jest powołane do tego, żeby aktywizować cyfrowo społeczeństwo na wszystkich możliwych obszarach. Dbamy o to, żeby sieć telekomunikacyjna zarówno stacjonarna, jak i mobilna rozwijała się odpowiednio szybko, nadążając za rozwojem technologicznym, również sieci 5. generacji, w przededniu której jesteśmy wprowadzenia. Ministerstwo dba również o to, żeby obywatele mogli jak najwięcej spraw załatwiać w sposób cyfrowy, żeby jak najrzadziej musieli chodzić do urzędu – mówi agencji Newseria Innowacje Wanda Buk, wiceminister cyfryzacji.

Według idei Społeczeństwa 5.0 najważniejszym zasobem XXI wieku są dane, a nowoczesne państwa powinny zapewnić narzędzia, które umożliwią ich płynny i bezpieczny przepływ. Dotyczy to zarówno danych przepływających między firmami i obywatelami, jak i obywatelami a administracją publiczną. Za twórców idei Społeczeństwa 5.0 uważa się Japończyków, którzy szerzej opisali tę koncepcję podczas tegorocznego Forum w Davos.

Aby jednak zrealizować założenia programu Społeczeństwa 5.0, państwo musi zadbać nie tylko o infrastrukturę technologiczną, lecz także o edukację obywateli i przystosowanie ich do życia w cyfrowym świecie.

– Po zbudowaniu infrastruktury telekomunikacyjnej i zapewnieniu odpowiednich e-usług administracji, trzeba zadbać też o to, aby odpowiednio kształcić kadry w obszarze informatyzacji, i to już od małego. Projekt Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, szereg szkoleń finansowanych z programu Polska Cyfrowa, w tym nauki kodowania i podstawowych kompetencji cyfrowych. Jest tego bardzo dużo, ale najważniejsze jest to, że to spojrzenie jest bardzo kompleksowe i te aktywności tak naprawdę dotyczą wszystkich obszarów, które w naszej ocenie są niezbędne do tego, żeby były pokryte aktywnością państwa – mówi Wanda Buk.

Ministerstwo Cyfryzacji powołało do życia Ogólnopolską Sieć Edukacyjną. W ramach istniejącej infrastruktury szerokopasmowej powstanie wirtualna sieć łącząca wszystkie szkoły w Polsce, zaś nadrzędnym celem projektu będzie dostarczenie placówkom materiałów edukacyjnych, które pomogą przystosować uczniów do funkcjonowania w wysoce zinformatyzowanej rzeczywistości.

Z kolei w ramach programu Polska Cyfrowa ministerstwo przeprowadzi także szeroko zakrojone szkolenia skierowane do starszego pokolenia, których zadaniem będzie walka z cyfrowym wykluczeniem. Szkolenia mają zapewnić im podstawowe kompetencje cyfrowe niezbędne do funkcjonowania w świecie, który coraz częściej polega na rozwiązaniach chmurowych, wdrażanych nie tylko w prywatnych przedsiębiorstwach, ale i w administracji publicznej.

– Wyobrażam sobie, że za 5-10 lat nasza administracja będzie w pełni cyfrowa, co oznacza, że wszystkie sprawy urzędowe będziemy mogli załatwić przez internet. Przypomnijmy sobie, gdzie byliśmy, jeżeli chodzi o np. wykorzystanie smartfonów i telefonów komórkowych 10 lat temu, do czego ich używaliśmy i gdzie jesteśmy dzisiaj i do czego nam te narzędzia służą. I dokładnie tak samo ta dynamika rozwoju nowoczesnych technologii się zwiększa, i w związku z tym zmienia się rzeczywistość, która nas otacza. Myślę, że za 10 lat już będziemy mieć na swoich drogach autonomiczne samochody i będziemy mieć dużo większy komfort poruszania się po nich niż mamy dzisiaj – przewiduje wiceminister.

Cyfryzacja Społeczeństwa 5.0 ma opierać się na kilku filarach. Głównym instrumentem infrastrukturalnym będzie powszechny dostęp do sieci 5G, która umożliwi błyskawiczne przesyłanie danych, a co za tym idzie – stworzenie gęstej sieci internetu rzeczy. W jej ramach będą funkcjonować rozwiązania chmurowe bazujące m.in. na automatyce i sztucznej inteligencji. Jednym z prekursorów w rozwijaniu tej nowoczesnej technologii będzie Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna, która we współpracy z Politechnika Łódzką, Urzędem Komunikacji Elektronicznej oraz firmą Ericsson powoła do życia akcelerator technologii 5G. Celem nowej jednostki badawczej będzie wspieranie przedsiębiorców wykorzystujących innowacyjne rozwiązania z zakresu robotyki czy automatyki przemysłowej funkcjonujące w ramach infrastruktury 5G.

Według założeń rządu zawartych w Strategii 5G dla Polski do końca 2025 roku sieć 5G ma objąć wszystkie najważniejsze miasta oraz ciągi komunikacyjne w naszym kraju. Będzie to jeden z pierwszych kroków na drodze do realizacji idei Społeczeństwa 5.0.

Jednym z pierwszych sektorów gospodarki, który może skorzystać na upowszechnieniu się nowej infrastruktury, może okazać się branża medyczna. Już teraz Apple z sukcesem wprowadza do sprzedaży inteligentne zegarki z linii Watch, które w ramach programu HealthKit potrafią przesyłać podstawowe informacje o zdrowiu pacjenta bezpośrednio do placówki medycznej. Na Zachodzie rozwiązania telemedyczne od Apple wykorzystywane są nawet w środowisku szpitalnym, upowszechnienie się sieci 5G może przyspieszyć wdrożenie podobnych technologii również na polskim rynku.

– Jeżeli chodzi o zdrowie, to nowoczesne technologie mają charakter absolutnie przełomowy. Zwróćmy uwagę, jak bardzo rozwija się dzisiaj telemedycyna. Rozwiązania telemedyczne, które możemy stosować, będą dostępne, gdy uda nam się wprowadzić sieć najnowocześniejszej 5. generacji, która pozwoli na to, żeby np. przeprowadzać zdalne operacje z jednego końca świata, na drugim – twierdzi Wanda Buk.

Pojawienie się infrastruktury 5G będzie miało największy wpływ na upowszechnienie się rozwiązań z zakresu internetu rzeczy i cyfryzacja całej naszej przestrzeni życiowej. Badania przeprowadzone przez firmę Ericsson dowodzą, że sieć 5G będzie mogła obsługiwać nawet do 100 urządzeń na metr kwadratowy, co pozwoli podłączyć do internetu niemalże wszystkie otaczające nas urządzenia.

Krajowa Izba Gospodarcza Elektroniki i Telekomunikacji przygotowała dokument „Krótka opowieść o Społeczeństwie 5.0. Czyli jak żyć i funkcjonować w dobie gospodarki 4.0 i sieci 5G”, który ma przedstawić korzyści płynące z upowszechnienia tych nowoczesnych technologii. Największym wyzwaniem, przed którym obecnie stoi państwo, jest jak najszybsze wdrożenie infrastruktury 5G, która umożliwi cyfryzację przemysłu i administracji. Kolejnym krokiem powinno być podjęcie działań edukacyjnych, które przystosują społeczeństwo do radykalnych zmian związanych z popularyzacją usług chmurowych czy rozwiązań bazujących na sztucznej inteligencji.

– Jak będą wyglądały nasze mieszkania za 5-10 lat? Już dziś otacza nas szereg tzw. urządzeń internetu rzeczy. To są odkurzacze, telewizory, inteligentne lodówki, informujące co się w nich znajduje albo co należy dokupić. Już niebawem należy się spodziewać, że jeszcze więcej tego typu urządzeń będzie nas otaczać, łącznie z inteligentnymi żarówkami, już nie lampami, tylko żarówkami – podsumowuje wiceminister.

Według firmy badawczej Analysys Mason liczba urządzeń z zakresu internetu rzeczy do 2027 roku wzrośnie do 5,4 mld. Jak informują analitycy Inkwood Research, do tego czasu wartość globalnego rynku układów 5G wzrośnie do ponad 24 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 39 proc.

Na rynku przepełnionym innowacjami jest miejsce dla technologicznych „wegan”. Pojawiają się urządzenia z intencjonalnie ograniczoną funkcjonalnością

Na rynku przepełnionym innowacjami jest miejsce dla technologicznych „wegan”. Pojawiają się urządzenia z intencjonalnie ograniczoną funkcjonalnością 2

Wraz z popularyzacją technologii mobilnych coraz częściej mówi się o zagrożeniach związanych z uzależnieniem od smartfonów i mediów społecznościowych. W odpowiedzi na te nowe zagrożenia cywilizacyjne firmy technologiczne wdrażają rozwiązania, które mają pomóc harmonijnie funkcjonować z otaczającą nas elektroniką. Powstają bezpieczne dla oka wyświetlacze, systemy kontroli rodzicielskiej, telefony zaprojektowane z myślą o dzieciach, a nawet systemy drogowe ostrzegające przed korzystaniem z telefonów podczas jazdy.

– Główną intencją naszej firmy jest projektowanie urządzeń elektronicznych, które stawiają nasze zdrowie zarówno psychiczne, jak i fizyczne na pierwszym miejscu. Nasz telefon został zaprojektowany tak, żeby nie krzyczał o naszą uwagę i żeby sprzyjał temu, żebyśmy spędzali jak najwięcej czasu offline, z naszą rodziną, oddając się pasji i po prostu byciu tu i teraz – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Katarzyna Bocheńska z firmy Mudita.

O problemie uzależniania się społeczeństwa od technologii mobilnych mówi się coraz głośniej, dostrzegli go nawet inżynierowie takich firm, jak Apple i Google. W najnowszych odsłonach systemów iOS oraz Android zaimplementowano narzędzia, które pozwalają monitorować, ile czasu spędzamy przed ekranem naszych smartfonów. Dzięki temu możemy bardziej świadomie korzystać z nowoczesnej technologii i zapobiegać uzależnianiu się od sprzętów mobilnych.

Podobne rozwiązania wdrożył również Microsoft. Firma pozwala w ramach kontroli rodzicielskiej precyzyjnie zarządzać czasem spędzanym przed ekranem przez najmłodszych użytkowników. Rodzice mogą m.in. ustalić szczegółowy harmonogram korzystania z komputerów z Windowsem 10 oraz konsoli Xbox przez poszczególnych członków rodziny czy blokować strony internetowe o niepożądanej treści, aby mieć pewność, że dzieci korzystają z technologii w należyty i bezpieczny sposób.

Mudita już w trakcie procesu projektowania urządzeń elektrycznych zwraca uwagę na to, aby te funkcjonowały w sposób harmonijny z człowiekiem, a korzystanie z nich było bezpieczne i nie obciążało nas psychicznie.

– Tworzymy nowoczesną wersję klasycznego telefonu, który będzie miał jedynie podstawowe funkcje. Intencjonalnie je ograniczamy, aby więcej czasu spędzać offline. Urządzenie wyposażone jest w fizyczną klawiaturę i w ekran w technologii elektronicznego papieru, który nie emituje niebieskiego światła, co jest bardziej przyjazne dla naszych oczu – tłumaczy ekspertka.

Operator Tesco Mobile zaprojektował z kolei telefon dla dzieci IMO S2. Zainstalowano w nim bezpieczną przeglądarkę, która nie wyświetli treści przeznaczonych dla użytkowników powyżej 12 roku życia, a w jego cyfrowym sklepie Jungle umieszczono przeszło 1,5 tys. sprawdzonych aplikacji, pozbawionych reklam oraz mikropłatności. Smartfon można sparować także z telefonem rodzica, aby zdalnie kontrolować to, do jakich treści będzie miał dostęp użytkownik IMO S2. Rodzice mogą także monitorować miejsce przebywania dziecka oraz ustalać geostrefy, w których można korzystać z telefonu.

Przedstawiciele Westcotec postanowili zawalczyć z innym zagrożeniem związanym z branżą mobilną – korzystaniem z telefonów podczas prowadzenia pojazdów. Inżynierowie brytyjskiej firmy zaprojektowali urządzenie, które rozpozna, że ktoś w samochodzie korzysta z telefonu w trakcie jazdy i wyświetli sygnał świetlny zachęcający do zaprzestania tego procederu. System działa na zasadzie rozpoznawania częstotliwości wykorzystywanych przez telefony komórkowe do przesyłu informacji, dlatego nie jest w stanie rozpoznać, czy ze smartfona korzysta kierowca, czy pasażer. Firma Westcotec liczy jednak na to, że nadgorliwość systemu zadziała na korzyść wszystkich uczestników ruchu drogowego i pozwoli zmniejszyć liczbę wypadków.

Mudita postawiła na zdrowie użytkowników telefonu Mudita Pure.

– Dodatkowym aspektem naszego telefonu będzie zminimalizowanie ekspozycji na promieniowanie elektromagnetyczne. Uważamy, że ludzie zasługują na to, by mieć wybór. Są różne alarmujące badania, które pokazują, że warto zminimalizować to promieniowanie w naszym życiu. Chcemy takie rozwiązanie dostarczyć na rynek. Wiemy, że to jest wyzwanie, dlatego budujemy tak naprawdę ten telefon od początku. Tzn. wybieramy każdy jeden komponent i kodujemy własny system operacyjny – wyjaśnia Katarzyna Bocheńska

12. Ogólnopolski Zjazd Firm Rodzinnych U-RODZINY 2019

W dniach 24-26 października 2019 roku w Warszawie odbędzie się największa konferencja biznesowa dla środowiska polskich przedsiębiorców rodzinnych – 12. Ogólnopolski Zjazd Firm Rodzinnych U-RODZINY 2019. Wydarzenie od wielu lat organizowane przez Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych, stało się rozpoznawalną przestrzenią do otwartego dialogu i okazją do nawiązywania współpracy pomiędzy przedstawicielami biznesu, instytucji państwowych i świata nauki. Niezmiennym celem Zjazdu jest podkreślenie znaczącej roli firm rodzinnych w życiu gospodarczym kraju.

U-RODZIN_2019-cover_1320x400Temat przewodni 12. U-RODZIN będzie skupiony wokół hasła ROZWÓJ I BEZPIECZEŃSTWO – głównych aspektów budowania firmy rodzinnej. Podczas Zjazdu postaramy się odpowiedzieć na podstawowe pytanie tegorocznej edycji: “Jak w dynamicznie zmieniającym się świecie zapewnić trwałość polskich firm rodzinnych?”. Współgospodarzem 12. Zjazdu jest Miasto Stołeczne Warszawa, patronem honorowym – Marszałek Województwa Mazowieckiego Adam Struzik. W organizację wydarzenia zaangażowali się partnerzy strategiczni IFR: Kancelaria Ożóg Tomczykowski, Union Investment TFI, BNP Paribas Bank Polska, Grupa AXA w Polsce, Metropolitan Investment i agencja reklamowa Recevent. Głównym patronem medialnym jest Dziennik Gazeta Prawna.

W nawiązaniu do hasła wydarzenia, dla uczestników przygotowano dwa dni tematyczne konferencji z rozbudowanym i rozmaitym programem merytorycznym. Wysoki poziom debat i przedmiotowość dyskusji zapewnią renomowani eksperci oraz goście specjalni Zjazdu: m.in.: Maciej Panek (PANEK S.A.), Krzysztof Domarecki (Selena FM S.A.), Grzegorz Putka (Piekarnie Cukiernie Putka), Krzysztof Pawiński (Grupa Maspex), Adam Rozwadowski (Enel-Med S.A.), dr Stanisław Han (Hasco-Lek S.A.), Jacek Ptaszek (JMP Flowers) i Kacper Sosnowski (Kross S.A.). U-RODZINY to nie tylko merytoryka i dyskusje, ale również integracja, networking oraz bal charytatywny, beneficjentem którego jest warszawska Fundacja Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa.

Więcej informacji oraz rejestracja na: www.u-rodziny.pl

Przegląd wydarzeń tygodnia 22-28 VII

Wielkie odliczanie czas zacząć! Ostatniego dnia lipca Fed zdecyduje o skali cięcia stóp. Rynek od miesiąca waha się, czy oczekiwać zdecydowanego ruchu o 50 pb, czy też zachowawczej redukcji o 25 pb. Z Fed nie napłyną już żadne nowe sygnały, więc ocenę inwestorów oddziaływać będą już tylko dane makro oraz przebieg notowań na rynkach finansowych.

USA

Przypomnijmy, że Rezerwa Federalna nie raz pod wpływem nagłego wybuchu zmienności zmieniała swoje plany. Najważniejszym odczytem w USA będzie wieńcząca tydzień publikacja pierwszego szacunku dynamiki PKB osiągniętej w drugim kwartale. Rynek zakłada jej spowolnienie z 3,1 do 2,1 proc. w ujęciu zannualizowanym. Poza tym publikacje o najwyższym znaczeniu nie będą liczne. We wtorek i środę poznamy sprzedaż domów na rynku wtórnym i pierwotnym, barometry koniunktury (Richmond Fed i PMI). W czwartek uwaga skupiona będzie na pierwszym odczycie zamówień na dobra trwałe za czerwiec.

Strefa euro

W strefie euro należy odnotować dwa wydarzenia. Będą to środowe, wstępne odczyty PMI – zakładana jest stabilizacja na niskim pułapie, zarówno w przypadku Niemiec, jak i całego bloku walutowego. Rozczarowanie wartościami indeksu ZEW pokazuje, że to wszystko na co można liczyć. Dodatkowych wskazówek dostarczy publikowany dzień później indeks IFO. Gwoździem programu będzie jednak posiedzenie Europejskiego banku Centralnego. Nie spodziewamy się, że już w najbliższy czwartek zostaną zmienione parametry polityki. Takiego kroku oczekujemy po wrześniowym posiedzeniu, więc rynek będzie wyglądał jakichkolwiek wskazówek jaką formę przybierać będzie łagodzenie. Wśród dostępnych instrumentów trudno szukać rozwiązań zupełnie nowych. Luzowanie polityki przez EBC jest posunięte do takiego ekstremum, że konieczne są modyfikacje znanych narzędzi. Spodziewamy się, że we wrześniu zostanie obniżona stopa depozytowa o 10 pb, ale prawdopodobnie towarzyszyć temu będzie system różnicowania stóp procentowych dla różnych grup instytucji. To dość skomplikowany i budzący kontrowersje pomysł, który lansuje Członek Zarządu EBC, Coeure. Argumentuje on m.in., że istnieją systemy bankowe, które cierpią ze względu na ujemne stopy i charakteryzowane są przez nadpłynność sektora. W innych państwach, na peryferiach strefy euro wymagane byłoby dalsze luzowanie parametrów polityki. Tzw. tiering mógłby teoretycznie pogodzić dbałość o kondycję sektora bankowego z dążeniem do wsparcia kredytu tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne. Przy redukcji oczywistym krokiem jest przedłużenie zobowiązania do utrzymywania stóp na bieżącym poziomie o kolejne kwartały. Naszym scenariuszem bazowym nie jest natomiast wznowienie skupu aktywów, ale gdyby zdecydowano się na taki krok, to tutaj też potrzebne byłyby modyfikacje. Przybrałyby one postać podniesienia limitu maksymalnego zaangażowania EBC w papiery z poszczególnych emisji (prawdopodobnie z 33 do 49 proc.).

Wielka Brytania

W przypadku funta wszystkie kluczowe dane (rynek pracy, inflacja, sprzedaż detaliczna) opublikowano w poprzednim tygodniu. Brytyjska waluta będzie pod wpływem zmian percepcji tego jakim premierem będzie Boris Johnson, i jaką drogę wyjścia z Unii Europejskiej obierze. Na razie rynek nie spodziewa się po jego gabinecie nic dobrego – ryzyko ciągłych przepychanek z Brukselą prowadzące do twardego brexitu mocno ciąży przecenionemu funtowi i tak długo jak nie wyparuje, tak długo trudno liczyć na jego trwałe umocnienie. W Kanadzie nie zostaną opublikowane ważne dane, CAD będzie podążać za szerszym dolarowym trendem i tendencją w notowaniach ropy. W tym drugim przypadku ostatni tydzień przyniósł ostre spadki, które naszym zdaniem nie będą kontynuowane. Dolar kanadyjski ma naszym dobre perspektywy także ze względu na solidne fundamenty: inflacja nie pozwala myśleć o luzowaniu a wzrost będzie przyśpieszać. Bank Kanady oprze się w rezultacie globalnej fali łagodzenia. W gronie ośmiu najważniejszych banków centralnych nie ma drugiego z niższą wyceną prawdopodobieństwa redukcji stóp w horyzoncie trzech miesięcy.

Australia, Nowa Zelandia, Japonia, Chiny

Na Antypodach w centrum uwagi będzie czwartkowe wystąpienie Gubernatora RBA poświęcone polityce celu inflacyjnego. Może ono przynieść potwierdzenie naszej oceny, że w australijskiej polityce monetarnej jest przestrzeń do kontynuacji luzowania. Różnicuje to AUD od NZD i przede wszystkim CAD i sprawia, ze sceptycznie podchodzimy do możliwości utrzymania ostatniego umocnienia. Oczekujemy, że na jesieni RBA dokona trzeciej obniżki stóp w tym roku. Ostatnie dane nie przybliżyły władz monetarnych do cięcia w sierpniu, ale też nie uczyniły nic by wykluczyć luzowanie w dalszej części roku. Kalendarz uzupełni indeks PMI i bilans handlowy Nowej Zelandii.

Z Japonii otrzymamy tylko wskaźniki inflacyjne, indeks PMI oraz zamówienia na maszyny. W Chinach zostaną opublikowany wskaźnik rentowności firm przemysłowych. Inwestorzy nadal czekać będą na kolejne oznaki wpływu wojen handlowych na koniunkturę i nagłówki dotyczące relacji USA – Chiny.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Sprzedaż detaliczna przerywa pasmo słabych publikacji z kraju

Ostatnie dni obfitowały w rozczarowujące publikacje z Polski. Po zaskakująco słabych danych o dynamice płac w przedsiębiorstwach, nadeszły budzące znacznie większe obawy dane o produkcji przemysłowej, której dynamika w czerwcu – w ujęciu rok do roku – była ujemna i osiągnęła poziom najniższy od blisko trzech lat. Na szczęście piątek przynosi pewne pocieszenie.

Po ostatniej serii gorszych odczytów z gospodarki można było się obawiać, że i sprzedaż detaliczna radziła sobie gorzej od założeń. Jednak tak pesymistyczna wizja nie uległa materializacji. Zamiast tego zobaczyliśmy wyższą od oczekiwań dynamikę czerwcowego indeksu na poziomie 5,3% w ujęciu rocznym. Jest to poziom niższy od wskazania 7,3% notowanego miesiąc wcześniej, jednak uwzględniając, że zarówno efekt kalendarzowy, jak i efekt bazy działały na niekorzyść danych, można uznać to za całkiem dobry wynik.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,25-4,27. Wspólna europejska waluta zakończyła dzień wyraźnym umocnieniem w relacji do dolara amerykańskiego, co jednak nie było związane z informacjami płynącymi ze strefy euro, a raczej ze słabością USD w końcówce dnia.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o ponad 0,2%, wahając się w widełkach 4,72-4,74. Wczoraj brytyjskiej walucie sprzyjały dobre dane o sprzedaży detalicznej w czerwcu. Nie wadziły również pozytywne informacje związane z Brexitem. Wczoraj brytyjscy posłowie przegłosowali poprawkę, która utrudni przyszłemu premierowi Wielkiej Brytanii czasowe zawieszenie parlamentu w celu przeprowadzenia Brexitu bez porozumienia.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek spadł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,77-3,80, dolar tracił również w relacji do głównych walut. Słabość amerykańskiej waluty nadeszła w drugiej części dnia. Było to po tym, jak John Williams z Fed zasugerował, że ograniczone możliwości luzowania polityki monetarnej ze strony banku centralnego sprawiają, że „opłaca się działać szybko” i obniżać stopy procentowe w odpowiedzi na pierwsze oznaki problemów gospodarczych.

Słowa Williamsa zostały odebrane jako sugestia tego, że Fed może być skłonny zgodzić się na nieco agresywniejsze poluzowanie polityki monetarnej, co przełożyło się na wzrost cen akcji, spadek rentowności amerykańskich papierów 2-letnich oraz osłabienie amerykańskiej waluty.

Co ciekawe, wypowiedź została później „uszczegółowiona” przez oddział Fed z Nowego Jorku, któremu przewodzi Williams. Fed poinformował, że to rozważania teoretyczne, a nie sugestia realnych, dalszych działań banku centralnego.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 16:00 – wstępny odczyt indeksu zaufania konsumentów w USA według Uniwersytetu Michigan w lipcu
  • 17:05 – przemawia James Bullard z FOMC
  • 22:20 – przemawia Eric Rosengren z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Obiecujące perspektywy metali szlachetnych

Obawy handlowe i zmiana polityki monetarnej doprowadziły do wyraźnych wzrostów cen metali szlachetnych, a zwłaszcza złota.

Pierwszy oraz drugi kwartał tego roku charakteryzował się też bardzo dużym wzrostem popytu inwestycyjnego na platynę ze strony funduszy ETF, co doprowadziło do dużego deficytu surowca na rynku – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak z XTB.

W pierwszym kwartale deficyt wyniósł 550 tys. uncji. To pokazuje, że cena platyna może w najbliższym czasie rosnąć.

Tezę o wzrostach cen tego surowca wzmacniają też doniesienia z RPA, gdzie związki zawodowe kopalń platyny domagają się blisko 50-procentowych podwyżek dla pracowników, grożąc strajkami.

Wyniki produkcji przemysłowej nie były zadawalające dla rynków walutowych

W tym tygodniu zostały opublikowane wyniki polskiej produkcji przemysłowej za czerwiec. Nie były one pozytywne – produkcja w przemyśle spadła w porównaniu miesięcznym o 5,9%, a w rocznym o 2,7%. Biorąc pod uwagę korektę sezonową zanotowała ona wzrost o 2,7%, ale nadal jest to wynik o wiele niższy niż oczekiwał rynek. Niewiadomą jest czy to jednorazowe spowolnienie czy zapowiedź nowego, negatywnego trendu. Faktem jest, że twarde liczby z polskiego przemysłu były, jak dotąd, zaskakująco odporne na negatywny rozwój w Niemczech. Jednocześnie dane czerwcowe wskazują, że stan ten może ulec zmianie w drugiej połowie roku. Spowolnienie, nie tylko produkcji przemysłowej, ale także wzrostu gospodarczego wydaje się być nieuniknione. Pozostaje pytanie, jak mocno będzie ono odczuwalne. A będzie to również zależne od polityki fiskalnej obecnego rządu. Jego wydatki pomagają gospodarce, jednak ich wzrost w razie spowolnienia grozi wyraźnym wzrostem deficytu budżetu państwa.

Innymi interesującymi danymi, które poznaliśmy w tym tygodniu, są wyniki z polskiego rynku pracy. Wg nich bezrobocie w czerwcu wzrosło o 2,8%, a średnie płace o 5,3%. I te dane mijają się z oczekiwaniami, ale o wiele mniej niż wyniki przemysłu.

W tym tygodniu złoty, mimo danych z polskiej gospodarki, umocnił się w stosunku do euro do poziom 4,26 EUR/PLN. To umocnienie można jednak postrzegać jako korektę po osłabieniu w poprzednich dwóch tygodniach. Eurodolar w piątek rano był na poziomie 1,123 EUR/USD.

AKCENTA

Amazon wchodzi na rynek usług kurierskich i chce uruchomić „sieć paczkomatów”

Ostatnio co chwilę słychać o nowościach ze świata logistyki, których głównym bohaterem jest Amazon. Jako największy gracz rynku e-commerce, mając już ugruntowaną pozycję na rynku handlowym, chce zawalczyć o niższe koszty swojej działalności poprzez rozwój własnych kanałów logistycznych. To może oznaczać tylko jedno – dalszy i jeszcze szybszy rozwój amerykańskiego giganta e-commerce.

Amazon, jako największa platforma zakupowa na świecie, korzystał przez lata z dobrych układów z firmami kurierskimi – to one bowiem zapewniały mu odpowiedni krwiobieg. Obecnie Amazon stara się rozwijać własne usługi kurierskie. W oficjalnych komunikatach spółka deklaruje, że nie stanie się konkurencją dla podmiotów, które pomagały się jej rozwijać przez ostatnie lata – bez usług logistycznych ciężko wyobrazić sobie bowiem rynek handlu internetowego. Niemniej, amerykański gigant e-handlu stawia na samodzielność. Skala jego działalności pozwala na eksperymentowanie z rozwojem własnych usług kurierskich.

Amazon cały czas stara się wprowadzić natywną usługę dostawy tego samego dnia i wydaje się być coraz bliżej sukcesu – własne samochody dostawcze, własne lotnisko, własne samoloty itd. Równolegle, gigant pracuje m.in. nad przykład nad wykorzystaniem dronów w dostawach do klienta. Na rynek usług kurierskich Amazon wchodzi w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej. W Austrii uruchomił już własną usługę dostawy paczek. Wywołało to falę negatywnych komentarzy. Dlaczego? Z rynku wycofał się bowiem DHL i to właśnie w związku z nowo powstałą konkurencją. Podobnej sytuacji boją się operatorzy w każdym państwie, w którym operuje Amazon. Mówi się o „efekcie Amazona”. Poczty w poszczególnych krajach też zapowiadają spadki przychodów. – To pokazuje siłę Amazona. Jakkolwiek nie zmieniałoby to rynku usług dostaw, na pewno pokazuje, że Amazon nie zamierza spocząć na laurach w rozwoju – mówi Sascha Stockem, założyciel i prezes firmy Nethansa, która wprowadza polskie firmy na Amazona i przekonuje, że warto skorzystać z tego ogromnego rynku zbytu – 310 mln użytkowników na całym świecie.

Siłę Amazona pokazuje skala, z jaką firma atakuje nowy rynek. Spółka zakupiła ostatnio 20 tysięcy samochodów dostawczych. Mają one posłużyć do rozwoju własnych usług kurierskich. Za dostawy odpowiedzialne będą zewnętrzne podmioty, ale znaczenie ma też to – jakie. Otóż mają to być małe firmy zakładane przez pracowników Amazona. Taka strategia ma zminimalizować zależność od innych korporacji. Spółka Jeffa Bezosa do tej pory korzystała z usług m.in. amerykańskiej poczty czy też firm FedEx i UPS. Jak deklaruje Amazon, wszystkie te firmy razem nie mają już takich mocy przerobowych, by sprostać skali zamówień na platformie jego platformie. – Amazon, oprócz tego oficjalnego powodu, chce osiągnąć coś jeszcze: zwiększyć kontrolę i zmniejszyć koszty działalności, a także dostarczać przesyłki zgodnie z własnymi założeniami. Tak Bezos planuje utrzeć nosa korporacjom kurierskim uniezależniając się od narzucanych przez nie warunków. Lepiej przecież samemu rozdawać karty – wyjaśnia Sascha Stockem.

Przesyłka w bagażniku

Amazon ma również ambicje, aby uruchomić swoją własną „sieć paczkomatów”. Mają to być samochody klientów. Firma chce uruchomić w Stanach Zjednoczonych usługę dostaw do bagażnika auta klienta końcowego, aby nie musiał on czekać cały dzień na kuriera. Ma to się odbywać za pomocą usługi Amazon Key, która od ponad roku umożliwia pozostawienie przesyłki pod nieobecność klienta w jego domu. – Kurier dostaje jednorazowy dostęp do zamka i może zostawić paczkę w przedpokoju. Ta usługa ma jednak spory minus. Obecność osoby obcej w domu wywołuje wśród klientów niepokój. Amazon wpadł więc na pomysł otwierania aut, a właściwie samych bagażników. Auta mają być otwierane za pomocą jednorazowego kodu. Na razie dotyczy to jednak wyłącznie modeli ze stajni Volvo i General Motors. To z tymi firmami Amazon podpisał umowę – wyjaśnia założyciel firmy Nethansa.

Amazon pomyślał także o tym, jak sprawić, by paczki były transportowane jeszcze szybciej także na dalsze odległości. Firma w Stanach Zjednoczonych buduje własne lotnisko. Ma to usprawnić usługę dostawy towaru w 24 godziny. – Własna infrastruktura lotnicza, tak jak w przypadku floty samochodów dostawczych, to także niższe koszty. Pierwsze loty mają wystartować z lotniska w Kentucky w 2021 roku – tłumaczy Sascha Stockem z Nethansy.

Usprawnienia logistyczne dla polskich firm

Choć platforma Amazona dostępna jest nad Wisłą jedynie jako przetłumaczona na język polski niemiecka wersja serwisu, polscy sprzedający ma obecnie trochę łatwiej w kwestii sprzedaży. Łatwiej pod względem dostawy do Amazona. – Magazyny firmy znajdują się teraz w Polsce i można towar dostarczyć do tych magazynów, choć wtedy trzeba uiścić opłatę za magazynowanie. Nie w każdym przypadku taka forma magazynowania jest opłacalna – wyjaśnia prezes Nethansy, która pomaga polskim firmom nie tylko wejść na rynek Amazona, ale także obsługuje kompleksowo sprzedającego, również w kwestiach związanych z logistyką sprzedaży z własnych magazynów. – Polskie firmy mają wiele atutów: strategiczne położenie na mapie, tanie koszty magazynowania i przesyłek do Niemiec. Wszystko to działa na plus – dodaje Stockem.

Nethansa pomaga rodzimym przedsiębiorstwom sprzedającym na Amazonie skrócić czas dostarczenia przesyłki, co jest niezwykle istotne dla ich konkurencyjności. Amazon często uniemożliwia polskim sprzedawcom ustawienia rzeczywistego czasu przesyłki, przez co klient może być informowany nawet o 11 dniach oczekiwania. Nethansa pomaga swoim partnerom ominąć tę niedogodność, np. poprzez wykorzystanie własnego, stworzonego w tym celu łańcucha dostaw.

Od lipca 2020 r. zmiany prawne dotyczące zrównoważonego finansowania

Niedługo zostanie wprowadzonych kilka istotnych regulacji prawnych dotyczących zrównoważonego finansowania. Zmiany te wpłyną na dostęp firm do źródeł kapitału, od funduszy inwestycyjnych, przez kredyty, po produkty ubezpieczeniowe.

„Główną zmianą będzie rozporządzenie w sprawie ram zrównoważonego finansowania, które określi, jaka działalność gospodarcza jest zrównoważona środowiskowo, a jaka nie. Na początku nie będzie żadnych ograniczeń dotyczących tego, w co instytucje finansowe mogą inwestować, komu udzielać kredytu albo jaką działalność ubezpieczać. Będą musiały tylko to raportować” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Piotr Biernacki, wiceprezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Oznacza to, że od lipca 2020 r. – wtedy wchodzą w życie przepisy – każda firma chcąca np. wziąć kredyt w banku bądź się ubezpieczyć będzie zmuszona udzielić instytucji finansowej, do której się uda, informacji pokazujących, czy działalność gospodarcza przedsiębiorstwa lub też dany projekt są zrównoważone środowiskowo, czy nie (będzie to określane na podstawie szeregu szczegółowych wskaźników i kryteriów). Oczywiście wcześniej firma będzie musiała poświęcić czas na przygotowanie tych informacji.

Czy wzrosty złota potwierdzają kryzys? Huśtawka danych

Programy socjalne, zgodnie z oczekiwaniami analityków, pozwalają utrzymać sprzedaż detaliczną na relatywnie wysokim poziomie. Nie można jednak tego samego powiedzieć o produkcji przemysłowej. Przedsiębiorcy boją się recesji i zmniejszają zapasy.

Sprzedaż detaliczna w Polsce

Po wczorajszych słabszych danych na temat produkcji przemysłowej przyszedł czas na sprzedaż detaliczną. Dla przypomnienia: produkcja przemysłowa spadła w ciągu roku o 2,7% wobec oczekiwanego wzrostu o 2%. Natomiast sprzedaż detaliczna wypadła odrobinę lepiej od przewidywań. Rośnie ona o 5,3% zamiast oczekiwanych 4,9%. Powodem są kolejne transfery socjalne wypłacane obywatelom w ramach realizacji obietnic przedwyborczych. W rezultacie pomimo słabej kondycji produkcji społeczeństwo ma więcej środków na zwiększenie konsumpcji.

Czy wzrosty złota potwierdzają kryzys?

Jest kilka surowców, które zwyczajowo zyskują na wartości w okresie kryzysów na rynku. Są to przede wszystkim metale szlachetne. Uważa się je za dobrą lokatę kapitału na trudne czasy. Ne ten trend wpływu nie ma nawet rosnące zastosowanie złota w przemyśle i w dalszym ciągu jego cena spada, gdy na rynkach jest dobrze, a rośnie, gdy sytuacja się pogarsza. Nie powinno nas zatem dziwić, że obserwujemy obecnie kolejne szczyty cen tego kruszcu. W tej chwili cena jest najwyższa od 2013 roku, a przyglądając się ogólnej sytuacji na świecie, możemy z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że nie będzie to ostatnie maksimum do końca roku 2019.

Lepsze dane z Wysp

Po ostatnich wiadomościach z frontu walki o szefostwo w Partii Konserwatywnej, powodującej zamieszanie wokół Brexitu, funt potrzebował tylko pretekstu do korekty. Pojawił się on wczoraj. Dużo lepiej wypadły dane na temat sprzedaży detalicznej. W ciągu roku rośnie ona o 3,8%, a nie przewidywane 2,5%, a co również ważne nie spadła w ujęciu miesięcznym. Jest to o tyle istotne, że sprzedaż jest w pewnym sensie miarą optymizmu konsumentów. Jeżeli patrzą oni pesymistycznie, to powstrzymują konsumpcję, oszczędzając na trudniejsze czasy. W rezultacie takie postępowanie prowadzi do jeszcze większego spowolnienia w gospodarce. W wyniku tych odczytów funt podskoczył względem złotego z 4,72 zł na 4,74 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Wg ekspertów tzw. energetyki dla dzieci i młodzieży powinny być zakazane w całym handlu

Chociaż rośnie liczba promocji napojów energetycznych i handel nimi, Ministerstwo Zdrowia nie pracuje nad wprowadzeniem nowych zakazów sprzedaży tych specyfików dzieciom i młodzieży. Inne formy restrykcji również nie są obecnie rozważane, np. większe opodatkowanie tych produktów czy też wydawanie specjalnych zezwoleń. Resort jedynie wskazuje na ograniczony już dostęp na terenie przedszkoli, szkół i placówek oświatowo-wychowawczych. Z kontroli Głównego Inspektoratu Sanitarnego wynika, że prawo w tym zakresie jest przestrzegane. Jednak GIS uważa, że nowy skład Parlamentu Europejskiego powinien zająć się sprawą, która dotyczy wszystkich krajów członkowskich. Zapytany o tę możliwość jeden z europarlamentarzystów nie widzi takiej potrzeby. Za to podaje inne rozwiązania.

Nowy zakaz?

Ostatnia analiza firmy Hiper-Com Poland wykazała, że w tym roku sieci handlowe zwiększyły promocję napojów energetycznych o ponad 40%. Największy wzrost, bo aż o blisko 80%, zaobserwowano w sklepach convenience, które są w pobliżu praktycznie każdego większego osiedla. Z kolei z danych Centrum Monitorowania Rynku (CMR) wynika, że energetyki są jednym z najczęściej kupowanych produktów w placówkach mających do 300 m2. Niektórzy eksperci zwracają uwagę na to, że w takich miejscach młodzi konsumenci bez trudu mogą kupować ww. produkty, np. w drodze do szkoły czy po zajęciach lekcyjnych. I dodają, że niestety prawo jest omijane. Dlatego sugerują, żeby wprowadzić przepisy ograniczające sprzedaż tych artykułów dzieciom i młodzieży w całym handlu detalicznym.

– Aktualnie resort nie prowadzi prac legislacyjnych, których celem byłoby zakazanie sprzedawania tego typu napojów osobom niepełnoletnim w ogólnodostępnych sklepach. Istotną zmianą jest wdrożone już Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 26 lipca 2016 r. w sprawie grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży – mówi Sylwia Wądrzyk, Dyrektor Biura Komunikacji Ministerstwa Zdrowia.

Celem ww. rozporządzenia jest wzmocnienie ochrony zdrowia dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym, poprzez ograniczenie dostępu na terenie przedszkoli, szkół i placówek oświatowo-wychowawczych do środków spożywczych zawierających znaczne ilości składników niezalecanych dla ich rozwoju. Oferta żywieniowa nie może uwzględniać napojów energetyzujących. W jednostkach systemu oświaty zakazano też reklamy i promocji polegającej na zachęcaniu do nabywania niezdrowej żywności.

– Z naszych kontroli wynika, że zakaz sprzedawania napojów energetycznych jest przestrzegany w sklepikach szkolnych. Zauważamy również to, że producenci, działający na terenie Polski, stosują się do unijnych zaleceń i umieszczają na puszkach napisy ostrzegające przed spożywaniem energetyków przez dzieci i kobiety w ciąży. Jednocześnie dostrzegamy, że przybywa tego typu produktów na rynku – informuje Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektoriatu Sanitarnego.

Jak komentuje Krzysztof Zych z międzynarodowej firmy doradczej UCE GROUP, od czasu wprowadzenia zakazu sprzedaży tego typu produktów w sklepikach szkolnych mijają właśnie 3 lata. Od lipca 2016 r. rynek mocno się rozrósł. Producenci rozszerzali swoje oferty o nowe, oryginalne smaki energetyków. Coraz mocniej promują je w gazetkach handlowych i reklamują w telewizji. Ekspert podkreśla, że najłatwiej jest zarabiać na dzieciach, które kupują popularne produkty w osiedlowych placówkach i nie patrzą na napisy ostrzegawcze. Dlatego należy ograniczyć im tego typu zakupy we wszystkich sklepach.

Kto zajmie się sprawą?

– Jeśli chodzi o art. spożywcze, przepisy w całej UE są jednolite. Zakaz sprzedaży energetyków dzieciom występuje tylko w Danii. Polska też może go wprowadzić, zmieniając ustawę o bezpieczeństwie żywności. Jednak to wiązałoby się z zaangażowaniem wielu instytucji i zainwestowaniem sporych pieniędzy. Najpierw trzeba uzyskać jednoznaczną opinię ekspercką dot. wysokiego spożycia tych produktów przez dzieci i młodzież. Należy też przeprowadzić analizę w zakresie ich faktycznej szkodliwości dla zdrowia. Obecnie brakuje wyników badań na temat tego, jakie choroby mogą wywoływać – wyjaśnia Jan Bondar.

Dyrektor Biura Komunikacji Ministerstwa Zdrowia zapewnia, że resort podejmuje wiele działań informacyjnych, edukacyjnych i promocyjnych, służących profilaktyce przeciwnowotworowej oraz kształtowaniu prozdrowotnych postaw wśród dzieci oraz młodzieży. Podejmując je, wzmacnia dobre nawyki żywieniowe młodych Polaków i zapobiega ich otyłości oraz innym chorobom. Ta aktywność jest zintegrowana z kalendarzem onkologicznym w 2019 roku oraz z Dniami Otwartymi, organizowanymi w oddziałach wojewódzkich NFZ.

– Oczywiście wszystkie ww. inicjatywy są ważne i społecznie potrzebne. Nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Jednak, w mojej ocenie, brakuje stanowczego podejścia do kwestii napojów energetycznych. Jeżeli nie są prowadzone badania na temat skutków ich spożywania, to tak naprawdę nie wiadomo, na co konkretnie narażeni są konsumenci i przed czym należy ich ostrzegać – dodaje Krzysztof Zych.

Rzecznik GIS uważa, że najłatwiej byłoby wprowadzić ewentualny zakaz sprzedaży jednolicie w całej Unii Europejskiej. Wszystkie kraje członkowskie delegowałyby swoich ekspertów. Międzynarodowe zespoły badawcze przeprowadziłyby szereg analiz. Według Jana Bondara, skład każdego specyfiku wymaga oddzielnej ekspertyzy. Jedne produkty są bardziej szkodliwe, a inne mniej. Warto też ustalić maksymalne limity zawartości kofeiny w puszce energetyku. I nasi europarlamentarzyści powinni się o to postarać, aby było to przedmiotem dyskusji na forum unijnym.

– Nie widzę takiej potrzeby, żeby Parlament Europejski zajmował się wprowadzeniem zakazu sprzedaży napojów energetycznych dla dzieci i młodzieży. Nie trzeba też powoływać żadnej międzynarodowej komisji do badania składu tych produktów czy ustalania limitu zawartości kofeiny w każdej puszce. Zasada jest prosta. To, co można przeprowadzić oddolnie, należy zrobić na terenie kraju, którego dotyczy problem. Sejm RP spokojnie może się zająć tą kwestią. Osobiście uważam też, że rodzice sami powinni zadbać o to, co spożywają ich pociechy – twierdzi europarlamentarzysta Kosma Złotowski.

Jak podsumowuje Jan Bondar, jedyne, co może w tej sytuacji samodzielnie zrobić GIS, to zorganizować kampanię informacyjną. Należy uświadamiać młodych konsumentów i ich rodziców o tym, że napoje energetyczne mogą źle wpływać na zdrowie i rozwój człowieka. Zdaniem rzecznika, nie powinny po nie sięgać osoby przynajmniej do 16. roku życia. Energetyki można uznać za wielokrotność kawy, której przecież nie powinny pić dzieci.

Ceny usług remontowych rosną, a Polacy zlecają coraz więcej prac

Lato to idealny moment nie tylko na wakacyjny wyjazd, ale także realizację planowanego od dawna remontu, na który w ciągu roku brakuje czasu. Rosnące koszty usług fachowców nie zniechęcają Polaków przed zlecaniem im coraz szerszego zakresu prac – wynika z raportu Oferteo.pl.

Jeśli remont, to generalnyLiczba pomieszczeń

Jak pokazują badania Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących usług z ich dostawcami, w 2018 roku 70% zleceń dotyczących prac remontowych dotyczyło zamieszkiwanego mieszkania, a 30% wykańczania nowej nieruchomości.

Remontujący mieszkanie w większości zlecali prace w wielu pomieszczeniach i na dużej powierzchni. Najczęściej dotyczyły one pięciu (25%) lub czterech (22%) pomieszczeń, a najrzadziej jednego – taki drobny remont przeprowadziło tylko 10% badanych.

Poddawana renowacji powierzchnia najczęściej mieściła się w zakresie od 41 do 60 m2 (29%) lub od 21 do 40 m2 (23%). 22% badanych zlecało pracę na powierzchni większej niż 80m2, a 15% – od 61 do 80 m2. Mniej niż 20m2 remontowało tylko 11% badanych, co potwierdza, że Polacy wolą zrobić jeden remont generalny, niż pracować nad każdym pomieszczeniem oddzielnie.

Zakres wykonywanych pracJakie prace będą realizowane

Zakres prac zlecanych fachowcom jest zazwyczaj bardzo szeroki. Najbardziej poszukiwaną usługą jest malowanie, którego dotyczyło trzy czwarte wszystkich zleceń. Dużym zainteresowaniem cieszyli się też fachowcy wykonujący montaż płyt gipsowo-kartonowych (52%), układający glazurę lub terakotę (49%) i instalatorzy elektryczności (46%). Najrzadziej zlecano instalację c.o. (19%) i montaż armatury w łazience (35%).

Bez projektu, ale z planem

Według danych Oferteo.pl Polacy zlecający remont w 59% przypadków nie mają fizycznego projektu planowanych zmian, ale dokładnie wiedzą, jakich efektów oczekują. 21% poszukuje ekipy do zrealizowania wcześniej przygotowanego projektu, a 20% nie ma konkretnego planu i liczy na sugestie profesjonalistów.

Remont na jużKiedy Polacy chcą rozpocząć remont

Wyraźnie widać, że poszukujący usług remontowych nie chcą na nie długo czekać. Ponad połowa badanych wskazuje, że chciałaby rozpocząć prace możliwie jak najszybciej, a 22% jest w stanie poczekać na realizację do miesiąca. W ciągu 3 miesięcy remont chciało rozpocząć 17% respondentów, a w ciągu pół roku już tylko 9%.

Rosnący popyt na usługi remontowe i fakt, że większość osób zleca je właśnie w sezonie letnim powoduje, że fachowcy mają wówczas bardzo dużo pracy. Planując remont, warto wziąć pod uwagę, że na miejsce w kalendarzu najlepszych ekip trzeba będzie poczekać. Jest to jednak przedsięwzięcie na tyle poważne, że nie warto kierować się pośpiechem. Najważniejsza jest pewność, że ludzie, którym zlecamy remont, są sprawdzeni i nie rozczarują nasradzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl.

Coraz droższy komfort

Decydując się na zlecanie coraz większej ilości prac fachowcom, oszczędzamy dużo czasu i możemy spodziewać się, że zostaną one dobrze zrealizowane. Taki komfort jest jednak kosztowny. Jakie są przeciętne ceny najpopularniejszych usług?

  • układanie glazury lub terakoty to koszt od 55 do 73 zł/m2 (skuwanie starych płytek to ok. 2330 zł/m2)
  • malowanie ścian: 11–15 zł/m2 (z kładzeniem gładzi koszt wzrasta o ok. 27–35 zł/m2)
  • instalacja wodno-kanalizacyjna: 470–530 zł za punkt
  • instalacja elektryczna: 55-68 zł za punkt
  • montaż armatury łazienkowej (wanna/WC/umywalka): 375–570 zł
  • położenie paneli lub parkietu: 25 zł/m2 (panele) – 65 zł/m2 (parkiet)

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 10 tysięcy zapytań ofertowych złożonych w serwisie Oferteo.pl od 1 lipca 2018 roku do 30 czerwca 2018 roku przez osoby poszukujące wykonawców usług remontowych.

Z Polski Wschodniej w świat z dotacją PARP

Ostatni dzwonek dla firm z województw: lubelskiego, podkarpackiego, podlaskiego świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego, by otrzymać nawet kilkaset tys. zł dofinansowania na ekspansję na rynki zagraniczne. Ostatnia runda konkursu „Internacjonalizacja MŚP” zakończy się 3 września.

Program prowadzony przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP) ma na celu wspieranie mikro-, małych lub średnich firm działających w województwach Polski Wschodniej, które mają produkty o potencjale do internacjonalizacji na co najmniej jednym nowym rynku zagranicznym.

Nawet 800 tys. zł na przygotowanie ekspansji

Przedsiębiorcy, którzy chcą wejść ze swoimi produktami na rynek szwajcarski lub do jednego z państw Europejskiego Obszaru Gospodarczego mogą liczyć na wsparcie do 550 tys. zł. Ci, których interesują rynki poza tym obszarem mogą otrzymać nawet 800 tys. zł. Minimalny wkład własny to 15% kosztów projektu. Budżet konkursu to 50 mln zł.

– Dofinansowanie można przeznaczyć na opracowanie i wdrożenie nowego modelu biznesowego, w tym m.in. koszty materiałów reklamowych, szkoleń, tłumaczeń, testów czy licencji, a nawet środków trwałych niezbędnych dla przygotowania się do internacjonalizacji przedsiębiorstwa. Dotacja może objąć też część kosztów m.in. udziału w międzynarodowych targach, wystawach lub misjach gospodarczych – tłumaczy Arkadiusz Dewódzki, dyrektor Departamentu Internacjonalizacji Przedsiębiorstw PARP.

Masz wątpliwości? Spotkaj się z ekspertami

O wsparciu ekspansji zagranicznej w ramach programu „Internacjonalizacja MŚP” będzie można porozmawiać z ekspertami PARP w Olsztynie. Spotkanie, które odbędzie się 30 lipca br. w Olsztyńskim Parku Naukowo-Technologicznym będzie okazją, by omówić wniosek o dofinansowanie i uzyskać odpowiedzi na pytania związane z Konkursem. Udział w spotkaniu jest bezpłatny, liczba miejsc jest ograniczona.

Ponad 200 firm w PPK – jaka przyszłość?

– PPK ma raczej negatywny wydźwięk w opinii publicznej. Pomimo zapisu w ustawie, że środki zgromadzone w PPK są środkami uczestnika wciąż istnieje powszechna obawa, że Państwo (podobnie, jak w przypadku OFE) dokona transferu tych środków, a pracownicy zostaną bez oszczędności w wieku emerytalnym. Ważna jest więc edukacja w tym temacie skierowana do różnych grup odbiorców.

Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.
Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.

Przez najbliższe lata PPK będzie funkcjonował jako program. Pozorna „dobrowolność” może wbrew pozorom wpłynąć na jego powodzenia. Osoby, które nie będą chciały przystąpić do PPK, mogą zapomnieć, by się z niego wypisać. Co ciekawe automatyczne przypisanie do PPK będzie odbywało się co 4 lata. W obecnym kształcie przepisów oznacza to, że co 4 lata pracownik będzie musiał złożyć ewentualną rezygnację uczestnictwa w programie.

Należy zauważyć, że dopiero po min. 3 latach od wprowadzenia PPK skala oszczędności pracowników będzie możliwa do zauważenia. Wtedy pojawi się też czas na pytanie o sens całego programu. O przyszłości PPK zadecyduje także układ sił politycznych w Polsce. Mimo wszystko uważam, że taki program to dobry pomysł. Nie powinien on jednak zastępować Państwa, jako podmiotu zapewniającego wypłatę emerytur, a jednocześnie godną starość – podsumowuje Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie KALASOFT Sp. z o.o.

Europa musi wzmocnić swój potencjał w zakresie 5G – rekomendacje Instytutu Kościuszki

Europa stanęła dziś przed strategicznym geopolitycznym wyborem orientacji technologicznej. Pierwszym wielkim krokiem w tym zakresie będzie budowa sieci 5G – piszą ekspertki Instytutu Kościuszki w najnowszym briefie programowym, pt. „Przyszłość 5G czyli Quo Vadis, Europo?”. Kierunek, w którym podąży Unia Europejska jest tym bardziej istotny, gdyż rozwój sieci 5G ma zdefiniować jej pozycję gospodarczą w świecie na kolejne lata.

Budowa sieci 5G rozgrzewa emocje niemalże na całym świecie. Od kilku miesięcy obserwujemy konflikt na linii Chiny – USA, którego konsekwencje już dziś odczuwane są także w Europie. Celem Stanów Zjednoczonych jest zapobieżenie dalszej ekspansji technologicznej Chin oraz niedopuszczenie firmy Huawei do osiągnięcia pozycji dominującej w kwestii budowy sieci piątej generacji. USA „naciskają” więc swoich sojuszników do poparcia polityki prowadzonej przez prezydenta Donalda Trumpa, a co za tym idzie, zamknięcia swoich rynków na produkty chińskiego producenta. Według Stanów Zjednoczonych, budowa sieci 5G przez chińskich partnerów to zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego i kluczowych obszarów funkcjonowania państwa, a także funkcjonowania amerykańskich sojuszy międzynarodowych. Argumentem wysuwanym przez Amerykanów ma być potencjalne szpiegostwo na rzecz Chińskiej Republiki Ludowej. Firmy z Państwa Środka natomiast odpierają zarzuty i deklarują chęć transparentnej współpracy.

5G a strategiczna autonomia

W kontekście 5G, ale także innych przełomowych technologii cyfrowych, celem UE powinno być rozwinięcie strategicznej autonomii, czyli możliwości realizowania swoich celów, głównie w oparciu o własne siły. Bowiem, jak argumentują ekspertki, stawką w tej w rozgrywce jest zachowanie podmiotowości w globalnej grze. Koncepcja strategicznej autonomii została zdefiniowana m.in. przez Paula Timmersa, pracownika naukowego Uniwersytetu Oksfordzkiego jako zdolność i możliwość do decydowania i działania w odniesieniu do istotnych aspektów dotyczących długoterminowej przyszłości gospodarki, społeczeństwa i instytucji. Aby zapewnić odpowiedni rozwój technologiczny, wysoką pozycję Europy w globalnym łańcuchu dostaw, a także bezpieczeństwo narodowe, państwa europejskie powinny postawić na własne zasoby technologiczne, a także nie kreować i nie pogłębiać zależności, które wystawią sieć 5G na zagrożenia bezpieczeństwa ze strony krajów trzecich. Europa musi wzmacniać swój potencjał tam, gdzie to możliwe oraz współpracę z krajami sojuszu transatlantyckiego oraz tymi zaliczanymi do grupy „podobnie myślących” w tym m.in. Japonią czy Koreą Południową. Dodatkowo, w kontekście korzystania z rozwiązań zewnętrznych dostawców, państwa powinny mieć zdolności do tego, aby weryfikować i kontrolować te rozwiązania.

5G narzędziem soft i hard power

Autorki dokumentu – Izabela Albrycht, Prezes Instytutu Kościuszki oraz dr Joanna Świątkowska, Dyrektor Programowa CYBERSEC zauważają, że zaawansowane technologie, w tym sieć 5G, zaczynają odgrywać kluczową rolę w projekcji soft i hard power. To właśnie wokół 5G jako miękkiej siły toczy się obecna medialna odsłona sporu na linii USA – Chiny. Jednakże, w rzeczywistości chodzi również o to, że sieć 5G ma potencjał stania się w przyszłości narzędziem hard power z uwagi na swoje potencjalne militarne zastosowanie. Polegać będzie na niej strategiczna łączność i komunikacja, świadomość sytuacyjna na polu bitwy, a także autonomiczny sprzęt wojskowy (np. drony), nowoczesna infrastruktura wojskowa (np. inteligentne bazy i posterunki), czy też inteligentne urządzenia, w które wyposażeni są żołnierze. W związku z tym, możliwe będzie również wykorzystanie urządzeń cywilnych podłączonych do sieci 5G do celów militarnych. Biorąc pod uwagę fakt, że wojsko jest użytkownikiem infrastruktury cywilnej, ważne jest zabezpieczenie tych aktywów przed atakami zewnętrznymi i zakłóceniami wewnętrznymi. Natomiast w przypadku potencjalnego konfliktu, istnieje prawdopodobieństwo oraz techniczna możliwość poważnego zakłócenia funkcjonowania sieci 5G.

Jaki wybór ma Europa?

Pomimo, że debata wokół budowy 5G koncertuje się na dylemacie czy podążać w tym kontekście za Waszyngtonem czy za Pekinem, to w Europie musimy przede wszystkim pamiętać o tym, że istnieją rodzimi dostawcy technologii 5G. Jest wiele przykładów globalnego zasięgu i udanych pilotażowych wdrożeń technologii 5G realizowanych przez europejskie firmy, które podobnie jak chińska, rozwinęły kompleksowe rozwiązania w ramach rozwoju sieci 5G (end-to-end solutions). Europa może zbudować markę 5G Made by EU, a dodatkową przewagą konkurencyjną europejskich firm wydają się być rezultaty oceny jakości produktów oferowanych przez wiodących dostawców ze starego kontynentu. Zatem wbrew panującemu powszechnie przekonaniu, sytuacja Europy w wyścigu o 5G nie jest zła, wymaga dalszych działań, ale nie skazuje nas od razu na pozycję „przegranego”.

Jednocześnie na świecie toczy się dyskusja na temat modelu budowy sieci piątej generacji. Jedną z koncepcji rozważanej w Polsce jest stworzenie wspólnej infrastruktury przez podmiot publiczno-prywatny w formie spółki celowej, do której zaproszeni byliby wszyscy komercyjni operatorzy mobilni w kraju. Taki model niesie za sobą wiele korzyści, takich jak większy poziom bezpieczeństwa, pokrycie białych plam telekomunikacyjnych, znaczącą redukcję kosztów budowy oraz utrzymania sieci, zmniejszenie promieniowania elektromagnetycznego czy zapewnienie państwu ogólnokrajowego Bezprzewodowego Systemu Łączności Specjalnej dla służb mundurowych, ratunkowych oraz infrastruktury krytycznej.

Alternatywą wybór „europejski”

Obecnie do Komisji Europejskiej spływają analizy państw członkowskich dotyczące bezpieczeństwa sieci telekomunikacyjnych. Następnym krokiem będzie próba wypracowania wspólnego stanowiska Europy w temacie przyszłego wdrożenia sieci 5G, co również będzie omawiane podczas V Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa CYBERSEC, które odbędzie się w dniach 29-30 października br. w Katowicach.

Biorąc pod uwagę powyższe aspekty, Instytut Kościuszki w najnowszym briefie programowym zaleca państwom europejskim kierowanie się celami strategicznej autonomii przy podejmowaniu dalszych decyzji dot. sieci 5G. Niezbędne jest również stworzenie warunków do jak najszybszego nadrobienia zaległości w zakresie budowy europejskiej autonomii w ramach rozwoju sieci 5G.

Europa powinna zawalczyć w telekomunikacyjnym wyścigu piątej generacji z wielu powodów. Przede wszystkim po to, aby samodzielnie zadecydować o budowie swojego bezpiecznego fundamentu cyfrowego, oraz po to, aby w przyszłości stać się równorzędnym partnerem dla USA i ChRL, w ramach coraz bardziej zaawansowanego rozwoju technologicznego – czytamy w dokumencie programowym Instytutu Kościuszki. W przeciwnym razie może zostać jedynie biernym odbiorcą innowacji tworzonych przez innych (syndrom spóźnionego przybysza) albo z infrastrukturą przemysłową i cyfrową podatną na ingerencję ze strony krajów, które postrzegane są jako te nieprzestrzegające zasad odpowiedzialnego zachowania w cyberprzestrzeni – konkludują autorki dokumentu.

Projekt Centralnego Portu Komunikacyjnego z rządowym dofinansowaniem w wysokości 300 mln zł

Decyzją Premiera RP Mateusza Morawieckiego spółka CPK została dofinansowana kwotą 300 mln zł, co jest efektem objęcia nowych udziałów przez Skarb Państwa. – Rząd uznał CPK nie tylko za projekt strategiczny dla rozwoju Polski, ale także za dobrą inwestycję – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. budowy CPK

Spółka CPK złożyła wniosek o dokapitalizowanie do KPRM 24 czerwca br. Efektem tego było podpisanie stosownych umów: inwestycyjnej i o objęciu udziałów przez Skarb Państwa. Zanim to się stało, wniosek został pozytywnie zaopiniowany m.in. przez Urząd Ochrony Konsumentów i Konkurencji oraz Prokuratorię Generalną. – Wszystko po to, aby zapewnić rynkowy charakter transakcji oraz maksymalną gwarancję interesów Skarbu Państwa – wyjaśnia Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. budowy CPK.

Żeby spółka mogła złożyć wniosek o dokapitalizowanie, potrzebne było stosowne rozporządzenie. Minister Finansów podpisał je 18 czerwca br. na podstawie Ustawy o zasadach zarządzania mieniem państwowym. W ustawie tej m.in. zapisano m.in., że nie mogą być zbyte akcje lub prawa z akcji należące do Skarbu spółki CPK.

Dokapitalizowanie CPK to bardzo dobra wiadomość dla tego potrzebnego Polsce projektu. Kwota 300 mln zł pozwoli na dalszą działalność spółki CPK, w tym pozyskanie uzgodnień, analiz i dokumentacji niezbędnych do projektowania i budowy zarówno portu lotniczego, jak też towarzyszących mu linii kolejowych – mówi Michał Wrona, członek zarządu CPK ds. finansowych.

Spółka CPK ma w najbliższych planach aktualizację opracowań poprzedzających etap uzgodnień środowiskowych, lokalizacyjnych i fazy projektowania dla inwestycji w ramach Programu Kolejowego CPK, m.in. dla linii dużych prędkości Warszawa–CPK–Łódź–Poznań/Wrocław, przygotowania do budowy której zostały zawieszone w 2011 r.

W ciągu ostatnich dni spółka CPK ogłosiła postępowanie na inwentaryzację środowiskową w ramach umowy ramowej dla tzw. szprych, czyli zadań w ramach Programu Kolejowego CPK.To pierwsze z przetargów na przygotowanie inwestycji kolejowych, które mogłyby zostać sfinansowane ze środków z obecnej perspektywy UE. W planach są też postępowania na inwentaryzacje geologiczne – mówi p.o. prezesa CPK Piotr Malepszak, odpowiedzialny w zarządzie za część kolejową inwestycji.

Trwają konsultacje strategiczne części lotniskowej CPK. Wczoraj zaczął działać powołany przez Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) we współpracy z CPK Komitet Konsultacyjny (ACC), w skład którego wchodzą przedstawiciele linii lotniczych, którzy planują korzystać z nowego lotniska.

W planach na najbliższe miesiące jest wybór partnera strategicznego, czyli międzynarodowego podmiotu z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. Zadaniem doradcy będzie bieżąca współpraca ze spółką i jej wsparcie merytoryczne na każdym etapie realizacji projektu.

Spółka przygotowuje się do zlecenia na początku przyszłego roku planu generalnego CPK (tzw. master planu), który przedstawi m.in. prognozowany rozwój portu lotniczego w perspektywie ponad 10 lat, prognozy ruchu lotniczego, precyzyjne zwymiarowanie planowanej infrastruktury, etapowanie budowy i szczegółowy model biznesowy inwestycji.

Działania kontynuować będzie Rada Społeczna jako platformy współpracy i komunikacji między spółką CPK i Biurem Pełnomocnika Rządu ds. CPK a społecznością lokalną: mieszkańcami gmin: Baranów, Teresin, Wiskitki. Pierwsze posiedzenie Rady odbyło się 26 czerwca br.

Kolejne planowane zadanie to zabezpieczenie w zasobach Skarbu Państwa nieruchomości zamiennych różnych typów odpowiadających potrzebom mieszkańców terenu inwestycji. Trwa identyfikacja i analiza nieruchomości zarządzanych m.in. przez Lasy Państwowe, Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, Agencję Mienia Wojskowego i Krajowy Zasób Nieruchomości.

Dotychczasowy kapitał zakładowy CPK wynosił 10 mln zł. Pieniądze zostały przeznaczone m.in. na powołanie spółki celowej i jej zmobilizowanie oraz rekrutację pracowników, np. dla komponentów: kolejowego i lotniskowego. Z tej puli zostały także sfinansowane m.in. wykonanie wstępnej koncepcji portu lotniczego (wskazanie ponad 120 elementów infrastruktury lotniska), rozpoczęcie konsultacji strategicznych CPK z partnerami branżowymi (zarządcami infrastruktury, dostawcami mediów itd.), podział zadań inwestycyjnych miedzy CPK i PKP PLK w ramach Programu Kolejowego CPK (tzw. 10 szprych), rozpoczęcie Regionalnych Konsultacji Strategicznych dotyczących przebiegu linii Warszawa-CPK-Łódź-Poznań/Wrocław i start działalności Rady Społecznej.

Część lotniskowa inwestycji CPK przeszła Test Prywatnego Inwestora wykonany przez niezależną firmę konsultingową z tzw. wielkiej czwórki. Dokument określił m.in. podstawowe parametry inwestycji i zweryfikował argumenty ekonomiczne przemawiające za jej budową. Wyniki testu pokazały opłacalność budowy CPK dla potencjalnego inwestora prywatnego: zakładana stopa zwrotu wynosi ponad 10 proc. TPI pokazuje, że budowa CPK ma uzasadnienie ekonomiczne i dowodzi opłacalności z perspektywy potencjalnego inwestora prywatnego.

Spółka CPK dopuszcza udział finansowania części lotniskowej CPK zarówno ze strony inwestorów finansowych, w tym funduszy inwestycyjnych, emerytalnych, firm ubezpieczeniowych, jak też inwestorów branżowych, np. operatorów lotnisk czy funduszy infrastrukturalnych. Część kolejowa zostanie sfinansowana ze środków budżetowych i unijnych, np.: Programu CEF.

Według raportu PwC z kwietnia br., polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie, a budowa hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. prognozami ruchu i zakładaną stopą zwrotu. Według opracowania Baker McKenzie i Polityki Insight z maja br., powstanie CPK może przynieść Polsce od 4 do 7 proc. wzrostu PKB.

Jak wynika z szacunków Ministerstwa Infrastruktury, w wyniku budowy CPK powstanie łącznie prawie 150 tys. miejsc pracy, w tym ok. 40 tys. w bezpośrednim otoczeniu węzła przesiadkowego oraz ok. 110 tys. w gałęziach gospodarki powiązanych z inwestycją.

Jak skutecznie wnioskować o zwolnienie od kosztów sądowych?

Osoby fizyczne oraz prawne, które pozostają w trudnej sytuacji materialnej, nie są pozbawione możliwości obrony swoich praw przed sądami administracyjnymi. Ustawowe uregulowanie tzw. prawa pomocy pomaga zrealizować zainteresowanym stronom konstytucyjnie zagwarantowane prawo do sądu. Komu zatem przysługuje uprawnienie do skorzystania z prawa pomocy oraz jaki jest jego zakres na gruncie obowiązujących przepisów?

Zwolnienie od ponoszenia kosztów sądowych oraz przyznanie profesjonalnego pełnomocnika do prowadzenia sprawy przed sądami administracyjnymi w Polsce zakładają regulacje ustawy z dnia 30 sierpnia 2002 r. – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (Dz.U. z 2018 r., poz. 1302, z późn. zm., dalej jako: „p.p.s.a.”). Przepisy wskazanego aktu prawnego stanowią o szczególnym wyjątku od ugruntowanej zasady ponoszenia kosztów w ramach toczącego się postępowania sądowoadministracyjnego. Zatem w jaki sposób osoby fizyczne oraz prawne mogą skutecznie wnioskować o przyznanie tzw. prawa pomocy szczegółowo unormowanego w art. 243 – 262 p.p.s.a.?

„Prawo pomocy” w zakresie całkowitym czy częściowym?

Analizowana instytucja prawa pomocy została określona wśród katalogu zwolnień z mocy ustawy od kosztów sądowych w art. 239 § 1 pkt 4 p.p.s.a. Szczegółowe rozwinięcie przedmiotowej regulacji znajduje się jednak w dalszych przepisach ustawy p.p.s.a. Osoba fizyczna lub prawna, która nie dysponuje określonymi środkami finansowymi, nie traci możliwości obrony swoich praw przed sądami administracyjnymi i jest uprawniona do złożenia wniosku o przyznanie prawa pomocy. W praktyce oznacza to, iż ciążący na stronie ciężar kosztów postępowania w zakresie objętym prawem pomocy zostanie przeniesiony co do zasady na budżet Skarbu Państwa. W celu skutecznego dostępu do sądów administracyjnych ustawodawca przewidział, iż z przedmiotowej możliwości skorzystać będą mogły strony postępowania toczącego się przed sądem administracyjnym, a więc co do zasady skarżący, organ, w stosunku do którego została skierowana skarga na działanie lub bezczynność, jak również uczestnicy postępowania.

W art. 244 § 1 p.p.s.a. legislator określił zakres dopuszczalnego prawa pomocy, wskazując, iż obejmuje ono zwolnienie od kosztów sądowych oraz ustanowienie adwokata, radcy prawnego, doradcy podatkowego lub rzecznika patentowego. Decyzję o zakresie, w jakim udzielone zostanie prawo pomocy, podejmuje każdorazowo sąd administracyjny właściwy dla rozpatrzenia sprawy. Podmiot mający zamiar skorzystać z powyższego uprawnienia zobligowany jest jednak zdecydować, czy wnioskować będzie o wsparcie w zakresie całkowitym, czy częściowym. Prawo pomocy w zakresie całkowitym dotyczy zwolnienia od kosztów sądowych oraz ustanowienia pełnomocnika (art. 245 § 2 p.p.s.a.). Natomiast powołanie się na częściowe prawo pomocy oznacza w praktyce konieczność precyzyjnego określenia, z jakich elementów ustawowego zwolnienia podmiot chciałby skorzystać.

Niezbędne jest zatem określenie, czy strona zamierza wnioskować odnośnie do zwolnienia od opłat sądowych (w całości lub w części) lub od wydatków albo od opłat sądowych i wydatków lub zainteresowana będzie tylko ustanowieniem pełnomocnika (art. 245 § 3 p.p.s.a.). Możliwe jest zatem przyjęcie niejednolitej konstrukcji wniosku, co uzależnione będzie od indywidualnej sytuacji materialnej podmiotu i jego potrzeb. W tym zakresie zwraca się uwagę, że rolą sądu administracyjnego jest każdorazowe zbadanie zasadności przyznawanego prawa pomocy, a przede wszystkim rozważenie zakresu udzielonej pomocy, mając na względzie, iż powinna ona dotyczyć przypadków szczególnie tego wymagających. Naczelny Sąd Administracyjny w postanowieniu z dnia 14 stycznia 2014 r. (sygn. akt II FZ 1218/13) wypowiedział się w przedmiocie analizowanej instytucji, podkreślając, że: „Celem instytucji prawa pomocy, która w istocie oznacza dofinansowanie strony postępowania przez Skarb Państwa, jest zagwarantowanie prawa do sądu osobom najuboższym (w tym również osobom prawnym oraz innym jednostkom organizacyjnym), znajdującym się w wyjątkowo złej sytuacji materialnej, które całkowicie nie są w stanie wygospodarować środków na pokrycie kosztów związanych z dochodzeniem swych praw przed sądem”.

Przyznanie prawa pomocy a właściwa forma złożenia wniosku

Osoba fizyczna lub prawna może zwrócić się do sądu administracyjnego rozpoznającego sprawę z wnioskiem o udzielenie prawa pomocy zarówno przed wszczęciem postępowania sądowoadministracyjnego, jak i na każdym jego etapie (art. 243 p.p.s.a.). Powyższe uprawnienie nie jest ograniczone jedynie do sądu pierwszej instancji i może być skutecznie zgłaszane przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. W każdym przypadku skierowanie przedmiotowego wniosku zwolnione jest od opłat sądowych. Tym samym w praktyce prawo pomocy może zostać przyznane stronie jedynie na jej wniosek, a działanie sądu administracyjnego z urzędu jest niemożliwe. Przedłożenie wniosku o udzielenie prawa pomocy nie podlega ustawowym ograniczeniom ze względów ilościowych, co oznacza, że uprawniony podmiot może wielokrotnie składać przedmiotowe prośby o zwolnienie z ponoszenia kosztów sądowych, nawet jeżeli dotyczy to tylko jednej sprawy.

Niemniej ustawodawca przewidział, że wnioskowanie o przyznanie prawa pomocy odbywa się w oparciu o regulacje wskazane w Rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 19 sierpnia 2015 r. – w sprawie określenia wzoru i sposobu udostępniania urzędowego formularza wniosku o przyznanie prawa pomocy w postępowaniu przed sądami administracyjnymi oraz sposobu dokumentowania stanu majątkowego, dochodów lub stanu rodzinnego wnioskodawcy (Dz.U. z 2015 r., poz. 1257 z późn. zm.). Niezbędne wydaje się zwrócenie uwagi, iż w ramach przedmiotowego rozporządzenia określone zostały dwa rodzaje wzorów formularza – dla osób fizycznych, oznaczony jako „PPF” oraz dla osoby prawnej lub innej jednostki organizacyjnej nieposiadającej osobowości prawnej, określany jako „PPPr”. Oznacza to, iż przedłożenie do sądu administracyjnego wniosku, który nie czyni wymaganiom formalnym według określonego wzoru formularza, stanowić będzie podstawę do pozostawienia przez sąd takiego wniosku bez rozpatrzenia zgodnie z art. 257 p.p.s.a. (por. postanowienie NSA z dnia 23 stycznia 2015 r., sygn. akt I OZ 28/15).

Warunkiem przyznania prawa pomocy jest złożenie w ramach formularza oświadczenia dotyczącego danych o stanie majątkowym i dochodach. Art. 252 p.p.s.a. regulujący kwestię treści wniosku wskazuje, że w przypadku osób fizycznych niezbędne będą informacje na temat stanu rodzinnego oraz oświadczenia strony o niezatrudnieniu lub niepozostawaniu w innym stosunku prawnym z pełnomocnikiem.

Jakie są przesłanki udzielenia prawa pomocy?

Należy zwrócić uwagę, że regulacja ustawowa przedstawiona w art. 246 p.p.s.a. stanowiąca o przesłankach udzielenia prawa pomocy posługuje się zwrotami niedookreślonymi, w związku z czym może wprowadzać w błąd lub tworzyć uzasadnione wątpliwości co do właściwej interpretacji przypadków, w których strona może skutecznie ubiegać się o zwolnienie od ponoszenia danych wydatków. Mając na względzie, iż art. 246 § 1 i § 2 p.p.s.a. określa, że ciężar udowodnienia okoliczności uzasadniających ubieganie się o prawo pomocy spoczywa na stronie, niezbędne jest każdorazowe oraz indywidualne dokonanie analizy możliwości wnioskowania o taką pomoc dla podmiotu, który zmaga się z trudnościami finansowymi.

Przepisy ustawy regulują, że przyznanie prawa pomocy w przypadku osób fizycznych może nastąpić w zakresie całkowitym, jeżeli osoba taka wykaże, że nie jest w stanie ponieść jakichkolwiek kosztów postępowania, a w zakresie częściowym w sytuacji, gdy nie będzie mogła ponieść pełnych kosztów postępowania bez uszczerbku utrzymania koniecznego dla siebie i rodziny. Z kolei w stosunku do osób prawnych ustawodawca wskazał, że prawo pomocy może być przyznane takiemu podmiotowi lub innej jednostce organizacyjnej nieposiadającej osobowości prawnej w zakresie całkowitym, gdy strona wykaże, że nie ma żadnych środków na poniesienie jakichkolwiek kosztów postępowania, natomiast w zakresie częściowym – jeżeli nie ma dostatecznych środków na poniesienie pełnych kosztów postępowania.

Mając na uwadze sposób nieostrego uregulowania analizowanej problematyki, wskazać trzeba, że o kwestii przyznania prawa pomocy nie będzie decydowała jedynie wysokość zarobków czy osiąganych przychodów strony, ale prawdopodobnie całościowy stan majątkowy podlegający ocenie sądu administracyjnego. Z całą pewnością weryfikacji mogą zostać poddane kwestie istniejących wierzytelności, nieruchomości, zdolności kredytowej, posiadanych środków trwałych czy nawet oszczędności. W tym zakresie niezbędne wydaje się skorzystanie ze wsparcia wykwalifikowanych ekspertów, którzy pomogą przeprowadzić właściwą analizę sytuacji prawnej oraz finansowej osoby ubiegającej się o prawo pomocy wraz z przygotowaniem wymaganych prawem formularzy dostosowanych do indywidualnych potrzeb Klientów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak zrekrutować rekrutera?

Na „rynku pracownika” skuteczny rekruter to prawdziwy skarb! Żeby skusić tych najlepszych agencje są skłonne zapewnić im nie tylko dobrą pensję, ale też mieszkanie, dofinansowanie wyjazdu wakacyjnego czy opiekę dentystyczną. Chętnie też szkolą i kształcą przyszłych rekruterów.

Znalezienie pracowników to dziś ogromne wyzwanie dla tysięcy firm w Polsce. Jeszcze trudniejsze jest znalezienie… dobrych pracowników! Pracodawcy najchętniej przekazują tego „gorącego ziemniaka” specjalistom – czyli firmom rekrutacyjnym. Problem w tym, że sytuacja wewnątrz branży rekrutacyjnej wcale nie jest bardziej różowa.

Artur Skiba, prezes agencji Antal
Artur Skiba, prezes agencji Antal

– Znalezienie dobrego specjalisty jest dziś tak samo trudne, jak w każdej innej „gorącej” branży. Wielu kandydatów na rekruterów nie ma wystarczających kwalifikacji poza umiejętnością dopasowania CV do oczekiwań pracodawcy. To jest największy problem branży rekrutacyjnej – mówi Artur Skiba, prezes agencji Antal rekrutującej na stanowiska specjalistyczne i managerskie. Dodaje, że niewielu rekruterów rozumie też potrzeby pracodawcy i potrafi dopasowywać kandydatów nie tylko do opisu stanowiska, ale również pod względem osobowościowym i tzw. predyspozycji miękkich, jak komunikatywność, kreatywność, odporność na stres.

Pracodawcy im tego nie ułatwiają, bo zazwyczaj nie poświęcają czasu na wytłumaczenie na kim tak naprawdę im zależy. Dobry rekruter umie zdobyć te informacje i tym samym jest skuteczniejszy – mówi Skiba.

Dobrego rekrutera można pozyskać na dwa sposoby – z rynku rekrutacyjnego lub z innej firmy. Minusem szukania właściwej osoby poprzez ogłoszenia jest trafianie na osoby nieprzygotowane do tego zawodu i takie, które uciekają przed trudnościami w pracy i szukając lepszych warunków, zmieniają zatrudnienie co kilka miesięcy. Pozyskanie specjalisty już zatrudnionego jest dużo trudniejsze, bo firmy, które już zatrudniają profesjonalistów, robią wiele, aby ich nie stracić.

Jak przekonać specjalistę?

– Wysokiej jakości rekruterzy to ludzie nastawieni przede wszystkim na ciągły rozwój – mówi Anna Topolewska, członek zarządu agencji pracy tymczasowej JAGA Temp. – Laptop czy auto służbowe z możliwością korzystania z nich prywatnie to standard. Najlepszych przekonuje dopiero szeroki wachlarz szkoleń, nierzadko międzynarodowych i to nie tylko związanych z rekrutacją, ale z komunikacją czy rozwojem osobistym.

Dlatego firmy, którym zależy na wysokiej klasy specjalistach, tworzą warunki pracy spełniające potrzeby kandydatów. Tym, co może sprawić, że rekruter przejdzie do innej firmy jest perspektywa rozwoju, szkoleń, elastyczna ścieżka kariery, elastyczny czas pracy, możliwość pracy zdalnej i wynagrodzenie przyznawane za efekt, a nie za ilość godzin spędzonych w biurze. Choć nie tylko pieniądze się liczą, to wysoka wypłata i inne dodatki również mają znaczenie w procesie rekrutacji.

Wszystkim naszym stałym pracownikom dofinansowujemy wyjazdy urlopowe kwotą 10 tys. zł. rocznie, dajemy najwyższe pakiety opieki zdrowotnej, ubezpieczenie na życie, pakiet sportowy, bilety do kina. Dwóm osobom z naszej firmy wynajmujemy dodatkowo mieszkania w Warszawie, zastanawiam się też nad opieką dentystyczną – wylicza Arkadiusz Jankowski z agencji pracy Workroom.

Liczy się również atmosfera i poczucie bycia zespołem, równe traktowanie. Ludzie lubią też nietypowe doświadczenia. – Moją pasją jest lotnictwo. Bywa, że na spotkanie z klientem w Zakopanem zabieram pracowników samolotem, który sam pilotuję, to uatrakcyjnia pracę – dodaje Jankowski.

Z kolei najlepsi pracują z dowolnego miejsca na świecie.  – Mamy osobę, Polkę, która mieszka w USA i rekrutuje dla nas ludzi z całego świata – mówi Skiba.

Wykształcić rekrutera

Nie każda branża i stanowisko wymaga wysoko wykwalifikowanego rekrutera czy headhuntera. Dlatego coraz częściej firmy, np. agencje pracy tymczasowej, gdzie rekrutuje się pracowników do zbiorów owoców i warzyw czy na produkcję, decydują się zainwestować czas i pieniądze w osoby bez doświadczenia. Ma to tę dobrą stronę, że oprócz kosztów szkoleń pracodawca płaci takiemu pracownikowi miesięcznie 3 – 3,5 tys. brutto, zamiast stawek, których oczekują wykwalifikowani rekruterzy. Te zaczynają się od 5-6 tys. brutto.

– Specjaliści wysoko się cenią, a w agencji pracy tymczasowej większość stanowisk, na które rekrutujemy nie jest aż tak wymagających, żeby musiała to robić osoba z bardzo wysokimi kwalifikacjami – podkreśla Topolewska. – Dlatego my coraz częściej stawiamy na ludzi młodych, bez doświadczenia, których możemy nauczyć zawodu.

Koszty inwestycji w kształcenie ponoszą przedsiębiorcy, bo w Polsce brakuje edukacji, dzięki której przyszli rekruterzy mogliby nabyć praktycznych kompetencji. Zdaniem Iwony Szmitkowskiej, prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, największej tego typu organizacji branżowej w Polsce, która zrzesza ponad 60 firm, nie powinno tak być.

Potrzebny jest model edukacji, który opierałby się na współpracy biznesu z uczelniami wyższymi, tylko wtedy będzie szansa na naukę rzeczy praktycznych i na wysokim poziomie, co pozwoli młodym ludziom niejako „z marszu” być specjalistami – mówi Iwona Szmitkowska. – Poza tym, rynek pracy rozwija się i zmienia bardzo szybko, dlatego uczelnie powinny przekazywać wiedzę zgodną z najnowszymi trendami w branży. Rekruter, to coraz ważniejszy zawód i będzie coraz bardziej potrzebny, edukacja w tym zakresie wymaga przeobrażenia.

Postawa to podstawa

Jak przyznają właściciele agencji zatrudniający rekruterów, większość z nich trafiła do zawodu przypadkiem. Wcześniejsze wykształcenie i zatrudnienie – nieraz całkiem odmienne od pracy rekrutera – może być dodatkowym atutem. Nikt nie będzie wiedział lepiej jak zrekrutować księgowego niż były księgowy, a inżyniera – były inżynier.

– To jest najskuteczniejsze i zdarza się dosyć często, że zmiana zawodu otwiera karierę w branży rekruterskiej. Sam jestem tego przykładem. Zaczynałem w finansach, jednak lepiej odnalazłem się w rektutacji. Specjalistów się tworzy. Warsztatu rekrutacyjnego można uczyć – mówi Skiba.

Trudności ze znalezieniem ludzi do pracy, wymuszają zmiany procesie rekrutacji. Dziś o wiele częściej rekrutuje się postawy ludzi niż ich kompetencje. Liczy się zmotywowanie, uczciwość, chęć związania się z daną firmą na stałe. – Często od wykształcenia i zdobytych dyplomów ważniejsze jest zaangażowanie i motywacja, predyspozycje osobiste są kluczowe – mówi Szmitkowska.

Dolar pod presją, drożeją obligacje skarbowe USA

Wiceprezes Fed, J. Williams sporo namieszał w ostatnim wystąpieniu przed rozpoczęciem się okresu medialnej ciszy poprzedzającej posiedzenie FOMC 31 lipca. Williams przekonywał, że gdy istnieje do tego przestrzeń należy szybko i agresywnie ciąć stopy procentowe przy pojawieniu się pierwszych oznak dekoniunktury, czy przy materializowaniu się czynników ryzyka.

Po tych stwierdzeniach dolar znalazł się pod presją, mocno podrożały obligacje skarbowe USA a bazując na rynku pieniężnym wycena prawdopodobieństwa cięcia stóp o 50 pb wzrosła ponowie ponad 60 proc. pomimo pozytywnych informacji napływających ostatnio z gospodarki.

Eurodolar podskoczył do szczytów z początku tygodnia przy 1,1285. Spodziewamy się, że rynek będzie wygaszał ten wyskok kursu a kurs zostanie wciągnięty w kierunku 1,1240. Okazuje się bowiem, że zdaniem the Wall Street Journal Williams nie miał zamiaru sterować rynkowymi oczekiwaniami a jedynie wyrażał swoją ogólna opinię. Co więcej, Williamsa należy zaliczyć do zwolenników bardziej łagodnej polityki w FOMC, może nie jest to zadeklarowany gołąb, ale wśród decydentów o neutralnych poglądów jest tym, który będzie optował za łagodniejszą polityką. Warto też zauważyć, że EUR/USD nie pokonał nawet najbliższych, lokalnych szczytów. Dowodzi to, że inwestorzy przy strumieniu negatywnych informacji o koniunkturze w strefie euro nie kwapią się by kupować wspólną walutę, nawet gdy dolar jest pod ostrą presją.

W największym stopniu słabość USD wykorzystał dolar nowozelandzki. Kiwi pokonał szczyty z przełomu czerwca i lipca i porusza się w ugruntowanych trendzie wzrostowym. Analogiczny opór pokonał również dolar australijski, ale skala ruchu jest znacznie mniejsza a nasze spojrzenie na perspektywy tej waluty zdecydowanie mniej konstruktywne ze względu na gorsze fundamenty i bank centralny bardziej skłonny do luzowania.

Warto zwrócić uwagę na siłę odbicia funta. GBP/USD w środę rano był na dwuletnich dołkach po 1,24 a wczoraj wieczorem przekraczał 1,2550. Funt potrzebuje jednak ciągłego paliwa do aprecjacji. Rynek boi się twardego brexitu i konfrontacji ze stroną unijną w wykonaniu Borisa Johnsona, który lada dzień obejmie przywództwo. Nie widzimy szans, by w najbliższych tygodniach negatywne nastawienie dla GBP wyparowało, rynek wciąż powinien pozostawać w trybie sprzedaży odbić a bliskość lipcowym maksimów powinna aktywizować sprzedających.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Kurs franka do złotego. Jakie prognozy dla kursu franka szwajcarskiego?

Frank szwajcarski jest obecnie najmocniejszy w stosunku do złotego od września ubiegłego roku. Niepewności dotyczące światowego handlu, mimo rozejmu między USA a Chinami, działają na korzyść franka, postrzeganego jako waluta bezpieczna.

Drugim czynnikiem umacniającym franka jest podwyższenie prognoz inflacyjnych przez szwajcarski bank centralny. Jest to krok zastanawiający w porównaniu do banków centralnych innych krajów, które decydują się na zmniejszenie prognoz i przewidują luźniejszą politykę monetarną w przyszłości.

Decyzja SNB została odczytana przez rynki finansowe jako potencjalną zapowiedź podwyżek stóp procentowych. Inwestorzy i posiadacze kredytów we frankach nie powinni się jednak obawiać. Trudno spodziewać się, żeby szwajcarskiemu bankowi centralnemu zależało na zbytnim umocnieniu narodowej waluty. Prawdopodobnie CHF będzie w najbliższych tygodniach spadał z obecnego poziomu 3,85 zł.

Złoty jest za to mocny w stosunku do funta i euro. Jego siła może wynikać z niskiej rentowności polskich obligacji dziesięcioletnich, która spadła do okolic 2,27 proc. To jeden z najniższych poziomów w okresie ostatnich 10 lat – mówi Michał Stajniak z XTB w rozmowie z MarketNews24.

Co prawda polski dług jest nadal bardziej rentowny niż amerykański, gdzie dziesięcioletnie rentowności kształtują się na poziomie ok. 2 proc., jednak spadek polskich rentowności z okolic 3 proc. pokazuje, że zainteresowanie zagranicznych inwestorów polskimi obligacjami jest duże.

Nie liczą się fundamenty. Bitcoin numerem 1 spekulacji

Co stałoby się, gdybyśmy wyłączyli bitcoina? Być może niewiele. Ale na pewno spekulanci straciliby wiele okazji inwestycyjnych.

W momencie, gdy regulatorzy i prawodawcy „rzucają kłody pod nogi” globalnej kryptowalucie Libra, którą planuje wprowadzić Facebook, wiele osób zastanawia się, jaką rolę kryptowaluty odegrają w gospodarce przyszłości.

Jeżeli, czysto teoretycznie, za miesiąc „wyłączylibyśmy” bitcoina, nic dramatycznego nie stałoby się w światowej gospodarce. Bo tak naprawdę ta kryptowaluta nie jest jej dzisiaj potrzebna. Tylko, że to samo można było powiedzieć we wczesnej fazie rozwoju internetu i wielu innych wynalazków.

– Ja sugeruję nie zastanawiać się nad tym, czy bitcoin to waluta przyszłości, czy nie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Lepiej skoncentrować swoją uwagę na cenie i spekulacji, bo po to właśnie jest teraz bitcoin. Właśnie to jest najważniejsze dla osób, które interesują się kryptowalutami.

Dla tych, którzy lubią ryzyko, ale nie aż tak duże, jak to, które wiąże się z inwestowaniem w bitcoiny, stworzono koszyki i indeksy kryptowalut. – Pozwalają one na dywersyfikację ryzyka. Ale bitcoin i tak będzie w takich koszykach odgrywał największą rolę – ocenia Wardyn.

A jak dalej będą kształtować się notowania bitcoina? – Rynek walczy z przedziałem 10-13 tys. USD. Zejście poniżej to może być zjazd do 2 tys. USD, a nawet mniej. Z kolei przebicie definitywne tego poziomu w górę może oznaczać wzrost nawet do 20 tys. USD. Bo bitcoin to „król spekulacji” – tłumaczy ekspert CMC Markets.

Waloryzacja kontraktów budowlanych – GDDKiA nie dopłaci do starych kontraktów

W przypadku niektórych generalnych wykonawców realizujących kontrakty drogowe na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad pojawił się problem znacznej podwyżki cen materiałów budowlanych oraz kosztów pracy. Stał się argumentem w kwestii wywiązania się z zawartych umów. Część z firm postawiła jasny warunek – jeśli GDDKiA nie dopłaci do kontraktów, nie będą one realizowały dalszych prac. Przerwanie budowy i niska mobilizacja w niektórych przypadkach doprowadziła do odstąpienia od współpracy z generalnymi wykonawcami. Stanowisko GDDKiA zostało uzgodnione z Ministerstwem Infrastruktury, jak i Prokuratorią Generalną oraz Urzędem Zamówień Publicznych.

– Nie ma możliwości prawnych, aby waloryzować stare kontrakty na zasadach wskazywanych przez niektórych generalnych wykonawców – powiedział serwisowi eNewsroom Szymon Piechowiak, Dyrektor Biura Generalnego w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. – Można zauważyć, że różnica w cenach ofert proponowanych przez firmy, z którymi odstąpiono od umów – w porównaniu z przedstawianym im kosztorysem – pokrywa się z środkami, jakich obecnie się domagają. GDDKiA wychodzi z założenia, że wina leży więc po stronie wykonawców, którzy źle obliczyli swoje koszty. Teraz bezpodstawnie domagają się dodatkowych środków. Przekazanie im takich funduszy miałoby szerokie konsekwencje. Zaburzona zostałaby konkurencja w stosunku do przedsiębiorców, którzy rzetelnie przygotowali swoje oferty, ale na etapie postępowania nie byli najlepsi. Przeszkodą jest także kwestia niedozwolonej pomocy publicznej czy ewentualnego zagrożenia utraty dofinansowania z środków unijnych. Po pierwsze więc wymagania niektórych wykonawców są bezpodstawne. Po drugie przepisy nie pozwalają na zrealizowanie ich żądań w postaci setek milionów złotych. Odpowiedzią na sygnały płynące z sektora budowlanego jest nowa klauzula waloryzacyjna wprowadzona przez GDDKiA. Przy jej tworzeniu brali udział także przedstawiciele branży. Wypracowano kompromis w kwestii ryzyka waloryzacyjnego, aby nie generować sztucznie wzrostu wartości kontraktów. Podzielono je pół na pół między wykonawców a inwestora. Klauzula jest już wpisywana we wszystkie umowy zawierane od 21 stycznia 2019 roku. Póki co nie było jeszcze konieczności, aby ją uruchomić. W przyszłości zapewne okaże się, jak rozwiązanie to zadziała w praktyce – dodał Piechowiak.

Liczba obywateli Ukrainy osiedlających się w Polsce przekroczyła 200 tys. osób

Od początku roku liczba obywateli Ukrainy posiadających ważne zezwolenia na pobyt długoterminowy wzrosła o 12 proc. i przekroczyła 200 tys. osób. Przeważają osoby w przedziale wiekowym 20-39 lat. Najchętniej wybieranym regionem do zamieszkania jest województwo mazowieckie.

Dane nie dotyczą osób przebywających w kraju tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz. Tego typu krótkoterminowe pobyty charakteryzujące się dużą cyrkulacją są najczęstsze w przypadku obywateli Ukrainy. Coraz więcej z nich chce jednak pozostać w kraju na dłuższy czas.

Świadczy o tym rosnąca liczba wniosków o zezwolenia na pobyt, a także liczba osób już posiadających takie zezwolenia. Obecnie nieco ponad 200 tys. obywateli Ukrainy posiada ważne dokumenty uprawniające do długoterminowego pobytu w kraju. Według stanu na 1 stycznia 2019 r. i 2018 r. było to odpowiednio 179 tys. i 145 tys. osób.

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. Zdecydowana większość obywateli Ukrainy posiada zezwolenia na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – 158 tys. osób. Nieco ponad 42 tys. dysponuje prawem pobytu stałego i rezydenta długoterminowego.

Najbardziej popularnymi regionami wśród obywateli Ukrainy są województwa: mazowieckie – 45 tys. osób, wielkopolskie – 22 tys., małopolskie – 21,5 tys., dolnośląskie – 15,5 tys. oraz śląskie – 14 tys. Około 57 proc. stanowią osoby w przedziale wiekowym 20 – 39 lat, prawie 30 proc. w przedziale 40 – 59 lat, a 11 proc. poniżej 20. roku życia. Przeważają mężczyźni – 115 tys. osób (57 proc.), w porównaniu do 86 tys. kobiet.

Obywatele Ukrainy stanowią obecnie 50 proc. populacji cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce.

Zaniedbania bezpieczeństwa w chmurze

Eksperci z F5 Labs od 2017 r. notują przypadki organizacji z całego świata, które utraciły swoje zasoby chmurowe z powodu źle skonfigurowanych baz danych w chmurze lub usłudze pamięci masowej Amazon[1]. Ponieważ w takich przypadkach dostęp dla nieautoryzowanych użytkowników – hakerów – jest możliwy jedynie wtedy, gdy ktoś celowo usunie lub zdegraduje domyślą ochronę, oznacza to świadome działanie i podejmowanie ryzyka po stronie „poszkodowanych”.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland
Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Z posiadanych przez F5 danych wynika, że miesięcznie dochodzi średnio do ok. trzech naruszeń z podobnego powodu. Niewiele? Jeśli wskaźnik wzrostu takich zdarzeń, który między 2017 a 2018 r. był na poziomie 200% się utrzyma, to możemy prognozować około 90 włamań do końca br. z powodu celowo zdjętych zabezpieczeń. Zwróćmy uwagę, że dane F5 odnoszą się jedynie do monitorowanych przez firmę przedsiębiorstw, więc szacunki mogą być wierzchołkiem góry lodowej.

Nie oznacza to jednak, że rozwiązania chmurowe same w sobie są źle zabezpieczone i narażają firmy na ryzyko. Chodzi tu wyłącznie o sytuacje, w których organizacje czy użytkownicy wprowadzają zmiany w domyślnej ochronie i tym samym wystawiają na publiczny widok dane, które przechowują. Może mieć to bardzo znaczące konsekwencje dla ich rzeczywistych właścicieli. Ponieważ takie zdarzenia obserwuje się we wszystkich branżach, wycieki mogą dotyczyć np. historii kredytowych, danych osobowych klientów firmy czy innych poufnych informacji, a tym samym narazić prawdziwych ludzi na ogromne ryzyko. Z doświadczenia F5 wynika, że w większości przypadków, za zmiany ustawień w chmurze i tym samym upublicznienie danych, odpowiedzialne były osoby, które nie znajdują się po stronie operacyjnej. Inżynierowie sieci, administratorzy baz danych czy inżynierowie systemów lub bezpieczeństwa – nie popełniliby takich błędów. 

Biznes pędzi, presja na IT rośnie

Migracja do chmury umożliwia programistom zrezygnowanie z niektórych tradycyjnych ról w działach IT. Postępująca automatyzacja, a tym samym skrócenie procesów, tworzy potencjalne zagrożenie wdrażania systemów o źle skonfigurowanych funkcjach bezpieczeństwa. W chwili, gdy zadania te przejmują deweloperzy, od których oczekuje się coraz szybszych wdrożeń – takie ryzyko wzrasta. Ponadto mogą oni nie znać potencjalnych konsekwencji lub błędnie założyć, że ataki nie są prawdopodobne.

Domyślne wdrożenia – ograniczona wiedza

W domyślnych wdrożeniach w chmurze dostępne są tylko ograniczone raporty bezpieczeństwa. Niezbędne informacje[2], które wcześniej deweloperzy mogli pozyskać wewnątrz przedsiębiorstwa (u inżynierów sieci i systemów) są dla nich niedostępne. W przypadku większości chmur publicznych organizacje muszą kupować narzędzia kontroli bezpieczeństwa, aby nadal być w stanie generować wystarczająco szczegółowe raporty. Oczywiście powrót do długich opóźnień „z powodu zabezpieczeń” we wdrożeniach (na co skarżą się zespoły Dev) nie jest rozwiązaniem.

Coraz istotniejsza jest współpraca i wymiana informacji pomiędzy deweloperami, odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo i działami operacyjnymi: DevSecOps. Takie podejście ma szansę wprowadzić dobre praktyki bezpieczeństwa do dewelopmentu. Celowe zmniejszanie potencjału bezpieczeństwa dla wygody czy prędkości działania, naraża na dotkliwe konsekwencje nie tylko organizacje, ale też ludzi, którzy powierzają im dane.

Ireneusz Wiśniewski, Dyrektor Zarządzający F5 Polska

[1] W folderach S3 bucket

[2] Np. listy podsieci, szczegółowe listy kontroli dostępu, dane dot. uprawnień

Resort przedsiębiorczości chce decentralizacji. 31 urzędów może czekać wyprowadzka z Warszawy

Resort przedsiębiorczości chce decentralizacji. 31 urzędów może czekać wyprowadzka z Warszawy 3

Tylko 14 ze 107 urzędów jest dziś zlokalizowanych poza Warszawą – wynika z danych Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Przeniesienie innych ze stolicy do jednego z byłych miast wojewódzkich pozwoliłoby m.in. obniżyć koszty funkcjonowania i zapewnić dopływ nowych kadr. Przeprowadzka może czekać w sumie 31 urzędów, w tym np. URE, UKE i PARP. Dla tych miast to może oznaczać szybszy rozwój, pobudzenie lokalnej przedsiębiorczości i sposób na zatrzymanie młodych ludzi – podkreśla prezes Związku Powiatów Polskich.

Od wielu lat, mimo przywrócenia samorządności powiatom i województwom, obserwujemy pewną centralizację. Tak nie powinno się dziać. Przykład Niemiec pokazuje, że tam, gdzie zachodzi deglomeracja, następuje rozwój danej miejscowości. Pochodzę z Bielska-Białej, która swego czasu była miastem wojewódzkim, a dzisiaj jest to miasto na prawach powiatu i wyraźnie obserwujemy odpływ decyzyjności z naszego miasta. Nastąpiła pewna degradacja działalności. Owszem, mieszkańcy przejęli wiele spraw w swoje ręce, rozwój postępuje, natomiast on został spowolniony. Dlatego uważam, że kierunek prac ministerstwa jest bardzo słuszny – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Płonka, prezes zarządu Związku Powiatów Polskich, starosta bielski.

MPiT przeprowadziło analizę miast, w których w niedalekiej przyszłości mogłyby funkcjonować wybrane urzędy państwowe. Wnioski z tej analizy minister przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz zaprezentowała przedwczoraj w raporcie „Uwarunkowania delokalizacji centralnych urzędów w Polsce”. W opinii MPiT do regionów mogłyby pozostać przeniesione te urzędy, które podlegają poszczególnym ministrom lub są przez nich nadzorowane. Resort wyłonił w sumie 31 takich instytucji, wśród których są m.in. Urząd Regulacji Energetyki, Centrum Projektów Polska Cyfrowa, Centralna Komisja Akredytacyjna, Urząd Komunikacji Elektronicznej, Centrum Unijnych Projektów Transportowych, Polski Instytut Sztuki Filmowej, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa czy też Agencja Mienia Wojskowego. Ich przeniesienie z Warszawy do jednego z byłych miast wojewódzkich pozwoliłoby m.in. zapewnić dopływ nowych kadr i obniżyć koszty ich funkcjonowania. W tej chwili, zgodnie z danymi MPiT, ze 107 urzędów tylko 14 jest zlokalizowanych poza Warszawą.

Jak podkreśliła minister Emilewicz, planowana deglomeracja ma polegać nie tylko na przeniesieniu wybranych jednostek z Warszawy do regionów, lecz także pobudzaniu lokalnego rozwoju i przedsiębiorczości.

Przeniesienie jednostek i decyzyjności do miast, nawet 50- czy 60-tysięcznych, których mamy w Polsce bardzo wiele, na pewno doprowadziłoby do ich rozwoju. To jest ta wartość dodana, która na dole jest bardzo potrzebna. Już nie wspomnę o tym, że nie trzeba byłoby jeździć do Warszawy, żeby pewne rzeczy załatwić, forsować, procedować. To wyzwoliłoby też przedsiębiorczość lokalnych mieszkańców – ocenia Andrzej Płonka. – Przybywa zadań, przybywa ministerstw i nie ma powodu, dla którego te jednostki nie miałyby być zlokalizowane w Polsce. To przy okazji nie tylko napędza rozwój, tworzy miejsca pracy, lecz także ta decyzyjność pociąga za sobą pewne konsolidowanie się przedsiębiorców, rozwój w sensie inwestycyjnym.

Zgodnie z raportem MPiT głównymi beneficjentami programu deglomeracji mogą być 33 miasta, które ponad 20 lat temu utraciły status miast wojewódzkich. Powinny one spełniać dwa kryteria: efektywności (niższe koszty funkcjonowania, zapewnienie wykwalifikowanych kadr) oraz spójności, co oznacza, że priorytetowe będą traktowane te ośrodki, gdzie liczba wyzwań rozwojowych jest największa.

Myślę, że to jest dobry kierunek, żeby przy okazji zatrzymać w miastach młodzież. Dziś młodzież ucieka – kształci się i przenosi tam, gdzie się łatwiej żyje, a niestety cały czas żyje się łatwiej za granicą. Mimo że powstają nowe miejsca pracy, pozostaje jeszcze kwestia płac, które na Zachodzie są wyższe. Gdyby dzięki deglomeracji, przeniesieniu jednostek z Warszawy do województw czy miast liczących 50–60 tys. mieszkańców, ten rozwój mógł następować szybciej, byłoby to naprawdę dobrym symptomem. W powiatach mamy przecież sądy, szpitale i tę działalność udało się utrzymać, choć przecież były już pomysły na centralizację tego typu zadań – mówi Andrzej Płonka.

W związku z planowaną deglomeracją szefowa MPiT zapowiedziała powołanie Międzyresortowego Zespołu ds. Zrównoważonego Rozwoju Miast. W jego skład – obok przedstawicieli resortów inwestycji i rozwoju, infrastruktury, środowiska oraz przedsiębiorczości – mają wejść reprezentanci samorządów, organizacji pozarządowych i eksperci.

Prezes Związku Powiatów Polskich podkreśla, że efektywna współpraca na linii rząd – samorząd jest kluczowa nie tylko dla planowanej decentralizacji, lecz także dla rozwoju regionalnego w ogóle.

Bez tego nic nie da się zrobić, więc zabiegamy o nią mocno. Tutaj potrzeba dobrej woli dwóch stron. Obserwowaliśmy to już za poprzednich rządów, teraz niestety mamy przyspieszenie centralizacji zadań – mówi Andrzej Płonka. – Następuje centralizacja wszystkich inspekcji, służb, straży – nic z tego nie wyjdzie, jeżeli wszystko będzie zawiadywane tylko z Warszawy. To starosta, który jest na dole, współpracując z wójtami, wie, co jest najbardziej mieszkańcom potrzebne. To my spotykamy się z ludźmi na wiejskich czy osiedlowych zebraniach. Wszelkie fundusze obywatelskie, które w drodze głosowania pozwalają dziś mieszkańcom wybierać celowość inwestycji czy remontów, pokazują, że ta decentralizacja ma sens.

Europejska polityka rolna do poprawki. W Polsce trzy czwarte dopłat z UE trafia do 20 proc. największych gospodarstw

Europejska polityka rolna do poprawki. W Polsce trzy czwarte dopłat z UE trafia do 20 proc. największych gospodarstw 4

Polskie rolnictwo wytwarza około 2,4 proc. PKB, podczas gdy średnia w UE to niecałe 1,5 proc. Zatrudnia też więcej pracowników niż w UE, dlatego ciągle odgrywa bardzo ważną rolę w polskiej gospodarce. Od momentu wstąpienia do Unii liczba środków kierowanych do obszarów wiejskich wzrosła 15-krotnie, ale rolnictwo nadal boryka się z istotnymi problemami o charakterze środowiskowym i społecznym. Wynikają one m.in. z faktu, że w Polsce 3/4 dopłat bezpośrednich trafia raptem do 20 proc. największych gospodarstw. Wspólna Polityka Rolna w tym zakresie wymaga reformy – podkreślają eksperci.

– Mamy w tej chwili złotą erę polskiego rolnictwa. Od czasu wstąpienia do Unii Europejskiej liczba środków publicznych kierowanych do rolnictwa i do obszarów wiejskich wzrosła mniej więcej 15-krotnie w porównaniu z okresem sprzed 2004 roku. Mimo tak dużych pieniędzy nie udało nam się jeszcze rozwiązać wszystkich problemów na tych terenach – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Zbigniew Karaczun z Katedry Ochrony Środowiska SGGW w Warszawie.

Jak ocenia, polskie rolnictwo nadal boryka się z dużymi problemami o charakterze społecznymi i środowiskowymi. Społeczne wynikają z faktu, że beneficjentami 74 proc. unijnych dopłat bezpośrednich jest raptem 20 proc. największych gospodarstw w Polsce. Pozostałe 80 proc. rolników otrzymuje zaledwie 1/4 funduszy. To powoduje, że powiększają i rozwijają się tylko duże gospodarstwa, a obszary wiejskie powoli wymierają.

Obecny system płatności bezpośrednich faworyzuje największych producentów, którzy mają najwięcej gruntów. Oni otrzymują najwięcej środków, mogą modernizować, unowocześniać swoje zakłady czy gospodarstwa rolne, przy czym tak naprawdę są to wielkie zakłady produkcji żywności – mówi Zbigniew Karaczun. – W środowisku wiejskim bardzo ważną rolę odgrywają gospodarstwa małe, rodzinne. Ich utrzymanie jest niezwykle istotne z punktu widzenia społecznego, środowiskowego i kulturowego. Ważne, żeby tereny wiejskie były terenami żywotnymi, nie pustoszały, żebyśmy mogli odnaleźć tam również korzenie kulturowe.

„Atlas rolny”, opublikowany na początku czerwca przez Fundację im. Heinricha Bölla i Instytut na rzecz Ekorozwoju, pokazuje, że podobna sytuacja ma miejsce w całej Unii Europejskiej, gdzie 82 proc. dopłat trafia do jedynie 20 proc. największych i najbardziej uprzemysłowionych rolników. Dlatego – jak wskazują eksperci – europejska polityka rolna wymaga zmian i ukierunkowania na wsparcie małych i średnich gospodarstw, które produkują zdrową żywność, przykładają wagę do ekologii i utrzymują wartościowe miejsca pracy.

Jeżeli się nic nie zmieni i Wspólna Polityka Rolna pozostanie w obecnym kształcie, to struktura rolnictwa się zmieni. Pozostaną tylko wielcy producenci, ogromne fermy, przemysłowy chów zwierząt. Stracimy różnorodność europejskiej żywności, będziemy mieć tylko zunifikowaną produkcję – podkreśla Zbigniew Karaczun. – Nie zmieni się podejście rolników i wielkich, przemysłowych producentów do chemizacji rolnictwa, stosowania bardzo dużej ilości środków chemicznych w produkcji rolnej. To z kolei może narazić nas, konsumentów, na problemy zdrowotne i niesmaczne jedzenie.

Wykładowca warszawskiej SGGW ocenia, że utrzymanie unijnej polityki rolnej w dotychczasowym kształcie może spowodować kryzys społeczności wiejskich w wymiarze ekonomicznym i kulturowym.

– Potrzebujemy gruntownej reformy WPR. Ona powinna iść raczej w kierunku wynagradzania rolników za pewne usługi publiczne i ekosystemowe, czyli poprawianie środowiska, tworzenie właściwej struktury społecznej, rozwój terenów wiejskich, a nie płacenia tylko wąskiej grupie największych rolników za to, że mają duży areał – mówi Zbigniew Karaczun. – Powinniśmy zobaczyć w WPR element krajowej polityki, definiować nasze cele krajowe w taki sposób, żeby utrzymać średniej wielkości gospodarstwa rodzinne, zróżnicowaną strukturę polskiego rolnictwa, rolnictwo ekologiczne i zrównoważone, korzystając rozsądnie ze środków, które UE nam oferuje.

Obok społecznych problemów polskie rolnictwo ciągle boryka się także z nierozwiązanymi problemami środowiskowymi.

Cały czas zmniejsza się różnorodność biologiczna, właśnie m.in. w wyniku powiększania się areału gospodarstw rolniczych. Emisja gazów cieplarnianych i udział rolnictwa w zmianach klimatu nadal są duże. Rolnictwo jest w dalszym ciągu bardzo ważnym źródłem zanieczyszczenia wód, gleby i powietrza –mówi ekspert SGGW w Warszawie.

Prezes GPW: Pracownicze plany kapitałowe dadzą impuls do rozwoju warszawskiej giełdzie. Skorzystają przede wszystkim małe i średnie spółki

Prezes GPW: Pracownicze plany kapitałowe dadzą impuls do rozwoju warszawskiej giełdzie. Skorzystają przede wszystkim małe i średnie spółki 5

Napływ kapitału w wysokości od 2 do nawet 6 mld zł w dalszej perspektywie, zwiększone inwestycje i nowy impuls do rozwoju – takie przełożenie na Giełdę Papierów Wartościowych będzie mieć wdrożenie programu pracowniczych planów kapitałowych – ocenia jej prezes dr Marka Dietl. Jak ocenia, dzięki PPK skorzystają przede wszystkim mniejsze spółki notowane na warszawskim parkiecie, które zyskają łatwiejszy dostęp do długoterminowego pieniądza. – Ten dostęp jest kluczowy na ich drodze do podboju światowych rynków – mówi Dietl.

Szacując napływy z tytułu PPK, liczymy, że na początku będą to 2 mld, później 4 mld, a potem 6 mld zł, bo ten program jest wdrażany stopniowo. Co istotne, szczególnie duży impuls dzięki PPK napłynie do średnich i mniejszych spółek. Dzisiaj warszawska giełda, polski rynek kapitałowy jest uznawany za rozwinięty przez FTSE Russell, więc mamy dostęp do praktycznie nieograniczonego zasobu kapitału. Indeks FTSE Global All Cap obejmuje 37 największych spółek. Te, które są od nich mniejsze, mają trochę trudniejszy dostęp do kapitału i właśnie dla nich szczególnie ważne będzie PPK – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Pracownicze plany kapitałowe mają zwiększyć stopę oszczędności Polaków i zapewnić im dodatkowe środki na emeryturze. Najwięksi pracodawcy, zatrudniający ponad 250 osób, do 25 października br. są zobowiązani zawrzeć umowy o zarządzanie z instytucjami finansowymi i wprowadzić pracowników do systemu PPK.

Dla tych, którzy dzisiaj nie mają zbyt dużych oszczędności, PPK to przede wszystkim wielka szansa, żeby dołączyć do grona osób zarabiających nie tylko na pracy, lecz także na kapitale. Nierówności w Stanach Zjednoczonych są w mniejszym stopniu związane z zarobkami, a w bardziej z poziomem oszczędności. Dlatego PPK to dla Polaków wielka, pokoleniowa szansa, żeby stać się właścicielami, a nie tylko pracownikami – mówi dr Marek Dietl.

Jak podkreśla, dla warszawskiej giełdy wdrożenie PPK oznacza przede wszystkim, że polskie firmy będą mieć łatwiejszy dostęp do kapitału i długoterminowego pieniądza.

– Liczymy, że giełda rozwinie się poprzez nowe debiuty. W ciągu ostatnich 3 lat połowa debiutów na warszawskiej giełdzie to były firmy, które mają globalnie skalowalny produkt. Właśnie dla nich dostęp do długoterminowego pieniądza, do pieniądza przyszłych emerytów jest kluczowym czynnikiem w ich drodze do podboju świata – mówi dr Marek Dietl.

Prezes warszawskiej GPW ocenia też, że wdrożenie PPK może spowodować efekt kuli śnieżnej i zwiększone inwestycje na giełdzie. Zwłaszcza że niemal równolegle trwają prace nad przekształceniem otwartych funduszy emerytalnych w IKE. Rząd ma się zająć projektem ustawy o przekształceniu jeszcze w tym kwartale, zgodnie z założeniami ma wejść w życie w 2020 roku.

Mamy nadzieję, że część tych osób, które teraz staną się uczestnikami bardzo elastycznego systemu IKE, zachowa środki przeniesione z OFE, ale będą chcieli również je inwestować, żeby mieć kolejną „nogę” swojej emerytury – mówi dr Marek Dietl. – Dla ludzi PPK jest tylko narzędziem konwersji oszczędności w wyższe emerytury. Natomiast faktycznie na PPK mogą zyskać instytucje finansowe. W pierwszej kolejności oczywiście ci, którzy będą zarządzać naszymi pieniędzmi, ale też pośrednicy, firmy inwestycyjne, biura maklerskie. Ważne, żeby ten krwiobieg dobrze działał.

Segment farb i lakierów jednym z najszybciej rosnących na rynku chemii budowlanej. Konsumenci coraz częściej wybierają produkty premium i eko

0

Segment farb i lakierów jednym z najszybciej rosnących na rynku chemii budowlanej. Konsumenci coraz częściej wybierają produkty premium i eko 6

Kilkuprocentowy wzrost rynku farb dekoracyjnych w ujęciu wartościowym i wzrost ilościowy rzędu 1–1,5 proc. – takie są przewidywania Śnieżki na 2019 rok. Prezes grupy Piotr Mikrut ocenia, że w branży farb i lakierów coraz silnej zaznacza się trend ekologii, a konsumenci migrują w kierunku grup produktów premium i bardziej przyjaznych środowisku. Ta branża nie ucieknie też od cyfryzacji, zwłaszcza w obszarze kanałów sprzedaży. Plany Śnieżki na nadchodzące lata zakładają umacnianie pozycji grupy na rynku polskim, ale też rozwój za granicą.

Według naszych szacunków w roku 2018 rynek farb i lakierów w Polsce ilościowo utrzymał poziom z roku poprzedniego, natomiast wartościowo odnotował kilkuprocentowy wzrost – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Mikrut, prezes zarządu Fabryki Farb i Lakierów Śnieżka.

Rynek farb i lakierów – podobnie jak i cały segment chemii budowlanej – jest silnie powiązany z dobrą koniunkturą w budownictwie. W 2018 roku – podobnie jak w latach ubiegłych – farby dekoracyjne były wykorzystywane przede wszystkim do remontów. Szacuje się, że ok. 80 proc. wszystkich sprzedawanych na polskim rynku produktów jest przeznaczanych na ten cel. Pozostała część wykorzystuje się przy wykańczaniu nowo powstających obiektów. Według danych firmy badawczej IBP Research przytaczanych przez branżowy portal chemiabudowlana.info w ubiegłym roku segment chemii budowlanej (obejmujący 12 grup produktowych, w tym m.in. farby, lakiery, tynki, kleje i systemy dociepleń) odnotował ilościowy wzrost sprzedaży o 7 proc. do poziomu 4,5 mln ton. Wartość sprzedaży sięgnęła natomiast 8 mld zł netto, co przełożyło się na 11-proc. wzrost rok do roku. Według IBP Research dobra koniunktura zostanie zachowana przez kolejne dwa lata, a jednym z najszybciej rosnących segmentów do 2020 roku będą właśnie farby ścienne.

Prognozy Śnieżki zakładają kilkuprocentowy wzrost rynku farb dekoracyjnych w ujęciu wartościowym w 2019 roku. Według firmy wzrost ilościowy może sięgnąć natomiast 1–1,5 proc.

– Obserwujemy interesujący trend związany z migracją konsumentów w kierunku produktów wyższej jakości. Rozwijają się kategorie produktów segmentu premium oraz value for money, czyli produkty droższe, ale oferujące lepsze właściwości aplikacyjne – mówi Piotr Mikrut. – Klienci mają większe możliwości finansowe, ale przede wszystkim coraz większą świadomość. Rozumieją, że wybór produktów, które są droższe, ale zapewniają im znacznie lepsze właściwości użytkowe i dłuższą trwałość, może w konsekwencji okazać się rozwiązaniem lepszym ekonomicznie niż wybór najtańszych farb.

Jak podkreśla, klienci przywiązują również coraz większą wagę do ekologii – wybierają produkty, które zawierają mniej substancji lotnych i mają mniejszą emisję z powłoki. To drugi wyraźny trend na rynku farb.

Świadomość konsumentów w kwestii wyboru jest coraz większa i tutaj wyraźnie podążamy za trendami, które rozpoczęły się w Europie Zachodniej – mówi Piotr Mikrut.

Prezes Śnieżki ocenia także, że ta branża – podobnie jak każda inna – nie ucieknie od cyfryzacji. Zwłaszcza młodsi klienci chcą mieć nie tylko możliwość porównania i zakupu produktu w internecie, lecz także m.in. zweryfikowania kolorystyki czy stworzenia projektu wnętrza w różnych wersjach kolorystycznych.

Cyfryzacja obejmuje też sam zakup online w połączeniu z całym procesem omnichannelowym, czyli klient chce kupić w internecie, ale odebrać bądź zwrócić produkt w sklepie – mówi Piotr Mikrut.

W Polsce zużycie farb w przeliczeniu na mieszkańca to około 12–14 litrów rocznie. Rynek wciąż ma potencjał rozwoju, bo – dla porównania – w Europie Zachodniej ten poziom wynosi około 18–20 litrów rocznie. Wciąż jest jednak większy niż w krajach Europy Wschodniej, np. na Ukrainie czy Białorusi, gdzie zużycie farb sięga ok. 8 do 10 litrów rocznie w przeliczeniu na mieszkańca.

– Pod tym względem jesteśmy mniej więcej w połowie drogi między wschodem a zachodem Europy – mówi Piotr Mikrut.

Prezes Śnieżki podkreśla, że w perspektywie nadchodzących lat grupa zamierza nie tylko umacniać swoją pozycję na rynku polskim, lecz także rozwijać się za granicą. Jednym z elementów tej strategii jest podpisanie umowy inwestycyjnej na Węgrzech i nabycie 80 proc. udziałów w spółce Poli-Farbe, która jest jednym z wiodących graczy na rynku węgierskim.

– W dłuższej perspektywie należy się spodziewać wzrostu rynku, ponieważ konsumpcja farb w Polsce znacznie odbiega od średnich europejskich, więc będziemy podążać za Europą i na pewno rynek będzie rósł i ilościowo, i wartościowo. Trudno natomiast powiedzieć, w jakim tempie to będzie postępować –mówi prezes zarządu Fabryki Farb i Lakierów Śnieżka.

Co czwarty pies ma ukruszone lub złamane zęby. Głównym powodem są zbyt twarde zabawki i gryzaki

Co czwarty pies ma ukruszone lub złamane zęby. Głównym powodem są zbyt twarde zabawki i gryzaki 7

Ponad 80 proc. psów cierpi na choroby przyzębia. Co czwarty ma ukruszone lub złamane zęby, przede wszystkim z powodu gryzienia zbyt twardych zabawek czy kości.  Eksperci przypominają, że choroby zębów i dziąseł wpływają na cały organizm czworonogów i mogą powodować poważne problemy m.in. z nerkami czy płucami. Dlatego istotna jest codzienna profilaktyka i higiena jamy ustnej psów. Jednak niewielu opiekunów regularnie o to dba.

Psy najczęściej chorują na choroby przyzębia. Według ostatnich danych dotyczy to ponad 80 proc. psów w Polsce. Drugim problemem pod względem częstości występowania są złamania zębów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Katarzyna Jodkowska, stomatolog weterynaryjna.

Choć zdecydowana większość psów cierpi na choroby zębów i przyzębia, problem zauważa zaledwie kilka procent opiekunów. Najczęstszym problemem są choroby dziąseł spowodowane brakiem higieny jamy ustnej i nadmierną ilością płytki bakteryjnej gromadzącej się na zębach. Przy braku reakcji właściciela może to doprowadzić do utraty zębów, a bakterie, które przedostaną się do krwiobiegu, mogą powodować groźne choroby i uszkodzenia ważnych narządów, w tym serca, wątroby czy nerek. Odpowiadają też za infekcje narządów wzroku i słuchu.

W przypadku złamań zębów głównym problemem jest gryzienie nieprawidłowych rzeczy, takich jak kości, butelki plastikowe, zbyt twarde zabawki i piłki. Może wówczas dochodzić do starcia lub złamania zębów – wskazuje Katarzyna Jodkowska.

Badania wskazują, że złamania zębów u czworonogów najczęściej dotyczą ważnych pod względem funkcji zębów, które służą do chwytania i rozdrabniania. Właściciele przeważnie bagatelizują problem. Z badania Oral Health Study wynika, że ponad 60 proc. z nich nie postrzega chorób jamy ustnej u psów jako problemu zdrowotnego. Blisko 40 proc., choć przyznaje, że zwierzak ma chorą jamę ustną, to jego ogólny stan zdrowia ocenia jako dobry.

W przypadku złamań zębów, kiedy dochodzi do obnażenia miazgi, może w konsekwencji powstać zgorzel, ropień okołowierzchołkowy, co w skrajnych przypadkach może wręcz doprowadzić do sepsy, czyli do zakażenia krwi. Dlatego tak ważne jest też, by natychmiast interweniować, kiedy zauważymy u czworonoga złamany ząb i albo go wyleczyć, albo usunąć – radzi ekspertka.

Jak podkreśla, psy odczuwają ból tak samo jak ludzie. Nawet jeśli wydaje się, że czworonogom nic nie dolega, warto zwrócić uwagę na nadmierną senność czy apatię. Aby nie narażać pupili na cierpienie, konieczna jest profilaktyka, przede wszystkim regularna kontrola zdrowia – obejrzenie skóry, sierści czy jamy ustnej. W przypadku higieny zębów nie ma skuteczniejszej metody niż codzienne mycie zębów.

Są zwierzęta, które nie pozwolą sobie myć zębów. Można wówczas zastosować różnego rodzaju gryzaki czy dodatki żywieniowe, które pomogą nam utrzymać higienę jamy ustnej. Natomiast psom, które przyzwyczaimy do mycia zębów, regularnie, o stałej porze powinniśmy myć zęby specjalnymi pastami do zębów – mówi stomatolog weterynaryjna.

Warto też zadbać o odpowiednie zabawki dla pupila. Te zbyt twarde, jak np. preparowane i plastikowe kości, mogą prowadzić do złamań zębów.

Nie jestem także zwolenniczką naturalnych, suszonych części ciała innych zwierząt, bo mogą stanowić zagrożenie mikrobiologiczne dla ludzi. Natomiast wszystkie zabawki, które mają atest, produkowane przez znane firmy i te, które pomagają utrzymać higienę jamy ustnej, jak najbardziej są przez nas, lekarzy weterynarii, polecane – radzi Katarzyna Jodkowska.

Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Pensylwanii dzięki wsparciu firmy Mars wskazują, że wiele dostępnych na rynku zabawek i przekąsek dla psów jest zbyt twardych dla czworonogów. Problem w tym, że do tej pory brakowało standardów, według których można by je było oceniać pod kątem bezpieczeństwa. Amerykańskie badania mogą teraz posłużyć producentom, lekarzom weterynarii i opiekunom zwierząt jako wskazówki do takiej oceny.

Zamiast borowania i plomb wystarczą komórki macierzyste. Już wkrótce będzie można wyhodować nowy, zdrowy ząb w zaledwie 9 tygodni

Zamiast borowania i plomb wystarczą komórki macierzyste. Już wkrótce będzie można wyhodować nowy, zdrowy ząb w zaledwie 9 tygodni 8

Niemal połowa osób po 35 roku życia nie ma pełnego uzębienia. Większość Polaków ma też problem z próchnicą. Protezy nie zawsze się sprawdzają, są niewygodne, implanty dentystyczne mogą natomiast zawieść i nie mają możliwości „przebudowy”, ponieważ otaczająca kość szczęki zmienia się z wiekiem. Rozwiązaniem może być hodowla zębów z komórek macierzystych. Naukowcom udało się już stworzyć tzw. pąki zębowe, które po wszczepieniu mogłyby rosnąć i wyglądać jak zwykłe zęby. Dzięki wykorzystaniu komórek można będzie też zregenerować zęby dotknięte próchnicą.

– Trwają już różne badania nad tym, jak można wyhodować zęby z komórek macierzystych. To jednak wciąż trochę science fiction i myślę, że będziemy jeszcze bardzo długo czekać na to, żeby taki ząb można było faktycznie wszczepić człowiekowi. Natomiast udało się już naukowcom wyhodować pączki zębowe. To już jest bardzo dużo, bo od tego się zaczyna – mówi agencji Newseria Innowacje Monika Stachowicz, stomatolog z Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy Periodent w Warszawie.

Naukowcy znaleźli sposób na wzrost zęba wyhodowanego z komórek macierzystych, które wrastają w trójwymiarowe rusztowanie umieszczone w ustach pacjenta. Gdy komórki macierzyste „skolonizują” rusztowanie, ząb urośnie i połączy się z otaczającą tkanką. Sama budowa zęba ma przypominać budowę zwykłej struktury, gdzie ciało samo dokłada cegły. Nowy anatomicznie prawidłowy ząb może powstać w ciągu zaledwie dziewięciu tygodni.

– Jest to bardzo obiecujące, ale nadal myślę, że należałoby to traktować w ramach ciekawostki i czekać na efekty. Natomiast bardzo wielu lekarzy już przeszczepia zęby, na przykład bierze ósemkę, która nam jest niepotrzebna i wszczepia w miejsce czwórki, która została usunięta. U wielu pacjentów się to przyjmuje – twierdzi Monika Stachowicz.

Komórki macierzyste już są wykorzystywane w leczeniu i terapii ok. 70 różnych schorzeń, w tym także nowotworów. Mogą też być przydatne w leczeniu ubytków spowodowanych próchnicą. Obecnie stosuje się plomby, jednak nawet te najnowocześniejsze nie zawsze są idealne. Testy przeprowadzone przez naukowców na gryzoniach wykazały, że przy leczeniu próchnicy przydatny może być lek stosowany przy chorobie Alzheimera, który pobudza komórki macierzyste do regeneracji zębiny. To przełom, bo dotychczas o ile udawało się odtworzyć kość czy nawet dziąsło, o tyle zębiny nie można było zregenerować, tym bardziej odbudować.

 Bezinwazyjne leczenie próchnicy wykorzystuje potencjał autonaprawczy naszego organizmu. Lek na Alzheimera blokuje pewne białko, które hamuje powstawanie zębiny. Nasz organizm jest sam w sobie bardzo kreatywny i nawet w przypadku próchnicy, broni się przez tworzenie warstwy zębiny. Jednak przez pojawiające się białka ten proces hamują. Lek wyhamowuje z kolei białko, dzięki czemu to narastanie zębiny jest niczym nieograniczone – tłumaczy Monika Stachowicz.

W ostatnich latach pojawia się coraz więcej możliwych zastosowań komórek macierzystych. Przeprowadzono już testy na skuteczność leczniczych plomb – wyprodukowane z biomateriałów stymulują komórki macierzyste do regeneracji uszkodzonej tkanki miazgi i otaczającej ją zębiny. Dzięki nowoczesnym technologiom możliwa jest regeneracja tkanek nieożywionych, takich jak szkliwo. Z kolei sterowana regeneracja tkanek i kości wykorzystuje materiały kościotwórcze lub krew pacjenta i pozwala odbudować utracone tkanki albo przyspieszyć ich regenerację.

Już wkrótce wszystkie nowoczesne formy leczenia mogą się stać powszechne. To ratunek dla znacznej części społeczeństwa – tylko w Polsce z badań epidemiologicznych wynika, że 4 proc. osób w wieku 35–44 lata nie ma ani jednego własnego zęba. Połowa 40-latków nosi protezy, a niemal połowa osób po 35 roku życia nie ma pełnego uzębienia.

Polskie miasta przyspieszają z wdrażaniem 5G. Eksperci: Budowa infrastruktury jest ważna, ale potrzebny jest także popyt na innowacyjne usługi i edukacja społeczeństwa

Polskie miasta przyspieszają z wdrażaniem 5G. Eksperci: Budowa infrastruktury jest ważna, ale potrzebny jest także popyt na innowacyjne usługi i edukacja społeczeństwa 9

Wdrożenie infrastruktury 5G jest pierwszym krokiem na drodze do unowocześnienia społeczeństwa i gospodarki. Firmy technologiczne już teraz pracują nad usługami, które w pełni wykorzystają potencjał sieci nowej generacji. Programy pilotażowe bazujące na rozwiązaniach 5G prowadzą m.in. przedstawiciele administracji publicznej, którzy chcą wykorzystać ją do stworzenia inteligentnych miast oraz firmy technologiczne zainteresowane wdrożeniem innowacyjnych usług i upowszechnieniem szybkiego internetu.

– 5G jako infrastruktura jest ważna, ale same sieci nie wystarczą. Żadna strategia oparta tylko na infrastrukturze się nie uda, ponieważ kluczowy jest popyt. Musimy myśleć o tym, jak budować popyt zarówno na usługi podstawowe, dostępowe związane z infrastrukturą, jak i na wszelkie usługi administracji czy e-commerce. Ten popyt to nic innego jak użytkownicy, którzy są świadomi tego, co mogą zyskać, rozumieją te technologie, potrafią ich używać i się ich nie boją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alek Tarkowski, prezes Fundacji Centrum Cyfrowe.

Wdrożenie sieci 5G w dłuższej perspektywie czasowej jest koniecznością. Obecne pasma radiowe wykorzystywane do komunikacji bezprzewodowej powoli osiągają limit swojej wydajności. Dzięki technologii 5G operatorzy będą mogli nie tylko obsłużyć znacznie więcej urządzeń w jednym czasie, lecz także znacząco zredukują czas potrzebny na wymianę informacji. Pozwoli to uruchomić usługi, które nie mogłyby funkcjonować w ramach technologii 4G.

Na rozwój infrastruktury 5G duży nacisk kładzie Komisja Europejska, która wydała dyspozycję, aby do 2020 roku w każdym kraju członkowskim sieć 5G była dostępna na zasadach komercyjnych przynajmniej w jednym dużym mieście. W nowych przepisach uchwalonych przez Komisję zawarto wskazania, które mają ułatwić rozbudowanie krajowych sieci 5G. Wśród nich znajdziemy m.in. rozwiązania obniżające koszty budowy oraz eksploatacji infrastruktury telekomunikacyjnej.

Polski sejm odpowiedział na zalecenia komisji. Aby przyspieszyć rozwój tej innowacyjnej technologii, uchwalono ustawę o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych. Ułatwi ona operatorom zagęszczanie zasięgu sieci 5G m.in. w parkach narodowych czy rezerwatach przyrody, a co za tym idzie – rozszerzy zasięg funkcjonowania usług i rozwiązań 5G. Potencjał infrastruktury 5G doceniła także Fundacja Centrum Cyfrowe, która widzi w niej narzędzie do usprawnienia funkcjonowania społeczeństwa pod kątem społecznym i kulturowym.

– Mówi się, że infrastruktura 5G jest potrzebna do rozwoju nowych gałęzi związanych z ideami smart, takimi jak inteligentne miasta czy inteligentny transport. Ale wydaje się, że w ogóle rozwój tej infrastruktury telekomunikacyjnej prawdopodobnie jest potrzebny dzisiaj do rozwoju wszystkich branż, bo tak bardzo już całe społeczeństwo jest zawładnięte technologią – twierdzi ekspert.

Włodarze polskich miast prowadzą już rozmowy dotyczące realizacji założeń Komisji Europejskiej. Rzeszowscy samorządowcy podpisali listy intencyjne z firmami, które zbudują miejską infrastrukturę 5G. Do współpracy zaproszono m.in. operatora telekomunikacyjnego Exatel, specjalizującego się w usługach cyberbezpieczeństwa, oraz firmę Fibrain, zajmującą się tworzeniem infrastruktury sieciowej. Władze Rzeszowa liczą na to, że dzięki sieci 5G miasto będzie mogło przeprowadzić m.in. pilotażowy program testowy pojazdów autonomicznych.

Z kolei operator Play we współpracy z Huawei rozpoczyna konsumenckie testy technologii 5G. Do testów pilotażowych zaproszono najbardziej wymagających klientów operatora, aby sprawdzić rzeczywistą wydajność nowej technologii w warunkach użytkowych. Program pilotażowy obejmie wąski zakres częstotliwości 5G – od 3,5 do 3,6 GHz.

Play jest także jednym z sygnatariuszy umowy powołujących do życia Akcelerator S5 w Łodzi. Firma we współpracy z Ericssonem, Łódzką Specjalną Strefą Ekonomiczną, Politechniką Łódzką oraz Urzędem Komunikacji Elektronicznej będzie badała przemysłowy potencjał technologii 5G. Do udziału w przedsięwzięciu zaproszono 40 start-upów, które będą pracowały nad projektami koncepcyjnymi wykorzystującymi rozwiązania z zakresu sieci 5G.

Rozwój 5G oznacza jednak potrzebę rozbudowy infrastruktury, w tym masztów telekomunikacyjnych. Jak podkreśla ekspert, ważna jest mądra edukacja.

– Ludzie chcieliby jednocześnie mieć komórkę działającą w kieszeni i nie mieć masztu za oknem. Problem jest taki, że infrastruktury nie da się wybudować daleko, ona musi być w całym kraju. Zwykła edukacja, prosta kampania uświadamiająca czy billboardy tu nie wystarczą. Gdy zajmujemy się technologią myślenie w kategoriach lęków nie jest dobre. Musimy do nich po prostu podchodzić mądrze, czyli być świadomym zagrożeń, ale lęk nie jest tutaj dobrym doradcą, zagrożenia trzeba po prostu rozwiązywać – uważa Alek Tarkowski.

Według firmy badawczej ResearchsandMarkets wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 251 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie blisko 97 proc. w skali roku.

Indeks nastrojów mikroprzedsiębiorców 2019 – większa satysfakcja pomimo rosnących trudności

Polscy mikroprzedsiębiorcy odczuwają większą satysfakcję z prowadzenia własnego biznesu, mimo że – według ich opinii – warunki do prowadzenia działalności gospodarczej w naszym kraju są coraz trudniejsze. Z przeprowadzonego przez firmę inFakt Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości 2019 wynika jednak, że indeks obrazujący ich nastroje w porównaniu z rokiem poprzednim zmalał.

Indeks inFakt to wskaźnik opracowany na bazie odpowiedzi udzielonych przez właścicieli najmniejszych firm w Badaniu Polskiej Mikroprzedsiębiorczości. Są oni proszeni m.in. o skomentowanie poziomu ich satysfakcji z prowadzonego biznesu, łatwości prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce oraz bieżącej i prognozowanej sytuacji finansowej. Indeks może przyjmować wartości od -100 pkt. do 100 pkt., przy czym -100 pkt. oznacza skrajny pesymizm, 0 pkt. – równowagę, a 100 pkt. – skrajny optymizm.

Według Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości przeprowadzonego w marcu br. wartość indeksu inFakt wyniosła 2,7 pkt. Tegoroczny wynik wciąż wskazuje na lekki optymizm wśród mikroprzedsiębiorców, chociaż jest o 0,5 pkt. niższy niż w ubiegłym roku.

Wśród czynników, na bazie których wyliczany jest indeks, wzrost dotyczył poziomu satysfakcji z prowadzonej działalności gospodarczej. Odsetek badanych, który deklarował, że posiadanie własnego biznesu przynosi satysfakcję, wzrósł z 56% w roku ubiegłym do 64% w najnowszym badaniu. Warto podkreślić, że satysfakcja rośnie wraz ze stażem prowadzenia działalności.

Mikroprzedsiębiorcy największą korzyść widzą w możliwości samodzielnego decydowania o sobie, bycia swoim własnym szefem – wskazało tak blisko 70% ankietowanych. Potrzeba niezależności i samodzielności to również najczęstszy powód, dla którego badani zdecydowali się założyć własny biznes.

Wynik dotyczący satysfakcji może być zaskakujący, jeśli wziąć pod uwagę, że mikroprzedsiębiorcy niżej niż w ubiegłorocznym badaniu ocenili łatwość prowadzenia własnego biznesu. Nieco wyższy odsetek niż w 2018 uważa, że sytuacja finansowa ich firm jest w tym roku gorsza niż w roku poprzednim. Natomiast znacznie mniej niż w ubiegłym roku wierzy, że ich sytuacja finansowa się poprawi. Obecnie aż 67% mikroprzedsiębiorców uważa, że nie osiąga wynagrodzenia, które jest satysfakcjonujące i adekwatne do ich wkładu pracy.

Przedsiębiorczość pomimo trudnych warunków

W rankingu Wolności Gospodarczej 2019 fundacji Heritage i „The Wall Street Journal”, który ocenia politykę rządów pod kątem wolności gospodarczej, Polska zajmuje 46. miejsce na świecie (spadek o jedną pozycję rok do roku) i 23. w Europie. Zdaniem autorów rankingu Polska jest więc „umiarkowanie wolnym” gospodarczo krajem. Tak samo zostały sklasyfikowane m.in. Bułgaria, Słowacja, Węgry, ale też Francja, Włochy czy Hiszpania.

Co ciekawe w tym kontekście, według raportu GEM (Global Entrepreneurship Monitor) 20% Polaków rozważa założenie działalności gospodarczej w ciągu najbliższych trzech lat od daty badania[1].

Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt
Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt

Polacy są przedsiębiorczy, chcą zakładać i rozwijać swoje biznesy. Mamy potencjał, którego nie wolno zmarnować – podkreśla Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt. – Niestety, przedsiębiorcy co roku wskazują ciążące na nich daniny na rzecz państwa oraz brak przejrzystości w obciążeniach podatkowych. Do tego dochodzi brak stabilizacji w prawie i często zmieniające się przepisy. Wyniki naszego badania wskazują, że oczekiwaliby od państwa przede wszystkim obniżenia składek ZUS i podatków. Warto przy tym podkreślić, że nie są to nowe tematy. Dlatego tym większej satysfakcji dostarczają sukcesy w biznesie pomimo trudnych warunków prowadzenia działalności.

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Dla przedsiębiorców ważne jest również to, aby obowiązujące prawo było jasne. 44% badanych odpowiedziało, że oczekuje uproszczenia przepisów o VAT. – W tym przypadku korzystne byłoby wprowadzenie matrycy VAT, o której rząd informował w lutym tego roku. Pozwoliłaby ona na ujednolicenie stawek VAT. Niestety, prace nad tym projektem zostały wstrzymane – mówi Aneta Socha-Jaworska, ekspert podatkowy w firmie inFakt.

Wsparciem dla przedsiębiorców miały być rozwiązania wprowadzone w 2018 roku w pakiecie ustaw nazwanym „Konstytucją dla biznesu”. Tymczasem okazało się, że nie miały one odczuwalnego wpływu na ich ocenę sytuacji prawnej. Co więcej, 56% mikroprzedsiębiorców jest zdania, że w ciągu ostatnich trzech lat warunki do prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce pogorszyły się.

Metodologia opracowania indeksu inFakt

W celu pozyskania informacji do Indeksu w marcu 2019 roku przeprowadzono badanie ankietowe wśród mikroprzedsiębiorców. Badanie zrealizowała agencja ARC Rynek i Opinia metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interviewing) na reprezentatywnej grupie 1 097 mikrofirm (osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą oraz spółki zatrudniające do 9 osób). Udzielając odpowiedzi na pytania będące komponentami Indeksu, respondenci w swoich ocenach posługiwali się skalą pięciostopniową. Poszczególnym wariantom odpowiedzi przypisane zostały odpowiednie wagi – waga 1,0 dla wariantu bardzo pozytywnego, waga 0,5 dla wariantu umiarkowanie pozytywnego, waga 0 dla wariantu neutralnego, waga -0,5 dla wariantu umiarkowanie negatywnego oraz waga -1,0 dla wariantu bardzo negatywnego). Dla pytań tych obliczano następnie statystyki bilansowe (salda), które, po przeliczeniu, dały wynik tegorocznego Indeksu inFakt.

[1] https://www.gemconsortium.org/report/gem-2018-2019-global-report

Bitcoinowa koparka – polski fiskus surowy dla podatników

Według wiodącego polskiego serwisu traktującego o bitcoinie waluta ta zanotowała udany pierwszy kwartał 2019 r., co ma być konsekwencją wzrostu jej wartości o ponad 30%. Prawdą jest, że wirtualne waluty nadal wzbudzają szerokie zainteresowanie. Chodzi tutaj nie tylko o ich specyfikację techniczną, ale również o inwestycje czy po prostu o ich nabycie i odsprzedaż podyktowane chęcią wzbogacenia się. Co jednak ważne, w wyniku zapędów polskiego fiskusa zarobek ten może być nieco niższy. Dotyczy to w szczególności osób zamierzających wydobywać bitcoina, czyli w praktyce wykopywać go przy użyciu urządzeń elektronicznych. Przyczyna wynika z negatywnej dla podatników wykładni przepisu dotyczącego kosztów uzyskania przychodu mających pomniejszać przychód osiągnięty z tytułu zbycia wirtualnej waluty. Precyzyjniej rzecz ujmując, chodzi tutaj o wydatki poniesione na dedykowany sprzęt komputerowy, bez którego wydobycie bitcoina nie byłoby możliwe. Przekonał się o tym jeden z podatników, który już na początku swej przygody z biznesem bitcoinowym potknął się o kłodę rzuconą przez organ podatkowy.

Istota sporu

Jeden z podatników postanowił rozpocząć prowadzenie własnego biznesu polegającego na tzw. kopaniu (pozyskiwaniu) wirtualnej waluty przy użyciu urządzeń elektronicznych (np. kart graficznych GPU lub układów ASIC). Skutkiem tej aktywności miało być pozyskiwanie kryptowaluty w sposób „pierwotny”, czyli wskutek wykonywania obliczeń matematycznych za pomocą urządzeń elektronicznych. Pozyskany w ten sposób bitcoin miał być następnie zbywany na rzecz osób trzecich.

Jak słusznie zauważył podatnik, kopanie wirtualnej waluty będzie generować po jego stronie określone wydatki m.in. na zakup sprzętu przeznaczonego do wydobywania oraz na energię elektryczną zużywaną w tym celu. Podatnik podniósł przy tym, że proces kopania jest energochłonny, a samo wydobycie waluty bez sprzętu oraz bez użycia energii elektrycznej jest w praktyce niemożliwe.

Nie tracąc powyższego z pola widzenia, podatnik postanowił upewnić się, czy wydatki poniesione na sprzęt komputerowy (tzw. koparkę) oraz na energię elektryczną, która ma być zużyta na wydobycie bitcoina, mogą zostać uznane za wydatki obniżające przychód z tytułu zbycia wirtualnej waluty.

Brzmienie przepisów

Jak wynika z ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, dochód z tytułu zbycia wirtualnej waluty opodatkowany jest stawką w wysokości 19%. Wynika to z brzmienia art. 30b ust. 1a ww. ustawy. Dochodem z odpłatnego zbycia walut wirtualnych jest natomiast różnica między sumą przychodów uzyskanych z tytułu odpłatnego zbycia a kosztami uzyskania przychodów określonymi na podstawie art. 22 ust. 14-16 ww. ustawy.

W opisywanej sprawie kluczowy okazał się art. 22 ust. 14, który mówi o tym, jakie wydatki mogą zostać zaliczone do kosztów uzyskania przychodów z tytułu zbycia kryptowalut. Zgodnie z jego brzmieniem do takich kosztów można zaliczyć wydatki, które są udokumentowane oraz które bezpośrednio zostały poniesione na nabycie wirtualnej waluty.

Stanowisko organu

Biorąc pod uwagę jasne brzmienie przywołanego powyżej art. 24 ust. 14, należy przyjąć, że podatnik wniósł raczej o potwierdzenie swojego stanowiska, aniżeli o rozwianie wątpliwości, jakie mogły spowodować omówione regulacje prawne. Nie będzie bowiem ryzykiem przyjęcie tezy, że każdy przeciętny uczestnik obrotu gospodarczego zauważy istnienie bezpośredniego związku pomiędzy zakupem bitcoinowej koparki a jego wydobyciem, które bez tego zakupu – co oczywiste – nie wystąpi.

Niestety, jedno z najnowszych rozstrzygnięć w przedmiocie kryptowalut zaprezentowane przez organ podatkowy nie spotkało się z argumentacją podatnika. Fiskus uznał bowiem, że wydatek poniesiony na zakup sprzętu komputerowego oraz na zużycie prądu nie może stanowić kosztu uzyskania przychodu z tytułu zbycia wirtualnej waluty. W jego opinii brak jest bezpośredniego związku pomiędzy nabyciem bitcoinowej koparki a wydobywaniem kryptowaluty.

W obliczu takiego rozstrzygnięcia i braku wyjaśnienia przez organ toku rozumowania trudno o racjonalny komentarz. Warto jednak dostrzec, że w wielu orzeczeniach organy podatkowe przyjmują, iż bezpośredni związek pomiędzy wydatkiem a uzyskaniem przychodu występuję wtedy, kiedy poniesiony wydatek przekłada się wprost na uzyskanie konkretnego przychodu. Skoro zatem zakup bitcoinowej koparki takiego związku nie wykazuje, to pojawia się obawa o wydanie przedmiotowego orzeczenia bez odczytania literalnego brzmienia przepisu, ale również w oderwaniu od otaczającej rzeczywistości.

Wniosek

Trzeba niestety stwierdzić, że ugruntowanie się linii orzeczniczej prezentującej ww. stanowisko spowoduje, iż obrót bitcoinem będzie mniej korzystny dla polskich podatników. Przyczyną będzie obowiązek zadeklarowania wyższego dochodu, czyli bez uwzględnienia wskazanych powyżej wydatków. Po raz kolejny zatem orzecznictwo fiskusa może zablokować prowadzenie biznesu z powodu jego nieopłacalności. Stąd zaś krótka droga do podjęcia przez podatników decyzji o przeniesieniu aktywności ekonomicznej bądź jej części poza granice naszego kraju.

W świetle powyższego warto zwrócić uwagę, że w dniu 8 maja 2019 r. wydane zostało orzeczenie potwierdzające, że pewne grupy podmiotów obracające kryptowalutą nie będą opodatkowane podatkiem dochodowym. Mowa tutaj o polskim przedsiębiorcy posiadającym zakład podatkowy poza Polską, za pośrednictwem którego waluta jest zbywana. Do drugiej grupy należą rezydenci podatkowi z innych krajów, którzy de facto w ogóle nie są objęci przepisami polskich ustaw podatkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Efekt z układania, czyli krótka historia o wdrożeniu Lean Management

Rozwój organizacji w kierunku podnoszenia efektywności pracy oraz satysfakcji klienta niesie za sobą konieczność analizy i ciągłego doskonalenia procesów, a także podnoszenia zakresu odpowiedzialności poszczególnych osób za podjęte działania. Firmy chcąc osiągnąć przewagę konkurencyjną stawiają obecnie na podejście procesowe. Jednym z jego filarów jest zbudowanie kultury ciągłego doskonalenia.

Agata Nowak – Konsultant, Partner w firmie Lean Management Consulting Group
Agata Nowak – Konsultant, Partner w firmie Lean Management Consulting Group

Dobrym przykładem efektywnego wdrożenia Lean Management w strukturach własnej organizacji jest firma TELKA SA, której udało się przeprowadzić taką transformację. Dzięki niej osiągnięto wymierne efekty – utrzymano bardzo wysoki poziom wzrostu sprzedaży z ubiegłego roku a dokładnie 40%, a ilość przygotowanych i zaakceptowanych ofert w maju wzrosła o około 70%. Jak to wdrożenie przebiegało opowiada Agata Nowak – konsultant Lean Management Consulting Group, która wspólnie z drugim konsultantem  Edwardem Kastelikiem pomogła firmie przejść przez całą transformację.

Zaangażowanie najwyższej kadry zarządzającej jest kluczem do sukcesu

Jednym z podstawowych warunków powodzenia transformacji Lean w organizacji jest zaangażowanie kadry najwyższego szczebla i przekonanie pozostałych pracowników, że organizacja powinna się stale doskonalić. Takie podejście do zarządzania swoją firmą ma Joanna Telka-Dudkowska, Wiceprezes Zarządu, Dyrektor handlowy firmy Telka SA, polskiego producenta i dystrybutora systemów deskowań, rusztowań i ogrodzeń. Pomimo dotychczasowych, dobrych wyników sprzedażowych Pani Joanna wyszła z inicjatywą  nawiązania współpracy z firmą zewnętrzną w celu udoskonalenia systemu zarządzania sprzedażą oraz wprowadzania podejścia i myślenia procesowego wśród pracowników swojej organizacji. Wspólnie z konsultantami firmy Lean Management Consulting Group udało się osiągnąć zamierzone efekty, a przede wszystkim zaangażować w zmianę pracowników i trwale zaszczepić im kulturę wprowadzania codziennych usprawnień.

Po kilkumiesięcznym wdrożeniu uzyskaliśmy poprawę efektywności na wielu stanowiskach administracyjnych, np.: skrócenie czasu pracy na określonym stanowisku, wprowadzenie rejestru ubrań roboczych, ułożenie norm i standardów, których wcześniej nie było, obsługę rozrachunków. Dział handlowy pracuje  teraz w oparciu o cel i plan. Raport menadżerski jest systematycznie uzupełniany o nowe wskaźniki, co na poziomie zarządczym generuje wymierną korzyść w postaci informacji niezbędnych do podejmowania działań korygujących.” – mówi Joanna Telka-Dudkowska.

Bez zaangażowania pracowników w zmianę nie udałoby się osiągnąć opisanej efektywności, a przede wszystkim zgodnego stanowiska w najważniejszych z tego punktu widzenia kwestiach: co jest wartością dodaną w procesie, jakie czynności są marnotrawstwem oraz w kwestii wypracowania skutecznego podejścia do rozwiązywania problemów w procesie oraz eliminacji marnotrawstw.

Wdrożenie Lean sprawiło, że spojrzeliśmy z nowej perspektywy na organizację pracy naszej organizacji. Dzięki przeprowadzonym warsztatom inaczej postrzegam swoje otoczenie – nie tylko zawodowe. Wszystko wokół jest poukładane i zorganizowane. Wyeliminowaliśmy marnotrawstwa w procesie, a ja nauczyłam się, że zawsze można coś udoskonalić, poprawić i zwiększyć wydajność – nie tylko w środowisku pracy, ale również w życiu prywatnym.” – twierdzi Ewelina Lewandowska, Specjalista ds. płatności i rozliczeń w firmie Telka SA.

Podobnego zdania jest również Pani Joanna Telka-Dudkowska, która podkreśla, że patrzenie na proces z perspektywy klienta stworzyło możliwość udoskonalenia wielu obszarów współpracy, dzięki czemu firma osiąga jeszcze lepsze rezultaty, zwiększając satysfakcję obecnych oraz nowych klientów.  „Tak naprawdę postrzegam Lean jako ogromną skrzynię narzędzi do układania naszego przedsiębiorstwa i podnoszenia satysfakcji klientów. To wdrożenie nauczyło mnie jak umiejętnie wykorzystywać te narzędzia w praktyce. Mówiąc najkrócej, Lean zafascynował mnie zdroworozsądkowym podejściem do procesów oraz podejściem do zarządzania zasobami ludzkimi.”

Rozwój procesów to rozwój ludzi

Ciągłe doskonalenie niesie za sobą korzyści związane nie tylko z samą poprawą efektywności procesu. Lean Management to przede wszystkim rozwój kompetencji oraz budowanie zaangażowania wśród pracowników całego zespołu. Przechodząc transformację procesową pracownicy stają się coraz bardziej odpowiedzialni za realizowane procesy – a  co najważniejsze wiedzą, że są integralną częścią procesu pracy, którą wykonują.

Jako zespół jesteśmy bardziej zorganizowani, zdyscyplinowani, nastawieni na dalszy rozwój.  Najbardziej podobały nam się warsztaty dotyczące rozwiązywania problemów. Pierwszy raz prawidłowo przeprowadziliśmy burzę mózgów i doszliśmy do rozwiązania największego problemu w dziale sprzedaży. 5S wprowadziło komfort, ład, prządek i bezpieczeństwo na moim stanowisku pracy oraz w administracji, a przede wszystkim wyeliminowało chaos i hałas. Standaryzacja pracy pomogła mi w stworzeniu standardu procesu windykacji, kontroli oraz samodyscypliny w działaniach windykacyjnych. Wszystko jest policzone, jasne i klarowne. Kolejny przykład to optymalizacja procesu podpięcia skanu faktury, która usprawniła moją pracę na tyle, że w ciągu miesiąca zyskałam ponad 5 godzin i 14 minut na wypełnianie pozostałych obowiązków.” – stwierdza z zadowoleniem Ewelina Lewandowska.

„Równie ważne było precyzyjne ustalenie celu zespołu oraz planu i zadań, aby go osiągnąć. Nasza praca jest teraz pod wieloma aspektami bardziej uporządkowana. Każdy z operatorów wie jaki jest jego cel dzienny, tygodniowy oraz miesięczny, a my jako zespół pracujemy wspólnie na osiągnięcie celu rocznego.” – uzupełnia Adrianna Kubot, Lider sprzedaży i specjalista ds. sprzedaży zagranicznej.

Pokonywanie trudności umacnia pozytywne nastawienie zespołu

„Pierwszą trudnością było przekonanie moich wspólników do wprowadzenia kultury Lean w naszej firmie. Dlatego czuję dużą odpowiedzialność za powodzenie tego projektu – na razie na wybranych obszarach naszego przedsiębiorstwa. Spotkałam się też z oporem niektórych osób. Takie wdrożenie to szansa dla pracodawcy, aby zaobserwować jakie jest nastawienie pracowników do rozwoju organizacji i zmiany,  jak angażują się w proces doskonalenia przedsiębiorstwa. Lean dał mi ogromną wiedzę na temat mojego zespołu. Dziś już wiem że, kolejnym wyzwaniem będzie utrzymanie osiągniętych standardów, systematyczne używanie narzędzi Lean oraz realizacja rozpoczętych projektów udoskonalających.” – mówi Joanna Telka-Dudkowska.

Wielką trudnością jest takie zorganizowanie czasu pracy, żeby wygospodarować go na dodatkowe zadania związane z Lean. Bardzo ważne jest też odpowiednie podejście uczestników do podjętych działań (pracowników i pracodawcy).”  – mówi Anna Sołoducha , Specjalista ds. kadr i płac.

„ Najtrudniejsze na etapie wdrożenia filozofii Lean jest zaufanie, przekonanie, że proponowane metody przyniosą efekty, pozytywne nastawienie na zmiany oraz zaangażowanie. Bez zaangażowania i chęci przeorganizowania swojej pracy, warsztaty nie przyniosą rezultatów.”  – potwierdza Ewelina Lewandowska.

„Najtrudniejsze, według mnie, było wdrożenie nowego standardu. Wcześniej każdy z operatorów miał swój wyuczony standard pracy. Sporą trudność sprawiało na początku odejście się od wcześniejszych przyzwyczajeń i praca wg określonych schematów. ” – Opisuje Adrianna Kubot, Lider sprzedaży/Specjalista ds. sprzedaży zagranicznej.

Lean nie jest jednorazowym projektem ani szkoleniem. To transformacja, która pomaga organizacjom osiągać jeszcze lepsze wyniki, budować efektywniejsze procesy i rozwijać potencjał oraz kompetencje ludzi. Transformacjom procesowym zawsze powinna przyświecać myśl: „Doskonaląc procesy biznesowe zawsze doskonalimy ludzi.” Bez tego nie ma możliwości osiągnięcia optymalnego efektu z układania procesów.

„Obecnie wszyscy wspólnie jesteśmy skoncentrowani na osiągnięciu celu. Uświadomiliśmy sobie jak ważne są nasze spotkania, więcej rozmawiamy o trudnościach. Wielką wartością były warsztaty praktyczne, dotyczące np. rozwiązywania problemów. Ogromną satysfakcję czuliśmy również podczas wspólnego wdrażania 5s. Ja osobiście jestem bardzo zmotywowana do dalszych wdrożeń. Nasza przygoda z Lean tak naprawdę dopiero się rozpoczęła.” – podsumowuje sukces swojego zespołu oraz firmy Joanna Telka-Dudkowska.

Agata Nowak – Konsultant, Partner w firmie Lean Management Consulting Group 

Alliance Ventures inwestuje w Mobility House

Alliance Ventures, strategiczny fundusz kapitałowy sojuszu Renault-Nissan-Mitsubishi, inwestuje w firmę technologiczną Mobility House. Jest to twórca platformy integrującej akumulatory samochodowe z systemem sieci energetycznych, dzięki zastosowaniu inteligentnych rozwiązań w zakresie ładowania i magazynowania energii.

Inwestycja ta jest kolejnym elementem programu inwestycyjnego Alliance Ventures, polegającego na rozwoju współpracy ze startupami, które dostarczają rozwiązań technologicznych najnowszej generacji dla branży motoryzacyjnej. Firma The Mobility House ma siedziby w Niemczech, w Szwajcarii i w Dolinie Krzemowej w Kalifornii.

FRANÇOIS DOSSA
FRANÇOIS DOSSA

„Celem Alliance Ventures jest zapewnianie członkom sojuszu dostępu do ekosystemu otwartych innowacji, który ma umożliwić zbudowanie mobilności jutra” – powiedział François Dossa, prezes Alliance Ventures i wiceprezes do spraw otwartych innowacji. „Mobility House posiada bogatą wiedzę w zakresie e-mobilności i transformacji energetycznej, która przyczyni się do zaangażowania Sojuszu w budowę pojazdów i realizacji naszej wizji: kształtowania elektromobilności jutra”.

Firmy członkowskie Sojuszu i Mobility House zrealizowały wspólnie już kilka projektów. Na przykład, dzięki współpracy z Mobility House, Nissan LEAF był pierwszym samochodem elektrycznym, który został wykorzystany w projekcie Vehicle-to-Grid (V2G) w aglomeracji Hagen, w Niemczech. Z kolei, współpracując z Grupą Renault, Mobility House wprowadzi na rynek największy europejski system magazynowania energii, wykorzystujący akumulatory samochodów elektrycznych. Ten inteligentny ekosystem energetyczny przyczyni się do przekształcenia portugalskiej wyspy Porto Santo, leżącej w pobliżu Madery w pierwszą „inteligentną energetycznie wyspę” na świecie.

„Alliance Ventures jest doskonałym partnerem strategicznym i inwestorem dla Mobility House” – powiedział Thomas Raffeiner, założyciel i dyrektor generalny Mobility House. „Nasza wcześniejsza współpraca dowiodła, że nasze wizje i zakres umiejętności są zbieżne w kwestii realizacji wspólnych celów. Cieszymy się z możliwości wspólnej realizacji kolejnych projektów i wizji, które służą wspólnemu celowi: wspieraniu rozwoju systemu zrównoważonej energetyki.”

Poza inwestycją w Mobility House, sojusz Alliance Ventures zrealizował już 11 projektów inwestycyjnych w startupy w Ameryce Północnej, Europie i Chinach.

Informacje finansowe dotyczące inwestycji w Mobility House nie będą podane do publicznej wiadomości.

Black Pearls VC inwestuje w NANOXO 1 mln PLN

Polska firma rozwijająca własną technologię wytwarzania kropek kwantowych tlenku cynku (ZnO QDs) zdobyła właśnie inwestora: fundusz Black Pearls VC wsparł NANOXO kwotą 1 mln PLN. Kropki kwantowe to niezwykle innowacyjny materiał wykorzystywany obecnie głównie w produkcji wyświetlaczy. Dzięki technologii NANOXO, znajdzie on swoje zastosowanie w kolejnych gałęziach przemysłu.

Projekt ze świata naukowego

Jednym z założycieli NANOXO jest profesor Janusz Lewiński, kierownik dwóch grup badawczych Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej i Instytutu Chemii Fizycznej PAN. To właśnie w ramach współpracy tych zespołów rozwinięto technologię wytwarzania kropek kwantowych tlenku cynku o unikalnych w porównaniu z materiałami dostępnymi na rynku własnościach. Prace naukowe trwały ponad 10 lat, w etap komercjalizacji wchodzi więc dojrzała technologia.

Przy użyciu naszej technologii wytwarzania kropek kwantowych, jesteśmy w stanie opracować materiały o bardzo wysokiej czystości i stabilności oraz niskiej toksyczności, co otwiera drogę do wielu różnorodnych zastosowań praktycznych. Kluczową zaletą naszej technologii jest precyzyjna kontrola nad zachodzącymi procesami chemicznymi, pozwalająca na projektowanie nanomateriałów uwzględniających możliwość ich późniejszego zastosowania w produktach naszych klientów. Jako spółka NANOXO, ze wsparciem inwestora zamierzamy dalej rozwijać technologię i rozszerzać jej komercjalizację. Już na tym etapie naszej działalności realizujemy prace badawczo-wdrożeniowe we współpracy z partnerami przemysłowymi.  – profesor Janusz Lewiński, współzałożyciel, główny udziałowiec i szef Rady Naukowej NANOXO

Kropki kwantowe: zastosowania

Zastosowanie Rynek nanomateriałów opartych o kropki kwantowe jest obecnie zdominowany przez producentów nowej generacji wyświetlaczy QLED. Potencjalnych obszarów zastosowań tego typu materiałów jest jednak znacznie więcej. Do tej pory jednak, ze względu na toksyczność, niską stabilność oraz brak efektywnych metod precyzyjnego projektowania i syntezy kropek kwantowych, rozwój w nowych kierunkach ich wykorzystania był bardzo utrudniony. Technologia opracowana przez NANOXO rozwiązuje powyższe problemy, dzięki czemu kropki kwantowe mogą być szeroko stosowane w obszarach dotychczas uznawanych za niszowe.

Produkowane naszą metodą quantum dots mogą być używane jako skuteczne znaczniki luminescencyjne do zabezpieczeń oryginalności produktów, markery sortujące, fluorescencyjne tusze czy materiały samoczyszczące. Znajdą też zastosowanie w bardziej zaawansowanych rozwiązaniach elektronicznych jak czujniki UV, nowoczesne panele fotowoltaiczne, diody LED czy lasery. – Emil Bojarski, prezes Nanoxo

Do obszarów potencjalnego wykorzystania kropek kwantowych tlenku cynku należą też biomedycyna i przemysł kosmetyczny – tutaj sprawdzą się jako nośniki leków, efektywne filtry UV czy znaczniki do obrazowania. Ponadto mogą one przyczynić się do rozwoju nowych zastosowań takich jak komputery kwantowe, spintronika, czy nowe metody wykorzystania energii słonecznej np. w fotokatalizie.

Wsparcie inwestora

Black Pearls VC zainwestował w NANOXO 1 mln złotych z funduszu LQT Fund II w ramach programu BRIdgeAlfa Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, a transakcję z ramienia funduszu przeprowadził Maciej Skórkiewicz (Partner) i Aleksander Dobrzyniecki (Investment Manager).

Możliwość pracy z polskimi naukowcami i zaangażowanie w rozwój tak zaawansowanej technologii, to dla naszego zespołu niezwykle interesujące wyzwanie. Potencjał komercjalizacyjny kropek kwantowych jest ogromny nie tylko ze względu na zaawansowany etap rozwoju tej technologii, ale przede wszystkim w związku z szerokim spektrum zastosowań powstałych przy jej użyciu materiałów. – Maciej Skórkiewicz, Partner w Black Pearls VC.

W najbliższym czasie planujemy wprowadzenie na rynek nowych nanomateriałów oraz wysokiej jakości perowskitów będących interesującą alternatywą w stosunku do obecnych na rynku produktów. Obecnie cały świat poszukuje rozwiązań w tym zakresie, aby możliwe było wytworzenie stabilnych ogniw nowej generacji. Przygotowujemy też nowe zgłoszenia patentowe oraz jesteśmy w trakcie uruchamiania sklepu internetowego będącego naturalnym kanałem sprzedaży dla branży naukowej. Uważamy, że ścisła współpraca z klientami naukowymi zwiększy konkurencyjność naszych produktów oraz umożliwi szybszą komercjalizację wśród globalnych partnerów przemysłowych. Cieszymy się także z możliwości współpracy z tak dojrzałym partnerem biznesowym jakim jest fundusz Black Pearls VC, który podchodzi z dużym zrozumieniem i otwartością do firm z sektora nowych technologii.  – Emil Bojarski, prezes Nanoxo

Sztuczna inteligencja ochroni turystów

Nawet 1,9 mln pasażerów miesięcznie obsługuje lotnisko na Okęciu w okresie wakacyjnym – to prawie dwa razy więcej, niż np. w lutym 2018 roku[1]. Okres wzmożonych podróży wiąże się jednak także ze wzrostem liczby sytuacji stanowiących zagrożenie dla zdrowia lub życia, jak wypadki czy przestępstwa. Tylko w często odwiedzanym latem Gdańsku w czerwcu br. doszło do 37 kradzieży dziennie[2]. W dbaniu o bezpieczeństwo turystów może pomóc sztuczna inteligencja.

Lokalne służby nie dysponują środkami do zapewnienia bezpieczeństwa tysięcy osób odwiedzających popularne miejsca i zabytki oraz monitorowania ich zachowania. Nie jest też możliwe np. ściągnięcie latem policjantów z całej Polski do pilnowania wakacyjnych kurortów. Z pomocą przychodzą natomiast m.in. inteligentne systemy wideo, które w kilka sekund weryfikują to, co człowiekowi zajęłoby wiele godzin.

Bezpieczeństwo real-time

Lotniska, autostrady, transport publiczny, dworce, pociągi, deptaki, zabytki historyczne – wszystkie te obiekty mogą być chronione skuteczniej dzięki zastosowaniu inteligentnych kamer. Samych Pompejów, które w sezonie odwiedza dziennie nawet 15 tys. turystów, strzeże ponad 350 takich urządzeń[3]. Inteligentne systemy wideo automatycznie analizują pozyskiwane informacje w czasie rzeczywistym, a następnie sugerują służbom zdarzenia, którym warto się przyjrzeć. Monitorują ruch, alarmują o podejrzanych pakunkach, niestandardowym zachowaniu, „wałęsających się” w danym miejscu osobach, ale też np. kręcących się wokoło zagubionych dzieciach.

Zdrowie pod szybką kontrolą

Kamery nie tylko łapią kieszonkowców czy wandali, ale też umożliwiają szybką pomoc w przypadku zagrożenia dla zdrowia. Wychwytują upadki osób, zasłabnięcia czy potrącenie przez samochód, mogą też automatycznie reagować na zbyt głośny dźwięk i wykrywać machanie rękami nad głową sugerujące, że ktoś potrzebuje pomocy. Inteligentne systemy wideo ułatwiają również służbom poruszanie się po mieście i szybkie dotarcie na miejsce wypadku, np. dzięki tworzeniu map 3D i informowaniu o zatorach drogowych.

– Inteligentne kamery poprawiają poczucie bezpieczeństwa, zmniejszają poziom przestępczości i liczbę urazów czy wypadków, pomagają dyspozytorom w szybkim reagowaniu. Natomiast pozytywne efekty ich stosowania można oczywiście obserwować nie tylko w sezonie turystycznym. Są aktywne przez cały rok – chronią zarówno odwiedzających, jak i miejscowych. Mogą także zostać połączone z miejskimi systemami monitorowania warunków atmosferycznych, dyspozytorami straży pożarnej i pogotowia czy działaniami prowadzonymi przez organizacje charytatywne, co przynosi mieszkańcom dodatkowe korzyści – wskazuje Piotr Bettin, menedżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo w firmie Konica Minolta.

[1] Źródło: https://www.lotnisko-chopina.pl

[2] http://www.gdansk.policja.gov.pl/pm1/statystyki/statystyka-przestepstw/2019/79254,Statystyka-przestepstw-2019.html

[3] https://www.mobotix.com

Transformacja druku do modelu usługowego

W sytuacji, gdy coraz więcej firm przenosi swoje kluczowe dane i aplikacje do chmury, nabywając produkty IT i infrastrukturę technologiczną w formie usług, model oparty na subskrypcji staje się dominującą formą w korporacjach. Korzyści są dobrze udokumentowane, a perspektywa lepszej kontroli kosztów, zwiększonego bezpieczeństwa, większej zwinności i dostępu do najnowszych technologii zwiększa dynamikę rynku.

Deloitte Global szacuje, że do 2022 r. przedsiębiorstwa wydadzą około 50% swoich budżetów IT na usługi – co wyraźnie wskazuje, że tradycyjna, licencjonowana technologia wdrażana u klienta, traci wiodącą pozycję. Transformacja w sposobie dostarczania technologii informatycznych jest przyczyną wprowadzania zmian przez zespoły IT. Organizacje stają przed wyzwaniem identyfikowania nowych pomysłów, w jaki sposób usługi mogą być dostosowane do potrzeb biznesowych, zapewniając jednocześnie skuteczne wdrożenie nowych rozwiązań opartych na chmurze.

Dodatkowo zespoły IT już teraz mierzą się z niekończącą się listą zadań: zajmują się zagrożeniami związanymi z coraz bardziej złożonymi sieciami, utrzymaniem sprawności przeciążonej infrastruktury technologicznej, przyczynianiem się do zwiększania produktywności firmy, przy jednoczesnym minimalizowaniu wydatków.

Rewolucja ITaaS

Historycznie zadaniem działu IT było budowanie i utrzymywanie dużych centrów danych, które mieściły biznesowe systemy backendowe. Realizacja zamówień trwała wtedy długo, a priorytetem było zapewnienie stabilnego środowiska operacyjnego za wszelką cenę, co oznacza że było ono nieelastyczne i powolne.

Niedawno w branży IT zaczął dominować model oparty na chmurze, który szybko zastępuje tradycyjną technologię. Znaczna część tego wzrostu jest napędzana przez transformację aplikacji biznesowych, będących jednym z najwcześniejszych przykładów zastosowania technologii chmury. Ponieważ organizacje dostrzegają podstawowe korzyści płynące z nowej fali aplikacji biznesowych, zespoły IT mogą odejść od roli opiekunów technologii, stając się katalizatorami cyfrowej transformacji.

Rozwiązania „IT jako usługa” (ITaaS) zapewniają wsparcie poprzez przeniesienie dużej części obciążeń związanych z bezpieczeństwem, dostępnością i wydajnością na dostawcę usług w chmurze. Dobrym przykładem tego trendu jest infrastruktura druku w chmurze jako usługa (CPIaaS). Zamiast posiadać fizyczną infrastrukturę druku i zarządzać nią wraz z towarzyszącymi jej kosztami usług, klienci płacą tylko za to, z czego korzystają.

Nowe podejście do druku korporacyjnego

CPIaaS to jeden z przykładów, jak model ITaaS całkowicie zmienia sposób świadczenia tradycyjnych usług. Zapewnia on użytkownikom korporacyjnym dostęp do nowoczesnego, bezpiecznego środowiska druku poprzez usługę subskrypcji, w której wyeliminowano fizyczną infrastrukturę środowiska druku – w tym serwery druku w siedzibie firmy, wdrażanie sterowników i zarządzanie użytkownikami.

Zamiast wysyłać dokumenty za pośrednictwem serwera do wyznaczonego urządzenia drukującego, są one przekazywane dostawcy usług w chmurze, gdzie są przechowywane, dopóki użytkownik nie zaloguje się lub nie uwierzytelni się za pomocą identyfikatora przy drukarce. Ustawienia urządzenia podłączonego do chmury, zgodność, aktualizacje oprogramowania układowego i zbieranie danych są monitorowane i zarządzane zdalnie.

Dzięki flotom drukarek zarządzanych przez dostawcę CPIaaS np. Lexmark, wydatki stają się bardziej elastyczne, a zespoły IT odzyskują czas potrzebny na badania i określanie urządzeń dla cykli RFP. Ponadto dostawca przejmuje trudne zadania polegające na tworzeniu planów wdrożenia sprzętu, które uwzględniają wzorce użytkowania, zabezpieczenia oraz przyszłe potrzeby w zakresie drukowania i skanowania – wszystko to można łatwo skalować w czasie, aby sprostać zmieniającym się wymaganiom.

CPIaaS wspiera również IT za pomocą zautomatyzowanych, inteligentnych, połączonych z IoT usług, takich jak realizacja dostaw na czas oraz głębokie, oparte na miernikach analizy z algorytmami predykcyjnymi, które pomagają uniknąć przestojów. Dostęp do danych dotyczących wydajności, analizy i zarządzania w czasie rzeczywistym oznacza, że zespół IT może stale monitorować wydajność oraz szczegółowo analizować wszystkie ważne aspekty floty drukarek na poziomie urządzenia.

Ewoluująca rola IT

Zalety usług w chmurze – między innymi samoobsługa i automatyczne egzekwowanie polityki  – nie oznaczają, że rozwiązania ITaaS mogłyby działać całkowicie samodzielnie. Rola IT w świecie usług w chmurze pozostaje tak samo ważna, jak kiedyś, ale ewoluuje w kierunku odpowiedzialności za planowanie przepustowości, zapewnienia zgodności między wykorzystaniem a rozliczaniem, zarządzania IT, a przy CPIaaS również skupienia się wyłącznie na niezbędnej przepustowości druku, podczas, gdy o resztę już zadbano.

Stawienie czoła wyzwaniu, jakim jest obniżanie kosztów przy jednoczesnym zapewnieniu wartości dodanej, nie pozostawia liderom IT dużego marginesu błędu. Przyjmując ITaaS jako praktykę, szybko zdadzą sobie sprawę, że mogą odzyskać kontrolę nad rosnącą złożonością IT. Co najważniejsze, mogą powierzyć partnerom ITaaS prace związane ze wsparciem krytycznych aplikacji biznesowych, podczas gdy sami skoncentrują się na innowacjach, strategii i długoterminowej wizji, dzięki czemu ich rola
w nowym świecie IT pozostanie istotna.

Wypadek kierowcy w czasie pracy. Stało się! Co teraz?

W pierwszym kwartale 2019 roku w wyników wypadków przy pracy poszkodowanych zostało łącznie 15 800 osób. Niestety dużą część stanowią kierowcy ciężarówek. Jakie sytuacje mogą się wydarzyć w codziennej pracy truckera oraz jakie obowiązki z nimi związane spoczywają na przewoźniku? Niełatwy temat wyjaśnia Mariusz Skurzyński, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców w zakresie PIP.

Zgodnie z definicją wskazaną w art. 3 ust. 1 ustawy z dn. 30.10.2002 r. o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych, wypadkiem jest zdarzenie mające charakter nagły, wywołane przyczyną zewnętrzną, powodujące uraz lub śmierć, które nastąpiło w związku z pracą. Aby zdarzenie zakwalifikować jako wypadek przy pracy koniecznym jest spełnienie łącznie wszystkich czterech warunków – tłumaczy Mariusz Skurzyński, ekspert w zakresie Państwowej Inspekcji Pracy z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).Zatem, oprócz prowadzenia pojazdu, za pracę w przypadku kierowcy uznane są czynności takie jak rozładunek, załadunek, czynności spedycyjne, obsługa codzienna pojazdów i przyczep, nadzór oraz pomoc osobom wysiadającym lub wsiadającym do kabiny ciężarówki. Wszystkie niezbędne formalności administracyjne, utrzymanie pojazdu w czystości oraz inne prace podejmowane w celu wykonania zadań służbowych lub w celu zapewnienia bezpieczeństwa osób, pojazdu i rzeczy są czynnościami wchodzącymi w zakres pracy kierowcy zawodowego, co szczegółowo określa ustawa o czasie pracy kierowców.

Nowe statystyki

Część wypadków przy pracy kierowcy może mieć miejsce na drodze. W 2018 roku policję powiadomiono 31 674 razy o wypadku drogowym. W wyniku tych zdarzeń 37 359 osób zostało rannych, a 2862 uczestników zajść zmarło.[1] Liczby są alarmujące. Polska znajduje się w czołówce państw z liczbą śmiertelnych wypadków – na naszych drogach na 1 mln osób przypada aż 76 ofiar. Gorzej jest jedynie w Chorwacji (77 ofiar), na Łotwie (78 ofiar) i w Bułgarii (88 ofiar) – stawkę zamyka Rumunia z wynikiem 96 przypadków śmiertelnych na 1 mln osób. Ponadto, po raz pierwszy Europejska Rada Bezpieczeństwa Transportu porównała kraje UE jednym z najdokładniejszych wskaźników, oceniających poziom bezpieczeństwa na drodze – ilość ofiar wypadków przeliczonych na 1 miliard km pokonanych przez samochody. Polska niechlubnie zajmuje pierwsze miejsce wśród krajów Wspólnoty pod względem śmiertelności z wynikiem 14,6, w momencie, gdy średnia europejska plasuje się na poziomie 5,8.[2]

Jaki udział mają tutaj kierowcy ciężarówek? Jak się okazuje – stosunkowo niewielki. Truckerzy według policyjnych statystyk są prowodyrami wypadków w ok. 10% sytuacji.[3] Udział ciężarówek w zajściach ze skutkiem śmiertelnym wynosi ok. 15% wszystkich zabitych na drogach. [4]

Warto zwrócić szczególną uwagę, że przytoczone dane pochodzą głównie ze statystyk policyjnych, natomiast zasadnym jest przyjąć, że precyzyjniejszymi informacjami na temat wypadków drogowych z udziałem zawodowych kierowców dysponują firmy ubezpieczeniowe. Wynika to głównie z dokładniejszego przyjrzenia się zdarzeniom wypadkowym, przekładającego się na szerszą perspektywę monitorowania sytuacji po zdarzeniu. Na zróżnicowanie źródła danych pomiędzy ww. instytucjami może wskazywać również fakt niezgłaszania wszystkich zdarzeń organom Policji– zauważa Mariusz Skurzyński.

O jakim wypadku mówimy tym razem?

Wśród wypadków, do których dochodzi podczas wykonywania czynności służbowych możemy wyszczególnić cztery rodzaje:

  • Wypadki śmiertelne
  • Wypadki ciężkie
  • Wypadki zbiorowe
  • Wypadki lekkie.

Za wypadek śmiertelny uznawane są takie, w skutek których nastąpiła śmierć osoby poszkodowanej w okresie nieprzekraczającym 6 miesięcy od daty zdarzenia w skutek odniesionych obrażeń lub pogorszenia się stanu zdrowia spowodowanego zajściem. Wszystkie sytuacje, w których doszło do ciężkiego uszkodzenia ciała jak np. utrata wzroku lub gdy konsekwencją było naruszenie podstawowych funkcji organizmu (w tym także nieuleczalna choroba) np. utrata palca dłoni, choroba psychiczna, są klasyfikowane jako wypadki ciężkie. Zdarzenie, w którym wypadkowi uległy co najmniej dwie osoby jest wypadkiem zbiorowym, zaś lekkim wypadkiem przy pracy są wszelkie zajścia,
w wyniku których pracownik doznał urazu, który nie wpisuje się w definicję wypadku ciężkiego. Bardzo częstą kontuzją występującą w przypadku zawodowych kierowców jest skręcenie stawu skokowego –
tłumaczy ekspert

Stało się! Co teraz?

Wypadek przy pracy nakłada na przedsiębiorcę odpowiedni instruktaż postępowania, w którym odnaleźć można zapisy dotyczące m.in. udzielenia pomocy poszkodowanemu, zabezpieczenia miejsca wypadku, zawiadomienie wskazanych organów oraz przeprowadzenia badań okoliczności i przyczyn zajścia, co szczególnie w przypadku specyfiki pracy truckera może być wyjątkowo trudne.

Oczywistym jest, że gdy do wypadku dochodzi w siedzibie firmy, a stan poszkodowanego wymaga interwencji – należy mu takiej pomocy udzielić np. poprzez wezwanie służb medycznych. Kolejną kwestią, co do której przedsiębiorca jest zobligowany to zabezpieczenie miejsca, w którym doszło do całej sytuacji. W momencie, gdy do wypadku dochodzi poza siedzibą firmy, zabezpieczenie miejsca zajścia może nie być łatwe, jednak ustawodawca nie przewiduje takiej ewentualności.

Pracodawca zobowiązany jest do niezwłocznego zgłoszenia wypadku przy pracy odpowiednim organom. Zajścia ze skutkiem śmiertelnym, ciężkie lub zbiorowe, należy bezwzględnie zgłosić do Państwowej Inspekcji Pracy oraz Prokuratury. –Zdarza się, iż pracodawca w natłoku emocji zapomina dokonać przedmiotowego zgłoszenia, a jest to sytuacja niedopuszczalna. Jeśli organy nie zostaną poinformowane o wypadku przy pracy o znamionach wypadku ciężkiego, zbiorowego lub w razie wypadku śmiertelnego, do którego doszło podczas wykonywania obowiązków służbowych, to przedsiębiorca powinien liczyć się z możliwą grzywną w wysokości do 30 000 zł lub nawet karą w postaci ograniczenia wolności, o czym traktuje art. 221 Kodeksu Karnego – podkreśla Mariusz Skurzyński. Ponadto należy pamiętać, że nawet jeśli PIP i Prokuratura już biorą udział w wyjaśnianiu szczegółów wypadku, to pracodawca i tak musi osobiście zawiadomić te organy, przy czym w celach dowodowych spełniania ustawowego obowiązku wskazaną formą powiadomienia organów jest forma pisemna – dodaje.

W wyjaśnianiu okoliczności zdarzenia ze strony pracodawcy czynności prowadzi powołany przez niego zespół powypadkowy. Czynności wyjaśniające powinny zostać podjęte niezwłocznie, tak aby właściwie określić okoliczności i przyczyny wypadku a następnie dokonać odpowiedniej kwalifikacji badanego zdarzenia. Zgodnie z przepisami zespół powypadkowy ma 14 dni na dokonanie stosownych ustaleń i sporządzenie protokołu.

Co w sytuacji, gdy do wypadku dochodzi daleko od siedziby firmy i zanim pracodawca pojawi się na miejscu – przestrzeń ta zostanie uprzątnięta? – To dość częsta sytuacja, do której dochodzi – zwłaszcza w branży transportowej. Służby zobligowane są do przywrócenia ruchu na danym odcinku drogi, więc wszystkie ślady powypadkowe zostają uprzątnięte. Wówczas zespół powypadkowy powinien wystąpić do służb i organów prowadzących czynności na miejscu wypadku o udostępnienie dokumentacji – protokołów, szkiców, fotografii, które będą znaczące dla wyjaśnienia zajścia – radzi Mariusz Skurzyński z OCRK.

Powodów jest wiele…

Według danych z I kwartału 2019 r. wskazanych przez GUS aż 60% takich zdarzeń spowodowanych jest niewłaściwym zachowaniem się pracownika. Niespełna w 10% wypadków winny jest zły stan techniczny czynnika niematerialnego – maszyny lub pojazdu.[5]

Należy zauważyć, iż w odniesieniu do kierowców ciężarówek, gdy dochodzi do wypadku samochodowego – winne okazują się być: kondycja prowadzącego – przemęczenie, znużenie, senność, brak odpowiedniego skupienia. W tej kwestii kluczowe jest także sprawdzenie zapisów z tachografu rejestrującego pracę truckera. Dzięki urządzeniu zespół powypadkowy, prokuratura lub PIP weryfikują, czy pracownik przestrzegał ustawowych norm czasu pracy, a co w takich sytuacjach ważniejsze, czasu wymaganych odpoczynków. Znacznie większy odsetek wypadków zdarza się w przypadku kierowców pojazdów lżejszych – do 3,5 tony, których nie obowiązuje rejestrowanie czasu jazdy za pomocą tachografu, co wprost przekłada się na ilość zdarzeń mających charakter wypadku przy pracy – zauważa ekspert.

Niestosowanie się kierującego do obowiązujących przepisów czasu jazdy, manipulacje tachografami, nierespektowanie przepisów ruchu drogowego i zbytnie wyeksploatowanie pojazdu lub jego części, są wynikiem braków kadrowych, przesadnego poszukiwania oszczędności albo niedopatrzenia. Nie można jednak „przymykać oka” na takie praktyki, gdyż mogą się one okazać tragiczne w skutkach. Jak podaje GUS najczęściej w wypadkach przy pracy dochodzi do urazów kończyn – aż 77,9%. Zdecydowanie bardziej narażone są kończyny górne – w I kwartale tego roku odnotowano aż 43,5% takich przypadków, urazów nóg doznało 34,4% poszkodowanych.

 

Choć na co dzień ludzki umysł stara się wyprzeć wszystko, co negatywne, to warto pamiętać o zadbaniu o bezpieczeństwo zarówno swoje, jak i pozostałych uczestników ruchu. Ostrożność i stosowanie się do obowiązujących przepisów mogą niejednokrotnie uratować życie w sytuacjach kryzysowych. Warto o tym pamiętać – szczególnie w okresie letnim, gdy aura może nie sprzyjać koncentracji za kółkiem, a ruch na drodze w wakacje jest zwiększony.

[1] Komenda Główna Policji, Wypadki drogowe w Polsce w 2018 roku, Warszawa 2019

[2] https://etsc.eu/wp-content/uploads/ETSC-PIN-AR_2019-Final-EMBARGO.pdf

[3] Raport Wypadki drogowe w Polsce w 2018 roku, Komenda Główna Policji – Biuro Ruchu Drogowego

[4] Raport Wypadki drogowe w Polsce w 2018 roku, Komenda Główna Policji – Biuro Ruchu Drogowego

[5] Główny Urząd Statystyczny, Wypadki przy pracy w I kwartale 2019 r. – dane wstępne 31.05.2019 r.

Branża lotnicza w Polsce na razie nie odczuwa skutków zbliżającego się brexitu

W ciągu ostatniego roku z Warszawy do Wielkiej Brytanii wyleciało o 4,5% więcej pasażerów niż w poprzednich dwunastu miesiącach. W Balicach liczba podróżnych wzrosła o 13%, natomiast w Pyrzowicach – o 1%. Wizja brexitu nie wpłynęła negatywnie na ruch w mniejszych portach lotniczych, które także obsłużyły więcej osób. Dla przykładu można podać, że w okresie od czerwca 2016 roku do maja 2017 roku doliczono się niemal 357 tys. podróżujących z Wrocławia. 2 lata później kierunek na Wyspy wybrało ponad 417 tysięcy ludzi.

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews sprawdzili, jak wyniki referendum w sprawie brexitu wpłynęły na ruch lotniczy z Polski do Wielkiej Brytanii. Głosowanie odbyło się 23 czerwca 2016 roku, więc ten miesiąc został przyjęty jako początek badanego okresu. Wyróżniono 3 roczne przedziały: VI 2016 roku – V 2017 roku, VI 2017 roku – V 2018 roku oraz VI 2018 roku – V 2019 roku.

– Dokładnie 580 150 pasażerów połączeń regularnych odleciało w okresie VI 2016 roku – V 2017 roku do Wielkiej Brytanii z Lotniska Chopina w Warszawie. Liczba ta zmniejszyła się tylko o 1%, do 574 488, w przedziale od VI 2017 roku do V 2018 roku. Z kolei dane za VI 2018 roku – V 2019 roku wskazują na wzrost o 4,5%, czyli do 600 322 pasażerów, w porównaniu z wcześniejszym rokiem – wylicza Piotr Rudzki, specjalista ds. komunikacji zewnętrznej z Lotniska Chopina w Warszawie.

Z kolei Kraków Airport udostępnia jedynie podsumowania roczne. Jak informuje Natalia Vince, rzecznik prasowy lotniska, w całym 2016 roku odleciało do Wielkiej Brytanii 625 tys. pasażerów, w 2017 roku – 730 tysięcy, a w 2018 roku – 771 tys. Ekspert zaznacza, że od VI 2016 roku do V 2017 roku nastąpił wzrost o 25% w stosunku do analogicznego okresu 2015/2016. Natomiast od VI 2017 roku do V 2018 roku zwiększyła się liczba pasażerów o 9% w porównaniu z wcześniejszym przedziałem czasowym. W okresie VI 2018 roku – V 2019 roku zanotowano przyrost o 13% w odniesieniu do poprzedniego interwału czasowego.

– Liczba pasażerów odlatujących z Gdańska do Wielkiej Brytanii wyniosła w pierwszym okresie 481 840. W kolejnym – wzrosła do 518 288, a w trzecim – mieliśmy 513 205 podróżnych – mówi Agnieszka Michajłow, specjalista ds. komunikacji z Portu Lotniczego Gdańsk.

Plany związane z brexitem nie mają wpływu na liczbę pasażerów korzystających z Katowice Airport, o czym przekonuje Cezary Orzech, rzecznik prasowy Górnośląskiego Towarzystwa Lotniczego S.A. Od VI 2016 roku do V 2017 roku z Pyrzowic do Wielkiej Brytanii odleciało 714 439 osób. W kolejnym okresie liczba ta wzrosła do 745 929, a w ostatnim – do 756 193.

– U nas ruch wygląda stabilnie. Od VI 2016 roku do V 2017 roku mieliśmy prawie 357 tysięcy pasażerów, którzy odlecieli do Wielkiej Brytanii. W kolejnych dwunastu miesiącach z takich połączeń skorzystało ponad 390 tysięcy osób. W ostatnim roku na Wyspy poleciało ponad 417 tysięcy – zaznacza Monika Półtorzycka-Jon, manager ds. marketingu i PR z Port Lotniczy Wrocław S.A.

Jak przekonuje Wioletta Gnacikowska, rzecznik prasowy Portu Lotniczego Łódź, wpływ decyzji o brexicie jest niezauważalny w odniesieniu do ruchu pasażerskiego. Na Wyspy cały czas latają samoloty wypełnione w 95-97%. W pierwszym analizowanym okresie było to 150 003 pasażerów, w drugim – 147 111, a w trzecim – 144 557. Z kolei Daniel Mackiewicz, kierownik ds. marketingu i rzecznik prasowy Portu Lotniczego Bydgoszcz, zaznacza, że r/r wzrastała liczba odprawionych podróżnych. Wzrost ruchu widać na wszystkich dostępnych destynacjach. Jednak szczegółowe dane, dotyczące rejsów do Wielkiej Brytanii, nie są przedstawiane. Lublin Airport również nie udostępnia statystyk odnoszących się do poszczególnych kierunków, a jedynie zbiorcze informacje dla całej siatki połączeń.

– Nasza analiza dotyczy zarówno pasażerów przylatujących, jak i odlatujących z lotniska w Rzeszowie. W pierwszym okresie obsłużono 321 987 osób przy oferowanych 1 840 rotacjach, w kolejnym – 340 581 przy 1 982, a ostatnio – 341 241 przy 1 959 połączeniach – informuje Marcin Kołacz z biura prasowego Portu Lotniczego Rzeszów-Jasionka.

W siatce połączeń Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury znajdują się 2 brytyjskie kierunki. Zostały one uruchomione w 2016 roku, tj. 16 czerwca i 1 listopada, co zaznacza Dariusz Naworski, rzecznik prasowy Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury. W pierwszym analizowanym okresie obsłużono 32 007 pasażerów, w drugim – 48 308, a w trzecim –  44 471.

– Ten rynek ciągle się lekko rozwija. W Wielkiej Brytanii funkcjonuje bardzo duża polska społeczność, obejmująca, według różnych szacunków, od miliona do prawie trzech milionów osób. Dopóki ta grupa nie zmniejszy się w istotny sposób, to popyt na loty na tych trasach będzie dalej taki sam albo jeszcze wzrośnie. Linie lotnicze starają się dodawać połączenia coraz bardziej atrakcyjne cenowo i pod względem dostępności – stwierdza Sebastian Gościniarek, jeden z założycieli i Partner w firmie BBSG, specjalizującej się obsłudze sektora lotniczego.

W trzech ostatnich latach pasażerowie najczęściej wybierali rejsy do Londynu. W tym okresie siatki połączeń się zmieniały, jednak częściej dochodziło do ich rozszerzania niż ograniczania. Przykładowo, w Kraków Airport nie zlikwidowano żadnej trasy do Wielkiej Brytanii, a dodano m.in. Londyn Luton, Glasgow czy Birmingham.

– Warunki brexitu dla branży lotniczej nie są jeszcze znane. Jednym z możliwych rozwiązań jest zamrożenie ruchu na poziomie, który będzie w momencie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Przewoźnicy przygotowują się do tego scenariusza, bazując na pewnych siatkach połączeń. Później zawsze będą mogli zrezygnować z danych kierunków, a dodanie nowych stanie się trudniejsze. Nie spodziewam się, też żeby linie ograniczały swoją ofertę bezpośrednio przed brexitem lub zaraz po nim – podsumowuje Sebastian Gościniarek.