Korytarze biometryczne w ciągu kilku lat zastąpią tradycyjną odprawę paszportową na granicach. Przeprowadzimy ją za pomocą smartfona

Korytarze biometryczne w ciągu kilku lat zastąpią tradycyjną odprawę paszportową na granicach. Przeprowadzimy ją za pomocą smartfona 1

Kontrola paszportowa i odprawa przez funkcjonariusza Straży Granicznej w dotychczasowej formie wkrótce zostaną zastąpione przez nowoczesną odprawę biometryczną. Kolejki na granicy znikną, a paszportem stanie się smartfon. Przechodząc bez zatrzymywania przez specjalny korytarz biometryczny, zweryfikujemy naszą tożsamość. To nie kwestia najbliższych lat. Komisja Europejska koordynuje prace nad systemem PROTECT, który zrewolucjonizuje bezpieczeństwo granic. Prace nad systemem trwają także w Polsce.

Wobec dużego ruchu granicznego konieczne staje się usprawnienie i uszczelnienie systemu przekraczania granic. Ma w tym pomóc projekt PROTECT, którego celem jest zbudowanie zaawansowanego, niezawodnego biometrycznego systemu identyfikacji osób. W jego ramach zostanie wykorzystanych wiele technik biometrycznych. Obecnie podczas odprawy weryfikowany jest odcisk palca oraz dwuwymiarowe zdjęcie twarzy. Ale wkrótce na porządku dziennym będą nowe technologie, aktualnie pozostające w fazie laboratoryjnej.

– Mowa tutaj o obrazie trójwymiarowym twarzy, układzie żył dłoni, układzie żył palca, sposobie chodzenia, analizie głosu, ale również o analizie rozkładu ciepła twarzy. Te techniki, połączone ze sobą, zaadaptowane w odpowiedni sposób, pozwolą na odprawę bez zatrzymywania podróżnego. Opracowaliśmy w ramach projektu koncepcję korytarza biometrycznego z różnymi sensorami biometrycznymi, które mają dokonywać weryfikacji tożsamości osoby poruszającej się tym korytarzem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Marcin Kowalski z Instytutu Optoelektroniki Wojskowej Akademii Technicznej.

Taka forma odprawy pozwoli na zmniejszenie kolejek na granicy. Jednocześnie zwiększy bezpieczeństwo, dzięki zastosowaniu różnych technik biometrycznych służących do weryfikacji podróżnych. Ważnym elementem projektu jest odejście od papierowego paszportu i opracowanie nośnika danych, który będzie przechowywał dane osobowe i biometryczne. Jedną z koncepcji jest wykorzystanie smartfona jako nowoczesnego paszportu.

– Każdy teraz ma smartfon, ten smartfon można odpowiednio zabezpieczyć i wyposażyć w chip bezpieczny. Wpisuje się to w działania Ministerstwa Cyfryzacji, które teraz pracuje nad rozwiązaniem mdokumentów. To będzie analogiczne, tylko będzie zawierało wszystkie próbki biometryczne podróżnego – wyjaśnia ekspert z Wojskowej Akademii Technicznej.

Jak wynika z raportu Głównego Urzędu Statystycznego, w ubiegłym roku szacunkowa liczba przekroczeń granicy Polski wyniosła 276,1 mln, z czego blisko 60 proc. dotyczyło cudzoziemców. Według danych Straży Granicznej za 2016 rok na przejściach granicznych na zewnętrznej granicy lądowej Unii Europejskiej na terenie naszego kraju przeprowadzono w sumie 34,8 mln odpraw. Tylko na polsko-ukraińskim przejściu drogowym w Medyce dokonano 5,3 mln odpraw, co średnio daje to ponad 14,5 tys. osób dziennie.

System PROTECT jest realizowany w ramach programu Horyzont 2020. Projekt potrwa trzy lata. Aktualnie minął pierwszy rok jego realizacji, a wdrażanie systemu przeszło już pozytywną ewaluację w finansującej go Komisji Europejskiej.

– Projekt ma zostać zakończony pod koniec 2019 roku, wtedy będą testy demonstracyjne na przejściach granicznych. Jeden z takich testów będzie realizowany przy współudziale polskiej Straży Granicznej na jednym z przejść lądowych w Polsce. Spodziewamy się, że niedługo potem będzie można to rozwiązanie wdrażać – przekonuje dr inż. Marcin Kowalski.

Polacy, którzy pracują nad systemem, mają nadzieję, że z nowoczesnych paszportów biometrycznych w smartfonie skorzystamy już w 2020 roku. Będzie to jednak wymagać zmian w prawie zarówno po stronie Komisji Europejskiej, jak i po stronie wszystkich krajów strefy Schengen.

Gaspol chce rozwiązać problem smogu w Polsce

Z symulacji przeprowadzonej na zlecenie władz Grodziska Mazowieckiego wynika, że wymiana pieców węglowych na kotły gazowe spowodowałaby eliminację emisji rakotwórczego benzo(a)pirenu, dwutlenku siarki, tlenku węgla i pyłów zawieszonych PM10 do atmosfery. Skutki tzw. niskiej emisji, czyli wydzielania substancji toksycznych do atmosfery, są najbardziej wyczuwalne na wysokości do 60 cm nad powierzchnią ziemi, czyli na poziomie, gdzie przewożone są dzieci w wózkach.

– Gaspol jest firmą społecznie odpowiedzialną i od lat zaangażowaną w działania na rzecz ochrony środowiska, szczególnie w obszarze jakości powietrza. W tym roku wystartowała społeczna kampania informacyjna, która informuje jakie są rzeczywiste przyczyny zanieczyszczenia i wpływ unoszących się w powietrzu toksyn na ludzkie zdrowie oraz jakie jest rozwiązanie tego problemu – powiedziała  serwisowi eNewsroom Natalia Rostkowska, rzecznik prasowy Gaspol – W kilkudziesięciu miastach w Polsce pojawią się billboardy ukazujące cztery grupy społeczne najbardziej narażone na szkodliwe działanie zanieczyszczeń powietrza. Są to kobiety w ciąży i ich nienarodzone jeszcze dzieci, seniorzy – osoby po 65. roku życia, ludzie uprawiający sport na zewnątrz oraz małe dzieci. W trzech aglomeracjach – Trójmieście, Warszawie i Górnośląskim Okręgu Przemysłowym ta sama wizualizacja pojawi się także na autobusach miejskich. Oprócz tego uruchomiona została strona internetowa, gdzie można znaleźć informacje na temat smogu. Dostępny jest tam słownik pojęć z nazwami szkodliwych substancji i wyjaśnieniem ich działania, jak również informacje o możliwym rozwiązaniu problemu zanieczyszczeń powietrza. Jest nim wykorzystanie gazu płynnego. Informacje można znaleźć pod adresem www.gaspoldobraenergia.pl – dodała Rostkowska.

Nowy model finansowania szkolnictwa wyższego budzi zastrzeżenia w środowisku akademickim. Nie premiuje uczelni za jakość nauczania

Nowy model finansowania szkolnictwa wyższego budzi zastrzeżenia w środowisku akademickim. Nie premiuje uczelni za jakość nauczania 2

Model finansowania szkolnictwa wyższego powinien zostać wypracowany w dialogu pomiędzy uczelniami a ministerstwem, z kolei zarządzanie uczelnią powinno pozostawać w gestii jej władz i społeczności akademickiej – uważa dr Rafał Majda, kanclerz Uniwersytetu Łódzkiego. Jak podkreśla, współpraca z rządem i biznesem nie powinna determinować zadań uczelni, które od lat pozostają niezmienne. W miniony weekend największa uczelnia badawcza w centralnej Polsce po raz trzeci przyznała prestiżową nagrodę im. prof. Tadeusza Kotarbińskiego za wybitną pracę naukową z zakresu nauk humanistycznych. 

– Jest wiele modeli finansowania uniwersytetów na świecie. W Polsce taki model powinien zostać wypracowany w dialogu pomiędzy uczelniami a Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jestem przekonany, że możemy sobie pozwolić na swój własny model finansowania szkolnictwa wyższego, który musi zostać oparty na naszych dotychczasowych doświadczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Rafał Majda, kanclerz Uniwersytetu Łódzkiego.

Dla publicznych uczelni wyższych głównym źródłem przychodów, które umożliwia prowadzenie studiów stacjonarnych, jest dotacja podstawowa z budżetu państwa. W grudniu 2016 roku MNiSW wydało rozporządzenie, które określa nowe zasady finansowania uczelni wyższych z budżetu i wprowadza nowy algorytm naliczania wysokości dotacji.

Na tej podstawie resort rozdzielił w tym roku ponad 10,1 mld zł między podległe sobie uczelnie publiczne. Po raz pierwszy wykorzystał do tego system POL-on, który zbiera kompleksowe dane o szkolnictwie wyższym w Polsce i stanowi dla ministerstwa narzędzie kreowania efektywnej polityki w tym zakresie. W wyniku podziału dotacji podstawowych na ten rok ponad 50 proc. uczelni – w tym 25 państwowych wyższych szkół zawodowych – otrzymało wyższą kwotę niż rok wcześniej.

W dotychczasowym algorytmie głównym elementem była tzw. stała przeniesienia. To oznacza, że za 65 proc. wysokości dotacji podstawowej dla uczelni wpływała jej wysokość z poprzedniego roku. Według nowych zasad stała przeniesienia ma odpowiadać za 50 proc. dotacji (ten przelicznik jest zmniejszany stopniowo), a element kadrowy i studencko-doktorancki otrzymają wyższą wagę.

Ministerstwo chce, aby model finansowania szkolnictwa wyższego promował jakość, a nie masowość kształcenia. Dlatego w tym roku uczelnie wyższe, które przyjęły maturzystów z najlepszymi wynikami, dostały dodatkowy zastrzyk pieniędzy w wysokości 82 mln zł. To jedno z kryteriów projakościowych w nowym systemie finansowania uczelni publicznych.

– Jest to próba odejścia od dotychczas obowiązującego modelu finansowania uczelni wyższych w taki sposób, aby dostawały one więcej pieniędzy, kiedy mają więcej studentów. Wprowadzone są kryteria nazywane jakościowymi, aczkolwiek wydaje mi się, że bardzo trudno jest mierzyć jakość ilością. Współczynnik SSR, określający stosunek liczby studentów do nauczycieli akademickich, w niewielu przypadkach oddaje prawdziwą jakość uczelni. Jeżeli będziemy mieli znakomitych nauczycieli i znakomitych studentów, to nawet jeśli studentów będzie stu na jednego nauczyciela, uniwersytet będzie bardzo dobry, jeśli będziemy mieli słabych nauczycieli i słabych studentów, to nawet jeśli będzie ich 13, jak chce obecnie ministerstwo, wcale jakość kształcenia nie musi się poprawić – podkreśla kanclerz Uniwersytetu Łódzkiego.

W środowisku akademickim największe kontrowersje wzbudza tzw. wskaźnik SSR (Student Staff Ratio), który określa stosunek liczbowy kadry do studentów. Jego modyfikacja to druga, kluczowa zmiana wprowadzona MNiSW. Zgodnie z propozycją resortu na jednego nauczyciela powinno przypadać w uczelniach akademickich 11–13 studentów. Nowe zasady rozdzielania dotacji publicznych to krok w kierunku zmian planowanych w tzw. Ustawie 2.0., czyli dużej, kompleksowej reformie szkolnictwa wyższego.

– Funkcja uniwersytetu jest nieco inna niż innych instytucji publicznych. Uniwersytet jest miejscem, w którym ludzie zadają sobie najtrudniejsze pytania, w którym zderzają się z najpoważniejszymi problemami. Czasami wynikają z tego korzyści dla społeczeństwa, gospodarki i kultury, ale nie jest to główne zadanie uniwersytetu. Podstawowym jego zadaniem jest umiejętność i odwaga do tego, żeby stawiać te najtrudniejsze pytania – mówi dr Rafał Majda.

Kanclerz Uniwersytetu Łódzkiego podkreśla, że zarządzanie uczelnią powinno pozostawać w gestii jej władz i społeczności akademickiej, która w ramach swojej autonomii może wybrać określony model. Uczelnie wyższe muszą być jednak niezależne od otoczenia biznesowego i politycznego.

– Uczelnie mają swoją ściśle określoną misję, przede wszystkim mają prowadzić badania naukowe i porządnie kształcić studentów. Powinny oddziaływać na społeczeństwo, państwo, kulturę i gospodarkę. Uniwersytet powinien promieniować myślą, dorobkiem intelektualnym, a nie poddawać się temu, co dzieje się dookoła. To nie wyklucza współpracy z otoczeniem gospodarczym, kulturalnym, instytucjonalnym. Natomiast kierunek tej współpracy powinien nakreślać uniwersytet. Nie odwrotnie – podkreśla dr Rafał Majda.

W miniony weekend łódzka uczelnia po raz trzeci przyznała nagrodę im. Pierwszego Rektora Uniwersytetu Łódzkiego Prof. Tadeusza Kotarbińskiego za wybitną pracę naukową z zakresu nauk humanistycznych. To wyróżnienie ogólnopolskiej rangi, którego zadaniem jest promocja humanistyki.

W tegorocznej edycji zwyciężyła praca Doroty Sajewskiej „Nekroperformans. Kulturowa rekonstrukcja teatru Wielkiej Wojny”. Wyróżnienie i nagrodę w wysokości 50 tys. zł laureatka odebrała podczas uroczystej gali w Filharmonii Łódzkiej. Na konkurs wpłynęło w tym roku w sumie pięćdziesiąt sześć prac, z których do finału przeszło pięć.

– Tegoroczni nominowani, ale również nominowani i laureaci poprzednich edycji, świadczą najlepiej o tym, że polska humanistyka jest w bardzo dobrej kondycji. Jesteśmy częścią nauki światowej. Nasz konkurs jest tego dowodem, bo to są prace na najwyższym naukowym poziomie: znakomity warsztat, znakomita erudycja autorów. Myślę zatem, że to, czego brakuje polskiej humanistyce, to odrobina pewności siebie oraz umiejętność promowania tego dorobku, który już mamy, którym możemy i którym powinniśmy się chwalić na świecie – podkreśla dr Rafał Majda.

Nowy Executive Manager działu Construction & Property w Devire

Bartłomiej Rozmus
Bartłomiej Rozmus

Bartłomiej Rozmus objął stanowisko Executive Managera w agencji rekrutacyjnej Devire, biorąc odpowiedzialność za dywizję Nieruchomości i Budownictwa. Bartłomiej posiada ponad 13-letnie doświadczenie w branży. Pracował wcześniej jako Manager w agencji Wyser, Adecco oraz konsultant w agencji Hays, specjalizując się w pozyskaniu oraz weryfikacji kadry managerskiej i inżynierskiej w firmach deweloperskich, wykonawczych oraz agencjach nieruchomości. Obecnie, zdobytą wiedzę i doświadczenie skutecznie wykorzystuje zarządzając zespołem oraz prowadząc procesy rekrutacyjne na wysokie stanowiska na rynku nieruchomości i budowlanym.  

Devire (wcześniej Devonshire) specjalizuje się w prowadzeniu kompleksowych projektów rekrutacyjnych. Firma powstała w 1987 roku, ma biura w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Katowicach oraz Monachium i Frankfurcie. W tej chwili zatrudnia blisko 100 Konsultantów. Posiada również ponad 450 zewnętrznych pracowników biurowych oddelegowanych do klientów, realizujących między innymi projekty IT w modelu IT Contracting. Poza rekrutacją świadczą usługi Outsourcingu IT, Pracy Tymczasowej, Employer Brandingu oraz Doradztwa HR.

W 2017 roku Prezesem Devire został Michał Młynarczyk (wcześniej Dyrektor Zarządzający na Europę Środkową i Wschodnią w HAYS).  Pod jego skrzydłami firma zmieniła strukturę, uruchomiła nowe dywizje i postawiła na nowe technologie oraz dynamiczny rozwój.

Badanie Brother: druk w polskich małych i średnich firmach nadal istotny

  • Dla prawie 80 proc. polskich małych i średnich firm kwestia druku jest istotna
  • Firmy preferują urządzenia laserowe i druk monochromatyczny
  • MŚP chcą drukować taniej, ale rzadko stosują narzędzia do zarządzania drukiem
  • Średni okres eksploatacji sprzętu drukującego w połowie firm to 5 lat

Wyniki badania Brother Polska, przeprowadzonego wśród przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorstw z Polski pokazują, że firmy nadal traktują druk jako istotny element swojej działalności. Drukują dużo, jednak większość z nich nie wdraża rozwiązań, pozwalających im na optymalizację kosztów, procesów i bezpieczeństwa druku.

Dla 80 proc. polskich przedsiębiorstw kwestia druku jest nadal kluczowa lub bardzo ważna. Tradycyjny obieg dokumentów w wersji papierowej jest ciągle istotny dla sprawnego działania wielu organizacji w Polsce. Wynika to po części z regulacji prawnych, dotyczących przechowywania dokumentów w wersji papierowej, takich jak umowy czy dokumenty księgowe. Drugim istotnym czynnikiem jest przyzwyczajenie pracowników do korzystania z dokumentów w wersji tradycyjnej.

„Wyniki naszego badania pokazują, że pogłoski o śmierci druku okazują się przesadzone. Widzimy, że polskie małe i średnie firmy nadal dużo drukują i szacujemy, że w ciągu najbliższych lat to się nie zmieni. Ciekawe jest to, jak ankietowani podchodzą do kwestii oszczędności. Z jednej strony zwracają uwagę na cenę materiałów eksploatacyjnych, z drugiej rzadko stosują rozwiązania techniczne do optymalizacji kosztów druku. Wytłumaczeniem może być tutaj kwestia niedostatecznej świadomości firm. Dlatego tak ważna jest edukacja rynku – w tym małych i średnich przedsiębiorstw – w zakresie korzyści oferowanych przez systemy do zarządzania drukiem. Rozwiązania tego typu stanowią bezpośrednią odpowiedź na bolączki polskich firm związane z produkcją dokumentów, takie jak zakup materiałów eksploatacyjnych, przejrzystość kosztów druku i serwis urządzeń”– powiedział Piotr Baca, Country Manager w Brother Polska.

Dla prawie 96 proc. ankietowanych najważniejszą funkcją wykorzystywanych urządzeń drukujących jest właśnie drukowanie. Badani często korzystają też z funkcji kopiowania (70 proc.). Skanowanie tradycyjne jest nieco mniej popularne, ale nadal stosowane przez większość respondentów (59 proc.). Z drugiej strony skanowanie dokumentów z przesyłaniem skanów na serwer email nie jest rozpowszechnione, tylko 26 proc. uczestników badania deklarowało, że korzysta z tego rozwiązania. Najmniej popularne okazało się faksowanie dokumentów, ponieważ tylko 9 proc. firm odpowiedziało, że nadal korzysta z tej funkcji. Jak dodaje Brother, są to głownie przedsiębiorstwa z sektora publicznego i logistyki. Co ciekawe, pomimo rzadkiego wykorzystywania modułu faksu
w urządzeniach drukujących, firmy podejmując decyzje zakupowe często wybierają modele wyposażone w faks.

90 proc. polskich MŚP drukuje w technologii laserowej, ponieważ jest ona wydajniejsza, szybsza i tańsza niż atrament. Modele atramentowe, choć wykorzystywane przez 39 proc. firm, stosowane są na mniejszą skalę i postrzegane jako urządzenia odpowiednie bardziej dla użytkowników indywidulanych i biur domowych.

Ankietowane firmy w przeważającej większości (87 proc.) drukują w czerni i bieli. Większość dokumentów produkowanych w polskich przedsiębiorstwach to teksty, dokumenty księgowe, zamówienia i umowy, do których wydruku wystarczają modele monochromatyczne. Druk kolorowy jest rzadko wykorzystywany, jego stosowanie deklaruje 10 proc. badanych. W kolorze najczęściej drukują działy marketingu i sprzedaży. Pomimo sporadycznego wykorzystywania druku kolorowego, na etapie decyzji zakupowych firmy zwracają uwagę na to, czy urządzenia drukujące oferują druk
w kolorze.

Przy zakupie urządzeń drukujących polskie małe i średnie przedsiębiorstwa zwracają największa uwagę na koszt materiałów eksploatacyjnych (64 proc. wskazań). Mniejsza waga przywiązywana jest do niskiej awaryjności (40 proc.), szybkości drukowania (38 proc.) i co może być zaskoczeniem, ceny urządzenia (36 proc.). Warty podkreślenia jest fakt, że najmniej istotne dla ankietowanych okazało się być bezpieczeństwo danych, które uzyskało zaledwie 7 proc. wskazań wśród kryteriów zakupowych.

41 proc. ankietowanych firm deklaruje, że średni okres eksploatacji, po którym wymieniają urządzenia drukujące, wynosi 5 lat. Ponad jedna piąta firm kupuje nowe urządzenia co 3 lata. Wymianę sprzętu częściej niż raz w roku deklaruje jedynie 3 proc. firm. Przeważająca większość przedsiębiorstw (73 proc.) użytkujących urządzenia biurowe dokonuje ich wymiany dopiero wtedy, kiedy ulegną zużyciu, awarii lub kiedy jakość ich pracy jest niezadowalająca.

Niemal połowa (45 proc.) firm zapytanych o najczęstsze problemy napotykane w trakcie eksploatacji sprzętu drukującego deklaruje, że nie napotyka na trudności w tym zakresie. Dla 21 proc. badanych problematyczny jest zakup materiałów eksploatacyjnych, a dla 17 – konieczność częstego serwisowania sprzętu.

Mimo, że połowa ankietowanych nie jest zainteresowana outsourcingiem druku, to 40 proc. jest zdania, że usługi tego typu są ważne lub kluczowe dla przedsiębiorstw. Zdecydowana większość (łącznie 96 proc.) w ogóle lub rzadko drukuje z urządzeń mobilnych, takich jak smartfony i tablety. Firmy postrzegają technologie druku mobilnego w charakterze gadżetu konsumenckiego, niedostosowanego w środowisku biurowym.

Informacje o badaniu

Celem badania „Użytkowanie urządzeń drukujących w przedsiębiorstwach” było zweryfikowanie informacji o tym, jak drukują polskie małe i średnie firmy, na co zwracają uwagę podczas zakupu i eksploatacji urządzeń oraz na jakie trudności natrafiają podczas ich użytkowania. Badanie zostało przeprowadzone metodą CATI na zlecenie Brother Polska w maju 2017 roku. Zrealizowała je agencja badawcza ARC Rynek i Opinia. Grupę badawczą stanowiło 307 przedstawicieli polskich firm z sektora MŚP. Przebadano osoby odpowiedzialne za utrzymanie biura oraz przedstawicieli pionów informatycznych firm.

Miesiąc w gospodarce – listopad 2017

raport miesięczny TMSInflacja wróciła do celu

Wstępny szacunek inflacji CPI za listopad należy traktować jako wysoce zaskakujący, bowiem ankietowani ekonomiści nie byli za bardzo przygotowani na uplasowanie się rocznej zmiany dynamiki cen konsumenta na tegorocznych maksimach (2,5 proc. r/r, konsensus: 2,3 proc.). Nasze prognozy podbijały szansę na zaskoczenie (TMS Brokers: 2,4 proc.), czego źródło w dalszej mierze upatrujemy w wyższych cenach paliw oraz systematycznie drożejącej żywności. Nie wykluczamy, że listopad mógł rzutować na nieco wyższych cenach odzieży czy nawet drobnej elektroniki użytkowej. Na podstawie obserwowanych tendencji sezonowych za dość powszechną tendencję uznaje się drożenie dóbr konsumenckich tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, po czym detaliści decydują się na zbicie zawyżonych cen ku wyjściowym poziomom. W grudniu stopa inflacji powinna zdecydowanie powędrować w stronę niższych poziomów. Poza przewidywanymi tendencjami na poszczególnych rynkach towarów i usług konsumenckich, należy oczekiwać solidnie podbitego efektu bazy spowodowanego zeszłorocznym skokiem. W scenariuszu bazowym zakładamy zejście stopy inflacji CPI w stronę 1,8 proc. r/r.

Produkcja na siedmioletnich szczytach

Uwagę obserwatorów polskiej gospodarki ponownie skradła produkcja przemysłowa, której październikowe szacunki wyraźnie przebiły najśmielsze oczekiwania ankietowanych uczestników rynku. Za niższymi wartościami przemawiały nie tylko różnice w dniach roboczych w gospodarce narodowej, mniej korzystne efekty bazy czy nawet ujemne czynniki sezonowe, ale również dość wysoki poziom wyjściowy z września (8,8 proc. r/r). Osiągnięciu 12,3 proc. dynamiki wskaźnika w ujęciu rocznym pomogło pokaźne odbicie w górnictwie i wydobyciu, gdzie z miesiąca na miesiąc odnotowano skok wolumenu na poziomie 13,0 proc. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami miano motoru napędowego gospodarki zyskali producenci maszyn oraz urządzeń (23,8 proc.), którym wtórowały lepsze nastroje podmiotów z branży tekstylnej (21,9 proc.). Napływ tak fenomenalnych danych wyraźnie skłania do rewizji prognoz wzrostu gospodarczego za IV kwartał 2017 roku – na podstawie uproszczonej rekalibracji modelu predykcyjnego spodziewany się zakończenia roku ze wskazaniem rzędu 4,8 proc. r/r.

Lekkie rozczarowanie zapewniła sprzedaż detaliczna, która musiała sprostać dość wysoko zawieszonej poprzeczce przez rynkowy konsensus. Roczną zmianę obrotów w handlu na poziomie 7,1 proc. należy ocenić jako satysfakcjonującą. Zgodnie ze sporządzonymi prognozami solidne odbicie w skali miesiąca odnotowała branża farmaceutyczna, co sygnalizowały między innymi zmiany średnich temperatur w miastach wojewódzkich sugerując możliwość startu „sezonu przeziębień”. Efekt wyższej dynamiki sprzedaży samochodów osobowych w Unii Europejskiej istotnie wpływa również na strukturę obrotów na rodzimym rynku, gdzie obserwuje się wyższe zapotrzebowanie na części do pojazdów czy wzrost popytu na paliwa.

Płace na kolejnych maksimach

Początek 2017 roku przyniósł wysoce uzasadnione obawy o siłę presji płacowej w rodzimej gospodarce. Względnie niskie dynamiki wynagrodzeń były asem w rękawie tych, którzy oczekiwali zachowania monetarnego statusu quo w możliwie jak najdłuższym horyzoncie. Sporządzone przez nas modele symulacyjne wyraźnie wskazują na to, iż wygenerowane impulsy przez rynek pracy nie będą przekładały się na szybkie podbicie cen bazowych, minimalizując tym samym szansę na oczekiwaną podwyżkę stóp procentowych. Nie ulega jednak wątpliwości to, że 7,4 proc. wzrost płacy brutto na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy robi wrażenie – nawet pomimo tego, iż część przyrostu wynika z wypłaty wysokich „trzynastek” w górnictwie. Spodziewamy się podtrzymania powyższej tendencji aż do stycznia przyszłego roku, gdy po dość powszechnych premiach świątecznych nastanie czas podwyżek przez jednego z największych pracodawców w Polsce – Jeronimo Martins.

Odchylenia pomiędzy wartościami faktycznymi oraz ich odsezonowanym wskaźnikiem sugerują, iż najbliższe miesiące powinny obfitować w kolejne rekordy stopy bezrobocia rejestrowanego. Tradycyjnie w raportach Ministerstrwa Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej zauważa się wzmianki o wyższej dostępności programów aktywizacyjnych czy dostatecznie wysokiej ilości dostępnych wakatów. Należy mieć na uwadze, że do spadku wskaźnika istotnie przyczynia się masowa utrata statusu osoby bezrobotnej. Jednym z istotnie ważącym czynników jest wzrost konsumpcji autonomicznej w gospodarce narodowej, której poziom podbijają prosocjalne programy gabinetu Beaty Szydło.

Polityka pieniężna: mało istotna niespodzianka

Ostatnie posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej obfitowało w drobną niespodziankę, która na moment próbowała odwrócić uwagę uczestników rynku od aspektów związanych ze stopami procentowymi. W tym przypadku mowa o zmianie stopy rezerwy obowiązkowej od środków pozyskanych co najmniej na dwa lata do poziomu 0,0 proc. z uprzednio obowiązujących 3,5 proc. Powyższy zabieg należy traktować jako ukłon w stronę sektora bankowego, który już od początku marca będzie mógł liczyć na dodatkowy zastrzyk płynności. Z punktu widzenia ramowych punktów spotkania nie należy mówić o zaskakującym obrocie spraw. Zgodnie z powszechnymi oczekiwaniami Rada zdecydowała się na przyjęcie zrewidowanych prognoz wzrostu gospodarczego oraz inflacji CPI na najbliższe dwa lata. Jastrzębi wydźwięk oczekiwań dotyczących skoku średniorocznych cen konsumenta o 2,7 proc. w 2019 roku wyraźnie łagodziły przedstawione projekcje luki popytowej, która stawiała pod znakiem zapytania konieczność podwyżek stóp procentowych. Dobitnym argumentem za pozostawieniem „wait-and-see” w grze była wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego o braku zmiany gołębiego nastawienia w sytuacji zauważalnego wyostrzenia trajektorii stóp procentowych w opublikowanych projekcjach.

Polityka fiskalna: ograniczenia w handlu nie będą rzutowały na wzrost

W trakcie listopadowych obrad rząd Prawa i Sprawiedliwości zdołał przeforsować przez Sejm ustawę ograniczającą swobodę handlu w niedziele. Pierwsze implikacje związane z nowych aktem prawnym powinny pojawić się od marca przyszłego roku, gdy detaliści będą mogli prowadzić nieskrępowaną działalność w pierwszy oraz ostatni weekend miesiąca. Powyższe obostrzenie wydaje się być wysoce godzące w przyszłe wskazania spożycia indywidualnego, aczkolwiek na podstawie sporządzonych analiz wskazujemy na marginalną szansę załamania konsumpcji z racji na szereg przewidzianych wyjątków. W projekcie przyjętym przez niższą izbę parlamentu zauważa się możliwość handlu na stacjach benzynowych, obiektach handlowych przy istotnych węzłach komunikacji publicznej czy sklepach obsługiwanych przez właściciela. Co więcej, wyniki symulacji wskazują na obecność zwiększonego popytu w piątki oraz soboty, gdy gospodarstwa domowe będą celowo zaopatrywały się dobra rzekomo niedostępne w dzień wolny od handlu. Teoretyczna siła impulsu generowanego przez ustawę bywa porównywana z każdorazowymi obchodami Święta Wojska Polskiego/Wniebowzięcia Matki Bożej czy w skrajnych warunkach zaburzeń na skalę długiego weekendu majowego.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Ekstazy: „YOU TUBE”, „SUPERMAN”, „BATMAN” czy „TRANSFORMERS”

Policjanci CBŚP zlikwidowali w Legnicy wytwórnię tabletek ekstazy. Produkowano tam tabletki z logo „YOU TUBE”, „SUPERMAN”, „BATMAN” czy „TRANSFORMERS”. Policjanci zabezpieczyli elektryczną tabletkarkę wraz z metalowymi stemplami, tabletki ekstazy oraz 3 kilogramy gotowej substancji zawierającej MDMA. Z takiej ilości preparatu można by wyprodukować około 25 tysięcy tabletek ekstazy o czarnorynkowej wartości 250 tysięcy złotych. Do sprawy zatrzymano trzy osoby.

Policjanci z Zarządu w Bydgoszczy CBŚP wpadli na trop produkcji tabletek ekstazy. Zebrany materiał wskazywał, że nielegalny proceder odbywał się w Legnicy. W likwidacji wytwórni brali udział także policjanci z KMP w Legnicy. Tam też zostali zatrzymani dwaj mężczyźni podczas wytwarzania narkotyków. W trakcie działań jeden z podejrzanych zaatakował policjanta, próbując w ten sposób utorować sobie drogę ucieczki. Wówczas policjant użył broni służbowej, raniąc napastnika w nogę. Ten natychmiast trafił pod opiekę lekarską. Pomocy lekarskiej udzielono także zaatakowanemu funkcjonariuszowi.  Do sprawy zatrzymano również 31-letnią kobietę.

Podczas przeszukania pomieszczeń piwniczno-magazynowych policjanci znaleźli i zabezpieczyli narzędzia i przedmioty wykorzystywane do wytwarzania tabletek zawierających MDMA, tj.: elektrycznej tabletkarki wraz z metalowymi stemplami, 7 kilogramów substancji proszkowych wypełniających i koloryzujących, pojemniki z tworzywa sztucznego, blender, maseczki przeciwpyłowe, filtry, sita, wagi elektroniczne, kilkaset pustych woreczków strunowych i gotowe tabletki zawierające MDMA.

Z ustaleń śledczych wynika, że w tej wytwórni prawdopodobnie na masową skalę produkowane były tabletki  z logo „YOU TUBE, SUPERMAN, BATMAN, TRANSFORMERS”. W trakcie przeszukania ujawniono 3 kilogramy gotowej substancji zawierającej MDMA, z której można by wyprodukować około 25 tysięcy tabletek ekstazy o czarnorynkowej wartości 250 tysięcy złotych.

W Prokuraturze Rejonowej w Legnicy troje zatrzymanych usłyszało zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej zajmującej się wytwarzaniem substancji psychotropowych i ich dystrybucją. Dodatkowo jednemu z nich prokurator przedstawił zarzut dokonania czynnej napaści na funkcjonariusza Policji. Sąd Rejonowy w Legnicy zastosował wobec podejrzanych środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres trzech miesięcy.

Nudny jak szczyt OPEC

Przebieg czwartkowych notowań na rynku surowców energetycznych odbywał się pod dyktando najświeższych doniesień z Wiednia, gdzie nastąpiło osiągnięcie konsensusu przez światowych wydobywców ropy. Deklaracje o przedłużeniu porozumienia do końca 2018 roku potwierdziła nie tylko reprezentacji z Arabii Saudyjskiej, ale również z Rosji, Iranu czy dość krnąbrnego Iraku. Ze świeżo ustalonym limitem wydobycia będą musiały się liczyć Nigeria oraz Libia, które uprzednio mogły liczyć na łaskę pozostałych członków z racji na wątpliwą kondycję gospodarczą.

Komunikaty płynące z Wiednia nie powinny być traktowane jako wysoce przełomowe. Baczni obserwatorzy polskiej gospodarki mieli nie lada gratkę, bowiem publikacji rachunków narodowych za miniony kwartał towarzyszyła rewizja rocznego tempa wzrostu do poziomu 4,9 proc. z uprzednio podanych 4,7 proc. W tak fenomenalnym wskazaniu ogromną rolę odegrała dodatnia kontrybucja eksportu netto, której wtórował stabilny wzrost spożycia indywidualnego (4,8 proc.). W drugiej części dnia zmienność złotego lekko podbiła publikacja wstępnej inflacji CPI, która nieoczekiwanie wróciła do środka pasma dozwolonych wahań (2,5 proc. r/r, TMS Brokers: 2,4 proc., konsensus: 2,3 proc.). Spodziewamy się, że silniejszy skok indeksu CPI to przede wszystkim pokłosie sytuacji obserwowanej na stacjach benzynowych, co dodatkowo podbiło dynamikę cen żywności w stronę poziomu 6,0 proc. r/r.

Na koniec dnia polski złoty (0,4 proc.) znajduje się w czołówce walut Emerging Markets, ustępując jedynie argentyńskiemu peso (0,6 proc.) oraz tureckiej lirze (0,9 proc.). W wyraźnym odwrocie znalazł się południowokoreański won (-1,0 proc.), co należy częściowo utożsamiać z efektem wymazywania wczorajszego umocnienia. Zdecydowanie skromniejsze osłabienie notuje południowoafrykański rand (-0,1 proc.), który próbuje ustabilizować parę USD/ZAR tuż pod poziomem 13,7000. Na koniec dnia EUR/PLN balansuje przy poziomie 4,2000, USD/PLN próbuje zejść pod 3,5340, CHF/PLN oczekuje na sygnał przy 3,5920, a GBP/PLN wraca do 4,7760.

Dużo ciekawszą sytuację obserwuje się w koszyku walut G10, gdzie miano lidera listy zgarnia funt szterling (0,6 proc.). Nieco mniej euforyczne nastroje dotyczą euro (0,4 proc.), które nie przejęło się zbytnio słabszą inflacją HICP (1,5 proc. r/r, konsensus: 1,6 proc.) czy niższymi przyrostami cen bazowych (0,9 proc. r/r, konsensus: 1,0 proc.). Ponownie zestawienie zamyka norweska korona ze stratą rzędu 0,6 proc. Tym razem za przeceną skandynawskiej waluty częściowo stoją gorsze wskazania sprzedaży detalicznej, która w ujęciu miesięcznym nieoczekiwanie spadła o 0,2 proc. (konsensus: 0,7 proc.).

W popołudniowej paczce danych z amerykańskiej gospodarki pierwsze skrzypce grała stopa inflacji PCE Core, która zgodnie z oczekiwaniami ankietowanych uczestników rynku przyspieszyła do 1,4 proc. r/r. Za powyższym wskazaniem stoi między innymi rewizja wskaźnika za wrzesień, gdy odnotowano miesięczny skok indeksu cen na poziomie 0,2 proc. (poprzednio: 0,1 proc.). Na dalszym planie znalazła się nieco silniejsza dynamika przychodów gospodarstw domowych, która uplasowała się na poziomie 0,4 proc. wobec 0,3 proc. wynikających z mediany prognoz. Powyższym wskazaniom towarzyszył cotygodniowy raport z rynku pracy wskazujący na chwilową stabilizację ilości złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych (238 tys., konsensus: 240 tys., poprzednio: 240 tys.).

W trakcie czwartkowej sesji na europejskich parkietach obserwowano niekwestionowaną przewagę podaży, z której udało się wyłamać giełdzie w Mediolanie za sprawą wyraźnej poprawy sentymentu wśród spółek z sektora bankowego. W cieniu wzrostów indeksu FTSE MIB (0,2 proc.) znalazła się giełda we Frankfurcie, gdzie DAX (-0,3 proc.) stopniowo przybliża się do okrągłego poziomu 13 000 pkt. Skalę potencjalnych spadków skutecznie próbowały ograniczać Continental (1,9 proc.) oraz Beiersdorf (1,6 proc.) będące beneficjentami wyraźnie podbitego wolumenu. Na dnie niemieckiej giełdy znalazły się walory Munich Re. Do 2,7 proc. ruchu przyczyniła się wypowiedź prezesa spółki, który oczekuje możliwości spadku notowanych marż za sprawą nasilającej się presji cenowej. Nisko znalazły się również akcje RWE (-1,9 proc.) z racji na postępowanie związane z istotnym wpływem spółki na efekt cieplarniany.

W gronie zachodnich indeksów zdecydowanie bardziej pokaźny ruch w stronę południa odnotował londyński FTSE 100 (-0,9 proc.), którego przecenę skutecznie podbijały przecenione 2,5 proc. akcje AstraZeneca. Niezbyt udaną sesję notuje również British American Tobacco po niezbyt przychylnej nocie analitycznej M&G – finalnie tytoniowy potentat zakończył notowania z 2,4 proc. przeceną. Wpływ niezbyt optymistycznych nastrojów próbowały wymazać akcje Mediclinic (4,7 proc.) po najnowszej rekomendacji kupna przez Jefferies z ceną docelową na poziomie 6,16 GBP (obecnie: 5,66 GBP). W cieniu zwyżki potentata z branży medycznej znalazły się BT Group oraz Convatec, które wypracowały ruch odpowiednio na poziomie 2,1 proc. oraz 1,5 proc.

W Warszawie obserwowano częściowe podtrzymanie wczorajszego sentymentu, bowiem w trakcie czwartkowej sesji WIG 20 odnotował „zaledwie” 1,1 proc. zniżkę. Miano najbardziej przecenionych komponentów ponownie zyskały spółki z branży paliwowej. Co więcej, Lotos (-4,9 proc.) oraz Orlen (-4,5 proc.) wygenerowały istotnie techniczny sygnał poprzez przebicie średniej z ostatnich 200 notowań. W cieniu rafineryjnych gigantów znalazła się Energa (-3,2 proc.), której przez moment wtórował Bank Zachodni WBK (-2,5 proc.). W kontrze do spadków znalazły się zwyżkujące 1,4 proc. Cyfrowy Polsat oraz Asseco Poland. Ze zdecydowanie mniejszym plusem sesję zakończył PKO Bank Polski (0,7 proc.) planujący wycofać się z funduszu infrastrukturalnego Marguerite.

Zwyżkową passę skutecznie przełamały styczniowe kontrakty na gaz ziemny, które od początku sesji tracą 4,4 proc. Na fali realizacji zysków znalazły się również marcowe kontrakty na kakao (-2,8 proc.) oraz kawę (-2,9 proc.). Czwartek nie sprzyja również metalom szlachetnym. Ponownie w dość silnym odwrocie znajduje się srebro (-1,2 proc.; 16,3460 USD), któremu tym razem wtóruje złoto (-1,0 proc.; 1 271,30 USD). W przypadku ropy WTI należy mówić o ponownej próbie przełamania okrągłego poziomu 57,00 USD, co rzutuje na 0,5 proc. przecenę surowca względem wczorajszego zamknięcia.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Inwestycje publiczne nieznacznie ruszyły

PKB wzrósł w 3. kwartale 2017 r. o 4,9 proc. r/r. Nakłady brutto na środki trwałe były wyższe o 3,3 proc. r/r – podał GUS.

Polska gospodarka wzrosła w 3. kwartale 2017 r. w większym stopniu niż wynikało to z szybkiego szacunku PKB opublikowanego przez GUS w połowie listopada – o 4,9 proc.
Można było przewidzieć, że głównym motorem wzrostu gospodarczego było spożycie indywidualne, które od 3. kwartału 2016 r., czyli od czasu gdy ruszył program Rodzina 500+, ale zaczęła się też wyraźnie poprawiać sytuacja na rynku pracy, rośnie w tempie bliskim 5 proc.

Dobrym sygnałem jest powrót eksportu netto jako czynnika wzrostu PKB (po silnym ujemnym wpływie w 2. kwartale br.). Odrębnej analizy wymagają zmiany zapasów, które po raz pierwszy od wielu kwartałów nie wsparły wzrostu gospodarczego. To sygnał, że nie są one odnawiane w stopniu niezbędnym dla wzrostu PKB na poziomie bliskim 5 proc. Pytanie dlaczego i jakie to będzie miało konsekwencje dla szans rozwojowych firm i gospodarki w kolejnych miesiącach.

Najważniejsze jednak jest to, że po 6. kwartałach mamy wreszcie nieznaczny, ale jednak wzrost nakładów brutto na środki trwałe. W całości jest on efektem inwestycji finansowanych ze środków publicznych, w tym przede wszystkim z funduszy unijnych. W ciągu 3. kwartałów br. inwestycje przedsiębiorstw średnich i dużych (50+) były bowiem ciągle niższe niż w 2016 r. (1 proc. r/r; w cenach stałych), a tym samym także niższe niż w 2015 r. (spadek o 9,1 proc. r/r). Byłyby one jeszcze niższe, gdyby nie firmy z kapitałem zagranicznym. Ich nakłady na inwestycje w okresie styczeń-wrzesień 2016 r. i 2017 r. stanowiły ponad 43 proc. nakładów przedsiębiorstw 50+. W porównywalnym okresie 2014 r. i 2015 r. było to ok. 1/3 całości nakładów inwestycyjnych firm 50+.

Po raz kolejny okazuje się zatem, że firmy z kapitałem zagranicznym są stabilizatorem dla polskiej gospodarki. Dzięki nim inwestycje firm nie spadają tak gwałtownie, jak wynika to z osłabienia skłonności do inwestowania w polskich firmach. Firmom zagranicznym zawdzięczamy także silną obecność na rynkach zewnętrznych i rosnący eksport.
Ważne, że ruszyły inwestycje finansowane ze środków unijnych. Czas najwyższy, bowiem jesteśmy w środku okresu 2014-2020, w którym mamy do wykorzystania ponad 80 mld euro, z czego prawie 43 mld euro w ramach programów w dużej mierze dedykowanych inwestycjom – Infrastruktura i Środowisko (27,4 mld euro), Inteligentny Rozwój (8,6 mld euro), Wiedza, Edukacja, Rozwój (4,7 mld euro), Polska Cyfrowa (2,2 mld euro). I ponad 30 mld euro, które mają do wykorzystania regiony, w tym w sporej części na inwestycje.

Ale aby wykorzystanie tych środków mogło być uruchomione na większą skalę, niezbędne są nie tylko środki budżetowe, ale także inwestycje przedsiębiorstw. Tymczasem firmy są ciągle bardzo ostrożne w swoich decyzjach. I koło się zamyka. Np. firmy budowlane zwiększyły nakłady na inwestycje w ciągu 3. kwartałów 2017 r. zaledwie o 0,9 proc. r/r (po spadku w całym 2016 r. o ponad 21 proc.). A to one będą miały realizować dużą część inwestycji finansowanych z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Przy braku pracowników (stopa bezrobocia w październiku br. na poziomie 4,6 proc. /BAEL/) jedyną szansą na udźwignięcie projektowanych inwestycji infrastrukturalnych są inwestycje firm budowlanych zwiększające i modernizujące ich aparat wytwórczy. A te jak widać są niewielkie. Takie problemy dotyczą nie tylko budownictwa, ale także wielu innych branż.

Należy się cieszyć z wyniku polskiej gospodarki w 3. kwartale 2017 r. Ale to już „historia”. Trzeba myśleć o przyszłości, a ta nie będzie tak dobra jak minione trzy miesiące bez inwestycji, w tym przede wszystkim inwestycji przedsiębiorstw.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Czy okres stagnacji w inwestycjach mamy już za sobą?

Zwiększyła się gotowość do wzrostu skali działania polskich firm, także poprzez ekspansję zagraniczną. Ambitnym celom sprzyja lepsza niż rok wcześniej kondycja finansowa: istotnie wzrósł odsetek średnich i dużych firm, które zadeklarowały wypracowanie zysku oraz wzrost obrotów.

Taki obraz wyłania się z II edycji badania Deutsche Bank „Polskie firmy – kondycja, Inwestycje i ich finansowanie”. Czy okres stagnacji w inwestycjach prawdopodobnie mamy już za sobą? 41% firm ma plany inwestycyjne na najbliższe 6 miesięcy. Największy optymizm inwestycyjny przejawiają przedsiębiorstwa średnie (62%) i duże (57%) oraz te, które działają na skalę europejską (87%) i globalną (63%). Inwestycje większych podmiotów powinny w dłuższym terminie dać impuls mniejszym firmom – obecnie jedynie co trzecia mała firma i co piąta lokalna rozważa inwestycje.

Listę celów inwestycyjnych otwierają – podobnie jak rok temu – wydatki na zwiększenie mocy produkcyjnych. Taki plan ma 60% z grona tych firm, które deklarują inwestycje. Niestety znacząco spadła skłonność do inwestycji w badania i rozwój – rok temu ten aspekt wskazało 21% badanych podmiotów, obecnie tylko niespełna 14%. To właśnie innowacyjność jest długofalowo najsilniejszą dźwignią rozwojową. Wiedzą to duże firmy – do proinnowacyjnych wydatków przymierza się co drugi podmiot o obrotach powyżej 50 mln euro. Na drugiej szali są małe przedsiębiorstwa – na inwestycje w badania i rozwój stawia zaledwie 9% z nich.

– Czy budzi to optymizm? Moim zdaniem umiarkowany – mówi w rozmowie z MarketNews24 prof. dr hab. Małgorzata Bombol z SGH.

Badanie objęło łącznie reprezentatywną grupę 500 firm, w tym 72 % małych (do 10 mln euro obrotu rocznego), 20,5% średnich (do 50 mln euro obrotu rocznego) oraz 7,5% dużych (powyżej 50 mln euro obrotu rocznego). Najczęściej reprezentowane były przedsiębiorstwa lokalne (32%) i ogólnopolskie (30%). 14% działa na skalę europejską, co dziesiąta – na skalę globalną.

4 trendy, które zmienią postrzeganie roli IT

Firma konsultingowa McKinsey & Company zidentyfikowała trendy w infrastrukturze, które do 2020 roku zmienią branżę usług technologicznych. O ile wiodące kierunki są już znane, o tyle zaskakująca jest przede wszystkim skala ich wpływu na rozwój infrastruktury. OVH, globalny lider usług cloud, wybrał spośród nich te, które zdaniem grupy będą miały największy wpływ na rozwój branży. Lista może pomóc firmom w zweryfikowaniu ich strategii biznesowych i ustaleniu priorytetów rozwoju.

  1. Technologia niczym prąd w gniazdku. Model „as-a-service” w każdej dziedzinie – od oprogramowania po sprzęt

Stały dostęp do danych czy aplikacji jest obecnie dla przedstawicieli biznesu czymś naturalnym. Biznes nie może sobie pozwolić na brak zasobów fizycznego serwera, ponieważ bieżąca infrastruktura przestała być wystarczająca. Nie dziwi zatem fakt, że przedsiębiorcy chętnie decydują się na skorzystanie z usług zewnętrzengo dostawcy. Według danych IDC udział outsourcingu IT w 2016 r. wyniósł 38 proc., natomiast w 2020 r. wzrośnie on już do 44 proc. Jednocześnie, wykorzystywanie tradycyjnych usług IT spadnie z 63 do 57 proc.

Wśród przedsiębiorców rośnie popularność wyceny na podstawie zużycia zdalnie udostępnionej usługi, czyli zjawiska, które zaczęło się od oprogramowania i przeniosło na sprzęt. W latach 2015-2016 przychody z infrastruktury jako usługi (IaaS) i platformy jako usługi (PaaS) wzrosły o 53 proc., czyniąc z nich najszybciej rozwijające się segmenty usług w chmurze i infrastrukturze.

„Z roku na rok obserwujemy znaczący zwrot w kierunku rozwiązań as-a-service. Firmy widzą korzyści wynikające z wykorzystania usług dostępnych w abonamencie lub wręcz rozliczeniu minutowym czy godzinowym. Ten typ usług zyskał powszechne uznanie i jest stosowany m.in. przez firmy wynajmujące samochody lub skutery na minuty. Klienci wychodzą z założenia, że nie warto wiązać się umową długoterminową. W przypadku usług data center, za niższą opłatą, przy zachowaniu najwyższej wydajności mają zapewnioną moc obliczeniową, która jest im potrzebna w danym momencie. W razie potrzeby mają możliwość rozszerzenia usługi w każdej chwili i zrezygnowania z niej, kiedy nie jest konieczne uruchamianie dodatkowych zasobów” – komentuje Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży w OVH Polska.

Przeniesienie wydatków inwestycyjnych na wydatki operacyjne pomaga zmniejszyć ryzyko, uwolnić kapitał i zapewnić większą elastyczność biznesu. Jednostki mocy obliczeniowej i pamięci masowej mogą być bowiem tańsze nawet od 40 do 50 proc. Dodatkowo, poza przechodzeniem z usług on premise, czyli na miejscu lub u klienta, na usługi w chmurze, dostawcy IT i klienci eksperymentują także z płatnościami ratalnymi za tradycyjny sprzęt.

  1. Zwiększenie roli chmury publicznej i wejście do „mainstreamu”

Podczas gdy mniejsi, bardziej elastyczni gracze od lat przenoszą swoje zasoby do chmury publicznej, to w dużych przedsiębiorstwach dopiero ostatnio wzrosło zainteresowanie tym rozwiązaniem. Większe firmy potrzebowały czasu, aby przekonać się, że cloud jest bezpieczny i się opłaca. Na tej fali takie tuzy, jak bank Capital One, General Electric czy Netflix drastycznie zmniejszyły lub nawet wyeliminowały swoje prywatne centra danych, migrując zasoby do chmury. McKinsey przewiduje, że do 2018 roku dostawcy usług w chmurze powinni odpowiadać za około 80 proc. dostarczanych serwerów i pojemności pamięci masowych.

„Rozwój cloud zmienił i uprościł postrzeganie tematu przechowywania danych. Nie dziwi nas więc fakt, że rozwiązania oparte na cloud computingu stają się pierwszym wyborem. Dzisiaj firmy mogą zrezygnować z serwera czy kolokacji na rzecz usługi abonamentowej i nie martwić się np. miejscem na przechowywanie sprzętu, jego amortyzacją, serwisem, zakupem licencji czy korzystaniem z pomocy administratora. Dostarczeniem i konserwacją sprzętu zajmuje się usługodawca. Chmura staje się autostradą dla rozwoju biznesu, oferując bezpieczną przestrzeń, która zapewnia wzrost przy jednoczesnej obsłudze kluczowych procesów” – mówi Robert Paszkiewicz.

„Mamy świadomość rosnącego zapotrzebowania klientów na usługi w sektorze Public Cloud. O zapewnianiu najwyższej wydajności usług OVH przy zachowaniu konkurencyjnych cen może świadczyć niezależny ranking Cloud Spectator, w którym wśród dostawców chmury publicznej zajęliśmy pierwsze miejsce w Europie oraz drugie w Ameryce Północnej” – dodaje.

  1. Security w abonamencie

Cyberbezpieczeństwo pozostanie najwyższym priorytetem decydentów w przedsiębiorstwach. Mimo że 80% pracowników odpowiedzialnych za wdrożenia technologii przyznaje, że ich organizacje starają się zapewnić możliwie najsolidniejszą obronę, to jednak we wszystkich branżach cyberataki będą coraz bardziej złożone. Dodatkową bolączką jest niedobór specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa, co powoduje, że firmy mają trudność z rekrutacją pracowników. Wymusza to na nich inwestowanie w serwisy zarządzania bezpieczeństwem (ang. managed security services). Stąd oferta zabezpieczeń opartych na chmurze również staje się atrakcyjniejsza dla firm. McKinsey szacuje, że do 2020 roku będzie ona obejmować 60 proc. wszystkich produktów dotyczących bezpieczeństwa, co stanowi 10-proc. wzrost w stosunku do 2015 roku.

„W kwestii ochrony przeciw zagrożeniami firmy oferują często w pakiecie dodatkową ochronę antyDDoS. Atak DDoS polega na przesyłaniu wielu zapytań jednocześnie, a ich ilość może doprowadzić do przerw w dostępie, a nawet do całkowitego braku połączenia z serwerem. OVH domyślnie chroni wszystkie swoje usługi i klientów przed tego typu atakami” – dodaje Robert Paszkiewicz.

  1. Wsparcie DevOps dla oprogramowania i sprzętu

Według twórców badania, DevOps, rozumiane jako metodyka zespolenia rozwoju (ang. development), eksploatacji (ang. operations) oraz zapewnienia jakości (ang. quality assurance), jest kluczem do zwinności firmy, oczekującej błyskawicznej realizacji biznesowych potrzeb przez dział IT. DevOps wspiera wysoki poziom współpracy w całym łańcuchu wartości IT. Coraz więcej firm rozumie korzyści wynikające z tego rozwiązania. Według badania McKinsey „IT-as-a-Service Survey”, 80 proc. respondentów wdrożyło praktyki DevOps w niektórych częściach swojej organizacji, a 53 proc. z nich stwierdziło, że do 2020 roku zastosuje te praktyki w całej organizacji (37 proc. obecnie).

Zgodnie z tymi trendami popyt na talenty DevOps w najbliższym czasie wzrośnie. Firmy mogą mieć jednak problemy ze znalezieniem pracowników do wypełnienia wszystkich ról, ponieważ 40 proc. respondentów biorących udział w ankiecie McKinsey stwierdziło, że niedobór pracowników o odpowiednich umiejętnościach był głównym czynnikiem uniemożliwiającym DevOps odgrywanie większej roli w organizacjach.

8 grudnia 2017 r. Fitch ogłosi najnowszy rating dla Polski

Czy agencja ratingowa Fitch ma rację utrzymując swoje prognozy wzrostu PKB w Polsce w 2017 i 2018 roku? Zwłaszcza, że napływające dane są optymistyczne?

Według agencji w tym roku można spodziewać się wzrostu gospodarczego na poziomie 4 proc., a w 2018 r. 3,2 proc.

– Takie prognozy są o wiele mniej istotne niż ratingi – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. Fitch ogłosi najbliższy rating Polski 8 grudnia 2017 roku. Obecnie rating naszego kraju w tej agencji to „A-” z perspektywą stabilną.

Przeciętny mieszkaniec Polski dysponuje niemal 48 proc. średniej siły nabywczej mieszkańców Europy

W rankingu krajów europejskich Polska zajęła podobnie jak w ubiegłym roku 29 miejsce.

Przeciętny mieszkaniec Polski dysponuje niemal 48 proc. średniej siły nabywczej mieszkańców Europy, co stanowi 6 710 euro (28 591 zł). Tym samym w rankingu krajów europejskich Polska zajęła dopiero 29 miejsce. Pozycja ta nie zmieniła się w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Analizując dane na poziomie powiatów widoczny jest kontrast między bogatymi i biednymi regionami. Mieszkańcy najbogatszych powiatów dysponują trzykrotnie większymi środkami finansowymi niż mieszkańcy najbiedniejszych powiatów.

10 polskich powiatów o najwyższej sile nabywczej

Ranking (z 380) Powiat Liczba mieszkańców Indeks krajowy Indeks europejski*
1 Warszawa 1 753 977 185,9 89,5
2 Piaseczyński 179 496 146,9 70,7
3 Sopot 36 849 146,7 70,6
4 Poznań 540 372 143,2 68,9
5 Warszawski Zachodni 114 079 142,1 68,4
6 Katowice 298 111 140,3 67,5
7 Wrocław 637 683 140,0 67,4
8 Pruszkowski 161 645 137,7 66,3
9 Tychy 128 351 129,8 62,5
10 Gliwice 182 156 129,0 62,1

Źródło: © GfK Purchasing Power Poland 2017
*indeks: wartość na mieszkańca / średnia = 100

Powiatem o najwyższej sile nabywczej jest Warszawa. Warszawiacy dysponują przeciętnie środkami w wysokości 12,472 euro na osobę. Jest to kwota wyższa o niemal 86 proc. od średniej krajowej. Niemniej jednak to ciągle 11 proc. mniej niż średnia europejska.

Przemysław Dwojak, dyrektor działu Customer Analytics & Sales Strategies w GfK, komentuje: „W ostatnich latach obserwujemy w Polsce stały wzrost liczby najbogatszych i najbiedniejszych powiatów. Spośród wszystkich 380 powiatów, dwadzieścia dwa dysponują siłą nabywczą, która przewyższa średnią krajową o co najmniej 20 proc. Dla porównania, mieszkańcy powiatu przysuskiego, najbiedniejszego polskiego powiatu, mają do dyspozycji mniej niż 62 proc. średniej krajowej per capita, co stanowi jedynie 29,8 proc. średniej europejskiej.”siła nabywcza Polski

O badaniu
Badanie siły nabywczej GfK Purchasing Power Europe 2017 jest dostępne dla 42 europejskich krajów ze szczegółowym rozbiciem na regiony, według gmin lub kodów pocztowych. Zawiera też odpowiednie dane dotyczące mieszkańców i gospodarstw domowych oraz mapy cyfrowe.
Siła nabywcza jest miernikiem rozporządzalnego dochodu per capita po odjęciu podatków, składek na ubezpieczenie społeczne, ale z uwzględnieniem wszelkich świadczeń otrzymywanych od państwa.

Badanie podaje siłę nabywczą na osobę w skali roku w euro lub w postaci wartości indeksu. Pojęcie siły nabywczej stosowane przez GfK odnosi się do nominalnego dochodu rozporządzalnego, czyli podane wartości nie uwzględniają inflacji. Badanie opiera się na statystycznych danych dotyczących dochodów, stawek podatkowych, wysokości świadczeń społecznych oraz na prognozach instytutów ekonomicznych.

Według definicji siła nabywcza to wydatki konsumentów pokrywające koszty związane z zaopatrzeniem w artykuły spożywcze, wydatki mieszkaniowe, na media, prywatne fundusze emerytalne i ubezpieczeniowe oraz inne wydatki, np. wakacje, transport i wydatki konsumpcyjne.

Chomikuj przegrywa ważny proces ws. naruszenia praw autorskich

Sąd Apelacyjny w Krakowie (sygn. akt I ACa 1494/15) wydał orzeczenie, w którym nakazał serwisowi Chomikuj.pl monitorowanie przez 3 kolejne lata, czy w sieci nie pojawiają się odesłania do tego serwisu po wpisaniu nazw określonych trzech filmów. Administrator serwisu ma również kasować konta użytkowników, którzy dopuszczą się naruszenia praw autorskich podmiotu uprawnionego do przedmiotowych filmów.

Opieszały chomik

Wyrok zapadł na skutek pozwu złożonego przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich w związku z udostępnianiem w ramach serwisu filmów „Dzień Świra”, „Wenecja” i „Katyń”. SFP zgłaszało witrynie Chomikuj.pl żądanie usunięcia zakwestionowanych treści i kont użytkowników udostępniających je. Ostatecznie serwis usunął nielegalne treści, jednak zwlekał z tym zbyt długo. Główna linia obrony serwisu opierała się na przepisach ustawy o świadczeniu usług droga elektroniczną, które w określonych sytuacjach przewidują wyłączenie odpowiedzialności do hosting providera.

Chomik monitorujący

Jednym z głównych rozstrzygnięć w tej sprawie (najczęściej omawianym w mediach) jest wydanie nakazu zgodnie z którym przez trzy lata serwis ma raz w miesiącu wpisywać w wyszukiwarki Google oraz Bing słowa „Chomikuj” + „Dzień Świra” („Katyń”, „Wenecja”) + „film”, a następnie blokować dostęp do plików, które pojawią się na pierwszych pięciu stronach rekordów wyszukiwania. W wielu doniesieniach prasowych mówi się nawet o precedensowym charakterze tego rozstrzygnięcia. Pełnomocnik Chomikuj.pl podnosił po przegranej, iż przedmiotowe rozstrzygnięcie jest dla niego niezrozumiałe, gdyż Polska nie wdrożyła przepisu unijnej dyrektywy, który umożliwia nakładanie zobowiązań do monitorowania pod kątem naruszeń praw autorskich.

Analizowane rozstrzygnięcie Sądu Apelacyjnego w Krakowie nie ma jednak precedensowego (w rozumieniu prawnotwórczego lub quasi-prawnotwórczego) charakteru i pozostaje w zgodzie z dyrektywą 2000/31/WE Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie niektórych aspektów prawnych usług społeczeństwa informacyjnego, w szczególności handlu elektronicznego w ramach rynku wewnętrznego (dyrektywa o handlu elektronicznym). Dyrektywa ta nakłada jedynie zakaz stosowania ogólnego obowiązku monitorowania przez dostawców sieci lub hosting providerów treści. Natomiast zgodnie z pkt. 45. preambuły do przedmiotowej dyrektywy „Ograniczenia odpowiedzialności usługodawców będących pośrednikami przewidziane w niniejszej dyrektywie nie mają wpływu na możliwości zakazów sądowych różnych typów; zakazy takie mogą przede wszystkim przybierać formę orzeczeń sądów lub innych organów administracyjnych wymagających, aby usunąć lub zapobiec każdemu naruszeniu prawa, łącznie z usunięciem bezprawnych informacji lub uniemożliwieniem dostępu do nich”. Podobnie temat ten precyzuje pkt 47. preambuły dyrektywy o handlu elektronicznym wskazując, iż „Państwa Członkowskie nie mogą nakładać na usługodawców obowiązku nadzoru jedynie w odniesieniu do obowiązków o charakterze ogólnym; nie dotyczy to obowiązków nadzoru mających zastosowanie do przypadków szczególnych oraz, w szczególności, nie ma wpływu na decyzje władz krajowych podjęte zgodnie z ustawodawstwem krajowym”. Ponadto w samej treści analizowanej dyrektywy art. 14 ust. 3 wyraźnie wskazuje, iż „Niniejszy artykuł nie ma wpływu na możliwość wymagania od usługodawcy przez sądy lub organy administracyjne, zgodnie z systemem prawnym Państw Członkowskich, żeby przerwał on naruszenia prawa lub im zapobiegł oraz nie ma wpływu na możliwość ustanowienia procedur regulujących usuwanie lub uniemożliwianie dostępu do tych informacji przez Państwa Członkowskie”. Wydaje się, iż w polskim prawie krajowym można znaleźć już istniejące środki, w ramach których można pokusić się o wydawanie takich rozstrzygnięć, jak to Sądu Apelacyjnego w Krakowie, w szczególności w ramach roszczenia obejmującego żądanie usunięcia skutków naruszenia praw autorskich, o którym mowa w art. 79 ust. 1 pkt 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Chomik współodpowiedzialny

Dużo ciekawsze jest natomiast inne ustalenie Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Jak wynika z doniesień medialnych (brak na razie dostępu do uzasadnienia przedmiotowego orzeczenia) sąd przypisał dostawcy hostingu witryny Chomikuj.pl współodpowiedzialność. A zatem sąd uznał, że administrator serwisu sam jest niejako odpowiedzialny za zakwestionowane treści i nie ma w ogóle możliwości powoływania się na wyłączenie odpowiedzialności na gruncie art. 14 ustawy o świadczeniu usług droga elektroniczną. Powyższe sąd miał wywieść z tego, że nie można mówić o pełnieniu przez serwis jedynie roli pasywnego pośrednika ze względu na kwestie szczegółowo omówione przez sąd, a związane z pobieraniem opłat za transfer treści.

„Nie” dla piratów?

Powyższy wyrok bez wątpienia wpisuje się w europejski, ale także ogólnoświatowy nurt kładący nacisk na obronę podmiotów uprawnionych z praw autorskich. Raczej nie słyszy się o orzeczeniach, które nie uwzględniałyby roszczeń uprawnionych z praw autorskich względem dostawców sieci lub hosting providerów w sytuacjach podobnych do tych, będących przedmiotem rozpoznania przez krakowski sąd. Interpretacja przepisów dotyczących możliwości wyłączenia odpowiedzialności hosting providerów lub dostawców sieci (vide ostatnie orzeczenia TS UE w sprawie serwisu The Pirate Bay) obrała kurs restrykcyjny. Stąd każdy właściciel serwisu o zbliżonym profilu powinien przeprowadzić uważną weryfikację swojego biznesu.

Autor: radca prawny Tomasz Brolski, radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

10,5 proc. dynamika europejskiego rynku leasingu

  • Wartość nowych kontraktów leasingowych zawartych w Europie w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2017r. wyniosła 164,3 mld euro.
  • Najnowsze dane Leaseurope wskazują na 10,5 proc. dynamikę europejskiego rynku w I połowie br. (r/r).
  • Ożywienie jest obserwowane we wszystkich głównych grupach środków trwałych.

Dane bazujące na wynikach zebranych od krajowych organizacji leasingowych, stowarzyszonych w europejskiej federacji Leaseurope pokazują, że całkowita wartość nowych kontraktów leasingowych zawartych w Europie w pierwszej połowie 2017r. wyniosła 164,3 mld euro. Europejski rynek leasingu w I połowie 2017r. odnotował tym samym 10,5 proc. dynamikę (w porównaniu do pierwszej połowy 2016r.).

Co istotne, ożywienie widać we wszystkich kategoriach aktywów, finansowanych przez europejskich leasingodawców. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2017r., wartość umów odnoszących się do leasingu pojazdów wzrosła o 9,8% (r/r), transakcje dotyczące maszyn i urządzeń wzrosły o 12% (r/r), podczas gdy dynamika nowych umów leasingowych nieruchomości wyniosła 12,3% (r/r).

Wyniki polskiego rynku, zgłoszone do Leaseurope, przez Związek Polskiego Leasingu po I połowie 2017r. (11,6 proc. dynamika, 31,8 mld zł (7,3 mld euro) wartości nowych umów), plasują polską branżę leasingową na siódmym miejscu w zestawieniu europejskich rynków.

Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope
Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope

„Europejski rynek leasingu odnotował 10,5-proc. dynamikę w I połowie 2017r., zaś głównym kontrybutorem tak dobrego wyniku był wzrost leasingu samochodów, w tym w znacznej mierze wzrost leasingu samochodów dla osób fizycznych. Analizując główne segmenty europejskiego rynku, największy bo 66 proc. udział stanowią transakcje odnoszące się do leasingu pojazdów, 1/3 wartości transakcji przypada na leasing sprzętu, a 4 % na finansowanie nieruchomości. Struktura polskiego rynku jest bardzo zbliżona do europejskiego: 70 proc. stanowią transakcje dotyczące leasingu pojazdów (w tym pojazdów ciężarowych), za 27% odpowiadają maszyny i inne urządzenia, przy mniejszym udziale nieruchomości i ciągle znikomym udziale transakcji zawieranych z klientami indywidulanymi” – powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope.

Kolejny kongres Open Eyes Economy Summit uwieńczony sukcesem

W dniach 14-15 listopada b.r. w Centrum Kongresowym ICE Kraków, odbyła się druga edycja Open Eyes Economy Summit. Prawie 200 prelegentów z całego świata opowiadało o szeroko pojętej ekonomii wartości i gospodarce otwartych oczu. W tym roku w wydarzeniu uczestniczyło prawie 2000 osób. Open Eyes Economy rośnie i wciąż rozwija błękitną rewolucję.

Inteligentne miasta, gospodarka okrężna, upadek roli kapitału i wzrost siły wartości w życiu firm. To tylko niektóre tematy, które zostały poruszone w ramach 5 filarów tematycznych Kongresu: Firma-Idea, Miasto-Idea, Marka – Kultura, Człowiek – Praca, Ład międzynarodowy. W ramach OEES2 odbyły się również liczne spotkania w meeting points, sesje Q&A i starcia poglądów w battle point. Nie zabrakło również kultury i sztuki, zostały poruszone tematy związane z życiem w mieście, świadomym kupowaniem i odpowiedzialnym handlem. Mowa była również o inicjatywach oddolnych, tworzących wyspy i archipelagi połączone wspólnymi poglądami i ideami, które oddziałują na gospodarkę i kulturę.

Wydarzenie wyszło poza przestrzeń Centrum Kongresowego ICE Kraków – spotkania, pokazy filmów, koncerty i spektakle odbywały się w całym Krakowie, i były dostępne nie tylko dla uczestników kongresu, ale również mieszkańców Miasta. Ta lokalność i bliska współpraca z władzami miasta i województwa jest bardzo ważna dla twórców kongresu, objawia się nie tylko poprzez to, że odbywa się w Krakowie. To właśnie Kraków i Małopolska mogą być poligonem dla zmian postulowanych przez Open Eyes Economy.

Podczas tegorocznej edycji Gil Penalosa, ekspert od zarządzania przestrzenią miejską i założyciel 8-80 Cities, brał udział w otwartej debacie dotyczącej ulicy Krupniczej w Krakowie, przedstawiając pomysły na jej modernizację i dyskutując o niej z innymi ekspertami, aktywistami miejskimi i najważniejszymi interesariuszami – samymi mieszkańcami Krakowa. – Mamy świadomość, że zmiany należy konsultować z mieszkańcami – zapewnia Jacek Majchrowski, Prezydent Miasta Krakowa. – Ekonomia nie jest tylko kwestią zysku, ani biznesu w sensie czysto matematycznym. Powinna nieść za sobą wartości dodatkowe. Wartości nie tylko dla tych, którzy tworzą tę ekonomię, ale także dla całego społeczeństwa. Ten kongres zdecydowanie wychodzi poza sprawy ekonomiczne, kładzie nacisk na kulturę, politykę mieszkaniową, komfort życia i funkcjonowania w mieście, czyli na sprawy, które dla Krakowa są bardzo ważne – dodaje Prezydent.

Historia ruchu intelektualnego Open Eyes Economy cały czas się rozwija i ewoluuje. Jak stwierdził prof. dr hab. Jerzy Hausner, współtwórca Open Eyes Economy i przewodniczący Rady Programowej – Idea OEE opiera się na założeniu, że wolnorynkowa gospodarka odeszła od wartości. Ekonomiści posługują się tym kryterium głównie w kontekście ceny i zysku. Czas przypomnieć sobie, że jeżeli coś monetyzujemy, to ma to wpływ na społeczeństwo i środowisko naturalne. I nie możemy pominąć tego związku. Celem OEES jest dyskusja nad tym jak ten powrót do humanizmu w ekonomii przeprowadzić.

Open Eyes Economy Summit już jest przez niektórych określanym mianem małego Davos. Prace nad przyszłą edycją już się rozpoczęły i odbędzie się ona 20-21 listopada 2018 r. Przez cały kolejny rok w ramach cyklu OEES on Tour będą odbywały się spotkania, seminaria i wydarzenia propagujące ideę Open Eyes Economy. W 2018 roku Open Eyes Economy chce mocniej zaznaczyć swoją obecność zarówno w kraju, jak i za granicą.

Kurs funta podąża w kierunku wrześniowych szczytów

W środę tuż po otwarciu rynku złoty chwilowo umocnił się, sprowadzając kurs EURPLN do wsparcia na 4,188. Szybko jednak para powróciła na wyższe poziomy w okolice 4,20. Silny złoty to nadal wypadkowa dobrych danych dot. polskiej gospodarki oraz dobrych nastrojów na globalnych rynkach finansowych, na których wiara w dolara na razie nadal nie jest zbyt silna (rynek obawia się, czy Fed poradzi sobie z niską inflacją) powodując, że kurs EURUSD nie może wybić się dołem z utrzymującego się od początku miesiąca trendu wzrostowego. W ostatnich dniach dolarowi nawet niewiele pomógł wspinający się na kilkunastoletnie maksima indeks zaufania amerykańskich konsumentów. Statystycznie patrząc, najnowszy 129,5 pkt odczyt wskaźnika Conference Board ostatni raz widziany był w listopadzie 2000 roku. Niewielki pozytywny wpływ miała też rewizja w górę do 3,3% wyniku PKB za III kw. w USA.

Przy nadal relatywnie silnym euro (w okolicach 1,18-1,19 na EURUSD) i dodatkowo lokalnych danych gospodarczych pokazujących wzrost produkcji przemysłowej najszybszy od ponad 7-lat, nieprzeciętny 7,4% wzrost płac, czy w końcu zaskakująco dobre wykonanie budżetu państwa (po pierwszych 10 miesiącach br. saldo notuje niewidzianą od przynajmniej ćwierćwiecza nadwyżkę przy realnym wzroście PKB przekraczającym 4% rocznie), nawet gołębia postawa członków RPP obecnie nie jest w stanie zaszkodzić naszej walucie.  W czwartek GUS opublikuje dane o wzroście PKB w III kwartale wraz z jego składowymi, w tym z najbardziej interesującymi inwestorów danymi dot. inwestycji. Wstępny szacunek pokazał PKB na poziomie 4,7% r/r a rynek nie wyklucza, że inwestycje mogły wzrosnąć o ponad 5%. W czwartek opublikowane zostaną też wstępne dane inflacyjne, które powinny wpisać się w ostatnio rosnące oczekiwania rynkowe co do zaostrzenia tonu ze strony RPP.

Widząc zatem kolejne rekordy wszech czasów na nowojorskich parkietach (wg Goldman Sachs przedłużający się rynek byka na akcjach i obligacjach doszedł do momentu kiedy miara średniej wyceny aktywów jest najwyższa od 1900 roku), inwestorzy coraz chętniej poszukują bardziej perspektywicznych aktywów na rynkach wschodzących. Stąd złoty próbuje się wybić na nowe szczyty. Wydaje się jednak, że jego możliwości wzrostowe są ograniczone.

Przede wszystkim Fed pozostaje na ścieżce do dalszej normalizacji polityki monetarnej (pomimo, że niska i to z niewyjaśnionych powodów amerykańska inflacji budzi obawy o skalę podwyżek stóp w 2018 roku) i coraz bliżej jest też do realizacji reformy podatkowej w USA. Zatwierdzenie przez Komisję Budżetową Senatu projektu zmian w systemie podatkowym oraz wycofanie przez dwóch republikańskich senatorów złożonych wcześniejszych zastrzeżeń, wyraźnie daje większe szanse na przegłosowanie ustawy przez Senat. To zaś otworzy drogę do porozumienia i zwiększy szanse na przyjęcie zmian fiskalnych jeszcze przed końcem roku, co da mocno pro dolarowy impuls. Złoty oraz inne waluty EM znajdą się wówczas pod silną presją spadkową.

Tymczasem, w środę wśród głównych walut najsilniejszy był funt szterling, który zyskuje w reakcji na doniesienia o możliwym postępie w negocjacjach pomiędzy Londynem, a Brukselą dotyczącym płatności do unijnego budżetu. Media podają różne kwoty, dziennik Daily Telegraph podał, że UE godzi się na kompromis brexitowy proponowany przez Wielką Brytanię i cena „wyjścia”, którą zapłacą Brytyjczycy, wyniesie od 45 do 55 mld euro (o 60 mld euro mówił zaś Reuters). Choć rząd brytyjski tych informacji nie potwierdził (a wg doniesień Reutera wręcz im zaprzeczył), kurs GBPUSD wzrósł z 1,323 do notowanych w czwartek rano 1,348, co automatycznie wsparło wzmocnienie wspólnej waluty kosztem dolara. Jeśli informacje te potwierdziłyby się, wydaje się, że funt pozostanie mocy względem waluty amerykańskiej, kierując się ku wrześniowym szczytom w okolicach 1,36. Wielkiej Brytanii najbardziej zależy na porozumieniu w sprawie handlu, ale UE chce najpierw zamknąć trzy inne sprawy: rachunek za odejście, prawa obywateli UE mieszkających w Wielkiej Brytanii oraz dot. granicy z Irlandią. Theresa May ma zaproponować pakiet rozwiązań, a spotkanie w Brukseli zaplanowane jest na 4 grudnia. Zgodnie z planem, do formalnego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej powinno dojść w marcu 2019 roku.Kurs funta podąża w kierunku wrześniowych szczytów

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Sygnalisty nie zwolnisz z pracy bez zgody prokuratora

Sytuacja finansowa szpitali publicznych w Polsce. Edycja 2017

Jak nowe technologie pomagają w osiąganiu mistrzowskich wyników

Za to, czy sportowiec wygra zawody i stanie się mistrzem, odpowiada mózg; psychiczne nastawienie i gotowość do podjęcia walki to w wielu przypadkach aż 80% sukcesu. Dlatego w przygotowaniach sportowych tak ważną rolę odgrywa trening mentalny, tzw. biofeedback. To metoda znana i z powodzeniem stosowana już od wielu lat, a ponieważ oparta jest na nauce, która ostatnio znacząco się rozwinęła, polscy uczeni postanowili ją zmodernizować.

Wszyscy wiemy, że sport to wysiłek przede wszystkim fizyczny. Odpowiednie predyspozycje, liczne wyrzeczenia, tysiące godzin ciężkich treningów są niezbędne do osiągnięcia sukcesu. Jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak ważną rolę
w sporcie odgrywa mózg. I nie chodzi tylko o samodyscyplinę czy umiejętność przegrywania. Odporność na stres, koncentracja, odpoczynek, koordynacja ruchów, precyzja czy refleks – to wszystko jest konieczne do osiągania sportowych sukcesów, a siedzi w głowie. Więc jest nie do wyćwiczenia na siłowni czy boisku. Dlatego sportowcy poprawiają swoje możliwości z pomocą biofeedbacku – treningu mentalnego, który usprawnia wybrane, ważne z punktu widzenia sportowca, partie mózgu. Prawda jest bowiem taka, że nawet najlepiej przygotowany zawodnik, który w chwili startu nie zapanuje nad swoimi emocjami i nie będzie potrafił się odpowiednio skoncentrować, przegra.

Biofeedback w sporcie jest wykorzystywany od ponad 30 lat. Zawodowi sportowcy, przedstawiciele większości dyscyplin, stosują go regularnie. Są wśród nich m.in. Adam Małysz (kiedy jeszcze skakał), Kamil Stoch, Justyna Kowalczyk, Agnieszka Radwańska, Li Na, Peter Gelle, zawodnicy klubów AC Milan czy Real Madryt.

O pozytywnych efektach tej metody przekonali się m.in. zawodnicy Igrzysk Olimpijskich, które odbyły się w Pekinie w 2008 roku. Sesjom treningu mentalnego poddano wówczas 200 sportowców. Badania wykazały, że dzięki temu ich wyniki poprawiły się średnio o 5%, a 32 z nich, mimo że nie byli to faworyci, zdobyło medale.

Ćwiczenia dla mózgu

Trening mentalny składa się z wielu składowych takich jak np. koncentracja, relaksacja, pewność siebie, wizualizacja i wiele innych. Często wspomagany jest najnowszą technologią taką jak biofeedback. Jest to bardzo prosty nieinwazyjny „zabieg”. Zawodnik podłączany jest do specjalnego urządzenia, które analizuje sygnały psychofizjologiczne, takie jak EEG (badanie czynności mózgu), EDA czy puls.  To pozwala sprawdzić, w jaki sposób organizm zachowuje się w określonych sytuacjach, jak zachowania te wpływają na jego wydajność, a także wychwycić ewentualne nieprawidłowości. Podczas kolejnych sesji, powtarzając dane czynności, sportowiec uczy się panować nad swoim ciałem i reagować w sposób umożliwiający najbardziej wydajną pracę i optymalizację aktywności potrzebnych do osiągnięcia sukcesu.

Każdego dnia sportowiec zmaga się z nowymi wyzwaniami. Niezależnie od tego, jak dobrze jest przygotowany fizycznie, o wygranej w zawodach decyduje umiejętność zapanowania nad wieloma niezależnymi czynnikami, takimi jak: stres, zmęczenie czy rozproszenie uwagi. Często jest to kwestia psychiki, którą można wspomóc biofeedbackiem – tłumaczy dr Dagmara Budnik-Przybylska, psycholog sportu z Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie właśnie rozpoczęły się prace nad nowoczesną wersją treningu mentalnego.

Trening przyszłości

Ponieważ obecnie stosowany biofeedback opiera się na wiedzy, która w ostatnich latach została mocno zweryfikowana, naukowcy z Uniwersytetu Gdańskiego rozpoczęli pracę nad jego nowszą wersją. Wraz z inżynierami z firmy Neuro Device Group chcą zastosować najnowsze odkrycia dotyczące pracy naszego układu nerwowego.

Nasz obecny poziom wiedzy o mózgu pozwala znacznie skuteczniej monitorować jego pracę niż to było jeszcze dekadę  temu. 90% tego, co dzisiaj o nim wiemy, odkryliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Dlatego postanowiliśmy tę nową wiedzę wykorzystać do rozwoju biofeedbacku – tłumaczy Paweł Soluch z firmy Neuro Device Group. – Chociaż ta metoda już jest bardzo skuteczna, wiemy, że wprowadzone przez nas zmiany znacząco ją usprawnią – dodaje.

Chodzi przede wszystkim o dokładniejszą obserwację aktywności mózgu podczas wykonywania określonych ruchów. Pilotażowe badanie, którego celem było zmierzenie wyobrażenia ruchowego przy pomocy badania EEG, wykazało, że monitorowanie tego wyobrażenia może stać się podstawą do rozszerzenia dotychczas stosowanego biofeedbacku. To dla sportowców bardzo ważne – liczne badania pokazują, że trening z wyobrażeniami ruchowymi pozwala nie tylko poprawić efektywność i technikę, ale też lepiej radzić sobie ze stresem, brakiem pewności siebie czy negatywnymi stanami przedstartowymi.

Praca nad nowoczesnym biofeedbackiem realizowana jest przez dr Dagmarę Budnik-Przybylską oraz dr Jacka Przybylskiego z Uniwersytetu Gdańskiego we współpracy z Krzysztofem Malejem i zespołem z Institute of Sensory Analysis należącym do firmy Neuro Device Group. Pracownicy Uniwersytetu są odpowiedzialni za projektowanie i przeprowadzenie eksperymentu, analizę wyników badań i tworzenie narzędzia pod kątem naukowym z wykorzystaniem wiedzy eksperckiej. Neuro Device zajmie się natomiast opracowaniem metod analizy danych z urządzeń pomiarowych oraz przygotowaniem samego narzędzia pod kątem technicznym.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Małe spółki – reaktywacja

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Powoli zbliżamy się do końca roku, który na krajowym parkiecie zapisze się jako okres dużych kontrastów. O ile bowiem duże spółki utrzymują swoją drugą lokatę pod względem wygenerowanych stóp zwrotu w całym spektrum rynków wschodzących (mierzonej dla indeksu MSCI Poland w dolarach), o tyle rynek szeroki znalazł się pod sporą presją, którą dobrze oddaje wciąż ujemna stopa zwrotu indeksu cenowego całego rynku. Ten ostatni indeks od początku roku traci 8%, podczas gdy WIG20 zyskuje 25%. Dodając do tego słabszego dolara oraz dobre zachowanie wybranych większych spółek średnich otrzymujemy stopę zwrotu indeksu MSCI Poland na poziomie 50%.

Lekko lepszy okazał się tylko indeks MSCI China. Oznacza to, że ten rok był bardzo udany przede wszystkim dla operujących na naszym parkiecie inwestorów zagranicznych. Oni zarobili najwięcej. Środowisko było z kolei najgorsze dla krajowych inwestorów indywidulanych, którzy działają głównie w spektrum spółek mniejszych, czyli w tym roku najsłabszych. Wydaje się, że powoli fortuna może się zmieniać i teraz duże spółki złapać mogą zadyszkę, a obraz poturbowanych mniejszych podmiotów może ulec poprawie. Sprzyjać temu będą efekty kalendarzowe.

Koniec roku powinien stać pod znakiem wstępnego przygotowywania portfeli na kolejny rok, co sprowadzać się może do redukcji zaangażowania w silniejszych dotychczas blue chipach i budowania pozycji w przecenionych maluchach. Sam początek roku wraz z tzw. efektem stycznia powinien faworyzować rynek szeroki, który przecież na samym początku tego roku też radził sobie bardzo dobrze. Dopiero w drugim kwartale publikowane przez spółki słabsze wyniki podcięły mu skrzydła. Podawane aktualnie wyniki za III kw. na przełom jeszcze nie wskazują, ale można znaleźć pozytywne zaskoczenia, które podchwytywane są przez inwestorów. To dobry znak, gdy dobre informacje nie są ignorowane, ale wykorzystywane do zakupów.

Sam indeks sWIG80 w połowie miesiąca spadł do najniższych poziomów od ubiegłego lata i naruszył istotne wsparcie przebiegające na wysokości maksimów z maja 2016 roku oraz minimów sprzed dokładnie roku. Nasz rynek znany jest jednak z wysyłania fałszywych sygnałów technicznych. Naruszone wsparcie uruchomiło bowiem pokłady popytu, a nie podaży. Ponowne wejście we wzrostową fazę nie będzie jednak łatwe, co pokazuje indeks cenowy całego rynku, który równie sprawnie nie odbija, a na dniach nawet poprawił tegoroczne minima. Warto jednak pamiętać, że w nowy rok mniejsze podmioty wejdą z pomocną niższą bazą wynikową. Podobne szczęście w tym roku miały blue chipy, które jednocześnie ten atut zaczynają tracić.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Czy status „korporacji” pomaga w biznesie?

42 proc. Polaków czuje, że w obecnej firmie nie może doskonalić swoich kompetencji, natomiast 64 proc. nie widzi dla siebie szans na awans – takie dane płyną z badania satysfakcji zawodowej Polaków 2016[1]. Syndrom wypalenia zawodowego może być szczególnie widoczny w przedsiębiorstwach o skostniałej strukturze, a to tylko jeden z powodów dlaczego firmy nie chcą pretendować do miana korporacji.  

  1. Droga do zmian – jak stąd do Szanghaju

Pracując w korporacji, kreatywni i otwarci na zmiany ludzie często odczuwają zawodowy zastój. Świeżego ducha i motywację do działania mogą zabić sztywne formalności i długa droga akceptacji – od managerów, po dyrektorów, handlowców, czy działy HR. Jeszcze bardziej kręta ścieżka prowadzi przez korytarze firm, których centrala znajduje się zagranicą, np. w Szanghaju czy Nowym Jorku. Zmiany wewnętrzne, realizacja projektów biznesowych, czy wyjście na rynek z nowym produktem może poprzedzać wielomiesięczne oczekiwanie na decyzje wyższego szczebla. Taka powolność w działaniu, czy nawet wrażenie bezradności zdecydowanie nie jest tym, czego pragną aktywne na rynku firmy. – Jesteśmy Grupą Kapitałową, w skład której wchodzi klika niezależnych spółek. Taki podział umożliwia nam nie tylko funkcjonowanie w oderwaniu od zawiłych, korporacyjnych struktur, ale też lepszą specjalizację w danej dziedzinie, jak np. outsourcing usług IT, rozwój technologii z pogranicza Internetu Rzeczy (IoT), Rozszerzonej Rzeczywistości (AR), czy bioinformatyki. Za tak skrojonym modelem działania przemawia także możliwość szybszego reagowania na potrzeby naszych klientów. Dedykowany zespół ekspertów do danego projektu jesteśmy w stanie wybrać szybciej, niż kiedy działaliśmy w ramach jednej firmy o rozbudowanych działach – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Zarządu Grupy Kapitałowej Transition Technologies.

  1. Wypaleni już na starcie

Niskie wynagrodzenia (41 proc.), nierównomierne obłożenie zadaniami (32 proc.), nadmiar nadgodzin (32 proc.) – to trzy główne czynniki wypalenia zawodowego[2]. Przepracowanie i brak satysfakcji to także wynik złego zarządzania, czy niesprzyjającej kultury miejsca pracy. Choć syndrom „burnout” nie jest obcy przedsiębiorstwom o różniej wielkości, najbardziej z jego powodu cierpią firmy zatrudniające powyżej 2,5 tys. pracowników.

– Pracownicy dużych korporacji to w większości młodzi ludzie, między 20 a 30 rokiem życia. To osoby, którym szczególnie zależy na poczuciu rozwoju kompetencji oraz możliwości sprawdzenia się w różnych sytuacjach i obowiązkach, a zarazem realizacji swoich zainteresowań. Dzięki współpracy Transition Technologies z klientami z różnych krajów, możemy angażować pracowników w międzynarodowe projekty. Dodatkowo zapewniamy im możliwość migracji pomiędzy projektami, tak by mogli zdobywać nowe doświadczenia, rozwijać kompetencje i realizować swoje pasje. W ramach specjalnych akademii z zakresu niszowych technologii tj. Salesforce, Adobe Experiance Manager czy Documentum dbamy o to, by nasi pracownicy mieli poczucie rozwoju – komentuje prof. Konrad Świrski.

  1. Indywidualne podejście to podstawa

Sztywna struktura i formalizacja codziennych stosunków  sprawiają, że korporacje cechuje brak indywidualnego podejścia do pracownika. – Większość naszych pracowników zaczynało karierę w Transition Technologies będąc jeszcze na stażu. W związku z tym wszyscy w firmie bardzo dobrze się znamy, tworzy się też wiele serdecznych relacji. To pozwala na wypracowanie zupełnie innych stosunków pomiędzy zatrudnionymi – bardziej bezpośrednich. Wiedza na temat podległych pracowników pozwala przede wszystkim lepiej wykorzystywać ich potencjał w różnych międzynarodowych projektach. – dodaje prof. Świrski.

Powolne zmiany, wczesne wypalenie zawodowe, aż wreszcie zanik poczucia zespołowości – to właśnie te cechy coraz częściej opisują korporacyjną rzeczywistość. Choć duże firmy rosną i wciąż poszerzają swoje szeregi, chcą być niezmiennie postrzegane jako aktywne i troszczące się o swoich pracowników, dzięki którym ta dobra passa jest możliwa.

[1] Satysfakcja zawodowa Polaków 2016, Sedlak&Sedlak

[2] The Employee Burnout Crisis: Study Reveals Big Workplace Challenge in 2017, Kronos Incorporated i Future Workplace

Mówisz językiem szakala czy żyrafy? O sztuce budowania porozumienia

W każdym z nas jest coś z żyrafy i szakala. W codziennych rozmowach – zawodowych, rodzinnych czy towarzyskich – posługujemy się językami symbolizowanymi właśnie przez te zwierzęta. Co to oznacza dla nas samych i naszych relacji? Jak, mając tego świadomość, budować porozumienie nawet w trudnych sytuacjach?

Szakal w akcji

W codziennym wirze obowiązków, tych zawodowych czy domowych, łatwo o nieporozumienie lub sprzeczkę. Kiedy dochodzi do spięcia, coraz trudniej o wzajemne wysłuchanie i zrozumienie. Zamiast rozmowy o potrzebach i rozwiązaniach pojawiają się krytyczne oceny („jesteś niepoważny”), zarzuty („nie obchodzi cię to, co ja myślę”), naciski („musisz zrozumieć…”) – to znaczy, że do głosu dochodzi szakal. Sprawdźmy na przykładzie, jak działa ten drapieżnik w warunkach biznesowych. Pracownik, któremu przełożony dziękuje za wykonaną pracę, mówi: „Wiesz, z tych podziękowań, to dla mnie nic nie wynika, bo kieszenie mam ciągle puste. To nie pierwszy raz, więc może znalazłaby się dla mnie jakaś podwyżka albo chociaż dobra premia? Życie jest coraz droższe, a wynagrodzenia stoją w miejscu”. W odpowiedzi słyszy: „Uważasz, że już wszystkie rozumy pozjadałeś? Dzisiaj podwyżka, jutro awans? Tu nie ma miejsca na dwóch kierowników! Ja w twoim wieku nie myślałem o szybkiej karierze. Jak zrobisz coś naprawdę sensownego, to możemy porozmawiać, a teraz powinieneś się przede wszystkim uczyć. Musisz zrozumieć, że w tej firmie nie ma nic za darmo. Weź się do roboty”. – Ta wypowiedź to przede wszystkim przekonania, ocena i nacisk właśnie taki sposób komunikowania się, w koncepcji porozumienia bez przemocy Marshalla B. Rosenberga, symbolizuje szakal. Posługiwanie się językiem tego drapieżnika bardzo często eskaluje nieporozumienia i rodzi konflikty. To styl komunikacji oparty na legendach (które niewiele mają wspólnego z faktami), słownym nacisku i wyrażaniu żądań – komentuje Renata Świrydczuk, trener z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Pracownikowi, który usłyszałby taką odpowiedź, będzie trudno przyjąć perspektywę przełożonego, który ma z pewnością swoje powody, by oczekiwać od podwładnych rozwoju umiejętności i dobrze wykonywanej pracy. A przecież można inaczej…

Co na to żyrafa?

W analogicznej do powyższej sytuacji szef posługujący się językiem żyrafy powiedziałby na przykład: „Naprawa, której dokonałeś faktycznie była ważna. Słyszę, że oczekiwałeś za tę pracę premii. Widzę, że ci na tym zależy, dlatego chciałbym z tobą porozmawiać. Zapewnienie sprawności sprzętu jest twoim obowiązkiem, za który otrzymujesz wynagrodzenie. Tym razem usunąłeś tę awarię szybciej niż ostatnio i byłem ciekawy, jak to zrobiłeś. Rozmawiamy o tym, bo chciałbym, żebyśmy wspólnie ustalili zasady i warunki, po spełnieniu których będę mógł cię dodatkowo wynagrodzić. Zależy mi na tym, aby sytuacja dla ciebie i dla mnie była przejrzysta. Może masz jakieś propozycje, co możesz i chcesz robić ponadstandardowo?”. – W tej reakcji nie ma oceny pracownika, jest za to opis sytuacji, próba zrozumienia jego perspektywy i przedstawienie swojej potrzeby – charakterystyczne dla języka żyrafy. Dlaczego właśnie żyrafa? Ma długą szyję, dzięki której widzi więcej – dostrzega fakty w szerszym kontekście. Ma również bardzo sprawne serce, które jest symbolem empatii – podejścia nastawionego na dialog i zrozumienie. Widać to w przytoczonej wypowiedzi, gdy przełożony dostrzega również potrzeby pracownika – zauważa Renata Świrydczuk z Integra Consulting Poland. Przełożony mówiący językiem żyrafy stara się zrozumieć pracownika, ale nie zapomina też o swoich możliwościach. Zrozumienie nie zawsze będzie oznaczało przyjęcie określonej strategii, czyli sposobu realizacji potrzeby, którą proponuje rozmówca. Warto zwrócić na to uwagę, bowiem osobom posługującym się językiem żyrafy często błędnie przypisuje się uległość i brak własnego zdania. Nic bardziej mylnego – one okazują innym ludziom, że są zainteresowane zarówno swoimi, jak i ich potrzebami. Kiedy każdy z rozmówców autentycznie słucha, ale też mówi o tym, czego potrzebuje, wzrasta szansa na porozumienie. Warto przy tym pamiętać, że rozmowa o potrzebie jest czymś innym niż przedstawianie strategii i żądania, czyli pomysłu na to, jak inni mają ją zrealizować. Na przykład osoba, która potrzebuje ciszy, jeśli zakomunikuje to innym w formie strategii: „wyjdźcie stąd natychmiast, bo przeszkadzacie” – może nie dostać od odbiorców tego, czego faktycznie potrzebuje – zrozumienia i spokoju.

„Zaparkuj” swój dialog wewnętrzny i legendy – posłuchaj rozmówcy

W trudnych rozmowach bardzo pomocna jest umiejętność empatycznego słuchania, czyli autentycznego skupienia na rozmówcy, przyjęcia jego perspektywy, dostrzeżenia dobrej potrzeby, nawet jeśli „zapakowana” jest w strategię, na którą nie chcemy się zgodzić. – Trudności w porozumieniu zaczynają się zwykle od braku uważnego słuchania i prowadzenia równolegle dialogu wewnętrznego. Na przykład, gdy w czasie rozmowy myślimy „on mnie w ogóle nie rozumie, jest skupiony tylko na sobie” – trudno nam będzie zrozumieć położenie rozmówcy. „Zaparkujmy” ten dialog wewnętrzny, żeby posłuchać. Za chwilę wrócimy, do tego co jest ważne dla nas. Kolejnym utrudnieniem w budowaniu porozumienia jest kierowanie się przekonaniami, opowiadanie sobie legend i snucie domysłów. W efekcie nasze emocje, które powstają pod wpływem interpretacji, choć prawdziwe, nie zawsze będą adekwatne do faktów czy intencji rozmówcy. Chroniąc siebie, próbujemy zawalczyć o nas samych i skupiamy się na wyrażaniu gotowych strategii, czyli pomysłów na to, co inni powinni zrobić, żeby nasza potrzeba była zrealizowana – tłumaczy Renata Świrydczuk.

Jeśli potrafimy wprost i z szacunkiem wyrażać swoje myśli, emocje oraz potrzeby i jednocześnie jesteśmy otwarci na myśli, emocje i potrzeby naszego rozmówcy, to możemy dotrzeć do tego, co jest istotne nie tylko dla innych, ale i nas samych. W wyniku takich rozmów często okazuje się, że oczekiwana początkowo strategia nie jest jedyną, która prowadzi do zaspokojenia danej potrzeby. Wtedy obie strony mają szansę znaleźć inny sposób, który jest możliwy do zaakceptowania przez każdą z nich. – Warto sprawdzać, czy nawet za zachowaniami – strategiami, które nas denerwują, nie kryją się dobre intencje i potrzeby naszego rozmówcy. Dla przykładu, pod strategią polegającą na ciągłym przerywaniu wypowiedzi może leżeć chęć bycia zauważonym i zrozumianym. Czy jest w tym coś złego, że chcemy być ważni dla innych? Szerokie spojrzenie żyrafy, która poszukuje prawdziwej potrzeby, może nam pomóc w nawiązaniu autentycznego kontaktu z rozmówcą. Gdy przyjmiemy perspektywę drugiej osoby, jej też łatwiej będzie zrozumieć nasze położenie – wyjaśnia Renata Świrydczuk.

Nie walcz, tylko powiedz, czego potrzebujesz

Warto pamiętać też o tym, że jednym z powodów tego, że nasze prośby nie są spełniane, może być ich niejasne wyrażanie. – Zanim zaczniemy walczyć o „swoje” warto zadać sobie pytanie: o co ważnego chcę zadbać dla siebie i jak o to poprosić innych. Nawiążmy kontakt sami ze sobą, aby sprawdzić, czego naprawdę potrzebujemy i mówmy o tym otwarcie. Na przykład, zamiast: „jakoś dziwnie to tłumaczysz, niczego nie można zrozumieć”, powiedzmy: „zależy mi na tym, żeby cię dobrze zrozumieć”. Słowa mają znaczenie. Gdy prowadzimy rozmowę w języku żyrafy, zwiększamy szansę na to, że dostaniemy dokładnie to, czego potrzebujemy. Nasza uwaga i energia będzie wówczas skupiona na budowaniu autentycznego porozumienia i wzajemnej pomocy w realizacji codziennych obowiązków – podsumowuje Renata Świrydczuk z Integra Consulting Poland.

Osłabienie złotego pomimo świetnych danych o PKB, inflacja zatrzyma tę wyprzedaż?

Najszybszy od prawie 6 lat wzrost gospodarczy w Polsce, a jednocześnie jeden z najlepszych wyników w Unii Europejskiej, nie przekonał inwestorów. Złoty w czwartek traci na wartości. Tę przecenę mogą jeszcze powstrzymać dane o inflacji.

W III kwartale polska gospodarka rozwijała się w tempie najszybszym od ostatniego kwartału 2011 roku. Roczna dynamika Produktu Krajowego Brutto (PKB) przyspieszyła do 4,9 proc. z 4 proc. w II kwartale br. To wynik lepszy niż wskazywały na to wstępne szacunki (4,7 proc.) i lepszy od rynkowych prognoz (4,7 proc.). To też jeden z najwyższych wzrostów PKB w całej Unii Europejskiej.

Roczna dynamika Produktu Krajowego Brutto (PKB)

pl_pkb_waluteo_30102017
Źródło: GUS

Wzrost gospodarczy w Polsce niezmiennie napędza konsumpcja (4,8 proc. R/R). Zaczęły też odbijać inwestycje (3,3 proc. R/R wobec 0,9 proc. w II kwartale), ale wciąż ich dynamika jest gorsza od prognoz (4,5-5 proc. R/R). Pocieszać można się natomiast tym, że w kolejnych kwartałach będą one dalej rosnąć, stanowiąc jeden z ważnych silników wzrostu. Skąd więc takie przyspieszenie PKB? Dołożył się do tego eksport netto, czyli nadwyżka eksportu na importem, co przełożyło się na wzrost PKB o 1,1 proc. proc.

Świetne dane o PKB (nawet pomimo narzekania na inwestycje), które sugerują wzrost gospodarczy w całym 2017 roku na poziomie 4,3-4,4 proc., nie zdołały przełożyć się na umocnienie złotego. Wręcz przeciwnie. Złoty od rana traci na wartości w relacji do głównych walut.

O godzinie 13:14 za euro trzeba było zapłacić 4,2050 zł (4,1995 zł tuż przed publikacją danych o PKB przez GUS), co oznacza wzrost o 0,2 gr w stosunku do wczorajszego zamknięcia. Dolar drożeje o 0,5 gr do 3,5505 zł (3,5455 zł przed danymi), szwajcarski frank jaki jedyny tanieje o 0,5 gr do 3,5960 zł (3,5973 zł), a brytyjski funt drożeje o o 2 gr do 4,7763 zł (4,7702 zł).

Osłabienie złotego nie jest jednak następstwem rozczarowania wynikiem inwestycji, czy też realizacją zysków po świetnych danych o PKB (na zasadzie kupuj plotki, sprzedaj fakty), ale sytuacji na rynkach globalnych. Złotemu ciąży spadek notowań EUR/USD, przy jednoczesnym słabszym zachowaniu innych walut regionu (m.in. węgierskiego forinta). Może to też być związane z końcówką miesiąca i realizacją zysków na złotym.

Obserwowane w czwartek osłabienie złotego nie rozstrzyga jeszcze o losach dzisiejszego dnia. O godzinie 14:00 inwestorzy będą musieli bowiem jeszcze zmierzyć się z jedną ważną niewiadomą. Danymi o listopadowej inflacji w Polsce.

Rynek oczekuje, że wysokie ceny żywności i paliw podniosły wskaźnik inflacji do 2,3 proc. w relacji rocznej z 2,1 proc. w październiku. Nie jest jednak wykluczone, że wzorem Niemiec, inflacja okaże się wyższa od prognoz i wzrośnie do 2,4 proc. To zaś mogłoby zwiększyć u niektórych uczestników rynku oczekiwania na wcześniejszą, niż w zakładanym obecnie ostatnim kwartale 2018 roku, podwyżkę stóp procentowych w Polsce. Tym samym takie dane powinny wesprzeć złotego, niwelując jego  przedpołudniowe osłabienie. Szczególnie, że w piątek kolejnym wsparciem mogą okazać się dane nt. indeksu PMI dla polskiego przemysłu.

Ten kij w postaci danych o inflacji ma jednak dwa końce. Niższa od rynkowych prognoz listopadowa inflacji złotego dodatkowo przeceni, uświadamiając jednocześnie inwestorom, że wszystkie dobre wieści z polskiej gospodarki są już zwarte w cenach, a spodziewane w kolejnych miesiącach obniżenie dynamiki inflacji (z uwagi na efekt bazy), będzie złotemu ciążyć.

Niezależnie od tego jakie dziś i jutro dane napłyną z gospodarki, na wykresach polskich par można dostrzec pewien przełom, sugerujący zakończenie dobre passy złotego. Widać to przede wszystkim na wykresie dziennym EUR/PLN, gdzie wczoraj miał miejsce zwrot ze strefy popytowej 4,19-4,20 zł, jaką m.in. tworzy lokalny dołek z lipca br.

Aktualny układ sił na wykresie EUR/PLN sugeruje rosnące prawdopodobieństwo wzrostów w kierunku 4,22 zł, gdzie podwójną barierę podażową tworzy dolne ograniczenie niedawnej miesięcznej konsolidacji 4,22-4,2550 zł oraz linia łącząca szczyt z końca września i połowy listopada br. Tam też się rozstrzygnie co dalej. Czy EUR/PLN zawróci do 4,19-4,20 zł? Czy jednak ruszy ku 4,25-4,2550 zł, a końcówka roku upłynie pod znakiem osłabienia rodzimej waluty. Przyjmując, że grudzień będzie należał do dolara, wspieranego przez reformę podatkową w USA i spodziewaną w grudniu podwyżkę stóp procentowych przez Fed, to jednocześnie mocny dolar będzie oznaczał odpływ kapitałów z rynków wschodzących, a więc i osłabienie złotego. Dlatego też na tę chwilę test 4,25 zł jest bardziej prawdopodobny niż 4,19 zł.

Wykres dzienny EUR/PLN

EURPLN+Daily (1)

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Akceleracja przyspiesza rozwój start-upów

Statystycznie tylko 1 na 10 start-upów odnosi sukces. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest brak możliwości przetestowania pomysłów w warunkach rynkowych. Sposobem na wyższą skuteczność są programy akceleracyjne typu Scale Up. Akcelerator IDEA Global przewiduje na przykład skuteczność wdrożenia na poziomie 60-80% wspieranych projektów.

Jak wynika z raportu Deloitte z 2016 roku, polski ekosystem startupów oferuje relatywnie dobre warunki rozwoju na początkowym etapie działalności, kiedy tworzone są ogólne koncepcje przekształcane w pomysły biznesowe. Sytuacja wygląda jednak gorzej w fazie wdrażania rozwiązań i pozyskania partnerów biznesowych. To moment, gdy młodzi przedsiębiorcy, którzy poświęcili już czas i pieniądze, nie otrzymują często wystarczającego wsparcia, pozwalającego przekuć ich pomysły na realny biznes. W takich warunkach innowacyjne inicjatywy często spowalniają albo zostają całkowicie zatrzymane.

Szanse na udany start-up

Swoista moda na start-up jako formę promowania i rozwoju pomysłów biznesowych nie ma bezpośredniego przełożenia na liczbę wdrożeń. Jak podaje portal MamBiznes.pl, aż 25% polskich start-upów upada w ciągu pierwszego roku istnienia, natomiast w drugim – nawet 40%. Ryzyko inwestycyjne nie jest możliwe do wyeliminowania. Jest ono niejako wpisane w definicję startupu, gdyż ten model biznesowy bywa określany jako wdrażanie produktu lub rozwiązania w warunkach ekstremalnej niepewności. Można jednak zredukować to ryzyko, dzięki wsparciu doświadczonych przedsiębiorców, którzy pomogą uniknąć błędów i pułapek stojących na drodze rozwoju firmy.

Przyczyn niepowodzenia startupu może być wiele. Najczęściej wymienia się brak rzeczywistego popytu na produkt, nieprzemyślane wydatki, brak umiejętności organizacyjnych oraz złą współpracę zespołu. Są to powody wynikające przede wszystkim z braku umiejętności prowadzenia firmy, a nie chybionych koncepcji produktów. Z drugiej strony, nawet najlepsze pomysły, jeżeli nie są odpowiednio rozwijane, mogą się okazać mało wartościowe z rynkowego punktu widzenia.

Inkubacja czy akceleracja?

W inkubatorach biznesu osoby z innowacyjnymi pomysłami mogą zdobyć podstawowe wsparcie doradcze i organizacyjne oraz postawić pierwsze kroki w stronę założenia własnej firmy. To idealne miejsce dla tych, którzy myślą o rozpoczęciu działalności gospodarczej, nawet jeżeli nie mają sprecyzowanego modelu biznesowego czy w pełni dopracowanego pomysłu. Inkubator daje możliwość szlifowania koncepcji, wskazuje kierunki, stara się inspirować do działania.

Akceleracja pomysłów biznesowych przeznaczona jest dla tych inicjatyw, które wykonały już pierwsze kroki w kierunku wdrożenia pomysłu. Wprowadzane rozwiązanie nie może być wyłącznie ideą, ale nie musi też być ukończone – wystarczy prototyp. Dzięki wsparciu akceleratora młodzi przedsiębiorcy mogą testować i rozwijać swój produkt pod okiem ekspertów. To także platforma otwierająca drzwi do siedzib dużych partnerów biznesowych oraz ułatwiająca dostęp do potencjalnych klientów.

Inkubacja i akceleracja, chociaż są zbieżne w kilku punktach, nie stanowią dla siebie konkurencji, a raczej uzupełnienie. Osoba rozpoczynająca swoją przygodę z biznesem zdobędzie w inkubatorze wiedzę i umiejętności niezbędne na starcie, co w przyszłości może zaowocować realizowaniem konkretnych pomysłów. Akceleracja ma na celu rozwinięcie idei, przetestowanie jej oraz przygotowanie do wdrożenia. Obie platformy wspierają więc startupy, ale na innych etapach ich ścieżki rozwoju.

Nie tylko branża IT

Chociaż startupy kojarzą się przede wszystkim z branżą IT, to ten model rozwoju biznesu sprawdza się w również w innych gałęziach gospodarki. Przykładami mogą być biotechnologia i przemysł chemiczny. Rozwijanie startupów z tych obszarów jest skomplikowane, ponieważ wymaga specjalistycznej wiedzy, zaawansowanej infrastruktury oraz kosztownych badań. W sposób szczególny mogą one zyskać na uczestnictwie w procesie akceleracji. Młodzi przedsiębiorcy otrzymują nie tylko wsparcie finansowe czy merytoryczne, ale również dostęp do zaplecza laboratoryjnego dużych firm. Pozwala to na zminimalizowanie ryzyka tworzenia produktów nieadekwatnych do potrzeb, które nie zostały wcześniej przetestowane w warunkach zbliżonych do rzeczywistych.

Dobrym przykładem udanej współpracy tego rodzaju jest startup oferujący innowacyjny produkt o nazwie LifeGel. Otrzymał on możliwość testowania i ulepszania koncepcji proponowanej przez młodych naukowców w specjalistycznych laboratoriach firmy Olimp Labs. LifeGel pozwala na prowadzenie hodowli komórkowych w warunkach 3D. Do tej pory proces hodowli odbywał się w płaskim środowisku, co ograniczało jego przydatność. Trójwymiarowa przestrzeń zwiększa jakość przeprowadzanych badań, a co za tym idzie – możliwości testowania nowych leków. Obecnie trwają prace nad wdrożeniem lifegel-u, który jest już praktycznie gotowy.

Jak twierdzi Marcin Krzykawski, jeden z twórców wynalazku, uczestnictwo w Akceleracji ułatwia wejście na rynek: – Mając produkt uczymy się w jaki sposób może on zaistnieć na rynku i jak przekonać do tego ludzi, aby później w efekcie po kilku krokach mogło to dać pozytywne wyniki w postaci lepszych leków. Ważną korzyścią z uczestnictwa w programie akceleracyjnym IDEA Global jest to, że współpracujemy z dużym przedsiębiorcą. Naszym największym wyzwaniem było znalezienie klienta, który będzie chciał zaryzykować, bo jest to nowy i kosztowny produkt – mówi Krzykawski. – Dzięki udziałowi w programie akceleracyjnym IDEA Global dostaliśmy kontakt do osoby decyzyjnej u dużego przedsiębiorcy. To był dla nas bardzo ważny moment. Udowadniając, że potrafimy opracować zaplanowany produkt we współpracy z partnerem, podnosimy naszą wiarygodność, co ułatwia nam wejście na rynek. Akcelerator IDEA Global pozwolił nam nawiązać ten pierwszy kontakt, wsparł nas również finansowo i doradczo – dodaje jeden z twórców LifeGel.

Możliwość przetestowania rozwiązań w praktyce otrzymał również startup Beahive.be, którego partnerem została sieć sklepów sprzedaży detalicznej SPAR. Startup oferuje system służący do lokalizacji ludzi i obiektów przemieszczających się na określonej przestrzeni. Wykorzystuje on technologię Beacon. Rozwiązanie znajdzie zastosowanie m.in. w sklepach wielkopowierzchniowych, gdzie poprzez analizowanie aktywności klientów przyczyni się do optymalizacji rozmieszczenia towarów oraz układu architektonicznego obiektu.

Mateusz Gronkowski, pomysłodawca rozwiązania, oprócz wsparcia finansowego, docenia także pomoc organizacyjną i merytoryczną: – W ramach Akceleratora IDEA Global szczególnie istotna była możliwość korzystania z dodatkowych usług szkoleniowych oraz mentorskich. Przydatne okazały się warsztaty sprzedażowe, dzięki którym dowiedzieliśmy się jak skalować sprzedaż, oraz spotkania dotyczące rozwijania produktów i systemów. Mentorzy z Akceleratora wspierali nas również w rozmowach z Partnerem.

Akcelerator IDEA Global jest inicjatywą firmy Ideo sp. z o.o. funkcjonującej od 18 lat w branży projektów internetowych. Realizowany jest we współpracy z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości, w ramach rządowego programu Start In Poland. W zakończonej, I turze akceleracji wsparto rozwój 10 projektów, z których 8 jest obecnie w fazie wdrożenia. W trwającej II turze IDEA Global uczestniczy 11 kolejnych projektów. Wśród partnerów wspierających platformę znajdują się m.in.: Autosan, Aviva, Kirchhoff Automotive, mBank, Microsoft, Olimp Labs, Orange, Play, Spar. Informacje o akceleratorze i wspieranych projektach dostępne są na stronie ideaglobal.pl.

Zmiany w Zarządzie Dyrekcji Handlowej Intermarché

We wrześniu br. stanowisko Prezesa w strukturach Dyrekcji Handlowej Intermarché objął Maciej Ćwikliński. Funkcję tę przejął po Hannie Olech. Dotychczasowa Prezes SCA PR Polska, została powołana do Zarządu ITM Polska.

Maciej Ćwikliński, Prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché, właściciel sklepu Intermarché w Słupcy
Maciej Ćwikliński, Prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché, właściciel sklepu Intermarché w Słupcy

Nowy Prezes SCA PR był od lutego br. członkiem Zarządu Dyrekcji Handlowej Intermarché. Wcześniej, od marca 2015 r. pełnił funkcję członka Zarządu spółki IMMO Muszkieterowie Polska,  która odpowiada za ekspansję Grupy Muszkieterów tj. pozyskiwanie terenów oraz budowanie obiektów sklepowych. Pracował również jako szef Pozyskiwania Nowych Lokalizacji w Regionie Zachód, a swoją karierę w strukturach centralnych Grupy Muszkieterów zaczął od stanowiska w Dziale Zakupów oraz Dziale Marketingu Intermarché.

Grupa Muszkieterów daje ogromne możliwości rozwoju zawodowego. Dzięki wytrwałości i doskonaleniu swoich kompetencji pokonujemy drogę od właściciela sklepu do funkcji zarządczych w centrali. Wierzę, że szeroka i praktyczna wiedza o handlu, którą nabyłem przez lata pracy, pozwoli mi wdrożyć nowoczesne rozwiązania biznesowe oraz dalej wspierać rozwój Grupy i jej współpracowników – mówi Maciej Ćwikliński, Prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché, właściciel sklepu Intermarché w Słupcy.

Unikalny model franczyzowy Grupy Muszkieterów sprawia, że każdy franczyzobiorca nie tylko decyduje o kierunkach rozwoju swojej placówki handlowej. Ma on również istotny wpływ na działalność całej sieci, pełniąc funkcje zarządcze w centrali Grupy. Konsekwencją takiego modelu biznesowego jest to, że kluczowe stanowiska w strukturach firmy zarezerwowane są dla franczyzobiorców i to właśnie oni podejmują decyzje o strategicznych kierunkach rozwoju Muszkieterów.

Finlandia – kraj ekologicznych i inteligentnych rozwiązań tworzących przestrzenie przyjazne do życia

Fińskie ekologiczne budownictwo wprowadza nowy wymiar do skandynawskiego designu. Surowy klimat i brak własnych paliw kopalnych zmotywowały fińskie firmy do stworzenia całej gamy materiałów i technologii budowlanych nowej generacji. Niektóre z nich zostały zaprezentowane podczas wystawy i konferencji Building Green 2017 w Kopenhadze.

Dziś coraz częściej wykorzystuje się biomasę drzewną do produkcji ekologicznych materiałów budowlanych, wnętrzarskich i izolacyjnych. W Finlandii powstało wiele innowacyjnych technologii i produktów tego rodzaju wykorzystujących włókno drzewne. Jednym z przykładów innowacji ekologicznych jest powłoka izolacji akustycznej w sprayu. Innym – lekkie panele ścienne. Stworzono tu również umywalkę z kompozytu drzewnego o dużej twardości.

Nasza przewaga polega na połączeniu doskonałej znajomości biomateriałów z najwyższej klasy wzornictwem. Dzięki temu możemy tworzyć nowe, przyjazne dla środowiska i atrakcyjne estetycznie produkty – powiedziała Pia Qvintus, dyrektorka programowa w Finpro.

Inteligentne budynki ratunkiem dla klimatu

Na całym świecie budynki odpowiadają za znaczną część emisji CO2, dlatego w zapobieganiu ociepleniu klimatu duże znaczenie będą miały technologie budowlane, a w szczególności idea inteligentnych budynków.

Wyzwania, jakie przed nami stawia życie, wymagają nowych rozwiązań w budownictwie. W Finlandii wiemy o tym świetnie. Nasze firmy mają szeroką ofertę technologii pozwalających połączyć efektywność energetyczną i niskie koszty cyklu życia mieszkań z komfortem – zadeklarował Petri Lintumäki, dyrektor programowy w Finpro.

  • Poniżej prezentujemy niektóre z innowacyjnych rozwiązań dla budownictwa, które fińscy wystawcy pokazali podczas wystawy Building Green 2017 w Kopenhadze:

Lumir

W firmie Lumir opracowano nową metodę wewnętrznej izolacji akustycznej. Rozpylana izolacja z włókien biologicznych tworzy gładką powłokę, którą można stosować w budynkach nowych i starych. Jest wytrzymała, ognioodporna i nie zawiera szkodliwych włókien szklanych ani lotnych związków organicznych.

www.lumir.fi

Wall+

W firmie Wall+ opracowano i wyprodukowano lekkie panele ścienne i meblowe CompoFIBER składające się wyłącznie z materiałów biologicznych, czyli z włókien drzewnych. Można je dopasowywać do różnych zastosowań i poddawać recyklingowi. Odpowiedni dobór materiału drzewnego i nowa technologia modelowania pozwoliły uzyskać produkt unikatowy, od trzech do sześciu razy lżejszy od produktów konkurencji.

www.wallplus.fi

Woodio

Woodio Oy to fiński start-up powstały w 2016 roku. Firma opatentowała i wprowadziła na rynek nowy wodoodporny kompozyt drzewny o dużej twardości, z którego można tłoczyć rozmaite formy. Nadaje się on do masowej produkcji umywalek i innych elementów hydrauliczno-sanitarnych, a także dachówek i paneli ściennych. Jest to produkt ekologiczny, w całości poddający się recyklingowi.

www.woodio.com

Itula

Itula Oy to fińska firma rodzinna specjalizująca się w projektowaniu przyjaznych dla środowiska, energooszczędnych systemów grzewczych i chłodniczych. Jednym z takich rozwiązań jest ItuGraf, przepływowy panel ogrzewający i chłodzący nowej generacji. ItuGraf to ekologiczny produkt pozwalający oszczędzać energię i ułatwiający kontrolę temperatury wnętrz. Jego wymiary sprawiają, że z punktu widzenia architekta jest elementem łatwym do zainstalowania w każdym pomieszczeniu. Panele ItuGraf są produkowane przy zachowaniu najwyższych standardów jakości.

www.itula.fi

SmartWatcher

SmartWatcher to fiński start-up, który stworzył profesjonalny system całodobowego monitorowania jakości powietrza w pomieszczeniach. System działający w modelu IoT (internet rzeczy) składa się z dwóch elementów. Pierwszy to zespół czujników kontrolujących na bieżąco jakość powietrza, drugi zaś to serwis udostępniający dane przechowywane w cyfrowej chmurze. Użytkownicy mogą programować alarmy informujące o przekroczeniu dopuszczalnych stanów. System można uzupełnić o bezprzewodowy czujnik powiadamiający na bieżąco o zmianach ciśnienia.

www.smartwatcher.fi

Nuuka Solutions

Nuuka’s Connect & Create Solution oferuje systemy sprawiające, że w budynkach lepiej się żyje i pracuje, a zarazem ograniczające negatywny wpływ ich funkcjonowania na środowisko. Nuuka jest jedną z czołowych fińskich firm zajmujących się przetwarzaniem dużych zbiorów danych (big data analytics). Opracowany przez nią program gromadzi wszystkie dane dotyczące budynku na jednym interfejsie, umożliwiając właścicielom oraz użytkownikom budynku analizę i kontrolę jego wydajności energetycznej, jakości powietrza w pomieszczeniach oraz oddziaływanie na środowisko naturalne. Pomaga to nie tylko w bieżącym zarządzaniu budynkiem, lecz także w utrzymaniu jego rynkowej wartości.

www.nuukasolutions.com

Źródło: SPCC/ www.circularbioecofin.com

Opracowano nowy typ wypełnień stomatologicznych imitujący żywe tkanki. Zawiera włókna stosowane w kamizelkach kuloodpornych

Opracowano nowy typ wypełnień stomatologicznych imitujący żywe tkanki. Zawiera włókna stosowane w kamizelkach kuloodpornych 3

Coraz większą popularność na świecie zyskuje stomatologia bionaśladowcza. To sposób leczenia prowadzący do zachowania własnych zębów tak długo, jak to możliwe. W tym celu stosuje się włókna polietylenowe, wykorzystywane do tej pory do produkcji kamizelek kuloodpornych. To szansa na przełom w leczeniu zębów. Wypełnienia stają się o wiele bardziej wytrzymałe i trwalsze, a to przekłada się na możliwość jak najdłuższego zachowania własnych zębów, zamiast stosowania np. implantów. W Polsce jak dotąd tylko jedna klinika stosuje tę metodę leczenia.  

– Zbyt dużo dzisiaj poświęca się czasu temu, żeby odtwarzać zęby w postaci implantów czy koron, a zbyt mało kładzie się nacisku na utrzymanie i leczenie własnych zębów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Wiśniewski, właściciel kliniki Naturaldens, stosującej metodę stomatologii bionaśladowczej.

W stomatologii bionaśladowczej są stosowane m.in. materiały kompozytowe oraz specjalne, opatentowane włókna polietylenowe, podobne do tych wykorzystywanych w kamizelkach kuloodpornych. Wypełnienia stosowane do tej pory miały przede wszystkim uzupełnić jedynie kształt zęba, a nie wzmocnić jego wytrzymałość.

– Mamy materiał, który służy do wypełnień, a ten materiał jest wzmocniony włóknami. To powoduje, że jesteśmy w stanie przenieść ogromne siły, które wytwarzają się podczas żucia zębami z bardzo cienkich ścianek, które pozostają po opracowaniu zęba, po zniszczeniu części struktur przez próchnicę, na materiał wypełniający oraz na korzenie zęba. W związku z tym cała struktura znacznie lepiej się trzyma i znacznie dłużej trwa –  podkreśla stomatolog.

Tradycyjne wypełnienie zęba wytrzymuje zazwyczaj do 7 lat. Nowa metoda pozwala wydłużyć ten czas nawet trzykrotnie. Zaletą tej formy leczenia mają być również znacznie niższe koszty, niż w przypadku zabiegów do tej pory szeroko stosowanych. W porównaniu do tradycyjnych wypełnień, leczenie w Polsce z wykorzystaniem nowej metody jest prawie dwa razy droższe. Jednak jak przekonuje stomatolog, biorąc pod uwagę większą ich trwałość – w dłuższej perspektywie się opłaca.

– Wszystkie koszty z tym związane typu korony, leczenie kanałowe czy stosowanie implantów i potem odbudowy na tych implantach są odsuwane w czasie albo w ogóle tego unikamy, w związku z czym koszty ponoszone przez pacjenta są minimalizowane – przekonuje Paweł Wiśniewski.

Jak wynika z badania Ministerstwa Zdrowia zrealizowanego w ramach programu „Monitoring Zdrowia Jamy Ustnej”, próchnicę zębów ma 99,9 proc. Polaków w wieku 35-44 lat. Ten problem dotyka również ponad 90 proc. dzieci i nastolatków w naszym kraju. Strach przed dentystą dotyczy wielu osób. Część z nich paraliżuje do tego stopnia, że wizyta u stomatologa to dla nich ostateczność.

– Cały przemysł stomatologiczny idzie w kierunku jak najlepszych materiałów do robienia koron, coraz lepszych materiałów implantologicznych, technik, diagnostyki – to powinno zostać, tyle tylko, że nie powinniśmy od tego zaczynać i to nie powinno być bardzo często pierwszym sposobem leczenia zębów pacjenta – apeluje Paweł Wiśniewski.

Jak wynika z raportu Research and Markets, globalny rynek stomatologii protetycznej warty jest obecnie 15,6 bln dolarów. Do roku 2022 ma rosnąć średniorocznie w tempie 6,4 proc., by osiągnąć wartość 21,3 bln dolarów.

Coraz częściej zmieniamy banki

Jeszcze do niedawna Polacy niechętnie zmieniali swoje banki, nawet jeśli byli z nich niezadowoleni. To już jednak przeszłość. Wraz z rozwojem ofert bankowych przenosimy nasze rachunki coraz częściej.

Według danych Krajowej Izby Rozliczeniowej w ciągu trzech kwartałów 2017 r. swój bank zmieniło przeszło 25 tys. Polaków. Większość z nas (ponad 77%) przeniosła się do Credit Agricole.

„Sam proces przeniesienia rachunku jest bardzo prosty, trwa najwyżej kilka dni i właściwie nie wymaga zaangażowania klienta. Wystarczy przyjść do naszego oddziału, złożyć odpowiedni wniosek i upoważnienie dla doradcy, a on zajmie się wszystkimi formalnościami: zamknie konto w poprzednim banku, złoży zlecenie przeniesienia wszystkich stałych zleceń oraz upoważnień, a jeśli będzie taka potrzeba, poinformuje też o zmianie numeru rachunku właściwe urzędy, np. urząd skarbowy czy Zakład Ubezpieczeń Społecznych” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Przemysław Przybylski, rzecznik prasowy w Credit Agricole.

Skupieni na gromadzeniu oszczędności rezygnujemy z zysków

  • Stopa oszczędności w Polsce osiągnęła niespotykany jak na ostatnie lata poziom 3,6 proc., jednak większość z nas pomnaża swoje pieniądze nieefektywnie – pokazują dane z raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny 2017. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?”. 
  • Dla zapewnienia finansowego poczucia bezpieczeństwa potrzebujemy wysokich kwot – nawet 20-krotności naszych miesięcznych dochodów. Tylko co trzeci oszczędzający ma taką poduszkę bezpieczeństwa.
  • Wierzymy, że najskuteczniejszym i najbezpieczniejszym sposobem pomnażania oszczędności jest ich ulokowanie w aktywach materialnych. Jednocześnie produkty kojarzące się z inwestycjami postrzegamy jako ryzykowne.
  • Silna awersja do ryzyka sprawia, że nawet wśród osób najbardziej zamożnych najwyżej co dziesiąty jest skłonny inwestować swoje oszczędności, akceptując ewentualną stratę.

Jak pokazuje najnowszy raport BGŻOptima „Polak Oszczędny 2017. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?” mimo, że jako społeczeństwo oszczędzamy najwięcej od 5 lat, to pieniądze te nie są pomnażane efektywnie. W swoich decyzjach finansowych kierujemy się przede wszystkim przekonaniami, a nie obiektywną wiedzą. Ryzyko nie ma dla nas odcieni szarości – nie jesteśmy zainteresowani potencjalnym wyższym zyskiem, jeśli nie mamy jednocześnie gwarancji ochrony kapitału. Wierzymy w inwestycje w aktywa materialne. W konsekwencji przechodzimy obojętnie wobec narzędzi pozwalających skutecznie pomnażać nasz kapitał.

W 2016 roku po raz pierwszy od 5 lat istotnie zwiększyła się stopa oszczędności polskich gospodarstw domowych, osiągając poziom 3,6 proc. To dobra wiadomość, choć na tle średniej dla Unii Europejskiej (11 proc.) nadal wypadamy blado. Wzrost ten przypadł na moment trudny dla oszczędnych. Spadek realnego oprocentowania depozytów, będący konsekwencją niskich stóp procentowych i rosnącej inflacji skutkował obniżeniem wartości otwieranych lokat terminowych przez cały 2017 rok.

BGŻOptima postanowiła sprawdzić, jak tę sytuację postrzegają oszczędzający i czy wpływa ona na ich przekonania i działania związane z zarządzaniem zgromadzonym kapitałem.

Oszczędzamy bez planu

Na poziomie deklaracji osoby, które oszczędzają, robią to modelowo. Jak wynika z 5. edycji raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny”, ponad 2/3 Polaków posiadających min. 1 000 zł oszczędności twierdzi, że gromadzenie pieniędzy na przyszłość przychodzi im naturalnie. Większość zgadza się, że tak powinni robić ludzie odpowiedzialni, a blisko ¾ zapewnia, że nie ma problemów z długoterminowym oszczędzaniem. W ocenie 54 proc. badanych optymalną strategią jest odkładanie co miesiąc konkretnej kwoty, według ustalonego planu.

W praktyce jednak okazuje się, że oszczędzamy chaotycznie. Najczęściej wskazywaną praktyką jest odkładanie na koniec miesiąca pieniędzy, które nie zostały wydane (41 proc.), przeznaczanie na zaskórniaki dodatkowych środków, np. z premii (40 proc.) oraz oszczędzanie bez sprecyzowanego planu (31 proc. wskazań).

Dla poczucia bezpieczeństwa potrzebujemy małej fortuny

Niezależnie od wysokości bieżących dochodów dla zapewnienia sobie poczucia finansowego bezpieczeństwa potrzebujemy dużych kwot. Średnia wartość minimalnej poduszki finansowej, wskazywana przez badanych to aż 69 tys. złotych. Trzy czwarte oszczędzających oczekuje, że ich oszczędności będą wynosić do 100 tys. złotych. W związku z wysoko zawieszoną poprzeczką zaledwie 1/3 badanych udało się odłożyć oczekiwaną sumę.

Taki poziom oczekiwanej poduszki bezpieczeństwa burzy mit o tym, że rolę tę spełnia trzykrotność miesięcznego wynagrodzenia. Niemal połowa osób, które mają takie oszczędności wcale nie czuje się z nimi bezpiecznie. Jak obliczyli eksperci BGŻOptima, niezależnie od poziomu dochodów kwota, którą wskazujemy jako bezpieczne minimum oszczędności to równowartość około 20 miesięcznych pensji!

– Co więcej, nasz apetyt rośnie w miarę jedzenia. Im wyższy dochód, tym większe też nasze oczekiwania finansowe, jeśli chodzi o oszczędności. Budowanie poduszki bezpieczeństwa nie wynika zatem tylko z przezorności. Chcemy chronić też wyższy standard życia i utrzymać go w razie niespodziewanego zdarzenia – tłumaczy Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Co trzeci oszczędzający przyznaje, że na przyszłe wydatki odkłada maksymalnie 10 proc. swojego miesięcznego wynagrodzenia. Jak zauważa Piotr Marciniak, przy takiej strategii do poziomu minimalnej poduszki bezpieczeństwa większość z nas będzie dochodzić nawet 20 lat.

– Te wygórowane oczekiwania tłumaczą, dlaczego nasze oszczędzanie jest takie krótkowzroczne i przypadkowe. Trudno oczekiwać od konsumenta, że będzie myślał o dywersyfikacji czy inwestycjach, jeśli ciągle nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby być spokojnym o swoją przyszłość – mówi Piotr Marciniak.

Nie inwestujemy, bo nie wiemy jak

Skoro nade wszystko oszczędności mają służyć bezpieczeństwu, nie można się dziwić, że Polacy mają bardzo wysoką awersję do inwestycji z powodu wiążącego się z nimi – w ich przekonaniu – ryzyka. Sytuacji nie poprawia świadomość, że na temat inwestowania wiemy niewiele.

Aż 83 proc. respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że aby inwestować trzeba się na tym znać. W konsekwencji główną barierą wskazywaną przez osoby, które nie inwestują, jest właśnie niewystarczająca wiedza i umiejętności (52 proc.). Mają one zdecydowanie większe znaczenie, niż dostępność wystarczającej sumy pieniędzy na taki cel (39 proc.) czy brak dostępu do osoby, która mogłaby doradzić, jak inwestować (22 proc. wskazań).

Co ciekawe, pojęcia „oszczędzanie” i „inwestowanie” kojarzone są dość swobodnie z różnymi instrumentami finansowymi. Każdą aktywność związaną z regularnym wpłacaniem pieniędzy –  niezależnie od miejsca, gdzie one trafiają – większość badanych utożsamia z oszczędzaniem. W tej kategorii umieszczamy np. odkładanie na IKE i IKZE. Oszczędzaniem jest też korzystanie z produktów, kojarzonych jako bezpieczne. Co trzeci badany w tej kategorii umieszcza zakup obligacji Skarbu Państwa, co piąty zakup walut. Ten ostatni za sposób na zabezpieczenie kapitału uważają głównie osoby starsze. Młodzi kojarzą waluty obce już silniej z inwestycjami i ryzykiem.

Ryzyka boimy się jak ognia

Aż 81 proc. badanych deklaruje, że mając do wyboru wysoki zysk lub gwarancję kapitału wybierze to drugie. Chociaż blisko połowa oszczędzających zgadza się ze stwierdzeniem, że dziś można zarobić tylko na inwestycjach, to 87 proc. przyznaje, że najbardziej zależy im na bezpiecznym pomnażaniu oszczędności.

Z badania BGŻOptima wynika jednoznacznie, że otwartość na inwestowanie oszczędności na rynku kapitałowym nie jest uzależniona od poziomu zgromadzonego kapitału. Bez względu na wartość posiadanych oszczędności średnio co piąty badany nie zainwestowałby na rynku finansowym żadnej części swoich oszczędności. Połowa deklaruje, że byłaby gotowa zainwestować maksymalnie 20 proc. odłożonej kwoty.

– Gdy Polacy myślą o skutecznym inwestowaniu i pomnażaniu oszczędności biorą pod uwagę zwykle te rozwiązania, które ze względu na bardzo wysoki próg wejścia dla większości z nich są nieosiągalne. Jest to na przykład zakup nieruchomości na wynajem lub inwestycja w antyki lub złoto. Jednocześnie tracimy z oczu wiele rozwiązań oferowanych przez rynek finansowy, które są bezpieczne i skutecznie pomnażają oszczędności, a przy tym są dostępne i płynne – mówi Piotr Marciniak.

Jak pokazuje badanie większość posiadaczy oszczędności nie widzi różnicy między poszczególnymi typami funduszy inwestycyjnych, jeśli chodzi o poziom potencjalnego ryzyka jaki wiąże się z inwestycją w nie. Tymczasem jak pokazują dane historyczne za ostatnie 5 lat, ich wyniki różnią się. Fundusze pieniężne przyniosły w tym okresie ponad 13 proc. zysku, tymczasem fundusze zrównoważone blisko 18 proc. W tym samym czasie inwestycja w nieruchomości w Warszawie wypracowała ok. 8 proc. zwrotu, a wartość pieniędzy zainwestowanych w złoto spadła o jedną czwartą.

***

Badanie do raportu „Polak Oszczędny 2017. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?” przeprowadzone zostało przez Kantar TNS na zlecenie BGŻOptima we wrześniu 2017 roku metodą wywiadów internetowych (CAWI)  na próbie 1000 osób w wieku 25-65 lat, posiadających oszczędności w kwocie minimum 1000 zł
w dowolnej formie; miesięczny dochód respondentów netto min. 1500 zł.

Co nas czeka w cyberbezpieczeństwie w 2018 roku?

Fortinet, światowy lider w dziedzinie zaawansowanych cyberzabezpieczeń, przedstawił swoje prognozy na temat zagrożeń informatycznych czekających nas w 2018 roku. Eksperci z laboratorium FortiGuard Labs  przedstawili strategie i metody, które będą wykorzystywane przez cyberprzestępców w najbliższej przyszłości oraz wskazują na potencjalny wpływ cyberataków na globalną gospodarkę.

W ciągu najbliższych lat będziemy świadkami rozwoju przestrzeni cyberataków, przy  jednoczesnym zmniejszaniu widoczności i kontroli nad infrastrukturą informatyczną. Powszechność urządzeń podłączonych od sieci, które uzyskują dostęp do danych osobistych i finansowych – armii urządzeń IoT i infrastruktury krytycznej stosowanych w samochodach, domach, biurach i inteligentnych miastach – oraz rosnąca sieć wzajemnych połączeń stwarzają nowe możliwości dla cyberprzestępców.

Cyfrowi kryminaliści są coraz bieglejsi w wykorzystywaniu takich osiągnięć jak sztuczna inteligencja, co czyni ataki jeszcze bardziej skutecznymi. Ten trend zapewne jeszcze przyspieszy w 2018 roku.

Najważniejsze prognozy specjalistów Fortinet:

  • Wzrost samouczących się sieci hivenet i swarmbots

Bazując na wyrafinowanych atakach, takich jak Hajime oraz Devil’s Ivy lub Reaper, można przewidywać, że cyberprzestępcy zastąpią botnety inteligentnymi klastrami zainfekowanych urządzeń, nazywanych hivenetami, aby otworzyć skuteczniejsze wektory ataku.

Hivenety wykorzystują metodę samouczenia, aby skutecznie docierać do zagrożonych systemów na niespotykaną dotąd skalę. Będą one w stanie komunikować się ze sobą oraz podejmować działania na bazie analizy lokalnie zbieranych danych. Hivenety będą rosły wykładniczo, co zwiększy ich zdolność do jednoczesnego ataku na wiele ofiar i znacznie utrudni podjęcie przeciwdziałań.

Laboratorium FortiGuard Labs odnotowało w tym roku 2,9 mld prób komunikacji botnetowej tylko w ciągu jednego kwartału.

  • Ransomware to wielki biznes

Chociaż dzięki nowym typom oprogramowania, jak np. ransomworm, liczba ataków ransomware wzrosła w ciągu ostatniego roku aż 35-krotnie, to nie należy sądzić, że to ostatnie słowo cyfrowych wyłudzaczy. Następnym wielkim celem dla tego typu ataków będą prawdopodobnie dostawcy usług w chmurze.

Złożone hiperpołączenia sieciowe, które tworzą dostawcy usług w chmurach, mogą skutkować tym, że pojedynczy punkt awarii dotknie setki firm, instytucji państwowych, organizacji opieki zdrowotnej oraz infrastrukturę krytyczną. Cyberprzestępcy zaczną łączyć technologie sztucznej inteligencji z wielowymiarowymi metodami ataku, aby skanować, wykrywać i wykorzystywać słabości dostawcy rozwiązań chmurowych.

  • Morphic Malware następnej generacji

Jeśli nie w przyszłym roku, to wkrótce po nim, zaczniemy dostrzegać złośliwe oprogramowanie stworzone całkowicie przez maszyny oparte na automatycznym wykrywaniu luk i skomplikowanej analizie danych. Polimorficzne złośliwe oprogramowanie nie jest nowe, ale przybierze inne oblicze. Poprzez wykorzystanie sztucznej inteligencji, zacznie tworzyć nowy, wyrafinowany kod, który za pomocą maszynowych procedur będzie w stanie nauczyć się, jak unikać wykrycia.

Dzięki ewolucji istniejących narzędzi, przestępcy będą mogli rozwinąć najlepszy możliwy exploit w oparciu o charakterystykę każdej unikalnej słabości. Złośliwe oprogramowanie jest już w stanie używać modeli uczenia się, aby ominąć zabezpieczenia, a co za tym idzie, może wyprodukować nawet ponad milion odmian wirusa w ciągu dnia. Jak do tej pory wszystko to opiera się tylko na algorytmie, co ogranicza poziom zaawansowania i kontroli nad wynikiem.

Eksperci Fortinet wykryli 62 miliony szkodliwych programów w jednym kwartale 2017 r. – wśród nich 16 582 warianty pochodzące z 2 534 rodzin malware’u. Z kolei 20% organizacji stwierdza, że doświadczyła aktywności malware’u atakującego urządzenia mobilne. Zwiększona automatyzacja szkodliwego oprogramowania sprawi, że te statystyki staną  się jeszcze bardziej niepokojące w nadchodzącym roku.

  • Infrastruktura krytyczna na pierwszy plan

Ze względu na kwestie strategiczne i ekonomiczne dostawcy i użytkownicy infrastruktury krytycznej nadal znajdują się na pierwszym miejscu listy najbardziej zagrożonych atakami. Organizacje te prowadzą sieci, które chronią ważne usługi i informacje. Jednak najbardziej krytyczna infrastruktura i operacyjne sieci technologiczne są kruche, ponieważ zostały pierwotnie zaprojektowane jako szczelne i izolowane.

Oczekiwanie szybkiego reagowania na potrzeby pracowników i konsumentów zaczęło zmieniać wymagania wobec tych sieci, napędzając potrzebę zastosowania w nich zaawansowanych zabezpieczeń. Biorąc pod uwagę znaczenie tych sieci i potencjał niszczycielskich rezultatów ich naruszeń, dostawcy infrastruktury krytycznej dołączyli do wyścigu cyfrowych zbrojeń z organizacjami państwowymi, przestępczymi i terrorystycznymi.

  • Nowe usługi wykorzystujące automatyzację oferowane przez cyberprzestępców i Darkweb

Wraz ze zmianami w cyberprzestępczym półświatku, ewoluuje również Darkweb. Można się spodziewać, że wkrótce zobaczymy nowe oferty w modelu C-a-a-S (Cybercrime-as-a-service) pochodzące z Darkwebu, ponieważ już teraz widzimy tam zaawansowane usługi, wykorzystujące uczenie maszynowe.

Na przykład usługa znana jako FUD (Fully Undetectable) jest już częścią kilku ofert. Umożliwia ona programistom zajmującym się cyberprzestępczością sprawdzenie, czy ich ataki i złośliwe oprogramowanie będą wykryte przez narzędzia bezpieczeństwa pochodzące od różnych dostawców.

Dodatkowo w ramach usługi zwiększony zostanie poziom wykorzystania uczenia maszynowego, które służy do modyfikowania i podnoszenia skuteczności analizowanego kodu.

Stawiaj czoła zagrożeniom

Dzięki postępowi w dziedzinie automatyzacji i sztucznej inteligencji istnieje szansa dla przedsiębiorczych cyberprzestępców, aby wykorzystać odpowiednie narzędzia do poważnego naruszenia gospodarki cyfrowej. Rozwiązania bezpieczeństwa muszą być w odpowiedzi budowane wokół zintegrowanych technologii bezpieczeństwa, użytecznych informacji o zagrożeniach oraz dynamicznie konfigurowalnych systemów zabezpieczających.

Ochrona powinna działać szybko, automatyzując reakcje, a także stosując inteligencję i samokształcenie, aby sieci mogły podejmować skuteczne i autonomiczne decyzje. Pozwoli to nie tylko zwiększyć widoczność i scentralizować kontrolę, ale także umożliwi strategiczną segmentację, podnoszącą poziom bezpieczeństwa. Ponadto podstawowe procedury bezpieczeństwa muszą stać się częścią polityki ochrony IT. Jest to wciąż często pomijane, ale kluczowe dla ograniczenia konsekwencji cyberataków.

Znów zamknięcie rządu w USA?

Zbliża sie limit zadłużenie w USA i jak zawsze wraca ryzyko zamknięcia rządu z powodu konfliktu pomiędzy dwoma partiami. Janet Yellen ostrzega przed narastającym długiem. Huśtawka kursowa na bitcoinie.

Coroczne zamknięcie rządu w USA?

Amerykanie mają nową świecką tradycję. Co roku, kiedy to kończy się limit zadłużenia państwa dochodzi do sporu o jego podniesienie. Pojawiają się często spełniane groźby tzw. shutdown-u. Jest to zamknięcie administracji za wyjątkiem stanowisk ważnych dla bezpieczeństwa kraju. Obecnie datą, po której pojawi się problem, jest 8 grudnia. Do tego czasu należy uchwalić nową ustawę budżetową lub stworzyć prowizorium. Główną sporną kwestią po stronie republikanów jest reforma podatkowa. Po stronie demokratów jest to kwestia imigrantów. Jaki wpływ na rynki walutowe ma to zamieszanie? Jeżeli dojdzie do zamknięcia rządu, można spodziewać się osłabienia dolara względem pozostałych walut. Warto z kolei zwrócić uwagę, że będzie to termin bliski posiedzeniu FED. Tego na którym najprawdopodobniej podniesione będą stopy procentowe. Pierwsza połowa grudnia może być zatem bardzo ciekawa dla osób obserwujących dolara.

Janet Yellen o zadłużeniu USA

Jak to często bywa, osoby pełniące ważne funkcje pod koniec kadencji, jeżeli wiedzą że nie mają szans na kolejną, mówią coraz odważniej. Podobnie jest z obecną szefową FED. W ostatnim wystąpieniu przed kongresem m.in. zwróciła uwagę na wspomniany już problem zadłużenia USA. Ma on jednak jeszcze drugie dno. Przekraczanie limitu zadłużenia w okresie dobrej koniunktury, kiedy to dług z roku na rok rośnie, stawia pytanie co będzie w kryzysie. O ile oczywiście ten kryzys nastąpi. Prognozy makroekonomiczne zadłużenia w USA nie pozostawiają wątpliwości, że problem ten sam się nie rozwiąże.

Kryptowaluty wciąż niestabilne

Środa była modelowym dniem pokazującym dlaczego bitcoin nie jest najlepszym zastępstwem dla klasycznego pieniądza. Od rana kurs najpierw wzrósł o imponujące 15%, po czym popołudniem runął o 20% w dół. Jak to często bywa po takich ruchach, od tego dołka znowu miało miejsce odbicie w górę. W efekcie dzisiaj oglądamy najpopularniejszą kryptowalutę delikatnie powyżej psychologicznej bariery 10 000 USD. Tak silne ruchy udowodniły niską wydajność transakcyjną systemu. To między innymi ona zdaniem części obserwatorów pogłębiła korektę po osiągnięciu szczytów w okolicach 11 350 USD.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

50 miliardów euro za brexit. Kurs funta w górę

Funt rośnie wobec swoich rywali na fali nadziei inwestorów w sprawie postępu rozmów dotyczących brexitu (pojawiły się informacje, że rozwód Londynu z Brukselą ma kosztować brytyjskich podatników około 50 mld euro). Ponieważ rynki najbardziej nie lubią niepewności, w rezultacie brytyjska waluta do amerykańskiego dolara jest najsilniejsza od około 2 miesięcy. I to mimo faktu, że z Beżowej Księgi Rezerwy Federalnej wynika, iż wzrost gospodarczy w USA jest całkiem niezły (w III kw. wzrost PKB wyniósł 3,3%), ale jednocześnie zwiększa się presja inflacyjna, co jest efektem rosnących kosztów transportu i produkcji.  

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do euro (-0,09%) i brytyjskiego funta (-0,53%), a zyskuje do dolara kanadyjskiego (+0,45%), dolara australijskiego (+0,23%) oraz japońskiego jena (+0,69%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,187, GBP/USD – 1,346, USD/CAD – 1,287, AUD/USD – 0,758 i USD/JPY – 112,2. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,82%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,3, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,882. Złotówka traci do lekko funta i euro, a minimalnie zyskuje do dolara i franka szwajcarskiego. W czwartek rano dolar kosztuje poniżej 3,54 zł, euro – 4,2 zł, funt – 4,76 zł, a frank – powyżej 3,59 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. W środę w Europie londyński indeks FTSE 100 tracił 0,9%, a paryski indeks CAC 40 zyskiwał 0,14%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,04%, meksykański indeks Bolsa podniósł się o 0,83%, a brazylijski indeks Bovespa stracił 1,94%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei zyskał 0,57%, chiński indeks Shanghai Composite obniżył się o 0,62%, a hongkoński indeks Hang Seng stracił 1,3%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej trzeci dzień z rzędu idą w dół. W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztuje 63,11 USD (-0,79%), a ropy WTI – 57,3 USD (-1,2%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca obniżyła się o 1 USD do 65 USD. Po wcześniejszych wzrostach spada także cena złota. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1282 USD. To 14 USD mniej (-1,08%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 0:50 – Japonia – Produkcja przemysłowa (r/r), październik – 5,9%
  • 2:00 – Chiny – PMI dla usług wg CFLP, listopad – 54,8 pkt.
  • 2:00 – Chiny – PMI dla przemysłu wg CFLP, listopad – 51,8 pkt. (prognoza 51,4 pkt.)
    7:45 – Szwajcaria – PKB (r/r), III kw. – 1,2% (prognoza 0,9%)
  • 10:00 – Polska – PKB (r/r), III kw. (prognoza 5%)
  • 11:00 – Strefa euro – Stopa bezrobocia, październik (prognoza 8,9%)
  • 11:00 – Strefa euro – Inflacja HICP (r/r), dane szacunkowe, listopad (prognoza 1,6%)
  • 14:00 – Polska – Inflacja CPI (r/r), listopad (prognoza 2,3%)
  • 14:30 – USA – Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych, tydzień (prognoza 240 tys.)
  • 14:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Cleveland
  • 14:30 – USA – Dochody Amerykanów (m/m), październik (prognoza 0,3%)
  • 14:30 – USA – Wydatki Amerykanów (m/m), październik (prognoza 0,3%)
  • 15:45 – USA – Chicago PMI, listopad (prognoza 63 pkt.)
  • 19:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Dallas

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Badanie EY: Dalszy szybki rozwój gospodarki wymaga kontynuacji ekspansji polskich przedsiębiorstw na rynkach zagranicznych

Firmy prywatne mają fundamentalne znaczenie dla polskiej gospodarki – wytwarzają ok. ¾ Produktu Krajowego Brutto. Jednak nadal jesteśmy krajem o stosunkowo niewielkiej liczbie przedsiębiorstw, a duża część firm to podmioty o bardzo małej skali działalności. Dla polskiej gospodarki bardzo korzystne byłoby upodobnienie struktury wielkościowej przedsiębiorstw do występującej w UE, polegające na awansie części mikroprzedsiębiorstw do kategorii firm małych. Dzięki takiej zmianie, polski PKB mógłby być wyższy o 2,7% – wynika z raportu EY „Polskie przedsiębiorstwa wczoraj i dziś. Źródła sukcesu i nowe wyzwania”. Polskie przedsiębiorstwa odgrywają coraz istotniejszą rolę na światowych rynkach, zmienia się również ich rola w globalnych łańcuchach wartości. To, co coraz częściej przedsiębiorcy wymieniają jako kluczową barierę rozwoju, to niedobór wykwalifikowanych pracowników.

Analizując dostępne dane i informacje oraz doświadczenia laureatów programu EY Przedsiębiorca Roku, firma doradcza EY przygotowała raport „Polskie przedsiębiorstwa wczoraj i dziś. Źródła sukcesu i nowe wyzwania”, w którym zbadała uwarunkowania działania przedsiębiorstw, najważniejsze trendy, które kształtowały ten sektor w ostatnich latach oraz czynniki determinujące konkurencyjność polskich firm.

Firmy prywatne – fundament polskiej gospodarki

– Sukces polskiej gospodarki w ostatnich dekadach to przede wszystkim zasługa prężnie działających przedsiębiorstw prywatnych. Od początku transformacji ustrojowej stanowiły one fundament sektora prywatnego, którego znaczenie dla polskiej gospodarki w tym czasie nieprzerwanie rosło – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY.

Przedsiębiorstwa odgrywają kluczową rolę w gospodarce. Wytwarzają i dostarczają większość towarów i usług, z których korzystamy, odpowiadają za ogromną część zatrudnienia. Według szacunków EY, obecnie w Polsce aktywnych jest ok. 4,8 mln firm prywatnych, które generują blisko ¾ PKB.

Od początku transformacji znacząco rośnie udział sektora prywatnego w tworzeniu wartości dodanej brutto w polskiej gospodarce – z 60,3% w 1995 r. do 80,2% w 2015 r. Znaczącą rolę w tym procesie odegrały podmioty o dominującym udziale kapitału zagranicznego, które odpowiadały za zdecydowaną większość przyrostu tego udziału.

Polska firma, czyli jaka

Polska charakteryzuje się bardzo wysokim udziałem mikroprzedsiębiorstw w ogólnej liczbie przedsiębiorstw. – Znakomitą większość podmiotów w Polsce stanowią mikroprzedsiębiorstwa, które mogą być dowodem przedsiębiorczości Polaków, jednak ich wydajność względem większych firm w Polsce jest niestety najniższa w całej UE – mówi Marek Rozkrut, Partner, Główny Ekonomista EY.

Mikroprzedsiębiorstwa (do 9 pracujących) niefinansowe odpowiadają za bardzo dużą część zatrudnienia w Polsce. Odwrotnie jest w przypadku firm małych (10-49 pracujących), w których odsetek osób pracujących jest najniższy wśród wszystkich krajów UE.

– Gdyby struktura wielkościowa przedsiębiorstw w Polsce upodobniła się do przeciętnej w UE i część mikrofirm stała się firmami małymi – to, zgodnie z wynikami uproszczonej symulacji, nasz PKB mógłby być wyższy nawet o 2,7% – dodaje Marek Rozkrut.

Popyt zagraniczny generuje większość wzrostu PKB

Jednym z najważniejszych trendów w działalności polskich firm w ostatnich latach był proces internacjonalizacji. Od 1995 r. otwartość polskiej gospodarki, mierzona stosunkiem wartości eksportu do PKB, wzrosła bardzo istotnie – z blisko 29% do ponad 52%.

Dalszy szybki rozwój gospodarki wymaga kontynuacji ekspansji polskich przedsiębiorstw na rynkach zagranicznych

Za zdecydowaną większość eksportu odpowiadają firmy z przeważającym udziałem kapitału zagranicznego, choć w latach 2011-2016 krajowe firmy prywatne zwiększały swój eksport w tempie nieco szybszym niż firmy zagraniczne. – Polskie przedsiębiorstwa odgrywają coraz istotniejszą rolę na światowych rynkach. Coraz więcej firm przestaje być podwykonawcami globalnych koncernów. Rośnie udział dóbr finalnych w eksporcie, co oznacza, że coraz częściej wytwarzamy kompletne produkty. Zdecydowanie rośnie także rola eksportu usług, co wskazuje na wzrost liczby wysoko wykwalifikowanych pracowników – mówi Jacek Kędzior.

Integracja Polski w ramach międzynarodowych łańcuchów wartości była w ostatnim 20-leciu bardzo dynamiczna. Udział eksportu wartości dodanej w całkowitej wartości dodanej wytworzonej w Polsce wzrósł w latach 1995-2014 z ok. 16% do bardzo wysokiego poziomu 34%. Oznacza to, że Polska należy do krajów wyjątkowo silnie zintegrowanych w ramach międzynarodowych łańcuchów produkcji, a popyt zagraniczny odpowiadał za większość wzrostu PKB w Polsce w XXI wieku.

Od niskich kosztów pracy do innowacyjności

O ile jeszcze przed globalnym kryzysem finansowym większość badanych przedsiębiorców wskazywała ceny jako najważniejszy czynnik decydujący o ich konkurencyjności, to w 2014 r. było ich już tylko 15%. W ostatnich latach systematycznie spadał odsetek przedsiębiorców wskazujących na obniżanie cen jako najskuteczniejsze narzędzie konkurowania. – Polska jest w grupie krajów, które są w fazie przejściowej między rozwojem napędzanym inwestycjami a rozwojem napędzanym innowacyjnością. Dlatego kluczowe dla firm będzie tworzenie unikalnej wartości dla swoich klientów, opartej na działalności innowacyjnej – uważa Jacek Kędzior.

Dalszy szybki rozwój gospodarki wymaga kontynuacji ekspansji polskich przedsiębiorstw na rynkach zagranicznych 2

Niestety niewielki odsetek polskich firm prowadzi działalność innowacyjną. Nakłady polskich firm na badania i rozwój (B+R) w relacji do PKB były w 2015 r. znacząco niższe (0,5%) niż przeciętnie w UE (1,3%). Znacznie niższy niż przeciętnie w UE był również odsetek przedsiębiorstw angażujących się stale w działania z zakresu B+R.

Niedobór pracowników coraz ważniejszą barierą rozwoju firm

– Wyniki licznych badań prowadzonych wśród przedsiębiorców wskazują na narastające problemy z niedoborem pracowników, w szczególności wykwalifikowanych. Choć nie jest to jeszcze kluczowa bariera w ocenie przedsiębiorców, wiele zjawisk omawianych w raporcie EY „Polskie przedsiębiorstwa wczoraj i dziś. Źródła sukcesu i nowe wyzwania” wskazuje na to, że jest to zmiana strukturalna, która będzie stanowić coraz ważniejsze ograniczenie dla firm – uważa Marek Rozkrut. Wyzwania na rynku pracy będą potęgowane przez niekorzystne tendencje demograficzne. W 2015 r. w Polsce na 1 osobę w wieku 65 lat i więcej przypadały 4,2 osoby w wieku produkcyjnym. Do 2060 r. relacja ta – zgodnie z prognozami demograficznymi – ma się istotnie pogorszyć we wszystkich krajach UE, jednak w Polsce zmiana ta ma być jedną z najsilniejszych – na 1 osobę w wieku 65+ ma przypadać zaledwie 1,5 osoby w wieku 20-64 lata.

Wśród najczęściej wymienianych barier rozwoju przedsiębiorstw znajdują się także przepisy podatkowe. Przedsiębiorcy najczęściej bardzo źle lub źle oceniają przepisy i procedury związane z prawem podatkowym (60% firm), a w następnej kolejności z sądownictwem gospodarczym (43%) i kontrolą działalności gospodarczej (38%).

– Aby skutecznie konkurować lokalnie i na rynkach międzynarodowych, zarówno polscy przedsiębiorcy, jak i agendy czy organizacje ich wspierające, powinny postawić na strukturalne rozwiązania w zakresie takich kwestii jak: zwiększenie nakładów inwestycyjnych, wsparcie w ekspansji polskich firm na rynkach globalnych, przesunięcie w łańcuchu wartości w oparciu o czynniki jakościowe, działania zwiększające aktywność zawodową Polaków, a także systemowe rozwiązania zwiększające potencjał rozwojowy mikroprzedsiębiorstw – podsumowuje Jacek Kędzior. – Nie bez znaczenia w zmniejszaniu barier przedsiębiorczości jest także podejmowanie działań w celu ograniczenia stopnia skomplikowania przepisów podatkowych i związanych z tym obciążeń administracyjnych – dodaje.

2 na 3 specjalistów i menedżerów z podwyżką w 2017 roku

Większość specjalistów i menedżerów otrzymało w ciągu mijającego roku podwyżkę – ponad połowa zapytanych o od 1 do 20%, a co dziesiąty zarabia obecnie o ponad jedną piątą więcej – wynika z 7. edycji raportu Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy”. W grupie, która nie otrzymała żadnej podwyżki, łatwo dostrzec znaczny udział osób, które aktywnie dążą do zmiany pracy – aż 45%. Natomiast im wyższy wzrost wynagrodzenia tym rzadziej pracownicy myślą o poszukiwaniu nowego miejsca zatrudnienia. To powinno dać do myślenia pracodawcom. Jeżeli firmy chcą zatrzymać talenty, muszą rozważyć w przyszłorocznych budżetach wyższe wynagrodzenia zarówno dla obecnej kadry jak i nowych pracowników.

W 2017 roku na polskim rynku pracy mieliśmy do czynienia z kontynuacją trendów z poprzednich lat. Umocnił się rynek kandydata i to praktycznie we wszystkich branżach, a pracodawcy musieli mierzyć się z wyzwaniem „3xZ”, czyli zdobądź, zapłać, zatrzymaj. Jak widzimy z naszego badania, stawienie czoła temu wyzwaniu nie jest łatwe. Zwłaszcza w obliczu tego, że przeciętnie specjaliści i menedżerowie otrzymali rocznie aż 8 ofert pracy. W tym kontekście, na nowy rok pracodawcy powinni mieć sprecyzowane nie tylko cele biznesowe, ale i strategię zarządzania kadrami uwzględniającą system wynagrodzeń. Wśród pracowników rosną oczekiwania na coraz wyższe podwyżki, a firmy, które chcą zrekrutować nowe talenty, muszą pamiętać, że pozyskanie specjalisty może stać się bardziej kosztowne. Pamiętajmy też, że znajomość indywidualnych motywacji i potrzeb pracowników, ale nie tylko tych płacowych, to ważny czynnik budowania zaangażowanych struktur i odporności na odpływ pracowników z organizacji – mówi Artur Skiba, Prezes Zarządu Antal.

Uzyskane podwyżki niższe niż oczekiwania płacowe przy zmianie pracy

Z najwyższym wzrostem wynagrodzenia – o ponad 20%  – miał do czynienia w mijającym roku co ósmy pracownik. Ponad połowa zapytanych (55%) dostała podwyżkę niższą niż jedna piąta ich pensji, a aż jedna trzecia wciąż otrzymuje płace na takim samym poziomie jak rok wcześniej. Z ubiegłorocznej edycji badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” wynikało, że średnio kandydaci oczekiwali 23% wzrostu pensji w przypadku zmiany pracy. – Oczekiwany wzrost pensji u obecnego pracodawcy najczęściej jest niższy. Jeśli pracownik chce podwyżki o 20% przy zmianie pracy, a w swojej organizacji otrzyma 10%, to z pewnością jego motywacja do zmiany miejsca zatrudnienia – za ofertę już tylko 10% wyższą – znacząco spadnie – mówi Agnieszka Wójcik, Market Research Manager Antal.podwyżki

Jak wskazuje Daria Stefańska z Antal, liderami w obszarze kreowania konkurencyjnej polityki płacowej są pracodawcy z sektora SSC/BPO ze względu na panującą od kilku lat dużą konkurencję na rynku pracy. – Dynamika rynku w postaci rosnącej liczby ofert pracy ze strony wchodzących na polski rynek centrów, jak i już obecnych pracodawców, którzy rozwijają swoje struktury powoduje, że firmy często konkurują między sobą wysokością wynagrodzenia oraz bogatym pakietem socjalnym. Większość firm z sektora usług dla biznesu od lat regularnie podnosi wynagrodzenia swoim pracownikom. Pracownicy z sektora SSC/BPO mogą się spodziewać podwyżek w wysokości 5-10% w skali roku. Ponadto, pracodawcy coraz częściej konkurują świadczeniami pozapłacowymi – mówi Daria Stefańska, Manager Antal SSC/BPO.

Im mniejsza podwyżka, tym większa chęć zmiany pracy

Wysokość otrzymanej podwyżki lub jej brak wyraźnie determinuje postawy pracowników. Im wyższy wzrost pensji, tym rzadziej specjaliści lub menedżerowie aktywnie poszukują nowego zatrudnienia. Wśród osób, które nie otrzymały żadnej podwyżki, niemal połowa (45%) aktywnie dąży do zmiany miejsca pracy np. przeglądając i odpowiadając na ogłoszenie rekrutacyjne. W grupie, w której osoby otrzymały najniższą podwyżkę, odsetek ten wynosi 29%, a w grupie osób z przeciętną podwyżką – 19%.

Śmiało można postawić tezę, że wzrost wynagrodzenia bezpośrednio przekłada się na spadek rotacji dobrowolnej. Im wyższe propozycje podwyżek, tym zdecydowanie mniejsza szansa na stratę pracownika. To właśnie wśród osób, które otrzymały najwyższą podwyżkę, aktywni kandydaci stanowią jedynie 15%, przy jednocześnie wysokim odsetku osób, które w żadnym wypadku nie rozważą zmiany pracy – zwraca uwagę Agnieszka Wójcik, Market Research Manager Antal.podwyżki 2

***

  1. edycja badania Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” została przeprowadzona metodą CAWI w terminie 24.07-16.08 2017 roku. W badaniu wzięło udział 1040 respondentów z całej Polski. Badanie było anonimowe.

Branża ochroniarska nie upilnowała 28 mln zł płatności

Szacuje się, że na całym świecie pracuje ponad 20 milionów ochroniarzy. Ok. 110 tysięcy kwalifikowanych ochroniarzy zatrudnionych jest w Polsce. Najczęściej ochraniają biurowce i osiedla mieszkaniowe. Wartość ich usług szacowana jest w tym roku na 10,12 mld zł.* Czy firmy ochroniarskie dają poczucie bezpieczeństwa swoim kontrahentom? Nie do końca, problemy z płatnościami są tu częściej spotykane niż w innych firmach usługowych, choć kwota zaległości nie jest zbyt wysoka i wynosi niecałe 28 mln zł – wynika z danych zgromadzonych w bazach BIG InfoMonitor i BIK.

Kondycja finansowa większości firm wygląda dobrze. Wyższe koszty i wzrost cen oferowanych usług odczuły głównie małe firmy. Koszty działalności firm ochroniarskich rosną w związku z oskładkowaniem umów-zleceń i podwyżką minimalnej stawki godzinowej. To z kolei powoduje wzrost cen usług ochroniarskich. Efekt? Zapowiadany przez ekspertów dalszy wzrost wyników branży stoi pod znakiem zapytania, bo zdaniem części przedstawicieli zmiany legislacyjne zahamują rozwój. Szansą na lepsze perspektywy ma być automatyzacja ochrony, czyli inwestowanie w nowe technologie. Coraz większą popularnością cieszą się np. zautomatyzowane systemy alarmowe oraz monitoring, ale czy każdą firmę na nie stać?

9 proc. firm ochroniarskich ma długi…

Z 5 638 firm ochroniarskich**, ponad 9 proc. ma zaległe zobowiązania. Biorąc pod uwagę, że wśród firm zajmujących się usługami administrowania i działalnością wspierającą (Sekcja N PKD), problemy z terminową obsługą zobowiązań ma 4,2 proc. moralność płatnicza firm ochroniarskich wypada słabo. Z danych zgromadzonych w BIG InfoMonitor i BIK wynika, że prawie 70 proc. problemów finansowych branży stanowią niespłacane w terminie kredyty bankowe, pozostałe to przeterminowane zobowiązania pozakredytowe powstałe w wyniku nieopłaconych faktur np. za telefon lub towar. Mowa tu o zaległościach przeterminowanych o co najmniej 60 dni na kwotę min. 500 zł wobec jednego wierzyciela. W sumie łączna kwota zaległości firm ochroniarskich wynosi ponad 27,7 mln zł. Średnia zaległość pozakredytowa wynosi 22 679 zł, zaś z kredytowa 179 172 zł.

Branża ochroniarska nie upilnowała 28 mln zł płatności

Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Warto dodać, że w bazie Biura Informacji Kredytowej są też widoczne powiązania klientów indywidualnych z prowadzonymi przez nich firmami. Zaległości kredytowe konsumentów, jednocześnie prowadzących działalność gospodarczą w zakresie ochrony, wynoszą 8,85 mln zł. Dana ta ma znaczenie, biorąc pod uwagę, że ok. 60 proc. przedsiębiorców deklaruje, że łączy finanse prywatne z firmowymi.

Branża ochroniarska nie upilnowała 28 mln zł płatności 2

Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

…ale czy to liczba zadłużonych firm jest tu problemem?

Według szacunków Deloitte, rynek ochrony osób i mienia w 2016 r., wzrósł w porównaniu z 2015 r. prawie 10 proc. Stało się tak pomimo zmian regulacyjnych, w tym przede wszystkim „ozusowania” umów zleceń, czego obawiano się szczególnie. Z kolei na ten rok zapowiada się wzrost o 13 proc. do 10,12 mld zł, mimo dalszego wzrostu stawek. Według Deloitte dalej rynek będzie rósł w tempie zbliżonym do wzrostu PKB, do ok. 11,4 mld zł w 2021 r. Część branży obawia się, że podwyższone koszty pracy w 2018 r. – wzrost minimalnego wynagrodzenia do poziomu 2100 zł brutto, minimalnej stawki godzinowej do 13,7 zł brutto oraz wzrost obciążeń ZUS przyhamuje rozwój. Innego zdania są przedstawiciele dużych firm. Oceniają, że wprowadzone w ostatnich dwóch latach regulacje rynku pracy nie są zagrożeniem, lecz szansą na wzrost jakości usług ochrony osób i mienia w Polsce oraz bardziej pozytywne postrzeganie branży. Eksperci przewidują też konsolidację rynku wokół największych graczy oraz  profesjonalizację i coraz silniejszy zwrot ku nowoczesnym technologiom. Obecnie w segmencie security do 6 największych graczy należy jedynie ok. 30 proc. rynku.

Dwie na trzy firm z branży są w dobrej i bardzo dobrej kondycji finansowej

Analiza finansowa firm ochroniarskich z polskiego rynku, przeprowadzona przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska, na próbie niemal 1000 podmiotów pokazuje, że blisko 66 proc. z nich jest w bardzo dobrej i dobrej kondycji finansowej. W słabej sytuacji finansowej jest 13 proc. a w bardzo złej 21 proc.

Lepiej dużym, gorzej małym firmom

Zdecydowanie słabszą kondycją wykazują się firmy mikro i małe, z zatrudnieniem nieprzekraczającym kilkunastu osób. Duże podmioty z każdym rokiem zwiększają nie tylko swoje przychody, lecz także zyski. To właśnie one odpowiadają za dynamicznie rosnący rynek branży ochrony.

Kondycja finansowa firm ochroniarskich

Branża ochroniarska nie upilnowała 28 mln zł płatności 3

Źródło: Bisnode Polska

Co najczęściej chroni się w Polsce?

Jak podaje raport jednej z największych firm ochroniarskich w kraju, w Polsce najczęściej chroni się biurowce i mieszkania – na zasadzie monitoringu i kontroli dostępu. Z branż: hotele i restauracje oraz transport i logistykę – monitoring pojazdów i ochrona łańcucha dostaw. Następnie budownictwo, gdzie ochroną objęty jest obszar budowy. Poza tym finanse – konwojowanie, sektor publiczny – ochrona VIP oraz imprezy masowe.

Jakie warunki należy spełnić, żeby zostać ochroniarzem?

  1. Mieć ukończone 21 lat i zdolność do czynności prawnych
  2. Świadectwo ukończenia co najmniej gimnazjum
  3. Obywatelstwo polskie lub kraju Unii Europejskiej, Norwegii, Islandii, Lichtensteinu lub Szwajcarii
  4. Brak toczących się postępowań karnych, wpisów w rejestrze skazanych za przestępstwo umyślne
  5. Nienaganna opinię wydana przez komendanta policji
  6. Pozytywne wyniki badań lekarskich i psychologicznych
  7. Zakończony kurs lub szkolenie na kwalifikowanego pracownika ochrony fizycznej i potwierdzone kwalifikacje.

*Raport firmy Deloitte, zaprezentowany podczas Debaty Eksperckiej ISBnews i Centrum im. A. Smitha pt. „Branża ochrony w Polsce i na świecie – perspektywy, szanse, zagrożenia”, która odbyła się 19 października br. w Warszawie.

** Dane z baz CEiDG oraz KRS

Grupa Abadon Real Estate z 17,5 mln zł zysku netto po pierwszych trzech kwartałach 2017 r.

Grupa Abadon Real Estate w ciągu dziewięciu miesięcy br. wypracowała 281,1 mln zł przychodów ze sprzedaży wobec 39,0 mln zł w analogicznym okresie ub.r. Zysk z działalności operacyjnej wzrósł o ok. 250 proc r/r do poziomu 20,6 mln zł. Z kolei zysk netto wypracowany w analizowanym okresie wynosi 17,5 mln zł wobec 4,4 mln zł rok wcześniej. Ponad siedmiokrotny wzrost przychodów ze sprzedaży r/r jest efektem rozbudowywania oferty Grupy o kompetencje kolejnych spółek wykonawczych zarówno w ramach segmentu usługowego, jak i handlowego.

Grupa Abadon Real Estate, skupiając segment wykonawczy holdingu Murapol, oferuje kompleksową obsługę projektów inwestycyjnych z zakresu budownictwa mieszkaniowego, przemysłowego oraz obiektów użyteczności publicznej.

Podstawową aktywność Grupy stanowi działalność usługowa nakierowana na obsługę inwestycji nieruchomościowych realizowanych zarówno we współpracy z Grupą Murapol, jak również na zlecenie inwestorów zewnętrznych. Oferowane usługi obejmują generalne wykonawstwo, usługi architektoniczno-projektowe świadczone przez Murapol Architecture Drive Sp. z o.o, wsparcie pracowni kreatywnej, zarządzanie nieruchomościami, wykończenie mieszkań pod klucz, komercjalizację inwestycji oraz wsparcie w zakresie kadr, księgowości oraz IT. Uzupełnieniem tej oferty są usługi generalnego wykonawstwa świadczone przez grupę budowlaną AWBUD, specjalizującą się w realizowaniu inwestycji z zakresu budownictwa przemysłowego, ekologii i energetyki.

W ciągu dziewięciu miesięcy br. Grupa Abadon RE wypracowała z działalności usługowej 241,5 mln zł przychodów ze sprzedaży, co stanowi 86 proc. wpływów ze sprzedaży ogółem w analizowanym okresie.

Drugi obszar działalności Grupy Abadon RE stanowi segment handlowy oferujący obsługę projektów realizowanych w ramach segmentu usługowego oraz dostawy do klientów zewnętrznych. Działalność handlowa realizowana jest przez dystrybutora materiałów budowlanych – firmę Cross Bud Sp. z o.o. Przychody Abadon RE z tego segmentu aktywności wynoszą  93,9 mln zł, z czego ponad 50 proc. została wypracowana z obsługi klientów zewnętrznych.

– Stworzyliśmy unikatowy w skali Polski podmiot o niespotykanym dotychczas modelu biznesowy, którego  oferta jest w stanie odpowiedzieć na potrzeby najbardziej wymagających inwestorów, realizujących najbardziej wyszukane i śmiałe koncepcje inwestycji nieruchomościowych. Stale rozbudowujemy kompetencje wykonawcze o nowe obszary, tak aby zakres obsługi uwzględniał wszystkie etapu realizacji projektów budowlanych. W bieżącym roku uzupełniliśmy ofertę Abadon RE o usługi świadczone przez grupę AWBUD, wchodząc w segment budownictwa przemysłowego, ale również wykorzystując kompetencje Awbudu na naszych budowach inwestycji mieszkaniowych. Łączymy również siły w pozyskiwaniu kontraktów od inwestorów zewnętrznych. Docelowo chcemy aby udział zleceń od podmiotów spoza holdingu Murapol dominował w portfelu zamówień Grupy Abadon RE. Biorąc pod uwagę, że Murapol ma ponad milion mkw. PUM-u w przygotowaniu to jesteśmy spokojni o zajętość spółek z Grupy na najbliższe 5-6 lat.  – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Abadon Real Estate S.A.

W ciągu trzech kwartałów 2017 roku holding Murapol zlecił spółkom z Grupy Abadon Real Estate prace o wartości ponad 260 mln zł.

Grupa AWBUD: nowe zlecenia o wartości 210 mln zł pozyskane w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2017

AWBUD, wyspecjalizowana grupa budowlana notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, wypracowała w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy br. ponad 159 mln zł skonsolidowanych przychodów, kończąc okres rozliczeniowy z ujemnym wynikiem finansowym netto na poziomie 1,2 mln zł. Pomimo odnotowanych strat, sytuacja Grupy AWBUD jest stabilna. W ciągu trzech kwartałów br. AWBUD zawarł umowy na roboty budowlane o wartości 210 mln zł, a portfel zamówień na rok 2017 i kolejne lata kształtuje się na poziomie 290 mln zł.

Dominujący, bo blisko 84 proc., udział w strukturze przychodów Grupy AWBUD miał segment usług budowlano-montażowych, z którego tytułu Grupa uzyskała blisko 134 mln zł. W ramach tego obszaru, biorąc pod uwagę charakter realizowanych obiektów, główny udział w przychodach za pierwsze trzy kwartały 2017 roku miało budownictwo przemysłowe, z którego Grupa uzyskała ponad 68 mln zł. Ponad 50 mln zł wpływów AWBUD wypracował z realizacji zleceń dla budownictwa komercyjnego, w tym rewitalizacji, zaś z zamówień z obszaru ekologii i energetyki pochodzi dalsze ponad 13 mln zł przychodów.

Grupa AWBUD ze świadczenia usług instalacyjnych, stanowiących drugi segment jej działalności, wypracowała blisko 26 mln zł przychodów w okresie sprawozdawczym.

Ujemny wynik finansowy netto na poziomie 1,2 mln zł, uzyskany w pierwszych dziewięciu miesiącach 2017 roku, stanowi spadek wobec analogicznego okresu roku poprzedniego, w którym Grupa AWBUD wypracowała zysk netto w wysokości 2,2 mln zł. Segment usług budowlano-montażowych w pierwszych trzech kwartałach br. przyniósł Grupie dodatni wynik na poziomie 0,1 mln zł netto, zaś segment usług instalacyjnych wygenerował 1,3 mln zł straty.

Czynnikiem mającymi istotny wpływ na wynik netto, w relacji do okresu porównawczego, była niska marża brutto na kontraktach realizowanych przez spółki wchodzące w skład Grupy AWBUD, na poziomie 2,2 proc. Znacznie niższa rentowność zleceń realizowanych przez Grupę jest wynikiem trudnej sytuacji na rynku podwykonawców i rosnącymi kosztami pracowników budowlanych. Wypracowany wynik skorelowany jest również z niższą od zakładanej sprzedażą, a przez to wyższym udziałem kosztów sprzedaży i kosztów ogólnego zarządu w przychodach o ok. 1,4 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ub.r.

– Silna konkurencja cenowa oraz niski wskaźnik rentowności netto to główne czynniki, które wpłynęły na kondycję i wyniki całej branży budowlanej. Taka niekorzystna sytuacja motywuje nas do większej koncentracji działalności na obszarach pozwalających uzyskiwać wyższe marże oraz atrakcyjniejsze warunki płatności. Efektem tego są kolejne kontrakty jakie podpisujemy na realizacje inwestycji z zakresu budownictwa mieszkaniowego oraz komercyjnego. W bieżącym roku pozyskaliśmy sześć takich zleceń na łączną kwotę ponad 96 mln zł. – mówi Michał Wuczyński, Prezes Zarządu AWBUD S.A. – Poza niekorzystną sytuacją na rynku, istotny wpływ na wynik wypracowany w ciągu trzech kwartałów tego roku miała niższa od zakładanej sprzedaż, będąca konsekwencją niewejścia w życie umowy na realizację zlecenia dotyczącego budowy Regionalnego Zakładu Zagospodarowania Odpadów w Chabierowie, które odpowiadało za blisko 20 proc. planowanej na ten rok sprzedaży. – dodaje Michał Wuczyński.

Pomimo niższego od przewidywanego wzrostu rynku budowlanego, który spowodował dalsze nasilenie konkurencji w obszarze działalności Grupy, jej sytuacja jest stabilna. W maju br. zostało sfinalizowane przejęcie pakietu kontrolnego akcji AWBUD S.A., przez Abadon Real Estate S.A., który w efekcie ogłoszonego wezwania, w październiku br. osiągnął poziom 66 proc. w kapitale akcyjnym spółki. Nowy większościowy akcjonariusz wspiera grupę AWBUD zarówno finansowo w formie udzielonych pożyczek, jak i w procesie reorganizacji. Efektem zacieśnienia współpracy z holdingiem Murapol jest również wchodzenie grupy AWBUD ma budowy inwestycji holdingu, jak i współpraca w pozyskiwaniu zewnętrznych kontraktów.

W okresie trzech kwartałów 2017 roku Grupa AWBUD realizowała prace w kilkunastu inwestycjach, które obejmowały następujące obszary: budownictwo przemysłowe (m.in. dla ZGH Bolesław S.A., Lafarge Cement S.A., Tymbark MWS Sp. z o.o. Sp. K.), budownictwo komercyjne (m.in. P.A. Nova S.A., Hosso Gubin H2 Sp. z o.o., DL Project Management S.A.), prace instalacyjne (m.in. dla Polimex Mostostal S.A., Polimex Opole Sp. z o.o., GE Power Sp. z o.o.) oraz prace żelbetowe (m.in. dla Partner S.A., Cavatina Sp. z o.o.). Klientami Grupy w systemie generalnego wykonawstwa były takie podmioty jak: Medico- Investment Sp. z o.o. we Wrocławiu, Konsorcjum Stali S.A. w Zawierciu oraz Biuro Inwestycji Kapitałowych Sosnowiec 2 Sp. z o.o.

Stopień zaangażowania w sprawę

OPEC i sojusznicy kartelu spotykają się dziś w Wiedniu i mają podjąć decyzję o przedłużeniu porozumienia o cięciach w wydobyciu o kolejne 9 miesięcy. Tak przynajmniej zakłada rynek, który przez ostatnie dwa miesiące pompował ceny ropy naftowej. Decyzja będzie wydarzeniem dnia, a oprócz niej mamy inflację z Niemiec, USA i Polski oraz szczegóły dynamiki PKB z Polski.

Obecne porozumienie producentów ropy naftowej do końca marca 2018 r. i przewiduje ścięcie realizowanego wydobycia o 1,8 mln baryłek/dzień. Celem ograniczeń jest obniżenie globalnej nadpodaży ropy naftowej do 5-letniej średniej, jednak po roku obowiązywania paktu, państwa-sygnatariusze są w połowie drogi. Arabia Saudyjska silnie lobbuje, by stosowne deklaracje o wydłużeniu porozumienia do końca 2018 r. zostały podjęte jak najszybciej. Drugi ważny gracz, Rosja, skłania się ku takim postanowieniom, choć w ostatnich dniach nie brakowało spekulacji, że możemy otrzymać przedłużenie o 9 miesięcy, ale z rewizją sytuacji po pierwszych trzech miesiącach, co równie dobrze może oznaczać uwolnienie produkcji od lipca 2018 r. Nie na to pisali się inwestorzy, którzy w ostatnich tygodniach napędzali zwyżki ropy. Według danych o pozycjach spekulacyjnych, od połowy września przewaga zleceń kupna zwiększyła się o 27% w przypadku Brent i aż o 141 proc. w przypadku WTI. Takie wyraźne spozycjonowanie rynku w jedną stronę grozi gwałtowną wyprzedażą w przypadku, gdyby OPEC i reszta nie spełnili oczekiwań. A nawet w przypadku „czystego” przedłużenia o 9 miesięcy nie można wykluczyć, że rynek „sprzeda fakty” i spienięży długie pozycje. W efekcie widzimy podwyższone ryzyko, że niezależnie do wyniku szczytu OPEC, spadki cen ropy są bardziej prawdopodobne.

Na FX handel jest sterowany przez indywidualne powody. Przede wszystkim gwiazda GBP świeci najmocniej, gdyż inwestorzy wyceniają coraz większy optymizm w stosunku negocjacji Brexitu. Jeszcze kilka tygodni temu wszystkim wydawało się, że rozwód z UE będzie tragiczny, więc teraz jest sporo kapitału, który ponownie chce wskoczyć do pociągu z kursem na silnego funta. EUR/GBP jest najbardziej oblegany i odbija się na kondycji EUR/USD. Koniec miesiąca przynosi też odrobinę szaleństwa w postaci rajdu rentowności obligacji: najpierw w Wielkiej Brytanii (łagodny Brexit to większe szanse na podwyżki stóp procentowych Banku Anglii), a za nim w USA, Europie. Pozostawiony w cieniu jest JPY, a wraz z zignorowaniem tematu Korei Północnej wymazane zostały nadzieje na spadki USD/JPY, które rodziły się na początku tygodnia. Szaleństwo dotyczy też AUD/NZD, gdzie aspiracje na głębsze spadki dziś w nocy zostały zmiażdżone przez mix dobrych danych z Australii (pozwolenia na budowę) i rozczarowujących z Nowej Zelandii (indeks zaufania biznesu).

Szaleństwo końca miesiąca plus szczyt OPEC nakazują czujność. Dziś w kalendarzu inflacja HICP z Eurolandu i wczorajsze odczyty z Niemiec dają nadzieję na pozytywne zaskoczenia, choć może to nie wystarczyć, by wesprzeć EUR. USD będzie miał swój raport o inflacji (PCE Core), ale wyczekiwanie na głosowanie ustawy podatkowej w Senacie USA jest na pierwszym planie. Z Polski otrzymamy dane o PKB za III kw. i wstępny odczyt listopadowej inflacji CPI. Szybki szacunek PKB zaskoczył w górę na 4,7 proc., ale dopiero teraz poznamy dane o komponentach. Słaba dynamika w inwestycjach prywatnych może być łyżką dziegciu, ale nie stanowi to zagrożenia dla złotego. CPI prawdopodobnie przyspieszył do 2,3 proc. na wzroście cen paliw – żaden to argument dla RPP. Od jakości zewnętrznego sentymentu rynkowego zależeć będzie, czy EUR/PLN złamie na dobre 4,20. Wczoraj się to nie udało.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firmy mogą, ale jednak nie naliczają dłużnikom dodatkowej kary za opóźnienia, bo im się to nie opłaca

Zgodnie z art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 8 marca 2013 roku o terminach zapłaty w transakcjach handlowych, przedsiębiorcy mogą żądać równowartości 40 euro za opóźnienie w płatności choćby o jeden dzień. Kara jest niezależna od odsetek za zwłokę i innych sankcji. Jednak w praktyce firmy niezwykle rzadko po nią sięgają. Jak zauważa dr Marcin Radwan-Röhrenschef, wierzyciele walczą w ten sposób tylko z istotnymi opóźnieniami w zapłacie, w incydentalnej wymianie towarowej, a także w relatywnie drobnym obrocie. Zwykle nie chcą narażać się na pogorszenie relacji biznesowych czy nawet posądzenie o nadużycie prawa w przypadku drobnych kwot.

Przedsiębiorcy masowo nie korzystają z uprawnienia do żądania taksy, przewidzianej w przepisach o terminach zapłaty za transakcje handlowe. W ocenie eksperta z Kancelarii Rö Radwan-Röhrenschef Petruczenko Piechota, część z nich może oczywiście nie wiedzieć o tej możliwości. I jak dodaje, ta sytuacja głównie wynika z tego, że w razie sporu sądowego mogą oni uzyskać większe zadośćuczynienie. Koszty wynagrodzenia pełnomocnika, już przy wartości przedmiotu sporu powyżej 500 zł, nawet w postępowaniu nakazowym, wynoszą 180 zł, czyli więcej, niż równowartość 40 euro. Tymczasem, w doktrynie i w orzecznictwie wskazuje się, że można dochodzić tej kwoty tylko wtedy, gdy strona wykaże, że podjęła jakiekolwiek czynności, zmierzające w zakresie odzyskania długu. Dla przykładu, wysłała wezwanie przedsądowe do zapłaty lub złożyła wniosek o zawezwanie do próby ugodowej.

– Należy pamiętać o tym, że nie jest to kwota automatycznie doliczana do należności z transakcji handlowej. Dotyczy tylko rekompensaty kosztów, związanych z dochodzeniem wierzytelności przy opóźnieniu płatności, czyli m.in. wezwań do zapłaty i zaangażowania prawnika. Może to być zatem mechanizm dyscyplinujący raczej w przypadku relacji incydentalnych i drobnych faktur. Wtedy 40 euro rzeczywiście będzie adekwatne do wysokości dochodzonego roszczenia i do realnie poniesionych wydatków na odzyskiwanie długu – mówi dr Marcin Radwan-Röhrenschef.

Z drugiej strony, ekspert zaznacza, że przy umowach ramowych możemy naliczyć 40 euro nie tyle od każdej faktury, ile od wszystkich świadczeń, które są zdefiniowane w konkretnych zapisach. Liczy się konstrukcja umowna i to, jak zostały określone terminy płatności. Jeżeli umowa definiuje świadczenia jako poszczególne zamówienia, to wtedy faktycznie będziemy mogli dochodzić rekompensaty od każdej wartości zamówienia przy opóźnieniu w płatności. Wówczas kwota dochodzonego roszczenia może wynosić w sumie nawet kilka milionów złotych.

– Warto przywołać wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu z dnia 12 maja 2017, o sygn. IX GC 1174/16. Powód walczył o należności z 229 faktur. Według Sądu, nie było to nadużyciem prawa podmiotowego. Pozwany nie opłacił swojego zobowiązania na czas. Natomiast poszkodowany próbował rozwiązać spór polubownie. Ponadto, jako profesjonalny uczestnik obrotu gospodarczego, reprezentowany przez pełnomocnika, niewątpliwie poniósł koszty windykacyjne. Wobec powyższego, jeśli świadczenia są objęte jedną umową i z nich wynika ilość wystawionych faktur, to można naliczyć 40 euro od każdej z nich – zapewnia ekspert.

Naliczanie kary jest możliwe od pierwszego dnia po upływie terminu zapłaty, niezależnie od wysokości roszczenia. Kwota należności głównej może być nawet niższa, niż 40 euro. Ale, jeśli koszty jej odzyskania przekraczają wysokość stałej rekompensaty, wierzyciel ma prawo wystąpić na drogę sądową. Wtedy będzie mógł uzyskać zwrot poniesionych wydatków. Ekspert powołuje się przy tym na wyrok Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 12 maja 2016 roku, o sygn. I ACa 110/16. Zgodnie z art. 10 ust. 1 ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych, orzeczono, że bez wezwania wierzyciel jest uprawniony do żądania od dłużnika wyłącznie 40 euro. Art. 10 ust. 2 nie zwalnia z obowiązku wezwania zadłużonego do spełnienia świadczenia. Jeśli więc koszty windykacyjne przekroczą 40 euro, to jest on zobowiązany wezwać dłużnika do zapłaty, na podstawie art. 455 kodeku cywilnego.

– Co do zasady, wierzyciel może dochodzić rekompensaty od każdej zdefiniowanej, niezapłaconej transakcji handlowej. Przedsiębiorca ma do tego pełne prawo, dopóki nie nastąpi przedawnienie roszczenia. Jest to typowe świadczenie uboczne, więc będzie traciło na ważności w terminach przewidzianych dla należności głównej. Ten czas będzie oczywiście zależał od rodzaju transakcji. Zwykle to są 2-3 lata. Ale nawet, jeżeli dłużnik ureguluje zobowiązanie po okresie przedawnienia, to 40 euro również powinno zostać zapłacone – tłumaczy dr Radwan-Röhrenschef.

Jednak egzekwowanie tej kwoty w pewnych wypadkach tak, jak korzystanie z każdego uprawnienia, może być traktowane jako szykana. Ekspert traktowałby w taki sposób sytuację, w której żądanie zostało wystosowane w dzień po upływie terminu, dotyczy kwoty bardzo niskiej, np. 50 groszy, a świadczenie zostało niezwłocznie spełnione. W tym momencie rzeczywiście można uznać, że doszło do nadużycia prawa, w rozumieniu art. 5 KC. Tak też widzą to sędziowie, o czym może świadczyć Wyrok Sądu Okręgowego w Rzeszowie z dnia 24 listopada 2016 roku, o sygn. VI Ga 346/16.