Na krajowym rynku stopy procentowej cały czas obserwować można stabilizację notowań. Z jednej strony publikowane dane makroekonomiczne zwiększają oczekiwania na podwyżki stóp w Polsce, z drugiej jednak strony aprecjacja złotego nieco te oczekiwania może chłodzić. Do tego cały czas rynek długu odczuwa pozytywny wpływ niskiej podaży obligacji skarbowych.
Póki co brakuje zatem impulsu, który miałby wybić rynek z tej stabilizacji. Bardzo ciekawie zapowiada się w tym kontekście czwartkowa sesja. Potencjalną przecenę polskich aktywów mogłaby wywołać publikacja danych nt. inflacji w listopadzie (możliwy wzrost inflacji w okolice 2,3-2,4% r/r z 2,1% w październiku). Z kolei informacja o podaży obligacji skarbowych (prawdopodobny jeden przetarg zamiany w grudniu o wartości ok. 6-7 mld PLN) powinna być neutralna dla rynku, podobnie jak druga publikacja wskaźnika PKB. Chociaż istnieje ryzyko lekkiej korekty wstępnego odczytu PKB z 4,7% r/r w górę, to jednak trudno oczekiwać, aby w III kw. 2017 r. doszło do wyraźniejszego odbicia w inwestycjach (dynamika wzrostu w okolicach 5% będzie wyzwaniem), co miałoby istotniejsze znaczenie dla rynku. Reasumując, dane nie powinny drastycznie zmienić notowań na rynku stopy procentowej, ale widać asymetryczne ryzyko, że pobudzą one wzrost rentowności, szczególnie w przypadku drogich już, krótkoterminowych obligacji skarbowych.
Może się okazać, że wspomniany bilans ryzyk najszybciej zmieni nieoczekiwanie sytuacja na rynkach bazowych. W ciągu ostatniego miesiąca rentowności Bundów stabilizowały się w bardzo wąskim przedziale wahań (skala zmian nie przekraczała 5 pb.). Mimo, że w świetle zbliżającej się zmiany polityki pieniężnej EBC trudno spodziewać się spadku rentowności obligacji, to jednak z drugiej strony nie widać było dotychczas impulsu do ich wzrostu. Podczas środowej sesji taki impuls, być może jedynie krótkoterminowy, dała publikacja nieco wyższych od prognoz rynkowych danych nt. inflacji w Niemczech (ceny konsumpcyjne mierzone wskaźnikiem CPI wzrosły w listopadzie o 1,8% r/r wobec szacowanych 1,7%), co doprowadziło do wyraźniej przeceny papierów skarbowych w Europie. Również w kierunku wzrostu rentowności oddziaływać mogła publikacja danych z USA, gdzie PKB (druga publikacja) wzrósł w III kw. 2017 r. o 3,3% r/r wobec wcześniej podawanych 3,0% (m.in. dzięki silniejszym inwestycjom). W efekcie środowa sesja na globalnym rynku stopy procentowej przyniosła wyraźny wzrost rentowności obligacji.
W najbliższych tygodniach dodatkowym czynnikiem, który mógłby pobudzić dalszy wzrost rentowności w USA, a pośrednio i na świecie, byłoby zatwierdzenie przez Kongres pakietu zmian podatkowych proponowanych przez prezydenta USA D. Trumpa. Mimo licznych sprzeciwów Izba Reprezentantów już zagłosowała „za”, podobnie jak komisja senacka (potrzebna jest jeszcze akceptacja Senatu). Wydaje się, że ostatecznie zmiany systemu podatkowego wejdą w życia, a kwestią sporną pozostaną jedynie niektóre rozwiązania i zapisy. Taka informacja oddziaływałaby globalnie na wzrost krzywych dochodowości.
Ministerstwo Zdrowia wraz z organizacjami zawodowymi podjęło działania, których celem jest wypracowanie strategii poprawiającej sytuację pielęgniarek i położnych w Polsce. W składzie zespołu powołanego do jej realizacji znaleźli się przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia oraz Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Strategia zakłada wprowadzenie szeregu rozwiązań wspierających rozwój pielęgniarstwa, jak i poszczególnych jego dziedzin, rozpoczynając od etapu edukacji. Jednym z jej punktów będzie zwiększenie dotacji dla uczelni kształcących na kierunku pielęgniarstwo i położnictwo w celu wsparcia rekrutacji na te kierunki. Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych od lat włącza się w działania, których zadaniem jest promocja zawodu i poprawa warunków jego wykonywania.
– Mając na względzie drastyczne prognozy zawarte w raporcie opracowanym przez Naczelną Radę Pielęgniarek i Położnych, według których w 2020 r. w Polsce zabraknie pielęgniarek i położnych, rozpoczęcie działań zapobiegawczych jest sprawą konieczną i bardzo pilną. Praca nad strategią dla zawodu pielęgniarki i położnej to niezwykła odpowiedzialność oraz szansa, która może wpłynąć zarówno na sytuację personelu medycznego, jak i pacjentów – powiedziała serwisowi eNewsroom Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych – Zespół został powołany przez Ministra Zdrowia Konstantego Radzwiłła, a przewodniczy mu Wiceminister Szurek-Żelazko. Zakres prac obejmuje pięć obszarów. Pierwszym jest kształcenie przed- i podyplomowe pielęgniarek i położnych – dziś jedynie 46,7% absolwentów studiów pielęgniarskich i położniczych ubiega się o prawo wykonywania zawodu, a około 30% podejmuje pracę w zawodzie. Jednym z naszych założeń jest ogólna poprawa jakości kształcenia podyplomowego. Kolejnym zagadnieniem jest zawód pomocniczy pielęgniarek – czyli opiekun medyczny, który może przejąć mniej wymagające obowiązki. Zapewniłoby to wsparcie zarówno dla pielęgniarek, jak i dla pacjentów. Ważne jest również ustalenie norm zatrudnienia, innowacyjność i nowe technologie w zawodzie, a także badania kliniczne i naukowe w pielęgniarstwie. Oprócz tego zespół zajmuje się kwestią prestiżu zawodu pielęgniarki i położnej, a także warunkami pracy oraz wynagrodzenia. Minister Zdrowia przedłużył termin prac zespołu do końca 2017 roku – dodała Zofia Małas.
Firmy coraz powszechniej korzystają z analizy danych i rozwiązań klasy big data, aby prześcignąć konkurencję i tworzyć nowe modele biznesowe. Segment ten rozwija się w tempie sześciokrotnie szybszym niż cała branża IT, a biznes w coraz większym stopniu dostrzega korzyści związane z analizą danych – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie SAS, globalnego dostawcy analityki biznesowej. Wykorzystanie danych decyduje dziś o bezpieczeństwie i konkurencyjności przedsiębiorstw oraz satysfakcji ich klientów. Może też zapewnić gospodarce miliardowe wpływy.
Zdaniem ekspertów najważniejszymi czynnikami wpływającymi na wzrost wolumenu dostępnych danych są sieci społecznościowe oraz inteligentne urządzenia. Ich produkcja i popularyzacja tworzy zupełnie nowy ekosystem niespotykanych dotąd ilości danych, które mają istotne znaczenie dla biznesu. Ich skuteczne przetwarzanie i wykorzystywanie w procesach podejmowania decyzji, pozwalających np. na ograniczanie nieplanowanych przestojów maszyn i urządzeń, umożliwia oferowanie i dostarczanie nowych usług o dużo większej wartości biznesowej.
– To wszystko zasila cyfrową gospodarkę. Czyli jeżeli zgodzimy się, że big data jest paliwem cyfrowej gospodarki, to możemy powiedzieć, że analityka to silnik, który będzie ją napędzał. Dzieje się tak dlatego, że potrzebujemy tego silnika analitycznego do odkodowania potencjału wszystkich gromadzonych danych. Tak będzie wyglądała przyszłość – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Amir Sohrabi, dyrektor operacyjny SAS na Europę Wschodnią i Bliski Wschód podczas listopadowej konferencji SAS Forum Polska 2017.
Zmieniająca się rola analityki biznesowej daje możliwość określenia na nowo rozwiązań odpowiedzialnych w firmach za gromadzenie, przetwarzanie i analizę danych. Zmienia się także podejście do strategii budowania samych rozwiązań. Popularyzacja korzystania z chmur obliczeniowych, wykorzystywania nowoczesnych algorytmów i sztucznej inteligencji zmusza organizacje do poszukiwania nowych rozwiązań i pozyskiwania nowej klasy pracowników – specjalistów data science.
Dyrektor operacyjny SAS na Europę Wschodnią i Bliski Wschód podkreśla, że kluczem do sukcesu w cyfrowych czasach jest umiejętność właściwego wyboru partnera w kreowaniu przewag konkurencyjnych przy pomocy narzędzi analitycznych.
– Organizacje i firmy będą musiały pracować z tymi, którzy posiadają ekspercką wiedzę w domenie analityki. Ona jest sercem cyfrowej transformacji i to tu właśnie SAS wnosi najwięcej doświadczeń. Jesteśmy w tym biznesie od 40 lat – w zaawansowanej analityce, sztucznej inteligencji, przemysłowych zastosowaniach uczenia maszynowego. To nasze DNA, tym się zajmujemy – mówi Amir Sohrabi.
Zdaniem eksperta SAS rosnący popyt na specjalistów do zaawansowanej analizy danych nie jest zaskoczeniem. Jego zdaniem w tym aspekcie nie należy spodziewać się rewolucji w najbliższym czasie. Zaznacza jednak, że należy przygotować się do wsparcia gospodarki w transformacji.
– Zajmujemy się rozwojem talentów od ponad 40 lat, nasz etos i korzenie wywodzą się ze szkolnictwa wyższego. Ponieważ nie chodzi tylko o tworzenie technologii – chodzi o zapewnienie, że będą dostępni ludzie umiejący skutecznie ją wykorzystać. I to jest coś, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy. Jestem dumny, że tak wiele uniwersytetów i uczelni wyższych, szczególnie w Polsce, używa oprogramowania SAS do nauczania i rozwijania kompetencji swoich studentów. To pomaga napędzać ten typ innowacyjności, który jest krytyczny dla cyfrowej gospodarki. – mówi Amir Sohrabi
Globalna firma badawcza IDC szacuje, że w 2020 r. wydatki przedsiębiorstw związane z implementacją uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji wyniosą już 47 mld dolarów, co oznacza pięciokrotny wzrost w porównaniu z rokiem 2016. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez SAS, z których wynika, że tę technologię wykorzystuje już blisko co trzecie przedsiębiorstwo, a kolejne 30 proc. planuje w ciągu najbliższych kilku lat wykorzystać uczenie maszynowe (na przykład w projektach związanych z cyberbezpieczeństwem).
Dyrektor operacyjny SAS na Europę Wschodnią i Bliski Wschód zaznacza, że SAS jest gotowy do współpracy z biznesem i administracją publiczną w cyfrowej technologii i jej procesach.
– Dlaczego SAS? To kombinacja technologii którą stworzyliśmy, 40 lat aktywnej obecności na rynku i faktu, że opiekujemy się naszymi klientami oraz rozwijamy kadry i kompetencje dla kolejnych etapów rozwoju cyfrowej gospodarki – mówi Amir Sohrabi.
Wpływ analityki na rozwój gospodarki, big data, uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja i Internet rzeczy – czyli główne trendy napędzające cyfrową transformację biznesu – były głównym tematem zakończonej w Warszawie konferencji SAS Forum Polska 2017. To jedno z najważniejszych spotkań praktyków i użytkowników analityki biznesowej w Polsce, które rokrocznie przyciąga około tysiąca ekspertów z kraju i całego świata.
Wpłaty na IKZE dokonane w danym roku podatkowym można odliczyć od podstawy opodatkowania, dzięki czemu do zapłaty będziemy mieć niższy podatek. Podstawę rozliczenia ulgi stanowią dowody wpłat. Przy założeniu maksymalnej wpłaty na IKZE odliczenie w tym roku może wynieść ponad 1,6 tys. zł przy dochodach opodatkowanych według 32-proc. stawki PIT.
– Ważnym elementem oszczędzania na indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego jest możliwość odliczenia wpłat od podstawy opodatkowania. W praktyce oznacza to, że kwoty wpłacone na IKZE będą pomniejszały nasz dochód. Odliczenia mogą dokonać osoby uzyskujące dochód, osoby fizyczne, przedsiębiorcy, a także emeryci, bo emerytury również są opodatkowane – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Tymoszuk, manager ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.
IKZE, czyli indywidualne konta zabezpieczenie emerytalnego, to wprowadzona pięć lat temu forma oszczędzania na emeryturę w ramach dobrowolnego III filara. Limit wpłat na IKZE jest ustalany co roku na podstawie prognozy przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. W tym roku wynosi 5115,60 zł.
– Limit zmienia się rok do roku. Jest to kwota odpowiadająca 1,2-krotności średniego prognozowanego miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce krajowej, określanego na dany rok w ustawie budżetowej. W 2017 roku limit wpłat na IKZE wynosi 5115,60 zł. Wiemy już, że w przyszłym roku będzie o 200 złotych wyższy i sięgnie 5331,60 zł – mówi Łukasz Tymoszuk.
Wpłaty na IKZE dokonane w danym roku podatkowym można odliczyć od podstawy opodatkowania, co przełoży się na mniejszy podatek. Odpis należy uwzględnić w rocznym rozliczeniu podatkowym PIT. Podstawą rozliczenia ulgi stanowią dowody wpłat na IKZE, które zawierają dane identyfikacyjne płatnika.
– Składając zeznanie podatkowe, należy pamiętać o załączeniu odpowiedniego formularza informującego o ulgach. Jest to tak zwany PIT-0. Wpisujemy tam w odpowiednie pole wysokość wpłat dokonanych na IKZE – przypomina Łukasz Tymoszuk.
Wysokość odliczenia jest uzależniona od progu podatkowego. Przy założeniu maksymalnej wpłaty na IKZE odliczenie za 2017 rok może sięgnąć nawet 1637 zł przy dochodach opodatkowanych według 32-proc. stawki PIT. Korzyści są jednak znaczące nawet wtedy, kiedy posiadacz IKZE co miesiąc oszczędza na koncie niewielką kwotę, na przykład 300 zł.
– Wpłacając 300 złotych miesięcznie w ramach IKZE, w ciągu roku odłożymy łącznie 3,6 tys. zł. O tyle możemy pomniejszyć nasz dochód, a ulga podatkowa w tym przypadku wyniesie 648 zł – mówi Łukasz Tymoszuk.
Oszczędności odkładane w ramach IKZE nie są obciążone podatkiem Belki, czyli 19-proc. podatkiem od zysków kapitałowych. Jednak w tym celu muszą pozostawać na koncie właściciela do osiągnięcia przez niego 65 roku życia. Pieniądze można wypłacić wcześniej (w tym celu trzeba złożyć odpowiedni wniosek), ale wówczas zostanie potrącony 10 proc. ryczałtowy podatek od wypłaconej kwoty. Po ukończeniu 65 roku życia pieniądze zgromadzone na koncie można wypłacić jednorazowo bądź w ratach. Wypłata środków oznacza automatyczną likwidację konta.
IKZE działają podobnie jak indywidualne konta emerytalne (IKE), które nie dają jednak prawa do odliczenia. Środki zgromadzone w IKZE są dziedziczne, a takie konto można założyć w jednym z kilkudziesięciu banków, domów maklerskich, towarzystw ubezpieczeniowych i towarzystw funduszy inwestycyjnych, które mają ten produkt w swojej ofercie. Warunkiem jest ukończenie 16 roku życia.
Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że na koniec I połowy 2017 roku liczba IKZE przekroczyła 664 tys. (wzrost z z blisko 614 tys.), a oszczędności na nich gromadzone wyniosły 1,3 mld zł. To wzrost po blisko 74 proc. w ujęciu rocznym. Z kolei środki zgromadzone na IKE to 7,5 mld zł, o jedną czwartą wyższe niż po I połowie 2016 roku. KNF podaje, że liczba otwartych IKE wyniosła 932,5 tys.
Trzypokojowe mieszkanie o powierzchni 54 mkw. za niecałe 250 tys. zł – takie lokale w ubiegłym roku najszybciej znajdowały nabywców. Kawalerki interesują z kolei wąskie grono klientów, którzy inwestują w nieruchomości na wynajem bądź szukają swojego pierwszego, niewielkiego M. W obu przypadkach nabywcy zwracają uwagę przede wszystkim na lokalizację, miejsce postojowe i balkon. Klienci na powrót szukają też zamkniętych osiedli, które zwiększają poczucie bezpieczeństwa.
– Największy popyt na rynku dotyczy mieszkań 2- i 3-pokojowych, w metrażu mieszczącym się w granicach 40–60 mkw. Mniejsze mieszkania kupują głównie osoby młode na swoje pierwsze lokum oraz inwestorzy pod kątem wynajmu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agata Stradomska, manager do spraw szkoleń i marketingu w sieci RE/MAX Polska.
Potwierdzają to analizy Open Finance oparte na danych Głównego Urzędu Statystycznego, z których wynika, że w ubiegłym roku mieszkania trzypokojowe stanowiły 41 proc. wszystkich sprzedanych lokali. Przeciętnie takie mieszkanie liczyło około 54 mkw. i kosztowało ok. 249 tys. zł. Dwupokojowe lokale odpowiadały za jedną trzecią (35 proc.) transakcji.
Jak wyliczyli analitycy, tylko 6 proc. lokali sprzedanych w ubiegłym roku stanowiły kawalerki. Niewielkie mieszkania cieszą się przede wszystkim zainteresowaniem osób młodych, które kupują swoje pierwsze mieszkanie, oraz inwestorów, którzy – zniechęceni niskim oprocentowaniem lokat – lokują kapitał w nieruchomościach na wynajem. Większe mieszkania, co najmniej 4-pokojowe, stanowiły w ubiegłym roku 18 proc. wszystkich transakcji na rynku mieszkaniowym.
– Co ciekawe, na rynku coraz większym zainteresowaniem zaczynają się cieszyć mieszkania większe, ponad 70-metrowe. Takie mieszkania muszą mieć duże tarasy albo loggie. Stanowią one pewną alternatywę dla osób, które myślą o domu pod miastem. Dziś ludzie coraz mniej chcą się przemieszczać, wolą ten czas przeznaczyć na rodzinę, hobby, wypoczynek po pracy. Zamiast wybierać dom pod miastem wybierają bardziej komfortowe mieszkanie bliżej centrum – mówi Agata Stradomska.
Ponieważ zarówno popyt, jak i podaż utrzymują się na wysokim poziomie, nabywcy mogą znaleźć mieszkanie ściśle dopasowane do swoich oczekiwań. Podstawowym wymogiem jest lokalizacja. Większość klientów jest również zainteresowana lokalami, które mają własny balkon lub loggię.
– To takie płuca mieszkania, gdzie można spędzić wolny czas czy rozwiesić pranie. Nabywcy preferują też mieszkania w blokach z windami. Wiele osób jest też zainteresowanych osobną lub chociaż częściowo odgrodzoną kuchnią. Powszechna moda na gotowanie sprawiła, że nie chcemy już mieć kuchni w salonie i chcielibyśmy mieć możliwość eksperymentów kulinarnych – mówi Agata Stradomska.
Ekspertka zauważa, że dla nabywców mieszkań coraz istotniejsze jest również bezpieczeństwo. Stąd popyt na lokale w zamkniętych, monitorowanych osiedlach z ograniczonym dostępem i własną, wewnętrzną ofertą handlowo-usługową.
– W nowych mieszkaniach place zabaw czy centra fitness w obrębie budynku są coraz częstsze. To też ważna rzecz dla nabywców. Kolejna ważna rzecz to miejsce postojowe. W miastach, gdzie przemieszczamy się głównie samochodami, jedno auto przestaje być standardem w rodzinie. W przypadku mieszkań nowych jest możliwość zakupienia jednego lub dwóch miejsc postojowych w ramach danego budynku. Gdy kupujemy mieszkanie na rynku wtórnym w blokach z lat 70. czy 80., gdzie nie były przewidziane rozwiązania garażowe, trudniej jest o znalezienie większej liczby miejsc do parkowania – mówi Agata Stradomska.
W przypadku mieszkań z rynku pierwotnego nabywcom łatwiej jest znaleźć wymarzone mieszkanie lub dostosować do własnych potrzeb. W przypadku rynku wtórnego i starszego budownictwa taki remont jest zwykle albo niemożliwy, albo nieopłacalny.
– Wymagania nabywców nieruchomości rosną, trochę za sprawą deweloperów, którzy udostępniają różne możliwości zakupu mieszkań. Oferta jest bardzo duża – można sobie wybrać zarówno rozkład pomieszczeń, jak i strony świata. Większe wymagania są wszędzie tam, gdzie jest rynek pierwotny. W przypadku, kiedy jest okolica, która opiera się głównie o rynek wtórny i starsze mieszkania, trudno być bardzo wymagającym, bo moglibyśmy po prostu nigdy nie znaleźć wymarzonego mieszkania – podsumowuje ekspertka sieci RE/MAX Polska.
Jak wynika z prognoz do 2020 roku wartość światowego rynku jubilerskiego ma wzrosnąć do 250 mld euro, podczas gdy w 2015 roku wynosiła 150 mld euro. Biżuteria to jednak nie tylko ozdoba, lecz także coraz częściej sposób na lokatę kapitału. Najbardziej opłacalne są inwestycje w złoto, którego cena w Polsce wzrosła o 100 proc. w ciągu 10 lat, oraz brylanty i kamienie szlachetne. Zdaniem ekspertów warto kupować przede wszystkim rękodzielnicze wyroby o unikatowym sposobie wykonania.
Przemysł jubilerski w Europie i Stanach Zjednoczonych rozwija się bardzo dynamicznie i zdaniem analityków trend ten utrzyma się również w nadchodzących latach. W 2015 roku wartość światowego rynku biżuteryjnego wynosiła blisko 150 mld euro, a według prognoz firmy analitycznej McKinsey do 2020 roku ma wzrosnąć do 250 mld euro. W dobrej sytuacji jest także rynek polski, którego wartość rośnie średnio o 13 proc. rocznie.
Biżuteria przestaje być postrzegana wyłącznie jako ozdoba i coraz częściej interesują się nią inwestorzy.
– Atrakcyjność inwestycji w brylanty czy biżuterię jest zależna od niuansów i specyfiki danego produktu. W samych brylantach, w przeciwieństwie do złota, nie kupujemy gramów, ale indywidualne sztuki. W wyrobach jest tak samo – to tak jak na rynku sztuki. Zwroty również mogą być zarówno bardzo wysokie, jak i niskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Majsterek, doradca strategiczny Domu Jubilerskiego A&A.
Z danych Domu Jubilerskiego A&A wynika, że cena złota w ciągu ostatnich 10 lat wzrosła w Polsce o ponad 100 proc. Wartość brylantów tak w Polsce jak i na świecie pozostaje na stabilnym poziomie i według prognoz nie spadnie drastycznie w najbliższych latach. Może jednak podlegać wahaniom wynikającym z sezonowych trendów w modzie oraz sytuacji ekonomicznej na świecie. Według danych marki DeBeers wartość światowego rynku biżuterii brylantowej wynosiła w 2016 roku 80 mld dol. Na cenę wyrobów jubilerskich oprócz wartości komponentów, a więc kruszcu i kamieni szlachetnych, mają wpływ także takie czynniki jak ich unikatowość, precyzja wykonania, stopień wykorzystania pracy rąk ludzkich.
– Jeśli rękodzieło stworzyło coś nietypowego, pięknego, to ta rzecz będzie zyskiwać na wartości, będzie ją coraz trudniej powtórzyć. Widzimy takie przykłady na rynku. Stąd wielu Polaków, klientów domu jubilerskiego A&A, szuka bardzo nietypowych rzeczy, których wartość będzie wzrastać w przyszłości – mówi Artur Majsterek.
Jak podaje Dom Jubilerski A&A, koszt produkcji wysokiej jakości ręcznej biżuterii w ciągu ostatnich dziesięciu latach zwiększył się o ponad 100 proc., głównie ze względu na wzrost wynagrodzeń oraz mniejszą podaż doświadczonych jubilerów. W przypadku biżuterii masowej, dostępnej w popularnych sieciach salonów jubilerskich, koszt robocizny wzrasta przede wszystkim wraz ze zwiększającą się ceną kruszców. Zdaniem ekspertów w najbliższych latach na rynku jubilerskim będzie zachodzić wyraźna polaryzacja na segment biżuterii premium oraz segment quick fashion.
– Trendy na rynku biżuterii i brylantów są ciekawe. Nadchodzi pokolenie millenialsów, które patrzy na biżuterię trochę inaczej. Wiemy, jak ważny dla tego pokolenia jest wizerunek i pokazywanie się często w unikatowych rzeczach – mówi Artur Majsterek.
Oryginalnych, niepowtarzalnych precjozów poszukują również kobiety, które coraz śmielej inwestują na rynku jubilerskim. Ciekawym produktem dla inwestorów mogą być nie tylko takie kruszce i brylanty, lecz także kamienie kolorowe np. rubiny, szmaragdy, tanzanity czy szafiry. Niejednokrotnie osiągają one wyższe ceny niż klasyczne, bezbarwne brylanty. Myśląc o alokacji kapitału, warto się zainteresować kamieniami i kruszcami o wysokich parametrach, które łatwiej i szybciej sprzedać.
– To coś, co widzimy w naszej populacji, zainteresowanie czystościami o najwyższych parametrach, to są IF-y, czyli kamienie nieskazitelnie czyste, kamienie bezbarwne, brylanty o kolorze D z tego powodu, że rynek tych kamieni jest bardziej płynny, zamiana z powrotem tego kamienia na gotówkę jest prostsza –mówi Artur Majsterek.
Do podjęcia działalności inwestycyjnej na rynku jubilerskim nie trzeba wysokich nakładów finansowych. Zacząć można już od niewielkich kwot, takich jak 500–1000 zł. Warto jednak pamiętać o tym, że przy niższych kwotach koszty transakcji stają się stosunkowo wysokie, a tym samym zmniejsza się zyskowność transakcji.
Energetyka na świecie opiera się przede wszystkim na paliwach kopalnych. Ich złoża powoli się wyczerpują, a do 2035 roku zapotrzebowanie na energię wzrośnie o 40 proc. Rozwiązaniem może być energia słoneczna. Wykorzystać tę energię na szeroką skalę mogłyby urządzenia zdolne do przeprowadzenia sztucznej fotosyntezy. Takie prace trwają w warszawskim Centrum Nowych Technologii. Celem projektu jest stworzenie biohybrydowych fotoelektrod grafenowych do produkcji paliw słonecznych.
W Laboratorium Fotosyntezy i Paliw Słonecznych w Centrum Nowych Technologii UW trwają prace nad sztucznym liściem z grafenu, czyli biohybrydową elektrodą, która pod wpływem światła wytwarza prąd. Grafen zwiększa wydajność fotoelektrod. W projekcie wysokostabilny fotosystem pierwszy, wyizolowany z ekstremofilnych mikroalg Cyanidioschyzon merolae, zostaje przyłączony do elektrody grafenowej, co umożliwia przepływ fotoprądów w obrębie grafenu pod wpływem światła słonecznego.
– Celem tego projektu jest wytworzenie wysokowydajnych biohybrydowych fotoelektrod, bazujących na grafenie i fotosystemie pierwszym, do połączenia ich w całe ogniwo paliwowe, które zastosowałoby wodę jako substrat do produkcji paliw słonecznych takich jak cząsteczkowy wodór czy tlenek węgla lub mrówczan – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. Joanna Kargul, kierownik Laboratorium Fotosyntezy i Paliw Słonecznych w Centrum Nowych Technologii UW.
Wyzwaniem cywilizacyjnym jest wytworzenie zielonych technologii, które pozwoliłyby na zaspokojenie wzrostu zapotrzebowania cywilizacji na energię. Na świecie energię produkuje się przede wszystkim z paliw kopalnych. Te jednak w ciągu kilkunastu, kilkudziesięciu lat przestaną być wystarczające. Z raportu Międzynarodowej Agencji Energii wynika, że do 2040 roku globalne zużycie energii wzrośnie o tyle, ile obecnie wynosi łączne zapotrzebowanie Chin i Indii.
Raport „Ciemna Chmura Europy: jak kraje spalające węgiel zanieczyszczają swoich sąsiadów” przygotowany przez European Environmental Bureau (EEB), Climate Action Network (CAN) Europe, WWF, Sandbag oraz HEAL, ocenia zaś, że emisje z energetyki węglowej są odpowiedzialne w Europie za 23 tys. przedwczesnych śmierci oraz dziesiątki tysięcy schorzeń. Skutki oddychania zanieczyszczonym powietrzem kosztują nawet 62,3 mld euro.
– Zajmujemy się odwróceniem tej reakcji poprzez opracowanie zielonej technologii konwersji energii słonecznej w proste paliwa, tzw. paliwa słoneczne, które nie niosłyby za sobą śladu węglowego. Projekt ma na celu wytworzenie biohybrydowych elektrod, które konwertowałyby energię słoneczną z zastosowaniem jednego z kompleksów fotosyntetycznych o bardzo wysokiej stabilności tolerancji na bardzo niekorzystne warunki zewnętrzne, jak wysoka temperatura, niskie pH czy ekstremalnie wysokie oświetlenie – mówi prof. Joanna Kargul.
Grafen został odkryty w 2004 roku przez dwóch rosyjskich badaczy z University of Manchester w Wielkiej Brytanii, którzy dostali za wyniki swojej pracy nagrodę Nobla. Grafen jest odmianą alotropową dobrze znanego węgla. Ma charakterystyczną strukturę molekularną. Tworzy sieć heksagonalną (składającą się z sześciu boków), gdzie w każdym z rogów sześcioboku znajdują się atomy węgla. Właściwości fizykochemiczne grafenu, takie jak olbrzymia wytrzymałość, lekkość, transparentność, świetne przewodzenie elektryczności i ciepła, czynią ten materiał bardzo atrakcyjnym dla bardzo wielu zastosowań.
– W energetyce czy w tworzeniu technologii bazujących na energii odnawialnej grafen może mieć kolosalne znaczenie. Po przetestowaniu różnych materiałów, które stosujemy do konstrukcji sztucznego liścia, zdecydowaliśmy, że to właśnie grafenu chcemy użyć do konstrukcji naszych biohybrydowych elektrod, które podobnie jak naturalne organizmy fotosyntetyczne konwertują energię słoneczną w energię chemiczną paliw. Te paliwa to nie paliwo komórkowe, takie jak cukier w przypadku naturalnej fotosyntezy, ale proste, czyste paliwa niepozostawiające śladu węglowego, takie jak wodór cząsteczkowy, etanol, metanol czy mrówczan – mówi prof. Joanna Kargul.
Wodór już kilku lat jest nazywany paliwem przyszłości. Jednak wciąż wyzwaniem pozostaje magazynowanie wodoru w bezpieczny sposób – jego spalanie prowadzi do reakcji wydzielającej ciepło i elektryczność. Nie ma jeszcze bezpiecznej metody przechowywania i użycia wodoru jako paliwa na przykład w pojazdach komunikacji miejskiej czy prywatnych samochodach.
– Nowoczesne materiały takie jak grafen są bardzo atrakcyjne do przechowywania wodoru. W tym momencie wieloletni, duży problem w technologiach opierających się o wodór jako paliwo jest minimalizowany. Znajdujemy się w bardzo ekscytującym etapie rozwoju technologicznego – podkreśla prof. Joanna Kargul z Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Biohybrydowa elektroda grafenowa w ciągu 5–7 lat może zostać włączona w całe ogniwo paliwowe. Obecnie największą barierą wstrzymującą wprowadzenie takiego rozwiązania na szeroką skalę na rynek są koszty.
– Obecnie koszt wodoru wytworzonego przez biohybrydowe elektrody to około 6–7 dolarów za kilogram, natomiast kilogram wodoru wytworzonego z paliw kopalnych to 1–2 dolary. Mamy więc pole do popisu, aby nasze technologie wytworzyły paliwo słoneczne w sposób bardziej opłacalny – twierdzi ekspertka.
Proponowana nowelizacja ustawy o doradcach restrukturyzacyjnych wprowadzi trzy główne zmiany. Po pierwsze, ustanowi nadzór resortu sprawiedliwości nad działalnością doradców. Po drugie, wyróżni specjalistów z największym doświadczeniem, którzy będą zajmować się skomplikowanymi postępowaniami restrukturyzacyjnymi i upadłościowymi w dużych spółkach. Po trzecie, zmieni zasady, na jakich sądy przydzielają doradców restrukturyzacyjnych do konkretnych spraw. Część ekspertów ocenia, że to błąd, ponieważ o tym powinni decydować sami wierzyciele.
– Wymagania stawiane doradcom restrukturyzacyjnym się nie zmieniają. Ustawa wprowadzi natomiast dodatkową kategorię: doradców kwalifikowanych. Jest to główna zmiana, poza wprowadzeniem nadzoru ministerialnego nad doradcami. W tym kierunku zmierza Ministerstwo Sprawiedliwości, decydując o tym, w jaki sposób ten zawód powinien być uregulowany dla potrzeb sprawnego wykonywania zarządów w spółkach upadłych i restrukturyzowanych –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Zimmerman, radca prawny oraz wspólnik w Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.
Doradca restrukturyzacyjny to stosunkowo nowa profesja, która została wprowadzona ustawą obowiązującą od stycznia 2016 roku. Powstała w oparciu o dotychczasowy zawód syndyka licencjonowanego. Doradca restrukturyzacyjny w oparciu o licencję nadawaną przez resort sprawiedliwości nadzoruje działania zadłużonego przedsiębiorstwa i jego kondycję finansową, wspiera proces zarządzania oraz zawierania układu z wierzycielami, tak aby zapobiec upadłości.
Rada Ministrów przyjęła z końcem października projekt nowelizacji ustawy o doradcach restrukturyzacyjnych przygotowany przez MS. Nowe przepisy precyzyjnie określają wymogi stawiane doradcom i wprowadzają ścisły nadzór ministerstwa nad ich działalnością.
– Doradca restrukturyzacyjny to zawód licencjonowany, który wymaga zdania egzaminu. Ten egzamin jest dość trudny, skomplikowany, obejmuje kilkanaście dziedzin prawa, bo zajmujemy się prawem pracy, cywilnym, gospodarczym, odszkodowaniami i wszystkim, co jest związane z funkcjonowaniem podmiotu gospodarczego. Oprócz tego trzeba mieć doświadczenie w prowadzeniu przedsiębiorstwa, przy czym może to być również własna działalność gospodarcza – co akurat prawnicy mają zwykle z definicji wpisane w sposób wykonywania swojej pracy – wyjaśnia Piotr Zimmerman.
Resort sprawiedliwości podkreśla, że doradca restrukturyzacyjny jest zawodem zaufania publicznego, a jego przedstawiciele zajmują się również sprawami związanymi z upadłością konsumencką. Natomiast w obowiązującym prawie brakuje regulacji, które gwarantowałyby wysoki standard ich pracy. Stąd potrzeba nowelizacji.
Projekt zakłada również, że spośród licencjonowanych doradców zostaną wyłonieni specjaliści z największym doświadczeniem, którzy będą się zajmować skomplikowanymi postępowaniami restrukturyzacyjnymi i upadłościowymi. Uzyskają oni tytuł kwalifikowanego doradcy restrukturyzacyjnego – ich lista będzie dostępna w Biuletynie Informacji Publicznej. Doradcy kwalifikowani będą powoływani do pełnienia funkcji w największych podmiotach.
– Projekt ustawy zakłada, że doradcą kwalifikowanym może zostać osoba z co najmniej kilkuletnim doświadczeniem, która przeprowadziła określoną liczbę postępowań upadłościowych czy restrukturyzacyjnych. Drugi wymóg to skuteczność, ponieważ nie liczą się postępowania zakończone umorzeniem, czyli te przeprowadzone nieskutecznie. Nieudane próby doprowadzenia do zawarcia układu, umorzenie upadłości z powodu braku środków na jej dalsze prowadzenie, czyli domyślnie brak wystarczającej gospodarności ze strony syndyka już powodują, że nie będzie on mógł zostać doradcą kwalifikowanym – precyzuje Piotr Zimmerman.
Ministerialny projekt zmienia również zasady przydzielania doradców restrukturyzacyjnych do pełnienia funkcji nadzorcy sądowego, zarządcy albo syndyka w konkretnych postępowaniach. To oznacza, że sąd będzie musiał wziąć pod uwagę nie tylko doświadczenie i kwalifikacje, lecz także listę spraw, które doradca aktualnie prowadzi, żeby nadmierne obciążenie obowiązkami nie odbiło się na jego rzetelności i terminowości. Zdaniem wspólnika kancelarii Zimmermann i Wspólnicy to zła droga, ponieważ wpływ na wybór syndyka czy zarządcy powinni mieć sami wierzyciele.
– Dotychczasowy system, czyli wybieranie syndyków, nadzorców i zarządców wyłącznie przez sądy, nie sprawdził się, bo sąd patrzył wyłącznie na efektywność ze swojego punktu widzenia. Natomiast inne oczekiwania względem syndyka mają wierzyciele, dla których liczy się nie efektywność procesowa, tylko biznesowa. One często są ze sobą sprzeczne. Możliwości swobodnego wyboru doradców restrukturyzacyjnych to droga do podnoszenia ich kwalifikacji. Jeżeli doradca wybrany przez wierzycieli sprawdzi się w roli syndyka, zostanie wybrany w następnych postępowaniach i będzie miał motywację, żeby wykonywać swoją pracę jeszcze lepiej – uważa Piotr Zimmerman.
Zgodnie z projektem Ministerstwo Sprawiedliwości uzyska zwierzchni nadzór nad działalnością doradców restrukturyzacyjnych (niezależnie od nadzoru sądowego). Minister będzie mógł zawiesić lub cofnąć licencję doradcy, który rażąco narusza prawo przy wykonywaniu swoich czynności.
– Rynek bardzo potrzebuje sprawdzonych, godnych zaufania profesjonalistów. Widać to dobrze w tych punktach, gdzie ustawodawca otworzył wierzycielom możliwość wpływania na wybór nadzorcy czy zarządcy w postępowaniach restrukturyzacyjnych. W większości wierzyciele z tego prawa korzystają. Dogadują się z dłużnikiem co do tego, kto ma nim zostać. Dzięki temu już na starcie mamy pewną więź między dłużnikiem a jego wierzycielami. Oni muszą się dogadać w tej sprawie i później jest im znacznie łatwiej rozmawiać na temat warunków układu i współpracy w czasie postępowania. Wzajemna komunikacja stron to warunek sukcesu – podkreśla Piotr Zimmerman.
Zakończenie procedury DCP otwiera Spółce nowe perspektywy eksportowe na rynek
o łącznej wielkości ok. 3 mln inhalatorów rocznie.
Procedura objęła swoim zasięgiem: Szwecję, Finlandię, Norwegię, Danię oraz Islandię.
Partnerem biznesowym Spółki w procesie rejestracji i dystrybucji produktu na rynki objęte procedurą jest Glenmark.
Kraje objęte procedurą skandynawską wydały pozytywne decyzje o zaakceptowaniu przedłożonej dokumentacji rejestracyjnej.
Bogdan Manowski, Dyrektor ds. Rozwoju, członek Zarządu Celon Pharma S.A.:To ważny dla nas rynek.Kluczowe w kolejnych miesiącach będą: akceptacja druków informacyjnych, kwestie refundacyjne oraz wprowadzenie produktu na rynek. Po zakończeniu procedury rejestracyjnej państwa biorące w niej udział zweryfikują druki oraz wydadzą narodowe decyzje o dopuszczeniu do obrotu. Aby usprawnić ten proces ściśle współpracujemy z naszym partnerem.
Dr Maciej Wieczorek, Prezes Zarządu Celon Pharma S.A.: W krajach skandynawskich leki generyczne szybko penetrują rynek, ze względu na szereg zachęt systemowych, które umożliwiają sprawną i korzystną dla pacjenta zamienność terapii. Dopuszczenie leku Salmex w na tych rynkach potwierdza wysoką jakość przedłożonej dokumentacji rejestracyjnej.
Po raz trzeci SME Banking Club zorganizował międzynarodową konferencję CEE SME Banking Conference w Polsce. W tym roku konferencja odbyła się w Krakowie – 23-24 listopada w Hotelu Park Inn by Radisson i Krakowskim Parku Technologicznym. Uczestnicy konferencji – bankowcy, przedstawiciele firm leasingowych, faktoringowych oraz fintechowych – przyjechali do Krakowa z 20 krajów.
Podczas pierwszego dnia konferencji w Krakowskim Parku Technologicznym odbył się panel na temat branży Fintech w Polsce i współpracy banków ze startupami. Wojciech Przybylski, prezes Krakowskiego Parku Technologicznego, przedstawił Kraków na mapie ekosystemu startupowego w Polsce oraz mówił o tym, jak KPT wspiera rozwój współczesnej gospodarki i startupy. Thibaut Rouquette (the Heart Warsaw) przybliżył nam dlaczego i jak korporacje powinny współpracować z firmami Fintech. Michał Miszulowicz (BGŻ BNP Paribas) oraz Kamila Wincenciak (Alior Bank) opowiedziali o współpracy banków z firmami Fintech. A przedstawiciele firm fintechowych opowiadali o swoich przedsięwzięciach przez pryzmat ekosystemu startupowego oraz współpracy z korporacjami.
Drugi dzień Konferencji miał miejsce w sali konferencyjnej Hotelu Park Inn by Radisson i był poświęcony tematom transformacji cyfrowej oraz nowych rozwiązań w bankowości i produktach finansowych dla klientów MŚP.
Izabela Całusińska i Ewa Szerszeń (ING Bank Śląski) zaprezentowały proces zdalnego otwarcia konta dla klienta biznesowego. Elina Räsänen (Holvi, Finlandja) przedstawiła proces zdalnego otwarcia konta dla e-resydentów w ramach programu E-Residence w Estonii. Marek Sołtysiak opowiedział o działaniach Alior Banku wspierających rozwój firm z sektora MŚP. Mówił m.in. o portalu Zafirmowani.pl. Tamás Jósvai (OTP eBiz, Węgrzy) przedstawił cyfrowy portał OTP eBiz, uruchumiony dla klientów MŚP w Węgrzech. Wystąpienie Krzysztofa Pulkiewicza (BanqUP) dotyczyło zupełnie cyfrowej bankowości dla MŚP. Mariusz Zabrocki (iwoca Poland) mówił o szybkim dostępie do finansowania MŚP przez system iwoca, który udziela pozabankowych kredytów dla MŚP online, a także o potencjalnej współpracy w tym zakresie z bankami, brokerami finansowymi i platformami e-commerce, m.in. za pomocą otwartego API.
Odrębny panel był poświęcony usługom faktoringowym i leasingowym na rynku europejskim, jako że obserwuje się wzrost roli tych branż w finansowaniu firm z sektora MŚP.
Organizatorem Konferencji jest SME Banking Club – międzynarodowy klub bankowców MŚP, którego celem jest dostarczanie informacji o tym, co globalne i regionalne banki oraz inne instytucje finansowe oferują klientom MŚP.
Kolejna, czwarta już edycja konferencji CEE SME Banking Club Conference odbędzie się w Warszawie 1-2 listopada 2018 roku. Szczegółowe informacje na stronie internetowej: https://events.smebanking.club/ lub pod e-mailem [email protected].
Alfa Romeo i zespół Sauber F1 Team podpisały wieloletnią umowę partnerską obejmującą współpracę strategiczną, handlową i technologiczną
Oficjalna nazwa zespołu brzmieć będzie: Alfa Romeo Sauber F1 Team
Alfa Romeo marka należąca do Fiat Chrysler Automobiles (FCA) podpisała dziś wieloletnią umowę o partnerskiej współpracy technicznej i handlowej ze szwajcarskim zespołem Sauber F1 Team. Umowa dotyczy udziału w mistrzostwach świata Formuły 1 począwszy od sezonu 2018.
Jednoosobowe bolidy będą ścigać się opatrzone charakterystycznymi barwami i logo Alfa Romeo – sponsora tytularnego zespołu – i wyposażone będą w jednostki napędowe Ferrari serii 2018.
Zakres umowy obejmuje współpracę strategiczną, handlową i technologiczną we wszystkich właściwych obszarach rozwoju, w tym dostęp do inżynieryjnej wiedzy fachowej i doświadczenia kadry technicznej Alfa Romeo. Ta partnerska współpraca stworzy dodatkowe możliwości dla obu podmiotów – zarówno w Formule 1, jak i ogólnie w sektorze motoryzacyjnym.
Oficjalna nazwa zespołu brzmieć będzie: Alfa Romeo Sauber F1 Team.
Sergio Marchionne, prezes FCA, powiedział: – Umowa z zespołem Sauber F1 Team to znaczący krok w kierunku przekształcenia marki Alfa Romeo, która powraca do Formuły 1 po ponad 30 latach nieobecności. Alfa Romeo, legendarna marka, która współtworzyła historię tego sportu, dołączy do grona największych producentów samochodów biorących udział w wyścigach Formuły 1. Sama marka również skorzysta na wymianie technologii i strategicznej wiedzy z partnerem o niezaprzeczalnym doświadczeniu – z zespołem Sauber F1 Team. Inżynierowie i technicy Alfa Romeo, którzy już zademonstrowali swoje możliwości za sprawą nowo wprowadzonych modeli Giulia i Stelvio, zyskają możliwość podzielenia się doświadczeniem z zespołem Sauber F1 Team. Jednocześnie fani marki Alfa Romeo będą mogli po raz kolejny wesprzeć producenta samochodów zdeterminowanego rozpocząć pisanie nowego, ekscytującego rozdziału w swojej wyjątkowej, legendarnej historii sportowej.
Pascal Picci, prezes zarządu Sauber Holding AG, skomentował: – Z przyjemnością witamy markę Alfa Romeo w zespole Sauber F1 Team. Alfa Romeo może poszczycić się długą historią wyścigów o Grand Prix. Jesteśmy niezwykle dumni z tego, że uznana na całym świecie firma zdecydowała się współpracować z nami nad powrotem na szczyt podium sportów motorowych. Ścisła współpraca z producentem samochodów stanowi dla Grupy Sauber doskonałą okazję do dalszego rozwoju projektów technologicznych i inżynieryjnych. Wierzymy, że wspólnie możemy doprowadzić do wielkiego sukcesu zespołu Alfa Romeo Sauber F1 Team, i cieszymy się na długą i owocną współpracę partnerską.
Powrót marki Alfa Romeo, jednego z najważniejszych bohaterów historii Formuły 1, ma w znacznym stopniu przyczynić się do zwiększenia atrakcyjności i przyszłego rozwoju tego sportu. Alfa Romeo wnosi swoją wiedzę technologiczną oraz obszerną grupę pełnych pasji fanów, zaś sam udział w mistrzostwach daje marce korzyści również w takich obszarach jak transfer technologii czy bezpieczeństwo ruchu drogowego.
Wyścigowe dziedzictwo i technologiczna doskonałość marki Alfa Romeo są znane na całym świecie. Alfa Romeo – niezaprzeczalny mistrz przedwojennych zmagań o Grand Prix (w 1925 r. pierwsze mistrzostwa świata zdominował laureat GP, model Alfa Romeo P2) – uczestniczyła w Formule 1 od 1950 r. do 1988 r. zarówno jako konstruktor, jak i dostawca silników. Tuż po debiucie Alfa Romeo wygrała pierwsze dwa Mistrzostwa Świata Kierowców w 1950 r. i 1951 r., a kierowcami byli Nino Farina i Juan Manuel Fangio. W latach 1961-1979 Alfa Romeo współpracowała z kilkoma zespołami wyścigowymi F1 jako dostawca silników. W roli konstruktora Alfa Romeo powróciła do wyścigów w 1979 r., a swój najlepszy wynik osiągnęła w 1983 r., zajmując szóste miejsce w klasyfikacji mistrzów świata konstruktorów. Ponad 30 lat po wycofaniu się z wyścigów Formuły 1 (w 1985 r.) marka powraca z wyraźnym zamiarem zaznaczenia swojej pozycji.
Sfinks Polska, spółka zarządzająca sieciami Sphinx, Piwiarnia Warki, Chłopskie Jadło i Wook w III kw. br. wygenerowała 5,41 mln zł EBITDA i 1,25 mln zł zysku netto. Po 9 miesiącach tego roku spółka wypracowała przychody jednostkowe na poziomie 136,84 mln zł, osiągając przy tym EBITDA w wysokości 11,72 mln zł i jednostkowy zysk netto o wartości 189 tys. zł. W okresie styczeń-wrzesień 2016 r. Sfinks notował jednostkowe przychody w wysokości 140,03 mln zł, zysk netto w wysokości 6,86 mln zł oraz EBITDA na poziomie 12,33 mln zł. Jednak oczyszczenie wyniku zeszłego roku ze zdarzeń jednorazowych o wartości 14,5 mln zł, na które złożyło się umorzenie odsetek i odszkodowanie od kontrahenta pokazuje, że w ciągu roku Sfinks poprawił wynik netto o 7,82 mln zł i EBITDA o 4,51 mln zł.
– Analizując nasze dane sprawozdawcze należy mieć na uwadze, że dane z poprzedniego roku nie są wprost porównywalne z wynikami raportowanymi w roku obecnym, gdyż obejmują inne okresy kalendarzowe, co przy sezonowości naszej działalności ma istotny wpływ na ocenę wyników. Dodatkowo dane z 2016 r. zawierają zdarzenia jednorazowe, przez co ich proste zestawienie rok do roku nie obrazuje rzeczywistej zmiany w działalności spółki – wyjaśnia Sylwester Cacek.
Porównując dane sprawozdawcze, po 9 miesiącach 2017 r. wobec trzech pierwszych kwartałów poprzedniego roku, obejmującego okres grudzień 2015 – sierpień 2016 r., Sfinks zmniejszył przychody jednostkowe o 3,78 mln zł, osiągając w tym czasie jednostkowy zysk netto w wysokości 189 tys. zł i EBITDA na poziomie 11,72 mln zł po III kw. br. wobec 8,02 mln zł zysku netto i 14,55 mln zł EBITDA w poprzednim okresie sprawozdawczym.
– Nasze wyniki pokazują, że poradziliśmy sobie z wyzwaniami rynkowymi, jakie przyniosła w zeszłym roku presja kosztowa, i systematycznie zwiększamy rentowność mimo działania na mniejszej sieci. Zamknęliśmy jeszcze 3 restauracje w tym roku, co miało przełożenie na osiągnięcie przychodów gastronomicznych w wysokości 145 mln zł po III kwartałach 2017 r. wobec 148 mln zł rok wcześniej. Naszym celem jest jednak rozwój, stąd mimo prac nad optymalizacją obecnej sieci, cały czas angażujemy się w zwiększanie skali prowadzonej działalności. Rozpoczęliśmy już rozwój Fabryki Pizzy, a związku z przejęciem sieci Piwiarnia Warki skokowo powiększyliśmy liczbę zarządzanych lokali do 176. Efekty tych działań będą jednak uwzględniane w naszych wynikach dopiero w kolejnych okresach – komentuje Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.
Sfinks kontynuuje rozwój swojej kluczowej sieci Sphinx. W tym roku otwarto w stolicy dwie restauracje pod tą marką – przy ul. Puławskiej i na Polu Mokotowskim, w przygotowaniu są lokale na rynku w Bydgoszczy, w Galerii Dominikańskiej we Wrocławiu, w Galerii Bałtyckiej w Gdańsku i w nowej galerii handlowej w Poznaniu na Franowie. Planowane jest też otwarcie restauracji Chłopskie Jadło na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Jednocześnie zgodnie z ogłoszona strategią, Sfinks rozwija działalność w nowych segmentach rynkowych. W październiku br. uruchomił pierwszy lokal pod szyldem Fabryka Pizzy w Piastowie. W toku inwestycji są kolejne lokale tej sieci, m.in. Zgierzu, Warszawie, Kołobrzegu i Mińsku Mazowieckim. Sfinks pracuje także nad nowymi konceptami w segmencie fast casual dining – Lepione & Pieczone i Spice Up! Grupa przygotowuje się również do rozwoju sieci pod markami Meta i Funky Jim.
– Ważnym zdarzeniem dla grupy z ostatnich tygodni było przejęcie sieci 68 lokali Piwiarnia Warki. Jesteśmy już po wizji w większości z nich i po rozmowach z franczyzobiorcami. Uważamy, że jest to sieć z dużym potencjałem do dalszego rozwoju w ramach naszych struktur – komentuje Sylwester Cacek.
Sfinks rozwija także kanał delivery. W trzecim kwartale usługa została uruchomiona w Warszawie i Krakowie. Oprócz tego dania z grupy Sfinks Polska obecnie można zamówić w Poznaniu, Łodzi i Wrocławiu.
– Konsekwentnie realizujemy ogłoszoną strategię rozwoju. Uważamy, że jest sprzyjający moment, by umocnić swoją pozycję na rynku. Gdy wielu małych graczy ma trudności z utrzymaniem się na rynku, chcemy budować naszą skalę w oparciu o zróżnicowane portfolio marek gastronomicznych.. Chcemy osiągnąć biznes liczący minimum 400 lokali, ale nasze działania to nie tylko budowanie rozległej sieci, ale też siły marketingowej na rynku gastronomicznym i korzystanie z licznych synergii, które możemy w tym zakresie osiągać – mówi prezes Sfinksa.
Do solidnego przetasowania sentymentu na światowym rynku ropy przyczyniły się najnowsze doniesienia z Wiednia, które ponownie spychają West Texas Intermediate (-1,6 proc.) w stronę poziomu 57,00 USD za baryłkę. Zgodnie z wypowiedzią Aleksandra Nowaka, rosyjskiego ministra ds. energii, światowi wydobywcy porozumieli się w sprawie dalszego ograniczenia produkcji surowca. Solą w oku okazał się być zamiar publikacji bardziej szczegółowych danych na temat przedłużenia umowy, który finalnie będzie zależał od przebiegu jutrzejszej sesji.
Na Starym Kontynencie uwagę inwestorów skutecznie zwróciły wstępne szacunki inflacji HICP za listopad. Na podstawie sporządzonego modelu nowcastowego spodziewaliśmy się nieco silniejszego odczytu (1,8 proc. r/r, TMS Brokers: 1,8 proc.) niż wynikałoby to z mediany rynkowych oczekiwań (1,8 proc.). Reakcję eurodolara wyraźnie stłumił ujawniony przez Janet Yellen, szefową Fed, tekst wypowiedzi przed organem Kongresu USA. Jej dzisiejsze wystąpienie nie powinno być traktowane jako rewolucyjne – tym bardziej, że w części pytań i odpowiedzi poświęcono dużo uwagi problemom związanych z nadzorem makroostrożnościowym oraz obserwowanym wzrostem nierówności. Yellen nadal pozostaje zwolenniczką stopniowych podwyżek stóp procentowych, traktuje mniej satysfakcjonującą presję cenową jako pokłosie czynników o charakterze tymczasowym oraz wstrzymuje się od osądów na temat implikacji związanych z reformą podatkową Donalda Trumpa. Na koniec dnia euro (0,2 proc.) usilnie próbuje powiększyć skalę odnotowanego umocnienia. Obecnie nie lada problemem dla EUR/USD pozostają okolice poziomu 1,1865, które częściowo ograniczają szansę powrotu w stronę okrągłego 1,1900. Dzisiejsze umocnienie wspólnej waluty wyraźnie okrywa funt szterling (0,8 proc.) będący beneficjentem wczorajszego porozumienia pomiędzy Londynem oraz Brukselą w sprawie warunków BREXIT-u. O miano najsilniej przecenionego komponentu koszyka G10 walczą dolar australijski (-0,3 proc.) oraz dolar kanadyjski (-0,3 proc.), który pozwala balansować USD/CAD w okolicach poziomu 1,2860.
Na szczycie listy walut Emerging Markets znajduje się południowokoreański won (0,7 proc.), który zyskuje za sprawą mniejszego zamieszania związanego z wczorajszym testem pocisku balistycznego przez reżim Kima. Najsilniejszą walutą regionu okazuje się być polski złoty (0,2 proc.), aczkolwiek jego przewaga względem czeskiej korony (0,1 proc.) czy południowoafrykańskiego randa (0,1 proc.) nie należy do wysoce spektakularnych. Obecnie listę zamyka rosyjski rubel, który tracąc 0,5 proc. wypycha USD/RUB w okolice 58,6800. Na koniec dnia USD/PLN schodzi w okolice 3,5430, EUR/PLN balansuje przy 4,2010, GBP/PLN wraca do 4,7600, a CHF/PLN nurkuje 20 pipsów pod 3,6000.
W środowym kalendarzu palmę pierwszeństwa wśród wskaźników makroekonomicznych przejęły najnowsze szacunki amerykańskiego tempa wzrostu za miniony kwartał. Zrewidowane rachunki narodowe wskazały na silniejszą dynamikę PKB (3,3 proc. zann., poprzednio: 3,0 proc.), co uplasowało dzisiejsze wskazanie na trzyletnich maksimach. W drodze ku wyższym wartościom nie pomogła niższa konsumpcja prywatna (2,3 proc., konsensus: 2,5 proc.), której wpływ istotnie wymazywały wyższe wydatki przedsiębiorstw na środki trwałe (10,4 proc.) czy utrzymująca się dodatnia kontrybucja eksportu netto.
Na europejskich parkietach obserwowano wyraźny podział sentymentu. Najmniej optymistycznymi nastrojami mogli popisać się inwestorzy przy Książęcej, gdzie nastąpiło wyraźne oddalenie indeksu WIG 20 (-2,0 proc.) od okrągłego poziomu 2 500 pkt. Przyjęta polityka rządowa między innymi w zakresie sprzedaży przez Orlen (-4,6 proc.) akcji Inowrocławskich Kopalni Soli Solino oraz Kopalni Soli Lubień uderzyła rykoszetem w Lotos, który na przestrzeni dnia stracił aż 4,0 proc. W dolnej części stawki znalazły się również spółki z sektora bankowego z mBankiem (-3,3 proc.) na czele. Niezbyt optymistyczne nastroje na rynku surowców przemysłowych uderzają w KGHM (-2,2 proc.) mogący dokonać rewizji przyszłorocznych założeń. Skalę notowanej zniżki usilnie próbował minimalizować Eurocash, który ze zwyżką rzędu 2,0 proc. otwierał listę dwudziestu największych spółek.
Końcówka notowań we Frankfurcie stała pod znakiem utrzymania statusu quo z wczorajszej sesji. Na szczycie indeksu DAX (0,0 proc.) znalazł się Volkswagen (3,4 proc.) informujący o planach produkcji samochodów elektrycznych pod marką Audi od 2021 roku. Do zwyżki motoryzacyjnego giganta skutecznie przyczyniły się komentarze prezesa spółki, który spodziewa się utrzymania solidnego tempa sprzedaży do końca bieżącego roku oraz poinformował o braku sprzeciwu ze strony związków zawodowych na wypłatę wyższej dywidendy. Nieco bardziej spektakularną zwyżkę obserwowano w Londynie, gdzie na czele głównego indeksu stanął Next (4,4 proc.) niesiony bardziej optymistycznymi scenariuszami w sprawie opuszczenia unijnych struktur przez Wielką Brytanię. Pomimo udanej sesji w wykonaniu takich spółek jak Kingfisher (4,2 proc.) czy RBS (3,8 proc.) inwestorzy czuli oddech przeceny na rynku surowcowym. Listę komponentów indeksu FTSE 100 (-0,9 proc.) zamknęły spółki z branży wydobywczej, którym niechlubnie przewodził Randgold Resources (-6,0 proc.).
Kolejną udaną sesję z rzędu notują styczniowe kontrakty na gaz ziemny (1,5 proc.), zyskując tym samym miano lidera na rynku surowców energetycznych. Ich zwyżkę przebija najsilniej rosnący z płodów rolnych – kakao (3,5 proc.), które dystansuje się od udanej sesji w wykonaniu marcowego kontraktu na kawę (1,5 proc.) czy bawełnę (1,4 proc.). Odczuwalną przecenę miedzi (-1,0 proc.) wyraźnie przebija srebro. Przecena na poziomie 2,0 proc. spycha uncję metalu w okolice poziomów nienotowanych od 6 października (16,5400 USD). W przypadku złota należy mówić o zdecydowanie skromniejszym ruchu, bowiem na przestrzeni dnia ceny żółtego kruszcu powędrowały „zaledwie” 0,8 proc. na południe, tj. w okolice 1 283 USD za uncję.
W trzech kwartałach 2017 roku Ailleron zrealizował sprzedaż na poziomie blisko 63 mln zł, co oznacza wzrost o 15% w stosunku do roku 2016. Największą dynamiką charakteryzowały się przychody z rynków eksportowych – wzrost o blisko 30% z poziomu 16,6 mln zł do poziomu 21,5 mln zł. Nieznaczny wzrost osiągnięto również na EBITDA, która osiągnęła 9,4 mln zł. Zysk netto podniósł się natomiast z poziomu 3,3 mln zł do 3,6 mln zł.
Po trzech kwartałach 2017 roku w dalszym ciągu segmentem dominującym w Ailleron jest Fintech, choć zgodnie z przewidywaniami, siła tej dominacji nieznacznie spadła z 45% w H1.2017 do 40%. Sprzedaż produktów Fintech zrealizowano na poziomie blisko 25 milionów złotych, co oznacza wzrost o 21% w stosunku do trzech kwartałów roku poprzedniego. Natomiast rentowność operacyjna w tym samym okresie osiągnęła poziom 3,7 mln zł.
Działalność segmentu w trzecim kwartale koncentrowała się na realizacji kluczowych projektów wdrożeniowych LiveBanku, w tym instalacji wirtualnych oddziałów w pierwszych z 16 krajów w ramach kontraktu z Citibankiem. Spółka w dalszym ciągu kontynuowała intensywne działania sprzedażowe zainicjowane dużym zainteresowaniem produktem na całym świecie po publikacji w mediach informacji o kontraktacji Citibanku. W relatywnie krótkim czasie podpisano dwie nowe umowy na wdrożenia LiveBanku. Pierwsza z nich dotyczy sprzedaży wirtualnych oddziałów do jednego z wiodących banków na Sri Lance (ESPI 38/2017). Z kolei drugi z kontraktów otwiera nowy bardzo perspektywiczny rynek rosyjski – Ailleron podpisał umowę na realizację projektu dla Alfa Banku z portfelem ponad 14 milionów klientów detalicznych (ESPI 42/2017). Istotnym wydarzeniem dla dalszej globalnej ekspansji produktów Fintech był udział Ailleron w listopadzie w FinTech Festival w Singapurze. Na targach po raz pierwszy zaprezentowano nowy produkt w ofercie RoboWealth, czyli roboadvisor automatyzujący i upraszczający skomplikowane procesy inwestycyjne dla klienta detalicznego. Produkt cieszył się ogromnym zainteresowaniem na targach – codziennie przeprowadzano ok 30 prezentacji dla zainteresowanych przedstawicieli banków i instytucji finansowych.
Trzeci kwartał 2017 był przełomowy dla segmentu Hoteltech. W okresie tym przygotowano akwizycję działalności spółki holenderskiej Hoteliga B.V. Podpisana w październiku 2017 umowa inwestycyjna zakłada przejęcie rozwiązania Property Management System (System Zarządzania Hotelem) wraz z modułami Booking Engine (silnik rezerwacyjny) oraz Channel Manager (moduł zarządzania kanałami sprzedaży) dla branży hotelarskiej. Cloudowe rozwiązanie Hoteliga PMS sprzedawane jest w modelu abonamentowym tzw. Software as a Service (SaaS) poprzez hoteliga.com. Systemu używa obecnie kilkuset płatnych klientów w 22 krajach na całym świecie. Realizacja inwestycji zapewnia Ailleron SA zwiększenie pokrycia potrzeb technologicznych hoteli na całym świecie własnymi produktami.
W efekcie realizacji inwestycji Ailleron posiadał będzie w swojej ofercie nowatorski i intuicyjny system PMS do kompleksowego zarządzania hotelem oferowany w chmurze. Booking Engine i Channel Manager to z kolei rozwiązania optymalizujące procesy sprzedażowe i zarządzanie rezerwacjami. Platforma PMS stanowi znakomite uzupełnienie dla wiodącego na rynku systemu iLumio usprawniającego obsługę gości hotelowych m.in. z poziomu aplikacji mobilnej – checkin/out, otwieranie drzwi telefonem, kontakt mobilny z hotelem, rebooking, obsługę usług dodatkowych oraz integrację z inteligentnymi systemami sterowania automatyką hotelu. Segment Outsourcingu w ujęciu narastającym w stosunku do 2016 poprawił zarówno przychody – wzrost z poziomu 12,9 mln zł do 15,2 mln zł, jak i zysk operacyjny – wzrost z poziomu 3,8 mln zł do 4,0 mln zł. Z kolei w segmencie Telco zarówno przychody, jak i wynik są gorsze niż w roku 2016 a okresem decydującym o rentowności tego obszaru biznesowego będzie czwarty kwartał roku.
W dotychczasowej działalności Grupy występowała zauważalna sezonowość przychodów ze sprzedaży polegająca na tym, że najwyższe przychody Grupa osiągała zwykle w czwartym kwartale roku, co jest powszechne w przedsiębiorstwach działających w branży informatycznej. Sezonowość uzasadnia silna koncentracja tego okresu na finalizacji i rozliczeniach kontraktów zawartych w rocznym cyklu budżetowym. Podobna tendencja wystąpiła również w roku 2016, gdzie w czwartym kwartale sprzedaż osiągnęła poziom 34,7 mln zł, co odpowiada prawie 40% sprzedaży zrealizowanej w całym roku 2016. Oczekuje się, ze podobna tendencja wystąpi również w roku 2017.
15 lipca 2016 r. weszły w życie przepisy zmieniające ustawę o VAT, które wprowadziły regulacje dotyczące stosowania prawa podatkowego. Ich celem jest ograniczenie możliwości ochrony majątku poprzez dokonywanie czynności legalnych, jednak opodatkowanych na atrakcyjnych zasadach. Założenie może wydawać się słuszne, jednak realizacja ustawy w praktyce budzi wiele wątpliwości.
Nadużycia prawa a klauzula o unikaniu opodatkowania
Ograniczenie możliwości wyboru sposobu opodatkowania korzystnego dla przedsiębiorcy odbywa się na gruncie wielu regulacji. Jednym z kluczowych mechanizmów wprowadzonych w zeszłym roku do polskiego porządku prawnego są regulacje dotyczące klauzuli o unikaniu opodatkowania. Nowe przepisy Ordynacji podatkowej, nieznajdujące zastosowania w odniesieniu do podatku VAT, przewidują, że czynność dokonana przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej, nie skutkuje osiągnięciem korzyści podatkowej, jeżeli sposób działania był sztucznie wykreowany. W takim przypadku skutki podatkowe ustalane są w oparciu o stan faktyczny, który mógłby zaistnieć, gdyby dokonano odpowiedniej czynności, czyli takiej, którą podmiot mógłby wykonać w danych okolicznościach, działając rozsądnie i kierując się zgodnymi z prawem celami innymi niż osiągnięcie korzyści podatkowej. Bardzo podobny jest cel regulacji dotyczących nadużycia prawa na gruncie ustawy o VAT, choć wątpliwości z nią związane są nieco mniejsze.
W rzeczywistości przepisy te nie wprowadzają nowej instytucji do polskiego prawa podatkowego, gdyż pomijanie czynności stanowiące nadużycie prawa w podatku VAT miało miejsce także wcześniej, choć nie na mocy wyraźnego przepisu ustawy, ale orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i polskich sądów administracyjnych. W pierwszej kolejności warto przyjrzeć się jednak samym przepisom.
Definicja unikania opodatkowania
Zgodnie z definicją wyrażoną w art. 5 ust. 5 ustawy o VAT przez nadużycie prawa rozumie się dokonanie czynności opodatkowanych podatkiem VAT w ramach transakcji, której zasadniczym celem jest osiągnięcie korzyści podatkowych sprzecznych z celem przepisów. Zgodnie z art. 5 ust. 4 ustawy o VAT w razie zaistnienia takiej sytuacji, dokonane czynności opodatkowane wywołują jedynie takie skutki podatkowe, jakie miałyby miejsce w przypadku odtworzenia sytuacji, która istniałaby w braku czynności stanowiących nadużycie prawa. Tym samym organ podatkowy może, w celu ustalenia konsekwencji podatkowych danego działania, pominąć dokonaną czynność w kształcie nadanym jej przez strony transakcji, a odwołać się do transakcji właściwych, niemających na celu jedynie osiągnięcia korzyści podatkowych.
Nadużycie prawa według orzecznictwa europejskiego
Podobnie wygląda mechanizm nadużycia prawa wypracowany przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości. W sprawie z zakresu prawa podatkowego wykorzystano go po raz pierwszy stosunkowo późno, w wyroku z 21 lutego 2006 r. w sprawie Halifax o sygnaturze C-255/02, wprost wskazując na możliwość zastosowania go w podatku VAT. Trybunał stwierdził wówczas, że konstrukcja nadużycia prawa może odnosić się także do podatku VAT w przypadku osiągnięcia korzyści podatkowych w sposób sprzeczny z celem przepisu prawa unijnego, gdy podjęcie działania było podyktowane chęcią osiągnięcia takich korzyści. Trybunał stwierdzi także, że w takiej sytuacji organy podatkowe w danym państwie mogą ustalić treść takich transakcji, biorąc pod uwagę jej istotne okoliczności. Podkreślono tym samym elementy wskazywane we wcześniejszych sprawach niepodatkowych, w których ETS wskazywał na nadużycie prawa: element obiektywny, polegający na sztucznym tworzeniu warunków jedynie w celu uzyskania określonych korzyści mimo braku innego uzasadnienia oraz element subiektywny, czyli celowe nakierowanie na uzyskanie korzyści niezgodnych z celami prawa.
Ocena regulacji
W świetle przywołanych warunków wypracowanych przez orzecznictwo Trybunału wydaje się jasne, że polskie regulacje są zgodne z prawem wspólnotowym. Nie oznacza to jednak, że nie budzą one wątpliwości. Zauważyć należy bowiem olbrzymią elastyczność regulacji i brak ustawowych włączeń, które ograniczałyby możliwości jej zastosowania. To sprawia, że organy podatkowe mogą odnieść przywołane przepisy do różnych stanów faktycznych dość swobodnie i w zasadzie w każdej sytuacji, a nie na przykład tylko podczas kontroli przeprowadzanej u podatnika. Ustawa nie wprowadza także kryterium istotności poprzez określenie wartości dokonywanej transakcji możliwej do zakwestionowania i ewentualnego uszczuplenia podatku, które uzasadniałyby sięgnięcie po przywołane regulacje. Brakuje też mechanizmów chroniących podatników, jak chociażby opinia zabezpieczająca w przypadku klauzuli unikania opodatkowania. Dodatkowo niezrozumiała wydaje się sama potrzeba wprowadzenia przepisu wprost umożliwiającego organom skarbowym zakwestionowanie czynności faktycznie dokonanych przez podatników, skoro było to możliwe także wcześniej, choć w sytuacjach wyjątkowych, co pokazuje także polska praktyka orzecznicza.
Wszystkie te zastrzeżenia stwarzają poważne ryzyko, że dla organów podatkowych przywołane przepisy staną się nie tyle narzędziem walki z nieuczciwością, ile sposobem na zakwestionowanie wielu działań podatników i, na przykład, niesłuszne odmawianie prawa do odliczenia podatku lub uzyskania zwrotu. To sprawia, że dokonując czynności, które są obciążone podatkowo w niewielkim stopniu lub wcale, należy zachować szczególną ostrożność. Dla fiskusa faktycznym celem działań podatników zawsze może być uniknięcie opodatkowania.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Stereotypowo uznaje się, że odpowiedź brzmi „tak”, ale wciąż brak jednoznacznych argumentów, że tak jest. Być może jest to kwestia źle postawionego pytania. Może należy raczej zapytać „w jaki sposób mobile wpływa na sprzedaż?”. Otóż mobile, w odróżnieniu od desktopu, ma spektakularne możliwości informowania konsumentów o atrakcyjnych ofertach w pobliżu. Warto się zatem zastanowić, jak optymalnie wykorzystać funkcjonalność urządzenia, które towarzyszy potencjalnym klientom marki 24 godziny na dobę.
Autor: Tomasz Szulkowski, Head of Mobext, Havas Media Group
Kluczową różnicą pomiędzy mobile a desktop jest inny sposób wykorzystania ekranów przez konsumenta i marketerów. W przypadku znakomitej większości briefów celem biznesowym kampanii jest zwiększenie sprzedaży. W przypadku użytkowników laptopów zazwyczaj sprowadza się ona do wizyty w e-sklepie, gdzie po zamówieniu, kurier dostarcza nam produkt do domu. W przypadku smartfona – oczywiście bywa podobnie, ale znacznie częściej konsumenci wykorzystują mobilną przeglądarkę do znalezienia lokalizacji najbliższego sklepu czy punktu usługowego. To determinuje rolę kanału mobilnej komunikacji jako „wsparcie sprzedaży w POS”. Bardzo istotną rolę odgrywa tutaj kluczowy wyróżnik smartfona, czyli możliwość precyzyjnej geolokalizacji.
Rys. 1 Różnica w ścieżce konwersji desktop vs mobile
Źródło: Opracowanie własne
Powyższy schemat prezentuje różnicę w realizacji sprzedaży: w przypadku desktopu konsument cały czas działa w jednym e-środowisku, które jest mierzalne na każdym etapie. Marketer doskonale zna ilość wyemitowanych odsłon, liczbę uzyskanych klików, które przełożyły się na X udanych wizyt w sklepie, które zaowocowały X koszykami zakupowymi o wartości Z. Już w sekundę po transakcji jesteśmy w stanie przeliczyć ROI z kampanii.
Zupełnie odmiennie jest w przypadku mobile: emisja kampanii mobile bardzo często wykorzystuje geolokalizację ustawioną w strefie np. 1 km wokół POS. Konsument w przypadku zainteresowania klika, a po podjęciu decyzji o zakupie udaje się do wskazanej lokalizacji. Tam transakcja odbywa się zazwyczaj offline. Co to oznacza dla planującego kampanię? Spory problem – brak możliwości sprawdzenia konwersji na zakup, ponieważ wówczas trzeba „ręcznie” matchować raporty sprzedaży z wynikami kampanii.
Czy to zjawisko ma dużą skalę?
Tak, Google dostrzegło, że od dłuższego czasu konsumenci częściej korzystają z wyszukiwarki na smartfonie, dodając sugestie lokalizacji po frazie, aby uzyskiwać bardziej dopasowane wyniki. Nazwano ten trend „mikro-momentami” – na poniższym rysunku jest on ujęty w ujęciu psycho-behawioralnym. Wskaźniki dla „I-want-to-go” wzrosły najbardziej: 100% wzrostu wyszukiwania po frazie „w pobliżu” oraz 82% wzrostu wyszukiwania lokalnych punktów sprzedaży. Takie wyszukiwania są oczywiście możliwe po określeniu geolokalizacji, którą Google jako dostawca systemu Android oraz właściciel serwisu Maps potrafi doskonale wskazać.
Wyszukiwania z opcją „w pobliżu” ewidentnie przekładają się na ilość użytkowników odwiedzających serwisy mobilne sieci handlowych – na dzień dzisiejszy wizyty ze smartfonów dorównują, a często przekraczają zasięgi uzyskiwane na desktopie. Z drugiej strony średni czas przebywania na serwisie mobilnym jest krótszy niż na jego dużym odpowiedniku. Należy zakładać, że użytkownik szuka konkretnej informacji np. o dostępności produktu w danej lokalizacji, a nie dokonuje czasochłonnej transakcji.
Wyk. 1 Ilość RU w kanale desktop / mobile na stronach internetowych największych sieci handlowych
Źródło: PBI / Megapanel IX’2017 TG: all
Ilość traffiku na serwisie mobilnym i powracalność klientów zmotywowała sieci handlowe do zainwestowania w aplikacje mobilne. Aktualnie w kategorii „shopping” w App Marketach trwa zacięta wojna o pozycję lidera. Nasuwa się pytanie: co skłoniło marketerów sieci dyskontowych, które z natury starają się redukować koszty, do inwestycji w kanał komunikacji, który przez inne marki traktowany jest jak przysłowiowa „truskawka na torcie”? Otóż świadomość, że jest to słuszna inwestycja, która szybko się zwróci, ponieważ:
dostarcza unikatowych danych o użytkowniku [np. listy zakupowe, archiwum paragonów],
umożliwia darmową komunikację nowych ofert [oszczędności marketingowe],
lojalizację poprzez systemy benefitów czy loterii,
powracalność, dzięki kontentowi typu przepisy,
dodatkowy przychód za pozycjonowaniem reklamy od producentów sprzedawanych produktów,
pozwala również na usprawnienie obsługi w POS dzięki funkcjom płatniczym scan&go [np. w sieci Piotr i Paweł czy Tesco], czy zdalnej obsłudze reklamacji [Ikea].
Perspektywa zbudowania modelu atrybucji poprzez wykorzystanie rozwiązań z obszaru proximity marketing dopełni obrazu. Marketer będzie mógł własnym sumptem dystrybuować oferty, motywować do zapoznania się poprzez wysyłane komunikaty, sprawdzać ilość interakcji z kontentem oraz wizyt w sklepie. Dzięki marketing automation coraz lepiej sprofilowana komunikacja powinna w krótkim czasie uzyskać satysfakcjonującą stopę zwrotu z inwestycji w zaawansowaną aplikację. Polscy marketerzy są tego świadomi i z pewnością można założyć, iż na polskim rynku znajdziemy reprezentację jednych z najbardziej innowacyjnych rozwiązań w skali globalnej.
Mobile sprzedaje online i offline!
Na użytek niniejszego opracowania powstał poniższy wykres, który systematyzuje najpopularniejsze rozwiązania wykorzystujące mobile w sprzedaży:
Schemat 1 Najpopularniejsze funkcjonalności mobile w obszarze sprzedaży
Źródło: Opracowanie własne
Tajemnicą poliszynela jest, że m-commerce performuje nieco gorzej niż desktop. Oczywiście jest kilka chwalebnych wyjątków, nie mniej jednak jest sporo barier w User Experience oraz technologii, aby dokonywać wieloskładnikowych zakupów na małym ekranie. Dystans jaki dzieli desktopowy e-commerce od mobilnego m-commercu jest dobrze zobrazowany w aktualnym raporcie „E-commerce w Polsce, 2017” opracowanym przez instytut badawczy Gemius.
Wyk. 2 Kupowanie przez komputer vs. laptop vs. urządzenie mobilne
Źródło: Raport E-commerce w Polsce 2017, przygotowany przez Gemius dla e-Commerce Polska
Raport w bardzo obszerny sposób analizuje zachowania zakupowe konsumentów, co ciekawe – preferencje i obawy użytkowników smartfonów nie odbiegają zbytnio od tych, które mają użytkownicy komputerów. To przesłanka, że mobile nie buduje bariery braku zaufania do bezpieczeństwa, problemem jest raczej niska pojemność informacyjna ekranu. Ta hipoteza znajduje potwierdzenie w raporcie platformy Shoper, oferującej oprogramowanie dla e-sklepów. Według twardych danych zakupy na urządzeniach mobilnych stanowią około jednej piątej wszystkich transakcji w sklepach internetowych [czyli zgodnie z raportem E-commerce około 20%]. Liderem zmian jest branża odzieżowa – mobilnie składane jest już co trzecie zamówienie [32%].
Wyk. 3 Udział transakcji mobile w e-sklepach w podziale na branże
Źródło: Raport platformy Shoper [Dane pochodzą z okresu kwiecień-wrzesień 2017 r. z ponad 10 tys. sklepów internetowych korzystających z platformy].Warto jednak podkreślić, że są firmy, które umieją świetnie monetyzować biznes w mobile – dostarczają idealnie skrojoną użyteczność, która pozwala błyskawicznie zaspokajać potrzeby konsumenta. Przykładem jest z pewnością SkyCash, który sukcesywnie udostępnia kolejne funkcjonalności: od zakupu biletów w komunikacji miejskiej, poprzez zakup biletów InterCity, opłacanie parkometrów czy sprzedaż biletów do kina. Wg estymacji serwisu cashless.pl w 2017 r. za pomocą aplikacji mobilnych [SkyCash, MoBilet, mPay i inne] konsumenci wydadzą na przejazdy komunikacją miejską ok. 32 mln zł, nie mniej na parkometry.
Inną usługą skrojoną jako mobile-only jest car-sharing na przykładzie Traficar czy Panek CS. Tego typu rozwiązania zmieniają zachowania konsumenckie i w dłuższej perspektywie mogą wpłynąć np. na wyniki sprzedaży samochodów w dużych aglomeracjach. Użyteczność i łatwość korzystania z tego typu usług na smartfonie sprawia, że lista korzyści z posiadania własnego pojazdu znacząco się skraca.
Ciekawym przykładem w jaki sposób aplikacja mobilna może rewolucjonizować model zakupu produktu sprzedawanego dotychczas tylko offline jest case TANKUJ24. Na wybranych stacjach współpracujących z aplikacją można zakupić taniej paliwo – rabat nawet do kilkunastu groszy na każdy litr. Płatności odbywają się w aplikacji, na stacji skanowany jest tylko unikalny kod QR. Tego typu zaskakujących przykładów z obszaru mobile należy w najbliższej przyszłości spodziewać się więcej.
Preferencje użytkowników mobile
Mobile jak każde medium dzieli się na segmenty użytkowników o różnych preferencjach. Najbardziej powszechny podział dotyczy sprzętu, a dokładniej systemów operacyjnych iOS i Android. W kontekście powyższych rozważań odnośnie korzyści z aplikacji, warto sprawdzić jaką popularnością cieszą się w tych 2 spolaryzowanych grupach:
Tab. 1 Ranking najpopularniejszych aplikacji w kat ZAKUPY w podziale na najpopularniejsze systemy operacyjne
Źródło: Ranking AppAnnie z dn. 24.10.2017
Ewidentnie użytkownicy iOS preferują aplikacje marek odzieżowych, z kolei posiadacze Androida cenią agregatory promocji oraz aplikacje sieci spożywczych [np. Lidl] i drogerii [np. Rossmann]. Oczywiście pod kątem wolumenu instalacji dominuje Android. Biorąc pod uwagę, że model sprzedażowy powszechnie obowiązujący w branży retailowej oparty na wizycie w POS można śmiało obronić tytułową tezą, że wykorzystanie mobile w ten sposób wspiera sprzedaż. Ten fakt podpierają dane od popularnych agregatorów promocji typu Blix, gdzie ilość pobrań gazetek najpopularniejszej sieci dyskontowej, czyli Biedronki, przekracza 8 000 000 miesięcznie. Warto nadmienić, że jest to ruch organiczny, nie wspierany budżetem komercyjnym! Na marginesie, warto odnotować wielomiesięczną obecność AliExpress w TOP3 aplikacji z kategorii ZAKUPY zarówno na iOS jak i Android. Dotychczasowy lider, czyli Allegro z pewnością czuje mocny oddech dalekowschodniej konkurencji na plecach, docelowo podmiot ten może wpłynąć na kształt rynku m-commerce w Polsce.
Co na to branża reklamowa? Koncepcja kreacji DRIVE TO STORE
Branża reklamowa monitoruje trendy konsumenckie i stara się dopasowywać ofertę tak, aby spełniała oczekiwania marketerów. Nie pomija również opisywanego trendu tzw. „drive to store”, czyli wykorzystania mobile do kierowania konsumentów do punktu sprzedaży. Kreacja nawigująca ma przekaz zbliżony do znanego nam z billboardów na ulicach, informujących np. że do najbliższego Auchan jest tylko 7 min, dystans ok 1,5 km. Zaimplementowanie takiego rozwiązania w mobile daje fajny efekt, biorąc pod uwagę, że po kliknięciu dostajemy precyzyjne wskazówki dojazdu zobrazowane mapką oraz danymi kontaktowymi np. godziny otwarcia czy numer telefonu. Kreacja może być uzupełniona o licznik czasu pozostały do zamknięcia punktu, a emisja może być zsynchronizowana w taki sposób, aby wyłączać się w momencie, kiedy kierowanie konsumentów do punktu staje się bezsensowne. Korzyści dla konsumenta jest wiele, ale również marketer może czerpać dodatkowe insighty z tego formatu, np. skąd najczęściej przyjeżdżają do niego klienci? Jaki jest średni dystans dojazdu? W jakie dni najczęściej klikają poszukując serwisu wulkanizacyjnego etc.
Rys. 3 Przykład bannera nawigującego do POS
Źródło: Zasoby własne Mobext
Unikatowość tego rozwiązania w stosunku do stosowanych dotychczas bannerów z opcją „znajdź najbliższy serwis” polega na tym, że geolokalizacja i przeliczenie dystansu oraz czasu odbywa się w momencie wyświetlenia kreacji, a nie dopiero po naciśnięciu buttona na kreacji. Dzięki temu, skróceniu ulega ścieżka konwersji, bo dystans i czas dojazdu to istotny parametr dla konsumenta przy podejmowaniu decyzji o wizycie.
Prawie codziennie pojawiają się argumenty na obronę tytułowej tezy „mobile sprzedaje”. Aktualnie tzw. Świętym Graalem dla branży reklamowej jest znalezienie standardu analitycznego, który pozwoli potwierdzić, że wizyty w POS to efekt wykorzystania komunikacji na smartfonie. Pojawia się wiele rozwiązań, są one jednak fragmentaryczne i mają wciąż zbyt niskie pokrycie zasięgowe w stosunku do ilości POS, które należałoby monitorować. Te braki techniczne stosunkowo szybko można nadrobić, ale prawdziwym wyzwaniem będzie restrykcyjna polityka RODO dotycząca wyrażania świadomej zgody konsumenta na wykorzystywanie danych o jego zachowaniach i lokalizacji, która wejdzie w życie już za kilka miesięcy.
Telematyka w przypadku samochodów pozwala zaobserwować szereg parametrów związanych z używaniem pojazdu jak np. przyśpieszenia, hamowania, prędkość i wiele innych. W oparciu o uzyskane dane możliwe jest określenie profili kierowców lub określenie jak daleko jest kierowca od profilu wzorcowego. Telematyka pomaga obniżyć składki OC kierowcom, którzy jeżdżą bezpiecznie także tym młodym.
– Młodzi kierowcy dzięki telematyce mogą zyskać do 30 proc. składki dzięki temu, że zamiast deklaratywnych informacji pokarzą ubezpieczycielowi, że potrafią jeździć bezpiecznie. Rozwiązania telematyczne mają różny charakter. Mogą opierać się na urządzeniu spiętym na stałe z pojazdem lub aplikację mobilną – mówi newsrm.tv Cezary Świerszcz, Bacca.
Jak wynika z raportu firmy doradczo-consultingowej Ptolemus programy Usage-Based Insurance są już w 39 krajach na świecie. Działa już ponad 15 milionów polis, z czego niemal 8 mln przypada na USA, 5 mln na Włochy i ponad 860 000 na Wielką Brytanię.
Raport ośrodka badań rynkowych Allied przewiduje się, że wartość rynkowa tego segmentu usług wzrośnie do 2022 r. do poziomu 123 mln dolarów na świecie, odnotowując 36,4% skumulowanego wskaźnika wzrostu (CAGR) w okresie objętym prognozą, a więc od 2016 przez kolejne 6 lat.
W pierwszej połowie tego roku Towarzystwa Ubezpieczeniowe otrzymały ze składek OC 510 mld zł, co w porównaniu z poprzednim rokiem, daje wzrost na poziomie ok. 1,5 mld zł. Ceny ubezpieczenia OC wzrosły w tym czasie o ok. 22%. W tym roku, najdroższe składki OC płacą mieszkańcy Warszawy i Wrocławia – średnio 1513 i 1428 zł. Przewiduje się, że podwyżka cen ubezpieczeń komunikacyjnych w dłuższej perspektywie jest nieunikniona. Wpływ na to mają m.in. rosnące roszczenia osób poszkodowanych w wypadkach.
Jak wynika z danych Policji, w 2016 r. doszło do 33 664 wypadków drogowych, w których zginęło 3 026 osób, czyli o 88 osób (+3,0%) w stosunku do 2015 r. W wypadkach rannych zostało 40 766 osób W 2016 r., polskie TU wypłaciły odszkodowania z tytułu OC komunikacyjnego w wysokości 7,98 mld zł – czyli o prawie miliard złotych więcej niż rok wcześniej.
Popieramy podejmowanie działań zmierzających do skutecznego zwalczania nielegalnych treści w Internecie – napisała Konfederacja Lewiatan, oceniając Komunikat Komisji Europejskiej, poświęcony zwalczaniu treści nielegalnych w Internecie. Jego konsultacje prowadzi Ministerstwo Cyfryzacji.
Dyskutując o treściach bezprawnych on-line oraz o roli określonych podmiotów w ich usuwaniu Lewiatan zwrócił uwagę na spojrzenie autorów i wydawców i ich problemy związane ze znalezieniem skutecznych mechanizmów walki z bezprawnymi treściami w Internecie, uwzględniając jednoczenie perspektywę usługodawców, którzy angażują się w zwalczanie tychże treści.
– Z aprobatą przyjęliśmy dostrzeżenie przez Komisję Europejską wielu problemów związanych ze zwalczaniem nielegalnych treści, wśród których warto wymienić unikanie odpowiedzialności za naruszenia przez podmioty spoza UE, długi czas reakcji na zgłoszenia na temat naruszeń czy kwestie niewystarczająco skutecznych mechanizmów ochrony legalnych treści – mówi dr Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
W zakresie wykrywania i zgłaszania nielegalnych treści istnieje już szereg rozwiązań zmierzających do tego celu, a wiele platform wprowadziło większość z postulowanych przez Komisję Europejską rozwiązań. Istnieją procedury społecznego flagowania podejrzanych treści, programy współpracy pomiędzy platformami, a zgłaszającymi naruszenia . W odniesieniu do niektórych rodzajów treści stosowane są mechanizmy zautomatyzowane wspierające ich usuwanie. Należy jednocześnie zauważyć, że działania o charakterze samoregulacyjnym, podejmowane przez niektóre platformy, nie zawsze okazywały się skuteczne wobec problemu dostępności nielegalnych treści. Co więcej, niektóre platformy nie były zainteresowane taka samoregulacją.
W związku z tym, firmy zrzeszone w Konfederacji jednogłośnie uznały, że koniecznym jest zapewnienie implementacji art. 8 ust 3 Dyrektywy 2001/29 do polskiego porządku prawnego, tj. zapewnienie odpowiednich środków przeciwko pośrednikom, których usługi są wykorzystywane przez osoby trzecie w celu naruszania praw autorskich lub pokrewnych.
Za ciekawy Konfederacja Lewiatan uznała pomysł rozważenia wprowadzenia procedury „notice and stay-down”, tj. obowiązku nakładania przez serwisy hostingowe/platformy znacznika na raz zgłoszony i usunięty materiał w celu wykrycia ponownego naruszenia i tym samym zablokowania go na etapie udostępniania. Konfederacja zwracała przy tym uwagę na potencjalne problemy, które mogą się pojawić, podczas wdrażania tej propozycji, tj. kosztowność oraz znaczną pracochłonność tych rozwiązań oraz ryzyko błędu systemów wykrywających nieprawidłowości.
Dni wolne to długo wyczekiwany czas, który dla większości z nas trwa za krótko albo jest go za mało. Jednak jeśli zaplanujemy urlop w okolicach dni ustawowo wolnych od pracy w 2018 roku, możemy go znacznie wydłużyć. Specjaliści z momondo przygotowali przewodnik, który pomoże Wam tak strategicznie rozplanować dni urlopu żeby w połączeniu z czerwonymi kartkami z kalendarza wydłużyć go niemal czterokrotnie. Dodatkowo prezentujemy listę proponowanych kierunków podróży na zagraniczny urlop w miesiącach, w których możemy wziąć najwięcej wolnego.
W 2018 roku kalendarz serwuje nam 13 dni ustawowo wolnych od pracy. 4 z nich wypadają w weekend – sobotę lub niedzielę, a 9 pozostałych w dni powszednie – od poniedziałku do piątku. Wystarczy, że dodamy do tego 10 dni urlopu i możemy uzyskać 37 dni wakacji. To nie błąd w obliczeniach tylko sprytne planowanie. Zobaczcie propozycję momondo jak wyczarować z tej puli 7 kilkudniowych podróży.
Pierwsza podróż – Nowy Rok
Dni ustawowo wolne: 1 stycznia (poniedziałek) – Nowy Rok
Twoje wakacje: 30 grudnia 2017 – 1 stycznia 2018 (3 dni: sobota – poniedziałek)
Ile dni urlopu trzeba wziąć: 0
Podobno „jaki Nowy Rok, taki cały rok”, więc jeśli uwielbiasz podróżować, warto rozpocząć 2018 od wyjazdu zagranicę. Na samym początku nowego roku, kalendarz daje nam tylko 3 dni wolnego. Jednak 6 stycznia (Trzech Króli) wypada w sobotę. Ustal z pracodawcą czy możesz odebrać ten ustawowo wolny od pracy dzień w tygodniu poprzedzającym sobotnie święto. Wtedy tydzień skróci się do 3 dni i jeśli weźmiesz 3 dni urlopu, możesz liczyć na 9-dniowe wakacje. W styczniu polecamy tętniący życiem Stambuł.
Cel podróży: Stambuł
Stambuł / styczeń
Stambuł to fascynująca metropolia na skrzyżowaniu kultur Wschodu i Zachodu. W mieście wciąż można podziwiać imponujące meczety i inne zabytki pochodzące z czasów Cesarstwa Bizantyjskiego i Imperium Osmańskiego. Stambuł to jedno z najgęściej zaludnionych miast na świecie, więc nic dziwnego, że oferuje tak wiele atrakcji. W przerwie od zwiedzania, wybierz się na spacer tętniącymi życiem ulicami, zrób zakupy na tradycyjnym bazarze, zajrzyj do kawiarni albo herbaciarni i nie zapomnij skosztować świeżych owoców morza i tradycyjnego kebabu.
Druga podróż – Wielkanoc
Dni ustawowo wolne: 2 kwietnia (poniedziałek)
Twoje wakacje: 31 marca – 2 kwietnia 2018 (3 dni: sobota – poniedziałek)
Ile dni urlopu trzeba wziąć: 0
Kalendarz na 2018 nie rozpieszcza nas na Wielkanoc. Podobnie jak w przypadku Nowego Roku, mamy do dyspozycji tylko 3 dni wolne. W sam raz na krótki wyjazd do europejskiego miasta. Kwiecień to idealny czas żeby odwiedzić Amsterdam, gdzie Festiwal Tulipanów zwiastuje nadejście wiosny. Warto też przekonać się jak Wielkanoc świętują inne kultury, a koszyczek wielkanocny przystroić tulipanami.
Cel podróży: Amsterdam
Amsterdam / luty
W Amsterdamie, mieście kanałów, łatwo się zgubić, ale ma to swój urok. Wypożycz rower i eksploruj miasto pełne małych sklepików, kawiarni i galerii sztuki. Spróbuj lokalnej kuchni i piwa i wybierz się w rejs malowniczymi kanałami. Nie przegap Festiwalu Tulipanów, narodowych kwiatów Holandii, które wprowadzą cię w wiosenny nastrój.
Barcelona / luty
Wycieczka do Barcelony w lutym to świetny pomysł dla tych, którzy nie mogą doczekać się wiosny i nie przepadają za tłumami turystów, ale za to uwielbiają sztukę – miasto jest pełne galerii i dzieł architektury autorstwa Gaudiego. Polecamy spacer słynną ulicą Las Ramblas zwieńczony degustacją tradycyjnej hiszpańskiej kuchni na bazarze La Boqueria, a potem odpoczynek i podziwianie zachodu słońca na plaży.
Trzecia podróż – Święto Pracy i Święto Konstytucji 3 Maja
Dni ustawowo wolne: 1 maja (wtorek) – Święto Pracy, 3 maja (czwartek) – Święto Konstytucji 3 Maja
Twoje wakacje: 28 kwietnia – 6 maja 2018 (9 dni: piątek – niedziela)
Ile dni urlopu trzeba wziąć: 3
W tym roku wystarczy wziąć tylko 3 dni urlopu żeby zafundować sobie 9-dniową majówkę, a skoro mamy ponad tydzień czasu dlaczego nie wybrać się gdzieś dalej. Gdy w Polsce pogoda przypomina bardziej jesień niż wiosnę, warto wybrać się do miejsca, które pobudzi nas do życia. My proponujemy miasto, które nigdy nie śpi, czyli Nowy Jork.
Cel podróży: Nowy Jork
Nowy Jork / marzec
Nowy Jork naprawdę nigdy nie śpi, bez względu na porę dnia i roku. To miasto, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Fani sztuki będą zachwyceni zbiorami MoMA (Museum of Modern Art) i The Met (Metropolitan Museum of Art), mole książkowe będą zauroczone małymi księgarniami pełnymi używanych książek, a smakosze nie będą mogli oderwać się od nowojorskich klasyków, czyli bajgli, kanapek z pastrami i orientalnej kuchni Chinatown. Wieczorem polecamy wybrać się na przedstawienie na Broadway albo na koncert jazzowy w klimatycznych barze.
Lizbona / marzec
Jeśli nie możesz doczekać się wiosny, a nie chcesz opuszczać Europy, w marcu polecamy Lizbonę. Średnia temperatura wynosi 15°C i jest to idealny klimat zarówno na zwiedzanie miasta jak i na wędrówki po okolicznych wzgórzach i winnicach.
Czwarta podróż – Boże Ciało
Dni ustawowo wolne: 31 maja (czwartek) – Boże Ciało
Twoje wakacje: 31 maja – 3 czerwca 2018 (4 dni: środa – niedziela)
Ile dni urlopu trzeba wziąć: 1
Przełom maja i czerwca to już prawie lato, więc nie musimy uciekać do odległych stref klimatycznych w poszukiwaniu ciepła. Ponadto, zaledwie 4 dniu wakacji to za krótki czas żeby tracić cenne wolne chwile na wielogodzinny lot. Dlatego proponujemy długi weekend w Petersburgu. Wiosenna pogoda bywa nieprzewidywalna, ale nawet jeśli miasto powita nas strugami deszczu, mamy wiele możliwości na spędzanie czasu pod dachem.
Cel podróży: Petersburg
Petersburg / czerwiec
Warto pospacerować po byłej siedzibie carów i na własne oczy przekonać się, dlaczego jest często przyrównywana do Wenecji. W mieście znajdują się światowej sławy muzea – Pałac Zimowy i Państwowe Muzeum Rosyjskie, które nie tylko mieszczą w sobie bogate zbiory obrazów i rzeźb, ale również oferują gościom operę i balet. Petersburg robi wrażenie bez względu na porę roku.
Berlin / czerwiec
Latem w Berlinie dużo się dzieje. Organizowane jest wiele imprez na świeżym powietrzu: koncerty, targi staroci i kina pod chmurką. Po mieście łatwo poruszać się rowerem. Świetnym pomysłem jest wycieczka nad któreś z jezior zlokalizowanych na obrzeżach miasta albo wyprawa szlakiem knajpek serwujących kuchnię z całego świata i tradycyjne Kaffee und Kuchen, czyli kawę i ciasto. W sam raz na leniwy brunch, który może przeciągnąć się aż do kolacji, z kuflem tradycyjnego niemieckiego piwa.
Piąta podróż – Święto Wojska Polskiego i Wniebowzięcie NMP
Dni ustawowo wolne: 15 sierpnia (środa) – Święto Wojska Polskiego i Wniebowzięcie NMP
Twoje wakacje: 15 sierpnia – 19 sierpnia 2018 (5 dni: środa – niedziela)
Ile dni urlopu trzeba wziąć: 2
Prawie tydzień wolnego w środku lata – to trzeba wykorzystać na wycieczkę do miasta, które oferuje wiele atrakcji na świeżym powietrzu. Bez wątpienia takim miastem jest Kopenhaga. W sierpniu kawiarniane ogródki i parki są przepełnione ludźmi, a wieczorem odbywa się wiele imprez na świeżym powietrzu. Wsiadaj na rower i ruszaj na zwiedzanie Kopenhagi!
Cel podróży: Kopenhaga
Kopenhaga / sierpień
Kopenhaga to miasto szyku i elegancji, które w sierpniu można podziwiać w pełnej krasie. Miasto słynie ze świetnych restauracji odznaczonych gwiazdkami przewodnika Michelin oraz modnych barów popularnego Meatpacking District. Na każdym kroku można podziwiać stylową duńską architekturę i wystawy sklepów, mimo że same zakupy wyjdą raczej drogo.
Paryż / wrzesień
Wrzesień to świetny czas na wycieczkę do Paryża. Miasto jest pełne słynnych atrakcji, a kolejki do nich znacznie krótsze niż latem. Widok z Wieży Eiffla zapiera dech bez względu na porę roku. Będąc w Paryżu warto zejść z turystycznego szlaku i swobodnie pospacerować po mieście. Powłóczyć się malowniczymi uliczkami i wypić kawę w kawiarnianym ogródku jak prawdziwi Paryżanie. Pamiętaj żeby znaleźć więcej czasu na zwiedzanie imponujących zbiorów Luwru i galerii sztuki współczesnej w Muzeum Fundacji Louisa Vuittona.
Rzym / październik
Rzym to miasto, w którym starożytną historię widać na każdym kroku. Nic dziwnego, że zawsze jest pełne turystów. Październik, kiedy nie ma już letnich upałów, a kolejki turystów są krótsze, to idealna pora na spacery. Zacznij dzień we włoskim stylu – sącząc espresso przy kawiarnianym barze, a potem ruszaj na zwiedzanie.
Szósta podróż – Wszystkich Świętych
Dni ustawowo wolne: 1 listopada (czwartek) – Wszystkich Świętych
Listopad w Polsce to mroczny miesiąc, a Wszystkich Świętych to dla wielu przygnębiające święto. Jeśli męczą was korki przy cmentarzach i grobowa aura, proponujemy wypad do Londynu. Warto wybrać się na szalone zakupy na Oxford Street na początku listopada, zanim wybuchnie przedświąteczna gorączka kupowania prezentów.
Cel podróży: Londyn
Londyn / listopad
Londynowi sprzyja zimowa aura. W listopadzie, zanim zacznie się gorączka kupowania świątecznych prezentów, warto poprawić sobie humor zakupami na Oxford Street. Gdy zmęczy cię chodzenie po mieście wpadnij do tradycyjnego brytyjskiego pubu na grzane piwo – aż żal wracać do domu.
Siódma podróż – Boże Narodzenie
Dni ustawowo wolne: 25 grudnia (wtorek) – Pierwszy dzień Bożego Narodzenia, 26 grudnia (środa) – Drugi dzień Bożego Narodzenia
Twoje wakacje: 22 grudnia 2018 – 30 grudnia 2018 (9 dni: piątek – wtorek)
Ile dni urlopu trzeba wziąć: 3
W 2018 roku Wigilia wypada w poniedziałek, co oznacza, że biorąc zaledwie 3 dni urlopu możemy zafundować sobie 9-dniowe ferie zimowe. Mając tyle czasu możemy wybrać się na drugi kraniec świata, gdzie pogoda i przyroda sprawią, że poczujemy się jak w raju. Tylko ostrzegamy – powrót to mroźnej Polski będzie trudny.
Cel podróży: Bangkok
Bangkok / grudzień
Miesiąc, w którym w Europie robi się naprawdę zimno, ciemno i ponuro to idealny czas na wycieczkę do Bangkoku. Zgiełk tętniących życiem ulic, kolorowe bazary i świetna kuchnia przywrócą was do życia, a widok malowniczych świątyń, pałaców i kanałów pełnych kolorowych łódek, na długo pozostanie w pamięci.
Lodówka, która sama zamawia zapasy żywności, spinacz do bielizny monitorujący zmiany pogody czy obroża, która informuje właściciela o stanie emocjonalnym czworonoga… To nie artefakty rodem z powieści Lema, ale przykłady rozwiązań bazujących na technologii IoT. Jak wynika z raportu opracowanego przez Ministerstwo Rozwoju, coraz więcej Polaków sięga po smart-rozwiązania. To wyzwanie, ale i szansa dla polskich przedsiębiorstw. Nie tylko z branży IT.
Internet Rzeczy uznawany jest przez światowe firmy doradcze za jeden z kluczowych motorów rozwojowych światowej gospodarki. Skala zastosowania rozwiązań jest ogromna – od urządzeń typu smart, poprzez automatykę budynkową i inteligentne miasta, po elektroniczne samochody czy systemy obronne. W obszarze biznesu IoT stwarza nowe szanse rynkowe, umożliwia zwiększanie wydajności procesów produkcyjnych i biznesowych oraz komunikację na linii firma – klient. Według IDC globalne wydatki na Internet Rzeczy mają wynieść w 2020 roku ponad 1 bln dolarów. Największe wzrosty spodziewane są w obszarze urządzeń gospodarstwa domowego, pojazdów oraz inteligentnych budynków.
Pomoc domowa
Imponująco przedstawiają się prognozy dla Polski. Z raportu „Polska rewolucja w segmencie smart” opracowanego przez ZIPSEE „Cyfrowa Polska” i Ministerstwo Rozwoju dowiadujemy się, że ogromną szansą dla polskiego sektora elektroniki użytkowej jest rosnące zapotrzebowanie na urządzenia wykorzystujące rozwiązania typu Smart Home. Autorzy opracowania podkreślają ogromne znaczenie sektora elektroniki użytkowej dla polskiej gospodarki. W 2016 r. przychody polskiego sektora AGD wyniosły prawie 5 mld euro, co stanowiło ponad 1 proc. PKB. To daje Polsce trzecią pozycję – za Niemcami i Włochami – pod względem wielkości przychodów.
Krzysztof Caban, ekspert w firmie Altimi Software House
W Polsce funkcjonuje obecnie kilka centrów R&D pracujących nad rozwojem produktów z segmentu elektroniki użytkowej. Potencjał naukowy jest, jednak czy wystarczający? Dlatego szansą dla firm zajmujących się produkcją AGD jest branża IT. Polskie software house’y, zajmujące się tworzeniem systemów wbudowanych, tzw. embedded, są w stanie dostarczyć oprogramowanie sterujące pracą urządzenia od wewnątrz. W ramach tej usługi producenci AGD mogą liczyć na opracowanie koncepcyjne i projekt systemu, optymalizację procesów projektowych do konkretnych wymagań produkcyjnych, pełną dokumentację techniczną, wykonanie i wdrożenie oprogramowania, w końcu – testy i kontrolę jakości. Warto przy tym pamiętać, że istotą IoT, są nie tyle same urządzenia, ile drzemiący w nich potencjał, czyli dane i to, jak jesteśmy w stanie je wykorzystać – mówi Krzysztof Caban, ekspert w firmie Altimi Software House.
Podróż do przyszłości
Branża motoryzacyjna to kolejny sektor gospodarki z ogromnym potencjałem dla IoT. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez KPMG to właśnie cyfryzacja i zdolność łączenia się pojazdów z otoczeniem ma być kluczowym trendem w branży w najbliższej dekadzie.
Wyobraźmy sobie poranny ruch miejski pozbawiony korków – tak zdaniem autorów koncepcji self driving car mogą wyglądać miasta przyszłości. Jednak samochody poruszające się bez udziału kierowcy spotykają się nadal ze sporą dozą nieufności.
Branża motoryzacyjna może pochwalić się wieloma osiągnięciami w zakresie wdrażania technologii IoT. Pamiętajmy, że to nie tylko elektroniczne samochody, ale także rozwiązania, które wpływają na komfort jazdy kierowców. O użyteczności inteligentnych rozwiązań w pojazdach opracowanych przez nasz software house przekonali się m.in. turyści podróżujący po Skandynawii. Wypożyczając samochód korzystają z tabletów i oprogramowania, które pozwala zaplanować etapy podróży, wskazuje miejsca, które warto odwiedzić, wyszukuje hotel czy restaurację, informuje o lokalnej pogodzie. Tablet wyposażony jest również w nawigację i przelicznik walut. Aplikacja została zaprojektowana tak, aby większość elementów działała także w trybie offline – mówi ekspert Altimi.
W służbie zdrowia
Monitoring parametrów życiowych pacjentów przez internet, czujniki przesyłające informacje o stanie zdrowia pacjenta czy aplikacje ratujące życie – takie możliwości daje medycynie Internet Rzeczy. Dane generowane dzięki technologii IoT mają niebagatelne znaczenie dla zdrowia i życia społeczeństwa.
Korzyści dla branży medycznej, wynikających z rozwoju technologii, jest wiele. Do nich zaliczyć można wykorzystanie zdalnej diagnostyki, ograniczenie czasu hospitalizacji, kosztów opieki zdrowotnej czy zmniejszenie wydatków na sprzęt szpitalny. Już teraz rozwój telefonii komórkowej oraz aplikacji mobilnych pozwala zwiększać świadomość społeczeństwa na temat wielu chorób. Przykładem może być aplikacja ratująca życie, dzięki której użytkownicy mogą rozpoznać wczesne objawy udaru, a w razie podejrzenia zagrożenia życia, za pomocą jednego przycisku, wezwać pomoc. Opracowana przez nas aplikacja to jedno z pierwszych na świecie tego typu rozwiązań cyfrowych ratujących życie – mówi Krzysztof Caban.
Rozwój IoT, określany często jako kolejna rewolucja internetowa, to ogromne wyzwanie dla firm działających w wielu branżach. Wymaga od przedsiębiorstw stworzenia nowych modeli biznesowych, reorganizacji, nastawienia na komunikację sieciową. Pocieszające jest jednak to, że IoT znajduje się dopiero w początkowym stadium rozwoju, a przedsiębiorstwom pozostało jeszcze trochę czasu na opracowanie strategii. Z pomocą przychodzą także firmy zajmujące się tworzeniem oprogramowania, które ułatwią odnalezienie się w nowej, nie dającej się do końca przewidzieć rzeczywistości.
Konsorcjum pod przewodnictwem Uniwersytetu Warszawskiego opracowało uniwersalną platformę online wspomagającą planowanie i prowadzanie konsultacji społecznych. Jej głównym celem jest poprawa jakości konsultacji społecznych i wdrożenie wysokich standardów w zakresie komunikacji urzędów z obywatelami. Stworzone narzędzie jest udostępniane za darmo wszystkim urzędom.
Pracownia Centrum Deliberacji w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego we współpracy z Instytutem Informatyki Politechniki Warszawskiej opracowała platformę wDialogu, która całościowo wspiera zarządzanie procesem konsultacji społecznych. Wytworzone oprogramowanie to wynik czterech lat prac interdyscyplinarnego zespołu kilku instytucji i organizacji pod kierunkiem dr Anny Przybylskiej z Instytutu Socjologii UW. Cały projekt zamknął się w budżecie 800 tys. złotych pochodzącym m.in. ze środków Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Obecnie przetestowana w kilku gminach platforma jest udostępniana za darmo wszystkim zainteresowanym urzędom.
„Projekt jest odpowiedzią na potrzebę otwartego dialogu i współpracy urzędów z mieszkańcami. Z jednej strony administracja chce poprawiać jakość komunikacji z obywatelami i społecznościami lokalnymi. Z drugiej strony, jest przeciążona obowiązkami i na odpowiednie przygotowanie konsultacji brakuje czasu. Naszym celem było więc oddanie do użytku uniwersalnego narzędzia, które wsparłoby w rzetelnym prowadzeniu konsultacje – od planowania, poprzez staranne dobranie grup, po możliwość zarządzania całym procesem i archiwizowania danych” – tłumaczy Anna Przybylska z Instytutu Socjologii UW.
W projekt zaangażował się m.in. Związek Miast Polskich. „Widzimy, jak ważna jest komunikacja administracji samorządowej z mieszkańcami. W wielu kwestiach obywatele mają lepsze rozeznanie niż urzędnicy, stąd konsultacje przed podjęciem ważnej decyzji mają szczególne znaczenie zarówno dla jej poprawności merytorycznej, jak i dla jej odbioru przez mieszkańców” – powiedział Tomasz Potkański, Zastępca Dyrektora Biura Związku Miast Polskich. Zwraca przy tym uwagę, że w polskim systemie prawnym prowadzenie konsultacji społecznych jest wymagane ustawami, lecz w praktyce jedynie formalne spełnianie tego wymogu nie wystarcza, bo oczekiwania mieszkańców co do przebiegu procesów partycypacyjnych rosną i to szybko. „Samorządy, administracja terenowa i centralna potrzebują coraz lepszych narzędzi, które pomogą komunikować się na etapie konsultacji i zachować wysoką jakość debaty. Procesy partycypacyjne mają szereg słabości, które platforma wDialogu może pomóc pokonać” – dodaje i wymienia typowe mankamenty towarzyszące zazwyczaj konsultacjom społecznym: niedostateczne przygotowanie materiałów do konsultacji przez urzędy, czasochłonność konsultacji, różne grupy mieszkańców mają własny punkt widzenia na daną sprawę, co utrudnia ustalanie kompromisowych rozwiązań zadowalających społeczność. „Problemem obecnie prowadzonych konsultacji jest niedostatek rzeczowej rozmowy pomiędzy samymi mieszkańcami. Konwencjonalne formy konsultacji nie tworzą na to przestrzeni. Platforma internetowa wDialogu pozwala moderować konsultacje w taki sposób, by kolejni jej uczestnicy mogli zapoznać się ze wszystkimi argumentami i się do nich odnosić. To w połączeniu z możliwością debatowania poza godzinami pracy daje dużo większe możliwości wypracowania rozwiązań satysfakcjonujących różne grupy interesów” – podkreśla Tomasz Potkański.
Po testach i pilotażu platforma gotowa do wdrożenia
Platforma wDialogu jest już po fazie testów przeprowadzonych w kilku gminach. Urzędy testowały rozwiązanie w trakcie prawdziwych konsultacji społecznych dotyczących wykorzystania przez mieszkańców przestrzeni miejskiej. Obecnie kończy się faza pilotażu, do którego zgłosiło się kolejnych osiem gmin i który zakończył się sukcesem. Równolegle finalizowane są rozmowy o zawarciu umowy z Urzędem Marszałkowskim Województwa Mazowieckiego oraz trwają rozmowy z innymi urzędami marszałkowskimi „Testy i pilotaż pokazały, że udało nam się stworzyć użyteczne i efektywne narzędzie wspierające dialog administracji z mieszkańcami. Teraz bardzo nam zależy na znalezieniu optymalnej ścieżki zapewnienia gwarancji i trwałości oprogramowania. Najlepiej, aby platforma mogła być utrzymywana z zapewnionym jej dalszym rozwojem funkcjonalnym przez centralną jednostkę administracji. Bardzo liczę na zawarcie porozumienia z Ministerstwem Cyfryzacji, które w kolejnych latach pomogłoby utrzymać rozwiązanie i rekomendować je wszystkim urzędom” – dodaje Anna Przybylska.
Jakość konsultacji społecznych jest ważna
Aby przeprowadzić wartościowe konsultacje społeczne, tzn. takie, które skutkować będą optymalnymi dla obywateli rozwiązaniami, potrzebna jest wiedza z zakresu badań społecznych. W dobie ciągle rosnącej liczby wdrażanych inicjatyw przez administrację publiczną, konsultacji nieustannie przybywa i nie zawsze są one prowadzone prawidłowo. Najczęściej popełniane błędy to niewłaściwy monitoring rekrutacji do grup biorących udział w debatach, eliminacja grup wykluczonych oraz tworzenie nieproporcjonalnych składów uczestników debat, które w dyskusji dominują inne podgrupy. Innym mankamentem jest brak wypracowanych standardów dla prowadzenia konsultacji, a także brak dobrych praktyk w zakresie komunikacji między urzędami i w samych urzędach. W rezultacie wiele wdrażanych projektów jest realizowanych nie w pełni zgodnie z oczekiwaniami obywateli, co również pociąga za sobą marnotrawienie środków finansowych i niewłaściwą ich alokację. Konsultacje potrzebują współpracy osób, które znają się na metodologii konsultacji oraz osób, które dostarczają wkładu merytorycznego. Konsultacje niejednokrotnie są prowadzone w pośpiechu, obywatele nie zawsze mają sposobność się o nich dowiedzieć; materiałów przygotowujących obywateli do debaty jest niewiele lub nie ma ich wcale.
„Warto podkreślić, że zamiast oddawać realizację konsultacji społecznych firmom zewnętrznym, które za projekt każdorazowo pobierają wynagrodzenie, dzięki darmowej platformie urzędy mogą wdrożyć wysoki standard procesu konsultacji i przeprowadzić go samodzielnie, oszczędzając w ten sposób środki” – dodaje Anna Przybylska.
Rozwiązane mankamenty
Wykorzystanie uniwersalnego narzędzia do planowania i prowadzenia konsultacji może przynieść urzędom wiele korzyści. Po pierwsze, system gwarantuje centralizację informacji, danych i procesów, co oznacza, że poszczególne działy w danym urzędzie mogą wiedzieć, nad czym w zakresie konsultacji pracują inne działy. Wprowadzone do systemu informacje nie giną, a cały wkład w projekt nie idzie na marne, gdy np. osoba odpowiedzialna za konsultacje odchodzi z pracy lub jest na długotrwałym zwolnieniu.
Centralizacja daje też możliwość wdrażania wzorców i dobrych praktyk, którymi łatwiej się dzielić – nie tylko w ramach jednego urzędu, ale także między instytucjami. To duża szansa na agregowanie know how i materiałów badawczych oraz ciągłego podnoszenia jakości konsultacji przy minimalnym koszcie operacyjnym.
„wDialogu może służyć jednostkom regionalnym do analizowania danych i informacji cząstkowych pochodzących z urzędów lokalnych. Obecnie w skali kraju nie ma narzędzi, które wspomagałyby takie analizy, a przecież są one ważne, jeśli administracja chce wdrażać inicjatywy pożyteczne dla obywateli na poziomie regionalnym. To jeden z fundamentalnych warunków poprawy komunikacji urzędów centralnych ze społecznościami lokalnymi – komunikacji, która bazuje na rzeczywistych potrzebach i oczekiwaniach społeczeństwa” – dodaje Anna Przybylska.
Jak działa platforma wDialogu?
Platforma jest dostępna poprzez przeglądarkę internetową i ma dwa interfejsy: urzędnika i obywatela. W interfejsie urzędnika udostępniona jest funkcjonalność do zaplanowania i przeprowadzenia konsultacji oraz narzędzia do komunikacji wewnętrznej w urzędzie. Platforma wspiera projektowanie i prowadzenie debat w formie bezpośredniej, jak również zdalnej (online), oferując możliwość prowadzenia debaty w trybie głosowym i tekstowym. Użytkownik ma pełną swobodę w zakresie szeregowania etapów konsultacji (debat, spotkań, ankiet) oraz formowania pytań, które mają być omawiane przez obywateli. System oferuje również bogate możliwości selekcji uczestników debat, dopuszczając wiele kryteriów zawężających grupy docelowe. Dzięki temu można zyskać pewność, że osoby faktycznie biorące udział w konsultacjach, stanowią grupę reprezentatywną o proporcjonalnym składzie.
W interfejsie obywatela udostępnione są przede wszystkim funkcjonalności wspomagające zdalny udział w debatach – głosowych lub tekstowych, oczywiście przy udziale moderatora. Co istotne, platforma była testowana przez osoby niepełnosprawne i jest dla nich dostępna.
„Oczywistym walorem platformy jest jej nieodpłatna dostępność i otwartość kodu. Chciałbym jednak mocniej podkreślić to, że w kontekście konsultacji społecznych jest to najlepiej w Polsce dostosowane narzędzie do potrzeb osób niepełnosprawnych z różnymi typami niepełnosprawności. Oprogramowanie powstawało przy udziale reprezentantów środowisk osób niepełnosprawnych i jest skonstruowane tak, aby nawigacja dla nich była ułatwiona i maksymalnie intuicyjna” – dodaje Tomasz Potkański.
Więcej informacji o projekcie i rozwiązaniu wDialogu znajduje się pod adresem: http://wdialogu.uw.edu.pl/
1 milion złotych – tyle INNOventure przeznaczy na prace badawczo-rozwojowe spółki technologicznej Exon. Pieniądze mają pomóc rozwinąć kolejny pomysł firmy, który jest połączeniem IoT i sztucznej inteligencji. To pierwsza inwestycja funduszu w przedsiębiorstwo, które już sprzedaje swoje rozwiązania. „Przekonał nas sposób, w jaki Exon wykorzystał pieniądze wygrane w poprzednich konkursach dla startupów”, mówi Marcin Molo, partner zarządzający INNOventure.
INNOventure jest wspólną inicjatywą Krakowskiego Parku Technologicznego i inwestorów prywatnych w ramach programu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju – BRIdge Alfa. Do tej pory inwestował głównie w projekty pochodzące ze środowisk naukowych i będące na wczesnym etapie prac badawczo-rozwojowych. Tym razem zespół funduszu zdecydowali się na inny krok i wsparł firmę, która nie tylko pracuje nad rozwojem technologii IoT dla biznesu, ale też sprzedaje już swoje produkty.
– Ciągle powtarzam, że umiejętność pozyskania klientów dla swoich rozwiązań jest równie ważna jak sama technologia – mówi dr Marcin Molo, partner zarządzający w INNOventure. – Inwestując w kolejny pomysł Exon, chcemy pokazać, że nie jesteśmy tylko dla firm na bardzo wczesnym etapie rozwoju, a również dla tych, które chcą się dalej rozwijać i tworzyć kolejne innowacyjne produkty.
W zdobyciu kolejnych środków na rozwój nie przeszkadzają również inne dotacje, jakie uzyskują w czasie swojej działalności młode firmy. Exon jest laureatem kilku różnych konkursów dla startupów, w których udało mu się wygrać kilkaset tysięcy złotych.
– I w Polsce, i na całym świecie zaroiło się od konkursów dla startupów. Wciąż jednak zdarza się, że firmy, które wygrywają i zdobywają środki na rozwój, konkursowe pieniądze po prostu przejadają. Z tym większym zainteresowaniem śledzimy losy takich przedsiębiorstw, które dobrze wykorzystały tego typu zastrzyk gotówki. Historia dotychczasowych inwestycji w spółkę i analiza jej rozwoju pozwala nam stwierdzić, czy firma umie zarządzać swoimi finansami i potrafi strategicznie myśleć. Takie potwierdzone umiejętności są dla nas dodatkowym argumentem do zainwestowania w projekt – dodaje Molo.
Firma Exon została w 2014 r. laureatem konkursu na najlepszy biznesplan, realizowany w ramach „Programu wspierania przedsiębiorczości w Toruniu na lata 2014-2020”. Wygrane wtedy 200 tys. zł pozwoliło na stworzenie pierwszych produktów i zdobycie pierwszych klientów. Rozwiązania firmy Exon znalazły nabywców m.in. w takich krajach jak: Finlandia, Węgry, Arabia Saudyjska, Kuwejt, Australia, Rumunia. To przekonało fundusz INNOventure, że warto udzielić jej wsparcia na dalszy rozwój w wysokości miliona złotych.
Obecnie zespół Exon skupia się na rozwoju platformy Synati, która jest połączeniem Internetu Rzeczy oraz sztucznej inteligencji. To właśnie na zaawansowane prace nad Synati przeznaczone zostaną pieniądze od INNOventure.
W nowocześnie zarządzanych firmach na dbanie o komfort pracy i pracownika obecnie kładziony jest bardzo duży nacisk. Specjaliści od HR i PR organizują coraz to ciekawsze benefity, dzięki którym budują pozytywny wizerunek przedsiębiorstwa i ściągają do firm najlepszych specjalistów branżowych.
Terminowa pensja to podstawa pracy każdego człowieka. Coraz częściej firmy oferują pracownikom także ciekawe dodatki, w postaci na przykład pakietu medycznego, ubezpieczenia grupowego, czy zniżek pracowniczych. Po co właściwie są te benefity?
– Dodatki, które firmy oferują pracownikom, to nie tylko dbanie o korzystny wizerunek firmy, dobry PR i wysoką kulturę przedsiębiorstwa. To także magnesy, pozwalające na zwiększenie satysfakcji z pracy, a tym samym poprawę efektywności osób zatrudnionych. Takie gesty ze strony pracodawcy wpływają też pozytywnie na budowanie lojalności pracownika – mówi Maja Biernacka, ekspert komunikacji wewnętrznej, autorka bloga Komunikacja wewnętrzna od kuchni.
Karty sportowe, czy prywatna opieka medyczna to, można powiedzieć, już standardowe benefity obecne w dużych firmach. Pojawiają się kolejne ciekawe oferty kierowane do pracowników. Tutaj prym wiodą głównie firmy z branży IT, czy e-commerce, które wzorują się na amerykańskich prekursorach tego typu udogodnień, czyli Google i Facebooku.
Natalia Dykiert, HR manager z firmy Currency One
– W naszej firmie zatrudniamy ponad 80 osób, którym zapewniamy dwa razy w tygodniu świeże owoce i warzywa, ponadto masaże relaksacyjne, zajęcia językowe, pokój chillout ze stołem do piłkarzyków, biblioteczkę firmową. Wszystko oczywiście bezpłatnie – wylicza Natalia Dykiert, HR manager z firmy Currency One.
Firma ma też pracownicze pakiety medyczne, ubezpieczenie, karty sportowe, czy dofinansowanie uczestnictwa w biegach. Największą sensację wśród odwiedzających poznańskie biuro Currency One wzbudzają jednak … hulajnogi, którymi pracownicy przemierzają odległości na korytarzach firmy.
Osoby odpowiedzialne za human relations podkreślają, że wszystkie te bonusy wpływają na przyjazną atmosferę pracy, pozytywną motywację pracowników, co wpływa lepsze efekty pracy i zadowolenie pracownika. – A to w konsekwencji przekłada się na zadowolenie klienta. Zadowolony pracownik to zadowolony klient – podkreśla N. Dykiert.
Amazon proponuje na przykład bezpłatne dojazdy do oddziałów firmy, a Allegro miedzy innymi firmowe przedszkole i żłobek, czy pikniki rodzinne. Do dobrodziejstw oferowanych zatrudnionym wlicza się także najczęściej zniżki na firmowe produkty czy usługi, premie, paczki świąteczne, spotkania integracyjne, szkolenia i warsztaty rozwojowe.
– Ważne jest jednak by odpowiednio dobierać benefity do pracowników, ich potrzeb i zainteresowań. Na wybór aktywności wpływa też rynek i strategia firmy. Jeśli przykładowo przedsiębiorstwo chce się rozwijać międzynarodowo, dobrym benefitem będą bezpłatne lekcje języka obcego, a jeśli chce poszerzać obszary działalności, rozwijać się i być bardziej profesjonalna – dofinansowanie działań rozwojowych jak kreatywne warsztaty, udział w konferencjach specjalistycznych, czy studia podyplomowe – dodaje N. Dykiert.
Bogata oferta wewnętrzna przedsiębiorstw dla pracowników staje się coraz bardziej zauważana w Polsce. Firmy podkreślają bardzo silnie korzyści pozapłacowe na stronach firmowych, w zakładkach kariera, w ogłoszeniach rekrutacyjnych, czy na profilach społecznościowych. W ten sposób walczą o pracowników, o kandydatów, pokazują firmę w dobrym świetle jako odpowiedzialną społecznie.
Na europejskim rynku samochody z napędem alternatywnym zdobywają coraz większą popularność i odnotowują kolejne rekordy kosztem modeli z silnikami zasilanymi olejem napędowym. Również w Polsce łączny udział diesli w coraz częściej wybieranym wynajmie długoterminowym systematycznie spada, a na popularności zyskują hybrydy oraz auta z napędem benzynowym.
Zmiany preferencji zakupowych wśród menadżerów flot są coraz bardziej zauważalne. Dotyczą one przede wszystkim form finansowania samochodów firmowych i rodzajów napędów. Zgodnie z danymi JATO Dynamics samochody AFV (hybrydy, elektryczne i plug-in hybrid) odnotowały w tym roku drugi najwyższy udział w rynku.
Według najnowszych danych płynących z rynku europejskiego, liczba rejestracji samochodów z ekologicznymi napędami wyniosła we wrześniu ponad 1,2 mln. Oznacza to wzrost rok do roku o 5,6 proc. W 2017 roku zarejestrowano łącznie prawie 13,2 mln samochodów AFV, co oznacza wzrost rok do roku na poziomie 3,6 proc. – czytamy w raporcie JATO Dynamics.
Firmy nadają rytm – wynajem długoterminowy staje się hitem
Na polskim rynku za wzrosty sprzedaży odpowiada niezmiennie nabywca instytucjonalny. Zgodnie z danymi, które zebrał Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego w raporcie za pierwsze trzy kwartały 2017 roku, liczba rejestracji nowych pojazdów na firmy wzrosła rok do roku o 20,7 proc. – nabywcy indywidualni wygenerowali w tym czasie wzrost na poziomie 10,5 proc.
„Marki z segmentu premium cieszą się na naszym rynku rosnącym zainteresowaniem. W ciągu pierwszych trzech kwartałów liczba rejestracji samochodów luksusowych wzrosła o 24,1 proc. Klienci wybierają najczęściej małe i średnie SUV-y, które odnotowały wzrost zainteresowania o ponad 20 proc.” – wyjaśnia Piotr Kurpiński, kierownik salonu Lexus-Żerań.
Według danych zebranych przez KPMG w 2016 roku firmy leasingowe sfinansowały zakup 193,8 tys. samochodów osobowych, a rynek leasingu w Polsce wyniósł na koniec ubiegłego roku 20,6 mld zł tylko w przypadku samych pojazdów osobowych.
Rynek kredytów – w przeciwieństwie do leasingu – skurczył się. Na taką formę finansowania decydują się bowiem najczęściej osoby prywatne. Na koniec 2016 roku bankowe portfolio kredytów samochodowych miało wartość 10,9 mld zł – czytamy w raporcie „Stan branży motoryzacyjnej oraz jej rola w gospodarce” przygotowanym przez KPMG.
„W segmencie aut premium większość samochodów kupowanych jest na firmę, a w prawie stu procentach przypadków klienci wspomagają się finansowaniem bankowym. Najczęściej jest to klasyczny leasing, a w ostatnim czasie coraz większą popularnością cieszy się wynajem długoterminowy. Co ciekawe, ta ostania forma staje się również coraz ważniejszą formą finansowania nie tylko w przypadku aut służbowych, ale i o wiele tańszych prywatnych. Popularność tego rozwiązania jest prosta do wytłumaczenia. Można użytkować samochód, płacąc za usługę miesięczny abonament, coś na wzór abonamentu telefonicznego. Co więcej, w przypadku wyboru topowej wersji tej usługi użytkownik musi dbać tylko o zakup paliwa i płynu do spryskiwaczy” – dodaje Piotr Kurpiński, Lexus-Żerań.
Udział diesli spada – zyskują auta ekologiczne
W trzecim kwartale 2017 r. kontynuowane były w Polsce zauważalne zmiany w udziale poszczególnych napędów samochodów znajdujących się w wynajmie długoterminowym – czytamy w raporcie Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów.
Udział samochodów z silnikiem Diesla ciągle spada – na koniec września 2017 roku liczba aut z takim napędem zmniejszyła się o prawie 5 proc. w ciągu ostatniego roku. Popularność zyskały samochody z silnikiem benzynowym – ich udział wzrósł o 4,5 proc. W przypadku samochodów ekologicznych, a więc z napędem hybrydowym i elektrycznym, liczba aut obsługiwanych przez firmy zrzeszone w PZWLP urosła w ciągu ostatniego roku 2,5-krotnie. Pod kątem liczby rejestracji samochody te stanowią nadal margines floty w porównaniu do diesli i aut benzynowych, ale warto zaznaczyć, że tylko w ciągu trzeciego kwartału bieżącego roku w wynajmie długoterminowym przybyło ponad 200 aut hybrydowych oraz 13 aut elektrycznych.
Skąd takie zmiany? Specjaliści PZWLP podkreślają, że eksploatacja samochodów z silnikami benzynowymi pod kątem finansowym jest obecnie zbliżona do aut z silnikami Diesla. Co więcej, firmy zwracają baczniejszą uwagę na kwestie związane z ochroną środowiska – stąd rosnąca popularność hybryd i samochodów elektrycznych.
Wystąpienie Powella przed komisją senacką. Ważny krok dla reformy Trumpa. Zgoda co do rachunku za rozwód. PKB w USA oraz inflacja w Niemczech.
“Inflacja, głupcze!”
Wczoraj doszło do zwyczajowego wystąpienia kandydata na szefa FED przed Komisją ds. bankowości w senacie. Jerome Powell prezentował swoją wizję przewodzenia najważniejszym bankiem centralnym świata. Następca Yellen wielokrotnie podkreślał rolę inflacji w kształtowaniu polityki monetarnej. Powell przyznał, że „jest coraz więcej przesłanek za podwyżką na kolejnym posiedzeniu Fed”, co zapewne zamyka temat grudniowego posiedzenia. Dużo ciekawsze były jednak słowa dotyczące dalszej ścieżki podnoszenia stóp. Przyszły prezes FED podkreślił, że to dynamika cen będzie ją kształtować i że w przypadku spadku inflacji FOMC również “może spowolnić”. Całe wystąpienie jednak miało mocno optymistyczny wydźwięk, gospodarka ma się dobrze, bezrobocie już jest niskie, a będzie jeszcze niższe, nie widać oznak przegrzania, więc jedynym problemem jest ta nieszczęsna inflacja.
Trump reformator
W czasie gdy Powell opowiadał o swojej wizji, w komisji budżetowej trwała batalia o reformę podatków. Ostatecznie Trumpowi udało się przekonać 12 członków do swojej idei i tym samym droga do głosowania w senacie stoi otworem. A tam republikanie mają większość, choć raczej wątłą. Wystarczy, że wykruszy się 3 senatorów i ustawa nie przejdzie. Główną kontrowersją związaną z projektem, jest kolejna próba rozmontowania Obamacare. W obecnym projekcie prezydenckim jest zapis o zniesieniu obowiązku posiadania ubezpieczenia medycznego. Prezydent wyraźnie próbuje zagrać all-in i spełnić dwie kluczowe obietnice wyborcze jednocześnie. Patrząc jednak na jego dotychczasową skuteczność na krajowym podwórku, można mieć wątpliwości czy to się uda.
Zgoda na rozwód
Wczoraj obserwowaliśmy zwiększoną zmienność na funcie brytyjskim. Ma to związek z doniesieniami Daily Telegraph, który twierdzi, że UE i UK doszły do porozumienia w sprawie “rachunku rozwodowego”. Był to warunek brzegowy stawiany przez Unię, zanim zaczną się negocjacje na pozostałe tematy. Wspólnota oczekiwała zapłaty przez Londyn 60 mld euro, czyli trzy razy więcej niż chcieli zapłacić Brytyjczycy. Ostateczna kwota ponoć zawiera się w przedziale między 45 a 55 mld euro. Jeśli porozumienie zostanie potwierdzone, to negocjacje brexitowe powinny nabrać tempa, stąd też wczorajsze (jak i dzisiejsze) umocnienie funta.
Kalendarz makro
Dzisiejsza kartka z kalendarza jest pełna ciekawych odczytów. Dzień zaczęliśmy od lokalnych wydarzeń w stylu PKB w Szwecji czy stopy bezrobocia na Węgrzech. Nie zabraknie jednak wskaźników dotyczących najważniejszych walut świata. Euro czeka na koniunkturę gospodarczą w swojej strefie oraz na inflację z Niemiec. Dla dolara najważniejszy będzie odczyt dotyczący dynamiki PKB. Dzisiaj swoje wystąpienia będą mieli także Mark Carney oraz Janet Yellen.
Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Pomimo dynamicznego wzrostu gospodarczego utrzymuje się pewna grupa firm, które mają problem z terminową spłatą swoich zobowiązań.
Małe i średnie spółki notowane na warszawskiej giełdzie borykają się ze wzrostem kosztów oraz spadkiem marż.
Otoczenie wciąż sprzyja inwestowaniu w akcje, ale w Polsce warto postawić głównie na spółki z WIG20.
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI
Sytuacja gospodarcza na świecie jest bardzo dobra. W Polsce PKB wzrósł w III kwartale br. aż o 4,7% rok do roku. Dynamika produkcji jest najwyższa od lat, a bardzo duży popyt obserwujemy również w usługach. W tak dobrym otoczeniu makroekonomicznym jakość portfeli kredytowych banków powinna rosnąć. Tymczasem banki sygnalizują, że poziom tzw. złych kredytów zaciągniętych przez polskie firmy jest podobny jak rok temu. Z terminową spłatą zobowiązań borykają się głównie małe i średnie spółki.
Ta negatywna tendencja widoczna w segmencie „misiów” ma swoje źródło we wzroście kosztów pracy i surowców – nie tylko tych używanych do produkcji, ale choćby kosztów energii. Oprócz presji po stronie kosztowej, duża bariera istnieje także po stronie przychodowej. Spore grono spółek doświadcza spadku marż, a w rezultacie zysków z działalności. Co więcej, wiele przedsiębiorstw produkcyjnych wykorzystuje już w pełni swoje moce i nie ma możliwości istotnego zwiększenia wolumenów produkcji bez znacznych nakładów na inwestycje.
„Inwestycje” to słowo klucz. Ostatnie raporty finansowe pokazały to, że duża grupa małych oraz średnich spółek jest mocno niedoinwestowana i bazuje na możliwie niskich kosztach pracy zamiast na nowoczesnych technologiach.
Ucieczka z błędnego koła
Na rozwój nowych technologii i wdrażanie innych usprawnień potrzebne są znaczne nakłady finansowe. Problem w tym, że kurczące się zyski utrudniają, a czasem wręcz uniemożliwiają spółkom dokonanie tego jakościowego skoku. Dla wielu z nich jedyną drogą ucieczki z tego błędnego koła jest więc podniesienie cen. Jeśli uda się zwiększyć marże, w kolejnych kwartałach ich zyski powrócą na ścieżkę wzrostu.
Proces aktualizacji cenników jest w toku. Rzecz w tym, że firmy mogą sobie pozwolić jedynie na niewielkie podwyżki, a niektóre w ogóle nie mogą podnieść cen. W podwójnie trudnej sytuacji są te spółki, które dużą część przychodów czerpią z eksportu, bo w ostatnich tygodniach złoty umocnił się do innych walut.
Duże spółki atrakcyjniejsze
Otoczenie makroekonomiczne wciąż przemawia za inwestowaniem w akcje. Inwestując na warszawskim parkiecie warto jednak skupić się głównie na spółkach z WIG20. Polskie blue chipy są bardziej atrakcyjne niż „misie”, które są w odwrocie po serii słabych wyników finansowych i mają przed sobą trudny sprawdzian z umiejętności dostosowania się do zmieniających się okoliczności rynkowych.
Oczywiście inwestycyjne perełki można znaleźć też wśród małych i średnich spółek. Inwestując w nie należy jednak zachować większą ostrożność. Choć akcje wielu z nich poddały się wyraźnej przecenie, to w wielu przypadkach spadki były zasłużone. Podczas selekcji należy więc odłożyć na bok argumenty makro, takie jak wzrost PKB. Warto natomiast bardzo dokładnie przeanalizować prognozy zysków spółek i ocenić, na ile realne jest ich spełnienie, biorąc pod uwagę ostatnie raporty i wzrost kosztów.
Znacznie lepszy od prognoz stan finansów publicznych w średnim terminie będzie wsparciem dla krajowego rynku długu. Złoty wyhamował wzrost, we wtorek na EURPLN notując poziomy powyżej 4,20, ale kolejne dobre dane ograniczają ewentualne silniejsze odreagowanie. Dolar lekko wyżej również wspierany solidnymi raportami makro.
Rynek stopy procentowej
Na rynku stopy procentowej podczas wtorkowej sesji doszło do niewielkiego spadku rentowności obligacji skarbowych, widocznego głównie na dłuższym końcu krzywej. Jednym z głównych powodów umocnienia rynku, poza generalnie sprzyjającym pozytywnym sentymentem na świecie, była publikacja przez Ministerstwo Finansów informacji nt. nadwyżki budżetowej w wysokości 2,7 mld PLN w okresie od stycznia do października 2017 r.
Na rynku pierwotnym do końca roku sytuacja zapewne nie ulegnie już zmianie, a tego dowiemy się już szybko. W czwartek Ministerstwo Finansów opublikuje harmonogram aukcji papierów skarbowych w grudniu. Można oczekiwać, że zgodnie z planem MF zorganizuje jedną aukcję zamiany (15 grudnia), a jej wartość ostatecznie powinna być zbliżona do 6-7 mld PLN. Resort finansów będzie korzystał z atrakcyjnych wycen na całej długości krzywej, a emitując teraz papiery jednocześnie ograniczy negatywny wpływ na rynek ze strony podwyższonych emisji w I kw. 2018 r. Perspektywa lepszego od planu wykonania budżetu w 2017 r. sugerować będzie konieczność ograniczenia wartości emisji w perspektywie kolejnych kwartałów, a zatem będzie miała istotny pozytywny wpływ na rynek długu, ale w średnim terminie. Należy przy tym zakładać, że chociaż do końca roku tradycyjnie wydatki sektora budżetowego wzrosną, to ostateczne wykonanie budżetu okaże się znacznie lepsze niż zapowiadane teraz ok. 30 mld PLN (istnieje jedynie ryzyko, że MF część wydatków będzie starało się ponieść w tym roku, aby obniżyć deficyt przyszłoroczny).
Na krajowym rynku, poza najistotniejszymi w tym tygodniu danymi nt. inflacji w listopadzie, w czwartek poznamy jeszcze drugą publikację PKB w III kw. 2017 r. Patrząc historycznie na drugie jej odczyty widać, że w ciągu ostatnich 3 lat dane były raczej korygowane w górę (o średnio 0,1 pkt. proc.). Ani razu nie było korekty in minus, a kilka razy GUS potwierdził wstępny odczyt PKB. Przeważnie odchylenia względem wstępnego odczytu były niewielkie i mieściły się w przedziale 0,1-0,2 pkt. proc. Dla inwestorów ważniejsza może okazać się jednak struktura wzrostu PKB, w szczególności w zakresie wydatków inwestycyjnych. Tu z kolei raczej trudno spodziewać się pozytywnego zaskoczenia (wyzwaniem będzie wzrost o 5%). Po pierwsze, opublikowane zostały dane nt. wykonania budżetów jednostek samorządu terytorialnego, które chociaż pokazują lepszą sytuację niż w 2016 r., to jednak wciąż nie potwierdzają oczekiwanego silniejszego wzrostu wydatków. Po drugie, również słabe okazały się dane nt. inwestycji w sektorze przedsiębiorstw (w tym szczególnie dużych), co również nie daje dużych nadzieje na silniejszy odczyt. Tym samym dla inwestorów dane będą raczej mieszane i nie powinny wpłynąć na oczekiwania w zakresie przyszłej polityki pieniężnej, co dopiero miałoby wpływ na notowania rynkowe.
Przy prawdopodobnej krótkoterminowej stabilizacji rentowności obligacji skarbowych spodziewać się można jednocześnie, że ASW na dłuższym końcu krzywej nieco się zawężą. Aktualnie ASW 10Y utrzymuje się blisko 35 pb., natomiast może krótkoterminowo zawęzić się w okolice nawet 20 pb. podążając za spadającym ASW 2Y (już blisko minus 50 pb.).
Autor: Mirosław Budzicki, PKO Bank Polski
Rynek walutowy
Ostatnie dni na krajowym rynku walutowym przynoszą wyhamowanie zeszłotygodniowych wzrostów wyceny złotego. W rezultacie, we wtorek kurs EURPLN nadal oscylował powyżej 4,20. Na świecie wzrosty wyhamowało też euro w relacji do dolara notując podczas sesji europejskiej okolice 1,19. Wczoraj globalny kalendarz makro zawierał odczyt indeksu Conference Board (w listopadzie na poziomie 129,5 pkt, powyżej oczekiwań). Rynki czekały też na przesłuchanie przed Senatem kandydata na prezesa Fed Jerome’a Powella. We wcześniej przygotowanym wystąpieniu, które opublikowane zostało w poniedziałek Powell bronił dotychczasowych działań banku centralnego mających na celu walkę z kryzysem. Rynek postrzega Powella jako kontynuatora obecnie prowadzonej przez Fed polityki monetarnej, stąd nie spodziewał się niczego zaskakującego. I tak też było. Poglądy obecnego członka zarządu Fed, zaprezentowane przed komisją Senatu USA, wskazują na utrzymanie dotychczasowej linii polityki monetarnej. W ocenie Powella gospodarka Stanów Zjednoczonych nie przegrzewa się, a warunki w niej panujące sprzyjają podwyżce stóp procentowych w grudniu. Niemniej tak jak listopadowe minutes Fed podkreślił on, że ścieżka podwyżek zależeć będzie jednak od inflacji, która pozostaje niska z nieznanych do końca przyczyn.
Lokalnie, na rynek trafiły informacje o świetnym wykonaniu budżetu za ostatnie 10 miesięcy, które mogą poprawiać nastroje. MF poinformowało bowiem, że w okresie od stycznia do października 2017 r. odnotowano nadwyżkę budżetową w wysokości 2,7 mld PLN. Ponadto Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych (BIEC) podało, że jego Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK) w listopadzie spadł o 0,9 pkt, podkreślając przy tym, że ostatnie miesiące wyraźnie wskazują, iż polska gospodarka osiągnęła maksimum swoich mocy, stąd w kolejnych miesiącach przyszłego roku może co najwyżej utrzymywać osiągnięte wyniki. W ocenie instytutu główną siłą napędową dotychczasowego wzrostu pozostaje konsumpcja. Dalszy jej wzrost może jednak silnie ograniczyć inflacja, która dotyczyć będzie w największym stopniu cen żywności. Jednocześnie podkreślono, że tempo napływu nowych zamówień do przedsiębiorstw nie zmieniło się istotnie w stosunku do poprzedniego miesiąca. Duża część przedsiębiorstw korzysta obecnie z dobrej światowej koniunktury. W ocenie BIEC nadal nie widać jednak zwiększonego napływu zamówień na dobra inwestycyjne. W tym kontekście warto będzie zwrócić uwagę na czwartkowe dane wstępne o inflacji CPI za listopad i zrewidowane nt. dynamiki PKP w 3Q17. W przypadku danych inflacyjnych spodziewać się można wzrostu indeksu do co najmniej 2,3% r/r (z 2,1% zanotowanych w październiku), zaś dynamika wzrostu gospodarczego powinna zostać potwierdzona na wstępnie szacowanym przez GUS 4,7% r/r poziomie.
Tymczasem OECD poinformowało wczoraj, że podwyższa prognozę wzrostu PKB w Polsce w 2017 r. do 4,3% z 3,6% a w 2018 r. do 3,5% z 3,1%. Jak wynika z opublikowanego raportu, OECD zakłada, że wzrost gospodarczy Polski nadal napędzany jest przez popyt wewnętrzny, który wspierają rosnące transfery socjalne, zacieśniający się rynek pracy oraz odbicie w inwestycjach, będące pochodną szybszego wydatkowania funduszy unijnych. Ekonomiści organizacji obniżyli też prognozę deficytu sektora general government w br. do 2,1% z 2,9 %, a w 2018 do 2,3% z 3% szacowanych wcześniej. W rezultacie, OECD spodziewa się, że NBP rozpocznie cykl podwyżek stóp procentowych już na początku 2018 r.
Jest to dość optymistyczne podejście biorąc pod uwagę nadal wyraźnie gołębią RPP. Choć część jej członków akcentuje już możliwe podwyżki stóp, gdyby w gospodarce zaczęła narastać presja inflacyjna, twierdząc, że ewentualny wyższy koszt pieniądza miałby ograniczony wpływ na dynamikę inwestycji, to jednak nadal znaczna większość członków Rady uważa, że z uwagi na kontynuację napływu imigrantów, wzrost aktywności zawodowej, ale także niską skłonność firm do podnoszenia wynagrodzeń, dynamika płac w nadchodzących miesiącach nie będzie wyraźnie rosła. W ocenie gołębiej części RPP to powinno stabilizować stopy w okresie najbliższych kwartałów. Taka postawa nie będzie wsparciem dla złotego, który ostatnio zyskuje m.in. dzięki lepszym danych makro przemawiającym za wyższym kosztem pieniądza w Polsce.
Produkcja silnika zostanie uruchomiona w Jelczu-Laskowicach w 2020 roku;
Dodatkowa inwestycja wyniesie 400 milionów złotych.
Toyota Motor Europe ogłosiła dziś, że w 2020 roku rozpocznie produkcję nowej generacji silnika benzynowego o pojemności 1,5 litra w fabryce Toyota Motor Manufacturing Poland w Jelczu-Laskowicach.
Nakłady inwestycyjne projektu wyniosą 400 milionów złotych, co zwiększy dotychczasowe zaangażowanie Toyoty w inwestycje produkcyjne w Polsce do niemal 4,5 miliarda złotych.
Najnowsza generacja silnika jest zaprojektowana w oparciu o nową globalną platformę projektową Toyoty (TNGA – Toyota New Global Architecture). Silnik ten wraz z baterią będzie wykorzystywany w napędach hybrydowych oraz w wersji konwencjonalnej. (Będą w niego wyposażone modele Toyoty, które pojawiać się będą na rynku od roku 2020).
„Jesteśmy bardzo zadowoleni z faktu, że nowy silnik powiększy gamę podzespołów produkowanych w naszych fabrykach. Napędy hybrydowe stanowią obecnie 40% sprzedaży Toyoty w Europie i ich udział wzrasta gwałtownie. Ta inwestycja oznacza, że będziemy mogli sprostać oczekiwaniom rynku” – mówi Eiji Takeichi, prezes zarządu Toyota Motor Manufacturing Poland.
„Dzięki projektowi napędu hybrydowego TNGA będziemy mogli zwiększyć naszą konkurencyjność. Zastosowanie najnowszych technologii Toyoty tworzy nowe możliwości rozwoju dla naszych pracowników i bazy dostawców, zwiększając nasz wkład w rozwój polskiej gospodarki ” – podkreśla Dariusz Mikołajczak, dyrektor fabryki w Jelczu-Laskowicach. „Aby podołać nowym wyzwaniom będziemy wzmacniać nasz zespół o nowych inżynierów i pracowników produkcji – dodaje Mikołajczak.
„PAIH od lat wspiera projekty inwestycje Toyoty w Polsce. Cieszy nas, że firma podjęła decyzję o zrealizowaniu zaawansowanej technologicznie dużej reinwestycji. Polska ma bardzo dobry klimat inwestycyjny, który nie tylko przyciąga nowych inwestorów zagranicznych, ale również obecnych w naszym kraju przekonuje do reinwestowania. Ta decyzja jest tego najlepszym przykładem” – podkreśla wiceprezes PAIH dr Krzysztof Senger.
„Uruchomienie przez Toyotę kolejnej linii produkcyjnej w Polsce nie tylko zwiększa nakłady inwestycyjne tej firmy w naszym kraju i daje nowe – dobrej jakości – miejsca pracy dla polskich inżynierów i techników. Przede wszystkim świadczy o tym, że motoryzacyjni giganci nieprzerwanie stawiają na nasz kraj oraz decydują się na reinwestowanie osiąganych tu zysków. Jeszcze niedawno byliśmy traktowani jako montownia i dostarczyciel taniej siły roboczej. Zerwaliśmy z tym i obecnie kiedy 2 na 3 nowe miejsca pracy w przemyśle europejskim powstają właśnie w Polsce, stajemy się fabryką Europy. Oferujemy inwestorom doskonałą lokalizację, dobre warunki prowadzenia biznesu i świetnie przygotowane kadry. Dzisiaj dodałbym, że reindustralizacja ma oblicze przemysłu motoryzacyjnego, a cała branża stanowi jedno z kół zamachowych polskiego silnika gospodarczego” – zaznacza wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki.
Informacje o Toyota Motor Manufacturing Poland (TMMP)
TMMP posiada dwa zakłady zlokalizowane na Dolnym Śląsku. Fabryka silników w Jelczu-Laskowicach wytwarza 1,5 l silniki benzynowe a także 1,4 l oraz 2,2 l silniki Diesla i zatrudnia blisko 500 pracowników. Jej roczne zdolności produkcyjne wynoszą 180 tys. jednostek napędowych. Zakład w Wałbrzychu produkuje 1,0 l silniki benzynowe oraz manualne i półautomatyczne skrzynie biegów i zatrudnia 1500 osób. Jego możliwości produkcyjne sięgają 371 tysięcy silników oraz 720 tysięcy skrzyń biegów rocznie. Fabryki te zaopatrują montownie samochodów Toyoty zlokalizowane w Europie: Czechach, Wielkiej Brytanii, Francji i Rosji oraz poza Europą: w Turcji, Republice Południowej Afryki i Japonii.
Przeciętnie kilka, kilkanaście sekund poświęca rekruter na analizę jednego CV. Dlatego tak ważne jest, aby zawarte w nim informacje jak najmocniej przykuły uwagę czytającego. Co powinno wysuwać się na pierwszy plan?
Doświadczenie dalej w cenie
Jak wynika z badania firmy rekrutacyjnej Emplocity, rekruterzy, czytając CV, zwracają uwagę przede wszystkim na doświadczenie zawodowe. Większość z nich szuka informacji o wykonywanych obowiązkach (71%) i latach pracy w zawodzie (68%). Nieco mniejszą grupę osób interesuje długość zatrudnienia na ostatnim stanowisku (47%).
Informacje o kompetencjach miękkich wcale nie tak istotne
Równie ważne są umiejętności. Rekruterzy chcą dowiedzieć się z CV, czy kandydat ma kompetencje techniczne (77%) i jaka jest jego znajomość języków obcych (70%). W mniejszym stopniu zajmują ich informacje o kompetencjach miękkich (31%), ponieważ te można ocenić na rozmowie kwalifikacyjnej.
Rekruterzy szukają konkretów
Oprócz tego „rekruterzy bardzo sobie cenią, jeżeli w naszym CV wspomnimy o realizowanych projektach […]. Warto przede wszystkim napisać, jakiego rodzaju były to projekty, na czym polegały, jak się nazywały i jak długo trwały. Z pewnością istotne będą również konkretne informacje o tym, co udało nam się w ramach tych projektów osiągnąć” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Jacek Krajewski, business development manager w Emplocity.
Zdjęcie z imprezy może zdyskwalifikować
Poza tym rekruterzy zwracają uwagę na dołączone zdjęcie. Bardzo ważne jest, aby miało ono charakter biznesowy. Spore znaczenie z punktu widzenia czytającego ma także poprawność językowa tekstu oraz jego odpowiednie formatowanie. Na koniec warto dodać, że dobre CV nie powinno zajmować więcej niż dwie strony formatu A4.
Urządzenia mobilne z systemem Android z miesiąca na miesiąc są coraz bardziej zagrożone. Eksperci ds. bezpieczeństwa firmy G DATA wykryli w trzecim kwartale 2017 roku ponad 810 965 nowych plików będących przykładami złośliwego oprogramowania. Stanowi to wzrost o około 17% w porównaniu z drugim kwartałem.
W tym roku analitycy G DATA odkryli już łącznie 2 258 387 nowych odmian złośliwego oprogramowania. Co istotne, w tym samym kwartale, ale w 2016 r. liczba zagrożeń dla systemu Android była aż o 21% niższa (wynosiła 668,656). Eksperci G DATA prognozują wystąpienie około 3 500 000 nowych odmian szkodliwego oprogramowania dla systemu Android w całym roku.
– Pojawiające się incydenty związane z bezpieczeństwem wymagają ciągłej pracy nad oprogramowaniem antywirusowym i udoskonalaniem produktu— mówi Robert Dziemianko z G DATA. – Dziura KRACK WLAN, czy luki w zabezpieczeniach Blueborne i Gooligan – to tylko niektóre z zagrożeń — dodaje ekspert z G DATA.
Google zwykle reaguje szybko na wszystkie incydenty i publikuje odpowiednie aktualizacje. Faktem jednak jest, że według statystyk, około 21% użytkowników Androida ma zainstalowanego Androida 7.0, który ma już ponad rok. Najnowsza wersja Androida jest w tej chwili prawie nieużywana, a luki w zabezpieczeniach i problemy są cały czas odkrywane. Konieczne jest podjęcie stosownych kroków przez producentów smartfonów. W przypadku wielu urządzeń wszelkie aktualizacje muszą być dostosowane do zmodyfikowanego systemu operacyjnego producenta sprzętu. Często nie jest jasne, czy aktualizacja konkretnego urządzenia będzie dostępna. W większości przypadków mijają tygodnie, a nawet miesiące, zanim zostanie opublikowana.
Polityka znowu wpływa na rynki finansowe. Trzy główne amerykańskie indeksy giełdowe traciły po tym, jak północnokoreański reżim po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy testował rakiety balistyczne. Następnie jednak na giełdy powrócił optymizm i wzrosty w rezultacie przybliżenia republikańskiej reformy podatkowej do głosowania w Senacie (projekt ustawy został przegłosowany w senackiej komisji), do czego ma dojść w czwartek. W obawie przed Koreą Północną traciły też giełdy w Chinach i Hongkongu, ale potem odrobiły straty. Lekko spadła również giełda w Seulu, ale inwestorzy bardziej skupiają się na czwartkowej decyzji Banku Korei w sprawie ewentualnej podwyżki stóp procentowych.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do brytyjskiego funta (-0,63%), a zyskuje do euro (+0,23%), dolara kanadyjskiego (+0,32%), dolara australijskiego (+0,12%) oraz japońskiego jena (+0,19%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,186, GBP/USD – 1,34, USD/CAD – 1,281, AUD/USD – 0,76 i USD/JPY – 111,5. Euro jest minimalnie słabsze wobec japońskiego jena (-0,01%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,2, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,886. Złotówka traci do funta, lekko zyskuje do euro i franka szwajcarskiego i pozostaje na podobnym poziomie do dolara. W środę rano dolar kosztuje 3,54 zł, euro – poniżej 4,2 zł, funt – 4,74 zł, a frank – poniżej 3,6 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. We wtorek londyński indeks FTSE 100 zyskał 1,04%, frankfurcki indeks DAX – 0,5%, a paryski indeks CAC 40 – 0,57%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 0,98%, meksykański indeks Bolsa spadł o 0,1%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 0,11%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei zyskał 0,49%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,13%, a hongkoński indeks Hang Seng stracił 0,23%.
Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej drugi dzień z rzędu kontynuują spadki. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztuje 63,61 USD (-0,36%), a ropy WTI – 57,99 USD (-0,21%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 66 USD. Z kolei cena złota rośnie. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1296 USD. To 3 USD więcej (+0,23%) niż dobę wcześniej.
Biuro Inwestycji Kapitałowych w pierwszych trzech kwartałach br. osiągnęło 13,1 mln zł skonsolidowanych przychodów oraz 2,5 mln zł zysku netto. To wyniki lepsze niż w tym samym okresie poprzedniego roku odpowiednio o 4,5% i 16,7%. Przez dziewięć miesięcy br. wzrosła również wartość aktywów netto o 2,5%. Zarząd spółki zapewnia, że realizowane oraz przygotowywane projekty zapewnią dalszy dynamiczny wzrost skali działania.
Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych i handlowych w pierwszych trzech kwartałach 2017 r. osiągnął ponad 13,1 mln zł skonsolidowanych przychodów, czyli o 4,5% więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Na uwagę zasługuje fakt, że Grupa oprócz tego że wypracowała zysk netto o 16,7% większy względem analogicznego okresu poprzedniego roku, tj. 2,5 mln zł, to jednocześnie obniżyła zadłużenie Grupy do poziomu 55% wartości nieruchomości inwestycyjnych z 59% na koniec ubiegłego roku. W ciągu dziewięciu miesięcy br. Biuro Inwestycji Kapitałowych zwiększyła wartość aktywów netto (kapitałów własnych) o 2,5% do 92,4 mln zł na koniec września br. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych zwiększyła się w tym okresie o 1,2% do 186,8 mln zł.
„Osiągnięte wyniki są zgodne z założeniami. Oczekujemy jednocześnie dalszego, systematycznego i dynamicznego wzrostu skali działania, w związku z realizacją obecnych i przygotowywanych projektów. Będziemy jednak przede wszystkim w dalszym ciągu kłaść silny nacisk na bezpieczne finansowanie realizowanych projektów, aby zachować właściwe proporcje kapitału dłużnego w stosunku do wartości aktywów Grupy” – powiedział Mirosław Koszany, Prezes Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.
„W Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu jesteśmy w trakcie budowy hali o powierzchni 11,5 tys. m2. Dysponujemy też pozwoleniem na budowę drugiego obiektu o powierzchni 13,5 tys. m2, którego realizacja zaplanowana jest w roku 2018. Posiadamy również pozwolenie na budowę centrum logistycznego Kraków III zlokalizowanego w bezpośrednim sąsiedztwie węzła autostrady A4 w Szarowie. Realizacja inwestycji w Sosnowcu i Krakowie zapewni wzrost powierzchni magazynowej BIK łącznie o blisko 80%” – dodał Mirosław Koszany.
„Z kolei w ramach segmentu handlowego jesteśmy w trakcie realizacji parku handlowego w Radomiu, który dostarczy 5,2 tys. m2 powierzchni. Zakończenie inwestycji planowane jest na połowę marca przyszłego roku. Realizacja tej inwestycji zapewni wzrost powierzchni handlowej zarządzanej przez BIK o około 75%” – stwierdził Prezes Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.
Grupa zarządza aktualnie trzema parkami logistycznymi: Centrum Logistycznym Kraków I, Centrum Logistycznym Kraków II oraz Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu o łącznej powierzchni najmu wynoszącej 55,8 tys. m2. W ramach dywersyfikacji działalności zajmuje się także budową i wynajmem nowoczesnych powierzchni handlowych w segmencie parków handlowych (retail parków). Obecnie w portfelu spółki jest w pełni wynajęty Retail Park Karpacka w Bielsku – Białej o powierzchni najmu prawie 7,0 tys. m2.
Po 9 miesiącach 2017 roku Grupa Kapitałowa Work Service wypracowała ponad 1,975 mld przychodów z zyskiem operacyjnym na poziomie niemal 52 mln złotych. Biorąc pod uwagę wyniki z działalności kontynuowanej, dynamiki wszystkich kluczowych wskaźników biznesowych osiągnęły dwucyfrowe wzrosty w stosunku do roku ubiegłego. Ostatnie III kwartały to czas znaczącej transformacji Grupy, zarówno w zakresie struktury, jak i modelu biznesowego. Te działania przełożyły się na stworzenie nowej strategii rozwoju dla Work Service na lata 2018-2020. Zakłada ona zwiększenie aktywności w obszarze działalności transgranicznej, wejście w nowe segmenty rynkowe, poprawę rentowności biznesu, a także większą efektywność kosztową.
Strategia „Work Service 2020” określa główne obszary działalności i rozwoju Grupy Kapitałowej Work Service w nowej strukturze po przeprowadzeniu procesów sprzedaży Grup IT Kontrakt i ProService.
Naszym głównym celem jest umocnienie pozycji lidera w regionie. Stawiamy na rynki Europy Środkowej, które zapewniają dużą stabilność i charakteryzują się ogromnym popytem na elastyczne formy zatrudnienia. Chcemy, aby Work Service stał się graczem na pozycjach od 1 do 3 na każdym rynku geograficznym, na którym działa. W tym celu będziemy dążyć do utrzymania dwucyfrowej dynamiki wzrostu przychodów. Naszą ambicją jest wyższy niż średni wzrost na rynku oraz osiągnięcie rentowności na poziomie wyższym niż średnia dla branży do końca roku obrotowego 2020 – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.
Plan rozwoju biznesowego
Grupa Work Service zamierza wykorzystać pojawiającą się szansę i stać się wiodącym pośrednikiem na międzynarodowym rynku. Będzie to oznaczało kontynuację z modelu krajowego z silnym wsparciem rozwoju wymiany transgranicznej. Sposobem na to ma być rozszerzenie bazy klientów i postawienie na duże międzynarodowe podmioty typu „blue chip”. Budując długofalowe relacje i jednoczesną współpracę na wielu rynkach, będzie budowana wyższa wartość dodana, a co za tym idzie również stabilny zysk. Grupa zakłada, że przy utrzymaniu poziomu ponad 20 tys. polski pracowników, tylko w 2018 roku podwoi liczbę ukraińskich pracowników w Polsce, co będzie oznaczało wynik na poziomie 10 tys. osób. Jednocześnie przewiduje zwiększenie liczby naszych rodaków w Niemczech o ponad 1,5 tys. osób.
Marże za usługi transgraniczne potrafią być do kilku razy wyższe niż te krajowe. Dlatego stawiając na nie chcemy skokowo poprawić naszą rentowność, a także wykorzystać potencjał jaki drzemie w umacniających się trendach migracyjnych w naszej części Europy. Z racji zajmowanej pozycji w regionie mamy dostęp do dynamicznie rozwijających się rynków, potrzebujących tysięcy pracowników, a przy tym borykających się z rosnącymi deficytami kadrowymi – podkreśla Maciej Witucki.
Jednocześnie Work Service przedstawił plan uproszczenia struktury organizacyjnej, zakładającej powstanie jednolitych podmiotów krajowych zajmujących się główną działalnością w postaci pracy tymczasowej. Skład Grupy będą uzupełniać trzy specjalistyczne spółki, odpowiadające za usługi transgraniczne i rekrutacje stałe. Grupa planuje również mocniejsze wejście w nowy segment rynku i postawienie na zapewnienie kadr do centrów BPO/SSC, co pozwoli na przyciąganie pracowników zewnętrznych o wyższych kwalifikacjach. .
Strategiczne założenia finansowe
Wyznaczając swoje cele finansowe na lata 2018-2020, Grupa Work Service przedstawiła również założenia dotyczące efektywności kosztowej oraz rentowności aktywów i kapitału. Główny cel to utrzymanie dwucyfrowego poziomu wzrostu przychodów przy osiągnięciu rentowności na poziomie wyższym niż średni dla branży do końca roku obrotowego 2020. Dlatego już w 2018 roku Work Service zamierza w istotny sposób zmniejszyć zadłużenie. Jednym z głównych elementów, który ma wpłynąć na poprawę wskaźników zadłużenia w pierwszym roku realizacji strategii, ma być finalizacja sprzedaży Grupy Exact Systems, planowana na pierwszą połowę 2018 r. Zgodnie z przyjętą w Grupie Kapitałowej strategią finansowania Zarząd dąży do tego, aby wskaźnik zadłużenia liczony jako relacja długu netto do EBITDA utrzymywać na poziomie nie wyższym niż 2,5x.
Chcemy prowadzić strategię stabilnego rozwoju, dlatego stawiamy na lekkie struktury i większą efektywność. Jeszcze w tym roku przeprowadziliśmy pierwsze procesy ograniczające koszty własne, ale dążymy do tego by wskaźnik kosztów pośrednich na koniec 2020 roku nie przekraczał poziomu 9%. Jednocześnie podejmowane działania biznesowe będą przekładały się na zrównoważone poprawianie rentowności. W najbliższych 3 latach oczekujemy rocznych wzrostów marży EBIT w granicach 200-300 punktów bazowych – dodaje Maciej Witucki.
Budowa na solidnych fundamentach: wyniki po III kw. 2017
W ciągu ostatnich 9 miesięcy Grupa Kapitałowa Work Service wypracowała ponad 1,975 mld przychodów, co stanowiło wynik o niemal 8,5% wyższy niż przed rokiem. W tym samym okresie wynik operacyjny Grupy Work Service wyniósł 51,9 mln złotych, a EBTIDA wyniosła 64,5 mln złotych. Należy jednak zaznaczyć, że w ostatnich miesiącach wyraźnie zmienił się skład Grupy, za sprawą sprzedaży spółek rosyjskich, a także Grupy IT Kontrakt. W efekcie bardziej porównywalne wyniki biznesowe pokazują dane dotyczące działalności kontynuowanej, ponieważ zestawiają one obecnie działające w Grupie podmioty w stosunku do ich wyników z ubiegłego roku.
Wyniki działalności kontynuowanej wskazują na 11% wzrost zarówno przychodowo, jak i zysku ze sprzedaży. Z kolei EBIT i EBTIDA rosną odpowiednio w tempie niemal 16% i 14%. To pokazuje, że biznes, z którym będziemy wchodzić w nowy rok i nową strategię, ma solidne fundamenty oraz perspektywy do dalszego dynamicznego rozwoju – podsumowuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.
Ze względu na niedojście do skutku dwóch planowanych akwizycji, a także niższe niż prognozowane wyniki wybranych linii biznesowych, spółka obniżyła prognozy wyniku operacyjnego na 2017 rok. Skorygowana prognoza zakłada osiągnięcie wyniku 68 mln zł EBIT, wobec pierwotnych założeń na poziomie 85,3 mln zł.
Doniesienia z Korei Północnej o nowych testach balistycznych robią coraz mniejsze wrażenie na rynkach finansowych. Większa uwaga skupiona jest na tematach, które faktycznie coś znaczą. Negocjacje Brexitu oraz ustawa podatkowa USA wyróżniają się. Jesteśmy też o krok od końca miesiąca, co może prowadzić do zaskakujących zwrotów akcji.
Funt brytyjski zaliczył wyraźne przebudzenie pod koniec wtorkowego handlu, a powód jak zwykle ten sam – Brexit i tematy powiązane. Tym razem zapalnikiem były rewelacje The Telegraph, jakoby negocjatorzy z ramienia UE i Wielkiej Brytanii osiągnęli wstępne porozumienie w sprawie tzw. „ustawy Brexitu”. Według gazety strony uzgodniły kwotę ugody, jaką Londyn musi zapłacić Brukseli, w wysokości 60 mld EUR. Choć suma jest bliżej górnej granicy widełek, o których od jakiegoś czasu spekulowano, porozumienie jest pozytywną informacją dla GBP, gdyż otwiera drogę do przełomu w negocjacjach na innych płaszczyznach podczas grudniowej fazy rozmów. Do uzgodnienia w najbliższym czasie są jeszcze kwestie granicy z Irlandią i prawa obywateli UE, ale wygląda na to, że na najbliższym szczycie UE uda się usatysfakcjonować większość państw bloku. Mimo że jak na razie rząd brytyjski zaprzecza doniesieniom prasowym, może to być tylko PR-owa zagrywka przed brytyjską opinia publiczną (zanim rząd znajdzie korzyść z postępów negocjacjach, który zrównoważy krytykę o wysoki koszt porozumienia). Naturalnie nie można zapominać, że proces negocjacyjny potrwa jeszcze długo i z pewnością okresami będzie bolesny dla Wielkiej Brytanii. Jednak przynajmniej w krótkim terminie klimat wokół negocjacji powinien być na tyle pozytywny, że da funtowi wystarczające wsparcie.
Dolar amerykański ma pełną paletę tematów, których może się uczepić, choć zdaje się czekać tylko na jeden. Nowy 17-letni szczyt indeksu zaufania konsumentów nie zrobił na nikim wrażenia. Przesłuchanie nominata na nowego prezesa Fed J. Powella wypadało zgodnie z oczekiwaniami. Nie dowiedzieliśmy się nic interesującego o poglądach Powella i czy jest szansa na istotny zwrot w polityce Fed (raczej nie). Grudniowa podwyżka stóp procentowych jest pewna i zdyskontowana, ale ścieżka w 2018 r. pozostaje we mgle. Stąd inwestorzy podtrzymali uwagę na postępach w reformie podatkowej, gdzie wczoraj senacka komisja ds. budżetu zaaprobowała projekt ustawy, który zostanie poddany pod głosowanie najwcześniej w czwartek, a realnie dopiero w piątek. Nawet jeśli ustawa przejdzie przez Senat, obie izby Kongresu będą musiały zacząć prace nad scaleniem własnych projektów zanim ustawa trafi do prezydenta (jak dobrze pójdzie, to może się to stać jeszcze przed świętami). Wciąż istnieje ryzyko, że Republikanom w Kongresie zabraknie głosów w Senacie (wystarczy dwóch buntowników). Podsumowując, sukces w Senacie nie jest jeszcze wyceniony i powinien dać dolarowi powód do chwilowego rajdu. Ale mnogość etapów między teraz a finalnym podpisem prezydenta nie zachęca do grania va banque w pełnowartościowy rajd waluty.
W kalendarzu na dziś na pierwszym planie inflacja z Niemiec i rewizja PKB z USA. W tym drugim przypadku oczekiwana jest korekta w górę do 3,2 proc. w oparciu o poznane w międzyczasie dane o inwestycjach i zapasach. Pomimo ataków huraganów gospodarka podtrzymała solidne tempo ożywienia, co dobrze rokuje także dla czwartego kwartału – warto o tym pamiętać w kontekście perspektyw USD w średnim horyzoncie. W ciągu dnia usłyszymy komentarze od Dudleya, Yellen i Williamsa z Fed oraz Carneya z Banku Anglii. Uwaga też na niespodziewane wahania związane z porządkowaniem pozycji na koniec miesiąca.
Pracownia Nowych Technologii rozpoczęła działalność na początku 2017 roku. Dzisiaj jest drugą największą kopalnią kryptowalut w Polsce. W listopadzie prawdopodobnie zajmie już pierwsze miejsce.
Obecnie branża ta warta jest 160 mld dolarów i rośnie w bardzo szybkim tempie. Miesięcznie sprzedaje się komputery stworzone do tej działalności za ponad miliard dolarów.
Prowadzenie takiej kopalni w domu jest już nieopłacalne, dlatego robi się to na przemysłową skalę – potrzebny jest tani prąd, dobre miejsce i doświadczony serwis. Rentowność wydobycia jest zmienna. Bywają okresy, kiedy koszty komputerów potrafią zwrócić się w ciągu dwóch miesięcy, a pracować i zarabiać przez kilka lat. Zdarza się też, że rentowność wydłuża się nawet do roku. Należy także uwzględnić wahania kursowe. Dzisiaj inwestycja zwraca się średnio w ciągu dziesięciu miesięcy, komputery amortyzują się w ciągu dwóch lat, ale dalej utrzymują sprawność.
– Kiedyś nawet obsługiwana na domowym komputerze kopalnia kryptowalut była opłacalna. Teraz ten przemysł rozrósł się do znacznych kwot – powiedział serwisowi eNewsroom Szczepan Bentyn, prezes Pracowni Nowych Technologii – Pracownia Nowych Technologii. ma na celu umożliwienie ludziom inwestowania w technologie, ale bez konieczności prowadzenia kopalni we własnym domu, co wcale nie jest proste. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu rynku, Pracownia proponuje przyłączenie się do profesjonalnie prowadzonej kopalni. Jej ambicją jest, poza czerpaniem korzyści z wydobycia, zastosowanie pozyskiwania kryptowalut w innych gałęziach gospodarki.
Kopalnia postawiona pod odnawialnym źródłem energii, jak elektrownia wiatrowa, znacznie zwiększa jej rentowność. Dla całej branży OZE może być to ciekawe uzupełnienie źródeł przychodów.
Pozyskanie energii dla kopalni bitcoinów jest dużo tańsze bezpośrednio ze źródła odnawialnego niż z sieci. To sytuacja win-win dla wydobywcy i producenta. Zaangażowanie w OZE jest celem Pracowni Nowych Technologii. Oprócz tego prowadzi ona szkolenia i rozwija inne projekty w oparciu o technologię blockchain, aby Polska stawała się liderem na tym rynku.
W tej chwili Polska jest na pierwszym miejscu na świecie pod względem wolumenu transakcyjnego w bitcoinach per capita.Wysokość zarobków zależy od kursu bitcoina. Jest to przedział od 80 do 200 proc. – dodał Bentyn.
Jak ocenia dr Maria Andrzej Faliński, jeden z członków Kapituły Programu AdRetail Inspirio, 52% zadeklarowanych użytkowników gazetek promocyjnych sieci handlowych to duży odsetek w naszym społeczeństwie. Ekspert rynku detalicznego podkreśla również, że stosunkowo niedługo mamy do czynienia z nowoczesnym rynkiem.Fakt, że większość konsumentów dokonuje świadomych wyborów zakupowych świadczy więc o dużym postępie.
Natomiast, Norbert Kowalski, przewodniczący Kapituły Programu AdRetail Inspirio, zwraca uwagę na to, że 24% Polaków wciąż nie ufa gazetkom. Jego zdaniem, winne są temu same sieci handlowe, które dotychczas sprzedawały promowane produkty w małych ilościach. Klienci po przeczytaniu gazetki tłumnie odwiedzali sklepy i nie mogli kupić wybranych produktów. Ten błąd zniechęcił wielu konsumentów do tego typu publikacji. Są też tacy, którzy nie czytają gazetek, bo nie mają na to czasu. Dotyczy to 17% osób. Ale dr Faliński uważa, że duża część z nich tak naprawdę nie ma nawyku poszerzania wiedzy. Jednak, jak podsumowuje Norbert Kowalski, od kilku lat zdecydowanie maleje odsetek Polaków, którzy nie mają własnego zdania na temat gazetek lub wykazują obojętny stosunek do ich treści. Obecnie stanowią oni 7%.
Kapitalizacja giełdy amerykańskiej jest największa na świecie. Znajduje się na niej ponad 37 procent globalnego kapitału zainwestowanego w akcje. Na drugim miejscu pod względem globalnej kapitalizacji znalazły się Chiny z wynikiem niecałych 10 procent. Na trzecim miejscu jest Japonia z wynikiem 7.55 procent. Polska giełda nie załapała się do pierwszej dwudziestki.
Źródło: Bloomberg
Powyższa grafika przedstawia kapitalizację giełd na tle globalnym (interesuje nas 6 kolumna). Jak widzimy giełda w Stanach Zjednoczonych stanowi ponad 37 procent globalnej kapitalizacji. Z tego względu została określona mianem najważniejszej giełdy na świecie. Spowodowane jest to systemem finansowania, w USA panuje system angloamerykański. Kapitał pozyskiwany jest głównie z giełdy, a nie tak jak w Europie przez banki komercyjne. Dlatego też w Stanach jest mnóstwo banków inwestycyjnych a w Polsce nie.
Z tego powodu giełda w Stanach Zjednoczonych wyznacza globalne trendy na rynku kapitałowym. Bessa w USA oznacza bessę na całym świecie. Z kolei wyprzedaż akcji w Chinach czy też Japonii przełoży się jedynie na korektę amerykańskiego rynku akcji. Tak było w 2016 roku. Dlatego przy prognozowaniu lub też analizowaniu indeksu WIG 20 musimy patrzeć na giełdę w USA. Poniżej przedstawiono notowania indeksu WIG20 na tle SP500.
Kolorem zielonym zaznaczono indeks WIG20, kolorem białym S&P 500. Jak widać korelacja jest bardzo mocna i główny kierunek wyznaczany jest prze giełdę w Stanach Zjednoczonych. Zatem możemy zauważyć następującą zależność:
Wzrosty w USA = wzrosty lub spadki w Polsce
Spadki w USA = wyprzedaż w Polsce (mniejsze lub większe)
Przy tak abstrakcyjnej wycenie indeksu S&P 500 powyższa reguła powinna zostać zapamiętana. Według banku inwestycyjnego Goldman Sachs prawdopodobieństwo recesji w Stanach Zjednoczonych sięga już 69 procent.
Przy tych wartościach przeważnie dochodziło do mocnej wyprzedaży amerykańskiej giełdy. Oprócz tego warto zauważyć, że na indeksie S&P 500 od dawien dawna nie mieliśmy do czynienia z żadną większą korektą kursu.
Na tle historycznym obecny rajd znalazł się bardzo wysoko. Jeszcze kilkadziesiąt dni i uda nam się pobić najdłuższy wzrost bez 5-procentowej korekty.
WIG 20 – analiza techniczna
Analizując wykres tygodniowy mamy kilka możliwych scenariuszy. Po pierwsze indeks WIG 20 porusza się w kanale wzrostowym, aktualnie notowania znalazły się na dolnej bandzie. Ponadto MACD jest dodatnie, zatem mamy większe prawdopodobieństwo kontynuacji dalszych wzrostów. Aczkolwiek na poziomie 2600 punktów znajduje się bardzo silny opór, które nie powinien zostać pokonany za jednym razem. Jest to także potwierdzone przez dywergencję na MACD (pomimo tego, że MACD jest wzrostowe, to mamy sygnał niedźwiedzi stworzony przez negatywną dywergencję wskaźnika). Gdyby doszło do mocniejszej korekty, to spadki mogą zatrzymać się na bardzo mocnym wsparciu 2200 punktów, aczkolwiek jest to bardzo odległy target.
Notowania WIG20, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Oprócz samej analizy technicznej musimy pamiętać o możliwej korekcie na indeksie S&P 500, która może przerodzić się w globalną korektę.
Ataki hakerskie są obecnie jednym z najpoważniejszych zagrożeń zarówno dla firm, jak i indywidualnych użytkowników. Eksperci od cyberbezpieczeństwa przestrzegają przed kolejną falą złośliwego oprogramowania ransomware, które blokuje dostęp do danych w celu szantażu lub wymuszenia okupu. O ile dużym firmom łatwiej zabezpieczyć się przed takimi zdarzeniami, o tyle mali przedsiębiorcy i indywidualni użytkownicy muszą polegać na własnej czujności i zdrowym rozsądku.
– Cyberataki prowokowane są obecną sytuacją na świecie. Wszyscy chcemy ułatwiać sobie życie, wprowadzamy urządzenia elektroniczne do naszego życia prywatnego, służbowego i do przedsiębiorstw, wiele rzeczy robimy poprzez sieć. To prowokuje przestępców do tego, żeby wykorzystać naszą nieuwagę, pośpiech bądź niefrasobliwość. Krótko mówiąc, technologia spowodowała to, że wychowaliśmy sobie grono ludzi, którzy próbują nas oszukać w cyberprzestrzeni – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Nowak, członek zarządu T-Mobile Polska.
Ze „Światowego badania bezpieczeństwa informacji” firmy doradczej EY wynika, że 57 proc. firm doświadczyło w ostatnim czasie znaczącego incydentu naruszenia bezpieczeństwa. Ponad połowa spośród 1735 ankietowanych przedsiębiorstw jako największe cyberzagrożenie wskazała złośliwe oprogramowanie i phishing, czyli popularną metodę oszustwa i wyłudzenia danych polegającą na podszywaniu się pod inną osobę lub organizację.
W zeszłym tygodniu Zaufana Trzecia Strona przestrzegała przed fakturami i wiadomościami podszywającymi się pod Morele.net, znany sklep ze sprzętem komputerowym online, który dziennie realizuje przeszło 4 tys. zamówień. Stronę e-sklepu odwiedza co miesiąc około 1,5 mln internautów. Niektórzy z nich dostali wiadomości podszywające się pod sklep, które zawierały pliki infekujące komputery użytkowników. Zaufana Trzecia Strona zidentyfikowała wirusa ransomware Flotera.
Oprogramowanie, które blokuje dostęp do danych i żąda okupu w zamian za przywrócenie dostępu, czyli właśnie ransomware, było w ubiegłym roku jednym z głównych cyberzagrożeń. Eksperci z Kaspersky Lab poinformowali, że w ciągu roku częstotliwość takich ataków na firmy wzrosła trzykrotnie. Z kolei ataki na użytkowników indywidualnych przeprowadzane były średnio co 10 sekund. Na coraz większe zagrożenie cyberatakami wskazuje również raport „Cyber Risks 2017”, opracowany przez FireEye i Marsh & McLennan Companies.
Specjalizująca się w cyberzabezpieczeniach globalna firma Fortinet przestrzegła natomiast, że ubiegłoroczna fala ataków ransomware wcale nie osłabnie. Przeciwnie, w kolejnych miesiącach należy się spodziewać wzmożonych ataków, kradzieży lub blokad dostępu do danych w celu wymuszeń i szantażu, a hakerzy będą żądać coraz wyższych okupów.
Ataki hakerskie zagrażają zarówno przedsiębiorstwom, jak i indywidualnym użytkownikom. Członek zarządu T-Mobile Polska ocenia jednak, że dużym firmom i instytucjom łatwiej jest bronić się przed takimi incydentami. Zazwyczaj mają one do dyspozycji odpowiedni budżet i wykwalifikowanych specjalistów.
– Duże firmy mogą korzystać ze wsparcia fachowców czy firm zewnętrznych. Natomiast małe przedsiębiorstwa i prywatni użytkownicy tak naprawdę są zdani sami na siebie. Wszystko zależy od tego, jak potrafimy sobie poradzić z technologią i czy jesteśmy w stanie utrzymać ją w takim stanie, aby była jak najmniej podatna na ataki hakerskie – mówi Włodzimierz Nowak.
Jedną z najczęstszych przyczyn cyberataków jest tzw. czynnik ludzki. Potwierdza to również badanie EY, z którego wynika, że dla 55 proc. firm najpoważniejszą luką systemów bezpieczeństwa jest beztroska lub nieświadomość pracowników. Niefrasobliwość i pośpiech mogą się okazać zgubne także dla indywidualnych użytkowników.
– Żyjemy w ciągłym pośpiechu. Czasami komunikaty, które docierają do nas poprzez internet, staramy się załatwić zbyt szybko i klikamy w otrzymane linki. To błąd. Musimy uważać, żeby nie ulegać prostym zagraniom socjotechnicznym. Linki z promocjami i bardzo atrakcyjnymi ofertami zakupów zwykle zawierają szkodliwe oprogramowanie. Po ściągnięciu na komputer czy urządzenie mobilne mogą przechwycić nasze dane osobowe – przestrzega Włodzimierz Nowak.
Podstawą bezpieczeństwa w sieci jest czujność, uważne czytanie komunikatów oraz unikanie podejrzanych odnośników lub stron internetowych. Kolejnym wymogiem jest aktualna wersja oprogramowania antywirusowego i przeglądarki. To podstawy, które pozwolą się zabezpieczyć przez utratą danych osobowych, informacji, haseł, a w konsekwencji także pieniędzy.
– Jest kilka podstawowych zasad bezpieczeństwa. Jeżeli otrzymujemy link z instytucji, urzędu czy banku, nie klikajmy w niego automatycznie. Najlepiej wpiszmy ręcznie przesłany adres, ponieważ link może być fałszywy i nasze dane pójdą prosto do hakera. Ludzie nie zdają sobie też sprawy z tego, że żaden poważny bank ani instytucja nigdy nie wyślą do nas e-maila z prośbą o potwierdzenie hasła czy podanie danych osobowych. Natomiast przestępcy próbują wykorzystać to, że żyjemy w pośpiechu i coś szybko klikniemy. Tym sposobem można łatwo utracić swoje dane – przestrzega Włodzimierz Nowak.
Członek zarządu T-Mobile Polska ocenia, że przed cyberatakami w sieci może uchronić się każdy, niezależnie od tego, czy jest to duża korporacja, mała firma czy indywidualny użytkownik smartfona. Zakres ochrony powinien być jednak dostosowany do indywidualnych potrzeb i budżetu.
– Wszystko zależy od tego, przed czym chcemy się uchronić. Jeżeli będziemy próbowali zabezpieczyć bardzo rozległe bazy danych, które są wykorzystywane przez wielu użytkowników, to musimy zastosować adekwatne narzędzia, aby monitorować ruch i bezpieczeństwo w tych bazach danych. Natomiast prywatni użytkownicy skupiają się głównie na ochronie własnej prywatności i danych osobowych. Tutaj wszystko zależy od budżetu oraz kwalifikacji i możliwości samodzielnego zadbania o to bezpieczeństwo – mówi Włodzimierz Nowak.
Małe i średnie firmy coraz śmielej wychodzą na zagraniczne rynki, ale liczą przy tym na pomoc banków. Temu służyć ma Platforma Wsparcia Eksportu, nad którą PKO Bank Polski kończy prace. Przedsiębiorcy planujący ekspansję zagraniczną będą mogli znaleźć na niej raporty gospodarcze o poszczególnych rynkach, wizytówki poszczególnych krajów, informacje o tym, jak rozpocząć biznes w danym kraju i na co uważać. Bank zapowiada także dalszy rozwój w państwach, które są szczególnie atrakcyjne dla polskich eksporterów.
– PKO Bank Polski ma świadomość tego, że małe i średnie firmy są niezwykle ważne z punktu widzenia jakości polskiej gospodarki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maks Kraczkowski, wiceprezes PKO Banku Polskiego. – Polscy przedsiębiorcy oczekują od nas nie tylko przedstawienia możliwości i form współpracy z samym bankiem, lecz także wsparcia ich dążenia do rozwoju biznesu na rynkach międzynarodowych. Oczekują tego, żebyśmy rośli razem z nimi, uruchamiali kolejne oddziały w tych miejscach, które z punktu widzenia polskiego eksportera zasługują na uwagę, pomagali w realizacji ich codziennych zadań biznesowych, wszędzie tam jesteśmy obecni.
Małe i średnie firmy odpowiadają za ponad połowę polskiego PKB i tworzą ok. 70 proc. miejsc pracy w Polsce. Samych mikroprzedsiębiorstw o liczbie zatrudnionych do dziewięciu osób było na koniec 2016 roku ponad dwa miliony, a ich łączne przychody sięgnęły niemal 1,046 bln zł, o 7,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Pracowało w nich niemal cztery miliony osób.
Szybki wzrost PKB oraz konsumpcji, poprawa sytuacji gospodarczej krajów Unii Europejskiej, będących głównymi partnerami handlowymi Polski, powodują, że także małe firmy coraz chętniej wychodzą ze swoją ofertą poza granice Polski. Nie zawsze jednak dysponują wiedzą niezbędną do odniesienia sukcesu za granicą. PKO Bank Polski zapowiada uruchomienie platformy, która ma im w tym pomóc.
– Owocem pracy analityków naszego banku jest doskonałe narzędzie, działające w sposób prosty i intuicyjny, ale dające szerokie możliwości rozpoznania wielu rynków, potencjalnie ciekawych dla polskiego eksportera – sto trzydzieści wizytówek ekonomicznych krajów, dziesiątki analiz i różnego typu materiałów pomagających w sposób precyzyjny skierować uwagę polskiego biznesu na poszczególne branże – mówi Kraczkowski. – Jesteśmy w stanie przedstawić szereg ciekawych analiz branżowych, analiz gospodarczych związanych z aktywnością biznesu na wybranych rynkach, poinformować, w jaki sposób realizujemy płatności i pomagamy strukturyzować zagraniczny biznes.
Tylko w I półroczu 2017 roku eksport w złotych zwiększył się w porównaniu z okresem styczeń–czerwiec ubiegłego roku o 7,3 proc. i wyniósł 426,3 mld zł, a import wzrósł o 9,8 proc. do 422,1 mld zł. Największym partnerem handlowym Polski niezmiennie pozostają Niemcy: wartość obrotów z tym krajem wzrosła w eksporcie o 6,9 proc. do niemal 116 mld zł. Oznacza to ponad 27-proc. udział Niemiec w polskich eksporcie. Następne w kolejności są Czechy i Wielka Brytania, które odbierają po 6,4 proc. wartości polskich wyrobów wysyłanych za granicę. Tworzona właśnie platforma ma wesprzeć przedsiębiorców w poszukiwaniu także innych rynków zbytu.
– Trzydzieści cztery profesjonalnie przygotowane raporty ekonomiczne dla poszczególnych rynków, często zawierają również konkretne wskazania ostrożnościowe, pomocne dla polskiego biznesu w czasie, gdy podejmowane są decyzje, gdzie zwiększyć swoje zaangażowanie lub w którym kierunku zwrócić uwagę partnerów biznesowych – informuje wiceprezes PKO Banku Polskiego. – Monitorujemy, kiedy i gdzie odbędą się ważne wydarzenia handlowe, gdzie najlepiej znaleźć potencjalnych partnerów biznesowych. Staramy się również edukować naszych klientów.
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w gronie firm średniej wielkości, zatrudniających od 10 do 49 osób (jest ich w kraju około 30 tys.), sprzedażą na eksport w I półroczu 2017 roku zajmowała się niemal co czwarta firma (24,8 proc.). To o 0,5 pkt proc. więcej niż rok temu. Natomiast wartość sprzedaży eksportowej tej grupy firm wzrosła aż o 13,7 proc. do 24,7 mld zł.
– Intuicyjne, proste rozwiązania, oferowane przez Platformę Wsparcia Eksportu będą doskonałym narzędziem umożliwiającym podjęcie decyzji gdzie, z jaką ofertą i z jakimi partnerami rozpocząć pierwsze kroki w eksporcie – zapewnia Maks Kraczkowski. – Doświadczone firmy i korporacje będą mogły korzystać z zaawansowanych materiałów analitycznych, analiz makroekonomicznych i wizytówek gospodarczych krajów praktycznie z całego świata. Jestem przekonany, że ta forma komunikacji banku z naszymi partnerami biznesowymi zyska ich uznanie.
W 2020 roku w fabryce w Jelczu-Laskowicach ruszy produkcja nowego silnika Toyoty 1.5 TNGA. Będzie on wykorzystywany zarówno w napędach hybrydowych, jak i konwencjonalnych. Oznacza to zwiększenie udziału Polski w rosnącej dynamicznie globalnej produkcji i sprzedaży hybryd Toyoty. Zaawansowany technologicznie produkt made in Poland trafi na rynki na całym świecie. Polskie zakłady będą także jedynymi poza Japonią, w których prowadzona będzie działalność badawczo-rozwojowa koncernu.
– Nowa inwestycja będzie polegała na zbudowaniu w Jelczu-Laskowicach zupełnie nowej linii produkcyjnej silnika 1.5 litra TNGA. To zupełnie nowy silnik Toyoty, skonstruowany od zera – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Mikołajczak, wiceprezes ds. korporacyjnych Toyota Motor Manufacturing Poland. – Wartość inwestycji to około 400 milionów złotych. Planujemy rozpoczęcie produkcji w 2020 roku, więc już niedługo rozpoczną się przygotowania do jej uruchomienia. Silnik będzie produkowany zarówno w wersji konwencjonalnej, jak i do napędów hybrydowych.
W ciągu 20 lat Toyota sprzedała niecałe 11 mln aut hybrydowych. Koncern wprowadził na rynek trzydzieści trzy modele z takim napędem. To między innymi Prius, RAV4, C-HR, Auris i Yaris. W tym roku prognozy mówią o wzroście sprzedaży o 8,4 proc. względem 2016 roku i wyniku 1,5 mln egzemplarzy, które trafią na rynek. Kierowcy w Polsce kupili do tej pory 30 tys. hybryd Toyoty. Hybrydowa oferta koncernu w Polsce obejmuje siedem modeli.
– Nowy silnik będzie produkowany przede wszystkim w wersji hybrydowej. To o tyle ważne, że już w tym roku sprzedaż Toyoty w Europie napędów hybrydowych to około 40 proc. wszystkich samochodów. Planujemy, że około 2019 roku będzie to ponad połowa, a więc tym samym polski zakład będzie mieć bardzo duży wkład w produkcję napędów hybrydowych – mówi Dariusz Mikołajczak.
Ten innowacyjny produkt made in Poland trafi na rynki Toyoty na całym świecie, nie tylko do europejskich fabryk w Czechach czy Wielkiej Brytanii, lecz także do odległej Turcji, Japonii czy RPA. Zdaniem ekspertów to wielka szansa dla Polski.
– Jeżeli Polska ma się stać europejskim centrum produkcji napędów konwencjonalnych i hybrydowych, to decyzja Toyoty o lokalizacji produkcji w naszym kraju jest na pewno cenna. To powinno dać rządzącym do myślenia. Stawiamy nacisk na samochody elektryczne, ale zanim do tej rewolucji elektrycznej dojdzie, po drodze będzie się rozwijać sprzedaż samochodów hybrydowych. Myślę, że w Polsce ten przeskok musi uwzględniać samochody hybrydowe i co się z tym wiąże – także rozmaitego rodzaju ulgi – mówi Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.
Nowa inwestycja Toyoty z pewnością pociągnie za sobą wzrost zatrudnienia, choć – jak podkreśla przedstawiciel Toyota Motor Manufacturing Poland – na razie jest zbyt wcześnie, by określić dokładną liczbę pracowników. Potrzebni będą zarówno inżynierowie, jak i pracownicy produkcji. Rekrutacje ruszą już w przyszłym roku.
– Nie mówimy już o zwykłej montowni, tylko o bardzo zaawansowanych procesach technologicznych. Nie mówimy o taniej sile roboczej. Innowacje i pieniądze wydane na badania i rozwój przyciągnęły kadrę polskich inżynierów. To jest wartość dodana, bo mówimy tutaj o pracy intelektualnej polskich fachowców na rzecz jednego z największych koncernów motoryzacyjnych – podkreśla Adrian Furgalski.
Łączna wartość nakładów Toyoty w Polsce razem z nową inwestycją sięgnie 4,5 mld zł. To czyni Polskę jedną z największych baz produkcyjnych koncernu poza Japonią. W przyszłym roku w Wałbrzychu ma ruszyć produkcja nowoczesnych przekładni hybrydowych, koordynujących współdziałanie napędu elektrycznego i silnika spalinowego. Z kolei fabryka w Jelczu-Laskowicach w lutym tego roku rozpoczęła produkcję silnika benzynowego 1,5 l, które trafiają potem do francuskiej fabryki yarisów. Za dwa lata rozpocznie się tu produkcja silnika 2,0 l. Do tej pory specjalnością jelczańskiego zakładu były diesle.
– W polskich zakładach będziemy też realizowali funkcję badań i rozwoju. Jest to pierwsza taka funkcja poza Japonią, tym samym staniemy się jedną z największych baz produkcyjnych Toyoty w Europie i na świecie. Chcę podkreślić, że dzięki temu będziemy mogli rozwijać nasz zakład, ale też naszych pracowników w oparciu o najnowsze technologie – podkreśla Dariusz Mikołajczak.
– Z roku na rok przedsiębiorstwa coraz więcej inwestują w badania i rozwój, chociaż cały czas cierpimy na brak odpowiednio wysokich nakładów. Wciąż jest to ok. 1 proc. PKB, czyli mniej więcej 20 mld zł. Mamy aspiracje, żeby ten procent zwiększyć do ok. 2 proc. PKB. Co ważne, od kilku lat właśnie przedsiębiorstwa wiodą prym pod względem wydatków na B+R. Wcześniej więcej pieniędzy przeznaczał na to rząd. Dzisiaj firmom takim jak Toyota możemy przypisać 46 proc. tych wydatków – mówi Adrian Furgalski.