Nowy dyrektor rynków kapitałowych

Sean Doyle został nowym Dyrektorem Działu Rynków Kapitałowych CBRE w Polsce.

Sean Doyle, Head of Capital Markets, CBRE hqW nowej roli, Sean Doyle będzie zarządzał 11 osobowym zespołem Działu Rynku Kapitałowych, doradzał klientom w podejmowaniu strategicznych decyzji inwestycyjnych, a także współpracował z pozostałymi działami firmy oferując pełne wsparcie dla każdego sektora nieruchomości obsługiwanego przez firmę CBRE.

Sean posiada ponad 12 letnie doświadczenie w sektorze inwestycyjnym na rynku nieruchomości komercyjnych, które budował pracując m.in. w Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii.. W swojej karierze zaangażowany był w doradztwo przy największych transakcjach inwestycyjnych na rynku polskim oraz w regionie CEE. W ciągu ostatnich pięciu lat Sean obsługiwał projekty inwestycyjne warte ponad 3,5 miliarda euro, wśród których warto wymienić transakcje dotyczące takich budynków biurowych jak: Rondo 1, Metropolitan, Warsaw Financial Center, International Business Centre, Senator oraz portfolio budynków firmy Ghelamco. W ostatnim czasie Sean reprezentował fundusz Deutsche Asset & Wealth Management przy zakupie Starego Browaru oraz doradzał przy sprzedaży portfela nieruchomości FM Logistic w regionie CEE.

Daniel Bienias, Dyrektor Zarządzający, CBRE, komentuje:

„Wybór Sean’a na stanowisko Dyrektora Działu Rynków Kapitałowych jest uznaniem dla jego osiągnięć na rynku inwestycyjnym, które obserwujemy od kilku lat. Jego praca oraz relacje z klientami są wypadkową doskonałego rozumienia rynku oraz identyfikowania potrzeb klientów. Jestem przekonany, że w nowej roli Sean, korzystając ze swojego doświadczenia będzie kontynuował sukcesy działu, a jego współpraca z innymi liniami biznesowymi firmy przełoży się na jeszcze wyższą jakość usług oferowanych przez CBRE.”

Sean jest związany z firmą CBRE od 2010 roku, ostatnio zajmował stanowisko Dyrektora w Dziale Rynków Kapitałowych. Poprzednio pracował przez 4 lata jako Agent ds. Inwestycji w firmie Cushman & Wakefield w Polsce, w której był odpowiedzialny za doradztwo przy sprzedaży i zakupie nieruchomości biurowych, handlowych i magazynowych.

Sean Doyle ukończył Uniwersytet w Exeter na kierunku Historii i Lingwistyki Stosowanej (Język Hiszpański i Francuski) oraz studia podyplomowe na kierunku Nieruchomości na Uniwersytecie Kingston w Wielkiej Brytanii. Jest również członkiem RICS – międzynarodowego stowarzyszenia rzeczoznawców majątkowych.

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.12.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Nowa Toyota PROACE uzyskała maksymalny wynik 5 gwiazdek w testach bezpieczeństwa Euro NCAP

  • Nowa Toyota PROACE zdobyła maksymalne 5 gwiazdek Euro NCAP i tym samym potwierdziła najwyższy poziom bezpieczeństwa zarówno biernego, jak i czynnego;
  • Wysoki wynik 87% uzyskany za ochronę kierowcy i dorosłych pasażerów oraz 91% za ochronę dzieci.

 Ośrodek badania bezpieczeństwa samochodów przeprowadził testy zderzeniowe nowej Toyoty PROACE, w których uzyskała najwyższą ocenę 5 gwiazdek.

Program testów obejmuje cztery aspekty – bezpieczeństwo kierowcy i dorosłych pasażerów, bezpieczeństwo dzieci, ochronę pieszych oraz dostępność i skuteczność działania systemów bezpieczeństwa. Toyota PROACE służy swoim właścicielom zarówno jako lekki samochód dostawczy, jak i pojazd do transportu osób oraz przestronne auto rodzinne. Dlatego ważną rekomendacją są bardzo dobre wyniki w dziedzinie ochrony pasażerów, a w szczególności dzieci.

Testy przeprowadzone przez Euro NCAP potwierdziły, że przedział pasażerski PROACE jest stabilny i zapewnia dobrą ochronę osobom we wnętrzu. Ani zderzenie czołowe, ani boczne nie niesie większych zagrożeń. Ochrona pasażerów w zderzeniu bocznym została oceniona na maksymalną liczbę punktów. Łącznie bezpieczeństwo kierowcy i dorosłych pasażerów została oceniona na 87%.

Bardzo dobrą ochronę PROACE zapewnia również dzieciom – specjaliści Euro NCAP przyznali w tej kategorii notę 91%. Maksymalną liczbę punktów model zdobył za bezpieczeństwo dzieci w wieku 1,5 roku. Uznanie zyskała także dobrze widoczna kontrolka działania poduszki powietrznej pasażera. Dzięki temu kierowca ma pewność, że poduszka jest wyłączona, kiedy na przednim siedzeniu jedzie dziecko w foteliku.

Hongkong zaprasza polskie startupy

Hongkong chce przyciągnąć start-upy z Europy. Już dziś działa tam ponad 4 tys. firm założonych przez Amerykanów, Brytyjczyków, Japończyków i Chińczyków. Teraz czas na inne kraje, w tym Polskę. Hongkońska agencja InvestHK, która ma biura w 28 miejscach na świecie pomoże m.in. Polakom stawiać pierwsze kroki w swoim regionie. Dlaczego warto skorzystać?

 Hongkong ma wszystko czego potrzebuje młody biznes: świetną edukację, nowoczesną technologię, przejrzyste przepisy prawne, a przede wszystkim prosty system podatkowy oraz logistykę i spedycję na najwyższym poziomie. W regionie można znaleźć kapitał na rozwój, a ekosystem start-upowy działa tam jak dobrze naoliwiona maszyna.

– Nie jest zaskoczeniem, że Hongkong promuje rozwój start-upów. Sam w sobie jest dla nich niezwykle atrakcyjny. To „brama” Azji, więc jeśli firma myśli o wejściu na rynek chiński, który w wielu branżach jest największym rynkiem na świecie, powinna zacząć właśnie od Hongkongu. Ten region administracyjny jest przyjaznego do robienia biznesu, ale przede wszystkim obowiązuje w nim wiele zachodnich standardów. Niegdyś był kolonią brytyjską i na jego terenie wciąż pozostało sporo brytyjskich regulacji. Bardzo ławo rozpocząć tam działalność gospodarczą, a do tego korupcja jest na bardzo niskim poziomie – mówi Hadley Dean, CEO Compass Offices EMEA, azjatyckiego lidera biur serwisowanych, który w maju tego roku rozpoczął ekspansję w Polsce.

Wymiana doświadczeń na wagę złota

– Jesteśmy dobrym przykładem na to, że biznes migruje dziś w obie strony: Hongkong zaprasza do siebie start-upy o globalnym potencjale, a firmy azjatyckie coraz intensywniej eksplorują rynki europejskie – podkreśla Hadley Dean z Compass Offices. W tej sytuacji ważna jest wymiana doświadczeń pomiędzy przedsiębiorcami, zwłaszcza tymi, którzy robili już biznes w Chinach lub z Chińczykami. – My także zaczynaliśmy w Hongkongu. To tam, w roku 2009 otworzyliśmy nasze pierwsze biuro. W naszym nowym biurze zlokalizowanym w Warszawie, prowadzimy szereg bezpłatnych i otwartych szkoleń związanych z prowadzeniem firmy, promowaniem i rozwijaniem własnego biznesu, głównie dla naszych członków. Ale jeśli zajdzie taka potrzeba, chętnie podzielimy się wiedzą na temat prowadzenia firmy w Hongkongu – dodaje.

Jak założyć działalność w Hongkongu?

Rząd powołał do życia agencję InvestHK i rozlokował jej biura i punkty konsultacyjne na całym świecie. Konsultanci agencji pomagają w założeniu oraz dalszym rozwoju firmy, nie pobierając za to opłat (polscy przedsiębiorcy najbliższe biuro znajdą w Berlinie). Dlaczego jeszcze warto rozważyć prowadzenie działalności w jednej z największych metropolii na świecie? Poza zaletami wymienionymi powyżej należy dodać, że miasto słynie z doskonałej infrastruktury. Przedsiębiorcy mają w nim dostęp do wysoko wykwalifikowanej kadry, dzięki takim ośrodkom akademickim jak choćby University of Hongkong, który w rankingu najlepszych uczelni na świecie znalazł się na wysokim, dwudziestym ósmym miejscu. Do tego niska stawka podatku dochodowego, ciepły klimat i świetne połączenie z dwoma dużymi strefami przemysłowymi Chin – Guangzhou i Shenzhen. To wszystko powoduje, że zainteresowanie przełomowymi innowacjami, jakie wykazuje Hongkong, ma szansę zostać odwzajemnione.

Co oznacza podatek bankowy dla przeciętnego Kowalskiego planującego kupić mieszkanie?

Niespełna po tygodniu od przekazania do Sejmu projektu ustawy o wprowadzeniu podatku bankowego, dwa banki zdecydowały się na podniesienie swoich marży. Eksperci uważają, że to nie koniec – jeszcze w tym roku kolejne banki zdecydują się na podobny krok. Najbardziej ucierpią osoby, które chcą zaciągnąć kredyt hipoteczny – koszty takiego kredytu mogą wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt tysięcy złotych*.

Banki poradzą sobie z nowym podatkiem, a my?

Podatek bankowy jest jednym z flagowych projektów nowego rządu. Początkowo zakładano, że nowa reforma uderzy w duże instytucje finansowe. Okazuje się jednak, że część kosztów poniesie konsument. Banki nie chcą same płacić 0,39% podatku, dlatego zdecydowały się zwiększyć swoje marże. Szacuje się, że początkowo obciążą klientów 20-30%. kosztów podatku, ale z czasem ten odsetek wzrośnie aż do 50%. Już teraz swoje marże podniosły Deutsche Bank i mBank, ale jak przekonują eksperci – na tym się nie skończy. Według danych ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych, pozostałe instytucje także będą podnosiły marże. Kolejne trzy banki jeszcze w tym roku zapowiedziały  wprowadzenie podwyżek.

Już teraz jest drożej

W reakcji na planowane wprowadzenie podatku bankowego, mBank zwiększył swoją marżę o 0,4%, a Deutsche Bank o 0,65% Co dokładnie oznacza to dla przeciętnego Polaka?

– Jeżeli zdecydujemy się na kredyt w wysokości 250 tys. zł na 25 lat, to po podwyżce marży, miesięczna rata równa w mBanku wzrośnie o 54,37 zł – miesięcznie nie dużo, ale w skali 25 lat daje ponad 16 tys. zł. więcej do spłacenia – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych – Natomiast przy takim samym kredycie, w Deutsche Banku miesięczna rata równa wzrośnie o 88,15 zł – w skali 25 lat jest to aż 26445 zł więcej niż przed podwyżką.

Tak szybka reakcja banków podyktowana jest z pewnością dużym zainteresowaniem Polaków kredytem hipotecznym. Część z nas pragnie zdążyć ze złożeniem wniosku jeszcze przed nowym rokiem, aby skorzystać z mniejszego, 10% minimalnego wkładu własnego. W 2016 r. wkład własny zwiększy się bowiem do 15%.

Jak podatek bankowy wpłynie na rynek?

Eksperci przewidują, że reakcje banków na nowy podatek spowodują w pierwszym momencie zmniejszenie popytu. Klienci będą wstrzymywać się z podejmowaniem decyzji o zakupie nieruchomości, przede wszystkim ze względu na wzrost miesięcznej raty kredytu. Istnieje także ryzyko chwilowego ograniczenia akcji kredytowej ze strony banków – opodatkowanie aktywów sprawi, że instytucjom finansowym nie będzie zależało na tym, aby udzielać kredytu.

Prezes Cinkciarz.pl z tytułem Najlepszego Menedżera 2015

Redakcja Bloomberg Businessweek Polska wyłoniła najlepszych menedżerów 2015 r. W gronie laureatów znalazł się Marcin Pióro, prezes Cinkciarz.pl. Redakcja dokonała wyboru w oparciu o sondaż przeprowadzony wśród czołowych polskich biznesmenów.

Lista najlepszych prezesów firm działających w Polsce powstała na podstawie sondażu Bloomberg Businessweek Polska przeprowadzonego wśród menedżerów na przełomie listopada i grudnia 2015 r. Redakcja poprosiła o wskazanie najefektywniejszych szefów firm, których nagrodzono za sukcesy, wytrwałość oraz nowoczesność. Najlepszych Menedżerów 2015 wyróżniono także za skuteczność w konkurowaniu nie tylko na polskim, ale i na zagranicznych rynkach.

Lista 20 top menedżerów powstała poprzez zliczenie wskazań głosujących. W ostatecznym zestawieniu znalazły się osoby, które typowało najwięcej ankietowanych.

Dwudziestka najlepszych menedżerów została nagrodzona podczas uroczystości zorganizowanej przez Bloomberg Businessweek Polska.

menadzer_roku_2015_statuetka– Dziękuję za nagrodę w imieniu Marcina Pióro oraz całej firmy. Wyróżnienie jest efektem wizji i wysiłku Prezesa oraz zespołu, który osobiście skompletował. Zbudował team, który jest w stanie osiągać cele, na pierwszy rzut oka wydawałoby się niewykonalne. Oczywiście taka nagroda zobowiązuje do dalszej, równie wytrwałej pracy. Tak się właśnie stanie. W kolejnych latach Cinkciarz.pl będzie realizował projekty z nie mniejszym rozmachem niż dotychczas – powiedział Piotr Kiciński, wiceprezes Cinkciarz.pl.

Spółka Cinkciarz.pl to jedna z najszybciej rozwijających się firm w Europie. Z usług lidera internetowego rynku wymiany walut korzystają m.in przedsiębiorstwa, instytucje oraz klienci indywidualni. Od 2010 r. firma z powodzeniem funkcjonuje w sektorze fintech. Na światowym rynku Cinkciarz.pl dostępny jest pod nazwą Conotoxia. Obie marki funkcjonują równolegle wobec siebie.

Wśród pozostałych laureatów są także: Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP; Adam Góral, prezes Asseco; Małgorzata Kołakowska, prezes ING Bank; Beata Stelmach, prezes GE oraz Herbert Wirth, prezes KGHM.

Corolla, Prius, Lexus ES – ich utrzymanie kosztuje najmniej

CarMD, amerykańska firma prowadząca sieć certyfikowanych warsztatów w całej Ameryce, opublikowała raport Vehicle Health Index zawierający listę modeli z poszczególnych roczników o najniższych kosztach serwisowych. Pierwsze 4 miejsca zajęły samochody Toyoty i Lexusa.

2013_corolla_studio_03 Zwycięzcą okazała się Corolla z 2015 roku. Wyniki rankingu są kombinacją wysokiej bezawaryjności oraz niskich kosztów części i napraw. Badanie objęło wszystkie modele z lat 1996-2015. Oto pierwsza dziesiątka samochodów najtańszych w serwisie wg Car:

  1. 2015 Toyota Corolla: 0.013*
  2. 2013 Lexus ES: 0.013
  3. 2014 Toyota Prius: 0.016
  4. 2013 Toyota Avalon: 0.016
  5. 2013 Honda Fit: 0.016
  6. 2014 Volkswagen Passat: 0.017
  7. 2014 Hyundai Sonata: 0.017
  8. 2014 Ford Edge: 0.018
  9. 2015 Chrysler Town & Country: 0.018
  10. 2014 Kia Optima: 0.018

(*Wskaźnik CarMD Vehicle Health Index, obliczany na podstawie średniej częstości awarii i kosztu ich napraw dla danego modelu w ciągu roku.)

W zestawieniu producentów pierwsze miejsce zajął Hyundai, zaś drugie Toyota. Hyundai swoja pozycję zawdzięcza bardzo niskim cenom części, natomiast Toyota okazała się najlepsza ze wszystkich producentów pod względem niezawodności. W jej samochodach zarejestrowano najmniej usterek, zaś średnie ceny napraw w autach japońskiej firmy spadły o 15% z $480 w 2014 roku do $411 w 2015 roku. Toyota zajęła też pierwsze miejsce pod względem liczby modeli w pierwszej setce rankingu.

Raport Vehicle Health Index opiera się na danych firmy na temat napraw związanych z zapaleniem się kontrolki „sprawdź silnik”, przeprowadzonych przez mechaników pracujących w sieci warsztatów CarMD w całych Stanach Zjednoczonych. Wszyscy mechanicy zdobyli certyfikat Automotive Service Excellence (ASE). Tegoroczny raport opiera się na danych o 251 000 napraw przeprowadzonych między 1 października 2014 a 30 września 2015. Mechanicy uzupełniają ją na bieżąco, jak tylko zdiagnozują usterkę w samochodzie klienta – wpisują rodzaj naprawy oraz jej koszt.

„Raport CarMD to jedyny w Ameryce coroczny ranking oparty w całości na rzeczywistych usterkach samochodów będących w użytku oraz na kosztach wykonanych napraw – powiedział Ieon C. Chen, CEO CarMD. – Dane o rzeczywistych naprawach, które miały miejsce, to cenna informacja dla osób zainteresowanych zakupem samochodu”.

Chmura napędzi innowacje w 2016 roku

Cloud computing, Big Data i IoT to technologie, które będą stały u podstaw cyfryzacji polskich przedsiębiorstw w 2016 roku – mówi Leszek Hołda, prezes Integrated Solutions.

Z badań IDC wynika, że do 2020 roku technologia cloud computing przyczyni się do wzrostu unijnego PKB o 1,1 proc. rocznie. W Polsce natomiast w 2016 roku rynek chmury osiągnie wartość 213 milionów dolarów, czyli wzrośnie o ok. 30 proc.

 Leszek Hołda„Jestem przekonany, że najbliższe lata na polskim rynku będą należały właśnie do cloudu. I choć sama technologia nie jest nowością, to w dobie cyfrowej transformacji biznesu liczy się elastyczność i szybkość wdrażania zmian. Firmy muszą rozwijać się w kilku obszarach jednocześnie, z których każdy jest równie ważny. To natomiast wymaga dużej mocy obliczeniowej. Szansą na realizację tej strategii jest cloud” – wyjaśnia Leszek Hołda.

Oprócz usług z chmury, w opinii prezesa Integrated Solutions przyszły rok przyniesie także wzrost zainteresowania zaawansowaną analityką. Według Cisco, w 2014 roku za pośrednictwem globalnych sieci mobilnych przesłano blisko 30 eksabajtów danych. Za pięć lat wartość ta ma przekroczyć 292 eksabajty.

 „Szybkie tempo przyrostu danych tworzy nowe wyzwania przed działami IT, jak właściwie przechowywać, zabezpieczać i skutecznie wykorzystywać pozyskane informacje” – dodaje Leszek Hołda.

 Kolejne eksabajty danych to zasługa m.in. postępującej technologii Internetu Rzeczy (IoT). 40 proc. przedsiębiorstw zapytanych przez Gartner przyznało, że w ciągu trzech lat, IoT będzie miał znaczący wpływ na ich działalność. Przyniesie nowe źródła dochodów lub pozwoli na pozyskanie oszczędności.

„Coraz większy udział technologicznych innowacji w przedsiębiorstwach sprawi, że ewoluuje także rola dyrektorów IT. Część z nich wspierając proces wdrażania nowości przyjmie funkcję CDO (Chief Digital Oficer), łącząc kompetencje inżynierskie z wiedzą o potrzebach biznesu” – stwierdza Leszek Hołda.

JR HOLDING S.A. zwiększa przychody Grupy Kapitałowej

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., wypracowała w trakcie 11-stu miesięcy 2015 r. skonsolidowane przychody z wynajmu posiadanych nieruchomości komercyjnych w wysokości blisko 4.557 tys. zł. Uwzględniając wyniki finansowe spółki powiązanej Columbus Energy S.A., sprzedaż całej Grupy Kapitałowej wyniosła w tym okresie 16.270 tys. zł.

 W analogicznych miesiącach 2014 r. Emitent osiągnął łączne przychody z wynajmu powierzchni w należących do niego nieruchomościach komercyjnych na poziomie 4.048 tys. zł, więc tegoroczne wyniki wykazują 13% wzrost. W samym miesiącu listopadzie br. sprzedaż Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. sięgnęła 416 tys. zł wobec 365 tys. zł rok wcześniej. Columbus Energy S.A., w której Emitent wraz z podmiotami powiązanymi posiada akcje stanowiące 49,50% udziałów w kapitale zakładowym i 46,91% w ogólnej liczbie głosów na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy, odnotowała w minionym miesiącu 1.133 tys. zł przychodów. Widoczne zwiększenie wartości sprzedaży całej Grupy Kapitałowej wraz z Columbus Energy S.A. świadczy o skutecznej realizacji założonych planów rozwoju.

 „Wypracowane przez nas przychody z wynajmu powierzchni nieruchomości komercyjnych pokazują pozytywny trend ich stabilnego wzrostu. Wszystkie podmioty wchodzące w skład Grupy Kapitałowej odnotowały w tym roku zwiększenie wartości sprzedaży. Bardzo duże znaczenie dla dalszej poprawy wyników finansowych JR HOLDING S.A. będzie miał także rozwój Columbus Energy S.A. Decyzję o naszym zaangażowaniu w nowy segment biznesowy, jakim są Odnawialne Źródła Energii, uważam za bardzo trafną. Działamy obecnie w dwóch branżach, które zapewniają nam stabilność finansową oraz dają dobre perspektywy skokowego zwiększenia skali działalności.” – mówi January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

W grudniu br. spółka zależna Emitenta – Centrum Market Zielona Góra Sp. z o.o., podpisała przedwstępną umowę sprzedaży Centrum Handlowego w Zielonej Górze. Łączna wartość tej transakcji ma wynieść 13 mln zł netto + VAT. Z kolei spółka współzależna GANADOR Sp. z o.o. poinformowała o zawarciu przedwstępnej umowy sprzedaży pawilonu handlowego położonego w Rudzie Śląskiej za kwotę 239 tys. zł. Planowane transakcje w istotny sposób wpłyną na wyniki finansowe Grupy Kapitałowej w nadchodzących kwartałach znacząco je zwiększając.

„Podpisane przez spółki z naszej Grupy umowy będą z pewnością miały swoje odzwierciedlenie w przychodach oraz zyskach całej Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. Nieruchomości komercyjne to dla nas bardzo ważny segment biznesowy i stale dynamicznie go rozwijamy. Realizacja kolejnych transakcji sprzedaży posiadanych nieruchomości oraz wzrost uzyskiwanych przychodów z wynajmu powierzchni w naszych obiektach, stanowi o skuteczności podejmowanych decyzji inwestycyjnych oraz działań operacyjnych. Pozwala nam to również z dużym optymizmem spoglądać na kolejne kwartały.” – podsumowuje Prezes Ciszewski.

 Podczas najbliższego NWZA Spółki JR HOLDING S.A., które odbędzie się w dniu 07.01.2016 r., jej Akcjonariusze podejmą decyzję w sprawie zmiany uchwały upoważniającej Zarząd Spółki do nabycia akcji własnych. Zgodnie z projektem nowej uchwały Spółka będzie mogła nabyć do 7.800.000 szt. akcji własnych po cenie nie niższej niż 0,10 zł i nie wyższej niż 1,50 zł za jedną akcję. JR HOLDING S.A. ma zamiar przeznaczyć na program buy-back kwotę do 5 mln zł. Program skupu akcji własnych będzie realizowany do dnia 31.12.2017 r. lub do wyczerpania środków przeznaczonych na ten cel. Nabyte akcje będą mogły być przeznaczone do dalszej odsprzedaży lub w celu ich umorzenia.

JR HOLDING S.A. zanotowała w 3 kw. 2015 r. skonsolidowany zysk netto w wysokości 2.193 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 1.145 tys. zł. Narastająco, skonsolidowany zysk netto Emitenta wynosi już w tym roku ponad 2.154 tys. zł, a wartość przychodów sięga 3.388 tys. zł. JR HOLDING S.A. wraz z podmiotami powiązanymi posiada akcje stanowiące 49,5% udziałów w kapitale zakładowym Columbus Energy S.A. Emitent znajduje się także od dnia 01.10.2015 r. w segmencie NewConnect Lead, grupującym 26 największych i najpłynniejszych spółek z alternatywnego rynku.

W skład Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. wchodzą głównie podmioty działające na rynku nieruchomości komercyjnych. Ich głównym przedmiotem działalności jest nabywanie nieruchomości komercyjnych w atrakcyjnych cenach, a następnie ich modernizacja oraz zmiana struktury najemców, co pozwala na wzrost generowanych przychodów i uzyskiwanie wyższej kwoty ze sprzedaży tak zrestrukturyzowanych budynków. JR HOLDING S.A. poszerzył również prowadzoną działalność poprzez zwiększenie zaangażowania kapitałowego w branżę OZE.

Co z tym EUR?

Dwudniowe obrady FED w sprawie podwyżki stóp procentowych w USA już wczoraj znacząco ożywiły rynki. Według Prezesa NBP M. Belki wydarzenie to nie powinno mieć wpływu na pozycję złotego gdyż jest on stabilny i niezależny od czynników zewnętrznych, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. Wczorajszy dzień pokazał, że złotówka jest jednak ściśle powiązana z notowaniami EUR/USD i przez najbliższe dni kapitał spekulacyjny będzie rządził wynikiem złotego, zwłaszcza przy małej płynności na złotym.

Wczoraj w godzinach porannych za EUR płaciliśmy prawie 4,37 natomiast w godzinach wieczornych można było kupić EUR już po 4,31. Na tak znaczne umocnienie się złotego nie miały wpływu informacje z kraju, a tak znaczną przecenę wartości zgotował nam kapitał spekulacyjny, który przeniósł się na złotego zmniejszając ryzyko przed decyzją FED.

Naszym zdaniem w najbliższych godzinach kurs EUR/PLN będzie poruszał się w przedziale 4,31-4,33 jednak im bliżej decyzji FED zmienność na rynku będzie większa i to dopiero w dniu jutrzejszym będziemy odreagowywać poziomy spekulacyjne.  Przy wzrostach EUR/USD na EUR/PLN należy oczekiwać kolejnego testu poziomu 4,3650, a po jego pokonaniu następnym oporem jest 4,40. Końcem roku spodziewamy się jednak korekty złotego i realizacji zysku.

Niemniej jednak należy być ostrożnym ponieważ wiele ryzyk jest już w cenach i niejednoznaczny wydźwięk wypowiedzi Yellen na konferencji po ogłoszeniu wysokości stóp procentowych może znacznie zmienić kierunki na poszczególnych parach walutowych.

Luksusowa nisza warszawskiego rynku biurowego

Kopernika 21 w WarszawieBiura w butikowych budynkach to oferta dla określonej grupy firm

Doskonale zlokalizowane, kameralne biurowce i odrestaurowane kamienice, pełniące funkcję biurową nie rywalizują o najemców z dużymi, nowoczesnymi, warszawskimi obiektami typu Warsaw Spire, czy Q22. To alternatywny segment rynku biurowego, który kieruje swoją ofertę do pewnego rodzaju najemców.

W niedużych, zazwyczaj wybijających się formą architektoniczną i często wyróżniających bogatą historyczną przeszłością budynkach z dobrym serwisem, lokują się firmy, które zainteresowane są mniejszą, ale wysokiej klasy powierzchnią w bezkonkurencyjnej lokalizacji. Firmy, które mają świadomość, że wyjątkowy charakter miejsca i dobry, biznesowy adres pozytywnie wpłyną na budowany przez nie wizerunek i rozpoznawalność na rynku.

Butikowa jakość

Butikowych biurowców nie ma w Warszawie wiele. Analizy wskazują, że tego typu budynków zlokalizowanych w centrum miasta jest ponad 70. Z uwagi na kameralny charakter, dostarczają niewielki odsetek powierzchni biurowej w skali warszawskiego rynku. Obowiązują w nich jednak często wyższe stawki czynszu niż w wysokościowcach, dostarczających powierzchnię biurową na kilkudziesięciu piętrach . Składa się na to prestiżowa lokalizacja budynków i ich ekskluzywny charakter, a nierzadko także znaczenie związane z położeniem i historią obiektów. Do tej grupy biurowców należą zarówno zrewitalizowane kamienice i pałace oraz inne odrestaurowane obiekty, które powstały na wzór nieistniejących budynków, jak również kameralne, nowoczesne biurowce, wyróżniające się stylem, nad których przebudową czuwa zwykle miejski konserwator zabytków.

Sztandarowymi przykładami odnowionych, warszawskich kamienic, w których oferowana jest powierzchnia biurowa jest Dom pod Gryfami i Dom Dochodowy o Trzech Frontach przy placu Trzech Krzyży. O udanej rekonstrukcji historycznej zabudowy możemy mówić też w przypadku np. budynku Le Palais Offices przy ulicy Próżnej, Pałacu Młodziejowskich przy Miodowej, czy budynku przy Placu Bankowym 1. W te samą biurową niszę wpisują się również obiekty o bardziej modernistycznych bryłach, jak choćby oddany niedawno Foksal City, Plac Zamkowy – Business with Heritage, czy budynek Chmielna 25.

Atrakcyjny produkt inwestycyjny

WarszawaWłaściciele butikowych biurowców należących do warszawskiej czołówki nie mogą skarżyć się na brak zainteresowania tak ze strony najemców, jak i inwestorów, którzy na ogół nie zwlekają z decyzją o zakupie, kiedy tylko najlepiej zlokalizowane obiekty pojawiają się na rynku. Tego rodzaju budynki to pewny produkt inwestycyjny, bezpieczna lokata kapitału i pewność stabilnego dochodu.

Gwarantują dobrą rentowność, dzięki małej rotacji najemców i obowiązującym w nich stawkom czynszowym, które plasują się w najwyższym przedziale cenowym w Warszawie. Duża lojalność firm, które zwykle mocno identyfikują się z miejscem, nie tylko wpływa na niski poziom pustostanów w budynkach, ale także podnosi atrakcyjność obiektów w oczach potencjalnych najemców.

Walor prourbanistyczny

Ze względu na duże zainteresowanie takimi projektami, specjaliści Walter Herz przewidują, że rynek inwestycji butikowych będzie się rozwijał. Ograniczenie jego wzrostu upatrują w słabej dostępności terenów inwestycyjnych w najlepszych rejonach Warszawy. Podkreślają jednocześnie, że rozwój tego segmentu jest istotny w kontekście tworzenia się nowej i odbudowy istniejącej tkanki miejskiej, co w konsekwencji wpływa na ewolucję urbanistyczną miasta.

Inwestorzy, którzy podejmują się realizacji projektów biurowych w nielicznych, niezagospodarowanych dotąd, centralnych lokalizacjach w Warszawie, starają się zwykle zabudować przestrzeń w sposób odwzorowujący dawny porządek urbanistyczny.

Doradcy z firmy Walter Herz, których zadaniem jest komercjalizacja obiektu przyznają, że najemcy, którzy poszukują powierzchni biurowej w tego typu, kameralnych budynkach w najlepszych lokalizacjach liczą się z adekwatnymi do ich jakości i położenia stawkami czynszowymi. Jeśli jednak miejsce ma wyjątkowy klimat, wybierają je na swoją siedzibę.

Oddziaływanie wizerunkowe

Kiedy przeanalizujemy grupę najemców tego rodzaju budynków nie trudno będzie zrozumieć, dlaczego ważna jest dla nich atmosfera pracy. Są to najczęściej spółki z sektora usług biznesowych, firmy finansowe, ubezpieczeniowe, kancelarie prawne, firmy doradcze i marketingowe. Ich klienci oceniają biura w kontekście wizerunkowym. To powód, dla którego poszukują oryginalnych budynków, oferujących plastyczną przestrzeń do indywidualnej aranżacji, która zapewni odpowiednie warunki do prowadzenia rozmów konkluduje Bartłomiej Zagrodnik z firmy doradczej Walter Herz.

Bartłomiej Zagrodnik podkreśla jednocześnie, że poza estetyką i aurą miejsca, kluczowym czynnikiem przy wyborze jest również lokalizacja, umożliwiająca sprawny dojazd do budynku różnymi środkami lokomocji.

Luksus kosztuje

Analitycy szacują, że zlokalizowane na terenie warszawskiego Śródmieścia butikowe budynki biurowe oferują ponad 250 tys. m kw. biur. Powierzchnia, jaką dysponują poszczególne obiekty jest różna, waha się od 500 m kw. do 15 tys. m kw.

Koszt wynajmu metra kwadratowego w topowych, kameralnych obiektach jest o ok. 10 proc. wyższy niż w najlepszych, nowoczesnych obiektach biurowych. W centralnie usytuowanych kompleksach stawki wywoławcze kształtują się w przedziale od 22 do 24 euro/mkw./m-c, w najciekawszych butikowych budynkach wahają się od 23 do 28 euro/mkw./m-c.

Fundusze Private Equity nadal mocno zainteresowane rynkiem Europy Środkowo-Wschodniej

47 proc. przedstawicieli funduszy Private Equity z Europy Środkowo-Wschodniej zamierza w najbliższym czasie skoncentrować się na nowych inwestycjach, a w orbicie zainteresowania co dziesiątego z nich znajdą się start-upy. Na plany zakupowe funduszy nie wpłynęły gorsze nastroje spowodowane niesprzyjającą sytuacją geopolityczną. Aż jedna trzecia przedstawicieli funduszy uważa, że sytuacja ekonomiczna w ciągu najbliższego pół roku pogorszy się. Pół roku wcześniej taki pogląd wyraziło trzy razy mniej respondentów biorących udział w badaniu „Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey”.

Wcześniejsze edycje badania udowodniły, że opinie inwestorów związanych z funduszami private equity doskonale odzwierciedlają nastroje dominujące na rynku. Tak było również i tym razem. Przedstawiciele sektora zaczęli odczuwać napięcie związane z sytuacją geopolityczną w Europie. Odzwierciedla to tzw. indeks optymizmu, który wynosi obecnie 92 punktów, podczas gdy pół roku wcześniej było to 130. To najniższy wynik od dwóch i pół roku „Na spadający poziom wysokości indeksu prawdopodobnie mogło nałożyć się kilka czynników. Europa dopiero co uporała się z groźbą opuszczenia Unii Europejskiej przez Grecję, by stanąć w obliczu jeszcze większego wyzwania dla sytuacji geopolitycznej, czyli kryzysu migracyjnego. Dodatkowo, w ocenie ekonomistów tempo wzrostu gospodarczego Chin jest wciąż rozczarowujące” – tłumaczy Mark Jung, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Private Equity w Europie Środkowo-Wschodniej, Deloitte.

Central Europe PE Confidence IndexW bieżącej edycji badania aż 33 proc. inwestorów private equity prognozuje, że warunki gospodarcze w ciągu najbliższych sześciu miesięcy pogorszą się. Jeszcze pół roku temu prawie tyle samo osób uważało, że się one poprawią. Dziś tylko 3 proc. badanych jest tego zdania. Aż 64 proc. respondentów uważa, że warunki ekonomiczne pozostaną bez zmian.

Prawie połowa ankietowanych (47 proc.) w ciągu najbliższych sześciu miesięcy zamierza koncentrować się na nowych inwestycjach. To o 10 p.p. więcej niż pół roku wcześniej. Z 30 do 33 proc. wzrósł odsetek inwestorów, którzy zamierzają skupić się na fundraisingu.

Połowa przedstawicieli funduszy PE prognozuje, że w najbliższych miesiącach więcej kupi niż sprzeda. To najlepszy wynik od wiosny 2012 roku. Jeszcze pół roku wcześniej taką opcję wybierała tylko jedna piąta respondentów. Przeciwnego zdania jest 23 proc. inwestorów, o 17 p.p. mniej niż wiosną. Z kolei 27 proc. deklaruje, że w ich inwestycyjnym portfelu poziomy sprzedaży i kupna będą się równoważyć. „Prognozy dotyczące kupna mogą się wiązać z oczekiwanymi spadkami wycen spółek oraz z faktem, że w tej i poprzedniej edycji badania ponad 30% respondentów przewidywało w kolejnych miesiącach koncentrację na pozyskaniu nowych funduszy. Konsekwencją tego jest oczywiście dostępność nowych środków na inwestycje.– twierdzi Katarzyna Sermanowicz-Giza – Dyrektor w Dziale Doradztwa Transakcyjnego, Deloitte.

Dwie trzecie badanych (67 proc.) przewiduje, że aktywność na rynku pozostanie na niezmienionym poziomie. To o 17 p.p. więcej niż pół roku wcześniej. „Z 43 do 17 proc. spadła liczba tych, którzy uważają, że aktywność rynkowa się zwiększy. Wyniki te mogą być odzwierciedleniem pesymistycznych nastrojów inwestorów, które ujawniły się latem tego roku, czyli wtedy, gdy przeprowadzaliśmy nasze badanie” – wyjaśnia Mark Jung. Zdaniem 86 proc. inwestorów rozmiar transakcji na rynku w ciągu najbliższych sześciu miesięcy pozostanie bez zmian, a 56 proc. oczekuje, że efektywność ich inwestycji także nie ulegnie znaczącym fluktuacjom.

Co ciekawe inwestorzy nadal optymistycznie oceniają możliwości finansowania swoich inwestycji. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy o 20 p.p. zwiększyła się liczba badanych (do 53 proc.), oczekujących poprawy dostępności finansowania dłużnego. To najlepszy wynik od marca 2006 r. Ten wzrost może być powiązany z rozpoczętą przez Europejski Bank Centralny w marcu 2015 r. operacją luzowania ilościowego, co może skutkować większą płynnością na rynku długu.

Jakie firmy będą cieszyć się zainteresowaniem funduszy private equity? Pierwszy raz od początku badania aż dziesięć proc. respondentów zadeklarowało, że upatruje szans na nowe inwestycje wśród start-upów. Sześciu na dziesięciu badanych stawia na liderów rynku. To znaczny wzrost w porównaniu z poprzednią edycją badania, kiedy taki wybór zadeklarowało 47 proc. inwestorów.

W ciągu półtora roku podwoił się odsetek (do 33 proc.) respondentów, którzy uważają, że zainteresowanie finansowaniem funduszy PE ze strony lokalnych instytucji rośnie. Z kolei 47 proc. badanych uważa, że pozostaje ono na tym samym poziomie.

„Nasze badanie pokazuje, że przedstawiciele PE nadal upatrują szans na korzystne inwestycje w regionie CE. Dzieje się tak mimo niestabilnej i dynamicznej sytuacji geopolitycznej w Unii Europejskiej. Wskaźnik optymizmu obniżył się, ale nie zmienia to faktu, że respondenci wciąż myślą o podejmowaniu nowych przedsięwzięć, w tym ryzykownych jak inwestycje w start-upy.

Wyraźnie widać więc, że dla funduszy Private Equity Europa Środkowo-Wschodnia to nadal rynek wzrostu.” – podsumowuje Mark Jung.

Kolejny produkt dla rolników od Banku Pekao – pożyczka na dowolny cel

Bank Pekao wprowadził do oferty Pożyczkę Ekspresową Agro przeznaczoną dla rolników. Środki z pożyczki można przeznaczyć na dowolny cel związany z prowadzoną działalnością rolniczą. Pożyczka Ekspresowa Agro, po programie rabatowym z kartami Agrar Pekao, to kolejny produkt dla rolników wprowadzony w grudniu 2015 r.

Pożyczka Ekspresowa Agro to rozwiązanie dla rolników, którzy potrzebują szybkiego dostępu do gotówki. Pożyczkę można przeznaczyć na dowolny cel związany z prowadzoną działalnością rolniczą, przykładowo zakup środków do produkcji rolnej, realizację niewielkich inwestycji związanych z rozwojem, bądź modernizacją gospodarstwa rolnego lub zakup drobnych maszyn i urządzeń rolniczych. Bank nie wymaga od rolnika dokumentowania wydatków.

– W Banku Pekao od dwóch lat rozwijamy ofertę dla rolników, tak aby była jak najlepiej dopasowana do tej grupy. Zdajemy sobie sprawę, że na działalność rolniczą ma wpływ wiele czynników, które mogą być trudne do przewidzenia. Dlatego też, aby rolnik mógł szybko zareagować w zmieniających się warunkach – doposażyć gospodarstwo, naprawić maszyny czy urządzenia, kupić środki ochrony i produkcji roślin, wprowadziliśmy Pożyczkę Ekspresową Agro. Uprościliśmy procedury. A produkt skonstruowaliśmy, tak aby był szybkim źródłem dodatkowego finansowania dla gospodarstwa rolnego w wysokiej kwocie nawet do 100 tys. złotych, a jedocześnie okres spłaty był na tyle długi, aby nie obciążać zbytnio budżetu gospodarstwa rolnego – powiedział Emanuele Cacciatore, Dyrektor Zarządzający Departamentem Klienta Biznesowego Banku Pekao.

Maksymalna kwota pożyczki to 100 tysięcy złotych, jednak nie więcej niż 60% przychodów ze sprzedaży za ostatni rok obrotowy. Środki z pożyczki przekazywane są jednorazowo na rachunek klienta. Pożyczka udzielana jest na okres od 12 do 60 miesięcy. Spłata dokonywana jest w miesięcznych ratach kapitałowo-odsetkowych. Klient ma możliwość wyboru spłaty kredytu w ratach równych lub malejących. Bank nie wymaga od klienta ustanawiania zabezpieczeń rzeczowych.

Pożyczka Ekspresowa Agro to kolejny produkt, który wzbogaca ofertę dla rolników Banku Pekao. Z początkiem grudnia, Bank Pekao wprowadził do oferty program rabatowy z kartami Agrar Pekao dedykowanymi rolnikom i ich bliskim oraz firmom z branży rolno-spożywczej. Dzięki kartom klienci rolni otrzymują upusty na środki ochrony roślin, paliwo, prasę branżową, części zamienne i serwis maszyn rolniczych, bądź zakup nowego samochodu u znanych producentów i dystrybutorów takich jak m.in. Ciech, Ursus, Orlen, czy wydawnictwo PWR.

Dzisiaj o 20:00 decyzja FED-u

Rynki czekają z niecierpliwością na decyzję czy dojdzie do obniżki stóp procentowych. W międzyczasie poznaliśmy odważne założenia budżetowe w sprawie kształtowania się kursów walutowych w 2016 roku.

Poznaliśmy założenia budżetowe na 2016 rok. To co z punktu widzenia rynków walutowych było najciekawsze to z pewnością prognozowane kursy walut. Wielu analityków chciałoby poznać model, na podstawie którego przyszłoroczny średni kurs dolara wyceniono na 3,66 zł. Jest to 30 groszy taniej niż teraz. I to wszystko wiedząc, że w międzyczasie szansa na podwyżkę stóp procentowych za oceanem wynosi około 70% w samym grudniu. Taka podwyżka najprawdopodobniej umocni dolara względem euro, a co za tym idzie również złotego. Założenia względem europejskiej waluty wynoszące 4,03 zł również wydają się odważne, ale mniej przeszacowane. Skoro te szacunki budzą tyle wątpliwości analityków, to dlaczego trafiły do założenia budżetu? Na ich podstawie wylicza się wpływy i wydatki. W rezultacie tania waluta = niski koszt obsługi długu. Na szczęście deficyt zakładany ma wynieść 2,8% PKB zatem nawet gdyby waluty nie staniały mamy szansę zmieścić się poniżej unijnej procedury nadmiernego deficytu. Reszta założeń nie budzi już takiego niepokoju. Bezrobocie na poziomie 9,7% jest osiągalne. Inflacja na 1,7% wydaje się wysoka, ale pamiętajmy, że jeżeli dojdzie do długo oczekiwanej korekty na rynkach surowcowych poziom ten może okazać się nawet zbyt niski.

Wczoraj poznaliśmy również szereg odczytów inflacji. Ceny w Wielkiej Brytanii zgodnie z oczekiwaniami pozostały na stałym poziomie. W Polsce z kolei wróciła deflacja, aczkolwiek -0,1%, przy oczekiwaniach rynkowych 0%. Również w Stanach zmiana cen wyniosła dokładnie 0%. I to właśnie te dane stały się sygnałem do kupowania dolarów. Inwestorzy obawiali się, że inflacja może dać sygnał sugerujący, że do podwyżek stóp procentowych nie dojdzie. Niezaskakujące dane uspokoiły zatem inwestorów a EUR/USD spadł z 1,099 w okolice 1,093. Ruch ten najprawdopodobniej w kontekście tego co wydarzy się dzisiaj wieczorem nie będzie nadmiernie istotny.

Dzisiaj poznamy decyzję, na którą rynki wyczekują od dawna. Na konferencji FED dowiemy się czy dojdzie do pierwszej od lat podwyżki stóp procentowych. Patrząc na kontrakty terminowe inwestorzy pogodzili się już z tym wzrostem. Nie zmienia to faktu, że istotne będzie nie tylko czy wzrosną, ale również jeżeli tak to o ile i jaki będzie komentarz do tych zmian. Jakiego spodziewać się zakresu zmian po dzisiejszej decyzji? Jest to bardzo dobre pytanie. Konferencja przez wielu uważana jest za ważniejszą od tej Mario Draghiego z 3 grudnia. Tamto wystąpienie bardzo szybko spowodowało, że euro zyskało 5 groszy do złotego a dolar stracił 8 groszy. Czy teraz jest potencjał na większe zmiany? Na pewno tak, pozostaje pytanie czy FED nie będzie chciał tonować nastrojów.

Dzisiejszy kalendarz danych jest wyjątkowo bogaty. Od rana rozpoczęliśmy odczytami PMI w Europie. Następnie warto zwrócić uwagę na:

10-30 – Wielka Brytania – stopa bezrobocia,

14:30 – USA – produkcja przemysłowa i budowy domów,

20:00 – USA – to na co wszyscy czekamy decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 16.09.2015 do 16.12.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 16.09.2015 do 16.12.2015

Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po ostatnich wydarzeniach nowe maksimum znajduje się na 4,3650. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest wspomniany poziom 4,3650 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków wsparcie stanowić będzie linia łącząca minima lokalne przebiegająca obecnie na 4,2700.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 16.09.2015 do 16.12.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 16.09.2015 do 16.12.2015

Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebiciu poprzednich oporów kolejnym istotnym poziomem są okolice 4,0400 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9250.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 16.09.2015 do 16.12.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 16.09.2015 do 16.12.2015

Kurs USD/PLN w połowie października wybił się z trendu bocznego we wzrostowy. Nowym oporem są maksima na 4,0450. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem minima lokalne na 3,9400 od których kurs już dwukrotnie się odbijał.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 16.09.2015 do 16.12.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 16.09.2015 do 16.12.2015

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są obecnie maksima lokalne na 6,0850. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem są okolice 5,9200 gdzie kilkukrotnie kurs już odbijał się w górę.

Inwestorzy oczekują podwyżki stóp procentowych w USA już na dzisiejszym posiedzeniu. Dla rynków ważniejszy będzie komunikat towarzyszący tej decyzji

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy spodziewają się, że już na dzisiejszym posiedzeniu FED podniesie stopy procentowe. Byłaby to pierwsza taka decyzja od 2006 roku. Konsensus rynkowy zakłada podwyżkę o 25 punktów bazowych i taki ruch w dużej mierze został już uwzględniony w cenach instrumentów finansowych. Rynek z niecierpliwością czeka jednak na towarzyszący decyzji komunikat, w którym Rezerwa Federalna przedstawi swoje plany dotyczące przyszłej polityki monetarnej.

– Rynki zdecydowanie spodziewają się w tym momencie delikatnej podwyżki stóp procentowych i jeżeli taka będzie, np. o 25 punktów bazowych, to inwestorów nie zaskoczy. Ważniejszy będzie komunikat, jaki zostanie wydany przy tej okazji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Wardyn, analityk CMC Markets.

Podniesienie stóp procentowych o 25 punktów bazowych, na trwającym posiedzeniu Fed, jest już w dużej mierze uwzględnione przez rynki finansowe. Inwestorzy czekają natomiast na informacje w sprawie polityki monetarnej, jaką Rezerwa Federalna ma zamiar prowadzić w najbliższej przyszłości. Niewiadomą jest bowiem czy grudniowa podwyżka będzie tylko jednorazowym ruchem, czy też zapoczątkuje cały cykl wzrostów.

– Jeżeli komunikat dla rynków będzie taki, „teraz podwyższamy stopy, natomiast w najbliższym terminie nie mamy takich planów”, to myślę, że to jest idealny komunikat, jaki rynki chcą usłyszeć – tłumaczy Łukasz Wardyn.

Amerykańscy analitycy spodziewają się bowiem raczej gołębiego komunikatu, choć oczekują kolejnych podwyżek w 2016 roku – co najmniej dwóch, a może i czterech. Z analiz przeprowadzonych przez CMC Markets wynika, że w przeszłości każdorazowe zacieśnienie polityki monetarnej przez FED, jak np. ograniczenie pakietów stymulujących gospodarkę, było odbierane przez inwestorów pozytywnie. Analiza dotyczyła ostatnich 10 lat i badała rozkład stóp zwrotów w okresie dwóch miesięcy przed i dwóch miesięcy po decyzji w sprawie stóp procentowych i komunikacie.

– Rynki uznają wtedy, że gospodarka jest na tyle mocna, że można podnosić stopy procentowe. Taka sama pokrętna logika towarzyszy rynkom w tym momencie, gdy mówimy o tej pierwszej podwyżce. Jeśli ona nastąpi, to rynki uznają, że gospodarka jest już na tyle silna, że FED może sobie pozwolić na podwyżkę – wyjaśnia.

W opinii analityka CMC Markets amerykańska gospodarka jest już na nią gotowa. Wardyn podkreśla przy tym, że konsumpcja w Stanach Zjednoczonych, choć stabilna, nie jest jeszcze tak silna jak przed kryzysem.

– Ciągle nie widać tego efektu niższych cen ropy. Dlatego, jeżeli dojdzie do podwyżki, rynki uznają, że FED również może wiedzieć coś więcej np. o zachowaniu konsumenta w ostatnich tygodniach, gdzie zakupy wg rynków były mocniejsze – stwierdza.

Mimo, że podniesienie stóp procentowych przyczyni się do wzrostu kosztu pieniądza, to jednak decyzja może wesprzeć rynki finansowe. Pozytywny trend będzie dotyczył zarówno krótkiego, jak i długiego terminu. Powodem takiej reakcji będzie przekonanie o tym, że amerykańska gospodarka staje się coraz silniejsza, a podwyżka o 25 punktów bazowych jest tak niewielka.

– Na razie rynek nie zastanawia się nad kolejnymi podwyżkami. Musimy poczekać na dzisiejszy komunikat. Później musimy poczekać na protokół z posiedzenia i dopiero wtedy rynki zaczną się nad tym zastanawiać, jaki będzie kolejny krok – podsumowuje.

Atlas Estates prowadzi negocjacje w sprawie zakupu kilku atrakcyjnych działek. Czeka na pozwolenie na budowę dwóch inwestycji

CEO Magazyn Polska

Atlas Estates intensywnie szuka w Warszawie działek pod inwestycje mieszkaniowe. Firma zamierza stawiać na nich budynki średniej i wyższej klasy. Mijający rok był dobry dla spółki. Pomyślnie zakończyła sprzedaż 260 mieszkań w Capital Art Apartments, rozpoczęła sprzedaż lokali w kolejnych osiedlach i szykuje budowę następnych.

– Spółce udało się z sukcesem zakończyć ostatnie projekty, dlatego intensywnie poszukuje nowych lokalizacji  informuje Marcin Liberski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Atlas Estates. Pracujemy nad kilkoma działkami, które jesteśmy zainteresowani. Głównie są to działki, które umożliwiają budowę inwestycji klasy średniej i wyższej.

Atlas Estates to międzynarodowy deweloper, który od 10 lat działa na rynku polskim. Ma na koncie budowę warszawskiego hotelu Hilton, luksusowych wież apartamentowych Platinum Towers czy osiedla Capital Art Apartments. Jest też właścicielem biurowca Millennium Plaza, gdzie zarabia na najmie powierzchni biurowej.

– Mimo że koncentrujemy się na warszawskim rynku mieszkaniowym, to staramy się rozwijać we wszystkich segmentach rynku nieruchomości, bo gwarantuje nam stabilną sytuację, gdyż w przypadku jakichś zawirowań czy słabszej koniunktury na którymś z tych rynków, zawsze jest to równoważone przez inny segment i jesteśmy zabezpieczeni  zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Liberski z Atlas Estates. – Osiągamy wtedy nie tylko przychody ze sprzedaży lokali mieszkalnych, lecz także przychody z wynajmu powierzchni biurowej czy hotelowej, co ma znaczenie dla spółki.

Spółka prowadzi projekty nie tylko w Polsce, lecz także w Bułgarii, Rumunii i na Węgrzech. Jest notowana na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Jak podaje, w ciągu trzech pierwszych kwartałów tego roku przychody grupy Atlas Estates przekroczyły 48 mln euro i były o 20 mln euro wyższe niż przed rokiem. Zysk grupy Atlas Estates w tym czasie zbliżył się do 28,5 mln euro, wobec niemal 15 mln euro strat w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2014 r.

2015 był bardzo dobrym rokiem dla spółki – podkreśla Marcin Liberski. – Zamknęliśmy sprzedaż naszej inwestycji mieszkaniowej Capital Art Apartments przy ul. Giełdowej, III etap tego projektu. Udało się podpisać umowy ostateczne przeniesienia własności dla 260 mieszkań w tym projekcie, jak również rozpoczęliśmy prace nad przygotowaniem  nowych inwestycji do sprzedaży.

Spółce udało się wprowadzić do sprzedaży kolejną inwestycję, drugi etap inwestycji Apartamenty Krasińskiego na Żoliborzu Południowym, składający się z jednego budynku ze 123 mieszkaniami, który powinien zostać ukończony w IV kw. 2017 r. Deweloper przygotowuje też nowy projekt na Woli, przy ul. Nakielskiej. Tam jednak jeszcze trwają prace projektowe i oczekiwanie na pozwolenie na budowę. Jak zapowiada dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Atlas Estates, ten projekt jeszcze nie został wprowadzony na rynek, ale będzie to miało miejsce w najbliższym czasie.

– Spółka jest też na etapie uzyskiwania pozwolenia na budowę na projekt apartamentowy klasy premium Atlas Estates Tower. Rozpoczęliśmy już prace projektowe nad tym budynkiem, złożyliśmy także odpowiednie dokumenty. Natomiast projekt jest jeszcze na etapie uzyskiwania wszelkich dokumentów niezbędnych do zakończenia tego procesu.

Elbląg chce przyciągnąć inwestorów Specjalną Strefą Ekonomiczną i szykuje kolejne tereny pod inwestycje

CEO Magazyn Polska

Władze Elbląga liczą, że uda im się przyciągnąć kolejnych inwestorów. Projektami w podstrefie Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej zainteresowane są głównie małe oraz średnie przedsiębiorstwa. Miasto zamierza przygotować dla firm kolejne działki w dzielnicy Modrzewina oraz tereny portowe, tak by zachęcić do inwestycji w mieście firmy związane z gospodarka morską.

– Mamy jeszcze niezagospodarowaną do końca specjalną strefę ekonomiczną. Tereny są już uzbrojone i przygotowane  podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Witold Wróblewski, prezydent Elbląga.  Myślimy już o zmianach. Chcemy przygotować pod inwestycje kolejną cześć na terenie Modrzewiny. Planujemy także przyszykować tereny portowe pod inwestycje związane z gospodarką morską.

Jak mówi, Elbląg to miasto o bogatych tradycjach przemysłowych, głównie w branżach metalowej i meblarskiej. Na jego terenach działała znana w  świecie firma Zamech, obecnie zaś funkcjonuje tam firma Wójcik, która w sumie w trzech zakładach zatrudnia blisko 900 osób. Witold Wróblewski liczy na to, że uda się przyciągnąć do Elbląga firmy różnej wielkości i z różnych branż. Realistycznie zakłada jednak, że najłatwiej będzie skłonić do inwestycji spółki z sektora MŚP, czyli małe i średnie przedsiębiorstwa.

– Na pewno biznes związany z gospodarką morską to więksi inwestorzy. Aczkolwiek patrząc na ostatnie lata, można zaobserwować, że to sektor MŚP, czyli małe i średnie przedsiębiorstwa, najczęściej jest zainteresowany inwestycjami. Duże firmy i koncerny mają trochę inne koncepcje co do swojej lokalizacji.

Elbląg liczy też na firmy innowacyjne. Miasto stara się bowiem oferować bardzo dobre warunki dla inwestorów, których działalność związana jest z nauką i nowymi technologiami.

– Bardzo mocno postawiliśmy na informatykę. Takich firm powstaje u nas coraz więcej. Mamy lidera, firmę OPEGIEKA z Elbląga, która jest prywatnym centrum badawczo-rozwojowym zarejestrowanym u ministra gospodarki. Prowadzi działalność badawczo-rozwojową  zwraca uwagę prezydent Elbląga.

Witold Wróblewski zaznacza, że największym atutem miasta są jednak dobrze wykwalifikowani ludzie. Elbląg jest ośrodkiem akademickim i nadal się pod tym względem rozwija. Wróblewski podkreśla więc, że o dobrze wykształconych absolwentów nie jest tu trudno.

 Mamy dwie uczelnie, które kształcą około 2 tys. studentów rocznie  mówi prezydent Elbląga Witold Wróblewski. – Państwową Wyższą Szkołę Zawodową, która jest ukierunkowana na przedmioty techniczne, i elbląską uczelnię humanistyczno-ekonomiczną, ukierunkowaną na przedmioty humanistyczne.

Polska stwarza lepsze perspektywy rozwoju zawodowego niż kraje Zachodu. Pracodawcy rozbudowują ofertę dla pracowników

CEO Magazyn Polska

Młodzi pracownicy w Polsce mają szanse na szybszy awans i objęcie odpowiedzialnych stanowisk niż w krajach Europy Zachodniej. Menedżerowie pracujący nad Wisłą są średnio o kilkanaście lat młodsi niż w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Rozwój starają się wspierać także sami pracodawcy, wdrażając w swojej kulturze korporacyjnej nowoczesne rozwiązania stosowane przez światowych liderów, takie jak coaching czy mentoring.

 Wszystko wskazuje na to, że szanse rozwoju zawodowego w Polsce są dla grupy młodych pracowników coraz lepsze. Kiedy weźmiemy pod uwagę fakt, że jako lider w tym peletonie najszybciej gonimy kraje Europy Zachodniej m.in. pod względem wykształcenia, to pokazuje, że przestrzeń do rozwoju jest bardzo duża  powiedział agencji informacyjnej Newseria Konrad Ciesiołkiewicz, dyrektor komunikacji korporacyjnej i społecznej odpowiedzialności biznesu Orange Polska podczas konferencji „Wybierz Polskę od rozwoju indywidualnego do rozwoju kraju”, która odbyła się w gmachu warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Odsetek Polaków rozpoczynających studia po ukończeniu szkoły średniej jest jednym z najwyższych na świecie i wynosi ponad 80 proc. Średnia dla wszystkich krajów OECD jest poniżej 60 proc., jak wynika z danych Eurostatu. Między 2005 a 2012 rokiem o 16,4 proc. wzrosła u nas liczba osób z wyższym wykształceniem. Średni wzrost w UE to 7,8 proc.

Polska ma też jedną z młodszych kadr menadżerskich. Z danych firmy Hays wynika, że osoby pracujące na wyższych stanowiskach to w dużej mierze przedstawiciele grupy wiekowej 36–45 lat. W przypadku niektórych branż, takich jak m.in. marketing, IT czy PR dla jednej trzeciej kadry menedżerskiej przedział jest nawet jeszcze niższy i wynosi 26–35 lat. Dla porównania w Niemczech przeważają osoby w okolicach 50–55 roku życia. Niewiele młodsi są menadżerowie w Japonii czy Stanach Zjednoczonych.

Z całą odpowiedzialnością można powiedzieć, że więksi pracodawcy robią dużo, żeby do tego rozwoju się przyczyniać. Przyjęliśmy wiele standardów, które znane były w Europie Zachodniej, a które dzisiaj służą Polsce i naszemu rozwojowi  stwierdza Konrad Ciesiołkiewicz.  Mam na myśli systemy premiowania, ocenianie na podstawie celów, mam na myśli metody wsparcia, takie narzędzia jak coaching, mentoring, które są bardzo poważnie i serio traktowane w dużych korporacjach.

Jak podkreśla Ciesiołkiewicz, w Orange dużą wagę przykłada się do kompetencji w zakresie zarządzania różnorodnością, czyli umiejętności pracy w grupie, która jest zróżnicowana pod względem płci, wieku, wyznania, światopoglądu czy narodowości.

Tego rodzaju kompetencje, których oczekuje się dzisiaj od kierowników, są dokładnie takie same, jakich oczekuje się od menadżerów w Nowym Jorku, Londynie czy w innych krajach Europy Zachodniej zauważa Ciesiołkiewicz.

Pracownicy w Polsce coraz lepiej odnajdują się w kulturze korporacyjnej. Jak wyjaśnia Ciesiołkiewicz, wbrew powszechnej opinii termin ten kryje w sobie wiele pozytywnych elementów. Standardem w Polsce staje się m.in. kultura organizacyjna oparta na informacji zwrotnej.

Menadżer nie może działać w oderwaniu od opinii pracowników, którzy z nim współpracują, od opinii swoich partnerów z innych departamentów tej samej firmy czy od opinii klienta i partnerów zewnętrznych  mówi dyrektor w Orange Polska.  Nie jest możliwe działanie indywidualne w dużej organizacji. I nie ma znaczenia, czy jest to organizacja zachodnia, międzynarodowa czy polska.

Innym aspektem kultury korporacyjnej jest rozwój CSR i wolontariatu. Firmy coraz większą wagę przywiązują do tego typu inicjatyw. Same się w to angażują i zwracają uwagę na aktywność społeczną swoich pracowników. Dal przykładu w Orange Polska działa prawie 3,5 tys. wolontariuszy. Podejmowane przez nich inicjatywy dotyczą m.in. edukacji cyfrowej dzieci i osób powyżej 50. roku życia.

Taka działalność ma korzystny wpływ zarówno na zatrudnionych, jak i na samą organizację  pomaga m.in. w budowaniu jej wizerunku wśród pracowników i ewentualnych kandydatów. Wewnętrzne badania Orange Polska wskazały, że 77 proc. pracowników firmy pozytywnie ją ocenia. Podobny odsetek poleciłby Orange jako pracodawcę swoim znajomym.

Zaangażowanie pracodawców w działania społecznie odpowiedzialne i wolontariat mają również znaczenie dla całego rynku pracy, ponieważ tego typu organizacje są przykładem dla innych firm i przyczyniają się do upowszechnienia wysokich standardów na rynku.

Należności to jedna czwarta majątku polskich firm. Dlatego coraz częściej decydują się na ich ubezpieczenie

0

CEO Magazyn Polska

Średnio 25 proc. aktywów polskich firm stanowią należności. Jakiekolwiek problemy finansowe kontrahentów mogą więc być poważnym zagrożeniem dla działalności danego przedsiębiorstwa. Do tej pory należności ubezpieczały głównie większe firmy, ostatnio widać jednak rosnące zainteresowanie również ze strony małych przedsiębiorstw. Ubezpieczyciele starają się więc dostosowywać do nich swoją ofertę.

Każdy przedsiębiorca, który prowadzi biznes, oprócz tego, że powinien zabezpieczać swój majątek, zobowiązania, czyli pasywa, powinien także pamiętać o zabezpieczeniu należności – mówi agencji Newseria prof. Jacek Lisowski, kierownik Katedry Ubezpieczeń na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. – Średnio w polskich przedsiębiorstwach około 25 proc. aktywów majątku to są należności. To oznacza, że jakakolwiek upadłość albo perturbacje finansowe odbiorców mogą powodować perturbacje u samego przedsiębiorcy.

W Polsce działalność gospodarczą zarejestrowały 3 mln przedsiębiorców. Większość z nich to firmy małe i mikro, zatrudniające co najwyżej kilka osób. Dla tego typu działalności gospodarczej płynność finansowa to fundament nie tyle sukcesu, ile przetrwania. Prof. Lisowski wyjaśnia, że w bardziej rozwiniętych gospodarkach 1/3 firm ma tego typu ubezpieczenie. W Polsce do tej pory z ubezpieczeń należności korzystały głównie duże korporacje.

Duży przedsiębiorca ma najczęściej zespół, który może zarządzać i pilnować należności, więc polityka kredytowa jest pod kontrolą. Natomiast mały przedsiębiorca nie ma do tego ludzi – mówi prof. Lisowski. – Odpowiedzialność, jaka ciąży na przedsiębiorcy, powoduje, że często majątek całej rodziny, wielu osób, może zostać niejako pomniejszony przez sprzedaż towaru niewłaściwemu odbiorcy.

Stąd też rosnące zainteresowanie mniejszych firm ubezpieczeniami należności.

W większości w ofercie firm ubezpieczeniowych są produkty dosyć skomplikowane. Z jednej strony trzeba przedstawić dokumenty firmy, którą chcemy ubezpieczyć, z drugiej strony ta firma musi przejść pozytywną analizę. Z naszej strony musi być również zabezpieczenie w postaci obrotów firmy, które pozwalałyby na uzyskanie takiego bądź innego ubezpieczenia ze strony firmy ubezpieczeniowej – mówi Piotr Nagawski, prezes zarządu drukarni WIP Druk. – Pojawiają się jednak produkty, dzięki który – bez zbędnego zaangażowania własnego czasu i czasu klienta – można uzyskać ubezpieczenie należności pozwalające zwolnić środki obrotowe.

Jak podkreśla, coraz więcej kooperantów z branży poligraficznej zaczyna korzystać z ubezpieczeń należności. Kierowana do MŚP oferta częściej pojawia się u ubezpieczycieli, którzy postrzegają ten sektor jako perspektywiczną grupę klientów, tym bardziej że rynek produktów dla dużych firm jest już nasycony.

Z ofertą dla małych firm wychodzi także Euler Hermes. Polisa Simplicity ma być przede wszystkim łatwo dostępna – można ją zakupić przez internet i nie wymaga wielu formalności.

Klient będzie podawał jeden parametr, czyli jego obrót. Liczymy tutaj na współpracę z firmami, które realizują naprawdę małe obroty, np. do miliona złotych. Po podaniu obrotu do ubezpieczenia przedsiębiorcy będą dostawali od razu kalkulację i umowa będzie gotowa do podpisania – mówi Bogdan Wiesiołek, członek zarządu ds. sprzedaży i marketingu Euler Hermes.

Oferta spółki to odpowiedź na obserwację rynku, czyli wzrost ryzyka związanego z odroczonymi terminami płatności w sektorze MŚP.

Jesteśmy w Grupie Allianz i nasze siły sprzedażowe obserwują, że nie tylko duże i średnie przedsiębiorstwa szukają rozwiązań dotyczących ubezpieczenia należności. Jeśli firma realizuje obrót na poziomie 2 mln zł i musi za to zapłacić kilka tysięcy złotych, to wydaje się, że jest to dobre rozwiązanie. Dzięki temu będzie w przyszłości mogła bez ryzyka podchodzić do swoich klientów, którzy będą wymagali od niej odroczonych terminów płatności – podkreśla Wiesołek.

BASF inwestuje w innowacje w branży chemicznej. Koncern rocznie wydaje blisko 2 mld euro na prace badawczo-rozwojowe

0

CEO Magazyn Polska

Firma aktywnie włącza się w proces tworzenia innowacji w branży chemicznej. Tylko w ubiegłym roku na badania i rozwój przeznaczyła blisko 2 mld euro. Nad innowacjami pracuje globalnie ponad 10 tys. osób. Koncern stawia na rozwiązania, które wspierają efektywne i zrównoważone wykorzystanie zasobów naturalnych w procesie produkcyjnym. W tym roku BASF obchodzi 150. rocznicę swojego istnienia. 

Dla BASF chemia jest elementem zrównoważonego rozwoju w przyszłości, a innowacje są w tym zakresie kluczowe. Uważamy, że tylko dzięki nim będziemy w stanie sprostać wyzwaniom jutra w zakresie efektywności energetycznej czy zapewnienia odpowiedniej ilości żywności. Jest wiele obszarów potencjalnego rozwoju, które pomogą sprostać tym wyzwaniom, a do tego właśnie niezbędne są innowacje – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andreas Gietl, dyrektor zarządzający BASF Polska.

Firma z roku na rok zwiększa wydatki na badania i rozwój. W ubiegłym roku przeznaczyła na ten cel ok. 2 mld euro. Dla porównania w 2012 roku było to 1,6 mld, a w 2005 – 0,8 mld euro. Ponad 10 tys. osób pracuje nad innowacjami. Przekłada się to na liczbę zgłoszonych patentów. W 2011 roku było ich ok. 1 tys., w 2013 – ponad 1,3 tys. Tym samym koncern zajmuje pierwsze miejsce w Patent Asset Index jako najbardziej innowacyjna firma w branży chemicznej na świecie. Przy wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań koncern chce w możliwie najbardziej efektywny sposób korzystać z zasobów naturalnych, przy jednocześnie jak najmniejszym wpływie na środowisko naturalne.

W tym roku BASF obchodzi 150. rocznicę powstania.

Świętujemy ją na wiele sposobów. W Polsce mamy Creator Space Online, czyli platformę służącą do rozwiązywania najtrudniejszych wyzwań. Za pośrednictwem platformy ludzie mogą się dzielić swoimi pomysłami na innowacyjne rozwiązania dotyczące tego, jak sprostać wyzwaniom przyszłości. Świętujemy także z naszymi partnerami, m.in. z uniwersytetami w Warszawie i Wrocławiu, a także z naszymi pracownikami. Ważne jest dla nas to, by nie patrzeć tylko w przeszłość, lecz przede wszystkim w przyszłość – podkreśla Andreas Gietl.

Tematem przewodnim obchodów jubileuszowych w Polsce jest inteligentna energia. Światowe zapotrzebowanie na energię rośnie z dnia na dzień. Szacuje się, że do 2050 roku ludzie będą zużywać nawet trzy razy więcej energii niż obecnie. Właśnie dlatego firma wprowadza rozwiązania, które wspierają optymalizację procesów produkcyjnych. Przykładem może być tworzywo Neopor wykorzystywane w produkcji płyt izolacyjnych, które gwarantują nawet o 20 proc. większą wydajność w porównaniu z tradycyjnymi styropianami i tym samym pozwalają na zmniejszenie kosztów ogrzewania budynków. Ultralekkie komponenty wytwarzane z tworzywa sztucznego BASF Ultramid zastępują natomiast metalowe części samochodu, dzięki czemu zmniejszają jego ciężar i minimalizują zużycie energii.

150. rocznica to również okazja do podsumowania osiągnięć i zaangażowania społecznego firmy w kraju. Na lokalizację jubileuszu w Polsce został wybrany Wrocław. W położonej niedaleko Środzie Śląskiej funkcjonuje największy zakład produkcji katalizatorów BASF w Europie. 19 listopada we Wrocławskim Centrum Badań EIT+ podczas uroczystości rocznicowych wzięli udział m.in. przedstawiciele Uniwersytetu Wrocławskiego i Politechniki Wrocławskiej – partnerów BASF Polska. Dwie studentki z tych uczelni – Adrianna Cytryniak i Justyna Mielnik – zostały natomiast wybrane ambasadorkami profilu edukacyjnego chemiatomy na Facebooku, który od kilku lat prowadzi firma.

Jestem pod dużym wrażeniem rozwoju BASF Polska w ostatnich kilku latach. Zespół jest bardzo profesjonalny i z przyjemnością będę z nim pracował przez najbliższe lata – zaznacza Andreas Gietl, który stanowisko dyrektora zarządzającego BASF Polska objął w sierpniu.

Obroty grupy w Polsce przekroczyły 770 mln euro, zatrudnionych jest tu ponad 600 osób. BASF wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim i Uniwersytetem Wrocławskim oraz Politechniką Warszawską i Politechniką Wrocławską połączyli siły na rzecz promocji chemii w Polsce. Od 2010 roku BASF jest też partnerem laboratorium chemicznego dla dzieci i młodzieży w Centrum Nauki Kopernik. We wrześniu laboratorium chemiczne dla dzieci i młodzieży zostało też otwarte w Humanitarium Wrocławskiego Centrum Badań EIT+.

Świąteczne prezenty od pracodawcy mogą być zwolnione z podatku PIT

CEO Magazyn Polska

Prezent świąteczny od pracodawcy jest traktowany jako przychód i pracownik musi od niego zapłacić podatek. Wyjątkiem są jednak sytuacje, gdy wartość prezentu nie przekracza 380 zł (w skali roku), a jego zakup był sfinansowany ze środków Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Można to zwolnienie zastosować np. do gotówki czy karty przedpłaconej. Zwolnieniu z podatku nie będzie jednak podlegał kupon podarunkowy.

Opodatkowanie prezentów czy upominków dla pracowników jest różne w zależności od tego, jakie jest źródło finansowania tego rodzaju prezentów – mówi agencji Newseria Biznes Kalina Figurska-Rudnicka z Kancelarii MDDP.

Prezenty zakupione ze środków obrotowych firmy będą co do zasady traktowane jako przychód pracownika. Ich wartość powinna więc być doliczona przez pracodawcę do podstawy opodatkowania zatrudnionego i powiększyć należny podatek. Wyjątkiem mogą być prezenty, które będą wykorzystywane przez pracownika podczas wykonywania jego obowiązków służbowych, np. akcesoria biurowe. Wówczas zgodnie z interpretacją organów podatkowych nie ma osobistej korzyści majątkowej po stronie samego pracownika.

Jeżeli środki na zakup prezentów zostaną pobrane z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, a regulamin ZFSŚ będzie przewidywał taką możliwość, jeżeli wartość tych prezentów zostanie zróżnicowana zgodnie z materialną sytuacją pracowników i w ciągu roku nie przekroczy ona 380 zł na pracownika, to nie dojdzie do powstania przychodu opodatkowanego po stronie pracownika – wyjaśnia Figurska-Rudnicka.

Zwolnione z podatku dochodowego od osób fizycznych mogą być nie tylko prezenty, lecz także gotówka i karty przedpłacone. Organy podatkowe odróżniają je od talonów, bonów i voucherów, które nie mogą podlegać zwolnieniu (bez względu na źródło finansowania). Karty pełnią funkcję podobną do gotówki czy karty płatniczej, podczas gdy bony zakupowe służą raczej wymianie na towar w określonym sklepie.

Karty są korzystne również dla pracodawcy z punktu widzenia podatku VAT, ich sprzedaż przez podmiot zewnętrzny nie będzie podlegała podatkowi VAT – mówi ekspertka MDDP.

Zakup prezentów oznacza też określone obowiązki podatkowe dla pracodawcy. Przeznaczone na ten cel środki firma może wrzucić w koszty uzyskania przychodu i tym samym pomniejszyć zobowiązanie wobec urzędu skarbowego z tytułu podatku dochodowego.

Prezenty to budowanie relacji, motywowanie pracowników do dalszej współpracy i to ma związek pośredni z zabezpieczeniem źródła przychodu. W związku z czym tego rodzaju wydatki mogą być zaliczone do kosztów podatkowych. Wyjątkiem są towary wymienione w katalogu w art. 16 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, czyli np. alkohol. Alkohol nie może być zaliczony do kosztów uzyskania przychodu, jeżeli jest kupowany przez pracodawcę i przekazywany pracownikom – mówi Kalina Figurska-Rudnicka.

Chorzy na cukrzycę mogą normalnie żyć dzięki nowoczesnym lekom. W Polsce stosowane są one u zaledwie 4 proc. pacjentów

CEO Magazyn Polska

Pacjenci chorzy na cukrzycę mogą prowadzić normalne życie zawodowe. Zapewnia im to zindywidualizowana terapia oparta na nowoczesnych lekach. Należą do nich m.in. długo działające analogi insuliny, które przez całą dobę zapewniają odpowiedni poziom insuliny i zapobiegają groźnym dla zdrowia niedocukrzeniom. Niestety, w ten sposób leczonych jest jednak zaledwie 4 proc. pacjentów. 

Według szacunków lekarzy na cukrzycę choruje blisko 3 mln Polaków. 30 proc. z nich nie wie o swojej chorobie, a prawie 70 proc. nie osiąga zakładanych celów terapeutycznych. Zdaniem specjalistów wynika to nie tylko z bezobjawowego przebiegu choroby w początkowym stadium, lecz przede wszystkim z niskiego poziomu wiedzy Polaków na temat cukrzycy. Niekontrolowana lub źle leczona choroba może natomiast prowadzić do groźnych dla życia powikłań, m.in. zawału serca i udaru mózgu. Dlatego ważna jest edukacja i budowanie świadomości pacjentów w zakresie profilaktyki powikłań.

Już ojciec współczesnej diabetologii Elliot Joslin powiedział, że pacjent z cukrzycą, który wie najwięcej, żyje najdłużej. Bardzo duży nacisk kładziemy na edukację zdrowotną i terapeutyczną pacjentów z cukrzycą dlatego, żeby umieli postępować z tą chorobą w codziennym życiu, żeby ich jak najmniej ograniczała – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Grzegorz Dzida, diabetolog z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Zdaniem ekspertów chorzy na cukrzycę mogą prowadzić w pełni aktywne życie. Warunkiem jest jednak stosowanie się do zaleceń lekarzy. Podstawą jest wyrównanie ciśnienia tętniczego i poziomu lipidów oraz kontrola masy ciała. Wyrównanie stężenia glukozy powinno przebiegać już pod kontrolą lekarza podstawowej opieki medycznej lub diabetologa. Obecnie stosuje się terapie zindywidualizowane – lekarz dobiera leki, które będą najbezpieczniejsze i najskuteczniejsze dla konkretnego pacjenta oraz w jak najmniejszym stopniu wpływające na jego styl życia. Taka terapia możliwa jest dzięki nowoczesnym lekom.

Te nowe leki zapewniają wysoką jakość życia pacjentów z cukrzycą. Najlepszym przykładem leku, który podnosi komfort życia, są analogi długo działające insuliny. Dzięki temu, że zapewniają one stałe stężenie insuliny przez całą dobę, pacjent może pracować w pełnym wymiarze godzin, także na zmiany, co kiedyś było dużą trudnością – mówi prof. Grzegorz Dzida.

Długo działające analogi to pochodne insuliny, bardzo podobne do insuliny ludzkiej. Leki te, takie jak glargina, podawane są raz na dobę, a insulina detemir raz lub dwa razy na dobę. Ich działanie charakteryzuje się w miarę stałym stężeniem w ciągu całej doby. Z jednej strony zapewnia to całodobowe obniżenie poziomu glukozy w surowicy, a z drugiej zapobiega niebezpiecznym spadkom poziomu glukozy w nocy, które mogą być groźne dla życia i zdrowia chorych na cukrzycę. Długo działające analogi insuliny są obecnie refundowane w 30 proc. dla wszystkich pacjentów z cukrzycą typu I.

 Niestety, analogi długo działające są refundowane w ograniczonych wskazaniach w cukrzycy typu II – dotyczy to przypadków leczonych insuliną ludzką przez pół roku, kiedy nie uzyskało się dobrego wyrównania cukrzycy, a także osób, u których przy stosowaniu insulin ludzkich występowały głębokie niedocukrzenia – mówi diabetolog. – Ku naszemu zaskoczeniu preparaty analogów insuliny długo działających są wykorzystywane w bardzo małym stopniu. Stanowią tylko 4 proc. rynku insulin.

Na światowym rynku dostępne są też nowoczesne leki, które stanowią przełom w leczeniu cukrzycy. To m.in. popularne w Stanach Zjednoczonych i Europie leki inkretynowe, które obniżają poziom glukozy, gdy jest za wysoki, i pomagają kontrolować masę ciała, co jest bardzo istotne dla wielu chorych z cukrzycą typu II, której zwykle towarzyszy nadwaga lub otyłość. Ostatnio na rynku pojawiły się  leki złożone, w których zawarte są dwie różne substancje lecznicze, jak na przykład lek inkretynowy z grupy analogów GLP-1 oraz insulina, bądź leki zawierające metforminę i lek inkretynowy z grupy gliptyn.

Te leki są dostępne, jednak w innych krajach UE są one refundowane, w Polsce nie. Mimo wielu starań środowiska diabetologicznego oraz pacjentów i rodzin osób chorych na cukrzycę leki te są dostępne za pełną odpłatnością. Niestety, ponieważ to są nowe leki, trzeba za nie sporo zapłacić – mówi prof. Grzegorz Dzida.

Wigilijne spotkania standardem w firmach. Na stołach dominują tradycyjne potrawy

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej polskich firm organizuje wigilijne spotkania dla swoich pracowników. To doskonała okazja do podsumowania mijającego roku, budowania pozytywnego wizerunku pracodawcy oraz integracji zespołu. Takie spotkania organizowane są zazwyczaj w restauracjach, a w menu dominują tradycyjne świąteczne potrawy. Na większości tego typu spotkań podawany jest także alkohol. Koszt zorganizowania wigilijnego spotkania zaczyna się już od 60 zł od osoby.

Zwyczaj wigilii firmowych przyszedł do Polski ze Stanów Zjednoczonych – tam zdecydowana większość firm organizuje tzw. christmas party dla swoich pracowników. Także w Polsce świąteczne spotkania stają się coraz popularniejsze. Zazwyczaj pozbawione są one religijnego charakteru – przedsiębiorcy traktują je jako okazję do podsumowania mijającego roku w luźnej atmosferze oraz do integracji pracowników. To także doskonały sposób na budowanie pozytywnego wizerunku pracodawcy wśród podwładnych.

Christmas party dotarły do nas tak jak i inne zwyczaje. Śledziki są ciągle znacznie popularniejsze wśród panów, ale panie też sobie śledziki damskie organizują. Natomiast jak najbardziej święta w restauracjach dla pracowników stają się popularniejsze – mówi agencji informacyjnej Newseria Misia Zielińska, restauratorka, właścicielka OSIEM I PÓŁ Bistro.

Wigilijne spotkania organizowane są często poza siedzibą firmy, np. w restauracji. Spotkanie takie trwa ok. 3–4 godzin, w zależności od liczby serwowanych dań, ale i atmosfery przy stole. W wyborze menu na firmową wigilię Polacy pozostają tradycjonalistami – najchętniej decydują się na tradycyjne świąteczne potrawy.

Zupa grzybowa, barszcz, śledź, karp. Aczkolwiek niekoniecznie są to postne przyjęcia. Na drugie danie może być już polędwica, befsztyk – mówi Misia Zielińska.

Z badań firmy Pracuj.pl wynika, że 61 proc. ankietowanych nie chce alkoholu na firmowej wigilii. Mimo to na zdecydowanej większości tego typu spotkań alkohol jest serwowany.

Organizacja wigilijnego spotkania dla pracowników nie wymaga dużych nakładów finansowych – jej koszt zaczyna się już od 60 zł za osobę.

– To jest kwestia budżetu, jakim dysponuje firma. My mamy oferty między 60 a 120 zł, zależnie od tego, jakie są potrawy, czy jest alkohol i w jakich ilościach – mówi Misia Zielińska.

Dla niektórych pracodawców wigilia firmowa to także okazja do wręczenia podwładnym świątecznych upominków. Najbardziej popularne upominki to bony i kosze podarunkowe.

Czekając na FED, rynki patrzą na ropę

Ropa naftowa, a konkretnie spadek ceny, są teraz temat zastępczym w oczekiwaniu na środową konferencję FED-u. Wpływ tego surowca jest różny. Inaczej wygląda to w cierpiących krajach produkujących, np. w Rosja. Inaczej w reszcie świata, gdzie taniejąca ropa dusi wskaźnik inflacji.

Ropa wciąż przemawia do wyobraźni inwestorów. Wartość nominalna ropy wyrażona w USD właśnie wyrównuje poziom z 2008 roku. Nominalna, gdyż zarówno dolar wtedy był tańszy (aczkolwiek w momencie dołków na cenach ropy wrócił już powyżej poziomu 3 zł) i należałoby uwzględnić inflację. W efekcie ze względu na wpływ inflacji ropa jest efektywnie tańsza w dolarach niż była w 2008 roku. Z drugiej strony, z punktu widzenia złotego i innych walut, które straciły do dolara, jeszcze nie dotarliśmy do tamtych poziomów. Reakcja na walutach nie może zaskakiwać. Rosyjski rubel staniał w ciągu tygodnia o kolejne kilka procent, schodząc z okolic 5,8 grosza poniżej 5,6 grosza.

Na niekorzyść waluty naszego wschodniego sąsiada działają również sygnały dochodzące z tamtejszej gospodarki. Mniejsze wpływy z handlu ropą skutkowały zmianami budżetu i zamrożeniem wydatków. Powodem była chęć finansowania ich właśnie z zysków z ropy, która osiągnęła średnią cenę poniżej zakładanej w budżecie. Na przyszły rok budżet na razie zakłada poziom 50 dolarów, ale już teraz głośno się mówi, że to odważne założenie.

Ciekawe wyniki dał w Polsce sondaż na temat wieku emerytalnego. Wynika z niego, że Polacy są zainteresowani obniżką wieku emerytalnego, o ile nie zmieni się wysokość emerytur. Taki wariant popiera 65% ankietowanych. W drugim pytaniu dodano jedno ważne zastrzeżenie. Czy popiera się obniżkę wieku emerytalnego, jeżeli emerytura będzie niższa o nie więcej niż 30%. W tym wypadku poparcie dla projektu gwałtownie spadło i zainteresowanie wyraziło zaledwie 36% ankietowanych.

Australia poinformowała, że deficyt budżetowy na skutek niższych cen surowców wzrośnie z 35,1 mld dolarów australijskich do 37,4 mld dolarów australijskich. Dla porównania to równowartość mniej więcej 27 mld dolarów amerykańskich. Tak duża zmiana deficytu spowodowała oczywiście osłabienie wobec innych walut. Co ważne, pomimo powiększenia deficytu, nie ma zagrożenia dla finansów i ratingu kredytowego kraju.

Wczorajsze dane makroekonomiczne nie miały większego wpływu na rynki. Konferencja prasowa Mario Draghiego pchnęła co prawda kwestię EURO/USD do góry, aczkolwiek powodem jest raczej zmiana oczekiwań inwestorów co do środowej decyzji FED.

Coraz więcej e-sklepów, coraz więcej kupujących

Rosnąca liczba e-sklepów idzie w parze z coraz częstszymi zakupami Polaków w sieci. Szczególnie w okresie przedświątecznym. Wtedy konsumenci dużo szybciej dokonują wyboru. Czego? Najczęściej elektroniki i książek – wynika z badań przeprowadzonych przez home.pl i Gemius.

Przed świętami Polacy chętniej niż w pozostałej części roku korzystają z możliwości robienia zakupów przez internet. Zdaniem Radosława Krawczyka, eksperta z firmy Gemius, zwiększenie zainteresowania klientów sklepami online wynika z chęci oszczędzenia czasu i szybszego podejmowania zakupowych decyzji.

– W grudniu znacznie więcej towarów jest wysyłanych do klientów, jeden klient dokonuje też większej liczby zakupów – mówi ekspert.

–Obserwujemy dynamikę wzrostu ilości e-sklepów w Polsce od kilku lat i widzimy, że polscy przedsiębiorcy zdecydowali się pójść za swoimi klientami do sieci. Tym bardziej, że postawienie i utrzymanie e-sklepu to koszt kilkudziesięciu złotych miesięcznie – dodaje Paweł Skarżyński z firmy home.pl. – Przedsiębiorcy chcą się rozwijać, poszerzają swój asortyment, potrzebują nowych klientów i, co także ważne, wiedzą, że dużą szansą na zarobek jest dla nich sprzedaż w online.

Impulsywne kupowanie

Także sposób kupowania Polaków w sieci przed świętami różni się od tego, w jaki robią to na co dzień.

–Sezon świąteczny charakteryzuje się tym, że klienci mniej czasu potrzebują na wybranie produktów i ich zakup – mówi Radosław Krawczyk.  – Jeśli kupują w ciągu roku np. komputer, dokonują wielu analiz, porównują oferty różnych sklepów tygodniami. W czasie przedświątecznym po prostu szybciej decydują się na konkretny zakup. Choć w grudniu e-zakupy oczywiście cieszą się większym zainteresowaniem użytkowników sieci, Polacy chętnie kupują w internecie cały rok.

Polak w sieci

– Zakupy w sieci stają się coraz bardziej popularne i ogólnodostępne, a profil e-konsumenta jest zbieżny z profilem przeciętnego polskiego internauty. Nie widać tu szczególnych różnic – podsumowuje Radosław Krawczyk.

Jaki jest więc profil polskiego internauty? Według październikowych danych z badania Megapanel PBI/Gemius nieznaczną większość stanowią mężczyźni (50,2 proc.). Jak przedstawia się struktura wiekowa Polaków korzystających z internetu? 17,4 proc. z nich to osoby od 15 do 24 roku życia, 23,1 proc. – od 25 do 34 lat, 19,4 proc. – od 35 do 44 lat, 15,5 proc. – od 45 do 54 lat, 14,5 proc. – grupa 55+.

Polski internauta najczęściej posiada wykształcenie średnie (24,3 proc.), rzadziej wyższe (20,4 proc.), zasadnicze zawodowe (16,2 proc.), licencjackie (6,7 proc.) oraz pomaturalne (6,5 proc.) i niepełne średnie (po 6 proc.).

Na topie wciąż elektronika i książki

Według eksperta firmy Gemius nadal chętniej wybieramy zakupy na ekranie komputera, niż korzystamy z mobilnych aplikacji.

– Rok 2015 miał być w końcu rokiem zakupów mobilnych. Podobnie miało być rok temu i w 2013. Na razie jednak większość e-zakupów Polacy wolą robić przy komputerach, choć udział urządzeń mobilnych, w tym aplikacji na tabletach i smartfonach, rośnie dynamicznie – mówi Krawczyk.

– Polscy przedsiębiorcy w większości wybierają dla swoich e-sklepów model responsywny, czyli taki który jest ujednolicony, intuicyjny i wygodny, bez względu na urządzenie, jakim posługuje się klient podczas zakupów – dodaje Paweł Skarżyński z home.pl. – Czy jest to mały ekran smartfona czy duży monitora – kupujący musi z łatwością obejrzeć towar, przeczytać jego specyfikację i przejść bez problemów przez cały proces zakupowy, od „Dodaj do koszyka” do „Wybierz formę płatności”.
A co budzi największe zainteresowanie klientów sklepów internetowych?

– Polacy tradycyjnie kupują przez internet elektronikę i książki, ale też coraz większym zainteresowaniem cieszą się ubrania, buty czy kosmetyki – wylicza ekspert Gemiusa.

Na co zwracać uwagę podczas zakupów internetowych? Radzi Paweł Skarżyński z firmy home.pl

Certyfikat SSL – najważniejsze zabezpieczenie dla e-sklepu

Odwiedzając stronę sklepu, sprawdźmy czy witryna jest zabezpieczona. Widać to zawsze w pasku adresu przeglądarki, w momencie kiedy wyświetlamy koszyk lub próbujemy założyć konto/złożyć zamówienie. Biorąc pod uwagę fakt, że Google już od ponad sześciu miesięcy niżej pozycjonuje serwisy, które nie korzystają z certyfikatu (czyli nawet proste strony WWW), brak takiego zabezpieczenia to pierwszy sygnał, żeby zastanowić się, czy w tym konkretnym sklepie na pewno powinniśmy składać zamówienie.

Jakie formy płatności oferuje e-sklep?

Mogłoby się wydawać, że zakupy za pobraniem to najbezpieczniejsza forma płatności dla kupującego. Nic bardziej mylnego. Płatności elektroniczne, świadczone przez takich operatorów jak np. PayU, są najbezpieczniejszą formą zawierania transakcji online. Jeżeli e-sklep chce zaoferować taką formę opłacania zamówień, musi zostać zweryfikowany. Sprawdzane są dokumenty firmowe (wpis do EDG, KRS), które stanowią jednoznaczne potwierdzenie legalności prowadzonego biznesu. Innymi słowy – wybieranie płatności za pobraniem nie spowoduje, że zakup będzie bezpieczniejszy! To błędne myślenie, którym do dzisiaj kieruje się większość z nas. Nawet jeśli sprzedawca, po pozytywnym zweryfikowaniu przez operatora płatności, okaże się być nieuczciwy, to do operatora płatności możemy zawsze zgłosić się z roszczeniem o zwrot wpłaconych środków.

Czy dane kontaktowe / dane sklepu są dostępne?

Zanim złożymy zamówienie, sprawdźmy dane adresowe sklepu. Jeżeli właściciel serwisu publikuje jedynie formularz kontaktowy i nie podaje takich danych – STOP! To kolejny sygnał, że nie powinniśmy składać zamówienie w tym serwisie. Z jakiego powodu sprzedawca miałby ukrywać dane? Nawet jeżeli dane są, ale i tak, z jakiegoś powodu sklep wydaje się nam podejrzany, sprawdźmy lokalizację na podstawie kodu. To zawsze dodatkowy plus.

Czy kontaktowy numer telefonu działa?

Sklep bez telefonu kontaktowego? W dobie telefonii VOIP to raczej mało prawdopodobne. Zawsze przed zakupem w nowym miejscu upewnijmy się, że taki kontakt istnieje i działa. Jego brak to kolejny powód, żeby zastanowić się przed zakupem w nowym miejscu.

Czy poza sklepem sprzedawca ma jeszcze inne kanały sprzedaży?

Nie jest to może element, bez którego sprzedawca w obecnych czasach może się obejść,. Ale dla klienta poznającego nowy sklep warte potwierdzenia będzie to, czy jego oferta jest także dostępna w innych serwisach (np. Allegro.pl). Jeżeli nie jesteśmy pewni bezpieczeństwa zakupów, warto upewnić się, że oferta sprzedawcy dostępna jest także w innych kanałach. Nie jest to co prawda konieczność – nie każdy e-sklep musi być obecny z ofertą na aukcjach. Jeśli jednak nie jesteśmy pewni, po prostu to zweryfikujmy.

Sprawdzajmy opinie!

Przed zakupem postarajmy się sprawdzić opinie o sklepie (najłatwiejszy sposób – w Google, wpiszmy: „adres_sklepu opinie”). Da nam to odpowiedź czy inni kupujący otrzymali zamawiany towar. Drugą  metodą jest sprawdzenie czy e-sklep korzysta z systemu ocen zakupów (np. zaufane opinie Ceneo). To dodatkowy element, który potwierdzi, że na pewno sprzedawca faktycznie wysyła towar, a ten jest zgodny z opisami na stronie.

Nie ma jednej, uniwersalnej metody na ustrzeżenie się przed oszustwem w internecie. Czyhających na nieostrożnych kupujących pokus jest dużo, zwłaszcza w okresie świątecznym. Postarajmy się zachować zdrowy rozsądek. Jeśli widzimy ofertę, która cenowo odbiega znacząco od większości ofert – zastanówmy się dwa razy. Jeśli kontakt ze sklepem jest tylko poprzez formularz kontaktowy – spróbujmy poszukać produktów gdzie indziej. Brak certyfikatu SSL powinien także dać nam wyraźnie, do zrozumienia, że sklep nie do końca dba o bezpieczeństwo danych, a i niekoniecznie działa w dobrej wierze. Kupujmy mądrze.

Sprzedaż nowych aut osobowych w Polsce rośnie

Listopad był kolejnym miesiącem nieprzerwanych wzrostów rejestracji nowych samochodów osobowych zarówno w Polsce jak i Unii Europejskiej (27 miesiąc z rzędu). Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wynika, że z polskich salonów w przedostatnim miesiącu roku wyjechało o niemal 25% r/r osobówek więcej, zaś z europejskich o 13,7% r/r. Co ciekawe, w Polsce nie widać negatywnych konsekwencji afery spalinowej Volkswagena. Sprzedaż niemieckiej marki wzrosła w naszym kraju aż o 44%, podczas gdy ze spadkami mamy do czynienia na rodzimym rynku producenta, w Wielkiej Brytanii czy USA.

W Polsce to firmy ciągną rynek

W listopadzie br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 30 312 nowych samochodów osobowych, czyli aż o 24,6% więcej niż w tym samym miesiącu 2014 r. To w sumie daje 317 614 aut osobowych zarejestrowanych od początku roku, co oznacza 6,6% dynamikę wzrostu rok do roku[1]. To najlepszy od pięciu lat listopad w naszym zestawieniu sprzedaży nowych osobówek, co nas cieszy. W wyniku uruchomionych wyprzedaży rocznika w minionym miesiącu do salonów udało się więcej niż przed rokiem klientów indywidualnych, co jednak nie zmienia faktu, że nadal ścieżkę wzrostów utrzymujemy dzięki zakupom firmowym. Ich udział w łącznej sprzedaży wynosi ok. 65%.

Dobra passa trwa w całej Unii Europejskiej

Wzrosty utrzymują się nie tylko w Polsce, ale w prawie całej Europie. W listopadzie br. Europejczycy kupili ponad 1mln nowych osobówek (+13,7% r/r), a w sumie od początku roku 12,6 mln, czyli o 8,7% więcej aut niż w analogicznym okresie 2014 r.[2] Ożywienie w europejskich salonach trwa już 27 miesięcy i wszystko wskazuje na to, że cały rok zakończymy na bardzo dobrym plusie. W minionym miesiącu na zielono możemy zaznaczyć wszystkie najważniejsze rynki europejskie takie jak Niemcy, Włochy, Hiszpania czy Francja. Na ścieżkę wzrostów, zaledwie po jednym miesiącu zakończonym na minusie, powróciła też Wielka Brytania.

Polacy nie rezygnują z Volkswagena

W listopadzie br. najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce była Skoda. Drugi na liście, podobnie jak przed miesiącem, uplasował się Volkswagen. W porównaniu do zachodnich państw takich jak Niemcy czy Wielka Brytania, na których w wyniku afery spalinowej producent zaczyna ponosić straty – na Wyspach Brytyjskich sprzedaż spadła aż o jedną piątą – w naszym kraju Volkswagen odnotował jeden z najwyższych wzrostów rejestracji spośród wszystkich marek (+44% r/r). Listopad był dopiero drugim pełnym miesiącem po wybuchu afery, to za krótko, żeby w pełni ocenić jej skutki. Skalę kryzysu niemieckiego producenta „samochodów dla ludu” poznamy najwcześniej za kilka, a nawet kilkanaście miesięcy.

W Unii Europejskiej najchętniej kupowaną marką w listopadzie pozostał Volkswagen, który zanotował delikatny wzrost (+2,8%).

2015 rok zakończymy w Polsce na plusie

Listopad zakończył się z kolejnym rekordowym wynikiem sprzedaży od kilku lat. Spodziewam się, że również grudzień zakończymy na przyzwoitym plusie. Dlatego podtrzymuję zdanie, że liczba 340-350 tys. rejestracji nowych osobówek w tym roku, co da nam ok. 4-7% wzrost r/r, jest jak najbardziej realna. W podejmowaniu przez firmy czy także przez konsumentów decyzji o zakupie nowych czterech kółek z pewnością pomagają spadające ceny paliwa, możliwość odliczania VAT-u od paliwa wśród przedsiębiorców oraz trwające wyprzedaż roczników.

[1] Na podstawie danych PZPM: http://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Listopad-2015r

[2] Dane obejmujące państwa członkowskie Unii Europejskiej.

Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, ekspert Polskiej Izby Motoryzacji

Czy Chiny osłabią powiązanie juana z dolarem?

Od kilku miesięcy inwestorzy coraz uważniej obserwują kurs juana. Jak ostatni komunikat Ludowego Banku Chin wpłynie na jego wartość w stosunku do dolara i czy przyczyni się do dłuższej stabilizacji na rynku walutowym – odpowiada Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl.

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl
Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

W piątek po południu „The Wall Street Journal”, powołując się na informacje z Ludowego Banku Chin (PBOC), napisał, że władze w Pekinie zamierzają osłabiać powiązanie juana (CNY) z dolarem amerykańskim (USD). Kurs chińskiej waluty ma być uzależniony od koszyka głównych walut, wchodzących w skład wymiany handlowej Państwa Środka (indeks juana).

Informacja zauważalnie pogłębiła przecenę na rynkach kapitałowych i negatywnie wpłynęła na notowania ropy naftowej, w obawie o powtórzenie się sytuacji z sierpnia br. Wtedy ruchy na juanie spowodowały ponad 10 proc. spadek amerykańskiego indeksu giełdowego S&P500. Między innymi z tego powodu również Rezerwa Federalna zrezygnowała z wrześniowego podniesienia stóp procentowych w USA.

Sierpniowe obawy rynków brały się głównie z tego, że dewaluacja ma służyć przede wszystkim poprawie konkurencyjności chińskich towarów. Spekulowano też, że ruch Pekinu może oznaczać, iż perspektywy rozwoju chińskiej gospodarki mogą być gorsze, niż się powszechnie uważa, a słabsza waluta ma wspomagać wzrost PKB. To dodatkowo negatywnie wpływało na wycenę walut rynków wschodzących oraz tych uzależnionych od eksportu surowców.

Czy to rzeczywiście taka zła informacja?

Warto jednak się zastanowić, czy zmiana w podejściu do wyceny juana będzie miała rzeczywiście negatywne konsekwencje w przyszłości. Uzależnienie kursu juana od dolara jest ryzykowne. Widać to w ostatnich kwartałach. Poważne wzmocnienie dolara amerykańskiego na rynkach globalnych powodowało, że również chińska waluta w znacznym stopniu musiała podążać za tym ruchem. Działo się tak, mimo że według informacji PBOC chińska wymiana towarowa z USA stanowi jedynie 26 proc. całości handlu zagranicznego.

W rezultacie według Bank for International Settlements (BIS) od połowy 2014 r. koszyk juana zyskał na wartości 13 proc. To może powodować dość szybką utratę konkurencyjności chińskich towarów, zwłaszcza w relacji do konkurentów z Azji.

Niewykluczone też, że jeżeli PBOC utrzymywałby sztywny kurs USD/CNY, wtedy ta sytuacja mogłaby się pogłębiać ze względu na oczekiwane podnoszenie stóp procentowych w USA i wzrost wartości dolara amerykańskiego. W pewnym momencie inwestorzy zaczęliby również wątpić w możliwość utrzymania tej strategii. To powodowałoby odpływ kapitału zagranicznego i konieczność agresywnego korzystania z rezerw walutowych przez PBOC. Na koniec jednak i tak mogłoby to doprowadzić do dewaluacji juana zdecydowanie bardziej gwałtowne, niż ma to miejsce obecnie.

Jak mogą wyglądać najbliższe tygodnie?

PBOC w oficjalnym komunikacie publikowanym na swojej stronie internetowej twierdzi, że momentem startowym dla indeksu juana jest początek 2015 r. i poziom 100 punktów. Na dzień 30 listopada br. indeks juana wzrósł, według informacji PBOC, o 2.93 proc. do poziomu 102.93 punktu. Wydaje się, że sam wybór punktu startowego dla indeksu nie jest przypadkowy.

Gdyby za moment początkowy uznano koniec 2013 r. lub – jak to robi BIS – 2010 r., wtedy ta różnica wynosiłaby odpowiednio ok. 15 i 25 proc. Mogłoby to sugerować chęć znacznego osłabienia waluty ze strony PBOC. W tym momencie jednak indeks sugeruje, że juan jest przewartościowany o ok. 3 proc. w stosunku do momentu bazowego, czyli 100 punktów.

Bardzo ważne jest również, jak bank centralny będzie komunikował się z rynkiem. Prawdopodobnie nadal wyższe notowania USD/CNY będą powodować obawy o kondycję chińskiej gospodarki oraz spadki na giełdach krajów rozwiniętych. Jeżeli jednak PBOC będzie więcej uwagi poświęcać odpowiedniemu przedstawieniu swoich argumentów, negatywna reakcja na wyższe notowania USD/CNY powinna się zmniejszać, zwłaszcza gdy koszyk juana pozostanie na niezmienionym poziomie.

W dłuższym terminie zmiana strategii walutowej chińskiego banku centralnego powinna zapobiegać napięciom na rynkach, a także redukować globalne ryzyko związane z dalszym oczekiwanym wzrostem wartości dolara po rozpoczęciu cyklu podnoszenia stóp procentowych w USA.

Trendy w zarządzaniu IT na rok 2016

Jak zmieniają się potrzeby zarządów i działów IT w zakresie zarządzania infrastrukturą informatyczną? W jakim kierunku rozwijać się będzie oprogramowanie?

Marcin Matuszewski, Inżynier Pomocy Technicznej w Axence.
Marcin Matuszewski, Inżynier Pomocy Technicznej w Axence.

Koniec roku to przede wszystkim czas podsumowań nowych osiągnięć, ale również refleksji nad przyszłością dynamicznie zmieniającego się rynku IT. W zakresie zarządzania infrastrukturą kształtuje się wiele trendów i kierunków, którymi podążać będą firmy oraz różne instytucje. Najbardziej innowacyjne organizacje zaczęły już, bądź też zaczną adaptować je w 2016 roku. Nowe potrzeby i oczekiwania po stronie organizacji to także wyzwanie dla producentów oprogramowania. Jakich zmian możemy oczekiwać po ich stronie już niebawem?

  1. Wszechobecne bezpieczeństwo

W ubiegłej dekadzie w IT kluczowa była standaryzacja. Kilka lat temu priorytetem stało się z kolei bezpieczeństwo. Jest ono obecnie tak ważne, że zaczyna wpływać na rozwój oprogramowania do zarządzania infrastrukturą. W odpowiedzi na coraz większe potrzeby klientów, producenci nie tylko implementują funkcje bezpieczeństwa, takie jak kontrola dostępu zewnętrznych urządzeń do stacji roboczych, ale idą o krok dalej, integrując je z rozwiązaniami antywirusowymi (Endpoint Security). Celem jest zarządzanie bezpieczeństwem każdej stacji końcowej z jednej konsoli.

  1. Ewolucja podejścia do monitorowania użytkowników

Bezpieczeństwo, jako priorytet, wymusza na organizacjach także zmiany w postrzeganiu roli monitorowania użytkowników. Popularne jeszcze kilka lat temu blokowanie dostępów do mediów społecznościowych i stron WWW w obawie przed cyberslackingiem ustępuje polityce antycypowania wycieków danych oraz zainfekowania sieci złośliwym oprogramowaniem. Administratorzy skupiają się teraz na monitorowaniu, czy użytkownik nie stał się bramą do ataku, bądź czy nie postępuje nieuczciwie wobec pracodawcy. Mechanizmy ułatwiające taką kontrolę coraz częściej pojawiają się w oprogramowaniu do zarządzania.

  1. Postępująca konsolidacja

Zauważalnym trendem wśród producentów oprogramowania do zarządzania IT jest konsolidacja wielu funkcji oprogramowania w jednym zintegrowanym narzędziu, co ułatwia pracę administratora. Jest to odpowiedź na głosy użytkowników, którzy wolą pracować na jednej konsoli zamiast operować na kilku różnych, rozproszonych narzędziach.

  1. Alternatywny model biznesowy

W roku 2016 coraz popularniejsze będzie oferowanie pełnych wersji oprogramowania lub wybranych jego funkcji za darmo. Różne odmiany modelu freemium stają się coraz popularniejsze, ponieważ umożliwiają producentom dotarcie do nowych odbiorców. Niektórzy z nich udostępniają bezterminowe licencje na zestawy narzędzi do kompleksowego zarządzania IT, których jedynym ograniczeniem w wersji darmowej jest wielkość sieci, w jakiej mogą być stosowane. Pozwala to wspierać te organizacje, które obecnie nie dysponują dużymi budżetami na wydatki IT, ale są perspektywiczne w dłuższym horyzoncie czasowym.

  1. Automatyzacja

To modne ostatnio słowo nabiera coraz większej wagi w zarządzaniu IT. Użytkownicy oczekują, że oprogramowanie będzie w stanie wykonywać większość zadań automatycznie, co oszczędzi czas pracy działu IT i zminimalizuje ryzyko wystąpienia błędu ludzkiego oraz trudnych do przewidzenia sytuacji losowych. W konsekwencji, zwiększyć ma się poziom bezpieczeństwa organizacji. Wprowadzanie reguł automatyzacji skutkuje także uproszczeniem interfejsu oprogramowania, zwiększeniem jego przejrzystości przy zachowaniu maksimum funkcjonalności. Profesjonaliści IT wymagają, by oprogramowanie było intuicyjne i możliwie jak najprostsze
w obsłudze.

  1. Mobilność pracowników

W kolejnym roku – podobnie jak w obecnym – jednym z najważniejszych wyzwań stojących przed producentami oprogramowania do zarządzania będzie udoskonalanie swoich rozwiązań pod kątem pracy zdalnej i wykorzystywania własnych urządzeń w miejscu pracy (ang. BYOD, Bring Your Own Device). Monitorowanie i inwentaryzacja to dopiero pierwszy krok. Następnym będzie zapewnienie bezpieczeństwa firmowej sieci przed zagrożeniami wykorzystującymi urządzenia
i systemy mobilne.

  1. Koniec ery biurowych McGyverów

Obecnie celem dla pomocy technicznej jest ściągnięcie z użytkownika zmartwień związanych z awariami sprzętu i pozwolenie mu na rzetelne wykonywanie pracy,
w której jest specjalistą. Można to osiągnąć dzięki integracji narzędzi do monitorowania
z helpdeskiem oraz wspomnianym wcześniej regułom automatyzacji. Przewidywanie zdarzeń IT i zapobieganie im jest bardziej opłacalne zarówno dla firmy, działu wsparcia, jak i samych pracowników niż naprawa skutków awarii.

  1. Behawioralne profile użytkownika

Pojawia się coraz więcej pomysłów na wspomniane przewidywanie potencjalnych awarii, wycieków danych czy ataków hakerskich. Jednym z nich jest tworzenie profili użytkowników na podstawie ich codziennego zachowania (ang. user behaviour monitoring). Pozwala to ustawić większy priorytet na monitorowanie „problemowych” pracowników, a zostawienie większej swobody działania osobom, których zachowanie w sieci nie rodzi większego ryzyka. Na podstawie takiej analizy można dowiedzieć się np., kto wymaga skierowania na dodatkowe szkolenie z bezpiecznego korzystania z komputera oraz Internetu.

  1. Agent w lodówce?

Żadne aktualne rozważania na temat trendów nie mogą pominąć zjawiska Internetu Rzeczy/Przedmiotów (ang. Internet of Things). Wyzwaniem dla producentów oprogramowania do zarządzania jest inwentaryzacja i monitorowanie kolejnych typów urządzeń łączących się
z Internetem w miejscu pracy, których do całkiem niedawna nie można było określić mianem „sieciowych”. Na tym polu jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia, ponieważ nie istnieją ujednolicone standardy połączeń. Warto zastanowić się jednak, czy i w jaki sposób monitorowanie Internetu Rzeczy pomoże administratorom w zarządzaniu, np. pracą systemów inteligentnego biura, takich jak wentylacja, ogrzewanie czy bezpieczeństwo bierne (systemy alarmowe).

Dokąd zaprowadzi nas ewolucja oprogramowania do zarządzania IT? Czy wizja autonomicznych systemów, w których administrator pełni jedynie rolę obserwatora, jest realna? Jest jeszcze za wcześnie, by to stwierdzić. Tymczasem życzę wszystkim firmom i instytucjom, by w 2016 roku nie ustawały w rozwoju swoich systemów do zarządzania infrastrukturą. Nie mam wątpliwości, że pozwoli im to uzyskać lepszą kontrolę nad siecią, zwiększyć bezpieczeństwo, oszczędzić czas oraz zachować spokój tak bardzo potrzebny w profesjonalnym zarządzaniu infrastrukturą IT.

Marcin Matuszewski, Inżynier Pomocy Technicznej w Axence.

Finansowy temat roku 2015: kredyty we frankach

W styczniu byliśmy świadkami skoku kursu franka, który boleśnie odbił się na sytuacji frankowiczów. Dziś, po niedawno ogłoszonym projekcie prezydenckiej ustawy frankowej, temat ten przycichł. Jak po roku wygląda sytuacja frankowiczów?

Lawina z hukiem spadła na frankowiczów 15 stycznia br., kiedy to nieoczekiwanie bank centralny Szwajcarii podjął decyzję o uwolnieniu kursu franka szwajcarskiego, dotychczas bezpośrednio powiązanego z ceną euro. Skutek? Kurs franka natychmiast skoczył z poziomu 3,57 zł (kurs CHF/PLN wg NBP 14 stycznia br.) do ponad 4 zł (4,32 zł w dn. 23 stycznia). Choć już na początku lutego cena franka spadła poniżej 4 zł i od tego czasu waha się w przedziale 3,82-4,05 zł, a na skutek jednoczesnego spadku stóp procentowych w Szwajcarii raty frankowiczów najwyżej po 3 miesiącach wróciły do poziomu sprzed „czarnego czwartku” 15 stycznia, finansowo-polityczno-medialna burza o kredyty walutowe ruszyła ze zdwojoną siłą.

Poniższy wykres przedstawia jak zmieniała się rata kredytu we frankach, zaciągniętego w styczniu 2008 r. na kwotę 300 tys. zł na okres 30 lat, z wkładem własnym w wysokości 60 tys. zł. Wykres uwzględnia raty dla kursu i poziomu stopy LIBOR 3M CHF w każdym miesiącu.

Dla modelowego kredytu we frankach szwajcarskich, zaciągniętego w styczniu 2008 r. na 240 tys. zł na 30 lat z wkładem własnym 60 tys. zł, rata styczniowa wyniosła 1910 zł i była o 250 zł wyższa od tej z grudnia 2014 r., ale już wkrótce spadła do okolic 1700 zł – komentuje Mikołaj Fidziński, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl. – Nasz wykres przedstawia raty dla kursu i poziomu stopy LIBOR 3M CHF w każdym miesiącu. Tymczasem, zwykle stopa LIBOR 3M CHF jest uaktualniana w oprocentowaniu kredytów co 3 miesiące, więc niektórzy mogli odczuć spadek raty nie w lutym, ale dopiero w marcu lub kwietniu – dodaje.

Czy naprawdę aż tak bolało?

Raty kredytów we frankach stały się wyższe niż w momencie podpisania przez kredytobiorców umów, a dziś przewyższają także raty kredytów w złotych. – Najczęściej spotykanym argumentem jest to, że frankowicze łącznie zapłacili mniej niż osoby z kredytami w złotych – nie jest on już tak oczywisty. Porównując ze sobą raty modelowych kredytów w złotych i frankach zaciągniętych w sierpniu 2008 r., wówczas frank kosztował nawet poniżej 2 zł, a boom na kredyty frankowe był największy, okazuje się, że frankowicze zapłacili niemal 20 tys. zł więcej, co prawda dużo mniej odsetek, a znacznie więcej kapitału kredytu – komentuje Mikołaj Fidziński, analityk Comperia.pl.

Raty modelowych kredytów w PLN i CHF zaciągniętych w sierpniu 2008 r. (na 300 tys. zł na 30 lat)
  Kredyt w CHF Kredyt w PLN
Pierwsza rata 1 529,00 zł 2 134,00 zł
Rata w grudniu 2015 r. 1 974,00 zł 1 303,00 zł
 
Łączna kwota uiszczonych rat 163 107,00 zł 144 127,00 zł
w tym odsetki 52 524,00 zł 103 545,00 zł
w tym kapitał kredytu 110 583,00 zł 40 582,00 zł
źródło: Comperia.pl

 

Frankowiczów najbardziej boli zadłużenie przeliczone na polską walutę. – W sierpniu 2008 r., gdy modelowy frankowicz zaciągał swój kredyt na równowartość 300 tys. zł, przy ówczesnym kursie stosowanym przez bank, jego dług wynosił ok. 155 tys. franków. Wraz z każdą ratą to frankowe zadłużenie spada i dziś wynosi już ok. 125 tys. franków. Tylko co z tego, skoro po przeliczeniu na złote, po dzisiejszym kursie, daje to niemal 500 tys. zł długu. Jeśli mieszkanie jest warte mniej, to nawet po jego sprzedaży frankowicz dalej pozostałby z długiem – mówi Mikołaj Fidziński, Comperia.pl.

Oprócz tego najważniejszym tematem poruszanym przez frankowiczów była nierówność umów kredytowych, nadmiernie uprzywilejowujących banki i zawierających zakazane klauzule. Medialny rozgłos zyskały protesty frankowiczów żądających m.in. likwidacji Bankowego Tytułu Egzekucyjnego, ograniczenia odpowiedzialności kredytobiorcy do wartości nieruchomości czy przewalutowania kredytów po kursie wypłaty.

Czy coś się zmieniło?

Frankowicze pomimo swoich protestów nie oczekiwali od państwa pomocy finansowej, a prawnego wparcia. – Niektóre z pomysłów rozwiązania problemu zdawały się nie w pełni odpowiadać na faktyczne potrzeby frankowiczów. Notabene, trudno nie odnieść wrażenia, że z dużej chmury zapowiedzi, pomysłów i inicjatyw dotyczących kwestii kredytów walutowych spadł mały deszcz. Nie weszła w życie żadna ustawa, choć prace nad takowymi trwały w poprzednim rządzie i parlamencie, czy u obecnego prezydenta – komentuje Mikołaj Fidziński, Comperia.pl. Bez odzewu przeszła też propozycja Komisji Nadzoru Finansowego.

Nieprawdą byłoby jednak stwierdzenie, że niczego nie zrobiono. Pewne działania podjęły same banki – wdrożyły tzw. „sześciopak” rozwiązań, w ramach którego m.in. obniżyły stosowany przez siebie kurs franka, zadeklarowały brak żądania dodatkowych zabezpieczeń czy umożliwiły czasowe zawieszenie rat. Poza tym z polskiego krajobrazu zniknął Bankowy Tytuł Egzekucyjny, za to od nowego roku pojawi się Fundusz Wsparcia Kredytobiorców – wszystkich, niezależnie od waluty kredytu. Fundusz ma wyręczać kredytobiorców w ciężkiej sytuacji życiowo-majątkowej z opłacania rat przez 18 miesięcy (do 1 500 zł miesięcznie). Pomoc ma być zwrotna, ale nieoprocentowana.

Rok 2016 powinien być przełomowy jeśli chodzi o ostateczny kształt i zakres ustawowego wsparcia dla frankowiczów. Trudno oczekiwać, by obecny prezydent oraz rząd byli łaskawi wobec banków, więc z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że zaproponowane rozwiązania uderzą w kredytodawców. Pytanie: czy jednocześnie w pełni usatysfakcjonują frankowiczów?

 

Źródło: Comperia.pl

Turyści zostawiają coraz więcej pieniędzy w Polsce

W okresie świąteczno-sylwestrowym zazwyczaj wydajemy więcej niż w innych miesiącach. Nie dotyczy to tylko Polaków, ale także obcokrajowców odwiedzających nasz kraj. Według danych GUS turyści z innych krajów wydają w Polsce coraz więcej – w pierwszej połowie 2015 roku ich wydatki w naszym kraju wyniosły 18,3 mld złotych, czyli ponad 5% więcej niż rok wcześniej. Jest to tendencja wzrostowa, więc sprzedawcy powinni się przygotować, szczególnie na okres świąteczno-sylwestrowy.

Co przyciąga obcokrajowców do Polski?

Z analizy przeprowadzonej przez Polską Organizację Turystyczną wynika, że Polska pod względem atrakcyjności zajmuje 17 miejsce na świecie i 10 w Europie. Obcokrajowców najbardziej przyciągają niskie ceny, dobre jedzenie oraz piękne krajobrazy. Turyści bardzo chętnie robią także w Polsce zakupy. Wielu odwiedzających z innych państw europejskich często przyjeżdża w tym celu na jeden lub dwa dni. Zwłaszcza w grudniu, kiedy panuje świąteczna atmosfera, a w dużych miastach polskich można odwiedzić jarmarki bożonarodzeniowe.

Zwyczaje zakupowe turystów

Obcokrajowcy część budżetu przeznaczają na cele turystyczne, ale badania Polskiej Organizacji Turystycznej pokazały, że wydatki na ubrania, biżuterię czy sprzęt elektroniczny zazwyczaj przewyższają wydatki na atrakcje. Polscy sprzedawcy starają się ułatwić klientom zagranicznym płatności oferując rozwiązania takie jak dynamiczne przeliczanie walut. Korzystając z DCC klient sam decyduje czy woli zapłacić w swojej rodzimej walucie czy w polskich złotych. Kwota przeliczana jest wtedy automatycznie i podróżujący dostaje pełną informację o kursie wymiany oraz kwocie jaka zostanie pobrana z karty.

„Przeanalizowaliśmy kwoty transakcji przy użyciu kart płatniczych w sezonie świątecznym. Z naszych obserwacji wynika, że w tym okresie ożywia się wiele branż, z przypadkami wzrostu obrotu nawet do 55%. Z doświadczenia wiemy też, że klienci preferują opcję zapłaty w swojej rodzimej walucie i chętnie korzystają z tej możliwości” – mówi Agnieszka Gerusel, Specjalista ds. Marketingu i Rozwoju Produktu w PaySquare.

Grudzień jest gorącym miesiącem w wielu branżach. Warto mieć to na uwadze oraz śledzić trendy i zmiany, żeby w pełni wykorzystywać sezonowość jaka panuje na rynku. Warto się przygotować do tego okresu i zapewnić zagranicznym turystom możliwość płatności kartami w ich walucie za pomocą DCC.

Z jakimi kosztami podatkowymi wiąże się świąteczna szczodrość pracodawcy

Blisko dwie trzecie pracodawców wykorzystuje Święta Bożego Narodzenia, jako okazję do wręczenia pracownikom prezentów, nagród rocznych lub premii[1]. Choć firmy nie mają obowiązku ich przyznawania, to w praktyce większość z nas, szczególnie w święta, czeka na szczodry gest szefa. Z jakimi kosztami podatkowymi to się wiąże? I czym premia różni się od nagrody?

Roczne nagrody to już niemal tradycja w firmach, a Boże Narodzenie to idealny moment, aby docenić pracę pracownika i wzmocnić jego więź z firmą. Obok prezentów, firmy przy okazji świąt często nagradzają pracowników za zaangażowanie, sukcesy czy konkretne efekty. Jednak wszystko co otrzymamy od szefa stanowi przychód ze stosunku pracy, a więc podlega opodatkowaniu. Są jednak od tego pewne wyjątki.

Gotówka, bon czy prepaid?

Prezenty dla pracowników mogą być sfinansowane ze środków obrotowych lub Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, jeśli oczywiście firma go posiada.  – Najkorzystniejszym pod kątem podatkowym może być sprezentowanie pracownikom gotówki lub karty przedpłaconej tzw. prepaid. W świetle obowiązujących przepisów traktowana jest ona jak gotówka, zatem jeśli zostanie sfinansowana ze środków ZFŚS i nie przekroczy 380 złotych w skali roku, to nie zapłacimy od tego podatku PIT. Jednak uwaga: takiemu zwolnieniu nie będzie podlegał kupon podarunkowy, który uprawnia tylko do wymiany na towaru w określonym punkcie sprzedaży – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Wszelkie prezenty rzeczowe, a także bony czy talony, bez względu na ich wartość i źródło sfinansowania, nie podlegają zwolnieniu z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych. Dlatego ich wartość zostanie doliczona przez pracodawcę do naszej podstawy opodatkowania i tym samym znajdzie się w zeznaniu rocznym, jako dodatkowy przychód, od którego musimy zapłacić podatek. A ile może on wynieść?

Przykład 1:

Jeśli pracodawca sprezentował nam bon o wartości 600 zł, to w przypadku 18 proc. skali podatkowej zapłacimy fiskusowi 108 zł. W sytuacji, gdy rozliczamy się w drugiej, 32 proc. skali podatkowej, do zapłacenia będziemy mieli już 192 zł.  Tak będzie, jeśli pracownik otrzymuje bon sfinansowany ze środków ZFŚS. Jeśli finansowany jest ze środków obrotowych, trzeba dodatkowo naliczyć składki ZUS.

Przykład 2: 

W sytuacji, gdy pracownik zarabiający 2000 brutto otrzymał bon o wartości 600 zł, sfinansowany ze środków obrotowych, wtedy pracownik ze swojej kieszeni musiałby sfinansować kwotę podatku i składek ZUS, tj. 181 zł, a łączny koszt pracodawcy uległby zwiększeniu do kwoty
124 zł.

Nagroda roczna z podatkiem

Jednak koniec roku to nie tylko czas prezentów i świąt, ale też moment podsumowań, często związany z nagradzaniem pracowników. Niestety, tak jak w przypadku prezentów świątecznych, od każdej nagrody trzeba zapłacić podatek.  – Nagroda roczna wypłacana pracownikowi stanowi dla niego przychód ze stosunku pracy, a wiec wymaga opodatkowania. Pracodawca od takiego dodatkowego wynagrodzenia powinien naliczyć i odprowadzić podatek dochodowy, a jego wartość doliczyć do podstawy wymiaru składek zarówno na ubezpieczenia społeczne, jak i na ubezpieczenie zdrowotne. Tym samym zakład pracy kwotę przyznanej nam nagrody wykaże w rocznej informacji PIT-11 – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Nagroda a premia

O zasadach przyznawania premii stanowi odrębny regulamin lub nasza umowa o pracę. Reguły jej wypłacania muszą być obiektywne i skonkretyzowane. Pracownik musi dokładnie wiedzieć, po spełnieniu jakich przesłanek premia zostanie mu wypłacona i w jakiej wysokości. A także odwrotnie – kiedy jej nie dostanie. W sytuacji, gdy spełni wszystkie kryteria określone w regulaminach, a premii nie otrzyma, będzie mógł o nią powalczyć przed sądem pracy. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku nagrody, która jest niczym innym, jak premią uznaniową, leżącą wyłącznie w gestii naszego pracodawcy. Decyzję o tym, kto i dlaczego dostanie nagrodę podejmuje szef lub zarząd firmy. Przy czym, nie ma tu odgórnie ustalonych przepisami prawa kryteriów, którymi powinien się kierować w jej przyznaniu. – Wartość takich nagród przedsiębiorca może oczywiście wrzucić w koszty związane z uzyskaniem przychodu. Tym samym może to pomniejszyć zobowiązanie wobec fiskusa z tytułu podatku dochodowego. Dla pracownika z kolei każda nagroda jest dodatkowym przychodem, który jak każde inne wynagrodzenie jest „ozusowane” i obciążone podatkiem PIT – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

[1] Za: Badanie ARC Rynek i Opinia przeprowadzone na zlecenie Sodexo Motivation Solution, 2014 r.

W biznesie osiągnęli wszystkiego, nie mając nic

Za wieloma sukcesami biznesowymi kryją się paradoksalne prawidłowości. Facebook to największa firma medialna i generator danych na świecie. Sam z siebie nie generuje jednak żadnych danych. Airbnb to najszybciej rozwijający się serwis hotelowy świata. Nie posiada żadnego hotelu. Uber to najszybciej rozwijająca się korporacją taksówkarską globu. Nie ma ani jednej taksówki. Alibaba to największy sprzedawca na świecie. Nie ma ani jednego magazynu. Cloud Technologies to największa hurtownia danych internetowych w tej części Europy. Nie ma ani jednego serwera.

W czym zatem tkwią źródła sukcesu tych firm? Odpowiedź jest prosta: w ich kapitale intelektualnym. W przypadku spółek IT to właśnie on stanowi windę do sukcesu i potrafi zastąpić infrastrukturę technologiczną.  

Jak mieć wszystko nie mając nic

„Kapitał intelektualny” to dość nowe pojęcie, które gości w języku biznesowym i teorii zarządzania dopiero od niedawna. Składają się na nie trzy warstwy: kapitał ludzki, kapitał technologiczno-strukturalny oraz kapitał relacyjny.

Kapitał ludzki to przede wszystkim dostęp do wykwalifikowanych fachowców, ich umiejętności i kompetencje, wykształcenie i doświadczenie.

Kapitał technologiczno-strukturalny to całokształt narzędzi i innowacyjnych technologii, jakimi dysponuje firma oraz sposób ich wykorzystania w organizacji przedsiębiorstwa. To wszystkie systemy informatyczne, czyli np. systemy BI typu ERP, CRM czy platformy DMP (Data Management Platforms), do jakich firma ma dostęp, infrastruktura przedsiębiorstwa i jego kultura organizacyjna, strategia biznesowa, patenty, licencje, majątkowe prawa autorskie itp.

Kapitał relacyjny to z kolei potencjał wpływu firmy na otoczenie biznesowe, w tym w szczególności: wartościowość posiadanych przez firmę kontaktów z interesariuszami, klientami i dostawcami.

To właśnie zgrabne połączenie i wykorzystanie trzech powyższych komponentów zadecydowało o tym, że firmy takie jak Facebook, Airbnb, Uber, Alibaba czy Cloud Technologies, odniosły biznesowy sukces na rynku. Biznesowe know-how, innowacyjne pomysły, wiedza o rynku i zdolności prognostyczne, a także swego rodzaju wizjonerstwo biznesowe, są w stanie przesądzić o tym, że firmy nie  muszą wcale posiadać rozbudowanych struktur czy gigantycznego kapitału finansowego, żeby móc zawojować rynek. Wszystko tkwi bowiem w głowie CEO.

Paradoks 1: Zuckerberg, czyli władca danych

Mark Zuckerberg nie jest właścicielem portalu społecznościowego o nazwie „Facebook”. Z biznesowego punktu widzenia Mark Zuckerberg to przede wszystkich Chief Big Data Officer w największej firmie medialnej świata, która imponuje tempem i ilością generowanych na niej danych, mimo że żadne z nich nie są wytwarzane przez samego Facebooka. Firmie, która nie mając nic, dzięki kapitałowi intelektualnemu Zuckerberga stworzyła od podstaw gigantyczne imperium, warte dziś ponad 308 mld USD. To więcej, niż wycena General Electrics, gigantycznego koncernu, który swymi korzeniami sięga czasów wynalazcy żarówki, Thomasa Alvy Edisona.

Według najnowszych badań DOMO tylko w ciągu 1 minuty na Facebooku zostanie zalajkowanych ponad 4 mln postów. Załóżmy, że każdy lajk jest dziełem jednego internauty. To oznacza, że potencjalni reklamodawcy co minutę otrzymują kolejne puzzle do swojej marketingowej układanki cyfrowego profilu internauty, pozwalającej im odgadnąć, kim jest i co lubi użytkownik X.

Facebook gromadzi i przetwarza dane o ponad miliardzie użytkowników na całym świecie. Co więcej: to sami użytkownicy w pełni dobrowolnie godzą się na przetwarzanie ich danych osobowych przez portal Zuckerberga, a przede wszystkim sami dzielą się ze światem – niekiedy aż za często – każdym strzępkiem informacji ze swojego życia. To przejaw relacyjnego kapitał intelektualnego Zuckerberga.

Na zewnątrz teoretycznie wszystko wygląda dobrze, a nawet – bardzo dobrze. Baza użytkowników portalu Zuckerberga rośnie z roku na rok. Statystycznie na Facebooku dziennie przesiaduje około 936 mln użytkowników. To fenomen w skali świata i niewyobrażalny zasób danych, które można zmonetyzować. Stąd reklamowe działania, za których prowadzenie wziął się Facebook. Mając do dyspozycji tak olbrzymie połacie wiedzy o użytkownikach, ich preferencjach, gustach, zachowaniach – byłoby biznesowym samobójstwem nie zrobić z tego użytku i nie zmonetyzować tej wiedzy.

Z pozoru pozycji Facebooka nie zagraża dzisiaj nikt i nic. Jednak takie samo „nikt i nic” nie zagrażały kiedyś pozycji MySpace. Do czasu, aż skończyła się koniunktura i wszystko się posypało. Na Facebooku (jeszcze) się nie sypie, jednak coraz wyraźniej widać, że kolos Zuckerberga ma gliniane nogi. Marki zmagają się bowiem z odpływem fanów i lajków. Według analiz Sotrender problem jest wyraźny. Z ponad 12 tysięcy przebadanych stron statystyczny fanpage marki na fejsbuku traci dziś około 30 lajków, ale już co czwarty notuje ponad 230 „odlajkowań”. Dokładne dane przedstawiają się następująco: 17 proc. stron na portalu Zuckerberga straciło średnio mniej niż 50 lajków, 9 proc. uszczupliło się o od 30 do 100 lajków, 21 proc. zanotowało spadek od stu do tysiąca kciuków, 7 proc. fanpage’y straciło mniej niż 5 tys. lajków, 2 proc. – to już od 5 do 10 tysięcy odlajkowań, a 4 proc. stron spotkał exodus ponad 10 tysięcy fanów. Z kolei według badań SocialBakers tylko w zeszłym miesiącu w Stanach Zjednoczonych popularny „f” stracił 6 mln odwiedzających. To oznacza ponad 4 proc. spadek w skali miesiąca. Sporo.

Tajemnicą poliszynela jest to, że marki migrują dziś do „względnie nowych” mediów społecznościowych, takich jak Instagram czy Twitter, a nawet SnapChat. Próbują również komunikować się z fanami czy klientami innymi kanałami niż Facebook, który chyba trochę się „przejadł”. Jednym z nich jest zaawansowany e-mail remarketing z wykorzystaniem danych (np. w modelu live targeting) czy spersonalizowana reklama internetowa (reklama behawioralna), sprzedawana w modelu RTB (Real-Time Bidding).

Niemniej to nadal właśnie portal Zuckerberga, nie wytwarzając sam z siebie żadnych danych, stanowi najpotężniejszy ich zasób na świecie.

Paradoks 2: Jak zarabiać na hotelach nie mając żadnego na własność

Brian Chesky, Nathan Blecharczyk i Joe Gebbia. To trzej ojcowie sukcesu Airbnb i propagatorzy nowoczesnej turystyki, którzy podbili globalny rynek hotelarstwa – nie posiadając żadnego hotelu. Airbnb umożliwia użytkownikom krótkoterminowy wynajem nieruchomości: od łódek, jachtów, pokoi, mieszkań, domów, a na zamkach skończywszy. W błyskawicznym tempie biznes trzech Amerykanów stał się realnym zagrożeniem dla największych sieci hotelowych świata, mimo że żaden z nich w branży hotelarskiej nigdy wcześniej nie pracował. Dziś wycena ich startupu, który przeistoczył się w najszybciej rosnący serwis hotelowy w skali globu, przebija nawet takich wyjadaczy tego rynku jak Marriott, Holiday Inn czy InterContinental. Airbnb osiągnęła zawrotną wycenę rynkową: ponad 25 mld USD. Jak na startup założony w 2008 roku i nie dysponujący żadnymi nieruchomościami tak wówczas, jak i obecnie – to niezły wynik. Kapitał intelektualny, który wykorzystali Chesky, Blecharczyk i Gebbia, doprowadził ich do grona najmłodszych miliarderów na świecie

Paradoks 3: „Sezamie, otwórz się”, czyli kapitał intelektualny Made in China

Alibaba to globalny potentat rynku e-commerce. Jego rynkowa wycena sięga aktualnie ponad 200 mld USD. Mimo, że gigant z Chin zmagał się ostatnio z zarzutami podrabiania towarów znanych marek i przymykania oczu na sprzedaż bezwartościowych bubli pod przykrywką oryginalnych towarów (takie zarzuty postawili serwisowi m.in. Gucci czy Yves Saint Laurent), to nadal rośnie w siłę. W tym roku jego wzrost sprzedaży był aż o 60 proc. wyższy niż w ubiegłym roku.

Nic dziwnego, że Jack Ma, CEO Alibaby, który porzucił karierę nauczyciela i zaczął rozwijać biznes w e-handlu, prędko stał się jednym z najbogatszych ludzi świata. W rankingu Forbes zajmuje – póki co – 33 miejsce, z majątkiem szacowanym na blisko 30 mld USD. Teraz Ma chce wyłożyć pieniądze na zakup gazety „South China Morning Post”, jednego z kluczowych angielskojęzycznych tytułów prasowych w Chinach.

Firma Jacka Ma jest obecnie monopolistą chińskiego e-handlu: kontroluje ponad 80 proc. rynku w Państwie Środka. Pozycję lidera Alibaba dzierży jednak nie tylko w Chinach, które przeżywają właśnie swój złoty wiek w e-sprzedaży. Podczas Singles’ Day, czyli świętowanego w Chinach „Dnia Singli” (odpowiednika amerykańskiego Cyber Monday) padł sprzedażowy rekord. Całkowita wartość towarów sprzedanych na portalu Alibaba przekroczyła wówczas 14,32 mld USD. Pod względem zakupowego szaleństwa mieszkańcy Państwa Środka przegonili tym samym nawet Amerykanów. Przychody z chińskiego Singles’ Day przewyższyły te zanotowane przez amerykańskie e-sklepy podczas Black Friday i Cyber Monday razem wziętych. Alibaba stał się dziś globalnym liderem e-handlu i sprzedaje dziś na potęgę. Mimo że nie posiada na własność żadnego magazynu.

Paradoks 4: Uber, czyli jak stworzyć korporację taksówkarską bez żadnej taksówek

Uber, czyli firma stojąca za aplikacją na smartfony, pozwalającą użytkownikom zamawiać taksówki, warta jest już ponad 64 mld USD. Wszystko dzięki ostatniej rundzie finansowania, w której udział wzięli nawet tak wielcy gracze jak Microsoft czy Bennett Coleman & Co. Dzięki temu to właśnie Uber może dziś pochwalić się tytułem „najdroższego startupu na świecie”. Po pięciu latach funkcjonowania na rynku osiągnął większą wycenę, niż koncern General Motors. Mimo że fizycznie nie posiada ani jednej taksówki na własność. Mimo że branża taksówkarska walczy z nim jak może: taksówkarze z Londynu domagali się uregulowania statusu prawnego przewozu osób, który praktykuje Uber – i traktowania tego startupa jak każdego innego przewoźnika na rynku taksówkarskim. I mimo że rynkowa konkurencja postanowiła zewrzeć szeregi i walczyć z gigantem: Didi Kuaidi, Ola Cabs, TaxiForSure, GrabTaxi oraz Lyft – wszystkie te firmy, które teraz depczą po piętach Uberowi, decydują się często na połączenie sił z innymi markami i mają chętkę na detronizację lidera, który rekrutuje swoich „partnerów-kierowców” już w ponad 300 miastach i 60 państwach na całym świecie.

Paradoks 5: Maszynka do danych: z bitów i bajtów – w złotówki i dolary

Internetowe dane przekuli na polskie złotówki. Z małego startupa stali się jedną z kluczowych firm technologicznych nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Zajęli się analityką Big Data w czasach, gdy ta technologia dopiero w Polsce raczkowała, a wielu pukało się w głowę mówiąc, że „to za wcześnie”. W epoce informacji to właśnie oni stworzyli największą platformę Big Data, zajmującą się analizą i przetwarzaniem danych pozostawionych przez internautów, mimo że nie dysponowali ani jednym własnym serwerem. W stu procentach zdali się na chmurę – a ta odpłaciła im się z nawiązką. W pierwszym dniu giełdowej emisji (maj 2012) ich akcji na NewConnect za pakiet płacono 1,55 zł. W listopadzie tego roku – już 110 zł. Dziś są nie tylko żyłą złota dla inwestorów, ale też najszybciej rosnącą spółką na giełdzie NewConnect: w ubiegłym roku ich giełdowy kurs wzrósł aż o 726,7%.Po III kwartałach 2015 roku spółka osiągnęła przychody ze sprzedaży przekraczające 23 mln zł oraz zysk netto ponad 10,5 mln zł. To dowód na to, że nie mając żadnego serwera, ani nawet żadnych własnych danych, a dysponując wyłącznie kapitałem intelektualnym – na analityce Big Data w Polsce można nieźle zarobić.

Tak w pigułce przedstawia się historia Cloud Technologies, warszawskiej spółki zajmującej się analityką i monetyzacją wielkich zbiorów danych internetowych (Big Data). Spółka założona przez Piotra Prajsnara w 2011 roku najpierw wspięła się na fotel europejskiego lidera reklamy internetowej. I z miejsca jako jedyna polska spółka stała się bezpośrednim dostarczycielem danych i zinegrowała się z największymi dostawcami technologii, takimi jak np. Google czy Adform. Później do zadań spółki doszła również analityka danych mobilnych oraz tworzenie własnych gier na smartfony. W kolejnym etapie zaczęła również przetwarzać i wykorzystywać dane z Internetu Rzeczy. Teraz uruchomiła pierwszy w Warszawie campus technologiczny: Cloud Technologies Labs, skierowany głównie do studentów, który dostarczy im biznesowego know-how i pomoże w rozwoju własnych pomysłów w branży IT.

Dziś Cloud Technologies jest jedną z nielicznych spółek zajmujących się analityką internetową w Polsce, które potrafią monetyzować dane. Stworzona przez polską firmę platforma DMP (Data Management Platform) przetwarza dziennie ponad 5 TB danych. W jej zasięgu pozostaje blisko 20 mln realnych użytkowników i ponad 70 mln urządzeń. Oznacza to, że analitycy warszawskiej spółki znają zachowania i preferencje praktycznie każdego polskiego internauty.

Sukces polskiej spółki to po części efekt boomu na technologie związane z analityką Big Data na całym świecie. Według badań IDC rynek analityki Big Data rośnie już w sześciokrotnie szybszym tempie niż cały rynek IT, a w tym roku przekroczy już próg 125 mld USD. Oracle twierdzi, że Internet z roku na rok powiększa się o ponad 40 proc. Obecnie liczy już ponad 6 ZB (Zettabajtów) danych, ale w 2020 jego rozmiar sięgnie 45 ZB.

Cyfrowa ekonomia staje się faktem i coraz więcej firm na świecie rozumie, że dane stanowią dziś nie tylko zasób, lecz również cyfrowy kapitał przedsiębiorstwa, który można zmonetyzować. Według raportu BSA gospodarka oparta na danych do 2030 roku zwiększy światowy produkt brutto o 15 bilionów USD, co oznacza gigantyczny wkład w globalną ekonomię. Z kolei Boston Consulting Group w raporcie „The Value of Our Digital Identity” oblicza, że wartość anonimowych danych zgromadzonych o internautach z Unii Europejskiej w 2020 roku zbliży się do okrągłego biliona EUR. Oznacza to, że cyfrowe ślady pozostawione przez Europejczyków w Sieci będą równoważne finansowo około 8 proc. PKB krajów całej Wspólnoty.

Cloud Technologies, który pozostaje głównym graczem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej zamierza wykorzystać tę szansę. Tym bardziej, że zapotrzebowanie na analitykę danych rośnie, a jak podaje IDC już teraz 70 proc. dużych firm korzysta z danych o użytkownikach gromadzonych i przetwarzanych przez zewnętrzne platformy Big Data, zaś do końca 2019 roku tym tropem mają pójść już wszystkie duże organizacje. Z kolei w najnowszym raporcie badaniu Gartnera – ankiecie „Practical Challenges Mount as Big Data Moves to Mainstream”, przeprowadzonej na ponad 437 globalnych firmach, ponad 75 proc. z nich przyznało, że inwestuje lub zamierza zainwestować w technologie związane z analityką danych w ciągu najbliższych dwóch lat.

Dla firm z branży analitycznej, takich jak Cloud Technologies, takie deklaracje i prognozy stanowią jasny sygnał, że złoty okres nie tyle już trwa, co ciągle jest jeszcze przed nimi. Tym bardziej, że już teraz blisko 50 proc. przychodów warszawskiej firmy generowanych jest poza granicami Polski.

The Winner takes it all

Można mieć wszystko nie mając nic. Można nie posiadać własnych magazynów, nieruchomości, serwerów, danych czy taksówek – a mimo to odnieść sukces w e-handlu, hotelarstwie, IT czy jakiejkolwiek innej dziedzinie biznesu. Warunek jest jeden: trzeba mieć kapitał intelektualny. To on potrafi wywindować firmę do sukcesu. I to on potrafi odpędzić od przedsiębiorstwa widmo porażki.

Kazuo Inamori, ojciec wielu biznesowych sukcesów, założyciel Kyocery i koncernu telekomunikacyjnego KDDI, wycenianych łącznie na blisko 82 mld USD, w 2010 roku został prezesem Japan Airlines. Japońskim liniom lotniczym groziło wówczas bankructwo. Sypało się właściwie wszystko. Gdy przyszedł Inamori już rok później spółka Japan Airlines zaczęła przynosić zyski. A dwa lata po kryzysie, w 2012 roku, wróciła na tokijską giełdę.

Miliarder-buddysta na pytanie: jakim cudem udało mu się osiągnąć tak wielkie sukcesy – odpowiada krótko, z właściwą dla estetyki Wschodu  metaforyką:

– Jeśli chcesz jajek, to dbaj o kurę. Jeśli będziesz ją straszyć lub zabijesz, to nic nie dostaniesz, Firmy należą do akcjonariuszy, ale setki albo tysiące pracowników jest w nią zaangażowanych. Kura musi być zdrowa.

Wspomnianą przez Inamoriego kurą, która docelowo ma znosić złote jajka, jest pozytywny wpływ na mentalność pracowników, bliski kontakt z klientami oraz dbanie o rozwój zasobów wiedzy organizacji. Innymi słowy: pielęgnowanie kapitału intelektualnego przedsiębiorstwa. W ostatecznym rozrachunku, nawet jeśli „Excel się nie zgadza”, to właśnie te unikalne kompetencje firmy są w stanie przesądzić o jej rynkowym sukcesie.

Currency One wprowadza na rynek międzynarodową platformę Valuto

Błyskawiczne i darmowe przelewy międzynarodowe z ValutoDo Valuto włączono już ponad 20 krajów z Europy Zachodniej, Środkowo-Wschodniej i Skandynawii. To nowy, polski gracz na potężnym rynku przelewów międzynarodowych.

Serwis powstał w odpowiedzi na potrzebę małych i średnich przedsiębiorstw, które w rozliczeniach z zagranicznymi partnerami potrzebują tanich i szybkich przelewów międzynarodowych oraz korzystnych przewalutowań. Dzisiaj branża ta jest domeną banków i zagranicznych potentatów transferowych.

Valuto umożliwia natychmiastowe i darmowe przelewy między swoimi użytkownikami. Nie jest istotne, czy znajdują się oni w Rumunii, Polsce czy w Czechach. Pieniądze do odbiorcy trafią błyskawicznie, w 1 sekundę, i całkowicie za darmo. Użytkownik Valuto zapłaci tylko niewielką prowizję za przewalutowanie. Co ważne serwis jest kontem wielowalutowym, prowadzonym obecnie w 9 walutach, więc eliminuje potrzebę posiadania bankowych rachunków walutowych. Umożliwia także przesyłanie pieniędzy do kontrahentów czy osób indywidualnych, niezarejestrowanych w Valuto, po bardzo konkurencyjnych stawkach za przelewy.

To propozycja dla klientów polskich i międzynarodowych, oferująca nie tylko szybkie i tanie transfery, ale także bardzo korzystną wymianę walut. Wszystko odbywa się w ramach jednego konta, wystarczy kilka klików i mamy pewność, że wybraliśmy najtańszą opcję na rynku – mówi Łukasz Olek, pomysłodawca Valuto i członek zarządu Currency One.

Do Valuto można się zarejestrować z 32 krajów europejskich, z m.in. Polski, Holandii, Francji, Hiszpanii, Rumunii czy całej Skandynawii. Planowane jest włączenie kolejnych. Kraje, z których można się zarejestrować, nie ograniczają możliwości transferu na inne państwa. Serwis umożliwia wymianę i transfery EUR, GBP i USD oraz lokalnych walut.

– Pomysł na Valuto powstał nie tylko z chęci rozwoju Spółki Currency One, ale przede wszystkim w odpowiedzi na realne problemy i potrzeby firm, szukających optymalizacji kosztów prowadzenia działalności gospodarczej. Sporą część tych kosztów stanowią opłaty związane z koniecznością otwarcia rachunków walutowych, ich utrzymywania, opłat operacyjnych za przelewy, a także wysokie koszty wymiany walut. Inną bolączką w przypadku transferów międzynarodowych jest czas ich realizacji. I tu również Valuto ma konkretną, konkurencyjną ofertę dla swoich klientów – dodaje Łukasz Olek.

Spółka Currency One SA od lipca 2015 roku posiada licencję instytucji płatniczej Komisji Nadzoru Finansowego. Licencja została paszportowana na wszystkie kraje Unii Europejskiej, co oznacza, że Currency One jest uznawaną przez krajowych regulatorów instytucją płatniczą na terenie całej Unii.

Currency One jest największym, pod względem obrotów, operatorem kantorów internetowych w Polsce: Walutomatu i InternetowyKantor.pl. Roczny obrót spółki wyniósł w 2014 r. ponad 10,4 mld zł.

Fundusz Inovo.vc zainwestował ponad milion złotych w isivi.pl

Fundusz Inovo.vc zainwestował ponad milion złotych w isivi.plFundusz Inovo.vc zainwestował ponad milion złotych w isivi.pl, inteligentny portal pracy dla młodych. Platforma isivi.pl odpowiada na potrzeby branży HR, która chce budować swój dobry wizerunek i skutecznie docierać do młodego pokolenia, wkraczającego na rynek pracy.

Rekrutacja młodych ludzi jest coraz większym wyzwaniem dla firm. Istniejące portale z ogłoszeniami pracy często mają szeroki zasięg ogólny, ale nie docierają skutecznie do młodych pracowników.

Aby skutecznie pozyskać młodych pracowników, proces rekrutacji w firmach powinien być dostosowany do potrzeb pokolenia digital native. Takie podejście nie jest jeszcze upowszechnione, jednak branża HR podkreśla, że już dzisiaj brak zrozumienia potrzeb młodego pokolenia pracowników skutkuje obniżeniem skuteczności rekrutacji w tej grupie wiekowej.

Isivi.pl to pierwszy inteligentny serwis z ofertami pracy i płatnych praktyk, które są dopasowane do kandydatów. Portal debiutował na rynku w czerwcu 2014 i szybko zbudował sporą bazę użytkowników i partnerów. Z usług spółki korzysta obecnie około 50 tysięcy zarejestrowanych użytkowników oraz ponad 500 partnerów korporacyjnych.

Misją platformy jest usprawnienie procesu rekrutacji przy wykorzystaniu najnowszych technologii przez połączenie przedstawicieli tzw. pokolenia Y z pracodawcami. Jeden z największych atutów portalu stanowi inteligentny algorytm, łączący profil kandydata z ofertami pracy odpowiadającymi jego kwalifikacjom, umiejętnościom oraz preferencjom zawodowym.

– Zastosowanie algorytmu dopasowującego oferty do umiejętności i preferencji zawodowych kandydata pozwala zyskać obu stronom biorącym udział w procesie rekrutacji. Kandydaci skracają czas poszukiwania najlepszych dla siebie ofert pracy. Rekruterzy zaś otrzymują aplikacje spełniające ich wymagania, co podnosi jakość całego procesu. Pracodawca ogranicza czas potrzebny na zatrudnienie najlepszego kandydata i zwiększa efektywność  rekrutacji – tłumaczy Jan Radzikowski, CEO isivi.pl.

– Chcemy odejść od wizji portali pracy, które przypominają słupy ogłoszeniowe. Platforma isivi.pl ma nie tylko prezentować oferty. Ma także pomóc użytkownikom rozwijać się w określonym kierunku, wybierać odpowiednie ścieżki zawodowe, rozpoznawać i wykorzystywać możliwości – mówi Konrad Słoniewski, jeden z czwórki założycieli odpowiadający za rozwój portalu isivi.pl.

– Zaprojektowany przez nas portal ma pomagać kandydatom i pracodawcom. Chcemy, żeby wyzwaniem była  ambitna i ciekawa praca, a nie sam proces rekrutacji – dodaje Tomasz Grzechnik, który w spółce zajmuje się przede wszystkim marketingiem internetowym.

Rekrutacja młodych kadr jest procesem kluczowym z punktu widzenia działań HR dla wielu firm, szczególnie dużych korporacji, takich jak np. Coca-Cola czy General Electric, które coraz częściej opierają swoją politykę HR o przyjmowanie kandydatów na tzw. entry level i ich rozwój w strukturach organizacji.

Rekrutacja młodych ludzi jest dużym wyzwaniem m.in. dlatego, że na rynku pracy obserwujemy dwa przeciwstawne trendy. Z jednej strony wzrasta liczba ofert pracy, z drugiej spada liczba studentów i absolwentów. W ciągu ostatnich pięciu lat liczba ofert pracy rosła rokrocznie o 10 proc. Według prognoz liczba studentów i absolwentów do 30. roku życia zmniejszy się do 2020 roku aż o 13 proc., czyli o około 500 tysięcy osób.

W odpowiedzi na te trendy rynkowe, isivi.pl oferuje usługi dotarcia do młodych osób i edukuje firmy w tym zakresie. Widzimy duże zapotrzebowanie na tego typu usługę. Każdego miesiąca rozpoczynamy współpracę z nowymi partnerami, którzy decydują się prowadzić rekrutacje w swoich firmach, korzystając z naszej platformy – podkreśla Radzikowski.

Do inwestycji w spółkę  przekonał nas potencjał tego rynku, dobry produkt oraz olbrzymi profesjonalizm i ambicja zespołu rozwijającego isivi.pl – mówi Maciej Małysz, menadżer inwestycyjny funduszu Inovo.vc. – Algorytmy dopasowujące kandydatów do ofert to jeden z dominujących trendów w HR, a eksperci branżowi podkreślają, że w najbliższych latach rozwiązania oparte o dane zrewolucjonizują proces rekrutacji zarówno dla firm, jak i pracowników – dodaje Małysz.

Za rozwój isivi.pl odpowiada doświadczony zespół. CEO isivi.pl Jan Radzikowski nabywał doświadczenie rozwijając Foodpandę, a teraz najlepsze praktyki z Rocket Internet przeniósł do swojego startupu. Za isivi.pl stoją także: Tomasz Grzechnik, który w spółce zajmuje się przede wszystkim marketingiem internetowym, Konrad Słoniewski, który odpowiada za rozbudowę funkcji portalu i Tomasz Główka, menedżer projektu i koordynator działań IT.

W styczniu wchodzi w życie ustawa o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów.

Dnia 1 stycznia 2016 roku wchodzi w  życie ustawa o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów.

Cel ustawy

Celem nowych przepisów jest przede wszystkim wzrost ilości spraw gospodarczych kierowanych do mediacji, ułatwienie prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce poprzez zmniejszenie finansowych obciążeń związanych z postępowaniem sądowym, skrócenie czasu rozstrzygania sporów, zwiększenie kultury prawnej oraz wprowadzanie i promocja najwyższych standardów w biznesie. Takie rozwiązanie umożliwia zakończenie konfliktu w tańszy, szybszy i mniej sformalizowany sposób.  Co nowego zaproponował ustawodawca?

Nowe rozwiązania

Zmiany dotyczą trzech wymiarów: proceduralnego, ekonomicznego oraz podatkowego. Wprowadzone są również regulacje dotyczące kwalifikacji mediatorów stałych. Niezwykle ważny dla biznesu jest fakt, iż wśród nowych rozwiązań są także zachęty podatkowe. Ustawa wprowadza także szereg zmian w procedurze cywilnej, w tym w zakresie kosztów sądowych i pozwala na zaliczenie kosztów mediacji prowadzonej na skutek skierowania przez sąd do wydatków sądowych. Zmianie ulegają także niektóre opłaty sądowe związane z prowadzeniem postępowania mediacyjnego. Wszystkie rozwiązania zaproponowane w ustawie mają przede wszystkim skłaniać strony do podejmowania prób polubownego rozwiązywania sporu zamiast kierowania sprawy do sądu.

Zmiany proceduralne

  1. Wprowadzenie obowiązku poinformowania w pierwszym piśmie procesowym, tj. w pozwie, czy strony podjęły próbę mediacji lub innej alternatywnej metody rozwiązania sporu lub informowanie o przyczynach ich niepodjęcia.
  2. Zachęcanie przez sąd stron do mediacji i pouczanie
    o możliwości ugodowego rozwiązania sporu a także skierowanie na spotkanie informacyjne.
  3. Koordynatorzy ds. mediacji działający w sądach okręgowych.
  4. Dokonywanie na każdym etapie procesu przez sędziego oceny czy sprawa może zostać zakończona polubownie i nakłanianie stron do mediacji.
  5. Skierowanie przez sąd do mediacji na okres do 3 miesięcy.
  6. Niewliczanie czasu trwania mediacji do czasu trwania postępowania.
  7. Utworzenie list stałych mediatorów prowadzonych przez Prezesa Sądu Okręgowego.  A także określenie wymogów niezbędnych do wpisu na listę stałych mediatorów.
  8. Zobowiązanie mediatora do niezwłocznego ujawniania stron okoliczności, które mogą wzbudzić wątpliwości co do jego bezstronności.
  9. Umożliwienie mediatorowi zapoznania się z aktami sprawy, chyba że strona się temu sprzeciwi.
  10. Skrócenia terminu na wniesienie skargi o uchylenie wyroku sądu polubownego z trzech do dwóch miesięcy.

Zmiany ekonomiczne

  1. Uwolnienie od opłaty sądowej wniosku o zatwierdzenie ugody pozasądowej zawartej przed mediatorem.
  2. Uwzględnianie przez sąd przy ustalaniu kosztów procesu nakładu pracy profesjonalnego pełnomocnika w dążeniu do polubownego rozwiązania sporu.
  3. Możliwość zwolnienia od kosztów mediacji sądowej osób ubogich.
  4. Rezygnacja z pobierania opłaty od wniosku o zatwierdzenie ugody zawartej przed mediatorem w wyniku prowadzenia mediacji na podstawie umowy o mediację.
  5. Możliwość obciążenia strony kosztami powstałymi wskutek oczywiście nieuzasadnionej odmowy poddania się mediacji wywołanymi jej niewłaściwym i niesumiennym zachowaniem.
  6. Wyprowadzenie opłaty stałej (40 zł) od wniosku o przeprowadzenie postępowania pojednawczego w sprawach, w których wartość przedmiotu sporu wynosi mniej niż 100 000 zł.
  7. Wprowadzenie opłaty stałej (300 zł) od wniosku o przeprowadzenie postępowania pojednawczego w sprawach w sprawach niemajątkowych oraz
    w sprawach, w których wartość przedmiotu sporu przekracza 100 000 zł.

Zmiany podatkowe

  1. Ustawa wprowadza możliwość rozliczania faktury korygującej i innych dokumentów korygujących w zakresie korekty przychodu oraz kosztów uzyskania przychodów (korekta podstawy opodatkowania w PIT i CIT) w bieżącym okresie rozliczeniowym, co zmniejszy uciążliwości w stosunku do dzisiejszego obowiązku dokonywania korekty wstecz.

Ustawa wprowadza także zmiany w zakresie arbitrażu. Tutaj nowe rozwiązania dotyczą m.in. wprowadzenia jednoinstancyjności prowadzonych w sądach powszechnych spraw o uznanie lub stwierdzenie wykonalności wyroków krajowych sądów polubownych oraz postępowań ze skarg o uchylenie wyroku sądu polubownego (tzw. postępowania postarbitrażowe),

Komentarz

Dr Ewelina Stobiecka
Dr Ewelina Stobiecka

Dr Ewelina Stobiecka, radca prawny, partner zarządzający w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie  podsumowuje:

„Warto zauważyć, że problem przewlekłych i kosztownych procesów gospodarczych dotyka wszystkich przedsiębiorców w Polsce, w tym także inwestorów. Tego rodzaju sprawy to niejednokrotnie złożone, kompleksowe procesy, rujnujące współpracę pomiędzy stronami i paraliżujące ich aktywność biznesową. Rozwiązanie sporu w drodze polubownej ułatwi przedsiębiorcom prowadzenie działalności i pozwoli kontynuować współpracę pomiędzy firmami, co z reguły nie jest możliwe po długotrwałym i kosztownym procesie sądowym.”