Pozew o zniesławienie i znieważenie, naruszenie dóbr osobistych – bolączka dzisiejszych czasów

Eksperci przewidują wzrost liczby skazań za zniesławienia i znieważenia (art. 212 i 216 Kodeksu karnego). Wskazują na to też dane z resortu sprawiedliwości. W ub. roku sądy rejonowe wydały łącznie 729 takich wyroków. A w I połowie br. było ich już 387. Najczęściej zasądzano grzywny. Było ich odpowiednio 586 i 313. W większości z nich warunkowo umorzono postępowanie, tj. 414 w 2017 roku i 218 w ciągu sześciu pierwszych miesięcy tego roku. Zdecydowanie mniej jest kar ograniczenia wolności – 130 orzeczeń w 2017 roku i 68 od stycznia do czerwca 2018 roku. Zwykle wiążą się one z obowiązkiem wykonania prac społecznych.

Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości w ubiegłym roku sądy rejonowe wydały 388 wyroków skazujących za zniesławienia (art. 212 kk) i 341 za znieważenia (art. 216 kk), czyli za przestępstwa ścigane z oskarżenia prywatnego. W I półroczu tego roku odpowiednio 204 i 183. Rafał Biernacki, warszawski adwokat specjalizujący się w sprawach karnych, zauważa, że tegoroczne wartości to nieco więcej niż połowa z roku ubiegłego. Zwraca też uwagę na to, że statystyki dotyczą najprawdopodobniej postępowań wszczętych w latach 2015-2016. Zatem informacje dotyczą stricte skazań, a nie rozpoczętych spraw, których na wokandach będzie coraz więcej.

Jacek Dubois, Kancelaria Adwokacko-Radcowska Pociej, Dubois, Kosińska-Kozak
Jacek Dubois, Kancelaria Adwokacko-Radcowska Pociej, Dubois, Kosińska-Kozak

– Zniesławienia zwykle wiążą się z konfliktami gospodarczymi i politycznymi, a generalnie z brutalizacją życia publicznego. Dlatego powodów do wytaczania takich spraw jest coraz więcej. Z drugiej strony władza staje się coraz bardziej dyktatorska i ingeruje w wolności obywatelskie. A to wywołuje obawy o wiarygodność sądów i może ograniczyć wzrost liczby pozwów – tłumaczy adwokat Jacek Dubois.

W przypadku par. 1 art. 212 kk i par. 1 art. 216 kk widać trend wzrostowy. W I półroczu 2018 roku za zniesławienie skazano 152 osoby, a w całym 2017 – 261. Za znieważenie wydano odpowiednio 172 wyroki w stosunku do wcześniejszych 319. Według specjalistów, jeśli to tempo się utrzyma, w tym roku zwiększy się liczba tego typu wyroków. Prognozę potwierdzają również dane historyczne ministerstwa. W 2014 roku skazano z obu artykułów 682 osoby, a po stopniowym wzroście w 2017 roku już 729. Natomiast w I połowie tego roku odnotowano aż 387 wyroków skazujących.

– Obywatele zaczęli poważnie podchodzić do takich incydentów. Rośnie świadomość tego, że są to czyny karalne i można skorzystać z instrumentów prawnych, aby dochodzić swoich racji i oczyścić dobre imię. W mojej ocenie, liczba prywatnych aktów oskarżenia i wyroków skazujących będzie się zwiększać. Można to przewidywać, tym bardziej że coraz więcej takich zdarzeń ma miejsce w środkach komunikacji masowej, przede wszystkim w serwisach społecznościowych – uważa mecenas Biernacki.

Z kolei adwokat Jacek Dubois podkreśla, że zniesławienia dotyczą przede wszystkim mediów, artkułów prasowych i wypowiedzi publicznych. Zwykle chodzi o często bezpodstawne zarzuty bez uciekania się do inwektyw, mające kogoś zdyskredytować i narazić na utratę zaufania. W przypadku znieważeń mamy do czynienia z obrażaniem werbalnym z użyciem słów obelżywych. Te zjawiska najczęściej dotyczą osób prywatnych. Z punktu widzenia statystyk wzrostów czy spadków na oba artykuły trzeba patrzeć odmiennie.

– Różnice są diametralne, ale często zniesławienie idzie w parze ze znieważeniem, łączy pomówienia z wulgarnym lżeniem. Jednak poza politykami, dziennikarzami i celebrytami, pokaźna część wyroków dotyczy spraw o zniesławienie osób prywatnych, a także osób prowadzących działalność gospodarczą i spółek. Wbrew pozorom art. 212 kk w dużej mierze dotyczy także zwykłych obywateli. I dlatego m.in. z tego powodu zwiększy się liczba spraw właśnie w tym obszarze – tłumaczy karnista Rafał Biernacki.

Mecenas Dubois podkreśla, że w przypadku zniesławienia można działać dwutorowo, tj. skierować sprawę do sądu cywilnego o ochronę dóbr osobistych i jednocześnie wystąpić do sądu karnego o postępowanie z tego tytułu. Do niedawna poszkodowani zwykle korzystali z pierwszej możliwości, licząc m.in. na zadośćuczynienie finansowe. Ale coraz częściej sięgają także po drugą możliwość. Sądy karne działają szybciej, a ich wyroki skazujące mogą uniemożliwić np. pełnienie funkcji publicznych. To działa odstraszająco. Są więc powody, by liczba spraw, a w konsekwencji i skazań rosła.

Z danych resortu sprawiedliwości wynika, że najczęściej orzekane są grzywny. W 2017 roku wydano 318 takich wyroków na podstawie art. 212 i 268 w przypadku art. 216. Zdecydowanie mniej było kar ograniczenia wolności (58 i 72). W pierwszej połowie 2018 roku tych pierwszych kar było odpowiednio 162 i 151, a ograniczenie wolności dotknęło 38 skazanych za zniesławienie i 30 za znieważenie.

– Ogromna przewaga kar finansowych wynika stąd, że są to sprawy, które nie przynoszą szkód fizycznych. To przede wszystkim słowa i publikacje w Internecie. Zaskakuje mnie niska liczba kar ograniczeń wolności. Sam często uzyskuję takie wyroki, a zmuszają one skazanych do świadczenia nieodpłatnych prac społecznych i przemyślenia własnego postępowania. Taka kara trwa dłużej oraz może być bardziej dotkliwa niż jednorazowa grzywna – uważa adwokat Rafał Biernacki.

Rzadko dochodzi do pozbawienia wolności oskarżonych. W 2017 roku w obu przypadkach (art. 212 i 216) wydano 10 takich wyroków, tylko raz bez warunkowego zawieszenia. Natomiast w I połowie tego roku było ich 6 – wszystkie w zawieszeniu. Prof. Piotr Kruszyński z Uniwersytetu Warszawskiego jest zdecydowanie przeciwny tego rodzaju sankcjom w przypadku zniesławienia. Sądy najczęściej jednak decydują się na grzywny, przy czym w większości są one warunkowo umarzane (łącznie 414 w 2017 roku i 218 w I półroczu br.).

– W takiej sytuacji nie ma wątpliwości co do popełnienia przestępstwa przez oskarżonego. Sprawca ma możliwość porozumieć się z pokrzywdzonym. Warunkowe umorzenie zawsze orzekane jest na okres próby trwający od roku do 3 lat. W jej trakcie sąd może nałożyć na sprawcę liczne obowiązki, w tym zobowiązać go do naprawienia szkody, przeproszenia pokrzywdzonego. Jeśli ten w tym czasie popełni przestępstwo umyślne za które został skazany, sąd podejmie postępowanie warunkowo umorzone. Z kolei, gdy w okresie próby rażąco naruszy porządek prawny, sąd także może podjąć postępowanie – podsumowuje adwokat Rafał Biernacki.

Sytuacja na rynku pracy wymaga aktywizacji osób niepełnosprawnych

W Polsce od ponad 20 lat aktywność zawodowa jest na tym samym poziomie. Jeśli chodzi o osoby niepełnosprawne – jest to jeden z najniższych wskaźników w Europie – wynosi ok. 20 proc. Liczba osób wpieranych w systemie SOD (System Obsługi Dofinansowań) jest też raczej stała. Zmiana ustawy o emeryturach spowodowała, że pracownicy, którzy odeszliby na emeryturę w ciągu trzech latach, robią to w trakcie jednego roku. Miało to wpływ także na rynek pracy osób niepełnosprawnych. Tutaj także nastąpiła duża redukcja, ponieważ najwięcej z nich znajduje się w najstarszej grupie wieku przedemerytalnego. Spowodowało to odpływ wielu zatrudnionych, a powstałe deficyty potęgują zainteresowanie zatrudniania tych osób.

– Powstaje pytanie, czy gdyby aktywizować zawodowo osoby niepełnosprawne, mogłyby one stanowić rezerwę w przypadku kryzysu na rynku pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Dzik, wiceprezydent Pracodawców RP – Wymaga to długoterminowej, konsekwentnej polityki w tym zakresie. Dotychczas prowadzone działania – w tym także ustawa o rehabilitacji osób niepełnosprawnych – od pewnego czasu weszły w dość zaskakującą fazę. Spotykamy się z coraz większą liczba decyzji i postępowań, które idą w kierunku podważenia zasadności pobranej dotacji i żądania jej zwrotu. Skala tego problemu wyraźnie rośnie – uruchamianych jest coraz więcej nowych spraw w tym obszarze. Nacisk na ich prowadzenie potwierdził nawet prezes Polskiego Funduszu Rozwoju podczas tegorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy. W ten sposób powstaje kolejna luka prawna, budująca niepewność opartą na konsekwencjach ekonomicznych – wycofaniu dofinansowania, kiedy pracodawca de facto poniósł wszystkie koszty, ale musiał nie ze swojej winy dokonać korekt w deklaracji w późniejszym czasie – wskazał Dzik.

Rząd pracuje nad gruntowną reformą systemu zamówień publicznych. Mają być bardziej konkurencyjne, innowacyjne oraz przyjazne dla małych i średnich firm

Rząd pracuje nad gruntowną reformą systemu zamówień publicznych. Mają być bardziej konkurencyjne, innowacyjne oraz przyjazne dla małych i średnich firm 1

Resort przedsiębiorczości kończy prace nad projektem nowej ustawy Prawo zamówień publicznych. Następnie trafi do konsultacji społecznych, a w życie wejdzie w drugiej połowie 2019 roku. Zmiany są konieczne, bo obecny system jest nieefektywny – przekonuje ministerstwo. Nowa ustawa ma m.in. zwiększyć konkurencyjność postępowań, tak aby startowało w nich więcej podmiotów, oraz promować małe i średnie przedsiębiorstwa. Poprawione PZP ma być dla nich impulsem do rozwoju i narzędziem do kształtowania krajowej gospodarki.

Chcemy zbudować nowy typ relacji pomiędzy podmiotami zamawiającymi a tymi, które przystępują do procesu zamówień publicznych. Naszym celem jest przede wszystkim zrównanie w prawach i obowiązkach tych dwóch stron. Dzisiaj przedsiębiorcy wskazują, że równowaga między nimi jest mocno zachwiana. Mówiąc krótko, zamawiający może wszystko, a dostawca usług czy towarów jest bardzo ograniczony i nadmiernie penalizowany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Zgodnie z zapowiedziami szefowej MPiT, nowe Prawo zamówień publicznych miałoby zacząć obowiązywać w II połowie 2019 roku. Obowiązująca ustawa od 2004 roku była nowelizowana już ponad 40 razy. Dlatego potrzebny jest całkiem nowy, spójny system zamówień publicznych. Na razie gotowa jest koncepcja nowego Prawa zamówień publicznych autorstwa MPiT oraz Urzędu Zamówień Publicznych. W oparciu o nią resort kończy przygotowania projektu ustawy, który zostanie niedługo skierowany do konsultacji i uzgodnień międzyresortowych.

Nowe Prawo zamówień publicznych ma przede wszystkim zwiększyć konkurencyjność przetargów, tak aby startowało w nich więcej podmiotów oraz promować małe i średnie przedsiębiorstwa, które stanowią ponad 90 proc. polskiego rynku. Dobrze skonstruowane PZP ma być dla nich ważnym źródłem dochodów i impulsem dla rozwoju.

W tej chwili małe i średnie przedsiębiorstwa pozyskują zaledwie 45 proc. zamówień o wartości powyżej progów unijnych (i to występując w roli zarówno bezpośrednich wykonawców lub konsorcjantów, jak i podwykonawców). Oznacza to, że udział MŚP w zamówieniach publicznych jest znacznie niższy niż ich znaczenie gospodarcze i potencjał rynkowy. Co więcej, aż 80 proc. start-upów nigdy nie wzięło udziału w postępowaniu o zamówienie publiczne, a 59 proc. w ogóle nie planuje startowania w przetargach. Aby zmienić tę sytuację, rozważane jest m.in. wskazanie, że w postępowaniach poniżej progów unijnych warunki stawiane wykonawcom będą dostosowane do potencjału małych i średnich przedsiębiorstw.

Otwarcie rynku zamówień publicznych dla małych i średnich firm to bardzo ważny wątek. Dzisiaj stoimy przed faktami, które jasno pokazują, że konkurencyjność postępowań jest w Polsce bardzo niska. W ubiegłym roku było 2,48 podmiotów na postępowanie, co oznacza, że niespełna 3 podmioty ubiegały się o dostarczanie towarów czy usług dla administracji publicznej. Dlaczego to takie ważne? Dlatego że w ubiegłym roku aż 8 proc. polskiego PKB zostało wypracowane właśnie w systemie Prawa zamówień publicznych – podkreśla Jadwiga Emilewicz.

Minister zaznacza, że zamówienia publiczne mają duże przełożenie na polską gospodarkę. W 2017 roku wartość zamówień udzielanych w systemie PZP wyniosła ok. 163,2 mld zł (234,6 mld zł z uwzględnieniem zamówień bez postępowania), co stanowiło 8,2 proc. polskiego PKB (w roku 2016 było to 107 mld zł i 5,8 proc. PKB). Zamówienia publiczne wywierają bezpośredni i – w odróżnieniu od innych wydatków z budżetu państwa – natychmiastowy wpływ na gospodarkę. Jednak w obecnym systemie problem stanowi m.in. zbyt mała liczba ofert składanych w postępowaniach. W ubiegłym roku liczba zamawiających wyniosła blisko 33,7 tys., przy czym największą grupę stanowiły instytucje samorządowe (łącznie ok. 52 proc.). Aż w 86 proc. zamówień skorzystano z trybu przetargu nieograniczonego (ten odsetek utrzymuje się na zbliżonym poziomie od kilku lat). Prawie połowę (43 proc.) stanowiły postępowania, w których złożono tylko jedną ofertę.

Kolejny ważny wątek to rozbudzenie apetytu na innowacje po stronie administracji. Innowacyjne towary i usługi także mogą być zamawiane w procesie zamówień publicznych. Chcielibyśmy stworzyć takie instrumentarium prawne, które sprawi, że administracja nie będzie bać się takich trudnych zamówień. Chcemy dać gwarancję bezpieczeństwa tym podmiotom, które zechcą zamawiać innowacyjne produkty, że nic złego ich nie spotka, oraz zapewnić im instrumenty niezbędne do tego, żeby przeprowadzić takie innowacyjne postępowanie – podkreśla Jadwiga Emilewicz.

Jedną z bolączek obecnego systemu – którą ma zlikwidować nowa ustawa PZP – są również skomplikowane i kosztowne procedury, niejasne orzecznictwo (w 2017 roku do KIO wniesiono 2,7 tys. odwołań) oraz niekorzystne postanowienia umowne (kary umowne, warunki wykonania zamówienia, wadium i gwarancje należytego wykonania umowy), które powodują brak równości stron i obciążanie wykonawcy jednostronnie ryzykiem kontraktowym.

Chcielibyśmy wreszcie zautomatyzować i unowocześnić same procedury. W tym obszarze już wydarzyła się pewna zmiana – od 18 października obowiązuje elektronizacja zamówień poniżej progów unijnych. Służy temu m.in. miniPortal zakupowy – rozwiązanie wypracowane we współpracy Urzędu Zamówień Publicznych, MPiT, Ministerstwa Cyfryzacji oraz Centralnego Ośrodka Informatyki. Dzięki niemu zamówienia od tzw. progu unijnego wzwyż są dzisiaj realizowane za pośrednictwem tego darmowego rozwiązania, które jest bardzo intuicyjne i funkcjonalne. Pozwala ono zarówno zamawiającym, jak i przystępującym do postępowania skrócić czas, a administracji zbierać informacje o tym, jak tak naprawdę wygląda przebieg zamówień – mówi minister przedsiębiorczości i technologii.

Tylko co trzeci Polak korzysta z usług stomatologicznych w ramach NFZ. Rynek prywatnych gabinetów do 2020 roku będzie wart 12,5 mld zł

Tylko co trzeci Polak korzysta z usług stomatologicznych w ramach NFZ. Rynek prywatnych gabinetów do 2020 roku będzie wart 12,5 mld zł 2

Większość Polaków wybiera usługi prywatnych gabinetów stomatologicznych. Rynek, który do 2020 roku ma być wart już przeszło 12,5 mld zł, jest w trakcie silnej konsolidacji. Dołączając do większej sieci, prywatne gabinety stają się częścią silnego brandu o ugruntowanej pozycji, zyskują dostęp do innowacji i wiedzy, nie muszą się martwić o aspekty związane z zarządzaniem, marketingiem czy pozyskiwaniem funduszy na inwestycje. Korzyści odnoszą też sami pacjenci, którzy mają gwarancję wysokiej jakości usług niezależnie od miejsca ich świadczenia. Na ten segment rynku stawia także lider rynku – Grupa LUX MED.

Ze względu na krótszy czas oczekiwania i lepszą jakość usług Polacy zdecydowanie częściej korzystają z usług prywatnych gabinetów stomatologicznych. Jak wynika z badań CBOS, w pierwszym półroczu tego roku 53 proc. Polaków przynajmniej raz odwiedziło dentystę lub protetyka, a zdecydowana większość (82 proc.) wybrała usługi prywatnej kliniki stomatologicznej. Na korzystanie z usług stomatologicznych refundowanych w ramach NFZ decyduje się zaledwie co trzeci Polak (36 proc.). To w dużej mierze wina niedofinansowania – wydatki na stomatologię stanowią około 2,5 proc. całego budżetu NFZ, co oznacza, że na statystycznego Polaka przypada niecałe 50 zł. Prywatne gabinety zapewniają kompleksową opiekę, stać je także na droższe inwestycje i wdrażanie innowacyjnych metod leczenia.

Z danych PMR wynika, że rynek stomatologiczny w Polsce rozwija się w tempie ok. 7 proc. rocznie, a do 2020 roku ma być wart już 12,5 mld zł. Od kilku lat zauważalnym trendem jest silna konsolidacja tego rynku, podobnie jak w całej Europie. Mniejsze podmioty dołączają do większych sieci, aby móc odpowiadać na oczekiwania pacjentów dotyczące komfortu i jakości świadczonych usług.

 Na całym świecie zauważalny jest trend łączenia się mniejszych podmiotów stomatologicznych w duże sieci. LUX MED na tym polu ma doskonałe doświadczenia. Jesteśmy częścią grupy Bupa, która jest jednym z największych dostawców m.in. usług stomatologicznych na świecie. Posiadamy rozbudowaną sieć w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i widzimy, że w Polsce ten trend również postępuje. Jako Grupa LUX MED jesteśmy gotowi do budowania wspólnie dużej sieci stomatologicznej. W dużej grupie możemy osiągnąć dużo więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.

Konsolidacja rynku stomatologicznego to trend ogólnoeuropejski. W krajach takich jak Hiszpania czy Wielka Brytania rynek jest już skonsolidowany w kilkudziesięciu procentach. W Polsce podobny proces przeszły chociażby salony optyczne, sieci siłowni czy handel detaliczny. Jego efektem jest wzrost jakości i dostępności usług. Z drugiej strony, dołączając do większej sieci, prywatne gabinety stają się częścią silnego brandu o ugruntowanej pozycji, zyskują dostęp do innowacji i know-how i nie muszą się martwić o aspekty związane z zarządzaniem, marketingiem czy pozyskiwaniem funduszy na inwestycje.

– Zajmujemy się kwestiami administracyjno-organizacyjno-promocyjnymi, które bardzo mocno pochłaniają właścicieli prywatnych gabinetów stomatologicznych. Tę część LUX MED bierze na siebie w całości. Dodatkowo, jesteśmy obecni na całym świecie, w związku z czym mamy dostęp do najnowszych technologii, rozwiązań medycznych i wiedzy naukowej. Mamy możliwość szkolenia naszych lekarzy nie tylko w kraju, lecz także za granicą. Dajemy też elastyczność współpracy. Wielu naszych lekarzy pracuje jednocześnie we własnych gabinetach – jedno drugiemu nie szkodzi – wymienia korzyści dla gabinetów Daniel Petryczkiewicz, szef projektu rozwoju Stomatologii LUX MED.

Jak podkreśla, Stomatologia LUX MED jest zarządzana przez stomatologów praktyków, co daje zdrowy balans pomiędzy merytoryczną a biznesowo-medyczną stroną działalności. W ten sposób lekarze nie muszą się też obawiać o to, że stając się częścią sieci, tracą niezależność na gruncie naukowym czy medycznym.

Bardzo nam zależy, żeby przystępowali do nas najlepsi lekarze w Polsce, budowali najlepsze możliwe usługi pod szyldem LUX MED. Już dzisiaj jesteśmy największą siecią stomatologiczną w Polsce, liczącą 150 gabinetów. Ta liczba zmienia się z dnia na dzień, ponieważ dynamika jest bardzo duża. Nie ukrywam, że stomatologia należy dzisiaj do głównych punktów naszej strategii – mówi Anna Rulkiewicz.

Konsolidacja i usieciowienie usług stomatologicznych to korzyści nie tylko dla placówek czy lekarzy, lecz także dla samych pacjentów. Daje gwarancję jakości świadczonego serwisu niezależnie od miejsca świadczenia – co w praktyce oznacza, że pacjent może korzystać z opieki stomatologicznej na tym samym poziomie w placówkach na terenie całego kraju.

Prof. E. Mączyńska: Dodatkowy dzień wolny od pracy nie musi być problemem dla gospodarki. Przedsiębiorcom nie podoba się tryb wprowadzania takich zmian

Prof. E. Mączyńska: Dodatkowy dzień wolny od pracy nie musi być problemem dla gospodarki. Przedsiębiorcom nie podoba się tryb wprowadzania takich zmian 3

Ustanowienie 12 listopada dniem wolnym od pracy w większości firm i instytucji spotkało się z krytyką części ekonomistów, którzy wyliczyli, ile polska gospodarka poniesie w związku z tym strat. Według szacunków autorów ustawy koszt dodatkowego dnia wolnego wyniesie 0,2 PKB, czyli niespełna 4 mld zł. Zdaniem prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego taka decyzja może jednak mieć i pozytywne skutki ekonomiczne. Problemem jest natomiast fakt, że przedsiębiorcy nie mieli czasu na przygotowanie się do takiej zmiany.

– Rachunek jest bardzo trudny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Co prawda w mediach przewinęły się różne informacje na temat tego, jakiego rzędu to są straty dla przedsiębiorców i na pewno niektórzy przedsiębiorcy będą mieli zmniejszoną produkcję. Jednak równocześnie trzeba zakładać, że ten wolny dzień zostanie przez ludzi wykorzystany także na różnego rodzaju działania, których by nie podjęli, gdyby dnia wolnego nie było, np. pójście do kawiarni czy do kina. 

W środę 7 listopada Sejm przyjął ustawę o święcie narodowym z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości wraz z poprawkami wprowadzonymi przez Senat. Tego samego dnia podpisał ją prezydent Andrzej Duda. Oznacza to, że 12 listopada będzie dniem wolnym od pracy. Pracować będą publiczne szpitale, ambulatoria i apteki.

– Moim zdaniem wolny dzień nie jest problemem dla gospodarki, od tego gospodarka się nie zawali, a nawet niektóre działy gospodarki mogą zyskać –ocenia prof. Elżbieta Mączyńska. – Poza tym pracownik wypoczęty jest bardziej wydajny. Szczęśliwa rodzina też sprzyja wydajności i zadowoleniu pracownika, więc trzeba się z tym liczyć. Cywilizowani producenci biorą to pod uwagę. Niektórzy najbogatsi przedsiębiorcy w USA przymusowo nakazują wzięcie płatnego dnia wolnego swoim pracownikom po to, żeby pobudzić ich kreatywność, pod warunkiem że po tym dniu wolnym przyniosą jakieś nowe idee. Okazuje się, że to się sprawdza.

12 listopada obowiązywać będą ograniczenia w handlu takie same, jak w niedziele niehandlowe. Zakupy będzie więc można zrobić tylko na stacjach benzynowych, w aptekach, kwiaciarniach, sklepach obsługiwanych przez właściciela i jego rodzinę czy lokalach gastronomicznych. Według szacunków autorów ustawy koszt dodatkowego dnia wolnego wyniesie 0,2 PKB, czyli niespełna 4 mld zł. Przedstawiciele biznesu podkreślają, że może być to o 2 mld zł więcej.

Przedstawiciele handlu wielkopowierzchniowego zrzeszonego w Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji apelowali na dwa dni przez uchwaleniem ustawy, by pozostawili zgodnie z pierwotnym projektem możliwość otwierania sklepów 12 listopada, tłumacząc, że wprowadzanie dnia wolnego w tak krótkim czasie uniemożliwi firmom dostosowanie się do nowych regulacji, zmianę harmonogramu dostaw i logistyki, zwłaszcza w wypadku produktów świeżych.

Jednak Sejm, który 23 października zgodził się na prowadzenie sprzedaży w tym dniu, dwa tygodnie później zaakceptował jego zakaz. Jak zwracają uwagę prawnicy, pracodawcy powinni mieć ponadto siedem dni roboczych na poinformowanie pracowników o zmianie grafików, co w tej sytuacji jest niemożliwe do przeprowadzenia.

 Skracanie czasu pracy wcale nie musi się przekładać na pogorszenie wyników gospodarczych. Szwedzkie doświadczenia są tutaj pozytywne, natomiast problem dotyczy sposobu wdrażania tej decyzji – mówi ekonomistka, prezes PTE. – Niestety z naszych badań w SGH wynika, że przedsiębiorcy narzekają przede wszystkim na niestabilność prawa, czyli na zaskakiwanie ich różnego rodzaju regulacjami prawnymi. To jest właśnie klasyczny przykład takiego zaskakiwania. Z tego też wynikają dodatkowe koszty, bo jeżeli były zaplanowane konferencje, zjazdy, spotkania, to trzeba je odwołać, niektóre nakłady już zostały poniesione, one w dużym stopniu przepadną.

Co czwarty pacjent z zawałem serca umiera przed dotarciem do szpitala. Ból w klatce piersiowej zbyt często jest lekceważony

Co czwarty pacjent z zawałem serca umiera przed dotarciem do szpitala. Ból w klatce piersiowej zbyt często jest lekceważony 4

Co roku ponad 100 tys. Polaków przechodzi zawał serca. Co czwarty umiera zanim trafia do szpitala. Choć większość prawidłowo rozpoznaje objawy, to zwleka z wezwaniem pomocy. U połowy osób z zawałem serca od pierwszych objawów do udzielenia profesjonalnej pomocy mija 260 minut. By nie doszło do zgonu lub poważnych powikłań, czas ten nie powinien przekraczać 90 minut. Dlatego kampania społeczna „Zawał serca – czas to życie” ma uświadamiać, jak postępować przy zawale oraz jak ważne jest szybkie wezwanie pomocy.

– Choroby układu krążenia należą do głównych przyczyn śmierci i dlatego działania w tym obszarze są tak ważne. W Polsce, co roku około 100 tys. osób ma zawał serca, a 20 proc. z nich w ogóle nie trafia do szpitala. Dodatkowo 75 proc. osób wie, że bóle w klatce piersiowej mogą być objawem zawału serca, a jednocześnie 75 proc. w takiej chwili zwleka  z podjęciem  działań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Z danych GUS wynika, że z przyczyn kardiologicznych rocznie umiera ok. 175 tys. osób. Nawet 80 tys. osób trafia do szpitala z zawałem serca. U ok. 30 tys. Polaków zawał kończy się śmiercią, bo zbyt długo zwlekają z wezwaniem pomocy. Lekarze oceniają, że od momentu rozpoznania zawału serca do chwili udzielenia pomocy nie powinno upłynąć więcej niż 60–90 minut. U połowy pacjentów jest to ponad 260 minut.

– W Polsce potrafimy już w tej chwili dobrze leczyć zawał serca, udrażniając naczynia wieńcowe. Notujemy ogromny progres pod względem zarówno liczby miejsc, w których potrafimy to zrobić, jak i lekarzy, natomiast w redukcji śmiertelności dużą rolę odgrywa tzw. czas przedszpitalny. To oczywiście transport przez pogotowie, ale również decyzja o podniesieniu słuchawki i zadzwonieniu po karetkę – tłumaczy prof. Piotr Przybyłowski, dyrektor ds. medycznych w Śląskim Centrum Chorób Serca.

Co ciekawe, większość chorych prawidłowo rozpoznaje objawy zawału. Z badania „Zawał serca – Opinie Polaków” przeprowadzonego przez SW Research wynika, że blisko 74 proc. wie, że ból za mostkiem, pieczenie w klatce piersiowej i duszności mogą oznaczać zawał lub inne problemy z sercem, ale tylko co piąty (22,2 proc.) zadzwoniłby wówczas po pogotowie. Większość zwleka z wezwaniem pomocy i czeka, aż ból przejdzie samoczynnie. Często oceniamy, że jest on wynikiem stresu.

– Ludzie kojarzą ból serca, natomiast trywializują go, odsuwają tę świadomość, że to może ich dotyczyć. Tu mamy największe pole do działania, żeby uświadomić, że ten ból może być groźny – przekonuje prof. Piotr Przybyłowski.

Tymczasem im szybciej wezwana pomoc, tym większa szansa na uniknięcie śmierci i pozawałowych powikłań. Nieodwracalne zmiany powstają w przeciągu kilku pierwszych minut, a z upływem czasu postępują. Z powodu niedokrwienia obumiera serce, a martwica powiększa się wraz z czasem. Im krócej trwa zamknięcie naczyń krwionośnych, tym mniejszy obszar martwicy i mniejsze konsekwencje dla pacjenta

– Poprzez podniesienie świadomości Polaków można znacząco zredukować liczbę zgonów przedszpitalnych. Jeśli chodzi o liczbę tych najgorszych scenariuszy, czyli zgonów u Polaków w wieku produkcyjnym, jesteśmy zupełnie w tyle Europy. Mamy 3–4 razy wyższą umieralność niż kraje starej Unii Europejskiej – podkreśla Tomasz Zdrojewski, przewodniczący Komitetu Zdrowia Publicznego w Polskiej Akademii Nauk.

Pomóc to zmienić ma kampania „Zawał serca – czas to życie”, która uświadamia, jak postępować przy zawale serca. Honorowy patronat nad kampanią objęła Agata Kornhauser-Duda, małżonka Prezydenta, członkiem Komitetu Honorowego jest minister zdrowia prof. Łukasz Szumowski.

To właśnie niewiedza, unikanie lekarzy i niezdrowy tryb życia są największym zagrożeniem dla zdrowia Polaków. Prestiżowe czasopismo medyczne „The Lancet”, które opublikowało prognozy średniej długości życia na świecie do roku 2040, ocenia, że Polacy w 2040 roku będą żyli mniej więcej o pięć lat dłużej niż w 2016 roku – 82,65 lat vs. 77,89 w 2016 roku.

– To jest bardzo dużo, więc jest o co walczyć. Przyszłoroczny budżet i struktura nakładów na zdrowie Polaków będą naprawdę bardzo ważnym elementem wydłużania naszego życia, a 5 lat to jest naprawdę bardzo dużo – przekonuje Tomasz Zdrojewski.

– W walce z chorobami serca ważne jest partnerstwo, praca ramię w ramię z uczelniami i sektorem publicznym. Pamiętajmy też o stowarzyszeniach pacjentów, które są kluczowym ogniwem w tej współpracy. Choroby krążenia i kardiologia stanowią główny obszar naszego zainteresowania i wiemy, jak bardzo ważne jest podejście do tych chorób z szerszej perspektywy. Mam na myśli zdrowy tryb życia, profilaktykę oraz świadomość społeczną. Poza tym choremu po zawale należy zapewnić odpowiednią opiekę i dalszą obserwacje, bo jest duże ryzyko powtórnego zawału. Tylko dzięki szerokiej współpracy nasze działania mogą coś zmienić – podkreśla Reinier Schlatmann.

Coraz więcej marek modowych stawia na fair trade. Niewielu Polaków ma jego świadomość

Coraz więcej marek modowych stawia na fair trade. Niewielu Polaków ma jego świadomość 5

Większość konsumentów zetknęła się już z pojęciem fair trade, czyli sprawiedliwego handlu, w przypadku produktów spożywczych, zwłaszcza pochodzących z surowców z krajów Trzeciego Świata. Tymczasem trend ten dotyczy także świata mody. Konsumenci przyzwyczajeni do tanich, ale szybko niszczących się produktów i natychmiastowych dostaw z powrotem zaczynają doceniać jakość i trwałość, nawet jeśli oznacza to wyższą cenę. Wciąż jednak świadomość w tym zakresie jest niższa niż np. w Niemczech. Za to marki modowe coraz częściej stawiają na fair trade i slow fashion.

– Fair trade, tzn. sprawiedliwy handel, uczciwy handel, to nie powinna być nisza, produkt premium, który jest sprzedawany bardzo wąskiej grupie klientów. Z ideą fair trade powinno być tak samo jak zasadą fair play w sporcie – gracz, który nie gra fair, po prostu wypada z gry. Nieważne, czy jest Ronaldo, czy jest trzecioligowym graczem, wszyscy gramy według zasad, które sobie ustaliliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Drozd, e-commerce manager w KOKOworld, marce łączącej modę z projektami społecznymi, działającymi w oparciu o sprawiedliwy handel.

Jak podkreśla, w biznesie zasady fair trade to wciąż nie jest norma, szczególnie w branży modowej.

– W tej branży nagminne stało się łamanie podstawowych zasad, na które się wszyscy w zachodnim świecie umówiliśmy, a które sprowadzają się do tego, że nie krzywdzimy swoich pracowników, nie niszczymy środowiska w procesie produkcji i oddajemy dobry produkt za uczciwą cenę – mówi Tomasz Drozd. –To też nie znaczy, że to jest uczciwa cena tylko dla klienta, czyli najniższa. To znaczy, że to jest taka cena, która pozwala producentowi zapłacić na wszystkich etapach produkcji wszystkim osobom, które są w nią zaangażowane.

Tak jak istnieje slow food, tak działa też slow fashion, którego zasady sprowadzają się do kupowania mniejszej liczby ubrań i dodatków, za to trwalszych i lepszej jakości. Polega to również na takim doborze garderoby, by jej elementy można było łączyć ze sobą na wiele sposobów, zamiast kupować kreację na jedną okazję. Chodzi o świadome zaprojektowanie zawartości szafy, tak by 70 proc. stanowiły w niej produkty bazowe, w których chodzi się często i dobrze w nich czuje, do których można dobrać dodatki w zależności od okazji. Tak też stroje te są projektowane, by były możliwie uniwersalne. W efekcie cała filozofia sprowadza się nie tyle do wydawania większej ilości pieniędzy, lecz do kupowania za nie mniejszej liczby lepszych jakościowo ubrań, które starczą na dłużej i które w razie uszkodzenia warto naprawić zamiast wyrzucać.

– Jako człowiek, który się zajmował e-commerce i marketingiem w sieci, po wejściu firmy fair trade’owej, jaką jest KOKOworld, to naturalne dla mnie było to, że teraz wprowadzamy darmową wysyłkę, darmowe zwroty, wszystko musi być na teraz, najlepiej tego samego dnia – opowiada Tomasz Drozd. – I ja w tej firmie dostałem komunikat: my tak nie działamy, nasze klientki wiedzą, że trzeba czekać na nasze produkty, nie musi to być na jutro i w ogóle nie musi to być darmowa wysyła, bo one wiedzą, że to się wiąże z kosztami logistycznymi, że każda dostawa i zwrot, potem kolejna dostawa, pozostawiają ślad węglowy, niszczą środowisko. To nie jest tylko koszt pojedynczej wysyłki.

Jak podkreśla, w przypadku firmy KOKOworld taka postawa, również w marketingu i komunikacji, przełożyła się na wysoką lojalność klientów, którzy są w stanie zaczekać na produkt, bo także jego powstawanie trwa dłużej niż w wypadku globalnych, masowych marek i którzy są w stanie zapłacić za niego więcej, doceniając jego jakość i trwałość.

– W Polsce jest mało marek, które mówią o sobie, że są fair trade’owe, natomiast ja chce mówić o nas, jako o marce modowej, która przestrzega zasad – przekonuje e-commerce manager w KOKOworld. – Wierzę, że jest dużo małych firm odzieżowych w Polsce, które szyją zgodnie z tymi zasadami, nikt nie cierpi po drodze, bardzo szanują jakość swoich produktów, dobierają materiały, robią uczciwy biznes, który rośnie organicznie. Nie trzeba go dopalać inwestycjami, nie trzeba szyć w Chinach, bo da się na tym zarabiać. Z jednej strony świadomość fair trade jest bardzo niska w porównaniu np. do Niemiec, klienci są dużo mniej świadomi, a z drugiej strony jest w Polsce sporo zdrowych biznesów.

Rozmowy wideo z konsultantami w czasie rzeczywistym to przyszłość e-handlu. Interaktywne call center może zwiększyć liczbę przyjmowanych zamówień

Rozmowy wideo z konsultantami w czasie rzeczywistym to przyszłość e-handlu. Interaktywne call center może zwiększyć liczbę przyjmowanych zamówień 6

Połączenie wideo klientów z prawdziwym konsultantem może znacząco poprawić wyniki sprzedażowe firm działających w sektorze e-commerce. Dzięki rozwiązaniu zaprojektowanemu przez polski start-up podczas połączenia będzie można nie tylko dopytać o produkt czy wyjaśnić wątpliwości, lecz także uzyskać pomoc w wypełnieniu dokumentów poprzez współdzielenie ekranu. Polski rynek handlu elektronicznego wyceniany jest na 40 mld zł.

– Duża liczba odebranych połączeń wideo spowodowała, że zaczęliśmy szukać innego wykorzystania tego kanału komunikacji. Korzystając z wideo, z dowolnej przestrzeni internetowej, np. z kampanii na Facebooku, możesz się połączyć z żywym konsultantem, który przeprowadzi cię przez jakiś proces, reklamacyjny, wypełnianie jakichś dokumentów na stronie czy sprzedaż urządzeń – wyjaśnia Przemek Kuśmierek, prezes zarządu Grupy Migam znanej głównie z rozwiązań ułatwiających komunikację z klientami niesłyszącymi.

Wideo staje się coraz bardziej popularnym kanałem wykorzystywanym do komunikacji między przedsiębiorstwem a jego klientami. Według specjalistów z Mitel Networks Corporation klienci w najbliższym czasie będą oczekiwać od firm przede wszystkim błyskawicznej dwukierunkowej komunikacji i natychmiastowej spersonalizowanej reakcji na zadawanie pytania. Głównym kanałem komunikacji mają się stać media społecznościowe.

Proponowany przez start-up system wideo call center ma umożliwić prostą i interaktywną komunikację w czasie rzeczywistym z klientami mającym urządzenie z dostępem do internetu wyposażone w kamerę. Może to być smartfon, tablet, komputer czy telewizor. Zainteresowany informacją klient wybiera formę kontaktu, po czym uruchamia się osadzone na stronie okienko obsługi klienta. Funkcjonalność rozwiązania nie ogranicza się jednak wyłącznie do wideorozmowy. Klient może z konsultantem np. współdzielić ekran, dzięki czemu uzyska pomoc chociażby przy wypełnianiu dokumentów.

Zdaniem twórców, taki kanał komunikacji ma znacznie poprawić wyniki firm działających w branży e-commerce, głównie poprzez podniesienie współczynnika konwersji. Niesfinalizowane zamówienia są obecnie jednym z głównych problemów tego sektora.

– To jest rozwiązanie, które odpowiada na problem bardzo niskiej konwersji z reklam. Ściągamy gdzieś ruch, człowiek wchodzi na naszą stronę, napełnia koszyk, lecz prawda jest taka, że 8 na 10 klientów pozostawia ten koszyk. My wtedy wchodzimy w interakcję z takim kupującym i on się czuje trochę tak, jak byśmy siedzieli biurko w biurko i ta konwersja może być o 80 proc. podniesiona – przekonuje Przemek Kuśnierek.

Obsługa klienta z użyciem kanału wideo jest rozwiązaniem, które dobrze sprawdza się już m.in. w sektorze bankowym. Z takiej formy kontaktu korzysta na przykład BZ WBK i mBank. Konsultant podczas rozmowy z klientem może się posługiwać takimi narzędziami, jak prezentacja, wyświetlenie dokumentu na ekranie klienta czy co-browsing, czyli wspólna edycja takiego dokumentu. Doświadczenie w obsłudze klienta z użyciem wideo call center ma też Grupa Migam, która we współpracy z Altarem opracowała system obsługi klientów niesłyszących.

Z raportu sporządzonego przez magazyn Interaktywnie.com wynika, że polski rynek e-commerce jest wyceniany obecnie na kwotę 40 mld zł. Dla porównania światowy rynek tej branży w 2017 roku był wyceniany według IPC na kwotę 2,3 bln dol. W 2017 roku 54 proc. polskich internautów kupowało online. Według twórców raportu w handlu przeżywamy obecnie erę konsumenta, w której dla zbudowania sukcesu niezbędny jest kontakt z klientem na zasadzie jeden do jednego.

Inteligentne technologie pomogą rzucić palenie. Opaski wykryją ruch ręki palacza, a aplikacje mobilne zadbają o korzyści finansowe

Inteligentne technologie pomogą rzucić palenie. Opaski wykryją ruch ręki palacza, a aplikacje mobilne zadbają o korzyści finansowe 7

W poszukiwaniu idealnej metody na skuteczne rzucenie palenia naukowcy sięgnęli po zdobycze technologii mobilnych. Specjalne aplikacje ułatwią zapanowanie nad nałogiem, a cyfrowe papierosy sparowane z telefonem będą dozować ilość wchłanianej nikotyny i uniemożliwią dzieciom palenie. Naukowcy pracują także nad wprowadzeniem opasek, które wykrywałyby, kiedy sięgamy po papierosy. Do walki z nałogiem włączył się nawet największy koncern tytoniowy. Polski start-up opracował aplikację mobilna, która nie tylko pomoże w walce z nałogiem, lecz także pozwoli odłożyć zaoszczędzone pieniądze.

– 63 proc. naszych badanych twierdzi, że nie tylko zdrowie jest dla nich ważne przy podjęciu decyzji o rzuceniu palenia, lecz także kwestie finansowe. Zdają sobie sprawę z tego, że wydają bardzo dużo na palenie papierosów i właściwie przepalają te pieniądze. Doszliśmy do wniosku, że jeśli w skali roku mogą zaoszczędzić 4,5 tys. zł, to są to na tyle duże kwoty, że za te pieniądze będą mogli zakupić jakąś nagrodę – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Alicja Stalmach, współzałożycielka start-upu Aimly.

Obecnie pracuje się nad wieloma rozwiązaniami technologicznymi i naukowymi, które mają pomóc rzucić lub ograniczyć palenie. Naukowcy z Uniwersytetu Case Western Reserve zaprojektowali aplikację mobilną, która do walki z nałogiem wykorzystuje urządzenia wearables. Specjalne opaski mają monitorować, czy użytkownicy nie wykonują ruchów charakterystycznych dla palenia papierosów. Testy wykazały, że system rozpoznawania ruchów może pochwalić się 98-proc. skutecznością. Po wykryciu, że użytkownik sięgnął po papierosa, na telefon wysyłany będzie 20–120-sekundowy film przypominający o korzyściach zdrowotnych i finansowych płynących z rzucenia palenia.

Firma Juul z kolei planuje wprowadzić na rynek inteligentne papierosy elektroniczne, które paruje się z urządzeniem mobilnym. Użytkownicy będą mogli śledzić zużycie płynu z nikotyną za pośrednictwem aplikacji oraz predefiniować użytkowników urządzenia. Po aktywowaniu profilu prewencyjnego z Juula skorzysta wyłącznie jego właściciel. Rolę tokena autoryzacyjnego pełni tu telefon użytkownika. Oznacza to, że rodzic będzie mógł zostawić e-papierosa w domu bez obawy o to, że sięgną po niego jego dzieci. Juul ma odzwyczaić palaczy od papierosów, a jednocześnie na bieżąco monitorować ilość wdychanej nikotyny.

Walkę z paleniem za pomocą nowych technologii prowadzi także polski start-up Aimly.

– Aimly to aplikacja mobilna, która pomaga w walce z paleniem papierosów, jednocześnie pomagając oszczędzać. Docelowo chcemy, żeby pomagała w walce z różnymi złymi nawykami. Obecnie użytkownik postanawia, że chce rzucić palenie, rejestruje się w naszej aplikacji, określa swój nawyk i na tej podstawie my wyliczamy, ile może zaoszczędzić w danym okresie – mówi Alicja Stalmach.

Aplikacja ma być osobistym motywatorem każdego palacza. Od czasu do czasu zapyta użytkownika, czy udało mu się zrezygnować z palenia, jeśli zaznaczy tak – predefiniowana kwota zostanie automatycznie przelana na wskazane konto. Na tej podstawie aplikacja skalkuluje, jak często dany użytkownik sięga po papierosa. A następnie wyliczy spersonalizowany plan rzucania palenia, aby dostosować częstotliwość powiadomień do danego użytkownika. Aimly ma zachęcać do rzucania palenia poprzez motywację finansową.

– Zachęcamy użytkownika, żeby zaoszczędzone na papierosach pieniądze były odkładane na konto oszczędnościowe. Docelowo chcemy, żeby mógł dzięki aplikacji dokonywać automatycznych przelewów na produkt bankowy – tłumaczy Alicja Stalmach.

Problem uzależnienia od tytoniu dostrzegli także przedstawiciele koncernu tytoniowego Phillip Morris, którzy zapowiedzieli, że w ramach walki z nałogiem będą promować korzystanie z e-papierosów w miejsce tych standardowych. W październiku firma zaprezentowała trzecią generację podgrzewaczy do tytoniu IQOS, które zamiast spalać, podgrzewają susz tytoniowy. Pozwala to zredukować wydzielanie substancji smolistych o ok. 90. proc.

Własną aplikację mobilizującą do rzucenia palenia wypuściły także władze Nowego Jorku. W ramach NYC HelpMeQuit użytkownicy zyskują dostęp do grupy wsparcia, porad na temat produktów ułatwiających rzucenie nałogu czy kalkulatora pomagającego oszacować, ile zaoszczędzimy na zrezygnowaniu z nałogu. Podobne cele przyświecają twórcom Aimly.

– Motywujemy poprzez oszczędzanie, ale chcemy też motywować, komunikując tym osobom, że warto udostępniać porady, publikacje na temat tego, dlaczego warto rzucić palenie. Edukować ich, jak działa proces nabywania nawyków i proces pozbywania się ich, bo nie jest on łatwy i tkwi bardzo głęboko w naszych głowach – podsumowuje ekspertka.

Według Grand View Research rynek e-papierosów oraz inhalatorów nikotynowych do 2025 roku będzie się rozwijał w tempie 23,8 proc., kiedy osiągnie wartość ponad 47 mld dol.

Druk przestrzenny – przyszłość druku?

Rośnie znaczenie technologii druku 3D, a jej rozwój będzie miał bardzo duże znaczenie dla europejskiej gospodarki. Eksperci IDC prognozują, że do 2020 roku w Europie wydatki na rozwiązania z tego obszaru będą rosły rocznie o 15,5%. Ten trend ma duże znaczenie dla producentów urządzeń drukujących, którzy coraz mocnej rozwijają autorskie rozwiązanie z zakresu druku przestrzennego. Druk 3D zagościł już na stałe w przemyśle i laboratoriach, a białe pudełko ustawione w rogu pokoju przestaje być jedynym skojarzeniem z drukiem. Rozszerzają się możliwości współczesnych urządzeń drukujących, a wraz z rosnącą potrzebą personalizacji i mniejszej masowości produkcji w poligrafii na znaczeniu zyskują cyfrowe systemy produkcyjne.

Druk 3D w sektorze MŚP

Technologia druku przestrzennego zyskuje na znaczeniu i jest coraz częściej wykorzystywana przez firmy MŚP. Wyniki badań zrealizowanych przez Ricoh wśród kadry zarządzającej przedsiębiorstwami z tego sektora w Europie pokazują, że 44% już zainwestowała w rozwiązania z tego obszaru a 30% planuje zrobić to w ciągu najbliższych dwóch lat. 70% chce wykorzystać tą technologię do zmiany procesów produkcyjnych, 56% planuje dzięki niej obniżyć koszty związane z przechowywaniem i transportem. Natomiast 80% chce ją włączyć do procesu rozwoju produktów.

Medycyna i edukacja

Druk przestrzenny odgrywa również ogromną rolę w rozwoju medycyny oraz edukacji. Potwierdzają to wyniki badań zrealizowanych przez Ricoh. 66% przedstawicieli europejskich uczelni wyższych uważa, że w związku z coraz częstszym zastosowaniem technologii druku 3D w przemyśle i rozwoju produktu dostęp do niej ma ogromne znaczenie dla studentów kierunków z zakresu nauk ścisłych, technologii inżynierii i matematyki – STEM (Science, Technology, Engineering, Mathematics).

Badania Ricoh pokazują, że znaczenie tych rozwiązań jest dostrzegane przez profesjonalistów związanych z ochroną zdrowia. 46% przyznało, że bez inwestycji w technologię 3D nie będą w stanie w pełni spełnić oczekiwań pacjentów w ciągu najbliższych 5 lat. Możliwości oferowane przez druk 3D wpływają na lepszą diagnostykę i skuteczność leczenia. Nie bez znaczenia jest rola, którą odgrywa w tworzeniu protez i ortez. Ta technologia pozwala na znaczne przyśpieszenie procesu produkcji, obniżenie kosztów i idealnie dopasowane do potrzeb konkretnej osoby. Dzięki możliwości precyzyjnego otworzenia organów, chirurdzy mają szansę przećwiczyć różne scenariusze, które mogą wydarzyć się podczas operacji. Innym ważnym zastosowaniem technologii 3D jest produkcja leków.

O badaniach Ricoh

Badanie Ricoh „Future of Print” zrealizowano na próbie 2 370 przedstawicieli kadry zarządzającej firmami z sektora MŚP, 787 zarządzających jednostkami ochrony zdrowia oraz 787 odpowiedzialnych za zarządzanie uczelniami wyższymi.

mBank stawia na nowoczesne contact center i oddziały w mniejszych miastach

Banki przyszłości, to nie tylko digital. Telefoniczne centra kontaktu z klientem nie mogą być obsługiwane przez słabo opłacanych studentów. Znany z innowacji mBank idzie pod prąd wobec niektórych wyobrażeń. Będzie też otwierał nowe oddziały w miastach średniej wielkości.

– Trzeba być świadomym tego, że klient się może zagubić, że może mieć moment w którym nie wie w jaki sposób postępować i wówczas będzie komunikował się z contact center – mówi w rozmowie z MarketNews24 Cezary Stypułkowski, prezes mBank SA, podczas XIII Kongresu Ryzyka BIK. – Klient musi być obsługiwany przez osobę o bardzo wysokich kompetencjach. To będzie bardzo wymagająca praca lepiej opłacana niż do tej pory.

Formy komunikowania się z klientem są różne. To chat, wideo i call. Kontakt cyfrowy z bankiem jest coraz bardziej powszechny, ale to nie zawsze wystarcza.

– Ciągle fizyczna obecność referencyjna banku dla nawet młodych ludzi jest istotna. Chodzi o to, żeby zaistnieć fizycznie w przestrzeni, gdzie nasi klienci są obecni – podsumowuje prezes C. Stypułkowski.

Dlatego mBank zaplanował otwarcie ok. 20 nowych oddziałów w miastach średniej wielkości.

Ceny detaliczne benzyny powinny spaść co najmniej 10 groszy na litrze

W najbliższych tygodniach ceny benzyny na stacjach paliw powinny spadać. Ta korekta szacowana jest na 10 gr za litr.

Rafinerie i stacje paliw reagują zawsze z lekkim opóźnieniem na zmiany cen na światowych rynkach, ponieważ wykorzystują ropę kupioną wcześnie. Dlatego właśnie teraz dojdzie do obniżki spowodowanej spadkiem cen na świecie, związanym z obawami o zmniejszenie popytu na ropę.

– W najbliższych tygodniach cena na stacjach powinna spaść o ok. 10 groszy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Piotr Jaromin, ekspert XTB.

Natomiast na światowych rynkach ropa raczej zacznie drożeć. Obawiano się dość istotnych zmian z powodu sankcji nałożonych przez USA na Iran. Jednak osiem krajów zostało zwolnionych z wdrożenia tych sankcji, czyli presja na wzrost ceny będzie mniejsza.

– Wśród tych ośmiu krajów są Chiny i Indie, które importowały 60 proc. irańskiej ropy, a ponieważ zyskały czas na znalezienie nowych dostawców presja na wzrost cen jest słabsza – mówi ekspert.

Black Friday – czyli jak przygotować swój e-sklep na globalne szaleństwo zakupów

Listopad i grudzień to najbardziej intensywny okres na rynku e-commerce, którego bardzo istotnym elementem jest Black Friday. Ten jeden dzień umożliwia przedsiębiorcom nawet kilkukrotne zwielokrotnienie obrotu. Aby jednak do koszyków potencjalnych klientów trafiło jak najwięcej produktów, warto odpowiednio przygotować swój e-sklep. Gotowość na Black Friday niesie za sobą także inną korzyść – zadowoleni klienci wracają na zakupy w okresie przed- i poświątecznym.

Black FridayPolskie sklepy internetowe odnotowały w ubiegłym roku w „Czarny Piątek” przeciętnie ok. 30 proc. większy ruch i siedmiokrotnie więcej transakcji niż w inny, zwykły piątek. Warto jednak zwrócić uwagę na dane rynkowe. Wskazują one, że w Polsce zarejestrowanych jest ponad 30 tysięcy sklepów internetowych. Przy takiej puli ryzyko, że w przypadku awarii naszego, klienci bez większego problemu dokonają zakupu w innym sklepie, jest znaczące. Warto więc zawczasu przygotować się na duży ruch. A jest o co walczyć. Szacuje się bowiem, że podczas tegorocznego Black Friday przeciętny Polak będzie gotowy wydać ok. 645 zł przede wszystkim w takich kategoriach, jak odzież, obuwie, elektronika oraz multimedia[1]. Stawkę podbija także fakt, że w listopadzie o prezentach świątecznych myśli co czwarty Polak, dysponując na ten cel średnio kwotą 451 zł[2]. Mając natomiast w pamięci fakt, że aż 42% świątecznych upominków kupujemy przez Internet, obroty w e-commerce będą w tym roku jeszcze wyższe.

3 sekundy na podjęcie decyzji

Chyba każdy, kto podchodząc do sklepowej kasy z pełnym koszykiem natrafia na kolejkę, zaczyna kalkulację – czekać czy wyjść? Badania dowodzą, że w przypadku e-commerce mamy do czynienia z tym samym dylematem. W tym wypadku jednak dużo łatwiej przejść do innego, podobnego sklepu.

– Wystarczy, że strona sklepu ładuje się dłużej niż 2-3 sekundy, a potencjalny klient opuści ją, szukając okazji gdzie indziej. Mamy tu więc do czynienia z sytuacją „przygotuj się lub zgiń”. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że przedsiębiorcy często bagatelizują kwestie IT, przygotowania pozostawiając na ostatnią chwilę – tłumaczy Robert Paszkiewicz z OVH Polska.

Jak przygotować swój sklep na żniwa w sprzedaży?

Po pierwsze, im wcześniej, tym lepiej. Analiza oczekiwań klientów i działań konkurencji powinna się rozpocząć już na kilka miesięcy przed szczytem sprzedaży. Wciąż jednak mamy odrobinę czasu. Aby racjonalnie zaplanować działania, warto więc zbadać aktualne trendy i przyjrzeć się, które produkty sprzedają się w naszym sklepie najlepiej, a które potrzebują dodatkowego wsparcia. Analiza rynku i odpowiednio wczesne przygotowanie na tej bazie oferty, ustalenie kampanii marketingowej, a także zlecenie działań podwykonawcom pozwolą zrealizować działania w zamierzonym kształcie i ze spokojem podejść już do samej sprzedaży. Nie mówiąc nawet o potencjalnych oszczędnościach i luksusie, jakim jest możliwość wyboru podwykonawców.

Warto pamiętać o logistyce na każdym etapie zamówienia. To nie tylko klucz do efektywnej sprzedaży, ale i zadowolenia klienta. Nabywcy oczekują szybkiej dostawy zamówienia. Warto więc zacząć od analizy najchętniej kupowanych produktów, by w Czarny Piątek nie zabrakło ich na wirtualnych półkach naszego e-sklepu. Koniecznie też sprawdźmy umowę z firmą transportową, która obsługuje nasz sklep, by upewnić się czy jest dobrze przygotowana na zwiększoną liczbę zamówień. Czasem warto też przemyśleć umożliwienie klientom odbioru osobistego, zwłaszcza w okresie zwiększonych obrotów. Kolejki tak do sklepu, jak i do odbioru zakupów nie wchodzą jednak w grę.

Sprawna infrastruktura IT – być może brzmi to nieco tajemniczo, ale według danych Gemiusa, w ubiegłoroczny Black Friday polscy klienci wygenerowali 248,9 mln odsłon sklepów internetowych. To aż o 82 mln (ok. 30 proc.) więcej niż wyniosła listopadowa dzienna średnia[3]. Z kolei sprzedaż w tych sklepach urosła tego dnia o 692%[4]. Duże zainteresowanie i gigantyczny ruch mogą się jednak okazać „śmiertelną” pułapką dla nieprzygotowanego e-sklepu. Dlatego, aby uniknąć scenariusza, w którym zbyt liczne wejścia na witrynę sklepu doprowadzają do spowolnienia lub nawet zablokowania platformy sprzedażowej, warto zawczasu pójść w kierunku skalowalności.

Istnieje prosty sposób na to, aby niespodziewana popularność sklepu – a więc sukces – nie przeistoczyła się w kompletne fiasko. Możliwie najszybciej należy skontaktować się z opiekunem IT sklepu (integrator, agencja interaktywna itp.) i poprosić o usługę automatycznego skalowania zasobów. W ten sposób, jeśli zajdzie taka potrzeba, po stronie dostawcy bez zwłoki uruchomione zostaną dodatkowe maszyny, które przejmą nadmiarowy ruch. W efekcie, minimalizujemy ryzyko niedostępności e-sklepu w tym gorącym okresie i będziemy mogli obsłużyć nadprogramowe zamówienia. Właściciel zapłaci natomiast tylko za wykorzystane zasoby. Uruchomienie skalowania zasobów, oprócz jednorazowego przystosowania e-sklepu do takiego działania, zwykle nie pociąga za sobą żadnych innych kosztów. Tym bardziej więc warto zgłosić taką potrzebę zawczasu” – tłumaczy Robert Paszkiewicz, OVH Polska.

W tym wypadku milczenie nie jest złotem. Mimo iż każdy stara się obsługiwać klientów na najwyższym poziomie, zawsze zdarzają się też i nieprzewidziane sytuacje kryzysowe. Niezadowoleni klienci coraz częściej natomiast dają upust swoim emocjom publicznie, w kanałach social media marki. Pozostawieni sami sobie czują się wykorzystani i oszukani. Warto więc szybko i mądrze odpowiadać, by zapobiegać sytuacjom, przez które ucierpi wizerunek firmy. Reputacja sklepu jest zaś obok korzystnej oferty jednym z najważniejszych czynników, na które patrzą klienci podczas zakupów online. Większa jest też szansa, że zadowolony klient wróci.

Niech to będzie święto także dla Ciebie

Black Friday skutecznie napędza e-commerce i rozpoczyna najgorętszy okres sprzedaży w roku. Właściciele sklepów internetowych często nie doceniają zaplecza IT własnej witryny, koncentrując się na atrakcyjnych ofertach. Tylko jednak wcześniejsze i odpowiednie przygotowanie równo w każdym aspekcie – technologicznym, logistycznym, obsługi klienta – umożliwi e-sklepom wytrzymanie nawet największego oblężenia klientów i pomnożenia zysków, w pełni wykorzystując potencjał tej chwili.

– Od lat obserwujemy, na przykładzie naszych klientów, że listopad i grudzień to najbardziej intensywny okres na rynku e-commerce. Istne żniwa w sprzedaży. Tylko dobrze przemyślana strategia, zintegrowane działania na każdym etapie i niezawodna infrastruktura IT sprawią, że e-sklep wyróżni się spośród innych, a klienci dokonają w nim zakupu. – mówi Robert Paszkiewicz, OVH Polska. – A jest o co walczyć, bo gra toczy się nie o jednorazową sprzedaż. Zadowolony klient, który kupił coś na Black Friday, z większym prawdopodobieństwem wróci bowiem, by zostawić u nas w kolejną sumę.

[1] Dane Black Friday Global, https://black-friday.global/pl-pl/

[2] Raport Deloitte „Zakupy świąteczne 2017”, https://www2.deloitte.com/(…)/(…)-zakupy-swiateczne-2017.html

[3] Dane Gemiusa, https://www.gemius.pl/(…)/listopad-pod-haslem-e-handlu-i-plotek-online.html

[4] Dane Black Friday Global, https://black-friday.global/pl-pl/

Co łączy Włochy,Turcję i Rumunię? Problemy gospodarcze

Coraz gorsze perspektywy dla włoskiej gospodarki wyłaniają się z jesiennych prognoz Komisji Europejskiej. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w Turcji, gdzie istnieje realna groźba recesji. Z problemami boryka się również Rumunia, której czkawką odbija się dziś szaleńczy wzrost PKB w poprzednich latach – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Najnowsze szacunki KE pokazują, że włoski deficyt sektora finansów publicznych sięgnie 3,1 proc. w 2020 r. To będzie najgorszy rezultat w całej Unii. Dodatkowo już w przyszłym roku deficyt strukturalny (bez wpływu koniunktury) osiągnie 3 proc. PKB, o 1 pkt proc. powyżej oczekiwań z wiosny br.

Najwyższy deficyt w całej UE łączy się z najniższym oczekiwanym wzrostem gospodarczym wśród 27 badanych krajów. W 2020 r. ma on wynieść jedynie 1,3 proc. Na kondycję kraju negatywnie wpłyną też najwyższe w Unii koszty finansowania zadłużenia. Sięgną one 3,8 proc. PKB w 2019 r., czyli o 0,3 pkt proc. (ok. 5 mld euro) więcej, niż szacowano jeszcze wiosną. W kolejnym roku mają się one zwiększyć do 3,9 proc. PKB (66 mld euro).

Zmiany prognoz są związane z wprowadzeniem we Włoszech dochodu gwarantowanego oraz negatywnych zmian w systemie emerytalnym, które ułatwiają przejście na wcześniejszą świadczenie od państwa. KE w swoim raporcie podkreśla, że „Perspektywa wzrostu jest obarczona wysoką niepewnością, ze względu na rosnące negatywne ryzyka. Utrzymujący się wysoki poziom rentowności skarbowych pogorszy warunki finansowania dla banków i zredukuje dostępność kredytu, podczas gdy wydatki publiczne mogą wypychać prywatne inwestycje”.

Turcja w recesji

Chociaż Turcja nie należy do Unii, to jednak KE przedstawia jej prognozy jako kraju kandydującego do Wspólnoty. Wagę szacunków dla Ankary podkreśla fakt, że są to pierwsze przewidywania wiodącej instytucji obejmujące wszystkie ostatnie negatywne wydarzenia gospodarcze nad Bosforem.

KE spodziewa się recesji w Turcji w przyszłym roku. PKB ma spaść o 1,5 proc. Załamaniu ulegną inwestycje, które spadną o ponad 12 proc. W szacunkach KE wyraźnie wzrośnie bezrobocie z 10 do niemal 13 proc., a inflacja wyniesie 15,4 proc.

Komisja podkreśla, że na sytuację gospodarczą największy wpływ wywrze wstrzymanie wielkich inwestycji infrastrukturalnych. Innym negatywnym elementem są wydarzenia na rynku nieruchomości prywatnych, gdzie przeinwestowanie z ostatnich lat powoduje konieczność przeprowadzania transakcji po znacznie niższych cenach, a czasami nieruchomości nie można sprzedać w ogóle.

Elementem ryzyka dla Turcji, związanym z obniżeniem się wartości liry o 35 proc. oraz wysoką inflacją i utrudnionym finansowaniem z zagranicy, może być pogarszanie się bilansów banków. KE obawia się, że ten proces spowoduje konieczność przejmowania banków przez państwo.

Twarde lądowanie przegrzanej Rumunii

Rumunia jest kolejnym państwem, którego kondycja gospodarcza niepokoi. Mimo wzrostu gospodarczego na poziomie 7,3 proc. w 2017 r. i spadku bezrobocia poniżej 5 proc. widać, że polityka w Bukareszcie nie była odpowiednia.

O połowę ma zmniejszyć się wzrost PKB w tym roku w porównaniu do wyniku z 2017 r. Deficyt na rachunku obrotów bieżących ma sięgnąć 4,5 proc. PKB w 2020 r., chociaż jeszcze trzy lata temu wynosił zaledwie 0,8 proc. Bardzo podobnie wygląda sytuacja budżetu, który w 2015 r. był zbilansowany (wyrównany o wpływ koniunktury), a za dwa lata deficyt ma sięgnąć 4,6 proc. PKB.

Co spowodowało tak znaczne pogorszenie sytuacji fiskalnej Rumunii i przyczyniło się do poważnej nierównowagi zewnętrznej?

Rumunów nie stać na takie podwyżki

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na wzrost wynagrodzeń. Od końca 2015 r. rosną one (netto) w granicach 12-14 proc. r/r. Dane za wrzesień pokazały wzrost na poziomie 13,1 proc. r/r.

KE zwraca uwagę, że wynagrodzenia w sektorze publicznym zostały podwyższone o 25 proc., a w opiece zdrowotnej oraz w edukacji wzrosły jeszcze więcej. Nierównowagę wewnętrzną oraz zewnętrzną buduje również kwestia znacznego wzrostu wskaźnika indeksacji emerytur.

W rezultacie podwyżki spowodowały wybuch konsumpcji. W 2016 r. sprzedaż detaliczna w niektórych miesiącach zwiększyła się o blisko 20 proc. r/r, a jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 wzrost wynosił 15 proc. r/r. W sierpniu br. natomiast tempo wzrostu obniżyło się do 1,8 proc. r/r, co było jednym z najniższych poziomów od ponad 5 lat.

Gwałtowny wzrost płac nie nadążał jednak za wzrostem konkurencyjności Rumunii. Deficyt w obrotach towarowych tego kraju ma sięgnąć 8 proc. PKB w 2020 r, co dobrze pokazuje zachłyśnięcie się kraju dobrami z zagranicy.

Wspólny mianownik

Turcja, Rumunia czy Włochy nieprzypadkowo są czarnymi owcami Europy. W każdym z tych krajów problemy gospodarcze były rezultatem fatalnych decyzji rządu. Tylko w bardzo ograniczonym stopniu wynikają one z pogorszenia się zewnętrznej koniunktury, chociaż władze tych trzech państw, co także znamienne, widzą sprawy zupełnie odmiennie…

HARMAN otwiera nowe biuro w Polsce

HARMAN, międzynarodowa firma działająca w obszarze motoryzacji oraz będąca w całości własnością Samsung Electronics Co. Ltd, świętowała dziś oficjalne otwarcie nowego biura w Łodzi. Zmiana siedziby jest związana z szybkim rozwojem polskiego oddziału oraz wzrostem popytu na innowacyjne rozwiązania software’owe tworzone przez polskich inżynierów.

Harman_przecięcie wstęgiNowe biuro HARMAN mieści się przy ulicy Ogrodowej 8 w Łodzi. Oferuje otwartą przestrzeń sprzyjającą budowaniu dobrego środowiska pracy dla obecnych i przyszłych pracowników firmy. Innowacyjne elementy wystroju pobudzają do współpracy pomiędzy zespołami, które tworzy łącznie ponad 350 inżynierów. Biorą oni udział w rozwoju zaawansowanych rozwiązań dla branży motoryzacyjnej, takich jak platforma dźwiękowa dla samochodów, nagrodzona w konkursie “TU-Automotive Awards 2017” kompleksowa chmura HARMAN Ignite, system zarządzania oprogramowaniem HARMAN OTA, systemy nawigacji czy też najnowocześniejszy system samochodowej info-rozrywki, który zadebiutował wiosną tego roku w nowym modelu A‑Klasy Mercedesa.

Harman_managementFirma podpisała również porozumienia o współpracy z dwoma ośrodkami akademickimi – Wydziałem Fizyki i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Łódzkiego oraz Wydziałem Elektrotechniki, Elektroniki, Informatyki i Automatyki Politechniki Łódzkiej. Ideą stojącą za tą inicjatywą jest chęć wspierania i rozwoju polskich talentów z branży IT.

W ramach porozumienia HARMAN razem z partnerskimi uczelniami poprowadzi wspólne badania, wesprze akademickie prace badawcze oraz edukację w dziedzinie programowania inżynieryjnego dla systemów wbudowanych. Firma będzie również zatrudniać studentów tych ośrodków, zarówno jako stażystów jak i stałych pracowników, a także rozwijać talenty inżynieryjne w całym kraju.

Harman_konferencja_prelegenciJako że HARMAN nieustannie rozwija kulturę innowacji i kluczowe sektory wzrostu, jesteśmy dumni poszerzając zasięg naszych operacji w tak dobrze prosperującym na rynku inżynieryjnym miejscu, jakim jest Polska” – mówi Sanjay Dhawan, Prezydent Departamentu Usług HARMAN oraz Dyrektor Techniczny HARMAN International. – ”HARMAN w Polsce rozwija się wyjątkowo dynamicznie. W ciągu dwóch lat liczba pracowników wzrosła tutaj trzykrotnie. Mamy nadzieję, że nowe środowisko pracy, wraz z partnerstwami, jakie nawiązujemy z polskimi uczelniami, będzie wspierać kolejne innowacyjne strategie.

Rekrutacja do nowych projektów trwa. Firma poszukuje talentów inżynieryjnych ze wschodniej części Europy. Pozyskane osoby dołączą do polskiego zespołu Harman w Łodzi  wraz z nim będą współtworzyć innowacyjne rozwiązania dla sektora auto-moto na całym świecie.

Mózgi na celowniku. Coraz większe inwestycje w rozwój neurotechnologii

Komputery sterowane myślami, rozmowy, w których nie padają żadne słowa, i mózg na zawołanie pracujący na pełnych obrotach – taką przyszłość wieszczą nam najwięksi pionierzy branży technologicznej. Naukowcy, od lat podejmujący próby zhakowania ludzkiego systemu nerwowego i zainstalowania w nim swojej elektroniki, są o krok od spektakularnego sukcesu. Pojawienie się ogólnodostępnych neurotechnologii wywróci świat, jaki znamy, do góry nogami.

Jeszcze kilka lat temu, cieszyliśmy się jak dzieci bezprzewodowym połączeniem smartfona z telewizorem. Możliwość wyświetlania zdjęć czy filmów na dużym ekranie zdawała się szczytem marzeń. Nikomu, od Karpat po Bałtyk, nie śniło się nawet, że telewizory i inne urządzenia domowe połączone będą z naszymi umysłami. Science fiction? Nie do końca. Przeskakiwanie pomiędzy kanałami za pomocą myśli jest bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. To samo tyczy się komunikacji na linii umysł–umysł, co niedawno udowodnili naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, wspólnie z kolegami z Uniwersytetu Carnegie Mellon. O ich imponującym wynalazku, który umożliwia porozumiewanie się poprzez fale mózgowe trojgu osobom jednocześnie, rozpisywały się media na całym świecie. BrainNet – bo taką nazwę nosi opracowany przez nich system – to bezpośredni interfejs BBI (z ang. brain-brain interface).

W 2013 zademonstrowaliśmy pierwszy brain-to-brain interfejs przeznaczony do bezpośredniej komunikacji pomiędzy dwoma ludzkimi mózgami. Pozostawione bez odpowiedzi pytanie brzmiało, czy można stworzyć „sieć społecznościową” więcej niż dwóch mózgów, współpracujących w celu rozwiązania zadania, którego żaden z nich nie jest w stanie rozwiązać indywidualnie? BrainNet to pierwsza weryfikacja tej koncepcji – powiedział Rajesh Rao, autor badania z Uniwersytetu Waszyngtońskiego.

Dwóch jego uczestników po podłączeniu do EEG grało w odpowiednik popularnego Tetrisa. Nie mogli oni jednak samodzielnie sterować spadającymi blokami – to zadanie przypadło trzeciemu uczestnikowi, który nie widząc całego obszaru gry, miał obracać spadającymi figurami, jeśli w jego głowie pojawił się odpowiedni sygnał. Taka forma komunikacji jest mocno ograniczona i mało rozbudowana – pojedyncze sygnały to za mało, by sprawnie wymieniać poglądy i rozwiązywać skomplikowane problemy. Niemniej naukowcy widzą w interfejsie BBI ogromny potencjał i wierzą, że z czasem uda się go zaprzęgnąć do bardziej wyrafinowanych zadań.

Kosiarz umysłów w natarciu

Chrapkę na nasze mózgi ma również Elon Musk. Twórca Tesli we wrześniu zadeklarował, że niebawem zaprezentuje światu „Neurolink” – przełomowy produkt, który połączy je z komputerem, dając ludziom nadzwyczajne zdolności. Jego zdaniem fakt, że już dziś jesteśmy nieustannie podłączeni do naszych smartfonów, czyni nas cyborgami. Nie jesteśmy jednak tak mądrzy, jak moglibyśmy być, ponieważ przepływ danych pomiędzy naszymi umysłami a mobilnymi urządzeniami jest mocno ograniczony i na dodatek powolny. Musk planuje to zmienić, a przyświeca mu szczytny cel: nowa klasa cyberzdolności ma nam dać większe szanse w konkurowaniu na rynku pracy ze sztuczną inteligencją. W zasadzie wpięcie naszych mózgów do globalnej sieci ma się przerodzić w tajemniczą symbiozę człowieka z SI – przynajmniej takiego efektu spodziewa się ekscentryczny miliarder. Jeśli technologia opracowana przez jedną z jego firm działa, to opisany wyżej eksperyment amerykańskich naukowców na jej tle wypada jak zabawa 7-latków klockami lego.

Rozwiązanie proponowane przez Muska opiera się na technologii neural lace i zakłada wszczepienie do mózgu maleńkich elektrod, mających ustanowić stabilne połączenia pomiędzy organem a systemem IT. Wprawdzie interfejsy mózg–komputer (BCI) nie są nowością, jednak ich funkcjonalność pozostaje mocno ograniczona. Znajdziemy je w wersjach do umieszczenia na głowie lub do wszczepienia w tkankę mózgową. Wszystkie one, przeznaczone do mierzenia fal mózgowych, pozwalają na nawiązanie jednostronnej komunikacji. Najczęściej stosuje się je u osób z zaburzoną motoryką lub brakującymi kończynami.

Operacji wszczepienia elektrycznych implantów w korę mózgową oraz czujników w tkankę przedramienną poddał się niedawno poszkodowany w wypadku motocyklowym Bill Kochevar. Eksperymentalna technologia, opracowana na Uniwersytecie Case Western Reserve w Cleveland, pozwoliła sparaliżowanemu od szyi w dół 53-latkowi samodzielnie sięgnąć po kubek kawy, a nawet zjeść widelcem purée z ziemniaków.

Tymczasem wizja Muska wykracza daleko poza najbardziej nowatorskie aplikacje interfejsu mózg–komputer. Jej realizacja oznacza wprowadzenie zaawansowanej komunikacji dwukierunkowej pomiędzy maszyną a umysłem człowieka, która poprawi naszą pamięć, pomoże w podejmowaniu właściwych decyzji, a ostatecznie – zapewni nam nieśmiertelność poprzez „pobranie” naszych umysłów i zapisanie ich w postaci cyfrowej.

Wynalazek na miarę internetu

Spore nadzieje w neurotechnologii pokłada również DARPA. Amerykańska agencja zaawansowanych projektów badawczych w obszarze obronności, odpowiedzialna m.in. za powstanie internetu, wystartowała niedawno z nowym programem „Next-Generation Nonsurgical Neurotechnology”, w skrócie N3. Ma on na celu opracowanie nieinwazyjnych metod komunikacji pomiędzy człowiekiem a komputerem.

Poprosiliśmy multidyscyplinarne zespoły badawcze, aby wynalazły sposób prowadzenia precyzyjnej interakcji z bardzo małymi obszarami mózgu, bez poświęcania rozdzielczości sygnału lub wprowadzenia niedopuszczalnego opóźnienia w systemie – powiedział dr Al Emondi, kierownik projektu.

Tym razem DARPA angażuje swoje zasoby w obiecujący projekt ze sporym opóźnieniem i mimo pokaźnych funduszy trudno jej będzie wyjść na prowadzenie w tym technologicznym wyścigu. Już dziś uczestniczy w nim cała rzesza podmiotów, a wartość globalnego rynku neurotechnologii szacuje się na 8.4 miliarda dolarów. Neurotech Reports, firma konsultingowa specjalizująca się w tym wąskim obszarze, prognozuje, że już w 2022 r. jego wartość wzrośnie do 13.3 miliardów dolarów. O zakrawających o sci-fi projektach z mózgiem w roli głównej słychać również w Dolinie Krzemowej. Kernel, głośny startup założony przez Bryana Johnsona, także eksperymentuje z technologią neural lace. Jego koncepcja zakłada wzmocnienie ludzkich zdolności poznawczych poprzez implanty, które trwale połączą nas z wirtualnym światem.

Kto pierwszy, ten lepszy?

Coraz większe inwestycje w rozwój neurotechnologii nieuchronnie przybliżają nas do przełomu, a każdy niewielki postęp wzmagać będzie zainteresowanie biznesu, który na myśl o możliwościach, jakie daje połączenie ludzkiego mózgu z komputerem, już zaciera ręce. Sęk w tym, że adaptacja nowych technologii w jej początkowym stadium udaje się niewielu. Gros ambitnych projektów kończy się fiaskiem z powodu niskiej użyteczności, słabego UX (z ang.: doświadczenie użytkownika) lub całkowitego odrealnienia. Zdaniem Irka Piętowskiego, trenera i konsultanta innowacji w firmie doradczo-szkoleniowej DT Makers, zbyt często wpadamy w pułapkę inwestycji motywowanych hypem, podczas gdy żadna technologia nie istnieje dla samej siebie i nie przyjmie się, jeśli nie odpowiada na realne potrzeby użytkownika.

W wielu firmach pokutuje myślenie, że bycie pierwszym we wdrożeniu nowinki technologicznej pozwoli uzyskać przewagę nad konkurencją. Spotkałem się z nim, realizując projekty zarówno w firmach sektora MŚP, jak i w międzynarodowych korporacjach. Takie nastawienie zazwyczaj prowadzi na manowce. Naszym punktem wyjściowym powinno być pogłębione badanie, które pozwoli namierzyć istotę problemu. Może się okazać, że nowa technologia jest za mało rozwinięta, by skutecznie go rozwiązać. Wtedy warto poczekać, aż dojrzeje, i poszukać innego sposobu. Często okazuje się, że uwalniając w sobie pokłady kreatywności, wspólnie znajdujemy zaskakujące rozwiązania, lepsze i tańsze w implementacji. Design Thinking jest tu niezastąpiony – zaznacza Irek Piętowski.

Wspomniana przez niego metoda używana jest do tworzenia i wdrażania innowacji w oparciu o głębokie zrozumienie potrzeb użytkownika. Z Design Thinking korzystają takie marki jak IBM, SAP, Netflix, Accenture czy BMW.

Nie ulega wątpliwości, że integracja człowieka z komputerem otworzy nowy rozdział w dziejach ludzkości. Korzyści z niej płynących może być tyle, co neuronów między uszami. Opracowanie aplikacji, które je urzeczywistnią, to arcytrudne zadanie, a zarówno Elon Musk, jak i Bryan Johnson będą musieli w końcu stawić mu czoła – dosłownie i w przenośni. Póki co ich wizje to pieśń przyszłości – przyjemna dla ucha i surrealistyczna dla rozumu. Kto wie, może za 100 lat z podobną admiracją będzie się pisać o życiu z umysłem odłączonym od sieci? Jeśli nie przekonamy się o tym na własnej skórze, to może zrobią to nasze cyfrowe awatary.

Wolny 12 listopada może kosztować polską gospodarkę aż 4 mld zł

Przedsiębiorcy, bez względu na skalę działania, planują z dużym wyprzedzeniem nie tylko pracę sobie i swoim pracownikom, ale skrupulatnie liczą związane z tym koszty, bazując na wydajności posiadanej kadry. O ile z łatwością mogą zaplanować w harmonogramach „długie weekendy” czy „niehandlowe niedziele”, tak niespodziewany – a przy tym obowiązkowy – dzień wolny od prowadzenia działań operacyjnych czy sprzedażowych, niesie ze sobą ogromne konsekwencje dla firm z sektora MSP.

W środę, 7 listopada 2018 roku Prezydent RP złożył podpis pod ustawą o ustanowieniu Święta Narodowego z okazji 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, uchwalonej przez Sejm 23 października 2018.

Tym samym – poniedziałek, 12 listopada 2018 roku – stał się w tym roku Świętem Narodowym i dniem wolnym od pracy. Według doniesień rynkowych decyzja ta może kosztować polską gospodarkę aż 4 mld zł. W przypadku drobnych przedsiębiorców
ta skala będzie mniejsza, ale zapewne bardzo odczuwalna.

Eksperci Grupy Aforti – świadczącej kompleksowe usługi finansowe w zakresie pożyczek, faktoringu, windykacji orz wymiany walut dla firm z branży MSP – oszacowali potencjalne straty i konsekwencje biznesowe, które dotkną tak ich branżę, jak i cały sektor MSP z powodu dodatkowego wolnego dnia.

Agnieszka Baran-Płomińska
Agnieszka Baran-Płomińska, prezes zarządu spółki windykacyjnej Aforti Collections

Agnieszka Baran-Płomińska, prezes zarządu spółki windykacyjnej Aforti Collections podkreśla – Patrząc ogólnie na cały rynek MSP, a w tym na działy sprzedaży, dodatkowy dzień wolny od pracy oznaczać będzie z jednej strony wymierną stratę dla pracowników opłacanych w systemie prowizyjnym, a z drugiej również dla pracodawców. Przychód tych pierwszych zostanie bowiem pomniejszony o kwotę standardowo wypracowywaną w ciągu jednego dnia roboczego. Jednocześnie, wprowadzenie wolnego dnia oznaczać będzie podwyżkę świadczeń należnych pracownikom, w tym m.in. z tytułu ekwiwalentu urlopowego czy zasiłków chorobowych, co z kolei przełoży się na dodatkowe koszty dla pracodawców. Współczynnik ekwiwalentowy zmieni się bowiem z 20,92 na 20,83 w 2018 roku, a tym samym wpłynie na wzrost należnego pracownikom wynagrodzenia z tytułu niewykorzystanego urlopu wypoczynkowego. Kwestie finansowe są jednak w tym przypadku mniej istotne niż ciążący na pracodawcy czy jego dziale kadrowo-płacowym obowiązek przeliczenia wypłaconych i należnych ekwiwalentów. Bez wątpienia przysporzy to firmom ogromu pracy administracyjno-biurowej, niejednokrotnie powodując nadgodziny,
za które również przyjdzie zapłacić pracodawcy.

Aleksandra Wodzisławska, prezes zarządu Aforti Exchange
Aleksandra Wodzisławska, prezes zarządu Aforti Exchange

Z kolei Aleksandra Wodzisławska, prezes zarządu Aforti Exchange – platformy wymiany walut online dla firm wyjaśnia – Wolny poniedziałek, 12 listopada 2018 roku to dla nas – przedsiębiorców przede wszystkim strata dnia operacyjnego, w którym firma normalnie działa i zarabia. Niestety większość przedsiębiorców nie mogła zaplanować działań tak, by zminimalizować negatywne konsekwencje, bowiem dzień wolny został narzucony odgórnie, w nieoczekiwany sposób i na bardzo krótko przed wprowadzeniem zmian w życie.

Przedsiębiorcy – jak też ich pracownicy – po raz pierwszy usłyszeli o koncepcji ustanowienia 12 listopada dniem świątecznym – około 23 października 2018 roku, czyli na 2,5 tygodnia przed planowanym wolnym.

Patrząc globalnie, wiele firm szczególnie tych z branży produkcyjnej odczuje decyzję o wolnym 12 listopada nie tylko jako poważną stratę operacyjną, ale też może ponieść poważne konsekwencje prawne i finansowe, wynikające z ryzyka niedotrzymania terminu dostaw. Najgorsza jest jednak niepewność organizacyjno-prawna, przed którą postawieni zostali przedsiębiorcy. Jeszcze na 3 dni robocze przed planowanym dniem wolnym, nie było oficjalnego stanowiska, ponieważ dopiero w środę, 7 listopada 2018 roku Sejm rozpatrywał poprawki Senatu do ustawy, nie mówiąc o konieczności jej podpisania przez Prezydenta. Tym samym, część firm – żeby uniknąć chaosu organizacyjnego – samodzielnie ustanowiła 12 listopada dniem wolnym w ich przedsiębiorstwach, niezależnie od finalnej decyzji władz – dodaje Aleksandra Wodzisławska.

Dodatkowy dzień wolny może okazać się najbardziej korzystny dla tych, którzy prowadzą działalność turystyczną czy gastronomiczną. Kolejny wydłużony weekend będzie sprzyjać podróżom rodzinnym oraz indywidualnym, co przy tak pięknej jak na listopad aurze może przełożyć się na dodatkowe zyski w turystyce. Nieco gorzej wygląda sytuacja na rynku finansowym.

Przewidujemy, że w związku z dodatkowym dniem wolnym mogą zdarzyć się sytuacje, w których z powodu zamknięcia banków transakcje walutowe mogą zostać rozliczone dzień później – zastrzega Aleksandra Wodzisławska zarządzająca Aforti Exchange – platformą wymiany walut online dla firm.

Agnieszka Baran-Płomińska, kierująca firmą windykacyjną Aforti Collections z kolei dodaje – Niezapowiedziany dzień wolny od pracy z pewnością niekorzystnie wpłynie na działalność branży windykacyjnej, w tym przede wszystkim na realizację operacji na powierzonych portfelach klientów. Szczególnie problematyczne mogą okazać się również zmiany w terminach rozpraw sądowych, na które niejednokrotnie czeka się nawet do pół roku.

Straty finansowe – tak po stronie firm, jak i pracowników – chaos organizacyjny, nieterminowa realizacja transakcji bankowych i walutowych czy dostaw towarów – to tylko wybrane konsekwencje, które czekają przedsiębiorców w związku z ustanowieniem 12 listopada dniem świątecznym. Zyskają zapewne nieliczni, a straty finalnie podsumować będzie można już „po fakcie”, przypisując jednocześnie odgórnie całe ryzyko biznesowe i finansowe firmom, które nie mogły w żaden sposób wziąć udziału w debacie publicznej, biorąc na siebie jedynie skutki niezaplanowanych wcześniej przez rząd działań.

Wyrok NSA – koniec opłat za niezawinione opóźnienie inwestycji

Naczelny Sąd Administracyjny wydał interesujące i korzystne dla uczciwych użytkowników wieczystych orzeczenie. W sprawie sporne było, czy termin zagospodarowania nieruchomości i termin zabudowy może być przedłużony na wniosek użytkownika wieczystego z przyczyn od niego niezależnych. NSA stwierdził, że obliguje to gminę najpierw do rozpoznania wniosku, zanim dojdzie do wymierzenia dodatkowej opłaty rocznej w wysokości 10% wartości nieruchomości. Wyrok jest bardzo ciekawy, ponieważ ukrócił praktykę naliczania przez m.st. Warszawa opłaty dodatkowej w wysokości 10% wartości nieruchomości użytkownikom wieczystym, którzy spóźnili się choćby nieznacznie z terminem rozpoczęcia lub zakończenia inwestycji.

Sąd Apelacyjny w Warszawie z kolei wydał w tej samej sprawie wyrok, zgodnie z którym postanowienie umowy użytkowania wieczystego, zgodnie z którym gminie przysługuje uprawnienie do naliczenia użytkownikowi wieczystemu kary umownej za przekroczenie ustalonego terminu rozpoczęcia i/lub zakończenia zabudowy nieruchomości oddanej w użytkowanie wieczyste, jest nieważne z mocy prawa (art. 58 § 1 kc).

Dotychczas gmina warszawska – zawierając z użytkownikami wieczystymi aneksy do umów użytkowania wieczystego zmieniające sposób zagospodarowania i użytkowania nieruchomości – określała w umowie terminy rozpoczęcia i zakończenia inwestycji na nieruchomościach. Dodatkowo wprowadzała zapis o obowiązku zapłaty kary umownej przez użytkownika – w razie niedochowania tych terminów. Wysokość kary umownej zazwyczaj wynosiła 10% wartości nieruchomości. Zapisy o karach umownych były wpisywane do umów na żądanie gminy – pomimo, że w ustawie o gospodarce nieruchomościami przewidziana jest możliwość wymierzenia użytkownikowi wieczystemu w drodze decyzji administracyjnej dodatkowej opłaty rocznej za niedotrzymanie terminów zagospodarowania nieruchomości w wysokości 10% wartości nieruchomości. Czyli gmina miała zagwarantowaną w ustawie o gospodarce nieruchomościami możliwość naliczenia 10%-procentowej opłaty dodatkowej za przekroczenie terminów realizacji inwestycji – ale żądała dodatkowych 10% z tytułu kary umownej.

W praktyce wyglądało to tak, że w razie stwierdzenia przez gminę nawet niewielkiego przekroczenia któregokolwiek z terminów (rozpoczęcia lub zakończenia inwestycji), wzywała użytkownika wieczystego do zapłaty kary umownej oraz wydawała decyzję o ustaleniu dodatkowej opłaty rocznej.

Konsekwencje dla użytkownika były bardzo poważne, bowiem za jedno „przewinienie” był karany dwukrotnie:

  • w trybie administracyjnym przez wymierzenie decyzji administracyjnej o dodatkowej opłacie rocznej
  • w trybie cywilnym przez skierowanie do sądu powszechnego pozwu o zapłatę kary umownej.

Takie działanie było praktykowane przez gminę wobec warszawskich użytkowników wieczystych. Opóźnienia w realizacji inwestycji są czymś bardzo często spotykanym, co przekładało się na postępowanie gminy, która za każde opóźnienie korzystała z powyższych instrumentów prawnych.

NSA przesądził , że gmina powinna się odnieść merytorycznie do wniosku o wydłużenie terminu zagospodarowania nieruchomości – zanim została wydana decyzja administracyjna o wymierzeniu dodatkowej opłaty rocznej. Sąd Apelacyjny w Warszawie z kolei stwierdził, że nałożenie opłaty dodatkowej w sytuacji, gdy nieruchomość została zabudowana w terminie wyznaczonym w umowie, ma wyłącznie charakter represyjny i nie zmierza do zapewnienia realizacji ustawowych celów.

Autorem komentarza jest adwokat Anna Maksymiuk z kancelarii Gardocki i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni

Słabość dolara służy złotemu

Polski złoty zakończył wczorajszy dzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Krajowej walucie sprzyjała słabość dolara amerykańskiego widoczna w pierwszej części dnia, jak również ogólne dalsze uspokojenie nastrojów na rynkach.

W kontekście ubiegłego dnia warto wspomnieć o dwóch kwestiach krajowych. Najnowsze szacunki pokazały, że stopa bezrobocia w październiku wyniosła 5,7%, czyli tyle samo, co miesiąc wcześniej. W ostatnich miesiącach coraz częściej występują bowiem okresy, w których bezrobocie nie spada. Pozostałe dane (niższa dynamika płac i zatrudnienia oraz dane o zatrudnieniu w przemyśle) również wskazują na to, że „dochodzimy do ściany” (albo już do niej doszliśmy). Istotnym pytaniem w tym momencie jest to, w jakim stopniu jest to powodowane ograniczeniami podażowymi (brakiem rąk do pracy), a w jakim zmianami w popycie na pracę (niższą potrzebą przedsiębiorców do zatrudnienia pracowników). Zmiany na rynku pracy i wagi czynników za nie odpowiadających mogą w istotny sposób wpływać na strukturę wzrostu gospodarczego i perspektywy wzrostu dynamiki cen w przyszłości.

W kontekście tego ostatniego warto wspomnieć o wczorajszym spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej. Było ono nieco inne od poprzednich. Po pierwsze, dyskusja członków RPP trwała wyjątkowo długo (komunikat został opublikowany bowiem ok. godziny 14, podczas, gdy zazwyczaj publikowany jest ok. godziny 12-13). Wyższą potrzebę dyskusji o perspektywach zmian wymusiły prawdopodobnie ostatnie interesujące zmiany krajobrazu makroekonomicznego Polski i świata oraz fakt omówienia projekcji makroekonomicznych Działu Analiz Ekonomicznych NBP. Najciekawszą zmianą w kontekście projekcji jest oczekiwany wyraźnie wyższy wzrost inflacji w 2019 r. niż oczekiwano wcześniej, co może być związane z wyższymi cenami energii oraz potencjalnym odpływem części Ukraińców z kraju po otwarciu dla nich niemieckiego rynku pracy. Na szczegóły projekcji przyjdzie nam poczekać do 13 listopada, kiedy opublikowany zostanie pełny dokument.

Mimo podniesienia szacunków inflacji w 2019 r. i zwrócenie uwagi na ryzyka dla perspektyw przyszłej dynamiki cen, RPP utrzymała wczoraj stopy procentowe na niezmienionym poziomie. W znaczący sposób nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i członków Rady. Obecnie prezes NBP sugeruje, że potrzeby do podnoszenia stóp może nie być do końca 2019 r.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,28-4,31. Pomimo umocnienia w pierwszej części dnia, euro zakończyło dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do dolara amerykańskiego.

Dzisiejszy biuletyn EBC wskazuje na to, że ekspansja w gospodarkach strefy euro nadal jest szeroka, jednak wzrost jest nieco niższy od oczekiwań. Dokument sugeruje, że cały czas obserwowana jest poprawa na rynku pracy, co docelowo powinno wspierać konsumpcję. Równocześnie jednak zwraca uwagę, że zagrożeniem dla gospodarek wspólnego bloku pozostaje globalny protekcjonizm.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,90-4,94. Mimo słabości w parze z polskim złotym, funt umocnił się w relacji do głównych walut. Walucie sprzyjała słabość dolara amerykańskiego z pierwszej części dnia oraz ostatnia poprawa nastrojów w kwestii negocjacji ws. Brexitu.

USD

Kurs USD/PLN w środę spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,73-3,78. Waluta zakończyła dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do euro. Kluczowym wydarzeniem czwartku będzie listopadowe spotkanie Rezerwy Federalnej. Nikt nie spodziewa się żadnych istotnych zmian parametrów polityki monetarnej. Rynki oczekują, że podwyżka stóp procentowych nastąpi w grudniu. W związku z powyższym, bardziej istotny od samej decyzji będzie ton komunikatu po spotkaniu. Niewykluczone, że jego wydźwięk będzie nieco bardziej ostrożny od poprzedniego – to do jakiego stopnia bardziej ostrożny, może determinować skalę zmian na parze EUR/USD, jak również wpływać na złotego. Oprócz spotkania FOMC warto dziś zwrócić uwagę na raport WASDE obrazujący sytuację w amerykańskim rolnictwie oraz na cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 18:00 – raport WASDE o sytuacji w amerykańskim rolnictwie
  • 20:00 – spotkanie FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Alior Bank inwestuje w PayPo

Alior Bank objął 20% udziałów w PayPo, jednej z nielicznych na polskim rynku spółek oferujących odroczone płatności za zakupy internetowe. Startup wypracowywał z Alior Bankiem model współpracy w trwającym od połowy września programie akceleracyjnym RBL_Start. PayPo przeznaczy kapitał na rozwój prowadzonej działalności i ekspansję międzynarodową.

Coraz więcej klientów przekonuje się do metody „kup teraz, zapłać później”. Właśnie na niej zbudował swój biznes PayPo – spółka fintechowa, dzięki której robiąc zakupy online można zamówić produkt i zapłacić za niego nawet po 21 dniach, bez kosztów transakcji i odsetek. Dzięki PayPo klient może otrzymać i sprawdzić towar przed zapłatą. Jeśli z jakiegoś powodu zakup nie dotrze do użytkownika, nie musi on za niego płacić. Firma współpracuje już z takimi sklepami internetowymi jak Top Secret, Wittchen czy 5-10-15, a także serwisem Przelewy24.

Dzięki metodzie PayPo, klient może w szybki i bezpieczny sposób zapłacić za zakupy online, bez użycia karty kredytowej czy przelewu bankowego – to bardzo wygodne. Obserwujemy  wzrost korzystania  przez klientów z usługi odroczonych płatności i jesteśmy przekonani co do sukcesu tego rozwiązania na rynku. Spółka posiada sprawdzony model biznesowy i doświadczony zespół zarządzający – podkreśla Marcin Jaszczuk, Wiceprezes Zarządu Alior Banku.

Partnerstwo z tak innowacyjnym bankiem to dla nas ogromna szansa na szybki rozwój działalności w Polsce oraz pomoc w wejściu z produktem na rynki zagraniczne. Bank to idealny partner dla naszego modelu. Głównymi obszarami na rynku e-commerce i rosnącymi segmentami, które chcemy wspólnie eksplorować są moda, artykuły dla dzieci i sport – wyjaśnia prezes PayPo, Radosław Nawrocki.

W połowie września PayPo zakwalifikowało się do programu akceleracyjnego Alior Banku – RBL_Start. Bank spośród stu spółek z całego świata, które złożyły aplikacje, wyłonił osiem najlepszych – w tym PayPo – aby wspólnie z nimi, w specjalnie zaprojektowanej przestrzeni akceleratora w Warsaw Spire, rozwijać innowacyjne produkty i usługi. Alior Bank zrealizował inwestycję w PayPo, stając się drugim po prezesie i założycielu firmy, Radosławie Nawrockim, największym udziałowcem spółki.

PayPo ma efektywny system scoringowy, oparty na tzw. hybrydowej ocenie ryzyka kredytowego. Oznacza to, że łączy scoring behawioralny z ilościowym, analizując nawet miękkie dane, ogólnodostępne informacje czy social media, nie posiłkując się tylko biurami informacji gospodarczej. Nasz bankowy know-how pozwoli dodatkowo udoskonalić ten algorytm – zapewnia Bruno Ferreira, Dyrektor Zarządzający Pionu Rozwoju Korporacyjnego Alior Banku.

Nawiązanie partnerstwa z PayPo, odpowiada na nowe zapotrzebowania konsumentów w segmencie online oraz wpisuje się w strategię banku, oferując nowoczesny sposób płatności, których model sprawdził się już w innych rejonach Europy. Wierzymy, że to rozwiązanie pozwoli dotrzeć do użytkowników z zupełnie innymi oczekiwaniami w stosunku do zakupów przez Internet – wyjaśnia Daniel Daszkiewicz, Dyrektor Departamentu FinTech, którego zespół przeprowadził transakcje ze strony Alior Banku.

Polska waluta – krótka historia polskiego pieniądza

Po 123 latach zaborów i nieobecności na mapach Europy, 11 listopada 1918, Polska odzyskała niepodległość. Początki funkcjonowania państwa w nowej, wolnej rzeczywistości były trudne, także jeśli chodzi o system finansowy. Na naszą rodzimą walutę trzeba było nieco poczekać.

W początkach niepodległego państwa polskiego obowiązywała marka polska emitowana przez Krajową Kasę Pożyczkową. Polska ustanowiła swoją walutę nieco ponad rok później. Złoty polski wprowadzono do obiegu dopiero jednak w 1924 roku.

Nieco historii odległej

Warto jednak wrócić do historii znacznie wcześniejszej. Zanim pojawił się polski złoty płacono dukatami, tynfami, czy właśnie markami polskimi. Historia polskiej waluty jest mocno związana z dziejami państwowości. Rozwój naszego pieniądza determinowały kolejne wojny, powstania czy też próby przewrotów ustrojowych. Jednym z przodków złotego był tak zwany czerwony złoty wprowadzony za Władysława Łokietka. W 1564 roku rozpoczęto bicie polskiego złotego pod nazwą półkopka. Bardzo burzliwym okresem był XVII wiek, który upłynął pod znakiem licznych wojen i powstań. Wymuszało to również monetarną kreatywność, stąd powstały po kolei monety tymfy, a później boratynki.

Pierwszy pieniądz papierowy

Rewolucja nastąpiła w 1773 roku, czyli w roku drugiego rozbioru Polski, wtedy też wprowadzono pierwszy papierowy pieniądz. Powszechnie był on dostępny nieco później, bo w sierpniu 1774 roku. Świadomość społeczna była wtedy jeszcze niewielka, ludzie nie wierzyli, że kawałek papieru może być cenniejszy niż kruszec, stąd bardzo szybko zniknął on z obiegu po raptem kilku miesiącach.

Marka polska i hiperinflacja

Wraz z kolejnymi rozbiorami państwa polskiego zniknął rodzimy pieniądz, a dokładniej bilet skarbowy wprowadzony przez Tadeusza Kościuszkę. W jego miejsce nieco siłą rzeczy wprowadzano waluty okupantów. Powrót naszej waluty datuje się dopiero na rok 1919, czyli rok po odzyskaniu niepodległości. Do 1924 funkcjonowała jednak marka polska, dopiero w tym roku złoty trafił do obiegu. Dokładnie 1 lipca 1924 roku marka polska utraciła moc środka płatniczego na rzecz złotego. Odradzające się państwo polskie borykało się z wieloma problemami. Niskie dochody wraz z dużymi wydatkami spowodowały, że Polska Krajowa Kasa Pożyczkowa, która zajmowała się emisją pieniądza, drukowała je niemal bez umiaru. Efekt mógł być jeden, czyli wysoka inflacja. A w roku 1923 nawet hiperinflacja. Rozbieżność nominałów marek była zastraszająca: od pół marki do 10 mln marek polskich. Sytuacja taka nie mogła trwać wiecznie a rychły musiał być koniec polskiej marki.

Początek złotego i lech

Gdy zdecydowano, że Polacy będą nosić w portfelach złotego i grosze, pojawiły się kontrowersje co do nazwy waluty. Dużym poparciem cieszył się choćby lech. Podpisano nawet dekret, w którym Piłsudski wskazał, że polska waluta otrzyma nazwę lech, a setna część grosz. Mocnym jednak argumentem za złotym było to, że nazwa ta funkcjonowała już przed I wojną. Finalnie więc ta nazwa została obowiązującą i Sejm Ustawodawczy ustanowił ją 28 listopada 1919 roku. W teorii więc obowiązywała nazwa lech przez niecałe 3 tygodnie.

Wymiana marek na złotego 5 lat później

18 kwietnia 1924 roku rozpoczęto wymianę marek na nową walutę, czyli złotego. Dlaczego tak późno wprowadzono złotego do obiegu skoro Sejm uchwalił go niemal 5 lat wcześniej? Powód opóźnienia jest bardzo prosty, szybująca inflacja i wysoki deficyt budżetowy sięgający nawet 155% PKB. W momencie odzyskania niepodległości, czyli w 1918 za dolara otrzymywało się 9 marek polskich, a w 1923 już 6 milionów. Marki polskie wymieniano na złote po kursie 1 800 000 marek za 1 złoty.

Początki złotego

Złoty został zbudowany na całkiem solidnych fundamentach. Około 30% pieniędzy w obiegu było zabezpieczonych w złocie i innych walutach obcych. W obiegu były nominały od 1 grosza, a największy nominał miał banknot 500 zł. Banknoty były już wtedy zabezpieczone znakami wodnymi. Złoty był walutą mocną w tamtych czasach, równą wartości ówczesnego franka szwajcarskiego.

II wojna światowa burzy porządek monetarny

Zajęcie naszego kraju przez Niemcy spowodowało wprowadzenie nowej waluty. Banknoty będące w obiegu ostemplowane i wymieniano na nowe. Były bardzo podobne, ale z jedną zasadniczą różnicą, czyli bez polskich symboli narodowych. Polska waluta powróciła znów po zakończeniu II wojny światowej. Tyle tylko, że nieco w uwięzionej formie. Nasz kraj znalazł się pod sowieckimi wpływami, a wartość złotego została uzależniona od kursu waluty radzieckiej.

Brzemienny w skutkach rok 1950

W tym też roku postanowiono zrównać kurs złotego z rublem. Tyle tylko, że po skrajnie niekorzystnym kursie 100:3. W praktyce oznaczało to obniżenie wartości pieniądza o dwie trzecie. Z czasem rosnąca inflacja w naszym kraju spowodowała, że wprowadzano coraz większe nominały 1- i 2-milionowe. Można więc powiedzieć, że większość Polaków stała się milionerami. Oczywiście tylko na papierze. Jeszcze w 1989 roku największym nominałem był banknot 2-milionowy. Ówczesny rząd planował wprowadzić nawet banknot 5-milionowy.

Pieniądz, który znamy po dziś dzień

Banknoty, które posiadamy dzisiaj, do obiegu zostały wprowadzone z dniem 1 stycznia 1995 roku. Złotówkę zastąpił PLN, czyli polski nowy złoty. Denominacja odbywała się po kursie 1:10 000. Nowe banknoty miały nominały 10, 20, 50 złotych. Pół roku później powstały 100 i 200 złotowe. W 2017 roku do obiegu trafił banknot 500 złotowy. Od tego momentu polska waluta jest dość stabilna na tle innych europejskich. Na straży stabilności polskiej waluty stoi NBP. Stabilny pieniądz ma zapewniać rozwój naszej gospodarki. W dość odległej na ten moment przyszłości złoty może jednak zniknąć na rzecz euro.

Krzysztof Pawlak, dealer walutowy Walutomat.pl

Toyota opracowała nowatorski palnik na wodór do zastosowania w przemyśle

Nowa konstrukcja może zastąpić wielkoskalowe piece na gaz ziemny, obniżając poziom emisji NOx i eliminując emisję CO2. W ten sposób Toyota przyczyni się do zmniejszenia wpływu na środowisko japońskiego przemysłu i do wprowadzenia wodoru do szerokiego zastosowania w gospodarce.

Toyota opracowała pierwszy na świecie piec na wodór do ogólnego zastosowania w przemyśle. Urządzenie powstało we współpracy z Chugai Ro Co., Ltd. Piec został już uruchomiony i jest wykorzystywany do kucia metali w należącej do Toyoty fabryce Honsha.

W konwencjonalnych piecach do spalania wodoru gaz ten wchodzi w szybkie reakcje z tlenem, co przekłada się na wysoką temperaturę płomienia oraz szkodliwą dla środowiska i zdrowia emisję tlenków azotu NOx. Z tego powodu stosowanie w praktyce pieców wodorowych powoduje wiele komplikacji.

Nowo opracowany piec Toyoty wprowadza dwie nowe struktury, które powodują, że wodór jest spalany wolniej. Urządzenie nie emituje dwutlenku węgla, a emisja tlenków azotu została zredukowana do poziomu poniżej emisji dla pieców na gaz ziemny, co sprawia, że wynalazek Toyoty wyróżnia się pod względem parametrów środowiskowych.

Wodór i tlen nie mieszają się do końca

Kiedy wodór i tlen są dokładnie wymieszane w momencie zapłonu, dochodzi do gwałtownej eksplozji, a płomień ma bardzo wysoką temperaturę. W nowo opracowanym piecu Toyoty wodór i tlen przemieszczają się obok siebie, a w momencie zapłonu nie są całkowicie wymieszane. To prowadzi do wolniejszego spalania i niższej temperatury płomienia.

Mniejsza koncentracja tlenu wewnątrz pieca

Gdy mieszanka zawiera duże stężenie tlenu w momencie zapłonu, spalanie przebiega gwałtownie i zwiększa temperaturę płomienia. Aby temu zapobiec, w przewodzie dostarczającym wodór do palnika otwierane są małe otwory, pozwalając, by niewielkie ilości wodoru i tlenu spaliły się wcześniej. Stężenie tlenu jest w ten sposób redukowane do optymalnego poziomu 19 procent, powodując mniejszą temperaturę płomienia podczas głównego spalania.

Nowe urządzenie pomoże osiągnąć cele zawarte w Plant Zero CO2 Emissions Challenge, jednym z punktów programu Toyota Environmental Challenge 2050. Toyota realizuje go, implementując w swoich fabrykach kolejne innowacje oraz systematycznie usprawniając produkcję zgodnie z zasadą kaizen. Firma stopniowo wprowadza także do swoich zakładów produkcyjnych energię pochodzącą z odnawialnych źródeł, w tym z instalacji wodorowych.

Nowa technologia pozwoli zastąpić 1000 wielkoskalowych pieców gazowych piecami wodorowymi w fabrykach Toyoty w całej Japonii. Konwencjonalne piece na gaz ziemny są odpowiedzialne za znaczną emisję CO2. Aby zrealizować plan całkowitej eliminacji emisji dwutlenku węgla przy produkcji samochodów (Plant Zero CO2 Emissions Challenge), nowe wodorowe piece będą stopniowo wprowadzane najpierw do fabryk Toyoty, a następie w zakładach firm należących do Toyota Group. Nowatorskie piece na wodór przyczynią się także do realizacji wizji gospodarki opartej na wodorze, promowanej przez rząd Japonii oraz pomogą zmniejszyć ślad węglowy japońskiego przemysłu dzięki wprowadzeniu wodoru do szerokiego zastosowania.

Natychmiastowy zwrot VAT powinien być regułą

Przewidziana w art. 87 ust. 2 ustawy o podatku od towarów i usług instytucja przedłużania terminu zwrotu VAT podatnikowi stanowi jedynie wyjątek od zasady natychmiastowości zwrotu. Przypomniał o tym Naczelny Sąd Administracyjny, uchylając zarówno zaskarżone przez spółkę postanowienia organów podatkowych dwóch instancji, jak i broniące ich stanowiska rozstrzygnięcie WSA (wyrok z 3 sierpnia 2018 r., sygn. akt I FSK 1025/18).

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Jak stanowi art. 87 ust. 1 ustawy o VAT: „W przypadku gdy kwota podatku naliczonego, o której mowa w art. 86 ust. 2, jest w okresie rozliczeniowym wyższa od kwoty podatku należnego, podatnik ma prawo do obniżenia o tę różnicę kwoty podatku należnego za następne okresy lub do zwrotu różnicy na rachunek bankowy” (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535 ze zm.). W ust. 2 art. 87 wskazano termin dokonania tego zwrotu, wynoszący 60 dni od dnia złożenia rozliczenia przez podatnika, lub nawet krótszy 25 – dniowy, jeśli wystąpi o to podatnik. Dopiero w zdaniu drugim znalazło się uprawnienie do przedłużenia terminu zwrotu VAT przez organ w przypadku powołania się na konieczność weryfikacji zasadności dokonania zwrotu.

Przedłużenie terminu bez podania terminu

25 lutego 2016 r. spółka złożyła w urzędzie skarbowym deklarację VAT-7 za styczeń 2016 r. Zgodnie z art. 87 ust. 2 ustawy o VAT termin wynikającego z deklaracji zwrotu VAT upływał 25 kwietnia 2016 r. Na sześć dni przed tą datą, 19 kwietnia, organ skarbowy wszczął w spółce kontrolę podatkową co do zasadności wykazanego zwrotu VAT. Dwa dni później, postanowieniem z 21 kwietnia 2016 r., przedłużył jego termin. W wyniku zażalenia spółki 31 maja 2017 r. Dyrektor Izby Administracji Skarbowej (dalej: DIAS) uchylił to postanowienie. Podstawą jego decyzji był brak w postanowieniu o przedłużeniu terminu zwrotu VAT konkretnej daty, do której następowało przedłużenie. O konieczności wskazania tej daty stwierdził skład siedmiu sędziów NSA uchwałą z 24 października 2016 r., sygn. akt I FPS 2/16.

Uchylenie to nie unieważnienie, a brak daty można antydatować

Chcąc naprawić swój błąd, urząd skarbowy zgodnie z zaleceniem DIAS wskazał datę graniczną dokonania zwrotu VAT, co miało nastąpić wraz z zakończeniem czynności sprawdzających w spółce 29 czerwca 2018 r. Postanowienie w tej sprawie organ wydał 14 czerwca 2017 r. Pomimo zażalenia spółki na takie działanie urzędu, DIAS jako organ drugiej instancji, postanowieniem z 12 września 2017 r., utrzymał je w mocy. Jego zdaniem wydanie przez organ pierwszej instancji postanowienia z datą 14 czerwca 2017 r. nie uchybiło 60-dniowemu terminowi do zwrotu VAT, ponieważ uzupełniło tylko braki i zastąpiło pierwotne postanowienie w tej sprawie z 21 kwietnia 2016 r. Jak argumentował DIAS, nie można zatem mówić o upływie terminu zwrotu podatku z dniem 25 kwietnia 2016 r., skoro wydane cztery dni wcześniej postanowienie przedłużające nie zostało unieważnione, a jedynie uchylone.

Ex tunc vs. ex nunc

Rozpatrujący skargę spółki wojewódzki sąd administracyjny zgodził się ze stanowiskiem organów. Tylko uznanie postanowienia z 21 kwietnia 2016 r. za nieważne zrodziłoby konsekwencje w postaci wyeliminowania wszelkich jego skutków z mocą wsteczną (ex tunc) od dnia jej wydania. Jedynie uchylenie tego aktu, ze względu na stopień jego wadliwości, takich konsekwencji nie wywołało.

Jak czytamy w wyroku WSA w Gliwicach z 10 stycznia 2018 r., sygn. akt III SA/Gl 927/17: „… poprzez wydanie pierwszego, uchylonego następnie postanowienia o przedłużeniu terminu, organ wdrożył procedurę (sprawę) zmierzającą do przedłużenia terminu zwrotu i dokonał tego przedłużenia, a wydanie przez organ II instancji rozstrzygnięcia uchylającego i przekazującego sprawę do ponownego rozpatrzenia (a nie np. umarzającego postępowanie) wskazuje, że sprawa nie została zakończona i pozostawała w toku…”.

To zwrot VAT jest regułą, a nie przedłużanie jego terminu

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił powyższy wyrok, stanowiąc, że instytucja przedłużenia terminu zwrotu VAT podatnikowi stanowi wyjątek od zasady natychmiastowości zwrotu. Nie może ona przede wszystkim tworzyć różnic w pozycji procesowej podatników w podobnych sytuacjach. A do takiego zróżnicowania dojdzie, gdy pomimo wyeliminowania z obrotu rozstrzygnięć będących podstawą do przedłużenia terminu zwrotu w dwóch podobnych sprawach, z uwagi na inny charakter uchybień tych rozstrzygnięć, nie wywołają one takiego samego skutku „…zarówno w przypadku stwierdzenia nieważności takiego postanowienia, jak i w przypadku jego uchylenia oznacza to istotną wadliwość rozstrzygnięcia organu administracji w zakresie przedłużenia terminu zwrotu” (I FSK 1025/18).

Podejrzenie karuzeli VAT daje alibi każdemu działaniu organu

W uzasadnieniu wyroku znalazło się rozstrzygnięcie innego składu NSA w analogicznej sprawie. Sąd wskazał w nim, że instytucja przedłużania terminu zwrotu VAT „…stanowi element wyważenia pomiędzy sprzecznymi interesami podatnika oraz Skarbu Państwa. Podatnik zainteresowany jest otrzymaniem natychmiastowego zwrotu kwoty nadpłaconego podatku VAT (w zgodzie z zasadą neutralności), z kolei organy podatkowe zainteresowane są wyeliminowaniem potencjalnych oszustw podatkowych i nieprawidłowości w funkcjonowaniu systemu podatku od towarów i usług działających na szkodę Skarbu Państwa” (wyrok z 14 marca 2018 r., sygn. akt I FSK 4/18).

W niniejszej sprawie podstawę do wstrzymania zwrotu VAT przedsiębiorcy stanowiła „…możliwość uczestnictwa spółki w tzw. karuzeli podatkowej mającej na celu wyłudzenie z budżetu państwa podatku VAT…” (I FSK 1025/18). Powód w postaci podejrzenia uczestnictwa w karuzeli VAT jest wytłumaczeniem dla wszelkich działań organów podatkowych działających wbrew zasadzie, zgodnie z którą to zwrot VAT jest regułą, a nie przedłużanie jego terminu. Stąd tak częstym zjawiskiem, z którym muszą mierzyć się przedsiębiorcy w codziennej działalności gospodarczej, zasługującym już nie tylko na miano urzędniczych nadużyć, ale i patologii całego systemu podatkowego, jest wstrzymywanie zwrotu VAT.

Jak wskazuje radca prawny Robert Nogacki, w obliczu takich działań organów sprawne odzyskiwanie VAT i reprezentacja przedsiębiorców w sporach z fiskusem, a zwłaszcza reprezentacja przy zwrocie VAT, stały się pożądaną na rynku, wąską specjalizacją kancelarii prawnych. Przedsiębiorcy zmuszeni są bowiem szukać już nie tylko standardowej pomocy prawnej doradcy podatkowego, ale eksperta od walki z urzędniczym bezprawiem.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

BitBay i Coinfirm nawiązują współpracę

Jedna z największych giełd fiat-crypto BitBay ogłosiła współpracę z Coinfirm, wiodącym dostawcą rozwiązań za zakresu przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy (AML) i oceny ryzyka oraz profesjonalnych usług dla branży blockchain i kryptowalut.

BitBay na całym świecie poszukuje innowacyjnych partnerów, z którymi będziemy mogli rozwijać ekosystem produktów opartych o technologię blockchain oraz przenieść nasz biznes na wyższy poziom. Coinfirm oferuje rozwiązania zwiększające zaufanie do kryptowalut i ułatwiające ich akceptowanie na dużą skalę.
— Patryk Kadlec, Wiceprezes i Dyrektor ds. Rozwoju Biznesu platformy BitBay.

Platforma AML umieściła Coinfirm na pozycji światowego lidera RegTech dla technologii blockchain. Jej twórcami są specjaliści działów AML z duży instytucji finansowych oraz prawdziwi „weterani” rynku kryptowalut.

Platforma obsługuje szerokie spektrum klientów. Są to: giełdy, duże podmioty rynku (Circle, Dash), ponad 100 projektów ICO, a także duże banki i instytucje finansowe z całego świata. Firma Coinfirm, Platforma AML, sieć AMLT i token tworzą kompletny system, który pomaga chronić użytkowników, zwiększa bezpieczeństwo korzystania z kryptowalut i przyczynia się do stworzenia przyjaznego środowiska dla powszechniejszej akceptacji technologii.

Wprowadzona niedawno przez Coinfirm sieć AMLT nie tylko pozwoliła przemówić ekonomii kryptowalut, ale wraz z platformą AML dała jej narzędzie do minimalizowania potencjalnych szkód spowodowanych przez oszustów i jej nieuczciwych uczestników, ograniczając tym samym możliwość podejmowania takich działań. W przypadku, gdy dochodzi do włamania i zostanie ono szybko zgłoszone do sieci AMLT, istnieje możliwość zatrzymania dalszego procesu utraty kontroli nad środkami.

Wraz z rosnącym udziałem innych liderów z branży, takich jak BitBay, możemy zapewnić nowy poziom przejrzystości, bezpieczeństwa, a przez to i globalnej adopcji kryptowalut oraz blockchain. Cieszymy się, że BitBay, który reprezentuje jakość i skalowalność, nie tylko chce umocnić się na pozycji innowatora w swoim obszarze działania we współpracy z naszą technologią, ale także wesprzeć nas w rozprzestrzenianiu technolgii kryptowalut na całym świecie. — Grant Blaisdell, współzałożyciel Coinfirm.

Chociaż od publikacji wersji minął zaledwie miesiąc, sieć AMLT ma już w swoich rejestrach setki adresów zgłoszonych przez jej członków, firm takich jak token TokenMarket. Po pierwszym miesiącu sieć AMLT zaczęła również rozprowadzać nagrodę w postacie tokenu AMLT wśród jej członków za dostarczanie danych.

Stworzona przez Coinfirm sieć AMLT to przyszłościowy projekt. Cieszymy się, że przyczynimy się do jej rozwoju -Patryk Kadlec z BitBay

„Biała kreska” – menedżerowie korporacji coraz częściej sięgają po używki

Pozycja lidera zespołu lub menadżera odpowiedzialnego za wieloetapowe projekty to dla wielu Polaków wizja wymarzonej pracy. We współczesnym świecie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej stanowiska kierownicze narażają jednak pracowników na pracę w ogromnym stresie. Podobnie jest w przypadku większości tzw. „wyeksponowanych” stanowisk, które wiążą się z dużą odpowiedzialnością. Zastraszające tempo życia, niewątpliwa eksploatacja i nadmiar obowiązków powodują, że współcześni liderzy i wysokiej klasy specjaliści żyją pod ogromną presją, z którą coraz częściej radzą sobie za pomocą używek. Problem uzależnień w kadrze kierowniczej robi się mocno zauważalny. Co zrobić, aby nie dołączyć do grona firm, w których tzw. „biała kreska” jest niezbędnym „narzędziem” pracy i sposobem radzenia sobie ze stresem?

Uzależnienia mimo, iż są realnym problemem, z którym mierzy się na co dzień wiele firm, są w Polsce nadal tematem tabu. Z jednej strony pojawiają się szerokie opracowania pokazujące, że życie w nieustannym stresie i pod ogromną presją stwarzaną przez pracodawców nastawionych na wynik, sprzyjają stosowaniu twardych używek. Z drugiej nie ma żadnych badań pokazujących realny obraz sytuacji, bo takie niezwykle trudno przeprowadzić. Każdy pracujący w mniejszej lub większej korporacji doskonale zdaje sobie jednak sprawę w z istnienia z tzw. „białej strefy”. Szalone imprezy podczas m.in. wyjść czy wyjazdów integracyjnych, na których króluje już nie tylko alkohol, ale także potocznie nazywana „biała kreska” stały się codziennością wielu firm. Coraz częściej zdarza się jednak, że używki stosowane są już nie tylko jako element zabawy, ale jako antidotum na codzienne stresy, z jakimi muszą radzić sobie m.in. osoby na kierowniczych stanowiskach, wysokiej klasy specjaliści, na których ciąży ogromna odpowiedzialność czy np. maklerzy giełdowi. Zażywane przez nich narkotyki są traktowane jako wspomagacze. W kulminacyjnym momencie swojego działania przyspieszają pracę mózgu, zwiększają kreatywność i pozwalają pracować szybciej oraz „lepiej”. Uzależnieni przyjmują zatem narkotyki, żeby zabłysnąć pomysłami na nową strategię firmy, przygotować kluczową prezentację czy przeprowadzić widowiskowe i motywujące wystąpienie.

Zażywanie narkotyków jednak tylko pozornie i tylko na chwile „pomaga” w rozwiązywaniu problemów. Po chwilowym zastrzyku energii szybko przychodzi moment spadku. Człowiek staje się jeszcze bardziej nerwowy, podejrzliwy i przewrażliwiony. Innymi słowy szef zażywający narkotyki jest po prostu nieobliczalny, chodź sam uważa się za elitę, bo w końcu nie każdego stać na regularne przyjmowanie „białej kreski”. Niestety odsetek osób zażywających kokainę wcale nie jest znikomy. Jak wynika z najnowszego raportu Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii w minionym roku, w Unii Europejskiej szacunkowo aż 2,3 milionów ludzi w wieku 15 – 34 lat oraz 3,5 milionów ludzi w wieku 15 – 64 lat przyjmowało kokainę[1]. Mówiąc o uzależnieniach nie można zapomnieć o pokaźnej grupie ludzi, którzy regularnie przyjmują tzw. narkotyki miękkie. Chodzi m.in. o haszysz czy marihuanę. W przeciwieństwie do np. kokainy są one stosowane już nie jako błyskawiczny zastrzyk energii, ale bardziej jako „umilacz czasu”, dzięki któremu przepracowani i zestresowani pracownicy relaksują się po ciężkim dniu w domu lub na imprezie. W ich przypadku szybko okazuje się, że żadne inne sposoby odpoczywania nie przynoszą tak skutecznego i szybkiego w osiągnięciu efektu rozluźnienia i odprężenia. Podobnie traktowany jest alkohol, często występujący jako obowiązkowy dodatek do narkotyków.

Perfekcyjny kamuflaż

W przypadku alkoholu naukowcy wyróżnili już nawet ten szczególny rodzaj dysfunkcji. HFA (High Functioning Alcoholics) czyli alkoholicy wysoko funkcjonujący to ludzie piastujący wysokie i odpowiedzialne stanowiska, których na tzw. pierwszy rzut oka nikt nie podejrzewałby o problemy z alkoholem, a już na pewno nie o chorobę alkoholową. I nic dziwnego, bo HFA do perfekcji opanowali sztukę maskowania swojego problemu. Często mają rodziny, są dobrymi rodzicami i wywiązują się ze swoich obowiązków, zarówno prywatnych jak i zawodowych. Takie pozornie normalne funkcjonowanie wymusza jednak na nich tak dużą presję, że potrzebują antidotum, dzięki któremu będą mieli iluzoryczne poczucie kontroli nad swoim życiem. Jak szacuje National Institute for Alcohol Abuse and Alcoholism w USA już niemal co piąty alkoholik jest właśnie HFA. Ten rodzaj uzależnienia jest szczególnie niebezpieczny także ze względu na specyfikę choroby alkoholowej występującej u wielu uzależnionych. Potrafią oni bowiem żyć w trzeźwości przez cały tydzień. Od poniedziałku do piątku funkcjonują więc pozornie normalnie. Upust swojemu uzależnieniu dają natomiast w weekend przykrywając problem idealną wymówką wspólnych wyjść ze znajomymi czy imprez służbowych. Niestety problem nie został jeszcze zbadany w Polsce, dlatego jego realne rozmiary nie są znane.

Wyzwanie dla pracodawców

Jednym z głównych powodów popychających menadżerów do używek jest stres oraz tzw. „overload” (tłum. przeładowanie) obowiązkami i zadaniami służbowymi, często skutkujący przedwczesnym wypaleniem zawodowym. Skarży się na niego między innymi aż 40 % pracowników warszawskiego Mordoru przebadanych przez TNS Polska. Ponadto, jak wynika z raportu „Pokolenie Y w pracy  – młodzi, ambitni, ale czy efektywni?”, opublikowanego przez tę firmę badawczą, również 40% potrafi pracować „ciągiem” 14 godzin lub więcej, a 15% odczuwa stres zanim w ogóle dotrze do pracy.[2] Kwestia eksploatacyjnej kultury wielu organizacji to jeden z największych problemów współczesnego rynku pracy. Firmy nastawione wyłącznie na wyniki zdają się coraz częściej zapominać, że za każdym sukcesem czy porażką przedsiębiorstwa stoi człowiek. Człowiek, który pod wpływem powszechnego mobbingu i przepracowania traci najpierw motywację, następnie zaangażowanie, aż w końcu zdrowie. W efekcie zamiast wydajnych i zmotywowanych do działania specjalistów firmy borykają się z pracownikami chorymi na depresję, stresu-nerwicy/”>walczącymi z nerwicami czy głębokim wypaleniem zawodowym. Pracownikami dużo bardziej skorymi do eksperymentowania i poszukiwania złudnego antidotum na swoje problemy.

Żyjemy i pracujemy w czasach, w których odpowiedzialność i presja wywierana na liderów i menadżerów powinna być traktowana jako jeden z głównych czynników wpływających na psychikę, a co za tym idzie efektywność pracowników. – Dziś zupełnie nowego znaczenia nabiera sformułowanie „odpowiedzialny pracodawca”. Współcześnie firmy już dziś borykają się z problem uzależnień na wyższych i najwyższych szczeblach. Dlatego też niezbędne jest wprowadzenie rozwiązań zapobiegających rozwojowi tego zagrożenia – tłumaczy Grzegorz Święch, Wiceprezes i partner Grupy Nowe Motywacje. Zdaniem eksperta problem związany z przepracowaniem i przemęczeniem pracowników jest dziś na tyle głęboki, że warto z wyprzedzeniem zainteresować się m.in. kulturą własnej organizacji, która ma znaczący wpływ na to, jak pracuje się w danej firmie. – Ogromnym wyzwaniem stojącym przed pracodawcami jest przede wszystkim przeciwdziałanie przeciążeniu pracowników, bo to właśnie „overload” generuje większość problemów. Jest głównym powodem odczuwania stresu i miażdżącej presji – tłumaczy Grzegorz Święch – Menadżerowie czy wysokiej klasy specjaliści muszą więc zostać otoczeni odpowiednią opieką m.in. pracowników działów HR, którzy pokierują ich zrównoważonym rozwojem – dodaje.

Odpowiednie zadbanie o pracowników na wyższych stanowiskach to dzisiaj absolutne „must have”. Warto postawić m.in. na dedykowane programy szkoleniowe, które niekoniecznie poprawiają kompetencje stricte zawodowe, a bardziej uczą jak radzić sobie ze stresem czy delegować zadania rezygnując tym samym z błędnego myślenia, które towarzyszy wielu menadżerom, że tylko oni mogą dobrze wykonać poszczególne elementy projektu. Co jeszcze mogą zrobić organizacje, aby uchronić swoich liderów i specjalistów przed widmem uzależnień?

Umożliwić im odpowiednie warunki pracy. Już dziś istnieją firmy, które wprowadziły obowiązkowe urlopy, nie krótsze niż dwa tygodnie czy zakazy wysyłania e-maili służbowych po godzinie 19-tej. Są też takie organizacje, gdzie tworzone są siłownie, play room’y, strefy relaksu z miejscem na krótką regenerującą drzemkę, czy… masaż! Warto pomyśleć też o odpowiedniej aranżacji biura – miejsce pracy ma bowiem ogromny wpływ na psychikę pracowników.

Czy dynamiczny rozwój szeroko pojętego rynku oraz wręcz ekspresowe tempo współczesnego życia skazuje najbardziej obciążonych presją i stresem na ryzyko uzależnień? Nie, ale już dziś konieczne jest zauważenie problemu i podejmowanie działań profilaktycznych. Zarówno pracownicy jak i pracodawcy muszą zadbać o kluczowe elementy pozwalające na zachowanie odpowiedniego work – life balance.

[1]http://www.emcdda.europa.eu/system/files/publications/8585/20181816_TDAT18001PLN_PDF.pdf

[2] http://www.tnsglobal.pl/coslychac/files/2015/07/Pokolenie-Y-w-pracy_Raport-TNS-dla-marki-Tiger.pdf

Rzym: międzynarodowe rozmowy Huawei na temat digitalizacji Europy

7 listopada br. w Rzymie we Włoszech rozpoczął się Huawei European Innovation Day oraz konferencje i wystawy Eco-Connect. Tematem przewodnim wydarzeń, które potrwają do 9 listopada jest DigitALL INtelligent Europe.

Huawei koncentruje się na infrastrukturze teleinformatycznej i inteligentnych urządzeniach. Od 18 lat przyczyniamy się do digitalizacji w Europie i pomagamy przemysłowi przygotować się na inteligentny świat – powiedział Hua Liang, prezes zarządu Huawei podczas inauguracji Huawei European Innovation Day.

Rzym_międzynarodowe_rozmowy_HuaweiWydarzenie zostało zaprojektowane tak, aby funkcjonowało jako swego rodzaju Forum Romanum, które ma na celu umożliwienie zderzenia pomysłów oraz zebranie żywych opinii z całego świata, a także wspólne promowanie rozwoju przyszłego inteligentnego społeczeństwa.

Ponadto, z uwagi na fakt, że w 2019 r. będziemy obchodzić 500. rocznicę śmierci Leonarda da Vinci, tegoroczne obchody Innovation Day obejmują ścisłą współzależność między sztuką, nauką i technologią. Dlatego też podczas wielu prelekcji spotkań zostaną omówione liczne zagadnienia, poczynając od badań podstawowych przez przekształcenia komercyjne oraz ich zastosowanie w różnych gałęziach przemysłu, a kończąc na innowacjach odgrywających kluczową rolę w życiu społeczeństwa.

W trzydniowym wydarzeniu weźmie udział ponad 2600 gości, w tym Riccardo Fraccaro, włoski minister ds. stosunków parlamentarnych i demokracji bezpośredniej oraz prof. Erdal Arikan, wynalazca kodeksu polarnego, który również wygłosi przemówienie inauguracyjne.

Co ważne, podczas Huawei Eco-Connect – konferencji i wystaw, które równolegle odbywają się do Innovation Day – uruchomiono centrum hostingowe dla wielu dzierżawców Internetu przedmiotów (IoT) w celu inkubacji lokalnych ekosystemów cyfrowych i przyspieszenia rozwoju biznesu IoT. Wydarzeniom w Rzymie towarzyszyć będzie także Huawei 5G Demo Truck, w którym prezentowane będą kompleksowe produkty i rozwiązania 5G oraz all-cloud dla różnych scenariuszy.

Huawei w ciągu 3 dni zaprezentuje także liczne nowości z obszaru cloud computingu, Internetu przedmiotów, platform cyfrowych i big data. Ponadto, zostaną pokazane nowe rozwiązania dla przemysłu w inteligentnych miastach oraz produkcji. Firma przedstawi również nową generację rozwiązań produktowych dla przedsiębiorstw opartych na sztucznej inteligencji oraz strategię ekosystemową.

Przedstawiciele Huawei omówią ponadto, w jaki sposób inteligentne rozwiązania firmy – np. Huawei Mobile Services – odgrywają kluczową rolę we wspieraniu skutecznej transformacji cyfrowej w Europie. Wspomniana usługa ma już ponad 460 mln użytkowników w 170 krajach  na całym świecie, w tym ponad 32 mln w Europie.

Należy wspomnieć, że Huawei jest zaangażowany w budowę globalnej platformy dystrybucji, zapewniając otwarte możliwości techniczne i wszechstronne wsparcie dla partnerów i programistów, jednocześnie dążąc do zaoferowania wysokiej jakości doświadczenia użytkownikom we wszystkich scenariuszach, zapewniając bezpieczeństwo i prywatność.

Firma dąży jednocześnie do rozwoju młodych talentów w Europie, w związku z czym zaprezentuje w Rzymie swój program „DigitALL Explorer”, w ramach którego planuje rozwijać 3000 utalentowanych młodych ludzi w ciągu trzech lat od 2019 do 2021 roku.

Technologia ma kluczowe znaczenie dla rozwoju przemysłowego. Zdrowy ekosystem tworzy większy rynek, a liczne talenty bezpośrednio napędzają wzrost. Huawei uważa, że dążenie Europy do digitalizacji będzie zależało właśnie od tych trzech czynników – skomentował Vincent Pang, prezes Huawei w regionie Europy Zachodniej.

Gospodarka nie ma wolnego. Jak 12 listopada wpłynie na rynek walut

Sejm przegłosował ustawę, Prezydent ją podpisał – Polacy będą dłużej świętować setną rocznice odzyskania niepodległości. Decyzja o dodatkowym dniu wolnym, podjęta tak naprawdę na ostatnią chwilę, spowodowała, że wiele firm nie miało szans przygotować się do wydłużonego weekendu. Eksperci wieszczą załamanie polskiej gospodarki i obniżenie kursu złotówki z powodu wolnego poniedziałku. Czy tak rzeczywiście się stanie?

Władze centralne podjęły decyzję o dodatkowym dniu wolnym. Długi weekend to żadna nowość – Polacy są już przyzwyczajeni do dłuższego odpoczynku. Podobnie nasza gospodarka, w tym rynki walutowe. 12 listopada to jednak sytuacja wyjątkowa, gdy decyzja o dniu bez pracy została podjęta na kilka dni przed terminem. Czy może mieć to wpływ na rynki walut?

Pozornie ma to niewiele wspólnego. A jednak zależność jest widoczna, i to bardzo wyraźnie, szczególnie w kilku sferach, m.in. w turystyce. Dzień wolny to po pierwsze możliwość wyjazdu. W tym konkretnym przypadku jest to mało prawdopodobny scenariusz, większość z nas planuje wyjazdy zagraniczne przynajmniej z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Gdyby jednak informacja o długim weekendzie był znana wcześniej, najprawdopodobniej zobaczylibyśmy wzmożone zainteresowanie walutami ze względu na ruch turystyczny.

Patrząc jednak na kwoty, turystyka nie jest tutaj najważniejsza. Znacznie istotniejszy wpływ na rynek walut będzie miał przemysł. Dodatkowy dzień wolny to jeden dzień produkcji w roku mniej. Oznacza to, że wyprodukujemy o 0,4% mniej danego towaru. W rezultacie albo mniej wyeksportujemy, albo więcej będziemy importować, by zasypać lukę. W pierwszym przypadku mniej waluty obcej sprzedamy na złotówki – jako mniejszy zysk z eksportu. W drugim więcej złotych sprzedamy za walutę obcą – jako koszt importu. W obu przypadkach zatem będzie to niekorzystne dla złotego.

Warto w tym momencie uspokoić, że o ile faktycznie jest to negatywny czynnik, to istotna jest jego siła. Ta z kolei powinna być właściwie niezauważalna dla osób, które na bieżąco nie śledzą sytuacji na rynkach. Po pierwsze pomimo ekspresowego trybu uchwalenia
długiego listopadowego weekendu, inwestorzy mieli wystarczająco dużo czasu, by dostosować się do informacji o możliwym wolnym, co rozkłada ewentualny impuls na wiele dni. Po drugie wiele firm ma pewne rezerwy mocy co spowoduje, że wpływ decyzji o dodatkowym dniu bez pracy będzie mniejszy. Po trzecie wreszcie to efekt 12 listopada będzie na tyle niewielki, że zdecydowana większość z nas go nie odczuje.

Nie ma zatem co demonizować dodatkowego dnia wolnego, a przynajmniej nie powinniśmy tego robić z myślą o jego wpływie na gospodarkę. Część komentatorów wskazuje na dane, według których skoro nie pracujemy przez jeden dodatkowy dzień, to znaczy, że nie wytworzymy 1/250 PKB (dni pracujące). Oznaczałoby to, że nasze PKB będzie rosło wolniej o 0,4%, a kwotowo stracimy jako państwo 2 miliardy dolarów. Liczby te przemawiają do wyobraźni, jednak nie są na szczęście prawdziwe. Gospodarka to nie tylko produkcja przemysłowa, która stanowi w Polsce mniej niż 20% PKB, w związku z czym realny wpływ wydłużonego weekendu będzie wielokrotnie niższy. To, że dzień jest wolny nie oznacza wcale, że tego dnia nie jeździmy samochodem, kupujemy w sklepach osiedlowych czy nie odwiedzamy restauracji, czym cały czas napędzamy naszą gospodarkę.

Maciej Przygórzewski – główny ekspert walutowy Internetowykantor.pl

Cyfryzacja branży ubezpieczeniowej w Polsce

Ponad 80 proc. ubezpieczycieli uważa, że przyszłość na rynku należy do tych organizacji, które zainwestują w innowacje i cyfryzację – wynika z raportu Cyfryzacja sektora ubezpieczeń w Polsce, przygotowanego przez Accenture dla Polskiej Izby Ubezpieczeń. Dlatego już teraz firmy rozpoczęły prace nad wdrażaniem technologii smart home oraz smart city, pozwalających m.in. na preferencyjną wycenę składek oraz lepsze dostosowanie ofert do potrzeb klienta.

Strategie cyfryzacji polskich ubezpieczycieli

Podobnie jak za granicą, polscy ubezpieczyciele koncentrują swoją cyfryzację na relacjach z klientem oraz wewnętrznych procesach, wynika z raportu przygotowanego przez Accenture. Na podstawie badania przeprowadzonego na zlecenie PIU wyodrębniono trzy typy firm działających na polskim rynku ubezpieczeń, uwzględniając między innymi ich podejście do cyfryzacji, innowacji, doświadczeń klienta oraz wdrażania nowych technologii w różnych obszarach biznesowych.

Pierwsza grupa to tzw. pragmatyczni tradycjonaliści, skupiający się na istniejących kanałach i rozwiązaniach. Mimo to interesują się oni nowymi trendami, aby w razie konieczności sprawnie dostosować się do zmian rynkowych. Ich zdaniem, rolą nowych technologii jest odciążenie agentów oraz usprawnienie ich pracy. Zaoszczędzony czas pośrednicy mogliby przeznaczyć na budowanie relacji z klientami oraz na zwiększanie sprzedaży. Pozwoliłoby to ograniczyć koszty operacyjne, a tym samym zwiększyć konkurencyjność firm.

Z kolei druga grupa, tzw. cyfrowi wyznawcy, stale analizuje zmieniające się potrzeby klientów oraz nowe technologie. Często sami wyznaczają trendy, wdrażając innowacyjne rozwiązania we wszystkich obszarach, nawet tam, gdzie trudno jest wskazać oczywiste korzyści finansowe w krótkim okresie. Inwestują w multikanałowość, sztuczną inteligencję i analitykę.

Ostatnia grupa to tzw. zdywersyfikowani partnerzy, którzy stosują cyfrowe inicjatywy na mniejszą skalę, czasem obok podstawowej działalności. Ich celem nadrzędnym jest zdobycie wiedzy i doświadczeń, a także przygotowanie się do budowy lub udziału w ekosystemach z innymi cyfrowymi graczami. Skupiają się głównie na współpracy ze swoimi partnerami biznesowymi, budując interfejsy dostosowane do ich systemów.

Polskie zakłady ubezpieczeń inteligentnie podchodzą do cyfryzacji. Inwestują więc nie we wszystkie nowinki technologiczne, a w te inicjatywy i innowacyjne pomysły, które mają uzasadnienie w ich strategii biznesowej i celach na najbliższe lata. W swoich staraniach napotykają na coraz większe trudności w pozyskiwaniu pracowników posiadających cyfrowe kompetencje. W efekcie zastosowanie takich cyfrowych technologii jak sztuczna inteligencja, chmura obliczeniowa czy zaawansowana analityka jest mniej powszechne niż u badanych ubezpieczycieli za granicą – powiedział Łukasz Marczyk, dyrektor praktyki ubezpieczeniowej Accenture w Polsce.

Ważne trendy – smart home i smart city

Ubezpieczyciele od lat śledzą zamiany technologiczne i stopniowo wdrażają je w swoich firmach. Przejawiają się one z jednej strony w nowych produktach, jak ubezpieczenia cybernetyczne, ale również w narzędziach pozwalających na lepszą ocenę ryzyka oraz wycenę składki, czyli np. rozwiązaniach telematycznych, czyli elektronicznych czujnikach dostarczających na bieżąco informacje istotne dla przedmiotu ubezpieczenia. To jeden z ważniejszych trendów cyfryzacji ubezpieczeń.

Już teraz we Włoszech 17 proc. polis komunikacyjnych wykorzystuje technologie telematyczne. Przewidujemy, że trend ten będzie się rozwijał w innych krajach europejskich. Niektóre firmy ubezpieczeniowe wprowadzają tego typu rozwiązania także w Polsce – wyjaśnia Mariusz Kuna z Polskiej Izby Ubezpieczeń, i dodaje – Korzyści płynące z nowych technologii to m.in. obniżenie szkodowości, dostęp do danych umożliwiających lepsze szacowanie ryzyka, czy też lokalizację klientów. Wyzwaniem, z którym mierzą się firmy na polskim rynku przy wdrażaniu telematyki, jest przede wszystkim wysoki koszt instalacji urządzeń telematycznych w porównaniu do składki OC ppm.

Telematyka to jeden z przykładów realizacji idei smart city i smart home. Zakłada ona oczujnikowanie przedmiotów ubezpieczenia, samochodów, mieszkań w taki sposób, by ubezpieczyciel na bieżąco mógł monitorować ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa i zarządzania ryzykiem parametry elementów stanowiących przedmiot ubezpieczenia (mieszkania, infrastruktury, pojazdów). Przykładowo w mieszkaniach mierzy się wilgotność i temperaturę powietrza. W razie gwałtownych zmian w wynikach pomiarów, można szybko w sposób w odpowiedni zareagować, np. wysłać pomoc w sytuacji wykrycia zalania lub pożaru.

Kolejną innowacją są ubezpieczenia od cyberryzyk, mające na celu zabezpieczenie użytkowników internetu, przedsiębiorstw i instytucji przed wirusami komputerowymi, atakami hakerskimi czy nieuczciwymi działaniami pracowników. Wielu ubezpieczycieli analizuje możliwość wprowadzenia tego rodzaju produktów w najbliższych latach. Biorąc pod uwagę stopień innowacyjności oferty produktowej, większość polskich ubezpieczycieli nie poszukuje na siłę nowinek technicznych czy nowych typów produktów – z ich perspektywy kluczowe znaczenie ma usprawnianie oraz upraszczanie aktualnie posiadanej oferty.

Wzrost satysfakcji klientów dzięki samoobsłudze

W kolejnych latach coraz więcej ubezpieczycieli będzie dążyło do osiągnięcia pełnego lub częściowego ograniczenia dokumentacji papierowej. Dzięki rozwojowi technologii, klienci zyskają m.in. szerszą możliwość samodzielnego zgłaszania szkód. Zadzieje się to dzięki m.in. formularzom online do zgłaszania roszczeń, portalom samoobsługowym oraz aplikacjom mobilnym (np. mobilnej aplikacji do oględzin czy wysyłanie powiadomień „push” z informacją o statusie szkody). Takie rozwiązania wprowadziła już w Szwajcarii Zurich Insurance Group, dzięki czemu skróciła proces likwidacji szkód z 52 min. do zaledwie 5 sek. To pozwoliło natomiast zaoszczędzić ok. 40 tys. roboczogodzin w ciągu roku.

Najważniejsze wyzwania

Polskie firmy są zgodne co do rosnącego znaczenia danych w ich organizacjach. Istotnym kierunkiem rozwoju jest pozyskiwanie ich z nowych wiarygodnych źródeł. Jednym ze sposobów na zdobywanie wartościowych informacji jest wykorzystanie publicznych zbiorów danych. Aby zarządzanie danymi odbywało się w odpowiedni sposób, powinny być też wdrażane zaawansowane rozwiązania analityczne, mające zastosowanie także w innych obszarach biznesowych np. przy szacowaniu ryzyka. Na razie zaawansowany poziom w wykorzystaniu danych i analityki osiągnęło tylko kilka polskich firm.

O badaniu

Głównym celem badania, przeprowadzonego przez Accenture, jest przedstawienie najważniejszych trendów dotyczących poziomu cyfryzacji polskiego rynku ubezpieczeniowego oraz wskazanie barier mogących przeszkodzić w dalszej transformacji cyfrowej sektora. Wnioski oparto na przeprowadzonym badaniu jakościowym, które miało formę dyskusji w grupach fokusowych, moderowanych przez ekspertów Accenture. Do uczestnictwa w sesjach dyskusyjnych zaproszone zostały osoby zarządzające wszystkimi obszarami działalności zakładu ubezpieczeń, pełniące w organizacjach role decyzyjne. W badaniu wykorzystano mechanizm dzielący aspekty związane z cyfryzacją na części Go Digital oraz Be Digital, które odnoszą się odpowiednio do cyfryzacji doświadczeń klienta oraz cyfryzacji operacji wewnątrz organizacji. W trakcie dyskusji przebadanych zostało 13 ubezpieczycieli, co stanowi 73% pokrycia rynku w ubezpieczeniach życiowych i 65% w ubezpieczeniach majątkowych.

Wyniki GK OPONEO.PL za III kwartał 2018 r.

W III kwartale 2018 roku Grupa OPONEO.PL sprzedała w sumie 521,7 tys. opon i uzyskała wyższe o 21% przychody ze sprzedaży wielkości 132,5 mln zł.

Wzrost sprzedaży opon o 27,6% w III kwartale 2018 roku wpłynął na uzyskane przez Grupę OPONEO.PL przychody ze sprzedaży na poziomie 132,5 mln zł wobec 109,5 mln zł w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Narastająco za trzy kwartały 2018 roku przychody ze sprzedaży wyniosły 484,9 mln zł wobec 406 mln zł w analogicznym okresie poprzedniego roku, co oznacza wzrost o 19,4%.

Przychody z zamówień krajowych wyniosły 101,3 mln zł i wzrosły o 23,3% w stosunku do III kwartału 2017 roku. Przychody ze sprzedaży zagranicznej, stanowiące 23,5% przychodów ogółem, wyniosły 31,2 mln zł i wzrosły o 14,2%.

Dariusz Topolewski, Prezes Zarządu OPONEO.PL S.A.
Dariusz Topolewski, Prezes Zarządu OPONEO.PL S.A.

– Wartym podkreślenia jest, że uzyskany, ponad 23% wzrost sprzedaży na rynku krajowym wygenerowaliśmy w momencie, gdy cały rynek opon osobowych w Polsce w III kwartale odnotował jedynie nieznaczny wzrost wielkości 2,5% – informuje Dariusz Topolewski, Prezes Zarządu OPONEO.PL S.A.

Dominującym elementem przychodów Grupy OPONEO.PL były wpływy z tytułu sprzedaży opon, które
w III kwartale 2018 roku wyniosły 115,2 mln zł. Stanowiły one 87% całości przychodów z tytułu sprzedaży towarów.

Analizując sam III kwartał należy pamiętać, że z powodu sprzedaży sezonowej ten okres w branży oponiarskiej charakteryzuje się słabszymi wynikami w porównaniu do innych kwartałów roku obrotowego. Można jednak zauważyć, że w III kwartale 2018 roku wynik netto Grupy OPONEO.PL uległ poprawie i wyniósł -4,2 mln zł wobec -5 mln zł wyniku uzyskanego w III kwartale 2017 roku. Od początku roku do 30 września 2018 roku Grupa OPONEO.PL zanotowała 3 mln zł zysku netto wobec 3,8 mln zł zysku netto w analogicznym okresie 2017 roku.

Wpływ na różnicę w wyniku w stosunku do roku ubiegłego miało jednorazowe zdarzenie w III kwartale 2017 roku tj. rozliczenie drugiej i ostatniej raty na kwotę 2,8 mln zł w ramach transakcji sprzedaży zorganizowanej części przedsiębiorstwa Elektroda.pl. Kwota uzyskana z tej transakcji wpłynęła na wzrost wyniku netto w III kwartale 2017 roku.

W najbliższych planach OPONEO.PL, poza ciągłym rozwojem sprzedaży opon i felg na obecnych rynkach, jest udoskonalanie procesów logistycznych mających wspierać podstawową działalność Spółki, a także rozwój sprzedaży rowerów oraz części i akcesoriów rowerowych za pośrednictwem spółki Dadelo S.A

Fed powinien wesprzeć kurs dolara

Inwestorzy obawiają się wzrostu inflacji w 2019 r, jednak prezes NBP uspokaja rynek. Podtrzymując wolę kontynuacji cyklu podwyżek stóp z najbliższą grudniową Fed powinien wesprzeć dolara jednocześnie ciążąc walutom EM, w tym złotemu.

Podczas środowej sesji złoty umacniał się dzięki zyskującemu na wartości euro do dolara. Oczekując na zakończenie posiedzenia RPP kurs EUR/PLN spadł poniżej 4,29 przy EUR/USD docierającym do oporu na poziomie 1,15. Pomimo odreagowania na rynku głównej pary walutowej (euro powróciło do 1,143 USD) złoty zdołał utrzymać wcześniejsze poziomy.

RPP nie zaskoczyła. Pozostawiając stopy NBP na dotychczasowym poziomie nie zmieniła przekazu komunikatu podtrzymując ocenę, że „obecny poziom stóp procentowych sprzyja utrzymaniu polskiej gospodarki na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz pozwala zachować równowagę makroekonomiczną”. Wskazano na ryzyko silniejszego spowolnienia aktywności gospodarki polskiej biorąc pod uwagę globalną sytuację dające przesłanki do większej ostrożności w zakresie zaostrzenia polityki monetarnej. Członkowie Rady obecni na konferencji zaznaczyli, że przyszłoroczna marcowa projekcja makroekonomiczna NBP da lepszy obraz w kwestii przyszłych tendencji inflacyjnych, gdyż znane już będą obowiązujące w 2019 roku stawki za energię elektryczną zaś projekcja zawierać będzie wydłużony do 2021 roku włącznie horyzont.

Po wyborach uzupełniających Kongres USA został podzielony (wg pierwszych wyliczeń Republikanie utracili większość w Izbie Reprezentantów, natomiast utrzymali władzę w Senacie), co wzbudziło przekonanie inwestorów, że duże wsparcie fiskalne dla gospodarki w najbliższym czasie może okazać się mało prawdopodobne, ograniczając skalę podwyżek stóp przez Fed. Rynek najwyraźniej obawia się, że przewaga Demokratów w Izbie Reprezentantów może utrudnić współpracę Kongresu z Białym Domem. Dolar znalazł się więc pod presją podaży i nawet wtorkowe publikacje kolejnych dane potwierdzających spowalnianie gospodarki strefy euro nie były w stanie zaszkodzić wspólnej walucie. Jeszcze podczas handlu w Europie, kurs EUR/USD wzrósł do 1,15 co wspomagało złotego. We wrześniu sprzedaż detaliczna w EZ pozostała bez zmian w relacji miesięcznej i wzrosła w najwolniejszym tempie od jedenastu miesięcy o 0,8% r/r wobec 0,3% m/m i 2,2% r/r miesiąc wcześniej. Dane potwierdzają więc, że strefa euro spowalnia, co przy utrzymującej się tendencji może w kolejnych miesiącach ciążyć wspólnej walucie, przekładając się deprecjonująco na notowania walut ryzykownych. Spadek apetytu na ryzyko może też powrócić za sprawą polityki handlowej D.Trumpa, w ostatnich dniach nieco wyciszonej. Nie jest bowiem wykluczone, że zmiany na amerykańskiej scenie politycznej (prawdopodobnie dające mniejszą swobodę w polityce gospodarczej republikańskiego prezydenta), mogą zachęcić D.Trumpa do utrzymywania sporu handlowego z Chinami.

Ponadto, nadal utrzymuje się ryzyko dot. sporu budżetowego Włochy-KE. W środę na rynek dotarły informacje, że prezes EBC zwrócił uwagę włoskiemu ministrowi finansów, że wysoki poziom zadłużenia Włoch wymaga jeszcze ostrzejszej dyscypliny fiskalnej, niż to czego wymaga UE. Rząd włoski pracuje nad osiągnięciem kompromisu w tej sprawie, niemniej nadal nie jest skłonny do zmiany budżetu. Tymczasem, Komisja Europejska rozważa działania dyscyplinarne wobec Rzymu, co może prowadzić do nałożenia na kraj sankcji, jeśli projekt przyszłorocznego budżetu Włoch nie zostanie zmieniony do 13 listopada.

W czwartek w centrum uwagi znajdzie się Fed. Podtrzymując wolę kontynuacji cyklu podwyżek stóp z najbliższą grudniową powinien on wesprzeć dolara jednocześnie ciążąc złotemu.

Wykres dnia: Wg. prezesa A.Glapińskiego stopy NBP mogą pozostać bez zmian również w 2020 roku jeśli „nie pojawią się jakeś nowe elementy” wspierające.

stopy NBP mogą pozostać bez zmian również w 2020 roku
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Ponad 57 milionów transakcji BLIKIEM po 9 miesiącach 2018 r.

W trzecim kwartale 2018 roku Polski Standard Płatności odnotował dynamiczne wzrosty liczby transakcji BLIKIEM we wszystkich kanałach. W tym czasie Polacy zrealizowali ponad 24,3 mln transakcji – trzy razy więcej niż w trzecim kwartale 2017 roku. W stosunku do trzeciego kwartału ubiegłego roku liczba przelewów BLIK na numer telefonu wzrosła aż o milion. Od stycznia do końca września użytkownicy skorzystali z BLIKA już ponad 57 milionów razy.

BLIK zamyka trzeci kwartał 2018 roku ze wzrostami i rekordami transakcji ogółem i we wszystkich kanałach. Z 24,3 mln transakcji najwięcej odnotowano płatności w internecie – 71 proc., czyli 17,5 mln. Rok do roku to ponad trzykrotnie więcej i aż o 36 proc. więcej niż w drugim kwartale 2018 roku. BLIKIEM można płacić w całym polskim e-commerce.

W trzecim kwartale spektakularnie wzrosła liczba przelewów BLIK na numer telefonu realizowanych przez użytkowników systemu – aż o 39 proc. i wyniosła 1,38 miliona. To o milion więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Dariusz Mazurkiewicz
Dariusz Mazurkiewicz

– Przelewy BLIK na numer telefonu do jedna z najwygodniejszych i użytecznych funkcji systemu. Pozwala przekazać pieniądze innemu użytkownikowi bez znajomości jego rachunku bankowego, natychmiast, z banku do banku, o każdej porze dnia i nocy, bez opłat,– mówi Dariusz Mazurkiewicz, prezes Polskiego Standardu Płatności, operatora systemu BLIK – W trzecim kwartale br. ich liczba, rok do roku wzrosła o milion. To przede wszystkim zasługa wdrożenia przez banki nowej funkcji – identyfikacji odbiorcy przelewu. Użytkownicy na liście adresowej widzą obecnie, kto korzysta z przelewów BLIK na numer telefonu – wiedzą więc, że ta osoba otrzyma pieniądze natychmiast. Wpływ na znaczny wzrost wykorzystania tych przelewów miała także nasza ostatnia kampania reklamowa o przelewach BLIK na numer telefonu – dodaje.

W tym roku klienci wykonali już łącznie ponad 3 miliony przelewów BLIK na numer telefonu. Oznacza to, że funkcjonalność stała się już masowym sposobem rozliczeń. W przyszłym roku Polski Standard Płatności, we współpracy z bankami planuje kolejne działania, które sprawią, że użytkownicy będą jeszcze chętniej korzystali z przelewów BLIK na numer telefonu.

Ponad 1,3 miliona razy klienci zapłacili BLIKIEM w terminalach w sklepach stacjonarnych – to wzrost o 27 proc. w stosunku do drugiego kwartału 2018 roku i ponad trzykrotnie więcej niż w trzecim kwartale roku ubiegłego. BLIK dostępny jest już w ponad 300 tys. terminali płatniczych – liczba ta rośnie z miesiąca na miesiąc.

Ponad 4 miliony razy w tym okresie użytkownicy wypłacali BLIKIEM pieniądze z bankomatów. To blisko dwukrotny wzrost rok do roku. Klienci mogą obecnie skorzystać z BLIKA już w 20 tys. bankomatów w całej Polsce.

W trzecim kwartale tego roku klienci korzystali z BLIKA średnio 264 tys. razy dziennie, a w rekordowym dniu aż 281 tys. razy.

Od początku 2018 roku użytkownicy zrealizowali 57 mln transakcji BLIKIEM. To blisko dwa razy więcej niż w całym roku 2017 i prawie 30 razy więcej niż w pierwszym roku funkcjonowania systemu. Z tego 41 milionów to płatności w internecie, ponad 10 milionów to wypłaty gotówki z bankomatu, ponad 3 miliony to transakcje w terminalach płatniczych i tyle samo – przelewy BLIK na numer telefonu.

BLIK to ogólnokrajowy, powszechny standard płatności, który wykorzystuje najnowocześniejsze technologie informatyczne. Dzięki BLIKOWI miliony Polaków mogą bezpiecznie i wygodnie, korzystając ze smartfona, płacić w internecie i tradycyjnych sklepach, wypłacać i wpłacać gotówkę z bankomatów oraz przelewać natychmiastowo pieniądze innym użytkownikom na numer telefonu bez znajomości ich rachunku bankowego. Za rozwój systemu odpowiada spółka Polski Standard Płatności (PSP). PSP stale rozwija możliwości BLIKA tak, aby system był jak najbardziej funkcjonalny dla jego użytkowników.

Udziałowcami spółki PSP jest sześć polskich banków: Alior Bank, Bank Millennium, ING Bank Śląski, mBank, PKO Bank Polski, Santander Bank Polska. Z BLIKA mogą korzystać również klienci Getin Banku, BGŻ BNP Paribas, Raiffeisen Polbanku, Credit Agricole, Pekao SA, Inteligo, Orange Finanse i T-Mobile Usługi Finansowe.

Nie czas na zmiany

Fed widząc utrzymującą się siłę amerykańskiej gospodarki nie ma najmniejszego powodu by porzucić tryb autopilota, w którym obecnie znajduje się polityka. Ostatnie turbulencje na Wall Street to za mało by zaniepokoić decydentów. Zresztą spadki ustąpiły miejsca silnemu odbiciu.

Tylko wczoraj S&P500 wzrósł ponad 2 proc., powrócił ponad 2800 pkt i 200 – sesyjną średnią ruchomą. Prawdziwym testem dla kupujących jest lokalny szczyt z drugiej połowy października, do którego notowania kontraktu zbliżyły się na kilka punktów. Dużo ostatnio spekulowało się o tym, że Trump cynicznie wlał w serca inwestorów nadzieje na porozumienie handlowe z Chinami by uspokoić rynki przed wyborami. Niebawem przyjdzie czas na weryfikację realnych zamiarów prezydenta USA, ale chwilowo na szczycie jego agendy znajdują się sprawy wewnętrzne i dążenie do paraliżu prac specprokuratora Muellera, który bada wątki rosyjskie w kampanii prezydenckiej. Uważamy, że w szerszej perspektywie paliwo hossy się wyczerpało, ale jednocześnie nie spodziewamy się prędkiego pogłębienia październikowych dołków. Wynik wyborów cząstkowych sprawia, że Demokraci będą za wszelką cenę drążyć wątek rosyjski. W rezultacie rubel stoi przed ryzykiem nałożenia nowych sankcji, które obecnie nie są w wystarczającym stopniu zdyskontowane.

Wracając do Fed: rynek jest świadom nastawienia władz i dlatego też dzisiejsze posiedzenie FOMC nie budzi emocji, przynajmniej nie budzi ich komunikat. Najciekawszą częścią dyskusji powinny być dywagacje na temat optymalnego rozmiaru sumy bilansowej. Szczegóły nie zostaną jednak zawarte w komunikacie, a zapewne w protokole, który światło dzienne ujrzy pod koniec miesiąca. Uważamy, że dolar najlepsze ma za sobą i widzimy przestrzeń do jego osłabienia względem głównych walut. Ciekawym wehikułem może być np. USD/SEK. Korona szwedzka przy uspokojeniu nastrojów na rynkach powinna pozytywnie odczuć perspektywę podniesienia stóp przez Riksbank już na posiedzeniu 20 grudnia.

Najczarniejsze scenariusze wojen handlowych zdają się blaknąć i z tego tytułu sporą przestrzeń do umocnienia mają też waluty Antypodów. W ostatnich kilku dniach prym w przestrzeni G-10 już wiedzie NZD. NZD/USD wyszedł chwilowo ponad 0,68. Oznacza to około 2 proc. wzrost w tym tygodniu oraz osiągnięcie pułapów nienotowanych od sierpnia. Poprawa sentymentu inwestycyjnego idzie w parze z pozytywnymi informacjami z rynku pracy. RBNZ również porzucił pesymistyczny pogląd na gospodarkę. Na wczorajszym posiedzeniu władze przybrały mniej gołębi nich dotychczas ton i zgodnie z naszymi oczekiwaniami marginalizowały prawdopodobieństwo możliwości kolejnej redukcji kosztu pieniądza. Stopa OCR powinna pozostać na historycznie najniższym poziomie przynajmniej do końca 2019 roku.

Brzmi znajomo? Analogicznie rysują się przecież perspektywy rodzimej polityki pieniężnej. Różnica jest taka, że Rada nie porzuca swojego łagodnego nastawienia a wręcz sygnalizuje gotowość do patrzenia przez palce na nasilanie się presji cenowej w gospodarce. Ścieżka centralna CPI w 2019 roku zgodnie z najnowszą projekcją NBP wynosi aż 3,25 proc., ale RPP nie widzi potrzeby powołując się na egzogeniczny charakter źródeł wzrostu cen. Nie spodziewamy się zmiany nastawienia władz. Warto przy tym odnotować, że nie tylko realna stopa procentowa jest ujemna, ale bardzo prawdopodobne staje się osiąganie ujemnej realnej rentowności przez obligacje, nawet o dziesięcioletnim terminie zapadalności. To element odbierający aprecjacyjny potencjał złotemu, który wolny od nierównowag w bilansie płatniczym i korzystający na dobrej sytuacji finansów publicznych powinien pozostawać bardzo stabilny względem wspólnej waluty.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Manuli Hydraulics Polska S.A. otworzy w Legnicy centralny magazyn

Manuli Hydraulics Polska S.A – międzynarodowy producent elementów hydraulicznych (węży, elementów złącznych, urządzeń itp.) zdecydował się na wynajem powierzchni magazynowej w Legnicy. Firma w  realizowanej inwestycji BTS będzie dysponowała 11 500 mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowo – biurowej. AXI IMMO reprezentowało najemcę w procesie wyboru dewelopera oraz negocjacjach umowy najmu.

Manuli Hydraulics specjalizuje się w projektowaniu, produkcji  komponentów i dostarczaniu rozwiązań do urządzeń wykorzystywanych w hydraulice wysokościowej, chłodnictwie oraz przy transporcie różnego typu płynów i branży okrętowej. Firma została założona w 1935 roku we Włoszech, natomiast w Polsce działa od 1997 roku.

magazyn

Firma Manuli Hydraulics zdecydowała się przenieść swój magazyn centralny z Niemiec do Polski. Nowa inwestycja firmy w Legnicy będzie projektem BTS realizowanym przez lokalnego dewelopera. Manuli Hydraulics w nowym obiekcie będzie dysponować 11 230 mkw. powierzchni magazynowej klasy A oraz 280 mkw. powierzchni biurowej.

“Wybór nowej lokalizacji dla naszego magazynu centralnego w Polsce poprzedziła szeroka analiza lokalizacji w zasięgu całego kraju. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Legnicę ze względu na bliskość granicy niemieckiej i łatwość dostaw w ramach Dolnego i Górnego Śląska i reszty kraju. Na decyzję o wynajęciu powierzchni magazynowej w wybranym obiekcie miała wpływ również możliwość dostosowania obiektu do naszych indywidualnych potrzeb.” – komentuje David Sincholle, Dyrektor Operacyjny w Manuli Hydraulics.

Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO
Anna Głowacz – dyrektor zarządzająca działem Industrial AXI IMMO

Zmiana lokalizacji centralnego magazynu była dla firmy decyzją strategiczną. Klient zdecydował się ulokować centralny magazyn w Polsce w województwie dolnośląskim ze względu na doskonałą lokalizację – bliskość fabryk i klientów, a także dobrze rozwiniętą infrastrukturę drogową. Wartością dodaną dla klienta, która wpłynęła na wybór Polski jako głównej lokalizacji, była również większa dostępność pracowników.” –  komentuje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

Przekwalifikujesz się albo przepadniesz. Rynek pracy wymusza zmiany

Zdobycie nowego zawodu staje się nieuniknione. Wpływ na to mają dynamiczne zmiany zachodzące na rynku pracy. Z danych OECD wynika, że blisko co piąty pracownik ma niedopasowane kompetencje do zajmowanego stanowiska. Przyczyniają się do tego różne strategie pracodawców, którzy m.in. zawyżają wymagania wobec kandydatów. Z kolei w sektorach z niskimi płacami można zauważyć obniżanie poprzeczki potencjalnym zatrudnionym. Część personelu jest stopniowo zastępowana przez maszyny. Dotyczy to również profesji, które do niedawna uchodziły za odporne na automatyzację. Ostatnie szacunki wskazują, że ok. 20 procent stanowisk jest zagrożonych likwidacją ze względu na postęp technologiczny. Proces przekwalifikowania może zająć kilka lat i łączy się z ryzykiem. Jednak nie trzeba się go bać nawet po pięćdziesiątym roku życia. O tym wszystkim mówi dr Łukasz Sienkiewicz, prezes Instytutu Analiz Rynku Pracy i adiunkt w Instytucie Kapitału Ludzkiego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Czy obecna sytuacja na rynku pracy ułatwia zdobycie nowego zawodu?

Dr Łukasz Sienkiewicz: Ona nie tyle sprzyja przekwalifikowaniu się, co w dużej mierze wymusza je. Dziś trudno sobie wyobrazić pracę w jednym zawodzie przez całe życie. Poszczególne profesje ewoluują, więc trzeba się ciągle uczyć. Jeśli ktoś nie poszerza swoich kompetencji, to prawdopodobnie w ciągu dwóch, trzech lat straci dotychczasową pozycję zawodową. Na rynku następują bardzo dynamiczne zmiany. Podejmowane są działania zmierzające do reindustrializacji. Jednocześnie widoczny jest też coraz większy udział sektora usług. Do wyzwań, jakie stoją przed firmami, trzeba dopasować kompetencje zatrudnionych osób. Kluczowym problemem jest szybsze tempo zmian popytu na pracę niż możliwość dostosowania podaży na nią. Zdobycie nowych umiejętności wymaga czasu. Natomiast pracodawcy działają zgodnie z oczekiwaniami klientów, które często są modyfikowane. Według badań OECD z 2015 roku, w Polsce około 18 procent pracowników ma kompetencje niedopasowane do stanowiska pracy. Co ciekawe, częściej jest to nadmiar niż niedobór kwalifikacji.

Z czego to wynika?

Dr Łukasz Sienkiewicz: Niedopasowanie jest napędzane przez tzw. zjawisko inflacji kwalifikacji. Na tych samych stanowiskach wzrastają wymagania pracodawców wobec kandydatów. Kiedyś do podjęcia zatrudnienia wystarczały np. 3 lata doświadczenia zawodowego i wykształcenie średnie. Z czasem konieczna stała się już znajomość języków obcych, choć często faktycznie nie jest ona potrzebna do wykonywania przewidzianych obowiązków. Pracodawcom opłaca się mieć pracowników o zbyt wysokim poziomie kompetencji. Takie osoby można bardziej elastycznie przesuwać pomiędzy różnymi stanowiskami w firmie. To jednak stanowi też pewnego rodzaju trudność. Taki zatrudniony jest mniej zmotywowany, często szybciej się wypala i dochodzi do rotacji. Dziś największym problemem dla większości branż w Polsce jest wysoka fluktuacja.

Czy wobec tego pracodawcy zaniżają też swoje oczekiwania wobec kandydatów?

Dr Łukasz Sienkiewicz: To jest wyraźnie widoczne w sektorach, w których mimo wszystko dominują niskie płace. Również w takich, w których możliwość elastycznego kształtowania wynagrodzeń jest ograniczona, czyli np. w sektorze publicznym. Pojawiają się coraz gorsi kandydaci, którzy nie spełniają wymagań, więc one są obniżane. Problem nie jest łatwy do rozwiązania, ponieważ oczekiwania pracodawców pozostają pochodną zadań do realizacji. Pewnych obowiązków nie ma kto wykonywać. Pojawia się  więc zjawisko tzw. job crafting, czyli nie dopasowujemy człowieka do stanowiska, tylko coraz częściej odwrotnie. W takim przypadku część zadań musi być przeniesiona na inne osoby.

Pracownicy są też zastępowani przez maszyny. Coraz częściej mamy do czynienia z automatyzacją. Jaka część rynku pracy jest zagrożona ze względu na postęp technologiczny?

Dr Łukasz Sienkiewicz: Nie ma jednoznacznych danych na ten temat, choć przeprowadzono różne badania i szacunki. Wyniki badań przeprowadzonych w ostatnich latach wskazują, że do 2030 roku jest zagrożonych od 9 do 50 procent stanowisk. Według szacunków z 2013 roku, w Polsce około 20 procent miejsc pracy wykazuje wysoki współczynnik ryzyka automatyzacji. To bardzo dużo, a zapowiadane zmiany obejmują dość szeroki zakres zawodów. Trudno powiedzieć na 100 procent, które profesje znikną lub pozostaną, a jakie się pojawią. Pewne jest jednak to, że przeobrażenia będą spore. Obejmą dziedziny czy zawody, które do tej pory wydawały się dosyć bezpieczne.

Jakie na przykład?

Dr Łukasz Sienkiewicz: Stanowiska w księgowości. Teoretycznie one ciągle będą potrzebne, bo wszystkie przedsiębiorstwa muszą się rozliczać. Jednak szybkie zmiany technologiczne powodują, że duża część prostych, powtarzalnych zadań po prostu zniknie. Nikt o tym głośno nie mówi, ale są duże firmy księgowe, które aktywnie pracują nad programami automatyzacji części obowiązków. Ludzie ciągle wprowadzają faktury, ale za chwilę to zniknie. Ten obszar wydawał się bezpieczny, m.in. ze względu na rosnące zatrudnienie w centrach usług wspólnych itd. Może się jednak okazać, że z czasem tego nie będzie.

Które branże najbardziej zyskują na procesie przekwalifikowania, a które najbardziej tracą?

Dr Łukasz Sienkiewicz: Rynek pracy w Polsce nie jest jednolity, występują spore różnice w regionach. Z pewnością można stwierdzić, że brakuje specjalistów ICT. Niedobory dotyczą także służby zdrowia, zarówno niższego personelu medycznego, jak i lekarzy specjalistów. Nie ma zbyt wielu dobrych menedżerów średniego i wyższego szczebla, ale też pracowników produkcji, handlu i usług hotelarskich. Największy problem dla branży produkcyjnej związany jest z deficytem wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych pracowników fizycznych. Ponadto potrzeba więcej inżynierów. Jednocześnie jest mnóstwo zawodów nadwyżkowych, nie tylko w takich tradycyjnych sektorach jak rzemiosło, rolnictwo, leśnictwo czy górnictwo. Widać też nadpodaż absolwentów m.in. nauk społecznych i edukacji. Tam są niewątpliwie nadmiary.

Kiedy najlepiej zdobywać nowy zawód?

Dr Łukasz Sienkiewicz: Najlepiej zrobić to w sytuacji zmniejszania się popytu na określone kwalifikacje czy zadania. Tutaj nie chodzi o chwilowe mody na rynku pracy, ale o długoterminowe trendy. Gdy popatrzymy krótkofalowo, to łatwo popełnić błąd. Istnieją bowiem branże, które podlegają cyklicznym zmianom. Świetnym przykładem jest pośrednictwo finansowe, silnie uzależnione od koniunktury w budownictwie. Kiedy dużo osób bierze kredyty, to można usłyszeć opinie o świetnym zawodzie, wysokich prowizjach itd. Wtedy dużo osób decyduje się skierować karierę na nową ścieżkę Często jednak po przekwalifikowaniu się następuje kolejny etap cyklu koniunkturalnego. Wówczas nie ma popytu na produkty finansowe, więc wykonany krok jest oceniany jako beznadziejny pomysł. Wtedy pojawia się opcja powrotu do poprzedniego zawodu lub zdobycia zupełnie nowych umiejętności. Trzeba więc planować w dłuższym okresie, biorąc pod uwagę raczej trwałe zmiany popytu na pracę.

Czy przekwalifikowanie się w wieku pięćdziesięciu lat ma sens?

Dr Łukasz Sienkiewicz: Mimo ograniczenia wieku emerytalnego, realnie pracujemy coraz dłużej. W pięćdziesiątym roku życia mężczyzna ma formalnie przed sobą 15 lat pracy, a kobieta – 10.  W praktyce jednak jeszcze dłużej wykonują swoje obowiązki zawodowe. Moim zdaniem, warto myśleć o przekwalifikowaniu się nawet w tym wieku. Jednak trzeba mieć informacje, dane lub przynajmniej przekonanie, że popyt na nasze nowe kwalifikacje będzie stabilny za 3-5 lat. Do zdobycia nowego zawodu, kompetencji i pozycji rynkowej potrzebny jest czas. Według mnie, to minimum 2-3 lata, a może i dłużej. Oczywiście są też takie profesje, które nie wymagają bardzo długiego procesu przekwalifikowania, a dają szybki zwrot. Jednym z takich przykładów jest pośrednictwo w obrocie nieruchomościami, zwłaszcza po deregulacji.

Ze zmianą zawodu związane jest też ryzyko. W jaki sposób można je ograniczyć?

Dr Łukasz Sienkiewicz: W Polsce brakuje pewnych rozwiązań systemowych pozwalających ludziom przygotować się do koniecznych zmian. Nie mam na myśli dofinansowania szkoleń, bo to jest coraz bardziej dostępne. Osoby będące w trakcie przekwalifikowania powinny mieć zapewniony dochód czy poziom bezpieczeństwa socjalnego. Ciężko jest równolegle wykonywać obecne obowiązki i zdobywać nowe kwalifikacje, szczególnie ludziom, którzy są na granicy wypadnięcia z rynku pracy. Nie żyjemy w Holandii czy Dani, gdzie funkcjonuje model flexicurity. Te państwa zabezpieczają osoby pracujące czy też pozostające bez pracy, które zdobywają nowe umiejętności. Mają one zagwarantowane środki do życia, a wysokość zasiłku jest uzależniona od poprzedniego dochodu.

Gdzie szukać porad związanych ze zdobywaniem nowego zawodu?

Dr Łukasz Sienkiewicz: Zdecydowanie polecam dobrych, a jest ich niewielu, doradców zawodowych czy edukacyjno-zawodowych. Chodzi o takich specjalistów, którzy orientują się w zmianach na rynku i mają dostęp do sprawdzonych informacji. W przypadku osób młodych cennym źródłem są akademickie biura karier. Ponadto są agencje pośrednictwa pracy, które wiedzą kogo poszukują firmy, ale zazwyczaj w krótkim okresie. Warto śledzić różne badania i analizy, ich jest naprawdę sporo. Nie ma złotego rozwiązania, nie wystarczy wejść na jedną stronę, kliknąć i wszystko zostanie podane. Jednak nie demonizowałbym i nie bałbym się przekwalifikowania. Oczywiście, każda zmiana wiąże się z ryzykiem, dlatego powinna być dobrze przemyślana, a nie impulsywna. Nie porzucajmy zawodu ze względu na irytującego szefa. W takiej sytuacji lepiej pomyśleć o nowym pracodawcy. Pamiętajmy jednak o tym, że przede wszystkim praca powinna się nam podobać i dawać nam satysfakcję.

Wyniki ING Lease po III kw. 2018 r.

Po trzech kwartałach 2018 roku ING Lease odnotował 20,1% wzrost wartości zawartych umów leasingu i wydanych aktywów. Takie wyniki przekładają się na 7. miejsce wśród firm leasingowych w Polsce pod względem nowej sprzedaży ogółem, co daje ponad 5,6% udziału w rynku.

ING Lease kontynuuje wzrost w zakresie leasingu ruchomości, w szczególności pojazdów. Nowoczesna oferta, obejmująca w szczególności leasing samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 tony, pojazdów ciężarowych oraz maszyn i urządzeń, przełożyła się na ponad 25,5% wzrost wartości nowej sprzedaży w tym zakresie w porównaniu z analogicznym okresem w 2017 roku.

Ewa Łuniewska, prezes ING Lease
Ewa Łuniewska, prezes ING Lease

– Rozwijamy naszą ofertę skupiając się na budowie prostych i wygodnych produktów – takich jak ING AUTO czy ING Maszyny, z których nasi klienci mogą korzystać bez zbędnych formalności. Dostępność oferty w kanałach zdanych i mobilnych pozwala klientowi przygotować ofertę w dogodnym dla siebie czasie. Kładziemy nacisk na automatyzację pozwalającą na szybką obsługę transakcji. Te cechy stanowią dla przedsiębiorców atrakcyjną i satysfakcjonującą ofertę, o czym świadczą rosnące wartości naszej spółki – powiedziała Ewa Łuniewska, prezes ING Lease.

Na dzień 30 września 2018 roku portfel należności od klientów ING Lease wzrósł do poziomu 8, 14 mld zł, co oznacza przyrost o 14,5% w stosunku do stanu na dzień 30 września 2017 roku. Według danych ZPL, spółka posiada szósty co do wielkości portfel należności spośród firm leasingowych w Polsce.

Wyniki Grupy Energa po III kw. 2018 r.

Grupa Energa odnotowała po trzech kwartałach tego roku ponad półtora miliarda złotych EBITDA oraz 680 mln zł zysku netto. Przychody od stycznia do września wyniosły ponad 7,6 mld zł. Tradycyjnie największy udział w rozwoju Grupy Energa miała w ciągu 9 miesięcy Linia Biznesowa Dystrybucji, która wypracowała wynika EBITDA ponad 1,36 mld złotych.

Po 9 miesiącach tego roku Grupa wypracowała zysk netto w wysokości 680 mln zł. Jest on o 121 mln zł, czyli o 22 proc. wyższy niż w tym samym okresie w roku ubiegłym. EBITDA Grupy po trzech kwartałach tego roku wyniosła 1 587 mln zł i była porównywalna do analogicznego okresu roku poprzedniego. Pozytywny wpływ na poziom EBITDA Grupy miała w ciągu 9 miesięcy tego roku przede wszystkim Linia Biznesowa Dystrybucja (wzrost EBITDA o 19 mln zł r/r) oraz Linia Biznesowa Sprzedaż (wzrost EBITDA o 26 mln zł r/r).

energa 1

W trzecim kwartale 2018 roku Grupa Energa zakończyła szereg istotnych inwestycji w zakresie OZE i ochrony środowiska. W Ostrołęce B zakończona została modernizacja ostatniego bloku, który m.in. wyposażono w instalacje odazotowania i odpylania. Tym samym z końcem września wszystkie bloki w elektrowni stały się w pełni dyspozycyjne. Podpisano też umowę na budowę na terenie obiektu drugiej instalacji oczyszczania spalin. Zakończony także został remont modernizacyjny elektrowni szczytowo-pompowej Żydowo. Większe hydroelektrownie Grupy Energa, w tym Włocławek, pomyślnie przeszły certyfikację do aukcji głównych rynku mocy. Łącznie złożono też 31 wniosków na umowy FIT/FIP dla elektrowni wodnych Energi. Trzeci kwartał br. to również intensywne działania organizacyjno-prawne związane z inwestycją Ostrołęka C, czyli budową nowego, wysokosprawnego bloku energetycznego o mocy 1000 MW. W październiku spółka celowa Elektrownia Ostrołęka przeszła pozytywnie certyfikację do aukcji głównej, która odbędzie się 21 grudnia.

– Grupa Energa ma solidną wartość EBITDA, przekraczającą wyraźnie półtora miliarda złotych. Co bardzo ważne, Grupa wypracowała dotychczas aż 680 milionów zł zysku netto, to o ponad 20% więcej niż po trzech kwartałach w 2017 roku. Nasze wyniki pokazują, że Grupa dobrze radzi sobie nawet w szczególnie trudnym otoczeniu rynkowym. Potrafimy podnosić atrakcyjność i konkurencyjność naszej oferty, dzięki czemu systematycznie pozyskujemy nowych klientów. Właśnie z myślą o nich stale zwiększamy nakłady na Linię Biznesową Dystrybucji, rozwijając kompetencje i zakres aktywności kadr specjalistów, aby byli gotowi do wprowadzania na rynek nowych, innowacyjnych rozwiązań. Równolegle w całej strukturze Grupy Energa planowo prowadzimy projekty służące zwiększeniu sprawności działania i optymalizacji kosztów – mówi Alicja Barbara Klimiuk, p.o. prezesa Zarządu Energa SA.        

W ciągu 9 miesięcy br. Grupa Energa zrealizowała inwestycje na poziomie 1 042 mln zł, z czego prawie 860 mln zł zainwestowano w ramach Linii Biznesowej Dystrybucja, mającej niezmiennie ponad 80 proc. udział w budowie wyniku EBITDA Grupy. Dzięki prowadzonym inwestycjom rozwojowym od stycznia do września tego roku przyłączono 40 839 nowych klientów, wybudowano i zmodernizowano 3 145,1 km linii wysokiego, średniego oraz niskiego napięcia i przyłączono do sieci 33,5 MW nowych źródeł OZE.

energa 2

– Grupa konsekwentnie realizuje zadania zaplanowane na ten rok. Mamy dobre, stabilne wyniki, mimo wyraźnie odczuwalnego wpływu wysokich, rekordowych cen uprawnień CO2 i cen energii elektrycznej. Należy szczególnie podkreślić to, że po dziewięciu miesiącach mamy solidny bufor finansowy, dający nam zabezpieczenie dla realizacji strategii. To bardzo ważne dla stabilności finansów Grupy, bo w ciągu dziewięciu miesięcy tego roku na inwestycje wydaliśmy już ponad miliard złotych. Zwracam też uwagę, że Grupa nie ma takiego potencjału własnych aktywów wytwórczych jak inne pionowo zintegrowane grupy energetyczne i w konsekwencji część energii musimy kupować na rynku. Przy bardzo wysokim obecnie poziomie cen energii elektrycznej przekłada się to też na wynik Linii Biznesowej Sprzedaży. Jednak dzięki stałej analizie rynku i podejmowanym działaniom wyprzedzającym w maksymalnym możliwym stopniu ograniczamy ten negatywny wpływ na nasze wyniki. Działania te doceniają akcjonariusze i inwestorzy, utrzymując dla spółki pozytywne rekomendacje – podkreśla Jacek Kościelniak, wiceprezes Zarządu Energa SA ds. finansowych.

Wyniki Linii Biznesowych po 9 miesiącach 2018 roku

Linia Biznesowa Dystrybucji, mająca najwyższy udział w rozwoju Grupy Energa, w ciągu 9 miesięcy br. wypracowała wynik EBITDA w wysokości 1 364 mln zł, o 19 mln zł wyższy niż rok wcześniej. W III kwartale br. EBITDA wyniosła 374 mln zł, co stanowiło 88 proc. kwartalnej EBITDA Grupy. Na wysoki wynik Linii Dystrybucji w ciągu 9 miesięcy wpływ miały wyższa o blisko 107 mln zł marża na dystrybucji, wyższy o 3 proc. wolumen sprzedanej usługi dystrybucyjnej oraz niższe straty sieciowe. Negatywnie na wynik wpłynął wyraźny wzrost kosztów OPEX w III kw. br., głównie w obszarze usług obcych i świadczeń dla pracowników.

energa 3

Linia Biznesowa Wytwarzanie osiągnęła w ciągu 9 miesięcy br. poziom EBITDA wynoszący 234 mln zł, w stosunku do 267 mln zł w analogicznym okresie 2017 roku. Na ten wynik wpłynął w głównej mierze wzrost o 75 mln zł kosztu zakupu uprawnień do emisji CO2, spowodowany wyższymi cenami rynkowymi, niższymi o 12 mln zł przychodami z usług systemowych (niższy wolumen Operacyjnej Rezerwy Mocy) oraz niższymi o 8 mln zł przychodami z ciepła (niższe wolumeny produkcji). Pozytywnie na wynik wpłynęły wyższe o 42 mln zł przychody ze sprzedaży energii elektrycznej (wyższa cena sprzedaży w elektrowni w Ostrołęce pomimo niższych wolumenów produkcji) oraz wyższe o 24 mln zł przychody ze sprzedaży zielonych praw majątkowych.

Linia Biznesowa Sprzedaż miała w okresie od stycznia do września br. 50 mln zł EBITDA, to o 26 mln zł więcej w porównaniu z analogicznym okresem 2017 roku. Wzrost wyniku to skutek wyższej marży na sprzedaży energii elektrycznej (o 55 mln zł r/r), do czego przyczyniły się niższe obciążenia prawno-umowne, m.in. ograniczenie funkcji Sprzedawcy Zobowiązanego. Grupa w II i III kwartale odczuwała negatywny wpływ wysokich cen energii na rynku oraz decyzji arbitrażowych i ugód z operatorami farm wiatrowych.

Produkcja, sprzedaż i dystrybucja energii

Aktywa wytwórcze w Grupie w ciągu 9 miesięcy 2018 wyprodukowały 2 851 GWh energii elektrycznej, o 9 proc. mniej niż rok wcześniej. Wpłynęły na to czynniki takie jak: mniejsza produkcja energii w Elektrowni Ostrołęka w tzw. wymuszeniu na rzecz Operatora Systemu Przesyłowego w Polsce, remont jednego z bloków w tym zakładzie prowadzony w II i III kwartale oraz niewielki spadek wytwarzania energii w aktywach wodnych i wiatrowych ze względu na warunki pogodowe w II i III kwartale tego roku.

O 2 proc. w ciągu 9 miesięcy br. wzrósł natomiast łączny wolumen sprzedanej energii elektrycznej. Wyniósł 17 564 GWh, co oznacza wzrost o 347 GWh w porównaniu do 2017 roku.

O 3 proc. wyższy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego był także wolumen dystrybuowanej od stycznia do września br. energii elektrycznej. Wyniósł 16 927 GWh (16 465 GWh w analogicznym okresie 2017 roku).

Spółka Energa Operator w ciągu 9 miesięcy 2018 roku osiągnęła wskaźniki SAIDI i SAIFI na poziomie odpowiednio 124,6 min./odb. i 1,7 przerwy/odb. (w 2017 roku było to odpowiednio – 239,5 min./odb. i 2,2 przerwy/odb.). Poprawa wskaźników w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego wynika m.in. z faktu inwestycji w obszarze dystrybucji oraz korzystniejszych warunków pogodowych niż rok wcześniej.

W ciągu trzech kwartałów 2018 roku Grupa Energa zrealizowała inwestycje na poziomie 1 042,2 mln zł, z czego najwięcej pochłonęły inwestycje w Linii Biznesowej Dystrybucja, tj. 860,1 mln zł, które obejmowały głównie prace związane z modernizacją sieci w celu poprawy niezawodności dostaw energii elektrycznej czy też przyłączania nowych odbiorców.

Grupa Ergis po III kw. 2018 r.

Grupa ERGIS opublikowała wyniki wstępne za III kwartał 2018 roku. Są one, w ocenie zarządu, niezadowalające. Oprócz wzrostu kosztów wynagrodzeń wpływ na wyniki miały czynniki o charakterze nietrwałym, takie jak opóźnienie uzyskania pełnej sprawności nowej linii w fabryce w Berlinie i odbiegające od normalnej sezonowości zachowanie cen surowców.

WSTĘPNE WYNIKI FINANSOWE – SZCZEGÓŁY

  III kwartał 2018 III kwartał 2017 dynamika
Przychody ze sprzedaży 195 697 201 237 -2,75%
Zysk operacyjny 5 444 9 341 -41,72%
EBITDA 11 612 15 061 -22,90%
Zysk brutto 4 518 8 252 -45,25%
Zysk netto 3 948 4 825 -18,18%
Zadłużenie odsetkowe 168 564 162 259 3,89%

Niekorzystna sytuacja w największym stopniu dotknęła biznes folii twardych i laminatów opakowaniowych, w którym nadal opóźnia się uzyskanie oczekiwanej sprawności nowej linii do produkcji folii PET. Grupa nie zanotowała więc oczekiwanego spadku kosztów produkcji tych wyrobów. Jednocześnie miały miejsce awarie starszych linii produkcyjnych. Zjawiska te spowodowały spadek sprzedaży i marży w III kwartale.

Tadeusz Nowicki, Prezes Zarządu ERGIS SA.
Tadeusz Nowicki, Prezes Zarządu ERGIS SA.
Foto: Tomek Pikula

Niższy niż oczekiwano był także wynik finansowy biznesu opakowań przemysłowych, którego dobre rezultaty kompensowały w ostatnich okresach gorsze wyniki pozostałych biznesów. Jedynym biznesem, który osiągnął nieco lepszy rezultat niż zakładano, był biznes folii miękkich z PVC, jednak uzyskana tam nadwyżka nie mogła skompensować problemów pozostałych istotnych biznesów.

Przejściowy charakter trudności, które negatywnie wpłynęły na wynik III kwartału, rodzi przekonanie, że nawet w niesprzyjającym otoczeniu rynkowym Grupa ma wszelkie szanse powrotu w krótkim czasie do akceptowalnej rentowności – powiedział Tadeusz Nowicki, Prezes Grupy Ergis.

Brakuje kierowców

Polska branża transportowa mierzy się ostatnio z wieloma problemami, a jednym z  najpoważniejszych jest brak rąk do pracy. Raport TransJobs.Eu wskazuje, że na rynku brakuje około 30 tysięcy kierowców zawodowych.[1] Ponadto, co roku z zawodu odchodzi kolejne 25 tysięcy.[2] Jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy i co mogą zrobić przedsiębiorcy, by zachęcić pracowników do pozostania za kółkiem?

Nowa praca? To tylko 7 dni.

Jednym z głównych powodów, dla których przewoźnicy mają znaczące problemy ze znalezieniem kierowców, jest struktura rynku. Większość polskich firm transportowych to małe przedsiębiorstwa, posiadające średnio 6 pojazdów[3] i zatrudniające w związku z tym niewielu kierowców. Duża liczba podmiotów w grze oznacza większą konkurencję. Dla tirowców taka sytuacja jest bardzo korzystna.

 – Obecnie panuje świetna koniunktura dla zawodowych kierowców. Duże zapotrzebowanie na ich usługi oznacza, że przewoźnicy zmuszeni są konkurować również płacami. Przekłada się to na rosnące wynagrodzenie – przeciętnie kierowca otrzymuje dzisiaj ponad 5 tysięcy złotych[4]. Świadomość średnich zarobków w branży i duży wybór działających w niej podmiotów, pozwala kierowcom skutecznie negocjować wyższe stawki i wybierać sobie pracodawcę niejednokrotnie uzależniając decyzję od warunków technicznych wykonywania przyszłej pracy, takich jak „nie jeżdżę samochodem starszym niż 2 lata”. Przewoźnicy nie mają niestety takiego komfortu i często są zmuszeni do desperackich działań, by wywiązać się z kontraktu, gdy nagle tzn. z dnia na dzień, a czasami z godziny na godzinę, zwolni się któryś z kierowców -– mówi Mariusz Skurzyński ekspert ds. PIP z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Sytuacja w branży wskazuje jednoznacznie na rynek pracownika. Mając w  perspektywie rosnące pensje i wiele ofert, zawodowy kierowca jest w stanie znaleźć pracę już w ciągu tygodnia[5], co powoduje dużą rotację między firmami. Dla porównania, pracodawca na znalezienie kierowcy potrzebuje około miesiąca. Dysproporcja jest więc bardzo duża. Potwierdzają to również dane z raportu TransJobs – tylko 15% kierowców pracuje u jednego przewoźnika dłużej niż 2 lata[6]. Niestabilność w zatrudnieniu jest dodatkowo wzmacniana poprzez częste porzucenia pracy bez okresu wypowiedzenia (z dnia na dzień).

Problemy z płatnościami

Zmiana pracodawcy najczęściej spowodowana jest otrzymaniem korzystniejszej oferty, ale warto również przyjrzeć się danym TransJobs, z których wynika, że 4,7% badanych kierowców rzadko otrzymuje wypłatę na czas, a 1,7% stwierdziło, że nigdy nie otrzymuje jej punktualnie . Biorąc pod uwagę, że artykuł 94 pkt. 5 Kodeksu pracy jednoznacznie precyzuje terminy wypłaty wynagrodzeń, to uchybienie tym terminom jest wykroczeniem przeciwko prawom

pracownika. Jest to jeden z ważniejszych czynników podważających zaufanie do firmy i może zachęcić pracownika do poszukiwania innego pracodawcy, który terminowo wywiązuje się z płatności. W zakresie rozliczeń finansowych pomiędzy pracodawcą a pracownikiem, poza nieterminową wypłatą wynagrodzenia, powodami do porzucenia pracy są również niewłaściwa wysokość wypłacanego wynagrodzenia (zaniżanie wynagrodzenia) oraz niewypłacanie w pełnej naliczonej wysokości zwrotu kosztów podróży odbywanych przez pracowników w ramach czynności służbowych. Na obronę przedsiębiorców należy jednak dodać, że problemy z punktualnymi przelewami często nie wynikają ze złej woli, tylko specyfiki trudnego rynku. Wiele firm musi bowiem borykać się z terminami płatności dochodzącymi nawet do kwartału.

Pieniądze to nie wszystko

Inną przyczyną odpływu siły roboczej jest niewątpliwie charakter samego zawodu. Z danych OCRK wynika, że polscy kierowcy spędzają ponad pół roku poza domem w ramach odbywanych podróży służbowych i rocznie przejeżdżają prawie 100 tysięcy km. Tak długa nieobecność w domu wymaga podjęcia decyzji życiowej i często wpływa ujemnie na rodzinę. Nie jest to więc zajęcie na długie lata, co potwierdzają dane – kierowcy powyżej 50 roku życia stanowią niecałe 20% wszystkich pracujących w tym zawodzie. Jest to również praca wymagająca znacznej odporności na stres, a niekiedy wręcz stalowych nerwów, by poradzić sobie na przykład z sytuacjami kradzieży ładunku lub napadu. Problem jest istotny, szacuje się bowiem, że w samych Niemczech straty z tego powodu mogą wynosić nawet do 1,3 miliarda euro rocznie .

Jak naprawić branżę?

Co mogą w takiej sytuacji zrobić przedsiębiorcy by zatrzymać, a niekiedy w ogóle znaleźć pracowników? Z perspektywy podwyżki płac niestety niewiele, ponieważ sporo firm i tak operuje na granicy opłacalności, a pensje mają duży udział w kosztach. Wydaje się, że najlepszym wyjściem by zapełnić lukę kadrową, byłoby wprowadzenie zmian systemowych, na przykład stworzenie systemu dofinansowań do szkoleń , które zachęciłyby więcej młodych osób do pracy w branży. Doraźnym rozwiązaniem może również być sprowadzenie siły roboczej na przykład zza wschodniej granicy, ale generuje to kilka problemów. W Polsce zatrudnionych w branży TSL jest ponad 40 tysięcy kierowców ukraińskich, lecz mają oni często niższe kwalifikacje, niż ich polscy koledzy. Jest to skutek pewnej luki prawnej, która pozwala na uznanie przez Polskę uprawnień zawodowych wydanych na Ukrainie, podczas gdy w naszym kraju do uzyskania statusu kierowcy zawodowego potrzebny jest drogi egzamin. Dane GITD mówią o prawie 50 tysiącach takich pozwoleń, wydanych dla obcokrajowców zatrudnionych w Polsce. Jak natomiast zatrzymać kierowców w firmie, by nie przechodzili do konkurencji?
– Pracownik, który odchodzi bez wypowiedzenia, to poważny kłopot dla firmy. W razie bezpodstawnego zastosowania przez pracownika tego trybu ustania zatrudnienia może ona dochodzić swoich praw przed sądem, w ramach wytoczonego przeciwko takiemu pracownikowi powództwa, na podstawie art. 61 Kodeksu pracy i wnioskować o

odszkodowanie. Są to jednak działania doraźne, które próbują niwelować skutki problemu, ale nie jego przyczyny. By zachęcić kierowców do lojalności, polskie firmy powinny rozważyć poprawę warunków pracy, ale przede wszystkim dotrzymywać terminów wypłaty wynagrodzeń i skupić się na działaniach, które w sposób trwalszy scementują więź pracownik

– pracodawca. Ponieważ specyfika rynku nie zawsze na to pozwala, trzeba znaleźć rozwiązania, które angażowałyby zarówno kierowców, jak i przewoźników. Jedno jest pewne – musiałyby mieć charakter systemowy i instytucjonalny. Mogłaby to być na przykład platforma do dyskusji nad rozwiązaniami prawnymi, które nie traktowałyby preferencyjnie żadnej ze stron i służyły wszystkim – zauważa Mariusz Skurzyński ekspert ds. PIP z OCRK.

[1] http://inwestycje.pl/logistyka_transport/-Branza-transportowa-na-finansowej-krawedzi-Ogromny-potencjal-sektora-TSL-oslabiony-przez-klopoty-kadrowe-i-zatory-platnicze;322723;0.html
[2] https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kierowcy-pensje-praca-zarobki, 156, 0, 2414748.html
[3] Informacja OCRK
[4] Raport TransJobs
[5] http://tsl.warsawpress.com/index.php/2018/04/26/wyzwania-branzy-tsl/
[6] TransJobs, op cit.
[7] Ibidem
[8] https://alebank.pl/branza-tsl-na-finansowej-krawedzi/
[9] Raport OCRK
[10] Ibidem.
[11] http://www.pracujwlogistyce.pl/partnerzy/19-najczesciej-czytane/6198-plaga-kradziezy-towarow-z-pojazdow-ciezarowych-w-niemczech
[12] http://www.pspdgdynia.pl/?q=node/666, op. cit.
[13]GITD, za: https://moto.wp.pl/dwa-standardy-szkolen-kierowcow-sasiedzi-ze-wschodu-maja-latwiej-6298784254072961a

Ile wydamy na święta Bożego Narodzenia w 2018 r.?

Na zorganizowanie świąt chcemy przeznaczyć średnio 719 zł, czyli niemal tyle samo co w dwóch poprzednich latach – wynika z badania Barometr Providenta. Aż połowa ankietowanych zadeklarowała jednak, że choć kupi wszystkie potrzebne na święta produkty, to ograniczy się do tych najtańszych. Jednocześnie zmalała liczba osób, którym wcześniej brakowało środków na tradycyjne świąteczne wydatki.

W tym roku na wszystkie wydatki związanie z organizacją Świąt Bożego Narodzenia przeznaczymy średnio 719 zł – tak zadeklarowali respondenci Barometru Providenta. Budżet w niemal identycznej wysokości wskazywały też osoby biorące udział w dwóch poprzednich edycjach badania (721 zł w 2017 roku i 722 zł w 2016 roku).

Najwięcej na święta – średnio aż 812 zł – chcą w tym roku przeznaczyć osoby w wieku 40-59 lat. Najniższy budżet zadeklarowali seniorzy – średnio 554 zł, a osoby w wieku 15-24 lata – 622 zł. W podziale na płeć z kolei, to mężczyźni deklarują nieco większe sumy – średnio przeznaczą na ten cel o 20 zł więcej od kobiet.

 – Ciekawa różnica w wydatkach świątecznych ujawnia się w grupie osób zamożnych. Osoby dobrze zarabiające i oszczędzajcie, nie zamierzają szaleć z wydatkami na święta, łączna kwota ich wydatków średnio zamknie się w 1000 zł. Natomiast ci, którzy, którzy nie odkładają na czarną godzinę, planują budżet znacznie przekraczający tę kwotę. Wśród nich są osoby młode, pracujące, bezdzietne lub z gospodarstw jedno czy dwuosobowych – wyjaśnia Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska. – Na drugim biegunie pozostaje 10-procentowy odsetek osób, którzy deklarują, że na co dzień żyją bardzo skromnie. W tych gospodarstwach łączny koszt zakupów świątecznych nie przekroczy 400 zł – dodaje Anna Karasińska.

Porównując tegoroczne dane z 2017 rokiem widzimy jednak, że odsetek osób, które nie mogły sobie pozwolić nawet na podstawowe tradycyjne wydatki związane ze świętami spadł o 5 punktów procentowych – obecnie jest to grupa 10 proc. respondentów. – Głównie są to osoby bardzo młode do 24. roku życia i w wieku okołoemerytalnym, czyli powyżej 60. roku życia, osoby mieszkające samotnie lub w gospodarstwach wieloosobowych (pow. 5 osób w rodzinie), czy pozostające bez pracy – zwraca uwagę Anna Karasińska.

Z badania Barometr Providenta wynika też, że Polacy racjonalnie podchodzą do świątecznych zakupów i nie planują wydatków ponad stan. Aż 70 proc. badanych zamierza sfinansować Boże Narodzenie ze swoich bieżących dochodów. Nieco częściej niż w ubiegłym roku (40 proc. – 2017, 47 proc. – 2018) respondenci wskazywali także, że naruszą swoje oszczędności, by sfinansować zakupy świąteczne. Niewielki odsetek Polaków chce wspomóc się pożyczką – 4 proc. planuje w tym celu zwrócić się do rodziny, a 3 proc. do banku lub innej instytucji finansowej.

Święta z umiarem

Rozsądne podejście do wydatków przełoży się na produkty, które znajdą się na świątecznych stołach i pod choinką. Aż połowa ankietowanych zadeklarowała, że choć kupi wszystkie potrzebne na święta produkty, to ograniczy się do tych najtańszych. Natomiast co 3 badany stwierdził, że choć koszty są dla niego ważne, to w koszyku podczas świątecznych zakupów znajdą się też droższe specjały. Jedynie 7 proc. respondentów zadeklarowało, że podczas świąt nie musi liczyć się z kosztami.

 – Świąteczne zakupy mogą być wyzwaniem dla domowego budżetu, dlatego warto zaplanować je odpowiednio wcześniej – podkreśla Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska. – Niektóre wydatki, jak choćby koszty prezentów, możemy rozłożyć w czasie, żeby nie zostawiać ich na gorący, grudniowy okres. Ważne, aby podczas zakupów decydować się tylko na wydatki, na które nas stać i nie przekraczać naszych finansowych możliwości – dodaje Karolina Łuczak.

O jakim prezencie pod choinką marzymy?

Święta nie mogą obyć się bez radości związanej z rozdawaniem i rozpakowywaniem prezentów znalezionych pod choinką. Z badania Providenta wynika, że na Świętego Mikołaja czeka 79 proc. badanych ( o 3 proc. więcej niż w ubiegłym roku). – Nieco rzadziej niż ogół społeczeństwa na podarki liczą seniorzy, głównie ci, którzy mieszkają samotnie. Decydującym elementem, który wpływa na nasze oczekiwanie na świąteczny upominek nie jest jednak posiadanie dzieci czy wnuków, a wspólne zamieszkiwanie z bliskimi, w gospodarstwach 3-4-osobowych. W grupie seniorów częściej obdarowują się prezentami mieszkańcy mniejszych miejscowości niż wielkich aglomeracji, nawet jeżeli deklarują zamieszkiwanie w jednoosobowym gospodarstwie domowym – wskazuje Karolina Łuczak.

Co piąty uczestnik badania chciałby w tym roku znaleźć pod choinką odzież. Taki sam odsetek pytanych liczy, że w świątecznych pudełkach znajdzie kosmetyki lub perfumy. Kobiety i mężczyźni mają jednak odmienne oczekiwania odnośnie prezentów. 27 proc. kobiet chciałoby dostać kosmetyki, a co czwarty mężczyzna liczy na elektronikę. Niewielkim zainteresowaniem cieszą się natomiast prezenty związane z kulturą. Książkę za wymarzony upominek uznaje zaledwie 6 proc. respondentów, a płytę z muzyką – 4 proc.

O badaniu „Barometr Providenta”

„Barometr Providenta” to cykliczne badanie Polaków, które pozwala na lepsze zrozumienie zachowań i decyzji finansowych konsumentów. Badanie zrealizował PBS w dniach 19 – 21.10.2018 r. na ogólnopolskiej próbie n=1000 Polaków w wieku 15+

Jesienne wydatki Polaków

Jesień to nie tylko sezon kolorowych liści, ale również czas poważnych wydatków. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy finansowej Wonga Polska, większe wydatki czekają w tym okresie przeszło 70 proc. Polaków. Będą to przede wszystkim zakupy ciepłej odzieży oraz te związane ze Świętami.

Aż 72 proc. Polaków będzie musiało zmierzyć się z większymi wydatkami w tegorocznym sezonie jesiennym – wynika z badania przeprowadzonego przez Kantar Millward Brown na zlecenie firmy finansowej Wonga Polska. Większość osób zamierza sfinansować te zakupy z bieżącej pensji.

Tej jesieni Polacy najwięcej wydadzą na świąteczne przygotowania – takie plany ma 43 proc. ankietowanych. Niewiele mniej osób (42 proc. badanych) deklaruje konieczność zakupu ciepłej odzieży wierzchniej. Takie wydatki częściej dotyczą kobiet (49 proc. planuje wydatki okazjonalne, a 47 proc. zakup ubrań) niż mężczyzn (tylko 38 proc. spośród ankietowanych zamierza przeznaczyć duże kwoty na zakupy świąteczne, a 37 proc. na odzież). Mężczyźni częściej ponoszą w wydatki związane z przygotowaniem samochodu na zimę (24 proc. wobec 16 proc. kobiet). 20 proc. ankietowanych planuje przeznaczyć część swojego budżetu na przygotowanie do zimy domu lub ogrodu. Nieliczni poniosą koszty związane z edukacją dzieci (6 proc.) oraz wyjazdem do ciepłych krajów (3 proc.).

Z badania wynika, że największe wydatki czekają rodziców oraz mieszkańców dużych miast (pow. 500 tys. mieszkańców) i osoby  z grupy wiekowej pomiędzy 40-59 lat. Najmniejsze wydatki tej jesieni poniosą seniorzy – powyżej 60 roku życia. Tylko 28 proc. z nich widzi potrzebę zakupu nowych okryć wierzchnich.

Źródła finansowania

Zdecydowana większość ankietowanych (69 proc.) ma możliwość sfinansowania tegorocznych jesiennych wydatków z bieżącej pensji. 35 proc. osób biorących udział w badaniu skorzysta z oszczędności, a zaledwie 5 proc. z pożyczki od bliskich.

– Fakt, że zaledwie 1 proc. badanych zamierza skorzystać z pożyczki od instytucji finansowej na jesienne zakupy, świadczy o tym, że Polacy robią zakupy coraz bardziej świadomie – potrafią planować większe wydatki w czasie i szacować ich wielkość– mówi Agnieszka Szczepanik, Dyrektor Departamentu Edukacji w Wonga Polska.

– Wydatki sezonowe – na ciepłe ubrania, kwiaty na grób bliskich, czy prezenty świąteczne są powtarzalne, dzięki czemu można je zaplanować i przygotować na nie odpowiedni budżet, np. oszczędzając na ten cel przez pewien okres. Tego typu wydatki nie powinny być pokrywane z finansowania zewnętrznego – dodaje Agnieszka Szczepnik Wonga Polska.

Tylko 5 proc. osób, które wzięły udział w badaniu, nie wie z jakich źródeł sfinansuje jesienne wydatki.

Nota metodologiczna

Badanie typu omnibus realizowane jest na 1000 osobowej losowej próbie reprezentatywnej dla ogółu ludności Polski w wieku 15-75 lat. Próba ma charakter kwotowo-losowy
i jest dobierana z operatu adresowego GUS. Warstwowanie uwzględnia wielkość miejscowości oraz rozmieszczenie terytorialne w ramach województw, a także płeć i wiek dobieranych osób. Podstawą warstwowania są dane demograficzne zawarte w publikacji GUS „Ludność. Stan i struktura w przekroju terytorialnym.”, aktualne na 30.06.2016 r.
Wywiady CAPI (kwestionariusz na laptopie) w badaniu CAPIBUS realizowane są techniką bezpośredniego wywiadu ankieterskiego w domach respondentów. Ankieter odczytuje pytania wyświetlające się na monitorze laptopa, zaznacza odpowiedzi wskazane przez respondenta (pytania zamknięte) lub zapisuje treść wypowiedzi respondenta (pytania otwarte).