Microsoft (MSFT:xnas) jest gotów kupić LinkedIn (LNKD:xnys) w cenie 196 USD za akcję w ramach transakcji pieniężnej. W efekcie transakcji cena akcji LinkedIn od zamknięcia w piątek wzrosła o 46,5%.
LinkedIn wchodzi w skład portfela SaxoStrats Saxo Banku po tym, jak w marcu otworzyliśmy pozycję przy cenie 115,06 USD za akcję. W efekcie nasz zysk z tej pozycji w ciągu zaledwie 96 dni wyniósł 70,3%.
Microsoft utrzymuje, że w roku obrotowym 2017 efekt rozwodnienia w wyniku tej transakcji będzie minimalny (mniej niż 1%). Prezes LinkedIn, Jeff Weinerwill, pozostaje na stanowisku i również wspiera zawartą transakcję.
Dla Microsoftu porozumienie oznacza wzrost zysku za akcję na FT19. Transakcję popiera również Hoffman, prezes wykonawczy LinkedIn.
Decyzja Microsoftu o kupnie LinkedIn każe nam się zastanawiać, czy w przestrzeni technologicznej nie nastąpią wkrótce kolejne przejęcia. Z aktywności przed rozpoczęciem sesji wynika, że akcje Twittera zyskały niemal 5% i kusi nas, by przyjąć założenie, że Twitter podzieli los LinkedIn. W perspektywie długoterminowej trudno postrzegać Twittera jako niezależną spółkę. Jest ona podatna na dominację przez Facebooka, który ma ponad 1,4 mld użytkowników, podczas gdy Twitter nadal znajduje się daleko w tyle z zaledwie około 350 mln użytkowników. Wiemy, że Twitter miał trudności z powiększeniem bazy użytkowników; roczna stopa wzrostu jest obecnie w okolicach zera.
Jak już jednak wielokrotnie powtarzałem, powodem, dla którego otworzyliśmy długą pozycję w akcjach Twittera jest fakt, iż w ciągu ostatnich czterech-pięciu kwartałów Twitter zdołał istotnie zwiększyć rentowność swoich przepływów pieniężnych. Jeżeli pominie się zyski rachunkowe ogółem, to pod względem przepływów pieniężnych Twitter szybko umacnia swoją pozycję i moim zdaniem ma do dyspozycji wiele różnych sposobów na jeszcze większą monetyzację swoich sieci. Pytanie brzmi: kto w tym momencie mógłby kupić Twittera? Jedną ze spółek, która napotyka realne trudności z umocnieniem się w przestrzeni mediów społecznościowych, jest Google. Google podjął wyjątkowo nieudaną próbę rywalizacji z Facebookiem przy pomocy swojego portalu Google+ i uważam, że Twitter może stanowić dla niego bardzo korzystny nabytek i dobrą platformę do ekspansji. Utrzymujemy naszą długą pozycję w akcjach Twittera i obecnie jeszcze w większym stopniu zakładamy, że przed końcem tego roku zostanie przejęta, a – moim zdaniem – relacja ryzyka do zysku w przypadku akcji Twittera jest dość atrakcyjna.
Peter Garnry, dyrektor ds. strategii rynków akcji w Saxo Banku
Mające się odbyć 23 czerwca referendum w Wielkiej Brytanii dotyczące pozostania lub wyjścia tego kraju z Unii Europejskiej to najpoważniejszy, zewnętrzny czynnik ryzyka na rynkach kapitałowych. Wewnętrznym są niebezpieczne dla polskiej gospodarki zapowiedzi legislacyjne oraz niepewna przyszłość Otwartych Funduszy Emerytalnych. Niepokój inwestorów odbije się na giełdowych notowaniach.
– Najbliższym zewnętrznym czynnikiem ryzyka dla rynków kapitałowych jest 23 czerwca i referendum nad przyszłością Wielkiej Brytanii, czyli niebezpieczeństwo opuszczenia przez ten kraj UE – wskazuje we rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sobiesław Kozłowski z Domu Maklerskiego Raiffeisen Bank Polska. – Czynnikami wewnętrznymi są ewentualne zmiany regulacyjne, czyli rozwiązania legislacyjne dotyczące kredytów hipotecznych, potencjalnie bardzo kosztowne dla sektora bankowego i mogące mieć bardzo duże konsekwencje dla całej gospodarki.
Według Sobiesława Kozłowskiego rynki kapitałowe obecnie bardzo uważnie obserwują nastroje przed brytyjskim referendum. Do ostatniej chwili przed ogłoszeniem wyników inwestorzy będą odczuwać związany z tym niepokój, co odbije się na giełdowych notowaniach.
– Obecnie niemalże codziennie można śledzić nowe sondaże, które raz pokazują przewagę głosujących za pozostaniem, a innym razem – przeciw – wskazuje Sobiesław Kozłowski. – Rynek jest więc w rozterce.
Jeżeli Brytyjczycy zagłosują jednak przeciw pozostaniu w Unii Europejskiej, to kraj ten, jak przypomina Sobiesław Kozłowski, będzie mieć dwa lata na renegocjowanie umów, według których odbędzie się wyjście oraz zasady dalszej współpracy ze wspólnotą. Analityk zaznacza przy tym, że rynki obawiają się przede wszystkim tego, jak w praktyce miałoby wyglądać wyjście Wielkiej Brytanii z UE. Obawy te, jego zdaniem będą osłabiały euro.
– Jeżeli takie rozmowy relatywnie szybko zostałyby podjęte, to czynniki ryzyka zostałyby zredukowane – ocenia Sobiesław Kozłowski. – W przeciwnym razie albo gdyby negocjacje przeciągały się w czasie, byłby to kolejny czynnik ryzyka przemawiający za osłabieniem euro i gorszym sentymentem w stosunku do aktywów denominowanych w tej walucie. Rynki obawiają się tego, jak takie rozstanie przebiegałoby w praktyce.
Najpoważniejszym krajowym czynnikiem ryzyka, jak uważa Sobiesław Kozłowski, jest niepewność dotycząca przyszłości Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE). Od jakiegoś czasu coraz częściej pojawiają się głosy, że poszukujący pieniędzy na przyszłoroczne transfery socjalne rząd (przede wszystkim w ramach programu „Rodzina 500 plus”) sięgnie po pozostałe środki znajdujące się w funduszach i mające do nich trafić w przyszłości.
– To też jest czynnik zagrożenia – zauważa Sobiesław Kozłowski. – Z drugiej strony odpowiedzialny za gospodarkę wicepremier Mateusz Morawiecki sygnalizuje, że będzie chciał wspierać i reaktywować trzeci filar. Także być może za rogiem jest jednak szansa na poważne wsparcie rynku kapitałowego.
W tzw. trzecim filarze, jak przypomina Sobiesław Kozłowski, inwestorzy dobrowolnie odkładają środki na emeryturę. Wobec deklarowanej przez wicepremiera Morawieckiego chęci wspierania krajowych oszczędności być może będą mogli liczyć na wsparcie w postaci współfinansowania części składki na przykład przez pracodawców.
– Tego rodzaju rozwiązania promujące bardziej długoterminowe formy inwestycji związane z obligacjami czy akcjami wspierają także notowania, a bardziej ogólnie rozwój rynku kapitałowego – twierdzi Sobiesław Kozłowski.
Choć w ostatnim okresie dolar amerykański tracił na wartości, to w perspektywie 2–3 letniej należy oczekiwać jego umocnienia wobec euro i innych walut nawet o 10–15 proc. – ocenia dr Andrzej Kurnicki, kierownik Zakładu Rynków Kapitałowych Uczelni Łazarskiego.
– Korelacje oczywiście istnieją, dlatego że dolar amerykański powiązany jest ze stopami procentowymi, nawet te jego ostatnie korekty łączyły się z tym, że Fed jednak odłożył oczekiwane podwyżki stóp procentowych, a rynek uznał, że na razie nie ma sensu inwestować w krótkoterminowe amerykańskie papiery wartościowe. Dlatego trochę inwestowano w Europie, trochę w Azji, bo przewidywania co do wzrostu stóp procentowych były negatywne i nastąpiło osłabienie dolara – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor dr Andrzej Kurnicki z Uczelni Łazarskiego.
Zaznacza on silne korelacje amerykańskiej waluty z wynikami tamtejszej gospodarki. Kurnicki oczekuje jednej podwyżki stóp procentowych w USA. Jego zdaniem nastąpi ona w III lub IV kw. tego roku. Dodaje, że większość ekspertów, w tym również i ekspertów Fed, ocenia, że szansa na ich wzrost w grudniu wynosi około 50 proc. Natomiast wcześniejsze daty są mniej realne – termin wrześniowy czy czerwcowy oceniany jest na 15 do 25 proc.
– Natomiast w perspektywie 2–3-letniej można się spodziewać, że cykl stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych rozpocznie się znacznie wcześniej, czyli podwyżki stóp procentowych nastąpią wcześniej niż w Europie, co spowoduje umocnienie się dolara w granicach nawet 10–15 proc. w stosunku do euro. Takie są mniej więcej trendy.
Jak zaznacza ekspert, dolar wraz z początkiem cyklu podwyżek stóp procentowych ma szansę w dłuższej perspektywie umocnić się do 15 proc. Posiedzenie amerykańskiej Rezerwy Federalnej odbędzie się dziś i jutro. W środę o 20:00 opublikowane zostaną projekcje makroekonomiczne oraz ogłoszona zostanie decyzja o poziomie stóp. Pół godziny później rozpocznie się konferencja Janet Yellen, szefowej Fed.
– Płace nie rosną na tyle, że zagrażałoby to inflacji. One oczywiście rosły, ale nie na tyle, żeby podnieść mechanizm transferowy ceny, czyli wzrost cen na rynku pracy i wzrost kosztu robocizny. Sam wzrost kosztów pracy przełożyłby się na wzrost cen. Ale jako, że mamy zasadniczy spadek kosztu nośników energetycznych to ceny paliw, koszt energii, a równocześnie koszt kredytu jest na tyle niski, że rekompensuje znacząco koszt pracy, który nie jest obecnie czynnikiem kryzysogennym, jeśli chodzi o wzrost kosztów i presji inflacyjnej, czyli oczekiwań inflacyjnych – podsumował.
Jeszcze dwa tygodnie temu przekonanie rynków o czerwcowej podwyżce było silniejsze, ale zachwiały nim nie najlepsze majowe dane z rynku pracy. Okazało się, że w sektorze pozarolniczym powstało tylko 38 tys. miejsc pracy wobec oczekiwań na poziomie 161 tys. Dane za kwiecień skorygowano w dół do 123 tys. ze 160 tys. podanych wcześniej.
Pół miliarda złotych wynosi budżet Funduszu Funduszy, który ma wspierać w Polsce inwestycje w zakresie komercjalizacji projektów naukowo-badawczych i rozwój obszaru innowacyjnych technologii. To wspólna inicjatywa PZU i NCBiR otwarta dla innych prywatnych inwestorów. – Fundusz będzie przyciągał najlepsze i najbardziej cenione fundusze inwestycyjne, aby swoje projekty realizowały właśnie w Polsce – podkreśla Paweł Surówka, członek zarządu PZU SA. Pierwsza inwestycja zostanie zrealizowana jeszcze w tym roku. Oficjalna nazwa funduszu zostanie przedstawiona na kongresie Impact’16 4.0 Economy odbywającym się w Krakowie od 15 do 16 czerwca.
– Zaczynamy od 0,5 mld zł, ale to jest początek. Będziemy się starali, by inni inwestorzy dołączyli do PZU i zasilali Fundusz Funduszy. Jak na sektor venture capital i nasz kraj jest to bardzo duża suma. Dzięki temu możemy wypromować tę inicjatywę – ludzie będą wiedzieli, że są środki do pozyskania i będą tym zainteresowani – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Surówka, członek zarządu PZU SA.
Rząd w marcu tego roku zapowiedział powołanie największego w Polsce i regionie Europy Środkowo-Wschodniej Funduszu Funduszy. Dzięki niemu zaawansowane technologicznie spółki w wyniku komercjalizacji wyników badań naukowych będą mogły dodatkowo skorzystać ze wsparcia programu koinwestycyjnego, który przygotuje Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Inicjatorzy podkreślają, że nowatorska formuła finansowania pozwoli pokonać problem luki inwestycyjnej.
– W ten sposób chcieliśmy sprawić, by najlepsze fundusze ze Stanów Zjednoczonych, z Izraela, Europy, które skupiają się na innowacyjności, czy to w nowych technologiach, czy w medycynie, czy w biotechnologii, inwestowały w Polsce, bo dzisiaj robią to w zbyt małym stopniu. Widzimy nawet szansę, aby przenieśli swoje projekty zagraniczne do Polski lub właśnie w Polsce inicjowali projekty zaplanowane kiedyś w innych krajach. Zastanawialiśmy się nad systemem, który będzie mocną motywacją i bodźcem dla nich, żeby uwzględniali swoje projekty pod kątem Polski. Poprzez NCBiR będziemy dodatkowo stwarzali bodźce, które będą wynagradzały fundusze za to, że swoje spółki będą lokowały w Polsce – wyjaśnia Paweł Surówka.
Fundusz ma być jednym z elementów całego ekosystemu przyjaznego młodym i zaawansowanym technologicznie przedsiębiorstwom. W ten sposób rząd chce budować innowacyjność, a więc także konkurencyjność krajowej gospodarki. Fundusz Funduszy nie będzie inwestował bezpośrednio w spółki, lecz w najbardziej innowacyjne fundusze Venture Capital.
– Każdy z tych funduszy, i na to będziemy bardzo zwracali uwagę, ma swoje sukcesy. Udało im się stworzyć spółki, które poruszyły świat. Chcemy, żeby podobne spółki wyłonili właśnie w Polsce – dodaje członek zarządu PZU. – Pierwszą inwestycję chcemy zrobić jeszcze w tym roku.
Oficjalna nazwa funduszu zostanie ogłoszona podczas kongresu Impact’16. Kraków na dwa dni, od 15 do 16 czerwca, stanie się miejscem dyskusji o kluczowych wyzwaniach i szansach związanych z rozwojem przedsiębiorczości, innowacji oraz cyfryzacji. Jak podkreśla Paweł Surówka, kongres to doskonałe miejsce wymiany doświadczeń i nawiązywania relacji, które potem mogą skutkować współpracą przy konkretnych projektach.
– Zakładam, że tematem przewodnim będzie czwarta rewolucja przemysłowa i jej implikacje rozwoju gospodarki. Przemysł 4.0, automatyzacja i większe wykorzystanie robotów to są kwestie, które na dłuższą metę będą miały duże znaczenie. PZU, jeden z największych inwestorów w Polsce, jest bardzo uzależniony od tego, czy polska gospodarka będzie się dalej rozwijała. Jesteśmy żywo zainteresowani tym, żeby Polska wypłynęła na tej fali rewolucji technologicznej, a nie została przez nią utopiona. Jesteśmy przekonani, że poprzez dynamizm przedsiębiorców, pracę naukowców i zasoby talentów możemy wykorzystać tę rewolucję z korzyścią dla siebie – mówi Paweł Surówka.
Organizatorzy przewidują, że kongres zgromadzi ok. 2 tys. uczestników z Polski i zagranicy, w tym przedsiębiorców, przedstawicieli świata kultury i nauki, a także władz oraz instytucji państwowych.
Producent czekolad Milka i wafelków Prince Polo inwestuje na Wisłą. – Polska to dla nas kraj priorytetowy. Mamy tu rozbudowaną infrastrukturę produkcyjną i wielu konsumentów – podkreślają przedstawiciele firmy Mondelēz International. To m.in. z tego powodu nowe globalne Centrum ds. Badań, Rozwoju i Jakości firmy powstanie we Wrocławiu. Będą rozwijane nowe produkty, głównie w kategorii ciastek i czekolad, które trafią na europejskie rynki. Zatrudnienie znajdzie tu 250 osób. Otwarcie tej innowacyjnej inwestycji planowane jest na pierwszy kwartał 2017 roku.
– Polska jest dla nas jednym z krajów priorytetowych, mamy tu kilka inwestycji w nasze marki i produkcję. Działa tu siedem zakładów produkcyjnych. Kiedy rozważaliśmy lokalizację centrum badawczo-rozwojowego, było dla nas oczywiste, że musimy wybrać jeden z naszych krajów priorytetowych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Zoltán Novák, dyrektor generalny Mondelēz International na Polskę i kraje bałtyckie.
Inwestycja w Centrum R&D to w dużej mierze wynik dobrej sytuacji na rynku słodyczy. Z danych KPMG wynika, że w Polsce jego wartość przekracza 13 mld zł. Choć konsumpcja wyrobów czekoladowo-cukierniczych jest niższa niż np. w Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii, to stopniowo rośnie.
– Polska stanowi jeden z kluczowych elementów regionu europejskiego. Nowe centrum będzie jednak obsługiwać obszar znacznie większy, będziemy tu tworzyć innowacyjne produkty dla konsumentów z całej Europy, bo przecież wszystkie nasze wielkie marki, Milka, Oreo, BelVita, są kupowane przez ludzi na wielu rynkach – przekonuje Rob Hargrove, wiceprezes zarządu ds. badań, rozwoju i jakości w Mondelēz International.
Koszt inwestycji szacuje się na 15 mln dol. W centrum R&D pracę znajdzie ok. 250 osób.
– Zaczęliśmy budować zespół, na razie pracownicy stacjonują w fabryce zlokalizowanej tuż obok. Proces rekrutacji zakończymy najprawdopodobniej na przełomie tego i przyszłego roku – zapowiada Zoltán Novák.
Koncern poszukuje inżynierów, technologów żywności, kontrolerów jakości czy testerów czekolady. Rekrutacja już ruszyła, obecnie w centrum znalazły pracę 72 osoby, część w wyniku rekrutacji, pozostali to osoby pracujące dotychczas w innych lokalizacjach.
– Rekrutacja nabierze rozpędu nieco później, kiedy będziemy już zbliżali się do momentu oddania budynku – mówi Adam Gajewski, prezes zarządu Centrum Badań Jakości i Rozwoju w Bielanach Wrocławskich. – Będziemy rekrutowali przede wszystkim osoby kreatywne, o dużym potencjale intelektualnym. Chcielibyśmy, aby były to osoby o różnych doświadczeniach, i takie, które rozpoczynają swoją karierę i przygodę z działem badań i rozwoju czy z działem jakości, i takie, które są wysoko wykwalifikowane i mają duże doświadczenie.
Ukończenie budowy Centrum Badań, Jakości i Rozwoju jest planowane na I kwartał 2017 roku.
Centrum powstanie w Bielanach Wrocławskich. Jak przekonują przedstawiciele koncernu, lokalizacja nie jest przypadkowa. We Wrocławiu i Skarbimierzu działają dwie z siedmiu fabryk, ponadto decydująca okazała się również bliskość renomowanych uczelni.
– Uczelnie techniczne w tej części świata to absolutna klasa światowa. Bardzo nam zależy na nawiązaniu z nimi dobrych relacji, by pozyskać najbardziej utalentowanych ludzi z tej branży z Polski i krajów ościennych. To są między innymi powody, dla których Wrocław był dla nas oczywistym wyborem – podkreśla Rob Hargrove.
Obecnie firma znajduje się w czołówce producentów słodyczy w naszym kraju. Według danych agencji Nielsen, udział firmy Mondelēz w krajowym rynku czekolady sięga 18,4 proc., a ciastek markowych – 12,4 proc. Mondelēz International chce rozwijać nowe produkty i udoskonalać te już obecne na rynku, a innowacje są w tym przypadku kluczowym elementem.
– Będziemy się skupiać na kategorii ciastek i czekolad. Prace będą dotyczyły wszystkiego, od rozwijania nowych produktów, przez kontrolę jakości produkcji, badania konsumenckie, aż po rozmowy, dzięki którym udoskonalamy nasze produkty, tak by były tak dobre, jak to tylko możliwe – zapowiada Rob Hargrove.
Mondelēz International zajmuje się produkcją przekąsek i słodyczy: czekolad (Milka i Alpen Gold), wafelków (Prince Polo) czy ciastek (m.in. Milka, OREO). W ubiegłym roku dochód całego międzynarodowego koncernu sięgnął 30 mld dol.
Przewidywalność systemu prawnego i sprawność wymiaru sprawiedliwości mają kluczowe znaczenie dla konkurencyjności polskich firm i całej gospodarki – przekonuje Wojciech Kowalewski z Siemens Polska. Różne ogólnoeuropejskie i światowe rankingi pokazują jednak, że w tym zakresie warunki prowadzenia biznesu w Polsce nadal nie należą do idealnych.
– System prawny wyznacza ramy konkurencyjności firm i gospodarki. Jesteśmy częścią Unii Europejskiej, w dużym stopniu regulacje w Polsce są przez nią kształtowane. Są jednak liczne obszary regulowane na poziomie krajowym. Im bardziej przejrzysty i spójny system gospodarczy, tym większa możliwość konkurowania przez firmy w ramach naszej gospodarki, a także w wymiarze międzynarodowym – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Kowalewski, członek zarządu Siemens Polska.
Z punktu widzenia firm najważniejsze są kwestie związane ze sprawnością i szybkością postępowania sądowego oraz spójnością i przewidywalnością systemu prawnego. Państwo pełni kluczową funkcję, nie tylko wprowadzając przepisy i tworząc ramy funkcjonowania biznesu, lecz także egzekwując prawo. To na nim spoczywa więc odpowiedzialność za warunki prowadzenia biznesu i konkurencyjności gospodarki.
– Państwo występuje w kilku rolach na styku prawa, gospodarki i relacji między nimi. Pełni funkcje regulatora, ustawodawcy i uczestnika rynku, a także egzekutora przepisów i podmiotu, który reguluje system dochodzenia roszczeń – mówi Kowalewski
W Polsce potrzebna jest redukcja znacznej części niepotrzebnych regulacji. Jak wskazuje ekspert Siemensa, w niektórych obszarach potrzebujemy ulepszenia mechanizmów prawnych wspierających funkcjonowanie biznesu.
– Tam, gdzie są braki i pojawia się potrzeba, żeby pewne niejasności prawne wyjaśniać, państwo powinno wkraczać, zauważać takie sytuacje i na nie reagować. Ważne, żeby robić to na podstawie analizy systemowej, a nie tylko poszczególnych przypadków – ocenia.
Jak wynika z raportu „Warunki prowadzenia firm w Polsce" Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, warunki prowadzenia biznesu w Polsce nadal nie należą do idealnych. Zdaniem autorów raportu to m.in. efekt skomplikowanego prawa podatkowego. W ubiegłym roku ordynacja podatkowa zmieniła się 11 razy, a ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych aż 27 razy. Analiza ZPP wskazuje również, że potrzebne jest uproszczenie prawa gospodarczego i obniżenie pozapłacowych kosztów pracy.
Zdaniem Kowalewskiego poprawy w Polsce wymaga kwestia rozwiązywania sporów między przedsiębiorstwami czy właścicielami firm. Dotyczy to przede wszystkim pozasądowych postępowań ugodowych.
– Rozwiązywanie sporu nie zawsze musi przebiegać w formule sądowej. Są inne mechanizmy, które mogą być przez firmy wykorzystywane. Państwo obecnie stwarza takie możliwości poprzez regulacje prawne. To m.in. mediacja, mechanizmy związane z dochodzeniem do ugodowego rozstrzygnięcia sporu przez uczestników rynku, zarówno prywatnych, jak i publicznych. Firmy nie zawsze są jednak gotowe na to, żeby z nich skorzystać – tłumaczy ekspert.
Jak wynika z danych Ministerstwa Sprawiedliwości, liczba mediacji systematycznie rośnie, wciąż jednak stanowi skromny procent wszystkich spraw. W ubiegłym roku przeprowadzono łącznie blisko 2 tys. mediacji (w 2014 roku było ich 1,2 tys., a w 2006 roku – 270). Na podstawie postanowień sądu w 2015 roku do mediacji gospodarczej skierowano 1,6 tys. spraw do sądów okręgowych i ponad 4,1 tys. do sądów rejonowych (w 2008 roku było to odpowiednio 77 spraw i 133 sprawy). Liczba spraw kończących się ugodą jest w Polsce cały czas bardzo niewielka. W niektórych państwach ponad 90 proc. sporów jest rozstrzyganych polubownie.
– Jedną z bolączek systemu i firm działających na rynku jest czas potrzebny na rozstrzygnięcie sprawy w sądzie. Ważne jest szukanie sposobów na skracanie terminów i zmniejszanie czasu spędzanego przez firmy w sądzie – podkreśla Kowalewski.
Taką możliwość dają właśnie mediacje, które są trzynastokrotnie szybsze niż postępowanie sądowe. Aby usprawnić postępowania sądowe, powinny być tam kierowane te sprawy, w których ugodowe rozstrzygnięcia nie zawsze są możliwe. Pomóc mogłyby szybsze terminy wyznaczania rozpraw.
– To jedna ze stosunkowo prostych formuł na przyspieszenie postępowania i zmniejszenie jego kosztów, zarówno dla uczestników sporu, jak i dla samego sądu. Powracanie do konkretnej sprawy po wielu miesiącach zawsze wymaga czasu i wysiłku wszystkich stron. W momencie, kiedy sędzia wyznacza rozprawy, może wyznaczyć od razu kilka rozpraw obok siebie. Nie musi czekać z wyznaczaniem kolejnej rozprawy do zakończenia poprzedniej – przekonuje Wojciech Kowalewski.
Rośnie liczba dzieci z problemami rozwojowymi: dysleksją, dysgrafią, zaburzeniami koncentracji i motoryki, ADHD (stanowią 16 proc. dzieci) i ze zdiagnozowanym autyzmem. Skuteczną pomocą dla nich może być nowoczesna terapia oparta na metodzie prof. Alfreda Tomatisa, która pomaga poprawić umiejętności związane z przyswajaniem wiedzy i wspomaga rozwój. Według badań przeprowadzonych przez Young Digital Planet, producenta „Uwaga Słuchowa”, nawet o ponad 10 proc. poprawiły się u dzieci zdolności związane z nauką, takie jak pamięć, koncentracja, umiejętności językowe i muzyczne.
– Około 20 proc. dzieci w szkole podstawowej w edukacji powszechnej ma specjalne potrzeby edukacyjne. Wynika to na przykład z zaburzeń koncentracji, zaburzeń w motoryce dużej i małej, różnego rodzaju zaburzeń emocjonalnych, społecznych czy komunikacyjnych. Wynikają one bardzo często z zaburzonej uwagi słuchowej, do pracy z którą jest wykorzystywana metoda prof. Alfreda Tomatisa – mówi Magdalena Raciniewska, kierownik produktu „Uwaga Słuchowa” z firmy Young Digital Planet, producenta systemu do diagnozy i treningu słuchowego Uwaga Słuchowa.
– Profesor Alfred Tomatis opracowywał swoją metodę przez wiele lat. Miał bardzo precyzyjną wizję leczenia dzieci. Twierdził, że dziecko musi wrócić do okresu w życiu, kiedy znajdowało się w łonie matki, musi przeżyć go ponownie, aby znowu usłyszeć dźwięki, które słyszało w okresie prenatalnym. Dzięki temu dziecko coraz bardziej się otwiera – mówi agencji Newseria Biznes Jozef Vervoort, spadkobierca dorobku naukowego prof. Alfreda Tomatisa i założyciel kliniki Atlantis-VZW w Sint-Truiden w Belgii.
Profesor Alfred Tomatis odkrył i wykazał, że istnieje związek pomiędzy odbieranymi przez słuch częstotliwościami a całym systemem nerwowym, zmysłami, mózgiem, a nawet głosem człowieka. Istotą jest głos matki, który płód słyszy od 21. tygodnia w bardzo wysokich częstotliwościach, w przedziale 8–12 tys. Hz. Taką cechę często ma muzyka, np. utwory Mozarta lub chorały gregoriańskie, które są wykorzystywane w terapii. Odpowiednio skonstruowany program terapeutyczny przy użyciu tych dźwięków oraz precyzyjnie dobrane częstotliwości mogą skutecznie leczyć zarówno drobne, jak i poważne problemy rozwojowe u małych dzieci.
Jozef Vervoort, wieloletni współpracownik i spadkobierca dorobku naukowego prof. Alfreda Tomatisa, od lat kontynuuje jego badania w dziedzinie audio-psycho-fonologii i szkoli terapeutów na całym świecie. Przez ostatnie trzy dekady przeprowadził terapię około 31 tysięcy dzieci i ponad 12 tysięcy dorosłych.
– Na całym świecie jest ok. 1,5 tys. wykwalifikowanych terapeutów w tej dziedzinie. W Polsce cztery razy w roku prowadzimy szkolenia, by nadać tej terapii właściwą formę. W Belgii mamy około 210 certyfikowanych terapeutów, których wyszkoliliśmy przez 15 lat i oni wykonują świetną robotę. W Polsce jest podobnie. Jeżeli wszyscy będziemy pracowali z takim poczuciem misji jak profesor Tomatis, to będziemy mogli zagwarantować bardzo dobry rozwój dzieci, a co z tym idzie – lepsze życie. Dotyczy to nie tylko dzieci, lecz także ich rodziców, którzy coraz częściej szukają informacji o tego typu terapii. Zainteresowanie rodziców przekłada się na dużą liczbę pytań dotyczących profesjonalnych szkoleń dla specjalistów – mówi Vervoort.
– W tej terapii liczy się bardzo dobry terapeuta, jego doświadczenie i wiedza, którą nabywa na profesjonalnych szkoleniach. Rodzice powinni więc sprawdzić, kto organizował takie szkolenie, ile trwało, kogo podpis znajduje się na certyfikacie. Warto również wcześniej poczytać opinie rodziców na forach dotyczących danego terapeuty lub gabinetu terapeutycznego – mówi Magdalena Raciniewska.
Jak podkreśla, ważny jest też sprzęt, który jest niezbędny w terapii.
– Nie ma znaczenia czy sprzęt jest analogowy czy cyfrowy, najważniejsze jest to, by muzyka była 24-bitowa, a nie 16-bitowa – podkreśla Raciniewska.
W ramach projektu „Uwaga! Sposób na sukces” zrealizowanego trzy lata temu firma Young Digital Planet wdrożyła metodę prof. Alfreda Tomatisa w kilkudziesięciu polskich szkołach. Zdiagnozowano wtedy 1149 uczniów, z czego w terapii wzięło udział 776 uczniów z 71 szkół podstawowych. Badania wykazały, że po 3 latach stosowania terapii od 50 do 70 proc. uczniów poprawiło swoje wyniki. Zaobserwowano poprawę o 5,8 proc. umiejętności związanych z uczeniem się (uwaga i pamięć), o 6,3 proc. – funkcji społecznych, o 7,5 proc. – zdolności językowych, i aż o 10,3 proc. – zdolności muzycznych.
– Efekty terapii widać szczególnie u dzieci autystycznych. Dzięki możliwościom, jakie daje sprzęt, np. nagrywania głosu matki i zastosowania go w terapii, dziecko otwiera się na nowy kontakt emocjonalny i społeczny. Dzięki możliwości przesyłania terapii głosem matki na urządzenie mobilne dzieci autystyczne mogą się przygotować do terapii w domu, słuchając programów w czasie snu. Dzięki temu w gabinecie terapeutycznym nie boją się założyć słuchawek i mogą spokojnie uczestniczyć w kompleksowym programie terapeutycznym razem z innymi dziećmi – mówi Magdalena Raciniewska. – Bardzo dobre efekty obserwujemy również u dzieci zarówno z dysleksją i dyskalkulią, jak i tych, które mają problemy z nauką języków obcych oraz dzieci z afazją czy problemami logopedycznymi.
Za pomocą sprofilowanego programu dopasowanego do indywidualnych potrzeb i problemów pacjenta można osiągać dobre rezultaty. Vervoort podkreśla, że im wcześniej rozpoczęta terapia, tym lepsze efekty.
– Normalnie rozwijające się dziecko powinno zacząć siadać w 6–7 miesiącu, stawać w 12–15 miesiącu. Jeżeli tak się nie dzieje, może to oznaczać problemy w jego rozwoju. Tak samo jeśli dziecko nie mówi choćby kilku słów w wieku 2–3 lat. Wiemy, że dzieci mające zaburzenia mowy, mają później kłopoty z czytaniem, pisaniem i rozumieniem. Wszystkie kroki muszą być zatem podejmowane we właściwym czasie – zwraca uwagę Jozef Vervoort.
– Szczególnie we wczesnej edukacji liczy się czas. Dlatego musimy jak najszybciej zrobić diagnozę i zacząć interweniować, dając możliwości szybkiego wyrównania szans edukacyjnych. Nasza firma oferuje takie produkty, jak „Logopedia”, „Dysleksja”, czy „Uwaga Słuchowa”, które odpowiadają na potrzeby diagnostyczne i terapeutyczne każdego ucznia. Dodatkowo pozwalają nauczycielowi podołać wymaganiom, jakie stawia przed nimi edukacja włączająca, która jest teraz bardzo promowana przez UNESCO – wyjaśnia Raciniewska.
Sprzęt „Uwaga Słuchowa” firmy Young Digital Planet jest na rynku od 2013 roku. Sprzedawany jest do gabinetów terapeutycznych, poradni psychologiczno-pedagogicznych, szkół podstawowych. Jest to sprzęt medyczny, a jego efektywność i skuteczność firma jest zobowiązana sprawdzać co roku.
Aż 80 proc. zapotrzebowania energetycznego domu może stanowić energia potrzebna do ogrzania wnętrz, a ok. 20 proc. przeznaczona na ciepłą wodę. Do najbardziej narażonych na przenikanie ciepła miejsc należą: podłoga na gruncie, fundamenty, okna, a przede wszystkim ściany i dach. Pozbawione odpowiedniej izolacji główne przegrody zewnętrzne budynku mogą być odpowiedzialne aż za 60 proc. strat energii.
– W bilansie energetycznym domów około 60–80 proc. ciepła zostaje użyte na ogrzewanie, około 20 proc. na ciepłą wodę, a reszta energii jest pochłaniana przez oświetlenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Henryk Kwapisz, ekspert ISOVER Polska.
Drogą bezpośredniej ucieczki ciepłego powietrza są przewody wentylacyjne. Z kolei pozbawione odpowiedniej izolacji główne przegrody zewnętrzne budynku mogą być odpowiedzialne aż za 60 proc. strat energii.
– Ciepło ucieka z domu przede wszystkim przez przegrody zewnętrzne, dach, ścianę i podłogę. Również przez wszelkie nieszczelności i przez wentylację. Komfort cieplny, który odczuwamy, zależy od wielu rzeczy, głównie od tego, czy dom jest dobrze zaizolowany, bo tylko wtedy możemy utrzymać w środku temperaturę na odpowiednim dla nas poziomie. Duże znaczenie ma również kontrolowana wymiana powietrza – tłumaczy Henryk Kwapisz.
Aby zminimalizować zapotrzebowanie energetyczne wielu istniejących budynków, trzeba wykonać ich termomodernizację. Kluczowy jest odpowiedni dobór rozwiązań. Materiałem zalecanym do izolacji dachu skośnego jest na przykład lekka i sprężysta wełna mineralna szklana, układana w dwóch warstwach. Bardzo praktyczna jest również nakrokwiowa izolacja poddasza. Polega ona na zamocowaniu specjalnych belek z odpornej mechanicznie wełny szklanej, a pomiędzy nimi można zastosować lekką wełnę. Z kolei przy izolowaniu ścian zewnętrznych płyty wełny mineralnej po zamontowaniu powinny stanowić jednolitą płaszczyznę bez szczelin. Izolacja z wełny mineralnej skalnej i szklanej zapewnia także bezpieczeństwo ogniowe, bo jest niepalna.
– Zaizolować trzeba przede wszystkim przegrody zewnętrzne – ściany, dach i podłogę. Bezwzględnie trzeba zwrócić uwagę również na to, żeby okna miału bardzo dobrą izolacyjność – mówi Henryk Kwapisz.
Utrzymanie komfortowej temperatury w pomieszczeniach spowoduje odczuwalny spadek wydatków na ogrzewanie i poprawi komfort użytkowania. Dobrej jakości produkty izolacyjne z wełny szklanej zapewniają wysoki stopień ochrony nie tylko przed przenikaniem ciepła, lecz także dźwięków, dbając tym samym tak o komfort termiczny, jak i akustyczny.
Duża część przedsiębiorców wie o unijnych zmianach przepisów w zakresie ochrony danych osobowych. Co trzecia firma nie ma jednak świadomości, ile czasu przewidziano na dostosowanie się do nowych regulacji, a jedynie 15 proc. podjęło jakiekolwiek działania w tym zakresie – wynika z raportu Kancelarii CMS. Skala zmian, jakie czekają przedsiębiorstwa jest ogromna.
– Unijne prawo przyznaje więcej uprawnień obywatelom Unii Europejskiej, zapewniając im nie tylko większą transparentność w procesie przetwarzania danych, lecz także większe bezpieczeństwo. Z drugiej strony wyposaża nas, jako konsumentów, w narzędzia zapewniające większą kontrolę nad tym, co z danymi będzie się działo – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Lewoszewski, radca prawny z Kancelarii CMS.
Nowe przepisy, które weszły w życie 25 maja br. nakładają na firmy dodatkowe obowiązki. Wszystkie osoby, których dane są przetwarzane, muszą być w znacznie szerszym zakresie niż dotychczas informowane, co się dzieje z ich danymi i w jaki sposób są one przetwarzane, np. do jakich krajów są transferowane i jak długo pozostają w bazach danych. Informacja, że dane będą wykorzystane, np. do celów rekrutacyjnych, przestanie być wystarczająca. Administratorzy danych będą również mogli zawierać umowy o powierzenie przetwarzania danych tylko z takimi podmiotami, które gwarantują właściwe wdrożenie przepisów rozporządzenia (np. stosują odpowiednie środki bezpieczeństwa).
– Nasze badanie wskazuje, że większość firm dopiero rozpoczyna przygotowania, nie ma do końca świadomości, na czym zmiany polegają, chociaż intensywnie starają się dowiedzieć. Można więc stwierdzić, że firmy jeszcze nie są przygotowane, ale prace trwają – mówi Lewoszewski.
Nowe prawo będzie egzekwowane od 25 maja 2018 roku. Dwa lata, jakie pozostawiono firmom w Unii na przygotowanie się do nowych regulacji, są niezbędne ze względu na skalę zmian. Przedsiębiorcy będą musieli zweryfikować systemy IT, z których korzystają, poinformować klientów o nowych zasadach przetwarzania ich danych czy wprowadzić nowy proces w przedsiębiorstwie.
– Te dwa lata to i dużo, i mało. Jeśli ktoś rozpocznie ten proces teraz, powinien zdążyć, ale czas szybko płynie i należy o tym pamiętać – wskazuje ekspert z Kancelarii CMS.
Z raportu „Zmiany w unijnym prawie ochrony danych osobowych – nowe wyzwania i szanse dla przedsiębiorstw” opracowanego przez Kancelarię CMS wynika, że blisko 80 proc. przedsiębiorstw ma świadomość zmian w zakresie ochrony danych osobowych, które weszły w życie 25 maja. Mimo to 30 proc. nie wie, ile czasu przewidziano na dostosowywanie do nowych unijnych przepisów. Jedynie ok. 15 proc. podjęło jakiekolwiek działania, aby przygotować firmy na nowe wyzwania, podczas gdy zdecydowana większość (ok. 75 proc.) ogranicza się co najwyżej do monitoringu zmian prawnych w zakresie zarządzania danymi osobowymi.
– Przedsiębiorstwa muszą przewidzieć dodatkowe środki finansowe na wdrożenie nowego prawa, prawdopodobnie też zatrudnić dodatkowy zespół osób, który będzie odpowiedzialny za prawidłowe wdrożenie – przekonuje radca prawny. – Zmiany w największym stopniu dotkną działy związane z klientem, a więc marketing, sprzedaż, a także z pracownikami, czyli dział kadr – wskazuje Lewoszewski.
Dla przedsiębiorstw nowe przepisy wiążą się przede wszystkim z większymi kosztami prowadzenia działalności (80 proc. badanych). Wśród korzyści, jakie daje wzmożona ochrona danych osobowych, wskazują wzrost zaufania klientów (40 proc.) i ograniczenie ryzyka prawnego (30 proc.).
– Co może dziwić, tylko połowa badanych przez nas przedsiębiorców uważa, że ochrona prywatności jest ważna dla ich klientów. Mam nadzieję, że z biegiem czasu będzie się to zmieniać – mówi radca prawny z Kancelarii CMS.
Jedynie ok. 30 proc. firm podchodzi do zmian proaktywnie i zwraca uwagę na korzyści płynące z komercyjnego wykorzystania danych osobowych. Wśród powodów dostosowania się do nowych przepisów przedsiębiorstwa wskazują również ryzyko reputacyjne (75 proc.) i oczekiwania klientów (50 proc.).
– Przedsiębiorcy wdrażają zmiany jednak przede wszystkim dlatego, że nowe prawo przewiduje bardzo wysokie sankcje. To albo 20 mln euro, albo 4 proc. rocznego obrotu z poprzedniego roku finansowego, w zależności od tego, która z tych kwot jest wyższa – przypomina Marcin Lewoszewski.
W maju ceny towarów i usług konsumpcyjnych spadły o 0,9 proc. w ujęciu rocznym i wzrosły 0,1 proc. w ujęciu miesięcznym – podał GUS.
Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan
Deflacja trzyma się mocno. Ceny towarów i usług konsumpcyjnych spadają już 23 miesiąc z rzędu. Jednak wyraźnie już widać, że większość gospodarstw domowych tylko w niewielkim stopniu to odczuje, ponieważ rosną ceny żywności (w maju o 0,9 pkt proc., r/r), które w koszyku produktów są najważniejsze. Gdyby nie wyższe ceny żywności deflacja w maju wyniosłaby 1,1 proc. Oprócz żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych rosną również ceny usług restauracyjnych i hotelowych. To efekt poprawiającej się sytuacji na rynku pracy, gdzie zaczynają dominować pracownicy oraz coraz wyższych wynagrodzeń.
Głównym czynnikiem wpływającym na deflację są ceny paliw, które w maju br. były o prawie 10 proc. niższe niż przed rokiem. Ze spadkiem cen mamy do czynienia cięgle w branży odzieżowej.
Przedsiębiorstwa już dawno oswoiły się z deflacją i wiedzą, że nie mogą oczekiwać wyższego niż 3-4 proc. wzrostu przychodów, co oznacza, że nadal muszą umiejętnie zarządzać kosztami i zapasami. To także jedna z przyczyn spadku inwestycji.
Gdyby nie deflacja również wpływy do budżetu państwa mogłyby być większe.
Wszystko wskazuje na to, że w drugiej połowie roku deflacja będzie się zmniejszała, ale nie ma szans, aby ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 1,7 proc. czyli tyle ile zaplanowano w budżecie na ten rok.
Na rynku pracy utrzymuje się optymizm pracowników, a pracodawcy choć chcą zwiększać zatrudnienie zaczynają już odczuwać problemy ze znalezieniem odpowiednich kandydatów do pracy, a nawet w ogóle chętnych do podjęcia pracy.
Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu, pracy i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan
Według Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności GUS w I kwartale 2016 r. mieliśmy niemal 360 tys. wolnych miejsc pracy w gospodarce. To o 26,5% więcej niż przed rokiem i niemal 30% więcej niż w poprzednim kwartale. Sądząc po wynikach ankiet planów pracodawców wolnych miejsc pracy jeszcze dużo przybędzie. Ponad 82% wakatów pochodziło z sektora prywatnego, co wskazuje na rynkowy i koniunkturalny charakter wzrostu popytu na pracę.
Z badania wyraźnie wynika, że pracodawcy chcą zatrudniać pracowników z zagranicy, w tym głównie Ukraińców i na podobnych warunkach jak pracowników polskich. Konieczność zatrudniania cudzoziemców wynika wyłącznie z niemożności znalezienia Polaków chętnych do pracy na tych stanowiskach. W związku z tym dla pracodawców bardzo niepokojące są zmiany zapowiedziane przez ministerstwo rodziny, pracy i polityki społecznej, które mają zastąpić uproszczoną procedurę zatrudniania cudzoziemców, tzw. oświadczeniową dwoma dodatkowymi typami zezwoleń na pracę sezonową i krótkoterminową. Ta nowa procedura będzie bardziej zbiurokratyzowana, kosztowniejsza i dłuższa. Bez umożliwienia polskim przedsiębiorcom elastycznego reagowania na braki kadrowe, w sektorach w których trudno znaleźć pracowników, firmy mogą napotkać istotne trudności ze zwiększaniem produkcji, a to może negatywnie odbić się na wzroście gospodarczym.
Czy podwyżka stop procentowych zawsze doprowadza do krachu na giełdzie? Na wielu forach krąży mit, ze trzy podwyżki stop procentowych w Stanach Zjednoczonych spowodują bessę w gospodarce amerykańskiej, a także na całym świecie.
Poprzednia bessa na rynku amerykańskim została zapoczątkowana dopiero po 17 podwyżkach stop procentowych. Wtedy bowiem stopy procentowe z 1% wzrosły do ponad 5%. Dopiero 4 % podwyżka doprowadziła świat do wielkiego spowolnienia gospodarczego. W 2000 roku mieliśmy do czynienia z podobnym zjawiskiem. Było potrzeba więcej niż 3 podwyżki stop procentowych, zatem na chwile obecna musiałoby się pojawić o wiele więcej złych danych, które by do tego doprowadziły.
LNG czy gaz z Rosji, który tańszy? Trzeba mieć świadomość, że rynek LNG rozwija się bardzo dynamicznie. Przykłady na to, że można kupić gaz skroplony taniej niż w długoterminowym kontrakcie z Gazpromem już są. Taka sztuka udała się Litwinom.
– W przypadku kontraktu katarskiego mówiło się o poziomie 350 – 360 dolarów za 1 tys. m3, jednak takie ceny obowiązywać miały gdy ceny ropy naftowej oscylowały w okolicach 70 dolarów za baryłkę. W przypadku kontraktu jamalskiego ceny kształtują się na poziomie ok. 200 dolarów za 1 tys. m3. Jednak trzeba pamiętać, że z Gazpromem mamy umowę długoterminową, a rynek LNG rozwija się bardzo dynamicznie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Piotr Maciążek, z Energetyka24.com.
Działania rządu nie zapewniają inwestorom zagranicznym poczucia stabilności i przewidywalności stosowania prawa. Z tego powodu inwestorzy ograniczają lub zawieszają nowe inwestycje.
W Polsce działa 1 300 firm z francuskim kapitałem. Inwestorzy z tego kraju oceniają, że zmiany prawne są niepokojące.
– Nie można zaplanować biznesu, jeżeli zmiany wprowadzane są w ciągu kilku tygodni, to wywołuje niepokój w firmach – mówi w rozmowie z MarketNews24 dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej, Monika Constant. – Konsekwencje są takie, że inwestorzy, którzy są już w Polsce ograniczają inwestycje, a ci którzy mieli zamiar pojawić się w Polsce wstrzymują się z decyzjami.
Strach przed BREXIT-em i obawy o Chiny psują w poniedziałek nastroje na rynkach globalnych. Na wartości traci też złoty i warszawska giełda.
Inwestorzy wkroczyli w trzeci tydzień czerwca w minorowych nastrojach. Humory popsuły im obawy o kondycję chińskiej gospodarki oraz strach przed BREXIT-em. W efekcie w poniedziałek europejskie giełdy wyraźnie tracą na wartości, tanieje ropa, a inwestorzy odwracają się od takich walut jak złoty, szukając mniej ryzykownych aktywów. Tendencja ta może jeszcze się pogłębić, jeżeli strach przed wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nasili się. Takie ryzyko pojawia się. O godzinie 13:30 zostanie bowiem opublikowany nowy sondaż przed zaplanowanym na 23 czerwca referendum unijnym na Wyspach. Gdyby potwierdził on rosnącą przewagę zwolenników BREXIT-u, to doprowadziłoby to do dalszego wzrostu awersji do ryzyka.
O godzinie 12:51 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3914 zł, rosnąc o 1,6 gr w stosunku do piątkowego zamknięcia. W tym czasie kurs USD/PLN wzrósł do 3,8957 zł, a CHF/PLN do 4,0342 zł. Jedynym wyjątkiem była para GBP/PLN, która spadła do 5,5222 zł z 5,5443 zł na koniec tygodnia. To pokazuje, że złoty, podobnie jak wiele innych walut, słabnie przede wszystkim na fali obaw przed ewentualnymi gospodarczymi konsekwencjami wyjścia Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Jednak nawet w tym przypadku rano funt był jeszcze słabszy i trzeba było za niego zapłacić niespełna 5,4950 zł. To, że po południu brytyjska waluta była o prawie 3 gr droższa niż kilka godzin wcześniej nie świadczy oczywiście, że obawy inwestorów się zmniejszyły. Świadczy tylko o słabości złotego.
Wydarzeniem poniedziałku na krajowym podwórku będzie publikacja danych nt. inflacji konsumenckiej i bilansu płatniczego. Oczekujemy, że w maju, zgodnie ze wstępnym szacunkiem, wskaźnik inflacji CPI ukształtował się na poziomie -1% w relacji rocznej wobec -1,1% w kwietniu. Kwietniowa nadwyżka na rachunku obrotów bieżących wyniosła natomiast 440 mln EUR, po tym jak w marcu było to 103 mln EUR deficytu.
Dane te nie powinny wstrząsnąć notowaniami złotego, ani też warszawską giełdą. Inwestorzy raczej będą wciąż reagowali na impulsy płynące z rynków globalnych, a także będą czekali na dużo ważniejsze „figury” jakie pojawią się w kolejnych dniach. Ten tydzień bowiem zapowiada się na rynkach naprawdę emocjonująco. I tak o polityce monetarnej będzie decydował amerykański Fed, Narodowy Bank Szwajcarii, Bank Japonii i Bank Anglii. Z USA napłyną dane inflacyjne, raporty o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej, a także indeksy NY Empire State i Fed z Filadelfii. Wreszcie pojawi się cała seria danych makroekonomicznych z polskiej gospodarki. Oprócz wspomnianego bilansu płatniczego i inflacji konsumenckiej, będą to dane o inflacji bazowej (maj), podaż pieniądza (maj), raporty nt. przeciętnego zatrudnienia i wynagrodzenia (maj), a przede wszystkim piątkowe dane o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i inflacji PPI (maj).
BREXIT
Powyższy katalog należy jeszcze rozszerzyć o wspomniany wcześniej BREXIT (rynki będą reagować na sondaże), a także o …trwające we Francji Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej (EURO 2016). Te ostatnie mają o tyle znaczenie, że zawsze istnieje groźba zamachu terrorystycznego. Gdyby do niego doszło, to mogłoby to na długo popsuć nastroje inwestorom, doprowadzając w konsekwencji do ucieczki od ryzykownych aktywów w kierunku tych bezpiecznych, jak obligacje, złoto, czy szwajcarski frank i japoński jen. Czyli do aktywów, które już teraz zyskują na fali narastającego strachu przed BREXIT-em.
Sytuacja na wykresach polskich par wskazuje, że istnieje prawdopodobieństwo dalszego wzrostu notowań szwajcarskiego franka, euro i dolara, przy jednoczesnej stabilizacji kursu funta. Aczkolwiek raczej nie należy oczekiwać gwałtownego wzrostu cen wymienionych walut. Jeszce nie teraz.
Banki wstrzymują kredytowanie budowy domów na gruntach rolnych. Rolnicy mają kłopoty z powodu dwóch nowych ustaw.
Od 30 kwietnia obowiązują dwie ustawy, które regulują obrót gruntami rolnymi i gruntami leśnymi. Ustawy bardzo rygorystycznie ograniczają rynkowy obrót takimi gruntami i miały zabezpieczyć przed ich wykupem przez cudzoziemców. I zabezpieczają, tyle że jednocześnie utrudniają rolnikom przeprowadzanie transakcji kupna i sprzedaży, a także budowania własnych domów.
Banki zareagowały wstrzymaniem udzielania kredytów na budowę domów. To dlatego, że właścicielem gruntów mogą stać się tylko rolnicy i to mieszkający na terenie danej gminy lub sąsiedniej. I dlatego działka rolna, na której ma powstać dom przestała być dla banków wartościowym zabezpieczeniem kredytu.
– Zamieszanie jest duże. Skutki obu ustaw są też takie, że bardzo spadł obrót gruntami rolnymi. Przed decyzjami inwestycyjnymi wstrzymują się i kupujący, i sprzedający. Także notariusze czekają na pierwsze decyzje sądów dotyczące ksiąg wieczystych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Kuba Karliński, członek zarządu Magmillon.
Wzrost awersji do ryzyka spowodował wypchnięcie ceny złota w okolicę ostatnich szczytów. Złoto przez niespełna 10 dni podrożało o 84 USD za jedną uncję. Jest to kolejny wzrost godny uwagi. Powiększająca się awersja do ryzyka spowodowana jest przez nadchodzące głosowaine w sprawie Brexitu. Obywatele Brytanii zdecydują już 23 czerwca czy współpraca z Unią Europejską będzie kontynuowana, czy też nie.
Na interwale tygodniowym kupujący z impetem odbili się od strefy popytu 1190-1207 oraz zmierzają w stronę podaży 1290-1303. Strefa podaży została wyznaczona przez ostatni szczyt, po którym notowania złota się załamały. Przełamanie tego oporu będzie dawała o wiele większe prawdopodobieństwo kontynuacji wzrostów do 23 czerwca.
Przykładów dobrych praktyk CSR w polskim biznesie jest wiele, a bardzo atrakcyjne okazują się te działania, które dotyczą pracowników.
– Pomoc dla matek w powrocie na rynek pracy i w łączeniu życia zawodowego z prywatnym, to w mojej ocenie najbardziej atrakcyjne działania związane ze społeczną odpowiedzialnością biznesu – mówi ekspertka od CSR dr Agata Gruszecka-Tieśluk z Forum Odpowiedzialnego Biznesu.
Wyjście Brytanii z UE będzie miało ogromne skutki dla całej Europy. Każdy zaczyna szacować straty, jednakże nikt nie zna długoterminowych konsekwencji tego wydarzenia. Opuszczenie UE przez WK może okazać się pierwszym krokiem do rozpadu Wspólnoty.
Na interwale dziennym para walutowa z łatwością przedarła się przez wsparcie, które zostało utworzone przez dolne ograniczenie kanału wzrostowego. Aktualnym celem niedźwiedzi mogą być wieloletnie minima 1.39.
Chińskie dane opublikowane nad ranem nie były jednoznaczne, ale Azja i tak wpadła w fatalny nastrój. Nie wróży to dobrze ani Europie, ani Ameryce. Produkcja przemysłowa w maju wypadła nieco lepiej od prognoz, sprzedaż detaliczna minimalnie gorzej. Może trochę więcej informacji przyniosą jutrzejsze dane o nowych kredytach, ale ich waga z zasady nie jest duża, chyba, że szykuje się jakaś niespodzianka.
Świat ma zresztą teraz inny problem niż Chiny. O wiele ważniejsze od nastrojów w Pekinie są teraz humory Brytyjczyków, którzy 23 czerwca będą głosowali w sprawie pozostania lub opuszczenia UE. Piątek i weekend przyniosły dwa fatalne sondaże dla przeciwników Brexitu. Wprawdzie pojawił się w międzyczasie jeden bardziej pozytywny, ale wynik dwóch pozostałych był druzgocący. Chociaż nastroje społeczeństw potrafią falować w rytm bardzo dziwnych impulsów, np. wygranych lub przegranych meczów (Brytyjczycy nieszczęśliwie zremisowali z Rosjanami w sobotę), jednak mimo wszystko to chyba nie piłkarskie emocje przeważą o wynikach referendum (tak na wszelki wypadek: Rosja gra ze Słowacją w środę, a Anglicy z Walią w czwartek). Notowania funta falują w rytm sondaży.
Wydarzeniem tygodnia jest bez wątpienia posiedzenie Rezerwy Federalnej. Decyzja FOMC zapadnie w środę. Szanse na podwyżki stóp na tym posiedzeniu są prawie równe zeru, na kolejne – również niewiele większe. Kluczowy będzie oczywiście komunikat, bo przy obecnych nastrojach wiara, że Fed zacznie podnosić koszt pieniądze, domaga się zdecydowanego umocnienia. Na rynkach znowu króluje awersja do ryzyka. Środa może trochę poprawić klimat, ale tak naprawdę dopiero po głosowaniu w sprawie Brexitu okaże się, w jakim miejscu są rynki i w która stronę zmierzają.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Rajd złota po załamaniu rentowności obligacji i wzroście ryzyka
Brexit powoduje odpływ w stronę bezpiecznych metali szlachetnych
W Nigerii ceny ropy ponownie rosną, przestoje w Libii generują napięcie na rynkach
Po utracie nadziei na wzrost popytu w Chinach miedź pozostaje w tyle za pozostałymi surowcami
Surowce kontynuowały zdecydowany rajd; większość sektorów odnotowała zyski, z wyjątkiem metali przemysłowych. Pod koniec kolejnego pozytywnego tygodnia nastąpiła jednak realizacja zysków, wywierając presję na spadek cen.
W tym momencie w przypadku wielu surowców kupno było nadmierne, podczas gdy dolar odrobił straty poniesione po publikacji niekorzystnego raportu w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych 3 czerwca.
Popyt na dolara powrócił w związku z rosnącymi obawami inwestorów o wynik brytyjskiego referendum w sprawie Brexitu 23 czerwca. W efekcie decyzji Europejskiego Banku Centralnego o skupywaniu obligacji korporacyjnych oraz ucieczki inwestorów w kierunku bezpiecznych niemieckich obligacji rządowych, rentowności obligacji wysokiej jakości jeszcze bardziej spadły.
W chwili, gdy piszę te słowa, rentowności dziesięcioletnich niemieckich obligacji rządowych znajdowały się zaledwie dwa punkty bazowe powyżej zera.
Środowisko spadających rentowności obligacji, wzrost ryzyka spadku cen akcji w połączeniu z rosnącym zagrożeniem inflacją w wyniku wzrostu cen żywności i energii zapewniło metalom szlachetnym dodatkowy impuls do umocnienia, nie mówiąc o wpływie gorszego, niż przewidywano amerykańskiego raportu w sprawie zatrudnienia w maju. Kurs dolara jest nadal ważnym, jednak najwyraźniej nie jedynym czynnikiem kształtującym ceny metali i przed referendum w sprawie Brexitu sektor ten ma widoczne wsparcie pomimo przeciwności w postaci aprecjacji amerykańskiej waluty.
Najlepsze wyniki odnotował sektor innych produktów żywnościowych: zarówno cukier, jak i kawa Arabica zdecydowanie się umocniły w związku z niekorzystnymi warunkami pogodowymi w Brazylii. Fundusze dysponują rekordową długą pozycją w cukrze, przez co towar ten będzie pierwszym kandydatem do realizacji zysków w momencie, gdy korzystne fundamenty zaczną słabnąć.
Równocześnie fundusze z początkiem tego tygodnia miały krótka pozycję w kawie, co umożliwiło istotny squeeze krótkich pozycji do poziomu rocznego maksimum w związku z obawami o przymrozki w Brazylii.
Wśród metali przemysłowych, które zasadniczo odnotowywały dobre wyniki – przede wszystkim cynk w związku z zamykaniem kopalni i sygnałów, że podaż nie dorówna popytowi – jedynym surowcem wyróżniającym się na minus była miedź. Zmiana nastrojów z optymizmu w sprawie Chin do nadprodukcji i nadmiernej podaży spowodowała, że miedź osiągnęła czteromiesięczne minimum.
Osłabienie w ubiegłym tygodniu było wynikiem wzrostu zapasów miedzi przechowywanych w zarejestrowanych magazynach LME o 39%. Największy przyrost stwierdzono w Singapurze, Korei Południowej i na Tajwanie; dostawy najprawdopodobniej pochodziły z Chin lub były to dostawy do Chin, które zmieniły port docelowy ze względu na mniejszy popyt lub na bardziej atrakcyjne perspektywy handlowe.
Po tym, jak ceny ropy WTI i Brent przez kilka tygodni odnotowywały kurs boczny, w tym tygodniu oba rodzaje ropy wznowiły rajd. Główne przyczyny tego ruchu to utrzymujące się zakłócenia podaży i spadek stanu zapasów w Stanach Zjednoczonych. Rajd stanowił jednak pewne pocieszenie dla amerykańskich producentów znajdujących się pod presją, ponieważ oznaczał, że w zmagającej się z problemami branży produkcji ropy z łupków ponownie pojawił się optymizm.
Ataki Mścicieli z Delty Nigru na infrastrukturę naftową w Nigerii wzmagają się: bojownicy zapowiedzieli, że planują zahamować produkcję ropy w całym kraju. Mimo iż zapowiedzi te nie są uznawane za poważne zagrożenie, dzienna produkcja w Nigerii spadła o ponad 1 mln baryłek dziennie do najniższego poziomu od dwudziestu lat.
Trwa coroczny spadek stanu zapasów w Stanach Zjednoczonych. Tygodniowe zapasy w ubiegłym tygodniu zmniejszyły się o 3,2 mln baryłek, a w połączeniu z rosnącym popytem ze strony rafinerii umożliwiło to zrównoważenie sprzecznego z trendem sezonowym wzrostu zapasów benzyny oraz pierwszego od marca szacunkowego wzrostu produkcji amerykańskiej.
Wzrost o 10 000 baryłek dziennie spowodowany był przywróceniem produkcji na Alasce i zahamowaniem spadku w niżej położonych 48 stanach. Ponadto nastąpił pierwszy od marca tygodniowy wzrost liczby amerykańskich wiertni, co wpłynęło na poprawę perspektyw dla producentów w Stanach Zjednoczonych.
Po wybiciu powyżej 50 USD za baryłkę po raz pierwszy od października ubiegłego roku, cena ropy WTI osiągnęła poziom 51,67 USD za baryłkę, zanim dotarła do linii oporu. Nadmierne wykupywanie ropy na rynku w połączeniu z pogorszeniem nastrojów na pozostałych rynkach finansowych zrównoważyło wsparcie w postaci mniejszej podaży.
Odwrócenie trendu doprowadziło do ponownego ataku na linie wsparcia na poziomie 49,90 USD za baryłkę; spadek poniżej tego poziomu oznacza ryzyko osłabienia do 47,75 USD za baryłkę, czyli do poziomu niedawnego minimum.
Złoto, a w szczególności srebro, nadal rosną w efekcie niekorzystnego raportu w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych, opublikowanego 3 czerwca. Początkowy rajd wynikał z przekonania rynku, że Rezerwa Federalna porzuciła zamiar podwyższenia stóp procentowych w czerwcu, ewentualnie w lipcu.
Pomijając stale mocny popyt ze strony inwestorów szukających alternatywy dla spadających rentowności obligacji, pewną rolę w tym procesie odegrały również nadchodzące wydarzenia, m.in. referendum w sprawie Brexitu w Zjednoczonym Królestwie. Wsparcie wynikało również z faktu, iż fundusze hedgingowe zmniejszyły o jedną trzecią liczbę zleceń zakładających spadek cen w oczekiwaniu na amerykański raport w sprawie zatrudnienia, a także z dążenia do odbudowy długich pozycji.
Spadek rentowności światowych obligacji był wyraźnie widoczny w Europie: rentowności niemieckich dziesięcioletnich obligacji rządowych zbliżyły się do zera. W efekcie jeden z najbezpieczniejszych rynków obligacji na świecie stał się niemal całkowicie niedostępny dla inwestorów oczekujących zysków z płatności kuponowych.
W związku ze spadkiem rentowności europejskich obligacji inwestorzy coraz częściej zerkają na Stany Zjednoczone, przez co rentowności amerykańskich dziesięcioletnich obligacji osiągnęły szesnastoletnie minimum na poziomie 1,65%.
Kolejnym istotnym elementem potencjalnych zysków z inwestycji o stałym dochodzie jest inflacja. Na wykresie poniżej zaprezentowano, jak rentowność amerykańskich pięcioletnich obligacji skorygowana o przewidywaną inflację coraz bardziej schodzi do poziomów ujemnych.
Ważnym czynnikiem dla inwestujących w metale szlachetne pozostaje dolar, jednak inne czynniki, takie jak te wymienione powyżej, powinny złagodzić wpływ ponownego umocnienia amerykańskiej waluty.
W sytuacji, gdy rośnie ryzyko związane z istotnymi wydarzeniami, stopy procentowe są poniżej zera i widać potencjał wzrostu inflacji po ostatnim wzroście cen żywności i energii, złoto i srebro powinny w dalszym ciągu odnotowywać doskonałe wyniki.
Po wybiciu powyżej 1 265 USD za uncję w przypadku złota i 17,19 USD za uncję w przypadku srebra, nic nie stoi na przeszkodzie, by dotrzeć do maksimów z początku tego roku.
Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank
Przy okazji Euro2016 wizerunek piłkarzy i kadry wykorzystywany jest zdecydowanie częściej niż zwykle. W ostatnich latach jednak zmieniło się bardzo wiele. Wizerunek naszej kadry i jego wartość dla reklamodawców jest mocno skorelowany z wynikami na boisku. – Proszę zauważyć, że mecze reprezentacji ogląda w szczytowym momencie między 10 a 15 mln ludzi w Polsce. Takiej grupy nie można przecenić – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Szaniawski z Arskom Group.
Najważniejszym wydarzeniem tygodnia będzie środowa decyzja Fed o poziomie stóp procentowych oraz konferencja Janet Yellen, na której przedstawione zostaną nowe prognozy makroekonomiczne. Rynek raczej obstawia podwyżkę w lipcu niż w czerwcu, ale i ta jest możliwa. Choć podwyżki zwykle umacniają walutę, której dotyczą, zdaniem Rolanda Paszkiewicza początkowe podwyżki cyklu za oceanem historycznie przynosiły osłabienie dolara, bo były wcześniej wliczone w cenę. Natomiast aktywa rynków wschodzących i surowce powinny zyskiwać.
– Dla inwestorów kluczowe jest to, co zrobi Fed. W powszechnym przekazie występuje strach przed drugą w cyklu podwyżką stóp. Natomiast jak się popatrzy na korelację wzrostu oczekiwań na podwyżkę versus zachowanie ryzykownych cen aktywów, to tak naprawdę ta druga podwyżka nie powinna rynkom zbyt mocno przeszkodzić – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Roland Paszkiewicz, dyrektor działu analiz CDM Pekao SA. – Widać, że Fed patrzy na rynki i dostosowuje swoją retorykę i timing decyzji do ich nastrojów. I jeśli uzna, że czerwiec czy lipiec jest dobrą okazją do tego, żeby podwyższyć stopy, to nie powinno to przeszkodzić we wzroście cen ryzykownych aktywów.
Posiedzenie Rezerwy Federalnej odbędzie się we wtorek i środę, a drugiego z tych dni o 20:00 opublikowane zostaną projekcje makroekonomiczne oraz ogłoszona zostanie decyzja o poziomie stóp. Pół godziny później rozpocznie się konferencja Janet Yellen, szefowej Fed.
Rynki obecnie raczej nie spodziewają się podwyżki już na obecnym posiedzeniu. Dwa tygodnie temu przekonanie o czerwcowej podwyżce było silniejsze, ale zachwiały nim kiepskie dane z rynku pracy za maj, opublikowane 3 czerwca. Okazało się, że w sektorze pozarolniczym powstało tylko 38 tys. miejsc pracy wobec oczekiwań na poziomie 161 tys. Dane za kwiecień skorygowano w dół do 123 tys. ze 160 tys. podanych wcześniej. Nwet jeśli FOMC wstrzyma się z decyzją, to nastąpi ona jednak w kolejnych tygodniach.
– Patrząc historycznie, można przypuszczać, że może nas czekać kolejna niespodzianka ze strony dolara – zwraca uwagę Paszkiewicz. – Zwykle jest tak, że po drugiej podwyżce stóp przez Fed dolar zaczyna tracić do innych walut. To z kolei powinno wspierać rynki wschodzące i ceny surowców. Także pozostaję optymistą, jeśli chodzi o kolejne miesiące na rynkach ryzykownych aktywów.
Jak tłumaczy, inwestorzy nie czekają na to, co zrobi Fed, tylko mają swoje oczekiwania i dostosowują do nich swoje portfele dużo wcześniej, a sama decyzja jest sprzedawaniem faktów. Fed pierwszej podwyżki po niemal 10 latach dokonał w połowie grudnia ub.r. Dolar był wówczas mocniejszy niż obecnie. Tylko od początku roku euro zyskało do amerykańskiej waluty 3,6 proc. i to pomimo osłabiania przez EBC.
– Główna para euro-dolar właściwie konsoliduje się wokół poziomu 1,10–1,12. Wydaje mi się, że po decyzji, jeśli 15 czerwca usłyszymy wiadomość o podwyżce, ewentualnie usłyszymy, że w lipcu ona na pewno nastąpi, to wydaje mi się, że dolar ma szansę w stosunku do euro się osłabić i ruszyć w kierunku poziomów 1,15–1,16. Dla złotego pewnie oznaczałoby to, że zobaczymy ponownie dolara tańszego niż 3,80 zł – przewiduje dyrektor działu analiz CDM Pekao SA.
Obecnie dolar kosztuje ok. 3,89 zł. Nawet jednak złoty mimo lokalnych perturbacji zyskał do dolara od początku roku skromny 1 proc.
– To, czy dolar osłabi się do złotego, to oczywiście kwestia naszych lokalnych czynników, złoty był jedną z najsłabszych walut w ostatnim okresie. Jeślibyśmy założyli, że polityka nie będzie negatywnie wpływać nadal na polskie aktywa, to powinny być dwa argumenty za tym, że powinniśmy zobaczyć umocnienie złotówki szczególnie wobec dolara, ale pewnie też i euro. Natomiast największym czynnikiem niepewności pozostaje polska polityka i postrzeganie przez inwestorów zagranicznych tego, co się w Polsce dzieje – podsumowuje Roland Paszkiewicz.
Rząd zamierza wspomóc polskich przedsiębiorców i przemysł w maksymalnym wykorzystaniu szansy, jaką daje czwarta rewolucja przemysłowa, czyli łączenie najnowocześniejszych wirtualnych technologii z realną produkcją. Chce zlikwidować bariery regulacyjne, zachęcać do inwestowania w nowatorskie projekty i wspierać je finansowo oraz administracyjnie na arenie międzynarodowej. Chce także tworzyć warunki do budowania polskiego kapitału.
– Musimy przeformułować nasze myślenie o oszczędnościach i inwestycjach, bo zawsze mieliśmy apetyt na inwestycje, ale żeby je robić, musieliśmy ściągać kapitał z zewnątrz, za mało mieliśmy kapitału krajowego. Musimy wypracować mechanizmy oszczędzania, oszczędzania zarówno na emeryturę, jak i oszczędzania na depozytach, lokatach różnego rodzaju, funduszach, bo to da zarówno lepsze perspektywy emerytalne, jak i długofalową bazę do inwestycji w najróżniejsze przedsięwzięcia – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Morawiecki, wicepremier i minister rozwoju.
Reindustrializacja, rozwój innowacyjnych firm, kapitał dla rozwoju, ekspansja zagraniczna oraz rozwój społeczny i terytorialny to pięć filarów Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, według którego na inwestycje przeznaczonych ma zostać prawie 1 bln zł, z czego połowa ze środków unijnych. Szczegóły planu z tzw. „Konstytucją dla biznesu” mają być przedstawione na jesieni.
– Polskę i cały świat czeka wielkie wyzwanie gospodarcze, ponieważ mamy wiele szybko zachodzących zmian technologicznych. Można przez moment się zapomnieć i nagle tracimy biznes. W związku z tym musimy, jako administracja publiczna, utrzymywać ogromną czujność i być w kontakcie z przedsiębiorcami, żeby wiedzieć, w jaki sposób im pomagać – mówi wicepremier.
Rząd stawia przede wszystkim na nowoczesny przemysł, dlatego na wsparcie mogą przede wszystkim liczyć produkty i usługi, które należą do najbardziej perspektywicznych dziedzin.
– Chciałbym, żeby przemysł był jak najbardziej nowoczesny. Wiadomo, że dzisiaj industrializacja nie polega na tym, na czym polegała 40 czy 50 lat temu, żeby budować w jakimś wskazanym na mapie palcem miejscu osobne fabryki i żeby państwo to robiło – przekonuje Morawiecki. – Państwo jest przede wszystkim po to, żeby tworzyć jak najlepsze warunki do rozwoju, dla przedsiębiorców. A jeżeli przy tym możemy im pomóc poprzez odpowiednie granty albo inicjowanie współpracy pomiędzy uczelniami a firmami, to tym lepiej. Tak właśnie rodzą się nowoczesne ekosystemy gospodarcze.
Jak mówi, najważniejsze jest uwolnienie przedsiębiorczości, stworzenie warunków, w których będzie ona mogła rozkwitnąć. Chodzi zarówno o uproszczenie formalności, znalezienie źródeł finansowania dla zaawansowanych technologicznie, innowacyjnych pomysłów, jak i pomoc w konkurowaniu na zagranicznych rynkach.
Marcin Chludziński, prezes Agencji Rozwoju Przemysłu, podkreśla, że przy wsparciu odpowiednio kształtowanej polityki rządu Polska może osiągnąć sukces w trwającej czwartej rewolucji przemysłowej.
– Okazuje się, że mamy potencjał w takich branżach jak robotyka, przemysł kosmiczny i inne, w których liczy się kapitał intelektualny, a nie aktywa trwałe. To jest okres roku, dwóch, trzech, czterech lat, kiedy odpowiednio stawiając priorytety w polityce wsparcia państwa, możemy być liderami w wielu ciekawych dziedzinach – uważa Marcin Chludziński.
Postuluje, by przedsiębiorców inwestujących w innowacyjne projekty nagradzać premią podatkową, czyli ulgami w podatkach, co będzie zachęcało do zaangażowania w zaawansowane technologicznie obszary.
– Firmy muszą mieć korzyść finansową z tego, że podejmują wyzwania inwestycyjne – uważa Chludziński. – Kolejny wątek, nad którym państwo polskie intensywnie pracuje, np. w kontekście Polskiego Funduszu Rozwoju, to są konkretne instrumenty finansowania dużych i mniejszych projektów inwestycyjnych w różnych fazach rozwoju biznesu.
Jeśli polscy przedsiębiorcy zyskają motywację i środki do przeprowadzania innowacyjnych projektów, to Polska ma szansę z kraju wykonawcy stać się krajem pomysłodawcą, a to oznacza nie tylko markę, lecz także wyższe marże.
– Polska jest w takim unikalnym miejscu, że może wskoczyć na tę falę, która wzbiera. Korzystając z odpowiednich form wsparcia i obstawiając odpowiednie branże, jesteśmy w stanie stać się liderem w branżach, które są istotne w czwartej fazy rozwoju gospodarczego – mówi Marcin Chludziński. – To są takie branże jak np. branża robotyczna, branża związana z transportem, z inżynierią produkcji, z przemysłem maszynowym. Jesteśmy w stanie skorzystać z tej fali wznoszącej, która jest w tej chwili dla nas dostępna.
PKP Energetyka zarządza istotną częścią infrastruktury kolejowej, również tą krytyczną. Prywatyzacja spółki stawia więc ją i Skarb Państwa w szczególnej sytuacji. Przedstawiciele rządu podkreślają, że pozostawanie spółki w rękach prywatnego inwestora nie zabezpiecza wystarczająco interesów państwa. – CVC i Skarb Państwa powinny usiąść do rozmów i wypracować jakieś rozwiązanie w tym zakresie – uważa Dominik Smyrgała, ekspert z Collegium Civitas i fundacji FIBRE.
Przedstawiciele spółki podkreślają, że zmiana właściciela nie wpłynęła negatywnie na parametry sieci dystrybucyjnej, a zapowiadane inwestycje mogą tę jakość nawet poprawić.
– Jest wiele przykładów pokazujących, że zmiana właściciela spółki energetycznej z państwowego na prywatnego może wpłynąć pozytywnie na jakość zasilania. Takie aspiracje ma również zarząd PKP Energetyka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Orzech, prezes zarządu PKP Energetyka.
Jak podkreśla, w tym celu prowadzono wiele inwestycji, a nakłady na nowe projekty rosną.
– Ufam, że dzięki prywatyzacji i dzięki temu, że mamy dostęp zarówno do kapitału, jak i do know-how i zagranicznych doświadczeń funduszu inwestycyjnego CVC, jeszcze poprawimy jakość pracy sieci dystrybucyjnej – mówi Wojciech Orzech.
Prywatyzacja PKP Energetyki zakończyła się w ubiegłym roku. Nowy właściciel – fundusz CVC – zapłacił za spółkę ponad 1,4 mld zł.
Pomimo kluczowego znaczenia spółki i zarządzanej przez nią infrastruktury dla obszarów energetycznego i transportowego nie została ona ujęta w sformalizowanym systemie bezpieczeństwa narodowego. Przedstawiciele rządu PiS podkreślają dziś, że brak nadzoru państwa w obszarze zasilania kolei w energię elektryczną jest problemem, również w kontekście prowadzonych projektów modernizacyjnych na kolei. Eksperci podkreślają, że te obawy są zrozumiałe, ale można je rozwiać poprzez ścisłą współpracę na linii właściciel – Skarb Państwa.
– Sytuacja taka, jaka jest teraz, nie może zostać bez reakcji, ponieważ interesy państwa nie są zabezpieczone w stopniu wystarczającym. Na pewno kluczową rzeczą jest to, żeby strony siadły do rozmów i wypracowały jakieś rozwiązanie w tym zakresie – mówi Dominik Smyrgała, ekspert z Collegium Civitas i Fundacji FIBRE, które wspólnie przygotowały publikację „PKP Energetyka po prywatyzacji – bezpieczeństwo dostaw energii i przewozów kolejowych”.
Możliwych rozwiązań tej sytuacji jest kilka. Jednym z nich jest wydzielenie sieci dystrybucyjnej do osobnego podmiotu. Eksperci podkreślają, że warto rozważyć przekazanie kolejowych stacji paliw należących do PKP Energetyka podmiotowi związanemu z PLK lub PKP. Autorzy publikacji zapewniają, że państwo ma wystarczające uprawnienia w zakresie kontroli przekształceń własnościowych i kwestii regulacyjnych (Urząd Regulacji Energetyki, Urząd Transportu Kolejowego), aby efektywnie kontrolować sytuację spółki, np. poprzez nakładanie obowiązku świadczenia usługi publicznej związanych z dostawą energii elektrycznej. Obowiązek ten mógłby określać wymogi dotyczące bezpieczeństwa dostaw, efektywności energetycznej czy zarządzania popytem.
– Można pomyśleć o długoterminowych rozwiązaniach, które będą nakładały pewne obowiązki, a zarazem gwarantowały pewną stopę zwrotu. Można też pomyśleć o objęciu całej inwestycji programem ochrony inwestycji – podkreśla ekspert z Collegium Civitas. – To wszystko się mieści w kanonie cywilizowanych środków, które można podjąć bez żadnych gwałtownych ruchów.
Porozumienie jest potrzebne, ponieważ spółkę czekają poważne wyzwania inwestycyjne związane z modernizacją kolei w Polsce i dostosowywaniem jej do wymogów unijnych. Tym bardziej że do wykorzystania są unijne pieniądze na ten cel. Eksperci zapewniają, że spółka prywatna może poradzić sobie z tym zadaniem lepiej niż państwowa.
Zdaniem Smyrgały optymalnym rozwiązaniem byłoby połączenie wspomnianych środków. Dodaje, że państwo oraz regulator powinni dbać o prawidłowe stosowanie zasady dostępu strony trzeciej w działalności gospodarczej PKP Energetyka. Spółka zaś powinna zadbać o nienaganne stosowanie tej zasady wobec podmiotów zewnętrznych, które chciałyby z niej skorzystać za pośrednictwem PKP Energetyka.
Eksperci uważają, że niekorzystne otoczenie nie wpływa na razie na aktywność sektora bankowego wobec przedsiębiorstw. W tym roku akcja kredytowa kierowana do firm ma się zwiększyć o 12 proc. Najbardziej spowolni dynamika przyznawania pożyczek hipotecznych. Banki potrzebują nowych źródeł dochodów, dlatego zdaniem ekspertów koszty obsługi finansowania podczas negocjacji można obniżyć nawet o 40 proc.
– Nie ma problemu z dostępnością kredytów, bardzo często jednak jakość zaciąganych przez firmy zobowiązań bywa niska – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Artur Zych, doradca finansowy. – W natłoku codziennych zajęć takich jak sprzedaż produktów, usług, pilnowanie księgowości, spraw administracyjnych przedsiębiorcy nie mają czasu, by prawidłowo zadbać o płynność finansową swojej firmy.
Jak wynika z ostatniej ankiety Komisji Nadzoru Finansowego w tym roku banki spodziewają się wzrostu wartości portfela kredytów dla przedsiębiorstw, który ma obejmować zarówno małe i średnie firmy, jak i duże korporacje. Ten segment klientów w 2016 roku powinien zyskać najwięcej, bo aż 12 proc. i rozwijać się o wiele szybciej niż w ubiegłych latach. Także starania o kredyt powinny być łatwiejsze.
Mimo tego, jak radzi Artur Zych, ubiegając się o pożyczkę, warto rozpocząć starania jednocześnie w kilku bankach. Bardzo ważne są bowiem odpowiednio poprowadzone negocjacje.
– Jeżeli bank otrzyma dobrze przygotowany wniosek, zechce mieć danego klienta w swoim portfelu kredytowym i dowie się, że równocześnie wnioskuje on w innej instytucji, to będzie walczyć, żeby pozyskać taką osobę, proponując jej lepsze warunki – tłumaczy Artur Zych. – Podczas negocjacji nie warto skupiać się tylko na prowizji i marży, chociaż to oczywiście elementy kluczowe. Należy zwrócić także uwagę na inne koszty, takie jak np. opłata za wcześniejszą spłatę. W niektórych bankach podczas pierwszych lat kredytu może ona wynieść nawet 5 proc. Z doświadczenia wiem, że podczas dobrych negocjacji bank jest w stanie nawet całkowicie znieść taką należność. Warto również zwrócić uwagę na oprocentowanie niewykorzystanej kwoty kredytu obrotowego, które też występuje w wielu bankach.
Drugim sektorem, który w bieżącym roku według ankiety KNF ma się dynamicznie rozwijać, są kredyty konsumenckie, głównie gotówkowe. Tutaj spodziewany wzrost ma wynieść ponad 8,5 proc., czyli znacznie więcej niż w roku ubiegłym (2,6 proc.). Stagnacji natomiast banki spodziewają się w segmencie kredytów mieszkaniowych. W tym przypadku wzrost portfela może być symboliczny i wynieść jedynie ok. 0,8 proc.
– Częstym błędem popełnianym podczas korzystania z usług bankowych jest kurczowe trzymanie się przez wiele lat tego samego banku – zauważa Artur Zych. – Tymczasem nawet na przestrzeni roku w bankowości bardzo dużo się zmienia, jedne instytucje mają lepsze oferty, drugie – gorsze. Przed zaciągnięciem nowego zobowiązania warto zatem się rozejrzeć, bo nie jest pewne, że bank, z którego korzystamy od pięciu, dziesięciu czy piętnastu lat, ma dziś najlepszą ofertę. Będzie raczej przeciwnie. Instytucja, która zechce przejąć klienta, zaoferuje mu zapewne zdecydowanie lepsze warunki.
Wobec niesprzyjającego otoczenia, wprowadzenia podatku sektorowego, niebezpieczeństwa wejścia w życie regulacji dotyczących przewalutowania kredytów ze franku szwajcarskim banki bardziej agresywnie, jak wskazuje Artur Zych, będą poszukiwać nowych źródeł dochodu.
– Najprościej można to zrobić, zwiększając prowizję, marżę – precyzuje Artur Zych. – Pierwsi odczuli to już kredytobiorcy hipoteczni, bo średnia marża od tego rodzaju pożyczki od grudnia do stycznia wzrosła o 0,5 proc. W przypadku kredytów firmowych również zaczyna to być odczuwalne, gdyż marże w niektórych bankach wzrosły już nawet dwukrotnie.
Mimo tego w ankiecie KNF większość banków zadeklarowała wzrost w obecnym roku akcji kredytowej średnio o 12 proc. Nie należy się zatem spodziewać według Artura Zycha drastycznego zaostrzenia kryteriów przyznawania pożyczek.
– Podczas korzystania z usług bankowych bardzo ważne jest także, aby skorzystać z usług niezależnego eksperta – radzi Artur Zych. – Pójście samemu do banku bardzo często jest jak samodzielne skorzystanie z usług koncernu farmaceutycznego podczas choroby zamiast wizyty u lekarza. Wiadomo, że przedstawiciel firmy doradzi, aby kupić lekarstwo wytwarzane przez koncern, dla którego pracuje.
Fachowe wykorzystanie sposobów na obniżenie kosztów kredytu zdaniem Artura Zycha może natomiast przynieść oszczędności w wysokości nawet 40 proc.
– Oczywiście kształtuje się to bardzo różnie w zależności od stażu firmy, sytuacji finansowej, historii kredytowej przedsiębiorcy oraz posiadanego majątku – precyzuje Artur Zych. – Przy mądrym zarządzaniu firmy i inteligentnym korzystaniu z usług bankowych koszty kredytu mogą być niższe nawet o blisko połowę.
W tym roku wartość rynku e-commerce w Polsce może wzrosnąć o 15 proc. i sięgnąć 35,8 mld zł, a w 2020 roku – 63 mld zł. Eksperci szacują, że w ciągu najbliższych miesięcy liczba e-sklepów przekroczy 23 tys. Zdecydowana większość ich właścicieli przyznaje, że jest to opłacalny biznes – wynika z badania Eniro Polska. Dla ponad połowy jest to podstawowa działalność i jedyne źródło dochodów. Żeby zwiększać sprzedaż, przedsiębiorcy stosują obniżki cen i inne promocje dla klientów, promują się także w wyszukiwarkach i mediach społecznościowych. Często korzystają przy tym z pomocy firm zewnętrznych.
Z badań TNS przeprowadzonych na zlecenie serwisu Ceneo wynika, że Polacy coraz chętniej kupują w sieci. 84 proc. osób lubi zakupy online, a 82 proc. badanych deklaruje, że przegląda oferty e-sklepów dla przyjemności. Klienci, którzy często robią zakupy w internecie, szukają tanich produktów oraz darmowej i szybkiej dostawy.
– Zgodnie z opracowaniem „Barometr e-commerce 2016” w tym roku wartość rynku wzrośnie o 15 proc. i osiągnie 36 mld zł. Prognozuje się też, że do 2020 roku podwoi się i przekroczy 63 mld zł. Oszczędność czasu i wygoda sprawiają, że Polacy robiąc zakupy, chętnie korzystają z internetu. Zakupy w sieci ułatwiają szybkie porównanie cen, znalezienie najatrakcyjniejszej oferty i dokonanie zakupu bez wychodzenia z domu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agata Wartak, kierownik ds. produktów www i wideo, Eniro Polska.
Korzyści z rozwoju e-handlu odczuwają także przedsiębiorcy. Prowadzenie sklepu internetowego to dla 87 proc. właścicieli e-sklepów opłacalny biznes – wynika z badania agencji badawczej PBS przeprowadzonego na zlecenie Eniro Polska.
– Równocześnie dla ponad połowy firm założenie sklepu internetowego to pomysł na zupełnie nową działalność i jedyne źródło przychodów. Natomiast dla 38 proc. założenie e-sklepu to rozszerzenie obecnej działalności o nowy kanał dystrybucji oraz możliwość zwiększenia przychodu poprzez dodatkowe źródło zarobków. Warto zauważyć, że 97 proc. respondentów, którzy wzięli udział w badaniu, prowadzi e-działalność od ponad dwóch lat – mówi Agata Wartak.
Z badania wynika także, że 63 proc. właścicieli zarządza swoim sklepem internetowym samodzielnie.
– 1/3 respondentów przyznaje jednak, że chętnie skorzystałaby z pomocy przy założeniu sklepu internetowego. Z tego 13 proc. jest gotowych zatrudnić dodatkową osobę, a aż 22 proc. zleciłoby to zadanie firmie zewnętrznej, ponieważ natrafili na trudności. Respondenci zgłaszali, że najwięcej trudności sprawiała im integracja z systemami płatności, serwisami aukcyjnymi czy porównywarkami cen – podkreśla Agata Wartak.
Na rynku są dostępne oferty firm, które pomagają w utworzeniu sklepu internetowego, zintegrowaniu go z polskimi dostawcami usług, np. serwisami aukcyjnymi, porównywarkami cen i systemami płatności.
– Przedsiębiorcom oferujemy także pomoc w innych obszarach, np. wykonaniu sesji zdjęciowej albo przygotowaniu profesjonalnych opisów produktów przez copywriterów. Często przygotowanie dobrego opisu i dobrych jakościowo zdjęć jest czynnikiem decydującym o zakupie produktu i ma bezpośredni wpływ na wzrost sprzedaży w sklepie internetowym – tłumaczy Agata Wartak.
52 proc. badanych deklaruje, że wykonuje zdjęcia samodzielnie, zaś 1/4 otrzymuje je od producentów i dostawców. Umiejętne reklamowanie sklepu i pozyskiwanie nowych klientów decyduje o sukcesie tego biznesu.
– Nasi respondenci najczęściej reklamują sklep przez pozycjonowanie w wyszukiwarkach (66 proc. e-sklepów), dodatkowo poprzez obecność w mediach społecznościowych (52 proc.), serwisach aukcyjnych (47 proc.), porównywarkach cen (35 proc.) czy lokalnych wyszukiwarkach firm takich jak PanoramaFirm.pl (24 proc.) – mówi Agata Wartak.
Drugim ważnym elementem marketingu są działania podejmowane już w samej witrynie. 79 proc. badanych firm przyznaje, że reklamuje swój sklep i zachęca do zakupów, stosując obniżki cen albo bezpłatną wysyłkę. Zaskakuje jednak fakt, że przedsiębiorcy mimo podejmowania różnych działań promocyjnych nie analizują ich efektów i przełożenia na sprzedaż. Prawie połowa badanych (48 proc.) nie potrafiła określić, ile osób spośród wszystkich odwiedzających faktycznie dokonuje zakupu w ich sklepie.
– Platforma e-sklepowa przygotowana przez firmę Eniro Polska zbiera i prezentuje statystyki dotyczące ruchu na stronie oraz liczby i wartości transakcji dokonanych w e-sklepie. To jest ważne, ponieważ pozwala nam zweryfikować efektywność działań marketingowych i wybrać te, które faktycznie mają wpływ na wzrost sprzedaży w e-sklepie – mówi Agata Wartak.
Właściciele sklepów internetowych muszą podążać za obowiązującymi trendami, czyli coraz bardziej rosnącym segmentem m-commerce. Z badania wynika jednak, że 35 proc. przedsiębiorców wciąż nie ma mobilnej wersji swojego sklepu. 60 proc. z nich deklaruje jednak, że chciałoby taką wersję uruchomić, żeby zwiększyć atrakcyjność e-sklepu w oczach użytkowników.
– Ponad połowa użytkowników, wyszukując produkty czy usługi w internecie, korzysta z urządzeń mobilnych, dlatego ważne jest, aby strona e-sklepu był w technologii RWD. To oznacza, że układ strony sklepu dostosowuje się do rozdzielczości urządzenia, z którego korzysta użytkownik. Dzięki temu poruszanie się po sklepie jest proste i intuicyjne – podkreśla Agata Wartak.
Prowadzenie sklepu to czasochłonne zajęcie, które wymaga dużego zaangażowania, dlatego blisko 40 proc. właścicieli powierza je dodatkowym osobom. 53 proc. przedsiębiorców deklaruje, że zatrudnia od 1–3 osób, natomiast 45 proc. zatrudnia od 3–10 osób.
Nowa ustawa o delegowaniu pracowników na pewno przyczyni się do poprawienia warunków wykonywania pracy przez pracowników zagranicznych – ocenia Karolina Schiffter z Kancelarii Raczkowski Paruch. Liczba pracowników delegowanych do pracy w krajach unijnych szybko rośnie. Tylko w latach 2010–2014 wzrosła o 45 proc. Ustawa określa zasady ochrony pracowników delegowanych do i z Polski, współpracy z PIP i transgranicznego egzekwowania administracyjnych kar pieniężnych.
Nowe regulacje są związane z koniecznością wdrożenia do polskiego prawa unijnej dyrektywy 2014/67/UE, która przede wszystkim ma umożliwić egzekwowanie minimalnych warunków zatrudnienia w państwie członkowskim, do którego dany pracownik będzie delegowany. Wprowadzenie zmian było konieczne, bo liczba pracowników delegowanych do pracy na terenie Unii szybko rośnie. Jeszcze w 2010 roku było ich 1,3 mln, na koniec 2014 roku – już 1,9 mln.
– Nowa ustawa wprowadza szereg obowiązków, przede wszystkim dla pracodawców, którzy delegują pracowników do Polski. Dotychczas ta kwestia nie była w żaden sposób regulowana przez przepisy – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karolina Schiffter, adwokat w Kancelarii Raczkowski Paruch.
Nowością jest ścisła współpraca pracodawcy z Państwową Inspekcją Pracy. Najpóźniej w dniu rozpoczęcia świadczenia usługi pracodawca będzie miał obowiązek przekazać oświadczenie, w którym znajdą się informacje niezbędne do przeprowadzenia kontroli w miejscu pracy pracownika. Ponadto będzie musiał również wyznaczyć pracownika odpowiedzialnego za kontakty z PIP.
– Jeżeli PIP będzie chciała skontrolować prawidłowość takiego delegowania, to będzie się mogła zwrócić do wyznaczonej osoby, a ta w ciągu 5 dni będzie musiała udzielić informacji albo przekazać dokumenty – tłumaczy adwokat.
Pracodawca będzie również zobowiązany do przechowywania w Polsce niektórych dokumentów. Co więcej, w ciągu 2 lat po zakończeniu pracy w kraju przez delegowanego pracownika,= pracodawca będzie musiał dostarczyć do PIP dokumenty związane z jego zatrudnieniem, jeśli tylko ta złoży taki wniosek.
– Wcześniej zagraniczni pracodawcy nie musieli w naszym kraju przechowywać żadnej dokumentacji, teraz obowiązek ten obejmie umowę o pracę i dokumentację związana z czasem pracy i wynagrodzeniem pracownika. Ułatwieniem jest to, że taka dokumentacja będzie mogła być przechowywana także w formie elektronicznej, niekoniecznie papierowej, natomiast musi być ona fizycznie w Polsce – wskazuje Karolina Schiffter.
Pracodawca delegujący pracownika do naszego kraju będzie musiał zapewnić mu określone warunki zatrudnienia, dotyczące m.in. wymiaru czasu pracy, urlopu wypoczynkowego, minimalnego wynagrodzenia za pracę, bezpieczeństwa i higieny pracy.
Ustawa wprowadza też przepisy dotyczące solidarnej odpowiedzialności polskiego pracodawcy, u którego zostaną zatrudnieni pracownicy oddelegowani z innego kraju. Dotyczy to w szczególności sektora budowlanego, w którym zatrudnionych jest blisko 44 proc. oddelegowanych pracowników.
– Może się zdarzyć, że polska firma, która przyjmuje pracowników, będzie odpowiedzialna solidarnie, jeżeli zagraniczny pracodawca nie wypłaci wynagrodzenia delegowanym firmom. Ponadto, jeśli na polskiego pracodawcę zostanie nałożona kara grzywny za granicą, to teraz będzie możliwe, że inspekcja pracy wraz z urzędem skarbowym będzie egzekwowała tę karę w Polsce – tłumaczy Schiffter.
Jak podkreśla adwokat, wprowadzenie przepisów było konieczne, bo dotychczas kwestia oddelegowania pracowników nie była regulowana. Dlatego też pozytywnie ocenia nowe regulacje.
– Dotychczas była to w jakimś stopniu szara strefa – mówi Karolina Schiffter. – Odpowiedniki inspekcji pracy nie miały żadnych narzędzi, żeby skontrolować, czy są przestrzegane minimalne normy dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy czy wynagrodzenia. Dlatego ustawa na pewno przyczyni się do poprawienia warunków wykonywania pracy przez pracowników zagranicznych – przekonuje.
Coraz lepsza sytuacja w budownictwie sprzyja producentom okien. Choć są one wciąż traktowane głównie jako materiał budowlany, to coraz więcej osób zwraca na uwagę na ich design i dopasowuje je do aranżacji domu. Dlatego producenci podążają za najnowszymi trendami w architekturze. Okna przepuszczają więcej światła, a jako element inteligentnego domu są również zdalnie sterowane za pomocą urządzeń mobilnych.
Dane GUS wskazują, że w pierwszym kwartale tego roku oddano do użytkowania ponad 37 tys. mieszkań, blisko 18 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. O 10 proc. wzrosła liczba lokali, na których budowę wydano pozwolenia, a o 8 proc. liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto. Dobra sytuacja w sektorze budowlanym przekłada się na kondycję rynku okien.
– W tym roku sytuacja okien w Polsce i Europie wygląda nadzwyczaj dobrze. Wszystkie firmy notują wzrosty rzędu kilkunastu procent. Oknoplast po czterech miesiącach ma około 30 proc. wzrostu. W zasadzie na każdym z dziesięciu rynków, na których działamy, w tym czterech największych – Polska, Niemcy, Włochy, Francja, mamy spore wzrosty – mówi agencji Newseria Biznes Mikołaj Placek, prezes firmy Oknoplast.
W ubiegłym roku w Polsce wyprodukowano 13 mln okien, co oznacza 4,5 proc. wzrost względem 2014 roku (dane Centrum Analiz Branżowych). W dużej mierze to zasługa eksportu – na zagraniczne rynki trafia ok. 60–70 proc. produkcji. W firmie Oknoplast eksport odpowiada za 70 proc. przychodów, a cztery kluczowe rynki generują blisko 80 proc. sprzedaży.
– Okna w dużej części w Europie są wciąż traktowane jako materiał budowlany. Staramy się to zmienić, projektując okna ładne, designerskie, dopasowane do wnętrz. Ostatnio wprowadziliśmy nowy produkt, kwadratowe okno Pixel, które dodatkowo wpuszcza do pomieszczenia do 22 proc. więcej światła – wskazuje Mikołaj Placek.
Klienci coraz częściej przykładają wagę do designu okien, dopasowują je do bryły domu, zwracają uwagę na ich wielkość, funkcję i rozmieszczenie. Przekłada się to na wydatki. Za dobrej jakości okna jesteśmy w stanie zapłacić więcej.
– Polski klient jest coraz bardziej świadomy, więc coraz więcej wydaje na okna. W naszej firmie rząd wielkości oscyluje od 8 do 12 tys. zł. Klient przywiązuje wagę do jakości i designu, ale również do termoizolacji – wskazuje prezes Oknoplastu.
Jak podkreśla Mikołaj Placek, firma stara się podążać za najnowszymi trendami w architekturze. Popularnością cieszą się domy o prostej bryle, jasne, a budownictwo idzie w kierunku energooszczędności. Duże przeszklenia pomagają utrzymać wyższą temperaturę, zapewniają oświetlenie przez większą część doby. Co więcej, dzienne światło może zostać przekształcone w energię elektryczną. Taki trend powinien się utrzymywać.
– Architekci projektują budynki z bardzo dużymi przeszkleniami, dlatego i my idziemy w tym kierunku. Drugim elementem są kwestie związane z inteligentnymi domami, czyli wszelkiego rodzaju elektronika w oknie, np. wietrzenie czy otwieranie okien za pomocą urządzeń mobilnych, np. smartfona – tłumaczy Mikołaj Placek.
PlayStation 4, kosztowne słuchawki bezprzewodowe, smartwatche, kamery GoPro – to kilka ciekawych wydatków urzędników Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego ujawnionych po kontroli.
Źródło: Główny Inspektorat Transportu Drogowego
Nagminne zagraniczne wyjazdy, wygórowane nagrody i nieuzasadnione zakupy kierownictwa urzędu. Wyniki kontroli obejmującej szereg nieprawidłowości w ostatnich latach funkcjonowania urzędu przedstawili p.o. Główny Inspektor Transportu Drogowego Alvin Gajadhur, p.o. Zastępca Głównego Inspektora Transportu Drogowego Michał Pierzchała oraz Dyrektor Generalny Cezary Jurkowski.
Jak wykazała kontrola, przedstawiciele ścisłego kierownictwa w GITD szastali publicznymi pieniędzmi w szczególności w kilku wybranych dziedzinach dotyczących:
wyjazdów zagranicznych w których brało udział ścisłe kierownictwo;
zakupów różnorodnych gadżetów począwszy od konsoli do gier PlayStation4, kosztownych słuchawek bezprzewodowych, zegarków typu „Smartwatch”, kamer GoPro oraz innych;
przyznawanych kierownictwu wysokich nagród;
projektu twinningowego – Zespół kontrolerów z Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa, na początku roku przeprowadził kontrolę doraźną w GITD w zakresie realizacji projektu pn. „Assistance on the Transport of Dangerous Goods” negatywnie oceniając sposób wydatkowania środków na zarządzanie (TMC) w projekcie. Wskazano brak wewnętrznych procedur określających zasady administrowania projektem oraz brak przejrzystości w zakresie przyznawania nagród specjalnych;
zamówień publicznych w szeroko rozumianej informatyce;
zarządzania zasobami ludzkimi.
Nowe kierownictwo Urzędu podkreśla, iż instytucje publiczne powinna cechować racjonalność w wydatkowaniu przyznanych środków budżetowych. Sukcesywnie przygotowywane są zgłoszenia do Prokuratury, w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa. O nieprawidłowościach poinformowano również CBA oraz NIK.
Obecnie rocznie w Polsce sprzedaje się zaledwie około stu aut elektrycznych – dla porównania w Norwegii jest to ponad 26 tysięcy aut. Do zmiany mogą przyczynić się m.in. deweloperzy, którzy w podziemnych garażach budynków mieszkalnych zainstalują stacje ładowania pojazdów.
Obecnie pod względem liczby sprzedanych aut elektrycznych Polska jest zdecydowanie w ogonie Europy, ponieważ każdego roku kupujemy zaledwie około stu takich pojazdów. Tymczasem na całym Starym Kontynencie liczba rejestracji aut elektrycznych w 2015 roku sięgnęła prawie 100 tysięcy. W niektórych państwach zarejestrowano nawet kilkanaście tysięcy tych ekologicznych samochodów w ciągu dwunastu miesięcy.
– Prym w tej dziedzinie wiodą od lat wysoko rozwinięte kraje europejskie, takie jak Norwegia, Francja, Szwajcaria czy Wielka Brytania, gdzie od lat promuje się ekologiczne rozwiązania i odchodzi od paliw ropopochodnych – mówi Ron Ben Shahar, główny partner Angel Poland Group, grupy inwestującej w nieruchomości premium m.in. OVO Wrocław – W Polsce ta tendencja może się zmienić na lepsze wraz z instalacją stacji ładowania pojazdów na ogólnodostępnych parkingach w miastach oraz w podziemnych garażach inwestycji mieszkaniowych – dodaje.
Dekada zmian
Taki stan rzeczy może jednak ulec zmianie w ciągu najbliższej dekady. „W drodze do elektromobilności” to nowy program, dzięki któremu polski rząd chce mocno ożywić sprzedaż na rynku samochodów elektrycznych w naszym kraju. Według założeń projektu, za 10 lat, po drogach polskich miast ma się poruszać nawet milion energooszczędnych pojazdów, a elektryfikacja motoryzacji ma rozruszać gospodarkę. W efekcie spadnie kosztowny import ropy naftowej, zmniejszy się zanieczyszczenie spalinami, a elektrownie zarobią na produkcji prądu.
Niektórzy deweloperzy już wyszli naprzeciw temu trendowi i w powstających budynkach zaplanowali w garażu podziemnym specjalnie wydzielone miejsce, w którym mieszkańcy, posiadający auta z napędem elektrycznym, naładują swoje samochody.
Dostęp dla każdego
– Ładowanie będzie odbywać się w krótkim czasie i bez obsługi. To będzie wygoda
i oszczędność dla mieszkańców, bo nie będą musieli jeździć do stacji w mieście, by później móc wyruszyć elektrycznym autem do pracy, na zakupy czy spotkanie – mówi Natalia Sawicka, dyrektor sprzedaży i marketingu Angel River, osiedla powstającego przy ulicy Walońskiej we Wrocławiu.
Jeśli chętnych na „tankowanie” energooszczędnego samochodu w garażu podziemnym będzie więcej, to inwestor przewiduje możliwość zamontowanie takiej infrastruktury również na indywidualnych miejscach postojowych.
– Wszystko przemawia za tym, że w ciągu najbliższej dekady samochody elektryczne zyskają jeszcze większą popularność, dlatego myślimy bardzo perspektywicznie – dodaje Natalia Sawicka.
W ramach Angel River zaplanowano dwa budynki apartamentowe – o wysokości 9 oraz 17 pięter. Przy okazji inwestycji zrewitalizowany zostanie także fragment nabrzeża Oławy, który w przyszłości stanie się częścią ogólnodostępnego bulwaru i terenów rekreacyjnych wzdłuż rzeki.
Drugi kolejny dzień złoty koryguje swoje umocnienie z pierwszej połowy tygodnia. Procesowi temu sprzyja pogorszenie nastrojów na rynkach globalnych, w tym duże spadki na europejskich giełdach i korekta cen ropy.
W piątek złoty kontynuuje przecenę z wczoraj, tracąc na wartości w relacji do głównych walut. O godzinie 14:07 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3590 zł (wzrost o 2,5 gr), USD/PLN 3,8556 zł (+2,5 gr), CHF/PLN 4,0040 zł (+3,2 gr), a GBP/PLN 5,5540 zł (+1,3 gr). Na wartości tracą dziś też polski obligacje (rentowność 10-letnich obligacji rośnie do 3,10%) i akcje notowane w Warszawie (WIG20 -1,9%). Ta wyprzedaż rodzimych aktywów związana jest z globalnym wzrostem awersji do ryzyka, co znajduje odzwierciedlenie w przecenie na innych europejskich giełdach (indeks DAX traci 2,2%, a CAC spada o 1,9%) oraz na rynku surowcowym (np. cena baryłki ropy Brent spadła do 51,54 USD). U jej źródeł, oprócz zwykłej realizacji zysków przed weekendem, leżą obawy o wyniki zbliżającego się referendum ws. pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej (23 czerwca), jak również ostrożność przed przyszłotygodniowym posiedzeniem amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed).
Korekcyjne nastroje mają szansę utrzymać się dziś do końca dnia. W kalendarzu bowiem brak jest publikacji, które mogłyby jeszcze wstrząsnąć rynkami w końcówce tygodnia. Takim raportem raczej nie będzie publikacja wstępnej wartości indeksu Uniwersytetu Michigan za miesiąc czerwiec. Dane te będą opublikowane o godzinie 16:00. Oczekuje się spadku wartości indeksu do 94 pkt. z poziomu 94,7 pkt. odnotowanego w maju.
Przyszły tydzień na rynkach finansowych, w tym również w Polsce, zapowiada się niezwykle gorąco. Wystarczy wymienić kilka „figur”, które będą absorbować uwagę inwestorów, stając się potencjalnym motorem napędzającym silniejsze zmiany kursów. O polityce monetarnej będzie decydował amerykański Fed, a także Narodowy Bank Szwajcarii, Bank Japonii i Bank Anglii. Z USA napłyną dane inflacyjne, raporty o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej, a także indeksy NY Empire State i Fed z Filadelfii. Zaplanowane są 2 wystąpienia prezesa Europejskiego Banku Centralnego (ECB). Z Nowej Zelandii napłyną dane nt. dynamiki PKB, a z Australii raport nt. tamtejszego rynku pracy. Wreszcie pojawi się cała seria danych makroekonomicznych z polskiej gospodarki. W poniedziałek będzie to bilans płatniczy (kwiecień) i inflacja CPI (maj). Dzień później inflacja bazowa i podaż pieniądza (maj). W czwartek raporty nt. przeciętnego zatrudnienia i wynagrodzenia (maj). A tydzień zamknie prezentacja danych o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i inflacji PPI (maj). Ich uzupełnieniem będą założenia do przyszłorocznego budżetu, które prawdopodobnie poznamy w najbliższy wtorek.
Powyższy katalog należy jeszcze rozszerzyć o rozpoczynające się dziś we Francji Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. Mają one dla rynków finansowych o tyle znaczenie, że zawsze istnieje groźba zamachu terrorystycznego. Gdyby do niego doszło to mogłoby to skutecznie popsuć nastroje inwestorom, doprowadzając w konsekwencji do ucieczki od ryzykownych aktywów w kierunku tych bezpiecznych, jak obligacje, złoto, czy szwajcarski frank i japoński jen.
Komentarz przygotował:
Marcin Kiepas
Główny Analityk
Admiral Markets AS Oddział w Polsce
Rada Nadzorcza MLP Group podjęła uchwałę o powołaniu Radosława T. Krochty na stanowisko Prezesa Zarządu.
Rada Nadzorcza MLP Group w dniu 9 czerwca 2016 r. podjęła uchwałę o powołaniu Radosława T. Krochty na stanowisko Prezesa Zarządu. Dotychczas pełnił on funkcję Wiceprezesa oraz Dyrektora Generalnego MLP Group. Radosław T. Krochta na fotelu Prezesa zastąpił Michaela Shapiro, któremu Rada Nadzorcza powierzyła funkcję Wiceprezesa MLP Group.
„Naszym celem jest kontynuacja dotychczasowej strategii zorientowanej na systematycznej rozbudowie parków logistycznych. Koncentrujemy się także na zwiększaniu banku ziemi w atrakcyjnych lokalizacjach. Poza rozbudową posiadanych obiektów, w najbliższych planach mamy także rozwój dwóch nowych parków logistycznych w okolicach Wrocławia oraz Gliwic. Analizujemy także rozpoczęcie inwestycji w regionie łódzkim i śląskim. W tym roku chcemy także wejść na rynek niemiecki oraz przyglądamy się rynkowi rumuńskiemu. Podejmowane działania mają na celu systematyczny wzrost wartości całej Grupy” – podkreślił Radosław T. Krochta.
Radosław T. Krochta jest związany z MLP Group od 2010 roku, pełniąc dotychczas funkcję Wiceprezesa Zarządu. Doświadczenie w branży finansowej zdobywał w Polsce, Europie Wschodniej i Stanach Zjednoczonych – między innymi zajmował stanowisko CFO w Dresdner Bank Polska S.A. Kilka lat był również Dyrektorem Działu Doradztwa Strategicznego w Deloitte Advisory w Warszawie, wcześniej pracował jako manager w PWC w Warszawie i Stanach Zjednoczonych. Radosław T. Krochta ukończył Wyższą Szkołę Zarządzania i Bankowości w Poznaniu na kierunku Finanse. Oprócz tego ukończył studia podyplomowe w zakresie zarządzania na Nottingham University oraz studia podyplomowe MBA.
Notowania brytyjskiej waluty w dalszym ciągu poruszają się w kanale wzrostowym. Aktualnie kurs waluty po raz kolejny zbliża się do strefy popytu 1.429-1.437. Na dzień dzisiejszy funt szterling powinien pozostać w trendzie wzrostowym.
W przyszłym tygodniu poznamy koszt pieniądza w Stanach Zjednoczonych, konsensus rynkowy nie oczekuje żadnych zmian. Po danych z rynku zatrudnienia rynek na podstawie kontraktów terminowych na stopę procentową przestał wyceniać jakąkolwiek podwyżkę w tym roku. Niemniej jednak notowania pary walutowej GBP/USD w najbliższym czasie będą reagowały na najnowsze doniesienia z Wielkiej Brytanii dotyczące Brexitu.
Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker
Sprzedaż mieszkania może wydawać się prosta – dziesiątki portali internetowych i biur nieruchomości dają złudzenie, że można to zrobić szybko i łatwo. Tak jednak nie jest.
Chcąc wiedzieć, jak szybko sprzedać mieszkanie, nawet bez pomocy profesjonalnego biura nieruchomości, wystarczy pamiętać o kilku najważniejszych kwestiach.
Krok pierwszy – wycena mieszkania
Zacząć należy od dobrej wyceny mieszkania – nie przeceniajmy własnej nieruchomości. Warto zorientować się, ile kosztuje metr kwadratowy na rynku wtórnym w okolicy – różnice nawet w obrębie dzielnicy mogą być duże. Najlepiej zatrudnić w tym celu osobę, która zawodowo zajmuje się wyceną nieruchomości. Musimy jednak pozostać elastyczni i gotowi na negocjacje, dlatego warto ustalić cenę początkową wyższą o około 10 proc. od oczekiwanej i zaznaczyć w ogłoszeniu, że negocjacje są możliwe.
Krok drugi – określenie grupy docelowej
Następnie, przed zamieszczeniem ogłoszenia, zastanówmy się, jaka jest nasza główna grupa docelowa. Czy mieszkań w okolicy naszej nieruchomości szukają raczej osoby młode, czy starsze? Czy jest to osiedle przeznaczone przede wszystkim dla rodzin z dziećmi, czy ma charakter „noclegowni” prężnie rozwijającego się miasta? Od tego będzie zależeć, jak sformułujemy nasze ogłoszenie, oraz gdzie je umieścimy – ludzie młodzi szukają informacji głównie w internecie, a osoby starsze – w gazetach papierowych lub na lokalnych tablicach ogłoszeń.
Krok trzeci – dobre ogłoszenie
Jeśli sprzedajemy mieszkanie samodzielnie – ogłoszenie umieszczajmy w jak największej liczbie miejsc. Nawet jeśli kierujemy ogłoszenie do osób rzadziej korzystających z internetu, czyli dojrzałych i starszych, to pamiętajmy, że oni również mogą korzystać z możliwości, jakie daje to medium. Zawrzyjmy wszystkie dobre i złe cechy naszego mieszkania. Tych drugich nie pomijajmy całkowicie, wspomnijmy o nich w tonie neutralnym. Podkreślmy te cechy, które są najważniejsze dla nabywcy zależnie od grupy docelowej. Jeśli kierujemy ogłoszenie do rodzin, młodych małżeństw, osób ustabilizowanych finansowo, podkreślmy takie atuty jak spokój, zieleń, place zabaw; dobrą komunikację z centrum miasta; bliskość sklepów, punktów usługowych, szkół i przedszkoli.
To samo ogłoszenie najlepiej zamieścić w kilku portalach lub agencjach nieruchomości, ewentualnie nieco je modyfikując. Warto zadbać o jakość zdjęć, gdyż to pierwsze, co przykuwa uwagę potencjalnych kupujących. Powinny one być robione w odpowiednim świetle, porządnym aparatem fotograficznym i raczej pokazywać całe pomieszczenie, a nie jedynie jego część. Warto skorzystać z pomocy profesjonalnego fotografa, który wydobędzie walory mieszkania, pokaże detale i zadba o techniczną jakość zdjęć. Przed sesją fotograficzną zadbajmy o porządek w mieszkaniu, ładne aranżacje, ustawmy kilka drobiazgów wnętrzarskich, które wywołują pozytywne emocje. Czasem warto zainwestować w usługę home staging (to usługa polegająca na przygotowaniu mieszkania do sprzedaży), gdyż uzyskany efekt znacznie podniesie atrakcyjność mieszkania i ułatwi jego sprzedaż w dobrej cenie. Dobrze też zamieścić w ogłoszeniu plan mieszkania.
Dobrym pomysłem może być umieszczenie ogłoszenia w ramach open house, czyli dni pokazowych nieruchomości. Trzeba wówczas określić w jakich terminach i godzinach będzie można obejrzeć mieszkanie. Warto pomyśleć o wszystkim – świeżych kwiatach w wazonie, aromacie kawy, wanilii lub świeżego pieczywa w powietrzu, odpowiedniego oświetlenia mieszkania itd. Taka gra zmysłów sprawia, że mieszkanie wydaje się atrakcyjniejsze, a więc wzrasta prawdopodobieństwo jego zbycia.
Krok czwarty – wybór dobrego agenta
Jeśli decydujemy się na pomoc profesjonalnego biura nieruchomości, warto wyboru agencji dokonać jak najbardziej świadomie. Decydując się na pierwsze lepsze biuro nie mamy pewności, że mieszkanie uda się szybko zbyć. Lepiej więc wybrać renomowanych pośredników, nawet, jeśli opłaty są wyższe. Biur nieruchomości jest mnóstwo, szczególnie w większych miastach, a szybka sprzedaż mieszkania zależy od dobrej reklamy i liczby klientów, korzystających z usług konkretnego biura.
Krok piąty – przygotowanie dokumentów
Decydując się na sprzedaż mieszkania musimy posiadać kilka podstawowych dokumentów. Pierwszym z nich jest odpis z księgi wieczystej, będący dowodem naszego tytułu prawnego do lokalu. Drugi z nich to dokument potwierdzający podstawę nabycia nieruchomości, czyli umowa sprzedaży czy poświadczenie dziedziczenia. Jeśli mieszkanie otrzymaliśmy w spadku, konieczne będzie poświadczenie o uiszczeniu podatku od spadków i darowizn. Jeśli posiadamy spółdzielcze prawo do lokalu – będziemy potrzebować zaświadczenia ze spółdzielni, której jesteśmy członkiem. Musimy także posiadać zaświadczenie o braku zaległości finansowych, aby kupujący miał pewność, że nie nabywa zadłużonego mieszkania. Ważne jest również zaświadczenie o wymeldowaniu dotychczasowych mieszkańców. Do spisania umowy sprzedaży konieczne będą oczywiście również dokumenty potwierdzające naszą tożsamość. Umowa przedwstępna nie jest dokumentem obligatoryjnym, jeśli jednak została sporządzona, powołujemy się na nią w umowie sprzedaży
Zainteresowanie programem Mieszkanie Plus będzie bardzo duże. Trudno jednak będzie o realizację programu przy zakładanym koszcie budowy 1 m kw. To nie jedyny powód do obaw.
– Koszt budowy 1 m kw. jest niedoszacowany, nie uwzględnia w dostatecznym stopniu kosztów uzbrojenia terenu czy budowy drug dojazdowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Kuba Karliński, członek zarządu Magmillon.
Drugi bardzo poważny w jego ocenie powód do obaw jest innej natury: – Czy rząd i administracja rządowa powinny zajmować się budowaniem mieszkań, skoro nie robiono tak nawet w czasach socjalizmu i budownictwem zajmowały się spółdzielnie mieszkaniowe?
Po katastrofie sprzed tygodnia, rynek pracy w USA trafił pod lupę inwestorów, nic więc dziwnego, że każde dane w jakiś sposób z nim powiązane, mniej czy bardziej bezpośrednio, mają wyjątkowe wzięcie. Tak było wczoraj z informacją o zasiłkach dla bezrobotnych, które nie potwierdziły najczarniejszych scenariuszy, ale też nie dały jednoznacznej odpowiedzi, czy jednak nie może być gorzej. Dzisiaj kluczowym wydarzeniem jest indeks Uniwersytetu Michigan, który powstaje na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród 500 gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych, oceniających bieżące i oczekiwane warunki ekonomiczne. Rynek pracy to oczywiście tylko jeden ze składników nastrojów, ale jednak istotny. Przed przyszłotygodniowym pędzeniem Fed interesujące będą również oczekiwania inflacyjne.
Kolejne ważne dane również pochodzą z USA. Będą dotyczyły rynku ropy, a konkretnie wież wiertniczych. Poprzedni raport pokazał, że ich liczba rośnie, a to może oznaczać, że na rynek wracają producenci ropy łupkowej. Ciekawe, czy dzisiaj wynik będzie podobny, bo jeżeli tak, może to oznaczać, że notowania osiągnęły poziom opłacalny dla firm wydobywczych. Rynek może być dziś niespokojny, bo poza danymi z USA, branża wciąż ma do czynienia z niepokojącymi informacjami napływającymi z Kanady i Nigerii.
W nocy z niedzieli na poniedziałek zostanie opublikowany solidny pakiet danych z Chin. Symptomy zajmowania pozycji przed wskaźnikami z Pekinu mogą być widoczne już dziś. Informacje są o tyle ważne – zwłaszcza dotyczące sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej – że ostatnio pojawiło się kilka sygnałów niepokojących dla chińskiej gospodarki. W niedzielę w nocy zobaczymy, czy rzeczywiście jest się czym martwić.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska