Ponad 20 lat temu komercyjny rynek nieruchomości w naszym kraju praktycznie nie istniał, teraz Warszawa oferuje 5 milionów metrów kwadratowych nowoczesnej powierzchni biurowej
Kiedy w 1989 roku drzwi socjalistycznej rzeczywistości zostały uchylone, by do Polski wpuścić wolnorynkowe zasady funkcjonowania biznesu, nie można było jeszcze mówić o rynku biurowym, jaki znamy dzisiaj. Komercyjny segment nieruchomości w naszym kraju zaczął się wtedy dopiero tworzyć. Ćwierć wieku temu nowocześniejsze biurowce, które istniały w Warszawie można było policzyć na palcach jednej ręki. Zachodnie firmy na ogół lokowały swoje biura w dużych mieszkaniach w kamienicach położonych w centrum miasta.
Skyline Warszawy wyznaczało kilka obiektów. Były wśród nich Pałac Kultury i Nauki, Oxford Tower, Intraco, Novotel i Universal. Przy alejach Jerozolimskich stanęło właśnie Centrum LIM z Marriottem, który na wiele kolejnych lat cieszył się statusem najbardziej prestiżowego, biznesowego adresu w mieście. Dwa lata później oddany został Błękitny Wieżowiec przy Placu Bankowym.
Największy obszar biurowy w Polsce
Mokotowska strefa biurowa była dopiero w planach. Jej powstanie miała zapoczątkować w drugiej połowie lat 90. firma GTC budową Mokotów Business Parku, dzisiejszego Empark Business Park na działce przy ulicy Domaniewskiej, na której wśród wysokiej trawy straszyły zabudowania upadłej fabryki Unitra Cemi. Na początku transformacji warszawski Służewiec był terenem, gdzie majaczyły magazyny, bocznice kolejowe i ponure zabudowania przemysłowe. Dopiero wiele lat później zaczęła tam powstać rozbudowana sieć kompleksów biurowych, które tworzą dziś największy obszar biznesowy w Polsce.
Procesu prywatyzacji i restrukturyzacji gospodarczej, w tym kształtowania się sektora usług, który generuje dziś istotną część popytu na powierzchnie komercyjne, nie ułatwiała szalejąca inflacja. Był to skutek drukowania pieniędzy bez pokrycia przez ratujący się w ten sposób, odchodzący system. Wówczas stawki czynszowe podane były wyłącznie w dolarach lub markach, a ich wysokość za najlepsze wówczas powierzchnie biurowe, np. w Intraco przekraczała 50 dol. za mkw. miesięcznie.
Rekordowa podaż nowych biur w 2000 roku
Warszawa szybko zaczęła obrastać lasem żurawi, aż stała się ogromnym placem budowy. O skali rozbudowy może świadczyć rekordowy wynik 400 tys. mkw. powierzchni biurowej, która oddana została do użytku w 2000 roku, który jak dotąd nie został pobity. W ciągu 10 lat, od 1991 do 2001 roku podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wzrosła z 250 tys. mkw. do 3,5 mln mkw. W pokomunistycznej Polsce inwestowały firmy austriackie, skandynawskie i belgijskie, później amerykańskie, a dziś kapitał międzynarodowy, wspominają eksperci Walter Herz.
W pierwszej dekadzie przemian rynkowych w Warszawie pojawiły się takie znane obiekty jak: Kolmex (1992), Warsaw Corporate Center (1993), IPC Business Center/Koszykowa 54 (1993), Aktyn Business Center przy Chmielnej (1995), pierwsze budynki kompleksu Atrium Business Center przy alei Jana Pawła II (1995). Puławska Financial Center, wieża Orco Tower (wtedy Fim Tower) oraz pierwsze budynki wspomnianego Emparku – Galaxy i Jupiter oddane zostały w 1996 roku.
Warszawskie biurowce, które znamy od lat
W 1997 roku powstał biurowiec Prima Court przy Nowogrodzkiej i Ilmet przy rondzie ONZ. Rok później Holland Park/ Ethos przy Placu Trzech Krzyży, w którym przez 15 lat mieściła się siedziba ING, Kaskada, Nautilus, Norway House, Sienna Center, położone u zbiegu ulic Emilii Plater i Świętokrzyskiej – Warsaw Financial Center, biurowiec Alma przy Marynarskiej, a także BTA Office Center przy Rzymowskiego. W 1999 roku przy alejach Jerozolimskich stanął Millennium Plaza, Saski Point przy Marszałkowskiej i Warsaw Towers przy Siennej.
Później dopiero powstały najwyższej klasy obiekty, które oferują najnowocześniejsze rozwiązania techniczne. W 1999 roku oddany został mierzący 208 metrów wysokościowiec Warsaw Trade Tower, który dopiero w tym roku przekazał tytuł najwyższego budynku biurowego w Warszawie oddanej niedawno wieży Warsaw Spire (220 m). W 2003 roku na warszawskiej mapie obiektów biurowych pojawił się Metropolitan. A trzy lata później, w 2006 roku przy rondzie ONZ powstała jedna z najwyższych w Warszawie wież – Rondo 1. W tym roku 192 metrowy obiekt jako pierwszy w Polsce zyskał certyfikat LEED Platinum w kategorii O+M, która jest najwyższą oceną w najpopularniejszym na świecie systemie certyfikacji ekologicznej budynków. W 2014 roku budynek został sprzedany za kwotę 297 mln euro.
Poza biurowcami powstały także pierwsze parki biznesowe, jak Jerozolimskie Business Park (1996), Ochota Office Park (1999), University Business Center (2000), a w 2007 roku został ukończony, budowany 10 lat Wiśniowy Business Park.
Najemcy wyczekiwali na budowane biura
Na początku lat 90. biura w powstających w Warszawie budynkach wynajmowały się na pniu, a wskaźnik powierzchni niewynajętej sięgał 2-3 proc. Dopiero od 1998 roku gwałtowny wzrost podaży nowoczesnej powierzchni biurowej spowodował zwiększenie się współczynnika pustostanów, a w roku 1999 na ponad dwa lata nastąpił pierwszy poważny kryzys, który powtórzył się także w 2009 roku, zauważają specjaliści Walter Herz. Dziś w Warszawie czeka na najemców ponad 760 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, tj. ponad 15 proc. zasobów miasta, obliczają eksperci Walter Herz.
Warszawa wskazywana jest teraz jako jedna z najatrakcyjniejszych europejskich lokalizacji dla przyszłej ekspansji firm. Najbardziej dynamicznie rozbudowuje się rejon ronda Daszyńskiego. Według danych firmy Walter Herz, w gotowych biurowcach skupionych w tym rejonie jest już ponad 400 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Specjaliści z tej firmy szacują, że podobną ilość biur zaoferują obiekty, które powstają na tym terenie i projekty przygotowywane do budowy na bliskiej Woli, która jest naturalnym przedłużeniem Śródmieścia. Podkreślają, że za kilka lat oferta biurowa w tym rejonie miasta dorównywać będzie słynnej służewieckiej strefie biznesu.
Nowa strefa biurowa
W okolicy ronda Daszyńskiego powstać mają imponujące obiekty, zarówno pod względem rozwiązań architektonicznych, jak i wielkości. W 2019 roku ma zostać oddany strzelisty, 195 metrowy budynek Skylinera. Wieża usytuowana w narożniku Towarowej i Prostej oferować będzie ponad 38 tys. mkw. powierzchni biurowej i przeszło 3 tys. mkw. usługowej. Tuż obok powstaje już kompleks Sienna Towers, w skład którego wejdą dwa wieżowce o wysokości 130 metrów i jeden 86 metrowy, połączone wspólnym kilkukondygnacyjnym podium. Obiekt zaoferuje 75 tys. mkw. powierzchni biurowej oraz 25 tys. mkw. powierzchni handlowej i konferencyjnej.
Na rogu ulic Okopowej i Towarowej rozpoczęła się już także budowa kompleksu Spark, którego całkowita powierzchnia najmu wynosić będzie ponad 70 tys. mkw. U zbiegu Towarowej i Prostej powstaje również Generation Park, który ma zostać oddany w końcu 2017 roku i dostarczyć 84 tys. mkw. biur. W sąsiedztwie ronda Daszyńskiego planowany jest także 39 kondygnacyjny Spinnaker o powierzchni 55 tys. mkw. Poza tym, w narożniku Prostej i Żelaznej stanie 130 metrowa Mennica Legacy Tower.
W Warszawie pozostaje obecnie w budowie prawie 550 tys. mkw. biur. W tym roku stołeczny rynek biurowy ma szansę pobić rekord sprzed szesnastu lat, jeśli chodzi o roczny przyrost nowej powierzchni biurowej. Tylko w pierwszym półroczu oddane zostało o jedną czwartą więcej biur, niż w całym ubiegłym roku. Nowa podaż prawdopodobnie przekroczy w tym roku poziom 450 mkw. i będzie największa w całej historii rynku, prognozują eksperci Walter Herz.
Agility, globalny dostawca zintegrowanych rozwiązań logistycznych i spedycyjnych, ogłosił wyniki finansowe za drugi kwartał 2016 roku. Przychody netto firmy wyniosły ponad 355 mln USD (107 mln KD*) i wzrosły o 4 proc. w porównaniu do analogicznego okresu w 2015 roku. W tym okresie Agility odnotowało ogólny przychód w wysokości ponad 1,02 mld USD (309 mln KD).
W drugim kwartale 2016 roku zysk netto, osiągnięty przez Agility, wyniósł blisko 50 mln USD (15 mln KD) i był o 11 proc. wyższy w porównaniu z 2. kwartałem ubiegłego roku. Z kolei zysk operacyjny (EBITDA) osiągnął poziom 96,2 mln USD (29 mln KD) i wzrósł o 12 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2015 roku.
„Ten rokrozpoczęliśmy bardzo dobrze i nadal udaje się nam utrzymać wysoki poziom wzrostu. Mimo coraz silniejszej konkurencji i większych wyzwań ze strony rynku usług logistycznych, stale odnotowujemy zyski w ramach działań Global Integrated Logistics. Jest to możliwe dzięki temu, że wiemy jak podnosić naszą efektywność, poprawiać wydajność, utrzymywać dyscyplinę finansową oraz coraz lepiej dostosowywać się do warunków rynkowych i potrzeb klientów” powiedział Tarek Sultan, CEO Agility. „Firmy działające w ramach grupy Agility kontynuują wzrost, gdyż potrafią skutecznie wykorzystać niezwykłe możliwości pojawiające się na rynkach wschodzącychi nieustannie doskonalą wydajność wszystkich operacji.”
Agility Global Integrated Logistics (GIL) i Agility Infrastructure
Przychody Agility Global Integrated Logistics (zintegrowane rozwiązania logistyczne) w 2 kwartale 2016 roku wyniosły ponad 773 mln USD (233 mln KD). Z kolei firmy działające w ramach grupy Agility Infrastructure (usługi związane z obsługą logistyczną, m.in. zarządzanie nieruchomościami, obsługa lotnictw, masowe składowanie i transport paliw) osiągnęły przychód w wysokości blisko 265 mln USD (80 mln KD) i wzrosły o 12 proc. w porównaniu do 2. kwartału ubiegłego roku.
„Umiarkowane prognozy gospodarcze na ten rok, podane przez Światową Organizację Handlu (WTO), nadal mają wpływ na rynek usług spedycyjnych. Agility GIL udało się jednak osiągnąć rekordowy wzrost wolumenu w najważniejszych dla niej sektorach spedycji morskiej i lotniczej, które rozwijają się mimo słabszej sytuacji ogólnej. Rosnący popyt na usługi logistyki kontraktowej na rynkach wschodzących, gdzie Agility od wielu lat utrzymuje wiodącą pozycję, w połączeniu z poprawą wyników z działalności spedycyjnej i zwiększoną dyscypliną w działaniu, umożliwiły GIL zwiększenie marży” dodał Tarek Sultan.
Agility w Polsce
Również w Polsce po drugim kwartale 2016 roku Agility odnotowało bardzo dobre wyniki, osiągając wzrosty na poziomie dwucyfrowym we wszystkich obszarach działalności – spedycji morskiej, lotniczej i drogowej.
„Przez cały czas intensywnie się rozwijamy, wzmocniliśmy nasz zespół i rozszerzyliśmy portfolio naszych usług spedycyjnych, m.in. oferujemy połączenia kolejowe z Chinami. Cieszymy się z osiągnięcia tak dobrych wyników, to efekt pracy całego zespołu, jego dużego zaangażowania i profesjonalizmu” powiedziała Karolina Gasińska-Byczkowska, Branch Manager Agility Logistics w Polsce.
Podsumowanie
„Choć otoczenie rynkowe stawia przed nami duże wyzwania, szczególnie w przypadku komercyjnej działalności logistycznej, Agility stale poprawia swoje wyniki finansowe, rozwijając portfolio firm działających w ramach grupy Infrastructure i jednocześnie dokonując przekształceń w ramach działalności GIL” powiedział Tarek Sultan. „Dokładamy wszelkich starań, aby spełnić oczekiwania naszych udziałowców, klientów i pracowników. Jesteśmy im niezmiernie wdzięczni za wsparcie, którego nam udzielają.”
Strategiczne położenie geograficzne, członkostwo w Azjatyckim Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, jak również widoczne w ostatnich miesiącach ocieplenie relacji polityczno-gospodarczych sprzyjają Polsce w odegraniu kluczowej roli w chińskim projekcie Nowego Jedwabnego Szlaku. To, czy wykorzystamy potencjał współpracy handlowej z Państwem Środka, zależy m.in. od zmiany podejścia polskich przedsiębiorców do kwestii eksportu do Chin.
Współpraca biznesowa na linii Polska – Chiny, głównie w kontekście koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku stanowiła motyw przewodni konferencji prasowej poprzedzającej targi China Expo-China Brand Show Poland 2016, która odbyła się 30 sierpnia w Warszawie.
Na drodze do sukcesu?
O chęci pogłębienia polsko-chińskich relacji handlowych, w związku z inicjatywą „Jeden Pas, Jedna Droga”, mówił już na samym początku konferencji Tian Guofeng, przedstawiciel Ministerstwa Handlu Chińskiej Republiki Ludowej, które jest organizatorem targów ze strony chińskiej. Jak podkreślał Tian Guofeng, targi China Expo-China Brand Show Poland są do tego doskonałą okazją, dlatego zdobyły mocne poparcie ze strony chińskiego rządu.
Temat współpracy handlowej z Chinami był kontynuowany podczas panelu dyskusyjnego stanowiącego główny punkt konferencji. Eksperci byli zgodni co do tego, że Polska, z uwagi na atrakcyjne położenie geograficzne, ocieplenie relacji politycznych z Państwem Środka, czy członkostwo w Azjatyckim Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, ma szansę odegrać kluczową rolę w realizacji koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku. Pod warunkiem, że wykorzystamy możliwości związane z eksportem do Chin.
Chiński rynek wyzwaniem dla polskich eksporterów
Wojciech Piwowarski z Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych podkreślał, że Szlak jest tylko narzędziem, do którego musi też dojść wola i możliwości ze strony polskich firm, aby eksportować na rynek chiński. Zaznaczał przy tym, że rynek chiński jest rynkiem bardzo konkurencyjnym i wymagającym, nie jest więc tak łatwo wejść na niego z polskim towarem. Piwowarskiemu wtórował Paweł Pniewski z Międzynarodowej Izby Handlu. –Najpierw musimy się więc zastanowić, co my możemy tam sprzedać – mówił Pniewski.
Eksperci podkreślali, że Polscy przedsiębiorcy muszą szukać odpowiednich nisz, nie lekceważąc przy tym drobniejszej wymiany handlowej. Radosław Pyffel, wicedyrektor Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnej zwrócił też uwagę, że polscy przedsiębiorcy muszą wykazać się cierpliwością i konsekwencją, jeśli chodzi o wymianę handlową z Chinami. – Potrzebna jest metoda małych kroczków, regularności i systematyczności – mówił Pyffel. Piwowarski dodał z kolei, że polskie firmy muszą podejść do kwestii eksportu do Chin, jak do inwestycji długofalowej.
Wśród pomysłów ekspertów na polskie produkty, które mogłyby sprawdzić się na rynku chińskim znalazł się m.in. sprzęt medyczny i biofarmaceutyki, rozwiązania dotyczące ochrony środowiska, czy produkty dla dzieci (w związku ze zniesieniem polityki jednego dziecka).
Krzysztof Szumski, były ambasador RP w Chińskiej Republice Ludowej zwrócił też uwagę, że Nowy Jedwabny Szlak to nie tylko kontakt biznesowy na linii Polska – Chiny, ale również szansa dla innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, o czym świadczą wizyty prezydenta Chin w Czechach, Serbii, czy na Słowacji. – Inni też mają mocne atuty, nieraz mocniejsze od naszych, a do tego są aktywni. Musimy się więc starać, żeby być mocnym graczem – mówił Szumski.
China Expo – China Brand Show Poland szansą na kontakty handlowe
China Expo – China Brand Show Poland to cykliczna impreza targowa poświęcona współpracy biznesowej z Chinami. Wydarzenie, które będzie miało miejsce w warszawskim Centrum Targowo-Kongresowym MT Polska w dniach 15-17 września, będzie stanowiło okazję do nawiązania kontaktów handlowych z około 200 producentami i eksporterami z różnych regionów Chin, którzy będą gościć na imprezie w charakterze wystawców. Na stoiskach zostaną zaprezentowane m.in. produkty oświetleniowe, materiały budowlane i osprzęt, elektronika, wyposażenie wnętrz – w tym kuchni i łazienek, artykuły gospodarstwa domowego, części samochodowe oraz upominki.
Więcej informacji na temat wydarzenia China Expo – China Brand Show Poland można znaleźć na stronie www.china-expo.pl.
Przemysł wrócił na ścieżkę wzrostu dzięki eksportowi
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
W sierpniu wskaźnik PMI Polskiego Sektora Przemysłowego wzrósł do poziomu 51,5 z 50,3 w lipcu br. „Mimo to ogólna dotychczasowa średnia dla trzeciego kwartału (50,9) jest najniższą średnią kwartalną od trzeciego kwartału 2014„. – podał Markit.
Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan
W sierpniu przemysł wrócił na ścieżkę wzrostu, po słabym lipcu. Jednak siła tej poprawy była słabsza niż w czerwcu i maju br. (odpowiednio 51,8 i 52,1). Siła wzrostu polskiego przemysłu w sierpniu była także słabsza niż w strefie euro (51,7) i znacznie słabsza niż u naszego głównego partnera handlowego, w Niemczech (53,6).
Wzrost polskiego PMI nie jest jednak jednoznaczny. Produkcja w sierpniu wzrosła, było to efektem wzrostu liczby nowych zamówień, ale rosły przede wszystkim zamówienia eksportowe. Całkowita liczba nowych zamówień wzrosła, ale wolniej niż zamówienia eksportowe, co wskazuje na słabość rynku polskiego.
Pozytywny, trzyletni wzrostowy trend dotyczący zatrudnienia jest ciągle utrzymany, co wskazywałoby na pozytywne oceny sytuacji w średniej i dłuższej perspektywie. Jednocześnie firmy obniżają poziom zapasów, co przeczyłoby takiej ocenie. Dobre perspektywy, czyli wzrost zamówień, a tym samym wzrost produkcji wymaga bowiem odpowiedniego poziomu zapasów, a te nie rosną wraz ze wzrostem produkcji. Pewnym wyjaśnieniem może być wykorzystywanie przez przedsiębiorstwa w coraz większym stopniu strategii just in time, ale ona zmienia strukturę „organizacyjną” zapasów, a nie ich poziom. Zapasy są, ale magazynowane u ich producentów, a nie w firmach wykorzystujących komponenty do produkcji.
PMI nie zawiera informacji o inwestycjach przedsiębiorstw. Dane GUS wskazują, że w I połowie 2016 r. były one w firmach 50+, działających we wszystkich sektorach gospodarki, niższe o ponad 7 proc. r/r. Prawdopodobnie w lipcu i sierpniu br. sytuacja nie uległa poprawie. Jednak w przemyśle inwestycja spadły w mniejszym stopniu, bo o 2,6 proc., a w samym przetwórstwie przemysłowym – wzrosły o prawie 1,4 mld zł (nominalnie). Jednak wzrost nakładów inwestycyjnych r/r dokonał się tylko w 12 branżach w przetwórstwie przemysłowym (łączenie prawie o 2 mld zł), a w 10 – nakłady inwestycyjne były mniejsze niż rok wcześniej (o ponad 600 mln zł). Nie byłoby się na razie czym martwić, gdyby nie to, że inwestycje spadły w ciągu pierwszych 6 miesięcy 2016 r. także w niektórych branżach eksportowych (m.in. w produkcji maszyn i urządzeń, mebli, urządzeń elektrycznych, wyrobów z metali – te 4 branże dały prawie 60 proc. spadku inwestycji).
Przyglądanie się przemysłowi jest kluczowe dla oceny sytuacji w całej gospodarce. Tworzy on powiem ponad 25 proc. wartości dodanej brutto i zatrudnia 30 proc. osób pracujących w sektorze przedsiębiorstw. Od sytuacji w przemyśle zależy w dużej mierze wzrost polskiej gospodarki. W pierwszych 2 kwartałach 2016 r. to głównie przemysł pracował na wzrost PKB – wzrósł on w tym czasie o 4,1 proc., a cała gospodarka wzrosła o 3,1 proc. Jeśli w II połowie roku przemysł osłabnie, trudno będzie utrzymać wzrost gospodarczy wyraźnie powyżej 3 proc.
Obraz sytuacji w przemyśle po 2 miesiącach trzeciego kwartału br. nie jest zły, ale nie zapowiada wzrostu na poziomie z 2 kwartału, gdy wartość dodana przemysłu wzrosła o 5,1 proc. Produkcja wzrosła, pojawiły się nowe zamówienia, ale głównie eksportowe. Nie wpłynęło to jednak na silniejszy wzrost zapasów w firmach, ale wzrost zatrudnienia trwa. Wszystko to jednak przy nieprawności inwestycyjnej.
Sierpniowy PMI pozostawia zatem ciągle znaki zapytania, przede wszystkim o szanse na silniejszy wzrost nowych zamówień z rynku polskiego, ale także o utrzymanie wzrostu nowych zamówień eksportowych. Wzrost produkcji, zatrudnienia, zapasów, będzie tego pochodną. Wzrost PKB także.
Według Banku Morgan Stanley Europejski Bank Centralny nie zmieni prowadzenia polityki monetarnej na wrześniowym posiedzeniu. Analitycy banku spodziewają się działania ze strony EBC w grudniu tego roku. Szacują, że w grudniu zostanie obniżona stopa depozytowa o 10 punktów bazowych oraz spodziewają się przedłużenia programu skupu aktywów finansowych o kolejne 6 miesięcy.
Niemniej jednak nie możemy lekceważyć konferencji zaplanowanej na 8 września. Aktualne prawdopodobieństwo obniżki stopy depozytowej wynosi jedynie 11%, jednak Mario Draghi, prezes ECB może dać nam więcej wskazówek na temat przyszłych zmian w prowadzeniu polityki monetarnej.
Na wykresie dziennym pary walutowej EUR/USD kupujący walczą o utrzymanie poziomu wsparcia 1.113-1.116. Wszystko wskazuje na to, że wskazany poziom zostanie utrzymany, jednakże jutro jest pierwszy piątek miesiąca, a to oznacza publikacje danych z amerykańskiego rynku pracy. Dane poniżej konsensusu ekonomistów oraz z nim zgodne powinny pomóc kupującym, natomiast lepsza publikacja mogłaby przełożyć się na większą wyprzedaż euro względem dolara amerykańskiego.
Dzisiaj poznaliśmy odczyt indeksu PMI dla przemysłu na Wyspach Brytyjskich. Odczyt okazał się dużo lepszy od prognoz i wyraźnie wskazuje, że menedżerowie z branży przemysłowej nie obawiają się skutków Brexitu.
Indeks PMI dla przemysłu w sierpniu w Wielkiej Brytanii wyniósł 53,3 pkt., co jest lepszym rezultatem, niż rynkowe prognozy (49 pkt.) oraz oznacza, że branża w najbliższym czasie będzie się rozwijać, gdyż wynik jest powyżej poziomu 50 pkt. Indeks miesiąc temu spadł do poziomu w okolicach 48 pkt. Czekamy teraz na odczyt indeksu PMI dla usług, który jest skorelowany z indeksem przemysłowym, ale z drugiej strony sektor usług mógł nie skorzystać tak bardzo na przecenie funta, jak sektor przemysłowy.
Dobre dane z Wysp powodują, że oddala się kolejna podwyżka stóp procentowych. Obecnie na podstawie rynku terminowego prawdopodobieństwo kolejnego cięcia kosztu pieniądza w Wielkiej Brytanii wynosi nieco ponad 5%, co powinno powodować kontynuacje aprecjacji szterlinga w najbliższym czasie.
Prawdopodobieństwo zmiany stóp procentowych w Wielkiej Brytanii
Żródło: Bloomberg
We wrześniu, dokładnie 20 oraz 21, swoje posiedzenie będzie miał Fed. Z kolei w tym przypadku oczekuje się jakiś działać podnoszących koszt pieniądza w Stanach Zjednoczonych. Nadzieje na ruch rozbudził wiceszef Rezerwy Federalnej Stanley Fischer, który w wywiadzie poinformował, że podwyżka we wrześniu wciąż jest realna i wszystko będzie zależeć od sierpniowych danych z amerykańskiego rynku pracy, które ukażą się już w najbliższy piątek. Ponadto stwierdził, że polityka nie ma wpływu na decyzje banku, co można odczytać, że Fed nie będzie patrzył na nadchodzące wybory w kontekście swoich decyzji. Trudno w to uwierzyć, ale inwestorom wystarczyło i w myśl zasady, kupuj plotki, sprzedawaj fakty dolar zaczął się umacniać. Ta tendencja powinna się utrzymać przynajmniej do posiedzenia FOMC.
Bartosz Zawadzki Dyrektor Dział Strategii Rynkowych i Analiz
Toyota zaprezentowała nowy minisamochód Pixis Joy w trzech wersjach wykończeniowych – C (Crossover), F (Fashion) i S (Sports). Auta, wyróżniające się bardzo małym zużyciem paliwa, będą wyposażone w zaawansowane systemy bezpieczeństwa.
1 z 8
Pixis Joy, jak sama nazwa wskazuje, ma przynosić radość swoim użytkownikom. Oprócz niskiej ceny i bardzo małego zużycia paliwa, samochód zwraca uwagę oryginalną stylistyką, ciekawymi kolorami i szczegółami wykończenia.
Wersja Pixis Joy C, oprócz ochronnych nakładek zderzaków i drzwi oraz 15-calowych, aluminiowych felg z oponami 165/60R15 wyróżnia się prześwitem 180 mm (o ok. 30 mm większym, niż w dwóch pozostałych wariantach), co z jednej strony nadaje jej wygląd crossovera, a z drugiej zapewnia lepsze możliwości pokonywania trudniejszego terenu.
Pixis Joy F to wariant o bardziej eleganckim wykończeniu, z dyskretnymi chromowanymi elementami oraz tapicerką ze specjalnej, przyjemnej w dotyku tkaniny o wyglądzie zamszu.
Sportowy charakter wersji Pixis Joy S podkreślają aerodynamicznie ukształtowane zderzaki oraz czerwone akcenty na zewnątrz i wewnątrz pojazdu.
Samochody napędzane będą wolnossącym silnikiem o pojemności skokowej 660 cm³ (opcjonalnie wyposażoną w turbosprężarkę z intercoolerem), współpracującym z bezstopniową skrzynią biegów CVT. Standardowo napęd przenoszony jest na przednie koła, każdą z wersji będzie też można zamówić w wersji 4WD. W pojazdach wykorzystano energooszczędne technologie e:S, obejmujące usprawnienia silników, przekładni CVT i struktury nadwozia w celu zmniejszenia zużycia paliwa.
Auta, produkowane w należącej do Grupy Toyota fabryce Daihatsu Motor Kyushu, już wkrótce trafią na rynek japoński, gdzie zapotrzebowanie na minisamochody jest szczególnie duże.
W sierpniu liczba pobrań aplikacji mobilnej Qpony na Androidzie przekroczyła 1 milion. Jest to wzrost aż o 500 tysięcy pobrań więcej w porównaniu z tym samy okresem w 2015 roku. Użytkownicy uruchamiają ją co najmniej kilka razy w tygodniu. Ten sukces to także rezultat konsekwentnej strategii.
Odbiorcy aplikacji mobilnej Qpony.pl to 56,5% kobiet i 43,5% mężczyzn. Najwięcej użytkowników (43%) jest w wieku 25-34 lata, nieco mniej (37%) ma od 18 do 24 lat. Najczęściej przeglądają oni cztery kategorie: jedzenie, modę, sport i dziecko. Sukces aplikacji to jeden z efektów smart shoppingu, czyli silnego trendu polegającego na dokonywaniu inteligentnych decyzji zakupowych, aktywnym poszukiwaniu informacji o produktach i zniżkach.
– Nikt nie spodziewał się, że rozwój mobilnego kanału komunikacji będzie tak intensywny w ciągu ostatnich trzech lat. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić rzeczywistość bez tabletów i smartfonów. Dlatego tym bardziej jesteśmy zadowoleni z faktu, że już ponad 1 mln mobilnych użytkowników postanowiło nam zaufać, a wskaźnik ich miesięcznej aktywności w aplikacji udowadnia, że nie zawiedliśmy ich oczekiwań, mówi Tomasz Jabłoński, CEO w firmie Qpony.pl.
Wprowadzając ideę couponingu w Polsce, spółce zależało na przeniesieniu kuponów rabatowych i gazetek do bardziej dostępnego narzędzia, dzięki któremu można komunikować oferty szybciej, taniej i precyzyjniej, a odbiorcy mają wszystkie promocje w zasięgu ręki. Uwzględniono także to, że tzw. smart shopperzy to konsumenci mający analityczne podejście do zakupów, mądrze zarządzający swoim budżetem i wykorzystujący nowe technologie wspierające decyzje zakupowe.
– W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy chcemy pozyskać dodatkowo ćwierć miliona unikalnych użytkowników miesięcznie. Planujemy osiągnąć ten wynik dzięki rozwojowi dodatkowych funkcji, m.in „kup teraz” oraz udostępnianiu użytkownikom coraz bogatszej oferty, również lokalnej. To sprawi, że użytkownik będzie mógł skorzystać z atrakcyjnych ofert rabatowych, w tym lokalnych restauracji czy kin, dodaje Tomasz Jabłoński.
Poznańska firma Qpony rozpoczęła działalność w 2010 roku, drukując katalogi rabatowe. Obecnie jest to największa w Polsce zniżkowa aplikacja mobilna. Razem z aplikacją Blix, którą spółka przejęła w czerwcu tego roku, tworzy ona drugą, po aplikacjach grupy Allegro, największą grupę m-commerce w Polsce. Zrzesza ona ponad milion aktywnych użytkowników miesięcznie.
6,09 z końca listopada 2015 roku to już historia. Funt osłabiony Bretixem, niepewnością co do szans gospodarki Wielkiej Brytanii po wyjściu z Unii Europejskiej, zmianami w brytyjskim rządzie oraz dalszą niepewnością co terminu rozpoczęcia wdrażania procedury wyjścia z Unii, doprowadziły do znacznej przeceny na rynkach.
W stosunku do złotego osłabienie to było znaczące, bo w połowie sierpnia br. można było kupić funta już za 4,88 zł czyli o prawie 20% taniej. Oczywiście taki stan rzeczy jest nienaturalny, gdyż brytyjska gospodarka nie skurczyła się o 20%, a tym bardziej polska tyle nie zyskała.
Warto zauważyć, że do dolara czy euro funt tak bardzo się nie osłabił. „Na skutek Bretixu oraz na fali umocnienia się złotego, zwłaszcza w okresie wakacyjnym, gdzie inwestorzy lokują kapitał w bezpieczne aktywa (złoto, obligacje) kurs pary GBPPLN znacząco się obniżył i naszym zdaniem obecnie funt jest znacząco niedowartościowany” – mówi Przemysław Bednarz – analityk ergokantor.pl. Obecnie można zauważyć powolne umacnianie się funta w stosunku do złotego, który w ciągu kilku ostatnich dni stracił jednak do większości walut.
Od strony technicznej pierwszy istotny opór znajduje się w rejonie 5,2480 gdzie przypada mierzenie wewnętrze FIBO 61,8 oraz ZZB (zasada zmiany biegunów) mierzone z początku kwietnia br., lecz następny ważniejszy opór wyznaczamy na poziomie 5,4560 gdzie przypada mierzenie wewnętrzne FIBO 100 oraz wypada górne ograniczenie formacji 1 do 1 (niebieskie trójkąty). Dodatkowo cena już wielokrotnie w tym rejonie reagowała tworząc istotny opór. W przypadku dalszego umocnienia się złotówki istotnym wsparciem jest poziom ostatnich dołków, to jest 4,89, a następne poziom dołków z marca 2013 roku na poziomie 4,70. Inwestując w funta warto mieć na uwadze, że często przy korektach tak silnych impulsów cena lubi dokonać retestu dołków przed istotną korektą. Do takiego retestu doszło 16 sierpnia br. jednakże nie wykluczamy, iż cena przed uzyskaniem w/w targetów zaliczy jeszcze dolną bandę formacji 1 do 1.
Pomimo dobrej sytuacji gospodarczej Niemiec, przedsiębiorcy skarżą się na problemy z terminowymi płatnościami
84 proc. niemieckich przedsiębiorstw doświadcza opóźnień w płatnościach; w największym stopniu dotknięte są nimi firmy eksportowe
Średni czas opóźnień w płatnościach dla wszystkich sektorów przemysłu wynosi 41,4 dnia
Dla ponad 3/4 niemieckich przedsiębiorstw maksymalne opóźnienie wynosi 60 dni – to mniej niż w Chinach
84,4 proc. przedsiębiorstw wyznacza okresy kredytowania. W przypadku 20 proc. firm odnotowano spadek liczby nierozliczonych należności, za to u 16,9 proc. nastąpił wzrost
Najbardziej dotknięty zaległościami jest przemysł tekstylny/skórzany/odzieżowy – opóźnienia w płatnościach wynoszą 94,4 proc.
Pierwsze badanie Coface dotyczące płatności w Niemczech przeprowadzone wśród 850 przedsiębiorstw pokazuje, że mimo stabilnej sytuacji gospodarczej kraju opóźnienia w płatnościach ze stronyklientów dotyczą prawie 84 proc. przedsiębiorstw.Jednak pozytywną sytuację niemieckich przedsiębiorstw potwierdza niewielki spadek wolumenu nierozliczonych należności w ostatnim roku. Wśród badanych firm czas opóźnień w płatnościach mieści się w granicach dających się kontrolować. Potencjalne ryzyko płynności wynikające z długookresowych zaległości w płatnościach jest w związku z tym niewielkie.
Opóźnienia w płatnościach: niemieckie przedsiębiorstwa w lepszej sytuacji niż chińskie
Opóźnienia w płatnościach należności występują regularnie w 83,7 proc. przedsiębiorstw. Ponad połowa takich opóźnień wynika z trudności finansowych, jakich doświadczają klienci. Według najnowszego badania Coface wartość ta jest wyższa niż odsetek takich zdarzeń wśród chińskich przedsiębiorstw. Opóźnienia w płatnościach dotykają około 80 proc. chińskich firm, a w regionie Azji i Pacyfiku ten odsetek jest niższy i wynosi jedynie 70 proc. W Niemczech opóźnienia w płatnościach częściej dotykają przedsiębiorstw, które są zależne głównie od eksportu – dotyczą 90 proc. z nich; natomiast wśród firm prowadzących działalność na rynku krajowym taki odsetek kształtuje się na poziomie 82,8 proc. W porównaniu do zeszłego roku w wolumenie nierozliczonych należności widoczna jest tendencja spadkowa. Około 20 proc. badanych firm odnotowało spadek wolumenu nierozliczonych należności, natomiast u 16,9 proc. nastąpił jego wzrost. Dla ponad 60 proc. z nich poziom nierozliczonych należności pozostaje taki sam.
Wśród przedsiębiorstw ukierunkowanych na eksport wyniki są niejednorodne – 24 proc. z nich odnotowało spadek wysokości nierozliczonych należności, jednak u 23,3 proc. nastąpił wzrost w tym obszarze. Natomiast średnia wartość dla wszystkich przedsiębiorstw kształtuje się na poziomie 16,9 proc.
Z perspektywy czasowej opóźnienia w płatnościach utrzymują się w granicach podlegających kontroli. Dla ponad trzech czwartych niemieckich przedsiębiorstw maksymalne opóźnienie wynosi 60 dni. W związku z tym sytuacja niemieckich firm jest wyraźnie lepsza niż chińskich. Wyniki badania Coface dotyczącego płatności w Chinach pokazują, że opóźnienia w płatnościach do 60 dni dotyczą 60 proc. przedsiębiorstw, natomiast opóźnienia przekraczające 150 dni dotykają 10 proc. firm. W ciągu zeszłego roku druga wartość wzrosła niemal dwukrotnie, co było spowodowane osłabieniem wzrostu gospodarczego w Chinach. Ten 10-procentowy odsetek przedsiębiorstw borykających się z długoterminowymi zaległościami jest wyraźnie wyższy od 2,5-procentowego poziomu odnotowanego w Niemczech. Tylko 1,9 proc. niemieckich przedsiębiorstw koncentrujących się na krajowym rynku zbytu odnotowuje długoterminowe zaległości w płatnościach, podczas gdy problem ten dotyczy znacznie większej części firm eksportowych – 7 proc.
Dla wszystkich niemieckich przedsiębiorstw potencjalne ryzyko płynności wynikające z nierozliczonych należności z opóźnieniami przekraczającymi sześć miesięcy pozostaje w granicach podlegających kontroli. Doświadczenia Coface pokazuje, że około 80 proc. nierozliczonych należności nie zostanie w pełni uregulowanych, jeśli opóźnienie przekroczy sześć miesięcy. Płynność finansowa przedsiębiorstw może stanąć pod znakiem zapytania, jeśli nierozliczone płatności w takich firmach przekroczą 2 proc. ich całkowitego rocznego obrotu.
Opóźnienia w płatnościach powszechne we wszystkich sektorach przemysłu
W 13 objętych badaniem sektorach średni odsetek przedsiębiorstw borykających się z opóźnieniami w płatnościach wynosi 83,7 proc. z odchyleniami w granicach 10 proc. w obydwie strony. Wyraźny dystans od reszty sektorów gospodarki dzieli przemysł tekstylny/skórzany/odzieżowy, najbardziej dotknięty skutkami opóźnień w płatnościach, które dotyczą tu 94,4 proc. przedsiębiorstw; następny w kolejności jest przemysł papierniczy/opakowaniowy/drukarski z 89,3 proc. firm dotkniętych opóźnieniami oraz przemysł drzewny/meblarski z 87,5 proc. takich przedsiębiorstw. Co zaskakujące, przemysł tekstylny/skórzany/odzieżowy najczęściej udziela okresu kredytowania mimo najniższego wskaźnika płatności spośród analizowanych sektorów. Przemysł mechaniczny/precyzyjny znajduje się na szczycie listy najmniej dotkniętych sektorów, w którym „tylko” 75 proc. przedsiębiorstw boryka się z kłopotami w regulowaniu należności, na drugim miejscu plasuje się sektor motoryzacyjny z 78,8 proc. i następnie sektor handlu hurtowego — z 81,8 proc.
Według obliczeń Coface średni czas regulowania należności dla wszystkich sektorów wynosi 41,4 dnia. Jednak w niektórych segmentach odnotowano o wiele dłuższy czas zwłoki; dotyczy to w szczególności przemysłu mechanicznego (60,0 dni) oraz transportowego (55,2 dnia). W przemyśle chemicznym/naftowym/mineralnym oraz sektorze IT/telekomunikacyjnym zaległości w płatnościach są najkrótsze. W zakresie oczekiwań dotyczących zaległych płatności postawy optymistyczne i pesymistyczne pozostają w równowadze. Podczas gdy w przemyśle transportowym i sektorze handlu hurtowego oczekuje się pogorszenia sytuacji, w przemyśle papierniczym/opakowaniowym/drukarskim przewidywana jest znaczna poprawa.
W dziesięciu z badanych sektorów w zeszłym roku odnotowano niższą wartość zaległych należności. Szczególnie imponujący spadek nastąpił w przemyśle drzewnym i meblarskim, w którym 38,5 proc. przedsiębiorstw odnotowało niższy wolumen niezapłaconych należności, natomiast w przypadku 11,5 proc. firm doszło do wzrostu. Ponadto wyraźną poprawę można zaobserwować w przemyśle transportowym oraz sektorze IT/telekomunikacyjnym. W zakresie rosnącego wolumenu zaległych należności najwięcej zmartwień przysparzają przemysł rolniczy i spożywczy (+5,1 proc.), przemysł metalowy (+12,7 proc.), a w szczególności przemysł mechaniczny/precyzyjny, w którym tylko 16,7 proc. przedsiębiorstw odnotowało spadek w wolumenie zaległych należności, natomiast w przypadku aż 41,7 proc. firm nastąpił wzrost.
Większość przedsiębiorstw oferuje sprzedaż na kredyt z krótkoterminowymi okresami kredytowania
Badanie pokazuje, że wyznaczanie klientom okresów kredytowania jest powszechne. Spośród badanych przedsiębiorstw 84,4 proc. wyznaczyło swoim klientom okresy kredytowania w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W przypadku firm eksportowych odsetek ten wzrasta do 92 proc. Prawie połowa przedsiębiorstw przyznających okresy kredytowania głównego uzasadnienia takich działań upatruje w „standardach rynkowych”. Około 15 proc. firm oferuje okresy kredytowania, ponieważ ma wykupione ubezpieczenie, które chroni je przed ryzykiem kredytowym.
Inne przyczyny, dla których przedsiębiorstwa zgadzają się na okresy kredytowania, często wynikają z bezpośrednich relacji z klientami. 14,1 proc. firm przyznaje okresy kredytowania, jako bufor, który ma pomóc klientom w sytuacjach restrykcyjnych wymogów dotyczących płynności. Kolejne 10 proc. przedsiębiorstw przedłuża terminy płatności, ponieważ ma zaufanie do swoich klientów, ale tylko 14 proc. spośród nich zabezpiecza swoje nierozliczone należności (ten odsetek jest znacznie niższy od ogólnej średniej wynoszącej nieznacznie ponad 43 proc.).
Konsumpcja prywatna napędza gospodarkę, dynamika inwestycji utrzymuje się na niskim poziomie
W tym i następnym roku gospodarka Niemiec odczuje wpływ znacznie wyższego ryzyka globalnego. Przyczyniając się do kontynuacji trendu wzrostu „do połowy masztu” na rynkach wschodzących, firmy eksportowe coraz częściej stają w obliczu ryzyka politycznego, które wynika bezpośrednio z sytuacji w Europie. Za sprawą wyników referendum w sprawie Brexitu taka polityczna niepewność osiągnęła apogeum. Zarządzanie tego rodzaju ryzykiem będzie odgrywało główną rolę zarówno na rynkach finansowych, jak w realnej gospodarce
Na pierwszy rzut oka zaskakującym może wydać się fakt, że Coface przewiduje solidny wzrost gospodarczy w Niemczech na poziomie 1,5 proc. w tym roku i 1,7 proc. w przyszłym, nawet mimo nacisków, pod jakimi pozostanie eksport. Silną pozycję niemieckiej gospodarki zapewnia w głównej mierze wzrost wydatków konsumenckich. Ponieważ eksport netto nie będzie już głównym czynnikiem napędzającym wzrost gospodarczy (ze względu na słabe perspektywy eksportu i silne zapotrzebowanie na import), wydatki na konsumpcję publiczną i prywatną staną się gwarantem wzrostu gospodarczego Niemiec. Gospodarstwa domowe odnoszą korzyści z doskonałej sytuacji na rynku pracy wraz ze wzrostem płac znacznie wyższym niż w przeszłości, ustawową płacą minimalną, znacznymi podwyżkami emerytur w połowie roku i utrzymującym się niskim poziomem inflacji
Tak więc konsumpcja prywatna i wydatki publiczne pozostają głównym buforem stabilizującym, absorbując i pomagając zrekompensować słabą kondycję sektorów gospodarki nastawionych na eksport. Obszar inwestycji – jako komponent gospodarki krajowej – również wykazuje oznaki słabości, będące wynikiem przede wszystkim ryzyka obecnego w środowisku zewnętrznym. W latach 2016 i 2017 niemieckie przedsiębiorstwa będą zwiększać inwestycje jedynie do poziomu pozostającego pod kontrolą w związku z dużą niepewnością w zakresie dalszego kierunku rozwoju gospodarki światowej.
Liczba niewypłacalnych przedsiębiorstw będzie dalej spadać
Stabilną sytuację gospodarczą Niemiec odzwierciedla dobra kondycja finansowa niemieckich przedsiębiorstw. Ważnym wskaźnikiem jest sytuacja w obszarze niewypłacalności firm, w którym w tym roku nadal przewiduje się tendencję spadkową. Po zeszłorocznym obniżeniu wynoszącym 4 proc. (po raz szósty z rzędu) Coface przewiduje dalszy spadek na poziomie 2,5 proc. w 2016 r. Decyzja Wielkiej Brytanii o wyjściu z Unii raczej nie zmieni tej tendencji.
Niepewność regulacyjna, presja ze strony internetowych gigantów, nieumiejętność tworzenia wartości z posiadanej infrastruktury oraz niezdolność do innowacji to największe wyzwania stojące przed sektorem telekomunikacyjnym. W 2014 roku EY zidentyfikował 10 głównych ryzyk – które zweryfikował w najnowszym raporcie. Mimo, że nadal te same ryzyka są zagrożeniem dla sektora, to zmienił się sposób zarządzania nimi.
Niezdolność do zajęcia nowej roli w zmieniającym się otoczeniu biznesowym
61% przebadanych operatorów telekomunikacyjnych wie, że tzw. gracze Over-The-Top (OTT), czyli twórcy aplikacji instalowanych na urządzenia konsumenckie, w najbliższych latach zmienią oczekiwania klientów – wynika z raportu EY „Nawigacja na drodze do 2020 roku”. Zarządzanie tym ryzykiem jest kluczowe dla firm telekomunikacyjnych, ale tylko połowa z nich ma opracowaną strategię w tym obszarze. Niektórzy nawiązują współpracę z dostawcami treści, szczególnie w zakresie muzyki i filmów. Operatorzy zakładają, że ich partner biznesowy najlepiej zna swoją niszę. Dodatkowo operatorzy chcą przy tym wykorzystać znaną konsumentom markę, zwiększając siłę dotarcia, wartość własnej marki oraz pozycjonując ją zgodnie z potrzebami, np. na bardziej innowacyjną. Z kolei bardziej ambitni lub zintegrowani operatorzy, budują własne platformy multimedialne starając się przy tym zmaksymalizować przepływ danych o klientach pomiędzy własnymi działami i rozwiązaniami. – Jednym ze sposobów ograniczenia ryzyka utraty klientów na rzecz dostawców OTT jest efektywne pozycjonowanie marki oraz szeroka współpraca z dostawcami – mówi Krzysztof Pigłowski, Partner w Dziale Doradztwa Biznesowego EY. – W przeciwnym razie operatorzy nie staną się istotnymi graczami w cyfrowym społeczeństwie – dodaje
Obecnie większość operatorów na świecie koncentruje się na Internecie rzeczy (Internet of Things – IoT). Szczególnie w tym obszarze widać, w jaki sposób innowacyjność jest coraz bardziej zależna od współpracy międzysektorowej, np. z liderami branżowymi w zakresie connected car czy smart home. Operatorzy powinni tym bardziej zająć wiodącą rolę w tworzących się nowych ekosystemach, by zmaksymalizować swój udział w nowym łańcuchu wartości.
Brak przewidywalności regulacji, szczególnie na nowych rynkach
Operatorzy powinni bardziej proaktywnie angażować się w dialog z regulatorami, by wspomóc proces tworzenia się cyfrowego społeczeństwa. Na świecie nie ma przy tym jednego spójnego podejścia do konsolidacji rynku, szczególnie w Unii Europejskiej, gdzie poszczególne transakcje są traktowane bardzo indywidualnie. Udziałowcy telekomów w konsekwencji potrafią ograniczyć wydatki inwestycyjne w związku z rosnącą niepewnością regulacyjną. Inwestorzy potrzebują również większej pewności i przewidywalności w zakresie rezerwacji częstotliwości, szczególnie w paśmie poniżej 1Ghz oraz powyżej 6Ghz, które będzie kluczowe dla powstania superszybkich sieci 5G.
Pomimo, że w wielu krajach istnieją strategie ukierunkowane na cyfrowe społeczeństwo, nowe sektory często nie mają przejrzystych przepisów. Szczególnie dotyczy to nowych rynków takich jak IoT czy Smart Cities. Oba obszary wymagają nowej infrastruktury i większej współpracy podmiotów z sektora publicznego, co oznacza często również konieczność powstania nowych regulacji.
– Mimo że zaawansowane technologie dla Inteligentnych Miast czy Internetu Rzeczy funkcjonują od kilku lat, wiele krajów nie doczekało się ich prawdziwego wdrożenia. Główną przyczyną jest niedostateczna współpraca w sektorze publicznym przy bardzo dużej liczbie interesariuszy. Szczególnie palącą kwestią są przepisy w zakresie przetwarzania i ochrony danych osobowych – mówi Piotr Mieczkowski, ekspert telekomunikacyjny w Dziale Doradztwa Biznesowego EY
Ignorowanie znaczenia prywatności i bezpieczeństwa
Bez wątpienia właściwa ochrona danych klientów oraz cyberbezpieczeństwo to jedne z największych wyzwań, przed jakimi stoją operatorzy. Kwestie prywatności i bezpieczeństwa, szczególnie po ujawnieniu szeregu afer związanych z inwigilacją obywateli, stały się dla konsumentów i biznesu kwestią priorytetową. Firmy telekomunikacyjne wielokrotnie padały ofiarą cyberataków i dlatego częściej niż w pozostałych sektorach gospodarki, w telekomach istnieją strategie bezpieczeństwa informacyjnego, które są przy tym częściej aktualizowane i powiązane ze strategią biznesową.
Jednakże, tylko 39% operatorów dokładnie sprawdza swoich zewnętrznych dostawców, ich systemy oraz dane. Naraża ich to na znaczne ryzyko wycieku danych przy coraz bardziej skomplikowanym ekosystemie dostawców usług.
Wielu operatorów zdiagnozowało cyfrowe zaufanie, jako kluczowy element szerszej strategii budowania wartości w cyberświecie. Coraz więcej klientów telekomów postrzega operatorów jako zaufanych dostawców bezpiecznych usług. Dostrzegli to już operatorzy, którzy zaczęli oferować, szczególnie klientom biznesowym, szerszy zakres usług z obszaru bezpieczeństwa, w tym outsourcing czy takie urządzenia jak firewall w trybie zdalnie zarządzanym przez pracowników operatora.
Z dodatkowych badań wybranych operatorów wynika, iż blisko 80% klientów zdaje sobie już sprawę, że ich dane mają wartość biznesową. Jednakże 6% uważa, że otrzymuje jakiś benefit za dzielenie się nimi. Widać zatem obszar do zastosowania nowych modeli biznesowych.
Niezdolność do usprawnienia organizacji
Jeszcze nigdy umiejętność szybkiego reagowania na zmieniające się potrzeby klientów nie była tak ważna jak teraz. W cyfrowym świecie potrzeby klientów zmieniają się szczególnie pod wpływem internetowych gigantów oraz OTT. Wymusza to na operatorach konieczność skrócenia czasu rozwoju usług oraz szybszego reagowania na trendy. Zmiany wymagają nie tylko procesy, ale i oczekiwania wobec pracowników, którzy powinni ze sobą jeszcze bardziej współpracować bazując przy tym na kulturze bardziej startupowej. Operatorzy wskazują, że najważniejszym czynnikiem mogącym zwiększyć operacyjną zwinność organizacji jest pozyskanie nowych talentów będących ekspertami w wybranych dziedzinach, szczególnie w zakresie Internetu i świadczenia usług drogą elektroniczną.
Kolejną odpowiedzią na wskazane ryzyko jest przemodelowanie wewnętrznych systemów IT na bardziej skoncentrowane na kliencie, przede wszystkim w zakresie sprzedaży i obsługi. Większość operatorów zintegrowanych, szczególnie tych świadczących wiele usług, podjęło decyzję o transformacji starych systemów IT. Migrują oni rozwiązania w kierunku spójnej obsługi w wielu kanałach (ang. omnichannel) oraz kompleksowych procesów w pełni pokrywających pełną ścieżkę obsługi klienta w ramach całej firmy (ang. customer journey). Wielu operatorów na świecie eksperymentuje również z obsługą klienta poprzez sieci społecznościowe, w tym wprowadza możliwość czatu na swoich stronach internetowych.
– Próby realizacji wspomnianego podejścia mają również miejsce na polskim rynku telekomunikacyjnym. Nie tylko wybrani operatorzy telefonii komórkowej ogłosili transformację swoich procesów i systemów IT, dotyka to także operatorów stacjonarnych oraz tzw. alternatywnych – mówi Piotr Mieczkowski. – Niektórzy już dzisiaj stosują wybrane platformy społecznościowe, nie tylko do akcji marketingowych, ale również w zakresie sprzedaży czy obsługi klienta – dodaje.
Rozproszone dane ograniczają rozwój i efektywność
Operatorzy posiadają bardzo duże ilości danych o sieci i klientach, które mogą wspomóc wewnętrzny proces podejmowania decyzji oraz relacje z klientami. Jednakże fragmentaryczność i rozproszenie danych powiązane z różnorodnością przypadków zastosowań powoduje, iż strategie operatorów w zakresie Big Data pozostają jeszcze na etapie niezaawansowanym. Operatorzy powinni lepiej wykorzystać zaawansowane narzędzia analityczne, bazując przy tym na graczach internetowych i wychodząc poza proste przypadki redukcji odejść (ang. churn). Coraz więcej operatorów, po uzyskaniu odpowiednich zgód od klienta, zamierza współdzielić dane klientów z wybranymi partnerami biznesowymi, by lepiej spersonalizować portfolio usług i dopasować do potrzeb. Na świecie popularne stało się oferowanie upustów klientom w zamian za szereg zgód marketingowych.
Już blisko 60% operatorów stworzyło w firmie stanowisko dyrektora ds. danych (ang. chief data oficer), by bardziej podkreślić znaczącą rolę tego obszaru w efektywnym świadczeniu usług, zachowując przy tym zgodność z regulacjami.
Niewystarczające mierzenie wyników utrudnia osiąganie celów
Wielu operatorów ma strategię pozwalającą wykorzystać nowe możliwości rozwoju w otoczeniu cyfrowym. Skuteczne zrealizowanie celów wymaga nowych pomysłów na ich zmierzenie, szczególnie w tak szybko zmieniającym się świecie. Chcąc ocenić swoje relacje z klientami, operatorzy stosują NPS (ang. net promotor score) i oceniają czy klienci ich promują, czy krytykują. Coraz częściej operatorzy mierzą czasy wdrożenia usług, innowacyjność oraz zmieniają sposób raportowania usług – zamiast podania liczby klientów, wskazują na liczbę usług generujących przychód (ang. Revenue Generating Unit / RGU). Takie podejście jest szczególnie istotne u operatorów oferujących bogate portfolio usług.
Niezrozumienie prawdziwych oczekiwań klientów i postrzeganych przez nich wartości w świadczeniu usług
Operatorzy nie mają wątpliwości, że ograniczenie tego ryzyka jest ich kluczowym priorytetem. Podejmują działania zmierzające do spersonalizowania oferty. Jednak nadążanie za szybko zmieniającymi się potrzebami klientów wymaga zaawansowanej segmentacji, połączonej z prostą i dobrze zakomunikowaną ofertą prezentującą czytelnie wartość dla odbiorcy. Skomplikowane oferty oraz umowy powodują nie tylko wyższe koszty po stronie systemów IT, ale również obniżają zadowolenie klientów ze świadczonych usług.
Ograniczenie tego ryzyka wymaga skonsolidowania rozproszonych systemów billingowych, uproszczenia umów, faktur i procesów zakupowych oraz zastosowania spójnych wszystkich kanałów kontaktu z klientem (tradycyjnych i cyfrowych, tzw. podejście omnichannel).
Nieumiejętność tworzenia wartości w oparciu o posiadane aktywa infrastrukturalne
Zaawansowane LTE czy łącza światłowodowe wymagają znacznych nakładów inwestycyjnych. Operatorzy inwestują w nowe technologie dające szybszą komunikację, np. „vectoring” pozwalający na lepsze wykorzystanie już posiadanych łączy miedzianych co ma na celu obniżenie kosztu usług. – Dużym wyzwaniem są regulacje i cele polityczne, zwłaszcza europejskie – mówi Krzysztof Pigłowski. – Komisja Europejska chce, by w 2020 roku połowa domostw miała dostęp do usług świadczonych z prędkością 100 Mbps, podczas gdy najnowsze cele na 2025 zakładają zaoferowanie takich usług wszystkich obywatelom w Unii Europejskiej.Wiele krajów ma problem z realizacją założonego celu, stąd bardziej skupia się na zapewnieniu dostępu 30Mbps mieszkańcom do tej pory żyjącym w tzw. białych plamach. Zaoferowanie dostępu nowej generacji (ang. NGA) wymaga szeregu programów inwestycyjnych i powinno oznaczać większą współpracę operatorów z regulatorami oraz rządem – dodaje.
Z kolei w telefonii komórkowej współdzielenie sieci czy masztów jest niezbędne, jeśli operatorzy chcą uzyskać większą efektywność kosztową i skupić się na świadczeniu usług. W wielu krajach operatorzy sprzedają swoją infrastrukturę, by pozyskać finansowanie i skupić się na świadczeniu usług w otoczeniu cyfrowym, podejmując przy tym większą konkurencję z OTT. Również w Europie nasila się ten trend. Powstaje szereg funduszy inwestujących tylko w infrastrukturalne przedsięwzięcia m.in. poprzez wprowadzenie spółek na giełdę. W związku z brakiem komercjalizacji standardu LTE dla internetu rzeczy (ang. IoT), operatorzy wież i masztów coraz częściej oferują sieci internetu rzeczy bazując przy tym na własnościowych rozwiązaniach i konkurując w tym zakresie z operatorami.
– Niestety mimo ogromnej skali wydatków, operatorzy posiadający własną infrastrukturę nie uzyskują często skutecznej przewagi konkurencyjnej nad graczami bardziej zwirtualizowanymi lub korzystającymi częściej z dostępu hurtowego do sieci. Widać to nie tylko na polskim rynku telefonii komórkowej, ale i w Europie gdzie tzw. challengerzy (najczęściej 4. lub 5. operator na rynku) uzyskują znaczne udziały w rynku nie mając przy tym wysoko rozwiniętej sieci tak jak ich główni konkurenci o ugruntowanej pozycji – uważa Piotr Mieczkowski.
Źle zdefiniowany wzrost nieorganiczny
Konieczne jest osiągnięcie właściwej równowagi miedzy transakcjami fuzji i przejęć a umowami partnerskimi. W ostatnich latach doszło do licznych konsolidacji rynku poprzez fuzje i przejęcia. Obecnie jednak regulatorzy, szczególnie w Europie, bardziej skrupulatnie analizują transakcje zgadzając się częściej na transakcje międzysektorowe (np. na rynku telewizji kablowej) niż w samym sektorze telekomunikacyjnym. Inwestorzy nie będąc pewnymi możliwości konsolidacyjnych, wymuszają na operatorach szereg działań oszczędnościowych, takich jak współdzielenie sieci, sprzedaż mniej obiecujących aktywów, zwolnienia pracowników, ale również próby zbudowania jednej, niedublującej się sieci platform usługowych na terenie Unii Europejskiej. Tę ostatnią strategię stosują szczególnie duże międzynarodowe korporacje, które proponują, by poszczególne kraje specjalizowały się w wybranych usługach, oferując je pozostałym operatorom funkcjonującym w danej grupie kapitałowej.
Dzisiaj nieorganiczny wzrost jest możliwy przede wszystkim poprzez współpracę z podmiotami z innych sektorów (np. banki, ubezpieczyciele) czy dostawcami usług OTT. Widać to nie tylko w Europie, ale na całym świecie.
Niezdolność do innowacyjności
Jednym z wyzwań sektora telekomunikacyjnego jest znalezienie nowego zestawu umiejętności, dzięki któremu można generować nowe źródła rozwoju i efektywności. Takim źródłem jest innowacyjność, która wymaga większej współpracy z otoczeniem oraz poszukiwania talentów. Organizacje potrzebują liderów z wizją i pasją z innych sektorów, by móc rozwijać się świadcząc nowe usługi: cyfrowe media, chmury czy inteligentne miasta.
– Innowacja może być rozumiana na wiele sposobów – uważa Piotr Mieczkowski. – Nie ma jednej metody, która każdą organizację zamieni w innowacyjną. Wybrani operatorzy powołali do życia tzw. akceleratory innowacji lub wręcz dedykowane spółki córki zajmujące się tylko i wyłącznie innowacją i usługami w świecie cyfrowym. Wszystko to ma na celu zmianę kultury pracowników na bardziej innowacyjną, nakierowaną na współpracę. Jednakwszystkie dobre strategie mają wspólną cechę – zmianę podejścia z zamkniętego na otwarte, czyli takiego, które ceni potrzebę innowacyjności i otwartości na nowe osoby i usługi – podsumowuje Piotr Mieczkowski.
O badaniu:
Raport 10 największych ryzyk w telekomunikacji w 2014 powstał na podstawie szerszych badań, których celem było wskazanie najbardziej krytycznych ryzyk dla branży, dokonanie analizy działań operatorów, które zostały podjęte, by zminimalizować ryzyko oraz przedstawić najbardziej skuteczne strategie.
W nowej edycji raportu skupiono się na zgłębieniu 10 największych ryzyk w 2016 roku, znalezieniu odpowiedzi na nie oraz na opisaniu najlepszych działań w ramach ciągle powiększającego się ekosystemu usług, szczególnie w coraz bardziej cyfrowym świecie.
O kupnie spółki Synthos S.A. informował na początku maja br. Wówczas doszło do porozumienia z INEOS Enterprises w sprawie sprzedaży INEOS Styrenics. Spółka dotychczas była liderem produkcji polistyrenu spienialnego (EPS) w Europie, oferując wysokiej jakości produkt dla przemysłu budowlanego i opakowaniowego.
„Cieszymy się, że transakcja, którą ogłosiliśmy kilka miesięcy temu została zatwierdzona przez właściwe instytucje. To kolejny etap realizacji naszej długoterminowej strategii i rozwoju firmy. Zakup INEOS Styrenics sprawi, że Synthos staje się liderem produkcji w kolejnym obszarze przemysłu chemicznego. Poszerzanie portfela produktów i zwiększenie mocy produkcyjnych sprawiają, że Synthos umacnia swoją pozycję znaczącego gracza na rynku chemicznym nie tylko w Europie, ale i na świecie” – podkreśla Tomasz Piec, Wiceprezes Zarządu Synthos S.A., bezpośrednio nadzorujący transakcję zakupu INEOS Styrenics po stronie spółki.
Wraz z zakupem INEOS Styrenics, Synthos S.A. przejmie trzy zakłady produkcyjne, z których dwa z nich znajdują się w północnej Francji (Wingles i Ribécourt) a trzeci w Holandii (Breda). Dodatkowo w Bredzie funkcjonuje nowoczesne centrum technologiczne, w skład którego wchodzą specjalistyczne laboratorium badawcze oraz zakłady pilotażowe, w których testowane są innowacyjne produkty wdrażane przez spółkę.
Zakup INEOS Styrenics pozwoli Synthos S.A. na dostarczanie najwyższej jakości polistyrenu spienialnego (EPS) a także utrzymanie pozycji lidera produktów styropianowych wśród materiałów izolacyjnych.
Trzeci, ostatecznie likwidujący OFE etap reformy emerytalnej, zapowiedziany na razie przez rząd, może zagrozić apetytom inwestorów na kupowanie papierów firm. Największym zagrożeniem i niewiadomą jest kształt transferu środków do funduszu rezerw demograficznych i refinansowania obligacji, które już są wyemitowane, a które są w portfelach OFE. Obecnie rynek długu korporacyjnego dynamicznie rośnie.
– Reforma OFE jest jednym z czynników ryzyka na rynku długu. Przez ostatnie lata OFE były istotnym graczem na rynku długu z portfelem obligacji przekraczającym 9 mld zł. Jest to istotna część długu korporacyjnego, którego wartość obecnie to 67 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Dziubiński, członek zarządu DM Navigator.
Po II kw. 2016 r. wartość wyemitowanych przez przedsiębiorstwa papierów dłużnych o zapadalności powyżej jednego roku osiągnęła wartość 67,02 mld zł, co oznacza wzrost o 20,9 proc. w ujęciu rocznym i o 3,6 proc. w skali kwartału, wynika z raportu Fitch Polska. Podobna jest wartość wszystkich obecnych w tej chwili obligacji na rynku Catalyst (67,89 mld zł), z tym że część z nich – 3,93 mld zł to papiery samorządów i spółdzielni.
– Niepewność co do kształtu reform transferu środków do Funduszu Rezerwy Demograficznej i kształtu tej pozostałej części akcyjnej jest ryzykiem dla rynku długu, bo emitenci nie mają pewności co do tego, na ile prawdopodobne będzie refinansowanie obligacji, które już mają wyemitowane, które są w portfelach OFE, bo nie wiadomo będzie, kto de facto będzie zarządzał tym długiem za jakiś czas – wyjaśnia Dziubiński.
Projekt reformy emerytalnej zasygnalizowany przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego w lipcu zakłada przeniesienie jednej czwartej środków zgromadzonych obecnie w OFE (których łącznie jest niemal 140 mld zł) do Funduszu Rezerwy Demograficznej, a pozostałej części do III filara emerytalnego pod postacią IKE. Miałyby w ten sposób być inwestowane przez fundusze inwestycyjne. PTE praktycznie przestaną istnieć.
– To na pewno element ryzyka dla obecnych emitentów, ale również dla nowych emitentów, gdyż otwarte fundusze emerytalne będą mniej aktywne w najbliższym czasie w zakresie nowych emisji – komentuje Dziubiński. – Tę lukę wypełniają inwestorzy indywidualni, którzy są aktywizowani zarówno przez domy maklerskie, jak i w zapowiedziach rządowych mają mieć dodatkowe zachęty do długoterminowego inwestowania. Tutaj obligacje korporacyjne idealnie by się wpisywały w taką politykę.
Istotnym elementem neutralizującym wiszące nad rynkiem obligacji firm ryzyko była odnowiona propozycja Kancelarii Prezydenta dotycząca przewalutowania kredytów walutowych, która na razie ograniczyłaby się do zwrotu nadpłaconych spreadów. Oznacza to obniżenie jednorazowego kosztu dla banków z 45-100 mld zł do ok. 4 mld zł.
– Na chwilę obecną banki mają trochę czasu, żeby spróbować w drodze kompromisu ze swoimi klientami dojść do porozumienia w tym zakresie. Rządzący zapowiedzieli, że jeżeli te zachęty nie będą działały, nie będzie własnej woli ze strony banków do przewalutowania tych kredytów, oni wrócą do pomysłu przymusowego przewalutowania – zauważa członek zarządu DM Navigator. – Dlatego ten element ryzyka cały czas istnieje, on jest odłożony w czasie, oby się nie zmaterializował.
Projekt został przedstawiony 2 sierpnia br. Od zamknięcia z 1 sierpnia indeks WIG-banki na GPW zyskał 7,7 proc. Cały WIG20, w którym banki mają znaczący udział – tylko 0,9 proc. Oznacza to, że od początku roku spadek wartości akcji banków wynosi już tylko symboliczne -0,2 proc. Nastawienie inwestorów do sektora ma znaczenie dla rynku obligacji korporacyjnych, bo aż 40 proc. tych papierów znajdujących się w portfelach OFE to dług bankowy.
– Zdecydowanie projekt przedstawiony przez urząd prezydenta wpłynie na wyceny banków, szczególnie tych obciążonych portfelami kredytów frankowych: przede wszystkim Getin Noble, Millennium, mBank – te banki zdecydowanie odbiją. Myślę jednak, że cały sektor na fali lepszej perspektywy dla banków i to zarówno, jeżeli chodzi o akcje, jak i o obligacje korporacyjne. Spodziewam się dużego odbicia na obligacjach, przede wszystkim Getin Noble bank, które dotychczas były już notowane z kilkunastoprocentowymi rentownościami.
Na 9 września agencja Moody&HASH39;s zaplanowała weryfikację ratingu Polski. Zdaniem Arkadiusza Krześniaka, głównego ekonomisty Deutsche Bank Polska, agencja najprawdopodobniej utrzyma notowania kraju na obecnym poziomie z taką samą, negatywną perspektywą. Ekspert zaznacza, że w oczekiwaniu na decyzję agencji kurs złotego będzie na niskim poziomie. Na spadek jego notowań może także wpłynąć perspektywa jeszcze dwóch w br. podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych.
– Moody’s 9 września w czasie planowanego przeglądu najprawdopodobniej utrzyma rating Polski bez zmian, czyli na poziomie A2 z perspektywą negatywną – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Arkadiusz Krześniak główny ekonomista Deutsche Bank Polska. – Wydaje się, że czynnikami, które mogłyby spowodować obniżkę, byłoby albo znaczące pogorszenie perspektyw fiskalnych, albo znaczące spowolnienie PKB. Na razie mamy tylko umiarkowane rozluźnienie fiskalne i niewielkie ryzyko po stronie perspektyw wzrostu gospodarczego.
Zdaniem Arkadiusza Krześniaka ważnym czynnikiem mogącym wpłynąć na najbliższą ocenę jednej z trzech najważniejszych agencji ratingowych pozostaje ryzyko nierozsądnych decyzji politycznych. Ekonomista dodaje, że w przyszłym roku będzie ono jednak tracić na znaczeniu, ponieważ podobne ryzyka związane z rosnącym znaczeniem populistycznych partii politycznych muszą być brane pod uwagę w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej, a nawet Unii Europejskiej.
– Warunkiem wstępnym potencjalnej podwyżki ratingu Polski, na co w najbliższej kilkuletniej perspektywie się raczej nie zanosi, byłoby przede wszystkim rozwiązanie sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego – uważa Arkadiusz Krześniak. – Ale można się spodziewać, że w miarę upływu czasu wpływ tego czynnika na nastroje inwestorów będzie malał, dlatego że po pierwsze będą brać pod uwagę pozostałe ryzyka w regionie, a po drugie zwracać uwagę na perspektywy wzrostu. Pod tym względem gospodarka Polski jawi się relatywnie bezpiecznie.
Zarówno wewnętrzna sytuacja polityczna, jak i czynniki zewnętrzne, w tym przede wszystkim bardziej realna po ostatnim wystąpieniu szefowej FED perspektywa nawet dwóch w br. podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych (we wrześniu i grudniu), wpływać będą w najbliższych dniach na kondycję złotego. W krótkiej perspektywie – zdaniem Arkadiusza Krześniaka – również zbliżająca się ocena kondycji polskiej gospodarki przez Moody&HASH39;s może mieć udział w poziomie notowań krajowej waluty.
– Scenariusz relatywnie szybkiego podnoszenia stóp w Stanach byłby dla złotego mało korzystny, ale stwarzałby też ryzyko w całym regionie – twierdzi Arkadiusz Krześniak. – Jeżeli natomiast Rezerwa Federalna będzie podnosiła stopy bardzo umiarkowanie, jak prognozujemy, to można się spodziewać podwyżki dopiero w grudniu i bardzo wolnego tempa zacieśniania polityki pieniężnej w Stanach, co powinno dać krajowej walucie lekki impuls wzrostowy. Zakładając, rzecz jasna, że kwestie związane z ustawą o pomocy dla kredytobiorców zadłużonych w walutach obcych ostatecznie zostaną zamknięte.
Po kilkunastodniowym umocnieniu złotego, ostatnie wystąpieniu Janet Yellen, szefowej FED, przyniosło ponowne osłabienie się krajowej waluty. Obecnie za jednego dolara trzeba zapłacić już powyżej 3,90 zł, tyle, ile mniej więcej przed miesiącem. W okolicach 20 sierpnia br. kosztował ponad 10 groszy mniej.
Wzrosty na amerykańskich giełdach, które biją kolejne rekordy, mogą się wkrótce skończyć, uważa główny analityk Globtrex.com Sławomir Dębowski. Spółki są już drogie, a analiza techniczna wskazuje na możliwość sporej przeceny. Sygnałem do niej może być rozstrzygnięcie wyborów prezydenckich, które odbędą się w listopadzie.
– Od 2009 roku indeks S&P 500 wzrósł o ponad 200 proc. To są bardzo silne wzrosty i oczekiwanie, że przez następne kilka lat rynek będzie dalej rósł, jest mało realne. Natomiast biorąc również pod uwagę to, że Fed sztucznie zwiększył płynność sektora finansowego, który z kolei doprowadził do większych wycen poszczególnych spółek i sektorów, i w ogóle całej giełdy, jest bardzo duże ryzyko, że w 2017 roku możemy mieć rynek niedźwiedzia – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sławomir Dębowski, główny analityk Globtrex.com.
1 lutego 2009 r. indeks S&P 500 ledwo przekraczał 735 pkt. Od tego czasu idzie w górę, choć zdarzały mu się kilkutygodniowe czy nawet kilku miesięczne korekty, jak w 2011 r. czy w ubiegłym roku. Tymczasem w zakończonym właśnie miesiącu zbliżył się na odległość kilku punktów do granicy 2200 pkt.
– Już po wyborach prezydenckich może się pojawić pierwszy krótkoterminowy sygnał, jeśli spadniemy z nowego długoterminowego szczytu poniżej sierpniowego szczytu, który był na poziomie 2191 punktów, to już mamy pierwszy sygnał, a drugi sygnał pojawi się wtedy, kiedy będziemy spadali poniżej wsparć między 2100–2130 – ostrzega główny analityk Globtrex.com. – I ten drugi sygnał może skutkować tym, że w bardzo szybkim tempie indeks straci 300 punktów.
To oznaczałoby powrót do najniższych tegorocznych poziomów ze stycznia i lutego, znajdujących się poniżej 1900 pkt.
– To może być wstęp do większej przeceny, która potrwa kilkanaście miesięcy na rynku akcji, czyli możemy mieć kolejny kryzys w Stanach Zjednoczonych. Ale to wszystko jeszcze musi oczywiście być potwierdzone sygnałami analizy technicznej przebijania poszczególnych ważnych poziomów krótkoterminowych, średnioterminowych i długoterminowych – wyjaśnia Sławomir Dębowski.
Zaznacza, że często analiza techniczna wyprzedza fundamentalną i wcześniej ostrzega przed zmianą trendu, nawet jeśli gospodarka i perspektywy spółek wydają się być optymistyczne. Przypomina, że podobna sytuacja miała miejsce w 2007 roku.
– Myślę, że dobrą strategią będzie podążanie za trendem, czyli jeśli pojawią się sygnały sprzedaży, wtedy trzeba będzie mieć pozycje krótkie, czyli grać na spadki – radzi. – Trzeba porzucić wtedy myśl o tym, żeby grać na lokalnych korektach na wzrosty, bo to najczęściej prowadzi do utraty pieniędzy. Myślę, że to może potrwać rok, kilkanaście miesięcy.
Według niego z dużym prawdopodobieństwem spadki w Stanach Zjednoczonych pociągną za sobą inne giełdy. Warszawski indeks blue chipów może wówczas zejść poniżej tegorocznych dołków.
– Oczywiście zawsze będzie można wybrać spółki, które mogą się przeciwstawić temu ogólnemu trendowi, czy na rynku akcji w Stanach Zjednoczonych, czy w ogóle na innych giełdach. Często są to spółki, które wcześniej doświadczyły jakichś problemów – wskazuje Sławomir Dębowski. – Natomiast wiadomo, że to są tylko prognozy, a żeby rzeczywiście te prognozy zaczęły się realizować, to muszą się też pojawić konkretne sygnały techniczne, czyli inwestorzy muszą zacząć sprzedawać akcje.
Naczelna Rada Aptekarska chce ograniczenia pozaaptecznej sprzedaży leków bez recepty. Postuluje m.in. wprowadzenie nadzoru nad taką sprzedażą, zmniejszenie liczby dostępnych substancji oraz zmiany w sposobie eksponowania preparatów. Realizacja najbardziej restrykcyjnych postulatów może oznaczać utrudnienia w dostępie do popularnych i tanich leków przeciwbólowych i przeciwgorączkowych – ocenia Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty. Jego przedstawiciele nie zgadzają się na ograniczenie dostępu do leków OTC, proponują natomiast wprowadzenie opakowań leku odpowiadającego maksymalnie 2-dniowej terapii.
Z leków bez recepty sprzedawanych poza aptekami okazjonalnie korzysta obecnie 40 proc. Polaków, czyli ok. 15 mln osób. Stanowi to zaledwie 6 proc. całego obrotu lekami OTC. Naczelna Rada Aptekarska postuluje ograniczenie sprzedaży pozaaptecznej poprzez stworzenie standardów przechowywania leków, ograniczenie wielkości dawki i ilości substancji czynnej w lekach oraz zwiększenie nadzoru inspekcji farmaceutycznej nad sprzedażą pozaapteczną. Prezes NRA zapewnia, że celem tych postulatów nie jest wyeliminowanie leków w obrocie pozaaptecznym, lecz zwiększenie bezpieczeństwa pacjentów, zwłaszcza dzieci.
– Do tej pory w tych placówkach, których jest ponad 360 tys., leki są właściwie poza kontrolą z racji ich liczby oraz stanu kadrowego inspekcji farmaceutycznej. Spotykamy się z wieloma patologiami, np. przechowywanie czy eksponowanie leków w bezpośrednim sąsiedztwie środków chemicznych czy alkoholi – mówi agencji informacyjnej Newseria Elżbieta Piotrowska-Rutkowska, prezes Naczelnej Rady Aptekarskiej.
NRA chce, by standardy przechowywania leków OTC w sklepach lub stacjach benzynowych były takie same jak w aptekach. Dotyczy to przede wszystkim zakazu ekspozycji na światło słoneczne oraz ustawiania na półkach poza zasięgiem dzieci. Niepokój lobby aptekarskiego budzi także fakt, że leki te sprzedawane są przez niewykwalifikowany personel.
– Liczba substancji w obrocie pozaaptecznym powinna ulec zmianie dla dobra społeczeństwa. Nie wszystkie substancje powinny być tak sprzedawane, ale te podstawowe o działaniu przeciwbólowym, bo tych preparatów najwięcej zażywamy, będą dostępne – mówi Elżbieta Piotrowska-Rutkowska.
W opinii PASMI – Polskiego Związku Producentów Leków Bez Recepty postulaty NRA mogą doprowadzić do wzrostu obciążeń finansowych dla sklepów, co może spowodować, że niektóre z nich zrezygnują z prowadzenia takiej sprzedaży. To szczególnie może dotknąć małe punkty w mniejszych miejscowościach, a co za tym idzie – również mieszkańców tych miejscowości.
Zdaniem dr Moniki Madalińskiej postulaty Naczelnej Rady Aptekarskiej są także krzywdzący dla osób potrzebujących szybkiej, niespecjalistycznej pomocy , np. przy bólu ucha, biegunce czy wspomnianym już bólu głowy.
– Dojście do lekarza w czasie weekendu jest niemożliwe, w związku z tym chory stara się znaleźć miejsce, gdzie kupi lek przeciwbólowy, przeciwgorączkowy czy pomagający przy alergii. Tym bardziej że często trudno znaleźć jest inne miejsce, gdzie można te podstawowe leki kupić, np. aptekę, których większość jest zamknięta w nocy, wieczorem czy w święta – mówi dr Madalińska, od lat lecząca społecznie osoby bezdomne z rejonu Mazowsza. Zwraca też uwagę na kwestie dostępności cenowej tej grupy leków.
Ewa Jankowska, prezes PASMI, podkreśla, że dostępność leków poza aptekami nie stanowi zagrożenia dla zdrowia i życia pacjentów, ponieważ są one dostosowane do samoleczenie bez konsultacji z lekarzem lub farmaceutą. Są to wyłącznie leki działające na podstawowe dolegliwości i mające długą historię stosowania. Wszystkie leki OTC przez pierwszych pięć lat obecności na rynku sprzedawane są wyłącznie w aptekach. Dlatego Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty nie zgadza się na wszystkie zapowiadane ograniczenia. PASMI proponuje rozwiązanie, jakim jest wprowadzenie opakowań pozwalających na maksymalnie 2-dniową terapię i nakaz dbałości o to, by leki chronione były przed ekspozycją słoneczną, a także by pozostawały poza zasięgiem dzieci.
– Jesteśmy za ograniczeniem wiekowym, aby produkt leczniczy poza aptekami mógł być kupowany tylko od 16. roku życia. Dla zwiększenia nadzoru nad rynkiem proponujemy rejestr zarówno przedsiębiorców, którzy sprzedają leki do sprzedaży pozaaptecznej, jak i sklepów, które będą te leki sprzedawać. Dzięki temu Główny Inspektor Farmaceutyczny będzie miał wyraźną informację, jakie leki znajdują się w sprzedaży, w jakich sklepach, w jakim rejonie, z jakim natężeniem, po to, żeby przygotować się do kontroli rynku w tym zakresie – mówi Ewa Jankowska, prezes PASMI – Polskiego Związku Producentów Leków Bez Recepty.
Jak wynika z raportu „Leki bez recepty” sporządzonego przez Federację Konsumentów, 66 proc. Polaków opowiada się za utrzymaniem sprzedaży leków OTC poza aptekami.
Największe gospodarki Europy Środkowej rozwijały się szybciej niż w roku poprzednim. W tym czasie wzrost przychodów w 500 największych firmach regionu wyniósł 3,5 proc. – wynika z badania Deloitte. Największe dynamiki wzrostu (bo prawie 13 proc.) notuje branża motoryzacyjna. Coraz więcej firm chce zwiększać przychody poprzez cyfryzację biznesu. 2/3 największych podmiotów ma opracowaną strategię w tym zakresie. Na liderów w tej kategorii wyrastają banki.
– W 2015 roku sytuacja gospodarcza krajów w regionie Europy Środkowej wyglądała dobrze. 17 spośród 18 krajów odnotowało wzrost gospodarczy, jedynie Ukraina odnotowała spadek PKB. Ten wzrost był zróżnicowany, bo wynosił od 0,7 na południu Europy Środkowo-Wschodniej, np. w Serbii, do 4,6 proc. w Czechach, które miały bardzo dobry rok – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Ochrymowicz, partner, lider Działu Doradztwa Finansowego Deloitte.
Na tym tle sytuacja firm regionu wygląda jeszcze lepiej. Wśród 500 największych podmiotów 182 pochodzą z Polski. To o 13 więcej niż rok wcześniej. Kolejni są Czesi – 76 firm. 67 proc. spółek z Top 500 odnotowało wzrost przychodów, podczas gdy w zeszłym roku tylko mniej więcej połowa. Łączne przychody firm sięgnęły w ubiegłym roku 685 mld euro, czyli 1,7 proc. więcej niż w 2014 roku. Wzrost przychodów (liczonych w euro) wyniósł 3,5 proc. Tu liderem również były Czechy (6,9 proc.).
– Polskie firmy od dłuższego czasu pokazują dosyć stabilny wzrost. W tym roku wyprzedziły je firmy czeskie i węgierskie, które odnotowały wyższy wzrost, ale one z kolei poprzednie lata mogły zaliczyć do średnio udanych. Polskie firmy konsekwentnie od kilku lat radzą sobie całkiem dobrze – mówi Ochrymowicz. – Czeskim firmom pomógł duży udział branży wyrobów przemysłowych, w której kołem zamachowym była motoryzacja. Widzimy efekty inwestycji motoryzacyjnych. Firmy z tej branży odnotowały w Czechach ponad 19-proc. wzrost.
W całym regionie przychody firm motoryzacyjnych wzrosły o 12,9 proc. cały sektor wyrobów przemysłowych rozwijał się w tempie 7,4 proc.
– Dobrze radziły sobie także sektory dóbr konsumpcyjnych oraz farmaceutyków. Odnotowały wzrost odpowiednio o 4,1 proc. i 5,7 proc. Energetyka utrzymała przychody na niezmienionym poziomie. Wzrost zobaczyliśmy za to w sektorze telekomunikacyjnym. Jest to o tyle dobre, że w poprzednich latach sektor ten notował konsekwentnie spadki przychodów. Sektor bankowy radzi sobie całkiem dobrze, bo widzimy wzrost aktywów średnio o prawie 6-proc. Pierwszy raz od wielu lat wzrósł przypis składki dla największych ubezpieczycieli w regionie (średnio o 4,5 proc.) – wymienia Tomasz Ochrymowicz.
Badane przez Deloitte firmy w większości wskazują, że dalszy rozwój może przyspieszyć dzięki cyfryzacji biznesu (90 proc.). Trzy na cztery przedsiębiorstwa wskazały, że proces ten będzie mieć wpływ na ich wyniki i kształt całej branży.
– 70 proc. firm w regionie traktuje transformację cyfrową jako priorytet. Najbardziej rozwinięte pod tym względem branże to bankowość, obszar technologii, mediów i komunikacji oraz ubezpieczenia. Po drugiej stronie są firmy z sektora energetycznego oraz dóbr konsumpcyjnych, gdzie widzimy największy potencjał – mówi Wojciech Górniak, dyrektor Deloitte Digital.
W obu tych sektorach połowa graczy w branży deklaruje, że zainwestowali poniżej 5 mln euro. W sektorze dóbr konsumpcyjnych tylko 64 proc. podmiotów ma wizję i strategię transformacji cyfrowej. W sektorze bankowym i TMT jest to odpowiednio 95 proc. i 89 proc. firm. Sporo do nadrobienia ma również branża ubezpieczeniowa.
– Prawie 58 proc. badanych banków deklaruje, że zainwestowało już ponad 10 mln euro w transformację cyfrową. Wśród ubezpieczycieli deklaruje to tylko 6 proc. badanych. Większość firm z branży ubezpieczeniowej (41 proc.) inwestuje w digitalizację od 1 do 5 mln euro. Widzimy tutaj bardzo duże pole do poprawy i jeszcze dużo możliwości do podniesienia swojego poziomu dojrzałości w zakresie cyfryzacji – mówi Daniel Martyniuk, dyrektor Deloitte Digital.
Od dzisiaj wchodzi w życie podatek od sprzedaży detalicznej. Podstawę opodatkowania stanowić będzie osiągnięta w danym miesiącu nadwyżka przychodu ze sprzedaży detalicznej ponad kwotę 17 mln zł. Podatek będzie musiało płacić ok. 200 firm, z czego – co budzi największe kontrowersje – 95 proc. to zagraniczne sieci handlowe. Do budżetu w tym roku wpłynie z tego tytułu ok. 400 mln zł. Podatek uszczupli jednak kasy samorządów, które w ostatnim kwartale mogą stracić ponad 80 mln zł.
– Podatek od sprzedaży detalicznej udało się wprowadzić po długich debatach i wątpliwościach w różnych branżach. Obowiązuje od 1 września, nie od 1 stycznia, tak jak pierwotnie planowano, przyjmuje też inny niż pierwotnie zakładany zakres opodatkowania – mówi agencji Newseria Biznes Stefan Majerowski, menadżer w Dziale Doradztwa Podatkowego firmy EY.
Opodatkowaniu będzie podlegał przychód ze sprzedaży detalicznej, czyli dokonywanej na rzecz konsumentów. Podstawę opodatkowania stanowić będzie osiągnięta w danym miesiącu nadwyżka przychodu ze sprzedaży detalicznej ponad kwotę 17 mln zł. Ustawa wprowadza też dwie stawki podatkowe – 0,8 proc. dla miesięcznej podstawy opodatkowania pomiędzy kwotą 17 mln zł i 170 mln zł oraz 1,4 proc. od nadwyżki podstawy opodatkowania ponad kwotę 170 mln zł miesięcznie.
– Co miesiąc każdy podmiot musi weryfikować swój poziom przychodów pod kątem podatku. Nie znaczy to, że nadwyżka jednego podatku może być przeniesiona do kolejnego, tam, gdzie tej nadwyżki do opodatkowania nie będzie – wskazuje ekspert.
Świadczenia unikną sklepy internetowe, niezależnie od wysokości osiąganych przychodów. Z listy towarów wyłączonych spod opodatkowania zostały wykreślone towary zbywane w ramach świadczenia usług gastronomicznych.
Ustanowienie dość wysokiej kwoty wolnej od podatku (17 mln zł) mocno ograniczyło krąg podatników.
– Ministerstwo Finansów deklaruje, że opodatkowanych zostanie około 200 podmiotów, więc nie jest to duża skala. Mam wrażenie, że nie wszystkie podmioty mają świadomość tego opodatkowania. Okazuje się, że mniejsze podmioty, które wcześniej z punktu widzenia celu ustawy nie miały podlegać opodatkowaniu, łapią się jednak na ten wysoki miesięczny próg – mówi Majerowski.
Mimo to ekspert firmy doradczej EY pozytywnie ocenia stan przygotowania rynku do nowego podatku. Tym bardziej że pierwotnie przepisy miały wejść w życie z początkiem 2016 roku. Z uwagi na miesięczny charakter rozliczeń pierwsze deklaracje będą musiały być złożone do 25 października.
– Podatnicy byli bardzo mocno zaangażowani w proces legislacyjny, przygotowywali się i to widać. Pytania, które dzisiaj dostajemy, są bardzo specyficzne i dotyczą konkretnych elementów, które nie do końca zostały chyba przewidziane przez ustawodawcę jako stanowiące problemy dla podatników – zaznacza ekspert.
Nowe przepisy budzą wiele kontrowersji ze względu na fakt, że obciążone podatkiem będą przede wszystkim zagraniczne sieci handlowe. Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji szacuje, że 80 proc. podatku przypadnie 10 zagranicznym sieciom handlowym. Organizacja zrzeszająca handlowców w UE EuroCommerce wskazuje natomiast, że dziesięciu największych zagranicznych detalistów będzie opłacało 95,3 proc. podatku, a największe polskie sieci nieco mniej niż 5 proc. Jak wyjaśnia Majerowski, budzi to wątpliwości Komisji Europejskiej w zakresie naruszenia prawa konkurencji czy udzielania mniejszym podmiotom nieuprawnionej pomocy publicznej.
– Z doniesień prasowych wynika, że została już złożona skarga w Komisji Europejskiej na wchodzący dzisiaj podatek. Nie wykluczam więc sytuacji, w której okaże się za kilka miesięcy, że podatek jest np. niezgodny z prawem europejskim i tym samym nie może być stosowany w Polsce. Pojawi się wtedy oczywiście możliwość do odzyskiwania podatku zapłaconego przez przedsiębiorstwa, które niesłusznie zostały nim obciążone – tłumaczy Stefan Majerowski.
Z uwagi na opóźnienie we wprowadzeniu podatku do końca roku z tytułu nowej daniny wpłynie niecałe 400 mln zł. Jednak uszczupli ona nieco kasy samorządów. Część podatku dochodowego (PIT i CIT) trafia właśnie do nich. Podatek handlowy będzie zaś wliczany do kosztów uzyskania przychodów w CIT i PIT, a co za tym idzie – zmniejszy wysokość płaconego podatku dochodowego i tym samym dochody budżetowe samorządów. Ministerstwo Finansów ocenia, że w czwartym kwartale tego roku do kasy samorządów wpłynie 82 mln zł mniej.
– Dochód z podatku ze sprzedaży detalicznej będzie stanowił źródło budżetu państwa. W przypadku jednostek samorządu terytorialnego dochody będą uszczuplone ze względu na ukosztowienie ich dla celów podatków dochodowych – mówi Majerowski.
Obowiązujące od 1 września przepisy mają skończyć z tzw. syndromem pierwszej dniówki. Teraz umowa o pracę musi być podpisana przed rozpoczęciem jej świadczenia. To zmniejszy patologię na rynku pracy i szarą strefę w zatrudnianiu – ocenia Wojciech Gonciarz z Państwowej Inspekcji Pracy. W 2015 roku nielegalne zatrudnienie stwierdzono w ponad 30 proc. skontrolowanych firm. Skala problemu mogła być jednak znacznie większa.
– To jest przez nas bardzo oczekiwana zmiana. Wielu osobom się wydaje, że to jest coś nieistotnego, ale dla inspektorów pracy zmiana jest ogromna. Walczyliśmy o nią wiele lat, wielokrotnie sygnalizowaliśmy, że jest problem tzw. syndromu pierwszej dniówki – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Gonciarz, główny specjalista w Departamencie Prawnym w Głównym Inspektoracie Pracy.
Nowelizacja Kodeksu pracy, która wchodzi w życie od 1 września zakłada, że pracodawca będzie miał obowiązek podpisać umowę o pracę z pracownikiem zanim jeszcze rozpocznie on pracę. Takie rozwiązanie ma przede wszystkim lepiej chronić interesy pracowników. Dotychczas pracodawca musiał potwierdzić na piśmie warunki zawartej umowy o pracę nie później niż w ciągu pierwszego dnia pracy.
– Kiedy przychodziliśmy na kontrolę i okazywało się, że pracownik nie miał podpisanej umowy, pracodawca twierdził, że ta osoba pracuje pierwszy dzień i na koniec dnia umowa była podpisana. Ale faktycznie taka osoba mogła pracować miesiąc, kilka miesięcy, pół roku, w zależności od tego, jak długo przedsiębiorcy udawało unikać kontroli Inspekcji Pracy – wskazuje Gonciarz.
Z danych PIP wynika, że w 2015 roku w blisko 34 proc. przedsiębiorstw stwierdzono nielegalne zatrudnienie – pracę bez podpisania umowy czy niezgłoszenie pracownika do ubezpieczenia, a problem dotyczył nieco ponad 20 tys. osób (przy 10,3 tys. w 2014 roku). Skala problemu mogła być jednak znacznie większa. Jak podaje PIP, ze względu na obowiązujące wówczas przepisy, inspektorzy kontroli musieli przyjąć, że 10 tys. osób właśnie w dniu kontroli rozpoczęło pracę.
– Będziemy na pewno bardzo dokładnie sprawdzać, czy dane osoby są zatrudnione na podstawie umów o prace sporządzonych na piśmie. Nie będziemy się zadowalać wyjaśnieniami, że zostanie to zaraz uzupełnione. Nie będziemy próbować przeszkadzać w wykonywani pracy przez uczciwych przedsiębiorców. Oni się nie mają czego obawiać, sami często wskazują na nieuczciwe podmioty, które zatrudniają na czarno, bez ubezpieczenia i płacenia podatków – zapowiada ekspert PIP.
Najwięcej naruszeń prawa stwierdzono w handlu (30 proc.), a w branży ochroniarskiej – największą skalę nielegalnego zatrudnienia (20 proc.). Ponad 12 tys. osób zostało nieterminowo zgłoszonych do ZUS-u. Łącznie karę grzywny na kwotę 920 tys. zł nałożono na 784 pracodawców. Średnio na jedną firmę przypadła kara nieco ponad 1,1 tys. zł.
– Ta zmiana w istotny sposób zmniejszyć patologię na rynku pracy. Powinno nastąpić zmniejszenie zatrudnienia na czarno. W związku z tym, że będziemy mieli uprawnienia do kontroli, z całą pewnością będziemy je wykorzystywać – podkreśla Gonciarz.
Jak zaznacza ekspert, te przedsiębiorstwa, które dotychczas nie były kontrolowane, w pierwszych miesiącach od wejścia nowych przepisów, będą przede wszystkim pouczane w przypadku wykrycia nieprawidłowości.
– Tam, gdzie będziemy widzieli, że ktoś ma trudności ze zrozumieniem przepisów, będziemy starali się przede wszystkim doradzić. Natomiast tam, gdzie zobaczymy złą wolę, na pewno będziemy bezwzględnie ścigać – zapowiada Wojciech Gonciarz.
Za dobre oceny w szkole nagradzanych jest 77 proc. uczniów. Najpopularniejszą nagrodą nie jest sprzęt elektroniczny, modne ubrania czy wyjazd, ale gotówka – wynika z badania IPSOS „Finanse rodzinne 2016”. Zdaniem ekspertów z Profi Credit Polska w ten sposób dzieci uczą się rozsądnie gospodarować własnymi finansami. Tylko co dziewiąty uczeń od razu wydaje całą sumę, reszta stara się oszczędzać. Tymczasem ponad połowa rodziców przyznaje, że nie zauważa pozytywnego wpływu nagród na wyniki w nauce swoich pociech.
Badanie IPSOS „Finanse rodzinne 2016” zostało przeprowadzone na zlecenie Profi Credit w Polsce, Czechach, Słowacji i Bułgarii. Eksperci podkreślają, że pieniądze utrzymują się na czele listy nagród już od pokoleń. Blisko połowa rodziców objętych ankietą także była w dzieciństwie nimi nagradzana. 31 proc. dostawało gotówkę wyłącznie w przypadku dobrych ocen, a 11 proc. – również za średnie wyniki.
– Z badania wynika, że 77 proc. polskich dzieci otrzymuje nagrody za wyniki w nauce. Wręcza je 67 proc. polskich dziadków, natomiast rodzice już nie są tacy szczodrzy – nagradza tylko 46 proc. z nich. Okazuje się, że nie nagradzają ci rodzice, którzy sami jako dzieci nie byli nagradzani – mówi agencji informacyjnej Newseria Jarosław Czulak, dyrektor marketingu Profi Credit Polska.
Ponad połowa rodziców przyznaje, że nie zauważa pozytywnego wpływu nagród na wyniki w nauce swoich pociech.
Eksperci przekonują, że dzieci, które dostają w nagrodę gotówkę, szybciej poznają wartość pieniędzy, uczą się odpowiedzialnie nimi gospodarować i mają świadomość, ile wysiłku kosztuje zgromadzenie większej kwoty. 54 proc. zatrzymuje całość lub przynajmniej jej większą część na dłużej, natomiast całą kwotę wydaje 11 proc.
– Nagroda w formie gotówkowej za wyniki w nauce niesie za sobą walor edukacyjny. Dziecko uczy się patrzeć na świat oczami konsumenta. Musi dokonywać wyborów. Pierwszym wyborem jest to, czy pieniądze, które otrzymało, wyda czy zaoszczędzi. Jeżeli natomiast zdecyduje się na wydanie pieniędzy, to poznaje zasady rządzące rynkiem, bo dowiaduje się, że ten sam towar może kosztować więcej lub mniej u różnych sprzedawców – wyjaśnia Jarosław Czulak.
Z badania wynika, że najbardziej oszczędne są dzieci w Czechach – 68 proc. oszczędza otrzymane kwoty. Najrzadziej odkładają uczniowie z Bułgarii. Co ciekawe, we wszystkich badanych krajach odsetek nagradzających dziadków jest wyższy niż w Polsce (w Czechach to 90 proc. ankietowanych).
Polscy rodzice w pierwszej kolejności sięgają po pieniądze, ale sporą popularnością cieszą się również wspólny wypad do ulubionej restauracji (38 proc.) czy atrakcyjny wyjazd (35 proc.). W Czechach, na Słowacji i w Bułgarii uczniowie częściej mogą liczyć na słodycze lub wspólne wyjście do restauracji (gotówka jest na drugim miejscu).
Zaangażowanie biznesu w działalność charytatywną z roku na rok jest coraz większe. To nie tylko wsparcie finansowe, ale i aktywny udział w różnego rodzaju akcjach i inicjatywach. Widać to również w Poland Business Run. W ubiegłym roku w ogólnopolskim biegu sztafetowym firm wystartowało ponad 13,6 tys. biegaczy, w tym roku organizatorzy spodziewają się 17 tys. w siedmiu największych miastach kraju. Wszystko po to, by wesprzeć osoby po amputacjach kończyn.
– Poland Business Run to charytatywny bieg biznesowy, który odbędzie się 4 września w siedmiu miastach w Polsce. Spodziewamy się około 17 tys. biegaczy. Ideą biegu jest pomoc osobom, które zostały poddane amputacjom kończyn na skutek różnych zdarzeń losowych, chorób lub wypadków – mówi agencji Newseria Andrzej Wydrychiewicz, vice president warszawskiego biura banku Goldman Sachs, sponsora i organizatora inicjatywy.
Firmy wystawiają do biegu pięcioosobowe sztafety. W warszawskiej edycji biegu w sumie do pokonania jest 21 km, czyli 4,2 km na osobę. W tym roku wystartują pracownicy w siedmiu miastach – w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Katowicach, Łodzi, Wrocławiu i po raz pierwszy w Gdańsku.
Organizatorzy przekonują, że inicjatywa Poland Business Run ma przynosić korzyści wszystkim zaangażowanym stronom. Przede wszystkim pomaga w sfinansowaniu nowoczesnych protez, zajęć rehabilitacyjnych i pomocy psychologów dla osób po amputacjach.
– Bieganie pozwala na promowanie zdrowego trybu życia. W ten sposób zachęcamy osoby spędzające dużo czasu na co dzień za biurkiem do aktywności fizycznej. Dodatkowo forma sztafety pozwala na zbudowanie ducha zespołu i zwiększenia zaangażowania poszczególnych osób. Biznesowy charakter biegu pozwala także na sportową rywalizację firm konkurujących ze sobą na co dzień na otwartym rynku – mówi Wydrychiewicz.
Tegoroczna edycja będzie już piątą z kolei. Jak podkreśla Wydrychiewicz, z roku na rok widać rosnące zaangażowanie firm zarówno startujących, jak i organizujących bieg.
– Większość osób zaangażowanych w organizację biegu robi to niezależnie od swoich obowiązków zawodowych i poświęca na to swój wolny czas – mówi Andrzej Wydrychiewicz. – Dla Goldman Sachs działalność charytatywna również jest bardzo ważna. W tej chwili jesteśmy zaangażowani w ponad 1,5 tys. projektów dla ponad 900 organizacji charytatywnych na całym świecie.
W 2015 roku organizatorom Poland Business Run udało się zebrać ponad 1 mln zł w całej Polsce. Rok wcześniej było to nieco ponad 750 tys. zł, za co udało się kupić 24 protezy dla osób po amputacjach kończyn. W tym roku łączna kwota brutto zebrana do 30 sierpnia z opłat startowych wyniosła blisko 894 tys. zł.
– W obecnych warunkach funkcjonowania sektora pozarządowego tylko przy wsparciu biznesu jesteśmy w stanie nieść pomoc – mówi Patrycja Plewka, prezes fundacji AMP Active. – Taka współpraca biznesu i organizacji charytatywnych daje obopólne korzyści – uczymy się od siebie nawzajem, osiągając razem znacznie więcej, aniżeli działając w pojedynkę. Uczymy się także pokonywania własnych ograniczeń, co jest niezwykle istotne, aby móc skutecznie pomóc drugiemu człowiekowi.
Fundacja AMP Active skupia się na pomocy osobom po amputacjach, wspiera ich aktywność sportową i koncentruje się na wyrównywaniu szans w społeczeństwie. Prezes fundacji podkreśla, że pomoc firm to coraz częściej nie tylko wkład finansowy, lecz także zaangażowanie czasu.
Organizacją biegu Poland Business Run zajmuje się fundacja Poland Business Run, która została wydzielona z Fundacji Jaśka Meli „Poza Horyzonty”. Dochód z akcji trafia m.in. do podopiecznych fundacji „Poza Horyzonty” oraz innych lokalnych organizacji charytatywnych. W ramach poprzednich sześciu edycji udało się pomóc ponad 60 osobom.
Po wielokrotnych próbach wprowadzenia podatek od sprzedaży detalicznej wchodzi w życie! Z powodu opóźnień wpływ do budżetu w 2016 r. ma wynieść 473 mln zł brutto, z kolei w 2017 r. – 1,9 mld zł brutto. Kto od 1 września został objęty nowym podatkiem?
Podatek handlowy zapłacą te firmy, których miesięczny przychód ze sprzedaży detalicznej wynosi powyżej 17 mln zł. Opodatkowana została nadwyżka tej kwoty. Podstawa opodatkowania do 170 mln zł jest objęta stawką 0,8%. W przypadku podstawy opodatkowania przekraczającej tę kwotę obowiązuje natomiast stawka 1,4%.
Chociaż podatek dopiero co wszedł w życie, już budzi kontrowersje. Chodzi między innymi o wysokość drugiego limitu. „Ministerstwo Finansów twierdzi, że limitem tym jest kwota przychodu wynosząca 170 mln zł. Tymczasem z przepisów ustawy wynika, że jest to 170 mln zł plus 17 mln zł” – wyjaśnia w rozmowie z serwisem infoWire.pl Tomasz Siennicki z kancelarii Kolibski, Nikończyk, Dec & Partnerzy. W związku z tym stawka 1,4% powinna dotyczyć nadwyżki kwoty przychodu wynoszącej 187 mln zł. Wpływy z podatku mogą być więc niższe od zakładanych przez rząd.
Podatkiem nie zostanie objęta sprzedaż na rzecz przedsiębiorców ani ta dokonywana przez sieć. Nie będzie on też naliczany od handlu węglem kamiennym, gazem ziemnym, olejem opałowym ani lekami refundowanymi.
Szacuje się, że nowy podatek zapłaci od 200 do 500 firm. Największymi płatnikami będą Biedronka, Lidl oraz Orlen.
Coraz więcej słyszy się o możliwej podwyżce stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Z jednej strony jest wskazana, z drugiej bardzo niebezpieczna. Jednak jedno jest pewne, koszt pieniądza w Stanach Zjednoczonych powinien zostać podniesiony kilka lat temu, teraz może być za późno. Ekonomiści obawiają się, że znajdujemy się pod koniec ożywienia gospodarczego.
Obecne ożywienie gospodarcze w Stanach Zjednoczonych jest czwartym z kolei od 1879 roku, jego żywotność to 85 miesięcy. Aktualne ożywienie jest o wiele większe od 130 letniej mediany, która oscyluje w okolicy 40 miesięcy. Eksperci doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego też zaczęli badać możliwe sposoby ratowania gospodarki amerykańskiej w przypadku recesji gospodarczej.
Na pierwszy ogień idą przeważnie stopy procentowe, ale przy tak niskich poziomach nie mają przestrzeni na dalsze obniżki. Z obecnego poziomu władze monetarne mogłyby dokonać co najwyżej dwóch obniżek po 25 punktów bazowych. Kolejną rzeczą, jaką FED mógłby zastosować to następna runda QE, która zostałaby wprowadzona niemal na pewno. Rezerwa Federalna bazuje na modelach ekonometrycznych, które w najlepszym przypadku wskazują na wpompowanie w gospodarkę 2 bilionów USD, a w najgorszym 4 bilionów USD.
Kolejna transza QE
Poniższy wykres przedstawia przełożenie poprzednich trzech transz QE na amerykański indeks S&P 500. Przy sporządzaniu poniższego wykresu został porównany wzrost bilansu Rezerwy Federalnej od początku 2009 roku, a wzrostami na S&P 500 przez ten czas.
Z powyższych obliczeń wynika, że każdy wzrost indeksu S&P 500 o 1% wymagał 1.82% wzrostu bilansu Rezerwy Federalnej.
Dana informacja jest przydatna dla osób, które chcą wiedzieć, jak przyszła stymulacja monetarna może wpłynąć na rynek kapitałowy. Warto zaznaczyć, że nie liczy się przyszła kwota QE, ale wzrost bilansu FEDu.
Aktualny bilans FEDu wynosi $4.5 biliona. Przy ewentualnym $2 bilionowym QE bilans uległby zwiększeniu o 44%, czyli indeks S&P 500 w tym czasie powinien wzrosnąć o około 24%. W przypadku $4 bilionowego QE indeks wzrósłby o 48%. Właśnie dzięki temu możemy zauważyć, że dalsza stymulacja rynku dodatkową rundą QE będzie coraz cięższa.
Podsumowanie
Czy powyższy scenariusz jest możliwy? Jak najbardziej. Jeżeli podczas ostatniego kryzysu został uruchomiony taki program, to obecnie Rezerwa Federalna nie zawahałaby się uruchomić go ponownie. Natomiast dalsze psucie pieniądza ma inne tragiczne skutki, zmniejszającą się siłę nabywczą, a tym samym spadające zaufanie do dolara amerykańskiego.
W ciągu pół roku każdy Polak stał się bardziej zadłużony o 1 697 zł. Dług publiczny zwiększył się o 64 mld zł. Jednak banki chętnie pożyczają rządowi, bo tak został skonstruowany wprowadzony przez rząd podatek bankowy.
57 mld zł banki pożyczyły rządowi na sfinansowanie deficytu rządowego, a w tym samym czasie tylko 5,7 mld przedsiębiorstwom na finansowanie inwestycji. –
Podatek bankowy jest tak skonstruowany, że bankom opłaca się pożyczać państwu, bo od tych środków nie płacą podatku – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Łaszek, ekspert FOR.
Zadłużenie przeciętnego obywatela z powodu długu publicznego (jawnego i ukrytego) przekracza już 25 tys. zł.
Poniższy wykres przedstawia przełożenie poprzednich trzech transz QE na amerykański indeks S&P 500. Przy sporządzaniu poniższego wykresu został porównany wzrost bilansu Rezerwy Federalnej od początku 2009 roku, a wzrostami na S&P 500 przez ten czas.
Z powyższych obliczeń wynika, że każdy wzrost indeksu S&P 500 o 1% wymagał 1.82% wzrostu bilansu Rezerwy Federalnej.
Dana informacja jest przydatna dla osób, które chcą wiedzieć, jak przyszła stymulacja monetarna może wpłynąć na rynek kapitałowy. Warto zaznaczyć, że nie liczy się przyszła kwota QE, ale wzrost bilansu FEDu.
Aktualny bilans FEDu wynosi $4.5 biliona. Przy ewentualnym $2 bilionowym QE bilans uległby zwiększeniu o 44%, czyli indeks S&P 500 w tym czasie powinien wzrosnąć o około 24%. W przypadku $4 bilionowego QE indeks wzrósłby o 48%. Właśnie dzięki temu możemy zauważyć, że dalsza stymulacja rynku dodatkową rundą QE będzie coraz cięższa.
Ceny ropy naftowej znów się ustabilizowały. Prawdopodobnie nic się nie zdarzy niemal do końca września.
Pod koniec września odbędzie się nieformalne spotkanie krajów OPEC. Teoretycznie może zostać podjęta decyzja o zamrożeniu wydobycia, ale to mało prawdopodobne. Więcej w materiale video.
W pierwszym półroczu 2016 r. rynek nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wzrósł do ponad 13,5 mln m kw. powierzchni najmu. Nadal obserwowany jest wyraźny trend otwierania centrów i parków handlowych w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców oraz rozwój sektora centrów wyprzedażowych w aglomeracjach od 200 do 400 tys. mieszkańców. Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield prezentuje dane z raportu Property Times: Wzrost konkurencji na rynku wymusza szybką reakcję, podsumowującego pierwszą połowę 2016 r. na rynku powierzchni handlowych w Polsce.
Łączny wolumen zasobów nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce na koniec I poł. 2016 r. osiągnął 13,53 mln m kw. Największą grupę stanowią centra handlowe – 73% rynku (409 obiektów, 9,83 mln m kw.), następnie wolnostojące magazyny handlowe – 18% (255 obiektów, 2,43 mln m kw.), parki handlowe – 7,5% (63 obiekty, ok. 1 mln m kw.) oraz centra wyprzedażowe – 1,5% (13 obiektów, 218 tys. m kw.).
Jednym z najważniejszych trendów pozostaje rosnący udział w całości zasobów obiektów handlowych zlokalizowanych w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców. W segmencie centrów handlowych już ok. 17% powierzchni tego formatu znajduje się w takich miastach, podczas gdy jeszcze 5 lat temu było to 12%, a 10 lat temu zaledwie 7%. Analogiczną tendencję obserwujemy w formacie parków handlowych. Szczególnie intensywnie rozwija się koncept tzw. strip mall (niewielkich obiektów handlowo-usługowych z ciągiem sklepów z niezależnymi wejściami od parkingu), który dobrze się sprawdza w warunkach rynkowych małych miejscowości, pozwalając najemcom obejmować swoim zasięgiem coraz mniejsze rynki. Najbardziej prężnymi branżami są: drogerie, RTV AGD, odzież i obuwie niskiej półki cenowej oraz akcesoria do domu. Uwzględniając obecne statystyki planowanych zasobów handlowych, spodziewana jest kontynuacja tego kierunku rozwoju rynku.
Sektor centrów wyprzedażowych, po ugruntowaniu swojej pozycji w największych aglomeracjach, rozwijany jest w miastach regionalnych (200 – 400 tys. mieszkańców). Centra wyprzedażowe działają w Lublinie i Białymstoku, a kolejne obiekty tego typu powstaną w Bydgoszczy (Metropolitan Outlet) i Toruniu (Outlet Toruń).
W pierwszym półroczu odnotowano niską podaż nowoczesnej powierzchni handlowej, wynoszącą zaledwie 121 000 m kw., na którą złożyły się:
trzy centra handlowe – Galeria Glogovia w Głogowie – 21,5 tys. m kw., centrum Karuzela we Wrześni – 12 tys. m kw. oraz Galeria Avangarda w Bartoszycach – 6 tys. m kw.;
rozbudowy istniejących centrów handlowych (Atrium Promenada w Warszawie oraz Auchan w Gdańsku);
rozbudowy parków handlowych (np. Leroy Merlin w parku handlowym przy Galerii Sudeckiej w Jeleniej Górze, Leroy Merlin w Futura Park we Wrocławiu);
wolnostojące magazyny handlowe – w sumie 44 tys. m kw.
Obecnie w budowie jest 690 tys. m kw. z planowanymi datami otwarcia do końca 2017 roku. Aż 57% tej podaży będzie rezultatem otwarcia dużych centrów handlowych np. Posnania w Poznaniu, Galeria Północna w Warszawie czy Forum Gdańsk w Gdańsku. Kolejne 40% stanowić będą nowe obiekty handlowe w formacie centrum lub parku handlowego w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców, natomiast jedynie 3% przypadnie na miasta regionalne (200 – 400 tys. mieszkańców) jako rozbudowy działających już obiektów.
– Dojrzewanie rynku nowoczesnych powierzchni handlowych w Polsce oraz znaczący wzrost konkurencji na tym rynku, wymuszają na właścicielach istniejących obiektów handlowych podjęcie aktywności związanej ze wzmocnieniem oferty poprzez rozbudowę centrum handlowego bądź zmianę jego konfiguracji bądź pozycjonowania. W związku z tym rozbudowy i przebudowy istniejących obiektów już od kilku lat stanowią znaczną część nowej podaży powierzchni handlowych. W 2015 r. było to ok. 30%, w 2016 r. spodziewane jest 22%, a w 2017 r. oczekujemy, że będzie to ok. 15% wolumenu nowej powierzchni – mówi Kamila Wykrota, Dyrektor Działu Doradztwa i Analiz Rynkowych w Cushman & Wakefield.
Ponad połowa z budowanego obecnie wolumenu (363 tys. m kw.) ma zostać dostarczona na rynek jeszcze do końca 2016 r. W rezultacie całkowita podaż powierzchni handlowej oddanej do użytku w bieżącym roku wyniesie ok. 490 tys. m kw. (ok. 25% mniej niż w 2015 r.). Największy obiekt planowany na ten rok to Posnania – centrum handlowo-rozrywkowe, które otworzy się w Poznaniu, będącego aktualnie w grupie wiodących miast pod względem nasycenia rynku nowoczesną powierzchnią handlową.
Najemcy pozytywnie oceniają perspektywy rozwoju na polskim rynku. Nieodmiennie największym popytem cieszą się obiekty o stabilnej pozycji, notujące dobre wskaźniki odwiedzalności i gwarantujące przychody na zakładanym poziomie. Reguła ta dotyczy zarówno głównych aglomeracji, jak i mniejszych ośrodków miejskich.
–Na rynku pojawiają się nowe koncepty operatorów działających w Polsce od lat, np. Grupa LPP poszerza swój portfel o markę modową z segmentu premium – Tallinder, Carrefour rozwija koncept supermarketu premium – Market, a sieć Media Markt wypracowała nowy format mniejszych sklepów dopasowany do rozwoju tego operatora na małych rynkach. W I poł. 2016 r. na polskim rynku zadebiutowali m.in. Skechers, NYX Cosmetics, U.S. Polo Assn. oraz niemiecka marka dziecięca Kanz. W II poł. roku spodziewamy się wejścia kolejnych marek jak np. & Other Stories z portfela H&M, MaxiBazar szwajcarskiej sieci sklepów z akcesoriami do wyposażenia domu, a także na swój debiut czeka amerykańska sieć odzieżowa Forever 21 – mówi Renata Kusznierska, Dyrektor Działu Powierzchni Handlowych Cushman & Wakefield w Polsce.
W grupie ośmiu głównych aglomeracji wskaźnik powierzchni niewynajętej pozostaje stabilny (ok. 3%). Wśród głównych polskich metropolii najniższy współczynnik pustostanów obserwujemy w Warszawie oraz w Szczecinie (po ok. 2%), natomiast na konkurencyjnych rynkach Poznania i Łodzi wynosi on ok. 4-6%. W grupie miast regionalnych (200 – 400 tys. mieszkańców) średni wskaźnik pustostanów odnotował znaczący wzrost do ok. 5%. Najniższy wskaźnik powierzchni niewynajętej zaobserwowano w Lublinie i Toruniu (2%-3%), natomiast najwyższy w Bydgoszczy (ok. 8%) i Radomiu (9%).
Stawki czynszu za najlepsze powierzchnie pozostają stabilne. Najwyższe stawki utrzymują się w najpopularniejszych centrach handlowych w Warszawie (130 – 140 euro za m kw. za miesiąc dla lokali tzw. prime), w pozostałych wiodących obiektach w stolicy czynsze wahają się od 80 do 110 euro za m kw. za miesiąc. Poza Warszawą w głównych aglomeracjach stawki czynszu „prime” utrzymują się na poziomie 45 – 55 euro za m kw. za miesiąc, zaś w miastach regionalnych (200 – 400 tys. mieszkańców) 33 – 40 euro za m kw. za miesiąc.
– Biorąc pod uwagę wzrost konkurencji na rynku oraz wysoką planowaną podaż, spodziewamy się dalszego różnicowania poziomu czynszu pomiędzy obiektami wiodącymi a tymi o pozycji drugorzędnej. Silna presja na stawki czynszów dotyczy zwłaszcza obiektów mniej popularnych oraz obecnie budowanych, gdzie najemcy oczekują od właścicieli np. partycypacji w kosztach aranżacji powierzchni bądź zwolnienia z czynszu w początkowym okresie działalności. Czynsz bazowy stanowi zaledwie jeden z elementów finansowego aspektu najmu. W jego skład wchodzą również liczne zachęty i dopłaty, zwłaszcza w przypadku największych i najbardziej prestiżowych najemców – powiedziała Patrycja Dzikowska, Associate Director, Dział Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield.
EBITDA Grupy Kapitałowej PMPG Polskie Media wzrosła o 31 proc.
Zysk brutto wyniósł 3 mln 530 tys. i był o 1/4 wyższy niż w I półroczu 2015 r.
Wydawca tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy” zapowiada podwojenie zysku w ciągu dwóch lat
Wybrane dane finansowe
GK PMPG Polskie Media SA
okres 6 miesięcy
zakończony
31.06.2016 r.
(tys. zł)
okres 6 miesięcy
zakończony
31.06.2015 r.
(tys. zł)
Zmiana
przychody ze sprzedaży
26 760
25 756
4 %
zysk(strata) brutto ze sprzedaży
11 201
10 314
9 %
ebitda
3 794
2 897
31 %
zysk(strata) brutto
3 530
2 806
26 %
zysk(strata) netto
2 625
2 285
15 %
Tab.1. Wybrane dane finansowe. Źródło: Grupa Kapitałowa PMPG Polskie Media S.A. Sprawozdanie finansowe za I H 2016r.
EBITDA Grupy Kapitałowej PMPG Polskie Media za I półrocze 2016 r. wyniosła 3 mln 794 tys. zł wyniosła wobec 2 mln 897 tys. w analogicznym okresie ubiegłego roku. Oznacza to wzrost o 31 proc. Skonsolidowany zysk brutto wzrósł o 26 proc., do 3 mln 530 tys. Zysk netto był wyższy o 15 proc. (2 mln 625 tys. zł). Skonsolidowane przychody ze sprzedaży wyniosły 26 mln 760 tys. Wzrost rentowności to wynik przede wszystkim optymalizacji kosztów sprzedaży. Zysk na akcje wyniósł 0,25 zł.
Prezes Zarządu PMPG Polskie Media z optymizmem ocenia wyniki Grupy po I półroczu. „Po bardzo dobrym pierwszym kwartale, w drugim utrzymaliśmy przychody na stabilnym poziomie. Wzrost rok do roku o 4 proc. to pozytywny trend, który ma szansę się utrzymać. Biorąc pod uwagę, że nasza działalność charakteryzuje się sezonowością i największe projekty realizowane są w IV kwartale, takie wyniki dają podstawy do optymizmu” – mówi Michał M. Lisiecki, prezes Zarządu PMPG.
– „Prognozowaliśmy w oparciu o konserwatywnie założenia i obecne wyniki pokazują, że ta prognoza jest bezpieczna. Nowe projekty mogą być wsparciem dla wyników w IV kwartale, a tak naprawdę efekty obecnych działań widoczne będą dopiero w budżecie 2017 r.”
Lisiecki podtrzymuje, że jeśli rynek będzie się rozwijał tak jak do tej pory, to, biorąc pod uwagę aktywa posiadane obecnie w Polsce, w perspektywie dwóch lat spółka jest w stanie skokowo zwiększyć poziom generowanych organicznie przychodów. Realne wydaje się być nawet ich podwojenie. Dodaje, że PMPG szuka także potencjalnych akwizycji, jest zainteresowana przejęciami na polskim rynku mediowym, zwłaszcza w obszarze tzw. nowych mediów. Prowadzi w tej sprawie wstępne rozmowy.
Obecnie głównym aktywem Grupy PMPG Polskie Media pozostaje tygodnik „Wprost”. Pierwsze miesiące roku zostały przeznaczone na przygotowanie zmian w samym tygodniku – od maja „Wprost” ukazuje się w nowym layoucie, nowy wygląd i funkcjonalności zyskał również uruchomiony w kwietniu serwis Wprost.pl. Zarówno layout gazety, jak i serwis zostały zaprojektowane w oparciu o najnowsze trendy projektowania, z wykorzystaniem elementów user experience. Nowy serwis internetowy Wprost.pl pozwala na łączenie tekstów z treściami video, cytatami z mediów społecznościowych, infografikami i animacjami wykorzystującymi wysokiej jakości zdjęcia. Jednocześnie, dzięki nowoczesnym systemom analitycznym, dystrybucji newsletterów czy baz danych, serwis zyskał narzędzia do efektywniejszego angażowania użytkowników i bardziej precyzyjnego targetowania treści. Serwis został także zoptymalizowany pod kątem wyświetlania reklam. Z końcem sierpnia wydawca zdecydował o zmianie kierownictwa redakcji tygodnika „Wprost” i powierzył pełnienie obowiązków redaktora naczelnego Jackowi Pochłopieniowi.
Nowy serwis Wprost.pl to jeden z elementów realizacji anonsowanej we wcześniejszych komunikatach strategii PMPG dotyczącej zwiększania udziału Internetu w strukturze przychodów Grupy. To również początek zmian w obszarze zarządzania treściami we wszystkich kanałach dystrybucji cyfrowej, monetyzacji danych i kontentu pozostających w zasobach wydawnictwa. Jednocześnie PMPG chce utrzymać wysokie przychody z reklamy prasowej.
W pierwszej połowie 2016 r. pod marką Wprost uruchomiony został nowy projekt – Orły Tygodnika „Wprost”. To nagrody tygodnika „Wprost” dla przedsiębiorców, samorządowców oraz wybitnych osobowości – ambasadorów poszczególnych regionów, którzy wnoszą szczególny wkład w rozwój gospodarki, regionu i kraju. Nagrody wręczane są na uroczystych galach w poszczególnych regionach.
Tygodnik „Do Rzeczy”, podobnie jak „Wprost”, notował w I półroczu 2016 r. wyższe niż w ubiegłych latach przychody reklamowe. Jednocześnie marka „Do Rzeczy” rozszerza swoje pola eksploatacji. Dzisiaj pod tym brandem funkcjonuje największy w Polsce ośrodek myśli konserwatywnej, obejmujący obok samego tygodnika również miesięcznik „Historia Do Rzeczy”, księgarnię internetową oraz serwis dorzeczy.pl. Spółka Orle Pióro, wydawca „Do Rzeczy”, generuje ok. 23 proc. przychodów Grupy. W IV kwartale uruchomiony zostanie nowy serwis internetowy dorzeczy.pl.
PMPG Polskie Media skoncentrowała swoje działania w pierwszym półroczu na odbudowie stabilnych podstaw finansowych spółki na poziomach z roku 2014 oraz przygotowaniu projektów kluczowych z punktu widzenia strategii rozwoju całej grupy. Do takich należy m.in. transformacja cyfrowa obu głównych tytułów oraz inwestycja w biznesowy kanał telewizji internetowej Inwestorzy.tv.
W ciągu najbliższych tygodni spółka będzie też komunikować kamienie milowe dla pozostałych projektów, m.in. Machina.com, Film.com.pl, PMPG Ventures.
W okresie styczeń – czerwiec 2016 r. kurs akcji PMPG na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie został potrojony i ustabilizował się na poziomie ok. 4,50 zł. Analiza wskaźnikowa wskazuje jednak, że PMPG jest nadal jedną z tańszych spółek na giełdzie. W najbliższym czasie spółka ma podjąć decyzję ws. ewentualnego skupu akcji własnych.
Grupa Kapitałowa Banku BGŻ BNP Paribas opublikowała wyniki finansowe za I półrocze 2016 r. – zysk netto wyniósł 64,6 mln zł. Oznacza to wzrost o 46,8 mln zł w porównaniu z I poł. 2015 r.
Wpływ na wyniki I półrocza miało przede wszystkim zwiększenie skali działania po połączeniu z BNP Paribas Bankiem Polska w kwietniu 2015 roku, a także włączenie w struktury Grupy Kapitałowej w grudniu 2015 roku Sygma Banku Polska. Innym ważnym czynnikiem było wynagrodzenie wynikające z rozliczenia transakcji przejęcia Visa Europe Limited przez Visa Inc.
Jednocześnie wyniki finansowe Banku są nadal obciążone kosztami integracji banków, które za I półrocze 2016 roku wynosiły 105 mln zł.
– Integracja banków to motyw przewodni tego półrocza. Zbliżamy się z sukcesem do końca fuzji operacyjnej, połączyliśmy się również z Sygma Bankiem tworząc silny bank w obszarze consumer finance –mówi Tomasz Bogus, Prezes Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas.
Eliminując wpływ kosztów integracji, zysk netto Grupy za 6 miesięcy 2016 roku wyniósłby 149,7 mln zł wobec 129,9 mln zł rok wcześniej (+15,3% wyższy niż wygenerowany w analogicznym okresie ubiegłego roku).
– Wynik, jaki na poziomie całego Banku wypracowaliśmy po I połowie roku jest zgodny z przyjętym planem, a trzeba pamiętać, że osiągnęliśmy takie rezultaty w trudnym otoczeniu rynkowym i regulacyjnym – mówi Tomasz Bogus. Koszty z tytułu wprowadzonego od lutego 2016 roku podatku od instytucji finansowych wyniosły za I półrocze 82,5 mln zł.
W I półroczu 2016 roku wynik z tytułu odsetek wyniósł 895,9 mln zł, co oznacza wzrost o 305,2 mln zł (+51,7%). Było to efektem wzrostu przychodów z tytułu odsetek o 369 mln zł r/r (+40,9%) przy jednoczesnym zwiększeniu kosztów odsetkowych o 63,8 mln zł r/r (+20,5%).
Marża odsetkowa netto wzrosła w ujęciu r/r o 0,2 pkt. proc. do poziomu 2,7%. – Poprawa wynika miedzy innymi z większego udziału wysokomarżowych kredytów konsumpcyjnych w sumie aktywów w rezultacie włączenia Sygma Banku do Grupy Kapitałowej – tłumaczy prezes Tomasz Bogus.
Wynik z tytułu opłat i prowizji za 6 miesięcy 2016 r. wyniósł 244,9 mln zł i był wyższy o 62,3 mln zł r/r (+34,1%). Wzrost przychodów z tytułu opłat i prowizji – głównie w następstwie przejęcia bazy klientowskiej BNP Paribas Banku Polska oraz Sygma Banku Polska – został odnotowany w niemal wszystkich kategoriach prowizyjnych.
Wskaźnik Koszty/Dochody (z wyłączeniem kosztów integracji) poprawił się r/r o 1,8 p.p. i ukształtował się na poziomie 64,6%.
– Na nasze wyniki wpływ miała również transakcja przejęcia Visa Europe Limited przez Visa Inc. Całkowity zysk z tytułu realizacji niniejszej transakcji dla Banku w II kwartale 2016 roku wyniósł 41,8 mln zł – przypomina prezes Bogus.
Od początku roku do końca czerwca wartość netto kredytów i pożyczek udzielonych klientom wzrosła o 2,7% do 53,7 mld zł, zaś depozyty odnotowały w tym okresie wzrost o 11,4% do 51,9 mld zł.
Wynik odpisów z tytułu utraty wartości aktywów finansowych oraz rezerw na zobowiązania warunkowe za I półrocze 2016 roku wyniósł 165,8 mln zł. Zannualizowany koszt ryzyka kredytowego wyniósł w I półroczu 2016 r. 0,63%, osiągając poziom o 0,1 p.b. niższy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.
Łączny współczynnik kapitałowy na koniec czerwca 2016 r. wyniósł 14,56% (wobec zalecanego przez KNF poziomu 13,97%).
Sieć oddziałów Banku BGŻ BNP Paribas na 30 czerwca br. liczyła 487 placówek w całym kraju oraz 140 punktów obsługi klienta (dawny Sygma Bank).
Na koniec czerwca br. Bank BGŻ BNP Paribas obsługiwał 2,66 mln klientów.
Wybrane dane finansowe Grupy Kapitałowej Banku BGŻ BNP Paribas
Wybrane pozycje rachunku zysków i strat
(w tys. zł)
I poł. 2016
I poł. 2015
Wynik z tytułu odsetek
895 939
590 721
Wynik z tytułu opłat i prowizji
244 927
182 609
Wynik odpisów z tytułu utraty wartości aktywów finansowych oraz rezerw na zobowiązania warunkowe
(165 815)
(133 896)
Ogólne koszty administracyjne i amortyzacja
(952 497)
(695 830)
Wynik na działalności operacyjnej
205 011
25 529
Podatek od instytucji finansowych
(82 545)
–
Zysk netto
64 638
17 803
Zysk (strata) na jedną akcję (w zł)
0,77
0,27
Wybrane pozycje bilansu
(w tys. zł)
30.06.2016
31.12.2015
Aktywa razem
69 717 354
65 372 338
Zobowiązania wobec klientów
51 852 581
46 527 391
Zobowiązania razem
63 388 104
59 103 984
Adekwatność kapitałowa
30.06.2016
31.12.2015
Łączny współczynnik kapitałowy
14,56%
13,45%
Współczynnik kapitału Tier1
11,63%
11,76%
Porównywalność danych została zaburzona poprzez fakt prospektywnego ujęcia wyniku BNPP Banku Polska w wyniku Grupy w I półroczu 2015 roku, tj. począwszy od 30 kwietnia 2015 roku oraz brak konsolidacji wyników Sygma Bank Polska w I półroczu 2015 roku.
Zarząd Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Spółki Akcyjnej („PZU SA”) poinformował, że w dniu 30 sierpnia 2016 roku, Pan Sebastian Klimek złożył rezygnację z pełnienia funkcji Członka Zarządu PZU SA z dniem 30 sierpnia 2016 roku.
37-procentowy wzrost zysku EBITDA, 34-procentowy wzrost przychodów gotówkowych ze sprzedaży usług, uruchomienie zaawansowanej technologicznie platformy obsługującej serwisy tematyczne, rozwój aplikacji mobilnych oraz intensywne prace nad finalizacją projektu uruchomienia telewizji Wirtualnej Polski. Grupa WP podsumowała pierwsze półrocze działalności w 2016 roku.
Osiągnięcia biznesowe Wirtualnej Polski
W trakcie pierwszych sześciu miesięcy tego roku Wirtualna Polska konsekwentnie realizowała strategię „MoViBE”: mobile, video, big data i e-commerce, poprzez rozwój produktów w tych obszarach. Spółka przebudowała cztery serwisy zgodnie z przyjętą przez siebie na początku roku koncepcją single-page app – tworzenia nowoczesnych witryn łączących cechy aplikacji mobilnej, serwisu WWW i elementy socialmediowe. Rozwiązanie to cechuje m.in. szybkość ładowania stron, wykorzystanie mechanizmów big data i dynamiczne odświeżanie treści. W pierwszym półroczu Wirtualna Polska zakończyła również migrację 70% aktywnych użytkowników Poczty o2 na nowy system pocztowy, co skutkowało wzrostem liczby aktywnych użytkowników o blisko 2%. Równolegle, Grupa WP podejmowała działania związane z rozwojem produktów mobilnych. Udostępniła m.in. aplikację dla użytkowników przemigrowanych kont Poczty o2, która w ciągu 6 miesięcy osiągnęła niemal 50 tys. DAU (codziennych użytkowników) i 100 tys. MAU (miesięcznych użytkowników). Ponadto, spółka koncentrowała się na finalizacji działań związanych z uruchomieniem telewizji Wirtualnej Polski. Trwały prace, między innymi, nad rozwojem infrastruktury niezbędnej do produkcji własnej, zakupiono większość kontentu, a także zrekrutowano znaczną część zespołu. Zakończono również pracę nad identyfikacją wizualną stacji.
– Za nami kolejne, intensywne miesiące. To był czas organicznej realizacji strategii „MoViBE”. Koncentrowaliśmy się na optymalnym wykorzystaniu naszych zasobów i szeroko zakrojonej przebudowie produktowej. Stworzyliśmy nową platformę technologiczną, na którą przenieśliśmy już pierwsze produkty takie jak WP Kobieta czy WP Gwiazdy, a do końca roku planujemy przenieść kilkadziesiąt pozostałych. Dzięki dokonanym zmianom obserwujemy znaczący wzrost zaangażowania naszych użytkowników – mówi Jacek Świderski, Prezes Zarządu Wirtualnej Polski Holding S.A.
– Kończymy też prace nad uruchomieniem naszej telewizji, finalizujemy zakup treści do ramówki i już dziś prezentujemy nowe logo kanału, ściśle nawiązujące do dotychczasowego dorobku WP, nazwy firmy i jej misji; pokazujące, że Wirtualna Polska staje się multimedium internetowo-telewizyjnym.
Wyniki finansowe
Skonsolidowane przychody ze sprzedaży usług Grupy w drugim kwartale 2016 roku wzrosły o prawie 30%, do poziomu 101 mln zł. Przychody gotówkowe ze sprzedaży wyniosły blisko 92 mln zł i były wyższe o ponad 34% w porównaniu analogicznego okresu roku poprzedniego. Wypracowana EBITDA Grupy była wyższa o 36% i wyniosła 32 mln zł, natomiast skorygowana EBITDA wzrosła o 28% do poziomu 36 mln zł porównując drugi kwartał 2016 do tego samego okresu w 2015 roku.
Porównanie wyników operacyjnych i sytuacji finansowej Grupy Kapitałowej w drugim kwartale 2016 roku do wyników skonsolidowanych za analogiczny okres roku poprzedniego:
Skonsolidowane przychody ze sprzedaży usług Grupy w okresie sześciu pierwszych miesięcy 2016 roku wzrosły o przeszło 30%, do poziomu 189 mln zł. Natomiast przychody gotówkowe ze sprzedaży wyniosły ponad 171 mln zł i były wyższe o 34% w porównaniu do przychodów ze sprzedaży analogicznego okresu roku 2015. Wypracowana EBITDA Grupy była wyższa o prawie 37% i wyniosła niemal 57 mln zł, natomiast skorygowana EBITDA wzrosła o prawie 25% do poziomu 61 mln zł.
Porównanie wyników operacyjnych i sytuacji finansowej Grupy Kapitałowej w pierwszym półroczu 2016 roku do wyników skonsolidowanych za analogiczny okres roku poprzedniego:
Istotne zdarzenia, które wystąpiły w pierwszym półroczu 2016 roku
Wpływ na bieżącą działalność Grupy w pierwszym półroczu 2016 roku miały przede wszystkim: decyzja koncesyjna przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji na rozpowszechnianie programu telewizyjnego o charakterze uniwersalnym przez jednostkę zależną od Wirtualnej Polski, finalizacja transakcji przejęcia TotalMoney.pl Sp. z o.o., właściciela wiodącej porównywarki finansowej TotalMoney.pl, nabycie udziałów w spółce Nocowanie.pl Sp. z o.o. oraz rozszerzenie (o dodatkowe 50 milionów złotych) dostępnego kredytu inwestycyjnego przeznaczonego na nabycia spółek i aktywów trwałych, co ma zapewnić Grupie elastyczność w realizacji przyjętej strategii akwizycyjnej.
Wczoraj poznaliśmy dane o finalnym PKB za drugi kwartał w Polsce. Roczne tempo wzrostu, jak i kwartał do kwartału okazało się zgodne z prognozami. To co może niepokoić to spadające inwestycje już praktycznie piąty kwartał z rzędu. Czyżby dobra zmiana nie była aż tak dobra dla inwestorów?
Inwestycje spadają w Polsce praktycznie od drugiego kwartału 2015 roku, czyli na pół roku przed objęciem władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście inwestorzy mogą czekać z inwestycjami w obawie o kondycje chińskiej gospodarki, stagnacje w Europie Zachodniej czy chociażby o stan gospodarki Stanów Zjednoczonych, gdyż dane makroekonomiczne za oceanu wciąż dają wiele do życzenia.
Niemniej jednak trudno nie łączyć spadku inwestycji ze zmianą władzy w naszym kraju. Często komunikaty wysyłane przez rządzących nie są spójne. Ponadto paraliż instytucji takich, jak Trybunał Konstytucyjny, ostatnie negatywne oceny wiarygodności ze strony agencji ratingowych sprawiają, że inwestor mający zainwestować w naszym kraju zastanowi się dwa razy zanim to uczyni, albo wybierze inny kraj z Europy Środkowo – Wschodniej. Z pewnością nie będzie wnikliwie dociekał, kto w sporze o najważniejsze instytucje w państwie ma więcej, a kto trochę mniej racji. Panuje konflikt, a to nie sprzyja interesom.
W ostatnim czasie poznaliśmy projekt budżetu państwa na 2017 rok. Deficyt budżetu ma być większy, niż w br. i ma wynieść 2,9% PKB. Jednak przy założeniu, że roczne tempo wzrostu gospodarczego wyniesie 3,6%. Są to dosyć optymistyczne szacunki zwłaszcza, gdy zestawimy to z spadającymi inwestycjami. Niższe tempo wzrostu będzie oznaczać przekroczenie 3% deficytu i problemy z instytucjami Unii Europejskiej, które mogą nałożyć na nas procedurę nadmiernego deficytu, co oznacza przymusowe cięcia kosztów. Zatem rząd ma wiele do zrobienia w sprawie poprawy ogólnego klimatu wokół naszego kraju, gdyż spadające w dalszym ciągu inwestycje będą oznaczać duże problemy z osiągnięciem zamierzonego wzrostu gospodarczego.
Problemy z budżetem, ocenami agencji ratingowych, czy wciąż nierozwiązanym problem z Trybunałem Konstytucyjnym mogą powodować przecenę polskiego złotego, a to z kolei spowoduje powrót problemów z kredytami frankowymi, czy chociażby droższe produkty importowane do naszego kraju. Ponadto bez kapitału zagranicznego nie uda się utrzymać obecnego tempa wzrostu gospodarczego, o czym nie powinni zapominać rządzący.
Bartosz Zawadzki
Dyrektor
Dział Strategii Rynkowych i Analiz
Z raportu firmy doradczej EY „Globalne pokolenia 3.0. Badanie zaufania w miejscu pracy” wynika, że mniej niż połowa pełnoetatowych pracowników ma zaufanie do swojego pracodawcy, przełożonego i kolegów. Dla pokolenia Z, które dopiero wejdzie na rynek pracy, najważniejsze czynniki budujące zaufanie do przyszłych pracodawców to przede wszystkim równe szanse dotyczące wynagrodzeń i awansu oraz szacunek i etyczne zachowanie ze strony przełożonego.
EY przebadał blisko 10 tysięcy pełnoetatowych pracowników wieku od 19 do 68 lat zatrudnionych w różnej wielkości przedsiębiorstwach w ośmiu krajach świata. Wyniki przeanalizowano na bazie deklaracji trzech pokoleń: powojennego wyżu demograficznego, nazywanego „baby boomers” (51 – 68 lat), pokolenia X (35-50 lat) oraz Millenialsów, czyli pokolenia Y (19-34 lat). Dodatkowo przebadano pokolenie Z (mające 16-18 lat).
Doświadczony pracownik z większym zaufaniem
Pokolenie „baby boomers” deklaruje największy poziom zaufania do pracodawcy (51%), przełożonego (52%) i zespołu (53%). Z kolei najniższy poziom zaufania reprezentuje generacja X (41%).
Dlaczego nie ufają?
Głównym powodem braku zaufania do pracodawcy jest, zdaniem 53% badanych, niesprawiedliwe wynagrodzenie. 48% podkreśla nierówne traktowanie, zarówno, jeśli chodzi o wynagrodzenie, jak i awans. Dla 46% problemem jest brak przywództwa. Przełożonym się nie ufa, ponieważ nie są otwarci i szczerzy w komunikacji, nie doceniają wykonywanej pracy oraz zbyt rzadko komunikują się z podwładnymi.
Brak kwalifikacji, chęci współpracy oraz otwartej komunikacji, to najczęściej wskazywane powody braku zaufania do współpracowników.
– Brak zaufania zwiększa prawdopodobieństwo zmiany miejsca pracy, co wskazuje 42% badanych spośród tych, którzy nie ufają swojemu pracodawcy. Innym efektem może być niechęć do pracy po godzinach (wskazuje na to 30% respondentów) oraz gorsza efektywność (28%) – mówi Karol Raźniewski, Dyrektor w Dziale Doradztwa Podatkowego EY.
Co wpływa na zaufanie?
67% badanych podkreśla znaczenie dotrzymywania obietnic przez pracodawcę. Drugie w kolejności jest bezpieczeństwo zatrudnienia – ważne dla 64%. Trzeci element wpływający na wzrost zaufania to sprawiedliwe wynagrodzenie i atrakcyjne, dodatkowe benefity (wskazuje go 63% respondentów).
– Także wyniki innych badań pokazują, że stabilne zatrudnienie jest bardzo istotne. Jako firma, stawiamy sobie za cel, żeby przyszłym i obecnym pracownikom oferować możliwość długoterminowego rozwoju kariery zawodowej – mówi Agnieszka Maciejewska, Dyrektor ds. Personalnych w EY.
Przełożony musi traktować swojego podwładnego z szacunkiem – twierdzi 67% pracowników, dotrzymywać obietnic (62%), otwarcie i szczerze się komunikować (61%) oraz działać w zgodzie z etyką (60%).
Wzajemny szacunek między współpracownikami zwiększa zaufanie do nich – tak twierdzi 64% badanych. Podobnie jest, jak podkreśla 62% respondentów, jeśli praca kolegów jest wysokiej jakości, a także jeśli chętnie współpracują i pomagają (61%).
Dla 1/3 respondentów istotna jest równowaga między pracą a życiem osobistym. Są przekonani, że opieka nad dzieckiem czy osobą starszą nie wpłynie na ich karierę zawodową. Dla prawie połowy taka pewność to także element budujący zaufanie do firmy.
Pokolenie Z wchodzi na rynek pracy
66% uważa, że podstawą zaufania do pracodawców są równe szanse w zakresie wynagrodzeń i awansu. Przełożonym ufają, jeśli ci traktują ich z szacunkiem (71%), zachowują się etycznie (65%), sprawiedliwie wynagradzają i awansują, niezależnie od płci, kraju pochodzenia czy sposobu myślenia (64%). Wśród pokolenia Z najbardziej widać różnicę zdań między płciami. Młode kobiety zwracają o wiele większą niż mężczyźni uwagę na integrację (odpowiednio 63% i 47%). Aż 70% kobiet podkreśla znaczenie sprawiedliwego wynagrodzenia.
– Prawie połowa ankietowanych chce pracować w dużych firmach, zatrudniających ponad 2000 osób, takich, jak EY. Żeby przyciągnąć do nas młodych ludzi, oferujemy dodatkowe benefity i rozszerzamy ofertę programu Care & Wellness. W jego ramach zapewniamy masaże profilaktyczno-relaksacyjne w biurze, świeże owoce, wykłady na temat zdrowego trybu życia, treningi biegowe, karty MultiSport czy ubezpieczenie zdrowotne. Mamy też inicjatywę skierowaną do osób zainteresowanych sztuką – EY Art Club – mówi Anna Woźniak, Menedżer ds. Rekrutacji w EY. – Badani wymieniali także znaczenie zróżnicowanego środowiska pracy. Zespoły, które składają się z pracowników obu płci, z różnych krajów i z różnym doświadczeniem mogą patrzeć na problem z wielu perspektyw. Dzięki temu inspirują się wzajemnie i są w stanie wypracować ciekawsze rozwiązania – dodaje Anna Woźniak.
– Szefowie firm, którzy zrozumieją, co buduje zaufanie pracowników,będą w stanie utrzymać najcenniejsze osoby i jeszcze bardziej zaangażować je w pracę. Z naszych doświadczeń wynika, że ogromne znaczenie w utrzymywaniu motywacji zespołów ma sprawiedliwe wynagradzanie pracowników. Zaangażowane zespołyosiągają lepsze rezultaty, są bardziej innowacyjne i w rezultacie świadczą lepszej jakości usługi – mówi dr Karol Raźniewski. – Warto zatem słuchać swoich pracowników i dopytywać o ich opinie. Kluczowe są przejrzyste i sprawiedliwe zasady promowania i wynagradzania. Trzeba inwestować w partycypacyjny a nie autorytarny system zarządzania – podsumowuje.
O badaniu
Badanie „Globalne pokolenia 3.0. Badanie zaufania w miejscu pracy” zostało przeprowadzone przez firmę badawczą Harris Poll na zlecenie firmy doradczej EY wśród 9 800 pełnoetatowych pracowników w wieku od 19 do 68 lat, w firmach w Brazylii, Chinach, Indiach, Japonii, Meksyku, Niemczech, Stanach Zjednoczonych oraz w Wielkiej Brytanii. Dodatkowo przebadano ponad 3 200 nastolatków w wieku od 16-18 lat.
Kompania Piwowarska nabyła działkę o powierzchni 1,3 ha w Białostockim Parku Naukowo-Technologicznym. Umowa kupna została podpisana 30 sierpnia br., zaś o wygranej KP w przetargu przesądził wysoki poziom innowacyjności firmy. Zagospodarowanie nowo nabytego terenu, który bezpośrednio przylega do Browaru Dojlidy, pozwoli poprawić warunki logistyczne tego obiektu, na czym skorzystają okoliczni mieszkańcy.
Browar Dojlidy istnieje na piwowarskiej mapie Polski już niemal 250 lat, jednak jego intensywny rozwój przypada na początek obecnego wieku, odkąd został włączony do Kompanii Piwowarskiej w 2003 r. W ciągu czterech lat KP przeznaczyła na inwestycje ok. 150 mln zł. Browar Dojlidy został wówczas wyposażony w nową linię rozlewniczą, warzelnię, piwnice i magazyn wyrobów gotowych. Dzięki temu jego moce produkcyjne wzrosły prawie trzykrotnie.
W wyniku rozbudowy warzelni jej możliwości produkcyjne wzrosły z 16 do 24 warek na dobę. Powstała także nowa hala, w której zamontowano 15 fermentorów firmy Holvrieka (każdy o pojemności netto 3,2 tys. hl) i stanowisko propagacji drożdży z nowoczesnym propagatorem. Zwiększenie mocy produkcyjnych wymagało również znaczącej rozbudowy magazynów. Wcześniej białostockie Centrum Dystrybucji dysponowało powierzchnią magazynową niespełna 4 tys. m2, zaś wskutek rozbudowy magazyn powiększył się niemal trzykrotnie – do 12 tys. m2, co umożliwiło składowanie ponad 14 tys. palet produktu gotowego.
W ostatnich latach inwestycje w Browarze Dojlidy polegały głównie na unowocześnianiu technologii warzenia piwa lub były związane z ekologią i zrównoważonym rozwojem przedsiębiorstwa. Między innymi zastosowano w nim energooszczędne instalacje oświetlenia czy systemy zmniejszające zużycie wody potrzebnej do warzenia piwa. Zakup działki związany jest natomiast z rozbudową przestrzenną i zwiększeniem konkurencyjności Browaru Dojlidy poprzez zmniejszenie kosztów produkcji.
– Nasz browar dysponuje mocą produkcyjną rzędu 2,2 mln hektolitrów rocznie. Jednocześnie jest bardzo kompaktowy, ulokowany na niewielkiej przestrzeni. Uwarzenie takiej ilości piwa oraz dostarczenie wszystkich surowców jest dla nas obecnie sporym wyzwaniem logistycznym, szczególnie w szczycie sezonu, czyli wiosną i latem – tłumaczy Jacek Winiarski, dyrektor Browaru Dojlidy.
Teren o powierzchni 1,3 ha, przylegający do browaru, umożliwi przede wszystkim wprowadzenie udogodnień logistycznych i zmniejszenie uciążliwości ruchu samochodów ciężarowych w sąsiedztwie zakładu, co z pewnością docenią okoliczni mieszkańcy. Działka może zostać również przeznaczona pod instalację do segregowania i dostarczania na linie rozlewnicze różnego rodzaju opakowań, która przy obecnych trendach panujących w branży piwnej jest pilnie potrzebna. Trzeba bowiem pamiętać, że piwne innowacje produktowe, które systematycznie trafiają na sklepowe półki, to nie tylko smaki i warianty piw, ale także coraz to nowe opakowania. To z kolei powoduje zwiększenie ilości i różnorodności opakowań. Wspomniana instalacja segregująca przyczyniłaby się do zwiększenia efektywności w tym obszarze działania browaru.
Browar zyskał prawo do nabycia działki w wyniku przetargu ogłoszonego przez Urząd Miasta. Został on rozstrzygnięty na korzyść Kompanii Piwowarskiej dzięki temu, że firma wykazuje się wysokim poziomem innowacyjności we wszystkich obszarach – zarówno produktów i procesów, jak i zarządzania – co z pewnością znajdzie odzwierciedlenie w sposobie zagospodarowania terenu w Białostockim Parku Naukowo-Technologicznym.
Ten tydzień powinien należeć do dolara, który będzie się wzmacniał. To nie są jednak dobre wiadomości dla polskiej waluty. Drożeje dolar, drożeje euro, mniej znaczące zmiana dotyczą franka szwajcarskiego.
To, że dolar się wzmacnia jest efektem wiadomości napływających w tym tygodniu z USA, a szczególnie istotne będą piątkowe informacje.
Przyczyn, z powodu których osłabia się złoty jest jednak więcej i wynikają z tego, co dzieje się w Polsce. – Znaczenie mają narastające obawy o stan budżetu państwa i spadające inwestycje przedsiębiorstw – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert giełdowej spółki XTB.
O godzinie 11:00 zostały opublikowane dane inflacyjne ze strefy euro, które rozczarowały rynek, co przekłada się na dalsze spekulacje na temat możliwego działania ze strony ECB na najbliższym posiedzeniu. Odczyt inflacji mierzonej wskaźnikiem bazowym był na poziomie 0.8% rok do roku. W ramach przypomnienia konsensus ekonomistów zakładał wzrost na poziomie 0.9%. Sytuacja w Strefie Euro powoli zaczyna przypominać sytuację Japonii, gdzie pomimo bardzo luźnej polityki monetarnej inflacja w dalszym ciągu rozczarowuje.
Pomimo złego odczytu na wykresie EUR/USD niewiele się zmieniło. Stronie kupującej udało się utrzymać wsparcie 1.113-1.116. Bazowym scenariuszem pozostanie zatem obrona strefy popytu i wzrost notowań nawet w okolicę ostatnich szczytów 1.136.
Do końca maja 2016 r. w Polsce upadło o 7% więcej firm budowlanych niż w tym samym czasie w roku poprzednim. To pierwszy wzrost od trzech lat. Co gorsza, w ciągu najbliższych miesięcy sytuacja wcale nie powinna się poprawić. Ze sporym problemem z upadłościami zmagają się również dostawcy z branży spożywczej.
„Według danych GUS w obecnym roku inwestycji budowlanych jest o 15% mniej niż w tym samym okresie roku ubiegłego. Powoduje to, że firmy biją się o te nieliczne zlecenia, które jeszcze są. Duże koncerny, działające na największą skalę i w związku z tym mające najniższe koszty, wchodzą w inwestycje mniejsze, lokalne. Tym samym wypychają małe i średnie firmy regionalne, co prowadzi do ich upadłości” – mówi serwisowi infoWire.pl Grzegorz Błachnio, analityk i communication manager z firmy Euler Hermes.
Firmy budowlane, mimo że zainwestowały już w ludzi i sprzęt, nie mogą realizować planowanych przedsięwzięć, ponieważ ciągle czekają na uruchomienie środków z nowej perspektywy unijnej. Niestety, zanim ruszą nowe inwestycje finansowane pieniędzmi z Unii Europejskiej, będzie trzeba poczekać jeszcze co najmniej kilka miesięcy. Ponadto duża rywalizacja o zlecenia sprawia, że rentowność inwestycji spada. W najbliższym czasie prawdopodobnie będziemy mieć więc do czynienia z kolejnymi upadłościami, nie tylko firm budowlanych, lecz także tych produkujących materiały na potrzeby budownictwa.
Kłopoty z utrzymaniem się na rynku mają też producenci i dystrybutorzy hurtowi z branży spożywczej. „Problem nie leży po stronie popytu. Wynika z tego, że w tej chwili mamy deflację i rynkiem rządzi cena. Jest ona główną bronią sklepów w walce o klienta, dlatego muszą one przenosić presję cenową na swoich dostawców, czyli hurtowników i producentów. Z tego powodu również wśród nich spodziewamy się dalszych upadłości” – stwierdza ekspert.
Od 1 września pracodawca zatrudniający na etat będzie musiał podpisać umowę z pracownikiem przed podjęciem przez niego pracy. W przeciwnym wypadku zapłaci, i to słono, bo nawet do 30 tys. zł. Nowe regulacje w końcu łatają dziurawe prawo i dają możliwość egzekwowania go przez Państwową Inspekcję Pracy (PIP).
Według dotychczasowych przepisów pracodawca miał obowiązek podpisać umowę o pracę z pracownikiem etatowym do końca jego pierwszego dnia zatrudnienia. Była to luka prawna.
„W praktyce nieuczciwi pracodawcy wykorzystywali ten przepis i nie podpisywali z pracownikiem pierwszego dnia umowy o pracę, zwlekali z tym. W przypadku kontroli PIP pracodawca bronił się, że ma czas do końca dnia na podpisanie umowy, przez co mógł uniknąć grzywny” – mówi serwisowi infoWire.pl adwokat Jacek Sosnowski. W ten sposób zatrudniający „oszczędzał” na ubezpieczaniu, a pracownik nawet miesiącami pracował bez wymaganych składek i ochrony.
Nowe przepisy prawne kończą z możliwością uprawiania tego procederu. Teraz pracodawca będzie zmuszony podpisać umowę o pracę lub chociażby oświadczenie z wyszczególnionymi warunkami pracy przed jej rozpoczęciem przez pracownika. „Dzięki tym zmianom zyskają nie tylko zatrudniane osoby, lecz także PIP, której łatwiej będzie kontrolować i egzekwować prawo” – stwierdza rozmówca.
7R Logistic stawia na rozwój parku logistycznego w Gdańsku-Kowalach. Deweloper rozpoczął budowę Centrum Logistycznego Gdańsk-Kowale V. Oddanie budynku do użytku planowane jest na I Q 2017. W Centrum Logistycznym Gdańsk-Kowale IV rozwój planuje również firma Royal Cement EU.
Trwa budowa Centrum Logistycznego Gdańsk Kowale V – piątego z sześciu etapów w ramach parku 7R Logistic, który docelowo będzie oferował 140 000 mkw. powierzchni magazynowej.
– Nasze inwestycje zlokalizowane na Pomorzu cieszą się niezmiennie dużym zainteresowaniem. W przypadku Centrum Logistycznego Gdańsk-Kowale IV rozpoczęliśmy realizację magazynu w systemie spekulacyjnym, a już po trzech miesiącach obiekt był skomercjalizowany w 60 proc. To pokazuje jak duże jest zapotrzebowanie na powierzchnie magazynowe w tej lokalizacji. Sukces inwestycji skłonił nas do rozpoczęcia budowy piątego już magazynu na Pomorzu. Docelowo obiekt będzie posiadał 32 tys. mkw. powierzchni magazynowej klasy A. Rozpoczęliśmy komercjalizację obiektu i jesteśmy na etapie podpisywania umów z kluczowymi najemcami – komentuje Marzena Zaczkiewicz, Leasing Manager 7R Logistic.
W Centrum Logistycznym Gdańsk Kowale IV rozwój planuje firma Royal Cement EU. Kowale IV to A-klasowy magazyn o powierzchni całkowitej 17 500 mkw, który został oddany do użytku w marcu 2016 r. Royal Cement EU powstała w 2015 roku z myślą o europejskim rynku, jako filia jednego z największych producentów białego cementu – Royal El Minya Cement.
– Podjęliśmy decyzję o lokalizacji magazynu centralnego w budynku Kowale IV należącym do dewelopera 7R Logistic. Zadecydowała o tym przede wszystkim dogodna lokalizacja –pomiędzy dwoma największymi portami na Pomorzu. Jesteśmy zadowoleni z warunków jakie oferuje deweloper i myślimy zwiększeniu powierzchni wynajmu nawet 3 krotnie, co również potwierdza dynamiczny rozwój i potencjał naszej spółki – komentuje Mohamed Imam, dyrektor zarządzający Royal Cement EU.
Obsługę związaną z poszukiwaniem magazynu i negocjacji warunków umowy dla Royal Cement EU prowadzi firma doradcza Querco Property. Przedsiębiorstwo specjalizuje się w kompleksowej obsłudze i doradztwie na rynku nieruchomości komercyjnych.
– Warunki jakie oferuje firma 7R Logistic oraz doświadczenie we współpracy, która okazuje się wzorcowa również w dalszych etapach sprawiają, że deweloper jest godny polecenia dla klientów których obsługujemy. Potwierdzeniem okazuje się Royal Cement, który nie ma zarzutów co do współpracy i planuje powiększenie powierzchni wynajmu – komentuje Adam Nowacki, Prezes Zarządu Querco Property
Park 7R Logistic w Kowalach koło Gdańska to zespół czterech nowoczesnych obiektów logistycznych o łącznej powierzchni ponad 77 500 mkw.: Centrum Logistyczne 7R Logistic Gdańsk-Kowale 1, Centrum Logistyczne 7R Logistic Gdańsk-Kowale 2, Centrum Logistyczne Gdańsk-Kowale 3 oraz Centrum Logistycznego Gdańsk – Kowale 4. Magazyny są zlokalizowane w bezpośrednim sąsiedztwie drogi S6 oraz obwodnicy Trójmiasta, 5 km od Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy w Gdańsku, 10 km od Portu Gdańskiego i Głębokowodnego Terminala Kontenerowego i 15 km od centrum Gdańska. Park dzięki usytuowaniu blisko A1, zapewnia rówież szybki dojazd na południe Polski.