Azjatycka etykieta biznesowa. Jak przeprowadzić udane negocjacje z Chinami?

Coraz więcej polskich firm decyduje się na podjęcie współpracy handlowej z Chinami. Jednak, aby negocjacje ze stroną chińską były udane, należy wywrzeć dobre wrażenie na potencjalnym kontrahencie. Wymaga to podstawowej znajomości kultury i zachowań, które w Państwie Środka uznawane są za pożądane, bądź przeciwnie – tych, których w relacjach biznesowych trzeba unikać.

Etykieta w kontaktach międzyludzkich od zawsze była czynnikiem wyróżniającym daną kulturę spośród innych. W zależności od szerokości geograficznej zasady dobrych obyczajów potrafiły znacznie się od siebie różnić. Wiedza o tym, jak wyglądają one w kraju naszego rozmówcy pokazuje nas jako ludzi wykształconych, obytych i szanujących swoich partnerów, co w Chinach jest niezwykle istotne.

Niezbędne przygotowania

Zanim dojdzie do negocjacji, należy odpowiednio się do nich przygotować. Pierwszym, bardzo ważnym elementem jest ubiór. W spotkaniach biznesowych Chińczycy uznają tylko strój formalny – w kolorze czarnym bądź utrzymany w ciemnej tonacji, co dotyczy osób obydwu płci. Koniecznym jest też posiadanie własnej wizytówki, która jest nie tylko narzędziem ułatwiającym późniejszy kontakt, ale też ważnym elementem rytuału spotkania. – Wizytówek należy mieć odpowiednią liczbę – jeżeli ich zabraknie, zostanie to odebrane jako nietakt. Na wizytówce koniecznie musi znajdować się nasze imię i nazwisko, wraz z zajmowanym stanowiskiem i nazwą firmy, w której pracujemy. Zaleca się, by wizytówka była dwustronna, z angielską wersją językową po jednej stronie, a z wersją chińską po drugiej, ponieważ język angielski nie jest w Chinach aż tak popularny. Warto, aby była ona w kolorze, który w Państwie Środka kojarzy się ze szczęściem – np. złotym. Tak przygotowana wizytówka pozwoli obywatelowi Chin określić, jak wysoko jego rozmówca znajduje się w drabinie hierarchii społecznej – mówi Bartosz Sosnowski, wiceprezes zarządu MT Polska, współorganizatora targów China Expo – China Brand Show Poland 2016, poświęconych współpracy na linii Polska – Chiny.

Poznaj swojego rozmówcę

Jednym z największych nietaktów, jakie można popełnić podczas spotkania, jest narażenie naszego rozmówcy na tzw. „utratę twarzy”, a więc zachowanie, bądź stwierdzenie, które sugerowałoby, że ma on niższą pozycję w hierarchii społecznej, niż jest to w rzeczywistości. Aby temu zapobiec powstał szereg zaleceń pozwalających na zamianę spotkania biznesowego w rytuał, w którym każda czynność ma określone znaczenie symboliczne. Spotkanie można zacząć od zwykłego podania dłoni, choć warto zaznaczyć, że nie wszyscy Chińczycy preferują tę formę przywitania – skłon głowy lub lekki pokłon jest bardziej naturalny. Najlepszym pomysłem jest jednak pozostawienie inicjatywy podczas powitania drugiej stronie. Po rozpoczęciu spotkania należy się przedstawić, wymieniając informacje, które znajdują się na wizytówce. Następnie podobnej prezentacji dokonuje chiński partner i ważnym jest, by ją zapamiętać. Jeżeli zajmuje on istotną pozycję, np. jest dyrektorem, to forma, w jakiej należy się do niego zwracać to tytuł dyrektora. Co więcej, w kontaktach biznesowych zawsze należy zwracać się do rozmówcy używając jego nazwiska. Mówienie sobie po imieniu jest niedopuszczalne.

Wizytówki i prezenty

Po przedstawieniu się następuje rytuał wymiany przygotowanych wcześniej wizytówek. Po otrzymaniu takowej, trzeba prześledzić jej treść trzymając ją oburącz. – Jeżeli wizytówka nie zostanie przeczytana bądź jeśli zostanie schowana np. do kieszeni spodni (w szczególności tylnej), to zostanie to odebrane jako bardzo poważna zniewaga — kontynuuje Bartosz Sosnowski. Podczas spotkania biznesowego, zazwyczaj pod koniec, można też otrzymać bądź podarować prezent (cenionym upominkiem jest np. dobry koniak). Jednak, aby go przekazać należy odbyć specjalną konwersację, podczas której strona przyjmująca musi odmówić, nawet wielokrotnie, przed zaakceptowaniem prezentu. Zaleca się, by nie odpakowywać upominku przy osobie wręczającej, ale dopiero później, tak samo jak nie powinno się go wręczać w obecności osób trzecich.

Powściągliwość w negocjacjach

Podczas samych negocjacji biznesowych należy przestrzegać kilku podstawowych zasad „zachowania twarzy” w stosunku do Chińczyków. Należy być punktualnym oraz odznaczać się wysoką kulturą osobistą (zakazane jest np. dotykanie rozmówcy lub wskazywanie czegoś jednym palcem). Nietaktem na skalę zerwania negocjacji jest też otwarte krytykowanie drugiej strony bądź jej projektu lub propozycji. Jeżeli negocjacje mają miejsce pomiędzy grupami osób, to członkowie danej grupy nie mogą odnieść się krytycznie do stanowiska jej przewodniczącego. W negocjacjach ze stroną chińską nie ma zwykle miejsca na ekspresję. – Często wypowiedzi Chińczyków są niejednoznaczne, oszczędnie nacechowane emocjami, a wynik negocjacji może nie być znany aż do samego końca. Należy też pamiętać, że w krajach dalekiego wschodu umowa ustna ma dużo większą moc wiążącą niż pisemna. Po podpisaniu dokumentów strona chińska może zaproponować jeszcze dodatkowe zmiany – dodaje Bartosz Sosnowski.

China Expo China Brand Show Poland to cykliczna impreza targowa poświęcona współpracy biznesowej z Chinami. W organizację VI edycji, która odbędzie się w dniach 15-17 września br. w warszawskim Centrum Targowo-Kongresowym MT Polska, włączyło się chińskie Ministerstwo Handlu, a wśród patronów honorowych znajdują się m.in. Ministerstwo Rozwoju, Polska Izba Handlu czy Krajowa Izba Gospodarcza. Więcej informacji na temat wydarzenia znajduje się na stronie http://www.china-expo.pl/.

Reklama mobilna jest nawet o 1/5 skuteczniejsza i przynosi większe zyski

Badania pokazują, że reklama mobilna jest nawet o 1/5 skuteczniejsza i przynosi większe zyski wydawcom internetowym niż reklama desktopowa. Zdaniem ekspertów, dedykowane mobilne strony mogą zapewnić wyższą konwersję przekazów reklamowych niż responsywne. Jak wydawcy serwisów, a także blogerzy i vlogerzy, mogą osiągnąć nawet o 400 proc. wyższe przychody z treści publikowanych w mobile’u?

Już 71 proc. konsumpcji internetu na świecie odbywa się via mobile. Jak wynika z raportu ZenithOptimedia, w 2015 roku mobile wyprzedził desktop, stając się dominującym narzędziem dostępu do internetu na świecie. W Polsce udział mobile wynosi poniżej 50 proc., ale systematycznie rośnie ścigając światowy trend. Eksperci z OptAd360.com wskazują korzyści dla wydawców, którzy zdecydują się zainwestować w kanał mobilny i podpowiadają jak w ten sposób mogą zwiększyć dochody z reklam.

Mobilna reklama skuteczniejsza od desktopowej

Pierwszy w historii internetu banner reklamowy z 1994 roku mógł poszczycić się wybitną skutecznością – CTR, czyli współczynnik określający, jak często internauci klikają w daną reklamę, wyniósł wtedy aż 44 proc. Powód sukcesu był prosty – tego typu reklama była w tamtym okresie nowością, która wzbudzała ciekawość. Dziś, w natłoku przekazów reklamowych, odbiorcy nauczyli się ich nie dostrzegać albo je blokować. Jak wynika z analiz przeprowadzonych przez RTB House, w blisko 40 państwach świata, średni CTR reklam oscyluje w granicach 0,73 proc. na komputerach, podczas gdy dla urządzeń mobilnych wynosi on średnio 0,87 proc. na tabletach oraz 0,84 proc. na smartfonach. – Inwestycja w kampanie reklamowe pod kanał mobilny opłaca się zarówno reklamodawcom jak i wydawcom – mówi Jarosław Wisłocki, współzałożyciel start-upu OptAd.com. – Jeśli do tego jeszcze wydawcy zdecydują się postawić na emisję spersonalizowanych reklam z wykorzystaniem technologii programmatic, różnica w postaci wyższych przychodów reklamowych szybko stanie się zauważalna. Ostatnie badania dowodzą, że zaangażowanie konsumenta rośnie nawet trzykrotnie w momencie, gdy kierowane do niego przekazy reklamowe są spersonalizowane – podkreśla ekspert OptAd360.com.

Utracone korzyści, czyli gdy wydawca może, ale nie próbuje więcej zarobić

Nie wszyscy wydawcy mogliby zgodzić się ze stwierdzeniem, że kanał mobilny przynosi ich serwisom duże zyski z reklam. Trudno jednak, aby było inaczej w momencie, gdy np. właściciel portalu internetowego nie zdecydował się na stworzenie mobilnej wersji strony www. W efekcie użytkownicy, którzy trafią na serwis internetowy w trakcie korzystania z urządzeń mobilnych, dość szybko się do niego zniechęcają z racji trudności z nawigacją czy niską funkcjonalnością, etc. W kontekście reklam oznacza to również dużo mniejsze dochody, ponieważ bannery i inne formaty reklamowe także są niedostosowane pod kanał mobilny. – W przypadku mniejszych portali internetowych mowa tu o stracie nawet kilku tysięcy złotych miesięcznie – wyjaśnia Jarosław Wisłocki, współzałożyciel start-upu OptAd360.com.

– Załóżmy, że mały serwis www z niedostosowaną stroną pod mobilnych użytkowników zarabia miesięcznie 1000 zł z reklam w tym kanale. Po przeprowadzeniu audytu okazuje się, że stworzenie mobilnej wersji strony internetowej mogłoby zwiększyć przychód z reklam nawet o 400 proc. z odsłon realizowanych na smartfonach czy tabletach, a inwestycja wydawcy w mobilną wersję serwisu zwróciłaby się po kilku miesiącach – tłumaczy ekspert z OptAd360.com. Część wydawców przy projektowaniu strony internetowej decyduje się wykonać ją w RWD (technika projektowania polegająca na tym, że witryna dostosowuje wygląd i układ automatycznie do rozmiaru okna urządzenia, na której jest wyświetlana, czyli np. w przeglądarce na laptopie, na smartfonie czy tablecie).

– Z reklamowego punktu widzenia, korzystniejszym rozwiązaniem w przypadku części portali internetowych może być stworzenie dedykowanej strony mobilnej, niż wybór strony responsywnej – zauważa Jarosław Wisłocki z OptAd360.com. – Niejednokrotnie strona RWD potrzebuje więcej czasu na załadowanie reklam, zanim dopasuje formaty i ich układ pod dane urządzenie. Dla niecierpliwego internauty może to być powód do szybkiego porzucenia serwisu – dodaje ekspert.

Content is the king – także w mobile

Unikalne i atrakcyjne treści to podstawa sukcesu serwisu internetowego. Warto pamiętać, że tworzenie treści pod mobilnych użytkowników niekoniecznie jest tym samym, co ich przygotowanie pod tradycyjne komputery. Po pierwsze, liczą się materiały wizualne. Zdjęcia mają za zadanie przyciągać uwagę i skłonić internautę do zapoznania się z treściami tekstowymi, np. wartościowym poradnikiem czy wpisem na blogu. W przypadku, gdy autorzy treści mają do przekazania sporo eksperckich informacji, warto to zrobić np. w formie infografiki. Celem osoby tworzącej mobilny content jest zaprezentowanie jak największej ilości informacji bez wymagania od użytkownika przesuwania ekranu. Wartościowe materiały mogą być dłuższe, ale pod warunkiem, że są merytoryczne i podane w formie krótkich akapitów. Jak pokazują badania, podział materiału na paragrafy sprawia, że oczy poruszają się w przewidywalny sposób, a szansa, że czytający dobrnie do końca tekstu znacząco rośnie.

Internauci na całym świecie poświęcają już średnio 86 minut dziennie na przeglądanie stron www za pośrednictwem smartfona lub tabletu. I jak prognozują eksperci, czas ten będzie dalej rósł. Dlatego wydawcy serwisów internetowych nie mogą lekceważyć roli kanału mobilnego, ale powinni jak najlepiej dostosować swoje witryny pod oczekiwania rosnącego grona mobilnych użytkowników. Wówczas będą mogli zarabiać zdecydowanie więcej.

A. Rzońca: działania banków centralnych ratujące gospodarki przed kryzysem obniżają innowacyjność przedsiębiorstw i zaostrzają skrajne nastroje

A. Rzońca: działania banków centralnych ratujące gospodarki przed kryzysem obniżają innowacyjność przedsiębiorstw i zaostrzają skrajne nastroje 1

Skala i gwałtowność kryzysu finansowego, który wybuchł przed niespełna dekadą skłoniły największe banki centralne do podjęcia radykalnych kroków, takich jak bardzo niskie czy wręcz ujemne stopy procentowe i pompowanie pieniędzy w system bankowy na tanie pożyczki inwestycyjne. Według byłego członka RPP Andrzeja Rzońcy, choć działania okazały się skuteczne w gaszeniu pożaru, to teraz trudno powrócić na utarte tory. Zwłaszcza że taka polityka negatywnie odbija się na stopniu innowacyjności firm oraz przyczynia się do radykalizacji nastrojów społecznych.

– Główne banki centralne rozpoczęły niekonwencjonalne działania w polityce pieniężnej w reakcji na globalny kryzys finansowy. Te niekonwencjonalne działania są jak wojna, łatwo się je rozpoczyna, bardzo trudno kończy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Rzońca, przewodniczący rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich. – Fed rozpoczął cykl podwyżek stóp procentowych w ubiegłym roku, ale te podwyżki nie dokonują się tak, jak wcześniej oczekiwano, a oczekiwania na kolejne podwyżki bardzo słabną.

Rezerwa Federalna pierwszej podwyżki stóp procentowych dokonała w grudniu ubiegłego roku po kilkumiesięcznej zwłoce. Już wtedy nie brakowało ekonomistów przekonanych, że w obecnym roku spodziewać się można raczej dwóch podwyżek niż czterech. Na razie, choć do końca roku zostały zaledwie trzy posiedzenia, stopy za oceanem ani drgnęły. Wcześniej w trzech cyklach QE amerykański bank centralny w ciągu pięciu lat wpompował w gospodarkę w postaci skupu obligacji ok. 4 bln dol.

Z kolei Europejski Bank Centralny podobnie jak Bank Japonii czy Bank Anglii kontynuują luźną politykę monetarną, skupując papiery z rynku. Ten ostatni obniżył też na sierpniowym posiedzeniu stopy procentowe do 0,25 proc. i była to pierwsza obniżka od marca 2009 r. Analitycy zakładają też kolejną obniżkę (o 15 lub 20 pkt bazowych) w listopadzie. W strefie euro stopa depozytowa pozostaje ujemna od czerwca 2014 r., przy czym po raz ostatni pogłębiono cięcie w marcu tego roku, dochodząc do poziomu -0,40 proc.

– Dzisiaj na świecie około 7 bln długu publicznego ma ujemne rentowności. To oznacza, że w przypadku tego długu to inwestorzy płacą rządowi za możliwość pożyczania – mówi Rzońca. – W Szwajcarii trzeba zapłacić rządowi nawet, jeśli pożycza mu się na 25 lat. W Niemczech, jeżeli pożycza się rządowi na 10 lat, trzeba do tego dopłacić. Ale nawet w Hiszpanii, która jeszcze kilka lat temu otarła się o kryzys fiskalny, jeśli pożycza się rządowi na okres do 3 lat, też trzeba za to zapłacić. To pokazuje, że inwestorzy oczekują utrzymywania się niekonwencjonalnych polityk pieniężnych, a nie są to polityki, które nie rodzą kosztów.

Jak zaznacza, jednym ze skutków takiej polityki jest słaby wzrost gospodarczy w krajach wysoko rozwiniętych, bo powoduje ona, że słabo działające przedsiębiorstwa są w stanie wybronić się przed bankructwem i unikają restrukturyzacji. W ich miejsce nie tworzą się też nowe firmy, które byłyby bardziej innowacyjne i bardziej dopasowane do nowych warunków gospodarczych.

– Mieliśmy największy kryzys finansowy od lat 30. XX wieku, a mimo to stopa bankructw jest najniższa w historii. Jak nie ma bankructw, to też odsetek przedsiębiorstw rozpoczynających działalność jest niższy niż w przeszłości. A to te przedsiębiorstwa napędzają innowacje, które są źródłem długofalowego wzrostu gospodarczego. To pod wpływem tych przedsiębiorstw firmy, które już działają na rynku, decydują się na innowacje, a nie na kontynuowanie status quo – podkreśla.

W lipcu Międzynarodowy Fundusz Walutowy obniżył prognozę światowego PKB na 2016 r. do 3,1 proc., przy czym dla krajów rozwiniętych wskaźnik ten sięgnie 1,8 proc. Jednocześnie konsekwencją działań banków centralnych jest pogłębianie się nierówności społecznych, bo rosną ceny obligacji i akcji, a to bogaci ich właścicieli.

– Jednocześnie spadek liczby bankructw oznacza, że trudniej niż w przeszłości przestać być bogatym. Niewielka liczba przedsiębiorstw rozpoczynających działalność oznacza, że trudniej niż w przeszłości przestać być biednym –  tłumaczy Andrzej Rzońca. – Wtedy pojawia się naturalne paliwo zasilające poparcie dla partii populistycznych i to jest coś, co obserwujemy właściwie w całym rozwiniętym świecie. Rośnie poparcie dla partii skrajnie lewicowych, które mówią, że za kłopoty biednych odpowiadają bogaci i rośnie poparcie dla partii skrajnie prawicowych, które obwiniają czy wskazują obcych jako źródło problemów biednych.

Polsko-włoskie konsorcjum będzie uczestniczyć w badaniu Księżyca. Lądowanie sondy zaplanowano na 2021 rok

W 2021 roku na Księżycu ma wylądować sonda, której zadaniem będzie odnalezienie wody i surowców potrzebnych do zbudowania tam stałej bazy. Misja Luna-Resurs to wspólna inicjatywa europejskiej i rosyjskiej agencji kosmicznych (ESA i Roscosmos). Włoska firma Leonardo-Finmeccanica oraz polska Astronika opracują dla ESA system pozwalający na analizę gruntu Księżyca. Prace nad urządzeniem potrwają około dwóch lat.

– Europa dostarczy na rosyjską misję urządzenie, która będzie pobierało próbki z głębokości do 2 metrów. Badane będą okolice biegunów Księżyca. Grunt księżycowy w tym miejscu może zawierać lód, więc jest to bardzo wymagający materiał do pobierania. Włosi dostarczają urządzenie, które będzie wierciło i pobierało próbki, a my urządzenie, które będzie umożliwiało wiercenie w tak lodowatym materiale, czyli mechanizm udarowy – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Kuciński, prezes firmy Astronika.

Urządzenie PROSPECT będzie automatycznym laboratorium – wiertnica pobierze próbki materiału i przekaże je do analizy, która zostanie przeprowadzona przez instrumenty znajdujące się na lądowniku. Będzie ono przygotowane do pracy na głębokości do 2 metrów w skrajnych warunkach próżni i w temperaturze do -170 stopni Celsjusza. W ramach projektu Leonardo-Finmeccanica, właściciel PZL-Świdnik i jeden z głównych graczy na świecie w wierceniu kosmicznym i urządzeniach do pobierania próbek, oraz Astronika będą przez kolejne dwa lata projektować, budować i testować prototyp tego urządzenia. Będzie to kluczowy wkład w misję ze strony Europejskiej Agencji Kosmicznej.

– Firma Leonardo od wielu lat specjalizuje się w Europie w tego typu mechanizmach. Uczestnictwo w tej misji pozwoli nam oferować ten sam mechanizm na inne misje. Myślimy również o wykorzystaniu tych technologii w warunkach ziemskich – mówi Kuciński.

Technologie kosmiczne opracowane przez Leonardo-Finmeccanica służą na pokładzie sond kosmicznych Rosetta, Juno, JUICE czy Cassini. Uczestniczą też w misji ExoMars, szukającej śladów życia na Marsie. To nie pierwsza współpraca z polską firmą.

– Firma Astronika powstała trzy lata temu. Nasi pracownicy jednak od nawet 30 lat zajmują się mechaniką precyzyjną w warunkach kosmicznych, więc jest to kolejny projekt wykorzystujący nasze najlepsze kompetencje.Jerzy Grygorczuk, założyciel firmy,  projektował mechanizmy m.in. w misji Rosetta, w ramach której odbyło się pierwsze w historii ludzkości kontrolowane lądowanie na komecie. Mechanizmy wbijające się w warunkach mikrograwitacji są specjalnością naszych pracowników – wyjaśnia Tomasz Kuciński.

Firma opracowała m.in. mechanizm samowbijający się dla instrumentów, które będą stosowane w misji NASA InSight. To kolejna po Curiosity misja NASA na Marsa. Jak wyjaśnia Kuciński, mechanizm udarowy jest w stanie się wbić do głębokości 5 metrów w warunkach obniżonej grawitacji. Technologie Astroniki stosowane są także w programach ESA i DLR, czyli Niemieckiej Agencji Kosmicznej.

Leonardo-Finmeccanica, lider polsko-włoskiego konsorcjum, z polskim rynkiem kosmicznym wiąże duże nadzieje. Stopniowo umacnia na nim swoją pozycję. Przez spółkę joint venture Thales Alenia Space oraz Telespazio Leonardo dostarcza MON naziemną część systemu odbioru i przetwarzania danych oraz produktów generowanych przez włoskie satelity COSMO-SkyMed. Jest to jeden z bardziej nowatorskich programów w zakresie obserwacji Ziemi.

J. Janecki: propozycja w sprawie OFE to za mało by zachęcić inwestorów do powrotu na GPW

J. Janecki: propozycja w sprawie OFE to za mało by zachęcić inwestorów do powrotu na GPW 2

Zaproponowane przez wicepremiera Morawieckiego rozwiązanie problemu emerytalnego przez większość ekonomistów przyjmowane jest pozytywnie i z nadzieją na impuls dla polskiej giełdy. Byłoby bowiem zachętą do gromadzenia i inwestowania oszczędności. Jak jednak podkreśla Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale, na optymizm jest jeszcze za wcześnie, bo nie wiadomo czy, kiedy i w jakiej ostatecznej postaci pomysł ministra rozwoju miałby wejść w życie.

– Nie widać na horyzoncie czynników, które poprawiałyby  czy mogły poprawić nastroje inwestorów na giełdzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jarosław Janecki, główny ekonomista Société Générale. – Być może jakieś rozwiązania ustawowe, które sprzyjałyby zwiększeniu oszczędności sektora prywatnego czy zachęt do tego, by inwestować w III filarze. One być może spowodowałyby wzrost zainteresowania spółkami giełdowymi. Natomiast na dziś, niestety, nie rysują się takie scenariusze, które wspierałyby polską giełdę.

Według Bloomberga tylko w ciągu roku od wygranej Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich z WIG20 wyparowało 200 mld zł i był to największy spadek spośród 93 głównych indeksów monitorowanych przez tę agencję. Rzeczywiście kapitalizacja wszystkich spółek na GPW na zamknięciu ostatniej sesji przed pierwszą turą wyborów prezydenckich (8 maja 2015 r.) wynosiła 1,364 bln zł. Obecnie (po sesji 12 sierpnia 2016 r.) to niespełna 970,6 mld zł. Analitycy podkreślają jednak, że odwrót od warszawskiego parkietu zaczął się już za poprzednich rządów, a pomijając kwestię światowego kryzysu finansowego, najmocniej przyczyniło się do tego okrojenie OFE.

– W tym przypadku liczą się wyłącznie czynniki, które w pewien sposób wpływają np. na politykę dywidendową, czyli zyskowność polskich spółek, polityka podatkowa. Jesteśmy na etapie obserwowania tego, jakie zmiany mogą być wprowadzane od przyszłego roku przez rząd w ramach nowej ustawy budżetowej – wskazuje Janecki. – Jeżeli te zmiany nie będą złe dla spółek giełdowych, będą korzystne, wówczas widziałbym w tym jakiś element, który mógłby wspomagać giełdę. W innym przypadku, niestety, marazm czy niezbyt dobre nastroje w dalszym ciągu będą obecne na polskiej giełdzie.

Pozytywną ilustracją wpływu polityków na notowania spółek była reakcja rynków po przedstawieniu przez Kancelarię Prezydenta nowej propozycji ustawy frankowej odsuwającej w czasie przewalutowanie kredytów. Od początku sierpnia tylko w ciągu dziesięciu sesji indeks WIG-banki zyskał niemal 12 proc., podczas gdy WIG20, w którego składzie znajduje się pięć dużych banków, zyskał niespełna 6 proc. Indeks szerokiego rynku poszedł w tym czasie w górę o niespełna 5,5 proc.

Analitycy liczą jednak na ti, że napływ kapitału na rynek zapewni propozycja wicepremiera Morawieckiego dotycząca uporządkowania sprawy OFE. Zdaniem głównego ekonomisty Société Générale jest jednak jeszcze za wcześnie na pozytywny impuls ze strony tego czynnika.

– Sprawa OFE dopiero się zaczęła. Tak naprawdę mamy wstępne informacje, które nie są przełożone na ustawę. Jak zawsze diabeł będzie tkwił w szczegółach, więc dopiero jak ustawa będzie gotowa i będą znane wszystkie szczegóły tego rozwiązania, będzie można mówić o tym, czy te rozwiązania będą sprzyjały giełdzie tonuje nastroje Janecki. – Tym bardziej że te zmiany nie będą prawdopodobnie wprowadzane od stycznia 2017 roku, tylko być może dopiero od 2018 roku. Nawet moment wprowadzenia tych zmian nie jest znany, stąd trudno z punktu widzenia inwestorów już grać pod te zdarzenia. 

Przypomina też, że istotne są dwa aspekty, które mogłyby przyciągnąć pieniądze na warszawski parkiet. Z jednej strony jest to uspokojenie atmosfery politycznej, bo awantura wokół Trybunału Konstytucyjnego budzi obawy przed stabilnością rynku. Ten element istotny jest zwłaszcza dla inwestorów zagranicznych. Natomiast w przypadku środków Polaków istotny będzie system zachęt do oszczędzania i inwestowania posiadanych pieniędzy, zwłaszcza że zarówno dzięki zarówno programowi „Rodzina 500 plus”, jak i spadkowi cen oraz wzrostowi wynagrodzeń siła nabywcza obywateli rośnie.

– Czynnikami, które mogłyby ewentualnie wspomagać polską giełdę, są różnego rodzaju rozwiązania, które sprzyjałyby inwestowaniu na giełdzie i oszczędzaniu. Mówimy cały czas o programie „Rodzina 500 plus”, a jakoś nie widać za bardzo możliwości czy konieczności oszczędzania pieniędzy w dłuższym horyzoncie – zauważa. – Wyobrażałbym sobie, że teraz właśnie jest najlepszy moment na to, żeby promować inwestowanie w ramach np. funduszy inwestycyjnych właśnie m.in. części tych pieniędzy, które są przekazywane w ramach programu. To jest właśnie pole do wprowadzenia jakichś zmian.

KNF ułatwia życie bankom spółdzielczym. Uczestnicy IPS-SGB nie muszą spełniać jednego z wymogów płynności

KNF ułatwia życie bankom spółdzielczym. Uczestnicy IPS-SGB nie muszą spełniać jednego z wymogów płynności 3
Blisko 200 banków spółdzielczych, uczestników Spółdzielczego Systemu Ochrony SGB (IPS-SGB), będzie zwolnionych z konieczności indywidualnego spełniania jednego z minimalnych wskaźników płynności – postanowiła Komisja Nadzoru Finansowego. Ma to umożliwić bankom efektywne zarządzanie płynnością, przy zachowaniu wysokiego poziomu bezpieczeństwa. IPS-SGB to obok Bankowego Funduszu Gwarancyjnego dodatkowa instytucja zapewniająca bezpieczeństwo bankom spółdzielczym i ich klientom. 

– System ochrony ma wzmacniać przede wszystkim bezpieczeństwo uczestników, czyli banków spółdzielczych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Skowroński, prezes Systemu Ochrony Instytucjonalnej Spółdzielczej Grupy Bankowej (IPS-SGB). – Banki, decydując się na współpracę, zgodziły się na utworzenie pewnych mechanizmów pomocowych. Jeżeli któremuś z uczestników powinie się noga, będzie miał kłopoty, to może liczyć na to, że pozostali przyjdą mu z pomocą poprzez te mechanizmy.

Spółdzielczy System Ochrony SGB został utworzony pod koniec listopada ubiegłego roku. Do dziś przystąpiło do niego 197 banków spółdzielczych Spółdzielczej Grupy Bankowej oraz bank zrzeszający – SGB-Bank SA. Głównym celem IPS-SGB jest zwiększenie bezpieczeństwa działania banków spółdzielczych poprzez udzielanie sobie wzajemnego wsparcia w zakresie płynności i wypłacalności.

 To mechanizm, który przede wszystkim ma chronić – precyzuje Adam Skowroński. – Oczywiście niesie ze sobą też pewne korzyści regulacyjne. Dzięki niemu banki mają obecnie lepsze współczynniki kapitałowe. Ponadto pewne normy płynnościowe są liczone w sposób zagregowany, czyli dla całego systemu łącznie.

Uczestnictwo w IPS-SGB zapewnia posiadanie na odpowiednim poziomie wymogu płynności (tzw. wskaźnika LCR), który utrzymywany jest na poziomie zagregowanym dla wszystkich uczestników. Teraz poszczególne banki – zgodnie z decyzją KNF – będą zwolnione z indywidualnego spełniania tego wymogu.

– Zezwolenie KNF ma umożliwić efektywniejsze zarządzanie płynnością w ramach Systemu Ochrony SGB przy zachowaniu niezbędnego poziomu bezpieczeństwa – napisano w komunikacje Komisji.

Wymiar realny mechanizmu polega na zabezpieczeniu odpowiedniej kwoty aktywów płynnych, które mogą być uruchomione w sytuacji skrajnej skutkującej na przykład utratą znacznej liczby środków.

Fundusz Pomocowy, na który składają się wszyscy uczestnicy IPS-SGB, stanowi natomiast źródło kapitału koniecznego do udzielania pomocy.

– Mechanizmy systemu rzeczywiście i realnie zaczynają działać chociażby poprzez to, że został ujednolicony audyt i wszystkie uczestniczące w nim banki są audytowane przez jednostkę zarządzającą według tej samej metody i w jednolity sposób wyciągamy z tych audytów wnioski – wyjaśnia Adam Skowroński. –  Widzimy, już że ryzyko systemu jest mniejsze.

IPS-SGB stale monitoruje swoich uczestników. W ramach audytu kontrolowane są ryzyka poszczególnych banków systemu, tak aby odpowiednio wcześnie zidentyfikować ewentualne zagrożenia (uczestników obowiązują takie same zasady zarządzania ryzykiem). W zależności od skali problemów do dyspozycji jest kilka poziomów działań prewencyjnych. Na każdym etapie IPS-SGB służy pomocą merytoryczną i doradztwem, współpracując z bankiem w opracowaniu najbezpieczniejszych rozwiązań.

 Wzrost bezpieczeństwa powinien się przełożyć na lepsze postrzeganie sektora bankowości spółdzielczej, ponieważ ma on system, jakiego nie mają inne instytucje finansowe – zapewnia Adam Skowroński. – Prócz mechanizmów, które były i są nadal, czyli gwarancji depozytów przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny, mamy dodatkowy mechanizm, który sprawia, że korzystanie ze środków pomocowych BFG może w ogóle nie być konieczne, ponieważ system ochrony zapewnia uczestnikom płynność i wypłacalność. Zatem każdy uczestnik systemu ma podwójną ochronę w stosunku do innych banków.

Anomalie pogodowe utrapieniem rolników. Resort rolnictwa wprowadza zmiany umożliwiające przekazanie pomocy większej liczbie gospodarstw

Anomalie pogodowe utrapieniem rolników. Resort rolnictwa wprowadza zmiany umożliwiające przekazanie pomocy większej liczbie gospodarstw 4
Według puławskiego Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa nie ma w kraju zagrożenia suszą rolniczą. Niektóre gminy wciąż odczuwają jednak skutki suchego maja i czerwca. Tam plony mogą być nawet o 20 proc. niższe niż średnia z poprzednich lat. W tym roku skutki suszy są mniej odczuwalne w przeciwieństwie do skutków innych anomalii pogodowych, jak ulewne deszcze, huragany i gradobicia –  ocenia wiceminister rolnictwa. Dzięki zmianie przepisów wsparcie ma otrzymać szersza grupa poszkodowanych rolników.

– Obecnie, zgodnie z raportowaniem z Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa z Puław, nie ma zagrożenia suszą na obszarze naszego kraju. Klimatyczny bilans wodny (KBW) został wyrównany. W tym najbardziej wzrostowym dla roślin okresie, czyli w maju i czerwcu, takie skutki suszy były niestety odczuwalne, zwłaszcza na Kujawach, na Nizinie Mazowieckiej, w Małopolsce, części województwa świętokrzyskiego i lubelskiego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Romanowski, wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi.

Do połowy czerwca susza wystąpiła w 19 proc. gmin (472) na terenie 10 województw. IUNG szacuje, że na obszarach tych gmin plony będą niższe o 20 proc. w stosunku do plonów uzyskanych przy średnich wieloletnich warunkach pogodowych. Susza dotknęła zbóż ozimych i jarych, krzewów owocowych i truskawek.

– Coraz bardziej odczuwalne są inne anomalie pogodowe, jak gradobicia, ulewne deszcze i silne wiatry. W ramach powołanego przez ministra Krzysztofa Jurgiela zespołu, który zajmuje się problemem suszy, na bieżąco monitorujemy pod tym kątem sytuację na terenie kraju – podkreśla wiceminister. – Wojewodowie na wnioski samorządów lokalnych, czyli wójtów, burmistrzów powołują komisje doraźne do oceny skutków tego typu anomalii pogodowych.

Łącznie do szacowania strat w rolnictwie wojewodowie powołali 1 tys. komisji. Z danych 216 komisji, które zakończyły prace, wynika, że straty sięgnęły 152 mln zł. Najwięcej strat odnotowano w województwie małopolskim – 45,8 mln zł, wielkopolskim – 34 mln zł. W województwie lubelskim, gdzie w efekcie gradobicia w części powiatów zniszczeniu uległa całość upraw, m.in. chmielu i owoców, straty oszacowano na blisko 25 mln zł. Rolnicy i producenci rolni mogą liczyć na wsparcie z rezerwy budżetowej.

– Kwota jest wyraźnie określona, wszystko zależy od protokołów z prac komisji. Wtedy będziemy wiedzieli, do jakiej grupy rolników musimy dotrzeć i będziemy mogli podzielić środki. Obecnie nie jestem jednak w stanie ocenić, czy to będzie kwota od hektara czy uprawy – mówi Romanowski.

Dotychczas przy stratach w uprawie, które przekraczały 70 proc., rolnikom przysługiwało odszkodowanie według stawki ustalonej na 1 ha, a łączna pomoc dla gospodarstwa nie mogła przekroczyć 15 tys. euro. Straty powyżej 30 proc. podlegały natomiast pomocy de minimis. W tym roku w rozporządzeniu wprowadzono zmianę przepisów tak, aby wymóg 70 proc. nie dotyczył całości gospodarstwa, ale konkretnej uprawy. Odszkodowania mają być wypłacone jeszcze w tym roku, aby rolnicy mogli jeszcze uzyskać dochód.

– W wielu przypadkach przy hodowli zwierzęcej rolnicy zostali wyłączeni z pomocy ze względu na to, że nie mogli sobie pozwolić na zmniejszenie produkcji zwierzęcej mimo negatywnych skutków pogodowych. Zmiana rozporządzeń już jest procedowana tak, żeby ta pomoc dotarła do jak najszerszej grupy rolników podkreśla Rafał Romanowski.

Dla rolników są też dostępne inne formy wsparcia, m.in. kredyty preferencyjny na wznowienie produkcji rolnej (o oprocentowaniu ok. 2 proc.), ulgi i umorzenia rozłożeń na raty udzielane przez KRUS i ANR. Dodatkowo samorządy mogą udzielić pomocy w ramach podatku rolnego. Od 2017 roku mają też zostać wprowadzone większe dopłaty do ubezpieczeń.

Anomalia pogodowe utrapieniem rolników. Resort rolnictwa wprowadza zmiany umożliwiające przekazanie pomocy większej liczbie gospodarstw

Anomalia pogodowe utrapieniem rolników. Resort rolnictwa wprowadza zmiany umożliwiające przekazanie pomocy większej liczbie gospodarstw 5

Według puławskiego Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa nie ma w kraju zagrożenia suszą rolniczą. Niektóre gminy wciąż odczuwają jednak skutki suchego maja i czerwca. Tam plony mogą być nawet o 20 proc. niższe niż średnia z poprzednich lat. W tym roku skutki suszy są mniej odczuwalne w przeciwieństwie do skutków innych anomalii pogodowych, jak ulewne deszcze, huragany i gradobicia –  ocenia wiceminister rolnictwa. Dzięki zmianie przepisów wsparcie ma otrzymać szersza grupa poszkodowanych rolników.

– Obecnie, zgodnie z raportowaniem z Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa z Puław, nie ma zagrożenia suszą na obszarze naszego kraju. Klimatyczny bilans wodny (KBW) został wyrównany. W tym najbardziej wzrostowym dla roślin okresie, czyli w maju i czerwcu, takie skutki suszy były niestety odczuwalne, zwłaszcza na Kujawach, na Nizinie Mazowieckiej, w Małopolsce, części województwa świętokrzyskiego i lubelskiego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Romanowski, wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi.

Do połowy czerwca susza wystąpiła w 19 proc. gmin (472) na terenie 10 województw. IUNG szacuje, że na obszarach tych gmin plony będą niższe o 20 proc. w stosunku do plonów uzyskanych przy średnich wieloletnich warunkach pogodowych. Susza dotknęła zbóż ozimych i jarych, krzewów owocowych i truskawek.

– Coraz bardziej odczuwalne są inne anomalie pogodowe, jak gradobicia, ulewne deszcze i silne wiatry. W ramach powołanego przez ministra Krzysztofa Jurgiela zespołu, który zajmuje się problemem suszy, na bieżąco monitorujemy pod tym kątem sytuację na terenie kraju – podkreśla wiceminister. – Wojewodowie na wnioski samorządów lokalnych, czyli wójtów, burmistrzów powołują komisje doraźne do oceny skutków tego typu anomalii pogodowych.

Łącznie do szacowania strat w rolnictwie wojewodowie powołali 1 tys. komisji. Z danych 216 komisji, które zakończyły prace, wynika, że straty sięgnęły 152 mln zł. Najwięcej strat odnotowano w województwie małopolskim – 45,8 mln zł, wielkopolskim – 34 mln zł. W województwie lubelskim, gdzie w efekcie gradobicia w części powiatów zniszczeniu uległa całość upraw, m.in. chmielu i owoców, straty oszacowano na blisko 25 mln zł. Rolnicy i producenci rolni mogą liczyć na wsparcie z rezerwy budżetowej.

– Kwota jest wyraźnie określona, wszystko zależy od protokołów z prac komisji. Wtedy będziemy wiedzieli, do jakiej grupy rolników musimy dotrzeć i będziemy mogli podzielić środki. Obecnie nie jestem jednak w stanie ocenić, czy to będzie kwota od hektara czy uprawy – mówi Romanowski.

Dotychczas przy stratach w uprawie, które przekraczały 70 proc., rolnikom przysługiwało odszkodowanie według stawki ustalonej na 1 ha, a łączna pomoc dla gospodarstwa nie mogła przekroczyć 15 tys. euro. Straty powyżej 30 proc. podlegały natomiast pomocy de minimis. W tym roku w rozporządzeniu wprowadzono zmianę przepisów tak, aby wymóg 70 proc. nie dotyczył całości gospodarstwa, ale konkretnej uprawy. Odszkodowania mają być wypłacone jeszcze w tym roku, aby rolnicy mogli jeszcze uzyskać dochód.

– W wielu przypadkach przy hodowli zwierzęcej rolnicy zostali wyłączeni z pomocy ze względu na to, że nie mogli sobie pozwolić na zmniejszenie produkcji zwierzęcej mimo negatywnych skutków pogodowych. Zmiana rozporządzeń już jest procedowana tak, żeby ta pomoc dotarła do jak najszerszej grupy rolników podkreśla Rafał Romanowski.

Dla rolników są też dostępne inne formy wsparcia, m.in. kredyty preferencyjny na wznowienie produkcji rolnej (o oprocentowaniu ok. 2 proc.), ulgi i umorzenia rozłożeń na raty udzielane przez KRUS i ANR. Dodatkowo samorządy mogą udzielić pomocy w ramach podatku rolnego. Od 2017 roku mają też zostać wprowadzone większe dopłaty do ubezpieczeń.

Koncesja na benzyny lakowe może grozić upadkiem mniejszych producentów rozpuszczalników

Koncesja na benzyny lakowe może grozić upadkiem mniejszych producentów rozpuszczalników 6
Producenci rozpuszczalników alarmują, że proponowane objęcie opłatami koncesyjnymi benzyn lakowych doprowadzi ten drobny w skali całej branży paliwowej segment do ogromnych strat. Przewidują one spadek sprzedaży o 30–60 proc., co może prowadzić do upadku mniejszych firm. To z kolei otworzy drogę do monopolu i wzrostu cen.

– Mamy nowelizację ustawy i czekamy na rozporządzenie. Już widzimy, że zmieniły się definicje związane z paliwami. Niestety, najprawdopodobniej w rozporządzeniu znajdzie się również obszar związany z benzynami lakowymi, które są używane do produkcji rozpuszczalników w przemyśle farbiarskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Janusz Naglik, dyrektor zarządzający Polskiego Związku Producentów Farb i Klejów (PZPFiK). – Wcześniejsza definicja mówiła o paliwach, które były używane do spalania. W tej chwili ta definicja została rozszerzona.

Ministerstwo Energii przygotowuje rozporządzenie do ustawy Prawo energetyczne, która w intencji resortu ma uregulować rynek paliw. Nowela obejmie benzyny lakowe i przemysłowe oraz inne nafty wykorzystywane w przemyśle farbiarskim i klejowym. Branża alarmuje, że w efekcie powyższe kategorie produktów zostaną objęte koncesją, choć produkty z nich tworzone nie są przeznaczone do celów napędowych czy opałowych. Produkty farbiarskie na bazie rozpuszczalników, a także same rozpuszczalniki stosowane są zarówno do czyszczenia instalacji produkcyjnych, jak i w użytku domowym. Branża stanowi promil sprzedaży w obrocie szeroko rozumianego rynku paliw.

– To będzie oznaczało, że mali producenci rozpuszczalników, których na polskim rynku jest najwięcej, zostaną poddani tym samym rygorom, co duzi gracze na rynku paliwowym, czyli np. koncesji, która wymaga zabezpieczenia 10 mln zł – dodaje Naglik. – Będzie oznaczało to spadki sprzedaży tych firm o 30–60 proc. U niektórych prawdopodobnie będzie to oznaczało koniec działalności. 

Firmy, które produkują albo konfekcjonują rozpuszczalnik, a następnie dostarczają do dużych producentów farb, generują obroty na poziomie do kilkunastu milionów złotych rocznie. Potencjalna zmiana prawa może zagrozić dotychczasowej działalności około 40 takim podmiotom, a szacowane straty z tytułu zakładanego spadku obrotów wynoszą nawet 50 mln złotych i setki miejsc pracy.

Będziemy mieli jeszcze jeden skutek zauważalny przez wszystkich, w tym przez większych producentów oraz konsumentów. Mianowicie rynek zostanie zmonopolizowany – ostrzega szef związku. – Zamiast 40 mniejszych podmiotów będziemy mieli jednego czy dwóch dużych graczy, którzy spełnią te warunki, ale finalnie będą dyktować warunki rynkowe. Będą mieli też wyższe koszty, więc podwyższą ceny. W naszej opinii efekt tych przepisów ustawy kłóci się z intencją ustawodawcy.

Naglik dodaje, że nowe zapisy mogą także zahamować eksport.

– Koncesja, którą trzeba zapłacić w przypadku produkcji i dystrybucji, musi być podwojona w przypadku eksportu. To oznacza najprawdopodobniej, że wszyscy, którzy produkowali i eksportowali, przestaną to robić. Suma summarum stracimy jako gospodarka, bo będziemy mniej eksportować. Spodziewamy się, że to rozporządzenie już wejdzie w życie lada chwila, nawet już we wrześniu, a więc prawdopodobnie w przyszłym roku zobaczymy jego skutki – podsumowuje Naglik.

Aby uniknąć drastycznych skutków zmiany legislacji, związek złożył pismo do ministra energii o wpisanie do rozporządzenia zapisów o wykluczeniu z obowiązku koncesyjnego benzyn i rozpuszczalników stosowanych w przemyśle farbiarskim, klejowym i lakierniczym.

Chmurowa rewolucja zmienia rynek pracy. Zyskają nie tylko specjaliści IT

Chmurowa rewolucja zmienia rynek pracy. Zyskają nie tylko specjaliści IT 7
Cloud computing, czyli rozwiązania chmury obliczeniowej, szturmem zdobywają kolejne dziedziny biznesu. Obawy, że zagrozi to miejscom pracy są bezpodstawne – podkreślają przedstawiciele spółki ATM. Chmurowa rewolucja oznacza bowiem nowe miejsca pracy i ogólny wzrost zatrudnienia oraz efektywności pracowników.

– Chmura obliczeniowa to obszar, który zasadniczo wpływa na rynek pracy. To nie znaczy jednak, że należy się spodziewać redukcji zatrudnienia w firmach i instytucjach, wręcz przeciwnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Zaklika, wiceprezes zarządu firmy ATM SA, operatora marki Atman. – Wzrośnie zapotrzebowanie zarówno na pracowników, którzy są bezpośrednio związani z tworzeniem chmury, jak i pracowników obsługujących systemy chmurowe.

Najbardziej korzystają na tym specjaliści IT. W międzynarodowym serwisie Indeed pula ofert pracy dla inżynierów chmury obliczeniowej przekracza nawet 29 tys., przewyższając np. liczbę wakatów dla doradców finansowych czy specjalistów HR. Na serwisach publikujących oferty pracy w Polsce fraza „cloud computing” prowadzi do zdecydowanie większej liczby wyników niż w przypadku inżyniera aplikacji czy specjalisty CRM, nie mówiąc o tradycyjnych zawodach.

– Duże korporacje zaczynają skłaniać się ku rozwiązaniom chmurowym. Szybko adaptują technologie cloudowe przede wszystkim firmy, których działalność silnie związana jest nowymi technologiami. Przykładem mogą być banki, które łączą chmurę z big data – wymienia Zaklika. – Również segment e-administracji zaczyna się powoli rozwijać w tym kierunku. Podobnie przemysł i produkcja, gdzie środowiska chmurowe stosuje się coraz częściej.

Firma badawcza IDC stwierdza jednoznacznie, że dzięki wdrażaniu rozwiązań chmurowych na przestrzeni ostatnich kilku lat przedsiębiorstwa co roku zdecydowanie zwiększały swoje przychody. Z kolei większe budżety pozwalały na inwestycje i systematyczny wzrost zatrudnienia. Według danych rynkowych w ubiegłym roku na świecie w związku z chmurową rewolucją przybyło 7,5 mln miejsc pracy w sektorze małych i średnich firm (MŚP), a w korporacjach zatrudniających powyżej 500 pracowników nawet 6,3 mln.

– Dzięki chmurze będzie rósł popyt nie tylko na zawody związane z jej tworzeniem i utrzymaniem, lecz także na profesje związane z rozwojem sprzedaży rozwiązań cloudowych – ocenia wiceprezes ATM. – To dotyczy też Atmana, który będzie silnie ukierunkowany na sprzedaż, w związku z czym będzie potrzebował nowych handlowców.

Według Gartnera globalne wydatki związane z migracją firm do chmury wyniosą 216 mld dolarów do 2020 r. Z kolei z danych Komisji Europejskiej wynika, że wykorzystując w pełni możliwości chmury obliczeniowej, można stworzyć 2,5 mln nowych miejsc pracy w Europie i zwiększyć PKB Unii o 1 proc. rocznie do 2020 roku.

– Rynek chmurowy rozwija się szybko, cały czas potrzeba więc nowych pracowników. Rolą państwa jest to, by tworzyć w szkolnictwie kierunki, na których będą się kształcić inżynierowie – specjaliści od chmury. Ważne są również działania samych przedsiębiorców i przekwalifikowanie dotychczasowych pracowników – stwierdza Zaklika. – Dzięki temu będą oni w stanie zaspokajać bieżące potrzeby kadrowe, mimo że kształcenie wymaga trochę czasu. Przewidujemy, że za 2–3 lata liczba specjalistów w obszarze chmury obliczeniowej będzie już odpowiednia.

W związku z rozwojem chmury ATM prognozuje wzrost zatrudnienia również w innych segmentach rynku, co potwierdzają już napływające globalne dane. W ostatnich latach chmura umożliwiła stworzenie 2,5 mln nowych miejsc pracy w sektorze mediów i komunikacji. Blisko 1,5 mln osób zostało zatrudnionych w bankowości, a 1,3 mln w produkcji. Cyfryzacja stworzyła ponad 700 tys. miejsc pracy w edukacji, handlu (ponad 600 tys.), administracji (ponad 0,5 mln) czy służbie zdrowia (ponad 350 tys.).

 Te trendy będą zyskiwać na znaczeniu, gdy firmy przesuną budżety do tej pory przeznaczane na utrzymanie własnych zasobów informatycznych, na wynagrodzenia dla nowych pracowników, którzy będą szerzej świadczyli usługi – stwierdza Zaklika. – Tym bardziej że atutem chmury jest również mobilność. Modna jest w tej chwili telepraca. Z rozwiązań chmurowych można korzystać na telefonach i tabletach, łączyć się z firmowym serwerem z dowolnego miejsca. Dzięki temu pracownicy stają się bardziej wydajni.

Sprzedaż Renault po siedmiu miesiącach wyższa o jedną czwartą. Wzrosty napędzają nowe modele

Sprzedaż Renault po siedmiu miesiącach wyższa o jedną czwartą. Wzrosty napędzają nowe modele 8
Ten rok może być kolejnym rekordowym dla samochodów Grupy Renault. W I półroczu sprzedaż marki Renault wzrosła o 27 proc. Dobrze sobie radzą tegoroczne nowości, a na najbliższe miesiące koncern zapowiedział kolejne. Dynamicznie rośnie także sprzedaż należącej do Renault marki Dacia (o 34 proc.). Ostatnio notowane wzrosty pozwoliły obu markom awansować w rankingu sprzedaży.

Wydaje się, że do końca roku utrzyma się kilkunastoprocentowy wzrost – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Janusz Chodyła, attaché prasowy Renault Polska. – Pierwsze siedem miesięcy sprzedaży Renault i Dacia na rynku polskim było znakomite. Rynek urósł o 17 proc., podczas gdy sprzedaż Renault wzrosła o prawie 1/4, a Dacii – o ponad 1/3.

Ubiegły rok był historyczny pod względem sprzedaży dla Grupy Renault, kiedy zarejestrowano  blisko 41,5 tys. nowych samochodów. Ten rok może być jeszcze lepszy, na co wskazują wyniki I półrocza. Raport Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wskazuje, że zarejestrowano ponad 210 tys. nowych samochodów, z czego 20 tys. pojazdów Grupy Renault (11,3 tys. samochodów Renault i 9,1 tys. Dacii). W rankingu sprzedaży Renault awansowało z 7. na 6. miejsce, a Dacia z 11. na 8.

Najlepiej sprzedaje się Renault Clio, odnotowaliśmy 42 proc. wzrost. Bardzo dobre wyniki notuje także Renault Captur – 33-proc. wzrost. Znakomicie radzą sobie niedawno wprowadzone modele – Renault Kadjar i nowe Renault Mégane z 70 proc. wzrostem w stosunku do poprzedniego modelu w 2015 roku.  Bardzo dobry start miał Renault Talisman, którego 850 sztuk już dostarczyliśmy klientom na polskim rynku – wymienia Chodyła.

W czerwcu najlepiej sprzedającym się samochodem dostawczym był Renault Master. Ze statystyk PZPM wynika, że sprzedaż sięgnęła 700 aut, co oznacza ponad 58 proc. wzrost względem czerwca 2015 roku. W skali całego półrocza ze sprzedażą 3,5 tys. (wzrost o 34 proc.) Renault Master jest wiceliderem segmentu samochodów dostawczych.

Warto wspomnieć o Dacii Duster, która ma ugruntowaną pozycję od 6 lat na rynku. Po pierwszych 7 miesiącach zajmuje pierwsze miejsce w segmencie SUV w sprzedaży klientom indywidualnym – zaznacza attaché prasowy Renault Polska.

Jak podkreśla Chodyła, grupa stawia przede wszystkim na małe samochody, jak Renault Clio, Renault Mégane, które generują blisko połowę sprzedaży. Klienci coraz częściej kupują też małe i średnie SUVy oraz crossovery. W ubiegłym roku ich sprzedaż wzrosła o 13 proc.

Dla tych klientów mamy Renault Captur i Kadjar. Warto wspomnieć o nowym crossoverze Renault Espace, za kilka miesięcy do sprzedaży trafi Renault Koleos – zaznacza Chodyła.

W tym roku w salonach pojawią się też nowe modele znanych już samochodów. Ruszyły już zamówienia na nowe Renault Clio i czwarty już model Renault Mégane w wersji Grandtour.

W listopadzie do sprzedaży trafi nowy Scenic w wersji krótkiej i większej wersji Grand oraz Renault Mégane Grand Coupe. To nowy samochód z rodziny Mégane w wersji sedan dla osób, które chcą się wyróżnić – zapowiada attaché prasowy Renault Polska.

Jak zaznacza, klienci coraz częściej sięgają po nowe technologie, które ułatwiają kierowanie pojazdem i zwiększają bezpieczeństwo. Grupa Renault oferuje m.in. system Multi-Sense w samochodach Renault Mégane, Espace i Talisman, który koordynuje działanie pokładowych technologii, a dzięki możliwości wyboru szybkości silnika czy skrzyni biegów, samochód można dopasować do własnych potrzeb.

Renault wprowadziło też system 4Control, czyli system czterech kół skrętnych. Przy małych prędkościach tylne koła wychylają się przeciwnie do przednich, dzięki czemu samochód jest zwinny i łatwiej zaparkować go w mieście. Przy większych prędkościach koła wychylają się w tym samym kierunku, łatwiej można więc pokonywać zakręty i pojazd jest bardziej stabilny – tłumaczy Janusz Chodyła.

Krajowy rynek nieruchomości zagrożonych może być wart dziesiątki miliardów złotych

Krajowy rynek nieruchomości zagrożonych może być wart dziesiątki miliardów złotych 9

Najgłośniejszym i najpowszechniej znanym przykładem nieruchomości zagrożonych są domy i mieszkania kupione z udziałem tzw. kredytów frankowych. Według Europejskiego Banku Centralnego Polska po Austrii zajmuje drugie miejsce na Starym Kontynencie pod względem łącznej kwoty zadłużenia w tej walucie (na początku ubiegłego roku wynosiła ona około 34 mld euro). Obecnie w wyniku drastycznego spadku wartości franka nieruchomości, które były zabezpieczeniem takich pożyczek, są nieraz dużo mniej warte niż kredyt.

Polski rynek zagrożonych nieruchomości komercyjnych jest również duży i potrzebuje usług, aby pomóc ich właścicielom wyjść z problemów – mówi Maja Biesiekierska z firmy Prelios Real Estate Advisory, która zajmowała się portfelami kredytów zagrożonych dla Lehman Brothers. Zdaniem ekspertki banki nie są zainteresowane wyprowadzaniem nieruchomości z trudności. Odbiorcami usługi mogą być natomiast dłużnicy.

W Polsce wbrew pozorom jest bardzo wiele nieruchomości zagrożonych – dużo sprzedawanych jest za połowę swojej ceny, a czasem w obecnym kształcie w ogóle nie znajdują amatorów. Mimo że nieruchomości zagrożonych jest bardzo dużo, to nie ma jeszcze usługi szeroko dostępnej, która pomogłaby właścicielom takich nieruchomości wyjść z tarapatów. My tę lukę chcemy zapełnić. Należy jednak się do nas zgłosić z problemem na takim etapie, na którym jeszcze można wymyślić jakieś remedium – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maja Biesiekierska, szefowa doradztwa i zarządzania aktywami w spółce Prelios Real Estate Advisory.

Nieruchomościami zagrożonymi są takie, które zabezpieczają kredyt i mocno straciły na wartości, na przykład w wyniki strat spowodowanych wzrostem ryzyk. Zalicza się do nich ryzyko kredytowe, ryzyko utraty płynności finansowej i zmiany sytuacji rynkowej. Tego typu nieruchomości w Polsce najczęściej przekazywane są w ręce komornika lub syndyka masy upadłościowej.

Ekspertka zaznacza, że sposobem na wyprowadzenie nieruchomości komercyjnej z trudności może być np. zmiana jego przeznaczenia. Budynek na peryferiach miasta niekoniecznie musi być dobrym miejscem na siedzibę banku, natomiast idealnym na tani hotel dla odwiedzających stolicę w celach turystycznych lub pracy.

– Jeśli biurowiec w prywatnych rękach stoi bardzo długo pusty, to albo trzeba zmienić sposób, w który wynajmuje się tę powierzchnię, albo zmienić grupę docelową i zrobić rekonfigurację nieruchomości, albo należy przestać próbować wynajmować na cele biurowe nieruchomość, której nikt w tym celu wynająć nie chce. Kredyty trzeba spłacać, więc nieruchomość musi zarabiać. Byliśmy świadkami sprzedaży bądź próby sprzedaży wielu portfeli nieruchomościowych. Często były to nieruchomości kupowane okazyjnie, ale ceny po jakich je sprzedawano, świadczyły o tym, że nie były one w najlepszej kondycji w chwili sprzedaży, albo że można było coś w nich poprawić zanim zostały sprzedane. Dlatego zachęcałabym, aby szukać pomocy profesjonalistów – twierdzi Biesiekierska. Dlatego Prelios Real Estate Advisory chce zapełnić tę lukę i zaproponować usługę zarządzania zagrożonymi nieruchomościami komercyjnymi, która nie jest jeszcze w Polsce szeroko dostępna.

Prelios Real Estate Advisory jest firmą doradczą wchodzącą w skład włoskiej Grupy Prelios powołaną do życia w celu świadczenia usług związanych z inwestowaniem w nieruchomości komercyjne oraz zarządzaniem portfelami nieruchomości na polskim rynku nieruchomości komercyjnych. Model biznesowy firmy zakłada doradztwo na każdym etapie projektu inwestycyjnego: od analizy rynku, identyfikacji projektów, audytu (due diligence), poprzez obsługę transakcji zakupu i kompleksowe zarządzanie nieruchomością po jej zakupie, aż do jej sprzedaży. Spółka specjalizuje się w zarządzaniu aktywami wysokiego ryzyka lub będącymi w złej sytuacji finansowej.

Nie ma rozwoju, ale jest wielki plan wicepremiera

W planie gospodarczego rozwoju przygotowanym przez wicepremiera M.Morawieckiego pojawiają się coraz większe kwoty, ale realia są takie, że inwestycje przedsiębiorstw słabną.

– Z danych przygotowanych przez GUS wynika, że tempo inwestycji osłabło, a bez inwestycji przedsiębiorstw nie będzie rozwoju polskiej gospodarki – mówi w rozmowie z Market News24 Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Najsilniejszy konsument decyduje o cenach

Ceny ropy naftowej i metali przemysłowych rosną z poziomu bardzo niskiego, jaki notowano na początku roku. Producenci ropy z łupków powrócili na rynek, bo ceny stały się dla nich atrakcyjne.

Trudno jednak mówić o jakimś twardym dnie cenowym, od którego nastąpiło trwałe odbicie.
Chiny są największym konsumentem, od stanu gospodarki tego kraju zależy najwięcej, a sytuacja nie jest stabilna. W rozmowie z MarketNews24 mówi o tym dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Czekamy na protokół

Czekamy na protokół 10

O godzinie 20:00 zostanie opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia Rezerwy Federalnej. Jest to wydarzenie, które w znacznej mierze wpływało i wpływać będzie wpływać zarówno na rynek walutowy, akcji jak i obligacji.

Ostatnie publikacje danych makroekonomicznych z amerykańskiej gospodarki nie wskazywały na duże prawdopodobieństwo zaostrzenia polityki monetarnej w najbliższym czasie. Aczkolwiek po wczorajszym wywiadzie Williama Dudley’a, szefa nowojorskiego FED-u w FoX Business rynek przestał być tego pewien. Pomimo słabych danych o inflacji oraz PKB za II kwartał 2016 roku szef nowojorskiego FED-u wypowiedział się, że podwyżka stóp procentowych we wrześniu tego roku jest możliwa. William Dudley uważany jest za jednego z większych gołębi w Rezerwie Federalnej, dlatego też powyższy komentarz z jego ust wstrząsną rynkiem walutowym.

Wszystko to przełożyło na bardzo szybkie odreagowanie wczorajszych spadków na dolar indeksie. Pomimo tego analiza techniczna w dalszym ciągu wskazuje na kierunek południowy. Aktualnym celem sprzedających może być kolejna strefa popytu 93.00-93.50.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych na wrześniowym posiedzeniu

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych na wrześniowym posiedzeniu 11

Źródło: Bloomberg

Dzięki wczorajszej wypowiedzi Dydley’a prawdopodobieństwo zacieśniania polityki monetarnej w 2016 roku wzrosło z 45% do 52%. Jeżeli dzisiejszy komunikat okazałby się bardzo jastrzębi, to będziemy świadkami bardzo dużej zmienności na rynku kapitałowym. Jednakże prognozy oraz wypowiedzi członków Rezerwy Federalnej w ostatnim czasie mijają się z prawdą. Jeszcze na początku stycznia tego roku FED zakładał 4 podwyżki stóp procentowych, w marcu już tylko dwie. Patrząc na ostatnie poczynania władz monetarnych możemy spodziewać się, że koszt pieniądza z większym prawdopodobieństwem zostanie podniesiony w grudniu niż na wrześniowym posiedzeniu.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych