Zakupowcy upatrują dużej szansy w analityce biznesowej

IDC prognozuje, że przychody ze sprzedaży aplikacji, narzędzi oraz usług z obszaru Big Data oraz Business Analytics zwiększą się o ponad 50% – z prawie 122 mld dolarów do ponad 187 mld dolarów w 2019 roku. Jednocześnie na znaczeniu zyskują coraz bardziej wyrafinowane narzędzia i techniki analityczne – data mining, wizualizacja, czy systemy uczące się. Potwierdzają to dane Gartnera, według których zaawansowana analityka utrzyma pozycję najszybciej rozwijającego się segmentu Business Intelligence i urośnie o 14% osiągając na koniec tego roku wartość 1,5 mld dolarów. Dynamiczny rozwój tego typu narzędzi analitycznych to olbrzymia szansa dla biznesu. Dla przykładu, według szacunków Infosys Poland odpowiednio prowadzony proces w obszarze zakupów (ang. Sourcing and Procurement) w połączeniu z zaawansowaną analityką biznesową to możliwość wygenerowania oszczędności rzędu 5-15% w skali roku.

Zjawisko Big Data to z jednej strony ciągle duże wyzwanie dla firm, a z drugiej – olbrzymia szansa na zwiększenie ich przewagi biznesowej i bycia o krok przed konkurencją. Warunkiem jest jednak korzystanie z coraz bardziej innowacyjnych narzędzi analitycznych, które pozwolą na sprawną i kompleksową interpretację danych.

Porównując aktualne realia do sytuacji sprzed kilku lat obserwujemy olbrzymi wzrost potencjalnych źródeł danych, które przedsiębiorstwa nie tylko mogą, ale wręcz muszą brać pod uwagę podejmując strategiczne decyzje biznesowe. Warto odnieść się choćby do roli Internetu Rzeczy w branży handlowej. Na podstawie terabajtów danych płynących z urządzeń mobilnych, handlowcy mogą na bieżąco analizować zachowania konsumentów i w zależności od potrzeb, zmieniać swoją ofertę. A im więcej zmiennych, tym większa szansa, że lepiej zinterpretujemy sytuację i dobierzemy bardziej optymalne rozwiązania. W przypadku dużych projektów biznesowych, które są prowadzone np. w działach zakupów, prawidłowa analiza danych przynosi dużą wiedzę którą można wykorzystać w planowaniu, budżetowaniu, negocjacjach i osiągnąć realne korzyści finansowe – komentuje Magdalena Boskar Dyrektor ds. Operacji Zakupowych Infosys Poland.

Zakupy to jeden z najważniejszych obszarów działalności centrów usług dla biznesu. Według raportu Technavio to właśnie ten segment zdominował branżę w ubiegłym roku, a w kolejnych 4 latach ma urosnąć o prawie 5%[1]. Jak tłumaczy Anna Szuminska, Dyrektor Zarządzający Usługami Zakupowymi w Infosys Poland, w odniesieniu do projektów zakupowych możemy mówić o zarządzaniu daną kategorią lub katalogiem produktów, na co składa się analiza ofert dostawców, przygotowanie kontraktów oraz ich negocjowanie. Z kolei w przypadku zarządzania płatnościami możemy analizować wpływ terminów płatności na rentowność firm, czy szukać optymalizacji w procesie płatności tak, aby korzyści odczuł zarówno klient, jak i dostawca.

W każdym przypadku mamy do czynienia z tworzeniem modeli sytuacyjnych i prognozowaniem tego, co nastąpi. Zakupy nie są jedynie funkcją wsparcia dla firm, ale istotnym elementem wpływającym na ich kondycję finansową. Efektywny proces zakupowy połączony z zaawansowaną analityką może przynieść organizacji oszczędności od 5% do 15% w skali roku – mówi Magdalena Boskar.

Co przyniosą kolejne lata?

Jednym z najważniejszych priorytetów dla firm z sektora będzie poszukiwanie jeszcze większej efektywności kosztowej i operacyjnej. Wynegocjowanie lepszych cen zakupów danej kategorii produktów, czy warunków kontraktów z dostawcami można osiągnąć dzięki efektowi synergii, czyli zakupom grupowym, które mogą dotyczyć oprogramowania, sprzętu IT, czy artykułów biurowych. Głównym wyzwaniem w tym zakresie są zasady bezpieczeństwa, czyli jeden z fundamentalnych elementów kontraktów outsourcingowych. Konieczne więc będzie stworzenie modelu grupowych zakupów, który byłby dedykowany specyficznym wymaganiom klientów sektora usług – dodaje Anna Szumińska.

[1]Global General and Administrative Outsourcing (GAO) Market 2016-2020

Prezes RAFAMET S.A. podsumowuje wyniki za 2016 rok

W 2016 roku Grupa Kapitałowa RAFAMET wypracowała zysk netto w wysokości 4 milionów złotych przy sprzedaży ogółem w wysokości 109 milionów złotych. Większa część przychodów została zrealizowana na rynku zagranicznym. Spółka z Kuźni Raciborskiej przywraca świetność marce „PORĘBA 1798”, wdraża do produkcji nowe rozwiązania konstrukcyjne i kontynuuje budowanie kompetencji innowacji.

Rok 2016 w firmie RAFAMET S.A.

Celem działań zarządczych w roku 2016 oraz w latach następnych będzie budowanie na wielu obszarach aktywności biznesowej Spółki kompetencji innowacji. Rozumiejąc, że cel ten jest wypadkową strategii firmy i posiadanego portfela projektów innowacyjnych, w ostatnim okresie zrealizowaliśmy wiele takich przedsięwzięć. Co ważniejsze, innowacje jako wyzwanie są stale obecne w codziennych działaniach firmy. Stworzyliśmy w firmie przeświadczenie o bezwzględnej konieczności działań „innowacyjnych”, tak w zakresie myślenia o nowych produktach i rynkach, jak również w odniesieniu do modyfikacji kultury organizacyjnej firmy – podkreślał E. Longin Wons, Prezes Zarządu Fabryki Obrabiarek RAFAMET S.A. w liście do akcjonariuszy z roku ubiegłego.

Spółka z powodzeniem realizuje te zapowiedzi. W 2017 roku do pełnej produkcji wdrożone zostały rozwiązania związane z podtorowymi ciężkimi i lekkimi obrabiarkami typu tandem, tj. „podwójną” obrabiarką toczącą profil jezdny czterech kół pojazdu szynowego symultanicznie. Również od 2017 roku oferty handlowe dla użytkowników obrabiarek podtorowych są wzbogacane o gamę pojazdów szynowo-drogowych. – Jesteśmy przekonani, że nasz nowy wyrób pod nazwą 3RS (Rafamet-Rail-Road-Shunter) będzie stopniowo zdobywał rynek użytkowników taboru szynowego – mówi E. Longin Wons.

Na bazie zakupu marki obrabiarkowej „Poręba 1798” wraz z dokumentacją konstrukcyjną i technologiczną oraz pełnymi prawami autorskimi do niej realizowany jest „Projekt PORĘBA”. W oparciu o zawarte kontrakty, w 2017 roku wyprodukowanych zostanie kilka typów obrabiarek tej marki, m.in. dla odbiorców z Indii oraz Iranu. Budowanie oddzielnej marki tokarek poziomych PORĘBA odbywa się przy wykorzystywaniu nowo powstałej firmy PORĘBA 1798 Machine Tools.

W roku 2017 nastąpi realizacja kolejnych etapów inwestycji związanych z budową centrum obróbki skrawaniem elementów wielkogabarytowych. Oddana do eksploatacji zostanie wiertarko – frezarka  WFA 200 CNC, a rozpoczęte zostaną długoterminowe prace nad budową frezarki bramowej FBA 320 CNC typu gantry ze stołem obrotowym. Każda z tych inwestycji posiada budżet realizacji w wysokości około 5-6 milionów złotych.

W 2017 roku firma RAFAMET S.A. dziewiąty raz z rzędu planuje podzielić się zyskiem z akcjonariuszami. Zarząd zaproponował przeznaczenie na ten cel do 50% zysku netto osiągniętego za rok 2016.
W 2016 r. większą część swoich przychodów Grupa Kapitałowa RAFAMET zrealizowała na rynku zagranicznym. Sprzedaż na ten rynek stanowiła 84% ogółu sprzedaży produktów i usług. Głównymi odbiorcami były m.in. Chiny, Węgry, Niemcy, Włochy, Etiopia, Arabia Saudyjska, Rumunia oraz Tajlandia.
W 2017 roku Spółka będzie koncentrować się na rynkach: Europy (Polska, Węgry, Czechy, Francja, Turcja, Rosja, Belgia), Afryki (Maroko, Mauretania, RPA), a także Bliskiego i Dalekiego Wschodu (m.in. Chiny, Indie, Tajlandia, Malezja, Singapur, Indonezja, Arabia Saudyjska, Katar). Firma pracuje również nad jednostkowymi kontraktami dla odbiorców z Australii oraz Japonii.

Autor: Anna Koza, Adventure Media

Trzy podwyżki i krach – prawda czy fałsz?

Rezerwa Federalna podniosła stopy procentowe o kolejne 25 punktów bazowych. Była to już trzecia podwyżka, z pierwszą mieliśmy do czynienia w grudniu 2015 roku, następną rok później, czyli grudzień 2016, natomiast trzecia podwyżka nastąpiła stosunkowo niedawno – 15 marca.

W ramach kolejnej, trzeciej podwyżki warto zwrócić na słynne powiedzenie David’a Stockman’a „Trzy podwyżki i krach”. Podwyżka stóp procentowych zawsze wyłania największych pesymistów mówiących o tym, że zacieśnianie monetarne przyniesie murowany krach na giełdzie. Ale… czy to w ogóle ma sens?

Aby przekonać się, czy zasada trzech podwyżek stóp procentowych jest w jakikolwiek sposób uzasadniona przyjrzymy się czterem ostatnim cyklom podwyżek stóp procentowych na tle indeksu S&P 500.

Zacieśnianie monetarne 1994-1995

Przez dwa lata Rezerwa Federalna podniosła stopy procentowe z 3.00 proc. do 6.00 proc. Stopy procentowe poszły w górę o 300 punktów bazowych, ale w tym czasie dokonano jedynie 7 podwyżek. Jednorazowe podwyżki stóp procentowych wahały się od 25 punktów bazowych do 75 pb. Co się stało z akcjami? Po pierwszej podwyżce stóp procentowych nastąpiła korekta, następnie indeks kontynuował trend wzrostowy rozpoczęty kilka lat wcześniej.

Zacieśnianie monetarne 1994-1995

Zacieśnianie monetarne 1994-1995

Źródło: Bloomberg

Stosując się do zasady trzech podwyżek i krachu dokonalibyśmy sprzedaży indeksu w dołku korekty, zatem w tym przypadku zasada „trzy podwyżki i krach” została obalona.

Warto zauważyć, że Rezerwa Federalna w 1997 roku po trzech obniżkach dokonała jednej podwyżki stóp procentowych. Niemniej jednak, jedna podwyżka nie zalicza się już do naszej analizy.

Zacieśnianie monetarne 1999-2000

Na początku 1999 roku Rezerwa Federalna rozpoczęła kolejny cykl podwyżek stóp procentowych. Koszt pieniądza powędrował z 4.75 proc. do 6.25 procenta. W tym czasie doszło do 6 podwyżek stóp procentowych, a tylko po pierwszej z nich doszło do mocniejszej korekty. W tym przykładzie słynne powiedzenie „trzy podwyżki i krach” również nie znalazło zastosowania.

Zacieśnianie monetarne 1999-2000

Zacieśnianie monetarne 1999-2000

Źródło: Bloomberg

Po serii podwyżek stóp procentowych wyprzedaż akcji została aktywowana dopiero po kilku miesiącach. Osoby, które ślepo podążałyby za powiedzeniem „trzy podwyżki i krach” musiałyby poczekać niecały rok, aby scenariusz został zrealizowany.

Zacieśnianie monetarne 2004-2006

Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku rozpoczął cykl podwyżek w połowie 2004 roku, trwały one do połowy 2006 roku. Przez dwa lata stopy procentowe zostały podwyższone 17 razy, z poziomu 1 proc. do 5,25 proc. Niestety słynne powiedzenie „trzy podwyżki i krach” nie przełożyło się na rynek.

Zacieśnianie monetarne 2004-2006

Zacieśnianie monetarne 2004-2006

Źródło: Bloomberg

Gdybyśmy posłużyli się tą zasadą, to na krach musielibyśmy czekać ponad dwa lata.

Zacieśnianie monetarne 2015-201X

Rezerwa Federalna pierwszy raz od 8 lat podniosła stopy procentowe. Z rekordowo niskiego poziomu 0.25 proc. stopy zostały podniesione trzy razy po 25 punktów bazowych. Na dzień dzisiejszy bessa nie zawitała na rynek, ale każdy o niej mówi.

Zacieśnianie monetarne 2015-201X

Zacieśnianie monetarne 2015-201X

Źródło: Bloomberg

Wnioski

Analizując cztery powyższe przykłady możemy odrzucić słynne powiedzenie „trzy podwyżki i krach”. Niemniej jednak warto spojrzeć, co się działo kilka tygodni po zaprzestaniu podwyższania kosztu pieniądza (i powrotu do obniżek stóp procentowych). Wynik zawsze ten sam : recesja oraz krach finansowy. Od dawien dawna destabilizacja finansowa przebiega w bardzo podobny sposób:

niskie stopy procentowe –> euforia –> zacieśnianie monetarne –> panika

Okresy niskich stóp procentowych powodują nadmierne zadłużanie się na poziomie korporacyjnym, rządowym oraz osobistym. Po podwyżkach stóp procentowych coraz większy odsetek społeczeństwa ma problem ze spłatą zadłużenia, co destabilizuje system finansowy, a także doprowadza do kryzysu finansowego. Poniższy wykres świetnie przedstawia moment, w którym Rezerwa Federalna kończyła z zacieśnianiem polityki pieniężnej i powracała do luźnej polityki monetarnej.

stopy procentowe FED

Reasumując, stopy procentowe będą podnoszone do momentu, w których zaistnieje „destabilizacja” całego systemu finansowego, po którym – oczywiście – powrócimy do niskich stóp procentowych i cała karuzela zacznie się od nowa.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Kurs funta w górę po informacji na temat wzrostu brytyjskiej inflacji

Funt brytyjski mocno zyskuje po tym jak inflacja CPI wzrosła w lutym aż o 2,3% rok do roku. Analitycy spodziewali się wzrostu jedynie na poziomie 2,1%. Jest to największy wzrost tego wskaźnika od września 2013 roku i po raz pierwszy od trzech lat przekroczył on cel inflacyjny Banku Anglii. W ujęciu miesiąc do miesiąca inflacja wzrosła o 0,7% wobec prognozy na poziomie 0,5%, a  jeszcze rok temu Brytyjczycy mieli  0,5% deflację. Również inflacja bazowa CPI, z wyłączeniem cen żywności i energii, wzrosła w lutym aż o 2% rok do roku wobec oczekiwanego 1,8% wzrostu, czyli najmocniej od połowy 2014 roku. Lutowy raport odnotował również pierwszy od prawie trzech lat wzrost cen żywności o 0,3% w ujęciu rok do roku.

Para GBPUSD zareagowała prawie 1% umocnieniem na te mocne dane inflacyjne i handluje w pobliżu poziomu 1,2470, najwyżej od końca lutego. Para EURGBP która przed danymi umacniała się, po publikacji straciła 0,7% i obecnie handluje w pobliżu poziomu 0,8660. Para GBJPY rośnie 0,9% handlując w pobliżu poziomu 140,30. Po publikacji danych brytyjska waluta zyskała również około 3 groszy do złotówki i za jednego funta trzeba obecnie płacić niecałe 4,92 zł. Głównymi przyczynami tak silnego wzrostu inflacji jest odzwierciedlenie 17% spadku wartości funta względem koszyka głównych walut od momentu ogłoszenia wyników referendum w sprawie Brexitu oraz wzrost cen ropy naftowej.

Pomimo iż inflacja przekroczyła cel inflacyjny Banku Anglii na poziomie 2,0%, nie oznacza to iż Bank będzie skłonny do szybkiej reakcji w postaci podwyżki stóp procentowych. Po ostatnim posiedzeniu Komitetu Polityki Monetarnej bankierzy dali jasno do zrozumienia, iż Bank będzie tolerował inflację na poziomie przekraczającym 2% dopóki wspiera to wzrost gospodarczy. Natomiast jeden z członków Komitetu, Pan Kristin Forbes, wyłamał się już z szeregu i głosował na ostatnim posiedzeniu za podwyżką stóp procentowych, a część z pozostałych członków zaczyna sugerować możliwość takiego ruchu na kolejnych posiedzeniach MPC.  Tym bardziej, iż najnowsze prognozy Banku Anglii przewidują wzrost inflacji CPI do poziomu niecałych 3% pod koniec roku. A inflacja może się utrzymywać powyżej poziomu 2% aż do połowy 2019 roku. Natomiast prezes Banku Anglii  Mark Carney, który przemawiał dziś w Londynie na temat problemów w bankowości, nie odniósł się do opublikowanych dziś danych.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Prezes Mostostal Warszawa S.A. podsumowuje wyniki za rok 2016

Rok 2016 był wyzwaniem dla całej branży budowlanej z uwagi na mniejszą od oczekiwanej liczbę postępowań przetargowych – w szczególności w zamówieniach publicznych. Podkreślić natomiast należy, iż w stosunku do roku 2015 odnotowaliśmy 44-procentowy wzrost w zakresie wartości podpisanych kontraktów w stosunku do roku poprzedniego. W 2016 roku Grupa Mostostal Warszawa pozyskała nowe kontrakty na łączną kwotę 0,6 mld zł.

Pomimo spadku produkcji budowlano-montażowej, Grupa Mostostal Warszawa kontynuowała zapoczątkowaną w 2014 roku tendencję pozytywnych wyników finansowych i zakończyła rok zyskiem brutto w kwocie 41 mln zł. W 2016 roku Grupa odnotowała 15 mln zł zysku netto z działalności kontynuowanej, w którym uwzględnione zostało zdarzenie jednorazowe, jakim było utworzenie odpisu na część aktywa z tytułu podatku odroczonego w kwocie 12 mln zł, co w konsekwencji wpłynęło na obniżenie wyniku netto o tę kwotę. Osiągnęliśmy skonsolidowany przychód ze sprzedaży w kwocie 1,4 mld zł, który w porównaniu do 2015 roku wzrósł o 10 %.

Na dzień 31 grudnia 2016 roku Grupa Mostostal Warszawa posiadała 216 mln zł środków pieniężnych i ich ekwiwalentów. Zadłużenie finansowe, uwzględniając leasing, kredyty bankowe oraz dług korporacyjny względem Acciona Construcción S.A., wyniosło 221 mln zł.

Posiadamy bardzo korzystny profil zadłużenia finansowego, gdyż tylko 17 mln zł z 221 mln zł to kredyty bankowe i leasing (9 mln zł według stanu na dzień 31.12.2015 r.). Zredukowaliśmy również o 3 mln euro nasz dług korporacyjny w stosunku do Acciony Construcción S.A., który na koniec 2016 roku wyniósł 204 mln zł. Na dzień dzisiejszy terminy spłaty udzielonych pożyczek zostały wydłużone, co pozwoli nam na efektywne wykorzystanie tego dodatkowego źródła finansowania w dalszy rozwój Mostostalu Warszawa. Z uwagi na wysokie saldo pożyczek denominowanych w euro, Grupa Mostostal jest narażona na wpływ różnic kursowych z tego tytułu. Wartość ujemnych różnic kursowych od pożyczek ujętych w raporcie za 2016 rok wyniosła 7 mln zł.

Na koniec 2016 roku kapitał własny netto Grupy Mostostal Warszawa wyniósł 238 mln zł (w porównaniu do 31 grudnia 2015 r. zwiększył się o 6 %), natomiast zatrudnienie osiągnęło poziom 1.497 pracowników i było wyższe o 23 osoby w porównaniu do stanu na koniec 2015 roku.

Portfel zleceń Grupy na koniec 2016 r. wyniósł 1,4 mld zł. Największą jego część stanowiły kontrakty z sektora energetycznego. Grupa Mostostal Warszawa istotną część swoich zasobów koncentruje obecnie na budowie nowych bloków energetycznych nr 5. i 6. w Elektrowni Opole. Realizacja kontraktu w Opolu przebiega zgodnie z założonym harmonogramem. Poziom zaawansowania prac wynosi 65%. Pozostałą część portfela Grupy wypełniają kontrakty z sektora ogólnobudowlanego, przemysłowego, infrastrukturalnego oraz ochrony środowiska.

W związku z dobrą sytuacją finansową, Grupa Mostostal Warszawa konsekwentnie poszerza współpracę z instytucjami finansowymi w obszarze zwiększenia linii gwarancyjnych, umożliwiających pozyskanie nowych kontraktów. Od początku 2016 roku Grupa zwiększyła limity w ramach linii gwarancyjnych na kontrakty budowlane o 177 mln zł.

W dniu 8 marca 2017 roku Rada Nadzorcza Spółki zatwierdziła wynik finansowy za rok 2016
i zarekomendowała, aby zysk netto przeznaczyć na pokrycie strat z lat ubiegłych.

Na podstawie przeprowadzonej analizy przepływów środków pieniężnych, jak również struktury portfela zleceń, oceniam, że rok 2017 będzie rokiem kontynuacji pozytywnych wyników ekonomicznych Grupy Mostostal Warszawa.

Skonsolidowane sprawozdanie finansowe Grupy Mostostal Warszawa za rok 2016 dostępne jest na stronie internetowej Mostostal Warszawa w zakładce Raporty Okresowe.

Branża BSS lokuje się tutaj

Historia rozwoju branży BSS w Polsce sięga ponad dwudziestu lat. Przez ten czas nad Wisłą powstała unikalna sieć lokalizacji przyjaznych dla rozwoju biznesu. Jak wynika z raportu Fundacji Pro Progressio przyszłość rozwoju branży BSS to już nie jedynie wielkie aglomeracje, a miasta regionalne. To one wykazują mocny i dynamiczny potencjał inwestycyjny i kuszą inwestorów.  Oto 10 miast, które najskuteczniej zabiegają o miano przyjaznych dla rozwoju outsourcingu.

Siła miast regionalnych

Duże aglomeracje to kolebka biznesowych usług. To tutaj, w Krakowie czy Warszawie, rodził się outsourcing w Polsce i tu nastąpił dynamiczny rozwój tej branży. Według analizy przedstawionej w Raporcie Rocznym Fundacji Pro Progressio wyróżnić można nowy trend dotyczący lokowania biznesu. Widocznym zainteresowaniem inwestorów, zarówno polskich jak zagranicznych, cieszą się obecnie miasta regionalne. W związku z tym samorządowcy są coraz bardziej świadomi potencjału swoich regionów, ale również oczekiwań inwestorów.  By miasta regionalne przykuwały uwagę potencjalnych przedsiębiorców muszą oferować atrakcyjne warunki: ulgi podatkowe, ośrodki naukowo – badawcze, atrakcyjne ekonomicznie powierzchnie biurowe. To bardzo dobry trend, który wzmacnia dynamikę rozwoju nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce. Jednakże nie zapominajmy, że duże miasta wciąż są w grze i bardzo ciężko będzie przebić ich ofertę. Pamiętajmy, że im dłuższa historia biznesowa tym większa dojrzałość i znajomość rynku i potrzeb. – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.

„Oni wiedzą jak” być atrakcyjnym biznesowo

Fundacja Pro Progressio, jak co roku, przygotowała roczne podsumowanie dotyczące rozwoju sektora BSS w Polsce. W raporcie, który swoją premierę miał podczas styczniowej międzynarodowej konferencji „The BSS Forum” w Lublinie, wyróżniono 10 miast, które wykazują duży potencjał inwestycyjny dla nowoczesnego biznesu. Wśród nich dominują właśnie lokalizacje regionalne.

Poznań

W Poznaniu znajduje się ponad 25 uczelni wyższych, gdzie studiuje ponad 120 000 osób. Jest to ważny ośrodek naukowo – badawczy. W mieście inwestują wielkie podmioty świadczące usługi IT, w region Poznania mocno inwestują branże motoryzacyjna, farmaceutyczna i produkcyjna. W Poznaniu i okolicach miasta ulokowały się takie giganty jak Volkswagen, Bridgestone, GSK, MAN, Franklin Templeton i wielu innych.  W tym roku miasto już po raz trzeci zostało wyróżnione nagrodą Outsourcing Stars.

Szczecin

Miasto to ośrodek innowacyjnych technologii, nauki i przedsiębiorczości. Region bogaty jest w świetnie wykfalifikowaną kadrę, która sprawiła, że Szczecin stał się popularną lokalizacją usług BPO, SSC i ICT. Warto podkreślić również rozwój rynku powierzchni biurowej, który liczy obecnie około 120 000 m2 i nadal dynamicznie rośnie.

Pomorze

To region w szczególności atrakcyjny dla rynku szwedzkiego i japońskiego. Mieszczą się tutaj tacy liderzy jak Goyello, Metsa Group czy Thomson Reuters. W samym tylko 2016 roku powstało tu łącznie 11 inwestycji zagranicznych (9 nowych i 2 reinwestycje). W najbliższym czasie Intel planuje budowę centrum HR w Gdańsku.

Kielce

Stolica województwa świętokrzyskiego to siedziba dla ponad 28 tysięcy firm, zarówno tych wielkich, jak i mniejszych.  Jest również ważnym ośrodkiem akademickim, który przyciąga uwagę studentów atrakcyjną ofertą edukacyjną. Miasto skupia się na budowaniu swojego wizerunku, jako przyjaznego dla start–upów i młodych przedsiębiorców. Kielce stawiają na rozwój infrastruktury i komunikacji.

Łódź

20 funkcjonujących tu uczelni tworzy wykfalifikowaną kadrę pracowników w różnorodnych, pożądanych dziedzinach. Łódź oferuje konkurencyjne koszty najmu powierzchni biurowych w porównaniu do wielkich miast. Z racji dobrej lokalizacji i otoczenia siecią dróg i autostrad stała się atrakcyjna dla branży logistyki i transportu.

Rzeszów

Stolica województwa podkarpackiego to silny ośrodek przemysłu lotniczego, informatycznego, chemicznego, farmaceutycznego, finansowego i usługowego. W Rzeszowie mieście się ponad 23 000 przedsiębiorstw. Miasto otrzymało od Europejskiego Zgromadzenia Biznesu międzynarodowy certyfikat „ Najlepsze Miejsce dla Biznesu”.

Bydgoszcz

Bydgoszcz to miasto, które zdobyło pierwsze miejsce w raporcie „Doing Business in Poland 2015” przygotowanym przez Bank Światowy. Tutaj mieszczą się oddziały takich firm jak: Nokia, SDL Poland, Mobica Limited, PZU i Centrum Operacyjnego Banku Pocztowego. Miasto jest największym ośrodkiem akademickim w województwie kujawsko-pomorskim.

Opole

Capgemini, PWC, Asseco, Atos to tylko nieliczne z firm, które swoje ośrodki ulokowało w tym regionie. Studenci i absolwenci informatyki Politechniki Opolskiej i Uniwersytetu Opolskiego to atrakcyjna kadra dla inwestorów z branży IT.  Wśród 123 tysięcy mieszkańców Opola aż 26 tysięcy to właśnie studenci. Ze względu na 10% mniejszość niemiecką, w regionie chętnie lokują się firmy zza zachodniej granicy.

Częstochowa

W 2016 roku, Częstochowa znalazła się w raporcie PAlilZ, jako wschodząca gwiazda BPO. Według Young & Rubicam to czwarte na świecie polskie miasto pod względem siły marki. Lokalizacja przy najistotniejszych trasach komunikacyjnych Europy, przyjazna administracja, prężna współpraca na linii biznes – nauka – samorząd, to tylko nieliczne z atutów tego regionu.

Lublin

Lublin to największe i najprężniej rozwijające się miasto w Polsce Wschodniej. Od trzech lat atrakcyjność inwestycyjna Lublina wśród firm z sektora BSS rośnie wyjątkowo szybko, a wszystko dzięki silnemu zapleczu akademickiemu, wykfalifikowanej kadrze, bogatej ofercie powierzchni biurowej oraz relatywnie taniej ofercie prowadzenia działalności operacyjnej. Lublin w szczególności cieszy się zainteresowaniem branży bankowej, inwestycyjnej, ubezpieczeniowej i telekomunikacyjnej. Swoje centra operacyjne ulokowały takie firmy jak: PKO BP, Generali, Warta i Orange.

Jak mapowanie procesów sprzedaży może wpływać na Twoje zyski?

dr Agnieszka Grostal, ekspert w zarządzaniu sprzedażą, założycielka firmy doradczej Salents
dr Agnieszka Grostal, ekspert w zarządzaniu sprzedażą, założycielka firmy doradczej Salents

Mapa procesów to graficzne przedstawienie wzorcowej realizacji zadań
w danym przedsiębiorstwie. Można ją zrobić samemu, dzięki dostępnym
w Internecie prostym programom, bądź zlecić specjalistom jej profesjonalne wykonanie. Poznaj 4 główne powody, dla których warto mapować procesy sprzedaży.

  1. Szybciej znajdziesz źródło popełnionego błędu

Proces sprzedaży zazwyczaj rozpoczyna klient, który składa zamówienie – na mapie oznaczamy go jako „start”. Jest on inicjatorem wszystkich dalszych wydarzeń – począwszy od sprawdzenia stanu zapasów, poprzez wystawienie faktury, aż do wysyłki towaru.

Jednak im bardziej skomplikowany jest proces składania i realizacji zamówienia, tym większe prawdopodobieństwo, że gdzieś zostanie popełniony błąd i klient finalnie nie dostanie swojej przesyłki.

„Korzystając z mapy procesów, jesteśmy w stanie bardzo szybko prześledzić pracę wszystkich działów pracujących nad danym zamówieniem. Sprawdzamy, czy dział sprzedaży poprawnie przekazał informację do magazynu, a także czy skontaktował się z działem księgowości” – wyjaśnia dr Agnieszka Grostal, ekspert w zarządzaniu sprzedażą, założycielka firmy doradczej Salents i dodaje: – „Szybko wykryty błąd można błyskawicznie naprawić, dzięki czemu zminimalizujemy ryzyko utraty stałego klienta, dobrej reputacji i zysków.”

  1. Zoptymalizujesz procesy – usprawnisz pracę działów

„Analizując pracę wszystkich działów w swojej firmie na przejrzystej mapie, łatwo zauważyć, które procesy się duplikują. Nie dość, że są one niepotrzebne, to w dodatku nawarstwiają biurokrację i generują zbędne koszty. Podobnie jest z procesami, które poprzez złe połączenia między działami, trwają stanowczo zbyt długo” – mówi dr Agnieszka Grostal.

Posłużmy się w dalszym ciągu przykładem realizacji zamówienia towaru przez klienta. Jeśli pomiędzy magazynem a działem księgowości nie ma żadnej komunikacji, wszelkie informacje (np. o braku danego towaru) muszą przechodzić przez dział sprzedaży, który nie może przez to przyjmować dalszych, przynoszących nam zyski zamówień. Procedura trwa dwa razy dłużej, przez co zagrożona jest terminowość, a co za tym idzie jakość naszych usług. W dodatku wzrasta liczba roboczogodzin poświęcanych na jedną czynność, przez co często wydaje nam się konieczne zatrudnianie dodatkowych pracowników, choć jest to zupełnie niepotrzebnym wydatkiem.

  1. Ułatwisz sobie budowanie strategii sprzedaży

„W tym przypadku mapa procesów sprzedażowych pozwala nam porównać nasze wyidealizowane zamierzenia z realnymi możliwościami. Pomaga też zrozumieć znaczenie poszczególnych procesów i wzajemne zależności pomiędzy zespołami czy też działami. Po zoptymalizowaniu nieefektywnych procesów sprzedaży, możemy śmiało stworzyć wzorcowy przebieg realizacji zamówienia i przełożyć go na budowę naszej strategii sprzedaży.” – wyjaśnia dr Agnieszka Grostal.

  1. Szybciej wdrożysz nowych pracowników

Rotacja personelu jest nieunikniona, jednak warto usprawnić proces wdrażania każdego nowego pracownika. Zazwyczaj do szkolenia świeżo zatrudnionej osoby, delegowany jest pracownik z tego samego działu. Traci on wówczas czas potrzebny na spełnienie swoich codziennych obowiązków.

„Warto zminimalizować czasochłonność tego procesu, poprzez udostępnienie nowemu pracownikowi naszej mapy. Zdobywa on wówczas błyskawicznie wiedzę na temat sieci wzajemnych połączeń pomiędzy działami” – tłumaczy dr Agnieszka Grostal – „Wie już także ile czasu powinna mu zająć dana czynność, a także do kogo ma się zwrócić po wykonaniu swojego zadania. Co równie ważne – rozumie, jak jego codzienna praca wpływa na funkcjonowanie całego przedsiębiorstwa. Czuje się potrzebny i angażuje się w usprawnianie procesów.”

Zbuduj swoją mapę i zobacz, jak można ulepszyć kluczowe procesy decydujące o wynikach sprzedaży. Stworzenie jej nie tylko posłuży Tobie i Twoim pracownikom, ale także ewentualnym partnerom biznesowym. Jest przejrzystym i czytelnym dokumentem świadczącym o świetnej organizacji każdego przedsiębiorstwa.

4 na 5 organizacji korzysta z otwartego oprogramowania – open source podbija biznes

Otwarte oprogramowanie – czyli takie, które bazuje na dostępnym powszechnie kodzie  – to dziś nie tylko rozwiązania konsumenckie, ale także podstawa działania wielu gałęzi biznesu. Jak wynika z danych Black Duck, wykorzystuje je 78 proc. przedsiębiorstw. Co więcej, aż 2/3 ankietowanych przyznało, że przy wyborze rozwiązań IT, traktuje priorytetowo te oparte o open source. Według uczestników ostatniej edycji badania Annual Future of Open Source Survey do głównych zalet otwartego oprogramowania należą wysoka jakość i elastyczność.

Open source (OS) to oprogramowanie bazujące na ogólnodostępnym kodzie, którego twórcy dają także użytkownikom zielone światło na modyfikacje rozwiązań na własny użytek. Powszechna dostępność know-how sprawia, że wokół oprogramowania open source wytworzyła się społeczność specjalistów wymieniających się wiedzą i usprawniających kod. Otwarte oprogramowanie to dziś podstawa wielu systemów IT, wykorzystywanych w codziennym życiu – wystarczy wspomnieć o telefonach działających na systemach operacyjnych Android czy przeglądarce Mozilla Firefox. Warto jednak zauważyć, że stale rośnie popularność otwartego oprogramowania także wśród klientów biznesowych – wykorzystuje je obecnie 78 proc. przedsiębiorstw.

Biznes ceni otwarte rozwiązania

Ubiegłoroczne badanie Black Duck i North Bridge, Annual Future of Open Source Survey, pokazało, że biznes wyraźnie docenia zalety tego typu rozwiązań. 64 proc. z niemal 3,5 tys. ankietowanych uważa, że open source może pozytywnie wpłynąć na rozwój biznesowy ich przedsiębiorstwa. Do trzech najczęściej wymienianych zalet otwartego oprogramowania należą wysoka jakość, konkurencyjność i parametry techniczne, a także możliwość personalizacji.

To ważne, bo na temat otwartego oprogramowania wciąż pokutuje wiele mitów, takich jak chociażby ten, że coś co jest udostępnione za darmo jest gorszej jakości, niż oprogramowanie zamknięte. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – mówi Dariusz Świąder, Prezes Zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day. – Nad rozwiązaniami open source pracuje społeczność złożona z  setek tysięcy programistów, to więcej niż jest w stanie w pojedynkę zatrudnić jakikolwiek producent oprogramowania. Jednocześnie decydując się na programowanie z segmentu enterprise nie musimy obawiać się braku kontroli ponieważ jakość i bezpieczeństwo dostarczonych rozwiązań weryfikuje tzw. właściciel dystrybucji komercyjnej rozwiązania. Na przykład Red Hat utrzymuje komercyjne wersje Linuksa gwarantując nawet 10 letni czas życia wersji i jej zgodności technologicznej. Już od dziesięciu lat organizujemy doroczną konferencję Open Source Day skupiającą specjalistów IT, przedstawicieli biznesu i sektora publicznego i z roku na rok widzimy jak zainteresowanie i świadomość na temat otwartego oprogramowania rosną. W ubiegłorocznej edycji wzięło udział blisko 1000 uczestników. Mamy nadzieję, że tegoroczne wydarzenie, które odbędzie się 17 maja, zgromadzi ich jeszcze więcej.

W polskim biznesie, otwarte oprogramowanie cieszy się dużą popularnością m.in. w sektorze finansowym czy telekomunikacyjnym. Rozwiązania open source dla przedsiębiorstw są bardzo często darmowe – to za co płacą klienci to wsparcie w zainstalowaniu i utrzymaniu oprogramowania oraz serwis techniczny.

Dodatkową zaletą open source jest to, że unikamy uzależnienia od dostawcy, które polega na tym, że dokonując zakupu konkretnego oprogramowania jesteśmy zmuszeni zamówić u tego samego producenta również kolejne produkty aby uniknąć niekompatybilności. Co więcej, otwarte oprogramowanie można łatwo modyfikować, dostosowując je do indywidualnych potrzeb – w przypadku zamkniętego kodu trwa to o wiele dłużej lub w ogóle nie jest możliwe. Wreszcie, decydując się na rozwiązanie typu open source, mamy pewność, że nie zniknie ono za jakiś czas z rynku, kiedy producent uzna, że jego utrzymanie i dalszy rozwój nie są zgodne ze strategią biznesową – dodaje Dariusz Świąder, Linux Polska.

Open Source napędza technologiczne innowacje

Rozwiązania bazujące na otwartym oprogramowaniu dominują dziś w obrębie najszybciej rozwijających się dziedzin IT. Z ubiegłorocznego badania VisionMobile wynika, że ponad 90 proc. deweloperów zajmujących się internetem rzeczy korzysta z rozwiązań open source. Według firmy badawczej Gartner, do 2020  r. na świecie do sieci będzie podłączonych aż 20,8 miliarda urządzeń. Również rozwiązania big data, w które według Gartnera zainwestowało w 2016 r. 48 proc. przedsiębiorstw są w znacznej mierze oparte o open source. Najpopularniejsze obecnie systemy do zarządzania danymi, jak chociażby Apache Spark czy Hadoop bazują właśnie na otwartym kodzie.

Społeczność open source z pewnością napędza innowacje w sektorze technologicznym, m.in. dzięki efektowi skali i otwartym przepływie informacji. Na przykład firma VisionMobile szacuje, że obecnie społeczność programistów pracująca nad Internetem rzeczy liczy 300 tys. Do 2020 r. liczba ta ma sięgnąć 4,5 miliona. Niezwykle szybki rozwój technologii sprawia, że pojedyncze firmy nie są w stanie nadążyć za nim w pojedynkę – dlatego dla postępu technologicznego konieczny jest rozwój społeczności dzielącej się know-how i wspólnie pracującej nad rozwiązaniami. Co więcej, transparentność kodu charakterystyczna dla open source ma szczególne znaczenie dla rozwiązań takich jak internet rzeczy czy rozwiązania chmurowe. Podłączając przedmioty codziennego użytku do internetu czy przechowując dane online, chcemy mieć pewność, że kod, na którym bazują takie usługi nie naraża na szwank naszej prywatności i bezpieczeństwa danych – komentuje Dariusz Świąder, Linux Polska.

Wiosenna nuda na rynkach finansowych

  • Lekkie spadki na Wall Street, Nikkei zniżkuję, China50 zwyżkuje w Australii płasko.
  • Polityka wywiera silną presję na dolara.
  • Odbicie funta – Brexit formalnie przypieczętowany, inflacja na Wyspach wyższa niż zakładano.

Dzisiejszą sesję na światowych rynkach można opisać tylko jednym słowem – nudna. Jeszcze wczoraj indeksy na Wall Street odnotowały lekkie spadki. Dziś przedpołudniem japoński Nikkei 225 zniżkuje, chiński China50 zwyżkuje, ale nie więcej niż 0,5%, natomiast australijski ASX jest kompletnie płaski.

Kurs dolaraDolar amerykański wciąż jest pod presją, tym razem na notowaniach waluty odbija się decyzja FBI dotycząca ewentualnego śledztwa w sprawie domniemanych związków prezydenta Trumpa z Rosją oraz podejrzeń dotyczących wpływu rosyjskich służb na przebieg ubiegłorocznych wyborów prezydenckich w USA. Amerykańscy inwestorzy muszą się w najbliższym okresie liczyć z silnym wpływem wydarzeń politycznych na poczynania rynków. Najsłynniejszy indeks walutowy US Dollar Index (USDX) oscyluje wokół poziomu 100 punktów. Zejście poniżej pułapu 99 punktów będzie bez wątpienia niespodzianką, tym bardziej, iż FED zapowiedział w ubiegłym tygodniu jeszcze przynajmniej dwie podwyżki stóp procentowych w tym roku. Z analizy danych platformy inwestycyjnej eToro wynika, iż mimo wszystko w tym momencie inwestorzy przejawiają byczy sentyment w stosunku do amerykańskiej waluty – 88 proc. z nich zajmuje pozycję długą, stawiając na kupno dolara.

To już oficjalne Wielka Brytania złoży wniosek dotyczący rozpoczęcia procedury wyjścia z Unii Europejskiej 29 marca. Koniec zawirowań politycznych w parlamencie oraz zachowanie ustalonego przez premier May kalendarza działań skutkują odzyskaniem przez funta pewności siebie. Brytyjska waluta od rana zwyżkuje i w stosunku do dolara przekroczyła poziom 1,2450. Powodem wzrostu są także opublikowane dziś dane dotyczące poziomu inflacji konsumenckiej w Wielkiej Brytanii – dynamika wskaźnika cen i usług konsumpcyjnych wyniosła 2,3%, natomiast analitycy zakładali wzrost na poziomie 2,1%.  Jest to pierwszy od 2013 r. wynik, który przekracza wyznaczony przez Bank Anglii cel inflacyjny Banku Anglii (2%), co może skłonić naczelnika banku, Marka Carney’a do pójścia w ślady swoich kolegów z FED i zdecydowania się podwyżkę stóp procentowych w najbliższej przyszłości.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Zastrzeżenie

Ta informacja służy jedynie celom informacyjnym i edukacyjnym. Nie powinna być traktowana jako porada albo rekomendacja inwestycyjna. Przeszłe wyniki nie dają gwarancji osiągnięcia rezultatów w przyszłości. Trading wiąże się z ryzykiem. Ryzykuj tylko kapitał, na którego stratę jesteś przygotowany.

Wszystkie dane, liczby i wykresy są aktualne na dzień 21 marca.

Lokale z wyższej półki na celowniku inwestorów

W dużych miastach rośnie oferta nowych lokali w segmencie premium. To efekt wzmożonego zainteresowania inwestycjami prestiżowymi, o wysokim standardzie.

Już w III kwartale 2016 r. przedstawiciele REAS zwrócili uwagę na wzrost przeciętnej ceny mkw. lokali wprowadzanych do sprzedaży. Ich zdaniem, może to się wiązać nie tylko z mniejszym udziałem mieszkań spełniających limity cenowe MdM – po II kwartale br., w którym uruchamiane były głównie inwestycje w segmencie podstawowym, deweloperzy zaczęli najprawdopodobniej uzupełniać ofertę w segmencie mieszkań o podwyższonym standardzie i apartamentów – tłumaczą eksperci REAS. Z kolei jeśli porównamy IV kw. 2016 r. z analogicznym okresem rok wcześniej – zanotujemy średni wzrost cen o 6 proc.

Spostrzeżenia analityków REAS potwierdzają deweloperzy, przekonując, że choć czas sprzedaży ofert z wyższej półki jest dłuższy w porównaniu do komercjalizacji inwestycji popularnych, mieszkania droższe i o wyższym standardzie cieszą się coraz większą popularnością wśród nabywców.

– W tym segmencie kupowane są lokale nie tylko na potrzeby własne ale również i przez inwestorów. Choć na celowniku rynku inwestycyjnego są głównie tańsze oferty popularne a kupno „M” z wyższej półki wiąże się naturalnie z większymi wydatkami finansowymi, to zysk z jego najmu bywa naprawdę obiecujący. Inwestorzy mogą w tym przypadku liczyć nawet na 8- 9 proc. stopę zwrotu w skali roku, podczas gdy średnie zyski najmu oscylują obecnie na poziomie 4-5 proc. w głównych miastach Polski. Dodatkowo, oprocentowanie lokat bankowych i obligacji w dalszym ciągu sprzyja inwestowaniu w nieruchomości – wyjaśnia Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord SA.

 Obiecująca przyszłość

Z pewnością kolejnych projektów w segmencie z wyższej półki nie zabraknie w nadchodzących latach. Deweloperów do tych projektów zachęcają informacje o bogaceniu się polskiego społeczeństwa. Na przykład, analitycy KPMG, w najnowszej edycji raportu „Rynek Dóbr Luksusowych”, wyceniają wartość polskiego rynku dóbr luksusowych w 2016 r. na 16,4 mld zł, o 15 proc. więcej w porównaniu z ubiegłym rokiem. I na tym nie koniec bo do 2020 r. wartość ta ma wzrosnąć do prawie 21 mld zł. Co więcej, w bieżącym roku liczba osób o dochodzie powyżej 7,1 tys. zł brutto miesięcznie po raz pierwszy w naszym kraju przekroczy 1 mln. Zaś za trzy lata osiągnie pułap 1,3 mln. – Z roku na rok rośnie grupa zamożnych osób.  Szacujemy, że na koniec 2016 r. skumulowana wartość uzyskiwanego przez nich dochodu netto prawdopodobnie przekroczy poziom 170 mld zł. Według prognoz, najbliższe lata zapowiadają się równie obiecująco. W ciągu następnych trzech lat, kwota ta powiększy się o kolejne 50 mld zł. – szacuje Andrzej Marczak, partner w KPMG w Polsce.

Z kolei, z raportu Global Wealth Databook 2016, wydanego przez Credit Suisse, wynika, że w Polsce aktualnie mieszka ponad 41 tys. osób, zaliczanych do kategorii HNWI (high net worth individuals, z aktywami płynnymi o wartości powyżej 1 mln USD). Większość z nich posiada majątek szacowany na 1 do 5 mln USD. I choć osoby zamożne szczególnie chętnie wydają pieniądze na luksusowe samochody i butikową odzież – niemałe sumy przeznaczają również na nieruchomości z wyższej półki i apartamentowce, które według KPMG w tym roku pochłonęły ok. 1,2 mld zł z ich aktywów. Spółki deweloperskie realizujące projekty premium i luksusowe,  nie powinny więc się obawiać o brak klientów w najbliższych latach.

Z nowoczesną technologią

Przedsięwzięcia premium są jednak znacznie bardziej wymagające od segmentu popularnego, przez co bardziej ryzykowne dla deweloperów. Realizują je więc przeważnie doświadczone spółki. Nabywcy skoncentrowani na ofertach premium czy wręcz luksusowych nie kierują się ich ceną. Dla nich równie duże znaczenie ma prestiż projektu jak i otoczenia, w którym powstaje inwestycja, ładny widok z okna, odpowiednia jakość i bezpieczeństwo budynku oraz wszelkie nowoczesne udogodnienia.

– W lokalach premium nie może dziś zabraknąć także inteligentnych rozwiązań. Dla przykładu, jeden z naszych najnowszych projektów realizowanych w warszawskim Wilanowie – Rezydencja Brzozowy Zakątek, przewiduje 107 mieszkań wyposażonych w technologię Smart Home, która zapewnia m.in. kontrolę dostępu do lokum czy sterowanie oświetleniem oraz temperaturą w każdym pomieszczeniu – zauważa Wioletta Kleniewska, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu Polnord SA.

Opracowanie: Ewa Kumorek – Fedor, Value Communication Sp. z o.o.

Tomasz Brach (easyMarkets): Dlaczego warto postawić na stały spread?

Spread to jedno z podstawowych pojęć jakie musi znać trader. W ofertach brokerów zazwyczaj występuje podział na spready zmienne oraz stałe. Te drugie nie podlegają żadnym zmianom, będąc niezależnymi od warunków rynkowych. Tym samym mają wiele korzyści i pozwalają zabezpieczać pieniądze.

Na rynku wymiany walut spread to różnica pomiędzy najwyższą ceną, jaką kupujący chce zapłacić za parę walutową, a najniższą ceną, za jaką ktoś inny chce ją sprzedać. W skrócie: o spreadzie można myśleć jako o koszcie tradingu.

Na spread ma wpływ bardzo wiele różnych czynników. Pierwszym z nich jest podaż danego instrumentu, czyli liczba instrumentów dostępna w sprzedaży. Znaczenie ma także popyt na dany instrument, czyli liczba traderów, którzy chcą go kupić oraz całkowita aktywność handlowa związana z instrumentem. Właśnie dlatego spread uważany jest za kluczowy miernik ogólnej płynności rynkowej.

Spread zmienny vs. spread stały

Na rynku forex mamy do czynienia z dwoma typami spreadów: zmiennym i stałym.

Spready zmienne (płynne) nieustannie wahają się między ceną ask (kupna), a ceną bid (sprzedaży). Innymi słowy, ich wysokość zależy od płynności rynku, związanej z takimi czynnikami jak popyt, podaż czy aktywność transakcyjna.

Z kolei spread stały jest ustalany przez brokera i nie podlega żadnym zmianom niezależnie od warunków rynkowych czy zmienności. Zatem trader płaci tyle, ile mu z góry zaoferowano.

Korzyści stałego spreadu

Chociaż spready zmienne, zwłaszcza te na poziomie 0,1 pipsa, wydają się bardzo kuszące, okazuje się, że to raczej spread stały jest w stanie zabezpieczać pieniądze i to przez cały czas, gdy jesteśmy uczestnikiem rynku. Dlatego też wybierając brokera należy sprawdzić jaki oferuje spread. W easyMarkets warunki cenowe pozostają stałe bez względu na płynność lub zmienność na rynku.

Wśród głównych korzyści jakie niesie ze sobą stały spread na rynku forex można wymienić:

Większa transparentność

Na rynku forex spread stały oznacza koszt transparentny. Dokładnie wiadomo, ile będzie trzeba zapłacić za każdą przeprowadzoną transakcję, niezależnie od płynności międzybankowej, czasu transakcji czy wolumenu. Tym samym broker nie może w żaden sposób manipulować spreadem na swoją korzyść.

Niższe koszty

Spread stały pozwala znacznie obniżyć koszt tradingu. Poza tym, ten typ spreadu niczym nie może zaskoczyć, za to zapewnia zdolność finansowania transakcji, i to ze znacznym wyprzedzeniem. W ten sposób można zyskać dużo większą elastyczność i skuteczność zarządzania kosztami.

Ułatwienie tradingu w oparciu o „newsy”

Handel w oparciu o najnowsze wiadomości ekonomiczne jest jednym z najbardziej efektywnych sposobów zarobienia pieniędzy. Niestety konta ze spreadem zmiennym ze względu na możliwe duże wahania ceny bid i ask utrudniają korzystanie z tej metody. Natomiast w przypadku spreadu stałego, można zastosować ją tak samo, jak się korzysta z wszystkich innych czynników rynkowych.

Zabezpieczenie przed zmiennością

Zmienność na rynku forex stała się powszechnym zjawiskiem i nie ogranicza się tylko do najnowszych wydarzeń. Podczas gdy spready zmienne okazują się korzystne w czasach względnego spokoju na rynku, spready stałe są doskonałe w warunkach zmienności rynkowej, a należy podkreślić, że to właśnie tego typu warunki dają znacznie więcej możliwości zarobienia pieniędzy.

Bardziej efektywny scalping

Scalping to strategia na rynku forex polegająca na przeprowadzaniu w krótkim okresie dużej liczby transakcji, tak żeby z każdej z nich mieć niewielki zysk. Przy stałym spreadzie jest ona znacznie łatwiejsza, a jej skutek bardziej przewidywalny. Ponieważ traderzy stosujący strategię scalpingu zarabiają najczęściej na wąskich marżach zysku, stały spread gwarantuje, że różnica między ceną bid, a ceną ask nie zmieni się drastycznie.

Autorem komentarza jest Tomasz Brach, Główny Analityk easyMarkets

Kurs franka wyraźnie poniżej 4 zł. Ropa naftowa tanieje

Jak frankowiczom nie pomaga rząd to chociaż sytuacja na światowych rynkach im sprzyja. Twarde nie premier Beaty Szydło dla wejścia Polski do strefy euro. Ropa naftowa znów około 50 dolarów za baryłkę.

Ulga dla kredytobiorców frankowych

Osoby z kredytami we frankach nie mogą ostatnio liczyć na działalność polskiego rządu. Są jednak inne czynniki, które powodują, że raty maleją. Ostatnio na ich korzyść gra przede wszystkim Szwajcarski Bank Narodowy, który skupuje z rezerw walutowych euro za franki. Działania te mają na celu stabilizację nadmiernie umacniającej się waluty. Zbyt silny frank ciąży bowiem szwajcarskiej gospodarce. Wczoraj do działań korzystnych dla frankowiczów doszły oczekiwania przed wyborami prezydenckimi we Francji. Wybory we Francji i w Holandii były bowiem głównymi czynnikami ryzyk politycznych w strefie euro. To te ryzyka powodowały, że inwestorzy uciekali na inne rynki. Po przegranej Wildersa w Holandii i coraz korzystniejszych sondażach dla głównego przeciwnika Marine Le Pen we Francji trend się odwraca. Inwestorzy wycofują się z bezpiecznej przystani do strefy euro. W rezultacie od rana oglądamy franka poniżej 3,97 zł!

Kolejna twarde „Nie” dla strefy euro

Jeżeli ktoś miał jeszcze wątpliwości po wypowiedzi szeregowego posła partii rządzącej Jarosława Kaczyńskiego to wczoraj rozwiała je Pani premier. W kategoryczny sposób zaprzeczyła planom wprowadzenia wspólnej waluty w Polsce. Dodatkowym problemem w tym procesie jest brak większości koniecznej do zmiany konstytucji.

Ropa naftowa znów testuje poziom 50 dolarów

Po tym jak przez ostatnie miesiące ceny ropy brent oscylowały w okolicach 55 dolarów za baryłkę teraz zbliża się znów do 50 dolarów. Ropa Crude już przekroczyła tą barierę. Za powód spadków odpowiada dodatkowa podaż, która pojawiła się na rynku z Libii. Z powodu zagrożenia atakami lokalnych bojówek, przez dwa tygodnie nie działały tam lokalne terminale naftowe. Tendencja ta ma miejsce pomimo ograniczania wydobycia przez państwa OPEC. Zdaniem specjalistów, jeżeli nie stanie się nic niespodziewanego obecne działania nie pozwolą kartelowi podnieść cen czarnego złoto wyraźnie powyżej obecnych poziomów. Co więcej, już teraz mówi się, że organizacja ma dać sobie więcej czasu na ograniczenie dostaw.

Dzisiaj w ramach danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 12:00 – Wielka Brytania – wskaźnik zamówień wg. CBI
  • 13:30 – Kanada – wyniki sprzedaży detalicznej,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Branża SSC/BPO masowo zatrudnia młodych, ale czy uderzy w nią demografia?

Od 2013 roku liczba osób zatrudnionych w zagranicznych centrach usług wspólnych w Polsce wzrosła o 40% i wynosi obecnie ponad 210 tysięcy pracowników. Tempo wzrostu zarobków w tej branży jest dwukrotnie szybsze niż w całej gospodarce i wynosi 7%, przy średnim wynagrodzeniu na poziomie 5562 zł brutto – wynika z Raportu Płacowego Antal. Chłonąc znających języki obce młodych specjalistów, outsourcing wydrenował nawet zespoły prestiżowych firm konsultingowych i nadal rośnie w siłę. Czy rynek pracy zapewni mu wystarczającą liczbę kandydatów? Eksperci Work Service ryzyko widzą w demografii – w ciągu dekady ubędzie nam 500 tysięcy osób w wieku 19-25 lat. Po stronie szans wskazują możliwość przyciągania młodych obcokrajowców.

Outsourcing i centra usług wspólnych, czyli tzw. SSC/BPO, to w tej chwili jedna z najprężniej i najszybciej rozwijających się branż w Polsce. Coraz więcej inwestorów właśnie w naszym kraju realizuje działania z zakresu księgowości, IT i obsługi klienta. Według danych ABSL w 2016 roku działało w Polsce takich centrów 936.

Ubiegły rok był wyjątkowo dobry dla branży SSC/BPO. Do Polski przenoszone są coraz bardziej zaawansowane procesy biznesowe. O dynamicznym rozwoju branży najlepiej świadczy fakt, że coraz częściej globalni gracze już obecni na polskim rynku decydują się na otwarcie kolejnych centrów. Według szacunków w 2020 roku w centrach usług wspólnych będzie pracować 300 tys. osób. To sprawia, że pracodawcy intensywnie szukają nowych pracowników i starają się ich  przyciągać coraz lepszymi warunkami zatrudnienia  – mówi Daria Stefańska, menedżer zespołu SSC/BPO w Antal.

Według Raportu Płacowego Antal 2016 średnie wynagrodzenie na umowie o pracę w sektorze SSC/BPO wyniosło 5562 PLN brutto i było o ponad 350 złotych wyższe niż rok wcześniej. Wzrost płac to między innymi efekt konkurencji. Żeby jednak ją utrzymać w następnych latach, branża będzie potrzebować rzeszy nowych pracowników.

Przykładowe wynagrodzenie na wybranych stanowiskach w sektorze SSC/BPO dla kandydatów mających 2-3 lata doświadczenia we wskazanym obszarze  
Stanowisko (obszar) Miesięczne wynagrodzenie brutto PLN (umowa o pracę)  
Specjalista ds. zatrudnienia (zarządzanie zasobami ludzkimi) 4500-6500  
Księgowy funduszy inwestycyjnych (bankowość) 5000-6500  
Specjalista ds. obsługi klienta (wsparcie techniczne) 5000-7000  
Analityk w departamencie skarbu (finanse i księgowość) 5500-7000  
Kupiec (zakupy i logistyka) 6000-9000  
Ostateczne wynagrodzenie zależy także od znajomości wybranego języka obcego na poziomie umożliwiającym swobodną komunikację biznesową oraz lokalizacji.  
Źródło: Raport Płacowy Antal 2016  

 

Języki przepustką do kariery

Branży SSC/BPO sprzyja w Polsce dostępność dobrze wyedukowanej młodzieży. Dlatego firmy często otwierają swoje centra w miastach, gdzie działają ośrodki akademickie. Młodzi specjaliści są najbardziej poszukiwani w tym sektorze między innymi ze względu na świetną znajomość języków obcych. Z badania English Proficency Index 2016 wynika, że Polacy są w pierwszej dziesiątce krajów na świecie pod względem najlepszej znajomości języka angielskiego. To jeden z czynników, który decyduje o popularności Polski wśród inwestorów z sektora SSC/BPO. Kompetencje lingwistyczne mają kluczowe znaczenie nie tylko w kwestii samego zatrudnienia w centrach outsourcingowych. To także przepustka do wyższych zarobków ponieważ w tej branży wynagrodzenie ściśle koreluje z zapotrzebowaniem na konkretne języki obce.

Język, który będzie niezbędny w pracy, powinien być na poziomie pozwalającym na swobodną komunikację biznesową. Znajomość angielskiego jest uznawana za standard, a najczęściej poszukiwane drugie języki to niemiecki i francuski, ale pracodawcy szukają też kandydatów władających holenderskim, hiszpańskim, portugalskim lub językami nordyckimi – dodaje Daria Stefańska z Antal.

Demografia hamulcem rozwoju dla branży?

Oprócz znajomości języków obcych idealny kandydat na specjalistę w sektorze SSC/BPO powinien mieć także minimum 2 lata doświadczenia zawodowego. Wkrótce takich osób może jednak zacząć brakować, bo młodych i dobrze wykształconych osób będziemy mieć coraz mniej. Z prognoz Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w ciągu najbliższych 10 lat populacja osób w wieku 19-25 zmniejszy się o pół miliona.

Czynniki demograficzne mogą zahamować rozwój branży SSC/BPO. Tylko w ostatnich 3 latach zatrudnienie w zagranicznych centrach usług wspólnych wzrosło o 40%, a w niektórych miastach nawet o ponad 100%. Kurczący się dostęp do pracowników w Polsce może sprawić, że firmy przeniosą swoją działalność do innego kraju, a nasza gospodarka mocno na tym straci. Niewykluczone jednak, że ratunkiem mogą być cudzoziemcy, których liczba na naszych uczelniach wzrasta. W 2014 studiowało ich 46 tys., rok później już 57 tys. – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Działu Analiz i Komunikacji w Work Service.

Na zatrudnienie cudzoziemcy mogą liczyć już w trakcie studiów. Od 2 lat obowiązują przepisy, które umożliwiają łączenie nauki z pracą. Największą grupę studiujących w Polsce cudzoziemców stanowią Ukraińcy. Kształci się ich u nas ponad 31 tysięcy. Nie wiadomo jednak, czy firmy będą chciały sięgać po ich kompetencje – czynnikiem, który negatywnie wpływa na ich zatrudnienie są problemy wizowe. Skorzystać mogą na tym inni obcokrajowcy, także pod względem finansowym.

Eksperci zauważają także, że skutecznym magnesem mogą być również skierowane do młodych ludzi kampanie komunikujące możliwości rozwoju w SSC/BPO, ponieważ obecnie branża ta nie jest oczywistym wyborem osób wchodzących na rynek pracy. Według prowadzonej na polskich uczelniach sondy Antal, w 2015 roku dwóch na trzech studentów i absolwentów (66%) nie wiedziało nawet, czym jest centrum usług wspólnych lub sektor usług dla biznesu.

Nowe obowiązki raportowania firm ubezpieczeniowych

Podwyżki nie dają poczucia stabilności pracownikom w Polsce

Tylko 14% ankietowanych wskazało regularne podwyżki jako wyznacznik poczucia stabilności w pracy – pokazuje najnowsze badanie serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.

Co najbardziej zaskakuje, była to najrzadziej wybierana odpowiedź wśród polskich badanych. Po raz kolejny widzimy, że trendy na rynku zatrudnienia dynamicznie się zmieniają. Od pracy przestajemy wymagać jedynie wysokich zarobków, ale również możliwości rozwoju i poczucia satysfakcji.

I to właśnie ciągła możliwość rozwoju jest według polskich badanych najważniejszym wyznacznikiem stabilności zatrudnienia. Aż 32% Polaków uważa, że szansa na awans w hierarchii firmy zapewnia poczucie pewności w pracy, które przekłada się na wiele innych dziedzin życia – np. skłonność do inwestycji, ogólne poczucie bezpieczeństwa i zadowolenia oraz kontakty z bliskimi.

A strach czy choćby niepokój przed utratą pracy może wpływać niekorzystanie na wykonywane przez pracowników zadania oraz ich zaangażowanie. Stan określany przez psychologów, jako antycypacja bezrobocia – charakteryzuje się pobudzeniem emocjonalnym spowodowanym oczekiwaniem na otrzymanie wypowiedzenia – mówi Joanna Żukowska, ekspert MonsterPolska.pl.

Dlatego pracodawcy powinni zwracać szczególną uwagę na to, by podkreślać stabilność zatrudnienia swoich pracowników. Chwalić i nigdy bez podstaw nie straszyć zwolnieniem. Takie postępowanie będzie zdecydowanie działać na ich niekorzyść – dodaje.

Wynik badania wskazuje, że ważne są również dobre relacje z przełożonym. 23% z nas twierdzi, że jego przyszłość w firmie zależy bezpośrednio od przełożonego, który zadecyduje o ciągłości zatrudnienia.

Pracownicy zwracają również uwagę na pozycję firmy na rynku oraz jej sytuację finansową (17%). Kiedy widzą, że przedsiębiorstwo prosperuje i zalicza kolejne wzrosty sprzedaży, na pewno mają mniej obaw, niż wtedy, gdy statystyki obrotów spadają, a w kuluarach słyszy się pogłoski o problemach.

Stąd ważne, by nawet jeśli w firmie dzieje się źle – zarządzający nie rozmawiali o trudnościach finansowych przy pracownikach, gdyż może to źle wpłynąć na ich pracę oraz spowodować wątpliwości co do stabilności zatrudnienia. Jeśli są to problemy krótkoterminowe, tworzą niepotrzebną okazję do utraty pracowników, którzy zaniepokojeni, odruchowo zaczną rozglądać się za nowymi ofertami pracy.

Warto zatem rzetelnie informować pracowników o sukcesach firmy, by wszyscy w niej pracujący czuli się pewnie.

Podobną ankietę przeprowadzono w serwisach partnerskich grupy Monster Worldwide na całym świecie. Możliwość rozwoju jako gwarant stabilności na pierwszym miejscu postawili również Hindusi (53%), Amerykanie (43%) czy Brytyjczycy (30%).

Natomiast w Niemczech (33%), Kanadzie (30%), Francji (39%), Włoszech (39%) i Finlandii (36%) najważniejsze okazały się dobre relacje z przełożonym.

Co ciekawe mieszkańcy innych krajów dużo częściej wskazywali na regularne podwyżki jako wyznacznik stabilności. Taką odpowiedź wybrało aż 34% Finów, 33% Włochów, jedna trzecia Francuzów i 28% Niemców.

W badaniu udział wzięło ok. 16 tys. pracowników z całego świata. Badanie przeprowadzono w lutym 2017 roku.

Kurs dolara najniżej od 4 miesięcy

We wtorek kurs dolara spadł do 3,95 zł i był najniższy od 4 miesięcy. To wynik słabości dolara, który traci również wobec innych walut, przy jednocześnie utrzymującym się dobrym sentymencie do walut rynków wschodzących.

O godzinie 10:06 kurs USD/PLN testował poziom 3,9513 zł, spadając z poziomu 3,9740 zł w poniedziałek na zamknięciu i wobec poziomu 4,09 zł testowanego niespełna 2 tygodnie wcześniej. Wtorek jest już 5. kolejnym dniem zniżki USD/PLN, co jest pierwszą taką serią od jesieni ub.r. W tym czasie dolar nie tylko przełamał psychologiczną barierę 4 zł, ale też przebił się poniżej minimum z początku lutego br. (3,9733 zł), co w teorii otwiera drogę do 3,90 zł.

Kurs USD/PLN spada w następstwie poprawy sentymentu do walut regionu (podobnie zachowuje się m.in. węgierski forint), a także w reakcji na słabość samego dolara, jaka ma miejsce po zeszłotygodniowym posiedzeniu Fed-u. Dziś bezpośrednim pretekstem do spadku USD/PLN stał się wzrost notowań EURUSD powyżej 1,08 (najwyżej od początku lutego) z 1,0736 wczoraj, w reakcji na malejące szanse na sukces Marine Le Pen w nadchodzących wyborach prezydenckich we Francji (wg sondaży we wczorajszej debacie prezydenckiej zwyciężył Macron, który pozostaje najpoważniejszym kandydatem do zwycięstwa w wyborach we Francji).

Umocnienie złotego, który zyskuje dziś również do brytyjskiego funta i szwajcarskiego franka, tracąc tylko do euro, to w głównej mierze wpływ czynników zewnętrznych. Dlatego jego zachowanie koreluje z zachowaniem innych walut regionu (czy ogólnie walut emerging markets), a nie ma tam wpływu czynników lokalnych, jak np. opublikowanych w ostatni piątek nieco gorszych od prognoz danych o produkcji, sprzedaży detalicznej i cenach producentów.

Dzisiejszy spadek USD/PLN do 3,95 zł zwiększa ryzyko realizacji zysków i pokusę tańszego odkupienia dolara. Szczególnie, że spadki trwają nieprzerwanie już od 5 sesji. Nie jest więc wykluczone, że w kolejnych godzinach nastąpi rynkowy zwrot i amerykańska waluta zacznie drożeć. Pretekstem do takiego zachowania mogą okazać się dzisiejsze wystąpienia przedstawicieli Fed (godz. 11:00 William Dudley; godz. 17:00 Esther George; godz. 23:00 Loretta Mester). Większych emocji nie wzbudzi natomiast zaplanowana na 13:30 publikacja kwartalnych danych nt. salda rachunku bieżącego USA (prognoza: -128 mld USD).

Inną słabością obserwowanych spadków USD/PLN jest przede wszystkim to, że nie mają one silnych podstaw w polityce banków centralnych. Podczas gdy Fed od grudnia 2015 roku jest na ścieżce podwyżek stóp procentowych i w tym roku prawdopodobnie jeszcze dwukrotnie je podniesie, rodzima Rada Polityki Pieniężnej (RPP) wyraźnie deklaruje, że wstrzyma się z podobnymi decyzjami do początku 2018 roku. Co więcej, przewodniczący Rady sugeruje, że stopy w Polsce mogą pozostać na rekordowo niskich poziomach nawet przez cały 2018 rok.

Innym poważnym ryzykiem dla złotego, które nie pozwala zakładać jego trwałego umocnienia, są pojawiające się spekulacje nt. toczących się w Europejskim Banku Centralny (ECB) pierwszych dyskusji nad wyjściem z ultraluźnej polityki monetarnej. Polityki, której złoty i inne waluty regionu były beneficjentami. Dlatego też potencjalne zakręcenie przez ECB kurka z tanim pieniądzem, musi przełożyć się na osłabienie złotego.

Reasumując, złoty od tygodnia wyraźnie zyskuje do dolara, łamiąc kolejne bariery. Jakkolwiek ten pokaz siły robi wrażenie, to brak mocnych podstaw fundamentalnych każe wątpić w trwały charakter tego procesu.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

W 2017 polski eksport będzie dynamicznie wzrastał

Polski eksport będzie dynamiczniej wzrastał w tym roku – w 2016 roku odnotowany wzrost był mizerny. Wzrostowi będzie sprzyjać ożywienie w strefie Euro – mimo, że jest ono nadal słabe to – zgodnie z prognozami Coface – Euroland zaliczy stabilny wzrost o 1,6% w 2017. Polskie firmy będą wychodziły na nowe, odległe i egzotyczne rynki. Udział tych rynków w naszym eksporcie będzie marginalny, a udział strefy Unii Europejskiej będzie dominujący. Dla polskich eksporterów mogą pojawić się czynniki ryzyka na zagranicznych rynkach. Zwiększony protekcjonizm Stanów Zjednoczonych jest takim czynnikiem, a najbardziej dotknie to kraje Ameryki Południowej.

– Pośrednio negatywne konsekwencje mogą być widoczne również dla gospodarki naszej i niemieckiej – potęgi eksportowej, z którą dosyć intensywnie współpracujemy – powiedział agencji eNewsroom.pl Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej – Istotne jest również ryzyko polityczne Europy Zachodniej – co prawda eurosceptycy nie uzyskali większości głosów w niedawno przeprowadzonych wyborach w Holandii, natomiast przed nami jeszcze intensywny kalendarz wyborczy. Utrzymująca się niepewność może ograniczać wzrost gospodarczy, optymizm konsumentów i biznesów w Europie Zachodniej. Tematy ryzyka politycznego, geopolitycznego, protekcjonizmu oraz potencjału rynków eksportowych będą omawiane podczas konferencji „Country Risk”, która odbędzie się w Warszawie 23 marca. Podczas konferencji swoje opinie, oceny, prognozy i przewidywania przedstawią ekonomiści, przedstawiciele instytucji rządowych oraz – przede wszystkim – praktycy biznesu. Praktycy biznesu podzielą się swoimi doświadczeniami odnośnie rynków zagranicznych – jak na nie wchodzili, jak realizuje się rozwój ich firm na rynkach zagranicznych itd. Gościem specjalnym konferencji będzie Profesor Marek Belka, który omówi i przedstawi perspektywę rozwoju polskiej gospodarki w obliczu globalnej sytuacji gospodarczej oraz polityki głównych banków centralnych na świecie – dodał Sielewicz.

21 procentowy wzrost sprzedaży pożyczek Profi Credit w 2016 r.

Wicelider polskiego rynku pożyczkowego sprzedał w 2016 r. pożyczki na łączną kwotę netto 308,1 mln zł. To o 21% więcej niż rok wcześniej

Wartość sprzedaży netto Profi Credit Polska w 2016 r. przekroczyła 308 mln zł. Klienci spółki najwięcej pieniędzy pożyczyli w IV kwartale ubr. – blisko 89 mln zł netto. Wartość popytu w tym czasie przekroczyła średnią ze wszystkich kwartałów (77 mln zł) o 15%. Była też wyższa niż w IV kwartale 2015 r. o ponad 17 mln zł.

– Wyniki, jakie uzyskaliśmy za ubiegły rok, wskazują na rosnące zainteresowanie naszą ofertą, co jest zgodne z realizowaną przez spółkę strategią – komentuje Sławomir Pawlik, CEO Profi Credit – Klienci są bardziej skłonni do pożyczania większych kwot. Średnia kwota pożyczki netto udzielonej w Profi Credit skoczyła aż o jedną czwartą. 

Kontynuacja trendu dwucyfrowej dynamiki sprzedaży netto jest celem strategicznym spółki, która konsekwentnie umacnia swoją pozycję wicelidera. Szacuje się, że Profi Credit ma obecnie ok. 18% udział w rynku pożyczkowym, wycenionym na 6,5 mld zł. W 2017 roku planuje ekspansję wśród nowych grup klientów. Intensywnie rozwija ofertę skierowaną do mikroprzedsiębiorców, a także pracuje nad uruchomieniem internetowego kanału sprzedaży, by zapewnić klientom jeszcze wyższy komfort korzystania z oferowanych produktów finansowych.

– 2016 rok był bardzo wymagający dla całego sektora – tłumaczy Sławomir Pawlik – Z jednej strony mamy bardzo pozytywne zmiany zmierzające w kierunku profesjonalizacji rynku, z drugiej dodatkowe obowiązki fiskalne i spłaszczenie oferty cenowej produktów pożyczkowych. Jednocześnie to, co wydarzyło się w sferze rządowych projektów socjalnych, stwarza szanse na poprawę jakości portfela pożyczkowego. Profi Credit chce sukcesywnie zwiększać bazę wiarygodnych klientów i być alternatywą dla oferty bankowej.

Spółka specjalizuje się w udzielaniu średnio i długoterminowych pożyczek ratalnych w przedziale kwot 500 zł – 25 tys. zł. Można je zaciągnąć nawet na 36 miesięcy. Profi Credit jest jedną z największych firm pożyczkowych w Polsce z własną siecią oddziałów. Spółka stworzyła ponad 3,3 tys. miejsc pracy i jest istotnym płatnikiem podatków. W 2016 r. wpłaciła z tego tytułu do skarbu państwa 26 mln zł.

NIK krytycznie o zagospodarowywaniu odpadów komunalnych

Najwyższa Izba Kontroli ocenia działania organów administracji publicznej na rzecz prawidłowego zagospodarowania odpadów komunalnych jako niedostateczne i nieskuteczne. Nieprawidłowości stwierdzono na wszystkich szczeblach funkcjonowania systemu gospodarki odpadami.

 

Zarządy województw z opóźnieniem aktualizowały wojewódzkie plany gospodarki odpadami, zarówno w 2012 r., jak i w 2016 r., a organy wykonawcze gmin nie zawsze dostosowywały do tych planów regulaminy utrzymania czystości i porządku w gminach.

Opóźnienie aktualizacji planów w 2012 r. spowodowało opóźnienia we wdrażaniu nowego systemu gospodarowania odpadami komunalnymi w gminach. Opóźnienie aktualizacji planów w 2016 r., spowodowane zostało późnym uchwaleniem Krajowego  planu gospodarki odpadami 2022.

W ocenie NIK opóźnienia w planowaniu gospodarowania odpadami stwarzają  zagrożenie dla realizacji warunków ex-ante dla przyszłej perspektywy finansowej UE, według których zaktualizowane wojewódzkie plany gospodarki odpadami wraz z planami inwestycyjnymi powinny były zostać przekazane Komisji Europejskiej do końca 2016 r.

Sejmiki województw uchwałami w sprawie wykonania wojewódzkich planów gospodarki odpadami i kolejnymi zmianami tych uchwał nadawały status regionalnych instalacji do przetwarzania odpadów komunalnych coraz to nowym instalacjom. W okresie 2013−2015 liczba regionalnych instalacji do przetwarzania odpadów komunalnych, wskazanych w kolejno zmienianych uchwałach sejmików województw w sprawie wykonania planu gospodarki odpadami, wzrosła z 73 do 298. W efekcie na terenie trzech województw moce przerobowe instalacji do przetwarzania odpadów komunalnych wielokrotnie przekroczyły ilość wytworzonych odpadów: w 2013 r. trzykrotnie, a w 2016 r. już sześciokrotnie. W ocenie NIK jest to nieuzasadniony trend, który może stwarzać zagrożenie dla zapewnienia odpowiedniej wielkości strumienia odpadów wymaganego do funkcjonowania instalacji.

W pięciu województwach w 2014 r. znaczna liczba gmin nie osiągnęła wymaganych poziomów recyklingu, przygotowania do ponownego użycia i odzysku odpadów oraz ograniczenia masy odpadów biodegradowalnych przekazywanych do składowania. W ocenie NIK zagraża to wypełnieniu przez Polskę celów w gospodarce odpadami komunalnymi określonych na 2020 r. i pozyskaniu środków pomocowych z funduszy UE w kolejnej perspektywie finansowej.

Nadzór marszałków województw i wojewódzkich inspektorów ochrony środowiska nad podmiotami prowadzącymi regionalne instalacje do przetwarzania odpadów komunalnych w zakresie przestrzegania decyzji administracyjnych i przepisów prawa o odpadach był w ocenie NIK niedostateczny. W czterech z sześciu skontrolowanych podmiotów prowadzących takie instalacje stwierdzono nieprawidłowości obejmujące brak wymaganego pozwolenia zintegrowanego lub zezwolenia marszałka województwa na przetwarzanie odpadów komunalnych, przyjmowanie do  przetwarzania odpadów w rodzaju lub ilościach niezgodnych z warunkami powyższych decyzji albo spoza regionu gospodarki odpadami komunalnymi, nielegalne magazynowanie na składowisku odpadów ulegających biodegradacji, nierzetelne prowadzenie ewidencji odpadów.

NIK wskazuje, że brak skutecznego nadzoru nad prowadzącymi regionalne instalacje do przetwarzania odpadów komunalnych stwarzał ryzyko nielegalnego pozbywania się odpadów i zanieczyszczenia środowiska. Skutkowało to też nierzetelnymi informacjami dla gmin składanymi przez prowadzących instalacje.

Nowe przepisy wprowadziły kaloryczność odpadów (do 6 MJ/kg suchej masy) jako kryterium dopuszczenia ich do składowania. Rozwiązanie to w założeniu ma pozwolić ograniczyć masę składowanych odpadów o te, które mogą być np. przekształcane termicznie z odzyskiem energii. Jednocześnie NIK przypomina jednak ustalenia kontroli w dwóch podmiotach prowadzących instalacje do przetwarzania odpadów komunalnych, w których stwierdzono trudności z zagospodarowaniem odpadów powstających w procesie mechaniczno-biologicznego przetwarzania (tzw. frakcji kalorycznej). W efekcie, odpady po mechaniczno-biologicznym przetworzeniu były magazynowane. NIK przestrzega, że brak wskazania sposobu postępowania z tego typu odpadami, skutkuje rosnącą masą, magazynowaną na terenie instalacji. To z kolei może prowadzić do aktywizacji szarej strefy i nielegalnego pozbywania się lub nawet podpalania zmagazynowanych odpadów celem ograniczenia ich objętości i kosztów prowadzenia instalacji.

Nierzetelnie i nieterminowo opracowywano sprawozdania i informacje z realizacji zadań dotyczących gospodarowania odpadami. W efekcie w żadnym roku w okresie objętym kontrolą (23 stycznia 2013 r. do 31 marca 2016 r.) organy administracji publicznejnie dysponowały wiarygodną informacją o gospodarowaniu odpadami na terenie gmin, województw i kraju. Podmioty prowadzące regionalne instalacje do przetwarzania odpadów komunalnych nie przekazywały organom wykonawczym gmin informacji o odpadach przyjętych do przetworzenia, przekazywały informacje nierzetelne lub z opóźnieniem. Z kolei organy wykonawcze gmin z opóźnieniem składały marszałkom województw i wojewódzkim inspektorom ochrony środowiska roczne sprawozdania z realizacji zadań w tej materii. Weryfikacja sprawozdań zajmowała od dwóch do 11 miesięcy, co w niektórych przypadkach spowodowało wydłużenie procesu przygotowywania sprawozdań do dwóch lat.

Baza danych o produktach i opakowaniach oraz o gospodarce odpadami elektroniczny system przekazu m.in. informacji objętych powyższymi sprawozdaniami – w listopadzie 2016 r. była w początkowej fazie przygotowań. NIK wskazuje, że pomimo przesunięcia o dwa lata daty utworzenia Bazy (do dnia 24 stycznia 2018 r.) nawet ten termin może nie zostać dotrzymany. Obecnie prowadzone są centralna i wojewódzkie bazy danych, funkcjonujące na podstawie przepisów dotychczasowych, jednak kontrola NIK wykazała, że nie spełniają one wymagań dla potrzeb monitorowania rynku odpadami komunalnymi.

Inspekcja Ochrony Środowiska kontrolowała przestrzeganie przez gminy przepisów prawa o gospodarowaniu odpadami, obejmując kontrolami tylko 10 proc. gmin rocznie, co w ocenie NIK było dalece niewystarczające.

Wnioski NIK

Dla poprawy funkcjonowania systemu gospodarowania odpadami komunalnymi, w szczególności w celu uzyskania w 2020 r. wymaganych poziomów recyklingu, przygotowania do ponownego użycia i odzysku odpadów komunalnych oraz ograniczenia masy odpadów komunalnych ulegających biodegradacji przekazywanych do składowania, poza realizacją wniosków zawartych w wystąpieniach pokontrolnych w ocenie NIK niezbędne jest podjęcie działań przez Ministra Środowiska w celu:

  1. wprowadzenia zmian w obowiązujących przepisach prawa dotyczących gospodarki odpadami komunalnymi, w zakresie:
    • wyłączenia wojewódzkich inspektorów ochrony środowiska z procedury weryfikacji rocznych sprawozdań gmin z realizacji zadań z zakresu gospodarowania odpadami komunalnymi, w celu uproszczenia i skrócenia tego procesu;
    • zobowiązania marszałków województw do zamieszczania w sprawozdaniach z realizacji zadań z zakresu gospodarowania odpadami komunalnymi, informacji o osiągniętych w województwie poziomach recyklingu i przygotowania do ponownego użycia odpadów komunalnych oraz ograniczeniu poziomu masy odpadów komunalnych ulegających biodegradacji przekazywanych do składowania;
    • dokonania zmiany rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 12 grudnia 2014 r. w sprawie wzorów dokumentów stosowanych na potrzeby ewidencji odpadów; w zakresie ustalenia wymogu ważenia i ewidencjonowania masy odpadów komunalnych, odebranych, przekazanych i przyjętych w Mg, z dokładnością do drugiego miejsca po przecinku;
  2. rozważenia wydania rozporządzenia w sprawie prowadzenia procesu przetwarzania odpadów w instalacji MBP;
  3. uregulowania sposobu postępowania z odpadami powstającymi po procesie przetwarzania odpadów komunalnych w instalacji MBP, w celu stworzenia warunków dla innego niż składowanie zagospodarowania części tych odpadów o cieple spalania powyżej 6 MJ/kg s.m.;
  4. zapewnienia terminowego utworzenia Bazy danych o produktach i opakowaniach oraz o gospodarce odpadami, w celu ułatwienia nadzoru i kontroli nad funkcjonowaniem systemu gospodarowania odpadami komunalnymi;
  5. przyspieszenia opiniowania projektów aktualizacji wojewódzkich planów gospodarki odpadami i uzgadniania załączonych do nich projektów planów inwestycyjnych.

Ponadto NIK zwróciła się do marszałków województw o spowodowanie dokonania przez zarządy województw weryfikacji wojewódzkich planów gospodarki odpadami pod kątem zapotrzebowania na moce przerobowe regionalnych instalacji do przetwarzania odpadów komunalnych w odniesieniu do ilości odpadów komunalnych odbieranych i zbieranych w wyznaczonych regionach gospodarki odpadami komunalnymi.

W ocenie NIK ważne jest także, aby organy wykonawcze gmin egzekwowały od podmiotów odbierających odpady komunalne w gminie oraz od prowadzących instalacje do przetwarzania tych odpadów, rzetelne i terminowe składanie sprawozdań o odebranych odpadach i informacji o odpadach przekazanych przez gminy; a także określały w umowach zawieranych z prowadzącymi instalacje do przetwarzania odpadów komunalnych, częstotliwości przywozu, ilości i rodzajów odpadów komunalnych przyjmowanych do przetworzenia w instalacji.

Ważne jest także, aby wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska egzekwowali nałożone kary pieniężne za nieprzestrzeganie przepisów o odpadach i wydanych warunków decyzji administracyjnych.

Komentarz walutowy rynek PLN 21.03.2017

USDPLN

ergokantor-pl_usdpln_21-03Dolar w dalszym ciągu tanieje w stosunku do złotówki, trwale wyłamując się z kanału i wyrysowując nowe lokalne dołki. Technicznie po pokonaniu mocnego wsparcia przy 3,98 dolar może dalej tanieć, a pierwsze istotne wsparcia wyznaczamy przy 61,8% FIBO ostatniego impulsu wzrostowego. W przypadku jego pokonania cena może przetestować linię trendową wyrysowaną po dołkach z kwietnia i sierpnia 2016 roku. By jednak mogło dojść do takiego umocnienia się złotego względem dolara będą potrzebne jakieś czynniki zewnętrzne. Obecnie możemy mieć do czynienia z formacją 3-3-5, w której wyrysowywałaby się fala 4 w 5-tce spadkowej. W przypadku wzrostów oporem pozostaje okrągły poziom 4 złotych.

EURPLN

ergokantor-pl_eurpln_21-03Końcem zeszłego tygodnia wskazywaliśmy, że EUR po przełamaniu linii trendowej wyrysowanej po dołkach począwszy od grudnia 2015, przetestuje poziom 4,2560, gdzie wypada mierzenie 127,2% FIBO ostatniego impulsu wzrostowego i FIBO 161,8% FIBO zasięgu zewnętrznego. Dodatkowo miejsce to jest istotne ze względu na zasadę ZZB. W istocie w poniedziałek poziom ten został przetestowany i cena od razu odbiła do góry. W krótkim terminie cena powinna ponownie przetestować poziom 4,2560, a następnie rynek powinien podjąć decyzję, w którą stronę zamierza się skierować. W przypadku dalszego umocnienia się złotego cena może wyrysować nowy dołek przy 4,23. W razie wzrostów oporem pozostaje poziom 4,2930.

GBPPLN

ergokantor-pl_gbppln_21-03Funt znajduje się w na bardzo istotnym wsparciu wyrysowanym przez dołek z połowy sierpnia 2016 roku przy 4,90. W przypadku jego pokonania cena może przetestować poziom 4,84-4,85, gdzie wypada klaster Fibo wyznaczony przez mierzenie 78,6% FIBO z impulsu wzrostowego i 61,8% mierzenia zewnętrznego. Ta zapora przynajmniej w krótkim terminie nie powinna zostać pokonana. W przypadku wzrostów cena powróci do konsolidacji z szansą na ponowny test 5,15. Ten scenariusz musiałby być poparty jednak mocnymi danymi makro. Ponieważ o Brexicie napisano i powiedziano już wiele, zatem należy brać pod uwagę, iż 29 marca rozpocznie się proces wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, jednakże wiele ryzyka już jest w cenie i samo ogłoszenie nie powinno pociągnąć za sobą dalszej deprecjacji funta. Wbrew oczekiwaniom spekulantów może dojść wręcz do krótkoterminowego umocnienia się brytyjskiej waluty.

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Powyższy komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansów z 19 października 2005 roku. Komentarz został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Wyniki Plast-Box S.A. za 2016 rok

Plast-Box, producent opakowań z tworzyw sztucznych, znany ze swoich wyrafinowanych produktów niemal we wszystkich krajach w Europie, zaprezentował bardzo dobre wyniki finansowe za 2016 rok. Po czterech kwartałach 2016 skonsolidowane przychody spółki wspięły się na poziom 153,2 mln zł, co wobec 140,2 mln zł uzyskanych rok wcześniej stanowi wzrost o 9,3 % r/r. W tym samym okresie grupa wypracowała zysk netto w wysokości 8,6 mln zł, uzyskując stopę zysku netto 5,6 %. Ponadto wartość wskaźnika EBITDA osiągnęła poziom 21,9 mln zł przy stopie EBITDA wynoszącej 14,3 %.   

Mamy za sobą kolejny udany rok. Od wielu lat udowadniamy, że Plast-Box to dobra spółka, która systematycznie się rozwija – mówi Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A.

Jednostkowe przychody ze sprzedaży spółki matki Plast-Box S.A. po 12 miesiącach 2016 osiągnęły wartość 135,6 mln zł i były wyższe o 11,4 % r/r. Przy tym poziomie przychodów słupska spółka podniosła wartość EBITDA o 12,7 % r/r do 15,1 mln zł, jednocześnie zwiększając zysk netto o 27,2 % do 6,6 mln zł.

Ukraińska spółka Plast-Box w tym samym czasie przyniosła blisko 225,5 mln UAH przychodów ze sprzedaży, 36,6 mln UAH EBITDA oraz 17,6 mln UAH zysku netto.

Poprawa sytuacji makroekonomicznej na Ukrainie sprzyja interesom naszej fabryki zlokalizowanej w tym kraju – stwierdza Krzysztof Pióro, wiceprezes zarządu. – W 2016 roku spółka córka osiągnęła wyrażony w hrywnach 19,3 % wzrost sprzedaży – informuje.

Plast-Box należy do najnowocześniejszych producentów twardych opakowań z tworzyw sztucznych w Europie. Jest dostawcą zamykanych wiader plastikowych oraz pojemników do renomowanych firm branży spożywczej, a także chemicznej i budowlanej. Podstawowy asortyment produkcji stanowią zaawansowane technologicznie wiadra, których sprzedaż w 2016 roku odpowiadała za 81,4 % przychodów grupy.

Produkty Plast-Box są eksportowane do zdecydowanej większości krajów Unii Europejskiej w tym między innymi do Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Austrii, Skandynawii oraz na Wschód – głównie na Ukrainę i do Rosji. W 2016 roku eksport stanowił 58,4 % całkowitej sprzedaży grupy. Plast-Box systematycznie zwiększa eksport do krajów Unii Europejskiej. Sprzedaż na rynki unijne po 12 miesiącach 2016 roku wzrosła o 9,2 % do 54,6 mln zł i stanowiła 35,6 % udziału w przychodach grupy. W 2016 roku wzrosła również sprzedaż krajowa tj. o 4,6 % r/r do poziomu 63,7 mln zł.

Marki coraz częściej wykorzystują wizerunek sportowców. Kampanie z ich udziałem zwiększają sprzedaż nawet o 30 proc.

Marki coraz częściej wykorzystują wizerunek sportowców. Kampanie z ich udziałem zwiększają sprzedaż nawet o 30 proc. 1

Kampanie z udziałem sportowców przynoszą większą sprzedaż produktów i usług nawet o 30 proc. – przekonuje Wojciech Szaniawski, prezes Arskom Group. Wykorzystanie wizerunku sportowca sprawia, że reklamy wydają się bardziej wiarygodne. Dlatego marki coraz częściej zapraszają do współpracy tych, którzy osiągają sukces w Polsce lub na arenie międzynarodowej. Kampanie reklamowe z udziałem sportowców mogą pełnić istotną rolę edukacyjną. Dlatego powinni oni promować produkty i usługi kojarzące się z aktywnością fizyczną i zdrowym stylem życia.

– Badaliśmy, jak kampanie ze sportowcami wpływają na działalność naszych klientów. Za każdym razem jest to wzrost o minimum 30 proc. Wizerunek sportowca sprawia, że kampania jest bardziej wiarygodna. Wiarygodność zaś coraz trudniej uzyskać na rynku w ogromie informacji, jaki nas codziennie zalewa. Gwiazdy, które korzystają z danych produktów, uwiarygadniają je, wyróżniają kampanie, a to ma wielkie znaczenie dla sprzedaży produktów i usług – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Szaniawski, prezes Arskom Group, firmy specjalizującej się w marketingu sportowym.

Marketing sportowy jest w Polsce znacznie mniej popularny niż na Zachodzie. Coraz więcej firm decyduje się jednak na wykorzystanie w kampanii reklamowej wizerunku sportowca. Największą wartość mają najbardziej rozpoznawalni przedstawiciele sportów popularnych na całym świecie: piłki nożnej czy tenisa. Coraz częściej rodzime firmy wykorzystują też wizerunek gwiazd lekkoatletyki.

– Wykładnikiem tego, co dobre i wiarygodne, jest to, kto tego używa. Jeżeli używają tego uznani sportowcy, to wydaje nam się, że ten produkt jest lepszy i wyróżnia się na rynku. Jeżeli polscy sportowcy osiągają duże sukcesy i towarzyszą temu duże kampanie, to chętniej wybieramy promowane przez nich produkty. Dlatego marki tak chętnie zapraszają ich do współpracy. Myślę, że ten trend będzie coraz silniejsi i będziemy mieć jeszcze więcej dużych kampanii z udziałem czołowych polskich gwiazd – prognozuje Wojciech Szaniawski.

Aby kampania przyniosła odpowiedni skutek, istotny jest produkt, który reklamuje sportowiec. Reklama używek, alkoholu czy zakładów bukmacherskich nie tylko nie będzie wiarygodna, lecz także może nadszarpnąć wizerunek sportowca.

– Warto, żeby sportowcy promowali zdrowy tryb życia, bo ich wizerunek jest nieodłącznie związany ze zdrowiem, dietą, siłownią, dzięki czemu osiągają sukcesy. Sportowcy powinni brać udział w kampaniach dla zdrowia, żeby one też budowały wizerunek osoby dbającej o swoje zdrowie, której zależy na zdrowiu Polaków – ocenia prezes Arskom Group.

Dlatego sportowcy najczęściej udostępniają swój wizerunek w reklamie odzieży sportowej, suplementów diety, również wody mineralnej czy napojów izotonicznych.

– Jest kilka bardzo dużych marek sportowych, które robią kampanie nie tylko pod daną dyscyplinę, lecz także ogólne kampanie, związane z siłownią czy bieganiem. Dobrze, żeby sportowcy promowali bieganie, fitness, siłownię tak, żeby skorzystali na tym Polacy – podkreśla ekspert.

Polacy coraz częściej deklarują aktywność fizyczną. Wprawdzie ponad 1/3 wskazuje, że nie uprawia żadnego sportu, ale już blisko połowa twierdzi, że aktywnie spędza czas wolny (badanie TNS Polska). Wpływ na podejście społeczeństwa mogą mieć sukcesy osiągane przez reprezentantów kraju.

– To widać nie tylko po kampaniach z udziałem sportowców, lecz także po kampaniach społecznych. Dużo marek klientów reklamowych jest zainteresowanych kampaniami społecznej odpowiedzialność biznesu, dbają o to, żeby społeczeństwo było zdrowe – mówi Szaniawski.

Najwięcej przelewów do Polski pochodzi od osób pracujących w Wielkiej Brytanii i Norwegii. Średni przelew z Wysp wynosi 250 funtów

Najwięcej przelewów do Polski pochodzi od osób pracujących w Wielkiej Brytanii i Norwegii. Średni przelew z Wysp wynosi 250 funtów 2

Emigranci zarobkowi wysyłają kwartalnie do Polski ok. 4,3 mld zł. Większość przelewów wychodzi z Wielkiej Brytanii oraz Norwegii. Przeciętna wartość zlecenia z Wysp wynosi 250 funtów. Przebywający w Norwegii Polacy są hojniejsi i wysyłają do kraju średnio 5 tys. koron. Największym strumieniem środki płyną do kraju w poniedziałki – wynika z analizy Wolfs Private Equity na podstawie danych FerPay.

Polacy z Wielkiej Brytanii najczęściej przesyłają pieniądze do Polski w poniedziałki i piątki, czyli w okolicy weekendu – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Majtkowski, główny analityk funduszu Wolfs Private Equity. – Pod koniec tygodnia środki zwykle są nadawane, żeby zrobić rodzinie przyjemność i jej pomóc. Natomiast poniedziałkowe przelewy najczęściej bywają efektem weekendowych rozmów. Pieniądze mają wtedy kogoś wesprzeć w wydatkach podczas nowego tygodnia.

Jak wynika z danych Narodowego Banku Polskiego, w III kwartale ubiegłego roku suma wszystkich transferów finansowych polskich emigrantów do kraju wyniosła 4,3 mld zł i była taka sama jak rok wcześniej. Najwięcej środków trafia do kraju od osób przebywających w Wielkiej Brytanii.

Według danych oferującej szybkie przelewy zagraniczne firmy FerPay, które przywołuje Majtkowski, 22 proc. tego rodzaju zleceń ma miejsce w poniedziałki. Potem aktywność tamtejszych emigrantów maleje: wtorkowe zlecenia stanowią 17 proc., środowe – 14 proc., a czwartkowe 13 proc. sumy wysyłanych w tygodniu pieniędzy. W piątek znowu liczba przelewów rośnie do 22 proc. W czasie weekendu jest ich znacznie mniej: w soboty 8 proc., a w niedziele – 4 proc.

Drugą grupą najaktywniejszą pod tym względem są Polacy mieszkający i pracujący w Norwegii. Z danych platformy FerPay wynika, że także oni najczęściej wysyłają pieniądze w poniedziałki (23 proc.). Ale drugim najpopularniejszym dniem jest w ich przypadku czwartek.

Piątek to w Norwegii dzień traktowany trochę jak weekend, jak wolny od pracy – wyjaśnia Paweł Majtkowski. – Bardzo wielu mieszkańców tego kraju, w tym także Polacy, pracują wtedy tylko po kilka godzin. Przebywające tam osoby, jak się zdaje, są także trochę bardziej zapobiegliwe. Starają się wysyłać środki szybciej, aby mieć pewność, że dotrą do rodziny jeszcze przed weekendem.

Według Głównego Urzędu Statystycznego w latach 2004–2015 liczba Polaków, którzy wyjechali z Polski w celach zarobkowych za granicę, wzrosła z 1 mln do blisko 2,4 mln osób. Pod koniec tego okresu tylko na terenie Wielkiej Brytanii przebywało 720 tys. osób urodzonych nad Wisłą.

Wartość przeciętnego przelewu realizowanego przez FerPay z Wielkiej Brytanii do Polski nie zmieniła się od trzech i obecnie wynosi 250 funtów. Blisko 70 proc. zleceń opiewa jednak na kwoty niższe niż 200 funtów. Więcej środków natomiast wysyłają emigranci przebywający na terenie Norwegii. W 2014 roku średnia wartość takiej operacji wyniosła 3 000 koron norweskich, rok później – 4 000, a w 2016 roku – 5 000 koron norweskich (przeszło 2360 zł).

Ogólnie największy wzrost liczby przelewów obserwujemy w ostatnim tygodniu miesiąca, kiedy to zwykle wypłacane są pensje – podsumowuje Paweł Majtkowski.

Do 2020 roku 3/4 średnich i dużych firm będzie korzystać z zaawansowanej analityki. To szansa na zwiększenie liczby klientów i przychodów

Do 2020 roku 3/4 średnich i dużych firm będzie korzystać z zaawansowanej analityki. To szansa na zwiększenie liczby klientów i przychodów 3

Za trzy lata 75 proc. średnich i dużych firm będzie stosować zaawansowane systemy analityczne – wynika z raportu Gartnera. To konieczne do skutecznego rozwoju przedsiębiorstwa – przekonuje Michał Grabarz, dyrektor sprzedaży Accenture Polska. Analityka biznesowa przekłada się na wzrost liczby klientów i przychodów firmy, a także usprawnia procesy wewnątrz przedsiębiorstwa. Coraz częściej jej wdrożeniem zainteresowane są centra usług wspólnych. Dla polskiego sektora usług dla biznesu analityka może stanowić przewagę konkurencyjną w walce o nowe inwestycje.

Badania wskazują, że firmy, które dobrze inwestują w analitykę, uzyskują czterokrotnie więcej. To narzędzie, które dba o klienta i organizację, zapewnia jej efektywność i przewagę konkurencyjną. Analityka po prostu pomaga – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Grabarz, dyrektor sprzedaży Accenture Polska.

Analityka biznesowa coraz częściej traktowana jest przez firmy jako jeden z priorytetów. Raport Gartnera wskazuje, że do 2020 roku 75 proc. średnich i dużych przedsiębiorstw będzie stosować zaawansowane systemy analityczne. Do 2018 roku ponad połowa firm będzie zaś konkurować właśnie w oparciu o nowoczesną analitykę biznesową. Jak podkreśla ekspert, można ją wykorzystywać zarówno w kontaktach z klientami, jak i w procesach wewnątrz organizacji.

– Korzyści z analityki są bardzo szerokie. Po pierwsze, większa liczba klientów, a tym samym wzrost przychodów i zadowolenie klienta z usług. Czyli analitykę można wykorzystać do obsługi klienta. Po drugie, po stronie organizacji mamy jej efektywność działania, czyli można mówić o łańcuchu dostaw, zbudowaniu funkcji back office, finansów, księgowości czy zakupów. Im większa organizacja, tym większe potencjalne efekty – przekonuje Grabarz.

Skuteczne wdrożenie zmian w modelu operacyjnym firmy może przynieść zyski sięgające kilkudziesięciu milionów dolarów. Najlepsze efekty notują te przedsiębiorstwa, które podeszły do analityki biznesowej całościowo, zaplanowały jej wdrożenie i odpowiednio zaangażowały pracowników.

To zadanie na skalę całej organizacji, które wymaga nie tylko inwestycji w technologie, lecz także zmiany organizacyjnej. Im bardziej całościowo podejdziemy do tematu, tym większe zyski z tej inwestycji i proporcjonalnie mniejsze koszty – ocenia przedstawiciel Accenture Polska.

Jak przekonuje, firmy najczęściej decydują się wdrożyć analitykę jedynie w obszarze front office, stawiając na maksymalizację przychodów i zadowolenie klientów. Z analiz firmy Accenture wynika, że 87 proc. przedstawicieli kadry zarządzającej i specjalistów IT wskazuje, że w ich przedsiębiorstwach w coraz większym stopniu wykorzystywane są oparte na analityce systemy monitorujące oczekiwania klientów. Tym samym analityka backofficowa jest często traktowana wybiórczo.

Polska jest fantastycznym krajem, aby analitykę wdrażać w tzw. back office. Przykładem może być rozbudowany sektor centrów usług wspólnych. Jeśli przyjąć, że dana firma globalna centralizuje swoje usługi w takim właśnie centrum, to naturalnym krokiem rozwoju poza typowe proste transakcje jest pójście w aktywności o większym stopniu zaawansowania – przekonuje Grabarz.

Dane ABSL wskazują, że w Polsce działa ok. 1 tys. centrów usług biznesowych, zatrudniających 212 tys. osób. Biorąc pod uwagę liczbę centrów i doświadczoną kadrę, w naszym kraju liczba firm o wysokim poziomie shared service’ów może być znacznie większa niż w innych krajach.

Obecnie w trzystopniowej skali dojrzałości shared service’u ok. 8 proc. jest na najwyższym poziomie. Do 2020 roku odsetek ma wzrosnąć do 14 proc. Myślę, że w Polsce możemy osiągnąć spokojnie 20 proc., jeśli świadomie wykorzystamy ten potencjał, czyli przejdziemy przez pewną ścieżkę strategicznej wartości, myślenia o tym, jakie narzędzie zastosować, pewnego pilotażu, a później świadomego podtrzymania tej kompetencji – podkreśla Grabarz.

Ekspert dodaje, że aby analityka biznesowa przyniosła możliwie najlepsze efekty, Accenture poleca podejście pięciu kroków.

– Pierwszy to strategiczna definicja wartości, jaką chcemy uzyskać poprzez analitykę. Drugi krok to wybór technologii, bo nie zawsze najdrożej oznacza najskuteczniej. Pilot to krok trzeci, czyli zaplanowaliśmy, wybraliśmy narzędzie, sprawdzamy, jak działa. – wymienia Michał Grabarz. 

Dwa kolejne etapy to zastosowanie nowego modelu operacyjnego na większą skalę przy jednoczesnym zaangażowaniu pracowników, a następnie przystosowanie się do nowej rzeczywistości.

– Kolejne dwa kroki to spowodowanie, aby nasi pracownicy używali tej analityki, czyli zmiana organizacyjna. Ostatni krok, jak już wprowadzamy zmianę organizacyjną, musimy ten system cały zamrozić, czyli spowodować, aby z czasem nie umknęła nam wiara w to, że analityka faktycznie ma rację i że daje nam dobre podstawy do podejmowania decyzji. 

W Polsce język publiczny staje się coraz bardziej agresywny. To uniemożliwia skuteczny dialog

W Polsce język publiczny staje się coraz bardziej agresywny. To uniemożliwia skuteczny dialog 4

W ostatnich latach język używany w dyskursie publicznym stał się bardziej agresywny i stygmatyzujący – oceniają badacze. To utrudnia prowadzenie skutecznego dialogu – mówią organizatorzy konferencji „Język w procesie zmiany”. Podobnie jest w biznesie, gdzie efektywność firmy często zależy od skutecznej komunikacji na linii pracodawca–pracownicy. Eksperci podkreślają, że skupienie się w dialogu na rozwiązaniach zamiast na problemach może pomóc w osiągnięciu konkretnych celów.

 W ostatnich latach widoczne jest pogarszanie się języka, przede wszystkim w sferze medialnej i politycznej, ale to przenika także do innych sfer życia – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Ciesiołkiewicz, ekspert Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Z raportu „Mowa nienawiści, mowa pogardy”, przygotowanego przez zespół Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacji im. Stefana Batorego, wynika, że ponad 95 proc. młodych osób spotyka się w internecie z mową nienawiści. Zjawisko to widoczne jest przede wszystkim w stosunku do uchodźców i migrantów, ale brutalizowanie języka staje się coraz bardziej powszechne, niezależnie od adresata wypowiedzi.

 Konsekwencje tego są bardzo niebezpieczne. Im dłużej funkcjonujemy w takiej kulturze języka wykluczającego, tym bardziej akceptujemy nowe reguły. Ludzie deklarują również większe przyzwolenie na łamanie różnego rodzaju norm społecznych, łącznie z uciekaniem się do przemocy, dlatego konsekwencje społeczne akceptacji tego stanu rzeczy są bardzo niebezpieczne  przekonuje Ciesiołkiewicz.

Jak wskazuje ekspert, jedynym rozwiązaniem jest postawienie na konstruktywny dialog między różnymi grupami. Duża rola spoczywa na liderach opinii, zwłaszcza dziennikarzach aktywnych na portalach społecznościowych. Raport Press Institute „Dziennikarze a media społecznościowe” wskazuje, że 70 proc. dziennikarzy traktuje social media jako narzędzie bezpośredniego kontaktu ze źródłami informacji. Większość uznaje je za przydatne, a ponad 36 proc. nie wyobraża sobie bez nich pracy.

 Poza dziennikarzami wpływ na jakość dialogu mają osoby znane, powszechnie szanowane, pełniące funkcje publiczne, także menadżerowie, szefowie i właściciele firm. Od nich dużo zależy w jakości prowadzenia dialogu między różnymi grupami społecznymi. Aby zaistniał dialog, musi być spotkanie, niekiedy symboliczne. Język jest kluczem w tym dialogu, bo może wykluczać, zniechęcać i odpychać od tego spotkania. Język jest pierwszą granicą. Jeżeli zostanie ona złamana, następuje niszczenie relacji i w zasadzie zamyka się możliwość współpracy między różnymi grupami zawodowymi. Nadzieję daje fakt, że dialog jest umiejętnością, a to oznacza, że można się go uczyć i doskonalić – tłumaczy Konrad Ciesiołkiewicz.

Język ma kluczowe znaczenie także w biznesie, wpływa na zarządzanie ludźmi, ale może też pomóc w osiąganiu założonych celów. Chodzi m.in. o budowanie atmosfery współpracy, unikania konfliktów i sytuacji stresowych. Wpływ ma tu nie tylko poziom dyskursu, lecz także to, na czym strony dialogu się skupiają. Badania wskazują, że nie warto się koncentrować wyłącznie na problemie. Skupianie się na negatywnych emocjach powoduje zaś brak wiary we własne siły, niemoc i brak przekonania, że sytuację można zmienić.

W kontrze do języka problemu chcemy pokazać, jak działa język rozwiązań. Rozmawiamy z klientem na temat tego, jak według niego powinna wyglądać jego sytuacja, co miałoby się zmienić. Takie spojrzenie, czyli przeniesienie się w tzw. preferowaną przyszłość, bardzo poszerza możliwe spektrum rozwiązań – przekonuje Małgorzata Wincenciak, psycholożka, członkini Sekcji Podejścia Skoncentrowanego na Rozwiązaniach Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

Podejście skoncentrowane na rozwiązaniach – wywodzące się ze Stanów Zjednoczonych – zakłada, że źródła rozwiązań są gdzie indziej niż źródła problemu.

 Są takie momenty, kiedy problemu nie ma, kiedy jest mniej dokuczliwy. Tam szukamy zasobów do rozwiązań. Czyli źródeł mocy, umiejętności klienta, jego postaw, ludzi dookoła, którzy mogą stanowić dla niego wsparcie w zmianie – mówi Małgorzata Wincenciak.

Jak podkreśla ekspertka, rozmowa językiem rozwiązań przekłada się na większą wiarę w siebie i przekonanie o własnej skuteczności. Może mieć to zastosowanie zwłaszcza w środowisku biznesowym, wśród menadżerów i specjalistów HR.

– Nasze badania pokazują, że ludzie myślący językiem rozwiązań sami postrzegają siebie jako bardziej efektywnych. A od tego, w jaki sposób myślą o sobie i jakie mają poczucie sprawstwa, zależy też, na ile w rzeczywistości będą efektywni – wskazuje Małgorzata Wincenciak.

Wyniki badań Sekcji Podejścia Skoncentrowanego na Rozwiązaniach Polskiego Towarzystwa Psychologicznego zostaną przedstawione na konferencji „Język w procesie zmiany”, która odbędzie się w Warszawie w dniach 2425 marca. Głównym tematem będzie rola języka w HR, zarządzaniu, terapii i polityce. Będzie to spotkanie osób, które na co dzień pomagają innym – w ochronie zdrowia, oświacie, pomocy społecznej, rozwoju osobistym, doradztwie czy zarządzaniu ludźmi.

Resort rolnictwa chce od 2020 r. wyrównania dopłat unijnych dla rolników. Chce też wprowadzić planowanie przestrzenne do ustawy o obrocie ziemią

Resort rolnictwa chce od 2020 r. wyrównania dopłat unijnych dla rolników. Chce też wprowadzić planowanie przestrzenne do ustawy o obrocie ziemią 5

Monitoring rynków rolnych, prace nad konsolidacją instytucji rolnych i utworzeniem Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności oraz wypracowanie rekomendacji dla kształtu wspólnej polityki rolnej UE na lata 2020–2026 to najważniejsze tegoroczne zadania resortu rolnictwa. Ministerstwo analizuje też możliwość wprowadzenia do ustawy o obrocie ziemią rozwiązań zaczerpniętych z kodeksu urbanistycznego.

– W tym roku zapadną decyzje dotyczące wspólnej polityki rolnej po 2020 roku. Będziemy zabiegali o równe warunki konkurencji, a więc równe dopłaty dla rolników w tym okresie, oraz o poprawę spójności społecznej, gospodarczej i terytorialnej, poprawę jakości życia na obszarach wiejskich i kontynuowanie polityki spójności – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Jurgiel, minister rolnictwa.

Komisja Europejska przystąpiła do prac nad kształtem wspólnej polityki rolnej UE na lata 2020–2026. Wszystkie państwa członkowskie mogą teraz zgłaszać do niej swoje uwagi. Konsultacje mają potrwać do lipca tego roku. Dla Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi kluczowe w trakcie ustalania kształtu nowej polityki rolnej będą cztery obszary: stabilizacja rynków rolnych, wsparcie dla małych i średnich gospodarstw, wyrównanie konkurencyjności i dopłat dla rolników oraz poprawa jakości życia na obszarach wiejskich.

– Szczególnie ważne jest dla nas to, aby inwestycje były realizowane na obszarze Małopolski, Podkarpacia i części województwa podlaskiego – zaznacza minister.

W najbliższym czasie cele resortu mają zostać zatwierdzone przez Radę Ministrów, a następnie przekazane do konsultacji. Jak poinformował minister Jurgiel, projekt założeń nowej polityki rolnej powinien się ukazać w listopadzie tego roku.

– Ważną sprawą jest dla nas również konsolidacja inspekcji zajmującej się bezpieczeństwem żywności, która zostanie wprowadzona od stycznia przyszłego roku, oraz powstanie Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa – mówi Krzysztof Jurgiel.

Resort rolnictwa zamierza w tym roku skonsolidować wszystkie inspekcje zajmujące się bezpieczeństwem żywności i utworzyć z nich jedną Państwową Inspekcję Bezpieczeństwa Żywności, która miałaby rozpocząć działalność w styczniu 2018 roku. Projekt odpowiedniej ustawy powinien się pojawić w najbliższych miesiącach.

Nowa instytucja miałaby zastąpić funkcjonującą obecnie Inspekcję Weterynaryjną, Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa oraz przejąć część kompetencji od Inspekcji Handlowej i Państwowej Inspekcji Sanitarnej (czyli podległemu resortowi zdrowia Sanepidu).

W połowie tego roku ma natomiast rozpocząć działalność Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, który przejmie część zadań Agencji Rynku Rolnego oraz Agencji Nieruchomości Rolnych. Nowa, połączona instytucja ma się przyczynić do oszczędności w administracji i być skutecznym narzędziem realizowania państwowej polityki rolnej. W przyszłości mogłaby zyskać również kompetencje urbanistyczno-planistyczne dla terenów i gmin wiejskich.

– Kolejnym bardzo ważnym problemem, który będziemy monitorowali, jest pozycja rolnika w łańcuchu żywnościowym. Przyjęliśmy pięć ustaw, które już weszły w życie. Ten rok będzie okresem monitorowania skutków tych ustaw – podkreśla minister.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi skupia się również na analizie zapisów ustawy o sprzedaży ziemi i nie wyklucza wprowadzenia kilku zmian w przepisach. Mogłyby w niej pojawić się m.in. rozwiązania zaczerpnięte z kodeksu urbanistycznego.

– Chcemy poprawić zasady urządzania rolniczej przestrzeni produkcyjnej tak, aby nie dopuścić do dzikiej, rozdrobnionej zabudowy, aby krajobraz był uporządkowany. To może rozwiązać planowanie przestrzenne, dlatego chcemy wprowadzić zasady urządzania rolniczej przestrzeni produkcyjnej z planowania przestrzennego do kształtowania ustroju rolnego – zapowiada minister rolnictwa.

Eksperci prognozują w tym roku stabilizację na rynku mleka i wieprzowiny, z drugiej strony wzrosły w ostatnim czasie ceny zbóż i rzepaku. Minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel zapowiada, że ewentualne interwencje i monitoring rynków rolnych będzie niezmiennie jednym z najważniejszych, tegorocznych zadań resortu.

– Efektem naszych dotychczasowych działań na rynkach rolnych jest panująca na nich stabilizacja. To są elementy, o które cały czas trzeba dbać: sytuacja na rynkach rolnych, opłacalność produkcji, interwencja państwa. To przekłada się na sprzedaż, daje dochód i zapewnia godziwe warunki życia rolnikom. Jeśli ceny są opłacalne, wieś żyje, ma za co kupować i wtedy mówimy o powstawaniu dobrobytu – tłumaczy Krzysztof Jurgiel.

W przyszłym roku zmienią się zasady segregacji elektrośmieci. Polska jako jedyny kraj w Europie nie wypracowała standardów ich przetwarzania

W przyszłym roku zmienią się zasady segregacji elektrośmieci. Polska jako jedyny kraj w Europie nie wypracowała standardów ich przetwarzania 6

Zgodnie z unijnymi wymogami do 2021 roku Polska musi osiągnąć 65-procentowy poziom zbiórki i recyklingu zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (ZSEE). Obecnie zaledwie jedna trzecia elektroodpadów jest poddawana recyklingowi. Nowe przepisy, które wejdą w życie w 2018 roku, mają uregulować rynek zużytego sprzętu. Wprowadzona zostanie nowa klasyfikacja elektroodpadów, a zakłady przetwarzania będą poddawane regularnym audytom zewnętrznym. Branża podkreśla też konieczność wypracowania standardów przetwarzania elektrośmieci.

Unijna dyrektywa nałożyła na Polskę szereg wymogów, wśród których jest osiągnięcie 65-proc. poziomu zbiórki elektroodpadów do 2021 roku. To podstawowy i najważniejszy obowiązek, do którego w tej chwili dążymy. Aby było to możliwe, potrzebne jest zaangażowanie wszystkich uczestników rynku: od producentów i dystrybutorów sprzętu, którzy finansują cały system, po konsumentów i zakłady przetwarzania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Baściuk, prezes zarządu Związku Pracodawców Branży Elektroodpadów i Opakowań „Elektro-Odzysk”.

Z początkiem ubiegłego roku weszły w życie nowe regulacje dotyczące zbiórki i recyklingu elektroodpadów. Zmianę przepisów wymusiła unijna dyrektywa WEEE, która nałożyła na wszystkie państwa członkowskie szereg wymogów. Jednym z nich jest konieczność uzyskania 65-proc. poziomu zbiórki ZSEE do 2021 roku. Producenci sprzętu i dystrybutorzy, którzy wprowadzają go na rynek, muszą zadbać o jego późniejszą zbiórkę i prawidłowe przetworzenie.

Ustawa obowiązująca od kilkunastu miesięcy nie zmieniła radykalnie sytuacji na rynku zużytego sprzętu. Najważniejsze jej zapisy wejdą w życie jednak dopiero w 2018 roku. Nowością będzie zmiana struktury zbierania i klasyfikowania elektroodpadów, które – ze względu na sposób i koszt przetwarzania – zostaną podzielone na sześć grup sprzętowych.

Dotychczas mieliśmy dziesięć grup odpadów, teraz będzie ich sześć. To fundamentalna zmiana, która pozwoli zbierać i rozliczać sprzęt według grup technologicznych. Zlikwiduje to szereg patologii na tym rynku. Przykładowo, do tej pory pralki i lodówki były w tej samej grupie, mimo że przetworzenie tych drugich wymaga specjalistycznej technologii. Niestety, większość organizacji odzysku decydowała się na rozliczanie lodówek pralkami, czyli tańszą grupą technologiczną – mówi Mirosław Baściuk.

Prezes Związku Pracodawców Branży Elektroodpadów „Elektro-Odzysk” zwraca uwagę na to, że część zakładów zainwestowało w nowoczesne technologie, które pozwalają przetwarzać lodówki. Brak odpowiedniego finansowania dla tej grupy elektroodpadów spowodował jednak, że nie było zapotrzebowania na ich usługi.

Poza nową klasyfikacją elektrośmieci w przyszłym roku rozpoczną się również zewnętrzne audyty zakładów przetwarzania i organizacji odzysku. Ich celem będzie sprawdzenie, czy zakłady przetwarzania funkcjonują prawidłowo i zgodnie z prawem wywiązują się ze swoich obowiązków. Kontrole mają też zlikwidować nielegalny handel fałszywymi kwitami, potwierdzającymi odbiór i recykling elektroodpadów, które w rzeczywistości wcale nie zostały przetworzone.

W przyszłym roku będą pierwsze kontrole i wtedy dopiero zobaczymy, które zakłady spełniają standardy określone w ustawie o zużytym sprzęcie. To pokaże, które z nich mogą pozostać na rynku, a które muszą jeszcze zainwestować i dostosować się do nowych wymogów. Pierwsze audyty zewnętrzne będą wyzwaniem nie tylko dla zakładów przetwarzania, lecz także dla audytorów, którzy w tej chwili dopiero się szkolą i uczą tego rynku – mówi Mirosław Baściuk.

Prezes związku „Elektro-Odzysk” zaznacza, że najważniejszą kwestią jest teraz wypracowanie standardów przetwarzania poszczególnych grup elektroodpadów. Działania w tym kierunku powinno podjąć Ministerstwo Środowiska. Polska jako jedyny kraj w Europie wciąż nie ma wypracowanych i jasno określonych standardów przetwarzania elektrośmieci.

To bardzo ważne, ponieważ nie ma sposobu, żeby porównać zakłady przetwarzania. Skoro brakuje standardów, to oznacza, że zakład, który operuje młotkiem i śrubokrętem, znaczy dokładnie tyle samo, co zakład posiadający nowoczesne technologie. Dokumenty, które wystawiają te zakłady, są równorzędne, ponieważ nie ma punktu odniesienia. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, który nie określił, jak powinny być przetwarzane poszczególne grupy odpadów. Tymczasem powstały już standardy i wytyczne europejskie, do których powinniśmy się dostosować – podkreśla Mirosław Baściuk.

Szacunkowo tylko 30–40 proc. elektroodpadów jest obecnie poddawanych recyklingowi. Reszta trafia na złomowiska lub jest przetwarzana nielegalnie. Żeby osiągnąć w 2021 roku wymagany przez UE poziom zbiórki odpadów, potrzebne są skoordynowane działania wszystkich uczestników rynku. W przeciwnym razie zarówno Polsce, jak i producentom oraz dystrybutorom sprzętu grożą kary finansowe.

W ustawie o zużytym sprzęcie zapisano, że opłata produktowa dla najbardziej popularnych grup sprzętowych wynosi 1,80 zł za kilogram. W praktyce oznacza to, że jeśli nie zbierzemy jednego kilograma sprzętu, zapłacimy 1,80 zł kary. To kwota dziesięciokrotnie wyższa niż ta, którą trzeba wydać, żeby zebrać i przetworzyć sprzęt. Dlatego stawka 1,80 zł za kilogram powinna być wystarczającym straszakiem dla wprowadzających i dystrybuujących sprzęt, żeby zdecydowali się prawidłowo i jak najszybciej rozwijać system zbiórki i przetwarzania – mówi Mirosław Baściuk.

Kiedy działania terenowe w odzyskiwaniu należności są skuteczne?

Jeśli leasingobiorca nie płaci w regulaminowym czasie za sprzęt, windykator ma kilka dróg do egzekwowania należności klienta, którego reprezentuje. Jednym z aspektów wyróżniających firmy windykacyjne jest indywidualnie wypracowane know-how. Niestety nadal często podejmowane przez firmy działania są wykonywane zgodnie z „szablonem”, a nie indywidualnym charakterem zlecenia. Okazuje się, iż często w przypadku działań terenowych kluczowym krokiem do uzyskania zaległych należności jest pominięcie wstępnego kontaktu telefonicznego z dłużnikiem. O zaletach natychmiastowych działań terenowych opowiada Mateusz Panek, ekspert i kierownik Działu Obsługi Zleceń Leasingowych Lindorff SA.

Nie dzwoń, przyjedź!

Sam fakt niespłacania rat to bardzo często tylko wierzchołek „góry lodowej” problemów z niewypłacalnym leasingobiorcą. Pracownik terenowy zazwyczaj boryka się z unikaniem kontaktu, co komplikuje pozyskiwanie informacji, np. o przybliżonym terminie realnej spłaty zadłużenia. Klient jest w jeszcze trudniejszej sytuacji, jeśli brak wpłat jest działaniem zamierzonym. Wtedy kontakt z leasingobiorcą jest nie tylko utrudniony, a często wręcz blokowany prze samego zadłużonego.

W odzyskiwaniu należności bardzo ważna, jeśli nie najistotniejsza, jest indywidualna ocena sytuacji w każdym przypadku i umiejętność podjęcia właściwych działań – opowiada Mateusz Panek, ekspert i Kierownik Działu Obsługi Zleceń Leasingowych Lindorff SA. – Większość firm windykacyjnych automatycznie dzwoni w takiej sytuacji do leasingobiorcy. Jednakże, jeśli mamy do czynienia z zamierzonym brakiem wpłat na konto klienta, ten krok może okazać się powodem zablokowania nam kontaktu z dłużnikiem. Kiedy leasingobiorca dowie się, iż próbujemy do niego dotrzeć, może celowo unikać spotkania z pracownikami terenowymi, przewidując ich wizytę. W czasie, który upłynie od telefonu do przyjazdu pracowników może też ukryć sprzęt bądź przewieźć go w inne miejsce. Kontakt telefoniczny jest niezbędnym krokiem np. w przypadku zawiadomienia osób prywatnych o długu wynikającym z niezapłaconych rachunków, jednakże na biznesowej płaszczyźnie windykacji kodeks działań budowany jest na bazie powtarzających się doświadczeń i często pominięcie rozmowy telefonicznej jest naszą kartą przetargową – dodaje.

Po przyjechaniu na miejsce zadaniem pracownika terenowego jest zabezpieczenie sprzętu, jeśli wymaga tego charakter zlecenia – także transport sprzętu wraz z jego magazynowaniem. Doświadczona i skuteczna firma windykacyjna posiada w ramach wypracowanego przez siebie know-how siatkę połączeń, które pozwalają minimalizować zarówno czas, jak i koszty powyższych działań oraz wpływają także na jakość usługi, np. gdy od niewypłacalnego leasingobiorcy należy odebrać i przetransportować dźwig z pomocą profesjonalistów od ciężkiego sprzętu.

W Lindorff SA Dział Obsługi Zleceń Leasingowych działa nieprzerwanie od kilkunastu lat. Tak duże doświadczenie pozwoliło nam potwierdzić, iż często najskuteczniejszą metodą działań jest rozpoczęcie natychmiastowych, acz przemyślanych w teamie działań terenowych, oczywiście tylko w sytuacji, jeśli mamy od naszego klienta potwierdzenie nieszczerych intencji leasingobiorcy – dodaje Mateusz Panek. – Leasingobiorcy do których docieramy często są bardzo zaskoczeni naszą wizytą, jednakże działając na bazie kodeksu etycznego, staramy się nie wzbudzać w dłużniku poczucia zagrożenia czy dyskomfortu, a w profesjonalny sposób przedstawić sytuację oraz sposoby jej efektywnego rozwiązania dla wszystkich stron – podsumowuje.

Ważny czas działania

Na szybkość działań terenowych w dużej mierze wpływa znajomość danego terenu przez windykatora. Często zdarza się bowiem, iż nierzetelne firmy posługują się adresem wirtualnym, tzn. takim, pod którym nie mieści się firma, a jedynie skrzynka do przesyłania poczty. Znajomość okolicy dodatkowo wpływa na czas działania, gdy windykator podejrzewa, iż wskazany przez dokumenty adres jest pozorny i od razu może rozpocząć poszukiwania prawdziwego miejsca docelowego.

– Każde indywidualnie traktowane zlecenie wzbogaca nasze doświadczenie. Dziś nasze zlecenia realizujemy na bazie doświadczenia z odbioru ponad 15 tys. samochodów osobowych, 5 tys. ciągników siodłowych i naczep, 8 tys. sprzętów rolniczych i przemysłowych czy ponad 1,5 tys. sprzętów budowlanych, takich jak np. dźwigi – zaznacza Mateusz Panek.

Zakaz konkurencji w stosunku pracy. O czym pamiętać aby był skuteczny i przestrzegany?

W ocenie ekspertów przepisy kodeksu pracy dotyczące zakazu konkurencji wymagają odświeżenia, ponieważ istnieje wiele niedoprecyzowanych kwestii, których samo orzecznictwo w pełni nie reguluje. Istnieje wiele spornych i interesujących zagadnień, w różny sposób interpretowanych zarówno przez pracodawcę jak i przez sądy.

Zakaz konkurencji podczas trwania zatrudnienia

Działalnością konkurencyjną wobec pracodawcy są czynności zarobkowe podejmowane na własny rachunek (jako przedsiębiorca) lub na rachunek osoby trzeciej (jako pracownik, zleceniobiorca i tym podobne), jeżeli te czynności pokrywają się, przynajmniej częściowo, z zakresem działalności pracodawcy. Dotyczy to zarówno produkcji towarów lub świadczenia usług tego samego rodzaju, jak i towarów i usług zbliżonych do działalności pracodawcy, które mogą je zastąpić (usługi lub towary o charakterze substytucyjnym). Umowa o zakazie konkurencji powinna jasno określać rodzaje działalności zakazanej dla pracownika oraz terytorium objęte tym zakazem.

Oznacza to, że pracownik nie może przez określony okres prowadzić działalności konkurencyjnej. Zakaz prowadzenia działalności konkurencyjnej dobrze, aby odnosił się do przedmiotu działalności pracodawcy, określonego w przepisach prawa lub postanowieniach aktów założycielskich, statutów lub umów tworzących dany podmiot, wobec czego umowa o zakazie konkurencji nie może zawierać postanowień, które zobowiązywałyby pracownika do niepodejmowania działalności niepokrywającej się z przedmiotem działalności pracodawcy. Eksperci radzą wymienienie odpowiednich kodów PKD w umowie z pracownikiem, żeby uniknąć przyszłych niejasności. Jeżeli działalność ulegnie rozszerzeniu, rekomendowane jest aneksowanie umów.

Umowa o zakazie konkurencji w czasie trwania stosunku pracy jest ściśle związana z umową o pracę. Stanowi ona umowne rozszerzenie pracowniczego obowiązku dbałości o dobro pracodawcy (art. 100 § 2 pkt 4 k.p.). Pracodawca może uzależnić zawarcie umowy o pracę od jednoczesnego zawarcia umowy o zakazie konkurencji z art. 1011 oraz 1012. Ważnym elementem jest okres jej obowiązywania, który nie może wykraczać poza czas trwania stosunku pracy. Co więcej pracodawca może zażądać podpisania umowy o zakazie konkurencji w trakcie trwania stosunku pracy a odmowa pracownika może być podstawą jego zwolnienia.

Umowa o zakazie konkurencji musi mieć formę pisemną pod rygorem nieważności. Powinna być wyodrębniona jako osobna umowa, w praktyce może to być osobna klauzula umowna w umowie o pracę. Ustanie stosunku pracy powoduje jej wygaśnięcie. Umowa może być nieodpłatna lub przewidywać dla pracownika świadczenie pieniężne. Często uznaje się, że ekwiwalent za zakaz konkurencji zawarty jest w pensji pracownika. Musi być to jednak wyraźnie zaznaczone w umowie.

Czy pracodawca może zwolnić pracownika, który przez wiele lat równolegle prowadzi działalność gospodarczą a nie posiada umowy o zakazie konkurencji? Eksperci podają jako przykład firmę, w której wielu pracowników obok stałego zatrudnienia prowadzi na własny rachunek działalność gospodarczą, co nie jest tajemnicą dla pracodawcy i przez wiele lat panowało ogólne przyzwolenie na takie rozwiązania. W związku z tym, jeśli przez tyle lat pracodawca nie zwracał na ten fakt uwagi, może przedłożyć pracownikowi do podpisu umowę o zakazie konkurencji, lecz pracownik ma prawo wyboru, czy zdecyduje się ją podpisać czy też wybierze rozstanie z pracodawcą. Po tak długim czasie tolerowania prowadzenia pobocznej działalności gospodarczej, nawet jeśli potencjalnie konkurencyjnej, w zasadzie w grę nie wchodzi zwolnienie dyscyplinarne ani wypowiedzenie umowy o pracę z tego powodu.

Przy określaniu terytorium objętego zakazem konkurencji w sposób geograficzny (np. terytorium Polski) pracodawca może domagać się zamieszczenia postanowienia przewidującego automatyczne rozszerzenie terytorium objętego zakazem na nowy obszar jego działalności.

„Skutkiem wadliwego określenia rodzaju działalności konkurencyjnej lub terytorium, którego zakaz dotyczy, jest nieważność tych postanowień, z reguły tylko w części. Przykładowo, pracodawca nie może wpisać jako terytorium obszaru całego świata.” – mówi Katarzyna Kochanowska, prawnik w Taylor Wessing w Warszawie.

W razie nieumyślnego wyrządzenia pracodawcy szkody pracownik naruszający zakaz konkurencji ponosi odpowiedzialność na zasadach określonych w art. 114-121 k.p. (czyli do wysokości 3-miesięcznego wynagrodzenia). W razie szkody wyrządzonej umyślnie odpowiada w pełnej jej wysokości.

Zakaz konkurencji po rozwiązaniu umowy o pracę

O odszkodowaniu dla byłego pracownika orzeka sąd pracy, jako że jest ona zawierana przez pracodawcę z pracownikiem, a jej przedmiotem jest zakaz konkurencji z uwagi na szczególnie ważne informacje, które pracownik uzyskał w czasie trwania stosunku pracy. Dotyczy to obowiązków stron już po ustaniu stosunku pracy, a także ponoszenia przez byłego pracownika odpowiedzialności według kodeksu cywilnego. Kodeks nie przewiduje możliwości wypowiedzenia umowy o zakazie konkurencji po rozwiązaniu umowy o pracę. Strony mogą jednak w umowie przewidzieć dopuszczalność wypowiedzenia tej umowy lub odstąpienia od niej przez byłego pracodawcę. Umowa może dodatkowo zostać rozwiązana lub zmieniona w każdej chwili zgodnymi oświadczeniami woli stron. Warto jednak pamiętać, że nie dochodzi do ustanowienia zakazu działalności po ustaniu stosunku pracy w razie pominięcia w umowie postanowienia określającego czas trwania tego zakazu. Zakaz konkurencji obejmujący okres po ustaniu stosunku pracy aktualizuje się i zaczyna obowiązywać pracownika w chwili, gdy pomiędzy stronami umowy o zakazie konkurencji nie istnieje już stosunek pracy.

Umowa przewidująca nieodpłatny zakaz działalności konkurencyjnej po ustaniu stosunku pracy nie jest nieważna, lecz klauzula o nieodpłatności zostaje automatycznie zastąpiona przez odszkodowanie gwarantowane w kodeksie pracy, tj. minimum 25% wynagrodzenia otrzymanego przez pracownika przed ustaniem stosunku pracy przez okres odpowiadający okresowi obowiązywania zakazu konkurencji. Nie jest to przychód ze stosunku pracy, tylko odszkodowanie, nie odprowadza się od niego składek ZUS. Istnieją wątpliwości, czy 25% ma być liczone od kwoty netto czy brutto wynagrodzenia, dlatego można zapisać w umowie konkretne kwoty, gdyż orzecznictwo nie wyjaśnia tej kwestii w jednoznaczny sposób.

Wypowiedzenie zmieniające (art. 42 k.p.) nie modyfikuje treści klauzuli o zakazie konkurencji wpisanej do umowy o pracę. Jeśli nie przewidziano takiej możliwości w umowie, to bez zgody pracownika pracodawca nie może odstąpić ani wypowiedzieć takiej umowy. Odstąpienie od umowy ma moc wsteczną i powoduje skutki tak, jakby umowa w ogóle nie została zawarta. Do skutecznego wykonania prawa od odstąpienia konieczne jest wskazanie terminu do kiedy prawo to może zostać wykonane, np. do ostatniego dnia trwania umowy o pracę. W przypadku, gdy istnieje zapis o wypowiedzeniu lub odstąpieniu, a pracodawca uzna, że pozostawanie pracownika w zakazie konkurencji przestaje mieć dla niego wartość ekonomiczną, może wypowiedzieć lub odstąpić od umowy.

Nie dochodzi do ustanowienia zakazu działalności po ustaniu stosunku pracy w razie pominięcia w umowie postanowienia określającego czas trwania tego zakazu. Z orzecznictwa wynika, że maksimum to dwa lata. Najczęściej spotyka się zakazy od 6 miesięcy do 1 roku.

Odszkodowanie

Wysokość należnego pracownikowi odszkodowania uzgadniają strony umowy o zakazie konkurencji, jednak nie może być ona niższa od 25% wynagrodzenia, które otrzymywał pracownik przed ustaniem stosunku pracy przez okres odpowiadający okresowi obowiązywania zakazu konkurencji. Wysokość odszkodowania powinna pozostawać w związku z rozmiarem dolegliwości zakazu konkurencji dla pracownika. Wypłata odszkodowania może nastąpić w miesięcznych ratach lub w całości, płatne z góry lub z dołu. Umowne odszkodowanie ryczałtowe przysługujące pracownikowi przez uzgodniony okres obowiązywania zakazu konkurencji ma charakter wypłaty gwarancyjnej i wymaga jedynie wykazania, że pracownik powstrzymał się od działalności konkurencyjnej.

W razie niewywiązywania się pracodawcy z obowiązku wypłaty odszkodowania umowa o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy nie przestaje obowiązywać przed upływem terminu, na jaki została zawarta, a pracownik zachowuje roszczenie o odszkodowanie. Pracownik może wybrać, czy podejmuje działalność konkurencyjną czy dochodzi należnego mu odszkodowania od byłego pracodawcy. Ustanie obowiązywania zakazu konkurencji (art. 1012 § 2) dotyczy tylko zobowiązania, jakie przyjął na siebie pracownik w umowie o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy, a nie zobowiązania pracodawcy do wypłaty odszkodowania. Pracodawca przestając wypłacać odszkodowanie, traci kontrolę nad umową. Pracownik w celu uzyskania odszkodowania musi jedynie oświadczyć, że nie prowadził działalności konkurencyjnej. Naruszenie przez byłego pracownika umowy o zakazie konkurencji upoważnia pracodawcę do wstrzymania wypłaty dalszych rat odszkodowania od daty dowiedzenia się o tym, a jeżeli płacił raty w czasie naruszenia tego zakazu przez byłego pracownika – do dochodzenia ich zwrotu od byłego pracownika. Naruszenie przez pracownika postanowień umowy o zakazie konkurencji nie jest wystarczającą przesłanką do dochodzenia przez zatrudniającego odszkodowania. Konieczne jest wykazanie, że pracodawca poniósł szkodę wraz ze wskazaniem i wyliczeniem jej wysokości. Pracodawca zobowiązany jest udowodnić winę pracownika oraz adekwatny związek przyczynowy występujący między zachowaniem pracownika a szkodą (również w kontekście jej wysokości).

Kara umowna jako narzędzie gwarantujące przestrzeganie zakazu

Dopuszczalne jest zastrzeżenie w umowie o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy kary umownej na rzecz byłego pracodawcy w razie niewykonania lub nienależytego wykonania obowiązku powstrzymania się od działalności konkurencyjnej.

„Jeśli w umowie o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy nie ma zastrzeżonej kary umownej, to umowa taka jest jak karabin bez nabojów, dlatego zapis o karze umownej powinien się w niej znaleźć” – mówi Krystian Stanasiuk, partner w Taylor Wessing w Warszawie.

Dopuszcza się możliwość miarkowania kary umownej, gdy zobowiązanie do pozostawania niekonkurencyjnym zostało w znacznej części wykonane przez pracownika, kara jest rażąco wygórowana lub wynagrodzenia za pracę lub odszkodowanie należne pracownikowi były znacząco niższe od przewidzianych kar umownych. Nienależyte wykonanie świadczenia przez pracownika, gdy nie doprowadziło ono do wyrządzenia szkody, może stanowić podstawę do zmniejszenia kary umownej.

Zakaz konkurencji w umowach cywilnoprawnych.

W przypadku innych form zatrudnienia, obowiązuje zasada swobody umów z kodeksu cywilnego. Brak jest podstaw prawnych do stosowania na gruncie prawa cywilnego rozwiązań przewidzianych w kodeksie pracy. Orzecznictwo Sądu Najwyższego jednolicie przyjmuje dopuszczalność umownego ustanowienia zakazu konkurencji po rozwiązaniu umowy cywilnej o świadczenie usług (co obejmuje m.in. samozatrudnionych). Możliwe jest ustanowienie na podstawie kodeksu cywilnego zakazu konkurencji po rozwiązaniu umowy bez wynagrodzenia i nawet z obowiązkiem zapłaty kary umownej w razie jego nieprzestrzegania przez osobę objętą zakazem. W orzecznictwie SN można zaobserwować tendencję do ograniczenia swobody zawierania umów przewidujących zakaz konkurencji bez odszkodowania, gdy strony realizują zatrudnienie na podstawie umowy cywilnoprawnej. Wskazuje się na przykład, że sprzeczne z zasadami współżycia społecznego jest zobowiązanie zleceniodawcy do zaniechania podejmowania czynów „nieuczciwej konkurencji” przez okres 3 lat po ustaniu umowy, w sytuacji, gdy zakaz ma charakter nieodpłatny.

Zakaz konkurencji w innych przepisach.

Zakazy konkurencji, które mogą dotyczyć osób zatrudnionych na podstawie stosunku pracy, ustanawia między innymi:

  • kodeks spółek handlowych – dla członków zarządu spółki akcyjnej i spółki z ograniczoną odpowiedzialnością;
  • ustawa – Prawo bankowe – dla członków zarządów i członków rad nadzorczych banków;
  • ustawa o funkcjonowaniu banków spółdzielczych, ich zrzeszaniu się i bankach zrzeszających – dla członków zarządów i członków rad nadzorczych banków spółdzielczych, członków zarządów i członków rad nadzorczych banków zrzeszających oraz dla osób pełniących funkcje kierownicze w tych bankach;
  • ustawa – Prawo spółdzielcze – dla członków rady i zarządu spółdzielni.

 

Frank najtańszy od 4 miesięcy. Koniec hossy na GPW

Złoty stabilizuje się po piątkowym silnym umocnieniu, w następstwie którego euro i dolar wróciły do poziomów z początku lutego, a frank był najtańszy od 4 miesięcy. Dużo ciekawej jest na GPW, gdzie trwa wyprzedaż po piątkowej zwyżce, sugerująca koniec ponad 4 miesięcznej hossy.

Początek tygodnia na rynku walutowym upływa w spokojnej atmosferze. O godzinie 14:04 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2830 zł, dolar 3,9850 zł, a szwajcarski frank 3,9955 zł. We wszystkich trzech przypadkach są to poziomy zbliżone do tych z piątkowego zamknięcia, gdy złoty na fali dobrych nastrojów na rynkach globalnych (podobnie zachowywał się m.in. węgierski forint) i pomimo nieco rozczarowujących danych z polskiej gospodarki (produkcja, sprzedaż i inflacja PPI były poniżej prognoz), mocno zyskał na wartości. W efekcie na koniec tygodnia kursy EUR/PLN i USD/PLN wróciły do poziomów z początku lutego, gdy wyznaczone zostały dołki. Notowania CHF/PLN pokonały zaś psychologiczną barierę 4 zł i znalazły się najniżej od 4 miesięcy.

Dziś niewiele też się dzieje na funcie, za którego trzeba zapłacić 4,9350 zł, co oznacza stabilizację na poziomach z poprzedniego tygodnia. Większych emocji nie wywołało zapowiedziane na 29 marca oficjalne uruchomienie Artykułu 50 Traktatu Lizbońskiego, czy de facto oficjalny początek BREXIT-u.

Ten poniedziałkowy spokojny handel na krajowym rynku walutowym to przede wszystkim wpływ niewielkich zmian na EUR/USD, braku potencjalnych impulsów, ale też i zapowiedź równie spokojnego tygodnia, który pozbawiony będzie naprawdę ważnych publikacji makroekonomicznych i innych wydarzeń, mogących budzić emocje.

Publikowane w piątek wstępne odczyty indeksów PMI od Japonii, przez Europę, aż po USA powinny pozostać na wysokich poziomach, wpisując się w dotychczasowy osąd sytuacji (i nie dając nowych impulsów). Wystąpienie Janet Yellen i innych przedstawicieli Fed po zeszłotygodniowym posiedzeniu FOMC przejdzie bez echa. Ustalenia Szczytu Unii Europejskie mogą mieć wpływ, ale tylko długoterminowy. A prezydent Trump podczas swojego wtorkowego wystąpienia prawdopodobnie ponownie nie odpowie na nurtujące rynki finansowe pytania.

Aktualny układ sił na wykresach EUR/PLN i USD/PLN każe sądzić, że lutowe dołki, które przed 1,5 miesiącem inwestorzy uznali za atrakcyjne do kupna walut pomimo dobrych nastrojów na świecie oraz przyspieszenia wzrostu gospodarczego i skoku inflacji w Polsce, ponownie zostaną wykorzystane do kupna walut.

Podobnie prezentuje się sytuacja na GBP/PLN, gdzie w styczniu i lutym zejście poniżej 5 zł było wykorzystywane do zakupów funta, który następne był sprzedawany w okolicach 5,10 zł.

Najciekawiej prezentuje się sytuacja na wykresie CHF/PLN. Dotychczas bliskość poziomu 4 zł była traktowana jako okazja do kupna franka. Teraz ten psychologiczny poziom został pokonany. To może sugerować nawet zejście do 3,90 zł. Ten scenariusz trafiłby jednak do kosza, gdyby frank jutro lub w środę wrócił ponad 4 zł. Wówczas piątkowy spadek okaże się zwykłą pułapką zastawioną na sprzedających CHF/PLN, a kurs prawdopodobnie wróci do 4,05-4,06 zł.

Dzisiejszy spokój rynku walutowego kontrastuje z tym co dzieje się na warszawskiej giełdzie. Po 5. godzinach handlu indeks WIG20 traci 1,26% i spada do 2268 pkt. Tym samym razem z węgierskim BUX-em negatywnie wyróżnia się on na tle innych europejskich indeksów (np. DAX traci tylko 0,3%, a CAC niecałe 0,4%).

Pesymistyczną wymowę powyższego obrazu sytuacji dodatkowo podkreśla jeszcze to co stało się w piątek. Wówczas WIG20 na bardzo dużym obrocie (w pewnym stopniu był to efekt rozliczania marcowych serii instrumentów pochodnych) w sposób nieudany zaatakował barierę 2300 pkt. To sugeruje, że mieliśmy w piątek do czynienia z tzw. dniem odwrotu, czyli z zakończeniem mającej swój początek w listopadzie fali wzrostów na WIG20. W takiej interpretacji teraz indeks dużych spółek powinien się cofnąć do 2200 pkt., żeby docelowo w późniejszym okresie cofnąć się do 2000 pkt.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Studia dualne odpowiedzią na problemy kadrowe firm

Europejski rynek pracy od lat zmaga się z niżem demograficznym. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego, zawartymi w raporcie „Population Projection 2014–2050”, odsetek ludności w wieku produkcyjnym mobilnym w Polsce regularnie maleje, stawiając pracodawców przed ciężkimi wyzwaniami rekrutacyjnymi. Według prognoz do 2020 roku liczba osób zdolnych do przekwalifikowania się, zmiany miejsca pracy oraz dodatkowej specjalizacji zmniejszy się o 1,1 miliona w stosunku do 2013 r. Sytuacja osiągnie swoje apogeum w latach 2020–2035, kiedy liczba osób w wieku produkcyjnym mobilnym zmniejszy się aż o 3,5 miliona. Jak pracodawcy przygotowują się na niedobór wykwalifikowanej kadry pracowniczej?

Osoby w wieku produkcyjnym mobilnym są z punktu widzenia pracodawców najistotniejsze dla skutecznego funkcjonowania przedsiębiorstw, gdyż charakteryzują się największą efektywnością i pozytywnym wpływem na funkcjonowanie firm. Regularnie starzejące się społeczeństwo, zwiększający się na rynku pracy procentowy udział osób produkcyjnych niemobilnych – który jeszcze w 2013 oscylował w granicach 38 proc., a zgodnie z danymi GUS w 2035 r. ma wynosić niemalże 50 proc. – nakazuje przedsiębiorstwom zrewidować dotychczasowe podejście do rekrutacji i zadbać o zwiększenie efektywności procesu zatrudnienia kadr.

Mniej pracowników = więcej pracy

Z badań przeprowadzonych przez Silesia Automotive wynika, że ponad 70% pracodawców wyraża obawę, że nie znajdzie odpowiednich pracowników na oferowane przez siebie stanowiska. Niepokój ten zdaje się potwierdzać najnowszy raport Komisji Europejskiej, prognozujący wolniejszy wzrost zatrudnienia w Polsce w 2017 r. (wyniesie 0,3%), a w 2018 r. jego całkowite zatrzymanie.

– Powstaje rynek faworyzujący specjalistę, którego firmy nie będą chciały wypuścić z rąk. Odczuć da się to m.in. w branży produkcyjnej, gdzie już teraz o znalezienie wykwalifikowanego inżyniera jest naprawdę trudno. Taki specjalista bezpośrednio po zakończeniu edukacji potrzebuje przygotowania do konkretnych zadań w przedsiębiorstwie, przez co proces wprowadzania go do pracy trwa znacznie dłużej niż standardowa edukacja w innych branżach. Mimo to od razu po odebraniu dyplomu najlepsi absolwenci mogą przebierać w ofertach, a sytuacja ta będzie się tylko nasilać. Pracodawcy będą zmuszeni mierzyć się z olbrzymią konkurencją w dotarciu do pracownika o odpowiednich kwalifikacjach – mówi Konrad Królikowski, Associate Manager w Relyon Recruitment & IT Services, firmie rekrutacyjnej specjalizującej się m.in. w rekrutacjach kadry kierowniczej i specjalistycznej dla branży produkcyjnej.

Gdzie szukać rozwiązania?

Coraz popularniejszym trendem, w którym pracodawcy upatrują szansę na uzupełnienie braków kadrowych, wydają się być studia dualne. Wiele przedsiębiorstw wyraża zainteresowanie współpracą z uczelniami, tak by od pierwszych lat edukacji na specjalistycznym kierunku mieć dostęp do potencjalnego pracownika oraz móc wywierać wpływ na efekty jego kształcenia. W ten sposób przejmują część odpowiedzialności za naukę studenta i gwarantują sobie, że będzie on posiadał wiedzę, która jest dla przedsiębiorstwa kluczowa. Pozwala to znacznie skrócić czas oczekiwania na w pełni wykwalifikowanego inżyniera, który uzupełnia swoje kompetencje i zdobywa doświadczenie w konkretnych zadaniach jeszcze podczas studiów. Dodatkowo, pracownik skojarzony z przedsiębiorstwem jeszcze podczas nauki, przygotowany przez nie do pracy, może charakteryzować się większym sentymentem i lojalnością wobec firmy, co pozostaje nie bez znaczenia w obecnej sytuacji na rynku.

Studia dualne to najbardziej efektywny model kształcenia – podsumował seminarium dotyczące nowoczesnych wymagań rynku pracy Minister Edukacji Jarosław Gowin. Zwrócił uwagę, że obecne wyzwania gospodarcze wymagają współpracy biznesu z nauką, a studia dualne stanowią idealną odpowiedź na zapotrzebowanie rynku.

Wymagania zmieniają się nawet w trakcie nauki. Firmy rozwijają się, a ich oczekiwania modyfikują się. Dlatego też świetnie może się tu sprawdzić kształcenie dualne, pozwalające na elastyczność. Student ma nieustanny kontakt z firmą i może dostosowywać się do jej potrzeb – zauważa z kolei Arkadiusz Mężyk, rektor Politechniki Śląskiej, która od tego roku akademickiego jako pierwsza oferuje kształcenie w ramach studiów dualnych na kierunku Mechanika i Budowa Maszyn. W ramach oferty przygotowanej przy współpracy z Katowicką Specjalną Strefą Ekonomiczną 35 studentów otrzymuje możliwość nauki według programu opracowanego wraz z przedstawicielami firm partnerskich, takich jak Tenneco Rybnik, która zwróciła się do Politechniki z propozycją otworzenia takiego kierunku. Zgodnie z programem edukacji na omawianym kierunku, oprócz każdorocznego objęcia studentów sześciomiesięcznymi stażami, około 400 h zajęć podczas całego toku studiów będzie prowadzona przez przedstawicieli firm współpracujących.

Polski rynek pracy potrzebuje specjalistów, dlatego kształcenie dualne jest propozycją, która zyskuje na znaczeniu. Absolwenci po zakończeniu studiów z miejsca gotowi są do pracy na odpowiedzialnych stanowiskach, ponieważ byli do tego przygotowywani już od pierwszego roku – dodaje Konrad Królikowski z Relyon Recruitment & IT Services.

Na rynku liczą się nie tylko szklane wieże

Powierzchnia biurowa w zmodernizowanych budynkach w dobrych lokalizacjach jest równie atrakcyjna dla najemców, jak biura w nowych obiektach

Od kilku lat rynek biurowy w Polsce notuje szybki wzrost podaży wysokiej klasy powierzchni, których  dostarczają liczne, nowe projekty. Jednocześnie zwiększa się rynkowy udział zmodernizowanej powierzchni w budynkach kilkunasto i kilkudziesięcioletnich.

W Warszawie, która jest najdojrzalszym rynkiem biurowym w kraju, odsetek powierzchni znajdującej się w biurowcach, które mają więcej niż 10 lat jest największy w kraju. Jak podają specjaliści z firmy doradczej Walter Herz, takie biura stanowią w aglomeracji ponad 40 proc. oferty. Na największych, regionalnych rynkach biurowych starszych zasobów jest znacznie mniej. W Krakowie i Wrocławiu taka powierzchnia obejmuje około 20 proc. podaży.

Dobre adresy nie starzeją się

Eksperci podkreślają, że nie tylko najnowsze obiekty, ale także starsze budynki, oddane w Warszawie kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat temu cieszą się nadal dużym zainteresowaniem najemców. Pod warunkiem jednak, że usytuowane są w atrakcyjnych punktach miasta. Przykładem jest oddany w 2003 roku Metropolitan, czy budynek Rondo 1 ukończony w 2006 roku.

Reprezentacyjne, warszawskie obiekty biurowe, które powstały wiele lat temu przechodzą gruntowne remonty, dzięki czemu oferowana w nich powierzchnia nie ustępuje tej w nowych obiektach. Należą do nich m.in. Atrium, Błękitny Wieżowiec, Moniuszki Tower, czy Spectrum Tower. W wielu popularnych stołecznych biurowcach jak np. Warsaw Trade Tower, czy Warsaw Financial Center przeprowadzana jest rewitalizacja części wspólnych, przede wszystkim holi i recepcji. Właściciele niektórych, starszych budynków także certyfikują obiekty, podnosząc ich efektywność i obniżając koszty eksploatacji, by mogły stać się bardziej konkurencyjne na rynku, zaznaczają eksperci Walter Herz.

Relokacja premiowana

Rynek biurowy należy dziś do najemcy, który ma teraz większe niż kiedykolwiek dotąd możliwości wynegocjowania atrakcyjnych warunków najmu. Dotyczy to szczególnie Warszawy. Właściciele budynków na różne sposoby zabiegają o najemców. Doradcy Walter Herz przyznają, że sytuacja coraz bardziej sprzyja firmom poszukującym biur.

Do wynajmu zachęcają coraz dłuższe wakacje czynszowe, miejsca postojowe w cenie oraz kompleksowe wykończenie biur, zaaranżowanych zgodnie z preferencjami firm, a także zwroty kosztów przeprowadzek i nakładów poniesionych na marketing związany ze zmianą siedziby.

Nowe kontra starsze

Zarówno nowe, jak i starsze biurowce mają swoje plusy i minusy. Podaż w nowych obiektach zwiększa się. Inwestorzy muszą więc zaproponować znacznie więcej niż wysokiej klasy powierzchnię biur. Najmłodsze obiekty dysponują więc zwykle rozbudowanym zapleczem infrastruktury towarzyszącej.

Ich atutami są m.in. nowoczesne rozwiązania architektoniczne, świetna integracja projektów z tkanką miejską, czy ekologiczne rozwiązania sprzyjające środowisku. A także zielone strefy przeznaczone do relaksu, kreatywne środowisko pracy, dzięki przestrzeniom co-workingowym, bezpośredni dostęp do różnych usług, czy udogodnienia dla rowerzystów i posiadaczy pojazdów elektrycznych.

Nowe obiekty, jak zaznaczają specjaliści Walter Herz, mogą też w pełni zaspokoić potrzeby firm, które poszukują dużych powierzchni biurowych. A z mniej sprzyjających najemcom aspektów wymieniają mało elastyczne warunki umów pod względem okresu najmu, wyższe koszty z tytułu utrzymania części wspólnych w budynkach i stawki czynszowe wyrażane euro, co niesie ryzyko związane ze zmianą kursu waluty.

Dobre , bo sprawdzone

Specjaliści Walter Herz zwracają uwagę, że nie wszyscy najemcy decydują się na relokację po zakończeniu umowy najmu. W Warszawie, aż jedną trzecią zawieranych transakcji stanowią przedłużenia kontraktów. Firmy renegocjują umowy i pozostają w lokalizacjach, które się sprawdziły.

Specjaliści podkreślają, że najemcy równie chętnie jak najnowsze projekty, wybierają też atrakcyjnie zlokalizowane, starsze budynki w dobrym stanie technicznym. – W przypadku wieloletnich budynków można wynegocjować więcej. Dotyczy to zarówno samego czynszu, jak i innych warunków najmu. Plusem jest też możliwość rozliczania się w złotówkach, co ma znaczenie szczególnie dla instytucji państwowych, przyznają doradcy.

Aspektem ograniczającym jest według nich układ powierzchni w starszej generacji budynkach, który czasem nie pozwala na dowolność aranżacyjną przestrzeni biurowej lub wymusza większe nakłady inwestycyjne na jej realizację. Trudności sprawiać może również późniejsze szybkie wprowadzenie zmian. Mniej wydajne bywają również instalacje techniczne. Ale nie wszystkich wieloletnich budynków to dotyczy. Część jest zaprojektowana w taki sposób, że pomimo wieku nadal spełniają wszystkie oczekiwania najemców.

Zdaniem specjalistów Walter Herz w trudnej sytuacji są dziś tylko obiekty, które mają już swoje lata, nie zostały dotąd zmodernizowane, a do tego nie mogą konkurować lokalizacją. Uważają jednak, że na takie biura klient też się znajdzie. Taką ofertą zainteresowane są firmy, które poszukują na rynku najbardziej ekonomicznych rozwiązań.

Nie zawsze starsze biuro jest tańsze

Stawki czynszowe w ponad dziesięcioletnich budynkach w porównaniu z nowymi mogą być niższe nawet o 20 proc., podają eksperci Walter Herz. Wszystko zależy od lokalizacji i standardu technicznego obiektu. Nie zawsze jest to jednak regułą. Nawet kilkunastoletnie, dobrze zarządzane, renomowane budynki o ciekawej aranżacji architektonicznej w ekskluzywnych lokalizacjach konkurują z sukcesem z najnowszymi biurowcami. Często stawki czynszowe utrzymują się w nich na podobnym poziomie, jak w nowych.

Doradcy zaznaczają, że czynsze wywoławcze za najlepsze powierzchnie w centrum Warszawy nieznacznie spadły w ciągu ostatniego roku i sięgają obecnie 24 euro za mkw. miesięcznie. Za podobne biura położone poza centrum trzeba zapłacić 12-16 euro/mkw./m-c.

Nawet 9 euro za metr w Warszawie

W obiektach wybudowanych przed 2000 rokiem w lokalizacjach centralnych średni czynsz wynosi ok. 16 euro za mkw. A już na Mokotowie, w służewieckim zagłębiu biurowym biura oferowane są przeciętnie za 11 euro za metr, ale zdarza się też, że można powierzchnię wynająć taniej, podają doradcy.  W warszawskich budynkach klasy B czynsze efektywne plasują się w granicach 9-10 euro za mkw.

Na głównych rynkach regionalnych, w Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście różnice w czynszach za najnowsze i starsze biura nie są tak duże, jak w Warszawie. Wahają się w granicach 1-2 euro/mkw. Powodem jest mniej zróżnicowany wiek nieruchomości biurowych, które w większości nie mają więcej niż dziesięć lat.

Autor: Walter Herz

Słabe dane i dobre prognozy dla Polski

Sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa poniżej oczekiwań. Prognozy wzrostu gospodarczego i inflacji na 2017 rok dla Polski w górę. Co z Unią Europejską?

Słabe dane z Polski

W piątek poznaliśmy odczyty z polskiej gospodarki. Produkcja przemysłowa rosła w tempie 1,2% w skali roku z kolei sprzedaż detaliczna w tempie 7,3%. Oczekiwania inwestorów wynosiły odpowiednio 2,8% i 8,5%. Dane te wywołały krótkotrwałe osłabienie złotego jednakże niewystarczające by wybić złotego z umacniającego go trendu. Dane te wpisują się w ogóle prognozy analityków, w których polityka obecnego rządu zdecydowanie bardziej sprzyja sprzedaży niż produkcji. O ile biznes jest niepewny przyszłości, to kolejne pakiety socjalne wspierają konsumpcję.

Prognozy dla Polski w górę

Barclays podniósł prognozy dla Polski. Wzrost gospodarczy w 2017 roku ma wynieść 3,2% wobec dotychczasowych 3% a inflacja 2,2% wobec oczekiwanej 2%. Co ciekawe w przeciwieństwie do szacunków NBP, gdzie rok 2017 ma być lepszy od kolejnych bank zakłada, że Polska w 2018 roku będzie się rozwijać jeszcze szybciej. Inflacja w przyszłym roku ma przekroczyć cel inflacyjny. Tak wysoki poziom cen może spowodować, że wzrosną stopy procentowe.

Przyszłość Unii Europejskiej według Junckera

W wywiadzie dla niemieckiej gazety “Bild am Sonntag” szef Komisji Europejskiej zakreślił swoje wizje zjednoczonej Europy. Przewidywał on minimum kolejnych 60 lat trwania jej struktur oraz wzrost liczby członków powyżej 30. Z jednej strony są to tylko 4 państwa więcej niż obecnie, z drugiej nie do końca wiadomo kogo widzi w tym gronie Jean Claude. Z drugiej nie do końca wiadomo o jakich państwach mowa. Złośliwi komentatorzy zauważają, że biorąc pod uwagę liczbę ruchów separatystycznych można przekroczyć 30 państw nie zmieniając granic Unii Europejskiej. W wywiadzie nie zabrakło również tematu wyborów we Francji. Perspektywa opuszczenia przez Francję Unii Europejskiej została zbagatelizowana.

Dzisiaj dzień wolny w Japonii – Święto Równonocy Wiosennej. W ramach danych makroekonomicznych nie ma dzisiaj ważnych odczytów, aczkolwiek warto zwrócić uwagę, że w nocy będą miały miejsce ważne wystąpienia. W USA Donalda Trumpa, a w Australii poznamy protokół z posiedzenia Banku Centralnego.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Jedynie 9% pracowników z polisami zdrowotnymi

  • Ubezpieczeniami grupowymi objętych jest 1,41 mln osób. To zaledwie 9% osób pracujących w wieku produkcyjnym.
  • Wciąż duże pole do rozwoju pozwala rynkowi ubezpieczeń zdrowotnych stale rosnąć – rok do roku całkowita liczba osób posiadających polisy indywidualne i grupowe zwiększyła się o 28%.
  • Rosnące zainteresowanie branż, które do tej pory nie korzystały z podobnych rozwiązań otwiera nowe możliwości dla ubezpieczycieli.

Według danych opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny w najnowszej edycji raportu Aktywność ekonomiczna ludności Polski osób pracujących w wieku produkcyjnym jest 15,6 mln. Z kolei liczba osób objętych grupowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi według ostatnich danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynosi 1,41 mln i dynamicznie rośnie – w III kwartale 2016 r. o 24% w porównaniu rok do roku. Pomimo tego wciąż jedynie 9% wszystkich polskich pracowników posiada ochronę w ramach grupowych polis medycznych, które stanowią 80% rynku w tej kategorii ubezpieczeń.

Ten wciąż stosunkowo niewielki procent ogółu polskich pracowników korzystających z ubezpieczeń zdrowotnych pokazuje potencjał do dalszego wzrostu sektora. W takich branżach jak np. BPO/SSC grupowe programy ochronne są już dziś standardem jako benefity pozapłacowe dla pracowników. Jednak patrząc z perspektywy rynku jako całości istnieje jeszcze bardzo dużo miejsca do budowania świadomości istnienia tej kategorii produktów. Zwłaszcza w tzw. Polsce regionalnej i sektorze MSP – mówi Małgorzata Jackiewicz, Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Coraz więcej branż zainteresowanych polisami

Przedstawiciele rynku ubezpieczeń zauważają systematyczny wzrost popularności polis zdrowotnych wśród firm, które jeszcze do niedawna nie korzystały z podobnych rozwiązań. Dzieje się tak nie tylko w dużych miastach, w których świadomość tych produktów jest największa. Wśród branż o rosnącym zainteresowaniu ubezpieczeniami zdrowotnymi są m.in. administracja, jednostki samorządu terytorialnego czy placówki edukacyjne.

Rozwój ubezpieczeń zdrowotnych spowodował, że jest to produkt atrakcyjny dla szerokiego grona firm, niezależnie od rodzaju, skali i miejsca prowadzenia działalności. Przedsiębiorcy cenią sobie nie tylko możliwość dopasowania zakresu świadczeń do konkretnych potrzeb, ale również partycypacji pracowników w kosztach. Moim zdaniem katalog branż korzystających z tych ubezpieczeń w najbliższych latach będzie się sukcesywnie powiększał – dodaje Małgorzata Jackiewicz z SALTUS Ubezpieczenia.

Oprócz dostosowania produktów do potrzeb i specyfiki działalności nowych klientów ubezpieczyciele muszą się także zmierzyć z konkurencją ze strony wyspecjalizowanych firm medycznych. Ich oferta kierowana jest przede wszystkim do dużych organizacji działających w ośrodkach miejskich. Ubezpieczenia zdrowotne z kolei są bardziej uniwersalnym rozwiązaniem. Dzięki współpracy z różnymi przychodniami i poradniami ubezpieczyciele oferują dostęp do znacznie większej liczby placówek zlokalizowanych w całym kraju.

Jak pozyskać inwestora? – poradnik dla przedsiębiorców

Młode przedsiębiorstwa w Polsce często potrzebują wsparcia finansowego oraz merytorycznego, by skutecznie realizować założone cele. Z pomocą przychodzą fundusze venture capital, które inwestują kapitał własny w wybrane projekty. Czym powinien wyróżniać się biznes, aby spotkał się z zainteresowaniem takiego funduszu?

Fundusze venture capital przeznaczają na wybrany projekt od kilkuset tysięcy do nawet kilku milionów złotych.  Wspierają zarówno młode przedsiębiorstwa określane mianem start-upów, jak i firmy w fazie dalszego rozwoju. Jest to forma inwestycji, która polega na objęciu przez inwestora udziałów w przedsiębiorstwie. Warto podkreślić, że fundusze wspomagają spółki nie tylko finansowo, ale także swoim doświadczeniem i wiedzą, szczególnie przy podejmowaniu decyzji strategicznych. Nie każda firma ma jednak szansę na dofinansowanie ze strony funduszu. Przedstawiamy, jakie warunki powinien spełniać projekt, aby pozyskał tak cenne wsparcie.

Po pierwsze: doświadczenie i wiedza promotorów projektu

Kompetencje i doświadczenie zespołu zarządzającego projektem, są dla funduszu kluczowym kryterium przy podejmowaniu decyzji o zaangażowaniu się w konkretne przedsięwzięcie.  Poznanie wiedzy zarówno na temat doświadczenia, konkurencji, jak i rynku, jest cenną wskazówką dla przyszłego inwestora. – Na decyzję o zaangażowaniu się w konkretny projekt ma wpływ przede wszystkim doświadczenie i wiedza na temat danej branży posiadana przez promotorów projektu. Jeśli grupa osób odpowiedzialna za działania posiada stosowne kompetencje, to jest to ważna informacja dla inwestora potwierdzająca słuszność zaangażowania w projekt – tłumaczy Krystyna Kalinowska, Dyrektor Inwestycyjny Podlaskiego Funduszu Kapitałowego.

Po drugie: nie tylko duży potencjał wzrostu

Fundusze venture capital wybierając firmy do współpracy, zwracają szczególną uwagę na to, czy odznaczają się one dużym potencjałem rozwoju i dynamiką wzrostu. Ważną kwestię stanowi również jego innowacyjność, a także oryginalność produktu, który powinien wyróżniać się na tle konkurencji oraz mieć przewagę technologiczną. – Przedsiębiorstwa, które spełniają te kryteria, otrzymują od funduszu wsparcie umożliwiające realizację kolejnych działań oraz przekraczanie pewnych barier rozwoju. Co ważne, fundusze venture capital mają możliwość zrealizowania kolejnej rundy finansowania dla projektu, który już otrzymał wcześniej dofinansowanie z innego źródła – wyjaśnia Krystyna Kalinowska z  Podlaskiego Funduszu Kapitałowego.

Po trzecie: możliwość wyjścia z inwestycji

Fundusze przystępując do analizy firmy zwracają również uwagę na to, czy istnieje szansa wyjścia z inwestycji w ciągu kilku lat z jednoczesnym zyskiem. Projekty, które stwarzają inwestorowi taką możliwość, mają dużą szansę na dofinansowanie. – Fundusze venture capital inwestują w przedsiębiorstwa, które mogą w niedalekiej przyszłości przynieść realne zyski. Firmy, które poszukują dofinansowania, powinny mieć świadomość, że im wyższe ryzyko ponosi inwestor w trakcie współpracy, tym większego zysku z inwestycji będzie oczekiwał – tłumaczy Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego.

Fundusze venture capital wyróżnia to, że zwykle nie delegują swoich przedstawicieli do zarządu spółki. Wspierają jedynie zarząd w tworzeniu, a także realizacji, strategii dalszego rozwoju.

EFL: polskie firmy pomogą w realizacji planu elektromobilności, jeśli będzie się im to opłacać

W Polsce prace nad rozwojem elektromobilności nabierają tempa. W ubiegłym roku rząd zapowiedział, że do 2025 roku po naszych drogach będzie jeździł 1 milion samochodów elektrycznych. Eksperci EFL zauważają, że duży udział w tej liczbie będą mieć z pewnością klienci instytucjonalni. Jednak potrzebny jest system zachęt, które spowodują wzrost zainteresowania nabywaniem tego typu aut. – Argument poprawy jakości powietrza nie wystarczy, elektromobilność musi się przedsiębiorcy opłacać. Potrzebny jest na przykład system ulg podatkowych i dopłat – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.

Rewolucja dotycząca pojazdów elektrycznych na świecie stała się faktem. Najszybciej rozwijający się rynek samochodów elektrycznych ma Norwegia, a z niektórych parlamentów europejskich dochodzą sygnały o z tym, żeby do 2025-2030 roku zaprzestać rejestracji pojazdów spalinowych czy samochodów z silnikami diesla. Pojawiają się także deklaracje niektórych producentów, jak chociażby Renault, o zakończeniu produkcji aut z silnikiem diesla do 2020 roku. – Elektromobilność stała się także flagowym projektem polskiego rządu, który zakłada m.in. milion aut na polskich drogach do 2025 roku, produkcję polskiego samochodu elektrycznego czy przygotowanie odpowiedniej infrastruktury. Największym wyzwaniem, jakie stoi przed rządem, jest jednak stworzenie warunków do zdynamizowania rynku oraz wykreowanie popytu na samochody elektryczne – podkreśla Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.

Potrzebny wabik dla firm

Pierwszym argumentem, który przemawia za elektryfikacją polskiej motoryzacji, jest poprawa jakości powietrza. Jednak w przypadku firm, które przede wszystkim nastawione są na osiąganie zysków, ten powód zakupu auta elektrycznego nie jest wystarczający. Elektromobilność musi się przedsiębiorcy opłacać. Dziś koszty zakupu auta elektrycznego są nawet dwukrotnie wyższe od zakupu auta z napędem konwencjonalnym. Zatem, żeby skłonić firmę do zakupu floty elektrycznych pojazdów, konieczny jest system zachęt, który spowoduje wzrost zainteresowania nabywaniem tego typu aut. – Pierwszy krok, jakim jest zadbanie o infrastrukturę, już został postawiony. Bowiem rząd powołał Polski Program Elektryfikacji Motoryzacji, którego celem jest popularyzacja samochodów elektrycznych i rozbudowa sieci punktów do ładowania tego typu pojazdów. Drugim-koniecznym, a o którym na razie nikt nic nie mówi, jest system ulg i dopłat. Mogą to być np. odmienne zasady obliczania podatku akcyzowego, podatku VAT czy chociażby ulg podatkowych. Tylko, jeśli przedsiębiorca zobaczy realną wartość, będzie rozważać inwestycję w tego typu pojazdy – mówi Radosław Woźniak.

Elementem wspierającym rozwój elektromobilności powinna być także szeroko zakrojona promocja tych rozwiązań wśród Polaków. Takie przekazy powinny być skierowane zarówno do jednostek administracji państwowej, firm jak i samych konsumentów.

Plan elektromobilności z udziałem leasingu

Rząd we współpracy z instytucjami finansowymi powinien też postawić na edukację w zakresie metod finansowania i zakupu pojazdów elektrycznych, gdyż sfinansowanie za gotówkę albo będzie niemożliwe albo po prostu będzie się mniej opłacało (jak np. w przypadku firm). Istotny udział w finansowaniu elektrycznej floty, głównie firmowej, będą miały z pewnością firmy leasingowe. EFL, jako jeden z liderów rynku, już od 2004 roku finansuje pojazdy z alternatywnymi napędami. Pierwszym sfinansowanym przez firmę autem była hybryda Toyota PRIUS. EFL do 2017 roku wyleasingował w sumie niemal 600 aut hybrydowych. Warto też podkreślić, że EFL jest liderem, jeśli chodzi o finansowanie leasingiem aut TESLI. Od 2014 roku sfinansował zakup 14 sztuk Tesli S oraz 3 sztuk modelu Tesla X. Ich odbiorcami byli głównie mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 5 osób.

– Do tej pory, decydując się na alternatywny napęd, przedsiębiorcy zdecydowanie częściej kupowali hybrydę. Za takim wyborem przemawiały przede wszystkim kwestie praktyczne, jak maksymalny zasięg pojazdu, który w przypadku samochodów elektrycznych jest wciąż dużym ograniczeniem. Trzymamy zatem kciuki za wdrożenie pełnego planu elektromobilności, w ramach którego nie tylko powstanie polski samochód elektryczny, ale też gęsta siatka stacji doładowujących oraz kampania edukacyjna budująca popyt na tego typu auto. W EFL zaś będziemy uważnie przyglądać się działaniom rządu i przygotujemy ofertę dedykowaną klientom zainteresowanym nabyciem lub używaniem pojazdów elektrycznych – mówi Radosław Woźniak z EFL.

Robinson Europe S.A. utrzymuje wzrost przychodów i rentowności

Robinson Europe S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się sprzedażą sprzętu wędkarskiego oraz sportowego, zanotowała w 1 kw. roku obrotowego 2016/2017 ponad 36% wzrost przychodów netto ze sprzedaży w porównaniu z analogicznym okresem roku obrotowego 2015/2016. Emitent osiągnął również dodatni wynik na poziomie EBITDA i planuje wypłacić dywidendę.

Spółka wypracowała w 1 kw. roku obrotowego 2016/2017 przychody netto ze sprzedaży w wysokości 2.748 tys. zł, podczas gdy rok wcześniej wyniosły one 2.016 tys. zł. Robinson Europe S.A. wyraźnie obniżyła także stratę netto do poziomu 103 tys. zł z 488 tys. zł oraz odnotowała zysk EBITDA w kwocie 24 tys. zł wobec straty w analogicznym okresie poprzedniego roku obrotowego sięgającej 335 tys. zł. Kluczowy wpływ na wyraźny wzrost przychodów Emitenta miało umacnianie pozycji rynkowej w branży wędkarskiej i zwiększenie sprzedaży w tym segmencie na rynku polskim o 58% w ujęciu rdr. Spółce udało się także wygenerować ponad 20% poprawę wyników sprzedażowych w dziale wędkarstwa na rynkach Unii Europejskiej. Robinson Europe S.A. z powodzeniem realizuje przyjęte plany marketingowe i handlowe, dzięki czemu jest w stanie osiągać coraz wyższe przychody oraz rentowności. Zarząd Spółki bardzo dobrze ocenia osiągnięte wyniki finansowe.

„Udało nam się znacząco zwiększyć dostępność towaru oraz zrealizować kontraktacje z naszymi odbiorcami, co przełożyło się na wzrost przychodów i bardzo dobre rozpoczęcie roku. Bardzo mocno pracowaliśmy nad rozbudową oferty handlowej o sprzęt, który cechuje się wysoką jakością i nowoczesnym designem. Prowadziliśmy także działania w zakresie uporządkowania naszej oferty w oparciu o poszczególne metody połowu, wprowadzając do każdego segmentu własną markę. Dużym sukcesem zakończyły się również prace nad usprawnieniem organizacji wewnętrznej w obszarze obsługi klientów oraz optymalizacji procesów magazynowych. Jesteśmy przekonani, że w najbliższych kwartałach podtrzymamy obecne tempo rozwoju Spółki.” – wyjaśnia Paweł Busz, Członek Zarządu Spółki Robinson Europe S.A.

Robinson Europe S.A. miała w roku obrotowym 2015/2016 371 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 14.661 tys. zł. Natomiast zysk Spółki na poziomie EBITDA sięgnął 1.127 tys. zł. Zanotowanie przez Emitenta progresji wyników finansowych było możliwe przede wszystkim poprzez efektywną rozbudowę oferty produktowej w segmencie wędkarstwa. Obecne działania Emitenta są zorientowane na utrzymaniu wysokiej dynamiki rozwoju tego segmentu oraz planowanym wydzieleniu segmentu sportowego. Na podstawie przeprowadzonej wyceny wartość działu sportowego Robinson Europe S.A. została oszacowana na kwotę ponad 1.034 tys. zł. Bardzo dobre wyniki finansowe Spółki oraz jej stabilna sytuacja ekonomiczna skłoniły Zarząd do podjęcia Uchwały o rekomendacji Zwyczajnemu Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy wypłaty dywidendy z zysku netto za rok obrotowy 2015/2016 w wysokości 0,05 zł na akcję.

„Osiągnięte wyniki finansowe utwierdzają nas w przekonaniu o słuszności przyjętej strategii rozwoju oraz motywują cały zespół do dalszej wytężonej pracy. Duże znaczenie dla poprawy rentowności ma oczywiście optymalizacja kosztów działalności, nad czym konsekwentnie pracujemy. Po raz pierwszy w historii możemy wypłacić dywidendę, co, mam nadzieję, pozwoli nam zapoczątkować nową politykę dywidendową. Wierzę, że pozwoli to także zwiększać zaufanie i zainteresowanie wśród obecnych Akcjonariuszy oraz potencjalnych inwestorów.” – podkreśla Paweł Busz.

Arendarski: Oddalenie od UE to mniej środków unijnych w przyszłości

Premier Beata Szydło i polski rząd nie zgadzają się na Europę dwóch prędkości. Prezes Kaczyński twierdzi, że Polska nie jest zainteresowana rozpadem Unii Europejskiej – co jest pozytywnym sygnałem. Wydaje się, że wydzielenie twardego jądra – w postaci strefy Euro – jest nieuniknione. Pierwszym, głębszym wyznacznikiem integracji jest wspólna waluta, a jak wiadomo Polska jej nie przyjęła. Zlikwidowano wszelkie instytucje, które pracowały nad tym. Zaprzestano też prac studialnych na ten temat w NBP oraz Ministerstwie Finansów.

– Wbrew temu co powiedziała Pani Premier, Unia dwóch prędkości może dojść do skutku sama z siebie – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Znajdą się tam kraje, które nie mają wspólnej waluty. Nieformalne spotkania i ustalenia – przykładem jest ostatnie spotkanie w Wersalu – są później forsowane na posiedzeniach Rady Europejskiej, Parlamencie Europejskim czy Komisji Europejskiej. Mam obawy, że możemy znaleźć się w tej grupie krajów, które mają bardzo mały – lub w ogóle nie mają – wpływ na kierunek podążania UE. Będzie się to wiązało z przyszłym rozdziałem budżetu europejskiego, czyli ilością środków w kolejnej perspektywie finansowej pozyskanych przez Polskę. Jakiekolwiek schodzenie na margines i oddalanie się – nie mówiąc o wyjściu – od Unii jest bardzo przykre oraz budzące obawy. Powinniśmy wrócić do studiów na temat wprowadzenia euro w Polsce i podjąć kroki wyznaczające termin przyjęcia tej waluty. Jest to warunek przynależności do klubu decydującemu o wszystkim – sine qua non. Nie odbędzie się głosowanie o podział Unii na szybszą lub wolniejszą. Stanie się to na zasadzie faktów dokonanych przez spotkanie formalne i koordynowanie działań krajów tworzących „jądro” UE. Biorąc pod uwagę podstawowe dokumenty unijne – szczególnie te przyjęte w Lizbonie – ta grupa ma wystarczające możliwości prawne, aby decydować o tym co się będzie działo w Unii – ocenił Arendarski.

UKE: SMS-y popularne wśród seniorów w Polsce

Według badania Urzędu Komunikacji Elektronicznej przeprowadzonego na konsumentach w wieku 50+ wynika, że 59,8% seniorów nie korzysta z Internetu, a 60,2% nie posiada komputera. Osoby starsze najbardziej cenią sobie możliwość korzystania z telefonii komórkowej, gdzie dominującymi usługami są połączenia głosowe na numery komórkowe (71,6%) oraz SMS-y (47,9%). Z połączenia z Internetem za pomocą telefonu korzysta zaledwie 15,9 % seniorów. Oznacza to, że krótkie wiadomości tekstowe mogą być narzędziem, które zapewni skuteczne dotarcie do seniorów z ofertą określonego produktu lub usługi.

Dla zdecydowanej większości pokolenia X, czyli osób urodzonych w latach sześćdziesiątych nowe technologie wciąż pozostają nieodgadnioną zagadką. Jest to grupa, która najbardziej jest narażona na tzw. wykluczenie cyfrowe. O ile z jednej strony w Polsce wciąż poprawiają się wskaźniki dotyczące fizycznego dostępu do technologii cyfrowych, o tyle nasze społeczeństwo starzeje się w bardzo szybkim tempie. Według danych Komisji Europejskiej zawartych w “The 2015 Ageing Report”, Polska jest jednym z krajów w Europie, które najbardziej dotknie starzenie się społeczeństwa a prognozy Głównego Urzędu Statystycznego zakładają, że w 2035 roku w Polsce osoby powyżej 65 roku życia stanowiły będą 23% całego społeczeństwa.

„W przyszłości przepaść pomiędzy użytkownikami Internetu a osobami wykluczonymi cyfrowo może pogłębić się jeszcze bardziej. Coraz więcej firm oferuje swoje usługi poprzez sieć, a duża część seniorów, choć ma dostęp do technologii, to jednocześnie po prostu nie widzi potrzeby korzystania z nich. Badanie UKE pokazuje, że wiodącą usługą telekomunikacyjną wykorzystywaną przez osoby starsze jest telefonia komórkowa oraz SMS-y, które można wykorzystać do tego, aby zainteresować seniorów usługami medycznymi, finansowymi czy ofertami kulturalnymi. Poza tym powiadomienia SMS świetnie sprawdzają się w przypadku zagrożenia lub w sytuacji kryzysowej i są coraz chętniej wykorzystywane przez urzędy do komunikacji z mieszkańcami. Polskie społeczeństwo starzeje się coraz szybciej, więc grupa osób wykluczonych również będzie rosła. Wyniki badania UKE pokazują, że SMS-y mogą być najskuteczniejszą formą dotarcia do tych osób, a moim zdaniem oferowane za pomocą tego kanału usługi cyfrowe mogą sprzyjać zjawisku włączenia społecznego.” – powiedział Marcin Papiński, Dyrektor ds. Rozwoju w firmie Infobip.

Z raportu Urzędu Komunikacji Elektronicznej wynika ponadto, że z Internetu korzysta 40,2% badanych, ale zaledwie 15,9% seniorów wykorzystuje do tego celu telefon. 60,4% osób starszych przyznaje, że nie potrafi obsługiwać komputera a 55,2% nie odczuwa potrzeby korzystania z niego. Sporą grupę tworzą osoby, które nie potrafią korzystać z Internetu (55,8%), a aż 49,6% badanych zadeklarowało, że Internet nie jest im do niczego potrzebny.

Dzięki rewolucji mobilnej oraz wprowadzeniu wielu zastosowań nowych technologii w naszym życiu codziennym, wielu z nas żyje się zdecydowanie łatwiej. Trzeba jednak pamiętać, że istnieje w naszym społeczeństwie wciąż powiększająca się grupa osób, dla których takie ułatwienia jedynie utrudniają życie, stawiając na drodze nowe, kolejne przeszkody. Bardzo często nie załatwimy już wielu spraw inaczej niż poprzez internet, a dla młodych tak prozaiczne rzeczy jak kupno biletu autobusowego przez internet, umówienie wizyty u lekarza, opłacenie rachunków z internetowego konta bankowego czy nawet skorzystanie z bankomatu, dla seniorów są prawdziwymi wyzwaniami.

Źródło:https://uke.gov.pl/wyniki-badania-konsumenckiego-uzytkownikow-uslug-telekomunikacyjnych-21271 

Komentarz walutowy rynek PLN – 20.03.2017 r.

USDPLN

ergokantor-pl_usdNa fali zeszłotygodniowego osłabienia się dolara na szerokim rynku, złotówka znacząco się umocniła w stosunku do dolara. Zamknięcie tygodnia poniżej 4 złotych pozwala myśleć o kolejnym dobrym dla złotego tygodniu. Technicznie po pokonaniu mocnego wsparcia przy 3,98 dolar powinien tanieć nawet do poziomu 3,93, gdzie wypada mierzenie 61,8 FIBO impulsu wzrostowego mierzonego od kwietnia 2016. Jednak naszym zdaniem do tak znaczącego umocnienia się złotówki potrzebny będzie kolejny impuls osłabienia dolara. Sytuacja USDPLN jest zależna od kursu eurodolara, który na tę chwilę jest w krótkoterminowym trendzie wzrostowym jednak niestabilność polityczna w Europie i wtorkowa konferencja Trumpa może trochę zmienić tę rzeczywistość. W przypadku wzrostów pierwszy istotnym poziomem jest 4,02. Warto jeszcze zauważyć, że możemy mieć do czynienia z formacją podwójnego dna i jeśli by się miała zrealizować, to korekta na USDPLN powinna się zakończyć, a kurs poszybować szybko na północ.

EURPLN

ergokantor-pl_eur

EUR w piątek po raz kolejny przetestowało linię trendową mierzoną po dołkach, począwszy od grudnia 2015 roku. Ponownie uaktywnił się popyt, jednak jego słabość może sugerować, iż cena tym razem może pokonać to wsparcie i spróbować wyrysować nowe dołki. W przypadku spadków celem będzie poziom 4,2560, gdzie wypada mierzenie 127,2% ostatniego impulsu wzrostowego oraz 161,8% zasięgu zewnętrznego, a w dodatku miejsce jest potwierdzone price action dołkiem z połowy sierpnia 2016 roku. W przypadku wzrostów najbliższy opór jest przy 4,31.

GBPPLN

ergokantor-pl_gbpCena zareagowała na dolne ograniczenie formacji 1 do 1 przy 4,9220, gdzie pojawił się pierwszy niewielki popyt. Kurs delikatnie odreagował przy niskiej płynności, co może sugerować ponowny retest poziomu wsparcia. W przypadku dalszych spadków wsparciem najpierw będą dołki z połowy sierpnia przy 4,90, a w dalszej kolejności cena może przetestować poziom 4,84-4,85, gdzie wypada klaster Fibo. W przypadku wzrostów cena powróci do konsolidacji z szansą na ponowny test 5,15. Ten scenariusz musiałby być poparty jednak mocnymi danymi makro, bądź impulsu w sprawie negocjacji Brexitu.

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Powyższy komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansów z 19 października 2005 roku. Komentarz został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.