Do 2021 r. globalny rynek telewizyjny będzie wart 373 mld dolarów. Technologia eye trackingu zbierze dane o zainteresowaniach użytkowników

Do 2021 r. globalny rynek telewizyjny będzie wart 373 mld dolarów. Technologia eye trackingu zbierze dane o zainteresowaniach użytkowników 1

Globalny rynek telewizyjny do 2021 r. będzie wart blisko 373 mld dolarów. Zmiany na tym rynku nie są rewolucyjne, ale ewolucja następuje w sposób ciągły. W najbliższych latach coraz większą rolę będzie odgrywać technologia eye trackingu, czyli śledzenia ruchu gałek ocznych, która zgromadzi dane o zainteresowaniach i nawykach użytkowników, przenosząc widzów do wirtualnego świata.

– Myśleliśmy, że cyfryzacja w radykalny sposób zmieni telewizję. Ale jeśli się zastanowimy, to telewizja zaczęła się od kineskopu, teraz mamy ekrany ciekłokrystaliczne. Zaczynaliśmy od telewizji naziemnej, przez kablówki, dziś mamy streaming. Zmiany są nieustanne. Tylko wyobrażamy sobie telewizję jako stabilne medium. Tymczasem zmiany zachodzą non-stop. Te dzisiejsze są dużo bardziej radykalne, ale zmiana jest po prostu nieodłączną cechą telewizji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. William Uricchio, z Massachusetts Institute of Technology.

Według najnowszego raportu sporządzonego przez analityków Technavio, do 2021 roku globalny rynek telewizyjny będzie wart niespełna 373 mld dolarów, przy wzroście średniorocznym na poziomie 10 proc. Najnowszym trendem, który ma zrewolucjonizować rynek telewizyjny w najbliższych latach jest technologia eye trackingu, czyli śledzenia ruchu gałek ocznych. Według raportu stworzonego przez serwis Markets and Markets, rynek eye trackingu w latach 2017-2023 będzie systematycznie rósł w tempie 27,4 proc., osiągając w 2023 r. wartość na poziomie 1,37 mld dolarów. Eye tracking może być wykorzystany także w innych dziedzinach.

– Dzięki zestawowi gogli, eye tracking pozwala śledzić ruchy ludzi i zbierać informacje na temat tego, czym są zainteresowani, a czym nie. Jestem pewien, że o tym myślał Mark Zuckerberg, kiedy kupował Oculusa. Ale tę technologię można wykorzystywać w innych celach – np. do podróży kosmicznych, w grach komputerowych, albo do konstruowania historii na podstawie tego, co my uznajemy za interesujące, a nie tego, co za interesujące uznał autor – wyjaśnia William Uricchio.

Ekspert zwraca także uwagę na zagrożenia, jakie niesie ze sobą najnowsza technologia. Już teraz każdy nasz ruch jest śledzony w Internecie, głównie w celach reklamowych. Według badania Pew Research Center, aż 91 proc. Internautów uważa, że konsumenci stracili kontrolę nad danymi zamieszczanymi w sieci. Za sprawą najnowszych technologii, takich jak eye tracking, będzie można śledzić użytkowników także podczas oglądania telewizji. Pozwolą one jednak także dopasować treści, dostarczane konkretnemu użytkownikowi.

– Będziemy wiedzieli na co patrzysz i czym jesteś zainteresowany. To niesie ze sobą bardzo poważne i istotne kwestie związane z ochroną prywatności. Jestem przekonany, że ten system może na siebie zarabiać. Po drugie, pozwoli nam tworzyć bardziej zindywidualizowane narracje, historie które będą się od siebie nieco różniły w zależności od użytkownika – tłumaczy William Uricchio.

Kolejnym trendem, który w przyszłości rozpowszechni się na rynku telewizyjnym, jest wirtualna rzeczywistość. Raport Zion Market Research określa, że obecna wartość rynku VR to ok. 2 mld dolarów. Rynek ten ma rosnąć w tempie 54 proc. średniorocznie, by w 2022 r. osiągnąć wartość blisko 27 mld dolarów. Tractica, firma badająca interakcje człowieka z technologią, wskazuje natomiast, że rynek aplikacji do wirtualnej rzeczywistości i akcesoriów do VR będzie rósł w tempie nawet 142 proc. rocznie. W 2020 roku ma osiągnąć pułap ponad 21 mld dolarów. W branży telewizyjnej już testowany jest tzw. responsywny VR.

– Polega on na tym, że kiedy ty patrzysz na postać, ona patrzy na ciebie. Dobrym przykładem jest tutaj Kreeb Ben Khalifa, który tworzy projekt pod nazwą „Wróg”, realizowany w MIT na zlecenie telewizji francuskiej. W scenariuszu możesz podejść do dwóch wrogów, izraelskiego żołnierza i palestyńskiego bojownika. Trik polega na tym, że oni patrzą na ciebie, więc nie powinieneś podchodzić zbyt blisko. W wersji kobiecej stosujemy gesty, nie wolno ani trzymać się zbyt daleko, ani zbyt blisko. To niezwykłe doświadczenie – przekonuje William Uricchio.

Ekspert podkreśla, że w przyszłości segment VR pozwoli czerpać jeszcze więcej wrażeń i doświadczeń z rozrywki, wznosząc ją na zupełnie nowy, jeszcze bardziej zbliżony do rzeczywistości poziom.

– Ja wiem dokładnie jak ten system został stworzony, ale i tak nie mogłem się doczekać, jak skończy się ta historia. Responsywny VR ma nam zatem dawać kontakt z rzeczami, na które patrzymy, którymi jesteśmy zainteresowani. System odpowiada na to, na co patrzymy – podsumowuje ekspert z MIT.

Studia dają pracę i lepszą płacę – prawda czy mit?

Za granicą dyplom wyższej uczelni przekłada się na wyższe zarobki, zmniejsza ryzyko bezrobocia, a w niektórych państwach ogranicza prawdopodobieństwo depresji. A jak to wygląda w Polsce? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Studenci, którzy na początku października rozpoczęli naukę na polskich uczelniach, mogą się zastanawiać, czy ukończenie studiów rzeczywiście się opłaca?

Z opublikowanych kilka tygodni temu danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (raport „Education at a Glance 2017”) płyną wnioski, że wyższe wykształcenie przynosi korzyści, i to nie tylko ludziom z dyplomem.

Wykształcenie chroni przed bezrobociem

Wyliczankę zalet z ukończenia studiów można zacząć od dostępu do pracy. Według danych OECD na koniec 2016 r. współczynnik zatrudnienia osób w wieku 25-34 lata posiadających przynajmniej licencjat wynosił w Polsce 88 proc., a przeciętnie w OECD – 83 proc. Z kolei stopa bezrobocia w naszym kraju była na poziomie 4,3 proc., przy średniej dla OECD – 6,6 proc.

Dla ludzi bez wyższego wykształcenia, ale ze średnim ogólnokształcącym, zasadniczym zawodowym i policealnym, poziom zatrudniania w Polsce wynosił 77 proc., w OECD – 76 proc., natomiast stopa bezrobocia w Polsce – 8 proc., a średnia w OECD – 9,1 proc.

Współczynnik bezrobocia wśród młodych Polaków w wieku 25-39 lat (dane Eurostat) mniej poddaje się wahaniom koniunktury dla ludzi po studiach niż dla tych bez wyższego wykształcenia. Przez minione 20 lat ten wskaźnik wynosił odpowiednio od 2,6 do 9 proc. u osób z dyplomem uczelni oraz od 6,2 do 21,1 proc. u osób bez takiego dyplomu.

Różnice we wskaźniku zatrudnienia rosną wraz z poszerzeniem grupy wiekowej. Wśród Polaków w wieku 25-64 lata odsetek zatrudnionych z wyższym wykształceniem wynosi 88 proc., natomiast bez dyplomu uczelni już jedynie – 68 proc.

Co student zainwestuje, szybko odzyska w zarobkach

Najistotniejsze w bilansie zysków i strat zdobycia wyższego wykształcenia wydaje się zestawienie kosztów dłuższej nauki z perspektywą na wyższe zarobki. Poza dodatkowymi wydatkami związanymi z dalszą edukacją student, pracujący na swoje utrzymanie, zarabia zwykle mniej od swojego kolegi, który już zakończył naukę i znalazł pełnoetatową posadę. W kolejnym etapie pracownik z wyższym wykształceniem i wyższymi zarobkami zapłaci wyższe podatki i wyższe składki na ubezpieczenie społeczne oraz otrzyma mniej świadczeń od państwa.

Według danych OECD przeciętne zarobki brutto ludzi z wyższym wykształceniem są w Polsce o ok. 60 proc. wyższe niż pracowników bez dyplomu uczelni. Jest to wynik bliski średniej w OECD – 56 proc. oraz 22 krajów UE będących w zestawieniu – 53 proc. Między poszczególnymi krajami występują jednak ogromne różnice w wynagrodzeniach – od 17 proc. w Szwecji do 137 proc. w Chile.

Premia za wykształcenie znacznie wyższa dla mężczyzn

Przekładając różnice w wynagrodzeniach na konkretne kwoty, warto pamiętać, że w celu ułatwienia porównań w opracowaniu OECD występuje parytet siły nabywczej dolara – USD PPP, a jednostka USD PPP jest warta 1,75 zł. Mężczyzna z wyższym wykształceniem podczas całej swojej kariery zawodowej zarobi w Polsce netto o 367 tys. USD PPP więcej (640 tys. zł) niż gdyby nie ukończył studiów. Z kolei kobieta po studiach zarobi w Polsce o 230 tys. USD PPP (402 tys. zł) niż zatrudniona bez dyplomu uczelni. Podane wartości uwzględniają już całkowity bilans zysków oraz kosztów.

Różnice między korzyściami z wyższego wykształcenia dla mężczyzn oraz dla kobiet występują nie tylko w Polsce. Według OECD wynikają one z ogólnego poziomu zarobków kobiet w relacji do mężczyzn, częstszej pracy kobiet w niepełnym wymiarze godzin czy konieczności pozostania w domu, opieką nad dziećmi. W skrajnym przypadku, czyli w Japonii, benefity netto z posiadania dyplomu dla mężczyzny wynoszą 239 tys. USD PPP, a dla kobiety tylko 28 tys. USD PPP.

Kraje, w których dyplom jest panaceum na depresję

OECD w swoim raporcie przeanalizował nie tylko bilans indywidualnych korzyści i strat. W wielu krajach znaczne koszty edukacji ponosi również państwo. Wszędzie jednak późniejsze wpływy z podatków przewyższają publiczne środki inwestowane w edukację.

Ciekawostka: w niektórych krajach odsetek osób z depresją w znacznym stopniu zależy od wykształcenia. W Irlandii aż 21 proc. mężczyzn oraz 26 proc. kobiet z wykształceniem gimnazjalnym i niższym przyznało w ankietach, że cierpi dla depresję. W tym kraju depresja dotknęła jedynie 8 proc. pracowników z wyższym wykształceniem. Podobne różnice istnieją w Holandii czy Wielkiej Brytanii. W Polsce wykształcenie i depresja nie są ze sobą powiązane.

Gdzie więcej wykształconych, tam mniejsze dysproporcje płacowe

Inna interesująca kwestia – im więcej na rynku pracy ludzi z dyplomem uczelni, tym różnice w wynagrodzeniach stają się mniejsze. W Brazylii, Chile czy Meksyku, gdzie jest najmniej obywateli z wykształceniem wyższym (20 proc. i poniżej), zarobki najlepiej wykształconych są ponad dwa razy wyższe niż tych, którzy zakończyli edukację wcześniej. Z kolei w Szwecji, Norwegii, Australii czy Kanadzie, gdzie dyplomem legitymuje się ponad 40 proc. społeczeństwa, różnica w wysokości płac wynosi od 17 do 40 proc.

Finalny wniosek: edukacja opłaca się wszystkim. Ludziom po studiach daje wyższe zarobki, państwu wyższe podatki, a gdy rośnie grupa pracowników z dyplomem uczelni, zwykle maleją różnice w wynagrodzeniach na całym rynku pracy.

Dzisiaj w centrum uwagi minutes Fed

W oczekiwaniu na dzisiejsze minutes Fed doszło do korekty ostatnich wzrostów rentowności obligacji. Korekcyjne osłabienie dolara do euro i umacniający się chiński juan wsparły złotego.

Rynek stopy procentowej

We wtorek na rynku stopy procentowej obserwowana była większa aktywność ze strony inwestorów po tym jak w poniedziałek w USA świętowano Dzień Kolumba. Na rynkach dominowały spadki rentowności obligacji skarbowych, co było powodowane obawami o napiętą sytuację polityczną w Hiszpanii i ryzyko ogłoszenia niepodległości przez Katalonię. W związku z tym pojawiał się wzmożony popyt na aktywa bezpiecznej przystani, przez co amerykańska krzywa dochodowości obniżyła się o blisko 5pb. Spadek krzywej US Treasuries stanowił również korektę ostatnich wzrostów, zwłaszcza biorąc pod uwagę obciążony dużą niepewnością raport z amerykańskiego rynku pracy (w związku z huraganami), który pomimo spadku zatrudnienia pokazał wzrost płac oraz niższą stopę bezrobocia.

W środę głównym wydarzeniem zagranicznym będzie publikacja minutes z wrześniowego posiedzenia amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Ostatnie prognozy zaprezentowane przez członków Fed, a także ich wypowiedzi wskazują, że w grudniu powinno dojść do trzeciej w tym roku podwyżki stóp procentowych. Obecnie taki scenariusz jest również w dużym stopniu zakładany przez rynek, gdzie implikowane prawdopodobieństwo takiego ruchu przekracza 75%. Władze Fed w ostatnim czasie bagatelizowały fakt, iż inflacja jest niższa od celu. Jednak w piątek mogą otrzymać argument za przyspieszeniem wzrostu cen, gdyż oczekuje się, że indeks CPI we wrześniu podskoczył do 2,3% r/r z 1,9% w sierpniu.

W Polsce w tym tygodniu również głównym wydarzeniem będzie publikacja danych inflacyjnych, które mogą pokazać narastanie presji inflacyjnej wynikającej nie tylko z czynników przejściowych. W takim scenariuszu kontynuowana może być przecena polskich papierów, zwłaszcza na krótkim końcu krzywej dochodowości, który w ostatnich tygodniach nie odnotował tak silnego wzrostu jak dłuższy koniec. Za takim faktem stało gołębie nastawienie Rady Polityki Pieniężnej prezentowane na ubiegłotygodniowej konferencji prasowej. Główny nurt w radzie zakłada utrzymanie stóp procentowych bez zmian nawet do końca przyszłego roku, jednak pojawiają się też głosy mówiące o możliwości dalszego łagodzenia polityki monetarnej. Zdaniem członka RPP Eryka Łona, polskie władze monetarne mogłyby pójść śladem innych banków centralnych i rozważyć aktywność na rynku akcji i obligacji korporacyjnych. Mimo wszystko rynek stopy procentowej wciąż zakłada, że kolejny ruch będzie stanowił raczej podwyżkę kosztu pieniądza, a krzywa FRA wycenia go już nawet w perspektywie 12 miesięcy.

Tymczasem, wrześniowe raporty inflacyjne opublikowane były już w Czechach i na Węgrzech. W Czechach inflacja przyspieszyła do 2,7% r/r z 2,5% co może skłaniać Czeski Bank Narodowy do kolejnej podwyżki stóp procentowych. Natomiast ceny nieznacznie obniżyły się na Węgrzech (do 2,5% r/r z 2,6%), gdzie zgodnie z retoryką Narodowego Banku Węgier możliwe jest dalsze niekonwencjonalne łagodzenie warunków monetarnych.

Dzisiaj w centrum uwagi minutes Fed

Autor: Arkadiusz Trzciołek, PKO Bank Polski S.A.

Rynek walutowy

Wtorek przyniósł kontynuację korekcyjnego trendu wzrostowego na rynku głównej pary walutowej i spadkowego na rynku złotego. Jeszcze podczas sesji europejskiej kurs EURUSD przełamał opór na poziomie 1,18 zaś EURPLN spadł poniżej 4,29. W rejony najwyższe od tygodnia pchnęły wspólną walutę m.in. kolejne solidne dane makro oraz jastrzębie komentarze przedstawicielki EBC, które wzmocniły przekonanie inwestorów, iż perspektywy dla gospodarek strefy euro są optymistyczne.

Zdaniem Sabine Lautenschlaeger z Rady Prezesów ECB, od przyszłego roku bank powinien zacząć już ograniczać skalę skupu aktywów z zamiarem całkowitego zakończenia programu. Lautenschlaeger, która prezentuje mocno jastrzębie stanowisko wskazywała również, że czynniki obniżające inflację są tymczasowe, więc nawet jeśli cierpliwość i wsparcie są wciąż potrzebne gospodarce, dalsze zwiększanie bilansu banku nie jest już konieczne.

Z kolei niemieckie dane handlowe za sierpień pokazały wzrost eksportu o 3,1% m/m, znacznie przekraczając 1,2% miesięczny wzrost importu. W rezultacie skorygowana sezonowo nadwyżka w handlu wzrosła z 19,5 mld euro w lipcu do 21,7 mld euro, pokazując najwyższy poziom od kwietnia 2016 r. Oznacza to, że niedawna aprecjacja euro względem dolara (w sierpniu maksimum dla kursu EURUSD wynosiło 1,2069) miała nieznaczny wpływ na niemieckich eksporterów. Dobre odczyty pokazała też sierpniowa niemiecka produkcja przemysłowa. Z wynikiem najwyższym od sześciu lat na poziomie 2,6% m/m równie mocno wspiera rozpoczęcie taperingu w Europie. W najbliższych dniach inwestorzy ponownie skupią się więc na EBC, który 26 października podczas posiedzenia zadecyduje, czy będzie kontynuował program luzowania ilościowego w przyszłym roku, a jeśli tak, to w jakiej skali. Sygnały od członków banku wskazują, iż mogą oni opowiedzieć się za przedłużeniem okresu jego trwania (prawdopodobnie o sześć lub dziewięć miesięcy), ale i również za redukcją skali skupu aktywów.

Uspokojenie się sytuacji politycznej w Europie (obserwatorzy zakładają, że niepodległość Katalonii jest mało prawdopodobna, wczoraj przywódca ruchu niepodległościowego ogłosił niezależność regionu, ale ze wskazaniem, że skutki deklaracji powinny być odroczone, aby umożliwić negocjacje) w połączeniu z osłabieniem dolara do euro sprzyjały wczoraj złotemu. Warto tu wspomnieć też o wywiadzie Ł. Hardta z RPP, który zasugerował niewielką podwyżkę stóp na początku 2018 roku, jeśli prognozy banku centralnego pokażą możliwość przekroczenia celu inflacyjnego, wynoszącego 2,5% w dwóch-trzech kolejnych kwartałach. Po wrześniowym posiedzeniu RPP uwaga inwestorów przesunięta została w stronę listopadowej projekcji NBP, która (w świetle tych słów) może nasilić polaryzację poglądów wśród członków Rady. Mało prawdopodobne wydaje się jednak, by już w pierwszych miesiącach przyszłego roku w Radzie zdołała zbudować się większość, która przegłosowałaby prezesa A. Glapińskiego.

We wtorek wsparcie złotemu dał też umacniający się chiński juan. Kurs USDCNY spadł do 6,572. Prezes Ludowego Banku Chin ogłosił pilną potrzebę otwarcia sektora finansowego kraju, ostrzegając jednocześnie, że reforma będzie znacznie trudniejsza, jeśli nie zostanie wykorzystany obecny korzystny moment. Konieczne jest zwiększenie handlu zagranicznego i zagranicznych inwestycji, bardziej rynkowy mechanizm ustalania wartości juana oraz poluzowanie kontroli kapitału. Odkąd Zhou Xiaochuan kieruje bankiem centralnym m.in. zakończył powiązanie juana z dolarem i odszedł od ograniczenia stopy depozytowej. Nadzorował też „awans” juana do statusu waluty rezerw.

W środę, w centrum uwagi znajdzie się przede wszystkim protokół w ostatniego posiedzenia FOMC. Trudno jest oczekiwać, aby nie zawierał on jastrzębich akcentów, co oznacza że powinien nasilić popyt na dolara. Im zaś mocniejszy dolar, tym większa będzie presja podażowa na złotego.

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski S.A.

Medycyna zmierza w kierunku robotyzacji. Polska jednym ze światowych liderów innowacji w tej dziedzinie

Medycyna zmierza w kierunku robotyzacji. Polska jednym ze światowych liderów innowacji w tej dziedzinie 2

Innowacyjne rozwiązania na rynku medycznym skupiają się wokół robotyzacji i telemedycyny. Od kilku lat w tempie dwucyfrowym rośnie rynek telemedycyny. Do 2021 roku będzie rósł w tempie średnio 16 proc. rocznie, a jego wartość może osiągnąć 55,1 mld dolarów. Coraz częściej w tej dziedzinie wykorzystywana jest też sztuczna inteligencja, a operacje już wykonywane są w sposób autonomiczny przez roboty. Jednym z liderów innowacyjnych rozwiązań w medycynie jest Polska. Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu pracuje nad własnym medycznym robotem.

– Na początku września w Chinach doszło do pierwszej operacji wykonanej przez robota w sposób w pełni autonomiczny. Robot wykonał rekonstrukcję szczęki, po wykonaniu rekonstrukcji zamontował jeden ze sztucznych implantów zębowych. Fundacją Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu im. Zbigniewa Religi pracuje nad własnym robotem, odpowiednikiem da Vinci. Ma świetny progres, dobrze widać, w jakim kierunku idą ich rozwiązania, to coś, co wydaje się być kolejnym etapem – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mateusz Kierepka, prezes zarządu MedApp, firmy opracowującej innowacyjne rozwiązania z zakresu medycyny.

Coraz częściej medycyna wykorzystuje sztuczną inteligencję, która w znaczący sposób może pomóc zmniejszyć kolejki do gabinetów lekarskich. Lekarze mogą skorzystać ze specjalnego oprogramowania, które wykorzystuje zebrane informacje i na ich podstawie jest w stanie przewidzieć przyszłość, np. wystąpienie w określonym czasie danej choroby u pacjenta.

– Pracujemy nad systemami sztucznej inteligencji, która wykorzystuje wiedzę zdobytą od lekarzy i pomaga lekarzom znacznie lepiej diagnozować przyszłość – jest w stanie podpowiedzieć, czy jest duża szansa na to, że Jan Kowalski za tydzień będzie miał konkretny przypadek chorobotwórczy. Lekarz musi to potwierdzić, bo tylko on zna tego pacjenta, ale dając lekarzowi tego typu narzędzia, znacznie poprawiamy jego wydajność i jego codzienną pracę – mówi Mateusz Kierepka.

Ważnym trendem na rynku medycznym jest telemedycyna, która może zrewolucjonizować system opieki zdrowotnej, przyspieszyć możliwość rozpoznania choroby i poprawić jakość monitorowania leczenia. Jak wynika z raportu BCC Research, globalny rynek telemedycyny w 2016 roku miał osiągnąć wartość 23,8 mld dolarów. Do 2021 roku będzie ona rosła w tempie średnio 16 proc. rocznie, do poziomu 55,1 mld dol. Według raportu firmy badawczej Research and Markets, rynek telemedycyny do 2025 r. ma osiągnąć wartość 78 mld dolarów.

– Rozwiązania telemedyczne to według nas jest przyszłość. Dzięki nim pacjent jest w stanie szybciej się kontaktować z lekarzem, nie musi jechać na miejsce, a lekarz jest w stanie maksymalnie szybko zareagować w przypadku, gdy następują konkretne zdarzenia, np. serce przestaje działać w taki sposób, jak powinno albo jak pracowało do tej pory, reakcja jest natychmiastowa. Zmieniamy naszą służbę zdrowia z takiej działającej po fakcie na taką, która działa, gdy coś się dzieje – zapewnia prezes zarządu MedApp.

Jak wynika z raportu „mHealth App Developer Exonomics” firmy badawczej research2guidance, obecnie w najpopularniejszych sklepach z aplikacjami znajduje się 259 tys. aplikacji oferujących usługi telemedyczne. Według badania PwC i GSMA9, tzw. mZdrowie (z ang. mHealth – mobile Health) pozwoli zaoszczędzić do końca 2017 roku ok. 100 mld euro na kosztach opieki zdrowotnej w Unii Europejskiej. Jak przekonuje ekspert, liderem w zakresie nowoczesnych rozwiązań medycznych jest Polska.

– Jesteśmy w świetnym miejscu, Polska jest zagłębiem, znacząco wyprzedzamy cały świat w wielu miejscach. Wiedza naszych lekarzy, specjalistów, naukowców jest czymś, co będzie w krótkim czasie mocno owocowało – twierdzi Mateusz Kierepka.

Mimo dobrej koniunktury, deweloperzy unikają agresywnych zakupów pod nowe nieruchomości

Dr Łukasz Bernatowicz z BCC zauważa, że obecnie rośnie rywalizacja między deweloperami o to, kto kupi więcej i lepiej zlokalizowanych gruntów. Wygrają ci, którzy mają zgromadzone środki na nabycie dodatkowych terenów. Pozostali muszą się kredytować, żeby wykorzystać dobrą koniunkturę i nie wypaść z wyścigu o klienta. Warto też zaznaczyć, że umowy zawierane z bankami są dziś dużo bezpieczniejsze dla inwestorów, niż przed laty. To obniża ryzyko występowania spektakularnych upadłości na tym rynku. W ocenie eksperta Łukasza Sęktasa, branża bardzo dojrzała po fali bankructw. Nabywanie ziem powyżej cen rynkowych zdarza się już rzadko i dotyczy wyjątkowo zdesperowanych inwestorów.

Jak zauważa prezes zarządu TIARA Development, ostatnio wzrósł obrót działkami deweloperskimi. Wynika to m.in. z tego, że w czasie poprzedniego boomu mieszkaniowego wielu inwestorów zbudowało zbyt duże tzw. banki gruntów. W efekcie nie potrzebowali oni kupować kolejnych terenów przez ok. 8 lat. Zdaniem Łukasza Sęktasa, te zasoby w końcu się zmniejszyły i deweloperzy ponownie przystąpili do zwiększonych zakupów, ale tym razem robią to dużo ostrożniej, niż w poprzednich latach.

– Ci, którzy zgromadzili nadwyżki w środkach operacyjnych i teraz nabywają więcej gruntów za gotówkę, wygrają z konkurencją. Jest to szczególnie istotne w przypadku spółek notowanych na GPW, bo one muszą zadbać o interesy swoich akcjonariuszy. Firmy, nieprzygotowane do dobrej koniunktury, muszą się kredytować, co oczywiście wiąże się z dodatkowymi kosztami. Inaczej wypadną z wyścigu na rynku nieruchomości, który nabiera coraz większego tempa – mówi dr Łukasz Bernatowicz, ekspert ds. infrastruktury prawa budowlanego i zamówień publicznych z Business Centre Club.

Według prezesa Sęktasa, planowanie jest dość skomplikowane w branży deweloperskiej, ze względu na długi proces inwestycyjny, często sięgający 3-4 lat. Gromadzenie gruntów w czasach dekoniunktury nie jest łatwe, szczególnie w dużych firmach, np. giełdowych, gdzie kadrę zarządzającą ocenia się na podstawie rocznych wyników. Ciężko też jest przekonać inwestorów do zakupu dodatkowych terenów, gdy sprzedaż mieszkań jest niska. A kiedy następuje boom na rynku, trudno jest już o sensowne i tanie zakupy. Problemem jest przede wszystkim niewystarczająca ilość ziemi w dobrych lokalizacjach. Oczywiście najwięksi gracze najczęściej koncentrują się na wielu rynkach, a mniejsi budują na obrzeżach miast albo specjalizują się w drogich lokalizacjach, usytuowanych w centrach metropolii.

– Myślę, że tzw. kumulacja boomu deweloperskiego jest jeszcze ciągle przed nami. Powinna nastąpić w przyszłym roku, ale też nie urwie się raptownie. Będzie kończyła się łagodnie, bez żadnego tąpnięcia. Wynikać to będzie z tego, że deweloperzy działają bardziej przezornie, niż w latach 2008-2009, kiedy kilku dużych graczy zbankrutowało. Wnioski zostały wyciągnięte z tamtej nauki. To znaczy, inwestorzy nie wydają już tak pochopnie środków, jak wcześniej. I dokładnie planują swoje inwestycje – ocenia dr Bernatowicz.

Jak wyjaśnia Łukasz Sęktas, po ostatnim boomie mieszkaniowym deweloperzy nauczyli się, że nic nie trwa wiecznie. Wtedy spora część inwestorów, spodziewając się dalszego wzrostu cen mieszkań i poziomów sprzedaży, gromadziła ziemie „na zapas”. Grunty były kupowane bardzo drogo i po osłabieniu koniunktury okazało się, że na wielu z nich nie uda się wybudować nieruchomości i sprzedać ich z zyskiem. Wówczas nastąpił szereg bankructw. Niektórzy, chcąc zakończyć inwestycje, musieli dopłacać do sprzedawanych mieszkań. Podobne tendencje były widoczne również w innych krajach Europy, np. w Hiszpanii, a także w Stanach Zjednoczonych.

– Banki też są lepiej przygotowane na udzielanie kredytów deweloperom, ponieważ w dużo bezpieczniejszy sposób zawierają z nimi umowy. Inwestorzy muszą się wylegitymować znacznie bardziej szczegółowym raportem, niż kilka lat temu. Potem oczywiście są rozliczani z każdego etapu prowadzonej budowy. Jeżeli nie jest ona dociągnięta do określonego poziomu, nie wpływa kolejna transza pieniędzy. W związku z tym, deweloperzy bardzo dbają o to, żeby wszystko robić w terminie – wyjaśnia dr Bernatowicz.

Deweloperzy mogą intensyfikować swoje zyski, budując coraz więcej mieszkań, ale to jest bardzo trudne. Eksperci są zgodni co do tego, że łatwo można się przeliczyć. W związku z tym, trzeba postępować zgodnie z biznesplanem i nie podejmować pochopnych decyzji, mimo że okoliczności wydają się ku temu sprzyjające. Jak pokazują doświadczenia deweloperów z kilku ostatnich lat, trzymanie się dyscypliny budżetowej jest najważniejsze w tym biznesie. Wielu przedstawicieli branży zakłada, że zyski przyjdą same, przy rozsądnym podejściu. Bardzo korzystna koniunktura mieszkaniowa będzie bowiem sprzyjać powiększaniu dochodów.

– 10 lat temu, podczas boomu mieszkaniowego, deweloperzy przelicytowywali się między sobą, podbijając ceny gruntów, czasami nawet kilkukrotnie. Obecnie już nie widać na rynku tak agresywnych zachowań, choć czasem zdarzają się też zakupy powyżej cen rynkowych. Dokonują ich zdesperowani inwestorzy, którym brakuje gruntów pod inwestycje. Niemniej, branża jest dziś dużo dojrzalsza i mądrzejsza. Sytuacja jest tylko trudniejsza dla nowych graczy, bo ceny transakcyjne gruntów w ostatnich 2-3 latach wzrosły o kilkadziesiąt procent, ale też wynagrodzenia wykonawców poszybowały w górę – komentuje Łukasz Sęktas.

Natomiast dr Bernatowicz dodaje, że zyski deweloperów, wbrew pozorom, nie są ogromne. Wynoszą 8-12% w skali roku. I to już jest naprawdę dobrym wynikiem. Boom mieszkaniowy przyniesie korzyści nie tylko tej branży, ale wielu innym dziedzinom gospodarki. W ślad za inwestorami pójdą firmy budowlane i wykończeniowe. Dobra passa czeka także architektów wnętrz i projektantów zieleni oraz tych wszystkich specjalistów, którzy w różnym zakresie zagospodarowują nowoczesne osiedla mieszkaniowe. Oczywiście zyskają również producenci mebli i sprzętu RTV i AGD. Ekspert z BCC przewiduje, że ww. sektory m.in. dlatego będą prężnie się rozwijały w najbliższych latach.

– Przede wszystkim rozwiną się ci deweloperzy, którzy będą w stanie zaoferować to, czego oczekują klienci, w rozsądnych cenach. Z kolei najwięcej mogą stracić niedoświadczeni inwestorzy. Jeżeli niezdecydowany, świeży na rynku gracz spóźni się z zakupem gruntu i czasem budowy, to w skrajnym przypadku nawet nie odzyska zainwestowanych pieniędzy. Nastąpiłoby to, gdyby ceny mieszkań lekko spadły za 3-4 lata, co nie jest mało prawdopodobne – podsumowuje Łukasz Sęktas.

HEAL: Energetyka węglowa generuje koszty zdrowotne na poziomie 16 miliardów euro. Nowe unijne regulacje mogą je ograniczyć do miliarda euro

HEAL: Energetyka węglowa generuje koszty zdrowotne na poziomie 16 miliardów euro. Nowe unijne regulacje mogą je ograniczyć do miliarda euro 3

W Europie energetyka węglowa odpowiada za ok. 23 tys. przedwczesnych zgonów rocznie i generuje koszty zdrowotne sięgające 63 mld euro – wynika z raportu „Europe’s Dark Cloud”. W Polsce koszty te wynoszą do 16 mld euro. Mimo to produkcja, wydobycie i spalanie węgla wciąż są dotowane ze środków publicznych. Pieniądze te mogłyby zostać przesunięte na przyjazne dla zdrowia, odnawialne źródła energii lub na nowe szpitale i kształcenie lekarzy – podkreślają przedstawiciele HEAL.

 Spalanie węgla powoduje szereg chorób i powikłań. W wyniku spalania emitowane są do atmosfery bardzo szkodliwe substancje, pyły zawieszone różnej wielkości, dwutlenek azotu, dwutlenek siarki, rtęć. Powoduje to między innymi powikłania związane z układem oddechowym, napady astmy, zaostrzenia objawów astmy, alergii, choroby układu krwionośnego. Zanieczyszczenie powietrza może prowadzić do udaru mózgu, do zapalenia oskrzeli i płuc, a przede wszystkim do raka płuc – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Muras, specjalistka ds. komunikacji w Health and Environment Alliance (HEAL Polska).

Zanieczyszczone powietrze jest niebezpieczne przede wszystkim dla dzieci i osób starszych, a także dla kobiet w ciąży. 97 proc. Polaków jest narażonych na stężenia pyłów powyżej poziomu rekomendowanego przez WHO (20 μg/m3 dla PM10 – stężenie roczne). Co roku w Polsce umiera przedwcześnie ponad 40 tys. osób z powodu zanieczyszczeń powietrza.

– Zanieczyszczeniom powietrza należy poświęcać uwagę nie tylko w okresie grzewczym, lecz także latem, gdy powstaje ozon w reakcji fotochemicznej tlenków azotu z tlenem. To wszystko na nas wpływa, zwłaszcza na alergików, którzy odczuwają to ze zwielokrotnioną siłą – mówi Muras.

Istotny wpływ na jakość powietrza ma energetyka węglowa. Raport „Europe’s Dark Cloud: How coal-burning countries are making their neighbours sick” przygotowany przez European Environmental Bureau (EEB), Climate Action Network (CAN) Europe, WWF, Sandbag oraz HEAL, ocenia, że emisje z energetyki węglowej są odpowiedzialne w Europie za 23 tys. przedwczesnych śmierci oraz dziesiątki tysięcy schorzeń. Skutki oddychania zanieczyszczonym powietrzem kosztują nawet 62,3 mld euro.

Raport HEAL „Ukryte koszty: jak wycofanie dotacji do paliw kopalnych poprawi zdrowie publiczne” wskazuje, że każdego roku spalanie surowców kopalnych skraca życie 6,5 mln osób na świecie. Jest przyczyną groźnych chorób, w tym raka. Koszty spadają na obywateli, przemysł nie ponosi kosztów leczenia, skutków zmiany klimatu ani degradacji środowiska.

– Koszty zdrowotne powodowane przez energetykę węglową w Polsce to 16 mld euro rocznie. Te koszty, nawet do 1 miliarda euro, mogłaby ograniczyć nowa dyrektywa, która weszła w życie w sierpniu. Koszty te obejmują nie tylko hospitalizację, lecz także utracone dni pracy czy wcześniejsze renty, wszystkie związane z tym, że nie możemy funkcjonować tak, jak funkcjonowalibyśmy, gdybyśmy nie byli narażeni na szkodliwe substancje – tłumaczy ekspertka HEAL Polska.

Przegłosowane w kwietniu, a przyjęte w sierpniu standardy emisyjne BAT (Best Available Techniques) dla obiektów wysokiego spalania mogą do połowy 2021 roku przyczynić się do zmniejszenia liczby przedwczesnych zgonów spowodowanych spalaniem węgla z 23 do blisko 9 tys. rocznie, a koszty zdrowotne ponoszone z tytułu chorób spadną z 63 do 24 mld euro.

Wciąż jednak w Europie na węgiel i górnictwo przeznacza się miliardy euro rocznie.

– Gdyby przesunąć te środki np. na ochronę zdrowia, to w Polsce można by za równowartość krajowych subwencji zbudować rocznie 34 szpitale i zatrudnić kilkadziesiąt tysięcy lekarzy. To cele, które można byłoby dotować za pomocą pieniędzy, które są obecnie pompowane w przemysł węglowy. Te środki można byłoby przeznaczyć na odnawialne źródła energii, które są nieszkodliwe i jednocześnie miałyby szansę się rozwijać – ocenia Agnieszka Muras.

Raport HEAL wskazuje, że w krajach grupy G20 koszty przedwczesnych zgonów związanych z zanieczyszczeniem powietrza spowodowanym spalaniem paliw kopalnych są sześciokrotnie większe niż dotacje (2,7 bln dol. vs. 444 mld dol.).

– W Szwajcarii nie ma dopłat do przemysłu węglowego. Na ten przemysł jest za to nałożony specjalny podatek i dopłaca on do odnawialnych źródeł energii. Jesteśmy za tym, aby dopłacać na takim poziomie, na jakim potrzeba pobudzić OZE. Rośnie stężenie dwutlenku węgla, mamy zmiany klimatyczne, na co wpływ przede wszystkim spalanie paliw kopalnych. Odczuwamy to na co dzień, nigdy wcześniej nie było tak radykalnych zmian klimatu wywołanych działalnością człowieka. Gdybyśmy przesunęli te środki, które co roku przeznaczamy na produkcję, wydobycie i spalanie węgla w stronę odnawialnych źródeł energii, wszystkim przyniosłoby to korzyści – przekonuje Agnieszka Muras.

Nowe śmigłowce mogą wzmocnić bezpieczeństwo nad Bałtykiem. Bez tego akcje ratunkowe są utrudnione

Nowe śmigłowce mogą wzmocnić bezpieczeństwo nad Bałtykiem. Bez tego akcje ratunkowe są utrudnione 4

Aktualizacja 10.10.17 godz. 21:00

Marynarka Wojenna potrzebuje nowych śmigłowców do patrolowania wód terytorialnych i wybrzeża Bałtyku – podkreśla kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek. Zapewnienie bezpieczeństwa żeglarzom, rybakom i turystom wymaga zakupu nowych maszyn, dostosowanych do ratowania życia i prowadzenia akcji w trudnych warunkach meteorologicznych.  Z odpowiednim sprzętem Polska, w ramach współpracy międzynarodowej, mogłaby też udzielać pomocy innym krajom nadbałtyckim.

– Aby zwiększyć możliwości ratownicze i zapewnić bezpieczeństwo na naszych wodach terytorialnych, trzeba wyposażyć naszą armię w śmigłowce, które będą technicznie dostosowane do wykonywania zadań ratowniczych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek ze Szkoły Morskiej w Gdyni.

Od początku września całodobowy dyżur w systemie ratownictwa morskiego i lotniczego pełni załoga śmigłowca W-3WARM „Anakonda” w Gdyni Babich Dołach, natomiast w godz. 11.00-19.00 dyżuruje również załoga śmigłowca Mi-14PŁ/R lub W-3WARM na lotnisku w Darłowie. System ratownictwa wspiera też całodobowo załoga samolotu patrolowego Bryza, dyżurująca na lotnisku w Siemirowicach koło Lęborka.

W tym roku Brygada Lotnictwa Marynarki Wojennej rozpoczęła prace nad wydłużaniem resursu, czyli zdolności użytkowej dwóch śmigłowców Mi-14PŁ/R, przeznaczonych do zadań ratowniczych. Wydłużenie resursu pozwoli eksploatować maszyny jeszcze przez kolejne cztery lata, jednak Marynarka Wojenna pilnie potrzebuje nowych śmigłowców.

– W mojej ocenie na Wybrzeżu, na naszych 32 tys. mkw. wód terytorialnych, powinniśmy mieć trzy punkty ratownicze: Górki Zachodnie, Darłowo i Dziwnów. To najbardziej optymalna strefa dla zapewnienia bezpieczeństwa na całym obszarze naszych wód terytorialnych, bezpieczeństwa ludzi żeglujących zawodowo oraz sportowo i turystycznie. Może się wydawać, że te 32 tys. mkw. to niewiele i nie potrzeba tak dużych śmigłowców. Jednak ratownictwo morskie, prowadzone z pokładu śmigłowca, to nie tylko nasze wody terytorialne. Z odpowiednim sprzętem moglibyśmy udzielać pomocy w ramach współpracy międzynarodowej innym krajom przynależącym – mówi kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

Z podpisanej przez Polskę  Międzynarodowej Konwencji o poszukiwaniu i ratownictwie morskim wynika zadanie utrzymywania sił lotniczych gotowych do ratowania zdrowia i życia w wyznaczonej strefie odpowiedzialności na Bałtyku (tzw. SAR, ang. Search and Rescue), której powierzchnia wynosi nieco ponad 30 tys. mkw. To zadanie w całości spoczywa na Brygadzie Lotnictwa Marynarki Wojennej.

– Sytuacja, która miała miejsce stosunkowo niedawno, czyli katastrofa Jana Heweliusza, pokazała sprawne działanie służb niemieckich. Natomiast nasze lotnictwo nie wzięło udziału w akcji ratowniczej ze względu na warunki hydrometeorologiczne. Gdybyśmy dysponowali wtedy śmigłowcami we wspomnianym rejonie, na pewno szybko zostałaby przeprowadzona akcja ratunkowa – uważa kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

Marynarka Wojenna dysponuje obecnie śmigłowcami średniego zasięgu W3RM. Są to maszyny po modernizacji, których stan techniczny pozwala zapewniać podstawowe bezpieczeństwo na Bałtyku. Jednak zasięg i ładowność, czyli liczba osób, które maszyny są w stanie jednorazowo zabrać na pokład w trakcie akcji ratowniczej, nie są wystarczające i nie spełniają potrzeb służb ratowniczych.

– Na naszych wodach terytorialnych coraz częściej odwiedzanych przez turystów, którzy chętnie przyjeżdżają wypoczywać nad Bałtyk, boimy się przede wszystkim zimna i hipotermii. Bałtyk jest cały rok zimny, więc pomoc musi być natychmiastowa. Na Morzu Bałtyckim są takie miejsca jak platformy wiertnicze, ludzie pracują na morzu, dlatego należy tę pomoc zapewnić w jak najkrótszym czasie – podkreśla kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

W końcówce ubiegłego roku Ministerstwo Obrony Narodowej „w ramach pilnej potrzeby operacyjnej” rozpisało przetarg na zakup 16 śmigłowców dla polskiej armii, w tym ośmiu maszyn przeznaczonych do prowadzenia misji ratowniczych na morzu, które mają trafić do Marynarki Wojennej. W postępowaniu, które MON chce zamknąć przed końcem roku, biorą udział Airbus Helicopters (producent Caracali), firma Sikorsky – należąca do amerykańskiego koncernu Lockheed Martin (producent S70i Black Hawk), oraz należące do Leonardo Helicopters polskie zakłady PZL-Świdnik, w których produkowany jest śmigłowiec AW101.

Z punktu widzenia ratownika uważam, że śmigłowiec ratowniczy powinien być tworzony z myślą o ratownictwie i przeznaczony wyłącznie do misji poszukiwawczo-ratowniczych. To powinna być duża maszyna, dobrze doposażona, pewna i przygotowana do działań morskich w charakterze ratowniczego statku powietrznego – mówi kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

W ocenie ratownika z 30-letnim stażem potrzebom służb ratunkowych najlepiej odpowiadają produkowane w Świdniku śmigłowce AW101, ze względu na ich ładowność, dużą liczbę miejsca i możliwość udzielania poszkodowanym pierwszej pomocy przedmedycznej już na pokładzie maszyny.

– Z tyłu jest bardzo dużo miejsca, można prowadzić reanimację i resuscytację za pomocą wszystkich urządzeń dostępnych w medycynie ratunkowej. Maszyny na wyposażeniu polskiej Marynarki Wojennej, które biorą udział w akcjach ratunkowych, to nie są śmigłowce kolumny sanitarnej. Ich głównym zadaniem jest przyjąć sygnał, odnaleźć rozbitka, podjąć rozbitka z wody lub innego terenu trudno dostępnego, jakim jest platforma wiertnicza, statek czy jacht, i podczas transportu do szpitala lub na lotnisko udzielać pomocy przedmedycznej. Duża kabina ładunkowa w tylnej części pozwala na reanimację, dlatego uważam AW101 za jeden z najlepszych śmigłowców – mówi kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek.

Co piąty Polak biega. Zainteresowanie tym sportem widać wyraźnie w mediach społecznościowych

Co piąty Polak biega. Zainteresowanie tym sportem widać wyraźnie w mediach społecznościowych 5

Bieganie to coraz bardziej medialny temat. Tylko w sierpniu i we wrześniu na portalach i w mediach społecznościowych pojawiło się około 300 tys. wpisów na ten temat, które wygenerowały ponad 40 mln interakcji – wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów. Internauci poszukują przede wszystkim wiadomości na temat treningów, sposobów na kontuzje oraz porad dotyczących sprzętu. Dla firm zaangażowanie w dyskusje internautów to szansa na wypromowanie swojego produktu lub samej marki.

 W sierpniu i we wrześniu zmonitorowaliśmy ponad 300 tys. wpisów w mediach społecznościowych i artykułów na portalach. To oznacza, że co godzinę powstaje około 200 materiałów na temat biegania. Ta kwestia angażuje wiele marek oraz znanych osób – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Duże zaangażowanie internautów budzą nie tylko wpisy biegaczy i osób promujących zdrowy styl życia. Niemal każdy post, który dotyczy biegania, spotyka się z dużym zainteresowaniem. Z badania przeprowadzonego przez IBRIS Instytut Badań Rynkowych i Społecznych wspólnie z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki wynika, że w Polsce biega 22 proc. dorosłych osób. To jedna z najczęściej wybieranych aktywności fizycznych. Zainteresowanie tym sportem widać też w internecie.

– W ciągu 2 miesięcy wszystkie wpisy wygenerowały ponad 40 milionów interakcji, z czego najwięcej, bo aż 80 proc., to udostępnienia – wskazuje Magdalena Pawłowska.

Z danych IMM wynika, że najwięcej postów pojawia się na Facebooku, Instagramie i Twitterze. Internauci chętnie dzielą się informacjami dotyczącymi techniki biegania czy miejscami idealnymi na trening. W mediach społecznościowych często też umawiają się na wspólne bieganie. Szukają porad dotyczących treningów, wyboru akcesoriów oraz sposobów na zapobieganie kontuzjom.

– To doskonała okazja dla marek, aby zaangażować się w naturalną dyskusję w mediach społecznościowych, a przy okazji zareklamować swój produkt. Najwięcej takich wzmianek pojawia się na Facebooku. Tam znajdziemy ponad 40 proc. wszystkich publikacji dotyczących biegania – mówi Magdalena Pawłowska.

Najbardziej aktywne na swoich fanpage’ach są Runner’s World Polska, On the Move oraz Sklep Biegacza. Dla firm włączenie się w dyskusję internautów to szansa na zbudowanie swojego wizerunku jako eksperta w danej dziedzinie, a także na promocję swoich produktów.

 W naszej strategii uznaliśmy, że celem nie będzie budowanie bezpośredniej sprzedaży, ale jej wsparcie i pokazanie nas jako osób pasjonujących się bieganiem. Dlatego zależy nam na tworzeniu różnorodnych treści i materiałów, począwszy od materiałów produktowych, jak recenzje sprzętu, pokazanie nowości, poprzez materiały poradnikowe, informacyjne i ciekawostki z biegowego świata – mówi Paweł Matysiak ze Sklepu Biegacza.

Targetem marki mogą być sami biegacze, zwłaszcza że jest to grupa bardzo zróżnicowana. Część osób to doświadczeni sportowcy, którzy biegają regularnie od dłuższego czasu, biorą udział w maratonach czy ultramaratonach, ale też amatorzy i ci, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z bieganiem. Dużą grupą, do której mogą dotrzeć marki, jest też rodzina biegaczy i obserwatorzy biegów.

 Przygotowanie merytorycznych i wartościowych materiałów to nie wszystko. Ważna jest ich odpowiednia dystrybucja i to, aby trafiły do konkretnego odbiorcy. Pole do popisu dają tutaj media społecznościowe, które mają bardzo duże możliwości kierowania. Wszystko po to, aby współtworzyć środowisko biegowe w Polsce, być miejscem stworzonym przez biegaczy dla biegaczy, chcemy być miejscem pierwszego wyboru, zwiększać ruch na naszej stronie internetowej, a tym samym naszą sprzedaż – tłumaczy Paweł Matysiak.

BGK prognozuje umocnienie złotówki i osłabienie kursu dolara

Ostatnie dni były pozytywną niespodzianką, jeśli chodzi o umocnienie złotówki. Miało na to wpływ kilka wydarzeń w kraju i za granicą. Po polskiej stronie leży niewątpliwie kolejna pozytywna wiadomość, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy. Pojawiły się już pierwsze informacje dotyczące trzeciego kwartału, także pozytywne. Tempo wzrostu utrzymuje się na dobrym poziomie. W niektórych obszarach, jak np. budownictwo zanotowano także przyspieszenie. Fundamentalne podstawy gospodarcze są lepsze niż można było oczekiwać. Znajduje to odzwierciedlenie w walucie. Na wcześniejsze osłabienia złotego przekładały się oczekiwania wobec banków centralnych za granicą, przede wszystkim Rezerwy Federalnej w Stanach i Europejskiego Banku Centralnego, które teraz będą zaostrzać politykę monetarną.

– W drugim kwartale przekroczono szacowane wyniki. Nie dotyczy to tylko PKB, ale i innych wskaźników – powiedział agencji eNewsroom Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego – Obecnie spodziewamy się, że tak dobrej – z punktu widzenia kredytobiorców – polityki nie będzie, ale i tak sprzyja ona aktywom takich krajów jak Polska. Polski złoty korzysta na tej zmianie, nie jest to jednak trwały trend. Kiedy banki centralne podejmą oczekiwane kroki, sytuacja powróci do normy i złoty powróci do poziomu 4,25-4,30 wobec euro. Wydaje się to być stanem równowagi, biorąc pod uwagę sytuację w krajowej gospodarce oraz długoterminową politykę monetarną za granicą. Jeżeli chodzi o pozostałe waluty, to można się spodziewać dalszego osłabienia dolara wobec euro. W perspektywie najbliższych miesięcy w pewnym stopniu będzie tak również ze złotówką, która jednak nie spadnie raczej wobec amerykańskiej waluty. Od kilku tygodni zaobserwować można powrót franka szwajcarskiego w relacji do euro, po tym jak w styczniu Bank Szwajcarii przestał bronić kursu waluty. Tendencja ta będzie postępować. Z punktu widzenia polskich kredytobiorców sytuacja będzie się poprawiać, mimo spodziewanego niewielkiego osłabienia złotego wobec euro – dodał Kaczor.

Dolarowa defensywa

Wtorkowy kalendarz wydarzeń makroekonomicznych nie należał do porywających. Uwagę inwestorów skradły dane z brytyjskiej gospodarki, które finalnie należy ocenić jako niezbyt satysfakcjonujące. Wydźwięk pokaźnego wzrostu produkcji przemysłowej (1,6 proc. r/r, konsensus: 0,9 proc.) oraz produkcji wytwórczej (2,8 proc. r/r, konsensus: 1,9 proc.) zniweczyły szacunki deficytu handlowego, który w sierpniu uplasował się na poziomie 14,2 mld GBP (konsensus: -11,2 mld). Na rynku surowcowym prawdziwy roller-coaster notuje ropa. Obecnie West Texas Intermediate przebija się przez poziom 51,00 USD za baryłkę, notując tym samym ruch rzędu 3,0 proc.

Na dalszym planie znalazły się doniesienia z niemieckiej gospodarki, która w sierpniu odnotowała nadwyżkę w wymianie międzynarodowej na poziomie 20,0 mld EUR (konsensus: 19,5 mld EUR). Tak dobry wynik to między innymi zasługa silniejszej dynamiki eksportu (3,1 proc. m/m, konsensus: 1,1 proc.), co należy wiązać między innymi z obecnością silniejszych efektów sezonowych. Na fali niezbyt pomyślnych danych znalazła się norweska korona, która przez lwią część dnia była zakładnikiem zdecydowanie słabszej inflacji bazowej (1,0 proc. r/r) niż wynikałoby to z mediany rynkowych oczekiwań (1,2 proc.).

Wtorkową słabość dolara wykorzystały wszystkie waluty koszyka państw G10. Na czele zestawienia z niewielką przewagą znajduje się szwedzka korona (0,6 proc.), która lekko ucieka dzisiejszej aprecjacji euro (0,5 proc.) czy funta szterlinga (0,5 proc.). Na koniec dnia EUR/USD próbuje ustabilizować swoje notowania nad poziomem 1,1800, a GBP/USD balansuje przy 1,3210. Najbardziej zachowawczą walutą pozostało kiwi, którego 0,2 proc. aprecjacja wypycha NZD/USD w okolice poziomu 0,7080.

W gronie walut Emerging Markets dzisiejszej kondycji dolara nie wykorzystało między innymi meksykańskie peso, które na przestrzeni dnia odnotowało relatywnie skromną skalę osłabienia. Niekwestionowanym królem koszyka pozostaje południowoafrykański rand. Jego 1,1 proc. zwyżkę próbują gonić południowokoreański won (0,9 proc.) oraz polski złoty (0,9 proc.), który zyskuje miano lidera regionu. Na koniec dnia EUR/PLN wraca do poziomu 4,2860, USD/PLN schodzi do 3,6330, CHF/PLN stabilnie przy 3,7250, a GBP/PLN przebija się pod poziom 4,8000.

Na Starym Kontynencie obserwowano wyraźny podział sentymentu. Ze zniżkowych nastrojów udało się wyłamać giełdzie w Londynie, której wzrosty napędzały Persimmon (2,3 proc.) za sprawą zmiany rekomendacji przez Redburn na „kupuj” oraz Burberry Group (2,2 proc.) po świetnych wynikach sprzedażowych francuskiego koncernu Louis Vuitton Moët Hennessy (2,2 proc.). Najsilniej rosnącym indeksem na Starym Kontynencie został ponownie WIG 20 (0,7 proc.). Nastroje przy Książęcej poprawiła wypowiedź Jacka Sasina, posła Prawa i Sprawiedliwości, który poinformował o wstrzymaniu prac nad projektem ustawy spreadowej. Najsilniejszy ruch ku wyższym poziomom odnotował posiadający pokaźny portfel kredytów walutowych mBank (3,5 proc.). W cieniu jego wzrostów znalazły się między innymi Bank Zachodni WBK oraz PKO BP, które dzisiejszą sesję zakończyły ze zwyżką rzędu 2,7 proc.

Ze wzrostowych nastrojów wyraźnie wyłamała się giełda w Madrycie. Jutrzejsze nastroje wśród komponentów indeksu IBEX 35 (-0,9 proc.) będą zależały od dzisiejszych postanowień katalońskiego rządu. Skromniejszy ruch ku niższym poziomom odnotował DAX (-0,2 proc.) oddalający się od okrągłego poziomu 13 000 pkt. Rynkowy optymizm próbowała narzucić Lufthansa (2,5 proc.), której władze poinformowały o zawarciu długookresowego porozumienia ze związkami zawodowymi. Nieco niżej znalazły się walory Deutsche Post (1,7 proc.) za sprawą doniesień dotyczących nawiązania współpracy z NVIDIĄ w zakresie autonomicznego prowadzenia pojazdów. Listę komponentów na frankfurckim parkiecie zamknął Fresenius ze zniżką rzędu 2,2 proc.

Udaną sesję na rynku surowców notują metale szlachetne, którym obecnie przewodzi platyna ze zwyżką rzędu 1,4 proc. Niewiele mniejszy ruch ku wyższym poziomom notuje srebro (1,1 proc.) stabilizujące swoje notowania powyżej poziomu 17,1600 USD za uncję. W przypadku złota należy mówić o ponownym przebiciu poziomu 1 290 USD, który zagwarantował dzienny ruch rzędu 0,5 proc. W cieniu sytuacji na światowym rynku ropy znalazł się między innymi gaz ziemny (1,7 proc.). Podobną skalę zwyżki notuje lider płodów rolnych – sok pomarańczowy, którego listopadowe kontrakty na przestrzeni dnia podrożały o 1,6 proc.
Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Czy banki docierają do fanów konkurencji?

Czy banki mogą na Facebooku docierać do fanów swojej konkurencji? Mogą – najlepiej robi to Alior i Idea – nie tylko poprzez posty wirusowe, ale i komunikację swoich klientów.

siec1

Na fanpage Alior Banku, Idea Banku, Citi Handlowego i Eurobanku jest najwięcej osób, które są aktywne na innych fanpage bankowych. Sprawdziliśmy to patrząc na posty, komentarze, like’i i share’y osób aktywnych na wielu różnych fanpage bankowych. To właśnie te 4 banki docierają do osób zainteresowanych innymi bankami na Facebooku.

fp-banki-w3

We wrześniu i na początku października 2017 najbardziej angażowały – zdobyły najwięcej like’ów – fanpage ING BŚ i Alior Banku – poprzez posty z mechaniką comment or like – skierowane do szerokiej publiczności.

fp-banki-w2

We wrześniu i na początku października 2017 najwięcej postów bankowych zostało opublikowanych na fanpage PKO BP i mBank Polska. Osoby aktywne na fanpage PKO BP i mBank Polska rzadko są aktywne na fanpage innych banków.

Źródło: IRCenter.com

MON i MSWiA mogą utrudnić prowadzenie biznesu w strefach ochronnych

Ministerstwo Obrony Narodowej i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji mogą utrudnić lub uniemożliwić prowadzenie działalności gospodarczej w strefach ochronnych – ostrzega Konfederacja Lewiatan, oceniając ustawę związaną z uproszczeniem realizacji inwestycji służących bezpieczeństwu i obronności państwa.

Możliwość ustanawiania obszaru zastrzeżonego i strefy ochronnej wokół niego, dokonywanego na podstawie ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, w sposób znaczący może wpłynąć na prawa i obowiązki obywateli, których aktywność życiowa będzie się koncentrowała w strefach ochronnych.

Takie zmiany są przewidziane w projekcie ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z uproszczeniem realizacji inwestycji służących bezpieczeństwu i obronności państwa. Na podstawie tej ustawy ministrowie resortów „siłowych” będą mogli, w drodze rozporządzenia ustanowić strefę ochronną, w której będzie obowiązywało szereg ograniczeń w zakresie podstawowych praw i wolności. Takich rozporządzeń może być wydanych wiele, a żadne z nich nie będzie zawierało uzasadnienia, co w sposób oczywisty jest sprzeczne z art. 2 Konstytucji.

W strefie ochronnej można ustanowić ograniczenia w dopuszczalnym lub faktycznym sposobie zagospodarowania terenu, w tym dotyczące jego przeznaczenia oraz wykonania robót budowlanych. Ponadto można ustanowić ograniczenia w zakresie przebywania osób lub swobody poruszania się.

– Takie unormowania, oprócz ograniczeń podstawowych praw człowieka, mogą doprowadzić do uniemożliwienia prowadzenia działalności gospodarczej, co przy całkowitej dowolności w ustanawianiu strefy ochronnej wydaje się być niedopuszczalne, w szczególności, że podmioty zainteresowane nigdy nie poznają uzasadnienia takiego postępowania władzy wykonawczej. Również tryb dochodzenia odszkodowań za takie ograniczenia jest niejasny i nieprecyzyjny.

Dodatkowo, organy władzy wykonawczej będą mogły dowolnie wyłączać konsultacje projektów rozporządzeń, powołując się na klauzulę obronności i bezpieczeństwa, chcąc uprościć sobie proces legislacyjny – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Solato zwycięzcą polskiej odsłony konkursu PowerUp!

Spośród uczestników regionalnej gali finałowej jury wyłoniło najlepszy start-up pracujący nad innowacjami w energii: firmę Solato. Bracia Piotr i Maciej Murawscy zaprezentowali rozwiązanie mające na celu optymalizację pracy elektrycznych urządzeń grzewczych w inteligentnej sieci. System gromadzi i przetwarza dane pochodzące z urządzeń i dostarcza je do dostawcy energii niemal w czasie rzeczywistym. Pozwala to na oszczędności zarówno dla dostawców, jak i użytkowników podłączonych do sieci.

Drugie miejsce w konkursie przyznano Whittle Power Solutions: Paweł Woźniak zaprezentował turbinę gazową dostarczającą ciepło i prąd dla domów jednorodzinnych. Trzecie miejsce zajął LeSSs, reprezentowany przez Piotra Ostanka: LeSSs to inteligentny system sterowania oświetleniem zewnętrznym za pomocą kamer HD, który zarządza poziomem światła w zależności od obecności osób w pobliżu lamp ulicznych.

Start-upy zaprezentowały różnorodne rozwiązania, ale widoczny jest trend „smart”, stawiający na oszczędzanie i optymalizację zużycia energii. Zwycięska firma Solato wychodzi naprzeciw zapotrzebowaniu, które widzimy na rynku energetycznym, a ich inteligenta sieć może pozwolić na duże oszczędności na bardzo szeroką skalę. Możliwość globalnego zastosowania była jednym z najważniejszych kryteriów branych pod uwagę przez jurorów mówi Łukasz Świercz, Business Creation Officer w InnoEnergy Central Europe, przewodniczący jury.

Do trzeciej edycji konkursu organizowanego przez InnoEnergy – największy europejski akcelerator w branży cleantech, przystąpiło niemal 160 start-upów z 23 krajów Europy Środkowej. Regionalna gala finałowa w Warszawie, podobnie jak 11 pozostałych finałów regionalnych (odbywających się między innymi na Węgrzech, w Grecji, Chorwacji, Litwie, Czechach i Estonii), poprzedzona była intensywnymi bootcampami: biznesowe warsztaty w Polsce poprowadził Rafał Szczepanik, doświadczony trener i szkoleniowiec. Uczestnicy mieli okazję zweryfikować modele biznesowe i udoskonalić sztukę prezentacji.

Podczas regionalnej gali finałowej przed jury oraz inwestorami i przedstawicielami mediów, swoje innowacyjne rozwiązania zaprezentowało 8 najlepszych start-upów z Polski.

Naszą główną ideą jest połączenie wszystkich elektrycznych urządzeń grzewczych w domach w jeden duży organizm, który współpracuje z dostawcami prądu tak, by umożliwić korzystanie z energii elektrycznej w najbardziej optymalny sposób. Uważamy, że jeżeli pomysł jest dobry, a w jego realizację wkładamy całe serce i energię – to musi się udać. Trzeba próbować swoich sił w takich konkursach jak PowerUp! – komentują swoje zwycięstwo Piotr i Maciej Murawscy.

Uczestnicy PowerUp! oceniani byli między innymi w kontekście świadomości biznesowej oraz potencjału zespołu i gotowości produktu:

Jesteśmy bardzo zainteresowani środowiskiem start-upowym i ważny jest dla nas udział w tego typu przedsięwzięciach, zwłaszcza organizowanych przez naszego wieloletniego partnera –  InnoEnergy. Jako członek jury zwracałem uwagę głównie na innowacyjność, realne szanse zastosowania rozwiązania oraz zespół i jego ambicje – mówi Paweł Poneta, kierownik zespołu badań i rozwoju w Tauron Polska Energia. Tauron jest regionalnym partnerem konkursu w Polsce.

W jury, oprócz Pawła Ponety i Łukasza Świercza, zasiedli również inni cenieni fachowcy z sektora energii i venture capital: Konrad Sitnik (partner zarządzający w EEC Ventures), Paweł Bochniarz (Chairman MIT Enterprise Forum) oraz Witold Rożnowski (dyrektor badań i rozwoju w RAFAKO). Rafako zostało partnerem globalnym konkursu, a tak jego wagę ocenia Agnieszka Wasilewska–Semail, prezes i dyrektor generalny spółki:

– Popieramy misję InnoEnergy związaną z innowacjami w dziedzinie energii odnawialnej, która jest zgodna z filozofią biznesową RAFAKO – nasza praca nie tylko ogranicza się do projektowania i produkcji różnego rodzaju instalacji. Naszym ambitnym celem jest doprowadzenie do wytwarzania energii elektrycznej w jak najbardziej przyjazny dla środowiska sposób. Konkurs PowerUp! doskonale wpisuje się w cele RAFAKO i mamy nadzieję, że odkryte firmy przyczynią się do poprawy czystości naszego środowiska.

Publiczność miała również możliwość wysłuchania Krzysztofa Hołowczyca w roli keynote speakera, który mówił o analogiach w dążeniu do sukcesu w sporcie i w biznesie.

22 listopada Solato stanie w szranki z laureatami pozostałych regionalnych odsłon konkursu w RaM Colosseum w Budapeszcie, gdzie powalczy o nagrody finansowe (20 000 Euro za pierwsze miejsce) oraz udział w prestiżowym akceleratorze Highway®, pomagającym przekształcać start-upy we wczesnej fazie rozwoju w dobrze prosperujące przedsiębiorstwa.

Spółka w Wielkiej Brytanii – dlaczego założenie spółki typu LTD się opłaca?

Jak założenie spółki w Wielkiej Brytanii może pomóc freelancerom rozwinąć biznes, zwiększyć zyski oraz zoptymalizować płacone podatki.

W globalnej wiosce niezwykle łatwo jest pracować z dowolnego miejsca na świecie. Dlaczego więc tego nie robić, zwłaszcza jeśli można wtedy płacić mniejsze podatki?

Choć w drugiej połowie XX w. nastąpił rozpad brytyjskiego imperium kolonialnego, to Zjednoczone Królestwo zachowało bardzo silną pozycję polityczną i gospodarczą w Europie, pozostając poza Unią Gospodarczą i Walutową. Jako jeden z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i członek-założyciel NATO oraz Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, Zjednoczone Królestwo zachowało mocarstwową pozycję na świecie. Fakt, że zdecydowało się wyjść z Unii Europejskiej w 2017 r., wg prognoz ekspertów nie będzie miał negatywnego przełożenia na prowadzenie biznesu w tym kraju.

Trzeba pamiętać, że to właśnie Wielka Brytania jest twórcą anglosaskiego systemu prawnego obecnego również w takich krajach jak Stany Zjednoczone, Australia czy Nowa Zelandia.

Jak założyć spółkę typu Limited?

Angielska spółka typu Limited (LTD) to odpowiednik polskiej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Obie spółki posiadają osobowość prawną. Ich finanse są odrębne od finansów właścicieli firmy. Udziałowcy odpowiadają za zobowiązania spółki tylko do wysokości wniesionego wkładu, a dokładniej do wartości posiadanych udziałów. W przypadku spółek Limited nie ma wymogu co do minimalnej wysokości kapitału założycielskiego – spółkę można rejestrować nawet z kapitałem zakładowym 1 funta. Minimum jeden udział musi zostać przyznany. Funkcje dyrektora, sekretarza i udziałowca mogą pełnić osoby fizyczne lub inne firmy.

Zysk firmy kapitałowej objęty jest podatkiem od osób prawnych (corporation tax), który obecnie, w 2017 r., wynosi 19%. Firma typu Limited jest wiarygodną, najpopularniejszą dziś formą prowadzenia działalności gospodarczej w Wielkiej Brytanii. Angielską spółkę LTD można założyć i prowadzić, nawet jeśli nie jest się rezydentem czy mieszkańcem Zjednoczonego Królestwa. Do rejestracji wymagana jest tylko jedna osoba (pełniąca jednocześnie funkcje dyrektora i udziałowca; funkcja sekretarza jest opcjonalna). Osoba lub osoby wchodzące w skład struktury spółki Limited nie muszą być rezydentami Wielkiej Brytanii, mogą to być obywatele z dowolnych części świata. Dane dyrektorów, sekretarzy i udziałowców są jawne i dostępne w rejestrze handlowym (Companies House) dla opinii publicznej. Aby zapewnić większą prywatność osobom będącym beneficjentami ostatecznymi spółki, można skorzystać z usług dyrektorów powierniczych (nominee directors), a nawet udziałowców powierniczych (nominee shareholders) działających na podstawie declaration of trust – umowy będącej oświadczeniem o powierzonych udziałach.

Korzyści z założenia spółki typu LTD

Spółki zarejestrowane w Wielkiej Brytanii mogą skorzystać na tym, że kraj ten ma renomę stabilnego i wiarygodnego biznesowo. Jeżeli działają one bowiem na rynkach zagranicznych, firma ich spółki jest na pewno lepiej odbierana przez kontrahentów niż obco brzmiąca „sp. z o.o.”.

Poza tym spółka typu LTD może służyć nie tylko do prowadzenia działalności operacyjnej, ale i do ochrony aktywów. Związane jest to z konkurencyjnym opodatkowaniem zysków z udziałów w spółce tego typu w Wielkiej Brytanii. Szczególne możliwości powstają, jeśli udziałowcem jest spółki kapitałowa z typowego „raju podatkowego”, np. Gibraltaru. Jurysdykcje „offshore” dobrze chronią informacje dotyczące struktury właścicielskiej i majątkowej spółek, a jednocześnie nie nakładają podatku dochodowego na dochody z tytułu udziału w LTD, jeśli prowadzi ona swoją działalność poza daną jurysdykcją. Dlatego też zwłaszcza w takiej sytuacji UK LTD stanowi bardzo reprezentacyjne i prestiżowe opakowanie dla struktury korporacyjnej, która w innych okolicznościach mogłaby zostać uznana za spółkę stosującą szkodliwą konkurencję podatkową.

Założenie spółki LTD będzie szczególnie korzystne dla programistów, blogerów, coachów/trenerów, fotografów, specjalistów ds. marketingu oraz przedstawicieli innych zawodów, których można określić wspólnym mianem: freelancerzy.

Im niepotrzebne są biura, zakłady ani zezwolenia. Grono klientów zainteresowanych ich usługami nie ogranicza się do rządowych instytucji – są to zawody w 100% wolne, nie ma więc przeszkód, by ich wykonawcy mieli w swoim gronie klientów podmioty z różnych krajów.

Struktura proponowanego rozwiązania może ograniczyć się do założenia samej spółki LTD. Ciekawe są jednak również warianty łączące je z polską jednoosobową działalnością gospodarczą lub inną spółką w typowej jurysdykcji offshorowej. Wszystko zależy od indywidualnej sytuacji biznesowej.

Autorzy: prawnik Aleksandra Budzyńska, mec. Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec

Doręczanie pism od fiskusa

Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że profesjonalny pełnomocnik nie musi być na platformie ePUAP, aby skutecznie doręczano mu pisma. Niewskazanie adresu elektronicznego na tej platformie nie stanowi takiego braku formalnego pisma, który uniemożliwia skuteczne złożenie odwołania od decyzji administracyjnej.

Elektroniczny adres do doręczeń na platformie ePUAP

Od 1 stycznia 2016 r. obowiązują nowe zasady doręczania pism pełnomocnikom profesjonalnym (doradcom podatkowym, radcom prawnym, adwokatom). Z art. 144 § 5 ordynacji podatkowej wynika, że pełnomocnikom profesjonalnym oraz organom administracji publicznej pisma są doręczane za pomocą środków komunikacji elektronicznej albo w siedzibie organu podatkowego.

Przez ostatnie kilkanaście miesięcy organy podatkowe zwiększyły nacisk na doręczanie pism za pośrednictwem portalu podatkowego lub adresu elektronicznej skrzynki podawczej na platformie ePUAP. Urzędy skarbowe zaczęły stosować te przepisy bardzo restrykcyjnie, twierdząc, że wskazanie adresu elektronicznego stanowi obowiązek pełnomocnika, nie zaś jego uprawnienie. W rezultacie w wielu przypadkach niewskazanie takiego adresu skutkowało pozostawieniem odwołania bez rozpoznania.

Profesjonalny pełnomocnik nie musi być na platformie ePUAP

Jednak Naczelny Sąd Administracyjny z wyroku NSA z 22 marca 2017 r., sygn.. akt I GSK 166/17 stwierdził, że niewskazania w pełnomocnictwie szczególnym adresu elektronicznego przez pełnomocnika profesjonalnego nie można zaliczyć do braków, które uniemożliwiają nadanie podaniu właściwego biegu. NSA orzekł, że brak adresu elektronicznego w pełnomocnictwie jest tylko problemem technicznym, a organ podatkowy, wydając postanowienie pozostawiające odwołanie bez rozpoznania, odebrał stronie prawo do załatwienia sprawy podatkowej dwa razy, zgodnie z zasadą dwuinstancyjności. Adres elektroniczny jest tylko ułatwieniem dla organów podatkowych, które w jednym dokumencie otrzymują pełnomocnictwo oraz dane niezbędne do komunikowania się z pełnomocnikiem – ocenił NSA. Nie wyklucza to doręczenia profesjonalnemu pełnomocnikowi dokumentów w sposób tradycyjny w przypadku wystąpienia problemów technicznych uniemożliwiających organowi podatkowemu doręczenie pism za pomocą środków komunikacji elektronicznej.

Sprawa, w której został wydany powyższy wyrok, dotyczyła wydania przez jednego z naczelników urzędu celnego decyzji określającej zobowiązanie w podatku akcyzowym w związku z wewnątrzwspólnotowym nabyciem samochodu osobowego. Strony, które były reprezentowane przez adwokata, wniosły odwołanie od tej decyzji. W odpowiedzi na wezwanie do uzupełnienia braków formalnych odwołania poprzez złożenie pełnomocnictwa szczególnego wykazującego umocowanie adwokata do wniesienia odwołania pełnomocnik załączył potwierdzone za zgodność z oryginałem kopie pełnomocnictw szczególnych. W tych pełnomocnictwach nie został wskazany adres elektroniczny na platformie ePUAP.

Dyrektor izby celnej pozostawił odwołanie bez rozpoznania, gdyż jego zdaniem w świetle art. 144 § 5 ordynacji podatkowej pełnomocnik będący adwokatem lub radcą prawnym zobligowany był do utworzenia adresu elektronicznego na platformie ePUAP. Natomiast nieusunięcie braku formalnego pisma skutkuje pozostawieniem odwołania podatnika bez rozpoznania. Strony wniosły do sądu administracyjnego skargę na to postanowienie, ale sąd I instancji uznał skargę za nieuzasadnioną. Dopiero na skutek zaskarżenia orzeczenia sądu I instancji Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok korzystny dla stron postępowania.

Skutki wyroku NSA na przyszłość

Naczelny Sąd Administracyjny w tym przypadku uchylił wyrok sądu administracyjnego oraz decyzję izby celnej. Dyrektor izby celnej będzie zobowiązany do uwzględnienia oceny prawnej wyrażonej przez NSA. Jest to z pewnością precedensowe orzeczenie, które będzie miało wpływ na ocenę przepisów ordynacji podatkowej przez urzędników przy rozpatrywaniu kolejnych spraw.

Autor: mec. Paula Fijałkowska, mec. Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Transakcje łańcuchowe – studium przypadku

Transakcje łańcuchowe to skomplikowana materia i zwykle trudno określić z całą pewnością, jakie powinno być opodatkowanie określonych transakcji w łańcuchu. Zależy to bowiem od wielu czynników. W ostatnim czasie orzecznictwo dostarcza nam kolejnych przykładów sytuacji problematycznych, w których najbezpieczniej zwrócić się o radę do profesjonalnego pełnomocnika.

Stan faktyczny sprawy

W 2014 r. jeden z największych polskich podmiotów paliwowych nawiązał współpracę z polską spółką prawa handlowego na dostawę biokomponentów do swojej rafinerii. Dostawy miały być realizowane zgodnie z formułą kontraktową CFR GDYNIA według Incoterms. Po podpisaniu kontraktu polska spółka prawa handlowego zaczęła realizować kontrakt, transportem morskim dostarczając biokomponent do polskiego koncernu paliwowego. Dostawy realizowane były w formule dostaw wewnątrzwspólnotowych w ramach transakcji łańcuchowych, o których mowa w art. 22 ust. 2 ustawy o VAT. Uczestniczyło w nich kila podmiotów, przy czym towar był transportowany bezpośrednio od pierwszego sprzedawcy bezpośrednio do ostatecznego nabywcy. Zgodnie z obowiązującymi przepisami w takiej sytuacji tylko jedna z transakcji, tzw. transakcja ruchoma, może mieć status dostawy wewnątrzwspólnotowej (WDT), natomiast pozostałe mają status dostawy w miejscu – są to tzw. transakcje nieruchome. Zgodnie z orzecznictwem TSUE status transakcji ruchomej powinna mieć transakcja, w trakcie której następuje rzeczywiste przemieszczenie towaru od dostawcy do ostatecznego nabywcy. Z uwagi na fakt, że polski dostawca do polskiej grupy paliwowej nie był organizatorem wysyłki, słusznie rozpoznał swoją transakcję z ostatecznym nabywcą jako dostawę nieruchomą i wystawił fakturę ze stawką VAT podstawową (23%) .

Postępowanie kontrolne

W 2016 r. jeden z dyrektorów UKS wszczął w spółce postępowanie kontrolne. W wyniku kontroli i przeanalizowania transakcji łańcuchowej organ kontroli doszedł do wniosku, że – z uwagi na formułę kontraktową CFR (INCOTERMS) widniejącą na fakturze dostawy do ostatecznego nabywcy oraz identyczną formułę zastosowaną do transakcji poprzedzającej – ryzyko utraty towaru przeszło na kupującego w momencie wysyłki towaru z zagranicy. W efekcie to transakcja pomiędzy ostatnim sprzedającym i ostatecznym nabywcą winna posiadać status dostawy ruchomej, a więc faktura winna być wystawiona ze stawką VAT 0%. Postępowanie kontrolne zostało zakończone wydaniem decyzji organu kontrolnego, w której zmieniono przebieg transakcji gospodarczej w ten sposób, że dostawa krajowa pomiędzy przedostatnim w łańcuchu dostaw podmiotem a ostatecznym nabywcą została uznana za WDT. Jednocześnie z uwagi na wystawienie przez podmiot krajowy faktury ze stawką VAT 23% organ uznał konieczność zapłaty ujawnionego podatku na fakturze na podstawie art. 108 ustawy o VAT. Podmiot krajowy złożył odwołanie od przedmiotowej decyzji do organu II instancji. Z uwagi na znaczną kwotę będącą przedmiotem sporu (równą kwocie należnego podatku VAT, jak stanowi art. 108 ustawy o VAT) ustanowił w sprawie profesjonalnego pełnomocnika.

Postępowanie odwoławcze

Profesjonalny pełnomocnik przeanalizował akta kontroli oraz decyzję organu I instancji i doszedł do wniosku, że odwołanie winno być uzupełnione o dodatkowe argumenty.

Przede wszystkim podniósł w uzupełnieniu odwołania dodatkowy zarzut, że organ I instancji nie przeanalizował kompletnej transakcji łańcuchowej, a jedynie dwie ostatnie, i z uwagi na zastosowaną regułę kontraktową zmienił przebieg transakcji gospodarczej. Pełnomocnik dokonał analizy całej transakcji łańcuchowej i wskazał, że aby właściwie zinterpretować zaistniałą sytuację i poprawnie ustalić transakcję ruchomą w łańcuchu dostaw, trzeba przeanalizować całą transakcję łańcuchową (od pierwszego dostawcy do ostatniego nabywcy). Należy ustalić, kiedy nastąpiło faktyczne rozpoczęcie przemieszczenia towaru na terytorium kraju. Żeby uzyskać dowód przesądzający, trzeba wskazać, który podmiot w łańcuchu dostaw organizował i rozpoczął transport towaru do ostatecznego nabywcy.

Przebieg transakcji wyglądał w następujący sposób. Transakcja między podmiotem A i B odbywała się na warunkach dostawy FOB. Oznacza to, że był określony port załadunku, a ryzyko i koszty przechodzą na kupującego z momentem dokonania załadunku na statek. Transakcja ta poprzedzała rzeczywisty transport do odbiorcy ostatecznego, w związku z czym ma charakter transakcji nieruchomej.

Następna transakcja, pomiędzy podmiotem B oraz C, była dokonywana zgodnie z warunkami dostawy CFR. Oznacza to, że dostawę uważa się za zrealizowaną w momencie załadunku towaru na statek przewoźnika wskazanego przez dostawcę. Drugi w łańcuchu dostaw podmiot przenosił ryzyko utraty lub uszkodzenia towaru oraz koszty na trzeci podmiot w łańcuchu dostaw w momencie załadowania towaru na statek. W tym też momencie rozpoczął się transport towaru do Polski do ostatecznego nabywcy.

Potwierdzeniem, że drugi podmiot w transporcie towarów był organizatorem transportu, jest faktura wystawiona przez spedytora na rzecz firmy X za usługi transportowe na rzecz zagranicznego podmiotu drugiego w łańcuch dostaw. Faktura obciąża drugi podmiot w łańcuchu dostaw kosztami frachtu na odcinku Rotterdam–Gdynia.

Wraz z załadunkiem na zlecenie drugiego podmiotu w łańcuchu dostaw rozpoczął się właściwy transport towaru do ostatecznego nabywcy. Ponieważ transport ma charakter wewnątrzwspólnotowy, podmiot B rozpoznał u siebie dla celów podatku od wartości dodanej wewnątrzwspólnotową dostawę towarów (podmiot podał do rozliczenia niemiecki numer identyfikacyjny dla celów podatku od wartości dodanej), natomiast podmiot C rozpoznał wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru (wskazał do rozliczenia polski numer identyfikacyjny dla celów VAT). Mamy więc w tym wypadku do czynienia z transakcją mającą charakter transakcji ruchomej.

Dodatkowo podmiot B posiada wszystkie dokumenty związane z transportem towaru, przygotowywał dokumentację wywozową (na jego zlecenie dokonał tego spedytor). Zgodnie z zasadą, że w transakcji łańcuchowej tylko jedna transakcja może mieć charakter transakcji ruchomej, natomiast pozostałe transakcje mają charakter transakcji nieruchomych, pozostałe transakcje krajowe należy uznać za nieruchome.

Transakcje krajowe nieruchome zostały dokonane na bazie CFR i w zasadzie wskazują moment, w którym kolejny podmiot z łańcucha dostaw rozporządza towarem jako właściciel. Nie ma to jednak żadnego znaczenia dla ustalenia, która z tych transakcji ma charakter transakcji ruchomej, ponieważ ta już została wskazana – jest to transakcja podmiotu dokonującego rzeczywistego rozpoczęcia transportu do podmiotu ostatniego w łańcuchu dostaw. Identyczne stanowisko prezentuje zarówno orzecznictwo wspólnotowe oraz krajowe, jak i piśmiennictwo.

Po przeprowadzonym postępowaniu odwoławczym organ II instancji uchylił decyzję organu I instancji z uwagi na nieprzeanalizowanie przez ten ostatni kompletnej transakcji łańcuchowej.

Rola profesjonalnego pełnomocnika

Decyzja podmiotu o ustanowieniu w sprawie profesjonalnego pełnomocnika bez wątpienia była słuszna. Rozbudowana przez niego analiza przebiegu transakcji pozwoliła bowiem wzmocnić argumentację podniesioną przez podatnika w odwołaniu od decyzji i przyczyniła się do uchylenia decyzji organu I instancji. Uchroniła go także przed skutkami finansowymi wykonania niekorzystnej decyzji organu I instancji.

Autorzy:doradca podatkowy Jerzy Tatarczak, mec. Robert Nogacki Kancelaria Prawna Skarbiec

Finiata najszybciej rozwijającym się fintechem w Polsce

Mikrofaktoring okazał się niezwykle przydatną usługą dla polskich przedsiębiorców. Na platformie Finiaty w przeciągu czterech miesięcy zarejestrowało się ponad 4500 klientów, a obrót finansowania z każdym miesiącem rośnie o 100%. Ponad 70% klientów korzysta wielokrotnie z usług Finiaty. Dobre wyniki skłoniły fintecha nie tylko do rozszerzenia oferty i pozyskania nowej grupy odbiorców, ale również do pomysłu o powiększeniu samej firmy.

FinTech, czyli Financial Technology to sektor gospodarki obejmujący przedsiębiorstwa operujące w branży finansowej oraz technologicznej. Do tego grona zaliczamy firmy,
które świadczą usługi finansowe za pośrednictwem Internetu. Swoją ofertę kierują przede wszystkim do tych osób, które zaczynają dzień ze smartfonem w ręku.

Początkowo oferta Finiaty była przygotowany z myślą o sektorze małych i średnich przedsiębiorstw oraz freelancerów. Usługa na polskim rynku okazała się olbrzymim sukcesem więc Finiata przygotowała ofertę również dla większych firm.

– Promocyjną ofertę, nawet z 50-procentową zniżką skierowaliśmy zarówno do większych przedsiębiorstw jak i naszych stałych klientów, którzy zadeklarują przekazanie minimum 80 tysięcy złotych brutto do faktoringu miesięcznie. – powiedział Grzegorz Micyk, CEO, Finiata Polska.

Oferta okazała się strzałem w dziesiątkę. Wartość sfinansowanych faktorów Finiaty w przeciągu miesiąca podwoiła się, zaś retencja (wskaźnik lojalności klientów) utrzymuje się na poziomie 70-80%. To znak, że zapotrzebowanie na poprawę płynności finansowej w sektorze MSP jest niezwykle duże i jest ono trwałe.

Sukces zachęcił fintecha do kolejnych działań. Teraz myśli o przejęciu innych firm
ze swojej branży.

– Zapotrzebowanie na poprawę płynności finansowej w firmach jest niezwykle duże.
W Polsce Finiata oferuje usługę mikrofaktoringu cichego od lipca tego roku i już zdobyła liczne grono klientów. Chcemy się rozwijać i docierać do kolejnych grup odbiorców. Skupowanie mniejszych firm z naszego sektora to kolejny krok w tym kierunku. – powiedział Grzegorz Micyk, CEO, Finiata Polska.

Dzięki usłudze cichego faktoringu z regresem (Finiata nie kontaktuje się z klientem) przedsiębiorcy otrzymują płatnośćza wystawioną fakturę w ciągu 24 godzin od zaakceptowania jej w systemie, a spłata finansowania zostaje odroczona nawet do 120 dni. Kontrahenci klientów Finaty nie są informowani o tym, że ich dostawca korzysta z zewnętrznego finansowania. Faktura jest płacona bezpośrednio na konto dostawcy, a nie Finiaty. Po otrzymaniu zapłaty dostawca zwraca uzyskaną wcześniej zaliczkę do Finiaty.

Zasady funkcjonowania usługi są bardzo proste: przedsiębiorca rejestruje się na platformie Finiaty i otrzymuje limit faktoringowy. Wprowadzając faktury do systemu wykorzystuje przyznaną przez Finiatę kwotę. Przedsiębiorca sam ustala okres finansowania faktury (30/60/90 dni). Jeśli wcześniej ustalony termin okaże się zbyt krótki, może go przedłużyć  nawet do 120 dni, przy czym 14 dni karencji jest bezpłatne. To co przedsiębiorcy cenią sobie najbardziej to fakt że w Finiata data wymagalności faktury nie jest powiązana
w żaden sposób z data zwrotu finansowania – przedsiębiorca w każdej chwili przed data wymagalności może sfinansować fakturę i ciągle otrzyma finansowanie na 30 lub więcej dni.

Usługa Finiaty jest prosta do wyliczenia: 4 zł + VAT za każde 100 zł kwoty na finansowanej fakturze, za każde 30 dni okresu finansowania. Dodatkowo bezpłatnie oferowane
są podstawowe działania związane z uruchomieniem finansowania, m. in. rozpatrzenie wniosku, czy przeprowadzenie analizy kredytowej.

Polityka dyktuje kursy walut

Polityka mocno wpływa na kursy walut. W efekcie sporu dyplomatycznego pomiędzy USA a Turcją, związanego z wydawaniem wiz oraz aresztem tureckiego pracownika amerykańskiego konsulatu w Istambule, głęboki spadek wartości wobec amerykańskiego dolara zanotowała turecka lira (2,8%). Do amerykańskiego dolara traci także dolar nowozelandzki, co związane jest z politycznym patem po wyborach parlamentarnych – politycy na antypodach mają problem z utworzeniem nowego rządu. Z kolei brytyjski funt zyskuje do dolara w reakcji na umocnienie pozycji premier Wielkiej Brytanii Theresy May.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar wzrasta wobec japońskiego jena (+0,05%), a traci do euro (-0,34%), brytyjskiego funta (-0,46%), dolara kanadyjskiego (-0,14%) oraz dolara australijskiego (-0,27%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,177, GBP/USD – 1,317, USD/CAD – 1,252, AUD/USD – 0,778 i USD/JPY – 112,7. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,4%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,894. Złotówka pozostaje na podobnym poziomie wobec funta, a rośnie do innych światowych walut. We wtorek rano dolar kosztuje 3,65 zł, euro – 4,3 zł, funt – 4,81 zł, a frank szwajcarski – 3,73 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,2%, frankfurcki indeks DAX zyskał 0,16%, a paryski indeks CAC 40 wzrósł o 0,11%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 stracił 0,18%, meksykański indeks Bolsa – 0,46%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,43%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,64%, chiński indeks Shanghai Composite podniósł się o 0,26%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,6%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych głębokich spadkach cena ropy naftowej minimalnie odrobiła straty. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 55,79 USD (+0,3%), a ropy WTI – 49,58 USD (+0,58%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 57 USD. Także cena złota idzie w górę. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1286 USD. To 4 USD więcej (+0,31%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 7:45 – Szwajcaria – Stopa bezrobocia, wrzesień – 3,1% (prognoza 3,2%)
  • 8:00 – Niemcy – Bilans handlowy, sierpień – 21,6 mld euro (prognoza 20 mld euro)
  • 8:00 – Rumunia – PKB (r/r), II kw. – 6,1% (prognoza 5,9%)
  • 9:00 – Węgry – Inflacja CPI (r/r), wrzesień – 2,5% (prognoza 2,6%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Produkcja przemysłowa (r/r), sierpień (prognoza 0,8%)
  • 16:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis

 

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Czy ZUS zatrzyma polski transport?

W Polsce brakuje ok. 100 tys. zawodowych kierowców – to jeden z największych problemów z jakim spotykają się firmy transportowe. Rozwiązaniem miał być napływ pracowników ze wschodu Europy ale coraz częściej odmawia się kierowcom-cudzoziemcom wydania niezbędnego zaświadczenia A1.

Formularz A1 to tzw. unijny formularz wprowadzony w kwietniu 2014 roku na terenie wszystkich państw UE, zastępując funkcjonujący do tej pory druk E 101. Dokument potwierdza odprowadzanie składek na ubezpieczenie społeczne w danym kraju, należącym do wspólnoty europejskiej, a także zwalnia przedsiębiorstwo z obowiązku ponownego opłacania świadczeń w innym państwie członkowskim. Pracownicy delegowani do pracy za granicą na terenie Unii Europejskiej, muszą posiadać formularz A1 w kabinie pojazdu na wypadek kontroli drogowej. Przedsiębiorcy, którzy na skutek braków kadrowych zdecydowali się przyjąć do pracy kierowców z krajów Europy Wschodniej, szczególnie odczują skutki tego problemu. – Zaświadczenie A1 stanowi potwierdzenie, że delegowany pracownik podlega polskim ubezpieczeniom oraz polskiemu ustawodawstwu. Aby zdobyć ten dokument pracodawca lub sam pracownik muszą złożyć odpowiedni wniosek do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Praktyka pokazuje, że może to być problematyczne w przypadku firm zatrudniających pracowników pochodzących spoza UE – wyjaśnia Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Barierą do wydania formularza A1 dla obywateli państw niebędących członkami Unii Europejskiej są niejednoznaczne przepisy prawa unijnego m.in. czas trwania i ciągłość pobytu na terytorium państwa członkowskiego, charakter wykonywanej pracy, czas trwania umowy o pracę czy nawet więzi rodzinne wnioskodawcy. – Przewoźnicy ostatnio coraz częściej informują nas o odmowie wydania przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych niezbędnego w transporcie międzynarodowym dokumentu. Jest to o tyle niepokojące, że bez zaświadczenia A1, firma nie może wysłać kierowcy z towarem poza granice Polski. W przypadku kontroli pojazdu bez takiego dokumentu, przedsiębiorcy grożą kary. Niestety, coraz częściej jedynym rozwiązaniem, aby uzyskać takie zaświadczenie jest walka na drodze sądowe  – komentuje Kamil Wolański.

Jak zauważa ekspert dodatkowym utrudnieniem w kwestii odmowy wydawania dokumentów cudzoziemcom są nie do końca jasne regulacje prawne. Przede wszystkim, w przepisach brakuje uporządkowania kwestii związanych z tym, kiedy i na jakiej podstawie można odrzucić wniosek o przyznanie dokumentu poświadczającego opłacanie składek. Pracownicy ZUS-u rozpatrując wniosek o poświadczenie formularza A1, decydują, czy ich zdaniem spełnione zostały kryteria dotyczące miejsca zamieszkania, zawarte w art. 11 Rozporządzenia 987/2009. W efekcie, poszczególne oddziały interpretują przepisy w zupełnie różny od siebie sposób. – Im dłużej polskie prawo nie będzie w jasny sposób regulowało przepisów, tym większy spadek konkurencyjności dotknie polską branżę transportową. W obecnej sytuacji, przedsiębiorcy nie mogą czuć się pewnie zatrudniając pracowników ze Wschodu, właśnie ze względu na zaświadczenie A1 – dodaje Wolański.

Co na to ZUS? – Zaświadczenie A1 możemy wydać jeżeli mamy legalny pobyt w Polsce i zamieszkanie w Polsce. Zamieszkanie zaś to nie jest pobyt czasowy. Zamieszkanie tym się różni od czasowego pobytu, że jest to trwały pobyt w jakimś państwie, mieście, miejscowości. W większości przypadków, z którymi mamy do czynienia, przedsiębiorcy występują o zaświadczenie A1 dla swoich kierowców wskazując wielu kierowcom to samo miejsce zamieszkania. Często jest to miejsce zamieszkania wynajmowane kierowcom przez przedsiębiorcę. Zgodnie z unijnymi dyrektywami, rozporządzeniami Parlamentu Europejskiego o zamieszkaniu możemy mówić w kontekście ośrodka interesów życiowych. Dla kierowców z Ukrainy centrum życia wcale nie jest w Polsce, ale w ich domach na Ukrainie. Tutaj jedynie mieszkają czasowo. W większości przypadków nie mają tu rodzin, stałego miejsca zamieszkania, stąd też nie możemy wydawać zaświadczenia A1 komuś kto nie ma stałego miejsca zamieszkania w Polsce. Robimy to także w interesie przedsiębiorców. Jeżeli byśmy wydawali takie zaświadczenia służby innych państw przeprowadziłyby kontrole i okazałoby się, że zaświadczenie A1 zostało wydane bezprawnie, to taki przedsiębiorca za swojego kierowce musiałby zapłacić wszystkie zaległe składki oraz odsetki. To byłoby dla niego o wiele bardziej uciążliwe niż sam fakt, że nie wydamy zaświadczenia A1 ponieważ ono nie przysługuje – mówi Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy ZUS.

Vít Endler inwestuje w start-upy i kupuje udziały w Virtooal.com

Już niedługo polskie e-sklepy będą mogły wziąć udział w prawdziwej rewolucji, która odmieni ich sposób sprzedaży i zwiększy zyski. To za sprawą wirtualnego lustra – wyjątkowej technologii start-upu Virtooal.com, którego udziałowcem został Vit Endler.

virtooalStart-up Virtooal.com prowadzi zaawansowane prace nad technologią wirtualnego lustra, które niedługo można będzie wykorzystać w branży e-commerce na szeroką skalę. Ten niezwykle nowoczesny projekt stwarza możliwości sprzedażowe, o których jeszcze do niedawna właściciele sklepów internetowych mogli tylko pomarzyć. Wirtualne lustro to narzędzie, które buduje doświadczenia klienta i wspiera jego obsługę. Dzięki niemu marki e-commerce mogą badać, rozumieć i przewidywać zachowania konsumenckie. To prawdziwa rewolucja w dziedzinie zakupów online.

W ciągu kilku najbliższych lat wirtualne lustro ma szansę stać się standardowym narzędziem, wykorzystywanym przez sklepy internetowe do sprzedaży artykułów z kategorii moda i lifestyle. Dzięki niemu robienie zakupów on-line ma być tak samo skuteczne jak w sklepach stacjonarnych. Wirtualne lustro działa w prosty sposób – pozwala klientowi wgrać na stronie e-sklepu zdjęcie jego twarzy, by następnie “przymierzać” na nim np. okulary czy kapelusz.

– Virtooal.com otwiera możliwość rozwiązania problemów w sprzedaży online, które nie zostały rozwiązane dotychczas – tłumaczy Vit Endler. – W branży e-commerce, szczególnie w sektorze beauty i fashion, mamy ogrom zdefiniowanych wyzwań, które niejeden właściciel e-sklepu chciałby w szybkim czasie zniwelować, a co najważniejsze doprowadzić, by e-kupujący nie czuli obaw przed zamówieniem tego typu produktów drogą internetową, a mogli śmiało i wygodnie przymierzać, próbować, dopasowywać i znajdować produkty pod siebie.

W ostatnich miesiącach Virtooal.com pozyskał nowego inwestora, Vita Endlera – do niedawna Prezes Zarządu Mall.pl, dzięki czemu zyskał dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy euro na przyspieszenie rozwoju platformy i poszerzenie swojej aktywności sprzedażowej.

Mój udział w tym przedsięwzięciu to zarówno okazja do rozbudowania doświadczenia dla start-upu w e-commerce, ale również, w przypadku powodzenia projektu, transfer wiedzy pomiędzy Virtooal.com a naszą międzynarodową firmą. Mall.pl skorzysta z innowacyjnego podejścia tworzonego w środowisku startupowym, natomiast młodzi przedsiębiorcy dostaną możliwość testowania i ulepszania swoich nowatorskich produktów i rozwiązań – tłumaczy V. Endler.

Wirtualne lustro to technologia niezwykle atrakcyjna dla kupujących, ale i właścicieli sklepów internetowych. Ci ostatni skorzystają na niej najwięcej. Implementacja systemu do e-sklepu jest bardzo łatwa, gdyż polega na instalacji plug & play. Konsekwencją natomiast jest zwiększenie konwersji od 10 do 50 %, jak i wyraźne zmniejszenie ilości zwrotu zakupionych towarów.

Twórcy wirtualnego lustra wierzą, że skala jego wykorzystania będzie globalna. Już dziś oferują swą usługę w USA, Europie zachodniej oraz Wielkiej Brytanii.

Kobiety na rynku pracy – skandynawska perspektywa

Dania, Norwegia i Szwecja to kraje, w których żyją najbardziej zadowoleni pracownicy, co potwierdza m.in. ranking Global Workforce Hapiness Index. Skandynawia należy też do najbardziej atrakcyjnych rynków pod kątem zatrudnienia, a skandynawskie miasta przyciągają talenty i są przyjazne dla start-upów.

W świadomości wielu Europejczyków, kraje skandynawskie są znane z wysokiego poziomu zatrudnienia, elastyczności i niskiego bezrobocia. Przyglądając się bliżej rynkom pracy tych krajów warto zwrócić uwagę na trzy ważne aspekty, które je określają – wysoki stopień równości, bezpieczeństwa i konsensusu.

Skandynawia ma też długą tradycję związaną z zapewnieniem kobietom równych szans. Międzynarodowe rankingi wskazują na Północ Europy jako najlepsze miejsce do życia dla kobiet – są to też kraje, które zapewniają kobietom najlepsze warunki na rynku pracy. Na Islandii kobiety zajmują 48% miejsc w parlamencie, co stanowi najwyższy procent na całym świecie. Szwecja jako pierwsza na świecie wprowadziła urlop tacierzyński, a w Finlandii mamy najwyższy odsetek wykształconych kobiet (aż 49%).

Jednocześnie w najnowszym zestawieniu The Economist  „The Glass Ceiling Index 2017” oceniającym warunki dla kobiet na rynku pracy, Polska znalazła się na wysokim,  piątym miejscu wśród 100 krajów świata. Czy mamy powody do optymizmu i jaką inspirację możemy czerpać ze Skandynawii? Przyjrzyjmy się bliżej, jak wygląda sytuacja kobiet na rynku pracy w Polsce i na Północy Europy. 

Opublikowana w czerwcu 2017 roku, kolejna edycja Raportu OECD Empolyment Outlook 2017 poświęcona rynkowi pracy, prezentuje wyniki badań przeprowadzonych w 33 krajach, w których wzięto pod uwagę także takie wskaźniki jak: równość płac, procentowy udział kobiet wśród zatrudnionych, stopę bezrobocia wśród kobiet oraz udział kobiet pracujących w pełnym wymiarze czasu, w stosunku do całej liczby zatrudnionych pań. Stworzony na tej podstawie przez PWC raport „Women in Work Index 2017” wskazuje pięć krajów zajmujących najwyższe pozycje w rankingu, są nimi kolejno Islandia, Szwecja, Norwegia, Dania (6. miejsce), Finlandia (7. miejsce) oraz Polska na 9. miejscu.

Odsetek pracujących i szukających pracy kobiet zależy w dużej mierze od poziomu ich wykształcenia, liczby dzieci w rodzinie, oferowanej płacy, zapewnienia równowagi między pracą a życiem rodzinnym, ułatwieniami w prowadzeniu firmy, a także modelu kulturowego preferowanego przez dane społeczeństwo. Według opracowania PWC „Women in Work Index 2017”  wśród państw notujących jedne z wyższych stóp aktywności zawodowej kobiet znajdują się Islandia, Norwegia, Finlandia i Szwecja. W Polsce natomiast najwięcej, bo aż 90% kobiet w grupie kobiet aktywnych zawodowo jest zatrudnionych na pełny etat. W Finlandii panie na pełnym etacie  stanowią 84% wszystkich zatrudnionych kobiet,  w Szwecji 82%, w Danii 74%, w Norwegii wskaźnik ten wynosi 72%.

W poszukiwaniu harmonii między pracą a życiem rodzinnym

Umiejętność zachowania równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym jest sztuką, która udaje się nielicznym, dlatego też nieocenionym wsparciem są  rozwiązania instytucjonalne, zwłaszcza dostępność żłobków i przedszkoli, regulacje dotyczące urlopów macierzyńskich/tacierzyńskich oraz wychowawczych. Państwa o najwyższej stopie aktywności zawodowej kobiet takie jak Islandia, Norwegia, Finlandia, Szwecja, to jednocześnie kraje, które cechują zaawansowane mechanizmy umożliwiające godzenie pracy zawodowej i obowiązków rodzicielskich.

Polska na tle krajów skandynawskich, jak i wszystkich krajów OECD  ma jeden z najniższych odsetków dzieci do lat 2 oraz od 3 do 5 lat objętych opieką instytucjonalną (żłobki, kluby malucha, przedszkola, legalnie zatrudnione opiekunki). Przekłada się to w dużym stopniu na udział kobiet w rynku pracy. W Polsce zaledwie 61% pań w wieku od 15 do 64 lat wykazuje aktywność zawodową, co jest poniżej średniej europejskiej, która wynosi 63,2%.

Podobną tendencję pokazuje wskaźnik zatrudnienia wg wieku produkcyjnego i płci. Według przygotowanego przez OECD Empolyment Outlook 2017,  Polska na tle krajów skandynawskich znajduje się na odległym  miejscu pod względem proporcji zatrudnienia kobiet względem mężczyzn. Wynik 61% pracujących kobiet względem 75% mężczyzn daje nam 63. miejsce, podczas gdy Finlandia, w której pracuje 74% kobiet versus 76% mężczyzn zajmuje 8. miejsce. Szwecja zajmuje 12. pozycję z wynikiem 79% vs 84%, Norwegia 13. z proporcją zatrudnionych  76% vs 80%, zaś Dania 19. – 75% vs 81%.

Różnice płacowe

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy i w jakim stopniu różnice płacowe mają wpływ na zatrudnienie i aktywność zawodową kobiet. W Polsce luka płacowa raportowana przez wspominany już raport PWC wynosiła 7%, co na tle krajów UE-28 ze średnią 16% jest wynikiem pozytywnym. Natomiast w Finlandii, gdzie kobiety wykazują większą niż w Polsce aktywność zawodową, utrzymuje się 18% deficyt w różnicy wynagrodzeń mężczyzn i kobiet, co jest najwyższą różnicą porównaniu z pozostałymi krajami tego regionu. Najmniejszą różnicę poziomów płac odnotowano w Norwegii, wyniosła ona zaledwie 6%.

Podobnie niejednoznaczne wyniki daje studiowanie stopy bezrobocia. W Polsce wynik 7,5% jest o blisko 2 pkt proc. lepszy niż ten uzyskany średnio zarówno przez kraje Unii Europejskiej, jak i przez Finlandię. Zwraca natomiast uwagę fakt, że w Finlandii, Norwegii i Szwecji stopa bezrobocia jest niższa wśród kobiet niż wśród mężczyzn.

Państwa o najwyższej stopie aktywności zawodowej kobiet takie jak Islandia, Norwegia, Finlandia, Szwecja, to jednocześnie kraje, które rozwijają zaawansowane mechanizmy umożliwiające godzenie pracy zawodowej i obowiązków rodzicielskich. Umiejętność zachowania równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym jest trudne, więc nieocenionym wsparciem są rozwiązania instytucjonalne, w tym dostępność żłobków i przedszkoli, regulacje dotyczące urlopów macierzyńskich/tacierzyńskich oraz wychowawczych, do których przykłada się ogromną wagę.

Źródło: SPCC/https://www.spcc.pl/node/20599    

Projekt ustawy o ujawnianiu wyników finansowych największych firm

Wtorkowa Rada Ministrów zajmie się projektem nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Jeśli zmiana wejdzie w życie największe podmioty w kraju będą musiały ujawniać dane dotyczące podatku CIT.

Projekt Ministra Rozwoju i Finansów przewiduje ujawnienie takich danych jak przychody, koszty uzyskania przychodów, dochód, podstawa opodatkowania i należny podatek, w tym także nazwę podatnika oraz identyfikator podatkowy NIP wraz ze wskazaniem roku podatkowego, za który informacja jest publikowana. Informacja taka będzie mogła wskazywać również wysokość efektywnej stopy podatkowej danego podatnika, obliczonej jako procentowy udział kwoty podatku należnego w zysku brutto wykazanym w sprawozdaniu finansowym za ten sam rok podatkowy.

Celem nowelizacji ma być zwiększenie transparentności funkcjonowania największych podmiotów gospodarczych w Polsce i zniechęcanie do stosowania agresywnej optymalizacji podatkowej.

Propozycja zmian wzbudziła na etapie konsultacji społecznych pewne kontrowersje. Wątpliwości dotyczyły przede wszystkim ryzyka ujawnienia tajemnicy skarbowej przedsiębiorstwa.

– Wydaje się, że proponowane zmiany nie będą stanowić takiego zagrożenia – uważa jednak Mariusz Korzeb, ekspert ds. podatkowych Pracodawców RP. – Większość danych na temat rozliczeń finansowych dużych przedsiębiorstw już teraz jest dostępnych w publikowanych cyklicznie sprawozdaniach finansowych. Resort finansów zestawia te dane, aby wykazać, jaki jest efektywny wpływ podatku CIT do budżetu Skarbu Państwa w stosunku do osiągniętego zysku – tłumaczy Korzeb.

Problemem może się natomiast okazać to, w jaki sposób opublikowane dane zostaną zinterpretowane przez opinię publiczną. Firmy mogą zostać posądzone o stosowanie agresywnej optymalizacji całkowicie bezpodstawnie. – Niska efektywność podatkowa nie musi bowiem w żaden sposób świadczyć o tym, że dany podmiot stosował agresywną optymalizację podatkową. Chociażby wydatki na badania i rozwój mogą tę efektywność w danym roku znacząco obniżyć. W związku z tym należy się zastanowić, czy nowelizacja w tym kształcie spełni zakładane przez Projektodawcę cele – podsumowuje Mariusz Korzeb.

Kiedy stopy procentowe w górę? Strajki we Francji

Kolejny członek RPP potwierdza teorie o kolejnych spokojnych miesiącach na posiedzeniach Rady. Dobre dane z niemieckiego przemysłu. We Francji strajki w obronie likwidowanych miejsc pracy.

Zmiany stóp najszybciej w II połowie 2018 roku

Grażyna Ancyparowicz,  członkini Rady Polityki Pieniężnej w wywiadzie radiowym potwierdziła to o czym od dawna się mówi. Nie należy się spodziewać zmian w polityce monetarnej przynajmniej do połowy przyszłego roku. Warto zwrócić uwagę, że jest to opinia powszechna, ale nie jest to opinia całej Rady. Odmienne zdanie ma chociażby Eryk Łon, który postuluje obniżkę stóp o 0,5%. Zdaniem analityków co do tego są zgodne. Właściwie nikt nie przewiduje podwyżek w 1 półroczu. Dyskusyjne jest natomiast drugie. Wielu analityków na podstawie wyników spodziewa się 1-2 ruchów w górę o 0,25%-0,5%. Z drugiej strony słychać również głosy, że stopy nie zostaną wcale podniesione w 2018 roku. Zwolennicy tej teorii wskazują na fakt, że rosnące stopy procentowe będą wzmacniać złotego. Jeżeli zatem inni będą zwiększać a my nie, złotówka się osłabi. Rządzącym na rękę będzie słabsza waluta, gdyż wspiera ona wtedy eksporterów.

Dobre dane z Niemiec

Wczoraj poznaliśmy wyniki produkcji przemysłowej u naszego zachodniego sąsiada. W ujęciu rocznym wzrosła ona o 4,7% przy oczekiwanych 2,9%. Dzisiaj natomiast poznaliśmy dane na temat handlu zagranicznego. Eksport rośnie o 3,1% wobec oczekiwanych 1%, natomiast import o 1,2% wobec oczekiwanych 0,5%. Dane te powodowały delikatne umocnienie się euro, nie były jednak w stanie przełamać ostatniej słabości europejskiej waluty spowodowanej niepokojami w sprawie Hiszpanii.

Cięcia administracji i strajk we Francji

Nad Sekwaną zapowiadany jest pierwszy od dekady strajk wszystkich najważniejszych central związkowych. Powodem jest plan likwidacji stanowisk po tym jak zajmujące je osoby przejdą na emeryturę. Oznacza to, że z jednej strony nie będzie zwolnień, ale z drugiej zmaleje liczba etatów dla urzędników oraz pracowników administracji publicznej. Nie znamy jeszcze skali strajku, ale już teraz wiadomo o odwołaniu ⅓ lotów. Jeżeli program będzie forsowany kraj może ogarnąć fala masowych strajków. Z drugiej strony rządzący prezydent ma świadomość gdzie prowadzi obecna polityka i łatwo nie ustąpi. Jak zareagują rynki? Utrudnienia mogą przejściowo osłabiać europejską walutę. W długim okresie to jednak reformy powinny ją wesprzeć.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

10:30 – Wielka Brytania – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Mercedes-Benz liderem segmentu premium w Polsce

  • We wrześniu zarejestrowano w Polsce 1500 osobowych Mercedesów (+28,0%), a od stycznia do września – ponad 11 000 (+31,8%); to najlepsze wyniki wśród producentów aut premium
  • Na świecie Mercedes-Benz podsumował 55. rekordowy miesiąc z rzędu – we wrześniu firma dostarczyła 220 894 auta (+4,5%)
  • Dwucyfrowy wzrost sprzedaży jednostkowej od początku roku (+11,7%), najlepszy trzeci kwartał w historii firmy (+7,9%)
  • We wrześniu sprzedaż jednostkowa w Europie przekroczyła poziom 100 000 egzemplarzy
  • We wrześniu na całym świecie dostarczono ponad 78 000 SUV-ów, więcej niż kiedykolwiek w ciągu jednego miesiąca

Mercedes-Benz podsumowuje najlepszy trzeci kwartał w swojej historii. Sprzedaż firmy bije rekordy od 55 miesięcy z rzędu. Na całym świecie producent ze Stuttgartu dostarczył we wrześniu 220 tys. samochodów, a od początku roku – już ponad 1,7 mln. W Polsce w ubiegłym miesiącu zarejestrowano 1500 nowych osobowych Mercedesów (bez modeli użytkowych), co w porównaniu z wynikiem sprzed roku przekłada się na imponujący, 28-procentowy wzrost. Tym samym firma spod znaku trójramiennej gwiazdy zdystansowała konkurencyjne marki premium i znacznie przekroczyła dynamikę wzrostu całego lokalnego rynku. Jeszcze wyższy wzrost zanotowano w okresie od początku roku – od stycznia do września polscy nabywcy odebrali 11 033 osobowe Mercedesy (bez modeli użytkowych), o 31,8% więcej niż w analogicznym okresie 2016 r.

Ofensywa Mercedes-Benz nie słabnie i spotyka się z doskonałym odbiorem polskich klientów. Zarówno we wrześniu, jak i w okresie od początku roku modele spod znaku trójramiennej gwiazdy należały do liderów większości segmentów krajowego rynku motoryzacyjnego. Są wśród nich m.in.: Klasa A (1175 sztuk dostarczonych od stycznia), Klasa B (393 szt.), GLA (983 szt.), Klasa C Coupe (287 szt.), GLC w wersjach SUV i Coupe (2141 szt.) czy Klasa S Coupe (131 szt.). Niezmiennie wysoką popularnością cieszą się również Klasa V (630 egzemplarzy od początku roku), Klasa GLS (240 egz.) oraz Klasa S, która tylko we wrześniu trafiła w ręce 74 nabywców, a w okresie od stycznia do września włącznie – 373.

W ubiegłym miesiącu Mercedes-Benz uzyskał rekordowy udział w rynku, przekraczający 4%. Łącznie, od początku br. zarejestrowano w Polsce 11 033 nowe osobowe Mercedesy (+31,8%; z osobowymi wersjami modeli użytkowych – 11 856 szt.), a w samym wrześniu – 1500 (+28,0%; z osobowymi wersjami modeli użytkowych – 1555 szt.). Zapewnia to producentowi ze Stuttgartu pozycję najchętniej wybieranej marki samochodów premium w Polsce.

Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz: poszczególne rynki

W Europie dostarczono we wrześniu ponad 100 000 aut z gwiazdą (+2,3%) – to najlepszy w historii wynik nie tylko za wrzesień, ale i za 9 pierwszych miesięcy roku. Od stycznia producent sprzedał tu 722 972 samochody, o 8,0% więcej niż w analogicznym okresie ub.r. W Niemczech klienci odebrali w tym czasie 230 980 aut (+5,7%). W minionym miesiącu firma ustanowiła nowe rekordy sprzedaży jednostkowej nie tylko w Polsce, ale również we Francji, Hiszpanii, Belgii, Szwajcarii, Szwecji, Austrii i w Portugalii.

Najlepsze wrześniowe wyniki sprzedaży w historii firmy Mercedes-Benz zanotował również w regionie Azji i Pacyfiku – nowe samochody odebrało tam 78 891 klientów (8,6%). Od początku roku liczba dostaw osiągnęła poziom 661 131 egzemplarzy, o 22,9% więcej niż w porównywalnym okresie roku 2016. Nowe rekordy sprzedaży we wrześniu i w ciągu 9 minionych miesięcy zanotowano w Chinach, Japonii, Australii, na Tajwanie i w Indiach. W Państwie Środka raz kolejny zanotowano dwucyfrowy popyt na auta spod znaku trójramiennej gwiazdy – we wrześniu dostarczono tam 51 127 pojazdów, a od początku roku już 442 899 (+29,9%).

Także w regionie NAFTA Mercedes-Benz ustanowił we wrześniu nowy rekord liczby dostarczonych aut – 34 698 sztuk. To m.in. zasługa znacznego wzrostu i najlepszych w historii wyników sprzedaży w Kanadzie oraz w Meksyku. W USA klienci odebrali w ubiegłym miesiącu ponad 29 000 samochodów, a od początku roku – 242 250.

Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz: poszczególne modele

Klasa E z nadwoziem limuzyna i kombi pobiła we wrześniu kolejny rekord popularności – model trafił w ręce 32 178 klientów (+15,1%). Od początku roku jego sprzedaż „skoczyła” o 57,4%, osiągając najwyższy w historii poziom za pierwsze 3 kwartały roku. Ponad dwukrotnie więcej nabywców znalazła też limuzyna Klasy E z przedłużonym rozstawem osi, oferowana wyłącznie w Chinach oraz w Indiach.

SUV-y Mercedesa zanotowały rekordowe wyniki sprzedaży zarówno w ubiegłym miesiącu, jak i w okresie od początku roku. We wrześniu klienci odebrali 78 277 SUV-ów spod znaku trójramiennej gwiazdy (+14,8%), o około 7500 szt. więcej niż w poprzednim miesiącu najlepszym pod względem sprzedaży SUV-ów. Do tego sukcesu przyczyniły się rekordowe liczby dostaw modeli GLA, GLC, GLC Coupé oraz Klasy G.

„Entuzjazm klientów wobec SUV-ów Mercedesa stanowi doskonałe potwierdzenie efektów naszych działań. We wrześniu pobiliśmy kolejny rekord i dostarczyliśmy ponad 78 000 SUV-ów. Oznacza to, że poprzedni najlepszy wynik przekroczyliśmy o ponad 7500 sztuk” – powiedziała Britta Seeger, Członek Zarządu Daimler AG odpowiedzialna za marketing i sprzedaż Mercedes-Benz Cars.

Samochody marzeń Mercedes-Benz znalazły we wrześniu o 20,9% więcej nabywców niż przed rokiem. Łącznie, od początku roku trafiły w ręce 131 572 klientów (+27,3%). W ubiegłym miesiącu swoją rynkową premierę świętowała Klasa E Cabriolet, a we Frankfurcie, przed oczami szerokiej publiczności, po raz pierwszy zadebiutowały odnowione Klasy S Coupé i Cabriolet. Modele te kontynuują historię wspaniałych sukcesów aut marzeń: popularności tego segmentu dowodzi łączna sprzedaż coupé, kabrioletów i roadsterów Mercedesa na poziomie 3,5 mln szt.

smart

We wrześniu dostawy dwu- i czterodrzwiowych smartów osiągnęły poziom 12 761 aut, a od początku roku przekroczyły barierę 100 000 sztuk. Jak dotychczas największym rynkiem zbytu miejskich modeli jest Europa, a za nią plasuje się region Azji i Pacyfiku, gdzie w ciągu pierwszych 9 miesięcy br. ustanowiono nowy rekord, częściowo z uwagi na znaczną dynamikę sprzedaży w Chinach. We wrześniu szczególnie istotny wzrost marka uzyskała w Belgii, Holandii i Austrii. Do 2020 r. koncern Daimler planuje zamienić smarta w Europie i Ameryce Północnej w producenta aut wyłącznie elektrycznych, a niedługo później zamierza uczynić to samo na pozostałych rynkach. Decyzja ta została ogłoszona podczas targów motoryzacyjnych we Frankfurcie. Tym samym smart będzie pierwszą marką samochodów, która całkowicie przestawi się z oferowania silników spalinowych na elektryczne.

Wyniki sprzedaży Mercedes-Benz Cars

Wrzesień 2017 r. Zmiana w % Styczeń-wrzesień 2017 r. Zmiana w %
Mercedes-Benz 220 894 +4,5 1 717 300 +11,7
smart 12 761 -8,8 100 614 -4,8
Mercedes-Benz Cars 233 655 +3,7 1 817 914 +10,6
         
Sprzedaż jednostkowa Mercedes-Benz na poszczególnych rynkach        
Europa 101 110 +2,3 722 972 +8,0
– w tym: Niemcy 27 356 -1,0 230 980 +5,7
Azja i Pacyfik 78 891 +8,6 661 131 +22,9
– w tym: Chiny 51 127 +11,4 442 899 +29,9
NAFTA 34 698 +0,6 289 304 -0,3
– w tym: USA 29 008 -1,7 242 250 -2,8

 

Pragma Faktoring rekordowe wyniki sprzedaży 3Q 2017

Pragma Faktoring SA poinformowała dziś o wynikach sprzedażowych trzech kwartałów 2017 r.:  zrealizowanych obrotach i ilości pozyskanych Klientów.

W obu tych zakresach spółka zanotowała rekordowe wyniki:

  • obroty zrealizowane od stycznia do września br. wyniosły 513 mln zł, co jest wynikiem o 29 proc. lepszym od dotąd najlepszego historycznie analogicznego okresu 2016 r.
  • w samym 3 kwartale Pragma Faktoring podpisała 152 umowy faktoringu z nowymi Klientami przy 63 umowach rok wcześniej.

Dodatkowo w całym 2017 r. z usług faktoringowych Pragmy skorzystało aż 463 Klientów (270 rok wcześniej).

Rekordowe obroty oraz dynamika wzrostu  w zakresie liczby pozyskiwanych
i obsługiwanych Klientów świadczą o wysokiej jakości usług Pragma Faktoring, ale też są wynikiem uruchomionej w tym roku onlinowej sprzedaży usług mikrofinansowania. To kluczowy element opublikowanej przed tygodniem Strategii naszej spółki na lata 2017-2020. Wierzymy, że realizujący usługi mikrofinansowania onlinowy segment PragmaGo będzie kluczem do dalszego rozwoju spółki. Jest nowoczesny, lekki i łatwo skalowalny. Jestem przekonany, że pozwoli nam on istotnie zwiększyć i skalę działalności spółki i jej rentowność – powiedział Tomasz Boduszek, prezes spółki.

W opublikowanej przed tygodniem strategii Zarząd wskazał, że do 2020 roku przychody z fintechowego segmentu PragmaGO osiągną udział 55% w całkowitych przychodów Pragma Faktoring, przy zachowaniu dalszego rozwoju segmentu tradycyjnego.

Eskalacja konfliktu dyplomatycznego na linii Turcja-USA wywołała przecenę tureckich aktywów

Robert Burdach
Robert Burdach

Aresztowanie pracownika ambasady, walka na wizy i Kurdowie w tle – tak w skrócie można podsumować przyczyny przeceny na tureckim parkiecie oraz rynku walutowym. Bezpośrednio po ogłoszeniu wstrzymania wydawania wiz przez tureckie placówki konsularne w USA, niektóre spółki notowane na giełdzie w Turcji traciły nawet 8-10%. Szczególnie ucierpiały linie lotnicze, bo inwestorzy wyprzedawali ich akcje, obawiając się spadku liczby pasażerów. W rezultacie indeks giełdy w Stambule powrócił już do poziomów z lipca, a lira znacznie osłabiła się do dolara, oddając całość tegorocznych zysków. Warto jednocześnie zaznaczyć, że pomimo ostatnich spadków, od początku tego roku BIST 100 w walucie lokalnej wciąż jest ok. 30% na plusie.

W oczekiwaniu na kompromis      

Powyższe wydarzenia przypominają, że ryzyko polityczne jest nieodłącznym elementem tureckiego krajobrazu inwestycyjnego. To właśnie dlatego od zawsze podkreślamy, że fundusz akcji tureckich powinien stanowić maksymalnie 5-15% portfela akcyjnego.

Pech jednak chciał, że ryzyko zmaterializowało się akurat teraz. W momencie, gdy hossa na światowych rynkach akcji trwa w najlepsze i także turecki BIST 100 mógłby dalej rosnąć, śrubując historyczne maksima.

Cóż, mleko się rozlało. Konflikt dyplomatyczny na linii Waszyngton-Ankara jest faktem i pozostaje czekać, aż oba państwa usiądą do stołu i wypracują kompromis. W międzyczasie trzeba być przygotowanym na wyższą niż zwykle zmienność na tureckiej giełdzie oraz rynku walutowym.

A może kiedy kurz nieco opadnie i inwestorzy przypomną sobie, że ten medal ma dwie strony. I ponownie spojrzą na tę, która symbolizuje ogromny potencjał Turcji – jej gospodarki, młodego i licznego społeczeństwa oraz spółek notowanych na stambulskiej giełdzie.

Kary za brak OC znowu wzrosną w 2018 r.

  • W przyszłym roku miesięczna płaca minimalna ma wzrosnąć do 2100 zł, czyli o 5% w porównaniu z obecną stawką[i].
  • Ze wzrostem minimalnego wynagrodzenia skorelowana jest wysokość kary za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC dla posiadaczy pojazdów mechanicznych.
  • Oznacza to, że od 1 stycznia 2018 r. brak polisy może kosztować właścicieli samochodów nawet 4200 zł – o 200 zł więcej niż obecnie.

Polisa OC jest obowiązkowa dla każdego właściciela pojazdu mechanicznego. Jej brak wiąże się z karą finansową, której wysokość jest zależna od płacy minimalnej brutto ustalonej przez rząd na dany rok kalendarzowy. Wszystko wskazuje na to, że od 1 stycznia 2018 r. płaca minimalna wzrośnie z 2000 zł do 2100 zł, co oznacza automatyczne podwyżki kar za brak OC. Maksymalny „mandat” za brak OC w 2018 r. będzie w związku z tym wynosił 4200 zł dla aut osobowych (o 200 zł więcej niż obecnie), 6600 zł dla pojazdów ciężarowych (podwyżka aż o 600 zł więcej) oraz 700 zł w przypadku motocykli i skuterów (wzrost o 30 zł w porównaniu z 2017 r.).

Obserwacja, jak historycznie kształtują się płace minimalne, pozwala stwierdzić, że rosną one co roku. W pewnym sensie można powiedzieć, że jednocześnie z biegiem lat coraz mniej opłaca się też rezygnacja z posiadania polisy czy po prostu nieumyślny brak ubezpieczenia. Dla przykładu: 5 lat temu brak OC oznaczał dla właściciela samochodu osobowego maksymalnie 3000 zł kary, czyli aż 1000 zł mniej niż teraz i 1200 zł w porównaniu ze stawką planowaną na 2018 r. – zauważa Damian Andruszkiewicz, Dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Komunikacyjnych Klienta Indywidualnego w Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Warto wiedzieć, w jaki dokładnie sposób naliczane są opłaty karne. Posiadacze samochodów osobowych bez „ważnego” OC muszą liczyć się z maksymalną karą wynoszącą 2-krotność pensji minimalnej. Grzywna dla właścicieli pojazdów ciężarowych sięga 3-krotnej wartości najmniejszego wynagrodzenia, a w przypadku właścicieli motocykli i skuterów jest to nie więcej niż jego jedna trzecia.  Najwyższą grzywną zapłacą kierowcy, którzy nie mają OC dłużej niż dwa tygodnie. Jeśli pojazd zarejestrowany w Polsce pozostaje bez ważnego ubezpieczenie krócej niż 3 dni, to mandat wyniesie 20% najwyższej dla danego typu pojazdu kary. Jeśli okres bez polisy OC będzie wynosił od 4 do 14 dni, to grzywna wzrośnie do 50% maksymalnej opłaty.

Kary coraz trudniej uniknąć!

Jeżeli kierowca liczy na to, że uda mu się uniknąć mandatu za brak ubezpieczenia, ponieważ porusza się po drogach, gdzie patrole policyjne to rzadkość, to jest w błędzie.

– Ponad połowa kierowców jeżdżących bez obowiązkowego ubezpieczenia OC jest wykrywana bez kontroli drogowej. Brak polisy OC wykrywa w swojej bazie Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny (UFG) i wysyła kierowcom wezwania do zapłaty – tłumaczy Damian Andruszkiewicz.

UFG już od 4 lat korzysta z własnego systemu informatycznego potocznie nazywanego „wirtualnym policjantem”. Monitoruje on przerwy w ubezpieczeniu, a kontrole odbywają się na podstawie ogólnopolskiej bazy polis komunikacyjnych. Na przykład w zeszłym roku „wirtualny policjant” wykrył ponad 63% wszystkich ukaranych nieubezpieczonych.

Pozorne oszczędności

Część kierowców brak obowiązkowego ubezpieczenia tłumaczy niewiedzą na temat konsekwencji, jakie mogą ich spotkać. Jednak jest także spora część właścicieli pojazdów, którzy brak przedłużenia ważności polisy OC uważają za sprytny sposób na oszczędzanie.

– Wciąż niewielu kierowców zdaje sobie sprawę, że jeżeli spowodują kolizję drogową i nie będą posiadali polisy OC, to kara będzie ich najmniejszym problemem, bo będą musieli zwrócić do UFG sumę, którą ten wcześniej wypłacił poszkodowanym w danym wypadku. A średnia wartość takiego świadczenia wynosi, według danych Funduszu, ponad 10 tys. złotych – dodaje ekspert Compensy.

Z danych UFG wynika, że co roku zwrot odszkodowania wypłaconego przez UFG dotyka ponad dwa tysiące właścicieli pojazdów, którzy spowodowali wypadek bez ubezpieczenia OC.  Rekordzista miał do zwrotu niebagatelną kwotę wynoszącą blisko 1,8 mln złotych.

Wysokość kar za brak OC w 2016, 2017 i 2018 roku
Czas bez OC Samochody osobowe Samochody ciężarowe Pozostałe pojazdy
2016 2017 2018 2016 2017 2018 2016 2017 2018
Ponad 14 dni 3700 zł 4000 zł 4200 zł 5550 zł 6000 zł 6600 zł 620 zł 670 zł 700 zł
4-14 dni 1850 zł 2000 zł 2100 zł 2780 zł 3000 zł 3300 zł 310 zł 340 zł 350 zł
Do 3 dni 740 zł 800 zł 820 zł 1110 zł 1200 zł 1320 zł 120 zł 130 zł 140 zł

 

Źródło: Compensa TU SA Vienna Insurance Group

[i] https://www.premier.gov.pl/wydarzenia/decyzje-rzadu/rozporzadzenie-w-sprawie-wysokosci-minimalnego-wynagrodzenia-za-prace-oraz.html

Analiza techniczna i fundamentalna AUD

Od początku września dolar australijski był jedną z najsłabszych walut w koszyku G10 i obecny sentyment powinien zostać utrzymany do końca bieżącego roku kalendarzowego. Najwięcej stracił do brytyjskiej waluty, w niecałe 6 tygodni GBP umocnił się względem AUD aż 4.16 procenta. Kolejną walutą zyskującą do AUD okazał się dolar amerykański, wynik był o 2 proc. gorszy niż w przypadku funta.

Wyprzedaż AUD

Źródło: Bloomberg

Stopy procentowe – AUD

Dolarowi australijskiemu szkodzą nie tylko gorsze od oczekiwań dane makroekonomiczne, ale również bardzo gołębi komunikat australijskiego banku centralnego. Ostatnie wypowiedzi przedstawicieli Rezerwy Banku Australii sugerują, że stopy procentowe nie zostaną podniesione jeszcze przez długi czas, natomiast aprecjacja waluty jest niepożądanym zjawiskiem.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Źródło: Bloomberg

Inwestorzy nie spodziewają się, że bank Australii podniesie stopy procentowe w tym roku. Prawdopodobieństwo powyżej 50 proc. na zwiększenie kosztu pieniądza przypada dopiero na lipiec 2018 roku, co jest bardzo odległym terminem.

Chiny – Surowce

Kolejnym aspektem osłabiającym dolara australijskiego na szerokim rynku są Chiny. Ostatnia wrzawa na temat poprawy warunków gospodarczych doprowadziła do mocnej zwyżki cen metali przemysłowych oraz tamtejszych indeksów giełdowych. W nadchodzących miesiącach powinniśmy spodziewać się mocniejszej korekty na tamtejszym rynku, co negatywnie wpłynie na ceny surowców. Widać to chociażby po notowaniach rudy żelaza, która od początku września potaniała o 15 proc. W związku z tym rykoszetem dostanie gospodarka Australii, której eksport oparty jest właśnie o metale przemysłowe.

Indeks metali przemysłowych (linia żółta) na tle AUDUSD

Indeks metali przemysłowych (linia żółta) na tle AUDUSD

Źródło: Bloomberg

Powyższa grafika obrazuje bardzo silną korelację australijskiej waluty z metalami przemysłowymi. Jeżeli indeks metali przemysłowych nie pokona szczytu z bieżącego roku kalendarzowego, to dolar australijski powinien być pod presją sprzedających.

Fundusze lewarowane – AUDUSD

Ostatnim elementem mogącym negatywnie przełożyć się na notowania dolara australijskiego są fundusze lewarowane. Wspomniana grupa spekulantów od czerwca bieżącego roku budowała długą pozycję na australijskiej walucie. Pozycje netto na kontraktach terminowych znalazła się na poziomie 2013 roku, niemal swoich maksimów. Dalsza deprecjacja AUD na rzecz innych walut powinna doprowadzić do szybkiego upłynnienia długich pozycji.

Pozycjonowanie podmiotów niekomercyjnych na dolarze australijskim

Pozycjonowanie podmiotów niekomercyjnych na dolarze australijskim

Źródło: Bloomberg

W pierwszym panelu powyższej grafiki przedstawiono pozycje netto podmiotów niekomercyjnych (linia biała) na tle pary walutowej AUDUSD. Co z tego wszystkiego wynika? Pozycje netto, tak jak wcześniej wspomniane wskazują na hiperoptymizm, pisaliśmy o tym tutaj.

Z kolei w dolnym panelu przedstawiono pozycje krótkie (linia czerwona) na kontraktach terminowych vs pozycje długie. Przewaga jest tych drugich, wcześniej czy później dojdzie do ich masowego upłynnienia, co spowoduje mocniejsze tąpnięcie kursu AUDUSD.

AUDUSD – analiza techniczna

Notowania AUDUSD, interwał tygodniowy

Notowania AUDUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Spoglądając na interwał tygodniowy mamy większe prawdopodobieństwo wzrostu kursu walutowego. Po pierwsze oscylator stochastyczny wskazuje na mocne wyprzedanie kursu, po drugie notowania AUDUSD znalazły się na mocnym wsparciu. Czy do tego dojdzie? Kluczem będą notowania surowców, które powinny znaleźć się w głębszej korekcie. Ponadto masowe wykupienie dolara australijskiego na kontraktach terminowych również wskazuje na większe prawdopodobieństwo wyprzedaży. Jeżeli ten scenariusz zostanie zrealizowany, to notowania mogą spaść w okolicę 0.741.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Onboarding, czyli jak wprowadzić nowego pracownika do organizacji

Pracodawca, który chce pozyskać i zatrzymać pracownika, musi w odpowiedni sposób wprowadzić go do organizacji. Jest kilka istotnych płaszczyzn, o których warto pamiętać.

Na początek trzy anty-przykłady postępowania. Pierwszy – pracownik wchodzi do nowej pracy, szef wskazuje mu biurko, przydziela pierwsze zadania i pozostawia w biurze, wśród pracowników, których mu nie przedstawia. Drugi – szef wprowadzając pracownika do biura informuje go, że na razie nie będzie go oprowadzał po firmie, bo zrobi to po kilku tygodniach, kiedy ten się sprawdzi. Trzeci – szef przedstawia nową osobę zespołowi, ale dalej pozostawia go w myśl zasady „radź sobie”. Każdy z tych przykładów miał miejsce w dużych firmach, które cieszą się dobrą opinią. Niestety to nie firma jako całość odpowiada za onboarding, a często leży on w gestii bezpośredniego przełożonego. Onboarding, który dobrze świadczy o firmie, obejmuje kilka płaszczyzn.

Pierwsze wrażenie, czyli powitanie z zespołem

Najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Pracodawca musi mieć świadomość, że im lepsze wrażenie zespół wywrze na nowej osobie (i wzajemnie), tym większe są szanse na dobrą, efektywną współpracę. Dlatego nowego pracownika do zespołu powinien wprowadzać bezpośredni przełożony – mówi Joanna Żukowska, ekspertka międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl. Po tym, jak przedstawi nową osobę, powinien wyznaczyć jej tzw. opiekuna – to on przez kilka tygodni będzie miał zadanie wprowadzić nowego pracownika do zespołu i pracy. Pracownika można przywitać firmową koszulką lub innym powitalnym gadżetem. Onboarding nie jest stratą czasu – dodaje.

Gdzie jest księgowa, czyli praktyczne wskazówki

Opiekun powinien także oprowadzić nową osobę po firmie: pokazać kuchnię, toalety, windy, wyjście ewakuacyjne, jeśli jest – palarnię. W nowoczesnych przestrzeniach biurowych coraz częściej wyznaczone są także strefy do pracy w absolutnej ciszy, do wypoczynku lub strefy rozmów telefonicznych. Jeśli takie pomieszczenia są w firmach, koniecznie należy pokazać je nowemu członkowi zespołu. Historia zna przypadki, że nowa osoba siedzi w bezruchu osiem godzin, bo nic nie wie o przestrzeni w nowym miejscu pracy. Jeszcze gorzej, gdy zaczyna wędrówkę po firmie sama i np. wejdzie do przestrzeni, w której mogą przebywać jedynie osoby uprawnione, chociażby informatycy czuwający nad bezpieczeństwem systemów w firmie. Aby uniknąć takich sytuacji, opiekun powinien zabrać nową osobę na spacer po firmie, tuż po przedstawieniu jej zespołowi. Opiekun powinien poinformować także o zasadach korzystania z firmowego sprzętu (komputera, telefonu, ksero), powiedzieć gdzie siedzi księgowa, ale też pomóc wyrobić wejściówkę do firmy czy kartę parkingową.

Onboarding –  nieformalnie o zwyczajach

Nowa osoba nie ma pojęcia czy można korzystać z ekspresu stojącego w kuchni. Nie domyśli się też, że kawa jest firmowa, ale mleko każdy kupuje we własnym zakresie. Tymczasem wiedza o tych firmowych zwyczajach jest niezwykle ważna. Jeśli w biurze nie ma zwyczaju prowadzenia głośnych, prywatnych rozmów albo jedzenia przy biurku, warto o tym wspomnieć podczas wspólnego spaceru po firmie.

Dla nowego pracownika każda informacja jest ważna, gdyż buduje wyobrażenie o nowym pracodawcy. Wiedza zaś buduje poczucie bezpieczeństwa. W luźnej rozmowie warto wspomnieć np. czy zespół ma w zwyczaju organizować coroczną imprezę integracyjną albo opowiedzieć o stażu pracy kolegów z zespołu – radzi Żukowska.

Przywileje i obowiązki

Nowy pracownik nie będzie się angażował w życie zespołu i firmy, jeśli nie pozna swoich przywilejów i obowiązków. Jeśli więc w firmie pracownicy mogą zgłaszać swoje pomysły do gazetki korporacyjnej albo mają w zwyczaju uczestniczyć w akcjach charytatywnych, nowa osoba powinna o tym wiedzieć. Jeśli niemile jest widziane przychodzenie do biura między 8 a 9, a standardem jest zjawianie się w firmie o 8, także należy to omówić z pracownikiem. Właśnie temu służy onboarding.

„Potworne” powitanie

Onboarding potrafi przebiegać zaskakująco. – W naszej firmie nowi pracownicy na „dzień dobry” otrzymują komplet informacji o tym, jak działamy i jak się ubieramy. Jednak to nie wszystko. Nowa osoba otrzymuje na maila również „potworny plan działania” – opowiada Iga Marcinkowska, Team Leader Customer Service z Monster Polska. Zgodnie z planem pracownik ma przejść szkolenia ze sprzedaży, obsługi klienta, administracji, HR i marketingu. Jest jednak pewne „ale”. – Pracownik, kierując się wskazówkami (ukrytymi przykładowo pod doniczką, na drukarce), musi sam odszukać miejsce i osobę, która ma go przeszkolić. Kiedy już pracownik zakończy „potworny plan działania”, otrzymuje na koniec „potworną grę”. Polega ona na tym, że nowy pracownik otrzymuje listę z przezwiskami. Ma tydzień na ich dopasowanie do kolegów z pracy. Mamy koleżankę, która uwielbia czekoladę i nazywamy ją Czekoladką. Jest też kolega, który na naszej tablicy ze zdjęciami jest zawsze w centrum, więc nazywamy go Mistrzem Pierwszego Planu. Jest też pytanie o kolegę, który ciągle chodzi w futrze, czyli Monstera. Kiedy więc nowa osoba wypełni całą listę, prosimy, aby zrobiła prezentację z tego, jak przebiegał jej onboarding – dodaje Marcinkowska. Jak tłumaczy taki onboarding sprawia, że pracownik w bardzo szybkim tempie czuje się swobodnie w zespole, ale też spokojnie porusza się po firmie.

Wiedza pozwala nowej osobie szybciej skupić się na pracy. Pracownik nie łamie sobie głowy i nie duma, gdzie jest kuchnia i czy może wyjść na kawę. Dlatego zatrudniając nowe osoby do zespołu, warto poświęcić im uwagę i czas na onboarding.

Firmy z sektora logistyki mogą liczyć na finansowanie w ramach funduszu Abris CEE Mid-Market III LP dysponującego aż 500 mln euro

Aż 500 mln euro na wsparcie przedsiębiorców z naszego kraju i regionu, w tym średniej wielkości prywatnych podmiotów z branży logistycznej, pozyskał od międzynarodowych inwestorów Abris Capital Partners Ltd., niezależna firma zarządzająca funduszami private equity, która obchodzi właśnie jubileusz 10-lecia obecności w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.

Zgodnie z przyjętą strategią, środki pozyskane w ramach trzeciego funduszu Abris CEE Mid-Market III LP zostaną zainwestowane w interesujące, głównie polskie firmy. Logistyka to jedna z trzech branż, obok logistyki e-commerce i rolno-spożywczej, która znajdzie się w kręgu szczególnego zainteresowania Abris Capital Partners Ltd. i może liczyć na znaczną część z pozyskanych 500 mln euro.

Mamy 500 mln euro do zainwestowania w ciekawe firmy. Zapraszamy do współpracy wszystkie podmioty działające w szeroko pojętej branży logistycznej, które wiedzą, że chcą się dalej dynamicznie rozwijać, ale czują, że brakuje im środków i doświadczenia, żeby to osiągnąć. Mogą na nas liczyć. Jesteśmy solidnym partnerem, gwarantującym odpowiednie zaplecze finansowe i merytoryczne. Potwierdzają to zrealizowane przez nas inwestycje i właściciele firm, z którymi mieliśmy przyjemność współpracować.” – komentuje Wojciech Łukawski, Partner w Abris Capital Partners Ltd. odpowiedzialny za projekty z sektora logistyki.

Abris od 10 lat pomaga w tworzeniu z lokalnych, często rodzinnych firm, krajowych, a nawet międzynarodowych czempionów. Wartość zaangażowania finansowego Abris w takie podmioty to najczęściej 30-75 mln euro, z nastawieniem na zakup większościowego udziału w spółce. Czas zaangażowania w inwestycję wynosi średnio od 3 do 5 lat. Firmy takie korzystają zarówno z wniesionego przez Abris kapitału, jak i z unikalnego doświadczenia jego zespołu w zarządzaniu strategicznym i operacyjnym.

„Jakie efekty przynosi współpraca z nami? Dobrym przykładem jest chociażby CARGOUNIT, spółka oferująca usługi ROSCO, czyli wynajmu taboru szynowego, głównie lokomotyw towarowych. Powstała w 2003 roku wraz z rozpoczęciem liberalizacji rynku przewozów towarowych. Przez wiele lat rozwijała się organicznie, własnymi siłami. Prawdziwy przełom nastąpił w 2014 roku. Od tego czasu zespół Abris pracuje wspólnie z założycielami CARGOUNIT. Postawiliśmy wtedy na szybką ekspansję, również poprzez przejęcia, dalszą profesjonalizację spółki i umocnienie jej pozycji na rynku. Dzięki temu CARGOUNIT jest obecnie zdecydowanie największą tego typu firmą w Polsce i jedną z sześciu największych w Europie. Aktualnie spółka może poszczycić się liczbą ponad 160 lokomotyw, z których korzystają przedsiębiorstwa transportowe, a założyciele chwalą sobie współpracę z Abris jako większościowym udziałowcem. – dodaje Wojciech Łukawski.

Fundusze Abris zrealizowały w ciągu minionej dekady ponad 20 inwestycji w Polsce i w Europie Środkowo – Wschodniej. Wśród spółek, które dynamicznie rozwijają się pod ich skrzydłami, znalazły się m.in. CARGOUNIT, największy niezależny operator wynajmu lokomotyw towarowych w Polsce i regionie, a także AAA Auto, aktualnie największa firma w Europie Środkowo – Wschodniej zajmującą się sprzedażą używanych samochodów.

Spokojny początek tygodnia

Poniedziałkowa sesja nie przyniosła istotniejszych zmian rentowności obligacji skarbowych. Przy lekko rosnącym EURUSD złoty utrzymuje okolice 4,30-4,31 na EURPLN.

Rynek stopy procentowej

Na rynku stopy procentowej poniedziałkowa sesja nie przyniosła istotniejszych zmian rentowności obligacji skarbowych. Stabilizacji notowań sprzyjał m.in. brak istotnych publikacji danych makroekonomicznych na świecie. Większą zmienność widać było jedynie w przypadku Turcji, Hiszpanii i Rumunii, ale tu mieliśmy do czynienia z wystąpieniem czynników specyficznych. W pierwszym przypadku kryzys w relacjach z USA skutkował wyraźnym wzrostem rentowności papierów skarbowych, z kolei w przypadku rynku hiszpańskiego widać było lekki ich spadek na skutek mniejszego ryzyka eskalacji kryzysu wokół Katalonii.

Ciekawa sytuacja utrzymuje się natomiast w Rumunii. W poniedziałek odwołany został po raz drugi z rzędu przetarg obligacji skarbowych. Powodem był zbyt wysoki poziom rentowności, jakich żądali inwestorzy. Istnieje kilka czynników, które zwiększają presję na wzrost krzywych dochodowości w tym kraju (również na krótkim końcu krzywej). Jednym z nich jest spadek płynności lokalnego rynku pieniężnego, co częściowo tłumaczyć można m.in. wymianą walut przez bank centralny (w ostatnich dniach spekulowano nt. możliwej interwencji w celu umocnienia RON). Ponadto niedawno NBR podniósł stopę depozytową (o 25 pb.) i zapowiedział dalsze zacieśnienie polityki pieniężnej, co wyraźnie osłabiło rynek stopy procentowej. Poza tym mówi się również, że część zagranicznych banków może ograniczać swoje zaangażowanie w depozyty w lokalnym sektorze bankowym, co również negatywnie wpływa na płynność systemu, a także wycenę waluty. Póki co nie obserwujemy natomiast istotnego wzrostu ryzyka kredytowego, a agencja S&P potwierdziła rating Rumunii na poziomie BBB- z perspektywą stabilną.

Do publikacji środowych minutes Fed spodziewać się można stabilizacji notowań na globalnym rynku stopy procentowej, chociaż nieznacznie dominować mogą wzrosty rentowności obligacji. Podczas wtorkowej sesji nie zaplanowano wydarzeń, które mogłyby zmienić sentyment na rynku. Dlatego zakładać należy, że rynek będzie osłabiać się na skutek czynników o charakterze średnioterminowym, czyli rosnących obaw przed wyższą inflacją, a także zaostrzeniem polityki pieniężnej na świecie. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że w poniedziałek Ł. Hardt z RPP powiedział, że na początku 2018 r. Rada mogłaby rozważyć podwyżkę stóp. Wspomniana wypowiedź może być kolejnym dowodem na to, że w kolejnych miesiącach część członków RPP będzie zaostrzać ton swoich wypowiedzi tworząc większą presję na krótkim końcu krzywej.

pobrane (4)

Autor: dr Mirosław Budzicki, strateg rynków finansowych w PKO BP SA.

Rynek walutowy

Poniedziałkowa sesja na rynku głównej pary walutowej nie przyniosła istotnych zmian w jego obrazie (w USA obchodzono Dzień Kolumba). Pomimo wyższego od oczekiwań odczytu dla indeksu nastrojów Sentix dla strefy euro (w październiku wzrost do 29,7 pkt z 28,5 zanotowanych wcześniej) i lepszych danych dot. niemieckiej produkcji przemysłowej (w sierpniu wzrost o 2,6% m/m wobec -0,1% miesiąc wcześniej) kurs EURUSD nadal notowany jest blisko dziesięciotygodniowego minimum wspierany oczekiwaniem, że Fed podniesie stopy nie tylko w grudniu, ale również i w przyszłym roku dalej będzie normalizował politykę monetarną. Niemniej, w poniedziałek na drodze do dalszych spadków stanęły eurodolarowi doniesienia, że Korea Północna szykuje rakietę balistyczną mogącą dotrzeć do zachodniego wybrzeża USA, a do tego prezydent D. Trump powtórzył, że jeśli negocjacje nie pomogą, może dojść do konfrontacji zbrojnej z Pjongjang. Kurs EURUSD powrócił powyżej 1,175.

Złoty praktycznie przez cały poniedziałek utrzymywał okolice 4,30-4,32 na EURPLN pozostając pod wpływem czynników globalnych. Z racji, że Chiny to czynnik ryzyka dla światowej gospodarki, a słabnący juan wywiera negatywną presję na PLN, warto zwrócić uwagę na wczorajsze dane jakie napłynęły z gospodarki Państwa Środka. Indeks PMI dla sektora usługowego obniżając się do poziomu 50,6 pkt z 52,7 mocno rozczarował. Tak wyraźny spadek niepokoi, szczególnie jeśli byłby zapowiedzią osłabiania się gospodarki chińskiej. W kolejnych dniach o zmianach notowań złotego również będą decydować głównie impulsy z szerokiego rynku, choć krajowy kalendarz makro nie będzie pozbawiony publikacji.

Na świecie nie będzie jednak już tak kluczowych danych jak w zeszłym tygodniu, niemniej kolejne publikowane w USA raporty będą zapewne szczegółowo analizowane w kontekście oczekiwanej grudniowej podwyżki stóp procentowych. W środę Fed opublikuje protokół z ostatniego posiedzenia, który powinien pokazać jastrzębie nastawienie członków FOMC w kwestii dalszej polityki stóp procentowych. Można spodziewać się, że w minutes nie zabraknie głosów za podwyżką stóp w grudniu. Z danych, wrześniowa inflacja w USA ma przyspieszyć do 2,3% r/r z 1,9% w sierpniu, przy czym w danych powinien widoczny był wpływ huraganów, w tym głównie silnego wzrostu cen paliw. Inflacja bazowa powinna zaś podnieść się do 1,8%. Obok danych cenowych również w piątek poznamy wyniki dla amerykańskiej sprzedaży detalicznej, której dynamika również będzie zaburzona efektem huraganów. Całkowita sprzedaż ma wzrosnąć o 1,6% m/m, a bazowa (z wyłączeniem aut, paliw i materiałów budowlanych) o 0,4%. We wrześniu oczekuje się znacznego wzrost popytu na używane samochody, które zastępowały pojazdy zniszczone przez żywioł. Z kolei indeks U. Michigan pokaże, czy złe warunki pogodowe mocno zaważyły na nastrojach konsumentów i czy pojawią się kolejne oznaki wzrostu oczekiwań inflacyjnych. W Europie zaś obok poniedziałkowej publikacji indeksu Sentix dla strefy euro i produkcji przemysłowej dla Niemiec w tym tygodniu poznamy jeszcze produkcję przemysłową dla EZ (czwartek), wysłuchamy wystąpienia prezesa M. Draghi’ego (czwartek) dot. polityki monetarnej oraz nadal pozostawać będziemy pod wpływem wydarzeń w Katalonii. Przy mniej jastrzębim EBC ewentualnie pogarszająca się sytuacja w Hiszpanii generować może negatywne impulsy. Rynek utrzymując notowania EURUSD poniżej 1,18 wydaje się szukać impulsów do dalszego umocnienia dolara, stąd pozytywne zaskoczenie odczytami makro powinno spychać euro w kierunku 1,16-1,17 USD w najbliższym czasie. W Polsce GUS opublikuje zaś finalne szacunki inflacji CPI (czwartek) już z rozbiciem na składowe indeksu. Wyniki powinny wskazać na wyższe ceny żywności i ceny paliw. W piątek zaś NBP poda wyniki dla inflacji bazowej, która nadal powinna pokazywać niską presję cenową, która pozwoli RPP utrzymywać łagodne nastawienie w polityce monetarnej. Złoty na dane inflacyjne powinien reagować neutralne, a ryzykiem dla niego jest powrót presji na spadek kursu EURUSD, która negatywnie przekłada się na notowania walut EM. Nie można więc wykluczyć, że w najbliższych dniach notowania EURPLN zaczną kierować się ku 4,32.

pobrane (5)Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski S.A.

Narasta presja inflacyjna w regionie

  • Dane o handlu zagranicznym w Niemczech w sierpniu powinny pokazać kontynuację silnego wzrostu eksportu i będą wskazówką nt. danych o polskim bilansie płatniczym za sierpień publikowanych w przyszłym tygodniu.
  • Inflacja CPI na Węgrzech za wrzesień (wg konsensusu stabilnie poniżej celu banku centralnego) będzie ostatnią podpowiedzią co do struktury wzrostu cen w Polsce (krajowy CPI w czwartek).
  • Dane o produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii za sierpień mogą pokazać przyspieszenie, ale nieznaczne, potwierdzając, że brytyjska gospodarka działa na niższym biegu niż strefa euro.
  • Ostateczne dane nt. PKB Rumunii w 2q17 mogą przynieść rewizję do 5,9% r/r (z 5,7% r/r wg wstępnego odczytu, vs 5,7% r/r w 1q17) przy wzroście kontrybucji ze strony przyspieszających inwestycji.

Przegląd wydarzeń:

Mimo że silny wzrost produkcji przemysłowej w Niemczech w sierpniu (2,6% m/m sa vs -0,1% m/m sa w lipcu, po rewizji z 0,0% m/m sa) wynika po części z odwracalnych efektów związanych z przesunięciami wakacji w poszczególnych landach, to potwierdza pozytywny obraz niemieckiej gospodarki, która w 3q17 rosła co najmniej tak szybko jak w 2q (0,6% k/k sa).

Inflacja CPI w Czechach wzrosła we wrześniu do 2,7% r/r (zgodnie z oczekiwaniami) z 2,5% r/r, na skutek przyspieszenia wzrostu cen żywności, paliw i inflacji bazowej, która wzrosła do 2,7% r/r z 2,5% r/r w sierpniu. Wzrost inflacji bardziej powyżej celu (2,0% r/r +/-1pp), wspiera nasze oczekiwania na kolejną podwyżkę stóp CNB na najbliższym posiedzeniu 2 listopada.

pobrane (3)

Indeks Sentix w strefie euro za październik (pierwsza miara europejskiej koniunktury za ten okres) wzrósł do 29,7 pkt. i był na najwyższym poziomie od 10 lat, wskazując na utrzymywanie się silnego wzrostu aktywności gospodarczej w strefie euro na początku 4q17.

Członek RPP, Ł. Hardt, powiedział, że jeżeli kolejne dane wskażą, iż wzrost płac przekłada się na inflację, a prognozy pokażą ryzyko przekroczenia celu inflacyjnego, to RPP mogłaby rozważyć podwyżkę stóp już na początku 2018r.

Źródło: PKO Bank Polski

Głównie w bok

Rocznica założenia partii rządzącej Koreą Północną okazał się niewykorzystaną okazją do prowokacji ze strony reżimu. Piątkowe strachy wyglądają teraz na bezcelowe, ale szkody (dla USD) zostały wyrządzone. Z drugiej strony dolar nie jest łatwy do sprzedaży. Po wczorajszym święcie w USA, dopiero dziś tak naprawdę startuje tydzień, choć kalendarz makro nie rozpieszcza.

Zaczynam podejrzewać, że Korea Północna nie lubi dokonywać testów balistycznych, kiedy się od niej tego oczekuje. Jeśli dodatkowo reżim spekuluje na rynkach finansowych pod swoje decyzje militarne, z ich punktu widzenia lepiej działać z zaskoczenia. Ale odsuwając żarty na bok, noc upłynęła w spokojnej atmosferze, choć inwestorzy przezornie wolą trzymać się z boku niż inicjować ruchy na FX. Waluty azjatyckich rynków wschodzących są dziś mocniejsze, ale z drugiej strony złoto pozostaje najwyżej w tym miesiącu. USD pozostaje w korekcie po nieudanym rajdzie z piątku, jednak zmiany są niewielkie, gdyż dolar nie jest łatwą walutą do sprzedaży, kiedy ma się za sobą tak mocne fundamenty (jak ostatni raport z rynku pracy). Zatem pozostajemy zamknięci w konsolidacjach. To oznacza 112,20-113,20 dla USD/JPY oraz 1,1680-1,1830 dla EUR/USD.

Więcej emocji może dotyczyć GBP/USD. Z jednej strony trwa odreagowanie zeszłotygodniowego zjazdu (za dużo za szybko oraz niezrealizowane spekulacje o rezygnacji premier May). Z drugiej – dziś otrzymamy sierpniowe dane o produkcji przemysłowej i handlu zagranicznym. Produkcja przemysłowa pozostaje słaba (0,4 proc. r/r w lipcu) i odczyty indeksów PMI dla przemysłu sugerują, że nie widać oznak poprawy. Dane za lipiec zaskoczyły pozytywnie (szczególnie w produkcji wytwórczej), więc teraz istnieje ryzyko odreagowania. Bez tego GBP/USD pierwszy opór napotka przy 1,3220.

Reszta kalendarza nie powala. Za nami silne dane o nastrojach w australijskim biznesie, które w nocy dały wsparcie dla AUD, ale nie jest łatwo wrócić AUD/USD ponad 0,78. Za dużo było ostatnio złych wieści, który kwestionują rynkowe oczekiwania na rychłą podwyżkę stopy procentowej RBA. W Europie dane z handlu zagranicznego Niemiec za sierpień pokazały odreagowanie przestoju z czerwca i lipca. Inflacja z Norwegii wyraźnie rozczarowała i EUR/NOK szybuje pod 9,40. Niskie ceny ropy naftowej nie pozwalają koronie stanąć na równe nogi. Po południu dane z kanadyjskiego rynku budowlanego są drugorzędne, więc reakcja CAD powinna być ograniczona. Interesujące może być wystąpienie wieczorem wiceprezesa Banku Kanady Wilkinsa, jeśli zająknie się o polityce monetarnej. Jeszcze jedna podwyżka stopy procentowej przed końcem roku dalej pozostaje realną opcją. Usłyszymy też od Kashkariego z Fed, który jest czołowym gołębiem.

Prezydent Katalonii ma dziś wieczorem (18:00) przemawiać w lokalnym parlamencie w Barcelonie i „poinformować o obecnej sytuacji politycznej” po referendum z 1 października. Deklaracja niepodległości jest jedną z opcji, ale nie będzie ona uznana przez rząd w Hiszpanii i wszystko może skończyć się rozwiązaniem parlamentu i zwołaniem regionalnych wyborów. Hiszpańskie aktywa względnie spokojne zniosły ostatni tydzień, co sugeruje, że na razie rynki nie przejmują się zbytnio tą kwestią. Sprawa jednak pozostaje otwarta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Proponowane zmiany w zarządzie Ronson Europe

Rada nadzorcza Ronson Europe zaproponowała, aby nowym prezesem Spółki został Nir Netzer. Zastąpi on na tym stanowisku Tomasza Łapińskiego, który we wrześniu zapowiedział rezygnację z pełnionej funkcji. Tomasz Łapiński będzie pełnić swoje obowiązki do czasu walnego zgromadzenia, zwołanego na 20 listopada, które oficjalnie zatwierdzi zmiany w zarządzie dewelopera. Zapewni to płynne przekazanie obowiązków nowemu prezesowi.

Kandydat na prezesa Ronson Europe ma szerokie doświadczenie w zarządzaniu spółkami o zasięgu międzynarodowym. Od 2009 r. Nir Netzer pełni funkcję prezesa zarządu DEN Financial Consultancy LTD, izraelskiej spółki, która inwestuje, współfinansuje oraz zapewnia usługi finansowe dla firm krajowych oraz zagranicznych, wspierając je w zakresie prowadzenia inwestycji, finansowania, pozyskiwania funduszy oraz realizacji projektów.

W latach 2008-2009 Nir Netzer zajmował stanowisko prezesa zarządu G.H. East Europe Limited, międzynarodowego dewelopera posiadającego oddziały w Rumunii oraz w Polsce. Wcześniej, w latach 2003-2007 był on Dyrektorem Finansowym Engel East Europe N.V. (EEE), spółki deweloperskiej notowanej na AIM London Market. W Engel East Europe Nir Netzer odpowiadał za relacje z udziałowcami, inwestorami oraz strategicznymi partnerami, jak również za kwestie związane z finansami, podatkami, raportowaniem oraz księgowością.

Swoją karierę zawodową Nir Netzer rozpoczął w PwC Israel, gdzie pracował w latach 1998-2003 jako audytor zajmujący się zarządzaniem projektami audytorskimi dla krajowych oraz międzynarodowych klientów związanych z rynkiem nieruchomości, hi-tech, przemysłem, branżą medyczną oraz innymi obszarami działalności gospodarczej.

W opinii rady nadzorczej Ronson Europe, Nir Netzer wniesie do zarządu nową myśl zarządczą i energię, oraz znaczącą wiedzę i umiejętności z korzyścią dla dalszego rozwoju działalności Spółki i jej akcjonariuszy.

Zmiana na stanowisku prezesa zarządu zostanie oficjalnie zatwierdzona przez nadzwyczajne walne zgromadzenie akcjonariuszy, które zostało zwołane na 20 listopada br. WZA ma także zdecydować o powołaniu Shmuela Rofe do rady nadzorczej Ronson Europe. Zastąpi on Mikhal Shapirę, która we wrześniu br. zrezygnowała z członkostwa w radzie nadzorczej ze względów osobistych.

Zarówno Zarząd, jak i Rada Nadzorcza Ronson Europe, jednogłośnie zarekomendowały podjęcie zaproponowanych uchwał przez WZA.

Uberyzacja handlu wywoła boom w obszarze internetowych zakupów spożywczych?

Według części ekspertów, za 5-10 lat znikną z rynku sklepy, które nie zdołają dostarczyć klientom żywności w ciągu 1-2 godzin. Polacy będą zamawiać produkty w drodze do pracy i odbierać je po powrocie do domu, tak jak robią to już Amerykanie. Realizację masowych, szybkich i tanich dostaw umożliwi ekonomia współpracy. Dzięki rozładowaniu tzw. peaków sprzedażowych, sieci handlowe obniżą koszty dystrybucji. E-klienci otrzymają swoje artykuły na czas, a odwiedzający placówki zarobią dodatkowe pieniądze.  

W opinii Sebastiana Starzyńskiego, prezesa platformy TakeTask i współautora raportu „Ekonomia Współpracy w Polsce 2016”, w tzw. uberyzacji handlu kluczowe jest wykorzystanie tego, że większość klientów przychodzi do sklepu po pracy. Właśnie wtedy jest największe zapotrzebowanie na dostawy zakupów z e-commerce. Zatem popyt i niewykorzystane dotąd możliwości logistyczne bardzo dobrze się uzupełnią. Oczywiście ekonomia współpracy nie zastąpi całkowicie tradycyjnych usług kurierskich, które wciąż będą potrzebne. Natomiast, na nowym rozwiązaniu skorzystają zarówno zamawiający, jak i klienci w sklepach stacjonarnych, którzy zyskają dodatkowe źródło dochodu, przy okazji własnych zakupów. Taka możliwość zapewne przyciągnie do marketów sporo młodych, przedsiębiorczych osób, np. studentów.

– Współcześni konsumenci rzeczywiście oczekują dostaw w dogodnym dla siebie czasie. Dostęp do towaru stał się ważniejszy, niż samo jego posiadanie. Kiedyś dzielenie się lub wspólne korzystanie z produktu było ryzykowne. Obecnie, dzięki technologiom mobilnym i digitalizacji zaufania, jest to dużo prostsze. Opracowane systemy reputacji i zabezpieczenia płatności podniosły poziom łatwości porozumiewania się stron uczestniczących w ekonomii współpracy, czyli dostarczycieli i klientów – mówi Michał Malanowski, Dyrektor Działu Informatyki w Carrefour Polska.

Jak stwierdza Andrzej Wojciechowicz, Ekspert Komisji Europejskiej w obszarze innowacyjnej gospodarki, obecnie sprzedaż detaliczna sektora FMCG, poprzez kanał e-commerce, to niespełna 5%, a jego efekt nie jest istotną pozycją w rachunku wyników sieci detalicznych. Rozwiązania tzw. uberyzacji będą trudne do zaaplikowania w przypadku artykułów spożywczych. Dotyczy to szczególnie mrożonej żywności, za którą odpowiada klient, pakujący towar przy kasie. Ponadto warzywa, owoce czy wędliny konsumenci sami lubią sobie wybierać. Zdaniem eksperta, dostawy do domu mogą sprawdzić się jedynie w przypadku towarów trwałych, jak na przykład zgrzewki wody mineralnej. Natomiast, sprzedaż poprzez platformy internetowe nadal będzie się rozwijać głównie w księgarniach czy sklepach modowych.

Aktualne trendy

– Amazon wprowadził m.in. w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Japonii usługę Prime, tzn. dostawy w 2 godziny, a w samym USA – także Amazon Prime Now, realizację zamówień w 60 minut. Gdy potentat e-handlu wejdzie z takimi ofertami do Polski, inni gracze będą musieli mu dorównać. Sklepy, które nie zaczną dostarczać zakupów spożywczych w ciągu 1-2 godzin, upadną za 5-10 lat. Amazon Prime działa już w Niemczech, a więc blisko nas. Warto też dodać, że kilka miesięcy temu gigant kupił Whole Foods Market, amerykańskie supermarkety ze zdrową żywnością. Tym samym zainwestował w fizyczne sklepy prawie 14 mld dolarów. A teraz, jak podejrzewa francuski biznes, Amazon stara się przejąć sieć Carrefour, aby zwiększyć swoje wpływy na naszym kontynencie – informuje Sebastian Starzyński.

Z kolei, dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego, uważa, że Amazon, podobnie jak Uber, to „mariaż” nowoczesnej korporacji z dynamicznie żyjącymi konsumentami. Te firmy raczej działają zgodnie z panującymi trendami, niż cokolwiek wymuszają. Idą z „duchem czasów”, czyli najszybciej zrozumiały aktualne tendencje i potrzeby. Mają zasoby na realizację opracowanych strategii, dlatego najprawdopodobniej to właśnie one najbardziej skorzystają na digitalizacji handlu. Gdyby przegapiły obecne trendy, to z pewnością zrobiłby to ktoś inny.

– Uberyzacja to nowomodny slogan, który nie określa żadnego nowego trendu. Znana od dawna usługa click and collect, czyli zamów i odbierz, nie musi być przecież realizowana przez zamawiającego, lecz przez jego znajomych czy sąsiadów. Warunkiem tego jest dobrze zorganizowana społeczność lokalna. Inna forma zaangażowania konsumentów to zrodzony w USA ruch prosumencki. Polega on na tym, że konsument staje się również producentem, handlowcem czy nawet współwłaścicielem sieci handlowej. Dzięki temu, korzysta z tańszych zakupów – dodaje Andrzej Wojciechowicz.

Jak zmieni się handel?

Natomiast Sebastian Starzyński podkreśla, że ekonomia współpracy zwiastuje początek transformacji handlu. Poprzez tzw. systemy mikropracy, klienci sklepów zaczynają doręczać innym konsumentom zakupy. W przyszłości dostawy pod dom, będą realizować autonomiczne pojazdy – paczkomaty mobilne. Po dokonanej autoryzacji, klient otworzy jedną ze skrytek i odbierze swoje zakupy. Wtedy udział ludzi zapewne ograniczy się do wnoszenia zakupów po schodach, do mieszkań. W opinii eksperta, powstanie zupełnie nowa rzeczywistość, czego wiele osób jeszcze nie rozumie. Z uwagi na szybki rozwój technologii, pierwsze rozwiązania oparte na inteligentnych pojazdach mogą pojawić się nawet w perspektywie 3-5 lat. Jednak trudno jest przewidzieć tempo zmian legislacyjnych, koniecznych do dopuszczenia takich maszyn do ruchu drogowego.

– Świat postępuje tak szybko, że trudno prognozować, jak ekonomia współpracy zmieni oblicze handlu w perspektywie 5 czy 10 lat. Wiadomo, że dziś Polacy żyją szybko, pracują dużo i są mocno zdigitalizowani. Dlatego, boom na rynku e-commerce wybuchnie, wzmocniony nowymi formami biznesu i konsumowania. E-rynek szybko wzrośnie, a w związku z tym sklepy zyskają nieklasyczne funkcje. Wśród nich będą m.in. platformy dostarczania i odbierania towarów czy też przechowalnie zamówionych zakupów. Szykuje się na tym tle jakościowa zmiana. I handel o tym wie, nie tylko firma Amazon –¬ podsumowuje dr Maria Andrzej Faliński.

Kryzysy wizerunkowe dotyczą nie tylko firm. We wrześniu z falą negatywnych komentarzy zetknęli się też blogerzy i vlogerzy

Kryzysy wizerunkowe dotyczą nie tylko firm. We wrześniu z falą negatywnych komentarzy zetknęli się też blogerzy i vlogerzy 6

Kryzysy wizerunkowe dotykają nie tylko marek, lecz także blogerów i vlogerów. We wrześniu przekonali się o tym blogerka Mama Ginekolog czy Youtuber Serafin Pęzioł, autor kanału SerafinTV. Z krytyką internautów w ubiegłym miesiącu musieli się także zmierzyć polska marka odzieżowa Pan tu nie stał oraz Lidl. Klientów pozytywnie zaskoczyła zaś Ikea, która w lubelskim sklepie w miejsce nadgryzionych plastikowych jabłek umieściła w sklepie skrzynki z prawdziwymi owocami, którymi klienci mogli się częstować za darmo.

– Kryzysy w social mediach dotyczą nie tylko marek, lecz także przedstawicieli blogosfery i vlogosfery. Tak było w przypadku Mamy Ginekolog, która zamieściła na swoim Facebooku link do zbiórki dla kobiety chorej na raka. Okazało się, że w opisie tej zbiórki znalazły się informacje o terapii, która zaliczana jest do metod medycyny alternatywnej. Pojawiły się negatywne opinie. Komentujący stwierdzili, że jako lekarz kobieta nie powinna zamieszczać tego typu wpisów i podważyła tym samym swoją wiarygodność i kompetencje – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Baran, redaktor PRoto.pl.

Choć część internautów chwaliła blogerkę za włączenie się w pomoc chorej, przeważały negatywne komentarze. Po krytyce Mama Ginekolog zdecydowała się usunąć wpis, ale zamieściła wideo, w którym tłumaczyła się z udostępnienia postu. Także film zebrał niezbyt przychylne opinie, więc i on został usunięty. Blogerka próbowała jeszcze na Facebooku wytłumaczyć swoje postępowanie, a ostatecznie całkowicie zawiesiła prowadzenie strony w tym kanale społecznościowym.

 Inny przedstawiciel influencerów, Serafin Pęzioł, na swoim profilu facebookowym opisał wizytę w jednym z pubów. Zachęcał fanów do wystawiania negatywnych opinii temu miejscu. Dlaczego? Podczas ostatniej wizyty nie został obsłużony, bo wcześniej skrytykował podanego mu tatara. Opinie internautów były podzielone, niektórym nie spodobało się, że youtuber chce w ten sposób wykorzystać swoją pozycję. Inni zaś negatywnie oceniali wskazane miejsce – mówi Małgorzata Baran.

Z dużą krytyką, nie tylko w Polsce, lecz także wielu krajach europejskich, spotkała się sieć sklepów Lidl. Na opakowaniach produktów sprzedawanych w ramach Tygodnia Greckiego wykorzystano zdjęcia świątyni Anastasis na wyspie Santorini. Okazało się jednak, że zostały one poddane obróbce graficznej i usunięto z nich krzyże.

– Swoje niezadowolenie klienci sieci wyrażali m.in. na Facebooku. W zagranicznych mediach pojawiło się stanowisko rzecznika Lidla, który podkreślił, że takie działanie ma na celu zachowanie polityki firmy, która nie zamierza wykluczać żadnych przekonań religijnych – tłumaczy dziennikarka.

We wrześniu internautów mocno podzielił wpis polskiej marki odzieżowej Pan tu nie stał. Firma wprowadziła do sprzedaży koszulki z napisem „Dziewucha” i zadeklarowała, że zyski ze sprzedaży mają wesprzeć grupę „Dziewuchy dziewuchom”, która walczy o prawa kobiet, m.in. sprzeciwia się całkowitemu zakazowi aborcji. Na post marki odzieżowej, która poinformowała o projekcie, zareagowało 2,4 tys. osób. Post został udostępniony ponad 120 razy i pojawiło się pod nim ok. 150 komentarzy.

 Opinie były bardzo zróżnicowane. Część internautów chwaliła takie działanie marki, inni jednak zamieszczali negatywne komentarze i twierdzili, że nie będą więcej kupować produktów tej marki – mówi Baran.

Przykładem pozytywnej strategii marketingowej może natomiast być sieć Ikea, która zebrała bardzo pozytywne opinie. Kilka tygodni temu internet obiegło zdjęcie plastikowych zielonych jabłek umieszczonych jako ekspozycja w sklepie w Lublinie ze śladami zębów. Zdjęcie wywołało mnóstwo prześmiewczych komentarzy. Sieć postanowiła nawiązać do sytuacji.

– W odpowiedzi na oczekiwania klientów Ikea umieściła w sklepie skrzynię z prawdziwymi jabłkami, którymi klienci mogli się częstować za darmo – wskazuje Małgorzata Baran.

Na zaburzenia psychiczne cierpi prawie jedna czwarta społeczeństwa. Polacy wciąż unikają wizyt w gabinecie psychiatry

Na zaburzenia psychiczne cierpi prawie jedna czwarta społeczeństwa. Polacy wciąż unikają wizyt w gabinecie psychiatry 7

Pracownicy coraz częściej przynoszą zwolnienia od psychiatrów, a do depresji i spadków nastroju przyznaje się co czwarty Polak. Jedna czwarta społeczeństwa cierpi na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne. Mimo to choroby psychiczne wciąż są w Polsce tematem tabu, pomijanym w dyskusji o służbie zdrowia. Większość Polaków unika wizyty w gabinecie psychiatry. Tymczasem nowoczesna medycyna stwarza szansę na normalne życie nawet w przypadku stygmatyzujących, cięższych chorób psychicznych jak schizofrenia.

 W Polsce brakuje wiedzy na temat chorób i zaburzeń psychicznych. Ta wiedza jest zastępowana różnymi wyobrażeniami zaczerpniętymi z filmów, lektur, sensacyjnych opowieści, czasami nawet z sensacyjnych artykułów publikowanych w mediach. Natomiast wiedza o tym, jak wyglądają zaburzenia psychiczne i jak je skutecznie leczyć, ma podstawowe znaczenie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Sławomir Murawiec, psychiatra z Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Obchodzony 10 października Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego to dla lekarzy okazja, żeby przypomnieć o chorobach i zaburzeniach psychicznych. Choroby psychiczne wciąż są tabu, mimo że do depresji i okresowych spadków nastroju przyznaje się średnio co czwarty Polak. Nawet cięższe, stygmatyzujące schorzenia takie jak schizofrenia mogą być właściwie leczone i nie wykluczać z normalnego życia. W Polsce brak jednak odpowiedniego modelu opieki nad pacjentami ze schizofrenią, co powoduje, że ciężar opieki spoczywa głównie na bliskich i rodzinie, a chorzy są wykluczeni z zawodowej aktywności.

– Dla wielu osób chorujących na poważne choroby takie jak schizofrenia praca jest często nieosiągalnym marzeniem. Ponad 80 proc. osób z poważnymi zaburzeniami nie pracuje. Powrót do pracy to też powrót do poczucia wartości, poczucia, że moje życie ma sens. Nowoczesne sposoby leczenia, choćby takie jak wprowadzane w ostatnim okresie leki o przedłużonym działaniu w postaci iniekcji, mogą pomóc w powrocie do społeczeństwa. Potrzebne są też specjalistyczne ośrodki, programy rehabilitacyjne, programy terapeutyczne, cała kompleksowa pomoc – mówi dr Sławomir Murawiec.

Szacuje się, że na schizofrenię choruje w Polsce ok. 385 tys. osób, czyli 1 proc. społeczeństwa. Jednak połowa chorych pozostaje niezdiagnozowana i nie otrzymuje właściwego leczenia. Zwykle schizofrenia jest diagnozowana u osób młodych, w wieku 25–35 lat. Choroba psychiczna zmusza ich do wycofania się z życia społecznego i zawodowego, sprawia, że tracą zdolność jasnego myślenia i utrzymywania relacji z innymi ludźmi.

Schizofrenia jest chorobą przewlekłą, przebiegającą z okresami zaostrzeń i remisji. Jej leczenie jest długotrwałe, ale rozpoczęte na wczesnym etapie stwarza szansę na prowadzenie normalnego życia. Istotne jest też stałe przyjmowanie leków. Szansą dla chorych na schizofrenię są nowoczesne leki o przedłużonym działaniu (LAT, ang. long-acting treatment), dawkowane raz na kilka tygodni, a czasem nawet raz na kilka miesięcy. Z opiekunów i chorych zdejmuje to obowiązek pamiętania o częstym przyjmowaniu leków.

 Leki w postaci iniekcji o przedłużonym działaniu podajemy z pewną częstością, co dwa lub cztery tygodnie. Na świecie są też dostępne leki, które są podawane w leczeniu schizofrenii raz na trzy miesiące. To nowoczesna i dająca pacjentom duży komfort forma leczenia – mówi dr Sławomir Murawiec.

Ekspert Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego zauważa, że w Polsce pokutują stereotypy związane z zaburzeniami psychicznymi, a sama wizyta w gabinecie specjalisty jest stygmatyzująca. Mimo że Polacy coraz chętniej wykonują regularne badania i korzystają z pomocy lekarzy, nie dotyczy to specjalistów od zdrowia psychicznego.

– Wizyta u psychiatry jest po prostu wizytą u lekarza, taką samą jak u ortopedy, kardiologa czy pulmonologa. To też specjalista, tyle że od problemów emocjonalnych, życiowych czy psychicznych, natomiast jest to po prostu lekarz. Problemem jest to, że w Polsce pokutują różne stare informacje, które są już kompletnie nieaktualne. Taki obraz psychiatry i psychiatrii datuje się od „Lotu nad kukułczym gniazdem”, bardzo starych, archaicznych wyobrażeń – podkreśla Sławomir Murawiec.

Według szacunków Instytutu Psychiatrii i Neurologii na zaburzenia i różnego rodzaju problemy psychiczne cierpi w Polsce prawie 8 mln osób, czyli prawie jedna czwarta społeczeństwa. Wliczając dzieci i młodzież, ta liczba wzrasta do 12 mln. Często ich przyczyną jest przewlekły stres. Ze statystyk Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że w I półroczu 2016 roku Polacy wzięli 9,5 mln dni wolnych od pracy z powodu zaburzeń depresyjnych. W ciągu ostatnich lat ta liczba zwiększyła się o prawie 70 proc.

Dane kandydatów do pracy pod ochroną. Firmy muszą zabezpieczać je równie mocno jak dane pracowników i klientów

Dane kandydatów do pracy pod ochroną. Firmy muszą zabezpieczać je równie mocno jak dane pracowników i klientów 8

Utrata lub wyciek danych osobowych wiążą się z poważnymi konsekwencjami wizerunkowymi dla firm. Przepisy RODO, które wejdą w życie w maju 2018 roku, dołożą do tego poważne konsekwencje prawne i finansowe. Dlatego przedsiębiorstwa muszą zadbać o wysoki poziom bezpieczeństwa i wprowadzić odpowiednie procedury dotyczące także zarządzania procesami rekrutacyjnymi. Procesy HR często w istotny sposób ingerują w prywatność pracowników i kandydatów do pracy. Dlatego eksperci zaznaczają, że dostęp do takich danych powinny mieć wyłącznie osoby wyraźnie do tego upoważnione.

– W dobie przygotowań do RODO ochrona prywatności pracowników i kandydatów do pracy jest niezwykle istotna z uwagi nie tylko na restrykcyjne wymogi prawne, lecz także w kontekście budowania pozytywnego wizerunku pracodawcy. Firmy powinny wprowadzić odpowiednie procedury dotyczące zarządzania procesami rekrutacyjnymi tak, aby zapewnić poufność danych kandydatów do pracy, jak również to, aby dostęp do tych danych miały osoby wyraźnie do tego upoważnione – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Witaszek, ekspert ds. ochrony danych osobowych w ERECRUITER.

Od maja 2018 roku przepisy dotyczące ochrony danych osobowych zostaną zaostrzone. Firmy i organizacje będą zmuszone wdrożyć rozwiązania i procedury, które zagwarantują wysoki poziom bezpieczeństwa informacji o ich klientach. Będą musiały również każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych oraz raportować każdy wyciek danych i nieautoryzowany dostęp.

Nowe przepisy dotyczące ochrony danych osobowych nakładają na firmy obowiązek poinformowania, jak długo dane osobowe będą przechowywane, kto będzie miał do nich dostęp i kto będzie mógł je przetwarzać. W międzynarodowych koncernach musi się znaleźć informacja, jaka firma spoza UE będzie mieć dostęp do danych.

Dla firm równie istotne, co ochrona danych klientów, będzie też chronienie danych pracowników i kandydatów biorących udział w rekrutacjach.

– Każdy incydent w postaci wycieku danych kandydatów będzie skutkował daleko idącymi konsekwencjami wizerunkowymi dla danej firmy. Jeżeli przedsiębiorstwo poniesie konsekwencje finansowe w postaci kar, które nałoży prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, takie informacje zapewne znajdą się w prasie. Wpłynie to bardzo niekorzystnie na pozycję firmy jak pracodawcy, czyli na budowanie employer brandingu – tłumaczy Agnieszka Witaszek.

Firmy będą musiały zadbać o mocniejszą ochronę danych, zwłaszcza że świadomość konsumentów dotycząca ich prywatności, przede wszystkim w odniesieniu do przepisów RODO, jest coraz większa. Dla pracowników coraz częściej liczy się nie tylko to, jakie bonusy firma im daje, lecz także to, w jaki sposób dba o ich prywatność.

– W przeciwieństwie do procesów sprzedażowych czy marketingowych w procesach HR mamy często do czynienia z danymi, które w sposób istotny ingerują w prywatność pracowników i kandydatów do pracy. W przypadku pracowników są to też często informacje o stanie zdrowia czy członkach rodziny, trzeba więc położyć szczególny nacisk na zapewnienie poufności tych danych – tłumaczy przedstawicielka eRecruiter.

Z badań przeprowadzonych w tym roku na zlecenie Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo wynika, że tylko nieco ponad połowa kadry zarządzającej wie, jakie obowiązki na firmy nakłada RODO. Tymczasem poza wypracowaniem całkiem nowych procedur firmy i organizacje objęte nowymi przepisami będą musiały też przygotować do tego swoich pracowników. Duże zmiany czekają też od strony technicznej, ponieważ rozporządzenie RODO będzie wymagać odpowiedniej infrastruktury IT.

– Organizacje w łatwy sposób mogą utracić strategiczne zasoby gromadzone w organizacji od lat. Przyczyną mogą być zdarzenia losowe zewnętrzne, np. pożar, zalanie czy utrata zasilania, zdarzenia losowe wewnętrzne, jak awaria komputera czy serwera, błąd pracownika, niewłaściwe usunięcie danych, zgubienie laptopa czy zdarzenia zamierzone: włamania do systemów teleinformatycznych, pomieszczeń i biur danej organizacji, a także celowe usunięcie danych. Dlatego organizacje powinny w sposób adekwatny zabezpieczać gromadzone dane, w tym dane osobowe, i wykonywać kopie bezpieczeństwa tych danych – przekonuje Marcin Zadrożny, rzecznik prasowy Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

Z badania „Co wiemy o ochronie danych” przygotowanego przez Fundację Wiedza To Bezpieczeństwo wynika, że połowa Polaków uważa ryzyko nieodwracalnej utraty swoich danych, zagrożenie kradzieżą danych oraz innymi możliwościami ich utraty jako średnie, co trzeci – jako niskie. Już co trzeci Polak doświadczył naruszenia danych osobowych. Wśród największych niebezpieczeństw wskazywane są organizacje, które chcą zwiększać swoje zyski, wykorzystując dane osobowe bez zgody osób, których dotyczą (26 proc.) i nieprzywiązywanie uwagi przez firmy do ochrony danych osobowych klientów i pracowników (30 proc.).

 Utrata lub wyciek danych osobowych to przede wszystkim konsekwencje wizerunkowe. Organizacje często całymi latami przy dużych nakładach finansowych budują dobry wizerunek – mówi Zadrożny. – Raz utracony wizerunek trudno odbudować. W związku z zaistniałym incydentem, utratą bądź wyciekiem danych organizację mogą czekać również konsekwencje prawne, m.in. kontrola ze strony organu nadzorczego, dziś GIODO, a w przyszłości Urzędu Ochrony Danych Osobowych – przypomina.

Naruszenie przepisów o ochronie danych osobowych to nie tylko straty wizerunkowe, lecz także wymierne straty finansowe. Obecne przepisy umożliwiają nałożenie na przedsiębiorców kar nieprzekraczających jednorazowo 50 tys. zł. Po wejściu w życie przepisów RODO kary będą już znacznie bardziej dotkliwe.

– Na gruncie nowych przepisów, które będą obowiązywały od 25 maja 2018 roku, organizację mogą czekać kary administracyjne sięgające nawet do 20 milionów euro bądź 4 proc. obrotu światowego w związku z wyciekiem bądź incydentem związanym z ochroną danych osobowych w organizacji – wskazuje Marcin Zadrożny.

Trwa rewolucja w branży szkoleniowej. Do 2022 roku wartość rynku gier szkoleniowych wyniesie 8,1 mld dolarów

Trwa rewolucja w branży szkoleniowej. Do 2022 roku wartość rynku gier szkoleniowych wyniesie 8,1 mld dolarów 9

Tradycyjne szkolenia, a nawet e-learning, odchodzą w zapomnienie. Skuteczne przekazywanie wiedzy coraz częściej łączy się z innowacyjnymi technologiami. Game-based learning wykorzystuje zaangażowanie graczy. Mechanizm grywalizacji bazuje na naturalnej rywalizacji graczy. Gry szkoleniowe pozwalają przetestować efekt podejmowanych decyzji w bezpiecznym środowisku symulacji komputerowych. Do 2022 roku wartość rynku gier learnignowych wyniesie 8,1 mld dolarów. Przyszłością edukacji jest też technologia wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości.

– Głównym wyzwaniem rynku szkoleniowego jest poszukiwanie nowych form przekazu treści, które zaangażują uczestników. Tradycyjne szkolenia i wykłady w pewnym momencie się nużą, podobnie jak e-learning. Grywalizacja, uczenie poprzez gry, jest najnowszą formą przekazywania wiedzy, najbardziej angażującą, która powoduje, że ludzie chcą się uczyć. Uczenie przychodzi przy okazji czegoś przyjemnego, gry kojarzone są z przyjemnością, a szkolenia postrzegane są jako praca, to istota uczenia poprzez gry i grywalizacji w szkoleniach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Szymon Truskolaski, prezes DOJI – Educational Innovations.

Firmy coraz częściej szukają szkoleń dopasowanych do bardzo konkretnych potrzeb pracowników. Pracodawcy odchodzą od tradycyjnych, mało efektywnych rozwiązań, stawiają przede wszystkim na ich przydatność w pracy. Na rynku z sukcesem zostały przyjęte szkolenia, które w niektórych elementach wykorzystywały gry. Znacznie lepsze efekty przynoszą jednak gry komputerowe, które przemycają treści edukacyjne. Takie rozwiązanie sprawdza się u najmłodszych, gry komputerowe wykorzystywane są w nauce historii czy geografii. Gry w innych wersjach językowych uczą języków obcych.

– Rewolucja gamingowa jest właściwie nieunikniona, nadejdzie prędzej czy później. Rynek szkoleniowy w tej chwili jest na początku tej rewolucji. Większość ludzi, którzy zajmują się rynkiem szkoleniowym, o grach szkoleniowym oczywiście słyszała, choć gry szkoleniowe są traktowane jako pewna ciekawostka – brakuje przekonania, że nie jest to tylko przyjemność, lecz jednocześnie coś, co pozwoli uczyć. Dlatego ważne jest, aby gra szkoleniowa miała element analityczny, który pozwoli pokazać, że pewne zachowania zostały nauczone, że granie jest efektywne pod kątem uczenia się – ocenia Truskolaski.

Gry learningowe w dużej mierze opierają się na elementach rywalizacji. Grywalizacja zwiększa zaangażowanie zespołu, wykorzystuje też sprzężenie zwrotne, czyli otrzymanie nagrody po wykonaniu określonej czynności.

– Przyjemność daje bycie lepszym od innych, ale to wszystko jest starszym podejściem do grywalizacji. W nowszym podejściu zwraca się uwagę na to, aby cele, które gracz ma realizować, nie były sprzeczne z jego celami, narzuconymi odgórnie. Zwraca się uwagę bardziej na kooperację, współdziałanie, nie tak bardzo na współzawodnictwo i rywalizację. To zmiana postrzegania – przekonuje prezes DOJI – Educational Innovations.

Raport Ambient Insight wskazuje, że rynek gier szkoleniowych w ciągu najbliższych pięciu lat będzie rosnąć w tempie ponad 20 proc. w skali roku i do 2022 roku osiągnie wartość 8,1 mld dolarów. To oznacza, że względem 2017 roku (3,2 mld dolarów) wzrośnie ponad dwukrotnie. Jak ocenia Truskolaski, gry learnignowe to nie tylko gry symulacyjne, lecz także coraz częściej oparte na technologii wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości (VR i AR). Przykładem tego, że wirtualna rzeczywistość sprawdza się w edukacji, mogą być zajęcia z kryminalistyki na prawie w Akademii Leona Koźmińskiego. Przy użyciu gogli VR studenci mogą dokonywać oględzin miejsca zbrodni.

– W szkoleniach dzięki VR można wykreować jakieś środowisko wirtualne, które reprezentuje stanowisko pracy. Wszystko wywodzi się z symulatorów dotyczących trenowania pilotów czy żołnierzy, to też ciekawa ścieżka uczenia za pomocą VR służb takich jak policja, wojsko, służby ratunkowe. Jeszcze inną ciekawą ścieżką jest AR, rzeczywistość rozszerzona, która polega na tym, że nakłada się wytwór, którego nie ma, na rzeczywistość, która faktycznie istnieje, chociażby jakąś instrukcję, strzałkę, jak coś wykonać, to też jest przyszłość rynku szkoleniowego – wskazuje dr Szymon Truskolaski.

Po połączeniu dwóch gigantów sektora naftowo-paliwowego na inwestycje trafi 2 mld zł. Pomogą one zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne kraju

Po połączeniu dwóch gigantów sektora naftowo-paliwowego na inwestycje trafi 2 mld zł. Pomogą one zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne kraju 10

PERN, regionalny lider logistyki surowcowej, po połączeniu z OLPP, największym w kraju przedsiębiorstwem w obszarze magazynowania paliw płynnych, zapowiada duże inwestycje. W ciągu 4 lat na rozbudowę infrastruktury zbiornikowej, projekty z zakresu automatyzacji procesów przesyłu i magazynowania oraz cyberbezpieczeństwa ma trafić 2 mld zł, z czego 500 mln zł w najbliższym roku. Wszystko to przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego kraju – podkreślają przedstawiciele spółki.

– W strategii opracowanej na 4 lata na inwestycje przeznaczymy 2 mld zł, a w najbliższym roku ok. 500 mln zł po połączeniu dwóch spółek – PERN i OLPP. To przede wszystkim inwestycje związane z rozbudową infrastruktury zbiornikowej. W Gdańsku rozpoczynamy w przyszłym roku inwestycję, ok. 0,5 mln metrów sześciennych dla ropy. Poza infrastrukturą pojemnościową mamy także cały obszar kończenia projektów z zakresu automatyzacji procesów przesyłu i magazynowania oraz cyberbezpieczeństwa – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tadeusz Zwierzyński, wiceprezes zarządu PERN.

W sektorze paliwowym planowane jest zwiększenie o 300 tys. mkw. powierzchni magazynowej, z czego 100 tys. w 2018 roku. Obecnie PERN dysponuje 3,5 mln mkw. powierzchni magazynowej na ropę naftową. Grupa kontroluje 66 proc. wszystkich rurociągów paliwowych w Polsce oraz wszystkie rurociągi surowcowe (łącznie 2,5 tys. km długości).

 Realizowane programy inwestycji gonią potrzeby. Chodzi o to, aby zwiększyć pojemności nie tylko dla klientów, których potrzeby są raczej stabilne z punktu widzenia wolumenu, lecz przede wszystkim zabezpieczyć pojemności magazynowe i zdolności przesyłania dla zapasów obowiązkowych oraz potrzeb Agencji Zapasów Materiałowych – mówi Tadeusz Zwierzyński.

Jak podkreśla Tadeusz Zwierzyński, w ten sposób połączenie spółek wpłynie na wzrost bezpieczeństwa energetycznego kraju. Proces od strony formalnej jest na ostatniej prostej.

 Połączenie dwóch spółek, gdzie OLPP jest spółką w 100 proc. zależną od PERN, z punktu widzenia formalnego jest dosyć prostym procesem. W Kodeksie spółek handlowych przewidziane jest połączenie w wersji uproszczonej, w związku z tym wymagane są wszystkie zgody korporacyjne wszystkich organów PERN: zarządu, rady nadzorczej, walnego zgromadzenia, i wszystkich organów OLPP: zarządu, rady nadzorczej, zgromadzenia wspólników. Te wszystkie zgody już mamy – podkreśla Rafał Miland, wiceprezes zarządu PERN.

Zarządy obu firm już od kilku miesięcy prowadziły z pracownikami i związkami zawodowymi otwarty dialog na temat połączenia. Jak przekonuje Rafał Miland, kwestie społeczne były traktowane priorytetowo. Rozmowy miały zniwelować ewentualne niepokoje wśród załogi. W ramach wzajemnych ustaleń pracodawca zobowiązał się do gwarancji zatrudnienia, przekształcenie dodatku za staż pracy w stały dodatek do wynagrodzenia zasadniczego czy włączenie do wynagrodzenia zasadniczego 20 proc. premii regulaminowej. Zwiększono także budżet premiowy. W efekcie rozmów pod koniec września zostało podpisane porozumienie, a związki zawodowe wydały zgodę na zmiany w Zakładowym Układzie Zbiorowym Pracy.

 Analogiczne działania są podejmowane w OLPP. Tam jeszcze porozumienie nie jest zawarte, natomiast jest już wynegocjowane co do najważniejszych założeń. Pozostają jeszcze techniczne kwestie, które omawiamy ze związkami zawodowymi i mamy nadzieję, że w październiku porozumienie zostanie również zawarte w OLPP – zapowiada Rafał Miland.

Połączenie ma wejść w życie 2 stycznia 2018 roku. Po konsolidacji ma powstać jeden, duży podmiot, który będzie w stanie skutecznie konkurować na rynku i realizować duże inwestycje. Przedstawiciele spółki przekonują, że po połączeniu firma będzie się zajmować nie tylko przeładunkiem morskim ropy oraz jej transportem, lecz także magazynowaniem i transportem rurociągowym paliw.

Proces konsolidacji nie powinien być w żaden sposób negatywnie odczuwalny dla klientów. Po połączeniu spółka ma oferować nowe usługi, a klienci przy negocjacjach będą rozmawiać z jednym kontrahentem.

 W sytuacji, gdy mamy dwa odrębne podmioty, z oczywistych względów trzeba się dogadywać z jednym i drugim. Połączona firma PERN będzie mogła zaoferować kompleksową usługę, choć są też klienci, którzy korzystają tylko z jednej z tych dwóch możliwości, tylko z tłoczenia czy magazynowania ropy, czy też magazynowania i obrotu paliwami. Obsłużymy obu tych klientów, mamy nadzieję, że lepiej niż dotychczas – podkreśla Rafał Miland.