Artur Białkowski został powołany na stanowisko wiceprezesa zarządu Medicover, jednocześnie będzie też sprawował funkcję dyrektora ds. komercyjnych. Obie decyzje weszły w życie wraz z początkiem czerwca.
Artur Białkowski, Medicover
Artur Białkowski swoją karierę zawodową w Medicover rozwijał od 2012 roku i jako dyrektor sprzedaży miał bardzo duży wpływ na dobre wyniki firmy w ostatnich latach. Wystarczy wspomnieć, że liczba klientów Medicover w segmencie B2B wzrosła w tym czasie o 55%. Artur posiada siedemnastoletnie doświadczenie managerskie oraz wiedzę ekspercką w zakresie sprzedaży i zarządzania, które wykorzystał w swojej pracy w Medicover wprowadzając zmiany przekładające się na rezultaty firmy. Wcześniej pracował w takich firmach jak DHL Express, Siemens, MS Stolica i PTK Centertel.
– Jako wiceprezes zarządu Medicover Artur Białkowski będzie mógł jeszcze bardziej wydatnie przyczynić się do dalszego rozwoju firmy. Podejmując decyzję o nominacji na to stanowisko braliśmy pod uwagę jego imponujące doświadczenie oraz ogromną wiedzę ekspercką, a także zaangażowanie i podejście do pracy – komentuje awans John Stubbington, CEO Dywizji Medicover.
Artur Białkowski jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył także studia doktoranckie w Kolegium Zarządzania i Finansów warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej.
Uczestnicy XXIV Walnego Zgromadzenia Sprawozdawczo-Wyborczego Członków Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska, 9 czerwca, wybrali na prezesa Izby Remigiusza Nowakowskiego, prezesa zarządu TAURON Polska Energia.
Remigiusz Nowakowski, prezes zarządu TAURON Polska Energia
– Ten wybór to wielkie wyróżnienie i obowiązek jednocześnie. Izba ma do spełniania kluczową rolę w tworzeniu pozytywnego obrazu polskiej energetyki, moderowaniu dyskusji o jej przyszłości oraz promocji osiągnięć branży i upowszechnianiu dobrych praktyk – mówi Remigiusz Nowakowski, prezes zarządu TAURON Polska Energia.
Zadania Izby realizowane są poprzez różnego rodzaju działania, z których ważniejsze to: współpraca z organami administracji państwowej, organizacjami społecznymi i gospodarczymi, organizowanie szkoleń, doradztwa ekonomicznego technicznego i organizacyjnego, współpraca i wymiana doświadczeń z krajowymi i zagranicznymi izbami przemysłowo-handlowymi, a także organizacjami samorządowymi, tworzenie banku informacji gospodarczych, finansowych i innych, niezbędnych w działalności gospodarczej członków Izby.
Kadencja nowego prezesa IGEiOŚ obejmuje lata 2016-2019.
Opuszczenie przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej może przełożyć się na wzrost niepewności na światowych rynkach gospodarczych oraz nasilenie nastrojów separatystycznych w krajach członkowskich. Jak w tej sytuacji zachowałyby się waluty? Czy złoty miałby szanse się umocnić?
„Oczekiwałbym nieznacznego umocnienia się złotego wobec funta szterlinga, jednak w stosunku do euro, dolara, jena i franka szwajcarskiego nasza waluta by się osłabiła” – mówi serwisowi infoWire.pl Arkadiusz Urbański, ekonomista Banku Pekao. Polska wciąż jest zaliczana do grona krajów wschodzących, ryzykownych inwestycyjnie. W razie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oraz wywołanego nim niepokoju inwestorzy będą starali się wycofywać kapitał z takich rynków i przesuwać go w stronę bezpieczniejszych przystani.
Osłabieniu mogłaby ulec także unijna waluta. „Unia boryka się obecnie z dużymi problemami, będącymi wynikiem kryzysów z lat ubiegłych. Próby jej reformowania nie przynoszą oczekiwanych efektów. Południowa część strefy euro rozwija się w dużo gorszym tempie. W przypadku Brexitu wzrosłyby w Unii tendencje separatystyczne. W konsekwencji nastroje inwestycyjne wobec euro by się pogorszyły” – stwierdza ekspert.
38% Polaków liczy na poprawę w ciągu najbliższych 12 miesięcy swojej sytuacji finansowej, 18% spodziewa się jej pogorszenia, a pozostali nie oczekują zmiany – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę GfK wśród klientów Providenta.
Co ciekawe, aż 55% respondentów jest swoją sytuacją finansową usatysfakcjonowanych. Wiąże się to z tym, że 13% badanych zamierza podchodzić do nieplanowanych codziennych wydatków swobodniej. To o kilka procent więcej niż w ubiegłorocznym badaniu.
„Jeśli chodzi o sektor finansowy, badani mają do niego ograniczone zaufanie. Jednak 80% z nich uważa, że firmy takie jak Provident są potrzebne i uzupełniają firmy z sektora bankowego. 50% respondentów zarekomendowałoby skorzystanie z usług swojej firmy pożyczkowej osobom z najbliższego otoczenia” – mówi serwisowi infoWire.pl Przemysław Kasza, specjalista ds. badań, analiz i raportowania z firmy Provident Polska.
Zapłacę na czas, ale mniejszą kwotę, oddam w ratach, proszę o wystawienie faktury w późniejszym terminie, itp. – co druga firma spotyka się na co dzień z propozycjami kontrahentów, które mają na celu zmniejszyć lub opóźnić płatności, wynika z badania Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.
Prowadzenie działalności gospodarczej, to nie jest prosta sprawa. Praktyka pokazuje, że poza dobrym pomysłem na biznes, w polskich warunkach potrzebne są też umiejętności windykacyjne. Powód? 43 proc. spośród mikrofirm oraz małych i średnich przedsiębiorstw mówi, że doświadcza ponad 60-dniowych opóźnień płatności za towary i usługi – wynika z badania* Millward Brown, wykonanego na zlecenie BIG InfoMonitor. Opóźnienia w spływie należności nie zawsze są efektem wyłącznie nieregulowania wystawianych faktur. Przedsiębiorcy stosują całą paletę sposobów zmniejszania i opóźniania zapłaty.
Przeciętnie spotyka się z nimi co druga mikro, mała i średnia firma. Choć znacznie częściej niekorzystne propozycje składane są firmom, które już mają kłopot z zatorami płatniczymi – 66 proc., niż tym którym zatorów udaje się unikać – 41 proc. Co mogłoby akurat wskazywać, że przedsiębiorstwa z zatorami, poruszają się w trudniejszym otoczeniu lub branży, albo też działają bardziej ryzykownie, przykładając mniejszą ostrożność do doboru klientów.
Najczęściej spotykaną metodą na opóźnianie płatności jest prośba o wystawienie faktury w późniejszym terminie. Taką propozycję usłyszało 37 proc. firm z zatorami i 22 proc. firm bez zatorów płatniczych. Kolejny, niewiele mniej popularny sposób to zapłata w ratach, na który musiało zareagować aż 38 proc. firm z zatorami i 16 proc. firm bez zatorów. Pojawiają się również propozycje zapłaty na czas, pod warunkiem, że będzie to niższa kwota niż ta widniejąca na fakturze. Z taką ofertą miała do czynienia co piąta firma posiadająca zatory i co dziesiąta bez tego typu problemów. Równie często stosowany jest inny chwyt – składanie reklamacji, które w odczuciu dostawców towarów i usług są nieuzasadnione, a ich głównym celem jest właśnie opóźnienie płatności.
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
– Doświadczenia naszych klientów potwierdzają wyniki badania. Spora część polskich przedsiębiorców kredytuje się kosztem innych firm, dzięki czemu nie płaci odsetek od kredytu i ma darmowe finansowanie. Pogarsza w ten sposób płynność finansową wykorzystywanego przedsiębiorstwa i zmusza je do nabywania umiejętności windykacyjnych – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Źródło: Badanie Millward Brown na zlecenie BIG InfoMonitor
– Ale w myśl zasady lepiej zapobiegać niż leczyć, zamiast później dokształcać się z windykacji lepiej wcześniej skupić się na rozsądnym zarządzaniu sprzedażą czyli m.in. mądrym doborze kontrahentów. Aby zminimalizować ryzyko podjęcia współpracy z nierzetelną firmą, która już dziś ma opóźnienia w płatnościach wobec innych przedsiębiorstw należy sprawdzić ją w Biurze Informacji Gospodarczej. Poznać również opinie znajomych i internautów, zażądać zaświadczeń o niezaleganiu z płatnościami na rzecz budżetu państwa, a w przypadku większych kontraktów skorzystać z pomocy wywiadowni gospodarczych – radzi Sławomir Grzelczak. – Gdy sytuacja pójdzie jednak w złym kierunku, nie wahać się i wpisać niesolidnego dłużnika do Biura Informacji Gospodarczej. Dzięki temu przestanie czuć się anonimowy i bezkarny, zwiększy się też bezpieczeństwo innych przedsiębiorców – dodaje prezes BIG InfoMonitor.
* Badanie Millward Brown zrealizowano w formie wywiadów telefonicznych (CATI – wywiady telefoniczne wspomagane komputerowo) na losowo – kwotowej próbie 601 firm, zatrudniających do 249 pracowników działających w Polsce, w przypadku mikrofirm posiadających co najmniej dwóch kontrahentów. Badanie było realizowane w dniach 15 marca– 4 kwietnia 2016 r.
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Ryzyko rynkowe spowodowane ewentualnym Brexitem analizują Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami asset allocation, oraz Robert Ślepaczuk, szef inwestycji ilościowych w Union Investment TFI.
Globalne rynki akcji, z wyłączeniem rynków wschodzących, odnotowały w maju trzeci wzrostowy miesiąc z rzędu. Czy czerwiec będzie kolejnym pozytywnym miesiącem dla akcji?
R.P.: W czerwcu zachowuję ostrożność i przyjmuję bardziej defensywną strategię, ponieważ w ostatnim czasie relacja zysku do ryzyka się pogorszyła. Zagrożeniem dla rynków akcji jest przede wszystkim brytyjskie referendum. Temat nie jest obcy inwestorom, jednak w miarę zbliżania się 23 czerwca temperatura na rynkach będzie rosnąć. Zwłaszcza że rozkład głosów w sondażach jest w zasadzie remisowy. Poza tym ewentualny Brexit spowoduje bardzo duże zamieszanie na rynku. Kolejnym czynnikiem ryzyka jest decyzja Fed odnośnie do stóp procentowych w USA.
Czy Fed podniesie stopy procentowe na czerwcowym posiedzeniu?
R.P.: Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Fed podniósł stopy procentowe już w czerwcu. Dla amerykańskiego banku centralnego najważniejszy jest poziom bezrobocia oraz inflacji w USA, a te dane ostatnio stopniowo się poprawiają. Wyjątek stanowi ostatni, czerwcowy raport z amerykańskiego rynku pracy, który okazał się gorszy od oczekiwań. Jednak historia pokazuje, że Fed zwraca baczną uwagę na globalną koniunkturę. Sądzę więc, że z ewentualnymi podwyżkami stóp wstrzyma się co najmniej do lipca.
Wracając do referendum w Wielkiej Brytanii – czy inwestorzy spodziewają się Brexitu?
Robert Ślepaczuk, Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI
R.Ś.: Zarówno ekonomiści, jak i bukmacherzy nie dają wyraźnej przewagi ani zwolennikom pozostania, ani zwolennikom wyjścia. Jednak odnoszę wrażenie, że nie traktujemy groźby Brexitu jako realnego scenariusza. Ten optymizm mnie martwi. Szczególnie że inwestorzy również bagatelizują głosowanie w sprawie pozostania Wielkiej Brytanii w UE. Sugerują to wskaźniki zmienności i stresu na rynkach finansowych, np. VIX. Ich wartości nie osiągnęły historycznego maksimum – tak jakby przyszłość nie niosła ze sobą żadnych istotnych zagrożeń. A przecież niesie. Jeśli Brytyjczycy wybiorą Brexit, wywoła to trzęsienie ziemi na rynkach finansowych. Inwestując, w najbliższych tygodniach powinniśmy brać to ryzyko pod uwagę.
Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła -4,5% w maju 2016 r. Oznacza to, że w maju 2016 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 4,5% w porównaniu z majem 2015 r. Średnia wartość indeksu od początku 2016 r. wyniosła +4,9%.
– Maj był pierwszym miesiącem w tym roku, w którym klienci zawnioskowali o mniejszą wartość kredytów mieszkaniowych niż rok wcześniej. Od stycznia do kwietnia wartości złożonych wniosków o kredyty mieszkaniowe były wyższe niż w analogicznych miesiącach roku ubiegłego. Wynik majowy indeksu może ostrzegać o wygaszeniu wyraźnego ożywienia w kredytach mieszkaniowych, które obserwowaliśmy przez ostatnie pół roku. Łącznie w maju o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało 30,9 tys. osób w porównaniu do 37,0 tys. osób w kwietniu i 42,6 tys. osób w marcu br. – mówi Sławomir Grzybek, ekspert Biura Informacji Kredytowej.
Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Konsumpcyjne (BIK Indeks – PKK), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów konsumpcyjnych, wyniosła -2,2% w maju 2016 r. Oznacza to, że w maju 2016 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały doBIK zapytania o kredyty konsumpcyjne na kwotę niższą o 2,2% w porównaniu z majem 2015 r. Średnia wartość indeksu od początku 2016 r. wyniosła -2,1%.
– W maju klienci zawnioskowali o 2,2% mniejszą wartość kredytów konsumpcyjnych niż rok wcześniej. Wynik majowy jest zbliżony do średniej wartości indeksu od początku roku, która wynosi obecnie ‑2,1%. Zgodnie z prognozą BIK z początku roku, po wcześniejszych dwóch rekordowych latach w wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych, obserwujemy obecnie stabilizację sprzedaży tych kredytów w sektorze bankowym.Nieco większym zainteresowaniem cieszą się kredyty na wyższe kwoty, udzielanych jest natomiast mniej kredytów na kwoty niskie, w szczególności poniżej 4 tys. zł. – dodaje Sławomir Grzybek z BIK.
Metodyka indeksów:
Wskaźnik BIK Indeks – PKK obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy, po wyłączeniu zapytań kredytowych na kwoty powyżej 200 tys. zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 30 dniach. Kredyty konsumpcyjne to łącznie: kredyty gotówkowe, kredyty ratalne, karty kredytowe oraz limity kredytowe.
Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach.
Metodyka BIK indeks – PKK oraz BIK Indeks – PKM została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeksy są publikowane co miesiąc.
Piłkarz rozpoczynającej właśnie starania o mistrzostwo Europy reprezentacji Polski nawiązał współpracę z Toyotą. Grzegorz Krychowiak wkrótce zasiądzie za kierownicą hybrydowej RAV4. To kolejny mariaż znanego sportowca i marki motoryzacyjnej. – Wielki sportowiec, gwiazda może dać coś firmie i odwrotnie, firma dzięki wybitnemu zawodnikowi może pokazać wszystko, co ma najlepsze – komentuje Tomasz Zimoch.
– Grzegorz Krychowiak to piłkarz światowego formatu, jeden z liderów reprezentacji Polski w piłce nożnej. To także człowiek, który na co dzień interesuje się nowymi technologiami, nowoczesnym stylem życia, modą, dlatego bardzo cieszy nas fakt, że zdecydował się korzystać na co dzień z Toyoty RAV4 z napędem hybrydowym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Mularczyk.
Toyota RAV4 to jeden z najpopularniejszych SUV-ów na polskim rynku. Od niedawna dostępny jest także w wersji hybrydowej.
– Hybrydowa Toyota RAV4 to bardzo ciekawy samochód łączący nowoczesną technologię z codzienną użytecznością. Nie jestem typem kolekcjonera supersamochodów. Lubię rozwiązania praktyczne i użytkowe, z domieszką nowych technologii i gadżetów. RAV4 spełnia te kryteria – powiedział Grzegorz Krychowiak, cytowany w komunikacie prasowym.
– To taki samochód, który łączy ogień z wodą. Z jednej strony duże auto, komfortowe, przestronne, wygodne, z potężnym bagażnikiem, z drugiej strony mamy pod maską napęd hybrydowy, czyli technologię, która pozwala nam jeździć szybko, w końcu mamy 200 koni pod maską do wykorzystania na drodze. Ale jednocześnie, dzięki wspomnianemu napędowi hybrydowemu, to auto pozwala zużywać niewiele paliwa – mówi Robert Mularczyk.
Hybrydowa RAV4 to najdynamiczniejsza wersja tego modelu. Mularczyk wyjaśnia, że pod maską współpracują ze sobą dwa silniki: elektryczne oraz benzynowy, które wspólnie dają 197 KM mocy. Przy czym zużywa średnio 5,1 l na 100 km.
– Grzegorz Krychowiak lubi nowości i lubi rzeczy fajne pod każdym względem. Pewnie jak teraz patrzy na mnie, to sobie myśli: ja na miejscu tego człowieka założyłbym zupełnie co innego. Lubi się ładnie ubrać, lubi się dobrze pokazać, przecież to jest także jego wizerunek. A pewnie wybrał ten samochód dlatego, że to jest coś fajnego, wielkiego w XXI wieku – mówi komentator sportowy Tomasz Zimoch. – To jest samochód przystosowany do uliczek Sevilli, ale w razie potrzeby sprawdzi się też w innym mieście. Myślę, że Krychowiak dokonał dobrego wyboru i dobrze wiedział, co wybiera.
Zimoch podkreśla, że współpraca dużej i znanej marki, również motoryzacyjnej, oraz ludzi ze świata sportu jest dziś bardzo popularna.
– Gwiazdy sportu mają wiele kontraktów. Nie trzeba szukać daleko, bo także w Polsce ma to miejsce. Przykładem może być Agnieszka Radwańska, która jest związana przecież z wielkimi znaczącymi firmami. W świecie tenisa to jest niemal codzienność. Te wielkie gwiazdy mają za sobą wielkie firmy z branży samochodowej, kosmetycznej czy finansowej. Świat zmierza w tym kierunku – dodaje Zimoch.
Najwięksi sportowcy są nieustannie w czołówce rankingu najlepiej odbieranych przez społeczeństwo oraz najcenniejszych dla reklamodawców gwiazd. To dlatego są pożądaną grupą do współpracy przez reklamujące się koncerny.
– Z drugiej strony bez tych wielkich firm często nie byłoby sportu i wielkich imprez, a zawodnicy nie mieliby możliwości kształcenia się, trenowania, zwłaszcza w tym początkowym okresie. Bo te wielkie gwiazdy to już właściwie tylko zbierają te wisienki z tortu – mówi Zimoch.
Grzegorz Krychowiak to jeden z najlepszych i najlepiej rozpoznawanych piłkarzy kadry narodowej. Jest też jednym z najpopularniejszych graczy w Europie. W ubiegłym roku został pierwszym polskim kapitanem drużyny w hiszpańskiej lidze i przyczynił się do zwycięstwa Sevilli FC nad Realem Madryt.
Dziś dla milionów kibiców rozpoczyna się sportowe święto. Z piłkarskich mistrzostw cieszą się nie tylko fani futbolu, ale także marketerzy. Co-marketing, upselling czy kampanie z wykorzystaniem danych z CRM – to tylko kilka przykładów marketingowych działań stosowanych dla podniesienia skuteczności kampanii reklamowych w czasie trwania sportowego święta. Eksperci podpowiadają, które rozwiązania sprawdzają się w zależności od branży i oferowanych produktów.
Wielkie wydarzenia, ważne daty w kalendarzu, promocje i okazje to szansa na większe zyski dla wielu firm. W jaki sposób piłkarskie szaleństwo może pomóc przedsiębiorstwom zwiększyć sprzedaż m.in. w branży RTV i AGD, turystycznej czy spożywczej? Eksperci z Sociomantic Labs, globalnego lidera reklamy osobistej, wskazują najskuteczniejsze działania marketingowe.
Koszyk zakupowy kibica
Mistrzostwa w piłce nożnej to dobry czas, aby powiększyć grono klientów sklepu o… kibiców (choć oczywiście nie tylko). Sklep internetowy w pierwszej kolejności dostosowuje witrynę np. poprzez zmianę layoutu nawiązującą do mistrzostw i przygotowanie specjalnych ofert oraz spersonalizowanych pod kibica reklam produktów. Kolejnym krokiem marketerów jest włączenie kampanii prospecting, czyli kampanii wspomagających pozyskiwanie nowych klientów. Internautom przeglądającym portale związane z tematyką Mistrzostw Europy mogą zostać wyświetlone m.in. dynamiczne bannery związane z produktami spożywczymi „bez których żaden kibic się nie obejdzie”. Aby jeszcze skuteczniej dobierać grupę docelową pod kątem działań marketingowych, warto korzystać z geotargetingu, pozwalającego na dostosowanie treści wyświetlanej internaucie pod kątem miejsca, w którym się znajduje. Przy tym nie można zapomnieć o mobilnym konsumencie, który przegląda informacje np. w przerwie meczu lub komentuje grę w social mediach. Można zaprezentować mu reklamę produktów spożywczych np. przekąsek i napojów z podobiznami piłkarzy z reprezentacji, które zakupi w promocyjnej cenie, także z opcją dowozu do domu.
Wakacje na stadionie czyli piłkarska turystyka
Dzięki sportowemu świętu zyskuje także branża turystyczna. Wielu kibiców z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem rezerwuje noclegi i kupuje bilety na przelot, aby obejrzeć mecz na żywo ze stadionowych trybun. W kampaniach reklamowych w turystyce marketerzy chętnie wykorzystują streaming CRM. Oferty biur podróży, hoteli czy linii lotniczych szybko się zmieniają – zarówno pod kątem dostępności biletów jak i cen – dlatego reklamy konkretnych propozycji muszą wykorzystywać zarówno dane o zainteresowaniach klientów, jak i aktualną ofertę. Wystarczy, że internauta-kibic przejrzy ceny biletów lotniczych na dany termin i lokalizację, ale nie sfinalizuje transakcji, aby już po chwili, przechodząc na kolejne strony internetowe, zobaczyć spersonalizowaną reklamę aktualnych cen biletów w terminie, który rozpatrywał. Marketerzy równie chętnie wykorzystują upselling – dysponując wiedzą o wyselekcjonowanej grupie klientów, którzy zakupili już bilet lotniczy na mecz, kierują do nich kampanię reklamową z ofertą noclegową w miejscu docelowym.
Jurek, kup ten telewizor przed meczem
Euro 2016 to święto dla firm, które sprzedają produkty powiązane z piłką nożną a także jej oglądaniem, Począwszy od koszulek, piłek i sportowych gadżetów, przez gry, konsole, a skończywszy na tabletach czy telewizorach. W przypadku branży retail sprawdzają się działania co-marketingowe, w których dwie firmy np. producent koszulek i obuwia sportowego oraz sklep internetowy podejmują współpracę pod kątem promocji wybranych produktów. E-sklep zgadza się np. udostępnić firmie, w ramach prowadzonej kampanii, dane o klientach sklepu (pochodzące ze strony www czy CRM-u), a firma przygotowuje dedykowaną kampanię produktów np. w formie reklamowych banerów dynamicznych prowadzących do wskazanego sklepu. Dzięki takiej współpracy e-sklep zyskuje m.in. większy ruch na stronie, a producent ma szansę zainteresować swoimi produktami klientów e-sklepu. Na okazjonalnych (i nie tylko) klientów niezmiennie działa magiczne słowo „promocja”. Konsument tym chętniej dokona spontanicznych zakupów, jeśli otrzyma piłkarskie prezenty np. 3 gadżety w cenie 2, do tego kod promocyjny na kupno najnowszej gry FIFA czy zniżkę na tablet lub telewizor. W przypadku stale rosnącego grona mobilnych użytkowników warto przeprowadzać kampanie reklamowe w aplikacjach. Jak wynika z danych Sociomantic Labs, reklamy w aplikacjach są skuteczne, dostarczając o 70 proc. wyższy współczynnik konwersji i 50 proc. większą sprzedaż, w porównaniu do mobilnych stron internetowych.
Od 10. czerwca na kilka tygodni w telewizji, internecie czy w mediach społecznościowych królować będzie piłka nożna. Wielkie sportowe wydarzenie dla wielu firm stanowić będzie szansę na zwiększenie zysków. Można to osiągnąć dzięki przemyślanej strategii marketingowej, spersonalizowanej pod każdego kibica z osobna ofercie reklamowej oraz zastosowaniu szerokiego wachlarza narzędzi marketingowych bazujących na nowych technologiach. I podobnie jak na francuskich stadionach piłkarskich, tak i w marketingu – wygrają ci najlepiej przygotowani i najskuteczniej realizujący plany.
Niespełna dwa lata po powstaniu Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej S.A. (KSSE S.A.) rozpoczęła w niej działalność pierwsza firma. W rekordowym 2005 roku, dzięki inwestycjom o wartości ponad 2,4 mld złotych w Strefie powstało ponad 10 tys. miejsc pracy. Dziś, dwie dekady od rozpoczęcia działalności największej obecnie w Polsce i drugiej na świecie strefy ekonomicznej, w firmach, które zainwestowały w niej łącznie ponad 24 mld złotych pracuje przeszło 60 tys. pracowników. Plany na 2016 rok to stworzenie dodatkowego 1,5 tys. etatów i ściągnięcie inwestycji o wartości kolejnego miliarda złotych. Po sześciu miesiącach już niemal w całości zrealizowane.
– Ekonomiści z Uniwersytetu Łódzkiego wyliczyli, że każda złotówka ‘podarowana’ inwestorom stref ekonomicznych w formie ulgi generuje osiem złotych, które wpływają do budżetu w innych miejscach – w postaci podatku PIT, VAT i innych. Dodatkowo każde miejsce pracy tworzone przez nowego inwestora powoduje powstanie 2 do 3 miejsc pracy poza strefą, u jego partnerów biznesowych, najczęściej dostawców. Dziś stosunkowo łatwo uzasadnić efektywność i wpływ stref ekonomicznych na gospodarkę. To jednak nie było takie oczywiste 20 lat temu, kiedy zaczynaliśmy działalność – rozpoczyna podsumowanie dwóch dekad działania Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej S.A. jej prezes Piotr Wojaczek.
KSSE S.A. została powołana 18 czerwca 1996 roku. Pierwszym i dotychczas największym inwestorem, spośród ponad 240 firm realizujących obecnie swoje projekty w Strefie, jest General Motors Manufacturing Poland, który rozpoczął działalność w 1998 roku. Producent samochodów w swoją gliwicką fabrykę Opla zainwestował dotychczas ponad 3,9 mld złotych i zatrudnił ponad 3 tys. pracowników.
Zakład Nexteer Automotive w Tychach
Największymi inwestorami w pozostałych podstrefach są: w Podstrefie Tyskiej Nexteer Automotive Poland, zatrudniający ponad 1,4 tys. pracowników, który zainwestował łącznie ponad 0,9 mld złotych; w Podstrefie Sosnowiecko-Dąbrowskiej Brembo Poland, zatrudniający ponad 1,1 tys. osób, którego łączna wartość poniesionych nakładów przekracza 0,7 mld złotych oraz FCA Powertrain Poland w Podstrefie Jastrzębsko-Żorskiej, który utworzył ponad 740 miejsc pracy, inwestując w Strefie ponad 1,3 mld złotych.
Rekordowym dotąd dla katowickiej strefy okazał się rok 2005, kiedy to firmy działające na jej terenie zrealizowały inwestycje o wartości ponad 2,4 mld zł. generując w ten sposób ponad 10 tys. miejsc pracy, a podobny wynik osiągnięto w 2007 roku – 2 mld zł inwestycji i ponad 7,3 tys. miejsc pracy oraz w 2014, w którym odnotowano 2,2 mld złotych inwestycji i 4,4 tys. miejsc pracy.
Trudne początki katowickiej strefy
Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna S.A. jako jedyna strefa ekonomiczna w momencie powstania wyposażona została tylko w kapitał zakładowy, bez jakichkolwiek nieruchomości. KSSE S.A. otrzymała w administrowanie 800ha gruntów, które nie były własnością spółki.
– Początki naszej działalności faktycznie były niełatwe. Pierwsze 800 hektarów, które mieliśmy zagospodarować były, delikatnie mówiąc, w nienajlepszym stanie. Koszt uzbrojenia tych terenów, tak aby mogły one spełniać wymogi przyszłych inwestorów został oszacowany na ponad 200 mln złotych, a nasz kapitał zakładowy wynosił wtedy 800 tysięcy złotych. Przekonanie lokalnych władz do zainwestowania sporych pieniędzy w tereny przemysłowe, najczęściej poza centrami miast, było sporym wyzwaniem. Natomiast mieliśmy szczęście, że nie tylko my widzieliśmy potencjał tych gruntów i miasta takie jak Gliwice czy Tychy były gotowe podjąć to ryzyko, które jak widać dzisiaj, bardzo się opłaciło. Z czasem nakłanianie samorządów do inwestowania w tereny przemysłowe stawało się łatwiejsze, stały za nami już nie tylko potencjał, ale także dobre przykłady innych miast, gdzie strefa się po prostu sprawdziła – komentuje Piotr Wojaczek.
Dominuje branża motoryzacyjna
W Strefie dominują przedstawiciele branży motoryzacyjnej – 24 proc. (52 firmy). KSSE S.A. wraz z partnerami – InnoCo Sp. z o.o. oraz Landster Sp. z o.o. Sp. k. – utworzyła klaster Silesia Automotive, który potem przekształcony został w Silesia Automotive & Advanced Manufacturing, inicjatywę realizowaną wspólnie z i na rzecz przedsiębiorstw działających głównie w branży motoryzacyjnej i instytucji z nią współpracujących. Celem klastra jest wykreowanie województwa śląskiego i opolskiego jako środkowoeuropejskiego regionu wysokich kompetencji branży motoryzacyjnej i innych branż, w których cenione są unikalne kompetencje, specyficzne dla regionu Śląska.
Spośród innych branż licznie reprezentowane są w Strefie również branże metalowa, tworzyw sztucznych, maszynowa, budowlana, chemiczna i logistyczna. Łącznie w KSSE działalność prowadzą przedstawiciele 23 gałęzi przemysłu.
Przybywa polskich firm, rośnie liczba małych i średnich inwestorów
Biorąc pod uwagę wielkość przedsiębiorstw największa grupa inwestorów strefowych to duże firmy – stanowią 57 proc. (122 podmioty). Jednak od dwóch lat gwałtownie rośnie zainteresowanie inwestycjami firm z sektora Małych i Średnich Przedsiębiorstw (MŚP), w większości o polskim kapitale, które stanowią już blisko 43 proc. wszystkich inwestorów.
W 2014 i 2015 roku blisko 50 proc. wszystkich rozpoczętych w Katowickiej SSE inwestycji pochodziło właśnie z tego sektora.
Wzrost liczby firm z sektora MŚP w katowickiej strefie to wynik przeprowadzonej przed kilku laty w tej grupie analizy potrzeb inwestycyjnych. Analiza wykazała, że małe i średnie firmy przy podejmowaniu decyzji o inwestycji w strefie ekonomicznej na pierwszym miejscu biorą pod uwagę lokalizację i optymalny rozmiar terenu pod inwestycję, co przekłada się również na jego cenę, oraz jego dobre skomunikowanie.
– Widząc wyniki analizy zdecydowaliśmy się proponować inwestorom małe działki, skrojone na ich potrzeby. To był strzał w dziesiątkę, a grono dużych globalnych graczy zaczęli uzupełniać regionalni i lokalni polscy prężni inwestorzy. Strefa zaczęła być szansą rozwoju biznesu również dla rodzimego biznesu – mówi Piotr Wojaczek, prezes KSSE S.A.
Co ciekawe pomoc publiczna, w postaci zniżek podatkowych, mimo faktu, że są one większe dla małych i średnich przedsiębiorstw niż dla dużych graczy znalazła się na końcu potrzeb inwestycyjnych małych i średnich firm.
Obecnie 87 spośród strefowych przedsiębiorstw reprezentuje polski kapitał (pow. 40 proc. wszystkich inwestorów). Wśród zagranicznych inwestorów dominują firmy włoskie – 11 proc. (25 firm), niemieckie – 11 proc. (24 firmy), amerykańskie – 9 proc. (20 firm) i francuskie – 5 proc. (11 firm).
Największa polska i druga na świecie strefa ekonomiczna
W opublikowanym w grudniu minionego roku raporcie redakcja Financial Times uznała Katowicką SSE za jedną z dwóch najlepiej rozwiniętych na świecie stref ekonomicznych. KSSE S.A. to również największa polska strefa ekonomiczna. Zgodnie z informacją o realizacji ustawy o specjalnych strefach ekonomicznych, przedłożoną przez Ministerstwo Rozwoju i przyjętą przez rząd 24 maja 2016 roku, od początku istnienia, do końca 2015 r., nakłady inwestycyjne w 14 polskich specjalnych strefach ekonomicznych (SSE) wyniosły ok. 111,7 mld zł, a zatrudnienie ponad 312 tys. osób. Udział KSSE S.A. w globalnych wynikach polskich SSE to ponad 20 proc. wartości nakładów i 18,5 proc. liczby miejsc pracy.
Wyzwanie to kolejni pracownicy
Na terenach KSSE S.A. inwestorzy mają dostęp do dobrze wykwalifikowanych pracowników, choć dostrzegalnym problemem zaczyna być niedopasowanie profilu kształcenia do potrzeb rosnącej liczby pracodawców. W odpowiedzi katowicka strefa we współpracy z samorządami i innymi partnerami prowadzi aktywne działania służące dopasowaniu zasobów rynku pracy do oczekiwań pracodawców. W najbliższym czasie planowane jest oficjalne rozpoczęcie realizacji Projektu K2, w ramach którego absolwenci szkół średnich będą mogli rozpocząć ‘dualną’ ścieżkę nauki, łącząc kształcenie szkolne ze zdobywaniem praktycznej wiedzy zawodowej w uczestniczących w inicjatywie przedsiębiorstwach. Projekt obejmie utworzenie kierunku dualnego w kolejnym roku akademickim, co zapowiedziała już Politechnika Śląska, partner katowickiej strefy w tym projekcie.
Plany KSSE S.A. w 2016 roku
Plan KSSE S.A. na bieżący rok zakłada pozyskanie inwestycji na kwotę przekraczającą 1 mld złotych i utworzenie nawet 1,5 tys. nowych miejsc pracy. Po wydaniu 11 zezwoleń od początku bieżącego roku, w ramach których inwestorzy deklarują 1 mld zł inwestycji i stworzenie ponad 900 miejsc pracy – plan udało się zrealizować niemal
w całości.
W pierwszych czterech miesiącach 2016 roku w katowickiej strefie zainwestowało ośmiu inwestorów, którzy zadeklarowali łącznie ponad 320 mln zł inwestycji i stworzenie ponad 400 nowych miejsc pracy. Od początku roku do końca kwietnia zezwolenia na prowadzenie działalności uzyskali: Sest Luve Polska, branża maszynowa, 27 mln zł inwestycji, utrzymanie 244 i stworzenie 10 nowych miejsc pracy, Agro Tex, branża tworzyw sztucznych, 6 mln zł inwestycji i stworzenie dwóch nowych miejsc pracy, TRW Polska, branża motoryzacyjna, 46 mln zł inwestycji i stworzenie 30 nowych miejsc pracy, MPS System, branża chemiczna, 8 mln zł inwestycji, stworzenie dziewięciu nowych miejsc pracy, TI Poland branża motoryzacyjna, 37 mln zł inwestycji, stworzenie 20 nowych miejsc pracy, PGB Polska, branża metalowa, 10 mln zł inwestycji, stworzenie 5 nowych miejsc pracy, Brembo Poland, branża motoryzacyjna, 160 mln zł inwestycji, stworzenie 35 nowych miejsc pracy oraz Shelf 31, branża motoryzacyjna, 25 mln zł inwestycji wraz z utworzeniem 300 nowych miejsc pracy.
Kolejne trzy zezwolenia katowicka strefa wydała w maju br., a do końca czerwca nastąpi rozstrzygnięcie kolejnych trzech postępowań. Nazwy inwestorów i lokalizacje inwestycji Strefa będzie mogła oficjalnie ogłosić na początku lipca. Łączna spodziewana wartość tych rozstrzygnięć to ponad 700 mln złotych, związanych z utworzeniem ponad 570 miejsc pracy. Jeśli zakończą się pomyślnie, katowicka strefa osiągnie cele zakładane na cały bieżący rok jeszcze przed wakacjami.
Rozwiązanie problemu kredytów frankowych jest w Polsce jak skoki narciarskie – każdy się na tym zna, mimo braku praktyki w branży. Dobre dane ze Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i USA.
Mnożą się propozycje rozwiązań dla kredytów frankowych. Co ciekawe, większość z tych propozycji z góry zakłada, że zarówno w budżecie, jak i w bankach, leżą nieograniczone ilości pieniędzy. Dodatkowo w dyskusji przewija się co jakiś czas bardzo odważna teoria, że skoro dopłacimy te pieniądze kredytobiorcom, to oni je wydadzą i pieniądze wrócą do budżetu. Jest to pogląd o tyle niebezpieczny, że w części oczywiście prawdziwy. Problemem jest to, że
w pozostałej części nie. I to ta pozostała część jest podstawowym problemem w większości planów zgłaszanych “bez dokładnego wyliczenia biznesowego”.
Dodatkowym problemem, z którym musi się zmierzyć ustawodawca w przypadku przeniesienia kosztów na banki, jest spadek wpływów z podatku bankowego. Budżet w obliczu programów socjalnych już teraz się ledwo domyka. Środki, które dopłacą kredytobiorcom, uszczuplą zyski banków. Nie bez znaczenia jest też ryzyko upomnienia się o wsparcie pozostałych kredytobiorców. W rezultacie, pomimo natłoku pomysłów w ostatnich dniach, szansa, że coś się wydarzy w nadchodzących tygodniach jest raczej symboliczna. Jaki wpływ mają te projekty na rynek walutowy? Na tym etapie sprecyzowania właściwie żaden. Gdyby jednak doszło do przewalutowań, banki musiałyby nagle zamknąć swoją pozycję walutową otwartą pod zabezpieczenie ryzyka walutowego we franku szwajcarskim. W rezultacie kupowałyby na rynku bardzo duże ilości waluty. Ciężko powiedzieć, jak bardzo straciłby na wartości złoty, ale z pewnością byłby to ruch zauważalny.
Wczoraj poznaliśmy dane na temat bezrobocia w Szwajcarii. Wskaźnik oczyszczony sezonów wyniósł 3,5%, nieoczyszczony jest o 0,2% lepszy. Jak widać tamtejsza gospodarka pomimo negatywnych prognoz radzi sobie z silnym frankiem.
Poprawił się bilans handlu zagranicznego w Wielkiej Brytanii. Deficyt spadł o 0,1 mld funtów wobec oczekiwanego wzrostu o 0,6 mld funtów. Dane te spotkały się z ruchem korekcyjnym na funcie i wsparły wzrosty.
Dobre dane nadeszły z USA. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 264 tysiące wobec oczekiwanych 270 tysięcy. Są to tym lepsze informacje biorąc pod uwagę ostatnie słabe dane na temat zmian zatrudnienia. Nie może zatem dziwić umacnianie się dolara wobec euro po tym odczycie.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Zakończyła się sześcioletnia kadencja prezesa NBP prof. Marka Belki. Przypadła ona już po najostrzejszej fazie kryzysu finansowego, ale natrafiała również na wyzwania związane ze spowolnieniem wzrostu gospodarczego, słabością czy zmiennością złotego, zbyt wysoką inflacją czy wreszcie deflacją. Zdaniem Jakuba Borowskiego z Crédit Agricole zaletą odchodzącego prezesa była jego neutralność ideologiczna i umiejętność przeprowadzania udanych interwencji walutowych. Na niekorzyść przemawia zaś pogorszenie komunikacji Rady Polityki Pieniężnej z rynkiem.
– To nie był czas gładkich ścieżek w gospodarce. Na pewno był to okres wyzwań dla polityki pieniężnej I dla prezesa Narodowego Banku Polskiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole. – Bez wątpienia należy zaliczyć na plus Markowi Belce brak ideologicznego podejścia do polityki monetarnej i przede wszystkim do dialogu z rządem. To jest bardzo ważne. Marek Belka, prezentując w Sejmie założenia polityki pieniężnej czy sprawozdanie z ich wykonania, nie pouczał rządzących, co mają robić, jakie reformy mają wprowadzać. Skupiał się na polityce monetarnej, zresztą wykazywał konsekwentnie poza aktywnością sejmową wolę współpracy z rządem i ministrem finansów.
Jak ocenia, zaowocowało to harmonijną współpracą z rządem, co jest zjawiskiem pożądanym przez rynki finansowe. Pozwoliło też przeprowadzić kilka interwencji walutowych w celu przeciwdziałania nadmiernemu osłabianiu lub umacnianiu się złotego. Część z tych interwencji była słowna i miała zadziałać psychologicznie; kilka razy NBP kupował i sprzedawał waluty, doprowadzając w zależności od potrzeb i okoliczności do umocnienia lub osłabienia polskiej waluty.
– To były interwencje podejmowane zawsze w sytuacji, w której to było mocno wskazane. Zawsze jednak takie interwencje obarczone są ryzykiem, w tym ryzykiem reputacyjnym dla banku centralnego, bo przynajmniej w krótkim okresie mogą być nieskuteczne – wyjaśnia Borowski. – Te interwencje zostały dobrze przeprowadzone, a wiemy, że za interwencje walutowe odpowiada zarząd, a więc przede wszystkim prezes NBP.
Podkreśla jednak, że nie na wszystkich polach prof. Belka jako szef banku centralnego odnosił sukcesy. Przykładem jest pamiętna decyzja RPP z maja 2012 roku, gdy nieoczekiwanie dla rynku stopy procentowe zostały podniesione o 25 pkt bazowych. Stopa referencyjna po podwyżce wyniosła wówczas 4,75 proc. Była to ostatnia jak dotąd podwyżka stóp w Polsce. Po niej nastąpiła seria dziesięciu obniżek, pomimo których od niemal dwóch lat średnie ceny towarów i usług spadają.
– Prezesowi nie udało się przekonać członków rady do tego, żeby tej podwyżki nie wprowadzać. Łatwo oczywiście dzisiaj mówić o tym z perspektywy czasu, ale moim zdaniem na podstawie tej wiedzy, którą wówczas mieliśmy, ta podwyżka nie była uzasadniona – uważa ekonomista. – Ale to była jedna decyzja, którą pamiętamy, bo była kontrowersyjna.
Natomiast kwestią bynajmniej niejednorazową jest sposób komunikacji z rykiem, jaki za prezesury prof. Marka Belki prowadziła Rada. Zdaniem ekonomisty jakość tej komunikacji w ostatnich sześciu latach spadła.
– Te niedostatki w komunikacji były już widoczne na początku kadencji, kiedy dokonywano zmian w komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej, które tej komunikacji nie służyły. A dzisiaj rada mierzy się z wyzwaniem potężnym, czyli deflacją, która będzie ustępować bardzo powoli i jednocześnie z sytuacją, w której inflacja w horyzoncie kilku lat w zasadzie nie wraca do celu inflacyjnego – zauważa Borowski. – W takiej sytuacji bank centralny albo powinien rozluźniać politykę monetarną, albo bardzo mocno komunikować przywiązanie do tego celu inflacyjnego po to, żeby wpływać, stabilizować oczekiwania inflacyjne i wiarygodność tego celu, bo za tym idzie wiarygodność banku centralnego. Moim zdaniem to się nie udało.
Przypomina również, że prezesowi NBP zdarzało się wygłaszać poglądy, których szerzej nie uzasadniał, jak przekonanie o nieskuteczności ewentualnej obniżki stóp w celu pobudzenia akcji kredytowej czy jej zagrożeniu dla stabilności sektora finansowego.
– Mamy w tej chwili dużą zmianę. Ta duża zmiana polega na tym, że mamy ustawę o nadzorze makroostrożnościowym. Ona ma pewne mankamenty, ale wiodącą rolę w tej kwestii odgrywa Narodowy Bank Polski, przede wszystkim jego zaplecze analityczne. Marek Belka z pewnością przyczynił się do wdrożenia zaleceń dotyczących nadzoru makroostrożnościowego, które zostały sformułowane w odniesieniu do krajów Unii Europejskiej, i dobrze, że ten nadzór mamy – podkreśla Jakub Borowski.
W wyniku połączenia z Banca Farmafactoring Magellan uzyska dostęp do bezpiecznego i taniego finansowania. Spółka w Grupie ma być odpowiedzialna za rynki Europy Środkowej i Wschodniej. Jej akcje niebawem jednak zostaną wycofane z obrotu giełdowego.
– Nowy inwestor jest bardzo ważny z punktu widzenia rozwoju naszego przedsiębiorstwa, to najlepszy udziałowiec, jakiego mogliśmy dostać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Krzysztof Kawalec, prezes zarządu świadczącej usługi finansowe w sektorze publicznym spółce Magellan. – Po pierwsze jest to grupa bankowa, a po drugie – biznes bardzo podobny do tego, czym zajmuje się Magellan.
1 czerwca w wyniku wezwania do sprzedaży akcji ogłoszonego przez Banca Farmafactoring (BFF) Magellan stał się częścią Grupy BFF i w przyszłości ma być odpowiedzialny za rozwój korporacji w Centralnej i Wschodniej Europie (region CEE). Jak precyzuje Krzysztof Kawalec, BFF to niezależny, włoski bank działający w sektorze faktoringu należności i zarządzania wierzytelnościami opieki zdrowotnej i sektora samorządowego Europy Południowej. Wcześniej prowadził działalność głównie we Włoszech, Portugalii oraz Hiszpanii. W ubiegłym roku wartość zarządzanych przez Grupę środków wyniosła ok. 6,29 mld euro, a zysk brutto – 96,3 mln euro.
– My natomiast mamy pozycję lidera na rynku polskim oraz ambitne plany rozwoju na innych rynkach CEE – zauważa prezes Krzysztof Kawalec. – Dla Magellana największą wartością jest przede wszystkim know-how BFF w zakresie bankowości. W związku z tym Grupa ma dostęp do tańszego finansowania, z czego na pewno będziemy chcieli korzystać. Ważna jest dla nas synergia i dostęp do kapitału. Mamy nadzieję, że pozwolą to nam na dalszy, dynamiczny rozwój w Polsce i innych rynkach Europy Centralnej i Wschodniej.
Spółka nie zamierza, jak deklaruje Krzysztof Kawalec, rezygnować z dotychczasowego modelu finansowania. Chce natomiast w większym stopniu, dzięki fuzji z BFF, korzystać z bezpiecznego lewarowania, czyli zwiększania zadłużenia, aby powiększać bilans i poszerzać grono klientów.
– Dotychczas mieliśmy ograniczone źródła kapitału, czyli banki albo emisje obligacji – zauważa Krzysztof Kawalec. – Dzisiaj mówimy o całkowicie nowej jakości, jaką może nam dostarczyć BFF, w związku z tym na pewno będziemy bardziej konkurencyjni na rynku. Chcemy budować silną pozycję na rynku usług finansowych dla sektora publicznego.
W wyniku wezwania BFF kupił 6,53 mln akcji Magellana, płacąc 1,85 zł za walor. Kapitał spółki dzieli się na 6,72 mln akcji. Wzywający (Mediona, w której podmiotem dominującym jest BFF) ogłosił, że zamierza wycofać z obrotu akcje nabywanego przedsiębiorstwa.
– Zniknięcie z giełdy to pewna procedura, która zazwyczaj trwa kilka miesięcy – twierdzi prezes Krzysztof Kawalec. – Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie do tego dojdzie, natomiast proces na pewno rozpocznie się szybko i zakończy, jak to tylko będzie możliwe. Nie ma sensu utrzymywanie na giełdzie spółki, której prawie stuprocentowym akcjonariuszem jest jeden podmiot.
Notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie od 2007 roku Magellan jest krajowym liderem rynku usług finansowych kierowanych do sektora publicznego. Spółka współpracuje z przeszło 500 szpitalami. Do jej klientów należą także koncerny farmaceutyczne dostarczające sprzęt medyczny oraz małe i średnie przedsiębiorstwa, dostawcy usług outsourcingowych dla placówek medycznych.
Bardziej przyjazna administracja, łatwiejsze odzyskiwanie wierzytelności i łagodniejsze przepisy prawa – to niektóre z ułatwień, jakie przewiduje zaproponowany przez resort rozwoju pakiet dla przedsiębiorców. Skorzystają z niego głównie małe i średnie firmy. W najbliższych tygodniach propozycje trafią do konsultacji. Najprawdopodobniej jesienią resort zaprezentuje kolejny pakiet.
– Nasz ogólny cel to poprawa warunków, w których przedsiębiorcy na co dzień działają. Często mówimy o biurokracji, przy czym nie chodzi wyłącznie o nadmiar sprawozdań i obowiązków. Biurokracja to też codzienne trudności i nie zawsze zrozumiałe dla przedsiębiorców mechanizmy, którym muszą być poddani. Dlatego dużą część pakietu stanowi zmiana w podstawowym akcie prawnym, który reguluje relacje między obywatelem a urzędem, czyli w Kodeksie postępowania administracyjnego – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mariusz Haładyj, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.
Projekt Ministerstwa Rozwoju zakłada, że postępowania w urzędach będą trwały krócej. Będzie m.in. możliwość poddania mniej skomplikowanych spraw uproszczonej procedurze i rozstrzygania ich przez milczącą zgodę. Celem jest również to, by jak najwięcej spraw było rozstrzyganych już w pierwszej instancji, bez odwoływania się do drugiej instancji oraz bez kierowania ich do wojewódzkich sądów administracyjnych czy Naczelnego Sądu Administracyjnego.
– Z drugiej strony wprowadzamy bardziej partnerskie relacje między administracją a biznesem, czyli promujemy mediację, która sprawdza się w postępowaniach cywilnych. Warto sprawdzić, czy na gruncie administracji też nie znalazłaby uznania – mówi Haładyj. – W prawie administracyjnym nie mamy klarownych zasad wymierzania kar administracyjnych, w związku z tym jest tu dość duża dowolność, kończąca się najczęściej tym, że na przedsiębiorcę, obywatela nakładana jest kara w górnych widełkach.
Zmienić mają się także przepisy dotyczące kontroli w firmach. Po pierwsze, będą one przeprowadzane w pierwszej kolejności tam, gdzie prawdopodobieństwo naruszenia prawa jest największe, a nie u przedsiębiorców, zwłaszcza małych, których najłatwiej złapać na drobnym wykroczeniu. Po drugie, zakazane będzie ponowne kontrolowanie tej samej sprawy, a przedsiębiorca nie będzie ponosić kary za zdarzenia z przeszłości, jeżeli urząd zmieni interpretację prawa.
– Kolejna rzecz to akta pracownicze, które pracodawca musi archiwizować po odejściu pracownika przez 50 lat. Tu zdecydowanie wyróżniamy się in minus na tle innych krajów europejskich. Ten czas dla pracodawcy chcemy skrócić do 7, maksymalnie 10 lat. Okres 50-letni przejmie na siebie państwo, bo to też jest w interesie ubezpieczonego – wyjaśnia wiceminister.
Ministerstwo chce także zachęcić firmy do rozwijania swojej działalności i tworzenia nowych miejsc pracy. Dlatego proponuje podniesienie z 20 do 50 pracowników progu, od którego istnieje obowiązek tworzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, ustalania regulaminu wynagradzania oraz regulaminu pracy. Te obowiązki musiałyby zostać wypełnione na żądanie zakładowej organizacji związkowej. W przeliczeniu na milion mieszkańców w Polsce jest bardzo dużo mikrofirm, ale już średnich i dużych jest znacznie mniej niż np. w Hiszpanii.
Nowe przepisy zapewnią także płynną sukcesję jednoosobowych firm. Co miesiąc umiera ponad 100 osób prowadzących firmę, a wraz z nimi znikają prowadzone przez nich firmy.
– Tego dnia wszyscy pracownicy tracą pracę, wygasają kontrakty cywilne, tracą też ważność koncesje, zezwolenia itd. Chcemy utrzymać w obrocie firmę, której właściciel umiera. Chcemy, żeby była osoba bądź wskazana przez tego przedsiębiorcę jeszcze za życia, bądź przez spadkobierców, która płynnie przeprowadzi firmę przez czas transformacji, kiedy trwają procedury spadkowe. W tym okresie przejściowym w mocy pozostawałyby umowy o pracę, handlowe oraz prawa i obowiązki podatkowe, koncesje i zezwolenia – mówi Mariusz Haładyj.
Planowane są także zmiany w procedurach odzyskiwania długów, np. wprowadzenie klarownych reguł odpowiedzialności inwestora za zobowiązania wobec podwykonawcy, a także wyższego pułapu należności, które mogą być dochodzone w postępowaniu uproszczonym. Nad konkretami pakietu dla wierzyciela trwają jeszcze prace w resortach rozwoju i sprawiedliwości. Dziś wierzyciele odzyskują mniej niż 25 proc. zgłaszanych komornikom wierzytelności, a postępowania trwają często zbyt długo.
– Jeszcze w czerwcu przekażemy do konsultacji publicznych i uzgodnień międzyresortowych te poszczególne podpakiety i one będą już poddane pracy legislacyjnej. Przy czym niektóre propozycje chcemy poddać konsultacjom na zasadzie debaty z ekspertami, by zastanowić się, czy przyszedł czas w Polsce już na tego typu rozwiązania – dodaje wiceminister. – To jest pierwsza transza ułatwień dla firm. Na jesieni planujemy zaprezentować i przedstawić do konsultacji tzw. Konstytucję Biznesu i te zmiany, które na bieżąco będą wpływały do nas od przedsiębiorców.
Ułatwienia dla przedsiębiorców zostały zapowiedziane w Planie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.
Społeczne zaangażowanie ma coraz większe znaczenie dla coraz większej liczby firm. W tym roku do wyścigu o tytuł Dobroczyńca Roku wzięło udział znacznie więcej przedsiębiorstw, nie tylko dużych korporacji, lecz także małych i średnich firm. Wśród nagrodzonych są PKN Orlen, Totalizator Sportowy, Mondelez, Tikkurila i Votum. Ich przedstawiciele podkreślają, że społeczne zaangażowanie, m.in. w działania na rzecz środowiska, społeczności lokalnej czy dzieci, to obowiązek biznesu. Obowiązek, który może być korzystny dla wszystkich zainteresowanych stron.
– Ten konkurs jest rytuałem. Osoby, które się angażują społecznie, czekają na finał Dobroczyńcy Roku nie dlatego, że liczą na nagrody, lecz dlatego właśnie, że rozpocznie się dyskusja, pewne wartości zostaną podniesione, pewne dobre praktyki zauważone, a dobre przykłady pokazane. Ten rytuał przez tyle lat doprowadził do tego, że to zainteresowanie społecznym zaangażowaniem bardzo wzrosło – mówi Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii, organizatora konkursu.
Tegoroczna edycja konkursu Dobroczyńca Roku była 19. z kolei. To największy i najdłużej działający w Polsce konkurs nagradzający społeczne zaangażowanie przedsiębiorstw. Jak podkreśla Łukasiak, przez ostatnie dwie dekady bardzo zmienił się wizerunek przedsiębiorców, w dużej mierze dzięki ich zaangażowaniu społecznemu. Zmieniło się również samo zaangażowanie.
– Kiedyś to były raczej akcje charytatywne, a teraz to jest często współdzielenie, działania społecznościowe, wolontariat pracowniczy. To są też działania, które są skierowane do wewnątrz po to, żeby pokazywać ważne wartości dla firmy i konsolidować zespół, oraz na zewnątrz po to, żeby budować relacje ze społecznością, z kapitałem społecznym. To służy budowaniu dobra wspólnego – mówi Łukasiak
Jak podkreśla Łukasiak, w Polsce przybywa firm, dla których dobroczynności staje się znakiem firmowym. Korzystają na tym nie tylko potrzebujący i lokalne społeczności, lecz także same firmy. Jak wynika z badania „The Nielsen Global Survey on Corporate Social Responsibility” przeprowadzonego wśród przeszło 30 tys. osób kupujących przez internet w 60 krajach, ponad 50 proc. z nich chętnie zapłaciłoby więcej za produkty i usługi tych firm, które angażują się w działania społeczne i środowiskowe.
– Tytuł Dobroczyńca Roku to konkretny certyfikat poszanowania wartości, rzetelności, dbania o klientów, społeczności skupione wokół marki, otoczenie firmy i przede wszystkim zaangażowanie w zmienianie świata – począwszy od lokalnego, aż po globalny – mówi Paweł Łukasiak,
W tym roku laureatami konkursu zostały firmy z wielu różnych branż.
Ogólnopolskie Centrum Medyczne, Kalter i Mondelez Europe Services Oddział w Polsce otrzymali nagrody za najlepsze projekty społeczne, natomiast Totalizator Sportowy za wolontariat pracowniczy. W kategorii „Nowe technologie w społecznym zaangażowaniu” tytuł zdobyła Grupa Allegro. W tym roku po raz pierwszy przyznano nagrodę w kategorii „Fundacja korporacyjna – projekt społeczny” – otrzymała ją Fundacja Kronenberga przy Citi Handlowy. Nagrodę za strategię społecznego zaangażowania otrzymał PKN Orlen jako duża firma i Votum SA – jako przedstawiciel MŚP.
– Dobroczynność nie jest zarezerwowana tylko dla dużych firm, także małe i średnie przedsiębiorstwa powinny się angażować w działalność odpowiedzialną społecznie działalność niezwiązaną z zarabianiem pieniędzy, tylko dawaniem czegoś więcej z biznesu – mówi Dariusz Czyż, prezes zarządu Votum SA. – Nie chodzi wyłącznie o wydawanie pieniędzy, o zasilanie kont różnych organizacji, dofinansowanie eventów, spotkań, ale o empatię, angażowanie swoich pracowników. To bardzo dużo daje, bo to bardzo jednoczy wokół danego celu, wokół danej inicjatywy i wzmacnia markę w terenie.
Wprawdzie duża firma ze względu na efekt skali może więcej, ale to nie znaczy, że efekty zaangażowania małych i średnich firm będą mniejsze.
Votum SA, działający na rynku odszkodowań powypadkowych i komunikacyjnych, jest organizatorem kampanii „Lubię w pasach” i wspiera akcję „Bezpieczny kierowca”. Firma powołała także fundację, która zapewnia pomoc osobom poszkodowanym w wypadkach w finansowaniu leczenia i rehabilitacji.
– Organizujemy ogólnopolską akcję „Krew” we współpracy z regionalnymi centrami krwiodawstwa i krwiolecznictwa. Zbieramy krew, w szczególności wtedy, kiedy jest ona najbardziej potrzebna, czyli w okresie wakacyjnym, kiedy wypadków i transfuzji związanych z wypadkami jest bardzo dużo – mówi Czyż.
W kategorii „Zaangażowanie lokalne” tytuł Dobroczyńca Roku zdobyły dwie firmy Tikkurila Polska i Zefir – Tomasz Szeszycki.
– Zwłaszcza na początku naszej działalności w Polsce zależało nam na tym, żeby niejako zejść z poziomu firmy międzynarodowej do poziomu lokalnego, żeby pokazać się ludziom jako firma, dla której istotne są problemy najbliższej społeczności. Próbujemy również inspirować ludzi do pewnych zachowań, do pewnych działalności jak pomoc innym czy promowanie zdrowego trybu życia – mówi Aleksander Truściński, prezes zarządu Tikkurila Polska.
Od 2014 roku firma jest lokalnym partnerem Programu „Działaj Lokalnie” Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności realizowanego przez Akademię Rozwoju Filantropii w Polsce. Tikkurila wspiera program finansowo już od trzech edycji.
38 proc. Polaków spodziewa się poprawy swojej sytuacji finansowej w ciągu najbliższego roku, a tylko 18 proc. z nich uważa, że się pogorszy – wynika z badań GfK wśród klientów Providenta. Ponad połowa deklaruje, że jest usatysfakcjonowana ze swojego standardu życia. Jednak tylko 15 proc. twierdzi, że żyje mu się lepiej niż osobom z jego otoczenia.
Wyniki badań przeprowadzonych wśród klientów Providenta w Polsce oraz w siedmiu krajach Europy Środkowo-Wschodniej i Meksyku wskazują na to, że osób pesymistycznie oceniających perspektywy swojej sytuacji finansowej jest dwa razy mniej niż optymistów.
– Wynik ten jest lepszy, niż ten, który uzyskaliśmy rok temu, co przekłada się na większą skłonność do swobodnego wydawania pieniędzy. Około 13 proc. Polaków uważa, że w tym roku będzie z większą swobodą wydawać pieniądze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Kasza, ekspert ds. badań rynkowych Provident Polska, komentując wyniki cyklicznego badania zamawianego przez firmę.
38 proc. badanych przyznało, że największe obawy w zakresie finansów rodzą wysokie koszty życia. 15 proc. przejmuje się utratą dochodu rozporządzalnego. Dla 10 proc. ankietowanych problemem są rosnące koszty ochrony zdrowia. Bezrobocie powoduje strach u 9 proc., a napływ imigrantów spoza UE – u 7 proc.
Obserwowana w tegorocznym badaniu pozytywna ocena perspektyw finansowych nie przekłada się na ocenę respondentów w porównaniu do osób z najbliższego otoczenia.
– Około 26 proc. Polaków uważa, że ich sytuacja jest gorsza niż sąsiadów, 30 proc. uważa, że jest taka sama, a tylko 15 proc. uważa, że ma lepiej niż najbliższe sąsiedztwo. Pozostałe osoby nie potrafią porównać tej sytuacji – wyjaśnia Przemysław Kasza.
Jak wynika z badań GfK dla Providenta, Polacy bardzo rozsądnie podejmują decyzje o zaciągnięciu pożyczki. 56 proc. wcześniej rozważa swoje możliwości w zakresie spłaty zobowiązania. Podobny odsetek zwraca uwagę na to, ile wyniesie całkowity jej koszt. Co trzeci pytany zastanawia się, czy rzeczywiście potrzebuje dodatkowych pieniędzy. Z badania wynika, że dopiero w dalszej kolejności pożyczkobiorcy zwracają uwagę na łatwość uzyskania pożyczki (29 proc.). Połowa klientów z polskiego rynku ufa pozabankowym firmom pożyczkowym. 51 proc. z chęcią poleciłaby swojego dostawcę pożyczki znajomemu lub rodzinie.
Badanie przeprowadziło GfK w kwietniu 2016 roku na próbie 1272 klientów Providenta na terenie Polski. Podobne badanie, na odpowiedniej próbie respondentów przeprowadzono także w Czechach, Rumunii, Meksyku, na Litwie, Słowacji oraz Węgrzech.
Blisko połowa Polaków regularnie uprawia sport. Rzadko jednak przygotowują się do aktywności fizycznej i sprawdzają swój stan zdrowia. Tylko 6 proc. uprawiających sport konsultuje się z lekarzem medycyny sportowej. Tymczasem kluczem do bezpiecznego uprawiania sportu jest profilaktyka. – To dzięki niej możemy się uchronić od kontuzji i poznać nasz organizm – przekonuje Aleksandra Socha, szablistka i olimpijka. Ruszyła właśnie kampania edukacyjna „Zdrowi – gotowi – sport!”, która ma uświadamiać społeczeństwu potrzebę regularnych badań i kontroli stanu zdrowia.
– Aktywność fizyczna Polaków dynamicznie się rozwija. Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, by zobaczyć, jak wiele osób uczestniczy w sporcie i pretenduje do tego, żeby być sportowcami. Nie najlepiej jest jednak jeszcze ze świadomością tego, jak działa nasz organizm, jakie ma potrzeby, czy rzeczywiście można uprawiać dany sport, czy może jest on zarezerwowany tylko dla wyczynowców albo młodych – mówi agencji Newseria Biznes Robert Korzeniowski, menadżer programu Medycyna dla Sportu i Aktywnych Grupy LUX MED.
Z najnowszego raportu „Zdrowi – gotowi – sport!” wynika, że Polacy coraz więcej czasu spędzają aktywnie, przy czym najczęściej decydują się na jazdę na rowerze (45 proc.), bieganie (25 proc.), grę w piłkę nożną (17 proc.), trening siłowy (16 proc.) oraz pływanie (14 proc.). Co czwarty Polak trenuje z dużą częstotliwością: 7 proc. uprawia sport codziennie lub prawie codziennie, a 17 proc. kilka razy w tygodniu. Większa aktywność fizyczna nie oznacza jednak, że Polacy przygotowują się do niej profesjonalnie.
– Spośród połowy społeczeństwa, która uprawia sport, zaledwie jedna na trzy osoby zgłasza się do lekarza, kiedy ma jakiś problem medyczny. Aż 25 proc. osób uważa, że wystarczy sięgnąć po witaminy, suplementy albo po prostu nie robić nic i przeczekać problem medyczny – podkreśla Korzeniowski.
Ponad połowa Polaków uprawiających sport przyznaje, że swoje treningi opiera na własnej wiedzy oraz doświadczeniu (54 proc.). Rzadziej przy planowaniu treningu biorą pod uwagę wskazania trenera (16 proc.) czy porady treningowe (11 proc.). Tymczasem niewłaściwie dobrana do stanu zdrowia aktywność fizyczna może się skończyć tragicznie, a zły sprzęt może powodować kontuzje.
– Zanim zaczniemy uprawiać sport, warto się poradzić specjalisty, jak powinien być skomponowany trening, znaleźć fizjoterapeutę, do którego zawsze możemy się zwrócić, znać adres lekarza, który się zna na medycynie sportowej. To ludzie, którzy pomogą nam w podejmowaniu pierwszych dobrych decyzji dotyczących uprawiania sportu. Stoimy jednak przed ogromnym wyzwaniem, bo tylko 6 proc. Polaków uprawiających sport miało jakikolwiek kontakt z lekarzem medycyny sportowej – wskazuje Korzeniowski.
Dlatego polscy olimpijczycy oraz Grupa LUX MED rozpoczynają kampanię edukacyjną „Zdrowi – gotowi – sport!”, by uświadamiać społeczeństwu potrzebę regularnych badań i kontroli stanu zdrowia, które są podstawą bezpiecznego treningu.
– W naszej akcji społecznej najważniejsze jest budowanie świadomości, że każdą aktywność sportową trzeba uprawiać świadomie. Są różne ryzyka i konsekwencje, ważne są więc badania i kontakt z lekarzem, fizjoterapeutą czy z osobą, która prowadzi trening personalny – podkreśla Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.
Duża część aktywności fizycznej skłania do wysiłku, który często przekracza nasze możliwości. Dlatego przed rozpoczęciem przygody ze sportem powinno się przeprowadzić podstawowe badania laboratoryjne i skonsultować się ze specjalistami – kardiologiem czy ortopedą. Osoby, które decydują się na profesjonalne uprawianie sportu, powinny sprawdzić także zdolności tlenowe i beztlenowe oraz przeprowadzić trening funkcjonalny i motoryczny.
– Badania, cała diagnostyka, profilaktyka są jak najbardziej potrzebne, nie mogłabym bez tego działać. Wszystkie badania to informacje przede wszystkim dla mnie, co dzieje się w moim organizmie, na jakim jestem etapie, jak mój organizm reaguje na zmiany adaptacyjne. To jest również informacja dla trenera przygotowania motorycznego, trenera od szermierki i fizjoterapeuty, żeby mogli świadomie i mądrze dobrać dalszy zestaw ćwiczeń – wskazuje Aleksandra Socha, szablistka, reprezentantka Polski na igrzyska w Rio.
Na rozwój medycyny sportowej stawia także Grupa LUX MED. W placówkach, w których realizowany jest program Medycyna dla Sportu i Aktywnych, można skorzystać z porady lekarzy różnych specjalizacji: ortopedów, kardiologów, internistów, dietetyków, psychologów czy fizjoterapeutów. Wszyscy mają doświadczenie w sporcie lub są lekarzami medycyny sportowej.
– W niemal każdej placówce w Polsce mamy medycynę sportową – wiele różnych programów, pakietów dla dzieci, młodzieży i osób dorosłych. Robimy badania funkcjonalne, by sprawdzić ciało i jego możliwości. Oferujemy również orzecznictwo sportowe. Głównym celem naszych działań jest promowanie postaw prozdrowotnych Polaków – przekonuje Anna Rulkiewicz.
Najnowsza analiza Euler Hermes Brexit: co oznacza dla Europy? nakreśla dwa scenariusze pozwalające ocenić wpływ Brexitu na Wielką Brytanię i jej głównych partnerów handlowych w UE.
Jeśli Wielka Brytania opuści UE bez zawarcia umowy o wolnym handlu (FTA), liczba upadłości do 2019 roku może dodatkowo wzrosnąć o 1700 brytyjskich przedsiębiorstw
W przypadku braku umowy o wolnym handlu poza Wielką Brytanią, najbardziej ucierpią Belgia, Irlandia i Holandia – ze wzrostami upadłości wynoszącymi odpowiednio +1,5%, +2,0% i +2,5%
W następstwie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE w ciągu trzech lat wartość jej eksportu może spaść nawet o 30 mld GBP
Zauważalne będzie także bezpośrednie zmniejszenie się poziomu eksportu polskich firm
Nawet w optymistycznym scenariuszu – po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE z wynegocjowaną umową o wolnym handlu, jej PKB w latach 2017-2019 może spaść o 2.8pp w ujęciu realnym. Ponadto, w ciągu najbliższych trzech lat, liczba upadłości wzrośnie o około 1500 przedsiębiorstw w stosunku do obecnie prognozowanej średniej 20.300 bankructw rocznie. W scenariuszu pesymistycznym, bez nowej umowy o wolnym handlu, wpływ Brexitu będzie znacznie bardziej dotkliwy. Do roku 2019 brytyjskie PKB spadnie o -4.3% w ujęciu realnym, a liczba bankructw zwiększy się o dodatkowe 1700 przedsiębiorstw względem obecnie prognozowanej.
Ludovic Subran, Główny Ekonomista Euler Hermes, nie ma wątpliwości, że Brexit pogrąży brytyjską gospodarkę. „Bez uzgodnienia umowy o wolnym handlu podczas negocjacji w sprawie wyjścia spodziewamy się, że po 2019 roku Wielka Brytania znajdzie się w recesji, doświadczając istotnego spadku PKB i kursu funta, co z kolei negatywnie wpłynie na obroty i marże brytyjskich przedsiębiorstw. Nawet jeśli nowa umowa handlowa z Europą zostanie podpisana, to z pewnością się źródłem wielu wyzwań w otoczeniu biznesowym będą wyższe koszty finansowania, odpływ inwestycji i załamanie eksportu.” – powiedział Subran.
Euler Hermes szacuje, że Brexit największy wpływ wywrze na Holandię, Irlandię i Belgię, które mają silne powiązania eksportowe i inwestycyjne z Wielką Brytanią. Bez nowej umowy o wolnym handlu z UE do roku 2019 wskaźniki upadłości w tych krajach mają wzrosnąć odpowiednio o 2,%, 2%i 1,5%. Francja, Niemcy i USA również odczują skutki tego.
Z raportu wyraźnie wynika, że spadek wartości funta i niższy wzrost PKB, będący konsekwencją wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, spowoduje ograniczenie brytyjskiego importu z całej strefy euro. W rezultacie braku nowej umowy o wolnym handlu z Wielką Brytanią skumulowany spadek eksportu towarów i usług z obszaru jednolitego rynku UE może sięgnąć w latach 2017-2019 kwoty 23,5 mld EUR. Również mocno ucierpi na tym niemiecki eksport, tracąc w omawianym okresie łącznie 6,8 mld EUR z tytułu eksportu samych towarów, z czego aż 2 mld EUR wynosić będą potencjalne straty samych producentów z branży samochodowej.
Nawet po zawarciu nowej umowy o wolnym handlu pomiędzy Wielką Brytanią, a UE straty członków wspólnoty europejskiej z tytułu zmniejszenia się brytyjskiego popytu na towary i usługi szacowane są na kwotę 17,4 mld €.
Bez nowej umowy o wolnym handlu do roku 2019 straty eksportowe Wielkiej Brytanii mogą sięgnąć kwoty 30 mld GBP lub 8% całkowitej wartości eksportu towarów. Wypełnienie tej luki może zająć nawet 10 lat, mimo podejmowanych prób skompensowania tej straty intensyfikacją wymiany handlowej z krajami Commonwealth – Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.
Brexit – konsekwencje dla Polski
W Polsce Brexit postrzegany jest głównie przez pryzmat społeczny. Pracę straci przynajmniej połowa Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii. Rzadziej mówi się o potencjalnych stratach dla polskiej gospodarki, choć te są jak najbardziej realne. Według szacunków ekonomistów Euler Hermes, straty w eksporcie polskich towarów spożywczych mogą osiągnąć niebagatelną kwotę 100 mln Euro rocznie.
Wydaje się, że w nowej sytuacji geopolitycznej najmniejsze straty mogą ponieść eksporterzy wyrobów mięsnych – konkurencyjnych cenowo i jakościowo w skali całej Europy. Większość z nich jest nie do zastąpienia przez import zamienny z krajów brytyjskiej wspólnoty narodów (m.in. Nowej Zelandii) z powodu odmiennej oferty. Mniej pewna jest sytuacja eksporterów nabiału, słodyczy i innych produktów FMCG – oni zapewne stracą dużo więcej. Istotnym czynnikiem warunkujący poziom tych strat będą oczywiście nowe ustalenia w handlu Wielkiej Brytanii z krajami europejskimi po ewentualnym opuszczeniu przez nią UE. Oprócz kwestii potencjalnych uregulowań prawno-skarbowych, o przyszłym imporcie polskich towarów spożywczych do Wielkiej Brytanii decydować będą sami importerzy. Przede wszystkim brytyjskie sieci handlowe, albowiem to one odpowiadają za dużą część tej wymiany. Utrzymanie ich dotychczasowego zaangażowania na rynku polskim mogłoby skutkować stałym, niezmiennym poziomem ich zakupów w Polsce.
CSR jest nieznanym pojęciem dla ponad 70 proc. Polaków, a tylko 2 osoby na 10 przy dokonywaniu zakupów biorą pod uwagę, czy dana firma jest odpowiedzialna społecznie.
Społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) nie jest popularnym tematem, choć nie brakuje przykładów ciekawych działań przeprowadzonych przez firmy. To tylko kilka z wniosków, w które bogaty jest raport „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej”.
O wynikach barometru i komentarzach ekspertów można się dowiedzieć z relacji reporterskiej przygotowanej przez MarketNews24.
Podatek od sprzedaży detalicznej będzie płaciło nie więcej niż 200 przedsiębiorstw. Jednak skutki jego wprowadzenia odczują także ich pracownicy, akcjonariusze, dostawcy i przede wszystkim konsumenci. Podatek narusza swobodę przedsiębiorczości i przepisy dyrektywy VAT i akcyzowej. Jest również sprzeczny z regulacjami dotyczącymi pomocy publicznej – uważa Konfederacja Lewiatan.
Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan
– Nałożenie dodatkowego podatku na największe przedsiębiorstwa spowoduje zmniejszenie efektywności całego sektora handlu detalicznego i w konsekwencji wzrost cen, spowolnienie wzrostu wynagrodzeń i pogorszenie warunków pracy osób pracujących w handlu oraz zmniejszenie zwrotu z kapitału zainwestowanego w tym sektorze – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
We Francji i Hiszpanii obowiązują podatki uzależnione od wielkości sklepów, a na Węgrzech funkcjonuje podatek liniowy o jednolitej stawce 0,1% wartości sprzedaży, która jaskrawo kontrastuje ze stawkami 0,8% i 1,4%, proponowanymi w projekcie naszej ustawy. Nie ma więc wśród państw członkowskich UE ani jednego, w którym obowiązuje progresywny podatek od sprzedaży. Wynika to z faktu, że progresywne podatki od przedsiębiorstw zakłócają mechanizm konkurencji, prowadzą do nieoptymalnej alokacji kapitału i pracowników, zmniejszają efektywność inwestycji i hamują wzrost gospodarczy.
Wprowadzenie kolejnego rodzaju podatku, obok już obowiązujących, komplikuje system podatkowy, oznacza dla przedsiębiorców dodatkowe obowiązki, powoduje zwiększenie ryzyka i kosztów prowadzenia działalności gospodarczej. Każdy nowy rodzaj podatku, szczególnie przez kilka pierwszych lat, wymaga interpretacji, decyzji wymiarowych, wyroków sądowych i prowadzi do licznych konfliktów między przedsiębiorcami i organami podatkowymi. Pozyskanie dodatkowych i stosunkowo małych wpływów, poprzez wprowadzenie nowej daniny będzie działaniem nieefektywnym, dającym niewielkie korzyści przy dużych kosztach.
– Akcjonariusze przedsiębiorstw handlowych obciążonych dodatkowym podatkiem nie zaakceptują znacznego zmniejszenia zwrotu z zainwestowanego kapitału i wzmocnią presję na zarządy, aby zwiększyły przychody i zmniejszyły koszty. Podatek zostanie więc częściowo przerzucony na konsumentów, w wyniku wzrostu cen, częściowo na pracowników sieci handlowych, w wyniku spowolnienia podwyżek wynagrodzeń, a częściowo na dostawców towarów i usług, w wyniku twardszych negocjacji. Będziemy mieli do czynienia z destabilizacją relacji handlowych uciążliwą i kosztowną dla wszystkich kooperujących przedsiębiorstw oraz konsumentów – dodaje Jeremi Mordasewicz.
Podatek od przychodu z bardzo wysoką kwotą wolną i zróżnicowanymi stawkami znacząco narusza mechanizm konkurencji i prawdopodobnie zostanie skutecznie zaskarżony i uznany za niezgodny z prawem UE.
Konsumenci dokonują znacznej części zakupów w dużych sieciach, ponieważ ceny są w nich zazwyczaj niższe, a asortyment produktów większy. Przy dużej skali sprzedaży maleją koszty produkcji i dystrybucji, można więc obniżać ceny zachowując akceptowany zwrot z zainwestowanego kapitału. Wprowadzenie progresywnego podatku będzie więc jednoznacznie niekorzystne dla konsumentów, ponieważ ceny w dużych firmach handlowych wzrosną, a w mniejszych nie zmaleją.
Gdyby groziła nam nadmierna koncentracja handlu, uzasadniona byłaby interwencja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ale w naszym kraju zarówno produkcja jak i handel są nadmiernie rozdrobnione. To hamuje nasz rozwój, ponieważ małe przedsiębiorstwa nie są w stanie wykorzystać efektywności wynikającej z produkcji dużej skali i są zazwyczaj mniej produktywne.
Większe przedsiębiorstwa handlowe, dzięki dużej skali sprzedaży, mają zazwyczaj niższe koszty jednostkowe i szybszą rotację towarów i kapitału niż mali kupcy. Dzięki temu mogą oferować jednocześnie: konsumentom niższe ceny i szerszy asortyment, pracownikom wyższe wynagrodzenia i lepsze warunki pracy niż w małych przedsiębiorstwach handlowych a inwestorom wyższy zwrot z kapitału.
Zdaniem Lewiatana podatek od sprzedaży detalicznej narusza swobodę przedsiębiorczości i przepisy dyrektyw unijnych. Jest również sprzeczny z regulacjami dotyczącymi pomocy publicznej.
W naszym kraju duże centra handlowe niestety niezwykle rzadko pełnią rolę miastotwórczą. Ale są też wyjątki. Popularne warszawskie centrum Złote Tarasy to dobrze zlokalizowany, dobrze prosperujący, wielofunkcyjny projekt, połączony z Dworcem Centralnym, który wypełnił pustkę architektoniczną i wykreował centrum miasta. Pamiętam jak projekt ewoluował, jak zmieniały się jego plany i ile problemów mieli kolejni inwestorzy – nie tylko z własnością ziemi, ale także z brakiem współpracy ze strony władz lokalnych. Po wielu latach Złote Tarasy spełniają miastotwórczą rolę, doskonale służąc zarówno konsumentom, jak i turystom.
Inwestycje o tak dużej skali to projekty wieloetapowe, złożone, skomplikowane, które wymagają bliskiej współpracy wielu stron. Architekci i inwestorzy dużych kompleksów handlowych mają więc bardzo trudne zadanie do spełnienia, bo oprócz dobrze zlokalizowanej działki i zapewnienia finansowania trzeba mieć też pomysł i dużo szczęścia, żeby go zrealizować w całości.
Przykładowym, istniejącym już projektem, którego właściciel stawiał od początku właśnie na jego miastotwórczą rolę, jest poznańska Galeria Malta. Dzięki wyjątkowemu projektowi i współpracy wielu stron obiekt ten uporządkował kilkanaście hektarów terenów w sercu miasta, a architekci i inwestor postarali się o zagospodarowanie całego areału, nasadzając m.in. 2 000 różnego rodzaju drzew. Galeria Malta, centrum zaprojektowane przez Pracownię Architektoniczną Ewy i Stanisława Sipińskich, ma wyjątkową lokalizację. To jedno z niewielu centrów handlowych w Polsce położonych w tak malowniczym miejscu – tuż nad jeziorem. Malta ma szczególne znaczenie dla mieszkańców Poznania, a także turystów. Jest to najpopularniejsze miejsce do spędzania wolnego czasu: jeździ się „na Maltę” na spacer, na spotkanie, by pobiegać, w coś pograć, odpocząć. Na sztucznym jeziorze odbywają się zawody w kajakarstwie i wioślarstwie. Ale Malta to także inne atrakcje, w zależności od pory roku, narty wodne czy rolki, łyżwy czy sanki. Miejsce znane jest także na całym świecie z Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Malta.
Architekci znakomicie wpisali Galerię Malta w miejsce o szczególnym znaczeniu dla mieszkańców Poznania. Centrum handlowe jest połączone z jeziorem rozciągającym się na 130 metrów długości deptakiem od ulicy Baraniaka – pierwsze takie rozwiązanie w Poznaniu. Architektura jest lekka, nieprzytłaczająca, a klienci, przed lub po zrobieniu zakupów, mogą korzystać z atrakcji na świeżym powietrzu. Galeria Malta także architektonicznie wykorzystuje atrybuty lokalizacji dzięki szklanej witrynie z pięknym widokiem na jezioro. Goście siedzący w strefie restauracyjnej mogą podziwiać uroki tego wyjątkowego krajobrazu.
Galeria Malta znana jest także z szeregu akcji wykorzystujących strefę zieloną przed centrum, takich jak festiwal food trucków, kino letnie, pikniki rodzinne czy zabawy na specjalnie zaprojektowanym placu zabaw dla dzieci. Latem zeszłego roku mieszkańcy Poznania mogli uczestniczyć w „filmowych piątkach”, „aktywnych sobotach” czy „zielonych niedzielach”.
Drugim centrum handlowym o miastotwórczej roli jest planowane do rozbudowy Centrum Skałka w Tychach.
Marek Tryzybowicz, architekt z firmy Bose International, który projektował Centrum Handlowe Skałka, podkreślał fakt dbałości o unikalny dla miejsca charakter architektury i inspiracje, które czerpano z bezpośredniego otoczenia miejsca, jak również z kontekstu urbanistycznego w skali miasta. Architekci zaproponowali plac miejski – główny plac wejściowy do Centrum w ramach szerszego kontekstu urbanistycznego oraz amfiteatr akcentujący drugie wejście do obiektu. Lokalizacja, kształt i charakter Placu Głównego będzie już wkrótce interesującym przykładem współczesnej przestrzeni miejskiej, szczególnie, że Tychy nie posiadają centrum miasta. Place z fontannami, amfiteatrem, zielenią i elementami małej architektury staną się nie tylko wejściami do obiektu, ale równolegle będą miejscem spotkań i wypoczynku dla mieszkańców Tychów.
Kolejnym wyjątkowym projektem jest Forum Gdańsk. Będzie to wielofunkcyjny kompleks, złożony z kilku formatów architektonicznych. Całość wykreuje wrażenie pierzejowej zabudowy miasta. Powstaną wielkowymiarowe, ciekawie urządzone, wielopoziomowe i śródmiejskie place publiczne. Forum Gdańsk powstaje obecnie na 6-hektarowej działce, na terenie Targów Siennego i Rakowego w Gdańsku.
Często spotykam się także ze stwierdzeniem, że centra handlowe ‘zabijają’ handel przy głównych ulicach. Nie zgadzam się z tak ogólną oceną, a współistnienie centrum handlowego z ulicą handlową nie musi oznaczać konkurencji i walki, a dzięki efektowi synergii i uzupełniającej się ofercie, może przynieść miastom wiele dobrego. Przykładem może być powstający właśnie CEDET (dawny SMYK), którego powierzchnia komercyjna jest kontynuacją oferty handlowej Chmielnej i Nowego Światu, w nowoczesnym wydaniu.
Dzięki przemyślanemu wpisaniu centrum handlowego w tkankę miasta, czy połączeniu ulicy handlowej z centrum handlowym można stworzyć cały nowy obszar w mieście – ożywić i odnowić centrum miasta. Synergia między ulicami i centrami handlowymi sprzyja rozwojowi miasta, a wsparcie ze strony władz lokalnych może wpłynąć na utworzenie atrakcyjnych ośrodków miejskich i handlowych.
Każda lokalizacja ma swoją historię. Mamy w Polsce, oprócz opisanych wyżej obiektów, znakomite projekty centrów handlowych, wpisanych w otoczenie, gdzie zarówno architekci, jak i inwestorzy dostosowali koncepcje do konkretnej lokalizacji, stworzyli obiekty nawiązujące do otoczenia i historii miejsca. Przykładami obiektów handlowych, które zmieniały tkankę miejską i pozytywnie wpłynęły na lokalną społeczność jest m.in. Manufaktura w Łodzi, płynnie łącząca funkcje zakupowe z kulturalnymi i rozrywkowymi. W 2017 r. do grupy obiektów miastotwórczych dołączy również Forum Gdańsk oraz Galeria Północna, powstająca obecnie na warszawskiej Białołęce.
Autor: Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL
Mistrzostwa Europy w piłce nożnej właśnie się rozpoczynają i, jak zwykle, wzbudzają ogromne emocje. Aż trzech na czterech Polaków deklaruje, że obejrzy przynajmniej niektóre spotkania, głównie te z udziałem biało-czerwonych. Nie ustajemy w optymizmie – wg badania PAYBACK Opinion Poll ponad 30% procent kibiców uważa, że to Polska zostanie mistrzem francuskiego turnieju.
Aż 73,7% Polaków zapytanych przez PAYBACK zamierza oglądać piłkarskie mistrzostwa Starego Kontynentu, które w tym roku odbywają się we Francji. Większość, bo prawie 48% spośród tych, którzy Euro będą oglądać, deklaruje zainteresowanie wyłącznie meczami z udziałem reprezentacji Polski, 26% chce obejrzeć wszystkie spotkania, a 20% zamierza poświęcić czas tylko na te najciekawsze i to bez względu na udział kadry Adama Nawałki.
Większość Polaków obejrzy rozgrywki w domu przed telewizorem (85%) – w kanałach otwartych lub w Internecie. Zaledwie nieco ponad 8% badanych deklaruje zakup dodatkowych pakietów telewizyjnych specjalnie na tę okazję. Nieliczni wybiorą się do znajomych (6%) lub pubu (3%). Do Francji uda się garstka spośród tych, którzy planują oglądać mistrzostwa – według deklaracji zebranych przez PAYBACK Opinion Poll będzie to zaledwie 1 osoba na 200. Jednymi z powodów są trudne do zdobycia bilety oraz wysokie koszty takiego wyjazdu – od 1000 do 3000 zł.
Bez względu na to, czy kibicujemy w domu, czy na trybunach, w sklepach nie brakuje gadżetów, które mają nam pomóc poczuć atmosferę turnieju. Co prawda 2/3 badanych nie przywiązuje wagi do takich drobiazgów, jednak pozostali zamierzają zaopatrzyć się przede wszystkim w szaliki, koszulki oraz flagi. 20% kibiców takie gadżety już ma, a 14% dopiero je kupi. Według deklaracji, 42% z nich przeznaczy na ten cel od 51 do 100 zł. Poniżej 50 zł wyda 32% ankietowanych, powyżej 100 zł – 26%.
Nie jesteśmy narodem hazardzistów – tylko 8% kibiców będzie obstawiać wyniki meczów w punktach zakładów wzajemnych. Zazwyczaj będą to niewielkie kwoty jednorazowe: poniżej 10 zł planuje przeznaczyć na ten cel 36% z nas, od 11 do 20 zł – 32%, kolejne 32% obstawi kwoty rzędu od 21 do 100 zł.
Niezależnie od tego, gdzie obejrzymy Euro i ile na to wydamy, mamy dobre nastroje. Aż 93% kibiców wierzy, że Polska wyjdzie z grupy, a 30% z nas jest przekonanych, że wygramy te mistrzostwa (w dalszej kolejności stawiamy na Hiszpanię – 28,5%, Niemcy – 22% i Francję – 10%). Co ciekawe w biało-czerwonych bardziej wierzą kobiety niż mężczyźni – na nasze Orły stawia aż 36% kibicek. Wśród panów entuzjazm jest nieco słabszy – na kadrę Nawałki stawia 23%; więcej, bo 26%, wierzy w wygraną Niemców.
*PAYBACK Opinion Poll
To badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach Programu PAYBACK w dniach od 30 maja do 7 czerwca 2016 metodą ankiety online na grupie 412 osób. Grupa badawcza w wieku 18-65 lat dobrana została tak, aby odpowiadać strukturze demograficznej kraju.
Katalog kosztów kwalifikowanych ulgi na badania i rozwój (B+R) określony w ustawie o PIT oraz ustawie o CIT wymaga doprecyzowania i nie obejmuje wszystkich istotnych kosztów prowadzenia działalności badawczo – rozwojowej. Projekt ustawy o wspieraniu działalności innowacyjnej, który znajduje się w konsultacjach międzyresortowych to dobra okazja do doprecyzowania istniejącego prawa i poprawy sytuacji przedsiębiorców prowadzących prace B+R – uważa Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan.
Koszty osobowe
Dzisiejsze brzmienie przepisu ogranicza odliczenie ulgi B+R w stosunku do osób rzeczywiście realizujących działania B+R. Przepis stanowi, iż uldze B+R podlegają koszty pracowników zatrudnionych w celu realizacji działalności B+R. Określenie „zatrudnionych w celu realizacji działalności B+R” jest niejasne i budzi wiele wątpliwości interpretacyjnych. Po pierwsze nie wiadomo o jakich pracownikach mowa. Czy o pracownikach zatrudnionych jedynie do wykonywania czynności w laboratoriach, centrach badawczo-rozwojowych, działach badawczo-rozwojowych?
Wynagrodzenia pracowników, którzy wykonują regularną działalność przedsiębiorcy, a dla celów projektu B+R zostają oddelegowani do wykonywania prac B+R powinny być możliwe do odliczenia w ramach ulgi podatkowej. W praktyce prototyp nowego produktu powstaje nie tylko w dziale B+R, ale do jego stworzenia wymagana jest współpraca poszczególnych działów w przedsiębiorstwie.
– Jeżeli sprowadzimy ulgę B+R tylko do dedykowanych działów B+R to mocno ograniczamy możliwości skorzystania z niej przez przedsiębiorstwa w Polsce rzeczywiście prowadzące B+R. Dotknie to zwłaszcza mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie mają dedykowanych działów i pracowników B+R. Praktyczne konsekwencje takich zapisów mogą być takie, iż przedsiębiorstwa nie będą zgłaszać kosztów osobowych do ulgi B+R z tego względu, że korzyści z niej mogą okazać się za małe – mówi Małgorzata Boguszewska, przewodnicząca zespołu ds. opracowania rekomendacji ulgi B+R Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan, Ayming Polska sp. z o.o.
Lewiatan apeluje o zamianę określenia „zatrudnionych w celu realizacji działalności B+R” na „realizujących działalność B+R”.
Nabycie narzędzi bezpośrednio związanych z B+R oraz sprzętu laboratoryjnego niespełniających wymogu środka trwałego jak np. pipety, igły, szkło optyczne, termosy, statywy.
Konfederacja Lewiatan zwraca uwagę, iż narzędzia bezpośrednio związane z B+R oraz sprzęt laboratoryjny niespełniający wymogu środka trwałego jak np. pipety, igły, szkło optyczne, termosy, statywy – nie zostały objęty ulgą B+R.
Do dzisiejszego katalogu kosztów kwalifikowanych zaliczamy materiały i surowce bezpośrednio związane z działalnością B+R. Zgodnie ze słownikiem języka polskiego PWN, materiał „to, z czego się wytwarza lub z czego się składają albo powstają jakieś rzeczy lub obiekty” Z kolei surowiec to „materiał naturalny pochodzenia zwierzęcego, roślinnego lub mineralnego, służący do wytwarzania jakichś produktów lub energii. Zasadniczo prototyp nowego produktu składający się z surowców w większości przypadków np. w przetwórstwie tworzyw sztucznych nie może powstać bez odpowiednich narzędzi jak np. formy do odlewania. W takich przypadkach surowiec stanowi niewielki koszt wyprodukowania prototypu w stosunku do zakupu matrycy. Podobnie w działalności geologicznej nie da się przeprowadzić odpowiednich prac B+R bez odpowiednich narzędzi.
Obecne brzmienie przepisu nie przesądza również, iż sprzęt laboratoryjny niespełniający wymogu środka trwałego mieści się w katalogu materiałów i surowców. Szkoda byłoby, aby na etapie interpretacji przepisów przez organy podatkowe sprzęt laboratoryjny niespełniający wymogu środka trwałego nie podlegał uldze podatkowej.
Nabycie ekspertyz, opinii, usług doradczych i usług równorzędnych, jak również badań naukowych świadczonych lub wykonywanych na podstawie umowy przez jednostkę naukową
Obecne brzmienie przepisu jednoznacznie nie precyzuje czy nabycie ekspertyz, opinii, usług doradczych i równorzędnych od pomiotów innych niż jednostki naukowe może podlegać odliczeniu. W praktyce w wielu przypadkach związanych ze specyfiką prowadzonych prac B+R ekspertyzy czy opinie zakupione od podmiotów innych niż jednostki naukowe mogą być bardziej pożądane do nabycia, aby osiągnąć cele prowadzonego projektu B+R. Istnieją przypadki, iż w danej gałęzi przemysłu oraz specyfice produktu jednostki naukowe nie mają doświadczenia, a przykładową ekspertyzę czy opinię w celu wyeliminowania niepewności technicznej czy technologicznej można kupić od innego przedsiębiorcy, który w danej tematyce posiada już doświadczenie.
Najlepszym rozwiązaniem w tym zakresie byłoby rozdzielenie niniejszego kosztu kwalifikowanego na dwie kategorie. Pierwszą poprzez umożliwienie nabycia ekspertyz, opinii, usług doradczych i usług równorzędnych od wszystkich podmiotów w celu realizacji projektu B+R. Drugą nabycie badań naukowych świadczonych lub wykonywanych na podstawie umowy przez jednostkę naukową w rozumieniu ustawy z dnia 30 kwietnia 2010 r. o zasadach finansowania nauki.
Objęcie katalogiem kosztów kwalifikowanych kosztów uzyskania praw wyłącznych wzorów użytkowych oraz przemysłowych
Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw określających warunki prowadzenia działalności innowacyjnej z 4 marca 2016r. zaproponowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego rozszerza katalog kosztów kwalifikowanych o koszty uzyskania patentu na wynalazek. Konfederacja Lewiatan zaproponowaną zmianę ocenia pozytywnie. Zwraca jednakże uwagę na potrzebę zatroszczenia się o wizualizację, odpowiedni kształt nowych produktów czy ich opakowań będących wynikiem prac B+R i proponuje objęcie katalogiem kosztów kwalifikowanych również kosztów uzyskania prawa ochrony wzorów użytkowych, wzorów przemysłowych i znaków towarowych.
Bieżące wydatki, przyjemności, a może edukacja – na co najczęściej wydajemy ciężko zarobione pieniądze? Czy kobiety i mężczyźni różnią się pod tym względem? W najnowszym raporcie „Finansowe zwyczaje Polaków”, postanowiła sprawdzić to firma Lidorff SA[1]. Na co zatem przeznaczamy nasze pensje?
Rozsądne wydawanie pieniędzy a przyjemności
Analizując wyniki badania, zrealizowanego na zlecenie firmy Lindorff SA, można stwierdzić, że rozsądnie wydajemy nasze pieniądze, bo wydatki na zobowiązania mają zdecydowaną przewagę nad przeznaczaniem pieniędzy na przyjemności. Najczęściej przeznaczamy dochody na uregulowanie miesięcznych opłat, takich jak: raty kredytu czy rachunki oraz na zakup produktów pierwszej potrzeby (jedzenie czy środki czystości) – takie odpowiedzi wskazało odpowiednio aż 80% i 74% ankietowanych. Połowa badanych przeznacza je także na wydatki związane z potrzebami dzieci i niemal tyle samo na… własne przyjemności (47%). Dla respondentów istotna jest także realizacja pasji (28%) oraz podróże i wyjazdy (26%). W swoją dalszą edukację inwestuje natomiast 15% badanych.
Opiekuńcze kobiety i wygodni mężczyźni?
Zarówno w przypadku kobiet, jak i mężczyzn pieniądze z pensji przeznaczane są najczęściej na pokrycie podstawowych wydatków – deklaruje tak aż 80% respondentów. W przypadku wydatkowania dochodów na rachunki i raty kredytu różnica między płciami waha się na poziomie błędu statystycznego i wynosi 2% na korzyść mężczyzn. Sytuacja odwraca się natomiast w przypadku zakupu produktów pierwszej potrzeby, takich jak jedzenie czy środki czystości – 77% kobiet i 71% mężczyzn przeznacza pieniądze na te artykuły. Najbardziej znaczące różnice w zachowaniach płatniczych obu płci dotyczą wydatkowania przychodów na potrzeby dzieci, realizację swoich pasji oraz przyjemności. W każdym z tych obszarów różnice sięgają kilkunastu–kilkudziesięciu procent i – przynajmniej na poziomie deklaratywnym – potwierdzają obiegowe prawdy o prorodzinności kobiet i indywidualistycznych zachowaniach mężczyzn. Aż 62 proc. pań deklaruje, że najczęściej wydaje pieniądze na potrzeby dzieci. W przypadku panów taką odpowiedź podaje jedynie 37 procent. To największa różnica między płciami w całym badaniu sprawdzającym 8 obszarów wydatkowania dochodów. Zaskakująco duże różnice między mężczyznami i kobietami występują także przy pytaniach dotyczących wydatkowania budżetu na realizację pasji oraz własne przyjemności. W przypadku realizacji hobby do takiego sposobu wydawania zarobków przyznaje się zaledwie 20% kobiet i aż 35% mężczyzn, a w przypadku finansowania własnych przyjemności – odpowiednio 55% panów i tylko 40% pań.
Ciekawym obszarem badań stała się także edukacja. Choć w badanej grupie wydatki na ten obszar deklaruje zaledwie 15% ogółu respondentów, to dwukrotnie więcej kobiet niż mężczyzn decyduje się wydać swoje przychody na dalsze kształcenie.
Z badania wyłania się więc – przynajmniej na poziomie deklaracji – obraz prorodzinnych i bardziej odpowiedzialnych Polek, dla których wydatki związane z posiadaniem dzieci i własnym wykształceniem są blisko dwukrotnie ważniejszymi potrzebami niż w przypadku pytanych o te same kwestie mężczyzn. Znamienne, że ponad trzykrotnie więcej kobiet (62% respondentek) deklaruje, że częściej przeznacza dochody na wydatki związane z dziećmi niż wydaje pieniądze na realizację swojego hobby (zaledwie 20% pań). Na tym tle panowie otwarcie przyznający, że realizacja potrzeb ich potomstwa i realizacja ich własnej pasji są dla nich równie ważne (odpowiednio 37% i 35% badanych), rysują się jako nastawieni na wyjątkową samorealizację.
A co z oszczędnościami?
Jak pokazują wyniki raportu, wydawanie pieniędzy na potrzeby dzieci, przyjemności i realizację swoich pasji, a także na podróże jest bliskie Polakom. I nie ma w tym nic złego, jeśli nasz budżet na to pozwala. Jednak – biorąc pod uwagę fakt, że aż co trzeci ankietowany przyznaje, że nie posiada żadnych oszczędności[2] – można wnioskować, że nie myślimy przyszłościowo. Nadal niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że brak jakichkolwiek oszczędności może być przyczyną finansowych tarapatów.
Wielu Polaków deklaruje, że z powodu napiętego domowego budżetu zmuszeni są do życia „od pierwszego do pierwszego”. Dotyczy to także rodzin, których dochód jest stosunkowo wysoki, a mimo to jest stale przekraczany przez comiesięczne wydatki. Powodem takiej sytuacji jest nieumiejętne zarządzanie budżetem domowym. Dlatego warto dokładnie przyjrzeć się wydatkom i przeanalizować wszystkie zachcianki czy przyjemności, które sobie fundujemy – szczególnie te, na które regularnie przeznaczamy określoną sumę pieniędzy. Wówczas szybko może się okazać, że rezygnując lub nieco ograniczając ich liczbę – jesteśmy w stanie odłożyć wcale niemałą sumę pieniędzy.
Pamiętajmy – zawsze warto podjąć trud oszczędzania, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo finansowe na wypadek niekorzystnych zdarzeń losowych.
[1] Raport „Finansowe zwyczaje Polaków”, zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA, kwiecień 2016 r. Ogólnopolskie badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii, N=458, osoby w wieku 25-50 lat.
[2] Raport „Finansowe zwyczaje Polaków”, zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA, kwiecień 2016 r. Ogólnopolskie badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii, N=458, osoby w wieku 25-50 lat.
Lato to dobry czas dla branży akcesoriów sportowych. Badania pokazują, że Polacy szczególnie upodobali sobie jazdę na rowerze, a cały rynek artykułów sportowych odnotowuje stabilny wzrost.
Rynek artykułów sportowych wzrósł w 2015 roku o 5,6% (7,3 mld zł), co jest wynikiem o 0,7% lepszym w stosunku do roku poprzedzającego – wynika z raportu PMR „Rynek artykułów i odzieży sportowej w Polsce 2015. Analiza rynku i prognozy na lata 2015-2020”. Dobra koniunktura ma zagościć na dłużej.
Niedościgniony rower
To przede wszystkim dobra informacja dla producentów rowerów i akcesoriów dedykowanych rowerzystom. Jak wynika z badania przygotowanego przez serwis Ceneo.pl, najpopularniejszym sportem w Polsce jest właśnie jazda na rowerze (69% wskazań ankietowanych), która wyprzedza bieganie (26%) oraz sporty zespołowe (piłka nożna 20%, siatkówka 17%). Jak na ten trend reaguje rynek?
– Rzeczywiście w ostatnich latach da się zauważyć wzrost zainteresowania akcesoriami rowerowymi. Na przykład lampkami. Z jednej strony wpływa na to popularność sportu, ale i większą świadomość rowerzystów, którzy chcą jeździć komfortowo i przede wszystkim bezpiecznie – mówi Cyprian Lemiech, ekspert ds. oświetlenia przenośnego w firmie Mactronic.
Sezon na akcesoria
Same rowery sprzedają się najlepiej wiosną. Boom na gadżety i dodatkowy sprzęt zaczyna się na początku lata, w czerwcu, i utrzymuje się na wysokim poziomie aż do września. – Ten okres wydłuża się w przypadku oświetlenia sportowego i trwa przez całą jesień. Dni są krótsze, szybciej robi się ciemno, uprawiający sport na powietrzu chcą jak najdłużej korzystać ze sprzyjającej pogody – dodaje Cyprian Lemiech. A aktywnych Polaków nie brakuje. Jak wynika z badań ARC Rynek i Opinia 61% z nas deklaruje, że uprawiało sport w ciągu ostatniego roku, z czego 7 na 10 częściej niż raz w tygodniu.
Czego szukają klienci?
Autorzy raportu zauważają, że dobra koniunktura to zasługa utrzymującej się mody na uprawianie sportu i ożywienia gospodarczego, które przełożyło się na wzrost wydatków konsumenckich. Czego szukamy w sklepach? Obserwując rynek akcesoriów sportowych da się zauważyć, że Polacy oczekują przede wszystkim sprzętu o dobrym stosunku jakości do ceny, wytrzymałego i kompaktowego. Zwracają też uwagę na ciekawy design oraz funkcjonalność. Za potrzebami klientów starają się nadążać producenci. Stawiają na rozwój autorskich technologii oraz sukcesywne zwiększanie odporności na warunki atmosferyczne. Do tego dochodzi dążenie do osiągnięcia maksymalnej odporności bez wzrostu wagi – akcesoria systematycznie tracą na wadze. Osiągnięcie ideału wydaje się być coraz bliżej.
Aby zostać sędzią piłkarskim należy spełnić kilka wymagań. Po pierwsze trzeba mieć skończone 16 lat oraz posiadać przynajmniej średnie wykształcenie (lub uczęszczać do szkoły ponadgimnazjalnej, kończącej się maturą). Ponadto wymagane jest odbycie kursu sędziowskiego, na koniec którego kandydat musi zaliczyć egzamin z zasad gry w piłkę nożną oraz sprawdzian kondycyjny (wzpn.poznan.pl, 2010). Jak widać, rozpoczęcie kariery sędziego jest dość łatwe. Decydują się na to na przykład uczniowie szkół średnich, traktując tę pracę jako weekendowe dorabianie do kieszonkowego. Ile można zarobić na kolejnych szczeblach kariery sędziego?
Wynagrodzenia w polskich ligach
Sędziowie główni, doglądający rozgrywek w klasach C i B, mogą liczyć na 85 PLN brutto za mecz. Sędziowie asystenci w tych samych klasach zarabiają 60 PLN za mecz. Do klas C i B w Polsce zalicza się 215 grup, składających się z różnej liczby drużyn. Jednak z uwagi na niskie płace często występują tu braki kadrowe. Wraz z awansem do wyższych lig wynagrodzenia sędziów znacznie rosną. Szczególny przeskok widać między III i II ligą. Za każdy mecz w II lidze arbitrzy główni otrzymują ponad 2,5 razy więcej pieniędzy niż ich koledzy po fachu z niższej klasy. Spowodowane jest to przejściem rozgrywek na szczebel centralny, który rozpoczyna się wraz z II ligą. Dopiero na tym poziomie pojawia się funkcja oficjalnego sędziego technicznego.
Wynagrodzenia sędziów piłkarskich za mecze w wybranych klasach rozgrywkowych
(od 2015 roku brutto w PLN)
poziom rozgrywek
sędzia główny
sędzia asystent
sędzia techniczny
Ekstraklasa
3 600
2 000
500
I liga
1 400
800
300
II liga
900
600
200
III liga
335
235
–
IV liga
180
135
–
Klasa Okręgowa
135
100
–
Klasa „A”
100
80
–
Klasa „B”
85
60
–
Klasa „C”
85
60
–
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie uchwał nr XII/187 i XII/188
z dnia 12 grudnia 2014 roku PZPN
Osiągnięcie szczebla centralnego może stanowić nie lada wyzwanie. Na trzech pierwszych poziomach rozgrywek znajdują się bowiem łącznie jedynie 52 drużyny. W sezonie 2015/16 uprawnionych do sędziowania rozgrywek na szczeblu centralnym zostało 73 sędziów głównych oraz 59 asystentów (PZPN, 2016). Wśród głównych arbitrów znalazło się dziesięciu sędziów zawodowych, którzy związali się z PZPN kontraktem. Zasady ich wynagradzania są inne niż sędziów amatorów. Zawodowi arbitrzy otrzymują stałą, niejawną pensję, dodatki za każdy mecz oraz ewentualną premię za odbycie przynajmniej 21 meczów w sezonie. W 2012 roku gazeta „Fakt” podawała, że ich wynagrodzenie podstawowe wynosi przeciętnie 10 000 PLN brutto miesięcznie, ponadto otrzymują oni 1 500 PLN za każde spotkanie ligowe. Natomiast premia na koniec sezonu miała wynosić 12 000 PLN (pilkanozna.pl, 2012). Dane te jednak nie zostały oficjalnie potwierdzone przez PZPN. Co więcej od ich publikacji minęły już cztery lata, mogły więc zmienić się. Przemawia za tym fakt podwyższenia wynagrodzeń sędziów zgodnie z uchwałami PZPN nr XII/187 i XII/188 z dnia 12 grudnia 2014 roku, zwiększającymi wynagrodzenia za sędziowanie poszczególnych meczów (PZPN, 2014).
Poza standardowym wynagrodzeniem, sędziowie otrzymują także zwrot kosztów dojazdu. Na poziomach rozgrywek niższych niż III liga, koszty te ustalane są na poziomie Wojewódzkich Związków Piłki Nożnej. Dla III ligi i lig wyższych, zryczałtowane koszty przejazdu zostały uchwalone przez PZPN. W zależności od odległości miejsca spotkania od miejsca zamieszkania sędziego może on uzyskać od 25 do 260 PLN (dla III ligi) lub 270 PLN (powyżej III ligi) zwrotu poniesionych kosztów podróży (PZPN, 2014).
Zwrot kosztów podróży dla polskich sędziów piłkarskich (w PLN)
Odległość w km
III liga
powyżej III ligi
<20
25
25
20-50
60
60
50-100
100
110
100-160
135
150
160-200
170
180
200-260
200
210
260-320
225
240
>320
260
270
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie uchwał nr XII/187 i XII/188
z dnia 12 grudnia 2014 roku PZPN
Sędziowie w innych krajach europejskich
Jak wypadają zarobki polskich arbitrów Ekstraklasy w porównaniu do zarobków sędziów w innych najwyższych ligach europejskich? Najwięcej za jeden mecz otrzymują sędziowie główni i asystenci w Primera División, czyli najlepszej lidze hiszpańskiej. Ich wynagrodzenie za każdą ligową rozgrywkę w sezonie 2015/16 wynosiło ponad 25 000 PLN w przypadku arbitrów głównych i prawie 9 000 PLN dla sędziów asystentów. Z kolei sędziowie główni angielskiej Premier League oprócz 1 170 GBP (ok. 6,7 tys. PLN) za każdy mecz, otrzymują również od 38,5 tys. do 42 tys. GBP (od 222 tys. do 242 tys. PLN) rocznie na podstawie stałego kontraktu (totalsportek, 2015).
Wynagrodzenia głównych sędziów piłkarskich za mecze najwyższych lig w wybranych krajach europejskich w sezonie 2015-2016 (brutto w PLN*)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie totalsportek.com
*przeliczone po średniorocznym kursie GBP/PLN 5,7616 i EUR/PLN 4,1836 za 2015 r.
**sędziowie w Anglii otrzymują dodatkowo od 38,5 tys. do 42 tys. GBP brutto rocznie (222 tys. do 242 tys. PLN)
Porównując zatem zarobki głównych sędziów polskich i zagranicznych (w wartościach bezwzględnych bez uwzględnienia parytetu siły nabywczej), okazuje się, że za jeden mecz Hiszpanie dostają prawie 7 razy więcej niż Polacy, Niemcy i Włosi ok. 4 razy więcej, Francuzi ponad 3 razy więcej, a Portugalczycy ok. 1,4 razy więcej. Zarobki angielskich arbitrów ciężko jest porównywać z uwagi na ich stałe kontrakty i zmienną liczbę sędziowanych meczów.
Porównanie wynagrodzeń sędziów głównych w wybranych ligach europejskich* do zarobków sędziów głównych Ekstraklasy za jeden mecz ligowy (zarobki sędziego Ekstraklasy = 1)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie totalsportek.com
*przeliczone po średniorocznym kursie GBP/PLN 5,7616 i EUR/PLN 4,1836 za 2015 r.
**sędziowie w Anglii otrzymują dodatkowo od 38,5 tys. do 42 tys. GBP brutto rocznie (222 tys. do 242 tys. PLN)
A może Liga Mistrzów?
Jakie zarobki może przynieść sędziowanie rozgrywek międzynarodowych? W Europie zajmuje się tym UEFA, czyli Unia Europejskich Związków Piłkarskich. UEFA organizuje 16 turniejów w piłce nożnej, między innymi Ligę Mistrzów, Ligę Europy, Mistrzostwa Europy a także rozgrywki młodzieżowe. Związek wyróżnia pięć kategorii sędziów: trzecią, drugą, pierwszą, Elite Development i Elite. W zależności od przypisanej kategorii arbitrzy mogą sędziować różne poziomy rozgrywek międzynarodowych. Najmniej za mecz otrzymuje się w kategorii trzeciej. Za jedną rozgrywkę sędzia główny zarabia w niej ponad 5,5 tys. PLN, asystent ok. 1,9 tys. PLN, a sędzia techniczny ok. 750 PLN. Europejska elita otrzymuje dużo większe wynagrodzenia. Sędzia główny za mecz dostaje tu 7 250 USD (ponad 27 tys. PLN), asystent 1 900 USD (ok. 7 tys. PLN), a techniczny 1 000 USD (ok. 3,8 tys. PLN) (crunchysports.com, 2016).
Wynagrodzenia sędziów UEFA za mecze międzynarodowe w 2016 roku (brutto w PLN)*
kategoria
sędzia główny
sędzia asystent
sędzia techniczny
Elite
27 327
7 162
3 769
Elite Development
18 847
5 371
3 392
Pierwsza
12 439
3 769
2 262
Druga
7 162
2 827
1 319
Trzecia
5 654
1 885
754
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie crunchysports.com
*przeliczone po średniorocznym kursie USD 3,7693 za 2015 r.
Czy warto zatem zostać sędzią piłkarskim? Podobnie jak w przypadku zawodowych piłkarzy – droga na szczyt jest długa, a konkurencja duża. Zarobki arbitrów w najniższych polskich ligach skłaniają do traktowania tego zawodu bardziej jak weekendowego hobby niż rzeczywistej pracy. Wspięcie się na sam szczyt jest jednak możliwe, co pokazał w 2015 roku Szymon Marciniak, awansowany przez UEFA do sędziowskiej kategorii Elite. Został on również nominowany do sędziowania meczów podczas Mistrzostw Europy we Francji, które rozpoczną się w czerwcu 2016 roku. Z pewnością aby osiągnąć sukces w tej branży, należy zacząć w młodym wieku, być wytrwałym i mieć odrobinę szczęścia.
Bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ) osiągnęły w 2015 r. w Europie rekordowy poziom – wynika z 14. edycji raportu firmy doradczej EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy”. Na Starym Kontynencie w minionym roku powstało 5083 projektów BIZ, które wygenerowały 217 666 nowych miejsc pracy. Również dla Polski był to wyjątkowo pomyślny, bo rekordowy rok jeśli chodzi o liczbę BIZ. W naszym kraju powstało 211 nowych projektów, w których zatrudnienie znalazło 19 651 osób. Polska pozostaje nie tylko liderem regionu Europy Środkowo-Wschodniej, ale czołowym krajem kontynentu pod względem atrakcyjności inwestycyjnej. Znaleźliśmy się bowiem na piątym miejscu najatrakcyjniejszych kierunków inwestycyjnych w Europie i na pierwszym w tej części Starego Kontynentu.
Raport EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” (European attractiveness survey) jak co roku składa się z dwóch części: danych gromadzonych w ramach EY Global Investment Monitor o inwestycjach w Europie w roku 2015 (z wyłączeniem inwestycji portfelowych oraz fuzji i przejęć) oraz badania postrzegania przez inwestorów poszczególnych krajów oraz miast. Dokładność danych potwierdzana jest telefonicznie bezpośrednio u inwestorów – w 2015 r. zweryfikowano ponad 70% projektów BIZ. Z kolei badanie ankietowe odbywało się między lutym a kwietniem 2016 r. Na pytania odpowiedziało 1 469 respondentów – decydentów odpowiedzialnych za inwestycje z niemalże wszystkich kontynentów.
Rekordowy rok
Rok 2015 r. był rekordowy jeśli chodzi o liczbę BIZ w Europie. Trzeci raz z rzędu nasz kontynent odnotował wzrost łącznej liczby projektów. Wyniósł on 14% wobec 12% rok wcześniej. Przełożyło się to na 5083 projektów BIZ w całej Europie. Wśród krajów, które przyciągnęły najwięcej inwestycji zagranicznych tradycyjnie już znalazła się Wielka Brytania, Niemcy i Francja. Ta trójka odpowiada bowiem aż za 51% wszystkich nowych BIZ w Europie. Tylko w Wielkiej Brytanii powstało 1065 projektów. Europa Zachodnia pozostaje też głównym beneficjentem inwestycji, choć jej udział spada – z 81% w 2014 r. do 77% w 2015 r. To 3924 projekty zachodnioeuropejskie wobec 1159 środkowo- i wschodnioeuropejskich. Z drugiej strony, kraje Europy Środkowo-Wschodniej osiągnęły skumulowany wzrost projektów aż o 34% wobec wzrostu wynoszącego „zaledwie” 9% w krajach Europy Zachodniej. Państwa z naszego regionu generują więc blisko czterokrotnie większy wzrost, choć wciąż jeszcze znacznie ustępują w danych bezwzględnych. Polska ma się czym pochwalić nie tylko jeśli chodzi o nowe projekty, ale przede wszystkim o ich dynamiczny przyrost rok do roku. W 2015 r. powstało 211 BIZ, wobec 132 rok wcześniej. To wzrost aż o 60%. Tak dynamicznego skoku nie odnotował żaden europejski kraj, poza Rosją (61%). 142 inwestycje w Polsce były nowymi projektami podmiotu, który nie był jeszcze u nas obecny, podczas gdy 69 to reinwestycje – nowe projekty przedsiębiorstw, które już zainwestowały w przeszłości w Polsce.
Rekordowe liczby przyniósł także miniony rok jeśli chodzi o miejsca pracy wygenerowane przez BIZ. Po raz pierwszy liczba utworzonych miejsc pracy przez bezpośrednie inwestycje zagraniczne przekroczyła 200 tys. i wyniosła 217 666. To o ponad 32 tys. więcej niż rok wcześniej i Oznacza wzrost o 17% rok do roku, wobec wzrostu o niemal 12% w analogicznym badaniu z 2015 r. Trzy kraje – Wielka Brytania, Polska i Niemcy odpowiadają razem za wygenerowanie 36% nowych miejsc pracy. Cała Europa Środkowo-Wschodnia, z liderami: Polską, Rosją i Rumunią generuje połowę nowych stanowisk. Siłą naszego regionu są projekty z sektora przetwórstwa przemysłowego, które odpowiadają za 69% nowych miejsc pracy. To kontynuacja zauważalnego wyraźnie już w poprzednich badaniach trendu reindustrializacji. W 2015 r. w Polsce powstało 19 651 nowych miejsc pracy (w 2014 r. było to 15 485 miejsc). Oznacza to wzrost o 27%. Największym skokiem procentowym mogą pochwalić się w Europie Węgry (141%) oraz Serbia (108%).
– Rekordowe dane z raportu EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” imponują. Rok 2015 r. nie był przecież dla Europy najłatwiejszy. Nasz kontynent zmagał się w wieloma wyzwaniami: najmniejszym od lat poziomem zaufania do instytucji unijnych, kryzysem migracyjnym, ospałym wzrostem gospodarczym krajów UE (1,5% w krajach strefy euro), napiętymi relacjami politycznymi z Rosją czy z atakami terrorystycznymi w Belgii i Francji. Jednak to nie odstraszyło inwestorów zagranicznych i pozwoliło osiągnąć historyczne rekordy, zarówno jeśli chodzi o liczbę nowych projektów BIZ jak i o wygenerowane przez nie miejsca pracy – podkreśla Paweł Tynel, Partner EY i Lider Grupy Zarządzania Innowacjami w EY. – Bardzo dobre są dane dotyczące Polski. Nasz kraj jest nie tylko liderem regionu Europy Środkowo-Wschodniej, co udowadniają od lat dane z raportu EY, ale wyrastamy na jedną z ważniejszych lokalizacji inwestycji w Europie. Potwierdzają to twarde dane, ale i zbadane przez nas nastawienie inwestorów. Polska znalazła się bowiem na 5. miejscu w Europie pod kątem najbardziej atrakcyjnych kierunków inwestycyjnych, za Niemcami, Wielką Brytanią, Francją i Holandią – zauważa.
Przetwórstwo przemysłowe numerem jeden
Warto podkreślić, że większość ubiegłorocznych projektów BIZ w Europie ma swoje kapitałowe korzenie właśnie na naszych kontynencie. Inwestycje wewnątrzeuropejskie wygenerowały aż 54% z całej liczby nowych BIZ w 2015 r. Na dalszym miejscu znalazły się projekty ze Stanów Zjednoczonych – 25% oraz Azji i Pacyfiku – 11%. Analizując sektory, w których pojawiły się nowe projekty BIZ nienaruszona pozostaje pozycja europejskiego przetwórstwa przemysłowego. W 2015 r. odpowiadało ono aż za 49% nowych projektów BIZ i 62% nowych miejsc pracy przez nie wygenerowanych. Ich liczba wzrosła o 10% w ujęciu rocznym i wyniosła 2495 projektów. Na dalszym miejscu znalazły się finanse i usługi biznesowe – 1650 projektów BIZ, które osiągnęły wzrost o 11%. Największy skok, pomimo stosunkowo niewielkiej liczby projektów (119), odnotowała branża budowlana – aż o 57%. Równie dynamicznie rosły też projekty z sektora transportu i komunikacji – o 30% oraz handlu i usług – o 22%.
Europa ciągle atrakcyjna
W czasie ostrej rywalizacji na globalnym rynku inwestycji, na którym Europa zmaga się z silną konkurencją ze strony innych regionów świata, takich jak Chiny, Brazylia czy Afryka, dla zachowania ciągłości wzrostu inwestycji ważne są nastroje wśród samych inwestorów. Dlatego EY corocznie pyta ich o postrzeganie atrakcyjności naszego kontynentu. 82% inwestorów z grupy blisko 1500 respondentów z niemalże całego świata jest przekonanych, że w ciągu trzech lat atrakcyjność inwestycyjna Europy wzrośnie (36%) lub pozostanie na tym samym poziomie (46%). To skok o 23 p.p. w porównaniu z 2015 r. Najbardziej optymistycznie oceniają Europę inwestorzy, którzy już mają tutaj swoją działalność. Z drugiej strony w perspektywie krótkoterminowej tylko 22% ankietowanych planuje rozpocząć, bądź rozwijać działalność w Europie w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Ten spadkowy trend zauważalny jest już od 2013 r. W przypadku dużych przedsiębiorstw, 20% z nich ma plany inwestycyjne na 2016 r. – wobec 36% w badaniu z 2015 roku.
– O atrakcyjności inwestycyjnej Europy stanowią takie czynniki jak: infrastruktura telekomunikacyjna, poziom wykształcenia kadr, infrastruktura drogowa i logistyczna, a także środowisko prawne i polityczne. To filary atrakcyjności gospodarki Europy – wyjaśnia Paweł Tynel. – Ankietowani przez EY inwestorzy uzależniają ocenę atrakcyjności naszego kontynentu od zmian w następujących obszarach: elastyczność prawa pracy i jego koszty oraz przyjazny system podatkowy. To, że tylko 22% badanych firm planuje nowe inwestycje w kolejnym roku potwierdza wysokie oczekiwania inwestorów zagranicznych, którzy oczekują zmniejszenia biurokracji i redukcji przeregulowania gospodarki oraz uproszczenia systemów podatkowych. Z drugiej strony oczekiwane jest także wsparcie innowacji oraz postrzeganie digitalizacji (przez 35% respondentów) jako motoru rozwojowego Europy – dodaje.
Wiele przed nami
Komentując wyniki tegorocznego raportu Marek Rozkrut, Partner i Główny Ekonomista EY, a także szef Zespołu Analiz Ekonomicznych zwrócił uwagę na niewystarczający poziom inwestycji w Polsce. – W naszym kraju, który wciąż jeszcze jest gospodarką doganiającą poziom państw Europy Zachodniej, poziom inwestycji wciąż jest niski. Widać to także na tle nowych krajów członkowskich wspólnoty. Tylko Litwa pozostaje w tyle za Polską, nie osiągając średniej unijnej 20% wartości inwestycji w PKB w latach 2010-2014. Liderami są Czechy, Węgry i Rumunia, ze średnią przekraczającą 25%. Podobnie jest ze średnią unijną jeśli chodzi o inwestycje sektora prywatnego, wynoszącą 17% wartości brutto PKB. Poza Polską i Litwą poniżej unijnej średniej są jeszcze Węgry, Słowenia i Chorwacja. Wniosków o niskim, na tle nowych krajów członkowskich, poziomie inwestycji prywatnych nie zmienia nawet wyłączenie inwestycji mieszkaniowych – zauważa ekspert EY. – Niedostateczny poziom inwestycji krajowych został zidentyfikowany jako strukturalne ograniczenie dla polskiej gospodarki w „Planie na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Osiągnięcie zakładanego w tym dokumencie udziału inwestycji w PKB w 2020 r. wymagałoby utrzymania w tym horyzoncie tempa wzrostu inwestycji o co najmniej 2,2 p.p. wyższego od przedstawionego w Programie Konwergencji. Istotną rolę w realizacji tego celu powinny odgrywać także inwestycje zagraniczne – podkreśla Marek Rozkrut.
Konsekwencje wielkich wyzwań, przed którymi stoi obecnie Europa, jak w soczewce skupiają się na rynku pracy. Napływ imigrantów, zachowanie jedności Unii Europejskiej, rewolucja technologiczna i automatyzacja procesów będą miały swoje namacalne konsekwencje dla każdego Europejczyka, który chce mieć dobrą pracę, godne zarobki i stabilną przyszłość. Przed konkretnymi pytaniami stają także firmy. Skąd wziąć brakujących pracowników? Jak zatrzymać obecnych? Jakie modele biznesowe narzuci automatyzacja pracy i sztuczna inteligencja? Tym właśnie tematom będzie poświęcona szósta edycja Europejskiego Forum Nowych Idei (EFNI), która odbędzie się w dniach 28-30 września 2016 r. w Sopocie.
Biznes i praca ponad podziałami
Uczestnicy EFNI będą jak zwykle przyglądać się największym europejskim wyzwaniom, tarciom, szansom i motorom zmian. Nie zabraknie dyskusji o tym, co w tej chwili najbardziej elektryzuje Europę – m.in. o migrantach, konsekwencjach wyników brytyjskiego referendum, europejskich finansach, podziałach między zwolennikami silniejszej Unii i wzmacniania państw narodowych. Równie istotne pytania dotyczą tempa cyfryzacji europejskiej gospodarki, wyzwań klimatycznych, konkurencyjności wobec reszty świata.
EFNI to miejsce, w którym przedstawiciele różnych krajów Europy debatują o tym, co łączy i dzieli Stary Kontynent. Dotyczy to także obszaru biznesu i rynku pracy.
Czy jesteśmy przygotowani na rewolucję na rynku pracy?
Liczne zmiany zachodzące w otoczeniu gospodarczym i społecznym będą miały wpływ zarówno na strukturę organizacji, jak i stosunki pracy czy dialog pracodawców i pracobiorców w całej Europie. W ramach czwartej rewolucji przemysłowej pojawiają się nowe, wcześniej niespotykane wyzwania. Z jednej strony stoimy przed perspektywą pojawiania się nowych, dziś jeszcze nieznanych zawodów i modeli rozwojowych. Z drugiej – przed wyzwaniami wynikającymi z powszechnej automatyzacji i rozwoju sztucznej inteligencji. Światowe Forum Ekonomiczne prognozuje, że tylko w 15 badanych krajach w związku z tymi zjawiskami do roku 2020 roku zatrudnienie straci 5 milionów osób. Czy jesteśmy na to gotowi?
Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan i wiceprezydent BUSINESSEUROPE: Wyzwania na rynku pracy były jednym z głównych tematów tegorocznej konferencji w Davos. Chcemy tę dyskusję kontynuować. W ciągu 10 do 20 lat nowe technologie mogą sprawić, że m.in. w Polsce zniknie około 700 zawodów, zwłaszcza tych niewymagających wysokich kwalifikacji. Jednocześnie rynek pracy będzie potrzebował rozwoju zupełnie nowych kompetencji. Jakich? Tegoroczne EFNI będzie o tym, co najważniejsze dla przyszłości europejskich pracodawców i pracowników.
Co, gdzie, kiedy?
W trakcie 2,5-dniowego Forum odbędzie się ponad 50 godzin debat, a w każdej z nich wezmą udział przedstawiciele świata nauki i biznesu, eksperci, reprezentanci organizacji społeczeństwa obywatelskiego oraz decydenci polityczni. Wśród panelistów znajdą się m.in.:
Przedstawiciele polskiego rządu:
• Mariusz Gajda, podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska
• Marek Gróbarczyk, Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej
• Witold Kołodziejski, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji
• Jerzy Kwieciński, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju
• Jerzy Materna, wiceminister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej
• Elżbieta Rafalska, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej
• Stanisław Szwed, Wiceminister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej
• Konrad Szymański, sekretarz stanu ds. europejskich w Ministerstwie Spraw Zagranicznych
Komisarze unijni, przedstawiciele instytucji unijnych i europosłowie:
• Elżbieta Bieńkowska, komisarz EU ds. rynku wewnętrznego, przemysłu, przedsiębiorczości i MŚP w Komisji Europejskiej
• Michał Boni, poseł Parlamentu Europejskiego
• Jerzy Buzek, przewodniczący Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii w Parlamencie Europejskim
• Danuta Hübner, przewodnicząca Komisji Spraw Konstytucyjnych w Parlamencie Europejskim
• Tomasz Husak, dyrektor gabinetu Elżbiety Bieńkowskiej, komisarz UE ds. rynku wewnętrznego, przemysłu, przedsiębiorczości i MŚP w Komisji Europejskiej
• Paweł Karbownik, doradca Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska
• Janusz Lewandowski, poseł Parlamentu Europejskiego
• Michel Servoz, dyrektor generalny ds. zatrudnienia, spraw społecznych i włączenia społecznego w Komisji Europejskiej
• Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej
A także przedstawiciele związków zawodowych, organizacji pracodawców, sektora prywatnego i świata nauki, w tym m.in.:
• Carl Bildt, przewodniczący Globalnej Komisji ds. Zarządzania Internetem (GCIG)
• Gabriele Bischoff, prezydent Grupy Pracowników, Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny
• Piotr Duda, przewodniczący NSZZ Solidarność
• Martin Ford, amerykański pisarz, futurysta, deweloper rozwiązań software, przedsiębiorca
• Steve Keen, profesor Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych, Kingston University London
• Ade McCormack, doradca ds. strategii cyfrowych z Wielkiej Brytanii
• Guy Standing, brytyjski ekonomista i specjalista w zakresie rynku pracy, profesor Uniwersytetu Londyńskiego
• Luca Visentini, sekretarz generalny Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych ETUC
W programie Forum znajdą się nie tylko sesje plenarne i panele, ale także debaty specjalne, prezentacje raportów specjalnych oraz wydarzenia towarzyszące. Ciekawie zapowiada się dyskusja przedstawicieli mediów europejskich na temat pogłębiających się wśród państw członkowskich różnic w podejściu do tempa integracji europejskiej tego. Pracodawcy wraz ze związkowcami i politykami będą rozmawiać o oczekiwaniach stron dialogu społecznego wobec wyzwań gospodarczych. Nie zabraknie także, w ramach Akademii EFNI, prezentacji idei i narzędzi, które mogą zrewolucjonizować biznes i sektor publiczny.
Jak co roku w ramach wydarzeń towarzyszących Forum znajdzie się Inicjatywa Bałtycka – debata na temat dbałości o bałtycki ekosystem i rozwoju portów. Po zakończeniu sesji dziennych odbędą się Rozmowy nocnych marków, czyli dyskusje z panelistami EFNI w kameralnej scenerii i nieformalnej atmosferze. Natomiast mieszkańcy Sopotu tradycyjnie zostaną zaproszeni do uczestnictwa w Zatokach Dialogu, gdzie będą mogli spotkać się z wybranymi gośćmi Forum. Podczas kongresu przewidujemy także ceremonię wręczenia nagrody Citi Handlowy Emerging Markets Champions oraz wyróżnienia Wizjonerzy 2016 Dziennika Gazety Prawnej dla menedżerów za biznesową wizję, determinację i odwagę.
***
Europejskie Forum Nowych Idei to międzynarodowy kongres środowisk biznesowych z udziałem wybitnych przedstawicieli świata polityki, kultury, nauki i mediów. Organizowane jest od 2011 r. przez Konfederację Lewiatan we współpracy z BUSINESSEUROPE, Miastem Sopot oraz polskimi i międzynarodowymi firmami i instytucjami. Celem Forum jest wypracowywanie pomysłów na silną Europę i konkurencyjną gospodarkę, otwartą na trendy cywilizacyjne i technologiczne. Tegoroczna edycja EFNI odbędzie się w dniach 28-30 września w Sopocie, a jej hasłem przewodnim będzie „Przyszłość pracy. Realia, marzenia i mrzonki”.
Czy można jeszcze korzystać z absolutnie darmowego konta bankowego, bez konieczności spełniania jakichkolwiek warunków? Można, ale obecnie na rynku znajdziemy tylko jedno takie konto. W ramach akcji edukacyjnej Miliony Polaków analitycy porównywarki finansowej Comperia.pl wzięli pod lupę ofertę 103 rachunków bankowych sprawdzając ile i za co trzeba obecnie zapłacić.
Średnia opłata za prowadzenie konta, wśród wszystkich ofert dostępnych na rynku, wynosi obecnie 8,83 zł. To jednak nie oznacza, że każdy klient musi tyle zapłacić za sam fakt posiadania rachunku. Aż 47 ofert kont dla dorosłych, dzieci i studentów zakłada brak opłat za prowadzenie konta bez konieczności spełniania dodatkowych warunków.
Konto to jednak tylko początek, aby móc z niego sensownie korzystać potrzebna jest również karta debetowa. Za kartę przyjdzie dziś zapłacić średnio niecałe 3 zł (2,88), ale i w tym wypadku dzięki szerokiej ofercie znajdziemy aż 43 oferty, w których bank nie naliczy miesięcznej opłaty za użytkowanie karty (bezwarunkowo). Dodatkowo, aż 50 ofert umożliwia dokonywanie bezpłatnych wypłat ze wszystkich bankomatów w Polsce. Jednak średnia opłata na rynku za pobranie gotówki z bankomatu to 3,41 zł.
Po połączeniu tych dwóch elementów znajdziemy już tylko 17 ofert, w których, zarówno prowadzenie konta, jak i użytkowanie karty, będzie bezpłatne bez konieczności spełnienia określonych warunków aktywności przez klienta. Średnia rynkowa opłata takiego „zestawu” to aż 11,70 zł. Zestawiając wszystkie trzy elementy – a więc prowadzenie konta, użytkowanie karty oraz wypłaty z bankomatów, pozostaje tylko jedna oferta, w ramach której klient nie poniesie opłat bez żadnych warunków.
– Banki zachęcają klientów do aktywności, oczekują przelewania wynagrodzenia czy dokonywania określonej liczby lub wartości transakcji kartą. Wówczas ofert pozwalających na uniknięcie opłat jest znacznie więcej – zaznacza Karol Wilczko, jeden z organizatorów akcji Miliony Polaków. – Warto dobrze analizować ofertę oraz uwzględniać swoje potrzeby i możliwości w zakresie spełnienia określonych warunków wykorzystania rachunków bankowych. Dzięki temu bez najmniejszego problemu znajdziemy pakiet usług bankowych za które nie trzeba będzie nic płacić – dodaje.
Między innymi w tym celu uruchomiona została akcja Miliony Polaków, której celem jest z jednej strony edukowanie klientów banków jak rozsądnie i tanio korzystać z podstawowych usług bankowych, z drugiej natomiast, w ramach akcji przeprowadzone zostanie badanie opinii klientów dotyczące tego, z jakich usług chcą korzystać i ile mogliby za to zapłacić. Badanie potrwa do połowy lipca, już teraz swój głos oddało ponad 12 tysięcy osób. Przeprowadzenie badania bezpośrednio wśród klientów pozwoli określić, jak powinno wyglądać idealne konto osobiste dla Polaków. Patronat nad akcją objął Związek Banków Polskich, który poprzez swoje zaangażowanie pragnie przekazać głos opinii publicznej i środowisku bankowemu. Akcję również bezpośrednio wspiera już 5 banków.
Osoby uczestniczące w badaniu mogą także wziąć udział w konkursie. Odpowiadając na jedno dodatkowe pytanie mają szansę wygrać jednego z 55 smartwatchy Sony SW2. W ramach platformy Miliony Polaków otrzymają również „Przewodnik bankowania 2016”, czyli vademecum tego w jakie usługi i możliwości banki zaopatrują swoich klientów i jak optymalnie z nich korzystać. W badaniu można wziąć udział poprzez stronę www.miliony-polakow.pl do połowy lipca.
Rynek BPO/SSC rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie, a wyróżniającym się pod tym względem rejonem jest niewątpliwie Trójmiasto. W aglomeracji działa obecnie ponad 100 centrów operacyjnych, a liczba osób zatrudnionych w branży przekroczyła 19 000. Stanowi to imponujący wynik w porównaniu z innymi miastami Europy Środkowo-Wschodniej o podobnej wielkości i gęstości zaludnienia.
Branża dynamicznego wzrostu
W Trójmieście swoje centra operacyjne prowadzą inwestorzy z 19 krajów, a usługi świadczone są w 33 językach. Ostatnie miesiące to głównie rozwój trójmiejskich centrów usług typu IT, ale również tych, prowadzących działalność finansowo-księgową czy z zakresu obsługi klienta. Zauważalny jest wzrost inwestycji z kapitałem ukraińskim i jest to trend, który powinien zostać utrzymany w najbliższym czasie. Coraz częściej pojawiają się także zapytania inwestycyjne z Niemiec oraz Skandynawii – podkreślano podczas spotkania Rozwój sektora BPO/SCC po Trójmiejsku zorganizowanego na początku czerwca w Gdańsku przez Fundację Pro Progressio, Olivia Business Centre oraz Grupę Nowy Styl. Dynamika rozwoju branży nowoczesnych usług dla biznesu jest w Trójmieście zachowana i zgodnie z opiniami ekspertów powinna nadal mieć trend rosnący w nadchodzących latach.
Na biznesowej mapie Polski
Jak wypada Gdańsk w relacji do innych polskich lokalizacji, w których rozwija się sektor usług dla biznesu? Przez uczestników spotkania Rozwój sektora BPO/SCC po Trójmiejsku Gdańsk był „umieszczany w koszyku” z Warszawą i Krakowem, lub w innych przypadkach z Poznaniem i Bydgoszczą. Tego typu klasyfikacje miast zawsze są ryzykowne i kontrowersyjne, gdyż różnorodność projektów typu BPO, SSC i ITO jest tak szeroka, że uniemożliwia rzetelne porównania lokalizacji pod względem ich atrakcyjności dla biznesu. Niezaprzeczalnym jest jednak fakt, że Trójmiasto, jako aglomeracja w doskonały sposób łącząca świat biznesu z kulturą, sportem i walorami turystycznymi, to obecnie jedna z najczęściej wybieranych lokalizacji dla biznesu w Polsce. Sektor BPO/SSC już dziś jest w Trójmieście reprezentowany przez takich gigantów jak np. State Street, AMS, Sii, Kemira i wielu innych – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.
Kadry poszukiwane
W Trójmieście, podobnie jak w wielu polskich miastach, w których dynamicznie rozwija się branża BPO/SSC, zauważalne są pewne braki kadrowe. Pracownicy w chwili obecnej są rekrutowani już nie tylko na terenie granic administracyjnych miasta, ale także z miejscowości ościennych oraz zza granicy. Zauważalne są konkretne przykłady rekrutacji pracowników spoza granic Polski. Są wśród nich osoby pochodzenia ukraińskiego, białoruskiego, rosyjskiego, ale także z Hiszpanii, Włoch i innych krajów basenu Morza Śródziemnego. W głównej mierze obecnie poszukiwane są osoby z kompetencjami informatycznymi, co pokrywa się także z dynamicznym rozwojem inwestycji w tym zakresie.
Perspektywy na przyszłość
Jak podkreśla Piotr Rutkowski, partner w SourceOne Advisory, jedną z kluczowych kwestii w rozwoju sektora outsourcingu w Polsce powinno być dbanie o przyciąganie inwestycji związanych z obsługą zaawansowanych procesów biznesowych, a więc np. tworzenie centrów badawczo-rozwojowych. Takie inwestycje, mocno bazujące na wiedzy pracowników, z pewnością zostaną u nas na dłużej i nie uciekną z Polski, jak tylko w innym kraju zrobi się taniej. Gdańsk odnosi na tym polu duże sukcesy, ponieważ udało się tu stworzyć sporo takich wartościowych centrów. Przykładami są inwestycje Intela (ogromne centrum R&D), PwC (obsługa procesów KYC) czy Reuters (przetwarzanie informacji). W perspektywie najbliższych kilku lat będzie można zaobserwować dalszy rozwój BPO/SSC, a otwierające się kierunki to Niemcy, Ukraina i Skandynawia – czemu mocno kibicujemy – dodaje Wiktor Doktór.
Ochrona środowiska, wspieranie społeczności lokalnej, kodeks etyczny, czy dbałość o rozwój zawodowy i osobisty pracowników – to główne działania, które prowadzą firmy stowarzyszone we Francusko-Polskiej Izbie Gospodarczej (CCIFP) w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu. Potwierdzają to wyniki badania „CSR w praktyce – barometr CCIFP”, mierzącego poziom świadomości i skalę działań CSR’owych w firmach francuskich w Polsce.
Głównym wnioskiem z badania jest konieczność stałej edukacji zarówno wśród klientów, jak i pracowników firm. CSR jest bowiem nieznanym pojęciem dla ponad 70% Polaków, a tylko 2 osoby na 10 przy dokonywaniu zakupów biorą pod uwagę, czy dana firma jest odpowiedzialna społecznie[1]. Za najważniejsze czynniki wspierające rozwój CSR w Polsce firmy uznały: szerzenie wiedzy przez organizacje i media (74% odpowiedzi), a także dzielenie się dobrymi praktykami przez firmy międzynarodowe (62%). Z kolei do czynników hamujących rozwój CSR, poza nieznajomością tematu (62%), zalicza się również brak odpowiedniego budżetu (41%), a także niewielkie zrozumienie i zaangażowanie wśród pracowników (41%) oraz osób zarządzających (37%).
Pracownicy to jeden z najważniejszych interesariuszy firmy. Brak zaangażowania i zrozumienia wśród nich (41%) należy do głównych wyzwań dla osób zajmujących się CSR. Pozytywnym wskaźnikiem jest to, iż firmy chcą systematycznie rozwijać działania zaangażowania społecznego i wolontariat. Jest to szczególnie istotne z perspektywy młodego pokolenia (Millenials), dla którego work-life balance i „sens pracy” są często kluczowe w decyzjach o wyborze pracodawcy. – mówi Małgorzata Marek, CR Manager, Poland & CEE w firmie PwC oraz Przewodnicząca Komitetu CSR Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej.
Czemu firmy angażują się w prowadzenie działań CSR?
Z przeprowadzonej przez CCIFP ankiety wynika, że wciąż aspekt wzmacniania pozytywnego wizerunku jest dla firm istotnym bodźcem do wprowadzania instrumentów odpowiedzialnego zarządzania (takie stanowisko podziela 75% ankietowanych). Nieco mnie to niepokoi. Pozostaje jednak nadzieja, że z myślenia o zarządzaniu wizerunkiem bliżej będzie nam do zarządzania reputacją, a więc także tożsamością firmy. – mówi Konrad Ciesiołkiewicz, Dyrektor Komunikacji Korporacyjnej i CSR w Orange Polska oraz Wiceprzewodniczący Komitetu CSR Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej. Silną motywacją do prowadzenia działań CSR (45% odpowiedzi) są również odgórne wytyczne i globalna polityka grupy. Dzięki temu firmy mogą pozyskiwać ciekawe rozwiązania, sprawdzone za granicą. Jedynie 22% ankietowanych odpowiedziało, że prowadzenie działań CSR wynika z wewnętrznej potrzeby i świadomości prowadzenia firmy zgodnie z zasadami odpowiedzialnego biznesu.
Pracownicy i społeczności lokalne – najwięksi beneficjenci działań CSR
Firmy najczęściej prowadzą działania skierowane do pracowników oraz społeczności lokalnej. W pierwszym obszarze główne miejsce zajmuje dbałość o rozwój (szkolenia, edukacja), a także dodatkowe świadczenia socjalne (82% i 77% odpowiedzi). Dla wielu firm działania te wchodzą w skład polityki HR i zarządzania zasobami ludzkimi, dlatego też często nie są utożsamiane z CSR’em. Stosunkowo mało firm prowadzi natomiast działania w obszarze wolontariatu pracowniczego (34%), czy godzenia pracy z życiem osobistym (45% odpowiedzi). Jednak to właśnie te obszary będą najintensywniej rozwijać się w przyszłym roku. 72% firm przyznaje się do prowadzenia działań na rzecz ochrony środowiska na różnym poziomie – od segregacji śmieci i prowadzenia programów oszczędności energii, po optymalizację łańcucha dostaw i redukcję emisji CO2 przez zakłady produkcyjne. W obszarze wsparcia dla społeczności lokalnych 60% firm deklaruje zaangażowanie w rozwój gospodarczy regionu poprzez zatrudnianie pracowników, czy współpracę z dostawcami i firmami z najbliższego sąsiedztwa. Znaczna część działań ma nadal charakter filantropijny i sprowadza się do przekazania pieniędzy na cele charytatywne, czy wsparcie finansowe lokalnej fundacji lub stowarzyszenia. Tego typu pomoc nie jest sitricte działalnością CSR’ową, jednak szczególnie w przypadku małych firm, ma duży walor edukacyjny. Firmy w ten prosty sposób zaczynają się angażować w działania lokalne, by w kolejnym etapie przejść do bardziej zaawansowanych form współpracy. Ciekawe wnioski płyną z analizy części poświęconej aktywności firm w obszarze współpracy z dostawcami i partnerami biznesowymi. Aż 72% firm ma wdrożone procedury współpracy z dostawami i partnerami zewnętrznymi, a 40% posiada kodeksy etyczne. Dużo niższe są jednak wyniki jeśli chodzi o weryfikowanie przestrzegania tych procedur. Jedynie niecałe 30% firm prowadzi audyty dla dostawców, a 28% organizuje szkolenia i akcje edukacyjne mające na celu zapoznanie partnerów z zasadami współpracy. Firmy zapowiadają jednak, że w kolejnych latach działalność edukacyjna będzie sukcesywnie rozwijana.
Tylko 8% firm ma dedykowane Działy CSR
Ostatnia część badania dotyczyła zarządzania projektami CSR. 43% firm deklaruje, że posiada długofalową strategię CSR, natomiast 38% prowadzi działania doraźne, w zależności od potrzeb i możliwości firmy. Jeśli chodzi o raportowanie, to prawie połowa z ankietowanych nie monitoruje prowadzonych działań i nie sporządza raportów. Tendencja ta będzie się jednak odwracać, gdyż prawie 20% firm planuje w najbliższym czasie podjąć się przygotowania raportu. Warto zauważyć, że dużym problemem dla firm są braki kadrowe oraz budżetowe. Jedynie 8% przedsiębiorstw posiada dedykowane działy CSR, a tylko 22% firm ma osobny budżet. W pozostałych przypadkach finansowanie zapewniane jest w ramach budżetów działów HR, czy marketingu, lub doraźnie w zależności od potrzeb. Powyżej 1 mln PLN rocznie na działania CSR przeznacza jedynie 9% firm. Kolejne 9% mieści się w przedziale 100 tys. – 1 mln PLN. Najwięcej firm (20%) wydaje w ciągu roku pomiędzy 10 a 50 tys. PLN.
Pierwsza edycja badania „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej” stanowi punkt wyjścia dla kolejnych edycji. Chcemy powtarzać je co roku, by sprawdzać jak szybko firmy przechodzą na kolejne szczeble zaawansowania i które obszary społecznej odpowiedzialności biznesu rozwijać się będą najbardziej dynamicznie. – mówi Monika Constant, Dyrektor Generalna CCIFP.
*****
O badaniu:
Badanie „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej” skierowane jest do firm stowarzyszonych we Francusko-Polskiej Izbie Gospodarczej (CCIFP). Przeprowadzono je w kwietniu 2016 i adresowano do Prezesów i osób zarządzających firm, Dyrektorów Działów CSR, PR, HR, Marketingu. Udział w nim wzięło 65 firm. Celem badania było pogłębienie wiedzy na temat poziomu zaangażowania w CSR firm stowarzyszonych CCIFP. Wyniki pokazują jak firmy oceniają kondycję społecznie odpowiedzialnego biznesu w Polsce, jak realizują w praktyce jego założenia oraz jakie mają plany rozwoju na najbliższe lata. Założeniem badania „CSR w praktyce” jest jego cykliczność, która pozwoli rok do roku monitorować stan i kierunek rozwoju CSR w firmach francuskich.
O CCIFP
Francusko-Polska Izba Gospodarcza (CCIFP) skupia ponad 460 firm z kapitałem francuskim oraz polskim i jest jedną z najaktywniejszych izb handlowych w Polsce. Głównym celem działań Izby jest współtworzenie jak najlepszych warunków dla inwestycji i rozwoju gospodarczego w Polsce. Aktywności CCIFP w kontaktach z organami administracji państwowej oraz organizacjami pracodawców, sprzyjają współpracy i wymianie doświadczeń biznesowych pomiędzy przedsiębiorcami z Francji i Polski. Izba zajmuje się również promocją najlepszych praktyk oraz rozwiązań biznesowych, zapewniających rozwój gospodarczy i społeczny. Francusko-Polska Izba Gospodarcza powstała w kwietniu 1994 roku z inicjatywy przedsiębiorców francuskich i należy do Związku Francuskich Izb Przemysłowo-Handlowych (CCIFI) zrzeszającego 112 Izb francuskich na świecie. www.ccifp.pl
[1] Dane pochodzą z badania jakościowego przeprowadzonego w maju 2016 roku przez Havas Media Group.
W 2015 roku obroty polskiego m-commerce wzrosły o 109%
W 2016 roku polski e-klient wyda średnio 128 euro poprzez urządzenia mobilne
Z tabletów i smartfonów na zakupach online korzysta więcej Polaków (16%) niż Włochów (5%) lub Hiszpanów (10%)
Polski m-commerce nabiera tempa. W 2015 roku zakupy online przy użyciu tabletu lub smartfonu zrobiło już prawie 6 milionów Polaków – to 16 procent społeczeństwa. W naszym kraju już blisko 30% e-klientów sięga w tym celu po urządzenia mobilne. Liczba m-kupujących jest wyższa niż nawet we Włoszech lub w Hiszpanii – tak wynika z międzynarodowego badania przeprowadzonego w 10 krajach na zlecenie RetailMeNot (www.retailmenot.pl), największego na świecie centrum zakupów online, udostępniającego kupony rabatowe i zniżki do sklepów internetowych.
Według tego raportu obroty polskiego m-commerce wzrosły w 2015 roku ponad dwukrotnie (109%). Jego wartość w 2016 roku osiągnie już 1 miliard euro. Jak duża jest to część obrotów całego naszego rynku e-commerce? Szacuje się, że na każde 6 euro wydane online przez Polaków, 1 euro przepłynie przez tablety lub smartfony. W 2016 roku polski e-klient pójdzie na „mobilne” zakupy średnio prawie cztery razy, za każdym razem wydając blisko 35 euro. W sumie, w przeliczeniu na jednego kupującego mobilnie, będzie to przeciętnie 128 euro.
„Dynamikę polskiego m-commerce pokazuje fakt, że w latach 2013-2016 jego obroty zwiększą się w sumie ponad sześciokrotnie. 28 procent polskich e-klientów zrobiło w zeszłym roku zakupy poprzez smartfony lub tablety. Te liczby potwierdzają, że urządzenia mobilne również w Polsce coraz częściej nie tylko pełnią funkcję swoistego asystentazakupów – m-kupujący szukają na nich między innymi informacji o produktach i porównują ceny między sklepami, lecz również są ważnym kanałem sprzedaży,” – mówi Mike Lester, Vice President and General Manager, New Markets w RetailMeNot. „Polski rynek m-commerce ma ogromny potencjał i spodziewamy się, że w przyszłości będzie się rozwijał jeszcze szybciej. Ogromną rolę w jego rozwoju odgrywają działania przedsiębiorców, mające na celu stałą optymalizację mobilnych zakupów, poprzez między innymi zwiększenie intuicyjności w użytkowaniu sklepów internetowych oraz ułatwianiu płatności smartfonami lub tabletami” – dodaje.
O badaniu
Międzynarodowe badanie e-commerce zostało przeprowadzone w styczniu 2016 roku przez RetailMeNot we współpracy z Centre for Retail Research w 10 krajach (Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Kanada, Holandia, Polska, Szwecja, Hiszpania i USA). Zawiera obszerne dane statystyczne, analizę statystyk i prognoz dotyczących handlu, telefoniczne wywiady z wiodącymi sprzedawcami, jak również reprezentatywne badania użytkowników, w tym tysiąca respondentów z Polski. Zgodnie z metodologią OECD, „handel detaliczny“ w ramach tego raportu obejmuje sprzedaż dóbr klientom końcowym poprzez sklepy stacjonarne i Internet, z wyjątkiem gastronomii, pojazdów samochodowych, benzyny i materiałów napędowych, biletów (wejściówek), podróży, ubezpieczeń, a także produktów bankowych i finansowych.
ERNE VENTURES, fundusz kapitałowy notowany na rynku NewConnect, zamierza przenieść notowania swoich akcji na rynek regulowany GPW w Warszawie. Spółka zakończyła 2015 rok jednostkowym zyskiem netto w wysokości 5,4 mln zł i cały czas poszukuje nowych, perspektywicznych projektów inwestycyjnych, które pozwolą jej osiągać bardzo dobre wyniki finansowe w kolejnych latach.
W minionym roku Spółka dokonała inwestycji w dwa podmioty z branży gier: QubicGames – która ma zadebiutować już w najbliższych tygodniach na NewConnect – oraz Huckleberry Games planującej debiut jeszcze w tym roku. Z kolei wspólnie z Politechniką Warszawską ERNE VENTURES zawiązała spółki NanoStal oraz NanoStal-Procesy, których celem jest rozwijanie i wdrażanie do przemysłu nowoczesnych technologii nanostrukturyzacji stali. Istotnym aktywem w portfolio ERNE VENTURES jest także notowana na NewConnect spółka The Farm 51 Group.
„Miniony rok był dla nas okresem pełnym wyzwań oraz aktywnego poszukiwania nowych i ciekawych przedsięwzięć biznesowych. Podejmowane działania zaowocowały nowymi inwestycjami w dwie spółki z branży gier oraz w podmioty zajmujące się wdrażaniem do przemysłu bardzo innowacyjnych technologii. Jestem przekonany, że realizowana przez ERNE VENTURES polityka inwestycyjna pozwoli osiągać dobre wyniki finansowe w nadchodzących latach.” – komentuje Arkadiusz Kuich, Prezes Zarządu ERNE VENTURES.
Spółka również na poziomie skonsolidowanym poprawiła swoje wyniki finansowe. W 2015 roku zysk netto ERNE VENTURES sięgnął 183 tys. zł wobec straty netto rok wcześniej w wysokości 7.435 tys. zł. Kurs akcji Spółki zanotował w minionym roku wzrost o prawie 467%, co było 10-tym najlepszym wynikiem na całym rynku NewConnect. Z kolei wartość obrotów akcjami ERNE VENTURES wyniosła w 2015 roku ponad 29,1 mln zł, plasując Spółkę na 9-tym miejscu wśród podmiotów notowanych na tym rynku. Ponadto we wrześniu ubiegłego roku Spółka została włączona w skład portfela indeksu NCIndex30, który obejmuje swoim portfelem jedynie 30 najbardziej płynnych spółek spośród 420 notowanych na NewConnect.
„Myślę, że nasi Akcjonariusze oraz nowi inwestorzy bardzo dobrze oceniają rozwój Spółki oraz jej wyniki finansowe, bowiem kurs naszych akcji wzrósł w 2015 roku prawie pięciokrotnie. Zanotowaliśmy także znaczący wzrost płynności. Mamy ambitne plany i cały czas bardzo ciężko pracujemy nad rozwijaniem spółek portfelowych, co powinno przełożyć się na dalszy wzrost ich wartości. Opisane wyżej sukcesy skłoniły Zarząd do złożenia na najbliższe Zwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy projektów uchwał dopuszczających wszystkie akcje Spółki do notowań na rynku głównym w Warszawie. ZWZA odbędzie się w dniu 30 czerwca.” – podsumowuje Prezes Kuich.
Kolejnym dużym sukcesem dla ERNE VENTURES okazała się zeszłoroczna inwestycja w spółkę QubicGames, która już w najbliższych tygodniach powinna zadebiutować na NewConnect. W sierpniu 2015 r. ERNE VENTURES objęła 21% udziałów w QubicGames za 750 tys. zł przy wycenie na poziomie 3,5 mln zł. Niecały rok później – w maju tego roku – QubicGames przeprowadziła zapisy na akcje w ramach oferty publicznej. W trakcie trwania emisji przydzielono wszystkie oferowane akcje w transzy małych inwestorów, a poziom redukcji zapisów wyniósł 64%. W transzy dużych inwestorów przydzielonych zostało 1,6 mln akcji. Cena emisyjna wyniosła 2,00 zł, a łącznie przydzielono 2,1 mln szt. akcji. Oznacza to wycenę przed debiutem na poziomie blisko 20 mln zł.
ERNE VENTURES tylko w pierwszym kwartale tego roku wypracowała 2,1 mln zł jednostkowego zysku netto. W analogicznym okresie ubiegłego roku zysk netto Spółki sięgnął prawie 1,2 mln zł. Natomiast skonsolidowany zysk netto funduszu w pierwszym kwartale 2016 r. wyniósł 1,7 mln. zł wobec 0,7 mln zł rok wcześniej.
Świat o niewielkim wzroście gospodarczym i niewielkich oczekiwaniach potrzebuje zastrzyku energii
Demokracje cierpią przez krótkowzroczną i nadmiernie rozrośniętą klasę polityczną
Nacisk w polityce powinien być położony na skalę mikro kosztem makro
Inwestycje w wojsko nieoczekiwanie przekładają się na innowacje
Skuteczna polityka jest elegancka, zrównoważona i prosta
Spędziłem właśnie bardzo interesujący tydzień w Atenach i Paryżu, dwóch stolicach, z których każda musiała się zmierzyć z własną dawką dysfunkcyjnej polityki. W ramach moich licznych podróży odwiedzam rocznie ponad 30 krajów i jedno z pytań, które słyszę najczęściej, to:
„Co byś zrobił, gdybyś był prezydentem?”.
Ponieważ nie cofam się przed żadnym wyzwaniem, przez lata starałem się dopracować „program prezydenta Jakobsena”, który ostatecznie przyjął następującą postać:
Przez całą kadencję nie przejawię absolutnie żadnej inicjatywy.
Zadekretuję, by na każdą nową ustawę przyjętą przez parlament dwie inne zostały uchylone.
Zadecyduję, że stopa wzrostu w sektorze publicznym na najbliższe dziesięć lat będzie co najmniej zerowa.
Inwestycje w podstawowe badania naukowe i wojsko będą rosły proporcjonalnie do PKB.
I tyle! A oto dlaczego…
Bezczynność
Istnieją liczne dowody na to, że program, w ramach którego politycy nic nie robią to najlepsze lekarstwo dla każdej gospodarki. W Grecji i we Francji system polityczny utrudnia prowadzenie działalności i tworzenie miejsc pracy. W Belgii, w której przez dwa lata nie było żadnego rządu, wszystkie wskaźniki makroekonomiczne w tym okresie uległy wyraźnej poprawie.
Gospodarka napędzana jest strukturami na poziomie mikro. Są to m.in. małe przedsiębiorstwa, ambitni nauczyciele i przedsiębiorcy, którzy dążą do opracowania lepszych produktów, idei i systemów. Gospodarka, która nie rośnie, to system ekonomiczny, w którym makro odgrywa zbyt wielką rolę, a mikro – zbyt małą.
Za dużo ingerencji rządu, banków centralnych i ekonomistów; za mało studentów, małych i średnich przedsiębiorstw, zachęt gospodarczych i podstawowych badań naukowych.
W ten weekend na okładce The Economist widniał tytuł: „Wolność słowa zagrożona”. Osobiście dorzuciłbym: „podobnie jak wolny handel, wolne rynki i wolne myślenie”.
Historia świata pokazuje, że mocniejsze systemy gospodarcze to te, w których przeciwne siły nawzajem się ograniczają. Niezdolność do narzucenia gospodarce idei makroekonomicznych oznaczała tradycyjnie lepszy wzrost.
Moja bezczynność podczas całej kadencji umożliwi społeczeństwu dokonanie kroku naprzód i dostrzeżenie niestosowności spektaklu, w ramach którego politycy z parciem na szkło stale domagają się naszej uwagi z kompletnie niewłaściwych przyczyn i słuchają samych siebie zamiast ustanawiać cele, które dany kraj powinien osiągnąć za 10, 20 i 30 lat.
Jedna ustawa za dwie
Dla każdego kraju największym problemem jest rządowa biurokracja i papierologia. Aby utworzyć w pełni funkcjonujący system prawny zapewniający przejrzystość, równe prawa i sprawiedliwość, należy uprościć system sądownictwa. Należy zagwarantować fundamentalne prawa, jednak efektywny system prawny powinien redukować ogólną złożoność, a nie ją zwiększać.
Konstytucja Stanów Zjednoczonych to jeden z najbardziej fascynujących dokumentów, jakie kiedykolwiek sporządzono i stanowi wzorzec dla pozostałych krajów. Nadmienię, że amerykańska konstytucja liczy sobie raptem 4 543 słów – mniej niż wiele moich artykułów! To najstarsza i najkrótsza spisana konstytucja znaczącego kraju na świecie.
Wreszcie, zasadą polityki publicznej powinno być założenie, że wszystkie postanowienia lub klauzule ujęte w danej regulacji czy ustawie wymagają określenia terminu ich wygaśnięcia, o ile nie zostaną wcześniej ustawowo przedłużone. Specjalnie dla moich zainteresowanych historią czytelników wyjaśniam, że zasada ta pochodzi z czasów republiki rzymskiej, kiedy to prawo senatu do pobierania specjalnych podatków i kierowania siłami wojska było ograniczone, zarówno pod względem czasu, jak i zakresu.
Zerowy wzrost w sektorze publicznym
Nie wierzę w dalekosiężne ingerencje w naturę i strukturę społeczeństwa, jednak jest dla mnie absolutnie jasne, że demokracja i wzrost gospodarczy są zagrożone w momencie, gdy 50% populacji to beneficjenci świadczeń socjalnych. W takiej sytuacji grupa ta ma doskonały powód, by nie dążyć do żadnych zmian, nawet pomimo faktu, iż dla społeczności ogółem – w tym również dla osób żyjących z zasiłków – takie rozwiązanie to czysta strata netto!
Brak inicjatyw politycznych w czasie kryzysu finansowego miał relatywnie niewielkie znaczenie w porównaniu z utratą dochodów w tym okresie. Demokracja jest najsłabsza wówczas, gdy społeczeństwo staje się bierne, a głosowanie za utrzymaniem status quo staje się normą.
Aby choćby częściowo rozwiązać ten problem, sektor publiczny i związane z nim wszystkie wypłacane świadczenia socjalne należy sprowadzić co najmniej poniżej 40%. Proponuję, by tegoroczny nominalny poziom wydatków zatytułować „Indeksem 100”; odtąd wszelkie oszczędności będą pozostawać w systemie, dzięki czemu stanie się on bardziej produktywny.
Przeciwstawne siły, tj. demografia (wyższe koszty) i cyfryzacja (znacznie niższe koszty i większa zdolność do rzetelnej oceny dochodów i wydatków) również przyniosą lepsze rezultaty w tym zakresie.
Podstawowe badania naukowe i wojsko
Oba te sektory powinny rosnąć proporcjonalnie do PKB. Badania, ponieważ relacja produktywności do PKB jest obecnie najniższa w historii, a wiemy z licznych opracowań, że produktywność i podstawowe badania naukowe są ściśle ze sobą powiązane. Im lepszy jest stan podstawowych badań naukowych i średni poziom wykształcenia ludności, tym wyższy jest poziom innowacyjności, produktywności i zatrudnienia (co z kolei obniża koszty świadczeń socjalnych).
Najbogatsze państwa świata mają jedną wspólną cechę: ponadprzeciętny poziom wykształcenia. Szwecja, Norwegia, Dania, Holandia, Singapur, Niemcy, Australia, Kanada… wszystkie te kraje odnotowują dobre wyniki w zakresie edukacji, a ich zamożność to nie przypadek.
A wojsko? Może to być zaskoczeniem, ale potrzebujemy silnego wojska z wielu powodów… najważniejszy z nich to fakt, iż silna armia zmniejsza prawdopodobieństwo, że będziemy musieli kiedyś jej użyć.
Nic tak skutecznie nie zniechęca do konfliktów niż potencjał obronny przeciwnika. Wydatki na wojsko idą również w parze z wysokorozwiniętą technologią i powiązaną z nią innowacyjnością. Wreszcie najbardziej produktywna przyczyna: wojsko to jeden z najlepszych sposobów na szkolenie młodzieży – uczy, że dyscyplina i praca zespołowa nieuchronnie przekładają się na siłę zarówno armii, jak i tożsamości państwowej.
Na koniec pragnę podkreślić, że nigdy i nigdzie nie będę kandydował na prezydenta, jednak w świecie, w którym wyborami, referendami i – naturalnie – zwycięstwem kandydatów na urzędy publiczne rządzi konsensus tłumu, istotne jest przyjrzenie się temu, jak społeczeństwo faktycznie ewoluuje wraz z upływem czasu…
Naszym zadaniem jest doskonalić się, uczyć się nowych rzeczy i dążyć do realizacji coraz bardziej ambitnych celów, tak by tempo wzrostu stale rosło.
Osobiście wierzę, że wszystko zależy od prostoty, lub – by użyć bardziej współczesnego słowa – od „przejrzystości”. Ludzie nie są przyzwyczajeni do pamiętania więcej niż trzech rzeczy naraz, przez co potrzebują swoistych ram: zachęty i kierunku; wizji i produktywności; wykształcenia i podstawowych badań naukowych.
Bez tego mamy dzisiejszą alternatywę: brak wolnego rynku, brak wiary w podział pracy, brak mobilności społecznej, najniższą produktywność w historii, rekordowy poziom nierówności, największe rządy i interwencje banków centralnych… Mógłbym jeszcze długo wymieniać dalej.
Ta lista nie tylko jest niekompletna, ale także jest naiwna w świecie nadal szukającym rozwiązań makro.
Pozwolę sobie jednak podsumować za Leonardem da Vinci:
Ciekawie zapowiadają się dziś dane o bilansie handlowym Wielkiej Brytanii. Na notowania funta nie będą miały większego wpływu, ale dadzą trochę informacji o stanie brytyjskiego handlu. Po referendum 23 czerwca będzie warto do nich wrócić. Na razie kurz bitewny związany z wojną o Brexit przysłania wszystko, więc twarde informacje gospodarcze nie mają większego znaczenia dla szterlinga.
Niemcy pokazały rano całkiem niezłe dane o handlu zagranicznym, więc klimat związany z obawami o spadek eksportu nieco się poprawił. Nie zmienia to jednak faktu, że stan chińskiej gospodarki, która miała być główną przyczyną niemieckich lęków, nie do końca jest jasny. Pekin opublikował dane o inflacji, które wywołały mieszane uczucia: inflacja producencka okazała się lepsza od konsensusu, a konsumencka – gorsza. Ponieważ jednak rynek przywiązuje większą wagę do tej pierwszej, w sumie wynik nie wypadł najgorzej.
Wydarzeniem dnia są bez wątpienia dane o liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Po piątkowym szoku, wywołanym informacjami o zaskakująco niskim wzroście nowych miejsc pracy, informacje o zatrudnieniu mają duże znaczenie dla dolara. Nie wiadomo, czy dane z piątku były tylko epizodem, czy raczej początkiem niepokojącej tendencji. Na razie rynek skłania się ku tej pierwszej tezie, ale musi znaleźć jakieś potwierdzenie. Być może uda się to już dzisiaj.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Zgodnie z rynkowym konsensusem RBNZ nie obniżył stóp procentowych. Koszt pieniądza pozostał na niezmienionym poziomie – 2,25%. Kilka godzin później odbyła się konferencja z udziałem Banku Centralnego. BC nie wykluczył luzowania podczas kolejnych posiedzeń, ale w dalszym ciągu obawia się rosnącej bańki na rynku nieruchomości.
Kiwi na wieść o pozostawieniu stóp procentowych bez zmian wystrzeliło do góry. Na interwale tygodniowym zbliżyliśmy się do górnego ograniczenia kanału wzrostowego. Zatem prawdopodobieństwo korekty ostatnich wzrostów staje się coraz bardziej prawdopodobne. Najbliższym celem sprzedających może być strefa popytu 0.667-0.676. W długim terminie bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego.
Historia rynku kapitałowego w Polsce to historia GPW. 25 lat po powstaniu w Polsce rynku kapitałowego jego współtwórca Lesław A. Paga został pośmiertnie uhonorowany podczas uroczystości, która odbyła się w siedzibie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Sala Notowań warszawskiego parkietu nosi od teraz jego imię. Tablicę upamiętniającą to wydarzenie ufundowała firma doradcza Deloitte, która jest również mecenasem książki „Regulowany rynek kapitałowy. Początki”, wydanej przez Fundację im. Lesława A. Pagi.
1 z 3
Tablica została odsłonięta podczas uroczystości przyznania Nagrody Lesława A. Pagi. W tym roku po raz pierwszy od 13 lat jej laureatem jest instytucja, a nie osoba fizyczna. Kapitała przyznała ją bowiem Giełdzie Papierów Wartościowych. Nagroda jest wyróżnieniem przyznawanym dynamicznym, skutecznym w działaniu, rzetelnym, reprezentującym najwyższe standardy etyczne i zawodowe osobom lub instytucjom. Ideą wyróżnienia jest pokazanie roli jaką odgrywają w polskiej gospodarce wizjonerzy biznesu.
„Warszawska Giełda była i powinna zostać ważnym elementem polskiej gospodarki. Pozostanie też kluczowana dla jej dalszego rozwoju. Od samego początku swego istnienia GPW i działający na jej parkiecie inwestorzy byli źródłem pozyskiwania kapitału, miejscem lokowania oszczędności, oceny pracy zarządów notowanych na nich spółek czy miernikiem sukcesu budowanych przez lata prywatnych tak polskich jak zagranicznych przedsiębiorstw. Ważne aby przez strategiczne działania nasza Giełda pozostała miejscem aktywnego handlu i nie została zmarginalizowana” – mówi Tomasz Ochrymowicz, Partner zarządzający działem doradztwa finansowego, Deloitte.
Nagrodę Lesława A. Pagi wręczono podczas uroczystości „Mistrz i Uczeń”, w ramach obchodów 25-lecia rynku kapitałowego w Polsce. „Była to znakomita okazja, by uhonorować również jego twórcę. Jest to dla nas tym bardziej ważne, że Lesław A. Paga, pierwszy przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych, po zakończeniu służby publicznej przez dziewięć lat był Partnerem Zarządzającym Deloitte, najpierw Deloitte w Polsce, a później kierował praktyką Deloitte w Europie Środkowej” – mówi Marek Metrycki, Partner Zarządzający Deloitte Polska.
22 marca 1991 roku Sejm uchwalił Prawo o publicznym obrocie papierami wartościowymi i funduszy powierniczych. Na mocy tej ustawy została powołana Komisja Papierów Wartościowych. Inauguracyjna sesja giełdowa odbyła się 16 kwietnia 1991 roku, cztery dni po podpisaniu aktu założycielskiego GPW. Między innymi o tych wydarzeniach opowiada, wydana przez Fundację im. Lesława A. Pagi, książka „Regulowany rynek kapitałowy. Początki”, którą patronatem objął Deloitte. „To fascynująca opowieść o pionierach wyprzedzających swój czas, o zaangażowaniu i pasji, które pozwoliły na stworzenie w Polsce silnego i bezpiecznego regulowanego rynku kapitałowego.” – mówi Marek Metrycki.
Krajowi deweloperzy coraz chętniej korzystają z nowoczesnych systemów zarządzania mieszkaniem i domem. Takich rozwiązań oczekuje już 2/3 Polaków. Inteligentna automatyka daje komfort i bezpieczeństwo, ale zalet jest dużo więcej.
1 z 3
Inteligencja budynkowa jeszcze kilka lat temu była domeną luksusowych apartamentowców. Teraz staje się naturalnym elementem rodzimego rynku nieruchomości. Ultranowoczesne systemy zarządzania własnym M zyskują popularność wśród osób poszukujących nowych mieszkań. Aż dwóch na trzech naszych rodaków chciałoby mieć taki system do swojej dyspozycji. Co piąty deklaruje, że już z niego korzystał.
Jak wygląda działanie takiej technologii w praktyce? Innowacją są systemy produkowane w Polsce, dokładnie w Poznaniu, a do ich obsługi wystarczy smartfon, tablet lub komputer. Dzięki nim możemy (z dowolnego miejsca na świecie) uruchomić pralkę, opuścić rolety czy włączyć klimatyzację lub piekarnik.
Jest popyt, jest podaż
Nieruchomości wyposażone w automatykę są postrzegane jako nowoczesne, funkcjonalne, oszczędne i bezpieczne. Na potrzeby rynku szybko zareagowali deweloperzy i wielu z nich traktuje takie inteligentne systemy jako absolutny standard. – Jako deweloper śledzący trendy na rynku i stawiający na jakość, widzimy, że możliwość zarządzania funkcjami mieszkania ma coraz większe znaczenie dla potencjalnego nabywcy. Dlatego w naszych flagowych inwestycjach nie brakuje nowoczesnych i funkcjonalnych rozwiązań – podkreśla Magdalena Jańczuk, specjalistka ds. PR w Marvipolu, który stawia osiedle Riviera Park na warszawskim Żeraniu.
Osoby szukające własnego lokum najczęściej biegle posługują się nowoczesnymi technologiami i wiedzą, jak czerpać z nich korzyści. – Życie w ciągłym biegu sprawia, że szukają sposobów na zaoszczędzenie czasu. System uwalnia ich od wielu uciążliwych czynności. Obok komfortu i bezpieczeństwa to kolejny czynnik atrakcyjności mieszkania. Warto wykorzystać jego potencjał już teraz – mówi Rafał Ciszewski, menedżer ds. obsługi klienta biznesowego i rynku deweloperskiego FIBARO, polskiego innowatora w dziedzinie systemów do domów inteligentnych.
Z inteligentnych bezprzewodowych rozwiązań skorzystają między m.in. innymi przyszli mieszkańcy apartamentów LEA 251 oraz Cubic House w Krakowie. – Wszystkie nasze nowoczesne mieszkania mogą być wyposażone w bezprzewodowy inteligentny system, dostosowany do nawet najbardziej wyszukanych potrzeb przyszłych lokatorów. Jak wygląda to w praktyce, można już podglądać w apartamencie pokazowym – mówi Paweł Basiewicz z Modern Living Development, czyli dewelopera, który buduje obie inwestycje.
Większe bezpieczeństwo w domu
Polskie systemy, oferowane między innymi przyszłym lokatorom osiedla Riviera Park na warszawskim Żeraniu, umożliwiają maksymalne spersonalizowanie mieszkania, co daje w efekcie ponadstandardowe poczucie komfortu. – Sprawią, że mieszkańcy zawsze będą wracać do warunków, które odpowiadają na ich potrzeby. Unikną niepotrzebnego zużywania energii, a także zapewnią znacznie wyższe poczucie bezpieczeństwa, zarówno pod względem ewentualnego włamania jak i awarii, na przykład z powodu zalania. Dzięki temu można mieć pełną kontrolę nad swoją przestrzenią mieszkalną – mówi Magdalena Jańczuk.
Bardziej skomplikowane i interaktywne sekwencje da się zaprogramować dzięki zaawansowanym opcjom. Możemy więc sprawić, aby zaraz po zachodzie słońca zamykały się rolety, piekarnik włączał się tuż przed naszym powrotem albo upewnić się, że po prasowaniu nie dojdzie do pożaru i zdalnie wyłączyć żelazko. Wszystko działa dzięki modułom, które komunikują się bezprzewodowo z centralką. – Komfort, wygoda, bezpieczeństwo i oszczędności, to właśnie definicja najwyższego standardu mieszkania, która jest już codziennością i przyciąga mieszkańców, dążących do spełnienia marzeń o własnym M. Klienci sami projektują sobie mieszkania, my dokładamy do tego ultranowoczesne rozwiązania – precyzuje Paweł Basiewicz z Modern Living Development.
Warto pamiętać też o tym, że zmianie ulega myślenie o bezpieczeństwie. Końca dobiega epoka strzeżonych osiedli za płotem, a bezpieczeństwo zaczyna się właśnie we własnym mieszkaniu. Dlatego inteligencja budynkowa uzupełnia tradycyjny system alarmowy
i dodatkowo pomaga chronić domowników. Do minimum ogranicza skutki pożaru czy zalania, a jej instalacja zwiększa bezpieczeństwo całego osiedla. Zakup systemu nie wymaga dużych nakładów finansowych, a jest niewątpliwym atutem podczas prezentowania inwestycji, ponieważ mieszkańcy mogą zmniejszyć na przykład opłaty za media, zyskując jeszcze poczucie komfortu i bezpieczeństwa.
Pojawianie się dziecka to przełom w każdej rodzinie, nie tylko od względem emocjonalnym, ale także finansowym. Niemowlę generuje spore wydatki, dlatego wiele pracownic stara się o przyznanie zasiłku macierzyńskiego. Jak to zrobić?
Kto może otrzymać zasiłek macierzyński?
O zasiłek macierzyński mogą starać się nie tylko rodzice biologiczni i adopcyjni zatrudnieni na podstawie umowy o pracę, ale także przedsiębiorcy i osoby zatrudnione na podstawie umów cywilnoprawnych. Warunkiem koniecznym jest podleganie ubezpieczeniu chorobowemu.
Z jakiego tytułu wypłacany jest zasiłek macierzyński i przez jaki okres przysługuje?
Zasiłek macierzyński nie przysługuje jedynie przez okres urlopu macierzyńskiego. Jest związany z urodzeniem lub przysposobieniem dziecka, ale obejmuje okresy wszystkich urlopów związanych z rodzicielstwem, czyli:
urlopu macierzyńskiego, czyli za:
20 tygodni – gdy urodzi się lub zostanie przysposobione jedno dziecko,
31 tygodni – gdy urodzi się lub zostanie przysposobione dwoje dzieci,
33 tygodni – gdy urodzi się lub zostanie przysposobione troje dzieci,
35 tygodni – gdy urodzi się lub zostanie przysposobione czworo dzieci,
37 tygodni – gdy urodzi się lub zostanie przysposobione pięcioro i więcej dzieci,
urlopu tacierzyńskiego – za urlop, którego nie wykorzystała matka dziecka,
urlopu rodzicielskiego, czyli za:
32 tygodni – w przypadku urodzenia lub przysposobienia jednego dziecka,
34 tygodni – w przypadku urodzenia lub przysposobienia dwójki lub więcej dzieci,
urlopu ojcowskiego – przysługuje za 14 dni tego urlopu.
Zasiłek macierzyński – niezbędne dokumenty
Uzyskanie zasiłku macierzyńskiego wiąże się z koniecznością dopełnienia pewnych formalności. Pracodawcy należy dostarczyć:
zaświadczenie lekarskie stwierdzające przewidywaną datę porodu – za okres przed porodem;
skrócony odpis aktu urodzenia – po porodzie;
oświadczenie o urodzeniu pierwszego lub kolejnego dziecka,
oświadczenie o dacie przyjęcia dziecka na wychowanie;
zaświadczenie o wystąpieniu do sądu z wnioskiem o wszczęcie postępowania w sprawie przysposobienia dziecka lub przyjęcia dziecka na wychowanie w ramach rodziny zastępczej, zawierające datę urodzenia dziecka.
Pracodawca załącza do wymienionych dokumentów zaświadczenie o udzielonym urlopie macierzyńskim, które ma informować o długości udzielonego urlopu i zazwyczaj składane jest w formie połączonego wniosku o urlop macierzyński i rodzicielski.
Pracownik-ojciec, który stara się o udzielenie urlopu ojcowskiego i chciałby otrzymywać za ten czas zasiłek macierzyński, powinien przedstawić pracodawcy następujące dokumenty:
odpis skrócony aktu urodzenia dziecka lub postanowienie sądu o przysposobieniu dziecka,
oświadczenie, że zasiłek macierzyński za okres urlopu ojcowskiego nie został wcześniej pobrany z innego tytułu,
wniosek o udzielenie urlopu ojcowskiego (co najmniej na 7 dni przed rozpoczęciem urlopu).
Pracodawca, podobnie jak w przypadku zasiłku macierzyńskiego pobieranego za czas przebywania pracownicy na urlopie macierzyńskim, przekazuje do ZUS wszystkie powyższe dokumenty i dołącza do nich zaświadczenie o udzieleniu pracownikowi urlopu ojcowskiego, także w formie wniosku o udzielenie tego urlopu. Na wniosku musi się jednak znaleźć adnotacja o udzieleniu urlopu oraz podpis pracodawcy.
W przypadku, gdy zasiłek jest wypłacany przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych, do jego wypłaty niezbędne jest każdorazowe przedstawienie zaświadczenie płatnika składek. Wystawia się je na druku:
ZUS Z-3 – dla pracowników;
ZUS Z-3b – dla ubezpieczonych wykonujących pozarolniczą działalność gospodarczą, ubezpieczonych współpracujących z osobami prowadzącymi pozarolniczą działalność oraz duchownymi;
ZUS Z-3a – dla pozostałych ubezpieczonych.
Wysokość zasiłku macierzyńskiego
Jeżeli pracownica chce wykorzystać urlop rodzicielski, nie później niż 21 dni po porodzie powinna złożyć wniosek o udzielenie jej bezpośrednio po urlopie macierzyńskim urlopu rodzicielskiego. Zasiłek macierzyński będzie wynosił 100% za okres urlopu macierzyńskiego i 6 tygodni urlopu rodzicielskiego, jeżeli nie będzie wnioskowała od razu o przyznanie przysługujących jej urlopów. Za pozostałą część urlopu rodzicielskiego zasiłek zostanie jednak obniżony do wysokości 60% podstawy wymiaru.