P. Gnitecki (SIMPLE SA): Wzrost liczby nowych kontraktów już po wakacjach. Obecnie rynek czeka na napływ środków unijnych

0

Przemysław Gnitecki, prezes SIMPLE SA

Na rynku rozwiązań informatycznych dla przedsiębiorców podpisywanych jest mniej kontraktów niż w ostatnich dwóch latach. Spowolnienie dotyczy zarówno sektora publicznego, jak i prywatnego. Klienci czekają na napływ środków unijnych w ramach nowej tury finansowania.

Producent i dostawca rozwiązań informatycznych SIMPLE SA oczekuje ożywienia już po wakacjach.

– Przede wszystkim weszliśmy z bardzo dobrym portfelem jeszcze z okresu 2013 i 2014 roku. Pozwoli on nam na realizację tych projektów jeszcze w 2015 roku – mówi Przemysław Gnitecki, prezes SIMPLE SA.

Spółka SIMPLE SA, zajmująca się produkcją i dostawą rozwiązań informatycznych wspierających zarządzanie przedsiębiorstwem, ma za sobą bardzo dobry okres. Uzyskane w 2014 roku przychody ze sprzedaży wzrosły skokowo do poziomu 57,5 mln zł, co oznacza wzrost o prawie 53 proc. (rok do roku). Znacząco wzrósł także zysk netto spółki, który w poprzednim roku przekroczył 7 mln zł.

– W tej chwili to, czego oczekujemy, to jest nowa perspektywa unijna i pieniądze, które się tam pojawią. Liczymy na kontrakty w sektorze publicznym i sektorze komercyjnym, jesteśmy obecni na obu tych rynkach – tłumaczy prezes SIMPLE SA.

Wskazuje tu w szczególności na takie jednostki sektora publicznego, jak wyższe uczelnie, szpitale, samorząd regionalny oraz instytuty naukowo-badawcze. Środki unijne trafią także do firm prywatnych. Również w tym sektorze spółka SIMPLE SA planuje realizować swoje usługi.

– Rynek komercyjny dostrzega korzyści wynikające z inwestycji w IT. Coraz częściej małe i średnie przedsiębiorstwa sięgają po rozwiązania klasy ERP, by optymalizować swoje procesy biznesowe. Wzrasta również zainteresowanie takimi rozwiązaniami, jak HCM, BI, APS, MES.  Środki unijne pozwolą firmom z sektora MSP, zwłaszcza tym, które są innowacyjne, jak np. te z branży produkcyjnej, zbudować zaplecze IT potrzebne do skutecznego planowania i monitorowania realizowanych procesów produkcyjnych oraz wzmocnić konkurencyjność na rynku  – mówi Gnitecki.

SIMPLE SA liczy na wzrost sprzedaży zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Jednocześnie prognozuje, że liczba kontraktów podpisanych w tym roku będzie niższa niż w dwóch poprzednich latach. Powodem jest oczekiwanie na możliwość skorzystania z unijnych dofinansowań, a te są obecnie w fazie przygotowywania.

– Myślę, że te kontrakty zaczną być pozyskiwane w drugiej połowie roku, po wakacjach, i będą realizowane w kolejnych latach – ocenia.

Pytany o nowe branże, w których spółka SIMPLE SA planuje być aktywna, prezes Gnitecki podkreśla:

– Mamy bardzo szerokie referencje, jesteśmy w różnych miejscach – zarówno w firmach komercyjnych z branży produkcyjnej, budowlanej, handlowo-usługowej, jak i w spółkach Skarbu Państwa, spółkach transportowych, uczelniach, instytutach i szpitalach – wymienia.

Spółka SIMPLE SA już od 1998 roku notowana jest na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

Ulepszony program Płatnik ma pomóc firmom unikać błędów w dokumentach. Usprawni też komunikację z ZUS

0

Iwona Sarna

Program Interaktywny Płatnik Plus (IPP) umożliwi dwustronną komunikację między ZUS a płatnikiem. Tym samym pozwoli wyeliminować błędy w dokumentach i rozliczenia z ZUS. Skorzystają na tym przedsiębiorcy, którzy jeszcze przed wysyłką dokumentów będą mogli zweryfikować prawidłowość danych. Płatnicy składek mają przejść trzy poziomy weryfikacji, zanim dojdą do etapu, gdzie wysyłane dokumenty są na bieżąco sprawdzane online, a te z błędami nie zostaną przyjęte. Do programu przystąpiło już ponad 1 mln firm.

Program Interaktywny Płatnik Plus (IPP) to innowacyjna forma komunikacji płatników składek z ZUS-em. Dotychczas płatnicy co miesiąc przekazywali dokumenty rozliczeniowe, my je przetwarzaliśmy i dopiero wtedy informowaliśmy o ewentualnych nieprawidłowościach. Teraz komunikacja będzie dwustronna. Płatnik będzie sporządzał i przesyłał dokumenty na podstawie danych, które pobierze z ZUS – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Iwona Sarna z Departamentu Ubezpieczeń i Składek w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

Płatnik sporządza dokumenty w oparciu o dane zapisane na kontach indywidualnych w ZUS, a to – jak podkreśla ekspertka – gwarantuje, że będą one prawidłowo wypełnione. To z kolei oznacza, że na kontach osób ubezpieczonych kolejne zapisywane przy okazji rozliczeń dane będą prawidłowe. Korzystają na tym nie tylko ubezpieczeni, lecz także pracodawcy, którzy dzięki IPP mogą szybciej się rozliczyć.

Docelowym zamiarem jest, żeby nie wpływały do systemu żadne nieprawidłowe dokumenty, natomiast musimy przez ten system przechodzić stopniowo, żeby przyzwyczaić płatników do prawidłowego składania dokumentów. Nie wdrażamy wszystkich płatników jednocześnie, przechodzą oni szkolenia etapowo. Obecnie mamy wdrożonych wszystkich dużych płatników zatrudniających ponad 500 ubezpieczonych – zaznacza Sarna.

Składane dokumenty przechodzą przez reguły weryfikacji o różnej krytyczności. Na poziomie C nie ma wymiany informacji z ZUS i dokumenty podlegają tylko kontroli formalnej, na poziomie B dokumenty są weryfikowane, ale dla części reguł obniżony jest poziom krytyczności, a to oznacza, że mogą pojawiać się błędy. Przy wersji A ZUS nie przyjmie już dokumentów z błędami.

Wszystkie osoby, które w tej chwili rozpoczynają działalność gospodarczą, są automatycznie włączane do programu. Myślę, że takim płatnikom jest łatwiej, bo nie mają żadnych nieprawidłowości, a my uczymy ich, żeby dokumenty były prawidłowo składane i przetwarzane – zaznacza ekspertka ZUS.

Nowa wersja programu Płatnik 10 sprawdza też, czy płatnik odprowadza składki za wszystkich, za których powinien. Co więcej, przy przesyłaniu dokumentacji system weryfikuje, czy składki są odprowadzane w odpowiedniej wysokości. Istotne jest też to, że przy poprawie ewentualnych błędów, system je zapamiętuje i automatycznie poprawi je przy następnym rozliczeniu.

Nowy program Płatnik umożliwia obsługę płatników wielooddziałowych. Innym ułatwieniem jest możliwość sporządzenia dokumentów korygujących na podstawie dokumentów pobranych z ZUS. To również gwarantuje, że korekta przygotowana przez płatnika będzie prawidłowa i będzie dobrze przetworzona już po przesłaniu do Zakładu – mówi Iwona Sarna.

Wojna cenowa na rynku OC wyniszcza ubezpieczycieli. Podwyżki są nieuniknione

Andrzej Klesyk

Wojna cenowa w ubezpieczeniach komunikacyjnych prowadzi do problemów branży ubezpieczeniowej. Mniejsi gracze na rynku już teraz na nich tracą, a sytuacja może się tylko pogorszyć. Nawet jeśli ubezpieczyciele podniosą ceny, co wydaje się nieuniknione, to efekty podwyżek odczują dopiero za jakiś czas.

Sektor ubezpieczeniowy czeka bardzo trudny rok. Ciągle trwa wariacka wojna cenowa, szczególnie w ubezpieczeniach motoryzacyjnych. Mam wrażenie, że niektórzy nasi konkurenci już widzą, jak bardzo są na czerwono, a więc w stratach. Niestety, w ubezpieczeniach jest tak, że nawet jakiekolwiek podwyżki cen, które muszą się zdarzyć, będziemy mogli dopiero skonsumować w przyszłym roku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Klesyk, prezes PZU.

Klesyk przyznaje, że taka sytuacja może doprowadzić do problemów finansowych wielu graczy na rynku ubezpieczeniowym.

Co prawda w tym roku ceny ubezpieczeń OC idą w górę, według niektórych analiz w wybranych miastach o nawet ponad 15 proc., ale to wciąż za mało. W 2014 r. – według danych Polskiej Izby Ubezpieczeń – ubezpieczyciele stracili na polisach ubezpieczeniach OC 800 mln zł, rok wcześniej było to 2 mld zł. Na podwyżki cen wpływ ma jednak nie tylko zaprzestanie wojny cenowej, wyniszczającej dla wszystkich graczy, lecz także obowiązujące od początku kwietnia nowe wytyczne KNF.

Klesyk zauważa, że również na rynku ubezpieczeń na życie sytuacja branży jest niepewna. Wynika to jednak nie z cen, a z oczekiwania na nowe prawo.

Nie wiadomo, w jakiej formie zostaną przyjęte regulacje co do pewnych rodzajów produktów, a szczególnie opłat likwidacyjnych. To bardzo mocno wpływa na cały rynek ubezpieczeń na życie – tłumaczy prezes PZU. – Dziś oczekiwania te nie wpływają bezpośrednio na rentowności. Natomiast, jeżeli tak się zdarzy, że parlament uchwali ustawę, która będzie działała wstecz, może doprowadzić do dużego rozedrgania niektórych naszych konkurentów, którzy mogliby mieć nawet problemy kapitałowe.

Opłata likwidacyjna jest stosowana przez ubezpieczycieli przy polisach inwestycyjnych, które poza ochroną życia mają też składnik kapitałowy.

Polska może osiągnąć cele polityki klimatycznej UE bez rezygnacji z węgla

Domenico Rossetti z Dyrekcji Generalnej ds. Badań i Innowacji (DG RTD) Komisji Europejskiej

By osiągnąć unijne cele polityki klimatycznej, Polska nie musi rezygnować z węgla. Pierwszym krokiem musi być poprawa efektywności energetycznej – można ją osiągnąć względnie prosto, choćby przez nieznaczne obniżenie temperatury w ogrzewanych zimą budynkach. W drugiej kolejności możemy postawić na czyste technologie węglowe.

Polska ma duży potencjał w zakresie oszczędzania energii i poprawy efektywności energetycznej. To będzie pierwsze zadanie do realizacji. Jest wiele sposobów, którymi można to osiągnąć, np. renowacja budynków czy regulacja temperatury wymaganej w domach zimą. W niektórych hotelach w Warszawie są bardzo wysokie temperatury. Zamiast 24-25 stopni można by obniżyć temperaturę do 20 stopni. To w zupełności wystarczy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Domenico Rossetti z Dyrekcji Generalnej ds. Badań i Innowacji (DG RTD) Komisji Europejskiej.

Jak podkreśla Rossetti, Unia wyznacza sobie ambitne cele w zakresie walki z ociepleniem klimatu. Do 2030 r. efektywność energetyczna w całej wspólnocie ma wzrosnąć o 27 proc. W takim samym zakresie wzrosnąć powinien także udział odnawialnych źródeł energii. Do 2030 r. aż o 40 proc. w odniesieniu do 1990 r. ma zmniejszyć się emisja gazów cieplarnianych.

Sposób osiągnięcia tych celów nie jest jednak taki sam dla wszystkich krajów. Rossetti zwraca uwagę na to, że plan dotyczy całej Unii, a nie poszczególnych krajów. Dlatego takie państwa jak Polska, oparte na energetyce węglowej, mogą uczestniczyć w dążeniu do celów w miarę swoich możliwości.

Wszystkie kraje członkowskie mają swoje tradycje w zakresie energetyki  we Francji jest to energetyka atomowa, w Polsce  węgiel, a w Austrii odnawialne źródła energii. Zadaniem krajów członkowskich jest to, by wybrały swój miks energetyczny. Europa powinna zapewnić warunki ramowe, określić cele średnio- i długoterminowe polityki energetycznej. Są to cele europejskie, nie polskie, włoskie, niemieckie czy francuskie – przekonuje Rossetti.

Dodaje, że poza zwiększeniem efektywności energetycznej w Polsce można również zastosować czyste technologie węglowe. Należy do nich rozwijane w UE wychwytywanie i przechowywanie dwutlenku węgla. Przykładem czystych technologii jest również gazyfikacja węgla. O inwestycji w taką instalację wspominała Grupa Azoty.

Oczywiście są też różne źródła odnawialne, które mają duży potencjał, a nie są eksploatowane w Polsce w dużym stopniu – dodaje Rossetti.

Ekspert zaznacza, że Unia ma również inne cele w obszarze energetyki. Podstawowym jest budowa wspólnego rynku energii.

Rynek energetyczny Unii Europejskiej wciąż jest bardzo rozdrobniony. Jeśli spojrzymy na sposób przesyłu energii, to nie możemy mówić o swobodnym obrocie energią w Europie. Transfer pomiędzy członkami wspólnoty jest bardzo ograniczony – zauważa Rossetti.

Rossetti przestrzega jednak przed często pojawiającą się krytyką, że przez wysokie koszty energii europejska gospodarka traci w stosunku do Stanów Zjednoczonych. Zauważa on, że 70 proc. europejskiego PKB jest wytwarzane przez sektor usług, który jest znacznie mniej wrażliwy na ceny energii niż przemysł.

Poza tym, jak dodaje ekspert, unijny model gospodarki i społeczeństwa inaczej rozkłada akcenty niż Amerykanie. Stawia przede wszystkim na zabezpieczenia socjalne, edukację i wyrównywanie szans. Dlatego nawet gdy wiąże się to z wyższymi kosztami, nie można z tego zrezygnować.

Nie jestem przekonany co do tego, że amerykański styl życia z wszechobecną hiperkonsumpcją jest najlepszy. Elementy europejskiego stylu życia, gdzie mamy spójność społeczną, zrównoważony rozwój, edukację, bezpieczeństwo socjalne, które są silnymi atutami Unii Europejskiej, nie są wystarczająco brane pod uwagę – uważa Rossetti. – Oczywiście możemy wziąć pewne elementy, innowacje, powinniśmy jednak być bardzo dumni z naszego europejskiego modelu, ze wszystkimi jego cechami charakterystycznymi i mocnymi punktami.

Przyznaje jednak, że powinniśmy czerpać z innowacji stworzonych w Ameryce. Zaznacza jednak, że przedstawiany często w Europie obraz gospodarki Stanów Zjednoczonych również nie jest prawdziwy. Widać to np. podczas negocjacji umowy o wolnym handlu TTIP. Wielu Europejczyków uważa, że Ameryka jest tańsza, mniej uregulowana, ale taż, że nie dba o środowisko w stopniu takim jak UE.

– Myślimy, że w USA nie martwią się w ogóle o środowisko i zdrowie, a to nieprawda. Mam nadzieję, że znajdziemy wiele rozwiązań, na których obie strony skorzystają, jeśli porozumienie zostanie wdrożone – ocenia Rossetti. – Myślę także, że nie powinniśmy ciągle porównywać się ze Stanami Zjednoczonymi.

Zawodowe portale społecznościowe mogą zastąpić CV. Coraz więcej firm w ten sposób szuka pracowników

Katarzyna Wilga

Większość procesów rekrutacyjnych to obecnie tzw. działania ukryte, prowadzone m.in. przez zawodowe portale społecznościowe, takie jak GoldenLine czy LinkedIn. Dzięki zawartym na nich informacjom pracodawcy i agencje rekrutujące mają ułatwione zadanie. Poszukujący nowych wyzwań pracownicy powinni więc zadbać o to, by znajdujące się na profilach dane były aktualne i prawdziwe, a sama aplikacja zaopatrzona w profesjonalne zdjęcie.

– Coraz więcej firm poszukuje pracowników poprzez portale społecznościowe – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Katarzyna Wilga, ekspert GoldenLine. – Wykorzystywane są do tego głównie aplikacje biznesowe ze względu na to, że można tam założyć profil, który odpowiada wyglądowi tradycyjnego CV.

W Polsce najpopularniejszymi portalami pracy i kariery są GoldenLine i LinkedIn. Według Megapanel PBI/Gemius w maju br. pierwszy z nich notował 1,7 mln odwiedzin, LinkedIn – 1,3 mln. Jak twierdzi Katarzyna Wilga, są to miejsca, gdzie w bardzo profesjonalny sposób można zbudować wizerunek eksperta. Znajdują się tam odpowiednio ułożone, w sposób czytelny dla innych, informacje. Są także narzędzia do weryfikacji kandydatów, które ułatwiają poszukiwania.

– Umieszczone na portalach informacje powinny być przede wszystkim wiarygodne – radzi Katarzyna Wilga. – Właściciel profilu powinien zadbać o to, żeby był on systematycznie uzupełniany. Istotny jest opis doświadczeń i umiejętności, które dla rekruterów mogą być kluczowe. Nie są już potrzebne takie informacje jak data urodzenia, miejsce zamieszkania czy stan cywilny, więc można ich unikać. Przede wszystkim nie warto kłamać, bo to wychodzi na jaw.

Zdjęcie powinno być oficjalnym, profesjonalnym wizerunkiem fotograficznym. Ekspertka radzi, by unikać zamieszczania zdjęć z sytuacji prywatnych, z rodziną, ze znajomymi, zrobionych w czasie wakacji czy imprezy.

Najbardziej profesjonalnym punktem w profilach jest opis ścieżki zawodowej, dlatego profil warto na bieżąco uaktualniać.

– Kariera na pozycji specjalisty rozwija się naturalnie w kierunku wyższych szczebli: menadżera czy dyrektora. Jeśli rzeczywiście doszło do awansu, warto taką informację zamieścić. Daje ona obraz wiarygodnego i zaangażowanego pracownika – twierdzi Katarzyna Wilga.

Warto wtedy także umieścić informacje o stopniu odpowiedzialności. Jak zapewnia Katarzyna Wilga jest to bardzo ważna informacja dla rekrutujących.

– Dobre wrażenie robi dodanie swoich obowiązków, specjalizacji, ale także umiejętności – mówi ekspertka GoldenLine. – To kluczowe słowa, po których rekruterzy szukają kandydatów.

Kolejną rzeczą są referencje. Warto poprosić znajomych z poprzedniej pracy o dodanie kilku słów opisujących przebieg współpracy. Korzystne jest także zbudowanie odpowiedniej sieci kontaktów.

 Biznesowe portale społecznościowe działają networkingowo – zauważa Wilga. – Warto dodawać do swojej sieci ekspertów z branży, wypowiadać się w grupach tematycznych oraz pamiętać, żeby profil był uaktualniany nie tylko w momencie, kiedy szukamy pracy, lecz także wtedy, kiedy akurat byliśmy na kursie, zdobyliśmy umiejętność, certyfikat, ukończyliśmy szkolenie itp. To sygnał, że się rozwijamy.

Szacuje się, że obecnie ponad 80 proc. rekrutacji firm w Polsce to tzw. działania ukryte (bez ogłoszeń o naborze). Przedsiębiorstwa coraz częściej poszukują bowiem kandydatów o sprecyzowanych umiejętnościach, a do takich osób łatwiej docierać poprzez sieć i zawodowe portale społecznościowe. Po serii ogłoszeń często zgłaszają się osoby, które wymagania spełniają w części albo w niewielkim stopniu. Poszukiwanie odpowiedniej osoby, jak tłumaczy Katarzyna Wilga, to żmudna praca. Gdy proces jest odwrócony, to rekruter zwraca się do osób, które spełniają kryteria.

– Powinien to być więc jeden z pierwszych kanałów poszukiwania pracy – uważa Katarzyna Wilga.

Naczelna Rada Lekarska: Osoby starsze powinny mieć większy dostęp do opieki stomatologicznej. Trzeba też wprowadzić karty seniora

Agnieszka Ruchała-Tyszler

Ponad 40 proc. Polaków powyżej 65 roku życia nie ma już żadnych zębów. Zdaniem lekarzy wynika to z niewłaściwej higiena jamy ustnej i braku regularnych konsultacji w gabinetach dentystycznych. Naczelna Rada Lekarska podkreśla, że konieczne jest stworzenie rządowego programu opieki stomatologicznej nad osobami starszymi. Nieleczone zęby, krwawienie z dziąseł i brak uzupełnień protetycznych mogą wywoływać choroby ogólnoustrojowe i nowotworowe oraz utrudniać ich leczenie. 

Stomatolodzy alarmują: próchnica i choroby przyzębia to nie tylko problem zdrowia jamy ustnej. Chore zęby i dziąsła mają niekorzystny wpływ na cały organizm. Kardiolodzy wskazują na związek z chorobami sercowo-naczyniowymi, a onkolodzy – z nowotworami.

10 proc. nowotworów jamy ustnej to nowotwory złośliwe. Jeżeli mamy opiekę stomatologiczną, która funkcjonuje nieprawidłowo, to wykrywalność takich nowotworów jest znacznie gorsza. Z danych w Krajowym Rejestrze Nowotworów wynika, że w Polsce w porównaniu do krajów Unii Europejskiej zachorowalność na nowotwory jest prawie 1,5 raza większa, a umieralność na nowotwory jamy ustnej, raka wargi, języka, gardła jest prawie dwukrotnie większa – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Agnieszka Ruchała-Tyszler, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Problem z roku na rok będzie się pogłębiał, bo polskie społeczeństwo starzeje się coraz szybciej. Z danych GUS wynika, że obecnie w wieku senioralnym (mężczyźni 65+, kobiety 60+) jest 7,3 mln Polek i Polaków, czyli 20 proc. całej populacji. Do 2030 r. odsetek ten ma wzrosnąć do 33 proc. Dentyści podkreślają, że w tej sytuacji priorytetem jest stworzenie rządowego programu opieki stomatologicznej nad osobami starszymi.

Państwo powinno zwiększyć dostępność do opieki stomatologicznej, w tym opieki specjalistycznej, protetycznej, chirurgicznej i periodontologicznej. Powinno się umożliwić finansowanie transportu osobom, które mają kłopot z przemieszczaniem się, często są przykute do łóżka. Ważne jest również to, aby we współpracy z ekspertami został stworzony skuteczny system edukacji dla ludzi starszych. Mógłby on być propagowany przez uniwersytety trzeciego wieku, pielęgniarki środowiskowe czy innych lekarzy – tłumaczy dr Agnieszka Ruchała-Tyszler.

Ze statystyk Naczelnej Rady Lekarskiej wynika, że co czwarty Polak nie był u dentysty od 5 lat. W tym roku NFZ wyda na opiekę stomatologiczną 1 mld 75 mln zł, czyli –  45,43 zł na jednego pacjenta. Zdaniem lekarzy to zdecydowanie za mało.

– To jest leczenie obejmujące nie tylko leczenie protetyczne, lecz także leczenie zachowawcze zębów, profilaktykę dzieci, kobiet w ciąży, czyli bardzo szeroki wachlarz. Takie finansowanie naszym zdaniem jest niewystarczające. Apelujemy więc, aby wprowadzić kartę opieki stomatologicznej seniora, w której byłyby zawarte najważniejsze informacje: na jakie choroby pacjent choruje, jakie leki zażywa, jaki jest przebieg leczenia – podkreśla dr Agnieszka Ruchała-Tyszler.

W Polsce spada liczba osób korzystających z opieki dentystycznej w publicznych ośrodkach zdrowia. Niemal 70 proc. osób leczy się w prywatnych ośrodkach stomatologicznych.

Nowa trasa wylotowa z Warszawy w kierunku Katowic otwarta. Prawie pół roku przed terminem

Agnieszka Stefańska

Nowy niespełna sześciokilometrowy odcinek S8 Opacz–Janki otwarty dla kierowców. Firma Strabag, generalny wykonawca trasy, zakończyła prace prawie pół roku przed terminem. Nowa wylotówka z Warszawy ma rozładować korki w Raszynie i usprawnić ruch w kierunku Katowic. Cała inwestycja będzie ukończona w grudniu tego roku.

Jako generalny wykonawca odcinka autostrady S8 OpaczJanki jesteśmy bardzo zadowoleni, że w środku sezonu wakacyjnego możemy ulżyć kierowcom podróżującym przez Warszawę bądź wyjeżdżającym z Warszawy w kierunku południowym i otworzyć przed terminem odcinek drogi ekspresowej S8 pomiędzy węzłem Opacz na Południowej Obwodnicy Warszawy a węzłem Warszawa Janki – mówi Wojciech Trojanowski, członek zarządu Strabag.

Nowy prawie sześciokilometrowy odcinek S8 pozwoli na zmniejszenie korków w podwarszawskim Raszynie, które utrudniały nie tylko wyjazd w kierunku Śląska, lecz także były zmorą mieszkańców podwarszawskich miejscowości.

Uruchomienie nowego odcinka oznacza zmiany w organizacji ruchu.

To nie jest organizacja docelowa. Na razie najdogodniejszym wyjazdem nową drogą jest wyjazd dla kierowców jadących w stronę Wrocławia i Katowic. Kierowcy udający się w kierunku Krakowa i wracający S7 w kierunku Warszawy będą wciąż korzystać z dotychczasowej trasy przez Janki i Warszawę, jednak będzie tam już znacznie mniejsze natężenie ruchu niż dotychczas – mówi Agnieszka Stefańska, rzecznik warszawskiego oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Na odcinku S8 zastosowano innowacyjną nawierzchnię. Umożliwi ona wydłużenie okresu eksploatacji drogi bez konieczności przeprowadzania znaczących napraw konstrukcji. Wymagane będą jedynie okresowe wymiany warstwy wierzchniej, czyli tzw. warstwy ścieralnej. Na nowej konstrukcji nie powinno być również problemu z koleinowaniem nawierzchni.

Zgodnie z zapewnieniem wykonawcy trasa będzie znacznie bardziej wytrzymała na nacisk samochodów, co wiąże się z korzyściami finansowymi dla Skarbu Państwa, ponieważ remonty będą rzadsze, krótsze i będą miały mniejszy zasięg, oraz z korzyściami dla kierowców, którzy będą mieli znacznie mniej utrudnień – wyjaśnia Stefańska.

Stan zaawansowania prac na odcinku węzeł Warszawa Janki – węzeł Paszków (3,5 km) to już ok. 80 proc., natomiast do końca roku przebudowana zostanie droga krajowa nr 7 od  węzła Janki Małe do skrzyżowania z drogą wojewódzką nr 721 w miejscowości Sękocin Las. Stan zaawansowania robót budowlanych na tym odcinku to ok. 70 proc.

Jest to pierwsza część tej inwestycji, reszta zostanie wykonana do końca 2015 roku. Umożliwi ona przede wszystkim podróżującym z kierunku krakowskiego włączenie się do drogi krajowej S8 poprzez nowo powstałe węzły łączące drogę S7 z drogą S8 – wyjaśnia Wojciech Trojanowski, członek zarządu Strabag.

Jak podkreśla Trojanowski, dzięki dobrej współpracy z inwestorem, czyli Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad, udało się ten odcinek zbudować o wiele wcześniej, niż wynika to z kontraktu. Inwestycja realizowana jest w systemie „zaprojektuj i wybuduj”. Strabag był więc zobowiązany wykonać projekt budowlany i wykonawczy, uzyskać wszelkie pozwolenia i przeprowadzić budowę. Formuła ta wiąże się z wieloma czynnikami ryzyka, dlatego – jak podkreśla członek zarządu spółki – tak ważna jest współpraca z zamawiającym. Jego zdaniem ustawodawca i zamawiający powinni rozważyć wprowadzenie do kontraktów systemu motywacji dla wykonawców.

Takich instrumentów nie ma w obecnie obowiązujących kontraktach, a myślę, że byłaby to dobra motywacja dla poważnych firm budowlanych, żeby skracać terminy realizacji – podkreśla Trojanowski. – To dałoby ulgę kierowcom i spowodowałoby, że drogi ekspresowe powstawałyby szybciej, a zamawiającemu dałoby więcej możliwości, np. rozszerzenie systemu poboru opłat na drogach ekspresowych.

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 17.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

W. Sobieraj: Przejęcie Alior Banku pozwoli Grupie PZU na budowę platformy do konsolidacji rodzimego sektora bankowego. Klienci banku nie powinni w żaden sposób odczuć skutków transakcji

Wojciech Sobieraj

Przejęcie 25 proc. akcji Alior Banku za kwotę 1,6 miliarda złotych przez Grupę PZU pozwala na stworzenie wspólnej platformy zakupowej oraz wykorzystanie banku do realizacji fuzji i przejęć. Mimo że ubezpieczyciel w praktyce przejął kontrolę nad Alior Bankiem, to dla klientów nie powinno być to w ogóle zauważalne. 

W opinii Wojciech Sobieraja, prezesa zarządu Alior Banku, transakcja nie powinna w krótkim okresie w żaden sposób wpłynąć na sytuację na polskim rynku bankowym.

– Po prostu zmieni się właściciel 25-proc. akcji Aliora . Na bieżącą działalność banku na pewno w żaden sposób to w krótkim okresie nie wpłynie – mówi agencji informacyjnej prezes Sobieraj.

Umowa kupna zawarta pomiędzy Grupą PZU a spółkami Alior Lux S oraz Alior Polska Sp. z o.o dotyczy pakietu ponad 25 proc. akcji banku. Strony transakcji ustaliły, że ubezpieczyciel nabędzie w sumie ponad 18,3 mln udziałów, płacąc za nie łącznie 1,6 miliarda złotych (89,25 zł za jedną akcję). Transakcja oznacza, że w praktyce Grupa PZU przejmie kontrolę nad bankiem.

Prezes Alior Banku wskazuje jednak na istotne czynniki, które w wyniku transakcji mogą się pojawić w dłuższej perspektywie czasowej.

– Pierwszy to współpraca między nami a PZU, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy nie stworzyli wspólnej grupy zakupowej – deklaruje. – Możliwa jest też potencjalna kontynuacja tego, o czym opowiadał prezes Klesyk, mowa tu o używaniu Aliora do kupna, przejęcia i łączenia się z innymi bankami.

Alior Bank w tej sytuacji będzie występował w roli podmiotu realizującego operacje fuzji i przejęć. Plany największego polskiego ubezpieczyciela mówią o przejęciu jeszcze 3-4 banków, a możliwa kwota akwizycji może wynieść 5-6 mld zł.

– Cały czas myślimy, że jedną z podstawowych trampolin rozwoju jest nasza innowacja, nasza współpraca z T-Mobile i stworzenie nowego labu innowacyjnego, gdzie będziemy mogli wprowadzać usługi, koncentrując się na kanałach elektronicznych – mówi prezes Sobieraj, pytany o kierunki rozwoju Alior Banku.

Utworzony w 2008 roku Alior Bank jest najszybciej rozwijającym się bankiem w Polsce. Obecnie obsługuje ponad 2,6 miliona klientów. W pierwszym kwartale bieżącego roku bank odnotował zysk netto na poziomie 91,2 mln zł. Jest to wzrost aż o 33 proc. w stosunku to tego samego okresu rok wcześniej.

Może zabraknąć pieniędzy na dopłaty w MdM

W 2015 r. pieniędzy na dopłaty wypłacane w ramach programu „Mieszkanie dla młodych” powinno jeszcze wystarczyć do końca grudnia. Jednak w 2016 roku mogą się one skończyć już w III kwartale, mimo że pula będzie o 15 mln zł wyższa. W ocenie Expandera umożliwienie uzyskania dopłaty na mieszkania z rynku wtórnego znacząco zwiększy zainteresowanie MdM. Na korzyść zadziałają również inne zmiany w programie.

W 2014 roku młodzi Polacy wykorzystali zaledwie 34,5% pieniędzy przeznaczonych na dopłaty w ramach programu MdM. Obecnie jest wyraźnie lepiej. Po pierwszym półroczu wynik (41% tegorocznej puli) jest wyższy niż w całym ubiegłym roku. Nawet utrzymanie dotychczasowego tempa w kolejnych miesiącach spowodowałoby, że również w 2015 r. część pieniędzy nie zostałaby wykorzystana. Jednak już niedługo możemy spodziewać się znaczącego wzrostu popularności MdM. Sprawi to zmiana warunków, która prawdopodobnie wejdzie w życie w sierpniu lub wrześniu. Najważniejszą nowością będzie możliwość uzyskania dopłaty na mieszkania z rynku wtórnego.

Nareszcie skorzystają Polacy z mniejszych miejscowości

Co spowoduje taka zmiana, można sobie wyobrazić na podstawie wyników poprzedniego programu – „Rodzina na swoim”. W 2012 r. funkcjonował on na podobnych zasadach, do tych, jakie już niedługo będą obowiązywały w MdM – limity cen dla rynku wtórnego były niższe niż dla nowych mieszkań. Mimo to wartości preferencyjnych kredytów udzielonych na oba typy nieruchomości okazały się zbliżone (rynek pierwotny: 3,17 mld zł, rynek wtórny: 2,75 mld zł). Oczywiście nie oznacza to, że za kilka miesięcy zainteresowanie MdM prawie się podwoi. Wzrost nie będzie tak duży ponieważ część osób, która przy obecnych zasadach wybrałaby nowe mieszkanie, po zmianach może podjąć inną decyzję i kupić mieszkanie z drugiej ręki. Warto jednak pamiętać, że do programu dołączą młodzi z mniejszych miejscowości, którzy dotychczas nie mogli skorzystać z takiej pomocy, ponieważ w ich okolicy nie powstawały nowe mieszkania lub było ich bardzo mało.

Mniejszy problem sfinansowania wykończenia

Zainteresowanie MdM zapewne wzrośnie także dlatego, że ograniczony zostanie problem braku możliwości sfinansowania preferencyjnym kredytem wykończenia mieszkania. Nowe lokale wymagają bardzo wysokich nakładów na ten cel. Z tego powodu część osób wolała kupić mieszkanie z rynku wtórnego finansując zakup i wykończenie zwykłym kredytem. Tacy kredytobiorcy po zmianach chętniej będą wybierali MdM. Co prawda, nadal nie dostaną pieniędzy na wykończenie, ale w przypadku rynku wtórnego jest to znacznie mniejszy problem. Czasami do zamieszkania wystarczy jedynie pomalowanie ścian. Zwykle nie ma konieczności położenia wszystkich podług czy wykończenia łazienki, co jest niezbędne w nowo wybudowanym lokalu.

Dopłaty będą wypłacane szybciej

Poziom wykorzystania środków na dopłaty przyspieszy także dlatego, że wsparcie na zakup mieszkań z rynku wtórnego będzie wypłacane szybciej niż to się dzieje obecnie. Jeśli ktoś zdecyduje się na lokal z drugiej ręki, to dofinansowanie dostanie w ciągu 1-2 miesięcy. Gdy kupuje mieszkanie w budowie, dopłatę może otrzymać dopiero za rok lub nawet dwa lata. Dzieje się tak ponieważ nabywając mieszkanie, które dopiero powstaje, nie płaci się od razu całej ceny. Płatność jest realizowana w postaci transz wypłacanych po ukończeniu określonych etapów budowy. Środki z dopłaty zawsze są wypłacane na końcu, jako ostatnia transza. Właśnie dlatego na początku roku zarezerwowane było już 19% z tegorocznej puli. W przyszłym roku może być natomiast mniej rezerwacji środków na 2017 r., a więcej dopłat będzie realizowanych od razu.

Wyższe dopłaty dla rodzin

Kolejną zmianą w programie, która może spowodować wzrost wartości kredytów w ramach MdM jest podwyższenie dopłat dla osób posiadających co najmniej dwoje dzieci. Dla takich wnioskodawców dopłata wzrośnie z 15% do 20%. Gdy dzieci jest troje lub więcej zostanie ona podwyższona z 15% do 30%. Poza tym dopłata będzie naliczana do większego metrażu – do max. 65 m2, a nie 50 m2, jak obecnie. Spowoduje to wzrost maksymalnej kwoty wsparcia w ramach MdM, które w niektórych miastach może osiągnąć nawet 100 000 zł. Dla przykładu, w Warszawie wynosi obecnie 44 920 zł, a po zmianach będzie to około 116 792 zł. Warto też dodać, że w przypadku rodzin z przynajmniej trojgiem dzieci zniesiony będzie limit wieku oraz ograniczenie mówiące, że dopłatę można uzyskać tylko na pierwsze w życiu mieszkanie. Takie wielodzietne rodziny będą więc mogły preferencyjnym kredytem sfinansować zmianę lokalu na większy. Według Expandera te zmiany powinny podnieść zainteresowanie MdM-em wśród rodzin z dziećmi, ale jego pozytywny wpływ będzie najprawdopodobniej znacznie mniejszy niż rozszerzenia programu na mieszkania z rynku wtórnego.

Inne pozytywne zmiany

Na korzyść MdM zadziałają również inne zmiany w programie. Dopłatę nareszcie będzie można uzyskać na mieszkanie budowane przez spółdzielnię mieszkaniową. Ponadto, kupno lokalu powstałego w wyniku przebudowy nieruchomości będzie traktowane tak jak zakup nowego mieszkania. Korzystna jest również likwidacja ograniczeń w zakresie tego, kto może zostać współkredytobiorcą, gdy młodzi sami nie mają wystarczających dochodów, aby uzyskać kredyt.

Przez 5 lat nie będzie można nadpłacać kredytu

Jedyną zmianą, która może negatywnie wpłynąć na zainteresowanie programem jest wprowadzenie ograniczenia wcześniejszej spłaty kredytu. Jeśli w okresie 5 lat zostanie dokonana nadpłata, która przekroczy wysokość uzyskanego dofinansowania, to trzeba będzie zwrócić część uzyskanej dopłaty. To z pewnością zniechęci do MdMu młodych wywodzących się z zamożnych rodzin. Do tej pory mogli oni bowiem zaraz po uzyskaniu dopłaty spłacić zaciągnięty kredyt. Co prawda, wiązało się to z koniecznością zapłaty prowizji bankowej, ale zwykle była ona niższa niż otrzymana dopłata.

Najważniejsze planowane zmiany w programie Mieszkanie dla Młodych

  • Dołączenie rynku wtórnego (limit ceny będzie niższy niż dla nowych mieszkań, wyniesie 0,9 a nie 1,1 wartości odtworzeniowej)
  • Większa pomoc dla rodzin wychowujących dwoje dzieci:
    • 20% dofinansowania (zamiast 15%)
  • Większa pomoc dla rodzin wychowujących troje dzieci:
    • Zwiększenie metrażu objętego dofinansowaniem do 65 m2 (było 50 m2),
    • Wzrost dofinansowania do 30% (zamiast obecnych 15%)
    • Zwolnienie z warunku „pierwszego mieszkania” oraz limitu wiekowego
  • Dofinansowanie wkładu własnego do nabycia mieszkania, które powstało w wynikuprzebudowy lub adaptacji, a nie tylko budowy
  • Objęcie dofinansowaniem członków spółdzielni mieszkaniowej, którzy podpiszą z nią umowę na budowę mieszkania i na tej podstawie wniosą wkład budowlany do spółdzielni w celu uzyskania prawa własności mieszkania (Obecne możliwe jest to jedynie w przypadku lokali ze SM, powstających na zasadach umów deweloperskich oraz mieszkań budowanych na rzecz członków spółdzielni, których budowa została już zakończona i rozliczona).
  • Szersza lista kredytobiorców:
    • Po zmianach w celu zwiększenia zdolności kredytowej wnioskodawców będą mogły wesprzeć dowolne osoby (nie tylko najbliższa rodzina)
  • Ograniczenie wcześniejszej spłaty i nadpłaty:
    • Jeśli kredytobiorca w okresie 5 lat od dnia ustanowienia lub przeniesienia własności mieszkania, spłaci całość lub część kredytu – w wysokości większej niż przyznane mu wsparcie – będzie musiał zwrócić część dofinansowania wkładu własnego.

Jarosław Sadowski
Główny analityk firmy Expander

Oferta deweloperów w największych miastach

Koniec II kwartału przyniósł znaczące zmiany w ofertach deweloperów. To bardzo dobry moment dla osób, które noszą się z zamiarem zakupu mieszkania z rynku pierwotnego.

Największa oferta mieszkań na rynku pierwotnym w dalszym ciągu znajduje się w Warszawie, następnie w Krakowie i Wrocławiu. Chociaż w ostatnim czasie na rynku nieruchomości można mówić o ożywieniu, to aktywność deweloperów nie we wszystkich miastach przełożyła się na większy wybór dla kupujących. Zmiany wielkości całkowitej oferty przebiegały bowiem w różnych kierunkach w zależności od rynku.

Oferta deweloperów na największych rynkach mieszkaniowych w kraju, dane na koniec II kw. 2015 r.

Miasto Całkowita oferta (dane w tys.) Mieszkania gotowe (dane w tys.)
Warszawa 16,2 2,5
Kraków 8,4 1,9
Łódź 2,0 0,6
Wrocław 7,4 1,5
Poznań 4,2 1,2
Gdańsk 3,8 0,8
Katowice 1,4 0,5

Źródło: Grupa Emmerson, Dział Badań i Analiz

W porównaniu z końcem 2014 r. oferta zmniejszyła się w Łodzi, Wrocławiu i Gdańsku. Największy przyrost oferty miał miejsce w Warszawie. Spowodowane jest to coraz większym zainteresowaniem klientów rynkiem pierwotnym, co jest jasnym sygnałem dla deweloperów, że warto budować w stolicy. Szczególnie dobrze ma się rynek inwestycji z wyższej półki. Inwestycja Bobrowiecka 10 na warszawskim Mokotowie czy Syrena Apartamenty na Woli są tylko przykładami, że jest duży popyt na luksusowe osiedla mieszkaniowe w prestiżowych dzielnicach.

Zauważalny progres na pierwotnym rynku mieszkaniowym, w porównaniu z końcem 2014, ma miejsce również w Poznaniu. Podobnie jak w Warszawie deweloperzy podążają za preferencjami klientów, którzy doceniają zwłaszcza atrakcyjną lokalizację. Przykładem jest inwestycja Maraton Gardens, która zlokalizowana jest w bezpośredniej odległości od Starego Rynku w Poznaniu.

– Oferty z rynku pierwotnego rzeczywiście cieszą się w tej chwili dużym zainteresowaniem. Wielu klientów decyduje się na zakup mieszkań jeszcze na wczesnym etapie budowy. Taki wariant daje, oprócz tańszej oferty, większy komfort przy wyborze mieszkania –twierdzi Krzysztof Kołakowski z inwestycji Bobrowiecka 10.

We wszystkich przebadanych miastach systematycznie maleje za to liczba mieszkań gotowych do odbioru. W ujęciu nominalnym oferta takich lokali najbardziej skurczyła się w Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku.

Jarosław Mikołaj Skoczeń
Grupa Emmerson S.A.

Rekordowo niskie stopy procentowe sprzyjają nadmiernemu zadłużaniu

Już od pół roku stopy procentowe pozostają na rekordowo niskim poziomie. Główna stopa referencyjna NBP wynosi obecnie 1,5%. To dobra wiadomość nie tylko dla osób, które mają zaciągnięty kredyt w złotówkach, lecz także dla zamierzających go dopiero wziąć. Eksperci ostrzegają jednak, żeby uważać.

Dzięki niskiej stopie referencyjnej NBP niska jest też stawka WIBOR 3M, która odpowiada za oprocentowanie kredytów. Jeszcze w 2012 r. wynosiła ona ponad 5%, obecnie jest na poziomie 1,72%. Nic dziwnego, że dla wielu Polaków to idealny moment na zaciągnięcie kredytu mieszkaniowego. „Z powodu niskiego poziomu stóp procentowych wzrosła nasza zdolność kredytowa, co pozwala na pożyczenie wyższej kwoty. Poza tym zmniejszyła się wysokość rat” – mówi serwisowi infoWire.pl Michał Krajkowski, główny analityk firmy Notus Doradcy Finansowi.

Jednak każdy kij ma dwa końce. „Powinniśmy pamiętać, że stopy procentowe nie będą niskie wiecznie. Prawdopodobieństwo, że wzrosną one w kolejnych latach, jest duże” – zaznacza ekspert. Wtedy osoby mające kredyt hipoteczny mogą się niemile zdziwić wysokością rat. Przykładowo: gdyby WIBOR 3M wzrósł do poziomu 5%, to mogłyby one zwiększyć się o 30–40%.

Eksperci finansowi podpowiadają, by przed zaciągnięciem kredytu zastanowić się, jak duże raty jesteśmy w stanie płacić przy ich ewentualnym wzroście. Warto też sprawdzić marżę pobieraną przez bank i przede wszystkim nie zadłużać się na maksymalną kwotę.

Największe armie świata zmieniają priorytety

Szybki rozwój gospodarczy Azji oraz malejąca liczba operacji wojskowych przyczyniają się do zmniejszenia wydatków na obronność wśród 50 krajów świata – liderów w dziedzinie obronności. W latach 2014-2018 USA zredukują swój budżet obronny o 36 mld dolarów, ale i tak kraj ten na obronność będzie wydawał więcej niż Chiny, Rosja, Indie, Wielka Brytania, Arabia Saudyjska oraz Francja razem wzięte. Jak wynika z trzeciej edycji raportu „Global Defense Outlook 2015. Defense and Development” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, dla największych armii na świecie coraz ważniejsza staje się walka z cyberprzestępczością i inwestycje w badania i rozwój. Według raportu wydatki w dziedzinie obronności w skali całego świata wyniosły w 2014 roku 1,6 biliona dolarów.

Raport analizuje światowy rynek wydatków na obronę oraz szczegółowo 50 krajów-liderów, które odpowiadają za 95 proc. globalnych wydatków na obronę. Według prognozy Deloitte w 2018 roku globalny łączny budżet sięgnie 1,69 biliona dolarów (wzrost o 6 proc.) ale łączne wydatki TOP 50 spadną. „Do tego czasu 26 krajów z grupy TOP 50 zredukuje swoje wydatki na wojsko średnio o 18 mld dolarów rocznie, a 24 z TOP 50 zwiększy je średnio o 102 mld dolarów. USA w latach 2014-2018 zredukują swój budżet wojskowy łącznie o 36 mld dolarów, ale i tak z budżetem 544 mld dolarów na ten cel kraj ten będzie przewyższał wydatki kolejnych sześciu krajów z największymi budżetami wojskowymi” – wyjaśnia Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu, ekspert ds. przemysłu obronnego, Deloitte.

W tym samym czasie Chiny zwiększą swoje wydatki na obronność o 53 mld dolarów do 229 mld dolarów. Suma ta stanowi równowartość 40 proc. budżetu na wojsko USA w 2018 roku, ale jednocześnie będzie stanowić czterokrotność wydatków największego regionalnego rywala Chin, czyli Japonii.

Raport Deloitte wskazuje na wyraźny wzrost udziału krajów Azji w globalnym budżecie wojskowym z 10 proc. w roku 1990 do 26 proc. w roku 2014, podczas gdy udział Europy zmalał z 44 do 24 proc. Do tak szybkiego wzrostu przyczynił się głównie dynamiczny rozwój gospodarczy Azji. Polska stoi w przededniu znaczących wydatków związanych z modernizacją armii, czego przykładem były ostatnie decyzje odnośnie testów śmigłowców Caracal oferowanych przez francuskie konsorcjum Airbus Helicopters. Po sprawdzeniu osiągów technicznych nastąpią negocjacje umowy offsetowej. Podpisanie umowy wartej ok. 13 mld zł jest planowane na jesień, a dostawy mają się zacząć w roku 2017. Z kolei w przetargu na system obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu zdecydowano się na rakiety Patriot, produkowane przez firmę Raytheon. Amerykański producent w ostatnich miesiącach rozpoczął już zresztą współpracę z polskimi podwykonawcami w zakresie produkcji.

Corocznie raport dzieli 50 państw wydających najwięcej środków na wojsko na cztery grupy pod względem wielkości PKB i udziale w nim wydatków na cele militarne.

Według tego podziału Polska (wraz z Argentyną, Brazylią, Chile, Egiptem, Indonezją, Malezja, Meksykiem, Południową Afryką, Tajlandią i Wenezuelą) znalazła się w grupie „Lower-Income Economizers” (grupie przeznaczającej na obronę poniżej 2% PKB). W Polsce od lat roczne wydatki na obronność oscylowały wokół 1,9 proc. PKB, jednak od przyszłego roku będzie to 2 proc.

Zgodnie z opublikowanym w dniu 22 czerwca 2015 roku rocznym raportem NATO jeszcze tylko Estonia, Wielka Brytania, Grecja i USA osiągną 2% próg wydatków na obronność w 2015 r.

W latach 2014-2018 tylko osiem z analizowanych krajów będzie miało szybszy wzrost wydatków na wojsko niż wzrost PKB. Będą to: Kuwejt, Belgia, Rosja, Algieria, Angola, Grecja, Chile i Indonezja. „Globalna gospodarka coraz mniej jest stymulowana wydatkami na obronę, a coraz bardziej zależy od wydatków przeznaczanych na infrastrukturę cywilną, edukację i opiekę zdrowotną. Społeczeństwa lepiej rozwinięte redukują budżety obronne, ponieważ inne priorytety uważają za ważniejsze. Jedynie nieliczne kraje zwiększają wydatki na obronę, licząc na przyspieszenie rozwoju gospodarczego” – wyjaśnia Dariusz Kraszewski, Partner w dziale Konsultingu, Deloitte.

Armie na całym świecie zmieniają swoje priorytety. Jednym z nich staje się walka z cyberprzestępczością. W krajach o wyższym poziomie PKB celem ataków jest przede wszystkim przemysł, ale cyberprzestępcy atakują również instytucje rządowe. Dlatego takie organizacje jak NATO od kilku lat prowadzą programy przeciwdziałające cyberprzestępczości.

Raport Deloitte wskazuje także na konieczność inwestowania w R&D, którego efekty mogą być wykorzystywane w celach obronnych. W 2018 roku globalny budżet na badania i rozwój w wojsku wyniesie 111,3 mld dolarów, o osiem procent więcej niż w roku 2014.

Najwięcej na ten cel przeznaczą Stany Zjednoczone – 63 mld dolarów na badania i rozwój w wojskowości będą stanowić 58 proc. globalnych wydatków na wojskowe R&D. „Badania i rozwój to najszybciej rosnąca kategoria wojskowych budżetów w Azji, która w latach 2014-2018 wzrośnie o 29 proc. Około 77 proc. tego wzrostu będzie pochodzić z Chin, Indii i Rosji. To wyraźnie pokazuje jak rośnie świadomość roli innowacyjności w wojsku i w jakim kierunku zmierzają współczesne armie. Tym śladem powinna pójść także nasza branża obronna” – wskazuje Piotr Świętochowski.

Informacje o opracowaniu:

Raport analizuje 50 państw – liderów w zakresie wysokości wydatków w roku 2014. Lista krajów: Algieria, Angola, Azerbejdżan, Chiny, Kolumbia, Indie, Iran, Irak, Maroko, Pakistan, Rosja, Turcja, Ukraina, Francja, Grecja, Izrael, Kuwejt, Oman, Portugalia, Arabia Saudyjska, Singapur, Korea Południowa, Tajwan, Emiraty Arabskie, Wielka Brytania, USA, Argentyna, Brazylia, Chile, Egipt, Indonezja, Malezja, Meksyk, Polska, Afryka Południowa, Tajlandia, Wenezuela, Australia, Belgia, Kanada, Dania, Finlandia, Niemcy, Włochy, Japonia, Holandia, Norwegia, Hiszpania, Szwecja, Szwajcaria.

Oddział SARE w Berlinie ma dać spółce lepszy dostęp do europejskich rynków

0

Tomasz Pruszyński, prezes zarządu SARE SA

Działająca w segmencie e-mail marketingu spółka SARE otworzyła w Berlinie swój pierwszy zagraniczny oddział. Działalność odbywać się będzie za pośrednictwem spółki córki SARE GmbH. Fizyczna obecność za granicą istotnie poprawi kontakt z partnerami biznesowymi nie tylko w Niemczech, lecz także w Austrii. Plany zarządu zakładają utrzymanie 25-30 proc. udziałów zagranicznych przychodów w strukturze sprzedaży spółki.   

– Musieliśmy założyć spółkę w Berlinie, postawić tam serwery fizyczne, bo Niemcy chcą mieć pewność, że dane ich klientów, ich obywateli, nie wyciekną na zewnątrz. Chcieli mieć po prostu obsługę na rynku niemieckim taką sensu stricto lokalną – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomasz Pruszyński, prezes zarządu SARE SA.

Grupa SARE SA ma za sobą bardzo dobry pierwszy kwartał bieżącego roku. Zysk netto w tym okresie wyniósł ponad 0,6 mln zł. Giełdowa spółka zanotowała także rekordowe przychody. Blisko 7,5 mln zł w I kwartale to blisko 20 proc. więcej niż w tym samym okresie 2014 roku. Wejście na rynek niemiecki ma pomóc spółce w zwiększeniu zagranicznych przychodów.

– Co roku zwiększamy udział przychodów z zagranicy. Startowaliśmy od kilku procent, dzisiaj już prawie 25 proc. przychodów spółki to przychody z zagranicy – wylicza prezes SARE SA.

Tomasz Pruszyński szans na dalszy rozwój upatruje nie tylko w Niemczech, lecz także w Austrii czy Wielkiej Brytanii. Rynek amerykański, choć niezwykle atrakcyjny, jest też, niestety, bardzo konkurencyjny, przez co spółka mogłaby mieć problemy z odnalezieniem się na nim.

– Zakładam, że utrzymanie tych 25-30 proc. przychodów z zagranicy to będzie dobry wynik w najbliższych 2-3 latach. Później zobaczymy, czy będziemy robić też akwizycje w Polsce czy za granicą – deklaruje.

Pytany o najbliższe plany SARE SA Tomasz Pruszyński mówi o wejściu na główny parkiet Giełdy Papierów Wartościowej w Warszawie. Równocześnie spółka zamierza pozyskać kapitał na realizację nowych przejęć oraz poszerzenie palety oferowanych usług. Choć zarząd prowadzi już rozmowy w sprawie potencjalnych akwizycji, to na razie jest jeszcze za wcześnie, aby ujawnić szczegóły.

– Jedyne, co mogę powiedzieć, to jest to, że na pewno nie chcemy przejmować spółek naszej bezpośredniej konkurencji, ponieważ wolimy szybciej rosnąć organicznie. I na pewno też jest tak, że mamy tu jeszcze duży potencjał wzrostu – wyjaśnia rozmówca.

Intencją zarządu SARE SA jest przeniesienie spółki na rynek regulowany GPW już na przełomie 2015/2016 roku. W tym celu zostało wybrane już biuro maklerskie, koordynujące proces przejścia, a prospekt emisyjny powinien zostać złożony już we wrześniu. Transfer uzależniony jest jednak między innymi od decyzji Komisji Nadzoru Finansowego oraz poziomu rynkowej kapitalizacji spółki.

Symbio chce pozyskać kolejnych dystrybutorów swoich produktów. Spółka planuje też wejść na nowe rynki – do Azji i na Bliski Wschód

0

Jacek Skowroński, prezes zarządu Symbio

Rozwój dystrybucji i zwiększenie eksportu mają pozwolić Symbio na wzrost. Spółka zajmująca się produkcją żywności ekologicznej skupia się na niezależnych detalistach i polskich sklepach. Dzięki rosnącemu zainteresowaniu produktami ekologicznymi chce pozyskać nowych dystrybutorów do współpracy. Spółka chce pozyskiwać nowych klientów nie tylko w Europie, lecz także na Bliskim Wschodzie i rynkach azjatyckich.

Jesteśmy mocnym graczem na rynku, ale dystrybucja naszych produktów nie jest jeszcze stuprocentowa. Chcemy być obecni w Polsce w każdym sklepie, który prowadzi sprzedaż produktów ekologicznych. Ważny będzie też wzrost rynku sklepów ekologicznych, a widzimy teraz korzystne trendy – mówi agencji Newseria Inwestor Jacek Skowroński, prezes zarządu Symbio, producenta żywności ekologicznej.

Wartość polskiego rynku żywności ekologicznej wynosi ok. 700 mln zł i rośnie w tempie 20 proc. rocznie. W sprzedaży zdrowej żywności specjalizuje się obecnie ok. 650 sklepów, jednak ekologiczne produkty, ze względu na rosnące zainteresowanie, można również znaleźć w supermarketach, a liczba sklepów z ekoproduktami stale rośnie.

Po pierwsze coraz więcej sklepów chce handlować stricte ekologią. Po drugie rośnie zainteresowanie produktami ekologicznymi zachodnich sieci handlowych, czyli sklepów wielkopowierzchniowych – podkreśla Skowroński.

Symbio współpracuje przede wszystkim z polskimi sklepami i niezależnymi detalistami. W 2014 roku do 500 obsługiwanych przez spółkę punktów dołączyło 100 kolejnych. Prowadzone są rozmowy z nowymi sieciami w sprawie nawiązania współpracy, trwają także renegocjacje umów z dużymi sklepami.

Większość przychodów spółki pochodzi z krajowej sprzedaży. W I kw. tego roku 368 tys. zł, czyli 26 proc. przychodów, stanowiła sprzedaż certyfikowanych półproduktów ekologicznych, przede wszystkim do krajów Unii.

Jest jeszcze dużo do zrobienia w Europie Zachodniej. Natomiast Daleki Wschód czy Bliski Wschód to dla nas interesujące kierunki, gdzie widzimy zainteresowanie produktami, które rosną w Unii Europejskiej, a mają certyfikat ekologiczności. I tam widzimy też szanse na rozwoju naszej firmy – przekonuje prezes Symbio.

Rośnie zainteresowanie ekologicznymi produktami nie tylko w Europie, lecz także na rynkach azjatyckich, gdzie dużą wagę przywiązuje się do jakości i walorów smakowych. To szansa dla polskich firm, zwłaszcza że ze względu na liczbę mieszkańców regionu, możliwości są ogromne.

To kwestia uplasowania się na rynku przez odpowiedniego dystrybutora czy dystrybutorów – wskazuje Skowroński i przekonuje, że działalność eksportowa to ważny element strategii firmy. – Potrafimy nie tylko kupić surowiec, przetworzyć i sprzedać jako gotowy wyrób, lecz także kupić dany owoc i sprzedać go do producenta, który przerobi go w innym kraju, albo też sami zrobić to tutaj, czyli mieć marżę i producenta, i dystrybutora – podkreśla prezes Symbio.

Kryterium najniższej ceny wciąż najważniejsze w zamówieniach publicznych. Brakuje oceny całościowych kosztów i korzyści

Sebastian Pietrzyk, partner w kancelarii Pietrzyk Wójtowicz Dubicki

W latach 2012-2014 tylko w 2 proc. zamówień publicznych zamawiający przy wyborze oferty nie kierował się wyłącznie najniższą ceną, a ustalał dodatkowe kryteria – wynika z raportu NIK. Choć w ostatnich miesiącach ten odsetek rośnie, to i tak cena jest dominująca. Zamawiający w ten sposób zabezpieczają się przed możliwymi odwołaniami do Krajowej Izby Odwoławczej. Eksperci podkreślają, że brakuje oceny całościowych kosztów i opłacalności zamówienia.

Można wskazać kilka podstawowych mankamentów podczas zlecania usług zewnętrznych. Raport NIK wskazuje przede wszystkim, że tylko kryterium najniższej ceny decydowało, że dzielono zamówienia w sposób nieuprawniony i że jednostki zamawiające nie dokonywały oceny kosztów i korzyści danych zamówień – mówi Sebastian Pietrzyk, partner w kancelarii Pietrzyk Wójtowicz Dubicki.

Najwyższa Izba Kontroli przeanalizowała działania 13 instytucji publicznych w związku z udzielaniem zamówień publicznych na usługi zewnętrzne w okresie od 2012 do I półrocza 2014 roku. Objęły one wykonanie 14 tys. różnego typu usług zewnętrznych o łącznej wartości ponad 2 mld zł. Z raportu wynika, że większość zamówień toczyła się z godnie z przepisami. Nieprawidłowości dotyczyły m.in. nieuzasadnionego podziału zamówienia, co pozwalało udzielać części zamówienia bez stosowania określonych przepisami procedur. Poza tym brakowało często również pełnego rozpoznania potrzeb na zamawiane usługi, a co za tym idzie również ich opłacalności.

NIK wskazuje, że prawie we wszystkich zamówieniach ofertę wybrano wyłącznie przez kryterium najniższej ceny. Tylko w 2 proc. przypadków zamawiający określił dodatkowe kryteria.

Raport dotyczy okresu do I półrocza 2014 roku i wtedy faktycznie tendencja w ponad 90 proc. była taka, że cena była w zasadzie jedynym kryterium. Obecnie ta tendencja się odwraca w sposób trochę jeszcze sztuczny, dlatego że kryterium ceny stanowi 90 proc., natomiast pozostałe 10 proc. to kryteria pozacenowe – mówi Pietrzyk.

Jak wynika z raportu, stosowanie tego kryterium uzasadniano przede wszystkim brakiem nakazu stosowania innych kryteriów.

Powinniśmy przede wszystkim więcej debatować na temat tych kryteriów pozacenowych i korzyści, jakie daje ich zastosowanie. To nie jest kwestia przepisów ustawy, tylko świadomości i nastawienia. W większości przypadków niektórzy zamawiający obawiali się zarzutu, że zastosują kryteria bardziej subiektywne, ale jednak takie, na które ustawa pozwala – mówi ekspert.

Z danych NIK wynika, że często wskazywano, że w ten sposób łatwiej obronić wybór oferty w przypadku postępowań przed Krajową Izbą Odwoławczą. Tego typu odwołania zdarzają się często. Przykładem może być przetarg na fragmentu południowej obwodnicy Warszawy. Firmy, których oferty zostały odrzucone, przekonują, że zwycięzca nie będzie w stanie tak tanio, jak obiecuje, zbudować tunelu pod Ursynowem. Firma Astaldi zobowiązała się zrealizować zlecenie za 1,2 mld zł. Pozostali uczestnicy przetargu deklarowali wykonanie prac za kwoty zbliżone do budżetu założonego przez dyrekcję lub drożej (nawet do 2,4 mld zł).

Zasadniczo problem polega na tym, że nawet w przypadku nieuwzględnienia zarzutów przez Krajową Izbę Odwoławczą, mogą się potem pojawić problemy związane z realizacją zamówienia poniżej pewnej wartości kosztorysowej. W praktyce wygląda to tak, że w trakcie realizacji okazuje się, że występują dodatkowe koszty, których nie przewidział, najczęściej pojawia się wtedy roszczenie dodatkowe, finansowe i terminowe, i wysokość wynagrodzenia ostatecznie wynosi tyle, ile zaproponowali wykonawcy, którzy byli na dalszych miejscach – mówi Sebastian Pietrzyk. – Nie chcę przesądzać, że w tym przypadku będzie podobnie, ale  niestety taka była u nas praktyka.

Eksperci Izby mieli zastrzeżenia również do przejrzystości systemu odwoławczego z uwagi na fakt, że zdecydowaną większość spraw KIO rozpatruje w składzie jednoosobowym. Ich zdaniem nie gwarantuje to wszechstronnego i obiektywnego rozpoznania sprawy. Dlatego postulują wprowadzenie w systemie zamówień publicznych zasady rozpoznawania odwołań w składzie co najmniej dwuosobowym i wyeliminowanie uznaniowości decyzji prezesa KIO w ocenianiu zawiłości sprawy.

Od 2016 roku możliwe większe prawa dla przedsiębiorców

Mariusz Haładyj, wiceminister gospodarki

Projekt ustawy prawo działalności gospodarczej trafił do Komitetu Rady Ministrów. Nowe przepisy mają wzmocnić gwarancje dla przedsiębiorców. Resort chce wprowadzić 15 zasad prowadzenia biznesu. Uporządkowane mają zostać relacje między przedsiębiorcami a organami administracji. Rynek korzystnie ocenia propozycje ustawy, przede wszystkim domniemanie dobrej woli czy uczciwości przedsiębiorcy. 

W konsultacjach społecznych, które trwały do 19 czerwca, oddźwięk był pozytywny, oczywiście z pewnymi propozycjami modyfikacji. Część uwag uwzględniliśmy, natomiast nie są to zmiany zasadnicze – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Haładyj, wiceminister gospodarki.

Projektem ustawy z uwzględnionymi zmianami zajmie się teraz rząd.

Wprowadzenie nowego Prawa działalności gospodarczej może znacznie ułatwić przedsiębiorcom jej podejmowanie. Ustawa zawiera 15 podstawowych zasad prowadzenia biznesu, które przede wszystkim wzmacniają prawa przedsiębiorców. Efektem regulacji ma być zagwarantowanie, że przy indywidualnych sprawach organy administracji będą stosować naczelne zasady prawa gospodarczego.

Do tej pory takich ogólnych zasad prawa gospodarczego brakowało, dlatego ich przyjęcie zostało pozytywnie odebrane. To przede wszystkim zasady domniemania dobrej woli przedsiębiorcy czy uczciwości – wskazuje Haładyj.

Domniemanie uczciwości oznacza, że nawet jeśli pozostaną wątpliwości dotyczące oceny stanu faktycznego, administracja będzie zobowiązana do rozstrzygania niewyjaśnionych kwestii na korzyść przedsiębiorcy.

Jak podkreśla, wpisuje się to w dyskusję, która wynikła w trakcie prac nad nowelizacją Ordynacji podatkowej. Uchwalone w ubiegłym tygodniu przez Sejm nowe przepisy wprowadzają zasadę rozstrzygania wątpliwości podatkowych na korzyść podatnika.

Resort podkreśla, że przedsiębiorcy szczególnie pozytywnie przyjęli również zasadę proporcjonalności czy uprawnionych oczekiwań.

Te zasady mają taki walor, że będą oddziaływać na przepisy prawa gospodarczego szerzej niż tylko na ustawę o działalności gospodarczej – podkreśla Haładyj.

Nowe przepisy mają być kompletną regulacją. Obecnie działalność wymagającą zezwolenia reguluje 27 ustaw, dwie kolejne regulują uzyskanie licencji, a jeszcze inna – otrzymanie zgody na działalność.

Rząd chce, by nowa ustawa weszła w życie możliwie jak najszybciej.

Jeśli ścieżka legislacyjna zakończy się pozytywnie, czyli projekt zaakceptują Rada Ministrów, Sejm, Senat i prezydent, to może ona obowiązywać od 1 stycznia 2016 roku – mówi Mariusz Haładyj.

Nowe prawo zastąpi ustawę obowiązującą od 2004 roku.

Polski przemysł może mniej płacić za prąd. Trzeba jednak zwiększyć efektywność energetyczną

prof. Krzysztof Żmijewski

Droższa o 1/3 energia elektryczna uniemożliwia polskiemu przemysłowi rywalizację z konkurentami z Niemiec. Nie dość, że krajowe firmy płacą więcej za energię, to jeszcze zużywają jej więcej, bo niższa jest efektywność energetyczna. Istnieje jednak potencjał do obniżki kosztów energii nawet o połowę.

W Polsce mamy dosyć trudną sytuację, bo u naszych zachodnich sąsiadów ceny energii są znacznie niższe. U nas to 44 euro za 1 MWh, a w Niemczech 33 euro. Z tej energii korzysta przemysł polski i niemiecki, które mają ze sobą konkurować. Więc przemysł polski mówi, że z taką ceną konkurować nie może – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Krzysztof Żmijewski, sekretarz Społecznej Rady ds. Zrównoważonego Rozwoju Energetyki.

Prof. Żmijewski podkreśla, że przez wiele lat w Polsce energia była tańsza niż na Zachodzie. Dlatego wiele osób dziwi się, gdy przemysł narzeka na wysokie ceny prądu. Do takiej sytuacji trzeba się jednak przyzwyczaić. Według prof. Żmijewskiego trudno będzie obniżyć cenę energii w Polsce do poziomu niemieckiego.

Wysoka cena prądu to nie jest jednak jedyny problem polskiego przemysłu. Dużym wyzwaniem jest też jakość tej energii, która jest gorsza niż na Zachodzie. Problemem jest też efektywność energetyczna. Według eksperta polskie fabryki potrzebują rocznie aż dwukrotnie więcej energii do wyprodukowania tej samej wartości dóbr co w Niemczech.

Prof. Żmijewskiego uważa, że to właśnie w efektywności energetycznej tkwi szansa na obniżenie kosztów energii. Nawet jeśli ceny jednostkowe będą się utrzymywać na stałym poziomie, to możliwe jest wydawanie mniejszych sum.

Koszty to jest cena razy ilość zużytej energii, a tej możemy zużywać mniej, jeżeli będziemy to robili rozsądniej, jeżeli np. w polskich domach nie będą jeździły puste oświetlone windy – tłumaczy prof. Żmijewski. – Jeżeli efektywność energetyczna gospodarki niemieckiej jest dwa razy większa niż w Polsce, to by znaczyło, że można obniżyć zużycie średnio o połowę.

Dostęp do nowych technologii spowodował zmiany w zachowaniu konsumentów. Firmy szukają sposobów na zwiększenie sprzedaży

Simon Kaluža

Cyfrowa rewolucja w światowym handlu sprawia, że firmy, by za nią nadążyć, muszą się skupić na dopasowaniu produktów i usług do indywidualnych potrzeb klienta. Dzięki cyfrowej transformacji biznesu firmy będą miały szansę lepiej poznać potrzeby klientów i łatwiej zarobić na ich zaspokojeniu.

Cyfrowa transformacja to zmiana biznesu, w której klient znajduje się w centrum uwagi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Simon Kaluža, dyrektor zarządzający SAP na region Europy Środkowo-Wschodniej. – To nowa rzeczywistość, która wymaga zrozumienia tego, w jaki sposób kontaktować się z klientem, jak się z nim komunikować, jak dostosować swoją ofertę tak, by mogła spełnić jego potrzeby. Musimy gromadzić wszystkie informacje zwrotne, które przychodzą od klientów i na podstawie tych danych możemy kształtować swój biznes zgodnie z jego potrzebami.

Najważniejsza jest dziś jego zdaniem wiedza. Musimy wiedzieć, czego klienci oczekują, zarówno od dostawców usług, jak i od sprzedawców towarów, oraz jak będą konsumowali to, co kupują. Następnie zaś trzeba znaleźć sposób komunikowania się z nimi za pośrednictwem różnych kanałów, m.in. przez strony internetowe, media społecznościowe czy osobiście

Klienci dzisiaj zachowują się inaczej niż kiedyś. Dziś konsument, gdy chce kupić nowy produkt, może najpierw poszukać go w internecie, potem zebrać opinie na jego temat w mediach społecznościowych, a następnie pójść do stacjonarnego sklepu i tam dokonać zakupu. Jeśli jesteśmy dostawcą usług, musimy bardzo pilnie śledzić wszystkie komunikaty oraz to, co i jak mówi się o produkcie za pośrednictwem wszystkich kanałów – podkreśla Kaluža.

SAP Polska dostrzega, że polskie firmy doceniają znaczenie cyfrowej transformacji. Zdają sobie sprawę z tego, że są muszą się przystosować, aby przyciągnąć ludzi i ulepszać swoją firmę. Kluczem do sukcesu jest to, aby zrozumieć, jak dziś zachowuje się pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków.

Polska pod względem analizy danych jest liderem – ocenia dyrektor zarządzający SAP na region Europy Środkowo-Wschodniej. – Dużo rozmawiamy z firmami o wykorzystaniu omnichannel w handlu elektronicznym, o tym jak szukać różnych dróg dotarcia do klienta, w jaki postępować z dużymi zbiorami danych. Nie chodzi tu tylko o radzenie sobie z big data, ale o to, w jaki sposób wyciągnąć z tych źródeł naprawdę przydatne informacje do jeszcze lepszej obsługi klientów. W Polsce jest kilka firm, które robią olbrzymie postępy w tym zakresie, tutaj, na polskim rynku.

Cyfrowa transformacja oznacza też odwrót od tradycyjnych strategii zarządzania. Przez lata firmy stawały się coraz bardziej skomplikowanymi tworami. Gdy dwadzieścia lat temu przedsiębiorstwa zmagały się z wyzwaniami w biznesie, by sobie z nimi poradzić, zaczęły wprowadzać procesy, czyli procedury prowadzące do rozwiązania problemu.

Dzięki wprowadzaniu procesów i porządkowaniu spraw biznes się rozwijał – opowiada Simon Kaluža. – Firmy stawały się coraz bardziej globalne, bardziej powiązane ze sobą, częściej korzystały z outsourcingu. Wraz z rozwojem wprowadzały coraz więcej procesów. Problem polega na tym, że w pewnym momencie te procesy nawarstwiły się do tego stopnia, że zaczęły blokować biznes. I wtedy konieczne było obranie innego kursu. Trzeba wszystko upraszczać, a to oznacza, że trzeba się skoncentrować na tym, co ma znaczenie, iść za klientem i wiedzieć, jak mu służyć.

Marka modowa Ewy Minge na giełdzie. Projektantka i spółka Esotiq & Henderson będą rozwijać segment odzieżowy i bieliźniany

0

Ewa Minge

Spółka Esotiq & Henderson, której marki odzieżowe sygnowane są nazwiskiem Ewy Minge, znanej polskiej projektantki mody, przeszła w czwartek z NewConnect na główny parkiet GPW. Ponad 17 mln zł pozyskanych z oferty publicznej zostanie przeznaczonych na rozwój salonów FemeStage i Esotiq w Polsce. Ewa Minge zapewnia, że zapytania o nowe kolekcje płyną również z zagranicy.

To projekt, który będzie przynosił nam wszystkim i inwestorom duże zyski. Chcemy je lokować w rozwój tego projektu. Pieniądze będziemy starali się wydawać w rozsądny sposób. Mamy w tym duże doświadczenie i realnie chcemy nimi dysponować – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewa Minge, projektantka i dyrektor kreatywna FemeStage Eva Minge. – Plany ekonomiczne są tak zaplanowane, że pozwolą nam przez długie lata się rozwijać i zarabiać duże pieniądze.

Esotiq & Henderson pozyskała od inwestorów 17 mln zł. Pieniądze trafią na rozwój dwóch brandów – marki bieliźniarskiej Esotiq i nowej marki odzieżowej FemeStage Eva Minge.

Ok. 65 proc. przeznaczonych jest na FemeStage – mówi Adam Skrzypek, prezes zarządu Esotiq & Henderson.

Z rozwojem nowego brandu odzieżowego spółka i projektantka wiążą duże nadzieje.

FemeStage Eva Minge jest teoretycznie najtańszą marką sieciową z naszego portfela marek. Mamy do zaoferowania fantastyczny produkt – mówi Ewa Minge. – Wyobrażamy sobie, że tych sklepów w Polsce i nie tylko w Polsce będzie bardzo wiele. Na pierwszej prezentacji naszej marki, która się odbywała poza granicami Polski, pokazaliśmy kolekcję, która w tej chwili jest w sprzedaży, i jej odbiór był bardzo pozytywny.

Podkreśla, że pojawiły się zapytania z rynków zagranicznych o możliwość dystrybucji kolekcji na innych rynkach. Przede wszystkim jednak chce się koncentrować na rozwoju marki w Polsce.

Nie jest to jeszcze ten moment, chcemy na razie ukształtować markę okresu dziecięcego w Polsce, a później wyjść w świat – zapowiada Minge. – Chcielibyśmy stworzyć wielopokoleniowy dom modowy, w którym jednym ze składników jest FemeStage Eva Minge. Budować luksusową markę uczyłam się od najlepszych, w tym od doradcy Armaniego, z którym współpracowałam przez 20 lat.

Sieć spółki to w tej chwili ponad 200 salonów marki Esotiq w Polsce i Niemczech oraz osiem salonów FemeStage Eva Minge w kraju. Do końca roku sieć Esotiq ma się powiększyć do niemalże trzystu salonów. FemeStage natomiast ma otworzyć kolejnych siedemnaście.

Polski rynek z pewnością nie jest łatwy. Działa tu praktycznie cała konkurencja z innych rynków, czy to w branży bieliźnianej, czy w odzieżowej. Myślę jednak, że polskie firmy mają bardzo dużo atutów. U nas jest nim Eva Minge, najlepsza polska projektantka, znana na całym świecie – mówi Skrzypek.

Jak podkreśla, spółka chce w ciągu najbliższych 3-4 lat zdobyć pozycję lidera na rynku bielizny.

Pod względem liczby sklepów już jesteśmy liderem. Na rynku odzieżowym chcemy zająć przede wszystkim pozycję firmy produkującej odzież ciekawą i niekonwencjonalną, ale w rozsądnych cenach – wyjaśnia Adam Skrzypek.

Spółka Esotiq & Henderson jest 12. tegorocznym debiutantem na głównym parkiecie GPW. Spółka zaoferowała do 450 tys. akcji. Cena emisyjna jednej wyniosła 38,50 złotych, tym samym spółce udało się uzyskać 17,3 mln złotych brutto.

Gdańska Wyspa Spichrzów doczeka się zabudowy. Apartamenty wybuduje tam m.in. firma Dekpol SA

Sebastian Barandziak

W Gdańsku coraz więcej deweloperów koncentruje swoje plany projektowe wokół morza i wody. W takich przymorskich dzielnicach jak Brzezno, Przymorze, Zaspa czy Jelitkowo w ostatnich miesiącach pojawiają się kolejne budowy. Firma Dekpol SA, która oprócz prac budowlanych zajmuje się też działalnością deweloperską, rozpoczęła sprzedaż lokali w inwestycji Nowa Motława na Wyspie Spichrzów.

– Wyspa Spichrzów od czasów II wojny światowej jest niezabudowana – mówi agencji informacyjnej Newseria Sebastian Barandziak, dyrektor ds. nieruchomości w firmie Dekpol SA. – Zamierzamy wybudować tam 298 apartamentów oraz aparthotel z 174 pokojami hotelowymi.

Inwestycja składa się z 298 apartamentów mieszkalnych o powierzchni od 27 do 74 mkw. i 174 apartamentów hotelowych o powierzchni od 22 do 41 mkw. Będą one sprzedawane w systemie condo, w którym prywatny inwestor może nabyć własny pokój hotelowy i mieszkać w nim np. przez miesiąc w roku, po czym wynajmować pod okiem zarządcy przez resztę roku.

W pierwszym etapie budujemy aparthotel i pierwszą część mieszkalną. Zamierzamy ją skończyć w grudniu przyszłego roku, czyli w 2016 roku. Drugi etap rozpocznie się mniej więcej za pół roku i proporcjonalnie w połowie 2017 roku powinien zostać oddany, oczywiście w zależności od tempa sprzedaży – mówi Barandziak.

Jak mówi, koszt inwestycji zależeć będzie od przebiegu prac budowlanych.

W Gdańsku prowadzimy na obecnie trzy inwestycje, poza Nową Motławą jest to Osiedle Zielone, II etap, oraz osiedle Młoda Morena, budowane w dzielnicy Piecki Migowo – mówi dyrektor.

Według raportu Domiporta.pl i Home Brokera Gdańsk jest jedynym w Polsce miastem, w którym przeciętna rentowność najmu mieszkań wynosi ponad 5 proc. netto. Obecnie za metr kwadratowy trzeba tam zapłacić 5 242 złote, a mediana ceny za wynajem to 34,64 złote za metr kwadratowy. Jak podkreślają autorzy raportu, po uwzględnieniu czynszu do administracji i podatku rentowność z takiej inwestycji może oscylować wokół 5,21 proc. rocznie. Oznacza to, że mieszkanie zwróci się po około 19 latach.

W Gdańsku najbardziej popularne są małe mieszkania – mówi Sebastian Barandziak. – Dwupokojowe, od 35 do 40 mkw. Wszystko związane jest z zasobnością portfeli klientów, bo są to zazwyczaj osoby młode, które kupują pierwsze mieszkanie – dodaje.

Wynagrodzenia w górę, jednak zmniejsza się tempo wzrostu

Przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach w czerwcu br. wzrosło w ujęciu rocznym o 2,5 proc., zaś zatrudnienie zwiększyło się o 0,9 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.

Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w czerwcu wyniosło 5577,8 tys. osób i było tylko nieznacznie wyższe niż w maju. W stosunku do czerwca poprzedniego roku przybyło niemal 52 tys. zatrudnionych, jednak tempo wzrostu nieco osłabło w stosunku do poprzednich miesięcy z ok. 1,1% do 0,9%. Jest to m.in. efekt coraz wyższej bazy. W ubiegłym miesiącu odnotowano najwyższy poziom zatrudnienia w firmach zatrudniających ponad 9 osób od 2005 r., od kiedy zaczęto liczyć te dane. Wzrosty zatrudnienia postępują wyraźnie od połowy 2014 r. Czerwcowe spowolnienie może oznaczać moment, w którym przedsiębiorcy wstrzymują się z decyzją o dalszym zwiększaniu zatrudnienia, testując, czy obecny poziom zasobów pracy nie jest wystarczający dla zaspokojenia popytu. Wydają się to potwierdzać dane wskaźnika PMI dla produkcji przemysłowej w czerwcu.

Wprawdzie główny wskaźnik PMI wzrósł wyraźnie w stosunku do maja i wyniósł 54,3 pkt. Wzrósł także po raz kolejny subwskaźnik nowych zamówień, jednak wskaźnik dotyczący zatrudnienia zmalał i to już po raz trzeci z rzędu. Być może przedsiębiorcy boją się zwiększać zatrudnienie, ze względu na rosnącą niepewność sytuacji na rynku pracy w przyszłości. W dalszym ciągu nie udało się ustalić wysokości płacy minimalnej na przyszły rok, Sejm przyjął zmiany kodeksu pracy zaostrzające warunki zatrudnienia na czas określony, a niepewny wynik wyborów parlamentarnych, może oznaczać pogorszenie warunków do zatrudnienia pracowników.

Zmniejszyło się także tempo wzrostu wynagrodzeń. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wyniosło 4039,70 zł, czyli o 2,5% więcej niż w czerwcu zeszłego roku. Jest to wzrost nieco wolniejszy niż w poprzednich miesiącach roku, kiedy wynosił przeciętnie ok. 3,6%.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Greckie tak dla reform pomoże przedsiębiorcom

W nocy z środy na czwartek grecki parlament przegłosował bolesne reformy, by uniknąć bankructwa. Będzie więc dalsza pomoc dla Grecji.

Z uznaniem przyjęliśmy wyniki głosowania w greckim parlamencie poświęconego przyjęciu pakietu reform strukturalnych, od uruchomienia których uzależniona jest wypłata finansowania pomostowego i dalsze negocjacje z eurogrupą w sprawie spłaty greckiego zadłużenia. Pomimo ogromnych perturbacji politycznych i protestów społecznych należy docenić wysiłek premiera, który pomimo sprzeciwu własnej partii zdecydował się na przyjęcie warunków wymaganych przez wierzycieli. Stawia to jego przyszłość polityczną pod znakiem zapytania. Ale warto podkreślić, że pomimo wyników referendum sprzed tygodnia, obecnie prawie 70 proc. Greków popiera porozumienia ze strefą euro. Decyzja Grecji zapewnia tak ważną dla przedsiębiorców stabilizację strefy euro, pozwala uniknąć testowania dalszej cierpliwości państw członkowskich strefy euro, ale przede wszystkim pozwala po raz pierwszy od wielu lat rozpocząć reformy, które w dalszej perspektywie wpłyną na odzyskanie tempa wzrostu gospodarczego, ograniczą wydatki i umożliwią redukcję zadłużenia. Podniesienie podatków i zmiany w systemie emerytalnym to ważne kroki dla uzyskania kolejnej transzy finansowania – prawie 90 mld euro.

Dla polskich przedsiębiorców oznacza to stabilniejszą w najbliższych tygodniach sytuację w eksporcie, przy jednoczesnej stabilizacji kursów walut.

Komentarz Jakuba Wojnarowskiego, zastępcy dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan.

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.07.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Generacja Y (pokolenie millenialsów) – między pracą a życiem osobistym

Do 2025 roku 75% pracowników na świecie będą stanowili przedstawiciele millenialsów. To pokolenie 18-33-latków, które jest bardzo skoncentrowane na pracy, ale stawia równocześnie na elastyczne warunki zatrudnienia. Jest też skłonne do podejmowania trudnych decyzji i poświęceń, żeby lepiej zrównoważyć życie osobiste i pracę. Pracodawcy muszą nadążać za potrzebami tej generacji, inaczej trudno im będzie utrzymać wartościowych pracowników – to wniosek płynący z raportu EY „Światowe pokolenia: globalne badanie wyzwań w obszarze równowagi między pracą a życiem osobistym”. W badaniu przeanalizowano potrzeby trzech generacji: pokolenia Y, X i tzw. boomersów.

Trudniej o równowagę

Zdaniem 33% badanych ogółem i 35% millenialsów utrzymanie równowagi między życiem osobistym a pracą w ciągu ostatnich 5 lat stało się trudniejsze. Blisko połowa ankietowanych uważa, że wynika to z faktu, że w tym czasie wynagrodzenie wzrosło nie tak bardzo jak wydatki. 48% badanych zadeklarowało, że równocześnie zwiększył się zakres ich obowiązków zawodowych. Pozostałe powody to: wzrost liczby obowiązków domowych (39%), większa liczba godzin w pracy (36%) i posiadanie dzieci (23%). Zachowanie równowagi między życiem zawodowym i osobistym jest największym wyzwaniem dla Niemców (49%) i Japończyków (44%). W Chinach jako problem ten czynnik wskazało zaledwie 16% pracowników.

Tydzień = 40 godzin?

Blisko połowa (46%) badanych pracuje ponad 40 godzin tygodniowo, a 4 na 10 twierdzi, że ilość czasu spędzanego w pracy w ciągu ostatnich 5 lat wzrosła. Spośród tej grupy około 2/3 stwierdziło, że czas pracy zwiększył się o 2 do 4 godzin tygodniowo, a 1/3, że o 5 lub więcej. Ponad połowa menedżerów w Meksyku (61%), USA (58%), Indiach (55%) i Brazylii (51%) pracuje ponad 40 godzin w tygodniu. Co ciekawe, w Chinach ten odsetek wynosi zaledwie 19%. Połowa przedstawicieli pokolenia boomersów pracuje ponad 40-godzin tygodniowo. To większy odsetek niż pokolenia X (45%) czy Y (44%).

Gospodarka napędza zmiany na rynku pracy

Coraz więcej osób podejmuje świadome decyzje dotyczące zatrudnienia na podstawie czynników makroekonomicznych. W ciągu ostatnich 5 lat około 1/3 (31%) badanych zmieniła pracę z powodu zmian w gospodarce – najbardziej skłonni do tego byli przedstawiciele millenialsów (37%). Ponad 1/5 ankietowanych zachęciła swojego partnera lub partnerkę do ponownego podjęcia pracy, a co czwarty do nieodchodzenia z pracy albo do niezmniejszania wymiaru godzinowego. 23% pracowników zadeklarowało, że nie zdecydowało się na posiadanie większej liczby dzieci, a 1 na 5 opóźnił moment rodzicielstwa ze względów ekonomicznych.

Powody rezygnacji z pracy

Wśród głównych przyczyn odejścia z pracy, ankietowani wskazali niski wzrost płac (76%), brak szans na awans (74%), nadgodziny (71%), brak atmosfery sprzyjającej pracy w grupach (71%) a także przełożonego, który nie pozwala na elastyczne warunki pracy (69%). – Na pierwszych trzech miejscach znajdują się elementy związane z wyceną pracy poszczególnych osób. Pracodawcy często nie nadążają za wzrostem kompetencji pracowników – nie potrafią wykorzystać ich doświadczenia i potencjału. Często też pracodawcy tracą kontakt z rynkiem – nie dostrzegają, że pojawiają się atrakcyjne oferty dla ich pracowników od nowych firm na rynku, lub firm, które przyjmują agresywną politykę wynagrodzeniową w celu pozyskania najlepszych pracowników kosztem ich konkurencji. W takiej sytuacji korzystają zatem Ci pracodawcy, którzy są najbardziej dynamiczni na zmieniającym się rynku pracy i dobrze znają wartość swoich pracowników – wskazuje dr Karol Raźniewski, Dyrektor zespołu Human Capital w EY Polska. Na kolejnym miejscu znalazł się „stygmat elastyczności”, czyli omijanie osób, które korzystają z elastycznego czasu pracy przy promocjach i podwyżkach. Pokolenie millenialsów jest mocniej wyczulone na niesprzyjające czynniki i co za tym idzie bardziej skłonne do zmiany pracy – szczególnie zależy im na elastycznych warunkach pracy. – Pracodawca nowoczesny to pracodawca, który zapewnia pracownikom pewną swobodę i rozlicza ich z efektów pracy, a nie przywiązania do miejsca pracy – komentuje raport ekspert EY.

Czego kandydaci oczekują od pracodawcyPorównanie pokolenia x y boomerzy - jakie czynniki są ważne w pracy

Przy poszukiwaniu pracy najbardziej liczy się konkurencyjna płaca i benefity, elastyczne warunki pracy a także brak konieczności zbyt częstych nadgodzin. Najwyżej zatem znajdują się elementy stanowiące szeroko rozumiany system motywacyjny. Dobrze dopasowany system motywacyjny pomaga przyciągnąć wartościowych kandydatów do pracy oraz zatrzymać najzdolniejszych pracowników. Wśród najważniejszych czynników wskazywanych przez pracowników znalazło się także połączenie elastycznego czasu pracy i możliwości awansu a także współpraca z zespołem i przełożonym, umożliwiająca osiąganie osobistych i zawodowych celów. Dla millenialsów ważniejsza jest możliwość uzyskania płatnego urlopu macierzyńskiego (74%) niż dla innych pozostałych pokoleń. Co ciekawe, 2/3 ankietowanych zadeklarowało, że byłoby skłonnych do zmiany miejsca pracy albo przeniesienia do innego oddziału firmy aby być bliżej rodziny. Ten czynnik znalazł się wyżej niż ograniczenie podróży służbowych z noclegiem czy możliwość odpoczynku od służbowych telefonów lub maili.

– W EY staramy się odpowiadać na zmieniające się potrzeby obecnych i przyszłych pracowników – mówi Anna Woźniak, Menedżer ds. Rekrutacji i Employer Brandingu w EY Polska. – Między innymi dlatego w ramach projektu Workplace of The Future tworzymy w naszych biurach nowy rodzaj przestrzeni, która sprzyja zarówno pracy indywidualnej jak i zespołowej. Sale spotkań ze ścianami pokrytymi warstwą, po której można swobodnie pisać, duże i w pełni wyposażone kuchnie oraz specjalnie przygotowane playroomy to tylko niektóre elementy przestrzeni, którą stworzyliśmy w dużej mierze według pomysłów pracowników. – dodaje.

O badaniu

Badanie EY „Światowe pokolenia: globalne badanie wyzwań w obszarze równowagi między pracą a życiem osobistym” zostało przeprowadzone na grupie 9 699 osób w wieku 18-67 lat, zatrudnionych na pełen etat, mieszkających w ośmiu krajach: Stanach Zjednoczonych Ameryki, Niemczech, Japonii, Chinach, Meksyku, Brazylii, Indiach i Wielkiej Brytanii. Pokolenie Y / millenialsi (18-33 lat), pokolenie X (34-49), boomersi (50-68).

Polska najbardziej atrakcyjną lokalizacją w Europie dla centrów nowoczesnych usług biznesowych

W Polsce istnieje ponad 650 centrów usług biznesowych, zatrudniających ponad 150 tys. osób. Czynnikami przyciągającymi inwestorów do Polski są przede wszystkim dostępność dobrze wykwalifikowanych i zmotywowanych do pracy specjalistów, coraz bardziej rozwinięta infrastruktura oraz stabilna sytuacja polityczno-gospodarcza kraju. O atrakcyjności Polski świadczy też dywersyfikacja lokalizacji, w których istnieją silne centra akademickie, stanowiące naturalne zaplecze kadrowe. Analiza KPMG w Polsce jest przewodnikiem dla zagranicznych inwestorów planujących budowę nowego lub rozbudowę istniejącego centrum usług biznesowych.

Dobrze wykwalifikowana kadra

Polska oferuje obecnie najbardziej atrakcyjne lokalizacje do budowy centrów usług biznesowych spośród wszystkich miast europejskich. Jednym z kluczowych czynników przyciągających inwestorów do Polski jest dostępność dobrze wykwalifikowanych i zmotywowanych do pracy specjalistów. W 2014 r. studia ukończyło w Polsce 450 tys. osób, a liczba studentów (1,6 mln) plasuje nasz kraj na 4. pozycji w Europie, zaraz po Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji. Polska klasyfikuje się również na 10. miejscu na świecie w globalnym rankingu umiejętności poznawczych i osiągnięć edukacyjnych (Index of Cognitive Skills and Educational Attainment 2014) oraz na 6. miejscu pod względem biegłości w języku angielskim w globalnym rankingu EF (English Proficiency Index 2014). W aktualnie działających centrach z kapitałem zagranicznym Polacy wykorzystują znajomość 40 języków.

Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych na świecie lokalizacji dla budowy centrum usług biznesowych, a międzynarodowi inwestorzy doceniają zarówno kwalifikacje zawodowe polskich specjalistów, jak i ich entuzjazm oraz chęć do dalszego kształcenia. Naszą przewagą w odniesieniu do innych krajów regionu Europy Środkowej i Wschodniej jest dywersyfikacja lokalizacji, w których istnieją silne ośrodki akademickie, stanowiące naturalne zaplecze kadrowe dla zaawansowanych centrów usług biznesowych. Zgodnie z wynikami opublikowanego w marcu b.r. badania pt. IT Outsourcing Service Provider Performance & Satisfaction Study, Polska zajmuje 2. miejsce na świecie i 1. w Europie na outsourcing usług IT. Ponadto warto wspomnieć, że Kraków znajduje się na 9. miejscu wśród najlepszych lokalizacji na całym świecie według raportu TOP 100 Outsourcing Destinations 2015
– mówi Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w zakresie strategii i operacji w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.

Stabilność polityczno-gospodarcza i infrastruktura

Stabilność polityczna oraz nasze członkostwo w NATO i Unii Europejskiej daje inwestorom poczucie bezpieczeństwa inwestycji w Polsce. Doceniane są też systematycznie prowadzone działania na rzecz walki z korupcją – w corocznym rankingu Transparency International pt. Corruption Perception Polska awansowała z 61. pozycji w 2007 roku na miejsce 35. w 2014 roku.

Kolejnym czynnikiem przemawiającym za otwarciem centrum usług biznesowych w Polsce jest dobrze rozwinięta infrastruktura biurowa. W ostatnich 10 latach podwoiła się powierzchnia dostępnych nowoczesnych biur, przy jednoczesnym zachowaniu konkurencyjnych stawek najmu. Inwestorzy pozytywnie oceniają również infrastrukturę drogową, sieć lotnisk i wygodnych połączeń lotniczych z największymi miastami na świecie.

Inwestorów zachęca stabilność polskiej gospodarki – od 2007 r. wzrost naszego produktu krajowego brutto jest o ponad 20% większy od średniego wzrostu krajów Unii Europejskiej. Fundusze unijne oraz przygotowania do EURO 2012 to również czynniki, które miały ogromny wpływ na rozwój infrastruktury w Polsce. Przez lata bowiem mało atrakcyjna infrastruktura wpływała na utratę inwestorów na rzecz Czech i Węgier
– dodaje Violetta Małek, dyrektor w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Koszty pracy

Koszty pracy ponoszone przez inwestorów w Polsce są zdecydowanie wyższe niż w Indiach czy w Bułgarii lub Rumunii. Dlatego też międzynarodowi inwestorzy wybierają Polskę głównie w sytuacji, gdy planują budowę centrów zaawansowanych usług biznesowych. Dobrą ilustracją tego trendu jest umiejscowienie w Polsce kilkanaście międzynarodowych grup centrów badawczo-rozwojowych, zatrudniających specjalistów technicznych.

W Polsce powstaje coraz więcej tzw. globalnych centrów biznesowych, w ramach których są realizowane zaawansowane procesy biznesowe takie, jak np. zarządzanie podatkami całej międzynarodowej grupy, oraz nadzoruje się dostarczanie usług biznesowych dla organizacji przez wewnętrzne centra usług wspólnych, oraz zewnętrznych dostawców tzw. outsourcerów. Inwestycje w centra zaawansowanych usług biznesowych są więc korzystne dla Polski, gdyż tworzą dobrze płatne miejsca pracy dla wykwalifikowanych specjalistów
– podsumowuje Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w zakresie strategii i operacji w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.

Młodzi Polacy najczęściej płacą kartą

1 na 5 Polaków przed 30-stką ma kartę kredytową, jednak tylko 6 proc. tę formę płatności wybiera najczęściej. Młodzi Polacy za zakupy częściej płacą kartą debetową do konta (63 proc.) lub gotówką (27 proc.) – wynika z badania instytutu 4P research mix przeprowadzonego na zlecenie Banku Zachodniego WBK. Przyzwyczajenia młodych jednak powoli się zmieniają.

Zdecydowana większość Polaków przed 30-stką ma konto osobiste (86 proc.), dwie trzecie respondentów dysponuje kartą debetową (69 proc.), a ponad połowa ma otwarte konto oszczędnościowe (54 proc.). Wciąż najmniej popularnym produktem bankowym jest karta kredytowa – w jej posiadaniu jest 22 proc. młodych Polaków. Z obserwacji Banku Zachodniego WBK wynika, że karty kredytowe stają się w Polsce coraz popularniejsze. W minionym roku sprzedaż kart kredytowych w BZ WBK wzrosła o blisko 14% r/r, a Bank posiada w swoim portfelu już 700 tys. takich kart. Nadal jednak produkt ten jest kojarzony z luksusem i wieloma wymogami do spełnienia.

– W Banku Zachodnim WBK postanowiliśmy to zmienić wprowadzając naszą ofertę promocyjną „Karta na start” skierowaną do osób, które nie posiadały u nas jeszcze karty kredytowej. Główne zalety kart kredytowych MasterCard Silver w promocji to brak opłat za wypłatę gotówki z bankomatów BZWBK24 i przewalutowanie transakcji zagranicznych przez pierwsze dwa lata użytkowania karty oraz brak prowizji za uruchomienie usługi spłaty ratalnej RATIO w pierwszych dwóch latach od zawarcia umowy o kartę kredytową. Nasza „Karta na start” to idealny sposób na rozpoczęcie przez młodych Polaków przygody z bardziej zaawansowanymi produktami bankowymi łatwo, szybko i bez ponoszenia wysokich kosztów – mówi Tadeusz Kościński, Dyrektor Obszaru Direct Banking w Banku Zachodnim WBK.

Zgodnie z wynikami badania najczęściej wybierana przez osoby poniżej 30 r. ż. forma płatności to karta debetowa do konta – korzysta z niej 63 proc. respondentów. Na drugim miejscu znalazła się gotówka z 27 proc., a na najniższym stopniu podium uplasowała się karta kredytowa (6 proc.). Przedstawiciel Banku Zachodniego WBK zwraca uwagę, że zarówno karta debetowa, jak i gotówka przestają być w dzisiejszym świecie wystarczające. Na znaczeniu zyskuje możliwość płatności kartą kredytową. Wiele transakcji internetowych, jak np. kupno biletu lotniczego czy rezerwacja noclegu nie może być zrealizowanych za pomocą zwykłej karty debetowej lub gotówki. Co więcej, karta kredytowa to również możliwość szybkiego i łatwego dostępu do dodatkowych środków, które mogą pomóc w nagłej potrzebie lub upolowaniu świetnej okazji.

– Widząc jak dużo miejsca w wydatkach naszych klientów, również tych z grupy wiekowej do 30 lat, stanowią zakupy w Internecie, także użytkownikom „karty na start” dajemy możliwość korzystania zprogramu rabatowego przygotowanego przez Bank wspólnie z najpopularniejszymi sklepami internetowymi w Polsce. Dzięki temu młodzi klienci będą mogli liczyć na rabaty w wysokości od 5% do nawet 55% od płatności dokonanej kartą Banku – dodaje Tadeusz Kościński z Banku Zachodniego WBK.

Metodologia badania
„Badanie osób młodych (do 30 roku życia) – potrzeby, oczekiwania wobec usług bankowych oraz styl życia” przeprowadziła firma 4P research mix na zlecenie Banku Zachodniego WBK w grudniu 2014 r. Badanie przeprowadzono na próbie 1600 respondentów w wieku do 30 r. ż. Próba dla poszczególnych grup respondentów wynosiła odpowiednio: młodzi (osoby w wieku 18-19 lat) – 100; studenci – 700; absolwenci – 400 i czynni zawodowo (z wykluczeniem studentów i absolwentów) – 400. Uzyskane dane zostały przeważone, aby struktura każdego segmentu wewnętrznie odpowiadała strukturze badanej populacji pod względem płci, wieku oraz miejsca zamieszkania. Dodatkowo zastosowano ważenie uwzględniające proporcję między 4 badanymi segmentami.

Piotr Winnicki dyrektorem Departamentu Finansowania Handlu i Faktoringu w HSBC Bank Polska S.A.

Piotr Winnicki objął stanowisko Dyrektora Departamentu Finansowania Handlu i Faktoringu w HSBC Bank Polska S.A. Będzie odpowiadał za rozwój działalności banku w segmencie instrumentów finansowania handlu i zarządzania należnościami.

„Polskie firmy coraz odważniej rozwijają działalność poza granicami kraju. Świadczy o tym choćby stały wzrost eksportu. Aby móc skutecznie konkurować na rynkach zagranicznych, potrzebują wiedzy na temat lokalnych uwarunkowań, instrumentów finansowych dostosowanych do ich potrzeb oraz doświadczonych partnerów. Będąc częścią instytucji o 150-letniej tradycji wspierania handlu międzynarodowego, działającej na ponad 70 rynkach na całym świecie, możemy i chcemy im w tym pomóc”, mówi Michał Mrożek, Prezes Zarządu HSBC Bank Polska S.A. „Piotr dołącza do naszego zespołu, wnosząc kilkunastoletnie doświadczenie zdobyte w różnych obszarach finansowania handlu. Jestem przekonany, że z takim specjalistą „na pokładzie” będziemy mogli jeszcze lepiej wspierać naszych klientów w podboju rynków zagranicznych”, dodaje.

Piotr Winnicki dyrektor Departamentu Finansowania Handlu i Faktoringu w HSBC Bank Polska S.A.
Piotr Winnicki dyrektor Departamentu Finansowania Handlu i Faktoringu w HSBC Bank Polska S.A.

Piotr Winnicki posiada 15-letnie doświadczenie w obszarze finansowania handlu, obejmujące zarządzanie sprzedażą, rozwojem oferty produktowej i procesami operacyjnymi. Zanim dołączył do zespołu HSBC, pracował w Citi Handlowym oraz w Raiffeisen Bank Polska, piastując stanowiska od specjalisty do dyrektora departamentu. Jest absolwentem studiów magisterskich na kierunku „Finanse i bankowość” w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie oraz studiów podyplomowych na kierunku „Psychologia w zarządzaniu rozwojem organizacji” w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Rekordowa liczba nowych budów, rekordowa liczba sprzedanych mieszkań

Rekordowa liczba nowych budów, rekordowa liczba sprzedanych mieszkań, rekordowo tani kredyt Najwyższy czas zauważyć, że eldorado nie będzie trwać wiecznie. Kredyty będą droższe, a deweloperom będzie trudniej sprzedać nowe mieszkania – przestrzega Lions Bank.

47,7% (r/r) – aż o tyle wzrosła sprzedaż mieszkań wśród 12 firm deweloperskich, które pochwaliły się już wynikami sprzedaży. Jest to bardzo dobry wynik, bo oznacza, że od kwietnia do kończ czerwca br. zaledwie 12 firm podpisało umowy na sprzedaż ponad 4 tysięcy lokali mieszkalnych, czyli o 1,3 tys. więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Mało danych, ale szybko

Dane na temat liczby sprzedanych mieszkań są publikowane głównie przez firmy giełdowe i dotyczą liczby podpisanych umów niezależnie od poziomu zaawansowania inwestycji. W statystykach tych znaleźć więc można mieszkania, które są w budowie jak i te ukończone – ważne, aby nabywca przynajmniej zobowiązał się do zakupu lokalu. Szybkie reagowanie na zmianę otoczenia rynkowego jest niekwestionowaną przewagą tych danych. Z drugiej strony minusem jest mała próba. Tylko kilkunastu deweloperów chwali się swoimi wynikami sprzedaży, podczas gdy na rynku działa przynajmniej kilkuset graczy.

Pięć firm sprzedało prawie 3 tysiące mieszkań

W drugim kwartale najwięcej umów podpisały: Polnord, Atal, Budimex Nieruchomości, Robyg i Dom Development. Spółki te pochwaliły się sprzedażą od prawie 500 do niemal 600 mieszkań w zaledwie trzy miesiące.

Wyniki sprzedaży deweloperów

Deweloper Liczba sprzedanych mieszkań
II kw. ’14 I kw. ’15 II kw. ’15 zmiana (kw./kw.) zmiana (r/r)
Archicom 128 151 129 -14,6% 0,8%
Atal 254 315 491 55,9% 93,3%
Budimex Nieruchomości 278 499 580 16,2% 108,6%
Dom Development 463 467 598 28,1% 29,2%
Inpro SA 117 98 139 41,8% 18,8%
JW. Construction 248 373 352 -5,6% 41,9%
Marvipol 136 146 116 -20,5% -14,7%
Polnord SA 313 344 489 42,2% 56,2%
ROBYG 480 534 597 11,8% 24,4%
Ronson Development 210 186 224 20,4% 6,7%
Vantage Development 43 92 242 163,0% 462,8%
Wikana 54 32 67 109,4% 24,1%
Łącznie 2724 3237 4024 24,3% 47,7%
Opracowanie Lion’s Bank na podstawie własnych szacunków, informacji prasowych deweloperów oraz PAP

 

Firma Atal może się ponadto pochwalić nie tylko wolumenem, ale też dynamiką sprzedaży. W drugim kwartale br. sprzedaż wyniosła bowiem 491 mieszkań – prawie dwa razy więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem. Jeszcze większy przyrost zanotował Vantage Development. Ale uwaga, wzrost ten spółka zawdzięcza głównie sprzedaży 133 lokali na rzecz funduszu mieszkań na wynajem powołanego przy BGK, co trudno będzie powtórzyć w kolejnych kwartałach.

Dobra sprzedaż rozbudza chciwość

Tak dobre wyniki sprzedaży powodują, że deweloperzy z optymizmem patrzą w przyszłość. Nie byłoby przesadą mówienie nawet o euforii, bo dane GUS pokazują, że w ciągu zaledwie 5 miesięcy br. rozpoczęli oni budowy prawie 34 tys. mieszkań. To o 30% więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem, a ponadto najwięcej w historii. Do tej pory rekordem było 30,7 tys. mieszkań, których budowę deweloperzy rozpoczęli w okresie od stycznia do maja 2008 roku.

W obliczu łamania kolejnych rekordów nie wypadałoby jednak rozpalać kolejnych nadziei na jeszcze lepsze wyniki. Powoli trzeba raczej zacząć się od nich odzwyczajać. Wiele wskazuje bowiem na to, że już w najbliższych miesiącach przerzedzą się tłumy odwiedzające biura sprzedaży deweloperów. Co prawda gwałtownych zmian nie należy się spodziewać, ale powolna erozja jest niemal nieunikniona. Spójrzmy na konkrety. Dotychczas działały przynajmniej trzy mechanizmy, na których korzystali deweloperzy. Przede wszystkim – niskie stopy procentowe.

Dzięki nim wciąż kredyt jest rekordowo tani, a lokaty nisko oprocentowane. Oba te czynniki działają pozytywnie na rynek nieruchomości. Tani kredyt ułatwia decyzję o zakupie własnego „M”, a niskooprocentowane lokaty powodują, że część osób posiadających kapitał, w poszukiwaniu większych zysków, kupuje mieszkania na wynajem. Drugim ważnym elementem są regulacje Komisji Nadzoru Finansowego. Te każą od stycznia br. posiadać min. 10% wkładu własnego przy zakupie mieszkania. Na tym paradoksalnie korzystają deweloperzy.

Trzeba bowiem pamiętać, że aby kupić mieszkanie, trzeba posiadać nie tylko wkład własny, ale też gotówkę na pokrycie kosztów transakcyjnych. Te na rynku pierwotnym można wycenić na około 1-2% wartości nieruchomości, podczas gdy na wtórnym już na 5-6% wartości nieruchomości. W efekcie chcąc kupić używane mieszkanie na kredyt trzeba posiadać 15-16% jego ceny w gotówce, a w przypadku lokalu nowego wystarczy 11-12% ceny. Cierpią na tym sprzedający lokale używane, a korzystają deweloperzy, którzy oficjalnie przyznają, że konieczność posiadania narzuconego rekomendacją S wkładu własnego (w 2014 r. 5%, a w 2015 r. 10% wartości nieruchomości) nie jest dla nich nadmiernym problemem. Ten efekt potęguje fakt, że jeszcze przez pewien czas, jedynie kupując nowy lokal można korzystać z dopłat w programie „Mieszkanie dla młodych”. W efekcie firmy budujące mieszkania nie narzekają na słabą sprzedaż lokali.

Droższy kredyt i większa konkurencja

Co przyniesie przyszłość? Po pierwsze zmiany w programie „Mieszkanie dla młodych”. Będzie można dzięki niemu kupić też mieszkania używane – przeważnie wyraźnie tańsze niż nowe. Bazując na doświadczeniach poprzednio działającego programu wsparcia „Rodzina na swoim” można szacować, że około 30-50% dofinansowania do kredytów zacznie dzięki zmianom trafiać na rynek wtórny.

Z każdym dniem zbliżamy się też do pierwszej decyzji o podniesieniu stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Prognozy co do tego jak szybko do takiej podwyżki dojdzie zmieniają się jak w kalejdoskopie. Raz mowa jest o przełomie 2016/17, a w miesiąc później już 2015/16. Najświeższe przewidywania (z połowy lipca 2015 r.) sugerują pierwsze podwyżki stóp w połowie 2016 roku. Jak wcześniej wspomniano od kosztu pieniądza zależy wysokość rat kredytów mieszkaniowych, ale też to jak dużo chcą banki pożyczać swoim potencjalnym klientom oraz to jak wysokie odsetki są skłonne zaproponować na lokatach. Im wyższy zysk będą oferowały niemal bezobsługowe lokaty, tym mniej osób decydować się będzie na inwestowanie w mieszkania na wynajem. Bez wątpienia odczują to deweloperzy. Wystarczy przytoczyć szacunki NBP, z których wynika, że osoby, które kupiły nowe mieszkania na 7 największych rynkach wydały na ten cel ponad 2,7 mld zł i to jedynie w okresie od stycznia do marca br. Kwota ta odpowiada wartości 9,2 tys. lokali wycenionych na 300 tys. zł. Bez wątpienia spora część z grona nabywców gotówkowych zdecydowała się kupić mieszkanie w celu czerpania zysków z wynajmu, bo w ten sposób mogą zarobić więcej niż zanosząc pieniądze do banku.

Bartosz Turek, Lions Bank

Sprzedaż mieszkań bije rekordy, ale rynek pozostaje stabilny

W okresie kwiecień – czerwiec tego roku deweloperzy wprowadzili do sprzedaży ok. 13,2 tys. mieszkań tj. o 17 % więcej niż w poprzednim kwartale. Mimo to, oferta wzrosła tylko nieznacznie i wyniosła na koniec czerwca niecałe 48,5 tys. Wszystko to za sprawą dużego zainteresowania po stronie klientów, które zaowocowało kolejnym rekordem sprzedaży, o 11% przewyższającym wynik z marca – czytamy w najnowszym raporcie REAS „Rynek mieszkaniowy w Polsce – II kwartał 2015 roku”.

Liczba transakcji jakie odnotowano w drugim kwartale 2015 roku w sześciu aglomeracjach o największej skali obrotów na rynku pierwotnym wyniosła ponad 12,7 tys. Oznacza to, że w ostatnich czterech kwartałach (od czerwca 2014 roku) sprzedano na analizowanych rynkach 45,8 tys. lokali – o ponad 27% więcej, niż w rekordowych dotychczas latach 2007 i 2013.

Co ciekawe, ceny mieszkań utrzymują się na stabilnym poziomie niemal we wszystkich miastach, dla których REAS prowadzi monitoring rynku. Wahania wyniosły w minionym kwartale zaledwie +/- 2%. Jedyną aglomeracją, w której wzrost cen ofertowych był wyraźny, było Trójmiasto, gdzie wzrost o 6,8% był w znacznej mierze wynikiem wprowadzenia w minionym kwartale kilkunastu inwestycji o ponadprzeciętnych cenach.

Deweloperzy dość dobrze odczytują zapotrzebowanie ze strony kupujących. Liczba wprowadzeń tylko nieznacznie przewyższyła popyt, w rezultacie czego oferta, liczona łącznie dla 6 rynków, w ciągu kwartału wzrosła tylko o ok. 700 lokali. Jedynym miastem, gdzie odnotowano naprawdę znaczny wzrost, był Poznań. Liczba mieszkań czekających na nabywców zwiększyła się tu w porównaniu z końcem marca o ponad 800 lokali, czyli o 22% kwartał do kwartału, zbliżając się do poziomu 4,5 tysiąca mieszkań. Oprócz Poznania dodatni wynik osiągnęło jeszcze tylko Trójmiasto, w którym oferta wzrosła o 5,4%. W Krakowie i Warszawie liczba dostępnych w sprzedaży mieszkań utrzymała się na takim samym poziomie, a we Wrocławiu i Łodzi zauważalnie zmalała (odpowiednio o 6% i 8,4%).

Liczba mieszkań w ofercie rynkowej na koniec II kwartału 2015
Liczba mieszkań w ofercie rynkowej na koniec II kwartału 2015

– Przy obecnym tempie sprzedaży relacja pomiędzy wielkością oferty a sprzedażą jest bezpieczna dla branży deweloperskiej. Kluczowe dla przyszłej sytuacji na rynku pytanie brzmi: jak długo tak wysoka sprzedaż się utrzyma? Jeśli wysoki popyt jest przede wszystkim skutkiem dopalacza w postaci MdM-u oraz efektem niskich stóp procentowych, to powinien zacząć maleć w perspektywie dwóch-trzech kwartałów. Jeśli jednak opiera się głównie o akceptowalną dla nabywców relację ceny do dochodu i o atrakcyjność stóp zwrotu z najmu mieszkań, to dobra koniunktura może utrzymać się także w 2016 roku, jeśli prognozy dotyczące utrzymywania się niskich stóp procentowych okażą się trafne. -komentuje Kazimierz Kirejczyk, prezes zarządu REAS.

Skala wsparcia rynku przez program MdM nadal rośnie. W II kwartale liczba wniosków o dopłaty składanych w ramach programu Mieszkanie dla Młodych w większości analizowanych miast, zgodnie z danymi BGK, wzrosła w porównaniu z kwartałem poprzednim. Największy wzrost – o 24% – miał miejsce w Krakowie. O 20% wzrosła liczba wniosków w Gdańsku, o 18% we Wrocławiu. W Łodzi wzrost wyniósł 7%, zaś w Poznaniu liczba wniosków była taka sama jak kwartał wcześniej. Tylko w Warszawie miał miejsce spadek (o 7%), ale łącznie we wszystkich analizowanych miastach w II półroczu 2015 złożono o ponad 54% więcej wniosków, niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

Udział wniosków o dofinansowanie w MdM w liczbie sprzedanych mieszkań, na tle liczby złożonych wniosków
Udział wniosków o dofinansowanie w MdM w liczbie sprzedanych mieszkań, na tle liczby złożonych wniosków

– Jeśli w wyniku rozszerzenia programu MdM o rynek wtórny środków w ramach programu zacznie brakować, będzie to z pewnością niemiłe zaskoczenie dla firm deweloperskich, które znaczną część obecnie wprowadzanych inwestycji przygotowały z myślą o nabywcach korzystających z dopłat. Ponieważ jednak wypłaty z MdM działają na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”, popyt na niedrogie mieszkania może w tym roku i w pierwszej połowie kolejnego roku jeszcze wyraźnie wzrosnąć.

Poszerzenie programu o rynek wtórny może mieć jeszcze jeden efekt. Ponieważ kupujący mieszkania na rynku pierwotnym nie wykorzystywali pełnej kwoty alokowanej przez rząd na dopłaty, to ożywienie na rynku wtórnym może sprzyjać zamianom starszych mieszkań na nowe. Generalnie, dzięki nowelizacji na cały rynek mieszkaniowy wpłynie więcej pieniędzy, choć możliwe, że od 2016 roku łączna kwota dopłat na zakup wyłącznie nowych mieszkań zmaleje rok do roku. Część tych funduszy popłynie zapewne także do mniejszych miast, gdzie nowe budownictwo to raczej domy jednorodzinne niż mieszkania.- komentuje Kazimierz Kirejczyk.

Więcej informacji o rynkach mieszkaniowych poszczególnych miast, a także strukturze oferty i czasie wyprzedaży oferty znajdą Państwo w raporcie „Rynek mieszkaniowy w Polsce – II kwartał 2015”.

———————–
REAS

Średniej wielkości bank wydaje 30 mln zł rocznie na… papier

Średniej wielkości bank wydaje 30 mln zł rocznie na papier i zarządzanie dokumentami. Same koszty bezpośrednie to 7 mln zł rocznie. Eksperci są zgodni – w XXI wieku papier to przeżytek, a podpis długopisem to anachronizm.

W przyszłości nie ma papieru

Optymalizacja procesów w bankach to m.in. eliminacja obiegu papierowego i zamiana podpisu tradycyjnego na podpis elektroniczny. Przy czym podpis elektroniczny kwalifikowany nie przyjął się i niestety wciąż, jak od 5 tys. lat, podpisujemy się w ten sam sposób. Świat pędzi do przodu, mamy telefony, tablety i komputery a podpis czy deklaracji woli wciąż wyglądają tak samo – stwierdza Bartosz Łopiński, prezes Billennium – spółki zajmującej się m.in. wdrażaniem podpisu biometrycznego.

W Hiszpanii CECA Bank wdrożył system podpisu biometrycznego w oddziałach co okazało się sukcesem – system się przyjął, a bank generuje kilkanaście milionów euro oszczędności rocznie. Ekspert zaznacza jednak, że taka optymalizacja opłaca się tylko dużym firmom i instytucjom. Na eliminacji jednej kartki papieru firma zyskuje kilkanaście groszy. Takich kartek musi być tysiące by zwróciły się koszty zakupu, wdrożenia i utrzymania systemu „bez papieru”. Jeśli się dłużej zastanowić to proces wygląda tak, że ktoś sadzi drzewo, które wiele lat później jest ścinane, trafia do tartaku a następnie robi się z niego papier, który tylko przez chwilę jest w użyciu, by ostatecznie trafić do niszczarki.

– Papiery są podpisywane, archiwizowane a potem niszczone. Są w użyciu tylko przez chwilę by zarejestrować pewien fakt – stwierdza Łopiński.

Z badań firmy IBM wynika, że w ciągu ostatnich dwóch lat ludzkość wyprodukowała 90% informacji. Liczba danych rośnie logarytmicznie.

Naturalnie eliminacja papieru niesie za sobą dużo zagrożeń. Podpis biometryczny jest trudny do podrobienia, ale jest to możliwe. Na przeszkodzie stoją też przyzwyczajenia i różne nieścisłości prawne. Pełna eliminacja papieru z obiegu to na razie odległa przyszłość, ale możliwe są rozwiązania pośrednie, np., klient wciąż otrzymuje wydrukowaną kopię, a bank zatrzymuje tylko wersję elektroniczną.

Sezon wakacyjny – ropa tanieje, benzyna drożeje

Przez ostatnie dwa miesiące ropa w Londynie potaniała o ponad 17%, a w tym samym czasie ceny benzyny na polskich stacjach wzrosły o ponad 6%. Tym razem nie wszystko da się zrzucić na karb mocnego dolara.

6 maja cena ropy Brent po raz pierwszy od grudnia 2014 zbliżyła się do poziomu 70 USD za baryłkę. Przez następne dwa miesiące „czarne złoto” taniało i w czwartek rano było notowane po 57,25 USD/bbl – czyli o przeszło 17% mniej. W tym samym czasie średnia detaliczna cena litra benzyny bezołowiowej w Polsce wzrosła z 4,79 zł do 5,06 zł i w ubiegłym tygodniu po raz pierwszy od listopada 2014 przekroczyła psychologiczny poziom pięciu złotych.

Zwykle tego typu zmiany na rynku paliw tłumaczone są wpływem kursu dolara. Polskie rafinerie kupują ropę za dolary, a sprzedają benzynę za polską walutę. Stąd wzrost kursu „zielonego” przekłada się na wyższe ceny przy dystrybutorach. Przez ostatnie dwa miesiące kurs dolara wzrósł z 3,52 zł do 3,77 zł, czyli aż o 7,1%. Lecz tym razem mocny dolar nie wyjaśnia benzyny po 5 zł za litr.

Jednym z powodów wzrostu cen benzyny jest nowy podatek, który rząd wprowadził na początku roku. Tzw. „opłata zapasowa” przyczyniła się do wzrostu cen paliw o 4-6 groszy na litrze. Ale nowy podatek w najlepszym razie odpowiada tylko za 14% tegorocznego wzrostu ceny Pb95 i nawet łącznie z wpływem dolara nie tłumaczy tak drogiego paliwa.

Przyczyny fenomenu drożejących paliw przy taniejącej ropie należy szukać po prostu w kalendarzu. W USA i w Europie panuje w tym względzie silna sezonowość: ceny na ogół rosną wiosną i latem, gdy zaczyna się sezon urlopowy. Więcej ludzi pokonuje większe niż zwykle odległości, co zwiększa popyt na benzynę i prowadzi do wzrostu cen. Po uśrednieniu danych za ostatnie 10 lat wychodzi, że roczne maksimum cen benzyny przypada w Polsce na 30. tydzień roku, a sezonowa drożyzna trwa od połowy czerwca do końca września – w tym okresie ceny są średnio o 10% wyższe. Teraz trwa 29. tydzień roku, co pozwala oczekiwać spadku cen benzyny w nadchodzących tygodniach – wyjaśnia Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

W najbliższy weekend 18-19 lipca w salonach Toyoty w Polsce debiutuje najnowsza odsłona hybrydowego Aurisa

W najbliższy weekend 18-19 lipca we wszystkich salonach Toyoty w Polsce debiutuje najnowsza odsłona hybrydowego Aurisa Toyoty Auris. Jest to zarazem ostatnia okazja, by skorzystać ze specjalnej oferty przedsprzedażowej na wersję hybrydową nowego Aurisa.

Ofertą przedsprzedażową objęty jest wyłącznie Auris Hybrid w cenie 79 900 zł. Model jest standardowo wyposażony w automatyczną skrzynię biegów, będącą integralnym elementem układu hybrydowego Toyoty. Dodatkowo już w podstawowej wersji Auris Hybrid ma m.in. 7 poduszek powietrznych, automatyczną klimatyzację, radio z systemem Bluetooth, felgi aluminiowe czy kolorowy wyświetlacz ciekłokrystaliczny o przekątnej 4,2 cala, umiejscowiony między zegarami.

Do tej pory hybrydowego Aurisa w przedsprzedaży zamówiło już ponad 600 klientów. Aż 45% zamówień przypadło na wersję Comfort z pakietem Style, a 33% na najbogatszą wersję Prestige. Zdecydowana większość zamówień pochodzi od klientów indywidualnych, co potwierdza lawinowo rosnącą popularność napędu hybrydowego wśród Polaków.

Nowa Toyota Auris debiutuje w polskich salonach z trzema wersjami napędowymi. Poza innowacyjnym napędem hybrydowym dostępne będą trzy silniki benzynowe, w tym nowa jednostka turbodoładowana 1.2 (116 KM), oraz dwa silniki Diesla. Cena startowa nowego Aurisa nie uległa zmianie i wynosi 59 900 zł.

Zmiany w Zarządzie INEA SA

Od dnia 24 lipca br. Zarząd INEA będzie czteroosobowy. Rezygnację z funkcji Członka Zarządu ds. Operacyjnych złożył Ryszard Hordyński.

Swoją decyzję motywuje względami osobistymi. Prezes Janusz Kosiński wraz z Radą Nadzorczą podziękowali p. Hordyńskiemu za jego zaangażowanie i wkład w trakcie wspólnej pracy. Ryszard Hordyński nadal będzie wspierał Zarząd INEA w charakterze doradcy. Departamenty pionu operacyjnego INEA znajdą się w ramach pozostałych struktur grupy.

Jak ustalić wysokość zasiłku macierzyńskiego?

Mimo ciągle publikowanych przez ZUS nowych wyjaśnień, wskazanie podstawy wymiaru zasiłku macierzyńskiego nadal sprawia wielu pracodawcom problem. Najwięcej wątpliwości budzą takie kwestie jak dodatki do wynagrodzenia i urlopy: wychowawczy oraz wypoczynkowy.

Julita Podhorodecka Specjalista ds. Prawa pracy i Ubezpieczeń wfirma.pl
Julita Podhorodecka Specjalista ds. Prawa pracy i Ubezpieczeń wfirma.pl

Zasiłek macierzyński – obliczanie podstawy wymiaru

Wysokość podstawy zasiłku macierzyńskiego ustalana jest według zasad stosowanych przy wyznaczaniu podstawy zasiłku chorobowego – będzie to zatem wynagrodzenie pracownicy za okres 12 miesięcy kalendarzowych przepracowanych przez nią przed miesiącem, w którym urodziła dziecko.

Jako wynagrodzenie rozumiemy z kolei przychód osiągany przez pracownicę, będący podstawą wymiaru składki na ubezpieczenie chorobowe, po odjęciu składek na ubezpieczenie społeczne. W przypadku, gdy pracownica była przed urlopem macierzyńskim niezdolna do pracy z powodu choroby, przy obliczaniu podstawy zasiłku macierzyńskiego bierze się pod uwagę kwotę wynagrodzenia, na podstawie której wyliczono wysokość zasiłku chorobowego.

Jeśli pracownica w ciągu ostatnich 12 pełnych kalendarzowych miesięcy zatrudnienia nie osiągnęła wynagrodzenia (na przykład z powodu usprawiedliwionych nieobecności), do obliczenia wysokości podstawy wymiaru zasiłku macierzyńskiego bierze się wynagrodzenie uzupełnione – za okres, w którym przepracowała przynajmniej połowę obowiązującego ją czasu pracy. Wynagrodzenie uzupełnione rozumiemy jako wysokość przychodu za dany miesiąc przy założeniu, że pracownik pracowałby w pełnym wymiarze pracy.

Zasiłek macierzyński – elementy nieuwzględnione w podstawie

Jak zostało już wspomniane, kwestia wliczenia do podstawy zasiłku macierzyńskiego wynagrodzenia za urlop wypoczynkowy stanowi dla przedsiębiorców znaczny problem. ZUS mówi jednak jasno: wynagrodzenie za urlop jest częścią składową podstawy.

Istnieje jednak kilka elementów, których się w tym kontekście nie uwzględnia. Są to:

  • ekwiwalent za niewykorzystany urlop wypoczynkowy,
  • wynagrodzenie za czas choroby, wypłacane na podstawie art. 92 k.p. i zasiłków z ubezpieczenia społecznego,
  • składniki wynagrodzenia, określone w art. 41 ust. 1 ustawy zasiłkowej (premie, nagrody, dodatki), do których pracownica zachowuje prawo w trakcie pobierania zasiłku macierzyńskiego zgodnie z postanowieniami układów zbiorowych pracy lub przepisami o wynagradzaniu.

Zasiłek macierzyński a poród w okresie urlopu wychowawczego

W kontekście zasiłków, także zasiłku macierzyńskiego, urlop wychowawczy traktowany jest tak samo, jak świadczenie pracy. Jeżeli więc pracownica urodzi w trakcie urlopu wychowawczego dziecko, wymiar podstawy zależy od długości czasu, w którym przebywała na urlopie przed porodem. Szczególnie ważne jest, czy było to 12 miesięcy, czy mniej.

W przypadku, gdy urlop trwa przez 12 miesięcy kalendarzowych poprzedzających miesiąc, w którym nastąpił poród, podstawą wymiaru zasiłku macierzyńskiego jest wysokość wynagrodzenia, jakie pracownica otrzymałaby, gdyby przepracowała cały miesiąc, w którym nabyła prawo do zasiłku.

Jeśli natomiast urlop jest krótszy niż 12 miesięcy, jako podstawę wymiaru zasiłku macierzyńskiego przyjmuje się wynagrodzenie za 12 miesięcy poprzedzających miesiąc, w którym pracownica urodziła dziecko. Nie bierze się jednak pod uwagę miesięcy, w których  przepracowała ona mniej niż połowę czasu – w takiej sytuacji stosuje się wynagrodzenie uzupełniające.

Warszawa ponownie najbardziej medialnym miastem w Polsce

Warszawa ponownie została okrzyknięta najbardziej medialnym miastem! W trakcie II kwartału tego roku na jej temat ukazało się 401 tys. informacji, co stanowiło 20 proc. ogółu materiałów opublikowanych na temat 18 miast wojewódzkich w Polsce. Stolicę goni jednak Poznań, który w ciągu 3 miesięcy odnotował największy przyrost – na poziomie 30 proc.

Warszawa najbardziej medialna, Poznań najbardziej dynamiczny
Warszawa najbardziej medialna, Poznań najbardziej dynamiczny

W okresie od kwietnia do czerwca na temat miast wojewódzkich opublikowano w sumie prawie 2 mln informacji – wynika z cyklicznego raportu „Stolice Regionów” przygotowanego przez „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”. Na czele zestawienia znalazła się stolica, a następnie: Poznań (237,7 tys. materiałów), Kraków (198,1 tys.), Wrocław (173,4 tys.), Gdańsk (140,2 tys.) oraz Łódź (135,4 tys.). W pierwszej dziesiątce uplasowały się także Katowice, Szczecin, Lublin i Bydgoszcz.

Dla porównania – najrzadziej informowano o Gorzowie Wlkp. W ciągu 3 miesięcy odnośnie miasta ukazało się zaledwie 24,9 tys. doniesień medialnych.

– Tak duża przepaść pomiędzy liczbą publikacji na temat Warszawy a materiałami, które zamieszczono w nawiązaniu do pozostałych miast wynika przede wszystkim z faktu, że wydarzenia, mające miejsce w stolicy, są istotne dla mieszkańców całego kraju. Z tego powodu można o nich przeczytać często także poza granicami województwa mazowieckiego. Warszawa pozostaje niekwestionowanym liderem tego raportu – mówi Marlena Sosnowska, ekspert „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”.

Włodarze miast są coraz bardziej świadomi, jakie efekty mogą przynieść odpowiednio poprowadzone działania promocyjno-medialne. Analitycy obliczyli wartość ekwiwalentu reklamowego, czyli ilość pieniędzy, jaką należałoby wydać na publikację lub emisję danego przekazu dla każdej aglomeracji. Rekordzistą została po raz kolejny Warszawa. Materiały na temat stolicy były warte 2,6 mld złotych. Na drugim miejscu, lecz ze znacznie niższym wynikiem, uplasował się Kraków. AVE materiałów odnośnie stolicy województwa małopolskiego osiągnęło wartość 1,1 mld złotych. Z kolei na trzeciej pozycji znalazł się Poznań (1 mld złotych).

Największy udział w doniesieniach na temat stolicy miały źródła internetowe, które stanowiły aż 80 proc. ogółu informacji. Znacznie rzadziej Warszawa pojawiała się w mediach tradycyjnych – w prasie zaledwie 10 proc, w radiu 6 proc., a w telewizji 4 proc. Analiza rozkładu publikacji w czasie pokazuje, że aktywność dziennikarzy była równomierna.

Kraków i Poznań ponownie w czołówce

Warszawa została także liderem zestawienia pod względem wskaźnika dotarcia. Materiały na temat stolicy mogły dotrzeć do 280 miliardów czytelników. Jednak na podium znalazły się także Kraków i Poznań. Stolica województwa małopolskiego wygenerowała dotarcie na poziomie 115 mld kontaktów informacji z odbiorcami, a stolica wielkopolskiego – 103 mld.

O Lublinie i Gorzowie Wielkopolskim głównie regionalnie

Biorąc pod uwagę materiały na temat wszystkich analizowanych stolic województw, ponad 56,5 procent pochodziło z tytułów lokalnych. Źródła regionalne przede wszystkim pisały o Lublinie (66,1 proc.), Gorzowie Wielkopolskim (65,6 proc.), ale także o Poznaniu (62,6 proc.) oraz Łodzi (62,4 proc.). Z kolei w mediach ogólnopolskich najczęściej można było znaleźć informacje o Warszawie (55,5 proc.), Szczecinie (50,3 proc.) oraz Krakowie (45,6 proc.).

O Lublinie najczęściej wspominały gazety „Dziennik Wschodni”, „Polska – Kurier Lubelski” oraz „Gazeta Wyborcza – Lublin”. W przypadku portali największą aktywnością w stosunku do miasta wykazali się dziennikarze z Moje.radio.lublin.pl i Kultura.lublin.eu. Z kolei o Gorzowie Wielkopolskim przede wszystkim pojawiały się informacje w „Gazecie Lubuskiej”, „Gazecie Wyborczej – Zielona Góra” oraz na stronach internetowych Gorzow.com i Sportowefakty.pl.

Łódź najczęściej w tytułach

Aż 1,2 tys. razy wymieniono stolicę województwa łódzkiego w tytułach publikacji. Warszawa tym razem uplasowała się dopiero na czwartym miejscu z wynikiem 784 wzmianki, tuż za Krakowem (1 tys.) oraz Poznaniem (0,9 tys.).

O badaniu

Raport „Stolice Regionów” to kwartalne badanie „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”, które porównuje wizerunek miast wojewódzkich w mediach. Analizie poddano materiał pochodzący z monitoringu ponad 1100 tytułów prasowych, 5 mln źródeł internetowych oraz 100 stacji radiowych i telewizyjnych.

Zakres czasowy: 1.03-30.06.2015 r.

Metoda: ilościowa analiza danych.

Polska może stracić na umowie handlowej pomiędzy UE a USA

Rozmowy pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi, dotyczące rozszerzenia strefy wolnego handlu (TTIP), prowadzone są od dwóch lat. Obejmują one towary i usługi, inwestycje, zamówienia publiczne, przepisy sanitarne, energię, bariery pozacelne, ochronę środowiska i własności intelektualnej. Obecnie trwa dziesiąta runda negocjacji.

Łukasz Białek
Łukasz Białek

Szacuje się, że Polska niewiele zyska na zawarciu porozumienia, osiągając jedynie 0,5% PKB w skali kilkunastu lat. Umowa może być niekorzystna dla naszego kraju ze względu na fakt, że słabsza gospodarka zawsze przegrywa w zakresie konkurencyjności z państwami wysokorozwiniętymi i silnymi ekonomicznie. Przykładem takiej sytuacji jest zawarcie umowy o strefie wolnego handlu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Kanadą a Meksykiem w 1992 roku.

– Konsekwencją dla kraju słabszego gospodarczo, czyli Meksyku, było to, że około 300 tysięcy prywatnych, często rodzinnych, firm zniknęło z rynku. Obecnie 40 procent wszystkich produktów spożywczych jest importowanych bezpośrednio od amerykańskich wytwórców i międzynarodowych korporacji, mówi Łukasz Białek, analityk gospodarczy.

W Polsce na umowie najbardziej straci m.in. sektor rolnictwa, spożywczy, chemiczny, przemysłowy i energetyczny. Jednak obecnie trudno jest ocenić, jakie branże amerykańskie będą zainteresowane rozwijaniem biznesu w Polsce. Ponadto regulacje i mechanizm sądu arbitrażowego, które będą rozszerzone wraz z podpisaniem umowy TTIP, są bardzo opłacalne dla międzynarodowych korporacji, a niebezpieczne dla naszego kraju.

– Gdy korporacja uzna, że wprowadzany przez dane państwo zapis naraża jej planowane zyski, wtedy może je pozwać przed Trybunał Sądu Arbitrażowego, który jest organem całkowicie skomercjalizowanym. Wiąże się z to z potencjalnymi, bardzo wysokimi, wielomiliardowymi karami dla kraju, dodaje Łukasz Białek.

Polska obecnie zajmuje ósme miejsce na świecie, a drugie w Europie (po Czechach) pod względem pozwów wytaczanych przeciwko państwu. Mechanizm arbitrażowy ISDS, który dla wielu rządów europejskich jest nie do przyjęcia, stanowi jeden z elementów negocjacji umowy TTIP. Sprzeciw przeciwko jego rozszerzeniu wyrażają Niemcy, Austria, Francja, ale nie Polska.

Mimo negatywnych skutków umowa partnerstwa o strefie wolnego handlu może również przynieść pewne korzyści także Polsce. Taka szansa może pojawić się zwłaszcza przed sektorem innowacyjności.

– Polska gospodarka, o ile położyłaby szczególny nacisk na rozwinięcie sektora nowych technologii, mogłaby skorzystać na podpisaniu tej umowy, podkreśla Łukasz Białek.

Dla społeczeństwa jednym z pozytywnych efektów otwarcia rynku europejskiego będzie możliwość zakupu towarów pochodzących ze Stanów Zjednoczonych, często w cenach niższych niż dotychczas. Wynika to ze zniesienia taryf i ceł.

Przewiduje się, że negocjacje pomiędzy Komisją Europejską a rządem USA zostaną zakończone przed końcem kadencji obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, a więc pod koniec 2016 roku. Zgodnie z deklaracją chce on podpisać porozumienie z Unią Europejską, aby zapewnić USA dominującą pozycję na rynku globalnym.

Jak powinna wyglądać nowa ordynacja podatkowa

0

Podczas prac nad nową ordynacją podatkową z jednej strony w sposób przemyślany należy podejść do wprowadzania „nowości” takich jak katalog praw podatnika, z drugiej zaś należy zmienić te instytucje, które w swoim obecnym kształcie budzą zastrzeżenia. Ważne jest też, aby nowy dokument był napisany w  sposób zrozumiały dla przeciętnego podatnika – twierdzą eksperci PwC w raporcie „Nowa ordynacja podatkowa – głos w dyskusji”.

Zasada rozstrzygania wątpliwości prawnych na korzyść podatnika

Wprowadzenie przepisu, który wprost nakazuje rozstrzyganie wątpliwości prawnych na korzyść podatnika, jest potrzebne i przyczynia się to do polepszenia jakości stosowania prawa podatkowego, zapewniając podatnikowi lepsze gwarancje ochrony jego praw.

  • Równie istotny jest także postulat o unormowanie tej zasady również w jej aspekcie procesowym, w przepisach regulujących postępowanie dowodowe.
  • Aspekt proceduralny zasady „in dubio pro tributario” powinien służyć realizacji zasady prawdy obiektywnej przez organ, kładąc nacisk na wyczerpujące i rzetelne przeprowadzenie postępowania dowodowego. Tym samym wzmocniłoby to pozycję podatnika w postępowaniu podatkowym, ponieważ w przypadku niedających się usunąć wątpliwości faktycznych organ byłby obowiązany rozstrzygnąć je na korzyść podatnika.

Katalog praw podatnika

  • Prace nad nowa ordynacją podatkową powinny zakładać konsultacje, zarówno z ekspertami, jak i z zainteresowanymi osobami, których nowe prawo będzie dotyczyć. Okres konsultacji powinien być na tyle długi by umożliwiał sformułowanie przemyślanych i wartościowych stanowisk. Wszelkie postulaty i wnioski winny być zgłaszane pisemnie i publicznie dostępne.
  • Postanowienia nowej ordynacji podatkowej powinny być napisane tak, aby zrozumiał je przeciętny podatnik, który nie posiada specjalistycznej wiedzy z podatków.
  • W ramach postulatu ochrony praw podatnika zasadne jest wprowadzenie wprost przepisów eliminujących podwójne opodatkowanie

Postępowanie kontrolne a kontrola podatkowa

  • Niezbędne wydaje się wyznaczenie jednoznacznej granicy pomiędzy postępowaniem kontrolnym wszczynanym przez dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej a prowadzoną w jego ramach kontrolą podatkową.
  • Należy postulować o wskazanie w ustawie katalogu czynności kontrolnych, które organy będą mogły wykonywać jedynie w ramach kontroli podatkowej. Pozwoli to podatnikom zorientować się z jakim postępowaniem mają do czynienia, jaka jest właściwa procedura i jej ograniczenia, a także jakie uprawnienia im przysługują.

Przedłużanie postępowań podatkowych i kontroli

  • Warte rozważenia wydaje się wprowadzenie silniejszych gwarancji przestrzegania przez organy podatkowe terminów załatwiania spraw. Być może zdyscyplinowanie organów podatkowych byłoby większe, gdyby ustawa przewidywała, iż po upływie dodatkowego terminu wskazanego w drugim (czy trzecim) zawiadomieniu o przedłużeniu postępowania organ nie może już wydać decyzji na niekorzyść podatnika, a w przypadku postępowania wszczętego z wniosku podatnika o stwierdzenie nadpłaty musi uwzględnić w całości jego żądania.

Interpretacje podatkowe

  • Coraz częściej dyrektorzy izb skarbowych odmawiają wydawania interpretacji. Jedną z zasadniczych przyczyn takiego stanu rzeczy są zapytania wnioskodawców dotyczące przepisów prawa procesowego, które – w ocenie organów podatkowych – nie mogą podlegać interpretacji. Sytuacja ta powinna być poddana głębszej refleksji ustawodawcy, ponieważ utrzymywanie obecnego stanu rzeczy przeczy intencji, która przyświecała wprowadzeniu do systemu prawa podatkowego interpretacji indywidualnych.

Rozprawa przed organami

  • Ustawodawca nie wprowadza w Ordynacji podatkowej instrumentów prawnych, które w praktyce mogą doprowadzić do wyeliminowania rozbieżności stanowisk podatnika i organu podatkowego bez angażowania stron sporu w postępowanie odwoławcze czy sądowe. Tymczasem bezpośredni kontakt z urzędnikiem może przyczynić się do poszukiwania rozwiązań korzystnych zarówno dla strony postępowania podatkowego, jak i organu podatkowego.
  • Reforma instytucji rozprawy powinna oczywiście iść w parze z wprowadzeniem rozwiązań prawnych zmierzających do wprowadzenia w systemie prawa podatkowego instytucji ugody administracyjnej.

„Ordynacja podatkowa powinna być sprawnym narzędziem regulującym stosunki między podatnikami a administracją podatkową. Niekoniecznie idealnym, ale dość dobrym, a przede wszystkim zrozumiałym, kierującym się akceptowalnymi powszechnie wartościami, dającym szansę obrony czy nawet naprawy błędów, tam gdzie podatnik zagubił się w materii prawa podatkowego. Nie istnieje doskonała wykładnia przepisów prawa podatkowego, dlatego popieramy propozycje opierające się na przyjęciu tego faktu do wiadomości, jak rozstrzyganie wątpliwości na korzyść podatnika czy ugodowe załatwianie spraw. Propozycje, o których piszemy w raporcie, stanowią część istotnych zagadnień, ważnych dla podatników, a nie dość mocno sygnalizowanych w dotychczasowej debacie nad kształtem nowej ordynacji” – mówi Mariusz Marecki, doradca podatkowy PwC, współautor raportu „Nowa ordynacja podatkowa – głos w dyskusji”.