Rynki oczekują obniżki stóp procentowych i rozluźnienia polityki monetarnej.
Przewidywalne spowolnienie gospodarcze i wojna handlowa skutecznie obniżają sentyment do inwestowania
Marek Straszak, zarządzający portfelami inwestycyjnymi Union Investment TFI
W tym roku sprawdziło się powiedzenie „Sell in May and go away. Tegoroczny maj okazał się bowiem najgorszym miesiącem od początku roku dla aktywów ryzykownych. Większość parkietów odnotowała straty, widać odpływ kapitałów z rynków rozwiniętych: Chiny spadek o 9 proc, USA spadek o 6 proc., Japonia spadek o 7 proc. Widać już wyraźny odpływ kapitału z rynku, który teraz wybiera aktywa uważane za bezpieczne.
Mamy już prognozowane obniżenie stóp procentowych przez główne banki centralne FED i ECB. W lipcu lub we wrześniu spodziewane jest obniżenie stóp proc. przez FED. Przypuszczalnie zmiana wcześniejszych zapowiedzi podyktowana jest m.in. zaostrzeniem konfliktu na linii Waszyngton-Pekin, którego jeszcze kilka tygodni temu nikt się nie spodziewał i niższymi niż oczekiwano wynikami gospodarki amerykańskiej.
Przewidywalne spowolnienie gospodarcze i wojna handlowa – skutecznie obniża sentyment do inwestowania. Nałożyły się na to też publikacje słabszych odczytów wskaźników wyprzedzających zachowanie koniunktury gospodarczej.
Rynki obligacji wyceniają, że FED obniży w tym roku stopy procentowe, co stanowi zmianę narracji względem zapowiadanych w zeszłym roku podwyżek stóp, i marcowej aktualizacji o utrzymaniu ich na obecnych poziomach, aż do ubiegłotygodniowego wystąpienia J. Powella, w którym zasygnalizował gotowość do cięć stóp procentowych, nawiązując m.in. do negocjacji handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a ich największymi partnerami handlowymi.
Adam Szymko, Zarządzający funduszami, Union Investment TFI S.A.
Dane z amerykańskiej gospodarki okazały się być istotnie poniżej oczekiwań. Opublikowane dane za maj o przyroście miejsc pracy w sektorze pozarolniczym (tzw. „payrolle”) rozczarowały odczytem na poziomie 75 tys., mocno poniżej konsensusu rynkowego na poziomie 190 tys. Mimo, że to rekordowy 104. dodatni odczyt z rzędu, to rynki rozgrywają już późną fazę cyklu koniunkturalnego i antycypują obniżki stóp procentowych, których FED miałby dokonać, by pobudzić amerykańską gospodarkę.
Europejski Bank Centralny pozostawił bez zmian podstawowe stopy procentowe. Decyzją Rady Prezesów stopy procentowe pozostaną bez zmian do końca pierwszej połowy 2020 r., natomiast sama konferencja prezesa ECB, Mario Draghiego, miała gołębi wydźwięk, a rentowności 10-letnich obligacji niemieckich krótko po tym zanotowały historyczne minimum na poziomie -0,26%, choć wpływ konferencji miał ograniczony wpływ na rynek.
Nastawiam się na wzrost na rynkach wschodzących. Oczekiwane obniżki stóp procentowych przez FED istotnie dolewają paliwa dla rynków wschodzących, ponieważ inwestorzy szukają wyższych rentowności, a osłabiający się dolar jest pozytywnym zjawiskiem dla walut tych rynków.
Spread do bunda na długim końcu polskiej krzywej zbliżył się do poziomów sprzed ogłoszenia wprowadzania pakietu fiskalnego (tzw. Piątka PiS), co wydaje się wyczerpywać potencjał do dalszego zawężania się, ale nie jest aberracją w świetle dobrego wykonania budżetu polski (75 mln PLN deficytu po kwietniu 2019 r.) i faktu, że również 10-letnie obligacje krajów regionu dokonały podobnych ruchów (Rumunia, Węgry i Czechy, choć w przypadku tych ostatnich nie dostrzegam pola do dalszego spadku rentowności). Od końca kwietnia, w ciągu 9 tygodni 10-letnie obligacje skarbowe Polski zeszły w rentowności o 50 punktów bazowych, co jest dobrym momentem na realizację zysków i oczekiwanie na korektę części tego ruchu. Szczególną uwagę zwracam w stronę obligacji zmiennokuponowych (WZ-etek), których wycena fundamentalna w kategoriach premii a ryzyko pozwala dostrzec atrakcyjność obecnych ich cen.
Dzisiejszy dzień to dobre wiadomości dla dwóch grup: kredytobiorców frankowych oraz pracowników do 26 roku życia. Frank spadł poniżej 3,80 zł i jest spora szansa, że bank centralny Szwajcarii pogłębi ten spadek. Natomiast polskie Ministerstwo Finansów potwierdza obniżki podatków dla osób do 26 roku życia.
Dobra wiadomość dla kredytobiorców frankowych
Na rynku panuje obecnie przekonanie, że Szwajcarski Narodowy Bank będzie zmuszony dać sygnał osłabiający franka. Powodem jest narracja prowadzona przez Europejski Bank Centralny. Nadmiar ryzyk w Europie spowodował, że kurs euro do franka w ostatnich tygodniach ponownie zanurkował. Na to nakładały się wypowiedzi EBC o gotowości do działań. W rezultacie bez reakcji Szwajcarów może dojść do dalszego umacniania się franka wobec euro. Zbyt silna waluta jest czynnikiem mocno ciążącym gospodarce Helwetów. W rezultacie najprawdopodobniej dadzą oni sygnał mający ją osłabić. Raczej nie będzie to obniżka stóp procentowych, ale słowna gotowość do działań. Dlaczego jest to dobra wiadomość dla kredytobiorców? Jeżeli mamy obecnie passę umacniania się euro do złotego, to jeżeli frank osłabi się do euro, to tym bardziej do złotego. W rezultacie może oznaczać to spadek rat kredytów. Gdyby doszło do spadku stóp procentowych, na co na razie się nie zanosi, spadek kursu byłby zdecydowanie większy.
Obniżka PIT do 26 roku życia
Na stronach Ministerstwa Finansów został opublikowany projekt ustawy o obniżce podatków został opublikowany na stronach ministerstwa finansów. Zakłada on, że zarobki do kwoty 85,5 tysiąca złotych, czyli pierwszego progu podatkowego, nie będą opodatkowane podatkiem PIT. Oznacza to dwie rzeczy po pierwsze korzyść dla najmłodszych pracowników, a po drugie spadek dochodów dla budżetu państwa. Zakładając, co oczywiście nie jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, że środki te trafią na lokaty, a nie zostaną skonsumowane, jest to spadek dla sektora finansów publicznych na poziomie 2-2,5 mld złotych rocznie. Część tych środków najprawdopodobniej wróci w postaci podatków pośrednich np. VAT. Nie zmienia to faktu, że kwota 2,5 mld złotych to 0,25% całkowitego zadłużenia naszego kraju. Nie jest to zatem mała wartość. Wpływ tych zmian na rynki walutowe będzie odłożony w czasie, jeżeli budżet będzie miał problemy z dopinaniem się, a deficyt budżetowy będzie rósł.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Przyjęte w ubiegłym tygodniu przez niemiecki parlament regulacje prawne, które już w przyszłym roku ułatwią obywatelom spoza Unii Europejskiej podejmowanie pracy w Niemczech, nie spowodują masowego wyjazdu ukraińskich pracowników z Warszawy do Berlina, czego obawiają się polscy przedsiębiorcy. Potrzebne jest jednak uproszczenie procedur w ich zatrudnianiu, by polski rynek pracy był konkurencyjny wobec niemieckiego i zachęcał kolejnych migrantów z Ukrainy do podejmowania pracy w naszym kraju – oceniają eksperci Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.
Jak wyjaśnia mec. Katarzyna Ziółkowska, przegłosowane w piątek 7 czerwca przez Bundestag przepisy nie spowodują, jak wcześniej się spodziewano, szerokiego otwarcia niemieckiego rynku pracy na pracowników z Ukrainy i innych krajów spoza Unii Europejskiej. Podjąć pracę w Niemczech od 2020 r. będą bowiem mogli tylko pracownicy posiadający odpowiednie, uznane przez mający być powołany urząd, kwalifikacje zawodowe – lub w pewnych branżach, w szczególności IT, wykazane odpowiednio długie doświadczenie zawodowe. Zrezygnowano jednocześnie z tzw. testu rynku pracy oraz z wymogu znajomości języka niemieckiego – Cała ustawa jest skoncentrowana na tym, aby przyciągnąć do Niemiec wykwalifikowanych pracowników, a nie dla tzw. taniej siły roboczej. Niemiecki ustawodawca zabezpieczył się, by do ich kraju nie przyjeżdżali pracownicy, którzy od razu weszliby w niemiecki system ubezpieczeń społecznych – wyjaśnia Katarzyna Ziółkowska.
Zdaniem prezesa Foreign Personnel Service Pawła Kułagi nie powinniśmy zatem spodziewać się masowego wyjazdu Ukraińców z Polski. – Niemcy, owszem potrzebują, prawie 1,5 miliona pracowników, ale przyjmą najwyżej 25 tysięcy bardzo dobrze wykwalifikowanych migrantów. Ułatwienia nie obejmą pracowników niewykwalifikowanych, którzy w większości obsługują w Polsce zakłady produkcyjne, uzupełniają braki w pracach sezonowych, czy usługach. Ci w większości pozostaną w Polsce – ocenia Paweł Kułaga.
Potrzebne ułatwienia w zatrudnianiu Ukraińców w Polsce
Niemniej, jak podkreśla wiceprezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej Andrzej Drozd, to dobry moment, aby przyśpieszyć w Polsce prace nad ułatwieniami administracyjnymi w zatrudnianiu Ukraińców. Zdaniem ekspertów Izby, konieczna jest konkurencja ze strony Polski poprzez organizację na szeroką skalę bezpłatnych kursów języka polskiego, aby związać cudzoziemców z rynkiem. – Potrzebujemy także reformy procedur legalizacji pracy i pobytu cudzoziemców w Polsce – uważa Andrzej Drozd.
Wiceprezes zarządu Inicjatywy Mobilności Pracy dr Marek Benio ocenia, że bez takiej reformy w Polsce nasz kraj szybko straci na atrakcyjności dla pracowników cudzoziemskich, np. z Ukrainy. – W konkurencji z niemieckim rynkiem pracy, ci Ukraińcy, którzy już się u nas osiedlili nie będą masowo wyjeżdżać za chlebem do Niemiec, ale nowi migranci będą mieli do wyboru: łatwa droga administracyjna legalizująca pracę w Niemczech i trudny dla nich język niemiecki albo trudna droga administracyjna w Polsce i łatwiejszy język polski. Bez reformy procedur administracyjnych napływ nowych pracowników z Ukrainy może się zmniejszyć – podkreśla dr Marek Benio.
Ponadto, jak zwraca uwagę dyrektor krajowego biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji Anna Rostocka, nie powinniśmy zapominać o integracji migrantów, niezbędnym elementem której jest budowanie społeczeństwa otwartego, tolerancyjnego, opartego na dialogu społecznym i poszanowaniu wielokulturowości.
Niemiecki rząd podjął decyzję o obniżeniu barier dla wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej. Zmiany dotyczące imigrantów znających język niemiecki mają wejść w życie od 2020 r. W efekcie z Polski może odpłynąć 200-250 tys. Ukraińców, nie tylko specjalistów, ale także słabiej wykwalifikowanych pracowników. Od pewnego czasu obserwujemy w Niemczech powiększanie się szarej strefy, szczególnie w rolnictwie i budownictwie, które na razie spotyka się z pobłażliwością władz, ze względu na ogromne niedobory rąk do pracy. Niemcy są na drugim miejscu w UE pod względem poziomu bezrobocia, niższe jest jedynie w Czechach.
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
Nowe przepisy zniosą wiele barier dla imigrantów zarobkowych z krajów spoza UE, w tym Ukraińców. Pracę w Niemczech łatwiej znajdą osoby, które mają kwalifikacje w zawodach nieakademickich lub dyplom uczelni wyższej oraz znają język niemiecki. Trochę inaczej mają być traktowani specjaliści IT, których gospodarka niemiecka szczególnie potrzebuje – im wystarczy kilka lat praktycznego doświadczenia w branży. Imigranci spoza UE wciąż będą podlegać wielu obostrzeniom. Największym z nich pozostanie język niemiecki, który osoby ubiegające się o pracę specjalistyczną muszą znać w stopniu wyższym niż komunikatywny.
Mimo to, po wejściu niemieckich przepisów w życie, z Polski może odpłynąć nawet jedna czwarta Ukraińców, wśród których większość stanowić będą pracownicy niewykwalifikowani. Od pewnego czasu w Niemczech rozrasta się szara strefa, szczególnie w budownictwie i rolnictwie. Luka na rynku pracy jest tak duża, że władze traktują proceder zatrudniania na czarno z pobłażliwością. Stworzenie bardziej przyjaznego środowiska dla imigrantów, które nastąpi w 2020 r. sprawi, że Ukraińcy pracujący w Polsce chętniej zdecydują się na wyjazd na Zachód. W efekcie z ok. 1 mln pracowników zza wschodniej granicy w naszym kraju odpłynąć do Niemiec może nawet 250 tys.
W Polsce zmiany te mogą odczuć zwłaszcza pracodawcy zatrudniający w usługach. To obszar, w którym z roku na rok potrzeba coraz więcej pracowników. Jak wskazują dane GUS, w 2018 r. zatrudnienie w zakwaterowaniu i gastronomii wzrosło o ponad 4% r/r, a w handlu o ok. 3% r/r. Biorąc pod uwagę nadchodzący niż demograficzny na rynku pracy i poprawę warunków zatrudniania u naszych sąsiadów, nie tylko Niemiec, liczba osób do pracy w usługach może zmniejszyć się nawet o jedną piątą w ciągu najbliższych 10 lat. Pamiętajmy, że o Ukraińców cały czas zabiegają również Czesi i Słowacy.
Dlatego powinniśmy jak najszybciej podjąć kolejne działania, które zachęcą Ukraińców do przyjazdu i pozostania w Polsce na dłużej. Z danych Personnel Service wynika, że dwie trzecie polskich pracodawców chciałoby, żeby Ukraińcy mogli zostawać w Polsce legalnie dłużej niż 6 miesięcy – nawet do 18 miesięcy. Chce tego też 3 na 4 Ukraińców.
14 maja Rada Ministrów przyjęła projekt tzw. ustawy antyzatorowej, która w czerwcu ma trafić do Sejmu, a w życie wejdzie od nowego roku.
To szereg poprawek mających udrożnić ściągalność należności od przedsiębiorców i ułatwiających rozliczenia biznesowe.
Jedną ze zmian jest możliwość pomniejszenia podstawy opodatkowania o kwotę zaległych wierzytelności.
Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii walczy z zatorami ustawą, która może poprawić sytuację w długiej perspektywie. Najistotniejsze dla przedsiębiorców rozwiązania nowych przepisów to skrócenie terminów zapłaty do 30 dni dla podmiotów publicznych i 60 dni dla firm; upoważnienie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów do ścigania dużych przedsiębiorstw powodujących znaczne zatory; obowiązek raportowania do ministerstwa w jakich terminach regulują przelewy (dla największych firm); a także ulga na złe długi w PIT i CIT.
Ta ostatnia zmiana może być bardzo istotną dla prowadzących firmy. Będzie to polegało na tym, że wierzyciel, który nie otrzyma zapłaty w ciągu 90 dni od upływu terminu określonego w umowie lub na fakturze będzie mógł pomniejszyć podstawę opodatkowania o kwotę wierzytelności; jednocześnie dłużnik będzie miał obowiązek podniesienia podstawy opodatkowania o kwotę, której nie zapłacił.
– Przynajmniej 8 na 10 przedsiębiorców w Polsce doświadczyło opóźnień w otrzymywaniu należności za wykonaną usługę czy wyprodukowany towar. Bardzo często przedsiębiorcy, którzy przychodzą do nas po finansowanie konieczność poszukiwania zewnętrznego wsparcia motywują obciążeniami fiskalnymi od dochodów, która mają jedynie na papierze. Wiele umów z dużymi partnerami jest tak skonstruowana, że przelew ma nastąpić np. po 90 dniach, a często nawet ten termin bywa przedłużany o kolejny miesiąc czy dwa. Przedsiębiorca musiał jednak zapłacić podatek od wirtualnego dochodu. Od stycznia ustawa ma to zmienić, więc to duża ulga dla firm – Miłosz Wekka – Dyrektor Regionu Pomorskiego eFaktor S.A.
Czkając na sąd lub pieniądze na już
Zmiana ma wejść od stycznia, o ile zostanie przegłosowana w Sejmie. Eksperci oceniają ją zazwyczaj pozytywnie, choć obawy budzi forma weryfikacji sumienności terminowych przelewów ze strony firm, które do tej pory miały z tym kłopot. Do kontroli może kwalifikować się aż 60 tys. ociągających się płatników. Ustawa zakłada, że w wielu przypadkach przedsiębiorcy oczekujący na pieniądze i tak będą musieli pójść do sądu.
– Droga sądowa jest długotrwała, a jej wyniki niepewny. Dla wielu firm brak środków na koncie to sprawa życia i śmierci, a dokładnie przetrwania lub bankructwa. Oczekiwanie wielu miesięcy na wynik batalii sądowej to mało pocieszające rozwiązanie. Bardzo często pieniędzy potrzebują na już, tu i teraz, dlatego tak wielu przedsiębiorców coraz częściej korzysta z faktoringu, który z założenia pozwala firmie dysponować pieniędzmi z faktury od razu, do 24h po wystawieniu dokumentu. Faktoring powala im znacząco skrócić drogę do uzyskania ich własnych pieniędzy. Prawdziwa walka dla wielu firm toczy się przecież każdego dnia, a przed upadkiem ratuje nie ustawa, a faktoring, który pozwala utrzymać płynność finansową i przetrwać trudny okres – dodaje Miłosz Wekka z eFaktor.
III edycja Premium Real Estate Summit oraz jubileuszowa X edycja Investment & Finance Forum odbyły się w dniach 28 i 29 maja w Warszawskim hotelu The Westin. Dwa dni, siedem paneli dyskusyjnych, ponad 30 ekspertów z branży nieruchomości oraz finansowej i 14 wręczonych statuetek „Diamentów Inwestycji”, tak w skrócie wyglądała dwudniowa konferencja zorganizowana przez Executive Club.
Podczas Premium Real Estate Summit zaproszeni paneliści omówili m.in. rynek powierzchni magazynowych oraz biurowych w Polsce, zagadnienia związane ze zrównoważonym rozwojem Warszawy, przepis na sukces w branży hotelarskiej oraz zmiany zachodzące w sektorze retail. Eksperci zgłębili również temat finansowania projektów hotelowych oraz rozwoju condo i aparthoteli, które mają coraz większe znaczenie w branży. Dyskutanci zwrócili uwagę na fakt, iż czynnikami, które decydują o atrakcyjności inwestycyjnej Polski, są: silna gospodarka, tania siła robocza i dobrze rozwinięta infrastruktura oraz normy prawne. Pod lupę wzięte zostało również zagadnienie niedziel niehandlowych. Zdaniem panelistów duże centra handlowe wciąż przyciągają ludzi ofertą rozrywkową i to się nie zmieni. Problem mają natomiast mniejsze centra, które szczególnie odczuły spadek obrotów. W skrajnych przypadkach jest to spadek aż o 10%. W opozycji do galerii handlowych są parki handlowe, w których obroty są najniższe właśnie w niedziele a koszty z kolei najwyższe. Z drugiej strony rozwijającą się alternatywą wobec stacjonarnego handlu jest e-commerce, którego wartość jest szacowana na 40 mld PLN a ilość sklepów działająca na tym rynku szacowana na 30 000. Jednak wysokie koszty logistyki i zwrotów towarów każą przedsiębiorcom szukać nowych rozwiązań, którym jest np. omnichannel – połączenie tradycyjnego handlu z internetowym.
Drugi dzień konferencji, czyli X edycja Investment & Finance Forum była okazją do dyskusji na tematy takie jak: cyfrowa rewolucja w polskim sektorze finansowym, rola aniołów biznesu w rozwoju przedsiębiorstw, transakcje M&A oraz prognozy dotyczące inwestowania w przyszłości. Dyskusja rozpoczęła się od zwrócenia uwagi na fakt wchodzenia dużych firm technologicznych (GAFA) na rynek finansowy. Mają one ogromną wiedzę o swoich klientach oraz doświadczenie w zbieraniu danych, co może się okazać nieocenione na tym rynku. Wkrótce czeka nas również ekspansja wielu nowych technologii takich jak np. biometria głosowa, dzięki której prostym poleceniem można sprawdzić stan konta oraz historię transakcji. W rozwoju przedsiębiorstw ważne jest również tempo, aby nie wypaść z obiegu. Zdaniem Pana Rafała Beneckiego, Głównego Ekonomisty, ING Bank Śląski SA rozwój elektromobilności oraz ekonomia współdzielenia rozwijają się za wolno, mimo że razem mogą przynieść istotne plusy społeczne – popularyzacja carsharingu może przyspieszyć komercjalizację samochodów elektrycznych. Jeśli chodzi natomiast o prognozy inwestycyjne to najatrakcyjniejszym sektorem do inwestowania jest sektor usług, który rośnie bardzo szybko, są na nim ciekawe firmy i sprawni przedsiębiorcy oraz łatwo można go konsolidować. Wszystko to jednak jest niczym wobec najważniejszego czynnika z perspektywy przyszłego inwestora, czyli czynnika ludzkiego. Słaby zespół i przywódca to elementy nie do przeskoczenia, nawet jeśli ma się dobry produkt.
Zwieńczeniem konferencji była wieczorna gala rozdania statuetek „Diamenty Inwestycji”, które uhonorowały wybitne podmioty z obu branż w 14 kategoriach. Wszystkich laureatów, jak i obszerne relacje mogą Państwo znaleźć na stronie: executive-club.com.pl
Kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni i znacznie trudniej jest im wspiąć na wyższe szczeble kariery, choć nierzadko posiadają lepsze wykształcenie i kwalifikacje. Wyniki nowego raportu ALEO.com. komentują ekspertki od równouprawnienia w pracy oraz właścicielki firm.
W najnowszym raporcie ALEO.com „Rynek pracy z kobiecej perspektywy” autorzy wzięli pod lupę sytuację zawodową kobiet we wszystkich krajach członkowskich UE, analizując dane opublikowane m.in. przez Eurostat i OECD.
Chociaż na całym terenie Unii to kobiety częściej zdobywają wyższe wykształcenie, ich zarobki znacznie różnią się od płac mężczyzn. Pod tym względem Polska plasuje się na 5. miejscu rankingu (luka rzędu 7%), zaś najgorzej pod względem nierówności jest w Estonii – tam za tę samą pracę kobiety otrzymują wypłatę mniejszą średnio aż o ¼ w stosunku do płacy mężczyzn.
“Wyższe wykształcenie nie gwarantuje równości szans na rynku pracy. Jest to związane m.in. ze stereotypowymi rolami społecznymi. Kobiety wciąż postrzegane są jako te odpowiedzialne za opiekę nad domem, dziećmi, członkami rodziny i osobami starszymi.” – wyjaśnia Anna Górska, wicedyrektor Research Centre for Women and Diversity in Organizations.
W parze ze słabszym wynagrodzeniem idzie również o wiele mniejszy stopień zatrudnienia kobiet. W całej Unii jedynie 63% pań jest obecnych na rynku pracy; dla porównania jedynie co czwarty mężczyzna pozostaje bez pracy.
“Wzrost poziomu wykształcenia kobiet sprzyja ich zatrudnieniu i zmniejszeniu luki płacowej, natomiast wciąż pozycja kobiet na rynku pracy pozostaje gorsza od sytuacji mężczyzn. Pomimo lepszego wykształcenia wskaźnik bezrobocia jest wyższy wśród kobiet bez względu na ich poziom edukacji, a różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w Unii Europejskiej jest największa wśród pracowników z wykształceniem wyższym” – mówi Anna Górska.
Sprawę nierówności tłumaczy również Angelika Chimkowska, strateg biznesu oraz autorka książki „Psychologia zmiany w życiu i biznesie”. Według niej niższy odsetek zatrudnienia i słabsze zarobki kobiet wynikają przede wszystkim z zajmowania niższych stanowisk:
“Jeżeli statystycznie mężczyźni piastują wyższe stanowiska to oczywistym jest, że różnica w zarobkach będzie na ich korzyść.”
Chimkowska do powyższych argumentów dolicza także mniejszy wymiar czasu pracy, jaki częściej zdarza się właśnie u kobiet:
“Głównym powodem takiej decyzji jest większe zaangażowanie kobiet w obowiązki rodzinne. Tu niestety sprawdza się prawdziwość stwierdzenia, że dziecko nie przeszkadza w karierze pod warunkiem, że jesteś ojcem.“
Według ekspertki trzecim powodem nierówności płacowych jest brak wiary we własne możliwości:
“Myśląc o praktycznych rozwiązaniach, przede wszystkim zachęcałabym same kobiety do zdecydowanej walki o wyższe stanowiska i niezależność finansową. Niestety, często my kobiety same sobie robimy szkodę, zaniżając wartość swojej pracy.”
Powyższe zależności rosną w miarę pięcia się po szczeblach kariery. Im wyższa pozycja w firmie, tym szklany sufit wydaje się trudniejszy do przebicia: w Polsce wśród osób obejmujących stanowiska kierownicze kobiety stanowią zaledwie 17%. Czy jednak płeć ma tutaj aż tak duże znaczenie?
“– Bycie szefem to odpowiedzialne zadanie, bo ludzie na nas polegają – ale czy płeć ma na to wpływ? Myślę, że nie. Dla mnie ważniejsza jest umiejętność podejmowania trudnych decyzji, inteligencja emocjonalna, czy też komunikacja interpersonalna.” – tłumaczy Natalia Świrska, zdobywczyni tytułu Businesswoman Roku.
Więcej informacji nt. sytuacji kobiet na unijnym rynku pracy można znaleźć w pełnym raporcie ALEO.com: https://aleo.com/pl/blog/kobiety-w-biznesie
70% liderów biznesu z 9 krajów wskazuje, że jest im trudno ocenić wiarygodność informacji zamieszczonych w sieci. 72% obawia się, że organizacje wykorzystują dane personalne bez zezwolenia, natomiast blisko 70% boi się możliwych wycieków informacji o klientach* – mówił Christian Leutner, Vice President, Head of EMEIA Product Sales w Fujitsu podczas Fujitsu World Tour 2019. Zdaniem Fujitsu, cyfrowe zaufanie można zagwarantować tylko dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu technologii.
Zawrotne tempo cyfryzacji wszystkich sfer życia sprawia, że zaistniała potrzeba redefinicji zaufania, które tradycyjnie opierało się na zaufaniu do rodziny czy przyjaciół, a w formie rozbudowanej – na przykład do polityków czy instytucji rządowych. Ponad 50% światowej populacji jest już online. Ludzie ci codziennie powierzają informacje na swój temat dziesiątkom instytucji, które muszą obdarzyć zaufaniem w zakresie bezpieczeństwa danych. Fujitsu wskazuje, że kluczowe dla uwiarygodnienia działania biznesu będzie umiejętne wykorzystanie technologii.
Pomiędzy wygodą i zaufaniem
Gwałtownie wzrastająca ilość przetwarzanych informacji to jedno z najważniejszych wyzwań dla współczesnego biznesu. Firmy muszą przede wszystkim zapobiegać utracie danych, przy jednoczesnej presji ze strony klientów na dostarczanie produktów i usług szybciej, taniej i nieprzerwanie. Musimy być bardzo biegli w kontroli danych i wprowadzać szereg narzędzi, by je kompleksowo zabezpieczać – od rozwiązań sprzętowych po odpowiednie aplikacje i oprogramowanie, automatyzując równocześnie jak największą liczbę procesów i procedur. -komentuje Dariusz Kwieciński, prezes Fujitsu Poland
Aby zapewnić efektywność i rentowność biznesu, należy połączyć wysoki poziom bezpieczeństwa danych z łatwym i wygodnym do nich dostępem, co nierzadko bywa ze sobą sprzeczne. W związku z tym firmy często obawiają się migracji do chmury.
Salomonowym rozwiązaniem jest tu połączenie chmury z przechowywaniem krytycznych informacji na własnych serwerach lokalnych, czyli chmura hybrydowa. Ważne jest, żeby odpowiednio dobrać proporcje tradycyjnych i chmurowych rozwiązań – tak, by efekt był odpowiedzią na rzeczywiste problemy i potrzeby biznesowe. Kluczowe jest spojrzenie nie tylko przez pryzmat firmy, ale też stosunek lokalnego rynku do kwestii prywatności, na to, jak odnoszą się do niej nasi klienci. -komentuje Piotr Brychczyński, Business Development Manager w Fujitsu
Kontrolowane AI wspiera zaufanie
Jako technologię, która znacząco wpłynie na rozwój zaufania do przetwarzanych informacji, Fujitsu wskazuje sztuczną inteligencję. Firma zaznacza jednak, że warunkiem jest, by technologia ta pozostawała pod ludzką kontrolą. Żeby mogła odpowiednio działać, wyniki jej analiz muszą podlegać ostatecznej ocenie człowieka.
Jak wskazują eksperci firmy, techniczna dokładność AI jest niezwykła, ale brak jej ludzkiej inteligencji emocjonalnej. Bywało, że algorytmy sprzyjały dyskryminacji lub mylnie oceniały przestępcze skłonności ludzi. Jak twierdzi Fujitsu, rozwiązaniem jest poddanie kontroli decyzji podejmowanych przez AI. Firma rozwinęła więc tzw. Explainable AI, będące połączeniem dwóch unikatowych technologii – Knowledge Graph i Machine Learning, z funkcją wyjaśnienia powodu oceny.
Technologia ta została już zastosowana w Kyoto University w dziedzinie genomowej medycyny nowotworowej. Sztuczna inteligencja przeanalizowała 180 000 fragmentów danych dotyczących mutacji genowych, aby zidentyfikować tę, która spowodowała raka. Połączenie tej analizy z bazą wiedzy zbudowaną z 17 milionów dokumentów medycznych i ponad 10 miliardów innych informacji pozwala technologii znaleźć połączenie pomiędzy mutacją a rzeczywistą przyczyną medyczną.
Fujitsu podkreśla, że zaufanie i sukces biznesowy będą możliwe tylko wtedy, gdy znajdziemy sposób na budowanie przedsiębiorstw i społeczeństwa wokół ludzi (Human Centric Innovation) – inaczej technologie staną się bezużyteczne.
Już niemal połowa polskich e-konsumentów (47%) chciałaby biometrycznie uwierzytelniać płatności kartą
Odcisk palca już teraz jest uważany za bezpieczniejszą formę potwierdzania płatności niż kody jednorazowe
76% respondentów uważa, że silne uwierzytelnienie płatności kartą online, które wejdzie w życie w połowie września br., jest potrzebne
Mastercard zaprezentował wyniki badania pt. „Bezpieczne e-zakupy”, które dotyczy m.in. postaw polskich konsumentów wobec zakupów online, także w kontekście nadchodzących zmian w płatnościach w e-commerce. Z badania wyłania się obraz polskiego konsumenta będącego entuzjastą internetowych zakupów, który jest otwarty na korzystanie z biometrycznych form autentykacji płatności i widzi potrzebę wprowadzenia tzw. silnego uwierzytelnienia, którego jednym z elementów jest biometria.
Polscy e-konsumenci lubią zakupy online przede wszystkim za wygodę (78%), szybkość (70%), dostępność o każdej porze (68%) i prostotę (62%). Rynek e-commerce dynamicznie się rozwija, a katalizatorami dalszego wzrostu tej formy zakupów mogłyby być według ankietowanych jeszcze niższe ceny za produkty w ofercie sklepów online (51%), ale także większe bezpieczeństwo i gwarancja ochrony danych – na ten czynnik wskazał ponad co piąty respondent (21%).
SCA odpowiedzią na potrzeby konsumentów
Wybierając formę płatności za e-zakupy, już ponad połowa ankietowanych w badaniu Mastercard (51%) wskazała na karty debetowe lub kredytowe. I choć ich popularność w Polsce szybko rośnie (dwucyfrowy wzrost pod względem liczby transakcji online 2017 vs. 2018 r.[1]), to ankietowani wskazali na czynniki, które skłoniłyby ich do płacenia kartą w sieci jeszcze częściej. Wśród najpopularniejszych odpowiedzi znalazły się: specjalne oferty lub zniżki (51%), a także jeszcze większe bezpieczeństwo na etapie płatności (46%). Ważne według polskich e-konsumentów są też: zaufanie do danego sklepu (28%) oraz prostszy proces płatności (27%).
Dla ankietowanych większe bezpieczeństwo przy zakupach online, w tym przy płatnościach, jest zatem istotną kwestią. W najbliższym czasie ich oczekiwania w tym zakresie zostaną spełnione, wraz z wprowadzeniem tzw. silnego uwierzytelnienia klienta (ang. strong customer authentication, SCA). Jest to jeden z elementów, które przewiduje PSD2 – dyrektywa UE o usługach płatniczych, wchodząca w życie 14 września br. Płacąc za zakupy online kartą, konsument (w zależności od tego, co zaproponuje bank-wydawca karty) będzie potwierdzał swoją tożsamość z wykorzystaniem 2 z 3 elementów: tego co zna (np. hasło), tego co posiada (np. telefon) lub tego czym jest (np. odcisk palca).
Zdecydowana większość polskich e-konsumentów (76%) jest przekonana, że silne uwierzytelnienie przy płatnościach kartą online jest potrzebne. Deklarują oni, że dodatkowy element potwierdzający tożsamość i zwiększający ich bezpieczeństwo nie zniechęci ich do płacenia w ten sposób. Wręcz przeciwnie – ponad co czwarty ankietowany (28%) sygnalizuje, że dzięki temu będzie płacił kartą w internecie jeszcze częściej, a ponad połowa (56%) – z taką samą częstotliwością, jak dotychczas. Zaledwie 6% respondentów deklaruje, że po wejściu w życie nowych przepisów będzie rzadziej płacić kartą online.
Świetlana przyszłość przed biometrią
Spośród oferowanych obecnie metod potwierdzania tożsamości, najwięcej zainteresowania budzi biometria. Może to wynikać z coraz większej dostępności urządzeń umożliwiających taką formę uwierzytelnienia, jak również z rozwoju technologii, już dziś oferującej szeroką gamę rozwiązań biometrycznych. Obecnie już co czwarty ankietowany w badaniu Mastercard (25%) korzysta z biometrii (nie tylko do autentykacji płatności), lecz gdyby mieli taką możliwość, korzystałby z niej już co drugi z nich (50%).
47% polskich e-konsumentów preferowałoby biometryczne uwierzytelnienie przy płatnościach kartą, zarówno online, jak i w sklepach fizycznych. Ci z nich, którzy wskazują tę metodę, najchętniej korzystaliby z technologii rozpoznawania odcisku palca, skanu tęczówki oka, rozpoznania głosowego lub analizy rysów twarzy. Obecnie swoją tożsamość podczas płatności kartą weryfikuje w sposób biometryczny 19% respondentów. Różnica między aktualnym wskaźnikiem korzystania z biometrii a tym preferowanym potwierdza niewątpliwy potencjał tej formy autentykacji.
Inaczej jest chociażby w przypadku kodów PIN, związanych z płatnościami kartą w sklepach fizycznych. Korzysta z nich 64% ankietowanych, przy czym metoda ta jest uznawana jako preferowana „zaledwie” przez 52%. Jeśli chodzi o kody SMS do potwierdzania transakcji, to obecnie korzysta z nich 46% ankietowanych, a jako metodę preferowaną wskazuje na nie 48%.
Mimo, że biometria jest stosunkowo nową metodą uwierzytelniania i są inne, do których konsumenci są o wiele bardziej przyzwyczajeni, już na tym wczesnym etapie widać duże zainteresowanie i gotowość do korzystania z tej formy potwierdzania tożsamości. Wiąże się to z zaletami biometrii, która jest nie tylko bezpieczniejsza niż hasła i kody jednorazowe, ale też wygodniejsza w użyciu.
„W ciągu najbliższych kilku lat biometria stanie się nowym standardem potwierdzania tożsamości, wypierając tym samym kody czy hasła. Tych zdarza się nam zapominać, co często skutkuje porzucaniem koszyka w czasie zakupów online. Biometria zapewnia jeszcze wyższy poziom bezpieczeństwa, dzięki czemu pomaga bankom i internetowym sprzedawcom spełnić wymagania nowych przepisów, związanych m.in. z silnym uwierzytelnieniem. Jednocześnie jest szybka i wygodna, a to dwie cechy, za które tak bardzo polubiliśmy zakupy w e-commerce” – mówi Aleksander Naganowski, dyrektor ds. rozwoju nowego biznesu w polskim oddziale Mastercard Europe.
Odcisk palca bezpieczniejszy niż hasło
Biometria, oprócz innowacyjności gwarantującej wygodę, spełnia też kluczowy warunek z perspektywy konsumentów, a mianowicie jest uważana za bezpieczną. Potwierdzanie transakcji odciskiem palca za takowe uznaje co czwarty ankietowany (75%) w badaniu Mastercard. Jest to wyższy wynik niż w przypadku kodów jednorazowych (66%). Więcej niż połowa ankietowanych uznała za bezpieczną technologię rozpoznawanie rysów twarzy (54%) lub inny rodzaj biometrii (53%).
Wskazując na kryteria istotne przy wyborze danej formy uwierzytelnienia płatności, konsumenci w pierwszej kolejności wybierali bezpieczeństwo środków na rachunku bankowym (45%), a dalej bezpieczeństwo danych osobowych (22%), prostotę (18%) i szybkość zrealizowania płatności (12%).
Mastercard wspiera banki w oferowaniu użytkownikom kart biometrii m.in. poprzez rozwiązanie Mastercard Identity Check, dostępne na 37 rynkach na całym świecie. Eliminuje ono konieczność zapamiętywania haseł, co znacznie przyspiesza proces płatności przy jednoczesnym zwiększeniu jego bezpieczeństwa. Posiadacz karty potwierdza swoją tożsamość za pomocą skanera linii papilarnych lub technologii rozpoznawania twarzy czy funkcji skanu tęczówki oka. Innym rozwiązaniem jest tzw. biometria behawioralna, oferowana w usłudze NuData. W tym przypadku nie są weryfikowane fizyczne cechy użytkownika, a jego zachowanie – sposób korzystania z klawiatury czy trzymania telefonu.
[1] Raport NBP o kartach płatniczych, IV kwartał 2018 r.
ORLEN Projekt podpisał list intencyjny o współpracy z Energa Invest. Te dwie spółki projektowe, funkcjonujące w strukturach największych w kraju Grup Kapitałowych zadeklarowały wzajemne wykorzystanie potencjału obu firm.
W celu poprawy jakości i efektywności realizowanych procesów biznesowych spółki zobowiązały się do poszukiwania wspólnych zleceń obejmujących obszary specjalizacji każdej z nich. Inicjatywa ta będzie służyła wymianie doświadczeń i swobodnemu przepływowi wiedzy.
Zainicjowana współpraca, oprócz wspólnej działalności biznesowej obejmie uczestnictwo w pracach badawczych i rozwojowych w celu maksymalnego wykorzystania posiadanych kompetencji. W ramach inicjatywy będziemy szukać synergii, które przyczynią się do rozwoju każdej ze spółek – podkreśla Marcin Kasza, Prezes Zarządu ORLEN Projekt. Podpisany list intencyjny jest przykładem dobrej kooperacji spółek funkcjonujących w strukturach Grup Kapitałowych, w których dominującym akcjonariuszem jest Skarb Państwa, a ich działalność biznesowa realizowana jest w podobnych zakresach kompetencyjnych tj. realizacji zadań projektowych w szeroko rozumianym obszarze elektroenergetycznym – mówi Marek Konieczny, Prezes Zarządu Energa Invest.
Takie współdziałanie jest przykładem nowej jakości w realizacji zadań projektowych na rynku polskim. Dwa podmioty doskonale znające branżę, z potencjałem kadrowym i ugruntowaną pozycją na rynku, dają gwarancję i pewność usług na najwyższym poziomie.
ORLEN Projekt – spółka należąca do Grupy Kapitałowej ORLEN realizuje pełny zakres usług inżynierskich (Generalną Realizację Inwestycji), czyli wykonywanie dokumentacji projektowej na wszystkich etapach rozwoju procesu inwestycyjnego, zakupy dóbr inwestycyjnych oraz wybudowanie i uruchomienie inwestycji. Spółka wykonuje dokumentację projektową instalacji produkcyjnych lub ich fragmentów dla przemysłu petrochemicznego i chemicznego. Dokumentacja projektowa jest wykonywana we wszystkich branżach projektowych, występujących w przemyśle rafineryjnym i petrochemicznym.
Energa Invest jest należącą do Grupy Kapitałowej Energa spółką projektową, działającą w obszarze energetyki konwencjonalnej, wodnej, wiatrowej, fotowoltaicznej oraz źródeł kogeneracyjnych. Wiodący strumień realizacji zadań Energi Investu to m.in. obszary: projektowania linii napowietrznych i kablowych SN i WN, stacji elektroenergetycznych, budowli hydrotechnicznych, opracowania koncepcji technicznych, studiów wykonalności, programów funkcjonalnoużytkowych oraz projektowania źródeł.
Technologia przenika każdy aspekt naszego życia. Niektóre usługi w całości opierają się na zasobach cyfrowych. Człowiek musi nauczyć się współpracy z maszyną oraz adaptacji do ciągłych i wszechobecnych zmian. Efektywne i odpowiedzialne wykorzystanie technologii wymaga określonych kompetencji i predyspozycji u osób na stanowiskach decyzyjnych, ale również zmian w strukturze społeczeństwa. Analityka pozwala zapanować nad danymi, które stanowią najważniejszy surowiec cyfrowego świata i napędzają rozwój biznesu.
Postęp technologiczny jest niezwykle szybki, o czym świadczy fakt, że według przewidywań Cisco, do 2022 roku na świecie będzie 4,8 miliarda użytkowników Internetu oraz 28,5 miliarda stacjonarnych i mobilnych urządzeń osobistych i połączeń. Jak wprowadzić zmiany w biznesie i przetrwać w świecie, w którym coraz bardziej stajemy się zależni od pracy komputerów, rozwoju algorytmów sztucznej inteligencji czy możliwości pozyskiwania i przetwarzania lawiny informacji? Należy na nowo zwrócić uwagę na człowieka i przygotować społeczeństwo na zmianę. Wprowadzenie innowacji powinno być kojarzone z szansą, a nie ryzykiem.
Technologia rozwija się tak szybko, że z trudem za nią nadążamy. Od nas zależy czy będziemy zmierzali w kierunku rozwoju człowieka poprzez innowacje, odkrycia naukowe i dzieła stworzone przy wykorzystaniu technologii – mówi Anders Indset, filozof biznesu, który był gościem specjalnym SAS Executive Forum 2019. Zarówno stary model ekonomii oparty na eksploatacji zasobów naturalnych, jak i ten bazujący na usługach i produkcji z wykorzystaniem technologii, już się skończyły. Żyjemy w czasach ekonomii kwantowej (ang. Q Economy). Ten model zakłada, że należy poszukiwać pozamaterialnych kierunków rozwoju. Do tego celu niezbędna jest współpraca podmiotów tworzących cyfrowy ekosystem. Potrzebujemy innowatorów i wizjonerów zmian technologicznych w biznesie i administracji rządowej. Chcąc stawić czoła nadchodzącym wyzwaniom, powinniśmy na nowo zdefiniować współczesną ekonomię.
Liderzy cyfrowych zmian
Niespójna strategia innowacji, braki w zakresie kompetencji i zasobów, skostniałe struktury organizacyjne i niedopasowanie procesów biznesowych do nowych realiów rynkowych, a także trudna w modernizacji infrastruktura IT to tylko kilka wyzwań, jakim muszą stawić czoła liderzy cyfrowych zmian. Rolę technologicznych prekursorów pełniły dotychczas firmy telekomunikacyjne, które najwcześniej przeszły proces cyfryzacji i jako jedne z pierwszych wdrażały zaawansowane technologie, w tym analitykę. Dzięki temu są dziś w stanie planować m.in. wprowadzenie usług dodanych (ang. value-added services), takich jak dostęp do serwisów streamingowych czy platform VOD (ang. video on demand), a w efekcie generować dodatkowy zysk. Pozwala to skutecznie zmierzyć się z problemem erozji marż i rosnącą konkurencją. W wystąpieniu otwierającym SAS Executive Forum 2019 o mechanizmach i czynnikach napędzających zmiany w branży telco mówił Sebastian Grabowski, Dyrektor IoT i Zawansowanych Technologii w Orange Polska.
Sektor finansowy od lat wykorzystuje analitykę w bardzo szerokim zakresie, między innymi do zarządzania relacjami z klientem, walki z nadużyciami, zarządzania ryzykiem. Zaawansowane technologicznie banki są dziś dobrze przygotowane na rewolucję w sektorze usług finansowych związaną z takimi inicjatywami, jak na przykład open banking. Również branża retail coraz szerzej otwiera się na zaawansowane rozwiązania analityczne, wykorzystujące detaliczne dane o transakcjach sprzedażowych, podróży klienta przez kanały dystrybucji oraz faktach z całego łańcucha dostaw. Algorytmy prognozowania statystycznego, optymalizacji matematycznej czy modele oparte o uczenie maszynowe pozwalają na znalezienie rozwiązań o większej efektywności w porównaniu do tradycyjnych metod. Kilkuprocentowa poprawa kluczowych wskaźników efektywności jest wystarczająco silnym bodźcem, aby rozważyć ich wykorzystanie już teraz.
Szczególne znaczenie dla każdego z nas ma transformacja cyfrowa sektora publicznego. Powszechna dostępność i szybka adopcja nowych, cyfrowych usług powoduje identyczne oczekiwania obywateli wobec administracji państwowej. Z drugiej strony możliwość implementacji sztucznej inteligencji i automatyzacji podejmowania decyzji to droga do efektywnego i sprawnego państwa. Połączenie tych celów z umiejętnością wykorzystania doświadczeń innych branż stanowi o sukcesie w cyfryzacji sektora usług publicznych. Związane z tym wyzwania istotnie przekraczają to, z czym mierzą się przedstawiciele biznesu – sektor publiczny to regulacje, przepisy, transparencja i odpowiedzialność wobec obywateli. Kluczem jest zagwarantowanie im korzyści, czego przykładem w Polsce są między innymi działania Ministerstwa Finansów.
O tym, co znaczy być liderem cyfrowych zmian dyskutowali, podczas SAS Executive Forum 2019, przedstawiciele managementu wiodących polskich firm i instytucji: Grzegorz Bartler, Business Intelligence Department Director, Polkomtel; Dyrektor Generalny ds. Techniki, Członek Zarządu, Netia; Piotr Kiszkiel, IT Director, Rossmann; Przemysław Koch, Pełnomocnik do Spraw Informatyzacji, Ministerstwo Finansów i Piotr Krawczyk, Dyrektor Pionu Rozwoju i Utrzymania Aplikacji, PKO Bank Polski. Panel dyskusyjny prowadził Krzysztof Frydrychowicz, Managing Director w CIONET.
Rozwiązania SAS stanowią motor napędowy cyfrowej transformacji. Digitalizacja procesów biznesowych spowodowała, że sukces bezpośrednio kojarzy się z umiejętnością reakcji na zmieniające się warunki, a także podejmowaniem właściwych decyzji w czasie rzeczywistym, dopasowanych do strategii organizacji i potrzeb klientów. Kiedy obserwujemy, jak interdyscyplinarne staje się wykorzystanie zbudowanych przez nas systemów, to naturalnym kolejnym krokiem jest umożliwienie wykorzystania ich przez przedstawicieli wszystkich branż i administracji publicznej – mówi Anna Muszyńska, Country Lider SAS Polska.
Etyka, edukacja, ewolucja
Efektywne i odpowiedzialne wykorzystanie technologii wymaga określonych kompetencji decydentów, ale również zmian w strukturze całego społeczeństwa.
Etyka – zarówno liderzy zmian, jak i całe społeczeństwa muszą kierować się we wdrażaniu technologii etyką. Należy mieć na względzie przede wszystkim rozwój społeczeństwa i pamiętać o kluczowej roli człowieka, któremu technologia ma służyć, pomagać w wykonywaniu codziennych zadań, a nie doprowadzać do marginalizacji jego roli. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez SAS, 70% firm wdrażających projekty z zakresu sztucznej inteligencji potwierdza, że organizuje szkolenia dla pracowników, których celem jest pokazanie, że projekty AI są realizowane z zachowaniem zasad etyki.
Edukacja – ewolucja człowieka jest powolna, a postęp technologiczny niezwykle dynamiczny. Eksperci SAS podkreślają, że obecny rozwój technologiczny wymaga długofalowego budowania kompetencji cyfrowych oraz szeroko zakrojonej edukacji, która pomoże zniwelować obawy i zrozumieć korzyści płynące z wykorzystania takich technologii, jak sztuczna inteligencja. O tym, jak ważne jest właściwe nastawienie, świadczy fakt, że ponad 57% respondentów badania przeprowadzonego przez Forbes Insights pod patronatem firm SAS, Accenture i Intel wyraża zaniepokojenie związane z wpływem AI na ich pracę czy relacje w zespole.
Ewolucja – należy odrzucić dogmaty, nie bać się zadawania pytań i poddawania w wątpliwość kierunków zmian. Taka postawa doprowadziła do postępu technologicznego i stanowiła bodziec do wdrażania innowacji, które pozwoliły organizacjom wyróżnić się w realiach niezwykle konkurencyjnej, cyfrowej ekonomii. Z drugiej strony twórcy rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję zwracają uwagę na fakt, że wymagają one nadzoru specjalistów, którzy wezmą odpowiedzialność za ich działanie. Analityka umożliwia zrozumienie, w jaki sposób maszyna doszła do określonych wniosków, utrzymanie należytego poziomu kontroli nad technologią i określenie dalszych kierunków jej rozwoju.
SAS Executive Forum odbyło się 11 czerwca 2019 roku w Ufficio Primo w Warszawie. Partnerami wydarzenia były firmy: Amazon Web Services, Billennium, Intel oraz VMware. Wśród partnerów merytorycznych znaleźli się: CIONET, PIIT oraz Digital Excellence.
Statystyczny polski mężczyzna tatą zostaje po 30. Ponad 80 proc. ojców chciałoby spędzać więcej czasu z dziećmi i bardziej angażować się w ich wychowanie, a jedna trzecia po założeniu rodziny ogranicza życie zawodowe – wynika z raportu Nationale-Nederlanden „Powrót taty. Polskie ojcostwo: pełen etat czy praca dorywcza?”. Współczesny ojciec uczestniczy i chce być obecny we wszystkich obszarach życia swoich dzieci. Szczególnie jest to widoczne w zakresie edukacji finansowej. Ponad 60 proc. Polaków deklaruje oszczędzanie z myślą o własnej przyszłości, a połowa gromadzi pieniądze na „lepsze jutro” dzieci.
– Od lat obserwujemy, jak bardzo zmieniają się polskie rodziny. Poprzednie edycje naszych raportów były poświęcone różnym aspektom ich funkcjonowania. Tym razem postanowiliśmy przyjrzeć się ojcom, jak sobie radzą w roli rodzica, co jest dla nich największym wyzwaniem i jak dbają o przyszłość dzieci – mówi Diana Rychter, Menedżer ds. Badań i Analiz Rynkowych Nationale-Nederlanden. – Nasze badanie pokazało, że obraz ojca, który znamy z przeszłości, czyli mało zaangażowanego lub wręcz nieobecnego w życiu dzieci, odchodzi do lamusa. Partnerki współczesnych mężczyzn stawiają im wysoko poprzeczkę, a oni starają się ich nie zawieść – dodaje.
Ojciec na pełen etat
Czas spędzany z rodzicami jest niezwykle cenny, szczególnie w kontekście rozwoju dziecka. Jak pokazuje raport Nationale-Nederlanden blisko dwie trzecie ankietowanych ojców uważa, że poświęca swoim dzieciom średnio od 3 do 8 godzin dziennie. Jest to dość śmiała deklaracja, biorąc pod uwagę, że doba ma tylko 24 godziny, a większość ojców ma własną karierę zawodową. Co ciekawe – ponad 80 proc. panów chciałoby poświęcać swoim dzieciom jeszcze więcej czasu. I choć kobiety nieco krytyczniej oceniają ich zaangażowanie w opiekę nad potomstwem, to w ostatecznym rozrachunku zdecydowanie częściej widzą w swoich partnerach bardzo dobrych ojców. Nie oznacza to jednak, że mężczyźni uważają się za złych rodziców. Wręcz przeciwnie – na pytanie “czy jesteś dobrym ojcem?” blisko trzy czwarte badanych odpowiada “raczej tak”.
Wspieranie dzieci największym wyzwaniem
Nie ulega wątpliwości, że ojcostwo to jedno z większych wyzwań dla wielu mężczyzn. Jak się okazuje, prawie jedna trzecia ankietowanych jest zdania, że najtrudniejsze w byciu tatą jest umiejętność wspierania dziecka na każdym etapie jego rozwoju oraz bycie dla niego autorytetem. Z kolei dla 27 proc. ojców trudnością jest bycie partnerem dziecka. – Raport pokazuje, że zmiana sposobu funkcjonowania mężczyzn w rodzinach widoczna jest także we wskazywanych trudnościach bycia ojcem. Do tej pory na jego barkach spoczywała przede wszystkim odpowiedzialność za byt materialny rodziny. Dziś od mężczyzn oczekuje się, że będą obecni również w sferze emocjonalnej, zarówno partnerek, jak i dzieci – dr Aleksandra Piotrowska, doktor psychologii z Uniwersytetu Warszawskiego.
Równy podział obowiązków domowych?
Prawie 30 proc. ojców twierdzi, że po narodzinach dziecka mniej czasu poświęca karierze. Ponadto, zdecydowanie częściej niż matki deklarują dzielenie się po równo obowiązkami domowymi. Potwierdza to blisko połowa mężczyzn i tylko 29 proc. kobiet. Mniej, bo 39 proc. ankietowanych przyznaje, że obowiązki domowe w większej części spoczywają na partnerce. Zaledwie 7 proc. kobiet dostrzega, że druga strona przejęła w tym zakresie większą odpowiedzialność.
Co ciekawe – narodziny dziecka skłaniają ojców nie tylko do ograniczenia pracy, ale i wydatków na siebie. Ponad 70 proc. respondentów potwierdza, że wraz z przyjściem na świat potomstwa wydaje mniej na własne przyjemności. Największą gotowość do finansowania potrzeb dzieci przejawiają ojcowie w wieku 30-39 lat. Jedynie co dziesiąty rodzic nie wiąże posiadania dziecka z ograniczeniem wydatków na siebie.
W wolnym czasie: aktywności i zabawa
Ojcostwo to nie tylko finansowanie potrzeb dzieci. Wielu panów uważa, że czynnie angażuje się w obowiązki opiekuńczo-wychowawcze. Jak wynika z raportu Nationale-Nederlanden, nie do końca jest to prawdą. Zdrowie i pielęgnacja to wciąż domena kobiet. Matki nie zauważają zbyt dużego wkładu mężczyzn w rutynowe badania i szczepienia dzieci, choć aż 62 proc. z nich zapewnia, że zajmuje się tym zawsze lub często. Tego samego zdania jest tylko 37 proc. respondentek.
Na tym jednak nie koniec. Ponad trzy czwarte ojców utrzymuje, że w ramach swoich obowiązków, promuje wśród dzieci aktywne spędzanie wolnego czasu. Kobiety zauważają, że niektóre deklaracje panów mijają się z prawdą. Największa różnica zdań w tym zakresie dotyczy robienia wspólnych zakupów, chodzenia z dzieckiem na spacery oraz zabaw.
Ojciec mentor i… kierowca
Według zapewnień respondentów, ojcowie dają dzieciom poczucie bezpieczeństwa, ale też chcą, by wyciągały wnioski z własnych potknięć. 89 proc. mężczyzn uważa, że pozwala im na swobodne rozwijanie talentów. Jednocześnie blisko trzy czwarte ankietowanych przyznaje, że buduje zainteresowania dzieci z myślą o ich przyszłym zawodzie. Aż 82 proc. ojców deklaruje, że pozwala im uczyć się na własnych błędach.
Panowie także bardzo pozytywnie wypowiadają się na temat wypełniania obowiązków rodzicielskich związanych z edukacją. Aż 69 proc. przekonuje, że bierze aktywny udział w życiu szkolnym dzieci i ma kontakt z wychowawcą. Jednak w praktyce najczęściej ich rola sprowadza się do funkcji kierowcy. 83 proc. ojców przyznaje, że odwozi dzieci na zajęcia, a trzy czwarte odbiera je ze spotkań u koleżanek i kolegów.
Do ojca po kieszonkowe
Niemal trzy czwarte ojców rozmawia z dziećmi na tematy związane z finansami. Zachęcanie dzieci do oszczędzania i rozsądnego wydawania pieniędzy oraz angażowanie ich w kwestię domowych wydatków to zwyczajowo przyjęty sposób na edukację finansową. Aż 80 proc. ojców utrzymuje, że uczy swoje potomstwo rozsądnego wydawania pieniędzy. Pod tym względem kobiety są ostrożniejsze w ocenie – zdanie panów podziela 67 proc. matek.
Równie ważną formą realizowania przez rodziców edukacji finansowej jest zachęcanie najmłodszych do zarabiania własnych pieniędzy. Blisko trzy czwarte ankietowanych ojców deklaruje, że podsuwa swoim dzieciom takie rozwiązanie. – Panowie są też bardziej skłonni przyznać, że często rozmawiają z dziećmi na tematy związane z pieniędzmi i budżetem domowym – podkreśla Diana Rychter z Nationale-Nederlanden. –Trudno się dziwić – ponad 80 proc. ojców uważa za swój obowiązek finansowanie wyjazdów dziecka oraz dawanie mu kieszonkowego – dodaje.
Oszczędzanie z myślą o przyszłości dziecka
Ponad 60 proc. Polaków deklaruje oszczędzanie z myślą o własnej przyszłości, a połowa gromadzi pieniądze na „lepsze jutro” dzieci. Moment narodzin to czas, kiedy zaczynamy zastanawiać się nad zabezpieczeniem finansowym przyszłości najmłodszych członków rodziny. Na taką odpowiedź wskazała blisko jedna czwarta ojców i matek. Okazuje się, że to nie dobra materialne, lecz solidne wykształcenie jest tym, co powinien zapewnić ojciec dziecku, chcąc ułatwić mu start w dorosłe życie. Jedynie co dziesiąty respondent jest zdania, że bezpieczny start w przyszłość zagwarantuje najmłodszym edukacja finansowa.
Co piąty rodzic wykupuje indywidualne ubezpieczenie dla dziecka
Ojcowie chcą chronić swoje dzieci. Jednym ze sposobów na to jest wykupienie specjalnej polisy NNW. Już 80 proc. rodziców zapewnia, że zainwestowało w tę dodatkową formę zabezpieczenia – 58 proc. w ramach ubezpieczenia szkolnego, z kolei 22 proc. w ramach ubezpieczenia indywidualnego. Samych dorosłych, jak pokazują statystyki, zazwyczaj ubezpiecza pracodawca. – Nie ulega wątpliwości, że polisa na życie zapewnia ochronę polskim rodzinom. Ankietowani wśród zalet indywidualnego ubezpieczenia wymieniają: poczucie bezpieczeństwa, możliwość zabezpieczenia finansowego bliskich w przypadku śmierci oraz spokój o ich przyszłość – podsumowuje Diana Rychter, Menedżer ds. Badań i Analiz Rynkowych Nationale-Nederlanden.
O badaniu:
Badanie „Powrót taty. Polskie ojcostwo: pełen etat czy praca dorywcza?” zrealizowane na zlecenie Nationale-Nederlanden przez GfK na przełomie kwietnia i maja 2019 roku. Badania miały charakter ilościowy, w ramach którego przeprowadzono wywiady przy użyciu techniki CAWI, na reprezentatywnej grupie osób pomiędzy 20 a 65 rokiem życia.
Rozwiązania technologiczne z obszaru IoT będą stopniowo pojawiały się w środowisku zakupowym, podnosząc jakość obsługi klientów. I tak np. inteligentne półki będą informowały pracowników sklepów o braku towarów. Trzeba jednak podkreślić, że takie nowości będą wprowadzane u nas zdecydowanie wolniej niż na Zachodzie. Jedną z przyczyn są różnice w kosztach operacyjnych. Dla przykładu, wyposażenie placówki w maszynę cyklicznie składającą ubrania wynosi tam tyle samo, co zaledwie jedno miesięczne wynagrodzenie. W naszym kraju odpowiadałoby to aż kilku pensjom. Oczywiście niektóre sieci po cichu inwestują w innowacje, by za parę lat zostawić w tyle konkurencję. Tymczasem konsumenci już teraz zaczynają oswajać się z osobistymi asystentami, dostępnymi poprzez smartfony. Za kilkanaście lat tego typu systemy będą powszechnie używane do zamawiania zakupów, które następnie będą dowożone do domów autonomicznymi pojazdami. W takich realiach zakaz handlu w niedziele zupełnie starci na znaczeniu.
Droga do nowoczesności
Eksperci przewidują, że w ciągu najbliższych 10 latach polskie firmy handlowe będą inwestowały w narzędzia, które pomogą im zoptymalizować m.in. łańcuchy dostaw, magazynowanie produktów i komunikację z pracownikami. Rozwiązania technologiczne z obszaru IoT, tj. Internetu Rzeczy, stopniowo będą pojawiały się w środowisku zakupowym. Dla przykładu, inteligentne półki będą wyposażone w czujniki informujące sprzedawców o braku towarów. Konsumenci zyskają dzięki nim większą dostępność produktów. Unowocześnienia będą prowadziły do zwiększenia sprzedaży, podwyższenia jakości obsługi i podniesienia satysfakcji klientów.
– Obszar IoT obejmuje różnego typu czujniki drgań, które stale wysyłają aktualne dane na temat objętych analizą urządzeń. Biorąc pod uwagę to, że mocno tanieją, coraz częściej będą wdrażane m.in. do środowiska zakupowego. To oczywiście będzie wymagało od pracowników sklepów szybkiego opanowania obsługi nowoczesnych urządzeń. Pomocne będzie wprowadzenie jednego narzędzia do sterowania wszystkimi sprzętami. Może nim być choćby zwykły smartfon wyposażony w odpowiednią aplikację – wyjaśnia Krzysztof Nowicki, Chief Growth Officer z platformy TakeTask.
Nowoczesne technologie najwcześniej zostaną wykorzystane w tych punktach sprzedaży, w których obsługa konsumentów jest dość prosta i nie wymaga interakcji z klientami. Mogą to być m.in. stacje paliw. Konsumenci raczej nie oczekują tam specjalistycznych porad od sprzedawców. W takich miejscach pracownicy będą zastępowani robotami wykonującymi cykliczne czynności, polegające np. na układaniu towaru na półkach. Natomiast ludzie zaczną koncentrować się na ważniejszych obowiązkach, wymagających np. kreatywności czy elastyczności. Będą m.in. projektowali nowe ekspozycje.
– W naszym kraju ww. zmiany będą zachodziły powoli, głównie z uwagi na wysokie koszty. Na Zachodzie wdrożenie maszyny, która np. cyklicznie składa ubrania w sklepie, wynosi tyle samo, co miesięczne wynagrodzenie jednego pracownika. A u nas może to odpowiadać aż kilku pensjom. To mocno spowalnia wdrażanie inteligentnych maszyn w polskich punktach sprzedaży. Niemniej warto wiedzieć o tym, że stosowanie ich obniża stałe wydatki. Dla przykładu, lodówki, informujące m.in. o wysokości temperatury, pomagają zmniejszać straty żywności – komentuje Sebastian Starzyński, futurolog i prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.
Dodatkowo Krzysztof Nowicki zwraca uwagę na to, że polscy pracodawcy borykają się z problemem braku pracowników. Dlatego powstaje coraz więcej kas samoobsługowych czy ekranów do zamawiania jedzenia w fast foodach. Jednak trudność wdrażania rozwiązań AI, czyli opartych na sztucznej inteligencji, polega na tym, że te algorytmy potrzebują na bieżąco zdobywać nowe informacje, aby działać efektywnie. I tak np. w pełni automatyczny robot musi sam rozpoznawać produkty znajdujące się w magazynie i na bieżąco przestawiać je, gdy klienci odkładają towary na niewłaściwe półki. Biorąc pod uwagę to, że w sprzedaży ciągle pojawiają się nowe artykuły, maszyna musi na bieżąco uczyć się ich cech szczególnych.
– Już teraz testowane są rozwiązania polegające na tym, że po wyjściu pracowników ze sklepów roboty uzupełniają wszystkie towary na półkach. I rano wszystko jest poukładane. Ci gracze rynkowi, którzy najszybciej zaczną inwestować w tego rodzaju technologię, zdobędą przewagę konkurencyjną. Będą posiadali więcej danych historycznych do wykorzystania w uczeniu maszynowym niż inni. Co więcej, sposób optymalizowania procesów sprzedażowych jest bardzo trudny do skopiowania. Wymaga nie tylko nakładów finansowych, ale też czasu potrzebnego do zebrania danych i umiejętnego zastosowania ich. Dlatego korzyści wynikające z digitalizacji będą trwałe – zapewnia prezes Starzyński.
Z obserwacji ekspertów wynika, że polscy managerowie niechętnie podchodzą do innowacji. I nie trzeba się temu dziwić. Korzystanie z firm, które zajmują się analityką big data i tworzą różne modele uczenia maszynowego, jest bardzo kosztowne i czasochłonne. To samo dotyczy rozwijania własnej organizacji w tym kierunku. Jednak im wcześniej to się zacznie, tym szybciej algorytmy AI będą mogły zbierać odpowiednie informacje. Na tej podstawie będą się uczyć i optymalizować procesy sprzedażowe, aby przynosić sieci handlowej korzyści finansowe.
– Sztuczna inteligencja ma szansę zrewolucjonizować rodzimy handel detaliczny za ok. 10 lat. Zajdzie to dużo później niż np. w Europie Zachodniej czy w USA z kilku powodów, nie tylko finansowych. Należy zaznaczyć, że nasze kadry zarządzające mają mniejszą skłonność do ryzyka niż ich odpowiednicy np. w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii. Oczywiście w naszym kraju nie brakuje ludzi z nowoczesnym podejściem do biznesu. Ale oni z reguły zakładają startupy i starają się o adaptację swoich pomysłów na międzynarodowym rynku. Natomiast lokalnie działające firmy, które inwestują w innowacje, z reguły robią to po cichu, aby w końcu pozostawić w tyle przestarzałą konkurencję – dodaje Sebastian Starzyński.
Nowa rzeczywistość
Tymczasem konsumenci już teraz dostrzegają zmiany i powoli zaczynają się do nich przyzwyczajać. W obszarze nowych technologii klienci zauważają inteligentnych asystentów, do których mają dostęp poprzez smartfony. Wśród tych systemów można wymieć np. Siri, Google Now czy Amazon Alexa. Powoli pojawiają się też aplikacje sieci handlowych, które analizują koszyki zakupowe. Gdy zostaną one sprzężone z inteligentnymi systemami dostaw, sklepy zaczną się wyludniać i staną się centrami dystrybucyjnymi, których jedynym celem będzie wysyłanie paczek.
– Początkowo będzie to dotyczyło zakupów spożywczych, utożsamianych przez niektórych ludzi z nudnym obowiązkiem. Już teraz część osób korzysta przecież z paczkomatów. A za ok. 10 lat będzie to dość częstym zjawiskiem. Kupowanie ubrań, uważane za przyjemność zwłaszcza przez kobiety, raczej wciąż będzie wykonywane osobiście lub kierowane do wyspecjalizowanych aplikacji, które będą uczyły się preferencji użytkowników – przewiduje Krzysztof Nowicki.
Sklepy już dzisiaj przekształcają się w showroomy, a dostawy produktów w 24 godziny przyspieszają proces przyzwyczajania klientów do zmian. Eksperci przewidują, że za 20 lat zakupy w tradycyjnym sklepie z możliwością dotknięcia asortymentu mogą stać się luksusem, dostępnym tylko dla najzamożniejszych Polaków. Dla nas to dość daleka wizja przyszłości, biorąc pod uwagę np. to, że w Polsce paczkomaty mocno odbiegają od rozwiązania popularnego w niektórych azjatyckich miastach, gdzie montuje się je już w większości budynków mieszkalnych.
– Interfejsy głosowe uproszczą wiele czynności związanych z zakupami spożywczymi. Konsument będzie mówił do swojego telefonu, aby Google zamówił dla niego składniki potrzebne do przygotowania spaghetti bolognese, według ulubionego przepisu, z dostawą, gdy będzie on w mieszkaniu. Dzięki temu klient nie będzie musiał sprawdzać listy produktów na blogu kulinarnym, a następnie – w sklepie online. Jego asystent uwzględni też np. cotygodniowy trening sportowy po pracy i przybliżoną godzinę powrotu do domu. Chcąc korzystać z tych wygód, człowiek będzie musiał tylko pogodzić się z potrzebą udostępnienia swoich danych obsługującej go firmie – twierdzi Krzysztof Nowicki.
Przeciętnemu konsumentowi trudno to wszystko sobie dziś wyobrazić. Jednak rzeczywistość zmieni się tak bardzo, że nawet zakaz handlu w niedziele przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie dla klientów. Regulacja dotyczy przecież tylko i wyłącznie ludzkiej pracy, a nie zakupów zamawianych do domów przez osobistych asystentów AI i dowożonych do domów autonomicznymi pojazdami. A tak właśnie ma być za kilkanaście lat. Tak naprawdę technologia pozwala na to już dziś. Jednak istnieją bariery natury prawnej. Wiele też zależy od tego, kiedy ludzie będą gotowi na całkowitą zmianę przyzwyczajeń zakupowych.
– Stały dostęp do produktów spożywczych w domu będzie podobny do posiadania ciepłej wody w kranie. Najpierw jednak trzeba będzie uporządkować kwestie prawne związane z poruszaniem się autonomicznych pojazdów po polskich drogach, a także w przestrzeni powietrznej. Należy też dodać, że na początku autonomiczne systemy będą kosztowne i implementowane w miejscach, w których działanie człowieka jest najdroższe. Dlatego rodzimi klienci prawdopodobnie będą musieli czekać na takie udogodnienia aż dekadę. Dużo szybciej nastąpi to np. w USA, gdzie odpowiednie regulacje już są wprowadzane – informuje prezes Starzyński.
Oczywiście niektóre systemy będą tworzone po to, żeby nakłaniać klientów do kupowania większej ilości rzeczy niż potrzebują. Będą też zachęcać ich do nabywania produktów wysokomarżowych. Na korzyść sklepów będą działali osobiści asystenci, dostępni za darmo dla kupujących. Zatem płacenie za tego typu usługi będzie dla konsumentów korzystniejsze. Jak podsumowuje ekspert z platformy TakeTask, to będzie zupełnie inny sposób podchodzenia do zakupów niż teraz. Trzeba będzie się go prostu nauczyć. I mamy na to w Polsce zaledwie kilka lat.
Wielu agentów oczekuje płatności w wysokości minimum 2,5% ceny domu czy mieszkania. Jednak stawki dla sprzedających są zróżnicowane. Niekiedy wynoszą zaledwie 0,5%, co branża negatywnie odbiera. Można też zapłacić 5% i nie będzie to nic nadzwyczajnego. Jednym z proponowanych wariantów jest rozliczenie po transakcji. Jednak nie brakuje klientów, którzy na siłę próbują omijać regulacje dotyczące wynagrodzenia. Pośrednicy zabezpieczają się więc na różne sposoby, ale nie są w stanie przewidzieć każdego scenariusza. Z kolei sądy uznają postanowienia umowne za nieważne i zdarza się to dość często. Ponadto pojawiają się korzystne orzeczenia dla sprzedających. Wynika z nich, że nie muszą oni płacić pośrednikom, nawet w przypadku umowy na wyłączność.
Procenty pod lupą
Istnieją różne modele wynagradzania pośrednika przez sprzedającego mieszkanie czy dom, co podkreśla Zbigniew Kubiński, wiceprezydent Federacji Porozumienie Polskiego Rynku Nieruchomości. Często warunkiem zapłaty jest osiągnięcie założonego celu, tzn. zawarcia umowy sprzedaży z nabywcą. Niekiedy jednak można się umówić na odpowiednią stawkę za same czynności pośrednictwa lub promowanie oferty bez względu na efekty. Istnieje też model mieszany wynagradzania, który zakłada połączenie płatności za czynności pośrednictwa i za osiągnięcie sukcesu.
– Takie minimum, przy którym pośrednik jest w stanie zaangażować się w sprzedaż, wynosi około 2,5% ceny nieruchomości. Dlatego że ok. 0,5% to jest VAT, a kolejne 0,5% – drugi podatek. Zostaje więc 1,5%, a prezentacji, które poprzedzają sprzedaż domu czy mieszkania, może być nawet 20. Oczywiście na rynku są też prowizje zdecydowanie wyższe. Nawet 5% i nie jest to czymś nadzwyczajnym. To się wiąże po prostu z ilością pracy, którą trzeba wykonać, odległością od nieruchomości, ale też swego rodzaju specyfiką zlecenia – komentuje Piotr Jaskulski, prezes Warszawskiego Stowarzyszenia Pośredników w Obrocie Nieruchomościami.
Jak dodaje Łukasz Kułaga, starszy prawnik z Kancelarii M. Krotoski Adwokaci i Radcy Prawni, powszechnie przyjmuje się, że klient zapłaci prowizję jedynie wówczas, gdy pośrednik doprowadził do zawarcia umowy sprzedaży. Z kolei Zbigniew Kubiński podkreśla, że na rynku dochodzi do zaniżania prowizji, np. do poziomu 0,5%. Ekspert Federacji ocenia to zjawisko negatywnie, ponieważ ww. stawka nie pokrywa kosztów związanych z daną transakcją. Przedsiębiorca przecież nie działa dobroczynnie, dlatego też jego wynagrodzenie oprócz pokrycia kosztów powinno zawierać godziwy zysk.
– Obsługa klienta sprzedającego za symboliczną złotówkę wpływa też na współpracę pośredników. Załóżmy, że podpisałem taką umowę. Jeśli kolega z innej firmy zgłosi się do mnie z potencjalnym nabywcą, to pokazanie nieruchomości uzależnię od tego, czy dostanę wynagrodzenie od niego. I tutaj dochodzi do patologii, bo wówczas ten zainteresowany zakupem musi zapłacić aż dwie prowizje. A to naprawdę utrudnia sprzedaż – mówi prezes Jaskulski.
Na wysokość wynagrodzenia wpływa m.in. sytuacja na rynku, co zaznacza Zbigniew Kubiński. Jeśli jest popyt na określone nieruchomości, to są spore szanse na szybkie jej sprzedanie. Niektórzy pośrednicy obniżają więc prowizję pobieraną od sprzedającego, aby mieć możliwość zajmowania się danym domem czy mieszkaniem. Z kolei kupujący w warunkach wzmożonego popytu więcej płacą za pośrednictwo. W czasie kryzysu mamy sytuację odwrotną, pozyskanie nieruchomości jest stosunkowo łatwe, a trudniejsze okazuje się znalezienie nabywcy. W związku z tym, wtedy wyższe prowizje płacą sprzedający, a kupujący bywa, że nie ponoszą kosztów w ogóle lub mają do uregulowania niewielkie kwoty.
Skok na kasę?
– Pośrednik ma stworzyć klientowi potencjalne warunki do sprzedaży. Przy tym nie musi dojść do finalizacji transakcji, aby wynagrodzenie było należne. Oczywiście niekiedy kupujący wycofuje się w ostatniej chwili, ale takie sytuacje powinna regulować umowa pośrednictwa. Istnieje przecież swoboda ich zawierania. Ten dokument zabezpiecza przed mnóstwem sytuacji, ale nie da się przewidzieć wszystkiego. Zapisy muszą dość dobrze precyzować pewne kwestie. Jeżeli tak nie jest, to poprzez niedopowiedzenia tworzy się furtki do różnych zachowań, a to z kolei przekłada się na niekorzystne dla pośredników rozstrzygnięcia sądowe. Niestety ilość prób obejścia wynagrodzenia pośredników mogłaby być mniejsza – stwierdza ekspert z WSPON.
Jest wiele sposobów zabezpieczenia roszczenia pośrednika wynikającego z należnej mu prowizji, o czym informuje mecenas Łukasz Kułaga. Ekspert zaznacza, że jednym z rozwiązań jest ustanowienie wynagrodzenia płatnego z góry. Ponadto, często stosowane jest zastrzeżenie kary w razie niewykonania umowy przez klienta, np. sprzedaży nieruchomości na własną rękę lub za pośrednictwem innej osoby w czasie trwania takiej umowy. W kontaktach z konsumentami postanowienia te często są jednak w razie sporu sądowego uznawane za nieważne, zwłaszcza gdy zastrzegają dla pośrednika wygórowaną karę, przewyższającą jego rzeczywistą stratę.
– Praktycznie wszystkie nieruchomości mam przyjęte na zasadach wyłączności. Ze sprzedającym umawiam się, że przez okres trwania umowy każdy klient, który przyjdzie do niego „bezpośrednio”, będzie traktowany jako ten pozyskany przeze mnie i ja go będę obsługiwał. Współpracuję z moim klientem, a nie rywalizuję. Uważam, że to jest jasne i klarowne. Tak się umawiamy, więc tak działam i ten model pracy stosuje wielu z członków WSPON – dodaje prezes Jaskulski.
Z kolei wiceprezydent Federacji PPRN podkreśla, że swoboda zawierania umów jest ograniczona niesprzecznością zapisów umowy z prawem, z istotą danego stosunku prawnego i zasadami współżycia społecznego. W efekcie sprzedający nieruchomość domagają się pewnych zapisów, także dot. rozliczenia z pośrednikiem. Są klienci, którzy deklarują określone wynagrodzenie po sprzedaży za oczekiwaną kwotę, wynoszącą np. 500 tys. zł. Jeśli jednak agent sprzeda drożej, np. za 550 tys. zł, to dodatkowo dostanie jeszcze część z tej nadwyżki.
Finał w sądzie
– Zdarza się, że sąd uznaje postanowienia umowne za niedozwolone. Wbrew pozorom dochodzi do tego dość często. Niedozwolonym jest zapis zawierający oświadczenie klienta, iż treść umowy została uzgodniona z nim indywidualnie. Inny przykład to zastrzeżenie wynagrodzenia dla pośrednika z tytułu transakcji przeprowadzonej po upływie okresu, na który umowa została zawarta lub po jej rozwiązaniu – informuje prawnik Łukasz Kułaga.
Natomiast Zbigniew Kubiński podkreśla, że poszczególne zapisy, regulujące pośrednictwo, nie mogą być sprzeczne z zasadami współżycia społecznego, czyli z poczuciem sprawiedliwości. Przykładowo, nie jest dopuszczalne, aby wynagrodzenie pośrednika wynosiło połowę ceny nieruchomości lub nawet jeszcze więcej. Wiceprezydent Federacji Porozumienie Polskiego Rynku Nieruchomości przypomina, że na stronie UOKiK-u istnieje rejestr klauzul niedozwolonych, a także baza decyzji dotyczących tych klauzul. Tam też możemy znaleźć zakwestionowane kwestie związane z pośrednictwem nieruchomości.
– Jeśli nieważny zapis nie wpływa na istotę i przedmiot umowy, która może być realizowana, to ona pozostaje w mocy. Inaczej jest w sytuacji, gdy sprawa dotyczy regulacji mającej spore znaczenie, np. wynagrodzenia pośrednika. Wówczas nieważna staje się cała umowa. W takim przypadku żadne postanowienie podpisanego dokumentu nie pomoże pośrednikowi w dochodzeniu należnej mu prowizji. Jednak można wystąpić do kontrahenta z roszczeniem o zapłatę z tytułu jego bezpodstawnego wzbogacenia kosztem pośrednika – analizuje ekspert z Kancelarii M. Krotoski Adwokaci i Radcy Prawni.
Dla przykładu, warto wskazać, że w tym roku Sąd Rejonowy w Szczecinie uznał, że sprzedający nieruchomość nie musi płacić prowizji, jeśli kupujący zgłosi się do niego sam. Nawet przy zawarciu umowy na wyłączność (XI GC 1869/18). Wyrok nie jest prawomocny. W opinii Zbigniewa Kubińskiego, rozumowanie sądu jest oczywiste i właściwe. Konsekwencją naruszenia wyłączności przez klienta nie może być wypłacenie wynagrodzenia. Ono bowiem należy się za świadczenie usługi, a nie może być karą lub restrykcją.
– Orzeczenia o podobnej tezie zdarzały się już wcześniej, np. wydane przez Sąd Rejonowy w Gdyni w wyroku z dnia 29 września 2015 roku, sygn. I C 835/15. Co więcej, stanowisko to popiera Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który już w 2015 roku wskazywał, iż klauzula wyłączności może zabezpieczać prowizję dla pośrednika jedynie wówczas, gdy klient skorzysta z usług innego pośrednika, nie zaś, gdy zawrze umowę samodzielnie. Uznać zatem należy, iż powyższy pogląd utrwalił się w orzecznictwie w ciągu ostatnich 4 lat. Na tym etapie trudno już z nim polemizować – podsumowuje mecenas Łukasz Kułaga.
Blisko 3 miliony złotych – tyle łącznie warte są prace wystawione na aukcji online Od geometrii do iluzji. Tym samym już dziś wiemy, że będzie to rekordowa aukcja online w Polsce. Do tej pory licytacje internetowe traktowane były jako dodatek do tych odbywających się fizycznie lub pojawiały się na nich dzieła o niskiej wartości. Od geometrii do iluzji otwiera nowy rozdział dla rynku w Polsce.
Wojciech Fangor
To najbardziej innowacyjna aukcja, jaka odbywała się do tej pory. Po raz pierwszy dzieła najwybitniejszych twórców sztuki współczesnej wystawiono do sprzedaży wyłącznie online. Licytacja najdroższego z nich, „M44” Wojciecha Fangora, rozpoczyna się od 400 tys. zł, a jego wartość szacuje się nawet na 900 tys. zł. Tym samym ma szansę osiągnąć rekord dla dzieła sztuki na aukcji online.
Na aukcji Od geometrii do iluzji zorganizowanej przez DESA Unicum zostało wystawionych blisko 30 prac najważniejszych twórców sztuki współczesnej takich jak: Ryszard Winiarski, Wojciech Fangor, Henryk Stażewski, Victor Vasarely czy Julian Stańczak. Licytować można poprzez stronę internetową (bid.desa.pl) lub za pomocą mobilnej aplikacji, którą DESA Unicum, jako pierwsza na polskim rynku sztuki, uruchomiła na początku tego roku.
Dynamika rozwoju rynku w skali globalnej jest bardzo duża. Według raportu działającej od 30 lat European Fine Art Foundation za rok 2018, światowy rynek sztuki online osiągnął wartość 6 mld dolarów. To wzrost o 11% w stosunku do roku poprzedniego. Udział sprzedaży internetowej w całym rynku sztuki to dziś już 9%. Aukcje online są też kluczową metodą pozyskiwania nowych klientów. Według raportu ponad połowa nowych klientów pozyskiwana jest z działalności domów aukcyjnych w internecie. Z kolei aż 70% uczestników rynku sztuki wskazało, że w ich przekonaniu w przyszłości to aukcje online będą generować większość obrotu rynku sztuki.
– Zdajemy sobie sprawę, że wystawienie topowych nazwisk i prac na aukcji online może wydawać się krokiem ryzykownym. Nie chcemy jednak czekać na rozwój rynku sztuki, a za ten rozwój odpowiadać. W 2018 roku na aukcjach w Polsce odnotowano rekordowy obrót – ponad 250 mln złotych. Dalsze wzrosty zależne są w dużej mierze od umiejętności otwarcia się na nowego klienta oraz od innowacyjności. Oba te cele spełnia wprowadzenie jakościowych aukcji online – mówi Juliusz Windorbski, prezes Domu Aukcyjnego DESA Unicum.
Druga połowa 2018 roku przyniosła gwałtowną deprecjację peso kolumbijskiego (COP). Zwłaszcza ostatnie pięć miesięcy minionego roku cechowały się agresywną wyprzedażą waluty. Od początku kwietnia aż do końca grudnia ubiegłego roku COP doświadczył deprecjacji rzędu 10% w relacji do dolara amerykańskiego. Co dalej? O tym w raporcie Ebury.
Za gwałtownym osłabieniem kursu peso kolumbijskiego w znacznym stopniu stały szerokie umocnienie amerykańskiej waluty, które obserwowaliśmy w zeszłym roku, jak i stosunkowo gwałtowny spadek cen ropy naftowej. Kolumbijska gospodarka jest w istotnym stopniu zależna od produkcji tego surowca. Wraz z drożejącą ropą na początku 2019 roku COP zaczął odrabiać straty z poprzednich kwartałów. W ostatnich tygodniach peso zaczęło jednak ponownie tracić. W maju kurs USD/COP wzrósł do najwyższego poziomu od trzech lat.
Od kilku lat ceny ropy naftowej stanowią jeden z najbardziej istotnych czynników mających znaczenie dla kształtowania się kursu peso kolumbijskiego w relacji do dolara amerykańskiego. Eksport ropy odpowiada za około dwie trzecie całości dochodów Kolumbii z handlu zagranicznego, stąd kurs peso w parze z dolarem amerykańskim naśladował zachowanie cen ropy naftowej. O ile dotychczas w 2019 roku notowaliśmy spadek korelacji COP i cen ropy, w najbliższych miesiącach może dojść do powrotu tego powiązania, warunkiem jest utrzymanie podwyższonego poziomu cen ropy naftowej.
Kurs COP/USD a ceny ropy naftowej Brent (2014-2019)
Pod koniec 2018 roku doszło do istotnego spadku cen ropy naftowej, który na szczęście nie zdołał przełożyć się na trwałe osłabienie kolumbijskiej gospodarki. W czwartym kwartale 2018 roku PKB Kolumbii rosło w tempie 2,8% w ujęciu rocznym, czyli nieco szybciej niż w poprzednim kwartale. Wzrost w końcówce roku wspierała przede wszystkim silna konsumpcja oraz odbicie w inwestycjach. Stosunkowo niskie stopy procentowe kolumbijskiego banku centralnego oraz inflacja utrzymująca się w ryzach rokują optymistycznie dla perspektyw gospodarczych kraju. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że Kolumbia w 2019 roku osiągnie 3,5-procentowy wzrost PKB. Niemniej, należy zaznaczyć, iż istotnym ryzykiem dla wysokiego wzrostu gospodarczego jest możliwość pogłębienia się kryzysu w Wenezueli.
Wzrost PKB w Kolumbii w ujęciu rocznym (2006-2019)
Dość wysokiemu poziomowi ekspansji gospodarczej sprzyjała polityka monetarna Centralnego Banku Kolumbii. Pod koniec 2016 roku w kraju rozpoczęto serię cięć stóp procentowych, co miało na celu m.in. wsparcie aktywności gospodarczej. W ciągu nieco ponad roku stopy procentowe w Kolumbii spadły o 375 punktów bazowych. W związku z utrzymywaniem dynamiki cen w okolicy celu inflacyjnego banku centralnego, widzimy całkiem spore szanse, że podczas nadchodzących spotkań decyzyjnych banku centralnego (jednak najpewniej nie wcześniej niż w trzecim kwartale bieżącego roku) decydenci po raz pierwszy od 2016 roku zdecydują się na podwyżkę stóp procentowych.
W kwietniu inflacja CPI wzrosła do poziomu 3,3%, znajdując się tym samym w okolicy środka widełek celu inflacyjnego kolumbijskiego banku centralnego (3%, +/- 1%). Dynamika cen na poziomie celu sprawia, że realne stopy procentowe pozostają dodatnie. Od początku ubiegłego roku wahają się one wokół jednego procenta. Uważamy, że utrzymanie dodatnich realnych stóp procentowych w Kolumbii powinno stanowić ważne źródło wsparcia dla COP przez resztę 2019 roku.
Na niekorzyść perspektyw gospodarczych Kolumbii działa rosnący deficyt na rachunku obrotów bieżących. Za wzrost nierównowagi w handlu zagranicznym Kolumbii częściowo odpowiada kryzys gospodarczy w Wenezueli. Do niedawna sąsiad Kolumbii był jednocześnie jej drugim partnerem handlowym, natomiast obecnie Wenezuela odpowiada za niecałe 0,5% wartości kolumbijskiego eksportu.
Jesteśmy zdania, że perspektywy dla gospodarki Kolumbii nie są tak złe, jak mogłaby to sugerować niedawna deprecjacja COP. Wzrost krajowego PKB utrzymuje się na stabilnym poziomie i najpewniej będzie wspierany przez wyższe ceny ropy naftowej. Niedawna wyprzedaż waluty sprawiła również, że peso znajduje się na poziomach które uznajemy za niedowartościowane. Tym samym uważamy, że w 2019 roku istnieje spora szansa na umocnienie COP w parze z dolarem amerykańskim.
USD/COP
EUR/COP
COP/PLN*
Q2-2019
3200
3680
0,116
Q3-2019
3150
3650
0,117
E-2019
3100
3625
0,117
Q1-2020
3075
3655
0,116
E-2020
3000
3715
0,113
*groszy
Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
12 czerwca rozpoczęła się wizyta Prezydenta RP w USA, a szczególnie istotnym tematem będzie budowa elektrowni jądrowej w Polsce.
– Prezydent będzie rozmawiał o tym, jakie są możliwości inwestycji Amerykanów w polski projekt jądrowy. To jedyne rozwiązanie, które pozwoliłoby na bezproblemową realizację tak drogiego przedsięwzięcia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red.nacz. BiznesAlert.pl. – Pomoc finansowa ze strony USA zakończyłaby dyskusję na temat tego projektu i moglibyśmy być pewni, że elektrownia jądrowa powstanie.
Jest to rozstrzygnięcie bardzo ważne, bo od decyzji dotyczącej tej inwestycji zależna jest strategia energetyczna Polski, której projekt ma być przyjęty w wakacje.
Uchylenie lub zmiana decyzji ostatecznej to jeden ze sposobów wzruszenia decyzji podatkowych, od których nie przysługuje żaden zwyczajny środek odwoławczy. Rozwiązanie to w niektórych przypadkach może okazać się jedynym skutecznym sposobem zmiany niekorzystnego rozstrzygnięcia.
Podatnik może skorzystać na zmianie
Zgodnie z art. 253 Ordynacji podatkowej decyzja ostateczna, na mocy której strona nie nabyła prawa, może być uchylona lub zmieniona przez wydający ją organ podatkowy, jeżeli przemawia za tym interes publiczny lub ważny interes podatnika.
W prawie podatkowym kryterium nabycia prawa wydaje się niejasne. Przyjmuje się jednak zgodnie z orzecznictwem sądów, że nabycie prawa tworzą decyzje uznaniowe, wprost stanowiące o przyznaniu uprawnień, określające ich rodzaj lub czas trwania.
Jeśli więc decyzja nie daje podatnikowi żadnych uprawnień, jest to decyzja, na mocy której strona nie nabyła prawa. Taką decyzją będzie przykładowo decyzja odmawiająca tego, o co podatnik wnioskował (np. odmowa umorzenia zobowiązania podatkowego lub decyzja odmawiająca rozłożenia zobowiązania na raty).
Zobowiązanie podatkowe oraz terminy zapłaty wynikają z przepisów prawa. Decyzje organu w tym zakresie zwykle nie są więc konieczne. Podatnik, występując np. o rozłożenie zaległości na raty, wnosi tym samym o pewną zmianę swojej sytuacji, a więc możliwość uregulowania zobowiązania w innym terminie niż wskazują na to przepisy prawa, bez konieczności zapłaty odsetek za opóźnienie. Organ podatkowy może przystać na zaproponowane przez podatnika warunki, jednak przepisy nie zobowiązują go do wydania decyzji o określonej treści. Ten więc może wydać rozstrzygnięcie według własnego uznania (decyzje uznaniowe). W przypadku wydania decyzji odmownej sytuacja podatnika w żadnej mierze nie ulega zmianie – wciąż wiążące pozostają podstawowe regulacje prawne. Tym samym na mocy takiej decyzji strona nie nabywa prawa.
Takie decyzje organ może zmienić lub uchylić, jeżeli stwierdzi, że przemawia za tym ważny interes podatnika lub interes publiczny. Kryteria te są bardzo cenne, co utrudnia stosowanie regulacji. Przyjmuje się jednak, że wystąpienie takiego interesu należy określać w kontekście powszechnie aprobowanych wartości – w przypadku interesu podatnika będą to więc np. życie, zdrowie czy środki pozwalające na utrzymanie siebie i rodziny. Interesem publicznym będzie zaś to, co jest korzystne dla całego społeczeństwa jak np. bezpieczeństwo i sprawiedliwość. Jeśli więc decyzja narusza te wartości, organ może ją zmienić lub uchylić.
Przepis art. 253a Ordynacji podatkowej wskazuje, że także decyzja, na mocy której strona nabyła prawo, może być uchylona lub zmieniona, jeżeli nie sprzeciwiają się temu przepisy szczególne i przemawia za tym interes publiczny lub ważny interes strony. Przesłanki są więc podobne, jednak bezpieczeństwo podatnika sprawia, że konieczna jest wówczas jego wyraźna zgoda. Co przy tym szczególnie istotne, taka zmiana nie może pogorszyć sytuacji podatnika. Zastosowanie omawianych regulacji będzie więc zawsze dla podatnika korzystne.
Jako przykład wskazać można zmianę decyzji rozkładającej zaległość podatkową na raty, zwłaszcza w przypadku, gdy ostatnia rata ma charakter tzw. raty balonowej (większość zobowiązania zostaje spłacona w ostatniej racie). Taka decyzja przyznała stronie prawo i określiła jej sytuację. Podatnik może być jednak zainteresowany zmianą także tej decyzji np. poprzez rozłożenie raty balonowej na dalsze raty lub odroczenie jej płatności. Decyzja taka byłaby zasadniczo dla podatnika korzystna, jednak podważałaby ona harmonogram spłat określony w decyzji wcześniejszej. Z tego powodu organ, zmieniając taką decyzję, najpierw musi uzyskać zgodę podatnika.
Nie wszystkie decyzje można uchylić lub zmienić
Nie wszystkie decyzje mogą zostać uchylone lub zmienione. Przepisy art. 235b Ordynacji podatkowej przewidują, że wskazanych regulacji nie stosuje się do decyzji ustalających albo określających wysokość zobowiązania podatkowego, odpowiedzialności podatkowej płatników, inkasentów i osób trzecich, decyzji określających wysokość odsetek za zwłokę określającej wysokość zwrotu podatku czy o odpowiedzialności spadkobiercy.
Zmiana okoliczności – zmiana decyzji
Odrębna regulacja wskazana w art. 254 Ordynacji podatkowej przewiduje, że decyzja ostateczna ustalająca lub określająca wysokość zobowiązania podatkowego na dany okres może być zmieniona, jeśli po jej doręczeniu nastąpiła zmiana okoliczności faktycznych mających wpływ na ustalenie lub określenie wysokości zobowiązania, a skutki wystąpienia tych okoliczności zostały uregulowane w przepisach prawa podatkowego obowiązujących w dniu wydania decyzji. Jako przykład może tu posłużyć decyzja dotycząca podatku przy opodatkowaniu w ramach karty podatkowej.
Uchylenie decyzji a niedopełnienie obowiązku
Przepisy art. 255 Ordynacji podatkowej przewidują, że organ podatkowy uchyla decyzję, jeżeli została ona wydana z zastrzeżeniem dopełnienia przez stronę określonych czynności, a strona nie dopełniła ich w wyznaczonym terminie. Praktyczne znaczenie regulacji wydaje się jednak marginalne – przepis wskazuje bowiem na wykonanie decyzji w określony sposób. Decyzje podatkowe określać mogą natomiast elementy takie jak np. termin zapłaty podatku (w przypadku odroczenia płatności podatku), co nie może być utożsamiane ze sposobem wykonania decyzji, a przepisy prawa przewidują odrębne, specyficzne konsekwencje niedotrzymania warunków w nich wskazanych (np. wygaśnięcie decyzji o odroczeniu płatności podatku w razie niezachowania terminu zgodnie z art. 259 § 1 Ordynacji podatkowej). To sprawia, że sens art. 255 Ordynacji podatkowej jest bardzo wątpliwy, a znaczenie regulacji niemal wyłącznie teoretyczne.
Kiedy uchylenie lub zmiana nie będą możliwe?
Uchylenie lub zmiana decyzji podlegają ograniczeniom. Zgodnie z przepisami organ odmawia wszczęcia postępowania w sprawie uchylenia lub zmiany decyzji ostatecznej, jeżeli żądanie zostało wniesione po upływie 5 lat od jej doręczenia. Podobny termin obowiązuje w przypadku dokonywania zmian w decyzji z urzędu.
Znaczenie dla podatnika
Dla podatnika największe znaczenie mają regulacje wskazane w pierwszej kolejności – uchylenie i zmiana decyzji określających i nieokreślających prawa podatnika. Przepisy te mogą bowiem doprowadzić do zmiany rozstrzygnięcia o istotnym dla podatnika znaczeniu. Decyzje podlegające tym regulacjom to tzw. decyzje uznaniowe. Nie określają one zatem podstawowych zobowiązań podatkowych lub ich wysokości, ale często mogą gruntownie zmieniać pozycję podatnika – w nich bowiem organ według swojego uznania może odroczyć zapłatę podatku.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Całkowite zatrudnienie w sektorze w Polsce wynosi 307 tysięcy pracowników – wynika z najnowszego raportu ABSL „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2019” współtworzonego wraz z EY, Randstad Polska, Randstad Sourceright oraz JLL. To wzrost na poziomie 10% w stosunku do zeszłego roku. Firmy z branży nie tylko zatrudniają coraz więcej pracowników, ale także podnoszą poziom i zakres świadczonych w kraju usług.
Podstawowym źródłem informacji na temat funkcjonowania firm z sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce są wyniki ogólnopolskiego badania, które ABSL przeprowadził w I kw. 2019 r. W tegorocznym badaniu wzięło udział 200 firm zatrudniających w swoich centrach usług w Polsce łącznie 155 tys. osób, czyli 51% pracowników sektora. Raport wskazuje, że liczba zatrudnionych w centrach usług BPO, SSC/GBS, IT, R&D w Polsce w I kw. 2019 r. była o 10% wyższa w porównaniu do I kw. 2018 r. Przybyło zatem 28 tys. miejsc pracy. W ciągu ostatnich trzech lat, dziennie tworzonych było średnio 85 nowych miejsc pracy w sektorze. Wzrost ten będzie się utrzymywał, a według najbardziej prawdopodobnego scenariusza, wielkość́ zatrudnienia w usługach biznesowych w Polsce w I kw. 2020 r. osiągnie poziom 336 tys. Ponad połowa, bo 55% nowych miejsc pracy powstała w trzech największych ośrodkach usług biznesowych w kraju – w Krakowie, Warszawie oraz Wrocławiu.
Ważna jest jakość
– Firmy z sektora nie tylko stale zwiększają zatrudnienie, ale także podnoszą poziom i zakres świadczonych w kraju usług. Są to coraz częściej skomplikowane procesy wymagające odpowiednich umiejętności i wykształcenia zatrudnionych w sektorze pracowników. Widać wyraźny trend w przenoszeniu i tworzeniu w Polsce globalnych, seniorskich stanowisk, które mają przełożenie na kilkanaście rynków. Często wysoko wyspecjalizowane zespoły tworzone w kraju posiadają unikatowy zestaw umiejętności i realizują usługi dla klientów globalnych. Wraz z podnoszeniem poziomu świadczonych usług, rosną również wynagrodzenia. Wykształceni Polacy nie muszą emigrować, mogą w kraju rozwijać swoje kariery, a nasza konkurencyjność opiera się̨ przede wszystkim na kapitale ludzkim, wiedzy i umiejętnościach potencjalnych pracowników – komentuje Wojciech Popławski, Wiceprezes ABSL oraz Dyrektor Zarządzający Accenture Operations. Potwierdza to badanie przeprowadzone przez ABSL, w którym firmy wskazały 60% ogółu obsługiwanych przez siebie procesów jako zaawansowane i wiedzochłonne. Wskaźnik ten był zdecydowanie wyższy w grupie centrów IT/R&D i wyniósł 70%. Ponadto w porównaniu do 2018 r. zwiększył się̨ udział stanowisk specjalistycznych w strukturze zatrudnienia centrów usług (o 5 p.p.).
– To co pozwala nam tworzyć najwyższą jakość usług i rozwój sektora w Polsce to kompetencje pracowników rozwijane dzięki m.in. transferowi wiedzy, dobrze wykształcona kadra oraz współpraca biznesu z uczelniami. Dotychczasowy wzrost sektora w Polsce był możliwy dzięki stabilnym warunkom biznesowym i stabilnemu otoczeniu prawnemu. Dla dalszego jego rozwoju i tworzenia wartościowych miejsc pracy opartych na wiedzy potrzebne jest utrzymanie tej stabilności i przewidywalności oraz utrzymanie konkurencyjności Polski i kosztów zatrudnienia – dodaje Wiceprezes ABSL, Wojciech Popławski.
Liderzy usług biznesowych wśród miast
Centra nowoczesnych usług biznesowych wygenerowały miejsca pracy w blisko 50 miastach w Polsce, w tym dziewiętnastu, w których zatrudnienie w sektorze wynosi co najmniej 1 tys. osób. W 11 największych ośrodkach usług biznesowych w Polsce zatrudnionych jest 95% pracowników branży. Zdecydowanym liderem pod względem zatrudnienia w sektorze pozostaje niezmiennie Kraków. W krakowskich centrach usług pracuje 70 tys. osób, co przekłada się̨ na blisko 23% udział miasta w strukturze zatrudnienia branży w kraju. Ponad 56 tys. miejsc pracy sektor stworzył w Warszawie, a 47,5 tys. we Wrocławiu. Warto dodać́, że zdecydowana większość́ nowych miejsc pracy (70%) wygenerowanych przez sektor w okresie I kw. 2016 r. – I kw. 2019 r. jest wynikiem zwiększenia zatrudnienia w dotychczas funkcjonujących już̇ centrach usług. Pozostałe 30% to efekt nowych inwestycji. Wśród analizowanych głównych ośrodków usług biznesowych, największym procentowym wzrostem zatrudnienia w sektorze w ciągu ostatniego roku charakteryzowały się Poznań i Katowice wraz z obszarem metropolitalnym. W obu ośrodkach liczba miejsc pracy wzrosła o 14% r/r. W pierwszej trójce miast o największym wzroście znalazła się również Warszawa (wzrost 12% r/r).
Z kolei w ciągu ostatniego roku największa liczba nowych centrów usług powstała w Warszawie, Krakowie i Trójmieście – było to kolejno 15, 13 i 12 nowych inwestycji. Dokładnie to samo grono ośrodków charakteryzowało się̨ największą liczbą nowych inwestycji w poprzednim analizowanym okresie (od pocz. I kw. 2017 r. do końca I kw. 2018 r.). Wymienione ośrodki skupiają̨ blisko połowę̨ ogólnokrajowej liczby inwestycji w centra usług (45%), które rozpoczęły działalność́ od początku 2018 r. Sektor ma zdecydowanie największy wpływ na lokalny rynek pracy w Krakowie i Wrocławiu. W obu tych ośrodkach można mówić o usługach biznesowych jako specjalizacji lokalnej.
Potencjał miast średnich dla inwestycji firm z sektora
Warto dodać, że wyniki badań ABSL przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju (Potencjał Miast Średnich w Polsce dla lokalizacji inwestycji BPO/SSC/IT/R&D, Warszawa 2019) wskazują̨, że wybrane miasta średnie w Polsce mogą̨ stać́ się̨ alternatywnymi miejscami lokalizacji nowoczesnych usług biznesowych. – Szanse na rozwój sektora nowoczesnych usług biznesowych w badanych miastach są̨ silnie zróżnicowane. Zależą̨ od sytuacji poszczególnych ośrodków w zakresie analizowanych w raporcie czynników lokalizacji inwestycji istotnych z punktu widzenia sektora. Najwyżej ocenione miasta w raporcie – Opole, Tarnów, Płock, Elbląg, Nowy Sącz, Kalisz, Legnica, Koszalin, Gorzów Wielkopolski i Piła – charakteryzują się̨ co najmniej ponadprzeciętnym potencjałem inwestycyjnym dla centrów BPO, SSC, IT, R&D i mogą̨ stać́ się̨ trwałym elementem ekosystemu sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce. Ich szanse na rozwój analizowanej branży zależą̨ jednak od szeregu działań prorozwojowych i proinwestycyjnych na poziomie lokalnym – komentuje Janusz Górecki, Head of Research w ABSL.
Struktura zatrudnienia w sektorze oraz dalszy rozwój
Sektor charakteryzuje duży odsetek zatrudnionych cudzoziemców – 14% pracowników sektora to obcokrajowcy. Stanowi to około 35 tys. osób. Struktura zatrudnienia w sektorze odznacza się̨ również̇ dużym odsetkiem młodych osób – aż 71% pracowników to osoby w wieku do 34 lat.
– Zapotrzebowanie na specjalistyczne umiejętności, w tym językowe oraz konkurencja w pozyskiwaniu pracowników to codzienność pracodawców w sektorze nowoczesnych usług biznesowych. To sprawia, że firmy coraz bardziej świadomie podchodzą do budowania wizerunku atrakcyjnej marki pracodawcy. Inwestują w działania ukierunkowane na zarządzanie talentami poprzez umożliwianie im ciągłego rozwoju, oferowanie rozbudowanych i atrakcyjnych ścieżek karier czy też programów rozwoju umiejętności menedżerskich – wyjaśnia Katarzyna Potrzuska, Senior Account Manager SSC/BPO w Randstad Polska.
Ważnym aspektem rynku pracy w obszarze nowoczesnych usług biznesowych – uzupełnia Katarzyna Potrzuska – jest fakt, że wraz z rozwojem zaawansowania procesów funkcjonujących w centrach, standardami stają się funkcje jeszcze tak niedawno postrzegane jako unikatowe, przykładem czego jest obszar Data Science.
Przyszły wzrost sektora w Polsce zapowiadają̨ plany firm zrzeszonych w ABSL. 85% badanych firm ma w planach zwiększenie zatrudnienia w ciągu najbliższego roku. Jest to wynik o 2 p.p. większy niż̇ w badaniu z 2018 r. Ponadto 87% centrów planuje w ciągu najbliższego roku poszerzyć́ zakres swojej działalności. Jest to najwyższy odsetek od 2017 r. (włącznie). Wśród firm mających w planach rozszerzenie działalności większość́ bierze pod uwagę̨ zarówno zwiększenie zakresu działalności o nowe procesy jak i o obsługę̨ nowych rynków.
– Dalszy rozwój sektora będzie zależał w dużej mierze od tego czy centra usług biznesowych będą umiały wykorzystać szanse, które się przed nim pojawiają. Oczekiwaniem zarządów korporacji i ambicją samych centrów jest przejęcie odpowiedzialności za transformację w organizacji i stanie się siłą napędową we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań. Potrzeba do tego zmiany podejścia: myślenia o sobie w kategorii „jesteśmy częścią biznesu”, a nie „obsługujemy biznes”, nastawieniu się na wartość tworzoną dla firmy i jej klientów raczej niż tylko na wydajność pracy oraz znalezieniu sposobu na o wiele większe wykorzystanie technologii – dodaje Marek Grodziński, regionalny lider praktyki GBS w EY Advisory.
Rynek biurowy w Polsce
Siłą napędową polskiego rynku biurowego jest zapotrzebowanie na nowoczesne powierzchnie, zarówno ze strony lokalnych, jak i międzynarodowych firm. W rezultacie popyt brutto w 2018 r. osiągnął spektakularne 1,5 miliona mkw., z czego najemcy z sektora usług dla biznesu wygenerowali 25%, a biorąc pod uwagę jedynie rynki regionalne, była to aż połowa całkowitego wolumenu transakcji. Taka dynamika przekłada się na 400 000 mkw. wynajętych biur dla sektora w całej Polsce.
Anna Młyniec, JLL
– Sektor biurowy idzie z duchem czasu, co znajduje odzwierciedlenie w doskonałej jakości powierzchni dostarczanej na rynek, czy liczbie rozwiązań z obszaru PropTech, które są wdrażane przez deweloperów działających w Polsce. Jednak najgorętszym trendem ostatnich miesięcy jest ekspansja operatorów oferujących elastyczne przestrzenie do pracy. Biura serwisowane, coworkingowe lub hybrydowe szturmem podbijają polski rynek biurowy, stanowiąc tym samym odpowiedź na zmieniający się model pracy. Z naszych danych wynika, że Warszawa znajduje się w europejskiej czołówce pod względem udziału przestrzeni elastycznych w całkowitej podaży biurowej. To bardzo ważna wiadomość również dla firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, które często mierzą się z koniecznością wynajęcia dodatkowej powierzchni od zaraz i ulokowaniem tam zespołu obsługującego projekt biznesowy w krótszym horyzoncie czasowym. Ponadto, powierzchnie flex niosą ze sobą możliwość wielu strategicznych synergii biznesowych, między innymi ze środowiskiem start up’ów i uzyskaniem dodatkowej przewagi konkurencyjnej na rynku – komentuje Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy w JLL.
Emerytura minimalna to obecnie 1 100 zł brutto miesięcznie. Jednak niesłuszne jest, choć popularne przekonanie, że to świadczenie nie może być niższe. Już 227 tys. osób otrzymuje świadczenie niższe od minimalnego.
-To osoby, których aktywność zawodowa była zbyt krótka, albo pracowały w szarej strefie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy Konfederacji Lewiatan. – W Polsce nie ma jeszcze świadomości, że wysokość emerytury jest zależna od tego ile wpłacamy do ZUS i przez jaki okres czasu.
Po obniżeniu wieku emerytalnego mamy najmłodszych w UE emerytów. Konsekwencją będą niskie emerytury i coraz gorsza tzw. stopa zastąpienia, czyli relacja ostatniego wynagrodzenia do pierwszego wypłaconego świadczenia emerytalnego.
Z rządowego programu Mieszkanie Plus pozostała tylko część komercyjna, którą mógłby zrealizować jeden prywatny deweloper.
To miał być program rządowy, adresowany do osób, których nie stać na zaciągnięcie kredytu hipotecznego, aby kupić mieszkanie. Rządowi brakuje pieniędzy na realizację tego programu, a ponadto proponowane rozwiązania od początku wzbudzały wątpliwości ekonomistów.
– Miały powstać 3 mln mieszkań, później obiecywano 1 mln, a teraz słyszymy, że to będzie 100 tys. mieszkań i nie w tym roku, ale w ciągu 10 lat – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Furga, prezes AMRON.
Z programu Mieszkanie Plus pozostała tylko część komercyjna, z której będą mogli skorzystać przede wszystkim ci, których prawdopodobnie stać na kupno mieszkania od dewelopera.
– Pozostaje pytanie czy rząd powinien się angażować w rozwiązanie komercyjne, skoro niejeden deweloper ma produktywność zdecydowanie wyższą niż wybudowanie 10 tys. mieszkań rocznie – komentuje ekspert.
Ponad 1000 m2 Medicover Polska udostępnił swoim pacjentom w nowopowstałym centrum medycznym w Gdańsku. Kolejna lokalizacja sieci to nowoczesna galeria handlowa Forum Gdańsk, która znajduje się w samym centrum zabytkowej części miasta.
Artur Białkowski – Medicover Polska
Centrum Medicover zlokalizowane jest na dwóch piętrach budynku. W ramach nowej powierzchni zaaranżowanych zostało ponad 30 gabinetów medycznych. Pacjenci skorzystają w nich z konsultacji m.in. internisty, pediatry, ginekologa, laryngologa, dermatologa, okulisty, ortopedy, lekarza medycyny pracy oraz innych lekarzy specjalistów.
Nowe Centrum Medicover to bardzo ważna inwestycja, która w znaczny sposób zwiększy dostęp do naszych usług w północnej części Polski. Liczymy, że nasze centrum medyczne w Forum Gdańsk spełni oczekiwania mieszkańców Trójmiasta. Nowa lokalizacja gwarantuje dogodny dojazd, na terenie galerii dostępne są miejsca parkingowe. Dbając o potrzeby naszych małych pacjentów zaaranżowaliśmy część pediatryczną, z przyjaznymi gabinetami i odrębną rejestracją – mówi Artur Białkowski, Dyrektor Zarządzający, Medicover Polska.
W centrum można także wykonać badania laboratoryjne i diagnostyczne, w tym między innymi: RTG, USG i echo serca. Dostępne są tu również usługi protetyki słuchu wraz z doborem aparatu słuchowego.
Zdajemy sobie sprawę, że problemy ze słuchem dotyczą wielu pacjentów. Szacuje się, że może mierzyć się z nimi nawet co szósty Polak. Co więcej to temat, który dotyczy nie tylko osób starszych, ale również już 30-latków, czy 40-latków. Korzystanie z aparatu słuchowego może znacząco poprawić komfort życia. Dlatego warto zdecydować się na badanie protetyczne. W naszym gdańskim centrum pacjenci mogą zrobić to bezpłatnie – mówi Artur Białkowski.
W Trójmieście Medicover posiada trzy własne centra medyczne. W całej Polsce funkcjonują 34 Centra Medicover, a pacjenci mogą korzystać również z usług ponad 2,7 tys. partnerów medycznych firmy.
Rozgrywki Ekstraklasy od kilku sezonów zapewniają kibicom wysoki poziom emocji aż do ostatniej kolejki. A jak kształtuje się poziom finansów rodzimych klubów? Przychody wszystkich zespołów grających w Ekstraklasie wyniosły w 2018 roku blisko 528 mln zł. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Piłkarska liga finansowa” wynika, że w 2018 roku przychody z transferów wyniosły 96,8 mln zł, z czego transfery zagraniczne wygenerowały 87,4 mln zł. Liderem rankingu pod względem wpływów do budżetu pozostaje niezmiennie Legia Warszawa. Na podium znalazły się także Lech Poznań i Lechia Gdańsk.
Kolejny rok z rzędu przychody Ekstraklasy przekraczają poziom 0,5 mld zł.
Spadek poniżej tej granicy wydaje się już praktycznie niemożliwy. Rekordowe kontrakty dotyczące praw telewizyjnych warte są pół miliarda złotych, a nowe umowy będą obowiązywać przez dwa kolejne lata. Dodatkowo, w sezonie 2019/2020 przewidujemy wzrost wpływów ze scentralizowanych praw marketingowych, w szczególności z podpisanych umów sponsorskich z PKO Bank Polski Totalizatorem Sportowym – mówi Przemysław Zawadzki, Partner Associate, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte.
To właśnie dzięki nowym kontraktom mediowym i środkom z umów sponsorskich wypracowywanym przez Ekstraklasę w kolejnych latach istotnie wzrosną sumy przekazywane klubom przez ligową spółkę.
W następnych dwóch sezonach będziemy wypłacać klubom co najmniej 70 mln zł więcej, co oznacza kwotę minimum 225 mln zł rocznie. Warto podkreślić, że zwiększymy również środki przekazywane na rozwój młodych piłkarskich talentów. W minionym sezonie kluby otrzymały od nas na ten cel łącznie 12 mln zł, a dodatkowo 2 mln zł dołożyliśmy do organizowanego przez PZPN programu Pro Junior System. Od kolejnego sezonu kwota ta wzrośnie do 5,6 mln zł. – mówi Marcin Animucki, Prezes Zarządu Ekstraklasy S.A. –
Jestem przekonany, że zarówno sumaryczny wzrost wpływów z Ekstraklasy, jak i wyższe środki przekazywane na szkolenie młodzieży pozwolą na rozwój sportowy klubów, co może przełożyć się na lepsze wyniki na europejskich stadionach– dodaje.
W minionym roku do budżetów klubów Ekstraklasy nie wpłynęły niemal żadne środki z tytułu udziału polskich drużyn w fazie grupowej europejskich pucharów, podczas gdy jeszcze w 2017 roku wpływy za udział Legii w Lidze Mistrzów UEFA wynosiły 25 mln zł. W rezultacie, sumaryczne wpływy klubowe zmniejszyły się rok do roku właśnie o tę kwotę. Przychody krajowe wszystkich zespołów grających w Ekstraklasie w 2018 roku utrzymały się jednak na podobnym poziomie co w roku 2017 (wzrost o 0,5 proc. r/r). –
W kolejnych latach uzupełnieniem coraz lepszej ogólnej kondycji finansowej klubów i budowy dochodowej polityki transferowej powinien być udział polskich drużyn w europejskich rozgrywkach. Bez sukcesów na boiskach Europy o dalszy rozwój będzie niezwykle trudno – mówi Przemysław Zawadzki. W nadchodzącym sezonie w pucharach reprezentować nas będą Piast Gliwice, Legia Warszawa, Lechia Gdańsk oraz Cracovia.
W przychodach Ekstraklasy rośnie udział przychodów komercyjnych. W 2018 roku wynosiły one 52 proc., podczas gdy rok wcześniej było to 49 proc. Ich wartość wyniosła 278,3 mln zł i było to więcej o 3 proc. w porównaniu rok do roku. Z kolei przychody z tytułu praw do transmisji i scentralizowanych praw marketingowych wyniosły 166,5 mln zł (spadek o 10 proc.), a przychody z dnia meczu 83,1 mln zł (spadek o 13 proc.).
Drugi rok z rzędu raport Deloitte poddaje analizie także informacje na temat przychodów z tytułu transferów. W ubiegłym roku wyniosły one 96,8 mln zł, z czego wygenerowane 87,4 mln zł było efektem transferów zawodników do klubów zagranicznych. –
W roku 2018 najwyższe przychody z tytułu sprzedaży zawodników zanotowało KGHM Zagłębie Lubin, które osiągnęło aż 17,3 mln zł. Na drugim miejscu znalazła się Cracovia z wpływami na poziomie 17,1 mln zł. Klubowi z Krakowa udało dokonać się najgłośniejszego transferu zeszłego sezonu, czyli przejścia Krzysztofa Piątka do ligi włoskiej. Trzecia w kolejności Wisła Płock może się pochwalić kwotą 15,9 mln zł z tytułu prowadzonej przez siebie polityki transferowej – mówi Paweł Jakóbik, Ekspert Sport Business Group, Deloitte.
Podium bez zmian
Legia Warszawa pod względem finansowym dominuje w Ekstraklasie od 2011 roku. Tym razem klub osiągnął w 2018 roku łączne przychody na poziomie 100,2 mln zł. Rok wcześniej było to 138,3 mln złotych. Spadek wynika przede wszystkim z braku awansu do fazy grupowej rozgrywek UEFA. Drugie miejsce pod względem przychodów zajął ponownie Lech Poznań. Klub ten odnotował w 2018 r. spadek wpływów do 57,1 mln zł, czyli o 13 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Przyczyną są niższe o 5 mln zł przychody z dnia meczowego, które mogą być efektem postawy sportowej oraz zamknięcia stadionu na początku sezonu. Trzecie miejsce, z wynikiem 48,3 mln zł (wzrost o 21 proc.), w rankingu przychodów klubów Ekstraklasy należy w tej edycji raportu do Lechii Gdańsk. Lechia nie tylko zmniejszyła finansowy dystans do Lecha, ale także zwiększyła różnicę do klubu znajdującego się na kolejnym miejscu rankingu. W ubiegłym roku sześć z szesnastu klubów poprawiło swoje wyniki finansowe. Największe wzrosty zanotowały Zagłębie Sosnowiec (179 proc.), Górnik Zabrze (99 proc.) oraz Miedź Legnica (30 proc.), co w głównej mierze spowodowane było awansem tych klubów do Ekstraklasy.
W tegorocznej edycji rankingu po raz pierwszy obliczono współczynnik miejsca w rankingu do miejsca w lidze. Gdyby budżety klubów w stu procentach odpowiadały miejscu, jakie dany klub zajmuje w Ekstraklasie, wskaźnik byłby zawsze równy 1. Wynik lepszy oznacza, że klub spisał się powyżej oczekiwań, natomiast gorszy – poniżej. W tym zestawieniu najbardziej pozytywnie wyróżnia się tegoroczny zwycięzca LOTTO Ekstraklasy. Wynik sportowy Piasta Gliwice znacząco przewyższył wynik finansowy. Wyższe miejsce w tabeli sportowej niż w rankingu Deloitte zanotowały również Korona Kielce, Pogoń Szczecin oraz Cracovia. Największą różnicę in minus zanotował Lech Poznań, który przy przychodach drugich co do wielkości, zajął 8. miejsce w lidze.
Trójmiasto to niezmiennie kluczowy ośrodek gospodarczy w północnej Polsce, który w regionie nie ma sobie równych. Miasta wchodzące w skład aglomeracji wyprzedzają konkurencję w obszarze nie tylko ze względu na ich skalę, ale także na już wyrobioną markę, infrastrukturę oraz połączenia komunikacyjne. Poza lokalizacją w pobliżu morza oraz sąsiedztwem Skandynawii, Trójmiasto wyróżnia się na tle regionu wysoką liczbą planowanych projektów biurowych oraz stabilnym poziomem czynszów – wynika z analiz ekspertów CBRE. Jednak firmy skandynawskie coraz częściej w swoich planach inwestycyjnych biorą pod uwagę również drugie polskie miasto – Szczecin, doceniany m.in. za bliskość geograficzną z Danią.
Trójmiasto i Szczecin określane są jako polskie miasta najczęściej wybierane przez firmy skandynawskie, przy czym głównym atutem Gdańska są połączenia lotnicze z tą częścią Europy, a w Szczecinie największą rolę odgrywa bliskość Danii. Wspólnym wyróżnikiem jest także dostępność wykwalifikowanych pracowników ze znajomością języków skandynawskich lub języka niemieckiego. Jednak eksperci CBRE wskazują, że nie możemy na ten moment porównywać tych dwóch obszarów ze względu na ponad dwukrotną przewagę Trójmiasta pod kątem liczby mieszkańców oraz jego wiodącą i mocno ugruntowaną pozycję na północnym rynku biurowym. Do tej pory trójmiejski rynek przyciągnął takie marki jak m.in. Bayer, Intel, Amazon, Lufthansa Systems, Nordea czy Boeing.
Trójmiasto ma obecnie w swojej ofercie ponad 790 tys. mkw. istniejącej powierzchni biurowej, a kolejne 86 500 mkw. ma zostać oddane do końca 2019 r. Aktualnie aglomeracja trójmiejska wyróżnia się również najniższym wskaźnikiem powierzchni niewynajętej w skali całego kraju. Nowoczesne biura w Trójmieście zlokalizowane są przede wszystkim wzdłuż głównego ciągu komunikacyjnego łączącego Gdańsk, Sopot i Gdynię. Pozostałe skupiska budynków biurowych mieszczą się w centrum Gdańska, w okolicach gdańskiego lotniska, w gdyńskim Redłowie oraz w centrum Gdyni. Blisko 76% nowoczesnej powierzchni biurowej w Trójmieście znajduje się w Gdańsku, a dla drugiej w kolejności Gdyni ten wskaźnik to 19%.
– Mimo że nie możemy dyskutować z faktem, że skala rynku biurowego Szczecina jest wciąż na etapie Gdańska sprzed 10 lat to oba te miasta przyciągają uwagę zarówno zagranicznych, jak i rodzimych inwestorów. Deweloperzy i najemcy decydują się na wybór Gdańska, ponieważ ten wyróżnia się jakością życia, bardzo dobrą lokalizacją oraz dużą skalą biznesu. Trójmiasto to też miejsce, gdzie „chce się mieszkać”, nie ma więc problemu z pozyskaniem odpowiedniej kadry z innych części Polski. To jasne, że Gdańsk jest już na bardzo wysokim poziomie jeśli chodzi o promocję lokalizacji, jednak od lat rośnie popularność Szczecina wśród najemców z sektora usług wspólnych. Niestety oferta biurowa Szczecina jest wciąż niewystarczająca pod kątem liczby nowych obiektów, co może spowolnić wzrost zatrudnienia wśród istniejących tam centrów usług oraz pozyskiwanie kolejnych projektów. Warto zaznaczyć jednak, że Szczecin posiada swoje własne lokalne marki jak HOME.pl czy IAI, które doceniane są na arenie międzynarodowej. Natomiast wśród rozpoznawalnych marek międzynarodowych, które posiadają tam swoje centra usług wspólnych warto wymienić Vestas, Inicredit czy Netto – podsumowuje Mariusz Wiśniewski, Dyrektor w Dziale Powierzchni Biurowych CBRE oraz szef oddziału CBRE w Trójmieście, który jest odpowiedzialny za cały region północnej Polski.
W porównaniu do innych miast, szczeciński rynek nowoczesnej powierzchni biurowej znajduje się we wstępnej fazie rozwoju. Eksperci CBRE podkreślają jednak, że powoli liczba biurowców wysokiej klasy się powiększa, a utrzymanie tej tendencji przyniesie wzrost atrakcyjności miasta dla najemców z sektora usług BPO i SSC. Jako jedną z największych zalet Szczecina wymienia się przede wszystkim dobre połączenie drogowe z Berlinem oraz dostęp do międzynarodowego lotniska.
Największy zasób powierzchni biurowych znajduje się w centrum miasta oraz w części centralno-południowej, wzdłuż obu brzegów Odry Zachodniej. Całkowite zasoby biurowe Szczecina w I kwartale 2019 r. wyniosły ponad 161 tys. mkw., a kolejne 48 tys. znajduje się budowie, z czego aż 33 300 mkw. zostanie ukończone do końca tego roku. Jest to znaczący wzrost w porównaniu do 1 500 mkw. oddanych do użytku w I kwartale 2019 r. Wciąż jednak nie są to wartości na tyle spektakularne, aby zaspokoić nawet wewnętrzne potrzeby szczecińskich najemców. W odróżnieniu od Trójmiasta, nie widać tu również dużej aktywności ze strony krajowych i międzynarodowych deweloperów.
Zawody specjalistyczne są najczęściej poszukiwanymi profesjami w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Spawacz i opiekunka ze znajomością języka znajdą tam pracę szybko i za dobre pieniądze.
Na emigracji przebywa około 2,5 mln Polaków i liczba ta stale rośnie. 90 proc. emigrantów pracuje w Europie, a od chwili decyzji Wielkiej Brytanii o brexicie, większość szuka pracy w Niemczech i Holandii. Praca na Zachodzie wciąż jest atrakcyjna dla Polaków, bo mogą tam zarobić kilkakrotnie więcej niż w Polsce za tę samą pracę. Szczególnie widoczne jest to w branży ogólnobudowlanej i w zawodach związanych z opieką domową.
Zarobki spawaczy za granicą zaczynają się od minimalnej krajowej a kończą na dwudziestu-kilku euro na rękę na godzinę, czyli nawet 4.000 euro miesięcznie. W Polsce wykwalifikowany spawacz zarobi podobną kwotę – tyle, że w złotówkach. Spawalnictwo to praca ciężka, wymagająca skupienia, a doświadczenie zdobywa się pracując w zawodzie. Im więcej jednak godzin spędzonych na spawaniu, tym większa szansa na lepsze zarobki.
– Spawacz, który skończy kurs i z zaangażowaniem przepracuje dwa, trzy lata, po tym czasie może już bardzo dobrze zarabiać. Jak na ścieżkę rozwoju zawodowego to nie jest długo – mówi Maciej Kopaczyński, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), największej tego typu organizacji branżowej w Polsce oraz prezes LAXO Group, firmy zajmującej się delegowaniem personelu technicznego oraz usługami opieki nad starszymi osobami w Niemczech. – Dobrego spawacza można porównać do rozchwytywanego informatyka. Ma wielki wachlarz uprawnień, doświadczenie, orientuje się w nowościach i dlatego świetnie zarabia i jest poszukiwany przez największe firmy.
Dla porównania, monterzy i tokarze, którzy również są poszukiwanymi pracownikami, zrobią odpowiednio około 1900 euro i 2.400 euro miesięcznie, w zależności od tego, co robią. Z kolei opiekunka osób starszych zarobi od 1.000 do 1.900 euro, w zależności od kontraktu. Praca opiekunki nie jest lekka, ale spokojna i zazwyczaj nie wymaga specjalistycznych kursów. Ponadto dobre agencje zazwyczaj zapewniają kandydatkom odpowiednie kursy (np. językowe) w ramach usługi pośrednictwa. Stawka zależy od sposobu zaangażowania, które wynika ze stanu podopiecznego oraz zakresu obowiązków.
– W ankiecie, którą przeprowadziliśmy wśród klientów i pośredników niemieckich, wyszło, że pierwszym kryterium pożądania opiekunki jest znajomość języka, a dopiero później umiejętności, doświadczenie zawodowe i podejście do podopiecznego – mówi Krzysztof Jakubowski, wiceszef Sekcji Agencji Opieki SAZ i wiceprezes spółki InterKadra. – To zaskakujące wyniki, ale pokazują, że niemal każdy kto ma predyspozycje i zna język kraju, do którego chce wyjechać, może starać się o tę pracę.
W Polsce zarobki opiekunki osób starszych dochodzą do 3 tys. zł.
Skąd ten popyt
Zachodnie społeczeństwa starzeją się, dlatego opiekunki są i wciąż będą poszukiwane. Wśród wiodących krajów, które nie mają wystarczającej liczby personelu do opieki nad starszymi ludźmi są Niemcy i Wielka Brytania. To tam jeździ najwięcej polskich opiekunek, które stały się żywym symbolem Polski, jak niegdyś słynny Polski Hydraulik we Francji. Zyskały w tych krajach renomę, która wyróżnia je na tle opiekunek z innych krajów.
Popyt na spawaczy związany jest natomiast z rozwojem przemysłu. Zatrudniani są głównie przy montażu gazociągów i ropociągów, budowie okrętów, elektrowniach, elektrociepłowniach i fabrykach samochodów.
Choć ofert pracy w tych zawodach jest wiele i pracę w nich można znaleźć szybko, to specjaliści w branży zatrudnienia przestrzegają przed pochopnym decydowaniem się na wyjazd zarobkowy. Zalecają rozważenie potencjalnych trudności jakie mogą się zdarzyć w miejscu pracy i odpowiednim przygotowaniu na nie.
– Może się na przykład zdarzyć, że z powodu sytuacji losowych czy niezrozumienia zasad czy prawa obowiązującego na Zachodzie wejdziemy w konflikt z tamtejszym pracodawcą. Jeśli w wyniku tego czeka nas przeprawa sądowa, to koszty zatrudnienia prawnika na Zachodzie, a nieraz i tłumacza, sprawią, że z zarobkowego wyjazdu możemy wrócić z długami – mówi Karina Knyż-Grzywa, dyrektor biura Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia. – Najprostszym i najlepszym sposobem jest korzystanie ze sprawdzonych agencji pracy, które oferują legalne zatrudnieniei pomoc w sytuacjach trudnych.
Warto sprawdzić, czy agencja, z której usług korzystamy należy do organizacji branżowej. Przynależność taka wiąże się z koniecznością spełniania szeregu wymogów i transparentnego działania.
Korzystając z pośrednictwa pracy można udać się do agencji w kraju docelowego wyjazdu. Takie rozwiązanie ma jednak kilka minusów – wszelkie dokumenty do podpisania będą w języku obcym, więc bez biegłej znajomości języka istnieje ryzyko niedokładnej znajomości swoich praw w nowym miejscu pracy. Ponadto, w razie jakiejkolwiek sytuacji, która wymaga pomocy prawnej, taka agencja zatrudni prawnika ze swojego kraju. Rozwiązanie jakiegokolwiek problemu będzie więc dużo droższe.
Fach w ręku znów się liczy
Czy popularność zawodów specjalistycznych sprawi, że popularne staną się techniczne kierunki nauczania? Maciej Kopaczyński twierdzi, że już się to dzieje.
– Od roku, dwóch, obserwuję trend powrotu do zawodów ciężkich i wzrost popularności technicznych kierunków nauczania. Ludzie się przekonali, że mając fach w ręku można zarabiać nawet większe pieniądze niż mając tytuł magistra. Zawody techniczne przestały być postrzegane jako te gorsze – mówi Kopaczyński.
W latach 90-tych, kiedy Polska otworzyła się na świat, każdy chciał być magistrem, pracować w biurze, a wartość zawodów technicznych została mocno zaniżona. Ta tendencja powoli się odwraca, bo brakuje fachowców. Strukturę zawodów w Polsce wciąż mamy zachwianą, bo za mało jest specjalistów technicznych, m.in. spawaczy. Zmiana tego zajmie przynajmniej dekadę.
18-go czerwca 2019 r. rozpoczyna się oficjalna kampania wyborcza Donalda Trumpa. Dowiemy się czy zaryzykuje i wywoła recesję nie tylko w amerykańskiej gospodarce.
– Otwarcie wojny handlowej z Meksykiem jest komunikatem Donalda Trumpa, skierowanym do jego twardego elektoratu, że nie zapomniał swoich obietnicach dotyczących zwalczania emigracji, choć niewiele udało mu się zrobić, bo od Kongresu nie dostał środków na budowę muru granicznego – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Ta kampania może być gorętsza od poprzedniej. Rynki finansowe obawiają się tego. Dlatego tak nerwowa była ich reakcja, gdy przed miesiącem wprowadził cła na import z Meksyku. Inwestorzy mieli wcześniej nadzieję, że w prowadzeniu wojen handlowych Donald Trump ograniczy się do Chin, właśnie ze względu na obawy o gospodarczą recesję.
– Połączenie tych dwóch konfliktów, jak ocenia bank inwestycyjny Morgan Stanley, może spowodować, że już z początkiem roku amerykańska gospodarka znajdzie się w recesji – wyjaśnia ekspert XTB.
Jak dotąd dane napływające z amerykańskiej gospodarki były na tyle dobre, że D. Trump mógłby zdecydować się na bardziej ryzykowny scenariusz działań. Jednak w piątek okazało się, że Donald Trump bezterminowo zawiesił nałożenie ceł na Meksyk.
Warta, jedna z wiodących firm ubezpieczeniowych na polskim rynku, została strategicznym najemcą biurowca Warsaw UNIT. Firma zajmie niemal 20 tys. mkw. powierzchni biurowej. To jedna z największych umów najmu podpisanych w ostatnich latach na stołecznym rynku biurowym.
Od lewej -Jarosław Parkot (Warta), Grzegorz Bielec (Warta), Jeroen van der Toolen (Ghelamco)
Warsaw UNIT to najnowszy projekt Ghelamco w biznesowym centrum Warszawy. Ponad 200-metrowy wieżowiec położony przy rondzie Daszyńskiego 1 zapewni najemcom około 57 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej na 45 piętrach. Inwestycja pozyskała właśnie strategicznego najemcę. Firma ubezpieczeniowa Warta wynajęła niemal 20 tys. mkw. na 11 najwyższych biurowych piętrach budynku. Umowę podpisano na 10 lat. Podczas negocjacji Ghelamco wspierała firma JLL.
– Biuro wWarsaw UNIT to znakomita wizytówka nowoczesnej, dynamicznie rozwijającej się firmy, która dba o swój wizerunek i najwyższe standardy miejsca pracy. Cieszymy się, że tak rozpoznawalna firma ubezpieczeniowa z długimi tradycjami, jaką jest Warta, wybrała na swoją siedzibę nasz najnowszy projekt na warszawskiej Woli. To właśnie w tej lokalizacji bije dziś biznesowe serce stolicy – mówi Jeroen van der Toolen, dyrektor zarządzający Ghelamco Poland na Europę Środkowo-Wschodnią.
– Nowa siedziba Warty została wybrana w oparciu o wartości, na których jest budowana pozycja i siła naszej firmy: nowoczesne, innowacyjne rozwiązania mają dawać praktyczne i wymierne korzyści, podnoszące komfort naszych klientów. W tym kontekście poszukiwaliśmy budynku oferującego najwyższy standard biurowy w Warszawie, zapewniającego wyjątkowe rozwiązania i jak najlepsze warunki pracy naszego zespołu, dobrze skomunikowanego nie tylko z innymi punktami Warszawy, ale także innymi miastami Polski. Takim miejscem i nowym domem Warty od 2021 r. będzie biurowiec Warsaw UNIT – mówi Jarosław Parkot, prezes zarządu Warty, i dodaje: – W nowej siedzibie skupimy zespół Warty pracujący obecnie w trzech różnych miejscach Warszawy. To ważna zmiana dla działalności naszej firmy, która wraz z optymalnym układem funkcjonalnym budynku pozwoli nam na istotną modyfikację kultury organizacyjnej i efektywniejsze wykorzystanie potencjału naszych znakomitych specjalistów. Wierzę, że zaowocuje to dynamicznym rozwojem Warty w kolejnych latach.
– Wejście Warty do Warsaw UNIT potwierdza, że warszawska Wola staje się nowym hubem dla firm z branży BIFS w Polsce i regionie CEE. Na ogromną popularność tej części Warszawy wpływa znakomita lokalizacja z dostępem do komunikacji miejskiej i oczywiście nowoczesnych powierzchni biurowych. Warto również zwrócić uwagę na skalę realizowanych tutaj projektów, które umożliwiają dużym graczom konsolidację ich biznesu w jednym miejscu. Cieszę się, że współpracując z Ghelamco, firma JLL ma wpływ na dynamiczny rozwój tego wyjątkowego w skali regionu centrum biurowego – mówi Tomasz Czuba, dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, JLL.
W projekcie zmiany siedziby Warta wspierana jest przez firmę doradczą CBRE oraz kancelarię Hogan Lovells.
– Wybranie Warsaw UNIT przez Wartę wpisuje się w najnowsze trendy na rynku biurowym, na którym coraz częściej to jakość odgrywa kluczową rolę w poszukiwaniu odpowiedniej siedziby dla firmy. Nowoczesne rozwiązania zastosowane w budynku, centralna lokalizacja oraz świetnie skomunikowana okolica z pewnością podniosą komfort pracy zespołu – mówi Mikołaj Sznajder, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych CBRE.
Warsaw UNIT powstaje w najdynamiczniej rozwijającej się części Warszawy, przy rondzie Daszyńskiego na Woli. W jego bezpośrednim sąsiedztwie krzyżują się najważniejsze arterie komunikacyjne i węzły przesiadkowe w mieście. Obok znajdują się wejścia na stację II linii metra (Rondo Daszyńskiego) oraz przystanki tramwajowe i autobusowe. W pobliżu jest również stacja kolei miejskiej i podmiejskiej.
O wyjątkowości projektu będzie stanowić jego architektura, odwołująca się do modernistycznego dziedzictwa wzbogaconego nowatorskimi rozwiązaniami, takimi jak kinetyczna fasada typu Dragon Skin. Będzie ona w widoczny sposób reagować na każdy, nawet najdelikatniejszy powiew wiatru, tworząc na swojej powierzchni niepowtarzalne obrazy modelowane siłami natury.
W parterze wieżowca przewidziano miejsce na lokale usługowe i gastronomiczne dostępne z poziomu ulicy. W holu głównym zostanie zlokalizowana wyodrębniona recepcja Warty, a na szczycie budynku znajdzie się logotyp firmy. W obiekcie zaplanowano wielopoziomowy garaż mieszczący ponad 450 samochodów, a także infrastrukturę dla rowerzystów: parking rowerowy, szatnie i natryski. Tak jak wszystkie projekty Ghelamco, Warsaw UNIT zostanie wyposażony w ekologiczne rozwiązania i będzie certyfikowany w systemie BREEAM. Planowane ukończenie inwestycji to początek 2021 roku.
Firma Veeam® Software poinformowała, że jej roczna wartość zamówień przekroczyła 1 mld USD. Tym samym Veeam dołączył do elitarnego grona dostawców oprogramowania, którzy osiągnęli ten próg. Na drodze do tego kamienia milowego liczba klientów firmy przekroczyła 350 tysięcy – przedsiębiorstwo zdobywa 4000 nowych nabywców miesięcznie, co uwidacznia sukces pierwszej fazy rozwoju. Na konferencji VeeamON 2019 w Miami firma Veeam pokazała, jak zamierza umacniać się na pozycji lidera w dziedzinie zarządzania danymi w chmurze i rozpocząć następny etap biznesowych sukcesów.
Ratmir Timashev, współzałożyciel i wiceprezes Veeam ds. sprzedaży i marketingu
„Veeam stworzył rynek kopii zapasowych w środowisku VMware i od dziesięciu lat dominuje na nim jako lider. Był to niejako ‘pierwszy akt’ w rozwoju firmy i bardzo cieszy fakt, że wartość zamówień przekroczyła 1 mld USD. W 2013 r. przewidywano, że ten próg zostanie osiągnięty w ciągu niecałych sześciu lat. Tak też się stało. Obecnie rynek się zmienia. Kopie zapasowe w dalszym ciągu mają kluczowe znaczenie, lecz klienci budują dziś chmury hybrydowe przy użyciu rozwiązań AWS, Azure, IBM i Google, potrzebują więc czegoś więcej niż tylko tworzenia kopii zapasowych. Aby odnieść sukces w tym zmieniającym się środowisku, Veeam musi się do niego dostosować. Za sprawą ponad 60 000 partnerów handlowych i usługowych oraz największą siecią partnerów technologicznych, takich jak Cisco, HPE, NetApp, Nutanix i Pure Storage, firma jest znakomicie przygotowana na dominację nowego rynku zarządzania danymi w chmurze. Wizja i strategia dla chmury hybrydowej pozwoli na osiągnięcie sukcesu, o jakim inne firmy mogą tylko pomarzyć” — powiedział Ratmir Timashev, współzałożyciel firmy Veeam i wiceprezes działu sprzedaży i marketingu.
Veeam od ponad dziesięciu lat jest czołowym dostawcą rozwiązań do tworzenia kopii zapasowych, odtwarzania danych i replikacji. Przedsiębiorstwo początkowo koncentrowało się na wirtualizacji serwerów dla środowisk VMware, lecz w ostatnich latach rozszerzyło swoją ofertę podstawową i udostępniło narzędzia zintegrowane z wieloma hiperwizorami, serwerami fizycznymi i punktami końcowymi, a także z obciążeniami w chmurach publicznych i opartymi na technologii SaaS. Współpracuje przy tym z czołowymi dostawcami technologii chmurowych, pamięci masowej, serwerów, infrastruktury hiperkonwergentnej i aplikacji, dzięki czemu oferuje najwszechstronniejszą na rynku platformę do zarządzania danymi w chmurze.
Skoncentrowana na partnerach strategia Veeam i umiejętność firmy w dostosowywaniu się do wymogów rynku jest kluczem do sukcesu oraz fundamentem dla drugiego etapu rozwoju. W styczniu firma wprowadziła pakiet Veeam Availability Suite™ 9.5 Update 4, w którym oferuje nowe, ważne funkcje udostępniające łatwą migrację do chmury i mobilność w chmurze, chmurowe kopie zapasowe, ekonomiczne przechowywanie danych i przenoszenie licencji stworzonych z myślą o chmurze, większe bezpieczeństwo i lepszy nadzór nad danymi. Zaoferowano też rozwiązania ułatwiające usługodawcom wprowadzanie na rynek usług opartych na technologii Veeam. Niedawno firma zaprezentowała nowy program with VeeamTM (patrz: osobna informacja prasowa), w ramach którego Veeam będzie współpracować z czołowymi producentami pamięci masowej i infrastruktur hiperkonwergentnych klasy korporacyjnej, aby zapewnić klientom kompleksowe rozwiązania dodatkowej pamięci masowej, łączące oprogramowanie Veeam z najlepszymi w branży urządzeniami pamięci masowej i infrastruktury hiperkonwergentnej oraz narzędziami do zarządzania. Zapowiedziano już wspólną pracę nad rozwiązaniami z firmami ExaGrid i Nutanix.
„Od samego początku Veeam stawia na współpracę z kanałem partnerskim z myślą o korzyściach dla klientów. Dzięki połączeniu sił z partnerami w obszarze pamięci masowych i chmury, oferujemy swobodę wyboru, elastyczność i wartość dla klientów niezależnie od wielkości ich przedsiębiorstw. Nowy program with Veeam jest odzwierciedleniem takiego podejścia, a obrana strategia pomoże jeszcze bardziej umocnić się firmie na czołowej pozycji” — dodał Ratmir Timashev.
Veeam nieustannie zmienia się i dostosowuje do rynku, rozumie swoich użytkowników, dynamicznie tworzy innowacje i analizuje, jak punkty zwrotne w branży wpływają na klientów. Dzięki temu firma stała się niekwestionowanym liderem rynku zarządzania danymi w chmurze, którego wartość ma w 2020 r. przekroczyć 15 mld USD[i].
[i] Źródło: Gartner, IDC i wewnętrzne szacunki firmy Veeam
Sytuacje stresowe, działania pod presją czasu, czy naciski z zewnątrz to tylko niektóre przykłady czynników wywołujących tzw. „wykolejacze kariery”. Takie zachowania mogą osłabić naszą wydajność i bezpośrednio wpływać na to jak pracujemy, a nawet jak potoczy się nasza cała kariera zawodowa. Czy da się je zdiagnozować?
– Każdy z nas posiada obszary dysfunkcyjne i czynniki, które mogą ujawniać się
w sytuacjach stresowych. Takie zachowania wpływają na efektywność naszej pracy i styl zarządzania. Mogą też nam utrudniać wspinaczkę po kolejnych szczeblach kariery,
czy budować i utrzymywać relacje interpersonalne. „Uruchomienie” wykolejaczy kariery bezpośrednio przekłada się na wyniki firmy oraz na poziom zadowolenia z życia. Wczesne rozpoznanie behawioralnych czynników pozwala na ograniczenie ich wpływu poprzez odpowiedni coaching i szkolenia zawodowe. – mówi Magdalena Nowacka, Senior Consultant, Assessment Systems Polska.
W neutralnych warunkach, podwyższone czynniki przy niektórych cechach osobowości mogą stanowić o jej mocnych stronach. Jednak, kiedy osoba jest zmęczona, zestresowana, zostaje awansowana na wyższe bardziej odpowiedzialne stanowisko, wówczas te czynniki ryzyka mogą ograniczać efektywność i stawać na drodze
do osiągania sukcesu w karierze, relacjach, edukacji i życiu osobistym.
Wykolejacze kariery
Dr Robert Hogan, wybitny, amerykański psycholog zdefiniował i opisał najistotniejsze zachowania, które mogą utrudnić osiągnięcie sukcesu. Oto one:
Labilność emocjonalna: u osób z tym czynnikiem widzimy że szybko się denerwują, często ulegają nastrojom, trudno je zadowolić i są zmienne emocjonalnie.
Podejrzliwość: inaczej nieufność, cynizm, wrażliwość na krytykę i koncentracja na tym,
co negatywne.
Zachowawczość: ktoś, kto nie jest asertywny, unika ryzyka, wolno podejmuje decyzje i jest oporny na zmiany.
Zamknięcie w sobie: osoby często trzymają się na uboczu, są obojętna na uczucia innych
i małomówne.
Nieelastyczność: poznamy po tym, iż osoby wydają się być chętne do współpracy,
ale w sytuacjach stresowych są irytujące, uparte i trudne do współpracy.
Arogancja: zbyt duża pewność siebie, wyniosłość, zawyżone poczucie własnej wartości.
Manipulowanie: osoba z tym czynnikiem często wzbudza podziw, lubi podejmować ryzyko, testuje granice i poszukuje ekscytacji.
Teatralność: poszukuje uwagi, przeszkadza, ma słabą umiejętność słuchania.
Fantazjowanie: twórczy i kreatywny, myśli i działa w nietypowy lub w ekscentryczny sposób.
Drobiazgowość: skrupulatny, precyzyjny, trudny go zadowolić, w sytuacjach stresowych skupia się na najmniej istotnych szczegółach zamiast szukać rozwiązania.
Oportunizm: lubi zadowalać innych, nie jest chętny do samodzielnego działania lub wyrażaniu opinii.
Jak zdiagnozować „ciemną stronę” osobowości?
Skuteczną metodą do poznania osobowości jest Badanie Rozwojowe Hogana (HDS) określające obszary, które mogą stać się przeszkodą dla dalszego rozwoju kariery.
HDS dostarcza szczegółowych informacji na temat czynników ryzyka, które utrudniają osobie funkcjonowanie w relacjach z innymi i mogą zablokować dalszy jej rozwój zawodowy. Na podstawie kwestionariusza rekruterzy są w stanie stwierdzić, czy czynniki osobowości są na poziomie, który pozwoli odnieść sukces na stanowisku, na które kandydat aplikuje. Przedstawicielem Metody Hogana w Europie Środkowo-Wschodniej jest firma Assessment Systems Polska.
Podobnie jak w przypadku każdej innej branży, kierunek, w jakim zmierza rynek alkoholi mocnych jest wyznaczany przede wszystkim przez upodobania konsumentów. To właśnie oni mają wpływ na postępującą premiumizację tej kategorii alkoholi, a także na potrzebę wprowadzania innowacji w postaci nowych smaków i wariantów. Niszowym, choć zyskującym na znaczeniu zjawiskiem, jest sięganie do tradycji i kraftowej produkcji.
O najważniejszych trendach i zjawiskach obecnych na rynku alkoholi mocnych, a także wyzwaniach związanych z wyrobem alkoholi kraftowych mówi Jakub Gromek, główny akcjonariusz i założyciel Mazurskiej Manufaktury Alkoholi, realizującej crowdfundingową zbiórkę na rozwój kraftowej produkcji wódek i nalewek.
Świadomy jak współczesny konsument
Zgodnie z szacunkami agencji badawczej Nielsen, udział alkoholi mocnych w ogólnej sprzedaży napojów alkoholowych wyniósł w 2017 roku niemal 42 proc. To kategoria dość stabilna i nasycona, choć podążająca za panującymi na rynku trendami. Głównym zjawiskiem obecnym w tej kategorii jest przede wszystkim wzrost znaczenia alkoholi premium, stanowiących aktualnie drugi największy segment pod względem udziałów w koszyku. Dodatkowo jest to najszybciej rozwijający się segment. Potwierdzają to badania Nielsena, zgodnie z którymi udział segmentu alkoholi premium w całej kategorii wzrósł w 2017 roku aż o 9,4 proc. w porównaniu do roku 2016. Jednocześnie, udział trunków mainstreamowych stanowiących największy segment, wzrósł jedynie o 1 proc. To przede wszystkim efekt zmieniających się trendów i świadomości konsumenckiej. Zgodnie z wynikami badania zrealizowanego w 2019 roku przez agencję badawczą Puzzle Research, co piąty pijący respondent zmienił w ciągu ostatnich dwóch lat swoje zwyczaje dotyczące spożycia alkoholu. Polacy są coraz bardziej zamożni, więcej podróżują, próbują nowych smaków i tym samym, doceniają jakość alkoholu. Pijemy dla przyjemności, koncentrując się na celebracji smaku, dlatego też coraz chętniej sięgamy po alkohol z wyższej półki cenowej. Stąd postępująca premiumizacja na rynku alkoholi, nie tylko tych mocnych.
Wódki smakowe zyskują na znaczeniu
Największą popularnością wśród alkoholi mocnych wciąż cieszy się wódka. Według danych Nielsena sprzedaż kategorii wódki wzrosła o 1,9 proc. w 2017 roku, osiągając wartość 11,3 miliardów złotych. Z jednej strony to kategoria dość stabilna, zdominowana przez pięć największych koncernów międzynarodowych, odpowiadających za ponad 90 proc. sprzedaży (CEDC, Stock, Marie Bizard, Pernod Ricard, Brown Forman). Z drugiej strony i tutaj dociera trend premiumizacji, ale i potrzeba innowacji. Świadczy o tym powolny odwrót do tzw. produktów economy, a także rosnąca popularność tzw. wódek smakowych, których sprzedaż w 2017 osiągnęła aż 3,1 mld zł. Odzwierciedleniem tego trendu jest też wciąż powiększające się portfolio „wódek” smakowych. Co ciekawe, wśród ulubionych smaków dominują te postrzegane jako tradycyjne, czyli wiśnia, pigwa czy malina. Zwiększające się portfolio wariantów smakowych można dostrzec także w dynamicznie rozwijającej się kategorii whisky, której sprzedaż od kilkunastu lat rośnie w dwucyfrowym tempie.
Kraft, czyli nowe (lepsze) życie wódki
Coraz większa orientacja na polskie, lokalne wyroby jest kolejnym zjawiskiem obecnym na rynku alkoholi mocnych. Świetnym przykładem jest tutaj rynek piwa i trwająca od kilku lat rewolucja, w której mali producenci szturmem podbijają rynek i podniebienia konsumentów oferując dobre jakościowo, różnorodne, rzemieślnicze wyroby. Kraftowa produkcja w konkurencyjnej kategorii alkoholi mocnych to wciąż nisza, choć myślę że i tutaj jest szansa na powtórzenie sukcesu producentów piw rzemieślniczych. Zwłaszcza, że np. wódka to tradycyjny polski wyrób – tak naprawdę jedyna polska marka globalna, rozpoznawalna na całym świecie oraz wpisana na listę chronionych oznaczeń geograficznych. Nie mówiąc już o wiśniówkach czy pigwówkach, które kojarzą nam się z domową produkcją opartą na tradycyjnych, babcinych recepturach. W związku z tym, powrót do tradycyjnej, rzemieślniczej produkcji alkoholi mocnych i odczarowanie negatywnego wizerunku wódki może być kluczem do pozyskania nowej grupy konsumentów, tak jak to miało i nadal ma miejsce w kategorii piwa. O tym, że sięganie do tradycji w kontekście alkoholi mocnych ma wzięcie mogą świadczyć np. pojawiające się w dużych miastach restauracje, w których oferowana jest np. jedynie wiśniówka własnego wyrobu.
Problemy rzemieślniczej produkcji
Z drugiej strony kraftowa produkcja, oparta na jakościowych składnikach i mniejszych, kontrolowanych partiach wiąże się ze sporymi kosztami, zwłaszcza dla lokalnych producentów. Przykładem są tutaj chociażby koszty akcyzy, która pochłania ok. 60-70 proc. wartości sprzedaży. I tu pojawia się kolejny problem. Niezależnie od terminu płatności ustalonego z Klientem, wartość akcyzy musi wpłynąć na konto Urzędu Skarbowego po dokładnie 25 dniach od wysłania towaru ze składu podatkowego. Oznacza to, że mniejsi producenci, aby utrzymać płynność finansową, muszą dysponować odpowiednią ilością kapitału obrotowego. Nie jest więc przypadkiem, że mali producenci korzystają z alternatywnych źródeł finansowania, np. z crowdfundingu. Z tej formy pozyskiwania kapitału skorzystało ostatnio kilka browarów rzemieślniczych, a także nasza Mazurska Manufaktura Alkoholi. Emisja akcji ma z naszej perspektywy, poza korzyściami finansowymi, wartość dodaną w postaci pozyskania i budowania wokół naszej marki sieci ambasadorów i miłośników jakościowych, kraftowych alkoholi.
Australia, Nepal, Wyspy Salomona, to tylko niektóre destynacje, które odwiedzą latem polscy milenialsi
28% polskich użytkowników Revolut w wieku 18-38 lat spędzi wakacje w Polsce, a 70% ruszy za granicę
56% milenialsów korzystających z Revolut w Polsce oszczędza na wakacje, w Wielkiej Brytanii tylko 30%
Polskim milenialsom Revolut przydaje się głównie do zakupów w Internecie – 69% i na wakacjach – 89%
Revolut przeprowadził badanie wśród użytkowników w wieku 18-38 lat. Milenialsi stanowią w Polsce potężną, liczącą ponad 300 tysięcy osób grupę klientów firmy. To blisko 3/4 społeczności Revolut nad Wisłą. Odpowiedzi 2 tysięcy respondentów wskazują, że polscy milenialsi systematycznie oszczędzają na wakacje (56%) i tego lata planują odwiedzić łącznie około 100 krajów. Lista obejmuje tak egzotyczne destynacje jak Seszele, Nepal czy Wyspy Salomona, ale popularnością biją je Hiszpania (9%), Włochy (11%) i Polska (28%).
“Tego lata kilkaset tysięcy Polaków wyruszy w podróż z Revolut po najpiękniejszych zakątkach świata. W tym sezonie rozszerzyliśmy ofertę do 29 walut, które można kupić i trzymać w aplikacji. Mamy więc, zarówno standardowe waluty jak węgierski forint czy korona czeska, jak i waluty bardzo popularnych wśród Polaków destynacji turystycznych, jak tajski bat, chorwacka kuna, turecka lira i bułgarski lew. Wielu użytkowników prosiło nas o te waluty, cieszymy się, że możemy już je udostępnić” – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.
Topowe destynacje
Milenialsi korzystający z Revolut są otwarci na świat i podróże. 28% planuje wakacje w Polsce, ale zdecydowana większość chce wyruszyć na urlop za granicę (70%). Na podium preferowanych destynacji zagranicznych znalazły się Włochy (11%), Hiszpania (9%) i Chorwacja (8%). Nieco mniej respondentów wskazało na Grecję (7%), Portugalię (5%) i USA (3%). Dwa procent badanych planuje wyjazd do Turcji, taki sam odsetek myśli o Tajlandii. Około 1% respondentów wskazało na Bułgarię, Egipt, Ukrainę, Francję, Wielką Brytanię, Japonię i Wietnam. Tyle samo nie wie jeszcze gdzie spędzi urlop, a 1% w tym roku wcale go nie planuje. Podium preferowanych destynacji jest więc inne niż w badaniach Polskiej Izby Turystyki (2018) czy Neckermann (2019), gdzie prym wiodły Grecja, Turcja i Bułgaria. Klienci Revolut częściej wybierają nieco droższe Włochy, Hiszpanię i Chorwację.
“Revolut to społeczność osób kochających podróże. To grupa niezwykle cenna z punktu widzenia usługodawców branży turystycznej. Sądzę, że w interesie operatorów wycieczek, linii lotniczych oraz sieci hoteli jest zabieganie o względy użytkowników Revolut, na przykład poprzez oferowanie im atrakcyjnych zniżek. Potencjał naszej grupy użytkowników dostrzegły już takie marki jak airbnb, itaka i booking.com” – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.
Auto czy samolot?
O ile do Chorwacji można wybrać się autem, a na Ukrainę pociągiem, to przy wyprawie do Wietnamu lub Japonii jedyną optymalną opcją jest samolot. 60% użytkowników Revolut, którzy zgodzili się wziąć udział w ankiecie, by dotrzeć na upragnione wakacje wybierze transport lotniczy. 29% pojedzie samochodem. Mijając autem wiele granic i tankując po drodze dobrze jest nie martwić się o wymianę walut. Na pociąg decyduje się 2%, a na autokar tyle samo co na autostop, czyli zaledwie 1% podróżujących. Polscy milenialsi ewidentnie preferują samolot lub własne auto. Podobne wnioski wysnuć można z badania Mondial Assistance, gdzie na auto wskazało 25%, a na samolot 63% respondentów (2019).
Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce
“W tegorocznym sezonie, aby dodatkowo ułatwić zarządzanie finansami za granicą, oddaliśmy w ręce użytkowników dwie nowe funkcjonalności. Po pierwsze, są to długo oczekiwane płatności Apple Pay. Po drugie, możliwość organizacji wakacyjnych zrzutek, za pomocą wspólnych Sejfów Group Vaults. Ta funkcja pomoże szybciej składać się i rozliczać za wspólne jedzenie lub transport. Zapraszamy do testowania obu nowych usług podczas tegorocznych letnich wojaży” – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.
Płatności za granicą
Polscy milenialsi, którzy wzięli udział w badaniu, płacą na wakacjach na wiele sposobów. 89% korzysta z Revolut, ale wiele osób wspiera się także kartą tradycyjnego banku (40%) i wypłaca gotówkę. Przeszło 32% wypłaca obce waluty z bankomatów, a co czwarta osoba korzysta również z kantoru. Spośród nich większość wybiera kantor w Polsce (26%), ale są też osoby korzystające z kantoru za granicą (8%). Bardzo niewielka grupa wyrusza na urlop zabierając ze sobą kryptowaluty (1%). Tak zróżnicowane podejście daje dodatkowe bezpieczeństwo, bo zawsze warto mieć “plan B”, a nawet “plan C” i oprócz Revolut, mieć też kartę banku i trochę gotówki (np. dolary).
Wakacyjny budżet
Na koniec ankiety padło pytanie o planowany w tym roku budżet wakacyjny na jedną osobę. Odpowiedzi ułożyły się podobnie we wszystkich przedziałach. Poniżej 1000 zł na osobę wyda 19% respondentów, pomiędzy 1 i 2 tys./os. około 22%, a między 2 i 3 tys./os. 20%. Mniej reprezentowana jest grupa, która planuje wydać między 3 i 4 tys. zł/os. (10%). Następnie, ponad 4 tys. zł/os. wyda co piąty badany (20%). 8% polskich użytkowników Revolut w wieku 18-38 lat, nie zdecydowało jeszcze jaką kwotę przeznaczy na tegoroczne wakacje.
„To niesamowite jak wiele egzotycznych destynacji odwiedzają w wakacje nasi użytkownicy. Urugwaj, Namibia, Laos, Madagaskar, Nepal, Peru, Uzbekistan, Wyspy Zielonego Przylądka, w zasadzie trudno znaleźć kierunek gdzie nie dotrą w te wakacje Polacy. Mamy nadzieję, że Revolut będzie pomocny podczas tych wspaniałych podróży” – dodaje Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.O Revolut Money Report Revolut Money Report to badanie przeprowadzone metodą ankietową online wśród użytkowników Revolut w Europie. Polska edycja badania zrealizowana została w dniach 7-8 maja 2019. Do udziału w ankiecie zaproszono mailowo 27469 polskojęzycznych użytkowników w Polsce, urodzonych w latach 1981-2001 (wiek 18-38 lat). W ankiecie udział wzięło 1969 respondentów. Najmniejsza liczba odpowiedzi udzielonych na pojedyncze pytanie: 1623. Język ankiety: polski. Liczba pytań: 21. Typ pytań: jednokrotnego wyboru i wielokrotnego wyboru, pytania w większości zamknięte. Średni czas wypełnienia ankiety: 3 minuty.
W I kw. 2019 r. Polacy otrzymali 10,2 mld zł odszkodowań i świadczeń z tytułu ubezpieczenia. Każda godzina pracy ubezpieczyciela oznaczała 5 mln zł pomocy dla poszkodowanych. Co pół minuty naprawiana jest w Polsce jedna szkoda z OC komunikacyjnego.
Najważniejsze dane o rynku ubezpieczeń po I kw. 2019 r.
10,2 mld zł dla poszkodowanych, w tym:
o 5,1 mld zł z ubezpieczeń na życie
o 3,7 mld zł z ubezpieczeń komunikacyjnych
o 1,4 mld zł z pozostałych ubezpieczeń
74,6 mld zł aktywów ubezpieczyciele ulokowali w obligacjach i innych papierach wartościowych o stałej kwocie dochodu, wspierających gospodarkę i finanse publiczne
16,8 mld zł aktywów ulokowanych w akcjach spółek z GPW i innych papierach o zmiennej kwocie dochodu
343 mln zł podatku dochodowego ubezpieczyciele odprowadzą do budżetu państwa
– Tylko w pierwszym kwartale tego roku ubezpieczyciele zlikwidowali ponad 300 tys. szkód z OC komunikacyjnego. Poszkodowani otrzymali ponad 2,3 mld zł odszkodowań i świadczeń, czyli o ponad 2,5 proc. więcej niż rok wcześniej – mówi J. Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Na ochronę swoich pojazdów Polacy wydali w I kw. 2019 r. prawie 6 mld zł, z czego ok. 3,7 mld zł stanowiły składki na OC, a ok. 2,2 mld zł – składki na autocasco. Z kolei za ponad 1 mld zł kupiliśmy ubezpieczenia chroniące przed skutkami żywiołów. – Wyniki za I kwartał nie obejmują kosztów podtopień i wichur, które miały miejsce w maju tego roku. Wiadomo jednak, że zakłady ubezpieczeń są przygotowane na wszelkie zjawiska pogodowe, zarówno pod kątem organizacyjnym jak i finansowym.
Najprostsze szkody są likwidowane już w jeden dzień, a ubezpieczyciele powszechnie stosują uproszczone procedury likwidacyjne – wyjaśnia Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU.
Na ubezpieczenia na życie Polacy wydali w I kw. 2019 r. ponad 5,2 mld zł, o 7,7 proc. mniej niż w analogicznym okresie ub.r.. Otrzymali z tego tytułu prawie 5,1 mld zł świadczeń. – Upowszechnienie indywidualnej ochrony życia i zdrowia jest jednym z największych wyzwań na rynku ubezpieczeń. Żyjemy coraz dłużej, na coraz wyższym poziomie, często ze zobowiązaniami kredytowymi na kilkadziesiąt lat. Właściwe ubezpieczenie na życie powinno być standardem jeśli chodzi o ochronę najbliższych nam osób – podkreśla J. Grzegorz Prądzyński.
Polscy ubezpieczyciele wypracowali w I kw. 2019 r. ponad 1,1 mld zł zysku netto – o 8,6 proc. więcej niż rok wcześniej. To oznacza zasilenie budżetu państwa w 343 mln zł podatku dochodowego. Dodatkowo, firmy ubezpieczeniowe odprowadziły też ok. 120-130 mln zł tzw. podatku od aktywów.
Handel w środę sprowadza się do obserwacji odczytu inflacji z USA. Kolejny słaby odczyt ugruntuje przekonanie, że presja inflacyjna prawie nie istnieje i Fed ma wszystkie powody, by nie zwlekać zbytnio z obniżką stóp procentowych. Z drugiej strony silny odczyt zatrzęsie krótkimi pozycjami w USD, które nagromadziły się w ostatnim czasie. Ale inflacja to nie wszystko, co ma znaczenie dla Fed.
Ponieważ głównym tematem (obok wojen handlowych) dla inwestorów jest przyszłość polityki Fed, poziom skupienia na kluczowych danych z USA jest wyjątkowa. Inflacja ma szczególne miejsce, w końcu dbanie o stabilność cen leży w mandacie Fed. Po trzech miesiącach rozczarowujących odczytów inflacji bazowej na poziomie 0,1 proc. m/m kolejny słaby wynik bez wątpienia będzie złym sygnałem i zaproszeniem do łagodzenia polityki pieniężnej. Jeśli do tego wskaźnik roczny znajdzie się poniżej 2 proc. (prog. 2,1 proc.), tj. celu inflacyjnego, rynek zacznie wierzyć, że gołębie w Fed będą się palić do zasygnalizowania gotowości do prędkiego zwrotu w polityce, a nawet już za tydzień wystąpią z pierwszymi wnioskami o obniżkę. Jakkolwiek wątpliwe jest, aby rynek zdecydował się dyskontować więcej niż trzy obniżki do końca roku (co już jest w cenach), tak spokojnie może przesuwać oczekiwania co do pierwszego ruchu z lipca (80 proc.) na czerwiec (12 proc.). Zatrzymanie rynku USD w ostatnich dniach (w odróżnieniu od wyraźnej korekty) po przecenie wywołanej słabym NFP w ostatni piątek sugeruje, że rynek tylko czeka na nowy impuls.
Naturalnie w naturze danych leży to, że mogą zaskakiwać i inflacja w maju może w końcu nadrobić słabość z poprzednich miesięcy. Czy to może całkowicie odmienić nastawie Fed? Nie, ponieważ oprócz inflacji Fed (i rynki) śledzą perspektywy wzrostu gospodarczego (USA i świata), szczególnie w kontekście pogarszającej się sytuacji w globalnej wymianie handlowej. To przede wszystkim było pierwotnym uzasadnieniem dla dyskontowania obniżek stóp procentowych Fed, a słabość inflacji jest dodatkiem. Mimo to dane będą miały znaczenie dla krótkoterminowych uczestników rynku, gdyż będą stanowić atrakcyjny pretekst, by zachwiać pewnością siebie tych, którzy jako ostatni wskoczyli na karuzelę masowej sprzedaży USD. Ale w szerszym ujęciu nawet przy silniejszym CPI pozostaniemy z wątpliwościami o rynek pracy, ożywienie i politykę handlową Trumpa. Stąd jakikolwiek przejaw siły dolara może okazać się krótkotrwały.
W nocy w Australii na pierwszym planie będzie raport z rynku pracy. Dane są interesujące szczególnie po tym, jak RBA zaczął przywiązywać dużą istotność do sytuacji na rynku pracy w przełożeniu na inflację. Majowe dane mogą być jednak trudne do zinterpretowania, gdyż wybory parlamentarne podbiły tymczasowe zatrudnienie. Na płytkim rynku w trakcie azjatyckiej części sesji łatwo będzie o chaos i przesadną reakcję rynku na mocne dane. Jednak przejawiająco się w ostatnich dniach niemoc AUD (pomimo poprawy rynkowej sentymentu i presji na USD) jest dla mnie alarmującym sygnałem, by nie oczekiwać trwałości ewentualnych wzrostów.
Jak wskazuje najnowsze badanie JLL, skala inwestycji w sektorze mieszkaniowym w Europie może wzrosnąć w tym roku nawet o 30%. Trend wzrostowy widoczny jest również w Polsce.
Sektor mieszkaniowy w Europie przyciąga coraz większe pieniądze. W 2018 roku łączna wartość inwestycji w projekty związane z szeroko rozumianym „zamieszkaniem” wyniosła 69 mld EUR. Inwestorzy najchętniej wybierali Wielką Brytanię. Na rynki CEE trafiło 16% zainwestowanego kapitału.
Według najnowszego badania JLL European Living Survey, przeprowadzonego na zlecenie JLL przez Aberdeen Standard Investments, aktywa z kategorii Living – obejmującej mieszkania na wynajem, mieszkania studenckie, nieruchomości typu coliving, oraz obiekty dedykowane seniorom – są brane pod uwagę przez 8 z 10 inwestorów, którzy chcą rozszerzyć działalność na nowe rynki europejskie. 41% tych, którzy już posiadają aktywa w sektorze mieszkaniowym, zamierza zwiększyć swoje zaangażowanie, a 45% tych, którzy w mieszkaniówkę jeszcze nie inwestowali poszukuje takiej możliwości. Oznacza to, że do sektora, w którym w 2018 r. zainwestowano 69 mld euro ma szansę trafić kolejne 40 mld. Produkty z segmentu Living kuszą inwestorów m.in. perspektywą stabilnego, długoterminowego zysku.
Maximilian Mendel, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych JLL
Czynnikiem najczęściej branym pod uwagę przez firmy rozważające inwestycje w nowe klasy aktywów jest przede wszystkim skala popytu, a ta, przy zmieniających się dynamicznie czynnikach demograficznych jest, w większości krajów Europy, wciąż wyższa niż podaż. To zapewnia stabilny strumień dochodów. – Maximilian Mendel, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych JLL
Demografia motorem zmian
Urbanizacja, starzenie się społeczeństwa, wzrost liczby studentów generują w regionie popyt na nową kategorię produktów inwestycyjnych, jakimi są aktywa z obszaru Living. Postępujące zmiany społeczne i demograficzne znajdują odbicie w sposobie alokacji środków. Dotychczas inwestorzy najchętniej wybierali mieszkania na wynajem. Ponad 3/4 podmiotów biorących udział w ankiecie zadeklarowało, że posiada aktywa tego typu, a ¼ ogranicza się niemal wyłącznie do nich (ponad 90% zainwestowanych środków). Kolejnym pod względem popularności był segment mieszkań studenckich, w który zainwestowała ponad połowa uczestników badania. Jednocześnie 75% inwestorów przyznało, że ich zdaniem w najbliższych latach najszybciej mają szansę rosnąć inwestycje w projekty colivingowe.
Zdaniem Maximiliana Mendla również w Polsce obserwujemy rosnącą rolę tych czynników w kształtowaniu rynku mieszkaniowego. „Zmiany na rynku pracy i odejście młodego pokolenia od własności na rzecz szeroko rozumianej elastyczności wyboru (pracy, miejsca i standardu zamieszkania), to jeden z głównych czynników zwiększających zainteresowanie mieszkaniami na wynajem. Młodzi Polacy żyją inaczej niż ich rodzice – nie chcą przywiązywać się do miejsca ani obciążać budżetu wieloletnim kredytem, znacznie później zakładają rodziny lub decydują się na życie w otwartych związkach, a to istotnie zmienia ich wymagania dotyczące formy zamieszkania. Postępująca nomadyzacja życia i rosnąca popularność rozwiązań opartych na ekonomii współdzielenia skłania do poszukiwania ich również w sferze dotyczącej zamieszkania.”
Nowe kierunki rozwoju
W oparciu o bieżące i planowane inwestycje, najbardziej atrakcyjnym rynkiem dla ankietowanych inwestorów pozostaje Wielka Brytania, gdzie 68% z nich działa aktywnie lub zamierza ulokować kapitał w najbliższych latach. Przy tym dominującym segmentem są tu mieszkania studenckie. Na drugim miejscu pod względem dotychczasowej alokacji środków znajdują się Niemcy. Tu z kolei kluczową rolę odgrywają inwestycje w segmencie mieszkań na wynajem. Na największy wzrost zaangażowania inwestorów w najbliższych latach mogą liczyć Francja, Holandia i Szwecja, a tuż po nich – zgodnie z deklaracjami złożonymi na potrzeby JLL European Living Survey – Hiszpania i Irlandia. Rynki Europy Środkowej i Wschodniej, na których znajduje się obecnie 16% kapitału zainwestowanego w sektorze mieszkaniowym w Europie, jako nowy cel inwestycyjny wskazane zostały przez 18% respondentów.
Wskazuje to na rosnące zainteresowanie regionem, w którym jeszcze 5 lat ten segment rynku nie istniał w ogóle. Ostrożne jeszcze plany inwestycyjne w tej części Europy wynikają m.in. z braku gotowych produktów o określonej wielkości. Gdybyśmy mieli w Polsce i innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej ustabilizowane portfele odpowiedniej skali, przyciągnęlibyśmy również tych inwestorów, których strategia inwestycyjna wyklucza transakcje typu forward purchase czy forward funding. – Maximilian Mendel, kierujący Działem Inwestycji Mieszkaniowych JLL
W ciągu pierwszych trzech miesięcy tego roku zaległości kredytowe i pozakredytowe Polaków wzrosły o ponad 2 mld zł, a liczba niesolidnych dłużników zwiększyła się o 21,5 tys. do blisko 2,8 mln osób. Niesolidni dłużnicy za swoje zaległości mogliby kupić siedem giełdowych spółek klasyfikowanych w najważniejszym indeksie GPW. Wystarczyłoby im na firmę odzieżową LPP i obuwniczą CCC, telekomy Play i Orange, paliwowy Lotos, producenta gier CD Projekt oraz Alior Bank. To dużo, bo znaczące są też przeterminowane płatności Polaków widoczne w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazie Biura Informacji Kredytowej. Na koniec I kwartału tego roku przekroczyły 76 mld zł.
Tym razem zaległości jak i nierzetelnych dłużników przybyło najwięcej na Pomorzu. Z kolei woj. lubuskie jest liderem pod względem odsetka niesolidnych dłużników. Problem dotyczy tam – już 116 na 1000 dorosłych mieszkańców. W rankingu najbardziej zadłużonych regionów nadal prowadzi Mazowsze, a najwięcej dłużników ma Śląsk. Do geograficznej układanki, na mapie nierzetelnych dłużników, swoje dorzuca też solidna płatniczo wschodnia części Polski. Jeden z mieszkańców woj. lubelskiego to 62-letni rekordzista z zaległościami na ponad 70 mln zł.
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Wzrost liczby niesolidnych dłużników sprawił, że w I kwartale podwyższył się Indeks Zaległych Płatności Polaków. Wskaźnik, który pokazuje ile osób z problemami finansowymi przypada na 1000 dorosłych mieszkańców kraju, wzrósł o 0,7 pkt. i wynosi obecnie 88,8 pkt. O ile w BIK niesolidnych dłużników jest obecnie mniej niż rok temu i pod koniec ub.r., to w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor w trzy miesiące przybyło 33,5 tys. osób i jest już ich ponad 2,2 mln. Do BIG trafiają niepłacący, m.in. rachunków za czynsz, telefon i internet, opłat sądowych, alimentów, kar za jazdę bez biletu, rat pożyczkowych czy wierzytelności windykowanych. – Lista nabiera rozmiarów nie tylko z powodu rosnącego problemu z wypłacalnością Polaków, ale również dlatego, że wierzyciele częściej sięgają po tego typu formę nacisku. Choć niepłacącym może się wydawać, że kwoty do zwrotu są niewysokie, to skala problemu sprawia, że łącznie na minusie pokazują się miliardy złotych, za które można byłoby już kupić jedną trzecią giełdowych spółek z prestiżowego indeksu WIG20 – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Firmy nie tylko wpisują, ale również coraz chętniej sprawdzają potencjalnych klientów w BIG, zanim zaoferują im usługi czy towar z odroczonym terminem płatności. – Obecnie już co dziesiąte zapytanie weryfikujące wiarygodność potencjalnego klienta w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor w odpowiedzi otrzymuje informację o długu sprawdzanej osoby. Najwięcej niesolidnych dłużników wychwytują firmy pożyczkowe i telekomunikacyjne, co pokazuje, że do nich osoby z problemami finansowymi przychodzą najczęściej – mówi Sławomir Grzelczak.
Ważne liczby
Łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych Polaków wyniosła na koniec marca 2019 – 76 011 780 554 zł. Zadłużenie mieszkańców Polski w ciągu pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku, rosło w mniejszym stopniu niż to miało miejsce w ostatnim kwartale 2018 r. (o 2,4 mld zł), ale bardziej niż na początku zeszłego roku, gdy było to 1,24 mld zł. Wartość długów z tytułu niespłacanych rachunków wzrosła o 1 015 185 678 zł (2,5 proc.) do 40,94 mld zł, zaś nieregulowanych w terminie kredytów o 1 030 742 511 zł (3 proc.) do 35,07 mld zł. Jeśli chodzi o liczbę dłużników, to wyróżnia się Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor, w którym w ciągu pierwszego kwartału 2019 r. przybyło 33 499 nowych dłużników i jest ich aktualnie 2,21 mln. W tym czasie w Biurze Informacji Kredytowej liczba osób opóźniających spłatę kredytów o 30 dni zmalała o 14 486 osób do 1,17 mln. Łączna liczba osób posiadających zaległości w BIG InfoMonitor i BIK wynosi 2 798 862 i jest niższa niż suma dłużników obu baz, ponieważ 21 proc. z nich ma zaległości jednocześnie w obu bazach.
Średnio jeden dłużnik ma 27 158 zł przeterminowane płatności, to o 2 proc. więcej niż na koniec grudnia 2018 r. Przy czym średnia zaległość kredytowa wynosi 29 799 zł na osobę, a pozakredytowa 18 518 zł. W porównaniu z poprzednim kwartałem odnotowano wzrosty w obu przypadkach, odpowiednio o 4,3 proc. oraz 1 proc.
599 897 z nich (21,0 proc.) ma jednocześnie zaległości kredytowe i pozakredytowe.
Ujęcie geograficzne
Średnia wartość zaległego zobowiązania przypadająca na osobę wciąż ma najwyższy poziom na Mazowszu, gdzie wynosi 36 318 zł, następnie w Małopolsce – 28 705 zł oraz w województwie zachodniopomorskim – 28 442 zł. Średnia wzrosła we wszystkich województwach. Najbardziej na Pomorzu – o 3,2 proc. oraz na Mazowszu i w Wielkopolsce – po 2,5 proc.
Jeśli chodzi o liczbę osób z zaległymi zobowiązaniami na 1000 dorosłych mieszkańców, to w sześciu województwach utrzymuje się na tym samym poziomie, co w ostatnim kwartale 2018 roku, tj.: dolnośląskim, łódzkim, małopolskim, opolskim, wielkopolskim i zachodniopomorskim. Najwięcej dłużników na 1000 dorosłych mieszkańców można spotkać w Lubuskiem – 116 osób, Zachodniopomorskiem – 115 osób oraz na Dolnym Śląsku – 114 osób. Najmniej na Podkarpaciu – 49 osób, Małopolsce – 59 osób i na Podlasiu – 62 osoby. O jedną osobę, w porównaniu z poprzednim kwartałem, wzrosła ta statystyka dla Polski i wyniosła na koniec marca – 89 niesolidnych dłużników na 1000 dorosłych osób.
Przeciętna zaległość w różnych grupach wiekowych
Przeciętna zaległość zwiększyła się we wszystkich grupach wiekowych. Od dwóch kwartałów największe wzrosty dotyczą osób po 65 roku życia. Na koniec marca br. w tej grupie wiekowej przeciętna zaległość wzrosła o 1 244 zł do 23 610 zł. Jednak wciąż najpoważniejsze problemy finansowe mają osoby między 45 a 54 rokiem życia, bo przeciętna zaległość wynosi tu 37 257 zł. Jej wartość urosła w ciągu trzech miesięcy o 828 zł. O 651 zł do 6 965 zł wzrosła natomiast przeciętna zaległość osób między 18 a 24 rokiem życia.
Podział zaległości na kredytowe i pozakredytowe pokazuje, że to te pierwsze ze względu na wyższe wartości, generują większe problemy i to w każdej grupie wiekowej.
W pierwszym kwartale wzrosły przeciętne zaległości z tytułu większości zobowiązań. Najbardziej wzrosły przeciętne kwoty nieopłacanych w terminie kredytów mieszkaniowych o 6 287 zł do niemal 180 000 zł, z kolei konsumpcyjnych – o 1 645 zł do 23 372 zł. Wzrosła też średnia wartość niespłacanych alimentów – o 953 zł do 39 134 zł oraz rachunków telefonicznych – o 223 zł. Jedyny minimalny spadek w przypadku zaległych zobowiązań pozakredytowych miał miejsce w zaległościach z tytułu kary za jazdę bez ważnego biletu – o 31 zł. Drobny spadek odnotowano też w przypadku zaległości na kartach kredytowych – o 37 zł.
Rekordziści Polski
Na liście 10. rekordzistów pozostała tylko jedna kobieta, choć wśród ogółu niesolidnych dłużników panie mają 37 proc. udział. Jedyna reprezentantka płci pięknej w niechlubnym rankingu zajmuje w tym momencie 5. miejsce i ma do oddania prawie 40 mln zł. Jest też jedną z najmłodszych osób na liście z tak ogromnymi zaległościami. Drugą rekordzistkę z Mazowsza z długiem na 26 mln zł, znajdującą się na koniec 2018 r. na 10. pozycji, zastąpił mężczyzna z woj. dolnośląskiego z 27,4 mln zł zaległości. Liderem pozostaje mieszkaniec województwa lubelskiego, który ma nieuregulowane ponad 70 mln zł. Suma przeterminowanych zobowiązań 10 rekordzistów wynosi już niemal 400 mln zł. Przez kwartał wzrosła o ponad 7 proc., obniżył się natomiast średni wiek dłużników rekordzistów z 54 do 51 lat.
Najwięcej rekordzistów, bo aż czterech pochodzi z Mazowsza, co nie pozostaje bez wpływu na najwyższy poziom zaległości tego regionu wśród 16 województw.
Rekordziści w województwach
W wojewódzkim rankingu rekordzistów znajdują się wyłącznie mężczyźni. Jedyną kobietę, która wcześniej stała na czele województwa lubuskiego, zastąpił 63-letni mężczyzna z zaległością przekraczającą 8,5 mln zł. Listę otwiera tak jak w przypadku zestawienia top 10, mężczyzna z Lubelszczyzny i zamyka jak kwartał temu mężczyzna z województwa świętokrzyskiego. Nadal najmłodszym reprezentantem wśród wojewódzkich rekordzistów jest 37-latek z Opolszczyzny, natomiast najstarszym – mieszkaniec woj. warmińsko-mazurskiego, który ma 66 lat. Średnia wieku wojewódzkich rekordzistów obniżyła się przez kwartał z ponad 53 do 52,5 roku.
Kwota zadłużenia i liczba dłużników w województwach
Z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie BIK wynika, że na prowadzeniu, jeśli chodzi o najwyższe zaległe zobowiązania Polaków, pozostaje Mazowsze, za nim są Górny i Dolny Śląsk. Zmienił się natomiast region, w którym przeterminowane długi mają najniższą wartość – Opolszczyznę zastąpiło Podlasie. Wraz z Ziemią Świętokrzyską są to regiony prezentujące się najlepiej, jeśli chodzi o kwotę zaległości i liczbę niesolidnych dłużników. Znajdują się też wśród regionów z najniższym odsetkiem osób z problemami finansowymi, choć w tym względzie akurat rekordzistami są Podkarpacie i Małopolska, które mają odpowiednio po 49 i 59 niesolidnych dłużników na 1000 dorosłych mieszkańców.
W stosunku do ostatniego kwartału 2018 r. w pierwszych miesiącach tego roku zaległości najbardziej przyrastały na Pomorzu – o 4,1 proc., na Mazowszu i w Wielkopolsce – po 3,3 proc., a także na Warmii i Mazurach – o 3,1 proc. Największą dynamikę przyrostu liczby dłużników zaobserwowaliśmy na północy Polski – w województwach: pomorskim, warmińsko-mazurskim oraz kujawsko-pomorskim.
Informacje przedstawione w publikacji pochodzą z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Dotyczą wyłącznie zaległości osób fizycznych na minimum 200 zł, przeterminowanych o co najmniej 30 dni, wcześniejsze publikacje dotyczyły opóźnień 60 dniowych. Zmiana metodologii jest wynikiem nowych regulacji prawnych pozwalających wpisać dłużnika do BIG po 30 dniach opóźnienia od wyznaczonego terminu płatności. W aktualnym Newsletterze InfoDług materiał i wyliczenia oparte są o dane z końca marca 2019 r.
R22 kontynuuje międzynarodową ekspansję i budowę pozycji lidera rynku Europy Środkowo-Wschodniej. Grupa R22 podsiała umowę zakupu chorwackiej spółki Avalon, dzięki czemu zostanie wiceliderem chorwackiego rynku hostingu i domen z ponad 17 proc. udziałem. Finalizacja transakcji o wartości 1,8 mln euro planowana jest do końca lipca.
Avalon jest wiceliderem chorwackiego rynku hostingu i domen. Firma osiąga ponad 800 tys. euro przychodów, co daje jej ponad 17 proc. udziału w rynku i mocną pozycję gracza numer dwa. Spółka obsługuje ponad 9 tys. klientów. R22 planuje sfinansować transakcję środkami dłużnymi, przy wsparciu Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZAN, zarządzanego przez PFR TFI S.A.
Jakub Dwernicki, prezes R22
– Wejście na rynek chorwacki to kolejny istotny krok w rozwoju R22 na arenie międzynarodowej i budowie pozycji regionalnego lidera. W tym i następnych latach chcemy wchodzić do kolejnych krajów. Celujemy w działalność na rynkach zamieszkałych przez 100 mln osób. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.
Avalon oferuje usługi hostingowe, sprzedaż i utrzymanie domen, serwery dedykowane, certyfikaty SSL oraz inne usługi dodatkowe. Spółka jest w dobrej kondycji finansowej, w 2018 r. wypracowała ponad 800 tys. euro przychodów, osiągając około 25 proc. marży EBITDA i 15 proc. marży netto.
– Avalon ma silną pozycje na chorwackim rynku i zdywersyfikowaną bazę klientów. W oparciu o przejęte zasoby oraz nasze doświadczenie chcemy przeprowadzić proces konsolidacji chorwackiego rynku. Realizacja kolejnych transakcji możliwa jest w ciągu kilku kwartałów. – dodaje Jakub Dwernicki.
Projekt konsolidacji rynków w krajach Europy Środkowo-Wschodniej stanowi powtórzenie działań i dokonań Grupy na polskim rynku hostingu i domen, gdzie silna pozycja w TOP3 największych graczy została zdobyta dzięki akwizycji i połączeniu w jeden organizm kilku mniejszych podmiotów. R22 posiada zespół dedykowany akwizycjom oraz integracji przejmowanych podmiotów. Pomyślność realizowanych przejęć wynika z odpowiedniego podejścia do ludzi, czerpania wiedzy z ich doświadczenia i dobrego zarządzania zespołami i kapitałem.
R22 to technologiczna grupa świadcząca kompleksowe usługi w zakresie obecności firm w Internecie oraz automatyzacji procesów biznesowych, w szczególności komunikacji, marketingu i sprzedaży. W III kwartale 2018/2019 roku finansowego (okres trzech miesięcy zakończony 31 marca 2019 r.) Grupa osiągnęła 37,3 mln zł przychodów i 10,0 mln zł znormalizowanej EBITDA – wzrost o odpowiednio 28 proc. r/r i 51 proc. r/r. Zysk netto wzrósł o 90 proc. i wyniósł 4,9 mln zł.
Pomimo wprowadzonej od początku roku znaczącej zmiany przepisów podatkowych w zakresie leasingu i wynajmu pojazdów, branża wynajmu długoterminowego aut rozpoczęła 2019 rok w bardzo dobrej kondycji, utrzymując dotychczasowe wysokie tempo wzrostu. Zgodnie z opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) danymi, tempo wzrostu rynku wynajmu długoterminowego wyniosło po I kwartale 2019 roku 14% r/r, co oznacza, że było zbliżone do wartości odnotowywanych w analogicznym okresie w ostatnich dwóch latach, które należały do najlepszych pod tym względem w historii branży. Obserwowana w I kwartale stagnacja na rynku nowych aut kupowanych przez firmy, nie dotyczyła wynajmu długoterminowego, w przypadku którego odnotowany został wzrost. W przeciwieństwie do konkurencyjnych form finansowania aut służbowych, czyli zakupu, kredytu, czy klasycznego leasingu finansowego łącznie, gdzie liczba nowych rejestrowanych aut była nieznacznie, ale mniejsza, niż przed rokiem. Pierwszy kwartał bieżącego roku to również czas dobrych wyników w branży Rent a Car (wypożyczalnie samochodów), która odnotowała wzrost na poziomie 11,6% r/r.
Całkowita sprzedaż nowych samochodów nie rośnie, ale branża wynajmu długoterminowego zakupiła więcej aut niż przed rokiem.
Po ubiegłorocznym rekordzie sprzedaży nowych samochodów w Polsce, kiedy z salonów wyjechało ponad 530 tys. aut osobowych, a rynek odnotował blisko 9,5% wzrost sprzedaży, wygenerowany całkowicie przez zwiększone zakupy pojazdów dokonywane przez firmy, rok 2019 zaczął się od wyhamowania imponujących do tej pory wzrostów. Zarówno jeśli chodzi o sprzedaż nowych aut ogółem (do osób prywatnych i klientów instytucjonalnych), jak i firm, mamy do czynienia ze stagnacją. Warto jednak zaznaczyć, że pomimo, iż wolumen sprzedaży się nie zwiększa, to jest on na wysokim poziomie. Zgodnie z danymi IBRM Samar, z salonów wyjechało w pierwszych trzech miesiącach roku łącznie prawie 140 tys. nowych aut osobowych, z czego blisko 2/3 (91,5 tys.) nabyły firmy. Stagnacja widoczna w pierwszym kwartale nie dotknęła jednak wynajmu długoterminowego samochodów. Zgodnie z danymi PZWLP, branża nabyła w tym czasie o 3,7% nowych aut osobowych więcej niż przed rokiem, łącznie 19,4 tys. W przypadku pozostałych form finansowania liczonych łącznie, odnotowany został pod tym względem wynik nieznacznie ujemny, na poziomie -0,8% r/r.
Sprzedaż nowych aut hamuje, w wynajmie długoterminowym nadal nabywanych jest więcej aut niż przed rokiem
W wynajmie długoterminowym znalazło się więcej niż co piąte nowe auto osobowe nabywane przez firmy i przedsiębiorców w pierwszym kwartale roku. Łączny udział tej formy finansowania samochodów służbowych w całkowitej sprzedaży aut do firm wyniósł 21,2% i zwiększył się o 0,7% w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej.
Wyhamowanie tempa wzrostu sprzedaży nowych aut w Polsce w I kwartale 2019 roku, do tej pory napędzanego w znakomitej większości przez firmy, nie jest zaskoczeniem i złożyło się na ten fakt kilka czynników – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska.
Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska
– W 2018 roku mieliśmy do czynienia z rekordami w polskich salonach, dzięki czemu ustanowiony został bardzo wysoki jak na nasz rynek poziom sprzedaży. W związku z tym, obecnie porównujemy się do tzw. wysokiej bazy i wolumen sprzedaży osiągnięty w zeszłym roku może być ciężko znacząco przekroczyć, niezależnie od tego jak dobra będzie ogólna koniunktura. Jednocześnie wiele zakupów zostało przyśpieszonych – ze względu na wchodzące od 1 stycznia zmiany podatkowe. Zostały przesunięte z pierwszego kwartału 2019 na ostatni kwartał 2018. W przypadku wynajmu długoterminowego wciąż odnotowany został jednak wzrost nowych kupowanych samochodów, co po raz kolejny udowadnia, że rozwija się on szybciej od konkurencyjnych form finansowania oraz jest wybierany przez klientów ze względu na wygodę i zapewnienie kontroli nad kosztami, a nie ze względu na korzyści podatkowe. Polski rynek wynajmu długoterminowego znajduje się bowiem wciąż w fazie nasycania i szybkiego wzrostu, a usługa ta jest coraz częściej wybierana przez duży w naszym kraju sektor MŚP, który często zastępuje wynajmem dotychczas wykorzystywany klasyczny leasing finansowy samochodów. Główny wskaźnik tempa rozwoju branży wynajmu długoterminowego, czyli wzrost łącznej floty pojazdów znajdujących się w tej usłudze na rynku, to po pierwszym kwartale 14% r/r, czyli wartość podobna do tych, jakie były notowane w dwóch poprzednich, rekordowych dla branży latach.
Rynek wynajmu długoterminowego kontynuuje wysokie tempo wzrostu
Biorąc pod uwagę najważniejszy w przypadku wynajmu długoterminowego wskaźnik, a więc łączną liczbę aut w usłudze Full Serwis Leasing, tempo wzrostu branży w pierwszym kwartale 2019 roku zachowało swój dotychczasowy wysoki poziom i na koniec marca wyniosło 14% r/r. W porównaniu do poprzednich lat, wynik ten plasuje dynamikę rozwoju branży na poziomie zbliżonym do analogicznego okresu w roku 2018, kiedy było to 15,1% r/r i roku 2017 (wzrost w I kw. 13,2%) oraz ponad pięć procent wyższym niż 3 lata temu (8,9%). Wiele wskazuje na to, że bieżący rok będzie kolejnym, w którym rynek wynajmu długoterminowego w Polce będzie rósł w bardzo szybkim, dwucyfrowym tempie.
Na koniec marca 2019 r. w łącznej flocie firm wynajmu długoterminowego należących do PZWLP znajdowało się łącznie blisko 153 tys. samochodów* (152.842). Absolutna większość z nich, bo aż 94,5% pozostawała w usłudze Full Serwis Leasingu, gwarantującej przedsiębiorcy poza finansowaniem auta służbowego, pełen zakres czynności administracyjnych i serwisowych związanych z eksploatacją pojazdu. Pozostała część pojazdów (5,5%) znajdowała się w usłudze Leasingu z Serwisem, podobnie jak Full Serwis Leasing zapewniającej firmie finansowanie i obsługę aut, jednakże w ograniczonym zakresie (serwis mechaniczny i jedna z wybranych usług dodatkowych np. opony wraz z ich pełnym serwisem). Do najpopularniejszych modeli i marek samochodów
w wynajmie długoterminowym na koniec I kwartału należały: Skoda Octavia, Volkswagen Passat, Ford Focus i Skoda Fabia.
Diesli nadal ubywa, przyśpiesza wzrost liczby samochodów elektrycznych – ponad 400 elektryków we flotach firm PZWLP
Dane PZWLP na koniec pierwszego kwartału wskazują, że widoczny już od kilkunastu miesięcy trend zmniejszającego się udziału aut z silnikami dieslowskimi we flotach w wynajmie długoterminowym jest nadal kontynuowany. Auta z silnikami wysokoprężnymi na koniec marca 2019 r. stanowiły 62,4% łącznej floty, o 2,5% mniej niż rok wcześniej. Samochody napędzane silnikami benzynowymi reprezentowały 35,1% całego parku pojazdów w wynajmie długoterminowym, a ich udział zwiększył się w ciągu ostatniego roku o 1,2%.
Samochody wyposażone w napędy ekologiczne, a więc hybrydowe i elektryczne, jeszcze do niedawna stanowiły marginalny wręcz udział. Dane po pierwszym kwartale bieżącego roku wskazują jednak, że sytuacja w tym zakresie zaczyna się w coraz szybszym tempie zmieniać. Pomimo, że ekologicznych pojazdów jest wciąż relatywnie mało, to ich udział wzrósł w ciągu ostatniego roku o 1,3% i wynosi obecnie 2,5%. Co ciekawe, znacząco urosła nie tylko liczba samochodów hybrydowych (z 1974 do 3137), ale i elektryków. W przypadku tych ostatnich, wzrost w ciągu 12 miesięcy (w stosunku do końca marca 2018) był na koniec pierwszego kwartału bieżącego roku aż szesnastokrotny – z poziomu 26 do 424 aut. Należy jednak przy tym zaznaczyć, że liczba aut elektrycznych urosła tak znacząco niemalże całkowicie za sprawą jednego kontraktu – dostarczenia samochodów zeroemisyjnych na potrzeby usług car sharingu innogy go! w Warszawie.
Rogier Klop – Czlonek Zarzadu PZWLP
Pozytywnym trendem na polskim rynku jest dalsze zastępowanie pojazdów z silnikiem wysokoprężnym bardziej przyjaznymi środowisku napędami, zgodnie z ogólną tendencją w tym zakresie w większości krajów europejskich – mówi Rogier Klop, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający LeasePlan Polska. – Świadomość ekologiczna firm rośnie. Samochody wyposażone w silniki wysokoprężne stopniowo tracą swoją dominującą pozycję na rzecz samochodów benzynowych oraz rosnącej liczby samochodów o niskiej i zerowej emisji zanieczyszczeń.
Średnia emisja dwutlenku węgla w przypadku kupowanych przez firmy PZWLP w pierwszym kwartale 2019 r. na potrzeby wynajmu długoterminowego nowych samochodów osobowych była niższa (o 25,2% i 41,7 g/km), w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej i wyniosła 124 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 133,4 g/km i w związku z tym była niższa o 12,8% (19,6 g/km) w stosunku do stanu sprzed roku.
11,6% wzrostu rynku Rent a Car
Reprezentowana w PZWLP przez 8 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów branża Rent a Car odnotowała w pierwszym kwartale 2019 r. wzrost na poziomie
11,6% r/r. Na koniec marca łączna flota firm Rent a Car w PZWLP** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła 18,5 tys. aut (18.507).
Rozwój branży elektromobilnej w Polsce jest coraz szybszy. Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych, przy współpracy z PZPM obliczyło, że pod koniec kwietnia tego roku na polskich drogach poruszało się ponad 5600 samochodów z napędem zero- lub niskoemisyjnym. Obliczenia te są możliwe dzięki licznikowi elektromobilności, który obie organizacje co miesiąc aktualizują na swoich stronach internetowych. Licznik pokazuje, że liczba samochodów elektrycznych w Polsce gwałtownie wzrasta, a jeszcze szybciej rozwija się infrastruktura potrzebna do ich funkcjonowania.
– Pod koniec kwietnia było już 668 ogólnodostępnych stacji ładowania, z czego ponad 200 to stacje prądu stałego – gdzie samochód możemy naładować odpowiednio szybko – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Początek roku to liczne rejestracje – choćby związane z projektami carsharingowymi, które mają w swojej ofercie wiele pojazdów elektrycznych. Gdy porównujemy obecny stan rynku z tym, jak wyglądał w zeszłym roku czy dwa lata temu – to widzimy bardzo dynamiczne, dwucyfrowe wzrosty. Musimy jednak zrobić dużo więcej, żeby zacząć gonić kraje zachodnie. Świat, jeśli chodzi o elektromobilność, jest bardzo rozpędzony – podsumowuje Mazur.
W III kwartale do dystrybucji na platformach mobilnych iOS i Android trafi Gravity Rider Zero –kontynuacja marki wyścigowej. Nowy tytuł cechowała będzie dynamiczna rozgrywka oraz znacznie wzbogacona zawartość w porównaniu z poprzednikiem.
W drugiej odsłonie marki Gravity Rider znajdzie się co najmniej 20 pojazdów, ponad 100 tras oraz unikalne spersonalizowane kolekcje. Monetyzacja Gravity Rider Zero oparta będzie na formatach reklamowych, subscrybcji oraz możliwości bezpośredniego zakupu pojedynczych pojazdów.
Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games
– Wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom graczy i podążamy za trendami rynkowymi. Największym atutem marki jest oparty na fizyce, dopracowany w najmniejszych szczegółach gameplay prezentujący wyścigi motocyklowe. Gravity Rider Zero skupia się przede wszystkim na rozgrywce, upraszczając progresję gracza i strukturę meta-gry – informuje Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games. Z nowym tytułem mamy nadzieję dotrzeć do większej liczby graczy, jak również w jeszcze większym stopniu oprzeć się na dobrze performującej monetyzacji reklamowej, którą dodatkowo wesprzemy ofertą subskrybcji – kontynuuje Kościelny.
Opublikowany w III kwartale 2018 roku, wyprodukowany przez krakowskie studio Fontes Sp. z o.o. Gravity Rider trafił do tej pory do blisko 6 mln graczy na całym świecie. Gra dostępna jest w sklepach Apple App Store, Google Play oraz w alternatywnych kanałach dystrybucji. Gravity Rider Zero podobnie jak pierwsza część zostanie wydany w ramach programu wydawniczego.
Potencjał i możliwości rozwoju tej marki są duże, dlatego planujemy jej dalszy rozwój, zarówno w zakresie nowych wersji tematycznych, jak również w miarę możliwości nowych platform sprzętowych. – kontynuuje Kościelny.