XTB: złoty powinien się jeszcze umacniać

CEO Magazyn Polska
Nowa propozycja Kancelarii Prezydenta dotycząca kredytów frankowych uspokoiła rynki finansowe. Złoty, który już w lipcu miał tendencję zwyżkową, w sierpniu umocnił się o ponad 10 gr. Zdaniem Michała Stajniaka, analityka X-Trade Brokers, polska waluta ma jeszcze przed sobą potencjał do dalszych wzrostów.

– Złoty jest jeszcze teraz dosyć silny. To wynik przede wszystkim przedstawienia planu frankowego, który wydaje się dosyć pozytywny. Tak naprawdę jest w tym momencie najlepszym rozwiązaniem – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Stajniak, analityk rynków finansowych X-Trade Brokers Domu Maklerskiego. – Spowodował on, że nie będziemy mieli raczej do czynienia z obniżką ratingu ze strony różnych agencji, wobec czego złoty się umocnił. W tym momencie jest bardzo silny.

Według nowego projektu ustawy frankowej koszt, jaki poniosłyby banki w związku ze zwrotem nadmiernych spreadów, wyniósłby ok. 4 mld zł. To wielokrotnie mniej niż zakładała pierwotna propozycja, której koszt oszacowany został na minimum 45 mld zł. Tymczasem w indeksie WIG20 banków jest pięć, a ich udział w portfelu sięga 37,6 proc. Stąd widmo przewalutowania kredytów ciążyło zarówno polskiej giełdzie, jak i walucie wbrew fundamentom makroekonomicznym.

– Patrząc na same dane gospodarcze, wydaje się, że złoty powinien być jeszcze mocniejszy. Wskaźniki sprzedaży czy zatrudnienia pokazują, że polskie gospodarstwa domowe mają się zdecydowanie lepiej, coraz większe są ich realne dochody – mówi Stajniak. – Biorąc jeszcze pod uwagę inflację, która jest w tym momencie ujemna, więc w ujęciu realnym naprawdę jest całkiem nieźle. Mimo że indeks PMI zaliczył ostatnio wyraźny spadek, jest to jednak wynik lekkiego zastoju na rynku konstrukcyjnym, dlatego wydaje się, że to jest wyłącznie jednorazowy czynnik. Natomiast od strony popytowej mamy całkiem niezłe dane.

Jak podało MRPiPS, w lipcu bezrobocie spadło do 8,6 proc., co według resortu jest poziomem najniższym od 1991 r., a na pewno najniższym w obecnym stuleciu. Zatrudnionych w przedsiębiorstwach jest już ponad 5,75 mln osób, zaś średnie wynagrodzenie w tym sektorze, które po raz pierwszy barierę 4 tys. zł brutto pokonało w grudniu 2011 r., nie spada poniżej jej od marca ub.r. Do tego dochodzi program „Rodzina 500 plus” oraz wzrost siły nabywczej z powodu spadających już od ponad dwóch lat cen.

Perspektywy umocnienia złotego mogą jednak martwić eksporterów, którzy za swe towary wyprodukowane za złote dostaną zapłatę w słabszym euro czy dolarze.

– Umocnienie złotego jest lepsze zarówno dla importerów, jak i eksporterów, dlatego że silniejsza polska waluta pokazuje silniejszą polską gospodarkę. To dobry znak dla naszych partnerów handlowych z zagranicy – przekonuje analityk XTB. – Patrząc z perspektywy kilku lat, złoty wydaje się jeszcze słaby wobec innych walut, więc nie zmienia to długoterminowej perspektywy i długoterminowych umów handlowych. Dlatego sytuacja, kiedy złoty się umacnia, to nie jest zła informacja dla eksporterów.

Bezpośrednio zyskują importerzy, co jednak może się przełożyć na niższe ceny sprowadzanych towarów i może spowalniać powrót do inflacji. W pierwszym półroczu tego roku więcej towarów sprzedaliśmy za granicę, niż importowaliśmy. Od stycznia do czerwca polscy przedsiębiorcy sprzedali do innych krajów towary za blisko 393 mld zł. Wartość importu w tym czasie przekroczyła 374 680 mln zł. Natomiast dobre podstawy gospodarcze w połączeniu z wciąż niskimi cenami powodują, że przez dłuższy czas stopy procentowe nie powinny ulec zmianie.

– Mówiło się, że stopa procentowa mogłaby być obniżona w najbliższym czasie, jednak widać po danych gospodarczych, że nie ma w tym momencie sensu obniżanie stóp procentowych, byłoby to oczywiście złe dla polskiego sektora bankowego – mówi Michał Stajniak. – Jeśli nie mielibyśmy do czynienia z czynnikami ryzyka, czyli m.in. brexitem, sytuacją w Chinach czy np. spowolnieniem gospodarczym w strefie euro, to powinniśmy podwyższać stopy procentowe, jednak inflacja w tym momencie na to nie pozwala. Wydaje się więc, że utrzymanie stóp procentowych na obecnym poziomie będzie wspierać polską walutę.

Sfinks zapowiada otwarcia kolejnych restauracji. Największym problemem sieci jest brak pracowników

CEO Magazyn Polska

Trzy nowe restauracje Chłopskie Jadło i cztery nowe Sphinxy to plan rozbudowy sieci restauracji na kolejne miesiące. Sprzedaż w obu tych formatach przez ostatnie miesiące rosła. Rozwój trzeciego formatu – Wook – zaplanowany jest na przyszły rok. Sfinks ma ambitne plany ekspansji mimo trudnej sytuacji na rynku pracy. Dziś największa bolączką restauratorów jest brak pracowników – podkreśla prezes spółki.

– Jest za mało ludzi do pracy i trudno pozyskiwać nowych pracowników. Z tego powodu pojawia się presja płacowa, ale nie jest ona aż tak istotna w wielu miejscach w Polsce jak właśnie to, że nawet jeśli chce się płacić lepiej, to trudno znaleźć pracowników. To jest chyba dziś główna bolączka restauratorów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Mimo to spółka planuje systematycznie otwierać nowe restauracje. W I półroczu, obejmującym okres od 1 grudnia 2015 do 31 maja 2016, sieć powiększyła się o osiem lokali, w tym m.in. przejęty warszawski pub Bolek, nowe restauracje Sphinx w Katowicach, Sopocie, Łodzi czy Wrocławiu oraz Chłopskie Jadło w Olsztynie.

– W tym roku mamy plany uruchomić jeszcze trzy Chłopskie Jadła, czyli mamy oszałamiający wzrost sieci o 30 proc. – mówi Sławomir Cacek. Jeżeli chodzi o Sphinxy, to mamy zawarte już cztery umowy. Piąty Sphinx to będzie restauracja w Warszawie [w sąsiedztwie hotelu Marriott – red.], przerabiana ze zbyt dużego Wooka, co nie odpowiada tej koncepcji. Trwają kolejne negocjacje i myślę, że będzie więcej Sphinxów niż te umowy, które mamy zawarte.

Jak podkreśla, sprzedaż w restauracji Sphinx wzrosła w ostatnim półroczu o 8 proc., a w Chłopskim Jadle – o 9 proc. Sfinks Polska zarządza łącznie 113 restauracjami, w tym 98 to Sphinx, 11 – Chłopskie Jadło i trzy Wooki (dodatkowo pub Bolek).

– Wook zostawiamy sobie już na przyszły rok na przystawkę. Mamy co prawda dużo prac przewidzianych, cała koncepcja jest w miarę dopracowana. Jeżeli uda się nam znaleźć pod Wooka odpowiedni lokal, to Shanghai Express pewnie przetestuje jeszcze jedną placówkę, żeby być pewnym możliwości rozwoju sieciowego tego konceptu wyjaśnia Sylwester Cacek.

Przy wyborze nowych lokalizacji istotna jest relacja czynszu do spodziewanej sprzedaży. Nad innymi kosztami można bowiem zapanować operacyjnie, natomiast podpisanie umowy najmu lokalu jest zobowiązaniem na lata. Zły wybór pod tym względem miejsca usytuowania lokalu jest częstym powodem porażki w gastronomii. Kolejną kwestią jest takie dobranie lokalizacji, by restauracje wzajemnie nie odbierały sobie klientów.

– Nie ma recepty na to, jak przywiązać klientów, natomiast trzeba robić wszystko, żeby był zadowolony, chciał wracać, aby była atmosfera, odpowiedni klimat i jakość – wskazuje Sylwester Cacek.

W niektórych restauracjach, głównie sieci Chłopskie Jadło (ChJ), spółka testowała ostatnio usługę delivery, czyli sprzedaży przygotowywanego na miejscu jedzenia na wynos. Cacek podkreśla, że wyniki testów były zadowalające i nowy kanał sprzedaży niebawem zostanie szerzej wprowadzony do oferty.

– Wprowadzenie takiej usługi wymaga testów, bo dania dowożone muszą spełniać inne kryteria niż te sprzedawane na miejscu, nie cała karta nadaje się do transportu – wyjaśnia Sylwester Cacek. – Może się okazać, że posiłek smaczny w restauracji po przejechaniu piętnastu minut w szczelnie zamkniętym opakowaniu będzie zupełnie inny. Musieliśmy więc włożyć trochę pracy w kartę dowozu, żeby dostarczane dania zawsze były smaczne, ciepłe i na czas.

P. Szulec: uwagę rynków skupia obecnie sytuacja w Turcji, referendum we Włoszech oraz kampania wyborcza w USA

CEO Magazyn Polska

Referendum w Wielkiej Brytanii dotyczące wystąpienia tego kraju z Unii Europejskiej zostało już przyswojone przez rynki. Zdaniem Piotra Szuleca z Pioneer Pekao Investments obecnie uwagę inwestorów skupia sytuacja w Turcji, referendum we Włoszech oraz kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych. Wydarzenia takie trudno przed faktem wycenić, dlatego na parkietach króluje niepewność.

– Brexit to wydarzenie, które tak naprawdę negatywnie wpłynęło na zachowanie inwestorów tylko na chwilę. Obecnie rynek przyzwyczaił się już do niego – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Szulec, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej w Pioneer Pekao Investments. – Bardziej zajmuje ich dzisiaj to, co będzie się działo w najbliższych miesiącach.

Zdaniem Piotra Szuleca niepokojące są wydarzenia w Turcji, gdzie kilkanaście dni temu doszło do nieudanej próby wojskowego zamachu stanu. Obecnie trwają poszukiwania winnych oraz szeroka akcja represji politycznych. Prezydent tego kraju Recep Tayyip Erdoğan, dysponujący drugą co do wielkości armią w sojuszu NATO, zmierza ponadto do zacieśnienia stosunków z Rosją.

Inwestorzy obawiają się także zapowiedzianego na październik br. referendum we Włoszech, które ma dotyczyć ewentualnej reformy wyższej izby tamtejszego parlamentu, czyli senatu. Proponowane przez rząd zmiany sięgają bardzo daleko. Jeśli zostaną zaakceptowane, mają poprawić stabilność ustroju politycznego i pozwolić premierowi Matteo Renziemu przeforsować ustawy podnoszące konkurencyjność gospodarki. Według analizy Deutsche Banku, jeżeli reformy zostaną odrzucone, popchnie to Włochy w stronę recesji, masowego odpływu kapitału i wzrostu oprocentowania obligacji.

Zdaniem dyrektora Pioneer Pekao Investments rynek z niepokojem przygląda się również kampanii przedwyborczej w Stanach Zjednoczonych.

Zdarzeń, które mogą mieć jesienią podobny do brexitu, chociaż krótkotrwały, wpływ na rynki, będzie bardzo dużo – zauważa Piotr Szulec. – W tej chwili inwestorzy bardziej myślą o tym, co się wtedy wydarzy, niż miało już miejsce. Niestety, zjawiska takie są bardzo trudne do wyceny, a rynek najgorzej reaguje na niepewność. Tak naprawdę z punktu widzenia inwestorów nie ma większego znaczenia, czy rozstrzygnięcia będą pozytywne czy negatywne. Chodzi o to, że obecnie rynek w ogóle nie ma pojęcia, jak się one potoczą. Dopiero gdy pojawiają się konkretne decyzje, inwestorzy zaczną reagować pozytywnie.

Na początku sierpnia National Institute of Economic and Social Research, najstarsza analizująca stan gospodarki brytyjskiej instytucja, ogłosiła, że Produkt Krajowy Brutto Wielkiej Brytanii w wyniku brexitu może spaść z 2,2 w zeszłym roku do 1,7 proc. w bieżącym. Spowolnienie sygnalizują także niektóre wskaźniki wyprzedzające koniunktury tamtejszej gospodarki.

– Jest bardzo prawdopodobne, że znając te informacje w kontekście dalszych kroków związanych z brexitem, bank Anglii zdecyduje się na kolejne luzowanie polityki monetarnej, czyli redukcję poziomu stóp procentowych, żeby zapobiec czy zwiększać płynność funta na rynku – prognozuje Piotr Szulec.

W Polsce z każdą sekundą ubywa 105 pszczół. Ekolodzy zachęcają do stwarzania miejsc z pokarmem i schronieniem dla owadów

Katarzyna Dytrych

Eksperci Greenpeace wyceniają pracę pszczół w Polsce na ponad 4 miliardy złotych. Populacja tych owadów jest jednak coraz słabsza i masowo wymiera w wyniku chorób, niszczenia ich siedlisk i stosowania szkodliwych środków chemicznych w rolnictwie. Ekolodzy zachęcają więc, by stwarzać miejsca przyjazne pszczołom, przede wszystkim ogrody i balkony pełne kwitnących roślin.

W Polsce jest ponad 470 gatunków pszczół, z czego 222 znajduje się w czerwonej księdze gatunków zagrożonych. I choć pszczoły kojarzą się głównie z produkcją miodu, to fachowcy podkreślają, że od zapylania przez owady pszczołowate uzależniona jest produkcja 30 proc. żywności i 90 proc. owoców.

– Najwięcej wiemy o pszczole miodnej, jest ona jedynym w Polsce owadem hodowlanym, więc co roku badamy, ile tych pszczół przezimowało i jakie są spadki liczebności. Bardzo mało wiemy o dzikich zapylaczach, np. o trzmielach. Nie wiemy, czy ich populacje się zwiększają, czy zmniejszają. A dzikie pszczoły też mają ogromny wpływ na zapylanie, niejednokrotnie one są bardziej efektywne niż pszczoła miodna – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Dytrych, przyrodnik, ekspertka programu „Z Kujawskim pomagamy pszczołom”.

Pszczoły zaczynają pracę wczesną wiosną – zapylają kwitnące sady, łany rzepaku i większość roślin, które są surowcem do produkcji żywności. Bez udziału pszczół ich wiele gatunków nie mogłoby się rozwijać lub ich uprawy dawałyby niewielkie plony. Przyrodnicy wskazują, że w naszej szerokości geograficznej blisko 80 proc. gatunków roślin jest owadopylnych.

– Gdyby pszczół nie było, prawdopodobnie nie mielibyśmy co położyć na talerz. Musielibyśmy zwiększyć w naszej diecie wszelkiego rodzaju zboża, a taka dieta niekoniecznie byłaby dla nas zdrowa, bo jesteśmy jednak przyzwyczajeni do różnorodności pokarmów i wartości, które nam one dostarczają – mówi Katarzyna Dytrych.

Pszczelarze szacują, że w Polsce z każdą sekundą ubywa 105 pszczół. Owady masowo wymierają w wyniku zmian klimatycznych, niszczenia ich siedlisk, chorób i chemizacji rolnictwa. Szkodliwe dla nich jest stosowanie sztucznych nawozów, zwłaszcza w okresie kwitnienia roślin.

– Nie ma jednego głównego czynnika, który byłby odpowiedzialny za spadek liczebności pszczół. To jest szereg różnych czynników – mówi Katarzyna Dytrych.

Wszystkie pszczołowate żywią się nektarem i pyłkiem kwiatowym. To, co może zrobić każdy z nas, to przede wszystkim założyć miejsce przyjazne pszczołom. Eksperci radzą, by przystosować ogrody, balkony i działki tak, by zaspokoić podstawowe potrzeby tych owadów.

– Musimy zadbać o to, aby rośliny, które sadzimy w miejscu przyjaznym pszczołom, były przede wszystkim rodzime, ale też pyłko- i nektarodajne, aby pszczoły mogły się na nich pożywiać. Zbadano, że pszczołom brakuje miejsc schronienia, miejsc do gniazdowania, ale oprócz tego także pożywienia – tłumaczy Katarzyna Dytrych.

Dlatego w zakładanym przez nas miejscu przyjaznym pszczołom powinny znaleźć się rośliny, które kwitną przez cały sezon – zarówno wczesną wiosną, kiedy pszczoły najbardziej potrzebują pokarmu, jak i późną jesienią, kiedy coraz trudniej o pokarm, bo większość kwiatów już przekwitła.

– Warto, by ten zakątek, który zakładami, był półdziki, żeby pszczoły mogły sobie tam też założyć gniazdo – dodaje Katarzyna Dytrych.

Ustawa wiatrakowa = wyższe ceny prądu

Wyższe ceny prądu, zlikwidowanie wielu miejsc pracy oraz straty z powodu kary za niewypełnienie dyrektywy unijnej liczone w miliardach złotych – eksperci przewidują, że takie będą skutki wprowadzenia ustawy wiatrakowej. Polska na niekorzystnych regulacjach może stracić bardzo dużo.

Nowa ustawa wprowadza dwie główne zmiany. Po pierwsze określa mianem budowli całą instalację wiatrową, a nie – jak było do tej pory – wyłącznie fundamenty i wieżę. Oznacza to, że podatek gruntowy odprowadzany od elektrowni wzrośnie kilkukrotnie. Po drugie – reguluje kwestię odległości farm wiatrowych od siedzib ludzkich oraz miejsc cennych przyrodniczo. Dystans ten nie może być mniejszy niż dziesięciokrotność wysokości elektrowni wraz z turbiną. Poza tym inwestycje będą musiały powstawać na podstawie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. „Po wprowadzeniu zmian możemy spodziewać się wyhamowania rozwoju energetyki wiatrowej w Polsce. Będzie to miało poważne konsekwencje dla społeczeństwa” – mówi serwisowi infoWire.pl Maciej Musiał, prezes zarządu Pracowni Finansowej.

Według dyrektywy unijnej do 2020 r. 15% zużywanej energii musi pochodzić z odnawialnych źródeł energii (OZE). Niewypełnienie tego obowiązku może kosztować Polskę od 15 do 20 mld zł rocznie wskutek nałożonej kary. „50% całej energii z OZE pochodzi z elektrowni wiatrowych. Regulacje spowalniające rozwój energetyki wiatrowej utrudnią więc wypełnienie zalecenia dyrektywy, chyba że promowane będą inne źródła energii odnawialnej. Wówczas należy spodziewać się jednak wyższych cen energii. Za produkcję 1 MWh zapłacimy średnio 60 zł więcej” – stwierdza ekspert.

Co ważne, elektrownia wiatrowa zlokalizowana w danej gminie istotnie wspomaga ją finansowo dzięki odprowadzaniu podatku od nieruchomości, PIT-u i CIT-u. Niestety, „z powodu zablokowania realizacji wielu nowych inwestycji wiatrowych samorządy do 2020 r. stracą na podatku od nieruchomości 200 mln zł. Kolejne straty wynikną z mniejszych wpływów z podatków PIT i CIT. Według analizy finansowej TPA Horwath wyniosą ponad 33 mln zł” – zauważa rozmówca. Zatrzymanie rozwoju energetyki wiatrowej oznacza także nieutworzenie 13 tys. miejsc pracy planowanych do 2020 r. oraz ryzyko zwolnień nawet 1 100 osób z branży.

Jak zmienić niską zdolność kredytowa? To da się zmienić!

Jednym z podstawowych warunków uzyskania kredytu hipotecznego jest posiadanie zdolności kredytowej. Na jej wysokość składa się wiele czynników – od dochodów zaczynając, na kosztach utrzymania kończąc. Co zrobić jednak, gdy wyliczona zdolność kredytowa jest za niska? Czy można ją poprawić?

Do obliczania zdolności kredytowej brana jest pod uwagę wysokość naszych dochodów oraz posiadanych zobowiązań, zarówno w postaci zaciągniętych kredytów, jak i posiadanych limitów w koncie i na kartach kredytowych. Doradca kredytowy na podstawie powyższych informacji oraz źródła uzyskiwania dochodów, może określić zdolność kredytową w poszczególnych bankach. A co jeżeli wychodzi nam za mało? Czy można „popracować” nad swoją zdolnością kredytową?

Spłacaj raty w terminie

Jeżeli wiemy, że niedługo będziemy starali się o kredyt hipoteczny, to pamiętajmy, żeby płacić wszelkie rachunki i raty kredytu w terminie. Jeżeli zdarzą się opóźnienia powyżej 30 dni w spłacie dotychczasowych kredytów, to niestety nasza wiarygodność i wartość jako klienta dla banku spada.

Przed pójściem do banku, przypomnijmy sobie wszystkie kredyty i pożyczki zaciągnięte w ostatnim czasie – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych –  My możemy już odetchnąć, bo spłaciliśmy wszystkie należności, ale bank mógł jeszcze nie zdążyć zaraportować tego faktu do Biura Informacji Kredytowej – źródła informacji każdego banku przy ocenie zdolności kredytowej klienta. To właśnie z BIK-u analityk czerpie wiedzę o posiadanych zobowiązaniach i weryfikuje zebrane informacje z tym, co zeznaliśmy we wniosku kredytowym, ale też dowiaduje się, jak solidnie spłacaliśmy zobowiązania do tej pory. W celu uniknięcia niepotrzebnych niespodzianek, warto wcześniej wyciągnąć bezpłatny raport z BIK-u na nasz temat. Jeżeli widnieją w nim zobowiązania już pospłacane, możemy skompletować niezbędne zaświadczenia, jeżeli są opóźnienia – mamy szansę wyjaśnić to z bankiem, który te opóźnienia zgłosił i przygotować wyjaśnienia dla nowego banku.

Pozbądź się zbędnych obciążeń i powalcz o dodatkowe pieniądze

Należy także przeanalizować swoje obecne zobowiązania. Może kredyt, którego rata negatywnie wpływa na naszą zdolność kredytową, uda się spłacić przed czasem. Jeżeli kwota pozostała do spłaty jest już niewielka, to warto. Jak przekonują eksperci z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych, uregulowanie kilku ostatnich rat, może mieć decydujące znaczenie przy decyzji o przyznaniu nam kredytu hipotecznego. Warto także w miarę możliwości zrezygnować z kart kredytowych i limitów na koncie – wszystko to obniża naszą zdolność kredytową.

– Pomyślmy także o dodatkowych  możliwościach zarobkowania. Jeżeli nasze pasje można przekuć w zajęcie zarobkowe i dysponujemy czasem, aby się tym zająć, to jesteśmy w stanie w łatwy i przyjemny sposób poprawić swoją zdolność kredytową – przekonuje Katarzyna Dmowska. –Przypomnijmy sobie także, czy szef nie obiecywał nam ostatnio podwyżki lub awansu – chęć wzięcia kredytu hipotecznego jest idealną okazją do przypomnienia mu o złożonych obietnicach. A może masz możliwości na lepiej płatną pracę, tylko brakowało Ci odwagi i z wygody tkwisz ciągle w tej samej słabo opłacanej pracy? Własne nowe mieszkanie to dobra motywacja do podjęcia nowych wyzwań.

Znajdź wspólnika

Jeżeli żadna z tych opcji nie wchodzi w rachubę, to pozostaje jeszcze współkredytobiorca. Może nim być osoba nawet formalnie nam obca. Pamiętajmy tylko, że będzie ona policzona jako drugie gospodarstwo domowe, czyli od waszych dochodów zostaną odjęte podwójnie koszty utrzymania. Jeżeli jednak zamierzamy prowadzić z tą osobą wspólne gospodarstwo, to wówczas jest to tylko dodatkowa osoba w Twoim gospodarstwie.

– Najważniejsze, o czym musimy jednak pamiętać przy procesie ubiegania się o kredyt hipoteczny, to nieukrywanie niczego. Jeżeli boimy się, że nie przedstawimy w banku odpowiednich zaświadczeń, to lepiej skorzystać z pomocy doradcy kredytowego. Taka osoba wie, jakie zadawać pytania i „wyciągnie” z nas wszystkie niezbędne informacje. Pamiętajmy, że doradca chce nam pomóc w uzyskaniu kredytu, dlatego możemy mieć pewność, że nie będzie działał na naszą niekorzyść. Poza tym, bez względu na to, z jakiego źródła pochodzą nasze dochody, musimy je udokumentować zarówno odpowiednimi zaświadczeniami, kopiami umów i rachunków, jak i wpływami na konto – dodaje Katarzyna Dmowska.

Wyprawka szkolna – wielkie wyzwanie dla budżetu polskiej rodziny

Wakacje powoli dobiegają końca. Nasze dzieci są tuż przed pierwszym, szkolnym dzwonkiem, a wraz z nimi… my. Okres wakacyjny i następujący po nim początek roku szkolnego to spore obciążenie dla naszego budżetu, zwłaszcza, jeśli nie posiadamy oszczędności. Eksperci Lindorff SA podpowiadają, jak postępować, by zarządzać nim rozsądnie i nie wpaść w finansowe tarapaty.

Ile  średnio kosztuje nas szkolna wyprawka?

Jak wynika z raportu CBOS[1] na początku ubiegłego roku szkolnego rodzice, którzy mają dzieci uczęszczające do szkoły podstawowej, gimnazjum lub szkoły ponadgimnazjalnej, wydali na zaspokojenie ich potrzeb związanych z rozpoczęciem roku szkolnego (podręczniki, przybory szkolne, mundurki, obowiązkowe opłaty, np. za ubezpieczenie, czesne, internat, stancję) średnio 1076 zł na rodzinę. Przeciętne wydatki w przeliczeniu na jedno dziecko wyniosły 695 zł. To duży wydatek dla rodzin – kwota ta stanowi bowiem 1/3 średniego wynagrodzenia w Polsce i aż 80% najniższej krajowej.

Wyprawka szkolna – wielkie wyzwanie dla budżetu polskiej rodziny

Początek roku szkolnego dla rodziców, mających dzieci w wieku szkolnym to czas zwiększonych wydatków. Szybko zdamy sobie z tego sprawę, analizując sytuację materialną Polaków. Jak wynika z raportu przeprowadzonego na zlecenie firmy Lindorff SA[2], ponad połowa badanych (56%) stwierdziła, że pieniędzy wystarcza im tylko na podstawowe potrzeby, nie stać ich jednak na większe wydatki. W jeszcze trudniejszej sytuacji znajduje się 15% ankietowanych. Co piąty badany przyznaje, że musi odmawiać sobie wielu rzeczy, aby wystarczyło na codzienne wydatki, a 6% stwierdza, że nie wystarcza im pieniędzy nawet na najpilniejsze potrzeby. Ponadto, aż 58% badanych przyznało, że zarabia poniżej 3 tysięcy złotych netto: co piąty respondent w granicach 2001-3000 zł, tyle samo od 1501 do 2000 zł, natomiast aż 22% poniżej 1500 zł. Eksperci przekonują jednak, że zawsze warto – nawet w przypadku najniższych zarobków – podjąć próbę rozsądnego zarządzania budżetem.

Wyjście z sytuacji – przemyślane zakupy i rozsądne zarządzanie pieniędzmi

  • Zaplanowanie listy zakupów

Zanim staniemy przed sklepowymi półkami, warto zrobić listę niezbędnych dziecku szkolnych przyborów. Dzięki temu unikniemy zakupu niepotrzebnych przedmiotów. Jeśli na zakupy wybierzemy się spontanicznie, istnieje bardzo duże ryzyko, że nasz koszyk wypełni się wieloma „promocyjnymi” produktami, których w rzeczywistości nasze dziecko nie potrzebuje.

  • Kompletując wyprawkę wybierzmy supermarkety

W dużych sklepach i dyskontach w okresie letnim prowadzonych jest wiele akcji promocyjnych na artykuły i przybory szkolne. Warto zatem poświęcić nieco czasu na sprawdzenie, w których marketach możemy liczyć na promocje i wybrać te najatrakcyjniejsze.

  • Przemyślany zakup podręczników

Podręczniki to  jeden z najkosztowniejszych elementów szkolnej wyprawki. Żeby na nich nie zbankrutować,  możemy odkupić je np. od rodziców uczniów starszych klas – a w przypadku, gdy wprowadzone zostały nowe podręczniki – możemy poszukać korzystnych ofert w Internecie. Ponadto, warto zorientować się, czy w szkole naszego dziecka, czy też w innych szkołach w naszym mieście, w czasie wakacji nie będą organizowane kiermasze, na których również możemy zakupić używane podręczniki w korzystnej cenie. Warto wiedzieć także, że w ramach programu opracowanego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, rodzice w trudnej sytuacji finansowej mogą skorzystać z oferty bezpłatnych podręczników. (szczegóły nt. projektu można znaleźć na stronie: www.men.gov.pl.)

  • Przeanalizujmy nasze miesięczne wydatki

Aby znaleźć oszczędności, należy dokładnie przyjrzeć się wydatkom i… przeanalizować wszystkie zachcianki czy przyjemności, które sobie fundujemy – szczególnie te, na które regularnie przeznaczamy określoną sumę pieniędzy. Wówczas może się szybko okazać, że dzięki  ograniczeniu ich liczby uda nam się wygenerować pewną sumę, która pozwoli nam sfinansować  szkolną wyprawkę.

Oszczędzanie zacznijmy od mniej ambitnych celów i kwot. Jeśli rezygnując z pewnych przyjemności, odłożymy pieniądze, a w konsekwencji sfinansujemy za nie np. szkolną wyprawkę czy opłacimy dodatkowe zajęcia dla naszych pociech, wówczas uświadomimy sobie, że było warto i będziemy mogli wyznaczyć kolejny cel lub zacząć oszczędzać pieniądze, które zbudują naszą „finansową poduszkę”.

[1] Raport CBOS, „Wydatki rodziców na edukację dzieci w roku szkolnym 2015/2016”, listopad 2015 r.

[2] Raport „Finansowe zwyczaje Polaków”, zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA, kwiecień 2016 r. Ogólnopolskie badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród  członków społeczności badawczej Zymetrii, N=458, osoby w wieku 25-50 lat.

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Toyota Pewne Auto: 19-procentowy wzrost sprzedaży samochodów używanych

  • 9579 sprzedanych samochodów używanych od stycznia do lipca 2016 roku – wzrost o 19%;
  • Toyota Yaris najpopularniejszym używanym autem, oferowanym w programie – sprzedano 1803 egzemplarze. W ofercie również sprawdzone auta innych marek (27 proc. udziału w sprzedaży);
  • Toyota Pewne Auto: 1500 aut w ofercie – każde z Certyfikatem Kontroli Jakości, 65 punktów sprzedaży w całej Polsce, używane auta z gwarancją dostępne również w kredycie SmartPlan;
  • miejsce dla Toyoty za program sprzedaży aut używanych w Niezależnym Badaniu Satysfakcji 2016

Toyota Motor Poland, po 127-procentowym wzroście sprzedaży hybryd w Polsce, odnotowała kolejny rekord, tym razem w kategorii sprzedaży aut używanych. Liczba pojazdów z rynku wtórnego, oferowanych w salonach dealerów marki w ramach cieszącego się dużym zaufaniem klientów programu Toyota Pewne Auto, wzrosła w tym roku o 19 proc.

W okresie od stycznia do lipca 2016 nabywców znalazło 9579 szt. używanych samochodów, w tym 2543 auta marek innych niż Toyota (wzrost o 17 proc. w stosunku do roku 2015). W analogicznym okresie roku 2015 było to łącznie 8068 egzemplarzy, w tym 2177 aut marek innych niż Toyota. Samochody w programie Toyota Pewne Auto są oferowane w 65 punktach sprzedaży na terenie całego kraju. Wśród nich powstało kilka punktów specjalizujących się wyłącznie w sprzedaży samochodów używanych (np. Toyota Carolina Włochy czy niedawno otwarta placówka w Suwałkach). Ich liczba nieustannie rośnie.

W statystykach sprzedaży zdecydowanie dominują używane modele Toyoty. W 2016 roku do nowych właścicieli trafiły 1803 egzemplarze modelu Yaris, 1558 Aurisów, 1185 Avensisów, 1160 Corolli oraz 427 sztuk modelu RAV4.

Program Toyota Pewne Auto obejmuje także samochody innych marek. Ich udział w sprzedaży sięga 27 proc. Do dealerów trafiają przede wszystkim w rozliczeniu, przy sprzedaży nowych Toyot. Średni wiek sprzedawanych w ramach tego programu samochodów to 5 lat. Pewne Auto to także największa oferta używanych aut na stronach programów importerskich w Polsce. Pod adresem www.toyota.pewneauto.pl  dostępnych jest ok. 1500 ofert.

Pewne Auto z Certyfikatem Kontroli Jakości

Toyota Pewne Auto to nie tylko nazwa programu, ale też gwarancja jakości oferowanych w nim, używanych samochodów. System kontroli jakości jest jednolity dla całej sieci Toyoty w Polsce. Oceny pojazdu dokonują wykwalifikowani mechanicy, przy użyciu ścieżki diagnostycznej i z wykorzystaniem specjalistycznych narzędzi. Każdy pojazd podlega identycznej weryfikacji, która znajduje potwierdzenie w specjalnym dokumencie. Wystawiany na zakończenie tej procedury Certyfikat Kontroli Jakości jest świadectwem przeprowadzenia wielopunktowego, szczegółowego badania pojazdu.

Każdy samochód, który trafia do sprzedaży w ramach programu, przechodzi skrupulatny przegląd, obejmujący sprawdzenie stanu karoserii i wnętrza pojazdu oraz wszystkich jego układów z kontrolą ich działania. Weryfikowana jest zgodność numeru nadwozia z dokumentami, sprawdzana szczelność układów, funkcjonowanie silnika i układu przeniesienia napędu, geometria zawieszenia, działanie i ustawienie świateł. Szczególną uwagę przywiązuje się do sprawdzenia elementów kluczowych dla bezpieczeństwa, takich jak układ hamulcowy i kierowniczy czy pasy bezpieczeństwa. Wykonywana jest jazda próbna oraz testy na ścieżce diagnostycznej.

Pewne Auto z gwarancją i finansowaniem SmartPlan

Najlepsze z weryfikowanych w ten sposób pojazdów – w wieku nawet do 7 lat i o przebiegu nie większym, niż 200 000 km – są dodatkowo obejmowane 12-miesięczną gwarancją. Co więcej, ochrona dotyczy także pojazdów marek innych niż Toyota, które pozytywnie przeszły weryfikację. W okresie gwarancji używany pojazd – podobnie jak nowe auto – podlega okresowym przeglądom technicznym.

Zakup samochodu w programie Pewne Auto może być finansowany w leasingu lub kredytem SmartPlan dla samochodów używanych w ramach pierwszej na rynku oferty połączenia niskich rat oraz cyklicznej wymiany samochodu na kolejny używany lub nowy. SmartPlan dla samochodów używanych to rata niższa nawet o 40%, niska wpłata własna (już od 10%) i oprocentowanie na 36 lub 48 miesięcy 6,99%. W ramach SmartPlanu można finansować samochody w wieku do 5 lat i wymieniać je co 3-4 lata.

Pewne Auto z najwyższym poziomem satysfakcji

Program sprzedaży samochodów używanych Pewne Auto, kolejny raz został najlepiej oceniony przez dealerów, biorących udział w Niezależnym Badaniu Satysfakcji 2016, przygotowanym przez DCG Dealer Consulting, pod patronatem Związku Dealerów Samochodów i Polskiej Izby Motoryzacji. W IX edycji badania zajął 1. miejsce, zdobywając 4 punkty (miejsce 2. – 3,28 pkt., miejsce 3. – 3,23 pkt.), co oznacza zdecydowaną przewagę nad innymi markami i potwierdza, że Toyota Pewne Auto to obecnie najlepszy tego rodzaju program w Polsce. Wielokrotnie był również pozytywnie oceniany w motoryzacyjnej prasie branżowej za przyjazną w obsłudze i czytelną stronę z dużą liczbą ofert.

Czy wystarczy lekarzy w starzejącym się społeczeństwie?

Liczba Polaków w wieku 65+ w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat podwoi się, co przełoży się na wzrost zapotrzebowania na usługi medyczne. Patrząc na dzisiejszy stan państwowej służby zdrowia można wysnuć wniosek, że nie podoła ona przyszłym wyzwaniom. Coraz częściej więc będziemy decydować się na korzystanie z prywatnych placówek.

Do roku 2050 liczba obywateli w wieku 65+ przekroczy liczbę 15 mln, obecnie jest ich 7 mln. Mając również na uwadze zmniejszający się przyrost naturalny otrzymamy sytuację, w której seniorzy stanowić będą ponad 30% społeczeństwa. W związku z powyższym można wysnuć wniosek, że częściej niż dotychczas Polacy będą potrzebowali pomocy medycznej. Analizując najnowsze dane OECD zawarte w raporcie „Zdrowie w skrócie – 2015” możemy zauważyć, że w kwestii liczby lekarzy na tysiąc mieszkańców już dziś odstajemy od średniej. Norma określona przez OECD w badaniu wynosi 3,3 lekarza, na wskazaną liczbę mieszkańców, natomiast w przypadku Polski odsetek ten wynosi 2,2. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe czynniki otrzymujemy niezbyt optymistyczny obraz przyszłości.

Czas na zmianę podejścia

Na rynku istnieje szereg produktów przygotowanych zarówno przez firmy oferujące pakiety medyczne, jak również towarzystwa ubezpieczeniowe, w postaci polis zdrowotnych. Ich konstrukcja zapewnia sprawny dostęp do prywatnych placówek oraz szerokiej gamy specjalistów i badań diagnostycznych. Wysoka jakość ma również odzwierciedlenie w zadowoleniu klientów i rosnącej liczbie osób objętych tego typu ubezpieczeniami. Jednak są to przede wszystkim osoby, którym polisę zapewnia pracodawca.

Podstawową kwestią, która ma wpływ na popularność ubezpieczeń zdrowotnych jest podejście ich beneficjentów. Polis tych nie traktujemy tak samo jak innych ubezpieczeń. W świadomości większości osób nie funkcjonują one jako zabezpieczenie, ale doraźna pomoc, czyli kupujemy je w momencie zdiagnozowania choroby. Podejście to możemy, oczywiście metaforycznie, porównać do zakupu polisy AC dopiero po uszkodzeniu samochodu lub ubezpieczenia domu, który właśnie nam spłonął  – zauważa Adam Wojtyca Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń w SALTUS Ubezpieczenia.

Niezależnie od naszej sytuacji zdrowotnej ubezpieczenie zapewni nam potrzebną pomoc. Będziemy jednak prawdopodobnie zmuszeni do wybrania wyższego, droższego wariantu.

 

Kto decyduje się na ubezpieczenie zdrowotne?

Dane gromadzone przez PIU pokazują stabilny wzrost liczby osób objętych ubezpieczeniami zdrowotnymi. Najczęściej jednak są to osoby korzystające z polis grupowych. Odsetek osób, które zdecydowały się na zakup polisy indywidualnej wynosi jedynie 18%. Tendencja ta powinna się jednak powoli zmieniać. Po pierwsze w wyniku zauważalnego wzrostu zamożności społeczeństwa. Z kolei drugim istotnym czynnikiem może być siła przyzwyczajenia.

Osoby, które wcześniej korzystały z ubezpieczeń grupowych doceniają wynikający z nich komfort. Przyzwyczajenie, na przykład do szybkiego dostępu do internisty, może się przełożyć na zakup ubezpieczenia w przyszłości na własną rękę, bez wsparcia pracodawcy – dodaje Adam Wojtyca z SALTUS Ubezpieczenia.

Dobrowolne odejście z pracy z podatkiem dochodowym

PDO – Programy Dobrowolnych Odejść są inicjatywą pracodawców, której celem jest sprawniejsza restrukturyzacja zatrudnienia w przedsiębiorstwach. Rozwiązanie umowy o pracę w ramach PDO skutkuje otrzymaniem dodatkowych świadczeń, których wysokość przewyższa te otrzymywane na podstawie ustawy o zwolnieniach grupowych.

Aby skorzystać z programu POD, pracownik musi złożyć odpowiedni wniosek do pracodawcy. Pracownicy przystępujący do programu POD liczą na zwolnienie z podatku dochodowego o którym mowa w art. 21 ust. 1 pkt 3 ustawy o PIT. Przepis ten mówi o odszkodowaniach i zadośćuczynieniach, których wysokość i zasady ustalania wynikają wprost z postanowień układów zbiorowych, innych opartych na ustawie porozumień zbiorowych, regulaminów lub statutów, o których mowa w art. 9 par. 1 kodeksu pracy. Aby być zwolnionym z podatku (tak, by wypłacone świadczenie nie było opodatkowane tak jak pensja ze stosunku pracy) pracownik musi udowodnić, że otrzymał finansowe zadośćuczynienie, które w jakiś sposób wynagradza mu krzywdy związane z utratą pracy, nie zaś po prostu dodatkowe wynagrodzenie z tytułu świadczenia pracy.

Jednak jak wskazuje Ministerstwo Finansów w interpretacji ogólnej, pieniądze wypłacane w ramach POD nie są kwalifikowane jako zadośćuczynienie czy odszkodowanie. Potwierdzają to także inne wyroki m.in. Sądu Administracyjnego w Szczecinie (sygn. akt I SA/Sz 1226/15) oraz Trybunału Konstytucyjnego (sygn. akt SK 18/05). Zgodnie z nimi, pieniądze wypłacane pracownikom w ramach Programu Dobrowolnego Odejścia powinny zostać opodatkowane. Tym samym atrakcyjność tego rozwiązania z punktu widzenia pracowników będzie mniejsza, gdyż trafi do nich mniejsza kwota pieniędzy, a biorąc pod uwagę, że kwoty mogą być znaczne i kumulować się (zakładając brak zwolnienia z opodatkowaniu) z innymi dochodami ze stosunku pracy, w takim wypadku często może wchodzić w rachubę opodatkowanie wyższą, progresywną stawką PIT.

Interpretacja ogólna w praktyce potwierdza stanowisko reprezentowane przez Ministerstwo, gdyż podatnik nie musi się do niej zastosować, lecz wtedy musi się liczyć z ryzykiem sporu, który rozstrzygnąć może dopiero sąd.

Z punktu widzenia pracodawców, uznanie, że zwolnienie nie ma zastosowania będzie wiązało się z koniecznością wypłacenia większego świadczenia, bądź w braku takiej możliwości, z mniejszym wykorzystaniem instytucji Programu Dobrowolnych Odejść. To osłabi instrument mający usprawnić planowane przez pracodawców restrukturyzacje. Gdyby jednak pracodawca opowiedział się za przeciwnym stanowiskiem (o braku zwolnienia), będzie brał na siebie ryzyko występujące po stronie płatnika. Tym samym należy dobrze przemyśleć działania w tym zakresie, w szczególności uwzględniając komunikację z pracownikami, tak aby z narzędzia mającego pomóc zarządzać kwestiami zatrudnienia nie powstało nowe zarzewie sporu i wzajemnych roszczeń.

*Interpretacja ogólna wydana przez Ministra Finansów z dnia
23.06.2016 r., sygn. DD3.8201.1.2016.MCA

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27.11.2007 r., sygn. SK 18/05

Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Szczecinie z dnia 17.12.2015 r., sygn. I SA/Sz 1226/15

Autor: Marta Wiącek, Anita Olbrych, Impel Business Solutions

Auto w firmie – podstawowe wersje modeli oferują coraz więcej

Przyjęło się, że samochodem firmowym może być każdy model pod warunkiem, że jest tani i biały. Takie elementy wyposażenia jak klimatyzacja lub elektryczne otwierane szyby były nierzadko poza zasięgiem kierowcy flotowego. Dzisiaj producenci wyszli naprzeciw oczekiwaniom i nawet w wersjach podstawowych oferują bardziej niż przyzwoite wyposażenie.

W 2000 roku zarejestrowano w Polsce niewiele ponad 360 tys. nowych pojazdów, z czego zaledwie 5 proc. stanowiły samochody firmowe. Ostatnie dane pokazują, że pierwsze sześć miesięcy 2016 roku można uznać za niezwykle udane dla branży motoryzacyjnej. Zarejestrowano bowiem ponad 210 tys. nowych samochodów osobowych, a Związek Przemysłu Motoryzacyjnego szacuje, że sprzedaż na koniec grudnia może wynieść nawet ponad 400 tys. sztuk.

Dane pokazują, że 70 proc. wszystkich sprzedanych w tym roku samochodów zostało zarejestrowanych na firmy. Co więcej, trendy wzrostowe pozytywnie wpłynęły na branżę leasingową. Odnotowała ona wzrost o ponad 30 proc.

Rozwój rynku nie zmienił równocześnie układu sił. Klient korporacyjny najchętniej wybiera Toyotę, Opla, VW, Forda i Skodę. Zmieniło się jednak podejście i oczekiwanie odnośnie wyposażenia danego modelu. Samochody kupowane do firm są często minimalnie lepiej wyposażone od tych, które kupuje klient indywidualny.

Klimatyzacja, elektryczne szyby przednie, czy centralny zamek stały się już niejako standardem, a klienci zaczynają oczekiwać, że w podstawowej wersji znajdzie się również system Bluetooth czy kierownica wielofunkcyjna. Sprawdzamy więc, co oferują najpopularniejsze samochody w podstawowej, najtańszej wersji wyposażenia oraz ile – jeżeli jest taka opcja – kosztuje zwiększenie ilości systemów bezpieczeństwa.

toyota corolla

Toyota Corolla

Najnowsza odsłona japońskiego sedana pojawiła się na rynku całkiem niedawno. Samochód można było zamawiać już w czerwcu, a pierwsze egzemplarze trafiły do salonów w lipcu bieżącego roku. Cena samochodu zaczyna się od 67 400 zł.

Stylistyka nowej Corolli nawiązuje do nowoczesnego Aurisa. Również wnętrze auta zostało gruntownie zmodernizowane. Wykorzystano znacznie szerszą gamę zaawansowanych technologii oraz zauważalnie wyższą jakość wykończenia. Europejscy klienci nie zawiodą się – wygląd i ergonomia kabiny zostały zaprojektowane zgodnie z ich upodobaniami i również tworzą całość znaną z modelu Auris.

Podstawowa odmiana Toyoty Corolli została wyposażona w silnik benzynowy o pojemności 1,33 litra wyposażony w inteligentny układ sterowania zaworami Dual VVT-i. Jednostka oferuje moc na poziomie 99 KM, a średnie zużycie paliwa wynosi 5,6 litra na 100 km.

Już podstawowa wersja wyposażenia Active oferuje w standardzie system wspomagający ruszanie na wzniesieniu oraz system kontroli trakcji i dynamicznej kontroli stabilności pojazdu. Co więcej – w japońskim sedanie pojawiły się nie wymagające dopłaty światła dzienne typu LED oraz reflektory halogenowe, a całość uzupełniły elektrycznie regulowane, podgrzewane lusterka z wbudowanymi kierunkowskazami i tylne światło stopu LED.

Kierowca doceni zapewne podłokietnik, który nie jest wcale oczywistym elementem wyposażenia w tym segmencie oraz radio RDS CD MP3 z systemem Bluetooth również znajdujące się na liście podstawowego wyposażenia. Podobnie jak elektryczne regulowane szyby przednie i zdalne otwieranie klapy bagażnika z pilota zamka centralnego.

Na pokładzie znalazły się również przednie i boczne poduszki powietrzne kierowcy i pasażera, kurtyny powietrzne i poduszka kolanowa kierowcy.

Już druga wersja wyposażenia zawiera system Toyota Safety Sense. W jego skład wchodzą układ wczesnego reagowania w razie ryzyka zderzenia (PCS) z funkcją jazdy po mieście, układ ostrzegania o niezamierzonej zmianie pasa ruchu (LDA), a także układ rozpoznawania znaków drogowych (RSA) i automatyczne światła drogowe (AHB). Cena tej odmiany wyposażeniowej to 70 900 zł, czyli o 3 500 zł więcej w porównaniu z wersją najtańszą.

ford focus

Ford Focus 4D

Niemiecki sedan został zaprezentowany sześć lat temu, a w 2014 przeszedł face lifting, który zmienił przede wszystkim pas przedni oraz deskę rozdzielczą. Sam tył auta zmienił się nieznacznie. Dzięki tym zabiegom samochód wpisał się w linią stylistyczną innych modeli tego producenta.

Najtańsza wersja Focusa została wyposażona w silnik benzynowy o pojemności 1,6 litra i mocy 85 KM. Średnie zużycie paliwa to 5,9 litra na 100 km. Cena samochodu zaczyna się od 64 290 zł.

Standardowe wyposażenie również obejmuje systemy kontroli trakcji i wspomaganie podczas ruszania na wzniesieniu, natomiast nabywca musi dopłacić za światła dzienne typu LED (600 zł). Również elektrycznie sterowane i podgrzewane lusterka z wbudowanymi kierunkowskazami zwiększają cenę bazowej odmiany o 1350 zł.

Na pokładzie podstawowej wersji nie zabrakło radia, ale obecność systemu Bluetooth wymaga zamówienia droższego systemu audio, który został wyceniony na 1500 zł. Co ciekawe producent nie oferuje możliwości wyposażenia samochodu w podłokietnik, na liście wyposażenia nie znalazła się również poduszka kolanowa kierowcy.

Zwiększenie ilości systemów bezpieczeństwa wymaga obecność pakietu Driver Assistance i wymaga dopłaty na poziomie 5600 zł. W jego skład wejdą system zapobiegający kolizjom przy małych prędkościach, monitorowanie martwego pola, wspomaganie utrzymania pojazdu na pasie ruchu oraz system automatycznego sterowania światłami drogowymi i system rozpoznawania znaków drogowych

opel astra

Opel Astra Sedan

Model Astra występuje również w odmianie sedan, a jego najtańsza wersja została wyceniona na 59 900 zł. Pod maską znalazł się silnik benzynowy 1,6 Twinsport o mocy 115 KM. Średnie spalanie według danych producenta to 6,2 litra na 100 km.

Na liście wyposażenia bazowego również i w tym modelu znalazł się system bezpieczeństwa stabilizujące tor jazdy, zabrakło jednak systemu wspomagającego ruszanie na wzniesieniach. Obecność tego ostatniego wymaga dopłaty na poziomie 750 zł.

Dopłaty wymagają również światła do jazdy dziennej LED (800 zł). W opcji nie znalazły się natomiast LED-owe światła stopu i poduszka kolanowa kierowcy.

W podstawowej odmianie Astry montowane jest radio CD/MP3 ze złączem AUX-in. Nie zostało ono wyposażone w system Bluetooth. Lepiej wyposażone radio (Bluetooth, USB) to wydatek na poziomie 1900 zł. Samo gniazdo USB wymaga dopłaty 500 zł, tyle samo zapłacimy za podłokietnik przedni.

skoda octavia

Skoda Octavia

Należący do grupy VAG sedan spod znaku Skody pojawił się na rynku w 2012 roku. Podstawowa wersja Octavii napędzana jest przez 85- konny silnik o pojemności 1,2 litra. Przyspieszenie od 0-100 km wynosi 12 sekund, a średnie spalanie zostało określone przez producenta na poziomie 4,9 litra na 100 km.

Kwota jaką przyjdzie zapłacić za czeskiego liftbacka to 63 960 zł. Na liście wyposażenia bazowego nie znalazł się system wspomagania ruszaniu pod górę – cennik przewiduje za ten system kwotę na poziomie 350 zł. W standardzie znalazł się natomiast komplet poduszek powietrznych, a na pokładzie zamontowano radio w wejściem USB, AUX-in i systemem Bluetooth.

W modelu Octavia systemy zwiększające poziom bezpieczeństwa oferowane są w odmianie Ambition, której ceny zaczynają się od 69 120 zł. Do tej kwoty należy dodać 1700 zł za instalację asystenta pasa ruchu, 750 zł za funkcję automatycznej zmiany świateł i 1200 za funkcję awaryjnego hamowania

volkswagen jetta

Volkswagen Jetta

Podstawową jednostką napędową modelu Jetta jest benzynowy silnik 1,2 TSI o mocy 105 KM. Spalanie na 100 km wynosi w tym przypadku 6,1 litra. Samochód pojawił się na rynku w 2010 roku, a w 2014 roku zaprezentowano wersję po face liftingu. Wersja bazowa jest wyceniona na 71 390 zł.

Jetta została wyposażona w systemy kontroli trakcji i wspomaganie podczas ruszania na wzniesieniu. Na liście znalazł się również system radiowy z systemem bluetooth i elektrycznie sterowane oraz podgrzewane lusterka.

System audio obejmuje wielofunkcyjny ekran dotykowy wyposażony w czytnik kart SD, AUX-in. By mieć możliwość parowania z telefonem należy dokupić za 1590 zł pakiet „Business”, który obejmuje system radiowy „Composition Media” z instalacją telefoniczną Bluetooth, czujniki parkowania, autoalarm i komputer pokładowy.

Kupiec S.A. po II kwartale 2016 r.

Kupiec S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, działająca w branży transportu i spedycji, zakończyła 2 kw. 2016 r. zyskiem netto na poziomie 514 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 8.762 tys. zł. Emitent konsekwentnie rozwija segment TSL oraz poszukuje nowych projektów inwestycyjnych.

W 2 kw. 2015 r. Spółka miała 367 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 7.608 tys. zł. Po dwóch kwartałach 2016 r. zysk netto Kupiec S.A. przekroczył 535 tys. zł, a wartość przychodów ze sprzedaży wynosiła blisko 15.703 tys. zł, podczas gdy w analogicznym okresie ub. roku było to odpowiednio 408 tys. zł oraz 14.341 tys. zł. Emitent cały czas zwiększa obroty generowane w segmencie TSL, co dzięki wykorzystaniu efektów skali pozwala na wzrost wypracowanych zysków z tej działalności. Po zrealizowaniu założonego celu, jakim było osiągnięcie przez Kupiec S.A. miesięcznych obrotów w wysokości 2,8 mln zł, Zarząd Spółki dąży obecnie do ich zwiększenia do poziomu 3,2 mln zł.

 

„Dążenie do wzrostu wartości obrotów przy utrzymaniu zadowalającej marży jest najważniejszym czynnikiem zwiększającym zyski Spółki. Dzięki dużej ilości zleceń i rosnącemu potencjałowi zestawów TIR możemy wykorzystać efekty skali poprzez większe zagospodarowanie podstawionych samochodów oraz ich efektywne rozplanowanie. Oczekiwania wzrostu skali działalności wypływają też od naszych zleceniodawców, którzy nastawiają się na realizację coraz większych zleceń.” – stwierdza Leszek Wróblewski, Prezes Zarządu Spółki Kupiec S.A.

Emitent pozostaje nadal bardzo aktywny w segmencie inwestycyjnym i poszukuje nowych, interesujących projektów biznesowych. W 2 kw. 2016 r. poprzez połączenie spółki BVT S.A. ze spółką WindykacjaPL Sp. z o.o. Kupiec S.A. objął 237.708 akcji BVT S.A. w zamian za posiadane udziały WindykacjaPL Sp. z o.o. BVT S.A. jest spółką dywidendową, co pozytywnie wpływa na wyniki finansowe Emitenta. Kupiec S.A. podpisał także przedwstępną umowę sprzedaży na zakup czterokondygnacyjnego biurowca w Tarnowie o powierzchni blisko 3 tys. metrów kwadratowych, a łączna wartość tej transakcji została ustalona na kwotę ponad 5 mln zł. W 2 kw. 2016 r. Spółka objęła również akcje Outdoorzy S.A., która planuje zadebiutować na rynku NewConnect.

„Nasze działania inwestycyjne skupiają się na ustabilizowaniu corocznych wpływów do kasy Spółki. Wypłata dywidendy z BVT S.A. jest tego pierwszym przykładem, a planowane wpływy z wynajmu powierzchni biurowych będą kolejnym. Dywersyfikację przychodów Kupca uzupełnia nasza następna inwestycja w spółkę Outdoorzy S.A.” – zakończył Prezes Wróblewski.

Kupiec S.A. wypłaci dywidendę w wysokości 0,06 zł na akcję z zysku wypracowanego w 2015 r. Dzień ustalenia prawa do dywidendy został ustalony na 10.10.2016 r., a jej wypłata nastąpi w dniu 21.10.2016 r. W poprzednim roku Emitent wypłacił dywidendę w wysokości 0,01 zł na akcję.

Kupiec S.A. zakończył 2015 r. rekordowym zyskiem netto w kwocie 5,37 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających blisko 29,1 mln zł. Spółka jest także głównym akcjonariuszem podmiotu notowanego na rynku NewConnect – BVT S.A. – i posiada akcje stanowiące 42,90% udziału w jego kapitale zakładowym oraz 44,37% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA.

Gdy real time marketing dotyczy Twojego dziecka

Czasem wystarczy tylko przejrzeć swój newsfeed na Facebooku, a okaże się, że znajdziemy na nim posty z akcjami, które moglibyśmy śmiało zaliczyć do działań z obszaru real time marketing. Ten typ aktywności cieszy się dziś szczególną popularnością,  a marki coraz częściej wchodzą w dialog już nie tylko z nami, ale i… naszymi dziećmi. Te, które zrobią to umiejętnie, mogą zyskać w oczach najmłodszych i ich rodziców. Oto 3 przykłady, w których szybka reakcja zaowocowała ciekawym i efektywnym działaniem wizerunkowym.

Szukamy Niuni

Dwa lata temu w gdańskim Wrzeszczu dwóm małym dziewczynkom zaginęła ukochana świnka morska.  Od razu zorganizowały akcję poszukiwawczą. O sprawie, dzięki Internetowi, było słychać w całej Polsce. Sytuacja okazała się idealnym fundamentem pod rozpoczęcie działań marketingowych. Najważniejszy był pomysł oraz szybka reakcja, a tego właśnie nie zabrakło marce Tymbark. Producent popularnych napojów owocowych natychmiast włączył się w akcję, obiecując 100 napojów dla znalazcy oraz domek dla zaginionej świnki. Niestety – zwierzątko nie zostało odnalezione, jednak dziewczynki otrzymały nową świnkę. O działaniu marki Tymbark mówiło się jednak na długo od zakończenia akcji poszukiwawczej.

Tymbark - Szukamy Niuni

Tomek testuje PKO Junior 

Po inny przykład sięgamy natomiast do portalu Wykop.pl, na którym jeden z jego użytkowników opublikował zdjęcie, na którym widniała imitacja laptopa wykonana z pudełka po butach. Jak się okazało autorem tego tekturowego „laptopa”, na którym widniał napis PKO, był syn Wykopowicza (Link do wpisu na Wykop.pl). Bank zainteresowany właścicielem komputera odkrył, że jest nim  siedmioletni Tomek. Chłopiec jest klientem Banku i korzysta z oferty PKO Junior. Reakcja marki, która w tym przypadku wykorzystała narzędzie monitoringu internetu, była – jak przystało na real time marketing – natychmiastowa. PKO podarował Tomkowi iPhone’a i poprosił go o przetestowanie nowości w ofercie – aplikacji mobilnej PKO Junior. O przebieg testowania zapytano tatę chłopca, a cały wywiad opublikowane na stronie Banku: https://bankomania.pkobp.pl/bankodzieci/nauka-i-zabawa/tomek-testuje-aplikacje-pko-junior/.Tomek testuje PKO Junior

Baluję za hajs 500+

Program 500+ budził wiele emocji zarówno przed jak i po wejściu w życie. Sytuację tą świetnie wykorzystało Toitamto – sklep dla rodziców i dzieci. W ramach działań, które śmiało możemy wpisać w nurt real time marketingowy, firma stworzyła linię ubrań wprost nawiązującą do budzącego ogromne emocje programu rządowego, która oferuje body i koszulki dziecięce z takim oto nadrukiem. Idealny przykład wykorzystania o czym głośno dla promocji marki.Baluję za hajs 500+

Wrażliwy odbiorca

Dzieci są wspaniałymi konsumentami. Marzy o nich każdy marketer. Trzeba jednak mieć w pamięci to, że dziecko jest też szczególnie wrażliwym człowiekiem. Real-time marketing jak najbardziej jest dla marek, które chcą się komunikować z dziećmi, ale każda z nich powinna dwa razy pomyśleć zanim zorganizuje akcję. Na szczęście jest coraz więcej przykładów sensownych działań, którymi można się inspirować. Oby było takich więcej.

———————–

Marcin Żukowski: Cyfrowy tubylec. Ekspert social mediów. Team leader w agencji interaktywnej Mint Media, gdzie opiekuje się kluczowymi klientami. Autor książki ,,Twoja firma w Social Media”. Wykładowca Uczelni Łazarskiego. Aktywny działacz IAB Polska, autor artykułów branżowych, wystąpień na konferencjach oraz szkoleń. Twórca Fundacji Cyfrowi Tubylcy. Przez pięć lat prowadził Stowarzyszenie MłodaRP aktywizujące młodych ludzi na polu polityki, gospodarki i kultury. Pisze, komentuje i doradza w zakresie e-marketingu mediom (m.in.  Marketer+, Wirtualne Media, Marketing w Praktyce), firmom i instytucjom (m.in.  Stowarzyszenie Szkoła Liderów, Fundacja Batorego, Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową).

Spośród europejskich stolic najniższe ceny nieruchomości są w Warszawie, Budapeszcie i Wilnie

W Polsce za 200 tys. euro można kupić nowy, średnio 163-metrowy apartament, a w Warszawie 114-metrowy. Za tę samą kwotę w centralnym Londynie można nabyć co najwyżej 11 metrów kwadratowych i to już nie nowo wybudowanego mieszkania. Od pięciu lat ceny nieruchomości na rynku polskim podlegają jedynie nieznacznym wahaniom. Tymczasem średni koszt metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu wynosi ponad 18 tys. euro, a w Paryżu – 10,7 tys. euro. Polska nadal boryka się z niedoborami mieszkaniowymi, ale jednocześnie liczba nowo oddanych mieszkań na tysiąc mieszkańców przewyższa średnią unijną – to najważniejsze wnioski z tegorocznej, piątej edycji raportu „Property Index. Overview of European Residential Markets”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Raport podsumowuje rynek nieruchomości największych miast w siedemnastu krajach Unii Europejskiej, Rosji oraz w Izraelu.

W tym roku po raz pierwszy w raporcie Deloitte przeanalizowano, jakiej wielkości nowe mieszkanie można kupić w europejskich państwach i metropoliach za 200 tys. euro. Średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 114 metrów kwadratowych, a dla największych miast europejskich – 90 metrów kwadratowych. Polska znajduje się powyżej tej średniej z 163 metrami kwadratowymi i 114 metrami dla Warszawy. „Najtaniej jest w Rosji, gdzie za tę sumę można kupić mieszkanie o powierzchni nawet 276 metrów kwadratowych, a z kolei taka kwota wystarczy jedynie średnio na 39 metrów w Wielkiej Brytanii. Jak więc widać różnice są naprawdę ogromne. Podobnie jest z miastami. W węgierskim Debreczynie 200 tys. euro oczekuje się za apartament wielkości 201 metrów kwadratowych, a w centrum Londynu za jedynie 11 metrów kwadratowych” – mówi Marta Kamionowska, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego, Zespół Doradztwa dla Rynku Nieruchomości, Deloitte.

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Londynem (18,1 tys. euro za m2) i centralnymi dzielnicami Paryża (10,7 tys. euro), znalazł się Tel Awiw z ceną 7 tys. euro za metr kwadratowy. Z kolei najtańsze mieszkania można znaleźć w Debreczynie (997 euro za m2) i rosyjskim Jekaterynburgu (1004 euro za m2). Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Budapeszcie (ok. 1,3 tys. euro za m2), w Warszawie (nieco ponad 1,7 tys. euro za m2) oraz Wilnie (około 1,6 tys. euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do ponad 2 tys. euro za metr kwadratowy. Raport pokazuje również relacje cen dla sześciu innych polskich miast: Krakowa (ok. 1,4 tys. euro za m2), Poznania (ok. 1,5 tys. euro za m2), Wrocławia (ok. 1,5 tys. euro za m2), Gdańska (ok. 1,3 tys. euro za m2), Katowic (ok. 1,2 tys. euro za m2) oraz Łodzi (ok. 1 tys. euro za m2).

Co ciekawe w Monachium, Mediolanie, Barcelonie oraz Tel Awiwie jest drożej niż w stolicach państw, w których leżą te miasta.

Wśród 12 analizowanych stolic państw w 2015 roku tylko trzy zanotowały spadek cen w stosunku rocznym. Najwięcej, bo aż o 30 proc. w Moskwie. Oprócz rosyjskiej stolicy ceny mieszkań spadły również w Berlinie i Rzymie. Z kolei największy wzrost cen miał miejsce w Lizbonie (o 33 proc.), w centralnym Londynie (o 29 proc.) i Dublinie (21 proc.). Warszawa w tym zestawieniu nie odnotowała większych zmian. Ceny mieszkań w Warszawie stanowią prawie 150 proc. średniej wartości dla całej Polski. Największe różnice w tym kontekście są widoczne w Moskwie, w której ceny mieszkań to prawie 370 proc. średniej ceny dla Rosji oraz w centralnym Londynie, gdzie stanowią 350 proc. w porównaniu do średniej ceny nieruchomości w Wielkiej Brytanii.

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku nieco ponad 1,1 tys. euro. Taniej jest tylko w Rosji, na Węgrzech i w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Izraelu, Irlandii i Wielkiej Brytanii, gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio nawet pięć razy więcej. W 2015 r. ceny polskich mieszkań w porównaniu z rokiem 2014 właściwie się nie zmieniły. Najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Irlandii (o 27 proc.), Izraelu (o 10,8 proc.) i Hiszpanii (o 10,6 proc.). Z kolei największe spadki cen odnotowano w Rosji (o 25 proc.), co wiąże się głównie z ogólną sytuacją gospodarczą tego kraju i dużą deprecjacją rubla.

„W 2015 roku w Polsce odnotowano rekordową sprzedaż nowych mieszkań, najwyższą od 2008 roku. Wynikało to z kilku przyczyn, w tym stabilnych cen nieruchomości oraz niskich stóp procentowych. Aktywność ta wynikała także z chęci uniknięcia kolejnych obostrzeń na rynku kredytów hipotecznych i kończenia się programów rządowych, umożliwiających zakup pierwszego mieszkania na preferencyjnych warunkach” – mówi Marta Kamionowska. „W ubiegłym roku łączna sprzedaż kredytów hipotecznych była o prawie 6 proc. wyższa niż w 2014 roku. Oczekujemy, że w tym roku, ze względu na rosnące koszty kredytów związane z wprowadzeniem podatku bankowego, dynamika ta może nieco wyhamować” – dodaje.

W roku 2015 średnie zasoby mieszkaniowe dla krajów Unii Europejskiej wyniosły 486,5 mieszkania w przeliczeniu na tysiąc obywateli, a w analizowanych w raporcie państwach – 467 mieszkań. Największymi zasobami mieszkaniowymi mogą pochwalić się Portugalia, Hiszpania, Francja i Austria. Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań na 1000 mieszkańców jest w Izraelu (niespełna 300 mieszkań). Na drugim miejscu znalazła się Polska, w której wskaźnik ten wynosi 363 mieszkań na 1000 mieszkańców. Nasz kraj znajduje się blisko 25 proc. poniżej średniej europejskiej.

Średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wynosi podobnie jak w 2014 roku 2,8 (średnia dla krajów UE). Średnia dla analizowanych w raporcie państw jest nieco wyższa i wynosi 3,2. Miejscem, gdzie wystąpiła największa intensyfikacja prac budowlanych w 2015 roku była Rosja (7,6 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 mieszkańców). Wśród krajów unijnych, liderem w tej kategorii jest Austria (6,2 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 obywateli) oraz Francja (5,5 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 obywateli). Powyżej przeciętnej europejskiej znalazła się także Polska (3,8), Słowenia, Niemcy, Estonia, Litwa, Holandia, Belgia i Izrael. Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano w Portugalii (0,7 mieszkań na 1000 mieszkańców) oraz na Węgrzech i we Włoszech (0,8 mieszkań na 1000 mieszkańców).

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie przypadających na 1000 mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,6. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 4,4 (rok wcześniej 3,9). Również w tej kategorii przoduje Rosja (8,4 budowanych mieszkań na 1000 mieszkańców).

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Niemcy, których już po 39 miesiącach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Mieszkańcy Wielkiej Brytanii muszą swoją pensję brutto odkładać w całości aż przez blisko jedenaście lat. Polska z wynikiem prawie ośmiu lat znalazła się w grupie krajów (wraz z Czechami, Węgrami, Francją, Słowenią, Irlandią i Włochami), w której mieszkańców stać na własne lokum po 6-8 latach nieprzerwanej pracy. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie.

Kolejny rok z rzędu zbadano zdolności negocjacyjne nabywców w wybranych krajach i okazuje się, że w Polsce możemy liczyć na zaledwie 5 proc. upustu od ceny nowych mieszkań.

Różnice w cenach nowych i starych mieszkań w badanych państwach sięgają nawet 45 proc. na korzyść tych pierwszych (np. na Węgrzech). Dla Polski różnica ta wynosi ok. 17 proc. Ciekawe jest natomiast zjawisko odwrotne, zanotowane w Izraelu oraz Rosji, gdzie ceny mieszkań starych przekraczają ceny mieszkań nowych.

„Podsumowując wyniki badania wyłania się nam ponownie i w tym roku, obraz w miarę stabilnego i konsekwentnego rozwoju sektora mieszkaniowego w Polsce. Ciągle może martwić jego dynamika, jednak biorąc pod uwagę ostatnie zmiany polityczne, zapowiadające wpływ na politykę mieszkaniową oraz sektor bankowy, cieszyć powinien fakt, że trend zmian nie przyjął pozycji wyczekującej i nie wyhamował określonego kierunku stabilnego rozwoju” – mówi Marta Kamionowska. „Cieszą, więc zarówno statystyki zauważalnego wzrostu ilości mieszkań oddawanych i budowanych na 1000 mieszkańców, gdzie w obu przypadkach przewyższają one średnią dla innych badanach krajów; stabilny rozkład cen między głównymi miastami Polski to dobra statystyka równomiernego rozwoju regionów naszego kraju; niski wskaźnik negocjacji cen to oznaka małego przewartościowania cen ofertowych, co ogranicza ewentualne budowanie sztucznej wartości mieszkań” – dodaje. 

O raporcie:

Raport „Property Index. Overview of European Residential Markets 2015” został przygotowany przez Deloitte Czechy i został opublikowany w lipcu br. Raport analizuje rynek w 2015 r. Eksperci Deloitte przeanalizowali rynek mieszkań w siedemnastu krajach UE (Austria, Belgia, Czechy, Estonia, Francja, Holandia, Irlandia, Litwa, Łotwa, Niemcy, Węgry, Włochy, Polska, Portugalia, Hiszpania, Słowenia, Wielka Brytania) oraz Rosji i Izraelu.

Dolar traci grunt, złoto odnotowuje wzrost

Dolar traci grunt po tym, jak słabe dane makroekonomiczne ze Stanów powstrzymują Rezerwę Federalną od podnoszenia stóp procentowych. Prawdopodobieństwo wzrostu stóp procentowych w 2016 roku w USA wynosi poniżej 50 proc., a dolar traci na wartości w stosunku niemalże do wszystkich najważniejszych walut na świecie. W poniedziałek podano w USA, że wskaźnik produkcyjny dla Nowego Jorku spadł w sierpniu do -4,21 punktów z +0,55 punktów w lipcu. Konsensus rynkowy przewidywał, że wskaźnik wyniesie +2,50 punktów. Wartość tego indeksu powyżej zera wskazuje na rozwój w tym sektorze. Po południu na rynku pojawią się dane z rynku budowlanego za lipiec – wskaźnik inflacji konsumenckiej oraz dynamika produkcji przemysłowej.

Jen japoński w stosunku do dolara jest handlowany dzisiaj w okolicach mocnego wsparcia – z punktu widzenia technicznego oraz psychologicznego – 100 jenów za dolara. Para walutowa zaliczyła dzisiaj spadek o 0,94 proc. ze względu na słabe nastroje, które opanowały rynki w Azji. Indeks japoński Nikkei stracił na dzisiejszej sesji aż 1,62 proc.

Złoto odnotowuje wzrost o 0,56 proc. do poziomu 1355 dolarów za uncję, napędzane przez oczekiwania, że stopy w USA nie zostaną podniesione w najbliższym czasie oraz przez słabe nastroje na rynku azjatyckim. Srebro, które ostatnio przejawia szybszą dynamikę niż złoto, zyskuje dzisiaj 0,86 proc. i jest handlowane już powyżej 20 dolarów za uncję.

Ropa WTI rośnie o 0,09 proc. do 45,78 dolarów za baryłkę, jako że rynek odnawia nadzieje na porozumienie pomiędzy eksporterami, aby zamrozić poziomy produkcji. Warto wspomnieć, że kilku członków OPEC, m.in. Wenezuela, Ekwador i Kuwejt chcą powrócić do ustalenia pułapu produkcji ropy już na jesieni, a Arabia Saudyjska wypowiedziała się, że jest przygotowana do omówienia stabilizacji rynku. W ciągu ostatnich czterech sesji giełdowych ropa WTI wzrosła o ponad 10 proc.

Maciej Boruc
Manager
KOI Capital

PO SUKCES PRZYJDŹ DO KOBIET W BIZNESIE

kobieta w biznesie„Kobieta w biznesie” to projekt, który pokochały przedsiębiorcze krakowianki, a powstał z myślą o integracji środowiska ambitnych kobiet. Z początku grono około 30 kobiet powiększyło się do około setki przedsiębiorczych i ambitnych businesswoman. Wychodząc na przeciw potrzebom uczestniczek zmieniono również miejsce wydarzenia. Najbliższe spotkania odbywać się będą w środowisku najnowszych technologii i innowacyjnych startupów – które odnoszą sukcesy na całym świecie – KRAKOWSKIM PARKU TECHNOLOGICZNYM.

Cykl spotkań edukacyjno – networkingowych odbywa się w każdy pierwszy czwartek miesiąca i składa się z dwóch części. Pierwsza część poświęcona jest rozwojowi osobistemu. Zaplanowano wartościowe wykłady, które mają na celu pomóc kobietom osiągnąć sukces zawodowy.  Podczas najbliższego spotkania odbędą się 3 prelekcje. Pierwszą poprowadzi pomysłodawczyni projektu Aneta Wątor podczas której przedstawi najczęstsze błędy komunikacyjne i wizerunkowe popełnianie w biznesie, oraz sposoby ich eliminacji. Zaprezentuje również koło umiejętności gwarantujących sukces zawodowy. Agencja marketingowa Content House opowie jak osiągnąć sukces w biznesie, dzięki content marketingowi. Natomiast Klaudia Pingot, pomysłodawczyni projektu SpecBabka przedstawi podstawowe kroki i najważniejsze techniki wywierania wpływu na ludzi.

Druga część to przerwa networkingowa, podczas której uczestniczki dzielą się wiedzą i nawiązują wartościowe kontakty. Jak mówi autorka projektu Aneta Wątor: główne cele spotkań to przekazywanie inspiracji, motywacji i rekomendacji biznesowych. Uczestniczki cyklicznych spotkań dzielą się wiedzą, rozwijają umiejętności miękkie, wymieniają się kontaktami biznesowymi, a przede wszystkim doskonale się bawią.

Cytując fanów projektu: W końcu w Krakowie coś się zadzieje.

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do udziału. Więcej szczegółów znajdziesz na www.kobietawbiznesie.pl

USD/JPY – BoJ w potrzasku

sierpień 16, 2016 10:05
USD/JPY - BoJ w potrzasku 1

Na rynku walutowym warto poświęcić uwagę jenowi, który po raz kolejny zbliża się do okrągłego poziomu 100. Głównym powodem kontynuacji umacniania jena na szerokim rynku jest pesymizm związany z możliwością, a raczej jego brakiem dalszego luzowania polityki monetarnej przez Bank Japonii. Spadek pary walutowej poniżej poziomu 100 z pewnością przełoży się na coraz to więcej pogłosek o możliwej interwencji Banku Japonii na rynku walutowym.

Na interwale tygodniowym para walutowa USD/JPY w dalszym ciągu znajduje się w kanale spadkowym. Aktualnie strona sprzedająca walczy o pokonanie psychologicznego poziomu 100. Bazowym scenariuszem pozostanie pokonanie danej strefy i kontynuacja trendu spadkowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 16.08.2016

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Słabość dolara amerykańskiego

sierpień 16, 2016 10:35
Słabość dolara amerykańskiego 2

Zapowiada się kolejny tydzień osłabiania dolara amerykańskiego na szerokim rynku. Słabość dolara powiązana jest z piątkową publikacją danych makroekonomicznych z tamtejszej gospodarki. Piątkowe dane dotyczące sprzedaży detalicznej oraz inflacji mierzone koszykiem producenta rozczarowały. Podwyżka stóp procentowych po raz kolejny została oddalona w czasie.

Ceny w skali miesiąc do miesiąca spadły o 0.4%, konsensus ekonomistów zakładał odczyt na poziomie 0.1%. Powyższy odczyt nie może być uzasadniony jedynie spadkiem cen ropy naftowej, bowiem miara nieuwzględniająca cen „czarnego surowca” również zaliczyła spadek. Powyższe, bardzo negatywne dane płynące z amerykańskiej gospodarki mogą po raz kolejny odłożyć w czasie kolejna podwyżkę stóp procentowych. Pozytywny odczyt był konieczny, aby inwestorzy mogli puścić w niepamięć publikację PKB za II kwartał 2016 roku.

Głównym beneficjentem osłabiającego się dolara amerykańskiego są surowce, a wraz z nimi waluty surowcowe. Ropa naftowa WTI od początku tygodnia zanotowała ponad 3% umocnienie. W ślad za nią podążyły notowania złota, które wzrosły o ponad 1%. Natomiast na rynku walutowym dolar nowozelandzki, który jest skorelowany z szeroką gamą surowców umocnił się o 1.17% względem dolara amerykańskiego. Na wyprzedaży amerykańskiej waluty skorzystał również polski złoty, który umocnił się względem USD o 4 grosze.

Drugim głównym tematem na rynku jest dzisiejsza publikacja inflacji CPI w Wielkiej Brytanii. Niższy kurs funta szterlinga na szerokim rynku przełożył się na ceny importu, a tym samym na wskaźniki inflacyjne. Ceny importu w ujęciu rocznym wzrosły o 6.5%, czyli najwięcej od 2011 roku. Jest to pozytywna wiadomość dla funta, ponieważ rosnąca presja inflacyjna powinna ograniczyć dalszą przestrzeń do łagodzenia polityki monetarnej przez Bank Anglii. Rosnącą presję inflacyjną można również zauważyć po odczycie wskaźnika PPI, który w skali rok do roku wzrósł o 0.3%. Natomiast inflacja mierzona cenami detalicznymi wzrosła o 1.9%, a tym samym pobiła konsensus rynkowy o 20 punktów bazowych.

Na rynku walutowym warto poświęcić uwagę jenowi, który po raz kolejny zbliża się do okrągłego poziomu 100. Głównym powodem kontynuacji umacniania jena na szerokim rynku jest pesymizm związany z możliwością, a raczej brakiem, dalszego luzowania polityki monetarnej przez Bank Japonii. Spadek pary walutowej poniżej poziomu 100 z pewnością przełoży się na coraz to więcej pogłosek o możliwej interwencji Banku Japonii na rynku walutowym.

Spoglądając na kalendarz danych makroekonomicznych inwestorzy nie mogą narzekać na nudę, bowiem wtorek należy do inflacji. O godzinie 14:00 napłyną do nas informacje dotyczące polskiej inflacji bazowej. Konsensus rynkowy spodziewa się odczytu na poziomu -0.3%. Pół godziny później poznamy dane dotyczące inflacji z jednej z najważniejszych gospodarek świata, Stanów Zjednoczonych. Inwestorzy oczekują, że spadek notowań ropy naftowej przełoży się na słaby odczyt wskaźnika CPI. O tej samej godzinie poznamy również kanadyjską sprzedaż w przetwórstwie przemysłowym oraz amerykańskie dane dotyczące rynku nieruchomości. Na koniec o godzinie 15:15 zostanie opublikowana amerykańska produkcja przemysłowa.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Czy eksport polskiej żywności jest zagrożony?

Projekty ustaw[i] przewidują duże zmiany w systemie urzędowej kontroli żywności. Proponuje się m.in. powołanie Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności, która ma przejąć zadania 3 inspekcji podległych Ministrowi Rolnictwa i Rozwoju Wsi (Inspekcji Weterynaryjnej, Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa, Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych) oraz zadania Państwowej Inspekcji Sanitarnej i Inspekcji Handlowej, w zakresie urzędowej kontroli żywności. Nowa Inspekcja podlegać ma Ministrowi Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan
Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Wg Konfederacji Lewiatan argumenty projektodawców dotyczące oszczędności i zwiększenia efektywności prac, wynikające z konsolidacji inspekcji, nie mają uzasadnienia merytorycznego. Liczba prowadzonych kontroli nie zmniejszy się zarówno ze względu na odmienną specyfikę kontroli poszczególnych inspekcji jak i zakres kontroli poszczególnych służb.

Nowe regulacje stworzą natomiast zagrożenie wprowadzania embargo na polską żywność za granicą, uzasadnionego chaosem w zasadach kontroli. Pamiętajmy – mówi dr Dobrawa Biadun z Konfederacji Lewiatan – że 80% eksportu polskiej żywności odbywa się w ramach Unii Europejskiej. – Część krajów, w ramach konkurencji, podejmuje działania mające na celu zmniejszenie naszego eksportu. Zbyt poważne reformy, obarczone dużym ryzykiem chaosu, mogą być wykorzystane przeciwko polskiej żywności i krajowym producentom – dodaje.

Zdaniem Lewiatana konsolidacja służb mogłaby być możliwa, ale wyłącznie w zakresie inspekcji podległych Ministrowi Rolnictwa i Rozwoju Wsi z jednoczesnym wprowadzeniem podległości nowej instytucji pod Prezesa Rady Ministrów. W ocenie pracodawców nie jest właściwe połączenie w rękach jednego organu produkcji rolnej oraz jej kontroli.

– Należy bezwzględnie wyłączyć z zakresu zmian obszar dotyczący kompetencji Ministra Zdrowia tj. urzędowej kontroli żywności prowadzonej przez Państwową Inspekcję Sanitarną – komentuje ekspertka Lewiatana. Jej zdaniem prowadzony nadzór ma charakter kompleksowy, system jest efektywny, funkcjonuje od wielu lat i sprawdził się również w sytuacjach kryzysowych. Bezpieczna żywność bezpośrednio wpływa na zdrowie publiczne obywateli, którego ochrona jest kompetencją Ministra Zdrowia i podległego mu Głównego Inspektora Sanitarnego.

Projektodawcy nie uwzględnili też kompleksowego nadzoru nad warunkami produkcji i obrotu żywnością, z nadzorem nad wodą do picia, będącą składnikiem żywności i wykorzystywaną w procesach produkcji żywności oraz z nadzorem nad epidemiologią chorób zakaźnych, w szczególności nad zatruciami pokarmowymi i nosicielstwem chorób zakaźnych – są to kompetencje Ministra Zdrowia i Państwowej Inspekcji Sanitarnej w obszarze zdrowia publicznego.

Merytorycznego ani ekonomicznego uzasadnienia nie znajdują również rewolucyjne zmiany obejmujące reformę bazy laboratoryjnej. Państwowa Inspekcja Sanitarna posiada specjalistyczne akredytowane laboratoria badające wszystkie niezbędne parametry bezpieczeństwa żywności i wody. Dostosowania polskiego nadzoru nad bezpieczeństwem żywności do standardów europejskich Polska dokonała wstępując do Unii Europejskiej w 2004 r.


[i] Projekt ustawy o Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności oraz projekt ustawy – Przepisy wprowadzające ustawę o Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności

GBP/USD – dobre dane

sierpień 16, 2016 09:30
GBP/USD - dobre dane 3

Niższy kurs funta szterlinga na szerokim rynku przełożył się na ceny importu, a tym samym na wskaźniki inflacyjne. Ceny importu w ujęciu rocznym wzrosły o 6.5%, czyli najwięcej od 2011 roku. Jest to pozytywna wiadomość dla funta, ponieważ rosnąca presja inflacyjna powinna ograniczyć dalszą przestrzeń do łagodzenia polityki monetarnej przez Bank Anglii. Rosnącą presję inflacyjną można również zauważyć po odczycie wskaźniku PPI, który w skali rok do roku wzrósł o 0.3%. Natomiast inflacja mierzona cenami detalicznymi wzrosła o 1.9%, a tym samym pobiła konsensus rynkowy o 20 punktów bazowych.

Przełożyło się to na szybkie odbicie kursu pary walutowej GBP/USD od ostatniego minimum w okolicy 1.286. Aktualnie kupujący mogą dokonać korekty ostatnich spadków w okolicę poziomu 1.31, po czym rozpocząć kontynuację dotychczasowego trendu spadkowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Słabe dane z USA

sierpień 16, 2016 09:10
Słabe dane z USA 4

Zapowiada się kolejny tydzień osłabiania dolara amerykańskiego na szerokim rynku. Słabość dolara powiązana jest z piątkową publikacją danych makroekonomicznych z tamtejszej gospodarki. Piątkowe dane dotyczące sprzedaży detalicznej oraz inflacji mierzone koszykiem producenta rozczarowały. Podwyżka stóp procentowych po raz kolejny została oddalona w czasie.

Ceny w skali miesiąc do miesiąca spadły o 0.4%, konsensus ekonomistów zakładał odczyt na poziomie 0.1%. Powyższy odczyt nie może być uzasadniony jedynie spadkiem cen ropy naftowej, bowiem miara nieuwzględniająca „czarnego surowca” również zaliczyła spadek. Powyższe, bardzo negatywne dane płynące z amerykańskiej gospodarki mogą po raz kolejny odłożyć w czasie kolejna podwyżkę stóp procentowych w tym roku. Pozytywny odczyt był konieczny, aby inwestorzy mogli puścić w niepamięć publikacji PKB za II kwartał 2016 roku.

Wszystko to przełożyło się na kontynuację trendu wzrostowego na parze walutowej AUD/USD. Na interwale dziennym kupującym udało się obronić strefę popytu 0.760-0.764. Bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego. Popyt może wywindować notowania w okolicę poziomu 0.78.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Już w 23 krajach klienci banków dopłacają do depozytów

Przeciętne oprocentowanie lokat spadło do 1,39 proc. Inni mają jeszcze gorzej: w 23 krajach banki oferują ujemne oprocentowanie. W Polsce wciąż można dostać od banku ładnych parę procent, pod warunkiem, że połączymy lokatę z funduszem. Taki dwupak, z terminem zapadalności 3 miesiące, zapewnia gwarantowany zysk z depozytu i daje szansę na wysoką stopę zwrotu z inwestycji.

Jeszcze na początku roku 2016 r. średnie oprocentowanie lokat wynosiło 1,6 proc. Jednak przy obecnym, rekordowo niskim poziomie stóp procentowych z miesiąca na miesiąc widać tendencję zniżkową. I raczej nie należy spodziewać się pozytywnych zmian w tym zakresie. Chyba, że sytuacja związana z Brexitem jeszcze bardziej  się zdestabilizuje, a funt dalej będzie tracić na wartości, ciągnąc za sobą waluty rynków wschodzących, w tym złotego. Gdyby krajowa waluta zaczęła słabnąć wobec głównych walut, w tym głównie franka, banki, które obsługują kredyty hipoteczne w CHF, musiałyby szukać płynności na rynku depozytowym. A to z pewnością przełożyłoby się na atrakcyjnie oprocentowane oferty. Wypada sobie jednak życzyć, żeby po-Brexitowy szok minął jak najszybciej, gdyż niepewność i niestabilność w nikogo tak mocno nie uderza, jak w oszczędzających i inwestorów.

Ujemna stopa rządzi

Jeśli ktoś narzeka na niskie oprocentowanie w Polsce, powinien zwrócić uwagę, że obecnie 500 mln osób na świecie mieszka w krajach, gdzie stopy są albo zerowe albo ujemne. Zaczęło się od Europejskiego Banku Centralnego, który w ubiegłym roku zszedł z główną stopą poniżej zera, a w marcu tego roku pogłębił spadek. Obecnie oprocentowanie w EBC wynosi -0,4 proc. Jeszcze więcej bo aż 0,75 proc. od każdego ulokowanego franka za przechowywanie pieniędzy na swoich kontach każe sobie płacić Szwajcarski Bank Centralny,. W Danii ujemna stopa wynosi -0,65 proc., a w Szwecji -0,35 proc. Na początku tego roku na ścieżkę negatywnych stóp weszła Japonia, obniżając oprocentowanie w banku centralnym do -0,10 proc.

W czternastu krajach na świecie stopy mieszczą się w przedziale między 0 a 1 proc., w jednym wynosi 0 proc., natomiast ujemne są w 23 krajach (w tym 19 należących do strefy euro). Taki poziom stóp w bankach centralnych w oczywisty sposób odbija się na oprocentowaniu lokat. W strefie euro na rocznym depozycie można dostać przeciętnie 0,20 proc. W Japonii lokata terminowa gwarantuje 0,10 proc. odsetek. Rachunek oszczędnościowy – 0,02 proc. W Czechach zdeponowanie pieniędzy w banku na rok przyniesie 0,40 proc. odsetek. W Bułgarii zysk będzie jeszcze niższy i wyniesie 0,25 proc.

Pół na pół

Jak widać stopy procentowe w Polsce, choć niskie, znajdują się znacznie powyżej poziomów obowiązujących w strefie euro, ale również w sąsiednich Czechach (0,05 proc.) czy w Bułgarii (0 proc.). U nas podstawowa stopa referencyjna, ma wartość 1,5 proc. i, jak wynika z wypowiedzi przedstawicieli Rady Polityki Pieniężnej po czerwcowym posiedzeniu, na razie obniżek nie będzie.

Dla deponentów nie jest to z pewnością specjalnie wielka pociecha. Rok temu, w lipcu, kiedy stopy w NBP były na takim samym poziome jak obecnie, za trzymiesięczną lokatę można było bez problemu dostać 2,5 proc. Parkując pieniądze na pół roku, można było liczyć na 3 proc. Na takie oprocentowanie przyjdzie nam jeszcze poczekać. Choć i dzisiaj jest szansa na osiągnięcie zysku na takim poziomie.

Tyle, że nie na zwykłej lokacie, ale na funduszu z lokatą. Tego rodzaju hybrydy w środowisku super niskich stóp stają się coraz bardziej popularne.

Na czym polega ten produkt?

Konstrukcja jest bardzo prosta. Klient wpłaca pieniądze do banku, z których połowa – choć proporcje mogą być różne, np. 25 proc. vs 75 proc. – ląduje na lokacie, znacznie lepiej oprocentowanej niż wynosi średnia stawka na rynku, a pozostałe środki przeznaczane są na kupno jednostek funduszy inwestycyjnych. Zakładając taki dwupak możemy liczyć na większy zysk niż przynoszą standardowe lokaty, ponieważ część depozytowa jest dobrze oprocentowana (nawet 5 proc. w skali roku), a część inwestycyjna również może wygenerować satysfakcjonującą stopę zwrotu. Co ważne, to sam klient wybiera fundusz jaki chce kupić, co daje mu możliwość doboru strategii inwestycyjnej dopasowanej do własnego apetytu na ryzyko. Trzeba bowiem zaznaczyć, że tego rodzaju inwestycja, jak w przypadku każdego funduszu może przynieść straty zamiast zysków. W pewnym stopniu ryzyko straty amortyzowane jest przez wysokooprocentowaną część depozytową dwupaku. Drugim bezpiecznikiem wpisanym w ten produkt jest możliwość doboru funduszy o różnym profilu ryzyka.

Inwestowanie w fundusz można też przerwać w dowolnym momencie, przy czym należy liczyć się wtedy z dodatkową opłata jeśli zdecydujemy się na taki krok przed określonym w regulaminie terminie, np. przed upływem, roku od kupna dwupaku. Wycofanie się z produktu po upływie trzech miesięcy może też oznaczać przepadek odsetek z lokaty, choć  nie jest to regułą.

***

Konrad Grzelec, BGŻOptima

VMware po raz trzeci liderem rankingu IDC

Firma VMware Inc. zajęła pierwsze miejsce pod względem udziału w światowym rynku oprogramowania do zarządzania systemami przetwarzania w chmurze i automatyzacji centrów przetwarzania danych w rankingu opracowanym przez renomowaną agencję analityczną IDC. VMware został liderem w obu tych kategoriach już po raz trzeci z rzędu.

„Wyniki raportów potwierdzają nasze zaangażowanie w tworzenie innowacyjnych rozwiązań. Są także dowodem na to, że proponowana przez VMware jednolita platforma zarządzania chmurą przyniosła naszym klientom wiele korzyści. Nasza wizja, w połączeniu z lojalnością klientów i ich zaufaniem do produktów VMware, umożliwiła nam  zachowanie pozycji lidera w obszarach zarządzania systemami przetwarzania w chmurze oraz automatyzacji centrów przetwarzania danych. Cieszymy się, że  nasze działania zostały docenione przez IDC. We współpracy z klientami będziemy kontynuować naszą dotychczasową pracę, by odpowiadać na obecne i przyszłe potrzeby biznesu w zakresie automatyzacji środowisk opartych na chmurze i zarządzania nimi” – mówi Paweł Korzec, Systems Engineering Manager, Eastern Europe, VMware.

Lider w obszarze zarządzania systemami przetwarzania w chmurze

Według raportu IDC zatytułowanego „Cloud Systems Management Software Market Shares, 2015: Year of Continued Expansion” udział VMware w rynku wyniósł 22,6%, czyli o ponad 9 punktów procentowych więcej niż dostawca zajmujący drugie miejsce w zestawieniu.

W raporcie stwierdzono między innymi, że: „Światowy rynek oprogramowania do zarządzania systemami przetwarzania w chmurze rozwija się bardzo szybko – coraz więcej przedsiębiorstw i dostawców usług decyduje się na zastosowanie tego rodzaju architektury do obsługi różnorodnych obciążeń produkcyjnych, programistycznych i operacyjnych. Klienci są coraz częściej przekonują się o możliwości skutecznej optymalizacji środowisk składających się z wielu chmur, pozwalających obsłużyć różne obciążenia z wykorzystaniem infrastruktury chmury lokalnej i/lub publicznej, platform programistycznych oraz oprogramowania udostępnianego jako usługa”.                                                                 

Automatyzacja centrów przetwarzania danych

Raport firmy IDC zatytułowany „Worldwide Datacenter Automation Software Market Shares, 2015: Year of Suite Success” wiąże wzrost udziału firmy VMware w rynku z jej działaniami w obszarze automatyzacji centrów przetwarzania danych i zarządzania chmurą. Udział VMware w rynku w ubiegłym roku wyniósł 29,1% . Jest to wartość o 19 punktów procentowych wyższa od wyniku  osiągniętego przez kolejnego dostawcę w zestawieniu. Według raportu, sprzedaż rozwiązań VMware w obszarze automatyzacji w 2015 roku rosła wyjątkowo dynamicznie, przekraczając średnią dla całego rynku.

W raporcie stwierdzono m.in.: „Zapotrzebowanie na oprogramowanie do automatyzacji centrów przetwarzania danych i rozwiązania SaaS rośnie – coraz więcej przedsiębiorstw zdaje sobie sprawę, że nowoczesne architektury aplikacji i strategie rozwoju infrastruktury oparte na wielu chmurach, wymagają od zespołów IT szybkiego udostępniania, aktualizacji i skalowania aplikacji rozproszonych. Zasoby fizyczne i wirtualne, kontenery oraz zasoby chmurowe są również niezbędnym wsparciem w realizacji procesów cyfrowej transformacji”.

Wzrost ryzyka w Turcji to szansa na zwiększenie wartości polskich aktywów

Wpływ na turecką gospodarkę ma wiele czynników – zarówno pozytywnych, jak i elementów ryzyka. Korzystnym czynnikiem jest bez wątpienia struktura demograficzna tureckiego społeczeństwa, które jest bardzo liczne i młode, z kolei w kwestii ryzyka ma ono wymiar geopolityczny i polityczny.

– Obserwujemy mocny odpływ turystów z Turcji, który rok do roku przekroczył poziom 30% – powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Regulski z Zespołu Analiz Ekonomicznych Raiffeisen Polbank – co ciekawe, nie wpływa to jeszcze na dynamikę PKB. Ta jest w dużej mierze wspierana przez popyt wewnętrzny napędzany z kolei przez migrantów. Warto spojrzeć na wyceny tureckich spółek, które są obecnie dosyć atrakcyjne. W momencie ogłoszenia informacji o zamachu stanu i po gwałtownym spadku wartości tureckich aktywów, obserwowaliśmy przesunięcie kapitału do Polski – kraju z tego samego koszyka, co Turcja. Oznacza to, że inwestorzy nie chcieli całkowicie wycofywać się z regionu, ale jedynie zmienić alokację swoich środków. Pokazuje to, że wzrost ryzyka w przypadku Turcji daje szanse na zwiększenie wartości polskich aktywów – ocenił Regulski.

Pylon S.A. – wyniki finansowe po I półroczu 2016 r.

Pylon S.A. – zamknął I półrocze 2016 roku z doskonałymi wynikami finansowymi. Spółka odnotowała 85 proc. wzrost liczby sprzedanych zestawów głośnikowych, zwiększając o 76 proc. – do 1,71 mln zł – przychody ze sprzedaży produktów własnych względem I półrocza 2015. Zysk netto producenta z Jarocina wyniósł po dwóch kwartałach 2016 roku 71,62 tys. zł i wzrósł o 320 proc. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. EBITDA Pylon S.A. za I półrocze 2016 roku osiągnęła poziom 0,22 mln zł.

Pylon S.A._Kwartalna sprzedaż zestawów głośnikowych_IIQ_2016Pierwsza połowa 2016 roku potwierdziła rosnące zainteresowanie produktami Pylon S.A., który w okresie od stycznia do czerwca 2016 roku sprzedał 1125 autorskich zestawów głośnikowych marki Pylon Audio w porównaniu do 609 rok wcześniej. Tym samym polski producent – który coraz dynamiczniej zaznacza swoją obecność zarówno w Polsce, jak też na międzynarodowych rynkach – może zaliczyć I połowę roku do niezwykle udanych.

W II kwartale 2016 roku Pylon S.A. podwoił przychody ze sprzedaży produktów własnych, osiągając niemal 0,84 mln zł w porównaniu do 0,42 mln zł rok wcześniej. Jednocześnie zysk netto Pylon S.A. za II kwartał 2016 – przy jednoczesnych inwestycjach w infrastrukturę produkcyjno-badawczą oraz rozwój sieci sprzedaży w Polsce i poza jej granicamiwyniósł niemal 65 tys. zł względem straty na poziomie 14,28 tys. zł w analogicznym okresie 2015 roku. Zysk z działalności operacyjnej Pylon S.A. w II kwartale 2016 uplasował się na poziomie 87,6 tys. zł.

Pylon S.A._Kwartalne przychody ze sprzedaży_IIQ_2016

– Nasza strategia inwestycyjno-rozwojowa wymaga znaczących nakładów finansowych, ale jednocześnie – na co wyraźnie wskazują świetne wyniki Pylon S.A. tak za II kwartał, jak też za całe I półrocze 2016 roku – przynosi już teraz wymierne efekty. Realizowane przez nas, powtarzalne zamówienia na zestawy głośnikowe, między innymi płynące już z Niemiec, Austrii, Francji, Belgii Turcji, Hiszpanii i Szwajcarii oraz kontrakty na produkcję i sprzedaż obudów do głośników, które dostępne są w zestawach oferowanych przez naszych kontrahentów w Europie, Azji i USA pokazują doskonałą perspektywę naszego rozwoju i bez wątpienia stanowią zapowiedź coraz lepszych wyników Pylon S.A. w kolejnych latach – podkreśla Mikołaj Rubeńczyk, wiceprezes zarządu Pylon S.A.

Pylon S.A. – kluczowe wydarzenia w II kwartale 2016 roku

  • Pierwszy kontrakt i uruchomienie sprzedaży zestawów głośnikowych Pylon Audio na rynku niemieckim – kwiecień 2016
  • Udział w branżowych targach High End Munich w Monachium w ramach programu GO_GLOBAL.pl, realizowanego przez Pylon S.A. przy wsparciu NCBiR – maj 2016
  • Nowy kontrakt z producentem studyjnych zestawów głośnikowych na seryjną sprzedaż ok. 1000 obudów do głośników rocznie, stanowiących element konstrukcyjny zestawów audio oferowanych w Europie, Azji i Stanach Zjednoczonych pod renomowaną, międzynarodową marką – maj 2016
  • Intensyfikacja działań eksportowych – kontrakty na sprzedaż zestawów głośnikowych na terenie: Francji, Belgii, Turcji, Hiszpanii i Szwajcarii maj 2016
  • Pozyskanie 71 tys. zł dotacji z PARP upublicznienie i rozwój spółki technologicznej Pylon Sp. z o.o. Projekt realizowany był w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020, poddziałanie 3.1.5. „Wsparcie MSP w dostępie do rynku kapitałowego – 4 Stock”. Ewentualny debiut Pylon Sp. z o.o. na rynku NewConnect nastąpi w ciągu 28 miesięcy od dnia przyznania dotacji – czerwiec 2016
  • Zatwierdzenie przez WZA Pylon S.A. uchwały o podwyższeniu kapitału zakładowego spółki w drodze emisji nowych akcji serii H, realizowanej w ramach subskrypcji zamkniętej, z zachowaniem prawa poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy – czerwiec 2016

Szczegółowe cele emisji akcji serii H

Środki pozyskane z emisji akcji serii H spółka przeznaczy na konsekwentne budowanie marki Pylon Audio w kraju i poza jego granicami oraz systematyczny wzrost wartości Pylon S.A., w tym przede wszystkim na:

  • Rozszerzenie oferty produktowej:
    • rozwój nowych linii produktowych w postaci aktywnych zestawów głośnikowych, uzupełniających dostępne kina domowe (Pearl, Topaz, Sapphire, Opal), jak i stanowiących samodzielne systemy nagłośnieniowe (w tym technologia systemów bezprzewodowych)
    • wyposażanie zestawów głośnikowych w przetworniki elektroakustyczne sygnowane marką Pylon Audio
    • wprowadzenie do produkcji nowych linii pasywnych zestawów głośnikowych
    • wprowadzenie do produkcji nowej linii produktowej w postaci profesjonalnych akcesoriów audio takich, jak: antywibracyjne stoliki audio oraz podstawki audio, których prototypy zostały zaprezentowane podczas targów High End Munich w Monachium
  • Dokończenie inwestycji w zaplecze produkcyjne
  • Spłatę pożyczki w kwocie 850 tys. zł, otrzymanej od akcjonariusza – PH „Maks” sp. z o.o., wykorzystanej jako wkład własny w ramach sfinansowania zakupu 1,09 ha nieruchomości zabudowanej w Jarocinie, na której Pylon S.A. uruchomi jeszcze w 2016 roku nowy zakład produkcyjny o łącznej powierzchni ponad 3,3 tys. m2. Inwestycja we własną infrastrukturę to nie tylko sposób na optymalizację bieżących kosztów operacyjnych, ale przede wszystkim zwiększenie możliwości produkcyjnych – już z uwzględnieniem nowego asortymentu – a tym samym potencjał do dynamicznej ekspansji Pylon Audio na rynki zagraniczne

Emisja akcji serii H zaplanowana została na przełom III i IV kwartału 2016 roku, przy cenie emisyjnej nie niższej niż 0,22 zł za jedną akcję.

Był prezesem spółki giełdowej, „wraca do garażu” by robić startup

Bartosz Michałek, współtwórca porównywarki finansowej Comperia.pl postanowił raz jeszcze spróbować osiągnąć sukces budując startup. Z końcem czerwca zrezygnował z kierowania notowaną na GPW spółką i rozpoczął prace nad nowym biznesem. Wyzwanie polega na stworzeniu nowego przedsięwzięcia jak najmniejszym nakładem finansowym, w oparciu o własny pomysł, pracę i doświadczenie. Cały proces budowania firmy od zera postanowił opisywać na blogu: Startuplive.pl.

– Kiedy w 2007 roku razem z Karolem Wilczko zdecydowaliśmy się porzucić pracę w dużej korporacji finansowej i stworzyć coś własnego nie mieliśmy praktycznie żadnej wiedzy jak prowadzić firmę. Mieliśmy pomysł, dużo energii i trochę oszczędności. Udało się, dziś Comperia.pl jest stabilnie rozwijającą się spółka notowaną na GPW, jej zespół to blisko 100 osób – wspomina Bartosz Michałek – W mojej głowie od pewnego czasu dojrzewał jednak pomysł na kolejne przedsięwzięcie. Wiem, że aby mogło się udać, trzeba poświecić się mu w całości, dlatego zrezygnowałem z funkcji prezesa Comperii, przechodząc do Rady Nadzorczej – dodaje.

Nowy projekt to unikalny pomysł na polskim rynku, dlatego jego szczegóły do czasu uruchomienia owiane są tajemnicą. Obecnie wiadomo tylko, że będzie to przedsięwzięcie oparte o portal internetowy, bo usługi online i nowe technologie to żywioł Bartosza Michałka. Autor postanowił na początek stworzyć bloga, na którym opisuje kolejne etapy prac nad stworzeniem swojego kolejnego start-upu. Dzieli się nie tylko swoimi doświadczeniami zdobytymi przez ostatni 10 lat tworzenia firmy, ale także przedstawia różne sposoby podchodzenia do tworzenia nowej organizacji oraz pokazuje, w jakiej kolejności trzeba wykonać konkretne kroki.

Z bloga StartupLive.pl można dowiedzieć się, czy warto porzucać pracę na etacie i rozpocząć własny biznes, jak duże jest ryzyko z tym związane, od czego zacząć i na jakie wyzwania należy się przygotować. – To nie są rzeczy, o których można dowiedzieć się z podręczników, to bieżąca analiza i ocena podejmowanych przeze mnie działań. Oczywiście opieram się na zdobytym wcześniej doświadczeniu, nie jest to więc robienie nowej firmy metodą prób i błędów – tłumaczy Bartosz MichałekMam nadzieję, że to o czym piszę pozwoli każdemu na samodzielne podjęcie decyzji o tym, czy warto rozstawać się z dobrą pracą, aby iść na swoje. Moja odpowiedź na to nie jest taka prosta: to nie jest przedsięwzięcie dla każdego i zanim ktokolwiek się na to zdecyduje, powinien mieć świadomość z czym to się łączy – dodaje.

Nowa firma powstaje w oparciu o założenie, że jej twórca zaangażuje w przedsięwzięcie minimalne środki. Wydatki, finansowane z własnych oszczędności dotyczą wyłącznie technologii i IT – Chcę pokazać, że możliwe jest stworzenie firmy od zera przy minimalnych kosztach – wyjaśnia Bartosz Michałek.

Michałek podkreśla, że jego celem nie jest namawianie nikogo do rzucania pracy i próbowanie sił na swoim. Chce pokazać, że własny biznes to ogromna odpowiedzialność, która wymaga przemyślenia i odpowiedniego przygotowania, a także twardego stąpania po ziemi, bez ulegania życzeniowemu myśleniu, przesadnej wierze w sukces i braku świadomości, że biznes może się nie udać. – Większość osób, którym się nie udaje z własną firmą zbyt mocno chce wierzyć, że pomysł, który powstał w głowie łatwo da się urzeczywistnić. Nie są one przygotowane na cały szereg barier, przeszkód i trudności jakie pojawiają się po drodze. Nie mają wyobrażenia o poziomie kosztów finansowych i psychologicznych jakie przyjdzie im ponieść, zanim ich firma zacznie przynosić przychody. Są też tacy, którzy od początku zakładają, że stworzą marketingową wydmuszkę i sprzedadzą marzenia inwestorom. Moje doświadczenie pokazuje, że żadną z tych dróg absolutnie nie wolno podążać. Dlatego postanowiłem pokazywać na blogu, krok po kroku, co to znaczy tworzyć startup – podsumowuje Michałek.

Start projektu zaplanowany jest wstępnie na październik br. Kolejne etapy jego tworzenia relacjonowane są codziennie na stronie: www.StartupLive.pl i na Facebook na profilu „Stawiam Firmę na Żywo”. – Wierzę, że mi się uda, jednak jeśli mój pomysł okaże się porażką, przyjmę to z pokorą i postaram się dokładnie opisać na blogu, dlaczego tak się stało. Mam jednak nadzieję, że taki wpis nigdy nie powstanie – zaznacza Bartosz Michałek.

Bartosz Michałek urodził się w 1980 roku, studiował finanse i bankowość na SGH oraz psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę zawodową rozpoczynał od pracy w Expanderze, następnie był związany z Open Finance i Noble Bankiem. Od 2007 roku współtworzył Comperia.pl – start-up, który jeszcze w tym samym roku pozyskał inwestorów finansowych, w 2011 roku zadebiutował na rynku NewConnect, a w 2014 roku na rynku regulowanym GPW. Prywatnie jest szczęśliwym mężem i ojcem trójki dzieci.

Badanie: Przedsiębiorcy oczekują intuicyjnych i elastycznych systemów ERP

Intuicyjność, przyjazność w obsłudze, kompatybilność z innymi systemami, a także elastyczność – to zdaniem osób zarządzających firmami jedne z podstawowych cech idealnego systemu ERP. Tak wynika z badania Macrologic, polskiego dostawcy systemów klasy ERP, na temat oprogramowania
i zarządzania procesami, które zostało przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia.

Rozwiązania IT do zarządzania firmami oparte na procesowości dają wiele korzyści w codziennej pracy na każdym szczeblu organizacji. Porządkują firmę, podnoszą jakość jej funkcjonowania, a także pozwalają na szybszy dostęp do informacji. Dzięki raportom z systemu ERP szefowie i menadżerowie mogą szybciej reagować na nieefektywne procesy w przedsiębiorstwie. Oprogramowanie do zarządzania wpływa również korzystnie na sprzedaż, kontrolę procesu produkcyjnego, zarządzanie logistyką oraz konkurencyjność firmy.

Spółka Macrologic zapytała polskich przedsiębiorców, jakie cechy – ich zdaniem – powinien posiadać idealny system ERP, by spełniać wszystkie te oczekiwania.

Z badania wynika, że dla zarządzających firmami ważne jest, by oprogramowanie było intuicyjne, przyjazne. Liczy się też, aby rozwiązanie współpracowało z innymi zainstalowanymi w firmie systemami. Badani oczekują możliwości rozbudowy oraz stałego wprowadzania zmian w oprogramowaniu. Ważną cechą – według przedsiębiorców – jest też elastyczność rozwiązania, co pozwala dostosowywać system nie tylko do potrzeb firmy, ale też sprawnie reagować na bieżące zmiany legislacyjne. „Jest to istotne zwłaszcza w Polsce, gdzie prawo jest często modyfikowane. Dostawca systemu klasy ERP musi szybko reagować na stale zachodzące zmiany prawne. Jeśli jego system nie jest elastyczny, dostosowywanie do zmian może zająć mu znaczniej więcej czasu” – zauważa Renata Łukasik, dyrektor ds. oprogramowania w spółce Macrologic.

Schemat procesu decyzyjnego

W badaniu spółka Macrologic sprawdziła także, w jaki sposób firmy zwykle dokonują wyboru systemu ERP.  Zazwyczaj pierwszym etapem takiego procesu są spotkania z wieloma dostawcami, a następnie z wybranymi spośród nich. Te ostatnie odbywają się na ogół w szerszym gronie. Kolejno wyłaniane są dwa przedsiębiorstwa IT do dalszych negocjacji. W następstwie tych rozmów zostaje wybrana firma, przez którą zostanie dokonane wdrożenie.

Ostateczna decyzja zazwyczaj podejmowana jest wspólnie na zebraniu zarządu. Zdarza się też, że firmy kierują się opinią agencji konsultingowej, która sprawdza czy dane systemy ERP spełniają oczekiwania postawione przez klienta. Natomiast w przypadku zamówień publicznych decyzja zapada w oparciu o to, który dostawca najlepiej spełnia wymagania Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia (SIWZ). Szczególnie w organizacjach o zasięgu globalnym nowy system wdraża się odgórnie, a o jego wyborze decyduje centrala, czyli zagraniczny właściciel.

„Schematów procesu decyzyjnego jest wiele. Dlatego każda organizacja przygotowująca się do inwestycji w ERP powinna wybrać najbardziej odpowiedni dla siebie model. Jednak niezależnie od tego, z jakiego schematu skorzysta, najważniejsze jest to, aby wybrany system ERP był właściwie dopasowany do potrzeb, a w konsekwencji miał wpływ na sprawniejsze i bardziej efektywne funkcjonowanie organizacji” – podsumowuje Renata Łukasik.

Prof. Bugaj: Programu „Rodzina 500 plus” nie uda się sfinansować z większych wpływów podatkowych. Nie zrujnuje on jednak budżetu

CEO Magazyn Polska
Krzyk, że program „Rodzina 500 plus” zrujnuje budżet jest przesadzony – mówi prof. Ryszard Bugaj. Zdaniem ekonomisty trudno przewidywać, żeby rządowy program udało się sfinansować ze zwiększonych wpływów z podatków. Program dla 3,7 mln dzieci ma kosztować ok. 23 mld zł. Dla porównania obsługa zadłużenia krajowego i zagranicznego pochłonęła w 2015 roku ponad 29 mld zł. Mimo wzrostu zadłużenia finansowanie projektów poprzez pożyczanie pieniędzy może okazać się racjonalną decyzją.

– Program „Rodzina 500 plus” to projekt, który pochłania dużo pieniędzy. Jest bardzo mało prawdopodobne, żeby udało się go sfinansować ze zwiększonych wpływów podatkowych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Ryszard Bugaj, ekonomista.

Szacuje się, że program wsparcia dla rodzin obejmie 3,7 mln dzieci i może kosztować ponad 23 mld zł rocznie. Wpływy do budżetu z podatków, choć wyższe niż rok wcześniej, są niewystarczające, aby w całości sfinansować program. Ministerstwo Finansów podaje, że tylko w pierwszych pięciu miesiącach tego roku dochody budżetu państwa były wyższe o 11 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2015 roku. Dochody podatkowe wzrosły zaś o 7,2 proc. Jednocześnie w pierwszej połowie 2016 roku łączna wartość wpłat do budżetu oraz zatrzymanych wypłat nienależnego zwrotu VAT związanych z ustaleniami kontrolerów wyniosła 832 mln zł, czyli ponad 71 proc. więcej niż rok wcześniej.

– Dlatego przypuszczam, że program „Rodzina 500 plus” będzie jednym z czynników wzrostu zadłużenia. Poziom zadłużenia Polski nie jest dramatyczny. Płacimy co prawda odsetki od naszego długu, które nie należą do rekordowo niskich, na tle Niemiec są nawet wysokie, nie są to jednak gigantyczne odsetki – ocenia ekonomista.

Obecnie dług publiczny wynosi ok. 50 proc. PKB. Na koniec maja zadłużenie Skarbu Państwa przekroczyło 890 mld zł, z czego nieco ponad 300 mld to dług zagraniczny (34 proc.). Teoretycznie im większe zadłużenie, tym większy koszt obsług tego długu. Ten jednak w ubiegłym roku był wyraźnie niższy niż w poprzednich latach. W 2015 roku na spłatę odsetek przeznaczono 29,2 mld zł, średnie oprocentowanie wyniosło 3,6 proc. W 2014 roku na obsługę długu rząd przeznaczył 34,5 mld, a w 2013 – 42,5 mld zł.

– Można zadać pytanie, czy nie jest racjonalną decyzją sfinansowanie różnych projektów poprzez pożyczanie pieniędzy mimo wzrostu zadłużenia. Nie mam na to ostrej odpowiedzi. Trzeba szukać punktu równowagi między różnymi racjami, a ogromny krzyk, który się podnosi, że to spowoduje ruinę budżetu, jest moim zdaniem nadmierny – podkreśla Bugaj.

PKP z nowym pomysłem na dworce. Obsługa pasażerów i handel to nie koniec możliwości

Michał Beim
Punkty handlowe i usługowe na dworcach mają podnosić ich atrakcyjność i ułatwiać życie pasażerom. Możliwości wykorzystania takich obiektów jest jednak znacznie więcej – podkreślają przedstawiciele PKP. W dużych miastach dworce mogą być połączone z centrami handlowymi, w mniejszych mogą się stać punktem spotkań lokalnej społeczności, biblioteką czy ośrodkiem kultury. Innym pomysłem jest utworzenie tam żłobków czy przedszkoli.

Dworzec musi być miejscem atrakcyjnym dla pasażera, a funkcja komercyjna nie stoi z tym w sprzeczności. Przeciwnie: często podnosi atrakcyjność tego miejsca – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Beim, członek zarządu PKP. – Temu służą np. kawiarnie, restauracje, kioski czy punkty informacyjne. To miejsca, które bardzo dobrze korespondują z funkcją dworcową.

Na dworcach mogą działać sklepy, drogerie, dyskonty czy inne sieci handlowe. Funkcje komercyjne mogą się jednak rozwijać pod warunkiem, że będzie to rozważnie planowane, a punkty niezbędne podróżnemu będą dla niego łatwo dostępne.

Zdaniem Michała Beima przykładem dobrego połączenia funkcji kolejowej i komercyjnej jest dworzec w Lipsku. Na dwóch podziemnych poziomach obiektu znajduje się centrum handlowe, a na parterze są punkty komercyjne służące obsłudze pasażera. Dodatkowo dworzec ten służy zarówno kolei międzymiastowej, jak i transportowi miejskiemu.

Największe dworce zazwyczaj potrafią się same utrzymywać, finansować, a nawet zarabiać. To są miejsca, przez które przepływają tysiące osób dziennie i handel dostrzega korzyści z tej lokalizacji – podkreśla Michał Beim. – Dworce w mniejszych miejscowościach często mają kłopot ze znalezieniem tzw. czarnego zera, czyli np. przychodów umożliwiających pokrycie kosztów działania świetlicy, porządkowania jej dynamicznej informacji pasażerskiej itd.

PKP ma jednak pomysł również na tego typu obiekty. Tym bardziej że w małych miejscowościach często są one zbyt duże jak na potrzeby podróżnych. W części budynków dworcowych mogłyby powstawać biblioteki publiczne czy świetlice dla dzieci.

Innym pomysłem jest także tworzenie żłobków i przedszkoli – rodzice przywożą dziecko na rowerze czy samochodem, zostawiają je w przedszkolu, a sami się udają na pociąg podmiejski i jadą do dużej aglomeracji – mówi Michał Beim.

Jak wyjaśnia, trudno mówić o uniwersalnych rozwiązaniach, a każdy dworzec powinien być rozpatrywany jako osobny przypadek we współpracy z lokalnymi samorządami.

Nie ma jednego uniwersalnego rozwiązania, jeśli chodzi o polskie czy europejskie dworce, natomiast należy stworzyć pewien katalog, który będzie wzorem różnych rozwiązań i społeczności lokalne w zależności od potrzeb przy współpracy z koleją będą wybierały optymalny model działania dworca.

Samorządy zapewnią funkcjonowanie dworca jako miejsca będącego istotnym punktem dla lokalnej społeczności, w którym będą zlokalizowane usługi społeczne, jak wspomniane świetlice, biblioteki, czytelnie czy ośrodki kultury, lub które wykorzysta na swoje potrzeby – na poszerzanie urzędu gminnego czy lokalizację straży gminnej – mówi członek zarządu PKP.

Jego zdaniem partnerem PKP przy zagospodarowywaniu dworców może zostać Poczta Polska. W ramach współpracy na dworcach w zależności od potrzeb w danej lokalizacji mogą się znaleźć skrzynki pocztowe, automaty do sprzedaży znaczków lub placówki pocztowe.

A. Rzońca (TEP): W światowej gospodarce nadchodzą trudne czasy. Słaby złoty uniemożliwi ochronę polskich interesów

CEO Magazyn Polska
Problemem światowej gospodarki jest rosnący dług. Zdaniem byłego członka RPP od przyszłego roku może to zacząć powodować kryzysy finansowe w różnych częściach globu, co będzie się odbijać także na polskiej gospodarce. Tymczasem w przeciwieństwie do czasów sprzed dekady w razie zawirowań będzie ona bezbronna, bo słaby złoty nie daje dziś możliwości amortyzacji wstrząsów.

– Jesteśmy w bardzo turbulentnym otoczeniu. Gospodarka chińska się chwieje, wciąż grozi jej twarde lądowanie. Chiny zadłużyły się mniej więcej tak jak Japonia na początku lat 90., tyle tylko, że Chiny mają niższy dochód na mieszkańca – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Rzońca, przewodniczący Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich. – Dzisiaj wśród krajów o niskim umiarkowanym poziomie dochodu na mieszkańca, do których wciąż zaliczają się Chiny, nie sposób znaleźć kraj, w którym dług byłby równie wysoki.

Zgodnie ze słowami Davida Liptona z MFW chiński dług łącznie stanowi 225 proc. PKB, z czego zadłużenie rządu oraz gospodarstw domowych łącznie stanowi tylko 80 pkt proc. Reszta to gigantyczne długi przedsiębiorstw. Z tego ponad połowę stanowi zadłużenie firm państwowych, które wytwarzają jedynie nieco ponad jedną piątą produkcji przemysłowej.

– Przedsiębiorstwa chińskie mają problemy z obsługą swojego zadłużenia. Dzisiaj 14 proc. długu przypada na przedsiębiorstwa, które nie są w stanie spłacać nawet odsetek od długu z wypracowanych przez siebie nadwyżek, mimo że stopy procentowe w Chinach są rekordowo niskie – komentuje Rzońca. – W niektórych sektorach ten odsetek długu przypadający na przedsiębiorstwa niezdolne do spłaty nawet odsetek z własnych nadwyżek finansowych dochodzi do 40 proc. Mamy bardzo dużą gospodarkę, która ma bardzo duże problemy.

Problemem są według ekonomisty także inne rynki wschodzące, głównie w Ameryce Łacińskiej, gdzie zadłużenie wzrosło po 2009 roku mimo nauczki w postaci kryzysu finansowego.

– W Ameryce Łacińskiej 60 proc. przedsiębiorstw ma kredyt w dolarach, mimo braku przychodów w dolarach. Popularnością ten kredyt cieszył się zwłaszcza w sektorze budowlanym, który przecież nie ma w Ameryce Łacińskiej przychodów w dolarach – daje przykład Andrzej Rzońca. – Mamy całe mnóstwo punktów zapalnych, przy czym wśród gospodarek wschodzących nie tylko w Chinach pojawiają się problemy ze wzrostem.

Jak mówi, dzisiaj liczba gospodarek wschodzących, które rosną szybciej niż Stany Zjednoczone, jest najniższa od 2000 roku, a lawinowo przybywa krajów, w których tempo rozwoju gospodarczego słabnie trzeci rok z rzędu. Przypomina także, że od przyszłego roku zacznie rosnąć wartość obligacji do wykupu przez właśnie te gospodarki.

– Mamy spore zagrożenie różnymi kryzysami finansowymi w naszym otoczeniu, raczej trudno oczekiwać spokojnych czasów – przestrzega były członek RPP. – Należałoby się przygotowywać na trudne czasy, tymczasem finanse publiczne w naszym kraju na te trudne czasy są gorzej przygotowane niż w 2007 roku, kiedy nie byliśmy dobrze przygotowani na globalny kryzys finansowy.

Zasadniczą różnicą jest pozycja złotego, który w stosunku do euro jest dziś o niemal 10 proc. słabszy niż dekadę temu, a w stosunku do rekordowego umocnienia z sierpnia 2008 roku jest mniej wart o jedną czwartą. Choć cieszy to eksporterów, to psuje interesy importerom oraz narusza budżety domowe zadłużonym we frankach i euro. Dzięki silnej walucie pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku NBP miał pole do interwencji walutowych, które amortyzowały wpływ światowego kryzysu na polską gospodarkę. Dziś tego bufora już nie ma.

– Dalsze osłabienie złotego w przypadku jakichś wstrząsów w naszym otoczeniu niewiele pomoże już eksporterom –  zauważa Andrzej Rzońca. – Dzisiaj jedna umowa na sto generuje straty eksporterom, natomiast silnie uderzy w pozostałych. W efekcie w odróżnieniu od 2007 i 2008 czy 2009 roku ewentualne osłabienie kursu złotego w reakcji na jakiś wstrząs może wzmacniać ten wstrząs, a nie go amortyzować.

Obrót ziemią zamarł, a ceny spadły. Przepisy o sprzedaży gruntów rolnych czekają na wyrok Trybunału Konstytucyjnego

CEO Magazyn Polska
Rynek odczuwa wejście w życie restrykcyjnych przepisów o obrocie ziemią. W przypadku nieruchomości, które mogłyby być wykorzystywane do celów innych niż rolne, widać zmniejszenie obrotu. Właściciele nie chcą sprzedawać swoich gruntów, bo cena nie jest dla nich satysfakcjonująca – mówi Agata Stradomska z RE/MAX Polska. Zmienić restrykcyjne przepisy może jednak wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Niekorzystną ustawę zaskarżył Rzecznik Praw Obywatelskich.

– W maju weszły w życie dosyć restrykcyjne przepisy, które dotyczą obrotu ziemią rolną. Nabywcą ziemi rolnej może być osoba, która prowadzi gospodarstwo rolne. Dotyczy to wielu nieruchomości gruntowych, które leżą na terenach nieobjętych miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego ze względu na bardzo szeroką definicję terminu „grunt rolny” – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agata Stradomska, menadżer ds. marketingu i szkoleń w RE/MAX Polska.

Nowe przepisy dotyczą własności państwowej, nieruchomości rolnych i gruntów położonych w obrębie miast i na podmiejskich terenach inwestycyjnych, jeśli tylko nie są objęte planem zagospodarowania przestrzennego, a w ewidencji gruntów są oznaczone jako nieruchomości rolne. Choć istnieją wyjątki, jak np. działki niezabudowane do powierzchni 0,3 ha i zabudowane do 0,5 ha (które będzie mogła kupić osoba nie będąca rolnikiem), to restrykcyjnymi przepisami ze względu na swoje położenie objęta jest większość gruntów.

– Wśród nich są również takie grunty, które ze względu na swoją infrastrukturę mogłyby być wykorzystywane do zupełnie inne celów niż rolne. W przypadku tych nieruchomości obserwujemy już zmniejszenie obrotu, właściciele ze względu na ograniczony krąg nabywców nie są skłonni do sprzedawania tych nieruchomości po zaniżonych cenach – przekonuje Stradomska.

Tuż przed wejściem w życie nowego prawa można było zaobserwować wzmożony ruch na rynku gruntów rolnych. Dane GUS wskazywały, że na koniec 2015 roku przeciętna cena hektara wyniosła ok. 40 tys. zł. W I kw. tego roku spadła do 39 tys. zł. W lipcu Rzecznik Praw Obywatelskich zaskarżył ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Zastrzeżenia RPO dotyczą m.in. niejasnej definicji pojęcia „nieruchomość rolna”, naruszenia prawa własności oraz ograniczenia wolności gospodarczej.

Jeśli jednak tak restrykcyjne przepisy zostaną utrzymane, można się spodziewać dalszych spadów cen.

– Jedynym rozwiązaniem, które pomoże wówczas utrzymać albo zwiększyć obrót ziemią rolną, która może być wykorzystywana do innych celów niż rolnicze, jest szybsze i bardziej intensywne uchwalanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Pozwalają one na wyłączanie gruntów spod działania ustawy. Tym niemniej ceny typowej ziemi rolnej raczej będą miały tendencje zniżkowe – ocenia Agata Stradomska.

Jak podkreśla, nowe przepisy negatywnie wpływają też na prace pośredników nieruchomości, przede wszystkim tych działających na terenach mało zurbanizowanych i rolniczych. W wielu przypadkach nie mają oni możliwości uzyskania za grunty takiej ceny, jakiej mógłby oczekiwać właściciel.

Obowiązująca od maja tego roku ustawa to reakcja na zakończenie okresu ochronnego na zakup ziemi przez obywateli UE. Eksperci Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego podkreślają jednak, że choć udało się ochronić polską ziemię przed wykupem zewnętrznym, szybkość prac nad ustawą doprowadziła do zablokowania większości transakcji pomiędzy polskimi rolnikami, chaosu w praktyce notarialnej oraz perturbacji w kredytowaniu działalności rolniczej. Dlatego podkreślają potrzebę znowelizowania przepisów.

W Polsce prowadzi działalność 8,8 tys. doradców podatkowych. Po wprowadzeniu deregulacji możliwość wykonywania zawodu mają także osoby bez kwalifikacji

CEO Magazyn Polska
Przeszło 8,8 tys. osób wykonuje obecnie zawód doradcy podatkowego. Zapotrzebowanie na ich usługi dynamicznie rośnie, więc i zainteresowanie karierą w tej branży jest coraz większe. Problem w tym, że po deregulacji przeprowadzonej w 2014 roku nie wszyscy doradcy podatkowi mają odpowiednie kwalifikacje, by skutecznie pomagać firmom. Przywrócenie wymogów kompetencyjnych mogłoby być jednym z elementów uszczelniania systemu podatkowego – oceniają przedstawiciele Krajowej Izby Doradców Podatkowych.

 Branża doradców podatkowych jest w dobrej kondycji. Wyszliśmy obronną ręką z procesu deregulacji, wciąż przybywa młodych pracowników, absolwentów studiów prawniczych i ekonomicznych. Rynek pracy dla doradców podatkowych jest szeroki i otwarty – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Jadwiga Glumińska-Pawlic, kierownik Katedry Prawa Finansowego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, przewodnicząca Krajowej Izby Doradców Podatkowych (KIDP).

Zdaniem przewodniczącej KIDP to zawód z przyszłością. W skali kraju działa 8,8 tys. doradców podatkowych, podczas gdy tylko w samej Warszawie prowadzi działalność ponad 10 tys. radców prawnych. Karierą w branży zainteresowani są nie tylko młodzi ludzie, którzy dopiero wybierają ścieżkę zawodową, lecz także osoby z doświadczeniem np. w branży prawnej, którzy przystępują do egzaminów, chcąc poszerzyć zakres swoich specjalizacji.

Odpowiednie kwalifikacje nie są jednak w żaden sposób weryfikowane. Na skutek ustawy deregulacyjnej, która zaczęła obowiązywać od maja 2014 roku, dostęp do zawodu doradcy podatkowego uzyskały wszystkie niekarane osoby mające odpowiednią polisę zawodowego ubezpieczenia.

 Powstała nieuczciwa konkurencja – ocenia prof. Glumińska-Pawlic. – Możliwość prowadzenia usługowego ksiąg podatkowych i dokonywania rozliczeń mają bowiem osoby niemające kompetencji oraz kwalifikacji. Otwarcie zawodów księgowych spowodowało również znaczne obniżenie cen.

Ustawa spowodowała, że w kompetencji osób, których kwalifikacje zostały zweryfikowane (licencjonowani doradcy podatkowi, adwokaci i radcowie prawni), pozostały czynności polegające na reprezentowaniu podatników, płatników i inkasentów w postępowaniach przed organami administracji publicznej i w zakresie sądowej kontroli decyzji, postanowień oraz innych aktów administracyjnych w sprawach z zakresu obowiązków podatkowych i celnych oraz związanej z nimi egzekucji administracyjnej.

– Władze powinny zrozumieć, że prawidłowo prowadzone ewidencje księgowe są konieczne do ustalenia podstawy opodatkowania, a potem egzekucji należności – apeluje prof. Glumińska-Pawlic. – Jeśli ktoś nie ma ewidencji i nie składa deklaracji podatkowych, jest poza sferą zainteresowań fiskusa. Działa w szarej strefie albo na czarnym rynku. W związku z tym budżet może stracić źródło dochodów.

Według przewodniczącej KIDP ewidencja podatkowa prowadzona prawidłowo i odpowiedzialnie przez osoby wykwalifikowane, wykonujące zawód zaufania publicznego może być elementem uszczelniania systemu podatkowego. Warunkiem jednak jest przywrócenie regulacji w zawodzie.

Bardzo potrzebną i ważną dla nas kwestią jest również przyznanie doradcom podatkowym prawa występowania przed sądami administracyjnymi w togach. Brakuje nam tej regulacji w ustawie i będziemy zabiegać o wsparcie Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Sprawiedliwości, bo ze strony niektórych parlamentarzystów już takie wsparcie mamy – mówi Jadwiga Glumińska-Pawlic. – Przygotowując projekt nowelizacji naszej ustawy, bo widzimy po 20 latach, że zmiany są jednak potrzebne, będziemy starali się włączyć te propozycje.

Zapotrzebowanie na usługi doradców podatkowych rośnie. Jak jednak podkreśla prof. Glumińska-Pawlic, świadomość społeczeństwa i przedsiębiorców w zakresie tego, na jakie wsparcie mogą liczyć, wciąż jest niewystarczająca.

– Doradca podatkowy nie do końca jest utożsamiany z osobą, która z jednej strony zajmuje się tłumaczeniem zawiłości przepisów podatkowych, z drugiej – prowadzeniem ewidencji oraz reprezentowaniem klientów przed organami podatkowymi i w sądach – wyjaśnia prof. Jadwiga Glumińska-Pawlic. – Dzisiaj często przedsiębiorca szuka ratunku u doradców dopiero w opresji, gdy dostaje decyzję organu lub gdy sprawa ma trafić do sądu. Gdyby wcześniej się do niego zwrócił, toby sprawa być może potoczyła się inaczej.

Blisko połowa mieszkańców miast pije wodę z kranu. To dwukrotnie więcej niż jeszcze dwa lata temu

CEO Magazyn Polska
Polacy mają coraz większe zaufanie do wody z kranu. Jej picie deklaruje prawie połowa mieszkańców miast, podczas gdy w 2014 roku było to tylko 26 proc. – wynika z badania „Picie, używanie i filtracja wody” zrealizowanego przez TNS Polska na zlecenie marki Brita. Woda kranowa jest tańsza niż wody butelkowane i równie bogata w minerały (wapń i magnez), ale wciąż 1/4 konsumentów obawia się obecności w niej bakterii. Mają też zastrzeżenia do twardości wody, ale w tym pomóc może jej filtrowanie – tę metodę stosuje 17 proc. konsumentów.

– Stosunek Polaków do wody z kranu w ostatnich latach znacząco się zmienia. Wedle naszego badania wykonanego przez TNS Polska w kwietniu tego roku 46 proc. Polaków mieszkających w miastach decyduje się na picie wody z kranu. Przy czym 28 proc. pije wodę nieprzetworzoną, a 18 proc. filtruje wodę przed spożyciem – mówi agencji Newseria Biznes Maja Kulikowska, dyrektor marketingu Brita Polska.

Badanie „Picie, używanie i filtracja wody” wskazuje, że odsetek osób, które piją wodę z kranu w postaci nieprzetworzonej czy po przefiltrowaniu szybko rośnie. Jeszcze w 2014 roku po kranówkę sięgało 26 proc. Polaków. Teraz jest ich niemal dwukrotnie więcej.

– Woda z kranu jest przede wszystkim używana do gotowania – deklaruje to 88 proc. użytkowników wody kranowej. Wykorzystujemy ją też do przygotowywania napojów gorących, czyli kawy, herbaty, i do przygotowania kostek lodu czy zimnych napojów – wymienia Kulikowska.

Większość z badanych ma świadomość, że woda kranowa zawiera minerały takie jak wapń czy magnes. Tylko 2 proc. twierdzi, że jest ona pozbawiona minerałów. Barierami, które wpływają na niechęć do wody z kranu, są poziom twardości i osad (63 proc.), zawartość chloru (39 proc.) oraz nieprzyjemny smak (28 proc.).

– Nadal co czwarty Polak obawia się o bezpieczeństwo wody, czyli drobnoustroje, które mogą się w niej znajdować. Natomiast tak naprawdę woda wodociągowa jest bezpieczna i nie ma podstaw, żeby się jej obawiać – przekonuje ekspertka.

Na przestrzeni lat rośnie wiedza na temat zalet wody kranowej. Polacy doceniają ją przede wszystkim za powszechną dostępność (82 proc.) i niskie koszty (61 proc.). Dostrzegają też pozytywny wpływ korzystania z kranówki na redukcję produkcji plastikowych odpadów (47 proc.), cenią ją też za brak konieczności dźwigania zgrzewek z plastikowymi butelkami.

– Około 20 proc. Polaków decyduje się na filtrację wody, przy czym 17 proc. z nich stosuje do tego najbardziej popularne rozwiązanie, czyli dzbanek filtrujący. Polacy traktują filtrację jako najbardziej popularną metodę poprawiania jakości wody. Za taką metodę uznawane jest też gotowanie wody, choć to sprawdziłoby się tylko w przypadku zagrożenia bakteriologicznego. Tu jednak sytuacja jest opanowana – zaznacza przedstawicielka Brita.

Jako zalety filtracji wskazujemy przede wszystkim brak konieczności kupowania wody (40 proc.) i dźwigania do domu zgrzewek butelkowanej wody (29 proc.). To istotny czynnik, szczególnie że 75 proc. konsumentów myśli o sobie jako o osobach dbających o środowisko. 35 proc. ogółu ankietowanych podkreśla, że filtracja kranówki wpływa korzystnie na redukcję produkcji plastikowych odpadów.

– Dzięki filtracji dostarczamy wodę o znacznie lepszej jakości i smaku, a te walory przekładają się na jakość przygotowywanych napojów gorących. Woda filtrowana jest wodą miękką, którą lubią gorące napoje – lepiej się wyparzają, lepiej smakują i wyglądają – wskazuje Kulikowska.

Jak podkreśla Maja Kulikowska, stosowanie filtrowanej wody pozwala uniknąć kamienia w czajniku czy w ekspresie do kawy.

Handel internetowy napędza polski rynek przesyłek. Wymagania odbiorców rosną

CEO Magazyn Polska
Rynek przesyłek w Polsce wart jest 1,4 mld euro i wciąż rośnie. Co roku przesyłanych jest ponad 300 mln paczek. Jak wynika z raportu Gemius, ponad 40 proc. klientów wybiera dany sklep ze względu na niskie koszty dostawy. Coraz ważniejsze stają się także jej czas i jakość. Firmy kurierskie muszą się dostosować do większej liczby klientów i ich rosnących wymagań.

– Wartość polskiego rynku przesyłek to 1,4 mld euro, co przekłada się na 300 mln paczek rocznie. Rynek rośnie dynamicznie, w tempie dwucyfrowym. Szacujemy, że rozwija się w tempie 12–13 proc. rocznie pod względem wartości i 16–17 proc. pod względem liczby – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Kania, dyrektor marketingu DHL Parcel Polska.

Raport „Perspektywy wzrostu rynku przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych (KEP) w Polsce do 2018 roku” przygotowany przez firmę PwC podaje, że w 2015 roku rynek wzrósł o ok. 10 proc. Eksperci oceniają, że w latach 2016–2018 wzrost przychodów rynku KEP w Polsce będzie na poziomie 12 proc. rocznie, a w 2018 roku wartość rynku osiągnie 6,4 mld zł i ok. 440 mln paczek.

– Największym motorem wzrostu naszego rynku jest branża e-commerce, przede wszystkim sklepy internetowe i ich klienci, którzy wykorzystują możliwości, jakie daje ta branża. To większy wybór, możliwość dowiedzenia się więcej o danym produkcie, poznania opinii o nim i skorzystania z niższych cen – podkreśla Kania. – Najczęściej przesyłamy produkty z branż, które najszybciej rosną, czyli moda, zabawki, produkty kosmetyczne czy obuwie. Dostosowaliśmy się do rosnących wolumenów i mówimy o przesyłkach nawet na poziomie 200 tys. sztuk dziennie.

Eksperci PwC wskazują, że ubiegły rok był kolejnym, w którym liczba przesyłek nadawanych do i przez osoby prywatne przekroczyła połowę wolumenu całego rynku paczek – 56 proc. przy 47 proc. w 2011 roku.  Na zmianę struktury największy wpływ miał właśnie coraz szybciej rozwijający się rynek e-commerce, który generuje dużo większą liczbę przesyłek między osobami prywatnymi.

– Klienci e-commerce są bardzo specyficzną grupą, to klienci, którzy są świadomi swoich celów i oczekiwań. Oczekują, że dostaną towar na swoich warunkach. Z naszego punktu widzenia jest to więc klient bardzo wymagający – tłumaczy przedstawicielka DHL Parcel. – On nie chce tracić czasu na myślenie o tym, kiedy przesyłka dotrze i w jaki sposób, tylko oczekuje, że ma ona być dostarczona w czasie, kiedy dla niego jest to wygodne.

Logistyka staje się coraz istotniejszym elementem w e-commerce. Dla wielu klientów kluczowa przy wyborze e-sklepu staje się szybka i tania, a najlepiej darmowa, dostawa. Jak wskazuje raport „E-commerce w Polsce 2016. Gemius dla e-Commerce Polska”, wśród preferowanych przez odbiorców form dostaw towaru znalazły się dostawa kurierem bezpośrednio do domu lub pracy (79 proc.) i darmowa dostawa do domu z możliwością darmowego zwrotu (64 proc.). 46 proc. wskazało na odbiór w paczkomacie.

Jak przekonuje Kania, DHL pracuje nad rozwiązaniami, które pozwolą w możliwie największym stopniu dopasować się do potrzeb klientów.

 Te potrzeby są trudne do zrealizowania, bo rynek B2B, w którym wszyscy się wyspecjalizowaliśmy, różni się od rynku B2C. To inne potrzeby i inne możliwości. To, co dzisiaj jest największym wyzwaniem, to dopasowanie się z dostawą do klientów indywidualnych e-commerce. Nie w ciągu dnia, kiedy większość osób jest w pracy czy na uczelni, tylko na ich warunkach, czyli np. wieczorem – podkreśla Anna Kania.

Badani przez Gemius klienci e-commerce najczęściej wskazywali długi czas oczekiwania na produkt (35 proc.) jako problem, z którym stykają się podczas e-zakupów. Niewielu mniej wskazało, że są nim wysokie koszty dostawy.

Zagrożenie terroryzmem zwiększyło zainteresowanie obozami wakacyjnymi w Polsce. Głównie wybierane są zajęcia sportowe

CEO Magazyn Polska
Rośnie popularność krajowej oferty obozów dla dzieci i młodzieży. Warszawskie biuro Almatur zanotowało wzrost sprzedaży o ok. 1 tys. miejsc na polskich kierunkach, a spadek o kilkaset tysięcy na kierunkach zagranicznych – przyznaje Michał Karpiński, pracownik tego biura podróży. Spośród 60 kierunków i 70 tematów wyjazdów największą popularnością cieszą się obozy sportowe. Przeciętnie na krajowy wypoczynek dziecka trzeba wydać od 1–1,8 tys. 

Analizując wyniki sprzedaży obozów za granicą, widzimy spadek o kilkaset miejsc, i to tylko w oddziale Almaturu w Warszawie. Z kolei na polskich kierunkach jest wzrost o ponad tysiąc miejsc na dany okres. Sądzę, że może mieć to dużo wspólnego z obecną sytuacją w Europie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Karpiński, pracownik biura podróży Almatur z Warszawy.

Zagrożenie zamachami sprawiło, że chętniej wybieramy morze, Mazury i polskie góry. Jak jednak przekonuje pracownik Almaturu, destynacja jest tylko jednym z czynników decydujących o wyjeździe.

Mamy 60 kierunków obozów i na każdym z nich po 5-6 tematów. W Polsce mamy w ofercie wszystkie najważniejsze miejscowości. Spełniamy oczekiwania dzieci i rodziców nie tylko programowo, ale również miejscami pobytu – tłumaczy Karpiński.

Przeważają tematyczne obozy sportowe, m.in. jazda konna, siatkówka plażowa, windsurfing, żeglarstwo, zumba czy motocross. W ofercie są także obozy dla miłośników kina, czy plastyki, organizowane są warsztaty wokalne. Podczas wakacji w Polsce można też podszkolić języki obce.

Mamy około 60-70 tematów obozów, więc każde dziecko zrealizuje swoje zainteresowania. W ofercie są też obozy survivalowe, dziennikarskie, nawet obozy detektywistyczne, ale zdecydowanie sport i rekreacja to temat, który dzieci preferują – ocenia przedstawiciel biura.

Karpiński podkreśla również, że rodzice i dzieci są coraz bardziej wymagającymi klientami. Jednocześnie jednak, coraz więcej do życzenia pozostawia rozwój fizyczny najmłodszych.

Nasza kadra pedagogiczna musi włożyć zdecydowanie więcej pracy, żeby dziecko dobrze ćwiczyło – zaznacza Karpiński.

Jak wskazuje, tegorocznym hitem jest obóz w Kortowie, dzielnicy Olsztyna, położonej nad jeziorem Kortowskim. Miasteczko akademickie jest uznane za jeden z piękniejszych kampusów akademickich w Polsce, posiada profesjonalną halę sportową, boisko ze sztuczną trawą, stadion lekkoatletyczny, korty tenisowe, basen, ośrodek jeździecki, czy przystań ze sprzętem wodnym.

To największy polski obóz, który realizujemy na ok. 400 osób na każdym z 5 turnusów. Specyfika obozu jest sportowo-rekreacyjna, do wyboru m.in. piłka nożna, koszykówka, taniec – wymienia Karpiński.

Koszt obozu w dużej mierze zależy od tematyki. Obozy windsurfingowe, ze względu na sprzęt, wiążą się z nieco większymi pieniędzmi.

W Polsce turnusy 10-dniowe można zrealizować w widełkach 1–1,8 tys. zł. Obozy zagraniczne to koszt ok. 2 tys. zł – mówi Michał Karpiński.

Rynek hotelowy w Polsce przyciąga inwestorów z Europy Zachodniej i Azji. W najbliższych latach transakcji powinno być coraz więcej

CEO Magazyn Polska
Zagraniczni inwestorzy coraz częściej dostrzegają potencjał polskiego rynku hotelowego. Polskim rynkiem zainteresowane są fundusze z krajów azjatyckich, które akceptują wyższy poziom ryzyka, w zamian za wyższą stopę zwrotu. Jak ocenia Adam Konieczny, dyrektor na Polskę w Christie & Co, będziemy świadkami coraz większej liczby transakcji inwestycyjnych. W najbliższych latach na rynku powinny się pojawić przede wszystkim obiekty ekonomiczne i ze średniej półki. 

– Obserwujemy bardzo dużo inwestorów niemieckich, funduszy inwestycyjnych instytucjonalnych, które szukają produktów zapewniających lepszy zwrot niż w Europie Zachodniej. Stopy zwrotu w Europie Zachodniej są obecnie na bardzo niskim poziomie, często poniżej 5 proc., dlatego fundusze szukają lepszych możliwości zwrotu w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Konieczny, dyrektor zarządzający na Polskę w firmie Christie & Co, działającej na rynku nieruchomości komercyjnych.

Polski rynek hotelowy od kilku lat notuje nieprzerwane wzrosty. Rośnie liczba hoteli, raport Christie & Co wskazuje, że od 2006 roku zanotowano wzrost o 79 proc. (z blisko 1,3 tys. w 2006 roku do 2,3 w 2015 roku). Od 2006 roku liczba turystów korzystających z usług hoteli wzrosła o 86 proc. Podobny wzrost zanotowano w pobytach obejmujących jedną dobę. Spośród wynajętych pokoi hotelowych 20 proc. to wynajem pokoi przez gości zza granicy, przede wszystkim Niemiec, Wielkiej Brytanii, Ukrainy i Stanów Zjednoczonych. To wszystko sprawia, że hotele w Polsce przyciągają coraz więcej inwestorów, choć jak wskazuje Konieczny, ze względu na restrykcyjne wymagania, inwestycji ze strony funduszy instytucjonalnych jest stosunkowo niewiele.

– Coraz więcej pojawia się u nas tzw. funduszy oportunistycznych, które zainteresowane są hotelami działającymi na umowach zarządzania czy franczyzowych. Planują one podwyższenie wartości nieruchomości poprzez aktywne angażowanie się w zarządzanie obiektem, taki intensywny asset management. To fundusze w dużej mierze amerykańskie, francuskie, brytyjskie, ale pojawia się obecnie też kapitał azjatycki – Chiny, Singapur, Korea – to kraje, które są zainteresowane zakupem działających hoteli – wskazuje ekspert.

Jak tłumaczy Konieczny, zorganizowani w struktury funduszowe inwestorzy z zagranicy wykupują nieruchomości pod najlepszymi adresami w największych miastach w Polsce. Akceptują możliwość poniesienia większego ryzyka, w zamian za ewentualną wysoką stopę zwrotu, dlatego intensywnie angażują się w działalność operacyjną. Inwestycji w najbliższych latach powinno być coraz więcej, bo rośnie też liczba nowo otwieranych obiektów.

– W tym roku miało już miejsce kilka otwarć dużych obiektów hotelowych, po 200–300 pokoi, które obecnie są w początkowym etapie. Kiedy po 2–3 latach ich przychód zostanie ustabilizowany, będą prawdopodobnie bardzo dobrym produktem inwestycyjnym dla funduszy – ocenia ekspert Christie & Co.

Najbardziej perspektywicznymi lokalizacjami pod inwestycje hotelowe w Polsce ze względu na prognozowany przychód na jeden dostępny pokój są rynki warszawski, krakowski, trójmiejski oraz wrocławski. Z danych STR Global wynika, że między 2011 a 2015 rokiem przychód na jeden dostępny pokój wzrósł i osiągnął roczny wzrost na poziomie 2,2 proc. (mimo spadku średniej ceny o 1,9 proc.).

– Przewidujemy intensywny rozwój projektów deweloperskich hotelowych, zarówno realizowanych przez prywatnych inwestorów, jak i bezpośrednie inwestycje w nowe obiekty przez sieci hotelowe. Jako przykład można podać sieć Puro, firma z kapitałem norweskim, która samodzielnie buduje i zarządza hotelami pod swoją marką. Także sieć Accor reprezentowana w Polsce przez Grupę Orbis zdecydowała się na samodzielną realizację projektów hotelowych w części lokalizacji – wymienia Konieczny.

Obecnie w Polsce przeważają obiekty 3-gwiazdkowe, a ich liczba systematycznie rośnie. Jeszcze w 2006 roku było ich nieco ponad 840, na koniec 2015 roku już ponad 1,1 tys., stanowią ok. 48 proc. wszystkich hoteli. Wciąż jednak jest duży potencjał rozwoju hoteli budżetowych, to zaś tworzy duże możliwości dla inwestorów i operatów, którzy chcą długoterminowo zaistnieć na polskim rynku.

– W dużej mierze będą to obiekty ekonomiczne oraz obiekty ze średniej półki, maksymalnie 4- gwiazdkowe. W Polsce mocno wzrosło obłożenie, cena już nie. Dlatego niewiele jest miejsca na nowe obiekty pięciogwiazdkowe, dlatego będą się rozwijać przede wszystkim obiekty dwu-, trzy-, maksymalnie czterogwiazdkowe. Będzie na pewno sporo aktywności sieci niemieckich, takich jak Motel One, Meininger, InterCity Hotels, a także sieci hiszpańskich: Barceló, Melia czy NH – przekonuje Adam Konieczny.

Przedsiębiorcy najchętniej rejestrują nazwy w domenie .PL – NASK podsumował II kwartał 2016 r.

Po znacznych wzrostach w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku, rynek domen stabilizuje się –  wynika z raportu NASK podsumowującego II kwartał 2016.

Według najnowszych danych, w drugim kwartale odnotowano 261 843 nowe rejestracje, co przełożyło się na zamknięcie rejestru domeny .pl po pierwszym półroczu wynikiem 2 713 345 aktywnych nazw. Roczny przyrost liczby nazw domeny .pl w rejestrze na koniec czerwca 2016 roku wyniósł 4,62%.

W drugim kwartale bieżącego roku największą popularnością cieszyła się rejestracja nazw bezpośrednio w domenie .pl. Wyniosła ona 76,71% ogólnej liczby wykonanych w tym okresie rejestracji, co dało 200 847 nazw.

Liczba nowych rejestracji w rozszerzeniach funkcjonalnych, (np. .com.pl, .info.pl) wyniosła 18,15% (47 530 nazw), a nazwy w domenach regionalnych (np. .waw.pl, .wroclaw.pl) stanowiły 5,14%, osiągając liczbę 13 466.

Nowe rejestracje nazw domeny .pl w drugim kwartale 2016r.

W drugim kwartale 2016 roku zarejestrowano łącznie 261 843 nowych nazw, a najaktywniejszy pod tym względem był kwiecień z liczbą 94 272 rejestracji. W okresie od kwietnia do czerwca średnia dzienna liczba nowo rejestrowanych nazw domeny .pl wyniosła 2 877.

Udział Partnerów w nowych rejestracjach

Na koniec drugiego kwartału 2016 roku rejestr domeny .pl współpracował z 214 rejestratorami z całego świata, w tym z 129 z Polski.

Spośród wszystkich partnerów NASK, największy wzrost (o 1,5p.p) liczby nowo rejestrowanych nazw, w stosunku do poprzedniego kwartału, odnotowała nazwa.pl, osiągając udział w nowych rejestracjach na poziomie 24,95%.

Abonenci nazw domeny .pl

Na koniec drugiego kwartału rejestr domeny .pl miał 1 022 054 abonentów, z czego 66,95% stanowili

przedsiębiorcy. Największy udział w obsłudze abonentów nazw domeny .pl miała nazwa.pl – 23,90%.

Rejestrator ze 100 proc. polskim kapitałem – nazwa.pl – pozycję lidera w udziale obsługiwanych abonentów nazw domeny .pl zajmuje nieprzerwanie od czwartego kwartału 2013 r.NASK 2 kwartał 2016

– nazwa.pl już od końca 2013 roku nieprzerwanie utrzymuje wiodącą pozycję w udziale obsługiwanych abonentów nazw domeny .pl. To dowód na to, że z jednej strony dobrze rozpoznajemy potrzeby naszych klientów, a z drugiej – że świadczone przez nas usługi są najwyższej jakości – komentuje Krzysztof Cebrat, prezes zarządu nazwa.pl sp. z o.o.

Szczegółowy raport NASK: www.dns.pl/NASK_Q2_2016_RAPORT.pdf