Millennium Leasing sfinansuje w tym roku maszyny, pojazdy i urządzenia warte ponad 2,5 mld zł

CEO Magazyn Polska

Mimo niskich stóp procentowych i dużej konkurencji na rynku przedsiębiorstw leasingowych Millennium Leasing liczy na powtórzenie lub poprawienie ubiegłorocznego rekordowego wyniku. Wówczas firma sfinansowała transakcje na ponad 2,5 mld zł. Jak zapewnia prezes Millennium Leasing, w tym roku próg ten także zostanie przekroczony.

Wartość nowo zawartych umów po trzech kwartałach to blisko 2 mld zł mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wojciech Rybak, prezes zarządu Millennium Leasing. Planujemy, że w IV kw. ta kwota będzie również znacząca, ponieważ IV kw. jest z reguły najlepszy. Na pewno nowo podpisane umowy będą warte ponad 2,5 mld zł.

Millennium Leasing zwraca uwagę na to, że obecnie wszystkie instytucje zajmujące się finansowaniem mają niższe przychody z powodu bardzo niskich stóp procentowych, co jest wyraźnie odczuwalne nie tylko przez firmy leasingowe, lecz także przez banki czy instytucje pożyczkowe. Stopy procentowe spadają w Polsce od 3,5 roku, a od 2,5 osiągają kolejne rekordowo niskie poziomy. Od marca br. stopa podstawowa NBP wynosi 1,5 proc.

– Widzimy także bardzo dużą konkurencję na rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wojciech Rybak, prezes zarządu Millennium Leasing. – Konkurencję pośród firm leasingowych, która powoduje stopniowe obniżanie się marży, co z jednej strony jest korzystne dla polskich przedsiębiorców, ale z drugiej strony powoduje obniżanie się typowego przychodu odsetkowego. To, co jest naszym wyzwaniem, to po pierwsze utrzymanie albo wzrost naszych przychodów, a po drugie, optymalizowanie procesów biznesowych, które pozwolą na utrzymywanie rentowności na niezmniejszonym poziomie pomimo niekorzystnego środowiska.

Jak podaje firma, po trzech kwartałach 2015 roku wartość portfela Millennium Leasing wynosiła 4,5 mld zł i była o niemal 10 proc. wyższa niż rok wcześniej. Najmocniejszym segmentem działalności firmy jest leasing pojazdów ciężkich, gdzie ma ona drugie miejsce na rynku z udziałem 8,4 proc. W ciągu dziewięciu miesięcy 2015 roku Millennium Leasing sfinansowało transakcje w tym obszarze za 661,5 mln zł. O 35 mln zł mniej zawarto w tym czasie umów o leasing maszyn i urządzeń. Tu jednak, na mniejszym rynku, udział firmy był wyższy i wyniósł 8,6 proc. Natomiast w finansowaniu nieruchomości udział ten sięgnął 13,5 proc., choć wartościowo było to 120 mln zł.

Jak zapewnia prezes Millennium Leasing, firma chce intensywnie rozwijać działalność w sektorze samochodów do 3,5 t, gdzie widzi dla siebie perspektywę szybkiego rozwoju.

Dzisiaj mamy bardzo dobrą pozycję na rynku transportu ciężkiego oraz na rynku maszyn i urządzeń i w tych obszarach zamierzamy kontynuować dotychczasową politykę, utrzymując się w czołówce zapowiada prezes zarządu Millennium Leasing. Natomiast cały czas uważamy, że istnieje potencjał do wzrostu w transakcjach mniejszych, przy samochodach do 3,5 tony, tam będziemy szukali naszej szansy na zwiększanie udziału w rynku.

Radpol liczy na liczne zamówienia w energetyce w ramach perspektywy unijnej 2014–2020. Spółka optymalizuje produkcję i szykuje się do działalności eksportowej

CEO Magazyn Polska

Nowa unijna perspektywa finansowa to szansa na wiele zamówień dla firm wytwarzających produkty dla energetyki i ciepłownictwa. Spółka Radpol spodziewa się istotnego wzrostu zamówień na produkty finansowane ze środków unijnych. W ciągu najbliższych trzech lat cały rynek powinien się rozwijać w tempie wyższym niż 5 proc. rocznie, a niewykluczone są wzrosty nawet o kilkanaście procent.

Radpol jest w przededniu bardzo dobrego okresu prosperity ze względu na fundusze unijne związane z budżetem w perspektywie do 2020 roku – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Daniel Dajewski, prezes zarządu spółki Radpol, producenta i dostawcy zaawansowanych produktów dla energetyki, ciepłownictwa, instalacji wodnych, kanalizacyjnych i gazowych. – Dużo pieniędzy ma być wydane na poprawę infrastruktury, odbudowę czy budowę sieci ciepłowniczych oraz sieci energetycznych.

Według Umowy Partnerstwa, dokumentu podpisanego przez rząd z Komisją Europejską, w nowej unijnej perspektywie finansowej z tymi zagadnieniami związany jest pakiet trzech celów: wsparcie przejścia na gospodarkę niskoemisyjną (6,8 mld euro), promowanie dostosowania do zmian klimatycznych (556 mln euro) oraz ochrona środowiska naturalnego i wspieranie efektywności wykorzystania zasobów naturalnych (5,5 mld euro).

To segmenty, w których jesteśmy obecnie, nie bez kozery mamy hasło „Inspired by Energy” (inspiruje nas energia), bo w zasadzie większość naszych produktów służy do transmisji energii i w tym zakresie chcemy działać, rozwijać się i wykorzystywać unijne pieniądze – przekonuje Daniel Dajewski. – Pytanie tylko, czy naprawdę możemy liczyć na to, że w 2016 roku cały nowy budżet będzie już płynny czy ze względu na różnego rodzaju zmiany to się opóźni i środki pojawią się realnie w większej skali w drugiej połowie przyszłego roku albo nawet w 2017 roku.

Zdaniem Daniela Dajewskiego w rezultacie rozpoczęcia nowej perspektywy unijnej w ciągu najbliższych trzech lat cały rynek energetyczny i ciepłowniczy powinien rosnąć w tempie co najmniej pięciu procent rocznie, a możliwe są także wzrosty na poziomie kilkunastu procent.

Oczywiście mamy ambicje, żeby rozwijać się szybciej – zapewnia Daniel Dajewski. – Ale ogólnie to są segmenty, które mają taki potencjał wzrostowy związany z transferem unijnych pieniędzy na krajowy rynek.

Aby jak najlepiej wykorzystać nową perspektywę finansową, spółka podnosi zdolności produkcyjne między innymi poprzez usprawnienia operacyjne. Samo przeniesienie fabryki Finpol Rohr z Warszawy do Lublina, które ma się zakończyć pod koniec roku, powinno zwiększyć moce produkcyjne bez znaczących inwestycji, a głównie poprzez efekt synergii kosztowej, przynajmniej o jedną piątą.

Mamy w planie także konkretne inwestycje, które docelowo mogą spowodować, że zakład tak naprawdę podwoi moce produkcyjne ciepłownictwa – ocenia Daniel Dajewski. – Każdy z naszych obiektów ma jeszcze ukryte moce produkcyjne, które możemy zwiększyć w perspektywie od 2016 roku. Potrzebujemy roku organicznego wzrostu, stabilizacji sytuacji, CAPEX-u (z ang. capital expenditures, czyli wydatki inwestycyjne na rozwój produktu lub wdrożenie – red.) na poziomie amortyzacji, może lekko mniejszego, ale już wygenerowanego w kierunku typowych produktów rozwojowych, wzrostu mocy produkcyjnych. To tak naprawdę już się to dzieje.

Rosną także zdolności produkcyjne zakładu Wirbet, trwa certyfikacja słupów dla kolejnictwa i likwidacja grup produktowych z niewielką marżą. W dywizji wodno-kanalizacyjno-gazowej (wod-kan-gaz) przedsiębiorstwo zakłada poprawę planowania produkcji i zarządzania zakupami surowców. W części ciepłowniczej ubiega się o otrzymanie certyfikacji kompletnych systemów na rynki europejskie.

Kończymy obecnie certyfikację Euro Heat and Power na systemy ciepłownicze, odbyły się już pierwsze dostawy testowe, które wypadły dobrze – ocenia Daniel Dajewski. – Jest to jeden z elementów szerokiego programu akceptacji nas jako dostawcy systemów ciepłowniczych, chociażby na rynek niemiecki. To nie tylko kwestia certyfikacji, lecz także audytów i wymogów formalnych. Uważam, że zakończymy to w czwartym kwartale i w przyszłym roku pojawią się z tego tytułu konkretne wyniki sprzedażowe.

Spółka wiąże także nadzieje z rynkiem wschodnim.

Tam też może się więcej dziać, jeśli sytuacja się ustabilizuje – uważa Daniel Dajewski. – Kończymy certyfikację również na niektóre produkty energetyczne, w związku z czym tu także powinniśmy odnotować przyrost. Zatrudniliśmy nowego szefa eksportu, reorganizujemy dział i podejmujemy działania, których dzisiaj nie widać jeszcze w wynikach, ale które powodują, że wiemy, co i na którym rynku chcemy osiągnąć.

Gekoplast, piąty producent płyt komórkowych w Europie, zamierza wskoczyć na podium

0

CEO Magazyn Polska

Spadek cen surowców, korzystne umowy z ich dostawcami i zwiększanie mocy produkcyjnych wpłynęły na wzrost przychodów i zysków Gekoplastu. Producent polipropylenowych płyt komórkowych w trzecim kwartale roku osiągnął 1,8 mln zysku netto, czyli o 113 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Spółka zamierza do końca roku przekroczyć 6 mln zł zysku, a w ciągu kilku lat zdobyć trzecią pozycję w Europie.

Po trzech kwartałach osiągnęliśmy już poziom wyników z zeszłego roku. Zgodnie z prognozą chcemy, żeby wynik netto przekroczył 6 mln zł. On będzie pomniejszony księgowo o 1 mln zł, jako że sprzedaliśmy nieruchomość z taką właśnie księgową stratą – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Górowski, prezes zarządu Gekoplast. – Natomiast jest to w pełni realizacja naszych wcześniejszych zamierzeń, prognoz i potwierdza, że przyjęta strategia jest jak najbardziej efektywna.

Spółka jest jednym z europejskich liderów wśród producentów płyt komórkowych z polipropylenu używanych do produkcji opakowań, w branży AGD czy motoryzacji.

Gekoplast jest niekwestionowanym liderem na rynku Europy Środkowej w zakresie płyty komórkowej i plasuje się na piątym miejscu, jeśli chodzi o europejskich producentów – twierdzi Piotr Górowski. – Stale poprawiamy swoją pozycję na tym rynku poprzez zwiększanie możliwości produkcyjnych i sprzedaż wyrobów z płyt komórkowych. Myślę, że w dalej będziemy poszerzać ten asortyment produktów i w krótkim czasie będziemy w pierwszej trójce.

Jak zaznacza, spółka konsekwentnie realizuje strategię opartą na zwiększaniu sprzedaży przy coraz lepszym wykorzystaniu mocy produkcyjnych. Oprócz tego, dobre wyniki to zasługa dobrej współpracy z dostawcami surowców, z którymi spółka ma podpisane umowy bonusowe.

Daje nam to prawo naliczenia bonusu przy realizacji określonych ilości zakupów. I za pierwszy kwartał zrealizowaliśmy część tej umowy i zaliczyliśmy sobie bonus w wysokości 0,5 mln zł – chwali się Piotr Górowski. – Natomiast do końca roku ten bonus na pewno wzrośnie, ponieważ cały czas kupujemy surowce od tego dostawcy i ten bonus na koniec roku będzie zdecydowanie większy – dodaje.

Spółka podaje, że w zeszłym roku wspomniany bonus wyniósł 0,8 mln zł. Według prognoz w 2015 roku ich łączna wartość wyniesie 1,3 mln zł. Zysk netto natomiast ma oscylować wokół 6,3 mln zł, a przychody nieco poniżej 90 mln zł.

Po trzech kwartałach 2015 roku spółka zanotowała 65 mln zł przychodów (+12,6 proc. wobec analogicznego okresu 2014 r.) i 7,3 mln zł wyniku EBITDA (+34 proc.). Zysk netto wzrósł w ujęciu rok do roku o 42 proc., przekraczając 4,2 mln zł.

Trzy kwartały tego roku były dla nas bardzo pozytywnym okresem, szczególnie ten ostatni kwartał przyniósł nam bardzo dobre wyniki – mówi Górowski – Mieliśmy duże wzrosty cen surowców w II kw., co w jakimś stopniu odbiło się na naszych wynikach finansowych. Natomiast tak jak sądziliśmy, sytuacja się odwróciła i w III kw. ceny spadły. Myślę, że to na przestrzeni całego roku się już wyrównało i stąd te wyniki są dokładnie takie, jak zakładaliśmy.

W nowej perspektywie UE zbyt mało środków na walkę z wykluczeniem cyfrowym. Problem dotyczy nawet 9 mln osób

Na cyfrową modernizację szkół ze środków unijnych trafi pięciokrotnie mniej pieniędzy niż przewidywano. 900 mln zł zamiast deklarowanych 4,5 mld zł pozwoli na objęcie wsparciem infrastrukturalnym tylko 8 proc. szkół i przeszkolenie 2,5 proc. nauczycieli. Problem wykluczenia cyfrowego w Polsce jest bardzo poważny – ok. 9 mln osób po 50 roku życia nie korzysta z internetu. 

Na przyszłą perspektywę finansową, która jest ostatnim źródłem finansowania inwestycji, nie zaplanowaliśmy w Polsce dostatecznie wysokiej alokacji środków na kompetencje cyfrowe. Może to dziwić, dlatego że 9 mln ludzi, którzy nie korzystają z internetu, to chyba największy problem cywilizacyjny – powiedział w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Głomb, prezes zarządu Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”. – Okazuje się jednak, że środkami, które miały wspierać rozwój programu „Cyfrowa szkoła”, będziemy w stanie objąć mniej niż 10 proc. polskich szkół, a działaniami związanymi z podnoszeniem poziomu kompetencji cyfrowych nauczycieli ok. 3 proc. z nich.

W ostatnich latach deklarowano, że upowszechnienie kompetencji cyfrowych będzie priorytetem w perspektywie budżetowej na lata 2014–2020. Resort edukacji zrealizował pilotażowy program „Cyfrowa szkoła”, a jego doświadczenia miały posłużyć do realizacji programu cyfrowej modernizacji szkół do 2020 roku. Planowano, że na ten cel trafi 4,5 mld zł. Podczas II Kongresu Polski Cyfrowej eksperci informowali, że z analizy przyjętych programów operacyjnych wynika, że środków będzie kilkukrotnie mniej – zaledwie 900 mln zł.

Polsce potrzebny jest program rządowy oparty o środki budżetu państwa, nie tylko środki unijne, bo te już zostały rozdysponowane i w tym zakresie niewiele będziemy w stanie już zrobić. Potrzebny jest bardzo mocny program budowania kompetencji cyfrowych osób dorosłych, oparty na doświadczeniach „Polski cyfrowej równych szans”, programu, który dobrze się sprawdził i jest dobrze działającym systemem wsparcia dla tej grupy, a jego efekty nie podlegają dyskusji – powiedział podczas konferencji prasowej Krzysztof Głomb.

Polska była jedynym krajem w Unii, który opracował i uzgodnił z Komisją Europejską program operacyjny dotyczący tematyki cyfrowej. W jego ramach zaprojektowano oś priorytetową odnoszącą się do upowszechniania kompetencji cyfrowych dorosłych. W programie zaplanowano przeszkolenie zaledwie 400 tys. osób w latach 2014–2020. Szacuje się, że poza światem internetu jest 9 mln osób, co oznacza, że na wsparcie może liczyć zaledwie 5 proc. cyfrowo wykluczonych.

Mowa o podstawowych kompetencjach, nie rynku pracy, ale związanych z życiem codziennym, z komunikowaniem się z rodziną. Już na samym początku drogi wiemy, że zaledwie kilka procent osób, które potrzebują takiego wsparcia, będzie mogło je uzyskać. O środki będzie ostry bój, co nie zawsze ma dobry wpływ na efekty merytoryczne takiego procesu – zaznacza prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”.

W latach 2012–2015 w ramach jednego projektu „Polska cyfrowa równych szans” w świat internetu wprowadzono 275 tys. osób po 50. roku życia. Na działania 3.1 programu w zakresie edukacji cyfrowej ma trafić blisko 900 mln zł. Wskaźniki dotyczące wykluczenia cyfrowego w Polsce są jednymi z najwyższych wyników w Unii.

To praktycznie 30 proc. całej grupy osób w wieku 18+. Co trzeci Polak jest analfabetą cyfrowym, a tacy z pewnością nie zbudują gospodarki, wiedzy ani społeczeństwa, które może globalnie konkurować na poziomie najważniejszych wskaźników. Polska musi to zmienić. To ważniejsze niż autostrady czy chodniki. Ludzie powinni być kreatywni i mieć odpowiednie przygotowanie, aby tradycyjne czynności realizować już w świecie cyfrowym – wskazuje Krzysztof Głomb.

Z danych Ministerstwa Cyfryzacji wynika, że tylko 10 proc. osób między 16. a 74. rokiem życia ma wysokie umiejętności cyfrowe, a 29 proc. – średnie. Pozostałe osoby mają niskie umiejętności lub żadne. Nieobecność w sieci powoduje negatywne skutki społeczne – ogranicza dostęp do kultury czy usług publicznych. Integracja cyfrowa większej grupy Polaków oznacza też większe możliwości podejmowania pracy lub zwiększania zarobków, a to oznacza wyższe lub dodatkowe składki na NFZ czy ZUS.

Kilka lat temu poprosiliśmy PwC, aby spróbował oszacować skutki takiego wykluczenia w grupie 45+. Na podstawie metodologii, która jest uznawana w Europie, uznano, że kosztuje nas to około 24 mld zł rocznie. To ogromna kwota. Gdyby choć kilka procent tej sumy rocznie przeznaczyć na inwestycje w kompetencje cyfrowe, efekty z pewnością byłyby bardzo dobre – podkreśla Krzysztof Głomb.

Era węgla na świecie się kończy. Instytucje finansowe niechętne inwestycjom w projekty węglowe

CEO Magazyn Polska

Odchodzenie od węgla w światowej energetyce może spowodować, że instytucje finansowe będą mniej chętnie patrzeć na finansowanie inwestycji węglowych. To może być zaś problematyczne dla polskiego sektora energetycznego, bo według rządowych dokumentów węgiel ma być dominującym surowcem do 2050 roku. Krajowy rynek energetyczny czeka szereg inwestycji, dlatego firmy z branży – wykonawcy i dostawcy technologii – uważają go za bardzo perspektywiczny.

Era węgla powoli się kończy, dlatego największym niedogodnością, przeszkadzającą w kontynuacji projektów będzie niechętne podejście sektora finansowego do tego typu inwestycji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mariusz Marciniak, dyrektor sprzedaży na Polskę i kraje Europy Środkowo-Wschodniej w Doosan Power Systems, dostawcy technologii dla energetyki. – Myślę, że powinniśmy, jako Polska, prowadzić własną mądrą politykę, ponieważ nie ma kraju tak zależnego od węgla w Europie, a i na świecie jest ich niewiele.

Konieczność modernizacji polskiej energetyki wiąże się z jednej strony ze stanem infrastruktury. Z drugiej strony zmiany wymusza polityka klimatyczna Unii Europejskiej. Za tym idą również nakłady finansowe. Polskie koncerny energetycznie nie powinny więc mieć problemów z pozyskaniem finansowania.

Duzi gracze krajowi, grupy energetyczne, mają bardzo dobre wyniki finansowe i banki komercyjne chętniej bezpośrednio udzielają im kredytów – ocenia dyrektor w Doosan Power Systems. – Natomiast mniejsi inwestorzy, mniejsze firmy albo duże projekty będą wymagały zupełnie innej formuły. Nie tylko znalezienia EPC kontraktora [odpowiadającego za usługi inżynieryjne, dostawy i budowę – red.], lecz także partnera, który pomoże zorganizować finansowanie.

Doosan Power Systems z centralą w Seulu jest dostawcą podzespołów dla nowoczesnych elektrowni. Z Polską spółka wiąże szczególne nadzieje.

Polska jest dla nas jednym z kluczowych rynków, drugim jest Turcja – mówi Marciniak. – Po prostu uznano, że te rynki w sferze energetyki mają najwięcej do zaoferowania i są najbardziej perspektywiczne z rynków europejskich.

Polską energetykę czekają duże inwestycje. Jak wynika z przeprowadzonej w ubiegłym roku przez Urząd Regulacji Energetyki ankiety wśród koncernów energetycznych, w latach 2014–2028 nakłady inwestycyjne w energetyce sięgną 54 mld zł. Zostaną one przeznaczone na nowe moce wytwórcze (modernizacja istniejących źródeł będzie kosztowała ponad 12 mld zł). Biorąc pod uwagę technologie wytwarzania energii, największy udział we wszystkich inwestycjach będą mieć farmy wiatrowe (40 proc.) oraz jednostki wytwórcze opalane węglem kamiennym (32 proc.). Ministerstwo Gospodarki w dokumencie „Polityka energetyczna Polski do 2050 roku” zakłada, że w ciągu najbliższych 30 lat polska strategia się nie zmieni i węgiel pozostanie głównym surowcem zasilającym elektrownie.

Koreański koncern liczy na to, że jego międzynarodowe doświadczenie i zdobyta wiedza przydadzą się też w Polsce.

Wiele dużych inwestycji energetycznych napotyka na problemy podczas realizacji. Jest sztuka zarządzania projektami i myślę, że powinniśmy się w tej sztuce kształcić – zwraca uwagę Mariusz Marciniak. – Potrzebna jest aktywna rozmowa między dostawcami a inwestorami w procesie przygotowania inwestycji, jeszcze przed procesem przetargowym, ponieważ obie firmy mają w tym zakresie doświadczenia. Dostawcy technologii mają po kilkadziesiąt, kilkaset referencji, więc często warto słuchać ich rekomendacji. 

W styczniu ma ruszyć akcja serwisowa w Volkswagenie. Działania naprawcze mogą nie wyeliminować roszczeń konsumentów

CEO Magazyn Polska

System manipulujący poziomem emisji spalin może się znajdować nawet w 170 tys. samochodów koncernu Volkswagen w Polsce. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie wyjaśniające, będzie też na bieżąco analizował działania naprawcze. Akcja serwisowa ma ruszyć w styczniu. Pierwsi klienci już są zapraszani do salonów. Koncern jednak i tak musi liczyć się z ryzykiem roszczeń, które mogą być warte nawet kilka miliardów euro.

Wada może dotyczyć od 140 do nawet 170 tys. samochodów w Polsce. Wpisując na stronach internetowych numer swojego silnika, można ustalić, czy problem wadliwości dotyczy silnika danego samochodu z grupy Volkswagen, bo dotyczy to również aut Škody, Seata i Audi. Szacuje się, że nawet tysiąc samochodów w kraju jeździ z wadą polegającą na zwiększonej emisji spalin – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Mariusz Kowolik, radca prawny z Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

We wrześniu ujawniono, że Volkswagen w swoich samochodach z silnikiem Diesla (typ EA 189) instalował oprogramowanie fałszujące wyniki testów emisji spalin. Oprogramowanie zostało tak zaprojektowane, by rozpoznawało warunki, które przypominają test badający emisję spalin. Po wykryciu testu przełączało się w tryb ograniczający normy emisji tlenków azotu, a w warunkach rzeczywistych wracało do normalnego stanu. Z danych koncernu wynika, że wadliwe oprogramowanie znajduje się w 11 mln samochodów, z czego ponad 8 mln sprzedano w Unii Europejskiej.

W Polsce postępowanie wyjaśniające wszczął UOKiK. Urząd wezwał koncern do przekazania informacji, które pozwolą ustalić, czy są podstawy do postawienia zarzutu naruszenia zbiorowych interesów konsumentów.

Urząd zbiera dokumenty, wsparł się także działaniami Transportowego Dozoru Technicznego. Wszyscy konsumenci i przedsiębiorcy w Polsce czekają z niecierpliwością na wyniki postępowań. Według informacji, które znajdują się na stronach urzędów, pierwsze wyjaśnienia i pierwsze działania już zostały  podjęte przez Volkswagen Polska – wskazuje Kowolik.

Choć wciąż nie ma potwierdzenia, jakie dokładnie działania ma podjąć koncern Volkswagena, to część działań naprawczych ma dotyczyć modyfikacji oprogramowania, co ma wyeliminować problem. Producent sygnalizował także, że w niektórych przypadkach konieczna może być również ingerencja w elementy mechaniczne, w silnik – będzie to dotyczyć przede wszystkim pojazdów o pojemności silnika 1,6 litra.

Nad zakresem i sposobem przeprowadzenia programu naprawczego powinny czuwać odpowiednie urzędy państwowe w Polsce, ponieważ Volkswagen musi zapewnić, że wszystkie parametry silnika będą zgodne ze świadectwem homologacji. Mamy sygnały z Niemiec, gdzie postępowania są już prowadzone, że naprawa samochodów może doprowadzić z jednej strony do polepszenia parametrów w zakresie emisji spalin, ale może też doprowadzić do pogorszenia innych parametrów, mówi się szczególnie o spadku mocy silników – wskazuje Kowolik.

Jeszcze w tym roku ma być gotowe rozwiązanie software’owe dla silników dieslowskich o pojemności do 2 litrów, a w przyszłym roku powinno rozpocząć się jego wprowadzanie.

Pierwsi klienci w Polsce już otrzymali pisma wzywające do przeprowadzenia darmowej akcji naprawczej. Jak podkreśla radca prawny, objęte działaniami mają też zostać samochody już po gwarancji. Volkswagen będzie starał się wyeliminować skutki uboczne i w ten sposób zmniejszyć ryzyko roszczeń konsumentów, jednak zdaniem Kowolika roszczenia będą się pojawiać. Tylko w samej Europie wartość roszczeń to kilka miliardów euro.

Jeżeli Volkswagen i dilerzy Volkswagena nie przeprowadzą działań informacyjnych, tonujących obecnie panujące nastroje roszczeniowe wobec firmy i sieci dilerskiej, spodziewam się, że konsumenci w przeciągu najbliższych 2–3 miesięcy złożą pierwsze skuteczne roszczenia, a to może się już odbić bardzo niekorzystnie na wynikach wszystkich spółek – przekonuje Mariusz Kowolik.

Z chmur obliczeniowych będzie korzystać coraz więcej firm. Wraz ze wzrostem poziomu zabezpieczeń, rośnie też zaufanie przedsiębiorców do tego rozwiązania

CEO Magazyn Polska

Na przeniesienie danych do chmury obliczeniowej decyduje się coraz więcej przedsiębiorstw. Mogą dzięki temu zmniejszyć koszty i zyskać dostęp do usług, które wcześniej nie były tak łatwo osiągalne. Kluczowe dla użytkowników i dostawców jest zaufanie i bezpieczeństwo danych.

Kwestia zaufania do chmury jest jednym z krytycznych obszarów dla klientów. Praktycznie codziennie dowiadujemy się o atakach hakerskich, naruszeniu bezpieczeństwa i wypływie danych – mówi agencji Newseria Agata Szeliga, partner w Kancelarii Sołtysiński Kawecki & Szlęzak. – Sprostać takim wyzwaniom mogą tylko najbogatsze firmy. Przejście na chmurę obliczeniową wydaje się więc ciekawym i rozsądnym rozwiązaniem dla przedsiębiorców, których nie stać na wdrożenie najnowszych technologii i wydanie dużych środków na zabezpieczenie się przed atakami.

W dotychczasowym modelu kwestie informatyczne raczej pozostawały w wewnętrznych działach IT, a za bezpieczeństwo odpowiadali administratorzy bezpieczeństwa informacji. Przesunięcie zadań do zewnętrznego dostawcy powoduje, że odpowiedzialność ponoszą zarówno użytkownik, jak i dostawca. Jest to regulowane przez przepisy prawa, które określają ramy użycia chmury, oraz umowy między dwiema stronami.

Dzisiaj, kiedy przenosimy coraz więcej rzeczy do chmury, odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo i administrowanie jest warunkowana umową z dostawcą usługi. Budzi to potrzebę odpowiedniego poziomu zaufania do dostawcy. Tym bardziej ważne jest więc zdawanie sobie sprawy z tego, że pewne istotne ograniczenia techniczne, organizacyjne i prawne nie są już dzisiaj tylko w rękach techników, że odpowiadają za nie także inne osoby, które nam w tym pomagają, prawnicy czy szefowie biznesowi – mówi Michał Jaworski, członek zarządu Microsoft.

Zmiany technologiczne wymagają też zmian w prawie. Wymagania muszą być stale podnoszone, więc rozwiązania prawne, które sprawdzały się jeszcze kilka lat temu, dziś nie wystarczają. 6 października br. Trybunał Sprawiedliwości UE zanegował program „bezpieczna przystań” [umowa Safe Harbour między UE a USA z 2000 roku], dotyczący transferu danych osobowych do USA.

Jak podkreślają eksperci, konsekwencje tego wyroku nie muszą być odczuwalne przez użytkowników chmury. W nowoczesnych rozwiązaniach, m.in. firmy Microsoft, stosowane są standardowe europejskie klauzule umowne, które nadają odpowiedni poziom ochrony zarówno w Europie, jak i USA.

Pewne zmiany w związku z wyrokiem będzie trzeba wprowadzić, ale są inne sposoby, żeby zapewnić zgodne z prawem przekazanie danych do Stanów Zjednoczonych. Oprócz tego jest dużo europejskich ofert cloud computingowych, a i amerykańskie firmy dostosowały się do możliwości udostępnienia takiej oferty na terenie Unii. Centra danych największych dostawców mogą zostać ograniczone do obszaru Unii i transfer danych do USA często nie jest konieczny – podkreśla Maciej Gawroński, partner zarządzający Kancelarii Bird & Bird, prawnik zajmujący się prawnymi aspektami technologii i cloud computingu.

Użytkownicy w chmurze obliczeniowej widzą ryzyko związane z bezpieczeństwem danych – ich kradzieżą, lub utratą oraz z transparencją. W niektórych sytuacjach trudno określić, gdzie dokładnie znajdują się serwery z danymi. Istotne jest zweryfikowanie sposobu, w jaki zabezpieczane są dane. Niektórzy dostawcy umożliwiają szyfrowanie danych po stronie klienta, informują o sposobach zabezpieczenia oraz dają możliwość wyboru miejsca przechowywania danych. Żeby wzmacniać zaufanie przedsiębiorców, dostawcy usług chmurowych idą w zabezpieczeniach dalej, niż wymagają tego przepisy.

W ofercie Microsoftu spełniamy wszystkie warunki w chmurze obliczeniowej, czyli pewność zaufania od strony technologii, od strony wymagań prawnych i organizacyjnych. Oferujemy możliwość wykorzystania chmury zgodnie ze wszystkimi regułami prawa i wymaganiami nakładanymi na nas przez regulatorów. To również kwestia bezpieczeństwa użytkowników, żeby mieli pewność, że decyzja o przeniesieniu do chmury daje im nieskończone możliwości, a jednocześnie nie budzi strachu czy nie powoduje niepewności – tłumaczy Michał Jaworski.

Kwestie zabezpieczeń w chmurze, regulacji prawnych z tym związanych i budowania zaufania użytkowników będą głównymi tematami konferencji Trusted Cloud Day 2015, która odbędzie się 26 listopada w klubie The View w Warszawie.

– Będziemy dyskutować o tym, w jaki sposób zbudować zaufanie i pewność funkcjonowania w świecie, w którym chmura jest podstawowym sposobem wykorzystywania informatyki w przedsiębiorstwach. Z zaproszonymi przedstawicielami kancelarii prawnych będziemy się zajmowali tematami cyberbezpieczeństwa, ochrony danych osobowych, zamówień publicznych i kwestią wykorzystania funduszy europejskich do zamówień chmury – wymienia Jaworski.

Duży nacisk będzie też położony na upadek „bezpiecznej przystani” i na to, czy standardowe klauzule umowne będą wystarczającym rozwiązaniem do ochrony danych osobowych w dłuższej perspektywie.

Rozwiązania chmurowe są w naszej ocenie zgodne z przepisami ustawy o ochronie danych osobowych. Ustawa i przepisy, choć stare, są jednak na tyle elastyczne, że znajdą zastosowanie również w usługach chmurowych. Są jednak pewne różnice, dlatego że usługi chmurowe to nie tylko czyste usługi outsourcingowe i kwestie nadzoru czy kontroli nad przetwarzającym, wymagają one także pewnego dostosowania i o tym właśnie będziemy rozmawiać – wskazuje Agata Szeliga.

Hejterzy mogą mieć problem ze znalezieniem pracy. Pracodawcy coraz częściej sprawdzają profile kandydatów w mediach społecznościowych

CEO Magazyn Polska

Proces rekrutacji to już nie tylko weryfikacja CV i rozmowa kwalifikacyjna z kandydatem. Pracodawcy coraz częściej sprawdzają też, jakie treści aplikanci udostępniają na swoich profilach społecznościowych, jakim słownictwem posługują się w komentarzach i czy wyrażane przez nich poglądy i ich forma nie łamią dobrych obyczajów i nie uderzają w wartości, które firma propaguje.

Coraz częściej firmy, zwłaszcza międzynarodowe korporacje, które bardzo dbają o własny wizerunek, przy okazji rekrutacji upewniają się, że kandydat do pracy na co dzień żyje zgodnie z zasadami, jakie wyznaje firma. Najczęściej mówimy tu o zasadach dotyczących kultury wypowiedzi, kultury osobistej i poszanowania prawa równości bez względu na pochodzenie, płeć czy wiek – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Wierzbicki, dyrektor Michael Page, firmy specjalizującej się w prowadzeniu rekrutacji na stanowiska kierownicze.

Nieposzlakowana opinia kandydata, wysoka kultura osobista i tolerancja są szczególnie sprawdzane podczas rekrutacji do globalnych koncernów z sektora finansowego, telekomunikacji czy FMCG. Szczególnie te notowane na światowych giełdach przywiązują dużą wagę do polityki społecznej odpowiedzialności biznesu i równouprawnienia.

Sieć umożliwia pozostawanie anonimowym, więc wiele komentarzy jest nie do wykrycia. Dziś nikt nie ma takich uprawnień, żeby sprawdzać profile całkowicie bez wiedzy kandydatów. Raczej szuka się publicznie umieszczanych komentarzy czy zdjęć – podkreśla Paweł Wierzbicki. – Wiele osób pod własnym nazwiskiem czy zdjęciem publikuje teksty rasistowskie. Ostatnio mieliśmy z tym do czynienia przy okazji dyskusji o uchodźcach – przez media społecznościowe przetoczyła się fala hejtu, dlatego doradzałbym dużą ostrożność.

Tego typu wpisy mogą przekreślić szanse danej osoby na stanowisko, o które się ubiega.

Jeżeli zachowanie czy postawa jakiejś osoby w mediach społecznościowych budzi wiele wątpliwości, to nie angażujemy jej do dalszych etapów rekrutacyjnych – tłumaczy Paweł Wierzbicki.

Rekruterzy nie tylko biorą pod uwagę treści zamieszczane w formie postów czy tweetów, lecz także bacznie obserwują zdjęcia. Kontrowersyjne fotografie nie są więc mile widziane.

Jeżeli ktoś będzie poprzez zamieszczane fotografie propagował np. twórczość uliczną, która pochwala rasizm albo która godzi w podstawowe zasady etyki, to takie zdjęcie może zablokować kandydata. Nawet jeżeli ktoś wrzuci zdjęcie z imprezy z papierosem czy z butelką, to część firm może nie zaakceptować tego, że ich potencjalny przyszły pracownik tak prezentuje się w sieci, zwłaszcza kiedy ma być np. osobą odpowiedzialną za reprezentowanie firmy na zewnątrz – dodaje Paweł Wierzbicki.

Dokładny research w sieci na temat poglądów kandydata i jego norm etycznych odbywa się zazwyczaj pod koniec procesu rekrutacji, gdy pozostają do wyboru 2–3 osoby. Może więc się okazać, że z powodu kontrowersyjnych internetowych treści, które kandydat firmował swoim nazwiskiem, pracodawca na finalnym etapie rekrutacji nie zdecyduje się złożyć mu oferty zatrudnienia.

W Polsce co 8 minut dochodzi do udaru mózgu. Koszty leczenia, rehabilitacji i rent to ok. 1,5 mld zł rocznie

CEO Magazyn Polska

Co roku odnotowuje się 60–70 tys. przypadków udarów mózgu, z czego ok. 30 tys. kończy się śmiercią. Udary są też pierwszą przyczyną niepełnosprawności. Koszty związane z leczeniem szpitalnym pacjentów po udarach, ich rehabilitacją oraz świadczeniami z tytułu niezdolności do pracy wynoszą około 1,5 mld zł rocznie. Tymczasem zamiast leczyć i niwelować skutki udarów, taniej i łatwiej można im zapobiegać.

Z danych Fundacji Udaru Mózgu wynika, że co 8 minut dochodzi do udaru mózgu. Rocznie odnotowuje się ok. 70 tys. udarów.

Są to najczęściej osoby starsze, ale do naszej fundacji coraz częściej zgłaszają się osoby w różnym wieku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Siger, wiceprezes Fundacji Udaru Mózgu. – Bardzo często pomagamy również osobom młodym, małym dzieciom. Ta choroba dotyka ludzi w każdym wieku.

Udary to pierwsza przyczyna niepełnosprawności Polaków oraz trzecia przyczyna zgonów osób po 40 roku życia. W ratowaniu ofiar tej choroby ogromne znaczenie odgrywa czas, szybkie rozpoznanie i podjęcie leczenia po ataku pozwala znacząco ograniczyć skutki udaru. Powód do niepokoju powinny dać takie objawy, jak zaburzenia czucia po jednej stronie ciała, zaburzenia widzenia, asymetria twarzy i spowolniona mowa.

Z badań przeprowadzonych na grupie kilkuset pacjentów, którzy trafili na jeden z oddziałów neurologicznych z przyczyn innych niż udar mózgu, wynika, że 25 proc. z nich nie znało ani jednego objawu udaru, a co najmniej trzy objawy było w stanie wymienić tylko 10 proc. badanych.

Następstwa udaru to niedowład prawostronny, zaburzenia mowy, świadomości, depresja czy afazja. Skutków może być naprawdę bardzo dużo, dlatego tym bardziej wiedza na temat udaru mózgu jest bardzo ważna – tłumaczy Adam Siger.

W przypadku udaru zamiast leczyć znacznie lepiej jest jednak zapobiegać. Ta choroba jest bowiem, jak mało która, zależna od stylu życia, zachowań pacjenta. 90 proc. czynników ryzyka to są czynniki modyfikowalne, czyli takie, na które mamy wpływ.

Chodzi o właściwe odżywianie, aktywność fizyczną i kontrolę swojego stanu zdrowia – wymienia wiceprezes Fundacji Udaru Mózgu. – Głównym z powodów wystąpienia udaru jest nadciśnienie. Polacy ogólnie mało się zajmują tym problemem. Nadciśnienie nie boli, więc nie kontrolujemy swojego ciśnienia. Jest to czynnik, który lekceważymy, a który naprawdę może spowodować duże problemy w naszym życiu.

Jak wynika z raportu Instytutu Organizacji Ochrony Zdrowia Uczelni Łazarskiego „Udary mózgu – konsekwencje społeczne i ekonomiczne”, w 2012 roku koszty leczenia szpitalnego ofiar udaru w Polsce sięgały 547 mln zł i były o prawie 8 proc. większe niż w 2010 roku. Dodatkowo koszty związane z rehabilitacją neurologiczną osób po udarach w 2013 r. sięgnęły prawie 159 mln zł. Z kolei 2010 roku koszty związane z niezdolnością do pracy osób z chorobami naczyń mózgowych oszacowano na 675 mln zł.

Jest to poważny problem i naprawdę lepiej zapobiegać, niż potem leczyć i ponosić koszty związane ze skutkami tej choroby – mówi Adam Siger. – Koszty te można obniżyć poprzez odpowiednią profilaktykę.

Eksperci szacują, że koszty pośrednie związane z przedwczesną umieralnością sięgają nawet 90 mld zł.

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.11.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.11.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Kupić czy wynająć biuro?

Pytanie „kupić czy wynająć biuro” dotyczy nie tylko kwestii finansowych. Co najmniej równie istotna jest strategia rozwoju firmy i jej model biznesowy. Na rynku nieruchomości biurowych tylko ok. 10% ofert to powierzchnia na sprzedaż. Analizujemy komu, kiedy i gdzie opłaca się kupić biuro, a dla kogo lepszy będzie wynajem.

Jeśli można przewidywać, że liczba pracowników będzie regularnie rosła lub firma będzie rozbudowywała swoje zaplecze techniczne, to lepiej powierzchnię biurową wynająć. Zwłaszcza w przypadku młodych firm liczy się przede wszystkim elastyczność. Poza tym kupno biuro wymaga znacznego kapitału. Jeśli firma dopiero rozpoczyna działalność, to lepiej zainwestować go w ludzi czy sprzęt.

Zalety wynajmu

  • Większa elastyczność
  • Więcej środków na rozwój firmy
  • Brak odpowiedzialności za utrzymanie powierzchni

W innej sytuacji są firmy ustabilizowane. Zwykle mają już zdolność kredytową lub mogą sobie pozwolić na zamrożenie kapitału. Decyzja o kupnie lub wynajęciu biura zależy jednak od branży, charakterystyki klientów i wybranego modelu biznesowego.

Zalety kupna

  • Niezależność od właściciela
  • Pełna swoboda w aranżacji
  • Możliwość odzyskania zainwestowanych środków
  • Wzmocnienie wizerunku

Kiedy biuro wzmacnia firmę

W przypadku niektórych branż i profesji niebagatelne znaczenie ma lokalizacja biura. Na przykład prestiżowy adres w dłuższej perspektywie wzmacnia wizerunek firmy, budując poczucie stabilności i zaufania. Dzięki temu partnerzy oraz klienci biznesowi postrzegają jej rynkową pozycję jako mocno ugruntowaną. Wszystko to wartości nie do przecenienia w biznesie. Kto szuka tego rodzaju biur?

Przede wszystkim kancelarie prawne, firmy z branży finansowej, usług medycznych, a także IT i multimediów oraz reklamy. Przy czym oprócz najwyższego standardu i najlepszej lokalizacji biorą pod uwagę także wartość otoczenia oraz dodatkowe usługi. Takie firmy mają sprecyzowane potrzeby – mówi Ewa Omasta, manager ds. sprzedaży i marketingu OVO Wrocław, inwestycji oferującej m.in. luksusowe biura.

Biura w OVO, wielofunkcyjnym obiekcie w centrum stolicy Dolnego Śląska, oferują m.in. 24-godzinny dostęp, wejście przez osobną klatkę schodową, prestiżowe lobby, sale centrum konferencyjnego, jak również dostęp do usług hotelu DoubleTree by Hilton i innych części budynku, w tym możliwość korzystania z basenu czy fitness clubu.

Czy biuro tego rodzaju lepiej kupić czy wynająć? – Warto wziąć pod uwagę, że pięciogwiazdkowe powierzchnie biurowe nie zawsze są dostępne od zaraz. Nieraz trzeba na nie czekać przez dłuższy czas. Tym bardziej, że na rynku zdecydowanie dominują oferty biur na wynajem. W sumie tylko ok. 10% to powierzchnie na sprzedaż. Dlatego w przypadku biur najwyższej klasy, jeśli mamy taką możliwość, to lepiej zdecydować się na kupno – mówi Krzysztof Jabłoński z Iglica Nieruchomości.

Dobrze to policzmy

Kupno biura oznacza oczywiście znaczny jednorazowy wydatek lub konieczność spłacania kredytu. Z kolei w przypadku najmu musimy się liczyć z comiesięcznym czynszem, zwykle wysokim w przypadku najciekawszych lokalizacji. Który wariant jest najbardziej opłacalny? Inwestorzy OVO Wrocław przygotowali analizę finansową, przy założeniu, że chodzi o biura klasy A+ o powierzchni 140 mkw., w okresie 10 lat.

Wzięliśmy pod uwagę wszystkie najważniejsze czynniki, w tym oprocentowanie kredytu na kupno, wysokość czynszu, inflację, kwestie podatkowe, a nawet koszt wyposażenia. Przyjęliśmy ostrożne wartości bazowe, ale z analizy wynika, że zdecydowanie korzystniejsze jest kupno biura niż jego wynajem – mówi Sylwester Roszewski, dyrektor finansowy w spółce Wings Properties.

Różnica pomiędzy kosztami wynajmu, a kupna i następnie sprzedaży, to aż 751 tys. zł. Po sprzedaży biura po 10 latach całkowity koszt wyniósł jedynie 152 tys. zł.

Kupno tego rodzaju biura można potraktować jak inwestycję długofalową. Podaż powierzchni poza centrum stale będzie rosła, natomiast naprawdę dobrych lokalizacji, a do tego ze świetną dostępnością komunikacyjną, jest niewiele – dodaje Krzysztof Jabłoński.

Rynki godzą się z Fed

Michał Stanek
Michał Stanek
Dyrektor ds. Komunikacji Inwestycyjnej
źródło: AgioFunds TFI S.A.

Proces godzenia się, rozpoczęty tuż po publikacji danych Departamentu Pracy, miał na większości rynków gwałtowny charakter, co nie oznacza, że został w piątek zakończony. Jego kontynuacji można się w szczególności spodziewać po nowojorskiej giełdzie, która zareagowała najsłabiej. Waga wydarzenia, które wkrótce nadejdzie jest zbyt duża, by jego perspektywę inwestorzy skwitowali obojętnością, której wyrazem były symboliczne zmiany wartości indeksów na Wall Street. Prawdopodobnie potrzebują oni nieco więcej czasu, by się w nowej sytuacji znaleźć. Trudno przypuszczać, by mieli powody świętować nadejście ery nieco droższego pieniądza. Skalę ewentualnej przeceny akcji może jednak skutecznie hamować przekonanie, że Fed poprzestanie na jednej podwyżce, a z kolejnymi wstrzyma się do czasu solidniejszej poprawy w gospodarce.

Prawdziwy nokaut miał miejsce w przypadku kursu euro, który poszedł w piątek w dół w kilka chwil o niemal 2 centy, kończąc dzień nieznacznie powyżej 1,074 dolara., czyli na poziomie najniższym od kwietnia. Równie silną reakcję wywołała jedynie niedawna deklaracja EBC sugerująca rozszerzenie programu skupu obligacji. Choć można się spodziewać kontynuacji osłabienia wspólnej waluty, to jednak nowe minima jej kursu byłyby prawdopodobne jedynie gdyby EBC przeszedł od deklaracji do czynów. To zaś może nastąpić najwcześniej w grudniu.

Bardzo silne ruchy zanotowano na rynkach obligacji skarbowych. Mocno w dół poszły ceny papierów zdecydowanej większości państw. W efekcie rentowność amerykańskich obligacji dziesięcioletnich skoczyła do ponad 2,3 proc., osiągając poziom najwyższy od lipca. Największą procentową zwyżkę zanotowały jednak obligacje niemieckie. Charakterystyczne, choć tylko pozornie zaskakujące, było zachowanie indeksów na głównych giełdach europejskich, które po publikacji danych z USA dynamicznie poszły w górę. Inwestorzy europejscy, a w szczególności niemieccy, mieli powody do zadowolenia, licząc na to, że osłabienie wspólnej waluty przysłuży się eksportowi, a tym samym będzie sprzyjać gospodarce.

Największą zagadką będzie reakcja giełd rynków wschodzących, które mogą najmocniej ucierpieć z powodu podwyżki stóp przez Fed. W piątek mocniejsze spadki zanotowały indeksy w Rosji i Brazylii, a więc krajów zależnych od cen surowców. Kolejne dni mogą być dla tych rynków bardzo nerwowe. Same surowce bezpośrednio po publikacji amerykańskich danych zbyt mocno nie taniały. Notowania amerykańskiej ropy WTI zniżkowały o niecałe 2 proc. Spore, przekraczające 1,5 proc., spadki miały miejsce w przypadku złota i srebra. Notowania złota, dołujące już od połowy października, dotarły w piątek w okolice sierpniowego dołka na poziomie 1084 dol. za uncję.

Fiskus usprawnia proces elektronicznych kontroli podatkowych

Od przyszłego roku przedsiębiorstwa będą musiały przekazywać do urzędów skarbowych informacje w postaci jednakowych plików elektronicznych. Nowe przepisy mają usprawnić proces kontroli, ale też ułatwić wymianę danych między firmami.

Dotychczas fiskus przyjmował dane w różnych formatach plików, np. PDF. Od 2016 r. przedsiębiorcy będą przekazywać informacje za pośrednictwem łatwego w obsłudze programu analizy statystycznej. Elektroniczne kontrole mają obejmować księgi rachunkowe, dowody księgowe oraz deklaracje podatkowe. Dzięki nowemu systemowi urzędy skarbowe będą mogły w łatwy sposób sięgać do dowolnych danych i niemal natychmiast je weryfikować.

„Usprawnienie elektronicznych kontroli podatkowych z pewnością ułatwi pracę urzędników. Weryfikacja danych stanie się nieporównywalnie prostsza, szybsza i dokładniejsza. Z pewnością przyczyni się to do zmniejszenia skali oszustw podatkowych, które mają miejsce w kraju” – mówi serwisowi infoWire.pl Bogdan Zatorski, ekspert konsultingu biznesowego w firmie Sage. Co więcej, nowy system ma usprawnić wymianę danych między przedsiębiorcami. Za pomocą opracowanego programu będą oni mogli przesyłać do siebie dowody księgowe, np. faktury sprzedaży.

Wprowadzenie zmian wiąże się z kosztami zarówno po stronie firm, jak i państwa. Przedsiębiorcy będą zmuszeni dostosować swoje oprogramowanie finansowo-księgowe do wymogów stawianych przez administrację podatkową. Z kolei państwo musi zainwestować w przygotowanie systemu odbierania i przetwarzania danych. Szacuje się, że wyda na to prawie 100 mln zł.

LS Tech-Homes S.A. pozyskuje inwestora finansowego

LS Tech-Homes S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2012 r., podpisała umowę inwestycyjną z ARP Venture sp. z o.o. Emitent osiągnął także w 3 kw. br. wysoki wzrost przychodów ze sprzedaży w ujęciu rdr.

 Zawarta w dniu 05.11.2015 r. umowa inwestycyjna z ARP Venture sp. z o.o. określa podstawowe warunki dokonania inwestycji w LS Tech-Homes S.A. w wysokości do 20 mln zł, na którą składa się forma kapitałowa w drodze objęcia akcji nowej emisji (do 5,2 mln zł), finansowanie długiem konwertowalnym na kapitał Spółki (9,8 mln zł) oraz finansowanie dłużne niekonwertowalne (5 mln zł). ARP Venture obejmie 4.227.642 akcji Emitenta w ramach nowej emisji akcji serii I. Pozyskane przez LS Tech-Homes S.A. środki zostaną przeznaczone na rozbudowę parku maszynowego i uruchomienie masowej produkcji w 4 obiektach przemysłowych i w takich obszarach jak:

  • Obiekty wojskowe
  • Domy socjalne
  • Domy dla uchodźców
  • Domy rekreacyjne
  • Konstrukcje kompozytowe dla drogownictwa, kolejnictwa i górnictwa

„Wszystkie te obszary, już rozpoznane przez firmę i zainicjowane podpisaniem pierwszych umów z zainteresowanymi klientami, wymagają zwiększenia mocy produkcyjnych, zastosowania filozofii nowoczesnych modułowych rozwiązań, pasywnego budownictwa, jak i stałych studiów rynkowych, architektonicznych oraz technologicznych.” – ocenia Leszek Surowiec, Prezes Zarządu Spółki LS Tech-Homes S.A.

W 3 kw. 2015 r. Spółka zanotowała stratę netto w wysokości 41 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży wynoszących 1.197 tys. zł. W analogicznym okresie ub. roku strata netto Emitenta sięgnęła 716 tys. zł, a wartość sprzedaży ukształtowała się na poziomie 828 tys. zł. Od początku 2015 r. LS Tech-Homes S.A. wypracował 3.331 tys. zł przychodów ze sprzedaży wobec 1.599 tys. zł rok wcześniej. Wzrost wartości sprzedaży w ujęciu rdr. był wynikiem podpisywania nowych kontraktów handlowych oraz realizowania kolejnych dostaw.

„Po okresie badawczym, wdrożeniowym i inwestycyjnym, gdzie wyłożyliśmy wiele środków finansowych, przychodzi czas na wzrost produkcji i sprzedaży, stąd obecnie kładziemy nacisk na handel i sprzedaż. Potwierdzeniem tego jest rozpoczęcie kontraktu na dostawę modułowych rozwiązań do wznoszenia obiektów wojskowych oraz realizacja domów dla kadry naukowej przy Akademii Rybołówstwa w Angoli i kontrakt na dostawę mobilnych domów rekreacyjnych w Chorwacji. Rozmawiamy z partnerami i określamy nisze rynkowe, gdzie wykorzystany będzie nasz potencjał produkcyjny, co pozwoli nam na osiągnięcie progu rentowności już w przyszłym roku. Nowa oferta Spółki i jej moce produkcyjne umożliwią negocjacje większych kontraktów i wyjście z ofertą na większe rynki w Europie, a także w Ameryce Północnej i Południowej. Kontrakty te są już wstępnie negocjowane. Są to cechy składające się na stworzenie uznanej marki w żywotnej branży na świecie, jaką jest szeroko rozumiane budownictwo i projekty infrastrukturalne.” – zakończył Prezes Surowiec.

 Spółka realizuje obecnie budowę nowych obiektów produkcyjnych w Koniecwałdzie i Studzienicach, przeprowadzając m.in. przetargi na zakup sprzętu. Aktualny stopień zaawansowania prac znajduje się na bardzo wysokim poziomie. Oddanie nowych hal zostało zaplanowane do końca 2015 r., a po ich budowie LS Tech-Homes S.A. będzie posiadał łącznie ponad 9.000 m2 powierzchni produkcyjnej, na którą będą się składały 3 linie do produkcji paneli, 2 linie pultruzji oraz 1 linia laminacji, a także kompletna linia do montażu ścian i modułów 3D. Umożliwi to Emitentowi ponad 3-krotnie zwiększyć jego wydajność i tym samym opracować strategię realizacji dużych projektów.

 LS Tech-Homes S.A. jest Spółką notowaną na rynku NewConnect od czerwca 2012 r. Zajmuje się ona wdrażaniem nowoczesnych technologii kompozytowych dla różnych gałęzi przemysłu. Głównymi produktami Spółki są płyty magnezowe MgO GREEN oraz płyty kompozytowe – SIP MgO GREEN.

 

Flowmon Networks trzeci rok z rzędu wśród najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Europie Środkowej

Flowmon Networks (dawniej Invea Tech) znalazł się trzeci rok z rzędu w prestiżowym zestawieniu „Deloitte Technology Fast 50 CE”, rankingu pięćdziesięciu najszybciej rozwijających się i najbardziej innowacyjnych firm technologicznych w Europie Środkowej. Flowmon Networks jest jedną z czterech firm, które ukazują się regularnie w tym zestawieniu od 2013 roku i jedyną z tej czwórki, która awansowała w rankingu.

Ranking Deloitte Technology Fast 50 bazuje na procentowym wzroście przychodów przez ostatnie cztery lata. Flowmon Networks zajął dwudzieste drugie miejsce w Europie Środkowej osiągając 480 proc. wzrost przychodów w tym okresie. „Cieszymy się, że trzy lata pod rząd znajdujemy się w rankingu Technology Fast 50. Od początku budowaliśmy naszą firmę w oparciu o innowację w technologii i zasady zrównoważonego rozwoju. Uznanie ekspertów Deloitte potwierdza wieloletni rozwój naszej firmy i upewnia nas, że to właściwa droga” – mówi Rostislav Vocilka, Chief Executive Officer w Flowmon Networks.

 

Flowmon

To już 16 edycja rankingu Deloitte Technology Fast 50 w Europie Środkowej. „Uważamy, że ważne jest uhonorowanie liderów branży, którzy potrafią przemienić świetne pomysły we wspaniałą rzeczywistość. Jesteśmy dumni, że możemy zaprezentować tegorocznych liderów innowacyjności“ – przedstawiał tegoroczny raport Alastair Teare, CEO w Deloitte Central Europe.

Flowmon Networks jest twórcą rozwiązania Flowmon, które łączy zaawansowaną technologię monitorowania ruchu sieciowego z analizą behawioralną sieci, pomagając firmom zarządzać ich sieciami komputerowymi i chronić przed zaawansowanymi zagrożeniami cybernetycznymi. „Nasze rozwiązanie, analizując niezbędne informacje o pakietach w komunikacji sieciowej, wykorzystuje metody sztucznej inteligencji. Dostarcza profesjonalistom IT kluczowych danych potrzebnych do zarządzania i ochrony ich sieci. Rozwiązanie Flowmon jest używane globalnie przez firmy, które chcą naprawdę wiedzieć co się dzieje w ich sieci. Są to m.in. T-Mobile, SEGA, Raiffeisenbank czy Orange” – dodaje Petr Springl, Product Director w Flowmon Networks.

Według raportu Fast 50, tempo zmian wśród najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Europie Środkowej jest naprawdę szybkie i nieustanne, gdyż cztery na pięć notowanych firm są nowymi wpisami. Ponad połowa firm wymienionych w rankingu koncentruje się na oprogramowaniu. Jedna czwarta z firm działa w sektorze mediów a reszta zajmuje się usługami internetowymi, telekomunikacją i sieciami komputerowymi.

Rozwiązania w chmurze dzięki funduszom unijnym

Model Cloud coraz bardziej upowszechnia się wśród polskich przedsiębiorców. Prawie połowa respondentów biorących udział w badaniu Ipsos MORI na zlecenie Microsoft[1] wskazała, że przetwarzanie danych w chmurze ma kluczowe znaczenie dla każdej małej firmy, która chce się rozwijać. Korzyści wynikające z wprowadzenia chmury, takie jak optymalizacja wydatków na IT, podniesienie produktywności pracy, czy większa elastyczność działania, w tym tworzenia nowych produktów, usług czy kampanii mogą stać się udziałem jeszcze większej grupy polskich firm. Tym bardziej, że opłaty za korzystanie z usług w chmurze mogą być finansowane z funduszy europejskich. Wytyczne w zakresie kwalifikowalności dla najpopularniejszych funduszy wskazują wprost na taką możliwość.

Obecni i potencjalni beneficjenci funduszy europejskich, osoby przygotowujące projekty z myślą o unijnym dofinansowaniu mają niekiedy wątpliwości dotyczące możliwości finansowania z tego źródła usług i aplikacji udostępnianych w chmurze. Istnieje dość rozpowszechniony pogląd, zgodnie z którym wydatki na tego rodzaju usługi nie mogą być zakwalifikowane do refundacji. Fakty są jednak inne. Aktualne wytyczne w zakresie kwalifikowalności wydatków w najpopularniejszych funduszach – Europejskim Funduszu Rozwoju Regionalnego, Europejskim Funduszu Społecznym oraz Funduszu Spójności mówią wprost:

„Niżej wymienione kategorie wydatków kwalifikują się do współfinansowania z funduszy strukturalnych oraz Funduszu Spójności […]: l) wydatki poniesione z tytułu korzystania z infrastruktury udostępnionej w technologii chmury obliczeniowej”[2]

Cytowany dokument, przyjęty przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju stanowi podstawę, na której opracowywane są wytyczne dla poszczególnych programów operacyjnych. Przy czym, wytyczne programowe nie mogą być sprzeczne z tą podstawą. Często zdarza się więc, że instytucja zarządzająca danym programem wiernie kopiuje zapisy ze wspomnianych wytycznych.

„Beneficjenci krajowych programów wspieranych ze środków UE musieli długo czekać na upewnienie się co do kwalifikowalności wydatków na chmurę obliczeniową. W kwietniu br. Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju opublikowało „Wytyczne w zakresie kwalifikowalności wydatków w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, Europejskiego Funduszu Społecznego oraz Funduszu Spójności na lata 2014-2020″, które jednoznacznie rozstrzygają tę kwestię – komentuje dr hab. Andrzej Sobczak, profesor SGH, kierownik Zakładu Systemów Informacyjnych w Instytucie Informatyki i Gospodarki Cyfrowej SGH. (…) Wydaje się więc, że wyjaśnienia podnoszonych dotychczas wątpliwości pozwolą w bieżącej perspektywie finansowej na dużo szersze wykorzystywanie usług w chmurze, które z wielu powodów są bardzo korzystne dla użytkowników – umożliwiając im m.in. elastyczne gospodarowanie zasobami obliczeniowymi w zależności od potrzeb oraz optymalizację wydatków na infrastrukturę IT”.

Chmura sprzyja rozwojowi przedsiębiorstw

Badania Business Consulting Group z 2014 roku realizowane wśród polskich firm z segmentu MŚP potwierdzają, że przedsiębiorstwa inwestujące w najnowsze rozwiązania mobilne i usługi chmurowe rosną szybciej w obszarze przychodów (21 p.p.) oraz zatrudnienia (9 p.p.), co daje im przewagę konkurencyjną na rynku. Atuty cyfryzacji dostrzega również Konfederacja Lewiatan wskazująca, że dla niemal 2/3 „cyfrowych” mikro- i małych przedsiębiorstw, które aktywnie wykorzystują technologie, priorytetami są cele długofalowe i dynamiczny rozwój. „Cyfrowe” organizacje budują przewagę konkurencyjną w oparciu o jakość i wąską specjalizację, natomiast analogowe opierają swoją konkurencyjność głównie na niskiej cenie.

„Czy informatyzację najmniejszych podmiotów przyspieszą fundusze unijne? Przygotowywane obecnie wsparcie w regionalnych programach operacyjnych stworzy firmom taką możliwość. We wszystkich RPO zaplanowano wsparcie – dotacyjne, jak i zwrotne – na umacnianie konkurencyjności MŚP i rozwój ich innowacyjności. W ramach tego schematu niektóre regiony będą promować instrumenty wsparcia konkretnie na rzecz zwiększania zastosowań technologii informacyjno-komunikacyjnych w działalności firm, takich jak wdrażanie systemów informatycznych, rozwój e-biznesu czy TIK usprawniające zarządzanie procesami biznesowymi – mówi Łukasz Dyba, ekspert Konfederacji Lewiatan. W odniesieniu do rozwiązań chmurowych, nowością w tej perspektywie finansowej będzie możliwość wykorzystania unijnych środków również na wydatki związane z korzystaniem z infrastruktury udostępnionej w tej technologii. Dla najmniejszych podmiotów oznacza to dodatkową korzyść z wdrażania ICT w postaci minimalizacji kosztów korzystania z infrastruktury bez konieczności jej zakupu.”

Wytyczne nie są ustalane raz na całą perspektywę finansową. Co do zasady jednak nie powinny być zmieniane częściej niż raz na rok. W szczególnych okolicznościach mogą zostać zaktualizowane wcześniej. Należy pamiętać, że obowiązujące dla beneficjenta są wytyczne z momentu, w którym miał miejsce wydatek – nie z daty złożenia wniosku. Warto więc śledzić zmiany w wytycznych, zwłaszcza na przełomie roku kalendarzowego.

Chmura korzyści

Wśród rozwiązań chmurowych, które są najczęściej stosowane przez polskie firmy można wymienić e-mail, wymianę dokumentów oraz przechowywanie/backup danych. Mimo rosnącej popularności chmury w Polsce, w tym obszarze wciąż gonimy Europę. Wg badań Ipsos MORI realizowanych w tym roku, zdalne połączenie z firmą za pośrednictwem usług chmurowych deklaruje 33% rodzimych respondentów, podczas gdy średnia europejska sięga 40%. Na możliwość przechowywania danych w chmurze wskazuje 22% polskich firm, co jest wynikiem niższym o 11 p.p. w porównaniu do reszty krajów Starego Kontynentu. O wciąż niskiej adopcji chmury w Polsce świadczy również fakt, że 24% pracowników rodzimych przedsiębiorstw nie musi być w biurze, by sprawnie wykonać swoją pracę. Średni odsetek respondentów z innych krajów europejskich sięga aż 40%.

„Zaletą chmury, która może ostatecznie przekonać „funduszowego” klienta do wybrania tego rozwiązania, jest brak konieczności ponoszenia dużego, jednorazowego kosztu. Utrzymanie płynności bywa problemem w przypadku przedsięwzięć (współ-) finansowanych z funduszy europejskich. Kolejny atut usług Cloud wynika z zapewnienia dostępu do zawsze legalnych i na bieżąco aktualizowanych  wersji oprogramowania, które nie tylko zapewniają najwyższą wydajność i nowe funkcjonalności, ale również odpowiadają na aktualne wyzwania związane z cyberprzestępczością. Zaufany dostawca chmury może zapewnić znacznie wyższy poziom bezpieczeństwa informatycznego, niż firmy są w stanie zrobić to samodzielnie” – przekonuje Michał Jaworski, dyrektor ds. strategii technologicznej w polskim oddziale Microsoft.

[1] Badanie „Nowoczesne IT w MŚP 2014”, przeprowadzone przez Ipsos MORI na zlecenie Microsoft.

[2] pkt. 6.11, Wytyczne w zakresie kwalifikowalności wydatków w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, Europejskiego Funduszu Społecznego oraz Funduszu Spójności na lata 2014-2020 MIiR/H 2014-2020/12(01)/04/2015/

 

UniDoradca – narzędzie profesjonalnego doradcy finansowego

Ruszył nowy portal internetowy Union Investment TFI dedykowany doradcom finansowym

Portal „UniDoradca” to rozwinięcie funkcjonującej od lat platformy wiedzy i rozwoju zawodowego online. Głównym powodem odświeżenia i rozbudowania strony właśnie teraz jest obserwowane przez Union Investment TFI rosnące znaczenie szybkiego dostępu do rzetelnej wiedzy i informacji przez profesjonalnych doradców finansowych w procesie oferowania konkretnych rozwiązań inwestycyjnych.

Jesteśmy świadkami dynamicznego rozwoju oferty produktowej asset managerów, powstawania nowych TFI i funduszy autorskich. Coraz bogatsza paleta dostępnych rozwiązań inwestycyjnych to jednak nie tylko korzyść, szansa na zysk oraz możliwość dywersyfikacji portfela, ale też nie lada wyzwanie dla inwestorów – mówi Tomasz Mirek, dyrektor ds. sprzedaży detalicznej w Union Investment TFI.

Dlaczego wyzwanie? – Produkty inwestycyjne same w sobie nie są łatwe i proste, stąd dla wielu klientów nie są rozwiązaniami pierwszego wyboru. Dlatego rozeznanie się wśród kilkuset funduszy o zróżnicowanych strategiach inwestycyjnych wymaga  czasu i niejednokrotnie fachowej wiedzy. Wybór konkretnych produktów do portfela nie jest łatwy, niezależnie czy dokonuje go inwestor detaliczny, czy inwestor korzystający z usługi private banking oraz wealth management. Wsparcie profesjonalnego doradcy w tak złożonym otoczeniu rynkowym bywa więc nieocenione.  W rezultacie ewoluujących potrzeb klientów, obserwujemy także inną, istotną zmianę. Sukcesywnie rośnie liczba doradców finansowych – zarówno tych reprezentujących banki i inne instytucje finansowe, jak i niezależnych ekspertów – dodaje Tomasz Mirek.

Union Investment TFI zdecydowało się wesprzeć ich codzienną pracę z klientami,  udostępniając wygodne i poręczne narzędzie do pogłębiania swojej wiedzy oraz wymiany doświadczeń.

W celu ułatwienia pracy doradcom, portal UniDoradca został podzielony na kilka czytelnych sekcji. Użytkownicy uzyskają dostęp m.in. do informacji rynkowych (komentarze, analizy, typy inwestycyjne), specjalistycznej wiedzy o funduszach i rynkach kapitałowych w ramach e-learningu oraz narzędzi pomocnych w codziennej pracy z klientami (informacje o funduszach, wyceny, kalkulatory inwestycyjne).

Polski eksport może oswoić Azję zaczynając od Malezji

Eksperci AKCENTY, instytucji płatniczej realizującej wymianę walut i przelewy zagraniczne dla firm, oceniają, że dla wszystkich przedsiębiorców, którzy chcą szukać swojej szansy w Azji, trafną decyzją mogą być kraje Azji Południowo-Wschodniej. Wśród nich warto zwrócić uwagę na Malezję, a w drugiej kolejności na Indonezję.

Wg Banku Światowego Azja Wschodnia jest jedną z głównych sił napędowych wzrostu światowej gospodarki a jej rynki odpowiadają za ok. 2/5 globalnego wzrostu gospodarczego[1]. – Azja jest ogromnym, różnorodnym kontynentem i bardzo cieszy to, że przestaje być w Polsce oceniana tylko i wyłącznie przez pryzmat Chin. W przypadku Chin przytłacza nas na razie import. Inne kraje azjatyckie w większości są dużo bardziej chłonne eksportu, w tym eksportu z Polski – mówi Radosław Jarema, szef polskiego oddziału AKCENTY. Właśnie ze względu na niejednorodność Azji sugeruje on eksporterom koncentrację na konkretnych częściach lub krajach tego kontynentu. Można je poznać podczas targów i spotkań dla eksporterów i importerów, w tym m.in. podczas Kongresu Asia Trade „know how” połączonego z targami, który odbędzie się w Ostródzie w dniach 19-21 listopada br. Na evencie pojawią się także przedstawiciele takich państw jak Indie, Wietnam, Afganistan, Iran, Filipiny czy Malezja. – Każdy z krajów Azji Południowo-Wschodniej oferuje inne możliwości polskim firmom, ale wydaje się, że niektóre są pod kątem rozpoczęcia ekspansji w regionie szczególnie atrakcyjne. Takim ciekawym rynkiem jest Malezja – podkreśla Radosław Jarema. Kraj ten będzie można bliżej poznać choćby podczas seminarium „Możliwości biznesowe i inwestycyjne w Malezji”, które odbędzie się 17 listopada br. w Warszawie i które poprowadzą eksperci Ambasady Malezji, Malezyjskiej Organizacji ds. Rozwoju Inwestycji (MIDA) oraz Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Malezja na dobry początek

Ekspert AKCENTY wskazuje, że Malezja będzie dobrym przyczółkiem w Azji dla rodzimych firm choćby ze względu na obecność wspierającego polski biznes Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji. Oddział przy Ambasadzie w Kuala Lumpur jest jednym z zaledwie dwóch WPHI na cały region Azji Południowo-Wschodniej. Jednocześnie Malezja należy do najszybciej rozwijających się na świecie i wschodzących gospodarek regionu określanych mianem azjatyckich tygrysów. W 2014 r. gospodarka tego kraju rosła w tempie 6 proc. podczas, gdy średnia dla całego świata to 2,9 proc.[2]. Dochód narodowy Malezji wzrósł w latach 2009-2014 aż o 47 proc[3]. Malezja oferuje jednocześnie bardzo sprzyjające warunki dla wymiany międzynarodowej i inwestycji. W rankingu konkurencyjności 144 światowych gospodarek porównanych w analizie The Global Competitiveness Index 2014–2015[4] Malezja plasuje się na bardzo wysokim 20. miejscu wyprzedzając takich azjatyckich gigantów jak Chiny (28. miejsce) czy Indie (71. miejsce). Jeszcze lepiej Malezja oceniana jest w najnowszym rankingu Doing Business 2015, gdzie zajmuje 18. miejsce[5]. – Malezja może być swoistą bramą do rynków sąsiednich i całego regionu nie tylko ze względu na dogodne warunki do prowadzenia biznesu. Zachętą dla polskich eksporterów powinno być też atrakcyjne położenie tego kraju, który jedną nogą jest na kontynencie a drugą na wyspach. Dzięki tak niezwykłej lokalizacji z Malezji można rozpocząć ekspansję w górę na kraje półwyspu i kontynentu oraz na rynki wyspiarskie, rozrzucone po Archipelagu Malajskim – zauważa Radosław Jarema.

Nasze szanse w Malezji…

Malezyjski rynek jest coraz mocniej zainteresowany towarami z Polski, co pokazują m.in. dane GUS. W I półroczu 2015 r. wartość polskiego eksportu do tego państwa wzrosła o ponad 30 proc. r/r osiągając wartość 3707,8 mln zł. Jak zauważa ekspert AKCENTY, realne obroty mogą być w rzeczywistości dużo wyższe. – Część towarów z Polski trafia na rynek malezyjski przez kraje trzecie, np. przez Singapur, Chiny czy Hongkong. W wielu przypadkach pośrednictwo jest zbędne i nie pozwala uzyskać pełnej marży wywozu polskim eksporterom – dodaje Radosław Jarema.

Na razie w polskim eksporcie do Malezji pierwszą pozycję zajmuje miedź i artykuły z niej. Wśród eksportowanej do Malezji żywności króluje serwatka, rozwijamy też wywóz drobiu i nabiału. – Wielu polskich produktów Malezyjczycy jeszcze nie odkryli. Duże perspektywy stoją przed polską branżą spożywczą, bo żywność z Europy jest w Azji szczególnie ceniona. Malezyjczycy kojarzą produkty europejskie z najwyższą jakością i wysokimi standardami produkcji. Polscy eksporterzy powinni z takim właśnie hasłem szukać możliwości biznesowych w Malezji – mówi Jarema. Obecnie jesteśmy także ważnym dostawcą na rynek malezyjski brzytw, maszynek do golenia i żyletek, maszyn i urządzeń elektrycznych oraz mechanicznych a także kauczuku i wyrobów z tego materiału.

… a także w Indonezji

Rozglądając się po sąsiadujących z Malezją rynkach warto zwrócić szczególną uwagę na Indonezję, gdzie w ekspansji może pomóc doświadczenie zdobyte na rynku malezyjskim. Oba te kraje łączy dominacja religii muzułmańskiej i położenie w wyspiarskiej części regionu. W stolicy, przy Ambasadzie w Dżakarcie, funkcjonuje właśnie drugi Wydział Promocji Handlu i Inwestycji w tym regionie.  – Na razie oprócz podobieństwa flag Polskę i Indonezję łączy dość niska wymiana handlowa, niestety z dużą przewagą importu pod banderą czerwono-białą. Mamy z Indonezją spory, bo ponad miliardowy deficyt. Eksport w I półroczu br. osiągnął wartość zaledwie 211,3 mln zł, podczas gdy Indonezja to ogromny rynek, pod względem liczby ludności 4. kraj świata! Potencjał dla towarów z Polski jest więc tam olbrzymi – wskazuje przedstawiciel AKCENTY. Do Indonezji Polska wysyła głównie kosmetyki (do makijażu i perfumy) oraz nabiał, w tym przede wszystkim (popularną także w Malezji) serwatkę.

Jedyny właściwy kierunek: dywersyfikacja

W strukturze odbiorców polskiego eksportu dominuje Europa a w głównej mierze Unia Europejska. Tak będzie jeszcze pewnie przez długi czas, choćby ze względu na kwestie logistyczne. Kryzys rosyjski pokazał jednak, że mocne powiązanie handlu zagranicznego z jednym kierunkiem może być pułapką. Dywersyfikacja kierunków i rozwijanie współpracy z odleglejszymi regionami świata to jedno z najważniejszych zadań dla polskiego eksportu na najbliższe lata – wskazuje Radosław Jarema, szef AKCENTY w Polsce.

[1] World Bank, Overview, http://www.worldbank.org/en/region/eap/overview.

[2] World Bank, http://www.worldbank.org/.

[3] Economic Transformation Programme, 2014 Annual Report, http://etp.pemandu.gov.my/annualreport2014/.

[4] World Economic Forum, The Global Competitiveness Report 2014–2015, http://www3.weforum.org/docs/WEF_GlobalCompetitivenessReport_2014-15.pdf.

[5] World Bank Group, Doing Business 2015: Going Beyond Efficiency, http://www.doingbusiness.org/reports/global-reports/doing-business-2015.

Szczęśliwi pracownicy to informatycy

Na ogólny poziom satysfakcji zawodowej składa się wiele czynników: wysokość wynagrodzenia, relacje z szefem, atmosfera w pracy, ciekawe projekty, benefity pozapłacowe. Jaki sektor gospodarki jest najbardziej zadowolony z wykonywanego zawodu? Na czoło wysuwają się informatycy jako stosunkowo dobrze opłacani, mający pozytywne kontakty zarówno z przełożonymi jak i kolegami, lecz jednocześnie mało przywiązani do firmy, w której pracują. Jak szczęśliwi są polscy pracownicy?

Wysoka satysfakcja z wykonywanej pracy to dziś niestety niezbyt częste zjawisko. Pomimo dużego popytu na pracę, coraz większych możliwości rozwoju i wyższych zarobków, nadal można spotkać się z opiniami o niezadowoleniu z wykonywanego zajęcia. Jakie są części składowe satysfakcji zawodowej?

Według danych Diagnozy Społecznej 2013, porównującej wybrane wskaźniki w latach 2009 i 2013, najważniejszą dla 64 procent Polaków cechą pracy zawodowej jest odpowiednia płaca (choć co ciekawe, znaczenie tego wskaźnika na przestrzeni 4 lat spadło aż o 11 proc.). W dalszej kolejności cenimy sobie stabilne zatrudnienie – 56 procent, a także mało stresującą pracę – 54 procent respondentów.

Jedynie 3 proc. ankietowanych wskazuje prestiż społeczny wykonywanego zawodu i możliwość pracy w domu. Na ostatnim miejscu uplasował się długi urlop. Różnice widać też przy podziale wyników ze względu na płeć. Dla kobiet najistotniejsze są stabilna i spokojna praca dająca możliwość rozwoju, zaś dla mężczyzn – zawód oferujący dużą samodzielność i szybki awans. W obu kategoriach wynagrodzenie znalazło się na szczycie listy. Ile więc powinien zarabiać pracownik, aby być w pełni usatysfakcjonowany?

Pieniądze dają szczęście… do pewnego momentu

Jak dowiedli naukowcy z Woodrow Wilson School Uniwersytetu Princeton – roczne wynagrodzenie na poziomie 75 tysięcy dolarów to maksymalna kwota, która może mieć wpływ na poczucie szczęścia. Zarobki powyżej tego pułapu nie mają już takiej mocy, która czyniłaby pracownika bardziej zadowolonym z życia. Warto zaznaczyć, że nie wpływa to np. na dobry nastrój danego dnia, lecz na ogólnie pojęty dobrostan. Trudno wprost przeliczyć to na polskie realia, ale można powiedzieć, że pensja powyżej 20 000 PLN miesięcznie przeciętnie rzecz biorąc nie przełoży się na większy poziom szczęścia.

I choć pieniądze są głównym powodem, dla którego pracujemy, to jednak nie można wiązać wysokości zarobków wprost z dobrym samopoczuciem zawodowym. Według firmy badawczej Sedlak & Sedlak jest to zdecydowanie bardziej złożone pojęcie.

ogolna satysfakcjaBadając wskaźnik ogólnej satysfakcji z pracy na potrzeby portalu badaniahr.pl, kierowaliśmy się kilkoma czynnikami, które mogą wpływać na tę ocenę. To między innymi zadowolenie z otrzymywanego wynagrodzenia, dobre relacje z przełożonymi i współpracownikami, lecz także np. poziom więzi z firmą. Z badania wynika, że jednymi z bardziej ukontentowanych są pracownicy sektora technologii informatycznych, gdzie wskaźnik ogólnej satysfakcji osiągnął wartość 3,34 przy maksymalnej ocenie równej 5. Są też stosunkowo dobrze wynagradzani: i w tym aspekcie uplasowali się na pierwszym miejscu z wartością 2,7, wyprzedzając między innymi usługi dla biznesu (konsulting, outsourcing, rachunkowość i inne, 2,63), organizacje pozarządowe (2,6), czy sektor ubezpieczeniowy (2,52) – mówi dr Piotr Sedlak, zajmujący się badaniami postaw i opinii pracowników w Sedlak & Sedlak.

satysfakcja z wynagrodzeniaKochaj szefa swego. Współpracowników też.

Ważnym elementem są także relacje ze współpracownikami i przełożonymi. Pracujący z reguły dość dobrze oceniają swoje kontakty z kolegami z pracy – w raporcie Sedlak & Sedlak to jedne z wyższych wskazywanych wartości. Pracownicy firm IT są najbardziej zadowoleni: średnia ocena wynosi 3,98. Niemal tradycyjnie na drugim miejscu znajdziemy usługi dla biznesu (3,85), zaś na trzecim – media, wydawnictwa, reklamę i PR (3,78). Co decyduje o prymacie akurat tych sektorów biznesu?

relacja z wspolpracownikamiW branży informatycznej pracownicy bardzo często działają w zespołach realizując wielomiesięczne projekty w kraju i za granicą. Dlatego ogromną wartością jest wsparcie kolegów z pracy na wielu płaszczyznach: możliwość skonsultowania problemu, wzajemna pomoc, a także pozytywne relacje w zespole. Nawet w najbardziej pracowitym momencie warto znaleźć choć chwilę na wspólną kawę i oderwanie się od tematów projektowych. Firmy IT kładą duży nacisk na budowanie tych relacji, stąd wartość wskaźnika kształtująca się na poziomie niemal 4 punktów – mówi Sylwia Wieteska z Hicron.

Ogromne znaczenie ma w tym przypadku także inicjatywa przełożonych: organizacja spotkań integracyjnych, wsparcie nie tylko w zakresie zawodowym, ale również w rozwoju osobistym i w obszarze hobby. Buduje to poczucie wartości pracownika, a także pozytywnie wpływa na jakość pracy. Tutaj także, według raportu Sedlak & Sedlak, prym wiodą informatycy: w tej branży wskaźnik oceny relacji z przełożonymi jest najwyższy i wynosi 3,54. Nieco słabiej wypadł sektor usług dla biznesu (3,46) oraz budownictwo, przemysł lekki i ubezpieczenia (3,43).

relacja z szefemPrzywiązani czy niewierni?

Przy omawianiu poziomu więzi z firmą można by założyć, że i tutaj informatycy znajdą się na czele stawki. Plasują się jednak dopiero na czwartym miejscu (2,97), wyprzedzani przez naukę i szkolnictwo (3,19), energetykę i ciepłownictwo (3,12) oraz rolnictwo (3,00). Skąd ta zmiana trendu?

Rynek IT nadal cierpi z powodu niedoboru kompetentnych pracowników, zwłaszcza o niszowych kwalifikacjach. Z tego powodu musimy liczyć się z dużą rotacją i wręcz walką o najlepszych pomiędzy firmami oferującymi liczne benefity i coraz wyższe stawki. Z tego powodu informatycy nie przywiązują się do jednego miejsca pracy, gdyż naturalną ścieżką kariery staje się już częsta zmiana firmy w poszukiwaniu lepszych warunków. Często nie ma nawet mowy o poszukiwaniu: procesami rekrutacyjnymi zajmują się profesjonalni headhunterzy – tłumaczy Sylwia Wieteska z Hicron.

Szczęście informatyka – części składowe

Co jest najważniejszym czynnikiem warunkującym ogromne zadowolenie z pracy, jakie reprezentują pracownicy firm IT? To relacje ze współpracownikami. W dalszej – ocena autonomii w pracy: to ludzie ambitni, lubiący mieć wpływ na swoje działania, do czego przyczynia się także wspomniany wyżej projektowy tryb pracy.

Informatycy zwracają uwagę na oferowane przez pracodawcę wartości dodane, nawet te niematerialne. Ważne jest dla nich otoczenie w którym pracują, jak choćby widok z okien biura, możliwość skorzystania z konsoli do gier i nowoczesnego sprzętu biurowego. Sektor IT można uznać za najbardziej „rozpieszczany”, lecz warto pamiętać, że to od niego rozpoczęła się era „rynku pracownika”, coraz też trudniej obyć się w biznesie bez efektów ich pracy.

Rynek szpitali publicznych w Polsce – nasycenie rynku, kontrakty z NFZ, planowane przekształcenia

Jak wynika z najnowszego raportu firmy PMR „Rynek szpitali publicznych w Polsce. Plany inwestycyjne i analiza porównawcza województw”, w Polsce działa około 540 publicznych szpitali liczących 5 łóżek i więcej, wyłączając szpitale o charakterze wyłącznie uzdrowiskowym, rehabilitacyjnym, sanatoryjnym, opiekuńczym, leczenia uzależnień, nefrologicznym itp. 

Liczba placówek zmniejszyła się nieznacznie w porównaniu ze styczniem 2014 r., w związku z przekształceniami szpitali publicznych w podmioty niepubliczne, zakończeniem działalności przez część podmiotów lub połączeniami szpitali.

W przeciwieństwie do segmentu szpitali niepublicznych, w żadnym z województw liczba szpitali nie przekracza 100. Przyczyną jest fakt, że są to duże jednostki. Najwięcej szpitali i najwięcej łóżek w szpitalach znajduje się w województwie mazowieckim.

Chociaż liczba szpitali niepublicznych i publicznych w Polsce jest zbliżona, łączna liczba łóżek w szpitalach jest znacznie większa w placówkach publicznych. Dlatego też nasycenie łóżkami w szpitalach publicznych jest stosunkowo wysokie i wynosi średnio około 200 osób na 1 łóżko szpitalne (w przypadku szpitali niepublicznych jest to cztery razy więcej). Przy analizie obu segmentów wyraźnie widać komplementarność pod względem występowania szpitali publicznych i niepublicznych w poszczególnych województwach. W regionach gdzie nasycenie łóżkami w szpitalach niepublicznych jest najniższe, jednocześnie występuje najwyższe nasycenie łóżkami w szpitalach publicznych. Są to województwa podlaskie, lubelskie, świętokrzyskie i podkarpackie. Województwa te cechują się najniższym PKB per capita wśród wszystkich województw w Polsce (a według danych Eurostatu zaprezentowanych w maju 2015 r., należą one również do 20 najbiedniejszych województw w UE, z PKB per capita wynoszącym 48-49% średniej UE).

Województwo pomorskie, gdzie w ostatnich latach przekształciła się największa liczba szpitali, cechuje się największym nasyceniem łóżkami w szpitalach niepublicznych – około 400 mieszkańców/łóżko i najniższym w przypadku placówek publicznych – około 500 mieszkańców/łóżko.

Kontrakty z NFZ

Łączna wartość kontraktów na leczenie szpitalne w szpitalach publicznych w Polsce w 2015 r. wyniosła ponad 25 mld zł (dla porównania w 2014 r. było to 24,7 mld zł). Najwyższe kontrakty miały podpisane placówki w województwach mazowieckim (4,1 mld zł) i śląskim (2,8 mld zł), a wysokość kontraktu przypadającego na 1 placówkę była najwyższa w województwach kujawsko-pomorskim i małopolskim. Jednak nawet biorąc pod uwagę mniejszą liczbę szpitali publicznych ze względu na przekształcenia, przyrost kwoty jest niezadowalający w stosunku do potrzeb.

Planowane przekształcenia szpitali

Z badań przeprowadzonych specjalnie na potrzeby raportu PMR wynika, że coraz mniej szpitali publicznych planuje przekształcenie. Obecnie przekształcenie planuje 7% szpitali publicznych, w 2012 r. było to 27%. Spadek ten po pierwsze wynika z faktu, że część szpitali w międzyczasie już przekształciła się. Również część szpitali w tej chwili nie kwalifikuje się do przekształcenia z powodu dobrych wyników finansowych. Część przedstawicieli szpitali uważa z kolei, że forma prawna nie ma wpływu na zarządzanie i wynik finansowy.

ABS Investment S.A. kończy 3 kw. 2015 r. bardzo wysokim zyskiem

ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, zakończyła 3 kw. 2015 r. zyskiem netto w kwocie 1.418 tys. zł. Osiągnięcie tak dobrych wyników finansowych było rezultatem dobrych decyzji inwestycyjnych i wzrostu wartości portfela inwestycyjnego Emitenta oraz systematycznej realizacji pewnej grupy aktywów.

 Spółka wypracowała w 3 kw. br. 136 tys. zł przychodów ze sprzedaży, podczas gdy w analogicznym okresie ub. roku wartość sprzedaży wynosiła 55 tys. zł. Rok wcześniej ABS Investment S.A. zanotowało także stratę netto na poziomie 2.257 tys. zł. Dokonane zmiany w portfelu inwestycyjnym oraz dokładna i wieloetapowa selekcja podmiotów pozwoliły jednak na osiąganie dodatnich wyników finansowych na działalności inwestycyjnej, bowiem po 3 kw. 2015 r. Emitent zanotował już 2.706 tys. zł zysku netto.

„W minionym roku nakłada się na siebie kilka pozytywnych trendów biznesowych. Po pierwsze sytuacja spółek portfelowych jest bardzo dobra i wszystko wskazuje na to, że będzie się w dalszym ciągu poprawiać. Po drugie kilka ostatnich projektów, w które ABS zainwestował, np. BVT czy Outdoorzy.pl, rozwija się lepiej niż zakładały optymistyczne prognozy. Po trzecie portfel umów na usługi doradcze pozwala na osiąganie rekordowych przychodów. Po czwarte zainteresowanie nowych inwestorów spółkami portfelowymi ABS jest ogromne, a potwierdzeniem tego jest fakt, że większość z nich pozyskało w ostatnich miesiącach sporo kapitału z emisji akcji i obligacji, co pozwala na dalszy ich rozwój. Po piąte zmiany organizacyjne i redukcja kosztów przeprowadzona w roku poprzednim poprawiły w znacznym stopniu efektywność działania. Po szóste ilość i jakość nowych projektów inwestycyjnych, jakie trafiają do ABS umożliwia wybór tych najciekawszych i najefektywniejszych, a tym samym płynne reinwestycje środków uzyskanych ze sprzedaży aktywów i świadczenia usług. I jako ostatni punkt wymieniłbym zdecydowane umocnienie brandu ABS w branży, co daje możliwość uczestniczenia w nowych inicjatywach biznesowych i poszerzenie liczby partnerów biznesowych.” – mówi Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

Spółka prowadzi działania mające na celu wzrost przychodów ze świadczenia usług doradczych oraz redukcję kosztów stałych. Głównym obszarem działalności ABS Investment S.A. pozostaje jednak segment inwestycyjny, a saldo na działalności inwestycyjnej w 3 kw. br. wyniosło 1.751 tys. zł. Na tak wysoki zysk wpływ miała głównie aktualizacja wycen spółek portfelowych oraz sprzedaż akcji. Na podkreślenie zasługuje także fakt uzyskania rekordowych przychodów z działalności operacyjnej. Emitent posiada bezpieczny model biznesowy, a wskaźnik ogólnego poziomu zadłużenia wynosi 0,13. Zarząd Spółki z dużym optymizmem spogląda na kolejne kwartały z uwagi na bardzo dobre wyniki finansowe osiągane przez podmioty znajdujące się w portfelu inwestycyjnym.

„Jeżeli chodzi o sytuację w spółkach portfelowych to pierwszy raz w naszej historii mogę powiedzieć, że wszystkie kluczowe spółki zaskoczyły mnie czymś pozytywnym. W IV kwartale tego roku zakładam kontynuację tego trendu oraz podtrzymanie dobrej passy ABS Investment S.A.” – ocenia Jarosz.

ABS Investment S.A. przedstawił prognozy finansowe, które zakładają osiągnięcie w 2015 r. zysku brutto na jedną akcję w wysokości 0,25-0,27 zł. Spółka prognozowała również, że wartość jej aktywów wraz z należnościami pochodzącymi z ich sprzedaży wyniesie na koniec 2015 r. w przeliczeniu na 1 akcję od 2,80 zł do 3,00 zł. Po wynikach finansowych za 3 kw. br. zysk brutto na 1 akcję wynosi około 0,41 zł, a więc realizacja dolnej granicy prognozy sięga 165,02%. Z kolei wartość aktywów (wraz z należnościami ze sprzedaży aktywów) na 1 akcję wynosi 2,93 zł, co wskazuje na realizację 104,64% dolnej granicy prognozy.

„Prognozy po 9 miesiącach tego roku zostały przekroczone w takim stopniu, że istnieje konieczność ich podniesienia w sposób zdecydowany. W najbliższych dniach opublikujemy nowe prognozy na cały 2015 rok.” – podsumowuje Prezes Jarosz.

 ABS Investment S.A. realizuje skup akcji własnych – Skup B, a w ramach pierwszej transzy Spółka przeznaczyła na ten cel kwotę 150 tys. zł, za które nabędzie akcje w umowach cywilnoprawnych. Emitent prowadzi także skup akcji własnych – Skup A, który jest realizowany w transakcjach sesyjnych na rynku NewConnect. W tym roku ABS Investment S.A. wypłaciło również dywidendę w wysokości 0,03 zł na akcję z zysków wypracowanych w poprzednich latach. Sumarczynie na skup akcji własnych i wypłatę dywidendy Spółka przeznaczyła prawie 650 tys. zł, a saldo środków własnych pozostało na podobnym poziomie. Jest to efekt comiesięcznego dodatniego salda przepływów pieniężnych na działalności  inwestycyjnej i doradczej.

ABS Investment S.A. jest spółką notowaną na rynku NewConnect od lutego 2011 r., która prowadzi działalność w dwóch obszarach: inwestycji kapitałowych oraz doradztwa finansowego. We wrześniu 2014 r. jej obligacje zadebiutowały również na rynku Catalyst. ABS Investment S.A. specjalizuje się inwestycjach w firmy działające w niszowych branżach, mające już rozwinięty biznes o ponadprzeciętnej oczekiwanej stopie zwrotu.

Bardzo dobre dane z rynku pracy w USA

Wiadomością dnia w piątek z pewnością były bardzo dobre dane z rynku pracy w USA. Rynki walutowe gwałtownie przesunęły swoje preferencje za ocean. W weekend nadeszły kolejne słabsze dane z Chin. Już dzisiaj poznamy skład przyszłego rządu.

Z piątkowych danych warto zwrócić uwagę na produkcję przemysłową. Zanotowano spadek o 0,2%. Jest to niemal tyle co oczekiwano. Ponieważ dane były tylko o 0,1% gorsze od oczekiwań nie wpłynęły zbyt silnie na rynki czekające na dane z USA. o 14:30 poznaliśmy wspomniany pakiet danych z amerykańskiego rynku pracy. Były to dobre dane. Bezrobocie spadło do 5%. Ważniejsze okazały się jednak zmiany zatrudnienia. W sektorze pozarolniczym powstało 271 tysięcy miejsc pracy wobec oczekiwanych 180 tysięcy. Równie dobrze wypadł sektor prywatny gdzie powstało 268 tysięcy przy oczekiwaniach 165 tysięcy. Reakcja rynków była natychmiastowa. EURUSD skoczył z 1,08700 na 1,07300. Jak to się przełożyło na złotego? W ciągu kilku minut dolar i funt podskoczył względem złotówki o przeszło 5 groszy. Euro podskoczyło o półtora grosza po czym po chwili wróciło do poprzednich poziomów. Ciekawie zachował się frank. Waluta szwajcarska przeważnie była na tyle silnie związana z euro, że na dane z USA reagowała właściwie tak samo. Tym razem jednak inwestorzy potraktowali lepsze dane z USA nie tylko jako wzmocnienie dolara, ale przede wszystkim ucieczkę od euro. W efekcie frank umocnił się do euro, co kosztowało kredytobiorców frankowych kolejne 2 grosze nerwów.

W weekend poznaliśmy gorsze dane z Chin. Eksport w ujęciu rocznym spada o 6,9% a import o 18,8%. Przewidywania analityków wynosiły odpowiednio 3% i 16%. Są to kolejne znacznie słabsze dane z Chin. Cel na ten rok wynoszący 7% wzrostu gospodarczego jest już nawet nie tyle zagrożony co powoli nierealny. Chińska gospodarka wyraźnie zwalnia. Z jednej strony wiele państw chciałoby zwolnić do takich parametrów wzrostu gospodarczego jak Chiny. Z drugiej strony w prognozach popytu na dobra bardzo często uwzględniano chiński wzrost gospodarczy na oczekiwanych poziomach. Jeżeli zabraknie tego popytu będziemy mieć na wielu rynkach sytuację z rynku ropy naftowej. Popyt zrównoważy podaż przy niższej cenie.

O 13:30 na konferencji prasowej poznamy skład nowego rządu. Konferencja zapowiadana jest jako wspólne wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego i Beaty Szydło. Plotki jakoby Szydło miała nie zostać premierem oceniane są jako coraz mniej wiarygodne. Z ważnych elementów tej układanki wygląda na to, że ministrem finansów zostanie Zbigniew Kuźmiuk.

Dzisiaj nie ma w kalendarzu ważnych danych makroekonomicznych. W nocy opublikowane zostaną natomiast dane z Chin na temat zmian cen. Dane te są o tyle ważne, ze analitycy obserwują wszystkie publikacje państwa środka licząc na wskazówki co dalej.

EUR/PLN

eurWykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 09.08.2015 do 09.11.2015

Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po przebiciu maksimum na poziomie 4,2500, kurs kontynuuje wzrosty. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2950 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2200 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 09.08.2015 do 09.11.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 09.08.2015 do 09.11.2015

Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebiciu poprzednich oporów kolejnym istotnym pozimem są okolice 3,9650 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9000.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 09.08.2015 do 09.11.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 09.08.2015 do 09.11.2015

Kurs USD/PLN wybił się z trendu bocznego we wzrostowy. Nowym oporem są maksima na 3,9800. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9200.

 

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 09.08.2015 do 09.11.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 09.08.2015 do 09.11.2015

Kurs GBP/PLN podążał jeszcze na początku miesiąca w trendzie spadkowym. Przed wyborami doszło do silnego wybicia, które jest kontynuowane i najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są obecnie maksima lokalne na 6,0150. W przypadku spadków ważnym wsparciem jest 5,6600 czyli ostatnie minimum.

Komentarze walutowe przygotowują dealerzy Currency One SA.

SEG: Przy niskich stopach procentowych spółkom nie opłaca się emitować akcji

Niskie stopy procentowe skłaniają spółki raczej do emisji obligacji niż nowych akcji. Część z nich w ogóle nie szuka nowego kapitału, bo ma potrzebne pieniądze. Nieatrakcyjne oprocentowanie lokat mogłoby wpłynąć na wzrost zainteresowania inwestorów giełdą, ale brakuje impulsu popytowego, który dałby początek zakupom i za którym podążyliby kolejni gracze.

 Rynek akcji nie wygląda zbyt różowo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor dr Mirosław Kachniewski, prezes zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. –  W tej chwili mamy do czynienia z sytuacją, w której przy tak niskich stopach procentowych, jakie są, bardzo trudno jest znaleźć matematyczne uzasadnienie dla emisji akcji. Dlatego spółki raczej kierują się w kierunku obligacji i na tym rynku widziałbym w szczególności duży potencjał wzrostu.

Oszczędności Polaków są coraz większe i jeszcze w lutym wartość depozytów bankowych i innych zobowiązań banków wobec gospodarstw domowych przekroczyła 600 mld zł. We wrześniu sięgnęła już 624 mld zł. Bankowe oprocentowanie lokat jest jednak coraz niższe. W Polsce od lipca ubiegłego roku Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe NBP na rekordowo niskim poziomie. Nie brak też głosów o ewentualnych kolejnych obniżkach po ukonstytuowaniu się nowego składu RPP. W rezultacie banki oferują dla oszczędności niskie stawki, oscylujące wokół 2 proc. rocznie. To automatycznie zwiększa atrakcyjność obligacji korporacyjnych, nawet przy relatywnie niskich kuponach.

– Ceny akcji powinny bardzo rosnąć, bo są niskie stopy procentowe, więc nie ma alternatywy, nie ma za bardzo w co innego zainwestować, spółki powinny generować bardzo wysokie stopy zwrotu, a zatem powinny rosnąć ich akcje – tłumaczy Kachniewski. – Problem jest taki, że nie ma popytu, który rozpocznie ten cały proces. Wiemy, że jak już kursy spółek zaczną rosnąć, to wtedy wszyscy przyjdą na rynek, tylko nie ma tego pierwszego, który by to zaczął.

W ciągu roku WIG20 stracił ponad 15 proc., a WIG przeszło 6 proc. Inwestorów przed podjęciem ryzyka powstrzymywały nie tylko ogólnoświatowe trendy, jak pęknięcie bańki nieruchomościowej w Chinach, osłabienie chińskiej gospodarki czy niskie ceny surowców, lecz także czynniki lokalne, związane z wyborami i nowymi pomysłami podatkowymi.

Co musi się zdarzyć, aby ten pierwszy impuls do wzrostu się pojawił, bardzo trudno jest stwierdzić mówi prezes zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. – Czy to będzie popyt wewnętrzny, czy możemy liczyć na to, że inwestorzy indywidualni wreszcie przestawią się z nisko oprocentowanych lokat na akcje, czy to będą inwestorzy zagraniczni, którzy chętnie wróciliby na nasz rynek – bardzo trudno jest to stwierdzić.

Dodatkowo same przedsiębiorstwa mają też zasób własnej gotówki, a ich oszczędności zgromadzone na depozytach w bankach wynoszą prawie 234 mld zł. Mogą więc finansować inwestycje i bieżącą działalność, nie zaciągając kolejnych zobowiązań.

Musimy mieć świadomość tego, że dzisiaj jest sporo spółek, które tak naprawdę nie narzekają na brak kapitału – zwraca uwagę dr Mirosław Kachniewski, prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. Mają pieniądze i mogą wykorzystać to, co w tej chwili zgromadziły, bez konieczności sięgania do kieszeni inwestorów. Natomiast potencjalnie na pewno grube kilkadziesiąt miliardów złotych na rynku czeka, jeśli spółki tylko byłyby chętne, żeby z tego pieniądza skorzystać.

Cezary Mech, ARS: Polski nadzór finansowy powinien być bardziej aktywny. Jego celem powinno być bezpieczeństwo klientów i napływ kapitału do gospodarki

CEO Magazyn Polska

Nadzór finansowy w Polsce powinien być bardziej aktywny, zarówno w kraju, jak i w Unii Europejskiej – uważa Cezary Mech, prezes zarządu Agencji Ratingu Społecznego, główny autor ustawy o powołaniu KNF. Ekonomista chce, by KNF w większym stopniu zajmowała się ochroną klientów niż instytucji finansowych oraz by sprzyjała finansowaniu przez rynek gospodarki. Nadzór powinien też jego zdaniem w większym stopniu uczestniczyć w regulowaniu sytuacji kredytobiorców we frankach.

– Dobrze, że KNF jest silną instytucją, niemniej powinno się ją wykorzystywać w kierunku regulowania rynku kapitałowego w interesie uczestników, a nie tylko najsilniejszych podmiotów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Cezary Mech, prezes zarządu Agencji Ratingu Społecznego, były wiceminister finansów i autor ustawy powołującej KNF.

Mimo wprowadzenia w 2006 roku mającej zaostrzyć kryteria przyznawania kredytów walutowych rekomendacji S, najwięcej kredytów frankowych udzielono latach 2006–2008 roku, gdy frank był tani i tracił na wartości do złotego. W sierpniu 2008 roku kosztował niespełna 2 zł. Pół roku później – ponad 3 zł, obecnie niemal sięga 4 zł. Wiceminister finansów w poprzednim rządzie PiS twierdzi, że obserwuje ogólną tendencję do przerzucania przez KNF odpowiedzialność za ochronę klienta na UOKiK.

Ekonomista krytycznie ocenia też zbyt małą w jego ocenie aktywność Komisji Nadzoru Finansowego w tworzeniu przepisów w Unii Europejskiej

– Nadzór powinien mieć duży wpływ na to, jak uregulowany jest rynek finansowy, ponieważ ma do tego dostateczną wiedzę – uważa Cezary Mech. – Powinien działać w tym kierunku, aby nie było zbyt dużych barier wejścia, jak i, aby bariery wyjścia były znacznie wyższe. A więc w tym kierunku, aby była większa konkurencja na rynku i dbałość o interes klienta.

W opinii prezesa zarządu Agencji Ratingu Społecznego rynek kapitałowy podąża w niewłaściwym kierunku. Powinien on służyć rozwojowi gospodarczemu, ale na to jest zbyt drogi. KNF powinna to zmienić poprzez efektywnie sprawowany nadzór na rynku kapitałowym.

Przepisy powinny służyć temu, aby kapitał był tani i dostępny, aby istniały instytucje i instrumenty finansowe, które pozwolą przepłynąć środkom od tych, którzy mają oszczędności, w kierunku tych, którzy mają różnego typu pomysły. Niestety, idziemy w kierunku takich rozwiązań, które sprawiają, że ten system finansowy jest bardzo kosztowny, a z drugiej strony bardzo zyskowny. Powinniśmy zejść z tej drogi.

W ocenie prezesa Cezarego Mecha z Agencji Ratingu Społecznego na polskim rynku nie są potrzebne nowe instrumenty, tylko nowe podejście, wykorzystanie uprawnień, które instytucje nadzorcze już mają.

To nie jest nawet kwestia dotycząca pojawienia się jakichś nowych instrumentów, ponieważ instrumenty są znane. Raczej jest kwestia tego, żeby były one bardziej płynne, żeby ich było więcej na rynku i żeby ta kontrola i wycena ryzyka była właściwa. Aby każdy, kto ma jakiś pomysł, mógł go w sposób efektywny zrealizować, o ile jest to pomost, który przysporzy wartości dodanej społeczeństwu.

CTE planuje wejść na główny parkiet GPW jeszcze w tym roku. Z emisji akcji chce zebrać nawet 4 mln zł

CEO Magazyn Polska

Spółka zajmująca się przetwarzaniem mikrosfery, chce zadebiutować na głównym rynku GPW i wypuścić na rynek do 650 tys. akcji, z których pieniądze przeznaczy na inwestycje i rozwój firmy. Jak zapowiadają jej przedstawiciele, będzie to okazja do wejścia na nowe rynki i rozwinięcie kolejnych produktów.

Planujemy przeprowadzić emisję do końca tego roku. Decyzja zapadła, ponieważ potrzebujemy pieniędzy na rozwój – chcemy wejść na nowe rynki sprzedaży oraz rozwinąć nowe produkty – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Bronowski, prezes spółki Cenospheres Trade & Engineering. – To wymaga kapitału i stąd pomysł, żeby ściągnąć ten kapitał z rynku poprzez emisję akcji.

CTE planuje pozyskać dzięki emisji akcji między 3 a 4 mln zł. W związku z tym 17 listopada odbędzie się walne zgromadzenie akcjonariuszy, na którym podjęta zostanie decyzja o emisji do 650 tys. akcji. CTE od czerwca obecna jest już na rynku NewConnect.

Nasza firma jest na początku działalności, tak operacyjnie rozpoczęliśmy suszenie i sprzedawanie mikrosfery dopiero w tym roku, więc to nie był rok jakichś olbrzymich sprzedaży – twierdzi Bronowski. – Natomiast nawiązaliśmy bardzo dużo ciekawych kontaktów, które – miejmy nadzieję – przełożą się na kontrakty w przyszłości.

Spółka pozyskuje i przetwarza mikrosferę (cenosferę), będącą produktem ubocznym spalania węgla w elektrociepłowniach. Używa się jej jako ultralekkiego wypełniacza mineralnego w budownictwie, motoryzacji oraz szeroko pojętej produkcji.

Cenosfera, zwana inaczej mikrosferą, to takie drobne kuleczki gliniano-krzemianowe, które powstają w trakcie spalania węgla kamiennego w bardzo wysokich temperaturach – wyjaśnia prezes spółki. – Elektrociepłownie zrzucają popiół do takich lagun osadczych, część tego popiołu w lagunach to właśnie mikrosfera, około 1 proc. tego, co się w takiej lagunie znajduje – dodaje.

Spółka zainaugurowała działalność w tym roku, natomiast pełną parą produkcja ma ruszyć w przyszłym roku. Według najnowszych prognoz w przyszłym roku CTE wypracuje 19,1 mln zł przychodów i 3,1 mln zł zysku netto. W 2015 roku zarząd spółki prognozuje osiągnięcie 3,0 mln zł przychodów i 2,9 mln zł straty netto.

W sierpniu firmie udało się pozyskać drugie źródło surowca. Oba znajdują się w Kazachstanie.

Każda z takich lagun ma swoje możliwości wydobywcze. Na jednej lagunie działającej przy jednej dużej elektrociepłowni możemy pobrać około 2 tys. ton mikrosfery rocznie. Jeżeli planujemy zwiększyć naszą sprzedaż powyżej tej cyfry, to musimy mieć po prostu więcej lagun – twierdzi Jarosław Bronowski.

W ZUS powstanie stanowisko doradcy ds. ulg i umorzeń. W wielu wnioskach o rozłożenie zaległości na raty są błędy

CEO Magazyn Polska

Tylko przez pierwsze osiem miesięcy tego roku do ZUS wpłynęło prawie 34 tys. wniosków przedsiębiorców o rozłożenie na raty zaległości. W ponad połowie przypadków zgoda została udzielona, tylko 2 proc. wniosków odrzucono. Resztę pozostawiono bez rozpoznania, z czego połowę z winy płatników składek. Dlatego w ZUS powstaje stanowisko doradcy do spraw ulg i umorzeń. Dzięki niemu ma się zwiększyć liczba udzielanych ulg, ma się także skrócić czas rozpatrywania wniosków. 

Z ulg mogą skorzystać przede wszystkim płatnicy składek, ale również osoby, które są zobowiązane do zwrotu świadczeń z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, a także likwidowanego Funduszu Alimentacyjnego – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Górecki z Departamentu Realizacji Dochodów w ZUS. – W okresie od stycznia do sierpnia 2015 roku do zakładu wpłynęło 34 tys. wniosków o rozłożenie należności na raty. W 58 proc. tych wniosków zgodziliśmy się na zawarcie układu ratalnego, w 2 proc. zgoda nie została udzielona, natomiast 40 proc. wniosków zostało pozostawionych bez rozpoznania.

Z ponad 14 tys. wniosków, które ZUS pozostawił bez rozpoznania, w 19 proc. przyczyną było nieuregulowanie zaległości z tytułu składek, które nie podlegają uldze – to składki finansowane przez ubezpieczonych, którzy nie są płatnikami składek. Od 1 grudnia 2015 r. nowelizacja ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych pozwoli również na rozłożenie tych składek na raty. Obecnie uldze podlegają wyłącznie składki finansowane ze środków płatnika składek, czyli połowa składki emerytalnej, część składki rentowej oraz składka wypadkowa.

Druga grupa wniosków pozostawiana jest bez rozpoznania z takich przyczyn, jak np. niezłożenie dokumentów niezbędnych do rozpatrzenia wniosku. Stanowi ona aż 56 proc., więc jest to dość duży odsetek, który chcielibyśmy jak najbardziej ograniczyć – tłumaczy Marcin Górecki. – Jest jeszcze trzecia grupa (25 proc.), to wnioski, które zostały przez płatników wycofane lub należności zostały uregulowane przed rozpatrzeniem wniosku.

Ze względu na dużą liczbę wniosków, których ZUS nie mógł rozpatrzyć m.in. ze względu na niedopełnienie formalności przez przedsiębiorców, w Zakładzie powstanie nowe stanowisko. Doradca do spraw ulg i umorzeń ma pomóc w zwiększeniu stopnia objęcia należności dobrowolnymi formami spłaty, zwiększeniu efektywności rozpatrywania spraw, a także w zapewnieniu bezstronności w podejmowaniu rozstrzygnięć. Skrócony zostanie także czas na podjęcie decyzji od momentu złożenia wniosku przez dłużnika do udzielenia ulgi.

Celem doradcy jest przede wszystkim rozpowszechnianie wiedzy o ulgach stosowanych w ZUS. Oczekujemy również, że dzięki niemu zwiększy się liczba udzielanych ulg – podkreśla Marcin Górecki. – Doradca ds. ulg i umorzeń rozpatruje wnioski o rozłożenie należności na raty, odroczenie terminu płatności lub umorzenie należności z tytułu składek, a także nienależnie pobranych świadczeń oraz należności likwidowanego Funduszu Alimentacyjnego.

W oddziałach ZUS, w których prowadzona jest weryfikacja założeń optymalizacji obsługi ulg i umorzeń (dwa oddziały w Łodzi, po jednym w Warszawie, Bydgoszczy i Poznaniu), takie stanowisko zostało już powołane. W pozostałych oddziałach doradcy ds. ulg i umorzeń oraz związane z tym zmiany organizacyjne będą wprowadzane w 2016 roku.

Ten oraz inne tematy ważne dla osób prowadzących działalność gospodarczą oraz zamierzających założyć własną firmę zostaną zaprezentowane podczas „Tygodnia Przedsiębiorcy”. W dniach 23–27 listopada we wszystkich placówkach ZUS czekać będą eksperci, którzy pod hasłem „ZUS dla Biznesu” odpowiadać będą na wszystkie pytania zainteresowanych.

Doświadczeni gracze mogą zarabiać na rynku Forex nawet kilka tysięcy procent. Potrzebna samodyscyplina, kontrola ryzyka i śledzenie rynków

CEO Magazyn Polska

Kontrola ryzyka oraz trzymanie się przyjętej strategii to główne zasady, których powinni przestrzegać inwestujący na rynku Forex. Potrzebne jest uważne śledzenie rynków walutowych oraz decyzji banków światowych, ale także przemyślany wybór brokera. Eksperci radzą, by inwestycje na rynku kontraktów na walutę lub surowce rozpocząć od niewielkiego depozytu. Pozwoli to na sprawdzenie usług pod kątem transakcyjnym, bez narażania się na zbędne ryzyko inwestycyjne.

Główne zasady, jakich należy przestrzegać na rynku Forex, to kontrolowanie ryzyka, czyli tego, ile możemy stracić na poszczególnych transakcjach, a nie tego, ile możemy zarobić, bo jest to o wiele trudniejsza rzecz do kontrolowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Daniel Kostecki, analityk rynków finansowych w domu maklerskim HFT Brokers.

Ekspert zwraca uwagę także na takie aspekty, jak samodyscyplina, niepodejmowanie pochopnych decyzji oraz kontrolowanie własnych emocji. Z dużym ryzykiem wiąże się także dokonywanie transakcji w godzinach podwyższonej zmienności rynkowej, np. podczas publikowania danych makroekonomicznych.

Dodatkowo potrzebny jest plan, co chcemy na tym rynku robić, po co tutaj jesteśmy, jakie są nasze cele i jak chcemy do tych celów dojść. Warto być także świadomym potencjalnych zagrożeń. Jeżeli patrzymy tylko przez różowe okulary na inwestycje na rynku Forex, to raczej nie tędy droga. Warto od razu mieć plan B – dodaje Kostecki.

Analityk HFT Brokers zaleca rozpoczęcie przygody z rynkiem Forex od wykorzystania kont demonstracyjnych oraz od uczestniczenia w konkursach, gdzie nagrodą za handel wirtualnymi środkami przyznawane są realne nagrody. Należy jednak mieć na uwadze to, że inwestowanie na rachunkach konkursowych różni się do realnych inwestycji ze względu na ograniczenia wersji demonstracyjnej systemu transakcyjnego i istotne czynniki psychologiczne oddziałujące na inwestującego. Jeżeli natomiast mowa o rachunkach rzeczywistych, to minimalny próg wejścia wynosi 1–2 tys. złotych. Niskie depozyty są wprawdzie narażone na większe ryzyko, jednak przy wykorzystaniu dźwigni finansowej taka kwota pozwala dokonywać już transakcji o sporej wartości nominalnej.

Mówimy przeważnie o ponadprzeciętnych rezultatach, jakie osiągają inwestorzy. Inwestując w akcje na giełdzie, możemy zarobić kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt procent. Natomiast na rynku Forex mówimy o stopach zwrotu kilkuset, a nawet kilku tysięcy procent – wyjaśnia Kostecki.

Tak wysokie rentowności osiągane są jednak przy ponadprzeciętnym poziomie ryzyka. Osoba inwestująca na Foreksie powinna zdawać sobie sprawę z tego, że zła decyzja transakcyjna może skutkować nagłą utratą całego wpłaconego depozytu lub przewyższającą jego wartość, gdyż transakcje realizowane są z wykorzystaniem efektu dźwigni finansowej.

Jeżeli chcemy zacząć inwestować na rynku Forex, to zaczynamy od przeglądu oferty brokerów. Jak wszędzie, wchodzimy do sklepu, patrzymy, jakie są produkty w jednym sklepie, idziemy do drugiego, patrzymy, ile kosztuje ten sam produkt tam i sprawdzamy konkurencję. Tak zazwyczaj to się powinno odbywać – tłumaczy Kostecki.

Po wyborze konkretnego brokera dobrym rozwiązaniem jest wpłacenie na początku niewielkiej sumy pieniędzy. Mały depozyt umożliwi sprawdzenie jakości oferowanych usług pod kątem transakcyjnym, bez narażania się na zbędne ryzyko. Analityk HFT Brokers zwraca także uwagę na takie aspekty, jak pomoc z działu obsługi klienta, dostęp do szkoleń i materiałów edukacyjnych czy możliwość osobistego kontaktu z przedstawicielami firmy.

Jeżeli inwestor godzi się na wybór brokera np. cypryjskiego, który nie ma w Polsce oddziału, to trudno mu będzie przyjść do biura i porozmawiać o tym, co go trapi. Należy także zwrócić uwagę na to, czy broker podlega regulacjom nadzoru finansowego w danym kraju – stwierdza Kostecki.

Przedstawiciel HFT Brokers przywołuje przypadki firm brokerskich, które z dnia na dzień znikały, jednocześnie zawłaszczając depozyty klientów. Brak regulacji uniemożliwiał w takim przypadku odzyskanie powierzonych firmie środków.

Inwestorzy, zwłaszcza ci z niewielkim doświadczeniem, powinni zwracać również uwagę na rodzaj inwestycji ze względu na jej płynność, czyli to, ile pieniędzy znajduje się w obrocie i jak duża jest możliwość swobodnego, natychmiastowego kupna/ sprzedaży kontraktów CFD po aktualnej cenie rynkowej.

Bardzo popularną parą walutową jest para, która wiąże nam euro i dolara amerykańskiego ze względu na to, że są to dwie największe gospodarki świata i inwestorzy zwracają na nie największą uwagę. Pozostałe przykłady par walutowych to funt do dolara amerykańskiego czy dolar do japońskiego jena – wymienia Kostecki.

Atutem wymienionych par walutowych są przede wszystkim bardzo wysoka płynność oraz niższe koszty transakcyjne kontraktów CFD w porównaniu z tymi o mniejszej płynności.

Polacy nie boją się korzystać z nowych form płatności mobilnych. Hitem mogą być przelewy na numer telefonu

Polska jest europejskim liderem innowacyjności w zakresie nowych form płatności. Dobrze przyjęły się płatności zbliżeniowe kartą oraz przy użyciu smartfonów, dlatego firmy operujące na tym rynku nie boją się wchodzić z nowymi usługami. Polski Standard Płatności pracuje nad wdrożeniem przelewów na numer telefonu. W Skandynawii to jedna z najpopularniejszych usług bankowości. W Polsce eksperci liczą, że takie przelewy będą odpowiadały nawet za połowę transakcji mobilnych.

System płatności mobilnych BLIK ma dziś blisko milion użytkowników. Od lutego dokonano nim ponad milion transakcji, płacąc w 130 tys. terminali płatniczych w sklepach stacjonarnych, kawiarniach czy lokalach usługowych. Liczba aktywnych użytkowników będzie rosnąć, zwłaszcza że klienci mają mieć już wkrótce dostęp do płatności peer-to-peer, czyli przelewów na numer telefonu.

Polacy są liderem innowacyjności w Europie i nie boją się nowych rozwiązań. Rozwiązanie dla 200 tys. osób nie jest wielkim problemem, wyzwaniem jest za to zwiększenie liczby użytkowników z kilkuset tysięcy do kilku milionów. Nie dokonamy tego w ciągu 2–3 kwartałów, ale liczymy, że uda się to zrobić w ciągu 2–3 lat – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Długosz, prezes Polskiego Standardu Płatności (PSP), operatora BLIKA.

Aby skorzystać z BLIKA, wystarczy odnaleźć go w aplikacji mobilnej dowolnego z banków – założycieli systemu, czyli: Alior Banku, Banku Millennium, Banku Zachodniego WBK, ING Banku Śląskiego, mBanku (również Orange Finanse), PKO Banku Polskiego oraz Inteligo. Aby dokonać zakupu, należy wybrać BLIK jako formę płatności, wpisać jednorazowy, sześciocyfrowy kod na terminalu lub komputerze i zaakceptować go na swoim telefonie. Cały proces jest też bezpieczny, bo wygenerowany kod jest ważny przez dwie minuty.

Jeszcze w tym roku do systemu mają dołączyć kolejne banki, m.in. Getin Bank i neoBank.

Musi to być rozwiązanie proste, wygodne i bezpieczne. Widzimy, że kiedy klient pierwszy raz dokona transakcji za pomocą BLIKA, natychmiast się do tego przekonuje, jest tylko kwestia rozwijania sieci akceptacji, która powinna szybko rosnąć. W tym momencie jesteśmy skupieni na wdrożeniu wśród banków płatności peer-to-peer, czyli przelewów na numer telefonu, bez konieczności podawania numeru konta. To projekt wdrażany wspólnie z Krajową Izbą Rozliczeniową. Od września przystąpił do niego Bank Millennium, który realizuje takie przelewy. Mamy nadzieję, że w tym roku tę usługę wprowadzą jeszcze dwa lub trzy banki – uczestnicy systemu – mówi Długosz.

BLIK jest wykorzystywany do wypłat z bankomatów, ale rośnie również odsetek transakcji na terminalach POS. Nowe funkcjonalności mają pozwolić na zwiększenie liczby użytkowników. Od lutego tego roku, czyli od początku swojego istnienia, z systemu skorzystało milion użytkowników, którzy dokonali ponad milion transakcji.

Liczymy na to, że przelewy na numer telefonu między użytkownikami będą popularną usługą i będą odpowiadać za 30–50 proc. wszystkich transakcji w BLIKU. Ale by to osiągnąć, konieczne jest, by usługę tę oferowały wszystkie banki – zaznacza Grzegorz Długosz. – To przelew natychmiastowy. Wybieramy tylko ze swojej książki telefonicznej numer telefonu, nie jest potrzebny numer rachunku. Jak pokazują doświadczenia ze Skandynawii czy Wielkiej Brytanii, jest to najpopularniejsza z usług bankowości mobilnej.

Branża leasingowa rośnie dynamicznie. Po trzech kwartałach wartość nowych umów była o 15,7 proc. wyższa niż rok wcześniej

CEO Magazyn Polska

Zainteresowanie leasingiem wśród krajowych firm jest coraz większe – korzysta z niego ok. 40 proc. małych i średnich firm. Wartość nowych umów po trzech kwartałach br. wyniosła 35,9 mld zł i była o blisko jedną szóstą wyższa niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Największym popytem cieszą się zakupy samochodów osobowych, ciężarowych i dostawczych, duże jest także zainteresowanie inwestycjami w maszyny i urządzenia.

Zainteresowanie leasingiem rośnie. Polska jest krajem, w którym prawie 40 proc. średnich i małych przedsiębiorstw w różnym stopniu korzysta z tego rodzaju produktów – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Wojciech Rybak, przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu. – Na tle Europy także wypadamy bardzo dobrze. Nie tylko leasingujemy więcej niż wynosi średnia w rozwiniętych krajach europejskich, lecz także dynamika polskiego rynku jest relatywnie wysoka.

Krajowe firmy najczęściej leasingują samochody osobowe, dostawcze i ciężarowe (36,7 proc. rynku), maszyny i urządzenia (33,1 proc.) oraz środki transportu ciężkiego, czyli pojazdy ciężarowe ważące więcej niż 3,5 tony, ciągniki siodłowe, naczepy i przyczepy, autobusy, samoloty, statki oraz sprzęt kolejowy (26,5 proc.). Odrębną kategorią były inwestycje w nieruchomości – mają one 3-proc. udział w rynku. Ogółem według ZPL leasing odpowiadał za 84,4 proc. inwestycji, a tradycyjna pożyczka za 15,6 proc.

Rynek rośnie o blisko 16 proc. Po dwóch kwartałach dynamika była na poziomie 13 proc. – zauważa Wojciech Rybak. – Główną zmianę w dynamice zauważamy w segmencie samochodów małych, gdzie wzrost wynosi 17 proc. Natomiast klienci firm leasingowych inwestują również w środki trwałe związane z transportem ciężkim. Przyrosty obserwujemy zarówno w segmentach ciągników siodłowych, pojazdów ciężarowych, jak i naczep. Ale chyba najważniejsze, co bardzo cieszy, choć dynamika spada, są nadal rosnące inwestycje w maszyny i urządzenia.

Według ZPL tego rodzaju inwestycje finansowane leasingiem i pożyczką, łącznie z wydatkami na sprzęt IT, do końca września br. były warte 11,9 mld zł – o 13,7 proc. więcej niż rok wcześniej. Najchętniej w ten sposób płacono za urządzenia rolnicze (27,3 proc. udział w rynku maszyn), urządzenia do produkcji tworzyw sztucznych i obróbki metalu (15,1 proc.) oraz sprzęt budowlany (12,2 proc.).

Jak twierdzą analitycy ZLP, branża nie odczuwa już skutków jednorazowych czynników z 2014 roku takich jak okienko kratkowe, a przedsiębiorcy chętnie biorą w leasing pojazdy, korzystając z innych zalet, które przynosi tego rodzaju finansowanie.

Około 60 proc. nowego leasingu, który rejestrujemy, stanowiły pojazdy, co nie było dla nas zaskoczeniem – precyzuje Wojciech Rybak. – Natomiast w zależności od okresu środek ciężkości przesuwał się pomiędzy samochodami małymi służącymi do transportu osób oraz ciężkimi, głównie do przewozu ładunków i towarów między różnymi destynacjami.

Czynnikiem ryzyka dla branży były zmiany w niemieckim ustawodawstwie. Na początku stycznia br. w Niemczech wprowadzono wynagrodzenie minimalne w wysokości 8,5 euro za godzinę pracy. Zgodnie ze stanowiskiem tamtejszych władz regulacje dotyczą również polskich firm przewozowych wykonujących transport międzynarodowy na terenie tego kraju. To znacznie podnosi koszty działalności przewoźników z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Sprawą zajmuje się teraz Komisja Europejska.

Uważamy, że jest to niezgodne z regulacjami i podważa zasady Unii Europejskiej – tłumaczy Wojciech Rybak. – Niezależnie od tego uważamy jednak, że pozycja polskich firm transportowych jest dzisiaj na tyle silna, że ewentualne dodatkowe koszty poniosą gestorzy ładunków, a nie firmy spedycyjne.

Jak podkreśla, polska branża transportu ciężkiego ma ponad 10 proc. udziałów w europejskim rynku przewozowym i dominującą pozycję w UE.

Kreatywne CV to szansa dla osób z małym doświadczeniem zawodowym

CEO Magazyn Polska

Proste i przejrzyste  takie powinno być idealne CV. Rekruter powinien szybko i sprawnie znaleźć w nim potrzebne mu informacje. Kreatywne CV, takie jak wideoprezentacja, to dobre rozwiązanie dla osób o małym doświadczeniu zawodowym oraz przedstawicieli branż wymagających kreatywności. Osoby poszukujące pracy nie powinny też zapominać o budowaniu swojego wizerunku w mediach społecznościowych.

Zadaniem CV jest przyciągnięcie uwagi rekrutera. Powinno być napisane czytelnie i nie zawierać bez błędów językowych, a jego forma wizualna powinna być przejrzysta, rekruter ma bowiem najczęściej tylko kilka sekund na zapoznanie się z treścią CV i zwraca uwagę na obszary, które go interesują. Nadmiar kolorów lub obrazków, niestandardowy układ informacji i inne tego typu wyróżniki mogą zniweczyć szanse kandydata. Samo CV może jednak nie wystarczyć, by otrzymać wymarzone stanowisko pracy.

Na rynku dostępne są nowe narzędzia, które pomagają wzbogacić aplikację. Są CV kreatywne, internetowe, do których możemy podpiąć swoje portfolio i wysyłać je do pracodawcy w formie linku aplikacyjnego. Pojawiły się też takie rozwiązania jak wideoprezentacja  kandydat wysyła do pracodawcy po prostu nagranie wideo – mówi agencji informacyjnej Newseria Weronika Sierant, HR Manager w firmie Smart MBC.

Dzięki takiej formie autoprezentacji potencjalny pracodawca widzi, jak wygląda kandydat, poznaje jego zachowanie i maniery. Dobrze pomyślany i zmontowany film może też pokazać kandydata jako osobę kreatywną, mającą ciekawą osobowość i niestandardowe podejście. Taka forma CV to dobre rozwiązanie dla osób, które nie mają jeszcze bogatego doświadczenia zawodowego, dlatego muszą się wykazać innymi zaletami, by przykuć uwagę pracodawcy. Nie wszyscy rekruterzy chcą jednak poświęcać czas, by oglądać kilkuminutowe nagrania. Tego typu CV pasuje do branż wymagających kreatywności i nieszablonowego myślenia, może się jednak nie sprawdzić np. w księgowości lub prawie.

– Alternatywą dla osób bez doświadczenia zawodowego jest odniesienie się do psychometrii. Na rynku są dostępne narzędzia, w których poza swoją aplikacją można przedstawić też swoje cechy osobowe, styl zachowania. Pracodawca ma wtedy odniesienie do tego, jakie są nasze mocne strony, w jakich obszarach może nas wykorzystać w pracy – mówi Weronika Sierant.

Aby wyróżnić się na rynku pracy, warto być obecnym w mediach społecznościowych. Osoby poszukujące pracy powinny zadbać o swoje profile na Facebooku, a przede wszystkim na portalach profesjonalnych, np. GoldenLine lub LinkedIn. Wielu rekruterów sprawdza profile kandydatów na portalach branżowych. W ten sposób oceniają nie tylko doświadczenie i kompetencje zawodowe, lecz także osobowość, jego zainteresowania, zachowanie i wygląd.

– Jako kandydaci powinniśmy pamiętać o tym, że budujemy swój personal branding. Referencje możemy przedstawiać pracodawcy razem z CV, możemy też mieć je w mediach społecznościowych – mówi Weronika Sierant.

Zdaniem specjalistów warto udzielać się w mediach społecznościowych na zasadzie grup branżowych. Wypowiadać w się w dyskusjach na forach, dzielić się opiniami. Tacy kandydaci postrzegani są jako profesjonalni i warci zainteresowania.

Polscy uczniowie chcą trafić do Księgi Rekordów Guinnessa dzięki akcji „Śniadanie daje moc”. Poprzedni rekord padł w Chinach

CEO Magazyn Polska

Uczniowie szkół podstawowych ze 148 miejscowości w Polsce zmierzyli się z próbą pobicia Rekordu Guinnessa w największej lekcji gotowania zdrowego śniadania. W piątek zamiast zeszytów i piórników na ławkach pojawiły się rzeźby z twarożku, owocowe szaszłyki i pełnoziarniste kanapki. Akcja „Śniadanie daje moc” ma uświadomić dzieciom, że śniadanie odgrywa bardzo ważną rolę w jadłospisie.

„Śniadanie daje moc” to wielka lekcja gotowania. W naszej szkole 80 dzieci i 20 rodziców w jednym czasie przygotowywało śniadanie składające się z trzech potraw. Pierwsza potrawa to serek biały z warzywami, druga to kanapki, trzecia to szaszłyki owocowe – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle Hanna Krupa, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 234 im. Juliana Tuwima w Warszawie.

Poprzedni rekord w kategorii największej lekcji gotowania padł 14 lutego 2015 w Chinach podczas lepienia tradycyjnych pierożków jiaozi z okazji walentynek. Czy Polacy trafią do Księgi Rekordów Guinnessa, okaże się za około 3 miesiące. By zrealizować wyzwanie, w akcji powinno wziąć udział minimum 4614 uczestników.

Dzieci bardzo chętnie brały udział w biciu rekordu Guinnessa i była to dla nich duża atrakcja. One lubią działać, mamy taką tradycję w szkole, że w jednym czasie przygotowujemy w klasach śniadania i później wspólnie je spożywamy. To jest bardzo potrzebne, bo kształtuje dobre nawyki i przynosi korzyść, bo te zachowania dzieci zaczynają też wprowadzać w domach – podkreśla Hanna Krupa.

Dzieci powinny zdawać sobie sprawę z tego, że śniadanie dostarcza organizmowi energii niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania, poprawia samopoczucie i zwiększa koncentrację. Zastępowanie pełnowartościowego posiłku słodyczami, drożdżówkami czy chipsami nie jest dobrym rozwiązaniem i na dłuższą metę może mieć przykre konsekwencje.

Dzieci w Polsce jedzą coraz lepiej, ale ciągle niewystarczająco dobrze. Wiemy, że w 40 proc. klas ciągle są dzieci, które nie przynoszą drugiego śniadania do szkoły, i wiemy, że nie wszystkie polskie dzieci codziennie przed wyjściem z domu jedzą pierwsze śniadanie, więc koniecznie trzeba je edukować – tłumaczy Ewa Gayny z Partnerstwa dla Zdrowia.

Akcję „Śniadanie daje moc” wsparła dziennikarka Paulina Smaszcz-Kurzajewska prywatnie mama Juliana i Franciszka, którzy od dzieciństwa mieli wpajane zasady zdrowego odżywiania.

Jeżeli my rodzice nie zadbamy o to, żeby przed wyjściem do szkoły dzieci zjadły coś pożywnego, żeby przygotować im drugie śniadanie, żeby powiedzieć: nie jedz batonika, tylko zjedz owoce, to dzieci tego nie zrobią. My jesteśmy pierwszymi nauczycielami naszych dzieci. Jeżeli kontynuuje to szkoła, tak jak w programie „Śniadanie daje moc”, to jest to idealna współpraca – mówi Paulina Smaszcz-Kurzajewska.

Zdaniem dziennikarki wspólne przygotowywanie posiłków, oglądanie programów kulinarnych czy śledzenie blogów jest najlepszym rozwiązaniem. Eksperymenty w kuchni mogą być dla dzieci ciekawym doświadczeniem, które zachęci je do poszukiwania nowych smaków.

Nie jest łatwo przekonać dzieci do wszystkiego, ale jeżeli z całej listy prozdrowotnych produktów przekonamy je chociaż do kilku i wytłumaczymy, dlaczego są one zdrowe i odwrotnie, jeżeli pokażemy produkty niezdrowe i udowodnimy, że są one powodem złego samopoczucia, bólu brzucha czy nadpobudliwości, to osiągniemy duży sukces. Pamiętamy, że dzieci chłoną informacje jak gąbka – tłumaczy Paulina Smaszcz-Kurzajewska.

Akcja „Śniadanie daje moc” uczy, jak przygotować prawidłowe śniadanie, i uświadamia, że jest to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Kiedy wspólnie mama, tata i dzieci uczą się prawidłowych nawyków żywieniowych, to procentuje w przyszłości – mówi Ewa Gayny.

Dietetycy podkreślają, że drugie śniadanie powinno być skomponowane tak, by było źródłem witamin i składników odżywczych.

Śniadanie musi być urozmaicone i zbilansowane, a najłatwiej zrobić to, wybierając produkty z różnych grup. Niezwykle cenne są produkty zbożowe, pełnoziarniste, produkty mleczne, warzywa, owoce. Jeżeli dobierzemy tak różnorodne produkty, to możemy mieć pewność, że śniadanie będzie nie tylko smaczne, ale i pożywne – dodaje Ewa Gayny.

Popołudniowy komentarz walutowy z 06.11.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 06.11.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Logistyka i druk 3D

Drukowanie w 3D już dawno wyszło poza obszar fantastyki. Przykładem są  metalowe podzespoły do samolotów, które nie są już zgrzewane z poszczególnych elementów, ale drukowane w całości. Ich produkcja na skalę masową jest już tylko kwestią czasu. To stwarza nowe możliwości dla różnych gałęzi przemysłu, a jak to wygląda w przypadku logistyki?

druk 3DInteligenta produkcja z wykorzystaniem internetu – czyli Industry 4.0  i internet rzeczy – są obecnie bardzo popularnymi tematami. Digitalizacja wytwarzania daje nowe możliwości dla firm produkcyjnych. Ten potencjał już teraz jest wykorzystywany przez branżę logistyczną, która stawia na wykorzystanie informacji cyfrowych w celu stworzenia przejrzystości i optymalizowania procesów biznesowych. Operatorzy logistyczni objęli pionierską rolę opracowania modelu bieżącej kontroli globalnego przepływu towarów. Biorąc to wszystko pod uwagę, konieczność rozwoju internetu rzeczy jest faktem. Dachser, który od lat inwestował w swój system IT, jest bardzo dobrze przygotowany na procesy digitalizacyjne w branży – mówi Andreas Froschmayer, dyrektor działu Corporate Development, Strategy i PR w Dachser.

Można wydrukować wszystko, co można zespawać

W kontekście cyfryzacji logistyki, jednym z najpopularniejszych obecnie tematów jest druk 3D. W zasadzie jest to nic innego, jak proces spawania i wytopu. Surowiec lub metal nakładany jest warstwami, za pomocą wiązki laserowej lub elektronowej.
Ta metoda produkcji może być krokiem milowym w rozwoju przedsiębiorstw produkcyjnych. Wyrób może być produkowany w jednym kawałku, z pominięciem etapów produkcyjnych jego poszczególnych części składowych, a tym samym, z pominięciem kosztów związanych z produkcją podzespołów. Ma to również konsekwencje dla logistyki, w postaci uproszczenia łańcuchów dostaw.

Światowy rynek druku 3D jest jak rakieta, z rocznym, ok. 30-proc. wzrostem. Eksperci szacują, że w 2020 roku przewozy handlowe wyrobów gotowych i podzespołów na trasie Azja – Europa zmaleją o 2 – 5 proc. Ale to, co na pierwszy rzut oka brzmi jak proroctwo zagłady dla branży logistycznej, niesie ze sobą również ogromny potencjał, pod warunkiem że dostawcy usług logistycznych skupią się na tworzeniu dodatkowej wartości dla łańcuchów dostaw w inteligentny sposób. Obecnie opracowywane są pierwsze modele biznesowe odpowiadające tym wymaganiom. Jest to zarówno transport metalu w formie proszku, jak i strategie dla druku 3D oraz tradycyjnej logistyki części zamiennych. Takie modele mają obecnie sens w przypadku ok. 20 proc. procesów produkcyjnych.

Rozszerzenie zakresu usług logistycznych

Druk 3D, otwierając nowe możliwości biznesowe, w ciągu najbliższych kilku lat daje Dachser szansę rozwoju gamy usług logistycznych. W ramach zarządzania innowacjami, takie nowe modele biznesowe są aktualne testowane w całej firmie. Nasze działania w zakresie innowacji  nie zawsze doprowadzą nas do wdrożenia nowych projektów, ale z pewnością przyczynią się do wygenerowania nowej wartości w Dachser – wyjaśnia dr Andreas Froschmayer.

Technologia druku 3D jest jeszcze daleka od perfekcji. Zbyt wiele kwestii pozostaje nierozwiązanych, począwszy od zmian cen w przypadku drukarek laserowych i promieniowania elektronowego, aż do utylizacji materiałów drukarskich. Ponadto, istnieje kilka bardzo delikatnych tematów, takie jak prawa własności, odpowiedzialność za produkt, kontrola jakości i certyfikacja. Mamy więc jeszcze dużo pracy domowej do odrobienia – mówi Andreas Froschmayer. Przede wszystkim modele biznesowe związane z wykorzystaniem druku 3D są jeszcze zbyt mało opłacalne. To jest problem, gdzie przemysł ma jeszcze dużo do zrobienia – dodaje.

Toyota zainwestuje miliard dolarów w badania nad sztuczną inteligencją

Toyota przeznaczy w ciągu 5 lat miliard dolarów na uruchomienie firmy Toyota Research Institute (TRI), zajmującej się prowadzeniem badań nad sztuczną inteligencją oraz robotyką. Firma zostanie ulokowana w Palo Alto, w Krzemowej Dolinie oraz w pobliżu Cambridge w Massachusetts. TRI nawiąże ścisłą współpracę z Uniwersytetem Stanforda i z Massachusetts Institute of Technology.

 Podczas dzisiejszej konferencji prasowej Toyota Motor Corporation ogłosiła, że uruchamia nowe przedsiębiorstwo o nazwie Toyota Research Institute Inc. (TRI), którego podstawowym zadaniem będzie prowadzenie badań nad sztuczną inteligencją i robotyką. Główna siedziba firmy będzie się znajdowała w Krzemowej Dolinie, w pobliżu Uniwersytetu Stanforda w Palo Alto, w Kalifornii. Drugi kompleks znajdzie się w okolicy Massachusetts Institute of Technology (MIT) w Cambridge, Massachusetts. Firma rozpocznie działalność w styczniu 2016 roku.

Według Toyoty sztuczna inteligencja ma ogromny potencjał dla dalszego rozwoju przemysłu, a także dla tworzenia nowych gałęzi biznesu. Dlatego firma uruchamia nową inwestycję wartą miliard dolarów. W jej ramach powstaną dwa zespoły w dwóch kluczowych dla rozwoju nauki i technologii lokalizacjach w Stanach Zjednoczonych. Dodatkowo Toyota przeznaczy w ciągu 5 lat 50 milionów dolarów na uruchomienie centrów badawczych na Massachusetts Institute of Technology oraz na Uniwersytecie Stanforda. Oba ośrodki będą prowadziły badania podstawowe nad sztuczną inteligencją.

Zadaniem Toyota Research Institute będzie wdrażanie wyników badań podstawowych prowadzonych na obu partnerskich uczelniach oraz rozwój produktów. Jego podstawową misją jest przyspieszenie badań nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji i wielkich zbiorów danych, które pomogą rozwiązać stojące przez współczesnymi społeczeństwami wyzwania przyszłości. Wszystko po to, aby każdy mógł żyć bezpieczniej, cieszyć się większą wolnością i swobodą poruszania się.

CEO nowego przedsiębiorstwa, a także głównym doradcą technicznym Toyoty będzie dr Gill Pratt, specjalista w dziedzinie robotyki i sztucznej inteligencji. TRI zatrudni wiodących naukowców i inżynierów, łącznie około 200 osób.

Jak powiedział dr Pratt, przed TRI stoją trzy podstawowe cele:

  • Poprawić bezpieczeństwo na drogach, poprzez systematyczne zmniejszanie prawdopodobieństwa wypadku,
  • Umożliwić prowadzenie samochodu każdemu, bez względu na stopień sprawności kierowcy,
  • Wykorzystać technologie Toyoty opracowywane na potrzeby transportu także w urządzeniach domowych, aby wesprzeć seniorów w samodzielnym funkcjonowaniu.

„Planujemy także stosować wyniki naszej pracy szerzej, na przykład w zwiększaniu wydajności produkcji oraz w rozwoju badań naukowych nad materiałami” – dodał dr Pratt.

Akio Toyoda, prezydent Toyota Motor Corporation, powiedział: „Wraz z rozwojem technologii stale udoskonalamy nasze produkty. W Toyocie nie szukamy innowacji dla nich samych. Opracowujemy je, ponieważ taka jest nasza powinność. Naszą odpowiedzialnością jest stałe poprawianie jakości życia naszych klientów, a także społeczeństwa jako całości. Cieszę się ze współpracy z Gillem, nie tylko dlatego że jest świetnym naukowcem, ale także ponieważ wierzę, że łączą nas te same cele i motywacje”.

Dr Gill Pratt obronił doktorat na Wydziale Inżynierii Elektrycznej i Nauk Komputerowych na MIT. Prowadził także wykłady na stanowisku Associate Professor na MIT oraz na stanowisku Professor na Olin College. Jest współzałożycielem Olin College. W latach 1983-2005 uruchomił trzy startupy. Jako menadżer programowy w wojskowej agencji Defense Advanced Research Projects Agency (DARPA) był kierownikiem projektu Neuromorphic Systems and Robotics. Znacząco przyczynił się do rozwoju robotyki jako kierownik konkursu DARPA Robotics Challenge, któremu przyświecała idea współpracy między ludźmi i robotami w działaniach kryzysowych podczas kataklizmów. Dr Pratt jest laureatem nagród DARPA Program Manager of the Year 2014, DARPA Results That Matter 2013 oraz National Science Foundation Career 1998.

Nazwa Toyota Research Institute, Inc.
Siedziba główna Palo Alto, Kalifornia, Stany Zjednoczone
Rozpoczęcie działalności Styczeń 2016
Profil działalności Zaawansowane badania i projektowanie produktów, przede wszystkim w dziedzinie robotyki i sztucznej inteligencji
Wysokość pierwszej inwestycji 1 miliard dolarów w ciągu 5 lat
Liczba pracowników Około 200 osób

Bezpieczeństwo jest najważniejsze – deklarują pracodawcy

Przepisy BHP – ważne i łatwe do spełnienia, szkolenia – pożyteczne, inwestycje w bezpieczeństwo – konieczne? – Takie są główne wnioski z badania „Bezpieczeństwo w pracy 2015”, przeprowadzonego przez TNS Polska na zlecenie Koalicji Bezpieczni w Pracy. Okazuje się, że deklarowane  przekonanie o znaczeniu BHP wśród polskich przedsiębiorców jest wysokie. Na niskim poziomie kształtują się jednak wiedza na temat konsekwencji naruszeń przepisów BHP i szacowanie ich kosztów.

bezpieczenstwo w pracyPołowa (52 proc.) przedstawicieli pracodawców, osób najlepiej poinformowanych w temacie BHP w zakładach pracy uważa, że tematowi BHP poświęca się w Polsce odpowiedni poziom uwagi. Niemniej jednak ponad jedna trzecia zapytanych (35 proc.) ma odmienne zdanie na ten temat i mówi, że uwagi tej jest za mało.

Jednocześnie zdecydowana większość badanych (69 proc.) uważa, że dbanie o BHP ma największe znaczenie przede wszystkim dla pracowników, w drugiej kolejności dla pracodawców (17 proc.), a na samym końcu dla przedstawicieli instytucji publicznych (10 proc.). Respondenci patrzą na tę sprawę podobnie, bez względu na to, jakiej wielkości firmę reprezentują. Co ważne, ankietowani twierdzą, że na poprawę BHP w Polsce mają w dużym stopniu wpływ instytucje publiczne (47 proc.). Rzadziej dostrzegany jest pozytywny wpływ organizacji pracodawców (13 proc.) oraz związków zawodowych (11 proc.).

Instytucje publiczne w celu poprawy bezpieczeństwa i zdrowia pracowników przygotowują regulacje zapewniające podstawowe standardy bezpieczeństwa i zdrowia w miejscu pracy mówi Joanna Skrzyńska z Zespołu Badań Społecznych TNS Polska. Odpowiednie ramy prawne stanowią jeden z istotnych warunków kształtowania kultury bezpieczeństwa. Nie jest to jednak warunek wystarczający. To ludzie muszą rozumieć i widzieć korzyść w zachowaniach, których się od nich oczekuje i które przede wszystkim im samym przynoszą pożytek.

Jak się okazuje, pracodawcy deklarują, że nie lekceważą również tej sfery. Szkolenia z BHP są uznawane za użyteczne zarówno przez zdecydowaną większość pracowników (93 proc.), jak i przedstawicieli zakładów pracy (84 proc.). Warto również zaznaczyć, że im większy jest zakład pracy, tym użyteczność szkoleń oceniana jest lepiej. Z kolei wśród działań promujących BHP wśród pracowników na pierwszym miejscu wymieniane są dodatkowe spotkania dla pracowników, na drugim tworzenie i udostępnianie poradników, a na trzecim inwestowanie w dodatkowe wyposażenie, mające na celu edukowanie pracowników. Rozwiązania te stosowane są w około 40 proc. zakładów.

Firmy wiedzą ile inwestują, ale nie wiedzą ile tracą

Badani, którzy są zdania, że inwestycje w BHP to nieuzasadniony wydatek, są w zdecydowanej mniejszości – stanowią 10 procent. Im większy zakład pracy, tym więcej osób, które uważają, że inwestycje w BHP przynoszą wymierne korzyści ekonomiczne. Potwierdza to świadomość potencjalnych konsekwencji zaniedbań. Najistotniejszymi skutkami wypadków pracowników, w opinii przedstawicieli zakładów pracy zajmujących się sprawami BHP, są koszty odszkodowań dla poszkodowanych (53 proc.) oraz koszt straconego czasu (49 proc.). Kolejne koszty to straty wizerunkowe (35 proc.) oraz utrata dochodów (34 proc.), o których wspomina co trzeci ankietowany. Co czwarty zwraca uwagę na straty majątku trwałego i obrotowego (23 proc.). Koszt straconego czasu jest częściej wskazywany przez przedstawicieli średnich i dużych firm. Jednak tylko nieliczne firmy prowadzą szacunkowe wyliczenia tego, ile średnio kosztuje nieobecność pracownika związana z naruszeniem procedur BHP. Co więcej, połowa badanych (50 proc.) twierdzi, że nie ma do czynienia z tego typu nieobecnościami.

Im większa firma, tym BHP ważniejsze

Zaledwie 16 proc. przedstawicieli zakładów pracy jest zdania, że spełnienie wymogów prawnych w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy jest trudne. Blisko połowa (47 proc.) nie ma sprecyzowanej opinii na ten temat. Więcej niż co trzeci (37 proc.) ocenia zadanie to jako łatwe. Wśród przedstawicieli firm najmniejszych, tj. zatrudniających między 5 a 9 pracowników, więcej jest osób, które zadanie to oceniają jako łatwe (43 proc.). Takie opinie wyjątkowo często pojawiają się też w branży usługowej (46 proc.), natomiast rzadziej w rolnictwie, przemyśle i budownictwie.

Jednocześnie dla połowy badanych (49 proc.) problematyka BHP to, w kontekście sprawnego funkcjonowania zakładu pracy, temat ważny. Dla kolejnych 43 proc. umiarkowanie ważny, a jedynie dla 8 proc. nieistotny. Postrzeganie BHP wyraźnie zależy od wielkości instytucji – im zakład pracy większy, tym częściej pada odpowiedź „ważny”. Wśród przedstawicieli dużych firm takiej odpowiedzi udziela trzy czwarte zapytanych osób (75 proc.).

Największe spółki działają nie tylko w oparciu o obowiązujące regulacje prawne, ale także posługują się wewnętrznymi procedurami, które często są bardziej wymagające niż zapisy ustawodawcy komentuje  Andrzej Smółko, Przewodniczący Koalicji Bezpieczni w Pracy i Prezes CWS-boco Polska. Jest to wynik m.in. bardziej rygorystycznych wymogów stawianych przez właścicieli, większej przejrzystości procesów wewnętrznych, czy konieczności posiadania dedykowanych służb BHP.

Służby BHP – etatowe czy wynajęte?

Zdania na temat najlepszego sposobu organizacji służby BHP w zakładach pracy są podzielone. Wśród ogółu przedstawicieli firm przeważa opinia, że organizacja służby BHP poprzez profesjonalną firmę zewnętrzną jest lepszym rozwiązaniem niż zapewnienie  służby etatowej (54 proc. wobec 41 proc.). Opinie respondentów znacznie się różnią w zależności od wielkości zakładu pracy. W mniejszych (zatrudniających do 49 pracowników) bardziej docenia się profesjonalne firmy zewnętrzne. Z kolei w średnich i w dużych, za lepsze rozwiązanie uchodzi etatowa służba BHP. Warto zauważyć, że za wyborem drugiego rozwiązania opowiada się również większość ankietowanych z branży budowlanej oraz sektora państwowego.


Podsumowując – deklarowane przekonanie o znaczeniu BHP wśród polskich przedsiębiorców jest wysokie.  Potwierdzają to wyniki badania. Jednak wciąż pozostają obszary, w których jest sporo do zrobienia. Na tle Europejskiego badania przedsiębiorstw na temat nowych i pojawiających się zagrożeń (ESENER-2) polskie zakłady pracy w porównaniu do europejskich w wielu kwestiach wyróżniają się pozytywnie. Sprawy, w których rodzime firmy i instytucje wypadają gorzej, związane są z udziałem pracowników w decydowaniu o sprawach BHP.

Czy sprzedajesz w sieci legalnie?

Polacy coraz więcej kupują, a także sprzedają przez internet. Jak pokazały badania CBOS niemal jedna trzecia internautów przynajmniej raz sprzedała coś w sieci*. Szczególnie w listopadzie, tuż przed świętami, w e-handlu zaczyna się spory ruch. O czym więc powinniśmy pamiętać sprzedając przez internet? I czy zawsze robimy to legalnie?  

zakupy internetoweSprzedaż online w Polsce rośnie z roku na roku. Wielu przedsiębiorczych Polaków zakłada sklepy internetowe. Sporo dorabia też na aukcjach internetowych. Firmy handlujące w sieci mają jasną sytuację pod kątem obowiązku płacenia podatków. Rozliczają się z fiskusem tak, jak za sprzedaż w tradycyjnym sklepie, zarówno z tytułu VAT, jak i podatku dochodowego. Sporo wątpliwości pojawia się jednak w przypadku osób fizycznych, które sprzedają na internetowych aukcjach nietrafione ubrania czy prezenty. Jak powinny się rozliczać z fiskusem, jeśli nie prowadzą działalności gospodarczej?

Często sprzedajesz, załóż firmę

Osoby dokonujące transakcji przez internet niejednokrotnie nie zdają sobie sprawy, że czynności, które wykonują, mogą być w rozumieniu przepisów ustawy o PIT**, uznane za działalność zarobkową. Kiedy tak się dzieje? – Sprzedawca, który zarabia w sposób zorganizowany i ciągły zobowiązany jest do zarejestrowania działalności gospodarczej. Jeśli nie dopełni tego obowiązku, to zgodnie z Kodeksem Wykroczeń, może być ukarany grzywną lub ograniczeniem wolności. Warto mieć to na uwadze prowadząc sprzedaż w sieci, bo fiskus na bieżąco sprawdza transakcje zawierane na aukcjach internetowych, weryfikując je pod kątem częstotliwości i ciągłości – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Jak rozliczyć podatek ze sprzedaży?

Regułą jest, że każda firma i osoba fizyczna ma obowiązek rozliczyć się z urzędem skarbowym ze wszystkich dochodów, bez względu na źródło ich uzyskania. Dotyczy to również sprzedaży na aukcjach internetowych. – Zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych osoba nieprowadząca działalności gospodarczej, sprzedając towar po 6 miesiącach od mementu jego nabycia, zwolniona jest z uiszczenia podatku z tytułu uzyskanego dochodu. Jeżeli jednak sprzeda towar wcześniej – dochód uzyskany z takiej sprzedaży należy wpisać do formularza PIT w rubryce „inne dochody”, tym samym uiścić należny podatek. Należy tego dokonać nawet w sytuacji, gdy nie uzyskaliśmy zysku z danej transakcji – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie. Z goła inaczej wygląda sytuacja u przedsiębiorców. Sprzedaż w ramach firmy, dokonana nawet po 6 miesiącach od momentu nabycia towaru lub środka trwałego podlega nadal opodatkowaniu i rozlicza się ją w ramach działalności gospodarczej – dodaje ekspert.

W rocznej deklaracji PIT, jako przychód wpisujemy łączną wartość wyrażoną w cenie, określonej w umowie zbycia. Tak określony przychód, pomniejszamy o poniesione koszty jego uzyskania, czyli np. koszty wystawienia towaru na aukcji, koszty przesyłki. – Prywatną sprzedaż rzeczy ruchomych przez internet rozlicza się w zeznaniu rocznym nawet w sytuacji, jeśli dochód ze sprzedaży wyniesie zero lub podatnik poniesie stratę. Niemniej jednak, podatku płacić wtedy nie musi – zauważa Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

A co z VAT?

Obowiązek płacenia podatku VAT powstaje wówczas, gdy wartość sprzedaży w ubiegłym roku podatkowym przekroczyła łącznie kwotę 150 tys. zł. Do wartości sprzedaży nie wlicza się jednak kwoty należnego podatku. Po przekroczeniu tego limitu w skali roku, osoba dokonująca sprzedaży za pośrednictwem internetu, będzie miała obowiązek zarejestrowania się, jako czynny podatnik VAT, w skutek czego, każda transakcja przez nią zawierana będzie podlegała opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług według właściwej stawki. Ci, u których obroty nie przekroczą 150 tys. zł, będą podlegać zwolnieniu z tytułu podatku VAT.

Kiedy to kupujący płaci podatek

Jeśli na aukcji internetowej, od prywatnego sprzedawcy kupimy np. laptopa wartego 1500 zł, to jako kupujący, mamy obowiązek rozliczenia podatku od czynności cywilnoprawnych (tzw. PCC). W świetle obowiązujących przepisów, podatek ten płaci zawsze kupujący, a nie sprzedawca. Zwolniony zostanie z tego obowiązku wyłącznie wtedy, gdy wartość rynkowa transakcji nie przekroczy 1000 zł. Rzeczy kupione poniżej tej wartości nie rodzą skutków podatkowych, ani żadnych związanych z tym obowiązków.

– Podatku z tytułu transakcji internetowej kupujący nie zapłaci też w sytuacji, gdy nabyte na aukcji rzeczy ruchome w chwili zawarcia umowy znajdującą się za granicą, nabywca nie ma miejsca zamieszkania lub siedziby w Polsce, albo umowa została zawarta poza terytorium kraju. Zwolnieniu z PCC podlegają także osoby niepełnosprawne, które na własne potrzeby kupują np. sprzęt rehabilitacyjny, motocykl lub samochód osobowy. Nie zapłacimy też podatku kupując np. waluty obce w kantorze online – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Jeśli jednak kupiliśmy towar o wartości powyżej 1 000 zł i nie podlegamy zwolnieniu z tytułu PCC, w ciągu 14 dni od daty zakupu, musimy bez jakiegokolwiek wezwania ze strony organu podatkowego złożyć deklarację w sprawie podatku od czynności cywilnoprawnych (PCC – 3) oraz obliczyć i wpłacić należny podatek. Stawka wynosi 2 proc. od wartości rynkowej zakupionej rzeczy. Jeżeli nie dokonamy powyższych czynności, to narażamy się na odpowiedzialność karno-skarbową za wykroczenie lub przestępstwo skarbowe.

Funt znów wyraźnie poniżej 6 zł

Po ostatnim rajdzie funta przez kilka dni oglądaliśmy poziomy w okolicach 6 zł. Nie wykluczone, że już niedługo tam wrócimy, ale na razie korekta cofnęła nas od tych poziomów. Słabsze dane z amerykańskiego rynku pracy. Gorszy odczyt pokazała również niemiecka gospodarka.

Poznaliśmy wczoraj mniej optymistyczne dane z Wielkiej Brytanii. O godzinie 13:00 opublikowano raport na temat inflacji oraz protokół z posiedzenia Banku Anglii. Prognozy nie są aż tak optymistyczne jak dotychczas sądzono. W rezultacie mamy korektę wzrostów, dla których paliwem były bardzo dobre dane makroekonomiczne ostatnich tygodni. Podczas publikacji poinformowano o niezmienieniu stóp procentowych, co w tej sytuacji nie może dziwić. Funt, który jeszcze niedawno przełamał granicę 6 zł obecnie kosztuje już “zaledwie” 5,93 zł.

Amerykańskie wnioski o zasiłek dla bezrobotnych wypadły gorzej od oczekiwań. Słabsze dane zza oceanu pozwoliły chociaż odrobinę odetchnąć inwestorom na głównej parze walutowej, gdzie od dłuższego czasu publikowane były niemal tylko dane umacniające dolara względem euro.

Wraca temat pomocy kredytobiorcom frankowym. Obecnie projekt przygotowywany jest przez kancelarię prezydenta Dudy, ale jak nietrudno się domyślić nie powinno być problemu by znalazł on większość w parlamencie. Na razie jedyne co wiadomo, to enigmatyczne zapewnienia o pomocy, sprawiedliwości i nie faworyzowaniu. Rynki czekają na liczby. Jeżeli będzie wiadomo jak dużo stracą banki na zabezpieczeniach, które kupiły na rynku pod te kredyty, będzie można ocenić wpływ ustawy na gospodarkę. Na ten moment jest to kolejna niewiadoma, która ciąży na notowaniach złotego.

Od rana poznaliśmy gorsze dane z Niemiec. Produkcja przemysłowa spadła w ujęciu miesięcznym o 1,1%, a w skali roku gospodarki rośnie o 0,2%. Dane te od razu stały się impulsem osłabiającym euro wobec dolara.  Lepsze dane nadeszły z Węgier. Kraj ten obecnie jest stawiany nam przez zwycięską partię jako wzorzec. Produkcja przemysłowa rośnie tam o imponujące 7,8% w skali roku, co faktycznie jest wynikiem godnym uwagi w obecnych czasach. Lepiej od oczekiwań wypadła również produkcja przemysłowa w Hiszpanii.

Złoto dalej traci. Kruszec ten wystrzelił w górę podczas kryzysu, kiedy to traktowany był jako alternatywna waluta i bezpieczna lokata kapitału. Jak bardzo nie jest bezpieczną lokatą kapitału pokazuje co stało się ze złotem od tego czasu. Kruszec ten systematycznie traci na wartości wraz z uspokajaniem się sytuacji na rynkach światowych.

Warto zwrócić uwagę na następujące dane:

10:30 – Wielka Brytania – produkcja przemysłowa i bilans handlu zagranicznego,

14:30 – USA – stopa bezrobocia i zmiana zatrudnienia.

 

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 06.08.2015 do 06.11.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 06.08.2015 do 06.11.2015

Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po przebiciu maksimum na poziomie 4,2600, kurs kontynuuje wzrosty. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2950 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2200 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 06.08.2015 do 06.11.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 06.08.2015 do 06.11.2015

Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebicia testowanej linii oporu na 3,8950 kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9500 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,8900.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 06.08.2015 do 06.11.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 06.08.2015 do 06.11.2015

Kurs USD/PLN wybił się z trendu bocznego we wzrostowy. Nowym oporem są maksima na 3,9350. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,8750.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 06.08.2015 do 06.11.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 06.08.2015 do 06.11.2015

Kurs GBP/PLN podążał jeszcze na początku miesiąca w trendzie spadkowym. Przed wyborami doszło do silnego wybicia, które jest kontynuowane i najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są obecnie maksima lokalne na 6,0150. W przypadku spadków ważnym wsparciem jest 5,6600 czyli ostatnie minimum.

Otwiera się wzrostowe okienko

Lukasz Bugaj, analityk DM BOS
Lukasz Bugaj, analityk DM BOS

Na rynku kapitałowym, podobnie jak w naturze, mamy do czynienia z sezonowością. Ciężko jest racjonalnie wskazać jej przyczyny, ale trudno podważyć dane statystyczne jednoznacznie na nią wskazujące. Od czasu rozpowszechniania się pod koniec lat dziewięćdziesiątych opracowań na temat tzw. efektu Halloween, jego skuteczność nawet się zwiększyła. Oznacza to, że właśnie rozpoczęte zimowe półrocze witane powinno być przez inwestorów z nieskrywaną radością. Bowiem to pomiędzy listopadem a kwietniem doświadczyć powinni największych stóp zwrotu ze swoich inwestycji, które później, zgodnie z powiedzeniem „sell in May and go away”, znajdą się pod presją. W przypadku GPW tegoroczne negatywne doświadczenie miesięcy letnich było szczególnie dotkliwe. W przypadku indeksu WIG20 ostatnim wzrostowym miesiącem był kwiecień, a od maja rozpoczęła się czarna seria nieprzerwanych miesięcznych spadków. By znaleźć podobnie długą ilość kolejnych stratnych miesięcy cofnąć się trzeba aż do 2000 roku, choć samo porównanie nie jest najszczęśliwsze, gdyż wówczas zniżki ostatecznie rozciągnęły się na osiem miesięcy, a dwa ostatnie były najsłabsze przynosząc spadki o odpowiednio 11,7% i 7,1%. Wówczas pękała jednak bańka internetowa, co tłumaczyło uporczywość podaży. Aktualnie winą za spadki obarczyć można splot negatywnych czynników związanych z rynkami wschodzącymi i lokalną polityką. Patrząc na zachowanie indeksu MSCI Emerging Markets, widać od października poprawę, której nie zdołał nawet przerwać jastrzębi komunikat FOMC. Tym samym otoczenie przestało działać na niekorzyść byków, ale problem lokalny wraz z poznaniem wyniku wyborów nie uległ rozwiązaniu. Po obserwowanych w ostatnim czasie śladowych obrotach widać wyraźnie, że okres niepewności wciąż trwa i skutecznie hamuje poważny popyt na akcje. Tym samym krajowe blue chipy zamarły w okolicach tegorocznych minimów, podczas gdy amerykański indeks S&P500 sprawnie od nich się odbił i mierzy się z okolicami historycznych maksimów. Wydaje się, że wszystkie tegoroczne „trupy z szaf” już powypadały i straszyć inwestorów na arenie globalnej nie powinny. Rozpoczął się również korzystny z sezonowego punktu widzenia okres faworyzujący akcyjne inwestycyjne. Tym samym perspektywy na dwa ostatnie miesiące są optymistyczne i lokalnie psuje je tylko, albo aż, polityczna niepewność. W tym kontekście problemem jest również wielkość GPW, która sprawia, że inwestorzy zagraniczni mogą się spokojnie obejść bez polskich akcji w portfelach. Zadanie dla nowego rządu jest więc takie, by ich przekonać, żeby tego nie robili. Niestety ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie OFE nie ułatwia tego zadania, a wręcz je komplikuje.