RODO zmieniło polskie firmy

Wejście w życie RODO, w 89% polskich firm skutkowało istotnymi zmianami – wynika z przygotowanego przez EY Polska raportu „Rok z RODO. Stosowanie RODO w firmach – szanse i zagrożenia”. 68% organizacji poniosło odczuwalne wydatki na dostosowanie do nowych przepisów, a oprócz pieniędzy zainwestowało w ten proces również czas. Jedna trzecia organizacji poświęciła na wdrożenie dyrektywy co najmniej rok, a 44% około pół roku. Ale koszty to nie wszystko. Firmy, które dostosowały się do nowych regulacji, wykorzystały okazję, by wdrożyć w swojej działalności podejście procesowe (82%), zoptymalizować zasoby (70%) i zwiększyć bezpieczeństwo informatyczne (68%).

Przepisy dotyczące ochrony danych osobowych, które weszły w życie 25 maja 2018 roku bez wątpienia wymusiły na przedsiębiorstwach konieczność wprowadzenia zmian. Jak wynika z raportu EY Polska powstałego na podstawie badania zleconego firmie badawczej CubeResearch, prawie dla połowy organizacji były one bardzo istotne. Dotyczy to przede wszystkim największych firm (zatrudniających co najmniej 1000 osób).

Zmiany wprowadzone w firmach, w największym stopniu (70%) wpłynęły na procesy obsługi klienta i procesy rekrutacyjne. Z kolei 67% ankietowanych odczuło skutki RODO w procesach kadrowych, 47% – w marketingowych.

Biorąc pod uwagę kwestię dostosowania technologicznego, 1/3 firm – przede wszystkim dużych – przyznała, że by wdrożyć nowe przepisy konieczny był zakup dodatkowego oprogramowania.

Wprowadzenie w życie zmian, dla niemal wszystkich firm wiązało się z koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów. Wysokie i średnio wysokie wydatki odnotowano w 68% firm.

Oprócz inwestycji pieniężnych, przedsiębiorcy musieli w zmiany zainwestować również czas. Dostosowanie do przepisów RODO, średnio zajęło firmom około pół roku – tak deklaruje 44% ankietowanych, biorących udział w badaniu. Z kolei 33% przyznało, że proces był znacznie dłuższy i trwał co najmniej rok.

– Wyniki badania potwierdzają, że zmiany dla firm wynikające z RODO mają istotny, przekrojowy i dotykający całej organizacji charakter. RODO z założenia jest aktem interdyscyplinarnym, wymagającym dostosowania również na innych polach niż tylko prawne – m.in. na polu zarządzania danymi, oceny ryzyka oraz bezpieczeństwa. Chociaż po nałożeniu przez francuski i polski organ ochrony danych kar pieniężnych za nieprawidłowości przy spełnianiu obowiązku informacyjnego, a w przypadku organu francuskiego również za nieprawidłowości przy odbieraniu zgody, może błędnie wydawać się, że RODO sprowadza się tylko do zagadnienia klauzul będącego domeną działów prawnych. Oczywiście tak nie jest. W mojej opinii zmiany wynikające z RODO mają w rzeczywistości sens biznesowy – mówi Konstanty Dobiejewski, Radca prawny,  Associate Partner, Kancelaria EY Law

Z punktu widzenia ponad połowy firm (56%) wyzwania na nadchodzący czas to ograniczenie wpływu RODO na działania marketingowe i sprzedażowe. Przedsiębiorcy deklarują, że będą musieli stawić również czoła nadużywaniu przez konsumentów np. prawa do zapomnienia (39%) i lepiej przygotować się bardziej skomplikowany proces rekrutacji pracowników (30%).

Komu najtrudniej wynająć mieszkanie i dlaczego najem instytucjonalny to dobre rozwiązanie?

Pomimo wzrostu cen wynajmowanych mieszkań, chętnych na nie wciąż nie brakuje i obecnie popyt na lokale do wynajęcia stanowi ponad 20 proc. całego popytu na rynku nieruchomości. Okazuje się jednak, że stale rosnące koszty najmu, to niekiedy najmniejszy problem w poszukiwaniu idealnego miejsca do życia. Dla niektórych wynajęcie mieszkania to nie lada wyzwanie.

Według ostatnich doniesień, średnio czynsz w Polsce wzrósł o ok. 3 proc, ale nie zraziło to potencjalnych zainteresowanych poszukujących mieszkań na wynajem.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

Duże zainteresowanie mieszkaniami na wynajem to nie tylko kwestia większej konkurencji pomiędzy potencjalnymi najemcami, ale także jeszcze trudniejsze znalezienie odpowiedniego miejsca dla wybranych grup społecznych. Okazuje się, że część właścicieli  lokali na wynajem ma różne preferencje i wymagania, co do przyszłego najemcy – komentuje Rafał Malik,  dyrektor biura zarządzania najmem Funduszu Mieszkań na Wynajem. Dane pokazują, że wśród prywatnych osób chcących wynająć mieszkanie są mniej i bardzie preferowani lokatorzy.

Obcokrajowcy a uprzedzenia

Jak wynika z danych dostępnych na stronie Urzędu ds. Cudzoziemców na przestrzeni ostatnich lat zauważalny był wzrost liczby wydanych pozwoleń na zamieszkanie na czas oznaczony lub pobyt czasowy. W 2017 roku była to rekordowa liczba 103 219 pozwoleń, co w stosunku do roku 2014, gdzie wydano 42 557 takich pozwoleń, oznacza wzrost o ponad 58 proc. Okazuje się, że najliczniej przybywającą do nas grupą emigrantów są mieszkańcy Ukrainy, a następnie Wietnamu, Chin i Białorusi.

Często wynajem mieszkania dla tych osób bywa kłopotliwy. Właścicieli mieszkań na ogół zniechęca nadal obecna bariera językowa i różnice kulturowe, które dla wynajmujących mogą być problematyczne.– zauważa Rafał Malik.

Rodzinom z dziećmi wcale nie jest łatwiej

Problemy z wynajmem mają także osoby zakładające rodzinę Niekiedy wprost można usłyszeć od osób oferujących nieruchomość, że mieszkanie nie zostanie wynajęte, ponieważ dziecko pomaże ściany. W tej sytuacji na nic zdaje się argument, że w umowie jest wyraźnie zaznaczone, że najemca ponosi wszystkie koszty zniszczeń i szkód.

Sceptycznie wobec zwierząt

Okazuje się, że posiadanie czworonożnego przyjaciela także nie ułatwia znalezienia mieszkania. Mimo, iż większość z nas lubi i samemu posiada zwierzęta w domu, to w przypadku wynajmowania mieszkania, nie jesteśmy już tak otwarci. Jak wynika z raportu Kantar Public (dawniej Zespół Badań Społecznych TNS Polska) w 2017 roku ponad połowa z nas, bo 52 proc. Polaków miała zwierzę w domu. Niestety, właściciele nieruchomości często obawiają się zniszczeń, zwłaszcza świeżo wyremontowanych mieszkań, jakich może dokonać nasz pupil, zwłaszcza jeśli jest to pies lub kot lub nieprzyjemnego zapachu. Z tego względu wielu najemców poszukujących domu ze swoim czworonogiem niejednokrotnie musieli zrezygnować z wynajmu wymarzonego lokum z powodu zapisu w umowie, że przetrzymywanie zwierząt jest w nich niedopuszczalne.

Nie wszyscy wynajmujący mają upodobania

Osoby dyskryminowane w trakcie poszukiwań mieszkania do wynajęcia coraz częściej, aby uniknąć nieprzyjemności, decydują się na skorzystanie z tzw. najmu instytucjonalnego. W Funduszu Mieszkań Na Wynajem, który oferuje wygodną opcję najmu instytucjonalnego, są jasne zasady i warunki, które trzeba spełnić, aby zamieszkać w jednym z mieszkań. Ocenie podlega zdolność finansowa i to jest główne kryterium dostępności mieszkań.

Jako Fundusz zdajemy sobie sprawę z powyższych problemów, dlatego staramy się im przeciwdziałać naszą ofertą, która jest dostępna dla wszystkich. Wystarczy spełnić określone wymogi formalne i nie obawiać się jakichkolwiek uprzedzeń ani dyskryminacji. Obecnie z naszej oferty coraz chętniej korzystają osoby, które przyjechały do Polski zza wschodniej granicy. Przejrzyste warunki wynajmu i dostęp do anglojęzycznej obsługi zdecydowanie ułatwia przejście formalności i znalezienie komfortowego lokum. Chcemy aby nasi lokatorzy czuli się jak u siebie – przede wszystkim bezpiecznie, mając przy tym poczucie równego traktowania – podkreśla Rafał Malik.

Polskie recyklomaty w Warszawie – wymienisz puste opakowania na benefity

10 automatów do oddawania zużytych opakowań: plastikowych butelek PET, butelek szklanych i puszek aluminiowych pojawi się Warszawie. 5 recyklomatów pojawi się już przed wakacjami, a kolejne 5 na jesieni. Za programem pilotażowym stoi Coca-Cola, Miasto Stołeczne Warszawa i Fundacja Nasza Ziemia. To kolejny etap realizacji przez firmę inicjatywy ‘Świat Bez Odpadów’.

Automaty dostarczy polska firma EcoTech System, oferująca rozwiązania wspierające działania ekologiczne. Schemat działania jest prosty: każdy do maszyny będzie mógł wrzucić butelki plastikowe PET, aluminiowe puszki oraz butelki szklane. Recyklomaty są zintegrowane z aplikacją, która rejestruje każdy oddany surowiec i w zamian przyznaje ECO-punkty. ECO-punkty oddający opakowania będzie mógł wymieniać na różnego rodzaju benefity, jak np. zniżki na bilety do kina czy zniżki na kawę czy zakupy. Podobne dwie maszyny (testowe) działały już m.in. w Wieluniu.

Maszyny, które staną w stolicy to pierwsze w Polsce zewnętrzne recyklomaty, które przyjmą aż 3 frakcje odpadów: butelki PET, szkło i aluminium. Wszystkie dane o całym procesie segregacji w recyklomacie są przesyłane w trybie on-line do Centralnej Platformy ETS m.in.: ilość zebranych surowców, szacunkowa waga poszczególnych frakcji, poziom napełnienia komory poszczególną frakcją, ilość osób korzystających oraz ilość zebranych ECO-punktów przez użytkowników.

EcoTech System jest autorem innowacyjnego rozwiązania, który właśnie za pomocą aplikacji mobilnej i systemu nagród ma zwiększyć poziom segregacji odpadów w Polsce (Motywacyjny System Gospodarki Odpadami).

– W systemie motywacyjnym zachęcamy do segregacji wszystkich odpadów opakowaniowych, a recyklomat odbiera każdy rodzaj opakowania (możemy tak zdefiniować i nauczyć recyklomat, aby przyjmował dowolne opakowanie np. szklany słoik – tzw. machine learning). W systemie kaucyjnym automaty przyjmują tylko opakowania objęte kaucją – wyjaśnia Łukasz Waksmundzki z firmy EcoTech System.

Firma Coca-Cola zdaje sobie sprawę, że odpady po opakowaniach konsumenckich, szczególnie te z plastiku są dziś kwestią niezwykle ważną społecznie. Choć w Polsce butelki PET tylko ok. 6 proc. odpadów komunalnych, firma postanowiła działać. Realizując inicjatywę ‘Świat Bez Odpadów’ wspiera więc w takie rozwiązania, które mają pomóc wprowadzić tę ideę w życie, czyli m.in. maszyny, które staną niebawem w stolicy.

Równocześnie Coca-Cola ogłosiła dziś start globalnej kampanii społecznej #NEVERSETTLE. Polska jest pierwszym krajem, gdzie kampania zostanie wyemitowana. Hasło w Polsce to #WCIĄŻZMIENIAMY. Poprzez nie Coca-Cola pragnie pokazać, jak tworzy rozwiązania prośrodowiskowe i zamierza przeciwdziałać zanieczyszczeniu odpadami opakowaniowymi czy nadmiernej eksploatacji zasobów wodnych, a także podejmuje wyzwania społeczne związane z sytuacją demograficzną czy barierami na rynku pracy. Tutaj przykładem może być współpraca z Fundacją Sukces Pisany Szminką i programy Sukces to Ja czy YEP Academy, które służą aktywizacji zawodowej kobiet i młodzieży.

Inauguracja kampanii #WCIĄŻZMIENIAMY i program recyklomatów ma współgrać z celami polityki ekologicznej firmy Coca-Cola*:

– Do 2025 roku Coca-Cola będzie tworzyć opakowania, które będą w 100 proc. nadawały się do recyklingu. Co ciekawe w Polsce ten cel został już osiągnięty.

– Do 2030 roku średnio 50 proc. składu opakowań produktów Coca-Cola będą stanowiły surowce wtórne. W Polsce stanowią one ok. 8 do 10 proc. składu opakowań Coli, ale firma będzie je sukcesywnie zwiększać.

– Do 2030 r. Coca-Cola chce zbierać i przekazywać do recyklingu tyle opakowań, ile trafia od niej do rąk konsumenta. Ważne jest, by każde opakowanie trafiało do odpowiedniego pojemnika w ramach selektywnej zbiorki odpadów, by następnie mogło być przetworzone i ponownie wykorzystane.

– Produkcja puszek z recyklingu w porównaniu do produkcji z boksytu pozwala zmniejszyć zanieczyszczenie powietrza aż o 95%, natomiast w przypadku wody o 97%. Co więcej, recykling 1 tony aluminium pozwala oszczędzić 4 tony boksytu, którego złoża są nieodnawialne. Chcemy nagradzać za segregację, pozytywnie wpływać na zmianę zachowań i przyzwyczajeń mieszkańców oraz zwiększać poziomy segregacji w każdym samorządzie. Coca-Cola po raz kolejny wspólnie z EcoTech System angażuje się w motywację do segregacji przy wykorzystaniu nowych technologii tak jak to miało miejsce podczas szczytu klimatycznego COP24 – mówi prezes zarządu EcoTech System Konrad Romek.

Firmy przestawiają się na odnawialne źródła energii. Mają coraz więcej opcji finansowania takich inwestycji

0

Firmy przestawiają się na odnawialne źródła energii. Mają coraz więcej opcji finansowania takich inwestycji 1

Zgodnie z wymogami unijnej polityki klimatycznej do 2020 roku Polska musi zwiększyć udział odnawialnych źródeł w końcowym zużyciu energii do 15 proc. Jedną z metod osiągnięcia tego celu są inwestycje w fotowoltaikę, również na poziomie małych i średnich firm. Coraz więcej przedsiębiorców decyduje się lub rozważa taką inwestycję. Tym bardziej, że pojawiają się nowe możliwości ich dofinansowania. Bank Gospodarstwa Krajowego wspiera tego typu inwestycje poprzez gwarancje spłaty kredytu Biznesmax. Maksymalna kwota gwarancji to 2,5 mln euro.

Do 2020 roku nasz kraj powinien zapewnić 15 proc. udział odnawialnych źródeł energii w końcowym zużyciu energii.

– Jesteśmy świadomi, że Polska musi wypełnić swoje zobowiązania związane z polityką klimatyczną Unii Europejskiej. Do 2020 roku chcemy obniżyć emisyjność naszej gospodarki o 20 proc., i poprawić o 20 proc. efektywność energetyczną gospodarki – mówi Wojciech Hann, członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego. – Walka o niskoemisyjne źródła energii i transformacja energetyczna są faktem. Wszyscy w Europie o tym mówią, myślą i to robią. Trudno, żeby polscy przedsiębiorcy zachowywali się inaczej. Jedną z metod osiągnięcia większego udziału OZE jest fotowoltaika, również ta na mikro- i małą skalę, instalowana np. przez małych i średnich przedsiębiorców.

Dlatego Bank Gospodarstwa Krajowego zdecydował, że jeden ze swoich produktów gwarancyjnych, czyli gwarancje Biznesmax, rozszerzy i szczególnie ukierunkuje na fotowoltaikę. Projekt zyskał akceptację Ministerstw.

– Inicjatywa BGK to kolejny krok w stronę realizacji zainicjowanego przez minister Jadwigę Emilewicz programu Energia plus. Jego celem jest upowszechnienie w Polsce prosumenckich instalacji fotowoltaicznych, po to, by zmniejszyć koszty energii elektrycznej, pomóc w realizacji przez Polskę unijnego celu OZE, a także poprawić jakość powietrza w naszym kraju. W ciągu ostatnich lat ceny takich instalacji spadły u nas niemal dwukrotnie. Podejmujemy działania na rzecz tego, by spopularyzować je wśród MŚP, samorządów, wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych oraz gospodarstw domowych. Teraz ze swoją ofertą, gwarancjami Biznesmax – wchodzi Bank Gospodarstwa Krajowego. Jestem przekonany, że gwarancje te ułatwią przedsiębiorcom inwestowanie w fotowoltaikę i pomogą w jej rozpropagowaniu – mówi wiceminister przedsiębiorczości i technologii Marek Niedużak.

– Temat czystej energii jest nierozerwalnie związany z kwestią poprawy jakości powietrza w Polsce, która jest jednym z najważniejszych wyzwań i priorytetów polskiego rządu. Od początku tego roku w ramach programu Czyste Powietrze udało nam się wprowadzić ulgę termomodernizacyjną w podatku dochodowym od osób fizycznych. Ulga ta umożliwia również rozliczenie zakupu mikroinstalacji fotowoltaicznej w PIT. Niezależnie od tego ciągle wprowadzamy inne zmiany w przepisach prawa gwarantujące polskim gospodarstwom domowym możliwość wykorzystywania dobrych źródeł ciepła i paliw o odpowiedniej jakości – przypomina Piotr Woźny, pełnomocnik premiera ds. programu Czyste Powietrze.

Gwarancja Biznesmax jest bezpłatnym zabezpieczeniem kredytu, udzielanym przez BGK tym przedsiębiorcom, którzy chcą zaciągnąć kredyt na sfinansowanie zakupu instalacji fotowoltaicznej. Maksymalna kwota gwarancji to 2,5 mln euro, przyznawana jest na maksymalnie 20 lat i zabezpiecza do 80 proc. wartości kredytu. Z oferty BGK mogą skorzystać mikro-, mali i średni przedsiębiorcy, którzy chcą produkować prąd na własne potrzeby i w ten sposób ograniczyć rachunki za energię. Jak podkreśla Wojciech Hann z BGK, instrument wsparcia w postaci gwarancji Biznesmax ma zachęcić tę grupę przedsiębiorców do podjęcia decyzji o inwestycjach w fotowoltaikę.

Obecne alokacje środków pozwolą na wygenerowanie 2,87 mld zł akcji kredytowej, pokrywającej wszystkie koszty kwalifikowane związane z samą inwestycją, czyli zakupem instalacji fotowoltaicznych, oraz z kosztami dodatkowymi, takimi jak doradztwo. Środki finansowe można przeznaczyć także na montaż oraz wydatki bieżące, związane uruchomieniem instalacji fotowoltaicznej.

Program Biznesmax jest finansowany ze środków pochodzących z Unii Europejskiej (z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój). Z informacji Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wynika, że do tej pory gwarancje BGK pozwoliły bankom udzielić finansowania w wysokości ponad 150 mln zł dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw.

– Fundusz gwarancyjny  wsparcia innowacyjnych przedsiębiorstw to największy instrument finansowy w programie Inteligentny Rozwój. Przeznaczyliśmy na niego blisko 1,2 miliarda złotych z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Środki te ułatwiają innowacyjnym przedsiębiorcom dostęp do kredytów bankowych na sfinansowanie inwestycji, które przyczynią się do ich rozwoju. Łączna wartość kredytów, jakie będą udzielone dzięki gwarancjom ze środków POIR to blisko 3 miliardy złotych. Zachęcam zatem innowacyjnych przedsiębiorców do korzystania z tego atrakcyjnego instrumentu, jakim są gwarancje Biznesmax – dodaje Małgorzata Jarosińska-Jedynak, Wiceminister Inwestycji i Rozwoju.

Nie ma górnego ograniczenia kosztów kredytu zaciąganego przez małego lub średniego przedsiębiorcę. Gwarancje spełniają wymogi dopuszczalnej pomocy publicznej, w tym de minimis i podlegają ustawodawstwu Komisji Europejskiej. Dzięki gwarancjom Biznesmax przedsiębiorcy zyskują łatwiejszy dostęp do kredytów. BGK zapewnia szybką ścieżkę decyzyjną. Wnioski można składać w trybie ciągłym, a ocena merytoryczna projektu jest maksymalnie uproszczona. Poza wydatkami inwestycyjnymi kredyt z gwarancją może pokryć część kosztów towarzyszących i bieżących związanych z inwestycją. Poza tym finansowane są wydatki w kwotach brutto, czyli z VAT.

Bank Gospodarstwa Krajowego jest punktem kontaktowym, w którym można uzyskać informacje o warunkach gwarancji. Obecnie bank współpracuje przy udzielaniu gwarancji Biznesmax na fotowoltaikę z dwoma bankami komercyjnymi – BOŚ Bankiem i Alior Bankiem. Wkrótce lista banków oferujących kredyt zabezpieczony gwarancją ulegnie rozszerzeniu o pozostałe banki współpracujące z BGK w programie gwarancji Biznesmax.

innogy Renewables Polska wybuduje elektrownię wiatrową o mocy 33 MW w Żukowicach na Dolnym Śląsku

innogy Renewables Polska rozpoczyna budowę lądowej farmy wiatrowej Żukowice. Farma otrzymała wsparcie w drodze aukcji, przeprowadzonej w listopadzie 2018 roku przez Urząd Regulacji Energetyki. Park wiatrowy Żukowice wyposażony będzie w 11 turbin wiatrowych – 10 typu N131/3000 i 1 typu N117/3000 – wyprodukowanych przez firmę Nordex. Grupa Nordex i innogy, w ramach strategicznego partnerstwa, wspólnie realizują projekty lądowe zarówno na terenie Europy, jak i Stanów Zjednoczonych. Farma wiatrowa Żukowice ma zostać oddana do użytku w 2020 r.

Robert Macias
Robert Macias

Ogromnie cieszy nas fakt, że po zaledwie czterech latach od ostatniej inwestycji w sektorze energetyki wiatrowej, znów mamy okazję instalować turbiny wiatrowe budując Park Wiatrowy Żukowice. Wygrana przez innogy Renewables Polska aukcja, której wyniki ogłoszono w listopadzie zeszłego roku, to kolejny, niezwykle ważny element naszego zaangażowania w rozwój, budowę i popularyzację odnawialnych źródeł energii w Polsce. Fakt, że od realizacji poprzedniego projektu minęło tak niewiele czasu, to potwierdzenie zasadności rozwoju strategicznej współpracy z Grupą Nordex – mówi Robert Macias, Członek Zarządu innogy Renewables Polska.

Grupa innogy eksploatuje w Polsce 8 parków wiatrowych o łącznej mocy zainstalowanej ponad 240 MW. Farmy wiatrowe umiejscowione są w czterech regionach Polski: w Nowym Stawie w pobliżu Gdańska, Opalenicy w rejonie Poznania, Krzęcina i Tychowa na terenie Pomorza Zachodniego oraz na obszarze województwa podlaskiego, w okolicach Suwałk, Piecek i Taciewa.

Polska – kraj wielu możliwości dla koreańskich inwestorów

Korea Południowa jest jednym z największych pozaeuropejskich inwestorów w Polsce, a jej zaangażowanie w Polsce rośnie. Między Odrą a Wisłą działa ponad 260 przedsiębiorstw z koreańskim kapitałem. Z okazji 30. rocznicy nawiązania stosunków dyplomatycznych między oboma krajami, Polska Agencja Inwestycji i Handlu oraz firma doradcza JP Weber przygotowały raport Poland Land of Opportunities, prezentujący aktywność inwestycyjną firm południowokoreańskich w Polsce oraz identyfikujący najbardziej perspektywiczne sektory dla koreańskich inwestorów. Premiera raportu odbyła się dzisiaj w Seulu podczas forum biznesowego Polska – Korea.

Południowokoreańskie przedsiębiorstwa działają w Polsce praktycznie od momentu nawiązania relacji dyplomatycznych. Skala ich zaangażowania w polską gospodarkę robi wrażenie. – Korea Południowa to trzeci po USA i Japonii największy inwestor zagraniczny spoza Unii Europejskiej. PAIH obsłużyła już 53 projekty z tego kraju  mówi Krzysztof Senger, wiceprezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, która jest współautorem raportu oraz organizuje forum inwestycyjne w Korei. Jak podkreśla Senger, do niedawna Koreańczycy byli u nas kojarzeni głównie z produkcją elektroniki i AGD. Od kilkunastu miesięcy wspólnie z polskimi inżynierami, piszą nowy rozdział historii motoryzacji.

– Właśnie dzięki Koreańczykom i powstającemu wokół fabryki LG Chem klastra elektromobilnego, w polskiej motoryzacji dokonuje się rewolucyjna zmiana technologiczna. Polska staje się ważnym centrum produkcji aut elektrycznych w Europie – mówi SengerW ostatnich latach, dyskusja na temat przyszłości transportu i jego oddziaływania na środowisko skłoniły światowych producentów motoryzacji do rozwoju napędów zeroemisyjnych. Korea, jako ważny producent rozwiązań do aut elektrycznych, postawiła na Polskę, aby w europejskim centrum produkcji podzespołów motoryzacyjnych produkować m.in. baterie i inne elementy do innowacyjnych „elektryków”.

Autorzy raportu podkreślają, że zainteresowanie Polską wśród koreańskich firm wiąże się przede wszystkim z wysokimi kompetencjami polskich kadr technicznych, dostępem do poddostawców czy aż 160 centrami innowacji w całym kraju. Znaczenie ma również atrakcyjna oferta zachęt. – Gospodarka koreańska jest najbardziej innowacyjna na świecie, co przekłada się na specyfikę projektów inwestycyjnych prowadzonych przez przedsiębiorstwa z tego krajuPolski system zachęt inwestycyjnych wychodzi im naprzeciw. Zapewnia innowatorom jedne z najwyższych ulg podatkowych wśród krajów OECD, a do tego oferuje wyższy zwrot z inwestycji niż średnia w UE – wyjaśnia Senger.

Według Marcina Dudarskiego, Partnera Zarządzającego JP Weber i współautora raportu, oferta kierowana do inwestorów przedstawia polską gospodarkę, jako dynamicznie rozwijający się organizm.

Silną zachętą jest Polska Strefa Inwestycji, z szansą na zwolnienia z podatku CIT przez okres od 10 do 15-lat. To nowe rozwiązanie pozwala inwestorom na lokalizację wedle życzenia – praktycznie w całej Polsce, a nie zmusza do ograniczenia się do terenów znajdujących się w zasobach stref ekonomicznych. Ważnym impulsem są w dalszym ciągu dostępne fundusze unijne, wpierające działania B+R, czyli przyciąganie inwestycji o wysokim stopniu technologicznego zaawansowania i możliwości dalszego rozwoju know-how w Polsce. Towarzyszą temu instrumenty takie, jak ulga B+R, Innovation Box, a także system zachęt na poziomie lokalnym i rządowym dla inwestycji o istotnym znaczeniu dla gospodarki. To kluczowe argumenty, poza dostępnością doskonałej kadry inżynieryjnej i znaczną poprawą infrastruktury kolejowej oraz drogowej, aby przekonać koreańskiego inwestora do lokalizacji fabryki w Polsce  – mówi Marcin Dudarski z JP Weber, działającej w obszarze transakcji.

PAIH oraz JP Weber, które na co dzień współpracują z koreańskimi inwestorami, spodziewają się napływu kolejnych inwestycji z tego kraju. W międzynarodowym rankingu najbardziej atrakcyjnych lokalizacji dla biznesu południowokoreańskiego Polska zajmuje 14. miejsce. Firmy z tego kraju są aktywne w 11 polskich województwach. Tylko w PAIH prowadzonych jest obecnie 11 projektów z Korei Południowej, za którymi stoją przed wszystkim firmy z segmentu elektromobilność. Autorzy raportu dostrzegają jednak rosnące zainteresowanie Polską również wśród firm z Korei Południowej z innych sektorów. Chcąc wykorzystać ten potencjał Biuro Handlowe PAIH w Seulu zorganizowało 24 maja w Seulu Polsko – Koreańskie Forum Biznesowe. – Zamierzamy zaproponować przedsiębiorcom z Korei Południowej współpracę przy projektach infrastrukturalnych, jak Centralny Port Komunikacyjny, czy wzmocnić ich obecność na rynku nieruchomości komercyjnych, produkcji spożywczej, a także skłonić do przyjrzenia się polskiemu sektorowi usług nowoczesnych w tym ICT – tłumaczy Krzysztof Senger.

O znaczeniu wydarzenia dla bilateralnej współpracy świadczy obecność licznej delegacji polskich instytucji i firm, na czele z wiceministrem Przedsiębiorczości i Handlu, Tadeuszem Kościńskim. Do inwestowania w Polsce Koreańczyków w Seulu przekonują m.in. Polska Agencja Inwestycji i Handlu, Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP), Katowicka Specjalna Strefa Ekonomicznej, a także przedstawiciele Centralnego Portu Komunikacyjnego, czy firmy z sektora nieruchomości komercyjnych, jak Capital Park czy CBRE, a także reprezentanci firm koreańskich, już obecnych w Polsce.

Z analizy Biura Handlowego PAIH w Seulu wynika, że koreańskie firmy mogą być zainteresowane zarówno zarządzaniem, jak i generalnym wykonawstwem Centralnego Portu Komunikacyjnego z racji na doświadczenie w udziale w analogicznych projektach m.in. w Iraku, Kuwejcie czy Turcji . Aktywne w naszym kraju są także przedsiębiorstwa z Korei Południowej z segmentu nieruchomości komercyjnych. Pod koniec 2018 roku fundusz inwestycyjny z tego kraju przejął jeden z warszawskich biurowców. Dodatkowo w Polsce działają już trzy oddziały banków koreańskich Industrial Bank of KoreaShinhan Bank oraz Woori.

O tym, jak skorzystać z potencjału inwestycyjnego Polski koreańskie firmy dowiedzą się z raportu Poland Land of Opportunities, electromobility and other sectors in the heart of Europe, którego premiera odbyła się podczas Forum Biznesowego w Seulu. Przyszli inwestorzy znajdą w nim informacje na temat ekonomicznych oraz formalno – prawnych warunków prowadzenia działalności biznesowej w Polsce, systemu zachęt inwestycyjnych czy instytucji wsparcia oraz sektorów z najwyższym potencjałem do zainwestowania w naszym kraju. Wzmocnieniu współpracy w jubileuszowym roku służyć ma podpisanie w trakcie seulskiego forum aż trzech umów bilateralnych między PAIH a siostrzanym podmiotem koreańskim KOTRA, rządową agencją importową KOIMA oraz federacją przemysłu koreańskiego FKI.

MLP Group trzykrotnie zwiększa zysk netto

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2019 roku. W tym okresie Grupa zarobiła na czysto 12,9 mln zł niemal potrajając wynik sprzed roku. Przychody wzrosły natomiast r./r. o 25,9% do 34,8 mln zł. Konsekwentnie rosną również aktywa netto oraz wartość nieruchomości inwestycyjnych.

MLP Group, deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, w pierwszym kwartale 2019 roku uzyskał 34,8 mln zł przychodów, czyli o 25,5% więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Grupa zanotowała 23 mln zł zysku na działalności operacyjnej, co jest wynikiem blisko dwa razy wyższym niż rok wcześniej (było 13,9 mln zł). MLP Group jednocześnie niemal trzykrotnie poprawiło wynik netto wypracowując 12,9 mln zł na plusie względem 4,3 mln zł uzyskanych w pierwszym kwartale 2018 r. Deweloper powierzchni magazynowych na koniec marca 2019 r. posiadał kapitały własne (aktywa netto) o wartości 827,5 mln zł, czyli o 1,5% wyższe niż wartości wykazane na koniec 2018 roku. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła o 3,9% do 1,5 mld zł (336,3 mln euro).

Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.
Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.

„Cały czas konsekwentnie się rozwijamy. Osiągane wyniki potwierdzają jednocześnie, że strategia zorientowana na utrzymaniu silnej pozycji na krajowym rynku oraz ekspansji zagranicznej jest słuszna i przynosi świetne efekty finansowe. Zawarta kilka dni temu umowa najmu z liderem niemieckiej branży tekstylnej na ponad 56 tys. m2 świadczy również, że nasza oferta jest bardzo dobrze przyjmowana przez najbardziej wymagających klientów w Europie”  – podkreślił Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

„Grupa posiada bardzo dobrą kondycję finansową. W okresie kwartale br. wypracowaliśmy bardzo wysoką rentowność operacyjną oraz netto. Jednocześnie utrzymujemy zadłużenie na bezpiecznym poziomie mając niemal pełne pokrycie zobowiązań kapitałami własnymi. Daje nam to bardzo dobrą bazę do dalszego dynamicznego rozwoju” – powiedziała Monika Dobosz, Dyrektor Finansowy MLP Group S.A.

Na koniec marca br. MLP Group miało podpisane umowy najmu na 519,7 tys. m2, czyli o 3,2% więcej niż rok wcześniej. Aktualnie w budowie pozostaje  44,2 tys. m² , z czego 39,5 tys. m2 objętych jest umowami najmu. Z kolei docelowa powierzchnia do zabudowy na posiadanych gruntach sięga blisko 1,1 mln m2, co oznacza możliwość podwojenia obecnej skali działalności.

Zgodnie ze strategią „build & hold”  MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu.  Doceniają to najemcy, którzy przez cały okres współpracują z tymi samymi osobami odpowiadającymi za wysoką jakość świadczonych usług.

Polski rynek złomu czeka kryzys? Rosną obawy wytwórców

Po trwającym 1,5 roku prosperity polski rynek złomu staje na krawędzi kryzysu. Ma na to wpływ spadek cen złomu na światowych rynkach oraz malejąca od kilku miesięcy sprzedaż wyrobów stalowych. Sytuacji nie polepszają także decyzje dużych koncernów, które stopniowo ograniczają produkcję stali w Polsce.

Będzie kryzys? Ceny na to wskazują!

Druga połowa 2019 roku zapowiada się nie najlepiej dla polskiego rynku złomu. Przedstawiciele firm handlujących surowcem mówią wręcz o widmie kryzysu, jakie zawisło nad całą branżą. Jedną z przyczyn upatrują w tendencji spadkowej cen złomu stalowego na Londyńskiej Giełdzie Metali.

Ceny te na przestrzeni ostatniego roku spadły z poziomu 359 USD za tonę do 291 USD. Także 2019 rok nie przynosi poprawy sytuacji. Ostatnie 4 miesiące tylko umocniły negatywny trend, zapoczątkowany w styczniu obniżką cen do poziomu 280 USD za tonę – najniższego w ciągu ostatnich 2 lat.

Znaczny spadek cen na świecie już uderza w ceny na rodzimym rynku. Od kilku miesięcy notujemy ich wyraźną obniżkę dla każdej klasy złomu. Przykładowo w maju br. ceny te spadły aż o 100 zł za tonę. To niepokojąca tendencja, która zapowiada dalsze spadkimówi Przemysław Oleś, prezes spółki Olmet, która jest jednym z liderów na polskim rynku złomowym.

Rosnący import stali uderza w dostawców złomu

Niepokojąca jest nie tylko cena stali, ale również coraz niższa sprzedaż wyrobów stalowych. W 2018 roku eksport tego typu towaru w Polsce spadł o 4%, przy jednoczesnym wzroście importu o 11%. Początek 2019 roku przyniósł natomiast pogłębienie tej dysproporcji.

Według raportu Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej w okresie od stycznia do lutego br. eksport wyrobów stalowych wynosił 950 tys. ton, a import – dwa razy tyle, bo aż 1914 tys. ton. Zmalała także produkcja stali w Polsce. W okresie od stycznia do marca wynosiła ona 2,479 tys. ton, tj. aż o 7,3% mniej niż w tym samym okresie przed rokiem – podaje World Steel Association.

W skutek ograniczania produkcji w Polsce spada zapotrzebowanie na złom wykorzystywany do jej wytwarzania. Pierwsza połowa 2019 roku jest pod tym względem szczególnie niepokojąca. Kolejny wzrost importu będzie bowiem oznaczał kolejne zmniejszenie liczby zamówień na ten surowiec u rodzimych dostawców – mówi Przemysław Oleś.

Zdaniem przedstawicieli branży zagrożeniem jest także napływ do Polski i pozostałych krajów Unii Europejskiej taniej stali ze Wschodu. Tylko w 2019 roku import z krajów Wspólnoty Niepodległych Państw, czyli m.in. Rosji i Ukrainy, wzrósł trzykrotnie w stosunku do ubiegłego roku.

Gasną piece, spada zapotrzebowanie na złom

Całej sprawie nie pomaga trudna sytuacja, w jakiej dziś znajduje się polskie hutnictwo. Na początku maja największy producent stali w Polsce, koncern ArcelorMittal Poland, poinformował, że planuje tymczasowo wstrzymać pracę wielkiego pieca w Krakowie. To sygnał alarmowy dla całego rynku złomu i stali.

Decyzja firmy podyktowana jest m.in. rosnącym importem spoza Unii Europejskiej, malejącym popytem na stal, ale również wzrostem cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla oraz rosnącymi kosztami produkcji. ArcelorMittal wskazuje także na wysokie ceny energii w Polsce.

Rynek staje dziś w obliczu realnego ryzyka wycofania produkcji stali z Polski, a w najlepszym przypadku jej znacznego ograniczenia. Argumenty, które podaje ArcelorMittal, w hutnictwie pojawiają się coraz częściej. Zaczynają także pociągać za sobą konkretne decyzje – mówi prezes Olmetu.

Co to oznacza dla rynku złomu? Przede wszystkim dalszy spadek zapotrzebowania na produkt.

Niestety, ale polskie firmy stopniowo tracić będą odbiorców w kraju. Wymusi to poszukiwanie ich na rynkach zagranicznych, a tym samym skoncentrowanie się na eksporcie. Dla wielu firm oznaczać to będzie konieczność zmiany modelu biznesowego – mówi Przemysław Oleś.

Problem w tym, że nie każda firma złomowa będzie w stanie poradzić sobie w nowej sytuacji na bardzo konkurencyjnym rynku. W niedalekiej przyszłości może to oznaczać upadek mniejszych przedsiębiorstw, które nie są w stanie wytrzymać konkurencji np. na zachodnim rynku. Przetrwają najsilniejsi – dodaje.

Kluczem do przetrwania w branży złomowej w czasach kryzysu może okazać się jednak technologia. Przykład płynie z Tarnowskich Gór, a dokładnie z firmy Olmet.

Od lat konsekwentnie realizujemy intensywną politykę inwestycyjną. Dzięki niej nasza firma może pochwalić się tym, że jest napędzana nowoczesną technologią i działa niczym rozpędzona lokomotywa, którą trudno zatrzymać. Obecnie mimo pesymistycznych prognoz dla branży Olmet jest w trakcie realizacji największego zadania inwestycyjnego w historii spółki – dodaje.

Raport ONZ przestrzega: Niszczenie zielonych płuc Ziemi nie odbędzie się bez szkody dla człowieka

Przez trzy lata na zlecenie ONZ powstawał raport o wymieraniu gatunków. Obejmował on pracę badawczą i analityczną, skupioną na działalności ludzi w epoce zwanej antropocenem, która – jak sama nazwa wskazuje – jest przez nich zdominowana. Ta sytuacja powoduje radykalne zubożenie bioróżnorodności. Według ostatnich szacunków wyginęło 10 proc. owadów, a do 2049 roku wyłowiona zostanie ostania ryba z oceanu na skutek przeławiania, czyli nadmiernej eksploatacji łowisk. Na całym świecie od 1950 roku wyprodukowano już 8 miliardów ton plastiku. W przeliczeniu na jednego człowieka przypada więc jedna tona. Tworzywo to oczywiście w tak krótkim czasie nie mogło się rozłożyć. Ono także przyczynia się do zabijania bioróżnorodności. Wielka plama odpadów na Pacyfiku obejmuje ok. 100 tysięcy ssaków morskich, aż milion ptaków i niezliczoną ilość ryb. Powoduje też podobne spustoszenia ekosystemów w przestrzeni lądowej. Według danych ONZ, przyczynia się do tego również osuszanie mokradeł, które dotknęło już 85 proc. wszystkich na świecie. Na potęgę wycinane są lasy tropikalne – nie tylko w Brazylii, ale i w tzw. złotym trójkącie, który tworzą Tajlandia i Indonezja. Niszczenie zielonych płuc Ziemi nie odbędzie się bez szkody dla człowieka.

 Jeżeli dalej będziemy działać w ten sposób, ludzkość, jako gatunek homo sapiens wyginie. Stanie się to mniej więcej w 2200-2250 roku – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, reprezentant i prezes Global Compact w Polsce. – Ubożenie bioróżnorodności to problem, który dotyka już także Polskę. Jest efektem zmian klimatycznych. Przede wszystkim zaobserwować można kryzys wodny. Kurczące się zasoby skutkują suszą – nie tylko w rolnictwie, ale również w polskich lasach. W perspektywie jest więc wyschnięcie drzew iglastych, które charakteryzuje płytki system korzeniowy. W ten sposób występowanie sosen i świerków przesunie się na północ i przestaną być one elementem polskiego krajobrazu. Stopniowe ocieplanie i zanieczyszczanie Bałtyku azotanami i fosforanami powoduje natomiast zjawisko eutrofizacji. Powoduje to pojawianie się glonów – organizmów takich, jak okrzemki i sinice, które zaburzają gospodarkę tlenową. Tym samym zagrożone wyginięciem będą ryby, a w konsekwencji ssaki morskie i ptactwo wodne. Zmiana ekosystemu doprowadzi do utraty ich bazy pokarmowej – alarmuje Wyszkowski.

Kurs funta na czteromiesięcznych minimach. EUR/USD w konsolidacji

Protokół z posiedzenia Fed nie wnosi nic nowego. Wprawdzie decydenci słabość inflacji postrzegają jako zjawisko przejściowe, ale i tak przeważają ryzyka po stronie takiego rozwoju wypadków, który wymagać będzie załagodzenia polityki. Innymi słowy obniżka jest bardziej prawdopodobna niż podwyżka stóp procentowych. Należy przy tym pamiętać, że ostatnie posiedzenie Fed miało miejsce tuż przed zaognieniem konfliktu handlowego na linii USA – Chiny, gdy oficjalnie negocjacje szły w dobrym kierunku. W obecnej sytuacji nakazuje to jeszcze szybciej zapomnieć o możliwości powrotu do zacieśniania przez Fed.

Na froncie wojen handlowych widać zmianę broni. Odejście od środków taryfowych na rzecz wzięcia na tapetę chińskich firm technologicznych rodzi odpowiedź pod postacią podjęcia kroków mających odciąć USA od dostępu do chińskich zasobów metali ziem rzadkich, które znajdują zastosowanie w nowoczesnych technologiach. Chiny odpowiadają za 2/3 globalnego wydobycia. USA są co prawda nieznacznym konsumentem tych surowców, lecz około 80 proc. swoich potrzeb zaspokajają importem z Państwa Środka. Ostre komentarze i twarde stanowisko obu stron pokazuje, że na przełom nie ma co szybko liczyć. Powinno to podtrzymywać awersję do ryzyka na podwyższonym poziomie (korzystne środowisko dla JPY i CHF), choć pierwsza szokowa reakcja oczywiście jest już za nami.

Kurs EUR/USD tkwi w konsolidacji poniżej 1,12 a euro jest wyraźnie słabe. Rynek oczekuje na dzisiejsze dane o koniunkturze, a w mniejszym stopniu na protokół z ostatniego posiedzenia ECB. Brak nawet skromnego odbicia PMI dla przemysłu w największych gospodarkach sugeruje ryzyko zejścia eurodolara na nowe minima. Dane z Eurolandu nadal są słabe, ale na tle oczekiwań wypadają coraz korzystniej. Obecne wycena euro w szerszym horyzoncie jest jednoznacznie atrakcyjna, ale windująca kurs redukcja negatywnego nastawienia do wspólnej waluty nie nastąpi bez wyraźnej poprawy w fundamentach makroekonomicznych.

Funt jest na czteromiesięcznych minimach. Tygodnie mijają a na brexitowym froncie nie ma postępów. Nasila się za to presja na premier May, której posada wisi na włosku. Jej odejście dla GBP nie będzie niczym dobrym, gdyż prowadzić prawdopodobnie będzie do objęcia władzy przez zwolennika twardego brexitu. Ze swojego stanowiska zrezygnowała Przewodnicząca Izby Gmin, Andrea Leadsom, która nie wierzy w zachowanie wierności rządu wynikom referendum z 2016 roku. Trudno o bardziej namacalny i jednoznaczny dowód, że w pozycja premier w Partii Konserwatywnej jest fatalna.

Przy słabości rynku metali przemysłowych (praktycznie całe tegoroczne odbicie cen miedzi wymazane) i chińskich indeksów giełdowych (Szanghai Composite kilkanaście procent poniżej kwietniowego szczytu), zaognionej wojnie handlowej i jasnych perspektywach polityki monetarnej (gubernator Lowe zapowiedział, że na czerwcowym posiedzeniu należy spodziewać się obniżki kosztu pieniądza) nie może dziwić, że polityczna niespodzianka pod postacią prorynkowego wyniku wyborów parlamentarnych nie dała dolarowi australijskiemu trwałego aprecjacyjnego impulsu a podbicie kursu stało się jedynie okazją do sprzedaży. AUD/USD nie może jak na razie zejść pod 0,6850 i na nowe lokalne minima, ale do AUD pozostajemy jednoznacznie negatywnie nastawieni. W obecnym środowisku rynkowym przestrzeń do zniżek widzimy zwłaszcza w przypadku AUD/JPY.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Coraz więcej Polaków chce pracować zdalnie. Czy polskie firmy są gotowe na zmiany?

Jak wynika z badania „Confidence Index”, przeprowadzonego w I kwartale 2019 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page, już ponad połowa Polaków (52 proc.) chciałaby od czasu do czasu pracować poza biurem. Jeszcze więcej, bo ponad 65 proc. ankietowanych docenia możliwość wyboru godzin, w jakich będzie wykonywać swoje obowiązki. Czy firmy w Polsce są gotowe na wprowadzenie elastycznego stylu pracy? – analizuje Mateusz Bocian, konsultant w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Modny trend czy standard?

Coraz więcej pracowników oczekuje możliwości wykonywania pracy poza biurem. Z badania Michael Page „Confidence Index” wynika, że na początku 2018 r. na ten aspekt zwracało uwagę 50 proc. respondentów, a więc o 2 p.p. mniej niż obecnie. Rośnie również popularność korzystania z elastycznych godzin pracy – w analogicznym okresie ub.r. w takim trybie chciało pracować 62 proc. ankietowanych., w stosunku do 65 proc. obecnie.

Rynek pracy przechodzi pokoleniową zmianę, która wpływa również na kulturę organizacji oraz kształtuje nowe postawy wobec pracy. Zauważamy, że coraz więcej kandydatów już na rozmowie rekrutacyjnej pyta o możliwość korzystania z pracy zdalnej w firmie, podczas gdy jeszcze 5 lat temu taki temat poruszany był o wiele rzadziej. Nasze obserwacje pokrywają się również z opiniami ekspertów, którzy zgodnie przyznają, że pokolenie millenialsów oraz osób jeszcze młodszych – dopiero rozpoczynających karierę zawodową – oczekują zdecydowanie więcej swobody i chciałoby mieć wpływ na to gdzie, kiedy i jak będzie wykonywać swoje obowiązki. Według szacunków PWC, do 2020 r. połowę siły roboczej na świecie będą stanowili millenialsi. Możemy zatem przypuszczać, że trend pracy zdalnej będzie się upowszechniał – komentuje Mateusz Bocian, konsultant w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Kto i jak często pracuje zdalnie?

Z badania Michael Page „Życie w Pracy”, przeprowadzonego w 2018 r., wynika, że już 6 na 10 polskich pracowników ma możliwość realizowania swoich obowiązków zdalnie. Z takiego przywileju najczęściej korzystają freelancerzy (82 proc.) oraz managerowie i dyrektorzy (69 proc.). Największy odsetek respondentów (35 proc.) zadeklarował, że poza biurem swoje obowiązki zawodowe wykonuje rzadziej niż raz w miesiącu. Niewiele mniej, bo 33 proc. pracę zdalną podejmuje minimum cztery razy w miesiącu. Poza firmą od 2 do 3 razy w miesiącu pracuje co piąty respondent (21 proc.), a tylko raz na miesiąc zdarza się to co 10. osobie (11 proc.).

– W Polsce tzw. „home office” jest szczególnie popularny w branżach IT, finansowej, przemysłowej i produkcyjnej – o ile zadania nie wymagają pracy przy użyciu konkretnych maszyn, sprzętu, czy taśmy produkcyjnej. Możliwość korzystania z tego udogodnienia coraz częściej spotykana jest także wśród specjalistów z innych obszarów, których zadania nie wymagają fizycznej obecności w wyznaczonym miejscu. Na wprowadzenie takiego przywileju bardziej otwarte są także firmy znajdujące się w gorszej lokalizacji lub poza miastem. W ten sposób pracodawcy chcą zrekompensować pracownikom trudności związane z dojazdem do biura – dodaje Mateusz Bocian z Michael Page.

Dwie strony medalu

Wprowadzenie pracy zdalnej może przynieść konkretne profity nie tylko kandydatom, ale również pracodawcom. Dzięki temu mają oni szansę zwiększyć atrakcyjność firmy na rynku pracy oraz wpłynąć na poprawę satysfakcji i work-life balance pracowników. W dłuższej perspektywie może to przełożyć się także na ich produktywność oraz wyniki. Ponadto, „home office” wpływa korzystnie na samodzielność zespołów, co może w przyszłości ograniczyć liczbę managerów i obniżyć koszty związane z utrzymaniem biura. Warto również zauważyć, że większa swoboda i elastyczność w realizacji zadań może zredukować liczbę nagłych urlopów i zwolnień wynikających np. z potrzeby załatwienia pilnej sprawy, czy zostania w domu z chorym dzieckiem.

Praca zdalna wiążę się też z pewnymi zagrożeniami. Wymaga przekazania pracownikom dużego „kredytu zaufania”, który, co oczywiste, nie wszyscy będą potrafili docenić. Wprowadzenie takiego modelu pracy zwiększa także ryzyko potencjalnego niedopełnienia obowiązków czy obniżenia jakości wykonywanych zadań. Ponadto zespoły, których członkowie często pracują poza biurem, mogą mieć trudności, aby się zintegrować i działać efektywnie – dodaje Mateusz Bocian z Michael Page.

Kto gotowy na „home office”?

Wprowadzenie „home office” jest praktycznie niemożliwe w przedsiębiorstwach, gdzie przeważająca część działań oparta jest na pracy fizycznej, wymagającej obecności specjalistów w określonym miejscu. Trudności w dostosowaniu się do tego trendu mogą mieć także mniejsze organizacje, w których role pracowników są bardziej płynne i mniej ustrukturyzowane, przez co często trudne do zaplanowania. Zarządzanie zadaniami takiego zespołu może okazać się dużym wyzwaniem również dla niektórych pracodawców, zwłaszcza tych którzy przywykli do hierarchicznej struktury w organizacji oraz oczekują tradycyjnej i formalnej postawy wobec pracy.

Także wśród pracowników możemy spotkać osoby niechętnie nastawione do tego, aby przejść na swobodniejszy styl wykonywania zadań. Niekomfortowo w takiej atmosferze mogą czuć się zwłaszcza starsi stażem pracownicy, którzy przyzwyczaili się, że ich praca jest kierowana i skrupulatnie nadzorowana. Wszystko wskazuje jednak na to, że w niedalekiej przyszłości organizacje hołdujące tradycyjnemu, hierarchicznemu modelowi zarządzania będą tracić na konkurencyjności na rynku pracy. Złotem środkiem wydaje się zatem zapewnienie pracownikom możliwości wyboru oraz systematyczne przygotowywanie managerów, jak i zespołów do nadchodzących zmian – podsumowuje Mateusz Bocian.

Do firm pożyczkowych i telekomów przychodzi najwięcej dłużników

Co dziesiąte zapytanie sprawdzające w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor wiarygodność potencjalnego klienta otrzymuje w odpowiedzi informację o długu sprawdzanej osoby. A wtedy o udzieleniu jej kredytu, pożyczki, czy sprzedaży telefonu nie ma mowy. Najwięcej niesolidnych dłużników wychwytują firmy pożyczkowe i telekomunikacyjne, do nich osoby z problemami finansowymi przychodzą najczęściej. Wartość nieopłaconych zobowiązań osób zgłoszonych do BIG InfoMonitor dochodzi do 41 mld zł, co stanowi równowartość niemal dwóch lat wypłat z programu 500+ w obecnym jego kształcie.

Na swoistej tablicy ogłoszeń jaką jest Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor znajduje się już ponad 2,2 mln osób i z każdym miesiącem jest ich więcej. W ostatnim roku przybyło ponad 159 tys. niesolidnych dłużników. Powód, to nie tylko postępujący problem z wypłacalnością, ale coraz powszechniejsze wykorzystanie narzędzia jakim jest Biuro Informacji Gospodarczej do mobilizowania dłużników. Firmy, które nie otrzymują płatności za sprzedane towary czy usługi coraz chętniej zgłaszają dłużnika do rejestru BIG licząc, że ten w trosce o reputację finansową spłaci zaległość. W ten sposób ostrzegają też innych przed niesolidnymi klientami i udaje się to coraz lepiej.

Statystycznie każda z osób widniejących w BIG InfoMonitor ma na koncie co najmniej dwa nieuregulowane zobowiązania, a wpisów o zaległościach osób fizycznych jest prawie 5,5 mln. – Wiedza o tych długach wychodzi na jaw w co dziesiątym raporcie sprawdzającym wiarygodność finansową potencjalnego klienta. Jeszcze częściej negatywne informacje z pobieranych raportów odczytują firmy pożyczkowe i telekomunikacyjne. Po pożyczkę i nowy telefon przychodzi najwięcej osób, które wcześniej nie dały rady opłacić posiadanych już zobowiązań – informuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.Do firm pożyczkowych i telekomów przychodzi najwięcej dłużników
Źródło: BIG InfoMonitor

Liczba zapytań weryfikujących potencjalnych klientów systematycznie rośnie, w I kwartale tego roku zbliżyła się już do 5 mln, podczas gdy całym 2018 r. było ich ponad 18,5 mln. Tradycyjnie zainteresowanie raportami na temat konsumentów jest najwyższe w ostatnich trzech miesiącach roku, co wynika ze wzmożonej aktywności zakupowej i kredytowej Polaków w tym właśnie okresie.

Niesolidni dłużnicy to straty liczone w milionach

Nie jest, więc łatwo ukryć się w tłumie z niespłaconymi zobowiązaniami. Firmy, bowiem częściej zgłaszają dłużników i coraz chętniej zaglądają do rejestru zanim sprzedadzą, np. abonament na telewizję kablową czy internet, abonament telefoniczny albo oddadzą coś w leasing lub pożyczą. Sprawdzenie odbywa się online i już w trakcie rozmowy z klientem sprzedający wie, czy może zaufać osobie siedzącej po drugiej stronie lady.

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

Obecność na liście dłużników BIG InfoMonitor może więc sprawić, że niesolidny dłużnik nie otrzyma kolejnego kredytu lub nie kupi następnego sprzętu na raty. – My jednak patrzymy na to inaczej. Znalezienie niesolidnego dłużnika w rejestrze może uchronić go przed spiralą zadłużenia, a sprawdzającą go firmę przed stratami z tytułu niezapłaconych rachunków – mówi Sławomir Grzelczak. – Wyobraźmy sobie, że z dokonywanych przez nas na co dzień transakcji co dziesiąta kończy się w ten sposób, że płacimy, ale nie otrzymujemy tego co kupiliśmy. Czasami jest to chleb, ale innym razem prąd w mieszkaniu. Ewentualnie dostajemy tylko część tego za co zapłaciliśmy i internet działa co drugi dzień, a telewizja kablowa raz na tydzień, itp. Tego właśnie ze strony niesolidnych klientów doświadczają firmy, szczególnie te oferujące usługi i towary na masową skalę. Sprawdzenie wiarygodności kupującego pozwala im w pewnym stopniu ograniczyć udział nieudanych transakcji. Dla firmy posiadającej miliony klientów jak choćby dostawcy energii, czy telekomunikacyjnej, przykładowe 10 proc. niezapłaconych rachunków, to już straty idące w setki tysięcy na nawet miliony złotych, choć z perspektywy pojedynczych osób są to niewielkie kwoty – dodaje prezes BIG InfoMonitor.

Wartość nieopłaconych zobowiązań osób zgłoszonych do BIG InfoMonitor wynosi obecnie do 40,7 mld zł, co stanowi równowartość niemal dwóch lat wypłat z programu 500 + w obecnym jego kształcie. Każdy kto ureguluje swoją zaległość, zgodnie z  ustawą o Biurach Informacji Gospodarczej, maksymalnie w ciągu 21 dni usuwany jest z rejestru. W BIG nie pozostaje jakakolwiek informacja o wykreślonym dłużniku ani jego długu. Do rejestru można trafić za nieopłacenie min. 200 zł na rzecz jednej firmy, przy opóźnieniu wynoszących co najmniej 30 dni. Wierzyciel przed wpisem zobowiązany jest przesłać listem poleconym pismo informujące i zamiarze wpisu do BIG. Informację wysyła pod ostatni posiadany adres klienta. Dla skuteczności wpisu nie jest konieczne potwierdzenie odbioru listu przez dłużnika.

Warto inwestować nad Wartą

Wielkopolska to dziś jeden z trzech najszybciej rozwijających się polskich regionów. Według najnowszych danych Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wskaźnik PKB na mieszkańca przekroczył 76% średniej w UE i jest zaliczany do trzech najwyższych w Polsce. W ślad za tym rozwija się także rynek nieruchomości, również tych luksusowych.

Według ekspertów portalu RynekPierwotny.pl, potencjał poznańskiego rynku mieszkaniowego ujawnił się w ubiegłym – 2018 roku, kiedy to w mieście nastąpił gigantyczny wzrost liczby mieszkań wprowadzonych do sprzedaży – nawet o 2/3 w stosunku do roku 2017. To skutkowało też rekordowym wzrostem liczby lokali w ofercie do 5,2 tys. na koniec roku 2018, czyli 32 proc. więcej r/r. Z kolei popyt na nowe mieszkania utrzymał się w stolicy Wielkopolski na rekordowym poziomie roku 2017, przy średnim spadku w całym kraju o kilkanaście procent. Wszystko to razem oznacza silne przyśpieszenie i uwolnienie potencjału poznańskiego rynku mieszkaniowego.

Prezes PVI Jakub Nieckarz
Jakub Nieckarz, Prezes PVI – Property Value Investments Sp. z o.o. Sp. k.

– To nie tylko statystyka, widzimy, jak szybko miasto się zmienia. Jak dzięki swojej otwartości i swemu potencjałowi przyciąga młodych, ambitnych i zamożnych. W ślad za tym przybywa również inwestycji w przemysł i lokowane są nowe centra usług wspólnych. To z kolei pozwala na planowanie inwestycji w nieruchomości z odpowiednią perspektywą – podkreśla Jakub Nieckarz z PVI. – Systematycznie rośnie grono wymagających klientów, którzy mają bardzo dokładnie sprecyzowane oczekiwania i szukają oryginalnych nieruchomości w dobrych lokalizacjach. Także tych luksusowych – dodaje.

W opiniotwórczym raporcie CBR, w którym oceniane są miasta m.in. z Europy, Poznań znalazł się wśród 10 miast zaklasyfikowanych do kategorii Growth Clusters, czyli wśród metropolii z największym potencjałem. Dziś trudno znaleźć dzielnice, w których nie byłyby prowadzone inwestycje budowlane, zarówno mieszkaniowe, jak i usługowe. Dynamicznie rozwijają się Winiary, Winogrady i Podolany. Zmiany zachodzą także w centrum metropolii.

– W tej sytuacji nie może dziwić fakt, że Poznań zajmuje jedno z czołowych miejsc w kraju pod względem jakości życia swoich mieszkańców, wynikającej głównie z wysokiej jakości rynku pracy. Poznań obok Warszawy jest najczęściej wybieranym miejscem urządzania swych głównych siedzib oraz filii przez firmy zagraniczne, wśród których jest wiele międzynarodowych koncernów. Dlatego też stolica Wielkopolski nie od dziś jest jednym z głównym celów wewnętrznej migracji Polaków, która jest i będzie w przyszłości silnym stymulatorem rozwoju tutejszego rynku mieszkaniowego – zdecydowanie stwierdził Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

W październiku 2018 r. agencja Fitch potwierdziła rating Poznania na poziomie A−.  PVI specjalizuje się w nieruchomościach położonych w newralgicznych punktach miast, tam gdzie „wszystko jest blisko”. W Poznaniu jest to ul. Za Bramką w sąsiedztwie planowanego nowego centrum Poznania, na pl. Kolegiackim.  – To inwestycja znacząco odmieni starą część miasta, która zyska na atrakcyjności i znaczeniu, a nasz budynek został tak zaprojektowany, aby uzupełnić istniejący krajobraz i jego dotychczasowy charakter – przekonuje J. Nieckarz i dodaje. –  Naszym zdaniem coraz bardziej doceniane jest to, co dobre i odbiegające od rozwiązań standardowych. Dla deweloperów, podobnie jak dla inwestorów zaangażowanych na rynku nieruchomości, Poznań należy do miast z przyszłością – podsumowuje J. Nieckarz.

Raport EH: wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W kwietniu 2019 w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 73 niewypłacalnych polskich firmach wobec 76 w kwietniu 2018 roku – spadek o 4% w porównaniu r/r
  • Jednocześnie od początku roku liczba niewypłacalności wzrosła o 7% w porównaniu do analogicznego okresu przed rokiem (I-IV), co w skali całego roku oznaczać może utrzymanie dynamiki wzrostu tej liczby na poziomie ubiegłorocznym (+10%), pomimo statystycznego efektu wysokiej już bazy w 2018 roku.
  • Ponownie (jak m.in. w lutym br.): liczba niewypłacalności zwiększała się r/r w kwietniu przede wszystkim w handlu oraz usługach, w miejsce firm produkcyjnych i budowlanych, mających problemy na dużą skalę w poprzednich miesiącach.
  • Najwyższa liczba niewypłacalności miała miejsce w sektorze produkcyjnym (20, wobec 22 w kwietniu 2018 roku). Kolejne pod względem skali niewypłacalności były w kwietniu: usługi (17 firm, wobec 15 przed rokiem) i handel hurtowy (13 niewypłacalności wobec 11)

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Liczba niewypłacalności polskich firm w kwietniu była nieznacznie niższa niż przed rokiem – efekt zarówno skokowego zwiększenia się liczby niewypłacalności miesiąc wcześniej, w marcu (na koniec roku finansowego w wielu przedsiębiorstwach) a także ogólnie wysokiego punktu odniesienia już przed rokiem – wzrostu liczby niewypłacalności od czterech już lat, ale też… pewnego oczyszczenia się rynku budowlanego oraz utrzymania a nawet poprawy koniunktury w eksporcie.

wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handluŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Niewypłacalności nie rosną już (lub jak na razie…) w budownictwie i w przemyśle

Wiosna przynosi nadzieję w budownictwie – w tym roku nawet podwójną, ruszyły bowiem nie tylko prace (np. drogowe) zastopowane na czas zimy, ale także rynek „oczyścił się” w znacznej mierze z efektów zatorów płatniczych w ubiegłym sezonie i w kwietniu zmniejszyła się w r/r liczba niewypłacalności w budownictwie, było ich 9 wobec aż 18 przed rokiem.

Z drugiej strony niepokoić muszą kolejne doniesienia o zrywaniu kontraktów infrastrukturalnych – ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. Oprócz opóźnień w ich realizacji oraz strat podwykonawców i… dostawców, niesie to za sobą jasny przekaz: skala wzrostu kosztów pracy oraz materiałów budowlanych, jak i popyt na prace budowlane na rynku uzasadniają w ocenie wykonawców porzucanie nierentownych obecnie inwestycji i godzenie się na straty rzędu 15% wartości poniesionych nakładów, które potrącają sobie zamawiający. To nie jest krzepiąca wiadomość – tak niska rentowność tak wielu kontraktów nie jest dobrą perspektywą dla wyspecjalizowanych podwykonawców oraz dla zaopatrujących te inwestycje dostawców materiałów budowlanych. Za jakiś czas, gdy tempa nabiorą zarówno sezon jak i efekty tych rozstrzygnięć, usłyszymy z pewnością o kolejnej fali problemów na rynku budowlanym, niestety zapewne także wśród jego dostawców.wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu 2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

W przemyśle opublikowano w kwietniu br. mniej niewypłacalności niż przed rokiem (20 wobec 22), ale nie była to znaczna różnica, ich liczba była m.in. wyższa niż w kwietniu 2018 roku (18). Warto zwrócić uwagę na problemy producentów wyrobów konsumenckich (6 przedsiębiorstw) – głównie żywności, ale też np. tekstyliów, bowiem podobną grupę niewypłacalnych firm o tym profilu zaobserwować można wśród dystrybutorów hurtowych (także 6 firm).

Jak co miesiąc, od wielu już kwartałów w statystyce niewypłacalności obecna była grupa firm produkcyjnych wyspecjalizowanych w obsłudze procesów inwestycyjnych – produkcji, montowaniu i serwisowaniu urządzeń produkcyjnych, w kwietniu 2019 ich problemy przełożyły się na 4 niewypłacalności. Kiedy rodzime firmy zaczną ponownie inwestować? Wydaje się, iż oczekiwanie na powrót do rynku pracodawcy – wyraźny spadek płac i większa dostępność pracowników nastąpią nie prędko, jeśli w ogóle…

Liczba niewypłacalności w przemyśle przyhamowała nie tylko dzięki mniejszej aktualnie skali problemów w budownictwie, ale także dzięki powrotowi dynamiki polskiego eksportu (za NBP: +7,9 % r/r w marcu). Wzrost eksportu świadczy o tym, iż jak na razie konkurencyjność cenowa polskiej produkcji jest… wystarczająca – mówi Tomasz Starus. – Jak długo jednak będziemy mieć do czynienia ze wzrostem polskiego eksportu, skoro skala wzrostu kosztów pracy czy cen energii (pomimo prób przeciwdziałania temu już są one wyższe niż np. w Niemczech) przewyższa wzrost produktywności?

Problemy w handlu, usługach, pracochłonnych gałęziach przemysłu – remedium na wzrost kosztów pracy to koncentracja, budowanie skali oraz większa automatyzacja procesów

Wzrost r/r liczby niewypłacalności w handlu oraz w usługach nie był może spektakularny – bo kilkunastoprocentowy, ale miał miejsce w sytuacji dynamicznego wzrostu popytu konsumenckiego. Przyczyna problemów niewypłacalnych firm nie leżała więc w spadku popytu, ale w jeszcze szybszym wzroście kosztów, zwłaszcza kosztów pracy.

Możliwości rekompensowania krajowych niedoborów rąk do pracy napływem pracowników z krajów ościennych są na wyczerpaniu. Remedium na wzrost kosztów pracy może być większa automatyzacja procesów – innowacyjność w tym obszarze jest najbardziej pożądana tam, gdzie udział kosztów pracy jest najwyższy, a wiec w sektorach handlu, usług, niektórych sektorach produkcyjnych (m.in. wspomnianej produkcji żywności). Mamy już „bezobsługowe” nie tylko pojedyncze kasy, ale całe sklepy czy np. usługi ochrony. Na automatyzację stawia też sektor publiczny – m.in. zamiast budowy nowych więzień wdraża się elektroniczną kontrolę skazanych.

Inwestycje lokalnych firm nie będą więc efektem powrotu niskich kosztów pracy. Jak na razie zwiększaniu potencjału tych firm służą przejęcia – koncentracja na lokalnym rynku. Większe w efekcie firmy będą miały inny potencjał skali – nie tylko zakupowy, ale także w sprzedaży, a w efekcie możliwość kształtowania cen w odpowiedzi na wzrost kosztów, co pozwoli im zachować rentowność – podsumowuje Tomasz Starus.wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu 3wzrost kosztów wynagrodzeń najbardziej dotkliwy dla sektorów usług i handlu 4

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Zmiany w polityce podatkowej mogą doprowadzić do problemów całych branż. Zmniejszą też wydatki konsumentów

0

Zmiany w polityce podatkowej mogą doprowadzić do problemów całych branż. Zmniejszą też wydatki konsumentów 2

Podatki, zarówno te bezpośrednie, jak i pośrednie, takie jak akcyza czy VAT, to dla państwa nie tylko sposób na pozyskanie środków do budżetu, ale też narzędzie do stymulowania rozwoju poszczególnych branż i kształtowania pozytywnych zachowań konsumenckich. I w drugą stronę – błędne decyzje w sprawie stawek podatków mogą powodować problemy danego sektora, prowadzić do upadłości działających w nim firm, ale też zniechęcać konsumentów do konkretnych produktów. To dlatego niektóre propozycje zmian w VAT budziły takie wątpliwości.

– Im mniejsze obciążenia podatkowe, tym wzrost gospodarczy powinien być większy, ponieważ wtedy mamy większe możliwości inwestowania w sektorze prywatnym, który znakomicie wie, jak sobie zagospodarować ten niezapłacony zysk w formie podatków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marian Podstawka z Wydziału Nauk Ekonomicznych Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. – Natomiast drugą stroną medalu jest to, że jeżeli będą niższe podatki, niższe wpływy do budżetu, to nie będzie środków na edukację, administrację, bezpieczeństwo czy ochronę zdrowia. Zatem to wymaga pewnej równowagi i godzenia interesów.

Nowa matryca VAT, zaproponowana przez Ministerstwo Finansów, miała być neutralna dla budżetu, czyli suma wpływów powinna pozostać bez zmian: jedne stawki miały wzrosnąć, inne spaść. Proponowany projekt od początku budził jednak sprzeciwy różnych zainteresowanych branż. Wśród nich byli producenci soków, nektarów i napojów owocowych z wysoką zawartością soku. Resort finansów proponował – zamiast dotychczasowych, obowiązujących od 25 lat dla wszystkich kategorii 5 proc. VAT-u – podniesienie do 23 proc. stawki dla nektarów i napojów. Później ministerstwo złagodziło swoje stanowisko, godząc się najpierw na 8-proc. stawkę na nektary, a potem obniżając ją do 5 proc. Problem jednak w tym, że największy udział w rynku mają napoje. A tu resort pozostał nieugięty. W połowie marca Sejm zawiesił prace nad matrycą, ale jej los nadal nie jest jeszcze przesądzony.

– Gdyby ta matryca była zastosowana, to nie moglibyśmy w zasadzie produkować napojów, bo ich cena na tyle podskoczy, że konsument odejdzie od tych wyrobów – tłumaczy Julian Pawlak, prezes Krajowej Unii Producentów Soków. – Od kiedy w grę wszedł obniżony VAT dla napojów, ich produkcją zajęły się firmy polskie. Smaki, które są preferowane przez konsumentów, są oparte głównie o jabłko, czarną porzeczkę, wiśnię, aronię, czyli polskie owoce. Wyliczyliśmy, że w branży napojów zatrudnienie zmniejszyłoby się o 25 procent, natomiast ubytek zakupu owoców od rolników polskich byłby na poziomie 150 tys. ton, w tym 120 tys. ton jabłek.

To oznaczałoby także problemy dla sadowników, którzy i tak mają trudności ze zbytem swoich surowców przez rosyjskie embargo i konkurencję owoców sprowadzanych z Ukrainy, Turcji czy Chin. Zmniejszenie rynku zbytu na polskie jabłka o 120 tys. ton to duży cios dla rodzimych sadowników. Ta wielkość produkcji przekracza cały eksport polskich jabłek do Afryki i Azji. Tylko w ubiegłym roku wyniosła ona 95 tys. ton.

– Pozostaje jeszcze kolejny obszar – tworzenie takich obciążeń podatkowych, takiej polityki podatkowej, która by sprawiała, że nasze podmioty gospodarcze będą miały szansę konkurować na rynku europejskim i światowym. Jeżeli te obciążenia będą zbyt duże, to siłą rzeczy nasze przedsiębiorstwa utracą konkurencyjność – wskazuje prof. Marian Podstawka.

Dzięki preferencyjnej stawce podatkowej rozwinęła się w Polsce kultura produkcji i zakupu napojów o wysokiej zawartości soków – 20-30-proc. Podniesienie VAT-u o 18 pkt proc. mogłoby zaważyć o wzroście ceny nawet o 1,3 zł na litrze napoju i odstraszyć konsumentów. Ponieważ napoje, inaczej niż soki, zaspokajają potrzebę orzeźwienia, a  nie stanowią substytutu owoców, kupujący prawdopodobnie przerzuciliby się na tańsze, wspomagane sztucznymi barwnikami i aromatami, mniej zdrowe produkty.

Innym przykładem wpływu państwa na kształtowanie postaw konsumenckich poprzez podatki jest branża alkoholowa. Wysoka akcyza na alkohole mocne i preferencyjne warunki fiskalne i reklamowe dla piwa przełożyły się na zmianę struktury spożywania tych kategorii produktowych. O ile przed transformacją 70 proc. alkoholu spożywano w postaci wódki, to od 1996 roku piwo zaczęło przeważać i dziś odpowiada ono za dwie trzecie konsumpcji. Proporcje wpływów z akcyzy pozostały natomiast niezmienione.

– Akcyzę na alkohole wysokoprocentowe podwyższano tyle razy i tak wysoko, że tak naprawdę nie ma już w tej chwili możliwości jej podwyższenia. W 2014 roku próbowano to zrobić, ale okazało się, że natychmiast nastąpił spadek wpływów budżetowych i bardzo istotny spadek legalnych zakupów, a co za tym idzie, spadek produkcji – podkreśla Dawid Piekarz, wiceprezes Instytutu Staszica. – Z drugiej strony fakt istnienia ustawy o wychowaniu w trzeźwości sprawia, że nie ma pewnej woli politycznej ustanowienia jednego spójnego systemu podatkowego dla różnego rodzaju alkoholi. Jednym z uzasadnień jest właśnie to, że trzeba zmieniać strukturę konsumpcji, nie patrząc na to, że ta struktura jest od 20 lat zmieniona.

KE w Polsce: To będą najbardziej europejskie wybory. Będziemy decydować o przyszłości integracji europejskiej

KE w Polsce: To będą najbardziej europejskie wybory. Będziemy decydować o przyszłości integracji europejskiej 3

Wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się w najbliższy weekend. Polacy wybiorą w nich 52 swoich przedstawicieli. Jak ocenia dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce Marek Prawda, nadchodzące eurowybory będą w pewnym sensie najbardziej europejskie z dotychczasowych, ponieważ Unia Europejska będzie musiała określić, w jakim kierunku chce dalej zmierzać.

– Po wyborach do Parlamentu Europejskiego UE musi odzyskać pewność kierunku, w którym należy zmierzać. Myślę, że lepiej wygrać Europę dzięki dobrym pomysłom niż szerzeniu panik. Mamy z jednej strony proeuropejskich liberałów, z drugiej – antyeuropejskich autokratów, przeciwników Unii Europejskiej. Oczywiście, takie podziały się zaznaczą, ale raczej skoncentrujmy się na zadaniach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Jak ocenia, Unia Europejska jest w tej chwili bogatsza o doświadczenia poprzednich kryzysów, a zbliżające się wybory będą w pewnym sensie najbardziej europejskie z dotychczasowych, ponieważ UE będzie musiała określić, w jakim kierunku chce dalej zmierzać. Wielu komentatorów podkreśla, że obywatele Wspólnoty będą wybierać między opcją decentralizacji a głębszej integracji UE.

– Po dotychczasowych kryzysach widzimy pewne zależności. Widzimy, że aby utrzymać Schengen i przenikalność granic, musimy lepiej strzec granic zewnętrznych. Musimy wypracować wspólne, europejskie narzędzia, żeby umieć kontrolować nadużycia niektórych korporacji. To jest nasza dodatkowa wiedza i motyw, żeby pracować nad suwerennością europejską – mówi Marek Prawda.

Dyrektor Przedstawicielstwa KE w Polsce ocenia też, że można się spodziewać wzmocnienia grup, które są nie tylko sceptyczne, lecz także przeciwne integracji europejskiej po prawej stronie centrum.

– Mogą otrzymać więcej niż 25 proc. Te grupy będą coraz silniejsze, ale nie będą miały większości. One przyjdą do Europarlamentu po to, żeby tam zostać, więc wyzwaniem będzie właśnie konkurowanie na programy, a nie okładanie się ideologiczne dwóch stron – mówi Marek Prawda. – Dzisiaj świat wygląda w ten sposób, że jeśli chcemy bronić suwerenności narodowej, to musimy to robić na poziomie ponadnarodowym. Na poziomie narodowym nie da się zagwarantować interesów narodowych, ponieważ mamy inną naturę dzisiejszych problemów. To będzie moim zdaniem jedno z głównych wyzwań dla nowego parlamentu.

Wybory do Parlamentu Europejskiego odbędą się w Polsce w niedzielę, 26 maja br. W całej UE odbywają się w dniach 23–26 maja w zależności od państwa. Polacy wybiorą w nich 52 europosłów, o jednego przedstawiciela więcej niż poprzednio. PE jest jedyną unijną instytucją, której członkowie są wybierani w bezpośrednim głosowaniu obywateli. W kadencji 2014–2019 zasiada w nim 751 posłów. Po wystąpieniu Wielkiej Brytanii ta liczba zmniejszy się do 705.

Lokale okręgowych komisji wyborczych będą otwarte w godz. 7.00–21.00. Warunkiem przystąpienia do głosowania jest ukończenie 18. roku życia i posiadanie ważnego dowodu tożsamości. W tegorocznych eurowyborach Polska została podzielona na 13 okręgów – w każdym okręgu wyborcy będą mogli oddać głos na jedną listę wyborczą. Polacy, którzy przebywają za granicą, do 23 maja mogą zgłaszać wnioski o wpisanie do spisu wyborców w obwodach głosowania utworzonych za granicą.

Z przedstawionego w końcówce kwietnia sondażu IBRiS dla „Dziennika Gazety Prawnej”, Dziennik.pl i radia RMF FM wynika, że na PiS zamierza głosować 38,7 proc. ankietowanych. Za partią Jarosława Kaczyńskiego plasuje się Koalicja Europejska z poparciem na poziomie 33 proc., a dalej – Wiosna Roberta Biedronia (8,2 proc.) i Kukiz 15 (5,4 proc.). Ponad 7 proc. ankietowanych jeszcze nie zdecydowało na kogo zamierza głosować, a udział w eurowyborach zadeklarowało 48,9 proc. respondentów. W badaniu Wirtualnej Polski, przeprowadzonym w dniach 10–13 maja, pójście do urn zadeklarowało 58 proc. uprawnionych do głosowania, co byłoby jednym z najwyższych wyników po 1989 roku.

W 2020 roku powinno być w Polsce ponad 120 tys. ładowarek do aut elektrycznych. Taka liczba zaspokoiłaby potrzeby kierowców

W 2020 roku powinno być w Polsce ponad 120 tys. ładowarek do aut elektrycznych. Taka liczba zaspokoiłaby potrzeby kierowców 4

Do 2020 roku musiałoby powstać w Polsce ponad 120 tys. ładowarek do samochodów elektrycznych, aby w pełni wykorzystać potencjał elektromobilności – podaje Fundacja Promocji Pojazdów Elektrycznych. Rządowe plany zakładają wzrost liczby takich punktów do nieco ponad 6 tys. Rozbudowa infrastruktury do ładowania oznacza wyzwania również dla miast. Kolejnym jest współpraca z dystrybutorem sieci energetycznej.

– Elektromobilność jest zjawiskiem, które zupełnie zmieni to, jak poruszamy się w miastach. Z tego punktu widzenia kierowcy samochodów elektrycznych oczekują też trochę innej infrastruktury. Każdy właściciel takiego samochodu oczekuje, że będzie mieć w bliskim zasięgu ładowarkę, tymczasem dzisiaj tych ładowarek praktycznie nie ma – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Bolesta, wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Brak infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych to jedna z głównych barier związanych z elektryfikacją transportu w Polsce. Rządowe plany zakładają, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć już milion pojazdów zasilanych napędem elektrycznym. W związku z tym do 2020 roku w Polsce ma powstać już około 400 szybkich punktów ładowania samochodów i ponad 6 tys. publicznych punktów ładowania o normalnej mocy.

– Dzisiaj tych ładowarek praktycznie nie ma. Według różnych szacunków w całej Polsce jest mniej więcej 800 punktów takich otwartych dla każdego. Ministerstwo Energii chciałoby, żeby tych punktów było 6,4 tys. w przyszłym roku. To nie jest jakby duży skok, ale z analizy naszej fundacji wynika, że aby być na drodze do tego miliona aut elektrycznych, to musimy mieć około 120 tys. ładowarek w przyszłym roku [raport „Napędzamy polską przyszłość” Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i Cambridge Econometrics – red.]. Więc co do szacunków trochę się rozbiegamy z ministerstwem – mówi Krzysztof Bolesta.

Zgodnie z tą analizą do 2025 roku będzie potrzebne ok. 1 mln ładowarek. W kontekście rozbudowy sieci ładowania istotny jest również aspekt wytrzymałości systemu elektroenergetycznego, który dziś nie jest przygotowany na taką eksploatację. Tym bardziej że większość właścicieli aut elektrycznych będzie je ładować w podobnych godzinach, po powrocie pracy, wieczorem lub nocą.

Dla polskich miast rozbudowa sieci ładowarek oznacza szereg wyzwań, z którymi do tej pory nie musiały się mierzyć.

– Polskie miasta są trochę inne od norweskich czy holenderskich, nie mamy wielu domów ani nie mamy bloków, w których są miejsca parkingowe. Ładowarki będą musiały być na ulicach i to dosyć gęsto. Miasto będzie więc musiało współpracować z firmami energetycznymi, żeby te ładowarki dobrze zaplanować, a po drugie – żeby je później ktoś sfinansował, bo miasta raczej nie mają pieniędzy na rozbudowę tej sieci – mówi wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Do tej pory miasta głównie koncentrowały się na tym, by zapewnić miejsca parkingowe dla prywatnych samochodów mieszkańców. Jednak nowe możliwości transportowe wymuszają na nich podejmowanie większego wysiłku. Mowa tu również o takich trendach, jak rosnąca popularność carsharingu i wypożyczania aut na minuty czy korzystanie z elektrycznych hulajnóg.

– Miasta muszą otwierać się na nowe technologie, co dzisiaj czasem oznacza bałagan, bo np. na trawnikach leżą elektryczne hulajnogi albo rowery. Często też współdzielone samochody są porzucane w takich miejscach, gdzie mogą dostać klamrę od straży miejskiej. Na razie jest to faza burzy i naporu, miasta muszą sobie z tym radzić, ale ten wstępny okres bałaganu zaraz pewnie przejdzie – mówi Krzysztof Bolesta.

Jak ocenia, jednym z państw, które mogą posłużyć za wzorzec rozwoju elektromobilności, jest Norwegia. Jak wynika z oficjalnych danych, w Oslo już 70 proc. noworejestrowanych samochodów to auta elektryczne.

– Norwegowie mają po prostu szereg ułatwień dla właścicieli aut elektrycznych, a poza tym mogą sobie pozwolić na podwyższone opłaty dla kierowców samochodów z tradycyjnymi silnikami. Czyli z jednej strony marchewka w postaci dopłat do zakupu, zniżek w podatkach czy redukcji opłat za korzystanie z mostów i tuneli, a z drugiej strony bat, czyli podwyższenie podatków dla samochodów z silnikiem spalinowym – mówi Krzysztof Bolesta.

Jak wynika z kwietniowych danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA) i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego (PZPM), w Polsce zarejestrowanych jest obecnie 5 642 elektrycznych samochodów osobowych. Blisko dwie trzecie (63 proc.) stanowią pojazdy w pełni elektryczne. Pozostałe 37 proc. to hybrydy typu plug-in. Natomiast w całej Unii Europejskiej w I kwartale br. zarejestrowano w sumie 61 789 samochodów całkowicie elektrycznych, co stanowiło aż 85-proc. wzrost rok do roku, oraz 37 385 hybryd typu plug-in (wzrost o 0,1 proc. w ujęciu rocznym) – wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA).

Polki się nie badają. Ponad 3 mln kobiet chodzi do ginekologa rzadziej niż raz w roku

Polki się nie badają. Ponad 3 mln kobiet chodzi do ginekologa rzadziej niż raz w roku 5

27 proc. Polek po raz pierwszy odwiedza gabinet ginekologiczny dopiero w związku z ciążą. 7 proc. kobiet nigdy nie wykonywało badania cytologicznego, 14 proc. nie miało natomiast USG ginekologicznego. Polki rezygnują z wizyty u ginekologa głównie ze względu na poczucie wstydu, brak czasu lub obawę przed negatywnym wynikiem badań. 40 proc. w ogóle nie widzi potrzeby regularnych wizyt u specjalisty.

Regularne poddawanie się badaniom ginekologicznym pozwala na wczesne wykrycie choroby i szybkie wdrożenie leczenia. Wczesna diagnostyka zwiększa natomiast szanse na całkowite wyleczenie, także groźnych dla życia chorób onkologicznych. Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Nowotworów, w Polsce stale wzrasta zachorowalność na raka. W ciągu ostatnich trzech dekad liczba nowych przypadków zwiększyła się ponad dwukrotnie. Nowotwory narządów płciowych stanowią ok. 20 proc. zachorowań onkologicznych wśród kobiet w Polsce. Najczęstszym schorzeniem są nowotwory trzonu macicy, jajnika i szyjki macicy. Rak piersi stanowi natomiast 20 proc. wszystkich zachorowań na nowotwory w Polsce.

Wszystkie podstawowe nowotwory, które dzisiaj atakują Polki, są do wykrycia dzięki prostym badaniom profilaktycznym, do których namawiamy Polki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aneta Grzegorzewska, dyrektor korporacyjny Gedeon Richter Polska, inicjator kampanii „W kobiecym interesie”.

Jak pokazują dane zebrane na potrzeby kampanii, 72 proc. Polek wie, że regularne wizyty u ginekologa pozwalają wykryć groźne choroby. Jednocześnie, co roku chodzi do ginekologa i wykonuje badania tylko 57 proc. respondentek, najczęściej są to młodsze kobiety, w wieku 26–30 lat. 39 proc. regularnie, raz w roku, poddaje się badaniu cytologicznemu, 20 proc. wykonuje natomiast badanie dopochwowe USG. Odpowiednio 7 i 14 proc. respondentek nigdy nie miało takich badań. Ponad 3 mln Polek decyduje się na wizytę u specjalisty rzadziej niż raz w roku lub wcale.

Im jesteśmy starsze, tym trudniej jest z tym chodzeniem, czyli po pięćdziesiątce częstotliwość chodzenia do ginekologa się zmniejsza. Młode kobiety, bardziej świadome, chodzą częściej, co pewnie wynika z tego, że są po prostu w okresie ciąży – mówi Aneta Grzegorzewska.

40 proc. kobiet w ogóle nie widzi potrzeby regularnego badania, 38 proc. rezygnuje z niego, gdyż w gabinecie ginekologa nie czuje się komfortowo, 17 proc. ankietowanych nie ma na to czasu, tyle samo wstydzi się takiej wizyty. Znaczna część boi się ponadto, że może dowiedzieć się o chorobie lub otrzymać negatywny wynik badania. Z przeprowadzonego w marcu 2019 roku badania wynika, że 27 proc. Polek po raz pierwszy stawia się w gabinecie ginekologicznym po zajściu w ciążę, 14 proc. ze względu na bolesne dolegliwości lub problemy z miesiączką. Dla 22 proc. impulsem do wizyty u specjalisty są badania kontrolne.

Ta statystyka wygląda jeszcze dużo gorzej, jeżeli rozdzielimy Polki mieszkające w miastach i Polki mieszkające na terenach wiejskich, bo 72 proc. mieszkanek terenów pozamiejskich trafia do ginekologa dopiero wtedy, kiedy zachodzi w ciążę. Statystyki są porażające – mówi Aneta Grzegorzewska.

Prawidłowa profilaktyka ginekologiczna obejmuje przede wszystkim regularne wizyty u ginekologa. Każda kobieta, niezależnie od wieku raz w roku powinna odbyć taką wizytę. Kolejnym elementem diagnostyki jest badania cytologiczne, USG piersi oraz USG dopochwowe. Są to proste i bezbolesne badania, które mogą jednak uratować życie pacjentek. Twórcy kampanii „W kobiecym interesie” wraz z Polskim Towarzystwem Ginekologiczno-Onkologicznym przygotowali kalendarz badań ginekologicznych każdej Polki, który ma pomóc kobietom zadbać o zdrowie.

Zachęcam państwa do wejścia na stronę Wkobiecyminteresie.pl, żeby zobaczyć, w jakim wieku jakie badania powinniśmy robić, jak ta diagnostyka powinna wyglądać, czego możemy oczekiwać od lekarza – mówi Aneta Grzegorzewska.

W czasie trwania kampanii specjalny mobilny gabinet ginekologiczny odwiedzi 8 miejscowości w północnej i wschodniej części województwa mazowieckiego, gdzie w majowe i czerwcowe weekendy przeprowadzane będą bezpłatne konsultacje lekarzy ginekologów oraz badania cytologiczne i USG. Jak pokazuje raport Najwyższej Izby Kontroli, województwo mazowieckie ma drugi najwyższy odsetek gmin bez poradni ginekologiczno-położniczych.

Nawet 75 proc. Polaków raz w tygodniu styka się z fake newsami. Pogłębiają one podziały w społeczeństwie

0

Nawet 75 proc. Polaków raz w tygodniu styka się z fake newsami. Pogłębiają one podziały w społeczeństwie 6

Przynajmniej raz w tygodniu z fake newsami styka się blisko 75 proc. Polaków. Coraz większa jest aktywność hejtujących trolli internetowych. Brakuje instrumentów prawnych, by zwalczać te negatywne zjawiska. To tym groźniejsze, że pojawiają się one również w mediach głównego nurtu. Dopóki nie zrozumiemy, że skala tego zjawiska może w pewnym momencie doprowadzić do zniszczenia sensu, który stoi za budowaniem, to będzie się działo źle – ocenia dr hab. Dariusz Tworzydło, kierownik Katedry Komunikacji Społecznej i Public Relations Uniwersytetu Warszawskiego.

– Mamy ogromny problem z fake newsami, kłamliwymi informacjami publikowanymi przez niektóre media i osoby, które żyją siecią i w sieci. To wynika z paru kwestii. Jedną z nich jest potrzebą odbiorców. Łakniemy takich informacji, sami doprowadzamy do tego, żeby media później odpowiadały na nasze zapotrzebowanie, na to, jakich informacji chcemy słuchać. Wystarczy zobaczyć, jaki nakład mają media uznawane za brukowe – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Dariusz Tworzydło, kierownik Katedry Komunikacji Społecznej i Public Relations na Uniwersytecie Warszawskim.

Raport „Fake news – dezinformacja w świecie nowych mediów” wskazuje, że fake newsy docierają do odbiorców sześciokrotnie szybciej niż informacje prawdziwe. Często są ciekawsze niż prawdziwe newsy i bazują na emocjach, przyciągając uwagę widzów czy internautów. Często oni sami nie zdają sobie sprawy z tego, że kłamstwa kształtują ich poglądy i opinie na dany temat.

Brakuje skutecznych mechanizmów prawnych do zwalczania manipulacji, a edukacja odbiorców nie jest wystarczającym narzędziem. Zwłaszcza że dezinformują nie tylko portale i pojedyncze osoby, ale także media głównego nurtu w Polsce wpisują się w istniejące podziały, a często same je kreują.

– Media są podzielone tak jak podzielone jest nasze społeczeństwo. Każdy, kto stara się wyłowić ważne dla niego informacje, widzi tę okrutną polaryzację. Ale to jest wynikiem głównie bardzo dużego podziału, jaki istnieje w społeczeństwie i to podziału, który pogłębiają politycy, bardzo mocno się przeciwko sobie nakręcając. Społeczeństwo za tym podąża – podkreśla kierownik Katedry Komunikacji Społecznej i Public Relations UW.

W tak spolaryzowanym społeczeństwie problemem jest zamykanie się w tzw. „bańce medialnej”. W mediach społecznościowych algorytmy pokazują użytkownikom tylko informacje zbieżne z ich poglądami, w ten sposób utwierdzają ich w określonym przekonaniu. Odbiorcy o jasnych przekonaniach bezkrytycznie odbierają informację z jednej strony, nie dopuszczając do świadomości, że niekoniecznie są one zgodne z prawdą.

– Powinniśmy racjonalnie podchodzić do tego, co nas otacza i konfrontować informacje, które uzyskujemy, z różnymi źródłami – przekonuje Dariusz Tworzydło.

Raportu Pracowni Badań Społecznych NASK „Bezpieczne wybory. Badanie opinii o (dez)informacji w sieci” wskazuje, że 37 proc. Polaków nigdy nie sprawdza, czy informacje, które czytają w sieci są wiarygodnie. Oceniając ich wiarygodność, zwracają uwagę na to, czy informacja pochodzi z medium, któremu ufają ok. 46 proc.). Co trzeciemu internaucie wystarcza, że publikują ją osoby, do których mają zaufanie. W ten sposób fake newsy stają się równie oczywiste, co informacje prawdziwe. Winę ponoszą też sami dziennikarze.

– Dziennikarze faktycznie w wielu przypadkach są ukierunkowani, co nie sprzyja obiektywizmowi. Ale tego nie zmienimy, będziemy to obserwować z coraz większym natężeniem. Miejmy tylko nadzieję, że odbiorcy będą bardziej świadomi i tak jak w Stanach Zjednoczonych zaczną świadomie podchodzić do przekazu, który jest im serwowany i potrafią już odróżnić to, co jest prawdą, a co fake newsem, co jest tylko ogłupiaczem, z którym musimy się zmierzyć – mówi ekspert.

Wzrost świadomości odbiorców może okazać się gwoździem do trumny tych najbardziej niewiarygodnych mediów.

– Niestety, wciąż skala tego zjawiska narasta w zastraszającym tempie. Jesteśmy obserwatorami coraz to poważniejszych działań ze strony osób, które czują się bezkarne. Prawo i ustawodawca nie nadążają, tworząc normy prawne, za tym, co się dzieje w sieci, za tym okrutnym hejtem, jaki rozlewa się w sieci w zasadzie wobec wszystkich osób, które cokolwiek mają do powiedzenia – ocenia dr hab. Dariusz Tworzydło.

Hasło „mowa nienawiści” stała się modnym sformułowaniem, które jeszcze nigdy nie było tak często wykorzystywane. Internet sprzyja anonimowości – ukrywając się pod nickiem łatwo wyrażać swoje negatywne opinie, także w sposób przekraczający granicę, ale także na swoich prawdziwych profilach na Facebooku czy Instagramie internauci atakują słownie innych użytkowników. Jak podkreśla Tworzydło, krytyka dotyczy w zasadzie wszystkiego, także wydawałoby się neutralnych wpisów czy opinii. Zdaniem części psychologów, jeśli dojdzie do agresji słownej, przestają już istnieć jakiekolwiek bariery, a dozwolone staje się niemal wszystko. Internet to zjawisko znacznie przyspieszył.

– Dopóki po pierwsze, ustawodawca, po drugie, środowiska, a po trzecie, my sami, nie zrozumiemy, że skala tego zjawiska może w pewnym momencie doprowadzić do zniszczenia sensu, który stoi za budowaniem, a nie niszczeniem, to będzie się działo źle – przekonuje ekspert.

Polskie miasta inwestują w platformy smart city. Inteligentne technologie ułatwią komunikowanie się z urzędnikami i znajdowanie miejsc parkingowych

Polskie miasta inwestują w platformy smart city. Inteligentne technologie ułatwią komunikowanie się z urzędnikami i znajdowanie miejsc parkingowych 7

Coraz więcej polskich miast zainteresowanych jest wdrożeniem koncepcji smart city, która pozwoli zautomatyzować pracę urzędników i systemów informatycznych. Powstają sieci inteligentnych latarni, systemy monitorowania ruchu kołowego oraz analizy zanieczyszczenia powietrza. Urzędy inwestują także w platformy ułatwiające komunikowanie się z mieszkańcami miast za pośrednictwem aplikacji mobilnych, które mogą posłużyć jako narzędzie do składania dokumentów oraz projektów obywatelskich.

W badaniu IESE Cities in Motion Index 2019 Warszawa zajęła 69. miejsce na liście najbardziej inteligentnych miast na świecie. Wrocław, drugie polskie miasto na tej liście, uplasowało się na 95. miejscu. Wysoką pozycję Warszawa zawdzięcza m.in. wdrożeniu systemów informatycznych zarządzających aglomeracją i ich komunikacji w ramach wspólnej platformy. Dzięki temu możliwa jest błyskawiczna wymiana danych z najróżniejszych czujników, a co za tym idzie – zautomatyzowanie procesu obsługi miasta.

– Budujemy platformy, które stwarzają możliwości budowania dowolnych rozwiązań w ramach smart city. W ramach projektu „Miasto jako platforma” budujemy platformy komunikacji z mieszkańcami, internetu rzeczy, otwierania danych i taką, w której dostarcza się usług codziennych oraz wysublimowanych dla mieszkańców. Główną platformę usługową skończymy w październiku, natomiast platformy big data, otwierania danych i komunikacyjna są już gotowe. Teraz skupiamy się na tym, żeby dostarczyć w oparciu o nie usługi – mówi agencji Newseria Innowacje Tadeusz Osowski, dyrektor Biura Cyfryzacji Urzędu Miasta m.st. Warszawy.

W ramach wdrażania systemów smart sity Zarząd Dróg Miejskich wprowadził Zintegrowany System Zarządzania Ruchem, monitorujący płynność ruchu na kluczowych skrzyżowaniach w aglomeracji miejskiej. Wykorzystuje on dane telemetryczne do reagowania w czasie rzeczywistym na to, co dzieje się na drogach. Kolejnym elementem inteligentnego zarządzania ruchem będzie system e-parkowania, zaprojektowany jako element Wirtualnego Warszawskiego Obszaru Funkcjonalnego.

Nowe narzędzie ułatwi wyszukiwanie wolnych miejsc postojowych w strefie płatnego parkowania. ZDM zainwestuje w system monitoringu, który w czasie rzeczywistym będzie wskazywał wolne miejsca parkingowe. Następnie dane te zostaną przesłane do aplikacji mobilnej, aby kierowcy mogli szybko i sprawnie ustalać, gdzie mogą znaleźć miejsce postojowe. Wdrożenie tego narzędzia nie tylko pozwoli mieszkańcom zaoszczędzić cenny czas. Poprawi drożność ulic i zmniejszy zużycie paliwa, a co za tym idzie – przyczyni się do obniżenia emisji spalin do atmosfery.

Efektem podjętych działań modernizacji systemów informatycznych jest uruchomienie Miejskiego Centrum Kontaktu Warszawa 19115, które sprawdza się w roli narzędzia do przyjmowania wniosków mieszkańców i uruchamiania procedur administracyjnych. W przeciwieństwie do klasycznych urzędów MCKW działa bez przerwy, zapewniając mieszkańcom dostęp do administracji publicznej 24 godziny na dobę.

– Stworzyliśmy usługę kontaktu całodobowego z mieszkańcami, specjalny contact center. Teraz będziemy dostarczać usługi celowe. Te usługi są naszym głównym celem – budowane wokół Karty Warszawiaka, karty mieszkańca, który eksploatuje to miasto, żyje w nim. To na nim chcemy się skupić – przekonuje ekspert.

Podpisanie przez warszawskich urzędników manifestu „Miasto jako platforma” było krokiem na drodze do upowszechnienia takich zintegrowanych narzędzi. Wdrożenie przez Biuro Cyfryzacji Miasta wspomnianych wcześniej platform smart city ma ułatwić wymianę informacji pozyskiwanych przez miejskie systemy informatyczne z rozwiązaniami opracowanymi przez podmioty zewnętrzne zainteresowane wprowadzeniem usług wykorzystujących technologie inteligentne oraz urządzenia funkcjonujące w ramach internetu rzeczy.

– Myślimy o hubie, w którym testuje się najnowocześniej rozwiązania razem z mieszkańcami. Żeby każdy mógł przyjść, dotknąć, zobaczyć, co to jest, jak się tego używa i żeby odpowiedział nam na pytanie, czy tego chce. Wtedy jest nam o wiele łatwiej wdrażać tę technologię. Jesteśmy w fazie wdrażania normy ISO, która porównuje, czy miasto jest inteligentne, czy nie. Ale tak naprawdę liczy się odczucie mieszkańców. Czy wybiorą to miejsce, bo jest fajne do życia, czy przeniosą się gdzie indziej? To jest miara smart – twierdzi Tadeusz Osowski

Według MarketsandMarkets globalna wartość branży inteligentnych miast w 2018 roku wynosiła 308 mld dol. Szacuje się, że do 2023 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie na poziomie 18,4 proc.

Codziennie setki loginów i haseł trafia na czarny rynek. Dane wyciekają z polskich firm, ale bezpieczne nie są nawet urzędy

Codziennie setki loginów i haseł trafia na czarny rynek. Dane wyciekają z polskich firm, ale bezpieczne nie są nawet urzędy 8

Co chwilę dochodzi do wycieku wrażliwych danych. Miliony adresów mailowych, haseł, a nawet numerów telefonów codziennie trafiają na czarny rynek, gdzie zostają sprzedane za kilkadziesiąt dolarów. Chociaż twórcy przeglądarek internetowych robią wszystko, by odpowiednio zabezpieczyć nasze dane logowania, nie zastąpią zdrowego rozsądku. Eksperci podkreślają, by nie korzystać z tych samych, prostych haseł do wielu różnych witryn, bo od wycieku danych do zaciągnięcia kredytu na kilkaset tysięcy złotych droga jest krótka. A dane mogą wyciec nie tylko z prywatnej firmy, lecz także z urzędu.

– Dane z polskich firm wyciekają. Operatorzy mają taki problem, że bardzo łatwo się u nich zatrudnić, bo w ogóle jest teraz rynek pracownika i pracownicy są potrzebni. Osoba, która pracuje w biurze obsługi klienta, w małej galerii handlowej, w niewielkim miasteczku, nie zarabia kroci, a ma dostęp do systemów informatycznych, z których może wyciągnąć dane, które niestety w tzw. darknecie, czyli tych podziemnych forach internetowych, są zdecydowanie bardziej cenne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Konieczny, szef Zespołu Bezpieczeństwa Niebezpiecznik.pl.

W ostatnich miesiącach cyberprzestępcy wystawili na sprzedaż bazę zawierającą 773 mln adresów e-mail oraz 21 mln haseł z przeszło 2 000 serwisów, w tym z polskich serwisów internetowych. Za dostęp do bazy Collection HASH1 żądano zaledwie 45 dol., co oznacza, że bezcenne z punktu widzenia użytkowników informacje mogły wpaść w ręce tysięcy cyberprzestępców.

– Codziennie pojawiają się ogłoszenia: pracuję u tego operatora, mam dostęp do bazy, kto mi zapłaci i ile, to mogę coś sprawdzić albo mogę wręcz wyeksportować pewne dane i je przekazać. To jest coś, z czym będziemy musieli sobie jako społeczeństwo coraz bardziej zinternetyzowane poradzić, dbając o to, żeby tych danych podawać jak najmniej. Żeby mieć z tyłu głowy, że zawsze to, co komuś przekazujemy, może z systemów informatycznych wylecieć – mówi Piotr Konieczny.

Aby uchronić się przed takimi wyciekami, producenci przeglądarek wdrażają systemy bezpieczeństwa, które sprawdzają, czy nasze loginy i hasła nie zostały złamane. Firefox Monitor to nowa usługa uruchomiona przez Fundację Mozilla. Jej celem będzie monitorowanie sieci w poszukiwaniu wycieków e-maili, haseł i innych newralgicznych informacji, którymi raczej nikt nie chce dobrowolnie dzielić się ze światem.

Monitor porównuje hasła z bazą serwisu Have I Been Pwned, którego twórca gromadzi od 2013 r. dane logowania, które wyciekły od usługodawców i trafiły w ręce cyberprzestępców. Wpisując naszego e-maila do Firefox Monitor, możemy się dowiedzieć, czy nie trafił on w niepowołane ręce. HIBP pozwala także sprawdzić, czy w bazie nie znajduje się nasze hasło, a logując się do usługi Firefox Monitor będziemy informowani o wszystkich wyciekach danych, których staniemy się ofiarami.

Podobne rozwiązanie wdrożyli programiści Google do przeglądarki Chrome, jednak ich wtyczka Password Checkup korzysta z szyfrowanej i anonimowej bazy Google.

– Jeśli wszędzie używamy hasła ABC123, to nie powinniśmy się dziwić, że jeśli dane wyciekną z jednego z naszych systemów, to przestępcy od razu zweryfikują, czy na nasz adres e-mail są zarejestrowane konta w bardzo popularnych serwisach, takich jak np. Allegro, Uber, czy Netflix i czy przypadkiem tam też nie mamy hasła ABC123. A jeśli mamy, no to oczywiście nasze konto trafi na sprzedaż, ktoś nam zwiększy abonament, ktoś podepnie jeszcze członków rodziny. I tak naprawdę na tym się zarabia. Na wyłudzeniach albo wystawianiu lewych przedmiotów na sprzedaż i przekierowaniu pieniędzy w zupełnie inne miejsce – tłumaczy Piotr Konieczny.

Nasza dane mogą być narażone na niebezpieczeństwo nie tylko przez prywatne firmy. Badania przeprowadzone przez funkcjonariuszy Najwyższej Izby Kontroli dowodzą, że polskie urzędy masowo przetwarzające nasze dane osobowe, nie są w stanie zagwarantować, że nie dostaną się one w ręce osób niepowołanych. Niemal 70 proc. skontrolowanych urzędów ma problem z wdrożeniem systemów bezpiecznego przetwarzania danych, a 75 proc. nie ma aktualnych informacji o przetwarzanych zasobach informatycznych.

W przeszło połowie jednostek nie przestrzega się także zasad prawidłowego zabezpieczania dostępu do informacji, co najczęściej przekłada się na stosowanie haseł niespełniających podstawowych norm bezpieczeństwa. Powszechne jest także gromadzenie informacji na niezabezpieczonych nośnikach – proceder taki stosuje aż 70 proc. skontrolowanych urzędów.

– Musimy mieć świadomość, że ktoś te dane będzie miał w jakimś systemie, ktoś może ich nie skasować, ktoś może mieć gorszy dzień w pracy, ktoś może odejść od komputera. Wreszcie, to może być jakiś stażysta, który zatrudnił się wyłącznie po to, żeby takie dane sobie zebrać i na nich zarobić zdecydowanie więcej niż na stażu – mówi Piotr Konieczny.

Ustawodawcy próbują wyjść naprzeciw wyzwaniom, jakie stawia przed nimi dynamiczny rozwój internetu, i planują wdrożyć zapisy prawne, które zaostrzą kary dla finansowych cyberprzestępców. Do Rządowego Centrum Legislacji trafiła nowelizacja Kodeksu karnego, która zakłada, że złamanie zabezpieczeń internetowych, w tym m.in. nieuprawniony dostęp do serwisów bankowych, będzie utożsamiane z kradzieżą z włamaniem. Pozwoli to nakładać na cyberprzestępców wyższy wymiar kary i skazywać ich nawet na dziesięć lat pozbawienia wolności.

– Jeśli nasze dane zostaną wykradzione, to prawdopodobnie przestępca będzie chciał na nich szybko zarobić. Jeśli są to dane związane z dokumentami tożsamości, to prawdopodobnie na te osoby zostaną pobrane pożyczki, kredyty. Dzisiaj można to zrobić przez internet albo w oddziale, mimo że jesteśmy nie do końca podobni do zdjęcia, które jest na dokumencie. Czasem nawet nie potrzebujemy oficjalnego dokumentu, którego skan mamy, bo możemy wyrobić tzw. dowody kolekcjonerskie. Fałszerzowi podajemy dane z prawdziwego dowodu, który wykradliśmy i zdjęcie naszego słupa, który pójdzie do firmy pożyczkowej – tłumaczy ekspert.

Według analityków z firmy Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2017 roku wyniosła 135 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do 246 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 16 proc.

Pożyczki bez przelewania grosza. Jak je dostać?

Pożyczki bez przelewania grosza. Jak je dostaćWiększość pożyczkodawców w sieci wymaga weryfikacji tożsamości przez przelew. Zazwyczaj jest to złotówka lub właśnie tytułowy grosz. Takie wymaganie może wydawać się dziwne – w końcu jeśli ktoś stara się o pożyczkę to może nie mieć pieniędzy na koncie. Na szczęście istnieje wiele pożyczek, które można uzyskać bez przelewania 1 grosza. Zobacz, na czym to polega.

W jaki sposób pożyczki bez przelewania 1 grosza są możliwe?

Jest to możliwe dzięki automatycznym systemom weryfikacji konta. Jest to nie tyle alternatywa do przelewu groszowego, co sposób nowocześniejszy, szybszy i wygodniejszy zarówno dla klientów, jak i firm pożyczkowych. To zdecydowanie przyszłość wszelkich pożyczek online. Możesz sprawdzić, które chwilówki dostaniesz bez przelewu groszowego na portalu Ofin.

Wymaganie weryfikacji przez konto bankowe istnieje, gdyż sam dowód osobisty nie wystarcza do rzetelnego ocenienia, czy faktycznie osoba która go posiada jest tą, której go wydano. Dowód osobisty można znaleźć, ukraść czy nawet podrobić. W przypadku konta bankowego jest to znacznie trudniejsze. Kradzież ich obu, wraz z telefonem komórkowym na pewno zostałaby szybko zauważona przez pokrzywdzoną osobę.

Systemy automatycznej weryfikacji są lepsze od przelewu groszowego z wielu istotnych powodów, takich jak:

  • Niemal natychmiastowe działanie. Przelewy bankowe są ograniczone sesjami ELIXIR, przez co nie działają w weekendy, a w dni powszednie trwają kilka godzin.
  • Weryfikacja dochodów. Dzięki temu pożyczkodawca jest w stanie zaproponować niższe opłaty za użyczenie pieniędzy.
  • Brak czynnika ludzkiego. System nie kieruje się uprzedzeniami i jest niemal wolny od błędu.

Zwykły przelew, pod warunkiem, że nie jest to przelew natychmiastowy albo pożyczkobiorca nie ma konta w tym samym banku co pożyczkodawca, podróżuje między kontami przez kilka godzin. Czyni to pożyczki w 15 minut niemożliwymi ze względu na ograniczenia technologiczne. Odpowiedzią na ten problem jest właśnie weryfikacja automatyczna.

Systemy weryfikacji automatycznej działają przez technologię screenscrapingu, czyli odczytywania danych przez program. Firma pożyczkowa sama nie ma dostępu do naszych danych logowania, korzysta jedynie z programu dostarczanego przez dostawcę usługi weryfikacyjnej. Programy te nie przechowują naszych danych – są one wykorzystywane jednorazowo, przez co proces jest całkowicie bezpieczny.

Potwierdzenie tożsamości w inny sposób

Skorzystanie z automatycznej weryfikacji jest bardzo proste. Najpierw wybieramy bank, w którym mamy konto bankowe. Najlepiej jest wybrać konto, na które mamy największe wpływy – zwiększy to naszą zdolność kredytową. Niestety, nie wszystkie banki wspierają usługi automatycznej weryfikacji. Jest to jednak znacząca większość z nich. Najwięcej umów z bankami mają podpisane KontoConnect, BlueMedia i Instantor.

Następnie klikamy ‘pobierz moje dane’ lub podobny przycisk i czekamy na usługę. Powinno to zająć zaledwie kilka minut. Po pobraniu danych przeglądamy je, zatwierdzamy i wysyłamy do pożyczkodawcy. To wszystko. Wystarczy jedynie czekać na pozytywną decyzję o przyznaniu pożyczki i przelew na konto.

Systemy weryfikacji konta bankowego bez przelewu

Istnieje kilka systemów weryfikacji konta. Są to:

  • Kontomatik,
  • GroszConnect,
  • BlueMedia,
  • Szybka Identyfikacja,
  • KontoConnect,
  • Instantor.

Różnią się one od siebie nieznacznie w sposobie działania. Kontomatik, BlueMedia i Instantor badają historię wpływów na konto (zazwyczaj z ostatnich 3 – 12 miesięcy), natomiast KontoConnect i GroszConnect pobierają jedynie podstawowe informacje o tożsamości klienta.

Pożyczki przez internet bez konta bankowego

Co zrobić w sytuacji, jeśli powodem dla którego nie chcemy weryfikować się przez przelew groszowy nie jest lepsza alternatywa w postaci weryfikacji automatycznej, tylko inne czynniki? Nie każdy musi przecież posiadać konto w banku, albo posiadać je w banku obsługiwanym przez usługi weryfikacyjne. Mogą też pojawić się wątpliwości co do bezpieczeństwa usług tego typu.

Dla takich osób również istnieje możliwość uzyskania pożyczki przez internet bez przelewania pieniędzy. Są to jednak metody starsze od przelewu groszowego, przez co wolniejsze i bardziej uciążliwe. Zasadniczo mamy w takim przypadku dwie możliwości: weryfikację telefoniczną i osobistą (przez kuriera lub pracownika firmy pożyczkowej).

Weryfikacja telefoniczna to nic innego jak rozmowa z konsultantem firmy pożyczkowej, który oceni czy jesteśmy osobą, za którą się podajemy. W przypadku braku konta bankowego można przy takiej pożyczce odebrać pieniądze przez np. czek GIRO na poczcie.

Pożyczka z kurierem polega na potwierdzeniu naszej tożsamości przez kuriera i przekazaniu nam przez niego pieniędzy.

Ostatnia możliwość to pożyczka domowa. Zamawiamy przez internet spotkanie z pracownikiem firmy pożyczkowej, który zweryfikuje naszą tożsamość i przekaże nam pożyczkę. Niestety, takie pożyczki wiążą się zazwyczaj z dodatkową prowizją za obsługę w domu.

5 pytań, które warto sobie zadać przed rozpoczęciem współpracy z mediami

Wielu przedsiębiorców marzy o tym, aby ich marka stała się szeroko rozpoznawalna i obecna w mediach. Jeśli jesteś jednym z nich, zanim podejmiesz się współpracy z dziennikarzami, zadaj sobie kilka pytań. Sprawdzić czy aby na pewno jesteś przygotowany na samodzielne budowanie relacji z przedstawicielami mediów.

  1. Co chcę przekazać?

Może już masz upatrzony tytuł prasowy, w którym widzisz swój produkt lub własne nazwisko. Zanim jednak wyślesz pierwszego maila do dziennikarza, pamiętaj, że Twoim celem nie jest pojawienie się w danej gazecie, tylko trafienie do odpowiedniej grupy docelowej. Dokonaj analizy swoich klientów i zastanów się, jak możesz do nich dotrzeć, zbudować swoją wiarygodność i zwiększyć ich zaufanie.

Czy wiesz, co czytają lub oglądają? Jakie informacje są dla nich interesujące i wartościowe? Czy potrzebują materiałów rozrywkowych czy eksperckich?

Pamiętaj również, że zadaniem dziennikarzy nie jest opisywanie, jak fantastyczna jest Twoja firma czy Twój produkt. Dziennikarz szuka tematu, z którego może zrobić materiał. Przemyśl, jakie tematy możesz zaproponować ze swoim udziałem.

  1. Czy znam i rozumiem specyfikę pracy dziennikarzy?

Nie wystarczy, że przygotujesz bazę mediów i wyślesz informację prasową na temat swojej firmy. Warto lepiej poznać dziennikarzy, którzy pracują w wybranej przez Ciebie redakcji. Czy wiesz, na jakie tematy lubią pisać? Jak wyglądają opracowane przez nich artykuły: czy są ramki z ciekawostkami, ramki z produktami? Czy korzystają z wiedzy eksperta? Czy lubią reportaże, poradniki czy wywiady? Kolejna rzecz, czy wiesz, jak wygląda praca dziennikarza w miesięczniku, tygodniku, dzienniku, portalu internetowym, radiu czy telewizji? Jakie materiały będą pomocne dla każdego z nich? Co warto wcześniej przygotować?

  1. Czy lubię budować relacje z ludźmi?

Dobra relacja z dziennikarzami nie buduje się sama czy poprzez wysyłanie notek prasowych. Przede wszystkim potrzebuje czasu, zaangażowania, wzajemnego zaufania, na które sobie trzeba zapracować. Jak? Poprzez rzetelność, rozumienie potrzeb drugiej strony, dostarczanie wartościowych materiałów i bycia w tzw. gotowości.

  1. Czy mam czas na dodatkową aktywność?

Budowanie długotrwałych relacji to nie tylko dobre chęci, ale przede wszystkim czas, który trzeba na to poświęcić. Czy jesteś na tyle dyspozycyjny, aby w każdej chwili dostarczyć dziennikarzowi odpowiedzi na jego pytanie, spotkać się na wywiad, przeprowadzić dłuższą rozmowę telefoniczną czy szybko dostarczyć niezbędne do artykułu materiały. Pamiętaj, że zazwyczaj dziennikarz potrzebuje materiałów na już i jeśli Ty mu nie dostarczysz, to zrobi to ktoś inny.

  1. Czy zamierzam prowadzić uczciwą komunikację?

Budowanie relacji z mediami opiera się na zaufaniu i rzetelności. Jeśli nie znasz odpowiedzi na pytanie dziennikarza, nie podawaj nieprawdziwych informacji. Powiedz, że musisz to sprawdzić, doczytać. Nie naciągaj faktów na swoją korzyść, nie kłam i nie wyolbrzymiaj. Mów prawdę, słuchaj drugiej strony i nie nadwerężaj zaufania.

Jeśli chcesz budować relacje z mediami w sposób efektywny dla obu stron, pobierz bezpłatny ebook „PR w branży health & beauty” i poznaj wskazówki praktyków i dziennikarzy. Link: https://rolingerpr.pl/ebook/

Zmiany w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego. Działki pod budownictwo będą tańsze

W ciągu ostatnich trzech lat handel działkami rolnymi został zablokowany. Zmiany w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego powinny spowodować, że działki pod budownictwo będą tańsze. Zyskają na tym także deweloperzy i rolnicy.

W ciągu ostatnich trzech lat handel działkami rolnymi został zablokowany. Zmiany w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego powinny spowodować, że działki pod budownictwo będą tańsze. Zyskają na tym także deweloperzy i rolnicy.

Z uwagi na upływ 12 letniego okresu ochronnego na zakup ziemi rolnej przez cudzoziemców, polski ustawodawca w 2016 roku przeprowadził prace legislacyjne, które miały na celu poprawę sytuacji ekonomicznej polskich rolników oraz wzmocnienie ochrony ziemi rolnej przed spekulacyjnym wykupem. Poprzez wprowadzenie do polskiego porządku prawnego szeregu unormowań, które miały gwarantować realizację tych postulatów doszło do faktycznego wstrzymania obrotu nieruchomościami rolnymi.

Wprowadzone zmiany bardzo szybko zaczęły budzić kontrowersje. Obiektem krytyki stały się m.in. pięcioletni zakaz sprzedaży gruntów pozostających z zasobach, wówczas Agencji Nieruchomości Rolnych a następnie Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR), dopuszczenie do prywatnego obrotu jedynie nieruchomości rolnych o powierzchni mniejszej niż 3000 m2 oraz ograniczenie prawa nabywania nieruchomości rolnych bez konieczności uzyskiwania zgody Dyrektora Generalnego KOWR wyłącznie do grupy tzw. rolników indywidualnych. Zwracano uwagę również na wybiórcze wyłączenie z obostrzeń związków wyznaniowych.

– Eksperci zgodnie zauważali, że ograniczenia w handlu ziemią, które dotychczas obowiązywały spowodowały zastój w budownictwie, co dotknęło nie tylko deweloperów, ale również zakłady przemysłowe, które nie mają szans na rozbudowę w przypadku lokalizacji na terenach rolnych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Patrick Koźliczak, prawnik w kancelarii Zięba&Partners.

W wyniku trwających od 2 lat prac nad projektem zmian w ustawie o kształtowaniu ustroju rolnego parlament przyjął nowelizację przedmiotowej ustawy, która w dniu 10 maja 2019 roku została przekazana prezydentowi do podpisu.

Do najistotniejszych zmian wprowadzonych nowelizacją należy zaliczyć zwiększenie powierzchni nieruchomości rolnej, której nabycie nie wymaga uzyskania zgody Dyrektora Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. W związku z tym każdy bez kwalifikacji rolniczych, w tym również przedsiębiorcy oraz spółki prawa handlowego będą mieć prawo do nabycia nieruchomości rolnej, której powierzchnia nie przekracza 1 hektara zarówno na terenach miast jak i wsi bez uzyskania wspomnianej zgody.

– Należy jednak podkreślić, że sam fakt iż przeprowadzenie takich transakcji nie będzie wymagało uzyskania zgody Dyrektora KOWR nie oznacza, że KOWR nadal nie będzie uprawniony do wykonania przysługującego mu dotychczas prawa pierwokupu nieruchomości – wyjaśnia prawnik z Zięba&Partners. – W tym zakresie do zmiany nie doszło, wobec czego umowa sprzedaży mająca za przedmiot nieruchomość rolną o powierzchni wahającej się między 3000 m2 a jednym hektarem nadal będzie musiała być umową sprzedaży zawartą pod warunkiem, że KOWR nie wykona przysługującego mu prawa pierwokupu.

W przypadku nabycia nieruchomości rolnej, nowy właściciel obowiązany będzie prowadzić gospodarstwo rolne, w skład którego weszła nabyta nieruchomość przez co najmniej 5 lat co stanowi zmianę w kontekście wcześniej obowiązującego terminu 10 letniego. W tym też okresie nie ma możliwości zbycia takiej nieruchomości bez zgody Dyrektora KOWR. Co istotne zakaz niezbywania nie ma zastosowania do nieruchomości rolnych położonych w granicach administracyjnych miast, w przypadku gdy ich powierzchnia jest mniejsza niż 1 hektar.

Wspomniany okres pięcioletni będzie również obowiązywał nabywców sprzed wejścia w życie nowelizacji.

Co istotne w kontekście funkcjonowania spółek prawa handlowego, KOWR przysługiwać będzie prawo pierwokupu udziałów i akcji w spółkach kapitałowych, w przypadku gdy taka spółka jest właścicielem lub użytkownikiem wieczystym nieruchomości rolnej o powierzchni co najmniej 5 ha albo nieruchomości rolnych o łącznej powierzchni co najmniej 5 ha. Stanowi to istotną zmianę w kontekście dotychczasowych przepisów, które przyznawało prawo pierwokupu udziałów i akcji w przypadku posiadania przez spółkę nieruchomości rolnej o powierzchni powyżej 3000 m2. Te konkretne zmiany zapewne będą stanowić pozytywny impuls na rynku fuzji i przejęć niejako ułatwiając i usprawniając przeprowadzanie tego typu transakcji.

Pomimo tego, że wprowadzone zmiany nadal utrzymują ograniczenie obrotu nieruchomościami rolnymi, w kontekście jednak bardzo restrykcyjnych uregulowań z 2016 r., obecne zmiany należy ocenić co do zasady pozytywnie i ufać, że jest to jedynie początek działań ustawodawcy w tym zakresie i kierunku.

Sytuacja gospodarstw domowych coraz lepsza

Dynamika wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób zwiększyła się w kwietniu do 7,1% r/r wobec 5,7% w marcu. Dochody gospodarstw domowych rosną najszybciej od dwóch lat.

– Niższy wzrost wynagrodzeń w marcu okaże się prawdopodobnie jednorazową anomalią – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Warto też zwrócić uwagę na bardzo stabilną tendencję dotyczącą wzrostu zatrudnienia. Wzrost ten przekracza 3 proc. Dzięki temu poprawiają się dochody rozporządzalne gospodarstw domowych.

– Wzrost tych dochodów jest bardzo solidny, po uwzględnieniu inflacji w kwietniu wynosił 8 proc., a pamiętać trzeba, że nie uwzględnia się tu dodatkowych transferów z budżetu państwa, które też rosną – komentuje ekspert XTB.

Aż 63% kupujących w Internecie korzysta z usług InPost

Według badań Kantar Polska1 kupujący w Internecie deklarują, że najczęściej korzystają z usług oferowanych przez InPost. Wskazanie 63% badanych to najwyższy wynik wśród wszystkich firm logistycznych działających w Polsce. InPost jest drugą najbardziej rozpoznawalną firmą kurierską w Polsce – aż 92% konsumentów zna markę InPost, a 55% wskazuje ją spontanicznie. InPost uzyskał także najwyższy wśród wszystkich kurierów wynik NPS – czyli wskaźnik zadowolenia konsumentów i polecania marki.

Rafał Brzoska, prezes InPost
Rafał Brzoska, prezes InPost

“InPost jest oceniany lepiej od konkurencji pod względem większości badanych elementów wizerunku marki. W porównaniu do pomiaru z października 2018 roku, InPost odnotował wzrost ocen większości aspektów wizerunkowych. Jesteśmy najlepiej oceniani zwłaszcza w obszarach związanych z innowacyjnością, wprowadzaniem nowych rozwiązań, a także z atrakcyjnością i elastycznością oferty oraz prostotą i wygodą korzystania z usług. InPost uzyskał też najwyższy wynik wskaźnika NPS wśród wszystkich kurierów. To pokazuje, że nasze zaangażowanie i ciężka praca przynoszą efekty – nawet, jeśli popełniamy błędy, to staramy się je jak najszybciej wyeliminować. Jesteśmy innowacyjni, a nasi kurierzy mają najlepsze na rynku narzędzia, by realizować usługę szybko i efektywnie” – powiedział Rafał Brzoska, prezes InPost.

W tym roku InPost udostępnił nową aplikację mobilną na telefony pracujące pod kontrolą systemów iOS i Android. W ramach aplikacji użytkownicy mogą skorzystać bezpłatnie z usług, które obejmują m.in. statusy i śledzenie drogi przesyłek, dodatkowe powiadomienia, możliwość odbioru czy zapłaty za pobraniem.

Ponadto InPost w ramach współpracy z ZEBRA Technologies wyposażył 3800 pracowników terenowych w komputery mobilne z ekranem dotykowym Zebra TC56. Modele, działające pod kontrolą systemu Android, umożliwiają szybsze i bardziej precyzyjne wykonywanie zadań związanych z obsługą paczek. Dzięki temu wydajność dostaw InPost wzrosła nawet o 10%.

InPost dostarczył w 2018 roku ponad 86 mln przesyłek, czyli o 52,5% więcej niż rok wcześniej. Dostawy za pośrednictwem Paczkomatów® wzrosły o 56,3%, a przez Kuriera InPost o 45,5%.

We wrześniu 2018 roku InPost i KKR – amerykańska firma inwestycyjna – zawarły porozumienie gwarantujące 125 mln euro finansowania dla InPost w okresie 5,5 roku. Ponadto Advent International i InPost zainwestują w 2018 roku nawet 250 mln zł w infrastrukturę paczkomatową oraz rozwój usług kurierskich.

Według raportu Gemius E-commerce w Polsce w 2018 roku:

  • Paczkomaty® InPost są drugą najbardziej popularną formą dostaw zakupów w sieci, po dostawach kurierem – wskazuje je aż 48% badanych
  • InPost Kurier utrzymał ubiegłoroczne trzecie miejsce wśród najchętniej wybieranych firm kurierskich w Polsce. Wyprzedził m.in. Pocztex (Pocztę Polską) oraz światowych potentatów, takich jak GLS, UPS i FedEx. Usługi kurierskie InPost zanotowały przyrost wskazań o 4 punkty procentowe w stosunku do 2017 roku, co jest sporym osiągnięciem na tak konkurencyjnym rynku

Rośnie także odsetek osób, które dzięki możliwości dostawy do Paczkomatów® motywowane są do zakupów online – to już 55% (wzrost o 5 punktów procentowych z roku na rok).

W 2018 roku InPost zrealizował:

  • ponad 86 mln dostaw, czyli więcej o 52,5% rok do roku
  • 56,3% wzrost wolumenu przesyłek do Paczkomatów® InPost r/r
  • 45,5% wzrost wolumenu paczek kurierskich InPost r/r
  • w szczycie świątecznym wzrosty wolumenów dostaw do Paczkomatów® przekroczyły 92%

InPost notuje jeden z najwyższych wskaźników zadowolenia klientów NPS (styczeń 2019, ankieta wysyłana do klientów po wykonaniu usługi):

  • InPost Kurier: 70,81 /N=4512/
  • Paczkomaty® InPost: 81,5 /N=13278/

FPP i CALPE: Od 2020 roku płaca minimalna powinna wzrosnąć do 2500 zł brutto

Federacja Przedsiębiorców Polskich wskazuje, że płaca minimalna od 2020 roku powinna wzrosnąć do 2500 zł brutto. Stosując metodykę analogiczną do wykorzystywanej w rządowej ocenie skutków regulacji rozporządzeń w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę – można szacować, że podwyższenie płacy minimalnej do 2500 zł brutto spowodowałoby wzrost wpływów do sektora finansów publicznych o 2,2 mld zł w skali roku. FPP proponuje, by 1,6 mld zł z tej kwoty przeznaczyć na obniżenie klina podatkowego i podwyższenie kwoty pracowniczych kosztów uzyskania przychodu do ponad 333 zł miesięcznie.

Panująca w ostatnich latach sytuacja na polskim rynku pracy doprowadziła do tego, że rzeczywiste najniższe rynkowe stawki wynagrodzenia zaczęły znacząco przewyższać determinowaną prawnie płacę minimalną. Z punktu widzenia prowadzenia działalności gospodarczej – m.in. w tych sektorach, gdzie często realizowane są zamówienia publiczne – istotne znaczenie ma jednak, by administracyjne stawki minimalne odzwierciedlały realne stawki rynkowe – tylko one bowiem często mogą stanowić podstawę do waloryzacji kontraktów.

Polskie firmy stają również przed koniecznością przyciągnięcia i utrzymania na rynku pracy licznej grupy cudzoziemców, w warunkach coraz silniejszej konkurencji z przedsiębiorcami z innych krajów. W tym segmencie rynku realne minimalne stawki również oderwały się od minimum formalnoprawnego. W sytuacji, gdy to ograniczenia po stronie podaży – zamiast popytu – zaczynają stanowić największą barierę rozwoju, możliwość oferowania wyższych wynagrodzeń staje się źródłem przewagi konkurencyjnej.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Rynek pracy jest bardzo trudny – przedsiębiorcy regularnie podwyższają wynagrodzenia w celu zatrzymania pracowników i zmniejszenia ich fluktuacji. Nie ma co utrzymywać fikcji – płaca minimalna powinna nadążać za realiami. Poziom 2500 zł brutto jest całkowicie uzasadniony i potrzebny. Mam nadzieję, że do naszego apelu – jako przedsiębiorców – przyłączą się związki zawodowe, a rząd uwzględni te głosy jako racjonalną potrzebę rynkową. Taka zmiana korzystnie wpłynie na warunki funkcjonowania przedsiębiorców – dla których ważne jest, by regulowana przez prawo minimalna stawka odpowiadała istniejącym realiom, zaś dla pozostałych firm byłaby ona neutralna” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Podwyższenie płacy minimalnej przyczyniłoby się do zwiększenia wpływów do sektora finansów publicznych z tytułu potrącanych zaliczek na podatek dochodowy, składek na ubezpieczenia społeczne, zdrowotne, a także składki na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

W konsekwencji podwyżka płacy minimalnej o 250 zł brutto spowodowałaby zwiększenie kosztów ponoszonych przez pracodawcę o 301 zł – z czego 176 zł trafiłoby bezpośrednio do pracownika, podnosząc jego wynagrodzenie netto, zaś pozostałe 125 zł zostałoby zaliczone na poczet obowiązkowych danin na rzecz państwa.

Ostateczny koszt pracodawcy ukształtowałby się na poziomie 3012 zł, a wynagrodzenie netto pracownika 1852 zł – po uwzględnieniu zapowiedzianych zmian, takich jak podwyżka kwoty kosztów uzyskania przychodu do 250 zł miesięcznie oraz wprowadzenie najniższej stawki PIT 17%.

Należy ponadto zwrócić uwagę na fakt, iż po podwyżce minimalnego wynagrodzenia, rośnie klin podatkowo-składkowy w odniesieniu do osób otrzymujących najniższe pensje. Jest to efekt proporcjonalnego zanikania korzyści wynikających z odliczeń kwotowych z tytułu kwoty wolnej od podatku oraz kwoty kosztów uzyskania przychodu. W rezultacie po podwyżce płacy minimalnej, dotyczący ją klin podatkowo-składkowy wzrósłby z 38,2% do 38,5%.

W związku z tym Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje, by w połączeniu z podwyższeniem płacy minimalnej została zwiększona kwota pracowniczych kosztów uzyskania przychodu do 3-krotności jej dotychczasowej wartości. Oznaczałoby to, że standardowo zamiast do 250 zł miesięcznie – jak obecnie planuje rząd – wzrosłaby ona do 333,75 zł miesięcznie. Dzięki temu po podwyżce płacy minimalnej o 250 zł brutto, pracownicy zarabiający minimalne wynagrodzenie zyskaliby ponad 190 zł netto, a ich klin podatkowo-składkowy zamiast wzrosnąć, obniżyłby się do 38,1% – co miałoby istotne znaczenie w kontekście wzmacniania bodźców do podejmowania aktywności przez osoby bierne zawodowo.

Koszt takiej zmiany, jak wynika z obliczeń przedstawionych w najnowszym Wieloletnim Planie Finansowym Państwa wyniósłby 1,6 mld zł rocznie i mógłby zostać pokryty z większych wpływów do sektora finansów publicznych, wynikających ze wzrostu podstawy wymiaru podatków i obowiązkowych składek.

Renta dożywotnia, czy zamiana mieszkania na mniejsze?

Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że 80 proc. polskich seniorów posiada na własność nieruchomość.[1] Dzięki uwolnieniu kapitału zamrożonego w tej nieruchomości osoby starsze mogłyby poprawić swoją sytuację finansową, zwłaszcza, że nie mają zbyt wielu oszczędności, a polskie emerytury są jednymi z najniższych w Europie. Sposobów jest kilka. Pierwszy z nich to podnajęcie pokoju lub części domu. Drugi – renta dożywotnia, czyli przekazanie prawa własności do nieruchomości w zamian za dożywotnie świadczenia pieniężne. Trzeci – sprzedaż mieszkania lub domu oraz przeprowadzenie się do mniejszego lokum. Co jest najbardziej opłacalne z ekonomicznego i psychologicznego punktu widzenia?

Eksperci przekonują, że kapitał zamrożony w mieszkaniu można spieniężyć i żyć dostatniej na emeryturze. Wszystko zależy od rodzaju i wielkości nieruchomości oraz tego jaki wariant „spieniężenia” wybierze senior. Jedną z opcji jest wynajęcie pokoju lub części domu. Takie rozwiązanie pozwala „dorobić” ok. 500-1000 zł miesięcznie do emerytury. Powoduje jednak utratę prywatności i mniejszy komfort życia (m.in. przez mniejszą powierzchnię użytkową, z której osoba starsza może korzystać). Wśród najczęściej porównywanych opcji jest zatem renta dożywotnia (czyli przekazanie prawa własności do nieruchomości w zamian za dożywotnie świadczenia pieniężne i gwarancję dożywotniego korzystania z lokum) oraz sprzedaż dotychczasowego i zakup mniejszego mieszkania. Często słyszy się, że z ekonomicznego punktu widzenia ta druga opcja jest bardziej opłacalna. Eksperci z Funduszu Hipotecznego DOM przeanalizowali kilka scenariuszy.

Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM fot. Adam Cisowski
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM
fot. Adam Cisowski

– Przeanalizowaliśmy trzy scenariusze. W pierwszym z nich senior sprzedaje mieszkanie zlokalizowane w Warszawie, o powierzchni 65 m kw. oraz przeprowadza się do mniejszego w tej samej dzielnicy, ale o metrażu 40 m kw. W drugim scenariuszu senior podpisuje umowę renty dożywotniej na w/w mieszkanie o powierzchni 65 m kw. W trzecim scenariuszu podnajmuje pokój – wyjaśnia Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – Z naszych wyliczeń wynika, że zarówno senior, który zamienił mieszkanie na mniejsze, jak i ten, który podpisał umowę renty dożywotniej będzie mógł uzyskać miesięcznie odpowiednio 966 zł lub 960 zł. To bardzo podobne kwoty, ale warto podkreślić, że przy zamianie mieszkania na mniejsze senior „straci 25 metrów kwadratowych”, czyli obniży swój komfort życia. Dzięki sprzedaży zyska nadwyżkę finansową w wysokości 142 600 zł, co oznacza, że będzie mógł „wypłacać sobie” dodatkowe środki w kwocie 966 zł do emerytury przez określony czas – 12 lat. Dla takiej wartości przygotowaliśmy wyliczenia, co oznacza, że wypłaty będą ograniczone w czasie. Skąd wzięliśmy 12 lat? To oczekiwania długość życia naszego reprezentatywnego seniora według danych GUS. Jeżeli nasz senior pożyje dłużej, środki pieniężne ze sprzedaży mieszkania skończą się. Będzie zatem musiał wypłacać sobie „coraz mniejsze kwoty” lub zaniechać tych wypłat całkowicie. Senior, który wybrał rentę dożywotnią, będzie otrzymywał świadczenia finansowe w wysokości 960 zł (+ waloryzacja) dożywotnio. Renta dożywotnia to rozwiązanie, w którym fundusz hipoteczny szacuje ryzyko, bierze go na siebie i zobowiązuje się do wypłacania świadczeń, aż do śmierci beneficjenta – dodaje Robert Majkowski.

Scenariusz 1 – sprzedaż mieszkania i przeprowadzka do mniejszego

Z wyliczeń Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że senior, który sprzeda mieszkanie o powierzchni 65 m kw. i kupi lokum o pow. 40 m kw. zyska na tej transakcji 142 600 zł. Będzie musiał jednak koszty dodatkowe (m.in. prowizje i opłaty z tytułu transakcji), koszty przeprowadzki czy ewentualnej adaptacji nowego mieszkania. Jeżeli będzie chciał „wypłacać sobie” dodatkowe środki do emerytury z uzyskanego w ten sposób budżetu, to przez 12 lat (bo taka jest oczekiwania długość życia wg GUS) będzie miał dodatkowe 966 zł miesięcznie. Czas realizacji transakcji będzie dość długi, a sam proces – energochłonny, co dla seniora może być dużym wyzwaniem. Warto też pamiętać, że przeprowadzka wiąże się ze zmianą środowiska, sąsiadów, współlokatorów. Zmieni się też metraż nieruchomości, a więc obniży się standard życia. – Ktoś, kto żył dotychczas w „oswojonej przestrzeni”, będzie musiał przyzwyczaić się do nowej. I mowa tu nie tylko o sąsiadach, ale również sprzedawcy z osiedlowego sklepiku, pani na poczcie, czy personelu przychodni lekarskiej. To właśnie dlatego mówi się, że sprzedaż mieszkania w starszym wieku należy rozpatrywać nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia. Bardzo ważnym aspektem są emocje, poczucie bezpieczeństwa, znajomość miejsca, w którym żyło się 40 czy 50 lat – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. Tę tezę potwierdza zresztą szereg badań. W przeprowadzonym jakiś czas temu badaniu PolSenior, osoby starsze deklarowały, że mimo wysokich kosztów utrzymania nieruchomości – nie zamierzają zmieniać swoich mieszkań. Tak odpowiedziało 45 proc. ankietowanych. Z kolei seniorzy, którzy przeprowadzali się do domów opieki, mimo dość szybkiej adaptacji, przyznawali, że „wyrwanie ich” z dotychczasowego miejsca zamieszkania powoduje w nich smutek, osamotnienie, z pragnieniem śmierci włącznie. Osoby te twierdziły, że dałyby wszystko, by móc wrócić do domu rodzinnego.[2]

Scenariusz 2 – renta dożywotnia

Ten sam senior (w wieku 75 lat), który jest właścicielem mieszkania o pow. 65 m kw. zlokalizowanego w Warszawie, może podpisać umowę renty dożywotniej, otrzymywać comiesięczne świadczenia pieniężne aż do swojej śmierci, oraz mieszkać dożywotnio we własnym lokum. Świadczenie w przypadku takiego seniora wyniesie 960 zł miesięcznie, więc będzie podobne jak w przypadku sprzedaży mieszkania, tyle tylko, że nieograniczone w czasie, dożywotnie. Takie świadczenie będzie również waloryzowane. Komfort życia pozostanie bez zmian, podobnie z otoczeniem, sąsiadami, współlokatorami. Czas realizacji transakcji będzie znacznie krótszy, ok. 2-4 tygodnie. – Warto pamiętać, że w przypadku sprzedaży mieszkania i zamiany go na mniejsze senior wciąż będzie właścicielem nieruchomości, a mniejsze mieszkanie odziedziczą spadkobiercy. Jeżeli senior zdecyduje się na rentę dożywotnią, mieszkanie stanie się własnością funduszu hipotecznego, a więc nie będzie mogło być dziedziczone. To jeden z najważniejszych czynników, który wpływa na podjęcie decyzji o podpisaniu umowy renty dożywotniej. Mamy natomiast wielu klientów, którzy nie mają żadnych spadkobierców lub ich spadkobiercy nie są zainteresowani dziedziczeniem danej nieruchomości (np. dalecy krewni). W ostatnim badaniu opinii, które przeprowadziliśmy wśród naszych klientów, 62 proc. z nich przyznało, że ich sytuacja rodzinna nie miała wpływu na zawarcie umowy renty dożywotniej, a 73 proc. deklarowało, że ich spadkobiercy (dzieci, wnuki, dalsza rodzina) nie chcą podważać lub unieważnić takiej umowy. To wskazuje, że renta dożywotnia staje się, wzorem innych krajów, jednym ze sposobów poprawy życia na emeryturze, a zrozumienie zalet tego rozwiązania dotyczy nie tylko samych seniorów, ale również ich bliskich – podsumowuje Robert Majkowski.

Scenariusz 3 – podnajęcie pokoju lub części domu

Senior może zdecydować się też na podnajęcie pokoju w swoim mieszkaniu lub wynajęcie części domu. Co prawda komfort życia również będzie mniejszy, a czas pozyskiwania środków ograniczony czasem najmu, ale w takim przypadku emeryt będzie mógł liczyć na dodatkowe 500-1000 zł miesięcznie. – W tym przypadku trudno mówić o prawdziwym i długoterminowym bezpieczeństwie finansowym, bo rzadko wynajmuje się komuś pokój na 12 lat lub dłużej. Mimo to wynajęcie pokoju może być dobrym, dostępnym i dość szybkim w realizacji pomysłem – mówi Robert Majkowski. – Warto pamiętać również o opcjach pośrednich. Nawet, jeżeli sprzedamy mieszkanie i przeprowadzimy się do mniejszego lokum o pow. 40 m kw. to wciąż będziemy właścicielami nieruchomości. Możemy żyć z nadwyżki finansowej, którą uzyskaliśmy w wyniku sprzedaży, a dodatkowo podpisać umowę renty dożywotniej – tyle, że na mniejszy lokal. Jeżeli połączymy wypłaty z obu źródeł, okaże się, że miesięczne wpływy mogą sięgać 1500 zł – podsumowuje Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Analiza Funduszu Hipotecznego DOM:

sprzedaż mieszkania i przeprowadzka do mniejszego, podnajęcie pokoju, renta dożywotnia – porównanie korzyści finansowych oraz innych aspektów związanych z przeprowadzką

  Sprzedaż domu/mieszkania i przeprowadzka do mniejszego Podnajęcie pokoju lub części domu Renta dożywotnia
Korzyść finansowa jednorazowa* 142 600 zł jednorazowo
lub

966 zł miesięcznie

Brak Do negocjacji
Korzyść finansowa miesięcznie* 500-1000 zł 960 zł miesięcznie +waloryzacja
Okres korzyści finansowych* Ograniczony czasem dożycia (wg GUS wyliczenia dla 12,3 lat wypłaty miesięcznego świadczenia) Ograniczony do czasu wynajmowania Nieograniczony, dożywotni
Koszty dodatkowe (prowizje, opłaty, przeprowadzka, adaptacja) Duże Niskie Brak
Czas realizacji transakcji Bardzo długi Średni Krótki (2-4 tyg.)
Komfort i standard życia Mniejszy Mniejszy Większy
Zmiana środowiska, otoczenia (sąsiedzi, współlokatorzy) Istotna zmiana Zmiana Bez zmian
Dziedziczenie Mieszkanie dziedziczą spadkobiercy Mieszkanie dziedziczą spadkobiercy Brak dziedziczenia
Podatek od nieruchomości/użytkowanie wieczyste Jest, kilkaset do kilku tys. zł rocznie Jest, kilkaset do kilku tys. zł rocznie Brak
PIT od dochodu Przeważnie brak. Może występować, jeżeli zbycie przed okresem 5 lat od końca roku, w którym nastąpiło nabycie nieruchomości Jest Przeważnie brak. Może występować, jeżeli zbycie przed okresem 5 lat od końca roku, w którym nastąpiło nabycie nieruchomości
Ubezpieczenie Koszt seniora Koszt seniora Fundusz ubezpiecza wszystkie nieruchomości, nadzoruje i przeprowadza ewentualną likwidację szkód
Podwyżki czynszu Są, koszt seniora Są, koszt seniora Koszt Funduszu

*Przykładowe wyliczenia dla mieszkania 65 m2 w Warszawie, zamienione na 40 m2 w tej samej dzielnicy, średnie ceny za m2 wg danych NBP. Wyliczenia dla kobiety w wieku 75 lat.

Wartość nieruchomości 65 metrów – 8060,21 zł x 65 = 523 914 zł

Wartość nieruchomości 40 metrów – 8388,22 zł x 40 = 335 529 zł

Oczekiwania długość życia wg GUS wynosi 12,3 lat, kapitał z korzyści finansowej przy zamianie mieszkania wypłacany w okresie 12,3 lat przy braku oprocentowania lokaty. Oprocentowanie lokaty kapitału 2% w skali roku zwiększa wysokość korzyści miesięcznej do 1066 zł.

[1] Informacja o sytuacji osób starszych w Polsce, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Druk nr 2043, Wyd. Warszawa,  9 listopada 2017

[2] Monografia prawnicza „Hipoteka odwrócona” pod redakcją E.Rutkowskiej-Tomaszewskiej (wyd. C.H. Beck, 2017). Badanie przeprowadzono w 2011 i 2012 roku wśród mieszkańców podlaskich domów społecznych.

Coraz mniej pracowników tymczasowych

Polskie Forum HR, członek Konfederacji Lewiatan, podsumowało sytuację na rynku agencji zatrudnienia w pierwszym kwartale 2019 roku. Odnotowane spadki, zarówno w liczbie pracowników tymczasowych, jak i obrotach, nie są zaskoczeniem. Rynek pracownika trwa w najlepsze.

Rok 2019 przywitaliśmy kolejnymi spadkami na rynku pracy tymczasowej. Liczba pracowników tymczasowych w pierwszym kwartale 2019 roku spadła o 15% porównując z tym samym okresem poprzedniego roku (w porównaniu do ostatniego kwartału 2018 spadek o 12%). Agencje zrzeszone w Polskim Forum HR zatrudniały w tym czasie ponad 90 tys. pracowników tymczasowych, szacujemy że w całej Polsce liczba ta wyniosła ok. 300 tys. osób.Coraz mniej pracowników tymczasowych

Spada liczba etatów

W tym samym tempie spada liczba pełnych etatów przepracowana przez pracowników tymczasowych (FTE) w 1Q2019 – w porównaniu do tego samego okresu poprzedniego roku różnica wyniosła 15%, w porównaniu do 4Q2018 11%.

Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR
Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR

– Biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy oraz deficyt kandydatów w wielu branżach i regionach Polski, spadek liczby pracowników tymczasowych nie jest zaskoczeniem. Pracodawcy użytkownicy bardzo chętnie przejmują naszych pracowników i zatrudniają ich na stałe – komentuje Anna Wicha, prezes Polskiego Forum HR.

– Sytuację ratują po części pracownicy z Ukrainy, którzy, jak wynika z danych MRPiPS, stanowią już 32% pracowników tymczasowych w Polsce. Niezwykle istotne jest zatem usprawnienie procedury legalizującej pracę cudzoziemców w naszym kraju. Wspólnie z Konfederacją Lewiatan wystąpiliśmy z postulatami w tym zakresie, m. in. w kwestii efektywnego wykorzystania bardzo szczelnego systemu rejestracji oświadczeń poprzez wydłużenie ich obowiązywania z 6 do 18 miesięcy – dodaje Wojciech Ratajczyk, wiceprezes ds. pracy tymczasowej w Polskim Forum HR.

Agencje Polskiego Forum HR odnotowały utrzymujący się, wysoki odsetek pracowników tymczasowych powyżej 50 roku życia (15%). Ponad 90% pracowników tymczasowych było zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. Nadal najwięcej pracowników zatrudniano na stanowiska produkcyjne (69%).

Wartość usług agencji zatrudnienia

W 1Q2019 firmy członkowskie PFHR wygenerowały całkowite obroty ze sprzedaży swoich usług na poziomie 946 mln PLN, o 6% mniej niż w 1Q2018 i 11% mniej niż w 4Q2018. Biorąc pod uwagę tylko pracę tymczasową spadek rok do roku wyniósł 9% (kwartał do kwartału 12%). Możemy szacować, że wartość rynku pracy tymczasowej w Polsce w 1Q2019 wyniosła 1,6 mld PLN.

Danubia NanoTech najlepszym start-upem w regionie CEE. Finał PowerUp! 2019 rozstrzygnięty

Już po raz piąty start-upy z 24 krajów Europy Środkowo-Wschodniej stanęły do walki w organizowanym przez InnoEnergy konkursie PowerUp!. Danubia Nanotech ze Słowacji pokonał ponad 300 konkurentów, otrzymując szansę na globalny rozwój biznesu. Galę finałową podczas konferencji Impact’19 zwycięzcy opuścili z czekiem na 50 000€ oraz szansą na zaproszenie do prestiżowego akceleratora Highway® by InnoEnergy.

Laureaci zaprezentowali grafenowy czujnik przeznaczony do monitorowania temperatury powierzchniowej. Produkt, w postaci bardzo cienkiej folii, można nałożyć na dowolne nie-metalowe podłoże. Rozwiązanie może być stosowane m.in. w bateriach pojazdów elektrycznych i akumulatorach sieciowych, przedłużając ich żywotność i zapewniając bezpieczeństwo użytkowania.

Danubia NanoTech najlepszym start-upem w regionie CEE. Finał PowerUp! 2019 rozstrzygnięty (2)„Zgłosiliśmy się do PowerUp! dlatego, że poszukiwaliśmy wsparcia nie tylko w postaci określonego kapitału, ale również doradztwa i mentoringu. InnoEnergy jest właśnie takim inwestorem, dlatego bardzo cieszymy się, że dostaliśmy szansę, aby z nim współpracować. Nasze plany na najbliższą przyszłość to zakończenie testów i wprowadzenie produktu na rynek.” – mówi Patrik Krizansky, odpowiedzialny za Business Development w Danubia NanoTech

Drugie miejsce i 10 000€ przyznano Atlant 3D z Łotwy, którego projekt umożliwia wykorzystywanie druku 3D do prototypowania mikro i nano systemów oraz urządzeń. Ostatnie miejsce na podium oraz nagrodę w wysokości 5 000€ otrzymał start-up V-Chiller z Węgier, autor urządzenia chłodzącego opartego na metodzie próżniowej.
Tegoroczna gala finałowa odbyła się w Krakowie podczas Impact’19 – jednego z najważniejszych wydarzeń gospodarczych w tej części Europy. Przed jury oraz publicznością, skupiającą m.in. inwestorów, przedstawicieli przemysłu, a także mediów, swoje produkty i usługi zaprezentowało 14 start-upów. Finaliści to laureaci rozgrywek na szczeblu krajowym, które odbyły się na Węgrzech, w Polsce, Czechach, Słowacji, Słowenii, Serbii, Litwie, Łotwie, Estonii, Rumunii, Bułgarii, Chorwacji, Turcji i Grecji. Nasz kraj reprezentował start-up FLYO Boards ze swoim projektem innowacyjnej deski surfingowej.

Danubia NanoTech najlepszym start-upem w regionie CEE. Finał PowerUp! 2019 rozstrzygnięty (1)„Warto podkreślić, że PowerUp! to konkurs nie tylko dla firm energetycznych. Szukamy rozwiązań dla przemysłu także z obszaru mobilności, technologii czystego powietrza, ciepłownictwa, cleantech czy szeroko pojętych technologii smart. Tym, co wyróżnia nas spośród innych konkursów dla start-upów jest wszechstronne i kompleksowe wsparcie w rozwoju działalności. Uczestnicy wiedzą, że oprócz nagród pieniężnych, czeka na nich także solidna dawka mentoringu, a nawet pomoc w pozyskaniu pierwszych partnerów czy klientów.” – tłumaczy Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe.

Wszystkie finały, zarówno krajowe jak i główny, poprzedziły dwudniowe warsztaty, prowadzone przez uznanych coachów i mentorów biznesowych. Uczestnicy mieli wówczas szansę m.in. zweryfikować swoje modele biznesowe z oczekiwaniami rynku oraz udoskonalić umiejętność prezentacji. Dla wielu jednak, głównym powodem wzięcia udziału w PowerUp! jest perspektywa zaproszenia do prestiżowego akceleratora Highway® by InnoEnergy, jednego z najlepszych tego typu programów w Europie. Dostęp do inwestycji na poziomie 150 000€ i budowanego przez lata know-how InnoEnergy otwierają start-upom drzwi do rozwoju w skali międzynarodowej.

Po raz pierwszy w historii konkursu przyznano dodatkową nagrodę specjalną Clean Air Challenge Award. Otrzymał ją start-up Roofit.solar, producent materiałów do pokrycia dachów, będących jednocześnie panelami do wytwarzania energii. Sponsorem nagrody była firma Veolia, która tworzy, rozwija i wdraża innowacyjne rozwiązania, przyczyniając się do zrównoważonego rozwoju miast i przemysłu.

„W Polsce stan powietrza jest jednym z najważniejszych wyzwań, przed którymi stoją samorządy i przemysł. Dlatego wszystkie rozwiązania, które przyczyniają się do jego poprawy, zasługują na uznanie i wsparcie. Bardzo cieszę się, że firmy start-upowe tworzą nowe technologie w tym zakresie i podzielają misję Veolii – odnawianie zasobów świata i troskę o środowisko. Jestem dumny, że to właśnie Veolia jest pierwszym mecenasem nagrody Clean Air Challenge Award.” – powiedział Fabien Ferrer, wiceprezes zarządu i zastępca dyrektora generalnego grupy Veolia w Polsce.

Udział w konkursie to dla start-upów również szansa na spotkanie z wiodącymi przedstawicielami sektora energii czy cleantech. Wśród głównych partnerów tegorocznej edycji konkursu znalazły się firmy: RAFAKO, D.TEK, ZSE Group oraz Enerjisa, którzy wśród prezentowanych rozwiązań szukali obiecujących technologii.

Michał Maćkowiak, Head of Innovation w RAFAKO S.A. tłumaczy: „PowerUp! jest dla nas szansą na poznanie najnowszych trendów i rozwiązań z obszarów, które uważamy za przyszłościowe i bliskie działalności RAFAKO, a więc m.in.: elektromobilności, odnawialnych źródeł energii, paliw alternatywnych czy magazynów energii. To również świetna okazja do wymiany wzajemnych doświadczeń z innymi partnerami konkursu.”

“Szukamy rozwiązań w zakresie produkcji gazu i węgla, wytwarzania ciepła, energii odnawialnej, budowy sieci, e-mobilności, efektywności energetycznej i obsługi klienta.” – dodaje Emanuele Volpe, DTEK Chief Innovation Officer.

“Grupa ZSE nieustannie oferuje innowacyjne rozwiązania energetyczne swoim klientom i współpracuje z innowacyjnym ekosystemem w sektorze energetycznym. PowerUp! zapewnia wyjątkową możliwość uczenia się od inspirujących startupów energetycznych i wspierania ich.” – mówi Andrej Juris, Executive Director and Chairman of the Board of Directors, Západoslovenská distribučná (ZSD).

Fezal Okur, Chief Strategy and Business Development Officer Enerjisa Enerji AS wyjaśnia: “Jako Enerjisa wierzymy, że zrównoważone rozwiązania mogą być tworzone tylko poprzez partnerstwo wszystkich interesariuszy. Innowacyjne i sprawne rozwiązania, zorientowane na najważniejsze problemy urbanizacyjne i stawiające w centrum klienta, są celem Enerjisa. W związku z tym, jesteśmy dumni z bycia częścią PowerUp!, konkursu dla start-upów, który łączy nas z najbardziej imponującymi pomysłami w całej Europie. ”

W jury konkursu zasiadali Jakob Ruiter, CEO InnoEnergy Benelux oraz reprezentanci tegorocznych partnerów konkursu: DTEK, RAFAKO, ZSE Energia i Enerjisa. Gospodynią wieczoru była LJ Rich, dziennikarka i prezenterka, znana m.in. z programu BBC News’ Click oraz Radio 5 Live. Na scenie, oprócz uczestników tegorocznej edycji, zaprezentowali się przedstawiciele start-upów HYGEN, Gradis i Skeleton Technologies, którym fundusz InnoEnergy pomógł rozwinąć skrzydła w poprzednich latach. W ramach panelu success stores podzielili się z publicznością swoim przepisem na biznesowy sukces.

InnoEnergy jest funduszem wspieranym przez Europejski Instytut Innowacji i Technologii (EIT).

Brexit pogrąża funta

Wtorek przyniósł chwilową poprawę nastrojów względem brytyjskiej waluty. Dziś jednak waluta znowu traci. Co stoi za tymi zmianami?

Po dwóch tygodniach spadków, wczoraj w ciągu dnia brytyjska waluta doświadczyła umocnienia. Było to po tym, jak rynek obeszła wiadomość, że brytyjscy posłowie będą mogli zagłosować nad drugim referendum ws. Brexitu. Euforia nie trwała jednak długo. Theresa May warunkuje głosowanie akceptacją jej umowy z UE, a na to nie ma zbyt wielkich szans. Coraz więcej Torysów, nawet tych popierających umowę May w ostatnim głosowaniu, obecnie sugeruje, że zagłosuje przeciwko porozumieniu.

Z kolei polski złoty nadal pozostaje dość stabilny. Po wczorajszych niezłych danych z krajowego rynku pracy, dziś nadeszły minimalnie wyższe od i tak wysokich oczekiwań dane o produkcji przemysłowej w kwietniu. Ostatnie odczyty wskazują na to, że polska gospodarka weszła w drugi kwartał z przytupem, jednak istotnie nie wpływają na zachowanie polskiego złotego.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,30-4,31. Para EUR/USD wczoraj zakończyła dzień lekkim osłabieniem. Wspólnej europejskiej walucie nie pomogła poprawa nastrojów w strefie euro odzwierciedlona we wzroście indeksu zaufania konsumentów w maju. Indeks w relacji do poprzedniego miesiąca podskoczył o 0,8 punktów do poziomu -6,5, pokazując pewną poprawę.

Dzisiejsze poranne przemówienie prezesa EBC również przeszło bez większego echa, nie zawierało bowiem istotniejszych sugestii względem perspektyw polityki monetarnej banku centralnego.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,89-4,92. Dzisiejsze dane o inflacji w Wielkiej Brytanii pokazały niższą dynamikę od oczekiwań. Inflacja CPI wprawdzie nieco wzrosła, jednak indeks bazowy pozostał na poziomie z poprzedniego miesiąca. Wpływ publikacji na rynek był dość niewielki. Niższa inflacja wprawdzie oznacza nieco niższe perspektywy podwyżek stóp ze strony Banku Anglii, jednak inwestorzy są zdania, że Bank raczej nie będzie podejmował decyzji w kontekście stóp przed rozwiązaniem kwestii Brexitu, a to może odwlekać się w czasie.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,85-3,87. Amerykańska waluta zakończyła wczorajszy dzień lekkim umocnieniem w relacji do głównych walut. Początek tygodnia nie przyniósł zbyt wielu istotnych informacji z USA, dziś jednak warto zwrócić uwagę na wieczorną publikację „minutek” z ostatniego posiedzenia FOMC. Będzie ona istotna z uwagi na dość dużą różnicę między neutralną retoryką decydentów, a rynkiem, spodziewającym się obniżek stóp procentowych. Kontrakty fed fund futures sugerują, że wyceniane prawdopodobieństwo obniżki stóp przed końcem roku wynosi blisko 70%. Prędzej czy później retoryka decydentów i oczekiwania rynku powinny zacząć zbiegać się do jednego punktu: zachowanie amerykańskiej waluty w istotnym stopniu będzie zależne od tego, gdzie znajdzie się ów punkt.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 16:00 – przemawia John Williams z FOMC
  • 16:10 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 20:00 – „minutki” z ostatniego spotkania FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Wyniki finansowe GK RAFAMET w pierwszym kwartale 2019 roku

Prezes F.O. RAFAMET E. Longin Wons
Prezes F.O. RAFAMET E. Longin Wons

Grupa Kapitałowa RAFAMET podsumowuje wyniki finansowe uzyskane w I kwartale bieżącego roku. W odniesieniu do analogicznego okresu 2018 roku, Grupa uzyskała porównywalne przychody, których większa część zrealizowana została na rynkach zagranicznych.

Wyniki finansowe GK RAFAMET w pierwszym kwartale 2019 roku

W I kwartale 2019 roku Grupa Kapitałowa RAFAMET uzyskała przychody ze sprzedaży w wysokości 24 mln złotych. W analogicznym okresie roku 2018 przychody te wyniosły 29 mln. Grupa Kapitałowa RAFAMET w I kwartale 2019 roku osiągnęła zysk netto w wysokości 194 tys. zł.

Większą część swoich przychodów RAFAMET S.A. (jednostka dominująca GK) zrealizowała na rynku zagranicznym. Sprzedaż na ten obszar w omawianym okresie wyniosła 13 mln, co stanowi ponad 85,3% ogółu sprzedaży  – Należy zaznaczyć, iż w tym roku udział krajowego rynku zbytu obrabiarek znacząco wzrośnie, co potwierdza wysoką dynamikę polskiej gospodarki w branży kolejowej – informuje Prezes Zarządu firmy RAFAMET, E. Longin Wons.

W I kwartale br. Spółka podpisała szereg umów z odbiorcami z zagranicy oraz Polski. Mowa o kontraktach z firmą STADLER SERVICE AG Szwajcaria, której przedmiotem jest dostawa tokarki podtorowej UGE 300 N przeznaczonej dla zakładu w Baku, w Azerbejdżanie a także z firmą NEWAG S.A. Nowy Sącz, której przedmiotem jest dostawa, montaż i uruchomienie: tokarki portalowej z napędem ciernym typu UFD 140 N oraz dwóch sztuk tokarek kłowych typu TCG 135 N. W tym okresie zawarto także umowę z odbiorcą z Indii na dostawę portalowej tokarki kołowej 125 N, jak również z klientem z Czech na dostawę ciężkiej tokarki podtorowej UGE 300 N.

W I kwartale br. podpisano także kontrakt na dostawę tokarki kłowej TRB 155 CNC x 4000 dla tureckiego klienta z branży stalowej. Warto w tym wypadku zaznaczyć, że jest to powrót marki PORĘBA, której właścicielem jest RAFAMET S.A. do Turcji po kilku latach nieobecności .

– Wypracowane wyniki są zadowalające. Warto jednak pamiętać, że dla firmy pierwsze dwa kwartały roku są zawsze trudniejsze z uwagi na tradycyjnie nierównomierną kontraktację na przestrzeni całego roku (większość kontraktów podpisywanych jest w czwartym kwartale roku). Dla oceny wyników finansowych Spółki najbardziej odpowiednim okresem jest więc cały rok kalendarzowy – przypomina Prezes Zarządu RAFAMET S.A.

***Magdalena Matusik/Adventure Media

Tradycyjni sprzedawcy w starciu z e-commerce. Kto wygra walkę na innowacje?

Interaktywne lustra, nowatorskie koszyki – tak tradycyjni sprzedawcy walczą o klienta, który coraz chętniej robi zakupy w sieci, a co za tym idzie, rzadziej odwiedza salony sprzedaży. Sklepy internetowe nie pozostają dłużne, wprowadzając kolejne udogodnienia i usługi. Na handlowym wyścigu zbrojeń najbardziej zyskują dopieszczeni jak nigdy wcześniej klienci.

Dynamiczny rozwój rynku e-commerce to dla tradycyjnych sprzedawców ogromne wyzwanie. Z danych opublikowanych przez PwC wynika, że 17 proc. Polaków kupuje za pomocą smartfona przynajmniej raz w tygodniu, a 47 proc. deklaruje chęć robienia zakupów spożywczych online. Z raportu “Polacy na zakupach” dowiemy się również, że już teraz 23 proc. respondentów zamawia przez internet produkty pierwszej potrzeby, a 37 proc.  zamierza to robić w przyszłości. Utrata klientów, którzy zamiast szukać produktów na sklepowych półkach, wolą z domowego zacisza zamówić je przez internet, dla tradycyjnych sprzedawców oznacza nie tylko malejące przychody, lecz w niektórych przypadkach nawet utratę płynności finansowej i zakończenie działalności.

Firmy, które zbudowały swój model biznesowy na tradycyjnych punktach sprzedaży, nie poddadzą się bez walki, wiedzą bowiem doskonale, że spora część społeczeństwa woli przyjrzeć się ofercie z bliska lub najzwyczajniej w świecie czerpie przyjemność z wypraw do świątynek konsumpcjonizmu. Aby zachować konkurencyjność, o takich klientów należy walczyć ze wszystkich sił. A jak to robić, jeśli nie poprzez wdrażanie atrakcyjnych innowacji? To dlatego coraz więcej firm trudniących się sprzedażą fizyczną inwestuje na potęgę w nowe technologie i poszukuje kreatywnych rozwiązań zwiększających satysfakcję klienta.

Tajemnicze koszyki Sephory

Tradycyjni sprzedawcy w starciu z e-commerceNiedawno internet obiegło zdjęcie nietypowego wyposażenia sklepu z perfumami, zdaniem ekspertów idealnie oddające to, czym jest nowoczesne podejście do tworzenia prokonsumenckich innowacji. Przedstawia od dwa rodzaje koszyków zakupowych: czerwone – przeznaczone dla osób zainteresowanych pomocą sprzedawcy, i czarne – przeznaczone dla klientów, którzy wolą robić zakupy samemu i nie życzą sobie zbędnego kontaktu z pracownikami. Udało się nam dowiedzieć, że wprowadzono je do użytku w ramach testowego projektu w wybranych perfumeriach Sephory w Kanadzie i Rumunii. W oparciu o ewaluację projektu ma zostać podjęta decyzja o umieszczeniu podobnych koszyków w innych krajach.

O to, w jaki sposób powstają tego typu rozwiązania, zapytaliśmy Irka Piętowskiego, konsultanta innowacji z firmy DT Makers, specjalizującej się w projektach realizowanych metodą design thinking. – Wszystko zaczyna się od pogłębionego wywiadu, poznania klienta i zbadania jego potrzeb. Tak prawdopodobnie było i w tym przypadku. Twórcy projektu dowiedzieli się, że część klientów narzeka na nachalność sprzedawców, podczas gdy reszta ceni sobie ich pomoc. Jak rozwiązać taki problem? Najlepiej poprzez burzę mózgów, na której pada setki pomysłów. Kolejny etap to prototypowanie. To dzięki niemu dowiadujemy się o aspektach, które wymagają udoskonalania – wyjaśnia Piętowski.

Z jego doświadczenia wynika, że przy realizacji projektów metodą design thinking na światło dzienne wychodzą najróżniejsze problemy, a powstające w procesie kreatywnym rozwiązania bywają tak oryginalne, że nie powstydziliby się ich najwięksi wynalazcy. Nic więc dziwnego, że na Zachodzie takie marki jak Carrefour, Tesco czy Zara, zachęcone efektami, korzystają z design thinking coraz częściej. – Sprzedawcy detaliczni sięgają po kreatywne metody rozwiązywania problemów, ponieważ rozumieją wagę customer experience. Trudno zadowolić klienta, jeśli nie zbada się jego zachowań na najgłębszym poziomie, wczuwając się w jego życiową sytuację, potrzeby i pragnienia. Dopiero poznawszy człowieka w ten sposób, możemy właściwie dopasować rozwiązanie. Nie zawsze musi to być nowa, kosztowna technologia. Genialne innowacje to również te proste i niskobudżetowe. Ważne, aby trafiały w punkt – dodaje Irek Piętowski.

Ten punkt widzenia znajduje odzwierciedlenie w badaniach Adobe. Okazuje się, że firmy, które kierują się filozofią designu, świadomie stawiają klienta na pierwszym miejscu. 46 proc. spośród największych organizacji tego typu powołuje się na więź emocjonalną z klientem jako definiującą cechę zaawansowanego projektowania. Co ciekawe, aż 50 proc. firm określanych mianem design-led chwali się rosnącą liczbą lojalnych klientów. W przypadku Sephory wdrażanie innowacji mających zwiększyć komfort klienta jest szczególnie istotne, gdyż jak podaje PwC, leki i kosmetyki kupuje w sieci aż 75 proc. konsumentów. Przekonanie do siebie niewielkiej części tej grupy to prawdziwa mission impossible. Przy bieżącym tempie rozwoju rynku e-commerce utrzymanie obecnego klienta to już ogromny sukces.

Lustereczko, powiedz przecie…

Domowa PrzymierzalniaZ problemem migracji klientów do e-sklepów boryka się również branża odzieżowa. Według PwC to właśnie ubrania i obuwie są najczęściej kupowanymi w sieci produktami. Z raportu “Polacy na zakupach” wynika, że w takie produkty zaopatruje się online aż 79 proc. respondentów. Są to potencjalni klienci tradycyjnych sklepów odzieżowych, które robią wszystko, by przyciągnąć ich do siebie. “Wszystko” oznacza m.in. eksperymentowanie z takimi technologiami, jak wirtualne lustra, dzięki którym za zakupy zapłacimy już w przymierzalni. Niedawno w warszawskim centrum handlowym Blue City futurystyczne rozwiązania firmy Abyss Glass testowała sportowa marka 4F. Klienci jej sklepu w przygotowanych na tę okazję wirtualnych przymierzalniach mogli zapłacić za wybrane produkty, wpisując kod BLIK bezpośrednio na taflach luster. Jest to możliwe dzięki technologii RFID, która automatycznie rozpoznaje ubrania wnoszone do przymierzalni i wyświetla je na urządzeniu. Wszystko odbywa się bez udziału kamer, które w takich miejscach jak przymierzalnie są z oczywistych powodów nie do zaakceptowania.

Dzięki lustrom Abyss Glass klienci sklepu mogą również domówić odpowiedni rozmiar ubrania lub zapoznać się ze spersonalizowaną ofertą dodatków, automatycznie dopasowaną do przymierzanych elementów garderoby, i poprosić obsługę o ich przyniesienie. Lustra mają również wyświetlać informację o materiale, z jakiego wykonane jest ubranie, o kolekcji oraz cenie.

O to, jak narodził się pomysł na produkt, który jak żaden inny wzbudza zainteresowanie marek modowych, spytaliśmy jego twórcę, Arkadiusza Adamka. – Wszystko zaczęło się w 2015 roku. Przeglądając internet, natrafiliśmy na rozwiązanie oferowane przez holenderskiego majsterkowicza, który instruował, jak zbudować interaktywne lustro do zastosowania domowego. Zainteresowaliśmy się tematem i zaczęliśmy analizować rynek. Okazało się, że w tamtym czasie nie był to ogólnodostępny popularny produkt, który można było po prostu kupić – wspomina Adamek.

Mobilizacja sił po stronie tradycyjnych sprzedawców detalicznych nie została bez odpowiedzi. Na innowacje prześcigają się również firmy z branży e-commerce, lecz przede wszystkim konkurują one między sobą, dokładając wszelkich starań, aby zwiększyć obroty oraz pulę stałych klientów. Walka o konsumenta przyzwyczajonego do robienia zakupów w punktach handlowych zeszła na drugi plan. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że poziom smartfonizacji społeczeństwa oraz cyfrowej dojrzałości Polaków samoistnie nakręca rozwój całej branży. Niemniej, w trosce o rynkową pozycję internetowi sprzedawcy dwoją się i troją, aby dopracować oferowane przez siebie usługi. Najlepszym tego przykładem jest polska firma Muscat, o której mówi się, że customer experience ma opanowane do perfekcji.

Domowa Przymierzalnia

Na pierwszy rzut oka widać, że jej pomysł na biznes tkwi w prostocie. Ta polska marka sprzedaje okulary – stylowe, a zarazem w rozsądnych cenach. Każdy egzemplarz jest ręcznie robiony, więc w porównaniu z sieciówkami optycznymi Muscat oferuje klientom znacznie solidniejszy produkt. Doskonała oferta na nic by się jednak nie zdała, gdyby nie wyjątkowy model sprzedaży internetowej. Jego kluczowym elementem jest domowa przymierzalnia – usługa, którą mogą się pochwalić tylko liderzy e-commerce branży modowej.

Jak to wygląda w praktyce? Po odwiedzeniu sklepu internetowego Muscat można wybrać 5 modeli oprawek, które chcemy przymierzyć w domu. Mamy na to 5 dni, a przymiarka jest bezpłatna i nie zobowiązuje do zakupu. Potencjalny przyszły klient otrzymuje darmową paczkę z zestawem produktów. W ten sposób może obejrzeć okulary z bliska i ocenić ich wykonanie – podobnie jak podczas wizyty w punkcie sprzedaży. Usługa jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom klientów, którym brakuje czasu na odwiedzenie salonu lub nie czują się komfortowo, przymierzając okulary w czyimś towarzystwie. Uruchomienie jej stało się możliwe dzięki outsourcingowi logistyki do zewnętrznego operatora – firmy Omnipack – który w pełni skoordynował ten proces. Sprawne konfekcjonowanie i przygotowywanie zestawów do przymiarki sprawia, że okulary trafiają do zainteresowanych w kolejny dzień roboczy po dokonaniu zamówienia. – Ze względu na zainteresowanie Domową Przymierzalnią, rotacja produktów jest bardzo duża. Dlatego w magazynie Omnipack stworzyliśmy specjalne stanowisko dedykowane tej marce. Powołaliśmy również zespół, który zajmuje się wyłącznie jej obsługą. W specjalnie zaprojektowanych kuwetach przechowujemy wszystkie modele, a sama konstrukcja regału dostosowana jest do okularów. Dzięki temu możemy łatwo reagować na zmienne wolumeny w ciągu dnia, optymalizując pod ich kątem dostawę przesyłek. Tak zaplanowany proces spełnia swoje zadanie, szczególnie gdy kurier odbiera je co kilka godzin – tłumaczy jak za kulisami wygląda obsługa wymagającego klienta Rafał Szcześniewski, COO i założyciel Omnipack.

Siła sklepu internetowego Muscat tkwi w doskonale zorganizowanych i działających jak szwajcarski zegarek procesach logistycznych. Już niebawem jego klienci, obok Domowej Przymierzalni, będą mogli skorzystać z same day-delivery (dostarczenie przesyłki w dniu zamówienia). To kolejna usługa premium, która na Zachodzie cieszy się sporą popularnością. W Polsce zainteresowanie nią nadal rośnie, jednak wciąż daleko nam takich państw, jak Niemcy, Wielka Brytania czy USA.

W pogoni za nowatorskimi rozwiązaniami, zarówno u sprzedawców tradycyjnych, jak również internetowych, widoczny jest wspólny aspekt. Jest nim klientocentryczność. Innowacje, którym brakuje tego pierwiastka, skazane są na porażkę. Wejść w buty klienta i zrozumieć jego potrzeby to misja, która dla sprzedawców detalicznych jest dziś bardziej istotna, niż kiedykolwiek wcześniej, a dzięki nowym technologiom również zaspokojenie tych potrzeb wydaje się być łatwiejsze. Tymczasem praktyka pokazuje, że potrafią to zrobić tylko najlepsi i to oni w najbliższych latach rozdawać będą karty.

Brexit znów w nagłówkach. Kurs funta poniżej 4,90 zł.

Przez chwilę mogliśmy odetchnąć od tematu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, ale nic nie trwa wiecznie. Po fiasku poprzednich prób rozwiązania zagmatwanej sytuacji wraca pomysł ponownego referendum. Rozwiązanie pozornie wydaje się bardzo dobre, posiada jednak kilka istotnych wad…

Próba wyjścia z brexitowego impasu

Klincz, w którym znalazły się główne brytyjskie partie w kontekście opuszczenia Wspólnoty, sprawia wrażenie niemożliwego do rozerwania bez wdrożenia radykalnych posunięć. W tym celu premier Theresa May zaproponowała ponowne referendum. Na pierwszy rzut oka jest to słuszna propozycja. Ma jednak przynajmniej dwie bardzo poważne wady. Po pierwsze, oznacza, że pewne zagadnienia mogą być głosowane do momentu osiągnięcia wyniku, który odpowiada określonym grupom. Mogłoby to mieć fatalne skutki dla demokracji bezpośredniej. Po drugie, co zdaje się nawet istotniejszą kwestią: jak sformułować pytanie w takim referendum i czy zadać tylko jedno, czy może powinno się pojawić kilka koncepcji do wyboru. Dobrym dowodem na to, jak istotne są to komplikacje, jest fakt, że premier byłaby skłonna zgodzić się na ponowny plebiscyt pod pewnym warunkiem. Możliwość jeszcze jednego głosowania zostanie wpisana do ustawy (następnie przyjętej przez parlament) akceptującej umowę wyjścia, którą wcześniej sama wynegocjowała. Rynki początkowo zareagowały entuzjastycznie, jednak po chwili wrócił pragmatyzm i kurs waluty spadł w miejsce, z którego zaczynał wzrost.

Słabsze dane z Wysp

Wielka Brytania to nie tylko niepokoje związane z przyszłością projektu pt. Brexit. To również słabsze dane z gospodarki. Wczoraj poznaliśmy wskaźnik zamówień wg. CBI. Uzyskał on wynik -10 pkt wobec oczekiwanych -5 pkt. Oznacza to, że zgodnie z badaniem Konfederacji Brytyjskiego Przemysłu zamówienia maleją. Spadające zamówienia to bardzo negatywny sygnał dla gospodarki, sugerujący pogorszenie innych parametrów. Słabszą kondycję widać też na kursie funta. Po górce na 5,04 zł z 6 maja nie ma już śladu. Od tego czasu brytyjska waluta znajduje się na równi pochyłej. W przeciągu przeszło dwóch tygodni straciła względem złotego ponad 3%, spadając poniżej 4,90 zł.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Dziś rano poznaliśmy dane na temat wzrostu produkcji przemysłowej. Rośnie ona o 9,2% wobec oczekiwanych 9,1%. Delikatnie powyżej oczekiwań wypadły również odczyty koniunktury konsumenckiej. Przy tak dużych wzrostach nie może dziwić, że w górę pną się także ceny produkcji. Ten parametr budzi lekki niepokój. Większe koszty produkcji to albo niższe marże, albo mniej pieniędzy w naszych portfelach. Rynek zareagował na te dane pozytywnie, umacniając złotego względem głównych walut o ok. pół grosza.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych, aczkolwiek warto mieć na uwadze, że o 20:00 poznamy protokół z posiedzenia FOMC. Jest to kluczowy dokument dla przewidywań zmian stóp procentowych w USA, a tym samym dla dolara amerykańskiego.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Budowa instalacji nawozowych w ANWILU rozpoczęta

ANWIL z Grupy ORLEN rozpoczął budowę dwóch z trzech instalacji do produkcji nawozów azotowych. Inwestycja, której całkowita wartość wyniesie około 1,3 mld zł umożliwi w połowie 2022 roku wzrost mocy wytwórczych ANWILU o około 50 procent. Realizacja projektu to odpowiedź na zapotrzebowanie na wysokojakościowe produkty ze strony polskich rolników. To także istotny krok w kierunku zmniejszenia importu nawozów.

anwil budowaNa terenie chemicznej firmy powstaną trzy nowe instalacje produkcyjne ciągu nawozowego: instalacja do produkcji kwasu azotowego, instalacja do produkcji roztworu azotanu amonu (tzw. neutralizacja) i instalacja do produkcji nawozów metodą granulacji bębnowej.

W środę, 22 maja 2019 r. został wmurowany kamień węgielny pod budowę instalacji kwasu azotowego i neutralizacji, będących kluczowym etapem realizacji inwestycji.

anwilWzmacnianie pozycji ANWILU w stosunku do konkurentów to jeden z naszych priorytetów. Rozbudowa kompetencji w obszarze nawozów azotowych przez włocławską spółkę to wymierne korzyści dla całej Grupy ORLEN, ale też regionu i polskich rolników. Poprzez zwiększenie oferty wysokojakościowych produktów przyczynimy się bowiem do zapewnienia Polsce bezpieczeństwa żywnościowego – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

ANWIL jest jedynym polskim wytwórcą nawozów dysponującym rzeczywistym potencjałem do zwiększenia ich produkcji. Aktualne moce produkcyjne spółki w obszarze nawozów powodują bowiem, że dysponuje ona do 35 proc. nadwyżki amoniaku, której naturalnym odbiorcą są producenci nawozów. Dzięki realizowanej inwestycji ANWIL będzie mógł zagospodarować te wolumeny i uplasować na rynku gotowy, wysokojakościowy produkt w postaci nawozów azotowych, bez utraty marży.

Umowa na projektowanie, dostawy oraz budowę w systemie „pod klucz” instalacji kwasu azotowego o wydajności niemal 1 300 ton dziennie oraz neutralizacji o wydajności 1 200 ton dziennie została zawarta pod koniec kwietnia 2019 r. z firmą thyssenkrupp Industrial Solutions AG.

To pierwszy z trzech najważniejszych kontraktów, jakie zostaną podpisane w ramach strategicznego dla rozwoju włocławskiej spółki projektu. Dwa pozostałe będą dotyczyć budowy instalacji granulacji oraz instalacji pomocniczych.

Uruchomienie w połowie 2022 roku trzeciego ciągu nawozowego zwiększy zdolności produkcyjne ANWILU o około 50 procent – z 966 tys. ton do 1 461 tys. ton rocznie. Jego uruchomienie wzbogaci portfolio produktowe chemicznej firmy o saletrę grubą, saletrosiarczan amonu, saletrzak z siarką i saletrzak z magnezem o ulepszonych własnościach granuli.

anwil orlen– ANWIL stanowi integralny element Grupy ORLEN, która dba o rozwój regionu w każdym miejscu, w którym funkcjonuje. Ma to pozytywny wpływ na sytuację lokalnej społeczności. Już teraz –zatrudniając ponad 1300 osób – jesteśmy jednym z największych pracodawców na Kujawach i Pomorzu, a liczba ta po zrealizowaniu inwestycji nawozowej zwiększy się o kolejnych 100 miejsc pracy. – podkreśla Agnieszka Żyro, Prezes Zarządu ANWIL S.A.

Włocławska spółka z Grupy ORLEN jest też jednym z największych płatników podatków przekazywanych do budżetu miasta. Za 2018 rok spółka odprowadziła 70 mln zł podatku, z czego prawie 50 procent lokalnie, bo aż 35 mln zł. W związku z rozwojem aktywów produkcyjnych we Włocławku wpływy z podatku, które pozostaną w regionie, mogą wzrosnąć aż o ok. 50 mln zł rocznie.

Mubi – nowa porównywarka ubezpieczeniowa chce zdobyć polski rynek

Na polskim rynku internetowych porównywarek ubezpieczeniowych zadebiutowała marka Mubi. Stawia na wygodny i prosty w obsłudze serwis oraz możliwość szybszego porównania ofert ubezpieczenia samochodu.

Dobrą koniunkturę na rynku porównywarek ubezpieczeń komunikacyjnych napędza lawinowo rosnąca liczba samochodów jeżdżących po polskich drogach. Z danych Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego Samar wynika, że tylko w 2018 r. sprowadzono do naszego kraju prawie milion aut używanych. Do tego zarejestrowano przeszło 520 tys. nowych samochodów osobowych. Oznacza to, że w ciągu ostatniego roku w sumie przybyło prawie 1,6 mln aut, a łączna liczba samochodów poruszająca się po polskich drogach przekracza 22 mln.

Polski sektor porównywarek ubezpieczeniowych jest perspektywiczny, i mimo że konkurencja jest mocna, naszym zdaniem wciąż jest miejsce dla nowych graczy, takich jak Mubi. W modelu biznesowym będziemy się koncentrować na doświadczeniach użytkowników, zapewniając im możliwość najłatwiejszego na rynku porównania wielu ofert ubezpieczeniowych w jednym miejscu. Chodzi o to, aby każdy kierowca mógł szybko znaleźć i kupić optymalne ubezpieczenie. Plany mamy rozsądne, do końca roku chcemy być w czołówce porównywarek ubezpieczeniowych w kraju – komentuje Michał Laskowski, odpowiedzialny za rozwój marki Mubi.

W gronie inwestorów, którzy zdecydowali się wesprzeć projekt są m.in. Marcin Ślotała, szef MJM Holdings, Jacek Olechowski, prezes Mediacap oraz fundusz Solter Capital. Mubi pozyskało także finansowanie od Wirtualna Polska Holding SA.

Kampania promocyjna

Wprowadzeniu marki Mubi na polski rynek towarzyszy kampania reklamowa. Działania obejmują kanały tematyczne stacji Polsat, TVP i TVN, kanały internetowe Ipla i Player, a także serwisy online, m.in. Google i Facebook.

Pojawiło się więcej deweloperskich „dziur w ziemi”

Jedna z niedawnych analiz portalu RynekPierwotny.pl potwierdziła, że przez ostatnie dwa lata wyraźnie zmniejszył się udział gotowych mieszkań w ofercie deweloperów. To nie jedyna interesująca zmiana widoczna na największych rynkach pierwotnych. Równie ciekawym zjawiskiem wydaje się wzrost rynkowego znaczenia mieszkań, na których ukończenie trzeba długo poczekać (czasem nawet więcej niż dwa lata). Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili dokładniej przeanalizować wspomnianą zmianę. Stanowi ona rezultat inwestycyjnej ofensywy podjętej przez deweloperów.

Na 11% mieszkań trzeba poczekać dłużej niż przez 2 lata

Analiza RynekPierwotny.pl dotycząca mieszkań z długim terminem ukończenia, oprócz aktualnej sytuacji (na koniec kwietnia 2019 r.) uwzględnia również stan największych rynków pierwotnych sprzed dwóch lat. W pierwszej kolejności warto przyjrzeć się informacjom, które eksperci RynekPierwotny.pl zaprezentowali na poniższym wykresie. Przedstawia on udział mieszkań deweloperskich w zależności od terminu ukończenia. Prezentowane statystyki RynekPierwotny.pl z końca kwietnia 2019 roku, dotyczą sześciu największych metropolii (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań i Gdańsk). Skumulowany rozkład nowych mieszkań z tych miast, pod względem terminu ukończenia przedstawia się następująco:

  • mieszkania oddane do użytku – 11% oferty pod koniec kwietnia 2019 r.
  • mieszkania z terminem ukończenia do 3 miesięcy – 3%
  • mieszkania z terminem ukończenia od 3 miesięcy do 6 miesięcy – 6%
  • mieszkania z terminem ukończenia od 6 miesięcy do 12 miesięcy – 25%
  • mieszkania z terminem ukończenia od 12 miesięcy do 24 miesięcy – 44%
  • mieszkania z terminem ukończenia powyżej 24 miesięcy – 11%

Uwagę zwraca fakt, że nowe mieszkania, na które trzeba poczekać od 12 do 24 miesięcy stanowią bardzo dużą część oferty deweloperskiej. Budowa takich lokali w większości przypadków już trwa. Można to wywnioskować biorąc pod uwagę przeciętny czas budowy mieszkań przez polskich deweloperów (ok. 22 miesiące – 24 miesiące). Jeszcze ciekawsza sytuacja dotyczy „M”, które inwestorzy mają oddać do użytku za więcej niż 2 lata. Udział takich mieszkań z najdłuższym terminem ukończenia został specjalnie wyróżniony na poniższym wykresie.

Wspomniane lokale, które często nie znajdują się nawet na etapie „dziury w ziemi”, stanowią od 8% (Warszawa/Gdańsk) do 17% (Poznań) całej oferty deweloperów. W takich metropoliach jak Warszawa, Łódź i Poznań, mamy do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją. Chodzi o to, że mieszkań cechujących się ponad dwuletnim terminem ukończenia jest więcej niż gotowych lokali. Taka dysproporcja okazuje się szczególnie duża w Poznaniu.

Termin ukończenia lokali RP wyk.1

Prawdziwy rynkowy przewrót dokonał się w Poznaniu …

Sytuację dotyczącą mieszkań deweloperskich z długim terminem ukończenia, warto przeanalizować w perspektywie dwóch ostatnich lat. Informacji potrzebnych do takiego porównania dostarcza poniższa tabela. Zestawienie opierające się na danych RynekPierwotny.pl pokazuje, jak od końca kwietnia 2017 r. do końca kwietnia 2019 r. zmienił się rynkowy udział mieszkań deweloperskich z terminem ukończenia wynoszącym 12 miesięcy – 24 miesiące, a także ponad 24 miesiące.

Jeżeli chodzi o lokale cechujące się najdłuższym terminem ukończenia, to dwa lata temu prawie w ogóle nie było ich na terenie Warszawy, Wrocławia, Poznania i Gdańska. Ze względu na dobrą sprzedaż zachęcającą do planowania wieloetapowych inwestycji, udział takich mieszkań wzrósł do 8% (Warszawa), 11% (Wrocław), 8% (Gdańsk) oraz 17% (Poznań). W Stolicy Wielkopolski portal RynekPierwotny.pl odnotował także bardzo duży wzrost udziału mieszkań z terminem ukończenia wynoszącym 12 miesięcy – 24 miesiące. Budowa takich lokali ruszyła, gdy inwestorzy zauważyli, że podaż jest zbyt niska w stosunku do popytu. Inwestycyjna ofensywa dopiero za jakiś czas wpłynie na udział gotowych mieszkań od dewelopera.

Na razie znalezienie takich „M” w Poznaniu bywa bardzo trudne, a ich rynkowy udział wynosi zaledwie 3%.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Ponad 1,65 miliarda złotych obrotów Grupy Muszkieterów w pierwszym kwartale 2019 r.

Grupa Muszkieterów zakończyła pierwszy kwartał 2019 roku utrzymując podobnie wysoki wynik, jak przed rokiem. Obroty zarządzanych przez Grupę sieci sklepów Intermarché i Bricomarché w Polsce wyniosły w omawianym okresie ponad 1,65 miliarda złotych. Dobre wyniki to m.in. zasługa wytężonej pracy właścicieli supermarketów oraz pracowników centrali i sklepów. Na wypracowane obroty wpływ miał także rozwój składów budowlanych Bricomarché, a także trwający proces nowego zdefiniowania marki Intermarché.

Intermarché – optymistyczna platforma marki

Sieć supermarketów Intermarché wraz z przymarketowymi stacjami paliw wypracowała w pierwszym kwartale 2019 roku prawie 1,2 miliarda złotych obrotów. Dodatkowo w tym czasie z sukcesem otworzyła dwa nowe supermarkety. Oba sklepy są zlokalizowane w Tarnowie i rozpoczęły działalność w wyniku dołączenia do Grupy franczyzobiorcy, którego markety dotychczas funkcjonowały pod innym szyldem.

„Świeżo, tanio, z optymizmem” – pod tym hasłem sieć supermarketów spożywczych zakończyła pierwszy kwartał 2019 roku w ramach prowadzonej kampanii reklamowej. Jest ona zapowiedzią całkowicie nowej platformy marki Intermarché w Polsce. Kluczowe obszary, w których pozycjonowana jest obecnie sieć to przede wszystkim świeżość, bliskość, inspiracja i optymizm. Dzięki tym założeniom kupujący znajdą w Intermarché nie tylko świeże produkty najwyższej jakości, ale również codzienne inspiracje, dzięki którym bez trudu będą mogli prowadzić zdrowsze życie i lepiej się odżywiać. Innowacyjne zmiany w platformie marki obejmują także nowe standardy ekspozycji warzyw i owoców.

Marc Dherment
Marc Dherment

Z początkiem roku 2019 branża handlowa musiała stawić czoła utrudnieniu, jakim jest tylko jedna niedziela handlowa w miesiącu. Kolejną niesprzyjającą okolicznością było  przesunięcie świąt Wielkanocnych z pierwszego do drugiego kwartału. Cieszymy się, że pomimo takiego układu kalendarza oraz wprowadzonego ograniczenia, udało nam się utrzymać obroty naszej sieci na satysfakcjonującym poziomie. Ponadto także kwietniowe wyniki pokazują dobrą dynamikę obrotów w sklepach porównywalnych mówi Marc Dherment, Dyrektor Generalny Grupy Muszkieterów w Polsce i dodajeDodatkowo z sukcesem udało nam się zaprezentować naszym Klientom zupełnie nową, inspirującą platformę marki Intermarché. Mamy nadzieję, że wprowadzane innowacje pozwolą nam odpowiedzieć na potrzeby jeszcze szerszego grona konsumentów i patrzyć z optymizmem na wyniki do osiągnięcia przez sieć w kolejnych miesiącach.

Bricomarché rośnie w siłę i rozwija segment e-commerce

O udanym kwartale można mówić także w przypadku supermarketów Bricomarché. Obroty sieci z sektora „dom i ogród”, liczącej obecnie 158 punktów handlowych, wyniosły ponad 484 miliony złotych i były wyższe o ponad 16 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym. Szczególnie dobre wyniki sieć odnotowała w zakresie produktów ogrodniczych i budowlanych – wzrosty o kilkadziesiąt procent. Wpływ na to miało wczesne rozpoczęcie sezonu, a także otwarcie ostatniego z sześciu  zaplanowanych składów budowlanych, które swoim zasięgiem obejmują całą Polskę.

Sieć również aktywnie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom współczesnych klientów, którzy coraz częściej decydują się na zakupy przez Internet. W tym celu w 1 kwartale 2019 roku uruchomiona została nowa strona internetowa, dzięki której z e-zakupów mogą korzystać mieszkańcy siedmiu miejscowości: Konina, Skierniewic, Wałcza, Wągrowca, Zduńskiej Woli, Słupcy i Poznania. Takie rozwiązanie daje możliwość przeglądania i nabywania asortymentu online, na który obecnie składa się ponad 13 tysięcy artykułów. Ponadto, od lutego Klienci Bricomarché mogą korzystać z innowacyjnej usługi Click&Collect, która pozwala na odbieranie towaru zamówionego przez Internet, w specjalnie wyznaczonych do tego boksach – Bricomatach. Odbiór zamówień możliwy jest w dowolnym dniu tygodnia przez całą dobę. Na chwilę obecną z takiej usługi korzystać mogą mieszkańcy 5 miast: Nowego Tomyśla, Skierniewic, Wałcza, Wągrowca i Zduńskiej Woli. W ramach dostawy do Bricomatów sieć oferuje szeroką gamę produktów. Można w nich odebrać także towary o dużych gabarytach, co jest całkowicie unikatowe w tego typu rozwiązaniach.

Dodatkowo, w pierwszym kwartale 2019 roku sieć supermarketów Bricomarché poszerzyła się o kolejną lokalizację. Od 27 marca br. z bogatej oferty sklepu mogą także korzystać mieszkańcy Mławy.

W pierwszym kwartale tego roku z sukcesem udało nam się wprowadzić zapowiadane przez nas udogodnienia, jakimi niewątpliwie są usługi z zakresu e-commerce. Jesteśmy również dumni, że nasza siec została wyróżniona w rankingu najcenniejszych firm w Polsce – mówi dr Katarzyna Jańczak-Stefanide, Dyrektor Generalna sieci Bricomarché w Polsce i  dodaje Osiągane przez nas wyniki oraz przyznawane wyróżnienia są najlepszym dowodem na to, że obrana przez nas strategia zapewnia stały wzrost wartości rynkowej naszej sieci marketów typu „dom i ogród”. Na tym jednak nie koniec. Nie zwalniamy tempa i już teraz planujemy kolejne działania, w tym m.in. otwarcia nowych supermarketów.

Misje przyjazdowe do regionu Warmii i Mazur dla przedsiębiorców z Austrii i Niemiec

Samorząd Województwa Warmińsko Mazurskiego, w ramach którego działa Centrum Obsługi Inwestorów i Eksporterów 29.05.2019 r. organizuje przyjazdową misję gospodarczą dla przedsiębiorców z Austrii i Niemiec. Celami misji jest pomoc przedsiębiorcom z regionu Warmii i Mazur w nawiązaniu relacji biznesowych z przedsiębiorcami zza granicy, a także wypromowanie wiodących branż regionu. Podczas misji odbędzie się również prezentacja potencjału gospodarczego województwa pod kątem pozyskania partnerów eksportowej wymiany handlowej, budowania wizerunku Warmii i Mazur jako regionu atrakcyjnego w zakresie bezpośrednich inwestycji zagranicznych jak również wiarygodnego partnera biznesowego.

W dniu 29.05.2019 odbędzie się konferencja tematyczna w sali konferencyjnej Hotelu Kur w Olsztynie z udziałem zaproszonych przedsiębiorców z Austrii i Niemiec oraz regionu Warmii i Mazur, a także indywidualne rozmowy B2B pomiędzy przedsiębiorcami.

PROGRAM KONFERENCJI

09.15 – 09.30    – Rozpoczęcie Konferencji i powitanie Uczestników Piotr Gołacki PGC Kancelaria Konsultingowa, moderator spotkania
09.30 – 10.00    – Przedstawienie dobrych praktyk dotyczących bezpośrednich inwestycji zagranicznych w województwie warmińsko-mazurskim, dr hab. Rafał Warżała, Katedra Makroekonomii UWM
10.00 – 10.30    – Inwestycje firm niemieckich i austriackich w Polsce, dr hab. Rafał Warżała, Katedra Makroekonomii UWM
10.30 – 11.00    – Inwestycje firm polskich w Niemczech i Austrii, Mariola Zaręba, MZ Consulting
11.00 – 11.30    – Przedstawienie profili branżowych firm z Austrii i Niemiec oraz przedsiębiorstw z regionu Warmii i Mazur – uczestników przyjazdowej misji gospodarczej do Olsztyna
11.30 – 11.45    – Rejestracja uczestników spotkań B2B
11.45 – 12.00    – Przerwa kawowa
12.00 – 14.15    – Spotkania B2B

Umowy zlecenie i o dzieło z obowiązkowymi składkami społecznymi?

W ostatnich dniach wiele mówi się o „teście przedsiębiorców”, a tymczasem planowana jest jeszcze inna niekorzystna zmiana. Niekorzystna, bo być może z tytułu umowy zlecenie lub umowy o dzieło mniej pieniędzy zostanie wykonawcom „na rękę”, a na przedsiębiorców zostaną nałożone kolejne daniny na rzecz ZUS.  

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt
Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

W załączniku nr 2 do załącznika do uchwały nr 31 Rady Ministrów z dnia 24 kwietnia 2019 roku możemy przeczytać, że – oprócz poboru składek – priorytetowym zadaniem ZUS jest osiągnięcie jak najwyższych przychodów. W wieloletnim planie finansowym na lata 2019–2022 założone jest uszczelnienie zasad podlegania ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowemu z tytułu umów cywilnoprawnych. Dlatego też przed ZUS postawiono cztery główne cele:

  • uszczelnienie systemu poboru składek na ubezpieczenia społeczne od umów cywilnoprawnych,
  • ograniczenie unikania płacenia składek polegającego na zawieraniu umów cywilnoprawnych zamiast umów o pracę,
  • poszerzenie bazy przychodów z umów cywilnoprawnych, od których płacone są składki na ubezpieczenia społeczne,
  • wzrost wpływów do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Szacuje się, że dzięki tym działaniom w roku 2020 wpływ do budżetu z tytułu składek od umów zlecenie i umów o dzieło zwiększy się o 3,1 mld zł[1].

W obecnym stanie prawnym przy umowie zlecenie składki na ubezpieczenie emerytalne i rentowe są dobrowolne, jeśli z innej umowy, czy to o pracę, czy zlecenie, osiągamy co najmniej minimalne wynagrodzenie (2019 r. – 2250 zł). Zleceniobiorca płaci wtedy jedynie składkę zdrowotną. Powyższe nie dotyczy sytuacji, w której umowa zlecenie zawarta jest z własnym pracownikiem.

Kolejną możliwą zmianą jest „ozusowanie” umów o dzieło. Przypomnijmy, że dziś umowy o dzieło nie podlegają składkom ZUS. Daleko idącym krokiem mogłoby być „ozusowanie” również umów zleceń ze studentami/uczniami, które obecnie nie podlegają obowiązkowym składkom ZUS.

Drugi z celów, czyli ograniczenie unikania płacenia składek, polegające na zawieraniu umów śmieciowych zamiast umów o pracę, może spowodować lawinę kontroli. Miałyby one na celu sprawdzenie, czy zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło nie nosi znamion umowy o pracę. W takim przypadku niejednokrotnie będziemy mieli do czynienia z subiektywną oceną kontrolującego. W przypadku negatywnego wyniku kontroli ZUS może obciążyć składkami nawet do 5 lat wstecz.

Na konkretne działania wprowadzające poszerzenie bazy przychodów należy poczekać, obecnie nie ma jeszcze, przynajmniej oficjalnie, żadnego projektu zmiany przepisów.

[1] https://www.gov.pl/documents/1079560/1080340/Wieloletni_Plan_Finansowy_Pa%C5%84stwa_na_lata_2019-2022.pdf/5670accb-7813-a66f-4630-77a1ba173bbc