Trzy trendy na 2017 rok, które zmienią sposób, w jaki zarządzamy energią

Jacek Łukaszewski, Prezes Schneider Electric Polska
Jacek Łukaszewski, Prezes Schneider Electric Polska

Urbanizacja, digitalizacja i industrializacja – te trzy megatrendy zdominowały ubiegły rok i to one także w 2017  i w kolejnych latach będą wpływać na sposób, w jaki zarządzamy energią.  Prognozy nie pozostawiają wątpliwości: do 2050 roku populacja miast na całym świecie powiększy się o 2,5 mld ludzi[1], liczba urządzeń podłączonych do sieci wzrośnie o 50 mld w ciągu najbliższych 5 lat[2], a zapotrzebowanie na energię w przemyśle zwiększy się o przynajmniej 50 proc. w ciągu kolejnych 35 lat[3]. Jednocześnie, stoimy przed wyzwaniem dwukrotnego obniżenia poziomu emisji gazów cieplarnianych. Jedynym rozwiązaniem tego dylematu energetycznego jest trzykrotne zwiększenie efektywności.  Potrzebna jest więc zmiana podejścia do zarządzania energią, która w 2017 roku będzie napędzana przez trzy kluczowe trendy.

Trend 1:  Organizacje będą integrować procesy operacyjne i IT dzięki Internetowi Rzeczy

Prognozowany na najbliższe lata wzrost liczby urządzeń przynależących do Internetu Rzeczy nie pozostanie bez wpływu na niemal wszystkie sektory gospodarki – IoT zmieni kształt sektora przemysłu, infrastruktury, budownictwa komercyjnego i mieszkaniowego, centrów danych i sieci, medycyny, a nawet rolnictwa. Internet Rzeczy zrewolucjonizuje również sposób, w jaki firmy i organizacje zarządzają energią. Budynki, domy mieszkalne, centra danych, obiekty przemysłowe i sieci elektroenergetyczne będą skomunikowane ze sobą – od poziomu elektrowni do gniazdka – podnosząc efektywność dzięki dwukierunkowemu przepływowi energii i informacji.  Biznes już dziś postrzega IoT jako źródło potencjalnych korzyści –  z badania zrealizowanego przez Schneider Electric wynika, że aż 70 proc. kadry kierowniczej z 2500 firm na całym świecie dostrzega wartość biznesową, jaką niesie ze sobą Internet Rzeczy, a 23 proc. organizacji planowało wdrożenie takich rozwiązań w ciągu najbliższych 6 miesięcy. Aby jednak w pełni wykorzystać potencjał IoT, firmy muszą zacząć od integracji procesów operacyjnych i IT na wszystkich poziomach organizacji – spodziewamy się, że ten trend zyska na znaczeniu w 2017 roku. Skomunikowane ze sobą urządzenia wyposażone w cyfrową transmisję danych będą dostarczać dane do lokalnych systemów zarządzania i narzędzi analitycznych, pozwalając podejmować lepsze decyzje w czasie rzeczywistym, co całkowicie zmieni sposób zarządzania energią.

Trend 2: Nowe technologie pozwolą wykorzystać potencjał OZE

Od 2023 roku w naszym systemie energetycznym będzie brakować ok. 1000 MW, aż do roku 2035 kiedy będzie to już 13 000 MW energii – wynika z raportu Polskich Sieci Elektroenergetycznych o zapotrzebowaniu na energię w latach 2016 – 2035. Jednocześnie, będziemy musieli nie tylko spełnić unijne regulacje dotyczące ograniczenia szkodliwych emisji, ale również sprostać własnemu zapotrzebowaniu na energię, szczególnie w miastach, które obecnie odpowiadają za 75 proc. zużycia energii, a liczba ich mieszkańców będzie dynamicznie rosła. Do tego konieczna będzie większa elastyczność w zakresie dostarczania i zużycia energii. Dalszy rozwój energetyki odnawialnej jest więc nieunikniony. Jak wskazują prognozy, odnawialne źródła energii będą w coraz większym stopniu koegzystować z paliwami kopalnymi, konkurując o udział w miksie energetycznym, a do roku 2030 generatory słoneczne i akumulatory będą stanowić około 50 proc. wszystkich nowych instalacji podnoszących ilość dostępnej mocy[4]. Żeby w pełni wykorzystać możliwości, jakie dają odnawialne źródła energii, potrzebne są jednak dedykowane technologie. Panele słoneczne zainstalowane w budynkach biurowych, w połączeniu z magazynami energii i sterowaniem za pomocą systemu BMS (Building Management System), nie tylko zapewnią bezpieczne funkcjonowanie obiektu, ale pozwolą też znacznie zmniejszyć zużycie energii z tradycyjnej sieci. Dlatego, spodziewam się, że w 2017 roku deweloperzy planując swoje inwestycje, będą jeszcze chętniej brać pod uwagę technologie, które pozwolą im wykorzystać potencjał OZE. Dzięki takim rozwiązaniom będą mogli uzyskać lepszą efektywność energetyczną i kosztową oraz zabezpieczyć się przed ewentualnymi problemami w dostawie energii.

Trend 3: Czeka nas rozwój technologii Smart grid

Obecnie obszar miast zajmuje zaledwie 2 proc. powierzchni Ziemi, a zamieszkuje w nich aż 54 proc. światowej populacji. Szacuje się, że do 2045 roku udział ten zwiększy się do poziomu 70 proc. Postępujący proces urbanizacji, będącej jednym z globalnych megatrendów, powoduje, że miasta muszą nauczyć się wykorzystywać nowe technologie, by efektywniej dysponować dostępną energią. Takie możliwości daje Smart Grid, która zakłada wymianę informacji pomiędzy wszystkimi uczestnikami rynku energii, umożliwia inteligentne zarządzanie siecią i elastyczne reagowanie na popyt w czasie rzeczywistym. Podstawą do jej budowy i rozwoju są inteligentne liczniki. Abyśmy jednak mogli mówić o inteligentnej sieci, niezbędne jest też oprogramowanie wdrożone u sprzedawców,  dostawców energii oraz zarządców sieci, które będzie monitorować zużycie na wszystkich punktach poboru i dostosowywać podaż do aktualnego zapotrzebowania. To pozwoli na zniwelowanie strat energii i dostarczanie jej w bardziej efektywny sposób. Dlatego, jednym z  wyzwań dla miast, które dążą do bycia „smart”, będzie w tym roku modernizacja oraz udoskonalenie sieci elektroenergetycznej.

[1] Departament Spraw Ekonomicznych i Społecznych ONZ (DESA)

[2] Cisco

[3] Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA)

[4] Bloomberg New Energy Finance

Produkcja w wersji nowoczesnej – Forum Nowoczesnej Produkcji 2017

Forum Nowoczesnej Produkcji 2017W czasie Forum Nowoczesnej Produkcji, które odbędzie się 5-6 kwietnia 2017 r. w Hotelu Westin w Warszawie paneliści skupią się na najbardziej kluczowych elementach przedsiębiorstw produkcyjnych: 

  • Optymalizacja procesów produkcji i kosztów działalności.
  • Efektywne zarządzanie strukturą, zasobami ludzkimi i surowcowymi.
  • Nastawienie na jakość.

Te obszary działalności w szczególności mogą być wspomagane poprzez najnowsze, dedykowane rozwiązania i narzędzia informatyczne.

Forum to unikalna platforma do rozmów, wymiany wiedzy, opinii i doświadczeń pomiędzy przedstawicielami zarządów największych spółek, reprezentantami administracji centralnej oraz ekspertami produkcji i nowych technologii. Głównym celem Forum Nowoczesnej Produkcji jest wspólne wypracowanie nowych rozwiązań, które w najbliższej przyszłości wesprą budowę i rozwój innowacyjnego przemysłu w naszym kraju.

Nad zakresem merytorycznym Forum czuwa Rada Programowa, działająca pod przewodnictwem Dariusza Piotrowskiego – Członka Zarządu Microsoft Polska, Joanny Makowieckiej-Gaca – Współprzewodniczącej Rady Programowej oraz Prof. zw. dr hab. Krzysztofa Obłója – Akademia L. Koźmińskiego/ Uniwersytet Warszawski. W Radzie zasiadają również m.in.:

  • Krystyna Boczkowska – Prezes Zarządu, Robert Bosch
  • Mariusz Golec – Prezes Zarządu, Wielton
  • Paweł Kaczalski – Członek Zarządu, Solaris Bus & Coach
  • Andrzej Korpak – Dyrektor Zarządzający, General Motors Manufacturing Poland
  • Krzysztof Fiegler – Członek Zarządu, IPO System
  • Paweł Stefański – Prezes Zarządu, BALLUFF Polska
  • Jędrzej Kowalczyk – Prezes i założyciel polskiego, FANUC Polska
  • Andreas Gietl – Dyrektor Zarządzający, BASF Polska
  • Peter Baudrexl – CEO, Siemens Polska

Zwieńczeniem pierwszego dnia III edycji Forum Nowoczesnej Produkcji będzie Wielka Gala „Liderzy Świata Energii i Produkcji”, która odbędzie się 5 kwietnia 2017 r. w Hotelu Westin w Warszawie. Podczas jej trwania zostaną wyróżnione osobowości, przedsięwzięcia i przedsiębiorstwa, wywierające pozytywny wpływ na rozwój branży oraz przyczyniające się do wzrostu konkurencyjności polskiego biznesu i gospodarki. Niezależna Kapituła Konkursowa przyzna statuetki w następujących kategoriach:

  • Człowiek Roku
  • Firma Produkcyjna Roku
  • Dostawca Roku
  • CSR Społeczna odpowiedzialność biznesu

2 miliony biernych zawodowo Polaków nadzieją dla rynku pracy

Aktywność zawodowa w Polsce jest o ponad 4 pp. niższa niż średnia unijna, co daje nam 7 miejsce od końca w zjednoczonej Europie. Pomimo poprawiającej się sytuacji na rynku pracy i rosnących niedoborów kadrowych nadal niemal 5,5 miliona Polaków w wieku produkcyjnym jest biernych zawodowo. Z analiz ekspertów Work Service wynika, że w kraju istnieje rezerwa kadrowa w postaci 2 mln osób, które przebywają poza rynkiem pracy, z innych powodów niż zdrowie czy wejście w wiek emerytalny.

Nie mają zatrudnienia, nie są bezrobotni, ale porzucili chęć znalezienie pracy. Kim są? To osoby bierne zawodowo, których w wieku produkcyjnym w Polsce kraju jest niemal 5,5 miliona. Głównymi powodami, dla których znajdują się poza rynkiem pracy są: obowiązki rodzinne, stan zdrowia, edukacja, przejście na emeryturę i zniechęcenie w poszukiwaniu zatrudnienia. liczba Polaków w wieku produkcyjnym biernych zawodowo

Wobec rekordowo niskich poziomów bezrobocia uwidocznił się w Polsce narastający problem z dostępnością rąk do pracy. Obecnie główną receptą na wypełnianie powstałych wakatów jest imigracja, ale należy również pamiętać, że w naszym kraju mamy milionowe rezerwy kadrowe. Poziom aktywności zawodowej Polaków jest stosunkowo niski i wyraźnie odbiega od średnich europejskich. To powoduje, że zajmujemy dopiero 22 miejsce wśród krajów unijnych, pod względem udziału na rynku pracy osób w wieku produkcyjnym – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Recepta na kurczenie się zasobów kadrowych

Polska jest 6 największym pod względem liczby ludności krajem Unii Europejskiej, z wynikiem przekraczającym 38 mln obywateli. Pomimo tak dużego potencjału, zaczynamy borykać się z problemem starzejącego się społeczeństwa. Z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku na każde 100 osób w wieku produkcyjnym przypadało 29 osób w wieku przedprodukcyjnym i 33 osoby w wieku poprodukcyjnym. To oznacza, że potencjalne zasoby kadrowe, które wejdą na rynek pracy, już dziś są mniejsze niż  pula osób, które z niego wychodzą, a więc wkraczają w wiek emerytalny.

W perspektywie wyzwań demograficznych i kurczenia się puli osób w wieku produkcyjnym należy postawić na zwiększanie aktywności zawodowej Polaków. Z naszych analiz wynika, ze jest to możliwe, bo wśród biernych zawodowo możemy wyszczególnić grupę ponad 2 mln osób, które stanowią realny kapitał do przywrócenia na rynek pracy. Są to ludzie zniechęceni poszukiwaniem pracy, zajmujący się gospodarstwem domowym, a także osoby uczące się już po ukończeniu 25 roku życia – podkreśla Andrzej Kubisiak z Work Service.

Kim są i jak im pomóc?

Statystyczna osoba bierna zawodowo w Polsce jest kobietą,  podstawowym wykształceniem, która mieszka w mieście. Jednak wiele mówiąca jest również przynależność do grupy wiekowej. Wśród osób zniechęconych poszukiwaniem pracy, niemal połowę stanowią potencjalni pracownicy w wieku 55+.

Nasza gospodarka nie może pozwolić sobie na marnowanie tak dużych i cennych zasobów kapitału ludzkiego. Polska ma nadal ujemne saldo migracyjne i postępujący kryzys demograficzny, którego odwrócenie zajmie kolejne dekady. Dlatego jednym z kluczowych działań na kolejne lata powinno być wzmożenie działań aktywizacyjnych skierowanych do osób nie tylko bezrobotnych, ale również biernych zawodowo. Z jednej strony, należałoby rozważyć wprowadzenie odpowiednich zachęt dla firm do częstszego zatrudniania pracowników 50+, a także postawić na kursy zawodowe, dające uprawnienia do podjęcia pracy w deficytowych dziś zawodach – podsumowuje Maciej Witucki.

Kredyty dla firm: w jakiej wysokości, na jakie cele?

Serwis Oferteo.pl zbadał, jakich kredytów najczęściej poszukują działający w naszym kraju przedsiębiorcy. I chociaż pomiędzy preferencjami osób prowadzących jednoosobową działalność a preferencjami spółek kapitałowych zachodzą istotne różnice, to jednak najczęściej wskazywanym celem, na który kredyt ma być przeznaczony, jest finansowanie bieżącej działalności firmy.

Kwota kredytu

Kwota kredytu

Osoby fizyczne prowadzące własną działalność gospodarczą najczęściej poszukiwały kredytu w przedziałach od 10 001 do 50 000 zł (35%) oraz od 100 001 do 500 000 zł (25%). Wyższym kredytem było zainteresowanych tylko 9% badanych.

Z danych Oferteo.pl, serwisu łączącego w czasie rzeczywistym osoby poszukujące towarów i usług z ich dostawcami, wynika również, że firmy będące spółkami kapitałowymi (czyli np. spółki z o.o. czy spółki akcyjne) poszukiwały najczęściej kredytów w przedziale od 100 do 500 tys. zł (33%), a kredytami w kwocie przekraczającej pół miliona złotych było zainteresowanych 11% z nich.

 

Okres kredytowania

Okres kredytowania

Prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą byli najczęściej zainteresowani okresem kredytowania wynoszącym od 2 do 5 lat. Wskazało tak 41% badanych. Podobne preferencje odnotowano wśród spółek kapitałowych, spośród których 43% chciało spłacać kredyt w czasie od 2 do 5 lat. Co ciekawe, to spółki kapitałowe częściej deklarowały chęć spłaty kredytu w ciągu roku (18%) niż osoby prowadzące własną działalność (6%).

Okresem kredytowania wynoszącym od 6 do 10 lat było zainteresowanych 34% osób prowadzących własną działalność oraz 20% spółek kapitałowych. Natomiast podobny odsetek wśród osób fizycznych i spółek kapitałowych, wynoszący 19%, poszukiwał kredytu, który mógłby zostać spłacony w czasie dłuższym niż 10 lat.

Zaciągnięcie kredytu, zwłaszcza wieloletniego, wymaga dokładnego przeanalizowania nie tylko sytuacji finansowej przedsiębiorstwa, ale również ofert  kredytów dla firm. Przed podjęciem ostatecznej decyzji warto poświęcić czas i sprawdzić warunki u różnych kredytodawców. Polecam sprawdzić minimum 3 oferty. Dobrym rozwiązaniem dla osób, które nie mają czasu na osobiste wizyty w bankach, jest pozyskanie ofert za pomocą zapytania ofertowego złożonego w serwisach internetowych. Banki same odpowiedzą na nasze zapytanie, co pozwoli nam na sprawne porównanie ofert i wybór najlepszej dla nas propozycji  – mówi Karol Grygiel, członek zarządu Oferteo.pl.

Na co firmy biorą kredyt?

Cel pozyskania kredytu

Badane przez Oferteo.pl firmy najczęściej deklarowały, że środki pozyskane z kredytu posłużą im do finansowania bieżącej działalności. Wskazało tak 34% osób prowadzących jednoosobową działalność oraz 37% spółek kapitałowych.

W dalszej kolejności firmy wskazywały na kupno maszyn lub urządzeń (po 15%), kupno towarów, materiałów lub surowców (po 12%), zakup lub budowę nieruchomości (11% wśród osób fizycznych, 12% wśród spółek kapitałowych).

Największe rozbieżności pomiędzy badanymi przez Oferteo.pl firmami wystąpiły w przypadku zakupu samochodu, co jako cel kredytu wskazało 11% osób fizycznych i tylko 3% spółek kapitałowych, oraz w przypadku rozbudowy lub remontu nieruchomości, na co kredytu potrzebowało 6% osób fizycznych oraz 12% spółek.

Jednym z celów pozyskania kredytu było również spłacenie zobowiązań wobec kontrahentów. Środków na to poszukiwało 4% osób fizycznych oraz 8% spółek kapitałowych.

W opracowaniu nie ujęto spółek osobowych z powodu zbyt niskiej próby.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy niespełna 600 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl w 2016 roku przez podmioty poszukujące kredytu dla firmy.

Eksperci radzą: Kup mieszkanie w gorszej dzielnicy a będziesz mógł dodatkowo zarobić

Eksperci radzą, by przyszli nabywcy nieruchomości interesowali się lokalizacjami, które dziś nie wydają się atrakcyjne, ale za kilka lat mogą podnieść swój prestiż. Sprytni konsumenci uważnie śledzą plany wybranych rejonów, aby ustalić, czy w okolicy danego osiedla nie powstanie z czasem np. ważny węzeł komunikacyjny.

Jeśli chcemy korzystnie kupić mieszkanie, powinniśmy najpierw wybrać właściwą lokalizację. Ale, jak doradza Łukasz Sęktas, prezes zarządu TIARA Development, nie należy koncentrować się na tym, co obecnie znajduje się na danym terenie. Trzeba dowiadywać się, co się zmieni w różnych częściach miasta i na jego obrzeżach, w perspektywie 2 czy 3 lat. Ekspert przyznaje, że szukanie miejsca, które ma szansę stać się atrakcyjnym w przyszłości, nie jest proste, zwłaszcza dla osób niezwiązanych z branżą nieruchomości. Jednak w ten sposób można taniej nabyć lokal, który dość szybko zyska na wartości.

– W poszukiwaniu tzw. wschodzącej lokalizacji, trzeba udać się do urzędu miasta lub dzielnicy po wydawane tam informatory, dotyczące planowanych inwestycji. Przykładem jest „Zintegrowany Program Rewitalizacji m.st. Warszawy do 2022 roku”. Należy czytać prasę lokalną i przeglądać różnego rodzaju fora internetowe. Z tych źródeł można się dowiedzieć, gdzie i kiedy powstanie np. centrum handlowe, obiekt sportowy lub dodatkowa linia metra. Tego typu inwestycje zawsze podnoszą wartość pobliskich mieszkań. Gdy już poznamy czas i miejsce budowy wskazanych obiektów, znajdźmy w ich okolicy nieruchomości na sprzedaż – wyjaśnia Jarosław M. Skoczeń, Członek Zarządu Grupy Emmerson S.A.

Łukasz Sęktas podpowiada, że w urzędzie miasta, dzielnicy lub gminy sprawdzimy plany zagospodarowania danego terenu. Większość tych instytucji publikuje je na stronach internetowych. Urzędnicy mogą podawać nam informacje, osobiście lub telefonicznie, na temat interesujących nas lokalizacji. Warto zapytać wtedy o rodzaj planowanych inwestycji. Jeśli np. mają gdzieś powstać magazyny, do których przyjeżdżałyby dziesiątki ciężarówek, to wartość okolicznych mieszkań zmaleje. W przypadku, gdy procedura uchwalania planu zagospodarowania przestrzeni jest jeszcze nieukończona, to również możemy zobaczyć jej projekt na stronie właściwego urzędu. Istnieje jednak ryzyko, że może on ostatecznie nie wejść w życie lub zostać zatwierdzony po dokonaniu w nim zmian.

– Bardzo ważnym elementem oceny potencjału ekonomicznego tzw. lokalizacji wschodzącej, jest ilość planowanych na niej inwestycji. Jeżeli na danym terenie zostanie wybudowanych wiele mieszkań lub też osiedli, to po paru latach nasz lokal stanie się starszy, niż te najnowsze. Automatycznie straci na wartości, nawet jeśli zostanie usytuowany w bardzo dobrym punkcie komunikacyjnym, np. blisko nowopowstałej stacji metra. Tylko kupując mieszkanie w tzw. „plombie”, wiemy na pewno, że nic nie zagrozi jej cenie – zwraca uwagę Jarosław M. Skoczeń.

Natomiast Łukasz Sęktas twierdzi, że lokalizacja, która uzyskuje dostęp do metra, automatycznie przyciąga nowych nabywców, a jej prestiż zdecydowanie się zwiększa. W Warszawie można mówić o wzroście cen nieruchomości, z tego tytułu, nawet na poziomie 20%. Wynika on z tego, że podziemna kolej elektryczna jest najszybszym środkiem transportu w dużym mieście. Drastycznie skraca czas dojazdu i podnosi wygodę podróżowania. Wybudowanie innych węzłów komunikacyjnych, np. nowej linii tramwajowej, też podwyższa wartość rynkową mieszkań w danej dzielnicy, ale już tylko o kilka procent.

– Przykładem tzw. dzielnicy wschodzącej jest warszawska Praga. Gdy dotarło tam metro, faktycznie ceny mieszkań natychmiast poszły w górę. Ale, jeżeli chcemy być całkowicie pewni dobrego zakupu, powinniśmy raczej rozejrzeć się za nieruchomościami w bardzo starych budynkach. Jeśli są rewitalizowane, to lokale szybko zyskują na wartości, nawet 3 do 5 tys. zł na metrze. Powodem tego jest niepowtarzalność danej zabudowy i jej okolicy, która wzbudza zachwyt dużej części konsumentów – mówi ekspert Grupy Emmerson S.A.

Jednak Łukasz Sęktas przypomina, że w kamienicach trudno o wysoki standard mieszkań. Nie można ich w pełni unowocześnić, np. zamontować w nich wind. Co więcej, jeśli podlegają one ochronie konserwatora zabytków, to wymiana okien czy barierek na balkonach wymaga jego zgody. Częstym problemem są też rozbieżne interesy właścicieli lokali. Nowi nabywcy chcą remontów powierzchni wspólnych, a starsi mogą nie dysponować odpowiednimi środkami. Ponadto, dzielnicom, zaniedbanym przez lata, trudno faktycznie awansować, jeśli nie idzie za tym bardzo silna rozbudowa infrastruktury. Zwykle mają złą sławę i podwyższony poziom przestępczości. Tymczasem, o prestiżu lokalizacji świadczy przede wszystkim bezpieczna okolica. Zmiana w postrzeganiu jej zajmuje całe dekady.

– W Warszawie na ul. Brzeskiej jest kilka takich kamienic, które aktualnie podlegają renowacji. Kiedy firma deweloperska zaczęła je odnawiać, ceny mieszkań wynosiły od 5 do 7 tys. złotych za metr kw. Obecnie, mimo że ta inwestycja jest dopiero na półmetku, trzeba tam już zapłacić od 10 do nawet 12 tys. zł za metr. Wynika z tego, że pierwsi kupujący zyskali kilka tysięcy złotych na każdym metrze. To naprawdę duży i szybki skok na wartości. Ale na takie okazje można czekać, gdy nam się nie spieszy z zakupem. I oczywiście należy stale śledzić, pod tym kątem, rynek nieruchomości – dodaje Jarosław M. Skoczeń.

Prezes zarządu TIARA Development przewiduje, że w przyszłości wzrośnie znaczenie bliskości parków i zieleni, skupionych wokół obiektów mieszkalnych. W Europie Zachodniej już teraz mieszkanie z widokiem na skwer czy też rzekę może być o kilkadziesiąt procent droższe od lokalu, położonego nawet w tym samym budynku, ale zlokalizowanego z innej, mniej atrakcyjnej strony. Nabywcy, wraz ze wzrostem zamożności, chętniej płacą za pewną unikalność, np. niepowtarzalny pejzaż za oknem. W takim miejscu lepiej się wypoczywa. Dlatego poszukują oni mieszkań w centralnych lokalizacjach, które jednocześnie są ciche i stwarzają wrażenie bliskości natury.

– Chcąc ocenić, czy tańsza nieruchomość ma potencjał do wzrostu swojej wartości, należy sprawdzić ceny mieszkań, jakie obowiązują w danym czasie i w bliskiej lokalizacji, na rynku wtórnym. W tym celu warto udać się do biur sprzedaży i przeanalizować dostępne tam oferty. Porównujemy je ze stawką wyjściową na rynku pierwotnym. Jeśli wybrany przez nas lokal jest tańszy od innych, starszych, np. o ok. 1 tys. złotych na metrze, to znaczy, że warto go kupić. W rejonie, gdzie komfort życia ma poprawić rozbudowa infrastruktury, cena naszej nieruchomości może wzrosnąć nawet o 20-30% – kalkuluje Skoczeń.

Podsumowując, Łukasz Sęktas wskazuje, że tańsze inwestycje, które rokują na wzrost wartości, znajdują się na terenach, przez lata zupełnie niezagospodarowanych. Powodem tego mogły być np. skomplikowane stosunki właścicielskie lub niekorzystne zapisy w planach miejscowych. Jeśli lokalizacja jest zapomniana, ale interesująca, dzięki planowanym na niej inwestycjom oraz bliskości do centrum, to przyciągnie nabywców i podniesie swój prestiż. Jednym z takich przykładów jest warszawski Wilanów, który powstał w przysłowiowym „szczerym polu”. Z czasem zyskał na atrakcyjności, dzięki budowie różnych obiektów, np. galerii handlowych, biur, sklepów czy lokali gastronomicznych.

2017 rok upłynie pod znakiem inwestycji w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. Do 2020 roku rynek będzie wart 11,5 mld zł

2017 rok upłynie pod znakiem inwestycji w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. Do 2020 roku rynek będzie wart 11,5 mld zł 1

W najbliższych latach polski rynek partnerstwa publiczno-prywatnego powinien rosnąć w dwucyfrowym tempie, a w 2020 roku wartość realizowanych projektów powinna przekroczyć 11,5 mld zł – wynika z prognoz Ministerstwa Rozwoju. Do dynamicznego wzrostu przyczynią się przede wszystkim zmiany w prawie ułatwiające prywatnym firmom dostęp do przetargów realizowanych w formule PPP.

2016 rok był nieco gorszy dla PPP od lat poprzednich. Mam nadzieję, że 2017 rok będzie już zdecydowanie lepszy. Tym bardziej że jest ku temu kilka przesłanek związanych m.in. z polityką rządową – mówi agencji Newseria Biznes Mirosław Józefczuk, członek zarządu Warbud SA.

Ubiegłoroczne spowolnienie PPP to m.in. efekt mniejszych planów inwestycyjnych gmin. Po latach intensywnego korzystania ze środków unijnych 2016 rok miał być okresem na przeczekanie i przygotowanie planów na kolejną perspektywę finansową UE. Dodatkowym czynnikiem była niepewność związana z polityką nowych władz centralnych w zakresie PPP. Działania rządu w ubiegłym roku w ocenie ekspertów było jednak prorozwojowe dla rynku. Wśród pozytywnych zmian wymieniają nowelizacje ustawy o zamówieniach publicznych czy szereg szkoleń w tym zakresie, a także deklarowane przez Mateusza Morawieckiego uwzględnienie PPP w strategii rządowej i rozpoczęcie prac nad katalogiem dobrych praktyk.

Jednym z przykładów ostatnich działań rządu na rzecz wsparcia rynku PPP jest ubiegłoroczna nowelizacja ustawy o koncesji na roboty budowlane lub usługi. Zmiany, które weszły w życie z końcem lipca 2016 roku, dotyczą m.in. obniżenia progu zabezpieczenia umowy przez partnera prywatnego. Zmieniono również zasady kwalifikacji wydatków ponoszonych w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Przepisy oddziaływające na przebieg formalny projektów PPP stały się bardziej przejrzyste i ujednolicone.

Rzeczywiście widzimy zmianę polityki rządowej w stosunku do rynku PPP. Kolejne przesłanki są już widoczne na początku 2017 roku. Są to nowe przetargi, które są ogłaszane przez samorządy, związane z termomodernizacją, infrastrukturą szpitalną czy infrastrukturą basenową – wymienia Mirosław Józefczuk.

Ministerstwo Rozwoju oczekuje, że w wyniku wprowadzonych ułatwień rynek partnerstwa publiczno-prywatnego odnotuje dynamicznych wzrost. Resort prognozuje, że do 2020 roku wartość projektów realizowanych w tej formule zwiększy się o 45 proc. do ponad 11,5 mld zł.

Jak podkreślają eksperci, rozwojowi rynku sprzyjać będzie fakt, że kończy się strumień pieniędzy z UE. Perspektywa 2014–2020 ma być ostatnią tak hojną dla Polski.

Wszyscy mają w tyle głowy to, że po 2020 roku pieniędzy będzie zdecydowanie mniej i w związku z tym trzeba się przygotować na zmianę polityki związanej z inwestycjami – podkreśla Józefczuk. – Podobnie jak w Europie Zachodniej, na rozwoju rynku PPP najmocniej skorzystają sektory związane ze szkolnictwem oraz szpitalnictwem. To także sektory związane z rynkiem rządowym, jak chociażby nasz pierwszy projekt w Nowym Sączu związany z rozbudową sądu, a także więziennictwo czy prokuratury – wylicza.

Realizowana przez Warbud w ramach PPP budowa Sądu Rejonowego w Nowym Sączu rozpoczęła się w kwietniu ubiegłego roku. To pierwszy projekt tego typu, gdzie partnerem prywatnej spółki jest podmiot należący do Skarbu Państwa.

W opinii Mirosława Józefczaka mimo pozytywnych zmian polski rynek PPP w stosunku do krajów Europy Zachodniej wciąż ma co najmniej dwudziestoletnie zaległości. Opóźnienia mamy także względem naszych południowych sąsiadów.

W Europie Zachodniej rynek PPP zaczął się kształtować w latach 80. Z przyczyn oczywistych w Polsce nastąpiło to znacznie później – zauważa ekspert. – W Czechach już kilka dużych projektów PPP, także rządowych, zostało zrealizowanych. My upatrujemy w tym dość dużą szansę.

Od 2009 roku w Polsce pojawiło się ponad 350 pomysłów na projekty PPP. Zawarto 113 umów, a ich łączna wartość przekracza 5,6 mld zł.

Na rynku pozagiełdowym zarabia 35 proc. inwestorów. Ich świadomość rośnie

Na rynku pozagiełdowym zarabia 35 proc. inwestorów. Ich świadomość rośnie 2

Coraz więcej inwestorów na rynku pozagiełdowym – rynku OTC – notuje zyski. Mimo że jest to rynek instrumentów o podwyższonym ryzyku, wyniki publikowane przez domy maklerskie wskazują, że w zależności od instrumentów zarabia między 32 a 52 proc. inwestujących. To przeczy przekonaniu, że ten rynek znacznej większości graczy przynosi straty. Zdaniem Marka Wołosa z Izby Domów Maklerskich polscy inwestorzy są coraz lepiej wyedukowani, a ich wyniki są na poziomie ich odpowiedników z dojrzałych rynków.

– Już po raz kolejny, zgodnie z wytycznymi Komisji Nadzoru Finansowego, domy maklerskie, które prowadzą działalność w zakresie rynku nieregulowanego instrumentów pochodnych, rynku forex i innych instrumentów opublikowały wyniki swoich klientów. W IV kwartale 2016 r. te wyniki były dość zbliżone do wyników osiągniętych przez inwestorów w III kwartału ub.r. – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Wołos, ekspert Izby Domów Maklerskich ds. rynków OTC.

Z danych publikowanych przez największe domy maklerskie i zebrane przez Izbę wynika, że w IV kwartale największy odsetek inwestorów osiągnął zyski na kontraktach na obligacje oraz stopy procentowe (52,2 proc.). Z kolei wśród inwestujących w instrumenty oparte o indeksy giełdowe oraz waluty odsetek zarabiających wyniósł ok. 35 proc. Jak podkreśla Wołos, na rynku forex to wynik „na poziomie rynków dojrzałych”. W obszarze inwestycji na towary zyski odniosło 25,8 proc., a w kontraktach na aukcje – 32,4 proc. inwestujących. W III kwartale średni odsetek zarabiających był jeszcze wyższy i wyniósł 45 proc. Na rynkach dojrzałych współczynnik ten wynosi 30–40 proc.

– Polscy inwestorzy, którzy są już bardziej profesjonalni, potrafią inwestować i robią to z coraz lepszymi efektami. Ale też sprzyjały im okoliczności związane czy z niższą zmiennością rynku, czy z faktem, że byli bardziej skłonni do zamykania niektórych pozycji – IV kwartał to okres, w którym inwestorzy częściej zamykają pozycje, co jest związane z rozliczeniami podatkowymi – komentuje Marek Wołos.

Ekspert szacuje, że nawet kilkadziesiąt tysięcy inwestorów na polskim rynku ma już na tyle skuteczne strategie inwestowania, by systematycznie osiągać zyski. Dodatkowo domy maklerskie starają się edukować inwestorów. Stąd opinia o tym, że 80–90 proc. inwestorów z rynku OTC ponosi straty okazała się nieprawdziwa, choć proporcje zależą od rodzaju instrumentu oraz brokera. Przykładowo w III kwartale ub.r. najbardziej ryzykowny okazał się CFD akcyjny (w jednym z domów maklerskich tylko nieco ponad 11 proc. klientów odnotowało zysk), choć z kolei w innym domu maklerskim odsetek zyskujących na tym kontrakcie przekroczył 66 proc.

Pomagają też regulacje KNF, która przed dwoma laty ograniczyła możliwość stosowania wysokości dźwigni finansowej na rynku forex do proporcji 1:100.

– Powoli będziemy szli w kierunku statystyk międzynarodowych i wyników odnotowanych przez inwestorów na bardziej dojrzałych rynkach. Takie statystyki od dawna są publikowane w Stanach Zjednoczonych i one są zbliżone do tego, co odnotowaliśmy w ostatnich dwóch kwartałach w Polsce – podsumowuje Marek Wołos z IDM. – Miejmy nadzieję, że wysiłek domów maklerskich i coraz większej liczby instytucji jak choćby Izba Domów Maklerskich, którzy aktywnie edukują inwestorów, nie pójdzie na darmo.

Koniec środków z MdM na ten rok. Zdaniem ekspertów rządowe programy powinny zastąpić kasy budowlano-oszczędnościowe

Koniec środków z MdM na ten rok. Zdaniem ekspertów rządowe programy powinny zastąpić kasy budowlano-oszczędnościowe 3

Z końcem stycznia Bank Gospodarstwa Krajowego wstrzymał przyjmowanie wniosków o dopłaty do kredytu zaciąganego na zakup mieszkania w tym roku. Rządowy program Mieszkanie dla Młodych wygaśnie w 2018 roku. Zastąpi go Mieszkanie Plus, które zakłada budowę tanich mieszkań na wynajem. Zdaniem ekspertów system, w którym własność mieszkaniowa jest komunalna, może się okazać niewypałem. Lepszym pomysłem może być natomiast model wspierania długoterminowych oszczędności w ramach kas budowlanych. Podobne rozwiązanie funkcjonuje w wielu krajach Europy.

Długoterminowy system oszczędzania na cele mieszkaniowe w formule kas oszczędnościowo-budowlanych to pomysł na wspieranie budownictwa mieszkaniowego. W tym modelu osoby, które dzisiaj nie mogą sobie pozwolić na kupno mieszkania, przystępując do tego systemu i oszczędzając, z każdym kolejnym rokiem nabierają apetytu, ale i przekonania, że mogą się pokusić o własność mieszkaniową – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Furga, prezes Centrum Analiz Monitorowania Rynku Obrotu Nieruchomościami AMRON, przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości przy Związku Banków Polskich.

Kasy budowlane to rozwiązanie, w którym państwo wspiera długoterminowe oszczędności osób prywatnych, z których generowane są kredyty o stałej stopie oprocentowania przeznaczone na cele mieszkaniowe.

To pomysł, który od wielu lat z powodzeniem działa w wielu państwach Europy. Przykładowo w Niemczech osoby, które oszczędzają w kasach na własne mieszkanie dostają od rządu coroczną premię, która zasila rachunek oszczędnościowy. W takim modelu oszczędza ok. 30 mln Niemców. Z kolei w Czechach w kasach pieniądze na własną nieruchomość odkłada około 4 mln obywateli. W Austrii podobny model istnieje od ponad 60 lat.

Ten system działa również u naszych południowych sąsiadów, którzy razem z nami przechodzili transformację gospodarczą. Od 25 lat funkcjonuje na Słowacji, w Czechach i z ogromnym powodzeniem na Węgrzech. Nieco krócej działa również w Bułgarii, Rumunii i Chorwacji. W sumie jest to 11 państw, teraz czas na Polskę – mówi Jacek Furga.

W opinii prezesa Centrum AMRON doświadczenia innych krajów pokazują, że gdyby Polska przed kilkoma lat temu zdecydowała się na wsparcie wieloletniego systemu oszczędzania w kasach budowlanych, problem frankowiczów dziś by nie istniał. Ponadto, ten model po części rozwiązałaby też problem wahań stóp procentowych, ponieważ opiera się on o stałą, z góry ustaloną stopę zarówno w okresie oszczędzania, jak i spłaty kredytu zaciągniętego na nieruchomość.

Podobne rozwiązanie zostało zaproponowane w ramach programu Mieszkanie Plus. Jednak aby tzw. indywidualne konta mieszkaniowe spełniały swoje zadanie, powinny być realizowane w specjalistycznych bankach, jakimi są kasy oszczędnościowo-budowlane – uważa Jacek Furga.

Indywidualne konta mieszkaniowe to pomysł, który jest częścią rządowego programu Mieszkanie Plus. Osoby zainteresowane kupnem domu lub mieszkania będą mogły gromadzić na nich środki, które będą premiowane dopłatami od państwa.

Podstawowym założeniem programu jest jednak budowa tanich mieszkań na wynajem przeznaczonych dla osób, których nie stać na zaciągnięcie kredytu mieszkaniowego. Z czasem wynajmujący zyskaliby możliwość wykupienia ich na własność.

– Obawiam się programu, za którym będzie stało państwo, czyli narodowy operator i najemca, a własność mieszkaniowa będzie komunalna, jeśli nie państwowa. Boję się o efektywność tego rozwiązania. Jesteśmy za tym, żeby tych mieszkań na wynajem było jak najwięcej, ale żeby dopuścić inwestorów indywidualnych, chociażby poprzez ulgę podatkową lub dopłatę dla indywidualnych inwestorów, którzy również będą takie mieszkania na wynajem nabywać, kupować i oferować na rynku najmu – mówi Jacek Furga.

Mieszkanie Plus ma zastąpić obecny system dopłat w ramach programu MdM, który wygaśnie w 2018 roku. Działający na rynku od trzech lat MdM cieszy się ogromną popularnością. Z końcem stycznia BGK ogłosił, że wstrzymuje przyjmowanie wniosków o dopłaty w ramach MdM, ponieważ pula zarezerwowana na 2017 rok została wyczerpana już po miesiącu. Do wykorzystania zostały jeszcze środki na 2018 rok.

Zdaniem prezesa Centrum AMRON program Mieszkanie dla Młodych nie powodował jednak wzmożonej akcji kredytowej, a był jedynie formą premii dla tych, którzy i tak zdecydowali się na zakup własnej nieruchomości i zaciągnięcie na ten cel kredytu.

Ta forma pomocy państwa niestety nie przysparzała nowych zainteresowanych kredytami. Była formą nagrody dla tych, którzy i tak by się na ten kredyt zdecydowali. Powodowała natomiast dezorganizację samego procesu nabywania nieruchomości i kredytowania, co widać było w poprzednich latach, kiedy terminy wykorzystania limitów powodowały zdecydowane przesunięcie wniosków kredytowych, akcji kredytowej i kupowanych nieruchomości w poszczególnych kwartałach – mówi Jacek Furga.

Tylko co trzecia firma planuje w tym roku rozpocząć nową inwestycję. To najgorszy wynik od czasów kryzysu finansowego

Tylko co trzecia firma planuje w tym roku rozpocząć nową inwestycję. To najgorszy wynik od czasów kryzysu finansowego 4

Ubiegłoroczne spowolnienie w inwestycjach publicznych i przedsiębiorstw pociągnęło za sobą niższy wzrost PKB. Polska była jednym spośród wielu krajów regionu, które mocno odczuły spadek w inwestycjach. W tym roku sytuacja powinna się poprawiać, przynajmniej w sektorze publicznym. Wśród prywatnych firm inwestycje planuje rozpocząć w tym roku ledwie co trzecia – wynika z ankiety NBP. To najgorszy wynik od czasów kryzysu.

Ubiegły rok rozczarował, jeżeli chodzi o wzrost gospodarczy i wzrost inwestycji. To właśnie inwestycje, które spadły o ponad 5 proc., pociągnęły ten wzrost gospodarczy bardzo wyraźnie w dół. Są tego dwie przyczyny: po pierwsze, silny spadek inwestycji publicznych. Drugi element to inwestycje przedsiębiorstw, które również spadły, co było po części spowodowane niższą absorpcją środków unijnych, a po części zmianą sytuacji politycznej w Polsce – mówi agencji Newseria Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole.

Ze wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że PKB za ubiegły rok liczony w cenach stałych wzrósł realnie o 2,8 proc. To najsłabszy wynik od trzech lat i duży spadek w porównaniu z 2015 rokiem, w którym wzrost PKB wyniósł 3,9 proc. Początkowe prognozy budżetowe rządu na 2016 rok zakładały dużo lepszy wynik, na poziomie 3,8 proc.

Głównym hamulcem wzrostu PKB były inwestycje. Zapaść inwestycyjna była zauważalna już od początku ubiegłego roku i mocno nasiliła się w drugim kwartale (spadek o 7,7 proc.). W drugiej połowie roku zaczęła hamować, jednak w skali roku inwestycje spadły w sumie o 5,5 proc. To najgorszy wynik w ciągu ostatnich lat.

W sektorze publicznym inwestycje spadły przez niską absorpcję środków unijnych z perspektywy na lata 2014–2020. Główny ekonomista banku Crédit Agricole zwraca jednak uwagę na to, że Polska nie jest pod tym względem osamotniona.

W regionie ten problem był wszechobecny i wystąpił również w Czechach, na Węgrzech, w Rumunii oraz w tych krajach, które są beneficjentami środków unijnych i w porównaniu z krajami rozwiniętymi absorpcja środków unijnych jest relatywnie duża. Tam cykl środków unijnych był bardzo wyraźny i wpłynął na dynamikę inwestycji i na dynamikę PKB – mówi Jakub Borowski.

Za spadek inwestycji prywatnych odpowiada w największym stopniu niepewne otoczenie legislacyjne. Tylko w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy pojawiły się rządowe zapowiedzi nałożenia nowej daniny publicznej na sieci handlowe, wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę, repolonizacji banków, zawirowania wokół ustawy o obniżeniu wieku emerytalnego, podniesienia kwoty wolnej od podatku, wprowadzenia jednolitego podatku i zapowiedzi wzmożonych kontroli skarbowych. Ponieważ otoczenie legislacyjne i podatkowe jest niestabilne, przedsiębiorcy boją się inwestować własne środki.

To efekt, miejmy nadzieję, przejściowego negatywnego wpływu sytuacji politycznej w Polsce na otoczenie biznesu. Zmiana rządu zwiększyła niepewność dotyczącą nowych regulacji i podatków, które mogłyby wpłynąć na rentowność biznesu. Przykładem jest podatek handlowy, który wciąż czeka w zawieszeniu i nadal jest dyskutowany. Ta niepewność jest wskazywana przez polskie firmy jako czynnik, który będzie ograniczał inwestycje również w 2017 roku – mówi Jakub Borowski.

Potwierdzają to przeprowadzone przez Narodowy Bank Polski badania koniunktury, z których wynika, że w tym roku nowe inwestycje zamierza rozpocząć zaledwie co trzecie przedsiębiorstwo. To najgorszy spadek od czasów kryzysu finansowego z lat 2008–2009. Obniżył się także optymizm w rocznych planach dotyczących wydatków inwestycyjnych.

Główny ekonomista Crédit Agricole zauważa jednak, że ubiegły rok był dobry dla konsumpcji. Według danych GUS spożycie ogółem wzrosło o 3,6 proc. (wobec 3 proc. w 2015 roku), natomiast spożycie gospodarstw domowych zwiększyło się o 3,6 proc. (wobec 3,2 proc. w ubiegłym roku).

Trzeba powiązać to z poprawą sytuacji na rynku pracy. Ponieważ więcej osób miało pracę, ich łączna siła nabywcza była większa. Fundusz płac zwiększył się w ujęciu realnym, w czym pomogła deflacja. Ten czynnik przyspieszał realny wzrost wynagrodzeń – mówi Jakub Borowski.

Dodatkowym elementem, który w ubiegłym roku nakręcał konsumpcję, był rządowy program Rodzina 500 plus. W ramach wsparcia na drugie i kolejne dziecko rząd wypłacił Polakom w ubiegłym roku łącznie około 17 mld zł.

Program 500 plus był ważnym elementem, który wspierał konsumpcję. Te kwoty w pewnym stopniu zostały przeznaczone również na oszczędności i na dobra z importu, co ograniczało wpływ tego czynnika na produkt krajowy brutto – mówi Jakub Borowski.

Konsumpcja dla gospodarstw domowych jest ważniejszym czynnikiem, o większym przełożeniu na jakość życia niż wzrost PKB. Wartość wytworzonych przez gospodarkę towarów i usług jest jednak ściśle powiązana z konsumpcją i jest podstawowym wyznacznikiem oceny tego, czy gospodarstwom domowym powodzi się lepiej.

Istnieje silna korelacja pomiędzy PKB a konsumpcją. Patrząc na dane Eurostatu dotyczące PKB per capita wyrażonego według parytetu siły nabywczej, można zauważyć, że ta miara współgra z konsumpcją na mieszkańca. Zatem im więcej dóbr i usług wytwarza dany kraj, tym z większym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że konsumpcja przypadająca na mieszkańca będzie większa. PKB zawsze będzie tą miarą, której przyglądamy się najdokładniej i na bazie której oceniamy, czy gospodarstwom domowym wiedzie się lepiej – mówi Jakub Borowski.

Główny ekonomista banku Crédit Agricole prognozuje, że w tym roku czynniki, które dotąd niekorzystnie wpływały na gospodarkę i przyczyniały się do spowolnienia, będą ustępować.

 Efekt obniżonej absorpcji środków unijnych będzie ustępował, na co już mamy potwierdzenie w danych z końcówki ubiegłego roku. Mam nadzieję, że ustąpi również efekt związany z niepewnością dotyczącą warunków prowadzenia działalność gospodarczej – mówi Borowski.

Orlen, Biedronka i PKO BP najcenniejszymi polskimi markami. Sieć handlowa jako jedyna na podium poprawiła swój wynik

Orlen, Biedronka i PKO BP najcenniejszymi polskimi markami. Sieć handlowa jako jedyna na podium poprawiła swój wynik 5

PKN Orlen, popularna sieć handlowa Biedronka oraz bank PKO BP znalazły się w czołówce rankingu najcenniejszych marek dziennika „Rzeczpospolita”. Krajowy producent paliw, podobnie jak bank, zanotował względem ubiegłego roku dwucyfrowe spadki. Biedronka odnotowała w zeszłym roku rekordowe przychody ze sprzedaży i jako jedyna z pierwszej trójki poprawiła swoją wycenę. Względem ubiegłego roku na wartości straciła prawie połowa spośród 330 notowanych w zestawieniu brandów.

– W tegorocznym rankingu marek na pierwszym miejscu nadal króluje Orlen. Tuż za nim plasuje się sieć Biedronka, a na trzecim miejscu PKO Bank Polski. Różnica pomiędzy poszczególnymi markami wyraźnie się jednak zmniejszyła. Wartość marki Orlen znacznie zmniejszyła się z uwagi na spadek cen paliw, a z drugiej strony Biedronka zwiększyła swoje obroty, co automatycznie przełożyło się na wzrost wartości tej marki – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Ślusarczyk z firmy doradczej Acropolis Advisory, zajmującej się wyceną przedsiębiorstw i doradztwem transakcyjnym dla firm, która jest partnerem merytorycznym rankingu.

Pierwsze miejsce w 13. edycji rankingu najcenniejszych polskich marek dziennika „Rzeczpospolita” obronił Orlen. Jego wycena spadła jednak o 13 proc. (0,5 mld zł) rok do roku. Obecnie już tylko 100 mln zł dzieli go od drugiej w rankingu Biedronki, która w porównaniu z ubiegłorocznym rankingiem zanotowała 4-proc. wzrost.

Na jej wycenie pozytywnie odbił się ubiegłoroczny dynamiczny wzrost sprzedaży. Należąca do Jeronimo Martins sieć handlowa odnotowała w 2016 roku 9,8 mld euro przychodów ze sprzedaży, co oznacza wzrost o 6,3 proc. (10,8 proc. w zł). Według analityków Domu Maklerskiego PKO BP obecnie sieć Biedronka odpowiada za około 20 proc. całego handlu spożywczego w Polsce.

– Biedronka w ubiegłym roku znacznie zwiększyła swoje obroty. To był skok, który pozwolił jej na podniesienie wartości marki. Na plus z pewnością zmienia się również postrzeganie marki Biedronka przez konsumentów – mówi Jacek Ślusarczyk.

Trzecie miejsce w rankingu zajął PKO Bank Polski. Oznacza to, że w porównaniu z ubiegłoroczną edycją zestawienia pierwsza trójka pozostała niezmieniona. Zaraz za podium znalazła się sieć Play, która awansowała z szóstego miejsca, notując 18-proc. wzrost wartości. Od trzeciego miejsca wciąż dzieli ją jednak dystans pół miliarda złotych.

 Niestety, pechowa trzynastka dała o sobie znać, ponieważ wartość całego portfela spadła o około 1 mld zł – z 65,7 do poziomu 64,7 mld zł. Można pomyśleć, że jest to dużo, natomiast w ujęciu procentowym jest to niewielki spadek – mówi Jacek Ślusarczyk.

Spadki w tegorocznym rankingu odnotowała prawie połowa, bo 143 z grona 330 najcenniejszych marek. Natomiast wzrost wartości – poza Play i siecią Biedronka – odnotowały jeszcze m.in. Mlekovita, TVN, mBank, Lotto czy Wedel.

Z 13. edycji zestawienia „Rzeczpospolitej” wypadła za to sieć spożywcza Alma, która boryka się z poważnymi problemami finansowymi. Ze względu na brak danych w tegorocznym rankingu nie znalazło się również np. Polskie Radio. W zestawieniu zadebiutowały natomiast Cinema City, spożywcza Dawtona oraz deweloperzy Robyg i Murapol.

Na wycenę wartości danego brandu wpływają zarówno twarde mierniki – takie jak wielkość sprzedaży – jak i subiektywne oceny konsumentów. Jacek Ślusarczyk zwraca uwagę, że w tym roku zmieniła się metodologia badania i oceny konsumenckiej poszczególnych brandów, co mogło wpłynąć na roszady w zestawieniu najcenniejszych polskich marek.

– Na moc marki wpływa postrzeganie konsumentów. Analizujemy więc, jak konsument postrzega daną markę, czy jest wobec niej lojalny, jak ocenia jej prestiż. W tym roku instytut badawczy Kantar Millward Brown zmienił metodologię badania, przechodząc z dotychczasowej metody PAPI, czyli wywiadów personalnych, na CAWI, czyli badanie internetowe – wyjaśnia Jacek Ślusarczyk.

Ekspert Acropolis Advisory zwraca uwagę, że jeszcze wielu przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wymierna wartość drzemie w wykreowanej przez nich marce, a publikowany ranking jest doskonałą sposobnością do jej ukazania.

– Dla każdej firmy i w każdym sektorze recepta na zbudowanie marki jest trochę inna. Istotnym czynnikiem są z pewnością doświadczenia konsumentów i użytkowników – to, jak postrzegają oni prestiż i jakość danej marki – mówi Jacek Ślusarczyk.

Inwestycje w odnawialne źródła energii dają zarobić. Stają się alternatywą dla lokat i nieruchomości

Inwestycje w odnawialne źródła energii dają zarobić. Stają się alternatywą dla lokat i nieruchomości 6

Lokowanie kapitału w energetykę wiatrową lub fotowoltaikę może być atrakcyjną alternatywą dla lokat bankowych albo nieruchomości. Tym bardziej że nowe prawo zwiększa bezpieczeństwo inwestorów i gwarantuje stabilność cen. Wejście w inwestycje jest możliwe już z kapitałem 15 tys. lub 30 tys. zł, w zależności od źródła. Zainteresowani inwestycjami powinny skupić się na projektach, które wygrały aukcje energii elektrycznej – podkreśla Marcin Orkisz, prezes firmy Energy Invest Group.

Niestabilność cen była jedną z bolączek systemu zielonych certyfikatów, dlatego ustawa, która wprowadziła aukcje energii elektrycznej, stwarza prywatnym inwestorom szansę, aby długoterminowo i bezpiecznie zarabiać na rynku OZE.

Branża inwestycji w OZE dojrzewa od wielu lat, a nowe przepisy jasno określają, co trzeba zrobić, aby inwestowanie było opłacalne i bezpieczne. To dobry czas na inwestowanie w takie projekty, które mają już wygraną aukcję energii, a tym samym zagwarantowaną stronę przychodową oraz określony termin realizacji. Zwłaszcza że jest ich na rynku mało i cieszą się sporym zainteresowaniem. Poza tym, kolejna aukcja energii jest przewidziana dopiero na koniec roku, a jej wynik jest wielką niewiadomą – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Orkisz, prezes zarządu Energy Invest Group, która umożliwia inwestowanie w OZE.

Zauważa, że nowa ustawa regulująca rynek OZE, która weszła w życie w lipcu ubiegłego roku, zaskoczyła wiele firm działających na rynku odnawialnych źródeł energii. Część z nich miała w portfelach projekty niedostosowane do nowych regulacji, przez co zaplanowane inwestycje stanęły pod znakiem zapytania. Po wprowadzeniu nowego systemu, który zielone certyfikaty zastąpił aukcjami energii elektrycznej, branża OZE przeszła ogromną zmianę.

– Głoszenie, że energetyka wiatrowa się skończyła to jednak drastyczne uproszczenie. Owszem, do skali tempa rozwoju wiatraków z ostatnich lat już raczej nie wrócimy. Wobec prawie tysiąca megawatów wybudowanych tylko w ciągu jednego roku, w najbliższych latach powstanie zaledwie około 150 MW w instalacjach wiatrowych. Duże instalacje będą powstawać z wielkim trudem. Widać natomiast, że mocno będzie rozwijać się energetyka fotowoltaiczna, która do tej pory w Polsce praktycznie nie istniała, oraz pojedyncze wiatraki o mocy do 1 MW. Główny ciężar rozwoju OZE w polskim miksie energetycznym został przesunięty z wiatru na biogaz, biomasę i fotowoltaikę – mówi Marcin Orkisz.

Lokowanie kapitału w energetykę wiatrową cieszy się dużą popularnością w Niemczech, gdzie ponad połowa farm wiatrowych należy do prywatnych inwestorów. Spółka EIG skopiowała ten model na polskim rynku. W uproszczeniu, opiera się on na utworzeniu spółki celowej, która jest właścicielem pojedynczej turbiny wiatrowej. Udziały w spółce wykupują prywatni inwestorzy, zapewniając jej tym samym kapitał. Po uruchomieniu elektrowni spółka czerpie zyski ze sprzedaży wyprodukowanej energii, a na koniec roku obrachunkowego inwestorom wypłacana jest dywidenda na poziomie kilkunastu procent w skali roku. Inwestycja jest długoterminowa, ponieważ żywotność turbiny wynosi co najmniej 25 lat.

Dotychczas wysokie koszty budowy, sięgające kilku milionów złotych, odstraszały prywatnych inwestorów od energetyki wiatrowej. Energy Invest Group przełamała barierę wejścia na rynek OZE dla prywatnych inwestorów, ponieważ w modelu spółdzielczym minimalna wartość inwestycji to około 30 tys. zł. Za taką kwotę można nabyć pojedynczy pakiet akcji w spółce będącej właścicielem wiatraka. Pod koniec 2015 roku uruchomiła pięć pierwszych elektrowni wiatrowych, funkcjonujących w oparciu o zielone certyfikaty.

Zgodnie z harmonogramem większość projektów wiatrowych i nasze farmy fotowoltaiczne będziemy realizowali jeszcze w tym roku. Każdy przystępujący inwestor może więc liczyć na wypracowane zyski już w 2018 roku. Wzrost z inwestycji w ujęciu średniorocznym oscyluje w okolicach dwucyfrowej stopy zwrotu. Natomiast oparcie przychodu o gwarantowaną cenę energii zapewnia stabilność – mówi Marcin Orkisz.

Podkreśla, że ubiegły rok, w którym pracę rozpoczęły pierwsze elektrownie wybudowane w modelu spółdzielczym, był jednocześnie okresem dużych zawirowań w branży energetycznej. Na załamanie na rynku zielonych certyfikatów nałożyły się prace nad nową ustawą o odnawialnych źródłach energii.

Na dzień dobry przeszliśmy stress test, ponieważ w czasie zbiegło się kilka niekorzystnych zdarzeń. Pierwszy rok pracy elektrowni jest zawsze okresem rozruchu, dochodzenia do pełnej sprawności, dlatego produkcja jest poniżej długoterminowych założeń. Ubiegły rok był dość słaby, jeśli chodzi o produkcję energii z wiatru, mieliśmy niespotykane dotychczas załamanie na rynku zielonych certyfikatów. Te czynniki miały wpływ na rentowność naszych inwestycji. Natomiast każda z elektrowni przetrwała ten ciężki rok bezpiecznie, pokazując, że nawet w najczarniejszym scenariuszu zainwestowane w nie środki były bezpieczne i w długoterminowej perspektywie będzie już tylko lepiej – mówi Marcin Orkisz.

W oparciu o nową ustawę dotyczącą OZE, spółka planuje jeszcze w tym roku zrealizować dziewięć projektów elektrowni wiatrowych i cztery projekty farm fotowoltaicznych o mocy 1MW. Inwestycje zostaną zrealizowane w różnych regionach Polski, w lokalizacjach w których warunki geograficzne sprzyjają produkcji energii.

Jako jedyni możemy zaoferować inwestycje oparte o projekty farm fotowoltaicznych i elektrowni wiatrowych, które wygrały pierwszą aukcję energii elektrycznej. Oznacza to, że każda z nich ma zagwarantowaną na najbliższe 15 lat cenę, po której będzie sprzedawała energię elektryczną – podkreśla prezes spółki Marcin Orkisz.

Minimalna kwota, za którą można nabyć pojedynczy pakiet akcji w elektrowni wiatrowej to niecałe 30 tys. zł. W przypadku farm fotowoltaiczne bariera kapitałowa jest dwukrotnie niższa i wynosi ok. 15 tys. zł.

Nie są to kwoty, których zainwestowanie i pomnożenie pozwoli przejść na wcześniejszą emeryturę. Pozwoli to jednak oswoić się z tematem inwestowania, pomnażania kapitału, zachęci do odważniejszych inwestycji. Jest to też niewątpliwie ciekawa alternatywa dla lokat bankowych, ZUS-u czy nieruchomości – mówi Marcin Orkisz.

Dyrektywa Unii Europejskiej z 2009 roku nakazuje państwom członkowskim wspieranie i promowanie projektów związanych z OZE. Do końca tej dekady z odnawialnych źródeł ma pochodzić 20 proc. wytwarzanej w Polsce energii.

Warner Music Poland chce w tym roku mocniej promować debiutantów. Postawi też na kanał cyfrowy

Warner Music Poland chce w tym roku mocniej promować debiutantów. Postawi też na kanał cyfrowy 7

Sprzedaż muzyki coraz częściej przenosi się do sieci. Dużą popularnością cieszą się portale streamingowe. Dlatego Warner Music Poland planuje ekspansję w internecie i zdigitalizowanie katalogu Polskich Nagrań. – Chcemy, żeby wszyscy mieli dostęp do naszej muzyki bez względu na to, czy to jest płyta CD, winyl czy digital – zapewnia Piotr Kabaj, szef Warner Music Poland. Drugim kierunkiem w tym roku będzie promocja młodych polskich wykonawców zarówno w kraju, jak i za granicą.

– Mamy nadzieję, że ten rok będzie dla nas tak samo dobry, jak ubiegły. To plany, a rynek i ekonomia weryfikują nasze plany. Patrzę jednak optymistycznie na polski rynek fonograficzny – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kabaj, szef Warner Music Poland, odpowiedzialny za Europę Wschodnią.

Ostatnie miesiące były bardzo dobre dla rynku muzycznego w Polsce. Rosła sprzedaż płyt kompaktowych i winyli, coraz więcej osób korzystało też z serwisów streamingowych. Polacy chętnie pobierają muzykę z internetu, rośnie też sprzedaż cyfrowa.

– Planujemy mocną ekspansję w internecie. Chcemy, żeby znalazł się tam cały katalog Polskich Nagrań. Oczywiście to jest związane z umowami z artystami, którzy działali w latach 60. i 70. Na ten element kładziemy mocny nacisk. To jest jednak bardzo duży katalog do zdigitalizowania. To czasochłonny i precyzyjny proces. Następnie musimy przekazać taśmy matki Narodowemu Archiwum Cyfrowemu – zapowiada Kabaj.

Spółka Polskie Nagrania ogłosiła upadłość siedem lat temu. W 2015 roku zbiory wytwórni fonograficznej, w których jest 36 tys. nagrań, zostały wykupione przez Warner Music Poland. Znajdują się w nich utwory muzyki popularnej, rockowej, ludowej, klasycznej i jazzowej rejestrowanych od lat 50. ubiegłego wieku. Dzięki digitalizacji twórczość sprzed lat ma dotrzeć do nowych odbiorców przez internet.

– Chcemy, żeby wszyscy mieli dostęp do naszej muzyki bez względu na to, czy to jest płyta CD, winyl czy digital. Tak by każdy wybierał tę metodę odsłuchiwania muzyki, jaką lubi, dlatego cały katalog musi być tam dostępny – zaznacza Kabaj.

To proces, który wymaga także negocjacji z twórcami lub ich spadkobiercami. Brak porozumienia, a w rezultacie żądanie odszkodowań, były przyczyną upadłości Polskich Nagrań.

Jeżeli nasza muzyka będzie dostępna na wszystkich nośnikach, będziemy wiedzieli, co się lepiej sprzedaje. Różni artyści różnie sprzedają się na innych polach eksploatacji, np. są tacy, którzy grani są w radiu, a młodzież słucha ich na smartfonach. Ale są też i tacy, którzy w internecie słuchają się źle, za to dobrze na płytach. To różne rynki, różni artyści i różny repertuar, dlatego trzeba być obecnym wszędzie – podkreśla szef Warner Music Poland.

Ubiegły rok był bardzo udany dla polskich artystów, których płyty odpowiadały za 60 proc. całości sprzedaży. Z danych Związku Producentów Audio-Video wynika, że najlepiej sprzedawała się płyta „Życie po śmierci” O.S.T.R. Wielu odbiorców znalazły także albumy Agnieszki Chylińskiej, Ani Dąbrowskiej, Keke, Dawida Podsiadło, Korteza i Kultu.

 Będziemy starać się promować młodych artystów. Liczymy na to, że zastąpią oni tych, którzy wydali już wiele płyt. Trzeba im zrobić miejsce. W Polsce w 2016 roku przebiło się mało płyt debiutantów. To nasze najtrudniejsze zadanie, żeby debiutanci mogli dojść do czołowych miejsc list przebojów – zapowiada Kabaj.

W tym roku powinna wyjść płyta Niny, znanej z programu „Must Be The Music”. Warner Music chce też promować Leskiego, Buslava i Zagi, którzy debiutanckie albumy mają już za sobą, wciąż jednak są nieznani szerszej publiczności.

 Mamy wielu młodych artystów – jest Piotr Zioła, Mary Komasa, która wyda drugą płytę. Jest też dużo debiutantów, z którymi pracujemy, żeby mogli zaistnieć nie tylko w Polsce, lecz także za granicą – mówi Piotr Kabaj.

Jak podkreśla, w ubiegłym roku za granicą dobrze sprzedawały się płyty z muzyką klasyczną.

Mamy nominację do Grammy z płytą Krzysztofa Pendereckiego „Penderecki conducts Penderecki”. Wynik głosowania akademii amerykańskiej poznamy 12 lutego – dodaje Kabaj.

Kurs złotego w relacji do euro i dolara najwyżej od 3 miesięcy

Utrzymujący się dobry klimat inwestycyjny na świecie i oddalająca się perspektywa marcowej podwyżki stóp procentowych w USA wzmacniają złotego. W relacji do euro i dolara jest on najmocniejszy od trzech miesięcy. Do końca tygodnia układ sił prawdopodobnie się nie zmieni.

Początek tygodnia upływa pod znakiem umocnienia złotego, który zyskuje do głównych walut. O godzinie 12:35 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2815 zł wobec 4,3050 zł w piątek na koniec dnia. Notowania USD/PLN osunęły się do 3,9880 zł z 3,9940 zł. Szwajcarski frank potaniał do 4,0075 zł z 4,0234 zł, i podobnie jak euro oraz dolar jest najtańszy od 3. miesięcy. Kurs GBP/USD natomiast pozostaje poniżej bariery 5 zł, którą przełamał w piątek, i za funta trzeba zapłacić 4,9715 zł.

Złotemu, oprócz utrzymujących się pozytywnych nastojów na rynkach globalnych, co automatycznie zwiększa apetyty na ryzyko, a także oprócz dobrych wieści płynących z rodzimej gospodarki, czyli dwóch podstawowych „tematów” jakie od 2. miesięcy go wzmacniają, obecnie pomaga także oddalająca się perspektywa podwyżki stóp procentowych przez Fed na marcowym posiedzeniu. Szanse na taki krok już wcześniej nie były przesadnie duże, ale dodatkowo się zmniejszyły po piątkowej publikacji danych z amerykańskiego rynku pracy.

W styczniu, jak wynika z opublikowanych przed weekendem danych, zatrudnienie w sektorze pozarolniczym w USA wzrosło o 227 tys., przewyższając o 52 tys. prognozy ekonomistów. Taki raport jednak inwestorów nie ucieszył. Zwrócili oni bowiem uwagę na niższy od oczekiwań wzrost dynamiki płacy godzinowej (0,1% M/M vs. 0,3% M/M) i dodatkowo na korektę w dół danych za grudzień (do 0,2% M/M z 0,4% M/M). Niższa presja płacowa to niższa presja inflacyjna, a w konsekwencji brak presji na szybkie podwyżki kosztu pieniądza. Dodatkowo swoje „pięć groszy” dołożyły dane o bezrobociu, które nieoczekiwanie podskoczyło do 4,8% z 4,7%, podczas gdy oczekiwano jego stabilizacji w styczniu.

W tym tygodniu brakuje równie istotnych publikacji makroekonomicznych, jak opisane wyżej dane. W zasadzie warte uwagi są publikowane we wtorek dane o produkcji przemysłowej w Niemczech i bilansie handlowym USA, piątkowe dane o produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii i bilansie handlowym Chin, a także posiedzenia Banku Rezerw Australii (wtorek) i Banku Rezerw Nowej Zelandii (środa). Jednakże nie powinny one wywołać dużych emocji na rynkach.

Takim lokalnym wydarzeniem nie będzie też posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej (RPP). Jego wyniki poznamy w środę. Zgodnie z szerokim rynkowym konsensusem Rada nie zmieni stóp procentowych, pozostawiając główną z nich na poziomie 1,50%. Rada powinna też podtrzymać ocenę, że na pierwszą podwyżkę przyjdzie nam zaczekać do 2018 roku.

Wobec braku potencjalnych impulsów, wykluczając jednocześnie że takowe napłyną ze strony wciąż mało przewidywalnego prezydenta Donalda Trumpa, zapowiada się spokojny tydzień na rynkach finansowych. Dla polskich par oznacza to wahania euro w okolicy 4,30 zł oraz wahania dolara i szwajcarskiego franka blisko poziomu 4 zł.

Zdecydowanie większej zmienności należy spodziewać się w przyszłym tygodniu. Gdy wydarzeniem na świecie będzie wystąpienie szefowej Fed Janet Yellen na forum Kongresu, a w Polsce zostanie opublikowanych szereg danych makroekonomicznych, z raportem o PKB, inflacją i produkcją przemysłową na czele.

Patrząc na rodzimy rynek walutowy z nieco dalszej perspektywy można dojść do wniosku, że już bardzo wiele pozytywnych dla złotego informacji jest już uwzględnionych w cenach. Dlatego jakkolwiek złoty ma jeszcze pewien potencjał aprecjacyjny, to jest on już niewielki, a poziomy poniżej 4,30 zł na EUR/PLN oraz poniżej 4 zł na USD/PLN i CHF/PLN, częściej będą wykorzystywane do kupna przecenionych walut, niż będą zachęcały do ich dalszej sprzedaży.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs 

Notowania złota w 2017 roku

Notowania złota w 2016 roku poradziły sobie bardzo dobrze, w 2017 wyczyn ten może zostać powtórzony. W bieżącym roku kalendarzowym istnieje kilka powodów, dla których złoto powinno zwyżkować oraz kilka, które mogą zepchnąć jego notowania w dół. Na samym początku przyjrzymy się kilku argumentom, dla których notowania złota powinny zakończyć rok powyżej swojego otwarcia.

1.Rosnąca inflacja,
2.Niepewność polityczna,
3.Narastający dług,
4.Słabszy dolar amerykański,
5.Luzowanie ilościowe,
6.Wzrost popytu jubilerskiego w Chinach (WGC).

Ostatnie informacje płynące ze Strefy Euro oraz Stanów Zjednoczonych pokazują na odbijającą inflacje. Odbijająca inflacja połączona z luzowaniem ilościowym oraz z zwiększoną podażą pieniądza na całym świecie może doprowadzić do przyspieszenia tego zjawiska. Rosnąca inflacja może zmusić inwestorów do poszukiwania aktywów, które będą w stanie przetrzymać wartość kapitału w trakcie rozwijającej się presji cenowej. W pierwszej kolejności zwrócą się do obligacji skarbowych, ale te płacą zbyt mało, aby móc ochronić kapitał przed inflacją. Instynktownie skierują swój kapitał w stronę metali szlachetnych.

Temperaturę może podgrzewać niepewność polityczna w całej Strefie Euro, a także żywiołowy Prezydent USA, który czasami może być nieprzewidywalny. Zmiana amerykańskiej polityki zagranicznej, a także rosnące poparcie partii Eurosceptycznych powinno wykreować trend odpływu kapitału w bezpieczne przystanie.

Kolejnym problemem świata jest dług, który na obecnym poziomie uniemożliwia w państwach rozwiniętych podwyżkę stóp procentowych, a tym samym rentowność obligacji musi pozostać względnie niska.

Notowania złota w 2017 roku 8

Źródło: Bloomberg

Powyższy wykres przedstawia zadłużenie Stanów Zjednoczonych jako procent PKB (linia biała) na tle rentowności 10-letnich obligacji USA. Rosnącemu długowi za każdym razem towarzyszył spadek rentowności obligacji. Przy ewentualnym wzroście rentowności obligacji ewentualne rolowanie długu stanie się niewykonalne. Właśnie z tego powodu banki centralne wdrożyły program luzowania ilościowego oraz starają się utrzymać rentowność obligacji w ryzach.

Kolejnym powodem do wzrostów notowań złota w bieżącym roku jest sezonowość, co zostało przedstawione na poniższym wykresie.

Notowania złota w 2017 roku 9

Źródło: Zerohedge

Powyższy wykres przedstawia zachowanie notowań złota oraz S&P 500 w roku, w którym nastąpiła zmiana władzy w USA. Z powyższej grafiki wynika, że notowania złota w trakcie zmiany władzy radziły sobie nadzwyczaj dobrze. Średnia wzrostu złota od 1974 roku liczona tylko dla lat elekcji Prezydenta wyniosła 14.8 procenta.

Ostatnim powodem do wzrostu notowań złota może być słabszy dolar amerykański. Od wyboru Donalda Trumpa na nowego Prezydenta na rynku powstał zbyt duży optymizm wokół USD, który ostatecznie nie może zostać utrzymany.

Z drugiej strony możemy wyróżnić kilka czynników, które mogą dławić ceny złota, a są nimi:

1.Wzrost rentowności obligacji,
2.Demonizacja złota.

Ostatni wzrost rentowności powinien być tylko krótkoterminowy, natomiast sama demonizacja złota nie wystarczy do zepchnięcia cen kruszcu poniżej 1000 USD. Ostatnie prognozy banków komercyjnych wskazywały, że w 2017 roku cena złota powinna spaść poniżej tego poziomu, natomiast kilka miesięcy wcześniej te same banki wspominały o poziomie 1550 USD, co również okazało się zbyt optymistyczne.

Podsumowując, złoto w 2017 powinno dać bardzo przyzwoitą stopę zwrotu.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Analiza kurs złotówki do franka, funta, dolara i euro

06Na wszystkich głównych parach walutowych powiązanych z polską złotówką widać kontynuację wyznaczonych wcześniej trendów spadkowych. Praktycznie każde lokalne minima zostały przebite, a zeszłotygodniowe wydarzenia makroekonomiczne nie przyniosły żadnych ważnych, nowych informacji.        

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 30.01-06.02.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2787 4,0020 4,0380 4,9629
Maksimum 4,3377 4,0756 3,9807 5,0989

EUR/PLN – relacja kursu euro do złotówki

eur

Notowania EUR/PLN poruszają się, niezmiennie od pierwszej połowy grudnia 2016 roku, w trendzie spadkowym. W ostatnim miesiącu 2016 roku można było zaobserwować poziomy zbliżone do granicy 4,50 zł. Obecnie jesteśmy ok 20 groszy niżej od tej ceny, a w zeszłym tygodniu przebite zostało wsparcie na poziomie 4,30 zł. W dniu dzisiejszym złotówka nadal zyskuje na wartości, a najbliższym realnym oporem ruchu spadkowego na tej parze walutowej wydaje się być poziom ok. 4,26 zł. Kontynuacja tego trendu jest spowodowana m. in. brakiem konkretnych deklaracji ze strony Mario Draghiego, czy też lepszymi od oczekiwań, chociaż i tak niższymi od początkowych założeń, odczytami dotyczącymi polskiego PKB. Póki co nie widać aby sentyment na tej parze walutowej miał ulec zmianie.

CHF/PLN – relacja kursu franka szwajcarskiego do złotówki

chf

Taka sama sytuacja jak na EUR/PLN panuje na parze CHF/PLN. Względny spokój i dobre nastroje na rynkach oraz jakby nie patrzeć dobre dane z polskiej gospodarki, szacunkowy wzrost PKB i wyższe od oczekiwań odczyty PMI dla przemysłu, kierują zainteresowanie inwestorów w stronę naszej waluty. Trend spadkowy w ciągu ostatnich dni nabrał na sile i już dziś prawdopodobnie będzie testowany równy poziom 4,00 zł.  Ku uciesze kredytobiorców można stwierdzić, że po przebiciu tego równego poziomu kurs CHF/PLN ma otwartą ścieżkę w rejony 3,95 zł. Jeżeli jednak psychologiczna granica 4,00 zł nie zostanie przebita w dół prawdopodobna jest korekta w okolice poziomu 4,03 zł.

USD/PLN – relacja kursu dolara do złotówki

usd

Po poziomach z połowy grudnia 2016 roku, kiedy to notowaliśmy powyborcze szczyty na parze USD/PLN, nie ma już praktycznie śladu. Emocje związane z wyborem Donalda Trumpa opadają, a tym samym osłabia się pozycja dolara na szerokim rynku. Do tej pory nie poznaliśmy żadnych deklaracji gospodarczych nowego prezydenta USA. Do osłabienia dolara  przyczyniły się również ostatnie niejednoznaczne dane z rynku pracy, a także brak jakiejkolwiek informacji o możliwych ruchach FED podczas marcowego posiedzenia. Pozytywne odczyty zmian zatrudnienia zostały przyćmione negatywną zmianą stopy bezrobocia w Stanach. Wyniosła ona 4,8% wobec oczekiwanych 4,7%. Wszystko to sprawia, że poziom 4,00 zł, który wydawał się być zaporowy został przebity i cena dolara wynosi aktualnie 3,98 zł. Co ciekawe najbliższy mocny opór to okolice poziomu 3,90 zł.

GBP/PLN – relacja kursu funta do złotówki

gbp

Złotówka zyskuje w stosunku do euro, dolara oraz franka. Nie inaczej jest również w stosunku do funta brytyjskiego. Cena tej waluty w dalszym ciągu porusza się w trendzie spadkowym. Chociaż wbrew oczekiwaniom po konferencji Theresy May kurs GBP/PLN powędrował pod górne ograniczenie trendu, po czym w zeszłym tygodniu ponownie zwrócił się w kierunku południowym. Decyzja BoE o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie, prognozy wzrostu gospodarczego oraz wzrostu inflacji nie pomogły brytyjskiej walucie. Wydaje się, że widmo twardego brexitu nadal ciąży na funcie. Jego cena spadła ponownie poniżej 5,00 zł, a najbliższą ceną zaporową może być ostatnie minimum w okolicach 4,95 zł.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Europejska polityka znów zaczyna psuć nastroje rynkowe

Euro i europejskie indeksy tracą na wartości po tym, jak perspektywiczny kandydat we francuskich wyborach prezydenckich, prezes nacjonalistycznego Frontu Narodowego Marine Le Pen, ujawniła swoje plany polityczne. Zapowiedziała ona m.in. wyjście Francji ze strefy euro, reaktywację franka, niezależność Banku Francji, zaostrzenie prawa imigracyjnego oraz szereg działań natury protekcjonistycznej. Pomimo iż sondażowe szanse na jej zwycięstwo są wciąż niewielkie, to inwestorzy boją się nagłego wzrostu popularności tej populistycznej partii wśród francuskiego społeczeństwa w dobie wzrostu nastrojów antyimigracyjnych.

Para EURUSD traci 0,5 proc. i handluje w pobliżu poziomu 1,0725. Para EURGBP traci 0,2 proc. i handluje w pobliżu poziomu 0,8620, a para EURJPY traci 0,7 proc. i handluje w pobliżu poziomu 120,65. Do euro zyskuje też polski złoty, a para EURPLN handluje już w pobliżu poziomu 4,28 zł. W dniu dzisiejszym inwestorzy oczekują jeszcze na wystąpienie prezesa Europejskiego Banku Centralnego przed Parlamentem Europejskim. Mario Draghi powinien wskazać na rosnąca inflację, spadające bezrobocie oraz 15 kwartałów ekspansji gospodarczej jako dowód, że polityka stymulacyjna EBC jest skuteczna. Również dziś Izba Gmin, czyli niższa izba brytyjskiego parlamentu, powinna zakończyć debatę odnośnie Artykułu 50 Traktatu Lizbońskiego, dotyczącego procesu wyjścia kraju członkowskiego z Unii Europejskiej.   

Ropa naftowa handluje stabilnie poniżej poziomu 54 dolarów za baryłkę, a ropa Brent poniżej poziomu 57 dolarów za baryłkę, pomimo że amerykanie otworzyli nowe wiertnie wydobywające ropę ze złóż łupkowych. Liczba działających wiertni wzrosła o 17, do 729 i jest już największa od października 2015 roku. Taką informację podała dziś w oficjalnym komunikacie Baker Hughes Inc. Wartość złota rośnie trzeci dzień z rzędu. Za uncję należy już zapłacić ponad 1226 dolarów, najwięcej od listopada 2016 roku. Miedź rośnie ok. 1 proc. w obawie o strajk w kopalni Escondida w Chile – największej kopalni miedzi na świecie.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Branża leasingowa ma nadzieję na ożywienie w budownictwie

Rok 2016 nie był łaskawy dla polskiej branży budowlanej. Trudności, z którymi musiała się zmagać, odbiły się także na wynikach instytucji finansowych. Leasingodawcy po trzech kwartałach 2016 roku odnotowali istotne spadki w zakresie leasingu maszyn i urządzeń budowlanych. Dzięki grudniowemu ożywieniu udało się nieco odrobić straty, jednak sytuacja wciąż nie jest optymistyczna. Co przyniesie początek 2017 roku? Czy należy spodziewać się znacznej poprawy czy raczej czeka nas kolejny trudny okres?

Większość dużych inwestycji budowlanych ruszyła w ubiegłym roku ze sporym poślizgiem. Niektóre z nich rozpoczęły się dopiero w grudniu. Wiele firm, zwłaszcza tych z sektora MŚP, poniosło z tego tytułu ogromne straty i popadło w długi. Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że na koniec listopada 2016 r. łączna wartość długów polskich firm budowlanych wyniosła aż 1,6 mld złotych.  Czyli aż o 254 mln zł więcej niż jeszcze w lutym zeszłego roku. Przeciągające się przetargi i zastój w budownictwie infrastrukturalnym sprawiły także, że spadła skłonność sektora budowlanego do inwestycji.

W 2016 roku cała branża leasingowa odnotowała 16,6 proc. wzrost wartości nowych kontraktów. Mimo to w zakresie finansowania sprzętu budowlanego wzrost był znacznie niższy i wyniósł 5,6  proc. Jeszcze w połowie roku obawialiśmy się, że zakończymy go na minusie. Na szczęście wraz z rozstrzygnięciem kilku ważnych przetargów nastąpiło lekkie ożywienie – komentuje Konstanty Rokicki, Dyrektor Rynku Maszyn i Urządzeń Budowlanych w Raiffeisen Leasing

Mieszkaniowy boom szansą dla budowlanych MSP   

Podczas gdy budownictwo infrastrukturalne przechodziło chwilowy zastój, sektor nieruchomości mieszkaniowych nie mógł się opędzić od zamówień. Według danych GUS w okresie od stycznia do października 2016 r. oddano do użytkowania ponad 12,7 tys. mieszkań. To aż o 9,2% więcej niż w tym samym okresie 2015 r. Co ważne, wzrosła również liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto – do 14,8 tys., czyli o 4,3% więcej niż przed rokiem. Wszystko wskazuje na to, że w 2017 roku ten trend będzie się utrzymywał. 

– Wraz z powstawaniem nowych mieszkań wzrasta też zapotrzebowanie na prace wykończeniowe. Zauważamy, że na obecnej dobrej koniunkturze budownictwa mieszkaniowego korzystają także małe i średnie firmy. Wiele z nich ubiega się o finansowanie tzw. małych przedmiotów w postaci kompletu urządzeń do prac wykończeniowych i drobnych prac budowlano-remontowych. Coraz popularniejszymi przedmiotami leasingu stają się drobne urządzenia budowlane takie jak agregaty malarskie, tynkarskie, mieszalniki do farb, urządzenia przeciskowe, zagęszczarki, agregaty prądotwórcze czy urządzenia wentylacyjne komentuje Konstanty Rokicki z Raiffeisen Leasing

Wyzwania i nadzieje: Czy jest szansa na noworoczne ożywienie?

Boom w zakresie budownictwa mieszkaniowego i rozpoczynające się nowe inwestycje infrastrukturalne dają nadzieję na to, że 2017 rok będzie dla branży lepszy od poprzedniego. Jednak już początek roku stawia przed firmami budowlanymi nowe wyzwania. Jednym z nich są chociażby zmiany podatkowe. Od 1 stycznia 2017 r.  branża budowlana weszła w system tzw. odwróconego VAT-u. Polega on na tym, że obowiązkiem pokrycia podatku VAT obciążony jest wyłącznie finalny odbiorca. Już teraz z rynku docierają sygnały, że przedsiębiorcy mają problem ze zrozumieniem i realizacją nowych przepisów.

Nowe przepisy zapewne wywołają chwilowe przerażenie. Wielu przedsiębiorców może mieć problem z ustaleniem, kiedy i w jakich przypadkach stosować procedurę odwróconego VAT-u. Jednak nie powinno mieć to istotnego wpływu na branżę. Spodziewamy się natomiast, że początek 2017 roku przyniesie spore ożywienie w zakresie finansowania maszyn i urządzeń budowlanych. Większość dużych przetargów publicznych się już zakończyła lub jest w finalnej fazie, a budownictwo mieszkaniowe wręcz kwitnie. Prognozujemy, że skłonność firm budowlanych do inwestycji powróci na dobre i przełoży się na wzrost nowych kontraktów leasingowych już w I kwartale 2017 roku – podsumowuje Konstanty Rokicki z Raiffeisen Leasing

Znów pomoc dla Grecji. Dane z USA

Do dzisiaj jest czas na porozumienie Grecji z najmniej wygodnym wierzycielem – MFW. Dobre dane na temat zamówień w niemieckim przemyśle. Sprzeczne dane z amerykańskiego rynku pracy.

Znów pomoc dla Grecji

Dzisiaj wraca temat Grecji i związanych z nią ryzyk. Jak to często bywa w tym przypadku problemem są pakiety oszczędnościowe. W tym konkretnym wypadku nie jest inaczej. Pakiet reform, których oczekuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy miał wejść w życie w 2019 roku, jednakże fundusz oczekuje przyspieszenia ich już teraz. Powodem jest strach przed tym, że Grecja nie osiągnie założonych celów budżetowych. Czasu jest coraz mniej gdyż dzisiaj mija termin w MFW, a za dwa tygodnie jest ostateczne posiedzenie eurogrupy w tej sprawie. Jeżeli w tym czasie nie dojdzie do porozumienia nie zostanie uruchomiona kolejna transza środków. Mielibyśmy powtórkę z sytuacji, która miała miejsce latem 2015 roku, kiedy to rząd Aleksisa Ciprasa przeciągał termin negocjacji. Dla przypomnienia powodowało to silne ruchy na parach walutowych gdzie kapitał gwałtownie przeskakiwał do walut bezpiecznych. Uciekał od euro, a co za tym idzie również walut krajów rozwijających się powiązanych z euro w tym złotego. Obecnie ze względu na klimat polityczny w Grecji mamy przed sobą jeszcze widmo przyspieszonych wyborów. Gdyby doszło do tego scenariusza istniałoby ryzyko, że wygrają populiści odrzucający reformy co tylko pogłębiło by niepokoje.

Zamówienia w przemyśle

Dzisiaj o 8:00 rano poznaliśmy dane z Niemiec. Tamtejsze zamówienia w przemyśle niespodziewanie wzrosły. Analitycy spodziewali się wzrostu rok do roku o 4,2%, a wynik wyniósł aż 8,1%. Było to pozytywne zaskoczenie dla rynku jednakże dane te nie były na tyle istotne by wybić rynek walutowy z trendu. Euro jest blisko maksimów względem dolara. W rezultacie dobre dane raczej osłabiały korektę ostatnich osłabień dolara.

Rynek pracy w USA

Najważniejszym wydarzeniem dla rynków walutowych w piątek były dane z amerykańskiego rynku pracy. Pozornie był to paradoks. Jednocześnie zmiana zatrudnienia była znacznie wyższa niż oczekiwano, zatem utworzono więcej miejsc pracy. Z drugiej strony stopa bezrobocia wzrosła z 4,7% na 4,8%. Powodem jest fakt, że dane te dotyczą różnych momentów. Na rynkach trwała karuzela. Główna para walutowa skakała w górę i w dół po około 1%. Finalnie rynki uznały to za słabszy sygnał i ustabilizowały kurs euro silniej do dolara niż przed odczytem. W efekcie dla złotego oznaczało to, że przy tym samym poziomie względem euro dolar potaniał o około 1 grosz.

Dzisiaj dzień wolny w Nowej Zelandii z okazji dnia Waltangi, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kapitalni.org: Takich e-maili nie otwieraj!

W Polsce jest już blisko trzydzieści milionów internautów, a dostęp do sieci ma 80 proc. gospodarstw domowych. Korzystanie z zasobów świata wirtualnego daje użytkownikom wiele możliwości, ale jednocześnie jest źródłem niebezpieczeństw. W związku z Dniem Bezpiecznego Internetu, obchodzonym 7 lutego, eksperci platformy edukacyjnej Kapitalni.org radzą, jakie środki ostrożności zachować i jak korzystać z sieci, aby nie stać się ofiarą cyberprzestępców.

Mija 26 lat od momentu, kiedy w Polsce pojawił się Internet. Jak wynika z danych GUS, dostęp do niego ma już 80 proc. polskich gospodarstw domowych. Według badania PBI i Gemius – pod koniec 2016 r. w naszym kraju było już 27,5 mln użytkowników sieci.

Dziś wielu nie wyobraża sobie codziennego funkcjonowania w trybie off-line. Internetu używamy do pracy, nauki, rozrywki i zakupów. Rosnąca liczba użytkowników, a także rozwój sieci, mają niestety przełożenie również na większą liczbę oszustw internetowych. Z danych policji wynika, że w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2016 r. stwierdzono 1 223 przestępstw związanych z bankowością internetową, z czego 121 przypadków opisano jako phishing. Polega on na tym, że złodziej podszywa się pod znaną firmę lub osobę, w celu kradzieży naszych danych, np. loginów i haseł do bankowości elektronicznej.

Co zrobić, aby nie paść ofiarą cyberoszustów? Obchodzony 7 lutego Dzień Bezpiecznego Internetu, to dobra okazja, aby przypomnieć sobie najważniejsze zasady bezpieczeństwa dotyczące korzystania z sieci.

Zwróć uwagę na wiadomości, które otrzymujesz

Każdego dnia otrzymujemy kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt wiadomości e-mail. Wiele z nich pochodzi od nieznanych nam adresatów, np. sklepów internetowych czy firm oferujących swoje usługi. Jak rozpoznać te, które zawierają szkodliwe treści?

– Sfałszowane e-maile na pierwszy rzut oka wyglądają jak zwykłe oferty handlowe. Jednak jest parę szczegółów, które pomogą nam odróżnić niegroźny spam od zainfekowanego e-maila. Nieprawidłowa nazwa nadawcy, błędy w treści wiadomości lub brak logo instytucji, to elementy, które powinny zwrócić naszą uwagę – zauważa Tomasz Jaroszek, ekspert platformy edukacyjnej Kapitalni.org.

Fałszywe wiadomości stały się prawdziwą plagą w Internecie. Jak wynika z danych Kaspersky Lab, tylko w III kwartale 2016 r. system antyphishingowy został aktywowany ponad 37,5 mln  razy na komputerach użytkowników używających produktów firmy. – Mając na uwadze te dane, powinniśmy być wyczuleni na wiadomości dotyczące opłacenia faktur, windykacji, komunikaty z serwisów aukcyjnych czy też informujące nas o wygranej na loterii. Może się bowiem okazać, że zostały wysłane przez cyberprzestępców. Jeśli nie znamy nadawcy danej wiadomości lub otrzymaliśmy fakturę od firmy, w której nie robiliśmy zakupów, to lepiej jej nie otwierać – przestrzega Tomasz Jaroszek z Kapitalni.org.

Nie podawaj swoich danych

Pamiętaj, że banki oraz inne instytucje nigdy nie proszą o przesłanie danych wrażliwych klienta drogą e-mailową. Dlatego jeśli otrzymasz wiadomość, której nadawca informuje np. o podejrzanej aktywności bądź transakcji na Twoim koncie i prosi o jak najszybszą jego weryfikację, to lepiej na nią nie odpowiadaj. Nie podawaj też swoich danych wrażliwych. W takiej sytuacji należy jak najszybciej skontaktować się z daną placówką i zapytać, czy mają coś z tym wspólnego.

Nie pobieraj załączników dołączonych do wiadomości

Każdą wiadomość z załącznikiem pochodzącą z nieznanego źródła należy traktować jako podejrzaną. Przestępcy często wykorzystują pliki spakowane w formie ZIP lub RAR, aby zainstalować złośliwe oprogramowanie na naszym komputerze. Warto zatem zwrócić uwagę na nazwę pliku oraz rozszerzenie, w jakim jest zapisany. Jeśli jest ono podwójne, np. PDF.EXE lub DOC.SCR, nie należy ich otwierać, ponieważ najprawdopodobniej zawierają szkodliwe treści.

– Samo otwarcie danego pliku nie musi być groźne – jednak niebezpieczeństwo może czaić się w środku, np. zawierać tzw. makro. Jest to dodatkowy program, który może pobrać na nasz komputer, np. konia trojańskiego. Może też wystąpić sytuacja, że po otwarciu pliku będziemy poproszeni o wpisanie hasła, załączonego w wiadomości. To powinno stanowić dla nas sygnał ostrzegawczy. Najczęściej bowiem taki plik zawiera niebezpieczne oprogramowanie. Nie dajmy się też zwieść ikonce załączonego pliku, która kojarzy nam się np.  z bezpieczną i zaufaną firmą. Przestępcy mogą bardzo łatwo ją zmodyfikować – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert portalu Kapitalni.org.

Fałszywe linki

Przesyłanie fałszywych linków to jeden z najpopularniejszych sposobów wykorzystywanych przez internetowych przestępców. Z pozoru wyglądają jak prawdziwe adresy witryn, np. www.bankabc.pl/logowanie, jednakże przekierowują nas do fałszywej strony. Aby sprawdzić, dokąd prowadzi wysłany nam link, należy najechać na niego kursorem myszy, a w lewym dolnym rogu wyświetli się adres strony internetowej. Jeśli nie jest to oficjalny adres strony naszego banku albo innego dostawcy usług, lepiej na niego nie wchodzić.

Protokół HTTPS

Protokół HTTPS jest to szyfrowana wersja protokołu HTTP, który zapobiega przechwytywaniu naszych danych oraz ich zmienianiu.  – Banki oraz instytucje finansowe korzystają z szyfrowanego połączenia, zawsze, gdy konieczne jest zalogowanie się do systemu. Kiedy adres strony internetowej poprzedzony jest znakiem zielonej kłódki oraz ciągiem https:// to oznacza, że jest ona bezpieczna, a informacje, które przesyłamy na danej witrynie, pozostają prywatne  – mówi Tomasz Jaroszek z Kapitalni.org.

Jeżeli strona logowania np. do naszej bankowości nie zawiera nazwy protokołu w adresie, ani charakterystycznego znaku kłódki, powinieneś zachować szczególną ostrożność, nie podawać żadnych danych oraz zgłosić to swojemu bankowi.

Przychody globalnego sektora obronnego zwiększą się w tym roku o 3,2 proc.

W 2017 roku przychody przemysłu lotniczo-obronnego powinny wzrosnąć o około 2 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Na ten wynik składa się przede wszystkim poprawa kondycji w przemyśle obronnym, który drugi rok z rzędu po kilkuletnim okresie spadków, znajduje się na ścieżce wzrostu. Według raportu „2017 Global aerospace and defense sector outlook. Growth prospects remain upbeat”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, globalne przychody sektora obronnego zwiększą się w tym roku o 3,2 proc. Wpływ na taki stan rzeczy ma przede wszystkim zwiększony budżet na obronność i wojsko w USA, a także rosnące zagrożenie międzynarodowe i napięcia w stosunkach pomiędzy poszczególnymi krajami. Z kolei branża lotnictwa cywilnego w tym roku odnotuje jedynie symboliczny wzrost przychodów o 0,3 proc.

Globalne wydatki na obronność wyniosły w 2015 roku 1,76 bln dolarów. Budżet obronny USA z wydatkami na poziomie 595,5 mld dolarów odpowiadał za 34 proc. tej sumy. W pierwszej piątce krajów z największymi budżetami na wojsko są jeszcze Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska i Francja. Polska z budżetem w wysokości 12,6 mld dolarów znalazła się na 21 miejscu. „Branża obronna w 2017 roku zwiększy swoje przychody prawdopodobnie o 3,2 procent. Rok temu było to 2,7 proc. Wzrost ten wynika z rosnących napięć i zagrożenia bezpieczeństwa na świecie, zwiększonego budżetu obronnego Stanów Zjednoczonych, szczególnie biorąc pod uwagę plany nowej amerykańskiej administracji, która nastawiona jest na wzmocnienie militarne tego kraju oraz zwiększonych wydatków na obronność na Bliskim Wschodzie, w Japonii, Korei Południowej i Indiach” – mówi Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu, Ekspert ds. przemysłu obronnego, Deloitte. Tylko w USA w tym roku budżet na wydatki wojskowe ma się zwiększyć o 9 mld dolarów w stosunku do poprzedniego roku. W przypadku Polski wydatki obronne zaplanowano w tym roku na 37 mld 152 mln zł, co w porównaniu z ubiegłym rokiem oznacza wzrost o 1 mld 253 mln zł [i].

Zwiększające się budżety obronne dla producentów sprzętu wojskowego oznaczają zwiększone przychody. Jak wskazuje raport Deloitte należy spodziewać się wzrostu popytu, a tym samym sprzedaży wozów opancerzonych, amunicji, czujników elektrycznych, cybertechnologii, narzędzi wywiadu, systemów poprawiających precyzję ataku, a także statków i samolotów patrolowych.

Jak wskazują eksperci Deloitte wartość transakcji na globalnym rynku M&A w sektorze obronnym i lotnictwa cywilnego wyniosła w 2016 roku 15,6 mld dolarów (dane do połowy listopada 2016 roku). Dla porównania rok wcześniej było to 56,7 mld dolarów. Z kolei liczba transakcji fuzji i przejęć spadła o 20 proc. z 235 w 2015 roku do 188 w 2016 roku (dane do połowy listopada). „Wygląda na to, że jednym ze skutków Brexitu oraz niepewności związanej z wynikami wyborów prezydenckich w USA było zahamowanie aktywności na rynku M&A w sektorze obronnym i lotnictwa cywilnego” – mówi Piotr Świętochowski.

W sektorze lotnictwa cywilnego nadal będzie widoczny, choć w tym roku raczej symboliczny wzrost przychodów. Ma on wynieść zaledwie 0,3 proc. Rok wcześnie było to 3,4 proc. Choć wzrost ten jest wciąż napędzany rosnącym zapotrzebowaniem na przeloty pasażerskie, zwłaszcza w regionie Bliskiego Wschodu oraz Azji i Pacyfiku, na jego wyhamowanie wpłyną długotrwała presja cenowa i zmiany w ofertach linii lotniczych. Z drugiej strony należy spodziewać się wyższej produkcji samolotów cywilnych wynikającej ze stabilizacji światowego PKB, dużej liczby przewozów lotniczych, stabilnych zysków linii lotniczych oraz niższych kosztów paliw. W 2017 roku zostanie wyprodukowanych o 96 samolotów więcej niż rok wcześniej, co oznacza wzrost do 1456 jednostek. Zwiększenie produkcji jest planowane zarówno w tym, jak i w przyszłym roku. I tak w przypadku jednego z najpopularniejszych samolotów pasażerskich Boeinga 737 będzie to zwiększenie z 42 do 47 maszyn miesięcznie w 2017 i do 52 w 2018 roku. Jednak mimo tego portfel niezrealizowanych zamówień w całym sektorze wynosi nadal 13,5 tys. jednostek, co przekłada się na 9,5 roku bieżącej rocznej produkcji. Popyt na nowe samoloty w ciągu najbliższych pięciu lat szacowany jest na 35 155 sztuk. W ciągu następnych dziesięciu lat produkcja samolotów ma się zwiększać o 29,3 proc. rocznie. W 2035 roku ma zostać wyprodukowanych 2206 samolotów, które trafią do flot cywilnych linii pasażerskich.

Zysk operacyjny w lotnictwie cywilnym wzrośnie prawdopodobnie w 2017 roku o 20,6 proc., w przemyśle obronnym o 7 proc. Wzrost przychodów dla sektora A&D w Europie jest przewidywany na poziomie 2,5 proc., a zysku operacyjnego na poziomie 9,3 proc. W USA było to odpowiednio 1,7 i 12,7 proc. Według przewidywań Deloitte ten dobry trend powinien się także utrzymać w kolejnych latach” – podsumowuje Piotr Świętochowski.

[i] http://forsal.pl/artykuly/1007890,senat-komisja-pozytywnie-o-budzecie-na-obronnosc.html

Orłowski: 500+ i działania rządu nie spowodowały powrotu inflacji

Przyzwyczailiśmy się i polubiliśmy brak inflacji, co skutkowało spadającymi cenami. Uznaliśmy, że inflacja nie jest żadnym zagrożeniem. Może jednak ona do nas wrócić szybciej, niż się tego spodziewamy – co już ma miejsce. Zagadką jest to, czy zostanie ona na niskim poziomie czy będzie wzrastać. Możliwe są różne scenariusze i obawy. Mniej optymistyczny wariant zakłada, że inflacja może wzrastać mocniej niż nam się dzisiaj wydaje. Problem inflacji nie występuje w momencie, kiedy jej nie ma. Pojawienie się jej wymaga twardych decyzji banku centralnego.

– Szybkość powrotu inflacji może nas mocno zaskoczyć, zwłaszcza wzrost cen surowców – powiedział agencji eNewsroom.pl Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC – Będzie to problem banku centralnego. Czy wzrost cen surowców przełoży się przez mechanizm tzw. spirali inflacyjnej na wyższe oczekiwania inflacyjne oraz wyższe żądania płacowe? Jeżeli tak się stanie, to bank centralny będzie musiał zdecydowanie się przeciwstawić.

Nie oskarżałbym rządu i programów socjalnych o powrót inflacji.

Niska inflacja spowodowana była wydarzeniami na zewnątrz Polski. W tej chwili przez czynniki zewnętrzne szybko wzrasta. Dzisiejszą Polskę od Polski sprzed kilu lat odróżnia spadek bezrobocia w takim stopniu, że przedsiębiorcy mają problem ze znalezieniem pracowników. Oznacza to, że żyjemy w świecie prawie pełnego zatrudnienia – mowa o pracownikach, którzy chcą i mogą znaleźć pracę. Dzięki temu wzrost płac może być bardziej gwałtowny, niż dawnej. Programy socjalne nie destabilizują budżetu i nie wywołują inflacji. Więcej pieniędzy na rynku i szybszy wzrost płac może nadać inflacji cechy trwałości – podsumował Orłowski.

Trudno pozbyć się pesymizmu względem dolara

Los dalej nie sprzyja dolarowi, kiedy dobre dane o zatrudnieniu gasną w świetle rozczarowującej presji płacowej. Fed nie ma się gdzie spieszyć, a pasywność przelewa się na kupujących USD. W poniedziałek ubogość danych sprzyja przetasowaniom w pozycjonowaniu przy braku powodów do reklamowania apetytu na ryzyko.

Silny wzrost zatrudnienia (227 tys., prog. 180 tys.) w styczniowym raporcie Departamentu Pracy USA uderza w pierwszym wrażeniu, ale jego znaczenie jest dużo mniejsze. Finalnie główna uwaga skupiła się na dynamice płacy godzinowej, która wyniosła tylko 0,1 proc. m/m przy prognozie 0,3 proc. Dodatkowo dane grudniowe zostały zrewidowane z 0,4 proc. do 0,2 proc. Jeśli styczniowy odczyt oczyścimy z efektów podwyższenia płacy minimalnej w 19 stanach, okaże się, że wynagrodzenia pozostały bez zmian. Od miesięcy wiadomo, że miejsc pracy w USA systematycznie przybywa. Teraz ważniejsze jest, czy pula, z której gospodarka może czerpać pracowników, wyczerpuje się, czy nie? Swobodne wypełnianie wolnych stanowisk przy niskiej presji płacowej sugeruje, że gospodarka ma jeszcze wolna przestrzeń do rozpędzania, zanim ulegnie przegrzaniu, zdejmując z Fed konieczność prędkiej podwyżki stóp procentowych.

A jednak wypowiadający się po publikacji danych członkowie Fed podtrzymywali jastrzębi optymizm. Zarówno Evans, jak i Williams powtórzyli, że trzy podwyżki w tym roku są możliwe. Williams dodał nawet, że są argumenty za ruchem już w marcu, choć nie ma on prawa głosu w tym roku. Fed ma interes w tym, by podsycać oczekiwania rynkowe na więcej podwyżek, w ten sposób zdobywając elastyczność na ruch w którymkolwiek kierunku (mniej/więcej podwyżek) w zależności od rozwoju gospodarczego w kolejnych kwartałach. Jednakże rynek jest zadowolony z wyceną około dwóch kroku Fed w tym roku, więc jastrzębie komentarze z banku centralnego nie były w stanie zatrzeć rozczarowania raportem z Rynku Pracy. W rozpoczynającym się tygodniu USD nie znajdzie prędko wsparcia w danych makro z USA, co daje przewagę stronie sprzedającej wsłuchującej się w doniesienia z Białego Domu. Sprzedaż USD/JPY i kupno EUR/USD dalej wydają się łatwiejszym kierunkiem, niż przeciwny, ale wpierw trzeba przebrnąć przez techniczne bariery (odpowiednio 112,00 i 1,0830).

W kalendarzu na dziś za nami już mało emocjonujący odczyt PMI dla usług z Chin (53,1, poprz. 53,4) oraz nieoczekiwany spadek sprzedaży detalicznej w Australii w styczniu (-0,1 proc. m/m, prog. 0,3 proc.). Ta druga publikacja osłabiła AUD, choć pełna reakcja jest hamowana przez wyczekiwanie przez inwestorów decyzja RBA jutro nad ranem. Słabszy odczyt inflacji za IV kw. i niższy wzrost sprzedaży detalicznej w grudniu i styczniu równoważą pozytywne efekty wzrostu cen surowców eksportowanych z kraju, w rezultacie RBA może sobie pozwolić na przedłużenie neutralnego nastawienia. AUD pozostaje najsilniejszą walutą w G10 od początku roku i stanowisko „wat-and-see” banku centralnego może rozczarować co bardziej jastrzębio nastawionych uczestników rynku i zainicjować redukcję długich pozycji. Utrzymujemy krótką pozycję w AUD/JPY.

Do czasu decyzji RBA w zasadzie niewiele widnieje w kalendarzu. Solidne zamówienia przemysłowe z Niemiec dziś rano zostały zignorowane, co widać po spadającym od rana EUR/USD. Indeks Sentix z Eurolandu nigdy nie wzbudza emocji. Po południu mamy wystąpienie prezesa EBC Draghiego w Parlamencie Europejskim, a wieczorem przemawia Harker z Fed. Prezydent Trump pracuje bez wytchnienia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kondycja finansowa sektora handlu detalicznego

W 2016 r. sklepom udało się uniknąć nowego podatku handlowego, ale i bez dodatkowych obciążeń fiskalnych w handlu nie jest łatwo. Niskie marże i silna konkurencja sprawiają, że handel detaliczny zalega powyżej 60 dni swoim kontrahentom i bankom na 1 miliard zł – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK. W dobrej kondycji finansowej jest dziś trzy razy mniej firm niż przed siedmioma laty – informuje również wywiadownia gospodarcza Bisnode Polska.

Branża zatrudniająca około 2 mln pracowników, w której działa prawie 537 tys. firm, ma zaległości wobec kontrahentów i banków przekraczające 990 mln zł. Zaległe płatności na kwotę minimum 500 zł, przeterminowane o co najmniej 60 dni posiada w Rejestrze Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej – 20 189 firm handlu detalicznego. Poważne problemy z terminowym regulowaniem swoich zobowiązań ma tym samym 3,8 proc. przedsiębiorstw handlowych, czyli co o 26 firma z branży – wynika z danych BIG InfoMonitor i BIK.

Płynność finansowa się pogarsza, w dobrej kondycji tylko 21 proc. firm

– Kwota zaległości handlu nie zaskakuje biorąc pod uwagę, że branża działa w warunkach dużej konkurencji, wywierającej silną presję na rentowność. – Szczególnie trudno jest małym sklepom, gdzie rentowność sięga zaledwie 0,5 – 1 proc. – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor. – Choć trzeba przyznać, że w ostatnich dwóch latach handlowi sprzyjało stosunkowo wysokie tempo wzrostu gospodarczego, wzrost płac realnych, spadek bezrobocia oraz niskie ceny surowców energetycznych, obniżające koszty działalności – dodaje Mariusz Hildebrand.

Korzystny splot okoliczności był źródłem poprawy sytuacji w branży, o czym świadczą choćby wzrost udziału firm rentownych do prawie 69 proc., czy też niższy niż dla całej populacji firm, odsetek upadłości. Niestety nie przełożyło się to jednak korzystnie na poziom płynności finansowej, której wskaźniki, podobnie jak w większości branż, wykazują tendencję spadkową – wynika z badań Narodowego Banku Polskiego.

Skalę i dynamikę negatywnych zmian zachodzących w branży handlowej pokazują dane wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska. W analizach wywiadowni z 2010 r. 59 proc. firm handlu detalicznego znajdowało się bardzo dobrej kondycji, dziś w tej grupie pozostało jedynie 21 proc.

kondycja finansowa handlu

Sklepy monopolowe i stacje paliw otwierają listę dłużników, mimo, że są w dobrej kondycji

Oczywiście sytuacja różni się w zależności od specjalizacji przedsiębiorstwa. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor i BIK najgorzej z solidnością płatniczą jest w handlu alkoholem, gdzie co dziesiąta firma ma na koncie nieuregulowane rachunki, faktury i raty kredytów. Niespłacone długi przekraczają tu 37 mln zł. Kiepsko wypadają również stacje paliw. Zaległości w BIG InfoMonitor i BIK ma bowiem co czternasta stacja, ich łączny dług sięga 100 mln zł. Nienajlepiej jest również w hurtowym handlu owocami i warzywami. Prawie 99 mln zł zaległości ma co piętnasty przedsiębiorca prowadzący tego typu działalność. Na tle ogółu firm handlowych do bardziej ryzykownych należą również sklepy oferujące sprzęt komputerowy (26 mln zł zaległości), sprzęt muzyczny (19 mln zł) oraz sprzęt medyczny i ortopedyczny (14,5 mln zł). W tych kategoriach długi ma co szesnasty prowadzący je przedsiębiorca.

– Nie zawsze jednak niepłacący to ten, który ma finansowe kłopoty. Nierzetelne firmy mogą mieć się nieźle, ale swoją niesolidnością przysparzać problemów innym tworząc zatory płatnicze – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand. Analiza wywiadowni Bisnode pokazuje bowiem, że stosunkowo często niepłacące firmy, które prowadzą sklepy monopolowe i stacje benzynowe, znajdują się w dużo lepszej kondycji finansowej niż inne przedsiębiorstwa handlowe. Wśród handlujących alkoholem i paliwem aż 40 i 50 proc. firm może pochwalić się bardzo dobrą i dobrą kondycją finansową. Na tle średniej dla handlu wynoszącej 21 proc. to naprawdę świetny wynik. Według wywiadowni gospodarczej w najgorszym położeniu znajdują się sprzedający zegarki i wyroby jubilerskie W tej branży, aż 9 na 10 sklepów obecnie znajduje się w słabej kondycji, 7 proc. w bardzo dobrej i dobrej, a 2,5 proc. w bardzo złej. Wpływ dyskontów i sieci handlowych mocno daje się we znaki małym, niezależnym sklepom rybnym, handlującym odzieżą, zabawkami, sprzedażą owoców i warzyw. W tych sektorach odsetek sklepów w słabej sytuacji finansowej wynosi od 80 proc. do 89 proc. Podobnie jest także w księgarniach czy wśród oferujących sprzęt telekomunikacyjny. W słabej kondycji finansowej znajdują się też sklepy komputerowe, z obuwiem, mięsem i produktami wędliniarskimi, także pieczywem, z art. sportowymi, tytoniem, produktami medycznymi i kosmetykami. W tych branżach odsetek sklepów w słabej sytuacji finansowej wynosi od 70 proc. do 79 proc. – informuje Bisnode.

Choć branży pomaga zwiększający popyt konsumentów m.in. dzięki programowi 500 plus, jednak wpływ ten niwelowany jest podwyżkami płacy minimalnej oraz godzinowych stawek wynagrodzenia. Główne czynniki ryzyka dla handlu to wciąż aktualna perspektywa wprowadzenia podatku od sprzedaży oraz plany ograniczenia handlu w niedzielę, a także silna presja na wzrost płac ze strony pracowników wynikająca z programu 500 plus oraz wzrostu minimalnego wynagrodzenia.

Najwięcej handlowych dłużników na Mazowszu, ale największy odsetek dłużników w woj. pomorskim i zachodniopomorskim

Z danych BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że województwem, które dominuje pod względem kwoty zaległości firm handlowych jest mazowieckie. Najwyższa jest też tu liczba niesolidnych dłużników. Na kolejnych pozycjach pod względem wartości długów mieszczą się Dolny Śląsk oraz woj. pomorskie, śląskie i wielkopolskie. Sporą liczbę dłużników widać również w woj. łódzkim jednak, w relacji do działających firm handlowych w poszczególnych województwach, najwięcej dłużników jest w pomorskim oraz zachodniopomorskim.

kondycja finansowa handlu z podziałem na województwa

Opóźnienia w płatnościach najbardziej dotkliwe dla budownictwa i transportu

Badanie płatności przeprowadzone przez Coface wśród polskich firm potwierdza, że przedsiębiorstwa często oferują sprzedaż z odroczonym terminem płatności, czyli w kredycie kupieckim. Jednak popularność kredytu kupieckiego nie oznacza, że wierzytelności są spłacane na czas. Badanie Coface wykazało, że blisko 1/4 firm w Polsce posiada zaległości płatnicze, których termin zapłaty minął co najmniej 3 miesiące temu. W tym roku opóźnienia płatnicze powinny zmniejszać się, jednak nie wszystkie branże odczują poprawę w tym obszarze.

Pierwsze badanie Coface dotyczące płatności w Polsce zostało przeprowadzone*, gdy gospodarka przechodziła tymczasowe spowolnienie. Wolniejsze angażowanie środków z nowego budżetu unijnego oraz wzrost niepewności przedsiębiorstw spowodowały spadek inwestycji w aktywa trwałe. Jednak słabsza koniunktura nie wywołała dotkliwych konsekwencji dla polskiej gospodarki. Zgodnie z szacunkami Coface wzrost PKB Polski sięgnął 2,8 proc. w 2016 r. i przyspieszy do 3,1 proc. w 2017 r.

Krótkie terminy płatności, ale długie opóźnienia

Sprzedaż z odroczonym terminem płatności stała się praktyką rynkową i jest obecnie oferowana przez większość firm w Polsce. Niemniej jednak, przedsiębiorstwa niechętnie udzielają długich terminów spłaty, wobec czego dominują krótkie terminy płatności – do 30 dni. Branże transportowa, metalurgiczna i budowlana oferują najdłuższe terminy płatności. Z kolei branże tekstylno-odzieżowa, rolno-spożywcza i handlu detalicznego są najbardziej restrykcyjne w tym zakresie. Polskie przedsiębiorstwa są świadome ryzyka związanego z oferowaniem kredytu kupieckiego. Większość firm, które wzięły udział w badaniu zawiera z kontrahentami pisemne umowy handlowe określające termin dokonania płatności. Najbardziej popularnymi środkami ostrożności, jakie przedsiębiorstwa podejmują w celu zabezpieczenia przed brakiem płatności od klientów są: ocena sytuacji finansowej kontrahentów, monitoring płatności, ubezpieczenie należności oraz windykacja.

„Sprzedaż z odroczonym terminem płatności jest ogólnie stosowaną praktyką rynkową. Niestety zaległości płatnicze są także powszechne wśród polskich przedsiębiorstw”, wyjaśnia Grzegorz Sielewicz, Główny Ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej. “Większość polskich firm doświadcza opóźnień w płatnościach, a najdłuższe zaległości odnotowywane są w budownictwie i transporcie. Branże te zgłaszają opóźnienia należności o odpowiednio 84 i 113 dni, co znacznie przekracza średnią dla wszystkich sektorów wynoszącą 51,5 dnia”.

Badanie Coface wykazało, że 2/3 firm w Polsce ma należności opóźnione o maksymalnie 60 dni. Jednocześnie niemalże 1/4 przedsiębiorstw zgłosiła zaległości, których data spłaty minęła co najmniej 3 miesiące temu. Zgodnie z doświadczeniami Coface około 80 proc. wierzytelności nie zostanie w ogóle spłaconych, jeśli opóźnienie w płatności przekracza 6 miesięcy. Prawie 4 proc. przedsiębiorstw w Polsce zgłosiła, że posiada należności tak długo przeterminowane w spłacie. Nagromadzone łączne należności opóźnione o ponad pół roku i stanowiące równowartość ponad 10 proc. rocznego obrotu zostały wskazane przez co piątą firmę spośród wszystkich objętych naszym badaniem.

Zgodnie z obliczeniami Coface średnie opóźnienie płatnicze dla wszystkich sektorów wynosi 51,5 dnia. Jednak niektóre branże zgłaszają dłuższe zaległości – zwłaszcza transport (112,9 dni) i budownictwo (83,6 dni). Najkrótsze opóźnienia mają miejsce w przypadku handlu detalicznego, gdzie średnia wynosi 19,3 dnia.

Perspektywa poprawy

Wraz z przyspieszeniem wzrostu PKB Polski w tym roku przedsiębiorstwa oczekują poprawy otoczenia biznesowego i stabilizacji, a nawet spadku zaległości płatniczych na przestrzeni 2017 roku. Większość respondentów uważa, że spowolnienie gospodarcze jest krótkookresowe – 40 proc. firm spodziewa się wzrostu sprzedaży w ciągu kolejnych 6 miesięcy, a wyższa rentowność w tym okresie oczekiwana jest przez 54 proc. przedsiębiorstw. W podziale branżowym wzrost sprzedaży jest prognozowany zwłaszcza w branży handlu detalicznego, energetycznej, tekstylno-odzieżowej i motoryzacyjnej. Z kolei branże transportowa, metalurgiczna, teleinformatyczna i budowlana oczekują niższego poziomu sprzedaży w kolejnym półroczu 2017 roku.

Odnośnie opóźnień płatniczych, prawie połowa firm spodziewa się, że w ciągu kolejnych 6 miesięcy nie nastąpią zmiany w poziomie nieterminowych płatności. Wśród pozostałych więcej jest przedsiębiorstw, które przewidują, że opóźnienia płatności skrócą się (29 proc. firm) niż tych, które spodziewają się ich wydłużenia (22 proc. firm). Podział branżowy wskazuje, że w ciągu najbliższych miesięcy niektóre sektory bardziej doświadczą zaległości płatniczych niż inne. W budownictwie 55 proc. przedsiębiorstw spodziewa się wzrostu opóźnień płatności, a tylko 12 proc. oczekuje ich spadku. Odzwierciedla to ocena ryzyka sektorowego Coface dla Polski, w ramach której budownictwo oceniane jest na najniższym poziomie „bardzo wysokie ryzyko” od listopada 2016 r. Sytuacja sektora budowlanego powinna ulegać stopniowej poprawie, a ryzyko płynnościowe obniżać się wraz z większym wykorzystaniem funduszy z obecnego budżetu unijnego. Odradzające się inwestycje w aktywa trwałe sektora prywatnego będą również stanowić wsparcie dla budownictwa zwłaszcza, że nakłady inwestycyjne na budynki i budowle znacznie spadły w poprzednim roku. Chociaż rok 2017 powinien przynieść pewną poprawę, będzie ona najprawdopodobniej odczuwalna dopiero w drugiej połowie roku.

Ponadto, relatywnie duży udział przedsiębiorstw transportowych (39 proc.) spodziewa się wzrostu przeterminowań płatności i tylko 8 proc. oczekuje ich spadku, podczas gdy blisko połowa przewiduje brak zmian w tym zakresie. Główne obawy firm transportowych dotyczą słabszej dynamiki globalnej wymiany handlowej, działań protekcjonistycznych dotyczących drogowego przewozu towarów wprowadzonych przez niektóre kraje Europy Zachodniej oraz rosnące trudności w znalezieniu pracowników. Te czynniki niepewności nadal będą oddziaływać na branżę w 2017 r. Z kolei branżami, które oczekują największej poprawy w zakresie zaległości płatniczych w ciągu kolejnych 6 miesięcy są tekstylno-odzieżowa, metalurgiczna i motoryzacyjna.

*Badanie zostało przeprowadzone na przełomie listopada i grudnia 2016 roku.

Finansowanie MSP w 2017 – jakie narzędzia staną się bardziej dostępne

  • O bankowe kredyty stara się dziś dwa razy mniej firm niż np. w 2006 roku, mimo najniższego w historii oprocentowania.
  • Rośnie znaczenie faktoringu z którego korzysta już ponad 10 tys. firm.
  • Polscy przedsiębiorcy są coraz bardziej otwarci na nowe formy finansowania.

Małe i średnie firmy to przeszło 99 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Odpowiadają za trzy czwarte miejsc pracy i ponad dwie trzecie PKB. Te dane pokazują, jak ważna jest dostępność finansowania inwestycji w tym sektorze w 2017.

Co słychać w kredytach?

Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła na posiedzeniu 11.01 stóp procentowych. Większych zmian w tym zakresie eksperci nie spodziewają się też w dalszej części roku. To przemawia za utrzymaniem na niezmienionym poziomie kosztów kredytów bankowych. Są jednak inne czynniki, które mogą wpłynąć na zmniejszenie dostępności lub wzrost kosztów kredytów dla przedsiębiorców. Najważniejsze to ogólna niepewność co do rozwoju sytuacji gospodarczej, znajdująca swoje odzwierciedlenie w ocenach instytucji ratingowych. Inna obawa związana jest z planowanymi ustawowymi zmianami w działalności pośredników finansowych, które wg wielu ekspertów negatywnie wpłyną na cały rynek. O ile teraz ma to dotyczyć kredytów hipotecznych, trudno całkowicie wykluczyć, że za jakiś czas nie zostanie rozszerzone na kredyty dla firm.

Nawet bez tego popularność tej formy finansowania systematycznie spada. Obecnie o bankowe kredyty stara się dziś dwa razy mniej firm niż np. w 2006 roku, mimo najniższego w historii oprocentowania.

Warto też zwrócić uwagę, że uzyskanie pieniędzy w ten sposób wcale nie jest łatwe dla firmy MSP. Przedsiębiorca musi spełnić podstawowe kryteria, aby otrzymać kredyt na rozpoczęcie działalności. Jednym z nich, jest praktycznie nieosiągalna dla młodych firm, zdolność kredytowa. Większość początkujących przedsiębiorców nie dysponuje żadnymi zabezpieczeniami i nie ma długiej historii w banku. Wadą kredytu są też znaczne koszty i obciążenie ksiąg „zakredytowanych” firm.

Rośnie znaczenie faktoringu

Większość ekspertów jest zgodna, że na znaczeniu zyska w 2017 roku faktoring. Polega na szybkim przekazywaniu wystawcy faktury należności za wykonane przez niego usługi czy produkty przez trzecią firmę – faktora, który pobiera za to prowizję. Ma to sens w przypadku faktur z długim terminem zapłaty, gdy przedsiębiorca zmuszony czekać na swoje pieniądze np. 90 dni. Chcąć zachować płynność finansową zmuszony jest wesprzeć się kredytem, lub skorzystać z faktoringu.

– Rosnąca popularność takiej usługi z jednej strony wynika ze stopniowego upowszechniania się metody i przekonywania się do niej przedsiębiorców, z drugiej strony sprawiła to poprawa oferty firm faktoringowych. Usługa jest coraz łatwiej osiągalna nie tylko dla małych ale nawet mikrofirm. Pozbawiona jest też bariery jaką odczuwa część początkujących przedsiębiorców niepewnych powodzenia swojego biznesu – inwestowania pożyczonych pieniędzy. Przy faktoringu przedsiębiorca de facto otrzymuje od faktora, swoje, już zarobione pieniądze, nie jest to więc „rozwój na kredyt” – mówi Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S. A.

Obroty faktorów po trzech kwartałach 2016 były wyższe o 19,8% w porównaniu do tego samego okresu 2015. Ta metoda finansowania jest odpowiedzią na zatory płatnicze, stanowiące istotną barierę w prowadzeniu działalności, na co skarży się prawie 90% firm, które przyjmują płatności z odroczonym terminem. Prawie połowa badanych przedsiębiorców nie otrzymuje na czas zapłaty za sprzedane produkty lub usługi.

Polscy przedsiębiorcy są otwarci na nowe formy finansowania i nie boją się z nich korzystać

Często stosowanym sposobem na inwestycje w środki trwałe – np. maszyny produkcyjne jest leasing. Maszyny są wtedy zabezpieczeniem finansowania. Taki model utrudnia jednak ich ewentualną sprzedaż, wiążąc przedsiębiorcy ręce i zmniejszając elastyczność firmy.

W 2017 może też wzrosnąć rola społecznych funduszy fundrisingowych jak Kickstarter, czy polskie Wspieram.to lub Polak potrafi. W naszym kraju działa już kilkanaście takich inicjatyw, jednak do tej pory ich udział w finansowaniu przedsiębiorstw w skali całej gospodarki jest śladowy i osiągalny jedynie dla startupów o nowatorskich produktach czy usługach.

W 2017 roku dostępne będzie aż 316 form dotacji dla mikro i małych przedsiębiorstw z środków pochodzących z różnych programów. Największe szanse na dofinansowanie mają inwestycje realizowane w obszarach badań i rozwoju, inteligentnych specjalizacji czy technologii informacyjno-komunikacyjnych. Wadą takiego finansowania jest często skomplikowana procedura pozyskania i ograniczony zasięg np. dostępny dla firm z konkretnego województwa.

Polscy przedsiębiorcy ryzyko związane z dostępnością kapitału i kredytów uważają za jedno z istotniejszych dla przyszłości ich biznesu, jednak wg ekspertów rok 2017 będzie w tym zakresie dosyć spokojny.

– W mojej ocenie w 2017 roku nie ma poważniejszych przesłanek do obaw o dostępność kapitału dla MSP. Biznes zawsze będzie potrzebował finansowania i jeśli tylko na rynku nie zajdą jakieś katastrofalne zmiany, firmy znajdą taki czy inny sposób na pozyskanie kapitału. Zmienia się jedynie środek ciężkości – w ostatnich latach tracą na znaczeniu kredyty, a dzięki swojej elastyczności i szerokiej dostępności zyskuje faktoring, za jakiś czas może pojawi się nowy znaczący pomysł  – ocenia Piotr Gąsiorowski z eFaktor.

Sektor bankowy i energetyka inwestują w cyberbezpieczeństwo

Ochrona przed cyfrową przestępczością staje się coraz bardziej istotna. Świadczą o tym nie tylko rządowe plany budowy systemów obrony dla wojska, ale również inwestycje firm z sektora bankowego, a ostatnio również energetycznego. Cyberbezpieczeństwo stało się więc priorytetem dla firm w Polsce, a jak prognozują eksperci firmy Qumak – znaczenie cyber obrony w przedsiębiorstwach i instytucjach rządowych będzie rosło.

Tworzenie rozwiązań mających na celu obronę przed atakami oraz wykrywaniem przestępczości w sieci stało się już priorytetem wielu organizacji, w tym również administracji rządowej. Wpływa na to zarówno rozwój technologiczny, jak i zmieniający się układ geopolitycznych sił, w których Polska odgrywa znaczącą rolę. Niedawno Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiedziało inwestycje w rozbudowę zdolności w cyberprzestrzeni, na którą przeznaczy 1 mld złotych. Mogą one objąć budowę laboratorium służącego do prowadzenia badań oraz rozwoju systemów i sieci teleinformatycznych, czy zakup systemu do analizy ruchu sieciowego. W cyberobronność inwestuje również MSWiA. Pod koniec 2016 roku ministerstwo uruchomiło w Komendzie Głównej Policji Biuro do walki z Cyberprzestępczością, które ma wprowadzać najnowsze rozwiązania technologiczne w tym zakresie. Chęć zwiększenia udziału technologii w zwalczaniu i wykrywaniu cyberprzestępczości potwierdza również ostatni kontrakt firmy Qumak z Komendą Główną Policji na outsourcing specjalistów IT z różnych dziedzin, którzy będą realizować ogólnopolskie projekty informatyczne. To dopiero początek działań mających na celu wzmocnienie bezpieczeństwa, ale już widać, że będzie to strategiczny obszar inwestycyjny.

Bankowość i energetyka bronią się równie mocno

Instytucje bankowe od dłuższego czasu inwestowały w takie rozwiązania, ale wyraźnie widać, że nie zwalniają tempa, a doskonalenie zabezpieczeń jest dla nich kwestią priorytetową. W cyberbezpieczeństwo zaczęła także inwestować branża energetyczna. W minionym roku dla firm z obu tych branż Qumak zrealizował projekty dotyczące zarządzania cyberbezpieczeństwem o łącznej wartości przekraczającej 7,7 mln zł netto.  Inwestycje te z pewnością będą kontynuowane ze względu na realnie występujące zagrożenie. Obszar ten jest również jednym z kluczowych, na którym koncentruje się Qumak w swojej nowej strategii rozwoju na lata 2017-2020 – mówi Krzysztof Tyl, Dyrektor Centrum Kompetencyjnego Business Continuity & Data Security w Qumak S.A.

Zapewnienie odpowiedniej obrony wymaga konkretnych inwestycji. W przypadku kontraktów zrealizowanych przez Qumak kluczowym było wdrożenia systemów klasy SIEM (ang. Security Information and Event Management), opartych o rozwiązanie IBM Qradar. Zaimplementowane systemy stanowią kluczowy element powstających w tych instytucjach centrów zarządzania bezpieczeństwa tzw. Security Operations Center (SOC) oraz są centralnym miejscem do zarządzania bezpieczeństwem całej firmy. Dzięki nim możliwe jest m.in. rozliczanie zasad bezpieczeństwa pracowników, reagowanie na incydenty zewnętrzne i wewnętrzne, wykrywanie anomalii sieciowych oraz stała automatyczna analiza setek milionów zdarzeń dla różnych scenariuszy cyberataków. Dodatkowo prace przy budowie takich zabezpieczeń obejmowały również dostawę, i konfigurację systemu, projekt architektury, integrację ze środowiskiem IT Klienta, projekt mechanizmów korelacji i raportowania. Konieczna była również integracja źródeł logów i źródeł kontekstowych oraz wdrożenie mechanizmów korelacji (UC) i raportowania.

Systemy cyberbezpieczeństwa przynoszą dodatkowe korzyści

Zrealizowane przez Qumak wdrożenia pozwoliły m.in. na usystematyzowanie informacji o zabezpieczeniach stosowanych w firmie, rozpowszechnianiu wiedzy o bezpieczeństwie wśród administratorów, odpowiadanie na zalecenia audytowe oraz przyspieszenie rozwiązywania problemów w działaniu systemów IT.

W cyberbezpieczeństwo będą inwestować kolejne sektory. Dziś nie ma już od tego odwrotu. Jeśli firmy chcą bezpiecznie prowadzić biznes, wykorzystując technologie i Internet, to będą musiały wdrożyć takie rozwiązania, aby zabezpieczyć się przed działaniami cyberprzestępców.

Krajowy rynek kinowy z rekordowym wynikiem. Polacy coraz częściej chodzą do kina i chętnie wybierają rodzime produkcje

Krajowy rynek kinowy z rekordowym wynikiem. Polacy coraz częściej chodzą do kina i chętnie wybierają rodzime produkcje 10

Rynek kinowy w Polsce bije kolejne rekordy. W 2016 roku 52 mln razy odwiedziliśmy kina. To o ponad 7 mln więcej niż w najlepszym dotychczas 2015 roku. Połowa najchętniej oglądanych filmów to polskie produkcje, sprzedano na nie 13 mln biletów. Polski rynek kinowy jest średnio nasycony, a na jedno kino przypada znacznie więcej osób niż innych krajach europejskich. Perspektywy rozwoju rynku są dobre, zwłaszcza w mniejszych miastach.

 Ostatnie lata to przepiękny okres kinowy. Polacy coraz częściej wychodzą z domów, m.in. do kina, restauracji, lubią spędzać ze sobą czas. Trzy lata temu przebiliśmy magiczną liczbę średnio jednej wizyty w kinie, w 2016 roku było to już prawie półtora razu. Co prawda, wciąż plasuje nas to daleko za Europą Zachodnią, ale szybko ją gonimy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bianka Pawlewska, dyrektor zarządzająca New Age Media, domu sprzedaży reklamy w kinach wielosalowych.

Z danych Boxoffice wynika, że w 2016 roku kina w Polsce odwiedziło 52 mln widzów. Oznacza to 16,5 proc. wzrost względem 2015 roku (44,5 mln). Dla porównania, w 2013 roku było to 36 mln, a w 2005 roku działające w kraju kina odwiedzono 24 mln razy. W ciągu dekady liczba sprzedanych biletów podwoiła się.

– Kiedy premiery w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, czy we Francji są w tym samym dniu także w Polsce, możemy zobaczyć, że frekwencja idzie do przodu. Ale to, co charakteryzuje polski rynek, to fakt, że 25 proc. wpływów ze sprzedanych biletów stanowią filmy polskie – zaznacza Pawlewska.

Dotychczas rekord sprzedanych biletów na polskie produkcje padł w 2011 roku, kiedy kupiono ich ok. 12 mln. W 2016 roku padł rekord – 13 mln biletów. W dziesiątce najchętniej oglądanych filmów, połowa była rodzimej produkcji. Blisko 3 mln widzów przyciągnął „Pittbul. Niebezpieczne kobiety”, a „Planeta singli” – 1,9 mln. To nie tylko najczęściej oglądane polskie filmy, ale te, które ogółem przyciągnęły najwięcej widzów. Tłumy obejrzały też „Wołyń” (1,4 mln), „Pittbul. Nowe porządki” (1,4 mln) oraz „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach” (1,1 mln).

– Polacy wybierają kina, które są w dobrych centrach handlowych – ocenia dyrektor New Age Media.– Najczęściej najpierw wybieramy film, potem miejsce, gdzie mieszkamy, następnie godzinę. Rzadko kierujemy się różnego rodzaju promocjami.

Multipleksy kilka lat temu stały się magnesem przyciągającym widzów. Po pierwszym boomie renesans przeżywały mniejsze, bardziej kameralne kina, często z ambitniejszym repertuarem.

– Rynek jest dosyć mocno nasycony, przede wszystkim w miastach z 120–150 tys. mieszkańców. W miejscowościach poniżej 100 tys. miejsce na mniejsze kina już jest. Jedna z polskich sieci obrała właśnie strategię budowania kin w mniejszych miastach. Tam, gdzie kina działają, statystyczny Polak nie przychodzi do kina półtora razu rocznie, ale co najmniej cztery – podkreśla Pawlewska.

Polskie kina szybko gonią te z Europy Zachodniej, nie tylko pod względem wyposażenia, ale i liczby premier. Jak zauważa ekspertka, wciąż jednak widać różnicę w liczbie osób przypadających na jedno kino. W Polsce mieszkańcy mniejszych miast są często zdani na jedno kino lub są zmuszeni do wizyt w sąsiednich, większych.

– W Polsce na jedno kino przypada około 30 tys. osób. Na rynku niemieckim jest to 17 tys. ludzi, którzy przychodzą do kina dwa razy w ciągu roku. W Irlandii, gdzie jest tylko 10 tys. osób na kino, przychodzą one cztery razy w ciągu roku, więc dalej mamy szansę na rozwój – prognozuje Bianka Pawlewska.

BM Deutsche Bank Polska: Pod koniec roku dolar może kosztować ponad 4,70 zł. Drożeć będzie także euro

BM Deutsche Bank Polska: Pod koniec roku dolar może kosztować ponad 4,70 zł. Drożeć będzie także euro 11

Rozczarowani zachowaniem Fed i amerykańskiego prezydenta inwestorzy w ostatnich dniach odwrócili się od dolara. W dłuższej perspektywie amerykańska waluta powinna się jednak dalej umacniać wobec innych głównych walut świata – uważa Piotr Tukendorf z Biura Maklerskiego Deutsche Banku. Na koniec roku spodziewa się kursu na poziomie 0,95. To będzie determinować sytuację złotego. Oczekiwany poziom na koniec roku to około 4,70 zł za dolara.

 Głównym elementem determinującym sytuację na rynku walutowym będzie zachowanie dolara amerykańskiego. Wynika to przede wszystkim z ekspansywnej polityki prowadzonej przez administrację nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych i co za tym idzie – pewnego przyspieszenia tempa podwyżek stóp procentowych w USA – mówi agencji Newseria Piotr Tukendorf, doradca inwestycyjny z Biura Maklerskiego Deutsche Bank Polska.

Na ostatnim posiedzeniu Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych pozostawiła stopy procentowe na dotychczasowym poziomie. Po podwyżce w grudniu 2016 roku ich aktualny poziom wynosi 0,50–0,75 proc. To najwyższy poziom od 2009 roku. Inwestorzy oczekują, że podwyżka z końca ubiegłego roku jest dopiero początkiem całego cyklu zaostrzania amerykańskiej polityki monetarnej. Mimo że na ostatnim posiedzeniu Fed w żaden sposób nie zasugerował, że można się spodziewać kolejnych podwyżek w marcu.

– Generalnie oczekujemy umocnienia się dolara amerykańskiego w stosunku do głównych walut na świecie. Jeśli chodzi o główną parę, czyli euro–dolar, to wycena dolara powinna spaść poniżej parytetu, wręcz do poziomu 0,95 na koniec tego roku – przewiduje Tukendorf.

Po tym jak na przełomie roku notowania pary walutowej euro–dolar amerykański obniżyły się do poziomu zaledwie 1,04–1,05, na rynku obserwowane jest wyraźne odbicie. Za jedno euro inwestorzy płacą około 1,07–1,08 dolara.

– Kolejną główną parą walutową jest dolar–jen. Uważamy, że jen ma potencjał, żeby nadal się osłabiać. Oczekujemy, że będzie to spowodowane oczekiwanym zwiększeniem stymulacji polityki pieniężnej przez bank centralny Japonii – wyjaśnia analityk Biura Maklerskiego Deutsche Bank Polska.

W ostatnich miesiącach jen japoński w stosunku do dolara gwałtownie tracił na wartości. Jeszcze we wrześniu kurs pary walutowej dolar–jen oscylował w granicach 100–103. Obecnie za jednego dolara należy zapłacić już przeszło 110–115 jenów, a okresowo było to 118 jenów. Na posiedzeniu ostatniego dnia stycznia japoński bank centralny utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Z tego umocnienia dolara będzie wynikało również potencjalnie słabsze zachowanie się walut na rynkach wschodzących, w tym również złotego. Uważamy, że na koniec roku polski złoty powinien się osłabić zarówno w stosunku do euro, jak i dolara amerykańskiego – dodaje Piotr Tukendorf

Kurs pary euro–złoty wynosi 4,30–4,35. Tymczasem zdaniem eksperta BM Deutsche Banku pod koniec roku euro będzie kosztować około 4,55 zł. Jeszcze większe osłabienie przewidywane jest w stosunku do dolara amerykańskiego. Doradca spodziewa się, że w grudniu amerykańska waluta może kosztować ponad 4,70 zł.

Rozwój sprzedaży biletów online, nowe trasy i pociągi. PKP Intercity chce w tym roku przewieźć 39,2 mln pasażerów

Rozwój sprzedaży biletów online, nowe trasy i pociągi. PKP Intercity chce w tym roku przewieźć 39,2 mln pasażerów 12

PKP Intercity zamierza w tym roku rozwijać sprzedaż internetową biletów, która już dziś stanowi 40 proc. całej sprzedaży. Dodatkowe udogodnienia, jak WiFi w Pendolino, oraz zakup i modernizacja pociągów mają zachęcić do podróżowania koleją jeszcze więcej pasażerów niż w tym roku. Prognozy przewoźnika mówią o 39,2 mln pasażerów. Celem PKP Intercity jest utrzymanie dobrych wyników finansowych, które po raz pierwszy od wielu lat są na plusie.

Sprzedaż przez internet z każdym rokiem cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Obecnie rezerwacje online stanowią ok. 40 proc. całej sprzedaży. Chcemy też wprowadzić możliwość zakupu biletu łączonego w ramach jednej transakcji. Przykładowo, w przypadku mamy z dziećmi wiadomo, że cała trójka musi siedzieć w pociągu obok siebie. Pracujemy nad tym od strony informatycznej. W tym roku chcemy też, aby w pociągach Pendolino było dostępne WiFi – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Chraniuk, prezes PKP Intercity.

Rozwój sprzedaży i obsługi klienta to jedno z głównych zadań przewoźnika na 2017 roku. PKP Intercity zależy przede wszystkim na usprawnieniu sprzedaży biletów przez internet. Dlatego w nadchodzących miesiącach rozszerzy ofertę biletową i wprowadzi możliwość sprzedaży biletów z różnymi typami zniżek w ramach jednej transakcji.

Z usług PKP Intercity skorzystało w ubiegłym roku 38,5 mln pasażerów, czyli o 7,3 mln więcej niż jeszcze rok wcześniej (24 proc.) i 1,5 mln więcej, niż prognozowano. Wzrosty były widoczne we wszystkich grupach klientów. Z usług przewoźnika skorzystało o 51 proc. więcej seniorów, 32 proc. rodzin i 26 proc. studentów. Największą popularnością cieszyły się pociągi ekonomiczne, którymi podróżowało 27 proc. więcej pasażerów niż jeszcze rok wcześniej.

Nasze działania są skierowane do różnych grup klientów. Ubiegłoroczne wyniki pokazują, że mamy więcej przejazdów rodzinnych, przewozimy więcej seniorów i studentów. Chcemy też rozwijać oferty dedykowane różnych wydarzeniom, imprezom, na przykład w wakacje albo na Sylwestra – zapowiada Marek Chraniuk.

Celem przewoźnika na 2017 rok jest przewiezienie 39,2 mln pasażerów oraz utrzymanie dodatnich wyników finansowych. Po raz pierwszy od ośmiu lat spółka wypracowała też dodatni wynik finansowy w wysokości 47 mln zł. W porównaniu z 2015 rokiem, w którym wynik ukształtował się 56,8 mln zł na minusie, oznacza to wzrost o ponad 103 mln zł w ciągu roku. Przewoźnik odnotował też najwyższe przychody przewozowe  w swojej historii, które sięgnęły 1,77 mld zł (o 24 proc. więcej rok do roku).

W tym roku PKP Intercity zamierza uruchomić nowe połączenia międzynarodowe.

Otwieramy nowe trasy i nowe połączenia na Wschód. Od 23 grudnia mamy dobre połączenie z Kijowem i już wiemy, że mamy dwukrotnie większą liczbę pasażerów, czyli zainteresowanie jest. Chcemy też rozwijać system SUW 2000, który pozwoli nam szybciej przewozić pasażerów na Ukrainę. Szerokość torów jest tam inna, więc system ma za zadanie umożliwić szybkie przestawienie wagonów na inne tory – mówi Marek Chraniuk.

Kluczowa w nadchodzącym roku będzie też nowa strategia taborowa na lata 2016–2020. Plan zakłada, że PKP Intercity przeznaczy na modernizację swojego taboru i zaplecza technicznego łącznie 2,5 mld zł, co pozwoli utrzymać konkurencyjność wobec innych przewoźników.

W ramach tej kwoty spółka kupi 55 nowych wagonów oraz 40 lokomotyw (30 elektrycznych i 10 spalinowo-elektrycznych), zmodernizuje 455 wagonów i 20 lokomotyw elektrycznych serii EU/EP07, które mają zostać przystosowane do rozwijania prędkości 160 km/godz.

W ramach inwestycji w zaplecze techniczne, przewoźnik planuje unowocześnić 15 swoich stacji postojowych. Część z nich (m.in. w: Warszawie, Szczecinie, Olsztynie, Lublinie i w Kołobrzegu) zostanie wyposażona w całoroczne myjnie z zamkniętym obiegiem wody oraz urządzenia do podgrzewania rozjazdów w zimie.

Stawiamy akcent na ekologię. Chcemy, żeby przy okazji modernizacji myjnie spełniały wszelkie normy, uwzględniały solary i nowoczesne urządzenia grzewcze, które będą ekologiczne. Uwzględniamy wzorce zachodnie i współpracujemy z doświadczonymi firmami z Polski, które wcześniej produkowały już takie myjnie dla kolei niemieckich – mówi Marek Chraniuk.

Odnawialne źródła energii atrakcyjną formą inwestowania. Stały się alternatywą dla lokat i nieruchomości

Odnawialne źródła energii atrakcyjną formą inwestowania. Stały się alternatywą dla lokat i nieruchomości 13

Lokowanie kapitału w energetykę wiatrową lub fotowoltaikę może być atrakcyjną alternatywą dla lokat bankowych albo nieruchomości. Tym bardziej że nowe prawo zwiększa bezpieczeństwo inwestorów i gwarantuje stabilność cen. Wejście w inwestycje jest możliwe już z kapitałem 15 tys. lub 30 tys. zł, w zależności od źródła. Zainteresowani inwestycjami powinny skupić się na projektach, które wygrały aukcje energii elektrycznej – podkreśla Marcin Orkisz, prezes firmy Energy Invest Group.

Niestabilność cen była jedną z bolączek systemu zielonych certyfikatów, dlatego ustawa, która wprowadziła aukcje energii elektrycznej, stwarza prywatnym inwestorom szansę, aby długoterminowo i bezpiecznie zarabiać na rynku OZE.

Branża inwestycji w OZE dojrzewa od wielu lat, a nowe przepisy jasno określają, co trzeba zrobić, aby inwestowanie było opłacalne i bezpieczne. To dobry czas na inwestowanie w takie projekty, które mają już wygraną aukcję energii, a tym samym zagwarantowaną stronę przychodową oraz określony termin realizacji. Zwłaszcza że jest ich na rynku mało i cieszą się sporym zainteresowaniem. Poza tym, kolejna aukcja energii jest przewidziana dopiero na koniec roku, a jej wynik jest wielką niewiadomą – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Orkisz, prezes zarządu Energy Invest Group, która umożliwia inwestowanie w OZE.

Zauważa, że nowa ustawa regulująca rynek OZE, która weszła w życie w lipcu ubiegłego roku, zaskoczyła wiele firm działających na rynku odnawialnych źródeł energii. Część z nich miała w portfelach projekty niedostosowane do nowych regulacji, przez co zaplanowane inwestycje stanęły pod znakiem zapytania. Po wprowadzeniu nowego systemu, który zielone certyfikaty zastąpił aukcjami energii elektrycznej, branża OZE przeszła ogromną zmianę.

– Głoszenie, że energetyka wiatrowa się skończyła to jednak drastyczne uproszczenie. Owszem, do skali tempa rozwoju wiatraków z ostatnich lat już raczej nie wrócimy. Wobec prawie tysiąca megawatów wybudowanych tylko w ciągu jednego roku, w najbliższych latach powstanie zaledwie około 150 MW w instalacjach wiatrowych. Duże instalacje będą powstawać z wielkim trudem. Widać natomiast, że mocno będzie rozwijać się energetyka fotowoltaiczna, która do tej pory w Polsce praktycznie nie istniała, oraz pojedyncze wiatraki o mocy do 1 MW. Główny ciężar rozwoju OZE w polskim miksie energetycznym został przesunięty z wiatru na biogaz, biomasę i fotowoltaikę – mówi Marcin Orkisz.

Lokowanie kapitału w energetykę wiatrową cieszy się dużą popularnością w Niemczech, gdzie ponad połowa farm wiatrowych należy do prywatnych inwestorów. Spółka EIG skopiowała ten model na polskim rynku. W uproszczeniu, opiera się on na utworzeniu spółki celowej, która jest właścicielem pojedynczej turbiny wiatrowej. Udziały w spółce wykupują prywatni inwestorzy, zapewniając jej tym samym kapitał. Po uruchomieniu elektrowni spółka czerpie zyski ze sprzedaży wyprodukowanej energii, a na koniec roku obrachunkowego inwestorom wypłacana jest dywidenda na poziomie kilkunastu procent w skali roku. Inwestycja jest długoterminowa, ponieważ żywotność turbiny wynosi co najmniej 25 lat.

Dotychczas wysokie koszty budowy, sięgające kilku milionów złotych, odstraszały prywatnych inwestorów od energetyki wiatrowej. Energy Invest Group przełamała barierę wejścia na rynek OZE dla prywatnych inwestorów, ponieważ w modelu spółdzielczym minimalna wartość inwestycji to około 30 tys. zł. Za taką kwotę można nabyć pojedynczy pakiet akcji w spółce będącej właścicielem wiatraka. Pod koniec 2015 roku uruchomiła pięć pierwszych elektrowni wiatrowych, funkcjonujących w oparciu o zielone certyfikaty.

Zgodnie z harmonogramem większość projektów wiatrowych i nasze farmy fotowoltaiczne będziemy realizowali jeszcze w tym roku. Każdy przystępujący inwestor może więc liczyć na wypracowane zyski już w 2018 roku. Wzrost z inwestycji w ujęciu średniorocznym oscyluje w okolicach dwucyfrowej stopy zwrotu. Natomiast oparcie przychodu o gwarantowaną cenę energii zapewnia stabilność – mówi Marcin Orkisz.

Podkreśla, że ubiegły rok, w którym pracę rozpoczęły pierwsze elektrownie wybudowane w modelu spółdzielczym, był jednocześnie okresem dużych zawirowań w branży energetycznej. Na załamanie na rynku zielonych certyfikatów nałożyły się prace nad nową ustawą o odnawialnych źródłach energii.

Na dzień dobry przeszliśmy stress test, ponieważ w czasie zbiegło się kilka niekorzystnych zdarzeń. Pierwszy rok pracy elektrowni jest zawsze okresem rozruchu, dochodzenia do pełnej sprawności, dlatego produkcja jest poniżej długoterminowych założeń. Ubiegły rok był dość słaby, jeśli chodzi o produkcję energii z wiatru, mieliśmy niespotykane dotychczas załamanie na rynku zielonych certyfikatów. Te czynniki miały wpływ na rentowność naszych inwestycji. Natomiast każda z elektrowni przetrwała ten ciężki rok bezpiecznie, pokazując, że nawet w najczarniejszym scenariuszu zainwestowane w nie środki były bezpieczne i w długoterminowej perspektywie będzie już tylko lepiej – mówi Marcin Orkisz.

W oparciu o nową ustawę dotyczącą OZE, spółka planuje jeszcze w tym roku zrealizować dziewięć projektów elektrowni wiatrowych i cztery projekty farm fotowoltaicznych o mocy 1MW. Inwestycje zostaną zrealizowane w różnych regionach Polski, w lokalizacjach w których warunki geograficzne sprzyjają produkcji energii.

Jako jedyni możemy zaoferować inwestycje oparte o projekty farm fotowoltaicznych i elektrowni wiatrowych, które wygrały pierwszą aukcję energii elektrycznej. Oznacza to, że każda z nich ma zagwarantowaną na najbliższe 15 lat cenę, po której będzie sprzedawała energię elektryczną – podkreśla prezes spółki Marcin Orkisz.

Minimalna kwota, za którą można nabyć pojedynczy pakiet akcji w elektrowni wiatrowej to niecałe 30 tys. zł. W przypadku farm fotowoltaiczne bariera kapitałowa jest dwukrotnie niższa i wynosi ok. 15 tys. zł.

Nie są to kwoty, których zainwestowanie i pomnożenie pozwoli przejść na wcześniejszą emeryturę. Pozwoli to jednak oswoić się z tematem inwestowania, pomnażania kapitału, zachęci do odważniejszych inwestycji. Jest to też niewątpliwie ciekawa alternatywa dla lokat bankowych, ZUS-u czy nieruchomości – mówi Marcin Orkisz.

Dyrektywa Unii Europejskiej z 2009 roku nakazuje państwom członkowskim wspieranie i promowanie projektów związanych z OZE. Do końca tej dekady z odnawialnych źródeł ma pochodzić 20 proc. wytwarzanej w Polsce energii.

Boom na polskim rynku motoryzacyjnym. Dynamicznie rośnie sprzedaż aut hybrydowych

Boom na polskim rynku motoryzacyjnym. Dynamicznie rośnie sprzedaż aut hybrydowych 14

W ubiegłym roku zarejestrowano prawie pół miliona nowych samochodów, a branża motoryzacyjna notuje największe wzrosty od szesnastu lat. Coraz większy udział w rynku mają auta z napędem hybrydowym. Toyota, lider tego segmentu, odnotowała w ubiegłym roku ponaddwukrotny, 119-procentowy, wzrost sprzedaży hybryd.

Ubiegły rok był bardzo dobry dla polskiej motoryzacji. Rynek nowych samochodów urósł kolejny raz z rzędu. To był już czwarty rok bardzo dynamicznych, dwucyfrowych wzrostów – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Pawlak, prezes Toyota Motor Poland oraz prezes Toyota Central Europe.

Dane Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego potwierdzają, że 2016 rok był dla tej branży rekordowy. Tylko w grudniu zarejestrowano w Polsce 49,5 tys. nowych samochodów osobowych i lekkich samochodów dostawczych o dopuszczalnej masie całkowitej do 3,5 tony (13,38 proc. więcej rok do roku). To najlepszy wynik od czerwca 2000 roku.

Jak wynika z danych centralnej ewidencji CEPiK, cały miniony rok zamknął się liczbą 476 tys. nowych rejestracji aut osobowych i dostawczych. Polacy zarejestrowali ponad 416 tys. samochodów osobowych – o 61 tys. sztuk (17 proc.) więcej niż jeszcze rok wcześniej. To najlepsze wyniki polskiej branży motoryzacyjnej od 16 lat. Pod względem wielkości sprzedaży Polska zajmuje obecnie siódmą pozycję w Europie.

Dla Toyoty także był to rok dużych wzrostów, sięgających 14 proc. Szczególnie mocno cieszy nas rosnąca popularność hybryd. W ubiegłym roku użytkownicy kupili ponad 8,7 tys. samochodów hybrydowych i widzimy, że są one wybierane coraz częściej, nawet przez grupy zawodowe, dla których bardzo ważne są niskie koszty eksploatacji, np. posiadaczy taksówek. Hybrydy są coraz powszechniejsze i liczone już nie w setkach, ale w tysiącach – mówi Jacek Pawlak.

Rosnącą popularność samochodów hybrydowych pokazują ubiegłoroczne wyniki sprzedażowe Toyoty. W całej Europie japońska marka sprzedała 928,5 tys. samochodów (6-procentowy wzrost do roku), zwiększając swój udział w europejskim rynku do 4,7 proc. Jedną trzecią całej ubiegłorocznej sprzedaży Toyoty stanowiły modele hybrydowe. Europejczycy kupili w 2016 roku 249 tys. hybryd japońskiego producenta, co stanowiło 49-proc. wzrost rok do roku. Miniony rok był siódmym z rzędu okresem rekordowej sprzedaży aut z napędem hybrydowym.

W Europie w ofercie Toyoty, która jako pierwsza wprowadziła na rynek hybrydy na masową skalę, znajduje się siedem takich modeli. Największą popularnością w ubiegłym roku cieszyły się Yaris Hybrid (86,6 tys.), Auris Hybrid (85,8 tys.) oraz RAV4 Hybrid (44,7 tys.). Natomiast największy wzrost sprzedaży odnotowały modele Prius (o 117 proc.).

Według japońskiego koncernu hybrydy są rozwiązaniem kłopotów producentów, którzy muszą się mierzyć z coraz większymi ograniczeniami emisji spalin samochodowych narzucanymi przez Unię Europejską.

Zmniejszamy liczbę produkowanych samochodów z silnikiem diesla przede wszystkim dlatego, że te auta emitują bardzo dużo szkodliwych substancji. Poza tym hybrydy mają w tej chwili wszystkie zalety diesla, ale bardzo mało wad. Z kolei ceny samochodów z napędem hybrydowym są już porównywalne do diesli, a oszczędności paliwa porównywalne albo nawet wyższe – wyjaśnia Jacek Pawlak.

Napędy wysokoprężne są ponadto droższe w produkcji, emitują dużo więcej spalin, a w ostatnim czasie zyskały złą sławę pod wpływem afery z fałszowaniem wyników emisji spalin przez koncern z Wolfsburga. Prezes Toyota Motor Poland zwraca uwagę na to, że klasyczne diesle są również bardziej awaryjne niż samochody z napędem hybrydowym, co przekłada się na niższe koszty serwisowania i napraw.

Hybrydy praktycznie nie mają komponentów, które psują się powszechnie w dzisiejszych dieslach. Nie mają koła dwumasowego, turbosprężarki, filtra DPF, który jest typową bolączką diesli. Nie mają pasków klinowych ani pasków rozrządów – mówi Jacek Pawlak.

W Polsce w 2016 roku Toyota sprzedała łącznie 8364 egzemplarze samochodów hybrydowych, podczas gdy jeszcze rok wcześniej sprzedaż wyniosła 3819 egzemplarzy. To oznacza 119-procentowy wzrost sprzedaży hybryd rok do roku. Obecnie już co piąte auto, które opuszcza salon Toyoty, ma napęd hybrydowy.

Miniony rok na polskim rynku był również jednym z rekordowych dla japońskiego koncernu. Marka sprzedała 42,9 tys. samochodów, czyli o 16 proc. więcej rok do roku. Był to piąty z rzędu rok wzrostów na polskim rynku. Najpopularniejszym wśród Polaków modelem okazały się Toyota Yaris i Auris. Natomiast najpopularniejszym samochodem hybrydowym był Auris Hybrid (3666 sprzedanych egzemplarzy).

Ważą się losy kontrowersyjnego projektu „apteki dla aptekarza”. Nowelizacja ma coraz więcej przeciwników

Ważą się losy kontrowersyjnego projektu „apteki dla aptekarza”. Nowelizacja ma coraz więcej przeciwników 15

Podczas drugiego czytania na posiedzeniu plenarnym w Sejmie posłowie zadecydują o dalszym kształcie projektu „apteki dla aptekarza”. Sejmowa komisja nadzwyczajna zarekomendowała odrzucenie go w całości, a nowelizacja ma coraz większe grono przeciwników. Projektowane przepisy mogą nie tylko ograniczyć liczbę aptek i spowodować wzrost cen leków, lecz także mają charakter korupcjogenny – uważają mali przedsiębiorcy i właściciele aptek.

Projekt „apteka dla aptekarza” doprowadzi do przejęcia rynku farmaceutycznego przez określoną grupę. Mam na myśli aptekarzy skupionych wokół Izby Aptekarskiej. W mojej ocenie jest to projekt przez nich pisany i służący tylko im. Nie niesie ze sobą żadnych skutków prócz tego, że powstanie uprzywilejowana kasta farmaceutów, właścicieli aptek – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Klimczak, prezes zarządu Izby Gospodarczej Właścicieli Punktów Aptecznych i Aptek.

Procedowana obecnie w Sejmie nowelizacja Prawa farmaceutycznego przewiduje, że aptekę będzie mógł założyć i prowadzić tylko farmaceuta z czynnym prawem wykonywania zawodu albo specjalnie powołana w tym celu spółka, której partnerami są wyłącznie farmaceuci. Zgodnie z projektem jeden podmiot będzie mógł skupiać maksymalnie cztery apteki.

Nowelizacja zakłada też wprowadzenie kontrowersyjnych kryteriów geograficzno-demograficznych. Zgodnie z założeniami konkurujące ze sobą apteki będzie musiała dzielić odległość przynajmniej 500 metrów, a pozwolenia na otwarcie nowej placówki będą wydawane tylko tam, gdzie będzie przypadać na nią minimum 3 tys. osób.

Zdaniem ustawodawcy to spowoduje, że apteki przestaną się koncentrować wyłącznie tam, gdzie prowadzenie ich jest najbardziej opłacalne biznesowo i zaczną powstawać w mniejszych miejscowościach. W opinii Pawła Klimczaka nowe prawo wywoła sytuację wręcz odwrotną.

W wielu miejscowościach brakuje aptek, mimo że lokalne społeczności własnym kosztem otworzyły przychodnie. Mamy sytuacje, w których pacjent wychodzi od lekarza z receptą, ale nie ma gdzie jej wykupić. Jednak ten projekt na pewno nie sprawi, że apteki będą powstawały na wsiach i w mniejszych miejscowościach. Jedynym lekarstwem na tę sytuację jest poprawa warunków dla najmniejszych podmiotów i dla punktów aptecznych, tak aby mogły ekonomicznie i sprawnie funkcjonować w mniejszych miejscowościach – mówi prezes zarządu Izby Gospodarczej Właścicieli Punktów Aptecznych i Aptek.

Tę opinię podziela UOKiK, który wskazuje, że nowa ustawa może wręcz utrudnić wejście na rynek nowym podmiotom i ograniczyć pacjentom dostęp do aptek. Krytycy wskazują, że nowelizacja doprowadzi do znikania z rynku małych aptek i punktów aptecznych. W wielu przypadkach ich właścicielami są bowiem prywatni przedsiębiorcy, którzy nie mają prawa do wykonywania zawodu farmaceuty. Ponadto może się przełożyć na wzrost cen leków, co najmocniej odbije się na emerytach i osobach przewlekle chorych, którzy stanowią największą grupę klientów aptek.

Paweł Klimczak, reprezentujący interes małych aptek i punktów aptecznych, uważa, że nowelizacja jest próbą wygryzienia konkurencji przez samorząd farmaceutyczny i umożliwi mu monopolizację rynku. Po pierwsze, konkurencja w postaci prywatnych właścicieli aptek i punktów aptecznych zostałaby ustawowo wyeliminowana. Po drugie, nowelizacja spowodowałaby sytuację, w której farmaceuci zrzeszeni w Izbie Aptekarskiej będą orzekać o wydaniu lub odmowie pozwolenia na prowadzenie apteki swoim rynkowym konkurentom. Po trzecie, projekt jest korupcjogenny, ponieważ właściciel apteki, chcąc się utrzymać na rynku, zrobi wszystko, aby nie stracić pozwolenia. Z drugiej strony, stanie się łatwym celem dla nieuczciwych kontrolerów – uważa prezes IGWPAiA.

– Ustawa służy określonej grupie, czyli lobby farmaceutycznemu skupionemu wokół izb aptekarskich. Od dawna promują oni tę ustawę, mówiąc, że będzie przynosiła określone korzyści społeczeństwu, jednak są to tylko slogany. W mojej opinii chodzi tak naprawdę o własne korzyści ekonomiczne – mówi Paweł Klimczak.

Projekt „apteki dla aptekarza”, poparty przez resort zdrowia i samorząd farmaceutyczny, jest szeroko krytykowany m.in. przez przedstawicieli polskich sieci aptecznych, UOKiK, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, Fundację Republikańską, Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET oraz resort rozwoju, który stwierdził, że „zmiany nie odpowiadają na najważniejsze wyzwania stojące przed sektorem aptek w Polsce”.

Wątpliwości odnośnie do projektu „apteki dla aptekarza” wyraził też wicepremier Mateusz Morawiecki, który zapowiedział wprowadzenie zmian do projektu. Natomiast w ostatnim tygodniu stycznia sejmowa komisja nadzwyczajna do spraw deregulacji ostatecznie zarekomendowała odrzucenie nowelizacji Prawa farmaceutycznego. Zaraz po tym, do grona krytyków projektowanej ustawy dołączył również minister Jarosław Gowin, który wyraził opinię, że projekt uprzywilejowuje tylko jedną grupę, którą stanowią farmaceuci.

O dalszych pracach nad nowelizacją albo odrzuceniu jej zadecydują teraz posłowie, podczas drugiego czytania w Sejmie.

Od stycznia zmiany w PIT i CIT dla rozpoczynających działalność gospodarczą

Z początkiem tego roku weszły w życie zmiany w podatkach dochodowych. Firmy rozpoczynające działalność gospodarczą mogą skorzystać ze specjalnej ulgi, związanej z wydatkami na rozwój.

-Ta zmiana jest o tyle istotna, że umożliwia podatnikom skorzystanie z bonusu pieniężnego, gdy w pierwszym roku działalności nie uzyskują dochodu w takiej wysokości, aby mogli odliczyć poniesione wydatki na prace badawczo-rozwojowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Tomasz Zalewski, doradca podatkowy i partner w kancelarii prawniczej Kochański Zięba i Partnerzy.

O tym jak uzyskać zwrot gotówki od fiskusa więcej w materiale wideo.

Pietraszkiewicz: Samorządy mogą liczyć na wsparcie sektora bankowego przy trudnościach finansowych inwestycji

W minionej perspektywie środków unijnych sektor bankowy uczestniczył w realizacji ponad 90 tysięcy projektów na kwotę przekraczającą 43 miliardy złotych. Można powiedzieć, że z ponad 130 miliardów złotych przeznaczonych na inwestycje w Polsce, duża część pochodziła z oszczędności osób i firm zgromadzonych przez banki. Zostały one wykorzystane do współfinansowania projektów unijnych, które w większej części były realizowane przez samorządy. W minionych latach samorządy odegrały wielką rolę w realizacji projektów rozwojowych.

– Samorządy są dobrze przygotowane do realizacji projektów, dzięki czemu banki są zainteresowane współfinansowaniem – powiedział agencji eNewsroom.pl Krzysztof Pietraszkiewicz, ekonomista, prezes Związku Banków Polskich – Należy pamiętać, że w części samorządów zostały poważnie wykorzystane lub prawie wyczerpane limity działań inwestycyjnych. Mamy do czynienia z ustawowymi ograniczeniami, które muszą być brane pod uwagę ze względu na fakt, że są one częścią zadłużenia publicznego. Cieszy nas, że większość samorządów ma dobre plany rozwojowe, lecz smuci nas brak realizacji tych planów ze względu na wspomniane ograniczenia. W przypadkach, gdzie ograniczenia będą podyktowane racjonalnością ekonomiczną, dobrym wykorzystaniem środków, możliwością spłaty zadłużenia przez samorządy, sektor bankowy w realizacji takich projektów będzie uczestniczył. Dla nas ważne jest – po doświadczeniach z minionych lat – aby te środki były rozliczone. Nie chodzi wyłącznie o bezpieczeństwo depozytów bankowych, ale o racjonalnie wykorzystanie środków. W czasach, gdy potrzebujemy silników, nie budujmy pomników – podsumował Pietraszkiewicz.

Roszkowski: Węgiel pozostaje głównym surowcem energetycznym. Szansa dla OZE dopiero za 2-3 lata

W ostatnich 2 latach rynek odnawialnych źródeł energii nie jest w dobrej kondycji. Urząd Regulacji Energetyki nie może sobie poradzić z problemami, czego przykładem jest grudniowa aukcja. Wejście w życie kolejnej nowelizacji spowodowało zamieszanie i stworzyło niekorzystną sytuację dla rynku OZE.

– Zanim ten rynek odżyje, przez następne 2-3 lata dominować będzie węgiel – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Nie milkną dyskusje o dostosowaniu naszych głównych paliw energetycznych do bardziej opłacalnych i dozwolonych przez Unię Europejską sposobów. Pojawiający się w przestrzeni publicznej smog nie jest w całości spowodowany  elektroenergetyką i ciepłownictwem, mimo iż one również wywierają swój wpływ. Ludzie kojarzą ze sobą dymiące kominy elektrowni z emisją trujących substancji do atmosfery – dodaje Roszkowski.

Pakiet przewozowy może przynieść efekt przeciwny od zamierzonego i otworzyć drzwi dla szarej strefy

Do Sejmu trafił projekt ustawy mającej na celu walkę z szarą strefą i wyłudzeniami podatkowymi, określany jako Pakiet Przewozowy. Ustawa dotyczy działalności prawie 30 tys. firm transportowych i ok.150 tys. zawodowych kierowców. Niestety, niektóre z proponowanych przepisów pakietu mogą wywołać zaskakujące efekty, przeciwne do celu wprowadzenia ustawy.

Ustawa ma uszczelnić transport drogowy towarów wrażliwych (paliwa, alkohol, surowiec tytoniowy) najczęściej wykorzystywanych do wyłudzania VAT i akcyzy. Projekt będzie miał swoje pierwsze sejmowe czytanie w przyszłym tygodniu w połączonych Komisjach Finansów Publicznych i Infrastruktury.

-Błędy zawarte w projekcie ustawy mogą przynieść efekt przeciwny od zamierzonego i otworzą drzwi na szarą strefę – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krzysztof Rutkowski, radca prawny, doradca podatkowy w kancelarii prawniczej KDCP

Projekt zakłada, że tzw. przesunięcia międzymagazynowe w ramach rego samego podmiotu gospodarczego nie podlegają w ogóle nadzorowi. Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, co powinni zrobić kontrolujący, jeśli każdy zatrzymany w Polsce kierowca wiozący towary wrażliwe niejasnego pochodzenia oświadczy, że wiezie towar pomiędzy magazynami tej samej firmy. Zdaniem eksperta to nie jedyna konieczna zmiana, która powinna zostać wprowadzona w toku prac sejmowych nad tą ustawą.

Krytyczne uwagi do ustawy, która przez branżę uważana jest za potrzebną, zgłosiła już Polska Izba Paliw Płynnych.

Na giełdach więcej szans niż zagrożeń

Styczeń przyniósł kontynuację wzrostów na światowych giełdach, a warszawski parkiet z powodzeniem w tej tendencji partycypował. Siła naszego rynku, w połączeniu z korzystnymi średnioterminowymi perspektywami fundamentalnymi, pozwala na optymizm, mimo ryzyka wystąpienia okresowych perturbacji.

Dla warszawskich inwestorów styczeń był kolejnym udanym miesiącem. Posiadacze akcji liczą zyski, a ci którzy jeszcze się na kupno papierów nie zdecydowali, zaczynają się nad tym zastanawiać. Mimo, że zwyżka notowań trwa już dość długo, niewiele wskazuje na to, by miała się ku końcowi. Wręcz przeciwnie, w wielu segmentach rynku i w przypadku licznej grupy spółek, dopiero niedawno pojawiły się mocne sygnały, mogące zachęcić bardziej ostrożnych graczy do zaangażowania kapitału. Tym bardziej, że na rynku finansowym nie ma zbyt wielu atrakcyjnych alternatyw, a powracająca ze sporą dynamiką inflacja skłania do poszukiwania nieco wyższych stóp zwrotu, pozwalających ochronić oszczędności przed jej działaniem, nawet za cenę nieco większego ryzyka. Doświadczenia ubiegłego roku, obfitującego w dość dramatyczne i nieoczekiwane wydarzenia dowodzą, że warto takie ryzyko podejmować. Szybki powrót notowań po gwałtownych tąpnięciach, jakie miały miejsce kilkukrotnie w ciągu poprzednich kilkunastu miesięcy pokazuje, że globalny rynek akcji jest odporny na wstrząsy, a i warszawski parkiet także staje się na nie coraz mniej wrażliwy. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że ewentualne perturbacje, jakie mogą nas czekać w kolejnych miesiącach, nie spowodują zmiany dotychczasowych tendencji, a mogą stwarzać okazje do korzystnych zakupów, uzupełniających portfele.

Większość czynników ryzyka wiąże się z wydarzeniami ze sfery polityki, które choć mogą budzić obawy, to jednak nie powinny mieć większego wpływu na pozytywne tendencje widoczne w globalnej i krajowej gospodarce.

Choć dynamika wzrostu indeksu naszych największych spółek, przekraczająca w styczniu 5,5 proc. była nieco niższa niż miesiąc wcześniej, to jednak WIG20 nadal trzymał się w ścisłej czołówce światowych indeksów, ustępując jedynie tym charakteryzującym się największą zmiennością i poziomem ryzyka. W ostatnich tygodniach można było zaobserwować kilka pozytywnych sygnałów, do których można zaliczyć zdecydowane podejście indeksu w okolice 2100 punktów, potwierdzające siłę wskaźnika, a jednocześnie stwarzające bezpieczny bufor w przypadku ewentualnej spadkowej korekty. Próba jej wyprowadzenia w końcówce miesiąca nie sprowokowała większej wyprzedaży, co także przemawia za na korzyść byków.

Odczuwalna była zwiększona obecność zagranicznego kapitału, widoczna w postaci wyższych obrotów i dynamiki wzrostu kursów akcji najbardziej popularnych wśród zagranicznych graczy firm. Jednocześnie w zwyżkach uczestniczyła szeroka grupa blue chips, a szczególnie pozytywnie należy oceniać dużą siłę, prezentowaną przez walory największych banków oraz większość przedstawicieli sektora energetycznego. Niezmiennie rolę jednej z głównych lokomotyw dla WIG20 pełnią papiery KGHM, korzystające z sytuacji na rynku surowcowym.

Notowania miedzi zdają się potwierdzać rosnący powoli optymizm w kwestii poprawy koniunktury w globalnej gospodarce, mający także wyraz w prognozach międzynarodowych instytucji finansowych i ośrodków analitycznych. WIG20 od styczniowego dołka z ubiegłego roku zyskał już 24 proc., potwierdzając wejście w fazę hossy, a jednocześnie pozostawiając jeszcze sporą przestrzeń do jej kontynuacji.

Potencjał w tym zakresie pokazał w styczniu wskaźnik średnich firm, który po kilku miesiącach spokojnej wspinaczki, zamiast spodziewanej korekty, wzrósł o ponad 10 proc., konsekwentnie zbliżając się w kierunku historycznego szczytu, ustanowionego dziesięć lat temu. Do jego osiągnięcia brakuje niespełna 1100 punktów, czyli 23 proc. Przy sprzyjających okolicznościach nie jest to dystans niemożliwy do pokonania, biorąc pod uwagę, że od stycznia ubiegłego roku mWIG40 zdołał zyskać 44 proc., nie wchodząc jednocześnie w obszar wygórowanych wycen. O jedną trzecią wyżej niż rok wcześniej znajduje się indeks szerokiego rynku, który w styczniu zyskał prawie 7 proc. i staje przed szansą zmierzenia się z lokalnym szczytem z maja 2015 r. Brakuje do niego zwyżki o zaledwie 3 proc., a do rekordu wszechczasów ma niespełna 20 proc., a więc bliżej niż mWIG40.

Istotne dla perspektyw naszego rynku znaczenie ma wzrost zainteresowania ze strony zagranicznego kapitału wszystkimi jego segmentami. O ile jego aktywność na warszawskim parkiecie można oceniać jako wciąż ostrożną i umiarkowaną, to bardzo mocne wejście miało miejsce w przypadku naszych papierów skarbowych. Popyt zgłaszany w trakcie dwóch organizowanych w styczniu przez Ministerstwo Finansów przetargów, każdorazowo znacząco przewyższający pulę obligacji wystawionych do sprzedaży i sięgający na każdym z nich kilkanaście miliardów złotych, nie pozostawia wątpliwości, iż postrzeganie naszego rynku uległo wyraźnej poprawie. Polskie aktywa zaliczane są przez analityków kilku światowych banków inwestycyjnych po raz pierwszy od wielu lat do grupy najbardziej obiecujących przedstawicieli emerging markets, można więc sądzić, że widoczne już tego konsekwencje będą mieć przynajmniej średnioterminowy horyzont.

————

Marcin Chadaj
AgioFunds TFI S.A.

Wahania dolara po mieszanych danych z amerykańskiego rynku pracy

W styczniu w amerykańskiej gospodarce w sektorze pozarolniczym utworzono aż 227 tys. nowych miejsc pracy, wobec prognozowanych 180 tys. Było to również znacznie powyżej grudniowego odczytu na poziomie 157 tys. Wzrosła jednak stopa bezrobocia do poziomu 4,8 proc. z 4,7 proc. w grudniu. Również średnia stawka godzinowa wynagrodzeń wzrosła jedynie 0,1 proc. w porównaniu z grudniem, a spodziewano się 0,3 proc. wzrostu płac. Wiadomo, że Fed może zwlekać z podwyżką stóp procentowych m.in. przez słabą dynamikę wzrostu płac. Dodatkowo, plan prezydenta Donalda Trumpa, który chce, aby w najbliższych latach powstało 25 mln nowych miejsc pracy, może napotkać na opór ze strony braku wykwalifikowanych pracowników.

Dlatego też, w reakcji na te mieszane dane, dolar po początkowym umocnieniu, wraca do poziomów wyceny sprzed publikacji danych. Para EURUSD handluje w pobliżu poziomu 1,0750 a para USDJPY w pobliżu poziomu 112,80. Dolar traci natomiast 0,5 proc. do złotego, po tym, jak parze USDPLN udało się w końcu skutecznie przebić psychologiczny poziom 4,00 zł. Również brak zdecydowania wykazuje złoto handlujące w okolicy neutralnego poziomu 1215 dolarów za uncję. W reakcji na dane rosną natomiast o około 0,5 proc. kontrakty na amerykańskie indeksy.

W dniu dzisiejszym poznaliśmy również finalne odczyty usługowych PMI za styczeń. Dla strefy euro indeks wyniósł 53,7 pkt, czyli nieznacznie powyżej prognozowanych 53,56 pkt. Również odczyty PMI dla Francji i Niemiec okazały się nieco lepsze od prognozowanych. Natomiast indeks dla Wielkiej Brytanii negatywnie zaskoczył, spadając do poziomu 54,5 punktów, wobec konsensusu analityków na poziomie 55,8 punktów. Tak słaby odczyt wpłynął na osłabienie funta wobec głównych walut. Para GBPUSD traci 0,4 proc. handlując w pobliżu poziomu 1,2480, para EURGBP rośnie 0,3 proc. handlując już powyżej poziomu 0,8600 a para GBPJPY traci 0,4 proc. handlując w pobliżu poziomu 140,90. Funt traci również ok. 0,8 proc. do złotówki, a para GBPPLN handluje już 2 gr poniżej psychologicznego poziomu 5,00 zł.

Ropa naftowa WTI handluje dziś stabilnie w pobliżu poziomu 53,80 dolarów za baryłkę, a ropa Brent w pobliżu poziomu 56,70 dolarów za baryłkę. Według najnowszych doniesień rynkowych, OPEC osiągnął już poziom 60 proc. planowanych cięć w produkcji. Miedź traci ponad 1,6 proc. i handluje w pobliżu poziomu 2,64 dolarów za funta, po słabszym od oczekiwań odczycie chińskiego PMI przemysłowego. Indeks wyniósł w styczniu jedynie 51,0 pkt. wobec oczekiwanych przez analityków 51,8 pkt.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Konrad Białas: Wysoki przyrost zatrudnienia NFP to za mało

W USA przybywa miejsc pracy w szybkim tempie, ale dla nikogo nie jest to już nowa wiadomość. W ocenie samego Fed wzrost zatrudnienia na poziomie ok. 120 tys. miesięcznie wystarczy, by równoważyć demograficzny wzrost wolnych rąk do pracy. Obraz zaburza brak oznak wzmocnienia presji płacowej i nasilający się wzrost stopy partycypacji siły roboczej, co pozwala Fed nie spieszyć się z podwyżką.

Przestrzelenie prognozy przez NFP było duże (47 tys.), choć mniejsze niż wskazania ADP w środę (78 tys.). Ale co ważniejsze, każda liczba ponad 200 tys., (a nawet ponad 150 tys.) niewiele zmienia w nastawieniu Fed. Obfitość nowych miejsc pracy przestała być problemem już kilka miesięcy temu i stanowiła jeden z argumentów za grudniową podwyżką stóp procentowych. Aby Fed mógł ruszyć dalej z dostosowaniem polityki monetarnej, potrzebuje silniejszego przełożenia poprawy na rynku pracy na trendy inflacyjne.

Tego jednak brakowało w styczniowych danych. Dynamika płacy godzinowej wyniosła tylko 0,1 proc. m/m przy prognozie 0,3 proc. Dodatkowo dane grudniowe zostały zrewidowane z 0,4 proc. do 0,2 proc. Jeśli styczniowy odczyt oczyścimy z efektów podwyższenia płacy minimalnej w 19 stanach, okaże się, że wynagrodzenia pozostały bez zmian. Rynek pracy nie wysyła sygnałów, że podeprze wzrost inflacji w kolejnych miesiącach.

Wzrost stopy bezrobocia z 4,7 proc. do 4,8 proc. do zasługa przyrostu osób aktywnie poszukujących pracy, co widać we wzroście stopy partycypacji siły roboczej o 0,2 pkt proc. do 62,9 proc. To pokazuje, że w gospodarce USA wciąż ukryte są pokłady niepracujących Amerykanów.

Razem słabość płac i wzrost stopy partycypacji siły roboczej wpadają na listę argumentów gołębiego skrzydła Fed za niespieszeniem się z kolejną podwyżką stóp procentowych. Dla jastrzębi staje się trudniejsze forsowanie marca jako terminie kolejnego kroku w polityce, choć sześć tygodni to sporo czasu dla napłynięcia nowych danych.

Na razie jednak brakuje tu wsparcia dla USD i poza pierwszą reakcją algorytmów transakcyjnych na wysoki NFP, raport ciągnie dolara w dół. Pamiętajmy jednak, że dzień się jeszcze nie skończył i solidny ISM dla usług może złagodzić rozczarowanie po NFP.

Przyszły tydzień: Fed vs Biały Dom, RPP, RBA, RBNZ, rynek pracy z Kanady

Po raporcie z rynku pracy USA przychodzi okres posuchy w temacie istotnych publikacji. Bilans handlu zagranicznego (wt) nie skupi tak dużej uwagi po tym, jak dwa tygodnie temu dane o handlu towarowym wskazały na stabilność deficytu. Indeks Uniwersytetu Michigan (pt) ma wskazać na schłodzenie sentymentu (spadek z 98,5 do 97,8), ale ważniejsze czy oczekiwania inflacyjne pozostaną wysoko (2,6 proc. dla jednorocznych). W obliczu małej liczby danych USD będzie bardziej wrażliwy na nowe komentarze ze strony administracji prezydenta Trumpa oraz wystąpienia przedstawicieli Fed, szczególnie po bladym komunikacie FOMC w tym tygodniu. Pod lupę będą brane wypowiedzi Harkera (pon), Evansa i Bullarda (czw).

W Europie kalendarz z Eurolandu jest prawie pusty, co skazuje EUR/USD na podleganie wyłącznie pod sygnały z USA. Jest za wcześnie, aby rynek dyskontował premię za ryzyko polityczne w regionie, stąd EUR pozostaje wsparte pozytywnym tłem z danych makro (m.in. PMI). Z Wielkiej Brytanii otrzymamy dane o produkcji przemysłowej i handlu zagranicznym (pt). Po publikacji danych o PKB za IV kw. powinno być łatwiej oszacować grudniowy stan produkcji, jednak duża zmienność odczytów w ostatnich miesiącach odbija się na prognozach, których rozstrzał sięga od -1,0 proc. do 0,6 proc. m/m. Sądzimy, że po tym, jak BoE zgasił nadzieje na zwrot w polityce monetarnej, GBP jest bardziej podatny na rozczarowania w danych.

W mniejszych gospodarkach wyróżniają się dane z Norwegii: PKB (czw) i CPI (pt). W IV kw. wzrost gospodarczy (bez uwzględnienia sektora naftowego) ma sięgnąć 0,4 proc. k/k po 0,2 proc. w III kw. Inflacja bazowa ma się wspiąć w styczniu do 2,6 proc. r/r z 2,5 proc.

Gospodarka Norwegii wyraźnie ma za sobą negatywny wpływ zapaści sektora naftowego, co z resztą już zaczęło się przekładać na stopniowe umocnienie korony. Przy optymistycznie nastawionym rynku większa wrażliwość będzie na potknięcia w danych.

W Polsce Rada Polityki Pieniężnej (wt-śr) będzie kontynuować pasywną politykę. Stopa referencyjna pozostanie na 1,5 proc. i na konferencji prasowej prezes Glapiński podtrzyma zdanie o braku chęci do podwyżek w tym roku. Podażowe szoki stojące za wzrostem inflacji nie są alarmujące dla Rady, która cierpliwie czeka na odbicie wzrostu gospodarczego. Złoty korzysta z poprawy sentymentu w kierunku rynków wschodzących, ale po ostatnim zjeździe EUR/PLN jest podatny na techniczne odreagowanie w stronę 4,35.

W Japonii bilans handlowy (śr) i zamówienia na maszyny (czw) nie są publikacjami mogącymi zostawić ślad na notowaniach jena. USD/JPY powinien być wrażliwy na wynik spotkania prezydenta USA Trumpa z premierem Japonii Abe (pt). W związku z ostatnimi zarzutami Trumpa w stronę Japonii o manipulacji kursem ryzyka przeważają na rzecz wzbudzenia obaw o wojny handlowe i podsycania awersji do ryzyka, co implikuje spadki USD/JPY.

Na Antypodach kalendarz zdominują decyzję RBA (wt) i RBNZ (śr). W obu przypadkach należy oczekiwać utrzymania stóp procentowych bez zmian, ale uwagę przyciągną komunikaty w obliczu utrzymującej się siły ADU i NZD i poprawy warunków gospodarczych.
W Australii słabszy odczyt inflacji za IV kw. i niższy wzrost sprzedaży detalicznej w grudniu równoważą pozytywne efekty wzrostu cen surowców eksportowanych z kraju, w rezultacie RBA może sobie pozwolić na przedłużenie neutralnego nastawienia. AUD pozostaje najsilniejszą walutą w G10 od początku roku i stanowisko „wat-and-see” banku centralnego może zainicjować redukcje długich pozycji.

W Nowej Zelandii inflacja CPI pierwsze raz do dwóch lat powróciła do korytarza celu inflacyjnego, ale inne dane z kraju pozostają silne. To podnosi ryzyko jastrzębiego wydźwięku komunikatu, jednak RBNZ może być zainteresowany, by nie podsycać aprecjacji kiwi. W rezultacie niewykluczone, że ostateczny wydźwięk posiedzenia będzie mniej jastrzębi względem tego, na co nastawia się rynek. NZD może pozostać silny przynamniej w pierwszej części tygodnia.

W Kanadzie kalendarz zawiera bilans handlowy (wt), dane z rynku budowlanego (śr) i rynku pracy (pt) z największą uwagą na te ostatnie. Kanada notuje solidne przyspieszenie tempa wzrostu zatrudnienia w ostatnich miesiącach i kolejny silny odczyt będzie wywierał presję na Bank Kanady za przyjęciem bardziej jastrzębiego nastawienia. Mimo to jesteśmy ostrożni w podejściu CAD, gdyż polityka handlowa Trumpa jest dziką kartą mogącą uderzyć w perspektywy gospodarcze Kanady.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

6-go lutego XSystem S.A. zadebiutuje na rynku Catalyst

XSystem S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od września 2011 r., zadebiutuje w dniu 06.02.2017 r. na rynku Catalyst. Środki pozyskane przez Spółkę z emisji obligacji zostaną przeznaczone na finansowanie wdrożenia innowacji do jej autorskiego oprogramowania ACCELO.

Do obrotu w alternatywnym systemie obrotu na rynku Catalyst wprowadzonych zostanie 451 obligacji serii F, 283 obligacji serii FA oraz 440 obligacji serii FB, każda o wartości nominalnej wynoszącej 1.000 zł, a więc o łącznej wartości nominalnej w wysokości 1.174 tys. zł. Są to obligacje niezabezpieczone z kwartalnym kuponem odsetkowym o oprocentowaniu stałym w wysokości 10% w skali roku. Termin wykupu przedmiotowych papierów dłużnych został wyznaczony na dzień 31.03.2019 r. Kapitał pozyskany przez XSystem S.A. z emisji obligacji serii F, FA oraz FB jest przeznaczany na finansowanie wdrożenia innowacji do autorskiego oprogramowania Spółki – ACCELO – służącego do obsługi obiegu dokumentów w instytucjach prywatnych oraz publicznych. Emitent intensywnie realizuje działania w tym obszarze i wdraża innowacje wymagane przez jego Kontrahentów, co jest zgodne z celami emisyjnymi.

„Debiut na rynku Catalyst to kolejne niezwykle istotne wydarzenie w historii Spółki, które z pewnością pozytywnie wpłynie na nasz wizerunek i budowanie marki. Kapitał zdobyty z emisji obligacji przeznaczymy na dalszy rozwój naszego oprogramowania ACCELO, dzięki czemu będziemy mogli oferować zaawansowane technologicznie produkty dedykowane dla każdego sektora przedsiębiorstw oraz instytucji, co pozwoli nam umacniać naszą pozycję rynkową. Skuteczna realizacja założeń strategii rozwoju Spółki powinna przełożyć się na wyraźny wzrost przychodów i poprawę rentowności. W chwili obecnej koncentrujemy się także na rozwoju sprzedaży naszego autorskiego oprogramowania.” – ocenia Adrian Weremiuk, Prezes Zarządu Spółki XSystem S.A.