Banki utrzymają się z usług pozabankowych?

Oferta bankowa dla klientów detalicznych przechodzi nieustanną ewolucję. Instytucje finansowe prześcigają się w udostępnianiu usług, które coraz mniej mają wspólnego z tradycyjną bankowością. Trend ten jest już bardzo widoczny na świecie, z kolei ofensywa banków w Polsce pod tym względem jest mniej zauważalna. Firma doradcza Deloitte zidentyfikowała ponad 250 usług dodanych (tzw. VAS – value added services) oferowanych przez krajowe i zagraniczne banki. Jak wynika z przeprowadzonego badania, Polacy są najbardziej zainteresowani usługami takimi jak śledzenie przesyłek pocztowych i kurierskich oraz kupnem biletów na komunikację miejską oraz mobilnymi opłatami za parking.

Rozwój kanałów cyfrowych w bankowości od wielu lat opierał się na stopniowym przenoszeniu tradycyjnych usług i produktów (np. płatności, działalności depozytowej i kredytowej) z oddziałów do bankowości internetowej i mobilnej. Wraz z coraz większą dojrzałością kanałów zdalnych, trend ten zaczął przynosić coraz mniej wartości dla użytkowników. Banki rozpoczęły eksperymenty mające za zadanie znalezienie nowych obszarów do polepszenia doświadczenia klientów. Od kilku lat rozwijają nowe produkty i funkcjonalności finansowe, wynikające z rozwoju oferty i kanałów cyfrowych, a ostatnio też regulacji unijnych, jak dyrektywa PSD2.

Obecnie rynek idzie jeszcze dalej i mówimy o nowym rodzaju usług, które czasem z bankowością mają niewiele wspólnego. Są to tzw. VAS-y, czyli usługi dodane. Mogą to być na przykład usługi publiczne, takie jak przyjmowanie wniosków czy samo potwierdzenie tożsamości, ale też zakup biletów czy opłaty parkingowe – Grzegorz W. Cimochowski, Partner, Lider sektora usług finansowych w Deloitte.

Eksperci Deloitte wyodrębnili sześć kategorii takich usług: lojalność (programy lojalnościowe), oferty handlowe (platformy zakupowe, zniżki), doradztwo (podatki, cyberbezpieczeństwo), cyfrową administrację (interfejs do infrastruktury), ubezpieczenia (ochrona życia i mienia) oraz pozostałe usługi wspierające (np. concierge, wynajem samochodów).

Są kraje, takie jak państwa skandynawskie czy Singapur, gdzie VAS-y stały się już rynkowym standardem w bankowości. Banki oferują tam na przykład doradztwo w zakresie zakupu nieruchomości, rozwoju kariery zawodowej, pomocy w załatwianiu spraw urzędowych czy rezerwowaniu wakacji. Dostęp do usług cyfrowej administracji publicznej odbywa się za pośrednictwem autoryzacji bankowej. Przykładów nie brak również w regionie Europy Środkowej. Największy węgierski bank OTP, stworzył platformę Simple, która agreguje w jednej aplikacji ponad 40 VAS-ów. To rozwiązanie jest dostępne zarówno dla klientów OTP, jak i konkurencyjnych banków. O sukcesie takiego podejścia i wysokiego popytu na VAS-y świadczy fakt, że aplikacji używa ponad 700 tys. osób, niemal dwukrotnie więcej niż „tradycyjnej” aplikacji bankowości mobilnej banku OTP.

Z analizy Deloitte wynika, że banki w Polsce, póki co są na początku tej drogi. Oferowane przez nich VAS-y najczęściej zawierają ubezpieczenia, usługi urzędowe czy usługi concierge. Rzadziej są to programy rabatowe czy możliwość zakupu biletów komunikacji miejskiej nie wspominając o biletach do kina lub do teatru.

Banki mają szanse na budowę ekosystemów usług

Tymczasem Polacy już dziś masowo korzystają z usług cyfrowych i są bardzo otwarci na nowe innowacje. Jak wynika z badania Deloitte, więcej niż 80 proc. badanych skorzystało z co najmniej trzech usług cyfrowych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Najczęściej było to śledzenie przesyłek (75 proc.), porównanie cen produktów (59 proc.) czy programy lojalnościowe (45 proc.). Na czwartym miejscu (37 proc.) znalazła się możliwość załatwienia spraw i wniosków urzędowych za pośrednictwem bankowości internetowej. Pierwszą piątkę zamyka korzystanie z wideo na życzenie (35 proc.).

– Bardzo podobnie wygląda lista najbardziej pożądanych przez klientów VAS-ów w kanałach bankowych. Największy potencjał utrzymania, ale też pozyskania nowych klientów dają usługi śledzenia przesyłek, możliwość kupna biletów komunikacji miejskiej, czy też do kina i teatru oraz rezerwacji wizyty u lekarza. Ponad 50 proc. badanych chciałoby je mieć w swoim banku – mówi Daniel Majewski, Starszy Menedżer w zespole Doradztwa Strategicznego dla sektora finansowego w Europie Środkowej i Wschodniej, Deloitte. – Zbadaliśmy również kto jest najbardziej otwarty na usługi cyfrowe. Są to klienci zamożni, tacy, którzy posiadają większą liczbę produktów bankowych i rachunek w kilku różnych instytucjach – dodaje ekspert.

Zdaniem Deloitte VAS-y to droga, którą polskie banki będą musiały podążyć, jeżeli będą chciały dalej rozwijać swoje kanały zgodnie z potrzebami klientów. Ponadto, instytucje bankowe są w dogodnej pozycji, aby rozwiązać największe problemy polskich użytkowników związane z usługami cyfrowymi. Aż 59 proc. badanych irytuje konieczność zakładania kolejnych kont w serwisach internetowych, by skorzystać z usług czy jakiejś oferty. Z kolei 56 proc. ankietowanych nie skorzystało z usługi cyfrowej co najmniej raz z obawy o prywatność swoich danych. Banki mają tę przewagę, że Polacy im ufają. 67 proc. jest zdania, że potrafią one lepiej zadbać o prywatność danych niż firmy technologiczne. – VAS-y są tym, co mogłoby pozwolić bankom się wyróżnić, tym bardziej, że blisko połowa naszych ankietowanych jest zdania, że w tej chwili usługi bankowości internetowej i mobilnej poszczególnych instytucji nie różnią się znacząco między sobą. Usługi dodatkowe mogłyby to zmienić – mówi Grzegorz Cimochowski.

Panika na USD przed nadchodzącym spotkaniem Fedu

W ostatnich dniach rynki finansowe zaczęły coraz odważniej wyceniać agresywny cykl zacieśniania polityki monetarnej przez Rezerwę Federalną w nadchodzących kwartałach.

Do zmiany oczekiwań przyczynił się: niepokój związany z narastaniem napięcia na tle handlu, a także rozczarowujące dane makroekonomiczne w samych Stanach Zjednoczonych oraz szereg niezobowiązujących wypowiedzi przewodniczącego FOMC Jerome’a Powella. Nie zaskakuje zatem to, że dolar amerykański ma za sobą najgorszy tydzień od wielu miesięcy. Dolar osłabił się o więcej niż 1% w relacji z niemalże wszystkimi walutami G10, z wyjątkiem jena japońskiego. Stosunkowo dobrze radziły sobie również waluty gospodarek wschodzących, aczkolwiek i tutaj pojawiła się czarna owca. Po stosunkowo rozczarowującym odczycie dynamiki PKB w RPA w pierwszym kwartale 2019 roku, rand południowoafrykański okazał się jedną z najgorzej radzących sobie walut na rynku.

Ryzyko nałożenia przez Stany Zjednoczone nowych opłat celnych na Meksyk wydaje się – przynajmniej na jakiś czas – zażegnane. W związku z tym rynki będą z uwagą przyglądać się wszystkim danym napływającym z USA w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak słabości, które uzasadniałyby oczekiwania co do cięcia stóp procentowych. W kalendarzu ekonomicznym w nadchodzącym tygodniu dla USD najważniejszy będzie odczyt dynamiki cen, który poznamy już w środę, oraz dane dotyczące sprzedaży detalicznej, których publikacja jest zaplanowana na czwartek.

PLN

W minionym tygodniu w Polsce zabrakło istotnych wieści z frontu makroekonomicznego, jak i z zakresu polityki monetarnej. Złoty umacniał się zarówno w parze z euro, jak i z dolarem amerykańskim. Dzięki ostatniej „gołębiej” konferencji Europejskiego Banku Centralnego waluty Europy Środkowo-Wschodniej ogółem odnotowują dość wyraźną aprecjację. Oczekujemy ustabilizowania się takiego trendu – nie spodziewamy się gwałtownych zmian w przepływie kapitału w Polsce, przynajmniej nie do najbliższego piątku, na który zaplanowana jest publikacja wskaźnika cen CPI. Odczyt danych o inflacji będzie najważniejszym wydarzeniem w kalendarzu ekonomicznym Polski w nadchodzącym tygodniu i najpewniej narzuci on ton następnemu spotkaniu NBP.

GBP

W zeszłym tygodniu, z punktu widzenia makro, jedyną ważną zmianą w Wielkiej Brytanii było osłabienie sentymentu rynkowego do brytyjskiego sektora przemysłu, co pokrywa się z większością naszych analiz dla gospodarek rozwiniętych. Niemniej, sam funt brytyjski nie znajdował się w centrum uwagi rynku walutowego. W ostatnich dniach zmiany kursu szterlinga wydają się odwzorowywać kurs euro w relacji do dolara amerykańskiego. W najbliższy wtorek poznamy ważne dane dotyczące brytyjskiego rynku pracy. Niemniej, w obliczu braku istotnych zmian politycznych związanych z Brexitem, oczekujemy ustabilizowania się dotychczasowego trendu, zgodnie z którym funt brytyjski „kopiuje” zmiany euro w relacji do innych światowych walut.

EUR

W zeszłym tygodniu Europejski Bank Centralny ogłosił kilka niewielkich zmian do dotychczasowej polityki monetarnej, z których najważniejszą jest kolejna oferta środków dla banków strefy euro. W pozostałych kwestiach bank centralny zachował status quo i raczej nie zaskoczył rynków. Dane ekonomiczne nadal wysyłają mieszane sygnały – słaba produkcja przemysłowa w Niemczech wyraźnie kontrastowała z wysokim wskaźnikiem kreacji miejsc pracy w tym kraju. W najbliższym tygodniu w strefie euro zabraknie istotnych informacji z zakresu polityki monetarnej, stąd euro powinno reagować w dużej mierze na czynniki zewnętrzne, zwłaszcza na oczekiwania rynków finansowych w stosunku do polityki monetarnej Fedu.

USD

Słabe dane z miesięcznego raportu o amerykańskim rynku pracy z pewnością dodały skrzydeł „gołębim” członkom Rezerwy Federalnej. W maju wyraźnie spadł wskaźnik kreacji miejsc pracy – wyniósł on zaledwie 75 tysięcy. W wyniku odświeżenia odczytu dla poprzednich okresów wyraźnie zmalały też wskaźniki z dwóch poprzednich miesięcy – również o 75 tysięcy. Wynagrodzenia nadal rosną, niemniej ich tempo nie wykazuje trendu wzrostowego. O ile odradzamy przechodzenie do wniosków po zaledwie jednym słabym odczycie, o tyle rynki finansowe nie podzielają naszej ostrożności. Wraz z rosnącymi oczekiwaniami na cięcie stopy procentowej overnight rosły ceny amerykańskich obligacji, a dolar amerykański doznał wyraźnej wyprzedaży.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Kool2Play z nową strategią i debiutem na NewConnect w tle

Uragun, to pierwsza gra warszawskiego studio Kool2Play, która wyjdzie na platformy stacjonarne. Jej premiera zapowiadana jest jeszcze na ten rok. Produkcja rozbudowanych gier na PC oraz konsole to jeden z elementów nowej strategii. Zakłada ona m.in. wejście na NewConnect planowane na przełom 2019/2020.  Wprowadzanie nowej strategii wspierała będzie m.in. wchodząca w skład grupy kapitałowej agencja marketingowa KoolThings, specjalizująca się w promocji gier video na świecie

Znane dotychczas z produkcji casualowych gier na platformy mobilne Kool2Play, skupiać się będzie na tworzeniu gier na PC, Xbox, PlayStation i Nintendo Switch, przy czym każda z produkcji będzie cechowała się rozległą warstwą fabularną, nawiązującą do wyzwań stojących przed ludzkością w czasach błyskawicznego rozwoju technologii.

„Jesteśmy wielkimi fanami serialu Black Mirror oraz twórczości Philipa K. Dicka i Yuval Noah Harariego, więc nasze gry będą krążyły właśnie wokół tematów poruszanych w tym serialu i twórczości tych właśnie autorów. Fascynuje nas to jak postęp technologiczny wpływa na naturę człowieka, jak ją zmienia, jak uwypukla jej najciemniejsze ale i najjaśniejsze strony. Czy technologia jest w stanie pomóc ludziom stać się lepszymi istotami, a może zdominuje nas i sprowadzi do roli źródła zasilania jak w serii „Matrix”? Czym stanie się człowiek w obliczu zbliżającej się fali dataismu czy transhumanizmu? Czy AI jest dobre bądź złe tak jak ludzie, którzy je tworzą? To pytania, które nas fascynują i które chcemy zadać w naszych grach, a później odpowiedzieć na nie poprzez świetną zabawę” – mówi Marcin Marzęcki, prezes firmy.

Kool2Play zapowiada, że będzie się koncentrować na jakości, nie na liczbie gier oraz dbać o budowę i relacje ze społecznością skupioną wokół swoich tytułów.

Pierwsza gra będąca efektem nowej filozofii – Uragun, jest obecnie w produkcji, a jej wydanie planowane jest na koniec 2019 roku. Będzie to top-down shooter w którym gracz zasiadając za sterami potężnego mecha musi walczyć z maszynami kierowanymi przez sztuczną inteligencję, która początkowo miała pomagać w rozwiązywaniu problemów ludzkości, ale ostatecznie obróciła się przeciwko niej. „Uragun spotkał się ze świetnym przyjęciem na Digital Dragons. na Nasza gra w wielu warstwach – klimatu, wizualnej i taktycznej jest hołdem dla kultowego Syndicate. Podobnie jak Syndicate nie jest to bezmyślne naciskanie spustu przez całą rozgrywkę. To bardziej strzelanka z elementami taktyki i strategii. Gracz poczuje, że naprawdę walczy z AI a nie skryptami. Różne rodzaje botów stosują różną taktykę ataku, wykorzystując swoje największe zalety, dodatkowo modyfikując metody ataku do warunków otoczenia.” mówi Michał Marzęcki, Head of Studio.

„Mapy na których będzie rozgrywała się walka są wzorowane na rzeczywistych miastach. Będzie można stoczyć bitwy na ulicach Nowego Jorku, Londynu, Moskwy, Berlina czy Warszawy. Zobaczycie je w naszej wizji przyszłości – zdominowanej przez wyrwaną z pod ludzkiej kontroli technologię”, dodaje Michał Marzęcki.

Prezes Bloomga SA podsumowuje emisję crowdfundingową

Dawid Przygodzki – Bloomga
Dawid Przygodzki – Bloomga

Redakcja: Panie Prezesie, spółka właśnie zakończyła publiczną emisję akcji na platformie crowdfundingowej. Czy można mówić o sukcesie?

DP: Dzień dobry. Emisja doszła do skutku, a ponad 300 inwestorów zasili szeregi akcjonariuszy Bloomga SA po przydziale akcji. Setki osób zaufało naszej strategii, więc z tego punktu widzenia mówimy o dużym sukcesie. Udało się nam zbudować dobre relacje z potencjalnymi inwestorami, którzy jeszcze nie są naszymi akcjonariuszami z różnych powodów, ale są gotowi nimi zostać. Możliwe, że już niebawem. Strategia rozwoju Bloomgi jako dewelopera gier cross-platformowych, czyli mobilnych i przeglądarkowych, a w przyszłości jako wydawcy gier dla innych deweloperów, została dobrze przyjęta przez potencjalnych inwestorów. Udało się nam tego wszystkiego dokonać, gdy w trakcie trwania emisji akcji w Bloomga, Urząd KNF zasiał spory niepokój co do crowdfundingu w Polsce, wyrażając obawy co do zasad funkcjonowania tej metody pozyskiwania kapitału w obecnym stanie przygotowania platform crowdfundingowych do prowadzenia emisji. Wielu znaczących dla nas inwestorów z „głębokimi kieszeniami” i z gotowością do dofinansowania polskiego sektora gamedev zwyczajnie miało wątpliwości czy brać w tym stanie rzeczy udział w emisji akcji Bloomga SA przed planowanym debiutem giełdowym w ramach pre-IPO. Co jest dla nas dobrym sygnałem niemała grupa inwestorów namawia nas do zorganizowania emisji publicznej przy udziale Domu Maklerskiego, względnie do przygotowania emisji prywatnej bez udziału platform zbiórek społecznościowych, które mogą wg KNF działać niezgodnie ze stanowiskiem Urzędu. Dla przypomnienia zaczęliśmy emisję w oparciu o crowdfunding udziałowy w dniu 5 marca, a już 29 marca Komisja (KNF) ujawniła swoje negatywne stanowisko w zakresie definicji usługi oferowania instrumentów finansowych opisywanej w art. 72 ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, czyli w zakresie zastrzeżeń odnośnie obejmowania akcji czy obligacji w ramach tzw. crowdfundingu udziałowego. Od marca komentarze dla tego modelu pozyskiwania środków nie cichną i są bardzo niejednoznaczne, a to nam z pewnością nie pomogło w uzbieraniu planowanej kwoty. Swoją opinią Komisja wprowadziła na polskim rynku crowdfundingu wiele niepokoju i można powiedzieć, że mieliśmy swoisty chrzest bojowy podczas publicznej emisji, a równolegle zaczęliśmy z wydawcami promować grę Islandoom w 80 krajach. Jako młoda spółka musieliśmy przekonać do siebie inwestorów i to się moim zdaniem udało, a z pewnością coraz skuteczniej pokazaliśmy, że Bloomga nie jest biznesem bez pomysłów na przyszłość w oparciu o gry mobilne. Podczas emisji z sukcesem pokazaliśmy drugą naszą grę Wild West Age na kilku kontynentach i pozyskaliśmy na tę produkcję wydawców już na początkowym etapie.

Redakcja: Czy można zatem rozumieć, że w Bloomga przeprowadzi jeszcze przed debiutem emisję akcji dla inwestorów?

DP: Tak. Przynajmniej dziś wszystko na to wskazuje. Chcę „dać jeszcze mocniejszego kopa” w zakresie obecności spółki na rynkach międzynarodowych. Zebraliśmy z emisji publicznej kilkaset tysięcy złotych, ponad poprzednie 1,76 miliona i dzięki temu, dziś nasza gra Islandoom jest grana już w 80 krajach. Dodam, że większość wersji językowych czeka na wprowadzenie, a mimo ewidentnego sukcesu, mam wrażenie, że nawet nie wybiliśmy się z progu. Potencjał w zakresie user acquisition jest dla naszych produkcji ogromy i przez brak odpowiednich środków nie jest wykorzystywany. Mamy uruchomione niespełna dwadzieścia z zaplanowanych dwustu kontraktów wydawniczych, a już widać, że nasza grupa wydawców promujących grę Islandoom w modelu revenue share na swoich portalach ma wyśmienite zasięgi. Wiem co się stanie jak pozyskamy od inwestorów większe środki i będziemy mieć dwie, a nie jedną gry, a do tego jak Isladnoom doczeka się aplikacji mobilnej. Zbliżamy się do przełomowego momentu w spółce. Do wykorzystania nowych środków jesteśmy dobrze przygotowani biznesowo i produktowo, więc należy inwestorom i spółce dać taką szansę. Efekty w Polsce przerosły nasze oczekiwania. Zakładaliśmy ostrożnie, że tylko 2% naszych graczy pozyskanych do gry Islandoom, z którą obecnie zdobywamy rynek światowy będzie dokonywało regularnie mikro płatności, a tym czasem w Polsce mocno pokonaliśmy już tę barierę. Musimy tego samego dokonać na Świecie, gdzie przychody na płacącego gracza są kilkukrotnie wyższe. Wówczas w spółce pojawią się wielomilionowe zyski. Nasz produkt jest dobrze oceniany przez graczy, retencja poprawia się systematycznie, a to jest przekaz dla naszego działu deweloperskiego, że wykonujemy dobrą robotę. Mamy w Bloomdze wspaniały zespół, który jest całym sercem zaangażowany w rozwój firmy. To wspaniałe uczucie. Nie znajduję więc powodów aby dobrze przygotowana emisja akcji naszej spółki miała się nie udać. Polskie spółki z sektora niebawem pokażą się w USA na E3. Przedstawicie Bloomgi wylecieli już do Stanów na poszukiwania inwestorów w USA oraz kolejnych wydawców na naszą nową produkcję – grę Wild West Age. Wierzę, że polska reprezentacja gamedev zostanie bardzo dobrze odebrana podczas spotkań na E3, co zwiększy pozytywny sentyment do sektora wśród inwestorów.

Redakcja: Panie Prezesie, wspominał Pan o planach budowy działu wydawniczego w ramach spółki dla innych deweloperów, kiedy Bloomga może rozpocząć realizację przychodów z drugiej nogi biznesowej?

DP: Merytorycznie jesteśmy na to gotowi, gdyż dobrze sobie radzimy na Świecie z pozyskiwaniem partnerów do współpracy, ale nadal jesteśmy w procesie rozbudowy bazy userów, aby mieć pewność, że to co zaproponujemy zewnętrznym deweloperom będzie usługą atrakcyjną i komplementarną. Sądzę, że z początkiem 2020 roku zaczniemy formalnie poszukiwać projektów do wydawania. W IVQ2019 lub IQ2020, nasza druga gra Wild West Age powinna być już dostępna dla graczy i będziemy mieli dostęp do szerokiego grona userów Casualowych. Obecnie pracujemy między innymi z portalami internetowymi nad tym aby budować wizerunek dla swoich produktów. Przygotowujemy kadrę do tego zadania. Niezbędna będzie również infrastruktura administracyjna aby temu zadaniu podołać, tak więc sukces możliwej emisji akcji tylko przyśpieszy powołanie działu wydawniczego. Jest to jednak cel na rok 2020.

Redakcja: Panie Prezesie, czy nie obawia się Pan, że sektor deweloperów gier ma już swoje najlepsze czasy na polskiej giełdzie za sobą?

DP: Absolutnie nie. Ale omówmy to od ogółu do szczegółu. Nadal na polskiej giełdzie jest znacznie więcej inwestorów jeszcze nie przekonanych do inwestowania w spółki produkujące gry, niż tych, którzy już zdają sobie sprawę z tego, że ta branża będzie się trwale rozwijać i przynosić coraz większe zyski. Może to wynikać z tego, że niemal każda firma produkująca gry wymaga nieco innego podejścia podczas jej analizy. Powodów jest więcej. Wg mnie na polskiej giełdzie przeważają zwolennicy sektorów nazywanych tradycyjnymi, tacy którzy wolą tzw. namacalne biznesy, które są dla inwestora zrozumiałe. Sądzę, że nie mają oni jeszcze świadomości jak bardzo zmieniają się czasy i tego, że spółki z sektora gamedev są nieodzownym elementem portfela każdego inwestora, który chce być tam gdzie są skalowalne i globalne projekty. Mało która branża ma takie szanse na globalny sukces i skalę działania jak właśnie deweloperzy gier. Cyfrowa dystrybucja zniosła wszelkie wyobrażalne bariery i pozwala realizować Cash Flow na linii spółka i jej klient bez pośredników, a do tego w czasie rzeczywistym. Unikamy zatorów płatności i bardzo wielu uciążliwości logistycznych. Choćby nie musimy ładować towarów na statki i czekać, aż towar dojedzie nieuszkodzony do centrum dystrybucji. Taki stan rzeczy pozwala mi myśleć, że inwestorów na spółki tworzące gry można jeszcze pozyskiwać z szerokiego spektrum inwestorów giełdowych, czy inwestujących w kryptowaluty, a nawet pośród tych, którzy skupiają się np. na nieruchomościach. Choćby ze względu na fakt że inwestorzy w miarę systematycznie zdywersyfikują swój portfel. Indeks WIG.GAMES od marca wzrósł z poziomu 12.400 punktów do blisko 15.700 punktów. Fakty są jednoznaczne. Do tego na dniach wchodzą w życie PPK. Z racji na konstrukcję PPK i długoterminowy horyzont, fundusze emerytalne nie ominą sektora gier. Beneficjantami będą na początku większe spółki, a później mniejsze. Oczywiste jest to, że mamy na rynku spółki które radzą sobie lepiej lub gorzej. Nie każde studio trafi w gusta wielu milionów graczy ze swoją grą, ale sektor rozrywki oparty o gry generuje już ponad 135 miliardów dolarów przychodu rocznie i nie da się obok tego przejść obojętnie. Szczególnie jak wnikniemy w skalę wzrostu wartości przychodów w ostatnich latach rok do roku. Brak u części inwestorów poczucia, że gra to również namacalne aktywo jeszcze pokutuje. Młode pokolenie dysponujące często mniejszym kapitałem inaczej do tego podchodzi. Rozmawiamy z inwestorami o takim podejściu i widzę, że cała masa ludzi sądzi, że inwestowanie w gry to zabawa spekulacyjna na chwilę, a tak nie jest. Pokazał to wyśmienicie największy polski producent gier swoją sagą, która sprzedaje się ponad dekadę i sprzedawać się będzie może kolejną dekadę. Dochodzą gadżety, Bloomga również skutecznie buduje społeczność wokół swojej produkcji. Nie będę zaskoczony, jak nasz plan wydawniczy, który prezentujemy na stronie https://bloomga.com/poznaj_nas będzie zrealizowany z nawiązką. Na szczęście wielu analityków zaczyna się specjalizować w naszym sektorze i robi dobrą robotę. Są też bardzo wnikliwi blogerzy, którzy opisują świat spółek produkujących gry. Rośnie popularność naszej branży, mimo że niewspółmiernie z jej faktycznym rozwojem. Dla tego potencjał branży jest nadal ogromny.

Redakcja: Czy w takim razie wg Pana obawy i porównania inwestorów całego sektora gier z przykładowo z bańką internetową 2000 roku są nie na miejscu?

DP: Uważam, że takie porównania są dalece nie na miejscu i w dodatku zupełnie nieuprawnione. Internet się przecież wydarzył – jeśli można tak powiedzieć. To, że dwie dekady temu wielu z tych którzy dopisywali tylko do nazwy „com” liczyli na zyski spekulacyjne jest faktem, ale finalnie na bazie dostępu do Internetu wyrosły całe gałęzie przemysłu, w tym sektor gier. Nasze produkty są tak samo prawdziwe jak inne, te fizycznie namacalne. Gracze co więcej płacą za nie prawdziwymi pieniędzmi.

Dziękuję za rozmowę. Również dziękuję.

Według danych z NFZ-u przybywa osób, które korzystają ze świadczeń bez uprawnień

Według danych z centrali Narodowego Funduszu Zdrowia, w ciągu ostatniego roku zwiększył się dług Polaków nieuprawionych do korzystania ze świadczeń zdrowotnych o około 15 mln złotych. Ponadto aż blisko dwukrotnie przybyło decyzji wydawanych w sprawach tego typu pacjentów przez dyrektorów Oddziałów Wojewódzkich NFZ. Na koniec ub. roku najwięcej środków do odzyskania było w Łódzkim, Śląskim i Mazowieckim OW. Najmniej w Podlaskim, Opolskim i Lubelskim. Jednak zdaniem ekspertów, skala wyłudzeń będzie coraz mniejsza. Przyczynia się do tego m.in. informatyzacja systemu, a także malejąca skala bezrobocia. Wkrótce też każdy lekarz będzie wystawiał e-receptę, co ułatwi lepszą weryfikację pacjentów. Z drugiej strony, specjaliści zaznaczają, że są potrzebne szersze działania edukacyjne, zwłaszcza wśród młodych osób.

Od stycznia 2013 do końca 2018 roku zaległości osób, które skorzystały ze świadczeń opłacanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia, choć nie miały do tego prawa, wyniosły ponad 60,726 mln zł. To o blisko 15 mln złotych więcej niż 12 miesięcy wcześniej. Wówczas mowa była o przeszło 45,842 mln złotych. Część pacjentów oświadcza o prawie do świadczeń opieki zdrowotnej lub okazuje dokumenty z tego zakresu, ale później nie znajduje to potwierdzenia w danych posiadanych przez NFZ.

– Z punktu widzenia systemu, to nie jest dużo pieniędzy. Łączny budżet NFZ zbliża się już do 100 miliardów złotych, a na świadczenia zdrowotne przekazywane jest prawie 90 miliardów złotych. Jeśli jednak 60 milionów złotych odnosi się do indywidualnego pacjenta, to one są bardzo ważne i istotne. Wiele osób czeka bowiem na badania diagnostyczne, nie zawsze drogą terapię czy specjalistyczną konsultację tygodniami lub miesiącami i nie może skorzystać ze świadczeń ze względu na ograniczone środki, które są wydzielane na ich zakup – komentuje dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Centrum Kształcenia Podyplomowego Uczelni Łazarskiego oraz Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Dyrektorzy Oddziałów Wojewódzkich NFZ wydają decyzje w indywidualnych sprawach z zakresu ustalenia obowiązku poniesienia kosztów udzielonych świadczeń, ich wysokości oraz terminu płatności. Odbywa się to na podstawie art. 50 ust. 18 ustawy z dnia 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych. Dane z końca ub. roku wskazują, że takich decyzji wydano 50 201. W sprawozdaniu finansowym za rok wcześniejszy było ich 30 518.

– Osoby, które nie dopełniły obowiązku, np. zmieniły pracę, ale nie zgłosiły swojego małżonka do ubezpieczenia w nowym miejscu, popełniły błąd. Przy czym trzeba tutaj zaznaczyć, że NFZ wychodzi naprzeciw potrzebom tych pacjentów i pozytywnie rozpatruje sprawy za takie zapomnienia – podkreśla dr Krzysztof Łanda, były wiceminister zdrowia.

Jak wskazuje Andrzej Troszyński, rzecznik prasowy Centrali NFZ, kwoty zadłużenia indywidualnych osób są zróżnicowane w poszczególnych oddziałach wojewódzkich. Na koniec 2018 roku najmniejsze były w Podlaskim OW (1,426 mln zł), Opolskim OW (1,632 mln zł) i Lubelskim OW (2,217 mln zł). Na drugim krańcu znalazły się zaś Łódzki OW (6,641 mln zł), Śląski OW (5,690 mln zł) i Mazowiecki OW (5,458 mln zł). Rok wcześniej najmniejsze zadłużenie dotyczyło Podlaskiego OW (1,192 mln zł), Opolskiego OW (1,351 mln zł) i Świętokrzyskiego OW (1,562 mln zł). Najgorzej pod tym względem prezentował się wówczas Dolnośląski OW (4,982 mln zł), Łódzki OW (4,511 mln zł) i Śląski OW (4,506 mln zł).

– Największe kwoty są przede wszystkim skorelowane z wielkością województwa. Pewnym zaskoczeniem jest województwo łódzkie, które należy do średnich pod względem liczby mieszkańców. Jednak te wartości należy powiązać również ze strukturą i dynamiką rynku pracy. Najczęściej koszty mają pokryć osoby bezrobotne niezgłoszone do urzędu pracy lub nieobjęte ubezpieczeniem przez innego członka gospodarstwa domowego. Wśród nich mogą być także cudzoziemcy pracujący w szarej strefie, którzy nie pokrywają samodzielnie kosztów ubezpieczenia – analizuje dr Gałązka-Sobotka.

Według lek. med. Wojciecha Bociańskiego, eksperta BCC ds. służby zdrowia, różnice w poszczególnych ośrodkach wynikają m.in. ze sprawności organizacyjnej i zarządzania. Skala wyłudzeń będzie mniejsza, a NFZ uszczelni system. Przy informatyzacji, jaka powszechnie panuje, coraz łatwiej można sprawdzić, kto podlega ubezpieczeniu. Wkrótce każdy lekarz będzie również wystawiał e-receptę, a to ułatwi weryfikację pacjentów.

– Zdecydowana większość ludzi, którym NFZ finansuje opiekę, ma de facto do niej prawo. Problemem jest niedopełnienie przez nich pewnych formalności. Systemy informatyczne będą stanowiły dużą pomoc zarówno dla pacjentów, jak i dla lekarzy. Ci ostatni będą widzieć, co się działo z daną osobą i jak wyglądają jej prawa do leczenia. Myślę, że liczba tych przypadków z czasem będzie malała – stwierdza dr Łanda.

Sytuacja na rynku pracy wpłynie na ograniczenie takich przypadków. Mamy coraz niższy poziom bezrobocia i pracownicy nalegają na legalizację swojego zatrudnienia, warunkując tą decyzją swoje zaangażowanie dla pracodawcy, co podkreśla dr Gałązka-Sobotka. Ekspert nie wierzy w całkowitą szczelność systemu. To bowiem składowa wielu elementów, w tym także świadomości społeczeństwa. Należy postawić na edukowanie i upowszechnianie wiedzy na temat funkcjonowania systemu ubezpieczenia zdrowotnego. Leczenie dla osoby nieubezpieczonej oznacza zazwyczaj dotkliwe konsekwencje finansowe. A ryzyko zdarzenia zdrowotnego dotyczy każdego. Szczególnie powinni pamiętać o tym młodzi ludzi po ukończeniu szkoły średniej lub studiów.

Jakie są cele Polski w Unii Europejskiej i kto będzie je realizował?

Ostatnie lata obecności polskich polityków w Parlamencie Europejskim wskazywały na znaczne różnice między eurodeputowanymi – w zależności od listy partyjnej, z której zostali wybrani. W wielu istotnych dla kraju kwestiach głosowali inaczej, jak choćby w sprawie dyrektywy ACTA 2, czy w innych przypadkach wprowadzania prawa, które bezpośrednio oddziałuje na sytuację w Polsce. Po obu stronach układu sił politycznych pojawiały się zarówno głosy za, jak i przeciw zmianom. Nie ma więc czegoś, co można byłoby określić czynnikiem narodowym w głosowaniu. Są natomiast elementy, które wskazują na przynależności do międzynarodowych grup politycznych istniejących w ramach Europarlamentu. Jeżeli celem polskiego rządu jest zwiększenie dobrobytu obywateli, nie da się tego osiągnąć głosując za kolejnymi ograniczeniami w kwestii wolności gospodarczej w UE. Pojawia się pytanie, czy zwycięzcy ostatnich wyborów okażą się bardziej związani z reprezentowaniem własnego państwa i jak będą podchodzić do interesów kraju w swojej codziennej pracy w Brukseli. Czy poczują się elementem nowej, europejskiej „arystokracji”, którą tworzy unijna biurokracja?

– Należy pamiętać, że biurokracja ta nie reprezentuje europejskiego interesu, jako takiego. Reprezentuje interesy najsilniejszych państw w ramach Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Tymczasem wprowadzane są coraz większe bariery w stosunku do tego, co było wcześniej deklarowane – swobodnego przepływu osób, towarów, czy usług. Nagle okazało się, że działalność polskich usług w innych krajach członkowskich zagraża zasiedziałym firmom w poszczególnych państwach. W ten sposób powstała inicjatywa wprowadzenia dyrektywy, która ukróca im taką możliwość. Dla interesu Polski najważniejsze jest, aby poziom wolności w Unii Europejskiej obronić i jeszcze zwiększyć. Należy odejść od ustanawiania chociażby wspólnego wynagrodzenia minimalnego, czy innych ujednolicających przepisów – m.in. podatkowych. Obecnie nie możemy konkurować z państwami, które są pod względem rozwoju gospodarczego znacznie wyżej niż Polska. Obserwujemy stałą dysproporcję, która – mimo że będzie się dynamicznie zmieniała – ciągle będzie skutkować tym, że będziemy podążali cudzymi śladami jeśli chodzi o zwiększanie dobrobytu i poziomu życia obywateli – ocenił Sadowski.

Coraz mniej osób zaciąga kredyty mieszkaniowe, za to na coraz większe kwoty. To efekt wzrostu cen nieruchomości

0

Coraz mniej osób zaciąga kredyty mieszkaniowe, za to na coraz większe kwoty. To efekt wzrostu cen nieruchomości 1

Majowy indeks popytu na kredyty mieszkaniowe BIK zanotował ujemny wynik – po raz pierwszy w tym roku. – Będziemy obserwować, czy jest po prostu incydentem na rynku kredytów mieszkaniowych, czy zapowiada pewną zmianę tendencji – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej. Jak podkreśla, kredyty mieszkaniowe zaciąga coraz mniej osób, za to na coraz większe kwoty, co jest przede wszystkim wynikiem wzrostu cen na rynku nieruchomości.

– W maju o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 30,76 tys. osób, co oznacza spadek o 1/3 w porównaniu z kwietniem. Natomiast w porównaniu z majem ubiegłego roku o kredyt na mieszkanie zawnioskowało o 17,3 proc. mniej osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Biuro Informacji Kredytowej co miesiąc publikuje indeks popytu na kredyty mieszkaniowe – obrazuje on wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe, które banki przesyłają do BIK-u. Najnowszy, majowy odczyt wyniósł -9 proc., co oznacza, że w ubiegłym miesiącu banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę o 9 proc. niższą niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Z kolei w ujęciu miesięcznym, w porównaniu do kwietnia wartość indeksu spadła o 23 pkt. proc.

– Jest to pierwszy w tym roku odczyt z ujemnym wskaźnikiem, ponieważ w poprzednich czterech miesiącach ten wskaźnik był wysoko dodatni. Podobny, ujemny wynik ostatnio zanotowaliśmy w grudniu, wtedy również spadek sięgnął ok. 20 proc. W kolejnych miesiącach będziemy obserwować, czy ujemny odczyt w maju jest incydentem na rynku kredytów mieszkaniowych, czy zapowiada pewną zmianę tendencji dotyczącą zmiany zainteresowania osób kredytami mieszkaniowymi – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Główny analityk BIK podkreśla, że ujemny wynik majowego indeksu wynika głównie z mniejszej liczby osób, które wnioskują o kredyt mieszkaniowy – o ok. 30 proc. w porównaniu z poprzednim miesiącem. Natomiast średnia wartość wnioskowanego kredytu rośnie – na przestrzeni ostatniego roku zwiększyła się o 10 proc. To oznacza, że klienci są w coraz większym stopniu zainteresowani nabyciem nieruchomości finansowanej wysokokwotowym kredytem bankowym.

– BIK już na początku roku prognozował wzrost wartości udzielanych kredytów w przedziale 5–8 proc., a z drugiej strony – spadek liczby udzielanych kredytów i to znajduje potwierdzenie w ostatnich pięciu miesiącach. Kwota udzielanych kredytów rośnie, co wynika z faktu, że zobowiązania są zaciągane coraz wyższe kwoty. Kredyty zaciąga coraz mniej osób, ale za to na wyższe kwoty – co jest przede wszystkim wynikiem wzrostu cen na rynku nieruchomości – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Jak ocenia, sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych do końca tego roku będzie zależała od zachowania deweloperów. Ci zmieniają swoje strategie sprzedażowe i coraz częściej dostarczają na rynek mniej mieszkań – za to po wyższych cenach, żeby utrzymać swoje marże.

– W mojej opinii spadek liczby osób wnioskujących o kredyt może być pokłosiem zakończenia rządowego programu wsparcia, czyli MdM-u, który został wygaszony w zeszłym roku. Potwierdzeniem tego jest też fakt, że mamy najwyższe, dodatnie dynamiki udzielanych kredytów mieszkaniowych dotyczące tylko wysokokwotowych kredytów powyżej 250 tys. Natomiast niskokwotowych kredytów mieszkaniowych w przedziale 100–150, nawet do 200 tys. zł jest udzielanych mniej niż w zeszłym roku – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w ostatnim kwartale 2018 roku ceny mieszkań wzrosły o 7,7 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej (o 6,3 proc. na rynku pierwotnym i o 8,7 proc. na rynku wtórnym). W ujęciu kwartalnym wzrost wyniósł natomiast 2,4 proc. Ceny mieszkań rosną obecnie najszybciej od 2007 roku, na co składa się wiele powodów, m.in. dobra koniunktura, hossa na rynku mieszkaniowym oraz rosnące koszty pracy i materiałów budowlanych.

Z analiz REAS JLL Residential Advisory wynika, że w ubiegłym roku sprzedaż mieszkań na sześciu największych rynkach regionalnych w Polsce spadła o 11 proc. w ujęciu rocznym do poziomu 64,8 tys. sztuk. Natomiast łączna wartość transakcji nabycia lokali była niższa o 4 proc. Z drugiej strony – eksperci podkreślili, że nie jest to symptom zbliżającej się recesji, bo liczba mieszkań wprowadzonych do oferty i sprzedaż w sztukach były wyższa niż w 2016 roku i druga najlepsza w historii po rekordowym 2017 roku.

Większość firm płaci zawyżoną składkę na ubezpieczenie wypadkowe. Tracą na tym nawet kilka milionów złotych rocznie

Większość firm płaci zawyżoną składkę na ubezpieczenie wypadkowe. Tracą na tym nawet kilka milionów złotych rocznie 2

Jedynie 2 proc. firm w Polsce ma ustaloną stopę procentową składki na ubezpieczenie wypadkowe na minimalnym poziomie dopuszczonym przez ustawodawcę. Weryfikacja wysokości składki może przynieść przedsiębiorstwu oszczędności stanowiące nawet 3 proc. rocznej masy wynagrodzeń – wynika z najnowszego raportu Ayming Polska „Składka wypadkowa. Nieoczywisty koszt, ukryte oszczędności”. W praktyce firmy mogą zaoszczędzić od kilkudziesięciu tysięcy do nawet kilku milionów złotych, realnie poprawiając swoje wyniki finansowe. 

Pod koniec marca pracodawcy otrzymali od Zakładu Ubezpieczeń Społecznych zawiadomienie o wysokości stopy procentowej składki wypadkowej w bieżącym okresie składkowym. Nowe stawki obowiązują od kwietnia. Z analiz Ayming wynika, że 75 proc. przedsiębiorstw płaci składkę wyliczoną w oparciu o wyższą stopę procentową niż to wynika z ich kodu PKD.

– Jedynie 2 proc. przedsiębiorstw ma ustaloną stopę składki na ubezpieczenie wypadkowe na minimalnym poziomie dopuszczonym przez ustawodawcę. W praktyce oznacza to, że każda z firm może indywidualnie zweryfikować wysokość ponoszonych obciążeń. Nasze doświadczenie wskazuje, że łączne oszczędności z tytułu składki wypadkowej mogą sięgać nawet do 3 proc. rocznej masy wynagrodzeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Radko, dyrektor Obszaru Kosztów Pracy w Ayming Polska.

Jak podkreśla, zawyżanie składki wypadkowej w firmach ma kilka przyczyn. Pierwszą jest traktowanie tego obciążenia nie jako kosztu, lecz raczej stałej daniny na rzecz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, poprzez co nie podlega on ścisłemu nadzorowi działów finansowych. Drugą przyczyną jest nieznajomość specyfiki składki wypadkowej – to jedyna składka w polskim systemie ubezpieczeń społecznych, której wysokość jest ruchoma i zależy od wielu czynników. Jednocześnie jest ona ustalana indywidualnie dla każdego z przedsiębiorstw.

– Trzecim elementem, który wpływa na nieprawidłowości w zakresie składki wypadkowej, jest rozproszenie kompetencji działów, które zajmują się tym obszarem. Należą do nich działy: finansowy, kadr i płac, prawny oraz BHP – i każdy z nich stosuje niezależne od siebie podejście do zagadnienia. Ostatnim elementem jest skomplikowany algorytm, który służy do ustalania jej wysokości. Z naszego doświadczenia wynika, że przysparza on wielu kłopotów przedsiębiorstwom – mówi Piotr Radko.

Przyczyny nadpłat w zakresie składki wypadkowej często wynikają też ze specyfiki danej branży, a ich zidentyfikowanie wymaga indywidualnego podejścia do każdej firmy. Jak wynika z raportu „Składka wypadkowa. Nieoczywisty koszt, ukryte oszczędności”, opracowanego przez Ayming Polska – za 65 proc. oszczędności w składce wypadkowej odpowiada prawidłowe zidentyfikowanie czynników zagrożenia i ograniczanie zagrożeń z nich płynących. Kolejne 26 proc. to obszar wypadkowości, a więc zdarzeń o charakterze wypadkowym i ich nieprawidłowej klasyfikacji.

Wielu przedsiębiorców nie ma świadomości, że wysokością składki wypadkowej można zarządzać w takim samym stopniu, jak innymi kosztami operacyjnymi i zgodnie z prawem obniżać jej wysokość. Tymczasem firmy mogą zweryfikować obciążenia z tytułu składki wypadkowej i odzyskać nadpłacone środki nawet za 5 lat wstecz. Eksperci Ayming podkreślają też, że nie wystarczy jednorazowo ustalić wysokość składki – należy weryfikować ją co roku.

– Co bardzo istotne, w przypadku zidentyfikowania nadpłat oszczędności z tego tytułu mogą wynieść od kilkudziesięciu tysięcy do nawet kilku milionów złotych, przez co mogą w realny sposób wpłynąć na poprawę wyników finansowych przedsiębiorstw – podkreśla Piotr Radko, dyrektor Obszaru Kosztów Pracy w Ayming Polska.

Dla przykładu, sprawdzenie poprawności rozliczenia składki w przedsiębiorstwie budowlanym zatrudniającym 1,5 tys. osób może przynieść oszczędności w wysokości ponad 2 mln zł – wynika z szacunków Ayming.

Instytut Staszica: Elektroniczny system poboru opłat mógłby przynosić rocznie ponad 1 mld zł więcej. Powinien zostać znacznie rozszerzony

Instytut Staszica: Elektroniczny system poboru opłat mógłby przynosić rocznie ponad 1 mld zł więcej. Powinien zostać znacznie rozszerzony 3

System viaTOLL przy średnim tempie rozwoju ok. 600 km rocznie mógłby być większy o ponad 2 tys. km niż obecnie i przynosić do budżetu nawet 1 mld zł rocznie więcej z poboru opłat od przejazdów pojazdów ciężkich. Każdy nowy 1 km drogi płatnej to średnio dodatkowe 0,5 mln zł rocznie – wskazuje w najnowszym raporcie Instytut Staszica. Eksperci podkreślają, że powolne tempo rozszerzania viaTOLL, do którego nie zostały włączone nowo powstałe drogi ani odcinki leżące we wschodniej części kraju, pozbawia Krajowy Fundusz Drogowy środków na nowe inwestycje i pośrednio obniża konkurencyjność polskich firm transportowych.

– W tej chwili system viaTOLL liczy 3,6 tys. kilometrów płatnych dróg, zgodnie z planem w tym roku powinno to już być 8 tys. km. Już w tej chwili – bez specjalnych inwestycji, tylko poprzez fizyczną rozbudowę systemu – można by zwiększyć liczbę dróg płatnych w Polsce o tysiąc kilometrów. Niewykorzystany obecnie potencjał systemu to jest miliard złotych, który de facto leży na ulicy i z jakiegoś powodu państwo nie chce go z tej ulicy podnieść. Pamiętajmy, że w tej chwili system generuje średnio 2 mld zł rocznie – w przypadku, gdyby został rozszerzony zgodnie z planem, te przychody wzrosłyby o 50 proc., czyli o kolejny miliard. To jest miliard złotych, po który można sięgnąć zupełnie bezinwestycyjnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Dawid Piekarz, wiceprezes zarządu Instytut Staszica.

Elektroniczny system poboru opłat drogowych viaTOLL działa w Polsce od 2011 roku, kiedy zastąpił nieefektywne winiety. Do listopada ubiegłego roku zarządzała nim austriacka firma Kapsch Telematic Services, która wdrożyła system i od początku odpowiadała za jego poprawne funkcjonowanie. W tym czasie odnotowano ponad 10 mld zł przychodu, które zasiliły Krajowy Fundusz Drogowy. Po wygaśnięciu jej kontraktu, rząd miał ogłosić przetarg na nowego zarządcę e-myta, jednak opóźnienia spowodowały, że tę kompetencję powierzono GITD. W raporcie „Krajowy System Poboru Opłat (KSPO): czy nastąpiła dobra zmiana?” eksperci Instytutu Staszica oceniają, że ten proces przebiegał chaotycznie i nie przyniósł korzyści, którymi rząd uzasadniał swoją decyzję. Zwracają uwagę m.in. na fakt, że system viaTOLL, przy średnim tempie rozwoju ok. 600 km rocznie, powinien być większy o ponad 2 tys. km niż jest obecnie i mógłby przynosić z tego tytułu nawet ponad 1 mld zł rocznie więcej z poboru opłat od przejazdów pojazdów ciężkich.

– Należy rozciągnąć obowiązywanie płatnego systemu dróg na kolejne odcinki, tak jak było to planowane. Tak naprawdę już w tej chwili można rozszerzyć go o tysiąc kilometrów, a – biorąc pod uwagę, że mamy 3,6 tys. kilometrów dróg płatnych, byłby to skok o 1/3. To byłoby możliwe do zrobienia właściwie na przestrzeni kilku tygodni – podkreśla dr Dawid Piekarz.

Zgodnie z założeniami, do 2018 roku systemem viaTOLL miało zostać objętych 7 tys. km dróg. W tej chwili jest to prawie dwukrotnie mniej (3 660 km, czyli 18 proc. sieci dróg krajowych), a ostatnie rozszerzenie systemu miało miejsce w 2017 roku. Instytut Staszica ocenia, że wolne tempo obejmowania opłatami kolejnych dróg w poprzednich latach zostało całkowicie wyhamowane po przejęciu e-myta przez państwowe GITD, mimo rozpisania i rozstrzygnięcia przetargu na podmiot odpowiedzialny za rozbudowę. Wynika to m.in. z braku kompetencji, doświadczenia i zasobów inspektoratu drogowego.

Powolne rozszerzanie systemu pozbawia państwo źródła finansowania nowych inwestycji, bo – jak podaje Instytut Staszica – każdy dodatkowy kilometr płatnych dróg w Polsce oznacza 0,5 mln zł rocznie więcej w budżecie Krajowego Funduszu Drogowego. Tymczasem do systemu nie zostały włączone nowo powstałe drogi ani odcinki leżące we wschodniej części kraju. Instytut zwraca uwagę na to, że blisko 40 proc. zarejestrowanych w systemie viaTOLL użytkowników pojazdów ciężarowych to kierowcy zagraniczni, który korzystają na braku rozbudowy systemu, bezpłatnie użytkując nowo wybudowane odcinki dróg. Nie decydując się na przyłączenie nowych dróg – rząd pozbawia się więc możliwości czerpania korzyści z tranzytu ze Wschodu. Tymczasem kwota zostawiana przez Polaków w niemieckim systemie poboru opłat jest większa od całych przychodów polskiego systemu.

– Około 40 proc. pojazdów zarejestrowanych w polskim systemie viaTOLL to pojazdy zagraniczne, jednak one generują tylko 15 proc. przychodów. To oznacza, że duża cześć pojazdów ciężkich, zwłaszcza zza wschodniej granicy, tak naprawdę jeździ po Polsce za darmo – czyli polscy kierowcy w dużej mierze sponsorują swoją własną konkurencję, firmy transportowe spoza Polski. Dla przykładu w Niemczech polscy przewoźnicy zostawiają w systemie prawie 3,5 mld zł, a system niemiecki liczy 30 tys. km dróg płatnych. Pojazdy przewoźników zza wschodniej granicy, które w Niemczech muszą płacić, w Polsce unikają opłat, jeżdżąc w dużej mierze drogami bezpłatnymi, unikając systemu poboru opłat, de facto na koszt polskich przewoźników – mówi dr Dawid Piekarz.

Wiceprezes Instytutu Staszica podkreśla, że rozbudowa systemu viaTOLL przyniosłaby również inne korzyści, obok fiskalnych. Rozszerzenie systemu, zwłaszcza przy wschodniej granicy, pozwoliłoby kontrolować tamtejszy ruch pojazdów i pozwoleń na przewóz, walczyć z wyłudzeniami VAT-u, z przemytem paliw czy innych towarów wrażliwych.

– Każda droga, która nie jest objęta systemem poboru opłat, a po której może się odbywać ciężki transport towarowy, jest de facto konkurencją dla polskiej kolei. Aby przewieźć cokolwiek po torach, trzeba zapłacić właścicielowi sieci. Natomiast żeby przewieźć cokolwiek po drodze, opłat w dużym stopniu można uniknąć, bo system jest dziurawy i nie został rozszerzony na wszystkie te odcinki, na które zgodnie z planem powinien. Na nic zdają się apele czy akcje pt. „tiry na tory”, skoro drogą ten tir może jechać przez dłuższą część swojej trasy za darmo, podczas gdy za każdy kilometr przejechany po torach musi po prostu zapłacić – mówi dr Dawid Piekarz.

Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej zestresowanym narodem w Europie

Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej ze<a title=stresowanym narodem w Europie" title="Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej zestresowanym narodem w Europie" />

Polski rynek pracy boryka się z niestabilnością zatrudnienia i niskimi płacami. Jako pracownicy jesteśmy też najbardziej ze<a title="leczenie stresu" href="https://3xz.pl/stres/" data-schema-attribute="">stres</a>owanym narodem w Europie 4

Mimo jednego z najniższych wskaźników bezrobocia w Unii Europejskiej, co czwarty Polak pracuje na niestabilnych umowach i nawet połowa nie ma zagwarantowanego urlopu ani płatnych nadgodzin. Średnia siła nabywcza na mieszkańca w Polsce jest dwukrotnie niższa niż średnia w UE. Obok niestabilnych form zatrudnienia – głównym problemem są też niskie płace, przepracowanie i stres, bo Polacy są najbardziej zestresowanym zawodowo narodem w Europie. Do tych problemów polskiego rynku pracy niedługo dołączy 4 rewolucja przemysłowa, która jest nie tylko szansą, lecz także wyzwaniem. To najważniejsze wnioski debaty „Polska w pracy. O kondycji pracowników w III RP” zorganizowanej przez Komitet Dialogu Społecznego KIG w oparciu o specjalne wydanie magazynu „Nowy Obywatel” poświęcone polskiemu rynkowi pracy.

– Jednym z największych problemów rynku pracy w Polsce jest w tej chwili bezrobocie. Ono jest obecnie niższe niż w tym najgorszym okresie, powiedzmy, że na takim akceptowalnym poziomie. Natomiast to bezrobocie ciągle jest niskie i zróżnicowane regionalnie. Są miejsca, gdzie pozostaje nadal stosunkowo wysokie, podkopując możliwości zarobkowania i godnego życia pojedynczych osób i całych  rodzin – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Remigiusz Okraska, redaktor naczelny magazynu „Nowy Obywatel”.

Według szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia w maju wyniosła 5,4 proc. wobec 5,6 proc. miesiąc wcześniej, a w ujęciu rocznym była niższa o 0,7 proc. Na koniec maja w urzędach pracy wciąż pozostawało 907 100 zarejestrowanych bezrobotnych. To najniższy wskaźnik od 1990 roku, a resort spodziewa się, że jesienią stopa bezrobocia może już zejść nawet poniżej 5 proc.

Według metodologii Eurostatu Polska z wynikiem 3,7 proc. plasuje się w pierwszej piątce państw z najniższym bezrobociem w całej UE.

Jednocześnie w Polsce jest bardzo duża grupa osób biernych zawodowo – dotyczy to ponad 40 proc. osób powyżej 15. roku życia. Pomimo rekordowo niskiego bezrobocia co czwarty Polak pracuje na niestabilnych umowach i nawet połowa pracowników w Polsce nie ma zagwarantowanego urlopu lub płatnych nadgodzin.

– Druga sprawa to ciągle bardzo niskie płace, bardzo niskie dochody pracownicze w Polsce – przede wszystkim poza tymi regionami najbardziej rozwiniętymi, poza wybranymi wielkimi miastami, gdzie płace są stosunkowo dobre. Natomiast cała reszta Polski jest obszarem niskich płac. O tym już od kilku lat mówią ekonomiści, zwracając uwagę na to, że skończył się ten czas, kiedy mogliśmy konkurować niskimi płacami i wystarczyło to do rozwoju. W tym momencie te niskie płace są już po prostu blokadą rozwojową i sprawiają, że mnóstwo ludzi żyje na poziomie przetrwania, a nie jakiegokolwiek rozwoju – mówi Remigiusz Okraska.

Z badania GfK Purchasing Power Europe 2018 wynika, że średnia siła nabywcza na mieszkańca w Polsce wynosi 7 228 euro i jest znacznie niższa niż europejska średnia. Przeciętny Europejczyk dysponuje średnio kwotą 14 292 euro na wydatki i oszczędności, a liderem jest Lichtenstein z siłą nabywczą na mieszkańca w wysokości 65 438 euro. To ponad dziewięciokrotnie więcej niż w Polsce. Z badania wynika też, że najwyższą siłą nabywczą dysponują mieszkańcy Warszawy (87 proc. średniej krajowej), podczas gdy w najbiedniejszym powiecie siła nabywcza wynosi raptem 60 proc. średniej krajowej. To potwierdza duże rozbieżności pomiędzy poszczególnymi regionami Polski.

Eksperci podkreślają, że niskie płace to nie jest jedyny problem rodzimego rynku pracy. Polska jest w pierwszej dziesiątce krajów pod względem liczby przepracowanych godzin (1 895 godzin w 2017 roku). Dane GUS i Eurostatu pokazują, że Polacy pracują w tygodniu średnio o 36 minut dłużej niż średnia dla krajów UE – a to i tak lepiej niż dekadę temu, kiedy pracowaliśmy jeszcze więcej. Z badań „The Workforce View in Europe 2017” wynika również, że Polacy są najbardziej zestresowanym zawodowo krajem w Europie. Według danych OECD pod tym względem wyprzedza nas jedynie Turcja i Grecja. Ponad połowa pracowników w Polsce stresuje się, wykonując obowiązki służbowe. Dla porównania u Czechów wskaźnik ten wynosi ok. 43 proc., u Niemców – 42,4 proc., Szwedów – 14,7 proc., a wśród Norwegów – 18,2 proc.

Z drugiej strony Polska staje się krajem o jednym z najniższych wskaźników uzwiązkowienia w Europie (12–17 proc.). Wskaźnik przynależności przedsiębiorców do organizacji pracodawców również należy do najniższych w Europie, a układy zbiorowe obejmują jedynie 15–25 proc. zatrudnionych.

– W wielu zakładach pracy, w szpitalach już na pewno, sytuacja pracowników byłaby dużo gorsza niż obecnie, gdyby nie było związków zawodowych. My, jako organizacje związkowe, pilnujemy, żeby było zatrudnienie, żeby była jakość wykonywanych usług medycznych – mówi Małgorzata Aulejtner, pielęgniarka i działaczka Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych – Związki zawodowe muszą istnieć z prostych przyczyn. Przez wiele lat mówiło się, że są niepotrzebne, że to już inne czasy, że to już nie socjalizm i teraz trzeba pracować dla dobra przedsiębiorcy. Właściwie skupiano się na tym, żeby pracownik był takim wyrobnikiem folwarcznym. Jeśli chodzi o stosunki w miejscu pracy, wróciliśmy właściwie do czasów z XIX wieku – ocenia.

Warunki zatrudnienia są kolejnym problemem polskiego rynku pracy. Podczas gdy w krajach zachodnich standardem są umowy na czas nieokreślony (na stałe), charakterystyka polskiego rynku pod tym względem przypomina raczej państwa Ameryki Południowej. Według danych GUS na koniec 2017 roku w Polsce jest ok. 1,2 mln osób zatrudnionych na umowie-zlecenie lub dzieło i prawie tyle samo samozatrudnionych. Według OECD Polska jest w pierwszej czwórce państw, gdzie zatrudnienie na czas określony jest najwyższe i wynosi 26 proc., prze średniej 11 proc. i 14 proc. dla państw UE.

– Rozwiązaniem problemów rynku pracy w Polsce, poprawy sytuacji pracowników jest przede wszystkim wzrost płac. Nie ma czynnika, który by lepiej motywował ludzi do pracy niż godna, porządna praca umożliwiająca rozwój. Jednym z czynników jest ustawowe podnoszenie płacy minimalnej, jak robi to obecnie rząd. Moim zdaniem robi to za wolno – uważam, że jesteśmy już na takim poziomie rozwoju kraju, kiedy te minimalne płace powinny być ustawowo podnoszone dużo wyżej, możemy już sobie na to pozwolić. Pracodawcy w większości branż uniosą ten ciężar, a jednocześnie sytuacja pracowników ulegnie znaczącej poprawie – uważa Remigiusz Okraska, redaktor naczelny magazynu „Nowy Obywatel”.

Jak ocenia, obecne niskie płace to paradoksalnie także problem pracodawców. Powodują, że w wielu branżach po prostu nie opłaca się pracować, co – w połączeniu z rekordowo niskim bezrobociem – przekłada się na brak rąk do pracy w wielu sektorach gospodarki. Tak jest obecnie m.in. z zawodem pielęgniarki, gdzie sytuację dodatkowo pogarsza luka pokoleniowa.

– W wielu sektorach gospodarki zaczyna brakować rąk do pracy. To z jednej strony efekt naturalnego zjawiska starzenia się społeczeństwa, ale z drugiej kwestia tego, że przez lata część branż była po prostu zbyt nisko opłacana, nieatrakcyjna i w efekcie powstała w nich luka pokoleniowa. Odejścia części osób na emerytury nie zrekompensował napływ nowych pracowników, dlatego że po prostu w pewnych zawodach nie opłacało się pracować, bo były słabo płatne, mało prestiżowe – mówi Remigiusz Okraska.

Do starych problemów polskiego rynku pracy niedługo mogą dołączyć nowe – wynikające z czwartej rewolucji przemysłowej. Ta w znacznym stopniu przeobrazi rynek pracy. Dla przykładu, World Economic Forum szacuje, że do 2022 roku robotyzacja zlikwiduje już 75 mln miejsc pracy, ale w zamian powstanie 133 mln stanowisk związanych z nowymi technologiami. Z kolei resort cyfryzacji, opierając się na danych Gartnera, szacuje, że na każde sto miejsc pracy, które zostaną wyparte przez sztuczną inteligencję, pojawi się blisko 140 nowych, a do roku 2025 roku w Polsce będzie potrzebnych około 200 tys. specjalistów aktywnie pracujących przy budowie i wdrożeniach sztucznej inteligencji. To wyzwanie, któremu polski rynek będzie musiał sprostać w nadchodzących latach.

– Jesteśmy u progu rewolucji cyfrowej, opartej na sztucznej inteligencji, potencjale technologicznym. Ta czwarta rewolucja przemysłowa powoduje ogromne zmiany na rynku pracy. My jesteśmy przyzwyczajeni do starego modelu industrialnego, gdzie istnieje etat. Natomiast etatowe prace będą się kurczyć, ponieważ rozwija się już gig economy – pracownik będzie kimś do wynajęcia, każda branża będzie miała swojego Ubera. To jest wielki problem dla rynku pracy i dla tych, którzy sobie z tym nie poradzą i nie są należycie przygotowani. Tutaj potrzebne są odpowiednie regulacje, edukacja i wsparcie – podkreśla prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Ponad 20 mln Polaków zamierza wyjechać w tym roku na wakacje. Połowa spędzi letni urlop za granicą

Ponad 20 mln Polaków zamierza wyjechać w tym roku na wakacje. Połowa spędzi letni urlop za granicą 5

W tym roku na letni urlop wybiera się 65 proc. Polaków. Połowa z nich zostanie w kraju, a druga połowa wyjedzie za granicę. W czołówce najpopularniejszych kierunków są Chorwacja, Grecja, Hiszpania i należące do niej Wyspy Kanaryjskie. Na zagraniczny wypoczynek zamierzamy przeznaczyć średnio 3,2 tys. zł na osobę, a 70 proc. urlopowiczów planuje wykupić ubezpieczenie turystyczne – wynika z najnowszego badania zrealizowanego na zlecenie Mondial Assistance.

– W tym roku ok. 20,5 mln Polaków zadeklarowało, że wyjedzie na wakacje, przy czym połowa zostanie w kraju, a druga połowa wybierze się na wakacje zagraniczne. W porównaniu z ubiegłym rokiem w tym na wakacje wyjedzie o 2 mln Polaków więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Jak wynika z badania dotyczącego wakacyjnych planów Polaków, które zostało przeprowadzone na zlecenie firmy, w tym roku na wakacje wybiera się ok. 65 proc. Polaków, o 2 mln więcej niż w ubiegłym. Na letni urlop wyjedzie w sumie ok. 20,5 mln osób, z których ponad 9 mln (48 proc.) wybiera się za granicę, a ponad 10 mln (52 proc.) zamierza zorganizować swój wypoczynek w kraju. Wakacyjnych planów w ogóle nie ma jeszcze 28 proc. Polaków. W co trzecim takim przypadku (35 proc.) powodem są inne obowiązki lub brak wystarczających środków finansowych (29 proc.), natomiast w co czwartym (24 proc.) – zły stan zdrowia.

Według badania największą popularnością w tym roku będzie cieszyć się Chorwacja, którą wybierze 16 proc. ankietowanych. Na drugim miejscu plasuje się Grecja  (16 proc.) oraz Hiszpania i należące do niej Wyspy Kanaryjskie (14 proc.). W pierwszej dziesiątce najpopularniejszych krajów znalazła się coraz popularniejsza wśród Polaków Albania (3 proc.).

– Polacy deklarują, że w tym roku tłumnie ruszą na południe Europy. Ponad 20 mln osób wyjedzie na wakacje, przy czym prawie połowa wybierze wyjazdy zagraniczne – w stosunku do roku ubiegłego stanowi to aż 10-procentowy wzrost. Dotychczasowe statystyki sprzedaży na początku czerwca potwierdzają ten trend. W biurach podróży mamy w tym roku dużo więcej klientów i dużo chętniej kupują oni wakacje zagraniczne – mówi Maciej Nykiel, prezes Neckermann Polska.

Raport Mondial Assistance pokazuje, że nieco ponad połowa Polaków (51 proc., wzrost o 2 p.p., czyli o 1,4 mln) zamierza zaplanować wyjazd i zorganizować tegoroczne wakacje samodzielnie. Z usług biur podróży skorzysta natomiast 49 proc., motywując to głównie brakiem zmartwień o formalności, organizację i wygodę w trakcie urlopu. Co trzeci Polak, który zamierza skorzystać z usług biura podróży, deklaruje, że istotne są też dodatkowe świadczenia w pakiecie wakacyjnym.

– Przede wszystkim na wakacjach chcemy się dobrze bawić i mieć święty spokój, dlatego większość klientów biur podróży, bo aż 85 proc., wybiera wypoczynek all inclusive. Na miejscu nie chcemy się zajmować organizacją posiłku na własną rękę, ale zostawić to specjalistom w hotelu. Większość klientów podróżuje samolotami i to jest trend rosnący od lat, spada liczba wyjazdów autokarowych. Natomiast w tym roku ponownie wiele osób wybierze się na wakacje własnym samochodem – jest to ciągle bardzo popularny sposób, szczególnie dla mieszkańców południa Polski, gdzie większość krajów Basenu Morza Śródziemnego, tych północnych, jest osiągalnych w ciągu jednego dnia przejazdu – mówi Maciej Nykiel.

Na tegoroczne wakacje za granicą Polacy planują wydać w sumie około 10 proc. więcej niż jeszcze w ubiegłym roku. Na urlop w kraju przeznaczają średnio 3,2 tys. zł na osobę, natomiast wypoczynek w kraju ma kosztować ok. 1,8 tys. zł.

– Profil turysty w tym roku w zasadzie się nie zmienił w stosunku do lat poprzednich. To 30–49-latek, typowy jest wyjazd rodzinny, dwu- lub trzyosobowy. Wzrosła jednak liczba osób, które zamierzają wyjechać w większych grupach, czyli 5 plus. Są to albo duże rodziny, albo przyjaciele, którzy jadą razem – mówi Tomasz Frączek, prezes zarządu Mondial Assistance.

Z badania wynika również, że zdecydowana większość, bo 70 proc., Polaków planujących tegoroczne wakacje zamierza wykupić ubezpieczenie turystyczne w związku z wyjazdem zagranicznym. Ta liczba rośnie z roku na rok – w porównaniu z ubiegłym zwiększyła się o ponad 1,3 mln.

– Mówimy tu o 10 mln osób, z których 70 proc. – czyli blisko 7 mln –  ma zamiar wykupić ubezpieczenie, czyli bezpiecznie spędzić wakacje. To bardzo solidna, stabilna liczba, bo jeszcze w 2013 roku – kiedy rozpoczynaliśmy nasze badanie – ten odsetek wynosił 59 proc., a obecnie ustabilizował się na poziomie 70–73 proc. – mówi Tomasz Frączek.

Materiał imitujący ludzką kość będzie ratunkiem dla osób zagrożonych amputacją. Uzupełni nawet 12-centymetrowy ubytek i zapewni szybkie zrastanie kości

Materiał imitujący ludzką kość będzie ratunkiem dla osób zagrożonych amputacją. Uzupełni nawet 12-centymetrowy ubytek i zapewni szybkie zrastanie kości 6

Wkrótce pęknięcia kości i wszelkie ubytki w tkance kostnej będzie można naprawiać bez specjalnych trudności. Apatyty, które są nieorganicznym budulcem tkanki kostnej i zębów, a stanowią nawet ok. 70 proc. masy kości, zapewniają odpowiednie właściwości mechaniczne. Możliwe jest otrzymywanie syntetycznego hydroksyapatytu. Odpowiednio wytwarzany imituje ludzką kość, uratuje przed amputacją, a ze względu na biozgodność wiąże się z tkanką i stymuluje wzrost kości. Prace nad materiałem prowadzone są także w Polsce.

– W Laboratorium Nanostruktur wytwarzamy hydroksyapatyt. Jest to mineralny składnik kości, a potrafimy go w taki sposób wytwarzać, że bardzo dobrze imituje naturalną kość. Materiały w skali nano są często niespodziewanie lepsze niż ich mikrometryczne odpowiedniki, dlatego pracujemy nad ich praktyczną aplikacją, głównie w medycynie – mówi agencji Newseria Innowacje Bartosz Woźniak, naukowiec z Laboratorium Nanostruktur Instytutu Wysokich Ciśnień w Warszawie.

Hydroksyapatyt jest stosowany klinicznie od wielu lat. W naturze odpowiada za wytrzymałość kości. Sztucznie wytwarzany ma dobrą biokompatybilność w kontakcie z kością, ponieważ ma podobny skład chemiczny. Porowate ceramiki HA znalazły ogromne zastosowanie w biomedycynie, w tym w regeneracji tkanki kostnej czy dostarczaniu leków. W inżynierii tkankowej kości zastosowano je jako materiał wypełniający ubytki kości, sztuczny materiał do przeszczepu kostnego. Jednocześnie zapewniają szybkie zrastanie kości.

Polscy naukowcy, w oparciu o ceramikę hydroksyapatytową i polimer organiczny, opracowują biomateriał, który do złudzenia przypomina tkankę kostną. To ratunek dla osób, którym grozi amputacja, bo materiał może zastąpić nawet kilkunastocentymetrowy ubytek w kości, a po kilku miesiącach łączy się z nią.

– Proszek hydroksyapatytowy o nazwie handlowej GoHAp powstaje poprzez syntezę mikrofalową w reaktorze ciśnieniowym, gdzie w bardzo szybki sposób podgrzewamy i chłodzimy płyn reakcyjny związków chemicznych, otrzymując tym samym zawiesinę nanohydroksyapatytu w wodzie. Po wysuszeniu tego produktu otrzymujemy proszek, który może być dalej przetwarzany do naszych zastosowań – tłumaczy Bartosz Woźniak.

Proszek hydroksyapatytu może być wykorzystany jako składnik mas stomatologicznych, cementów kostnych lub posłużyć do wytworzenia specjalnych powłok na implantach za pomocą rozprysku termicznego czy chemicznego osadzania z fazy gazowej.

– Technologia ultradźwiękowego pokrywania implantów umożliwia nam pokrycie implantów bardzo cienką warstwą hydroksyapatytu lub innych związków. Taka warstwa jest 10 tys. razy mniejsza niż średnica włosa ludzkiego. Organizm ludzki ma niezwykłe zdolności regeneracyjne, jednak w przypadku, gdy jest zbyt duży ubytek kostny po ciężkim urazie lub nowotworze, trzeba stosować rusztowania kostne, które wspomagają regenerację takich dużych ubytków – przekonuje Bartosz Woźniak.

Duża porowatość hydroksyapatytu sprawia, że może być stosowany jako rusztowanie dla komórek macierzystych pochodzących ze ścian ubytku kostnego. Jednocześnie biomateriał regeneruje też kości. Jego zastosowanie w różnego rodzaju operacjach jest niemal nieograniczone. Po namoczeniu, np. w soli fizjologicznej, materiał staje się giętki, można go dowolnie kształtować, a po umieszczeniu w danym miejscu materiał się nie przesuwa.

W badaniu opublikowanym w „Artificial Cells, Nanomedicine and Biotechnology Journal” wskazano kliniczną skuteczność sztucznej kości nanohydroksyapatytu, a uszkodzona kość pacjentów wykazywała dobrą biokompatybilność ze sztuczną kością Nano-HA, bez skutków ubocznych i powikłań.

– Nasze materiały na bazie nanotechnologii stosujemy już w weterynarii przy współpracy z klinikami weterynaryjnymi, a w przeciągu kilku lat jesteśmy pewni, że zagoszczą na dobre na rynku medycyny ludzkiej – zapowiada Bartosz Woźniak.

Analitycy MarketsandMarkets szacują, że rynek hydroksyapatytu HAp będzie wart blisko 3 mld dol. do 2023 roku.

Polskie miasta stają się coraz bardziej smart. Inteligentne skrzyżowania pomogą rozładować korki, a sieci ciepłownicze dostosują się do potrzeb mieszkańców

Polskie miasta stają się coraz bardziej smart. Inteligentne skrzyżowania pomogą rozładować korki, a sieci ciepłownicze dostosują się do potrzeb mieszkańców 7

Władze polskich miast coraz częściej mówią o konieczności rozwijania technologii smart city, która pomoże poradzić sobie z wyzwaniami XXI wieku, z jakimi wkrótce będą się zmagać największe aglomeracje. Wykorzystanie internetu rzeczy umożliwi zautomatyzowanie procesu obsługi miasta. Powstaną inteligentne skrzyżowania, systemy komunikacji miejskiej przystosowujące się w czasie rzeczywistym do sytuacji na drogach czy sieci ciepłownicze automatycznie reagujące na potrzeby mieszkańców.

– Podstawą do jakichkolwiek działań mających na celu wprowadzenie smart city są dane referencyjne pochodzące ze zbiorów danych geodezyjnych. Takich, które będą służyły do świadomego podejmowania decyzji dotyczącej obszaru, którego dotyczą. Uporządkowanie tych danych, dbałość o jakość, o aktualizację, jest podstawą do prowadzenia jakichkolwiek procesów decyzyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Wojciech Jeszka, prezes zarządu Akceleratora Inteligentnych Miast.

Największe polskie aglomeracje, jak Gdynia, Kielce, Poznań, Warszawa czy Wrocław, zaczynają wdrażać rozwiązania z zakresu smart city. Akcelerator Inteligentnych Miast powstał po to, aby ułatwić im tę pracę. Projekt działa w ramach grantu e-Pionier przyznawanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, a jego nadrzędnym celem jest sfinansowanie narzędzi do rozwiązywania problemów społeczno-gospodarczych przy wykorzystaniu technologii smart city.

Ze wsparcia akceleratora skorzystały m.in. władze Katowic, które rozpisały konkurs na stworzenie narzędzi ułatwiających komunikację urzędników miejskich z mieszkańcami. Efektem współpracy ma być powstanie systemu, który w prosty i czytelny sposób przekaże bieżące informacje o zanieczyszczeniu powietrza, utrudnieniach na drodze, konkursach rozpisywanych przez miasto czy najróżniejszych szkoleniach.

W ramach akceleratora powstała także baza, w której wyszczególniono największe wyzwania, z jakimi w przyszłości będą się zmagali włodarze inteligentnych miast. Obecnie analitycy przyglądają się takim problemom, jak technologia wykrywania i zautomatyzowanego tworzenia map źródeł niskiej emisji czy narzędzia do komunikacji z urzędnikami za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

– W Polsce powinno się położyć większy nacisk na internet rzeczy. W tej chwili jest mnóstwo nowych urządzeń, które wysyłają sygnały, podstawą jest umiejętność przetwarzania tych sygnałów, które są odbierane. Są to inteligentne czujniki, inteligentne oświetlenia, monitoring wizyjny. Nie mamy jeszcze umiejętności wykorzystania danych pochodzących z tych czujników – twierdzi Wojciech Jeszka.

Już teraz na terenie polskich miast realizuje się przedsięwzięcia prywatne, które w pełni wykorzystują potencjał internetu rzeczy. Dobrym przykładem jest tu np. Inteligentna Sieć Ciepłownicza wdrożona przez firmę Veolia Energia Warszawa. Dzięki niej możliwe stało się unowocześnienie i zautomatyzowanie procesu obsługi warszawskiej sieci ciepłowniczej. Wdrożenie ICS umożliwiło zdalne monitorowanie i sterowanie pracą przepompowni, komór ciepłowniczych oraz węzłów cieplnych. Przed wprowadzeniem tego systemu zmianę konfiguracji poszczególnych urządzeń można było przeprowadzić wyłącznie w miejscu ich ulokowania.

Władze Kielc postawiły z kolei na wykorzystanie technologii smart city do usprawnienia funkcjonowania miejskiego systemu transportowego. Miejski Zarząd Dróg chce wybudować nowoczesne centrum zarządzania ruchem, które będzie sterować 61 skrzyżowaniami i przejściami dla pieszych. W ramach projektu powstaną m.in. sygnalizacje z przyciskami dla pieszych i pętle indukcyjne wykrywające rowerzystów; autobusy zostaną zaś wyposażone w urządzenia żądania priorytetu, które przyspieszą zmianę światła na zielone na inteligentnych skrzyżowaniach.

Nad własnym systemem ITS pracują także władze Tych. We współpracy z firmą Orange Polska opracowują pilotażowy model inteligentnego miasta, który w przyszłości mógłby się rozrosnąć i wchłonąć kolejne miasta w ramach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Według ekspertów inteligentne systemy to jednak nie wszystko, by pozbyć się korków w miastach.

– Inteligentne systemy transportowe, które są tworzone obecnie w Polsce, dorównują tym, które są w Europie. Ale z tego, co wiem, to żadnemu z miast europejskich nie udało się pozbyć całkowicie korków. Trzeba włączać do ruchu takie środki, jak hulajnogi, rowery miejskie,czy metra tam, gdzie to jest możliwe. Inaczej żaden inteligentny system transportowy nam nie pomoże – przewiduje prezes zarządu Akceleratora Inteligentnych Miast.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku smart city w 2018 roku wyniosła 308 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do 717 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18,4 proc.

Jesienna odsłona National Sales Congress ponownie w Mistrzowskim Stylu

National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży
National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży

Trzecia odsłona National Sales Congress – Mistrzowskie Strategie Sprzedaży, wydarzenia dedykowanego specjalistom i managerom sprzedaży odbędzie się 26 września na PGE Narodowym. NSC to przede wszystkim wysoce merytoryczne wystąpienia uznanych praktyków oraz duży zastrzyk motywacji od wybitnych mówców i mistrzów sportu. Całości wydarzenia przyświeca idea dążenia do mistrzostwa, które w każdej dziedzinie wymaga wypracowania zestawu podobnych cech i zachowań.

W bloku motywacji wystąpią Jacek Walkiewicz – psycholog i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich mówców, oraz Karol Bielecki – legenda polskiej piłki ręcznej, uczestnik Igrzysk Olimpijskich, wicemistrz świata.

Motywacja to tylko jeden z wielu aspektów National Sales Congress, na który składa się łącznie pięć bloków wydarzeń.

Kongres sprzedażowy tworzy 8 tematów z zakresu social sellingu, skalowania sprzedaży B2B, cold callingu, sposobów komunikacji z klientem. Wśród prelegentów między innymi: Nikolay Kirov – wykładowca na studiach MBA, doradca w zakresie negocjacji, budowania relacji w biznesie i rozwoju,  Marek Skała – trener warsztatowy, który od 25 lat prowadzi projekty szkoleniowe i rozwojowe dla największych polskich i światowych koncernów, Olga Kozierowska – bizneswoman, dziennikarka, działaczka społeczna, trenerka i mentorka. Założycielka pierwszej w Polsce organizacji działającej na rzecz przedsiębiorczości kobiet.

Drugą ścieżkę National Sales Congress stanowi Kongres Managerów – program poświęcony zarządzaniu sprzedażą i zespołami handlowymi. W gronie prelegentów doświadczeni praktycy: Bogdan Sosnowski, który 11 lat zarządzał kanałem zewnętrznych doradców biznesowych firmy PLAY (P4 Spóka z o.o.), Radosław Żemło – Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj, Natalia Bogdan – założycielka międzynarodowej firmy rekrutacyjnej Jobhouse, Zbigniew Wierzchołowski – Dyrektor Departamentu Sprzedaży Regionalnej i SME W Ringier Axel Springer Polska i Barbara Piasek – seryjny przedsiębiorca z wcześniejszym 10-letnim doświadczeniem korporacyjnym.

Nowością podczas jesiennej edycji Kongresu będzie debata NSC Best Practices, wieńcząca program „The Best Sales Director”, który jest przeznaczony dla charyzmatycznych managerów i dyrektorów sprzedaży oraz właścicieli firm, którzy pełnią swoje funkcje z wyjątkowym zaangażowaniem tworząc strukturę opartą na efektywności. Debata poruszy m.in. kwestie takie jak trendy i innowacje w sprzedaży – jak sprawdzają się w praktyce, relacji marketing – sprzedaż, rozwiązywaniu spornych kwestii na linii handlowiec – manager/ dyrektor.

Podczas wydarzenia nie zabraknie treningu umiejętności praktycznych. Warsztaty networkingowe z budowania efektywnej sieci kontaktów poprowadzi Artur Sójka – praktyk i trener z zakresu sprzedaży, ze szczególnym uwzględnieniem sprzedaży relacyjnej i rekomendacji.

Uczestnicy National Sales Congress będą mieli również okazję przetestować w praktyce zasadę “6 stopni oddalenia”. Nad tym, aby nawiązywanie nowych, cennych relacji biznesowych przebiegało efektywnie, będzie czuwał moderator – Grzegorz Turniak wraz z Akademii Rekomendacji.

Udział w Kongresie potwierdzony jest certyfikatem sygnowanym przez Partnerów Merytorycznych wydarzenia: Koźmiński Executive Business School – lidera programów MBA w Polsce oraz Kirov Strategic Negotiators – wiodącą w Polsce firmę szkoleniowo-konsultingowa specjalizującą się w programach rozwoju umiejętności miękkich i strategicznych,.

Pełna agenda dostępna na: www.nationalsales.pl/kongres-nsc-program

Sygnaliści pod ochroną w Unii Europejskiej – nowa dyrektywa, nowe obowiązki

Coraz więcej europejskich ustawodawstw zawiera przepisy chroniące sygnalistów zgłaszających nieprawidłowości w działalności przedsiębiorców. W najbliższych latach wymóg posiadania przepisów ochronnych dla sygnalistów będzie powszechny we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej. Parlament Europejski 16 kwietnia 2019 roku przyjął bowiem Dyrektywę o ochronie osób zgłaszających przypadki naruszenia prawa Unii (zwanej dalej: „Dyrektywą”). Dyrektywa, która ulegnie transpozycji do polskiego systemu prawnego nie tylko nadaje szczególne uprawnienia osobom zgłaszającym nieprawidłowości, ale także nakłada na przedsiębiorców  obowiązki w zakresie organizacji systemu zgłoszeń. Choć proces wdrażania Dyrektywy w życie jest w dalszym ciągu w toku, zainteresowani już teraz powinni zapoznać się z jej treścią (która na ten moment jest już ostateczna). Wyznacza ona minimalne wytyczne dla krajów członkowskich, pozostawiając im jednak swobodę w kształtowaniu szczegółowych kwestii. Polski ustawodawca będzie musiał zaimplementować jej treść do swojego porządku prawnego w ciągu dwóch lat od jej zatwierdzenia.

Obowiązki podmiotów obowiązanych do wprowadzenia procedur

Dla przedsiębiorcy wejście postanowień Dyrektywy w życie oznacza przede wszystkim szereg powinności związanych ze stworzeniem skutecznie działającego systemu informowania o nieprawidłowościach, który gwarantować będzie bezpieczeństwo osoby zgłaszającej.

Obowiązek taki nałożony będzie co do zasady na podmiot zatrudniający co najmniej 50 pracowników. Przepisy prawa krajowego jednak, po odpowiedniej ocenie ryzyka występowania nieprawidłowości, mogą nakładać go także na podmioty mniejsze (szczególnie dotyczy to dziedziny środowiska i zdrowia publicznego). Obowiązek dotyczyć będzie także podmiotów publicznych. Tutaj z kolei przepisy krajowe mogą wyłączyć obowiązek w stosunku do gmin liczących mniej niż 10 000 mieszkańców lub zatrudniających 50 pracowników, a także innych podmiotów zatrudniających mniej niż 50 pracowników. Podmioty zobowiązane do wprowadzenia procedur i kanałów będą musiały wyznaczyć odpowiedzialne osoby bądź też utworzyć specjalny dział poświęcony tej problematyce.

Swoistym novum jest fakt, iż w przypadku podmiotów zatrudniających powyżej 50 osób, jednak mniej niż 250 istnieje możliwość dzielenia swoich zasobów. Oznacza to, że kilku przedsiębiorców będzie mogło  rozpatrywać swoje zgłoszenia za pomocą jednej wspólnej komórki/jednostki organizacyjnej. Podmioty obowiązane do prowadzenia systemu mają też możliwość powierzenia jego organizacji i obsługi specjalistycznemu podmiotowi zewnętrznemu. Z tego wynika, że prawodawca unijny dopuszcza by na przykład spółki działające w ramach grupy kapitałowej posiadały jedną wspólną komórkę do rozpatrywania zgłoszeń (oczywiście dotyczyć to będzie spółek kwalifikowanych jako średni przedsiębiorca). Rozwiązanie to ocenić należy jako rozsądne i realizujące oczekiwania rynku.

Dyrektywa precyzuje także z czego miałyby się składać procedury zgłoszeniowe. Przede wszystkim musi być to system zapewniający bezpieczeństwo informacji uzyskanych na jego podstawie, także poprzez ochronę danych dotyczących osób zgłaszających i osób trzecich wymienionych w zgłoszeniu. System oczywiście powinien uniemożliwiać dostęp do informacji osobom nieuprawnionym do jego obsługi.

Pozycja sygnalisty w tym systemie jest dosyć silna. Jego rola nie kończy się jedynie na zgłoszeniu nieprawidłowości. Po samym zgłoszeniu zostanie on poinformowany o przyjęciu sprawy do rozpoznania (w terminie 7 dniu), a kiedy zostanie ona już załatwiona- o sposobie jej rozwiązania (przedsiębiorca ma na to 3 miesiące).

Sygnalista

Pojęcie sygnalisty jest zakreślone stosunkowo szeroko w przepisach dyrektywy. Z jednej strony dyrektywa na samym początku wskazuje dziedziny, w których znajdzie zastosowanie, z drugiej jednak wskazuje, iż sygnalistą jest osoba dokonująca zgłoszenia, będąca pracownikiem, osobą samozatrudnioną, akcjonariuszem, wspólnikiem lub członkiem innego organu przedsiębiorstwa, wolontariuszem, stażystą bądź jakąkolwiek osobą działającą pod nadzorem wykonawców, podwykonawców oraz dostawców. Pod pojęciem sygnalisty rozumieć będziemy też osobę, której stosunek pracy z danym pracodawcą już ustał, albo dopiero ma zostać nawiązany (w takiej sytuacji ochrona sygnalisty dotyczyć będzie informacji pozyskanych w toku rekrutacji lub negocjacji związanych z przyjęciem na dane stanowisko).

Podstawową przesłanką ochrony jest posiadanie przez zgłaszającego uzasadnionej podstawy, by myśleć że przekazywane informacje są prawdziwe.  Każdy kto spełnia ten warunek ma trzy drogi do skutecznego zgłoszenia zdarzenia. Pierwszą z nich jest skorzystanie z wewnętrznej procedury przedsiębiorcy. Dyrektywa daje jednak możliwość pominięcia etapu wewnętrznego, obejmując ochroną także osoby dokonujące zgłoszenia jedynie organom publicznym, w ramach zgłoszenia zewnętrznego. Sygnalista może także dokonać ujawnienia publicznego. Ten mechanizm polega na podaniu naruszeń do informacji publicznej. By jednak dokonać takiego ujawnienia, sygnalista musi wcześniej dokonać zgłoszenie zewnętrznego (może być to połączone ze zgłoszeniem wewnętrznym), które nie zostało rozpatrzone w terminie. Taką ścieżką może pójść także sygnalista, który jest przekonany, iż zgłaszane naruszenie stanowi oczywiste lub bezpośrednie zagrożenie dla interesu publicznego. Ujawnienie publiczne jest możliwe także, jeżeli sygnalista uzna, że w razie zgłoszenia mogą zostać zastosowane w stosunku do niego negatywne konsekwencje a także, jeżeli istnieje nikłe prawdopodobieństwo, że sprawa zostanie załatwiona pomyślnie.

Pomimo takiej ochrony sygnalistów, Dyrektywa pozostawia państwom członkowskim wolną rękę w kwestii przyjmowania zgłoszeń anonimowych. Jeżeli jednak państwo uznaje zgłoszenia anonimowe, anonimowy sygnalista, którego tożsamość zostaje ujawniona będzie zawsze podlegał ochronie, o ile dokonano na nim odwetu oraz dokonał prawidłowego zgłoszenia.

Sygnalista może liczyć na szereg działań ochronnych, które mają służyć jego interesom. Przede wszystkim należy wyróżnić tutaj ochronę tożsamości zgłaszającego. Bez jego wyraźnej zgody organ przyjmujący nie może wyjawić jego tożsamości. Jest ona chroniona od samego zgłoszenia, przez cały okres rozpatrywania sprawy. Jedynym odstępstwem od tej zasady jest konieczność ujawnienia takich danych wynikająca z przepisów prawa celem prowadzenia postępowań prowadzonych przez organy państwowe. Nawet jednak w tym przypadku należy poinformować wcześniej o zamiarze ujawnienia osobę zgłaszającą.

Same dane, które pozyskało się w postępowaniu dotyczącym zgłoszenia przechowywane są przez przedsiębiorcę nie dłużej, niż jest to wymagane dla skutecznego rozwiązania sprawy.

Osoba zgłaszająca powinna mieć zapewniony dostęp do informacji dotyczącej procedur i sposobu działania w przypadku zgłoszenia.

Najistotniejszym środkiem ochrony sygnalisty jest jednak zapewnienie mu ochrony przed odwetem ze strony przedsiębiorcy. Należy bowiem zagwarantować, by zgłaszającego nie mogły dotknąć żadne negatywne konsekwencja (a te mogą być bardzo różne- od zwolnienia, przez zablokowania możliwości awansu, nieprzekształcanie umowy o pracę po karę dyscyplinarną). Ustawodawca unijny zdecydował się w przypadku wytoczenia powództwa przez dotkniętego odwetem pracownika przeciwko przedsiębiorcy przerzucić na przedsiębiorcę ciężar udowodnienia, że podjęte przez niego działanie względem pracownika nie wynika ze zgłoszenia przez niego nieprawidłowości.

Za zachowanie sprzeczne z przepisami o ochronie sygnalistów, na przedsiębiorcę może zostać nałożona sankcja. Ustawodawca unijny daje tutaj państwu możliwość samodzielnego określenia kar (które jednak mają być odstraszające, dotkliwe i skuteczne), jakie będą zastosowane w stosunku do przedsiębiorcy naruszającego przepisy o ochronie sygnalistów.

Odpowiedzialność za fałszywe zgłoszenie

By system ochrony sygnalistów działał prawidłowo, musi być on wykorzystywany zgodnie z jego założeniami. Dlatego też, Dyrektywa nakazuje Państwom Członkowskim ustanowienie w swoich prawodawstwach kar dla osób świadomie składających fałszywe zawiadomienie.  Wysokość oraz rodzaj kar zależeć będzie od przepisów krajowych, jednak mają być one skuteczne, proporcjonalne oraz odstraszające. Oprócz tego fałszywe zgłoszenie skutkować będzie mogło odpowiedzialnością odszkodowawczą.

Aspekt penalizacji umyślnego składania fałszywego zawiadomienia o nieprawidłowościach jest bardzo istotny w kontekście limitowania zjawiska nadużywania prawa przez sygnalistów. Aby system informowania o nieprawidłowościach w przedsiębiorstwie działał zgodnie z jego przeznaczeniem i stanowił wartość dodaną dla firmy istotnym jest, aby wszyscy pracownicy mieli dokładną wiedze o zasadach działania systemu oraz świadomość konsekwencji zgłoszeń nieprawdziwych. Nieocenioną rolę w krzewieniu właściwej świadomości wśród kadry pracowniczej mają szkolenia, które powinny być przeprowadzane cyklicznie i posiadać walor praktyczny (case study). Jednoznaczne wytyczenie granic legalności zgłaszania nieprawidłowości, pozwoli znacznie ograniczyć występowanie negatywnych zachowań w postaci złośliwych, odwetowych lub oczywiście fałszywych zgłoszeń. Każdy z potencjalnych sygnalistów powinien mieć świadomość faktu, że jego zgłoszenie będzie za każdym razem poddawane wnikliwej analizie przez powołany do tego zespół, nie tylko pod kątem okoliczności fatycznych związanych ze zgłoszeniem, ale także pobudek i stanu wiedzy zgłaszającego.

Dostosowanie działalności przedsiębiorstwa do nowych przepisów

Chociaż dla podmiotów prowadzących działalność gospodarczą kluczową rolę odgrywa ich wewnętrzny kanał zgłoszeniowy, muszą one mieć świadomość, że zostaną wdrożone także kanały organizowane przez organy publiczne. I choć oczywiście, także w myśl samej Dyrektywy, sygnalista powinien zgłaszać nieprawidłowości w pierwszej kolejności poprzez kanały wewnętrzne, jeżeli ominie on ten etap także pozostawał będzie pod ochroną.

Rolą przedsiębiorcy jest więc stworzenie realnie działającego systemu, który faktycznie będzie miał zaufanie potencjalnych sygnalistów. Zwłaszcza trzeba brać pod uwagę fakt, iż Dyrektywa zapewnia powszechny, łatwy i zrozumiały dostęp do informacji o kanałach zewnętrznych. Dobrze poinformowany sygnalista będzie zdawał sobie sprawę z tego co jest dla niego korzystniejsze, dlatego tym większą staranność należy dołożyć przy budowaniu systemu.

Chociaż Dyrektywa dopiero ma wejść w życie, a ostateczny kształt obowiązków wywodzonych na jej podstawie poznamy dopiero w momencie wejścia w życie ustawy przenoszącej jej postanowienia na grunt prawa polskiego, już teraz należy przyjrzeć się jej dokładnie by zaplanować swoje działania, które przecież wymagają czasu. W momencie wejścia postanowień w życie każdy powinien być na to przygotowany.

Przedsiębiorcy, zatrudniający powyżej 250 pracowników, powinni dostosować się do nowych regulacji w terminie dwóch lat od momentu przyjęcia i opublikowania dyrektywy. Z kolei termin dostosowania dla średnich przedsiębiorców (50-250 pracowników) został wydłużony o dwa lata od momentu transponowania Dyrektywy do polskiego porządku prawnego.

Autorzy:

– adw. Dawid Rasiński, Dział Praw Karnego & Dział Compliance;

– Krzysztof Sobieraj

Kancelaria Sadkowski i Wspólnicy

PKN ORLEN: Dostawy ropy wznowione

Do Zakładu Produkcyjnego PKN ORLEN w Płocku zostały wznowione dostawy ropy naftowej zgodnej z jakością kontraktową. Zatrzymanie dostaw surowca rurociągiem „Przyjaźń” nie wpłynęło na poziom przerobu ropy naftowej w płockiej rafinerii.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

Wznowienie dostaw to efekt rozmów, które prowadziliśmy w ostatnich tygodniach ze stroną rosyjską przy wsparciu naszego rządu. Twarde stanowisko negocjacyjne strony polskiej było możliwe dzięki realizowanej przez nas konsekwentnie polityce dywersyfikacji kierunków dostaw. Obecnie ok. 50 proc. ropy naftowej sprowadzanej do Polski przez PKN ORLEN pochodzi już spoza kierunku wschodniego – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W ciągu najbliższych kilku dni ropa naftowa przyjmowana z kierunku wschodniego do Bazy Adamowo dotrze do Bazy Miszewko Strzałkowskie, niedaleko Płocka.

Na początku czerwca br., podczas spotkania w Moskwie, stronie polskiej zaprezentowano mechanizm rekompensat jakie Transnieft przekaże rosyjskim producentom ropy naftowej na pokrycie roszczeń kierowanych do nich przez odbiorców ropy, w tym PKN ORLEN.

Dywersyfikacja sektora nieruchomości handlowych w Polsce to szansa na przyciągnięcie nowych graczy

Postępujące zróżnicowanie i polaryzacja rynku handlowego tworzy atrakcyjne warunki dla ekspansji światowych marek, czego przykładem jest decyzja Urban Outfitters o wejściu do Polski.

W miarę jak rynek dużych centrów handlowych nasyca się, deweloperzy i najemcy weryfikują swoje strategie rozwoju. W największych polskich aglomeracjach atrakcyjną alternatywą biznesową są projekty wielofunkcyjne, na znaczeniu zyskują również parki handlowe. Dywersyfikacja sektora nieruchomości handlowych w Polsce to dobra wiadomość dla zagranicznych i polskich marek, które planują u nas dalszą ekspansję, a także nowych graczy, którzy rozważają debiut na polskim rynku.

Już w wkrótce swój pierwszy sklep w Polsce otworzy Urban Outfitters, kultowy amerykański multibrand, reprezentujący topowe marki z kategorii odzież, dodatki, kosmetyki czy gadżety do domu. Jeszcze do niedawna tak duży, zagraniczny gracz zdecydowałby się na debiut w wiodącym centrum handlowym, jednak aktualnie na ich celowniku coraz częściej znajdują się obiekty wielofunkcyjne. Urban Outfitters na swoją pierwszą lokalizację wybrał Elektrownię Powiśle. Do debiutu w Polsce popularną sieć niewątpliwie skłoniły takie czynniki jak dojrzałość rynku handlowego, rosnąca siła nabywcza, nasza otwartość w stosunku do oryginalnych konceptów modowych, jak również dostępność nietuzinkowych powierzchni do wynajmu, odpowiadających charakterowi marki.

Anna Wysocka JLL
Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Projekty mixed-use to zdecydowanie jeden z najważniejszych kierunków rozwoju sektora nieruchomości komercyjnych w Polsce. To naturalny etap związany z dojrzewaniem polskiego rynku i rosnącymi apetytami polskich konsumentów, którzy poszukują wygody i pozytywnych doświadczeń. Te dwa aspekty to przewagi konkurencyjne takich projektów, jak Elektrownia Powiśle, które oferują wiele funkcji w jednym miejscu, a oprócz tego kuszą ciekawą i ponadczasową architekturą. Ich wciąż rosnącą popularność potwierdza też fakt, że oprócz Urban Outfitters swój polski debiut będzie miała tu również marka Weekday. – Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

I kwartał 2019 tradycyjnie już nie obfitował w nowe otwarcia – na rynek trafiło wtedy 38 000 mkw. powierzchni handlowej. Dużo bardziej aktywny jest II kwartał, w którym już do tej pory dostarczono 110 000 mkw. nowej powierzchni. Największym otwarciem zarówno II kwartału jak i całego 2019 roku jest Galeria Młociny (78 500 mkw. GLA). Choć pozostałe zaplanowane na ten rok otwarcia będą dotyczyły projektów poniżej 30 000 mkw., to w całym 2019 roku rynek handlowy może wzrosnąć o ok. 430 000 mkw. nowej powierzchni w ramach wszystkich formatów.

Hubert Oleksiak, Starszy Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL
Hubert Oleksiak, Starszy Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Deweloperzy coraz częściej analizują potencjał biznesowy mniejszych miast, a także dzielnic dużych aglomeracji, które znajdują się na ich obrzeżach. Nasycenie powierzchnią handlową w takich lokalizacjach jest jeszcze stosunkowo niskie, a potrzeby zakupowe ich mieszkańców coraz większe. Stąd rośnie zapotrzebowanie na parki handlowe oraz centra „convenience”, które służą zrobieniu szybkich, codziennych zakupów bez konieczności odbywania czasochłonnych podróży. Mniejsze formaty handlowe są niezmiennie kierunkiem ekspansji również dużych sieci, jak CCC. Powodem jest chęć bycia jak najbliżej swojego klienta. – Hubert Oleksiak, Starszy Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Jednocześnie, już od dłuższego czasu właściciele dużych centrów handlowych, częściowo zmieniają ich funkcję, dostosowując tym samym ofertę do zmieniających się oczekiwań konsumentów poprzez zwiększenie oferty rozrywkowej, usługowej i gastronomicznej. Dzięki temu centra stają się miejscem nie tylko robienia zakupów, ale także spędzania wolnego czasu, również w niehandlowe niedziele miesiąca.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Na rynkach coraz mocniej analizowane są implikacje płynące z wojen handlowych dla polityki monetarnej głównych banków centralnych. W tym otoczeniu rośnie wrażliwość na publikowane dane i w jakim stopniu wspierają lub nie decyzje o luzowaniu polityki pieniężnej. W przyszłym tygodniu główna uwaga będzie na raportach z USA i Chin.

Przyszły tydzień: CPI/sprzedaż/produkcja z USA, PKB/produkcja/rynek pracy z Wlk. Bryt., SNB, handel/CPI/sprzedaż/produkcja z Chin, rynek pracy z Australii

USA

Nadchodzące odczyty danych z USA prawdopodobnie nie dadzą jednoznacznej odpowiedzi o stanie gospodarki USA, a zatem nie uciszą spekulacji o przyszłych działaniach Fed. W danych o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej (pt) powinniśmy zobaczyć odreagowanie słabych dynamiki z poprzedniego miesiąca, ale presja inflacyjna (śr) pozostanie stłumiona z CPI obniżającym się pod cel inflacyjny 2 proc. W połączeniu z poznanym dziś rozczarowującym NFP dane będą utrzymywać wysoko szanse, że Fed jeszcze w czerwcu pokusi się o obniżkę, choć osobiście mocno w to wątpimy. Z samego Fed nie usłyszmy świeżych komentarzy do danych, gdyż we wtorek rozpocznie się okres zamknięty przez posiedzeniem FOMC 18-19 czerwca.

Strefa euro

W strefie euro produkcja przemysłowa (czw) i lokalne szacunki inflacji (pt) prawdopodobnie przejdą bez echa i EUR przede wszystkim będzie barometrem sentymentu i lepiej reagować na zmiany apetytu na ryzyko po tym, jak zniknęło ryzyko gołębiej niespodzianki od EBC. W ostatnich miesiącach unijna waluta miała wiele negatywnych powodów, by być wyprzedawana, a jednak opór materii był zdumiewająco silny. Co nie chce spadać, musi rosnąć, choć przekonanie inwestorów do tego pozostaje słabe.

Wielka Brytania

Z Wielkiej Brytanii otrzymamy dane o PKB, produkcji przemysłowej (pon) i z rynku pracy (wt). Gospodarka ponosi koszty silnego startu w 2019 r. i przygotowywania się na wypadek brexitu, którego termin został odroczony. Skutki tego powinni mieć odbicie w ujemnych dynamikach PKB i produkcji. Rynek pracy przyhamowuje wzrost, co może znaleźć odbicie w ujemnej dynamice zatrudnienia, choć dynamika płac trochę powyżej 3 proc. dalej jest dobrym wynikiem. Na scenie politycznej startuje wyścig o przywództwo w Partii Konserwatywnej i stanowisko premiera Wielkiej Brytanii. Na ten moment jest zgłoszonych 11 kandydatów, a pierwsze głosowanie (z wielu) zaplanowano na czwartek. Ostatni dryf funta jest przejawem zmęczenia inwestorów szumem wokół brexitu i wydarzenia wokół innych walut będą miały większe przełożenie na crossy z GBP.

Szwajcaria

Z dużym prawdopodobieństwem Szwajcarski Bank Narodowy utrzyma politykę pieniężną bez zmian (czw). Jakkolwiek przyspieszenie ożywienia w Szwajcarii i wyższa inflacja są pozytywnymi zdarzeniami, tak powrót aprecjacji franka neutralizuje optymizm. Stąd w komunikacie SNB powinien zostać podtrzymany komentarz, że frank pozostaje „wysoko wyceniany”, a bank jest gotowy interweniować, jeśli będzie to konieczne. Wątpliwe jednak, aby to miało odstraszyć inwestorów z długich pozycji w CHF.

Polska

Kalendarz z Polski jest ubogi i mało wnoszący dla złotego. Ani saldo bieżące (czw), ani rewizja CPI (pt) nie powinny mieć przełożenia na notowania waluty. Ustabilizowanie nastrojów zewnętrznych i odbicie EUR/USD to warunki sprzyjające powolnej aprecjacji złotego, ale zdajemy sobie sprawę, że jedno i drugie może być ulotne, więc pozostajemy ostrożni w swoim entuzjazmie wobec złotego. Z obecnych poziomów złoty ma teraz większe pole do stracenia niż zyskania.

Japonia

Przyszłotygodniowe dane z Japonii to przede wszystkim PKB (pon) i produkcja przemysłowa (pt), jednak oba odczyty są rewizjami, więc reakcja na nie będzie ograniczona. JPY prędzej niż dane będzie śledził sentyment rynkowy a USD/JPY będzie głównym wehikułem reakcji dolara na zmiany rentowności obligacji skarbowych USA i dyskontowanie oczekiwań odnośnie polityki Fed. Przy rozgrzebanym temacie wojen handlowych i gorącej dyskusji o obniżkach stóp procentowych w USA, nie sądzimy, aby zelżał apetyt inwestorów na realokację środków w stronę jena.

Chiny

Sentyment rynkowy może w dużym stopniu zależeć od wydźwięku danych z Chin i skali wpływu zaostrzenia polityki celnej przez USA. Dynamika eksportu w maju (pon) może przyspieszyć w związku z przesunięciami wysyłki towaru do USA, zanim zaczną obowiązywać wyższe cła. Kondycje gospodarki ocenić się poprzez jakość importu, gdzie oczekiwania wskazują na pogłębienie spadku r/r. Produkcja przemysłowa (pt) może być podbita przez kwestie handlowe, za to CPI (śr) i sprzedaż detaliczna (pt) pozwolą powiedzieć więcej o sile konsumpcji wewnętrznej. Słabsze dane będą miały silniejsze konsekwencje dla globalnego sentymentu.

Australia

W Australii na pierwszym planie będzie raport z rynku pracy (czw) szczególnie po tym, jak RBA zaczął przywiązywać dużą istotność do sytuacji na rynku pracy w przełożeniu na inflację. Majowe dane mogą być jednak trudne do zinterpretowania, gdyż wybory parlamentarne podbiły tymczasowe zatrudnienie. Jeśli nawet ot nie powstrzyma stopy bezrobocia przed wzrostem, możemy widzieć więcej głosów za kolejną obniżką stóp procentowych. Niemoc AUD w podtrzymaniu ostatnich wzrostów jest dla nas alarmującym sygnałem dla powrotu przeceny.

Kanada

W Kanadzie przyszły tydzień przynosi dane z rynku budownictwa mieszkaniowego (pon) i to ważny raport, gdyż problemy rynku nieruchomości są jedną z kwestii istotnych dla banku centralnego. Marzec i kwiecień przyniosły wyraźne odreagowanie zimowej słabości, więc ewentualne schłodzenie w maju nie powinno być zaskoczeniem. Poza tym mix słabszego USD i odbicia cen ropy naftowej może stanowić dobre zaplecze dla odbudowy siły CAD, który w naszej ocenie jest niedowartościowany, w szczególności pod kątem zbyt pesymistycznej oceny perspektyw polityki BoC.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

InnoEnergy partnerem strategicznym CEE Scaleup Challenge

InnoEnergy, największy w Europie fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, został partnerem strategicznym CEE Scaleup Challenge – największego konkursu online dla innowacyjnych, szybko rozwijających się firm z Europy Środkowej i Wschodniej. CEE Scaleup Challenge jest organizowany przez Vestbee, wiodącą platformę łączącą globalne fundusze VC, korporacje, akceleratory i anioły biznesu ze startupami i scaleupami.

Firmy, które wezmą udział w konkursie, mają szansę wygrać inwestycję w wysokości 4 milionów złotych od funduszu Next Road Ventures oraz globalny pakiet medialny oferowany przez CISION. Jedną z nagród specjalnych jest udział w Boostway od InnoEnergy – indywidualnie dostosowywanym programie dedykowanym małym i średnim przedsiębiorstwom z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, które potrzebują pomocy w fazie wzrostu. Wybrany scaleup otrzyma dostęp do szerokiej sieci ekspertów i wsparcie m.in. w obszarze rozwoju technologii, komercjalizacji, globalnej ekspansji, rozwoju biznesu oraz pozyskaniu finansowania.

CEE Scaleup Challenge stanowi kontynuację serii konkursów online organizowanych przez platformę Vestbee. Poprzednia edycja, CEE Startup Challenge dedykowana firmom na wczesnych etapach rozwoju okazała się dużym sukcesem gromadząc 700 startupów z regionu.

W konkursie mogą wziąć udział wszystkie innowacyjne, dynamicznie rozwijające się firmy z Europy Środkowo-Wschodniej z branży Business&ICT, AI&Big Data&Analytics, Fintech&Insurtech, Smart Cities&Home, Industry4.0&Proptech, Transport&Logistics, Planet&Sustainability, Healthcare&Wellbeing.

Proces aplikacyjny trwa do 9 czerwca na www.ceescaleupchallenge.com.

SatRevolution wyrusza na podbój kosmosu i inwestorów

Detekcja klęsk żywiołowych, telekomunikacja, sektor militarny i Smart City – to kilka z zastosowań technologii kosmicznej, jaką rozwija wrocławski startup, SatRevolution. Po komercjalizacji platformy NanoBus, teraz pracuje nad konstelacją ponad 1000 nanosatelitów: REC. Do projektu zaprosił crowdinwestorów. Na Crowdway.pl uruchomił zbiórkę do 4,1 mln zł. Potencjał REC dostrzegła spółka Richarda Bransona, Virgin Orbit.

Kosmiczna technologia, rzeczywiste oszczędności

REC, czyli Real-time Earth observation Constellation, to stworzony przez SatRevolution projekt konstelacji nanosatelitów obserwacyjnych opartych na autorskiej platformie NanoBus. – Segment obserwacji Ziemi jest zdominowany przez kosztowne, duże i bardzo duże satelity. My chcemy stworzyć unikalną konstelację tańszych w eksploatacji, mniejszych urządzeń. Szacujemy, że jej wykorzystanie przyniesie ponad 100-krotną redukcję kosztów względem dużych satelitów mówi Grzegorz Zwoliński, prezes i jeden z twórców SatRevolution SA.

Spółka planuje wyniesienie na orbitę prototypowego nanosatelity obserwacyjnyego ScopeSat, bazowego elementu konstelacji REC w 2021 roku. W kolejnym powstanie pierwsza wersja konstelacji złożona z 16 satelitów. W 2023 r. w orbitę wystrzelonych będzie już 66 satelitów ScopeSat, wyposażonych w rozkładany moduł optyczny DeploScope.

Docelowo SatRevolution zamierza umieścić w orbicie nawet do 1024 nanosatelitów i uzyskać jakość obrazowania odpowiadającą dużym obiektom. – Chcemy osiągnąć częstotliwość odświeżania obrazu nawet do 30 minut i rozdzielczość aż 50 cm – zapowiada Grzegorz Zwoliński. Zwraca też uwagę na ekologiczny materiał, z którego SatRevolution wytwarza satelity. – Nasze nanosatelity po 3 latach deorbitują się, czyli wyparowują. Jako jedni z nielicznych nie zaśmiecamy kosmosu – podkreśla prezes.

List intencyjny od Virgin Orbit

Informacje o konstelacji REC dotarły do władz Virgin Orbit, spółki z grupy Virgin Group stworzonej przez Richarda Bransona i Nika Powella. – Virgin Orbit dostrzega wyjątkową wartość REC SatRevolution i jest zainteresowana nawiązaniem współpracy w zakresie uruchomienia konstelacji (…) z wykorzystaniem systemu rakiet Virgin Orbit LauncherOne – stwierdził Stephen Eisele, wiceprezes ds. rozwoju biznesu Virgin Orbit LLC. – Virgin Orbit uważa, że proponowana konstelacja REC będzie wyjątkową ofertą w branży i wzbudzi duże zainteresowanie klientów. Dostrzegamy duży wpływ konstelacji REC na rynek obserwacji Ziemi – napisał dalej w liście.

Pamiątka z kosmosu

Szacujemy, że inwestycje w rozwój konstelacji REC będą kosztować łącznie do 70 mln zł. Z tej sumy 4 mln zł chcemy pozyskać do końca 2019 roku. Zebrane środki zostaną przeznaczone na rozwój satelity ScopeSat i instrumentu optycznego DeploScope mówi Grzegorz Zwoliński.

Do zaangażowania w projekt REC spółka zaprosiła inwestorów. Na platformie Crowdway.pl uruchomiła właśnie zbiórkę do 4,1 mln zł, w ramach której oferuje pakiety inwestycyjne od 400 zł do 50 tys. zł. Oprócz akcji spółki, przygotowała benefity – od pamiątek i zdjęć z nanosatelity, przez nazwanie jednego z nanosatelitów imieniem inwestora, po zaproszenie na wystrzelenie obiektu w kosmos.

Kolejne, większe rundy finansowania przewidujemy w latach 2020-2021. W planach mamy pozyskiwanie dotacji, inwestora strategicznego, a w perspektywie kilku lat debiut na warszawskiej giełdzie. Będzie to też efektywna możliwość wyjścia z inwestycji dla crowdinwestorów – wyjaśnia Damian Fijałkowski, CFO SatRevolution SA i trzeci z jej współzałożycieli.

Podróż do przyszłości

W najbliższym czasie głównym źródłem przychodów SatRevolution będzie sprzedaż konstrukcji i podzespołów do nanosatelitów. – Planujemy zwiększenie sprzedaży NanoBusów z dwóch sztuk w 2018 roku do jedenastu w 2022 – zapowiedział Damian Fijałkowski. – Docelowo, w miarę rozwoju inwestycji w konstelację REC i wynoszenia kolejnych satelitów na orbitę, zamierzamy osiągnąć 2-procentowy udział w globalnym rynku, z przychodami 660 mln zł w 2025 roku i 870 mln zł w 2026 – dodał CFO spółki.SatRevolution

NanoBus już w fazie komercjalizacji

SatRevolution SA to pierwsza polska spółka o globalnym zasięgu, która projektuje i dostarcza małe satelity obserwacyjne dla sektorów komercyjnego i publicznego. Jest autorem i dostawcą platformy NanoBus – konstrukcji nośnej z zestawem podsystemów niezbędnych do funkcjonowania nanosatelity w kosmosie. Rozwiązanie stanowi podstawę konstrukcji satelitów w standardzie CubeSat, czyli miniaturowego satelity, stosowanego w edukacji czy badaniach kosmosu.

W kwietniu br. w kosmos wystrzelone zostały satelity: Światowid – pierwszy, polski satelita obserwacyjny Ziemi, który ma stanowić podwaliny pod REC oraz KRAKsat – nowatorski eksperyment ferrofluidowego koła zamachowego na niskiej orbicie okołoziemskiej (projekt realizowany z AGH w Krakowie). Obecnie w międzynarodowej stacji są przygotowywane do wprowadzenia w przestrzeń kosmiczną. Trzeci satelita został sprzedany francusko-rosyjskiemu konsorcjum Roskomos i będzie wykorzystywany do badań zorzy polarnej w warunkach słabego oświetlenia (misja AMICal Sat realizowana we współpracy z Centrum Kosmicznym Uniwersytetu w Grenoble).

Obserwacja rynku

Jeszcze kilka lat temu sektor kosmiczny był zmonopolizowany przez krajowe agencje kosmiczne, które cieszyły się poparciem rządowym. Sytuacja zmieniła się wraz z wejściem do branży prywatnych firm kosmicznych. Obecnie rynek technologii satelitarnych i kosmicznych rozwija się bardzo dynamicznie. W latach 2000-2005 średnia liczba inwestorów nie przekraczała dziesięciu, zaś w 2018 wzrosła do 137. Globalne przychody z tego sektora szacuje się na poziomie 277 mld dolarów, a rynek nanosatelitów, na którym działa SatRevolution wzrośnie w ciągu najbliższych 3 lat, z ok. 1,5 do prawie 3,5 mld dolarów. Dynamicznie wzrasta także liczba nanosatelitów na orbicie. W 2012 było ich 25, a obecnie liczba sięga ponad 400. Z informacji przesyłanych za ich pomocą korzystają sektor komercyjny (71%), naukowy (21%) i rządowy (8%).

Słabnąca koniunktura w Europie

Niestety nie możemy powiedzieć, żeby ostatnie gospodarcze dane naszego zachodniego sąsiada wyglądały zachwycająco. Z tego powodu wczorajsze posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego odsunęło w czasie termin, do którego nie podejmie decyzji o podniesieniu stóp procentowych. W tym samym czasie polski rynek pracy nadal potwierdza kierunek, w którym podąża, czyli ciągły spadek bezrobocia.

Słabe odczyty zza Odry

Gospodarka Niemiec w ostatnim czasie nie ma najlepszej passy. Dzisiejsze dane tylko to potwierdzają. Produkcja przemysłowa spadła w skali roku o 1,9%, eksport o 3,7%, a import o 1,3%. Za to polskie wskaźniki wciąż wyglądają bardzo dobrze. Taki stan może jednak nie utrzymać się zbyt długo, gdyż Niemcy są najważniejszym odbiorcą produktów z Polski, dlatego też problemy tego kraju mogą stać się naszymi problemami. Rynki walutowe przyjmują ostatnie dane z Unii dosyć dobrze, chociaż euro lekko traci. Jednak realna wycena europejskiej waluty jest trudna, ponieważ główny punkt odniesienia, jakim pozostaje dolar amerykański, jest obecnie silnie przeceniany w związku z nadchodzącymi obniżkami stóp procentowych.

Posiedzenie EBC

Wczorajsze posiedzenie europejskiego regulatora nie obfitowało w ważne deklaracje. Padło stwierdzenie o niepodnoszeniu stóp procentowych do połowy 2020 roku. Powodem jest zagrożenie koniunktury. Biorąc pod uwagę recesywne wyniki gospodarki niemieckiej, niestabilność budżetową Włoch oraz przeciętne wyniki zarówno Francji, jak i Hiszpanii, pogląd ten jest dość ostrożny. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na spadające stopy procentowe w USA, a przynajmniej na zapowiedź ich spadku. Jeżeli faktycznie zostaną obniżone, to różnica między Europą a USA spadnie i kolejny bodziec do podwyżek zniknie.

Polskie bezrobocie w dół

Według Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej stopa bezrobocia spadła w odniesieniu miesięcznym (kwiecień-maj) z 5,6% do 5,4%. Tempo zmian pokrywa się z oczekiwaniami analityków, dlatego rynki nie były zaskoczone i nie zareagowały na te dane. Dlaczego bezrobocie spada? Prawdopodobne powody to rozpoczęcie prac sezonowych w rolnictwie oraz zwiększona ilość prac w branży budowlanej.

Dzisiaj w Chinach dzień wolny z powodu Święta Smoczych Łodzi, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Kinga Hanna Stachowiak wspólnikiem w Kancelarii Prawnej Skarbiec

Kinga Hanna Stachowiak została wspólnikiem w Kancelarii Prawnej Skarbiec, specjalizującej się w tworzeniu kompleksowych strategii ochrony majątku prywatnego i firmowego oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Wcześniej, od początku istnienia Kancelarii, jako dyrektor zarządzający sprawowała nadzór nad działalnością administracyjną, kadrową, marketingową i księgową.

Jest odpowiedzialna za budowę marki Kancelarii Prawnej Skarbiec, wyznaczanie strategii
i kierunków jej rozwoju, zarządzanie kapitałem ludzkim oraz wynik finansowy.

Kinga Hanna Stachowiak – wspólnik w Kancelarii Prawnej Skarbiec
Kinga Hanna Stachowiak – wspólnik w Kancelarii Prawnej Skarbiec

Główną specjalizacją Kancelarii jest doradztwo prawne i podatkowe, ochrona przed bezprawiem urzędniczym oraz reprezentacja przedsiębiorców w sporach z aparatem państwowym. Wsparcie dedykowanych prawników Kancelarii pozwala przedsiębiorcom minimalizować ryzyka podatkowe oraz zapewnia bezpieczeństwo i stabilność prawną, a także ochronę poufności co do stanu majątku i tożsamości, optymalizację zysków kapitałowych i operacyjnych.

Od 12 lat Kancelaria Prawna Skarbiec tworzy osoby prawne pod rządami innych systemów prawnych oraz reprezentuje przedsiębiorców w postępowaniach przed organami podatkowymi oraz Sądami Administracyjnymi we wszystkich instancjach.

Kancelaria Prawna Skarbiec stała laureatem wielu prestiżowych nagród i wyróżnień, m.in. Diamentu do Złotej Statuetki Lidera Polskiego Biznesu oraz Medalu Europejskiego – przyznawanych przez Business Centre Club – czy nagrody International Tax Planning Law Firm of the Year in Poland – jako firma roku w obszarze międzynarodowego doradztwa podatkowego w Polsce. Od lat znajduje się również w znaczących rankingach i zestawieniach firm prawniczych, takich jak World Tax, Legal 500 czy Book of Lists.

Kinga Hanna Stachowiak jest menadżerem o wysokich zdolnościach organizacyjnych. Poza obowiązkami w Kancelarii Prawnej Skarbiec, od ponad 11 lat zajmuje kierownicze stanowiska zarówno w polskich jak i międzynarodowych spółkach z branży nieruchomości.

Jest Prezesem Zarządu Taurus Development Holding Sp. z o.o., Taurus Development Holding 2 Sp. z o.o., Beauchamp Properties Sp. z o.o., Fleming Financial Sp. z o.o.

Kieruje projektami inwestycyjnymi deweloperów: Taurus Development Limited oraz Oppenheimer & Rochefoucauld Real Estate LLP.

Założycielka portalu Skarbiec.biz S.A., serwisu informacyjnego poruszającego tematykę prawa, finansów i inwestycji. Właścicielka spółki 4Business Services, specjalizującej się
w zarządzaniu przedsiębiorstwem oraz projektami z rynku nieruchomości.

W 2012 r. dołączyła do prestiżowego klubu przedsiębiorców, największej w kraju organizacji pracodawców indywidualnych, Business Centre Club. Laureatka licznych nagród dla najbardziej przedsiębiorczych i wpływowych kobiet w Polsce.

Usługa e-Pit przekonała Polaków

Ponad 40 proc. z nas skorzystało z niej podczas rozliczania podatku za zeszły rok, a ponad jedna czwarta nie wprowadziła żadnych zmian w zaproponowanym rozliczeniu. Z usługi skorzystali przede wszystkim lepiej wykształceni i zamożniejsi Polacy.

Ten rok był pierwszym, w którym to Krajowa Administracja Skarbowa przygotowała dla podatników nową usługę. Podatnicy korzystający z formularzy PIT-37 i PIT-38 dostali w sieci sporządzone zeznanie podatkowe, w którym mogli wprowadzić zmiany lub zaakceptować je bez poprawiania.

Z badań CBOS „PIT-y 2018″ wynika, że 44 proc. podatników zalogowało się do nowej platformy i przesłało w ten sposób swoje zeznanie podatkowe. 26 proc. nie wprowadziło żadnych zmian w zaproponowanym przez KAS wyliczeniu, a 18 proc. zdecydowało się na wprowadzenie jakichś modyfikacji. Niemal dwie piąte podatników, mimo że mogło skorzystać z tej usługi, zdecydowało się na przygotowanie własnego zeznania podatkowego. W raporcie czytamy, że „najczęstszą przyczyną niekorzystania z usługi Twój e-PIT było preferowanie innych sposobów rozliczeń (48 proc.). Inne powody to problemy z logowaniem oraz trudności z wprowadzaniem zmian i  modyfikacji. Co jedenasty ankietowany, który mógł skorzystać z tej usługi, ale nie zrobił tego, jako przyczynę wskazał brak dostępu do sieci.” Zdaniem Bartosza Gadzimskiego z firmy hostingowej Zenbox Polacy coraz chętniej będą przekonywać się do udogodnień e-Administracji. Do ideału jeszcze daleko, ale tzw. papierologia powoli odchodzi do lamusa. Rozwój e-Administracji dzieje się na naszych oczach, ale potrzeba czasu żeby wahadło zdecydowanie przesunęło się w stronę tych mówiących „tak” internetowym technologiom w załatwianiu spraw urzędowych. Przełomem w Polsce była platforma ePUAP i możliwość założenia Profilu Zaufanego. Czynności, które kilka lat temu zajmowały nam niezliczone godziny teraz możemy wykonać w kilka minut. Mam tu na myśli np. złożenie wniosku o nowy dowód osobisty, zawiadomienie o sprzedaży samochodu, dopisanie się do rejestru wyborców czy właśnie złożenie deklaracji podatkowej. Trzymam kciuki za powodzenie administracji w formie internetowej.

Według CBOS 22 proc. podatników korzystało z innych programów komputerowych dostępnych w sieci lub na płytach. Czterech na dziesięciu podatników korzystało z pomocy kogoś z rodziny lub znajomych (41 proc.), a trzech na dziesięciu zasięgało porad u fachowych doradców (29 proc.). Zgodnie z oczekiwaniami e-Pit skusił przede wszystkim młodych podatników, lepiej wykształconych, o wyższych dochodach.

Wysoka dynamika przewozów towarowych

Liczba towarów przewożonych przez polskie firmy transportowe wzrosła o około 18%. Wiąże się to głównie z eksportem na Zachód. W porównaniu do wyników innych państw Unii Europejskiej jest to znacząca zmiana.

Na obecną sytuację złożyło się wiele elementów. Między innymi rozwój transportu w całej Unii, związany z korzystnymi warunkami gospodarczymi. Dodatkowo, polskie firmy po 15 latach od wejścia do UE, czują się już pewnie na rynku europejskim.

– Istnieją jednak czynniki stanowiące zagrożenie dla dalszego dynamicznego rozwoju polskich podmiotów transportowych. To na przykład Brexit, czy niestabilna sytuacja cen paliw w ostatnich miesiącach na rynkach światowych – mówi dr inż. Andrzej Michalak, Prezes Zarządu Fundacji Wizja Rozwoju.

Branża transportowa pokłada duże nadzieje w inwestycji Via Carpatia. Dzięki niej możliwy będzie szybszy i tańszy transport na południe Europy. Cały czas należy mieć jednak na uwadze ryzyko związane z inwestycją.

Intensywnie rozwija się również transport morski i lotniczy. Z tym ostatnim związany jest Centralny Port Komunikacyjny, który pomoże zwiększyć liczbę przewożonych towarów w transporcie intermodalnym. Planowane jest również zwiększenie przeładowności w polskich portach.

Biorąc pod uwagę wszystkie zmiany i prognozy, polskie podmioty gospodarcze pozytywnie patrzą w przyszłość. Dotychczasowe obawy związane z przewożeniem towarów ustępują realnym inwestycjom i większym możliwościom.

Zagadnienia dotyczące transportu będą jednym z tematów rozmów podczas II Forum Wizja Rozwoju. Jest to największe wydarzenie gospodarcze w północnej Polsce. Odbędzie się w gdyńskiej Akademii Marynarki Wojennej w dniach 24-25 czerwca 2019 r. W harmonogramie znalazło się sto debat upamiętniających stulecie odzyskania niepodległości.

Patronat honorowy nad II Forum Wizja Rozwoju objął Premier Mateusz Morawiecki.

Mecenasem wydarzenia został PKN Orlen. Partnerzy strategiczni to Bank Gospodarstwa Krajowego, KGHM Polska Miedź S.A. oraz LOTOS S.A. Partnerami głównymi Forum są ENERGA S.A, Fundacja KGHM Polska Miedź i Totalizator Sportowy Sp. z o.o., a Partnerem+ Bank PKO BP. Pozostali partnerzy to: Agencja Rozwoju Przemysłu S.A., DGT Sp. z o.o., Gas Storage Poland Sp. z o.o., Jastrzębska Spółka Węglowa S.A., Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Polski Fundusz Rozwoju, Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna Sp. z o.o., Zarząd Morskiego Portu Gdańsk S.A. i Zarząd Morskiego Portu Gdynia S.A. Partnerami kolejowymi są PKP S.A. oraz POLREGIO Sp. z o.o.

Wypadki w zakładzie pracy – jak się przygotować?

karetkaCzy można przygotować się na wypadki? Chociaż nikt tego nie planuje i są one zaskoczeniem, wiedza na temat pierwszej pomocy potrafi zminimalizować szkody, niebezpieczeństwo lub uratować życie osób poszkodowanych. Kurs dla pracowników jest niezbędnym elementem, o którym powinien pamiętać pracodawca. Interesanci dowiedzą się jak reagować w określonych przypadkach, jak wykorzystywać dostępne narzędzia i rozmawiać z pokrzywdzonymi, nim zjawią się służby ratownicze.

Postępowanie pracodawcy w związku z wypadkiem przy pracy określa Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 1 lipca 2009 r. w sprawie ustalania okoliczności i przyczyn wypadków w przy pracy. (Dz.U. z 2009 r. Nr 105, poz. 870).

Urazy, czyli jak przygotować się na złamania, stłuczenia i skręcenia

O ile stłuczenia i skręcenia nie są inwazyjne i świadkowie bez specjalnego przygotowania potrafią pomóc, o tyle złamania często bywają problematyczne i mogą wywołać szok. Najważniejszym aspektem jest usztywnienie kończyny do przyjazdu zespołu ratunkowego. Warto do tego celu wykorzystać regułę Potta. Mówi ona o tym, aby unieruchamiać uszkodzoną kość oraz przyległe stawy.

Zawał serca, zatrucie, atak padaczki, napad duszności, hipoglikemia i omdlenia – jak się zachować?

Gdy dochodzi do zatrzymania pracy serca, reakcja musi być błyskawiczna. Natychmiastowa resuscytacja podnosi szanse na przeżycie 3-krotnie, dlatego każdy pracownik (niezależnie od stanowiska) powinien znać dokładną instrukcję masażu serca w teorii i praktyce. Bardzo ważne w tym wypadku jest ułożenie rąk, użycie odpowiedniej siły i wezwanie pomocy.

Atak padaczki lub duszności również są zaskoczeniem dla świadków, którzy często nie wiedzą, co się dzieje. W przypadku drgawek wywołanych epilepsją należy:

  • ułożyć chorego na epilepsję w pozycji bocznej bezpiecznej, która minimalizuje ryzyko zakrztuszenia się,
  • ułatwić mu oddychanie oraz zapobiegać samookaleczeniu,
  • nie podejmować sztucznego oddychania,
  • nie wkładać niczego pod głowę i do ust,
  • nie powstrzymywać drgawek na siłę,
  • podawać niczego do picia,
  • nie przenosić lub szarpać.

Informacje na temat zachowania w każdej podobnej sytuacji można poznać na profesjonalnych szkoleniach, np. w czasie kursu pierwszej pomocy dla firm, który organizowany jest przez Centrumratownictwa.com (sprawdź). Regularne odświeżanie wiedzy powinno być standardem w każdym przedsiębiorstwie – niezależnie od stanowiska, stażu i obowiązków pracowniczych.

Co to jest BLS, łańcuch przeżycia, resuscytacja i AED?

BLS, czyli Basic Life Support. Są to podstawowe zabiegi resuscytacyjne polegające na utrzymaniu drożności dróg oddechowych oraz wsparciu oddychania i krążenia bez użycia sprzętu elektronicznego, np. defibrylatora.

Resuscytacja to bezsprzętowy masaż serca z próbą przywrócenia pracy układu oddechowego. Polega ona na 30 uciskach klatki piersiowej w tempie 100/120 na minutę i dwóch oddechach. Resuscytacja u dorosłych osób wykonywana jest przy pomocy obydwu rąk, u dzieci jedną i u niemowląt dwoma palcami. W przypadku ostatniej grupy poszkodowanych oddechy należy przeprowadzić w formule usta – usta-nos.

Kurs pierwszej pomocy dla firm oferuje także zakres AED. Co to oznacza? Zewnętrzny defibrylator automatyczny, który coraz częściej można spotkać w miejscach publicznych lub średnich i dużych działalnościach, np. na open space, magazyn oraz w hali produkcyjnej. Chociaż prawo nie reguluje kwestii, kto może wykorzystywać takie urządzenia (teoretycznie każdy może podjąć się akcji ratowniczej) zalecamy, by robiły to jedynie osoby po zakończeniu szkolenia.

Kursy menedżerskie – szkolenia dla menedżerów z kontroli i oceny, wyznaczania celów, delegowania zadań i inne

Kurs menedżerskiStanowisko menedżerskie jest jednym z najbardziej odpowiedzialnych w całej firmie. Menedżer zarządza ludźmi i projektami, organizuje pracę działu, pilnuje wyników i terminów, komunikuje się z klientami i odpowiada w dużej mierze za sukces przedsiębiorstwa. . Nic dziwnego, że kursy menedżerskie przyciągają wiele osób, które pracują już na tym stresującym stanowisku i chcą zdobyć nowe umiejętności – po to, by efektywniej wykonywać swoją pracę. Kurs menedżerski to także szansa dla osób, które dopiero marzą o karierze zawodowej na tej pozycji.

Kurs menedżerski: czego można się na nim spodziewać?

Osoby, które zdecydują się na kurs menedżerski, mogą spodziewać się kilku podstawowych elementów szkolenia. Pierwszym z nich jest komunikacja – skuteczny menedżer musi umieć się komunikować z dowolną grupą ludzi i to niezależnie od tego, czy są to jego podwładni, czy np. klienci. Skuteczna komunikacja pozwala osiągać wyznaczone cele, może także poprawić efektywność pracy zespołu. Kolejnym elementem jest przywództwo – menedżer musi umieć nie tylko zarządzać ludźmi, ale także wyznaczać im cele i nie dać się zmanipulować grupie. Trzecim ważnym elementem każdego kursu menedżerskiego są metody pracy z pracownikami, ze szczególnym naciskiem na ich motywowanie. Skuteczny menedżer doskonale wie, że tylko zmotywowany pracownik, który wierzy w siebie i swoje umiejętności, a dodatkowo jest przekonany, że jego praca ma sens i przyniesie wymierne efekty, będzie osiągał dobre wyniki.

Kontrola, ocena i delegowanie zadań

Na kursach menedżerskich trenowane są także takie umiejętności jak kontrola, ocena i delegowanie zadań. Dzięki temu menedżer jest w stanie uniknąć zbyt subiektywnego podejścia do efektów pracy danego pracownika. Delegowanie zadań pozwoli mu natomiast na zachowanie trzeźwego i jasnego umysłu oraz sprawi, że efektywność wykonywanych samodzielnie zadań wzrośnie – zbyt duży natłok obowiązków potrafi skutecznie wyprowadzić z równowagi i sprawić, że cały zespół nie osiągnie wyznaczonych mu wcześniej celów.

Szkolenia i kursy menedżerskie organizuje m.in. Wyższa Szkoła Bankowa, która jest znana z profesjonalnej kadry składającej się z osób pracujących w szeroko pojętym biznesie. Z ofertą uczelni można zapoznać się na stronie https://www.wsb.pl/studia-i-szkolenia/szkolenia-i-kursy.

EBC rozważa złagodzenie polityki pieniężnej. Czy euro będzie się osłabiać?

W tym tygodniu odbyły się ważne posiedzenia banków centralnych. Polscy analitycy przyglądali się przede wszystkim konferencjom NBP oraz EBC. Posiedzenie polskiego banku centralnego nie przyniosło zmian. Co więcej, oczekuje się, że nie nastąpią one co najmniej do połowy przyszłego roku. Za to ciekawe informacje dostarczyło posiedzenie EBC. Na koniec ubiegłego roku wydawało się, że europejski bank centralny będzie chciał zaostrzyć politykę pieniężną. Obecnie sytuacja wygląda całkowicie odwrotnie. EBC nie zadowala się wynikami inflacji ani wzrostem PKB w I kwartale br. Członkowie banku centralnego cały czas są świadomi ryzyk, które mają wpływ na strefę euro.

Oprócz Brexitu i spowolnienia wzrostu gospodarczego w Niemczech, w tym tygodniu wzrosło także napięcie na rynkach finansowych z powodu możliwości wprowadzenia kolejnych środków protekcjonistycznych w handlu ze strony USA. W tym przypadku sytuacja nie dotyczy Chin, ale Meksyku, a Donald Trump pokazuje, że naprawdę poważnie myśli o wojnach handlowych. Jeżeli inflacja w strefie euro będzie w dalszym ciągu niska i EBC odnotuje wzrost ryzyka w strefie euro lub gospodarce światowej, jest realna szansa, że złagodzi swoją politykę pieniężną. To może jednak nie pomóc euro na światowych rynkach walutowych, fundament wspólnej waluty europejskiej może się więc pogorszyć.

Złoty w tym tygodniu się umocnił i jego kurs w piątek rano był na poziomie 4,27 EUR/PLN. Eurodolar w tym czasie wynosił 1,13 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Test przedsiębiorcy. Ministerstwo Finansów sprawdzi, czy jesteś „prawdziwym” przedsiębiorcą

W marcu 2019 r., Ministerstwo Finansów zapowiedziało wprowadzenie do obiegu prawnego testów mających na celu sprawdzenie, kto z prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą jest „prawdziwym” przedsiębiorcą, a kto nie. Fiskus zapowiedział, że nie prześliźnie się nawet mysz. Burza medialna i oburzenie opinii publicznej spowodowały, że miesiąc później resort finansów odżegnywał się od tego pomysłu, tyle że na zasadzie: jestem za, a nawet przeciw.

Kto płaci mniejsze podatki, ten oszust

Szukający wciąż nowych źródeł finansowania Skarbu Państwa fiskus, zauważył, iż przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą często korzystają z 19% liniowej stawki podatku od dochodów osobistych, podczas gdy mogliby płacić 32%. W trakcie zorganizowanych przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych warsztatów podatkowych w marcu 2019 r., Wiceminister Finansów Filip Świtała stwierdził, że opodatkowanie osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą to problem polskiego systemu fiskalnego. Solą w oku fiskusa są ci samozatrudnieni, którzy wystawiają jedną fakturę w miesiącu jednej firmie, jednemu zleceniodawcy. Zdaniem Wiceministra jest to pozorowanie prowadzenia działalności, mające na celu jedynie płacenie mniejszych podatków i niższych składek ZUS. Zamiast 32%, taki „oszukańczy” przedsiębiorca płaci jedynie 19% podatku.

Test przedsiębiorcy

Remedium na tak nieuczciwie, zdaniem Wiceministra, zarabiających samozatrudnionych mogłoby być podzielenie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych na dwie oddzielne ustawy. Pierwsza regulowałaby opodatkowanie pracowników, czy też emerytów i rencistów, druga – prowadzących działalność gospodarczą, ale jedynie tych „prawdziwych” w oczach fiskusa.

„Pracujemy nad „testem przedsiębiorcy”, który miałby określić, kto jest prawdziwym przedsiębiorcą, a kto nim nie jest. Chcemy to skonstruować tak, żeby nawet mysz się nie prześliznęła” – powiedział cytowany przez Rzeczpospolitą Maciej Żukowski, dyrektor Departamentu Podatków Dochodowych w Ministerstwie Finansów.

Ideą podatku liniowego było utrzymanie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego

Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, organizator warsztatów, było jednym z pierwszych orędowników wprowadzenia jednolitej stawki podatku w Polsce. W 2003 r. zaproponowało zrównanie stawek PIT, CIT i VAT na poziomie 15,5%. Teraz, po 16 latach demokracji i gospodarki wolnorynkowej przyszło mu gościć przedstawicieli teorii odwrotnej.

R.E. Hall i A. Rabushka w 1981 r. po raz pierwszy zaproponowali koncepcję opodatkowania wszystkich dochodów według jednolitej stawki 19%. Ideą takiego rozwiązania był sprawiedliwy rozkład ciężarów podatkowych, poprzez proporcjonalne obciążenie dochodów. Zdaniem jej twórców, wprowadzenie podatku liniowego miało wpłynąć na zmniejszenie szarej strefy oraz kosztów poboru podatku, ale przede wszystkim na zwiększenie dynamiki wzrostu gospodarczego. „Reforma opodatkowania dochodów osobistych w Polsce powinna uwzględniać łączne obciążenia podatkami. Wysoki klin podatkowy, szczególnie w odniesieniu do niskich dochodów, jest czynnikiem obniżającym aktywizację zawodową społeczeństwa oraz powiększającym rozmiary szarej strefy. (…) Utrzymaniu wysokiego tempa wzrostu gospodarczego sprzyjałoby zmniejszenie ogólnego poziomu fiskalizmu w połączeniu z redukcją wydatków budżetowych o charakterze socjalnym” – napisał w podsumowaniu Piotr Russel, autor opracowania, pt. „Podatek liniowy” (INFOS nr 16 (40), z 19.09.2008 r.) sporządzonego na potrzeby Biura Analiz Sejmowych.

Przetestują pod inną nazwą

Zapowiedź o testowaniu przedsiębiorców wywołała taką falę oburzenia, że bardzo szybko od tego pomysłu odcięły się: resorty finansów i przedsiębiorczości. Tylko czy odżegnywanie się jest dosłowne, czy raczej stanowi wyraz ucieczki od kontrowersyjnej nazwy pomysłu?

29 kwietnia 2019 r. w wypowiedzi dla Rzeczpospolitej Minister Przedsiębiorczości i Technologii Jadwiga Emilewicz zadeklarowała, że żadne takie narzędzia, czyli test przedsiębiorcy, nie będą tworzone. Jednak, jak przyznała: „Oczywiście dostrzegamy potrzebę weryfikacji osób samozatrudnionych, które nie spełniają kryteriów bycia przedsiębiorcą. Jednak stosowne działania będą podejmowane z użyciem istniejących dziś narzędzi prawnych” (www.rp.pl).

Również Minister Finansów Teresa Czerwińska stanowczo zaprzeczyła, jakoby wspomniany test miał rzucać kłody pod nogi przedsiębiorców. Ministerstwo chce jedynie bronić praw pracowników zmuszonych do wykonywania pracy w warunkach samozatrudnienia. W wywiadzie udzielonym dla tego samego dziennika, 6 maja 2019 r., ówczesna Minister (od 4 czerwca 2019 r. na fotelu Ministra Finansów zasiada już nowy szef resortu) poinformowała: „Przyjrzymy się zarówno przepisom, jak i dotychczasowym praktykom administracyjnym, by sprawdzić, czy wobec dzisiejszego nadużywania samozatrudnienia są podejmowane wystarczająco skuteczne kroki. Rozważamy też działania legislacyjne”.

Zatem jak bardzo stanowcze odcinanie się fiskusa od „testu przedsiębiorcy” by nie było, nie oznacza to, że nie będzie ono miało miejsca. Tak bardzo na celownik prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą jeszcze żaden rząd nie brał.

Polacy to naprawdę przedsiębiorczy naród, tylko nie wolno im w tym przeszkadzać

Polacy to przedsiębiorczy naród – potwierdzały to nieraz badania Komisji Europejskiej, jak choćby te z 2014 r., które w zestawieniu liczby funkcjonujących firm uplasowały Polskę na piątym miejscu w Europie. Według informacji portalu crowdmedia.pl z 16 lutego 2019 r. wprowadzony w ubiegłym roku w życie tzw. zakaz handlu w niedziele, który miał pomóc właścicielom małych sklepów, okazał się dla nich zabójstwem. „Małe sklepy stały się bowiem największą ofiarą nowego prawa. Ich obroty paradoksalnie, zamiast w wyniku zamknięcia konkurencji rosnąć, zaczęły spadać. Polacy przyzwyczaili się do zakazu handlu, przez co klienci zniknęli w niedzielę nawet z otwartych małych sklepów. Zmniejszenie obrotów potrafi sięgać w tym dniu 70-80%”.

Uznanie samozatrudnionych, wystawiających jedną fakturę sprzedażową w miesiącu za oszustów sprawi, że ogrodnik szczęśliwy z zawarcia długoletniego kontraktu na pielęgnację wielu terenów zielonych należących do jednej dużej firmy, jako zdaniem fiskusa nie-przedsiębiorca kontrakt ten straci. Firma podpisze umowę z inną dużą firmą, która deleguje do wykonywanych dotąd przez jednoosobowego przedsiębiorcę prac jednego ze swoich pracowników, chociażby zatrudnionych na umowie śmieciowej. No, ale taka inna duża firma wystawia w miesiącu zapewne więcej niż jedną fakturę.

(Nie)Konstytucja Biznesu

Najważniejszy akt prawny w Polsce stanowi: „Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej (…) stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej” (Konstytucja RP art. 20, Dz.U. 1997 nr 78, poz. 483). Z kolei powołana do życia w kwietniu 2018 r. Konstytucja Biznesu, na którą składał się pakiet pięciu ustaw, reklamowana była przez Ministerstwo Finansów i Premiera jako utworzona dla przedsiębiorców, mająca im służyć i ułatwić prowadzenie działalności. Wśród fundamentalnych zasad, które miały obowiązywać od czasu jej wejścia w życie w stosunkach na linii przedsiębiorca-państwo, znalazły się takie jak: domniemanie uczciwości przedsiębiorcy, przyjazna interpretacja przepisów, a także co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone.

Proponowane zmiany, których celem jest „testowanie” przedsiębiorców, podają w wątpliwość przestrzeganie reguły domniemania ich uczciwości. Przyjaznej interpretacji przepisów również nie stanowią, przynajmniej nie dla przedsiębiorców. Za to zachowana zostaje trzecia ze wskazanych, gwarantowanych przez Konstytucję Biznesu zasad – przedsiębiorcy mogą robić wszystko to, czego nie zabroni im fiskus.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Rosną oczekiwania na obniżki stóp procentowych

Euro ma problemy z wypracowaniem pędu wzrostowego, mimo że decyzja Europejskiego Banku Centralnego nie spełniła gołębich oczekiwań rynku. Niewykluczone, że jest to powiązane z nerwowym wyczekiwaniem na kluczowe dane z USA – raport NFP. Jakikolwiek sygnał, że rynek pracy ma się gorzej, będzie podsycał oczekiwania na obniżkę stóp procentowych Fed.

Euro krótko błyszczało na tle innych walut G10 w reakcji na przekaz EBC, który nie spełnił gołębich oczekiwań rynku. Jedyna istotną zmianą w stanowisku banku było przedłużenie deklaracji o niezmienieniu poziomu stóp procentowych z końca 2019 r. do połowy 2020 r. Ale poza tym prezes Draghi i spółka nie udzielili żadnych wskazówek, że bank szykuje się do pogłębienia ekspansji monetarnej, czy to o cięcia stóp procentowych, czy reaktywację programu skupu aktywów. Wprawdzie EBC jest gotowy do działania i niektórzy członkowie rozpoczęli dyskusję o potrzebie dalszego luzowania, to sama Rada Prezesów nie podjęła tematu warunków, jakie muszą zostać spełnione, by EBC podjął działanie. W tym kontekście Draghi jasno stwierdził, że obecne warunki nie są nawet porównywane do tych, które wymusiły start QE. Jakkolwiek warunki mogą ulec pogorszeniu w przyszłości (i w obliczu eskalacji wojen handlowych niektórzy uczestnicy rynku tak to będą widzieć), tak na ten moment EBC nie dostarczył łatwych argumentów, by sprzedawać EUR. To daje unijnej walucie pole do oddechu i mocniejszego skorzystania na generalnej antypatii do dolara przy kipiących spekulacjach o cięcia stóp procentowych Fed.

Jednak przynajmniej na kilka godzin te spekulacje zostały zamrożone, gdyż inwestorzy czekają na bardzo ważny element układanki: raport NFP. Z uwagi na to, że rynki dyskontują ponad dwie obniżki po 25 pb do końca roku, każdy element raportu (zatrudnienie, płace, stopa bezrobocia) będzie miął znaczenie. Jak zawsze pierwsza reakcja będzie związana z liczba nowych miejsc pracy (prog. 175 tys., poprz. 263 tys.), gdzie jednak oczekiwania są zachwiane po słabym ADP w środę (wzrost zatrudnienia tylko o 27 tys.). Na plus jednak przemawia wyższy subindeks zatrudnienia w ISM dla usług, który jest mocniej skorelowany z NFP. Słaby wynik wzbudzi wątpliwości, że aktywność gospodarcza słabnie, a niższa dynamika płac (prog. 3,2 proc. r/r) wzmocni przekonanie, że inflacja pozostanie słaba; wreszcie wzrost stopy bezrobocia (prog. 3,6 proc.) ukaże wciąż napływającą nową siłę roboczą, która będzie trudno zaspokoić, kiedy gospodarka zacznie zwalniać. Fed ma wysoką wrażliwość na sytuację na rynku pracy i może bardzo szybko reagować na sygnały pogorszenia. Szybciej nawet niż w przypadku innych danych. Trudno sobie wyobrazić, aby jeden zły raport od razu przemawiał za „asekuracyjną” obniżką w czerwcu, ale lipiec stanie się poważnie rozważanym terminem. Przy wrześniu i grudniu traktowanym przez rynki jako możliwe terminy dwóch obniżek, przesunięcie uwagi na lipiec będzie ciosem w dolara.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

EBOiR zainwestował 70 mln zł w obligacje Banku Pekao

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) zainwestował 70 mln zł w obligacje Banku Pekao S.A. w ramach przeprowadzonej przez Pekao emisji obligacji podporządkowanych o łącznej wartości 350 mln zł. Bank Pekao zobowiązał się przeznaczyć równowartość 150 proc. wartości inwestycji EBOiR na finansowanie projektów poprawiających efektywność energetyczną.

To druga w ostatnim czasie tego rodzaju inwestycja EBOiR w papiery Tier II Pekao, oparta o umowę ramową pomiędzy obydwiema instytucjami. W październiku 2018 r. EBOiR wyłożył na obligacje Pekao 138,5 mln zł.

– Inwestycję EBOiR odbieramy jako wyraz zaufania dla naszego banku jako stabilnej instytucji, której zależy na finansowaniu przedsięwzięć wdrażających najnowsze rozwiązania technologiczne, w tym służące poprawie efektywności energetycznej. Liczymy na współpracę z EBOiR przy kolejnych projektach w przyszłości – powiedział Wiceprezes Banku Pekao Tomasz Styczyński.

Równowartość 150 proc. inwestycji EBOiR ma trafić na projekty skutkujące znaczną oszczędnością energii oraz na certyfikowane projekty komercyjne i mieszkaniowe zgodne z polityką Green Economy Transition tej międzynarodowej instytucji.

– Z przyjemnością wzięliśmy udział w tej emisji obligacji podporządkowanych, które wiążą się ze zobowiązaniem do finansowania projektów wspierających efektywność energetyczną. Idealnie łączy to dwa priorytetowe obszary działalności EBOiR: wparcie dla rozwoju rynku kapitałowego oraz zielonej gospodarki. Nasza współpraca z silnymi partnerami, takimi jak Bank Pekao, stanowi znaczący krok w kierunku realizacji tych celów – powiedział Grzegorz Zieliński, Dyrektor Regionalny EBOiR na Europę Centralną.

W maju Bank Pekao zdecydował o emisji obligacji podporządkowanych o łącznej wartości nominalnej 350 mln zł. Oprocentowanie obligacji jest zmienne, oparte o wskaźnik referencyjny WIBOR6M, powiększony o marżę w wysokości 1,70 punktu proc. Są to obligacje z 12-letnim terminem zapadalności, z zastrzeżoną opcją dającą Bankowi Pekao prawo do wcześniejszego wykupu w ciągu 7 lat od emisji.

BIK Indeks – Kredyty Mieszkaniowe w maju 2019 r.

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy majowy odczyt wyniósł (- 9,0%), co oznacza, że w maju 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 9,0% w porównaniu z majem 2018 r. Majowy odczyt jest niższy od kwietniowego o 25,2 p.p.

W maju 2019 r. wartość popytu na kredyty mieszkaniowe była niższa od kwietniowego aż o 25,2 p.p., co wynika z ujemnej wartości Indeksu w tym miesiącu. Choć poprzednie cztery tegoroczne Indeksy były dodatnie, to już w odczycie kwietniowym, w porównaniu do marcowego, odnotowaliśmy spadek jego wartości.

Łącznie w maju 2019 r. o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało 30,76 tys. osób w porównaniu do 37,18 tys. rok wcześniej – jest to spadek o 17,3%. Natomiast średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w maju 2019 r. wyniosła 273,36 tys. zł, tj. o 10,0% więcej niż rok wcześniej.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

– Majowa ujemna wartość indeksu wynika jedynie z dużego spadku liczby osób wnioskujących o kredyt. Średnia wartości wnioskowanego kredytu w okresie roku wzrosła o 10% – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Po pięciu miesiącach widać już, co przewidywaliśmy pod koniec zeszłego roku, że rok 2019 na rynku kredytów mieszkaniowych będzie bardzo interesujący. Utrzymuje się zainteresowanie finansowaniem nabycia nieruchomości kredytem bankowym, ale tylko wysokokwotowym. Może niepokoić spadek liczby wnioskujących o kredyty mieszkaniowe, w maju było ich najmniej w całym 2019 r. W porównaniu do kwietnia liczba wnioskodawców spadła o prawie 1/3 (28%) – puentuje prof. Rogowski.

– Niski majowy odczyt Indeksu za maj br. znajdzie odzwierciedlenie w wartości sprzedaży kredytów w czerwcu i lipcu 2019 r., bowiem kredyt mieszkaniowy uruchamiany jest ok. 1 do 2 msc. od złożenia wniosku kredytowego, zapytania do BIK – dodaje Główny Analityk BIK.

Inflacja w Polsce dobije do 2%. To wynik boomu konsumpcyjnego

Inflacja, czyli spadek siły nabywczej waluty, w 2019 roku nie przekroczy założeń Banku Centralnego – który liczy na jej utrzymanie w okolicy 2%. To wyższy wynik niż w zeszłym roku, kiedy to inflacja wynosiła 1,7%. Według badań ekspertów zmieniają się jednak dominujące przyczyny, których wynikiem jest wzrost inflacji. W poprzednich latach były to w większości czynniki przejściowe – takie jak koszt paliw lub energii oraz wahania cen. Na poziom inflacji w 2019 roku największy wpływ będzie miał wzrost tak zwanej inflacji bazowej, która określa wahania w wartości waluty – w wyniku długoterminowych, stałych czynników gospodarczych.

– Inflacja bazowa, która odzwierciedla proces boomu konsumpcyjnego, będzie dużo wyższa. Może dojść nawet do 2,5% przed końcem tego roku. Przypomnę, że na początku tego roku utrzymywała się na poziomie dużo niższym niż 1% – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Polskiego. – W efekcie spodziewamy się około 2% średniej inflacji w tym roku. Będą momenty, w których indeks CPI zbliży się lub przekroczy poziom 2,5%. Ale wciąż jest to inflacja zbliżona do celu banku centralnego – co oznacza, że trudno mówić o wielkiej drożyźnie lub czymś, co prasa lubi nazywać hiperinflacją – uspokaja Benecki.

Małopolskie drugim województwem pod względem liczby cudzoziemców

Liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt (m.in. czasowy lub stały) wydane w województwie małopolskim osiągnęła 40 tys. osób. Zdecydowanie najliczniejszą grupę stanowią obywatele Ukrainy. Dominują migracje czasowe związane z chęcią podjęcia pracy.

Do głównych grup cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt zarejestrowane w województwie małopolskim należą obywatele:

  • Ukrainy: 20,8 tys. osób,
  • Rosji: 1,5 tys. os.,
  • Włoch: 1,4 tys. os.,
  • Białorusi: 1,3 tys. os.,
  • Indii: 0,9 tys. os.

Największy wzrost w ostatnich latach dotyczy obywateli Ukrainy.

Prawie 64 proc. cudzoziemców w województwie małopolskim posiadających zezwolenia na pobyt to osoby w przedziale wiekowym 20 – 39 lat, a ok. 20 proc. w przedziale 40 – 59 lat. Przeważają mężczyźni – 24 tys. osób (60 proc.), w porównaniu do 16 tys. kobiet. Wśród najpopularniejszych typów dokumentów posiadanych przez obcokrajowców dominują zezwolenia na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – 58 proc., zarejestrowany pobyt obywatela UE – 23 proc. oraz zezwolenia na pobyt stały – 15 proc.

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. Najczęściej jest to karta pobytu lub dokumenty wydawane obywatelom państw Unii Europejskiej.

W całej Polsce ważne zezwolenia na pobyt posiada obecnie ok. 396 tys. cudzoziemców. Najwięcej z nich przebywa w województwie mazowieckim, gdzie swój pobyt zarejestrowało ok. 116 tys. osób. Kolejnymi najpopularniejszymi regionami wśród obcokrajowców są województwa: małopolskie (40 tys. osób), dolnośląskie (32 tys.) oraz wielkopolskie (31 tys.).

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo np. na podstawie wiz.

Postanowienia umów franczyzy a ogólne przepisy dotyczące zobowiązań umownych

Do bardzo interesującego wyroku doszło w Szczecinie, gdzie sąd rozstrzygał spór w sprawie zawartej pomiędzy stronami umowy franczyzowej.  Wyrok zwraca uwagę jak bardzo istotne jest prawidłowe kształtowanie umów i negocjacji jeszcze przed jej finalnym podpisaniem.

Krzysztof Borżoł, adwokat, Senior Associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie
Krzysztof Borżoł, adwokat, Senior Associate w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Spółka prowadząca znaną sieć kawiarni o międzynarodowym zasięgu zawarła z lokalnym przedsiębiorcą umowę franczyzy dotyczącą otwarcia i prowadzenia kawiarni z wykorzystaniem przygotowanego przez sieć systemu operacyjnego. Pozwem z dnia 25 września 2017 r. franczyzobiorca (powód) wniósł o zasądzenie od franczyzodawcy (właściciela sieci) 76 494,63 zł, tytułem zwrotu zaliczki zapłaconej za wykonanie umowy franczyzy.

W uzasadnieniu powód wskazał, powołując się na umowę franczyzy, że kawiarnia nie została otwarta w terminie 6 miesięcy od podpisania umowy, wobec czego uległa automatycznemu rozwiązaniu, i tym samym żąda zwrotu zaliczki wpłaconej na rzecz franczyzodawcy.

Powód wskazał też, że w jego ocenie, oprócz umowy franczyzy, strony zawarły również umowę o dzieło w zakresie aranżacji lokalu, której przedmiotem było wykonanie oraz dostawa mebli do kawiarni, na poczet której tytułem zaliczki powód wpłacił kwotę 76 494,63 zł.

W konsekwencji, pomimo wygaśnięcia umowy franczyzy, powód dążył do jak najszybszego zrealizowania umowy o dzieło, ponieważ meble były niezbędne do otwarcia kawiarni.

Sąd Rejonowy w Szczecinie w wyroku z dnia 19 lutego 2019 r., sygn. akt VIII GC 352/18 wskazał w uzasadnieniu, że w postanowieniach umowy franczyzy faktycznie stwierdza się, że w związku z brakiem zawarcia pisemnego aneksu dotyczącego przedłużenia umowy, skutkiem jest rygor nieważności czynności dokonanej w innej formie.

W dalszej części wyroku wskazano jednak, że nawet gdyby umowa uległa rozwiązaniu, to zachowanie stron po tym terminie należałoby ocenić jako wolę zawarcia nowej umowy – o treści odpowiadającej wcześniejszej umowie franczyzy. Sąd miał przy tym na uwadze, że zawarcie umowy franczyzy nie wymaga zachowania formy pisemnej, a zatem mogła być ona zawarta w dowolny sposób, w tym także w sposób dorozumiany, zgodnie z art. 60 polskiego Kodeksu Cywilnego.

W rezultacie wszystkie spotkania stron, jakie miały miejsce po upływie 6-miesięcznego terminu umowy, tj. rozmowy, wymiana korespondencji, szkolenia pracowników, zamawianie mebli czy innego wyposażenia, należy uznać za czynności, które niewątpliwie zmierzały do osiągnięcia celu zakładanego w pierwotnej umowie.

Dodatkowo sąd uznał za sztuczne wyodrębnienie w ramach umowy franczyzy umowy o dzieło i uznał kwestie dotyczące rozliczeń wyposażenia kawiarni za objęte umową franczyzy. W konsekwencji powództwo zostało oddalone.

Powyższa sprawa obrazuje szerszy problem dotyczący umów franczyzy zawieranych w Polsce. Z uwagi na brak przepisów regulujących tę umowę, w przypadku sporu sąd zastosuje ogólne zasady dotyczące umów zawarte w Kodeksie cywilnym – dotyczące wszystkich umów. W omawianym przypadku są to przepisy dotyczące dorozumianego zawarcia umowy przez strony.

Przytoczony wyrok nie jest prawomocny, jednakże strony umowy franczyzy – przy jej zawieraniu i wykonywaniu – powinny każdorazowo uwzględniać ogólne przepisy prawa zobowiązań, w tym w szczególności dotyczące umów wzajemnych. Ma to istotne znaczenie również w momencie zawierania umów dystrybucyjnych, gdzie finalne ustalenia negocjacyjne zawsze powinny być szczegółowo spisane, tak aby w przypadku sporu, żadna ze stron nie miała wątpliwości, do czego się zobowiązała. Dlatego istotne jest aby korzystać z profesjonalnych pełnomocników nie tylko w momencie powstania sporu, ale już na etapie negocjacji zasad współpracy.

Coraz więcej wypadków drogowych polskich kierowców za granicą

Znamy już ubiegłoroczne informacje dotyczące liczby wypadków drogowych i stłuczek spowodowanych przez Polaków za granicą. Te dane PBUK nie są optymistyczne.

„Wypadkowe” wyniki z 2018 r. wydają się niepokojące

Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (PBUK) ze względu na specyfikę swojej działalności posiada najpełniejsze dane na temat szkód komunikacyjnych spowodowanych za granicą przez naszych rodaków. W swoim najnowszym komunikacie o zagranicznych szkodach polskich kierowców, eksperci PBUK zwracają uwagę na niekorzystne trendy. Stanowią one spore rozczarowanie, gdyż po szybkim wzroście liczby szkód spowodowanych przez Polaków na zagranicznych drogach w 2016 r. (wzrost z ok. 51 900 do ok. 62 300), kolejny rok przyniósł mniejszą zmianę tego niechlubnego wyniku (do ok. 65 200). „Niestety po podsumowaniu danych z 2018 roku okazało się, że polscy kierowcy spowodowali aż o 10 000 więcej zagranicznych wypadków i stłuczek niż rok wcześniej” – informuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Mało optymistycznym akcentem wydaje się również szybki wzrost liczby szkód spowodowanych za granicą przez polskich kierowców nie posiadających aktywnej polisy OC. Liczba takich wypadków oraz stłuczek przez ostatnie lata przedstawiała się następująco:

  • 2014 r. – 365 szkód
  • 2015 r. – 285 szkód
  • 2016 r. – 369 szkód
  • 2017 r. – 415 szkód
  • 2018 r. – 493 szkody

Ubiegłoroczne dane niestety sygnalizują kontynuację wzrostowego trendu, który jest widoczny od 2016 roku. „W tym kontekście warto przypomnieć, że szkody spowodowane przez nieubezpieczonych Polaków za granicą, w pierwszej kolejności pokrywa PBUK. Następnie Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych domaga się od lekkomyślnych kierowców zwrotu poniesionych kosztów” – podkreśla Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Wzrost liczby wypadków i stłuczek spowodowanych przez polskich kierowców za granicą (2011 r. – 2018 r.)

Rok

Liczba zdarzeń drogowych spowodowanych przez polskich kierowców na zagranicznych drogach
2011 r. ok. 40 800
2012 r. ok. 41 400
2013 r. ok. 44 100
2014 r. ok. 46 700
2015 r. ok. 51 900
2016 r. ok. 62 300
2017 r. ok. 65 200
2018 r. ok. 75 200

Źródło: opracowanie Ubea.pl na podstawie danych PBUK

Problemy z polskimi kierowcami mają głównie Niemcy

Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych co roku podaje również informacje o tym, w których krajach rodzimi kierowcy spowodowali najwięcej szkód drogowych (wynikających z wypadków lub stłuczek). Dane na ten temat dotyczące 2018 roku, raczej nie stanowią zaskoczenia. Podobnie jak w poprzednich latach, najwięcej wypadków i stłuczek spowodowanych przez polskich kierowców miało miejsce na terenie Niemiec (51,7%). Na dalszych miejscach uplasowały się trzy inne kraje: Francja (6,9%), Włochy (6,8%) oraz Wielka Brytania (6,3%). W nawiązaniu do tematu Wielkiej Brytanii warto pamiętać, że wielu pracujących tam Polaków posiada auta zarejestrowane „na miejscu” i wraca do kraju drogą lotniczą. „Sytuacja dotycząca Niemiec wygląda nieco inaczej. Wielu naszych rodaków pracujących w tym kraju, często wraca do ojczyzny samochodem (zarejestrowanym w Polsce), co ma negatywny wpływ na statystyki wypadkowości” – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Rekordowa liczba płatności bezgotówkowych w Polsce. W obrocie jest 41 mln kart, ponad 9 mln należy do PKO Banku Polskiego

Rekordowa liczba płatności bezgotówkowych w Polsce. W obrocie jest 41 mln kart, ponad 9 mln należy do PKO Banku Polskiego 8

Płatności bezgotówkowe cieszą się na polskim rynku coraz większą popularnością. W obrocie jest już ponad 41 mln kart, akceptowalnych niemal 800 tysiącach terminali, a za pomocą BLIK tylko w I kwartale tego roku dokonano blisko 40 mln transakcji – z czego 75 proc. w internecie. Jak ocenia Edyta Tararuj z PKO Banku Polskiego – rosnąca popularność to zasługa większej wygody płatności bezgotówkowych i realnych oszczędności, np. na prowizjach od transakcji zagranicznych. PKO Bank Polski – który wydał ponad 9 mln będących aktualnie w obrocie kart płatniczych – wprowadził do oferty rozszerzony, wakacyjny pakiet walutowy, który umożliwi klientom tanie i wygodne bankowanie również za granicą.

– Płatności bezgotówkowe są już integralną częścią naszego codziennego funkcjonowania. Złożyło się na to kilka elementów. Po pierwsze, płatności bezgotówkowe są proste i wygodne, drugi element to szeroka sieć akceptacji oraz powszechność narzędzi płatniczych. Dzisiaj w portfelach Polaków mamy ponad 41 mln kart – są to w większości karty płatnicze (debetowe, czyli te wydawane do konta), jak i kredytowe oraz przedpłacone. Co ważne, ponad 9 mln to karty z logo PKO Banku Polskiego – w tym blisko 950 tys. to karty kredytowe. Poza popularnymi kartami plastikowymi, klienci mają do wyboru również inne narzędzia płatnicze takie jak telefon, zegarek czy system płatniczy Blik – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edyta Tararuj z Biura Rozwoju Produktów w Departamencie Produktów Klienta Indywidualnego PKO Banku Polskiego.

Jak podkreśla, płatności bezgotówkowe w Polsce zyskują coraz większą popularność, do czego przyczynia się powszechność kart płatniczych i punktów, w których można nimi płacić. . Z 41 mln znajdujących się aktualnie w obrocie kart zdecydowana większość – blisko 80 proc. – to właśnie karty płatnicze, z kolei karty kredytowe stanowią ok. 14 proc. Według danych Narodowego Banku Polskiego na koniec 2018 roku w Polsce było już około 800 tys. terminali płatniczych – i tylko 84 z nich nie akceptowały płatności zbliżeniowych.

Kolejnym powodem, który przyczynia się do popularności obrotu bezgotówkowego, jest również to, że Polacy coraz chętniej płacą m.in. telefonem, zegarkiem czy Blikiem – tym ostatnim przede wszystkim w e-commerce i przy wypłacaniu pieniędzy z bankomatu. Tylko w pierwszym kwartale tego roku użytkownicy Blika wykonali blisko 40 mln transakcji – niemal trzy razy tyle, ile w analogicznym okresie rok wcześniej, a 3 na 4 transakcje Blikiem zostały zrealizowane w internecie. Popularność Blika nie dziwi, bo wynika ona z popularyzacji aplikacji mobilnych banków. Sama aplikacja IKO PKO Banku Polskiego to dziś 3,5 miliona aktywnych aplikacji i dziesiątki funkcji dostępnych z poziomu smartfona. Wykonanie pierwszych 100 mln transakcji w IKO zajęło klientom PKO Banku polskiego ponad 5 lat, kolejne 100 mln  zrobili w niespełna rok.

– To pokazuje jak szybko wzrastają transakcje bezgotówkowe i jak duże jest zainteresowanie klientów – podkreśla Edyta Tararuj z PKO Banku Polskiego – Popyt stale rośnie, co potwierdzają również  statystyki Narodowego Banku Polskiego. Tylko w IV kw. 2018 roku Polacy dokonali blisko 1,5 mld transakcji kartami w sklepach i różnych punktach usługowo-handlowych. Te liczby stale rosną.

Na 41 mln kart płatniczych znajdujących się obecnie w krajowym obrocie – ponad 9 mln to karty wydane przez PKO Bank Polski, z czego blisko 950 tys. z nich to karty kredytowe. Klienci banku wykonują średnio 49 płatności kartą na sekundę, a w ciągu ostatniego roku liczba transakcji bezgotówkowych wykonanych kartami z logo PKO wzrosła aż o 27 proc. (dane z kwietnia br.).

– Transakcje bezgotówkowe to oszczędność czasu, ale również realna oszczędność pieniędzy – szczególnie przy wyjazdach zagranicznych. Dzisiaj wyjeżdżając za granicę klient może skorzystać z karty wielowalutowej, gdzie w PKO Banku Polskim ma do wyboru 10 walut – od najbardziej popularnego euro po kunę chorwacką.  Prze wyjazdem może zakupić dodatkowe środki i wiedzieć, że w trakcie urlopu ma nad nimi pełną kontrolę – mówi Edyta Tararuj.

Jak podkreśla, klienci banku podróżują coraz więcej i chcą korzystać z nowoczesnych, tanich narzędzi bankowania nie tylko w kraju, ale i za granicą. Dlatego PKO Bank Polski – dostosowując się do tych oczekiwań – wprowadził do oferty wakacyjny pakiet walutowy, na który składają się konta walutowe z kartą wielowalutową i kantor online, jak również karta kredytowa PKO Mastercard Platinum.

Karta wielowalutowa wydawana do konta w PKO Banku Polskim daje klientowi możliwość realizacji transakcji bez kosztów przewalutowania, bezpośrednio w 10 walutach – w tym trzech nowych: czeskiej koronie, chorwackiej kunie i węgierskim forincie (obok dotychczas obsługiwanych: EUR, GBP, USD, CHF, DKK, NOK i SEK). Z kolei od 15 czerwca wprowadzone zostaną zmiany w karcie kredytowej PKO Mastercard Platinum – walutą rozliczeniową będą polskie złote i klienci nie będą ponosić kosztów związanych z przewalutowaniem transakcji w walutach obcych. Bank zlikwidował również prowizje za wypłaty gotówki za granicą.

– Uzupełnieniem karty wielowalutowej jest karta kredytowa MasterCard Platinium, która od 15 czerwca nie będzie posiadała opłaty za przewalutowanie. Tak więc nasi klienci będą mogli w pełni korzystać z wakacji, zamiast martwić się o swoje koszty i wydatki – mówi Edyta Tararuj z Biura Rozwoju Produktów w Departamencie Produktów Klienta Indywidualnego PKO Banku Polskiego.

Polacy wolą leki produkowane w kraju. Prawie 50 proc. jest skłonnych zapłacić za nie więcej niż za odpowiedniki z Azji

Polacy wolą leki produkowane w kraju. Prawie 50 proc. jest skłonnych zapłacić za nie więcej niż za odpowiedniki z Azji 9

Blisko połowa Polaków woli zapłacić więcej za lek krajowej produkcji, niż wybrać tańszy odpowiednik zagranicznego producenta. 2/3 obawia się, że marginalizacja krajowego przemysłu farmaceutycznego może doprowadzić do wzrostu cen leków. Coraz więcej pacjentów obawia się też braku leków w aptekach, a 74 proc. doświadczyło już takiej sytuacji – wynika z badania przeprowadzonego przez Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego. 

– Bezpieczeństwo lekowe może być zagwarantowane wyłącznie poprzez produkcję leków w naszym kraju. Dla krajowych firm polski rynek zawsze będzie priorytetowy i właśnie tutaj będą dostarczać leki w pierwszej kolejności. 80 proc. Polaków uważa, że rozwój krajowych firm farmaceutycznych jest w stanie zwiększyć bezpieczeństwo lekowe oraz wpłynąć na rozwój polskiej gospodarki. Od dłuższego czasu prosimy o instrumenty i system wsparcia krajowych producentów leków. Mamy nadzieję, że wkrótce się ich doczekamy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Dubno, wiceprezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Z badań przeprowadzonych przez PZPPF wynika, że bezpieczeństwo lekowe jest dla Polaków istotną kwestią. Coraz więcej pacjentów obawia się braku leków w aptekach, a 74 proc. doświadczyło już takiej sytuacji.

– Mamy nadzieję, że środki przeznaczone na refundację będą wydawane w taki sposób, żeby wracały w postaci podatków, miejsc pracy, różnego rodzaju opłat, a tym samym wpływały na rozwój gospodarki i zapewnienie nam bezpieczeństwa lekowego – zaznacza Katarzyna Dubno.

Jak podkreśla, krajowy przemysł farmaceutyczny nie domaga się ani likwidacji obowiązującego w Polsce systemu refundacyjnego, ani dodatkowych funduszy z budżetu państwa. Głównym postulatem jest to, aby środki już obecne w systemie refundacyjnym były wydawane bardziej efektywnie.

– Polacy dobrze sobie zdają sprawę z tego, że produkcja leków w kraju to wzrost gospodarczy, nowe miejsca pracy, rozwój farmacji i medycyny oraz postęp nauki. Dlatego rząd nie może sobie pozwolić na to, żeby nie wdrożyć narzędzi, które wspierałyby krajową produkcję i stymulowały do inwestycji Polsce – mówi Krzysztof Kopeć, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Przemysł farmaceutyczny ma strategiczne znaczenie dla polskiej gospodarki. Według danych PZPPF zapewnia on (bezpośrednio i pośrednio) ponad 100 tys. miejsc pracy i przyczynia się do wytworzenia PKB o wartości ponad 15 mld zł (ok. 1,3 proc.). Branża farmaceutyczna generuje też 2,4 mld zł bezpośrednich wpływów do budżetu państwa i ma istotny, sięgający blisko 2 proc., udział w polskim eksporcie. Sektor – jak wynika z badania PZPPF – cieszy się dużym zaufaniem Polaków.

– Według naszego badania ankietowego Polacy uważają leki produkowane w kraju za wysokiej jakości i przedkładają je nad produkty zagraniczne. Co więcej, prawie połowa, jeśli ma do wyboru tani lek z Azji, woli zamiast niego lek droższy, ale wyprodukowany w Polsce. To pokazuje zaufanie Polaków i ekonomiczno-gospodarczy patriotyzm – mówi Krzysztof Kopeć.

– Pacjenci kierują się w wyborze przede wszystkim poczuciem bezpieczeństwa, lek ma być skuteczny i bezpieczny, to jest baza – dodaje Barbara Misiewicz-Jagielak, wiceprezes PZPPF – Polskie społeczeństwo bardzo się zmienia, już nie oglądamy się na zagranicę, że tam jest wszystko lepsze, a trawa bardziej zielona. Jako konsumenci stajemy się coraz mądrzejsi, bardziej odpowiedzialni. Podobnie jak Niemcy czy Francuzi, którzy kochają rodzime towary, Polacy też zauważyli, że im częściej będą wybierać polskie produkty, tym bardziej nasza gospodarka będzie kwitła. Ten patriotyzm gospodarczy się wzmacnia.

Produkcja leków w Polsce wzmacnia krajową gospodarkę i pozwala uniezależniać się od dostaw z zagranicy. Stąd marginalizacja tego sektora oznaczałaby coraz silniejszą pozycję zagranicznych producentów i w efekcie wzrost cen leków. Tego zdania są również sami pacjenci (2/3 ankietowanych przez PZPPF). Dlatego – zdaniem prezesa Związku – rząd powinien inwestować i wspierać polski przemysł farmaceutyczny, który należy do najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki. 7 proc. krajowych wydatków na badania i rozwój generuje właśnie krajowy sektor farmaceutyczny.

– Polacy uważają, że gdyby nasz rynek był zdominowany przez produkcję z Azji albo zagranicznych dostawców, nie byłoby to dla nich bezpieczne. Dodatkowo kupowanie tylko produktów z Azji spowodowałoby, że rozwijamy przemysł Azji zamiast krajowego. Polacy to zauważają – mówi Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Sportowe programy dla dzieci i młodzieży wyłaniają prawdziwe talenty. Najlepsi zyskują szansę na karierę

Sportowe programy dla dzieci i młodzieży wyłaniają prawdziwe talenty. Najlepsi zyskują szansę na karierę 10

Programy sportowe takie jak Drużyna Energii wyłaniają prawdziwe talenty wśród dzieci i młodzieży. W drugiej edycji tego programu szkoły nadesłały już ponad 20 tys. filmików z ćwiczeniami. Akcja ma nie tylko zachęcić do aktywności fizycznej, ale także znaleźć prawdziwe sportowe talenty i skontaktować je z lokalnymi klubami. – Poziom ruchowy, jaki reprezentowała część uczniów, pozwala domniemywać, że są to naprawdę perełki pod względem zdolności sportowych – ocenia Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu New Balance. 

– W drugiej edycji projektu Drużyna Energii nadesłanych zostało już ponad 20 tys. filmików z ćwiczeniami, a w sumie w trakcie całego projektu już ponad 40 tys. filmów. Jest to coś, co nas jako organizatorów bardzo pozytywnie zaskoczyło  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu sportowego New Balance.

Program Drużyna Energii jako główny cel stawiał przekonanie młodzieży do większej aktywności fizycznej i zmiany nawyków żywieniowych. Jedynie 20 proc. dzieci w naszym kraju spełnia kryteria WHO dotyczące przynajmniej godzinnej aktywności fizycznej w ciągu dnia. Z kolei badanie Global Matrix 3.0, prowadzone w ramach organizacji Active Healthy Kids Global Alliance, pokazało że w pięciostopniowej skali (od A do F) sprawność fizyczna dzieci w Polsce została oceniona na D-. Tym samym plasujemy się pod koniec rankingu. Ale program nie tylko pomaga walczyć z nadwagą i wspiera aktywny tryb życia, ale pozwala też znaleźć przyszłych sportowców.

– Z tych wszystkich filmów, które oglądamy, wyłapujemy perełki. Najlepszych staramy się połączyć z klubami w regionie i z trenerami, którzy mogą do nich dotrzeć, bo poziom ich ruchowy pozwala domniemać, że są to naprawdę perełki, jeśli chodzi o zdolności sportowe – przekonuje Robert Leszczyński.

U części dzieci ich naturalne predyspozycje do uprawiania sportu mogłyby nigdy nie zostać odkryte, gdyby nie takie programy jak Drużyna Energii i ambasadorzy programu, czyli znani sportowcy.

– Ambasadorzy sportu mieli ogromny wpływ na postawy naszych uczniów. Uczniowie oczekiwali ich przyjazdu, wcześniej się bardzo przygotowywali, chcieli uczestniczyć w różnych konkurencjach. Myślę, że są to wzorce do naśladowania i pewnie w przyszłości wielu z naszych uczniów pójdzie w ślady gwiazd sportowych – ocenia Zofia Bartkowiak, zastępca dyrektora w Szkole Podstawowej w Żelkowie.

Uczniowie ze szkoły z Żelkowa zdobyli tytuł drużyny miesiąca. O wygraną i wizytę ambasadorów nie było łatwo, bo tym razem maksymalną liczbę filmów z ćwiczeniami przesłały aż cztery szkoły.

– Sportowym zaskoczeniem okazała się konkurencji Marka Citki, gdzie ta drużyna uzyskała najwyższą punktację ze wszystkich drużyn, które brały udział w programie. Jest to bardzo techniczna dyscyplina, bo trzeba trafić albo w słupek, albo w poprzeczkę. I zarówno chłopcy, jak i dziewczęta wykazali się tutaj znakomitym snajperskim instynktem – wskazuje Krzysztof Ignaczak, siatkarz i Ambasador Drużyny Energii.

Uczniowie znakomicie poradzili sobie z koszykówką, piłką nożną i siatkówką, w rywalizacji sportowej zdobyli łącznie 215 punktów. Indywidualnie najlepszy z uczniów uzyskał we wszystkich konkurencjach aż 27 punktów.

– Konkurencje są wspaniałe, uczniowie są bardzo zadowoleni. Niektóre z konkurencji są dla nich pewną nowością, ale jednocześnie wcześniej troszeczkę trenowali, przygotowywani przez naszych nauczycieli – tłumaczy Zofia Bartkowiak, zastępca dyrektora w Szkole Podstawowej w Żelkowie.

– Żelkowo awansowało do finału, widzimy się wkrótce na stadionie w Gdańsku. Fajnie, że dzieci dały z siebie maksimum możliwości. Uzyskały bardzo dobry wynik, z tego tytułu też awansowały i mam nadzieję, że równie dobrze pójdzie im na wielkim finale – dodaje Krzysztof Ignaczak.

Dzięki wygranej szkoła z Żelkowa dołączyła do „podstawówek”, które spotkają się 12 czerwca na Stadionie Energa w Gdańsku podczas Wielkiego Finału II edycji Drużyny Energii. Grono finalistów uzupełniają Szkoła Podstawowa im. Marii Zientary-Malewskiej z Oddziałami Dwujęzycznymi w Dywitach, Szkoła Podstawowa nr 23 im. gen. Józefa Bema w Poznaniu, Szkoła Podstawowa w Mrocznie oraz Szkoła Podstawowa nr 1 im. Bohaterów Warszawy w Kamienicy.

– Na zwycięzców czekają nagrody od sponsorów, Grupy Energa i New Balance. Są to vouchery do wykorzystania na zakup sprzętu sportowego. Nagroda główna to 10 tys. zł – przypomina Robert Leszczyński.

Przyszłość przyniesie samochody sterowane za pomocą myśli. Wcześniej jednak autonomiczne pojazdy muszą potrafić analizować otoczenie w sposób podobny do ludzkiego

Przyszłość przyniesie samochody sterowane za pomocą myśli. Wcześniej jednak autonomiczne pojazdy muszą potrafić analizować otoczenie w sposób podobny do ludzkiego 11

Aby wypracować bezpiecznie działające algorytmy sterujące autonomicznymi pojazdami trzeba  nauczyć maszyny analizowania danych o otoczeniu w sposób przypominający ludzki. Systemy muszą być wyposażone w narzędzia markujące działanie kory wzrokowej, odsiewającej z odbieranych przez człowieka bodźców wzrokowych 70 proc. danych nieistotnych w procesie prowadzenia pojazdu. Inżynier firmy NVIDIA przekonuje, że autonomiczne pojazdy odgadujące myśli pasażera to tylko kwestia czasu.

– Na autonomię pojazdów składa się bardzo wiele czynników i bardzo wiele jest tutaj etapów. Musimy zorganizować takiemu pojazdowi percepcję, żeby mógł postrzegać przestrzeń, następnie lokalizację, żeby mógł się zlokalizować,, zaplanować swoją ścieżkę, no i ostatecznie zaaplikować kontrolę tak, żeby tę ścieżkę faktycznie wykonać. I każdy z tych etapów to są oddzielne algorytmy z różnych dziedzin. Obecnie najwięcej jest w tym sztucznej inteligencji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Kudryński z NVIDIA.

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji są wykorzystywane przede wszystkim na etapie percepcji, czyli rozpoznawania przestrzeni, w jakiej porusza się samochód autonomiczny. Na graficznych procesorach implementowane są konwolucyjne sieci neuronowe. To takie sieci splotowe, w których układ połączeń pomiędzy neuronami odzwierciedla budowę ludzkiego narządu wzroku. Dzięki temu możliwa jest filtracja obrazów, czyli takie ich przekształcenie, które pozwala m.in. na wydobycie z nich użytecznych informacji. Może to być np. wzmocnienie krawędzi.

– Sztuczna inteligencja w autonomicznych pojazdach najczęściej pojawia się na etapie percepcji dlatego, że mamy aktualnie wielką dominację sieci konwolucyjnych, które wspaniale się implementuje na procesorach graficznych i działa to wtedy bardzo szybko. Można to zoptymalizować, można zmniejszyć precyzję tych obliczeń tak, żeby mogły się wykonywać na robotach, w samochodach, bardzo małych urządzeniach – mówi Krzysztof Kudryński.

Prace związane z dopracowywaniem technologii autonomicznych pojazdów w dużej mierze skupiają się na nauczaniu ich postrzegania przestrzeni na wzór ludzki. Start-up AEye opracowuje inteligentny system wykrywania i zmiany odległości (iDAR), który ma za zadanie zastąpić czujniki LiDAR. Jest to system percepcji, który naśladuje ludzki mózg i jego zdolność do inteligentnego postrzegania otoczenia. Firma wykorzystuje sztuczną inteligencję (SI), aby pomóc samochodom autonomicznym myśleć jak robot, ale rozumieć jak człowiek.

Ludzie przetwarzają w korze wzrokowej około 70 proc. danych przestrzennych i środowiskowych, zanim prześlą dane do mózgu. Ludzka kora wzrokowa filtruje w czasie rzeczywistym informacje, których mózg nie potrzebuje, aby człowiek mógł podejmować skutecznie i szybko decyzje w oparciu o tylko niezbędne dane. Funkcję kory w systemie iDAR pełni technologia Agile LiDAR, pozwalająca na przechwytywanie dużych ilości danych graficznych i przestrzennych oraz ich selekcję w czasie rzeczywistym.

– Chcemy, żeby autonomiczny samochód jeździł sam. Musimy go jednak wytrenować, żeby wiedział np. jadąc po drodze i widząc autobus, że zza niego może wyskoczyć dziecko. Dla nas jest to oczywiste, ale samochód musi dostać zbiór treningowy, w którym pojawi się ten autobus i wychodzące z niego dziecko. Nie możemy wszystkich takich przypadków zaplanować, dlatego lepiej jest najpierw nauczyć go zdrowego rozsądku na jakichś innych etapach i to wszystko połączyć w jedną całość – wyjaśnia ekspert.

Przyszłość motoryzacji należeć może jednak nie tylko do zupełnie autonomicznych pojazdów, lecz takich, którymi będzie można sterować za pomocą fal mózgowych. O tym, że taki kierunek rozwoju procesu sterowania jest możliwy świadczyć może chociażby wdrożenie analizy fal mózgowych w metodach terapeutycznych biofeedback EEG. Jest to metoda terapeutyczna, w której podłącza się elektrody w różnych miejscach na skórze czaszki i uszach. Mają one za zadanie rejestrować poszczególne pasma fal mózgowych. Te z kolei informacje zamieniane są na obraz zrozumiały dla pacjenta.

W ramach biofeedback EEG pacjent ma za zadanie sterowanie aktywnością mózgu tak, by osiągnąć efekt np. wywołania przyspieszenia samochodu widzianego na ekranie.

– Jesteśmy coraz bliżej tego, żeby komputer na podstawie naszych fal mózgowych wiedział o naszej intencji. Jest taka szansa, że jeżeli mocno się skoncentrujemy na jakiejś konkretnej myśli, np. wyobrazimy sobie bardzo mocno mapę i miejsce, w które chcemy jechać, to w przyszłości samochód autonomiczny podchwyci to i będzie mógł nas tam zawieźć. Brzmi jak science fiction, ale jest to naprawdę w zasięgu możliwości – przekonuje Krzysztof Kudryński.

Według Allied Market Research, światowy rynek samochodów autonomicznych osiągnie w 2019 r. wartość ponad 54 mld dol. Do 2026 roku zwiększy jednak swoją wartość ponad dziesięciokrotnie – do poziomu ponad 556 mld dol.

Błękitny węgiel może rozwiązać problem złej jakości powietrza w Polsce. Pomaga chronić środowisko, a można nim palić w każdym piecu

Błękitny węgiel może rozwiązać problem złej jakości powietrza w Polsce. Pomaga chronić środowisko, a można nim palić w każdym piecu 12

Błękitny węgiel to dziesięciokrotna redukcja emisji pyłów do powietrza i dwudziestokrotna rakotwórczych węglowodorów. Ponadto dostarcza około 10 proc. energii więcej niż inne gatunki węgla, więc zużycie do ogrzewania domu jest proporcjonalnie niższe. Obecnie nawet 3,5 mln kotłów w domach jednorodzinnych nie spełnia żadnych norm emisji. Gdyby jednak palić w nich błękitnym węglem, udałoby się uniknąć szkodliwej emisji. Są pewne enklawy, gdzie błękitny węgiel byłby koniecznością. gdzie trzeba coś zrobić natychmiast, a nie wdrażać 10-letni program wymiany kotłów – podkreśla Aleksander Sobolewski, dyrektor Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu.

– Błękitny węgiel to nowy produkt, produkowany z naszego zwykłego polskiego węgla, który jest paliwem bezdymnym. Podczas spalania wydziela około 10 razy mniej zanieczyszczeń, spalając się w układzie bezdymnym. Jeżeli ktoś pali nawet w starym tzw. „kopciuchu” zwykłym węglem, to dym z komina leci jak z lokomotywy, a jeżeli do tego samego pieca bez żadnych przeróbek wprowadziłby błękitny węgiel, to nie zobaczy ani odrobiny dymu – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Aleksander Sobolewski, dyrektor Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu.

Błękitny węgiel w dużej mierze bazuje na zwykłym węglu kamiennym, a jego produkcja jest zbliżona do technologii wytwarzania koksu. Ogrzewa się go w temperaturze ok. 450 st. C. W ten sposób uwalnia się większość trujących substancji, a to, co zostanie, czyli zdrowsza i bardziej efektywna energetycznie część, trafia do końcowego odbiorcy.

Dlatego błękitny węgiel ma szansę rozwiązać problem zanieczyszczenia powietrza w Polsce, zwłaszcza że to kominy „kopciuchów” są największym źródłem zanieczyszczeń nad Polską. Z raportu Instytutu Ekonomii Środowiska wynika, że odpowiadają one za emisję ponad połowy pyłów i 85 proc. rakotwórczego benzo(a)pirenu. Pierwsze testy błękitnego węgla na Śląsku wykazały kilkukrotny spadek poziomu pyłów PM10. W Małopolsce pomiary pokazały, że do atmosfery trafia kilkadziesiąt razy mniej benzo(a)pirenów.

– Błękitny węgiel jest dużo czystszy, 7 do 10 razy czystszy od zwykłego węgla, ale jest po prostu droższy. Polacy palą węglem nie dlatego, że węgiel kochają, tylko dlatego, że węgiel jest najtańszym źródłem opału – wskazuje Aleksander Sobolewski.

W ramach raportu na zlecenie Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla powstało opracowanie „Ubóstwo energetyczne – śmiertelność i jej koszt”. Wynika z niego, że tylko w 2017 roku w Polsce na skutek zimna i ubóstwa energetycznego umarło ponad 35 tys. ludzi. Łącznie ubóstwem energetycznym dotkniętych jest około 4,6 mln Polaków, w tym ponad 2 mln gospodarstw domowych.

Błękitny węgiel może pomóc poprawić sytuację, jednak ze względu na koszty, raczej jej nie rozwiąże. Ekologiczne paliwo jest o 30-40 proc. droższe od zwykłego węgla. Tym samym większość osób mając do wyboru ekologiczny, ale i droższy węgiel, sięgnie po ten zdecydowanie tańszy. Ważniejsze od ekologii będą koszty.

– Błękitny węgiel to bardzo dobre rozwiązanie, oryginalne. Z jednej strony trzeba albo wprowadzić system zachęt, promocji dla jego zakupu, albo niestety być może w niektórych miejscach system po prostu zakazów. Wydajemy proste prawo, które mówi, że w części uzdrowisk nie wolno palić nieuszlachetnionym węglem i kropka – mówi ekspert.

Wprowadzenie błękitnego węgla nie wyeliminuje potrzeby likwidacji „kopciuchów”. Oparte na przestarzałej technologii piece, przyjmą każde paliwo, a do atmosfery potrafią emitować nawet 400- 600 mg pyłu na metr sześcienny. Polska Izba Ekologii ocenia, że aby Polska była w stanie dotrzymać standardów zanieczyszczeń, które przyjęła wstępując do UE, z rynku muszą zniknąć paliwa węglowe. Błękitny węgiel spełnia nawet najbardziej restrykcyjne przepisy, a jego wpływ na środowisko jest praktycznie minimalny.

– Są pewne enklawy, gdzie błękitny węgiel moim zdaniem byłby koniecznością. To albo miejsca wyjątkowo zanieczyszczone, gdzie jest potężna kumulacja, szczególnie zanieczyszczeń z ogrzewnictwa indywidualnego, np. Kotlina Nowosądecka czy strefy uzdrowisk – przekonuje Aleksander Sobolewski.

W Nowym Sączu korzystanie z błękitnego węgla oznacza bezpłatną kartę abonamentową na parkowanie w strefie „A” lub „B” na terenie miasta. W Świeradowie w strefie A można stosować wyłącznie ogrzewanie gazowe bądź elektryczne, tymczasem na tym terenie przeważają piece węglowe. Błękitne paliwo sprawdzi się tam, gdzie trudno będzie wyeliminować piece węglowe.

Wyzwaniem jest jednak uruchomienie pierwszej linii produkcyjnej, bo tylko ta pociągnie za sobą szerszą produkcję czystego węgla. Takiej jednak wciąż brakuje.

– Tak jak każde paliwo, to nie jest biznes na tysiąc czy dwa tysiące ton. Instalacja, która by się opłacała, to jest instalacja 30-40 tys. ton, a taka docelowa jedna instalacja powinna produkować 150-200 tys. ton paliwa. W mniejszej skali to się po prostu nie opłaca, bo ktoś musi zainwestować miliony złotych, ale musi mieć pewność, że przez kilka lat będzie mógł sprzedawać ten towar – podkreśla Aleksander Sobolewski.