FPP apeluje do polityków o prawidłowe informowanie w sprawie wykorzystania pieniędzy przez Polskę

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje do wszystkich stron debaty politycznej, aby nie obiecywać Polakom korzyści z Planu Odbudowy dla Europy i Krajowego Planu Odbudowy (KPO), które nie są zgodne z wymogami Unii Europejskiej. Instrument ten nie służy finansowaniu wszystkich potrzeb i inwestycji w krajach członkowskich. Zgodnie z ustaleniami pomiędzy instytucjami europejskimi a 27 państwami członkowskimi koncentruje się on na obszarach kluczowych z punktu widzenia budowy bardziej odpornej gospodarki europejskiej: transformacji klimatyczno-środowiskowej i digitalizacji (odpowiednio 37% i 20% środków) oraz sferach najbardziej dotkniętych kryzysem COVID-19, np. ochrona zdrowia i gospodarka.

Środki w ramach Planu Odbudowy to w większości kwoty pochodzące z pożyczek. W interesie wszystkich obywateli UE jest ich wykorzystanie przede wszystkim w obszarach, które będą stymulować wzrost gospodarczy i konkurencyjność.

„Krajowy Plan Odbudowy i potencjalne inwestycje są uwarunkowane podjęciem reform wynikającymi z corocznie przyjmowanych na poziomie UE zaleceń dla poszczególnych państw członkowskich. Ze zdumieniem przyjmujemy np. oczekiwanie finansowania mieszkań czy dróg lokalnych formułowane w toku debaty politycznej. Kluczowe jest jak najszybsze uruchomienie środków przez Polskę. Oczekujemy, że dyskusja wokół jednego z najważniejszych dokumentów dla przyszłości naszego kraju nie będzie kolejnym bezproduktywnym, politycznym koncertem mrzonek. Chcemy efektywnej i rzetelnej debaty opartej na merytorycznych przesłankach i faktach!” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

W związku z coraz większą liczbą przesyłek kurierskich w Europie rośnie zapotrzebowanie na powierzchnię magazynową

Z najnowszego raportu opracowanego przez międzynarodową firmę doradczą Savills wynika, że w latach 2021-2025 firmy kurierskie w Europie będą potrzebowały dodatkowo 8,6 mln m kw. powierzchni magazynowej, aby dotrzymać kroku rosnącemu popytowi w sektorze handlu internetowego.

Przeprowadzona przez Savills analiza danych przedstawionych w raporcie firmy Effigy Consulting pokazuje, że w 2019 roku na terenie Europy dostarczono łącznie 12,3 mld przesyłek. Z kolei biorąc pod uwagę dane brytyjskiego urzędu regulacyjnego OFCOM, które wskazują na roczny wzrost liczby przesyłek w Wielkiej Brytanii o 9,1 proc., prognozuje się, że w najbliższych pięciu latach niezbędne będzie znaczne zwiększenie skali inwestycji magazynowych na kontynencie europejskim.

Zakładając, że w tym czasie 20 proc. produktów kupowanych online będzie zwracanych, ok. 1,7 mln m kw. spośród prognozowanej podaży nowej powierzchni magazynowej będzie musiało być przeznaczone na potrzeby związane ze składowaniem i obsługą zwrotów od firm kurierskich. Zwroty przesyłek nie przełożą się bezpośrednio na zapotrzebowanie na powierzchnie logistyczne u samych producentów, ale mogą przyczynić się do wykreowania dodatkowego popytu ze strony ich partnerów handlowych, w tym dystrybutorów i firm kurierskich.

„W 2020 roku odnotowaliśmy dynamiczny wzrost zakupów przez internet, do czego w dużym stopniu przyczyniła się pandemia Covid-19. Przewidujemy, że sieci handlowe będą dążyć do ograniczenia liczby zwrotów, np. rozwijając strategie omnichannel, ale popyt na powierzchnie magazynowe nie będzie przez to malał i utrzyma się na wysokim poziomie” – komentuje Mike Barnes, Associate, dział badań rynków europejskich, Savills.

Savills zwraca uwagę, że wyzwania dotyczące obsługi zwrotów towarów kupowanych w internecie dotyczą wszystkich krajów europejskich. Liderem na tym polu jest Wielka Brytania, gdzie udział e-commerce w sprzedaży detalicznej w 2020 roku wyniósł 28 proc. W Holandii widać, że również operatorzy logistyczni 3PL wprowadzają nowe rozwiązania mające na celu ułatwienie dokonywania zwrotów i przyspieszenie procesu ich obsługi. Specyfika polskiego rynku związana jest z kolei z tym, że duże sieci handlowe takie jak Zalando, lokują w Polsce swoje zaplecze magazynowe, które jest następnie wykorzystywane do obsługi zarówno klientów krajowych jak i zamówień z państw sąsiednich.

„Pandemia z pewnością nie spowolniła tempa rozbudowy bazy magazynowej przez sieci handlowe, na co wpływ miała popularyzacja sprzedaży online, w tym również wynikający z niej wzrost liczby zwracanych towarów. Czas pokaże, czy po zniesieniu lockdownu sieci handlowe będą chciały w większym stopniu wykorzystywać sklepy jako centra zwrotów. Nie ma jednego uniwersalnego rozwiązania w tym zakresie – konsumenci cenią sobie wygodę, a sieci handlowe i firmy kurierskie odpowiadają na zmieniające się preferencje klientów, np. poprzez odpowiednie projektowanie układu funkcjonalnego obiektów magazynowych” – dodaje Marcus de Minckwitz, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills.

Niższe bezrobocie w Polsce bez wpływu na złotego

Lepsze dane z polskiego rynku pracy nie spowodowały istotnych zmian na rynkach walutowych. Złoty zadomowił się w przedziale 4,54-4,57 zł za euro i nie zanosi się, by szybko opuścił te okolice.

Bezrobocie w Polsce znów w dół

Zgodnie z oczekiwaniami w marcu bezrobocie w Polsce spadło do poziomu 6,4%. Biorąc pod uwagę początek sezonu prac sezonowych, nie powinno to szczególnie dziwić. Z drugiej strony to dobry sygnał dla gospodarki, bo pokazuje, że aż tak nie boi się ona dalszych problemów z koronawirusem. Dane te nie miały większego wpływu na złotego. Polska waluta w dalszym ciągu porusza się w wąskim korytarzu wahań względem euro.

Zamówienia w USA

Wczoraj poznaliśmy dane na temat zamówień na dobra w USA. Zamówienia na dobra bez środków transportu zgodnie z oczekiwaniami wzrosły o 1,6%. Te na dobra trwałego użytku z kolei wzrosły o zaledwie 0,5%, to o 2% mniej niż oczekiwali analitycy. Pokazuje to, że Amerykanie w dobie pandemii wydają między innymi na samochody mniej pieniędzy. Dolar wczoraj odzyskiwał trochę wartości względem euro, co ciekawe ruch ten został przerwany tuż przed dobrymi danymi w ramach indeksu Dallas FED.

Kolejne banki nie zmieniają stóp procentowych

Dzisiaj w nocy poznaliśmy dane z Banku Japonii. Zgodnie z oczekiwaniami utrzymał on symbolicznie ujemną stopę procentową wynoszącą -0,1%. Rynki zareagowały osłabieniem jena, gdyż inwestorzy liczyli na pewne wsparcie tamtejszej waluty. Nad ranem poznaliśmy dane ze Szwecji, gdzie tamtejszy bank utrzymał zerowe stawki dla korony szwedzkiej. Tutaj również inwestorzy przyjęli te dane z dystansem. Można zauważyć, że inwestorzy widząc poprawę sytuacji, powoli zaczynają oczekiwać zapowiedzi wzrostów stóp procentowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
12:00 – Wielka Brytania – sprzedaż detaliczna wg CBI,
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Badanie Cisco: praca hybrydowa wymaga silnej kultury organizacyjnej [DANE Z POLSKI]

  • Praca w realiach nowej normalności pokazuje jak ważna jest kultura organizacyjna uwzględniająca wszystkich pracowników, niezależnie od ich lokalizacji.
  • Kultura i dobre doświadczenia to najważniejsze czynniki dla pracowników, zaraz po technologii i logistyce.
  • Komunikatywne przywództwo jest kluczowe dla utrzymania poczucia stabilności, niezależności i docenienia pracowników.

W wielu firmach trwają przygotowania do bezpiecznego powrotu do biur i wdrażanie nowych modeli pracy. Jednak to rozwinięta kultura organizacyjna będzie kluczowa dla utrzymania w dłuższej perspektywie zrównoważonego rozwoju firm w dobie pracy hybrydowej. Jak wynika z raportu Cisco Workforce of the Future, dla pracowników kluczowe są dobre doświadczenia obejmujące zarówno częstą i efektywną komunikację, jak i poczucie bycia docenionym oraz rozwój zawodowy. To obszary kultury pracy, które zdaniem polskich respondentów mają największe znaczenie.

Wyniki najnowszego badania Cisco pokazują jak ważna jest nie tylko optymalizacja przestrzeni biurowej i tej w której wykonujemy swoje obowiązki wirtualnie, ale także stworzenie silnej kultury organizacyjnej uwzględniającej wszystkich w firmie. Wielu pracowników zdalnych czuje się komfortowo wykonując swoje obowiązki z domowego zacisza. Wciąż jednak jest znacząca grupa osób, które stwierdziły, że czują się porzucone. 20 proc. respondentów z Polski nie ma poczucia, że ich przełożeni ufają im, iż wykonują swoje obowiązki pracując z domu, bez potrzeby intensywnego nadzoru. Ponadto, aż 52 proc. czuje się niedoceniona, a tylko nieco mniej niż połowa uważa, że ich osiągnięcia podczas pracy zdalnej zostały odpowiednio zauważone (48 proc.).

Możliwości rozwoju to kolejne istotne źródło niepokoju polskich pracowników, z których 41 proc. obawia się, że brak fizycznej obecności w biurze i możliwości bezpośredniej współpracy z menedżerem wpłynie na rozwój ich kariery. Zarządzanie poprzez sprawną i efektywną komunikację z zespołem będzie kluczowe dla utrzymania poczucia stabilności i autonomii, a także dla stawienia czoła wyzwaniu jakim jest brak bliskości. Aż 81 proc. respondentów z Polski zgadza się ze stwierdzeniem, że liderzy w ich organizacjach powinni poświęcać więcej uwagi komunikacji, w okresie, gdy zespół nadal pozostaje rozproszony.

W sytuacji, gdy umiejętne korzystanie z technologii w codziennej pracy jest ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, szkolenia pracowników zyskały kluczowe znaczenie. Aż 86 proc. respondentów oczekuje, że szkolenia z zakresu technologii i umiejętności cyfrowych powinny stać się priorytetem w ich organizacji. Niestety ponad połowa (57 proc.) uczestników badania Cisco obawia się, że to nie nastąpi w realiach nowej normalności.

„Ludzie decydują się na pracę w danej firmie analizując wcześniej wiele czynników. Nie ulega wątpliwości, że kultura organizacji i jej wartości są kluczowe w procesie podejmowania decyzji. Obecnie wciąż pracujemy z domu, jednak biznes przygotowuje się do przejścia na model hybrydowy. Dlatego niezwykle ważna jest inkluzywność i pewność, że nikt z pracowników nie zostanie pominięty. To wymaga dodatkowych działań, które sprawią, że każdy poczuje się zauważony. Technologia odgrywa kluczową rolę w połączeniu ze sobą rozproszonych zespołów” – mówi Przemysław Kania, dyrektor generalny Cisco w Polsce.

„Pandemia COVID-19 na zawsze zmieniła sposób w jaki pracujemy. Pracownicy chcą czuć, że mają większą odpowiedzialność za projekt i wybór gdzie i kiedy będą pracować – łącząc pracę zdalną z obecnością w biurze. Gdy biznes wypracuje hybrydowy model pracy, będzie musiał stawić czoła wyzwaniu jakim jest wdrożenie długoterminowych rozwiązań, które naprawdę poprawią doświadczenia pracowników, niezależnie od tego skąd pracują i przyczynią się do zwiększenia ich produktywności” – dodaje Przemysław Kania z Cisco.

Tylko 43 proc. pracowników z Polski uważa, że jest przygotowana pod względem technologicznym do pracy z domu. Kluczowe jest wyposażenie zespołu w odpowiednie narzędzia umożliwiające współpracę i dostęp do firmowych zasobów. Platformy do współpracy działające w oparciu o technologię chmurową, wykorzystujące sztuczną inteligencję i zaawansowaną analitykę w funkcjach, takich jak rozpoznawanie twarzy, transkrypcja spotkań i tłumaczenia, odgrywają ważną rolę w łączeniu rozproszonych zespołów, zwiększając ich zaangażowanie i napędzając innowacje.

18% firm ma we flotach auta elektryczne, połowa deklaruje, że postawi na nie w ciągu 3 lat

Przyspieszają trendy obserwowane już przed pandemią – popularność zyskują samochody z ekologicznymi napędami oraz alternatywne środki transportu – wynika z nowego „Barometru Flotowego” opublikowanego przez Arval Mobility Observatory (AMO). Już 18% firm korzysta z co najmniej jednego auta w pełni elektrycznego, a blisko 1/3 ma we flotach samochody napędzane ekologicznie.

  • Połowa firm w Polsce deklaruje, że w ciągu 3 lat uzupełni flotę o samochody w pełni elektryczne, 18% już je ma.
  • 62% firm w Polsce wprowadziło inne formy mobilności niż tradycyjne auta służbowe.
  • Już 7 na 10 firm w Polsce w ciągu najbliższych 3 lat rozważa skorzystanie z wynajmu długoterminowego pojazdów, a 19% na pewno to zrobi.
  • 55% polskich firm planuje zwiększenie liczebności flot w ciągu 3 najbliższych lat. Średnia dla krajów UE to 43%.
  • Dopłaty do wynajmu prywatnego pracowników rozważa w Polsce 54% firm, czyli dwukrotnie więcej niż w 2019 roku.

Wśród kluczowych wniosków wskazanych w tegorocznym „Barometrze Flotowym” na pierwszy plan wysuwa się postępująca elektryfikacja flot. Pandemia nie tylko nie zatrzymała proekologicznego trendu – w ciągu ostatniego roku obserwowaliśmy jego wzmocnienie. Już 18% przedsiębiorstw w Polsce może się pochwalić co najmniej jednym „elektrykiem” (BEV) na firmowym parkingu. W 2020 roku co najmniej jedną technologię napędu zelektryfikowanego – samochód w pełni elektryczny (BEV), hybrydę (HEV) lub hybrydę plug-in (PHEV) – w swoich flotach miała już blisko 1/3 (31%) polskich firm. Niestety to wciąż mniej od europejskiej średniej, która wyniosła 42%.

Ta sytuacja może jednak szybko ulec zmianie, jeśli respondenci zrealizują deklarowane w badaniu plany. Aż 50% badanych firm w Polsce (a 56% w UE) deklaruje chęć posiadania we flocie w pełni elektrycznego samochodu w perspektywie 3 lat. Hybrydami i hybrydami plug-in będą za 3 lata jeździć pracownicy 6 na 10 badanych firm.

Bardzo pozytywnym wnioskiem z tegorocznego badania AMO jest ograniczenie barier, które dotychczas zniechęcały fleet managerów do wybierania pojazdów w pełni elektrycznych. Znaczną poprawę widać przede wszystkim w dostępności punktów ładowania w miejscu pracy (spadek wskazań z 63% na 51%) i domach użytkowników (spadek z 54% na 36%). Problemem przestał być już także niewielki wybór modeli pojazdów elektrycznych, wskazywany obecnie przez 36% fleet managerów wobec 45% rok wcześniej.

Wśród powodów decydujących o wyborze alternatywnych napędów dominują względy praktyczne. Najczęściej wskazywaną przyczyną proekologicznych zmian we flotach jest redukcja kosztów paliwa. Na drugim miejscu znalazła się troska o środowisko. Trzeci najistotniejszy czynnik różni się w zależności od rodzaju pojazdów we flocie. W przypadku samochodów osobowych jest to budowanie dobrego wizerunku firmy, natomiast w przypadku elektrycznych aut dostawczych ważniejszy jest całkowity koszt użytkowania (TCO).

Wyraźny wpływ pandemii widać we wzroście popularności alternatywnych form mobilności. Obecnie korzysta z nich już 62% przedsiębiorstw, a w ciągu 3 lat odsetek może wzrosnąć do 88%, co w sporej mierze jest efektem chęci zapewnienia pracownikom bezpieczeństwa zdrowotnego i komfortu w dojazdach do pracy.

– W polskich flotach wyraźnie widać rosnącą skłonność do dywersyfikacji. Klasycznie rozumiany samochód służbowy wielu firmom już nie wystarcza, a pandemia COVID-19 dodatkowo pogłębiła zapotrzebowanie na inne formy mobilności. Na rynku istnieją już odpowiedzi na wiele aktualnych potrzeb, dopasowane do różnych modeli biznesowych. Zdecydowanie najważniejsza jest dziś skuteczność – bezpieczne dotarcie do celu w jak najkrótszym czasie – mówi Radosław Kitala, Consulting & Arval Mobility Observatory Manager w Arval Service Lease Polska.

Jaką alternatywę wybierają fleet managerowie? Już co trzecia firma (wzrost o 13 punktów procentowych) korzysta ze wspólnych dojazdów pracowników, w 28% flot (wzrost o 10 pp) funkcjonował firmowy system car sharingu, a 26% firm wybrało budżet na mobilność (15 pp więcej rok do roku). W ciągu 3 lat 46% badanych firm będzie udostępniać pracownikom opcję wynajmu lub współdzielenia roweru albo innych rozwiązań mikromobilnościowych, z czego 17% już wdrożyło te rozwiązania. Dopłaty do wynajmu prywatnego pracowników rozważa w Polsce 54% firm. To dwukrotnie więcej niż w 2019 roku.

Co ciekawe, zgodnie z deklaracjami respondentów, firmowe floty będą rosły. W Polsce powiększenie parku samochodowego w ciągu najbliższych 3 lat deklaruje 55% badanych. Te wyniki plasują nas zdecydowanie powyżej średniej unijnej (43%), ale zauważalny jest też wzrost w porównaniu z ubiegłym rokiem. Wówczas plany powiększania flot zadeklarowało 31% respondentów. O optymizmie działających w Polsce przedsiębiorców świadczy też najczęściej wskazywany przez nich powód zwiększania liczby aut. „Rozwój biznesu” zaznaczyło 71% badanych (58% to średnia w UE). Wśród innych przyczyn znalazły się zapewnienie bezpiecznego środka transportu pracownikom w związku z zagrożeniem zdrowotnym (26% odpowiedzi) oraz potrzeby związane z rekrutacją i utrzymaniem pracowników (także 26% odpowiedzi).

– Dynamicznie ewoluuje nie tylko to, jak firmy postrzegają mobilność, ale również sposób finansowania rozwoju flot – mówi Robert Antczak, Dyrektor Generalny Arval Service Lease Polska. – Przedsiębiorstwa coraz rzadziej decydują się na zakup pojazdów ze środków własnych. Rośnie natomiast popularność leasingu i wynajmu. Z badania Arval Mobility Observatory wynika, że w najbliższych latach najsilniejsze perspektywy wzrostu ma wynajem długoterminowy. Szczególnie dotyczy to dużych firm (powyżej 500 pracowników), wśród których 8 na 10 deklaruje zamiar wykorzystania tej formy finansowania. Przyczyn takiego stanu rzeczy należy upatrywać w wygodzie i elastyczności tego rozwiązania, ale także w możliwości uzyskania kompleksowego wsparcia merytorycznego. To szczególnie ważne teraz, kiedy w obszarze mobilności obserwujemy tak wiele nowych trendów – dodaje.

Zamiar korzystania z wynajmu długoterminowego w ciągu najbliższych 3 lat zadeklarowało 69% badanych firm w Polsce, z czego 19% fleet managerów na pewno wybierze to rozwiązanie.

W „Barometrze Flotowym” od lat opisywany jest rozwój w obszarze wykorzystania telematyki. Dzięki popularyzacji technologii podłączania aut do sieci (connected cars) liczba firm używających tego typu narzędzi rośnie błyskawicznie. Już 64% polskich firm deklaruje cyfrowy monitoring pozycji i stanu pojazdów. To wynik wyższy niż średnia w UE, gdzie wykorzystanie takiej technologii deklaruje 56% firm. Im większa firma, tym więcej pozytywnych odpowiedzi dotyczących wykorzystania telematyki. Podobne są natomiast czynniki, które respondenci wskazali jako decydujące – 52% firm monitoruje położenie pojazdów by poprawić bezpieczeństwo, 49% oczekuje, że telematyka pozwoli poprawić zachowanie i sposób jazdy kierowców, a 44% chce w ten sposób wyeliminować niepożądane wykorzystanie samochodów.

Rynek inwestycyjny w regionie EMEA po I kw. 2021

W I kwartale 2021 r. sektory magazynowy i living utrzymały w regionie EMEA dynamiczne tempo rozwoju. Mniejszy udział w całkowitym wolumenie inwestycji w Europie miały natomiast transakcje biurowe. W wielu krajach EMEA odnotowano spadek ogólnej aktywności inwestorów i całkowitego wolumenu inwestycji o połowę w porównaniu z I kwartałem 2020 r. – zauważa firma doradcza Colliers w swoim najnowszym raporcie pt. EMEA Markets Snapshot Capital Markets Q1 2021.

– Rynek magazynowy nadal dynamicznie się rozwija – stopy zwrotu w tym sektorze spadają na prawie wszystkich rynkach, a transakcje portfelowe osiągają wysokie wartości. Inwestorzy są również skłonni zawierać transakcje obarczone większym ryzykiem, inwestując w magazyny, chociaż niektórzy z nich wykazują początkowe obawy co do cen i tego, czy deweloperzy będą w stanie podnieść czynsze wystarczająco wysoko w kontekście coraz niższej stopy zwrotu – mówi Richard Divall, dyrektor Colliers ds. rynków kapitałowych w regionie EMEA.

Wartość inwestycji bezpośrednich w europejskie nieruchomości wyniosła 51 mld euro, co oznacza spadek o 35% w porównaniu z I kwartałem 2020 r. Warto jednak zauważyć, że I kwartał 2020 r. był drugim pod względem wartości inwestycji kwartałem w ciągu ostatnich 10 lat, a dane te odzwierciedlają zróżnicowanie wyników w poszczególnych krajach.

– Ze względu na trzecią falę pandemii w Europie wiele procesów przetargowych zostało opóźnionych, jednak odnotowano aktywność w segmentach pozarynkowych i procesach przetargowych na mniejszą skalę. Pomimo braku dużych transakcji biurowych w I kw. nastroje pozostają pozytywne dla mało ryzykownych aktywów w najlepszych lokalizacjach. Oczekujemy, że kilka dużych obiektów zostanie wprowadzonych na rynek w II kw. 2021 r., a po przywróceniu podróży międzynarodowych wolumeny wzrosną – dodaje Richard Divall.

Ożywienie w sektorze hotelowym

Dużym zainteresowaniem w krajach skandynawskich, we Włoszech i Europie Środkowo-Wschodniej nadal cieszy się sektor living będący dynamicznie rozwijającą się klasą aktywów. Pozytywne nastroje powracają również na brytyjski rynek akademików. W dalszym ciągu utrzymuje się także znaczące zainteresowanie sektorami alternatywnymi, w tym life sciences, mieszkaniami dla seniorów (senior living) oraz aktywami wspieranymi przez sektor technologiczny.

Widać ponowny zwrot inwestorów w kierunku sektora hotelarskiego. W ostatnim czasie na kilku rynkach odnotowano tu pierwsze transakcje od wybuchu pandemii. Na rynku pojawiło się już kilka znaczących ofert hotelowych, a inwestorzy z niecierpliwością wyczekują rewizji cen.

Dobry wynik w Polsce

W I kwartale 2021 r. wartość rynku inwestycyjnego w Polsce wyniosła 1,27 mld euro (wyniki wstępne). Lepsze wyniki w analogicznym okresie osiągnięto tylko w  2018 r. i 2020 r. Dużym zainteresowaniem inwestorów ze względu na kompresję stóp kapitalizacji cieszy się wciąż sektor magazynowy.

– 58% całkowitego wolumenu transakcji na polskim rynku dotyczyło nieruchomości zlokalizowanych poza Warszawą, z czego 350 mln dotyczyło aktywów z sektora magazynowego – podaje Piotr Mirowski, senior partner, dyrektor Działu Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers.

Ostatni kwartał pokazał jednak, że płynność wraca także na rynek biurowy, czego potwierdzeniem jest 11 transakcji obejmujących sprzedaż 22 aktywów w całej Polsce. Patrząc na ponowny zwrot inwestorów w kierunku sektora biurowego, eksperci Colliers spodziewają się w II kwartale 2021 r. finalizacji kolejnych transakcji na tym rynku.

– Inwestorzy poszukują dobrze zlokalizowanych i dochodowych aktywów ze wszystkich kluczowych sektorów. Oczekujemy, że w kolejnych kwartałach stopy zwrotu za najlepsze produkty będą nadal spadać. Wzrasta płynność w przypadku lokalizacji niecentralnych napędzana popytem na nieruchomości typu value-add – podsumowuje Piotr Mirowski.

Przedsiębiorcy w obliczu transformacji węglowej. Z czym będą musieli się zmierzyć?

Polska stoi przed koniecznością przeprowadzenia transformacji węglowej. Wymusza ją cały szereg europejskich regulacji klimatycznych, ale także przyczyny ekonomiczne i techniczne. Z jakimi problemami musi się zmierzyć polski przedsiębiorca i jakie czekają na niego wyzwania?

Według GUS w 2019 r. w Polsce zużyto 68,3 mln ton węgla kamiennego, czyli o 8% mniej niż w roku 2018. Sektor energetyczny odpowiadał za 60,1% zużycia, 24,6% to przemysł i budownictwo, a 15,2% – gospodarstwa domowe.  W związku z tym, zgodnie z danymi BP Statistical Review, w 2018 r. Polska wyemitowała do atmosfery 322,5 mln ton dwutlenku węgla, z czego znaczna część to właśnie efekt spalania węgla kamiennego. Takie poziomy emisji są nie do utrzymania, choćby w związku z nowymi wymogami prawnymi, które nakładają ograniczenia na przedsiębiorców. Z czym przyjdzie się im zmierzyć w nadchodzących latach?

Wysoka cena emisji dwutlenku węgla

Pierwszym wyzwaniem są zmiany, jakie zachodzą w EU ETS, czyli w Europejskim Systemie Handlu Emisjami – znanym także jako wspólnotowy rynek uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Zgodnie z jego założeniami firmy (posiadające źródła spalania o mocy powyżej 20 MW) muszą przedstawić do umorzenia uprawnienia do emisji, odpowiadające swojemu poziomowi emisji. Przedsiębiorcy kupują te pozwolenia na aukcjach, a następnie zużywają zgodnie ze swoim zapotrzebowaniem lub odsprzedają. Obecnie cena emisji tony dwutlenku węgla jest na najwyższym poziomie w historii – około 40 euro. Specjaliści przewidują kolejne dynamiczne wzrosty cen, wynikające choćby z malejącej liczby dostępnych na rynku uprawnień. Według Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami (KOBiZE) w 2030 r. mogą osiągnąć poziom około 70 euro za tonę CO2. – Wysokie stawki za prawa do emisji wywołają dwa podstawowe skutki dla polskiej gospodarki. Po pierwsze: opłaty za energię elektryczną wytwarzaną z węgla będą drastycznie rosnąć. Po drugie: pomimo tych wzrostów, elektrownie oparte na węglu nie utrzymają rentowności i będą funkcjonować tylko do czasu ich technicznego wyeksploatowania. Może to w przyszłości skutkować brakami mocy w systemie i powstawaniem blackoutów wyjaśnia dr Lech Wojciechowski, Kierownik Zespołu Badań i Strategii w DUON, dostawcy gazu ziemnego i skroplonego.

Konieczność dostosowania istniejących instalacji – dyrektywa MCP

Kolejnym wyzwaniem jest dyrektywa w sprawie ograniczenia emisji niektórych zanieczyszczeń do powietrza ze średnich obiektów energetycznego spalania, czyli tzw. Dyrektywa MCP wydana przez Parlament Europejski i Radę Europy. Regulacja ta określa normy emisji dwutlenku siarki, tlenków azotu i cząstek stałych (pyłów) ze średnich obiektów energetycznego spalania o nominalnej mocy cieplnej nie mniejszej niż 1 MW i nie większej niż 50 MW. Standard emisyjny dwutlenku siarki ze spalania węgla kamiennego dla źródeł istniejących (o mocy poniżej 50 MW) jest obecnie ustalony na poziomie 1500 mg/Nm3. Nowo powstałe obiekty MCP muszą przestrzegać tych standardów, zaś istniejące mają czas na dostosowanie się do 1 stycznia 2025 r. (instalacje o mocy większej niż 5 MW) i do 1 stycznia 2030 r. (instalacje o mocy cieplnej nie mniejszej niż 1 MW i nie większej niż 5 MW). Gdy obiekt nie zostanie odpowiednio dostosowany, nałożone zostaną kary pieniężne lub instalacja zostanie zamknięta.

Podwyżka opłaty mocowej

Wprowadzona z początkiem roku podwyżka opłaty mocowej będzie kolejnym wyzwaniem dla przedsiębiorców i kolejnym czynnikiem, który wpłynie na koszty działalności firm. Od stycznia jej wysokość wynosi już 76,20 zł/MWh. Doliczana jest ona do opłat dystrybucji dla energii czynnej pobieranej z sieci elektroenergetycznej pomiędzy godziną 7 a 22 w dni robocze. Opłata mocowa nie dotyka wszystkich przedsiębiorców w tym samym stopniu, ponieważ np. zakłady pracujące na 3 zmiany, 7 dni w tygodniu nie dopłacą za energię zużytą w nocy i w weekendy. Mimo to jest to nadal spory wydatek dla większości przedsiębiorstw.

ESR – rozszerzenie obowiązku redukcji emisji na kolejne branże

Kolejny akt prawny, wpływający na działalność przedsiębiorstw korzystających z węgla, to ESR. Rozporządzenie stanowi o wspólnym wysiłku redukcyjnym i dotyczy wszystkich emisji CO2 nieobjętych zakresem ETS. Są to tak zwane sektory non-ETS czyli np. transport, budownictwo, rolnictwo i gospodarka odpadami. Firmy z tych branż będą musiały zredukować emisję gazów do 2030 r. o 7% względem poziomu w 2005 r. W tym momencie nie ma jeszcze konkretnych przepisów, ale to również będzie generować koszty dla przedsiębiorstw.

Znalezienie odpowiedniej alternatywy

Jedno jest pewne: cena energii będzie rosnąć i firmy będą szukać alternatyw. Dlatego też w naturalny sposób rozwinie się rynek rozproszonego wytwarzania energii na własne potrzeby czy to z wykorzystaniem odnawialnych źródeł, czy gazu ziemnego.   Na poziomie krajowym konieczne będzie zainwestowanie w stabilne źródło niskoemisyjne takie jak, elektrownia atomowa. Na poziomie lokalnym firmy będą musiały brać sprawy w swoje ręce i inwestować, by zapewnić sobie własną energię. W zależności od mocy i profilu zużycia będą to różne technologie. W przypadku przedsiębiorców zużywających głównie energię elektryczną w ciągu dnia będzie to zapewne fotowoltaika. Dla firm zużywających ciepło i energię elektryczną przez całą dobę, optymalnym rozwiązaniem jest kogeneracja gazowa lub zasilana biomasą. Rozwiązania są różne i możliwe do dopasowania do specyfiki każdego zakładu wyjaśnia dr Lech Wojciechowski, Kierownik Zespołu Badań i Strategii w DUON, dostawcy gazu ziemnego i skroplonego.

Konieczność zainwestowania w nową instalację

Niezależnie od tego, na jakie rozwiązanie postawi firma, będzie musiała się zmierzyć ze sporą inwestycją. Na wysokość kosztów wpływa bardzo dużo zmiennych: technologia, moc, uczestnictwo w systemie wsparcia, rodzaj zastępowanego paliwa, zakres koniecznej inwestycji dostosowawczej i wiele innych. Jednak w przypadku wielu przedsiębiorstw będzie to inwestycja w być albo nie być. Dlatego też firmy muszą tę decyzję podjąć w najbliższych miesiącach, bo czas ucieka.

Narty szorują po dnie i domagają się pomocy od państwa oraz PFR

Aż o 50-60 procentowym spadku sprzedaży branży sprzętu do sportów zimowych – w stosunku do analogicznego okresu w zeszłym roku – można obecnie mówić – wynika z analizy Bartosza Hamery – wspólnika spółki Pm Sport, odpowiedzialnej za dystrybucję w Polsce takich marek jak Rossignol, Dynastar i Lange. Tak jak inni przedsiębiorcy zrzeszeni w Komitecie Narty Snowboard Outdoor, domaga się on wsparcia sklepów dealerskich, wypożyczalni, dystrybutorów i producentów sprzętu narciarskiego oraz snowboardowego przez państwo i Polski Fundusz Rozwoju. Przypomina, że cała branża została w tym sezonie unieruchomiona przez zamknięcie stoków i centrów handlowych. Wskazuje też na rosnący problem jego sektora. Dotyczy on stoku sprzętu i odzieży narciarskiej oraz snowboardowej, za które trzeba zapłacić dostawcom. Pozostające cały czas w magazynach, niesprzedane produkty ponownie wejdą do sprzedaży najwcześniej dopiero w listopadzie tego roku.

  • Komitet Narty Snowboard Outdoor walczy o poszerzenie tzw. tarcz o kody PKD firm zajmujących się dystrybucją czy produkcją sprzętu narciarskiego.
  • Domaga się też zwolnienia z czynszów lub ich przeważającej części za czas lockdownu, a także wsparcia państwa i BGK przy uzyskiwaniu pożyczek płynnościowych.
  • Komitet musi teraz zbudować skalę organizacji, rozpoznać jej problemy po sezonie covidowym – tak, by móc dalej działać proaktywnie na rzecz jej przetrwania.

Pomimo dużo lepszych warunków do uprawiania sportów zimowych niż w ubiegłych latach, okres 2020/2021 pozostanie już na zawsze w złej pamięci właścicieli sklepów czy wypożyczalni sprzętu narciarskiego i snowboardowego w Polsce, a także jego producentów.

– Mijający sezon był najgorszym w 25 letniej historii naszej firmy oraz naszych dealerów. Nasza firma notowała, w zależności od miesiąca, 20-60% spadki przychodów. W tym samym czasie rósł nasz stok magazynowy towarów sezonowych ze względu na ograniczone zakupy naszych dealerów oraz klientów docelowych w naszej sieci sklepów Adventure Sports – relacjonuje Bartosz Hamera, dyrektor Sprzedaży i Marketingu polskiej sieci PM Sport. Przypomina, że to wynik ogłaszanych przez władze lockdownów: zarówno zamknięć centrów handlowych w listopadzie, grudniu, styczniu i marcu oraz wyłączenia z funkcjonowania stacji narciarskich w grudniu, styczniu, lutym i marcu. – Nasza firma, tak jak cała branża, boryka się problemami pokrycia kosztów stałych przedsiębiorstwa, jak również z problemem sfinansowania niesprzedanego stoku towarowego produktów sezonowych o wartości dziesiątek milionów złotych, które mogą wejść do sprzedaży dopiero w listopadzie – mówi.

Zdaniem Bartosza Hamery, który wraz z innymi dystrybutorami i producentami specjalistycznego sprzętu do uprawiania sportów zimowych od ponad pół roku działa w Komitecie Narty Snowboard Outdoor, w kończącym się właśnie sezonie mamy do czynienia z drastycznym spadkiem sprzedaży nart, desek snowboardowych, całego oprzyrządowania czy odzieży sportowej.

– Według moich szacunków, wynosić on może nawet 60% procent, jeśli porównamy obecny okres 2020/2021 do ubiegłego, w końcówce którego dopiero wybuchła pandemia. Moi koledzy, a zarazem konkurenci, też są podobnego zdania co do tych danych – szacuje Bartosz Hamera. Spadek to jedna z głównych przyczyn kłopotów, jakie spotkały przedsiębiorców z jego branży. – Nasz Komitet (Narty Snowboard Outdoor) przedstawia, jak pewnie wiele innych organizacji z branży retail, problem płynnościowy związany z niesprzedanymi zapasami towarowymi w okresie lockdownu. Ten problem w branży sezonowej – takiej jak nasza, dotyczy stoku sprzętu i odzieży narciarskiej oraz snowboardowej, za które musimy zapłacić dostawcom, a te zalegające w magazynach, niesprzedane produkty ponownie wejdą do sprzedaży dopiero najwcześniej dopiero w listopadzie tego roku – wskazuje Bartosz Hamera i, jak inni należący do Komitetu przedsiębiorcy, uważa, że przydałoby się tu bardzo wsparcie rządu/BGK przy uzyskaniu pożyczek płynnościowych dla firm.

– Dodatkowym problem takich firm jak nasza, która ma sklepy w centrach handlowych, jest kwestia czynszów za okres zamknięcia, a co za tym idzie, rozwiązanie bubla prawnego dotyczącego słynnego już art.15ze, który pisany był pod kątem tylko jednego lockdownu, a nie wielu, i przewiduje zwolnienie najemcy z czynszu tylko w wypadku przedłużenia umowy najmu o 6 miesięcy i okresu zamknięcia na pierwotnych warunkach oferty – mówi Bartosz Hamera, zwracając jednocześnie uwagę, że jest to rozwiązanie satysfakcjonujące jedynie wynajmujących. – My jako najemcy, apelujemy stricte o zwolnienie z czynszów lub z jego przeważającej części za cały okres lockdownu – deklaruje Bartosz Hamera.

Tak jak cały Komitet, angażuje się on w walkę o uwzględnienie przez rząd i PFR kodów PKD firm sprzedających i produkujących sprzęt narciarski i snowboardowy. – Bez wątpienia w grupie siła. To, że na początku drugiej fali pandemii branża się zjednoczyła, wybrała swoich reprezentantów i wypracowała wspólne stanowisko, żeby bronić się przed kryzysem, to już na 100% był i cały czas jest sukces, który został zmaterializowany najpierw otwarciem stoków narciarskich w Polsce oraz dopisaniem numerów PKD do (ogólnych) tarcz antykryzysowych, które występują u przeważającej ilości podmiotów w naszej branży – relacjonuje Bartosz Hamera, przypominając jednocześnie, że cel Komitetu to reprezentowanie całej branży, niezależnie od typu działalności i wielkości podmiotu, stąd przystąpienie każdej kolejnej firmy po pierwsze wzmacnia skalę wspólnego działania i dotarcia medialnego czy społecznego, ale również może pomóc rozwiązać kolejne problemy branży, które do tej pory były „niesłyszalne”.

Jako jeden z najnowszych sukcesów Komitetu wymienia znalezienie się PKD 47.64.Z czyli sprzedaży detalicznej sprzętu sportowego prowadzonej w wyspecjalizowanych sklepach w tarczy 9.0 dla mikro i małych przedsiębiorstw. – Upór KNSO i wielomiesięczne, różnorakie działania medialne, happeningowe, „pukanie” do drzwi decydentów… w końcu przyniosły skutek i zostaliśmy zauważeni, że również w naszej branży odczuliśmy i będziemy odczuwać skutki kolejnych lockdownów. Warto było walczyć, bo jednak kropla drąży skałę – uważa Bartosz Hamera.

Wraz z Komitetem Narty Snowboard Outdoor zapowiada dalszą walkę o pomoc dla branży, która przez aż około 2/3 obecnego sezonu skazana była na ponurą wegetację, bowiem wtedy właśnie wyłączone z użytku pozostawały stoki narciarskie, a lockdown uderzył też w centra handlowe. Tam bowiem znajduje się większość sklepów ze specjalistycznym sklepem narciarskim. – Podstawą kwalifikacji do pomocy z tarczy firm z branży narciarskiej, należącej do tzw. sezonowych, powinien być spadek obrotów – mówi w imieniu Komitetu Bartosz Hamera, kładąc przy tym nacisk na to, że takie firmy jak PM Sport nie są w stanie odrobić w kolejnych miesiącach spadku obrotów z zimy. – Dodatkowo obrót wykazany przez nas jako dystrybutora jest w dużej mierze niezapłacony przez naszych dealerów, którzy mają kłopoty z regulowaniem należności również z powodu ogromnych spadków sprzedaży – opisuje sytuację branży Bartosz Hamera i apeluje: – Potrzebujemy pomocy państwa, żeby utrzymać firmę i personel w skali całego roku z tego względu, że restrykcje „odwołały nam sezon”, i to zarówno w Polsce, jak i w Alpach.

Oprócz ekonomicznego, wskazuje też na zdrowotny skutek obecnego kryzysu, bowiem brak możliwości uprawiania sportów równoznaczny jest z obniżeniem odporności organizmu i większą skłonnością do pogarszania się stanu psychicznego. Według Bartosza Hamery, wychodzenie z wywołanego pandemią kryzysu stanie się bardziej efektywne, jeśli wesprzemy to aktywnością fizyczną, a narciarstwo to jeden z nielicznych sportów masowych, który, w dodatku, przyczynić się może do poprawy ogólnej kondycji społeczeństwa. – Nasz Komitet związany jest z branżą sezonową – zimową, która właśnie kończy sezon. Jednak kolejny – przed nami i mimo, że mamy nadzieję, że już będzie on w miarę normalny handlowo i narciarsko, to jednak nie jest to pewne, i musimy teraz zbudować właśnie skalę naszej organizacji, rozpoznać jej problemy po sezonie covidowym – tak, żeby móc dalej działać proaktywnie na rzecz jej przetrwania, ale także pomocy członkom Komitetu i, w razie potrzeby, prowadzić dialog z organami państwa w celu zauważenia sytuacji, w której jesteśmy jako pracodawcy – podsumowuje Bartosz Hamera, który kieruje PM Sport.

Branża Narty-Snowboard-Outdoor, obejmuje:

  • Producentów i dystrybutorów sprzętu sportowego
  • Sieci handlowe
  • Ponad 1000 specjalistycznych sklepów narciarskich, snowboardowych i outdoorowych
  • Ponad 1000 wypożyczalni nart

Zatrudnia w Polsce ponad 50 tysięcy osób oraz generuje obrót ponad 5 miliardów złotych rocznie w samych miesiącach zimowych. Tylko w miesiącu listopadzie 2020, firmy z branży zanotowały spadki obrotów rzędu 50-80% w stosunku listopada roku 2019.

Organ dochodził od członka zarządu spółki spłaty zobowiązań podatkowych, które już nie istniały

W określonych sytuacjach członkowie zarządów spółek ponoszą odpowiedzialność własnym majątkiem za zobowiązania spółki. Obarczeni są tą odpowiedzialnością przez okres, w jakim organy podatkowe mogą tych zobowiązań dochodzić, zanim się przedawnią – bo wtedy powinny umorzyć prowadzone postępowanie. W opisanej niżej sprawie skarbówka ociągała się z dochodzeniem takich zobowiązań od spółki przez niemal 5 lat. A po upływie blisko 6 lat swoje działania skierowała przeciw jednemu z członków jej zarządu.

Jak stanowi art. 299 §1 Kodeksu spółek handlowych w dziale poświęconym spółkom z ograniczoną odpowiedzialnością, jeżeli egzekucja przeciwko spółce okaże się bezskuteczna, członkowie zarządu odpowiadają solidarnie za jej zobowiązania.

Postępowanie egzekucyjne wobec spółki

Utworzona w lipcu 2011 r. spółka z ograniczoną odpowiedzialnością w 2014 r. złożyła deklarację w podatku dochodowym od osób prawnych CIT-8 za 2013 r. W związku z ustaleniem, że spółka nie dokonała wpłaty należnego CIT w terminie, naczelnik urzędu skarbowego w lutym 2015 r. wszczął wobec niej postępowanie egzekucyjne. We wrześniu 2018 r. naczelnik umorzył prowadzone postępowanie egzekucyjne, stwierdzając, że w toku tego postępowania nie uzyska się kwoty przewyższającej wydatki egzekucyjne.

Skierowanie egzekucji przeciw członkowi zarządu

W sierpniu 2019 r., a więc po blisko 6 latach, ten sam organ wszczął z urzędu postępowanie podatkowe w sprawie orzeczenia o solidarnej odpowiedzialności podatkowej członka zarządu spółki z o.o. za zaległości podatkowe tej spółki za 2013 r., wraz z odsetkami za zwłokę i kosztami egzekucyjnymi. W listopadzie 2019 r. naczelnik US stwierdził o odpowiedzialności osoby objętej tym postępowaniem. Jak uzasadnił, w okresie, kiedy upływał termin płatności CIT za 2013 r., pełniła ona funkcję członka zarządu spółki, a nie wykazała przesłanek, które uwolniłyby ją od tej odpowiedzialności. Na takie przesłanki wskazuje m.in. przepis art. 299 § 2 Kodeksu spółek handlowych, zgodnie z którym członek zarządu może uwolnić się od odpowiedzialności za zobowiązania spółki, jeśli wykaże, że we właściwym czasie zgłoszono wniosek o ogłoszenie jej upadłości lub w tym samym czasie wydano postanowienie o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego albo o zatwierdzeniu układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu, albo że niezgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości nastąpiło nie z jego winy, albo że pomimo niezgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości oraz niewydania postanowienia o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego albo niezatwierdzenia układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu wierzyciel nie poniósł szkody.

Mimo wniesionego przez członka zarządu odwołania dyrektor izby administracji skarbowej podtrzymał decyzję wydaną przez organ I instancji. W październiku 2020 r. członek zarządu wniósł skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Szczecinie.

Odpowiedzialność solidarna za zobowiązania podatkowe spółki

Szczeciński sąd w pierwszej kolejności przyznał organom podatkowym rację, że w obliczu bezskutecznej egzekucji z majątku spółki, jak i niewskazania przez członka zarządu mienia spółki, z którego egzekucja umożliwiłaby zaspokojenie zaległości podatkowych spółki w znacznej części, ani też niespełnienia innych przesłanek zwalniających z odpowiedzialności, odpowiedzialność całym swoim majątkiem ponosi członek zarządu spółki za jej zaległości podatkowe, których termin płatności upływał w czasie pełnienia obowiązków członka zarządu, a w tym czasie powstałe (art. 116 Ordynacji podatkowej). Sąd przyznał również, że w tej sprawie w ogóle nie zgłoszono wniosku o jej upadłość, a skarżący w żaden sposób nie wykazał, by do tego niezgłoszenia doszło bez jego winy.

Brak zobowiązania podatkowego, którego organy chciały dochodzić

WSA zaznaczył jednak, że z przywołanych regulacji wynika, iż warunkiem koniecznym, uprawniającym organ podatkowy do wszczęcia i prowadzenia postępowania przeciw członkowi zarządu, jest istnienie zaległości podatkowej. Tak, by miał on za co ponosić solidarną odpowiedzialność ze spółką. A w przedmiotowej sprawie nastąpiło przedawnienie zobowiązania podatkowego spółki. Nie ma więc podstaw, nie ma czego od skarżącego dochodzić. Dlatego też wyrokiem z 3 lutego 2021 r. uchylił zaskarżoną decyzję dyrektora izby administracji skarbowej, jak i poprzedzającą ją decyzję naczelnika urzędu skarbowego. Umorzył też postępowanie w sprawie.

Organy były zobowiązane do umorzenia prowadzonego przeciwko członkowi zarządu postępowania

W uzasadnieniu swojego wyrok WSA w Szczecinie orzekł: „Brak zatem zaległości podatkowej w stosunku do podmiotu, z którym osoba trzecia ma ponosić solidarną odpowiedzialność podatkową, uniemożliwia organowi podatkowemu wszczęcie postępowania w zakresie jej odpowiedzialności. Jeżeli natomiast w toku wszczętego już postępowania organy podatkowe stwierdzą, że zaległość podatkowa nie istnieje, zobowiązane są do umorzenia postępowania” (sygn. akt I SA/Sz 785/20).

Pytanie tylko, czy organy nie znają prawa, czy po prostu dopuszczają się bezprawia, działając jak nielegalny windykator, który nie ma umocowania prawnego do ściągania długów, a mimo to próbuje je ściągnąć. Aby uchronić się przed takimi „windykatorami”, członkowie zarządu mogą korzystać z oferowanej przez kancelarie prawne pomocy, ale i pamiętać, by w przypadku pojawienia się sytuacji kryzysowych, czy poważnych problemów z płynnością spółki, w porę dopełnić obowiązków nałożonych na nich ustawą i tym samym uwolnić się od ponoszenia odpowiedzialności.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ruch w sklepach wielkopowierzchniowych wciąż na minusie. Spadek jest nadal dwucyfrowy

Jak wynika z badania Proxi.cloud i UCE RESEARCH, o przeszło 20% zmniejszyła się liczba wizyt w sklepach wielkopowierzchniowych. Spadek nastąpił w pierwszym kwartale br. Wynik został porównany z danymi z początku 2020 roku. Natomiast o niespełna 15% zmalała liczba unikalnych klientów. Na minusie są wszystkie formaty. Jednak w najmniejszym stopniu dotyczy to dyskontów. Do tego widać, że ogólnie średnia liczba wizyt na osobę zmniejszyła się o przeszło 6%, ale w sieciach cash&carry wzrosła o niemal 7%.

Z analizy, wykonanej na próbie 9 tys. placówek i blisko 1,2 mln konsumentów, którzy odbyli łącznie ponad 23,4 mln wizyt, wynika, że w pierwszym kwartale br. o 20,2% spadła liczba wizyt w sklepach wielkopowierzchniowych w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Patrząc na wcześniejsze dane, widać, że największe spadki mamy już za sobą. W pandemii były one średnio na poziomie ok. 40%, a przed świętami – nawet ok. 66%.

– Sklepy wielkopowierzchniowe w dalszym ciągu muszą liczyć się z mniejszym ruchem. I tak będzie dopóki pandemia nie zostanie w pełni powstrzymana. Mimo to, zyski sieci handlowych niekoniecznie spadły. Przy okazji rzadszych wizyt, klienci wciąż robią większe zakupy – komentuje Mateusz Chołuj z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Do tego dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego zaznacza, że liczba wizyt klientów w sklepach wielkopowierzchniowych odbudowuje się, ale stosunkowo wolno. Konsumenci nadal ograniczają takie wyjścia z powodu obaw przed Covid-19. Zdaniem eksperta, sytuacja stopniowo będzie się poprawiać wraz ze wzrostem osób zaszczepionych. Jednak obecnie trudno określić, kiedy powróci do stanu sprzed pandemii. Będzie to zależne od szeregu czynników rynkowych i społecznych.

– Obostrzenia rządowe wciąż obowiązują i ograniczają ilość osób mogących przebywać w sklepie w tym samym czasie. To również wpływa na liczbę wizyt. Zniesienie tych regulacji może spowodować ich wzrost. Natomiast nie wiemy, czy stan sprzed pandemii zostanie osiągnięty. Być może obserwowane kiedyś rodzinne zakupy nie będą już spotykane – mówi Adam Grochowski z Proxi.cloud.

Z badania wynika też, że liczba unikalnych klientów spadła o 14,8% w relacji rocznej. Jak podkreślają eksperci z centrum analiz UCE RESEARCH, spadek ten jest na pewno odczuwalny. Ale wcześniej był on zdecydowanie większy, np. przed Bożym Narodzeniem – nawet o 57%. Jednak obecnie można zauważyć już trend rosnący i powrót klientów do sklepów.

– Średnia liczba wizyt na osobę w badanym okresie zmniejszyła się o 6,3%. To pokazuje, że obecnie klienci robią zakupy rzadziej. COVID-19 wpływa na obawy ludzi przed wyjściem z domu do miejsc, w których gromadzą się inni konsumenci, czyli też do sklepów spożywczych. Ten spadek jest niższy niż jeszcze w ostatnim okresie przedświątecznym. Wówczas Polacy odwiedzali placówki wielkopowierzchniowe o 23,7% rzadziej niż rok wcześniej – dodaje Mateusz Chołuj.

Patrząc na poszczególne formaty, widać, że liczba unikalnych klientów spadła wszędzie, najmniej – w dyskontach – o 15,3%. Dalej są hipermarkety (spadek o 22,6%), supermarkety (o 23,2%) i sieci typu cash&carry (o 29,9%). Jak stwierdza dr Kłosiewicz-Górecka, dyskonty radzą sobie stosunkowo najlepiej pod tym względem, co wynika m.in. z ich lokalizacji. Według eksperta, znaczenie mają też niskie ceny będące dla większości konsumentów podstawowym kryterium wyboru produktów. Ponadto liczą się intensywne reklamy zachęcające klientów do odwiedzenia tych placówek. Wiele osób ma również karty lojalnościowe wiążące je z dyskontami.

– Powodem największego spadku sieci cash&carry z pewnością jest sytuacja w gastronomii. Bardzo duży udział klientów tych placówek stanowią właśnie właściciele restauracji, którzy zaopatrywali się tam w produkty potrzebne do funkcjonowania ich biznesu – podkreśla Adam Grochowski.

Z badania wynika też, że we wszystkich analizowanych formatach handlowych zmniejszyła się liczba wizyt. Najmniej spadła w dyskontach – o 14,7%. Dalej w zestawieniu znajdują się hipermarkety (spadek o 22,8%), cash&carry (25%) oraz supermarkety (29,8%).

– Słaba pozycja supermarketów wynika z silnej konkurencji ze strony dyskontów i małych sklepów. One dobrze wpisują się w obecnie preferowane zakupy w placówkach zlokalizowanych blisko miejsca zamieszkania konsumentów. Małe sklepy są też postrzegane przez klientów jako bardziej bezpieczne. Zakupy w nich to też wyraz wspierania lokalnych biznesów, które ucierpiały podczas pandemii – dodaje ekspert z PIE.

Natomiast liczba wizyt na osobę wzrosła w sieciach cash&carry o 6,9%. Nieznacznie w górę poszła też w dyskontach – o 0,8%. Z kolei w hipermarketach i supermarketach odnotowano spadki, odpowiednio o 0,4% i 8,5%.

– Zwiększona liczba wizyt na osobę w sieciach cash&carry prawdopodobnie wynika z istnienia grupy sklepów, która utrzymuje swoją dobrą pozycję na rynku i systematycznie zaopatruje się w takich placówkach. Może być to też wynik skutecznego wykorzystywania przez coraz większą grupę zakładów gastronomicznych możliwości oferowania dań na wynos. Rośnie też zainteresowanie zakupami w cash&carry ze strony sklepów rozszerzających swoją ofertę o gotowe dania – podsumowuje dr Kłosiewicz-Górecka.

Badanie zostało przeprowadzone przez firmę technologiczną Proxi.cloud i platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH. Analiza została wykonana na podstawie monitoringu ruchu odbywającego się wokół 9 tys. wielkopowierzchniowych placówek największych sieci handlowych. Obserwacji poddano ponad 1,2 mln Polaków, którzy w I kwartale 2020 i 2021 roku odbyli łącznie ponad 23,4 mln wizyt konsumenckich. Anonimowe dane zebrano za pośrednictwem tzw. geofencingu.

W połowie maja lawina pozwów od frankowiczów zaleje sądy – nawet 3 lata oczekiwania na wyrok

  • Zbliża się ważny czas dla frankowiczów – wyroki TSUE (29.04) i SN (11.05). Spłacający kredyty hipoteczne w CHF wiążą z tymi orzeczeniami duże nadzieje.
  • Czas oczekiwania na wyrok w sprawach przeciwko bankom jest w sądach powszechnych długi – nawet 2,5 roku dla pozwów z 2020 r., bo w sądach jest aż 28 tys. spraw. Po wyrokach TSUE i SN ten czas się wydłuży.
  • Jesienią banki informowały o 5 mld zł* rezerw na wypłaty dla frankowiczów, ta kwota na pewno okaże się za mała. Sprawy, które już są w sądach to ponad 6 mld. zł.
  • Kredytobiorcy, którzy z pozwem będą czekać na rozstrzygnięcia TSUE i SN ustawią się na końcu kolejki do rozstrzygnięcia swojej sprawy.

Na 29 kwietnia 2021 r. TSUE (Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej) zaplanował wydanie orzeczenia, które będzie miało wpływ na krajowe orzecznictwo w sprawach hipotecznych kredytów frankowych. Trybunał odpowie na pytania o termin przedawnienia i zasadność roszczenia banków związanego z wynagrodzeniem za korzystanie z kapitału przez kredytobiorcę po stwierdzeniu nieważności umowy. Te kwestie budzą duże kontrowersje, a orzecznictwo w tym zakresie nie jest jednolite.

Orzeczenie TSUE będzie miało wpływ na treść uchwały polskiego Sądu Najwyższego (SN) zaplanowanej na 11.05 br. Ta z kolei na orzecznictwo sądów w całej Polsce w sprawach wytaczanych bankom przez kredytobiorców. W opinii większości ekspertów wyroki TSUE i SN będą korzystne dla frankowiczów.

– Wyroki TSUE i SN pozwolą zunifikować linię orzeczniczą w tym zakresie. Spodziewamy się, że w obydwu przypadkach będą korzystne dla kredytobiorców frankowych skarżących banki. To uruchomi lawinę pozwów, po prostu po korzystnych orzeczeniach TSUE i SN nie będzie już na co czekać. Otworzy się szerokie okno na wygraną z bankiem i pozbycie się drogiego kredytu – mówi Piotr Maciągowski z E-Kancelaria Grupa Prawno-Finansowa Sp. z o.o.

Liczba skarżących banki jest już większa niż mieszkańców liczy np. Zakopane

Już teraz liczba kredytobiorców składających pozwy przeciwko bankom jest bardzo duża. Co miesiąc rośnie o kilka tysięcy. W ciągu roku liczba spraw sądowych wytoczonych bankom przez frankowiczów wzrosła o 148 proc.* Łączna wartość przedmiotów sporu w ponad 28 tys. pozwów (czyli w przybliżeniu tyle, ile liczy mieszkańców np. Zakopane) to około 6,1 mld zł. Przy czym liczby te dotyczą tylko giełdowych banków, które ze względu na przepisy muszą ujawniać takie dane. Nie pokrywa to jednak całego rynku kredytów mieszkaniowych udzielanych przed laty w szwajcarskiej walucie. Jesienią banki informowały o 5 mld zł* rezerw na wypłaty dla frankowiczów, zatem w sądach już jest znacznie więcej do wygrania. A to nie koniec: z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w połowie 2020r. umowy w helweckiej walucie miało 768 tys. Polaków, a ich wartość to 100-120 mld zł.

– Liczba skarżących banki w najbliższym czasie znacząco zwiększy się. W ciągu całego zeszłego roku notowaliśmy stały wzrost liczby próśb o analizę umów kredytowych pod kątem szans na wygranie sporu w sądzie. Do tej pory jednak wielu frankowiczów wstrzymywało się z decyzją o skierowaniu sprawy na wokandę. Mrożąco działały ostrzeżenia banków, że w przypadku pozwu od kredytobiorców będą żądać wynagrodzenia za korzystanie z kapitału, który posłużył do zakupu mieszkania. Do tej pory udzielaliśmy wsparcia prawnego na wypadek takiego scenariusza. Teraz spodziewamy się, że Sąd Najwyższy ostatecznie zdecyduje, że banki nie mogą żądać od frankowiczów takiego wynagrodzeniu. To z pewnością wyzwoli nową, ogromną falę pozwów – Piotr Maciągowski z E-Kancelaria.

Zalew nowych pozwów w praktyce może zablokować sądy. Sprawy frankowe, na których rozpatrzenie w ubiegłym roku pojawiały się terminy nawet ponad 2 lata, od maja będą jeszcze bardziej się przewlekać. O kolejności rozpatrywania spraw decyduje kolejność pozwów – czyli ten złożony np. 30 kwietnia będzie rozpatrywany przez sąd wcześniej niż ten złożony np. 4 maja.

Ugody korzystne? Tylko dla banków

Na wzrost liczby pozwów ma wpływ jeszcze jeden czynnik: coraz więcej kredytobiorców zdaje sobie sprawę, że ugoda z bankiem nie jest dla nich najkorzystniejszym rozwiązaniem. Wyliczenia pokazują, że zawarcie ugody na warunkach proponowanych przez KNF (Komisję Nadzoru Finansowego) spowoduje spadek salda kredytu o około 20%.  Rozwiązanie sądowe, w przypadku odfrankowienia kredytu, może obniżyć saldo o około 2/3 (przy umowie kredytowej zawartej na kwotę 250 tys. zł, przy kursie CHF wynoszącym 2,2792 zł – wyliczenia E-Kancelaria). W przypadku unieważnienia umowy saldo kredytu w przedstawionym przykładzie wyniesie 0 zł.

Jarosław Gowin: Już ponad połowa przedsiębiorców w Polsce zakłada firmy przez Internet

W 2020 roku prawie 110 tys., czyli niemal 42 proc. firm, zostało założonych przez Internet, a w pierwszym kwartale tego roku z takiej formy wpisu do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej skorzystało już 54 proc. przedsiębiorców. Wśród nich najwięcej jest młodych osób z Mazowsza, zajmujących się handlem. Od II kwartału 2021 r. wpisu online do CEIDG będzie można dokonywać już tylko przez platformę Biznes.gov.pl.

Na przestrzeni ostatnich lat sukcesywnie rośnie liczba firm zakładanych przez Internet. Prawie 42 proc. wszystkich działalności gospodarczych, które Polacy otworzyli w 2020 r. była rejestrowana online. To ponad dwa razy więcej niż rok wcześniej (20,7 proc.) i prawie trzy razy tyle, co w 2018 r. (15,5 proc.). W ciągu trzech ostatnich lat liczba firm założonych przez Internet wzrosła ponad dwukrotnie: z 50,4 tys. w 2018 r. do 109,8 tys. w 2020 r. Tylko w styczniu br. firmy założone online stanowiły blisko 55 proc. wszystkich aktywnych podmiotów gospodarczych w Polsce, a w całym pierwszym kwartale ten odsetek wyniósł 54 proc. W styczniu 2020 r. było to ponad dwa razy mniej – 23,4 proc.

– Jestem przekonany, że w tym roku te dane jeszcze wzrosną. Od początku stycznia aż 11,5 tys. spośród 21,4 tys. nowych firm zostało zarejestrowanych bez wizyty w urzędzie. To kolejny dowód na to, że Polacy z coraz większą swobodą korzystają z dostępnych narzędzi internetowych i również za ich pośrednictwem nie tylko się komunikują, ale także załatwiają coraz więcej spraw biznesowych i urzędowych – mówi Jarosław Gowin, wicepremier, minister rozwoju, pracy i technologii.

Mniej wniosków o likwidację i zawieszenie firmy

Ze względu na pandemię miniony rok był bardzo trudny dla wielu przedsiębiorców, ale nie zniechęcił ich do zakładania nowych przedsiębiorstw. Większa liczba działalności zawieszonych na początku 2021 r. niż w analogicznym okresie 2020 roku wynika z naturalnych cykli funkcjonowania firm. Jest to wyraźnie widoczne szczególnie w tak obszernym zbiorze jak baza CEIDG, gdzie jest ponad 2,5 mln aktywnych podmiotów. Potwierdzeniem tego trendu jest znacznie mniejszy odsetek wniosków dotyczących zawieszenia i likwidacji działalności odnotowany w minionym roku. Mimo wszystkich przeciwności w 2020 r. było ich o 12 proc. mniej niż rok wcześniej.

Analiza liczby aktywnych i zawieszonych działalności jednoznacznie wskazuje, że w 2020 roku, za wyjątkiem okresu lockdownu od połowy marca do początku czerwca, firm przybywało w takim samym stopniu jak rok wcześniej. Choć pandemia dla wielu z nich była bardzo dotkliwa, wiosenny lockdown właściwie nie zburzył trendu wypracowanego w 2019 roku.

Obraz polskiego przedsiębiorcy

Dużą popularnością wśród przedsiębiorców zakładających firmę przez Internet cieszy się detaliczna i hurtowa działalność handlowa. Tylko w 2020 r. drogą elektroniczną wpłynęło do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej 19,1 tys. wniosków dotyczących tego sektora. Drugą najpopularniejszą kategorią branżową była działalność profesjonalna, naukowa i techniczna – 18,4 tys. zgłoszeń. Na trzecim i czwartym miejscu znalazły się: informacja i telekomunikacja (14,5 tys.) oraz budownictwo (14,3 tys.).

Dane z CEIDG z ostatnich lat pokazują, że w zakresie rozpoczynania własnej działalności przez Internet najbardziej aktywne są osoby młode – ponad połowa z nich nie ma 40 lat i prowadzi swoje firmy na Mazowszu. W 2020 r. 46,1 tys. firm założyli przedsiębiorcy w wieku 28-37 lat, a 30,2 tys. jeszcze młodsi – 18-27 lat.

W zeszłym roku mężczyźni założyli 68,8 tys. firm (63 proc.), przeważnie w branży budowlanej (12,8 tys. wniosków), kobiety natomiast – 41 tys. (37 proc.), najczęściej była to działalność profesjonalna, naukowa i techniczna (8,1 tys. wniosków).

Najwięcej nowych biznesów od lat powstaje na Mazowszu. W zeszłym roku było to 17,7 tys. zgłoszeń online. Na drugim na liście Śląsku w 2020 r. założono 9,8 tys., a w Małopolsce, która zamyka pierwszą trójkę – 8,3 tys. podmiotów gospodarczych. Najmniej osób, które zdecydowały się na założenie własnego biznesu, było w woj. opolskim (1,5 tys.) i lubuskim (1,6 tys.).

Własną działalność zakładają nad Wisłą nie tylko Polacy, ale także cudzoziemcy. Prawie jedna trzecia, czyli 461 spośród 1515 wniosków obcokrajowców, została zarejestrowana na Mazowszu. Na drugim miejscu w tej kategorii jest Małopolska ze 157 rejestracjami, a na trzecim – Dolny Śląsk (114). Działający w Polsce cudzoziemcy najczęściej rejestrowali przez Internet działalność z sektora informacji i telekomunikacji.

Jeszcze prościej

Dotychczas firmę można było założyć online na dwa sposoby – składając wniosek o wpis do rejestru CEIDG przez stronę ceidg.gov.pl lub przez platformę Biznes.gov.pl.

W II kwartale tego roku łączymy oba te portale dla przedsiębiorców. Powstanie Konto Przedsiębiorcy na Biznes.gov.pl. Chcemy w ten sposób uprościć i przyspieszyć całą procedurę załatwiania spraw urzędowych, w tym także podatkowych i organizacyjnych, przez Internet. Już dziś na Biznes.gov.pl za pośrednictwem intuicyjnych kreatorów przedsiębiorca jest prowadzony krok po kroku nie tylko przez proces rejestracji firmy, ale też przy okazji każdej zmiany w CEIDG – mówi Jarosław Gowin.

Majówka przelała czarę goryczy. Coraz więcej hotelarzy rozważa pozwy przeciw Skarbowi Państwa

„Zamknięta majówka to kropla, która przelała czarę goryczy”. Hotelarze chcą pozywać Skarb Państwa za brak możliwości pracy

Dotychczas branża hotelarska – w przeciwieństwie do gastronomii czy branży fitness – dość powściągliwie wypowiadała się na temat potencjalnych pozwów przeciwko Skarbowi Państwa za lockdown i blokadę możliwości swobodnej pracy. Sytuacja diametralnie zmieniła się w ostatnich tygodniach. Po pierwsze – przez zaledwie trzy tygodnie w ciągu ostatniego półrocza branża hotelarska mogła działać w reżimie sanitarnym, po drugie blokada możliwości działania w długi majowy weekend to dla branży straty liczone w milionach złotych, które trudno jest uzasadnić, bo przecież oficjalnie padają informacje, że trzecia fala pandemii ustępuje. – Hotelarze przyznają, że ostatnie miesiące to dla nich pasmo bolesnych strat finansowych. Zamknięta majówka to kropla, która przelała czarę goryczy i pytań o możliwość walki o odszkodowanie jest bardzo dużo. Przedsiębiorcy są tym tematem zainteresowani, nawet w sytuacji gdy potencjalnie już niebawem ma nastąpić odmrożenie gospodarki i przywrócenie im możliwości działania – mówi mec. Marek Jarosiewicz z Kancelarii Wódkiewicz & Sosnowski.

  • Od jesieni 2020 hotelarze mogą funkcjonować w bardzo ograniczonym trybie. Poluzowanie obostrzeń do 50% reżimu sanitarnego nastąpiło na zaledwie trzy tygodnie
  • Przedsiębiorcy przyznają, że straty są gigantyczne, a zadłużenie branży rośnie. Długi majowy weekend byłby szansą na potencjalne odrobienie strat
  • Przedsiębiorcy rozważają pozwy przeciwko Skarbowi Państwa lub otwieranie się na majówkę. Oficjalne lub… nieoficjalne

Wiele wskazuje na to, że hotelarstwo w reżimie sanitarnym rozpocznie działać po długim majowym weekendzie. I tutaj zaczyna się pewien problem, który na tyle silnie zirytował całą branże, że coraz częściej adwokaci odbierają telefony od hotelarzy zainteresowanym pozwami przeciwko Skarbowi Państwa „za lockdown”. Długi majowy weekend to np. dla zachodniopomorskiego pasa nadmorskiego szansa na duży zysk i odrobienie strat z minionych miesięcy. Zamknięcie hoteli na majówkę trudno jest wytłumaczyć, skoro ilość zakażeń i hospitalizacji spada, a cała Europa powoli szykuje się do odmrażania gospodarki. Pytań jest wiele i należy spodziewać się, że hotelarze będą walczyć o swoje prawa.

– Hotelarze mają coraz większą świadomość prawną i dopytują o możliwość walki o odszkodowanie za straty wynikające z czasu lockdownu. Branża hotelarska ma swoją specyfikę, jest bardziej sezonowa i nie da się ukryć, że zamknięcie na czas świąt, ferii zimowych, czasu wielkiej nocy czy teraz majówki jest dla przedsiębiorców szczególnie bolesne. Przedsiębiorcy z którymi rozmawiałem wielokrotnie mówili, że majówka to dla nich kropla, która przelała czarę goryczy. Nie potrafią zrozumieć dlaczego nie mogą działać choćby przy 50% obłożeniu – mówi mec. Marek Jarosiewcz z kancelarii Wódkiewicz & Sosnowski. – Hotelarze dbają wnikliwie o reżim sanitarny, mają możliwość takiego przygotowania swojej działalności, by nie dochodziło np. do kontaktów pomiędzy turystami czy lokatorami hotelu. Tym bardziej więc uważamy, że te sprawy przed sądem mają szansę na pozytywne rozpatrzenie. Ilość zamkniętych dni oraz skala poniesionych strat jest częścią składową w przypadku konkretnego roszczenia finansowego – przyznaje mec. Jarosiewcz.

O co najczęściej pytają hotelarze zainteresowani potencjalnym pozwem? Jakie mają wątpliwości? Jak mówi mec. Jarosiewicz dominują dwie grupy pytań: – To kwestia możliwości dochodzenia odszkodowania oraz pytania o potencjalne konsekwencje, gdy przedsiębiorca zdecyduje się na oficjalne lub zakamuflowane otwieranie hotelu w czasie majowego weekendu. W rozmowie z przedsiębiorcami mówimy im wprost, że konieczne będzie udokumentowanie strat jakie zaszły w ich hotelach i pensjonatach w czasie pandemii oraz wyliczenie odszkodowania – dodaje ekspert.

Raport: 27% firm w Polsce w wyniku pandemii przyspieszyło decyzję o automatyzacji. Niemal wszystkie chcą dzięki temu zwiększyć zatrudnienie

W wyniku pandemii 27% firm w Polsce oraz 35% w ujęciu globalnym zdecydowało się na przyspieszenie decyzji o wdrożeniu automatyzacji i digitalizacji. Jednocześnie COVID-19 doprowadził do wstrzymania tych planów w przypadku 21% pracodawców nad Wisłą i 17% na świecie. Wśród organizacji, które chcą się automatyzować i digitalizować, niemal wszystkie (97%) zamierzają zwiększyć lub utrzymać zatrudnienie na obecnym poziomie. To wnioski płynące z najnowszego raportu ManpowerGroup „Rewolucja Umiejętności – restart pod znakiem trzech P: przedłuż, przekwalifikuj, przeorganizuj”.

W wyniku automatyzacji i digitalizacji procesów powstanie więcej nowych miejsc pracy – potwierdzili pracodawcy zapytani przez ManpowerGroup o wpływ tych rozwiązań na zatrudnienie w ich firmach. W gronie polskich przedsiębiorców, którzy korzystają z dobrodziejstw najnowszych technologii, 97% prognozuje, że w wyniku automatyzacji i digitalizacji liczba pracowników w ich firmach wzrośnie lub utrzyma się na obecnym poziomie. Nieco mniej optymistyczne plany mają przedsiębiorstwa w ujęciu globalnym, gdzie 86% spodziewa się tak pozytywnego wpływu na zatrudnienie. Na drugim biegunie jest 2% firm nad Wisłą, które szacują, że automatyzacja i digitalizacja doprowadzą do redukcji etatów. Podobnego zdania jest 11% pracodawców na świecie.

– Transformacja cyfrowa zachodzi w bezprecedensowym tempie, a organizacje, które chcą się digitalizować zapewniają sobie większą elastyczność w obliczu nadchodzących zmian. Pandemia pokazała, że firmy, które stawiały na digitalizację jeszcze przed wybuchem kryzysu zdrowotnego, lepiej poradziły sobie z dynamiką przemian spowodowanych światowym lockdownem. Przedsiębiorstwa, które więcej inwestują w cyfryzację, umiejętności zespołów i innowacje, zdobywają większy udział w rynku. Automatyzacja i digitalizacja nie zabiorą pracy człowiekowi, ale zmienią ją w znaczny sposób, czyniąc bardziej jakościową i wymagającą nieustannego uczenia się – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup na Polskę. – Automatyzacja i digitalizacja to nie tylko inwestycje w nowoczesne technologie. Aby móc efektywnie korzystać z ich funkcji potrzebni są ludzie, którzy będą wiedzieć, jak robić to z sukcesem dla firmy. Dlatego tak ważne jest właściwe przygotowanie kadry i w ramach projektów reskillingu oraz upskillingu pracowników wyposażenie ich w potrzebne kompetencje. Przyszłość pracy jest cyfrowa, dlatego firmy już dziś powinny zadbać o wzmocnienie w zespołach tych umiejętności, których nie będą w stanie zapewnić technologie. Nie bez powodu w raporcie Światowego Forum Ekonomicznego na liście kompetencji przyszłości znalazło się tak wiele umiejętności miękkich. Zdolność i chęć uczenia się, odporność i elastyczne reagowanie na zmiany to kompetencje, które pozwolą firmom w przyszłości odpowiadać na dynamicznie zmieniające się środowisko biznesowe. Te cechy okazały się już bardzo potrzebne przy okazji zmian wynikających z pandemii. Transformacja cyfrowa to nie tylko zakup technologii, to również transformacja umiejętności – dodaje Iwona Janas.

Produkcja przemysłowa z największym przyspieszeniem dla automatyzacji i digitalizacji procesów

Pandemia w największym stopniu przyczyniła się do podjęcia decyzji o przyspieszeniu digitalizacji i automatyzacji procesów w firmach produkcyjnych – 23% z nich zdecydowało się na taki krok. W sprzedaży detalicznej było to 17% organizacji, tyle samo w sektorze finansów, ubezpieczeń i nieruchomości. Najwięcej organizacji wstrzymało digitalizację w sektorze sprzedaży detalicznej (28%) i w budownictwie (23%).

Jak zaznacza Tomasz Walenczak, dyrektor Manpower, część organizacji, w związku z panującą na rynku niepewnością wynikającą z sinusoidalnego zamrażania i odmrażania gospodarki, postanowiła ograniczyć swoje plany dotyczące wdrażania innowacyjnych technologii. – Szczególnie widoczne jest to w handlu i budownictwie. Na przeciwległym biegunie są organizacje, dla których szybka automatyzacja i digitalizacja procesów była niejednokrotnie szansą na usprawnienie funkcjonowania i bardziej efektywne działanie w nowej rzeczywistości. Wiele firm, aby utrzymać swoją konkurencyjność na rynku, prawie z dnia na dzień przeniosło biznes do sfery online i wdrożyło rozwiązania, umożliwiające pracownikom pracę zdalną. Organizacje dostrzegają korzyści, płynące z automatyzacji i digitalizacji – należą do nich między innymi optymalizacja kosztów, większa elastyczność oraz wzrost wydajności przedsiębiorstwa. Szczególnie otwarte na technologiczne innowacje są firmy przemysłowe, dla których utrzymanie ciągłości produkcji jest kwestią kluczową – dodaje ekspert.
Większe organizacje automatyzują na największą skalę

Analizując dane na temat planów automatyzacji pod kątem wielkości firm, to duże organizacje w Polsce, zatrudniające powyżej 250 pracowników, planują szerzej zakrojoną cyfryzację oraz najbardziej w jej wyniku zwiększają zatrudnienie. Z powodu pandemii co trzecia duża firma (30%) podjęła decyzję o przyspieszeniu cyfryzacji. W przypadku zarówno średnich, jak i małych przedsiębiorstw potencjał automatyzacji dostrzega 13% firm, a wśród mikroprzedsiębiorstw – 7%.

– Niewielkie przedsiębiorstwa intensywniej odczuwają ograniczenia budżetowe, które nie pozwalają im w pełni korzystać z możliwości, jakie daje automatyzacja. Nie zawsze uważają też, że profil ich działalności wymaga zwiększonych nakładów na digitalizację. Natomiast duże organizacje są bardziej skłonne do wdrażania cyfrowych rozwiązań, ponieważ zależy im na dynamicznym rozwoju i wykazywaniu wzrostów przed inwestorami. Częściej niż małe firmy korzystały też z innowacyjnych technologii przed pandemią i mają pozytywne doświadczenia w tym zakresie – uzupełnia dyrektor Manpower.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

FPP i ZPPHiU o czynszach w galeriach handlowych

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług (ZPPHiU) wyrażają pozytywną opinię o propozycji zapłaty 20% czynszów przez najemców galerii handlowych, czyli rozwiązaniu proponowanym przez rząd. Jest to wsparcie dla właścicieli galerii handlowych, jednak najemcy są skłonni je ponosić w imię solidarności biznesowej. FPP i ZPPHiU wskazują, że Kodeks cywilny jasno precyzuje – w przypadku braku świadczeń strony umowy z przyczyn niezależnych, a galerie handlowe nie wywiązują się ze świadczeń w zakresie zapewnienia umownych wskaźników odwiedzalności – druga strona umowy, czyli najemcy, także nie ma obowiązku realizowania świadczeń. Tym samym najemcy nie mają zobowiązania do płacenia czynszów w okresie zamknięcia galerii handlowych. Należy także jak najszybciej rozpocząć prace nad określeniem warunków współpracy podczas wychodzenia z lockdownu – po otwarciu centrów handlowych oraz doprowadzić do zrównoważenia warunków umów między wynajmującymi a najemcami.

„Zapłata 20% czynszu za okres zamknięcia galerii handlowych jest dużym obciążeniem finansowym dla każdego przedsiębiorcy, który nie może prowadzić swojego biznesu i nie ma przychodów. Ponosi przecież koszty wynagrodzeń dla pracowników oraz wiele innych opłat stałych. Mimo to jako najemcy jesteśmy w stanie zaakceptować rozwiązanie, w którym w taki sposób wspieramy i udzielamy pomocy właścicielom galerii handlowych. Niecierpliwie oczekujemy szczegółów rozwiązania proponowanego przez rząd i przepisów wykonawczych – nie można jednak nazywać tej propozycji 80% obniżką czynszu. Za ten okres najemcy zgodnie z prawem nie powinni ponosić opłat czynszowych – więc zapłata 20% czynszu to wsparcie i kontrybucja na rzecz właścicieli galerii ponoszona w imię solidarności biznesowej. Ponadto już dziś należy myśleć o warunkach współpracy podczas wychodzenia z okresu pandemii i po zakończeniu obostrzeń – trzy miesiące podczas których czynsz będzie wynosić 50% nie będą wystarczające, by przywrócić ruch notowany w 2019 roku – wskazuje Zofia Morbiato, dyrektor generalna Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług (ZPPHiU).

FPP i ZPPHiU zwracają uwagę, że kluczowe będzie transparentne podawanie rzeczywistych danych odwiedzalności galerii handlowych w kolejnych miesiącach. Dane dotychczas prezentowane nie znajdowały potwierdzenia w ruchu notowanym przez najemców oraz w ich obrotach. Zawyżone dane mogły być zaś przyczyną niewłaściwej oceny sytuacji pod kątem rozprzestrzeniania się koronawirusa i tym samym bardziej restrykcyjnych obostrzeń – trudno jednoznacznie potwierdzić, że wielkie obiekty handlowe są bardziej niebezpieczne niż małe sklepy. Co więcej, można założyć, że w dużych przestrzeniach łatwiej jest wprowadzić i przestrzegać reżimu sanitarnego, można także wprowadzić więcej skutecznych środków przeciwdziałania zakażeniom. ZPPHiU wielokrotnie zwracał uwagę na fakt, że nie ma żadnych danych potwierdzających zależność między otwarciem galerii handlowych a wzrostem zakażeń koronawirusem, zaś sklepy w centrach  handlowych funkcjonują w najwyższym reżimie sanitarnym.

Sprzedaż w lutym 2021 roku była niższa od ubiegłorocznej o 30%, a footfall o niemal 50%. Jedynie w okolicach Walentynek liczba odwiedzających nasze salony zbliżyła się do 75% wartości z ub. roku. Niestety, już w następnym tygodniu ponownie zaczęła spadać i na niskim 50-60% poziomie pozostała już do końca. Tak naprawdę w tym czasie mieliśmy tylko 3-4 dni lepszej sprzedaży, która dawała nadzieję na bliski powrót “normalnych” czasów” – potwierdza Paweł Korobacz, Dyrektor Działu Ekspansji, YES Biżuteria SA.

Kluczowe obecnie staje się także wypracowanie nowych, zrównoważonych warunków współpracy pomiędzy wynajmującymi a najemcami – ze szczególnym uwzględnieniem równości umów opartych na wzajemnych, partnerskich relacjach. Umowy powinny uwzględniać powiązanie wysokości czynszów z odwiedzalnością centrów handlowych lub poziomem obrotów najemcy.

„Galerie handlowe i sklepy w nich funkcjonujące – obok branży turystycznej i gastronomicznej – są najbardziej poszkodowane w wyniku obostrzeń pandemicznych. Rząd powinien ze szczególną uwagą podchodzić do budowania wieloletniego wsparcia dla tych sektorów. Mówimy tu nie tylko o pomocy w okresie lockdownów – ale mądrej, długoterminowej strategii odbudowania tych biznesów. Jasnym jest, że sytuacja nie powróci do normy jeszcze przez wiele miesięcy po odmrożeniu gospodarki. Co więcej – dotychczasowe formy pomocy państwa w tym sektorze były daleko niewystarczające, a handel internetowy w żaden sposób nie jest w stanie uzupełnić powstałej luki sprzedażowej. Tylko systemowe rozwiązania pozwolą przedsiębiorcom – w wielu przypadkach polskim małym i średnim biznesom – na powolne wypracowanie środków i pokrywanie strat z lat 2020-2021. Takie systemowe rozwiązanie FPP zaproponowała dla branży gastronomicznej i rolniczej w postaci benefitu na posiłki pracownicze. Teraz pora na segment handlu i usług – bardzo ważne staje się zapewnienie wsparcia na kilku kluczowych obszarach: wzmocnienia płynności finansowej, ochrony miejsc pracy i zmniejszenia obciażeń fiskalnych. Ważne jest, aby rozumieć, że zapłata nawet 20% czynszów w zamkniętych galeriach handlowych to pomoc dla wynajmujących – nie dla najemców. Ale wsparcie wynajmujących ze strony rządu może być szersze – na przykład obejmować przesunięcie wynajmującym spłat rat kredytów oraz odsetek zaciągniętych na zakup czy budowę centrum handlowego. Brak zrównoważenia pozycji prawnej stron umów między galeriami handlowymi a najemcami to także jeden z problemów, który należy pilnie rozwiązać. Wnioski płynące z okresu pandemii muszą znaleźć odzwierciedlenie w zapisach umów” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Barbara Garlacz: Przedsiębiorca wygrał z Alior Bankiem sprawę o nieważność umowy swapa walutowo-procentowego

W dniu 21 kwietnia 2021 Sąd Okręgowy w Warszawie Wydział Gospodarczy wydał wyrok (XVI GC 334/16), w którym po 5 latach procesu oddalił w całości pozew Alior Banku na kilkaset tysięcy złotych przeciwko przedsiębiorcy. Spór dotyczył transakcji swapa walutowo-procentowego, którą sąd uznał w całości za nieważną.

Sąd uznał, że:

  • przedsiębiorcy nie zostały przedstawione wszystkie potencjalne scenariusze prezentujące rzetelnie całość możliwych zysków i strat, a w szczególności ryzyko zmienności stóp procentowych;
  • umowa swapa walutowo-procentowego jest sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, a przez to nieważna.

Sprawa dotyczyła umowy kredytu inwestycyjnego w złotych polskich oraz zawartej razem z nią transakcji swapa walutowo-procentowego (CIRS), na podstawie której strony uzgodniły zamianę kwoty kredytu w PLN na kwotę w CHF i okresowe płatności odsetek według stopy WIBOR oraz LIBOR plus marża. Bank miał płacić okresowo stopę WIBOR przedsiębiorcy, a przedsiębiorca do banku stopę LIBOR i marżę. Transakcja była zawarta na okres 3 lat i jej zamkniecie doprowadziło do negatywnego rozliczenia dla przedsiębiorcy na kilkaset tysięcy złotych. Po tym, jak przedsiębiorca nie uregulował na rzecz banku kwoty wynikającej z domknięcia transakcji CIRS, Alior Bank w 2016 roku pozwał przedsiębiorcę do sądu.

W sprawie została sporządzona opinia biegłego – zgodnie z którą scenariusze zysków i strat, na które powoływał się Alior Bank w toku procesu, nie przedstawiały w ogóle wpływu zmian stóp procentowych na potencjalne zyski i straty z transakcji, tj. zakładały stałą stawkę WIBOR oraz LIBOR.

Sprawa była dość skomplikowana. Całość zebranego materiału dowodowego nie pozostawiła żadnych wątpliwości co do tego, że przedsiębiorca nie był świadom skutków ekonomiczno-finansowych zawartej transakcji, a w szczególności konieczności jej końcowego zamknięcia z wygenerowaniem możliwej straty na kapitale. Tę skomplikowaną transakcję wiązał z wymianą okresowych strumieni odsetkowych. Ponadto biegły potwierdził, że scenariusze pomijały ryzyko zmienności stawek WIBOR i LIBOR, co miało kluczowe znaczenie dla potencjalnych zysków i strat z tej transakcji” – komentuje mec. Barbara Garlacz, która reprezentowała przedsiębiorcę.

Wyrok nie jest prawomocny, niemniej wpisuje się w serię wyroków stwierdzających nieważność umów na instrumenty finansowe zawartych przez przedsiębiorców.

Britcoin – cyfrowy funt odpowiedzią na Brexit. Trwają prace nad kolejną narodową kryptowalutą

Bank of England i Skarb Państwa Jej Królewskiej Mości rozpoczynają pracę, która ma zaowocować powstaniem Britcoina. W założeniach cyfrowa waluta nie zastąpiłaby gotówki, ale byłaby dodatkowym środkiem płatniczym udostępnionym nie tylko przedsiębiorcom, ale też gospodarstwom domowym. E-funt ma pokazać m.in to, że gospodarka brytyjska jest innowacyjna i mimo Brexitu i kryzysu związanego z pandemią nadal konkurencyjna. 

Bank of England i Skarb Państwa Jej Królewskiej Mości to dwie najważniejsze instytucje finansowe w Wielkiej Brytanii. Uruchomiona przez nie grupa zadaniowa ma sprawdzić jak wprowadzenie wirtualnej waluty – Britcoin – może wpłynąć na wzmocnienie kraju po Brexicie. Jednym z podstawowych założeń wstępnych jest to, że brytyjski cyfrowy pieniądz byłby powiązany z funtem, aby uniknąć radykalnych zmian kursowych, które często widzimy na rynku kryptowalut.

Zainteresowanie brytyjskich instytucji finansowych wprowadzeniem narodowej kryptowaluty nie dziwi. Nie jest to przecież pierwszy kraj, który myśli o decentralizacji narodowych finansów. Podobne ruchy widzimy w Chinach, a i administracja Joe Bidena coraz przychylniej patrzy na takie rozwiązania. Dodatkowo Wielka Brytania po Brexicie musi szukać nowych gospodarczych wyzwań i pokazać, że jej gospodarka i londyńskie City nadal są konkurencyjne i innowacyjne – podkreśla Marcin Wituś, CEO Geco.one -platformy do handlu aktywami cyfrowymi Geco.one, będącej członkiem Polsko-Estońskiej Izby gospodarczej.

Prywatna konkurencja jest daleko z przodu

Brytyjska grupa zadaniowa w najbliższym czasie skonsultuje projekt z instytucjami instytucjami finansowymi, sprzedawcami detalicznymi, przedsiębiorstwami czy konsumentami. Jak podkreśla Bank of England cyfrowa waluta nie zastąpiłaby gotówki, ale byłaby dodatkowym środkiem płatniczym udostępnionym nie tylko przedsiębiorcom, ale też gospodarstwom domowym.

Dzięki wykorzystaniu technologii blockchain cyfrowe waluty umożliwiają osobom i firmom dokonywanie transakcji bez jakiejkolwiek ingerencji ze strony „pośredników”, takich jak banki czy rządy. – Chęć postawienia na innowacyjność to jedno, ale banki centralne są zaniepokojone rosnącą popularnością kryptowalut takich jak Bitcoin. E-waluty już stają się ważnymi systemami płatności i mogą w przyszłości zastąpić standardowe waluty, takie jak funt – dodaje Wituś.

Jak zaznacza założyciel Geco.one, co jakiś czas słyszymy o powstaniu kolejnej oddolnej inicjatywy, która umacnia rynek kryptowalut. Wituś wspomina m.in. o walucie wprowadzanej przez Facebooka czy fascynacją rynkiem kryptowalut, która widoczna jest w wypowiedziach i działaniach Elona Muska, który w 2021 roku zainwestował w zakup bitcoinów ok. 1,5 miliarda dolarów. To zdecydowanie zwiększa świadomość społeczną i skłania rządy na całym świecie do zbadania, jak może w praktyce działać cyfrowa waluta wspierana przez bank centralny.

E-funt uderzy w technologicznych gigantów?

Kryptowaluta wprowadzana przez bank centralny to po pierwsze odpowiedź na realne zapotrzebowanie rynku finansowego na nową formę pieniądza, ale też szansa dla publicznych instytucji na zmniejszenie ryzyka uzależnienia ludzi od dokonywania płatności poprzez pośrednictwo światowych gigantów technologicznych i firmy obsługujące karty. Wprowadzenie do obiegu państwowych walut cyfrowych będzie oznaczało ich centralizację, tzn. główne aktywa będą chronione przez państwo i instytucje finansowe – komentuje CEO Geco.one.

Jak zaznaczają pomysłodawcy grupy zadaniowej krok ku narodowej kryptowalucie ma pobudzić rozwijające się fintechy, przesunąć granice finansów cyfrowych i zwiększyć ich wydajność. Przytaczają też raport na temat walut cyfrowych z 2016 roku. Wtedy to Positive Money – organizacja na rzecz reformy banków centralnych i wprowadzenia alternatywnych narzędzi polityki pieniężnej – stwierdziło, że przyjęcie waluty cyfrowej zwiększy liczbę narzędzi monetarnych, których banki lub politycy mogą użyć do stymulowania wzrostu gospodarczego. Zaznaczyli też, że zastąpienie tradycyjnej waluty cyfrową może pozwolić na znaczne obniżanie stóp procentowych, a także może być wykorzystywana jako sposób do zwiększania zagregowanego popytu, a to może pozwolić na osiągnięcie stabilizacji cen.

Chiny i tak są już pierwsze

Zawiązanie się brytyjskiej grupy zadaniowej nie dziwi, jeśli spojrzy się za ocean. Tam jeszcze w marcu Jane Yellen – sekretarz skarbu USA – podkreślała, że Stany Zjednoczone powinny zastanowić się nad sensem wprowadzenia e-dolara. Przyznała też, że cyfrowy dolar może umożliwić bezpieczniejsze, tańsze oraz szybsze dokonywanie płatności. Natomiast w kwietniu jest zastępca Jerome Powell – w wywiadzie dla stacji CBS – dodawał, że Fed uważnie bada rozwój cyfrowego pieniądza, ale nie podjął jeszcze decyzji, czy kontynuować pracę nad wprowadzeniem e-dolara. Powell zaznaczył też, że Bank Centralny nie wyemituje wirtualnego dolara bez zgody Kongresu, a to może znacznie wydłużyć cały proces.

Równolegle trwają również prace w poszczególnych stanach, żeby szerzej dopuścić kryptowaluty na tradycyjny rynek finansowy. Jednym z nich jest Texas, który chce dołączyć do stanu Wyoming i uznać Bitcoina oraz inne kryptowaluty za pełnoprawny środek płatniczy.

Najbardziej zaawansowane prace nad wprowadzeniem narodowej cyfrowej waluty trwają jednak w Chinach. E-juan nie jest już tylko rozwiązaniem na papierze, ale już można nim płacić. W styczniu 100 000 mieszkańców regionu Shenzen otrzymało w ramach loterii łącznie 31 mln cyfrowych juanów. W prowincji utworzono także bankomaty, które pozwalają na zamianę cyfrowej waluty na gotówkę.

Również takie państwa jak Rosja, Japonia, Izrael czy Szwecja aktywnie pracują nad ewentualnym wprowadzeniem narodowych walut. Natomiast w Estonii zawieszono projekt “Estcoin”, ale dotychczasową pracę nad wykorzystaniem technologii blockchain, chcą tam przekuć w stworzenie e-podpisu.

E-commerce napędza sprzedaż mebli – wzrosty do 17%

Z nowych danych GUS[1] wynika, że jedne z największych wzrostów sprzedaży detalicznej w ujęciu miesięcznym odnotowano w sektorze meblarskim. Ostatni rok Polacy wykorzystali jako okazję do poszukiwań nowych elementów wyposażenia domu. Na popularności zyskało także nowe „pandemiczne hobby”, jakim jest renowacja. W odpowiedzi na rosnące zainteresowanie tym tematem, właściciele sklepów zaczęli kierować swoje działania w świat e-commerce, w którym to technologie odgrywają wiodącą rolę, poprawiając komfort ich działalności i zwiększając skalę dotarcia do zainteresowanych.  Sprzedaż detaliczna mebli w marcu odnotowała prawie 17% wzrost w stosunku do lutego.

Hybrydowa przestrzeń do życia

Wraz z ograniczeniami dotyczącymi wychodzenia z domu i spotkań towarzyskich, zakupy nowej odzieży czy obuwia przestały zajmować pełną uwagę konsumentów (według danych GUS negatywna dynamika w tej kategorii wyniosła w marcu 8,3%). Pojawiły się za to inne potrzeby, a jedna z nich wynikająca z faktu, że coraz więcej czasu spędzamy w domach a hybrydowy model życia, w tym pracy i nauki zostanie z nami na dłużej, to komfortowo i optymalnie urządzone „cztery ściany”. Jeżeli przy tym uda się to zrobić przyjemnie i stylowo, to ma to tylko szansę zwiększyć dobrostan mieszkańców.

Sklepy i outlety meblowe oraz większe markety budowlane, takie jak Leroy Merlin czy IKEA, pozostały otwarte przez większość okresu obowiązywania obostrzeń i zgromadziły w związku z tym wielu zainteresowanych klientów, chcących wykorzystać ten czas na załatwienie spraw, które zawsze planowali, ale na które brakowało im czasu. W efekcie wykształcił się nowy konsumencki trend i nawyk zakupowy – w końcu oszczędzanie pieniędzy na podróżach czy rozrywce dało kilka ekstra opcji finansowych na poprawę komfortu życia.

Do tej pory klienci niechętnie kupowali meble w sieci, ponieważ większość produktów to poważna inwestycja, którą warto zobaczyć na własne oczy przed dokonaniem zakupu. Dla przedsiębiorców z kolei meble były nieporęczne i drogie w transporcie, zwroty nieopłacalne a obsługa reklamacji rozciągnięta w czasie z uwagi na zaburzenia łańcuchów dostaw na całym świecie. Udział sprzedaży online w sprzedaży detalicznej w Polsce wzrósł jednak w marcu do 9,5% z 8,6% w lutym, a sprzedaż mebli odnotowała wzrost na poziomie prawie 17%. Właściciele firm zaczęli szybko zwracać się w kierunku e-commerce, aby płynąć na fali trendu i zwiększać swoją obecność i szansę na dotarcie do nowych klientów.

Internetowy sklep przyszłości

Sprzedawcy polegają na zdjęciach produktów i opiniach użytkowników, aby przekonać do siebie kupujących i coraz częściej eksperymentują z nowymi technologiami, by zagwarantować innowacyjne doświadczenie klienta. Interesującym polskim przykładem firmy meblarskiej nowej generacji, a w zasadzie startupu technologicznego, jest Tylko, specjalizujące się w dostarczaniu wysokiej jakości spersonalizowanych produktów do przechowywania, które klienci mogą zaprojektować w najdrobniejszych szczegółach – wszystko dzięki intuicyjnemu konfiguratorowi i algorytmom rzeczywistości rozszerzonej, które pozwalają na dynamiczną wizualizację mebla w przestrzeni potencjalnego kupującego.

„Odpowiednia technologia może pomóc przeanalizować każdy etap tradycyjnego procesu zakupu mebli, aby zagwarantować klientom lepsze, bezproblemowe i bardziej spersonalizowane doświadczenie zakupowe online. Warto zauważyć, że jest to również siła napędowa spektakularnego wzrostu marketplaceów, którego obecnie jesteśmy świadkami. Wystarczy spojrzeć na to, jak dobrze radzą sobie Westwing, Allegro, eBay czy Amazon. Jednak, aby osiągnąć sukces sprzedażowy, należy odpowiednio zadbać o kilka aspektów – a za każdym z nich stoi technologia” – komentuje Jakub Czerwiński, VP CEE z Adyen, globalnego operatora płatności.

Wśród kluczowych znajdują się rozwiązania platformowe (Unified Commerce, zarządzanie systemem w jednym miejscu), narzędzia do zapobiegania oszustwom (krótsze niż jedna sekunda przewidywanie ryzyka), ekspansja transgraniczna (dane dotyczące lokalnych preferencji płatniczych) czy bezproblemowe dokonywanie płatności w każdym kanale zakupowym (jedno kliknięcie, brak przekierowań). Usługa Amazon Pay pomaga na przykład usprawnić dokonywanie transakcji, umożliwiając klientom korzystanie z informacji przechowywanych już na ich profilu w serwisie – bez konieczności zakładania nowego konta, ponownego wprowadzania informacji o karcie kredytowej lub debetowej, czy też wprowadzania adresu rozliczeniowego i adresu wysyłki.

Sektor zyskał też w ostatnim czasie dużą przewagę za sprawą coraz popularniejszej funkcjonalności „kup teraz, zapłać później”, którą Polacy powitali z otwartymi ramionami (co trzeci Polak chętnie z niej korzysta[2]). To dodatkowy bieg napędzający silnik e-handlu, ponieważ meble stanowią zwykle jeden z większych wydatków, który można wygodnie odłożyć w czasie. Warto też pamiętać, że gros użytkowników najpopularniejszych marketplace’ów to obeznani z technologią millenialsi, a większość z nich ma dostęp do aplikacji, z których korzysta wyłącznie za pośrednictwem urządzeń mobilnych. Oczekują przy tym, że obsługa będzie intuicyjna, łatwa, szybka, niezawodna i stale ulepszana dla ich wygody – ale nie zrobotyzowana i pozbawiona „duszy”.

„Jeśli chodzi o zakupy mebli, strategia omnichannel jest z tej perspektywy zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem. W miarę ewolucji rynku detalicznego, w portfelach i świadomości klientów wciąż jest miejsce dla kilku kanałów: sklepów, serwisów direct-to-consumer i platform marketplace. Branża meblarska przekroczyła most do świata cyfrowego, a to tylko przyspieszy proces jej rozwoju” – dodaje Czerwiński.

[1] Dynamika sprzedaży detalicznej w marcu 2021 roku, GUS

[2] Polacy w Internecie w 2020 r.”, IMAS dla Krajowego Rejestru Długów (KRD) i spółki Easy Check

Rynek biurowy na głównych rynkach regionalnych po I kw. 2021 r.

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) opublikowała dane dotyczące rynku powierzchni biurowych na ośmiu głównych rynkach regionalnych w Polsce (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Lublin, Szczecin) za pierwszy kwartał 2021 roku.

Źródłem informacji są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers, Cresa, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills), a podsumowanie dotyczy istniejących zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych obiektów oddanych do użytku, wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

Na koniec I kwartału 2021 roku całkowite istniejące zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na ośmiu głównych rynkach regionalnych wyniosły 5 826 400 m kw. Niezmiennie największymi rynkami biurowymi w Polsce (po Warszawie) pozostawały Kraków (1 574 000 m kw.), Wrocław (1 226 300 m kw.) oraz Trójmiasto (913 600 m kw.).
W okresie od stycznia do marca 2021 roku do użytkowania oddano 5 inwestycji o łącznej powierzchni biurowej wynoszącej 46 400 m kw. Nowa podaż została zrealizowana w Krakowie (21 400 m kw. w 3 projektach) oraz w Trójmieście (25 000 m kw. w 2 projektach). Największymi inwestycjami ukończonymi w tym okresie były: Palio Office Park A (16 500 m kw., Cavatina) w Gdańsku oraz Equal Business Park D (11 650 m kw., Cavatina) w Krakowie.

Na koniec I kwartału 2021 roku współczynnik pustostanów oszacowany dla ośmiu głównych rynków regionalnych kształtował się na poziomie 12,9%, co daje łącznie 753 000 m kw. powierzchni biurowej dostępnej do wynajęcia od zaraz (poziom wyższy zarówno od tego w poprzednim kwartale – o 0,2 p.p. jak i od odnotowanego w analogicznym okresie ubiegłego roku o 3,4 p.p.). Najwyższy współczynnik powierzchni niewynajętej odnotowano w Łodzi (16,9%), zaś najniższy w Szczecinie – 7,4%.

W okresie od stycznia do marca 2021 roku na ośmiu rynkach regionalnych przedmiotem najmu było prawie 98 300 m kw. Najwyższy udział w strukturze popytu w tym okresie przypadł na renegocjacje – 45%. Nowe umowy stanowiły 42%, powierzchnia wykorzystana przez właścicieli na własny użytek stanowiła 9% oraz ekspansje stanowiły 5%. Rynkiem cieszącym się największą popularnością wśród najemców było Trójmiasto z popytem zarejestrowanym w pierwszym kwartałem 2021 roku na poziomie 37 900 m kw.

Największymi transakcjami zawartymi od stycznia do marca 2021 roku były umowy zawarte w Krakowie i Trójmieście, w tym: renegocjacja umowy IBM w budynkach Galileo, Newton i Edison w Krakowie na 11 300 m kw., odnowienie umowy Intel w Tryton Business House w Gdańsku na 9800 m kw., 8500 m kw. w nowym biurowcu LPP w Gdańsku wybudowanym na własny użytek właściciela oraz renegocjacja 7000 m kw. w gdyńskim budynku Baltic Business Centre przez poufnego najemcę.

Czy dolar straci dominującą pozycję na rynku? Analiza B. Sawickiego

Od początku II kw. 2021 r. dolar wyraźnie słabnie względem głównych walut świata. Nie brakuje głosów, że amerykańska waluta traci dominującą pozycję w globalnym systemie finansowym.  Czy jednak medialnie chwytliwa teza jest uzasadniona? Jeśli tak, to co i kiedy może zdetronizować amerykańską walutę: euro, juan, a może bitcoin?

Od zakończenia II wojny światowej dolar jest hegemonem międzynarodowych rozliczeń. Twarde dane nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Na koniec 2020 r. udział dolara w światowych rezerwach finansowych wynosił aż 59 proc.

Trzy różne miary, jeden lider

Wprawdzie przytoczony odsetek stopniowo się obniża i w ub. r. był najniższy od 1995 r., niemniej jednak między znaczeniem dolara a kolejnej waluty rezerwowej, czyli euro, utrzymuje się przepaść. Wspólna europejska waluta stanowi bowiem niewiele ponad 20 proc. rezerw, ale to i tak znacznie więcej niż np. juan. Udział chińskiej waluty w globalnych rezerwach to ledwie ok. 2 proc.

– Można oczywiście rozważyć, czy miara rezerw, tworzonych przez nieskore do zmian banki centralne, najtrafniej oddaje hierarchię w świecie walut. Dlatego warto przyjrzeć się sytuacji także z innych stron. Jedną z nich może być struktura obrotów na międzynarodowym rynku finansowym, którą odzwierciedlają m.in. statystyki Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Według danych z 2019 r. (nowsze jeszcze nie są dostępne), dolar brał bowiem udział w 44 na 100 transakcji na rynku walutowym. Euro było stroną zaledwie 16 proc., juan natomiast zaledwie 2 proc. transakcji. Jeszcze bardziej wymownego znaczenia nabiera fakt, że w minionych 30 latach udział dolara w strukturze obrotów na międzynarodowym rynku finansowym nie zmniejszył się – zauważa Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Zamiast oznak chwiejącej się dominacja dolara, w danych można dostrzec gigantyczną dysproporcję pomiędzy wpływem Chin na globalną wymianę towarową, a znaczeniem chińskiej waluty dla globalnych rynków finansowych. Potwierdzają to zresztą statystyki dotyczące walut w płatnościach międzynarodowych. Chociaż Chiny mają ok. 25-procentowy udział w globalnym handlu towarami i usługami, to z raportów Swift wynika, że w juanach rozlicza się tylko 2 proc. płatności międzynarodowych. Jednak dolar już nie dominuje z przewagą porównywalną do wcześniej przytaczanych kategorii, czując na plecach oddech euro, którego udział w transakcjach międzynarodowych zbliża się do 40 proc. Na dodatek, w minionych latach dystans między tymi dwiema walutami wyraźnie maleje.

Upłynie jeszcze wiele, wiele czasu…

– Liczby mówią jasno, że dolar pozostaje absolutnie najważniejszą walutą współczesnego świata. Głosy, że stan ten dobiegnie lada moment końca, zdają się nieuzasadnione. Dominacja amerykańskiej waluty na pewno jest solą w oku władz Państwa Środka, może też nie podobać się części europejskich decydentów. Jednakże pozycja USD jest tak dobrze ugruntowana, że musi upłynąć bardzo dużo czasu, zanim ambicje chińskie czy europejskie będą mogły się ziścić. Wprowadzenie cyfrowego juana czy też prace nad cyfrowym euro są krokami w dobrym kierunku, by tak mogło się stać, natomiast potrzebna jest też zmiana nastawienia i przyzwyczajeń zarówno w handlu zagranicznym, jak i wśród inwestorów. Przed bitcoinem i innymi kryptowalutami droga jest jeszcze dalsza. Tezy głoszące ich rychłą dominację należy póki co włożyć między bajki – komentuje analityk Cinkciarz.pl.

Ekspert dodaje na koniec jeszcze jeden argument, który rozprawia się z tezą o rychłym zmierzchu detronizacji amerykańskiej waluty. Otóż dolar sprawdza się w roli międzynarodowej waluty i jest dobrym fundamentem międzynarodowego systemu finansowego, ponieważ Stany Zjednoczone od lat cechuje deficyt w obrotach z zagranicą. Oznacza to, że dolar zalewa świat. Dla odmiany, na rachunkach obrotów bieżących Chin czy strefy euro cyklicznie notowane są nadwyżki.

– Gospodarki Chin oraz państw UE, które przyjęły euro, zasysają z globalnego systemu lokalne waluty. W takiej sytuacji wzrost popytu na euro czy też juana spowodowałby presję na umocnienie tych walut, nie korespondując z sytuacją gospodarczą i makroekonomiczną w krajach, z których pochodzą. Oznacza to, że rychła detronizacja dolara jest nie tylko nieosiągalna, ale również wynika raczej z politycznych ambicji, niż jest odpowiedzią na realną potrzebę – podsumowuje Bartosz Sawicki z Cinkciarz.pl.

Zapowiada się senny dzień

Dolar zyskuje w aurze ostrożnego odliczania do jutrzejszej decyzji FOMC, nawet jeśli konsensus zakłada podtrzymanie deklaracji o utrzymaniu luźnej polityki na dłużej. Najprawdopodobniej mamy do czynienia z szumem przy braku silniejszych katalizatorów.

Można się wysilić i skupić większą uwagę na fatalnym zarządzaniu pandemią w Indiach, ale to bardziej temat na utrudnianie wzrostów azjatyckich giełd. W Europie większe znaczenie ma przyspieszające tempo szczepień na Starym Kontynencie, co powinno pomóc w odbiciu ożywienia i nadgonieniu USA. Na domykaniu luki powinien korzystać EUR/USD, choć w większym stopniu bliżej końca kwartału niż teraz. W krótkim terminie EUR/USD odbędzie wrażliwy na wahania rynku akcji oraz jutrzejsze sygnały z Fed. Dzisiejsze odbicie dolara prawdopodobnie bierze się z podejrzliwości, że jeśli wszyscy zakładają gołębi przekaz FOMC, to rośnie ryzyko jastrzębiego zaskoczenia. Kłóciłoby się to jednak z powtarzanymi wielokrotnie przez prezesa Powella komentarzami, według których najpierw muszą pojawić się twarde dowody, że rynek pracy się naprawił, a inflacja utrzymuje się w celu 2 proc. bez pomocy czynników przejściowych (jak np. windowania cen surowców przez postpandemiczne niedobory podaży). Rynek jednak nie lubi próżni i jeśli w tym momencie nie ma (jeszcze) silnego impulsu do sprzedaży dolara, należy mu się chwila oddechu i odreagowania słabości.

Zapowiada się senny dzień z małą liczbą wydarzeń, które mogą podnieść zmienność. Za nami niezaskakująca w żadnym miejscu decyzja Banku Japonii, który po zeszłomiesięcznej rewizji swojej strategii dziś musiał tylko stwierdzić, że wszystko gra. Prognozy inflacji zostały obniżone, a zatem ultra-luźna polityka musi być utrzymywana. Uspokojenie na rynku długu (czyt. brak presji na wzrost rentowności wywoływanej przez obligacje USA) pomaga w obronie celu dla oprocentowania japońskich 10-latego (0 proc., +/- 0,25 pkt proc.). JPY nie otrzymał żadnych wskazówek dla kierunku i USD/JPY pozostaje niewolnikiem nastrojów wokół dolara. Podobnie bez emocji może przejść korona szwedzka po decyzji Riksbanku. Bank powinien utrzymać stopę procentową na 0 proc. i nie dokonywać zmian w programie QE. W obliczu trzeciej fali zachorowań, która w Szwecji przebiega gorzej od oczekiwań, Bank podtrzyma gołębie nastawienie. Z drugiej strony przed sygnalizowaniem dalszych obniżek bank powstrzymują rosnące ceny nieruchomości. Riksbank najprawdopodobniej postawi na wyczekiwanie nowych danych, rozwoju sytuacji zdrowotnej i przebiegu ścieżki inflacji. Taki przekaz nie dostarczy impulsu dla SEK.
Nic nowego do dodania w odniesieniu do sytuacji na złotym. EUR/PLN stoi na 4,5550. Dalej jestem zdania, że przed czwartkiem i orzeczeniem TSUE w sprawie kredytów frankowych może pojawić się presja, która pchnie kurs w stronę 4,57+. Niepewność orzeczenia zdaje się jednak zniechęcać do wyprzedających spekulacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Witold Modzelewski: Afera frankowa może całkowicie zniszczyć zaufanie obywateli do banków

Sprawy frankowiczów trwają już od kilkunastu lat. W cieniu walki z bankami zdążyło już wyrosnąć całe pokolenie – które przez całe swoje życie widziało, jak rodzice cierpią konsekwencje niesprawiedliwych umów kredytowych. Ci, którzy z bankami walczą już prawie połowę swojego życia, zdążyli zaś już dojrzeć i dorosnąć – większość czasu spędzając w poniewierce finansowej i psychicznej. Komentując sprawy kredytów frankowych trzeba pamiętać o tych dwóch pokoleniach – dotkniętych bezpośrednio i pośrednio błędem banków, które do dzisiaj nie umieją się do niego przyznać. Bo najdłuższą konsekwencją tych parunastu lat życia z kredytami we frankach nie będzie personalna krzywda poszkodowanych, ani straty finansowe banków. Sprawy frankowe pozostawią za sobą widmo złamanego zaufania.

– Kilkanaście lat temu banki podjęły pewną akcję, importowaną z innych rynków. Nie oszukujmy się, sprawy frankowe to skutek wyprzedaży kapitału obcym inwestorom. Ale jest to dowód na to, że banki miały świadomość konsekwencji tej akcji. A teraz wszyscy rżną głupa. Że nie byli kompetentni, że nie można było tego przewidzieć. Za niekompetencję jeszcze nikogo nigdy w Polsce nie ukarano – powiedział serwisowi eNewsroom Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Mamy jednak dokumenty i relacje, które zadają kłam tym tłumaczeniom. W pewnym momencie banki zapytały się władzy, czy zabrania podpisywania z klientami tak sformułowanych umów kredytowych. Powiedziały wprost: jeżeli tego nie zabronicie, będziemy to robić. A że władza z bankami żyje za pan brat i niczego bankom szczególnie nie zabrania, nie zabroniła i tego. To pokazuje, że banki już wtedy dobrze wiedziały, że ich działania nie są do końca zasadne. A teraz nie chcą się do tego przyznać. W takiej sytuacji każda instytucja, czy publiczna, czy prywatna, traci zaufanie swoich klientów. I tak najpewniej stanie się z bankami. Młodzi frankowicze, którzy brali te kredyty, teraz są ludźmi dojrzałymi. Wyrosło pokolenie ich następców – których stopień niechęci do tych, którzy zgotowali im ten los, jest o wiele większy. Bo ktoś, kto zasługiwał na zaufanie – nawet nie publiczne, ale wynikające z rzetelności w relacjach z klientem – powinien się przyznać do błędu. Banki tego nie zrobiły i nadal tego nie robią. To drugie, znacznie bardziej radykalne pokolenie, srogo się za to zemści – przewiduje Modzelewski.

Nowa era bankowości skoncentrowanej na kliencie

Bankowość przyszłości to jeszcze większa koncentracja na konsumentach, zrównoważonym rozwoju i racjonalizacji kosztów, oparta o cyfrowe rozwiązania i platformy, które ułatwiają bezpieczne transakcje i podwyższają jakość obsługi klienta. Jak wynika ze Światowego Raportu Bankowości Detalicznej, opublikowanego przez Capgemini i Efma, dla banków detalicznych dostosowanie oferty do oczekiwań klientów to dziś być albo nie być. Trudności wywołane przez pandemię zapoczątkowały nową erę bankowości skoncentrowanej na kliencie, którą raport określa mianem Banking 4.X. Aby odnieść sukces, banki muszą przyspieszyć transformację cyfrową i wdrożyć oparte na chmurze platformy tzw. banking-as-a-service (BaaS), które wspomagają osadzenie bankowości w codziennym życiu, czyniąc ją bardziej dostępną dla klientów.

Wstrząsy rynkowe w 2020 roku wpłynęły na sektor bankowy – z jednej strony poprzez ograniczenie wzrostu przychodów, z drugiej strony przez przymus digitalizacji i adopcji nowych rozwiązań technologicznych, jaki przyniosła pandemia – na wzrost kosztów. Dodatkowo duży wpływ miały towarzysząca wszystkim niepewność ekonomiczna jutra, zmiany w zachowaniu konsumentów w czasie pandemii, nowe regulacje prawne, a także pojawiająca się konkurencja ze strony podmiotów FinTech.

  • Pandemia wpłynęła na formowanie się nowego modelu bankowości. Postpandemiczna, zintegrowana bankowość jest już od początku do końca osadzona w strukturze cyfrowej, skoncentrowana na usługach dostępnych online, gdzie potrzeby konsumenta, jego doświadczenia i zachowania są postawione w centrum zainteresowania. Towarzyszy temu duża zmiana organizacyjna pracy banków. Rezygnuje się z niektórych oddziałów, pracownicy banków coraz częściej też przechodzą na pracę zdalną. Uwidoczniła się też zmiana nastawienia z biznesowego na postawę bardziej odpowiedzialną społecznie. Zmienił się też kontekst konkurencyjności na rynku – wcześniej banki konkurowały między sobą, w tej chwili zmiany zmierzają ku tworzeniu całych ekosystemów usług finansowych, gdzie konkurencją stają się wszyscy inni bardziej technologicznie rozwinięci usługodawcy – mówi Piotr Siuda Vice President, Head of Financial Services Strategic Business Unit w Capgemini Polska.

W ostatniej dekadzie neo-banki i challenger-banki pozyskały ponad 39 milionów klientów

Jak wynika z raportu aż 81 proc. konsumentów twierdzi, że łatwy dostęp i elastyczność bankowości jest dla nich motywacją do przejścia do nowego dostawcy usług finansowych. Tymczasem wiele tradycyjnych banków stara się utrzymać i zwiększyć bazę klientów i już rozpoczęło swoje działania w zakresie cyfryzacji i optymalizacji kosztów, ponieważ pandemia zmusiła je do znacznego przyspieszenia zmian. Ponadto, klienci bankowości detalicznej w obliczu obecnej sytuacji oczekują w pełni zdigitalizowanych i spersonalizowanych usług na żądanie oraz całodobowej pomocy.

Z drugiej jednak strony, spośród badanych, 46 proc. dyrektorów banków twierdzi, że nie jest pewna w jaki sposób wprowadzić otwartą bankowość, zorganizować ekosystemy i stać się organizacją w pełni opartą na danych. Rozwiązania te są niezbędnymi elementami nowego sposobu prowadzenia działalności bankowej, określonego przez Capgemini jako Banking 4.X.

  • Przed pandemią z bankowości elektronicznej korzystało 49 proc. klientów, dziś jest to już 57 proc. i te liczby się zwiększają. Duży wzrost, aż o 8 proc., dotyczy korzystania przez klientów z aplikacji mobilnych. Przezwyciężając przestarzałe sposoby myślenia i przyjmując koncepcję Banking-as-a-Service, instytucje finansowe będą wykraczać poza swoje podstawowe produkty bankowe, tworzyć nową ofertę i zapewniać klientom spersonalizowane doświadczenia. Dzięki platformifikacji i wykorzystaniu danych, banki mogą lepiej zaspokajać potrzeby współczesnego klienta, a także tworzyć nowe źródła przychodów. W branży widać także rosnącą akceptację dla rozwiązań chmurowych. 32 proc. managerów wysokiego szczebla z całego świata deklaruje zaangażowanie w projekty chmurowe w ciągu dwóch najbliższych lat. Banki będą migrowały do chmury, aby stworzyć efektywne kosztowo, zwinne i elastyczne organizacje – komentuje Marcin Szczotok, Senior Director, Head of Global Markets Technology w Capgemini Polska.

Platformifikacja definiuje nową erę dla branży

Tradycyjne banki mogą poszukać nowych możliwości w otwartych ekosystemach i platformach BaaS, które oferują dostęp do nowych źródeł danych i możliwości monetyzacji. Banki muszą szybko zwrócić się w kierunku podejścia opartego na doświadczeniach i platformach, które osadzają bankowość i inne usługi w stylu życia konsumentów. Pozytywnym zjawiskiem jest to, że 66 proc. banków twierdzi, że korzysta już z platformy BaaS, a 25 proc. jest w trakcie jej tworzenia.

Dla tradycyjnych banków dostęp do możliwości szerszego ekosystemu jest kluczowym elementem ich nowej drogi, a aż 80 proc. dyrektorów bankowych stwierdziło, że BaaS pomoże im w kultywowaniu synergii otwartego ekosystemu w celu wprowadzania innowacji i tworzenia nowych produktów i usług bankowych. Umożliwi to bankom wypełnienie luki pomiędzy ich obecną pozycją a spełnianiem oczekiwań klientów, które w przyszłości będą jeszcze większe. Ten nowy sposób prowadzenia działalności pozwoli bankom również na większą integrację z segmentem nieubankowionych i niedostatecznie ubankowionych klientów poprzez kanały cyfrowe, łatwiejsze w użyciu i dostępne na żądanie.

  • Tempo zmian przyspiesza. Nowi gracze na rynku, bez infrastruktury czy licencji bankowej, tworzą produkty i integrują usługi bankowe na swoich platformach biznesowych. Bankowość i firmy pozabankowe mają możliwość połączenia sił i zapewnienia lepszej obsługi klienta. Te strategiczne partnerstwa umożliwiają tworzenie nowych, kreatywnych ofert, które odzwierciedlają styl życia, potrzeby, a nawet osobowość klientów. Przyszłość bankowości opiera się na silnym fundamencie cyfrowym i elastycznym podejściu do wprowadzania innowacji. Produkty i usługi ze zintegrowaną usługą bankową (eng. embedded finance) rozwijają się w niezwykłym tempie. Według Forbesa, prognozowany ich wzrost w kolejnych pięciu latach wyniesie więcej niż tysiąc procent. Wynika z tego, że jeśli nawet tradycyjna bankowość transakcyjna nie zniknie zupełnie, to jej znaczenie będzie szybko maleć – mówi Piotr Siuda.

Podejście oparte na danych pozwoli nadać priorytet hiperpersonalizacji i zapewnić długoterminowy wzrost

Ponieważ bankowość wkracza w erę, w której usługi finansowe są wbudowane w codzienne życie klientów, to dobra współpraca będzie drogą do sukcesu. BaaS oferuje bezprecedensowe możliwości gromadzenia danych poprzez ekosystemy, przy czym ponad 86 proc. konsumentów deklaruje, że podzieliłoby się swoimi danymi, aby uzyskać lepsze, bardziej spersonalizowane doświadczenia. Obecne na rynku banki muszą zbudować cyfrowe możliwości, aby wykorzystać te ekosystemy danych w celu stworzenia, utrzymania i zwiększenia wartości dodanej w erze Banking 4.X. Wiodące banki utrzymają klientów w centrum procesu transformacji, śledząc ich zachowania i nastroje za pomocą inteligentnej analityki danych.

Banki muszą jednak działać szybko. Raport Capgemini i Efma wykazał, że 61 proc. firm nie posiada dedykowanego zespołu ds. zarządzania doświadczeniami klientów (CX), który definiowałby plany działania dla klientów. Banki mogą radykalnie poprawić doświadczenia klientów poprzez wdrożenie cyfrowej warstwy CX i zmianę wizerunku oddziałów na centra doświadczeń, aby oferować spójne i bezpieczne doświadczenia omni-channel we wszystkich punktach kontaktu.

Metodologia raportu

Światowy Raport Bankowości Detalicznej 2021 opiera się na wnioskach z dwóch głównych źródeł – globalnego badania Voice of the Customer Survey 2021 dotyczącego bankowości detalicznej oraz ankiet i wywiadów z kadrą zarządzającą bankowości detalicznej 2021. Raport zawiera spostrzeżenia z 23 rynków, ponad 8 500 klientów bankowych i ponad 130 członków wyższej kadry kierowniczej wiodących banków i firm pozabankowych z różnych regionów. Więcej informacji można znaleźć na stronie www.worldretailbankingreport.com.

Mikroprzedsiębiorcy – najnowsze dane o sprzedaży kredytów dla mikrofirm (marzec 2021 r.)

W marcu 2021 r., w porównaniu do marca 2020 r., banki udzieliły mniej kredytów mikroprzedsiębiorcom w ujęciu liczbowym (-2,1%), ale na wyższą kwotę (+5,4%). W ujęciu liczbowym banki przyznały o (-3,6%) mniej kredytów obrotowych, więcej o (+11,8%) kredytów inwestycyjnych i więcej o (+2,4%) kredytów w rachunku bieżącym. Spadła w porównaniu do marca 2020 r. wartość udzielonych w marcu 2021 r. kredytów obrotowych o (-1,7%). Wzrosła natomiast wartość udzielonych kredytów inwestycyjnych o (+15,7%) oraz kredytów w rachunku bieżącym o (+6,7%).

SPRZEDAŻ KREDYTÓW DLA MIKROPRZEDSIĘBIORCÓW WEDŁUG PRODUKTÓW KREDYTOWYCH

W marcu 2021 r. banki udzieliły łącznie 13,9 tys. kredytów mikroprzedsiębiorcom, o (+3,4%) więcej niż w poprzednim miesiącu, na łączną kwotę 1,938 mld zł – wzrost m/m o (+20,6%), w tym: 0,8 tys. kredytów inwestycyjnych na kwotę 318 mln zł, 4,7 tys. kredytów obrotowych na kwotę 725 mln zł oraz 4,2 tys. kredytów w rachunku bieżącym na kwotę 552 mln zł.

W pierwszym kwartale 2021 r. banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom 37,7 tys. kredytów – mniej o (-16,8%) w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku, na kwotę 4,687 mld zł. Spadek wartości udzielonych kredytów w tym okresie w porównaniu z analogicznym okresem 2020 r. wyniósł (-12,8%).

JAKOŚĆ PORTFELI KREDYTÓW DLA MIKROPRZEDSIĘBIORCÓW WEDŁUG PRODUKTÓW KREDYTOWYCH

Marcowy odczyt Indeksu jakości kredytów mikroprzedsiębiorców wyniósł 5,1% w ujęciu wartościowym. Produktowe Indeksy jakości w marcu 2021 r. kształtowały się w ujęciu wartościowym następująco: kredyty inwestycyjne 3,1%, kredyty obrotowe 10,3% oraz kredyty w rachunku bieżącym 3,5%. W marcu 2021 r. w porównaniu do lutego 2021 r. pogorszył się (wzrósł) ogólny indeks jakości (+0,23). Natomiast indeks polepszył się (spadł) w porównaniu do marca 2020 o (-0,32). Pomimo kolejnego już wzrostu i tak jest on nadal na stosunkowo niskim poziomie. Głównym źródłem pogorszenia w marcu 2021 r. jest przede wszystkim zakończenie dużej części moratoriów kredytowych (wakacji kredytowych) oraz nadal utrzymujące się ograniczenia działalności dużej części branż, w szczególności usługowych, z uwagi na restrykcje pandemiczne. Oba te zjawiska negatywnie wpływają na jakość portfela kredytów mikroprzedsiębiorców w ostatnich miesiącach. Marcowe pogorszenie wartości Indeksu w porównaniu do lutego 2021 r. jest jednak zróżnicowane co do wartości dla poszczególnych produktów kredytowych. Najwyższe pogorszenie wystąpiło w przypadku kredytów obrotowych (+0,54) oraz kredytów w rachunku bieżącym (+0,36).
W przypadku kredytów inwestycyjnych nastąpiło pogorszenie Indeksu o (+0,26) w porównaniu do odczytu z lutego 2021 r.

SPRZEDAŻ KREDYTÓW DLA MIKROPRZEDSIĘBIORCÓW WEDŁUG SEKTORÓW

Na 13,9 tys. kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorcom w marcu br., 6,2 tys. zaciągnęły firmy usługowe (45%) i 3,6 tys. handlowe (26%). Łącznie więc 71% udzielonych w marcu 2021 r. kredytów przypada na te dwa sektory. Z łącznej kwoty 1,938 mld zł, banki udzieliły 665 mln zł (34,3%) kredytów firmom z sektora usług oraz 528 mln zł (27,2%) mikroprzedsiębiorcom prowadzącym działalność handlową. Finansowanie tych dwóch sektorów to 61,5% łącznej wartości udzielonych kredytów w marcu 2021 r. W marcu 2021 r. najwyższe spadki liczby udzielonych kredytów dotyczyły finansowania usług (-8,6%). W przypadku produkcji spadek wyniósł (-2,5%). Akcja kredytowa dla firm budowlanych wzrosła o (+9,4%) a dla handlu o (+3,2%).

W ujęciu wartościowym w marcu 2021 r. w porównaniu do marca 2020 r. najwyższa dodatnia dynamika dotyczyła kredytów mikroprzedsiębiorców z sektora budownictwa (+22,1%), produkcji (+14,3%) oraz handlu (+6,9%).

JAKOŚĆ PORTFELI KREDYTÓW DLA MIKROPRZEDSIĘBIORCÓW WEDŁUG BRANŻ

Według odczytów Indeksu Jakości najgorzej (najwyższy poziom wskaźnika) w marcu 2021 r. spłacane były kredyty przez firmy usługowe – wartość indeksu wyniosła 5,87%. Najlepszy (najniższy) odczyt w marcu br. odnotował Indeks Jakości firm z sektora budowlanego i wynosił on 3,7%. W porównaniu do lutego 2021 r. Indeks pogorszył się (wzrósł) we wszystkich branżach. Najwięcej w usługach (+0,3). W pozostałych trzech branżach wartość Indeksu pogorszyła się: o (+0,27) w budownictwie, o (+0,16) w handlu oraz o (+0,09) w budownictwie.

Zapowiedź podwyżki podatków w USA

W ostatnim tygodniu Prezydent Stanów Zjednoczonych zapowiedział podwyżki podatków dla najbogatszych nawet do 39,6 proc. dla najwyższej stawki podatkowej, a także podatek od dochodów kapitałowych, a konkretnie od zysków powyżej 1 mln dolarów rocznie. Rynki akcji zareagowały spadkiem, natomiast już w kolejnym dniu spadek ten został odrobiony. Co prawda zapowiadane podwyżki podatków nie są dobre dla rynków finansowych, natomiast były one już wcześniej zapowiadanie przez Prezydenta Joe Bidena, więc nie są one zaskoczeniem, poza tym jest to dopiero propozycja, którą musi jeszcze zatwierdzić Senat. Możliwe, że Bidenowi nie uda się przekonać potrzebnej większości i proponowane podwyżki podatków nie będą miały miejsca lub podwyżki będą mniej drastyczne.

Na rynkach wciąż panuje optymizm – S&P500 ponownie ustanowił nowy szczyt, rentowności amerykańskich 10-letnich obligacji zanotowały kolejny spadkowy tydzień, natomiast zmienność ich notowań już znacznie obniżyła się, a dolar tracił do większości walut. Spływające dane gospodarcze pozytywnie zaskakują analityków, co świadczy o coraz lepszej sytuacji gospodarczej na świecie. Dla przykładu marcowa produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła 18,9% r/r, co oczywiście wynika z niskiej bazy, natomiast odczyt i tak jest znacząco powyżej oczekiwań, ponadto jest to jeden z najwyższych odczytów w historii.

W ostatnim tygodniu odbyły się posiedzenia banków centralnych Kanady oraz strefy euro. Kanadyjscy bankierzy zaskoczyli rynek będąc stosunkowo jastrzębi. Natomiast EBC niezmiennie prowadzi gołębią politykę monetarną, co nie powinno się zmienić w kolejnych miesiącach. W działaniach niektórych banków centralnych na świecie, chociażby kanadyjskim, widać pewne ruchy w stronę podwyżek stóp procentowych, natomiast główne banki centralne tzn. FED I EBC jeszcze pozostają bardzo gołębie. Moment, w którym największe banki centralne dokonają zmiany w swojej polityce monetarnej może mieć negatywny wpływ na chociażby rynki akcji i surowców, więc warto śledzić ich ruchy. NBP najprawdopodobniej będzie podążał za EBC, więc na razie nie ma co spodziewać się zmian stóp procentowych w naszym kraju.

W środę czeka nas posiedzenie amerykańskiej Rezerwy Federalnej, najprawdopodobniej stopy procentowe pozostaną bez zmian, natomiast wypowiedzi Powella mogą być kluczowe dla rynków. Ewidentnie widać presję inflacyjną na świecie, natomiast bankierzy najprawdopodobniej pozwolą na chwilowy wzrost inflacji, aby obniżyć realną wartość zadłużenia publicznego. W czwartek zapadnie decyzja Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie walutowych kredytów hipotecznych. Stanowisko TSUE może być znaczące dla polskich banków.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Polska fundacja rodzinna 2022

Powołanie polskich fundacji rodzinnych ułatwi firmom przeprowadzenie skutecznych procesów sukcesji.

Zgodnie z opublikowanym projektem ustawy od 1 stycznia 2022 roku w polskim porządku prawnym pojawi się możliwość zakładania przez firmy rodzinne fundacji. Umożliwi to polskim przedsiębiorstwom kompleksowe zaplanowanie sukcesji, czyli procesu określającego kto ma być właścicielem firmy, kto ma nią zarządzać, a kto czerpać korzyści finansowe z biznesu rodzinnego. Długo oczekiwane rozwiązanie zostało pozytywnie odebrane przez firmy rodzinne w Polsce. Jako potencjalne ryzyko wskazują one na niestabilność prawa i regulacji, co może wpłynąć na decyzje o założeniu fundacji jako rozwiązaniu tworzonym na pokolenia – wynika z raportu firmy doradczej PwC “Polska fundacja rodzinna 2022”.

22 marca 2021 r. opublikowano projekt ustawy o fundacji rodzinnej. Jej celem jest wprowadzenie do polskiego porządku prawnego nowej kategorii podmiotów – fundacji rodzinnych, które mają ułatwić sukcesje. Projektowana instytucja ma w zamiarze ustawodawcy zapewnić ochronę przed rozdrobnieniem majątku, przy równoczesnym umożliwianiu wskazanym przez fundatora osobom fizycznym czerpania z niego korzyści. Planowany termin wejścia w życie ustawy to 1 stycznia 2022 r.

Po ponad 30 latach demokracji i budowania wolnej gospodarki w Polsce przez krajowe firmy rodzinne zostaną one wreszcie wyposażone w instrument prawny, który pozwoli zachować na pokolenia wysiłek i wizję założycieli zainwestowane w ich firmy. – Piotr Michalczyk, lider praktyki firm prywatnych w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej

Zgodnie z projektem ustawy fundacja rodzinna będzie wpisywana do rejestru fundacji rodzinnych Krajowego Rejestru Sądowego, z chwilą wpisu uzyska ona osobowość prawną. Fundację rodziną będzie można powołać w drodze oświadczenia jednego lub więcej fundatora lub w testamencie, przeznaczając na jej majątek co najmniej 100 000 zł i nadając jej statut. Do powołania fundacji wymagana będzie forma aktu notarialnego. Organami fundacji będzie zarząd – odpowiadający za realizację celów fundacji oraz gospodarowanie jej majątkiem. Fakultatywnym, co do zasady, organem będzie pozostawać rada protektorów mogąca pełnić funkcje nadzorcze. Określone uprawnienia w fundacji rodzinnej może pełnić również zgromadzenie beneficjentów fundacji, któremu w braku rady protektorów, przyznano m.in. uprawnienie do powoływania zarządu. Fundacja rodzinna nie będzie mogła prowadzić działalności gospodarczej.

Proces planowania sukcesji trwa zwykle ponad rok, a czasami dłużej. Firmy powinny wykorzystać czas pozostały do wejścia ustawy w życie na przygotowanie dogłębnie przemyślanych planów sukcesji w swoich organizacjach. Z naszego doświadczenia wynika, że procesy sukcesyjne wymagają dużo czasu i rozwagi. Stąd warto już teraz zasiąść do planu sukcesji jeżeli chcemy skorzystać z nowej regulacji już w 2022 r. – Jacek Pawłowski, partner w kancelarii PwC Legal, doradca sukcesyjny

Oprócz kwestii prawnych związanych z założeniem fundacji, projekt ustawy reguluje także inne zagadnienia prawne, takie jak zachowek czy wymogi compliance, jak również kwestie podatkowe. Najważniejsze z nich, opisane w raporcie PwC to: opodatkowanie wkładu, opodatkowanie bieżące fundacji i opodatkowanie beneficjentów.

Ze względu na stopień skomplikowania prawa związanego z fundacją rodzinną, być może w przyszłości, wzorem zagranicznych jurysdykcji o rozwiniętej praktyce fundacji rodzinnych, również w Polsce pojawią się podmioty profesjonalnie zarządzające fundacjami rodzinnymi, skupiające wiedzę oraz doświadczenie specjalistów z wielu dziedzin, co mogłoby z jednej strony przyczynić się do efektywniejszego zarządzania fundacją, zaś z drugiej strony zmniejszyć i doprowadzić do z góry określonego poziomu łączne koszty takiego zarządu. – Piotr Woźniakiewicz, dyrektor w PwC, doradca podatkowy

Słabość dolara trwa, waluty EM doświadczają silnych wahań

Dolar amerykański w zeszłym tygodniu nadal słabł, radząc sobie gorzej niż zdecydowana większość głównych walut. Ruchy te były w większości niewielkie – więcej działo się na rynkach wschodzących. Złoty pozostał jednak dość stabilny. Czy ma szanse na aprecjację?

Trudno wyróżnić jeden schemat – real brazylijski uległ znacznej aprecjacji, zaś inne waluty Ameryki Łacińskiej, takie jak chilijskie i kolumbijskie peso, doświadczały słabości. Najgorzej radziła sobie lira turecka, która straciła ok. 4%. Inwestorzy wciąż negatywnie zapatrują się na niekonwencjonalne podejście Erdoğana do polityki monetarnej.

W tym tygodniu uwaga skupi się głównie na kwietniowym posiedzeniu FOMC w środę, chociaż rynki nie spodziewają się żadnych istotnych zmian w polityce i komunikacji Fedu. Kluczowe będą również dane o PKB w USA (czwartek) i inflacji PCE (piątek), a także wstępny odczyt inflacji w strefie euro w kwietniu (piątek) oraz dane o jej PKB za pierwszy kwartał, które poznamy w tym samym terminie.

PLN

Złoty w minionym tygodniu nie był poddany dużym wahaniom. Przez większą jego część doświadczał lekkiego osłabienia w parze z euro, po czym pod sam koniec odrobił mniej więcej połowę strat. Deprecjacja złotego w ujęciu tygodniowym jest zaskakująca, biorąc pod uwagę wzrost pary EUR/USD, lekki spadek rentowności długoterminowych amerykańskich obligacji skarbowych i napływ wyjątkowo dobrych wieści z kraju.

Wyraźnie widać wygasanie trzeciej fali koronawirusa w Polsce, tempo szczepień istotnie przyspieszyło, a marcowe dane z kraju były tak dobre, że wywołały serię rewizji w górę prognoz PKB na ten rok. Coraz bardziej realny staje się też scenariusz podniesienia ratingu kraju – o takiej możliwości w zeszłym tygodniu w wywiadzie dla PAP wspomniał analityk S&P na Polskę Karen Vartapetov. Uważamy, że kontrast między stabilnym kursem a dobrymi informacjami nie powinien trwać długo. Wszystko wskazuje na to, że Polskę czekają tłuste lata, a kurs naszym zdaniem powinien zacząć w większym stopniu to odzwierciedlać.

Wewnętrznym ryzykiem na horyzoncie pozostaje kwestia publikacji uchwały Sądu Najwyższego ws. frankowiczów zaplanowana na 11 maja – sądzimy jednak, że może to wywołać ewentualnie jedynie krótkotrwały wzrost zmienności w okolicy tej daty. Liczymy na to, że docelowo konsekwencją decyzji będzie redukcja ryzyka makroekonomicznego kraju.

EUR

Poprawa w danych ekonomicznych ze strefy euro została w zeszłym tygodniu potwierdzona przez bardzo dobre odczyty PMI za kwiecień i trwający wzrost tempa szczepień. Europejski Bank Centralny nie stanął na drodze do umocnienia euro, a jego kwietniowe posiedzenie przyniosło niewiele nowych informacji.

Uważamy, że szereg pozytywnych zaskoczeń w danych ze Stanów Zjednoczonych będzie miał teraz swój odpowiednik w strefie euro. Restrykcje są stopniowo luzowane i ujawnia się stłumiony popyt konsumentów, szczególnie w sektorze usług. W związku z tym sądzimy, że umocnienie euro w relacji do głównych walut powinno być kontynuowane.

USD

Środowe wieści z posiedzenia FOMC nie powinny mieć istotnego znaczenia. Nie spodziewamy się zmian w polityce pieniężnej ani większego zwrotu w retoryce Fedu, zwłaszcza że nie poznamy nowych projekcji ekonomicznych ani stóp procentowych – na to musimy poczekać do czerwca. Zdecydowanie ciekawsze powinny być dwa dni odczytów danych inflacyjnych.

W czwartek poznamy odczyt deflatora PKB w pierwszym kwartale, a w piątek – deflatora PCE w marcu. Oczekujemy, że oba odczyty przyniosą kontynuację ostatnich pozytywnych zaskoczeń w kontekście danych o inflacji, co powinno zapoczątkować kolejny wzrost rentowności obligacji skarbowych. Nie jest jednak jasne, jaka byłaby natychmiastowa reakcja dolara na te inflacyjne zaskoczenia.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Jak rok pandemii wpłynął na polską gospodarkę?

W marcu minął rok, od kiedy Polska walczy z pandemią. Dotknęły nas już 3 fale koronawirusa – które w różnym stopniu nasiliły kryzys zdrowotny i gospodarczy w naszym państwie. Po roku borykania się z konsekwencjami pandemii można już zebrać dane, które pokażą nam, jak przedsiębiorstwa i produkt krajowy brutto zareagowały na przedłużający się stan kryzysowy. Z przeprowadzonych przez firmę Coface badań wynika, że gospodarka w różny sposób reagowała na kolejne fale zakażeń. Pierwszy lockdown uderzył w nią najmocniej, a podczas kolejnych coraz więcej sektorów dostosowywało swoje działania do nowych warunków – co pozwalało im zachować aktywność gospodarczą. Mimo tego wpływ pandemii wciąż jest dosyć widoczny. Po roku borykania się z jej skutkami daleko nam jeszcze do wyników, którymi mogliśmy się chwalić przed koronawirusem.

– Konsumpcja gospodarstw domowych i inwestycje przedsiębiorstw nadal nie są na poziomach, na jakich były przed kryzysem. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o działalność przedsiębiorstw. Firmy i spółki dosyć sceptycznie podchodzą do tego, jak będzie postępowało ożywienie gospodarcze i czy warto rozpoczynać kolejne inwestycje – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – Dość szybko odreagował z kolei eksport. Wsparciem dla niego był nie tylko odradzający się popyt zagraniczny, ale także dość duża konkurencyjność. Z kolei powstałe w ten sposób otoczenie makroekonomiczne bez wątpienia miało wpływ na przedsiębiorstwa w Polsce. Widać to w sytuacji płynnościowej, która wbrew pozorom nie uległa pogorszeniu. Zgodnie z naszym ostatnim badaniem średnie opóźnienia w płatnościach zmniejszyły się z 58 do 47 dni. Do tego bez wątpienia doprowadziły działania pomocowe rządu i Polskiego Funduszu Rozwoju. O 13% obniżyła się też przez to liczba upadłości i restrukturyzacji przedsiębiorstw. To zjawisko obserwujemy także w większości innych krajów na świecie – gdzie działalność rządowa odsunęła ten problem w czasie. To jednak niestety aż tyle i tylko tyle – odsunięcie problemu w czasie. Wraz z wygasaniem środków wsparcia będziemy obserwowali rosnącą liczbę niewypłacalności przedsiębiorstw. Gdybyśmy już w połowie 2020 roku zsumowali nie tylko upadłości i restrukturyzacje, ale dodali do tego tak zwane nowe uproszczone postępowania o zatwierdzeniu układu – to już wtedy łączna liczba niewypłacalności przedsiębiorstw w Polsce wzrosłaby o 22%. Wraz z wygaszaniem środków pomocowych, przy dosyć trudnych warunkach dla przedsiębiorstw, ta liczba będzie jeszcze wzrastać – analizuje Sielewicz.

Wzrost wydatków na reklamę cyfrową w branży FMCG na poziomie 7%

Rosnąca widowania kanałów cyfrowych oraz inwestycje w e-commerce napędzają roczny wzrost wydatków na reklamę cyfrową w branży FMCG na poziomie 7%.

  • Reklama Out-of-home odbije się od dna, po załamaniu spowodowanym przez COVID-19, z rocznym wzrostem na poziomie 9%
  • Całkowite wydatki na reklamę w branży FMCG w 2023 r. przekroczą poziom z 2019 roku
  • Chiny przodują w transformacji cyfrowej, przeznaczając 71% wydatków w branży FMCG na kanał digital

Zgodnie z opublikowanym dziś raportem Business Intelligence – FMCG Food and Drink, agencja mediowa Zenith prognozuje, że marki dóbr szybkozbywalnych (FMCG) zwiększą swoje wydatki na reklamę w kanałach cyfrowych o 7% rocznie do 2023 roku. To wynik wyższy niż prognozowany 4% wzrost ogólnych wydatków reklamowych w FMCG na 12 rynkach uwzględnionych w tym raporcie*.

Wydatki na reklamę telewizyjną marek FMCG nadal w dużym stopniu bazują na tradycyjnej, lineranej telewizji. Wydając w 2020 roku 39% swoich budżetów na reklamę w tym kanale, w porównaniu do 24% dla przeciętnej marki, kategoria FMCG ostrożnie podchodzi do emisji reklam video w kanałach niestandardowych typu telewizja OTT (Over-the-top).

Z wyłączeniem Chin, gdzie w branży FMCG reklama cyfrowa już stanowi główną formę komunikacji handlowej, marki należące do kategorii FMCG przeznaczają 52% swoich budżetów na reklamę telewizyjną, w porównaniu do średniej wynoszącej 26%. Ich głównym celem jest maksymalizacja świadomości i zasięgu marki, tak aby były one widoczne jak najbliżej momentu zakupu dla jak największej liczby konsumentów. Jest to coś, w czym telewizja jak dotąd przodowała, ale jej malejący zasięg – szczególnie wśród młodych ludzi – sprawia, że staje się ona coraz mniej skuteczna.

W związku z tym, marki FMCG podążając za odbiorcami, przenoszą część swoich budżetów do digitalu. Zenith prognozuje, że wydatki na reklamę cyfrową w branży FMCG wzrosną z 12,3 mld USD w 2020 r. do 14,9 mld USD w 2023 r., a jej udział w rynku wzrośnie z 46% do 49%. Po pandemii, która stała się impulsem dla wzrostu e- commerce w branży FMCG w 2020 roku, marki będą poszukiwać wsparcia i rozszerzenia swoich możliwości w zakresie handlu elektronicznego, kierując konsumentów do działań DTC lub partnerstwa detalicznego. Największym wyzwaniem będzie jednak wykorzystanie technologii cyfrowej do skutecznego zastąpienia telewizji, czyli poszerzania świadomości marki na dużą skalę przy jednoczesnym zarządzaniu częstotliwością. Wzrost popularności subskrypcji wideo na żądanie (SVOD), która umożliwia odbiorcom unikanie bezpośredniej reklamy, sprawi, że będzie to jeszcze trudniejsze, podobnie jak wycofanie plików cookies.

„Marki FMCG potrzebują nowego, kompleksowego podejścia do planowania opartego na zasięgu” – powiedział Ben Lukawski, Global Chief Strategy Officer, Zenith. „Oznacza to połączenie telewizji, płatnej reklamy w wideo online, wirtualnego placementu w platformach SVOD, a może nawet obecności w grach oraz wykorzystania first-party i second-party data, aby zapobiec powielania i zoptymalizować przyrostowy zasięg.”

Reklama Out-of-home jest wyjątkiem w zmniejszającym się zasięgu tradycyjnych mediów. W miarę jak ruch na rynku wraca do normy po załamaniu spowodowanym przez COVID-19, rozpowszechnienie cyfrowych wyświetlaczy sprawi, że jeszcze skuteczniej będzie można dotrzeć do konsumentów z ukierunkowanymi i odpowiednimi reklamami w pobliżu punktu sprzedaży. Przewiduje się, że reklama zewnętrzna w kategorii FMCG będzie rosła o 9% rocznie w latach 2020-2023, a jej udział w rynku wzrośnie z 6,1% do 7,0%, nieznacznie wyprzedzając udział sprzed pandemii, który w 2019 r. wynosił 6,8%.

Wydatki na reklamę w branży FMCG podążą za wzrostem całego rynku, wychodząc z 11% spadku w 2020 r.

Wydatki w branży FMCG spadły w 2020 r. bardziej gwałtownie niż cały rynek reklamowy, zmniejszając się o 10,7% do poziomu 26,7 mld USD. Nie wynikało to jednak z braku popytu. Wręcz przeciwnie, popyt wzrósł, ponieważ ludzie przestali jeść w restauracjach, kawiarniach i barach i przenieśli konsumpcję do domu. W związku z tym, firmy FMCG stanęły przed wyzwaniem zwiększenia produkcji przy jednoczesnym przerwaniu łańcuchów dostaw oraz wykorzystania ograniczonej dystrybucji, aby dostarczyć swoje produkty na półki w sklepach lub do domów konsumentów. Wiele firm FMCG ograniczyło więc działania promocyjne dotyczące produktów, których nie były w stanie dostarczyć konsumentom wystarczająco szybko, aby zaspokoić popyt, a zamiast tego zainwestowały w infrastrukturę dystrybucyjną, zwłaszcza w operacje i partnerstwa w handlu elektronicznym.

Zenith prognozuje, że w latach 2021-2023 wzrost wydatków na reklamę w branży FMCG będzie zbliżony do wzrostu całego rynku. Odbicie jest niemal nieuniknione w 2021 roku, biorąc pod uwagę porównanie z gwałtownym spadkiem w 2020 roku, szczególnie w II kwartale, choć nadal będzie to 6% poniżej poziomów z 2019 roku. Firmy FMCG stoją w obliczu niepewności, jak szybko konsumenci wrócą do sklepów i jak bardzo ich zachowania zostały zmienione w czasie pandemii. Jednak teraz, gdy infrastruktura e-commerce w branży FMCG jest wprowadzana w życie, marki będą musiały zwiększyć inwestycje w reklamę, aby wspierać ten proces. Zenith przewiduje 4,4% roczny wzrost wydatków na reklamę w branży FMCG w latach 2020-2023, aż do poziomu 30,3 mld USD w 2023 roku. W tym momencie nastąpi pełne odreagowanie spadku wydatków reklamowych spowodowanego pandemią, przekraczając wynik z 2019 roku o 0,5 mld USD.

Indie liderami wzrostu wydatków na reklamę, a Chiny na czele cyfrowej transformacji

Jak prognozuje agencja mediowa Zenith, Indie będą najszybciej rozwijającym się rynkiem w ciągu najbliższych trzech lat, z wydatkami na reklamę w branży FMCG rosnącymi o 14% rocznie. Przyczyni się do tego kwitnący popyt konsumencki wraz z szybkim wzrostem dochodów, w połączeniu z nadrabiającą zaległości ekspansją słabo rozwiniętego rynku reklamowego: reklama stanowi zaledwie 0,3% PKB Indii, czyli mniej niż połowę globalnej średniej, która wynosi 0,7%. Przewiduje się, że wszystkie pozostałe rynki uwzględnione w raporcie będą rosły stabilnie w tempie od 2% do 5% rocznie.

Chiny wyróżniają się jako rynek, na którym marki najszybciej przyjęły e-commerce i reklamę cyfrową. W 2020 roku, chińskie marki FMCG przeznaczyły 71% swoich budżetów na reklamę cyfrową, w porównaniu do 46% na wszystkich 12 rynkach. W tym przypadku marki te koncentrują się na wideo online, które ma duży i szeroki zasięg oraz jest otwarte na partnerstwa handlowe. Może to oznaczać reklamę w programach dostępnych online lub specjalnych livestreamach prowadzonych przez influencerów, w których widzowie mogą bezpośrednio kupować demonstrowane przedmioty. Rutynowo reklamują się również na platformach e-commerce, aby napędzać sprzedaż na ścieżce zakupowej. Jak podaje Zenith, chińskie marki FMCG wydały 35% swoich całkowitych budżetów na wideo online i 13% na reklamę e-commerce w 2020 roku.

„Ecommerce będzie kluczowym polem bitwy dla wzrostu marek FMCG w nadchodzących latach” – powiedział Jonathan Barnard, Head of Forecasting, Zenith. „Zachodnie marki powinny naśladować Chiny w poszukiwaniu najlepszych praktyk w zakresie wykorzystania komunikacji cyfrowej do napędzania sprzedaży FMCG e-commerce”.

*12 rynków uwzględnionych w raporcie to Australia, Kanada, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Włochy, Rosja, Hiszpania, Szwajcaria, Wielka Brytania i USA, które łącznie odpowiadają za 73% całkowitych globalnych wydatków na reklamę. Kategoria FMCG żywność i napoje obejmuje wszystkie pakowane produkty spożywcze i napoje bezalkoholowe.

Indeksy koniunktury wspierają euro. Funt w odwrocie

Piątek upłynął pod dyktando odczytów indeksów PMI. To one wyznaczyły kierunek zmian, który utrzymał się do zamknięcia sesji.

Optymizm w Europie

Piątkowe dane z indeksów PMI pokazały, że na Starym Kontynencie inwestorzy widzą przyszłość w różowych barwach. Potwierdzają to wyniki indeksów PMI dla usług i dla przemysłu. Pomimo trwającej pandemii nawet w przypadku usług badani menedżerowie wskazywali delikatną przewagę pozytywnych odpowiedzi. W przypadku przemysłu było to imponujące 63,3 pkt. Jest to najlepszy rezultat dla strefy euro od początku jej istnienia. Konsekwencją lepszych danych były kolejne wzrosty euro względem dolara.

Dane zza oceanu

Po bardzo dobrych danych z Europy wielu analityków z niepokojem czekało na dane zza oceanu. Tam optymizm menedżerów również notuje wieloletnie maksima. To, co jednak wyraźnie wyróżnia optymizm po drugiej stronie Atlantyku to bardzo wysoki wynik w usługach. W Europie wskaźnik ledwo przekraczał 50 pkt, odróżniające symbolicznie rozwój od recesji. W USA z kolei wynik wyniósł aż 61,1 pkt. Dane te, pomimo że lepsze od oczekiwań, nie pozwoliły powstrzymać ruchu umacniającego się euro względem dolara. Stało się to pomimo wsparcia wyraźnie lepszymi od oczekiwań danymi na temat sprzedaży nowych domów.

Funt w odwrocie mimo lepszych danych

W piątek poznaliśmy wyraźnie lepsze od oczekiwań wyniki sprzedaży detalicznej. Rosła ona w skali roku o 7,2%, a nie 4,2%, jak oczekiwali analitycy. Również indeksy PMI na Wyspach wyprzedziły oczekiwania. Wyspiarze, podobni, jak Amerykanie, optymistycznie patrzą również na rozwój usług. Co ciekawe, pomimo tych dobrych danych piątek był trudnym dniem dla funta. Dobre dane w innych regionach spowodowały, że funt znalazł się w odwrocie, szczególnie względem euro.

Dzisiaj dzień wolny w Nowej Zelandii, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:35 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Bezemisyjny przemysł i popularyzacja transportu “na wodór”? Niemcy ambitnie o polityce klimatycznej

Za naszą zachodnią granicą temat wodoru został potraktowany w sposób wyjątkowo kompleksowy, ponieważ oprócz deklaracji o szerszym wdrażaniu produktów elektrolizy do sektora transportowego, również przemysł może spodziewać się sporych zmian w kontekście prac na rzecz niskoemisyjności. Ponadto, promocja ekologicznego wodoru nie ograniczy się do prac poszczególnych landów, ale obejmie szeroką współpracę międzynarodową. Na co powinniśmy zwrócić szczególną uwagę?

Wodór od podstaw

Zmiana napędów szczególnie dużych pojazdów ciężarowych stała się priorytetem zarówno władz unijnych w Brukseli, jak i rządu w Berlinie. Jeden z najwyższych, bo według Parlamentu Europejskiego nawet 30%. wskaźnik całkowitej emisji CO₂ we Wspólnocie, przypada na uczestników zorganizowanego ruchu drogowego. Aby odwrócić statystyki, które już przebiły stopień emisji transportu morskiego czy nawet lotnictwa cywilnego, Niemcy — lider przemysłowy kontynentu — postanowiły podejść do projektu wodoryzacji napędów w sposób holistyczny, a więc rozpocząć reformę od przemysłu i produkcji pojazdów. Tym samym w ramach programu WindH2 (wycenianego na 50 mln euro) szczególnie parlamenty landów wysokoemisyjnych postanowiły inwestować w m.in. energię wiatrową.

Co ma rozwój energetyki wiatrowej do wodoryzacji przemysłu? Otóż całkiem sporo, ponieważ aby osiągnąć względną neutralność klimatyczną w ramach zakładów produkcyjnych, a następnie w sektorze transportu, wodór musi pochodzić z procesu elektrolizy produktów OZE. Jak podaje krajowy dziennik “Die Welt”, na terenie huty Salzgitter w Dolnej Saksonii ma stanąć 7 turbin wiatrowych, które wytworzą 30 MW energii na cele produkcyjne ekologicznego wodoru w 2 jednostkach elektrolizy. Główny cel — wyparcie koksu i węgla w produkcji stali, a co za tym idzie — o wiele bardziej zrównoważony rynek motoryzacyjny już na początkowych etapach powstawania pojazdu. Stawka jest naprawdę spora, ponieważ 58 mln ton produkowanej stali w skali roku odpowiada za 30% przemysłowej emisji CO2 w Niemczech.

Branża pod ścianą?

Równolegle z ambitnymi planami masowego wprowadzania wodoru do hut stali, pojawiają się głosy o potencjalnym konflikcie władz z samą branżą. Strategia nawet na tle kontynentu wydaje się dosyć innowacyjnym ruchem w stronę osiągnięcia całkowitej neutralności klimatycznej i to właśnie Niemcy zaczynają testować możliwości wodoru na szeroką skalę jako pierwsi we Wspólnocie. Tymczasem w kraju podnoszą się głosy, że reforma może zagrozić aż 200 tys. miejsc pracy. Takie argumenty podnoszą przede wszystkim przedstawiciele związków zawodowych, jednak ten kryzys władze federalne są w stanie szybko złagodzić funduszami z Brukseli, bowiem to unijne przepisy wymagają poprawy bilansu emisyjnego przemysłu o 40% do 2030 roku oraz całkowitej neutralności dwie dekady później. Co za tym idzie, przewidywany jest również szeroki program utrzymania etatów lub wypłaty rent.

W czym tkwi więc podstawowy problem programu niemieckiego rządu? Otóż według producentów z Thyssenkrupp, Salzgitter, ArcelorMittal czy Saarstahl to nie technologia lub opór samej branży może pokrzyżować plany WindH2, ale brak wystarczających inwestycji szczególnie ze strony prywatnych podmiotów. Te z kolei są jak najbardziej przekonane do źródeł odnawialnych, ale wodór per se nadal uchodzi za niszę — choć niszę z ogromnym potencjałem. „Koncepcja działania w sprawie stali” to szerszy program, którego budżet wyceniono na 30 mld euro tylko w Niemczech, tak więc szczególnie przy rozwijającej się pandemii sektor potrzebuje nie tylko wsparcia prywatnych przedsiębiorców, ale i państwa, a nawet szerzej — całej Unii. Skala przedsięwzięcia jest na tyle duża, że podmioty prywatne widzą w nim szansę na naprawdę imponujące zwroty. Tę tendencję podbija również zapowiadana współpraca międzynarodowa.

O wodorze między kontynentami

Dążenia do “transportu wodorowego” przewidują również współpracę niemieckiego rządu z Kanadą i Arabią Saudyjską. Kontakty z Ottawą to odpowiedź na ryzyko niewystarczających zasobów produkcyjnych nad Odrą, bowiem do 2030 roku Berlin przewiduje osiągnięcie poziomu aż 420 tys. ton gotowego ekowodoru, choć sam przemysł potrzebuje 600 tys. ton do wydajnej pracy nad produkcją samochodów. Tym samym Kanada byłaby partnerem w wymianie energii wiatrowej, która stanowiłaby bazę pod dodatkowe procesy elektrolizy. Minister zasobów naturalnych w rządzie Justina Trudeau, Seamus O’Regan oraz niemiecki minister gospodarki Peter Altmaier deklarują, że ambicje obu państw w kwestii osiągnięcia neutralności klimatycznej są zbieżne, a wspólny plan prac mają omówić już w maju. Kanada już w grudniu 2020 roku zachęcała inwestorów do lokowania kapitału w sektorze wodorowym, który według szacunków krajowego rządu może być wart aż 50 mld dolarów kanadyjskich i stworzyć 350 tysięcy miejsc pracy.

Drugim, strategicznym partnerem Niemiec w staraniach o stworzenie transportu opartego na wodorze jest Arabia Saudyjska. Almaier wraz z ministrem energetyki Abdulazizem bin Salman Al Saudjużim podpisali protokół o ustaleniach współpracy w dziedzinie produkcji, przetwarzania, wykorzystania i dystrybucji zielonego wodoru. Ponadto, oba państwa opracowały zakres dzielenia się know-how we współpracy z sektorem prywatnym w kwestiach technologii, biznesu i regulacji. Oznacza to, że coraz większy wpływ na europejskie losy wodoru będzie miał kapitał inwestorów indywidualnych, co jest dobrym sygnałem również dla Polski. Jeśli na rodzimym rynku chcemy wypracować skuteczne formuły rozwoju technologii wodorowych, powinniśmy skupić się na intensywnym rozwijaniu 3 podstawowych obszarów temu służących.

Pierwszym jest ścisła integracja interesów polskiego rynku z założeniami funduszu unijnego. Drugim, jak najszybsze rozpoczęcie wdrażania wykorzystywania wodoru w transporcie – zarówno w skali krajowej, jak i lokalnej (przykład Dolnej Saksonii oraz Nadrenii Północnej-Westfalii). Już dziś polskie firmy transportowe reagują na wymagania stawiane usługom transportowym za naszą zachodnią granicą. Do dynamicznego ich rozwoju potrzebny jest także program krajowy. Ostatnim i najważniejszym obszarem jest jak najszybsze stworzenie odpowiednich warunków do intensywnego rozwijania produkcji energii elektrycznej w odnawialnych źródłach (OZE) wykorzystywanej do produkcji wodoru. Głównie wiatrowej i wielkoskalowej fotowoltaiki. Umożliwi to wykorzystanie w pełni zasobów polskich inwestorów indywidualnych. Tylko dzięki realnemu zaangażowaniu podmiotów prywatnych, jesteśmy w stanie nadążyć za globalnymi trendami — a takim niezaprzeczalnie jest uniwersalne wykorzystanie wodoru.

Dariusz Bliźniak, wiceprezes zarządu Respect Energy

Dobry początek roku dla branży IT: wzrost stawek i duża liczba ofert pracy

Ponad 13. tysięcy nowych ofert pracy, większe zapotrzebowanie na midów i juniorów, najwięcej ofert wciąż dotyczy Warszawy, coraz więcej pracodawców informuje o widełkach płacowych na poziomie ogłoszenia i kluczowy wniosek z raportu Inhire.io IT MARKET SNAPSHOT Q1 2021 – branża IT wciąż znajduje się w czołówce najlepiej opłacanych i zarazem poszukiwanych specjalizacji. Co więcej, sytuacja na rynku pracy programistów ustabilizowała się i – ponad rok od wybuchu pandemii – notuje aktualnie duże wzrosty niemal w każdym obszarze.

Kluczowe wnioski z raportu:

  • Liczba ofert pracy dla branży IT wzrosła o 36,7 p.p. z czego najwięcej z nich dotyczą Warszawy (niemal 5 000 ofert)
  • Wzrosło wynagrodzenie dla pracowników kontraktowych
  • Najwyższe zarobki wciąż oferowane są w Warszawie oraz Krakowie
  • Już 37% ofert zawiera informację na temat widełek płacowych
  • Coraz częściej poszukuje się Midów i Juniorów
  • Zarobki w ofertach pracy zdalnej przewyższają wynagrodzenie pracowników zdalnych

Pracownicy branży IT wciąż prężnie poszukiwani

Nie ulega wątpliwości, że rynek pracy wciąż poszukuje doświadczonych specjalistów IT. Rekruterzy mają ręce pełne pracy, gdyż w pierwszym kwartale 2021 roku opublikowano łącznie 13.789 ofert pracy. W porównaniu z Q4 2020 zanotowano w tym obszarze wzrost o 36,7 p.p. Najwięcej z nich opublikowano w Warszawie (4.898), Krakowie (2.388) i Wrocławiu (2.021). Najmniej ofert pracy dotyczyło Gliwic (196).

Co ciekawe, zmieniła się sytuacja Juniorów, którzy obecnie mogą wybierać z coraz szerszej liczby ofert pracy. W porównaniu do ubiegłego kwartału liczba ofert skierowanych do najmniej doświadczonych wzrosła o 1,8 p.p. W odniesieniu do doświadczenia wciąż największym zainteresowaniem cieszą się stanowiska Mid (51,84%), z kolei liczba ofert skierowanych do seniorów zmalała i wynosi obecnie 43,04%. To bardzo dobre wieści, bo jak podkreśla Michał Gąszczyk, CEO inhire.io:

Zapotrzebowanie na Seniorów rosło przez ostatnie kilka kwartałów i nieznacznie spadło w ostatnim kwartale – prawdopodobnie wynika to z trudności zatrudnienia Seniora, dlatego firmy, aby przyspieszyć pracę nad projektami   zaczęły rozglądać się także za Midami, których ewentualnie doszkolą. Sytuacja wśród naszych klientów jest na tyle stabilna, że większe firmy zdecydowały się wykorzystać lukę na rynku w ofertach dla Juniorów i wróciły do bardziej aktywnego ich rekrutowania, stąd wzrost liczby ofert dla Juniorów.wzrost stawek i duża liczba ofert pracy dla programistów

Zarobki wciąż rosną, praca zdalna – bardziej opłacalna

Cieszy również fakt, że coraz więcej pracodawców publikuje widełki placowe już na etapie ogłoszenia. Jeszcze do niedawna, zatajanie tak istotnych informacji jak wysokość wynagrodzenia stanowiło poważny problem nie tylko dla rekruterów, ale przede wszystkim kandydatów. Zwłaszcza, że w branży IT to właśnie pensja jest często jednym z decyzyjnych aspektów wyboru miejsca pracy. W chwili obecnej ilość ofert z podanymi widełkami zarobkowymi, w porównaniu do ostatniego kwartału 2020 roku wzrosła 2 p.p. Jak podkreśla Michał Gąszczyk:

Zdecydowanie pozytywną zmianą jest fakt, że coraz więcej pracodawców publikuje widełki wynagrodzeń – W I kwartale 2021 roku już 37% ofert zawierało taką informację. Wzrost aż o 8 p.p. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, oznacza, że rośnie także odsetek pracodawców, którzy dostrzegają wagę tej informacji, a także szanują czas kandydatów. Od początku istnienia inhire.io, kładziemy duży nacisk na edukowanie naszych klientów na temat prawidłowo skonstruowanej oferty pracy, a także kluczowych informacji, które powinno zawierać dobrze zredagowane ogłoszenie skierowane do kandydatów z branży IT. Zarejestrowany wzrost cieszy nas podwójnie, ponieważ widać, że rynek sam się reguluje i coraz więcej firm tworzy oferty, które faktycznie spełniają wymogi kandydatów.

Analizując dane zawarte w raporcie It Market Snapshot Q1 2021 widać również, zdecydowany wzrost zarobków. Co ciekawe, w chwili obecnej bardziej opłacalna jest praca w trybie home office. Porównując doświadczenie pracowników jedyną obniżkę wynagrodzenia widać w przypadku stanowisk juniorskich, które oferują zarobki w wysokości niemal 8.500 zł w systemie pracy stacjonarnej oraz 8.667 zł pracując zdalnie. Zarobki dla bardziej doświadczonych w porównaniu z Q4 2020 wzrosły. Midowie wykonujący swoje obowiązki z domów mogą liczyć się z wynagrodzeniem na poziomie 17.233 zł oraz 16.662 zł pracując stacjonarnie. Wciąż najwyżej wynagradzane jest doświadczenie Seniorów, którzy pracując w modelu tradycyjnym mogą zarobić 20.394 zł, a pracując zdalnie – niemal 21.500 zł.wynagrodzenia programistów

JavaScript najbardziej pożądanym językiem programowania, Scala w czołówce „najdroższych”

Analizując procentowy podział ogłoszeń w odniesieniu do języka programowania w stosunku Q4 2020 – Q1 2021, na uwagę zasługuje fakt, że w czołówce, z identycznymi danymi wciąż znajdują się te same nazwy.  Niezmiennie, najczęściej pożądanymi programistami na polskim rynku są specjaliści posługujący się JavaScript. 27% ofert pracy w pierwszym kwartale roku, skierowanych było właśnie do tych osób. Na drugim miejscu, z wynikiem 21% uplasowała się Java. Również w tym kwartale, podium niezmiennie zamyka Python, którego dotyczyło 15% opublikowanych ofert pracy. Niewielkie, około 1% spadki zarejestrowano w przypadku pozostałych języków, takich jak: Typescript (10%), C++ (2%), Swift (2%), Scala (2%) czy Kotlin (2%).

Odnosząc języki programowania do wysokości wynagrodzenia w kontaktach B2B wciąż najwyżej wyceniani są specjaliści posługujący się językiem Scala (22.115 zł), Python (20.462 zł), w przypadku którego w porównaniu z Q4 2020 zanotowano wzrost zarobków o ponad 2.000 zł oraz Java (19.830 zł). Nadal najniżej opłacalnym językiem programowania jest PHP – posługujący się nim programiści mogą liczyć na wynagrodzenie w wysokości 14.716 zł. Porównując Q1 2021 z Q4 2020 największy skok stawki zanotowano w przypadku Ruby, gdzie różnica wynosi niemal 3.000 zł.stawki programistów

Z raportu inhire.io IT MARKET SNAPSHOT Q1 2021 wynika, że rok 2021 dla branży IT rozpoczął się bardzo dobrze. W niemal każdym obszarze zanotowano zdecydowane wzrosty. Cieszy również fakt, że specjaliści IT pomału mogą odetchnąć z ulgą, gdyż ich sytuacja na rynku pracy została ustabilizowana. Jak słusznie zauważył Michał Gąszczyk:

– Z badań inhire.io wynika, że wbrew zeszłorocznym obawom, pandemia nie zachwiała sytuacją branży IT. Nowy rok przyniósł nie tylko nowe oferty pracy czy liczne i ciekawe projekty zarówno od polskich, jak i zagranicznych pracodawców, ale przede wszystkim wyższe wynagrodzenie czy większą szansę na rozwój dla najmniej doświadczonych. Liczymy, że kolejne raporty będą informowały o dalszej tendencji wzrostowej.

Raport IT MARKET SNAPSHOT Q1 2021 można bezpłatnie pobrać ze strony: https://inhire.io/insights/it-market-snapshot-q1-2021/

W 2020 r. lekarze wystawili 1,5 mln zwolnień z tytułu zaburzeń psychicznych

  • W 2020 roku lekarze wystawili 24,2 mln zaświadczeń lekarskich o czasowej niezdolności do pracy, z czego ponad 1,5 mln zwolnień z tytułu zaburzeń psychicznych [ZUS]
  • Łączna liczba dni absencji chorobowej na podstawie wystawionych w 2020 roku zwolnień lekarskich wyniosła 296,9 mln dni [ZUS]
  • 665% wzrost zainteresowania programami medytacyjnymi w Polsce [Spotify]

Stres, niepewność i przedłużająca się izolacja osłabiły kondycję pracujących Polaków. Ze statystyk Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że w ciągu roku znacząco wzrosła liczba wystawianych zwolnień oraz zaświadczeń lekarskich, które tylko potwierdzają wzrost absencji pracowników. Te zaś przekładają się na straty i spowolnienie gospodarki. Po roku walki z pandemią, pracodawcy coraz częściej sięgają po rozwiązania z zakresu mindfullness, by zadbać o dobrostan pracowników i zredukować u zatrudnionych negatywne skutki psychofizyczne pandemii. W kwietniu Worksmile –  platforma do budowania silnej kultury organizacji – dodała do kafeterii oferowanych rozwiązań również moduły medytacyjne, we współpracy z jedną z  najpopularniejszych aplikacji medytacyjnych INTU.

O tym, jak ważna dla człowieka stała się możliwość wyciszenia i relaksu, świadczyć mogą dane przedstawione przez portal Spotify, z których wynika, że w skali ubiegłego roku zainteresowanie podcastowymi programami medytacyjnymi w Polsce wzrosło ponad sześciokrotnie. Konieczność pracy zdalnej, izolacja społeczna i rosnąca frustracja sprawiły, że coraz częściej poszukiwano możliwości odreagowania nadmiaru stresu czy wyciszenia. Co więcej, medytacja doskonale wpływa na zdrowie całego organizmu. Zmniejsza stres, obniża ciśnienie tętnicze krwi czy też zapobiega arytmii serca. W badaniach opublikowanych na łamach European Journal of Social Psychology udowodniono również, że osoby uprawiające trening duchowy wzmacniają w sobie potrzebę zwiększenia własnej efektywności. Jednak to nie wszystkie zalety medytacji.

Jak dodaje Tomasz Chaciński – CEO Worksmile: Żyjemy w czasach, gdy najpopularniejsze benefity pozapłacowe, takie jak np. karnety na siłownię straciły na znaczeniu, z powodu rządowej dyrektywy o zamknięciu obiektów. Brak swobodnego dostępu do zajęć fizycznych, a co za tym idzie niemożność „wyrzucenia” z siebie złych emocji pociągnęły za sobą problemy wynikające z nadmiaru tłumionych emocji, takie jak załamanie, depresja czy zaburzenia psychiczne. Dlatego nie dziwi fakt, że społeczeństwo zwróciło swoją uwagę na zajęcia pozwalające pokonać stres, wyciszyć się i oddać chwili relaksu. W Worksmile od początku pandemii obserwujemy zmiany zachodzące w

 

społeczeństwie. Zauważyliśmy duży wzrost zainteresowania medytacją i podjęliśmy decyzję o rozszerzeniu naszej kafeterii benefitów właśnie o taki moduł, by jeszcze bardziej dopasować nasz ekosystem do aktualnych potrzeb pracowników.

Absencja pracownicza w 2020 roku na rekordowym poziomie

Frustracja pracowników to jednak nie jedyny problem. Na przestrzeni ostatniego roku znacznie wzrosła liczba dni, kiedy pracujący Polacy przebywali na zwolnieniach chorobowych. Z opublikowanego przez ZUS raportu „Absencja chorobowa w 2020 roku” wynika, że tylko na przestrzeni ubiegłego roku w Polsce wystawionych zostało 24,2 mln zaświadczeń o czasowej niezdolności do pracy, z czego ponad 1,5 mln zwolnień lekarskich dotyczyło zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania. Łączna liczba dni spędzonych na chorobowym osiągnęła 296,9 mln., z czego niemal 28 mln dotyczyło właśnie problemów natury psychicznej. Dla porównania z rokiem 2019 warto nadmienić, że liczba dni spędzonych na zwolnieniach z powodu problemów emocjonalnych wzrosła o 36,9%.

Dane pokazują, że coraz więcej osób nie radzi sobie z nową, covidową rzeczywistością. Nagłe zmiany przed jakimi postawiła nas pandemia, w dużej mierze odbijają się na zdrowiu psychicznym Polaków. Niemal 386 tysięcy zwolnień lekarskich dotyczyło depresji. Problem ten odbił się również na sytuacji firm z rodzimego rynku pracy. Wielu pracodawców zmagało się z niedoborem kadrowym i koniecznością znalezienia sposobu na wsparcie zdrowotne pracowników. Wiele firm zdecydowało się na dostosowanie oferty wellbeingowej do bieżących potrzeb pracowników, zapewniając im wsparcie w zakresie psychicznym. Wzrost popularności medytacji stała się przyczyną do poszukiwania oferty zapewniającej zespołom dostęp do ciekawych ofert medytacyjnych.

Jak podkreśla Tomasz Chaciński: Worksmile postawił na autorskie programy, stworzone całkowicie od podstaw. Opracowaliśmy serię medytacji, czytanych przez Pawła Bukrewicza znanego z Netflixa czy Julię E. Wahl, która odpowiadała również za zakres merytoryczny. Zaprosiliśmy do współpracy INTU, najpopularniejszą platformę medytacyjną w Polsce, dzięki czemu nasi klienci mogą skorzystać materiałów obu twórców, bez konieczności zakładania dwóch oddzielnych kont. Integracja z INTU pozwoliła nam poszerzyć ofertę, urozmaicić ją, a dzięki temu jeszcze bardziej dostosować do potrzeb klientów. Mamy nadzieję, że zaproponowane rozwiązanie spotka się z zainteresowaniem ze strony użytkowników platformy Worksmile.

Potrzeba wyciszenia, a wellbeing

Analizując dostępne dane na temat absencji pracowniczej zadowalający wydaje się fakt, że pracodawcy coraz bardziej dostrzegają potrzebę otoczenia pracowników opieką zdrowotną, również w zakresie zdrowia psychicznego. Oczywiście, wielu z nich nie zrobi tego samemu – dlatego działy HR poszukują narzędzi, które oddane w ręce pracowników, umożliwią im dobór odpowiednich rozwiązań i dostosowanie ich do aktualnej sytuacji. Integracja działań Worksmile oraz INTU umożliwia klientom korzystanie z  materiałów o zróżnicowanej tematyce. Dzięki nawiązanej współpracy użytkownicy mogą skorzystać z medytacji, bez konieczności wykupienia dwóch oddzielnych abonamentów i zakładania konta w dwóch aplikacjach. Integracja nie byłaby możliwa bez rozwiniętego API, dzięki któremu Worsmile może w swobodny sposób rozbudowywać swoje narzędzie. Jak podkreśla Tomasz Chaciński:

Worksmile jest aplikacją, która bazuje na rozwiniętym API, co pozwala łączyć ją z różnymi rozwiązaniami zewnętrznymi. Już teraz, użytkownicy platformy mogą połączyć się z wieloma aplikacjami pro-zdrowotnymi, takimi jak m.in. Garmin, Strava, Runkeeper, Fitbit czy Apple Health. Worksmile stale rozwija ekosystem benefitowy dla użytkowników, tym razem łącząc siły z jedną z najbardziej rozpoznawalnych aplikacji do medytacji w Polsce – INTU. Partnerstwo polega na połączeniu API, które pozwoli użytkownikom Worksmile medytować w Intu i automatycznie przesyłać wykonane medytacje do Worksmile, za co będą otrzymywać punkty, zbierać odznaki i budować społeczność osób medytujących. W tej chwili moduł wellbeingu Worksmile liczy ponad 90 aktywności, które użytkownik może wybrać, a do których wykonywania motywuje go aplikacja

Ekosystem Worksmile jest intuicyjny i prosty w obsłudze, a do tego dostępny bez ograniczeń czasowych i przestrzennych. By poddać się chwili relaksu wystarczy zalogować się na urządzeniu mobilnym, wybrać tematykę medytacji i gotowe. Pracodawcy, którzy wyposażą swój zespół w pakiet Premium zagwarantują użytkownikom szerszy wybór materiałów medytacyjnych oraz możliwość porównania projektów stworzonych przez Worksmile oraz INTU. Nowy moduł będzie dostępny dla użytkowników już pod koniec kwietnia.

W co najczęściej inwestowali Polacy w I kwartale 2021 r.?

Świadomość zarządzania własnymi finansami wśród Polaków wzrasta, jednak liczby mogłyby być bardziej imponujące. W I kwartale 2021 roku zainwestowało swoje oszczędności 27% ankietowanych – wynika z analizy badania firmy Tavex. Największą popularnością cieszyły się lokaty, którym zaufało aż 41,5% badanych. Niższe zainteresowanie budziły akcje (24,6%) oraz fundusze inwestycyjne (23,1%). Co ciekawe, to nieruchomości i złoto są uznawane za najbardziej wartościowe aktywa. Odpowiednio aż 56,3% i 36,1% Polaków zapytanych „W co warto zainwestować?” wskazało właśnie na nieruchomości lub złoty kruszec.

W co inwestują Polacy?

Wyniki badania firmy Tavex jednoznacznie wskazują, że największą popularnością wśród Polaków w I kwartale 2021 roku niezmiennie cieszyły się lokaty, pomimo bardzo niskich stóp procentowych. Były wyraźnie ponad konkurencją – inwestowanie w to aktywo zadeklarowało aż 41,5% respondentów. Z mniejszym zainteresowaniem Polacy zwracali się w stronę giełdowych akcji (24,6%), funduszy inwestycyjnych (23,1%) czy zakupu nieruchomości (19,1%). Inwestycyjną „pierwszą piątkę” zamyka złoto z wynikiem 16,9%.

Co ciekawe, wśród młodych osób (do 24. roku życia), wysoko w zestawieniu plasuje się inwestowanie w bitcoiny (27,3%). Tu kryptowaluta osiągnęła dominującą popularność względem innych przedziałów wiekowych. Przykładowo w grupie wiekowej 25-34, kryptowaluty cieszyły się niższym zainteresowaniem (15,3%). W tym aktywie szansę na zarobek widziało mniej niż dziesięć procent (9,4%) osób w przedziale 35-49 lat, a także powyżej 50 roku życia, z podobnym wynikiem – tylko 9,9%. Te wartości mogą być skorelowane z większą otwartością i skłonnością do ryzyka wśród młodych. Warto przypomnieć, że lokowanie pieniędzy w ten instrument przez wielu ekspertów jest uważane za ryzykowne z uwagi na brak szczegółowych regulacji i wysoką zmienność cen aktywów.

Szczególna popularność kryptowalut w odniesieniu do młodych osób wynika przede wszystkim z ich pozytywnego nastawienia do nowych technologii i chęci lokowania kapitału w aktywach, które wykazują potencjał do wysokiej stopy zwrotu. Niemniej jednak należy pamiętać, że bitcoin jest wyłącznie narzędziem spekulacyjnym, więc równie dobrze, zamiast przynieść zyski może stać się źródłem znaczących strat – potwierdzają to także ostatnie duże spadki notowań wielu kryptowalut. Wybierając ten sposób inwestowania, warto więc mieć na uwadze fakt, że jest to jeszcze nieukształtowany i bardzo zmienny rynek – tłumaczy Aleksander Pawlak, Prezes Tavex Sp. z o.o.

„Marzenia” o złocie i nieruchomościach

W badaniu firmy Tavex na pytanie: „W co według Ciebie warto inwestować?” zdecydowana większość ankietowanych wskazała na nieruchomości (56,3%) oraz złoto (36,1%). Warto podkreślić, że następny w zestawieniu bitcoin (22,7%) osiągnął mniejszy o ponad jedną trzecią wynik (33,6%) w porównaniu do nieruchomości, i o ponad 13% gorszy rezultat niż złoto.

W najpopularniejsze nieruchomości chciałoby zainwestować 60,3% badanych w wieku 25-34 lata. W pozostałych przedziałach wiekowych na dane aktywo postawiłoby następująco: 52% ankietowanych w wieku 35-49 lat, 57,6% osób powyżej 50. roku życia. Co ciekawe, więcej niż połowa (53,9%) najmłodszych respondentów (do 24. roku życia) zainwestowałaby w nieruchomości, gdyby zasoby nie stanowiły przeszkody.

Awans w tabeli ligowych rozgrywek na najbardziej wartościową formę oszczędzania według Polaków zanotowało złoto, przeskakując na drugą lokatę. To właśnie w „królu metali” Polacy widzą bardzo ciekawą możliwość na bezpieczne przechowywanie i powiększanie swoich oszczędności.

Uzyskane wyniki jednoznacznie wskazują na wyrównane zainteresowanie kruszcem we wszystkich grupach wiekowych – do 24 roku życia to 26,3% inwestorów, a w przedziale 25-34 lat aż 34,1%. Starsi entuzjaści złota, w grupie od 35 do 49 lat, osiągnęli wynik 38,1%, natomiast osoby powyżej 50 roku życia – 38,6%.

Wnioski z badania nasuwają się same – „marzeniem” Polaków w zakresie inwestycji są nieruchomości i złoto, ponieważ oba aktywa są powszechnie utożsamiane z najlepszą formą zabezpieczenia kapitału w perspektywie długoterminowej. W tym miejscu warto jednak zwrócić uwagę na zasadniczą różnicę, która je dzieli, a mianowicie ilość kapitału niezbędnego do zmiany planów w realną inwestycję. Z tego prostego powodu złoto jawi się jako bardziej przystępna forma lokowania oszczędności, ponieważ wymaga zdecydowanie mniejszych nakładów oszczędności – mówi Aleksandra Olbryś, Analityk ds. Rynku Złota w Tavex Sp. z o.o.

Sektor MŚP chce nadrobić flotowe zaległości. Ponad 27 proc. firm planuje zakup samochodów w 2021 r.

27,2 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce zamierza w 2021 roku zainwestować w firmową flotę – wynika z badania zrealizowanego w 1. kwartale na zlecenie Carefleet S.A. To o niemal 10 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, czyli tuż przed wybuchem pandemii. Jak przewidują eksperci, zwiększony popyt na samochody w połączeniu z wciąż niepewną sytuacją rynkową może zaowocować wzrostem zainteresowania wynajmem długoterminowym i leasingiem, a także pojazdami używanymi. Jeśli przedsiębiorcy zrealizują swoje deklaracje, do flot sektora MŚP trafi ponad 1,1 miliona samochodów.

Jak wynika z badania najwięcej firm – bo aż 17,4 proc. – zamierza nabyć w tym roku tylko jeden samochód. Nieco ponad 8,5 proc. ankietowanych przewiduje zakup od 2 do 5 pojazdów, przy czym istotnie częściej plany te dotyczą firm, które już teraz są w posiadaniu od 20 do 50 aut służbowych. Zaledwie 1,6 procenta przedsiębiorstw deklaruje zwiększenie firmowej floty o więcej niż 6 samochodów, w tym połowa z nich o ponad 11 sztuk.

Wszystko wskazuje na to, że część firm z sektora MŚP poważnie myśli o zrealizowaniu planów zakupowych, które pokrzyżował wybuch pandemii. Jeszcze na początku ubiegłego roku blisko 18 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorców deklarowało chęć rozbudowania swoich flot samochodowych. Niepewna sytuacja gospodarcza spowodowana rozprzestrzenianiem się koronawirusa sprawiła, że już kilka miesięcy później niemal 25 proc. z nich ograniczało do minimum lub całkowicie wstrzymywało zakupy aut – mówi Bartosz Olejnik, dyrektor sprzedaży i marketingu w Carefleet S.A. – Choć pandemia wciąż daje się wszystkim we znaki, wydaje się, że przedsiębiorcy powoli oswajają się z sytuacją i próbują odnaleźć w nowej rzeczywistości, czego przejawem są także działania podejmowane w zakresie utrzymania mobilności biznesu. Biorąc pod uwagę liczbę podmiotów funkcjonujących w sektorze MŚP, jeśli ich właścicielom udałoby się zrealizować plany dotyczące zakupu aut, to w 2021 roku do flot mikro, małych i średnich firm mogłoby trafić nawet ponad 1,1 miliona nowych i używanych samochodów – dodaje.

Leasing i wynajem zamiast kredytów i zakupów za gotówkę

Według danych zebranych przez Instytut Keralla na zlecenie Carefleet S.A. najczęściej o zakupie pojazdów służbowych myślą średnie przedsiębiorstwa zatrudniające od 50 do 249 pracowników. Aż 33,3 proc. z nich zamierza w tym roku rozbudować flotę, z czego 17,5 proc. o jedno auto, a 13,3 proc o 2 do 5 samochodów. Odsetek małych (10 – 49 pracowników) i mikro (1 – 9 pracowników) firm, które planują motoryzacyjne zakupy, to odpowiednio 26,0 oraz 21,7 proc. Nastrój sprzyjający inwestycjom w sektorze MŚP potwierdzają wyniki badania Barometr COVID-19, zrealizowanego pod koniec ubiegłego roku przez Europejski Fundusz Leasingowy. Wynika z nich, iż  34,5 proc. mikro, małych i średnich firm ocenia, że w ciągu najbliższych 6 miesięcy kondycja w ich branży poprawi się.

– Taki optymizm, choć jeszcze bardzo umiarkowany, to dobra wiadomość nie tylko dla branży motoryzacyjnej, która zanotowała w ubiegłym roku znaczne spadki sprzedaży, ale także dla firm specjalizujących się w outsourcingu flot. Choć sektor MŚP już od lat podąża drogą wytyczoną przez korporacje oraz duże przedsiębiorstwa i chętnie korzysta z leasingu oraz wynajmu długoterminowego, to wciąż część przedsiębiorców przyzwyczajona jest do tradycyjnych metod finansowania, czyli kredytów lub zakupu ze środków własnych. Paradoksalnie trudna sytuacja rynkowa spowodowana pandemią może zmienić ich podejście i otworzyć na nowe, efektywniejsze rozwiązania – tłumaczy Bartosz Olejnik. – W przeciwieństwie np. do zakupu aut za gotówkę, wynajem długoterminowy nie skutkuje zamrożeniem kapitału, który może zostać wykorzystany do realizacji innych celów firmy, a minimum formalności i relatywnie niskie wymogi odnośnie do zabezpieczenia transakcji w porównaniu z kredytem bankowym stanowią dodatkową zachętę dla wielu przedsiębiorców znajdujących się w gorszej sytuacji finansowej. Co istotne, wynajem długoterminowy zapewnia nie tylko oszczędność czasu i pieniędzy, ale też tak ważną w obecnej sytuacji przewidywalność kosztów użytkowania pojazdów w długiej perspektywie – dodaje.

Według danych Polskiego Związku Leasingu i Wynajmu Pojazdów wynajem długoterminowy samochodów w Polsce zakończył rok 2020 ze wzrostem łącznej floty na poziomie 2% r/r. Choć wzrost ten jest niewielki w porównaniu z poprzednimi latami, wciąż pozytywnie wyróżnia wynajem na tle innych modeli finansowania flot.

Wzrośnie zainteresowanie samochodami używanymi

Jak zaznacza Bartosz Olejnik, najprawdopodobniej znaczna cześć przedsiębiorców z sektora MŚP, aby utrzymać mobilność swoich biznesów, będzie dokonywała zakupu samochodów na rynku wtórnym. To zresztą trend, który przede wszystkim w mikro i małych firmach utrzymuje się od lat.

– Jak wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A. w 2018 roku, niemal 55 proc. firm z sektora MŚP nabywa samochody używane. Przewidujemy, iż z powodu pandemii i niepewnej sytuacji rynkowej odsetek ten jeszcze wrośnie, głównie za sprawą przedsiębiorców, którzy do tej pory preferowali kredyty i zakup pojazdów ze środków własnych. Część z nich – tak jak wspomniałem – otworzy się na leasing i wynajem długoterminowy, a część będzie poszukiwała aut używanych – twierdzi Bartosz Olejnik. – Obecnie coraz większą popularnością nie tylko wśród klientów indywidualnych, ale również mikro i małych przedsiębiorców cieszą się samochody poleasingowe, które stanowią atrakcyjną i przede wszystkim wiarygodną alternatywę dla aut używanych sprowadzanych z zagranicy. Mają one potwierdzony przebieg i pełną historię serwisową, a ponadto większość dużych firm leasingowych i Car Fleet Management, które wystawiają je na sprzedaż, oferuje nie tylko zakup za gotówkę, ale również inne, preferencyjne formy finansowania – podsumowuje.

Od szczepionek do szczepień. Jak skutecznie włączać społeczeństwo w walkę z pandemią?

Aż 89 proc. zwolenników szczepień w Polsce podaje argument odpowiedzialności za innych jako istotny dla ich decyzji o zaszczepieniu się. Większość (52 proc.) badanych przez PIE nie akceptuje jednocześnie pomysłu przyznania jakichkolwiek przywilejów osobom zaszczepionym. Wśród osób, które nie są zdecydowane zaszczepić się przeciwko COVID-19, prawie połowa (46 proc.) obawia się potencjalnych powikłań zdrowotnych. Co druga niezdecydowana osoba nie kieruje się wypowiedziami jakichkolwiek osób publicznych przy podejmowaniu decyzji o zaszczepieniu się, czerpie jednak wiedzę o szczepieniach z mediów społecznościowych – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Od szczepionek do szczepień. Jak skutecznie włączać społeczeństwo w walkę z pandemią?”.

Wyniki badania PIE przeprowadzonego w drugiej połowie lutego 2021 r. umożliwiły określenie struktury oraz skali postaw wobec szczepień przeciwko COVID-19. Wyodrębniono 4 grupy postaw. 35 proc. badanych to osoby zaszczepione lub zarejestrowane na szczepienie. Wśród pozostałych 65 proc. niezaszczepionych
i niezarejestrowanych występują 3 podgrupy: niezdecydowani (37 proc.), przeciwni szczepieniom (18 proc.) oraz przekonani o konieczności lub słuszności szczepienia (10 proc.).

Przekonani do szczepień to najczęściej osoby starsze, mężczyźni i mieszkańcy większych miast. Z kolei najwięcej przeciwników jest w najmłodszych grupach wiekowych, wśród kobiet i mieszkańców mniejszych miejscowości. Skłonność do szczepień jest wyraźnie wyższa wśród osób, które w swoim otoczeniu zetknęły się z chorobą COVID-19, zwłaszcza jeśli zarażeni znajomi lub krewni wymagali hospitalizacji. Wśród nich 26 proc. jest przekonanych, że powinni  się zaszczepić. Z kolei w przypadku niezdecydowanych, wątpliwości budzą przede wszystkim konsekwencje zdrowotne, rekordowo szybki proces wyprodukowania szczepionek oraz ich potencjalna nieskuteczność. Warto odnotować, że niezdecydowanych nie przekonują w większości argumenty najbardziej mobilizujące zdecydowanych: nie tylko te dotyczące zdrowia, ale też możliwości powrotu do normalnego funkcjonowania czy argument o odpowiedzialności za innych, na którym bazuje kampania medialna promująca szczepienia. Ponad połowa niezdecydowanych i 2/3 przeciwników szczepień rzadko lub wcale nie śledzi doniesień na ten temat, otwarcie deklarując zmęczenie nimi – mówi Agnieszka Wincewicz-Price, kierownik zespołu ekonomii behawioralnej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Motywacje zdrowotne i społeczne kluczowe dla zwolenników szczepień

Przekonanych do szczepień przeciwko COVID-19 w niemal równym stopniu motywują czynniki zdrowotne (93 proc. uznaje, że trzeba zaszczepić się dla swojego zdrowia), zmęczenie pandemią (91 proc. twierdzi, że należy się zaszczepić, aby wróciła normalność) oraz przekonanie, że to kwestia odpowiedzialności za innych (89 proc.).

Zdecydowana większość (76 proc.) osób przekonanych do przyjęcia szczepionki przeciwko COVID-19 zgadza się na pierwszeństwo seniorów w kolejce do szczepień. Zwolennicy szczepień są bardziej skłonni niż pozostali wyrażać aprobatę wobec zwiększenia swobody podróżowania za granicę, ale jest to zdanie mniej niż połowy przedstawicieli tej grupy (46 proc.). Dodatkowe przywileje w miejscu pracy czy w dostępie do ochrony zdrowia dla osób zaszczepionych spotykają się z mniejszym uznaniem (odpowiednio 32 proc. i 27 proc.). Około 43 proc. jest zdania, że przyjęcie szczepionki nie powinno wiązać się z żadnymi przywilejami.

Podstawowe znaczenie dla kształtowania opinii o celowości szczepień ma treść pozyskiwanych informacji na ich temat. Blisko 2/3 osób przekonanych do szczepienia miało kontakt z informacjami dotyczącymi potencjalnych skutków ubocznych.

Co kieruje niezdecydowanymi i przeciwnikami?

Z analiz wynika, że skala osób niezdecydowanych jest porównywalna we wszystkich grupach wiekowych. Wśród najczęściej przywoływanych źródeł obaw w grupie niezdecydowanych jest ryzyko powikłań zdrowotnych, wskazuje na nie 46 proc. niezdecydowanych w kwestii przyjęcia szczepionki. Co ciekawe, wśród tych nieprzekonanych, którzy skłaniają się ku decyzji o niezaszczepieniu, znacznie częściej niż wśród pozostałych niezdecydowanych pojawia się wątpliwość co do szybkości procesu wyprodukowania szczepionki (28 proc.). Jednocześnie, 2/3 niezdecydowanych uważa, że przyjęcie szczepionki nie powinno wiązać się z żadnymi przywilejami.

W grupie osób, które nie zaszczepiły się i nie zarejestrowały na szczepienie 27 proc. stanowią osoby zidentyfikowane jako przeciwnicy szczepień przeciwko COVID-19. Co ciekawe, najwięcej przeciwników jest w najmłodszych przedziałach wiekowych (poniżej 44 r.ż.), więcej wśród kobiet (30 proc.) niż wśród mężczyzn (24 proc.) oraz wśród mieszkańców wsi (30 proc.) niż w przypadku mieszkańców największych miast (18 proc.). Wśród osób, które w swoim otoczeniu nie spotkały się z chorobą wywołaną koronawirusem przeciwnicy szczepień stanowią 35 proc. Wśród tych, którzy mieli kontakt z chorymi przeciwników jest mniej – 23 proc.

Wśród przeciwników szczepienia przeciwko COVID-19 najczęstszym źródłem niepokoju jest rekordowo szybkie tempo wyprodukowania szczepionki i wprowadzenia jej na rynek (36 proc.) oraz niepożądane skutki uboczne (35 proc.). Stanowisko osób niezgadzających się na zaszczepienie przeciwko COVID-19 jest jednoznaczne – 74 proc. uważa, że przyjęcie szczepionki nie powinno wiązać się z żadnymi przywilejami.Motywacją do szczepień jest poczucie odpowiedzialności za innych

Co zrobić, żeby system szczepień był społecznie efektywny

Wśród rekomendowanych w świetle powyższych wyników oraz aktualnej sytuacji pandemicznej działań, znajdują się przede wszystkim wzmocnienie kompetencji decyzyjnych osób niezdecydowanych poprzez oferowanie im jak najpełniejszej informacji na temat zalet i ryzyk związanych z przedmiotem decyzji oraz precyzyjne zdefiniowanie czynników ryzyka w podziale na poszczególne kategorie uwzględniające wiek, stan zdrowia czy narażenie na zakażenie ze względu na wykonywany zawód. Ponadto, bardzo istotne są wyrozumiałość oraz szacunek dla nieprzekonanych, a jednocześnie minimalizacja kosztów funkcjonowania programu szczepień poprzez wsparcie organizacyjne dla osób zdecydowanych. Konieczne jest także uelastycznienie systemu
w kierunku sprawnego reagowania na nowe fakty, takie jak np. chwilowe wątpliwości wobec stosowania brytyjskiej szczepionki, a także ostrożność w jakimkolwiek uprzywilejowywaniu osób zaszczepionych.

Pandemia popchnęła e-commerce o kilka lat do przodu

Allegro wchodzi na parkiet, Amazon wpływa do Polski, a Rakuten łokciami rozpycha się w USA – czyli o tym, jak pandemia popchnęła e-commerce o kilka lat do przodu.

Kiedy podczas pierwszego lockdownu wszyscy zamykaliśmy się w domach a cały świat jakby zwolnił, e-commerce wchodził właśnie na najwyższe obroty. I o ile można było się spodziewać, że sklepy internetowe będą przeżywały hossę, o tyle niespodziewaną gwiazdą stały się nowe rozwiązania fintech. Pomiędzy wizją zawrotnego tempa platform zakupowych a szerokim oknem sprzedażowym pojawiła się luka, która wymusiła wprowadzenie nowych rozwiązań i wykreowanie zachęcających benefitów w zakresie płatności. Po wiośnie w e-commerce idzie lato dla fintechu?

Portfel w smartfonie

2020 był zdecydowanie rokiem e-commerce. Podczas, gdy byliśmy zmuszeni zrezygnować z wycieczek do centrów handlowych, sklepów budowlano-remontowych czy nawet spożywczych, wcale nie zamierzaliśmy rezygnować z zakupów. Nie trzeba było wprawnych prognostów, aby przewidzieć, że zyskają sklepy internetowe, i to tam przeniesiemy swoje pieniądze i czas. Po roku możemy jednak wysunąć pierwsze wnioski. A wnioski jednoznacznie prowadzą do tego, że online zostanie z nami na dłużej, a sam e-commerce zyskał na pandemii kilka dobrych lat. W międzyczasie na GPW zadebiutowały Allegro oraz Answear, a w Polsce pojawił się Amazon. Aby nadążyć za tempem zmian, musiały przyspieszyć też płatności online, które diametralnie się zmieniły w ostatnich latach.

Czy w takim razie możemy jeszcze spodziewać się rewolucji?

– „Rewolucja” to zdecydowanie za duże słowo – choć pandemia sprawiła, że częściej robimy zakupy w internecie i coraz lepiej orientujemy się w możliwościach, jakie daje nam cyfrowa obecność, to nadal jest to stopniowy rozwój. Jesteśmy już na takim poziomie technologicznym, że trudno nagle zrewolucjonizować rynek. W tej chwili bardzo ważne jest bezpieczeństwo, zaufanie do e-commerce – mówi Paweł Działak, CEO operatora płatności Tpay – Aż 90% internautów w naszym badaniu z SW Research wskazało, że podczas płacenia online to właśnie bezpieczeństwo transakcji jest dla nich niezwykle ważne. Wybór operatora płatności, dbałość o wszystkie elementy finalizacji zakupów online to aktualnie bardzo ważne zagadnienie dla e-sprzedawców, całej branży – dodaje.

Podobne zdanie ma Jacek Zientkiewicz, Dyrektor ds. Rozwoju Biznesu w Shoper – Nie rewolucja, a ewolucja. Patrząc na ostatnie lata rozwoju branży e-commerce i płatności online widać, jak bardzo poszły one do przodu. Bezgotówkowe i szybkie systemy płatności, pozwalające na zakupy robione niemal w dwa kliknięcia, są dziś oczekiwanym standardem w nowoczesnych sklepach online. Ta rewolucja dzieje się więc od lat. To, co nas z kolei czeka w najbliższej przyszłości, to dalszy rozwój intuicyjnych i dedykowanych urządzeniom mobilnym płatności.

Nowe rozwiązania finansowo-technologiczne zdają się już od pewnego czasu na dobre rozgaszczać wśród polskich konsumentów. Młodzi systematycznie rozstają się z gotówką już od kilku lat – zmieniają się tylko metody, które zresztą bardzo ochoczo testują. Do tych starszych szlaki przetarły m.in. rekomendacje Ministra Zdrowia w zakresie zagrożeń płynących z posługiwania się fizycznym pieniądzem i jest duża szansa na to, że nie wrócą już oni do starych przyzwyczajeń.

– Europejczycy, w tym Polacy, dość szybko przyzwyczajają się do nowych metod płatności. Na koniec września 2020 ponad 80% płatności kartami odbywało się zbliżeniowo. Użycie aplikacji fintechowych wzrosło w pandemii o 72%. W Szwecji transakcje gotówkowe stanowią 1% transakcji – mówi Maria Bogajewska, prezes Arena.pl.

Co, jeśli nie przelew i gotówka?

Kto więc zajął miejsce po transakcjach gotówkowych? Niekwestionowanym liderem zestawienia jest BLiK.

– Polacy w 2020 pokochali BLiKa. Ta metoda płatności wykorzystywana jest przez klientów sklepów online chętniej niż karta płatnicza. W Q2 2020 Polacy skorzystali z tej metody 73 mln razy. Rok wcześniej było to 29,8 mln razy. Jest to kolejny przykład, że absorbcja nowych technlogii, w tym metod płatności w Polsce przebiega bardzo sprawnie. Ciągle jednak dominującą metodą płatności jest pay-by-link, z którego korzysta 35% klientów sklepów online – mówi Maria Bogajewska. Podobne spostrzeżenia ma Jacek Zientkiewicz: W sklepach internetowych Shoper sukcesywnie wzrasta popularność płatności za pomocą systemu BLiK, klienci mogą też korzystać z szybkich płatności Google Pay, a także odroczonych płatności, dzięki którym z zapłatą za towar można się wstrzymać aż do 30 dni po zakupie. Na początku 2021 roku udostępniliśmy dla wszystkich sklepów pracujących na oprogramowaniu Shoper nową usługę PayPo, która umożliwia szybki i bezpieczny sposób zapłaty za zakupy w sklepach bez konieczności logowania do banku lub podawania numeru karty przy finalizowaniu transakcji. To kolejny krok ku wygodnym i bezpiecznym zakupom przyszłości.

– Ciekawym zagadnieniem są też płatności za pobraniem. Z naszego badania z SW Reasearch wynika, że 16% badanych internautów chętnie korzysta z tego sposobu płatności. Ci, którzy nadal wybierają płatność za pobraniem, nie zawsze chcą jednak korzystać z gotówki. Z myślą o takich klientach wprowadziliśmy BliK u kurierów InPost i GLS. Dzięki temu za pobraniem można płacić bezpiecznie, wystarczy podać kurierowi kod BLiK i zaakceptować transakcję na swoim smartfonie – kończy Paweł Działak.

Jak to robią na świecie?

E-commerce i fintech zaczęły zacieśniać więzy, jednak cały czas pozostaje na tym polu duża luka, którą należy zagospodarować. Pierwszym sygnałem, który wskazuje na nowy trend, są na pewno partnerstwa, jakie zawiązują się pomiędzy bankami a podmiotami skupionymi wokół e-commerce. Jednym z przykładów jest Arena.pl – Arena w 2021 roku przeprowadziła pierwszy etap kampanii promocyjnej wspólnie z PKO BP. Wdrożyliśmy opcję szybkiego zakupu na platformie metodą iPKO. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że w ten sposób opłacono 10% transakcji w okresie od stycznia do marca 2021 roku. To dało nam do myślenia i skłoniło do tego, aby zastanowić się nad tym jak może wyglądać współpraca pomiędzy bankiem a platformą e-commerce. Z naszego punktu widzenia korzyści są oczywiste dla wszystkich stron, w szczególności zaś dla osób kupujących w internecie. Mogą oni bowiem liczyć na dedykowane oferty. Z jednej strony to specjalnie przygotowane promocje na produkty wchodzące w skład oferty platformy handlowej. Z drugiej to usługi finansowe umożliwiające zakup produktu, np. z odroczonym terminem płatności. Do tego szybkie i bezpieczne metody płatności oferowane bezpośrednio przez bank. W ten sposób tworzymy naturalny ekosystem. Produkty zawarte w ofercie platformy e-commerce są nabywane przez konsumenta z jego środków z wykorzystaniem bezpiecznych i szybkich transakcje bez dodatkowych pośredników – mówi Prezes spółki.

Kolejnym podmiotem jest Tpay. Jak mówi Paweł Działak: My również zauważyliśmy znacznie większe zainteresowanie płatnościami online, a patrząc już zupełnie praktycznie – poszukiwania przez e-sprzedawców rozwiązań, które pomogą im zdobyć zaufanie internautów czy zwiększyć wartość koszyków. Myślę, że świetnym przykładem potwierdzającym duże znaczenie handlu e-commerce w zwiększaniu udziału w rynku jest pierwsza na rynku strategiczna współpraca banku i krajowej instytucji płatniczej w zakresie płatniczych rozwiązań, która będzie wspierać firmy w wejściu do tego świata. Tpay wspólnie z Pekao SA zamierza wykorzystać synergie między naszymi firmami i dać klientom nowe narzędzia i narzędzia wspomagające rozwój ich biznesów.

Czy więc polski rynek czeka przewrót? Całkiem możliwe, chociaż pewnie będzie to stopniowy proces. Przykładem, który na innych rynkach zdał już egzamin funkcjonalności ze współpracy pomiędzy e-commerce a bankiem jest Rakuten.

Rakuten Bank z powodzeniem rozwija swój innowacyjny model biznesowy w Japonii. ‘All in one stop’ pozwala rezerwować podróże, kupować ubezpieczenia i dokonywać inwestycji. Tamtejsi klienci dokonując zakupów na platformie zakupowej Rakuten i dokonując płatności kartą banku Rakuten, nagradzani są punktami, które mogą wykorzystać na platformie podczas kolejnej wizyty. Model ten wykorzystywany jest w e-commerce od dawna – Rakuten zwyczajnie stworzył twist, dzięki któremu był w stanie zbudować niezależny ekosystem zakupowy, płatniczy i bankowy.

– Chyba najbardziej znanym przykładem “bankowej” platformy e-commerce jest Rakuten. To “Japoński Amazon”. Oferuje szeroki asortyment produktów oraz usługi finansowe i cyfrowe. 27% japońskiego rynku e-commerce jest w rękach Rakuten. Firma posiada 1,3 mld użytkowników na całym świecie i wygenerowała 139 mld dolarów w 2018 roku. Rakuten to nie tylko platforma handlowa, to równocześnie bank. Mickey Mikitani (Rakuten CEO) forsuje idee biznesu, gdzie nie ma znaczenia gdzie się logujesz – do banku czy na platformę handlową. Jedno logowanie powinno zapewniać zaspokojenie dowolnej potrzeby, tzn zakupu produktu lub płacenie za niego. W tym miejscu warto zaznaczyć, że prawie 13% akcji Rakuten jest w rękach banków z USA oraz Japonii – komentuje Maria Bogajewska.

Kolejnym obiecującym przystankiem japońskiego giganta miały być Stany Zjednoczone. Chociaż platforma działa tam z powodzeniem, to jednak model biznesowy musiał zostać delikatnie zmodyfikowany – amerykańscy konsumenci mogą aktualnie liczyć na zwrot w postaci czeków czy PayPal. Dlaczego? Otóż amerykańskie banki podchodzą do japońskiego modelu z wielką niechęcią i ze wszystkich sił starają się zablokować implementację modelu japońskiego. Rakuten obecnie nie ma licencji bankowej, i nie zapowiada się na zmianę w tej kwestii – wg amerykańskiego prawa firmy komercyjne nie mogą angażować się w bankowość. Czy jednak tylko to jest jest przyczyną niechęci amerykańskich instytucji finansowych? Drzwi uchylone przez Rakutena mógłby wykorzystać inny e-commercowy gigant – Amazon – największa platforma e-commerce na świecie. To z kolei byłby kamień milowy dla handlu online na całym świecie. Biorąc pod uwagę niedawne wejście Amazona do Polski można mieć nadzieję, że takie rozwiązanie zawita niedługo i na naszym podwórku. Ale czy polski konsument jest dobrym targetem?

– Czy ekosystem oparty na synergii banku i platformy e-commerce przyjąłby się w Polsce? Patrząc na to w jaki sposób Polacy przyswajają innowacje, w tym usługi płatnicze, jest to całkiem prawdopodobne. Równocześnie same banki powinny szukać nowych kierunków rozwoju, ponieważ coraz częściej mówi się o tym, że bankowość w obecnej postaci nie ma racji bytu w dłuższej perspektywie. Wtóruje temu Bill Gates, który w 1994 powiedział: “Banking is necessary, banks are not” przewidując, że 20 lat później na rynku zaczną pojawiać się fintechy – kończy Bogajewska.

Czego więc mogą spodziewać się klienci i jak dalszy lockdown wpłynie na rozwój handlu online? Na pewno czekają nas nowości. Zmiany są nieuniknione, a pandemia tylko uwydatniła archaiczność niektórych rozwiązań. Pozostaje trzymać kciuki za korzyści, które ten twist wygeneruje dla konsumentów.

Połowa pracowników uważa, że brak bezpośredniego nadzoru pozytywnie wpływa na efektywność pracy

Rośnie liczba osób, którym na pracy zdalnej coraz bardziej doskwiera brak bezpośredniego kontaktu z innymi ludźmi, a co 5. przyznaje, że stałe przebywanie razem z domownikami negatywnie wpływa na ich relacje, jak wynika z nowego raportu polskiej platformy do wideokonferencji i webinarów ClickMeeting o pracy zdalnej. Jednak pracownicy lubią tę formę pracy, a niemal połowa uważa, że dzięki brakowi bezpośredniego nadzoru pracuje efektywniej.click_meeting_praca_zdalna_raport_co_po_pandemii click_meeting_praca_zdalna_raport_czas_pracy click_meeting_praca_zdalna_raport_preferencje_pracownikow

Polakom zdecydowanie podoba się praca zdalna, jak wynika z nowego raportu polskiej firmy dostarczającej rozwiązania webinarowe ClickMeeting „Jak oceniamy pracę zdalną po roku pandemii?”. Średnia odpowiedzi na pytanie „Czy lubisz pracować zdalnie?” wyniosła 7 punktów na 10 możliwych.

Połowa pracowników uważa, że bez bezpośredniego nadzoru pracuje efektywniej

Praca w domu oznacza również utrudniony kontakt z innymi pracownikami i członkami zespołu oraz menedżerami. Jednak aż 48 proc. badanych przez ClickMeeting stwierdziło, że właśnie brak bezpośredniego nadzoru pozytywnie wpłynął na efektywność ich pracy. Zaledwie 9 proc. ankietowanych twierdzi, że jest odwrotnie. Zdaniem 17 proc. respondentów praca online pozytywnie wpłynęła na ich relacje z przełożonym, natomiast 13 proc. dostrzega pogorszenie stosunków z szefem.

Oszczędzamy czas na dojazdach do biura, ale pracujemy dłużej

Jednym z powodów tak pozytywnego podejścia jest zapewne oszczędność czasu na dojazdach do biura – przeważające 72 proc. respondentów potwierdza, że pracując z domu zyskuje na czasie. Jednak w analogicznym raporcie opublikowanym przez ClickMeeting we wrześniu 2020 r. taką odpowiedź wskazało o 4 proc. więcej osób. Natomiast aż 23 proc. nie zgadza się z tym twierdzeniem – o 7 proc. więcej niż we wrześniu. Być może wynika to z tego, że praca zdalna często powoduje zatarcie się granicy między pracą a czasem wolnym. Ponad połowa respondentów zwróciła uwagę na fakt, że od kiedy dom stał się jednocześnie biurem, ich czas pracy uległ wydłużeniu. Zdaniem tylko 38 proc. ich czas pracy nie wydłużył się, a dla pozostałych 6 proc. jest to kwestia trudna do rozstrzygnięcia.

Równo rok dzieli nas od momentu, kiedy pandemia zrewolucjonizowała nasze życie, również w kontekście pracy. Skalę tej zmiany odzwierciedla zapotrzebowanie na platformy do spotkań online, webinarów i wideokonferencji. W 2020 r. na samej tylko platformie ClickMeeting odbyło się ponad 2 mln wydarzeń online, które zgromadziły łącznie niemal 31 mln uczestników – komentuje Dominika Paciorkowska, Dyrektor Zarządzająca ClickMeeting – Polacy przyzwyczaili się do pracy zdalnej i polubili ją, tęsknią jednak za relacjami z innymi ludźmi. Dlatego nieustannie wdrażamy kolejne rozwiązania, które pomagają skrócić dystans między uczestnikami spotkań i dać im jak najlepsze doświadczenia i interakcje w wirtualnych relacjach.

Brak bezpośrednich relacji doskwiera coraz bardziej, dlatego chcemy pracować hybrydowo

Mimo sporego zadowolenia z pracy zdalnej w porównaniu do września spadła liczba zwolenników wykonywania jej w pełnym wymiarze – z 29 proc. do 24 proc. obecnie. Wzrosła natomiast liczba respondentów preferujących pracę wyłącznie stacjonarną – z 9 proc. do 15 proc. Najwięcej pracowników chciałoby łączyć pracę z domu i z biura – aż 62 proc. Trudno się dziwić – po tak długim okresie izolacji zaczyna nam doskwierać brak kontaktów z innymi ludźmi. W porównaniu do września bardzo wzrosła liczba osób, które w pytaniu o tęsknotę za relacjami interpersonalnymi wskazały, że bardzo im ich brakuje – z 20 proc. aż do 32 proc. Co piąty ankietowany wskazał, że brakuje im relacji w średnim stopniu. Można zatem powiedzieć, że 53 proc. respondentów cierpi w jakimś stopniu z powodu braku relacji interpersonalnych z czasów pracy w biurze.

Praca zdalna wpływa na relacje z domownikami

Praca zdalna nie pozostaje też bez wpływu na relacje z domownikami – w końcu w tej sytuacji spędzamy z nimi znacznie więcej czasu niż przed pandemią. Ponad 40 proc. respondentów uważa, że praca z domu pozytywnie wpłynęła na ich relacje domowe, jednak ponad 20 proc., a więc ⅕ badanych uważa, że wpływ ten jest negatywny. Kolejne 22 proc. nie potrafi stwierdzić, czy coś się w tym aspekcie zmieniło, a pozostałych 14 proc. ten temat nie dotyczy.

Złoty czeka na czwartek

Apetyt na ryzyko jeszcze przed weekendem odzyskał kontrolę nad rynkami z pomocą lepszych od oczekiwań odczytów PMI. Strategia reflacyjna wzmacnia się w tandemie z rosnącymi cenami surowców. Waluty surowcowe (głównie AUD) są tu zwycięzcami; słabnie USD.

Założeniem strategii reflacyjnej i opartego na niej rajdu ryzykownych aktywów jest postępujące odbicie ożywienia w ujęciu globalnym. Imponujące wzrosty indeksów PMI w USA (Composite w kwietniu wzrósł do 62,2, poprz. 59,7) sugerują, że największa gospodarka świata rozpędza się wraz z postępem procesu szczepień. Ważniejsze jest jednak, czy reszta świata będzie doganiać USA. Otwieranie gospodarki po lockdownie z pewnością pomaga Wielkiej Brytanii (Composite 60, poprz. 56,4), ale najbardziej pozytywną informacją piątku był powrót indeksu PMI dla sektora usługowego w Eurolandzie powyżej 50 pkt. (50,3) – pierwszy raz od ośmiu miesięcy sektor najbardziej dotknięty przez pandemię i restrykcje sygnalizuje ekspansję. Tempo rozwoju, wyrażone w odległości wskaźnika od poziomu granicznego 50, jest na razie niewielkie, ale im więcej firm będzie wskazywać na poprawę swojej sytuacji względem poprzedniego miesiąca, tym odbicie będzie silniejsze. Przed końcem kwartału powinniśmy widzieć, że wraz ze wzrostem liczby zaszczepionych, różnice w sile odbudowy ożywienia będą się zmniejszać, dając podstawy do nadganiania przez jedne rynki drugich. Dobrym przykładem może to być pozycja europejskich giełd względem Wall Street. Na rynku walutowym, bez powrotu wzrostów rentowności obligacji skarbowych, USD będzie główną walutą finansującą rajd ryzyka przede wszystkim nakierowanego na waluty surowcowe. Ale jak widzieliśmy w ostatnich dniach wyprzedaż rozlewa się szeroko, dotykając też np. EUR czy GBP.

Z pomocą silniejszego EUR/USD (czyt. słabszego dolara) w kierunku 1,21 umocniły się waluty Europy Środkowo-Wschodniej. EUR/PLN spadł pod 4,55, a po zachowaniu kursu w ogóle nie widać wzrostu premii za ryzyko przed czwartkiem, kiedy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ma wydać orzeczenie w sprawie kredytów frankowych. W skrócie, w przypadku stwierdzenia nieważności umów kredytowych lub nakazania konwersji kredytów na złotowe banki będą decydować się na zamknięcie transakcji zabezpieczających przed ryzykiem kursowym, do czego potrzebne będzie pozyskanie franków z rynku. O ile NBP nie włączy się w ten proces, udostępniając rezerwy walutowe, perspektywa dodatkowej podaży złotego będzie pożywką dla działań spekulacyjnych. W zależności od wydźwięku orzeczenia nie można wykluczyć, że EUR/PLN przejściowo sięgnie 4,70 lub szybko zejdzie pod 4,50. Obecny spokój może oznaczać, że szanse wokół orzeczenia są na tyle równo rozłożone, że jest zbyt ryzykownym obstawiać negatywny wynik z wyprzedzeniem, szczególnie gdy otoczenie rynkowe jest proryzykowne. Dalej uważamy, że jakakolwiek wyprzedaż złotego miałaby nastąpić, będzie do zjawisko krótkoterminowe i dość szybko odwrócone.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy można dostać kredyt lub pożyczkę, jeśli się miało komornika?

Sam fakt, że komornik zajął Twoje konto bankowe w wyniku niespłaconych długów dyskwalifikuje Cię w danym momencie z możliwości ubiegania się o kredyt, czy pożyczkę. Warto jednak wiedzieć, że problemy ze spłatą zobowiązania w przeszłości nie sprawią, że nie uzyskasz finansowania już przez całe życie. W odpowiednim czasie negatywne wpisy zostaną wykreślone z Twojej historii kredytowej.

Historię Twoich zobowiązań gromadzi kilka instytucji. Po pierwsze robi to Biuro Informacji Kredytowej, w którym odnotowywane są Twoje zapytania o kredyt lub pożyczkę oraz terminy, w których spłacasz raty (zarówno, gdy robisz to zgodnie z czasem, jak i wtedy gdy się spóźniasz). Istnieje jeszcze kilka biur informacji gospodarczej (BIG), które notują spłacalność innych Twoich zobowiązań, takich jak alimenty, należności urzędowe (np. związane z ZUS-em czy urzędem skarbowym), mandaty czy rachunki za telefon.

Jeśli zdarzy Ci się spóźnić z terminem spłaty danej raty kredytu powyżej 60 dni, to BIK będzie przechowywał dane o tym fakcie przez 5 lat od dnia spłaty zobowiązania.

Z kolei do Krajowego Rejestru Długów (KRD) trafiasz wtedy, kiedy zaległości przekroczą 30 dni. Dług dla osób fizycznych musi wynosić przynajmniej 200 zł, a w przypadku firm (np. zaległa rata kredytu dla firm) 500 zł. W związku z tym, że KRD zbiera także dane pozafinansowe, to do rejestru dłużników można trafić także za nieopłacony mandat czy zaległości w płaceniu domowych rachunków.

Wpisy do BIK mogą być pozytywne lub negatywne, natomiast te do BIG lub KRD zawsze oznaczają problemy ze spłatą zobowiązań.

Egzekucja komornicza – co warto o niej wiedzieć?

Komornik działa w oparciu o Ustawę o komornikach sądowych z dnia 22 marca 2018 roku. Egzekucja komornicza to więc próba odzyskania niespłaconych długów po wydanym wyroku sądu. Jest to już ostatni etap próby dochodzenia swoich roszczeń.

Jeśli zdarzą Ci się problemy ze spłatą kredytu lub pożyczki, to najpierw bank czy inna instytucja finansowa, będą próbowały Cię same nakłonić do oddania należności, wysyłając monity czy nakładając dodatkowe opłaty za opóźnienie. Jeżeli takie rozwiązania będą nieskuteczne, to bank najpewniej zatrudni firmę windykacyjną. Windykator podejmie próby listowne i telefoniczne, aby skłonić kredytobiorcę lub pożyczkobiorcę do oddania należności. Proponuje także rozwiązania, które mają pomóc uporać się z zadłużeniem, np. rozłożenie go na raty. Gdy windykacja nie przyniesie oczekiwanego celu, to sprawa trafia do sądu. Egzekucja komornicza to więc już ostatni etap, bo najpierw musi zostać nadany tytuł egzekucyjny klauzuli wykonalności i wtedy dopiero komornik może rozpoczynać swoje działania.

Czy każdy, kto ma długi musi bać się komornika?

Nie każde wzięte finansowanie w banku czy firmie pożyczkowej to od razu kredyt z komornikiem, egzekucja to ostateczność.

Długi, jeśli są regularnie spłacane, a raty są niższe niż Twoje miesięczne dochody w takim stopniu, że starczy Ci jeszcze na poniesienie kosztów utrzymania, to nie są niczym złym. Każdy ma prawo wziąć kredyt hipoteczny, gdy chce kupić mieszkanie, kredyt samochodowy, gdy zamierza wymienić auto czy kredyt gotówkowy, bo planuje remont czy wyjazd na wakacje.

Jeśli Twoja sytuacja finansowa jest dobra i nie masz wielkich opóźnień w spłacie swoich produktów kredytowych, to nie musisz obawiać się komornika. Nawet jeżeli spóźnienie będzie kilkudniowe, to nie skutkuje to od razu egzekucją. W takim przypadku trzeba jak najszybciej uregulować raty. Wpłynie to negatywnie na Twoją zdolność kredytową, ale nie skutkuje windykacją z majątku.

Ile trwa i jak wygląda egzekucja komornicza?

Egzekucja komornicza składa się z kilku etapów.

  1. Najpierw komornik wysyła do dłużnika zawiadomienie o wszczęciu egzekucji. Może zrobić to telefonicznie albo odwiedzić go w domu.
  2. Następnie komornik ustala wszystkie składniki majątku, które mogą posłużyć do zaspokojenia roszczeń wierzycieli, czyli sprawdza jakie nieruchomości, samochody, saldo na koncie bankowym czy kwotę gotówki posiada dłużnik.
  3. Później komornik przeprowadza egzekucję, czyli zajmuje to, co windykowana osoba ma, czyli najpierw wynagrodzenie, a później nieruchomości i ruchomości.

Komornik zostawia na koncie osobistym dłużnika kwotę wolną od zajęcia, która w 2021 roku wynosi 2 800 zł brutto miesięcznie.

A ile trwa egzekucja komornicza? Nie ma określonego terminu. Komornik działa do momentu, w którym całość lub część roszczeń wierzycieli zostanie zaspokojona. Jeżeli się to nie uda, bo na przykład dłużnik nie ma majątku o wystarczającej wartości, to komornik informuje o tym wierzyciela i może umorzyć postępowanie. Trzeba pamiętać także o tym, że usługi komornika są płatne i te koszty ponosi dłużnik. Jego wynagrodzenie to od 3 do 10% wartości długu.

Kredyt hipoteczny po egzekucji komorniczej – czy jest możliwy?

Czy można uzyskać kredyt mieszkaniowy, kiedy miało się komornika? Jest to możliwe, ale musi upłynąć 5 lat od momentu spłaty całości zobowiązania. Wtedy wpis o długu jest wykreślany, a Ty startujesz do banku z czystą kartą.

W przypadku posiadania wpisów w BIG-ach usuwają go wierzyciele i mogą to zrobić w ciągu maksymalnie 14 dni od uregulowania długu.

Jeżeli wymagany czas już upłynął, to możesz starać się o kredyt na mieszkanie lub dom. Jednak podstawą do uzyskania decyzji pozytywnej jest odpowiednia zdolność kredytowa. Musisz więc mieć odpowiednio wysokie zarobki, staż pracy i stabilną formę zatrudnienia.

Kredyty hipoteczne są udzielane tylko pod warunkiem wniesienia wkładu własnego (minimum to 10 -20% wartości nieruchomości w zależności od banku). Zanim więc złożysz wniosek o kredyt na dom czy inne lokum, to musisz mieć odpowiednią sumę oszczędności.

Kredyt gotówkowy po egzekucji komorniczej – czy jest możliwy?

Również kredyt gotówkowy można uzyskać po egzekucji komorniczej, ale również trzeba całkowicie spłacić problematyczne zobowiązania i poczekać aż wpisy w BIK czy BIG-ach wygasną. Warto wiedzieć, że można uzyskać taki kredyt online. Wtedy jednak również bank sprawdzi Twoją historię kredytową, więc niestety zobowiązania się nie ukryją.

Rodzaj niespłaconego zobowiązania a decyzja o kredycie

A czy w przypadku decyzji o kredycie ma znaczenie to, jakiego zobowiązania nie spłaciłeś? Ma to wpływ, jednak ważniejsza jest łączna kwota posiadanych zobowiązań.

Jeżeli jednak jesteś w trakcie egzekucji komorniczej, to niezależnie od tego, czego nie zapłaciłeś, kredyt ani pożyczka online nie będą możliwe do uzyskania. A gdy takie problemy już Cię napotkają, to warto współpracować z komornikiem, nie zatajać składników majątku ani nie unikać kontaktu.

Dowiedz się więcej o finansach, kredytach i pożyczkach: www.aasapolska.pl