Hybrydowe sale operacyjne przełomem w leczeniu pacjentów. Kolejna została otwarta w szpitalu w Olsztynie

Hybrydowe sale operacyjne przełomem w leczeniu pacjentów. Kolejna została otwarta w szpitalu w Olsztynie 1

Hybrydowa sala operacyjna, wyposażona w ultranowoczesny sprzęt oraz zdolna pomieścić kilka zespołów lekarzy różnych specjalizacji, to jedna z większych innowacji w leczeniu pacjentów. Taką salę ma jak na razie tylko kilka szpitali w Polsce. Kolejna została właśnie oddana do użytku lekarzy i pacjentów w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Olsztynie.

– Hybrydowa sala operacyjna umożliwia równoczesne wykonywanie zarówno inwazyjnych, jak i małoinwazyjnych zabiegów. W jednym czasie i w jednym miejscu lekarze z różnych specjalizacji mogą rozwiązać wszystkie problemy pacjenta. Do tej pory wymagało to kilku hospitalizacji na różnych oddziałach. Teraz można je rozwiązać jednocześnie, przy wsparciu zaawansowanej diagnostyki obrazowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Irena Kierzkowska, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Olsztynie.

Hybrydowa sala operacyjna jest w stanie pomieścić kilkunastu specjalistów, anestezjologów i lekarzy różnych specjalizacji, którzy mogą ze sobą współpracować w trakcie zabiegu, tworząc interdyscyplinarny zespół. Jest również wyposażona w szereg innowacji i najnowocześniejszy sprzęt, w tym angiograf, aparat rentgenowski, który umożliwia oglądanie naczyń i serca z różnych stron, aparat do krążenia pozaustrojowego, respirator, sprzęt do badania echa serca oraz specjalny stół operacyjny, na którym wykonywane są zabiegi.

– Angiograf daje możliwość pracy zarówno chirurgom naczyniowym, jak i radiologom oraz kardiologom. Jest to wysokiej klasy urządzenie, które zapewnia bezpieczeństwo pracy i bardzo dobre obrazowanie. Oprócz tego sala jest wyposażona w echokardiograf z możliwością badań przezprzełykowych, ultrasonograf z możliwością badań naczyniowych, urządzenie do badań wewnątrznaczyniowych i znieczulenia pacjenta. Mamy też zestaw do kontrapulsacji aortalnej, czyli bardzo ważny element do podtrzymywania krążenia – mówi dr n. med. Jerzy Górny, zastępca dyrektora ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Olsztynie.

To znacznie zwiększa bezpieczeństwo pacjenta, a także skuteczność interwencji chirurgicznej. Takie sale to innowacja. Wyposażonych w nie jest jak dotąd tylko kilka największych i najbardziej wyspecjalizowanych szpitali w Polsce. W lipcu, przy wsparciu Siemens Healthcare, taka sala operacyjna została otwarta w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Opolu. Kolejna została właśnie oddana w szpitalu wojewódzkim w Olsztynie.

– Sala jest wyposażona w narzędzia diagnostyczne bardzo wysokiej klasy, wysoko specjalistyczne. Zabiegowcy mogą już w trakcie operacji weryfikować problem medyczny poprzez diagnostykę, która towarzyszy im na sali hybrydowej. Pierwsze zabiegi na sali hybrydowej już się odbyły, kolejne mamy zaplanowane. Duże pole do popisu będzie miała kardiochirurgia z kardiologią oraz chirurgia naczyniowa z radiologią inwazyjną. Od tego zaczniemy – mówi Irena Kierzkowska.

– Są to zabiegi głównie na naczyniach, naczyniach wieńcowych i obwodowych, aorcie. To całe spektrum zabiegów, w tym również wszczepianie różnych urządzeń, na przykład kardiowerterów-defibrylatorów oraz usuwanie elektrod endokawitarnych, co można zrobić tylko na sali operacyjnej – dodaje dr n. med. Jerzy Górny.

Jak podkreśla, hybrydowa sala operacyjna zapewni przede wszystkim bezpieczeństwo i większy komfort pacjentom, którzy unikają długotrwałej, często kilkukrotnej hospitalizacji. Ponadto pacjentów zwykle trzeba było transportować w inne części szpitala, w których znajdował się sprzęt do diagnostyki obrazowej. Ponieważ sala hybrydowa jest w nie wyposażona, nie będzie już takiej konieczności. Pełną diagnostykę obrazową i zabieg chirurgiczny będzie można przeprowadzić w tym samym czasie i miejscu.

– Leczymy pacjentów z całego województwa, często z wieloma różnymi schorzeniami. W tym momencie możemy pacjentowi zaproponować wykonanie kilku zabiegów na jednej sali, w trakcie jednego znieczulenia, jednego zabiegu. To skraca czas zabiegu, jest korzystniejsze zarówno dla nas, jak i dla pacjenta – mówi dr n. med. Grzegorz Wasilewski, kierownik Zakładu Radiologii i Diagnostyki Obrazowej Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Olsztynie.

Skrócenie czasu zabiegów, możliwość wykonywania ich jednocześnie i z dostępem do pełnej diagnostyki obrazowej oznacza też komfort pracy dla lekarzy. W przypadku powikłań czy komplikacji w trakcie zabiegu mogą oni skorzystać z angiografu i reagować na bieżąco. Ponadto aparat rentgenowski, w który jest wyposażona sala hybrydowa, zmniejsza dawkę promieniowana, na które narażony jest zarówno pacjent, jak i personel medyczny.

– Sala hybrydowa jest jednym z najnowocześniejszych miejsc, jakie mogą być aktualnie dostępne na bloku operacyjnym. Umożliwia wykonywanie bardzo szerokiego zakresu zabiegów o wysokim stopniu trudności. Dla pracowników jest to wygoda pracy na nowym sprzęcie, komfort pracy, bezpieczeństwo, możliwość wykonywania dużo większej liczby zabiegów, które do tej pory nie zawsze były możliwe – mówi dr n. med. Grzegorz Wasilewski.

Hybrydowa sala operacyjna w olsztyńskim szpitalu została sfinansowana z programu Polkard, który realizuje Ministerstwo Zdrowia. Koszt inwestycji wyniósł ponad 3 mln zł. Placówka otrzymała również na ten cel blisko 1 mln zł dotacji z Urzędu Marszałkowskiego. Sala została wyposażona m.in. w sprzęt firmy Siemens Healthcare, specjalizującej się w medycznych innowacjach.

– Bardzo się cieszymy, że mamy salę hybrydową w szpitalu wojewódzkim, szpitalu samorządowym regionu Warmii i Mazur. Myślę, że jest to wyróżnik nie tylko w skali regionu, lecz także całego kraju, bo to są urządzenia najnowszej generacji, a co za tym idzie – możliwość kompleksowego leczenia pacjentów. Jest to z pewnością wielka wartość dla szpitala wojewódzkiego w Olsztynie – mówi Gustaw Marek Brzezin, marszałek województwa warmińsko-mazurskiego.

Boeing zacieśnia współpracę z Polską Grupą Zbrojeniową. Zawarte porozumienie otwiera nowe możliwości dla krajowego przemysłu

Boeing zacieśnia współpracę z Polską Grupą Zbrojeniową. Zawarte porozumienie otwiera nowe możliwości dla krajowego przemysłu 2

Współpracę przy projektach związanych ze śmigłowcami AH-64 Apache w ramach programu Kruk zakłada podpisane niedawno porozumienie pomiędzy Polską Grupą Zbrojeniową i koncernem Boeing. Śmigłowce Apache, używane przez siły zbrojne szesnastu państw, są także brane pod uwagę przez Polskę. Spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej są w stanie zapewnić zarówno bieżącą obsługę techniczną śmigłowców, jak i zaopatrzenie w części i inne wsparcie, jakie będzie potrzebne – zapewnia przedstawiciel Boeing Defence, Space & Security.

– Podpisane porozumienie z Polską Grupą Zbrojeniową otwiera nowe możliwości współpracy. Określa, jak będzie wyglądała nasza współpraca z PGZ w poszczególnych dziedzinach. Nie tylko w zakresie obsługi technicznej śmigłowców Apache, jeśli zostaną zakupione przez MON, lecz także w zakresie zabezpieczenia ich eksploatacji, zaopatrzenia w części zamienne oraz w razie potrzeby produkcji tych części – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Gene Cunnigham, wiceprezes ds. sprzedaży globalnej Boeing Defence, Space & Security.

Na początku września Boeing i Polska Grupa Zbrojeniowa podpisały porozumienie dotyczące współpracy przy projektach biznesowych związanych z platformą AH-64 Apache w ramach wsparcia programu Kruk, który zakłada pozyskanie śmigłowców uderzeniowych nowego typu dla polskich Sił Zbrojnych. MON zamierza kupić 32 takie maszyny, które docelowo mają zastąpić śmigłowce Mi-24.

AH-64 Apache jest obecnie rozważany przez polski rząd jako rozwiązanie, które spełnia wymogi dotyczące śmigłowców bojowych. W ramach porozumienia Boeing i PGZ opracowują możliwości współpracy w zakresie wsparcia, utrzymania i modernizacji systemów obronnych, integracji polskich systemów na platformie AH-64 Apache i wzmocnienia zdolności produkcyjnych. Porozumienie zakłada również włączenie spółek z grupy PGZ w globalny łańcuch dostaw Boeinga i rozwijanie ich zaawansowanych zdolności przemysłowych.

– Współpracujemy z PGZ już od kilku lat. Ten czas poświęciliśmy na to, żeby rozpoznać możliwości i moce produkcyjne spółek zależnych grupy. Ponadto chcieliśmy się zorientować, w jakim stopniu spółki PGZ mogą zapewnić obsługę techniczną i wsparcie eksploatacyjne dla śmigłowców Apache i innych maszyn – mówi Gene Cunnigham.

Jako przykład możliwości polskich spółek z grupy PGZ przedstawiciel Boeinga wskazuje bojowy egzemplarz śmigłowca Apache zasilany przez urządzenie LUZES II/M produkcji Wojskowego Centralnego Biura Konstrukcyjno-Technologicznego. Maszyna wraz z polskim urządzeniem została zaprezentowana podczas tegorocznych targów MSPO w Kielcach.

– To jest namacalny dowód możliwości polskiego przemysłu, jeśli chodzi o wsparcie eksploatacji tego statku powietrznego. Jesteśmy przekonani, że PGZ ma duże możliwości pod tym względem, w szczególności jej spółki o charakterze lotniczym. Są one w stanie zarówno zapewnić bieżącą obsługę techniczną śmigłowców Apache, jak i zaopatrzenie w części i wszelkiego rodzaju wsparcie, jakie będzie potrzebne – mówi Gene Cunnigham.

AH-64E Apache to najbardziej zaawansowany śmigłowiec bojowy, produkowany obecnie między innymi na potrzeby wojsk lądowych USA. Śmigłowce Apache są aktualnie używane przez siły zbrojne 16 państw.

Boeing Defence, Space & Security, jedna z trzech największych firm zbrojeniowych na świecie, sukcesywnie wzmacnia współpracę z polskimi firmami z przemysłu obronnego i lotniczego. W maju 2016 roku koncern podpisał już z Polską Grupą Zbrojeniową list intencyjny dotyczący współpracy w ramach przedsięwzięć związanych ze śmigłowcem AH-64E Apache oraz programów takich jak CH-47 Chinook, V-22 Osprey, wywiadu lotniczego, programów obserwacji oraz rozpoznania, jak również systemów kosmicznych i satelitarnych.

Nowe technologie nie zastąpią prawników, ale ułatwią im wykonywanie pracy. Dziś korzysta z nich niewiele kancelarii

Nowe technologie nie zastąpią prawników, ale ułatwią im wykonywanie pracy. Dziś korzysta z nich niewiele kancelarii 3

Tylko niewielka grupa kancelarii wykorzystuje zaawansowane narzędzia informatyczne. Zdecydowana większość pracuje analogowo. Problemem jest brak rozwiązań, które odpowiadają na realne potrzeby prawników i odciążyłyby ich od żmudnych prac administracyjnych. Pojawiają się jednak programy, które ułatwiają pracę prawnikom, m.in. te oparte o sztuczną inteligencję, wykorzystywane do analizy dużej liczby dokumentów – ocenia Tomasz Zalewski, założyciel Fundacji LegalTech Polska.

 Technologie mogą pomóc prawnikom nie tyle w zmianie sposobu pracy, ile mogą odciążyć ich od najrozmaitszych czynności administracyjno-biurowych, które odciągają ich od tego, co stanowi esencję pracy prawnika, czyli pomagania ludziom w rozwiązywaniu ich problemów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Zalewski, radca prawny, założyciel Fundacji LegalTech Polska.

Z raportu „Diagnoza potrzeb prawników w zakresie wykorzystywania narzędzi informatycznych w usługach prawniczych”, opublikowanego przez Fundację LegalTech Polska, wynika, że prawnicy oczekują elektronicznego dostępu do statusu prowadzonych spraw, dostępu do szablonów i przykładów online (po ok. 63 proc.), dostępu do informacji i publikacji online (60,7 proc.) oraz możliwości automatycznego generowania raportów, tabeli dokumentów prawnych (59,3 proc.). Obecnie prawnicy narzekają na uciążliwość prac administracyjnych, stricte biurowych, jak rejestracja czasu pracy, rejestracja zlecenia czy pozyskanie klientów.

– Z jednej strony jest bardzo dużo oprogramowania, które teoretycznie może pomóc prawnikom. Z drugiej strony większość prawników twierdzi, że te narzędzia są niedostosowane do ich oczekiwań i realnych potrzeb. Specyfika pracy prawników chyba nie jest jeszcze dostatecznie rozpoznana przez twórców tego typu narzędzi i w związku z tym występuje niedostosowanie oferty do realnych potrzeb prawników – wskazuje Tomasz Zalewski.

Prawnicy narzekają na brak kompleksowego narzędzia, które uwzględniałoby specyfikę pracy kancelarii prawnej, ale też konkretnych jej typów, np. zapewnienie kompleksowego narzędzia jedynie dla kilkuosobowego zespołu prawników czy dla kancelarii działającej w specyficznym obszarze. Niektóre kancelarie zniechęca również to, że wprowadzenie rozwiązań informatycznych wiąże się z dodatkowymi kosztami oraz obowiązkiem przeszkolenia pracowników. Często to także kwestia niechęci zarządu do wprowadzenia nowych technologii. Z drugiej jednak strony, jeśli pojawiają się odpowiednie rozwiązania, to są możliwe do zastosowania tylko w wąskim zakresie.

– To, czego prawnicy rzeczywiście potrzebują, to narzędzi, które będą ich wspierać w naturalnym cyklu pracy, w każdym elemencie pracy z klientem. Chodzi o narzędzia, które ułatwiają im komunikację z klientem, zwłaszcza komunikację szyfrowaną bądź chronioną, co jest wymogiem współczesnych czasów, a także uwzględniają tajemnicę zawodową i rozwiązania wspierające ich w tworzeniu dokumentów, które są podstawowym sposobem wyrażania myśli przez prawników. Te najczęściej są wciąż tworzone w sposób dosyć manualny, wymagający dużego zaangażowania czasu i pracy – tłumaczy założyciel Fundacji LegalTech Polska.

Zdaniem Tomasza Zalewskiego najbardziej zaawansowanymi programami obecnie są te do wyszukiwania informacji. Oparte o sztuczną inteligencję pozwalają po kluczowych frazach odszukać potrzebne dokumenty z tomów akt. Zbieranie informacji o stanie orzecznictwa i prawa jest uciążliwe dla 41 proc. prawników, przede wszystkim ze względu na obszerność orzecznictwa, zmiany ustawodawstwa i nowe regulacje prawne.

Jak podkreślają eksperci, sztuczna inteligencja nie zastąpi pracy prawników. Wprowadzone kilka lat temu wirtualne kancelarie upadły.

 Prawnicy ciągle będą musieli być ludźmi z krwi i kości, którzy będą kontaktować się z ludźmi, którym pomagają. Jestem natomiast przekonany, że coraz to nowe narzędzia technologiczne bardzo ułatwią to zadanie. Pozwolą się prawnikom skoncentrować tylko na świadczeniu pomocy prawnej, natomiast odciążą od żmudnej pracy związanej z formatowaniem dokumentów, rozliczaniem czasu pracy, przygotowaniem ofert i innymi czynnościami, na które obecnie w kancelarii poświęcamy bardzo dużo czasu – przekonuje Tomasz Zalewski.

Egzoszkielety pomagają uzyskać nadludzkie siły. Znajdują zastosowanie w edukacji, medycynie oraz wojsku

Egzoszkielety pomagają uzyskać nadludzkie siły. Znajdują zastosowanie w edukacji, medycynie oraz wojsku 4

Dzięki połączeniu ludzkiego ciała ze specjalnymi, mechanicznymi szkieletami możliwe jest uzyskanie znacznie wyższej sprawności fizycznej. Egzoszkielety coraz częściej stosowane są w medycynie, zwłaszcza przy rehabilitacji. Zrewolucjonizowały też obowiązki żołnierzy w czasie misji, m.in. w Afganistanie. We wspomagające przy obsłudze linii produkcyjnych bioniczne szkielety zostali wyposażeni także pracownicy zakładów Forda. Najnowszy wynalazek LG ma wesprzeć człowieka właśnie w sektorze produkcyjnym.

– CLOi Suit Bot jest robotem „ubieralnym”, który zadebiutował na targach IFA. Nie jest to robot autonomiczny – niezbędny jest człowiek, który obsługuje to urządzenie. Zakładany jest na dolną część ciała i został zaprojektowany w celu zapewnienia większej stabilności, siły i bezpieczeństwa w miejscu pracy. To robot do zastosowania komercyjnego, przeznaczony do noszenia w miejscu pracy, takim jak zakład produkcyjny czy skład, gdzie niezbędne jest wielokrotne podnoszenie ciężkich przedmiotów, towarów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Ken Hong, szef komunikacji w LG Electronics.

Egzoszkielety, czyli przenośne bioniczne szkielety, początkowo były wykorzystywane do wzmacniania mięśni żołnierzy. Pozwalają zwielokrotnić siłę i ograniczają zmęczenie. Znalazły zastosowanie np. podczas misji w Afganistanie, gdzie żołnierze mogli dźwigać ciężki sprzęt na dużych odległościach. Technologia poszła krok dalej, powstała już zbroja przyszłości, czyli bojowe umundurowanie z wbudowanym egzoszkieletem, które ochrania przed kulami, są też w stanie zahamować niewielkie krwawienie.

Podobne rozwiązania stosowane są też w medycynie, przede wszystkim w rehabilitacji. Poruszają stawami pacjenta, pozwalają na wykonywanie podstawowych ruchów. Coraz częściej po egzoszkielety sięga branża przemysłowa.

– Obecnie koncentrujemy się na zastosowaniu przemysłowym, nie na wojskowym; planujemy również wprowadzić zastosowania w medycynie. Obecnie jednak główną uwagę skupiamy na zastosowaniu przemysłowym, które znacząco różni się od zastosowania w przemyśle zbrojeniowym czy medycynie – wskazuje Ken Hong.

Niedawno w egzoszkielety zostali wyposażeni pracownicy piętnastu fabryk Forda. Zmniejszają obciążenie górnych kończyn, poprawiają kondycję fizyczną i stan zdrowia pracowników. Naukowcy obliczyli, że pracownik fabryki Forda podnosi ręce średnio 4,6 tys. razy dziennie. Egzoszkielety, które przejmują na siebie ciężar do 7 kg, są przez pracowników Forda wykorzystywane w 86 proc. pracy. Istnieją też rękawice egzoszkieletowe, które wspierają chwytanie narzędzi i w ten sposób ułatwiają pracę robotnikom.

– Obserwując na całym świecie zakłady produkcyjne i magazyny znajdujące się w krajach, gdzie zatrudnienie w tych sektorach jest duże, można zauważyć wiele osób, które doznają urazów, nadwyrężają kręgosłup, lub osłabienia kończyn z powodu przeciążenia. Uważam, że jest to naprawdę duży rynek, nawet większy niż przemysł zbrojeniowy i branża medyczna – przekonuje ekspert LG Electronics.

Opracowany przez LG CLOi SuitBot wspiera stopy, nogi i odcinek lędźwiowy człowieka, pozwalając przenosić cięższe towary i przy okazji odciążając kręgosłup. Sprawdzi się nie tylko w halach produkcyjnych czy w magazynach, lecz także poprawi jakość życia osobom, które spędzają większość czasu na krześle. Dzięki wbudowanemu systemowi sztucznej inteligencji, urządzenie monitoruje stan zdrowia, dopasowuje też swoją pracę do aktualnych warunków.

– Dzięki technologii ThinQ, CLOi będzie uczył się od swojego użytkownika jego ruchów i z czasem nauczy się, jak lepiej dopasować swoje ruchy do ruchów użytkownika. Możliwe jest to dzięki sztucznej inteligencji i zastosowanemu oprzyrządowaniu – zaznacza Ken Hong.

CLOi SuitBot może się łączyć z innymi robotami firmy i w ten sposób stać się częścią inteligentnej sieci roboczej, która dostarczy niezbędnych informacji w takich branżach, jak produkcja, logistyka i dystrybucja. Egzoszkielety mają coraz szersze zastosowanie. Oprócz przemysłu zbrojeniowego, medycyny czy szeroko pojętej dystrybucji mogą znaleźć zastosowanie w edukacji, np. poprzez specjalne rękawice, które nauczą gry na instrumentach.

Global Market Insights szacuje, że wartość rynku egzoszkieletów może do 2024 roku sięgnąć 3,4 mld dol.

Innowacyjne urządzenia poprawią komfort snu. Obudzą ulubionym zapachem, a po zaśnięciu automatycznie rozwiną rolety, wyłączą światła i telewizor

Innowacyjne urządzenia poprawią komfort snu. Obudzą ulubionym zapachem, a po zaśnięciu automatycznie rozwiną rolety, wyłączą światła i telewizor 5

Coraz więcej inteligentnych urządzeń podłączonych do internetu dba o nasze zdrowie i samopoczucie. Przeciętny człowiek jedną trzecią swojego życia przesypia, a jeszcze więcej czasu spędza w sypialni. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń i aplikacji tworzących inteligentną sypialnię – oświetlenie, które rano symuluje wschód słońca, poduszki emitujące cichy dźwięk za pomocą wibracji czy systemy aktywnie maskujące dźwięki spoza sypialni. System inteligentnej sypialni Sleepace, dzięki montowanym bezpośrednio w urządzeniach czujnikom, pozwala automatycznie zasłonić rolety, wyłączyć światła czy telewizor, a nawet regulować temperaturę i wilgotność.

– Inteligentna sypialnia polega na tym, że dzięki specjalnym czujnikom wiemy, kiedy ktoś położy się na łóżku. Wówczas możemy włączyć specjalną muzykę, która pomoże mu zasnąć. Gdy zaśnie, automatycznie zasłonimy rolety, wyłączymy światła i telewizor. Możemy także regulować temperaturę i wilgotność w pomieszczeniu zależnie od fazy snu, zapewniając optymalne warunki do snu. O poranku, gdy znajduje się w fazie snu płytkiego, możemy ją obudzić w naturalny sposób, zapalając światło zbliżone do słonecznego i odpowiednią muzykę – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje David Huang, szef firmy Sleepace.

Inteligentny pasek z czujnikami Sleepace, mierzącymi m.in. tętno, instaluje się w łóżku lub w poduszce. Wykrywa, w jakiej fazie snu aktualnie przebywa człowiek. Po zebraniu informacji i połączeniu się z innymi elementami inteligentnego domu, takimi jak automatyczne żaluzje, oświetlenie, klimatyzator czy nawilżacz powietrza, system może automatycznie nimi sterować z poziomu aplikacji mobilnej.

W ramach inteligentnej sypialni dostępne są m.in. inteligentne lampki, które gasną i zapalają się w odpowiednim momencie, a dodatkowo potrafią obudzić ulubionym zapachem. Inteligentna opaska na oczy z wbudowanym głośnikiem automatycznie wyłączy muzykę, gdy wykryje, że człowiek zasnął.

– Urządzenia do monitorowania i poprawiania jakości snu można umieścić pod prześcieradłem lub wewnątrz materaca czy poduszki. Monitorują one tętno, oddech czy ruchy ciała. Następnie o poranku możemy się zapoznać z analizą naszego snu oraz wskazówkami dotyczącymi jego poprawy. Urządzenie może także przekazywać te bardzo istotne informacje do aplikacji mobilnej – tłumaczy David Huang.

Inteligentna sypialnia smart to również oświetlenie, którym można sterować ze smartfona. System Phillips Hue pozwala na symulowanie wschodu słońca poprzez stopniowe zapalanie światła lub wybór relaksujących barw, ułatwiających zasypianie wieczorem. Aplikacja F.lux z kolei automatycznie wykrywa ilość dostępnego światła, godzinę i lokalizację geograficzną, aby o odpowiedniej porze dopasować wyświetlane kolory tak, by korzystanie z telefonu czy tabletu nie powodowało problemów z zaśnięciem. Najnowszym elementem systemu Sleepace jest natomiast grafenowa opaska do relaksowania oczu, nagrzewająca się do 35 stopni w zaledwie trzy sekundy.

Poduszka Dreampad emituje relaksacyjną muzykę za pomocą wibracji – dźwięk przenosi się poprzez wibracje ciała leżącej na poduszce osoby tak, że relaksujące dźwięki słyszy tylko ona. Z dobiegającym z zewnątrz hałasem poradzi sobie także Nightingale Smart Home Sleep System – wbudowane mikrogłośniki aktywnie maskują odgłosy spoza sypialni, które mogą utrudniać zasypianie. System przyspiesza zasypianie nawet o 38 proc.

– Według danych statystycznych na świecie nawet 20 proc. ludzi cierpi na problemy ze snem. W Chinach odsetek ten jest wyższy i wynosi 38 proc., a w niektórych dużych miastach nawet 50 proc. Jest to zatem bardzo poważny problem. Sen pochłania około 1/3 naszego czasu. Obecnie coraz więcej osób zwraca zatem uwagę na jakość swojego snu i jest gotowych wydać pieniądze na jej poprawę – ocenia ekspert.

Według analityków MarketsandMarkets, wartość rynku inteligentnego domu w 2023 roku wyniesie prawie 138 mld dol.

Jak będzie wyglądać HR przyszłości?

Współczesne technologie pomagają rekruterom w szybkim kontakcie kandydata z pracodawcą, a przede wszystkim ułatwiają znalezienie idealnie dopasowanego pracownika do wymogów danego stanowiska pracy. Wykorzystując nowoczesne rozwiązania cyfrowe i Virtual Reality, przedsiębiorstwa mogą zoptymalizować swoje działania onboardingowe oraz podnieść skuteczność samej rekrutacji. Z tego względu spółka OTTO Work Force zainwestowała we własne R&D – Innowations Lab, zajmujące się opracowaniem i wdrażaniem nowych rozwiązań w obszarze Zarzadzania Zasobami Ludzkimi.

Jak algorytmy pomagają w znalezieniu idealnego pracownika?

Dzięki pracy ekspertów z Innovations Lab, udało się stworzyć inteligentny system Best Match, polegający na dobieraniu pracowników na konkretne stanowiska w firmie do konkretnych klientów. Działa on poprzez przetwarzanie big data (dużej ilości danych) na podstawie profilu idealnego kandydata („Best Performers”), tworzonego przy udziale Klienta. Wykorzystanie tych funkcjonalności wpływa na podniesienie produktywności i satysfakcji przyszłego pracownika, minimalizuje również ryzyko szybkiej rezygnacji z podjętej pracy, co również wykazał przeprowadzony program pilotażowy.

Rekrutacja odbywa się natomiast poprzez zdigitalizowany proces wykorzystujący autoselekcję na podstawie formularzy zgłoszeniowych on-line. Algorytmy dobierają najlepszych kandydatów, którzy zostaną zaproszeni na rozmowę. Również dopełnianie formalności związanych z zatrudnieniem zostało usprawnione – w tym momencie około 90% umów w OTTO Work Force zawieranych jest za pomocą podpisu elektronicznego.

Cyfryzacja i jest nieodzowna w procesie rekrutacyjnym. Korzystanie z narzędzi digitalowych oraz sztucznej inteligencji umożliwia optymalne dopasowanie pracownika do stanowiska pracy, wyklucza element przypadkowości, co podnosi satysfakcję pracownika, a finalnie samego Klienta – mówi Patrycja Liniewicz, International Recruitment Director OTTO Work Force.

Jak wykorzystać wirtualną rzeczywistość w szkoleniach pracowników?

Niezmiernie ważnym elementem domykającym proces rekrutacji, jest wdrożenie pracownika (onboarding) oraz skuteczne dobranie szkoleń w tym etapie. W tym celu ramach Innovations Lab zostały opracowane wirtualne narzędzie szkoleniowe. Virtual Trainer wykorzystuje wirtualną rzeczywistość do przygotowania pracowników do działania w nowym środowisku pracy. Virtual Trainer odwzorowuje miejsce pracy u klienta, dzięki czemu pracownik uczy się nowej przestrzeni i ćwiczy konkretne czynności jeszcze przed rozpoczęciem pracy.

Stosując program Virtual Trainer skracamy czas wdrożenia pracownika aż o 50% – mówi Patrycja Liniewicz, International Recruitment Director OTTO Work Force.

Stosowanie wirtualnych przestrzeni szkoleniowych pozwala nam znacznie skrócić proces wdrażania pracowników i obniżyć związane z nim koszty – dodaje.

Specjaliści z OTTO postawili również na aplikacje mobilną, dzięki którym pracownicy mogą brać udział w szkoleniach on-line. E-cards umożliwia rozwiązanie testów bez wychodzenia z domu – za pomocą smartfona lub komputera. Taka funkcjonalność sprawdza się m.in. przy instrukcjach pracy i sprawdzianach wiedzy z przepisów BHP.

Funkcjonalności elektroniczne ułatwiają komunikację nie tylko pracodawcom. Użycie opcji Feedback w 15 sekund pozwala pracownikowi na otrzymanie błyskawicznej oceny jego pracy. System wykorzystuje w tym celu emotikony, których użycie pokazuje stopień poziomu zadowolenia szefa zespołu.

Co dalej?

Rozwój nowych technologii, przemiany zachodzące w społeczeństwie i na rynku pracy wymuszają nowe podejście do pozyskiwania i selekcji kandydatów. Stosowanie zautomatyzowanych systemów rekrutacji i szkoleń pracowników powoli staje się nieodłączną cechą branży HR.

Systemy wykorzystujące nowe technologie, pozwalają przyśpieszyć i zoptymalizować procesy rekrutacji. Rynek pracy jest coraz trudniejszy, dlatego wciąż poszukujemy innowacyjnych rozwiązań. Dużym wyzwaniem jest nie tylko pozyskanie nowych pracowników, ale również ich utrzymacie i szkolenie. Myślę, że w najbliższych latach mocno rozwinie się udział nowych technologii w całej branży HR i pojawi się wiele ciekawych rozwiązań, nad którymi my również pracujemy – podsumowuje Patrycja Liniewicz.

Nowe propozycje dotyczące zakupu i używania aut

Projekt zakłada podniesienie kwoty („progu”), powyżej którego odpisy amortyzacyjne z tytułu zużycia samochodu osobowego nie stanowią kosztów uzyskania przychodów (150 tys. zł). Jednocześnie planowane jest zastosowanie tego ograniczenia do dotyczących danego samochodu osobowego opłat wynikających z umowy leasingu.

Jak twierdzi mec. Rafał Iniewski, wiceprzewodniczący Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan „dotychczasowe zróżnicowanie dwóch form nabycia samochodu pod względem podatkowym naruszało zasadę równości opodatkowania i słuszne jest, że proponuje się zmianę w tym zakresie. Jednakże zawsze powstaje pytanie, co do adekwatności wysokości progu, który ma być stosowany zarówno do nabycia, jak i do leasingu”.

Wielu ekspertów z branży samochodowej uważa, że ceny samochodów o napędach niekonwencjonalnych są wyższe niż proponowany próg 150 tys. zł (a tego rodzaju pojazdom powinny być dedykowane korzyści podatkowe). Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan  wskazuje, że próg 200 tys. zł byłby bardziej optymalny. Ponadto postuluje aby nie był on określany kwotowo tylko poprzez wzór odnoszący się do parametrów makroekonomicznych obowiązujących w danym roku podatkowym. W ten sposób limit „podążałby” za potencjalnym wzrostem cen samochodów i nie byłoby konieczne nowelizowanie ustawy w przyszłości.

Kolejną proponowaną regulację stanowi wprowadzenie ograniczenia 50% limitu w zaliczaniu do kosztów podatkowych wydatków z tytułu kosztów używania samochodu osobowego dla potrzeb działalności gospodarczej, jeżeli nie jest prowadzona odpowiednia ewidencja potwierdzająca wykorzystywanie samochodu osobowego wyłącznie do działalności gospodarczej podatnika.

Rada Podatkowa uważa, że wprawdzie z jednej strony proponowana zmiana może być uznana za zgodną z logiką systemu podatkowego (poprzez analogię do VAT) z drugiej jednaj strony wskazuje, że niesie ona istotne skutki fiskalne dla znaczącej grupy obywateli. Dla mikro przedsiębiorców, samozatrudnionych, czy wolnych zawodów koszty eksploatacji samochodów to znacząca (często najwyższa) cykliczna pozycja kosztowa.

Zdaniem Rafała Iniewskiego jeżeli wprowadzamy ograniczenia dotyczące kwalifikowania wydatków związanych z eksploatacją samochodu to oznacza, że grupie liczącej potencjalnie 1,5 mln osób podnosimy obciążenia podatkowe. Rząd stwierdzał wielokrotnie, że podwyższanie obciążeń nie będzie miało miejsca. Jednak skoro wymogi logiki systemowej wymagały wprowadzenia limitu analogicznego jak w VAT, należało pomyśleć o obniżeniu stawki PIT-u liniowego, choćby zrównania go ze stawką 18% z pierwszego progu progresji. Tym bardziej, że projekt ustawy zakłada znaczące obniżenie stawki CIT dla mikro-firm aż do 9 %.

Rada Podatkowa uważa, że na zmianie najwięcej stracą ci przedsiębiorcy, którzy posiadają i użytkują samochód osobowy, co do zasady wyłączenie do działalności gospodarczej, a tylko sporadycznie, czego nie sposób uniknąć, użyją go do celów prywatnych. Zdaniem Rafała Iniewskiego „trzeba mieć też na uwadze fakt, że statystyczny indywidualny przedsiębiorca pracuje więcej niż pracownik. Można powiedzieć, że w zasadzie cały czas pracuje, no chyba że śpi. Dla wielu z nich skala użytku prywatnego jest znikoma, w każdym razie na pewno mniejsza niż 50 %”.

Uwzględniając cel wprowadzenia ograniczenia, tj. wyłączenie z kosztów podatkowych użytku prywatnego aut służbowych, Rada Podatkowa stoi na stanowisku, że ograniczenie powinno odpowiadać rzeczywistości i wynosić +/- 15%, tj. 85% wydatków związanych z używaniem samochodów firmowych powinno stanowić KUP.

Odnosząc się natomiast do przypadku gdy samochód jest oddawany do użytku służbowego pracownika i gdy ten użytek prywatny jest opodatkowany w ramach opodatkowania świadczeń na rzecz pracownika (zgodnie z obecnymi przepisami), nie ma podstaw, by jeszcze raz był opodatkowany poprzez brak możliwości ujęcia części wydatków na taki pojazd w kosztach uzyskania przychodów.

W projekcie proponuje się także ograniczenie możliwości zaliczania do kosztów podatkowych wydatków eksploatacyjnych związanych z wykorzystywaniem w działalności gospodarczej prywatnego auta podatnika (tzn. nie wpisanego do ewidencji środków trwałych). W aktualnym stanie prawnym wydatki eksploatacyjne z tego tytułu stanowią koszt podatkowy do wysokości tzw. kilometrówki. Projektodawca zakłada ograniczenie w zaliczaniu do kosztów podatkowych w wysokości 20% wartości tychże wydatków.

Wprowadzenie różnicowania poziomu części wydatków jaka może stanowić koszt w zależności od wpisania danego pojazdu do ewidencji środków trwałych nie znajduje uzasadnienia. Nie ma bowiem podstaw, by różnicować wysokość możliwych do zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów wydatków (nawet w przypadku samochodów użytkowanych prywatnie i służbowo) w zależności od tego, jak długo podatnik ma zamiar z tego samochodu korzystać. W przypadku podatnika kupującego pojazdy np. na potrzeby działalności trwającej z założenia krócej niż rok, będzie on mógł zaliczyć tylko 20% wydatków do kosztów (taki samochód nie może być środkiem trwałym) zaś podatnik prowadzący taką samą działalność w okresie dłuższym – 50% przy takim samym zakresie wykorzystania pojazdu do działalności służbowej i prywatnej. Tym samym w tym wypadku mielibyśmy naruszoną zasadę równości, bowiem cecha okresu prowadzenia działalności gospodarczej nie jest relewantna do określania jaka część wydatków może być uznana za koszt uzyskania przychodu.

Proponowane zmiany mają też niekorzystny wpływ na biznes leasingowy. Zasadniczym problemem jest stosowanie limitu 150 tys. zł także do finansującego (firmy leasingowej). Wprowadzają one de facto podwójne ograniczenie w zaliczaniu do kosztów podatkowych wydatków związanych z samochodem osobowym w ramach transakcji leasingu, którego wartość przekracza 150 tys. zł. Spowoduje to wiele niekorzystnych skutków dla firm leasingowych m.in.: preferencje dla stosowania kredytu jako instrumentu finansowania zakupu samochodu zamiast leasingu czy opodatkowanie wirtualnego (nierzeczywistego) dochodu firmy leasingowej.

Rada Podatkowa wskazuje też, że przyjęte rozwiązania są bardziej restrykcyjne niż w podatku VAT, a także na błędne sformułowanie przepisów przejściowych.

Odnosząc się do jednego z tych przepisów przejściowych (w art. 13 projektu, w którym zawarte są przepisy przejściowe odnośnie umów leasingowych w kontekście przekroczenia progu 150 tys.) – należy stwierdzić, że brakuje jakiegokolwiek uzasadnienia do przyjęcia wyznaczonej przez projekt daty 31 grudnia 2020 r. jako końca okresu ochrony prawnej wynikającej z praw nabytych w obecnym stanie prawnym. Zdaniem Rady Podatkowej, zasada ochrony praw nabytych sprzeciwia się wyznaczeniu daty granicznej dla umów leasingowych zawartych przed 1 stycznia 2019 r. Uważamy, iż jedynym warunkiem korzystania z dotychczasowego brzmienia przepisów powinno być zawarcie umowy leasingowej przed 1 stycznia 2019 r. bez wyznaczania jakichkolwiek innych ram czasowych

We Wrocławiu pękł pierwszy milion mkw. powierzchni biurowej

Z końcem I półrocza 2018 roku podaż w sektorze biurowym we Wrocławiu przekroczyła 1 mln mkw. powierzchni, najemcy podpisali umowy na ponad 58 000 mkw., a na rynek trafiło ponad 100 000 mkw. biur, wynika z najnowszych danych zaprezentowanych przez agencję doradczą JLL.

„Wrocław jest jednym z najszybciej rosnących rynków biurowych w Polsce, co potwierdza bardzo wysokie zainteresowanie naszym miastem ze strony inwestorów. Doskonałe wyniki notowane w rozmaitych sektorach wrocławskiej gospodarki motywują nas, aby konsekwentnie realizować przyjętą strategię rozwoju. Nasze cele długoterminowe to dalsza poprawa zaplecza infrastrukturalnego w połączeniu z dalszym przyciąganiem do miasta zarówno międzynarodowych firm z sektora usług czy IT, jak również tworzeniem optymalnych warunków rozwoju dla start up’ów oraz małych i średnich przedsiębiorstw. Już teraz Wrocław jest miejscem, w którym z powodzeniem rozwijają się firmy oferujące zaawansowane usługi oparte na wiedzy, centra R&D czy kreatywne małe przedsiębiorstwa i włączają Wrocław w międzynarodowy obieg gospodarczy. Dzięki temu w mieście powstaje coraz więcej ciekawych, wyspecjalizowanych miejsc pracy, które są idealną opcją na rozwój zawodowy dla ambitnych wrocławian i absolwentów wrocławskich uczelni”, komentuje Adam Grehl, Wiceprezydent Wrocławia.

Podaż i popyt

Katarzyna Krokosińska, kierująca wrocławskim oddziałem firmy JLL
Katarzyna Krokosińska, kierująca wrocławskim oddziałem firmy JLL

„Na koniec pierwszej połowy tego roku podaż nowoczesnej powierzchni biurowej we Wrocławiu przekroczyła 1 mln mkw. Obecnie w budowie znajduje się aż 240 000 mkw. biur, a do końca 2018 roku na rynek może trafić łącznie ponad 150 000 mkw. (wliczając nową podaż z pierwszego półrocza), co jest świetną wiadomością dla najemców poszukujących dużych wolumenów nowoczesnej przestrzeni zlokalizowanej na jednym z najatrakcyjniejszych biznesowo rynków w Polsce”, informuje Katarzyna Krokosińska, Dyrektor Biura JLL we Wrocławiu.

 

Największe obiekty biurowe w budowie

Budynek Powierzchnia (mkw.) Deweloper
Business Garden Wrocław – II faza 70 000 Vastint Poland
Cu Office 23 500 Buma / Reino Partners
Centrum Południe 23 300 Skanska Property Poland
City Forum 22 600 Archicom
Nowy Targ 19 400 Skanska Property Poland
Infinity 18 900 Avestus Real Estate Poland

Źródło: JLL, 2018

Jak wynika z danych JLL, zapotrzebowanie na nowoczesną powierzchnię biurową w pierwszej połowie roku wyniosło 58 400 mkw. Ten wynik był rezultatem takich umów jak m.in. 17 000 mkw. na potrzeby własne BZ WBK i 10 000 mkw. dla Santander Consumer Bank w kompleksie Business Garden Wrocław.

„Wysoki popyt na wrocławskim rynku biurowym jest napędzany w dużej części przez firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Według ABSL, centra usług zatrudniają w mieście już ponad 45 000 pracowników, co plasuje Wrocław na trzecim miejscu wśród lokalizacji dla inwestycji z tej branży. Naturalnie, tak imponujący wynik przekłada się na wysoki udział sektora w wynajętej przestrzeni biurowej. Według analiz JLL, udział ten sięga już 49%”, tłumaczy Katarzyna Krokosińska.

Pustostany i czynsze

Na koniec I półrocza wskaźnik powierzchni niewynajętej we Wrocławiu kształtował się na poziomie 9,7%. Najwyższe czynsze transakcyjne za metr kwadratowy miesięcznie wyniosły w stolicy Dolnego Śląska ok. 13,7 – 14,5 euro.

Kraków, Katowice i Poznań w TOP10 najbardziej rozwijających się centrów technologicznych w Europie

Aż trzy polskie miasta znalazły się w najnowszym rankingu CBRE „EMEA Tech Cities”, który identyfikuje największe klastry technologiczne w Europie, na Bliskim Wschodzie i Afryce. Kraków, Katowice i Poznań zostały sklasyfikowane odpowiednio na trzecim, szóstym i ósmym miejscu w kategorii „Growth Clusters”, czyli wśród miast z największym potencjałem wzrostu w sektorze technologicznym. W szczególności Kraków w ciągu ostatnich 10 lat zwiększył zatrudnienie w sektorze hi-tech aż o 66%, a Poznań o 64%.

top 10 centrow technologicznych-02-02Kategoria, w której wysokie miejsca zajęły aż trzy polskie miasta, jest chyba najciekawszą ze wszystkich czterech wyodrębnionych w raporcie, głównie z uwagi na ogromne zróżnicowanie pomiędzy sklasyfikowanymi klastrami. Część z nich wyrosła na centra technologiczne dzięki wykwalifikowanym specjalistom, część dzięki relatywnie konkurencyjnym kosztom pracy, a część jako wsparcie dla innych sektorów działających w danym regionie. Na przykład Kraków pozostaje niekwestionowanym polskim liderem sektora usług dla biznesu oraz usług IT, a w Poznaniu istnieje ogromny potencjał pod kątem zatrudnienia specjalistów IT, którzy obok finansistów i lingwistów stanowią największą grupę studentów. Wysokie lokaty naszych miast w kategorii najbardziej rozwijających się lokalizacji technologicznych są również dobrym prognostykiem na przyszłość. Jeśli będą napływały kolejne inwestycje z sektora hi-tech i dzięki temu utrzyma się wysoka dynamika zatrudnienia, z pewnością za kilka lat polskie miasta będą wysoko sklasyfikowane wśród technologicznych klastrów rozwiniętych – zwraca uwagę Joanna Mroczek, Szefowa Działu Doradztwa i Badań Rynku CBRE.

Kraków hubem dla globalnych liderów technologicznych

Kluczowym czynnikiem, który zdecydował o wysokiej pozycji stolicy Małopolski w rankingu CBRE wśród lokalizacji technologicznych o największym potencjale rozwoju (nr 3) był aż 66% wzrost zatrudnienia w sektorze technologicznym. Pochodną tego jest wysoki udział młodych pracowników – 2/3 to osoby posiadające mniej niż 10 lat doświadczenia zawodowego, a tylko 38% pracuje już ponad 10 lat.

Podobnie jak w innych centrach technologicznych Europy Środkowo-Wschodniej, zatrudnienie w krakowskim sektorze technologicznym jest zdecydowanie zdominowane przez bardzo duże organizacje. To wynik krakowskiego sukcesu w przyciąganiu inwestycji nearshore i offshore międzynarodowych firm technologicznych. Atrakcyjność Krakowa potwierdza również raport Antal „Potencjał inwestycyjny Krakowa” z którego wynika, że aż 12% przedsiębiorców chce przenieść swój biznes do tego miasta, które może pochwalić się największą dostępnością wykwalifikowanych pracowników w Polsce oraz drugim co do wielkości rynkiem nowoczesnych powierzchni biurowych.

Biorąc pod uwagę strukturę firm z sektora technologicznego (udział w transakcjach najmu w nowoczesnych obiektach biurowych), aż 72% stanowią dostawcy tradycyjnych usług takich jak IT (32%), telekomunikacyjnych (21%) oraz oprogramowania (19%). Największymi graczami na rynku są Comarch, Capgemini, Saber Corporation i Luxoft. 12% firm zajmuje się reklamą i marketingiem, 6% grami, a 5% e-commerce.

Poznań polską kolebką nowych technologii

Ósme miejsce stolicy Wielkopolski w kategorii „Growth Cluster”, podobnie jak w przypadku Krakowa, to przede wszystkim efekt bardzo dużej dynamiki zatrudnienia w sektorze technologicznym. W ciągu ostatnich 10 lat miasto osiągnęło aż 64 proc. wzrost. W zdecydowanej większości pracownicy hi-tech to osoby z maksymalnie 10-letnim stażem pracy. Drugim czynnikiem, który zdecydował o wysokiej pozycji Poznania to fakt, że w tym mieście powstało wiele firm, które osiągnęły nie tylko ogólnopolski, ale i międzynarodowy sukces. W 2008 roku zostało założone Netguru oferujące oprogramowania i usługi doradcze, prężnie działa Talex – dostawca zaawansowanych technologicznie usług i rozwiązań IT, podobnie telekomunikacyjne przedsiębiorstw INEA. Ogromny sukces osiągnęło poznański sklep internetowy Allegro oraz sprzedawca sprzętu elektrycznego Komputronik. Ponadto w Poznaniu ma siedzibę wiele korporacji międzynarodowych takich jak Capgemini, Cognifide i Roche.

Jeśli chodzi o strukturę najemców hi-tech w nowoczesnych obiektach biurowych, to największą grupę stanowią firmy oferujące usługi internetowe (40%). Co czwarty podmiot jest dostawcą usług IT, co piaty usług telekomunikacyjnych, a 1 na 10 oprogramowania.

Cztery klastry technologiczne EMEA

CBRE zrobiło szczegółowy przegląd klastrów technologicznych wśród krajów Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki i w raporcie „EMEA Tech Cities” podzieliło je na cztery kategorie w zależności od wielkości, wzrostu i charakterystyki danego rynku pracy. Pierwsza to „Scale Clusters”, czyli supercentra technologiczne w stolicach Europy, które zatrudniają ponad 70 tys. osób w zaawansowanych technologiach. TOP3 w tej kategorii zajęły kolejno Londyn, Madryt i Dublin. W drugiej kategorii „Super Clusters” zostały ujęte lokalizacje z zatrudnieniem od 50 tys. do 70 tys. w sektorze technologicznym. Na jej czele uplasowały się Thames Valley (Wielka Brytania), Zurich oraz M3 Corridor (Wielka Brytania). TOP3 kategorii „Normal Clusters”, czyli miejsc z zatrudnieniem od 20 tys. do 50 tys. w sektorze technologicznym, tworzą Oslo, Bazylea i Hamburg. Czwarta kategoria „Growth Clusters”, najważniejsza z punktu widzenia Polski, klasyfikuje najbardziej rozwijające się lokalizacje w regionie EMEA, z dwucyfrowym wzrostem zatrudnienia w sektorze technologicznym od 2010 roku i prognozowanym wzrostem zatrudnienia w zakresie zaawansowanych technologii w ciągu najbliższych pięciu lat. TOP3 tej kategorii tworzą kolejno Derby/Nottingham, Florencja i Kraków.

Definiując sektor technologiczny, CBRE wzięło pod uwagę dwa rodzaje firm technologicznych – tradycyjne i niedawno powstałe. W pierwszej grupie znajdują się dostawcy oprogramowania, usług IT, usług telekomunikacyjnych oraz sprzętu IT. Drugą grupę stanowią dostawcy usług internetowych, e-commerce, firmy zajmujące się reklamą i marketingiem, grami, cyberprzestępczością oraz fintechy.

Prawo do przedsiębiorczości – nowe udogodnienia dla przedsiębiorców czy stary sposób na prowadzenie kampanii przedwyborczej?

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Prawo do przedsiębiorczości – pod tym hasłem Ministerstwo Finansów prowadzi konferencje informacyjne na terenie całej Polski. Celem kampanii ma być przekonanie przedsiębiorców, że organy państwa, w tym główne organy podatkowe, nie muszą być wrogiem przedsiębiorczości. Mimo starań MF, nie trudno dostrzec, że wszystkie te hasła dość brutalnie rozmijają się z rzeczywistością.

Jednym z głównych haseł głoszonych przez MF jest „3xP w praktyce – podatkowe udogodnienia dla firm”. Są to dyrektywy mające określać nowe podejście do tworzenia i egzekwowania prawa, głównie podatkowego, przedstawiające system podatkowy w praktyce jako prosty, przyjazny i przejrzysty. Jednak, wbrew samemu hasłu, zasady te funkcjonują jedynie w teorii.

Na czym mają polegać zmiany?

Zmiany będą miały miejsce nie tylko na gruncie regulacji prawnych. Jak zapewniała prof. Teresa Czerwińska, przedstawicielka Ministerstwa, należy mówić o „zmianie kulturowej” administracji skarbowej, która pozwoli traktować przedsiębiorców po partnersku. Niestety, obecnie te hasła często wydają się puste, a największym problemem przedsiębiorców wcale nie są niejasne i bardzo profiskalne przepisy, lecz bezprawie urzędnicze.

Przepisy a rzeczywistość

Regulacje przewidują zwrot podatku w ciągu 60 lub – po spełnieniu dodatkowych przesłanek – 25 dni. W praktyce terminy są nagminnie przedłużane i na zwrot czekać trzeba wiele miesięcy, a w skrajnych przypadkach nawet kilka lat. Organy korzystają ze swojego prawa do przedłużenia terminu zwrotu. Co więcej, czasem manipulują w ten sposób wynikami finansowymi państwa – wstrzymane zwroty formalnie powiększały dochód państwa, a statystyki wyglądały lepiej. To, że takie praktyki nierzadko mogły doprowadzić do upadku wielu firm tracących płynność finansową, nie było nigdy szczególnie brane pod uwagę.

Karuzele podatkowe lub zła wola urzędników

Problem występuje m.in. w przypadku nieświadomego udziału w tzw. karuzelach podatkowych, służących do wyłudzania podatku VAT. Organy najczęściej odmawiają prawa do odliczenia podatku przedsiębiorcy, którego kontrahent okazał się nieuczciwy, nie zaś oszustowi, który wcześniej uzyskał zwrot podatku. Nierzadko wystarczy także sam udział w karuzeli przy obrocie tego samego towaru, mimo iż do oszustwa doszło na wcześniejszym etapie obrotu. Organy twierdzą – co zwykle jest wbrew wszelkiej logice i zasadom rynkowej rzeczywistości – że przedsiębiorca, któremu blokuje się zwrot, powinien wiedzieć, że bierze udział w oszustwie. Najważniejsze jest założenie, że za oszustwo ktoś musi zapłacić – niekoniecznie winny. Takie podejście nie zmienia się od lat, choć w sprawie wielokrotnie wypowiadały się sądy polskie, jak również europejskie, przyznając rację przedsiębiorcom, którzy padali ofiarami urzędniczego bezprawia.

Wnioski o interpretacje to unikanie opodatkowania?

Zdecydowana większość przedsiębiorców nie ucieka od płacenia podatków, lecz nie wie, w jakiej wysokości i według jakich zasad powinna je płacić. W obliczu niezwykle zawiłego systemu oraz niejednolitej praktyki nie powinno to nikogo dziwić. Pomocą dla przedsiębiorców miały więc być interpretacje indywidualne, które tracą na znaczeniu, gdyż organy nie chcą ich wydawać, powołując się na przesłanki zastosowania klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania i rażąco nadużywają tego prawa. Dla nich bowiem niemal każda czynność podatnika, która – niezależnie od okoliczności – może prowadzić do zapłaty mniejszego podatku, stanowi niedozwoloną optymalizację podatkową.

3xP tylko w teorii

W tym kontekście przynajmniej w jednym należy się zgodzić z Ministerstwem – zawsze trzeba zakładać, że przedsiębiorca jest uczciwy, a wszelkie wątpliwości rozstrzygać na jego korzyść. Jednak w praktyce organy podatkowe niemal nigdy nie mają żadnych wątpliwości. Zmiana kulturowa jest więc konieczna. Póki co z szumnych deklaracji nie wynika absolutnie nic.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Kurs dolara spada w obliczu ożywienia euro i walut rynków wschodzących

Ubiegły tydzień przyniósł poprawę nastrojów względem ryzykownych aktywów, co nie sprzyjało dolarowi amerykańskiemu – wzmocniło natomiast polskiego złotego.

W zeszłym tygodniu waluty rynków wschodzących doświadczyły pierwszego od dłuższego czasu ożywienia. Wspierało je umocnienie liry tureckiej, która zyskiwała ze względu na podwyżki stóp Centralnego Banku Republiki Turcji. Stopa referencyjna w Turcji wzrosła o 6.25 p.p., czyli o blisko dwa razy więcej niż wynosiły szacunki konsensusu ekonomistów. Obecnie koszt pieniądza w Turcji wynosi 24%. Decyzja CBRT wydaje się powrotem do rozsądnej polityki pieniężnej. Tym samym lira drugi tydzień z rzędu była jedną z najlepiej radzących sobie walut świata.

Niższe od założeń konsensusu dane o inflacji ze Stanów Zjednoczonych okazały się bodźcem, który wyhamował wzrost rentowności amerykańskich obligacji, jak i przeszkodził w umocnieniu dolarowi amerykańskiemu; USD względem większości istotnych walut zakończył miniony tydzień na niższym poziomie, niż ten na którym go rozpoczął. Wyjątkiem były waluty azjatyckie, które nie były w stanie umocnić się ze względu na informacje o zaognieniu konfliktu handlowego na linii USA-Chiny.

Zarówno w przypadku walut G10, jak i walut rynków wschodzących, w tym tygodniu sytuację na rynku walutowym będą kreować przede wszystkim spotkania banków centralnych. Najistotniejsze będą spotkania Banku Japonii, norweskiego Norges Banku, Południowoafrykańskiego Banku Rezerw, Szwajcarskiego Banku Narodowego oraz Centralnego Banku Brazylii. Warto zwrócić uwagę również na kilka odczytów ze światowych gospodarek, w tym przede wszystkim na dane o inflacji i sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii oraz na wstępne dane PMI dla krajów strefy euro. Inwestorzy będą obserwować również wszelkie informacje związane z konfliktem handlowym USA i Chin.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł lekkie umocnienie polskiego złotego w relacji do euro i dolara amerykańskiego. Złoty osłabił się nieco natomiast w parze z funtem brytyjskim, ze względu na siłę tego ostatniego. W minionym tygodniu polskiemu złotemu sprzyjał wzrost pary EUR/USD i poprawa sentymentu do walut rynków wschodzących po znacznej podwyżce stóp w Turcji.

Dane z Polski, które poznaliśmy w ubiegłym tygodniu nie były przełomowe. Inflacja CPI w sierpniu nie zaskoczyła i wyniosła 2% w ujęciu rocznym. Inflacja bazowa z kolei wyraźnie przyspieszyła, osiągając poziom 0,9%, tym samym wskaźnik znalazł się nieznacznie powyżej oczekiwań konsensusu.

Piątkowy wieczór nie dostarczył inwestorom wielu emocji – agencja Moody’s zgodnie z naszymi oczekiwaniami nie zmieniła ratingu ani perspektywy ratingu Polski. Podobnie jak robiła to kilkukrotnie w przeszłości, agencja nie podejmowała decyzji w tej kwestii.

Bieżący tydzień będzie obfitował w odczyty z Polski. Warto będzie obserwować wtorkowe dane o zatrudnieniu i płacach w sektorze korporacyjnym w sierpniu oraz dane o produkcji przemysłowej i inflacji PPI, które zostaną opublikowane następnego dnia. Z uwagi na ogromne znaczenie konsumpcji dla krajowego wzrostu gospodarczego, najistotniejsze będą jednak piątkowe dane o sprzedaży detalicznej.

GBP

Ostatnie spotkanie Banku Anglii zgodnie z oczekiwaniami nie przyniosło zmian w polityce pieniężnej. Niemniej, pozytywne komentarze dotyczące negocjacji ws. Brexitu zapewniły wsparcie dla funta brytyjskiego. Do aprecjacji szterlinga przyczyniły się zwłaszcza komentarze głównego negocjatora ds. Brexitu, Michela Barniera. Barnier w swoich wypowiedziach sugerował, że osiągnięcie porozumienia jest możliwe w ciągu kilku najbliższych tygodni. Dodatkowo potwierdza to zatem nasz pogląd, zgodnie z którym scenariusz Brexitu bez szczególnego porozumienia Wielkiej Brytanii z UE jest mało prawdopodobny, a wyprzedaż funta z ostatnich kilku tygodni była nadmierna.

Ze względu na to, iż Bank Anglii kolejne podwyżki będzie warunkował zmianami oczekiwań względem przyszłej dynamiki cen, najistotniejszymi danymi, które poznamy w tym tygodniu będą środowe odczyty inflacji.

EUR

Obawy związane z potencjalną konfrontacją Unii Europejskiej i Italii w związku z planowanym budżetem Włoch zaczęły powoli zanikać. Rynki powoli akceptują, że Europejski Bank Centralny zdecyduje się ograniczyć zakup obligacji rządowych zgodnie z opublikowanym harmonogramem. Inwestorzy przekonują się też powoli do tego, że EBC w drugiej połowie przyszłego roku podniesie stopy procentowe. Bank potwierdził ten pogląd podczas zeszłotygodniowego spotkania, które uznać można za dość jastrzębie. Jego przewodniczący, Mario Draghi z optymizmem wypowiadał się na temat wzrostu gospodarek strefy euro, jak i w kwestii perspektyw osiągnięcia przez dynamikę cen poziomu określonego celem inflacyjnym.

W tym tygodniu będziemy czekać na wstępne wskazania indeksów aktywności biznesowej PMI, które pozwolą oszacować, jak zachowują się europejskie gospodarki w końcówce trzeciego kwartału. Nie spodziewamy się jednak, żeby para EUR/USD wyraźnie zyskiwała zanim nie zaobserwujemy wyraźnego przyspieszenia inflacji we wspólnym bloku.

USD

Wzrost rentowności amerykańskich obligacji skarbowych, rozpoczęty przez dobre dane z amerykańskiego rynku pracy został nieco wyhamowany ze względu na ostatnią, rozczarowującą publikację o sierpniowej dynamice cen w USA. Pod koniec tygodnia uwaga inwestorów skupiła się jednak na informacjach o tym, że prezydent Trump planuje kontynuować nakładanie ceł na Chiny i w najbliższym czasie ma ogłosić wprowadzenie taryf na chińskie produkty o wartości 200 mld USD, co wzmocniło dolara.

W tym tygodniu nie poznamy zbyt wielu istotnych danych makroekonomicznych z USA. Opublikowanych zostanie jedynie kilka odczytów drugiej kategorii, takich jak dane o sprzedaży domów. W związku z tym, dolar amerykański prawdopodobnie będzie reagował na informacje związane z konfliktem handlowym na linii USA-Chiny oraz informacje z zewnątrz.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Wojciech Sienicki Dyrektorem Zarządzającym Kuehne + Nagel w Polsce

Wojciech Sienicki (57) został powołany na Dyrektora Zarządzającego Kuehne + Nagel w Polsce.

Wojciech Sienicki - Dyrektor Zarządzający Kuehne + Nagel w Polsce
Wojciech Sienicki – Dyrektor Zarządzający Kuehne + Nagel w Polsce

Wojciech Sienicki posiada prawie 30 lat doświadczenia w branży logistyki i transportu, obejmując w tym okresie wiele menadżerskich stanowisk. Sienicki dołączył do Kuehne + Nagel w 2011 roku, gdy objął odpowiedzialność za Dział Spedycji Drogowej i Kolejowej w Polsce, który później został przekształcony w Dział Spedycji Drogowej. Obejmował on pozycję Dyrektora Działu Spedycji Drogowej do czasu jego powołania na obecne stanowisko.

„Objęcie stanowiska Dyrektora Zarządzającego Kuehne + Nagel w Polsce to dla mnie ogromne wyróżnienie, ale również wyzwanie. Jestem przekonany, iż moje wieloletnie doświadczenie wewnątrz firmy oraz znajomość specyfiki polskiego rynku logistycznego umożliwią efektywne zarządzanie polską dywizją Kuehne + Nagel. Moim celem jest, abyśmy dostarczali naszym Klientom usługi, które będą budować dodatkową wartość dla ich biznesów.” – mówi Wojciech Sienicki.

“Wojciech Sienicki jest doświadczonym menadżerem branży logistycznej i transportowej z wieloma sukcesami biznesowymi. Powołując Wojciecha Sienickiego na stanowisko Dyrektora Zarządzającego, mamy pewność dalszej gwarancji usług wysokiej jakości, których realizacja będzie zgodna z naszą globalną strategią, zorientowaną na zapewnianie naszym Klientom innowacyjnych i efektywnych rozwiązań”– powiedział dr. Hansjörg Rodi, Regionalny Menadżer, Kuehne + Nagel w regionie Centralnej i Wschodniej Europy.

Deloitte: Europejskie modele gospodarcze stoją u progu istotnych zmian

Nowe regulacje stwarzają duże wyzwania dla polskiego ustawodawcy oraz mogą być podstawą do rewolucyjnych zmian w politykach publicznych, modelach biznesowych, a także postawach konsumenckich.

Rok 2018 przyniósł znaczące zmiany w obszarze regulacji dotyczących gospodarowania odpadami oraz efektywnego wykorzystania surowców naturalnych. W styczniu bieżącego roku opublikowana została strategia dotycząca tworzyw sztucznych, a 4 lipca zaimplementowany został, długo konsultowany, pakiet dyrektyw dotyczący gospodarki o obiegu zamkniętym. Obydwa dokumenty stawiają ambitne cele dążące do odpowiedzialnego wykorzystania surowców, m.in. poprzez usprawnienie działania systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta, poprawę projektowania produktów czy wykorzystywanie materiałów biodegradowalnych.

Europejskie modele gospodarcze stoją u progu istotnych zmian. Jeśli obecne trendy wzrostowe światowej populacji, industrializacji, zanieczyszczenia, produkcji żywności i zużycia zasobów zostaną utrzymane, to narazimy nie tylko środowisko naturalne ale także biznes i społeczeństwo na szereg poważnych ryzyk. Aby zapewnić stały, trwały wzrost gospodarczy, musimy podjąć odpowiednie kroki by wykorzystywać zasoby w bardziej zrównoważony i odpowiedzialny sposób.

Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju
Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju Deloitte

Wobec przyjętych przez Parlament Europejski celów kluczowym aspektem jest wprowadzenie zmian systemowych, które wyznaczałyby kierunek działań, ustanawiały wspólne standardy i systemy oraz wspierały innowacje. Zmiany te będą wymagały zaangażowania wszystkich uczestników rynku. Tworzone ramy legislacyjne muszą iść w parze z odpowiednimi rozwiązaniami dla biznesu oraz konsumentów. – Są trzy kluczowe kroki do wprowadzenia zmian. Pierwszy z nich to uspójnienie stanu wyjścia, czyli identyfikacja miejsca, w którym obecnie znajduje się polska gospodarka. Drugi to analiza potencjału zmian oraz wybór drogi, którą chcielibyśmy podążać. Ostatnim, trzecim krokiem jest edukacja konsumentów. Bez ich zaangażowania trudno będzie zmienić dotychczasowe zasady funkcjonowania rynku – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju. Jedynie zaangażowanie wszystkich uczestników rynku – regulatora, biznesu i społeczeństwa pozwoli na wypracowanie efektu skali, który może wynieść Polskę na pozycję lidera w zakresie gospodarki o obiegu zamkniętym.

– Na innych europejskich rynkach te procesy już się dzieją. My tej szansy nie możemy przegapić. Zarówno po stronie regulatora, jak i biznesu mamy grono kompetentnych specjalistów. Także polskie społeczeństwo jest coraz bardziej świadome, a tym samym gotowe na zmiany. To pierwszy moment, gdy strategicznie patrzymy na te kwestie. W Polsce do tej pory był to temat poboczny. Wierzę, że Polacy są bardzo ambitni, więc jest duża szansa, że wkrótce na tym polu będziemy przykładem dla innych – uważa Irena Pichola.

Analiza rynku gruntów przeznaczonych pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w Lublinie, Łodzi, Białymstoku, Rzeszowie i Szczecinie

Emmerson Evaluation, firma specjalizująca się w wycenie nieruchomości, przeanalizowała sytuację na rynku gruntów mieszkaniowych jednorodzinnych w Lublinie, Łodzi, Białymstoku, Rzeszowie i Szczecinie. W większości z tych stolic wojewódzkich ceny działek budowlanych w ostatnich latach wzrosły. W 2017 r. najwięcej, bo średnio ok. 260 zł/mkw., za tego rodzaju grunty płacono w Lublinie. Na drugiej pozycji uplasowała się Łódź, ze średnią 240 zł/mkw. W tych dwóch miastach trend wzrostowy cen był najbardziej zauważalny i wynosił odpowiednio 8 i 9% r/r. Z kolei stabilną sytuacją cenową charakteryzował się rynek białostocki, szczeciński i rzeszowski. W Rzeszowie i Białymstoku ceny działek budowlanych w ostatnich latach pozostawały na zbliżonym poziomie, natomiast w Szczecinie ich wzrost był bliski 5%.

Po przeanalizowaniu sytuacji na rynkach gruntów przeznaczonych pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w Lublinie, Łodzi, Białymstoku, Rzeszowie i Szczecinie, eksperci Emmerson Evaluation spodziewają się w najbliższym czasie trendu wzrostowego cen w tych miastach. – Z roku na rok obserwowaliśmy coraz większą liczbę transakcji kupna-sprzedaży na tych rynkach, co w dużej mierze przełoży się także na wzrost cen. Szczególnie duże podwyżki mogą nastąpić w lokalizacjach, gdzie obecnie powstaje wiele nowych osiedli domów jednorodzinnych. Jako przykład można wskazać np. tereny osiedla Złotno w Łodzi, Zawady i Dojlidy Górne w Białymstoku czy Gumieńce w Szczecinie – mówi Robert Korczyński, Członek Zarządu Emmerson Evaluation.

Lublin

W Lublinie ceny gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w ostatnim roku wzrosły o 8%. Zakres średnich cen na tym rynku jest zróżnicowany ze względu na położenie działki i kształtuje się na poziomie od 100 zł/mkw. na obszarze peryferyjnym Abramowic i Głuska, do nawet 550 zł/mkw. w rejonie Sławinka.

Biorąc pod uwagę ustalenia miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, znaczny udział gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną występuje na terenie dzielnic Szerokie, Konstantynów i Węglin Północny. Średnia cena na tych obszarach kształtuje się na poziomie 270 zł/mkw. Natomiast na terenach obrzeżnych dzielnic, jak Zemborzyce (okolice Obwodnicy Lublina) czy Hajdowa-Zadębie (okolice ul. Zadębie), gdzie dominuje rozproszona zabudowa mieszkaniowa wolnostojąca, średnia cena działki budowlanej oscyluje w okolicach 150 zł/mkw.

Obecnie, ok. 70% obszaru Lublina ma uchwalone miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Analizując strukturę przeznaczenia terenów, zawartą w ustaleniach planistycznych, duży udział gruntów z przeznaczeniem pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną można zaobserwować głównie na terenach obrzeżnych miasta, takich jak Sławin, Ponikwody, Szerokie czy Węglin Południowy i Północny oraz Głusk. W związku z dostępnością przestrzeni pod budowę domów eksperci Emmerson Evaluation przewidują najsilniejszy rozwój zabudowy mieszkaniowej jednorodzinnej właśnie na tych obszarach.

Łódź

Na łódzkim rynku ceny gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną z roku na rok rosną. Podaż działek koncentruje się jednak głównie poza centralnym obszarem miasta, zwraca uwagę Emmerson Evaluation.

Bałuty, ze względu na swoje rozległe położenie, notują bardzo zróżnicowane ceny działek pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną. Te najdroższe, zlokalizowane w obszarze centralnym, tj. w okolicach osiedla Bałuty-Doły oraz na osiedlu Julianów, osiągają poziom nawet do 500 zł/mkw. Najtańsze grunty można nabyć już od ok. 150 zł/mkw., np. w Marianowie, czyli na północnym obszarze Bałut.

Transakcje gruntami pod budowę domów w granicach Polesia miały miejsce głównie w jego zachodnim rejonie – na osiedlach Grabienice oraz Złotno. Aktualnie powstają tam nowe inwestycje w postaci domów jednorodzinnych wolnostojących i szeregowych. Działki budowlane na Starym Złotnie można nabyć za średnio 180-240 zł/mkw., zaś grunty zlokalizowane na Nowym Złotnie osiągają ceny 200-300 zł/mkw.

Widzew to rejon, który oferuje obecnie największą podaż działek pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną. W ostatnim roku zawarto tam prawie połowę wszystkich transakcji tymi gruntami na łódzkim rynku. Działki położone bliżej centrum, np. w okolicy ul. Pomorskiej na osiedlu Stoki lub na terenie osiedla Nowosolna, można było w 2017 r. kupić za średnio 170-200 zł/mkw.

Na obszarze dzielnicy Górna większość transakcji odbywa się w rejonach dobrze skomunikowanych, położonych w pobliżu dróg krajowych, umożliwiających szybkie przedostanie się do centrum miasta. Ceny gruntów położonych w rejonach trasy S8, ul. Pabianickiej lub okolicy stacji kolejowej Łódź-Chojny kształtują się na poziomie 150-180 zł/mkw.

Przewidujemy, że w Łodzi nowe osiedla domów jednorodzinnych będą powstawać głównie w okolicach tras komunikacyjnych, w tym drogi krajowej 72 i autostrady A1 – dodaje Robert Korczyński z Emmerson Evaluation.

Białystok

W ostatnim czasie największe zainteresowanie gruntami pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną na rynku białostockim zaobserwowano na terenach peryferyjnych osiedla Zawady, Nowe Miasto, Starosielce, Dojlidy Górne, Skorupy i Bagnówka. Jednocześnie, działki budowlane zlokalizowane na obszarze Zawad, Dojlidów Górnych czy Bagnówki należały do najtańszych w Białymstoku. Za 1 mkw. gruntu na tych osiedlach trzeba było zapłacić ok. 150 zł. Również tych terenów dotyczy znaczna część zawieranych transakcji kupna-sprzedaży działek budowlanych pod budowę domów (ok. 35% wszystkich transakcji w mieście). W ostatnim czasie powstało tam też wiele inwestycji w formie zabudowy mieszkaniowej jednorodzinnej.

Znacznie wyższe ceny gruntów odnotowano w obrębie osiedli takich jak Starosielce, Nowe Miasto, Mickiewicza czy Skorupy. Na tych terenach ceny działek pod budowę domu osiągają poziom nawet do 400 zł/mkw.

Rzeszów

Średnia cena gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w Rzeszowie wynosiła w 2017 r. 190 zł/mkw. i nie uległa zmianie w stosunku do roku poprzedniego. Stabilny poziom cen działek budowalnych na rynku rzeszowskim w ostatnich latach spowodowany był głównie wysoką podażą gruntów, w szczególności na obrzeżach miasta, wskazują eksperci Emmerson Evaluation.

Najwyższe ceny za działki pod budowę domu sprzedający uzyskiwali na terenach dzielnic Zalesie, Biała i Miłocin oraz centralnej części dzielnicy Budziwój, gdzie osiągały one poziom 530 zł/mkw. Tereny te cieszą się sporym zainteresowaniem ze strony deweloperów oraz inwestorów indywidualnych. Świadczy o tym zarówno liczba zawieranych transakcji na rynku, jak i liczba pojawiających się tam nowych inwestycji. Około 40% transakcji gruntami pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną na rzeszowskim rynku zostało zawartych na tych obszarach miasta.

Najtańsze grunty w Rzeszowie można zakupić na terenach peryferyjnych Przybyszówki, Słocina i Załęża, gdzie zabudowa mieszkaniowa jest rozproszona, a czas dojazd do centrum miasta komunikacją miejską jest dość długi.

Szczecin

Rozległy powierzchniowo obszar miasta Szczecin i liczne tereny niezabudowane, w szczególności na terenach prawobrzeżnych miasta, wpływają na duże zróżnicowanie cen gruntów w stolicy województwa zachodniopomorskiego. Kształtują się one na poziomie od 90 zł/mkw. na osiedlu Skolwin czy Wielgowo-Sławociesze-Zdunowo, do ok. 490 zł/mkw. na osiedlu Gumieńce i Osów.

W ostatnim czasie na szczecińskim rynku gruntów mieszkaniowych jednorodzinnych najbardziej widoczne ożywienie inwestycyjne notują m.in. Krzekowo-Bezrzecze, Gumieńce, Osów czy Warszewo. Tereny te wyróżniają się najwyższą średnią ceną za mkw. gruntu, która kształtuje się na poziomie ponad 290 zł/mkw. Mimo peryferyjnego położenia, lokalizacje te cieszą się dużym zainteresowaniem ze względu na dobre połączenie komunikacyjne z centrum miasta, rozwiniętą infrastrukturę publiczną oraz atrakcyjną pod względem rekreacyjnym okolicę.

Zdecydowanie niższą cenę za grunt, w porównaniu z obszarami znajdujących się na lewym brzegu Odry, można było uzyskać na terenach dzielnicy Prawobrzeże – głównie na obszarze osiedla Podjuchy, Żydowce-Klucz czy Wielgowo, gdzie średnio wynosiła ona ok. 150 zł/mkw. Czynnikiem wpływającym na niski poziom cen na terenie tej dzielnicy jest m.in. odległe położenie od centrum miasta, niewystarczająca przepustowość powiązań komunikacyjnych oraz bariery w komunikacji, jakie stanowi przepływająca przez Szczecin Odra. – Dzielnicę Prawobrzeże dotyka problem niewystarczającego zaspokajania podstawowych potrzeb mieszkańców, jakimi są sprawne połączenia komunikacyjne. Znajduje to odzwierciedlenie w sytuacji na rynku gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną – utrzymują się tu niskie ceny za mkw. przy jednoczesnej wysokiej podaży gruntów – wyjaśnia ekspert Emmerson Evaluation.

Rynek pracy przyszłości – trendy widoczne już dziś

Nie ulega wątpliwości, że część zawodów straci rację bytu wraz z rozwojem technologii, lecz robotyka, automatyzacja oraz rozwój sztucznej inteligencji nie oznacza, że maszyny zabiorą nam pracę. Ich celem jest usprawnianie naszych działań. W najnowszym badaniu „Rynek pracy jutra”, eksperci z firmy rekrutacyjnej Michael Page, analizują przyszłościowe trendy na rynku pracy, na które już dziś warto zwrócić uwagę.

Rynek Pracy JutraTechnologia daje nam narzędzia, dzięki którym stajemy się bardziej zwinni, elastyczni i ambitni. Innymi słowy, rynek pracy jutra będzie opanowany przez rozwiązania tworzone przez ludzi i dla ludzi. Ludzkie umiejętności są i pozostaną niezastąpione, a technologia będzie raczej uzupełniać, usprawniać i redefiniować istniejące miejsca pracy, niż je zastępować. Skończą się czasy, w których ludzie będą musieli godzinami siedzieć nad arkuszami kalkulacyjnymi, przetwarzać informacje czy obsługiwać zapytania klientów. Maszyny usprawnią te zadania, a pracownicy będą mogli poświęcić czas na realizację bardziej skomplikowanych obowiązków, wymagających udziału człowieka. Poza pracą z postępującą technologią, młodsi pracownicy będą mieć większy udział w planowaniu, raportowaniu i pracy analitycznej, w wyniku czego zestaw umiejętności, których się od nich wymaga, ulegnie zmianie.

Połączenie człowieka z maszyną

Biometryczne urządzenia ubieralne – tzw. wearables – dają nam już przedsmak tego, jak wyglądać będzie przyszłość, w której technologia pozwala przesunąć granice ludzkiego potencjału. Co ważne, rozwiązania te znajdują już zastosowanie na rynku pracy. W przypadku pracowników fizycznych, operujących w trudnych warunkach, urządzenia ubieralne mogą w porę zasygnalizować, że dany pracownik musi być zmieniony z uwagi na zagrożenie jego zdrowia lub życia. Niemniej, dostępne na świecie bio-technologie, nie są jeszcze powszechnie wykorzystywane. Jedynym przykładem na razie jest firma Ford, która niedawno ogłosiła, że po zakończonej właśnie fazie testów ma zamiar wyposażyć załogi piętnastu swoich fabryk w siedmiu krajach w egzoszkielety.

Sztuczna inteligencja

Co ważne, maszyny już dziś umieją reagować empatycznie, czego najlepszym przykładem jest uruchomienie Google Duplex. Systemy tego typu prawdopodobnie będą w stanie obsłużyć proste zapytania, a nawet wejść w interakcję bardzo przypominającą tę z drugim człowiekiem. Jednak tam, gdzie pojawią się bardziej wyszukane zapytania, maszynę będzie musiał wesprzeć człowiek. Podczas, gdy poziom zaawansowania chatbotów już jest imponujący, w rzeczywistości emocjonalna sztuczna inteligencja będzie używana jako wsparcie w miejscu pracy.

Pracownicy będą musieli zrozumieć, jak te narzędzia działają, by móc efektywnie je wykorzystywać. Znajomość możliwości chatbota lub sztucznej inteligencji i tego, w jaki sposób mogą one pomóc, będzie niezbędna w pracy polegającej na kontakcie z klientem. Chatboty będą musiały wykazywać się empatią i rozumieć kontekst rozmowy, witać klienta w zależności od jego nastroju oraz rekomendować mu konkretne produkty i usługi w oparciu o jego przekonania. Będą robić to niezależnie od tego, czy klient przyjdzie do sklepu, czy też wejdzie w interakcję z marką za pośrednictwem aplikacji na smartfona lub przeglądając Internet na domowym komputerze. Interakcje handlowe z klientem, które nie będą dopasowane do jego preferencji, wkrótce staną się niewystarczające.

Mimo, iż sztuczna inteligencja, automatyzacja, robotyka i technologie „ulepszające ludzi” mogą oferować nowe, kuszące sposoby na rozwój biznesu i zwiększanie możliwości, największym atutem pracownika będą nadal typowo ludzkie umiejętności, czyli m.in. zdolność do kreowania nowych idei.

Inna rzeczywistość

Rozwój „rzeczywistości spersonalizowanej” przyczyni się do rozkwitu branż, w których fizyczna obecność nie ma kluczowego znaczenia.

Utalentowani pracownicy, znajdujący się w różnych częściach świata, będą mogli współpracować w czasie rzeczywistym, a ich kooperacja wejdzie na wyższy niż kiedykolwiek poziom dzięki nowym, eksperymentalnym metodom wymiany informacji. Zespoły będą musiały nabyć nowe umiejętności, by działać produktywnie i skutecznie komunikować się w nowej, mieszanej rzeczywistości (MR – mixed reality), łączącej elementy świata realnego i wirtualnego.

Jak na razie, w 2018 roku, oprogramowanie i sprzęt do obsługi rozszerzonej rzeczywistości nie jest szczególnie popularny wśród pracowników, lecz zainteresowanie wieloma jego zastosowaniami jest wysokie. Wiele firm i marek już odkrywa moc drzemiącą w rzeczywistości rozszerzonej i urządzeniach ubieralnych, co pozwala im tworzyć spersonalizowane doświadczenia dla pracowników oraz konsumentów.

Rola płynnych umiejętności

Jednym z głównych sposobów, w jaki technologia zmieni pracowników będzie ewolucja niezbędnych zestawów umiejętności. Sprawi, to że będziemy mieli do wyboru wiele ścieżek kariery, a od naszej gotowości do ciągłego uczenia się i płynnego podejścia do umiejętności zależeć będzie zdolność danej osoby do znalezienia pracy.

Autorki książki „100-letnie życie. Codzienność i praca w erze długowieczności” Lynda Gratton i Andrew Scott przewidują, że ludzie będą musieli zdobyć nowe umiejętności, by obrać od 4 do 6 ścieżek kariery zawodowej w ciągu swego życia. Jedną z ostatnich zmian w zarządzaniu przyniosła nowa, powstała w 2015 roku koncepcja „pionowego rozwoju przywództwa. Wg niej liderzy powinni rozwijać umiejętność radzenia sobie ze złożonymi zagadnieniami i uczyć się współzależności. Pomoże to w zarządzaniu zmiennością, niepewnością, złożonością i niejednoznacznością w procesach decyzyjnych. Przy takiej liczbie nowych narzędzi i usług, wiedza może być zdobywana na żądanie, uzupełniana bez wysiłku i odrzucana, gdy nie będzie już potrzebna. Weszliśmy w erę „płynnych umiejętności”.

Od pracodawców oczekiwać się będzie umożliwienia i ułatwienia pracownikom uczenia się oraz rozwoju nowych umiejętności. Organizacje, które nie umożliwią zatrudnionym podnoszenia kwalifikacji, będą ryzykować pozostanie w tyle – pracownicy doceniają bowiem firmy, które wspierają ich rozwój.

BIK wesprze banki w odpowiedzialnym kredytowaniu Ukraińców

Ponad pół miliona kont w polskim systemie bankowym należy do obcokrajowców. Coraz więcej: do obywateli Ukrainy. Zaciągnęli oni dotychczas w polskich bankach ponad 8 tys. kredytów na łączną kwotę 43,6 mln zł. Obecnie spłacają 5,1 tys. zobowiązań na łączną wartość 7,7 mln zł, co na 1 osobę wynosi 1 511 zł.

Z danych dotyczących rynku pracy wynika, że obecnie w Polsce pracuje zarobkowo blisko milion obywateli Ukrainy. Ta grupa obcokrajowców stanowi bardzo ważną część, charakteryzującego się obecnie rekordowo niskim poziomem bezrobocia, polskiego rynku pracy. Dlatego resort pracy i polityki społecznej wprowadza kolejne ułatwienia w zatrudnianiu cudzoziemców. Równocześnie, osiedlający się w Polsce obywatele znad Dniepru są w coraz większym stopniu wspierani w sferze finansów prywatnych przez banki znad Wisły. Potwierdza to istotny potencjał, jaki stanowią pracownicy z Ukrainy także w obszarze finansowania ich potrzeb konsumpcyjnych czy mieszkaniowych. Czy klient z Ukrainy może napotkać problem przy wnioskowaniu o kredyt, jakim jest brak informacji o jego historii kredytowej? Już nie. Biuro Informacji Kredytowej nawiązało bowiem współpracę z dwoma swoimi odpowiednikami z Ukrainy.

Statystyki resortu pracy i polityki społecznej potwierdzają, że 85% zezwoleń dla cudzoziemców chcących podjąć pracę w Polsce, trafia do obywateli Ukrainy. W przygotowaniu jest projekt ustawy o rynku pracy jako wyraźna odpowiedź na wzrastający udział osób z Ukrainy, osiedlających się w Polsce. Wiele banków umożliwia obywatelom z Ukrainy otwieranie kont osobistych, korzystanie z różnych produktów bankowych, a nawet kredytów hipotecznych. Celem wprowadzenia ułatwień dla klientów – cudzoziemców, powstają specjalne strony z listą dokumentów niezbędnych, np. do zakładania rachunków, często w języku ukraińskim. Niektóre banki deklarują, że będą wymagać przedłożenia raportu z zagranicznego biura informacji kredytowej.

Biuro Informacji Kredytowej wesprze banki w odpowiedzialnym kredytowaniu Ukraińców poprzez uruchomienie wymiany transgranicznej ze swoimi odpowiednikami na terenie Ukrainy. Dzięki wymianie transgranicznej banki, otrzymają możliwość pełniejszej oceny zdolności kredytowej, uproszczenia procedur i skrócenia do minimum czasu rozpatrywania wniosków o kredyt dla obywateli Ukrainy, starających się o finansowanie w bankach na terenie Polski .

Do umów z trzema zagranicznymi biurami kredytowymi: z niemieckim biurem SCHUFA Holding AG, brytyjskim EQUIFAX Ltd. oraz włoskim CRIF SpA, dołączają podpisane przez BIK porozumienia o współpracy z dwoma biurami ukraińskimi, działającymi w branży informacji kredytowej: Ukrainian Bureau of Credit Histories (UBCH) oraz International Bureau of Credit Histories (IBCH). Współpraca Biura Informacji Kredytowej z jego ukraińskimi odpowiednikami, to także ułatwienie procesu zaciągania kredytów przez obecnych klientów depozytowych, posiadających zobowiązania za granicą, tj. w kraju swojego pochodzenia oraz realizacja odpowiedzialnego podejścia w obsłudze klienta.

– To odpowiedź na oczekiwanie rynku oraz kontynuacja rozwoju współpracy transgranicznej pomiędzy BIK, a zagranicznymi biurami kredytowymi – mówi w rozmowie z MarketNews24 Andrzej Zduńczyk, dyrektor Departamentu Rozwoju Produktów BIK. – Dzięki nowo podpisanym umowom będziemy mogli zapewnić łatwiejszy i szybszy dostęp do kredytów coraz liczniejszej grupie obcokrajowców, którą stanowią dziś pracujący i osiedlający się w Polsce obywatele Ukrainy.

Dotychczas, umowy zawarte przez BIK o wymianie informacji transgranicznej pomagały uzyskiwać kredyty w bankach brytyjskich, włoskich lub niemieckich pracującym i mieszkającym za granicą Polakom. Dzięki temu Polak starający się o kredyt za granicą mógł wylegitymować się swoją pozytywną historią kredytową, zbudowaną na rodzimym rynku. Ostatnie rozszerzenie współpracy transgranicznej o biura ukraińskie, ukierunkowane jest natomiast na wsparcie Ukraińców pracujących i mieszkających w Polsce.

Dwucyfrowy wzrost rynku leasingu IT w 2018 dzięki dotacjom unijnym?

Sprzęt IT znajduje się w TOP3 najbardziej dynamicznych segmentów leasingu maszyn i urządzeń. Jak podaje Związek Polskiego Leasingu, w I półroczu 2018 roku wartość wyleasingowanego sprzętu IT wyniosła niemal 494 mln zł, co oznacza blisko 33% wzrost r/r. 18-20% dynamika rynku leasingu IT na koniec 2018 roku, na jaką liczą eksperci EFL, będzie wynikała przede wszystkim z rozwoju leasingu online oraz konsumpcji środków z nowej perspektywy unijnej na lata 2014-2020.

– Świadomość leasingu i jego licznych zalet ma w Polsce większość przedsiębiorców. Wiedzą oni także, że przy pomocy tego narzędzia mogą sfinansować przede wszystkim swoją flotę firmową, a coraz więcej osób bierze pod uwagę leasing także przy zakupie maszyn rolniczych, budowlanych czy produkcyjnych. Jednak oferta leasingodawców na tym się nie kończy. Obejmuje ona szereg inwestycji z rozmaitych sektorów, których definicje można sprowadzić do wspólnego mianownika „środków trwałych”. Dzięki leasingowi można również nabyć sprzęt IT oraz oprogramowanie i co warto podkreślić – finansowanie przy pomocy tego instrumentu firmowegonotebooka czy serwera telekomunikacyjnego nie jest już taką rzadkością jak 5 czy 10 lat temu – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.

Komputer i oprogramowanie

Jak podał Związek Polskiego Leasingu, wartość aktywów IT sfinansowanych przez firmy leasingowe od stycznia do czerwca tego roku wyniosła niemal 494 mln zł, co oznacza aż 33% dynamikę w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku. Jest to trzecia najwyższa dynamika liczona r/r wśród wszystkich segmentów leasingu maszyn i urządzeń. Numerem jeden pod tym względem jest sprzed budowlany, a dwa sprzęt medyczny. Z wewnętrznych danych EFL, który jest jednym z trzech leasingodawców finansujących najwięcej aktywów IT, wynika, że TOP3 najczęściej leasingowanych środków trwałych z tego segmentu stanowią kolejno komputery przenośne (22% udział), sprzęt sieciowy (15% udział) oraz oprogramowanie (14% udział). Wśród mniej popularnych, ale coraz częściej leasingowanych przedmiotów znajdują się również serwery, urządzenia wielofunkcyjne, kasy fiskalne, telefony komórkowe i aparaty cyfrowe.

Patrząc na strukturę firm, które decydują się wziąć sprzęt IT w leasing, największy, bo 42% udział, mają małe firmy o średniorocznym obrocie do 5 mln zł. Jedna na trzy firmy to podmioty największe osiągające ponad 20 mln zł obrotów rocznie, a co czwarta firma wypracowuje od 5 do 20 mln zł obrotu. Niski udział w leasingu IT ma sektor publiczny – tylko 0,5%.

3 czynniki wzrostu

Potencjał rynku leasingu IT jest w Polsce bardzo duży. Eksperci EFL szacują, że na koniec 2018 roku wartość finansowania tego segmentu może wzrosnąć o ok.18-20% r/r (biorąc pod uwagę leasing i pożyczkę). Dynamika samego leasingu może wynieść nawet 34% r/r. Są trzy czynniki, które wspierają rozwój leasingu IT. Po pierwsze, środki z Unii Europejskiej. Programy wdrażane z nowej perspektywy 2014-2020 mają na celu przede wszystkim unowocześnić polską gospodarkę i wzmocnić jej innowacyjność. Po drugie, coraz więcej firm załatwia wszelkie formalności związane z leasingiem online, co bez wątpienia zwiększa potencjał naszego rynku. I w końcu jeszcze raz należy zwrócić uwagę na wzrost świadomości klientów o możliwościach finansowania IT, w tym przede wszystkim możliwości finansowania oprogramowania.

– Z perspektywy producenta oprogramowania również widoczny jest trend wzrostowy  w obszarze finansowanie inwestycji informatycznych z wykorzystaniem leasingu. Sprzęt i oprogramowanie najnowszej generacji to obecnie dla przedsiębiorców warunek konieczny utrzymania się na rynku i rozwoju działalności. Firmy szukają więc możliwości sfinansowania takich inwestycji – jeżeli nie mają wolnych środków lub nie chcą ich w takim stopniu angażować. I tutaj coraz częściej leasing okazuje się najkorzystniejszym finansowo i podatkowo rozwiązaniem. Dodatkowo dzięki współpracy producenta oprogramowania i leasingodawcy, cały proces jest szybki i przyjazny dla klienta – zwraca uwagę Magdalena Trybus, Specjalista ds. Finansowania, Comarch.

Jeszcze dziś USA mogą ogłosić nowe cła na chińskie towary

Globalny rynek finansowy pozostaje obciążony asymetrią ryzyk, gdyż najwyraźniej w temacie wojen handlowych częściej sprawy mogą pójść gorzej niż lepiej. Jeszcze dziś USA mogą ogłosić nowe cła na chińskie towary, a Chiny odmawiają rozmów z „pistoletem przystawionym do głowy”. Rynek akcji w Azji wrócił do spadków, ale na FX inwestorzy przyjęli postawę wyczekującą, ale nie zanosi się na podtrzymanie apetytu na ryzykowne aktywa.

Prezydent Trump najwyraźniej stara się ugasić płomyk nadziei, jaki w ubiegłym tygodniu zaczął się tlić w związku z potencjalnym powrotem do rozmów handlowych między USA i Chinami. W trakcie weekendu dowiedzieliśmy się, że Biały Dom dziś lub jutro przedstawi listę wartych 200 mld USD chińskich towarów, których obejma nowe cła. USA mają wystartować z opłatą 10 proc., choć wcześniej dyskutowano o 25 proc. A jeśli dyskutowano, to nie jest wykluczone, że podwyższenie ceł pozostaje w odwodzie jako dodatkowe narzędzie presji na Chiny. Pekinowi ta strategia się oczywiście nie podoba i prasa donosi, że Chińczycy nie przystąpią do nowej rundy rozmów negocjacyjnych, za to gotowi są odpowiedzieć na politykę celną USA.

Wojna handlowa może wejść na nowy poziom. Biorąc pod uwagę, że import USA z Chin jest większy niż w handel w drugą stronę, lista towarowych mogących zostać objętych chińskimi cłami jest krótsza. Spekuluje się, że Pekin może przejść do ograniczania eksportu niektórych towarów i surowców, które są ważnym elementem łańcucha dostaw amerykańskich firm. USA nie pozostaną dłużne i odpowiedzą na odpowiedź na własne działania. Z jednej strony można stwierdzić, że to wszystko już słyszeliśmy wcześniej w tej lub innej formie, więc nie ma tutaj efektu zaskoczenia. Z drugiej – potwierdzona zostaje asymetria ryzyk wokół wojen handlowych i prędzej coś może się zepsuć niż poprawić. I będzie tak dopóki Chiny nie ulegną, albo prezydent Trump nie zostanie zmuszony do zmiany strategii (np. po klęsce Republikanów w wyborach do Kongresu).

Inwestorzy na rynku FX przyjęli postawę wyczekującą, gdyż 1) cła na towary warte 200 mld USD nie są nową informacją, 2) często groźby werbalne nie znajdują odzwierciedlenia w faktycznych działaniach i 3) po gospodarce globalnej nie widać istotnego wpływu wojen handlowych, mimo że ten temat jest obecny do miesięcy. Nie mniej jednak nie jest to klimat, w którym łatwo przyjdzie budować apetyt na ryzyko. Wręcz przeciwnie, biorąc pod uwagę zeszłotygodniowe nadzieje na szybsze zakończenie sporu USA-Chiny, efekt rozczarowana może uderzyć mocniej w ryzykowne aktywa. Po ostatniej korekcie długie pozycje w USD nie są już tak „zatłoczone” i będzie łatwiej odnowić rajd. Podobnie sprawa tyczy się np. krótkich pozycji w AUD i NZD. EUR/USD kolejny raz zmarnował okazję, by wyrwać się z konsolidacji 1,15-1,1750 i teraz czeka go powrót do dolnej bandy. Za to JPY nie musi szczególnie zyskiwać na pogorszeniu sentymentu, jeśli będzie brał wskazówki z solidnej postawy indeksów na Wall Street (pozytywna korelacja USD/JPY z S&P500). Zamyka się też furtka dla zejścia EUR/PLN pod 4,30.

By w jakiś sposób odmienić klimat na rynkach, przydałyby się dowody poprawy globalnej aktywności gospodarczej. Pod tym kątem w tym tygodniu rynek będzie analizował odczyty indeksów PMI z Eurolandu i USA, indeksy koniunktury z USA oraz liczne raporty o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Posiedzenia odbędą banki centralne Japonii,

Szwajcarii i Norwegii, ale tylko w tym ostatnim powinniśmy dostać wyczekiwaną podwyżkę stóp procentowych. Kalendarz na dobre rozkręca się niestety dopiero od środy. Dziś jedynie warty uwagi będzie indeks aktywności NY Empire State.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zamówienia publiczne – jak uniknąć kryzysu w branży budowlanej?

Polscy zamawiający zajmujący się projektami infrastrukturalnymi powinni na bazie doświadczeń z 2011 roku korzystać w sposób umiejętny z instrumentów, które daje Prawo zamówień publicznych – aby unikać problemów, z którymi boryka się branża budowlanaAktualnie obowiązujące, znowelizowane w 2016 roku przepisy wraz z wprowadzonymi nowymi dyrektywami unijnymi umożliwiają szeroki zakres zmian umowy zamówienia publicznego. Z kontraktami zawartymi od tego czasu może być mniejszy problem, jednak w tych podpisanych przez 2016 rokiem zamawiający często nie przewidzieli np. klauzul waloryzacyjnych.

– Jako administracja rządowa zastanawiamy się, jak rozwiązać powstałe na rynku zamówień publicznych problemy, zarówno po stronie zamawiających, jak i wykonawców – powiedziała serwisowi eNewsroom Małgorzata Stręciwilk, prezes Urzędu Zamówień Publicznych –Niejednokrotnie zaniżali oni swoje ceny ofertowe walcząc czasem przed Krajową Izbą Odwoławczą, broniąc swoich ofert oferujących niskie ceny. Teraz często występują do zamawiającego z roszczeniem o waloryzację kontraktów. Znalezienie rozwiązania tego problemu jest konieczne, abyśmy jako państwo nie mieli do czynienia z większymi skutkami tej niefrasobliwości, która miała miejsce po obu stronach. Należy go szukać w ramach obowiązujących przepisów. To, co powinno się zmienić, to nie regulacje prawne – a praktyka ich stosowania. Potrzebna jest także większa świadomość zamawiających i odpowiedzialność po stronie wykonawców, jeśli chodzi o wycenę swoich ofert. Trudno powiedzieć, jaki będzie końcowy efekt, ale państwo mobilizuje się do zmiany sytuacji. Trwają spotkania, Urząd Zamówień Publicznych prowadzi rozmowy z przedsiębiorcami z branży budowlanej. Szuka się rozwiązań, które dadzą szansę wyjścia z impasu – biorąc pod uwagę kontrakty zawarte przed 2016 rokiem. Analizowane są klauzule umowne i indywidulane przypadki. Weryfikuje się konkretne sytuacje pojedynczych wykonawców i umów. Państwo nauczone doświadczeniem z 2011 roku może zapobiec powtórzeniu się tamtej sytuacji – podkreśliła Stręciwilk.

Jak być liderem ery transformacji?

Agility by Design narodziło się w 2014 roku. To właśnie wtedy zaprzyjaźniła się Pani z finansistką z Lagos…

Joanna Kalkstein
Joanna Kalkstein

Joanna Kalkstein: Rzeczywiście, w 2014 roku, w czasie wykładów Robina Sharma w Toronto spotkałam cudowną kobietę z Nigerii, Modupe Adeyemo. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy, bo okazało się, że choć pochodzimy z dwóch zupełnie różnych kręgów kulturowych, hołdujemy podobnym wartościom. Obydwie chciałyśmy stworzyć coś, co połączy idee nowoczesnego zarządzania z zaangażowaniem się w sprawy lokalnych społeczności. Chciałyśmy tworzyć wartości wykraczające poza komercjalne zyski. Rok później narodziło się Agility by Design.

Zeszłoroczna warszawska edycja Agility by Design była bardzo udana. Co czeka nas w tym roku? Jakimi tematami zajmą się goście z całego świata, którzy zjawią się w Warszawie między 24 a 26 października?

J.K.: Specjaliści z czterech kontynentów poruszą wiele kluczowych tematów zarządzania. Będziemy rozmawiać o nowej roli i znaczeniu kobiet w organizacji, transformacji, o nowych odkryciach dotyczących potencjału mózgu, innowacyjności i oczywiście o bardzo temacie bardzo na czasie, czyli modelu przywództwa 4.0.

Nowy model zarządzania rzeczywiście dobrze się sprawdza?

J.K.: O tak. Wiele badań i obserwacji potwierdza, iż stwarzanie członkom zespołów możliwości otwartej komunikacji, miejsc działania sprzyjającym kreatywności, dbałość o elastyczny czas pracy i zapewnienie miejsc pozwalających na kilkunastominutowy relaks sprawia, że znacznie wzrasta ich wydajność, a tym samym zyski firmy. Bardzo ważnym elementem tego modelu są także działania społeczne, często na rzecz lokalnych społeczności.

Można się tego wszystkiego nauczyć słuchając wykładów?

J.K.: Wszystkie nasze wydarzenia wyróżniają się bardzo praktyczną formą zajęć i dużym zaangażowaniem uczestników. Rezygnujemy z formuły konferencyjnej na rzecz praktycznych warsztatów: stawiamy na mocno angażującą formę zajęć – uczestnicy będą mogli zadawać pytania, uczestniczyć w panelach dyskusyjnych i rozmowach z naszymi gośćmi, będą też pracować w grupach i samodzielnie rozwiązywać problemy pod okiem naszych ekspertów. Dzięki bezpośredniemu kontaktowi z prelegentami zapewne wielu z uczestników zdoła w ciągu trwania Agility by Design przygotować sobie praktyczne plany działania, które już pod koniec października zaczną wcielać w życie.

Wśród tegorocznych mówców pojawi się dwóch gości specjalnych – Greg Wells i Alexander Manu. Pierwszy z nich jest specjalistą od wykorzystania potencjału ludzkiego mózgu, natomiast drugi światowej sławy ekspertem innowacji i transformacji. Kogo jeszcze spotkamy podczas tegorocznej edycji Agility by Design?

J.K.: Wydarzenie otworzy Jacek Santorski inspirującą opowieścią i otwartych i zamkniętych umysłach, oraz o tym, czym wyróżniają się współcześni liderzy. Olga Kozierowska i Kamila Wykrota – omówią zagadnienia dotyczące budowania nowatorskiej kultury organizacyjnej z perspektywy korporacyjnego praktyka. Obie Panie zajmowały kluczowe stanowiska w korporacjach, a teraz z pasją promują środowisko pracy, które sprzyja rozwojowi talentów. Bianka Siwińska i Kama Kaczmarczyk opowiedzą o tym jak zrozumieć millenialsów i jak budować kulturę organizacyjna, która przyciąga najbardziej uzdolnionych kandydatów – dziewczyny w STEM.

Więcej informacji o prelegentach: http://www.agility-by-design.com/

***

Joanna Kalkstein
Joanna Kalkstein

Joanna Kalkstein, przedsiębiorca, trener przywództwa i twórca szkoleń. Dzieli życie między Polską a Australią. W Sydney od 1981 roku. Jako nieanglojęzyczny polityczny uchodźca, wypracowała swoją drogę kariery od czyszczenia podłóg w KFC do doradztwa topowym firmom w zakresie kultury korporacyjnej i rozwoju ludzkiego potencjału. Joanna ukończyła wydział handlu w University of Western Sydney i pracowała jako konsultant w australijskim oddziale TACK International. W 1992 roku założyła w Polsce własną firmę – Kalkstein Training – oddział TACK International. Firma Kalkstein jest jednym z najbardziej wiarygodnych dostawców szkoleń korporacyjnych w Polsce. W 2004 roku Joanna była współzałożycielką i pierwszym wiceprezesem Polskiej Izby Firm Szkoleniowych. W 2017 roku zainaugurowała projekt Agility by Design – Business Educators for Education Girls in Africa.

Modupe Adeyemo
Modupe Adeyemo

Modupe Adeyemo jest certyfikowanym trenerem Lead Without a Title Robina Sharmy. Wierzy, iż wspierając wychowanie dzieci i zapewniając edukację dziewczynkom z najbiedniejszych dzielnic Lagos, działa na rzecz przyszłych pokoleń i czyni świat lepszym. Zrezygnowała z kariery korporacyjnej w sektorze finanse-bankowość, aby skupić się na pracy humanitarnej na rzecz najbiedniejszych rodzin w jej rodzinnym mieście Lagos – w Nigerii. Jest założycielem i wiceprezydentem Demmy Joe Foundation, organizacji pozarządowej (NGO) zajmującej się udzielaniem pomocy dla rodzin więźniów. Fundacja zajmuje się zapewnianiem podstawowych potrzeb i płaceniem czesnego na rzecz dziewczynek, które bez tego byłyby pozbawione dostępu do edukacji. Od 2003 roku Modupe Adeyemo angażuje się również w pracę wolontariacką na rzecz Daystar Academy – chrześcijańskiej organizacji pomagającej młodym ludziom odnaleźć cel w życiu. Prowadzi również warsztaty i szkolenia dla Biznesu. Podczas naszego wydarzenia opowie o znaczeniu empatii w jej pracy na rzecz Fundacji, którą wspieramy jako Agility by Design.

Najważniejsze dane i wydarzenia tygodnia

Dla podtrzymania pozytywnego sentymentu rynkowego i odreagowania ryzykownych aktywów pomocne będą dowody poprawy globalnej aktywności gospodarczej. Pod tym kątem w tym tygodniu rynek będzie analizował odczyty indeksów PMI z Eurolandu i USA, indeksy koniunktury z USA oraz liczne raporty o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Posiedzenia odbędą banki centralne Japonii, Szwajcarii i Norwegii, ale tylko w tym ostatnim powinniśmy dostać wyczekiwaną podwyżkę stóp procentowych.

Przegląd wydarzeń tygodnia: NY Empire State, Philly Fed PMI z USA, PMI z Eurolandu, CPI/sprzedaż z Wlk. Bryt., SNB, Norges Bank, BoJ, PKB z NZ, CPI/sprzedaż z Kanady

Kaliber danych z USA w przyszłym tygodniu będzie mniejszy niż w ostatnich dniach, stąd i wrażliwość na USD na odczyty osłabnie i możemy przejść w fazę wyczekiwania posiedzenia FOMC w kolejnym tygodniu. Mimo to mocne odczyty NY Empire State (pon), Philly Fed (czw), czy PMI (pt) mogą wzmacniać narrację solidnego ożywienia. Paradoksalnie może to nawet zaszkodzić USD, gdyż poprzez kanał pozytywnej reakcji rynku akcji wzrost apetytu na ryzyko może prowadzić do redukcji długich pozycji w dolarze. Na drugim planie będą dane z rynku budowlanego (śr) i nieruchomości (czw). Inwestorzy będą też śledzić informacje o skutkach huraganu Florence, gdyż szkody mogą zachwiać odczytami danych makro w kolejnych miesiącach. Mało prawdopodobne jednak, aby kataklizm odwiódł Fed z wyznaczonej ścieżki.

W strefie euro z uwagą śledzone będą wstępne szacunki PMI (pt), gdyż EUR potrzebuje solidnego wsparcia fundamentalnego, jeśli chce zbudować pęd do aprecjacji. Jak na razie dane o aktywności wypadają mało przekonująco, więc wzrosty wskaźników dla przemysłu i usług będą mile widziane.

Z Wielkiej Brytanii napłyną dane o inflacji (śr) i sprzedaży detalicznej (czw). Prognozowany spadek CPI do 2,4 proc. z 2,5 proc. r/r wpisuje się w szacunki BoE i nie powinien wywołać negatywnych reakcji. Sprzedaż detaliczna była mocno wahliwa w ostatnim czasie, więc z rezerwą należy podchodzić do prognozy -0,2 proc. m/m. GBP przede wszystkim pozostaje wrażliwy na informacje dotyczące negocjacji Brexitu, gdzie nadzieje są na pozytywne informacje, ale rozczarowania nie są do wykluczenia.

Z uwagi na to, że od czerwca CHF umocnił się do EUR, Narodowy Bank Szwajcarii na wrześniowym posiedzeniu (czw) prawdopodobnie pozostanie gołębi. Pomimo że gospodarka rozwija się szybciej od oczekiwań, a bezrobocie jest rekordowo niskie, silny frank stanowi ryzyko pociągnięcia w dół inflacji. Ponadto CHF pozostaje wrażliwy na ryzyka polityczne (polityka fiskalna Włoch), więc pewna forma werbalnej interwencji wydaje się konieczna.
Oczekujemy, że Norges Bank podniesienie stopę procentową o 25 pb (czw). Do podwyżki bank przygotowywał rynek już od jakiegoś czasu, a słabszy NOK, wyższa inflacja i poprawa w aktywności gospodarczej przemawiają za zacieśnianiem. Rynek już dobrze wycenił podwyżkę, ale Norges Bank wciąż może przysporzyć jastrzębiego impulsu, jeśli w projekcji zasugeruje wcześniejszy termin kolejnego ruchu. Stąd NOK powinien pozostać mocny.

Kalendarz z Polski jest przepakowany odczytami z rynku pracy (wt), przemysłu (śr) i handlu (pt). Dane powinny wskazać na zacieśnianie rynku pracy i utrzymanie solidnych dynamik wzrostu produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, nawet jeśli na tym pierwszym mogą zaważyć czynniki sezonowe. Rynki wschodzące są w trybie odbudowy i złoty na tym może korzystać, choć w szerszym ujęciu czynniki ryzyka w dalszym ciągu przeważają po negatywnej stronie i powrót do osłabienia może przyjść szybko i nagle.

Po Banku Japonii (wt-śr) spodziewamy się utrzymania polityki monetarnej bez zmian. Stan aktywności gospodarczej oraz utrzymywanie się inflacji nisko przemawiają za podtrzymaniem dotychczasowego nastawienia. Na konferencji po posiedzeniu prezes Kuroda raczej potwierdzi, że zakomunikowane ostatnim razem rozszerzenie dopuszczalnego korytarza dla wahań rentowności 10-letnich obligacji nie wpłynęło negatywnie na realizację założeń polityki. Dla JPY wnioski z posiedzenia powinny być neutralne, podczas gdy poprawa sentymentu rynkowe odzwierciedlone we wzrostach indeksów w Japonii i USA będzie pchać USD/JPY do góry.

W Australii w protokole RBA (wt) interesujące będzie, czy na wrześniowym posiedzeniu toczyła się dyskusja odnośnie ostatnich podwyżek oprocentowania kredytów hipotecznych przez banki komercyjne. Pod koniec tygodnia AUD skorzystał na poprawie rynkowego sentymentu i załagodzenia obaw o wojny handlowe, ale fundamentalne problemy nie znikają i w kolejnych dniach może obserwować wykorzystywanie korekt wzrostowych do sprzedaży. Dla NZD wydarzeniem tygodnia będzie odczyt PKB za II kw. (czw). Rynek spodziewa się dobrej wartości (0,8 proc. k/k), więc ryzyko jest większe po stronie rozczarowania. Poza tym kiwi powinno podążać śladem sentymentu globalnego.

Rynek CAD z zadowoleniem przyjmie lepsze dane o CPI i sprzedaży detalicznej (pt), pod warunkiem jednak, że wcześniej będzie miał okazję wesprzeć się informacjami o postępach w niekończących się negocjacjach NAFTA. Jesteśmy coraz bliżej porozumienia, ale inwestorzy potrzebują ostatecznej konfirmacji, by wskoczyć w długie pozycje w CAD. Loonie nie dyskontuje wystarczająco perspektyw podwyżek BoC i ma miejsce do rajdu przy dobrych danych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Raport po spotkaniu EBC

W czwartek po południu kurs EUR/USD wzrósł do najwyższego poziomu od końca sierpnia, z kolei kurs EUR/PLN spadł do najniższego poziomu od ponad tygodnia. Stało się to po ostatnim spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego, podczas którego Bank potwierdził swoje stanowisko odnośnie bieżących i przyszłych działań.

Spotkanie EBC nie przyniosło wielu niespodzianek. Rada Prezesów utrzymała dotychczasowe parametry polityki pieniężnej. Przewodniczący EBC, Mario Draghi, podtrzymał plan Banku dotyczący zakończenia programu luzowania ilościowego wraz z końcem 2018 roku. Draghi potwierdził, że od końca września bank zamierza ograniczyć ilość skupowanych aktywów do 15 miliardów euro miesięcznie. Na koniec grudnia wartość ta spaść ma do zera.

Wartość aktywów skupowanych przez EBC (2014 – 2018)

Wartość aktywów skupowanych przez EBCŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 13/09/2018

Mario Draghi w dość optymistycznym tonie wypowiadał się na temat kondycji gospodarek strefy euro. Wystąpienie prasowe przewodniczącego EBC było, ogólnie rzecz biorąc, dość jastrzębie. Mimo danych o umiarkowanej ekspansji gospodarczej, Draghi stwierdził, że opublikowane ostatnio wskaźniki potwierdzają „szeroko zakrojony wzrost gospodarczy”. Co ważne, przewodniczący EBC wyrażał się z dużą nadzieją w kwestii oczekiwanego wzrostu cen. Stwierdził on, że niepewność związana z inflacją zdaje się zanikać, a koszty związane z procesem produkcji zaczynają wzrastać. Obecnie Bank prognozuje, że inflacja utrzyma się w okolicy obecnych poziomów do końca roku.

Prognoza wzrostu gospodarczego na lata 2018-2019 została lekko obniżona. EBC przewiduje obecnie, że ekspansja w bieżącym roku wyniesie 2% w ujęciu rocznym, co ma odzwierciedlać obniżony udział popytu z zagranicy. Ruch ten był jednak w dużej mierze wyceniany przez rynki, a uwagę inwestorów przykuł głównie optymistyczny ton komentarzy Draghiego o dynamice cen. Podczas konferencji, euro umocniło się o nieco ponad pół procenta względem USD, przez co kurs pary na moment wyniósł 1,17. Na umocnieniu euro i słabości dolara skorzystał również polski złoty.

Kurs EUR/PLN (13/09/2018)

Kurs EUR PLNŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 13/09/2018

Jak już wspominaliśmy wielokrotnie, jedynym zobowiązaniem Europejskiego Banku Centralnego jest utrzymanie dynamiki cen na poziomie „zbliżonym, ale niższym” niż 2%. Optymizm Rady Prezesów odnośnie przyspieszenia wzrostu cen jest zatem istotnym sygnałem. Przekonuje nas to, że w bliżej nieokreślonym momencie następnego roku, EBC zdecyduje się rozpocząć zacieśnianie polityki monetarnej.

Po wczorajszych komentarzach Draghiego wnioskujemy, że Europejski Bank Centralny może rozpocząć podnoszenie stóp procentowych – w drugim, albo trzecim kwartale następnego roku. Ostatecznie będzie to oczywiście zależało od tego, czy inflacja bazowa trwale wzrośnie w kierunku celu inflacyjnego. Jeżeli tak się nie stanie, decyzja ta zostanie przesunięta najpewniej do ostatniego kwartału 2019 roku. Niedługo EBC powinien rozpocząć dyskusję na temat harmonogramu podwyżek stóp procentowych. Tym samym spodziewamy się, że niebawem może dojść do zakończenia trwającego od kilku miesięcy umacniania się dolara amerykańskiego względem wspólnej europejskiej waluty.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Wyniki finansowe GK RAFAMET w I półroczu 2018 roku

Grupa Kapitałowa RAFAMET podsumowuje wyniki finansowe uzyskane w I półroczu bieżącego roku. W porównaniu z analogicznym okresem roku 2017 Grupa uzyskała wyższe przychody i deklaruje osiągnięcie dodatniego wyniku finansowego na koniec 2018 roku.

W I półroczu 2018 roku Grupa Kapitałowa RAFAMET uzyskała przychody ze sprzedaży w wysokości 60 mln złotych. W analogicznym okresie roku 2017 przychody wynosiły prawie 50 mln złotych. Grupa Kapitałowa RAFAMET zanotowała jednak stratę netto w wysokości 905 tys. złotych. W porównywalnym okresie minionego roku strata netto miała wartość 1,54 mln złotych.

Zarząd Spółki, przekazując raport półroczny wskazuje, że analiza stanu realizacji kontraktowych i przedkontraktowych zadań produkcyjnych po 30 czerwca br. oraz ocena dokonana w oparciu o najlepszą wiedzę i doświadczenie Zarządu Emitenta, pozwalają przyjąć założenie, iż wyniki finansowe GK RAFAMET za cały rok 2018 będą dodatnie.

Na wynik finansowy za I półrocze duży wpływ miało utworzenie rezerwy bilansowej na niewykorzystane urlopy pracownicze, jak również zwiększenie odpisu aktuarialnego na odprawy emerytalne oraz nagrody jubileuszowe w łącznej wysokości 700 tys. zł.

* * *Autor tekstu: Anna Koza, Adventure Media

Rusza budowa nowego systemu informatycznego dla ZUS. O kontrakt powalczą dwaj technologiczni giganci

Rusza budowa nowego systemu informatycznego dla ZUS. O kontrakt powalczą dwaj technologiczni giganci 6

Zarząd Zakładu Ubezpieczeń Społecznych podjął właśnie decyzję o rozpoczęciu procesu budowy Kompleksowego Systemu Informatycznego 2.0, który ma zastąpić system eksploatowany w ZUS od 20 lat. W informatyce taki okres to kilka epok, dlatego wdrożenie nowych technologii jest koniecznością. System zautomatyzuje szereg procesów, co usprawni obsługę klientów, a także ograniczy koszty związane z utrzymaniem infrastruktury. O kontrakt powalczą Asseco i Comarch. Zamówienie zostanie ogłoszone jeszcze w tym roku.

– ZUS rozpoczyna budowę nowego systemu informatycznego, który docelowo zastąpi ten eksploatowany od 20 lat. Budowa systemu KSI 2.0 jest koniecznością. Technologie obecnie stosowane są przestarzałe i generują bardzo duże koszty związane z utrzymaniem. Jednocześnie ogranicza się rynek dostawców tych technologii, co powoduje mniejszą konkurencyjność i wzrost kosztów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Owczarczyk, dyrektor departamentu rozwoju usług IT w Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Autorem pierwszego systemu informatycznego dla ZUS z 1997 roku jest Prokom, czyli obecne Asseco. Już wówczas umowa była nazywana kontraktem stulecia. O nowy, wart przynajmniej kilkadziesiąt milionów złotych, powalczą Asseco, które dotychczas zajmowało się utrzymaniem systemu, i Comarch, który w tym roku stara się przejąć jego obsługę. Zamówienie dotyczące realizacji KSI 2.0 zostanie ogłoszone w IV kwartale 2018 roku.

 W lipcu został rozstrzygnięty przetarg na umowę ramową na rozwój systemu KSI. Wybrano dwóch wykonawców – Asseco i konsorcjum firm Comarch. Wykonawca nowego systemu KSI 2.0 zostanie wyłoniony w ramach postępowania przetargowego spośród tych dwóch firm – wskazuje Włodzimierz Owczarczyk.

Kompleksowy System Informatyczny zrewolucjonizował całą administrację publiczną. Jest zaliczany do czołówki największych na świecie systemów informatycznych. Jak podkreślają przedstawiciele ZUS, działał bezawaryjnie także podczas wdrażania wielkich zmian w systemie, związanych z reformą obniżającą wiek emerytalny czy wprowadzeniem indywidualnych kont składkowych.

 Projekt i budowę KSI ZUS rozpoczęto pod koniec lat 90. Minęło 20 lat, a w informatyce taki okres to kilka epok. Dziś to dobry moment, by myśleć o rewitalizacji systemu i wykorzystać zdobycze technologiczne do jego unowocześnienia – przekonuje Arkadiusz Wójcik, dyrektor pionu ubezpieczeń społecznych w Asseco Poland.

Nowy system ma być jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie systemów informatycznych nie tylko w Europie, lecz także na świecie. Konieczne jest jednak zdefiniowanie właściwych kierunków rozwoju.

 Rekomendujemy, żeby przed przebudową systemu spojrzeć na procesy i zastanowić się nad ich uproszczeniem, by system dostarczony w efekcie realizacji projektu KSI 2.0 był bardziej przyjazny, otwarty, niezależny technologicznie i przede wszystkim ułatwiał życie osób korzystających z systemu oraz podmiotów utrzymujących i rozwijających go w przyszłości – podkreśla Igor Bednarski, kierownik w zespole realizującym projekt utrzymania KSI ZUS w Comarch.

KSI 2.0 ma nie tylko pomóc ograniczyć koszty, które generuje przestarzały system, lecz przede wszystkim usprawnić obsługę klientów. Obecnie odpowiada za obsługę 26 mln klientów, rozlicza w granicach 150 mld zł składek i obsługuje wypłatę ponad 200 mld zł świadczeń. Zapisane są w nim na kontach ubezpieczonych ponad 2 bln zł.

– W naszej ocenie budowa KSI 2.0 powinna być realizowana etapami tak, by można było, po pierwsze, zrealizować ją w skończonym czasie i w przyjętym budżecie, po drugie, by można było zaplanować należycie przebudowę i móc ją kontrolować. Istotne jest także to, by nadążać za zmieniającymi się wymaganiami prawnymi i otoczeniem formalnym – mówi Igor Bednarski.

Budowa nowego systemu to wydarzenie dużego kalibru. Tak duże systemy informatyczne projektuje się na wiele lat eksploatacji, dlatego rzadko kto decyduje się na tego typu zmiany. W Polsce dotychczas nikt jeszcze nie podjął się budowy tego typu systemu na nowo. Jak jednak przekonują eksperci, korzyści z budowy KSI 2.0 odczują wszyscy.

– Klienci ZUS odczują zmianę systemu w postaci szybszej reakcji na ich potrzeby. Jednocześnie będziemy w stanie szybciej reagować na wymagania, które stawia przed nami ustawodawca. Docelowo zmiana systemu na KSI 2.0 przyniesie zmianę ergonomii, wprowadzi automatyzację procesów, które do tej pory nie zostały zautomatyzowane. Tym samym pracownicy ZUS zostaną odciążeni od realizacji prac, które teraz musieli wykonywać dłużej lub poza systemem – tłumaczy Włodzimierz Owczarczyk.

Z systemu korzysta codziennie ok. 40 tys. pracowników. Przetwarza 300 terabajtów danych, 250 tys. operacji na sekundę, a rocznie ponad 900 mln dokumentów.

– Odnowienie systemu da wiele korzyści – od najprostszych korzyści finansowych, czyli zmniejszenia kosztów infrastruktury technicznej, utrzymania systemu, poprzez korzyści z czasem realizacji zmian i poprawek, np. zmian wynikających z wprowadzenia nowych aktów prawnych, do których system musi być dostosowany. Modyfikacja, która dziś musi być zrealizowana w co najmniej 9 miesięcy, w nowej technologii być może będzie realizowana w czasie dwu-, a nawet trzykrotnie krótszym – podkreśla Arkadiusz Wójcik.

Trwa dobra passa w przemyśle metalowym. Ubiegłoroczny rekord może zostać pobity

Trwa dobra passa w przemyśle metalowym. Ubiegłoroczny rekord może zostać pobity 7

Polski rynek wyrobów stalowych powiększył się czwarty rok z rzędu, a zużycie na koniec ubiegłego roku wyniosło rekordowe 13,5 mln ton – najwięcej od 1989 roku. Z kolei w I kwartale br. krajowa produkcja wzrosła już o 6 proc., a zużycie stali – o 15 proc. w ujęciu rocznym. Tak dobre dane wskazują, że rekordy z ubiegłego roku mogą zostać pobite. Kluczowe przełożenie na rynek stali będą mieć jednak m.in. ceny energii elektrycznej oraz wojna celna pomiędzy Chinami i USA, która może spowodować, że ceny wzrosną, a na europejski rynek trafi większa ilość tego surowca. 

Sytuacja w przemyśle metalowym jest w tej chwili bardzo stabilna. Produkcja hut, która w 2017 roku musiała się dynamicznie rozwinąć, osiągnęła takie wydajności, które są stabilne dla nas, odbiorców. Także we wszystkich branżach, do których dostarczamy, koniunktura jest dobra. Polski przemysł metalowy jest poważnym graczem na rynku europejskim. Mamy bardzo duże huty, które są globalnymi dostawcami i znajdują się w sieci globalnych producentów, tak więc nasza pozycja z punktu widzenia całej Europy jest znacząca – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Leszek Jurasz, prezes zarządu Mangata Holding.

Polska plasuje się w pierwszej dwudziestce największych producentów stali na świecie i na piątym miejscu w UE (po Niemczech, Włoszech, Francji i Hiszpanii). W ubiegłym roku polski rynek wyrobów stalowych powiększył się czwarty rok z rzędu, a zużycie wyniosło rekordowe 13,5 mln ton – najwięcej od 1989 roku. Krajowi producenci odnotowali też dynamiczny wzrost produkcji stali surowej, przekraczający 10,3 mln ton. Za krajowe zużycie tego surowca w największym stopniu odpowiada sektor budowlany (43 proc.) – wynika z raportu „Polski przemysł stalowy 2018” Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej. Dane HIPH pokazują też, że tylko w pierwszym kwartale br. krajowa produkcja zwiększyła się o 6 proc., a zużycie stali wzrosło o 15 proc. w ujęciu rocznym. Zwiększony popyt to m.in. efekt inwestycji infrastrukturalnych oraz dobrej koniunktury w budownictwie i przemyśle.

Natomiast w ujęciu globalnym produkcja stali surowej wzrosła w ubiegłym roku o 5 proc., osiągając rekordowy poziom 1,69 mld ton. Wzrosty notowało również światowe zapotrzebowanie na wyroby stalowe – do 1,59 mld ton, co również jest najlepszym wynikiem w historii. Wykorzystanie mocy produkcyjnych w światowym hutnictwie w ubiegłym roku było jednak niskie, na poziomie ok. 69 proc., a szacowana nadwyżka zdolności wyniosła 760 mln ton – wynika z raportu HIPH. Z kolei w I kwartale br. produkcja globalna wzrosła o 4 proc., do blisko 426,6 mln ton stali surowej. Rekordzistą były Chiny, które odnotowały w tym czasie 5,5-proc. wzrost produkcji.

W najbliższych latach zarówno produkcja, jak i zapotrzebowanie na stal powinny nadal stabilnie rosnąć, jednak duże przełożenie na ten sektor będą mieć ceny energii elektrycznej, polityka klimatyczna oraz konflikt celny pomiędzy Chinami a USA.

– Jesteśmy w ciekawym momencie, jeśli chodzi o sytuację na globalnym rynku stali. Negocjacje celne, które trwają pomiędzy USA, UE i Chinami, będą miały duży wpływ na to, jak będzie funkcjonować ten segment w najbliższym czasie. Globalnie mamy taką sytuację, w której główni gracze koncentrują się trochę bardziej na własnych ogródkach. Chiny, które są głównym producentem stali i potężnym konsumentem, USA i wysoko rozwinięta UE bardziej dbają już o swoje wewnętrzne interesy. Rozwój tej sytuacji może mieć duży wpływ na segment stali w Europie – mówi Leszek Jurasz.

Ponieważ na globalnym rynku podaż stali jest w tym momencie wyższa niż popyt, eksperci prognozują spadek cen tego surowca. Jednak prezes Mangata Holding Leszek Jurasz ocenia, że jeżeli konflikt handlowy będzie się pogłębiał, może się to negatywnie odbić na całym rynku i wbrew prognozom spowodować podwyżkę cen stali.

Podaż stali globalnie jest w tej chwili większa niż popyt. W związku z tym eksperci zakładają trend spadkowy dla cen, co z kolei dla nas byłoby bardzo korzystne, bo w 2017 roku przeżywaliśmy trudne chwile, kiedy ceny niektórych gatunków stali rosły nawet o 20 proc. Niemniej jednak trudno w tej chwili przewidzieć docelowy scenariusz – mówi Leszek Jurasz.

Zmniejszony import stali do USA, związany z wprowadzeniem 25-proc. ceł na chińskie wyroby stalowe, może też spowodować, że większa ilość tego surowca będzie trafiać na rynek europejski, również do Polski. Import wyrobów stalowych do kraju w I kwartale br. wzrósł o 12 proc.

Mangata Holding to jeden z największych graczy w branży metalowej i zarazem jedna z 500 największych firm w Polsce. Jego spółki zależne (m.in. Zetkama, Kuźnia Polska, Śrubena) eksportują swoje produkty na ponad 70 zagranicznych rynków. Wyniki finansowe za I półrocze pokazują 20-proc. wzrost zysku w ujęciu rocznym. Spółka zapowiedziała także, że podtrzymuje prognozy finansowe do końca roku (51,4 mln zł zysku netto i 694,4 mln zł przychodów na koniec 2018).

– Po I półroczu wyniki spółki w relacji do 2017 roku mamy bardzo dobre. Wszystkie spółki z naszego holdingu spisały się świetnie i zakładam, że sytuacja do końca tego roku nie powinna ulec zmianie. Portfele spółek są bardzo mocno wypełnione, więc powinniśmy normalnym rozbiegiem dobrnąć do końca grudnia i zrealizować publikowane wcześniej prognozy – mówi Leszek Jurasz.

Po pierwszym półroczu przychody Mangata Holding wyniosły 361,3 mln zł, EBITDA – 50,4 mln zł, a zysk netto sięgnął 31,6 mln zł. Oznacza to, że przychody grupy wzrosły rok do roku o 15 proc., EBITDA – o 6,5 proc., a zysk netto był większy o 22,5 proc. Na wyniki grupy wpłynęła przede wszystkim bardzo dobra koniunktura we wszystkich segmentach – automotive, armatury, automatyki przemysłowej i elementów złącznych. Spółka odnotowała wzrost sprzedaży we wszystkich tych segmentach, ale na jej rentowność w największym stopniu wpłynęła branża automotive.

Jeżeli chodzi o otoczenie rynkowe w obszarze cen stali, które miały bardzo istotny wpływ na naszą rentowność w 2017 roku, to sytuacja ładnie się ustabilizowała. Prognozy do końca roku wskazują, że ta sytuacja, która jest głównym nośnikiem kosztowym dla całego naszego holdingu, nie powinna ulec zmianie. Istotne są natomiast prognozy, które wskazują, że ceny energii powinny istotnie wzrosnąć, a dla dwóch naszych firm ma to szczególnie istotne znaczenie – mówi prezes zarządu Mangata Holding.

Modern Expo Group otwiera biuro w Warszawie

Modern-Expo Group, międzynarodowy producent i dostawca kompleksowego wyposażenia dla branży retail, otwiera biuro w Warszawie. To drugie, po siedzibie w Lublinie, miejsce prowadzenia działalności firmy w Polsce. – Wybór stolicy na nasze kolejne biuro jest nieprzypadkowy. Chcemy ułatwić komunikację z klientami i partnerami biznesowymi. Biuro w Warszawie będzie idealnym miejscem współpracy klienta z jego opiekunem z Modern Expo – mówi Piotr Kraśnicki, dyrektor ds. sprzedaży i członek zarządu Modern Expo Group.

Działalność Modern Expo na globalnym rynku sukcesywnie się rozszerza. Już dziś produkty firmy trafiają do ponad 65 krajów, a firma planuje ekspansję na kolejne rynki. – Decyzja o otwarciu nowego biura to również efekt rozwoju firmy. Wciąż rozbudowujemy nasz zespół o najlepszych specjalistów. Tylko we wrześniu zatrudniliśmy 7 nowych osób i planujemy dalsze rekrutacje. Praca w teamie Modern-Expo to nie tylko wyzwanie, ale i szansa rozwoju zawodowego. To także komfort wynikający z warunków pracy – dodaje Piotr Kraśnicki.

Biuro w nowoczesnym kompleksie co-workingowym Brain Embassy przy ulicy Konstruktorskiej 11 to kolejny etap realizacji strategii firmy.– Stawiamy na innowacje, dlatego między innymi pracujemy w nowoczesnych przestrzeniach biurowych. Odpowiednie warunki zwiększają komfort i wydajność pracy oraz sprzyjają kreatywności – tłumaczy Piotr Kraśnicki z Modern-Expo.Modern Expo Group otwiera biuro w Warszawie (1) Modern Expo Group otwiera biuro w Warszawie (2) Modern Expo Group otwiera biuro w Warszawie (3) Modern Expo Group otwiera biuro w Warszawie (4)

Zamysłem Brain Embassy było stworzenie miejsca, które nawiązuje do stylu pracy marki Google. Biurowiec na Mokotowie wyposażony jest nie tylko w tradycyjne pomieszczenia biurowe, ale również w przestrzeń co-workingową, bibliotekę, strefę relaksu z hamakami i pufami oraz pokój do drzemek. Wszystko stworzone w nowoczesnym designie. Projekt ten został uhonorowany tytułem „Innowacji Roku” w 16. edycji prestiżowego konkursu CIJ Awards.

Urządzenia do oczyszczania powietrza w domach coraz bardziej popularne. Ograniczają ilość zanieczyszczeń nawet o 99 proc

Urządzenia do oczyszczania powietrza w domach coraz bardziej popularne. Ograniczają ilość zanieczyszczeń nawet o 99 proc 8

Przed smogiem nie można się schować w domu – zanieczyszczone powietrze dostaje się również do wnętrza domów i mieszkań, powodując m.in. podrażnienie dróg oddechowych, alergie, bóle głowy i zmęczenie. Powietrze w pomieszczeniach może też być zatruwane przez dym papierosowy, kurz i roztocza, wilgoć i obecność pleśni. Świadomość konsumentów rośnie, dlatego w ostatnich latach sprzedaż domowych oczyszczaczy powietrza wzrosła o kilkaset procent. Takie urządzenia nie tylko ograniczają ilość zanieczyszczeń nawet o 99,7 proc., lecz także mogą stanowić ozdobę mieszkania, bo producenci AGD stawiają coraz mocniejszy akcent na dobry design.

– Segment urządzeń do oczyszczania powietrza w pomieszczeniach rozwija się całkiem szybko, ponieważ jakość powietrza się pogarsza, a nawet 90 procent naszego czasu spędzamy we wnętrzach. Jakość tego, czym oddychamy, ma dla ludzi duże znaczenie, podobnie jak zdrowa żywność. Coraz bardziej dbamy o powietrze, którym oddychamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Martin Stadler, założyciel i CEO szwajcarskiej firmy Stadler Form.

Smog jest coraz większym problemem, zwłaszcza w dużych miastach, takich jak Warszawa czy Kraków, gdzie do niskiej emisji i zanieczyszczenia powietrza przyczyniają się spaliny emitowane przez transport drogowy. Według raportu WHO spośród pięćdziesięciu miast Unii Europejskiej z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem aż trzydzieści trzy znajdują się w Polsce. Szacuje się, że z powodu chorób, do których przyczynia się smog, takich jak astma, obturacyjne zapalenie płuc, niewydolność oddechowa czy choroby układu krążenia, każdego roku umiera w Polsce około 45 tys. ludzi.

Zanieczyszczone powietrze dostaje się również do wnętrza domów i mieszkań, powodując m.in. ataki duszności i podrażnienie dróg oddechowych, łzawienie i alergie, bóle głowy i zmęczenie. Z badań, które dwa lata temu przeprowadzili naukowcy z krakowskiego Uniwersytetu Rolniczego, wynika, że w 1/3 przypadków powietrze wewnątrz budynku jest nawet bardziej zanieczyszczone niż na zewnątrz. Stąd coraz większą popularnością na rynku cieszą się domowe urządzenia do oczyszczania powietrza – przydatne do zapobiegania czy minimalizowania występowania chorób układu oddechowego. W trakcie ostatnich 5–6 lat sprzedaż takich urządzeń wzrosła o kilkaset procent.

– Podejmujemy szeroko zakrojone działania mające na celu edukowanie ludzi i uwrażliwianie ich na kwestie zanieczyszczeń i złej jakości powietrza w pomieszczeniach. To o tyle ważne, że w pomieszczeniach spędzamy większość naszego czasu. Możemy poprawić w nich jakość powietrza w bardzo prosty sposób – zaopatrując się w dobry oczyszczacz powietrza. Ma to duże znaczenie dla naszych płuc i jest szczególnie ważne dla osób cierpiących na alergie. Na zewnątrz znajduje się bardzo dużo drobnych zanieczyszczeń, których źródłem jest m.in. duża liczba samochodów na drogach, a to bardzo niekorzystnie wpływa na nasze płuca. Staramy się edukować ludzi w tym zakresie, mówiąc im, jak poprawić jakość powietrza – mówi Martin Stadler.

Domowy oczyszczacz działa w prosty sposób: zasysa powietrze w pomieszczeniu, przepuszcza je przez szereg filtrów i wydmuchuje z potworem. Takie urządzenie, w zależności od modelu i filtra, potrafi zredukować poziom zanieczyszczeń nawet o 99,7 proc. Na rynku jest w tej chwili bardzo wiele modeli, w różnym przedziale cenowym i z dodatkowymi funkcjami. Często jednak problemem jest ich duży rozmiar i niezbyt zachęcający design.

Tę lukę postanowiła wypełnić szwajcarska marka Stadler Form, założona dwadzieścia lat temu przez Martina Stadlera, który poszukiwał nawilżacza. Nie mogąc go znaleźć, zaprojektował go samodzielnie, z pomocą Matti Walkera, który jest dziś głównym projektantem marki. Pierwszym produktem marki był nawilżacz powietrza Fred. Szwajcarska marka ma dziś ponad 30-proc. udział w rodzimym rynku i stawia na połączenie zaawansowanej technologii z dobrym designem, zdobywając prestiżowe nagrody w tym zakresie. Jak podkreśla założyciel marki, dobre wzornictwo w branży AGD odgrywa coraz ważniejszą rolę i jest jednym z aspektów, na które klienci zwracają uwagę przy wyborze.

– Design w branży AGD jest bardzo istotny, ponieważ cały czas mamy te urządzenia na widoku. Klienci zwracają na to uwagę, dlatego kładziemy na wygląd duży nacisk. Współpracujemy w tym zakresie z projektantami ze Szwajcarii. To dzięki temu nasze produkty są unikalne i podobają się konsumentom. Mają one w założeniu wywoływać uśmiech u klientów – mówi Martin Stadler.

Jak podkreśla, to nie oznacza wcale rezygnacji z wysokiej jakości.

– Dobre rozwiązania technologiczne są naszym priorytetem, więc nie skupiamy się wyłącznie na wyglądzie produktów. Bardzo zależało nam na odpowiednim i skutecznym oczyszczaniu powietrza. Wiemy, jak tworzyć pięknie wyglądające produkty i umiemy łączyć to z wysoką jakością. Te dwa aspekty nie są ze sobą naturalnie powiązane, czasami niezwykle trudno jest umieścić właściwą technologię w środku ładnie wyglądającego produktu. Ale nam już od 20 lat udaje się to całkiem dobrze – mówi Martin Stadler.

Obecna na polskim rynku od kilku lat marka wprowadziła niedawno do sprzedaży oczyszczacz powietrz Roger i jego mniejszą wersję – Roger Little, który walczy ze smogiem, eliminując przy okazji bakterie, grzyby i inne zanieczyszczenia przyczyniające się do złej jakości powietrza w pomieszczeniu.

– Opracowanie oczyszczaczy powietrza Roger i Roger Little zajęło nam dużo czasu, ponieważ ich konstrukcja jest bardzo skomplikowana, a zależało nam na bardzo skutecznym oczyszczaniu powietrza. Wydajność tych urządzeń jest niezwykle wysoka. W małej obudowie udało nam się umieścić urządzenie o imponującym wskaźniku CADR – clean air delivery rate, który oznacza ilość czystego powietrza dostarczanego przez urządzenie – mówi założyciel i CEO Stadler Form.

Fuzja na rynku poligraficznym – Reprograf i Grafikus łączą siły

Spółki Reprograf SA i Grafikus Systemy Graficzne Sp. z o.o. podpisały umowę inwestycyjną, na mocy której stworzą nową firmę: Reprograf-Grafikus SA. Planowa data połączenia podmiotów to 1 stycznia 2019.

Reprograf SA i Grafikus Systemy Graficzne Sp. z o.o. to wiodący dystrybutorzy maszyn i urządzeń oraz materiałów konsumpcyjnych na rynku poligraficznym. Obie spółki obecne są na polskim rynku od kilkudziesięciu lat, a ich klientami są drukarnie z wielu sektorów. – Połączenie Reprografu i Grafikusa jest pierwszym projektem na tak dużą skalę na polskim rynku dystrybucji maszyn i materiałów poligraficznych. Jest to kontynuacja naszego strategicznego planu rozwoju zapoczątkowanego połączeniem Grafikusa ze specjalistyczną spółką INK Polska – komentuje Jacek Kuśmierczyk, współwłaściciel Grafikusa.

Polska od wielu lat znajduje się w czołówce rynków poligraficznych w Europie. Według ostatnich danych, tempo wzrostu sektora oscyluje między 5 a 6 procent rok do roku. Większość podmiotów to mikro- i małe przedsiębiorstwa, które stanowią ponad 90% wszystkich firm branży. Bardzo często są to sprofilowane drukarnie specjalizujące się w określonym rodzaju druku. Rynek i konsumenci oczekują jednak coraz częściej kompleksowej realizacji usług przez jeden podmiot. – Od kilku lat obserwujemy zmieniające się trendy na rynku poligraficznym. Coraz większy nacisk kładzie się na połączenie kompetencji i kompleksowej obsługi zleceń – mówi Jolanta Kurowiak, właścicielka Reprografu. – Jestem przekonana, że integracja umiejętności i doświadczeń obu spółek wprowadzi zupełnie nową jakość na rynku – dodaje.

Połączenie dwóch spółek możliwe będzie dopiero po wydaniu zgody przez UOKiK.

Powrót po urlopie to dobry moment na zmiany w pracy. Większa asertywność poprawi wydajność i komfort wykonywanych zadań

Powrót po urlopie to dobry moment na zmiany w pracy. Większa asertywność poprawi wydajność i komfort wykonywanych zadań 9

Powrót z urlopu to dobry moment na przewartościowanie i przeorganizowanie dotychczasowych obowiązków oraz wprowadzenie zmian. Jedną z nich powinno być wyćwiczenie asertywności w relacjach z szefem i współpracownikami, co przełoży się na większy komfort w miejscu pracy, poprawi efektywność i podniesie pewność siebie. Taka zmiana jest trudna zwłaszcza dla osób nieśmiałych, introwertycznych, dlatego dobrze jest wprowadzać ją małymi kroczkami. Trzeba też uważać, żeby nie pomylić asertywności z roszczeniowością i agresją. 

– Asertywność jest umiejętnością pełnego wyrażania siebie i tworzenia zdrowych relacji w miejscu pracy. Dając sobie prawo do wyrażania własnych potrzeb, myśli i emocji, komunikujemy szefowi i współpracownikom, co naprawdę czujemy i myślimy. Wówczas mamy szansę na zbudowanie zdrowych, konstruktywnych relacji i uniknięcie tych toksycznych, w których ciągle trzeba udawać, robić coś wbrew sobie. To nie wpływa ani na dobrą atmosferę w miejscu pracy, ani na efektywność – mówi agencji Newseria Natalia Kotas-Rippel, psycholog pracy i organizacji, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Dobrze zacząć ćwiczyć asertywność po powrocie z urlopu, kiedy jesteśmy pozytywnie nastawieni do otoczenia, bardziej otwarci, optymistyczni. W takim stanie emocjonalnym łatwiej jest wdrażać zmiany. Nauczenie się i wdrożenie zachowań asertywnych w miejscu pracy może stworzyć poczucie wakacyjnego komfortu przez cały rok.

– Asertywność nie jest wrodzonym zachowaniem, ale można się jej nauczyć. Na pewno trudniej przychodzi to osobom nieśmiałym, introwertycznym, zamkniętym w sobie. Nie myślę tutaj o asertywności jako rewolucji, która oznacza, że nagle mamy być asertywni w każdej relacji w miejscu pracy. Chodzi raczej o zrobienie drobnego kroku – mówi Natalia Kotas-Rippel.

Jak podkreśla, asertywność w relacji z szefem jest jednym z trudniejszych tematów i wielu pracowników zwyczajnie się go obawia. Dlatego ucząc się zachowań asertywnych, warto zacząć od bezpieczniejszych relacji – na przykład z koleżanką, kolegą czy bliskim współpracownikiem – i stopniowo przenosić je na grunt szef–pracownik. Przełamanie bariery w tej relacji może dać poczucie wewnętrznego komfortu i większą pewność siebie.

Bywa, że na początku asertywność wiąże się z pewnymi kosztami emocjonalnymi, a druga strona nie reaguje pozytywnie. Są to naturalne reakcje na zachowanie inne niż do tej pory. Często bywa tak, że przyzwyczailiśmy już inne osoby, że nie stawiamy granic, nie mówimy „nie”. Zmiana w zachowaniu może powodować zdziwienie otoczenia. Jeżeli wydaje się nam, że inna osoba przestaje nas lubić i daje do zrozumienia, że jesteśmy dziwni, to jest forma oporu – mówi Natalia Kotas-Rippel.

Ekspertka Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu podkreśla, że na początku trzeba również prawidłowo zdefiniować asertywność – jako umiejętność pełnego wyrażania siebie w relacji z innymi, komunikowania swoich odczuć, umiejętność stawiania granic, ale – co istotne – z poszanowaniem uczuć i granic innych osób. Tymczasem, zwłaszcza przedstawicielom młodego pokolenia pracowników, zdarza się mylić asertywność z roszczeniowością lub wręcz bezczelnością.

Młode pokolenie wierzy w siebie, ma poczucie świadomości swoich kompetencji i umiejętności. Jest to bardzo dobre, natomiast czasami forma przekazywania tej wiary w siebie budzi wątpliwości. Podczas spotkań rekrutacyjnych w miejscu pracy czasami zauważamy postawy roszczeniowe. Nie ma to nic wspólnego z asertywnością. Czasami widzimy, że pojęcie asertywności jest mylone z agresją – mówi ekspertka Wyższej Szkoły Bankowej.

W Polsce studiuje około 70 tys. zagranicznych studentów. Ponad połowa jest z Ukrainy

W Polsce studiuje około 70 tys. zagranicznych studentów. Ponad połowa jest z Ukrainy 10

Studenci z zagranicy stanowią obecnie około 5 proc. ogółu studentów w Polsce, ale szybko ich przybywa. Z blisko 70 tys. ponad połowa pochodzi z Ukrainy, ale rośnie też liczba chętnych m.in. z Indii i innych krajów azjatyckich. Polskę wciąż jednak wybiera stosunkowo niewielu studentów z Europy Zachodniej. Wyjątkiem są studia medyczne, na których uczy się duży odsetek osób z USA, Norwegii czy Szwecji. Jednak później – po zakończeniu nauki – przeważnie podejmują oni pracę za granicą.

Polska jest z pewnością coraz bardziej atrakcyjnym miejscem do studiowania dla obcokrajowców. Mamy dużą dynamikę wzrostu liczby studentów z zagranicy – w ostatnim roku był to wzrost 10-procentowy. Obecnie mamy blisko 70 tys. studentów zagranicznych na studiach pełnych. Głównie mówimy o studentach z takich krajów jak Ukraina czy Białoruś, ale pojawia się coraz więcej chętnych z rynków odległych – Indii, Chin, Wietnamu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Zofia Sawicka, zastępca dyrektora Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w ubiegłym roku 72,7 tys. cudzoziemców planowało studiować w Polsce przynajmniej jeden rok akademicki. Większość pochodziła z krajów europejskich, w tym ponad połowa z Ukrainy (37,8 tys., czyli 52 proc.).

Profil zainteresowań studentów z Ukrainy jest bardzo różny, głównie są to nauki społeczne. Natomiast patrząc na kierunki studiów, w których Polska jest rozpoznawalna, wysoko są studia techniczne na politechnikach – mówi dr Zofia Sawicka.

Drugą grupę pod względem liczebności stanowili w ubiegłym roku studenci z Białorusi (6 tys., czyli 8,3 proc.) oraz z Indii (3 tys., czyli 4,1 proc.). Statystyki pokazują również, że z roku na rok przyjeżdża ich coraz więcej z krajów skandynawskich, Niemiec, Czech, Hiszpanii, Rosji i Turcji. Zdecydowana większość cudzoziemców (63,8 tys., czyli 87,8 proc.) podjęła studia stacjonarne, a prawie jedna trzecia (22,2 tys.) wybrała szkoły w województwie mazowieckim. Studenci z zagranicy stanowią obecnie około 5 proc. ogółu studentów w Polsce.

Polska przyciąga głównie tym, że jest krajem przyjaznym, co zresztą cechuje też kraje sąsiadujące jak Czechy czy Węgry. To najważniejsze kryterium, które wychodzi w badaniach ankietowych. Studenci tutaj czują się dobrze, czują się zaopiekowani i – wbrew temu, co się mówi – nie są atakowani. Skala takich zdarzeń jest dużo mniejsza niż w innych krajach europejskich – mówi dr Zofia Sawicka. – Drugi powód, dla którego studenci wybierają nasz kraj, to relatywnie niskie koszty utrzymania, czyli kalkulacja jakości do ceny. Jakość studiów w Polsce się podnosi, jest to dyplom uznawany w UE, a jednocześnie koszty życia są niższe w porównaniu z większością krajów europejskich.

Jak zauważa, Polskę wciąż jednak wybiera stosunkowo niewielu studentów z państw Europy Zachodniej. Wyjątkiem są studia medyczne, na których uczy się duży odsetek studentów z USA, Norwegii czy Szwecji. Jednak po zakończeniu nauki przeważnie podejmują oni pracę za granicą.

– Kształcimy lekarzy, jesteśmy w tym dobrzy, rozpoznawalni, przyciągamy studentów, natomiast nie pozyskujemy w ten sposób lekarzy do pracy w Polsce – mówi dr Zofia Sawicka.

Jak wynika z raportu „Study in Poland 2017” Fundacji Edukacyjnej Perspektywy, w ubiegłym roku za granicą studiowało ok. 27 tys. Polaków, którzy najczęściej podejmują naukę w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji i USA. Dużym zainteresowaniem cieszy się ostatnio również Dania, Włochy i Austria. Natomiast na Ukrainie studiowało w ubiegłym roku zaledwie 769 polskich studentów, z czego większość na dwóch uczelniach: Lwowskim Narodowym Uniwersytecie Medycznym (258) oraz Państwowym Uniwersytecie Medycznym w Tarnopolu (245).

Zawsze wygrywają te trzy kraje, które w ogóle są najchętniej wybierane przez Polaków również do pracy. Są to Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Niemcy. Takie wyjazdy na pewno są nie do przecenienia. Z punktu widzenia polskiej racji stanu wolelibyśmy, żeby studenci nie wyjeżdżali na pełne cykle kształcenia. Dlatego oferujemy głównie stypendia krótkookresowe, które umożliwiają wyjazd na pół roku bądź rok, w takiej samej formule jak Erasmus –mówi zastępca dyrektora Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej. – Badania, które przeprowadziła ostatnio Fundacja Rozwoju Systemów Edukacji, głównie w odniesieniu do studentów wyjeżdżających w ramach programu Erasmus, pokazują, że mają oni dużo większe szanse znalezienia potem dobrej pracy, mając takie doświadczenie w swoim CV.

Program wymiany studenckiej Erasmus działa w Europie od przeszło 30 lat. Natomiast Polacy na zagraniczne stypendia mogą wyjeżdżać od 1998 roku. Według danych Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji (FRSE), w ciągu 18 lat zdecydowało się na to 180 tys. studentów (dane na 2017 rok). W tym czasie do Polski na studia przyjechało prawie 100 tys. obcokrajowców.

Wymiana studentów i naukowców jest bardzo ważna. W ramach NAWA realizujemy trzy takie programy. W programie Akademickie Partnerstwa Międzynarodowe polskie uczelnie składają wnioski o sfinansowanie działań, które podejmują w partnerstwie z instytucją zza granicy. Mogą to być zarówno działania dydaktyczne, jak i badawcze czy wymiana kadry administracyjnej. Jest też program PROM, dedykowany wymianie doktorantów i naukowców z uczelni polskich i zagranicznych w okresie do 30 dni. Istotny jest też program Welcome to Poland, gdzie wspieramy uczelnie w przyjmowaniu studentów i kadry zza granicy, przekazując środki na szkolenia dla kadry administracyjnej, tworzenie mieszanych grup językowych, punktów obsługi studentów i kadry zza granicy – wylicza dr Zofia Sawicka.

Nowe technologie w walce ze smogiem. Inteligentne maski antysmogowe chronią przed niewidocznymi dla ludzkiego oka śmiercionośnymi cząsteczkami

Nowe technologie w walce ze smogiem. Inteligentne maski antysmogowe chronią przed niewidocznymi dla ludzkiego oka śmiercionośnymi cząsteczkami 11

Problem smogu jest w Polsce na tyle duży, że na rynku pojawiają się coraz to nowsze rozwiązania, mające chronić nas przed złej jakości powietrzem. W zimie normy w takich miastach jak Kraków czy Warszawa przekraczane są nawet kilkukrotnie. Coraz więcej projektów i urządzeń powstaje by walczyć ze smogiem w domu. Oczyszczacze powietrza są coraz bardziej zaawansowane i potrafią oczyścić powietrze w całym domu. Pojawiają się też innowacyjne doniczki i rośliny antysmogowe. Najgroźniejsza w czasie przekroczonych norm jest jednak aktywność na zewnątrz, np. bieganie czy jazda na rowerze. Tu pomogą nowoczesne maski antysmogowe.

– Zanieczyszczenie powietrza stanowi obecnie coraz większe wyzwanie. 82 proc. ludzi na świecie oddycha zanieczyszczonym powietrzem – to bardzo duża liczba. Na przykład w Paryżu zanieczyszczenie powietrza jest przyczyną 50 tys. zgonów rocznie, czyli dziesięć razy więcej niż wypadki drogowe. Zanieczyszczenie staje się główną przyczyną zgonów w Paryżu, co jest ogromnym problemem – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Flavien Hello ze start-upu R-PUR.

Za powstawanie smogu odpowiada przede wszystkim tak zwana niska emisja, czyli pyły i szkodliwe gazy pochodzące z transportu i domowych palenisk czy lokalnych kotłowni, w których spalanie odbywa się w sposób nieefektywny. Niska emisja oddziałuje na wysokości do 40 metrów i właśnie dlatego jest ona szczególnie niebezpieczna dla zdrowia ludzi. Lekarze radzą, by w przypadku pogorszenia jakości powietrza nie opuszczać mieszkań. Wyjście z domu umożliwi natomiast maska antysmogowa, niezbędna zwłaszcza przy aktywnościach fizycznych, takich jak bieganie, czy jazda na rowerze.

– Noszenie masek podczas jazdy rowerem, motocyklem lub nawet podczas biegania w mieście zapewnia pełną ochronę. Najważniejsze jednak jest korzystanie z maski podczas jazdy, ponieważ wtedy jesteśmy najbardziej narażeni na kontakt ze skoncentrowanymi zanieczyszczeniami, będąc bardzo blisko samochodów i innych źródeł zanieczyszczeń. Właśnie wtedy potrzebna jest największa ochrona – przekonuje Flavien Hello.

Zawieszone w powietrzu pyły przedostają się do układu oddechowego i zatruwają cały organizm. Najbardziej szkodliwe są cząsteczki pyłu zawieszonego o oznaczeniu PM 2,5 oraz PM 10. Ich struktura jest kilkukrotnie mniejsza od ziarnka piasku. Dostają się one bezpośrednio do pęcherzyków płucnych. Przed ich działaniem może pomóc najnowsza maska R-PUR.

– R-PUR to nowy rodzaj maski przeciw zanieczyszczeniom, która pomaga chronić się przed zanieczyszczeniem powietrza w dużych miastach. Maska chroni przed bardzo drobnymi cząsteczkami, które są najbardziej szkodliwe dla organizmu, ponieważ dostają się do krwi i uszkadzają narządy wewnętrzne, a także przed gazami. Do osoby oddychającej przez maskę nie docierają żadne zapachy ani cząsteczki, tylko czyste powietrze – twierdzi ekspert.

Inteligentna maska antysmogowa francuskiego start-upu współpracuje z aplikacją mobilną, która lokalizuje użytkownika, pobiera informacje z lokalnych stacji kontrolujących jakość powietrza, a po wprowadzeniu przez użytkownika kilku innych danych, oblicza też, jak długo filtr będzie mógł skutecznie chronić użytkownika przed smogiem. Maska jest już dostępna na rynku w cenie 150 euro.

Poziom świadomości dotyczącej zanieczyszczenia powietrza rośnie. Pojawia się coraz więcej projektów i urządzeń mających walczyć ze smogiem. Airly to polski start-up, który buduje sieć czujników powietrza w polskich miastach i gminach. Rozwiązanie to pozwala monitorować stan zanieczyszczenia powietrza w czasie rzeczywistym. Poziom zanieczyszczeń pokazywany jest na mapie oraz w specjalnej aplikacji mobilnej. Sensory Airly mierzą m.in. poziom stężenia pyłów zawieszonych, temperaturę powietrza, ciśnienie czy wilgotność powietrza. W przyszłości system będzie także przewidywał jakość powietrza.

Polska firma Degrum opracowuje z kolei zielone przystanki, w których specjalny system filtrów, ukryty w pomieszczeniu technicznym w przystanku, będzie zaciągał zanieczyszczone powietrze z zewnątrz, oczyszczał je i zwracał czyste powietrze do środka przystanku.

Jak wynika z najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli, praktycznie w całej Polsce normy dotyczące jakości powietrza są notorycznie przekraczane. NIK podkreśla, że od 2014 roku, Polska wciąż jest czarnym punktem na mapie Europy, jeżeli chodzi o jakość powietrza, ale też o podejmowane działania na rzecz walki ze smogiem. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia aż 7 na 10 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie znajduje się właśnie w Polsce.

Hakerzy włamali się do kasyna przez podłączoną do internetu grzałkę akwarystyczną. To najprostsze urządzenia są zwykle najbardziej narażone na ataki

Hakerzy włamali się do kasyna przez podłączoną do internetu grzałkę akwarystyczną. To najprostsze urządzenia są zwykle najbardziej narażone na ataki 12

Wraz z popularyzacją smartfonów oraz inteligentnych asystentów coraz chętniej podłączamy do internetu najróżniejsze urządzenia. Z naszą domową siecią Wi-Fi łączą się telewizory, drukarki, czujniki ruchu, a nawet ekspresy do kawy czy zamki w drzwiach. Tymczasem współczesne systemy cyberbezpieczeństwa są zbyt skomplikowane, aby można było stosować je w najprostszych inteligentnych sprzętach. Wiele gadżetów funkcjonujących w ramach internetu rzeczy jest łatwym celem dla cyberprzestępców, którzy mogą się włamać do naszej sieci, wykorzystując najgorzej chronione urządzenie.

– Internet rzeczy dzisiaj nie jest bezpieczny. Niestety rozwój rynku internetu rzeczy nie pociąga za sobą rozwoju zabezpieczeń. Obecnie systemy cyberbezpieczeństwa są zbyt skomplikowane dla prostych urządzeń, wymagają zbytniej mocy operacyjnej, pamięci i oczywiście poboru energii, żeby najprostsze czujniki, mierniki czy ekspresy do kawy mogły zostać podłączone do obecnie istniejących systemów cyberbezpieczeństwa – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Ostafil, dyrektor ds. operacyjnych, Cyberus Labs.

W zeszłym roku młody brytyjski haker Stackoverflowin przejął kontrolę nad przeszło 158 tys. drukarek z Europy, USA oraz Kanady, chcąc udowodnić, jak dziurawe są zabezpieczenia internetu rzeczy. Kilka tygodni temu inżynierowie HP wyznaczyli specjalną nagrodę dla tych, którzy znajdą luki w zabezpieczeniach ich drukarek. Hakerzy, którym uda się włamać do sprzętu HP i podzielą się tą wiedzą z producentem, mogą liczyć na 10 tys. dolarów.

Najbardziej narażone na atak hakerski są jednak najprostsze sprzęty, zwykle pozbawione oprogramowania zabezpieczającego, np. wszelkiego rodzaju czujniki czy mierniki. Polska firma Cyberus Labs planuje zabezpieczyć takie urządzenia. Przed kilkoma tygodniami hakerzy włamali się do jednego z amerykańskich kasyn poprzez grzałkę w akwarium, kradnąc przy tym ponad 3 mln dol.

– Coraz częściej słyszymy o tym, że przejmowana jest kontrola nad inteligentnymi samochodami, że włamano się do domu przez ekspres do kawy podłączony do internetu. Bardzo podatne na włamania są też systemy inteligentnych głośników, które zaczynają obsługiwać nasze domy – alarmuje Marek Ostafil.

Polska firma Cyberus Labs pracuje nad systemem, który zabezpieczałby w sposób kompleksowy nawet najmniejsze i najprostsze urządzenia IoT. System ELIoT Pro ma zabezpieczyć każdą operację w ramach sieci domowej – uwierzytelnia on nie tylko użytkowników, lecz także wszystkie urządzenia komunikujące się z routerem i ze sobą.

– Żaden z dotychczasowych systemów cyberbezpieczeństwa przeznaczonych teoretycznie dla internetu, nie zabezpiecza wszystkich jego poziomów, czyli użytkownika, urządzeń oraz danych – twierdzi ekspert. – System ELIoT Pro wprowadza również opracowaną przez nas bardzo szczególną metodologię szyfrowania, która zapewnia możliwość podłączenia do systemu cyberbezpieczeństwa również tych najprostszych, najbardziej prymitywnych urządzeń, które do tej pory były poza nawiasem zabezpieczeń – dodaje.

Już dziś wiele firm oferuje systemy bezpieczeństwa dla urządzeń pracujących w ramach internetu rzeczy, jednak są to oferty skrojone głównie z myślą o zastosowaniu biznesowym. Microsoft rozwija na przykład usługę Azure Sphere, która łączy zabezpieczenia sprzętowe, chmurowe i software’owe, umożliwiając stworzenie bezpiecznego środowiska pracy urządzeń połączonych. Na rynku konsumenckim takiego rozwiązania brakuje. Cyberus Labs zamierza wprowadzić swoje rozwiązanie na rynek w ciągu dwóch lat.

– Obecnie trwają prace nad dokończeniem systemu ELIoT Pro, spodziewamy się pierwszej wersji w I półroczu 2019 roku. System będzie wprowadzany przez dostawców sieci internetu rzeczy bądź też urządzeń i właśnie z takimi firmami w tym momencie na świecie pracujemy. Z poziomu zwykłego użytkownika nie będziemy musieli robić nic – zapewnia Marek Ostafil.

Analitycy z firmy badawczej MarketsandMarkets szacują, że wartość rynku rozwiązań bezpieczeństwa dla internetu rzeczy wyniesie 29 mld dol. w 2022 roku, przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 34,5 proc.

Tydzień bogaty w krajowe dane

W trakcie tygodnia poznamy dużą porcję krajowych danych. Statystyki z rynku pracy za sierpień (wt.) pokażą stabilizację dynamiki płac i zatrudnienia. Dane o produkcji za sierpień (śr.) będą pod negatywnym wpływem różnicy w liczbie dni roboczych. Nasza prognoza produkcji przemysłu jest niższa od konsensusu (PKO: 4,4% r/r, kons.: 5,6% r/r vs 10,3% w lipcu), a produkcji budowlanej wyższa (PKO: 20,6% r/r, kons 18,2% r/r vs 18,7% w lipcu). Inflacja PPI w sierpniu obniżyła się (PKO: 3,0% r/r, kons 3,1% r/r vs 3,4% r/r w lipcu) przy stabilizacji cen surowców i PLN. Sprzedaż detaliczna za sierpień (pt.) może zaskoczyć pozytywnie za sprawą wzrostu sprzedaży samochodów przed wrześniowym zaostrzeniem norm emisji spalin (wg Samar liczba rejestracji w sierpniu wzrosła o 57,5% r/r).

Źródło: PKO Bank Polski

Grape Up powiększa centrum R&D w Białymstoku, zatrudni kilkudziesięciu specjalistów IT

Grape Up, firma specjalizująca się w produkcji oprogramowania z wykorzystaniem technologii cloud native oraz podejścia DevOps, przeniosła swoje centrum developerskie w Białymstoku do większego biura i planuje stworzyć tam kilkadziesiąt nowych miejsc pracy do 2020 roku.

W skład zespołów, które obecnie znajdują się w białostockim biurze, wchodzą inżynierowie aplikacji cloud’owych, DevOps, Quality Assurance oraz członkowie działów wspierających produkcję, w tym IT oraz administracja. Nowa siedziba, mieszcząca się w biurowcu na ul. Kopernika 95, pomieści trzykrotnie więcej pracowników niż obecnie pracuje w białostockim centrum firmy. Specjaliści zatrudnieni w Białymstoku biorą udział w tworzeniu zaawansowanych rozwiązań chmurowych, a także współpracują z klientami w USA (w tym spółki z listy Forbes 1000), jako część zespołów dostarczających oprogramowanie na miejscu.

GrapeUp (1)Konrad Siatka, CEO firmy Grape Up: „Jesteśmy obecni na rynku Białegostoku od 2015 roku, sukcesywnie zwiększając poziom zatrudnienia i rozmiar naszego biura. Bardzo cieszymy się, że w tym roku zainwestowaliśmy w nowoczesną i bardzo ergonomiczną przestrzeń biurową odzwierciedlającą charakter naszej firmy oraz specyfikę realizowanych projektów. Jesteśmy pewni, że nowa siedziba będzie dla naszych obecnych i przyszłych pracowników nie tylko komfortowym miejscem pracy, ale miejscem integracji zespołowej i dobrej zabawy. Liczymy na to, że nowe biuro wyzwoli w naszych pracownikach jeszcze więcej energii, twórczego i innowacyjnego myślenia, przekuwającego się na sukcesy realizowanych przez nas projektów.”

W otwarciu nowego biura wzięli udział wszyscy członkowie zarządu Grape Up: prezes firmy Konrad Siatka, Artur Witek – VP, Sales & Business development, Roman Swoszowski – VP, Cloud Foundry Services, a także CTO Łukasz Zwoliński.

Grape Up jest jedną z najszybciej rosnących polskich firm IT – w latach 2015-2017 przychody firmy zwiększyły się o ok. 60 proc. Tak dynamiczny wzrost przychodów to wynik popularności usług Grape Up na zagranicznych rynkach oraz skoncentrowanie się na świadczeniu usług dla dużych firm. Realizowane dla nich projekty obejmują głównie pomoc w przenoszeniu do chmury istniejących systemów IT, a także tworzenie nowych aplikacji w oparciu o technologie cloud native i podejście DevOps.

Fundusz Alfabeat poszerza zespół ekspertów

Do zespołu Alfabeat – funduszu kapitałowego dla projektów technologicznych – dołączyło dwóch ekspertów – Marcin Kowalski w roli Executive in Residence oraz Rafał Janik w roli Head of Communication.

Marcin Kowalski jest współzałożycielem UXPin – polsko-amerykańskiej firmy, która stworzyła narzędzie do projektowania interfejsów aplikacji mobilnych i internetowych. Przez ostatnie osiem lat Kowalski był odpowiedzialny m.in. za operacyjną, prawną i finansową stronę UXPin. Wraz ze współzałożycielem udało mu się przeprowadzić trzy rundy finansowania – w tym Seed i Series A w Stanach Zjednoczonych z takimi inwestorami jak Andreessen Horowitz i True Ventures. Nowy Executive in Residence Alfabeat ma fachową wiedzę dotyczącą uruchamiania i rozwijania biznesu w Stanach Zjednoczonych, tworzenia efektywnych struktur wewnątrz firmy oraz budowania kilkudziesięcioosobowych zespołów.

Rafał Janik, Head of Communication Alfabeat, był odpowiedzialny m.in. za wprowadzenie i uruchomienie sprzedaży Twittera w Polsce. Ma 15-letnie doświadczenie w budowaniu strategii marek, planowaniu działań z zakresu PR i marketingu oraz w zarządzaniu operacyjnym i sprzedażowym w skali międzynarodowej. Posiada rozległą wiedzę na temat aktualnych trendów na rynkach medialnych i doświadczenie w efektywnym wdrażaniu narzędzi marketingowych.

– Zgodnie z naszym założeniem – We support founders through global alliances – wspieramy założycieli poprzez globalne alianse. Wierzymy, że jest to możliwe dzięki ekspertom, którzy uczestniczyli w międzynarodowych przedsięwzięciach. Bardzo się cieszymy, że Marcin i Rafał będą wspierać swoim doświadczeniem nasze spółki portfelowe – komentuje Jan Wyrwiński – współzałożyciel i Partner Zarządzający funduszu Alfabeat.

Alfabeat

Alfabeat to fundusz kapitałowy dla projektów technologicznych o globalnym potencjale. Fundusz wspiera pomysłodawców w rozwoju projektów w obszarach Cloud Enterprise Software. Partnerzy Zarządzający Alfabeat pracowali w sześciu krajach, brali udział w rozwijaniu kilkudziesięciu startupów, byli odpowiedzialni za IPO. Fundusz zainwestował m.in. w Daily, DEBN, Fibratech, Intiaro oraz – wspólnie z WeWork – w Andiamo.

Sytuacja finansowa w branży budowlanej coraz gorsza

Choć budownictwo wraz z powiązanymi sektorami generuje blisko 13% PKB, popyt na usługi rośnie, a dynamika produkcji budowlano-montażowej wciąż jest wysoka – to niepokoi fakt, że zadłużenie w sektorze, wg danych KRD wzrasta i obecnie wynosi 2,41 mld zł. Dodatkowo wielu podwykonawców trzymanych jest w szachu przez nierzetelnych kontrahentów. Już 10% kwoty całego zadłużenia stanowią wzajemne zobowiązania branży.

W pierwszym kwartale 2018 r. dynamika produkcji budowlano-montażowej wyniosła 18,2%. Mimo że branża realizuje tysiące projektów, to coraz więcej z nich staje się nieopłacalnych. W I połowie 2018 r. produkcja budowlano-montażowa wynosiła 39 mld zł, ale rentowność już tylko 0,8%.

Spadająca marża przy wysokiej wartości rynku to niejedyne zmartwienie firm budowlanych. Już dziś w sektorze brakuje 100-150 tys. pracowników, co może się przełożyć na opóźnienia w realizacji nawet 1/5 inwestycji, zwłaszcza że popyt na usługi budowlano-montażowe jest wciąż bardzo duży. W efekcie firmy budowalne rezygnują ze zleceń lub zlecają prace podwykonawcom. Sytuację dodatkowo pogarsza wzrost cen usług podwykonawczych oraz wzrost kosztów budowy. Tym samym wiele przetargów wygranych jeszcze 2,3 lata temu stało się dzisiaj kulą u nogi dla firm, które nie spodziewały się aż tak drastycznych podwyżek.

Według danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA, łączne zadłużenie firm budowlanych wynosi już 2,41 mld zł – to o 200 mln zł więcej niż rok temu. Do 64 583 wzrosła też liczba przedsiębiorstw notowanych w KRD.

Na pieniądze od nich czekają w głównej mierze firmy windykacyjne i fundusze sekurytyzacyjne. To właśnie im należy się zwrot 854,56 mln zł. Następne w kolejce po swoje są banki, firmy leasingowe i faktoringowe oraz ubezpieczyciele – należności budowlanki wobec nich wynoszą 469,23 mln zł. Handel, przemysł i budownictwo to kolejne 823,23 mln zł wierzytelności.

Prostą drogą do upadłości są zatory finansowe spowodowane przez współpracę z nierzetelnymi kontrahentami. W branży budowlanej widać to szczególnie wyraźnie po opóźnieniach w płatnościach. W praktyce bardzo często podwykonawcy są właśnie na tej gorszej pozycji, ponieważ muszą upominać się o pieniądze za wykonaną pracę. Duże firmy budowlane szybciej otrzymują zapłatę od swoich kontrahentów, bo po 2 miesiącach i 6 dniach. Z kolei małe i mikroprzedsiębiorstwa muszą czekać około 4 miesięcy – przyznaje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Tendencję potwierdza obecna sytuacja na rynku budowlanym. Jak podaje Ministerstwo Sprawiedliwości, miesięcznie do resortu wpływa 4 tys. skarg budowlańców, z czego większość to skargi od poszkodowanych podwykonawców. Z danych KRD wynika, że w zeszłym roku długi branżowe wynosiły 197 mln zł, dziś to już ponad 250 mln zł.

Mimo że średnie zadłużenie przedsiębiorstw w branży budowlanej wynosi 37, 3 tys. zł, to są wśród przedsiębiorców z tego sektora rekordziści, których pojedynczy dług sięga lub przekracza 10 mln zł.

Liderem niechlubnego zestawienia jest firma z województwa kujawsko-pomorskiego, która ma blisko 11 mln zł długu. To 97 niezapłaconych faktur wobec 2 wierzycieli: koncernu energetycznego i firmy faktoringowej.

Drugi dłużnik-rekordzista pochodzi z województwa opolskiego. Ma 16 zobowiązań na łączną kwotę 10, 4 mln zł wobec 4 wierzycieli: dwóch firm wynajmujących maszyny budowlane, salonu samochodowego i funduszu sekurytyzacyjnego.

Ostatni z rekordzistów to przedsiębiorca z województwa lubelskiego. Jego zadłużenie wynosi 9,4 mln zł, a na koncie ma aż 159 zobowiązań wobec 6 wierzycieli, takich jak: firma leasingowa, koncern energetyczny, operator telefoniczny, hurtownia armatury sanitarnej, firma zajmująca się sprzedażą i montażem wyposażenia kotłowni oraz firma sprzedająca i montująca solary.

Spoglądając na sytuację finansową   przez pryzmat mapy Polski, wyraźnie wybijają się słabsze regiony kraju, do których należy Mazowsze, Śląsk, Wielkopolska i Dolny Śląsk. Widać to zarówno pod względem całkowitego zadłużenia: Mazowieckie (424,6 mln zł długu), Śląskie (314,2 mln zł), Wielkopolskie (246,6 mln zł) i Dolnośląskie (216,7 mln zł), jak również największej liczby zadłużonych firm: Mazowieckie (10 706), Śląskie (8 514), Wielkopolskie (6 452) i Dolnośląskie (6 236).

Pod względem liczby niespłaconych zobowiązań ponownie na pierwszych miejscach znajdziemy Mazowieckie (50 825), Śląskie (39 969), Dolnośląskie (27 499) i Wielkopolskie (26 910). Inaczej wygląda sytuacja w przypadku maksymalnego zadłużenia firm budowlanych. W tej kategorii przodują województwa: kujawsko-pomorskie (10 989 457,95 zł), opolskie (10 418 285,33 zł), lubelskie (9 402 057,24 zł), śląskie (7 087 561,56 zł) i pomorskie (6 326 179,90 zł).

Brak współodpowiedzialności zabija zespoły

Skuteczne działanie zespołów opiera się na kilku czynnikach. Jako pierwsze wymienia się zawsze uzupełniające umiejętności, otwartą komunikację czy identyfikację członków zespołów z założonymi celami. Jednak to brak współodpowiedzialności może stać się przysłowiowym gwoździem do zespołowej trumny.

Postawy pracowników bazujące na przekonaniach „po co mam się starać, i tak ktoś to po mnie poprawi”, „po co mam się starać, jak i tak reszta zrobi to kiepsko”, „po co mam się starać, skoro mój niski wkład i tak nie będzie ukarany”, „po co mam to robić, skoro inni też tego nie robią”, mogą mieć katastrofalne konsekwencje dla firmy.

Poszczególne projekty zbudowane są często w oparciu o kolejność wykonywania zadań. Gdy jedno nie zostanie dokończone, drugie nie może zostać rozpoczęte. Obszar ten, może zatem decydująco zaważyć na tym, czy dany projekt lub działanie zostanie wykonane. Niedotrzymanie słowa lub niewywiązanie się z obowiązku w określonym czasie przez jednego pracownika wpływa na resztę grupy. Dzięki budowaniu w członkach zespołu poczucia współodpowiedzialności za projekt i ukazaniu im ich realnego wpływu na innych członków grupy, pracownicy mogą utożsamiać się z celami firmy oraz widzą wyraźnie swój wkład w jej funkcjonowanie.

Współodpowiedzialność wpisana jest w definicję zespołu. Zdecydowanie podnosi zaangażowanie i energię w grupie. Tworzy atmosferę wzajemnego szacunku, buduje poczucie sprawiedliwego traktowania. Ułatwia przekazywanie i odbieranie feedbacku na temat swojej pracy i starań. Wyzwaniem jest jak ją wytworzyć.

Przykłady wielu zespołów pokazują, że pojawianie się tej dysfunkcji w zespole wynika z poczucia, że „przecież każdy powinien być odpowiedzialny za siebie i swoją pracę”, i że ”przecież pracuję z dorosłymi osobami, które powinny wiedzieć co mają robić i w jaki sposób”. Członkowie zespołów nie czują się upoważnieni do zwracania uwagi swoim współpracownikom. Tę rolę pracownicy postrzegają jako zarezerwowaną dla menedżera. Kiedy on zaś tego nie robi, to jest to sygnał dla zespołu, że może wszystko jest w porządku i być może taki stan jest akceptowalny. W takich sytuacjach z jednej strony w zespole może narastać frustracja związana z nieefektywnością podejmowanych działań i brakiem akceptacji dla zachowań współpracowników, z drugiej wzrasta niepewność co jest akceptowanym standardem współpracy.

– Praktyka pokazuje także, że niechęć do zwracania sobie na wzajem uwagi i brania na siebie odpowiedzialności za innych często wiąże się z obawą przed reakcją innych osób na informację zwrotną i tym, jak to może wpłynąć na wzajemne relacje (czasem wcale nie takie złe, a feedback mógłby to zmienić). Podstawą tej obawy często jest strach przed tym co i jak powiedzieć, aby to zostało dobrze przyjęte przez drugą osobę, jak i z jaką reakcją przyjdzie się zmierzyć, kiedy dostaniemy odpowiedź zwrotną. To może świadczyć o tym, że zespół nie jest jeszcze gotowy na to, aby zaufać sobie w pełni i przyjąć, że nawet mniej konstruktywna informacja zwrotna ma w swym założeniu pozytywne intencje – podkreśla Agnieszka Dzienisiewicz, ekspert iniJOB.

Żeby to poprawić zespoły powinny pracować nad zbudowaniem współodpowiedzialności. W tym celu potrzebne jest wsparcie i trening w udzielaniu konstruktywnie informacji zwrotnej.

Nowelizacja czy nowy akt prawny – jak należy zmienić ordynację podatkową?

W ostatnim czasie Ministerstwo Finansów przekazało do konsultacji społecznej projekt nowej ordynacji podatkowej. To istotny akt z perspektywy działalności Krajowej Administracji Skarbowej, jak również sposobu realizacji rozliczeń przez podatników. Był on tworzony z udziałem Komisji Kodyfikacyjnej, która przez wiele miesięcy pracowała nad nowymi rozwiązaniami.

– Należy zastanowić się, czy obecnie warto tworzyć nowy akt prawny. Być może lepszym wyjściem byłoby znowelizowanie obowiązującej dziś ordynacji podatkowej – powiedział serwisowi eNewsrooom Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Obecna ustawa weszła w życie w 1997 r. W porównaniu do przepisów Kodeksu Postępowania Cywilnego to zasadniczy, nowy jeszcze akt. Nowelizacja jej poszczególnych regulacji mogłaby być lepszym i – co ważne – szybszym rozwiązaniem. Przedstawione ostatnio przepisy zakładają różnego rodzaju nowe instrumenty prawne, zarówno dla podatników, jak i dla samej administracji podatkowej – dodał Korzeb.

Bank Anglii pozostaje ostrożny. Kurs funta, ani nie zyskał, ani też nie stracił

Bank Anglii zgodnie z oczekiwaniami podjął jednomyślną decyzję o utrzymaniu bazowej stopy procentowej na poziomie 0,75%. BoE podkreślił, że gospodarka rozwija się zgodnie z założeniami poczynionymi w sierpniowej projekcji inflacyjnej. W konsekwencji, w ocenie banku nadal zasadne wydają się dalsze podwyżki stóp procentowych w przyszłości, chociaż ich tempo i skala będą ograniczone.

BoE oczekuje, że w najbliższych miesiącach inflacja CPI będzie w dużym stopniu odzwierciedlała zmiany w cenach energii – wyższe ceny ropy naftowej oraz podwyżki cen gazu i prądu. W dłuższym horyzoncie istotnym determinantem inflacji pozostanie rynek pracy. Bank podkreśla narastające problemy z pozyskiwaniem pracowników, rosnącą liczbę wakatów i przyspieszającą dynamikę płac, która dla firm stała się głównym (lokalnym) źródłem wzrostu kosztów. Przy stopie bezrobocia najniższej od 1975 (4,0%) i utrzymującym się wysokim popycie na pracowników, jednostkowe koszty pracy będą wg BoE utrzymywały się na podwyższonym poziomie wzmacniając presję inflacyjną.

Bazując na najświeższych danych bank nieznacznie podwyższył oczekiwane tempo wzrostu PKB w 3q18 z do 0,5% k/k z 0,4% k/k zakładanych w ostatniej projekcji. Bank utrzymał swe relatywnie optymistyczne oceny przyszłej kondycji brytyjskiej gospodarki, chociaż zwrócił też uwagę na wzrost ryzyk, które mogą pogorszyć kondycję światowej i lokalnej gospodarki. W otoczeniu zewnętrznym jest to m.in. eskalacja sporów handlowych (głównie na linii USA – Chiny). Największym znakiem zapytania dla BoE, a także ryzykiem dla brytyjskiej gospodarki pozostaje jednak kształt brexitu. Bank zwraca uwagę na symptomy narastającej niepewności co do kształtu nowych relacji z UE oraz podkreśla, że jak na razie zaledwie znikomy odsetek firm zaczął czynić przygotowania w postaci zwiększenia zapasów dóbr importowanych z UE lub potwierdzenia umów transportowych.

Pomimo powyższych ryzyk Bank utrzymał swoje stanowisko o zasadności kontynuowania zacieśniania polityki pien. w przyszłości zastrzegając, że jego skala i tempo będą niewielkie. Uważamy, że narastająca wśród brytyjskich firm i konsumentów niepewność co do brexitu oraz prawdopodobny wzrost zmienności kursu funta będą w najbliższych miesiącach ciążyć brytyjskiej gosp., co może oznaczać, że BoE w tym roku nie powróci już do podwyżek stóp.

Źródło: PKO Bank Polski

Bank Turcji zaskoczył rynki, które czekają teraz na ruch Erdogana

Bank centralny Turcji podniósł główną stopę procentową do 24,00% z 17,75% przebijając rynkowe oczekiwania (konsensus na poziomie 21,00%). Co prawda efektywna (odczuwalna) skala podwyżki jest nieco mniejsza (do tej pory bank dostarczał środki po stopie lombardowej 19,25%, po dzisiejszej decyzji będzie to tygodniowa stopa repo), niemniej reakcja rynku (umocnienie liry, momentami o ok. 7%) wskazuje na pozytywną niespodziankę ze strony CBRT, który podkreślił dodatkowo swoją gotowość do dalszych działań w celu walki z inflacją.

Ruch banku może być odebrany jako sygnał jego niezależności w obliczu licznych komentarzy i działań ze strony R. T. Erdogana. Teraz uwaga rynków skupi się na tureckim prezydencie i jego reakcji na ruch CBRT. Przed samą decyzją Erdogan wzywał do obniżenia stóp w Turcji. Kolejne miesiące (a nawet tygodnie) będą stanowiły wyzwanie dla władz monetarnych. Z jednej strony rosnące ceny energii i koszty finansowania długu (stopy proc.) oraz słabnąca akcja kredytowa wpędzą gospodarkę w recesję. Z drugiej strony presja inflacyjna (słaba lira) oraz oczekiwania inwestorów będą wskazywały na konieczność kolejnych podwyżek. Powyższe oznacza, że to jeszcze nie koniec tureckiego kryzysu.

kurs liry tureckiej do dolara
Źródło: PKO Bank Polski