Inflacja w Polsce znów powyżej 2%. Dane z Chin straszą inwestorów. W USA wydatki rosną szybciej niż dochody.
Inflacja w Polsce rośnie
Zamiast oczekiwanych 1,8%, inflacja nad Wisłą wzrosła o 2,2%. Głównym winowajcą, jak nietrudno się domyślić, jest wzrost cen paliw. Rosnące notowania ropy bardzo szybko przekładają się na wyższe koszty przy dystrybutorach. W górę szły również ceny żywności i napojów. Inflacja na poziomie 2,2% to jednak nadal odczyt poniżej celu inflacyjnego, wynoszącego 2,5% z tolerancją 1%.
Słabsze dane z Chin
Indeksy koniunktury w Państwie Środka niebezpiecznie zbliżają się do granicy rozdzielającej rozwój od recesji. Dzieje się to pomimo poluzowania środków kredytowych w ostatnich miesiącach. Indeks PMI dla przemysłu wynosi 50,2 pkt, czyli o 0,8 pkt mniej niż oczekiwano. Wartość dla usług to 54,3 pkt, ale parametr ten jest znacznie mniej istotny.
Niepokojące dane z USA
Wczoraj poznaliśmy dane zza oceanu na temat dochodów i wydatków Amerykanów. Dochody rosły o 0,1% przy oczekiwanych 0,4%, z kolei wydatki o 0,9% przy oczekiwanych 0,6%. Jeżeli ta tendencja będzie się utrzymywać, to zadłużenie obywateli będzie dalej rosło, a to z kolei tworzy kolejne ryzyka. Nadmierne zadłużenie społeczeństwa to bomba z opóźnionym zapłonem. Gdy dojdzie do spowolnienia w gospodarce, wtedy może wybuchnąć i tylko pogłębić problem.
Dzisiaj dzień a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów Confrence Board
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Kwiecień był ciekawym miesiącem na giełdach. To, co zapamiętamy najbardziej, to dysproporcja w zachowaniu się polskich indeksów na tle innych rynków zagranicznych. W czasie, gdy wszędzie na świecie panowała hossa, polski rynek powoli osuwał się pod swoim ciężarem. Na początku miesiąca udało się co prawda przekroczyć psychologiczną barierę 2400 punktów, ale znowu okazało się to nietrwałe i chwilowe, podobnie jak próby na przełomie stycznia i lutego. Niepokojąco wygląda porównanie stóp zwrotu. WIG20 od początku roku zyskał 2,6%, równocześnie węgierski BUX wzrósł o 9%, niemiecki DAX o 16,7%, zaś amerykański S&P500 o 17,4%. Nieco lepiej prezentują się wyniki mWIG40, który wzrósł o 5,8% oraz sWIG80, który zyskał 13,7%. Warto jednak pamiętać, że ostatnie 2 indeksy w kwietniu traciły na wartości.
Co się właściwie stało?
Jedną z teorii może być wzrost obaw zagranicznych inwestorów o kondycję krajowych finansów publicznych po kolejnych obietnicach fiskalnych rządu, które są obecnie wdrażane. Trudno tutaj znaleźć wytłumaczenie słabszych wyników GPW, gdyż zarówno duże agencje ratingowe, jak i dane statystyczne potwierdzają, że przynajmniej w 1-2 letnim horyzoncie polskie finanse publiczne są w dobrej kondycji, a deficyt budżetowy do PKB plasuje nas w unijnej średniej.
Kolejnym wątkiem jest kwestia OFE. Tutaj inwestorzy mogą obawiać się zwiększonej podaży akcji z uwagi na możliwe przeniesienie części środków do Funduszu Rezerwy Demograficznej oraz konieczność spieniężenia aktywów celem pokrycia opłaty przekształceniowej. Jest tu jednak sporo znaków zapytania. Nie znamy szczegółowych przepisów, limity inwestycyjne w FRD mogą ulec zmianie, co zmniejszy potencjalną podaż akcji. Ponadto, w perspektywie widać PPK, co w dłuższym horyzoncie czasowym powinno wesprzeć GPW. Pytanie więc, czemu inwestorzy nie są skłonni kupować tej przeszłości? Część z nich może bać się inwestować na GPW z uwagi na dużą ilość zmian w polskim prawodawstwie, co zawsze budzi ryzyko. Ten czynnik dotyczy jednak przede wszystkim inwestycji długoterminowych, a część zagranicznego kapitału na GPW ma charakter spekulacyjny. Jedyną pewną kwestią jest zniechęcenie inwestorów indywidualnych do krajowego rynku, co widać narastająco po statystykach nabyć i umorzeń do funduszy inwestycyjnych. Zaufanie do rynku kapitałowego zostało w ubiegłym roku mocno nadwątlone. Nakłada się na to klęska rozwiązań typu absolute return, która pokazała szereg ryzyk płynnościowych na GPW. Trudno w tym momencie powiedzieć, co by mogło przekonać krajowy, rozdrobniony kapitał do powrotu na giełdę. Wsparciem kolejny raz mogą być mityczne już PPK, które mogłyby wesprzeć stopy zwrotu krajowych indeksów. To jest jednak scenariusz na 2020 rok, gdzie otoczenie rynkowe może być zupełnie inne.
Po stronie globalnej inwestorzy korzystali ze spadku niemal wszystkich medialnych czynników ryzyka
Chodzi tu przede wszystkim o politykę Fed oraz kwestię Brexitu. Do istniejących ryzyk zaliczyć należy ryzyko przeniesienia wojen handlowych na Europę oraz spowolnienie gospodarcze. Jednak po notowaniach giełdowych indeksów można zauważyć, że czynniki te zeszły na dalszy plan. Liderem wzrostów były Stany Zjednoczone, którym udało się nadrobić straty poniesione podczas obserwowanej w IV kwartale ubiegłego roku wyprzedaży, ale też przenieść indeksy na poziomy nowych rekordów. W kwietniu giełdom za oceanem pomagał sezon wyników za I kwartał, w którym spółki tradycyjnie już publikowały rezultaty lepsze od oczekiwań analityków. Warto jednak zaznaczyć, że oczekiwania te były istotnie pesymistyczne. Biorąc zaś pod uwagę sytuację na amerykańskim rynku pracy, gdzie ostatnie odczyty były rekordowo dobre, do uzasadnionej fundamentami makroekonomicznymi bessy mamy jeszcze co najmniej kilka kwartałów. Nie oznacza to jednak, że nie będziemy jeszcze w tym roku świadkami znaczącej korekty na Wall Street, w szczególności biorąc pod uwagę skalę ostatnich wzrostów.
Podsumowując, krajowy rynek akcji jest mocno opóźniony we wzrostach do swoich zagranicznych odpowiedników. Na pocieszenie można stwierdzić, że takie zjawiska były w historii obserwowane nie raz. Jednak biorąc pod uwagę poziom obecnych wycen, przynajmniej na GPW, powiedzenie Sell in may and go away nie musi być w tym przypadku skuteczne.
Vienna Life Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A., Vienna Insurance Group
Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI
Gorącym tematem ostatniego tygodnia jest propozycja rządowa dotycząca przekształcenia II filaru systemu emerytalnego tzw. likwidacja OFE i przekazanie tych środków na IKE lub na konto w ZUS. Rynek początkowo wystraszył się propozycji rządu. Następnie przeanalizował plusy i minusy tego rozwiązania. Wydaje się, że obecnie inwestorzy uznali proponowane rozwiązanie za korzystne dla rynków finansowych. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, których wciąż nie znamy. Kluczowym czynnikiem w dalszej analizie tego, jak likwidacja OFE wpłynie na polską giełdę, jest to, ilu Polaków wybierze subkonto w ZUS, a ilu zdecyduje się zapłacić 15 proc. opłaty przekształceniowej i przenieść środki do IKE. Trzeba dodać, że wartość środków znajdujących się na kontach OFE to ok. 163 mld zł, z czego 127 mld zł ulokowane jest w akcjach notowanych na warszawskiej giełdzie. Dobrą informacją płynącą z rządu jest plan rozłożenia całej operacji w czasie, co ma ograniczyć ryzyko gwałtownej wyprzedaży akcji na GPW. To jednak na razie dopiero plany. Szczegóły ustawy mamy dopiero poznać.
Informacja o likwidacji OFE uspokoiła rynek papierów dłużnych
Spadki rentowności w gospodarce światowej
Polska zwiększa zadłużenie, sytuację ratuje wysokie PKB
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI
Informacja o likwidacji OFE wpłynęła uspokajająco na rynek papierów dłużnych. Prognozuje się, że przeniesienie części środków do ZUS poprawi sytuację budżetową państwa. Pierwszym efektem zapowiedzianych zmian był spadek rentowności obligacji dziesięcioletnich do poziomu 2,87 proc. i umocnienie się obligacji dwuletnich.
W gospodarce światowej obserwujemy spadki rentowności obligacji amerykańskich i niemieckich. Można przypuszczać, że niemieckie obligacje drożeją w odpowiedzi na słabe wyniki płynące z europejskiej gospodarki. Rentowność obligacji 10-letnich w USA utrzymuje w okolicach 2,5%, a rentowność obligacji Niemiec spadła do zera.
Ministerstwo Finansów zmniejszyło podaż na aukcji sprzedaży obligacji do 6 mld i bez problemów sprzedało daną kwotę. Krótki koniec krzywej rentowności wspierany jest w ostatnich dniach przez napływ środków z wykupu obligacji 0419 oraz wypłacanych w kwietniu kuponów. Jednak sygnały o rosnącej inflacji negatywnie oddziaływają na najdłuższe papiery, powodując wzrost rentowności 10latek w okolice 2,90%.
Pomimo obaw związanych z wyższymi wydatkami i wzrostem inflacji polskie obligacje powinny znajdować kupców, oferując atrakcyjne rentowności. Zakładamy, że przy wzroście rentowności 10latki do 3,0 % pojawią się ponownie inwestorzy zagraniczni.
Eurostat opublikował stan finansów publicznych krajów Unii. 14 krajów wypracowało nadwyżkę, Polska zakończyła rok z deficytem na poziomie -0,5 proc. przy tempie rocznego wzrostu PKB rzędu 5,1 proc. Na niski poziom deficytu miał wpływ dynamiczny wzrost gospodarczy. Analizując dane finansowe rok do roku dług Polski rośnie, zadłużamy się coraz bardziej, ale PKB jest dziś dużo wyższe niż we wcześniejszych latach, co w wpływa na obniżenie wskaźniku długo na PKB kraju.
Zysk netto Grupy Kapitałowej GPW wyniósł 24,5 mln zł w I kw. 2019 r.
Przychody ze sprzedaży wyniosły 84,2 mln zł w I kw. 2019 r.
Koszty operacyjne w I kw. 2019 r. wyniosły 54,3 mln zł
Zarząd GPW rekomenduje wypłatę 133,5 mln zł dywidendy (3,18 zł na akcję) z zysku za 2018 r.
Grupa Kapitałowa Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) wypracowała 84,2 mln zł przychodów ze sprzedaży i osiągnęła 24,5 mln zł zysku netto w I kw. 2019 r. Zysk EBITDA w tym okresie wyniósł 38,6 mln zł. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży zmniejszyły się o 2,1% wobec przychodów osiągniętych w I kw. 2018 r. i o 4,9% wobec przychodów osiągniętych w IV kw. 2018 r. Spadek przychodów w ujęciu rocznym wynika przede wszystkim z niższych o 1,7 mln zł, tj. o 4,6% przychodów osiągniętych w segmencie rynku towarowego. Jest to głównie efekt niższych o 2,2 mln zł przychodów z tytułu obrotu prawami majątkowymi do świadectw pochodzenia. Spadek zanotowano również na przychodach z tytułu rozliczenia transakcji o 0,4 mln zł, tj. o 3,4%. Wzrosły natomiast przychody z tytułu prowadzenia rejestru świadectw pochodzenia – wzrost o 0,5 mln zł rdr w I kw. 2019 r. Przychody Grupy z rynku finansowego w I kw. 2019 r. były na zbliżonym poziomie rdr. Trend wzrostowy utrzymał się w segmencie przychodów ze sprzedaży informacji, które wzrosły w ujęciu rdr o 1,4 mln zł, tj. o 13,5%.
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
– Praktycznie we wszystkich liniach biznesowych ostatnie miesiące przyniosły istotne zmiany w otoczeniu. Sprecyzowaliśmy nasze ambicje finansowe do roku 2022 (przychody: 470 mln zł, EBITDA: 250 mln zł). Nasze działania ukierunkowane są na osiągniecie tych wyników finansowych, ale cały czas musimy odpowiadać na nowe uwarunkowania biznesowe i regulacyjne. Wdrażanie strategii #GPW2022 wymaga ponoszenia wysokich nakładów inwestycyjnych i wyższych kosztów operacyjnych, ale mimo tego mamy solidne wyniki kwartalne. Szczególnie cieszy mnie wzrost przychodów ze sprzedaży informacji o 1,4 mln zł – przychody z tego źródła są powtarzalne, co zmniejsza uciążliwość dźwigni operacyjnej. Kontynuujemy również politykę dywersyfikacji biznesu rozwijając nowe linie przychodowe. Dbając o długoterminowe zaangażowanie naszych inwestorów Zarząd zarekomendował wypłatę, najwyższej po 2010 roku, dywidendy, która jest odzwierciedleniem rekordowych wyników finansowych w 2018 roku – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.
W I kw. 2019 r. koszty operacyjne wzrosły do 54,3 mln zł, czyli o 12,3% w porównaniu z tym samym okresem przed rokiem i o 28,0% wobec IV kwartału 2018 r. Wskaźnik kosztów do przychodów ukształtował się na poziomie 64,5% wobec 56,3% w I kw. 2018 r. oraz 48,0% w IV kw. 2018 r. W kosztach I kwartału 2019 r. została ujęta rezerwa w kwocie 12,9 mln zł dotycząca opłaty rocznej na rzecz KNF. W I kw. 2018 r. rezerwa ta wyniosła 9,0 mln zł. Oprócz powyższego na wzrost kosztów w I kw. 2019 r. w ujęciu rocznym wpłynęły przede wszystkim wyższe koszty amortyzacji oraz koszty osobowe w związku z wyższym zatrudnieniem na rzecz realizacji strategii GK GPW.
Zarząd GPW rekomenduje przeznaczenie na dywidendę 133,5 mln zł, co daje 3,18 zł na akcję i stanowi 77,1% skonsolidowanego zysku netto spółki GPW za rok obrotowy 2018 przypadającego akcjonariuszom GPW i skorygowanego o udział w zyskach jednostek stowarzyszonych. Rekomendacja jest zgodna z obowiązującą polityką dywidendową GPW.
Omówienie wyników finansowych Grupy GPW za I kw. 2019 r.
Zysk netto
Zysk netto Grupy GPW w I kw. 2019 r. wyniósł 24,5 mln zł, o 18,3% mniej niż rok wcześniej i o 34,2% mniej niż w IV kw. 2018 r. Spadek zysku netto w ujęciu kwartalnym to efekt niższych przychodów z rynku towarowego o 13,6%, a także wyższych o 28,0% kosztów w I kw. 2019 r. Na wynik netto wpłynął także spadek o blisko połowę udziału w zyskach jednostek stowarzyszonych w stosunku do ubiegłego kwartału – do 1,0 mln zł.
Przychody z rynku finansowego
W I kw. 2019 r. przychody ze sprzedaży na rynku finansowym wyniosły 49,5 mln zł, co oznacza spadek względem poprzedniego roku o 0,2% oraz wzrost o 2,9% kwartał do kwartału. Tym samym przychody z rynku finansowego stanowiły 58,8% całkowitych przychodów ze sprzedaży Grupy GPW w porównaniu do 57,7% w I kw. 2018 r. i 54,4% w IV kw. 2018 r. Na przychody z rynku finansowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, obsługi emitentów i sprzedaży informacji oraz przychody z tytułu kalkulacji stawek referencyjnych.
Obsługa obrotu na rynku finansowym
W I kw. 2019 r. przychody z obsługi obrotu na rynku finansowym wyniosły 32,0 mln zł w porównaniu do 32,9 mln zł rok wcześniej. To spadek o 2,7% rdr i wzrost 4,6% kdk. Na wynik największy wpływ miały niższe przychody z obrotu instrumentami pochodnymi i instrumentami dłużnymi, które spadły odpowiednio: o 17,1% rdr oraz o 16,7% kdk oraz o 6,3% rdr i o 8,6% kdk. Niższe przychody z obsługi obrotu rok do roku wynikają między innymi z mniejszej aktywności krajowych inwestorów instytucjonalnych TFI i OFE oraz niższego udziału animatorów na rynku akcji na rynku regulowanym w I kw. 2019 r.
Obsługa emitentów
W I kw. 2019 r. przychody Grupy GPW z obsługi emitentów na rynku finansowym wyniosły 5,3 mln zł w porównaniu do 5,9 mln zł w I kw. 2018 r. i 5,7 mln zł w IV kw. 2018 r. Przychody z tytułu opłat za notowania sięgnęły 4,6 mln zł w I kw. 2019 r. (-9,6% rdr i -4,6% kdk). Niższe aktywności na rynkach IPO i SPO w I kw. 2019 r. przyczyniły się do spadku o 0,2 mln zł przychodów z tytułu wprowadzenia na rynek giełdowy w I kw. 2019 r. wobec 0,8 mln zł
w I kw. i 0,8 mln zł w IV kw. 2018 r.
Sprzedaż informacji
Przychody ze sprzedaży informacji w I kw. 2019 r. osiągnęły 12,2 mln zł, co oznacza wzrost
o 13,5% rdr i jednocześnie wzrost o 3,2% względem IV kw. 2018 r. Przychody z tej linii stanowiły 14,5% przychodów ze sprzedaży Grupy GPW.
Przychody z rynku towarowego
W pierwszym kwartale 2019 r. przychody ze sprzedaży na rynku towarowym wyniosły 34,6 mln zł, o 4,6% mniej niż rok wcześniej i o 13,6% mniej niż w IV kw. 2018 r. Ich udział w całkowitych przychodach Grupy GPW w I kw. 2019 r. wyniósł 41,1%. Na przychody z rynku towarowego składają się przychody z: obsługi obrotu, prowadzenia Rejestru Świadectw Pochodzenia, rozliczenia transakcji i sprzedaży informacji.
Obsługa obrotu na rynku towarowym
Przychody z obsługi obrotu na rynku towarowym w I kw. 2019 r. spadły o 10,3% rdr oraz o 23,6% kdk, do 15,9 mln zł. Przychody z obrotu energią wyniosły 3,2 mln zł w I kw. 2019 r., wzrosły o 3,4% rdr i spadły o 43,0% kdk. Natomiast w I kw. 2019 r. przychody z obrotu gazem wzrosły o 5,2% rdr i spadły o 31,6% kdk do 2,4 mln zł. Przychody z tytułu obrotu prawami majątkowi do świadectw pochodzenia spadły w pierwszym kwartale 2019 r. o 23,1% rdr
i o 15,5% kdk do 7,3 mln zł. Przychody Grupy z tytułu innych opłat od uczestników rynku towarowego w I kw. 2019 r. wyniosły 3,0 mln zł w porównaniu do 2,8 mln zł w I kw. 2018 r.
i 3,0 mln zł w IV kw. 2018 r. Wysokość innych opłat od uczestników rynku zależy w dużej mierze od liczby i aktywności Członków IRGiT, w szczególności liczby wykonywanych transakcji.
Prowadzenie Rejestru Świadectw Pochodzenia
W I kw. 2019 r. przychody z prowadzenia RŚP wyniosły 7,6 mln zł, co oznacza wzrost o 6,7% rdr i o 24,7% kdk. Wzrost przychodów rdr jest spowodowany wzrostem przychodów z tytułu umorzonych praw majątkowych zielonych świadectw pochodzenia z 4,6 mln zł do 5,4 mln zł
w 2019 r. oraz wzrostem umorzeń rejestru gwarancji pochodzenia z 0,1 mln zł do 0,5 mln zł.
Rozliczenie transakcji
Przychody z rozliczenia transakcji w I kw. 2019 r. wyniosły 10,9 mln zł, o 3,4% mniej niż rok wcześniej i o 16,0% mniej niż w IV kw. 2018 r. Na zmianę przychodów z tego tytułu wpływ mają wolumeny obrotu na wszystkich rynkach prowadzonych przez TGE.
Sprzedaż informacji
Przychody ze sprzedaży informacji na rynku towarowym w I kw. 2019 r. osiągnęły poziom 169 tys. zł wobec 98 tys. zł w I kw. 2018 r. i 117 tys. zł w IV kw. 2018 r.
Koszty działalności operacyjnej
W I kw. 2019 r. koszty działalności operacyjnej wyniosły 54,3 mln zł, czyli 12,3% więcej niż w analogicznym okresie w 2018 r. i 28,0% więcej niż w IV kw. 2018 r.
Porównując koszty pomiędzy kwartałami należy zwrócić uwagę na wyższy niż przed rokiem poziom opłaty Grupy GPW za nadzór nad rynkiem kapitałowym, zaksięgowany w wysokości 12,9 mln zł w I kw. 2019 r. wobec 9,0 mln zł w I kw. 2018 r. oraz wyższe koszty usług obcych w I kwartale tego roku wynoszące 10,1 mln zł wobec 9,9 mln zł w I kw. 2018 r. i 11,9 mln zł w IV kw. 2018 r.
Łączne koszty osobowe wyniosły 19,4 mln zł w I kw. 2019 r., o 11,5% więcej rdr i o 6,0% więcej kdk. Wyższe koszty osobowe wynikają ze stopniowego zwiększania zatrudnienia. Jest to podyktowane większym nakładem pracy w związku z realizacją strategii GK GPW. Koszty amortyzacji wzrosły o 17,4% rdr oraz o 16,2% kdk do poziomu 9,2 mln zł. Wzrost kosztów amortyzacji w stosunku do porównywalnego okresu 2018 roku jest efektem wdrożenia przez wszystkie Spółki z Grupy nowego standardu – MSSF 16 „Leasing”. Część kosztów wcześniej ujętych w kosztach operacyjnych od tego kwartału rozłożona jest pomiędzy: amortyzację, koszty finansowe oraz koszty podatków i opłat. W I kwartale 2019 r., w wyniku tego przesunięcia, GK GPW odnotowała spadek kosztów czynszów o 1,5 mln zł rdr i spadek o 1,3 mln zł kdk.
Udział w zyskach jednostek wycenianych metodą praw własności
W I kw. 2019 r. zysk Grupy GPW z tytułu udziału w zyskach jednostek wycenianych metodą praw własności wyniósł 1,0 mln zł w porównaniu do 0,7 mln zł w I kw. 2018 r. oraz 1,9 mln zł w IV kw. 2018 r. Na wyższe wyniki wpłynęła przede wszystkim sprzedaż udziałów w spółce Aquis w 2018 roku, która w I kw.2018 r. ponosiła stratę tym samym pomniejszając zysk przypadający na GK GPW.
W I kw. 2019 r. udział Grupy w zysku Grupy KDPW wyniósł 1,1 mln zł w porównaniu do 1,6 mln zł w I kw. 2018 r. Udział w zysku Centrum Giełdowego za I kw. 2019 r. wyniósł 0,1 mln zł i utrzymał się na poziomie zrealizowanym w porównywalnym okresie w 2018 r. W I kw. 2019 r. udział w stracie spółki Polska Agencja Ratingowa wyniósł 0,2 mln zł.
Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia organ podatkowy nie może dochodzić zapłaty podatku. Zgodnie z ogólną zasadą wynikającą z Ordynacji podatkowej zobowiązanie podatkowe przedawnia się z upływem 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku.
Podkreślenia jednak wymaga, że bieg terminu przedawnienia może zostać zawieszony albo przerwany. Instytucja zawieszenia polega na tym, że przez określony okres termin przedawnienia nie rozpoczyna biegu, natomiast, jeśli termin ten już biegnie, to bieg ten zostaje wstrzymany. Okresu tego wstrzymania nie wlicza się do terminu przedawnienia. Z kolei przerwanie biegu terminu przedawnienia polega na tym, że termin przedawnienia liczony jest od początku, zaś okresu, który upłynął do momentu przerwania, nie uwzględnia się.
Ordynacja podatkowa szczegółowo wymienia przypadki, w których dochodzi do zawieszenia bądź przerwania terminu biegu przedawnienia.
Poinformowanie podatnika o zawieszeniu biegu terminu
Ordynacja podatkowa szczegółowo wymienia przypadki, w których dochodzi do zawieszenia bądź przerwania terminu biegu przedawnienia. W przypadku zawieszenia jedną z takich sytuacji jest wszczęcie postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania.
Co istotne, Ordynacja podatkowa przy omawianej sytuacji nakazuje, aby organ podatkowy właściwy w sprawie zobowiązania podatkowego, z którego niewykonaniem wiąże się podejrzenie popełnienia przestępstwa skarbowego lub wykroczenia skarbowego, zawiadomił podatnika o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego najpóźniej z upływem terminu przedawnienia.
Rozbieżności w orzecznictwie
Właśnie na gruncie ww. obowiązku, a więc zawiadomienia podatnika, doszło do rozbieżności w orzecznictwie sądowym. Rozbieżności te miały kolosalny wpływ na sytuację prawnopodatkową podatników, bowiem w zależności od zastosowanej wykładni przepisu – zobowiązanie podatkowe wygasało bądź nie.
Na kanwie jednej ze spraw (sygn. akt I FSK 1960/16), Naczelny Sąd Administracyjny (dalej: NSA) skonkretyzował istotę problemu, kierując jego rozwiązanie poszerzonemu składowi NSA. Wiązał się on z tym, czy o wszczęciu postępowania karnoskarbowego, z którym zespolony jest skutek w postaci zawieszenia biegu terminu, powinien być zawiadomiony bezpośrednio podatnik czy też jego pełnomocnik ogólny lub szczególny, jeżeli zawiadomienie to zostało doręczone po wszczęciu postępowania podatkowego, w którym strona była zastępowana przez pełnomocnika.
NSA uwypuklił przy tym rozbieżność w wyrokach sądów administracyjnych (zarówno wojewódzkich sądów administracyjnych, jak i NSA). Wskazano, że jedna z linii orzeczniczych stanowi, iż najistotniejsze jest to, aby podatnik przed upływem terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego miał wiedzę, a co za tym idzie – świadomość, że bieg terminu przedawnienia ulega zawieszeniu, a w konsekwencji zobowiązanie podatkowe nie wygasa na skutek przedawnienia. Cel ten jest osiągnięty zarówno wtedy, gdy zawiadomienie jest doręczone bezpośrednio podatnikowi, jak i wtedy, gdy w trakcie toczącego się postępowania zawiadomienie doręczono do rąk pełnomocnika.
Druga linia orzecznicza prezentowała odmienne stanowisko. Zgodnie z nim, jeśli organ wyśle zawiadomienie bezpośrednio do strony, która jest reprezentowana przez pełnomocnika, a strona ta pisma tego nie podejmie, to nie będzie możliwe uznanie skuteczności doręczenia. W takim przypadku doręczenie będzie wadliwe z powodu nieprawidłowego wskazania adresata przesyłki.
Uchwała NSA
Mając na uwadze ww. rozbieżności, poszerzony skład NSA musiał odpowiedzieć na następujące pytania:
czy zawiadomienie należy doręczyć pełnomocnikowi, który został ustanowiony w postępowaniu kontrolnym lub podatkowym, nawet jeżeli zawiadomienia tego dokonuje organ podatkowy, przed którym nie toczy się żadne postępowanie z udziałem pełnomocnika strony;
czy uchybienie w realizacji powyższego obowiązku winno być traktowane jako brak ziszczenia się skutku w postaci zawieszenia biegu terminu przedawnienia.
NSA w uchwale z dnia 18 marca 2019 r. stanął ostatecznie na stanowisku, że zawiadomienie należy doręczyć pełnomocnikowi, który został ustanowiony w postępowaniu kontrolnym lub podatkowym, nawet jeżeli zawiadomienia tego dokonuje organ podatkowy, przed którym nie toczy się żadne postępowanie z udziałem pełnomocnika strony. Uchybienie zaś w realizacji powyższego obowiązku winno być traktowane jako brak możliwości zastosowania instytucji zawieszenia biegu terminu przedawnienia.
Podsumowanie
Prawdą jest, że organy podatkowe nagminnie wszczynały postępowania karne skarbowe tylko w celu zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego. Pozwalało to na prowadzenie postępowań i określanie zobowiązań podatkowych po upływie ogólnego 5-letniego terminu przedawnienia. Co jasne, taka praktyka jest krytykowana nie tylko przez doktrynę, ale także przez sądy administracyjne.
Dobra wiadomość jest zaś taka, że jeśli w sprawach podatników doszło do naruszenia przepisów, o których mowa w uchwale NSA, to może istnieć szansa na odzyskanie zapłaconego podatku. Każda zatem sprawa, w której zawieszono bieg terminu przedawnienia w zw. z wszczęciem postępowania karnego skarbowego, powinna zostać zbadana pod kątem nieprawidłowego „przedłużenia” terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W miejscowościach zamieszkałych przez 50 – 100 tys. mieszkańców można zarobić na wynajmie lokali mieszkalnych, w wielu przypadkach więcej niż w średnich i największych miastach. W tryumfujących Piekarach Śląskich można było uzyskać zwrot z inwestycji przekraczający 12% brutto w skali roku. Wśród pierwszych trzech najlepszych miast zestawienia, stopy zwrotu brutto były powyżej 11%. Ile i w której miejscowości można także sporo zarobić?
Platforma Rentier.io przeanalizowała ponad 54 tysiące ofert najmu mieszkań oraz zakupu lokali mieszkalnych w małych miejscowościach i opublikowanych w internecie w całym 2018 roku. Na tej podstawie, zostało wyliczone stopy zwrotu z inwestycji (ang. Return on Investment (ROI)) brutto dla okresu 12 i 11 miesięcy najmu w ciągu roku, a następnie wybrano 25 najbardziej dochodowych małych miast.
Liderem pierwszego w Polsce rankingu najbardziej dochodowych małych miast, przygotowanego przez platformę Rentier.io, zostały Piekary Śląskie z wynikiem 12,24% brutto zwrotu z inwestycji. Na drugim miejscu zestawienia uplasował się Będzin z wynikiem 12,24%, a trzecie miejsce uzyskały Świętochłowice z 11,17%, przy założeniu 12 miesięcy najmu. Gdzie jeszcze, oprócz Górnego Śląska, można było jeszcze zyskać?
Małe, a z potencjałem
Mediana ROI brutto dla najlepszej trójki zestawienia wyniosła aż 11,25%, dla pierwszej dziesiątki 10,32%, a dla dwudziestki piątki 9,10%. Powyższe rezultaty plasują inwestycje w nieruchomości na wynajem w małych miejscowościach na tle tych większych na bardzo dobrym poziomie. Bowiem, mediana zwrotu z inwestycji brutto dla najlepszych trzech pierwszych dużych miast, tj. Gdańska, Warszawy, Wrocławia wyniosła 8,26%, dla pierwszej dziesiątki 7,83%, a dla dwudziestki piątki 7,6%.
Miejsce
Miasto
Przychód z najmu netto/ m2 – mediana
Czynsz/m2 – mediana
Cena sprzedaży ofertowa/ m2 – mediana
ROI
(formuła 12M)
ROI
formuła 11M (tj. 12M-1M pustostanu)
1
Piekary Śląskie
23,56 zł
6,00 zł
2 309,00 zł
12,24%
10,96%
2
Będzin
29,09 zł
9,00 zł
3 105,34 zł
11,24%
10,01%
3
Świętochłowice
26,18 zł
8,00 zł
2 812,50 zł
11,17%
9,95%
4
Mysłowice
30,64 zł
8,50 zł
3 351,28 zł
10,97%
9,80%
5
Słupsk
30,53 zł
5,75 zł
3 540,77 zł
10,35%
9,32%
6
Świdnica
29,71 zł
4,00 zł
3 461,54 zł
10,30%
9,33%
7
Bełchatów
26,32 zł
7,00 zł
3 094,73 zł
10,20%
9,13%
8
Jastrzębie-Zdrój
19,87 zł
8,53 zł
2 375,50 zł
10,04%
8,84%
9
Piotrków Trybunalski
26,09 zł
6,92 zł
3 258,00 zł
9,61%
8,60%
10
Tarnowskie Góry
25,00 zł
6,00 zł
3 128,57 zł
9,59%
8,60%
11
Jelenia Góra
27,50 zł
4,41 zł
3 455,40 zł
9,55%
8,63%
12
Żory
24,00 zł
8,00 zł
3 071,43 zł
9,38%
8,33%
13
Piła
33,33 zł
6,35 zł
4 392,98 zł
9,10%
8,20%
14
Jaworzno
23,53 zł
9,00 zł
3 132,00 zł
9,02%
7,98%
15
Stargard
25,48 zł
6,47 zł
3 634,62 zł
8,41%
7,53%
16
Lubin
25,00 zł
7,93 zł
3 592,49 zł
8,35%
7,43%
17
Mielec
29,17 zł
8,00 zł
4 269,87 zł
8,20%
7,33%
18
Głogów
25,00 zł
7,00 zł
3 690,00 zł
8,13%
7,26%
19
Pruszków
39,32 zł
8,95 zł
5 850,00 zł
8,07%
7,24%
20
Siemianowice Śląskie
31,42 zł
8,00 zł
4 733,33 zł
7,96%
7,13%
21
Legionowo
35,51 zł
8,16 zł
5 500,00 zł
7,75%
6,95%
22
Inowrocław
23,60 zł
6,00 zł
3 688,80 zł
7,68%
6,87%
23
Ostrów Wielkopolski
22,00 zł
6,12 zł
3 700,00 zł
7,14%
6,38%
24
Grudziądz
20,00 zł
8,00 zł
3 364,00 zł
7,13%
6,30%
25
Leszno
24,00 zł
6,85 zł
4 100,50 zł
7,02%
6,27%
Źródło: Rentier.io, 26 IV 2019 r, dane za okres I – XII 2018 r.
– O ile faktycznie relacja cen najmu do cen sprzedaży, na podstawie zagregowanych danych, kształtuje się korzystnie w małych miastach, nie oznacza to jednak, że wszystkie inwestycje w mieszkania na wynajem w takich miejscowościach są opłacalne. Ogólna koniunktura, w tym również popyt zarówno na zakup, jak i wynajem mieszkań w małych miejscowościach są zazwyczaj uzależnione od dostępności miejsc pracy w okolicznych średnich lub dużych miastach – mówi Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io. – Przykładem może być czołówka rankingu, miasta znajdujące się w obszarze GOP (Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego), gdzie zlokalizowana jest spora liczba zakładów przemysłowych i wydobywczych. Firmy te są szansą dla regionu i rozwoju pobliskich miast, lecz mogą być również dla nich zagrożeniem. Zamknięcie, przeniesienie działalności lub trudności tych dużych przedsiębiorstw, mogą w krótkim czasie spowodować negatywne zmiany na rynku lokalnym, w tym okolicznych mniejszych miejscowościach. Pod tym kątem inwestycje w mieszkania na wynajem w dużych miastach są dużo bardziej bezpieczne. Czynników wpływających na popyt na wynajem mieszkań jest tu dużo więcej i często nie są one skorelowane ze sobą – podsumowuje Bubiel z Rentier.io.
Podsumowując, inwestycje w lokale mieszkalne na wynajem w małych miejscowościach mogą być również interesującą opcją dla inwestorów. Należy jednak mieć na uwadze, że mniejsze miasta charakteryzuje większe ryzyko inwestycyjne, wynikające m.in. z mniejszej stabilności makroekonomicznej i inwestycyjnej. Niższa podaż mieszkań oferowanych przez deweloperów czy popyt ze strony wynajmujących, także implikują mniejsze bezpieczeństwo dla tego typu projektów inwestycyjnych.
Jak zostało opracowane to zestawienie?
Rentier.io przygotował ranking rentowności najmu w małych miastach na podstawie analizy 54323 ofert mieszkań o powierzchni 44-55 metrów kwadratowych, tj. lokali najczęściej występujących w ogłoszeniach internetowych z okresu od 01 I do 31 XII 2018 r., w tym 8700 ogłoszeń cen najmu oraz 45623 ogłoszeń cen zakupu mieszkań w 45 miastach Polski z liczbą mieszkańców w przedziale 50 – 100 tys.: Bełchatów, Będzin, Biała Podlaska, Chełm, Ełk, Głogów, Grudziądz, Inowrocław, Jastrzębie-Zdrój, Jaworzno, Jelenia Góra, Kędzierzyn-Koźle, Konin, Legionowo, Leszno, Lubin, Łomża, Mielec, Mysłowice, Ostrołęka, Ostrowiec Świętokrzyski, Ostrów Wielkopolski, Pabianice, Piekary Śląskie, Piła, Piotrków Trybunalski, Pruszków, Przemyśl, Racibórz, Siedlce, Siemianowice Śląskie, Słupsk, Stalowa, Wola, Stargard, Suwałki, Świdnica, Świętochłowice, Tarnowskie Góry, Żory. Z powyższej listy zostały wybrane tylko te miasta, dla których w trakcie 2018 roku zostało opublikowanych minimum 100 ofert najmu mieszkań o powierzchni 44-55 metrów kwadratowych, a następnie wyselekcjonowane najlepsza dwudziestka piątka. Stopy zwrotu z inwestycji, tzw. ROI, prezentowane w powyższym opracowaniu są wartościami brutto, tj. przed odliczeniem odpowiednich podatków oraz bez dodatkowych kosztów, z którymi wiąże się zakup mieszkania, m.in. kosztów umów notarialnych, opłat sądowych, prowizji i opłat dla pośredników.
Wzrosty cen mieszkań w minionym roku ostro przyśpieszyły, osiągając miejscami dwucyfrową dynamikę. Kontynuacja tej tendencji może wydawać się w przewidywalnej przyszłości czymś w pełni naturalnym. O to, czy faktycznie tak będzie i co determinuje mieszkaniową hossę, RynekPierwotny.pl zapytał u źródła, czyli reprezentantów czołówki rodzimych firm deweloperskich.
Już co najmniej od roku mocno drożejące mieszkania to jeden z bardziej popularnych tematów w rodzimej przestrzeni medialnej. Fakt, że wzrosty cen mieszkań zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym od dłuższego czasu wyraźnie przyśpieszają, jest powszechnie znany. Pytanie, co w największym stopniu determinuje ten trend, i jakie są szanse na jego wyhamowanie lub nawet odwrócenie w przewidywalnej przyszłości.
Wśród rynkowych analityków raczej zdecydowanie przeważa teoria o nieuchronnej kontynuacji zwyżek przynajmniej w perspektywie bieżącego roku, choć już w znacznie mniejszej skali. Takie stanowisko prezentują np. eksperci Emmerson Evaluation w swoim najnowszym raporcie dotyczącym rynku mieszkaniowego. W 2019 r. oczekują oni spadku dynamiki wzrostu cen nowych mieszkań, które jednak wciąż będą znajdować się pod presją wysokich kosztów budowy. „Deweloperzy, w obliczu rosnących kosztów gruntów, materiałów budowlanych oraz siły roboczej będą musieli podnosić ceny w celu utrzymania swoich marż przynajmniej na notowanym dotychczas poziomie”. Analitycy firmy przewidują, że tegoroczne zakupy mieszkań będą nieco mniejsze niż w roku ubiegłym. W efekcie, w drugiej połowie roku dostępność mieszkań powinna nieco wzrosnąć, bo i wielkość oferty deweloperskiej wciąż znajduje się na poziomie zbliżonym do rekordowego.
Spadek sprzedaży mieszkań z pierwszej ręki potwierdziły raporty deweloperskich spółek giełdowych za pierwszy kwartał br. Jak się okazało od stycznie do marca 2019 roku znalazły one chętnych na ponad 15 proc. mniej wybudowanych przez siebie lokali niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Czy w tej sytuacji możliwe są dalsze wzrosty stawek mieszkaniowego rynku pierwotnego?
Jak się okazało, żaden z zapytanych w sondzie portalu RynekPierwotny.pl przedstawicieli firm deweloperskich nie oczekuje w przewidywalnej przyszłości początku przeceny nowych mieszkań, choć i dalsze istotne wzrosty wydają się mało prawdopodobne. Takiego zdania jest m.in. Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development: „Popyt na rynku mieszkaniowym utrzymuje się na wysokim poziomie, ale w tym roku nie powinniśmy oczekiwać dalszych znaczących wzrostów cen mieszkań. Już teraz da się zauważyć, że klienci zaczynają mieć opory związane z wysokimi cenami. Oczywiście każda lokalizacja rządzi się swoimi prawami i wciąż w najlepszych lokalizacjach elastyczność kupujących jest większa, ale można powiedzieć, że rynek osiągnął pewne maksimum. Dotyczy to również kosztów – ceny gruntów ustabilizowały się, a koszty budowy drożeją minimalnie. Istotny wpływ na ceny mieszkań może mieć natomiast zapowiadana nowelizacja ustawy deweloperskiej zakładająca utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego”.
Podobnego zdania jest Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA: „Drożejące materiały budowlane, zmniejszona podaż gruntów oraz idący za nią wzrost wartości działek pod zabudowę, rosnące koszty robocizny, powodowane brakiem pracowników wykonawczych, od dłuższego czasu determinują zauważalne podwyżki cen mieszkań. Również w 2019 roku odczuwamy ich wpływ na budżety inwestycyjne. Jednak nie spodziewamy się spektakularnych aprecjacji cen, co można było zauważyć już po pierwszych dwóch miesiącach bieżącego roku. (…) Z drugiej strony należy podkreślić, że rośnie nam także spora grupa zamożnych klientów, którzy mają coraz wyższe oczekiwania, co do standardu wykończenia inwestycji oraz wyposażenia ich w dodatkowe udogodnienia, m.in. takie jak np. systemy smart home czy rozwiązania wpływające na bezpieczeństwo inwestycji (monitoring wizyjny, wideodomofony z systemem SOS), co także wpływa na ostateczną cenę lokali.
Filip Rybacki, prezes spółki Dzisiejszy Dom: „W ubiegłym roku największy wpływ na cenę mieszkań miały rosnące koszty budowy i ceny gruntów. Te same czynniki będą kształtowały ceny także w tym roku, ale przypuszczam, że dynamika wzrostu cen mieszkań będzie mniejsza, ponieważ sytuacja na rynku gruntów i generalnego wykonawstwa w ostatnich miesiącach poprawia się. Obok najważniejszych kosztów budowy duży wpływ będą miały stopy procentowe i decyzje banków o udzielaniu kredytów zarówno deweloperom, jak i nabywcom”.
Z kolei Ewa Skibińska, dyrektor marketingu RED Development zwraca uwagę na słabnącą presję cenową kosztów wykonawstwa: „W 2018 r. ceny mieszkań w Polsce wzrosły, ale w czwartym kwartale zaobserwowaliśmy względną stabilizację sytuacji na rynku wykonawstwa. To dobry prognostyk na ten rok, ponieważ pozwala oczekiwać osłabienia dynamiki wzrostu cen w kolejnych miesiącach. Kluczowe mogą okazać się ceny generalnych wykonawców”.
Przedstawiciele czołowych krajowych firm deweloperskich zwracają jednak uwagę na rosnące trudności z uzupełnianiem oferty mieszkań, co w efekcie wyklucza możliwość korekty cenowej. Na tę kwestię zwraca uwagę Agata Sieradzka, Lider Biura Sprzedaży w firmie Profbud: „Po dynamicznym wprowadzeniu przez inwestorów na rynek mieszkaniowy wielu nowych nieruchomości oraz dużej ilości sprzedanych mieszkań, w 2018 roku zaobserwowaliśmy, że liczba dostępnych do nabycia lokali mieszkalnych zaczyna spadać. Może mieć to bezpośrednie przełożenie na wzrost cen. Najważniejszym jednak czynnikiem w tym zakresie okazuje się lokalizacja. Atrakcyjnych miejsc, zwłaszcza w centrum aglomeracji jest coraz mniej, co również ma wpływ na ich ceny”.
Wśród przedstawicieli firm deweloperskich nie brak jednak opinii o raczej przesądzonym dalszym ruchu w górę cen mieszkań, zwłaszcza w przypadku wprowadzenia deweloperskiego funduszu gwarancyjnego. W tym kontekście wypowiedział się Marek Smogór, prezes Quadro Developement: „Na ceny mieszkań w 2019 roku z pewnością wpływa i nadal będzie miało wpływ kilka czynników. Po pierwsze brak dostępności wykwalifikowanej kadry robotniczej. Wykonawcy coraz częściej zwracają uwagę na zmniejszającą się liczbę pracowników. Ceny inwestycji idą znacząco w górę również z powodu wzrostu cen materiałów budowlanych, które przekraczają koszty przewidywane na etapie planowania inwestycji. Nie bez znaczenia są wspomniane wcześniej regulacje prawne, a więc kwestia deweloperskiego funduszu gwarancyjnego czy chociażby zmiany w regulacjach związanych z rachunkami powierniczymi – zamknięcie otwartych rachunków powierniczych”.
Na bardzo podobne zagrożenia wskazuje Michał Wawrzyniak, dyrektor ds. nieruchomości Grupy Partner: „Kwestie wpływające na regulacje cenowe mieszkań w 2019 roku uzależnione są od dających się odczuć problemów podażowych (coraz mniejsza dostępność gruntów) i nadal wysokiego popytu. Poza czynnikami strukturalnymi istotny jest również deficyt pracowniczy, ciągłe wzrosty cen materiałów, a także nowelizacja tzw. ustawy deweloperskiej proponowana przez UOKiK w postaci DFG, jak i zakładana likwidacja otwartych rachunków powierniczych”.
W prezentowanych wypowiedziach wyraźnie zarysowuje się problem postępującego pogorszenia środowiska gospodarczego rodzimej branży deweloperskiej. Trudności z pozyskiwaniem gruntów inwestycyjnych i problemy z zadowalającym uzupełnianiem oferty to główne następstwa takiego stanu rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że głośna specustawa mieszkaniowa jak na razie nie stanowi cudownego panaceum na kłopoty deweloperów. W efekcie wolumeny sprzedaży mieszkań z pierwszej ręki od roku systematycznie spadają, co znakomicie potwierdza wejście pierwotnego rynku mieszkaniowego w kilkuletnią fazę cyklicznego spowolnienia, które prędzej czy później wymusi mniejszą lub większą korektę deweloperskich cenników.
Kwietniowe indeksy PMI z Chin wypadły niżej niż miesiąc temu, ale w szczegółach wyniki nie wyglądają wcale źle. Rynek realizuje umiarkowane rozczarowanie przemieszane z porządkowaniem pozycji na koniec miesiąca. Środa jest dniem wolnym na wielu rynkach, co oznacza, że już dziś trzeba się ustawiać pod jutrzejszą decyzję FOMC.
Indeksy PMI z Chin pozostały powyżej 50 pkt, zatem wciąż świadczą o ekspansji w sektorach przemysłowym i usługowym, a jednak brak przyspieszenia odbiera paliwo dla większego rozpędzenia apetytu na ryzyko. Staram się jednak patrzeć na opublikowane nad ranem liczby pozytywnie i sądzę, że rynek będzie chciał tak samo. Po pierwsze dane kwietniowe są obciążone odreagowaniem jednorazowych zdarzeń z marca, m.in. ulgi podatkowe wchodzące od 1 kwietnia w życie zachęcały firmy w marcu do wyprzedającego gromadzenia zapasów. W danych widać też silny wzrost zamówień eksportowych, co dobrze świadczy o popycie zewnętrznym. Rynek ma świadomość, że rządowe programy pomocowe i ekspansja monetarna potrzebują czasu na pełne oddziaływanie na gospodarkę, więc owoce tych działań w pełni pojawią się bliżej połowy roku. Ale jednocześnie dzisiejsze rozczarowanie wysyłka sygnał do władz w Pekinie, że jeszcze nie można odtrąbić sukcesu i myśleć o ograniczaniu bodźców wspierających gospodarkę. Znowu jesteśmy w schemacie, że zła wiadomość (słabsze dane) to dobra wiadomość (gwarancja podtrzymania interwencji).
Rynki finansowe wstępnie zareagowały negatywnie na słabsze liczby, ale z czasem przebiło się przekonanie, że nie ma tragedii i można z raportów wyłuskać pozytywne wnioski. Trudno do końca jednoznacznie odczytywać dzisiejsze zachowanie cen aktywów, biorąc pod uwagę, że mamy koniec miesiąca, a do tego jutro jest dzień wolny m.in. w Chinach, Niemczech, Francji (czy Polsce). Widać utryzmującą się presję na sprzedaż USD, gdyż jutro nieobecni inwestorzy muszą także podejmować decyzje inwestycyjne z myślą o jutrzejszej decyzji FOMC. Wczoraj raport o cenach bazowych wydatków konsumpcyjnych (PCE Core) potwierdził blady obraz inflacji, który w piątek przepowiedział kwartalny raport o PKB. Inflacja bazowa na 1,6 proc. (a dokładnie na 1,553 proc.) oddala się od celu Fed 2 proc. i to pomimo przyspieszenia ożywienia gospodarczego. Stabilność cen jest podstawowym mandatem Fed i jeśli jutro będzie głównym tematem komunikatu i konferencji prezesa Powella, ciężko będzie nie potraktować posiedzenia jako gołębie. Czy Powell zasugeruje otwartość do obniżek stóp procentowych? Bez wątpienia ma do tego podstawy w danych, a myśl ta nie będzie nowa dla Fed. Kilka tygodni temu Charles Evans stwierdził, że spadek inflacji bazowej do 1,5 proc. i pozostanie tam przez kilka kolejnych miesięcy będzie oznaczać, że polityka jest zbyt restrykcyjna. Zatem nie będzie niespodzianką przyznanie przez Powella, że utrzymywanie się słabej inflacji stanowi problem i może rzutować na politykę w kolejnych miesiącach. W końcu rynek stopy procentowej już dyskontuje na koniec 2019 r. stopy niższe o 25 pb. Z drugie strony Fed może być zadowolony z kondycji gospodarki i poprawy na rynku pracy (mandat Fed) i pozostanie przy cierpliwym wyczekiwaniu a więcej informacji z gospodarki. Jednak ryzyka przed jutrzejszą decyzją przeważają po stronie obaw o profil inflacji.
Dziś jednak więcej uwagi na strefie euro. PKB za I kw. z Eurolandu będzie ważnym wskaźnikiem kondycji całego bloku. Dominujące obawy o sytuację w niemieckim przemyśle odwróciły uwagę od odbicia, m.in. w przemyśle Włoch i Hiszpanii. Stąd prognozy zakładają przyspieszenie ożywienia do 0,3 proc. k/k z 0,2 proc. w IV kw. Przy mocno zagnieżdżonym pesymizmie względem EUR, silniejszy wzrost powinien być istotnym powinien optymizmu.
Dostosuj się lub zostań w tyle. W nowym artykule poświęconym gospodarce doświadczeń (Experience Economy) przekonujemy, że przedsiębiorstwa muszą potraktować łączność jako następny etap w swoim rozwoju.
W dzisiejszym artykule przyjrzę się najnowszemu etapowi w rozwoju przedsiębiorstw, który w Oracle nazywamy ekonomią łączności. Pokażę też, że w tym przypadku — trochę jak w teorii Darwina — przetrwa nie tyle jednostka najsilniejsza, ile ta, która najlepiej dostosuje się do zmian. W pierwszej kolejności chciałabym zastanowić się nad znaczeniem łączności w obecnej gospodarce doświadczeń (Experience Economy) i uzmysłowić nam wszystkim, że jest ona nieodłącznie związana z urzeczywistnianiem doświadczeń klientów.
Obecnie to klienci są prawdziwymi źródłami innowacji, nieustannie motywującymi marki do zmian zgodnie z ich oczekiwaniami. Na współczesnym rynku klienci wiedzą, czego chcą i oczekują tego natychmiast. Mogą zamówić zakupy spożywcze i mieć je w domu w ciągu godziny. W dowolnej chwili mogą obejrzeć każdy film lub program telewizyjny. Mogą też zamówić taksówkę dokładnie w miejsce, w którym stoją na ulicy, przez kilka prostych kliknięć na smartfonie. Żadna z tych kwestii nie robi już większego wrażenia. Zaczęliśmy po prostu oczekiwać, że tak właśnie będzie.
To pilne wyzwanie, można mu jednak bez trudu sprostać, jeśli przedsiębiorstwa połączą swoje dane, analizę danych i doświadczenia na jednej platformie, integrując ze sobą wszystkie podstawowe procesy. W tym środowisku nie ma miejsca na silosy. Klienci nie traktują przecież firm jako zbioru różnych działów; widzą jedno przedsiębiorstwo i zależy im na jednym, bezproblemowym doświadczeniu — zgodnie z tym, co się im obiecuje.
A jednak prawdziwie zintegrowane przedsiębiorstwo to w dalszym ciągu rzadkość. Niektóre firmy podjęły działania we właściwym kierunku i zaczęły integrować część swoich aplikacji. Tutaj mówimy jednak o przedsiębiorstwie, które jest w pełni otwarte i zintegrowane — nie tylko w każdej płaszczyźnie w swoich ramach, lecz także zewnętrznie, dzięki czemu dane klientów, partnerów, a nawet dostawców znajdują się w jednym miejscu. Tę łączność nazywamy „nieskończoną” i wiemy, że jest jedynym sposobem na wydobycie z danych „ukrytych” spostrzeżeń, które pomogą firmie wyróżnić się na tle konkurencji i stworzyć nowe szanse na generowanie wartości. Co ważne, połączyć można dowolne elementy, trzeba jedynie zastosować właściwe aplikacje i przyjąć odpowiednie nastawienie, aby wszystko ze sobą powiązać.
Dużo rozmawiamy z przedsiębiorstwami, które wydają się myśleć, że stworzenie przedsiębiorstwa zintegrowanego to zadanie dotyczące tylko firm technologicznych. Zdecydowanie tak nie jest. Obserwujemy banki, które łączą swoje systemy, aby udostępnić klientom lepsze oferty handlowe. Widzimy sprzedawców opon, którzy wykorzystują dane od sprzedawców samochodów, aby wiedzieć, kiedy nadejdzie czas na wymianę opon przez klienta. Znamy też sprzedawców detalicznych, którzy kierują klientów w swoich sklepach stacjonarnych do miejsca, gdzie znajduje się produkt oglądany przez nich online. Kluczem do wydobycia z integracji maksymalnych korzyści jest wykorzystanie posiadanych informacji, aby zrozumieć, czego klient chce, a potem na tej podstawie postarać się zaspokoić jego potrzeby.
Jedną z firm, które uznały doświadczenia klienta za klucz do sukcesu i odpowiednio dostosowały swoją działalność, jest Scottish Water. Brian Strathie, kontroler finansowy Grupy, powiedział: „Głównym motywem naszych działań zawsze jest poszukiwanie sposobów na poprawę doświadczeń klienta. Wiedzieliśmy, że klientom zależy na pewnych możliwościach indywidualizacji. Aby im to zapewnić, potrzebowaliśmy jednak ujednoliconych informacji obejmujących wszystkie aspekty biznesowe — zarówno w naszych strukturach, jak i w relacjach z naszymi dostawcami. Teraz usługi oferowane przez nas klientom są prostsze i do nich dostosowane. To nasz sposób na śmiałe i radykalne działania na rynku, na którym panuje duża konkurencja. Dzięki temu udało nam się zwiększyć zadowolenie klientów o 21%”.
W firmie Amplifon, która świadczy usługi medyczne i oferuje rozwiązania dla osób niedosłyszących, wszystkie informacje wewnętrzne i zewnętrzne zostały połączone w 22 krajach, w których działa przedsiębiorstwo. „Chodzi tu o zwiększenie prężności działania i efektywności, aby w ostatecznym rozrachunku zapewnić naszym klientom najlepsze doświadczenia” — powiedział Gabriele Chiesa, dyrektor ds. informatycznych. „Dzięki zastosowaniu właściwej platformy nasze zespoły są w pełni zintegrowane i mogą korzystać ze swoich danych do podejmowania ważnych decyzji projektowych i rozwojowych. Każdy w firmie wie, że jeśli chcemy utrzymać konkurencyjność i w dalszym ciągu się rozwijać, wszyscy musimy działać razem jako jedno, zintegrowane przedsiębiorstwo o wspólnej wizji długoterminowej”.
Doświadczenia klientów na najwyższym poziomie to już nie opcja, lecz konieczność, aby móc przetrwać w gospodarce doświadczeń. Klienci określają, jakie są ich oczekiwania, a marki muszą umieć słuchać, analizować uzyskane opinie i odpowiednio zaspokajać zgłaszane potrzeby. Tworzenie sterowanych przez klientów ofert oznacza jednak konieczność zbudowania „nieskończonej” łączności, w której wnioski mogą być gromadzone i wykorzystywane w praktyce dokładnie wtedy, gdy to konieczne — lub nawet wcześniej!
Autorką artykułu jest Karine Picard, wiceprezes Oracle na region EMEA i szefowa działu rozwoju strategii i sprzedaży aplikacji.
Łączne przychody klubów Premier League w sezonie 2017/18 wyniosły aż 4,8 mld funtów, co stanowi wzrost o 6 proc. w porównaniu z sezonem 2016/17. Jak wynika z analizy firmy doradczej Deloitte, łączna kwota wynagrodzeń dla piłkarzy, które zostały wypłacone w poprzednim sezonie przez 20 klubów angielskiej ligi, przekroczyła 2,9 mld funtów, a średni wskaźnik płac w stosunku do przychodów w Premier League wzrósł z 55 proc. do 59 proc. Rosnące gaże gwiazd negatywnie wpłynęły na zysk operacyjny klubów Premier League, który spadł o 16 proc. do 900 mln funtów.
Wzrost przychodów wynika częściowo z faktu, że w ubiegłym sezonie Premier League mogła się pochwalić rekordową liczbę pięciu drużyn rywalizujących w Lidze Mistrzów UEFA. Doszły one do jednej szesnastej rozgrywek lub wyżej. To z kolei spowodowało wzrost o około 71 milionów funtów kwoty, którą UEFA wypłaciła klubom Premier League. Wraz ze wzrostem dystrybucji z UEFA, przychody z dnia meczu i przychody komercyjne wzrosły odpowiednio o 8 i 12 proc.
Przychody klubów Premier League nadal osiągają rekordowe poziomy. Przeniesienie Tottenhamu Hotspur na stadion Wembley i zwiększona aktywność komercyjna, w tym nowa umowa z Nike, przyczyniły się do ponad połowy wzrostu przychodów w Premier League i prawie jednej czwartej wzrostu przychodów komercyjnych – mówi Dan Jones, partner i lider Sports Business Group w Deloitte.
Jak jednak zwracają uwagę eksperci Deloitte niepokoi fakt, że wskaźnik wynagrodzeń w stosunku do przychodów wzrósł w ciągu roku z 55 do 59 proc. Prawie połowa klubów Premier League zanotowała wzrost tego wskaźnika do poziomu 70 proc. lub więcej, a łączne wydatki na płace wzrosły o 15 proc. do 2,9 mld funtów. Miało to bezpośredni wpływ na łączne zyski operacyjne, które spadły do 900 milionów funtów, aczkolwiek wciąż jest to drugi najwyższy wynik w historii Premier League.
W sezonie 2017/2018 obserwowaliśmy zjawisko szybszego wzrostu wydatków na wynagrodzenia niż tempo wzrostu przychodów. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w drugim roku poprzedniego cyklu praw do transmisji w Premier League. Wiąże się to z faktem, że kluby inwestują w piłkarskie talenty – mówi Dan Jones.
Kluby Premier League po raz czwarty w ciągu ostatnich pięciu lat wypracowały łączny zysk operacyjny, który jest drugim najwyższym w historii. Była to zasługa przede wszystkim trzech drużyn: Arsenalu, Liverpoolu i Tottenham Hotspur, które odpowiadają za ponad 75 proc. tej sumy. Jednakże trzeba także zauważyć, że wzrosła liczba klubów, które odnotowały stratę operacyjną.
Spodziewaliśmy się wzrostu wydatków na wynagrodzenia ze względu na dynamiczny rynek transferowy w sezonie 2017/18, kiedy to wydatki Premier League podczas dwóch okien transferowych oszacowano na 1,9 mld funtów – mówi Tim Bridge, dyrektor w Sports Business Group w Deloitte. –
W tym sezonie widzimy, że ta dynamika spadła, gdyż wydatki te wynoszą obecnie 1,4 mld funtów. Oczekujemy, że trend ten utrzyma się w średnioterminowej perspektywie, zważywszy, że łączna wartość praw do transmisji Premier League ma tylko nieznacznie wzrosnąć w latach 2019-2022.
Jakie kompetencje są obecnie najchętniej rozwijane u polskich pracowników? Odpowiedź na tak postawione pytanie dają tematy szkoleń, które cieszą się największą popularnością. Wybory dokonywane w tym zakresie mogą stanowić pewnego rodzaju barometr wskazujący na aktualne potrzeby przedsiębiorstw.
Inwestować w tzw. twardą wiedzę, czy w umiejętności miękkie? I jak zadbać o odpowiednie proporcje między nimi? Wygląda na to, że firmy działające w Polsce poszukują tej równowagi o wiele częściej, niż jeszcze kilka lat temu. Oczywiście zapotrzebowanie na aktualną wiedzę np. związaną ze zmieniającymi się przepisami prawa było, jest i będzie duże, jednak dziś popularne są również takie tematy szkoleń, za które jeszcze niedawno pracodawcy niechętnie płacili.
– W naszej ofercie mamy ponad 100 tematów szkoleń z rozmaitych dziedzin – od interpersonalnych, czy kadrowych/HR, po te związane z produkcją i logistyką. Przy takim przekroju widać wyraźnie, jak zmieniają się zainteresowania firm. Popularność poszczególnych tematów dość dobrze odzwierciedla, jakich kompetencji poszukują aktualnie przedsiębiorstwa w Polsce – mówi Marcin Wrzosek, prezes firmy szkoleniowej Effect Group.
Pracownicy pragną równowagi
Szkolenie, które uczy, jak zachować równowagę pomiędzy pracą zawodową, a życiem prywatnym? Nikogo zapewne nie dziwi fakt, że dla pracowników to może być bardzo interesujący temat. Tyle, że jeszcze kilka lat temu, pracownik chcący udoskonalić swoje umiejętności w tym zakresie, mógłby liczyć co najwyżej na zgodę przełożonego, aby zapisać się na szkolenie otwarte.
Tymczasem obecnie „Radzenie sobie ze stresem, kontrolowanie emocji oraz równowaga praca-życie” to jeden z tych tematów, które pracodawcy chcą organizować w formule zamkniętej, a więc dla większego grona własnych pracowników. To jedno z najpopularniejszych szkoleń interpersonalnych w Effect Group.
Szkolenie prowadzone jest w formule wykładów połączonych z warsztatami. Zajęcia nie uczą, jak stresu unikać, ale wyjaśniają, jak skuteczniej radzić sobie z nim w codziennych sytuacjach. Pozwalają poznać istotę stresu oraz zasady jego działania, podpowiadają, jak prostymi sposobami możemy szybko uzyskać spokój w trudnej sytuacji, a także jak wprowadzać głębsze zmiany we własny sposób myślenia i reagowania, by w przyszłości nie dać się wyprowadzić z równowagi. Uczestnicy poznają wiele łatwych do wykonania ćwiczeń, ale zaznajamiani są również z praktykami uważności (mindfulness), jogą uśmiechu, czy też tai-chi. Tak kompleksowe podejście pozwala uczestnikom w krótkim czasie odnieść korzyści na wielu płaszczyznach.
Lepsza współpraca dla lepszych efektów
Inne, niezwykle popularne ostatnio szkolenie, to „Komunikacja nastawiona na budowanie współpracy”. Po okresie nastawionym przede wszystkim na mierzenie indywidualnych wyników pracy i wzmacnianie ducha rywalizacji, nadeszła w końcu zupełnie inna era.
Dziś menedżerowie o wiele częściej doceniają, że korzyści osiągane przez przedsiębiorstwa zależą w dużej mierze od tego, jak świetnie zorganizowana jest współpraca pomiędzy pracownikami. Z kolei sprawna komunikacja wewnątrz firmy może mieć bezpośrednie przełożenie na relacje i współpracę z innymi podmiotami, w tym na pozyskiwanie nowych klientów.
Uczestnicy szkolenia uczą się m.in. budowania „mostów komunikacyjnych” w każdej relacji i sytuacji zawodowej, w tym także w sytuacjach konfliktowych. Szkolenia tego typu pozwalają poprawić atmosferę w zespole, a nawet wprowadzić całą firmę na wyższy poziom kultury organizacyjnej, opartej na otwartej komunikacji. Wpływa to także na zwiększenie motywacji i w końcu – na efektywność zespołów.
Twarda wiedza nadal w cenie
Dbając o motywację, zaangażowanie oraz o zachowanie zdrowego balansu pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym, firmy nie mogą oczywiście zapominać o aktualizowaniu wiedzy pracowników. I nie zapominają.
Np. często zmieniające się przepisy związane z zatrudnianiem pracowników sprawiają, że jednym z najpopularniejszych tematów szkoleń jest „Kodeks pracy z uwzględnieniem zmian w 2019 r.”. Podobny temat to „Czas pracy” – szkolenie na temat zgodnego z prawem rozliczania czasu spędzanego przez pracowników w przedsiębiorstwie.
Niezmiennie popularnością cieszą się również tematy związane z logistyką i transportem. Najpopularniejsze w tej kategorii to „Prawo celne a obrót towarowy z zagranicą”, „Transport i spedycja na rynku krajowym i międzynarodowym” oraz „Organizacja i optymalizacja gospodarki magazynowej”.
Wśród szkoleń produkcyjnych, na topie są obecnie zajęcia pozwalające na „Doskonalenie kompetencji lidera, mistrza produkcji”. Liczy się także „Efektywne planowanie i zarządzanie produkcją”.
Pracownicy administracyjny, szczególnie ci zatrudnieni w instytucjach państwowych i samorządowych, muszą natomiast dobrze poznać „Kodeks Postępowania Administracyjnego (KPA)”.
Na miejscu i na… wyjazd
Warto przy okazji wspomnieć o zmieniających się formułach szkoleń. Dawniej mieliśmy do wyboru szkolenia otwarte i zamknięte, realizowane w miejscu wskazanym przez firmę szkoleniową lub w sali zapewnionej przez klienta.
Gdy firma chce przeszkolić jednego lub kilku pracowników (czasem z różnych działów), w dodatku każdemu przydałby się inny temat szkolenia, istnieje jeszcze jedno rozwiązanie. Jest nim wyjazdowy turnus szkoleniowy, podczas którego w jednym miejscu i czasie realizowanych jest nawet kilkadziesiąt szkoleń otwartych. A więc w tym samym czasie, w którym pracownik z działu HR uzupełnia swoją wiedzę z „Prawa pracy”, w sali obok inni pracownicy mogą uczyć się tajników skutecznej sprzedaży, a jeszcze inni poznawać mogą zasady nowoczesnego marketingu. Effect Group wyjazdy szkoleniowe tego typu realizuje kilka razy w roku, m.in. w Sopocie i w Zakopanem – od wielu lat cieszą się one niesłabnącym zainteresowaniem.
Jak więc widać, możliwości jest coraz więcej, a polskie firmy wykazują dużą potrzebę, by z nich korzystać. Cieszy fakt, że menedżerowie doceniają potrzebę rozwijania kompetencji swoich pracowników i mają poczucie, że jest to inwestycja, która się opłaca. W dodatku dotyczy to już nie tylko – jak dawniej – tzw. szkoleń twardych, ale również kompetencji miękkich.
Chociaż… Czy faktycznie np. umiejętność stawiania czoła stresowi jest umiejętnością miękką? Cóż, tu zdania są podzielone.
Zgodnie z decyzją Rady Nadzorczej Deutsche Bank Polska S.A., z dniem 1 maja 2019 r., Tomasz Kowalski obejmie stanowisko p.o. Prezesa Zarządu Banku. Zmiana ta spowodowana jest zakończeniem wieloletniego pełnienia tej funkcji przez dotychczasowego Prezesa Zarządu, dr. hab. Krzysztofa Kalickiego, który pod koniec maja br. dołączy do Rady Nadzorczej Deutsche Bank Polska S.A.
Tomasz Kowalski – Deutsche Bank Polska S.A.
Tomasz Kowalski związany jest z Grupą Deutsche Bank w Polsce od 2004 roku. Jako Członek Zarządu Deutsche Bank Polska S.A., a wcześniej Deutsche Bank PBC S.A. oraz Chief Operating Officer był odpowiedzialny za zarządzanie departamentami operacyjnymi i administracyjnymi. Odegrał też kluczową rolę w wielu projektach strategicznych, tworząc sieć oddziałów, budując relacje z Klientami i Partnerami Biznesowymi Banku oraz współpracując z instytucjami nadzorczymi. Z dniem 1 maja 2019 r. obejmie funkcje p.o. Prezesa Zarządu Deutsche Bank Polska S.A. oraz Szefa Grupy Deutsche Bank w Polsce.
Tomasz Kowalski jest absolwentem Wydziału Ekonomiki i Organizacji Handlu Zagranicznego Akademii Ekonomicznej w Poznaniu oraz Clemson University w Stanach Zjednoczonych. Ukończył także studia podyplomowe na uniwersytecie w Wisconsin. Z bankowością związany od 1993 roku. W latach 1993-1995 zatrudniony był w departamencie pożyczek Polish-American Small Business Credit Corporation, a w latach 1995-2003 związany z Bankiem PPA, późniejszym Fortis Bank Polska. W tym czasie pełnił funkcję dyrektora regionu ds. sprzedaży, uczestnicząc także w pracach komitetów kredytowych, komitetu sterującego oraz ALCO. W latach 2002-2003 był zastępcą dyrektora pionu obsługi małych przedsiębiorstw i Klientów indywidualnych Fortis Bank Polska. W roku 2004 kierował projektem wprowadzenia do oferty usług dla przedsiębiorstw Lukas Bank. W roku 2004 dołączył do Grupy Deutsche Bank odpowiadając za szereg kluczowych projektów zarówno w obszarze sprzedaży, jak i strategii.Obejmując funkcję p.o. Prezesa Zarządu Deutsche Bank Polska S.A. z dniem 1 maja br., Tomasz Kowalski zastąpi dr. hab. Krzysztofa Kalickiego, który stanowisko Prezesa Zarządu oraz Szefa Grupy Deutsche Bank w Polsce pełnił nieprzerwanie od 2003 roku. Z Deutsche Bank Polska S.A. związany jest od 1998 roku. Wykładowca uniwersytecki, profesor w Akademii Leona Koźmińskiego, autor ponad stu publikacji z dziedziny finansów i bankowości, członek licznych rad nadzorczych, Wiceprezes Zarządu Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (obecnie Szkoła Główna Handlowa) w Warszawie. Tam też uzyskał tytuł doktora habilitowanego i przez wiele lat pracował jako wykładowca w Katedrze Finansów Międzynarodowych. W latach dziewięćdziesiątych w Ministerstwie Finansów pełnił kolejno funkcje: Doradcy Ministra Finansów, Dyrektora Departamentu Zagranicznego, a następnie Sekretarza Stanu, I Zastępcy Ministra Finansów. Zanim podjął pracę w Deutsche Bank, sprawował stanowisko Wiceprezesa Zarządu Banku Pekao S.A.
Nowy skład Zarządu Deutsche Bank Polska S.A.:
– Tomasz Kowalski – pełniący obowiązki Prezesa Zarządu
Spółka NL Leasing, należąca do Grupy DBK, jednogłośnie została przyjęta do Związku Polskiego Leasingu na ostatnim posiedzeniu Komitetu Wykonawczego ZPL.
Jest to szczególne wyróżnienie dla Grupy DBK, która już od wielu lat jest leaderem na polskim rynku w dostarczaniu pojazdów i usług dla branży TSL. ZPL zrzesza obecnie 30 podmiotów, reprezentujących ponad 90% całego rynku leasingu w Polsce. Aktywny portfel branży leasingowej to ponad 146,6 mld złotych. W ubiegłym roku branża leasingowa wzrosła o 21,8% i sfinansowała ponad 82 mld złotych aktywów. Warty uwagi jest fakt, że ponad 71% finansowania to samochody osobowe, dostawcze i ciężarowe (w tym transport ciężki stanowi 24%), plasując Polskę na czołowej pozycji w Europie.
Artur Nowicki, członek Rady Nadzorczej Grupy DBK
„Liczymy na to, że współpraca w ramach ZPL przyniesie obustronne korzyści. Grupa DBK wnosi duże doświadczenie, pozycję rynkową, jak i bardzo dobrą znajomość rynku lokalnego. Planujemy też aktywnie uczestniczyć w działalności związku, szczególnie w grupie motoryzacyjnej, digitalizacji, prawno-podatkowej i innych – mówi Artur Nowicki, członek Rady Nadzorczej Grupy DBK, jednocześnie pełniący funkcję Wiceprzewodniczącego Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu. – Szczególnie jesteśmy zainteresowani współpracą w zakresie rozwoju rynku sprzedaży pojazdów użytkowych, rozwoju alternatywnych paliw, jak i tez wdrożenia alternatywnych sposobów korzystania z pojazdów (np. wynajem, car sharing, abonament), jak i innowacyjnych rozwiązań w zakresie telematyki.”
Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu
„Bardzo się cieszymy, że nasze grono powiększa się o grupę firm oferującą innowacyjne produkty i usługi dla branży TSL. Liczymy na to, że możliwość korzystania z profesjonalizmu i bogatego doświadczenia zawodowego naszej nowej firmy członkowskiej, pozytywnie wpłynie na dalszy dynamiczny rozwój polskiego rynku leasingu w zakresie kompleksowej obsługi flot pojazdów ciężarowych, jak również wzmocni Związek w działaniach na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa w obrocie gospodarczym zrzeszonych firm członkowskich i ich klientów” – powiedział Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu.
Księgowość, w której stale rośnie znaczenie zaawansowanej technologii, potrzebuje coraz więcej… dobrych księgowych – wynika z oceny Tax Care w ostatnim dniu rozliczania podatku dochodowego za zeszły rok.
Rozwój technologii umożliwia automatyzację coraz większej liczby procesów biznesowych, w tym przetwarzanie dużej ilości ustrukturyzowanych danych finansowych. Cyfryzacji podlegają też usługi księgowe, większości spośród ok. 70 tys. zarejestrowanych w Polsce biur rachunkowych. Według analiz Tax Care, samo wprowadzenie możliwości automatycznego wczytywania danych z elektronicznych wersji faktur, zaoszczędziło około 30% czasu pracy księgowych.
– Cenny czas, odzyskany dzięki zaprzęgnięciu do pracy technologii, księgowi mogą i powinni przeznaczyć na rozwijanie swojej wiedzy, ponieważ klienci chcą dziś przede wszystkim widzieć w nich doradców, a nie tylko buchalterów – mówi Grzegorz Grodek, wiceprezes firmy Tax Care, która od początku swojej działalności stawia na automatyzację procesów księgowych.
Zmiany zauważane przez Tax Care potwierdza też raport „Czy roboty potrzebują ludzi” opublikowany w kwietniu przez Manpower Group. Wynika z niego, że aż 87% pracodawców w Polsce w wyniku automatyzacji zamierza zwiększyć lub utrzymać liczbę pracowników na obecnym poziomie. Wzrost dotyczyć ma także branży księgowej, ale autorzy raportu podkreślają, że zmienią się pożądane u pracowników księgowości kompetencje. Mniej istotne stanie się przestrzeganie procedur, dbanie o zgodność danych i prowadzenie rejestrów, a na znaczeniu zyskają kompetencje miękkie i analityczne.
Księgowość z dużym potencjałem automatyzacji
– Programy księgowe, nawet te najlepsze, nie są w stanie zastąpić intuicji księgowego. Mogą jedynie pomagać księgowym. Wyraźnym przykładem jest art. 23 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, który mówi o tym, czego nie uważa się za koszty uzyskania przychodów. Trudno mi wyobrazić sobie ustawienie warunków jakiejś aplikacji do kwalifikowania kosztów za podatkowe. Pewnie jest to możliwe, ale póki co sztuczna inteligencja nie zastąpi naszej. Ciągłe zmiany w przepisach też nie pomagają programistom –mówi Magdalena Ślęzak, księgowa Tax Care z Opoczna.
Księgowi zwracają uwagę na to, że nigdy w ciągu 26 lat historii rozliczania w Polsce podatku dochodowego od osób fizycznych księgowi nie przestali być potrzebni. Przeciwnie, ich rola stale rośnie. Księgowi pracujący dla Tax Care sygnalizują, że mimo wprowadzenia w tym roku przez Ministerstwo Finansów narzędzia Twój e-PIT, wzrosła liczba osób potrzebujących pomocy księgowej. Jednym z powodów może być chęć dobrego wykorzystania wszystkich możliwych ulg oraz rosnąca w Polsce liczba osób, które uzyskują dochody za granicą. Zjawisko widać też w podatkach od firm, gdzie wprowadzenie JPK_VAT i innych plików kontrolnych wzmogło dyscyplinę przedsiębiorców i zachęciło ich do staranniejszego prowadzenia rozliczeń. Często z pomocą księgowych.
– Sama zetknęłam się z sytuacją w której jeden z programów do rozliczeń źle wyliczył klientowi ulgę z tytułu abolicji podatkowej. Zauważyłam, że nie można ślepo wprowadzić danych i czekać na to, aż program wszystko wyliczy. To nie program odpowiada przed fiskusem za błędy tylko podatnik – zauważa Magdalena Ślęzak.
Dobry księgowy cenniejszy niż sztuczna inteligencja
– Księgowy już nie tylko liczy zobowiązania wobec instytucji państwowych, ale też doradza w kwestiach finansowych. Dziś programy komputerowe, takie jak rozwijana przez Tax Care Chmura Faktur, pomagają w tworzeniu i przetwarzaniu e-dokumentów, plików JPK, wystawianiu faktur, wprowadzaniu kosztów. Tak zwane OCR-y pozwalają na automatyczne zapisywanie danych z zeskanowanych dokumentów w odpowiednich rubrykach –mówi Grzegorz Grodek, wiceprezes firmy Tax Care– Jednak żaden program nie jest ekspertem w sprawach podatkowych i nie podejmie sam decyzji np. o formie rozliczania firmowego auta, stawce ZUS dla nowego przedsiębiorcy lub o zakwalifikowaniu do odliczenia kosztów firmowych – podsumowuje Grzegorz Grodek.
Potwierdzają to księgowi Tax Care, którzy podkreślają, że rozwiązania informatyczne nie są w stanie poradzić sobie z niejednoznacznymi i nieprecyzyjnymi przepisami. W efekcie pojawia się wiele ich interpretacji. Na dodatek ustawodawcy bardzo często wprowadzają zmiany, do których na razie księgowi są w stanie dostosować się szybciej niż sztuczna inteligencja.
Losy franka szwajcarskiego nadal wywołują wiele emocji w Polsce. Jakie są więc prognozy? Według ekspertów Ebury, kurs CHF/PLN na koniec roku powinien być w okolicy 3,75.
Podobnie jak w przypadku pozostałych walut należących do grona „safe haven”, również frank szwajcarski (CHF) w ubiegłym roku radził sobie lepiej w porównaniu do większości walut G10. W ubiegłym roku rynek niepokoił się o perspektywy globalnego wzrostu gospodarczego, jak również utrzymującą się niepewność dotyczącą przyszłego kształtu relacji w handlu międzynarodowym. W obliczu wzrostu niepewności inwestorzy zdecydowali się zatem zaufać aktywom obciążonym mniejszym ryzykiem. Oprócz przepływów wynikających ze statusu „safe haven”, CHF zyskał również na szerokiej wyprzedaży euro. Tym samym pod koniec marca frank szwajcarski umocnił się w parze ze wspólną europejską walutą do najwyższego poziomu od 20 miesięcy, zyskując również w parze ze złotym.
Uważamy, że niepokój wokół wojny handlowej na linii USA-Chiny – według nas zbyt przesadny – spowodował nieco nadmierne umocnienie franka szwajcarskiego. Z kolei siła CHF jak dotąd nie sprzyjała inflacji, której niski poziom zapewnia utrzymanie dotychczasowej polityki monetarnej przez Narodowy Bank Szwajcarii (SNB).
Niezwykle „gołębi” bank centralny
SNB od dłuższego czasu walczy z uporczywie niską inflacją, stąd w ostatnich miesiącach polityka banku centralnego wyróżniała się najbardziej „gołębim” charakterem spośród krajów G10. Stopy procentowe w Szwajcarii pozostają ujemne i utrzymują się na poziomie minus 0,75%. Podczas marcowego spotkania członkowie SNB nie zdecydowali się na zmianę status quo.
Zaraz po spotkaniu przewodniczący SNB, Thomas Jordan, stwierdził, że ujemne stopy procentowe pozostaną „ważnym instrumentem polityki monetarnej w najbliższej przyszłości”. Jordan powtórzył również dotychczasowe stanowisko banku centralnego, czyli SNB jest gotów interweniować na rynku walutowym w celu osłabienia „wysoko wycenianego” franka szwajcarskiego. Niedawne umocnienie waluty zwiększa jednak prawdopodobieństwo tego, że decydenci zaczną ponownie określać CHF mianem „znacznie przewartościowanego”. Decydenci SNB wielokrotnie podkreślali bowiem wolę osłabienia franka, co pozwoliłoby na pożądany przez nich wzrost dynamiki cen, jak i na wzrost konkurencyjności szwajcarskiego eksportu.
Jesteśmy zdania, że SNB jeszcze przez jakiś czas utrzyma dotychczasową bardzo ekspansywną politykę monetarną, zwłaszcza biorąc pod uwagę czynniki ryzyka, które mogą wpłynąć negatywnie na gospodarkę światową (utrzymujący się niepokój związany z wojną handlową jak i niepewność związaną z Brexitem). Warto również zwrócić uwagę, że w ostatnich kwartałach inflacja CPI w Szwajcarii zdołała jeszcze bardziej zwolnić – w marcu wynosiła 0,7%, co jest jej najniższym poziomem od półtorej roku. Podobnie jak w strefie euro, również w Szwajcarii wskaźnik inflacji bazowej utrzymywał się na niskim poziomie. Przez cały poprzedni rok dynamika cen po wykluczeniu najbardziej zmiennych kosztów żywności i prądu znajdowała się w okolicy poziomu 0,5%.
Wspomniane źródła ryzyka dla perspektyw gospodarczych zaważyły również nad aktywnością biznesową Szwajcarii. Kraj co prawda doświadczył ożywienia od trzeciego kwartału 2018 roku, kiedy to obserwowaliśmy skurczenie szwajcarskiej gospodarki, aczkolwiek w ostatnich trzech miesiącach 2018 roku wspomniany wzrost wyniósł zaledwie 0,2% w ujęciu kwartalnym. Również dane w ujęciu rocznym wskazują, że dynamika PKB we wspominanym okresie była najniższa od połowy 2017 roku. Szczególną słabością charakteryzował się popyt wewnętrzny, za co odpowiada przede wszystkim niski wzrost wynagrodzeń. Równie rozczarowujące okazały się inwestycje. W marcu indeks aktywności biznesowej PMI w sektorze przemysłu według Markit spadł do poziomu 50,3, co ledwo przekracza granicę wyznaczającą ekspansję sektora i jest najniższym poziomem wskaźnika od grudnia 2015 roku.
Indeks aktywności biznesowej PMI dla przemysłu w Szwajcarii (2016-2019)
Niedawne spowolnienie aktywności gospodarczej i dynamiki cen w Szwajcarii wzmacniają nasz pogląd zgodnie z którym w kolejnych kwartałach polityka monetarna w Szwajcarii pozostanie bez większych zmian. SNB niezmiennie wyraża swoje zaniepokojenie wysoką wyceną franka szwajcarskiego. Bank centralny wydaje się zdeterminowany do kontynuowania interwencji na rynku walutowym w celu powstrzymania nadmiernej aprecjacji franka szwajcarskiego.
Prognoza Ebury
Z drugiej strony, szwajcarska waluta w świadomości inwestorów nadal postrzegana jest jako „bezpieczna”, co powinno sprawić, iż nadal pozostanie ona atrakcyjna dla inwestorów. Niemniej z uwagi na oczekiwaną przez nas dematerializację ryzyka w kontekście konfliktu handlowego na linii USA-Chiny spodziewamy się ograniczenia przepływów z tytułu wspomnianego statusu waluty. W związku z tym, w 2019 roku spodziewamy się ustabilizowania kursu EUR/CHF na poziomach nieco wyższych od obecnego. Uwzględniając to, iż oczekujemy również łagodnej aprecjacji polskiej waluty w relacji do euro spodziewamy się również umocnienia złotego w relacji do franka szwajcarskiego.
Prognoza kursu franka szwajcarskiego
USD/CHF
EUR/CHF
CHF/PLN
Q2-2019
0,99
1,14
3,75
Q3-2019
0,99
1,14
3,75
E-2019
0,99
1,14
3,75
Q1-2020
0,98
1,14
3,70
E-2020
0,97
1,14
3,70
Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
W minionym tygodniu indeksy amerykańskie kontynuowały marsz w górę, aby w końcu znaleźć się na poziomie historycznych szczytów. Wzrost był napędzany, między innymi, spływającymi dobrymi wynikami amerykańskich spółek w pierwszym kwartale bieżącego roku.
W piątek opublikowany został odczyt PKB za pierwszy kwartał w USA, który znacząco przebił oczekiwania rynkowe, 3,2% wobec prognozowanych około 2,5%. Gorzej jednak wyglądała sama struktura wzrostu – spadła konsumpcja oraz inwestycje w kapitał trwały, a oczekiwania przebiły przede wszystkim wzrost wydatków rządowych oraz eksport netto (w głównej mierze ze sprawą spadku importu). Słabiej wypadła też miara inflacji, czyli deflator PKB. Taka struktura danych spowodowała spadek rentowności obligacji wraz z lekkim osłabieniem dolara. W skali całego tygodnia S&P wzrosło o 1,20%, DJIA spadł o -0,06%, a indeks giełdy Nasdaq zyskał 1,85%. W Europie wyniki indeksów były już nieco gorsze. Niemiecki DAX wzrósł o 0,76%, a francuski CAC oraz brytyjski FTSE100 straciły, odpowiednio, -0,20% oraz -0,42%.
W Polsce również nie byliśmy świadkami takich wzrostów jak za oceanem. Indeks szerokiego rynku WIG zakończył tydzień z wynikiem 0,13%, w tym największe spółki zyskały 0,29%, a indeksy mniejszych i średnich spółek, sWIG80 i mWIG40, straciły, odpowiednio, -1,09% oraz -0,15%.
Ten tydzień, mimo iż w Polsce czekają nas dwa dni wolne, zapowiada się wyjątkowo ciekawie. W krajowej gospodarce poznamy wstępny odczyt inflacji CPI we wtorek oraz wielkość indeksu PMI w przemyśle w czwartek. Na rynkach globalnych kalendarz makroekonomiczny wypełniony jest po brzegi. We wtorek dzień rozpoczniemy od odczytów indeksów PMI z Chin, aby w ciągu dnia poznać wartości PKB oraz inflacji w gospodarkach europejskich. W środę zobaczymy odczyty zatrudnienia według ADP oraz indeks ISM w przemyśle, a wieczorem decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych podejmie Fed. Wyjątkowo istotny będzie również piątek, w którym opublikowane zostaną dane z amerykańskiego rynku pracy oraz indeks ISM w usługach z USA.
Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.
Aż 90% kasjerów oczekuje od swojego pracodawcy podniesienia wynagrodzenia. Prawie połowa z nich mówi o wzroście w wysokości 10%, a niecałe 40% wskazuje na 15% podwyżkę. Tylko 2% badanych zdecydowanie nie myśli o wyższych zarobkach. W dyskontach najwięcej osób chce podwyższenia płacy o 10%, a w hipermarketach – o 15%. Pracownicy supermarketów w większości chcieliby zarabiać o 10% więcej niż dotychczas. Natomiast w sieciach convenience oczekiwania pomiędzy 10% a 15% są w miarę podobne. W tym formacie najwięcej respondentów nie ma zdania na ten temat. Najmniej niezdecydowania jest w hipermarketach. Tak wykazało badanie przeprowadzone przez Hiper-Com Poland i Grupę Mobilną Qpony-Blix.
Strajku nie będzie?
Tylko 2% respondentów zdecydowanie nie oczekuje podwyżki od swojego pracodawcy. Zdaniem Elżbiety Jakubowskiej, Przewodniczącej NSZZ „Solidarność” przy TESCO, ten mały odsetek pokazuje, że większość kasjerów i kasjerek zna już swoją wartość na rynku pracy. Osoby zatrudnione w sieciach handlowych doskonale wiedzą o tym, że pracodawcom brakuje obecnie wykwalifikowanych pracowników. Tym samym coraz bardziej siebie cenią.
– W tym nikłym odsetku mogą być np. kasjerzy, którzy nie wiążą z obecną pracą przyszłości. Być może szukają innych ofert i dlatego zdecydowanie nie oczekują podwyżek. Nie dziwi mnie to, że tak mało jest tego typu deklaracji. Generalnie niewielu ludzi ma nieduże potrzeby i naprawdę cieszy się z otrzymywanej pensji, bez względu na jej wysokość – komentuje Hubert Majkowski, Country Manager z Hiper-Com Poland.
Warto dodać, że tylko kilka procent badanych nie ma wyrobionego zdania w tym zakresie. Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, uważa, że niezdecydowane osoby mogą mieć problem z ogólną oceną sytuacji rynkowej. Nie są w stanie porównać swoich dochodów z zarobkami innych osób na podobnych stanowiskach. Dlatego trudno im stwierdzić, czy rzeczywiście powinni ubiegać się o podwyżki.
– Z przeprowadzonego badania wynika, że 90% badanych oczekuje podwyżek. Najwięcej osób wskazuje 10%. Nieco mniej mówi o 15%. A najmniej respondentów podaje 5%. W mojej opinii, pracownicy precyzują swoje oczekiwania na podstawie wzrostu najniższej krajowej i miesięcznych wydatków, które przeznaczają na życie – tłumaczy przewodnicząca NSZZ „Solidarność” przy TESCO.
Marcin Lenkiewicz wyjaśnia, że najwięcej kasjerów wskazuje 10%, ponieważ byłby to dla nich odczuwalny zastrzyk gotówki. Pracownicy mogą mieć poczucie, że sieci handlowe stać na taki dodatkowy wydatek. 5% nie wzbogaciłoby specjalnie domowego budżetu, a 15% wydaje się mało prawdopodobne do uzyskania. Z kolei ekspert z Hiper-Com Poland dodaje, że 10% jest złotym środkiem. Nie jest to zbyt mało i nie za dużo, by porozmawiać o tym z pracodawcą.
– Podwyżki już były w tym sektorze. I trudno przewidywać kolejne, zwłaszcza że spada koniunktura i firmy zarabiają mniej niż w zeszłym roku. Zbytnie naciski kasjerów na pracodawców mogą doprowadzić do tego, że najsilniejsi gracze na rynku szybciej zainwestują w automatyzację kas i obsługi klientów. A gdy część ludzi zostanie już zastąpiona przez maszyny, naturalnie zmniejszy się zapotrzebowanie na tego typu pracowników – zaznacza dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, były dyrektor generalny POHiD-u.
Z kolei wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix zwraca uwagę na to, że pomimo wdrażania nowinek technologicznych, kasjerzy nadal odgrywają kluczową rolę w funkcjonowaniu sklepów. Jednocześnie ich pracodawcy twierdzą, że coraz trudniej jest pozyskać i utrzymać pracowników na tym stanowisku. Elżbieta Jakubowska potwierdza, że wiele osób przechodzi z sieci do sieci z powodu lepszych warunków płacowych. Jest to możliwe, ponieważ niektóre firmy rok rocznie podnoszą wynagrodzenia. Dlatego w obecnej chwili kasjerzy nie muszą strajkować, aby zarabiać coraz więcej.
– Nie sądzę, żeby pracownicy kas zdecydowali się na strajk. Nie są tak dobrze zorganizowani w związkach zawodowych, jak nauczyciele czy pielęgniarki. W ciągu ostatnich 3 lat płace kasjerów i kasjerek rosły procentowo szybciej niż m.in. pedagogów. W sektorze handlu poprawiły się też pozapłacowe warunki zatrudnienia. Wprowadzono m.in. umowy o pracę w miejscu zleceń – mówi prof. Krzysztof Piech z warszawskiej Uczelni Łazarskiego.
Różnice między formatami
Aż 45% pracowników dyskontów najbardziej oczekuje 10% podwyżki. Natomiast 33% badanych mówi o 15% wzroście płacy. Według Huberta Majkowskiego, perspektywa podwyżki dwucyfrowej jest dla każdego pracownika o wiele bardziej atrakcyjna niż 5%. Tę ostatnią wskazało tylko 11% respondentów. Format rozwija się bardzo dynamicznie, a co za tym idzie, sklepy potrzebują coraz więcej pracowników. I właśnie przez to tworzy się presja płacowa. Osoby już zatrudnione w dyskontach oczekują wyrównania ich pensji do nowych ofert.
– W hipermarketach więcej osób oczekuje podwyżki w wysokości 15% niż 10% czy 5% – odpowiednio 49%, 31% i 14% badanych. Wynika to z tego, że zatrudnieni w tym formacie pracownicy porównują swoje zarobki z oferowanymi w dyskontach. Znają je przecież z mediów. Wiedząc o tym, że praca w większej placówce bywa bardziej uciążliwa, chcą mieć płace przynajmniej na tym samym poziomie co kasjerzy dyskontowi. Dlatego mniej respondentów zadowoliłoby się 10% wzrostem wynagrodzenia – podkreśla dr Faliński.
Przewodnicząca NSZZ „Solidarność” przy TESCO informuje, że pracownicy hipermarketów mają coraz więcej różnorodnych zadań do wykonania, głównie z powodu malejącej liczby zatrudnionych. Obecnie w sklepach jest aż 3-krotnie mniej kasjerów niż 4 lata temu. To powoduje, że oprócz kas muszą oni obsługiwać wszystkie działy, m.in. AGD czy produkty świeże. To wymaga ogromnej elastyczności i znajomości niemal każdego artykułu znajdującego się w wielkopowierzchniowej placówce. Kiedyś tak nie było. Za rozszerzonym zakresem obowiązków powinien iść wzrost wynagrodzenia.
– Natomiast w supermarketach aż 53% kasjerów i kasjerek chciałoby otrzymać 10% podwyżkę. 27% badanych oczekuje o 15% większych dochodów. Pracownicy wiedzą o tym, że sieciom supermarketowym nie idzie tak dobrze, jak innym na rynku. Nie bez znaczenia jest też to, że supermarkety w większości nadal stanowią polski kapitał. Zazwyczaj są to firmy mniej zasobne i efektywne niż zagraniczne – zauważa były dyrektor generalny POHID-u.
W sieciach typu convenience widzimy, że oczekiwania pomiędzy 10% a 15% są w miarę podobne. Odpowiednio oczekuje ich 39% i 36% badanych. Hubert Majkowski przypomina, że w małych sklepach, m.in. franczyzowych, wynagrodzenia nie rosły tak szybko, jak w innych formatach. Pracownicy generalnie chcą więc poprawy swojej sytuacji. Jednocześnie mogą uważać, że ich praca jest lżejsza niż osób zatrudnionych w wielkopowierzchniowych placówkach. Dlatego oczekiwania są wypośrodkowane.
– Trzeba też zauważyć, że pracownicy sieci convenience są najbardziej niezdecydowani co do tego, czy w ogóle chcą podwyżek. Niepewność deklaruje 12% zatrudnionych w tym formacie. Prawdopodobnie znacząca część z nich pracuje w rodzinnych sklepach. Panują tam zupełnie inne relacje niż w dużych hipermarketach czy w supermarketach. Klientów mogą obsługiwać m.in. krewni, sąsiedzi lub znajomi właścicieli, a także osoby starsze bądź imigranci, którzy nie chcą stracić dobrej posady – ocenia dr Faliński.
Najmniej niezdecydowani co do podwyżek są pracownicy hipermarketów. Tylko 5% z nich nie ma wyrobionego zdania na ten temat. W ocenie Elżbiety Jakubowskiej, ta grupa kasjerów jest najbardziej zintegrowana i świadoma tego, co się dzieje na rynku. Osoby pracujące w tych samych placówkach wzajemnie wymieniają się informacjami. W efekcie wiedzą, czego chcą dla siebie. Jak podsumowuje Hubert Majkowski, największe powierzchniowo sklepy kojarzą się z dużymi obrotami, a to zwykle utwierdza pracowników w przekonaniu, że ich pracodawców stać na zwiększanie pensji.
Badanie zostało zrealizowane przez Hiper-Com Poland i Grupę Mobilną Qpony-Blix na terenie 10 dużych miast, tj. Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy, Białegostoku, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Katowic i Krakowa, a także 11 średnich i mniejszych ośrodków. Ankietę przeprowadzono pomiędzy 25 marca a 8 kwietnia br. w sieciach handlowych. Wśród nich było 86 dyskontów, 88 hipermarketów, 76 supermarketów i 80 sieci convenience. Łącznie badaniu poddano 330 placówek. W każdym sklepie pytano o zdanie 2 pracowników. W sumie wypowiedziało się 660 osób, w tym 54% kobiet i 46% mężczyzn.
W 2018 roku polska gospodarka wzrosła o 5,1 proc., najmocniej od 2007 roku, a według Międzynarodowego Funduszu Walutowego w tym roku rozwinie się o kolejne 3,8 proc. To więcej niż przewidywany średni wzrost dla świata, który według prognoz ma wynieść 3,3 proc. i najwyższe tempo wśród dużych krajów. Problemem jednak jest wciąż przewaga konsumpcji nad inwestycjami.
– Obecna koniunktura w Polsce jest bardzo dobra, rośnie konsumpcja, rosną inwestycje, PKB mamy najwyższe wśród naszych sąsiadów. Prognozujemy w 2019 roku PKB na poziomie około 4 proc., to jest wysoki poziom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Trzecińska, wiceprezes Narodowego Banku Polskiego. – Prognozy na przyszłe lata oczywiście zależą od sytuacji w strefie euro naszych głównych partnerów handlowych. Sytuacja tam pogarsza się, jest spowolnienie gospodarcze, w związku z tym nieznaczne osłabienie, ale też ostatnie zapowiedziane przez rząd w obszarze polityki fiskalnej działania zapewne wzmocnią wzrost PKB.
Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii przywołało najnowsze dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2018 r., według których PKB na mieszkańca w Polsce osiągnął poziom blisko 32 tys. dolarów, czyli ok. 74 proc. wartości tego wskaźnika dla całej UE. W 2018 r. wskaźnik ten w Polsce był wyższy o ponad 5,2 tys. dolarów w porównaniu z rokiem 2015, podczas gdy dla całej UE wzrósł w tym czasie o ok. 4,6 tys. Na początku stulecia relacja dochodu Polaka do Europejczyka była na poziomie 48 proc. W 2012 r. osiągnęła ona poziom 66 proc., w trzy lata później 69 proc., a w 2018 r. już 74 proc. wartości UE.
Wzrost gospodarczy przez kilka ostatnich lat napędzała głównie konsumpcja, wsparta programem 500+ i rosnącymi wynagrodzeniami. Eksport rósł, jednak jeszcze szybciej zwiększał się import, przez co netto wynik był ujemny. Jednak według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2018 roku nastąpiły zmiany. Nakłady inwestycyjne w wzrosły o 1,4 pkt proc. mocniej niż zakładały pierwotne szacunki – do 8,7 proc., a to więcej zarówno niż tempo wzrostu konsumpcji (po rewizji 4,5 proc.), jak i eksportu (po rewizji 7,1 proc.).
– Z jednej strony mamy spowolnienie gospodarcze, a z drugiej strony mamy dosyć ekspansywną politykę budżetową i w pewnym sensie dosyć luźną politykę pieniężną, czyli działają dwa czynniki, które wpływają na wzrost gospodarczy – Krzysztof Kalicki, prezes zarządu Deutsche Bank Polska. – Ale z drugiej strony te perspektywy rozwojowe, które nie są bardzo dobre, jednak to ryzyko i pogorszenia się koniunktury gospodarczej i to ryzyko takie wewnętrzne prawno-administracyjne i polityczne w Polsce powodują, że inwestycje rosną bardzo wolno.
W 2019 roku według projekcji inflacji Narodowego Banku Polskiego polska gospodarka urośnie o 4 proc., w 2020 o 3,7 proc., w 2021 – o 3,5 proc. Wkład eksportu netto będzie neutralny (od -0,3 pkt proc. w 2019 roku do +0,1 pkt proc. w 2021 r.), spożycie gospodarstw domowych zwiększy się odpowiednio o 4,4 proc., 4,3 proc. i 3,6 proc., a nakłady inwestycyjne wzrosną o 5,4 proc., 3,7 proc. i 2,6 proc., czyli tempo ich wzrostu będzie słabnąć w stosunku do ścieżki rozwoju całej gospodarki.
– Wydaje mi się, że to jest wielki problem Polski, czyli inaczej mówiąc, czy mamy zwiększać konsumpcję i w ten sposób nakręcać wzrost gospodarczy czy powinniśmy większą jednak uwagę zwrócić na inwestycje, na to, żeby budować podstawy długoterminowego rozwoju – zastanawia się Krzysztof Kalicki. – Wydaje mi się, że presja polityczna i walka o władzę niestety oddziałuje negatywnie na długoterminowy rozwój kraju. Konieczność wygrania wyborów czy chęć wygrania wyborów trochę podważa zdrowy rozsądek.
W ubiegłym roku do Biura Rzecznika Finansowego wpłynęło prawie 1,8 tys. skarg związanych z kredytami konsumenckimi, co stanowiło 18-procentowy wzrost w ujęciu rocznym. Średnio co czwarta skarga dotyczy problemów z rozliczeniem kredytu przy jego wcześniejszej spłacie. Zgodnie z interpretacją Rzecznika Finansowego i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, wszystkie koszty związane z kredytem przy jego wcześniejszej spłacie powinny zostać proporcjonalnie rozliczone. Niestety, zarówno banki, jak i firmy pożyczkowe niechętnie zwracają klientom część prowizji czy opłat przygotowawczych.
– Niestety, widzimy coraz więcej skarg związanych z pożyczkami czy też kredytami konsumenckimi. Jest to coraz poważniejszy problem, klienci skarżą się coraz odważniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Jaworski, ekspert ds. komunikacji i edukacji z Biura Rzecznika Finansowego.
W ubiegłym roku do Biura Rzecznika Finansowego wpłynęło prawie 1,8 tys. skarg związanych z kredytami konsumenckimi, co stanowiło 18-procentowy wzrost w ujęciu rocznym. Około 60 proc. zgłaszanych spraw dotyczy pożyczek udzielanych przez banki, pozostałe to skargi na firmy pożyczkowe i SKOK-i. Średnio co czwarta dotyczy problemów z rozliczeniem kredytu przy jego wcześniejszej spłacie.
– Zgodnie z interpretacją Rzecznika Finansowego i UOKiK, wszystkie koszty związane z kredytem przy jego wcześniejszej spłacie powinny zostać proporcjonalnie rozliczone. Niestety, zarówno banki, jak i firmy pożyczkowe inaczej interpretują ten przepis i nie chcą oddawać niektórych kosztów, chodzi tu głównie o prowizje czy opłaty przygotowawcze. Tymczasem w opinii naszej i UOKiK wszystkie te opłaty poniesione przez klienta powinny być odpowiednio rozliczone – podkreśla Marcin Jaworski.
Tylko w marcu banki i SKOK-i udzieliły klientom łącznie 592,7 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 7,92 mld zł – wynika z danych BIK. W porównaniu do marca 2018 roku jest to spadek o 6,4 proc. w ujęciu liczbowym, ale wzrost o 5,7 proc. w ujęciu wartościowym. Z kolei firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły w marcu 219,3 tys. pożyczek na łączną kwotę 564 mln zł (spadek o 8,7 proc. pod względem liczby i o 9,8 proc. pod względem wartości pożyczek). Począwszy od stycznia, firmy pożyczkowe udzieliły klientom w sumie 661,6 tys. pożyczek na łączną kwotę 1,709 mld zł.
– Warto spróbować spłacić wcześniej kredyt, ponieważ, zgodnie z przepisami, klient powinien dostać proporcjonalny zwrot wszystkich poniesionych kosztów, a to są niebagatelne kwoty. Przykładowo, jeśli opłata przygotowawcza czy prowizja wynosi 1,5 tys. zł, spłata zostanie dokonana w połowie okresu kredytowania, to, jak łatwo policzyć, powinniśmy dostać 750 zł zwrotu, co znacznie obniża koszty takiej pożyczki. Dlatego namawiamy, żeby w miarę możliwości spłacać wcześniej te kredyty i domagać się zwrotu – rozliczenia zarówno odsetek, jak i tych poniesionych kosztów prowizji, opłat przygotowawczych czy też kosztów składek za ubezpieczenie – mówi Marcin Jaworski.
Jeżeli bank lub firma pożyczkowa odmawia klientowi proporcjonalnego rozliczenia kosztów przy wcześniejszej spłacie – należy w pierwszej kolejności złożyć reklamację do tej instytucji. Jeśli podtrzyma ona swoje stanowisko – wówczas można zwrócić się z wnioskiem o interwencję do Rzecznika Finansowego. W sytuacji, kiedy ta również nie przyniesie skutku – biuro Rzecznika wspiera klientów na etapie dalszego postępowanie sądowego tzw. istotnym poglądem. To opinia Rzecznika Finansowego o charakterze pomocniczym, którą musi wziąć pod uwagę sąd. Nie jest dla niego wiążąca, jednak w uzasadnieniu orzeczenia sąd powinien ustosunkować się do zawartych w niej argumentów. W 2017 roku Rzecznik Finansowy przedstawił 1129 istotne poglądy, wspierając w ten sposób klientów podmiotów rynku finansowego na etapie postępowań sądowych.
Ekspert z Biura Rzecznika Finansowego Marcin Jaworski podkreśla, że, aby uniknąć późniejszych problemów, klient powinien przede wszystkim dokładnie zapoznać się z umową kredytową jeszcze przed zaciągnięciem pożyczki, zwracając uwagę nie tylko na jej oprocentowanie czy wskaźnik RRSO, ale na tzw. łączna kwotę do zapłaty przez klienta.
– Przy zawieraniu umowy powinniśmy dostać specjalny formularz, gdzie uwzględnione powinny być wszystkie koszty i wykazana ta łączna kwota – czyli ile ostatecznie będziemy musieli za wszystko zapłacić, ile wyniesie oprocentowanie i koszty odsetek, koszt ubezpieczenia, dodatkowe prowizje czy opłaty przygotowawcze – mówi Marcin Jaworski.
W całym 2018 roku do Biura Rzecznika Finansowego trafiło ponad 50 tys. wniosków i zapytań od klientów instytucji finansowych. Ci złożyli ponad 23 tys. wniosków o postępowanie interwencyjne lub polubowne. Rzecznik Finansowy po odrzuceniu ich reklamacji, a eksperci z biura Rzecznika odebrali w sumie ponad 26 tys. telefonów i e-maili od klientów z prośbą o poradę w sporze z bankiem czy ubezpieczycielem.
– Za kilkanaście dni do floty LOT-u dołączy 13. Dreamliner i jednocześnie piąty w wersji 787 Dash 9, który zabiera na pokład prawie 300 pasażerów. Takich samolotów do końca roku spodziewamy się jeszcze przynajmniej dwóch. W sumie będziemy mieli 15 Dreamlinerów, rekordowo dużo – mówi Adrian Kubicki, rzecznik PLL LOT. Na przełomie marca i kwietnia do Polski miał też przylecieć szósty Boeing 737 MAX 8, ale – w związku z kryzysem po katastrofie lotniczej w Etiopii – decyzje w tej sprawie zostały tymczasowo wstrzymane. LOT zachowuje dyskrecję w kwestii ewentualnego odszkodowania i zapewnia, że wypracowuje rozwiązanie korzystne dla spółki we współpracy z producentem i leasingodawcą „w modelu współpracy, nie w żadnym modelu siłowym”.
– LOT był zmuszony uziemić 5 samolotów Boeing 737 MAX 8 do odwołania. Te samoloty pozostaną uziemione do momentu, kiedy będziemy mieć pewność, że są bezpieczne. Zrobiliśmy wszystko, żeby to nie przełożyło się w istotny sposób na plany naszych pasażerów. Wynajęliśmy 4 dodatkowe samoloty, które zastępują niedostępne Boeingi 737 MAX 8, dzięki czemu właściwie cała nasza siatka połączeń jest realizowana bez większych zmian. Jeśli już jakieś się zdarzają, to są one pojedyncze i nie wpływają na całokształt naszej siatki połączeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Kubicki, rzecznik prasowy Polskich Linii Lotniczych LOT.
We flocie polskiego przewoźnika jest pięć samolotów Boeing 737 MAX 8, które latają na popularnych trasach m.in. do Londynu, Madrytu, Tel Awiwu i Frankfurtu. Wszystkie pozostają uziemione od połowy marca, po decyzji Urzędu Lotnictwa Cywilnego, który zamknął polską przestrzeń powietrzną dla tego typu maszyn. Wcześniej przestrzeń powietrzną dla Boeingów 737 MAX 8 zamknęły m.in. Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Irlandia. Krótko potem podobną decyzję podjęła też EASA, Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego UE.
Zamknięcie przestrzeni powietrznej dla tego typu maszyn w Europie i na świecie ma związek z marcową katastrofą Boeinga 737 MAX 8 linii lotniczych Ethiopian, w której zginęło 149 pasażerów, w tym dwoje Polaków, i 8 członków załogi. Maszyna lecąca do Nairobi, stolicy Kenii, rozbiła się kilka minut po starcie z Addis Abeby. Krótko wcześniej, w październiku ubiegłego roku doszło do podobnej katastrofy Boeinga 737 Max linii Lion Air u wybrzeży Indonezji. Zginęło w niej 189 osób. Maszyny tego typu weszły do komercyjnego użytku zaledwie dwa lata temu.
Narodowy przewoźnik zastąpił uziemione maszyny wyleasingowanymi Boeingami starszej generacji. LOT nie wie, kiedy nastąpi odwieszenie wstrzymania operacji lotniczych na tzw. „Maksach”, jednak podkreśla, że kluczowe jest wyjaśnienie kwestii bezpieczeństwa. Na początku kwietnia dyrektor generalny Boeinga Dennis Muilenburg przyznał, że do katastrof w Indonezji i Etiopii doprowadziła awaria oprogramowania MCAS (system zapobiegania utracie siły nośnej) w dwóch samolotach Boeing 737 MAX 8 i inżynierowie koncernu pracują nad wyeliminowaniem problemu.
– Nikt nie jest dzisiaj w stanie oszacować, ile ten problem potrwa. Wiemy, że zarówno producent, jak i wszystkie inne podmioty dokładają starań, żeby on nie przebiegał opieszale. Najistotniejsze to mieć pewność, że zmiany, które zostaną wprowadzone w tym samolocie, zapewnią bezpieczeństwo wykonywania rejsów. Wspieramy producenta, żeby ten samolot usprawnił jak najszybciej, ale jednocześnie nie pośpiech jest tutaj najistotniejszy – mówi Adrian Kubicki.
Pierwszy Boeing 737 MAX 8 we flocie polskiego przewoźnika znalazł się pod koniec 2017 roku, piąty przyleciał na początku tego roku. Flota LOT miała powiększyć się jeszcze o kilka maszyn tego typu – kolejny „Maks” miał przylecieć do Polski z fabryki w Renton na przełomie marca i kwietnia, ale w związku z kryzysem – decyzje w tej sprawie zostały tymczasowo wstrzymane.
– Technicznie – ponieważ te samoloty nie mogą na razie wykonywać rejsów w obrębie Europy ani na całym świecie – odbiór tych maszyn nie jest możliwy – mówi Adrian Kubicki – Do czasu ponownego startu Boeingów 737 MAX 8, LOT będzie zmuszony wykorzystywać samoloty zastępcze w takiej liczbie i w takiej skali, żeby wykonać naszą zaplanowaną siatkę połączeń. Na razie są to są cztery maszyny, które wystarczają, żeby obsłużyć naszych pasażerów i zaplanowane rejsy.
Rzecznik LOT podkreśla, że zmiany nie wpływają na rozkład lotów. Koszty leasingowania zastępczych samolotów mogą mieć za to wpływ na finanse spółki.
– Te koszty oczywiście są skrupulatnie liczone, ale nie posługujemy się żadną kwotą, dopóki ten problem nie zostanie rozwiązany. Na tego typu podsumowania jeszcze przyjdzie czas – mówi Adrian Kubicki.
W oświadczeniu prasowym biuro prasowe LOT poinformowało, że na razie nie zapadły ostateczne decyzje o ewentualnym dochodzeniu roszczeń finansowych wobec Boeinga w związku z uziemieniem maszyn ani wstrzymaniu dostaw kolejnych Boeingów 737 MAX 8.
– Jeśli chodzi o kwestie odszkodowania, zachowujemy pewną dyskrecję. Jesteśmy w bezpośrednim kontakcie z producentem samolotu i z leasingodawcą, który finansuje dla nas te maszyny. Wypracujemy takie rozwiązanie, które będzie korzystne dla spółki korzystne i w jakiś stopniu będzie rekompensowało to, co jest skutkiem uziemienia tych maszyn – ale w modelu współpracy, nie w żadnym modelu siłowym – mówi Adrian Kubicki, rzecznik prasowy Polskich Linii Lotniczych LOT.
Przewoźnik nie może na razie odebrać kolejnych Boeingów 737 MAX 8, ale do jego floty lada chwila dołączą nowe Dreamlinery, które będą obsługiwać połączenia dalekiego zasięgu, m.in. Singapur, Tokyo, Seul, Pekin, Nowy Jork, Chicago, Los Angeles i Miami.
– Za kilkanaście dni do floty LOT-u dołączy 13. Dreamliner i jednocześnie piąty w tej większej wersji 787 Dash 9, który zabiera na pokład prawie 300 pasażerów. Tych samolotów do końca roku spodziewamy się jeszcze przynajmniej dwóch. W sumie będziemy mieli 15 Dreamlinerów, rekordowo dużo. To umożliwi nam otwieranie nowych połączeń dalekiego zasięgu – mówi Adrian Kubicki.
Technologie rozpoznawania twarzy są coraz skuteczniejsze. Algorytmy są dokładniejsze niż ludzie, potrafią zweryfikować tożsamość już nie tylko po twarzy, lecz także z profilu z odległości kilkudziesięciu metrów czy nawet po sposobie chodzenia i sylwetce. Nowoczesne platformy potrafią rozpoznać człowieka w czasie krótszym niż 100 milisekund, czyli praktycznie na żywo. Dodatkowo umożliwiają monitorowanie kilku kamer na raz. Tym samym sprawdzają się w zabezpieczeniach dostępu do budynków czy na lotniskach.
– SAFR to platforma do rozpoznawania twarzy. Korzystamy z autorskich algorytmów oraz metod rozpoznawania twarzy i przesyłania obrazu w czasie rzeczywistym. Nasze rozwiązanie może służyć do wyszukiwania twarzy zarejestrowanych w bazie danych ze zdjęciami. Oferujemy również aplikacje, które mogą być instalowane na urządzeniach mobilnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Keith Zentner z RealNetworks.
Platformy do rozpoznawania twarzy mają coraz więcej zastosowań, a przy tym są coraz dokładniejsze. Stosowane są już na dziesiątkach lotnisk na całym świecie, monitorują miasta, weryfikują tożsamość przy wejściu do budynku. Technologie pozwalają na rozpoznanie twarzy także z profilu, w ruchu, pod różnym kątem, w złych warunkach oświetleniowych lub częściowo zasłoniętych. W Chinach opracowywane są algorytmy, które idą jeszcze o krok dalej. Dzięki nim ma być możliwe rozpoznanie człowieka po sylwetce i sposobie chodzenia. Garbienie się czy utykanie nie pozwolą oszukać systemu, bo kamery biorą pod uwagę całą postać.
Nowoczesne algorytmy umożliwiają rozpoznanie tożsamości niemal na żywo, tym samym zwiększają się możliwości ich zastosowania. Platforma SAFR weryfikuje tożsamość w czasie do 100 milisekund, czyli 3–5 razy szybciej niż inne algorytmy rozpoznawania twarzy. Do tego ma 99,6 proc. skuteczności.
– Mamy możliwość prowadzenia analizy informacji o rozpoznanych twarzach w czasie rzeczywistym. Po zainstalowaniu kamer w sklepie lub na stadionie można śledzić przepływ osób w danym obiekcie, w tym ich płeć, wiek, a nawet nastrój – czy są zadowoleni i dobrze się bawią. Dzięki temu można również zdobyć dodatkowe informacje o natężeniu ruchu i częściach danego obiektu, w których ludzie spędzają najwięcej czasu – wskazuje Keith Zentner.
Dzięki analizie danych na żywo systemy rozpoznawania twarzy stosuje się np. na lotniskach, w tym przy odprawie pasażerów. W Stanach Zjednoczonych systemy rozpoznawania twarzy mają sprawdzać podróżnych pod kątem osób potencjalnie niebezpiecznych – system sprawdza twarz danej osoby i porównuje ze zdjęciem z paszportu. Na tej podstawie jest w stanie ocenić, czy podróżny jest faktycznie tą osobą, za którą się podaje.
Na lotnisku w Chinach z kolei algorytmy rozpoznawania twarzy ułatwiają życie podróżnym. Wystarczy podejść do ekranu, który skanuje twarz, porównuje ze zdjęciami paszportów w systemie i wskazuje dokładną drogę do bramki i terminala. Wszystko trwa zaledwie chwilę. Możliwości zastosowań tego rodzaju systemów wykraczają jednak poza lotniska.
– Nasz produkt może być używany do zabezpieczenia dostępu do budynku lub obiektu, umożliwiając wejście na podstawie rozpoznawania twarzy. Współpracujemy również z dostawcami rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa nad udostępnieniem technologii rozpoznawania twarzy jako dodatkowego zabezpieczenia w systemach monitoringu. Rozwiązanie to umożliwia monitorowanie kilku przekazów wideo naraz bez konieczności nadzorowania każdego z nich przez człowieka – mówi ekspert.
Platforma SAFR dzięki niemal natychmiastowej weryfikacji tożsamości, może być stosowana przy wejściu do budynków, na stadionach czy w szkołach. Dodatkowo umożliwia obsługę kilku kamer naraz, pozwala na efektywne zużycie pasma, zmniejsza opóźnienie w obiegu nawet w sieciach 3G. Wymagania dotyczące niskiej przepustowości, wydajnego algorytmu, gotowego sprzętu i możliwości wykorzystania procesorów graficznych powodują z kolei znaczne oszczędności. Tym samym na ich stosowanie mogą pozwolić sobie także niewielkie firmy.
– Technologia ta jest obecnie stosowana w niektórych amerykańskich szkołach w celu zapewnienia tego, by na teren szkoły dostęp mieli wyłącznie rodzice, nauczyciele i osoby upoważnione. Nasze rozwiązania znajdują zastosowanie również w przedsiębiorstwach i w dziedzinie bezpieczeństwa. Technologia rozpoznawania twarzy oraz inne technologie SI są coraz powszechniej używane na świecie i znajdują coraz to nowe zastosowania. W miarę możliwości staramy się na pierwszym miejscu stawiać ochronę prywatności oraz danych osobowych, ale uważamy też, że warto dbać o bezpieczeństwo i większy komfort życia – mówi Keith Zentner.
Według firmy badawczej Allied Market Research globalny rynek technologii rozpoznawania twarzy osiągnie w 2022 r. wartość 9,6 mld dol. Zakładane tempo wzrostu w najbliższych latach wyniesie 21 proc. średniorocznie.
Federacja Przedsiębiorców Polskich analizuje w swoim programie gospodarczym system stanowienia prawa w Polsce oraz jego wpływ na działanie przedsiębiorstw. Niejasne i niespójne przepisy, ulegające częstym zmianom, utrudniają przedsiębiorcom prowadzenie działalności. FPP proponuje, by dokumenty przygotowywane w ramach procesów legislacyjnych spełniały określone wymogi. Jednym z nich miałoby być rzadsze zmienianie aktów prawnych – szczególnie tych o fundamentalnym znaczeniu dla przedsiębiorców.
– Chcemy wprowadzić takie rozwiązania techniczne i organizacyjne, które pozwolą na to, żeby prawo było przede wszystkim zmieniane rzadziej – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Jeżeli zaś jest zmieniane, zależy nam, by te zmiany służyły konkretnemu celowi i miały praktyczny wymiar dla wszystkich adresatów aktu prawnego. W ramach procedur, które nie są przestrzegane w sposób wystarczająco rygorystyczny, nie dojdzie do cudownego uzdrowienia sytuacji. Dlatego w przeciwieństwie do wcześniejszych raportów, my bardzo silnie kładziemy nacisk na konkretne rozwiązania – podkreśla Lang.
Na mocy rozporządzenia, uchwalonego dziś przez Radę Ministrów, każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do Centralnego Portu Komunikacyjnego i Warszawy, otrzymał numer i został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym. To kolejny krok w przygotowaniach do inwestycji kolejowych związanych z budową CPK.
Szczegóły Programu Kolejowego CPK przedstawił dziś na konferencji prasowej na stacji Łódź Fabryczna premier RP Mateusz Morawiecki. Przyjęta przez rząd nowelizacja rozporządzenia w sprawie wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym z 17 kwietnia 2013 r. uwzględnia wszystkie połączenia, których budowa wynika z Koncepcji przygotowania i realizacji CPK przyjętej przez rząd 7 listopada 2017 r. To pierwszy od ponad 30 lat program budowy nowych linii kolejowych w Polsce.
Kolejowa części Programu CPK zakłada budowę 1600 km nowych linii prowadzących z 10 kierunków do Portu Lotniczego Solidarność i Warszawy. Będą one łączyły miasta wojewódzkie ze stolicą Polski i CPK, a także wzajemnie między sobą. Będą również zapewniały spójność krajowej sieci kolejowej. W ramach etapu zero, który powinien być gotowy przed uzyskaniem przez Port Solidarność zdolności operacyjnej, wybudowane zostanie 140 km nowych linii na trasie Warszawa – CPK – Łódź.
– Nadszedł czas, żeby dać polskiej kolei nowy impuls do rozwoju. Zależy nam, żeby mieszkańcy wszystkich regionów w Polsce, z miast i wsi mieli równy dostęp do kolei, żeby mogli wygodnie podróżować do każdego zakątka kraju. Te inwestycje zapewnią szkielet systemu transportowego państwa – mówi premier Mateusz Morawiecki. – Polski rząd wspiera nie tylko modernizację istniejących szlaków, która jest w gestii spółki PKP Polskie Linie Kolejowe, ale też budowę nowych, za które w przypadku linii prowadzących do lotniska odpowiadać będzie spółka CPK. Czas na Polskę na dobrych torach – dodaje.
Przyjęcie nowych zapisów ułatwi w przyszłości procesy inwestycyjne w ramach Programu Kolejowego CPK. Łączna długość linii o znaczeniu państwowym, czyli uzasadnionych względami gospodarczymi, społecznymi, ekologicznymi lub obronnymi, których budowa wynika z Koncepcji CPK, wynosi ponad 1600 km. Dokładna ich długość będzie znana po przeprowadzeniu prac koncepcyjnych i projektowych.
– Przyjęte dziś przez rząd rozporządzenie uwzględniło całą projektowaną sieć linii kolejowych, wskazaną w Koncepcji CPK, w wykazie linii o znaczeniu państwowym. To pokazuje, jak ważną i uniwersalną inwestycją jest CPK. Będzie to nie tylko nowoczesne lotnisko przesiadkowe, bardzo potrzebne w Polsce i w tej części Europy, ale dzięki inwestycjom kolejowym także przedsięwzięcie, które pomoże lepiej skomunikować całą Polskę – wyjaśnia Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.
– To rozporządzenie to kamień milowy na drodze do realizacji Programu Kolejowego CPK. Korzyści z inwestycji kolejowych są niezaprzeczalne. Z ponad 100 polskich miast będziemy mogli bezpośrednio dojechać do Portu Solidarność i Warszawy w czasie nie dłuższym niż 2,5 godziny. Zadania realizowane w ramach Programu Kolejowego CPK pozwolą nam działać na rzecz zrównoważenia transportu w Polsce. Dzisiaj charakteryzuje się on niedostatecznym rozwojem kolei i opiera w nadmierny sposób na infrastrukturze drogowej – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.
Każda z 10 kolejowych „szprych”, prowadzących do CPK, składać się będzie z nowych odcinków sieci oraz z wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury. Na potrzeby budowy tego kolejowego systemu doszło do podziału zadań inwestycyjnych między spółki CPK i PKP PLK.
Przyjęcie rozporządzenia zostało poprzedzone uporządkowaniem wskazanej w Koncepcji CPK sieci linii, nadaniem im numerów oraz określeniem punktów początkowych i końcowych. Nowelizacja włącza do wykazu zarówno istniejące linie kolejowe, projektowane nowe odcinki, które będą stanowiły przedłużenie istniejących, jak i nowe linie, których budowa wynika z Koncepcji CPK.
Odcinki kolejowe dużych prędkości i „szprychy” prowadzące do CPK pozwolą uzyskać większą spójność sieci i umożliwić jej pełne wykorzystanie. W przygotowaniu jest Program Wieloletni CPK, który określi, jakie konkretnie inwestycje lotniskowe, kolejowe i drogowe będą realizowane w ramach obsługi CPK i jakie finansowanie w kolejnych latach będzie na to potrzebne.
Łączna długość linii kolejowych w Polsce wynosi dziś ponad 19 tys. km. Od początku lat 90. zostało rozebranych ponad 5 tys. km linii. Nowe inwestycje są potrzebne, ponieważ budowa szlaków kolejowych na dużą skalę nie odbywała się w Polsce od lat 80., kiedy zakończono realizację Linii Hutniczo-Siarkowej, a wcześniej Centralnej Magistrali Kolejowej.
Jaki drugi język obcy poza angielskim warto znać? Niemiecki lub francuski. Jednak dla informatyków najbardziej opłacalna jest znajomość języka skandynawskiego lub niderlandzkiego.
– Jak wynika z naszego raportu znajomość dobrze wybranego drugiego języka obcego powoduje wzrost wynagrodzeń o 25-35 – mówi w rozmowie z MarketNews24 Joanna Kłopotowska, Division Manager Technical & Engineering w Wyser.
W Manufacturing 2019 Sales & Market Trends Report oceniono, że dla firm w Polsce ważni są pracownicy znający niemiecki bądź francuski, a ostatnio coraz bardziej poszukiwani są pracownicy posługujący się rosyjskim lub ukraińskim.
Specyficzny jest popyt na rynku pracy w branży IT. Tu na znacznie wyższe wynagrodzenia mogą liczyć znający któryś z języków skandynawskich Poszukiwani są znający język niderlandzki.
Przepisy znowelizowanej dyrektywy gazowej utrudniają powstanie gazociągu Nord Stream 2. Irytacja Gazpromu rośnie, a Polska zwiększa swoje szanse na zwiększenie dywersyfikacji dostaw.
Nowe prawo wejdzie w życie w maju, a kraje unijne będą miały dziewięć miesięcy na wdrożenie regulacji do swoich systemów prawnych.
Prace nad nowelizacją dyrektywy w Radzie UE toczyły się przez wiele miesięcy bez postępów. Propozycje były blokowane przez kraje niechętne dyrektywie, w tym Niemcy, które są zaangażowane w budowę Nord Stream 2. Kompromis udało się osiągnąć na początku lutego.
– Nord Stream 2 zostanie podporządkowany prawu europejskiemu, co teoretycznie ma chronić przed monopolem rosyjskiego Gazpromu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red. Nacz. BiznesAlert.pl. – Praktyka może być różna, co może prowadzić do sporów, na czas rozstrzygnięcia których nie będzie można tłoczyć gazu przez ten gazociąg. Taki spór o Nord Stream 1 toczył się w sądzie przez sześć lat. Dlatego z polskiego punktu widzenia jest to jakiś sukces.
Projekt nowelizacji przewiduje, że podmorskie części gazociągów na terytorium UE będą podlegały przepisom restrykcyjnego trzeciego pakietu energetycznego. W przypadku odcinka Nord Stream 2, który będzie przebiegał również poza wodami terytorialnymi Niemiec, warunki prawne jego funkcjonowania będą musiały zostać wynegocjowane przez Berlin i Moskwę.
– Zmieniona dyrektywa może opóźnić realizację tej inwestycji, a każdy rok będzie działał korzystnie dla Polski, bo będziemy mogli zwiększać dywersyfikację dostaw – komentuje W.Jakóbik.
Ceny węgla na świecie są najniższe od dwóch lat. Natomiast ceny polskiego węgla są najdroższe od wielu lat i staje się coraz większym kłopotem dla krajowej gospodarki.
Na świecie ceny węgla spadły do ok. 70 USD za tonę. W Polsce wzrosły do ok. 300 zł za tonę. W kopalniach rośnie zatrudnienie i wynagrodzenia. Import jest coraz atrakcyjniejszy.
Koszty w polskim górnictwie coraz bardziej wymuszają zamykanie kopalń.
– Francja, Belgia czy Anglia już od lat nie mają własnych kopalń, a ostatnią w Niemczech zamknięto przed kilkoma miesiącami – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Polska jest jednym z ostatnich krajów w Europie wydobywających węgiel kamienny.
Czy w dzisiejszych czasach marki wciąż powinny być absolutnie klientocentryczne, czy może jednak wyznacznikiem dojrzałości rynkowej jest umiejętność postawienia granicy użytkownikom? I wreszcie – czy nadmierna pobłażliwość w trosce o odbiorców może zaszkodzić biznesowi? Zdrowa relacja z klientem nie polega bowiem na bezwzględnym dostosowaniu się do jego potrzeb ale na budowaniu partnerskiego dialogu, w którym obie strony czują się zrozumiane.
“Klient nasz Pan” – zwrot ten chyba nigdy nie wyjdzie z mody zarówno w nomenklaturze usługodawców, jak i samych konsumentów. I o ile otwarcie się na realne potrzeby użytkowników przyczynia się do wzrostu ich satysfakcji oraz rozwoju produktu, o tyle zbyt dosłowne stosowanie się do tego starego porzekadła może niestety niejednemu biznesowi skutecznie podciąć skrzydła.
Na szczęście, przedsiębiorcy coraz częściej dostrzegają zagrożenia płynące z całkowitego oddania władzy w ręce konsumentów. Dzieje się tak zwłaszcza w branżach technologicznych i IT – to właśnie tutaj użytkownicy dość chętnie dzielą się swoimi sugestiami co do usprawnienia czy kierunku rozwoju danego systemu, nie zawsze zdając sobie sprawę z tego, że nawet pozornie najmniejsza zmiana silnie oddziałuje na całe oprogramowanie.
Usługodawcy zabierają głos
Choć do niedawna wypowiedzenie umowy przez usługodawcę było wprost nie do pomyślenia, obecnie takie sytuacje zaczynają być dobrą praktyką chroniącą firmę oraz jej pracowników przed niewłaściwym (a często nawet rażącym) zachowaniem klientów. Taka postawa sprzyja propagowaniu idei wzajemnego szacunku oraz uświadamia konsumentom, że w świecie nastawionym na klientocentryczność ostatnie słowo należy do przedsiębiorcy, dla którego zespół pracowniczy jest równie ważny, co zysk ze sprzedaży.
– Z doświadczenia w pracy w bankowości wiem, że powiedzenie “klient nasz pan” powoli traci na swojej wartości. Teraz nie tylko klient może zrezygnować z usług, może to zrobić również usługodawca i to nie tylko z tak oczywistego powodu, jak brak opłat za usługi. Coraz częściej to firmy wypowiadają umowy z powodu niestosownego zachowania klientów, do którego zalicza się nierzadko nawet nękanie czy grożenie pracownikom. Z punktu widzenia osób pracujących w działach obsługi klienta to bardzo ważna zmiana, dzięki której można bardziej skupić się na swojej pracy – podkreśla Kamila Gonet, specjalistka ds. obsługi klienta w SaldeoSMART.
Zmiana pokoleniowa
Wydawać by się mogło, że wraz z pokoleniem tzw. Millenialsów nastąpiła ogromna zmiana w postrzeganiu obsługi klienta. I choć z jednej strony rzeczywiście bardziej scyfryzowane pokolenia nie cechują się aż taką roszczeniowością, jak ich poprzednicy, to jednak poza oczekiwaniami wobec standardów obsługi zmianie uległ także sposób samego wyrażania niezadowolenia z usług. Millenialsi dysponują bowiem bardzo potężną bronią, jaką są media społecznościowe.
– Klienci sprzed tzw. epoki millenialsów charakteryzują się dość sztywnym podejściem, w myśl którego “skoro płacę, to mogę też wymagać”. I oczywiście mają do tego pełne prawo, pod warunkiem, że ich oczekiwania są w ogóle możliwe do spełnienia. Z kolei większość młodszych konsumentów to świadomi i samodzielni użytkownicy, rozumiejący czym jest partnerski dialog między marką a usługobiorcą. Różnica polega na tym, że zawiedziony przedstawiciel pokolenia Millenialsów nie ma problemu z podzieleniem się swoimi odczuciami w Internecie, co już może bezpośrednio przełożyć się na kryzys wizerunkowy danej marki – dodaje Kamila Gonet.
Warto wspomnieć również tutaj o bardzo popularnym w tej grupie fenomenie personalizacji świadczonych usług. Najwięcej problemów przysparza on bowiem producentom oprogramowania – z jednej strony produkt musi odpowiadać na konkretne potrzeby grupy docelowej, z drugiej natomiast powinien być na tyle uniwersalny aby mogli z niego swobodnie korzystać wszyscy jej przedstawiciele.
– To rodzi kolejne wyzwania związane z otrzymywaniem sugestii poprawek czy ulepszeń systemu, które dla użytkowników wydają się być szybkie i proste we wdrożeniu, w rzeczywistości jednak wymagają wielu miesięcy pracy i konieczności spojrzenia na cały program z szerszej perspektywy. Nie wszyscy klienci mają jeszcze świadomość, że za jedną “małą zmianą” stoi nakład pracy analitycznej i szereg ogromnych zmian w systemie, a często również zmiana biznesowej logiki danego działania – podkreśla Edyta Wojtas, wiceprezes zarządu i analityk biznesowy w SaldeoSMART.
Prawidłowa, klientocentryczna relacja marki z klientem powinna polegać na budowaniu zdrowej świadomości konsumenckiej i promowaniu postaw wspierających wzajemny szacunek oraz otwarty dialog. Nic dziwnego, że coraz więcej firm zauważa wymierne korzyści płynące z uprzejmego ale stanowczego stawiania granic swoim użytkownikom – trudno sobie bowiem wyobrazić twardo stąpającego po ziemi usługodawcę, który model biznesowy uzależnia wyłącznie od zdania swoich klientów. I choć oczywiście doświadczenie i zadowolenie klienta wciąż pozostają priorytetem, to jednak warto też zastanowić się nad tym, czy oddanie mu w ręce pełnej władzy nie stoi w sprzeczności z uzyskaniem jego zaufania.
Jak pokazuje raport “The Challenges of Working in Virtual Teams”* prawie 80 proc. specjalistów w globalnych firmach pracuje w zdalnie zarządzanych zespołach, o wysokim stopniu zróżnicowania kulturowego. Cykliczne badania dotyczące tego zagadnienia wskazują, że aż 41% członków zespołu wirtualnego nigdy nie spotkało się bezpośrednio ze swoimi kolegami z pracy**. Ponadto tylko 15% menedżerów, którzy zidentyfikowali się jako liderzy globalnych zespołów wirtualnych, oceniło siebie jako bardzo skutecznych.*** Jak radzą sobie polscy menedżerowie, którzy pełnią rolę szefów rozproszonych, międzynarodowych zespołów w sektorze BPO/SSC?
Maciej Nuckowski, członek zarządu Diebold Nixdorf
Firmy w sektorze BPO/SSC czerpią korzyści z międzynarodowej różnorodności, łącząc ludzi z wielu kultur o zróżnicowanym doświadczeniu zawodowym i różnych perspektywach dotyczących wyzwań strategicznych i organizacyjnych. Sukces wielu z nich, nie byłby możliwy bez udanej współpracy ludzi, często oddalonych od siebie nawet o kilkanaście tysięcy kilometrów. Pomimo dużych wyzwań związanych ze współpracą, to jednak takie zespoły posiadają najlepszą wiedzę funkcjonalną z całego świata, połączoną z głęboką, lokalną znajomością specyfiki rynków.
Firma to ludzie
Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Boston Consulting Group****, polscy menedżerowie posiadają często zagraniczne wykształcenie (42 proc.), w tym także dyplomy Master of Business Administration (20 proc.), a prawie 30 proc. z nich pracowała za granicą zdobywając doświadczenie w kierowaniu firmami o zasięgu globalnym. Nie dziwi więc fakt, że to właśnie coraz więcej polskich członków zarządów obejmuje role o znaczeniu międzynarodowym, które wiążą się z wieloma wyzwaniami dotyczącymi kierowania wirtualnymi oraz różnorodnymi kulturowo zespołami.
Potwierdza to Maciej Nuckowski, członek zarządu Diebold Nixdorf, odpowiadający za obszar obsługi serwisowej dla ponad 30 krajów w ramach centrum usług wspólnych, w skład którego wchodzi ponad 1200 pracowników z kilkunastu krajów, posługujących się kilkudziesięcioma językami takimi jak: rosyjski, słowacki czy węgierski.
Tworzenie zgranego zespołu współpracujących ludzi zawsze jest wyzwaniem, a w przypadku zespołów międzynarodowych działających często wirtualnie jest to dodatkowo spotęgowane. Mój regionalny zespół zarządzający rozmyślnie stworzyłem z sześciu osób z pięciu różnych państw. Poza oczywistą korzyścią z posiadania swojego przedstawiciela bezpośrednio w kluczowych krajach, moim celem było uzyskanie synergii płynącej z różnorakich doświadczeń, które ze sobą wnieśli. Po ponad 1,5 roku współpracy jestem bardzo zadowolony z efektów, mimo wyzwań, jakie niesie ze sobą fizyczna odległość między mną, a moimi ludźmi. Wielokrotnie ten zespół udowodnił, że tworzymy wspólnie zupełnie nową jakość w obliczu skomplikowanych i dynamicznych wyzwań zawodowych.
Kwalifikacje polskich menedżerów potwierdza badanie Boston Consulting Group****, z którego wynika, że jedną z kluczowych umiejętności Polaków jako szefów, jest szybkie dostosowywanie się do sytuacji i błyskawiczne działanie, aby osiągnąć odpowiednie efekty. Tak też postrzegani są Polacy w międzynarodowej firmie Capgemini. Światowy lider w dziedzinie doradztwa, usług technologicznych i transformacji cyfrowej, w Polsce zatrudnia już ponad 8 000 osób. Część z nich na co dzień prowadzi projekty w blisko 40 krajach.
Polscy specjaliści i menedżerowie są bez wątpienia coraz mocniej doceniani w globalnych firmach. Nie odgrywa tu roli narodowość, ale kompetencje, a tego na pewno Polakom nie brakuje. Dobrym przykładem jest polska wiceprezes Capgemini, Dominika Kowalska, która została zaproszona do elitarnego programu Capgemini Gamechangers i jej doświadczenia zawodowe trafią tym samym do katalogu dobrych praktyk firmy w skali globalnej. Polscy eksperci Capgemini wyruszają w podróże po całym świecie, żeby na przykład zarządzać skomplikowanymi operacjami transformacji cyfrowej w globalnych korporacjach. Dominika Nawrocka, Brand Communication Manager Capgemini Polska
Komunikacja wspierana przez technologię
Ponad 80% badanych członków zespołów międzynarodowych*** potwierdza, że komunikacja wirtualna jest trudniejsza niż komunikacja bezpośrednia, a prawie 90% zespołów wirtualnych to zazwyczaj co najmniej dwie kultury. Jednak tylko 22% uczestników badania uczestniczyło w szkoleniach mających na celu zwiększenie efektywności współpracy w zespole działającym zdalnie w różnych krajach.
Kluczowe są pierwsze miesiące współpracy, dlatego zawsze spędzam dużo czasu w kraju, gdzie powstaje trzon zespołu. To pozwala poznać potrzeby poszczególnych osób, a także wypracować odpowiednie nawyki związane przyszłą współpracą. Upewniam się również, że wszyscy jednakowo rozumiemy wspólne cele i kierunki rozwoju. Dopiero wtedy technologia związana np. z teleobecnością, dzięki której pozostali członkowie zespołów mają poczucie prawie realnej obecności kolegów, pokazuje swoje korzyści, aby utrzymać odpowiedni poziom komunikacji w zespole. Maciej Nuckowski, członek zarządu Diebold Nixdorf
Firmy, aby ułatwić realizację trudnego zadania prowadzenia zespołów międzynarodowych oddają do dyspozycji liderów specjalne programy w postaci narzędzi diagnostyczno-analitycznych, które pomagają im scharakteryzować sposoby działania danego pracownika, reprezentującego określoną kulturę na styku współpracy międzynarodowej. To podpowiedź jak pracować z tak zróżnicowanym kulturowo zespole. Ponadto często są przeprowadzane szkolenia dla członków zespołów, w formie prezentacji, które pokazują, jak współpracować w zróżnicowanej kulturowo firmie. Jak wskazuje Michał Sosinka, kierownik Cybersecurity Unit Capgemini Polska, kwestie wielokulturowości muszą być jednak ściśle związane z wartościami organizacji.
Niedawno ukończyliśmy projekt, który wymagał kooperacji z menedżerami w 44 krajach, na sześciu kontynentach i w czterech strefach czasowych, a końcowe rozwiązanie powstało we współpracy na linii Polska-Holandia-Indie. Komunikacja nie stanowiła problemu, bo jako międzynarodowa firma, Capgemini prowadzi globalny model kulturowy. Współpraca z zespołami z całego świata opiera się na wartościach takich jak: honesty, boldness, trust, freedom, fun, modesty oraz team spirit. Dla nas jako pracowników te wartości są istotą grupy Capgemini i tworzą siłę naszych zespołów międzynarodowych. Dzięki nim współpraca z kolegami z Indii, Holandii czy Stanów Zjednoczonych opiera się na wzajemnym szacunku i zaufaniu.
Michał Sosinka, kierownik Cybersecurity Unit Capgemini Polska
Tomasz Stępnik, scrum master w Capgemini Polska wskazuje przy tym na wiele zalet współpracy międzynarodowej:
Przy odpowiednim dobraniu sposobów komunikacji i metod organizacji pracy nawet cztery strefy czasowe mogą stać się bardzo pomocne, ponieważ proces tworzenia projektu trwa wtedy prawie całą dobę. Różnice kulturowe, natomiast, przy właściwym zbudowaniu zespołów i doborze zadań, mogą doprowadzić do efektu synergii.
Tomasz Stępnik, scrum master w Capgemini Polska
Rozwój sektora BPO/SSC to szansa dla polskich menedżerów?
Znacząca rola polskich menedżerów w obszarze BPO/SSC to dobry prognostyk, bo jak wynika z analiz przeprowadzonych przez ABSL**** tempo, w jakim rozwija się w naszym kraju ten sektor cechuje regularny wzrost liczby zatrudnionych pracowników oraz poszerzanie zakresu zadań jakie realizują centra w Polsce. Umiejętność zarządzania zespołami rozproszonymi i międzynarodowymi jest tym bardziej istotna, że aż 86% nowych inwestycji zrealizowanych w Polsce w ostatnim roku dotyczyło centrów zagranicznych, a prognozowane zatrudnienie w sektorze do I kw. 2020 może wynieść nawet 340.000 osób.
Od kilku lat widać wyraźny trend związany z rozwojem międzynarodowych CUW w Polsce, przenoszeniem coraz bardziej zaawansowanych zadań i zespołów właśnie do nas, a kierowanych przez polskich menedżerów. To dobre miejsce pracy dla młodych ludzi znających języki, a także możliwość rozwoju kariery dla doświadczonych menedżerów, bo powstają bardzo różne poziomy struktur SSC, ze względu na wysoką jakość świadczonych usług. Być może w przyszłości będziemy mogli mówić o polskiej szkole zarządzania w sektorze BPO/SSC, w ujęciu międzynarodowym.
Polski złoty w relacji do dolara amerykańskiego spadł do najniższego poziomu od połowy 2017 roku. Dolar zyskiwał również w relacji do pozostałych walut. Co stało za jego umocnieniem?
Lepsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości, jak i te dotyczące wzrostu gospodarczego, doprowadziły do umocnienia USD w parze ze wszystkimi głównymi walutami za wyjątkiem jena japońskiego. Dolar w parze ze wspólną europejską walutą umocnił się m.in. również dzięki rozczarowującym odczytom wskaźników nastrojów biznesowych w Niemczech. Aczkolwiek w tym kontekście warto zwrócić uwagę na rozwijającą się różnicę pomiędzy słabymi wynikami szacunków z ankiet a generalnie silniejszymi twardymi danymi makro ze strefy euro.
Ubiegły tydzień był trudny dla walut gospodarek wschodzących, zwłaszcza wona południowokoreańskiego oraz kolumbijskiego peso. Słabość nie ominęła jednak również złotego. Pod koniec tygodnia spadały też ceny ropy naftowej.
Bieżący tydzień przyniesie sporo wrażeń na świecie. W strefie euro we wtorek poznamy wstępne odczyty danych o dynamice PKB, w piątek z kolei zapoznamy się z nowymi wskaźnikami inflacji. W środę odbędzie się spotkanie Rezerwy Federalnej, z kolei w piątek opublikowany zostanie raport dotyczący amerykańskiego rynku pracy. Wreszcie, w czwartek o polityce monetarnej dyskutować będzie Bank Anglii. W rezultacie w bieżącym tygodniu każdego dnia (za wyjątkiem poniedziałku) należy spodziewać się wydarzeń mogących mieć wpływ na rynek.
PLN
Polski złoty zakończył ubiegły tydzień spadkami w relacji do głównych walut. W parze z dolarem, złoty osłabił się do poziomu nie widzianego od połowy 2017 roku. Walucie nie wadziły czynniki krajowe, niekorzystnie działały natomiast zmiany na parze EUR/USD. Miniony tydzień nie przyniósł zbyt wielu informacji z Polski. Poznaliśmy dane o sprzedaży detalicznej w marcu, które na pierwszy rzut wydają się dość słabe, jednak odczyt został zaniżony przez efekt kalendarzowy. Pozostałe dane z ostatnich tygodni w większości wspierają założenie o silnym wzroście gospodarczym w pierwszym kwartale. Bieżący tydzień przyniesie kilka istotnych odczytów z Polski: we wtorek poznamy dane o inflacji CPI w kwietniu, w czwartek z kolei kwietniowy odczyt indeksu PMI dla przemysłu kraju.
GBP
W obliczu przesuniętego terminu Brexitum, kurs funta w relacji do pozostałych walut w dużej mierze podążał za kursem euro. Nie spodziewamy się, żeby czwartkowe spotkanie Banku Anglii miało istotnie wpłynąć na sytuację na rynku walutowym. Decydenci banku centralnego, póki co, nie wydają się skłonni do zmiany poziomu stóp procentowych ani prognoz inflacji. W związku z tym, w krótkim okresie funt powinien zachowywać się podobnie jak wspólna europejska waluta.
EUR
Wyraźnie rozwija się różnica pomiędzy słabymi wynikami ankiet dla biznesu (PMI, IFO) a twardymi danymi ekonomicznymi. Uważamy, że niskie oczekiwania co do danych o dynamice PKB w pierwszym kwartale, jak i wstępnych odczytów dynamiki cen, dają pole do pozytywnego zaskoczenia. A w rezultacie i do umocnienia euro. Na rynku dominują krótkie pozycje na euro – w tym kontekście, w krótkim okresie może to być kolejne źródło wsparcia dla wspólnej europejskiej waluty.
USD
Dane o wzroście gospodarczym w USA w pierwszym kwartale zaskoczyły na plus. Niemniej połowę różnicy pomiędzy oczekiwaniami konsensusu a faktycznym odczytem można było uzasadnić chwilowym wzrostem zapasów przedsiębiorstw.
Ten tydzień będzie bardzo obfity w istotne informacje. W środę odbędzie się spotkanie Rezerwy Federalnej – konsensus nie oczekuje jednak zmiany stóp procentowych. Spodziewamy się, że również oświadczenie banku centralnego będzie bardzo ostrożne i przekaże bardzo niewiele informacji na temat opinii FOMC. Kluczowym w kontekście piątkowego raportu z amerykańskiego rynku pracy będzie to, czy utrzyma się trend we wzroście wynagrodzeń.
Na rynku stopy procentowej ostatni tydzień przyniósł lekki wzrost rentowności obligacji skarbowych oraz kontraktów IRS. Było to o tyle ciekawe, że na świecie w tym czasie wzrósł popyt na bezpieczne aktywa. Negatywnie na wyceny polskich papierów wpływać mogły wypowiedzi członków RPP nt. ewentualnych podwyżek stóp procentowych, a także rosnące ceny surowców energetycznych na świecie. Ograniczony zakres wahań sugeruje jednak, że duży wpływ na notowania miała obniżona płynność obrotu.
W najbliższych dniach spodziewać się można lekkiego wypłaszczenia krzywej dochodowości. Spread 2Y10Y powinien zawęzić się z obecnych 130 pb. w okolice 120 pb. Negatywny wpływ na wyceny papierów o krótszych terminach wykupu może mieć publikacja wstępnych danych nt. inflacji w kwietniu. Szacować można, że wzrosła ona w okolice 1,8%-1,9% r/r wobec 1,7% miesiąc wcześniej. Za takim scenariuszem przemawiają przede wszystkim rosnące ceny surowców energetycznych na świecie, w efekcie czego cena benzyny w Polsce wzrosła w ostatnim miesiącu o blisko 7%. Do tego widać też presję na wzrost cen żywności. Z kolei pozytywny wpływ na wyceny papierów, głównie tych z dłuższego końca krzywej, mogą mieć informacje nt. podaży obligacji skarbowych w maju. W przyszłym miesiącu spodziewać się można dwóch aukcji (w tym jednej zamiany) 9 i 23 maja o łącznej wartości 9 mld PLN wobec 10,5 mld PLN w kwietniu. Dodatkowo warto pamiętać, że pod koniec kwietnia doszło do wykupu obligacji i wypłaty odsetek, co będzie wspierać popyt. Przy sprzyjających nastrojach na świecie powinno to skutkować spadkiem dochodowości papierów 10-letnich w pobliże 2,80%.
Ostatni tydzień przyniósł umocnienie dolara wobec euro (EUR/USD spadł z ok. 1,1250 do 1,1150) oraz osłabienie złotego wobec euro (EUR/PLN wzrósł z ok. 4,28 do ok. 4,29).
Głównym wydarzeniem tygodnia była środowa publikacja wskaźnika nastrojów biznesu niemieckiego instytutu IFO za marzec, który okazał się gorszy od oczekiwań (99,2 vs. oczekiwane 99,9 oraz poprzednio 99,7). Było to dużym zaskoczeniem dla rynków, szczególnie w kontekście wyraźnej poprawy kondycji sektora wytwórczego w Chinach w tym samym okresie, które są istotnym partnerem handlowym Niemiec. W rezultacie kurs wspólnej waluty zaczął słabnąć wobec dolara. Mocne dane z USA (zamówienia na dobra trwałe, PKB za I kw.) dodatkowo wzmocniły tą tendencję. Na fali tracącego wobec dolara euro osłabiał się również polski złoty, pomimo że w krajowej gospodarce nie widać, póki co, symptomów przekładania się spowolnienia w Niemczech na krajową aktywność gospodarczą. Czynnikiem, który dodatkowo negatywnie wpływał na globalne apetyty na ryzyko były również wypowiedzi przedstawicieli Ludowego Banku Chin (PBoC), które podkreślały, ze instytucja ta nie planuje zalewać rynku płynnością, a jedynie zachowawczo reagować na jej ewentualne niedobory. Pośrednio oznacza to, że Chiny nie planują agresywnej stymulacji gospodarczej, a jedynie zamierzają podtrzymywać dotychczasową dynamikę rozwoju gospodarczego, co nie jest zbyt optymistycznym prognostykiem dla gospodarki Niemiec oraz strefy euro.
Wykres dnia: W ciągu ostatniego tygodnia krzywa IRS w kraju wzrosła symbolicznie o 1-3 pb.
Źródło: Thomson Reuters
Autorzy: Mirosław Budzicki, Jarosław Kosaty / PKO Bank Polski
Pozytywne dane z gospodarki realnej oraz rekordy na giełdach mogą zdominować majowe posiedzenie FOMC (śr.). Z jednej strony oddalają one perspektywę obniżek stóp, z drugiej jednak, nie wystarczają, aby pozwolić jastrzębiom na uzyskanie większości w Komitecie. Taką większość mogą za to uzyskać zwolennicy podwyżek stóp w Czechach. Ew. podwyżka na majowym posiedzeniu CNB może być ostatnią w bieżącym cyklu zacieśniania czeskiej polityki pieniężnej. Pomimo podwyżki stopy depozytowej (połączonej z QE) na ostatnim posiedzeniu, Bank Węgier (wt.) utrzymuje gołębie nastawienie, wbrew danym napływającym z gospodarki, w szczególności budującej się presji inflacyjnej. Bank Anglii (czw.) pozostaje za to w fazie oczekiwania na ostateczny kształt (i termin) brexitu.
Dane z gospodarki realnej pokażą rosnący rozdźwięk między USA i strefą euro. Koniec 1q pokazał, że amerykańska gospodarka nie traci impetu (co potwierdzą: rosnące wydatki gospodarstw domowych (pon.), nastroje konsumentów (wt.), przetwórców (śr.), zamówienia przemysłowe (czw.) oraz solidne dane z rynku pracy (ADP w śr. i NFP w pt.). Silny rynek pracy i łapiąca (kolejny) oddech gospodarka wspierają jastrzębich członków FOMC. Dopóki jednak nie dojdzie do wyraźnego przyspieszenia dynamiki wynagrodzeń (w kierunku 4,0% r/r), dopóty nie zyskają oni przewagi w FOMC.
Z kolei dane ze strefy euro wspierają obecne (gołębie) nastawienie EBC. W obliczu spowalniającego tempa wzrostu PKB (wt.), wciąż słabych nastrojów w przetwórstwie (czw.) i sezonowo słabszej sprzedaży detalicznej w Niemczech (czw.), nawet wzrosty inflacji (żywność, paliwa i usługi turystyczne) w Niemczech (wt.) i strefie euro (czw.) nie zmienią sentymentu inwestorów wobec europejskiej gospodarki.
Dane napływające z polskiej gospodarki wspierają stopniowy wzrost oczekiwań na podwyżki stóp (do których wg naszego scenariusza bazowego jednak nie dojdzie): gospodarka udanie broni się przed globalnym spowolnieniem, co potwierdzać będzie normalizacja nastrojów w przetwórstwie (indeks PMI, czw.). Wzrost cen wieprzowiny oraz paliw przełoży się na dalsze przyspieszenie inflacji CPI (wt., dane wstępne), która osiągnie w kwietniu najwyższy (jak do tej pory) poziom w tym roku.
Podczas tegorocznej majówki polskie morze czeka prawdziwe oblężenie. Jak wynika z szacunków branży hotelowej, większość apartamentów i hoteli jest już zajęta. Sprzyja optymistyczna prognoza pogody oraz ceny, które nie poszły w tym roku w górę. Jak wynika z danych platformy rezerwacyjnej VacationClub, 4-dniowy wypoczynek 4-osobowej rodziny w wysokim standardzie w hotelu z wyżywieniem kosztuje około 2 tys. zł. Za wakacyjny apartament zapłacimy o połowę mniej.
Od 1 do 5 maja większość hoteli wynajęła niemal wszystkie pokoje. W Kołobrzegu średnie obłożenie wynosi 70 proc., a w Świnoujściu – nawet powyżej 90 proc. – Niezwykle korzystne ułożenie dni wolnych od pracy wpływa na ogromne zainteresowanie majówkowym wyjazdem nad morze – przyznaje Kinga Łata, dyrektor operacyjna sieci Zdrojowa Invest & Hotels. – Zwiększoną popularnością cieszą się zwłaszcza świnoujskie hotele. To w tym sezonie wyjątkowo modny kierunek – dodaje
Sporego zainteresowania ofertą noclegową spodziewa się także branża apartamentów wakacyjnych. Jak podkreśla Krystyna Wróblewska, założycielka platformy rezerwacyjnej VacationClub, w samym tylko Kołobrzegu na tegoroczną majówkę zarezerwowano już 90 proc. apartamentów.
Gorąca atmosfera, zamrożone ceny
Powodów dużego ruchu nad morzem jest kilka. Jeden z nich to z pewnością pogoda, która już w zeszłym sezonie niezwykle sprzyjała nadmorskim spacerom. Wszystko wskazuje na to, że podobnie będzie i w tym roku – meteorolodzy zapowiadają temperatury przekraczające 20 stopni Celsjusza. Nie bez znaczenia pozostają też ceny. 4-dniowy pobyt np. w hotelu w Kołobrzegu dla czteroosobowej rodziny w wysokim standardzie z wyżywieniem to koszt około 2050 zł. Tyle samo trzeba było zapłacić w zeszłym roku.
Nieznacznie, w porównaniu do zeszłego roku, wzrosły ceny w modnym obecnie Świnoujściu. Tam za
4-dniowy rodzinny pobyt w hotelu wysokiej klasy trzeba dziś zapłacić około 3200 zł.
Tańsza, choć bez wyżywienia, będzie majówka w wakacyjnym apartamencie – podaje VacationClub. Koszt 4-dniowego pobytu dla czterech osób w Kołobrzegu czy Świnoujściu wyniesie niecały tysiąc złotych. – Warto jednak podkreślić, że przedstawione kalkulacje dotyczą apartamentu w hotelowym standardzie, a więc z hotelową pościelą i ręcznikami, szybkim Internetem bezprzewodowym, a także dostępem do rozlicznych atrakcji – podkreśla Krystyna Wróblewska.
Doświadczenie pobytu
Ten ostatni punkt wydaje się być bardzo istotny, bo w ostatnich latach branża turystyczna zauważalnie stawia na urozmaicenie pobytu nad morzem. Kołobrzeg coraz częściej wybierany jest przez amatorów surfingu oraz innych sportów wodnych, co do niedawna było głównie domeną Helu. Pomorze Zachodnie to także raj dla miłośników natury, którzy mogą mieć unikatową okazję zobaczyć żyjące na wolności orły bieliki.
Prócz plaży i morskich fal, turyści mogą także skorzystać z wielu dodatkowych atrakcji dla wszystkich grup wiekowych – parków wodnych czy kids clubów, które nie pozwolą się nudzić zwłaszcza najmłodszym klientom. Oczywistym uzupełnieniem oferty dobrych hoteli stały się także nowoczesne i przestronne strefy SPA & Wellness, nierzadko wyposażone w saunaria, tepidaria, jacuzzi i groty śnieżne. Coraz bardziej atrakcyjna jest także oferta kulinarna.
Prezydent Donald Trump wywołał iskrę, która skutkowała spadkiem cen czarnego złota. Impas wyborczy w Hiszpanii i poszukiwanie koalicji. Premier Mateusz Morawiecki zapewnia, że deficyt będzie utrzymany w ryzach i znajduje środki bez podwyżki podatków.
Gwałtowna przecena ropy
Po ostatnim rajdzie w górę przyszedł czas na spadki. W ciągu trzech dni cena baryłki ropy spadła o 6,5%, czyli o 5 dolarów. Co spowodowało przecenę? Analitycy wskazują na dwie główne przyczyny. Po pierwsze, Rosja zapowiedziała naprawienie usterki, która ograniczała dostawy do Europy. Po drugie, Donald Trump znów rozpoczął naciski na OPEC w celu zwiększenia wydobycia. Jeżeli przyniosą one skutek i wydobycie rzeczywiście wzrośnie, spowoduje to obniżkę cen. Połączenie tych wydarzeń już doprowadziło do regresu. Po tygodniach wzrostów wielu inwestorów szukało momentu na sprzedaż. W rezultacie, gdy spadki tylko się zaczęły, zostały dodatkowo pogłębione przez realizację zysków.
Wybory w Hiszpanii
Wynik wyborów, oprócz zwycięstwa socjalistów, ma jeden istotniejszy element. Mianowicie impas koalicyjny. Ani partie uważane za prawicowe, ani lewicowe nie są wstanie stworzyć koalicji większościowej. W rezultacie rozpoczynają się rozmowy na temat tworzenia dosyć egzotycznych, z punktu widzenia tamtejszej polityki, połączeń. Rynki nie lubią niepewności, a Hiszpania to istotna gospodarka dla Unii Europejskiej. Jeśli skomponowanie rządu będzie się przedłużać lub powstanie niestabilna koalicja, może to być czynnik ciążący na notowaniach euro. Tym samym będziemy obserwowali negatywny wpływ na złotego, który jest silnie powiązany z europejską walutą.
Skąd środki na piątkę Kaczyńskiego?
Mniej więcej takie pytanie zadano premierowi Morawieckiemu. Okazuje się, że wbrew pozorom nie ze zwiększonego deficytu. W 2020 roku, czyli pierwszym roku obowiązywania wszystkich benefitów, ma on wynieść “1,5% może 2%”. Dodał również, że nie jest planowane podwyższanie podatków. Co więcej, w każdej z czterech największych grup płatników, doszło do obniżek podatków. Jednak w symulacji ponownie pojawia się zwiększona ściągalność. Czyli w takim razie nie ma powodu do niepokoju? Niekoniecznie. Zewnętrzne ośrodki prognozujące nie podzielają optymizmu Pana Premiera. Szacuje się, że w przyszłym roku (bez pogorszenia koniunktury) deficyt zbliży się w okolice 2,5% PKB. Jeżeli znów zacznie się on wymykać spod kontroli, z pewnością odbije się to negatywnie na złotym.
Dzisiaj dzień wolny w Japonii i Rumunii, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – raport na temat wydatków Amerykanów,
14:30 – USA – dochody Amerykanów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Po trzech pierwszych miesiącach tego roku centra Designer Outlet w Piasecznie pod Warszawą, Gdańsku i Sosnowcu odnotowały wzrost sprzedaży średnio o ponad 10% w stosunku do tego samego okresu w 2018 r.
Ruch klientów we wszystkich Outletach wzrósł o niemal 4% – przy czym w każdym z nich zanotowano większą liczbę odwiedzających i to pomimo ponad dwukrotnie większej w tym roku liczby dni bez handlu.
Centra Designer Outlet podejmują szereg działań, mających na celu zminimalizowanie negatywnych skutków zakazu handlu w niedziele, m.in. poszerzają ofertę – także o marki premium, czy przeprowadzają innowacyjne badania konsumenckie służące utrzymaniu wysokich standardów obsługi klienta.
Thomas Reichenauer, Managing Director PROM PEAKSIDE ROS Outlet Management – firmy zarządzającej centrami Designer Outlet
– I kwartał 2019 r. wszystkie nasze polskie Outlety zakończyły ze wzrostem sprzedaży na poziomie średnio + 10,13%, zwiększył się także ruch klientów w stosunku do tego samego okresu w roku poprzednim. Jest to dla nas bardzo dobra wiadomość i sygnał, że podejmowane wysiłki mają realny wpływ na sukces sprzedażowy. Nasze wyniki zaprzeczają zeszłorocznym, pesymistycznym prognozom ekspertów, według których Outlety miały najbardziej ucierpieć na zakazie handlu w niedzielę. Klienci doceniają naszą unikalną ofertę oraz charakterystyczne dla Designer Outlet rabaty i mimo agresywnej komunikacji przecen centrów regularnych, dostosowują swoje zwyczaje, aby przyjechać do nas na zakupy. Trudno przewidzieć, jak wysoką sprzedaż osiągnęlibyśmy, gdyby nie negatywny wpływ zakazu handlu w niedziele – mówi Thomas Reichenauer, Managing Director PROM PEAKSIDE ROS Outlet Management – firmy zarządzającej centrami Designer Outlet.
W pierwszych trzech miesiącach 2019 roku właściciele sklepów i galerii handlowych musieli zmierzyć się z kolejnymi ograniczeniami w związku z zakazem handlu w niedzielę. Od stycznia, poza kilkoma wyjątkami, sklepy mogą być otwarte tylko w ostatnią niedzielę miesiąca. Jest to także pierwsza okazja, żeby sprawdzić, jak kolejne obostrzenia wpływają na wyniki finansowe – jeszcze rok temu w styczniu i lutym nie obowiązywał zakaz handlu, przepisy weszły w życie 1 marca 2018 r.
W I kwartale tego roku aż o 6 dni handlowych mniej
W związku z układem świąt oraz zakazem handlu w niedziele, w I kwartale 2019 r. sklepy zamknięte były aż przez 11 dni. Dla porównania, w tym samym okresie w roku poprzednim było to tylko 5 dni. Te obostrzenia w oczywisty sposób negatywnie wpłynęły na handel w sklepach, jednak w przypadku centrów Designer Outlet Warszawa, Gdańsk i Sosnowiec inne czynniki zdecydowały o zamknięciu pierwszego kwartału dużymi wzrostami wyników. Wszystkie centra Designer Outlet odnotowały wzrosty sprzedaży, średnio wyniosły one +10,13%. Zwiększył się także ruch klientów we wszystkich lokalizacjach. Średnia liczba odwiedzających Outlety wzrosła o blisko 4%.
Nowi najemcy, oferta premium, innowacyjne badania konsumenckie
Centra Designer Outlet nie pozostały jednak bezczynne wobec wprowadzanych regulacji. Podjęto szereg działań, mających na celu zminimalizowanie strat i ułatwienie funkcjonowania najemcom galerii handlowych.
– Na tak dobre wyniki finansowe z pewnością miały wpływ również otwarcia w 2018 r. wielu nowych sklepów w każdej lokalizacji – w samej Warszawie było ich aż 8. Większa różnorodność oraz poszerzanie oferty o marki premium sprawiły, że nasze Outlety są jeszcze bardziej atrakcyjne dla klientów. Na przykład w Gdańsku otworzyliśmy salon Tommy Hilfiger, a w Sosnowcu m.in. salony Levi’s czy The Cosmetics Company Store. Podejmowaliśmy także inne aktywności mające na celu poprawienie komfortu zakupów – remonty, zmiany wystroju itp. Przykładamy dużo uwagi do preferencji naszych klientów, bardzo ważne są dla nas ich opinie, dlatego wszystkie podejmowane przez nas działania są wynikiem obserwacji i przeprowadzanych badań – dodaje Thomas Reichenauer.
Analizy przeprowadzane przez PROM różnią się od innych, wykorzystywanych powszechnie na rynku. Oprócz klasycznego „Tajemniczego Klienta”, wprowadzono nowe badanie pod nazwą „Meet&Greet”, które polega na ocenie pierwszego wrażenia po wejściu do sklepu. Dzięki zastosowaniu obu metod, outlet otrzymuje szeroki obraz poziomu obsługi w sklepach.
Zmiany w Designer Outlet po I kwartale roku
W pierwszych trzech miesiącach roku przeprowadzano kolejne zmiany w centrach. W Designer Outlet Sosnowiec otwarte zostały nowe sklepy – SIZEER oraz Recman. Relokowano natomiast Umbro i Timberland. Trwają także prace nad powiększeniem salonu 4F, który w połowie roku zajmie powierzchnię 568,73 mkw. W Gdańsku przeprowadzono relokację sklepu Levi’s na większą powierzchnię, a także remonty w 4 lokalach, m.in. w Only. W piaseczyńskim Outlecie otwarto nowy sklep GEOX, zmieniono lokalizację 4F, dzięki czemu sklep podwoił swoją powierzchnię, a także wyremontowano jedyny w Polsce outlet Mango.
Nationale-Nederlanden Powszechne Towarzystwo Emerytalne wystąpiło do Polskiego Funduszu Rozwoju z wnioskiem o rejestrację w ewidencji PPK – to ostatni, niezbędny warunek do oferowania Pracowniczych Planów Kapitałowych klientom. W styczniu br. towarzystwo jako pierwsza instytucja finansowa, zarejestrowało 8 Funduszy Zdefiniowanej Daty.
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
– Przed nami ostatnia prosta na drodze do uruchomienia Pracowniczych Planów Kapitałowych. Wpis do ewidencji prowadzonej przez PFR umożliwia przedstawienie oferty na prowadzenie PPK. Największe firmy będą zobowiązane je uruchomić już od lipca – mówi GrzegorzChłopek, prezes Nationale-Nederlanden PTE –Dziś zarządzamy największym pod względem wysokości aktywów Otwartym Funduszem Emerytalnym w Polsce. Mamy bardzo duże doświadczenie w pomnażaniu długoterminowych oszczędności Polaków oraz jeden z najlepszych na rynku zespołów inwestycyjnych. Wierzymy, że tak samo dobrze będziemy radzić sobie w PPK – dodaje.
Wpis do ewidencji PPK prowadzonej przez PFR jest niezbędny do oferowania Pracowniczych Planów kapitałowych. Dla największych firm – zatrudniających ponad 250 pracowników (według stanu na 31 grudnia 2018 roku) – obowiązek ten pojawi się już w lipcu br. By znaleźć się w ewidencji PPK, instytucja finansowa powinna złożyć do PFR oraz do KNF oświadczenie o spełnieniu określonych w ustawie o PPK warunków. Jest to m.in. co najmniej 3-letnie doświadczenie w zarządzaniu funduszami, posiadanie kapitału własnego w wysokości min. 25 mln zł oraz zarządzanie odpowiednią liczbą Funduszy Zdefiniowanej Daty. Ich celem będzie dopasowanie potencjalnego zysku oraz ryzyka do wieku uczestnika. Oznacza to, że wraz ze zbliżaniem się uczestnika do osiągnięcia 60 roku życia pieniądze lokowane są w coraz bezpieczniejsze produkty finansowe, takie jak obligacje Skarbu Państwa czy depozyty bankowe. Nationale-Nederlanden PTE, jako pierwsze na rynku zarejestrowało Fundusze Zdefiniowanej Daty już w styczniu tego roku.
Pracownicze Plany Kapitałowe to program mający zachęcić Polaków do długoterminowego oszczędzania na emeryturę. Głównym założeniem jest współuczestniczenie w oszczędzaniu pracownika, pracodawcy oraz państwa. Do PPK zapisani zostaną wszyscy pracownicy pomiędzy 18 a 55 rokiem życia, za których odprowadzane są składki na ubezpieczenia społeczne. Jednocześnie w dowolnym momencie mogą oni zrezygnować z uczestnictwa w programie.
Browar PINTA, który w 2011 roku dał początek piwnej rewolucji i do dziś warzy swoje piwa w wynajmowanych browarach w Zawierciu i Zarzeczu, już za 2 miesiące uruchomi własny zakład z warzelnią w Wieprzu koło Żywca. Zapowiada też budowę drugiego browaru przez nową spółkę PINTA Barrel Brewing. W nim powstawać będą limitowane serie piw starzonych w beczkach, a inwestycję wspierać ma emisja akcji i kampania crowdfundingowa na Crowdway.pl.
1 z 8
Przyczynili się do odmiany piwnego rynku opanowanego przez browary koncernowe. Najpierw odtworzyli praktycznie jedyny czysto polski styl piwny – Grodziskie, a później – w 2011 roku – uwarzyli mocno nachmieloną amerykańską odmianę India Pale Ale „Atak Chmielu”. Tak zaczęła się piwna rewolucja w Polsce, która dziś oznacza ponad 2 tys. nowych piw rocznie i niemal co tydzień powstawanie nowego browaru rzemieślniczego. Za tym ruchem w biznesie od początku stoi PINTA, marka stworzona przez: Ziemowita Fałata, Grzegorza Zwierzynę i Marka Semlę.
150 stylów PINTA
Dziś miłośnicy piw rzemieślniczych dobrze znają najpopularniejsze piwa ze stałej oferty browaru PINTA: Atak Chmielu (American IPA), A ja pale ale (American APA) czy Pierwsza Pomoc (Polski Lekki Pils). Znają jeszcze jedną nazwę: „PINTA Miesiąca”, czyli premierowe piwo w eksperymentalnym stylu, które raz na miesiąc trafia do ponad 100 pubów w Polsce i zagranicą.
W sumie w ciągu 8 lat PINTA uwarzyła piwa w ponad 150 stylach i odmianach, dostępnych obecnie, obok pubów, także w sklepach specjalistycznych, sieciach handlowych, na stacjach paliw i podczas piwnych festiwali. Kooperuje z innymi piwowarami z Polski lub z zagranicy. Polski chmiel woziła do Włoch, Japonii, Brazylii i Nowej Zelandii, a do kraju sprowadzała odmiany z Argentyny, RPA i Tasmanii.
Własny browar ma Żywiecczyźnie
Już w czerwcu w Wieprzu koło Żywca PINTA uruchomi własny browar. – Kiedy w 2016 roku zaczęliśmy zbliżać się do szczytu mocy produkcyjnych w browarach kontraktowych w Zawierciu i Zarzeczu, zapadła decyzja o budowie własnego zakładu – mówi Ziemowit Fałat, współwłaściciel PINTA sp. z o.o. To pierwszy etap inwestycji, zlokalizowanej w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, którego wartość wyniesie 21 mln zł.
Możliwości produkcyjne nowego browaru od razu będą wynosić 20 tys. hl rocznie i w większości zastąpią obecną produkcję kontraktową. W drugim etapie projektu tuż obok browaru powstanie firmowy pub dla miłośników PINTY. – Taproom będzie miejscem spotkań i degustacji naszych sztosów. Razem z nim odsłonimy też unikalną elewację browaru, złożoną z kontenerów – dodaje Ziemowit Fałat.
Rewolucja vol.2: PINTA Barrel Brewing
Nowy, własny browar rzemieślniczy wraz z taproomem to nie koniec piwnej rewolucji w wykonaniu PINTY, a zapowiedź jej kolejnego rozdziału. – Okazało się, że spośród 10 najlepiej ocenianych produktów PINTY, większość to piwa Barrel Aged, czyli leżakowane w beczkach. To kategoria piw premium, a zarazem nisza, która w Polsce dopiero się kształtuje – wyjaśnia Grzegorz Zwierzyna, prezes nowej spółki PINTA Barrel Brewing SA.
Do 2021 roku firma wybuduje niewielki browar, w którym powstawać będą limitowane edycje piw starzonych w drewnie, piw dzikich i kwaśnych oraz piwne eksperymenty. – Wykorzystując tradycyjne metody warzenia i dębowe beczki po winie, bourbonie, rumie czy whiskey, wzbogacimy smak i aromat mocnego piwa. Skupimy się na krótkich seriach, które będą konkurowały z winem i zajmą eksponowane miejsce na rynku piw z najwyższej półki – dodaje Bartłomiej Ociesa, piwowar PINTA Barrel Brewing.
Od beer-geeka do akcjonariusza
Zaproszenie do udziału w nowej spółce i budowie browaru PINTA Barrel Brewing otrzymają inwestorzy, w tym społeczność „beer-geeków” zgromadzona wokół marki PINTA. Emisję akcji wspierać będzie kampania crowdfundingowa promowana na platformie Crowdway.pl, którą zaplanowano od 6 maja do 24 czerwca. Cel zbiórki wyznaczono na 4 mln zł.
– Start kampanii symbolicznie zaplanowaliśmy na ostatni dzień belgijskiego festiwalu piwnego Toer de Gueze, na który PINTA została zaproszona na jako pierwszy browar z Polski – mówi Grzegorz Zwierzyna. – Szczegóły zbiórki, a także naszego biznesplanu zdradzimy wprost z imprezy gromadzącej koneserów piw starzonych w drewnianych beczkach – dodaje prezes.
Wynagrodzenie netto, czyli kwota, jaką otrzymuje pracownik po odjęciu wszystkich obowiązkowych podatków i składek, w 2018 r. wyniosło w Polsce ok. 71% pełnej pensji w przypadku przeciętnie zarabiającego singla i 77% w przypadku przeciętnie zarabiającej rodziny. W pierwszym wariancie oznacza to spadek w zestawieniu krajów UE z 15. na 17. miejsce, w drugim – utrzymanie pozycji, choć w obu znajdujemy się poniżej średniej dla Unii Europejskiej – wynika z raportu PwC „Praca w UE – podatki i składki”.
Analiza przygotowana przez ekspertów PwC pokazuje, że przeciętnie zarabiający singiel w Polsce w 2018 r. otrzymywał 71% swojego pełnego wynagrodzenia (po odjęciu podatku PIT i obowiązkowych składek na ZUS i NFZ), przy średniej dla krajów Unii Europejskiej na poziomie 73%. Choć kwota ta nie zmieniła się w porównaniu z poprzednim rokiem w ogólnym zestawieniu UE spadliśmy o dwie pozycje, z 15. na 17., ponieważ wyprzedziły nad Portugalia i Łotwa. Największa część wynagrodzenia zostaje w portfelach mieszkańców Cypru (91%) i Estonii (83%).
W przypadku analizy dotyczącej przeciętnie zarabiającej rodziny dane wskazują, że z wynikiem 76% utrzymaliśmy 18. miejsce w zestawieniu krajów UE, dla których średnia wynosi 79%. W tym wariancie na największe wynagrodzenie mogą liczyć obywatele Cypru (91%) i Czech (91%).
Polskie wynagrodzenia netto w porównaniu do pensji w pozostałych krajach Unii Europejskiej są nadal za mało konkurencyjne. Biorąc pod uwagę rosnącą lukę na polskim rynku pracy i ciągle zwiększającą się skalę emigracji zarobkowej, zmiany w tym zakresie wydają się koniecznością. Warto byłoby też zastanowić się nad rozwiązaniem wprowadzonym na początku tego roku w Portugalii, czyli ulgą podatkową dla osób powracających z emigracji – 50% dochodu zwolnionego z opodatkowania w pierwszych 5 latach po powrocie. – Joanna Narkiewicz-Tarłowska, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Z danych zebranych w raporcie PwC wynika, że kolejne państwa stopniowo rezygnują z podatku liniowego i wprowadzają opodatkowanie według skali. Tego typu zmiana zaszła ostatnio na Łotwie i na Litwie. Klasyczny podatek liniowy obowiązuje już tylko w 4 państwach UE (Estonia, Bułgaria, Rumunia, Węgry).
W 2018 r. aż 9 krajów Unii, w tym Polska, zdecydowało się na podniesienie kwoty wolnej od podatku. Największy wzrost w tym zakresie nastąpił w Estonii, gdzie kwota wolna od opodatkowania została podniesiona z 2160 EUR do 6000 EUR. W Polsce kwota wolna wynosi 8 tys. zł, co w tym aspekcie daje nam 21. miejsce spośród 28 krajów Unii Europejskiej.
W poszczególnych krajach UE również składki pracodawcy na ubezpieczenie społeczne istotnie się od siebie różnią. Najwięcej tego typu składek, w przypadku pracowników o średnim wynagrodzeniu, przekazują firmy we Francji (50%), na Słowacji (35%), w Czechach (34%) i Estonii (34%), a najmniej w Rumunii (2%), Danii (4%), Wielkiej Brytanii (10%) i na Malcie (10%). Polska w tym ujęciu plasuje się ok. połowy stawki, ze stawkami ZUS pracodawcy na poziomie 21%.
Niektóre państwa decydują się na przeniesienie zasadniczego kosztu składek na ubezpieczenie społeczne z pracodawcy na pracownika. Taka zmiana nastąpiła w 2018 r. w Rumunii, a w tym roku na Litwie.
Coraz więcej pracowników delegowanych
Polscy pracodawcy delegują rocznie już ponad 500 tys. pracowników do innych państw Unii Europejskiej, a ten trend z pewnością będzie się umacniał. Zgodnie z naszą prognozą, liczba ta w ciągu kolejnych 10 lat zwiększy się o ok. 50%, tym bardziej istotna jest znajomość obecnych przepisów podatkowych i planowanych zmian w poszczególnych krajach UE. – Joanna Narkiewicz-Tarłowska, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Z danych zebranych w raporcie PwC wynika, że ponad połowa z pracowników delegowanych w UE to delegacje w ramach państw tzw. starej Unii, pozostałe kraje z Europy Wschodniej mają jedynie po kilkadziesiąt tysięcy pracowników delegowanych.
Mobilność zarobkowa obywateli Unii Europejskiej ciągle wzrasta, o czym świadczy także powołanie w lutym br. Europejskiego Urzędu ds. Pracy (European Labour Authority, ELA) przy Komisji Europejskiej. Celem tej nowej instytucji jest wspieranie pracowników, przedsiębiorstw i krajowych organów administracji w sprawach związanych ze swobodą przemieszczania się i podejmowania zatrudnienia na terenie UE. Urząd ma dostarczać informacje o potencjalnych miejscach pracy, programach szkolenia zawodowego, czy możliwościach relokacji, ale także monitorować przestrzeganie przepisów regulujących mobilność pracowników i pomagać w rozstrzyganiu ewentualnych sporów transgranicznych.
Jak podkreślają eksperci PwC, coraz większa liczba delegowanych pracowników to dla pracodawców ogromne wyzwanie, w którym mogą pomóc nowe technologie.
Dzięki odpowiednim technologiom pracodawcy mogą kontrolować koszty zarządzania mobilnością pracowniczą, a tym samym zwiększać swoją konkurencyjność na rynkach zagranicznych. Firmy powinny w tym zakresie inwestować w odpowiednie systemy i aplikacje, automatyzujące wiele czynności, usprawniające kontrolę i komunikację, zapewniając jednocześnie bezpieczeństwo gromadzonych danych. – Joanna Narkiewicz-Tarłowska, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Wysokie podatki, nadmiar obowiązków biurokratycznych, skomplikowane prawo, kontrole i samowola urzędników – to wg opublikowanych na początku kwietnia 2019 r. badań Związku Przedsiębiorców i Pracodawców jedne z największych przeszkód prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce. Równolegle rząd forsuje kolejne programy socjalne, które ktoś musi finansować. A że głównym źródłem dochodów państwa są podatki, to najprostszym sposobem sfinansowania polityki socjalnej jest ich podnoszenie. Podwyżki uderzają przede wszystkim w największych podatników, czyli przedsiębiorców. Mimo że prowadzona przez nich działalność gospodarcza jest głównym sponsorem państwa, to samo państwo coraz bardziej swobodę tej działalności ogranicza.
Przeprowadzony wśród przedsiębiorców z sektora małych i średnich przedsiębiorstw (czyli zatrudniających do 250 osób) na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców sondaż ujawnił dziesięć wskazanych przez nich głównych barier do prowadzenia firmy w Polsce. Na pierwszym miejscu „czarnej listy” znalazły się wysokie podatki, a tuż za nimi koszty pracy, a dalej nadmiar obowiązków biurokratycznych. Kolejne pozycje na liście największych przeszkód prowadzenia działalności gospodarczej zajmują: niestabilność prawa, skomplikowane prawo gospodarcze, urzędy i urzędnicy, samowolne i arbitralne decyzje urzędników, kontrole urzędu skarbowego i innych instytucji, powolne rozstrzyganie sporów sądowych oraz bariery inwestycyjne.
Niejasne przepisy prawa stanowią istotną barierę rozwoju firmy aż dla 88% ankietowanych przedsiębiorców. Niewiele mniej, bo 87% wskazało na nadmierne wymogi administracyjne, jako obciążające prowadzenie działalności gospodarczej.
Wysokie podatki i biurokracja
2 kwietnia 2019 r., „Rzeczpospolita” przedstawiła wyniki sondażu przeprowadzonego na jej zlecenie przez IBRiS. Wg ankiety 59% pytanych przedsiębiorców jest pewnych, że obecna rozdawnicza polityka socjalna państwa przyczyni się do wzrostu podatków, 9% przedsiębiorców uważa, że raczej tak się stanie. Zatem blisko 70% przedsiębiorców obawia się podwyżki podatków wskutek ustanawiania i przyznawania kolejnych świadczeń socjalnych przez rządzących.
Podobnie jak w przypadku badania Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, na pierwszym miejscu sondażu „Rzeczpospolitej” w zakresie barier prowadzenia firmy w Polsce znalazły się wysokie podatki. Na drugim miejscu przedsiębiorcy wskazali biurokrację, na trzecim niestabilne i skomplikowane przepisy.
Z każdym dniem przedsiębiorca coraz bardziej staje się niewolnikiem państwa
Rządzący „wychodzą naprzeciw” przewidywaniom i obawom przedsiębiorców. Fiskus nieustannie pracuje nad stworzeniem nowych podatków, czego owocem są np.: danina solidarnościowa, podatek od nieruchomości komercyjnych, podatek od sprzedaży detalicznej, a nawet podatek od zysków, których nie ma. Jednak coraz śmielsze sięganie do kieszeni przedsiębiorców to nie tylko podatki bezpośrednie. To również rosnące opłaty i ceny, przede wszystkim energii elektrycznej i paliw, które mają bezpośredni wpływ na zwiększenie kosztów prowadzenia działalności przez przedsiębiorstwa. Z każdym dniem przedsiębiorca w Polsce zaczyna przybierać status chłopa pańszczyźnianego, który większość swojego czasu musiał poświęcać na pracę dla swojego pana, zamiast dla siebie.
Pod coraz większym nadzorem
Jednak chyba nawet chłopi pańszczyźniani nie byli tak kontrolowani i inwigilowani przez swego pana, jak przedsiębiorcy przez państwo. Po odpracowaniu pan pańszczyzny nie wnikał, czy, jak i z kim chłop obrabia swoje pole. Tymczasem fiskus chce o przedsiębiorcach i prowadzonej przez nich działalności gospodarczej wiedzieć wszystko i mieć ich pod stałym, pełnym nadzorem. Stąd do porządku prawnego wprowadzane są coraz to nowe obostrzenia i wymogi stawiane przedsiębiorcom z jednej strony, z drugiej organy skarbowe uzyskują coraz szerszy dostęp do informacji o nich.
Zgodnie z przyjętą przez rząd 12 marca 2019 r., opracowaną przez Ministerstwo Finansów nowelizacją ustawy o VAT od 1 września 2019 r. szef Krajowej Administracji Skarbowej będzie prowadził ogólnodostępny wykaz podatników VAT. Ma on służyć zapewnieniu lepszej weryfikacji kontrahenta. Jednocześnie jednak powszechnemu ujawnieniu ulegną takie dane dotyczące przedsiębiorców, jak objęte dotąd tajemnicą skarbową numery rachunków bankowych.
Ucieczka przed pańszczyzną
Istotą przedsiębiorczości jest swoboda działalności gospodarczej. W obliczu tak silnej ingerencji państwa w tę działalność trudno mówić o jej swobodzie. Zmiany w prawie, nowe opłaty i podatki narzucane są przedsiębiorcom autorytarnie, bez prawa i możliwości obrony. Nic więc dziwnego, że jedynym dla nich wyjściem pozostaje ucieczka. Przenoszenie firm za granicę, prowadzenie działalności z wykorzystaniem zagranicznych struktur i instytucji prawnych to jedne z najpopularniejszych wśród przedsiębiorców sposobów nie tylko na ochronę majątku firmy, ale i ucieczkę przed fiskalno-prawnym niewolnictwem.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Od pewnego już czasu w gospodarce europejskiej panuje nerwowa atmosfera. Powodem jest przede wszystkim zastój w niemieckiej gospodarce oraz niepewność związana z Brexitem.
Na razie wydaje się, że nerwowość ta nie rzutuje na gospodarkę Polski. W ubiegłym tygodniu nie pojawiło się zbyt wiele danych makroekonomicznych. Poznaliśmy jednak marcowe wyniki dla wartości produkcji budowalno- montażowej, która była o 27,2% niż w lutym. W marcu wzrosła także międzyroczna produkcja przemysłowa – o 7,8%. Wyniki te również potwierdzają, że nerwowa sytuacja w niemieckiej gospodarce ma mały wpływ na Polskę. Gospodarce polskiej pomaga też polityka fiskalna i pieniężna kraju. Jednakże, obecne wydatki rządowe mogą znacznie zwiększyć zadłużenie kraju w przyszłości oraz doprowadzić do zmniejszenia zasobów państwa, gdy gospodarka – w przeciwieństwie do dzisiejszej sytuacji – będzie naprawdę potrzebować wsparcia. Nawet jeśli się tak stanie, problemy budżetowe z pewnością nie będą odczuwalne w nadchodzących miesiącach i prawdopodobnie także w perspektywie kilku lat.
Pomimo pozytywnych danych, złoty przez ostatnie dwa tygodnie się osłabiał. Dzisiaj rano jego kurs był na poziomie 4,29 EUR/PLN. Kurs eurodolara na koniec tygodnia wynosił 1,11 EUR/USD.