Adam Wojtkowski dyrektorem generalnym firmy Dell EMC w Polsce

Adam Wojtkowski, Dell EMC w Polsce
ludz, Dell EMC w Polsce

Nowo powołany dyrektor generalny odpowiada za rozwój działalności Dell EMC na rynku polskim i sprzedaż całego portfolio rozwiązań, produktów i usług technologicznych przeznaczonych dla klientów biznesowych (od małych przedsiębiorstw po korporacje), indywidualnych i sektora publicznego.

Adam Wojtkowski jest związany z branżą nowych technologii od ponad 20 lat. Od kwietnia 2012 r. kierował polskim oddziałem EMC, a od momentu połączenia firm Dell i EMC (wrzesień 2016) odpowiadał za sprzedaż rozwiązań infrastrukturalnych Dell EMC.

Wcześniej pełnił funkcję dyrektora działu sprzedaży do dużych przedsiębiorstw w firmie Dell, a przedtem, przez 6 lat, dyrektora działu rozwoju sprzedaży do sektora telekomunikacyjnego w Cisco, odpowiedzialnego za region Europy Środkowo-Wschodniej i Bliskiego Wschodu. Pracował również w Telekomunikacji Polskiej S.A., jako dyrektor departamentu centralnego, i był odpowiedzialny za zarządzanie procesami budowy oferty usługowej operatora. Karierę zawodową rozpoczął w firmie Ericsson, gdzie początkowo pełnił funkcję kierownika działu marketingu produktów sieci stacjonarnych, a następnie dyrektora działu sprzedaży do sektora operatorskiego.

Nowy dyrektor generalny nadzoruje prace trzech działów sprzedaży Dell EMC w Polsce: Public (klienci z sektora publicznego; dyrektor sprzedaży Rafał Branowski), Large Commercial (duże przedsiębiorstwa; dyrektor sprzedaży Stanisław Leszczyński) oraz Mid Market (średnie firmy; dyrektor sprzedaży Radosław Buszan). Dodatkowo, w ramach polskiej organizacji sprzedaży Dell EMC funkcjonują również dwa działy, które w strukturze nie raportują Adamowi Wojtkowskiemu (odpowiadają za nie dyrektorzy regionalni na Europę Środkowo-Wschodnią), natomiast działają w kooperacji w celu zapewnienia jak najlepszej pozycji firmy Dell EMC w Polsce: Channel (kanał partnerski; dyrektor Dariusz Okrasa) oraz Volume Distribution (dystrybucja wolumenowa, partnerzy detaliczni i sklep internetowy Dell; dyrektor Anna Derendarz).

„Bardzo się cieszę z powodu objęcia stanowiska dyrektora generalnego Dell EMC w Polsce i możliwości dalszej pracy z naszymi klientami i partnerami nad zaspokajaniem ich potrzeb i oczekiwań. W ramach Dell EMC mamy szereg perspektywicznych obszarów szybkiego wzrostu, takich jak chmura hybrydowa, programowo definiowane centra danych, infrastruktura konwergentna, platform-as-a-service, analityka danych, mobilność i cyberbezpieczeństwo. Żyjemy w czasach ogromnych, wręcz rewolucyjnych zmian technologicznych w obszarze szeroko rozumianej branży IT. Cieszę się, że mamy w niej do odegrania kluczową rolę i możliwość współpracy z polskimi przedsiębiorstwami oraz organizacjami sektora publicznego nad przygotowaniem cyfrowej transformacji ich działalności” – powiedział Adam Wojtkowski.

Dell EMC należy do rodziny Dell Technologies, największej na świecie firmy technologicznej z większościowym kapitałem prywatnym, będącej właścicielem ponad 20 000 patentów i wniosków patentowych.

Gospodarka USA rozkręca się i nie potrzebuje dopalaczy

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Główne zasady ekonomii są bardzo proste – gospodarka potrzebuje dodatkowej stymulacji, gdy jest w recesji. Nie wtedy, gdy notuje wzrost. A już na pewno nie wtedy, gdy jest w fazie rozkwitu, a ożywienie jest podparte solidnymi fundamentami. Tymczasem właśnie taki scenariusz szykuje się w Stanach Zjednoczonych.


Gospodarka USA rozkręca się i nie potrzebuje dopalaczy

Dane z USA potwierdzają zjawisko reflacji, czyli jednoczesnego wzrostu gospodarki i inflacji. Ostatni odczyt PMI, czyli wskaźnika aktywności gospodarczej w sektorze produkcyjnym, wyniósł w styczniu 55 pkt. To oznaka dobrej koniunktury. Pozytywnie zaskoczyły także dane z rynku pracy – 246 tys. nowych miejsc pracy w styczniu, przy przewidywaniach rzędu 165 tys. To pokazuje, że amerykańska gospodarka nie potrzebuje dodatkowego „dopalacza”. A prezydent Trump i jego doradcy zapewne doskonale zdają sobie sprawę, że ewentualna stymulacja może doprowadzić do jej przegrzania. Wyborcy, którzy oczekiwali szybkiej realizacji zapowiedzi z kampanii prezydenckiej (np. w postaci pakietu inwestycji infrastrukturalnych) mogą się rozczarować. Gospodarka amerykańska po prostu teraz tego nie potrzebuje. Co ważne, nie potrzebuje tego także rynek akcji w USA. Dowodem na to są wyniki finansowe spółek, które poprawiają się kolejny kwartał z rzędu.

Kongres może naciskać na realizację obietnic

Otwarte pozostaje pytanie, jak bardzo z programem prezydenta utożsamia się Partia Republikańska, która ma większość w obu izbach Kongresu. Historia uczy bowiem, że politycy mają skłonność do zapominania o kosztowanych obietnicach z czasów kampanii wyborczej. Jednak specyfika amerykańskiego systemu wyborczego (następne wybory do Kongresu już w listopadzie 2018 roku) sprawia, że temat pakietu stymulacyjnego może stać się aktualny już w przyszłym roku. Jeśli Trump nie wprowadzi zrealizuje swoich postulatów teraz, to kongresmeni liczący na reelekcje na pewno mu o tym przypomną.

Antysmogowe technologie IT – cloud computing i wirtualizacja

Marcin Zmaczyński, Country Manager Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Zmaczyński, Country Manager Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej

Rozwój gospodarczy przyczynia się do podnoszenia stopy życiowej obywateli ale niestety powoduje też niepożądane skutki. Jednym z nich jest zanieczyszczenie powietrza, związane również z eksploatowaniem przestarzałych technologii. Tak jak przy niewłaściwym ogrzewaniu gospodarstw domowych produkowane są zwiększone ilości niekorzystnych dla zdrowia pyłów i gazów, tak też w sektorze informatycznym przestarzała infrastruktura powoduje zwiększoną emisję gazów cieplarnianych. Jak można temu przeciwdziałać?

Choć o modnym niegdyś haśle „Green IT” nie słyszymy dziś tak często, jak jeszcze kilka lat temu, strategia ta stosowana jest przez sporą grupę ekologicznie świadomych usługodawców, szczególnie w obszarze data center. Jak wskazuje prognoza Transparency Market Research[1], roczna skumulowana stopa wzrostu (CAGR) rynku „zielonych” centrów danych na świecie wyniesie niemal 31 proc. do 2022 roku. Trend ten napędzany jest przez rosnące zapotrzebowanie na technologie energooszczędne oraz uproszczenie architektury data center.

W ramach strategii „Green IT” warto zwrócić uwagę szczególnie na jej dwa filary – wirtualizację i cloud computing. Dzięki tej pierwszej możemy zredukować liczbę serwerów fizycznych, co przyczynia się zarówno do obniżenia wydatków na zakup i utrzymanie sprzętu, jak też zminimalizowania negatywnego wpływu na środowisko. Według analizy IDC, w 2015 roku dzięki zastosowaniu wirtualizacji dostarczanej tylko przez VMware, na całym świecie uniknięto instalacji 13,8 mln serwerów fizycznych, które zużyłyby 120 mln MWh energii elektrycznej[2]. Cloud computing to także zielona technologia, dzięki której firmy mogą zastąpić własną infrastrukturę fizyczną przetwarzaniem w chmurze usługodawcy. Jak wskazuje badanie organizacji GeSI, zastąpienie lokalnych serwerów usługami chmurowymi przez 80 proc. przedsiębiorstw na świecie przyniosłoby redukcję emisji gazów cieplarnianych porównywalną z odstawieniem do garażu 1,7 mln aut[3]. Za chmurą przemawiają nie tylko argumenty proekologiczne, ale także pragmatyczne, ponieważ model cloud przynosi firmom mierzalne korzyści, m.in. przez możliwość optymalnego dopasowania zasobów IT do aktualnych potrzeb organizacji.

W Aruba Cloud zauważamy, że połączenie dbałości o środowisko z oferowaniem wydajnego i oszczędnego IT, znajduje uznanie w oczach licznej grupy naszych klientów. Najnowsze, siódme już centrum danych Aruba Cloud w 100 proc. pozyskuje energię ze źródeł odnawialnych, w tym własnej, ekologicznej elektrowni wodnej. Ulokowany pod Mediolanem obiekt nie tylko jest przyjazny środowisku ale spełnia też wyśrubowane kryteria niezawodności, tj. normę Tier IV.

Marcin Zmaczyński, Country Manager Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej

[1] Raport Transparency Market Research pt. Green Data Center Market (…) Trends, and Forecast 2014 – 2022

[2] Raport IDC pt. Green IT: Virtualization Delivers Energy and Carbon Emissions Reductions

[3] Raport GeSI pt. The Enabling Technologies of a Low-Carbon Economy – a Focus on Cloud Computing

Polski rynek dronów wart ponad 200 mln zł. Liczba zastosowań bezzałogowych maszyn rośnie

Polski rynek dronów wart ponad 200 mln zł. Liczba zastosowań bezzałogowych maszyn rośnie 1

Rynek dronów w Polsce wyceniany jest na ponad 200 mln zł. Zdecydowana większość skupionych na nim firm i instytucji świadczy usługi związane z fotografią i produkcją nagrań wideo. Wyspecjalizowane przedsiębiorstwa w oparciu o własne technologie oferują zaawansowane systemy, które mogą być wykorzystywane na przykład do przeprowadzania inspekcji termowizyjnych albo wspierać służby ratownicze.

– Rynek dronów jest bardzo duży. Według szacunków agencji ratingowych w zeszłym roku był wart ponad 200 mln zł, a prognozy zakładają 30-proc. wzrost, zarówno w tym roku, jak i w kolejnych latach – mówi agencji Newseria Biznes Bogusław Szlachetko, prezes zarządu Sky Tronic.

Z raportu Instytutu Mikromakro wynika, że w 2016 roku polski rynek dronów był wart dokładnie 201,31 mln zł, co oznacza prawie 23-proc. przyrost rok do roku. Pod kątem dominującej działalności ponad połowę rynku (55 proc.) stanowi handel, jednak zauważalny jest wzrost w usługach, które odpowiadają obecnie za 33 proc. rynku (w 2015 roku było to 17 proc.).

Eksperci Instytutu zwracają uwagę na spadek w krajowej produkcji dronów do 12 proc. w ubiegłym roku z 21 proc. w 2015 roku. Wynika to głównie z braku znaczących zamówień ze strony wojska i służb mundurowych

 Zamówienia w sektorze wojskowym co prawda są niewielkie, ale zawsze to coś. MON wyspecyfikował kwotę sięgającą nawet 5 mld zł, którą wyda na nowoczesne technologie związane z zastosowaniem dronów w wojskowości. To przełoży się na rynek cywilny, ponieważ zastosowania dronów w sektorze cywilnym też będą się rozwijać. Liczymy, że uda nam się ugryźć kawałek tego tortu – mówi Bogusław Szlachetko.

Sky Tronic to firma technologiczna założona przez pracowników naukowych i absolwentów Politechniki Wrocławskiej, wrocławskiego Uniwersytetu Ekonomicznego oraz Instytut Transferu Technologii, specjalizująca się w projektowaniu, produkcji i świadczeniu usług przy wykorzystaniu dronów, przystosowanych do latania w trudnym terenie i niekorzystnych warunkach pogodowych. Bezzałogowe maszyny są przeznaczone dla służb ratownictwa górskiego, straży granicznej, policji i straży pożarnej oraz zarządców tras narciarskich czy górskich kolejek linowych. Mogą być wykorzystywane m.in. do wspierania akcji ratowniczych, poszukiwania osób zaginionych, inspekcji obiektów narciarskich lub monitorowania lawin śnieżnych.

– W początkowym okresie chcemy zarabiać na usługach. Bezpośrednia sprzedaż nie zapewni nam tak łatwego dostępu do sprzężenia zwrotnego z rynku. Jeżeli sami będziemy świadczyli usługi, to będziemy również od razu wiedzieć, czego brakuje w naszym systemie i co należy poprawić. Dopiero taki poprawiony system będzie gotowy do sprzedaży jako finalny produkt naszej spółki – mówi Bogusław Szlachetko.

Spółka podpisała list intencyjny z Grupą Karkonoską GOPR. Ratownicy mają testować prototyp bezzałogowego śmigłowca ratowniczego w akcjach poszukiwawczych i ratowniczych.

– Dron przeznaczony dla ratownictwa górskiego wymaga dużo pracy od strony technologicznej. Trzeba wprowadzić różnego rodzaju usprawnienia, tak aby był w stanie przenieść dużo większe i cięższe ładunki niż tylko sama kamera. Dlatego koszt będzie znaczący, przewidujemy, że potrzeba około 15 mln zł. Jesteśmy jednak w stanie pozyskać te pieniądze z funduszy europejskich i wyspecjalizowanych źródeł celowych – mówi Bogusław Szlachetko.

W oparciu o analizę popytu na bezzałogowe śmigłowce przez ratowników i inne służby bezpieczeństwa Sky Tronic spodziewa się, że do 2021 roku osiągnie ok. 15 proc. udziału w rynku bezzałogowego lotnictwa w Polsce i ok. 0,5 proc. w rynku światowym. Docelowa wartość sprzedaży za cztery lata to ok. 30 mln zł.

Pierwsza produkcja bezzałogowych śmigłowców ratowniczych (tzw. Rescue Drones FLC) na skalę przemysłową będzie możliwa po ok. 3 latach realizacji przedsięwzięcia współfinansowanego w ramach programów INNOSBZ lub „szybka ścieżka”. Po tym okresie trafią na polski rynek, a po 2021 roku – do UE, m.in. państw alpejskich, oraz do Ameryki Północnej.

Firma pracuje również nad prototypowym dronem do inspekcji termowizyjnych i inspekcji wizyjnych obiektów inżynieryjnych. ThermoCopter FLC ma być gotowy za ok. 4–6 miesięcy. Na ten cel musi pozyskać kwotę 2–2,5 mln zł i obecnie, po negocjacjach z funduszami inwestycyjnymi, ma już wybranego oferenta. W ciągu tego półrocza zamierza przetestować prototypowe rozwiązanie związane z inspekcjami termograficznymi w warunkach rzeczywistych.

– W przeciągu następnego półrocza będziemy dopracowywali cały system, który z tej inspekcji będzie sporządzał dokumentację. Przy różnego rodzaju odbiorach wymagana jest pełna dokumentacja i dopiero złożenie wszystkich tych zdjęć w całość i nałożenie tego obrazu na bryłę budynku albo jakiegoś obiektu inżynieryjnego stwarza możliwość analizy. Według naszych planów zajmie to około roku – mówi Bogusław Szlachetko.

Na polskim rynku dronów działa obecnie około 400 firm i instytucji, z których zdecydowana większość świadczy obsługi związane z fotografią, produkcją filmów i nagrań wideo.

Wielu pacjentów z zaawansowanym szpiczakiem mnogim zbyt późno trafia do specjalisty. W wykryciu nowotworu pomaga podstawowe badanie OB

Wielu pacjentów z zaawansowanym szpiczakiem mnogim zbyt późno trafia do specjalisty. W wykryciu nowotworu pomaga podstawowe badanie OB 2

Szpiczak mnogi to rzadki nowotwór szpiku kostnego, który corocznie wykrywany jest u około 2 tys. Polaków. Większość z nich późno trafia do specjalisty, ponieważ choroba nie daje charakterystycznych objawów, przez co zdiagnozowanie jej jest bardzo utrudnione. Lekarze podkreślają, że pierwszym krokiem w diagnostyce są podstawowe badania moczu, morfologia oraz tanie i szybkie badanie OB, wykonywane przy okazji pobrania krwi. Lekarze mówią o coraz większej liczbie skutecznych leków, jednak większość z nich nie jest dostępna dla polskich pacjentów.

 Standard leczenia szpiczaka mnogiego ewoluuje. Jest to choroba, w której odnotowujemy coraz większy postęp w leczeniu i coraz więcej nowych leków. Standard leczenia zmierza w kierunku immunoterapii, a przełomem są niedawno zarejestrowane przeciwciała monoklonalne. W Polsce leczenie szpiczaka jest na dosyć dobrym poziomie, brakuje w nim jeszcze kilku nowoczesnych leków, które są dostępne w Europie – mówi agencji Newseria Biznes prof. nadzw. dr hab. n. med. Krzysztof Jamroziak z Instytutu Hematologii i Transfuzjologii.

Szpiczak mnogi, nazywany też plazmocytowym, jest bardzo rzadkim nowotworem złośliwym szpiku kostnego. Szacuje się, że stanowi nie więcej niż 2 proc. ogółu chorób nowotworowych. W gronie nowotworów układu krwionośnego jest natomiast drugi pod względem częstotliwości występowania, odpowiadając za 12–15 proc. zachorowań. Co roku w Polsce diagnozuje się go u około 2 tys. pacjentów. Ryzyko zachorowania na szpiczaka wzrasta wraz z wiekiem, a zdecydowana większość (około 90 proc.) przypadków dotyczy pacjentów po 50 roku życia.

– Szpiczak plazmocytowy jest rozpoznawany średnio u pacjentów w wieku 71–72 lata. W ostatnich latach obserwujemy wzrost zachorowań na ten nowotwór również wśród osób młodych – mówi prof. dr hab. n. med. Krzysztof Giannopoulos, kierownik Zakładu Hematoonkologii Doświadczalnej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Fundacja Carita podaje, że w Polsce liczbę pacjentów ze szpiczakiem mnogim szacuje się obecnie na około 10 tys. przypadków. Ten nowotwór często wykrywany jest przypadkowo, ze względu na niecharakterystyczne objawy, które łatwo pomylić z chorobami nerek, infekcjami czy schorzeniami reumatologicznymi. Opóźnienia w postawieniu właściwej diagnozy dotyczą około 20 proc. chorych.

– W odróżnieniu od innych nowotworów rozpoznanie szpiczaka plazmocytowego bardzo często jest dramatycznie opóźnione, co najmniej o kilka miesięcy, a w niektórych przypadkach nawet powyżej roku. Wynika to z faktu, że objawy tej choroby są niecharakterystyczne. Dolegliwości bólowe kości i kręgosłupa, niedokrwistość i białkomocz nie zawsze są łączone w podejrzenie szpiczaka plazmocytowego – mówi prof. Krzysztof Giannopoulos.

 Objawy szpiczaka w 80 proc. dotyczą bólów pleców, z którymi pacjenci zgłaszają się do lekarza pierwszego kontaktu, kojarząc je z jakimś wysiłkiem fizycznym. Szczególnie niebezpieczne są te bóle, które występują w porze nocnej i są związane z podwyższoną temperaturą i potami. Tacy pacjenci zwykle są leczeni niesteroidowymi lekami przeciwzapalnymi i dopiero po pewnym czasie, nawet po kilku latach, trafiają do specjalisty – mówi dr n. med. Piotr Ligocki, ordynator oddziału reumatologii Wojskowego Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy.

Wykrycie szpiczaka mnogiego utrudniają także ograniczenia lekarzy rodzinnych dotyczące diagnostyki i zlecania specjalistycznych badań. Lekarz pierwszego kontaktu może jednak zlecić pakiet badań podstawowych – morfologię, OB i badanie moczu, które są pierwszym krokiem w diagnostyce szpiczaka. Szczególnie istotne jest zwłaszcza badanie OB (odczyn Biernackiego), którego wynik przekraczający 100 może wskazywać na szpiczaka lub inną chorobę nowotworową. Wykonuje się je z krwi wraz z morfologią.

Badanie OB jest proste i bardzo tanie, ale niestety coraz mniej chętnie stosowane przez lekarzy rodzinnych. W ostatnich latach wypiera je badanie CRP, czyli pomiar białka C-reaktywnego. Bardzo chcielibyśmy zwiększyć świadomość znaczenia badania OB – mówi prof. dr hab. n. med. Krzysztof Giannopoulos.

W puli badań pozwalających na zdiagnozowanie szpiczaka jest też proteinogram, który może zostać zlecony przez lekarza rodzinnego, oraz rentgen kręgów piersiowych, lędźwiowo-krzyżowych i kręgów szyjnych. Na podstawie zdjęć rentgenowskich lekarz jest w stanie zidentyfikować zmiany charakterystyczne dla szpiczaka mnogiego.

Niestety, badaniem, które jednoznacznie potwierdza diagnozę, jest rezonans magnetyczny, na który nie mogą kierować pacjentów lekarze pierwszego kontaktu. Chory musi najpierw trafić do specjalisty. Dopiero po wykonaniu rezonansu widać coś, co nazywamy obrazem kości wygryzionych przez mole – mówi dr n. med. Piotr Ligocki.

Wielu pacjentów z bólami pleców trafia najpierw do reumatologa. Dopiero po kompleksowej diagnostyce i wykluczeniu podłoża reumatologicznego okazuje się, że przyczyną dolegliwości może być szpiczak. W takich przypadkach pacjenci są kierowani do właściwego specjalisty, którym jest hematolog.

 To reumatolodzy są lekarzami, którzy pomagają wykrywać szpiczaka i kierują chorych dalej. Do nas trafiają pacjenci z bólami pleców do diagnostyki chorób reumatycznych. Są to zesztywniające zapalenia stawów kręgosłupa albo złamania osteoporotyczne, które później okazują się być złamaniami w przebiegu szpiczaka mnogiego. Na oddziałach reumatologicznych wykonuje się zwykle pełną diagnostykę i w momencie, w którym mamy wyniki badań moczu, specyficznych białek i potwierdzenie innych czynników, wysyłamy pacjenta do hematologa – mówi dr n. med. Piotr Ligocki.

Specjaliści są zdania, że zwiększenie roli lekarzy rodzinnych w procesie diagnostyki szpiczaka mnogiego przyczyni się do wcześniejszego wykrywania  choroby.

– W ramach Polskiego Konsorcjum Szpiczakowego proponujemy opracowanie narzędzia diagnostycznego typującego chorych, u których możemy szybciej rozpocząć diagnostykę w kierunku szpiczaka plazmocytowego. Tak proste badania jak morfologia, OB i badanie moczu, a w wybranych przypadkach proteinogram, zdecydowanie przyspieszają ścieżkę diagnostyczną chorych na szpiczaka w Polsce – mówi prof. dr hab. n. med. Krzysztof Giannopoulos.

Po postawieniu właściwej diagnozy leczenie pacjentów ze szpiczakiem polega przede wszystkim na zmienianiu schematów terapii. Szpiczak plazmocytowy jest chorobą nieuleczalną, ale przy właściwym leczeniu i łagodzeniu objawów, może się stać chorobą przewlekłą, z którą chory może się nauczyć żyć.

 To jest choroba, której niestety nie potrafimy wyleczyć, ale czas życia chorych się znacznie wydłuża, a leczenie polega na włączeniu kolejnych schematów chemioterapii. Tutaj mamy w Polsce największe braki. O ile jeszcze terapia pierwszoliniowa odpowiada standardom europejskim, o tyle już leków stosowanych w drugiej i w trzeciej linii niestety nie ma. Potrzebujemy leków, które są zarejestrowane i dostępne w wielu krajach europejskich, takich jak pomalidomid, daratumumab czy carfilzomib – podkreśla prof. nadzw. dr hab. n. med. Krzysztof Jamroziak.

Prof. Koźmiński: niepewność związana z sytuacją polityczną w kraju może się przyczynić do spowolnienia gospodarczego

Prof. Koźmiński: niepewność związana z sytuacją polityczną w kraju może się przyczynić do spowolnienia gospodarczego 3

Jak wynika z analizy Akademii Leona Koźmińskiego, w tym roku można się spodziewać spadku koniunktury. Negatywny trend mogłyby odwrócić większe inwestycje publiczne, lepsze wykorzystanie środków europejskich i utrzymanie poziomu zagranicznych inwestycji – ocenia prof. Andrzej Koźmiński, ekonomista Akademii Leona Koźmińskiego. Jego zdaniem niepewność związana z sytuacją polityczną w kraju może w dłuższej perspektywie przyczynić się do spowolnienia gospodarczego.

Eksperci Akademii Leona Koźmińskiego prognozują, że w 2017 i 2018 roku ostrożne wydatki konsumentów, spowolnienie w inwestycjach i wygasanie efektu programów takich jak Rodzina 500 plus negatywnie odbiją się na sytuacji gospodarczo-społecznej. Można jednak zminimalizować negatywne trendy.

– Silna presja polityczna może spowodować zwiększenie inwestycji publicznych. Jeżeli zdołamy lepiej wykorzystywać środki europejskie, niewątpliwie ruszą wówczas inwestycje. Drugi czynnik, o którym warto pamiętać, to ten związany z inwestycjami zagranicznymi – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Andrzej K. Koźmiński, ekonomista Akademii Leona Koźmińskiego.

W ubiegłym roku inwestycje publiczne systematycznie spadały. Tylko w III kw. 2016 roku spadek wyniósł 7,7 proc. rdr. (dane GUS). Pod względem inwestycji zagranicznych ostatnie miesiące mogły napawać optymizmem. Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych (teraz Polska Agencja Handlu i Inwestycji) wskazuje, że w 2016 roku obsłużyła 20 proc. więcej inwestycji, a łączna wartość inwestycji sięgnęła 1,7 mld euro. Łącznie PAIiIZ pracuje nad blisko 200 projektami inwestycyjnymi wartymi 4,3 mld euro.

– Utrzymanie tego trendu jest rzeczą bardzo istotną. Wymaga to oczywiście odpowiedniego negocjowania z zagranicznymi klientami czy inwestorami, zwłaszcza wobec rosnącej atrakcyjności inwestycji dolarowych – zaznacza ekspert.

Indeks Zrównoważonego Rozwoju przygotowany przez ALK pokazuje, że sytuacja gospodarcza Polskie jest coraz trudniejsza. Indeks obejmuje 45 różnych parametrów, m.in. dane dotyczące eksportu, importu i poziomu wynagrodzeń, wzrostu i wielkości produkcji czy wskaźniki zadowolenia z sytuacji życiowej, nastrojów i oczekiwań Polaków dotyczących przyszłości. Jak wskazuje Koźmiński, warto zwrócić uwagę na wskaźnik psychologiczny.

– Nasze społeczeństwo ma nieco schizofreniczny stosunek do rzeczywistości. Z jednej strony ludzie są zadowoleni z różnego rodzaju świadczeń socjalnych. Mam na myśli nie tylko Rodzinę 500 plus, ale inicjatywy związane z budownictwem mieszkaniowym, obniżenie kwoty wolnej od podatku i wieku emerytalnego. Społeczeństwo dobrze to odbiera. Będzie to więc łagodziło drugą stronę medalu, czyli rosnącą niepewność dotyczącą przyszłości – ocenia ekonomista.

GUS wskazuje na poprawę nastrojów konsumenckich. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK) w styczniu wyniósł -1,2. Miesiąc wcześniej było to -3,7. Największy wzrost wystąpił w ocenie możliwości dokonywania ważnych zakupów i obecnej sytuacji gospodarczej kraju. Obniżyła się za to ocena przyszłej sytuacji ekonomicznej. Zdaniem ekonomistów i socjologów takiemu podejściu sprzyja niestabilna sytuacja w kraju.

– Z jednej strony jesteśmy zadowoleni z tego, co jest, ale z drugiej strony coraz bardziej boimy się tego, co będzie. Ta obawa jest potęgowana przez coraz bardziej zaostrzającą się walkę polityczną. Jeżeli ulegnie ona złagodzeniu, nastąpi jakiś modus vivendi pomiędzy koalicją rządzącą a opozycją, to wówczas prawdopodobnie możemy się spodziewać pewnego osłabienia czynników psychologicznych działających na niekorzyść – podkreśla prof. Andrzej K. Koźmiński.

Internet rzeczy i chmura będą rosły nawet o 30 proc. rocznie. Na te technologie postawi w tym roku biznes

Internet rzeczy i chmura będą rosły nawet o 30 proc. rocznie. Na te technologie postawi w tym roku biznes 4

Firmy będą odchodzić od tradycyjnych technologii, a nowe, które będą filarami cyfrowej transformacji, będą notowały nawet 30-proc. wzrosty rocznie – wskazuje Marek Zamłyński, prezes IDC Polska. Na popularności zyskują rozwiązania w chmurze i internet rzeczy. W biznesie coraz większą rolę będzie odgrywać automatyzacja, np. procesów przemysłowych oraz wirtualna rzeczywistość, często wykorzystywana w marketingu.

– Rynek technologii, na które w 2017 roku będą stawiały firmy, jest mocno spolaryzowany. Technologie tradycyjne, które służą do budowy systemów w architekturze client-server, odnotowują znaczące spadki. Natomiast technologie, które zaliczamy do filarów cyfrowej transformacji, jak np. chmura, internet rzeczy czy NextGen Security [bezpieczeństwo danych – red.], będą rosły w tempie dwucyfrowym, nawet o 30 proc. w skali roku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Zamłyński, prezes zarządu IDC Polska.

Prognozy IDC wskazują, że najbliższe lata upłyną pod znakiem Trzeciej Platformy, opartej na mobilności, usługach w chmurze, analizach dużych zbiorów danych oraz mediach społecznościowych. Firmy wdrażają te technologie coraz szybciej – wkrótce wydatki na nie będą stanowiły 75 proc. wszystkich wydatków na technologie informatyczne. Wzrost ma być dwukrotnie wyższy niż całego rynku.

Trudno mówić, że pojawią się spektakularne, dotąd nieznane trendy czy technologie. Technologie, które zdobywają zaufanie i zainteresowanie użytkowników, to te związane z szeroko pojętym cloudem. Widzimy bardzo duży przyrost rozwiązań w obszarach technologicznych, które do tej pory trudno było zmonetyzować, czyli internecie rzeczy. Ten rynek rośnie bardzo dynamicznie, ponad 20 proc. w skali roku – ocenia Zamłyński.

Wydatki na chmurę w 2020 roku będą stanowić 67 proc. wydatków na infrastrukturę informatyczną. Rozwiązania te mają stawać się coraz bardziej dopasowane do poszczególnych branż. Dodatkowo już w 2018 roku ma trzykrotnie wzrosnąć liczba Industry Collaborative Cloud, czyli platform, na których mogą współpracować firmy z tej samej branży.

– Wzrost inwestycji w obszarze nowych technologii może być bardzo obiecujący dla firm, które inwestują w te obszary – wskazuje prezes IDC Polska. – To przede wszystkim cloud, internet rzeczy, ale też różnego rodzaju technologie związane z poprawą bezpieczeństwa systemów informatycznych, przechowywania danych wrażliwych, danych użytkowników. Cyfrowa transformacja i to, co się dzieje w tym obszarze, generuje, całkowicie nowe podejście do tych zagadnień – dodaje.

Coraz większą rolę w firmach będzie też odgrywać sztuczna inteligencja (AI) pozwalająca na automatyzację procesów. IDC ocenia, że w 2019 roku ok. 40 proc. inicjatyw dotyczących cyfrowej transformacji i wszystkie działania w obszarze IoT będzie wspieranych właśnie przez AI.

– Wydaje mi się, że dochodzimy do takiego momentu, kiedy technologia związana ze sztuczną inteligencją zaczyna być masowa. Będziemy to widzieć w polskim biznesie, w sklepach i mediach na pewno coraz częściej – przekonuje Przemysław Szuder, członek zarządu Microsoft Polska.

Sztuczna inteligencja będzie mogła znaleźć zastosowanie w badaniach naukowych, pozwoli automatyzować produkcję, ale teź wpłynąć na działania marketingowe.

 Te systemy będą potrafiły się uczyć na bazie danych, którymi są zasilane i w efekcie biznes, jako całość, i nasza gospodarka będą podnosić swoją produktywność – ocenia Przemysław Szuder.

Większe zapotrzebowanie na nowe technologie może być też szansą dla dostawców takich usług i może dać możliwość wprowadzenia bardziej zaawansowanych serwisów. Polskie firmy chcą inwestować w takie rozwiązania, choć wśród dużych przedsiębiorstw podejście do nowych technologii jest dość konserwatywne. To małe i średnie przedsiębiorstwa chętnie po takie rozwiązania sięgają.

 Rozwiązania oparte na automatyzacji procesów i zaawansowanej analityce sprawiają, że polskie firmy mają dostęp do technologii na światowym poziomie. Ma ona szansę dotrzeć do coraz mniejszych firm. Zaletą chmury obliczeniowej jest to, że rozwiązania, które wcześniej było dostępne wyłącznie dla wielkich korporacji mających olbrzymie budżety i działy IT, dzisiaj trafia pod strzechy – tłumaczy Przemysław Szuder.

Dynamicznie rośnie też rynek usług łączących technologie cyfrowe i ludzkie ciało. Choć dziś prace znajdują się jeszcze w początkowym stadium, to już w połowie lat 20. ponad 60 proc. firm zajmujących się produkcją tego typu rozwiązań będzie produkować je komercyjnie i staną się powszechnie dostępne.

 Egzoszkielety to już nie jest pieśń przyszłości. Wykorzystuje je wojsko, osoby po wypadkach do rehabilitacji czy przemysł, żeby poprawić sprawność swoich pracowników – zauważa prezes IDC Polska.

Eksperci przestrzegają przed destrukcją rynku farmaceutycznego. ZPP i PharmaNet apelują o okrągły stół branży aptecznej

Eksperci przestrzegają przed destrukcją rynku farmaceutycznego. ZPP i PharmaNet apelują o okrągły stół branży aptecznej 5

Proponowane zmiany w prawie farmaceutycznym mogą negatywnie wpłynąć na sytuację farmaceutów i właścicieli aptek, ale przede wszystkim dadzą się boleśnie we znaki pacjentom – przestrzegają eksperci ZPP i PharmaNET. Apelują o okrągły stół branży aptecznej tak, by wprowadzane zmiany nie niszczyły, a porządkowały rynek. Krytyków projektu przybywa. W opinii UOKiK i resortu rozwoju proponowane przepisy nie rozwiążą problemów rynku, o jakich mowa w uzasadnieniu projektu.

Należy wypracować projekt całościowej nowelizacji prawa farmaceutycznego, który będzie zakładał znalezienie kompromisowych rozwiązań, a nie rozwiązań, gdzie jedni zyskują kosztem drugich. Taki balans da się znaleźć, dlatego zaprosiliśmy wszystkich uczestników rynku do okrągłego stołu branży farmaceutycznej pod auspicjami Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Rozwoju – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET.

PharmaNET i Związek Przedsiębiorców i Pracodawców proponują także powołanie zespołu konsultacyjnego przy ministrze zdrowia. Zespół ten, stworzony z przedstawicieli wszystkich stron rynku farmaceutycznego, na co dzień miałby zajmować się monitorowaniem rynku i na bieżąco rozwiązywałby pojawiające się na nim problemy.

Co do tego, że takie problemy istnieją, nikt nie ma dziś wątpliwości. Jednak wiele instytucji opiniujących projekt – m.in. Ministerstwo Rozwoju i Prezes UOKiK – podkreślało, że proponowane zmiany w żaden sposób nie rozwiązują problemów, które opisane są w uzasadnieniu. Zdaniem Marcina Piskorskiego bolączką rynku od lat pozostaje nielegalny wywóz leków. Rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie kaucji gwarancyjnej dla nowopowstających spółek, co czyniłoby ten proceder nieopłacalnym, lub też wzmocnienie Inspekcji Farmaceutycznej.

Kolejną kwestią jest rozwój aptek na terenach wiejskich. Ten projekt w żaden sposób nie spowoduje przyrostu liczby takich placówek – ocenia Marcin Piskorski. – My proponujemy przede wszystkim program dla młodych przedsiębiorców i farmaceutów. On dawałby pewne preferencje podatkowe, organizacyjne, które skłoniłyby ich do tworzenia aptek tam, gdzie dzisiaj ich nie ma ze względu na zbyt małą liczbę pacjentów. To np. zwolnienie z opłaty koncesyjnej, ulgi podatkowe, a także wsparcie w ramach programu rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw. Tak się to robi na świecie.

Procedowana w Sejmie nowelizacja Prawa farmaceutycznego wprowadza m.in. projekt „apteki dla aptekarza”. Zakłada on, że aptekę będzie mógł prowadzić tylko farmaceuta z czynnym prawem wykonywania zawodu lub spółka, w której partnerami są wyłącznie farmaceuci.

Jeżeli się ogranicza możliwość obrotu przedsiębiorstwem, w tym wypadku aptekom, na wolnym rynku, to te apteki nie mają wartości. Mało tego, zgodnie z obecnym projektem nawet nie będzie można dzieciom przekazać aptek do prowadzenia, jeżeli oni nie mają wykształcenia farmaceutycznego. Jest to skrajne ograniczenie i zamknięcie rynku – mówi Marcin Nowacki, wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Poza tym w rękach jednego właściciela będą mogły pozostawać maksymalnie cztery apteki, co ma doprowadzić do mniejszego usieciowienia rynku. Jednak, jak wynika z danych PharmaNET, do sieci należy ok. 38 proc. rynku. Tylko 4 sieci posiadają więcej niż 100 placówek na terenie całego kraju, a tylko 5 sieci to kapitał zagraniczny (4 proc. rynku).

Ten projekt w ogóle nie powinien mieć miejsca, bo dzisiaj rynek aptek jest bardzo konkurencyjny. Sam minister Radziwiłł czy minister Łanda podkreślali, że obecna struktura rynku i jego zróżnicowanie jest atrakcyjne, nie buduje oligopoli, nie ma zachowań monopolistycznych. My się z tym zgadzamy – zaznacza Marcin Nowacki. – Jeżeli mamy dobrze funkcjonujący rynek, to przemyślmy, jak ten rynek projektować na przyszłość, nie kanibalizując rynku, nie preferując jednych uczestników rynku, czyli farmaceutów, kosztem drugich, czyli przedsiębiorców.

Pomysłodawcy projektu chcą także, by placówki były od siebie oddalone o co najmniej 0,5 km, a nowa będzie mogła powstać w miejscu, gdzie przypadać na nią będzie minimum 3 tys. osób.

Proponowane zmiany mogą wpłynąć na ograniczenie konkurencji. Prezes UOKIK przestrzega, że to z kolei może doprowadzić do ograniczenia powstawania nowych aptek i zmniejszenia ich liczby, co przełoży się niekorzystnie na pacjentów. Dodatkowo przepisy będą faworyzować indywidualne apteki kosztem sieci aptecznych. Te w znakomitej większości należą do polskich małych i średnich firm. To zaś może doprowadzić do dużych problemów tych podmiotów.

Krytycy projektu podkreślają również, że wpłynie to na poziom cen na rynku. Siła sieci polega na tym, że mogą one negocjować lepsze warunki z hurtowniami i producentami leków. Eksperci ZPP podkreślają, że w rezultacie wzrosną ceny, co odbije się na kieszeniach pacjentów.

Warsaw Enterprise Institute krytykuje, że projekt ustawy nie zawiera skutków finansowych proponowanych zmian. Nie ma w nim również szacunku kosztów, jakie polscy przedsiębiorcy, a co za tym idzie także budżet państwa, poniosą w związku z wprowadzeniem nowych przepisów.

Jeżeli tego nie ma w tym projekcie, to pewnie dlatego, że nikt nie zadaje sobie pytania, jak pozytywny może być wpływ na budżet tego, że będzie mniej aptek. Bo taki będzie skutek tego projektu. A jak może być pozytywny wpływ na budżet, jeżeli mniej farmaceutów będzie miało pracę – podkreśla Tomasz Wróblewski, prezes Warsaw Enterprise Institute.

Przestrzega, że rząd będzie musiał liczyć się także z zalewem roszczeń.

– Jeżeli rząd swoimi działaniami doprowadzi do tego, że zyski będą mniejsze niż prognozowane, prawdopodobnie w sądzie będzie musiał zwrócić te pieniądze, bo to nie jest ryzyko rynkowe, tylko ryzyko, które sam stworzył. Do tego mogą dojść potencjalne procesy sądowe, arbitrażowe w Strasburgu, w Luksemburgu, które związki, organizacje aptekarskie wytoczą państwu ze względu na utracone korzyści finansowe i niemożność prowadzenia biznesu – mówi Wróblewski.

Odrzucenie projektu zarekomendowała sejmowa Komisja Nadzwyczajna ds. deregulacji, o losach projektu zadecydują posłowie na posiedzeniu plenarnym.

Budownictwo senioralne to nisza dla deweloperów. W kolejnych dekadach seniorzy staną się istotnym klientem

Budownictwo senioralne to nisza dla deweloperów. W kolejnych dekadach seniorzy staną się istotnym klientem 6

Polskie społeczeństwo jest jednym z najszybciej starzejących się w Europie. W 2020 roku seniorzy będą stanowić już blisko jedną piątą ludności. Zmiany demograficzne powodują, że w najbliższych dekadach będzie rosło zapotrzebowanie na mieszkania dostosowane do potrzeb osób starszych, a seniorzy staną się istotnym klientem na rynku nieruchomości. Budownictwo senioralne to perspektywiczna nisza dla deweloperów – wskazują analitycy rynku.

– Budownictwo senioralne jest w Polsce na wczesnym etapie rozwoju. Z jednej strony znacząca część zasobu mieszkaniowego pochodzi sprzed 1970 roku i nie jest on dostosowany do potrzeb osób starszych. Z drugiej strony istnieje około 900 placówek instytucjonalnej opieki świadczonej przez domy pomocy społecznej, placówki paliatywne, hospicja i zakłady opiekuńczo-lecznicze. Z ich usług korzysta około 800 tys. osób. Brakuje form pośrednich pomiędzy tymi dwiema formami budownictwa senioralnego. Diametralnie inna jest również sytuacja w miastach i na wsi – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Komorowska, analityk rynku nieruchomości i koordynator projektów zewnętrznych Centrum AMRON.

Na tle państw Unii Europejskiej polskie społeczeństwo jest jednym z tych, które starzeją się najszybciej. Według danych GUS w 2020 roku liczba seniorów urośnie do ok. 9,6 mln osób, które będą stanowiły prawie 20 proc. całego społeczeństwa. Dekadę później liczba ta wzrośnie do 10 mln, a seniorzy będą stanowić prawie jedną trzecią ludności kraju. W obecnym tempie zmian demograficznych największy przyrost liczby seniorów (o ok. 2 mln osób) nastąpi w obecnej dekadzie.

 Potencjał budownictwa senioralnego jest bardzo duży, co wynika ze zmian demograficznych. Obecnie możemy mówić o około 7,4 mln obywateli, którzy są w wieku poprodukcyjnym. Prognozy mówią, że w ciągu najbliższych 10 lat liczba osób w wieku emerytalnym przewyższy liczbę osób w wieku 25 lat. To wskazuje, że branża ma przed sobą dobre perspektywy rozwoju – mówi Joanna Komorowska.

Z analizy „Budownictwo senioralne w Polsce”, opracowanej przez specjalizującą się w rynku mieszkaniowym firmę doradczą Reas, wynika, że polscy seniorzy w niewielkim stopniu korzystają z urynkowienia budownictwa mieszkaniowego. Tylko 5 proc. osób starszych zajmuje nowoczesne mieszkania zbudowane po 1989 roku. Ponad jedna trzecia seniorów mieszka w domach zbudowanych w latach 1945–1970.

Wraz z postępującym starzeniem się społeczeństwa będzie rosło zapotrzebowanie na mieszkania, które są dostosowane do potrzeb starszych osób. Reas szacuje, że do 2020 roku decyzję o zmianie miejsca zamieszkania podejmie ok. 400 tys. osób z pokolenia wczesnych seniorów (60–70 lat). Zdaniem ekspertów rynku oznacza to, że starsze pokolenie stanie się istotnym uczestnikiem rynku nieruchomości. Potrzebne będą lokale dostosowane do ich zmieniających się z wiekiem potrzeb i które zapewnią osobom starszym jak najdłuższą niezależność i wygodę. Dla deweloperów i funduszy działających na rynku nieruchomości osoby starsze są więc rosnącą, niezagospodarowaną grupą docelową.

– Według szacunków portfel polskiego seniora to około 13 do 15 mld zł miesięcznie. O takiej kwocie możemy mówić, biorąc pod uwagę liczbę seniorów i poziom ich emerytur w ujęciu ogólnopolskim. Oznacza to, że osoby starsze są istotnym klientem, dlatego z ich zapotrzebowaniem należy się liczyć. Zwłaszcza że emerytura nie jest jedyną składową majątku seniorów. W ogromnej liczbie przypadków mają oni mieszkania na własność, które mogą spieniężyć – zauważa Joanna Komorowska.

Na siłę nabywczą polskich seniorów składa się kilka elementów: oszczędności własne, świadczenia emerytalno-rentowe, monetyzacja, czyli spieniężenie majątku własnego, pomoc finansowa rodziny, dochody z pracy lub z najmu. Mieszkanie lub dom na własność ma zdecydowana większość osób w wieku starszym.

Analitycy Centrum AMRON – w opublikowanej analizie rynku budownictwa senioralnego – wskazują, że osoby starsze dysponujące własną nieruchomością mogą ją spieniężyć, wynająć lub skorzystać z opcji powszechnie kojarzonej z tzw. odwróconą hipoteką, w rzeczywistości obejmującej prawo dożywotniego świadczenia w formule equity release. Sposoby te mogą zapewnić seniorom środki na kupno lub wynajęcie mieszkania w lepszej lokalizacji i w standardzie dopasowanym do ich potrzeb.

Inwestycje dostosowane do potrzeb seniorów powstają już m.in. w Białymstoku, Katowicach, Opolu i Poznaniu. W Gliwicach do 2020 roku ma powstać Osiedle Centrum 50+, zaprojektowane z myślą o osobach starszych i z ograniczeniami ruchowymi. Pionierem w tej dziedzinie był Stargard Szczeciński. Rosnąca liczba podobnych inwestycji wskazuje, że deweloperzy powoli zaczynają dostrzegać tę niszę.

– Wciąż brakuje nam precyzyjnych danych. Musimy lepiej poznać potrzeby osób starszych i wówczas budować politykę mieszkaniową bardziej kompleksowo. Bardzo dużo jest w tej kwestii do zrobienia. Pewnym krokiem w tym kierunku i szansą jest Narodowy Program Mieszkaniowy – uważa Joanna Komorowska.

W założeniach uchwalonego jesienią ub.r. przez rząd Narodowego Programu Mieszkaniowego uwzględnione zostały potrzeby mieszkaniowe osób starszych. W postulatach znalazły się m.in. ocena istniejących zasobów mieszkaniowych pod kątem dostosowania ich do seniorów i określenie warunków technicznych budownictwa senioralnego. Analityk nieruchomości Centrum AMRON zauważa, że świadomość postępujących zmian demograficznych i starzenia się społeczeństwa przebija się w działaniach rządzących dopiero od niedawna.

W Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych budownictwo senioralne jest znacznie bardziej rozwinięte. W Polsce do tej pory nie mieliśmy właściwego prawodawstwa. Dopiero w 2012 roku powstała komisja sejmowa do spraw polityki senioralnej, a z początkiem stycznia 2016 roku weszła w życie ustawa o osobach starszych – wskazuje Joanna Komorowska.

Hipoteka odwrócona: Wielka Brytania i Szwecja zamykają rok 2016 dużymi wzrostami

Przełomowe wyniki na rynku brytyjskim to efekt wieloletnich działań. Po pierwsze – wprowadzenia norm branżowych (ustanowionych jeszcze w 1991 roku) gwarantujących rozwój bezpiecznego i wiarygodnego rynku. Po drugie – udanej i długofalowej współpracy sektora equity release z brytyjskim rządem.  Po trzecie – scentralizowanej objętej nadzorem branży skupiającej ponad 500 podmiotów związanych z produktami typu equity release.

Warto zauważyć, że na rynku brytyjskim najpopularniejsze są umowy tzw. drawdown lifetime mortgage, których polskim odpowiednikiem mogła być odwrócona linia kredytowa z hipoteką. Ich udział stanowi 65 proc. rynku.  W 2016 roku zaobserwowano jednak duży wzrost liczby odwróconych kredytów hipotecznych z jedną wypłatą z góry, co pokazuje nie tylko dojrzałość sektora, ale również potrzebę wprowadzenia całego wachlarza rozwiązań dopasowanych do różnych potrzeb seniorów.

Zadowalające informacje płyną również ze Szwecji. Z danych Hypotekpension – największej instytucji w tym kraju, która świadczy usługę hipoteki odwróconej, wynika że łączna wartość udzielonych w 2016 kredytów wyniosła 570 milionów koron szwedzkich (60 milionów Euro) co stanowiło wzrost o 16 proc. w porównaniu z rokiem 2015, a wartość portfela pożyczek i kredytów wyniosła 3 miliardy koron szwedzkich (316 milionów Euro). Co ciekawe, do szwedzkiego ustawodawstwa wdrażana jest właśnie europejska dyrektywa dotycząca hipotek, co spowodowało, że wiele firm oferujących to rozwiązanie wycofała się z rynku (ich produkty nie spełniały odgórnych wymogów, były ograniczone w czasie i nie zawierały gwarancji nieprzekroczenia wartości zabezpieczenia [no negative equity guarantee]).

Polski rynek – w porównaniu z zagranicą – jest jeszcze mały, ale problemy, na które chce odpowiadać są podobne. Celem jest poprawa jakości życia seniorów, odgórne uregulowanie rynku i wypracowanie norm branżowych gwarantujących bezpieczeństwo. Wiele rozwiązań funkcjonujących z sukcesem za granicą można wdrożyć również w Polsce, a hipotekę odwróconą: odwrócony kredyt hipoteczny i rentę dożywotnią warto rozpatrywać w kategoriach szansy, a nie zagrożenia.

Autor: Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM S.A.

Rynek hipoteki odwróconej (tzw. equity release) w Wielkiej Brytanii w 2016 r.

  • Po raz pierwszy w roku kalendarzowym łączna suma udzielonych kredytów osiągnęła kwotę 2,15 mld GBP, co stanowi wzrost o 34 proc. w porównaniu do roku 2015, przy czym roczna stopa wzrostu uległa podwojeniu
  • Wartość nowych umów equity release w IV kwartale osiągnęła 670 mln GBP – najwyższą wartość w historii, która stanowi wzrost o 51 proc. w skali roku
  • Po raz pierwszy od 2006 roku liczba nowych umów przekroczyła 8000 w jednym kwartale

Według najnowszych danych opracowanych przez Equity Release Council[1], po raz pierwszy w 2016 roku, który okazał się przełomowy dla sektora, łączna wartość odwróconych kredytów hipotecznych przekroczyła 2 mld GBP. Łączna wartość zawartych umów wyniosła 2,15 mld GBP w skali roku, co stanowi wzrost o jedną trzecią (34 proc.) w porównaniu do 542 mln GBP osiągniętych w roku 2015. Oznacza to podwójne tempo wzrostu w porównaniu do lat 2014-2015 (16 proc. i 225 mln GBP).

W 25. rocznicę wprowadzenia pierwszych norm branżowych (miało to miejsce w 1991 roku) w celu wspierania bezpiecznego i wiarygodnego rynku dla konsumentów, sektor zakończył rok również z rekordowym wynikiem kwartalnym. Wartość udzielonych odwróconych kredytów hipotecznych wzrosła o 51 proc. do kwoty 670 mln GBP (rok do roku w ciągu ostatnich trzech miesięcy 2016 roku), od kwoty 445 mln GBP (w IV kwartale 2015 roku).

Rys. 1: Łączna wartość umów equity release, w latach 2006-2016 (mln GBP)

Łączna wartość umów equity release w latach 2006-2016
Źródło: Equity Release Council

Od października do grudnia 2016 roku zawarto 8303 nowych umów equity release: stanowi to wzrost o 12 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału oraz o 30 proc. rok do roku. Ostatni kwartał 2016 roku był także pierwszym od czasu IV kwartału 2006 r., w którym liczba nowych umów przekroczyła 8000 w każdym kwartale. Ogółem, suma nowych umów w całym 2016 roku wyniosła 27563, co stanowiło największą ich liczbę od 2008 roku.

Wzrosła popularność umów z wypłatą jednorazową

Umowy z wypłatą jednorazową cieszyły się w 2016 roku największym wzrostem popularności ich liczba wzrosła o 26 proc. rok do roku. Wzrost ten był większy od wzrostu liczby umów typy drawdown (linia kredytowa zabezpieczona hipoteką), które wzrosło o 19 proc. pod względem ilości w tym samym okresie.

Produkty typu drawdown nadal cieszą się największą popularnością: łączna liczba nowych umów takiego typu wyniosła 17 882 w skali roku, co stanowi 65 proc. rynku. Jednak atrakcyjność produktów z jednorazową wypłatą z góry sprawiła, że ich udział pod względem ilości w zawartych umowach osiągnął najwyższy poziom od 2010 roku – 35 proc. – co prawdopodobnie jest skutkiem uruchomienia zasobów mieszkaniowych na spłatę długu hipotecznego.

Autor: Nigel Waterson, Przewodniczący Equity Release Council

¹ Kredyty udzielane przez członków Equity Release Council stanowią około 95% całego rynku hipoteki odwróconej w Wielkiej Brytanii.

Struktura i jakość kredytów firmowych mikroprzedsiębiorców w Polsce

Prawie co piąty aktywny mikroprzedsiębiorca* posiada czynne firmowe zobowiązanie kredytowe w bazie BIK. Łączna wartość czynnych kredytów firmowych aktywnych mikroprzedsiębiorców to 47,09 mld zł. 82% aktywnych mikroprzedsiębiorców oprócz kredytu firmowego posiada również czynny kredyt prywatny (konsumpcyjny, mieszkaniowy, kartę kredytową, limit debetowy). W zadłużeniu prywatnym dominuje (75%) zadłużenie z tytułu zaciągniętego kredytu mieszkaniowego.

Sytuacja finansowa i ekonomiczna najmniejszych firm w Polsce ma ogromne znaczenie dla rozwoju całej gospodarki. Według badań Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości mikroprzedsiębiorstwa odpowiadają za ok. 30% PKB wytwarzanego przez firmy i zatrudniają 39% osób w pośród wszystkich zatrudnionych w gospodarce narodowej. Bez wątpienia więc dobra sytuacja mikroprzedsiębiorstw przekłada się na rozwój ekonomiczny Polski.

Szacuje się, że aktualnie w Polsce jest około 2 milionów aktywnie działających mikroprzedsiębiorców, niestety wielu z nich ma krótką historię działania na rynku i jak pokazują statystyki GUS może nie przetrwać na rynku. – Dlatego niezwykle ważne jest aby nieustannie pobudzać przedsiębiorczość – mówi dr Tomasz Kaczor główny ekonomista Banku Gospodarki Krajowej – służą temu programy i zestawy nowoczesnych usług bankowych dopasowanych do ich specyficznych charakterystyk wynikających z potrzeb, zdolności kredytowej, wieku czy dostępności zabezpieczeń.

Mikroprzedsiębiorcy w bazie BIK

Baza BIK Przedsiębiorca to aktualnie 974 tys. przedsiębiorstw w tym 588 tys. mikro z historią kredytową. Czynnych kredytowo w bazie BIK jest 713 tys. przedsiębiorców w tym 431 tys. mikro.

Poziom ukredytowienia aktywnych gospodarczo mikroprzedsiębiorców wynosi 18% – prawie co 5 (371,4 tys.) posiadał na koniec grudnia 2016r. czynne zobowiązanie kredytowe na całkowitą kwotę ponad 47 miliardów złotych. W bazie BIK wśród mikroprzedsiębiorców wyraźnie widać także zjawisko przenikania się finansowania firmowego i osobistego. 82% aktywnych gospodarczo mikroprzedsiębiorców posiadających czynny kredyt posiada również kredyt prywatny. W takim przypadku zadłużenie firmowe i prywatne jest prawie takie samo (39,27 mld firmowego wobec 38,38 mld prywatnego). W zadłużeniu prywatnym dominuje (75%) zadłużenie z tytułu zaciągniętego kredytu mieszkaniowego.

Mikroprzedsiębiorcy zaciągają z reguły kredyty prywatne na wyższe kwoty niż kredytobiorcy nie będący mikroprzedsiębiorcami. W 2016r. w kredytach konsumpcyjnych wysokokwotowych czyli powyżej 100 tys. zł – ich udział wynosił 13%, a w wysokokwotowych kredytach mieszkaniowych – 16%.

Wyższe ryzyko kredytów mikroprzedsiębiorców przekłada się na jakość ich kredytów prywatnych

Mikroprzedsiębiorcy jako kredytobiorcy prywatni charakteryzują się wyższym poziomem ryzyka niż osoby prywatne nie będące mikroprzedsiębiorcami. Scoring powyżej 570 pkt posiada 63,3% osób prywatnych a tylko 52,6% mikroprzedsiębiorców.

– Wyższe ryzyko kredytowe przekłada się na niższą jakość kredytów prywatnych zaciągniętych przez mikroprzedsiębiorców w porównaniu do osób prywatnych. Szczególnie jest to widoczne w przypadku kredytów wysokokwotowych mieszkaniowych. – mówi Mariusz Cholewa prezes zarządu Biura Informacji Kredytowej – W przypadku kredytów mieszkaniowych zaciągniętych na kwotę powyżej 1 mln zł w ujęciu wartościowym udział kredytów przeterminowanych powyżej 90 dni dla mikroprzedsiębiorców wynosi 17%, dla osób prywatnych to 13%. Należy również podkreślić, że kredyty wysokokwotowe zarówno mieszkaniowe jak i konsumpcyjne charakteryzuje wysoka szkodowość. – dodaje Mariusz Cholewa.

Firmy działające na rynku powyżej 5 lat charakteryzuje niższe ryzyko kredytowe

Aktywność kredytowa mikroprzedsiębiorców zależy od długości historii rynkowej jaką może pochwalić się mikroprzedsiębiorca. Firmy działające na rynku powyżej 5 lat częściej są kredytobiorcami, ponieważ charakteryzuje je niższe ryzyko kredytowe. Wiąże się to z faktem, że około 1/3 firm nadal prowadzi działalność gospodarczą 5 lat po jej rozpoczęciu. Dzięki temu firmy o dłuższym stażu rynkowym mają łatwiejszy dostęp do kredytowania firmowego. – Mała aktywność młodych firm to także efekt podejścia do nich banków – mówi Tomasz Kaczor z BGK – nasze badania pokazują, że głównymi powodami nieprzyznania kredytu firmie jest brak zabezpieczeń lub zbyt krótki czas na rynku, czyli coś co młodej mikrofirmie sprawia szczególny problem.

Aktywność kredytowa mikroprzedsiębiorców determinowana jest również miejscem lokalizacji firmy. Można tłumaczyć to czynnikami kulturowymi, również w przypadku kredytów prywatnych najniższe ukredytowienie charakteryzuje Polskę południowo – wschodnią. Najniższy poziom ukredytowienia firmowego – 15,7% mają firmy z województwa lubelskiego, niewiele ponad 16% poziom ukredytowienia charakteryzuje firmy z województw podlaskiego oraz podkarpackiego. Najczęściej z kredytów korzystają mikroprzedsiębiorcy z województwa śląskiego (21,9%) oraz opolskiego (21,1%).

Koncentracja branżowa mikroprzedsiębiorców

Wyraźnie widać koncentrację branżową zadłużenia mikroprzedsiębiorców, co w dużej części wynika ze struktury branżowej prowadzonej w Polsce działalności gospodarczej.

70% łącznego zadłużenia firmowego polskich mikroprzedsiębiorców obejmuje 10 działalności w tym dominuje handel (detaliczny, hurtowy, samochodami) – który ma 31% udział w zadłużeniu wszystkich mikroprzedsiębiorców.

* Aktywny mikroprzedsiębiorca – mikroprzedsiębiorca ze statusem aktywny w CEiDG

BZ WBK ma 19% udziału w rynku akredytyw importowych

Wartość akredytyw importowych obsłużonych przez Bank Zachodni WBK w 2016 r. wyniosła niemal 1,2 mld zł, co według danych systemu SWIFT dało 19% udziału w rynku. Bank obsłużył 3,5 tys. akredytyw, przy czym liczba ta była aż o 1/5 wyższa niż w analogicznym okresie 2015 roku.

Wzrost udziałów rynkowych w produktach obsługi handlu zagranicznego to efekt wielu dużych projektów, które zrealizowaliśmy w ostatnich latach. Cały czas konsekwentnie rozwijamy moduł Trade Finance w bankowości elektronicznej, Jednocześnie zcentralizowaliśmy kluczowe procesy. Bardzo ważnym działaniem jest Program Rozwoju Eksportu, w którym zachęcamy i przekazujemy polskim firmom wiedzę o najlepszych praktykach realizacji strategii ekspansji zagranicznej – mówi Piotr Dylak, dyrektor ds. rozwoju handlu zagranicznego w Banku Zachodnim WBK.

Akredytywa dokumentowa to jeden z głównych sposobów zabezpieczenia zagranicznych transakcji handlowych firm. W ramach takiego rozwiązania bank na polecenie zleceniodawcy (importera lub kupującego) składa pisemne zobowiązanie do zapłaty lub zabezpieczenia zapłaty określonej kwoty beneficjentowi tej akredytywy, przy czym wypłata akredytywy jest zawsze kontrolowana przez bank i wymaga przedstawienia odpowiednich dokumentów handlowych, ubezpieczeniowych i transportowych.

Konstrukcja akredytywy dokumentowej pozwala przedsiębiorcy ograniczyć ryzyko jakościowe (np. otrzymania towaru gorszych parametrach technicznych niż uzgodnione w kontrakcie), nieterminowości dostaw (co jest szczególnie istotne w przypadku towarów, na które popyt jest sezonowy) czy transportowe. Przedsiębiorca może również uatrakcyjnić swoją ofertę sprzedaży udzielając kredytu kupieckiego lub uzyskać bardziej korzystną cenę istotnie ograniczając ryzyko transakcji po stronie dostawcy. Akredytywy z odroczeniem płatności dają również możliwość uzyskania kredytu kupieckiego od dostawców. Akredytywy te można je wykorzystać zarówno do finansowania standardowych zakupów towarów konsumpcyjnych, jak i mniej typowych zakupów inwestycyjnych.

Akredytywy, tak samo jak wszystkie inne produkty trade finance, Bank Zachodni WBK oferuje w pakiecie ze wsparciem merytorycznym i możliwością konsultacji. – Mamy specjalistów handlu zagranicznego w 12 miastach w Polsce i ekspertów z tzw. Middle Office, którzy pomagają wynegocjować korzystne warunki płatności w ramach transakcji i zwracają naszym klientom uwagę na istotne aspekty związane z ryzykiem. Samo procesowanie akredytyw i gwarancji zapewnia moduł Trade Finance w bankowości elektronicznej. Obecnie przez iBiznes24 jest obsługiwane ponad 95% akredytyw – podkreśla Robert Antczak, dyrektor Departamentu Sprzedaży Produktów Banku Zachodniego WBK.

Mariusz Odkała podsumowuje rok 2016 w branży outsourcingu contact center

Polska jest europejskim liderem sektora nowoczesnych usług dla biznesu, którego wzrost w minionym roku wyniósł blisko 20%. Rosnąca konkurencja sprawia, że w walce o klienta liczą się tylko najlepsi. Liderzy branży outsourcingu contact center muszą oferować wielojęzyczną i omnikanałową obsługę przy jednoczesnej gwarancji bezpieczeństwa przetwarzanych danych. Teleperformance Polska nieustannie podnosi standardy obsługi i stosuje najlepsze praktyki bezpieczeństwa. W 2016 roku Teleperformance Polska zwiększyła zatrudnienie o blisko 200 osób i zanotowała ponad 35% wzrost przychodów.

Zaufanie globalnych i lokalnych liderów

Outsourcing contact center w Polsce to potężna, zaawansowana biznesowo branża świadcząca usługi dla największych firm i organizacji z całego świata. Rozwój technologiczny i stale rosnąca świadomość klientów, którzy oczekują profesjonalnej obsługi sprawiły, że outsourcing contact center nie jest postrzegamy już jako „branża od niechcianych telefonów“. Polskie centra operacyjne zatrudniają konsultantów i specjalistów prowadzących interakcje z konsumentami w kilkunastu językach obcych za pomocą różnych kanałów – telefon, chat, e-mail, Facebook, WhatsApp czy Twitter. Tylko dostawcy, którzy są w stanie zagwarantować najbardziej kompleksowe, a przede wszystkim jakościowe rozwiązania z wykorzystaniem zintegrowanych kanałów interakcji mają szansę na zaistnienie na konkurencyjnym rynku usług outsourcingu contact center. Teleperformance Polska może pochwalić się intensywnym rozwojem portfolio klientów w 2016 roku. Na poziomie globalnym rozpoczęliśmy obsługę projektu dla światowego lidera w branży nowych technologii – dostawcy oprogramowania i urządzeń. Lokalnie podjęliśmy współpracę z dwoma wiodącymi w Polsce bankami oraz rozwinęliśmy projekt dla globalnego lidera w branży artykułów sportowych, w ramach którego obsługujemy obecnie aż 18 rynków w 11 językach – mówi prezes firmy, Mariusz Odkała.

Przestrzeń na rozwój

Intensywnemu rozwojowi spółki, jaki przypadł na drugie półrocze 2016 roku, towarzyszyło uruchomienie trzeciego w Polsce, a drugiego w Warszawie, oddziału Teleperformance Polska, który zlokalizowany jest w wysokiej klasy biurowcu przy ul. Wołoskiej 24. Nasze nowe biuro to ponad 1 600 m2 z przestronnymi częściami wspólnymi: szatniami, kuchnią pracowniczą oraz pokojem relaksu ze strefą gier i odpoczynku – mówi Mariusz Odkała – Uruchomienie kolejnego oddziału to sygnał do rynku i naszych klientów, że jesteśmy gotowi i otwarci na rozwój istniejących i pozyskanie nowych projektów.

Zespół ma znaczenie

Nowe biuro i wzrost biznesu to także nowe miejsca pracy. W minionym roku zespół Teleperformance Polska powiększył się o blisko 200 osób. Obecnie pracuje u nas ponad 700 osób, które reprezentują 38 narodowości ze wszystkich kontynentów. Tak zróżnicowany kulturowo, wielojęzyczny zespół jest tym, co wyróżnia nas na tle konkurencji. Dzięki temu możemy świadczyć profesjonalną obsługę na projektach realizowanych dla globalnych marek, których klienci obecni są w różnych krajach – podkreśla prezes firmy.

Każdego roku Teleperformance Polska uczestniczy w globalnym badaniu, dzięki któremu regularnie sprawdzany jest poziom satysfakcji pracowników. W minionym roku znaczna większość pracowników pozytywnie określiła swoje doświadczenia z firmą i zadowolenie z pracy. Satysfakcja zespołu jest dla nas niezwykle ważna. Od niej uzależniona jest rotacja pracowników, a ta ma kluczowe znaczenie dla jakości obsługi naszych klientów. Wiemy jak ważna w budowaniu długotrwałych relacji z pracownikami jest również możliwość rozwoju zawodowego. W 2016 roku, w ramach rekrutacji wewnętrznych prowadzonych przez Teleperformance Polska awanse zdobyło aż 50 osób – podkreśla Mariusz Odkała.

Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu

Od firm obsługujących największe światowe przedsiębiorstwa i marki oczekuje się najwyższych standardów, nie tylko w kwestii jakości, ale także bezpieczeństwa. Ze względu na dużą ilość zatrudnianych pracowników, którzy mają dostęp do tajnych informacji, to właśnie contact centers padają często ofiarą cyberprzestępców. Centra obsługi, które chcą zdobyć zaufanie i lojalność klientów muszą chronić się przed tym rosnącym zagrożeniem stosując kompleksową strategię bezpieczeństwa. Teleperformance Polska może pochwalić się uzyskaną w tym roku certyfikacją PCI DSS. Oznacza to, że nasza firma gwarantuje swoim klientom bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa na projektach, na których przetwarza się poufne dane konsumentów, takie jak dane kart płatniczych. W grudniu 2016 r. otrzymaliśmy również certyfikat potwierdzający zgodność z normą ISO 27001, która poświadcza, że posiadamy wdrożony system zarządzania bezpieczeństwem informacji – dodaje Mariusz Odkała.

Prognozy dotyczące rynku kredytowego w 2017 r.

BIK publikuje prognozy dotyczące rynku kredytowego dla gospodarstw domowych w 2017 r.: stabilizacja wartości udzielanych kredytów na rynku kredytów konsumpcyjnych w sektorze bankowym, niewielki wzrost udziału sektora pożyczkowego w segmencie niskokwotowego finansowania (do 4 tys. zł), trudne do utrzymania wyniki sprzedaży z 2016 r. odnośnie poziomu wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych oraz wzrost dostępnych limitów na kartach kredytowych.

Rok 2016 zakończył się kolejnym rekordem wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych, oraz zbliżonym poziomem wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych w stosunku do roku 2015. W oparciu o dane makroekonomiczne, bezpośrednio i pośrednio wpływające na koniunkturę kredytową, na podstawie obserwacji trendów rynkowych oraz najnowszych odczytów Indeksów Popytu BIK, BIK prognozuje na rok 2017 – stabilizację wartości nowo udzielanych kredytów konsumpcyjnych i niższe dynamiki wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych.

Kredyty konsumpcyjne

W 2016 r. banki oraz SKOK-i udzieliły łącznie 7,16 mln szt. kredytów konsumpcyjnych, co oznacza spadek liczby udzielonych kredytów o 2,9 proc. w porównaniu do roku 2015 (7,37 mln w okresie styczeń – grudzień 2015 r.). Spadkowi liczby udzielanych kredytów towarzyszył jednak wzrost wartości udzielonych kredytów o 2,3 proc.– z 76,7 mld zł w 2015 r. do rekordowych 78,5 mld zł w 2016 r.

Główne trendy na rynku kredytów konsumpcyjnych:

W 2016 r. można było zaobserwować kontynuację zjawiska występującego już w roku 2015 czyli dodatnich dynamik wartości przy ujemnych dynamikach liczby udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Dynamika liczby udzielonych kredytów we wszystkich kwartałach przyjmowała wartości ujemne, a w IV kw. wyniosła – 5,2%. Z kolei po słabszym 3 kw. dynamika wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych podskoczyła w 4 kw. 2016 r. do 3,7% zapewniając wzrost w ujęciu rocznym o 2,3%.

Analizując przedziały kwotowe udzielanych kredytów widzimy, że spada liczba kredytów udzielanych na kwoty do 50 tys. zł, natomiast rośnie liczba kredytów udzielanych na kwoty wyższe. Kredyty na kwoty pow. 50 tys. zł stanowią 37,6% wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych. Średnia kwota udzielonego kredytu wzrosła w tym okresie do poziomu 10 956 zł.

– Wartość udzielonych kredytów konsumpcyjnych przez banki w 2016 r. ponownie odnotowała rekord, jednak wzrost wartości kredytów nie wynikał z liczby udzielonych kredytów, lecz ze wzrostu średniej kwoty zaciągniętego kredytu – mówi dr Mariusz Cholewa, prezes BIK. – Podczas gdy w bankach zaciągane są kredyty na wysokie kwoty od 50 tys. do pow. 200 tys. (37,6%), to stopniowo spada udział kredytów niskokwotowych – szczególnie do 4 tys. zł. Utrwala się trend obserwowany od kilku lat, że w zakresie finansowania niskokwotowego rośnie znaczenie firm pożyczkowych. Wartość segmentu niskokwotowego finansowania do 4 tys. zł. wyniosła w 2016 r. 10 mld zł, z czego na firmy pożyczkowe przypada 25% udział.

– Banki koncentrują się na swoich lojalnych klientach z ugruntowaną historią kredytową i oferują im kredyty na wyższe kwoty. Jakość udzielonych kredytów konsumpcyjnych w ostatnich latach jest na dobrym, stabilnym poziomie – końcowa szkodowość kredytów wynosi około 4 procent – potwierdza prezes Zarządu BIK. – Klienci korzystający z firm pożyczkowych charakteryzują się średnio niższą oceną scoringową w porównaniu z klientami bankowymi, również więcej klientów posiada zaległe zobowiązania. Widoczna jest relacja, że im więcej czynnych kredytów w bankach klient posiada, tym częściej jednocześnie jest klientem sektora firm pożyczkowych. – dodaje prezes Cholewa.

Kredyty mieszkaniowe

Spełniły się prognozy Biura Informacji Kredytowej odnośnie wzrostu wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych w 2016 r. – odnotowano wzrost o 0,4 proc. Natomiast niższa o 4,1 proc. niż rok wcześniej była liczba udzielonych kredytów. W analizowanym okresie banki udzieliły  192,8 tys. kredytów na łączną kwotę 41,3 mld zł. Pierwsze półrocze pod względem liczby i wartości udzielonych kredytów było dobre. Począwszy jednak od 3 kwartału zarówno dynamika liczby jak i wartości kredytów stale obniżały się.

– Po znakomitym 4 kwartale 2015 r., dynamika udzielonych kredytów mieszkaniowych w 1 półroczu 2016 r. wprawdzie obniżyła się, ale utrzymała dodatni wynik na poziomie 6,6 proc. w wartości i 4,3 proc. w liczbie. Niemniej od 3 kwartału zaczęliśmy obserwować trend spadkowy, szczególnie zauważalny w 4 kwartale zarówno, gdy chodzi o ich liczbę, jak i wartość – mówi dr Mariusz Cholewa, prezes BIK. – Zgodnie z przewidywaniami BIK z początku 2016 r., wartość udzielonych kredytów wzrosła tylko nieznacznie, przy rekordowej sprzedaży mieszkań na rynku pierwotnym przez deweloperów. Tempo kredytowania mieszkalnictwa mogło wyhamować z kilku przyczyn, np. z powodu bardzo szybkiego wykorzystania środków i zakończenia programu wsparcia MdM, ze względu na podwyższenie wkładu własnego do 15%. Innym powodem może być finansowanie inwestycji mieszkaniowych zarówno z rynku pierwotnego, jak i wtórnego nie z kredytów, ale ze środków zgromadzonych na lokatach, czy w funduszach inwestycyjnych jako alternatywa inwestowania kapitału w nieruchomość przeznaczoną na wynajem – dodaje prezes Cholewa.

Główne trendy na rynku kredytów mieszkaniowych:

Rok 2016 rozpoczął się najniższym od lat 90-tych oprocentowaniem depozytów, co mogło skutkować wzrostem liczby zakupów mieszkań za gotówkę. Jednocześnie szybkie wykorzystanie środków rządowego programu Mieszkanie dla Młodych i wzrost wkładu własnego z dodatkowym ubezpieczeniem do 15% oddaliły perspektywę utrzymania w 2016 r. wyniku sprzedaży kredytów mieszkaniowych z roku poprzedniego.

Patrząc na sprzyjające obecnie otoczenie ekonomiczne – stabilizację poziomu stóp procentowych oraz kursów walut, to jednak wzrost czynników niepewności, takich jak podwyżki kosztów kredytów oraz trudności ze zgromadzeniem środków na wkład własny mogą przyczyniać się w dłuższej perspektywie do niższego popytu na kredyty mieszkaniowe. Wpływ na taki trend może mieć także szybkie wykorzystanie dofinansowania z programu MdM, dla którego już w styczniu skończyła się pula środków przewidziana na cały 2017 r.

Dobrym prognostykiem jest stabilna jakość kredytów mieszkaniowych – liczba kredytów opóźnionych w spłacie powyżej 90 dni wynosi zaledwie 1,4 proc. oraz czynniki makroekonomiczne: pozytywne tendencje na rynku pracy – najniższe od 1991 r. bezrobocie 8,3% (stan na grudzień 2016 r.), jak również wyższe o 5% (r/r) przeciętne miesięczne wynagrodzenie (brutto) w sektorze przedsiębiorstw.

Podsumowując, utrzymanie wolumenów udzielanych kredytów mieszkaniowych w Polsce na rok 2017 na poziomie 2016 r. według Biura Informacji Kredytowej będzie dużym wyzwaniem.

Karty kredytowe

W 2016 r. wydano ponad 1 mln kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów w wysokości 5,12 mld zł. Jest to o 7,9% mniej pod względem liczbowym i o 0,1% więcej pod względem wartościowym. Pomimo spadku liczby kart, rośnie wartość przyznawanych limitów. Średnia kwota przyznanego nowego limitu wynosi obecnie prawie 4 800 zł.

Patrząc na udział klientów według liczby posiadanych kart, to można powiedzieć, że rynek ten porządkuje się. – Klienci posiadający więcej niż jedną kartę kredytową rezygnują z kart nieaktywnych. W rezultacie rośnie udział osób posiadających 1 kartę (z 76,7 % w 2015 r. do 78,8% w 2016 r. – w 2011r. takich osób było tylko 71,9%), co może świadczyć o wzrastającej świadomości Polaków w zarządzaniu swoimi finansami – mówi prezes Cholewa.

Główne trendy w kartach kredytowych:

Liczba posiadaczy kart kredytowych w Polsce to 4, 8 mln osób, które mają w swoich portfelach 6,1 mln czynnych kart kredytowych.

Średnia wartość przyznanego limitu na kartach kredytowych wyniosła 4795 zł w 2016 r. (przy 4 411 zł w 2015 r.), natomiast średnia wartość limitu na czynnej karcie kredytowej wyniosła w 2016 r. 5 767 zł (przy 5 644 zł w 2015 r.).

Obserwowany spadek liczby kart kredytowych wynika z zamykania kart nieaktywnych lub mniej używanych. Równolegle jednak na kartach aktywnych szybciej rośnie suma przyznanych limitów, co oznacza umacnianie relacji banków z lojalnymi klientami.

BIK Indeks Popytu na kredyty w styczniu 2017 r.

BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe wyniósł +41,5%, a BIK Indeks – Popytu na Kredyty Konsumpcyjne wyniósł -0,7% w styczniu 2017 r.

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła +41,5% w styczniu 2017 r. Oznacza to, że w styczniu 2017 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 41,5% w porównaniu z styczniem 2016 r.

Bardzo duża liczba wniosków o kredyty mieszkaniowe złożone w styczniu 2017 r. związana była z wyścigiem klientów o uzyskanie dofinansowania wkładu własnego z programu MdM. Już pod koniec minionego miesiąca BGK, jako organizator programu, poinformował o wstrzymaniu przyjmowania wniosków o dofinansowanie ze względu na wyczerpanie się puli środków przeznaczonych do wypłaty 2017 r. W styczniu br. o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało łącznie 38,1 tys. klientów w porównaniu do 24,9 tys. klientów rok wcześniej (wzrost o 52,7%). Dzięki dużej liczbie wniosków złożonych w styczniu wyniki 1 kw. 2017 r. powinny okazać się dobre. Od lutego, po zakończeniu przyjmowania wniosków w ramach programu MdM, dynamika złożonych wniosków powinna powrócić do normy. – mówi Sławomir Grzybek, Dyrektor Departamentu Business Intelligence Biura Informacji Kredytowej.

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Konsumpcyjne (BIK Indeks – PKK), który informuje
o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów konsumpcyjnych, wyniosła -0,7% w styczniu 2017 r. Oznacza to, że w styczniu 2017 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty konsumpcyjne na kwotę niższą o 0,7% w porównaniu z styczniem 2016 r.

 – Po dobrym grudniu 2016 r., w którym klienci zawnioskowali o 10% większą wartość kredytów niż rok wcześniej, styczeń przyniósł stabilizację i wartość złożonych wniosków była podobna do stycznia ubiegłego roku. Biorąc pod uwagę, że w styczniu br. w kalendarzu mieliśmy o 2 dni robocze więcej niż rok wcześniej, oczekujemy pozytywnej dynamiki wartości kredytów konsumpcyjnych udzielonych w minionym miesiącu. – dodaje Sławomir Grzybek z BIK.

Trump straszy kraje manipulujące walutami. Brexit a rynek pracy

Ostatnie działania USA w sprawie krajów manipulujących kursami swoich walut mogą dotknąć również Szwajcarię. RPP podejmuje dzisiaj decyzję w sprawie stóp procentowych. Rynek pracy po Brexicie.

Trump straszy kraje manipulujące walutami

Departament skarbu USA wskazywał już kilkukrotnie kraje, które manipulują kursem swojej waluty. Ostatnio na celowniku są głównie Chiny, których walka o utrzymanie kursu juana wyraźnie nadwyręża poziom rezerw walutowych tego kraju. Jak słusznie zauważa część obserwatorów podobne kryteria spełnia Szwajcaria. W przypadku tego kraju jednak problem jest odwrotny, gdyż dochodzi tutaj do osłabienia własnej waluty. Jakie są możliwe konsekwencje? Pierwsza to, że nic się nie stanie i USA nie będą walczyć ze Szwajcarią. Druga możliwość to USA obłożą zgodnie  deklaracjami kraj taki cłem importowym, co dla gospodarki żyjącej z eksportu będzie bardzo dotkliwe. Trzeci scenariusz to ponowne uwolnienie kursu franka, ale o tym polscy kredytobiorcy z pewnością nie chcą słuchać.

Decyzja w sprawie stóp procentowych

Dzisiaj Rada Polityki Pieniężnej podejmuje na swoim posiedzeniu decyzję w sprawie stóp procentowych. Wśród analityków panuje zgoda, że nie  dojdzie do zmian stawek. Obniżka powodowałaby obecnie ryzyka inflacyjne, a koszt kredytu nie jest obecnie tym problemem, który powoduje, że biznes nie inwestuje w Polsce. Z drugiej strony skoro niemal cały świat czeka wątpliwe by RPP wyszła przed szereg i podnosiła stopy. Tym bardziej, że mogłoby to spowodować ograniczenie i tak już topniejącego wzrostu gospodarczego. W rezultacie przez kilka najbliższych posiedzeń jedynym co będzie interesować rynki będzie komunikat po posiedzeniu wygłoszony zwyczajowo około godziny 16:00. Dzisiaj rano poznaliśmy decyzję w sprawie stóp z Indii. Analitycy spodziewali się obniżki, aczkolwiek utrzymano obecny poziom stóp procentowych.

Rynek pracy po Brexicie

Ciekawym zagadnieniem jest wpływ Brexitu na londyński rynek w pracy w segmencie finansowym. Wedle opublikowanych przez Guardiana danych może się to skończyć nawet redukcją o 30 000 etatów. Jest to co prawda czarny scenariusz, aczkolwiek nie pozbawiony podstaw. Powodem do tej symulacji jest założenie, że wiele firm z branży bankowej będzie wolało trzymać swoją siedzibę wewnątrz większego organizmu gospodarczego jakim jest Unia Europejska. Potencjalnie największym beneficjentem miałby być Frankfurt. Zyskałyby jednak również inne duże centra finansowe jak Amsterdam, Dublin czy Paryż. Co najważniejsze w przypadku takiej relokacji gwałtownie straciłby na znaczeniu funt. Obecnie pozycja funta na świecie jest mocno wsparta przez rolę Wielkiej Brytanii na rynkach finansowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw,
  • 21:00 – Nowa Zelandia – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Jak i co mówić o byłym, obecnym lub potencjalnym pracodawcy

Lubimy narzekać. Czasem mamy również ochotę ponarzekać na szefa i firmę. Trzeba jednak wiedzieć z kim i o czym rozmawiać.

Na chwilę szczerości, zwłaszcza gdy w firmie przechodzimy gorszy czas, można pozwolić sobie w domu, wśród najbliższych. Już wybierając się na plotki ze znajomą, której najmocniejszą stroną nie jest dyskrecja, lepiej nie poruszać tematów związanych z pracą. Nie można również źle wypowiadać się o pracodawcy w komentarzach w mediach społecznościowych.

Grzechy niewybaczalne

Są sprawy, o których nie można mówić, nawet w rodzinnym gronie. Po pierwsze to tajemnice firmowe.

Dyskrecja obowiązuje zarówno wobec byłego, jak i obecnego pracodawcy. Zdrada tajemnic handlowych, strategii marketingowych czy tajników produkcji może wiązać się z różnymi konsekwencjami np. dyscyplinarną utratą pracy, koniecznością zapłaty kary finansowej, a nawet sprawą w sądzie – zauważa Joanna Żukowska, ekspert międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.

Drugą ważną kwestią jest powściągliwość w komentarzach w mediach społecznościowych. Antyprzykład? Otóż pewna osoba obwieściła znajomym, że zmienia pracę. Napisała, że bardzo się cieszy i musi  pochwalić się, że zaczyna nową pracę w znanej korporacji, po czym dodała, że jedynym minusem jest to, że będzie wdrażać „produkt dla średnio rozwiniętych ludzi”. Post wykasowała, ale było już za późno. Pamiętaj, że pracodawcy śledzą wpisy na temat własnej firmy w Internecie.

Z pracodawcą o pracodawcy

O byłym lub aktualnym pracodawcy najczęściej trzeba wypowiedzieć się podczas rozmowy kwalifikacyjnej, gdy pada pytanie: dlaczego chce pan/pani odejść? Lepiej odpowiedzieć np. „Obecnie poszukuję nowych wyzwań…” (w przypadku gdy np. firma startuje z innowacyjnym projektem), „Jestem otwarty/a na nowe doświadczenia…” (gdy szuka osób do nowego działu), czy „Chciał(a)bym spróbować pracy w międzynarodowym środowisku..” (gdy dotychczas pracowaliśmy w mniejszej, krajowej firmie) niż źle mówić o obecnych pracodawcy.

Rozmowa kwalifikacyjna to nie czas na emocjonalne zwierzenia. Mówienie o złych doświadczeniach może zbudować wokół naszej kandydatury spore wątpliwości. Pracodawca nabierze przekonania, że jeśli dziś mówimy źle o byłym lub aktualnym szefie, to w przyszłości będziemy źle mówić także o nim.

Kuchenne plotki

Kiedy nasze CV się obroni, rozmowa kwalifikacyjna pójdzie pomyślnie i dostaniemy nową pracę, wówczas trafimy do nieznanego zespołu. To także czas, gdy musimy się pilnować. Nowy pracownik ma najczęściej naturalną potrzebę zintegrowania się z zespołem. Stara gwardia chce zaś dowiedzieć się czegoś o „nowym”. Zaczyna się więc wzajemne podpytywanie i – warto mieć tego świadomość – przekazywanie informacji o nowym pracowniku. W zespole często jest tzw. zwiadowca, który potrafi zadać wprost, nawet krępujące pytanie np. źle było ci w tamtej firmie? To prawda, że pan X jest trudnym szefem? Faktycznie tak marnie płacą w konkurencji?

Jak odpowiadać na takie pytania – najlepiej niespiesznie. Można zwyczajnie odpowiedzieć np. „To już zamknięty rozdział. Lepiej powiedz mi coś o pracy tutaj?”. Taka odpowiedź kieruje rozmowę na odpowiednie tory. Dzięki temu i ty dowiesz się czegoś o nowym pracodawcy.

IDC: dwucyfrowe spadki na rynku „starych” technologii, dwucyfrowy wzrost rynku Internetu Rzeczy i chmury

W ubiegłym roku, według analityków, zanotowano dwucyfrowe spadki na rynku PC, pamięci masowych oraz serwerów. Natomiast zanotowano wzrost inwestycji w nowe technologie – w ubiegłym roku wydatki na chmurę publiczną wzrosły o 25%.  Mimo tego wzrostu, są one znacznie niższe w porównaniu do rynków rozwiniętych.

Cyfrowa transformacja staje się faktem. Już blisko 58% europejskich firm stworzyło w ramach swojego działu biznesowego lub IT, jednostkę odpowiedzialną za cyfrową transformację. Jak szacuje IDC, do końca 2017 r. już ponad 80% przedsiębiorstw będzie posiadało zespół odpowiedzialny za cyfryzację. W przypadku co trzeciej firmy z listy Fortune 500, wzrost sprzedaży produktów i usług opartych na danych przewyższy już dwukrotnie wartość sprzedaży tradycyjnych produktów i usług. Jak na tym tle wygląda Polska?

Polskie firmy wydają więcej na nowe technologie

Badania firmy analitycznej IDC pokazują, że choć nadrabiamy technologiczne zaległości, to wciąż dzieli nas duży dystans od dojrzałych i dobrze zinformatyzowanych zachodnich rynków. Ale jest też dobra informacja: polskie przedsiębiorstwa coraz chętniej inwestują w nowe technologie. W ostatnich latach lokalne firmy z często niewielkich, rodzinnych organizacji przekształciły się w duże przedsiębiorstwa działające także poza granicami kraju, a ich menedżerowie zazwyczaj zdają sobie sprawę z tego, że bez inwestycji w nowe technologie, w szczególności chmurę obliczeniową, analitykę, rozwiązania mobilne czy Internet Rzeczy, nie będą w stanie konkurować na globalnym rynku. Dla ponad połowy polskich firm priorytetem jest poprawa zadowolenia klienta z kierowanej do niego oferty, a nie da się tego osiągnąć nie poznawszy dokładnie jego preferencji, zainteresowań. Te informacje można pozyskać dzięki inwestycjom w rozwiązania Trzeciej Platformy. Firmy coraz częściej to rozumieją – zwraca uwagę Ewa Zborowska z IDC.

Dobrze pokazuje to struktura wydatków na IT. W ubiegłym roku znacząco, bo aż o 20,5% spadła sprzedaż rozwiązań opartych o tradycyjną architekturę typu klient-serwer. Firmy zmniejszyły wydatki nie tylko na komputery stacjonarne  – o 17,7% – ale także tablety – o 18,7%, serwery high-end (o 25,9%), serwery średniej klasy (o 12,1%) czy pamięci masowe – o 21,2%. Największy spadek zanotowano w obszarze serwerów „volume”– o 41,8%.  Rynek ratują inwestycję w nowe technologie – w ubiegłym roku zanotowano dwucyfrowy wzrost wydatków na chmurę obliczeniową czy Internet Rzeczy, jednak na tle Ameryki Północnej czy Europy Zachodniej są one wciąż relatywnie niewielkie.

Czas na chmurę

Jak szacuje IDC, do 2020 r. już co najmniej 45% oprogramowania oraz infrastruktury informatycznej w europejskich przedsiębiorstwach będzie dostarczane w modelu chmurowym. Tym samym, w 2020 r. inwestycje w rozwiązania chmurowe będą stanowiły 20% wydatków na infrastrukturę IT oraz 25% wydatków przeznaczanych na zakup oprogramowania, usług i sprzętu. Jak na tym tle wygląda Polska?

Jak wynika ze wstępnych szacunków IDC, w 2016 r. polski rynek chmury publicznej wzrósł o ponad 25% w porównaniu do roku 2015. Firma analityczna prognozuje, że wartość rynku chmury publicznej w 2016 r. w Polsce sięgnie ponad 160 milionów dolarów. Jeśli nie nastąpi nic niespodziewanego, a jak pokazał rok 2016, rynek IT nadal potrafi (nie)mile zaskoczyć, w 2017 wartość chmury publicznej w Polsce powinna przekroczyć 200 milionów USD. – Szacujemy, że do 2019 r. polski rynek chmury publicznej będzie rósł średnio 5 razy szybciej niż rynek tradycyjnych usług IT, co oznacza, że nie odstajemy pod względem inwestycji w cloud computing od światowej średniej. Średnie tempo  inwestycji w chmurę do 2019 publiczną globalnie wyniesie 21.5%, gdy tymczasem w Polsce sięgnie on 18,6%.- zwraca uwagę Ewa Zborowska z IDC.

O tym, że polski rynek upodabnia się pod względem inwestycji IT do zachodniego, świadczy także struktura wydatków na usługi chmurowe. SaaS stanowi w Polsce największą część rynku chmury publicznej (66,8%), nie inaczej jest na świecie (68.5%). Usługi IaaS odpowiadają w Polsce za 23,1% udziałów w rynku. Najmniejszą częścią polskiego rynku chmury publicznej jest PaaS, jednak analitycy IDC zwracają uwagę, że udział tych usług chmurowych (obecnie stanowiący 10,1%) będzie rósł kosztem rynku IaaS. Tym samym, polski rynek będzie podążał drogą rozwoju globalnego rynku chmury publicznej.

Polski rynek nie różni się od znacznie bardziej rozwiniętych rynków Ameryki Północnej czy Europy Zachodniej także gdy spojrzymy na główne bariery w rozwoju chmury publicznej. Wszędzie kwestie bezpieczeństwa, prywatności oraz regulacje prawne są istotnym ograniczeniem.

Internet Rzeczy: w Polsce to tylko 49 dolarów „na głowę”

Jak wynika z raportu Worldwide Semiannual Internet of Things Spending Guide IDC, rynek Internetu Rzeczy na świecie wart będzie w 2020 r. już 1,5 bln dolarów. Motorem wzrostu będzie przede wszystkim Europa Zachodnia, która będzie odpowiadać za 20% rynku i gdzie wzrost rok do roku wyniesie 17%.

Najwięcej per capita na IoT wydadzą kraje skandynawskie – W Szwecji nakłady na Internet Rzeczy wyniosą 398 dolarów, w Norwegii 369, dolarów a w Norwegii 355. Polska w rankingu wypada na razie słabo z wynikiem 49 dolarów. Odstajemy nie tylko od liderów rynku, ale także od zachodnioeuropejskiej średniej, która wynosi 249 dolarów. I mimo, że rynek IoT rośnie w dwucyfrowym tempie, to trudno będzie nam dogonić rozwinięte gospodarki przy utrzymaniu takiego tempa wzrostu. – Jeszcze w 2014 r. wartość inwestycji w IoT w Polsce wyniosła 2 mld dolarów, w 2018 r. wyniesie ona już jednak ponad 3,7 mld dolarów, a w 2020 r. 5,4 mld dolarów. Jest to wartość całego ekosystemu IoT, czyli nie tylko urządzeń końcowych, sensorów czy liczników, ale również oprogramowania, usług IT i telekomunikacyjnych czy też infrastruktury IT. Szacujemy, że do 2020 r. wydatki na IoT będą rosły średnio w tempie 20,8% rok do roku – zwraca uwagę Jarek Smulski z IDC.

Nie wszystkie segmenty polskiego rynku IoT będą się rozwijać równie szybko. W 2018 r. największą wartość będzie miał rynek monitorowania pojazdów (344 mln dolarów), smart grid (227 mln dolarów) oraz produkcji (183 mln dolarów).  Jednak to rynek rozwiązań dla AGD będzie do 2018 r. rósł najszybciej – o 46%, szybko rozwijał się będzie także rynek rozwiązań dla motoryzacji (wzrost o 39%) oraz rozwiązań wykorzystywanych do tworzenia spersonalizowanych promocji (wzrost o 36%).

Szanse i ryzyka

Cyfrowa rewolucja niesie ze sobą więcej możliwości, ale także większe ryzyko. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w poziomie inwestycji w IT. Sprzedaż rozwiązań w dziedzinie bezpieczeństwa IT dla najnowszych technologii takich jak chmura, mobilność czy Internet Rzeczy będzie rosła w tempie dwucyfrowym. Jak wskazują analitycy IDC, w regionie CEE sam tylko rynek bezpieczeństwa dla IoT będzie rósł ponad 20%. W Polsce, która jest jednym z jego liderów, można się spodziewać nawet szybszego wzrostu.

Sprzedaż systemów IT wzrośnie także ze względu na wprowadzenie nowych regulacji prawnych. Według szacunków IDC, w związku z regulacjami GDPR związanej z ochroną danych osobowych, w latach 2017-2019 organizacje w Europie wydadzą na oprogramowanie do bezpieczeństwa i storage prawie 9 miliardów dolarów. Firma analityczna przewiduje, że wzrost sprzedaży oprogramowania i infrastruktury niezbędnej do tego, by spełnić wymagania regulatora, przekroczy 30% rocznie na przestrzeni najbliższych dwóch lat.

USA ma szansę stać się nowym supermocarstwem gazowym

Dziesięć lat temu amerykańscy wydobywcy gazu z konwencjonalnych źródeł stanęli przed widmem kryzysu, gdyż pokłady gazu ziemnego zaczęły się szybko wyczerpywać. Dla zrównoważenia spadku produkcji, koncerny energetyczne, takie jak ExxonMobil Corp., BP P.L.C. oraz Chevron Corp., planowały wydać miliardy dolarów na budowę nowych terminali importowych gazu. Na szczęście wszystko zmieniła nowo odkryta technologia wydobywcza, znana jako szczelinowanie hydrauliczne. Polega ona na wpompowywaniu do odwiertu płynu szczelinującego (mieszaniny wody z dodatkami chemicznymi i piaskiem) pod wysokim ciśnieniem w celu wytworzenia, utrzymania lub powiększenia szczelin w skałach. Technologia ta umożliwiła spółkom wydobywczym pozyskiwanie paliwa z warstw skał łupkowych, co zapoczątkowało rewolucję łupkową w USA.

Przez lata Amerykanie byli uzależnieni od zewnętrznych dostaw energii. Dzięki wydobyciu ze złóż łupkowych, obecne wydobycie ropy naftowej i gazu ziemnego zaczyna przewyższać potrzeby krajowego rynku. W 2016 roku, po raz pierwszy w historii, Amerykanie rozpoczęli przekształcanie wydobywanego z łupków gazu ziemnego w skroplony gaz ziemny (LNG) i wysyłanie go za granicę. Początkowym problemem był system gazociągów, który został wybudowany w latach 50., aby transportować gaz z terminali gazowych, ulokowanych nad Zatoką Meksykańską do gęsto zaludnionych stanów północno-wschodnich. Nikt wtedy nie sądził, że zajdzie potrzeba transportowania gazu w drugą stronę. Paradoksalnie, największe złoża łupków bogatych w gaz to złoża Marcellus i Utica w północno-wschodnich stanach USA. Wiertnie każdego dnia wydobywają z nich 18 mld metrów sześciennych gazu. Dlatego też, inżynierowie przeprojektowują gazociągi, aby mogły również przesyłać paliwo na południe, do budowanych tam naprędce terminali eksportowych. W tym roku ma być gotowych kilka takich dwukierunkowych gazociągów. Szacuje się również, iż będzie to pierwszy rok od lat 50., w którym amerykański eksport oleju opałowego przewyższy jego import.

Jak na razie jedynym koncernem, który eksportuje LNG z terminalu w Zatoce Meksykańskiej, jest Cheniere Energy, Inc., który takie pozwolenie uzyskał od amerykańskich regulatorów energetycznych już w 2010 roku. Niedawno zaczął on korzystać z nowo wybudowanych dwukierunkowych gazociągów, transportujących skroplony surowiec ze złoża Marcellus. Ta sytuacja jednak szybko ulegnie zmianie, gdyż do 2018 roku zaczną działać 4 nowe terminale eksportowe, a co najmniej 12 następnych czeka w kolejce na uzyskanie stosownych certyfikatów.

Póki co, LNG jest eksportowany do krajów Ameryki Południowej i Meksyku, a moce przerobowe terminalu wynoszą niewiele ponad 1 mld metrów sześciennych dziennie. W 2018 roku z 5 w pełni operacyjnych terminali będzie można eksportować aż 10 mld metrów sześciennych dziennie. To jednak nie koniec ekspansji. Amerykański Departament Energii rozpatruje obecnie aplikacje koncernów, planujących eksport aż 26 mld sześciennych skroplonego gazu dziennie, nawet do takich krajów, które obecnie nie mają podpisanych porozumień handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Jeśli te plany się ziszczą, ponad połowa amerykańskiej produkcji gazu będzie eksportowana.

Oczywiście zagrożeniem dla amerykańskich planów eksportowej ekspansji może być konkurencja ze strony największych, światowych eksporterów gazu ziemnego – czyli Rosji i Kataru. Pomimo iż cena amerykańskiego gazu jest bliska historycznie niskich poziomów, to krajom azjatyckim bardziej opłaca się importowanie surowca z bliżej położonych krajów. Również Plany prezydenta Donalda Trumpa, zamierzającego ingerencję w północnoamerykańską strefę wolnego handlu NAFTA, mogą doprowadzić do znacznego wzrostu kosztów eksportu do Meksyku. Pomimo tych zagrożeń, rewolucja łupkowa otworzyła drogę USA do stania się nowym, globalnym supermocarstwem gazowym. To, czy Amerykanie tę szansę wykorzystają, będzie zależeć od ich umiejętności odnajdowania nowych rynków zbytu dla szybko rosnącej produkcji gazu.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Aby zrealizować wydatki budżetowe trzeba będzie bardziej przycisnąć podatników

Rząd zapowiadał wyższe wpływy z podatków dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego. Jednak wpływy z podatków w 2016 r. spadły. To oznacza, że w tym roku minister finansów będzie musiał wycisnąć więcej pieniędzy z podatników.

Nie wprowadzono podatku od handlu, a wpływy z podatku bankowego były niższe od zapowiadanych o 2 mld zł. – Wpływy z VAT też okazały się niższe o 2 mld zł, co musiało być przykre dla ministra finansów, bo zapowiadano wzrost dzięki uszczelnieniu systemu – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista FOR.

– To oznacza, że w 2017 r. trzeba będzie bardziej przycisnąć podatników, aby zrealizować obiecane wydatki budżetowe.

Więcej na temat wykonania budżetu państwa w materiale wideo.

Kościński: Płatności bezgotówkowe w każdym urzędzie do końca 2017

Pod względem cyfryzacji krajów Unii Europejskiej – Polska znajduje się pod koniec digital index. Nasza pozycja to 24-25 miejsce wśród 28 krajów, co świadczy o naszym zacofaniu. Polska podjęła działania mające na celu zmianę naszej pozycji. Jednym ze sposobów na nadgonienie jest uruchomiony w zeszłym program Paperless&Cashless, który pozwoli za pośrednictwem internetu załatwić nasze sprawy w urzędzie. Dodatkowo wspierany będzie obrót bezgotówkowy, dzięki czemu za 3 lata zmiany będą bardzo widoczne.

– Zakup towarów, zakup usług, płacenie podatków i inne podobne działania w internecie nie mogą zostać zrealizowane za gotówkę, dlatego Ministerstwo Cyfryzacji przykłada dużą wagę do zwiększenia obrotu bezgotówkowego – powiedział agencji eNewsroom.pl Tadeusz Kościński, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju – Ponad 150 urzędów jest przystosowanych do płatności bezgotówkowych, a do końca roku już w każdym urzędzie będzie to możliwe. Obecnie wdrażamy projekt, wedle którego każda nowa kasa fiskalna od 1 stycznia 2018 roku będzie podłączona do sieci Ministerstwa Finansów. Paragony z tych kas będą dostępne zarówno w formie papierowej, jak i elektronicznej. Nie będą one wyłącznie zalegać w archiwum – będzie możliwość ich odczytu i wykorzystania danych, np. do reklamacji czy gwarancji. Dodatkowo zgromadzone dane będzie można użyć dla przyznania benefitów konsumentom – podkreślił Kościński.

Dane na wagę prywatności i bezpieczeństwa

Ślady jakie zostawiamy w internecie, zwłaszcza w social mediach, pozwalają szybko określić, czym na co dzień się zajmujemy i gdzie aktualnie możemy przebywać. Wystarczy kilka niepozornych informacji takich jak imię i nazwisko oraz miejsce pracy lub zamieszkania by znaleźć daną osobę i dowiedzieć się o niej tego, co nas interesuje. Wielu z nas ogranicza swoje prawo do prywatności poprzez tzw. życie w sieci i niefrasobliwe udostępnianie swoich danych – wskazuje ekspert ODO 24.

Publikowanie selfie z oznaczeniem daty i miejsca czy umieszczenie na osi czasu postów informujących o wyjazdach wakacyjnych na profilach społecznościowych to najczęstsze zachowania w sieci, które narażają nas na niebezpieczeństwa. Na podstawie informacji, które udostępniamy można z dużą dozą  prawdopodobieństwa określić, co aktualnie robimy i gdzie się znajdujemy. Taka wiedza jest cenna dla przestępców, którzy mogą ją wykorzystać do okradzenia naszego mieszkania, ale też np. dla firm windykacyjnych, które chcą się z nami skontaktować. Dużym ułatwieniem dla złodziei, którym zależy na poznaniu naszych codziennych zwyczajów jest GPS, który pozwala na dokładne określenie miejsca pobytu danej osoby. Włączona geolokalizacja w smartfonie umożliwia ustalenie, na podstawie czasu przebywania, gdzie pracujemy i mieszkamy. Wiele osób włącza usługę GPS i o tym zapomina. Nie jest to zagrożeniem dopóki możliwość śledzenia nas mają tylko ci, którym na to pozwoliliśmy. Sytuacja może się jednak zmienić, gdy telefon którejś z tych osób wpadnie w niepowołane ręce.

Nieświadomie dzielimy się informacjami o nas także umieszczając pod artykułami prasowymi komentarze, które tylko pozornie są anonimowe. Jeżeli korzystamy z takiego samego zdjęcia (avatara) profilowego lub pseudonimu np. na Facebooku bardzo łatwo można ustalić naszą tożsamość. Wystarczy połączyć informacje z kilku stron internetowych lub wykorzystać często automatycznie umieszczane przy komentarzach dane, takie jak adres IP, by dowiedzieć się, kto jest autorem konkretnego wpisu. Powiązanie nas z komentarzami może mieć negatywne konsekwencje np. w miejscu pracy. W skrajnych sytuacjach może grozić nam pozew cywilny z tytułu naruszenia dóbr osobistych, gdy ktoś poczuje się szczególnie urażony tym, co napisaliśmy – mówi Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych w ODO 24.

Udostępniając dużo informacji o sobie, swoich zwyczajach i poglądach narażamy się na ryzyko odgadnięcia i wykorzystania przez osoby trzecie naszych haseł do logowania w social mediach, do bankowości elektronicznej czy zasobów przechowywanych w chmurze obliczeniowej. Hasła, jak pokazują statystyki, są przez użytkowników rzadko zmieniane, a dodatkowo bardzo proste do odgadnięcia. Najczęściej są to imiona członków rodziny – ewentualnie zwierząt domowych – oraz  data. Utworzenie listy zawierającej kombinacje tych informacji i użycie jej do złamania hasła dostępowego nie jest trudne i nie wymaga specjalistycznej wiedzy informatycznej. Konsekwencją poznania naszego hasła może być nie tylko utrata wszystkich prywatnych informacji, ale także podszycie się pod nas i próba wyłudzenia informacji od naszych znajomych lub członków rodziny – wskazuje ekspert ODO 24. Warto pamiętać, że nasza prywatność jest na tyle chroniona, na ile jesteśmy świadomi istniejących zagrożeń i im przeciwdziałamy.

Skarb Państwa może dotkliwie odpowiedzieć za smog. Polacy masowo będą wnosić pozwy do sądów?

Obywatele mają prawo ubiegać się o odszkodowanie za skażone powietrze. I dotyczy to nie tylko tych, którzy uważają, że już ucierpieli na zdrowiu. Roszczenia można adresować do władzy państwowej, samorządowej lub podmiotów, emitujących szkodliwe pyły. Jeśli krajowy sąd ich nie uzna, sprawę rozpatrzy ETPC w Strasburgu.

Zdaniem eksperta, każdy, kto uważa, że obecny stan środowiska jest zły, powinien kierować tzw. żądania postulatywne do organów państwowych lub samorządowych. Ich celem będzie wywarcie wpływu na rządzących, aby rozwiązali istniejący problem. Jednocześnie obywatele mogą występować z roszczeniem o odszkodowanie. Wówczas w pierwszej kolejności należy ustalić bezpośredniego sprawcę smogu na danym obszarze. Adwokat Marek Żórawski zaleca, aby jak najbardziej szczegółowo opisać własne obserwacje i przekazać je do WIOŚ. Wyznaczeni do przeprowadzenia kontroli funkcjonariusze zbadają, czy określony podmiot faktycznie emituje do atmosfery szkodliwe substancje.

– Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska, w trakcie prowadzonej kontroli, ma prawo np. wstrzymać określoną działalność, która powoduje naruszenie wymagań ochrony środowiska. Instytucja ta może zawiadomić organy ścigania lub sąd o popełnieniu przestępstwa bądź wykroczenia, a także wystąpić do właściwego organu z wnioskiem o wszczęcie postępowania administracyjnego. Ponadto, WIOŚ sam wydaje decyzję o wymierzeniu administracyjnej kary pieniężnej. To oczywiście tylko wybrane warianty postępowań, w przypadku rozpoznanych uchybień przez funkcjonariuszy – mówi Marek Żórawski.

Ekspert podkreśla, że smog tworzą nie tylko fabryki. Nawet osoba fizyczna może mieć w tym swój udział. Jeżeli np. widzimy, że sąsiad pali plastikowe torby, zdaniem adwokata, powinniśmy to zgłosić do WIOŚ. Funkcjonariusze ochrony środowiska dysponują narzędziami, dzięki którym udowodnią mu winę. Wówczas zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. Sami też możemy złożyć skargę do prokuratury, ale warto wcześniej uzyskać opinię ekspertów. Podobnie powinniśmy postępować wobec wszystkich firm i instytucji, które, według nas, łamią przepisy. Należy zapoznać się z art. 442 (wzmianka o implementacji dyrektyw UE) ustawy prawo ochrony środowiska, a także z dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady 2008/50/WE z dnia 21 maja 2008 roku w sprawie jakości powietrza dla Europy z dnia 21 maja 2008 roku (Dz.Urz.UE.L2008 Nr152,str.1).

– W dawnych międzynarodowych aktach prawnych, Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ani w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, prawo do życia w czystym środowisku naturalnym nie było formułowane. Dopiero z upływem czasu dostrzeżono, że ma ono nierozerwalny związek z życiem, zdrowiem i samopoczuciem człowieka. Dlatego też, obecnie dokonuje się takiej wykładni, aby stare przepisy zawierały „nowe prawa”. Art. 37 Karty Praw Podstawowych UE przewiduje, że wysoki poziom ochrony środowiska i poprawa jego jakości muszą być zintegrowane z politykami Unii i zapewnione zgodnie z zasadą zrównoważonego rozwoju – przywołuje Żórawski.

Jeżeli, w wyniku przeprowadzonej kontroli, na zamieszkiwanym przez nas obszarze, zostanie wskazany sprawca smogu, wówczas do niego trzeba kierować swoje roszczenie. Jednak w sytuacji, gdy w żaden sposób nie można określić bezpośredniego emitenta szkodliwych substancji, wówczas, zdaniem Marka Żórawskiego, należy rozważyć złożenie pozwu przeciwko władzy samorządowej albo państwowej. Kryterium do tego stanowią obowiązki danego organu i zakres podejmowanych przez niego działań w kierunku ograniczenia zanieczyszczenia środowiska. Powinno to się odbywać zarówno na szczeblu terytorialnym, jak i państwowym.

– Warto zapoznać się z art. 7 ustawy o samorządzie gminnym oraz art. 4 z ustawy o samorządzie powiatowym. Zgodnie z art. 7. ust. 1 pkt 1, do obowiązków gmin należy ochrona środowiska i przyrody. Powstaje zatem racjonalne pytanie, w zakresie odpowiedzialności tego podmiotu, co efektywnego gmina zrobiła, celem wyeliminowania obecnego stanu. Można też zapytać o to, jak usprawiedliwić np. brak odpowiednich uchwał samorządowych w sprawie wymiany pieców grzewczych. Oczywiście odpowiedzi, trafnych merytorycznie, powinni udzielać biegli sądowi, którzy ustalą, czy czasem samorząd nie dopuścił się zaniedbań – stwierdza adwokat.

Marek Żórawski radzi, aby w następnej kolejności wziąć pod uwagę, że rząd odpowiada za aktualny stan środowiska. W związku ze smogiem, pozwy przeciwko Skarbowi Państwa adwokat radzi oprzeć na art. 23 kodeksu cywilnego. Obejmuje on ochronę dóbr osobistych, do których zalicza się prawo do życia w czystym środowisku naturalnym. Przewiduje też, że dobra osobiste człowieka, m.in. zdrowie, pozostają pod szczególną ochroną. Dodatkowo wystąpienie z powództwem o naprawę szkody daje art. 77 Konstytucji w zw. z art. 5. Ten ostatni stanowi, iż „Rzeczpospolita Polska (…) zapewnia ochronę środowiska kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju”.

– Zgodnie z art. 5 Konstytucji, każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona, przez niezgodne z prawem, działanie organu władzy publicznej. Decydując się na skierowanie roszczenia wobec Skarbu Państwa, trzeba wystosować pismo do Ministra Zdrowia, gdyż to on reprezentuje w tym przypadku pozwany podmiot. Należy przedstawić problem, tzn. wielkość skażenia na danym obszarze. Warto przytoczyć zebrane dane, m.in. na temat występowania chorób w danym rejonie. Bardzo ważne jest również szczegółowe opisanie swojego przypadku – zaleca ekspert.

Jak podaje prawnik, strona kierująca pozew do sądu w Polsce może zostać zwolniona z kosztów sądowych. W przeciwnym razie, musi ponieść opłatę stałą w kwocie 600 zł, a gdy będzie dochodzić odszkodowania, to wyniesie ona 5% od żądanej kwoty. Takie stanowisko wynika z uchwały SN III CZP 54/09 z dnia 16 października 2009 roku. Należy także zaznaczyć, iż z góry nie można określić zasadności dochodzonego roszczenia. Pomocni w tym mogą być eksperci, np. z Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.

– Odszkodowania powinny być definiowane rozmiarem wyrządzonej szkody dla zdrowia. Można stworzyć pewnego rodzaju analogie do tych strat, które powstają w wyniku np. błędów medycznych. Wahają się one od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Czasem przekraczają nawet 1 mln złotych. To oczywiście ogromne rozbieżności. Jednak wysokości rekompensaty nie można określić z góry i to w sposób jednoznaczny, ponieważ nie została stworzona do tego celu żadna sztywna tabela. Każdy przypadek zostanie rozpatrzony indywidualnie – stwierdza Marek Żórawski.

Kluczowe dla decyzji sądu będzie stanowisko biegłych. Powinni to być przede wszystkim lekarze. Ponadto, wśród nich mogą znaleźć się np. mikrobiolodzy lub przedstawiciele Inspekcji Ochrony Środowiska. W przypadku osób, które przebyły zawał serca lub zachorowały na nowotwór, istotnym źródłem informacji w orzecznictwie, będzie zebrana szczegółowa dokumentacja medyczna. Marek Żórawski tłumaczy, że smog nie musi być jedynym powodem złego stanu zdrowiu poszkodowanego. Nawet, jeśli pali papierosy, to czas przeznaczony na nałóg jest i tak krótszy, niż wdychanie szkodliwych pyłów z otoczenia zewnętrznego. Warunki fizjologiczne człowieka czy też choroby genetyczne w jego rodzinie, tym bardziej nie będą zamykały drogi do roszczenia. Każdy przypadek ocenią biegli.

– Uważam, że o odszkodowania za smog mają szansę ubiegać się wszyscy obywatele, którzy uważają, że skażenie środowiska w Polsce jest dla nich niebezpieczne. Nie muszą „czekać” na to, aż wystąpią u nich objawy schorzeń. Każdy Polak ma przecież prawo do ochrony zdrowia, zagwarantowane w art. 5 Konstytucji. Zgodnie z moją interpretacją, do obowiązków rządzących należy zapewnianie dostępu do nieskażonego powietrza. Choć prawo do życia w czystym środowisku naturalnym w przeszłości nie zawsze było wprost formułowane, obecnie nikt go nie kwestionuje – podkreśla adwokat.

W opinii Marka Żórawskiego, prawa obywatelskie mogą być realizowane tylko wtedy, gdy Państwo zapewnia prawidłową ochronę środowiska. Oczywiście istnieje ryzyko, że postępowanie w sądzie powszechnym w Polsce zakończy się negatywnym rozstrzygnięciem sprawy o zasądzenie odszkodowania. Ale nawet wydanie wyroku kasacyjnego przez Sąd Najwyższy nie przekreśli szansy na uzyskanie świadczenia. Jak tłumaczy ekspert, jeżeli roszczenie nie zostanie uznane na drodze sądowej w Polsce, można zaskarżyć Państwo Polskie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. Według niego, podstawą prawną do tego jest art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, czyli prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego.

– Powoływanie się w skardze do ETPC na art. 8 czy też art. 8 w zw. z art. 2 EKPC jest konsekwencją interpretacyjną wynikającą z faktu, iż EKPC została przyjęta w 1953 roku. Prawo do prywatności opisywane jest w różnych wyrokach Trybunału. Przykładem może być sprawa Lopez Ostra przeciwko Hiszpanii, skarga nr 16798/90. Trybunał stwierdził, iż doszło do naruszenia art. 8 Konwencji. W jego zakresie Hiszpania nie zdołała zachować właściwej równowagi między interesem gospodarczym miasta, w odniesieniu do zakładu utylizacji odpadów, a skutecznym korzystaniem przez skarżącego z prawa do poszanowania mieszkania oraz życia prywatnego i rodzinnego – wskazuje Marek Żórawski.

Postępowania przed organem sądowniczym w Strasburgu są wolne od opłat. Natomiast zwrot kosztów pełnomocnika nastąpi wówczas, gdy zostanie złożony rachunek do ETPC. W orzecznictwie kwoty zasądzonych kosztów postępowania są różne i wahają od kilku do kilkudziesięciu tysięcy euro. Odszkodowania, należne od państwa, są determinowane wysokością szkody. W postępowaniach przed ETPC mamy wiele wyroków nakazujących różnym krajom wypłacenie odszkodowania za brak dostatecznej ochrony środowiska. Ekspert wymienia m.in. sprawy Kyrtatos przeciwko Grecji (skarga nr 41666/98), Giacomelli przeciwko Włochom (skarga nr 59909/00) i Hamer przeciwko Belgii (skarga nr 21861/03).

E-commerce motorem wzrostu największych sieci detalicznych

Wolniejsze tempo rozwoju gospodarczego w najważniejszych gospodarkach świata oraz rozbudzone nastroje protekcjonistyczne skierowane przeciw globalizacji znajdują się wśród najważniejszych czynników utrudniających sytuację ekonomiczną sprzedawców detalicznych. Jednak mimo tych przeszkód przychody 250 największych detalistów wyniosły w ubiegłym roku obrotowym (kończącym się najpóźniej w czerwcu 2016 r.) 4,31 biliona dolarów. Rok do roku był to wzrost o 5,2 proc. Jak wynika z najnowszej edycji corocznego raportu „Global Powers of Retailing 2017. The art and science of customers”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, liderem w tym sektorze pozostaje amerykański gigant Wal-Mart, a największym sprzedawcą e-commerce jest Amazon.com. W erze ogromnej konkurencji głównym zadaniem sprzedawców jest uzyskanie większej lojalności i jeszcze głębszego zaangażowania klientów.

Suma przychodów 250 największych sieci detalicznych, wygenerowanych w poprzednim roku podatkowym, wyniosła prawie 4,31 bln dolarów, co oznacza wzrost o 5,2 proc. „Mimo trudnych warunków makroekonomicznych handel detaliczny rozwija się stabilnie. Sytuacja różni się jednak w zależności od regionu: w Afryce, Chinach i Ameryce Południowej odnotowano znaczący wzrost przychodów, sięgający odpowiednio 19,1, 12,9 oraz 11,3 proc., podczas gdy w Europie czy Ameryce Północnej było to wzrosty zaledwie kilkuprocentowe” – mówi Magdalena Jończak, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte. W ubiegłym roku znaczący wpływ na wyniki finansowe firm z sektora handlu detalicznego miały: wolne tempo wzrostu ekonomicznego w najważniejszych gospodarkach rozwiniętych, wysoki poziom zadłużenia krajów wschodzących, deflacja lub niska inflacja w państwach bogatych oraz rozbudzone nastroje protekcjonistyczne skierowane przeciw globalizacji.

Jak wynika z raportu Deloitte średni wzrost przychodów w latach 2010-2015 wynosił 5 proc. Aby znaleźć się na liście TOP250 spółka musiała w poprzednim roku obrotowym (ostatnim zakończonym) osiągnąć przychody w wysokości co najmniej 3,5 mld dolarów (ostatnia firma na liście osiągnęła przychody w wysokości 3,508 mld dolarów), a średni poziom przychodów przypadający na jedną firmę wyniósł 17,2 mld dolarów. Średnia marża zysku netto w branży wyniosła 3 proc. Aż 22,8 proc. przychodów detaliści czerpali z działalności poza krajem rodzimym. Średnia liczba krajów, w których sieci prowadzą działalność, wyniosła w omawianym okresie 10. Rekordzistami w tym względzie są europejskie sieci handlowe, dla których ta średnia wynosi 16 krajów. W przypadku francuskich detalistów było to aż prawie 31 państw.

Raport omawia również zagadnienia związane ze sztuką angażowania klienta, która ma pomóc detalistom w dostarczaniu im nowych doświadczeń, dzięki wykorzystaniu odpowiednich technologii oraz wzmacnianiu lojalności. „Wiodący detaliści zdają sobie sprawę, że technologia nie stanowi już elementu uzupełniającego ich działalności, ale podstawę. Jednak sama technologia nie wystarcza – klienci poszukują nowych, nieoczekiwanych produktów i doświadczeń. Żyjemy w czasach, gdy to konsument kontroluje sytuację w większym stopniu niż kiedykolwiek” – mówi Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

W raporcie wskazano pięć najważniejszych trendów, kształtujących obecnie handel detaliczny:

  • Mniej znaczy więcej – klienci w mniejszym stopniu definiują się poprzez liczbę posiadanych rzeczy, a w większym przez to, jak wysmakowane jest ich życie pod względem doświadczeń i dorobku. Coraz większy sukces odnoszą sprzedawcy, którzy nie dysponują zbyt szerokim asortymentem, ale za to bardzo dobrej jakości. Dzięki temu trafiają do klientów, którzy chcą się wystrzec nadmiernego konsumpcjonizmu. Trend ten zauważyły nawet wielkie sieci handlowe, takie jak H&M, którego kolekcja Conscious Exclusive skierowana jest do wysublimowanego, ceniącego jakość i oryginalność klienta.
  • Gospodarka „śledząca” – klienci poszukują doświadczeń i produktów odzwierciedlających ich osobistą „markę”, którą promują i dzielą się ze znajomymi w mediach społecznościowych. Wśród konsumentów rośnie świadomość, że zakupy również definiują ich styl życia.
  • „Detalizacja” świata – ruchy podejmowane przez wytwórców, ekonomia współdzielenia i inne czynniki sprawiają, że coraz trudniej jest zdefiniować pojęcie sprzedawcy detalicznego – tego, co robi i kim jest. Detaliści wykraczający poza tradycyjne ramy wypracowują nowe modele biznesowe w celu realizacji potrzeb klientów, np. usługi subskrybowane i usługi w formule flash sales.
  • Zakupy na żądanie – sukces detalisty będzie uzależniony od umiejętności dostosowania się do sposobu myślenia klienta, opartego na żądaniach i natychmiastowej dostępności. Już dziś tacy giganci jak AmazonFresh czy Carrefour realizują tę potrzebę, poprzez dostarczanie zakupów klientom w godzinę po ich zamówieniu.
  • Intensywny styl życia – rozwijające się technologie, takie jak sztuczna inteligencja, robotyka i rzeczywistość wirtualna, zmieniają styl naszego życia i sposób, w jaki będziemy robić zakupy. Nowoczesne technologie wkraczają nie tylko do sfery obsługi klienta, ale również wewnętrznego funkcjonowania i udoskonalania samych sieci detalicznych.

Amerykańska sieć Wal-Mart nadal pozostaje największym światowym detalistą i generuje roczne przychody ponad czterokrotnie wyższe niż jej najpoważniejszy konkurent. Na drugim miejscu w poprzednim roku obrotowym znalazło się Costco, a na trzecim koncern The Kroger Co., który jako jedyny gracz w TOP 10 operuje tylko na jednym rynku. Z kolei na czwartym uplasował się niemiecki Schwarz Unternehmens Treuhand KG, który polskim klientom może być znany jako właściciel sieci dyskontów Lidl i supermarketów Kaufland. Na piąte miejsce aż o pięć pozycji, dzięki aktywności na rynku M&A, awansowała sieć drogerii i aptek Walgreens Boots Alliance. Z kolei spadki zaliczyły europejski sieci handlowe: Carrefour, Aldi i Tesco. Na dziesiątym miejscu znalazł się Amazon.com, który awansował o dwa miejsca. Amazon jest jedynym detalistą w TOP 10, którego działalność koncentruje się jedynie na e-commerce. Z pierwszej dziesiątki wypadła niemiecka grupa Metro AG, właściciel Makro. Właściciel sieci sklepów Biedronka Jeronimo Martins znalazł się w tym roku na 64 miejscu (rok wcześniej było to 59 miejsce).

W ubiegłym roku obrotowym grupa 10 największych sprzedawców detalicznych na świecie rosła wolniej niż całe TOP 250 i zanotowała wzrost przychodów o 2,9 proc.

Dziesięciu największych detalistów:

Miejsce w rankingu Nazwa spółki Kraj pochodzenia Przychody ze sprzedaży detalicznej w poprzednim roku obrotowym (mld USD)
1 Wal-Mart Stores, Inc. USA 482,13
2 Costco Wholesale Corporation USA 116,19
3 The Kroger Co. USA 109,83
4 Schwarz Unternehmens Treuhand KG Niemcy 94,44
5 Walgreens Boots Alliance, Inc.

(poprzednio Walgreen Co.)

USA 89,63
6 The Home Depot, Inc. USA 88,51
7 Carrefour S.A. Francja 84,85
8 Aldi Einkauf GmbH & Co. oHG Niemcy 82,16
9 Tesco PLC Wielka Brytania 81,02
10 Amazon.com, Inc. USA 79,27

Źródło: Global Powers of Retailing 2017. The art and science of customers

Największy wzrost przychodów zanotowały w tym roku branże modowa oraz akcesoria, który wynosił 7,7 proc. Dla porównania w przypadku FMCG było to 5 proc. Nadal najbardziej rentownym z handlowych działów jest moda i akcesoria, której średnia marża zysku netto wyniosła 7,1 proc., czyli ponad dwa razy więcej niż w całym TOP 250. Jednak to firmy detaliczne handlujące produktami szybkozbywalnymi są największe (ich średnie przychody wynoszą niemal 21,6 mld dolarów) i najliczniejsze (wśród 250 największych spółek jest ich aż 133, stanowią też one jedną trzecią z 250 spółek o najwyższych przychodach).

Na czele zestawienia firm, które w latach 2010-2015 osiągnęły największe wzrosty przychodów, znalazły się dwie firmy z Chin. W przypadku Vipshop Holdings Limited było to aż 184,6 proc., a JD.com 81,3 proc.

Po raz czwarty w raporcie Deloitte znalazł się ranking 50 największych na świecie e-sprzedawców. Aż 80 proc. z nich znalazło się także na liście TOP 250, a 38 z nich prowadzi sprzedaż również w innych kanałach. Większość spośród 50 czołowych e-detalistów ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych (26) i Europie (19). Liderem w tym zestawieniu kolejny rok z rzędu jest amerykańska grupa Amazon.com ze sprzedażą z e-commerce na poziomie 79,3 mld dolarów. Na drugim i trzecim miejscu znajdują się JD.com oraz Apple. Co ciekawe Wal-Mart jest czwartym co do wielkości e-sprzedawcą, pomimo, że przez ten kanał przechodzi tylko 2,8 proc. obrotów amerykańskiego giganta. Z kolei Zalando, który znajduje się na piętnastym miejscu, nie mieści się w Top 250.

Aktywność w handlu elektronicznym poddano także analizie dla całej grupy 250 największych globalnych spółek z branży sprzedaży detalicznej. W ubiegłym roku obrotowym 31 firm z TOP 250 nie prowadziło działalności e-commerce. Z analizy Deloitte wynika, że były to głównie supermarkety oraz dyskonty spożywcze. Działalność w obszarze e-commerce stanowi 8,7 proc. łącznych przychodów wszystkich firm, które znalazły się w zestawieniu. Rok wcześniej było to 7,6 proc. „E-commerce jest jednym z głównych motorów napędowych wzrostu przychodów, choć nie rośnie już tak dynamicznie jak to było w poprzednich latach. Dla jednej czwartej detalistów w TOP 250 sprzedaż w Internecie stanowi jeden z wiodących obszarów wzrostu, a dla 12 proc. firm był jedynym ratunkiem przed spadkiem obrotów” – mówi Mariusz Chmurzyński.

Pełny raport: https://www2.deloitte.com/content/dam/Deloitte/pl/Documents/Reports/pl_global_power_of_retailings_raport.pdf

W wynajętych mieszkaniach mieszka ponad 2 mln osób. Zyski z najmu są 3–4 razy wyższe niż z lokat

W wynajętych mieszkaniach mieszka ponad 2 mln osób. Zyski z najmu są 3–4 razy wyższe niż z lokat 7

To będzie kolejny rok dynamicznego rozwoju rynku najmu. Liczba lokatorów dziś oscyluje wokół 2 mln, a do końca roku może wzrosnąć o kolejne 200 tys. – prognozują eksperci firmy Mzuri. Rozwój rynku to efekt m.in. wzrostu wymaganego wkładu własnego do kredytu hipotecznego, rosnącej liczby rozwodów oraz dużego popytu ze strony obcokrajowców. Poza tym wciąż rośnie zainteresowanie nieruchomościami jako formą inwestycji. Ich wynajem opłaca się znacznie bardziej niż lokaty bankowe czy obligacje.

 Ten rok to będzie kolejne 12 miesięcy szybkiego rozwoju rynku najmu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Kaźmierczak, prezes zarządu Mzuri Investments, spółki Mzuri CFI. – Będzie on rósł w wyniku różnych zjawisk. Coraz mniej ludzi odczuwa potrzebę mieszkania na swoim. Szczególnie osoby młode, słysząc o kredytach frankowych i problemach frankowiczów, czują awersję do zadłużania się.

Dla tych, którzy takiej awersji nie czują, problemem może być zgromadzenie wymaganego wkładu własnego. Od stycznia tego roku wynosi on 20 proc. wartości nieruchomości, ale większość banków wymaga 10 proc. i ubezpieczenia niskiego wkładu. To z kolei zwiększa koszty kredytu

Kolejne czynniki mają charakter demograficzno-społeczny. To m.in. większa mobilność pracowników i zmniejszająca się presja społeczna na posiadanie własnego M. Jednym z czynników jest także utrzymująca się wysoka liczba rozwodów. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego w 2015 roku sądy orzekły prawomocnie 67,3 tys. rozwodów, o 2 tys. więcej niż w 2014 roku.

W samych tylko miastach w Polsce rozwodzi się 50 tys. par, co oznacza, że z 50 tys. mieszkań zaczyna być potrzeba 100 tys. mieszkań, bo ludzie po rozwodzie rzadko chcą nadal mieszkać razem – mówi Kaźmierczak. – Wydłuża się średnia długość życia, więc coraz mniej mieszkań się zwalnia w sposób naturalny. Poza tym znacząco rośnie liczba obcokrajowców w Polsce. Dzisiaj już co 18 najemca Mzuri jest obcokrajowcem i ta liczba bardzo szybko rośnie.

Według danych Eurostatu Polska jest liderem w UE pod względem liczby wydanych pozwoleń na pracę obywatelom innych państw (w praktyce niemal wyłącznie dla Ukraińców). W 2015 roku było ich około 800 tys. Rośnie także liczba przyjeżdżających do Polski na naukę studentów. Według GUS w roku akademickim 2014/2015 było ich niemal 50 tys., przeszło dwa razy więcej niż cztery lata wcześniej.

Prezes Mzuri Investments podkreśla, że w kolejnych latach na rynek może wpłynąć program Mieszkanie Plus, chociaż nie w segmencie, w którym dzisiaj operuje większość właścicieli mieszkań na wynajem.

Zgodnie z zapowiedziami rządu Mieszkanie Plus ma być adresowane przede wszystkim do osób o niższych dochodach, których nie stać na najem komercyjny, oferowany dzisiaj przez właścicieli mieszkań, oraz do rodzin wielodzietnych, a dzisiaj w zasobach Mzuri 2/3 mieszkań stanowią lokale małe – kawalerki i dwupokojowe. Dlatego nie sądzę, żeby program ten miał dla dzisiejszych właścicieli mieszkań na wynajem istotny negatywny wpływ – podkreśla Kaźmierczak.

W jego opinii program może się przyczynić do wzrostu zaufania do najemców i wzrostu akceptacji społecznej dla najmu jako pełnoprawnej formy zamieszkiwania.

Rosnące zainteresowanie najmem przekłada się także na podaż mieszkań. Coraz więcej osób inwestuje w lokale na wynajem. Tym bardziej że oszczędności Polaków są na rekordowo wysokim poziomie. W otoczeniu bardzo niskich stóp procentowych trzymanie kapitału na lokatach bankowych czy w obligacjach staje się mało atrakcyjne.

– Mieszkania na wynajem są bardzo dobrą inwestycją i są relatywnie atrakcyjne w stosunku do innych opcji – wyjaśnia Artur Kaźmierczak. – Inwestując w nieruchomość, można uzyskać 3–4 razy wyższy zwrot niż z lokaty czy obligacji. W związku z tym widzimy, że także ceny mieszkań, zwłaszcza okazyjnych, nadających się pod wynajem, wciąż idą do góry. Czynniki wpływające na rynek będą się zatem równoważyć.

Zdaniem ekspertów na popularności zyskiwać może także model grupowego inwestowania w rynek mieszkaniowy. W takim modelu niewielki kapitał wystarcza, żeby zostać współwłaścicielem mieszkania. Projekty crowdfundingowe Mzuri na koniec 2016 roku zgromadziły kapitał w wysokości 12 mln zł, a w tym roku kwota ta ma dalej dynamicznie rosnąć.

W 2017 r. prognozowany jest wzrost cyberataków. Nakłady firm na cyberbezpieczeństwo będą rosły

W 2017 r. prognozowany jest wzrost cyberataków. Nakłady firm na cyberbezpieczeństwo będą rosły 8

Branża zajmująca się bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni w bieżącym roku spodziewa się narastających wyzwań związanych z ochroną danych i infrastruktury IT. Z raportu EY wynika, że ponad połowa firm miała w ostatnim czasie do czynienia z naruszeniem cyberbezpieczeństwa. Jednocześnie blisko 90 proc. badanych członków zarządów i kadr kierowniczych nie ufa zabezpieczeniom w swoich organizacjach. Eksperci oczekują, że firmy będą wzmacniać infrastrukturę krytyczną lub szukać pomocy w wyspecjalizowanym outsourcingu cyberusług. ​ 

 W 2017 roku należy się spodziewać wzrostu projektów związanych z bezpieczeństwem infrastruktury krytycznej oraz systemów zarządzania automatyką opartych o technologię SCADA [system nadzorujący przebieg procesu technologicznego lub produkcyjnego – red.]. Wynika to ze wzrostu zagrożenia związanego ze szpiegostwem i terroryzmem, w tym cyberterroryzmem. Przykładem obrazującym skalę cyberataków jest atak na elektrownię atomową na Ukrainie w zeszłym roku, w wyniku którego ponad milion osób nie miało dostępu do prądu przez kilka godzin – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Tyl, Dyrektor Centrum Kompetencyjnego Security & Business Continuity w Qumak S.A.

Firma Check Point w swoim raporcie na 2017 r. spodziewa się dalszego rozprzestrzeniania cyberataków, w tym na przemysłowy IoT. W ocenie analityków firmy przenikanie się technologii informacyjnych (IT) i technologii operacyjnej (OT) czynią oba środowiska bardziej narażonymi na ataki hakerów, gdyż wiele krytycznych systemów sterowania przemysłowego jest otwartych na dostęp do internetu.

 W tym roku należy się spodziewać projektów mających na celu dostosowanie infrastruktury bezpieczeństwa i procedur wewnątrz firmy do regulacji, które będą wprowadzane. Mowa tu o regulacji unijnej dotyczącej ochrony danych osobowych znanej pod skrótem GDPR. Nakłada ona na firmy wiele obowiązków, ale także wymaga zmian w infrastrukturze i systemach teleinformatycznych – wskazuje Tyl.

Z badania przeprowadzonego przez Ipsos na zlecenie Intela wynika, że połowa dużych firm w Polsce chce zwiększyć nakłady na cyberbezpieczeństwo w ciągu najbliższych dwóch lat. Około 30 proc. badanych firm przyznało, że zanotowało naruszenie bezpieczeństwa informatycznego w ciągu ostatnich miesięcy.

– Jednym ze sposobów rozwiązania problemu z dostosowaniem firmy do nowych regulacji, ale także do lepszego zarządzania bezpieczeństwem, jest budowa centrum zarządzania bezpieczeństwem, tzw. security operation center – mówi Tyl. – Takie centra składają się z kilku głównych elementów. Pierwszym z nich są ludzie, którzy analizują ataki występujące w organizacji, drugim – procesy i procedury, według których firma postępuje w obliczu zagrożenia. Trzecim elementem centrów zarządzania bezpieczeństwem są odpowiednie narzędzia i stałe monitorowanie stanu bezpieczeństwa infrastruktury, systemów i aplikacji.

Według raportu Intela 60 proc. dużych firm w Polsce ma przygotowany scenariusz postępowania na wypadek incydentu naruszenia bezpieczeństwa. Tymczasem menedżerowie IT w dużych polskich firmach optymistycznie podchodzą do poziomu zabezpieczeń informatycznych w swoich firmach. Aż 86 proc. z nich ocenia, że ten poziom jest co najmniej wysoki, gdyż ich firmy mają centralne zarządzanie polityką bezpieczeństwa IT.

Jak wynika z raportu EY, globalne organizacje przyznają, że nie są w stanie przewidzieć i odeprzeć skomplikowanego cyberataku oraz skutecznie przeciwdziałać cyberzagrożeniom XXI wieku. Dodatkowo, zbyt małe budżety, a co za tym idzie – niewystarczające inwestycje w bezpieczeństwo stanowią rosnące wyzwanie.

 Duże firmy budują centra zarządzania bezpieczeństwem samodzielnie, w ramach projektów własnych. Średnie i małe firmy, które nie mają tak dużych budżetów, mogą skorzystać z powstających centrów usług wspólnych, kupując tym samym usługi bezpieczeństwa od firm w tym się specjalizujących – wskazuje Tyl.

Jak podkreśla, zlecanie usług cyberbezpieczeństwa na zewnątrz ma wiele zalet.

 Dzięki nim przedsiębiorcy uzyskują dostęp do wiedzy eksperckiej, do procedur, procesów i narzędzi umożliwiających zarządzanie bezpieczeństwem w ich organizacji – wskazuje ekspert Qumaka.

Korzyści finansowe dla klientów wiążą się z tym, że pracujący 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu zespół monitoruje bezpieczeństwo w kilku przedsiębiorstwach, a nie jest on dedykowany jednej organizacji.

Zdaniem Krzysztofa Tyla na wzrost cyberzagrożeń, choć w mniejszej skali niż w biznesie, muszą być przygotowani także indywidualni użytkownicy sieci. Celem przestępców mogą być urządzenia podłączone do sieci, tzw. internet rzeczy.

Przykładem takiego ataku może być przełamanie zabezpieczeń urządzenia IoT i dostęp do informacji dotyczących danych osobowych lub karty kredytowej. Dzięki temu atakujący uzyska dostęp do naszych finansów. Równie dużym zagrożeniem jest przejęcie kontroli nad takimi urządzeniami – przestrzega Krzysztof Tyl.

Topnieją oszczędności Polaków i zmniejsza się siła nabywcza. Inflacja w kolejnych miesiącach roku może sięgnąć 2-2,5 proc.

Topnieją oszczędności Polaków i zmniejsza się siła nabywcza. Inflacja w kolejnych miesiącach roku może sięgnąć 2-2,5 proc. 9

Jeśli wzrost cen będzie postępował w tempie z ostatnich miesięcy, już w marcu może osiągnąć pułap 2 proc., a w kolejnych miesiącach zbliżyć się do celu inflacyjnego uważa główny ekonomista Société Générale. To może zmniejszyć siłę nabywczą i oszczędności Polaków. W czasach rosnących cen bardziej opłacalnym wyborem mogą być akcje.​

– Sądzę, że w I kwartale już będziemy widzieć inflację w okolicach 2 proc. Jeżeli przyjmiemy taki scenariusz bazowy, wówczas może się okazać, że ceny żywności plus ceny energii będą na tyle mocno wpływały na cały wskaźnik inflacji. Inflacja może wzrosnąć w okolicach między 2,0 proc. a 2,5 proc. w kolejnych miesiącach – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale.

Wskaźnik cen towarów i usług zaczął wyraźnie piąć się w górę we wrześniu ub.r., gdy wzrósł do -0,5 proc. rdr, podczas gdy we wcześniejszych miesiącach nie wybił się powyżej -0,8 proc. W listopadzie ceny już nie spadały, natomiast w grudniu nastąpił skok do +0,8 proc. Tymczasem bez cen energii i żywności inflacja bazowa była w grudniu na poziomie z grudnia poprzedniego roku.

W dodatku po najmocniejszym od marca 2011 roku wzroście wskaźnika przyszłej inflacji BIEC w styczniu ekonomiści spodziewają się szybszego wzrostu cen niż wcześniej zakładano. W listopadowej projekcji inflacji NBP całoroczny wskaźnik oszacowano na 1,3 proc., tymczasem według prognoz tempo to mogło zostać przekroczone już w styczniu.

– Dynamika wzrostu płac w skali całej gospodarki jest pozytywna, nawet w okolicach 4-5 proc., tym niemniej w wielu przypadkach nasze płace po prostu nie rosną. To będzie oznaczało, że będziemy mogli już nieco mniej kupić za tę samą kwotę w porównaniu z ubiegłym rokiem – uwidacznia konsekwencje rosnących cen Janecki. – Po drugie, część Polaków trzyma swoje oszczędności czy też nadwyżki finansowe na depozytach w bankach, nie zajmuje się nimi aktywnie, czyli nie inwestuje w akcje, obligacje czy inne produkty finansowe.

Na koniec września ub.r. oszczędności polskich gospodarstw domowych wynosiły według Analiz Online prawie 1,23 bln złotych. Z tego niemal 57 proc. stanowiły depozyty. Dla porównania w funduszach inwestycyjnych Polacy zgromadzili 106 mld zł. Dzieje się tak pomimo tego, że oprocentowanie banków jest niskie – najwyższe możliwe oprocentowanie w wysokości 3 procent w skali roku dostępne jest tylko dla nowych klientów banków na okres jednego, dwóch lub trzech miesięcy, a limity kwot w większości sięgają 10 tys. zł. Średnie oprocentowanie nie przekracza 1,5 proc.

W konsekwencji może się okazać, że za środki zgromadzone na lokacie po odebraniu procentu (nawet nie licząc podatku Belki) będzie można kupić mniej niż przed ustanowieniem lokaty.

Jeśli mamy do czynienia z rosnącą inflacją, to najczęściej mówi się o tym, że najlepiej byłoby inwestować inaczej niż poprzez depozyty bankowe, np. w obligacje skarbowe – radzi Jarosław Janecki. – W krajach takich jak Stany Zjednoczone bardzo popularna jest inwestycja w obligacje indeksowane o inflację i wówczas na inflacji nie tracimy. Ale w sytuacji, kiedy rośnie inflacja, najczęściej mamy do czynienia z sytuacją, kiedy poprawia się również koniunktura na giełdzie. Stąd duże prawdopodobieństwo, że sytuacja na giełdzie przynajmniej w najbliższych kilku miesiącach będzie ulegała poprawie.

Rekordowy rok dla inwestycji zagranicznych. W Polsce zainwestowały największe globalne koncerny

Rekordowy rok dla inwestycji zagranicznych. W Polsce zainwestowały największe globalne koncerny 10

Nakłady inwestycyjne w projektach przy wsparciu Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu były rekordowe i sięgnęły 1,7 mld euro. Jednym z liderów inwestycji zagranicznych była branża motoryzacyjna, a w Polsce ulokowane zostały fabryki gigantów takich jak Daimler, Volkswagen i Toyota. Jesteśmy również jednym z europejskich liderów w branży nowoczesnych usług dla biznesu.

– Miniony rok był rekordowy dla inwestycji w Polsce, zarówno polskich, jak i zagranicznych. Nakłady inwestycyjne wzrosły ponaddwukrotnie do 1,7 mld euro, a dzięki inwestycjom powstanie ponad 16 tys. miejsc pracy. Najważniejsze decyzje inwestycyjne podjęły w ubiegłym roku międzynarodowe korporacje takie jak Daimler, pokazując, że Polska jest stabilną i atrakcyjną destynacją dla inwestorów zagranicznych – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Senger, członek zarządu Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, która zastąpiła 3 lutego Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Ubiegły rok PAIH zakończyła z 64 pozytywnymi decyzjami, a wysokość ubiegłorocznych nakładów inwestycyjnych była rekordowa i przekroczyła 1,74 mld euro. Dzięki zapoczątkowanym w 2016 roku projektom powstanie ponad 16 tys. nowych miejsc pracy. Dla porównania 2015 rok zakończył się wydaniem 56 pozytywnych decyzji, nakłady inwestycyjne sięgnęły 766,9 mln euro, a inwestorzy zobowiązali się do stworzenia ponad 9 tys. nowych miejsc pracy.

Ze statystyk agencji wynika, że w ubiegłym roku najwięcej projektów zrealizowano w sektorze nowoczesnych usług dla biznesu (23), motoryzacyjnym (12) oraz badawczo-rozwojowym (12).

Polska jest potentatem w sektorze motoryzacyjnym, zarówno pasażerskim, jak i komercyjnym. Także w sektorze zaawansowanych usług dla biznesu i branżach produkcyjnych związanych z zaawansowanymi technologiami. Jesteśmy hubem automotive, który przyciąga dużo technologicznych i innowacyjnych rozwiązań. Potwierdza to inwestycja LG Chem i inne projekty z tego sektora – mówi Krzysztof Senger.

Inwestycja koreańskiego LG Chem była jedną z największych w ubiegłym roku. W podwrocławskich Biskupicach Podgórnych firma rozpoczęła budowę fabryki, w której produkowane będą baterie litowe do samochodów elektrycznych. LG Chem zainwestuje w zakład 1,3 mld zł, tworząc tysiąc nowych miejsc pracy.

Wśród kluczowych inwestorów, którzy w 2016 roku pojawili się albo reinwestowali na polskim rynku, są globalne marki, takie jak Daimler, który w Jaworze (również pod Wrocławiem) zbuduje fabrykę silników samochodowych nowej generacji. Kolejny motoryzacyjny gigant, Toyota, ogłosił, że wybuduje w Wałbrzychu fabrykę automatycznych skrzyń biegów. Z kolei Volkswagen otworzył w październiku ub.r. w Białężycach koło Wrześni zakład produkujący auta dostawcze, który powstał kosztem 800 mln euro.

Polska jest również jednym z europejskich liderów branży nowoczesnych usług dla biznesu, przyciągając kolejne inwestycje z tego sektora. W ubiegłym roku zrealizowano w Polsce 23 inwestycje, które stworzyły ponad 7 tys. miejsc pracy. Łączna ich wartość to 26,6 mln euro.

Z danych branżowego stowarzyszenia ABSL (Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych), zrzeszającego globalnych inwestorów, wynika, że w połowie ubiegłego roku funkcjonowało w Polsce już prawie tysiąc centrów BPO/SSC, które zatrudniały łącznie 212 tys. pracowników. Inwestorów z tego sektora przyciąga przede wszystkim dostępność młodej i wykwalifikowanej kadry.

Poziom wiedzy młodych pracowników powoduje, że międzynarodowe instytucje finansowe lokują w Polsce coraz więcej swoich zaawansowanych inwestycji – mówi Krzysztof Senger.

Na atrakcyjność Polski w oczach zagranicznych inwestorów obok dostępności kadr decydujący wpływ mają również konkurencyjne koszty pracy i wsparcie na poziomie rządowym i lokalnym. Dzięki temu Polska wygrywa konkurencję z innymi państwami regionu CEE.

Polska na tle Europy Środkowo-Wschodniej oraz w skali globalnej wypada doskonale. W uznanych rankingach wiedziemy prym, jeżeli chodzi o destynacje inwestycji zagranicznych. Jesteśmy najlepsi w regionie CEE. Wystarczy powiedzieć, że globalnie inwestycje w 2016 roku spadały, a nam w tym trudnym środowisku międzynarodowym udało się zwiększyć inwestycje dwukrotnie – mówi Krzysztof Senger.

PAIH prowadzi jeszcze w sumie 198 projektów inwestycyjnych, których łączna wartość przekracza 4,3 mld euro, a docelowe zatrudnienie to ponad 51 tys. nowych miejsc pracy. Najliczniejsza (61 projektów) grupa inwestorów pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, kolejne są Niemcy i Japonia. Największa liczba inwestycji zapowiada się w sektorze usług dla biznesu (80) oraz w branży motoryzacyjnej (34).

– Oczywiście, zawsze może być lepiej i razem z departamentami odpowiedzialnymi za inwestycje zagraniczne pracujemy nad udoskonaleniem naszej oferty. Rozmowy z inwestorami zawsze są złożone i długotrwałe. My oferujemy zachęty inwestycyjne, zwolnienia podatkowe i wszystko to, co jest dozwolone w ramach pomocy publicznej. Natomiast z drugiej strony jest chęć obniżenia nakładów inwestycyjnych poprzez te zachęty, polepszenie wyniku firmy. I dwie strony muszą się spotkać pośrodku – mówi Krzysztof Senger.

Duże zmiany w urzędach pracy. Ministerstwo szykuje projekt reformy

Duże zmiany w urzędach pracy. Ministerstwo szykuje projekt reformy 11

Resort pracy przygotowuje dużą reformę rynku pracy. Zgodnie z założeniami urzędy pracy mają zostać scentralizowane i przejść pod kontrolę administracji rządowej, dzięki czemu zyskają większą elastyczność i zwiększą skuteczność. Nowe przepisy zniosą też obowiązkowe profilowanie osób bezrobotnych. Niskie bezrobocie sprawia, że urzędy pracy mogą się skupić na osobach długotrwale bezrobotnych.

Przygotowujemy się do napisania nowej ustawy o rynku pracy. Nie zamierzamy dokonywać kolejnej korekty obowiązujących przepisów, bo one były zmieniane już kilkadziesiąt razy. Chcemy, aby nowa ustawa była bardziej przejrzysta, elastyczna i żeby urzędy pracy miały większe możliwości oddziaływania – mówi agencji Newseria Biznes Stanisław Szwed, sekretarz stanu w Ministerstwie Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej.

Pod koniec stycznia pojawiły się rządowe zapowiedzi wyłączenia urzędów pracy spod pieczy samorządów i przeniesienia ich do administracji państwowej. Bezpośrednią kontrolę nad nimi będzie sprawował resort pracy. Reforma miałaby wejść w życie z początkiem przyszłego roku. Zdaniem jej autorów przyczyni się do poprawy efektywności urzędów pracy, a centralizacja pozwoli na skuteczniejszą walkę z bezrobociem i lepsze wykorzystanie środków finansowych z Funduszu Pracy.

W tym roku ponad 6,6 mld zł będzie przeznaczone na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu. To są duże środki. Przy aktualnym niskim bezrobociu powinny być dobrze wydatkowane – mówi Stanisław Szwed.

Ministerialny projekt, który ma trafić niedługo do konsultacji społecznych, zakłada też zniesienie obowiązkowego profilowania osób bezrobotnych. Obecna procedura (wprowadzona w maju 2014 roku) polega na tym, że każda osoba rejestrująca się jako bezrobotna musi odpowiedzieć na szereg pytań zawartych w kwestionariuszu. Na tej podstawie system informatyczny przypisuje ją do jednego z trzech profili. W każdym z nich dostępne są  inne instrumenty aktywizacyjne i inne programy pomocowe.

Chcemy, żeby profilowanie bezrobotnych nie było już obligatoryjne. Nie będzie sztywnych ram, przez które bezrobotny może skorzystać tylko z jednego profilu, a z innego już nie. Poza tym wiemy, że wiele osób szuka w internecie informacji o tym, jak zakwalifikować się do konkretnego profilu – mówi Stanisław Szwed.

Osoby, które trafiają do I profilu, całkiem dobrze radzą sobie na rynku pracy i wystarczy przedstawić im propozycję pracy lub stażu. Należy im się z urzędu bon zatrudnieniowy, który dla przyszłego pracodawcy stanowi gwarancję zrefundowania części wynagrodzenia i składek. Urząd może też sfinansować im koszty egzaminów i licencji albo przyznać jednorazowe środki na założenie działalności gospodarczej.

Bezrobotni zakwalifikowani do II profilu mają najszersze możliwości skorzystania ze szkoleń oraz programów stażowych, które podniosą ich kompetencje. Do III profilu trafiają natomiast osoby najbardziej oddalone od rynku pracy, dla których przewidziane jest wsparcie ośrodków pomocy społecznej. W praktyce przewidziana dla nich pomoc jest znikoma.

Co ciekawe, do tej ostatniej grupy trafiają również osoby, które rejestrują się wyłącznie po to, żeby dostać ubezpieczenie i wcale nie chcą wracać na rynek pracy ani podejmować żadnych form aktywizacji. Dlatego w internecie ogólnodostępne są pytania z kwestionariusza urzędu pracy (opublikowała je Fundacja Panoptykon), a wiele osób przygotowuje się wcześniej do rozmowy z doradcą, chcąc trafić do konkretnego, wybranego profilu.

Urzędnicy i dyrektorzy urzędów pracy wielokrotnie zgłaszali, że profilowanie bezrobotnych tylko skomplikowało proces aktywizacji osób bezrobotnych i przełożyło się na niepotrzebne formalności. Po zakwalifikowaniu bezrobotnego do jednej z trzech grup nie może on odwołać się od tej decyzji. Dlatego zdarzały się przypadki, w których bezrobotni jednego dnia składali wniosek o wykreślenie z ewidencji, a następnego dnia rejestrowali się ponownie, z nadzieją, że tym razem zostaną przypisani do wybranego profilu.

Ministerialny projekt nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy zakłada, że profilowanie bezrobotnych nie będzie obowiązkowe, ale dobrowolne i będzie spełniać funkcję pomocniczą. Nie będzie też ograniczało bezrobotnym dostępu do różnych form pomocy i instrumentów aktywizacyjnych.

Tych instrumentów jest dużo i wydaje nam się, że z niektórych trzeba będzie wręcz zrezygnować. Ale z drugiej strony chcemy przyznać większą samodzielność w podejmowaniu decyzji dyrektorom urzędów pracy, zarówno na poziomie powiatowym, jak i wojewódzkim – mówi sekretarz stanu w resorcie pracy.

Resort chciałby również, aby urzędy pracy były bardziej aktywne, a ich rola nie ograniczała się wyłącznie do rejestracji bezrobotnych i wypłacania zasiłków. Na obszarach, na których wciąż panuje wysokie bezrobocie, ich działania powinny być bardziej intensywne i lepiej dostosowane do potrzeb osób bezrobotnych.

Chcemy, żeby kontakt z pracodawcą czy urzędem pracy był lepszy, skuteczniejszy i przede wszystkim szybszy. Potrzebny jest instrument, który pozwoli od razu skierować osobę bezrobotną do pracodawcy, który ma ofertę pracy. To nie może być zabawa polegająca na tym, że ktoś idzie tylko po pieczątkę, potem wraca do urzędu i mówi, że pracodawca nie chce go przyjąć – mówi Stanisław Szwed.

Nowelizacja ma z jednej strony spowodować, że urzędy pracy będą miały większą swobodę w działaniu i nie będą krępowały ich sztywne przepisy, a z drugiej zapewnić resortowi większą kontrolę nad wydawaniem środków przeznaczonych na aktywizację bezrobotnych.

Dane GUS pokazują, że stopa bezrobocia wyniosła w grudniu 8,3 proc. To najniższy wskaźnik od początku lat 90., a historycznie niskie bezrobocie utrzymuje się na polskim rynku pracy od kilku miesięcy. Z najnowszych informacji Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika natomiast, że w styczniu 2017 roku stopa bezrobocia nieco wzrosła, sięgając 8,7 proc., dalej jednak utrzymuje się na niskim poziomie, a resort liczy, że na koniec bieżącego roku spadnie nawet poniżej 8 proc.

Mamy dziś bardzo niskie bezrobocie i to jest dobry czas na reformy. Z drugiej strony mamy też problem w postaci 56 proc. osób, które są długotrwale bezrobotne i nie mają pracy dłużej niż 12 miesięcy. W dalszym ciągu są regiony, w których bezrobocie jest dwucyfrowe. Tam musi zostać skierowane największe wsparcie. To jest właściwy moment, żeby zastanowić się nad zmianami w funkcjonowaniu urzędów pracy, poprawie skuteczności i efektywności ich działania – mówi Stanisław Szwed.

Priorytety dotyczące walki z bezrobociem na ten rok zakładają położenie większego nacisku na aktywizację osób długotrwale bezrobotnych, które wymagają specyficznej pomocy, więcej czasu i większego zaangażowania ze strony urzędów pracy. Istotnym punktem jest też program aktywizacji osób młodych, wśród których bezrobocie sięga 18 proc.

W dalszym ciągu realizujemy program dla osób do 30. roku życia. Grupą narażoną na wysokie bezrobocie są też ludzie starsi, powyżej 50 lat. W tym przypadku zamierzamy udoskonalić narzędzia aktywizacyjne, aby zarówno pracodawcy, jak i osoby, które z różnych przyczyn tracą pracę, mogły z nich w większym stopniu korzystać – zapowiada Stanisław Szwed.

W Polsce działa 340 powiatowych i 16 wojewódzkich urzędów pracy (oraz ich filie), które zatrudniają łącznie ponad 20 tys. osób.

Superżywność w natarciu. Sprzedaż zdrowych produktów szybko rośnie, także w kategorii przekąsek

Superżywność w natarciu. Sprzedaż zdrowych produktów szybko rośnie, także w kategorii przekąsek 12

Polski rynek zdrowej żywności dynamicznie rośnie i według prognoz jego wartość może przekroczyć w tym roku 1 mld zł. Jednym z segmentów korzystających na tym trendzie jest superżywność, czyli produkty zawierające większe ilości składników odżywczych. Rosnące zainteresowanie tego typu produktami zachęca producentów żywności do wchodzenia w kolejne segmenty rynku. Purella Food chce w tym roku przekonać Polaków, zwłaszcza najmłodszych, do zdrowych przekąsek.

Analizujemy rynek pod kątem przekąsek, szczególnie dla dzieci w wieku szkolnym, ponieważ zamierzamy w tym roku we wrześniu wprowadzić do sprzedaży nową linię produktów. Dziś ten obszar rynku jest wart ok. 1 mld zł, ale jest to głównie rynek słodyczy i słonych przekąsek. My interesujemy się segmentem zdrowym, który jest bardzo słabo monitorowany. Tak naprawdę jesteśmy na początku rozwoju tego rynku w Polsce, ale w Europie jest on wart około miliarda euro – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Czerwiński, członek zarządu firmy Purella Food.

Jak wynika z badania IQS, 42 proc. przekąsek stanowią słodycze. Najczęściej kupujemy je sobie sami, w 30 proc. są to zakupy impulsowe. Chętnie sięgamy po ciastka (12 proc.), czekolady (9 proc.), batony i wafle (6 proc.). Po warzywa i owoce w ramach przekąski sięga 26 proc. ankietowanych.

Ubiegłoroczne badania firmy Nielsen wskazały, że segment zdrowych przekąsek, czyli m.in. batonów musli, wafli ryżowych, chrupkiego pieczywa, suszonych owoców i niesolonych orzechów i ziaren, stanowi wciąż niewielką część całej kategorii, ale dynamicznie rośnie. Firm ocenia, że w ubiegłym roku wartość tego segmentu mogła przekroczyć 1,2 mld zł.

– Perspektywy segmentu przekąsek dla dzieci są niezłe – przekonuje Michał Czerwiński. – O zakupach rodzinnych, szczególnie produktów dla dzieci, decydują mamy. Pytane o istotne dla nich cechy przekąsek coraz częściej wskazują na skład surowcowy. Kilka lat temu w ogóle nie był on istotny. Ważne były opakowanie oraz smak.

Jak podkreśla, dziś segment zdrowych przekąsek to przede wszystkim batony.

– W Europie konsumenci sięgają po inne formaty. My też w tym kierunku idziemy: 15 marca wprowadzamy na rynek do sieci drogerii Rossmann nowe produkty pod nazwą Cubes, czyli zdrowe kostki – zapowiada Marek Czerwiński.

Polski sektor zdrowej żywności w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej i USA jest jednak wciąż mały i nienasycony, choć znajduje się w fazie dynamicznego rozwoju (o ok. 20 proc. rocznie). Według Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi w ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba producentów takich wyrobów zwiększyła się o 576 proc.,  zaś zakładów przetwórstwa – o 780 proc. Na krajowym rynku działa około 200 firm zajmujących się dystrybucją tego rodzaju produktów oraz około 800 niezależnych sklepów specjalistycznych. Szacuje się, że w tym roku wartość rynku przekroczy 1 mld zł.

Purella Food jest producentem przekąsek na bazie chlorelli, mikroskopijnej wielkości glonu występującego w wodach słodkich, określanego jako multiwitamina natury. Alga ta zaliczana jest do grupy tzw. superfood, czyli żywności zawierającej w swoim składzie cenne dla ludzkiego organizmu składniki. To ponad 70 składników mineralnych, witamin oraz pierwiastków. Chlorella stosowana jest szeroko w przemyśle farmaceutyczny.

Purella Food to założony 1,5 roku temu start-up. Obroty firmy w tym czasie wyniosły około 2 mln zł, w tym roku mają być dwa razy wyższe. Pięcioletnia strategia przedsiębiorstwa zakłada osiągnięcie przychodów w wysokości 50 mln zł (także dzięki akwizycjom). Długofalowym celem firmy jest zajęcie pozycji lidera krajowej branży produkcji zdrowych wyrobów spożywczych.

Inwestorzy rzucili się na tanie waluty, WIG20 wciąż pod 2100 pkt.

We wtorek inwestorzy kupują mocno przecenione w styczniu walut. Spokojnie za to jest na warszawskiej giełdzie. Na rynkach globalnych zaś, wobec braku ważnych danych makroekonomicznych, tematem numer jeden staje się polityka.

O godzinie 15:45 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3040 zł, USD/PLN 4,0330 zł, a CHF/PLN 4,0365 zł. Tym samym złoty, który w ślad za spadkiem EUR/USD, rozpoczął dzień od umocnienia do euro i szwajcarskiego franka oraz osłabienia do dolara, obecnie traci do wszystkich trzech walut.

Inwestorzy rzucili się do kupna mocno przecenionych w styczniu walut, wykorzystując jako pretekst spadek euro poniżej 4,30 zł, dolara poniżej 4 zł oraz bliskość 4 zł w notowaniach franka. Takie próby odwrócenia spadkowej tendencji na tych walutach miały już miejsce w ostatnich dniach, ale ta dzisiejsza ma największe szanse na powodzenie. To oznaczałoby, że kolejne dni upłyną pod znakiem drożejących walut, które póki co wyznaczyły swoje lokalne dołki.

Ruch na polskich parach walutowych, jeżeli spojrzy się na ich wykresy i skonfrontuje to brakiem jednoznacznych tendencji na innych rykach (np. indeksy na Wall Street wyznaczają nowe historyczne szczyty, rentowności polskiego długu nieco rosną), nosi przede wszystkim znamiona prostego odbicia, po tym jak nie udało się w trwały sposób sforsować ważnych psychologicznych poziomów (4,30 zł na euro i 4 zł na dolarze i franku). Trudno bowiem słabość złotego wiązać z opublikowanymi rano rozczarowującymi danymi nt. produkcji przemysłowej w Niemczech, czy też zaniepokojeniem europejską polityką w sytuacji, gdy inne rynki na to nie reagują.

Wspomniana polityka staje się teraz tematem numer jeden. Przy braku publikowanych w tym tygodniu ważnych raportów makroekonomicznych to właśnie na polityce koncentruje się uwaga inwestorów. Oprócz wciąż obserwowanego prezydenta Trumpa, w centrum uwagi jest przede wszystkim Europa. Ostatnie sondaże przyniosły prowadzenie Marine LePen ze skrajnie prawicowego Frontu Narodowego w wyścigu prezydenckim we Francji oraz pierwszą od wielu lat przewagę SPD nad CSU przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi w Niemczech. Jeżeli do tego dopisać jeszcze wybory w Holandii, a być może i we Włoszech, to obraz staje się coraz bardziej zagmatwany. Trudno bowiem jednoznacznie wskazać, którą drogą w przyszłości pójdzie Europa. A ta niepewność może mieć negatywne przełożenie na gospodarkę.

Odwrotnie niż złoty zachowuje się dziś warszawska giełda. Indeks WIG20, jakkolwiek rozpoczął dzień od spadków, to na godzinę przed zamknięciem wtorkowych notowań wyszedł na plus, ciągnięty w górę przede wszystkim przez akcje Lotosu (reakcja na wyniki), CCC (koniec korekty i powrót do wzrostów) oraz mBank (odreagowanie wczorajszej dużej przeceny, czekanie na jutrzejsze wyniki). Nie zmienia to jednak ogólnej sytuacji tego indeksu. Dalej pozostaje on w konsolidacji poniżej poziomu 2100 pkt. Póki co, nic nie zapowiada, żeby szybko miało nastąpić z niej wybicie.

W środę polski rynek walutowy i akcji w dalszym ciągu mogą żyć własnym życiem, kierując się w przeciwstawne kierunki i reagują na inne bodźce. Trudno bowiem oczekiwać, żeby skonsolidowało je posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej (RPP), które zgodnie z powszechnym konsensusem, zakończy się brakiem zmian stóp procentowych oraz brakiem istotnych zmian w komunikacie towarzyszącym tej decyzji. W dalszym ciągu należy oczekiwać, że Rada będzie stała na stanowisku, iż pierwsza podwyżka kosztu pieniądza będzie miała miejsce dopiero w 2018 roku.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Rosnące szanse na podwyżkę stóp w marcu umacniają dolara

Dolar umacnia się handlując na najwyższym od 2 tygodni poziomie do koszyka głównych walut po tym, jak członek Fedu-u Patrick Harker stwierdził, iż podwyżka stóp procentowych jest możliwa już w marcu.

Warunkiem do tego powinna być kontynuacja szybkiego wzrostu gospodarczego, utrzymywanie się niskiej stopy bezrobocia oraz wzrost pensji.  Z drugiej strony, pod presją znajduje się euro po weekendowej zapowiedzi wyprowadzenia Francji ze strefy euro przez nacjonalistyczną kandydatkę na prezydenta – Marine Le Pen. Zagrożenie dla euro znowu też może przyjść ze strony Grecji. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosił bowiem, że Grecja nie ma szans na wypełnienie zobowiązania wobec Unii Europejskiej odnośnie wypracowania nadwyżki budżetowej. Stwierdził również, iż poziom zadłużenia Grecji jest niezrównoważony.

Para EURUSD traci obecnie 0,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,0670 a para GBPUSD traci 0,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,2380.

Para USDJPY rośnie 0,5 proc. handlując w pobliżu poziomu 112,40. Przez rosnące ryzyko polityczne w Europie traci też polski złoty. Para EURPLN rośnie 0,2 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,30, para USDPLN zyskuje aż 0,9 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,03 a para CHFPLN rośnie 0,1 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,04.

Ogłoszone dziś wyniki kwartalne BP Plc okazały się gorsze od oczekiwań analityków.

Firma ogłosiła również, iż jej przepływy pieniężne nie pokryją wydatków i dywidend do czasu, gdy cena ropy Brent przekroczy poziomo 60 dolarów za baryłkę. Statoil ASA, największa norweska kompania paliwowa, ogłosiła, iż planuje obciąć koszty o kolejny 1 mld dolarów po tym, jak zaskoczyła rynki zaraportowaną stratą za 4 kwartał 2016 roku. Również wyniki francuskiego banku BNP Paribas okazały się gorsze niż oczekiwania analityków.

Pomimo spadków w sektorze bankowym i paliwowym, europejskie indeksy handlują dziś na plusie wsparte przez taniejące euro oraz sektor budowlany.

Niemiecki DAX rośnie 0,6 proc. handlując w pobliżu poziomu 11580 punktów, a brytyjski FTSE100 rośnie 0,6 proc. handlując w pobliżu poziomu 7155 punktów. Również WIG20 odrobił poranne straty i obecnie zyskuje 0,2 proc. handlując w pobliżu poziomu 2094 punktów.

Ropa naftowa WTI traci ponad 1,7 proc. przez drożejącego dolara w oczekiwaniu na jutrzejszy raport rządowy, który najprawdopodobniej pokaże 5 tydzień z rzędu wzrostu stanu amerykańskich zapasów surowca. Za baryłkę ropy WTI należy obecnie płacić jedynie 52,15 dolarów, a za baryłkę ropy Brent jedynie 54,90 dolarów. Na umacniającym się dolarze traci złoto, za którego uncję należy obecnie płacić około 1230 dolarów.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Euro osłabia się względem dolara w wyniku problemów z Grecją

Perspektywy, które maluje Międzynarodowy Fundusz Walutowy na temat greckiego długu nie są wesołe. Słabe odczyty produkcji przemysłowej w Niemczech, Czechach i na Węgrzech. Rezerwy walutowe Chin.

Dług Grecji

Wczorajsze rozmowy ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego z przedstawicielami rządu w Atenach nie napawają optymizmem. W dalszym ciągu aktualny jest scenariusz przyspieszenia reform. Powodem jest niemożliwość osiągnięcia długoterminowo wysokiego wzrostu gospodarczego oraz wygenerowania istotnej nadwyżki budżetowej koniecznej do niespłacania zobowiązań. Bez tego zdaniem funduszu dług Grecji jest niespłacalny. Przyspieszenie reform na pierwszy rzut oka nie brzmi skomplikowanie. Problemem jest natomiast fakt, że jedną z nich jest dalsze cięcie emerytur, co nie jest popularnym społecznie posunięciem. Drugim ważnym ruchem jest obniżka kwoty wolnej, która również dotknie wiele osób oraz szczególnie niepopularne umożliwienie masowych zwolnień. Jakby tego było mało MFW wezwał Niemcy do umorzenia części zadłużenia Grecji. Temat ten jeszcze wiele razy będzie powodował niepokoje na rynkach.

Produkcja przemysłowa

Po wczorajszych dobrych danych na temat zamówień w przemyśle z Niemiec dzisiaj niespodziewanie produkcja przemysłowa okazała się słabsza od oczekiwań. W ciągu roku spadła ona o 0,7% wobec oczekiwanego wzrostu o 2,5%. Dane te trafiły na rynek na którym euro osłabia się względem dolara w wyniku problemów z Grecją. W rezultacie był to kolejny impuls by kontynuować ruch spadkowy. Ogólnie dzisiejsze odczyty nie pomogły europejskim walutom. Produkcja w Czechach wzrosła o 2,7% wobec oczekiwanych 5,5% a na Węgrzech zanotowano spadek o 0,5% wobec oczekiwanego wzrostu o 1,3%. W przypadku Czech to drugie ważne dane z rzędu wypadające poniżej oczekiwań. Wczoraj sprzedaż detaliczna wzrosła o 3% podczas gdy analitycy oczekiwali 5,7%.

Rezerwy walutowe w Chinach

W Chinach trwa walka o utrzymanie wartości waluty. Jej namacalnym efektem są spadające rezerwy walutowe. Jeszcze w połowie 2014 roku wynosiły one niemal 4 biliony dolarów. Obecnie ze względu na ciągłą sprzedaż walut by podkupić i umocnić juana spadły one do 3 bilionów. Już teraz powstają regulacje utrudniające odpływ kapitału z Chin. Nie zmienia to faktu, że rezerw na utrzymywanie kursu waluty na fikcyjnym poziomie nie wystarczy na wieczność i kiedyś kurs juana będzie musiał się urynkowić.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego,
  • 16:00 – Kanada – Indeks Ivey PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Badanie: Activity-Based Working – Biuro a potrzeby organizacji

Nie bój się Activity-Based Working – trzech liderów rynku środowiska pracy – Hays, Kinnarps i Skanska opublikowało obszerny materiał na temat polskich doświadczeń dotyczących wdrażania koncepcji Activity-Based Working (ABW). Publikacja, oprócz omówienia wyników wspólnego badania Biuro a potrzeby organizacji, prezentuje szeroki kontekst zjawiska ABW oraz przegląd opinii w licznych wypowiedziach ekspertów.  Intencją autorów było również dostarczenie narzędzi i wskazówek jak podejść do zmiany organizacji pracy zgodnie z Activity-Based Working we własnej firmie.

Po wielu latach, w trakcie których zarówno procesy biznesowe, jaki i osobowości pracowników starano się wtłoczyć w jeden standard przestrzeni pracy, coraz więcej firm odkrywa zalety elastyczności – zróżnicowanego środowiska biurowego i swobody w korzystaniu z jego potencjału. Rewolucja mobilna całkowicie odmieniła metody pracy, umożliwiając realizację zadań w wybranym miejscu i o dowolnej porze. Tymczasem nie tylko aranżacja wielu współczesnych biur nie odzwierciedla aktualnych wzorców pracy, czyli tego, na jakiego typu zadaniach spędzamy czas i w jaki sposób je realizujemy, lecz także same organizacje nie nadążają za zmianami, następującymi w konsekwencji przeobrażeń technologicznych. Dla wielu firm odpowiedzią na wyzwania współczesnego środowiska pracy może stać się koncepcja Activity-Based Working, gdzie biuro, oferując wiele rodzajów przestrzeni, które odpowiadają na różnorodne potrzeby, stanowi narzędzie do efektywnego zarządzania zróżnicowanym zespołem, dzięki wykorzystaniu pełnego potencjału jego członków oraz możliwości komunikacji mobilnej.

We wspólnej publikacji Nie bój się activity based working doświadczeniami z koncepcją Activity-Based Working podzielili się liderzy swoich branż – Hays, Kinnarps i Skanska. Raport prezentuje szeroki kontekst zjawiska oraz wyniki badania Biuro a potrzeby organizacji, przeprowadzonego przez partnerów w 2016 roku na próbie blisko 100 firm zatrudniających łącznie ponad 50 000 pracowników. O wartości publikacji stanowią liczne komentarze ekspertów, poruszające cały przekrój zagadnień, z którymi łączy się koncepcja ABW – od kwestii związanych z rynkiem pracy, HR i zarządzaniem, ze szczególnym uwzględnieniem procesu zmiany, poprzez projektowanie przestrzeni pracy i ergonomię, po architekturę budynków biurowych oraz perspektywę rynku nieruchomości.

Spektrum zagadnień poruszonych w naszym wspólnym materiale doskonale ilustruje jak złożonym zjawiskiem jest to, co potocznie nazywamy biurem, zaś sama publikacja skłania do refleksji – jak mało docenianym narzędziem biznesowym jest środowisko pracy. Skonfrontowanie się z wyrazistą koncepcją ABW stanowi impuls do uzyskania głębszego wglądu w sposób organizacji pracy w firmie i często rozpoczyna proces zmiany. Jego końcowym rezultatem jest nowoczesne przedsiębiorstwo ze znakiem rozpoznawczym w postaci przestrzeni pracy, która odpowiada na potrzeby i oczekiwania przedstawicieli wielu pokoleń, umożliwia pracę w zgodzie z własnymi preferencjami, gwarantując dostęp do różnorodnych rozwiązań aranżacyjnych oraz tworzy okazje do integracji zespołu i wymiany doświadczeń – mówi Beata Osiecka, prezes Kinnarps Polska, Head of CEE Region.

Przytoczone w publikacji Nie bój się Activity-Based Working badanie Biuro a potrzeby organizacji wykazało, że zdaniem ankietowanych firm, w najbliższym czasie o kształcie rynku pracy będzie decydować elastyczność. Pracownicy chcą mieć możliwość wyboru zarówno czasu pracy, miejsca jak i narzędzi. Zwłaszcza najmłodsi, którzy są przyzwyczajeni do wielozadaniowości i częstych zmian trybu realizacji zadań. Tak istotna metamorfoza sposobów pracy stanowi wyzwanie dla pracodawców, którzy stają wobec konieczności łączenia oczekiwań różnych pokoleń w organizacji.

Podczas rozmów rekrutacyjnych pytania o możliwość zdalnego wykonywania części obowiązków lub elastycznych godzin pracy stają się standardem. Pracodawcy powinni mieć świadomość, iż nie mogą przegapić ewolucji zachodzącej na rynku pracy. Firmy, które chcą nie tylko pozyskać, ale i zatrzymać najlepszych pracowników, powinny rozpocząć wprowadzanie zmian ukierunkowanych na lepsze dopasowanie środowiska pracy do potrzeb swoich pracowników. Obecnie zdecydowana większość firm oferuje swoim pracownikom prywatną opiekę medyczną. Warto jednak pamiętać, że zaraz po tym świadczeniu, drugim najważniejszym dla pracowników jest możliwość pracy elastycznej. W tegorocznym badaniu Hays Poland ponad połowa ankietowanych pracowników określiła ten element oferty jako najważniejszy dodatek pozapłacowy, świadczący o atrakcyjności oferty pracodawcy – mówi Paula Rejmer, dyrektor zarządzająca Expert Perm w Hays Poland.

Ze względu na dynamikę zmian zachodzących w sposobach i środowisku pracy wyzwaniem stojącym przed wieloma organizacjami jest stworzenie biura, które będzie spełniało ich oczekiwania w dłuższej perspektywie. Biuro dostosowane do odmiennych wzorców pracy w zróżnicowanych zespołach, stwarza odpowiednie warunki realizacji zadań w coraz bardziej elastyczny sposób, zwiększając efektywność pracowników, ich poczucie przynależności do zespołu oraz motywację i satysfakcję. ABW zakłada stworzenie przestrzeni pracy odpowiadającej poziomowi koncentracji, jakiego akurat wymagają realizowane zadania. Przewiduje zatem analizę czasu i sposobów pracy w danym przedsiębiorstwie i, stosownie do jej wyników, wykorzystanie w aranżacji biura takich typów przestrzeni, które będą wspierać dominujące wzorce.

Istotą koncepcji ABW – w ujęciu zaprezentowanym w naszej publikacji – nie jest stworzenie środowiska, w którym efektywność wykorzystania przestrzeni mierzy się liczbą stanowisk pracy, jakie udało się zmieścić na danej powierzchni. Chodzi o to, aby z określonej liczby metrów kwadratowych biura i jednostek czasu pracy, wydobyć jak największy potencjał pracowników, który pozwoli organizacjom na uzyskanie przewagi konkurencyjnej. To podejście wskazuje wyraźnie, że koncepcja ABW nie ogranicza się do aranżacji wnętrz, lecz stanowi element strategii osiągania celów biznesowych, zakładający gruntowną znajomość wzorców pracy w danej organizacji, które obejmują zarówno technologię, zarządzanie, kulturę organizacyjną opartą na zaufaniu, jak i fizyczną przestrzeń. Zaś wygląd tej przestrzeni jest jedynie widocznym rezultatem wdrożenia ABW. Kluczowe znaczenie ma świadomość celów, jakie organizacja zamierza osiągnąć za pomocą wprowadzonych zmian, a biuro i jego aranżacja pomagają z sukcesem dokonać tej transformacji – komentuje Beata Rejkowska, Sales Operation Director Kinnarps Polska.

Mimo iż pod wpływem Activity-Based Working miejsca pracy stają się coraz bardziej wielofunkcyjne i elastyczne, badanie dowodzi, że do jej upowszechnienia jest jeszcze daleko. Respondenci ocenili, że obecnie zaledwie 30% biur wspiera kreatywność i pracę zespołową – a więc cechy, których pracodawcy najczęściej poszukują u potencjalnych pracowników. Zarazem w podobnym odsetku biur sytuacja jest odwrotna – miejsce pracy nie wspiera pracowników we współpracy oraz realizacji ich potencjału. Najwięcej firm znajduje się natomiast w „połowie drogi”, co oznacza, że ich biuro zawiera pewne elementy, które wspierają pożądane postawy.

Nigdy wcześniej biuro nie pełniło tak ważnej roli w rozwoju biznesu. Dziś to, gdzie pracujemy, musi wspierać karierę profesjonalistów, być skutecznym narzędziem rekrutacyjnym, i tym samym wzmacniać strategiczne procesy biznesowe w firmie. Biuro ma być miejscem odpowiadającym na potrzeby pracowników różnych pokoleń. I na to właśnie doskonałą receptą jest koncepcja Activity Based Working, zgodnie z którą to pracownicy wskazują jak najczęściej pracują, a pracodawca dostarcza im powierzchnię w pełni dostosowaną do aktywności. To pierwsze tak elastyczne podejście do sposobu pracy, które, jak pokazują doświadczenia wielu globalnych marek, przekłada się na wyższą efektywność i satysfakcję zespołów. Pionierski raport, który oddajemy w ręce pracodawców pozwoli ocenić, na ile idea Activity Based Working odpowiada ich własnej organizacji oraz czy mają odpowiednie biuro do jej wdrożenia – komentuje Ewelina Kałużna, dyrektor ds. wynajmu i zarządzania wartością budynków w Skanska Property Poland.

Jednym ze spostrzeżeń płynących z lektury Nie bój się Activity Based Working jest, reprezentowany przez wiele firm, brak korelacji pomiędzy oczekiwaniami wobec pracowników a warunkami oferowanymi w środowisku pracy. Z jednej strony pracodawcy poszukują w zespołach kreatywności i współpracy, samodzielności, podejścia biznesowego w realizacji zadań oraz zaangażowania, z drugiej zaś w niewielkim stopniu wykorzystują potencjał tkwiący w środowisku pracy, aby umożliwić realizację tych oczekiwań. Z badania przytoczonego w publikacji Hays, Kinnarps i Skanska wynika, że w ponad 40% badanych firm pracownicy nie mają wpływu na swoje biuro. Możliwość zaangażowania się w projekt dotyczący zmiany w środowiska pracy daje tylko co czwarta organizacja. Co, z perspektywy biura, które nie tylko jest miejscem realizacji codziennych zadań, lecz także narzędziem employer brandingowym, służącym motywacji zespołów i przyciąganiu talentów – oznacza stratę wielu możliwości uzyskania przewag konkurencyjnych w oparciu o najbardziej pożądane w ankietowanych firmach cechy pracowników – kreatywność, współpracę, samodzielność i zaangażowanie.

Wśród doświadczeń polskiego rynku zwraca uwagę brak dogmatyzmu rodzimych przedsiębiorstw we wdrażaniu i dostosowywaniu do naszych realiów zjawiska, które powstało w całkowicie odmiennych warunkach. Stąd koncepcja ABW nie jest w Polsce traktowana zerojedynkowo, czyli wdrożono założenia Activity-Based Working w 100%, albo wcale. Z publikacji Nie bój się Activity-Based Working wynika, iż w Polsce model ten jest postrzegany raczej w kategoriach celów typu „stretch”, czyli w jakim stopniu organizacja wdroży koncepcję, wziąwszy pod uwagę własne możliwości i ograniczenia, strukturę oraz cele. Dlatego też wiele uwagi w tym opracowaniu poświęcono zagadnieniom dotyczącym analiz, mających wskazać dominujący w organizacji wzorzec pracy, a także przebieg procesu zmiany, która towarzyszy wdrażaniu koncepcji ABW. Dokonano również przeglądu narzędzi, ułatwiających znalezienie najlepszej drogi wdrożenia modelu ABW dla danej organizacji i określenia stopnia jej gotowości do zarządzenia i przyjęcia zmiany.

Z badania Hays, Kinnarps i Skanska opublikowanego w Nie bój się Activity-Based Working wynika, że aż 88% respondentów rozważa wykorzystanie aranżacji biura jako narzędzia wspierającego budowanie wizerunku atrakcyjnego pracodawcy, co ilustruje wzrost świadomości roli biura, jako narzędzia wspomagającego strategię firm i ich odpowiedź na wyzwania współczesnego rynku pracy. Organizacje coraz częściej dostrzegają, że nowoczesne miejsce pracy musi być elastyczne
i dopasowane do aktualnych potrzeb pracowników.

 

O publikacji:

Nie bój się Activity-Based Working to kompleksowy projekt badawczy dotyczący wdrożenia koncepcji Activity-Based Working w Polsce, który został zrealizowany przy współpracy trzech liderów rynku działających na polu środowiska pracy intelektualnej – Hays, Kinnarps i Skanska. Zawiera rys historyczny, szeroką perspektywę zjawiska, wyniki badania Biuro a potrzeby organizacji przeprowadzonego w Polsce przez partnerów publikacji pod koniec 2016 roku na próbie blisko 100 firm zatrudniających łącznie 50 00 osób oraz komentarze ekspertów ze wszystkich dziedzin dotyczących pracy biurowej.

Kolejne postępowania Komisji Europejskiej w sektorze e-commerce

Maciej Fornalczyk – CEO, Partner Założyciel w COMPER
Maciej Fornalczyk – CEO, Partner Założyciel w COMPER

„E-handel już nigdy nie będzie taki sam. Przedsiębiorcy internetowi są blokowani przez bezduszne regulacje” – taki niepokojący przekaz może wypływać z doniesień prasy biznesowej.

Atmosferę w e-commerce podgrzewa informacja z dnia 3 lutego o rozpoczęciu przez Komisję Europejską, kolejnych postępowań w sprawie 15 przedsiębiorstw. Komisja weryfikuje, czy ich działania nie powodują naruszenia wolnej konkurencji i tym samym nie godzą w dobrobyt konsumentów. Badane są takie branże jak: elektronika użytkowa, gry komputerowe i hotelarstwo.

Z perspektywy zewnętrznego specjalisty wspierającego firmy w osiąganiu celów biznesowych
w zgodzie z regulacjami antymonopolowymi uspokajam: sytuacja nie jest tak dramatyczna,
jak mogłoby się wydawać. Nowe zalecenia Komisji nie muszą oznaczać ograniczenia efektywności biznesowej – konieczne będzie jedynie przeprowadzenie tzw. Competition Clearance.

Liberalny sektor e-commerce, dotąd niezauważany przez organy antymonopolowe (w tym UOKiK), obecnie stał się obiektem badań rynku w kontekście stosowania regulacji ochrony konkurencji. Zarówno Raport KE[1], jak i działania prowadzone przez agendy ochrony konkurencji, powodują, że firmy działające w Internecie będą musiały zweryfikować swoje modele biznesowe. W przeciwnym razie muszą przygotować się na negatywne konsekwencje prawne, finansowe, organizacyjne i utratę reputacji – najważniejszego aktywa w handlu internetowym. Komisja w rozpoczętych postępowaniach bada czy przedsiębiorcy naruszyli prawo stosując takie praktyki jak: ograniczanie swobody w kształtowaniu cen poprzez automatyczne ich ujednolicanie, co ma wpływ na wymianę między państwami członkowskimi (elektronika użytkowa), stosowanie geoblokowania (gry komputerowe), porozumienia cenowe bazujące na blokowaniu dostępności oferty ze względu na miejsce zamieszkania lub narodowość (hotelarstwo).

Jakie wnioski powinni wyciągnąć przedsiębiorcy? Strategie sprzedażowe muszą uwzględniać regulacje ochrony konkurencji, co wcale nie będzie wiązało się ze zmniejszeniem aktywności biznesowej. Można istotnie minimalizować ryzyko antymonopolowe, jeżeli tylko przedsiębiorca internetowy będzie zdecydowany połączyć wiedzę biznesową, prawną i ekonomiczną. Test bilansujący pozwoli na modyfikację modelu biznesowego lub zgromadzenie argumentów broniących zasadność stosowania przyjętej strategii.

[1] http://europa.eu/rapid/press-release_IP-16-3017_en.htm

Richard Malle nowym Dyrektorem Badań i Analiz Rynkowych w BNP Paribas Real Estate

Richard Malle
Richard Malle

Bazując na współpracy z wszystkimi zespołami Badań i Analiz Rynkowych na terenie Europy, Richard będzie odpowiedzialny za koordynację oraz opracowywanie analiz rynkowych na międzynarodowym poziomie, wspierając w ten sposób procesy decyzyjne związane z nieruchomościami klientów wszystkich linii biznesowych BNP Paribas Real Estate.

Europejskie zespoły Badań i Analiz Rynkowych to ponad 50 pracowników w biurach na terenie całej Europy.

Richard Malle, 35, dołączył do BNP Paribas Real Estate w 2007 roku. W roku 2010 został Dyrektorem Działu Badań i Analiz Rynkowych na Francję składającego się z około 15 pracowników. Ponadto Richard piastuje stanowisko profesora nadzwyczajnego we francuskim konserwatorium CNAM oraz wykłada gospodarkę nieruchomościami w ICH w Paryżu. Richard uzyskał stopień doktora nauk o zarządzaniu na uniwersytecie Dauphine w Paryżu, a także tytuł magistra w dziedzinie analiz ekonomicznych i tytuł magistra w dziedzinie matematyki stosowanej. Richard jest członkiem RICS.

Kto decyduje o długoterminowych stopach procentowych?

Na rentowność obligacji skarbowych wpływa wiele czynników. Pierwszym czynnikiem jest inflacja, która wpływa na stopy procentowe ustalane przez bank centralny, a także długoterminowe stopy procentowe Niemalże do 2009 sytuacja wyglądało tak samo, niższa inflacja oznaczała niższe krótkoterminowe oraz długoterminowe stopy procentowe. Od 1980 roku mieliśmy do czynienia ze spadkiem inflacji, a tym samym stóp procentowych ustalanych przez władze monetarne, co także dotyczyło rynkowych stóp procentowych.

Kto decyduje o długoterminowych stopach procentowych? 13

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie na biało zostały zobrazowane stopy procentowe ustalane przez Rezerwę Federalną oraz rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich. Korelacja pomiędzy tymi dwoma instrumentami jest bliska 1.

Niemniej jednak po pęknięciu bańki spekulacyjnej w 2007 roku sytuacja uległa zmianie. Aby nie dopuścić do deflacji na miarę 1930 roku banki centralne wdrożyły niestandardową politykę monetarną. Jej głównym celem było odblokowania akcji kredytowej, zaniżenie rentowności obligacji skarbowych a także spadek kursu lokalnej waluty. Skala działań banków centralnych została przedstawiona na poniższej grafice.

Kto decyduje o długoterminowych stopach procentowych? 14

04Od 2009 roku banki centralne wymieniają się zadaniem skupu obligacji skarbowych. Na samym początku był FED, dalej Bank Anglii, Bank Japonii, a na samym końcu Europejski Bank Centralny. Według Deutsche Banku banki centralne na chwile obecną dokonują skupu papierów wartościowych na 180 miliardów USD miesięcznie. Należy pamiętać, ze luzowanie ilościowe trwa nieprzerwanie od 2009 roku, a gospodarki wysokorozwinięte są otwarte. Jest to jednoznaczne z tym, że luzowanie ilościowe prowadzone przez FED oddziaływało na rentowność obligacji niemieckich, z kolei aktualny program skupu aktywów prowadzony przez EBC oraz BoJ wpływa na rentowność amerykańskich obligacji.

Kto decyduje o długoterminowych stopach procentowych? 15

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie przedstawiono 10-letnie rentowności obligacji amerykańskich, niemieckich oraz japońskich. Obecne luzowanie ilościowe utrzymane jest przez Bank Japonii oraz Europejski Bank Centralny. Spadająca rentowność obligacji w Europie oraz Japonii zmusza inwestorów do poszukiwania alternatywy, czyli wyższej rentowności obligacji, która oferowana jest przez Stany Zjednoczone. W ten sposób kapitał przenosi się z jednego miejsca w drugie, powodując przy tym spadek rentowności tamtejszych obligacji.

Skup obligacji skarbowych przez bank centralny doprowadził do wywindowania ich ceny, a tym samym rentowność obligacji spadła do wcześniej nienotowanych poziomów. Według szacunków J.P Morgan ponad 50 procent niemieckich obligacji jest gwarantem straty, czyli rentowność obligacji znalazła się poniżej zera.

Kto decyduje o długoterminowych stopach procentowych? 16

Reasumując, kto decyduje o długoterminowych stopach procentowych? Odpowiedź jest oczywista – banki centralne, ponieważ zdrowo-myślący inwestor nie dokona inwestycji w instrument gwarantujący stratę.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

6 grup społecznych, które mogą się przekwalifikować i zdobyć etat programisty

Osoby po 30-stce, zawiedzione studiami i niesatysfakcjonującą pracą, albo rodzice na urlopach wychowawczych – to nie jedyne grupy społeczne, które mają realne szanse na zdobycie zawodu programisty i niezłej pensji.

Tylko na rynku europejskim obecnie brakuje 500 tys. specjalistów IT, jak podaje Komisja Europejska w raporcie „E-skills for job in Europe”. Duże zapotrzebowanie na programistów, szybki rozwój sektora, a także stabilność i dobre zarobki, jakie oferuje, zwiększają chęci tysięcy osób do rozpoczęcia kariery właśnie w tej branży.

Przedstawiamy 6 nieoczywistych grup społecznych, które mogą się przekwalifikować i zdobyć pewny zawód programisty.

  1. Osoby zawiedzione swoją edukacją lub obecną pracą

Badanie zrealizowane przez Instytut Badań Edukacyjnych („Uwarunkowania decyzji edukacyjnych”) pokazuje, że co czwarty dorosły Polak jest niezadowolony ze swojego poziomu wykształcenia. Czy ten fakt może dziwić? Niekoniecznie. Wybierając się na studia w wieku 18 lat trudno jest wybrać kierunek, który za 5 czy 6 lat zapewni stałą i dobrze płatną pracę.

Na szczęście niezadowolenie z przebiegu czy efektu edukacji nie oznacza końca świata, tak samo jak samo podjęcie niesatysfakcjonującej pracy. Z obserwacji wynika, że coraz więcej osób, także nietechnicznych, decyduje się na przebranżowienie w perspektywicznym kierunku, by poprawić własną sytuację materialną i zdobyć satysfakcjonującą pracę. Taką szansą jest m.in. zawód junior front-end developera, którego można wyuczyć się w ciągu kilku miesięcy, bez potrzeby powrotu na kilkuletnie studia informatyczne: – Wśród kursantów chcących zdobyć wiedzę programistyczną, potrzebną do pracy w zawodzie front-end developera, są nie tylko osoby techniczne, ale również np. nauczyciel, studentka zootechniki, operator dźwigu, pośredniczka nieruchomości czy urzędniczka. Wszystkie te osoby mają czy miały swoje powody, aby się przebranżowić. Najczęściej było to niezadowolenie z systemu edukacji oraz brak satysfakcji z obecnej pracy – komentuje Maciej Oleksy, prezes zarządu szkoły programowania online Kodilla.com.

  1. Nauczyciele

Wraz z likwidacją gimnazjów pracę straci ok. 37 tys. nauczycieli szkół gimnazjalnych i 8 tys. nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej, jak oszacował Związek Nauczycielstwa Polskiego. Nic w tym dziwnego, że wielu nauczycieli już teraz szuka alternatyw, doszkalając się i nabywając nowe umiejętności, pozwalające pozostać konkurencyjnym na rynku pracy.

Ta sytuacja nie musi być beznadziejna, a nawet ci, którzy myślą o całkowitym przekwalifikowaniu się, mogą dużo zyskać. Szczególnie nauczyciele informatyki, którzy znają podstawy programowania mogą przejść tzw. bootcamp programistyczny (np. z języka JavaScript) i z powodzeniem szukać pracy jako początkujący programista lub specjalista JavaScriptu.

Dla nauczycieli przekonującym argumentem do przekwalifikowania się może też być prognozowany wzrost zarobków, który wynosi już kilkadziesiąt procent na początku kariery i nawet 200% po pięciu latach pracy w IT. Zwróćmy bowiem uwagę, że średnie wynagrodzenie nauczyciela w Polsce to ok. 3,2 tys. zł, a front-end webdevelopera to 5,2 tys. zł (dane wynagrodzenia.pl). Co więcej, w zawodzie programisty można liczyć na znaczne podwyżki wraz z rosnącym doświadczeniem. Po pięciu latach pracy, 80% z nich zarabia powyżej 10 tys. zł miesięcznie (dane agencji doradztwa personalnego Experis). Nauczyciel z 5-letnim stażem niestety nie może liczyć na tak wysoki wzrost wynagrodzenia.

  1. Rodzice na urlopach wychowawczych

Rodzicom przysługuje dodatkowe 26 tygodni płatnej opieki nad dzieckiem i 3 lata urlopu wychowawczego. To dobry czas na rozwój kariery, tak samo dla ambitnej mamy, jak i taty (z urlopu rodzicielskiego korzysta średnio już co trzeci ojciec).

Wychowywanie dziecka zmienia perspektywy na przyszłość i bardzo często jest powodem zdecydowania się na obranie innej świeżki kariery zawodowej. Często osoby po urlopie wychowawczym nie mogą odnaleźć się w pracy na etacie, szukają stanowisk dobrze płatnych, częściowo zdalnych, dających poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Czas opieki nad dzieckiem może więc być doskonałą okazją do skorzystania ze szkoleń, kursów czy bootcampów internetowych. Nabyte w ten sposób umiejętności można wykorzystać do “nowego startu” w życiu zawodowym i znalezienia pracy jako specjalista IT.

  1. Osoby po 30-stce

Każdy wiek jest dobry na zmianę swojego życia, nieważne, czy ma się 20 lat czy ponad 40. Młodzi ludzie są chętnie widziani w zespołach, ale nie może w nich zabraknąć również osób z doświadczeniem życiowym. Praca programisty wymaga w końcu cierpliwości, odpowiedzialności i sumienności, a to cechy nabywane wraz z wiekiem.

W branży IT doceniane są przede wszystkim osoby stabilne, które nie zmieniają pracy co 3 miesiące. Z powodu ogromnego zapotrzebowania na programistów, pracodawcy chętnie inwestują w edukację pracowników i liczą na dłuższą współpracę. Dlatego opłaca im się zatrudniać rozsądne i dobrze zapowiadające się osoby, które chętnie będą rozwijać swoje umiejętności.

Osoby po 30-stce mają również nieocenioną zaletę – świadomość swojej wiedzy. Niestety na porządku dziennym są sytuacje, w których absolwent studiów bez doświadczenia żąda pensji w wysokości 10 tys. zł na start. Po raz kolejny sprawdza się doświadczenie życiowe i obiektywna ocena własnej osoby. Wystarczy chęć nauki, trochę czasu i determinacji. Wiek 30+ może tutaj wręcz działać na korzyść.

  1. Osoby z małych miejscowości

Wielkość miejsca zamieszkania nie ma żadnego znaczenia w przypadku niektórych zawodów. Zapotrzebowanie na programistów na całym świecie rośnie tak szybko, że wiele firm decyduje się zatrudniać pracowników całkowicie lub częściowo zdalnie. Praca z domu za duże pieniądze dla niektórych może wydawać się utopią, jednak fakty mówią same za siebie.

W 2016 roku amerykańska firma Crossover poszukiwała w Polsce tysiąca specjalistów IT, oferując im jednocześnie stawkę do 60 tys. dolarów rocznie (20 tys. zł miesięcznie) w zależności od doświadczenia. Wszyscy przyjęci pracownicy mogli pracować zdalnie, co umożliwiło podjęcie pracy również osobom z małych miejscowości, które nie chciały się przeprowadzać.

Stawki wynagrodzeń nie zależą od lokalizacji pracownika, a od jego talentu i umiejętności. Czyli jest o co walczyć! Tym bardziej, że nauki programowania również można podjąć się 100% online.

  1. Kobiety

Komisja Europejska wciąż alarmuje, że brakuje kobiet w IT. A kobiety są bardzo dobrymi programistkami! Z natury są cierpliwe, dokładnie i wielozadaniowe. Warto zachęcić płeć piękną do przebranżowienia się, szczególnie gdy mogą podjąć się nauki programowania, np. podczas urlopu wychowawczego.

Wszystkiego, czego potrzeba to kilku godzin w ciągu dnia, motywacji i chęci zmiany zawodu. Kobiety już teraz są bardzo doceniane w branży IT, chociaż programistek jest 10 razy mniej niż programistów. Co ciekawe, tylko 34% kobiet pracujących w tym zawodzie posiada wyższe wykształcenie techniczne (raport Heys.pl “Kobiety w IT”). Pracodawcy przede wszystkim zwracają uwagę na konkretne umiejętności i portfolio, dlatego coraz częściej osoby poszukujące pracy wybierają samokształcenie, a nie wieloletnie studia inżynierskie.

Kobiety wcale nie zarabiają mniej niż mężczyźni. Wysokość wynagrodzenia w dziedzinie IT jest zależna głównie od doświadczenia. 43,1% kobiet pracujących w branży mniej niż rok zarabia do 2,5 tys. zł, z kolei 35,7% kobiet z doświadczeniem w branży do 5 lat zarabia powyżej 10 tys. zł miesięcznie.

Skąd zainteresowanie programowaniem?

W tej chwili najbardziej liczą się umiejętności i fach, a nie tytuły naukowe. Na rynku pracy poszukiwani są programiści praktycznie wszystkich specjalizacji, a największym zainteresowaniem cieszą się specjaliści od Java i JavaScriptu. Choć przekwalifikowanie się zawsze wymaga czasu, determinacji i motywacji, dla osób zdecydowanych nie jest to żaden problem. Tym bardziej, że gra jest warta świeczki!

Pomimo świadomości tak dużego zapotrzebowania na specjalistów IT, nadal istnieje stereotyp programisty, który posiada niezwykłe umiejętności techniczne i dyplom uczelni wyższej. A podstawy nowego zawodu można zdobyć już w kilka tygodni! Między innymi dlatego na przebranżowienie się i rozpoczęcie intensywnej nauki programowania na bootcampie decydują się osoby w różnym wieku i z różnych zawodów, a 75% z nich znajduje pracę lub płatny staż w 3 miesiące po zakończeniu edukacji – podsumowuje Maciej Oleksy.

Obieg informacji w firmie – 5 najczęstszych błędów

Niektórzy analitycy biznesu porównują sieć informacyjną w przedsiębiorstwach do krwioobiegu ludzkiego organizmu. Nietrudno więc sobie wyobrazić, co się stanie, jeżeli istotne dla „życia” firmy dane będą przekazywane w wadliwy sposób. Oto najczęstsze błędy, które można spotkać w przedsiębiorstwach.

W obecnych czasach informacja jest jednym z podstawowych dóbr ekonomicznych i jednym ze źródeł kreowania przewagi konkurencyjnej. Dlatego tak ważne jest, by firmowy system przekazywania informacji działał sprawnie i bezpiecznie. Niejednokrotnie bowiem wady w firmowym obiegu informacji są przyczyną obniżonej wydajności pracowników, co przekłada się na niższe zyski przedsiębiorstwa. W niektórych sytuacjach, jeżeli firma opiera swoją działalność na transferze informacji, błędy w tym zakresie mogą być również istotnym czynnikiem kryzysogennym.

  1. W natłoku informacji

Jednym z błędów, z którym często można spotkać się w organizacjach, jest brak odpowiedniej filtracji dokumentów i informacji trafiających do poszczególnych pracowników. Takie działanie ma szereg negatywnych konsekwencji. Po pierwsze, pracownik musi poświęcić więcej czasu i energii na posortowanie informacji oraz wybranie z nich tych, które dotyczą jego stanowiska. Po drugie, w dużym natłoku wiadomości wzrasta prawdopodobieństwo przypadkowego pominięcia istotnego komunikatu. Olbrzymia ilość informacji na raz może też spowodować, że po jakimś czasie trudno będzie „dokopać się” do konkretnej, być może kluczowej, wiadomości – Pomimo rosnącego zainteresowania digitalizacją firmowej korespondencji, w przedsiębiorstwach cały czas większość informacji i dokumentów przekazywana jest w formie papierowej. Nieodpowiednie zarządzanie obiegiem informacji jest jednym z powodów, przez które w polskich przedsiębiorstwach wydatki na druk wynoszą nawet 8 proc. obrotu firmy, podczas gdy na świecie jest to 3 – 5 proc. – mówi Łukasz Laskowski, prezes Ediko, firmy specjalizującej się w temacie zarządzania informacją w biznesie.

  1. Tam i z powrotem

Dużym problemem dla przedsiębiorstwa może stać się też brak tzw. feedbacku, czyli informacji zwrotnej od pracowników na otrzymaną wiadomość. Powodem tego może być kultura organizacyjna, która nie zachęca podwładnych do udziału w komunikacji wewnętrznej firmy. Jest to poważny błąd, ponieważ w takiej sytuacji nadawca nie otrzymuje wielu ważnych informacji, m.in. o tym, czy jego komunikat jest jasny i zrozumiały oraz czy pracownik nie będzie miał w stosunku do niego obiekcji.  Przyzwyczajenie do jednostronnej komunikacji będzie stanowiło poważny problem np. w czasie kryzysu w przedsiębiorstwie, podczas którego istotne będzie wysyłanie do pracowników przejrzystych i zrozumiałych informacji o działaniach i aktualnym stanie firmy. Jest to szczególnie ważne w dzisiejszych czasach, kiedy, dzięki mocy portali społecznościowych, szeregowy pracownik ma niekiedy większą siłę przebicia niż cały zastęp rzeczników prasowych. Dlatego też należy być pewnym, że pracownicy są dobrze poinformowani i nie rozpowszechniają nieświadomie błędnych informacji.

  1. Pracownicy spuszczeni w kanał… komunikacyjny

Czasem zdarza się tak, że z niewiadomego dla podwładnych powodu, firma jest bardzo przywiązana tylko do jednej formy komunikacji i tyko za jej pośrednictwem porozumiewa się z pracownikami. Nie jest to właściwe podejście. Dywersyfikowanie informacji na różne kanały komunikacyjne pozwala nie tylko łatwiej przypisać im odpowiedni poziom istotności, ale też dotrzeć z pilną informacją w odpowiednim czasie – Współczesne przedsiębiorstwo dysponuje olbrzymimi możliwościami, jeżeli chodzi o kreowanie ścieżek obiegu informacji. Ważne jest, by dostosować liczbę i rodzaj wykorzystywanych kanałów komunikacyjnych do zaistniałych potrzeb. Sytuacją niewłaściwą jest, gdy pracownik dowiaduje się o kluczowych dla działania przedsiębiorstwa informacjach z firmowego newslettera z tygodniowym opóźnieniem – mówi Łukasz Laskowski. Odpowiedni dobór narzędzi znacznie podnosi nie tylko skuteczność komunikacji, ale i pośrednio wpływa na takie aspekty jak motywacja pracownika i jego zaangażowanie w życie firmy.

  1. Bezpieczeństwo? Jakie bezpieczeństwo?

Istotnym wyborem przy tworzeniu firmowej sieci przesyłu informacji jest uwzględnienie, jaką role będzie w niej odgrywał firmowy system IT. Chodzi tu o te urządzenia, które samoistnie łączą się z globalną siecią tworząc tzw. Internet Rzeczy (ang. Internet of Things – IoT). Coraz częściej powierza im się zadania monitoringu i kontroli nad procesami w firmie – od nadzoru maszyn ciężkiego przemysłu po audyt firmowych drukarek. Podstawowym błędem jest tutaj brak zabezpieczenia tych danych lub wręcz wysyłanie je poza obręb firmy, np. na sieciową chmurę. Nie jest to rozwiązanie gwarantujące najwyższy poziom zabezpieczeń, co przyznają sami przedsiębiorcy, którzy w „Vormetric Insider Threat Report 2015” wybrali chmurę najmniej bezpiecznym modelem zarządzania firmowymi danymi. Pomimo tego, tylko niewielu z nich wie, że istnieją urządzenia IoT działające wewnątrz firmowej sieci WAN/LAN, które, przetwarzając dane tylko w obrębie zabezpieczonej struktury informatycznej, znacznie zmniejszają ryzyko wycieku lub włamania.

  1. Firmowy „głuchy telefon”

Problem ten występuje szczególnie w dużych przedsiębiorstwach, w których zauważalne jest sztywne przywiązanie do firmowego drzewka hierarchii. W tym systemie przełożony komunikuje się tylko i wyłącznie ze swoim bezpośrednim podwładnym, co sprawia, że zanim wiadomość dotrze od zarządu do szeregowych pracowników, musi pokonać wszystkie firmowe szczeble. Znacznie wydłuża to czas komunikacji, a treść takiej informacji bardzo często jest na samym końcu mocno zniekształcona w stosunku do oryginału.

Obieg informacji w przedsiębiorstwie będzie kluczową kwestią tak długo, jak długo gromadzenie i analiza danych będzie stanowić o „być, albo nie być” w biznesie. Obecnie wszystko wskazuje na to, że rola efektywnego zarządzania informacjami w firmie w najbliższych latach będzie coraz większa, dlatego umiejętności z tego zakresu powinny wchodzić w kompetencje każdego przedsiębiorcy.