Jak wykorzystać zmiany w podatkach?

Polscy mikroprzedsiębiorcy przyzwyczaili się już, że pod koniec roku przychodzi im zmierzyć się z analizą zmian w systemie podatkowym. Ale ten niekoniecznie lubiany okres to przecież także dobry moment na ocenę sytuacji finansowej własnej firmy.

Aleksander Widera, pomysłodawca i prezes platformy Kredytmarket
Aleksander Widera, pomysłodawca i prezes platformy Kredytmarket

– Każdy przedsiębiorca powinien przed końcem roku rozpisać plan spodziewanych przychodów i czekających go wydatków – radzi Aleksander Widera, pomysłodawca i prezes platformy Kredytmarket.com. – To część przygotowań do korzystania z różnego rodzaju okazji biznesowych, a także stawiania czoła problemom, jakie mogą nadejść. Tylko uczciwie przygotowany plan, obejmujący wariant optymistyczny i pesymistyczny, pozwala na posiłkowanie się kredytem. Dlatego warto przyjrzeć się zmianom w podatkach szykowanym na przyszły rok i uwzględnić je w swoich analizach.

Po raz kolejny przedsiębiorcy powinni przygotować się na zmiany podatkowe.

Przygotować warto się w szczególności na zmiany dotyczące nabywania i korzystania z samochodów. Całość wydatków związanych z użytkowaniem samochodu będzie można odliczyć od podstawy opodatkowania tylko wtedy, gdy będzie on wykorzystywany wyłącznie do celów działalności gospodarczej. Jeśli tak się nie dzieje, przedsiębiorca będzie mógł wliczyć w koszty jedynie 50 proc. wydatków. W przypadku PIT i CIT będzie trzeba również prowadzić ewidencję przebiegu pojazdu.

Dużo emocji budzi również wprowadzany dla uszczelnienia systemu VAT mechanizm podzielonej płatności (ang. split payment). Wdrożenie planowano początkowo na 1 kwietnia 2018, jednak po naciskach banków termin przełożono na 1 lipca. Od 1 stycznia 2019 system miał być częściowo obowiązkowy (m.in. dla branży budowlanej), co jednak uzależnione było od zgody Komisji Europejskiej. Do tej pory Komisja nie wypowiedziała się w tej sprawie.

– Sztandar zacieśniania polityki fiskalnej został rozwinięty bardzo szeroko. Tak szeroko, że momentami wydaje się, że całkowicie ogranicza widoczność organom odpowiedzialnym za wprowadzanie nowych regulacji podatkowych, ale również organom stosującym obowiązujące prawo – komentuje Kamil Lewandowski z firmy doradztwa podatkowego ALTO, partnera Kredytmarketu. – Zmiany są zbyt częste, vacatio legis jest zbyt krótkie. To powoduje, że przedsiębiorcy praktycznie nie mają szans się do nich właściwie przygotować. Niepokojąca jest również praktyka fiskusa, polegająca na obciążaniu uczciwych podatników kosztami własnej niemocy legislacyjnej oraz operacyjnej w kontekście wyłudzeń VAT. Rozumiem argumenty przyświecające wprowadzeniu obowiązkowego split payment, ale wydaje mi się że niedoceniane są systemowe koszty takiej zmiany. Chciałbym zobaczyć np. rzetelną analizę finansowych konsekwencji wprowadzenia tego rozwiązania, ale z uwzględnieniem tych negatywnych.

Są jednak również pozytywne zmiany, zwłaszcza dla mniejszych podmiotów. Od 2019 roku dla przedsiębiorstw działających w formie spółki z o.o., osiągających przychody poniżej
1,2 mln euro rocznie obniżona zostanie stawka podatku CIT z 15 proc. do 9 proc. Niestety zmiana dotyczy stosunkowo niewielkiej grupy firm, ponieważ tak niskie przychody są raczej domeną spółek osobowych lub jednoosobowych działalności gospodarczych, a nie spółek
z o.o.

Niższa, 5 proc. stawka CIT dotyczyć będzie również dochodów z działalności innowacyjnej (czyli osiąganych z wybranych praw własności intelektualnej, takich jak patenty, dodatkowe prawa ochronne na wynalazki, prawa ochronne na wzór użytkowy, prawa z rejestracji wzoru przemysłowego, prawa do oprogramowania itp.). Można więc spodziewać się, że ta zmiana ucieszy start-upy.

– Wśród klientów Kredytmarket.com wielu jest takich, którzy potrafili dostrzec rynkową okazję i dzięki wykorzystaniu dźwigni finansowej zwiększyli zyski – podsumowuje Aleksander Widera. – Oczywiście, znamy też przedsiębiorców, którzy błędnie twierdzili, że kredyt będzie ostatnią deską ratunku dla ich słabego biznesu. Ale to tak nie działa.

Okazje inwestycyjne na rynku nieruchomości w Europie

Istniejące aktywa i modernizacje budynków,  a także nowe inwestycje deweloperskie nadal przyciągają uwagę inwestorów w Europie – podaje międzynarodowa firma doradcza Savills, która wskazuje jednocześnie największe okazje inwestycyjne na rynku nieruchomości w segmencie core i value-add w poszczególnych krajach.SAVILLS okazje inwestycyjne na rynku nieruchomości w Europie

„Nieruchomości biurowe z segmentu prime w COB, zaliczane do najlepszych aktywów, będą nadal atrakcyjnym produktem dla inwestorów zainteresowanych aktywami klasy core w Amsterdamie, Atenach, Brukseli, Kopenhadze, Lizbonie, Londynie, Luksemburgu, Mediolanie, Oslo, Paryżu oraz największych miastach w Niemczech, Polsce, Szwecji i Hiszpanii. Z kolei inwestorów poszukujących okazji inwestycyjnych w segmencie value-add mogą zainteresować mieszkania na wynajem instytucjonalny oraz nieruchomości handlowe w miastach regionalnych w Austrii i Dublinie, a także modernizacje budynków biurowych zlokalizowanych na przedmieściach Brukseli, Paryża i Pragi” – mówi Lydia Brissy, dyrektor działu badań na Europę w Savills.

„Okazje inwestycyjne typu value-add stwarzają także domy opieki w Danii, nieruchomości logistyczne oraz parki handlowe w Polsce i Szwecji, a także modernizacje najbardziej atrakcyjnych obiektów przy głównych ulicach handlowych w Mediolanie i Oslo, nieruchomości hotelowe w Grecji i prywatne akademiki w Amsterdamie. Inne ciekawe możliwości o charakterze value-add związane są z inwestycjami deweloperskimi i przebudową istniejących obiektów w mocno zurbanizowanych miastach z ośrodkami innowacyjności i wykształconą kadrą, takich jak Lizbona, Londyn, Paryż, Amsterdam, Berlin, Bukareszt, Frankfurt, Barcelona, Kopenhaga, Sztokholm i Dublin” – dodaje Lydia Brissy.

Polska należy do nielicznych krajów europejskich, w których aktywność inwestycyjna na rynku nieruchomości komercyjnych nadal rośnie. W pierwszych trzech kwartałach bieżącego roku wolumen sfinalizowanych transakcji inwestycyjnych przekroczył 5,0 miliardów euro i był zbliżony do odnotowanego w całym 2017 roku oraz ponad dwukrotnie wyższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Rok 2018 zakończy się kolejnym rekordowym wynikiem na rynku inwestycyjnym w Polsce, zarówno pod względem wolumenu transakcji, jak i stóp kapitalizacji, które dla najlepszych nieruchomości spadną do najniższego poziomu w historii.

Michał Stępień, Associate, dział doradztwa inwestycyjnego, Savills Polska
Michał Stępień, Associate, dział doradztwa inwestycyjnego, Savills Polska

„Solidne fundamenty gospodarcze i dobre wskaźniki rynków najmu w Polsce stwarzają sprzyjające warunki do inwestowania w nieruchomości dla szerokiego spektrum kupujących. Inwestorzy zainteresowani aktywami klasy core nadal mogą liczyć na znacząco wyższy poziom zwrotu z inwestycji w porównaniu z największymi rynkami Europy Zachodniej. Naszym zdaniem znajdą oni największe możliwości lokowania kapitału w sektorach nieruchomości biurowych i magazynowych ze względu na bardzo ograniczoną podaż najbardziej atrakcyjnych produktów na rynku handlowym. Z kolei inwestorzy z segmentu value-add mają większe możliwości wyboru aktywów we wszystkich głównych sektorach nieruchomości, które wymagają rekomercjalizacji, modernizacji, repozycjonowania, przebudowy lub zmiany funkcji użytkowej. Jest to szczególnie widoczne w sektorze nieruchomości handlowych, na który w znacznym stopniu wpływają zmiany w strukturze demograficznej. Przez to segment ten stwarza okazje inwestycyjne związane z przebudową istniejących obiektów w celu dostosowania ich do zmieniających się zwyczajów konsumentów w zakresie robienia zakupów i spędzania wolnego czasu” – mówi Michał Stępień, Associate, dział doradztwa inwestycyjnego, Savills Polska.

Według Savills nieruchomości w Europie są nadal preferowaną klasą aktywów, w których inwestorzy w dalszym ciągu lokują znaczną część kapitału. W drugim kwartale 2018 roku różnica pomiędzy średnią rentownością obligacji 10-letnich a stopami kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości biurowych wyniosła 248 pb w porównaniu z 180 pb w 2008 roku i średnią dziesięcioletnią wynoszącą 237 pb. Na rynkach rozwiniętych liczba oferentów (oprócz zwycięzcy) w dużych transakcjach o wartości przekraczającej 500 mln euro na ogół waha się pomiędzy 3 a 5. W przypadku transakcji o mniejszej wartości (do 100 mln euro) jest ich od 10 do 15. Niektóre rynki w Europie odnotowały w ostatnim czasie wzrost liczby transakcji pozarynkowych, co świadczy o przekonaniu sprzedających, że mogą liczyć na uzyskanie ofert spełniających ich oczekiwania.

„Europa nadal zapewnia inwestorom atrakcyjną ofertę inwestycyjną dzięki rozwijającej się gospodarce, niskiej stopie bezrobocia i silnemu popytowi wśród najemców na nieruchomości o funkcjach zarówno tradycyjnych, jak i alternatywnych” – mówi Marcus Lemli, dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego na Europę w Savills.

„Na podstawie wstępnych danych za pierwsze trzy kwartały 2018 roku przewidujemy, że Irlandia, Polska, Portugalia i Grecja odnotują znaczny wzrost aktywności inwestycyjnej w ujęciu rocznym. Inwestorzy w Europie nadal koncentrują się na głównych rynkach nieruchomości, na które tak jak w poprzednich latach wciąż przypada 67% łącznego wolumenu transakcji inwestycyjnych w Europie; niemniej jednak coraz częściej poszukują możliwości lokowania kapitału na innych rynkach. Nieruchomości biurowe pozostaną preferowaną klasą aktywów pomimo kompresji stóp kapitalizacji, ale inwestorzy rozpatrujący poszczególne miasta i rodzaje aktywów w różnych krajach Europy wciąż mogą liczyć na stopy kapitalizacji na poziomie powyżej 5%” – dodaje Marcus Lemli.

Wejście Polski do strefy euro – ekonomiści twierdzą, że lepiej jeszcze poczekać

Przyjęcie euro oznaczałoby niższe koszty transakcyjne, wygodę w rozliczeniach, tańsze kredyty i większy napływ inwestycji. Ale moglibyśmy utracić płynny kurs walutowy, który w sytuacjach kryzysowych działa stabilizująco. Biorąc pod uwagę wskaźniki ekonomiczne, lepiej na razie myśleć o wzmocnieniu gospodarczym kraju. Jeśli chodzi o względy polityczne, opinie analityków są mocno podzielone. – Jeżeli miałby pojawić się jeden wspólny budżet dla strefy euro, to warto zacisnąć pasa i przystąpić do niej jak najszybciej – uważają jedni eksperci. – Ale jeszcze mimo wszystko nie teraz – twierdzą inni.

Bez ryzyka kursowego

– Wprowadzenie wspólnej waluty eliminuje ryzyko kursowe dla tych wszystkich, którzy prowadzą transakcje z europejską Dziewiętnastką. Około 70 proc. naszej wymiany handlowej trafia właśnie do tych krajów. I dlatego z perspektywy przedsiębiorców lepszą opcją byłoby posiadanie euro, a nie martwienie się wahaniami kursowymi – mówi Piotr Kuczyński, główny analityk z Domu Inwestycyjnego Xelion.

Jeżeli zmienia się relacja walut, tak jak miało to miejsce w pierwszym półroczu 2018 roku, to warunki prowadzenia biznesu są niestabilne. Za sprowadzane towary importerzy muszą zapłacić więcej, niż wcześniej planowali. W tym przypadku było to 5-6 proc. A wyższy kurs wymiany to również większe koszty działalności i niższa rentowność, co w konsekwencji może prowadzić do zachwiania płynności finansowej wielu firm.

– Jeżeli natomiast nie ma ryzyka kursowego, to można zwiększyć wymianę handlową i oczekiwać większego napływu kapitału zagranicznego. Moim zdaniem, wejście Polski do strefy euro będzie oznaczało m.in. niższe stopy procentowe. Jeśli polityka gospodarcza będzie dobrze prowadzona, to firmy mogą skorzystać na ich obniżce. W związku z tym finansowanie wszystkich projektów będzie tańsze – podkreśla Jakub Borowski, główny ekonomista z banku Credit Agricole.

Z kolei Prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz zwraca uwagę na to, że jako kraj zyskalibyśmy na wiarygodności, ale musielibyśmy być bardziej ostrożni w polityce fiskalnej i nadzorczej. Pojawienie się większej ilości taniego pieniądza mogłoby doprowadzić do tzw. baniek spekulacyjnych, np. na rynku nieruchomości. Ekspert jest jednak przekonany, że instytucje nadzoru, czyli m.in. Komitet Stabilności Finansowej – makroekonomiczny oraz mikroekonomiczny, Komisja Nadzoru Finansowego oraz Rada Polityki Pieniężnej, spokojnie by sobie z tym poradziły.

– W sytuacji niskich stóp procentowych instytucje odpowiedzialne za nadzór muszą pilnować, żeby akcja kredytowa nie rozwinęła się nadmiernie, a przede wszystkim była skoncentrowana na inwestycjach. Można na nią oddziaływać poprzez instrumenty polityki makroostrożnościowej. Wśród nich wymienia się m.in. wprowadzenie limitu zadłużenia w stosunku do dochodu – stwierdza Borowski.

Korzyści dla społeczeństwa

Przy zapowiedziach wprowadzenia wspólnej waluty u osób prowadzących gospodarstwa domowe pojawia się obawa o wzrost kosztów zakupów i inflacji, mimo że zaokrąglenie cen (tzw. efekt cappuccino) było w większości państw niewielkie. Jednak okazało się widoczne w niektórych kategoriach dóbr. Niemniej jego wpływ na inflację był nieduży. Jak dodaje Piotr Kuczyński, badania pokazywały, że wahał się w granicach 0,1–0,2 pkt proc.

– Dzięki wprowadzeniu wspólnej waluty znacząco zredukowane zostałoby ryzyko walutowe. Klienci indywidualni korzystaliby z obniżenia kosztów transakcyjnych i wymiany pieniędzy. Miliony ludzi wyjeżdżają co roku za granicę, a nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, że muszą pokryć koszty przewalutowania. Z kolei masowo używając kart płatniczych, są obciążani tzw. spreadami walutowymi. W przypadku przystąpienia do strefy euro wydatki byłyby znacząco niższe – zaznacza prezes ZBP Krzysztof Pietraszkiewicz.

Jak przewiduje główny ekonomista Credit Agricole, dołączenie do Eurozony sprawi, że gospodarstwa domowe będą sobie mogły łatwiej sfinansować np. zakup nieruchomości. Będziemy mieli wtedy niższe oprocentowanie kredytów mieszkaniowych. I będzie można taniej kupić dobra konsumpcyjne, w tym trwałego użytku. Jeżeli wejście do strefy euro będzie pozytywne dla wzrostu gospodarczego, to w dłuższej perspektywie obywatele powinni na tym zyskać.

Koszty przystąpienia

– Głównym minusem wejścia Polski do strefy euro byłaby utrata mechanizmu dostosowawczego, jaki stanowi płynny kurs walutowy. W warunkach spowolnienia wzrostu złoty najczęściej się osłabia, co zwiększa eksport i obniża import, podwyższając PKB. Ponadto polska gospodarka wymaga wyższych stóp procentowych, niż strefa euro. A przyjęcie polityki pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego mogłoby prowadzić do pojawienia się niestabilnych boomów kredytowych – zauważa Mariusz Kapuściński, ekonomista Banku BGŻ BNP Paribas.

Także Jakub Borowski przyznaje, że w warunkach wstrząsu, nie posiadając mechanizmu kursowego w strefie euro, będziemy mieć spowolnienie wzrostu głębsze niż poza nią. W sytuacji załamania, będąc na zewnątrz i wykorzystując instrumenty polityki pieniężnej, np. kurs walutowy, Polska mogłaby ograniczać wpływ tego kryzysu. Wówczas miałaby szansę zwiększać wydatki i deficyt. Natomiast będąc w Eurolandzie, te możliwości byłyby dużo mniejsze.

– Sytuacja niektórych krajów strefy euro w czasie ostatniego kryzysu mogłaby być lepsza, gdyby istniał wspólny budżet. Te państwa nie musiałyby zacieśniać polityki fiskalnej i obniżać wynagrodzeń w czasie recesji. Symulacje badaczy z Narodowego Banku Polskiego wskazują, że gdyby Polska była w strefie euro podczas poprzedniego kryzysu, jej PKB mógłby spaść w pewnym momencie aż o 6 procent – ocenia ekonomista z Banku BGŻ BNP Paribas.

– W sytuacjach kryzysowych w strefie euro stosowany jest mechanizm stabilizacyjny, tzw. outright monetary transactions, czyli nielimitowany skup obligacji danego kraju przez Europejski Bank Centralny w zamian za reformy. Jednak może się zdarzyć, że rynki nie uznają go za mechanizm skuteczny, ani prowadzonych reform za gwarancję tego, że powróci stabilizacja. Wówczas skup może być nieskuteczny i generować duże ryzyko straty poniesionej przez EBC. I to właśnie jawi się jako podstawowe zagrożenie – tłumaczy ekspert z Credit Agricole.

Strefa się nie zreformowała?

Mariusz Kapuściński, ekonomista Banku BGŻ BNP Paribas twierdzi, że wejście Polski do Eurolandu byłoby korzystne jedynie wówczas, gdyby nasza gospodarka stała się jeszcze bardziej podobna do tej w strefie euro i szybciej postępowałaby konwergencja realna. Pomocna byłaby również reforma europejskiej Dziewiętnastki. W przeciwnym wypadku w dłuższym okresie koszty wejścia mogłyby się okazać wyższe niż korzyści.

– Niebezpieczeństwem jest to, że nie doszło do reorganizacji w strefie. Nie wykorzystano dobrej koniunktury na to, żeby np. oddłużyć się i zmniejszyć dług publiczny w tych krajach, w których jest wysoki. Istnieje zagrożenie, że jak przyjdzie kolejne spowolnienie, to kryzys zadłużenia powróci z jeszcze większą siłą i wtedy może dojść do głębokiej recesji, być może długotrwałej – ostrzega Borowski.

Według prezesa ZBP, powinniśmy się mocno wiązać politycznie i gospodarczo z naszymi głównymi partnerami i sojusznikami. Strefa euro bez względu na to, co niektórzy wieszczyli w sytuacji kryzysowej kilku przynajmniej krajów, sprawdziła się. W przypadku części z nich, np. Irlandii, Hiszpanii, Portugalii, nie mówiąc o Francji i Niemczech, podjęte instrumenty sanacyjne doprowadziły do bardzo znaczącej poprawy zarówno zarządzania budżetami, jak i stabilności systemu finansowego. Warto mieć wpływ na to, co się dzieje w Europie i współkształtować jej pokojowy rozwój.

Odpowiedni czas

– Trudno znaleźć optymalny moment, w którym należałoby przyjąć euro. Na pewno im silniejsza jest gospodarka Polski, tym większa powinna być chęć do tego. Jeśli w innych państwach wzrost będzie bardziej dynamiczny, a u nas nastąpi stagnacja, to wówczas będziemy potrzebowali dłuższego czasu. W tej chwili ze względu na to, że pojawiają się koncepcje budżetu euro, sugerowałbym raczej zaciśnięcie pasa i przyjęcie wspólnej waluty. Ale gdyby kierować się tylko gospodarczymi powodami, należałoby jednak jeszcze poczekać – przekonuje Piotr Kuczyński.

W opinii Jakuba Borowskiego, przystąpienie do strefy euro będzie możliwe dopiero wówczas, gdy będziemy widzieć postęp w oddłużaniu się takich krajów, jak Francja czy Włochy. Przede wszystkim w tym drugim należy upatrywać podstawowego zagrożenia, jeżeli chodzi o kryzys zadłużenia. Ale są też inne państwa, które mają wysoki dług publiczny, m.in. Belgia. Gdyby doszło do recesji, to nie będzie wiadomo, w jaki sposób sobie z nią poradzić. Skuteczność mechanizmów Eurolandu jest ograniczona. Jeżeli zobaczylibyśmy, że powróciła tam dyscyplina finansów publicznych, to wtedy można myśleć o wprowadzaniu wspólnej waluty.

– Przynależność do strefy euro uchroniła Cypr i Grecję od katastrofy. Oba te kraje weszły na drogę postępowania naprawczego i restrukturyzacji. Wprowadzono specjalne programy, uzgodnione z ekspertami Europejskiego Banki Centralnego, przedstawicielami Komisji Europejskiej oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego – MN, i nie doszło do wielkiej destabilizacji ww. państw. Natomiast, oceniając nastroje we Włoszech, należy brać pod uwagę nie tylko kwestie ekonomiczne, ale także problemy społeczne, powstałe w wyniku znaczącej liczby imigrantów. Postuluję więc rozpoczęcie rzeczowej dyskusji nad perspektywą wprowadzenia wspólnej waluty w Polsce i naszego miejsca w Europie. Powinny uczestniczyć w niej wszystkie środowiska – podsumowuje Krzysztof Pietraszkiewicz.

Decyzja RPP w cieniu amerykańskich wyborów

Przy ograniczonym potencjale do zaskoczeń ze strony banków centralnych, rentowności polskich obligacji pozostają stabilne. W oczekiwaniu na ostateczny wynik wyborów do Kongresu USA kurs EUR/USD lekko wyżej, co pozwala EUR/PLN konsolidować się w okolicach 4,305.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Wtorkowej sesji walutowej towarzyszyła niewielka zmienność, inwestorzy koncentrowali się na wyborach uzupełaniających do Senatu i Izby Reprezentantów USA. Nominalnie kurs EUR/USD lekko rósł oddalając się od wsparcia na 1,14. Rozkład głosów w „odświeżonym” Kongresie ma dla inwestorów istotne znaczenie, będzie bowiem wskazówką co do potencjalnej siły poparcia polityki D.Trumpa.

Podczas handlu w Europie, w Niemczech opublikowano kolejne słabsze niż miesiąc wcześniej dane. We wrześniu zamówienia w przemyśle wzrosły o 0,3% m/m wobec 2,5% w sierpniu. Choć dane pozytywnie zaskoczyły rynek (prognoza wskazywała na spadek o 0,6%) nie znalazły większego przełożenia na notowania wspólnej waluty. Mocniejsze od prognoz odczyty nadal bowiem wskazują na spowalnianie niemieckiej gospodarki, motoru strefy euro. Według Bundesbanku koniunktura w III kw. w Niemczech znacząco osłabiła się, na co również powinny wskazywać środowe wyniki dla produkcji przemysłowej (prognoza: 0,0% m/m).

We wtorek dwudniowe posiedzenie decyzyjne rozpoczęła RPP. Sama kwestia podwyżek stóp to odległa sprawa, niemniej jak zwykle warto będzie posłuchać, co na środowej konferencji prasowej powiedzą prezes A.Glapiński oraz dwaj inni członkowie Rady. Można oczekiwać, że potwierdzony zostanie dotychczasowy łagodny pogląd banku centralnego na perspektywę podwyżek stóp. Widoczne w ostatnich danych gospodarczych spowolnienie w strefie euro zaczyna już negatywnie oddziaływać na polskie odczyty, co zapewne zostało dostrzeżone przez RPP i wraz z oczekiwaną ograniczoną presją inflacyjną w kolejnych kwartałach powinno umacniać przekonanie NBP o pozostawieniu stóp bez zmian nawet do końca 2019 r. Decyzja RPP nie powinna mieć jednak istotnego wpływu na notowania kursu EUR/PLN (który podczas wtorkowej sesji europejskiej konsolidował się przy 4,305), pozostając w cieniu wyborów w USA. Obok zmian na rynku EUR/USD, we wtorek walutę naszą wspierał też wzrost apetytu na ryzyko po tym jak wiceprezydent Chin W.Qishan powiedział, że Pekin jest gotowy dyskutować i pracować z USA nad rozwiązaniem problemów dotyczących handlu, bowiem obydwa kraje tracą na konfrontacjach, podczas gdy dzięki współpracy mogłyby wiele zyskać. Dało to nadzieje na zmniejszenie napięć handlowych.

Na polskim rynku stopy procentowej kontynuowana jest stabilizacja notowań po zeszłotygodniowym wzroście rentowności. W najbliższych dniach rentowności polskich obligacji powinny utrzymywać się w pobliżu obecnych poziomów, w związku z czym notowania 5-letnich oraz 10-letnich papierów powinny znajdować się odpowiednio poniżej 2,50% oraz 3,20%. Potencjał do ewentualnej mocniejszej przeceny polskich obligacji jest ograniczony, na co wskazuje również relatywnie niska w ujęciu historycznym zmienność rentowności polskich obligacji. Jeżeli nie dojdzie do zaskoczenia przy decyzji ze strony organizujących w tym tygodniu swoje posiedzenia banków centralnych (Fed i RPP), to ciężko liczyć na zdecydowane reakcje na krzywych dochodowości przy relatywnie pustym kalendarzu publikacji makroekonomicznych.

Na rynkach dłużnych w strefie euro wciąż istotnym tematem jest sprawa włoskiego budżetu. Członkowie Eurogrupy zalecili Włochom zmianę założeń w ich budżecie, które prowadziłyby do większej dyscypliny fiskalnej. W odpowiedzi na takie komunikat ponownie rósł spread włoskich obligacji nad niemieckimi, jednak nie były to tak silne zmiany, z jakimi mieliśmy już do czynienia, a spread w sektorze 10-letnim zbliżył się „jedynie” do 300pb.

Wykres dnia: W ujęciu historycznym zmienność rentowności polskich obligacji pozostaje relatywnie niska.

W ujęciu historycznym zmienność rentowności polskich obligacji pozostaje relatywnie niska
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Kościński: Potrzeba więcej terminali do płatności bezgotówkowych

Powstał projekt ustawy o płatnościach bezgotówkowych. Celem jest zapewnienie konsumentom wyboru, w jaki sposób chcą dokonywać płatności – gotówką czy elektronicznie. Takie prawo stwarza jednak obowiązki po drugiej stronie. W Polsce nadal potrzebna jest większa liczba terminali – jest ich ok. 500-600 tys. Tymczasem w naszym kraju mamy 1,5 miliona kas fiskalnych. Ustawa kierowana jest do handlowców, którzy mają obowiązek ich używania, co wymaga również infrastruktury internetowej. Nowy projekt nie wprowadza więc nic dodatkowego. Ustawa jest już gotowa, czeka na przyjęcie przez Radę Ministrów. Twórcy ustawy liczą, że nowy obowiązek pojawi się w ciągu roku. Nie chcą jednak nakładać kar na przedsiębiorców, dlatego taki zapis nie znalazł się w projekcie.

– Chcemy zwiększyć liczbę terminali na tyle, aby stały się kołem zamachowym zmiany. Powinien pojawić się społeczny nacisk na to, aby terminal znajdował się w każdym sklepie – powiedział serwisowi eNewsroom Tadeusz Kościński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii – Ustawa została przygotowana, aby pokazać poparcie dla pomysłu i chęć wprowadzenia zmian. Być może wejdzie w życie już w ciągu najbliższego roku. Do tego czasu liczba terminali może odpowiednio wzrosnąć, a klienci będą oczekiwać opcji płatności bezgotówkowej. Należy pamiętać, że terminal POS nie oznacza jedynie akceptowania karty płatniczych, ale każdego elektronicznego instrumentu płatniczego – telefonu, przelewu czy BLIK-a – wskazał Kościński.

Dolar traci

Wybory do Kongresu zdają się przynosić spodziewany rezultat, przez co rynki finansowe zachowują spokój. USD lekko traci, ale więcej tutaj z kontynuowanej redukcji pozycji niż rozgrywania wyników wyborów. Jedne czynnik ryzyka mniej na liście powinien ułatwić rajd ulgi ryzykownych aktywów.

Zgodnie z przewidywaniami wybory do Kongresu USA przyniosły wygraną Demokratów w Izbie Reprezentantów, ale Republikanie zachowali Senat. Natychmiast podniosło to głosy, że jest to wynik szkodliwy dla USA, gdyż zahamuje proces legislacyjny i odbierze administracji prezydenta Trumpa zdolność od przeprowadzania reform korzystnych dla wzrostu. Ale w Kongresie nie ma wiernego głosowania zgodnie z linią partii, a i kompromisy międzypartyjne występują często, więc ten argument mnie nie przekonuje. W kontrze można dodać, że perspektywa mniej ekspansywnej polityki fiskalnej to mniejsze naprężenia na polu zadłużenia, co długofalowo jest pozytywne. Ogólnie nie widzę, aby wynik wyborów mógł być mocno rozgrywany jako pozytywny/negatywny dla aktywów USA.

Dolar traci, ale z innego powodu. Zamykamy tygodniowy okres przejściowy (od zmiany miesiąca) i dziś dostaliśmy dowód, że przynajmniej część z obaw, które przyczyniły się do silnych zawirowań na rynku pod koniec października, była na wyrost. W efekcie utrzymywanie kapitału w bezpiecznym dolarze przestaje mieć większy sens i dochodzi do redukcji długich pozycji. Wyciszenie tematu wojen handlowych i wyparowanie niepokojów o wynik wyborów powinny stworzyć warunki dla mini-rajdu ulgi. Otwiera to drogę do szukania okazji po przecenach na rynku akcji, a na FX pozwoli na odbicie walut ryzykownych. NZD jest najmocniejszy, choć nie bez pomocy solidnego raportu z rynku pracy z Nowej Zelandii. Dwukrotnie silniejszy wzrost zatrudnienia w III kw. i przyspieszenie dynamiki płac to pozytywne sygnały z rynku pracy, które mogą wpłynąć na bardziej optymistyczny komunikat RBNZ dziś wieczorem. Stopa procentowa z pewnością pozostanie niezmieniona, ale w oświadczeniu i konferencji prezesa Orra ryzyka przeważają po jastrzębiej stronie. Jednakże mam obawy, czy sporo z tego optymizmu nie zostało już zdyskontowane.

W ciągu dnia decyzję w sprawie stóp procentowych poda Rada Polityki Pieniężnej, gdzie zanosi się na kolejny neutralny rezultat. Nawet mimo słabszych danych za wrzesień (m.in. obniżenie się inflacji do 1,7 proc., PMI dla przemysłu przy 50 pkt.) jest mało realne, aby Rada decydowała się na odważne zmiany w komunikacie na podstawie odczytów z jednego miesiąca, choć nawet i wzmocnienie retoryki gołębiego skrzydła niewiele zmienia w rynkowej ocenie szans na podwyżkę. Uważam 4,30 za EUR za dobry poziom równowagi i bez niespodzianek złoty pozostanie poniżej radarów inwestorów zagranicznych, którzy mogą oczekiwać więcej atrakcji np. na TRY, RUB, czy MXN.

Poza tym słabość USD podbija EUR/USD ponad 1,1430, ale wzrosty są tutaj ślamazarne i nieprzekonujące z wciąż obecnym ryzykiem negatywnych informacji dotyczących sporu budżetowego Włochy-KE. Rynek chce być po długiej stronie, ale ciągle towarzyszy mu strach, że test kolejnego oporu będzie nieudany i przyniesie błyskawiczną kapitulację. Ten scenariusz widzieliśmy już niejednokrotnie. Podobny handel na cykającej bombie dotyczy funta, gdzie inwestorzy liczą na finalne porozumienie ws. Brexitu, ale nie mają gwarancji, że po drodze sprawy nie przybiorą paskudnego obrotu. Wczoraj huśtawkę zapewniły sprzeczne komunikaty. Najpierw Jeffrey Donaldson z DUP stwierdził, że „zmierzamy w stronę No Deal Brexit”, by później szef negocjacji Dominic Raab kciukiem do góry (nie żartuję!) dał znać, że wszystko jest w porządku. Tak mało trzeba, by wywołać 0,5-proc. ruch na GBP. To nie są normalne warunki i świadczą o niskiej płynności – inwestorzy przeczekują ten spektakl z boku.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wyniki Grupy TAURON po III kwartałach 2018 r.

  • Wzrost przychodów ze sprzedaży o 3 proc. r/r (do 13,3 mld zł)
  • EBITDA wyniosła 3 mld zł, marża EBITDA na poziomie 22,3 proc.
  • Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej osiągnął 853 mln zł
  • Wzrost wolumenu dystrybucji energii elektrycznej oraz liczby klientów przyłączonych do sieci dystrybucyjnej
  • Nakłady inwestycyjne na poziomie 2,3 mld zł. Najwyższy capex w segmentach: Dystrybucja (1,2 mld zł) i Wytwarzanie (909 mln zł)
  • Wskaźnik dług netto/EBITDA na bezpiecznym poziomie 2,2x

(wszystkie dane skonsolidowane za okres I-III kwartał 2018 r.)

Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia
23.01.2017 Warszawa,
n/z Filip Grzegorczyk prezes Tauron SA
fot. Piotr Waniorek

– Wyniki finansowe Grupy TAURON po dziewięciu miesiącach tego roku są lepsze od oczekiwań rynku i zgodne z naszymi planami – mówi Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia. – Warto podkreślić, że nasz największy projekt realizowany w Jaworznie jest zaawansowany w ponad 80 proc. Prace przebiegają zgodnie z harmonogramem i budżetem. Dodatkowo aktualnie prowadzimy negocjacje w sprawie nabycia farm wiatrowych o mocy około 200 MW zlokalizowanych w północnej Polsce. Ewentualna transakcja umożliwi nam podwojenie obecnie posiadanych mocy wiatrowych – wyjaśnia Filip Grzegorczyk.

– Grupa TAURON buduje pozycję multienergetycznego czempiona. Rozwijamy nowe biznesy. Przed szczytem klimatycznym w Katowicach uruchomimy program carsharingu i ładowania samochodów elektrycznych. Działania te wpisują się w naszą strategię oraz globalne trendy dotyczące energetyki  – dodaje prezes zarządu TAURON Polska Energia.

Marek Wadowski
08.02.2017 Warszawa,
n/z prez. Marek Wadowski TAURON
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl

– Konsekwentnie realizowana strategia oraz korzystne trendy w otoczeniu makroekonomicznym mają odzwierciedlenie w stabilnej sytuacji finansowej Grupy. Dzięki naszym działaniom, mającym na celu dywersyfikację źródeł finansowania i optymalizację terminu zapadalności zadłużenia, wskaźnik długu netto do EBITDA utrzymuje się na bezpiecznym poziomie. Mamy także zagwarantowane finansowanie na poziomie ponad 5,3 mld zł. Na stabilną sytuację finansową Grupy istotny wpływ mają systematycznie realizowane inicjatywy podnoszące efektywność funkcjonowania całej organizacji – mówi Marek Wadowski, wiceprezes zarządu TAURON Polska Energia ds. finansów.

Dane operacyjne

Kluczowe parametry operacyjne J.m. I-III kwartał 2018 r. I-III kwartał 2017 r. Zmiana (proc.) III kwartał 2018 r. III kwartał 2017 r. Zmiana (proc.)
Produkcja węgla handlowego mln ton 3,61 4,68 -23 1,09 1,36 -20
Sprzedaż węgla handlowego mln ton 3,54 5,01 -29 1,04 1,45 -28
Wytwarzanie energii elektrycznej (produkcja brutto Grupy), w tym: TWh 11,90 14,03 -15 4,35 4,57 -5
wytwarzanie energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych (biomasa, wiatr, woda)
TWh
0,69 0,94 -27 0,18 0,28 -36
Wytwarzanie ciepła PJ 7,42 7,91 -6 0,70 0,82 -15
Sprzedaż ciepła PJ 9,69 10,66 -9 0,76 0,86 -12
Dystrybucja energii elektrycznej TWh 38,84 38,31 1 12,83 12,61 2
Sprzedaż detaliczna energii elektrycznej przez Segment Sprzedaż i Wytwarzanie TWh 25,37 25,56 -1 8,17 8,35 -2
Liczba klientów – Dystrybucja tys. 5 579 5 517 1 5 579 5 517 1

 

Produkcja węgla handlowego wyniosła 3,61 mln ton i była niższa o 23 proc. niż w analogicznym okresie 2017 r. ze względu na niekorzystne warunki geologiczno-górnicze w ZG Janina. Niemal połowa zapotrzebowania na węgiel do produkcji energii elektrycznej i ciepła została zaspokojona surowcem pochodzącym z własnych zakładów górniczych Grupy.

Zgodnie z przyjętą strategią handlową Grupa TAURON wyprodukowała 11,9 TWh energii elektrycznej, tj. o 15 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku (14 TWh). Wolumen produkcji z odnawialnych źródeł energii wyniósł 0,69 TWh, tj. o 27 proc. mniej wobec ubiegłego roku (0,94 TWh), co wynikało z niższego wykorzystania biomasy oraz trudnych warunków hydrologicznych i wietrznych.

Produkcja ciepła zmniejszyła się o 6 proc. i wyniosła 7,42 PJ. Sprzedaż ciepła wyniosła 9,7 PJ i była niższa o 9 proc. r/r ze względu na niższe zapotrzebowanie odbiorców wynikające z wyższych temperatur zewnętrznych.

Segment Dystrybucja dostarczył swoim klientom łącznie 38,8 TWh energii elektrycznej, tj. o 1,4 proc. więcej r/r. Liczba klientów przyłączonych do sieci TAURON Dystrybucja na koniec września wzrosła o 62 tys., tj. do 5,58 mln. Spółki segmentu Sprzedaż sprzedały łącznie 25,4 TWh energii elektrycznej do 5,4 mln klientów, zarówno gospodarstw domowych, jak i przedsiębiorstw. Niższa o 0,2 TWh sprzedaż energii elektrycznej wynika przede wszystkim z mniejszego zapotrzebowania klientów biznesowych.

Wyniki finansowe

Kluczowe parametry finansowe
(w mln zł)
I-III kwartał 2018 r. I-III kwartał 2017 r. Zmiana (proc.) III kwartał 2018 r. III kwartał 2017 r. Zmiana (proc.)
Przychody ze sprzedaży 13 302 12 874 3 4 476 4 116 9
EBIT 1 306 1 649 -21 351 354 -1
EBITDA 2 972 2 947 1 778 794 -2
Marża EBITDA 22,3 proc. 22,9 proc. -0,5 p.p. 17,4 proc. 19,3 proc. -1,9 p.p.
Zysk netto 855 1 194 -28 286 189 51
Marża zysku netto 6,4 proc. 9,3 proc. -2,8 p.p. 6,4 proc. 4,6 p.p. 1,8 p.p.
Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej 853 1 192 -28 286 188 52

 

Grupa TAURON wypracowała przychody ze sprzedaży na poziomie 13,3 mld zł, tj. o 3 proc. więcej niż przed rokiem. Istotny wpływ na wzrost przychodów w stosunku do analogicznego okresu 2017 r. miały wyższe przychody ze sprzedaży energii elektrycznej oraz wzrost cen sprzedaży gazu, które pozwoliły zniwelować niższe wpływy ze sprzedaży usług dystrybucyjnych (efekt wprowadzenia od 1 stycznia 2018 r. MSSF 15) oraz węgla.

Grupa osiągnęła wynik EBITDA na poziomie 3 mld zł, co oznacza wzrost o 1 proc. r/r. Największy udział w EBITDA Grupy ma Segment Dystrybucja (66 proc.), a w dalszej kolejności segmenty: Wytwarzanie (22 proc.) i Sprzedaż (15 proc.). Marża EBITDA Grupy była na stabilnym poziomie
i wyniosła 22,3 proc. Wynik EBITDA segmentu Wytwarzanie (649 mln zł) był o 42 proc. wyższy niż rok wcześniej (456 mln zł), głównie z uwagi na wyższą marżę na sprzedaży energii elektrycznej oraz na rozwiązanie w I kwartale 2018 r. rezerw z tytułu świadczeń pracowniczych w wysokości 230 mln zł.

Zysk netto Grupy TAURON przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 853 mln zł i był niższy o 28 proc. r/r na skutek ujęcia w I półroczu 2018 r. odpisów aktualizujących wartość majątku. W III kwartale 2018 r. zysk netto Grupy wzrósł o 52% r/r, co jest przede wszystkim efektem ujęcia dodatnich różnic kursowych.

Program Poprawy Efektywności

Realizowany w Grupie TAURON Program Poprawy Efektywności przyniósł wzrost skumulowanej EBITDA o ponad 950 mln zł (w okresie 2016 r. – III kwartał 2018 r.). Największy udział w osiągniętych wynikach miały segmenty: Dystrybucja, Pozostałe i Wytwarzanie. Z kolei oszczędności na wydatkach inwestycyjnych osiągnęły poziom 586 mln zł i były pochodną bardziej efektywnego zarządzania majątkiem i optymalizacji procesów zakupowych.

Inwestycje

Nakłady inwestycyjne Grupy TAURON po 9 miesiącach 2018 r. wyniosły 2,3 mld zł i były wyższe o 5 proc. w porównaniu z poniesionymi w analogicznym okresie 2017 r. (2,2 mld zł). Wzrost ten wynika głównie z wyższych inwestycji w obszarach Dystrybucja i Wydobycie. W segmencie Dystrybucja największe środki zostały przeznaczone na modernizację sieci dystrybucyjnej (637 mln zł) oraz budowę nowych przyłączy (466 mln zł), a łączny capex wyniósł 1,2 mld zł. Nakłady w segmencie Wytwarzanie (909 mln zł) przeznaczone były przede wszystkim na budowę bloku o mocy 910 MW w Jaworznie, który zostanie przekazany do eksploatacji w listopadzie 2019 r.

Zadłużenie i finansowanie

W porównaniu ze stanem na 31 września 2017 r. zobowiązania finansowe netto Grupy TAURON wzrosły o 3,2 proc. i wyniosły 8,2 mld zł. Wskaźnik długu netto do EBITDA na koniec września 2018 r. wyniósł 2,2x.

Metrohouse przejął Gold Finance

Spółka Metrohouse Franchise S.A., właściciel sieci biur nieruchomości Metrohouse i spółki pośrednictwa finansowego Metrofinance, przejęła Gold Finance. Dzięki temu, na rynku powstaje duży podmiot świadczący usługi na rynku pośrednictwa kredytowego.

W dniu 06.11.2018 r. doszło do podpisania przez Metrohouse Franchise S.A. umowy zakupu 100 proc. udziałów w spółce Gold Finance Sp. z o.o., której dotychczasowym właścicielem była Bewa sp. z o.o. W wyniku transakcji Gold Finance stało się własnością Metrohouse Franchise S.A. oraz częścią grupy kapitałowej Duna House.

W ramach jednej spółki będą działać równolegle eksperci finansowi funkcjonujący pod marką Gold Finance oraz eksperci Metrofinance działający dotychczas w ramach struktur Metrohouse. Łącznie jest to ponad 400 ekspertów, co stawia firmę w czołówce największych pośredników finansowych w Polsce.

Na czele nowych struktur Gold Finance stanął Tomasz Przyrowski, dotychczasowy dyrektor zarządzający Metrofinance. – Dzięki połączeniu spółek umacniamy naszą pozycję na rynku ekspertów finansowych. Zakup Gold Finance to kolejny krok do realizacji długoterminowych planów ekspansji na polskim rynku przez Duna House Nyrt. – największego w Europie środkowo-wschodniej holdingu zajmującego się obrotem nieruchomościami, właściciela marki Metrohouse, mówi Tomasz Przyrowski. – W kolejnych miesiącach planujemy intensywny rozwój w zakresie pośrednictwa finansowego realizowanego przez ekspertów Gold Finance i Metrofinance poprzez zwiększenie sieci sprzedaży i jeszcze lepsze wykorzystanie potencjału płynącego z posiadania w grupie kapitałowej sieci biur nieruchomości.

Tomasz Przyrowski dodaje, że w pierwszych miesiącach spółka będzie skupiała się na integracji procesów oraz intensyfikacji komunikacji wewnątrz sieci. Nowy zarząd chce również zachęcić do kooperacji kolejnych ekspertów kredytowych poszukujących silnego partnera o solidnych podstawach. – Naszym celem jest zakorzenienie w świadomości klientów wizerunku Gold Finance jako pośrednika, który jest ukierunkowany tylko i wyłącznie na jak najlepszym doborze produktu finansowego do aktualnych potrzeb klientów. Chcemy, aby nasi klienci otrzymywali kompleksowy serwis, a na końcu procesu swoje zadowolenie z obsługi wyrażali poprzez rekomendacje. Ważne jest także wykorzystanie synergii w biznesie poprzez ścisłą współpracę w ramach jednej grupy liderów na rynku pośrednictwa finansowego i pośrednictwa z obrocie nieruchomościami, mówi Tomasz Przyrowski.

W skład zarządu nowej spółki wejdzie też Marta Żółkowska, pełniąca także funkcję dyrektor operacyjnej Metrohouse Franchise S.A. W radzie nadzorczej zasiądzie m.in. Andrzej Oślizło – wieloletni prezes zarządu oraz członek rady nadzorczej Expander Advisors, odpowiadający m.in. za dynamiczny rozwój jednego z największych pośredników finansowych w Polsce, który dzięki swojemu bogatemu doświadczeniu przyczyni się do realizacji strategii firmy.

Sieć biur nieruchomości Metrohouse jest obecna na rynku od 2006 r., posiada ponad 70 placówek na terenie całego kraju, z którymi współpracuje ok. 500 doradców nieruchomości. Ważnym elementem działalności grupy jest spółka Metrofinance, która zajmuje się szeroko pojętym pośrednictwem finansowym specjalizując się w rynku kredytów hipotecznych. Obecnie w Metrofinance działa 100 ekspertów kredytowych. Spółki wchodzą w skład Duna House Nyrt. – holdingu notowanego na giełdzie papierów wartościowych w Budapeszcie w segmencie Prime. Holding jest właścicielem m.in. największej na Węgrzech sieci biur nieruchomości działających pod marką Duna House i Smart Ingatlan (łącznie ponad 240 biur). Jest też liderem na rynku pośrednictwa finansowego, prowadzi działalność deweloperską oraz jest właścicielem funduszu inwestycyjnego na rynku nieruchomości.

Twardy Brexit dotknie eksporterów podwójnie

Wciąż nie ma pewności co do rozstrzygnięcia negocjacji miedzy UE i Wielką Brytanią. W razie niewykluczonego, twardego Brexitu podwójnie ucierpią polscy eksporterzy. Utrudniony dostępu do brytyjskiego rynku, cła i kontrole graniczne, to bowiem nie jedyny potencjalny problem. Drugim ciosem będzie znaczny spadek wartości funta. W przypadku braku porozumienia i okresu przejściowego analitycy międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA prognozują, że kurs funta może spaść nawet poniżej poziomu 4,6 zł.

Dla polskiego eksportu wyniki negocjacji brexitowych będą miały ogromne znaczenie. W zeszłym roku do Zjednoczonego Królestwa wysłaliśmy towary o wartości 55,4 mld zł. Jest to obecnie nasz trzeci najważniejszy kierunek zbytu, a w dodatku bardzo zyskowny. Polski eksport na Wyspy był w ubiegłym roku blisko 2,7 razy wyższy niż import, dodatni bilans handlowy sięgał natomiast aż 34,7 mld zł.

Brexit hamuje polski eksport

Obawy przedsiębiorców przed Brexitem widać już w danych handlowych. W bieżącym roku dynamika wzrostu wartości eksportu wyraźnie wyhamowała. W okresie od stycznia do sierpnia br. jest niższa o 0,9% niż w analogicznym okresie rok wcześniej. – To oczywiście także wynik niskiego kursu funta, którego notowania ściąga w dół niepewność związana z Brexitem – wskazuje Miroslav Novák z AKCENTY. Warto przypomnieć, że przed referendum w sprawie wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE, w roku 2015 dynamika wzrostu wartości polskiego eksportu na Wyspy była dwucyfrowa (+14,4% r/r), a Wielka Brytania znajdowała się na drugim miejscu, po Niemczech, na liście naszych najważniejszych kierunków zbytu towarów.

Funt ważną walutą

Funt szterling jest popularną walutą stosowaną w rozliczeniach między polskim i brytyjskim biznesem. Według obserwacji AKCENTY, instytucji płatniczej, która zajmuje się obsługą transakcji walutowych m.in. polskich eksporterów, większość kontraktów handlowych między stroną brytyjską i polską jest zawierana w GBP. – Rozliczanie się bezpośrednio w lokalnej walucie partnera jest bardziej korzystne. Funt szterling należy do podstawowych walut i nie ma najmniejszego problemu z jego obsługą, przelewami i wymianą na złotówki. Zawierając kontrakt w funtach firmy unikają niepotrzebnego kosztu przewalutowań, np. z funtów na euro, a potem po polskiej stronie znów z euro na złotówki – tłumaczy Miroslav Novák. Perspektywa opuszczenia UE przez Wielką Brytanię już odbiła się na notowaniach brytyjskiej waluty, której kurs w stosunku do złotówki, utrzymuje się na dość niskim historycznie poziomie. Potencjalne zmiany jego notowań, związane z decyzją o charakterze Brexitu, mogą odbić na marżach polskich eksporterów, którzy będą z Wyspiarzami zawierać lub realizować kontrakty w najbliższych miesiącach. – W przypadku dopiero negocjowanych umów eksporterzy mogą zabezpieczyć kurs wymiany funta dla kwoty przewidzianej w tym kontrakcie za pomocą transakcji forward. To rozwiązanie, które daje pewność co do wysokości marży eksportera, gdy nadejdzie data realizacji transakcji. Przy tak dużym ryzyku, jakie wiąże się z negocjacjami brexitowymi, to szczególnie zalecane rozwiązanie – podkreśla ekspert AKCENTY.

Kursowe scenariusze

Obecnie, większość rynku spodziewa się, że twardego Brexitu uda się uniknąć i obie strony dojdą do porozumienia. Dla eksporterów oznacza to kolejne 2 lata okresu przejściowego, w czasie którego mogliby sprzedawać swoje towary tak jak do tej pory. Po tym czasie stosunki handlowe między UE a Zjednoczonym Królestwem wyglądałyby prawdopodobnie jak w przypadku wymiany np. z Norwegią, która nie jest państwem członkowskim, ale z Unią łączą ją ścisłe więzi handlowe i gospodarcze. Na takie „bezpieczne” rozwiązanie liczą wszystkie strony. Na miękki Brexit dobrze zareagowałby także funt. Według przewidywań analityków AKCENTY przy takim scenariuszu można się spodziewać początkowej aprecjacji funta do poziomu 5,05 PLN/GBP w ciągu pół roku od ogłoszenia porozumienia. W dłuższej perspektywie brytyjska waluta może jeszcze się umocnić, dochodząc do 5,25 PLN/GBP. W przypadku twardego Brexitu analitycy AKCENTY spodziewają się natomiast spadku notowań funta w perspektywie 6 miesięcy do poziomu 4,6 zł. W dłuższym horyzoncie czasowym, 12 miesięcy, nie wykluczają, że spadnie jeszcze niżej.

Twardy Brexit groźny dla wszystkich eksporterów

Dodatkowo, analitycy AKCENTY zwracają uwagę, że wieści na temat negocjacji powinni obserwować także eksporterzy, którzy nie wysyłają towarów do Wielkiej Brytanii. – Jeśli na brytyjskich granicach w marcu pojawi się szlaban dla produktów z UE, to wiele firm, może przez początkowy okres zrezygnować ze sprzedaży na tym kierunku lub ją zmniejszyć. Jednak wyprodukowane towary muszą gdzieś trafić, w tym także te wytworzone w innych krajach. Brytyjczycy bardzo dużo importują z UE. Na wewnątrzunijnym rynku może więc przybyć towarów, które potencjalnie miały trafić na rynek brytyjski. Polskie przedsiębiorstwa powinny zwrócić uwagę na taką ewentualność i przeprowadzić analizę swojego biznesu pod tym kątem – zauważa Miroslav Novák z Akcenty.

Jak się komunikować, żeby utrudnić porozumienie?

W praktyce doskonała komunikacja niemalże nie istnieje. Odbiorca informacji rzadko od razu rozumie intencje i słowa nadawcy dokładnie tak, jak on sam. Nie uciekniemy jednak od tego procesu, bo właśnie na komunikowanie się poświęcamy około 80% czasu pracy. Łatwo jednak utrudnić porozumienie, a dodatkowo często to my sami zmniejszamy szanse na nie. Jak?

Komunikacja umożliwia chociażby rozpowszechnianie informacji, integrację między pracownikami, koordynację działań, rozwiązywanie problemów, podejmowanie decyzji czy zarządzanie konfliktami. –Warto rozumieć to pojęcie szeroko – nie tylko jako mówienie, ale też pisanie, czytanie i słuchanie. Niestety często zbyt małą wagę przykładamy do odbioru i rozumienia, czekając jedynie na swoją kolej i możliwość wypowiedzenia się. Problemy związane z tym procesem to jedno z najczęstszych źródeł konfliktów zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym – mówi Alicja Matecka, trener z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Jeżeli dążysz do nieporozumienia, jest kilka rzeczy, które możesz robić podczas rozmowy, aby utrudnić odbiorcy zrozumienie twojego przekazu i zaburzyć efektywną komunikację.

Nie patrz w oczy i nie przejmuj się konstrukcją wypowiedzi

Jeżeli chcesz sprawić, by odbiorca szybko stracił chęci do słuchania twojej wypowiedzi, nie patrz mu w oczy i zadbaj o lekceważące zachowania niewerbalne. Dzięki temu skupi się na dystraktorach, czyli wszystkim tym, co rozprasza uwagę, a także będzie doszukiwał się ukrytych znaczeń w tym, co miałeś mu powiedzieć. W zaburzeniu przekazu mogą pomóc też rozwlekłe dygresje lub nadmiar danych i informacji. Niejasna konstrukcja wypowiedzi może sprawić, że odbiorca straci poczucie kontroli nad rozmową. – Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że zbyt szczegółowe przedstawienie danej kwestii bywa uznawane za obraźliwe i wskazujące na brak szacunku. Zbyt ogólne za to może zniechęcać do kontaktu i pokazywać brak otwartości i chęci nawiązania bliższej relacji. Podczas rozmowy zwróćmy więc uwagę na poziom szczegółowości przedstawiania danego problemu, wpływa on bowiem na odbiór przez nadawcę – zauważa Alicja Matecka z Integra Consulting Poland.

Mów żargonem i generalizuj

Aby utrudnić rozmówcy odbiór tego, co do niego mówisz, możesz także posługiwać się bardzo specjalistycznym żargonem. To szczególnie skuteczne, gdy rozmawiasz z osobą z zupełnie innej branży – ona mało zrozumie, a ty poczujesz się od niej mądrzejszy. Możesz też używać tzw. dużych kwantyfikatorów, jak: nikt, nigdy, wszyscy, zawsze, każdy itp. Generalizowanie zaburzy twojemu rozmówcy rozumienie konkretnej sytuacji czy problemu, który opisujesz.

Moralizuj i dawaj rady

Wypowiedzi w formie nakazów, czyli np. rozpoczynające się od słów: musisz, powinieneś czy nie wolno, a także dawanie rad zaburza partnerską relację. Może spowodować, że rozmówca poczuje, że sobie nie radzi i jest gorszy. Takie uczucia nie wspierają zaangażowania i motywacji – zauważa Alicja Matecka z Integra Consulting Poland. Jeśli więc chcesz, aby twój partner rozmowy poczuł dyskomfort, wiesz już, co robić. Pomyśl też o krytycznych uwagach, kieruj je jednak osobiście, bo jeśli odniesiesz je do konkretnego zachowania, a nie osoby, twoja sugestia może okazać się konstruktywna i pomocna dla rozmówcy w jego dalszym rozwoju.

Przerywaj i popędzaj

Gdy chcesz zasugerować partnerowi, że mało interesuje cię jego wypowiedź i nie masz ochoty poświęcać jej swojej uwagi, po prostu ją przerwij i zacznij mówić o tym, co dla ciebie jest ważne. Jeśli nie chcesz robić tego aż tak wprost, zacznij go popędzać – to zachowanie powinien odebrać podobnie. A gdy rozpocznie się niewygodny dla ciebie temat, zrób unik i zmień go bez jasnego poinformowania o tym rozmówcy.

Czytaj w myślach lub wypytuj

Lubisz, gdy ktoś wmawia ci, co miałeś na myśli? To dobry sposób na utrudnienie porozumienia. Przypisuj rozmówcy intencje, których być może wcale nie posiada. Powiedz np. „Chce mnie Pan wyprowadzić z równowagi”, „Widzę, że nie jest Pani tym zainteresowana”. A jeśli nie masz takich „zdolności”, aby samemu odgadywać, co nadawca miał na myśli, możesz też „zalać” go potokiem pytań. Dodatkowo, jeśli nie poinformujesz go, do czego potrzebne są ci te informacje i nie zapytasz o zgodę na taki „wywiad”, może poczuć się zagrożony.

Współpraca wymaga komunikowania się pracowników organizacji zarówno ze sobą, jak i z klientami zewnętrznymi. Dość często zdarza się, że na poziomie werbalnym dochodzi do nieporozumień czy też konfliktów. – Czasem sami nieświadomie stajemy się źródłem zakłóceń w procesie komunikacji. Wiedza o tym, jak nasze zachowania mogą oddziaływać na innych, motywuje do większej uważności i dbałości o to, co i w jaki sposób mówimy. Pamiętajmy, że szansą na zwycięstwo we współpracy jest rzeczywiste słuchanie, a nie jedynie czekanie na moment, kiedy to my będziemy mogli wypowiedzieć swoje zdanie – mówi Alicja Matecka z Integra Consulting Poland. – Komunikowanie się zajmuje średnio trzy czwarte naszego dnia pracy, to w dużej mierze od nas zależy, czy wykorzystamy ten czas efektywnie czy raczej nasze działanie będzie utrudniało osiągnięcie porozumienia – dodaje ekspert.

Alliance Ventures inwestuje w start-up WeRide.ai rozwijający technologię pojazdów autonomicznych L4

Alliance Ventures, spółka inwestycyjna największego na świecie sojuszu motoryzacyjnego Renault-Nissan-Mitsubishi, została strategicznym inwestorem w wiodącej chińskiej firmie WeRide.ai (wcześniej JingChi.ai), zajmującej się rozwojem technologii napędów autonomicznych na poziomie 4 (L4).

Jest to pierwsza inwestycja Alliance Ventures w Chinach i stanowi część strategii wspierającej przedsiębiorców i start-upy w rozwoju technologii mobilności nowej generacji.

WeRide.ai będzie pierwszym chińskim start-upem specjalizującym się w technologii napędów autonomicznych L4, który otrzymał wsparcie finansowe od Alliance Ventures i stanie się strategicznym partnerem globalnego sojuszu motoryzacyjnego.

FRANÇOIS DOSSA
FRANÇOIS DOSSA

François Dossa, wiceprezes Alliance Global Ventures i Open Innovation, powiedział: „Systemy autonomiczne są priorytetem Sojuszu, który pracuje nad wdrożeniem nowych usług mobilności. Nasze firmy członkowskie są zaangażowane we wprowadzanie takich technologii na kluczowych rynkach, takich, jak Chiny. Cieszymy się, że możemy wspierać WeRide.ai, ponieważ jest pionierem w zastosowaniu systemów autonomicznych na wymagającym chińskim rynku.”

Tony Han, dyrektor generalny i współzałożyciel WeRide.ai powiedział: „Oprócz współpracy finansowej, Renault-Nissan-Mitsubishi i WeRide.ai wzmocnią wzajemne relacje w obszarach strategicznych dla obu stron. Jesteśmy przekonani, że właśnie nadszedł kolejny etap autonomicznej rewolucji transportowej 2.0. WeRide.ai będzie nadal przewodzić rewolucji technologicznej, zapewniając znaczące korzyści wszystkim jej beneficjentom.”

Doradcą WeRide.ai w kwestii pozyskiwania funduszy jest bank Morgan Stanley. Chiński start-up jest zaangażowany w tworzenie autonomicznych systemów mobilności, które radykalnie zmienią nie tylko chiński rynek usług transportowych, ale również poglądy ludzi na samochody i planowanie urbanistyczne.

Wykorzystując najnowszą inwestycję, WeRide.ai zamierza do końca 2019 rozbudować flotę 500 autonomicznych pojazdów, które w sumie mają zapewnić podróżowanie na dystansie 5 milionów kilometrów oraz przeprowadzić wraz z partnerami próby operacyjne i komercyjne w aglomeracjach Guangzhou i Anqing. Od momentu rozpoczęcia prób z autonomiczną mobilnością w Chinach, autonomiczne pojazdy WeRide.ai przejechały ponad 60 000 kilometrów i obsłużyły ponad 3 000 pasażerów na całym świecie.

Przed zakupem przez sojusz większościowego pakietu akcji serii A, partnerem wiodącym start-upu były Qiming Venture Capital, wspierany przez firmy Hanfor Capital, Atop Capital, Johnson Electric, Xiaopeng He, Idinvest Partners i OceanIQ Capital.

WeRide.ai, zatrudnia obecnie ponad 200 pracowników na całym świecie, z czego 70% kadry stanowią inżynierowie. Jest też pierwszą firmą w Chinach, która korzysta z sieci 5G do zdalnego sterowania autonomicznymi pojazdami. Celem firmy jest wprowadzenie systemu użytkowania samochodów bez kierowcy w chińskich miastach do roku 2020 i zdobycie pozycji światowego lidera w rozwijaniu komercyjnych aplikacji dla technologii pojazdów autonomicznych.

Wyniki Ronson Development za III kwartały 2018 r.

  • Przychody Ronson Development za dziewięć miesięcy 2018 r. sięgnęły 253,3 mln zł i były o 39% wyższe niż w analogicznym okresie 2017 r. Uwzględniając wartość lokali przekazanych klientom w ramach projektu joint venture City Link I, całkowite przychody wyniosły 277,4 mln zł (wzrost o 45% r/r).
    • Od początku stycznia do końca września Ronson przekazał klientom klucze do łącznie 707 lokali (o 44% więcej niż przed rokiem), z czego 66 lokali zostało przekazanych w projekcie City Link I, w którym Spółka ma 50-proc. udział.
  • Skonsolidowany zysk brutto ze sprzedaży za pierwsze trzy kwartały br. wyniósł 42,1 mln zł, co oznacza wzrost o 43% rok do roku.
    • Średnia marża brutto na inwestycjach mieszkaniowych przekazanych klientom w okresie pierwszych dziewięciu miesięcy tego roku (uwzględniając City Link I) wyniosła 17,9% wobec 16,1% przed rokiem.
  • Zysk netto przypadający akcjonariuszom Ronson Development za dziewięć miesięcy 2018 r. wyniósł 15,8 mln zł wobec 0,1 mln zł zysku netto w analogicznym okresie 2017 r. oraz 9,5 mln zł w całym ubiegłym roku.

W samym trzecim kwartale 2018 r. rozpoznane przez Ronson Development przychody ze sprzedaży sięgnęły 83 mln zł i były ponaddwukrotnie wyższe niż w tym samym okresie ubiegłego roku, kiedy wyniosły 36 mln zł. Zysk brutto ze sprzedaży w okresie lipiec-wrzesień br. wyniósł 14,5 mln zł, co oznacza ponadtrzykrotny wzrost w porównaniu z trzecim kwartałem 2017 r., kiedy wyniósł 4,7 mln zł. Zysk netto przypadający akcjonariuszom podmiotu dominującego wyniósł natomiast 5,5 mln zł wobec 2,5 mln zł straty netto przed rokiem.

– Największy udział w wynikach minionego kwartału miał pierwszy z ośmiu zaplanowanych etapów osiedla Miasto Moje na Białołęce, gdzie przekazaliśmy klientom klucze do 123 lokali o łącznej wartości 34,6 mln zł i marży brutto przekraczającej 24%. Znaczący wpływ na zaraportowane wyniki miał ponadto projekt Nova Królikarnia na Mokotowie. W trzecim kwartale przekazaliśmy tam co prawda „tylko” 29 lokali, przy czym były to głównie apartamenty o dużych metrażach i wysokiej cenie jednostkowej, wynoszącej średnio około 1 mln zł – łączna wartość lokali przekazanych w tym projekcie wyniosła 29 mln zł – wskazał Rami Geris, członek zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.

Pod względem bieżącej sprzedaży, Spółka odnotowała porównywalne wyniki rok do roku, biorąc pod uwagę liczbę sprzedanych lokali, oraz wyższe, biorąc pod uwagę ich wartość. W samym trzecim kwartale Ronson Development zakontraktował sprzedaż 203 lokali o łącznej wartości 90,1 mln zł (wobec 206 lokali o wartości 74,7 mln zł w trzecim kwartale 2017 r.), a narastająco w ciągu dziewięciu miesięcy tego roku znalazł nabywców na 639 lokali o łącznej wartości 263,7 mln zł (wobec 645 lokali o wartości 242 mln zł sprzedanych łącznie w pierwszych trzech kwartałach 2017 r.). Średnia wartość lokali sprzedanych w okresie od stycznia do września tego roku wzrosła tym samym do 413 tys. zł z 375 tys. zł w analogicznym okresie ubiegłego roku.

– Najlepiej sprzedającymi się obecnie projektami są nasze dwie warszawskie inwestycje: City Link oraz Miasto Moje. Dobre wyniki sprzedażowe notujemy również poza stolicą: dużym zainteresowaniem cieszy się nasz najnowszy projekt w Poznaniu – Grunwald2, a także wrocławska Vitalia i szczecińska Panoramika – powiedział Andrzej Gutowski, członek zarządu, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development.

W ofercie sprzedaży Spółki na koniec trzeciego kwartału znajdowało się łącznie 678 lokali, z czego 583 w ramach projektów w budowie, a 95 w już ukończonych inwestycjach.

– Przymierzamy się do tego, aby jeszcze przed końcem tego roku rozpocząć realizację czterech inwestycji obejmujących łącznie 480 lokali. Trzy z nich to kontynuacje naszych dotychczasowych projektów: Miasto Moje III (gdzie już wystartowaliśmy z przedsprzedażą) oraz Nova Królikarnia w Warszawie, a także Panoramika V w Szczecinie. W Warszawie, zgodnie z zapowiedziami, planujemy ponadto rozpoczęcie zupełnie nowego projektu – Ursus Centralny, gdzie w pierwszym etapie planujemy wybudować 151 lokali, a docelowo około 1600 lokali – zapowiedział Andrzej Gutowski.

Biorąc pod uwagę wyniki za trzy kwartały i perspektywy na ostatni kwartał roku, jak zapowiada się dla Ronson Development cały bieżący rok?

Nir Netzer, prezes Ronson Development
Nir Netzer, prezes Ronson Development

– Zważywszy na trudne otoczenie, w jakim funkcjonują dziś deweloperzy, należy docenić tegoroczne wyniki osiągnięte przez Spółkę i jej niezwykle doświadczony zespół. Dzięki niemu zrealizujemy nasz plan zakładający przekazanie klientom około 800 lokali w całym 2018 r. – wskazał Nir Netzer, prezes Ronson Development. – Jeszcze lepiej pod tym względem zapowiada się przyszły rok. W 2019 r. planujemy bowiem ukończenie projektów obejmujących łącznie ponad 1100 lokali, z czego 745 było już sprzedanych przed końcem września tego roku – dodał Nir Netzer.

Kilka dni po zakończeniu trzeciego kwartału, 4 października br., Ronson Development wypłacił akcjonariuszom dywidendę w wysokości 0,06 zł na akcję (łącznie ponad 9,8 mln zł). Zgodnie ze zaktualizowaną polityką dywidendową, w kolejnych latach Spółka planuje regularnie dzielić się zyskami z akcjonariuszami, przeznaczając na dywidendę 50% skonsolidowanego zysku netto lub 0,06 zł na akcję, w zależności od tego, która z tych kwot będzie wyższa.

Ważnym wydarzeniem w ostatnim czasie było ponadto sfinalizowanie procesu przeniesienia siedziby Ronson Development z Holandii do Polski. Od 31 października siedziba rejestrowa Spółki mieści się w Warszawie.

Wybrane skonsolidowane wyniki finansowe Ronson Development

mln zł 3Q 2018 3Q 2017 Zmiana r/r 1-3Q 2018 1-3Q 2017 Zmiana r/r
Przychody ze sprzedaży 83,0 36,0 +130% 253,3 182,2 +39%
Zysk brutto ze sprzedaży 14,5 4,7 +211% 42,1 29,3 +43%
Zysk / (strata) netto 1) 5,5 (2,5) 15,8 0,1 +12371%

1) zysk netto przypadający akcjonariuszom podmiotu dominującego

Wyniki Banku Pekao po III kw. 2018 r.

To najwyższy zysk netto trzeciego kwartału od trzech lat, osiągnięty dzięki podtrzymaniu solidnej dynamiki dochodów i dobrej kontroli kosztowej. Bank Pekao znacząco podnosi rentowność i potwierdza silną pozycję kapitałową.

  • Zysk netto wzrósł do 606,5 miliona złotych z 547,8 miliona złotych osiągniętych w trzecim kwartale 2017 (1)
  • Całkowite dochody kwartału wzrosły o 5 proc. na skutek dynamicznego wzrostu wyniku odsetkowego (9 proc. r/r); wynik z prowizji i opłat spadł 0.5 proc. r/r (w warunkach porównywalnych wzrósł o 3 proc. r/r)
  • Silna pozycja kapitałowa została potwierdzona przez wyniki Europejskich Testów Warunków Skrajnych (bank uplasował się wśród trzech banków o najniższej wrażliwości współczynników kapitałowych). Na koniec trzeciego kwartału 2018, Tier 1 osiągnął 16 proc. a TCR 17 proc., i zostanie w czwartym kwartale wzmocniony emisją obligacji podporządkowanych, zapewniając Bankowi Pekao zdolność do wypłaty wysokiej dywidendy (do 100 proc. zysku)
  • Zysk netto za okres pierwszych dziewięciu miesięcy 2018 r. wyniósł 1,54 miliarda złotych, co oznacza wzrost o 6 proc. w porównaniu do tego samego okresu 2017 r.
Michał Krupiński
Michał Krupiński

– Nasz bank rośnie dynamicznie, stając się instytucją finansową pierwszego wyboru dla coraz większej liczby klientów. Poprawiamy dochodowość oraz efektywność operacyjną przy zachowaniu konserwatywnego podejścia do ryzyka – powiedział Prezes Zarządu Michał Krupiński. – Realizacja strategii odzwierciedlona w wynikach banku pozwala nam podtrzymać naszą rekomendację wysokiej dywidendy za rok 2018, co najmniej w takiej samej kwocie w ujęciu nominalnym, jak za ubiegły rok.

Konsekwentna realizacja przyjętej przez Bank Pekao strategii, która między innymi zakłada koncentrację na produktach o wyższej dochodowości oraz zwiększenie liczby produktów przypadających na jednego klienta, przyniosła wzrost wolumenu kredytów o 7 proc. r/r. Motorem wzrostu był dynamiczny, blisko 14-proc. przyrost najbardziej atrakcyjnych kredytów konsumenckich i hipotecznych. W trzecim kwartale nastąpiło również przyspieszenie w segmentach korporacyjnych. W sektorze średniej wielkości przedsiębiorstw bank rósł o 11 proc. r/r, przy 5-proc. wzroście w przedsiębiorstwach ogółem.

Dynamiczny wzrost w atrakcyjnych marżowo segmentach detalicznych w połączeniu z dyscypliną cenową pozwolił zwiększyć marżę odsetkową o 5 punktów bazowych r/r do poziomu 2,83 proc.

Jednocześnie, Pekao utrzymuje koszty pod kontrolą. Wzrosły one o 1,7 proc. r/r w trzecim kwartale 2018, mniej niż wskaźnik inflacji w tym okresie. Wskaźnik kosztów do dochodów był na poziomie 45,4 proc. za 9 miesięcy 2018 roku.

ROE, czyli miara dochodowości spółki, za 9 miesięcy 2018 r. wyniosła 9,1 proc. i była wyższa o 59 punktów bazowych w porównaniu z rokiem ubiegłym. To oznacza, że bank jest na dobrej ścieżce do osiągnięcia celu zaplanowanego w swojej strategii do końca 2020 roku.

Obniżka VAT, która niczego nie obniża

VAT w Polsce jest wysoki – wyższy niż większości krajów europejskich. Zasadniczo wynosi 22 proc., ale w 2011 roku został „tymczasowo” zwiększony do 23 proc. Prowizorka trwa już 7 lat i już dawno powinna zostać usunięta, a stawka VAT – zmniejszona.

Tomasz Rostkowski
dr hab. Tomasz Rostkowski, prof. SGH, Główny ekonomista Pracodawców RP

– Obecne propozycje Ministerstwa Finansów, które zapowiadają obniżkę VAT cieszą, bo dzięki nim wiemy, że ministerstwo pracuje nad jakąś nową propozycją. To tyle dobrych wiadomości, ponieważ obietnica obniżenia podatku VAT sprowadza się do utrzymania „tymczasowego” stanu – mówi prof. Tomasz Rostkowski, Główny Ekonomista Pracodawców RP. – W praktyce nadal będziemy płacić VAT w wysokości 23 proc. Ministerstwo Finansów proponuje bowiem skomplikowany mechanizm, przy pomocy którego może obiecać obniżenie podatku, a w praktyce go nie obniżać – dodaje.

VAT jest najważniejszym źródłem dochodów państwa. Jest też najważniejszym powodem, dla którego Polacy nie mogą kupić więcej potrzebnych im i ich rodzinom dóbr. Płacimy go niemal przy każdej transakcji. Potencjalna obniżka VAT np. do poziomu 18 proc. oznaczałaby dla Polaków w praktyce to samo, co istotna podwyżka wynagrodzenia. Byłoby to też działanie pożądane dla gospodarki, która najwyraźniej hamuje. Bez dodatkowego impulsu grozi nam ograniczenie wzrostu gospodarczego, a w przypadku wybuchu globalnego kryzysu jeszcze większe kłopoty.

Zamiast tego Ministerstwo Finansów proponuje skomplikowany mechanizm. Upraszczając sprowadza się on do tego, że „obniżymy VAT, jak tylko ograniczymy wydatki”. Czyli państwo będzie dopasowywać przychody do nadmiernych kosztów. Ministerstwu Finansów trzeba zaproponować rozwiązanie o wiele bardziej logiczne. Należy wydatki dopasowywać do dochodów, a nie dochody do wydatków. A jeszcze lepiej jest zostawić dodatkową rezerwę w postaci oszczędności.

Przekładając to na konkretne działania, po pierwsze należy ograniczyć podatki. Dzięki temu ludzie wydadzą więcej pieniędzy na najważniejsze dla siebie dobra, a gospodarka dostanie nowy, silny bodziec wzrostowy. Po drugie, należy ograniczyć zbędne wydatki oraz znacznie zawyżone, m.in. przez nadmierną biurokrację, koszty własne państwa. Pozwoli to oszczędzić dużo więcej niż spodziewa się uzyskać Minister Finansów w wyniku utrzymania zawyżonych podatków. Dodatkowo, dzięki temu ludzie uzyskają przekonanie, że podatki, które muszą płacić, idą na odpowiednie cele i wydawane są w odpowiedni tj. gospodarny sposób.

– Jeśli te warunki zostaną spełnione, trzeba już tylko być gotowym na odbieranie gratulacji od międzynarodowych gremiów i podziękowań od pracujących Polaków – mówi prof. Rostkowski. – Proponowane działania, oczywiste dla wszystkich na całym świecie, pozwolą rządowi na zdobycie wielkiego szacunku. Mało kto ma odwagę przyznać, że był całymi latami w błędzie, komplikując wszystkie przepisy oraz ściągając od ludzi więcej podatków niż potrzeba i skutecznie ów błąd naprawić – dodaje prof. Rostkowski.

Małe i średnie firmy coraz częstszym celem hakerów. Brakuje im środków i ludzi, by odpierać cyberataki

Małe i średnie firmy coraz częstszym celem hakerów. Brakuje im środków i ludzi, by odpierać cyberataki 1

Cyberprzestępczość jest równie dużym zagrożeniem dla korporacji, jak i małych oraz średnich firm. Mniejszym podmiotom jednak trudniej jest się przed nimi ustrzec ze względu na brak dedykowanych do tego zespołów i niewystarczające budżety. Dostępne na rynku rozwiązania i narzędzia pozwalają jednak zapewnić MŚP równie wysoki poziom bezpieczeństwa, jaki mają duże organizacje, utrzymujące całe zespoły 24/7 do ochrony przed cyberzagrożeniami. Ważną kwestią jest jednak zaufanie do dostawcy sprzętu i oprogramowania oraz dobór właściwego rozwiązania do wielkości i indywidualnego profilu przedsiębiorstwa.

 Cyberprzestępcy przeprowadzają ataki również na firmy z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, m.in. dlatego że te firmy łatwo zaatakować. Zwykle mają mniej dedykowanego personelu, narzędzi, a stanowią tak czy inaczej jakiś fragment układanki, którą atakujący może potem wykorzystać do innych ataków. Jest to również bardzo często źródło do pozyskania wiedzy o danych osobowych czy też danych, które można wykorzystać później dla korzyści finansowych – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Bromirski, dyrektor techniczny Cisco Systems Polska.

Jak wynika z opracowanego przez KPMG „Barometru cyberbezpieczeństwa”, cyberataki na działające w Polsce firmy są zjawiskiem powszechnym. W 2017 roku 82 proc. przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent. 37 proc. odnotowało znaczący wzrost liczby takich incydentów. Z badania wynika, że częściej obawiają się ich firmy o obrotach powyżej 100 mln zł (57 proc.) niż organizacje generujące mniejsze obroty (35 proc.), jednak – jak podkreślają eksperci – cyberprzestępczość jest równie dużym zagrożeniem dla MŚP, jak i dużych korporacji.

 Małe i średnie przedsiębiorstwa atakowane są równie często, jak inne firmy np. z sektora enterprise czy operatorzy. W ciągu ostatniego roku prawie połowy tych firm, z którymi rozmawiamy na bieżąco, twierdzi, że zaobserwowała tego typu atak na swoją sieć i próbowała mu w jakiś sposób zapobiec –mówi Łukasz Bromirski.

Najpoważniejsze zagrożenia dla firm stanową ataki typu malware (APT, wycieki danych, ransomware), kradzież danych, phishing i ataki na aplikacje. Małym i średnim firmom – ze względu na brak dedykowanych zespołów i niewystarczające budżety – trudniej jest się przed nimi ustrzec. Jak wynika z „Barometru cyberbezpieczeństwa”, dla 49 proc. firm to właśnie zatrudnienie i utrzymanie wykwalifikowanych pracowników jest największym wyzwaniem dotyczącym utrzymania właściwego poziomu cyberbezpieczeństwa. Podobny odsetek (47 proc.) wskazuje też niewystarczające środki na ten cel.

– Aby dobrze się przygotować do odparcia tego typu ataku, mała firma powinna polegać na różnego rodzaju narzędziach, które będą działały w sposób autonomiczny. Inaczej, nie mając 24 godziny na dobę personelu do walki z cyberzagrożeniami, najprawdopodobniej padnie ich ofiarą. Naprzeciw temu problemowi wychodzą producenci różnego rodzaju narzędzi i usług zapewniających ochronę, np. w ramach proaktywnej ochrony typu security operations center, profesjonalnych usług bądź nawet cyberpolisy obejmującej tego typu zdarzenia – mówi Łukasz Bromirski.

Dyrektor techniczny Cisco Systems Polska podkreśla, że obecnie dostępne na rynku rozwiązania i narzędzia pozwalają zapewnić małym i średnim przedsiębiorstwom równie wysoki poziom bezpieczeństwa, jaki mają duże organizacje, utrzymujące własne zespoły do ochrony przed cyberzagrożeniami. Właściwe rozwiązanie powinno jednak zostać indywidualnie dobrane do wielkości i profilu przedsiębiorstwa, ponieważ im więcej różnego rodzaju wewnętrznych regulacji, danych osobowych czy projektowych, które są przesyłane wewnątrz firmy, tym więcej narzędzi trzeba użyć, aby je zabezpieczyć.

– Gorącym tematem jest kwestia zaufania do sprzętu i dostawców oprogramowania. Możemy popatrzeć na to, co się działo w przypadku wirusów Petya, NotPetya i wszelkiego rodzaju ataków na zaufane, podpisane przez producenta oprogramowanie. Te same ataki będą przenosiły się również na warstwę fizyczną. Będzie coraz więcej sytuacji, w których trzeba się upewnić, że sprzęt, który do nas dociera, został faktycznie zaprojektowany, wybudowany pod kontrolą zaufanego podmiotu. Cała koncepcja związana z zaufaniem do bezpieczeństwa samego sprzętu czy platform, których używamy, to ewidentnie coś, na czym będziemy się musieli w najbliższych latach skoncentrować – podkreśla Łukasz Bromirski.

Rośnie liczba Polek chorych na raka piersi. Choroba dotyka coraz młodsze kobiety

Rośnie liczba Polek chorych na raka piersi. Choroba dotyka coraz młodsze kobiety 2

W ciągu ostatnich 30 lat w Polsce dwukrotnie wzrosła liczba zachorowań na raka piersi. Chorują coraz młodsze i aktywne zawodowo kobiety, co zaburza ekonomikę systemu opieki zdrowotnej i generuje straty dla budżetu państwa. Leczenie chorych wciąż nie jest jednak traktowane jako inwestycja: brakuje kompleksowej opieki w wyspecjalizowanych ośrodkach, tzw. breast units, dostępu do nowoczesnych terapii lekowych oraz skutecznej rehabilitacji. W polskich szpitalach zbyt często wykonuje się ponadto całkowitą mastektomię zamiast operacji oszczędzających. 

Rak piersi to najczęściej diagnozowany nowotwór wśród kobiet w większości krajów Europy oraz w USA. W Polsce już dziś stanowi ponad 20 proc. wszystkich przypadków nowotworów złośliwych kobiet, a zachorowalność sukcesywnie rośnie. Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów liczba zachorowań zwiększyła się w ciągu ostatnich 30 lat blisko dwukrotnie, a rak piersi dotyka coraz młodsze panie. Jednocześnie dzięki postępowi medycyny wzrasta przeżywalność, choć rak piersi wciąż stanowi drugą spośród wszystkich nowotworów przyczynę śmierci Polek – co roku z jego powodu umiera prawie 6 tys. kobiet.

 W tej chwili w Polsce żyje ok. 100 tys. kobiet, które kiedykolwiek zachorowały na raka piersi. Żeby zwiększyć ich przeżywalność, potrzebna jest edukacja dotycząca wszystkich grup społecznych, a najbardziej tych, które nie są beneficjentami programów przesiewowych. Drugą grupą, która wymaga specyficznej edukacji, są politycy, bo to od ich decyzji zależy jakość opieki onkologicznej, w tym dostęp do nowoczesnego leczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Tadeusz Pieńkowski, kierownik Kliniki Onkologii Szpitala MSWiA w Warszawie, Prezes Polskiego Towarzystwa Badania Raka Piersi.

Istotną przyczyną wciąż wysokiej umieralności Polek na raka piersi jest zbyt późne wykrycie nowotworu. Według raportu „Rak piersi nie ma metryki” u prawie 30 proc. pacjentek diagnoza stawiana jest już w czwartym stadium raka. Jak wynika z danych Ministerstwa Zdrowia, tylko 40 proc. kobiet korzysta z bezpłatnych badań przesiewowych oferowanych paniom w wieku 50–69 lat, a więc należących do grupy największego ryzyka. Zdaniem ekspertów dotychczasowy system wysyłania zaproszeń na badania nie zdał egzaminu i powinien zostać zmodyfikowany w oparciu o większą edukację polskich kobiet.

 Uważamy, że w profilaktyce raka piersi nadszedł czas na zmianę programów, na poszerzenie ich, na zmianę komunikacji z kobietami, ponieważ samo wysyłanie zaproszeń nie załatwia sprawy – mówi Aleksandra Rudnicka, rzecznik Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Nawet najlepiej rozwinięta diagnostyka nie przyniesie oczekiwanych rezultatów, jeśli pacjentki nie będą miały dostępu do nowoczesnego leczenia. Ogromny postęp medycyny w ostatnich latach sprawił, że rak piersi stał się chorobą przewlekłą, Polki wciąż mają jednak znacznie mniejsze szanse na przeżycie pierwszych pięciu lat po zdiagnozowaniu choroby niż pacjentki z większości krajów europejskich.

Poważnym wyzwaniem dla polskiego systemu opieki zdrowotnej jest jak najszybsze udostępnianie pacjentkom najnowszych zdobyczy nauki. Polki wciąż nie mają bowiem dostępu do wielu leków nowej generacji, np. niektórych terapii celowanych, mimo że w większości krajów Europy i USA terapie te otrzymały status przełomowych. W szczególnie trudnej sytuacji znajdują się kobiety z hormonozależnym rakiem piersi HER2-ujemnym, które powinny być leczone palbocyklibem i rybocyklibem, a więc lekami o udowodnionej skuteczności w zakresie wydłużania czasu przeżycia do kolejnego nawrotu choroby oraz przedłużania całkowitego przeżycia.

 Konferencja naukowa Europejskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej w Monachium potwierdziła skuteczność nowych terapii w odniesieniu do hormonozależnego raka piersi. Efektywność nowych leków, takich jak palbocyklib, rybocyklib, jest niebywała. Dochodzi do wydłużenia przeżycia do kolejnego nawrotu, do wydłużenia przeżycia całkowitego, tylko te leki, chociaż na świecie są znane i stosowane już od paru lat, w Polsce są nadal nierefundowane – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski.

Nowotwór HER2-ujemny stanowi 70 proc. wszystkich przypadków zaawansowanego raka piersi. Od 2016 roku w większości krajów UE pacjentki z tą postacią choroby leczone są palbocyklibem, uznawanym powszechnie za lek przełomowy. Polska Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wydała jednak negatywną opinię ze względu na zbyt wysokie koszty terapii tym lekiem. W 2017 roku w UE zarejestrowano ponadto rybocyklib, który skojarzony z innym lekiem wydłuża czas przeżycia nawet o 20 miesięcy.

 Bardzo byśmy chcieli, żeby polskie pacjentki, które mają raka zlokalizowanego, zaawansowanego miejscowo, albo raka rozsianego, też otrzymywały te leki. To na pewno by przedłużyło czas i jakość ich życia – mówi Aleksandra Rudnicka.

Polskim pacjentkom brakuje również kompleksowej opieki medycznej.

 Kobieta powinna mieć opiekuna, nie lekarza chirurga onkologa, tylko lekarza onkologa, który będzie konsultować jej ciąg dalszy leczenia, czy to będzie chemioterapia, czy radioterapia, ciąg dalszy badań, również rehabilitacja dotycząca zarówno psychicznej strony, jak i fizycznej – mówi Lidia Sufinowicz, członek zarządu Amazonek Poznańskich.

W Unii Europejskiej od kilku lat promowane są tzw.  breasts units, czyli wysoko wyspecjalizowane ośrodki zapewniające całościową opiekę nad pacjentkami z rakiem piersi. Kobiety mają tam dostęp do nowoczesnego leczenia i najnowszych technologii medycznych, dobranych indywidualnie do ich potrzeb, a także zapewnioną opiekę psychologa i rehabilitanta. W Polsce działa już kilka tego rodzaju placówek, m.in. we Wrocławiu, Szczecinie, Białymstoku i Krakowie. Wciąż jest ich jednak ich jednak zbyt mało.

 Sposób zorganizowania pracy w takim ośrodku ma na celu wykorzystanie wszystkich kwalifikacji osób tam zatrudnionych i potencjału sprzętu, który tam jest, a przez to uzyskanie dodatkowego efektu synergii, który się przełoży na dłuższe przeżycie osób tam leczonych i zarazem lepszą jakość tego życia. Te ośrodki prowadzą również lokalnie działalności edukacyjne i wspierające, które dotyczą nie tylko osoby, która zachorowała, lecz także jej całego otoczenia społecznego, rodziny – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski.

Rosnąca liczba zachorowań na raka piersi to istotny problem społeczny i gospodarczy, zwłaszcza że chorują coraz młodsze kobiety, aktywne zawodowo. Eksperci nie mają wątpliwości, że na leczenie powiększającej się grupy pacjentek państwo powinno patrzeć nie jak na wydatek, lecz inwestycję. Niezbędne jest całościowe liczenie kosztów, związane nie tylko z szacowaniem cen poszczególnych terapii, lecz także uwzględniające całościowy bilans problemów ekonomicznych, w tym kosztów związanych z przedwczesną umieralnością osób w wieku zawodowym. Na problemy pacjentek z rakiem piersi zwraca uwagę Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych, która wystosowała petycję do ministra zdrowia.

– Przygotowaliśmy katalog problemów, z którymi stykają się polskie kobiety z rakiem piersi, od profilaktyki począwszy, a skończywszy na rehabilitacji. Chodzi nam również o jak najszerszy dostęp do nowoczesnego leczenia. Kobiety z zaawansowanym rakiem piersi nie maja dostępu do leków, które są podawane na świecie kobietom z hormonozależnym rakiem piersi HER2-ujemnym – mówi Aleksandra Rudnicka.

Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych walczy ponadto o zwiększenie wykonywania operacji oszczędzających – obecnie lekarze przeprowadzają głównie całkowite mastektomie. W zakresie rehabilitacji PKPO chce wprowadzenia warsztatów uczących pacjentki postępowania z obrzękiem po operacji oraz refundowania specjalnych rękawków do stosowania w pierwszym stopniu zaawansowania obrzęku limfatycznego.

Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych wraz ze Stowarzyszeniem Sanitas oraz Fundacją OnkoCafe przygotowały i opublikowały petycję w sprawie wprowadzenia niezbędnych zmian w opiece onkologicznej kobiet z rakiem piersi. Do końca października podpisało ją prawie 2 tys. osób, teraz zostanie przekazana na ręce ministra zdrowia. Pacjentki mają nadzieję, że zostanie w ministerstwie zauważona.

Zwiększa się popyt na biura w miastach regionalnych. Do końca tego roku liczba powierzchni w regionach może doścignąć tę w Warszawie

Zwiększa się popyt na biura w miastach regionalnych. Do końca tego roku liczba powierzchni w regionach może doścignąć tę w Warszawie 3

Rynek powierzchni biurowej w Polsce rośnie coraz szybciej. Choć inwestorzy najczęściej wybierają stolicę, to coraz większą rolę odgrywają również rynki regionalne, szczególnie Kraków, Wrocław i Trójmiasto. Przez pierwsze trzy kwartały 2018 roku w miastach regionalnych przybyło ponad 430 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, podczas gdy w Warszawie 190 tys. mkw. Na koniec 2018 roku zasoby w regionach mogą zbliżyć się do tych warszawskich i sięgnąć ok. 5 mln mkw. – oceniają analitycy CBRE. Duży popyt na biura sprawia, że czynsze będą rosnąć.

– Sytuację na rynku biurowym po trzech kwartałach 2018 roku można podsumować jednym zdaniem: rynek rośnie jak na drożdżach. Zarówno rynki regionalne, jak i rynek warszawski bardzo mocno się rozwijają, aczkolwiek trzeba przyznać, że to regiony wiodą prym. Przez pierwsze trzy kwartały 2018 roku przybyło w miastach regionalnych ponad 430 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni, a w Warszawie 190 tys. mkw. – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Tyszkiewicz, dyrektor regionalny w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych w CBRE.

Z raportu CBRE „Q3 2018 Market View” wynika, że w III kwartale w samej Warszawie sprzedano biurowce warte 770 mln euro i łącznie wynajęto ponad 634 tys. mkw. W tym samym czasie w siedmiu głównych miastach regionalnych popyt przekroczył 421 tys. mkw. Łącznie wynajęto o 18 proc. więcej powierzchni niż w tym samym okresie 2017 roku.

 Na rynkach regionalnych bardzo aktywny od lat jest Kraków, gdzie wynajmuje się najwięcej, ale trzeba przyznać, że w ostatnich kwartałach bardzo silnie rozwijało się Trójmiasto, które goni te największe rynki regionalne, czyli Kraków i Wrocław. Te dwa rynki już przekroczyły 1 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej – podkreśla Kamil Tyszkiewicz.

Wskaźnik pustostanów już od czterech kwartałów nie przekracza 10 proc. Na koniec III kwartału 2018 roku wyniósł on 9,6 proc. O biura najtrudniej jest w Trójmieście i Poznaniu, gdzie niewynajęte powierzchnie stanowią mniej niż 7 proc. zasobów.

– W tych miastach tej powierzchni dla najemców po prostu brakuje. W Poznaniu w biurowcach o powierzchni powyżej 10 tys. mkw. te wskaźniki są nawet niższe, bo spadają poniżej 5 proc. W takich miastach jak Trójmiasto czy Poznań widzimy duży potencjał na to, żeby tych obiektów biurowych powstawało więcej – analizuje Tyszkiewicz.

Na koniec III kwartału br. w budowie było 1,5 mln mkw. nowoczesnych biur – z tego ok. 750 tys. przypada na Warszawę, a nieco ponad 810 tys. na rynki regionalne.

– Mimo że te liczby wydają się spore, jest to wynik niewystarczający, ponieważ najemcy oczekują, że ta podaż będzie większa. Zakładamy, że może pojawić się presja na zwiększenie czynszów na przełomie 2018 i 2019 roku – mówi Kamil Tyszkiewicz.

W miastach regionalnych czynsze od wielu kwartałach pozostają na niezmienionym poziomie między 10,5 a 15 euro.

– Najwyższe czynsze w miastach regionalnych są we Wrocławiu, a najniższe w Lublinie, gdzie wskaźniki powierzchni niewynajętej są najwyższe. Miasta, w których najbardziej brakuje biur, to te największe rynki, o najsilniejszej dynamice rozwoju, czyli Kraków i Wrocław. Tam – mimo że się dużo buduje – zapotrzebowanie nadal jest wysokie – mówi Kamil Tyszkiewicz.

Firma CBRE ocenia, że na koniec 2018 roku zasoby regionalnej powierzchni biurowej mogą przekroczyć 5 mln mkw. i tym samym zbliżyć się do tych w stolicy, gdzie na koniec III kwartału 2018 roku było 5,42 mln mkw.

Akcje promocyjne sklepów kuszą klientów. Polacy chętnie zbierają punkty i naklejki w programach lojalnościowych

Akcje promocyjne sklepów kuszą klientów. Polacy chętnie zbierają punkty i naklejki w programach lojalnościowych 4

Akcje promocyjne polegające na zbieraniu punktów lub naklejek cieszą się niesłabnącą popularnością wśród polskich konsumentów. Bazują one na ludzkiej skłonności do konformizmu – posiadanie oferowanych przez nie gadżetów może bowiem decydować o akceptacji grupy. Polacy lubią także czuć się wyjątkowo, a zdobycie nagrody za naklejki może im w tym pomóc. Eksperci nie mają wątpliwości, że w Polsce niezbędna jest edukacja zwiększająca świadomość konsumencką i pozwalająca uniknąć pułapek tego rodzaju promocji.

Z badań firmy ARC Rynek i Opinia wynika, że Polacy są coraz bardziej świadomi istnienia wielu rodzajów promocji w sklepach i chętnie z nich korzystają. Największą popularnością cieszą się obniżki cen produktów lub usług oraz możliwość kupienia większej ilości towaru za tę samą cenę. Fenomenem ostatnich kilku lat są jednak akcje promocyjne polegające na kolekcjonowaniu punktów lub naklejek otrzymywanych za wydanie określonej kwoty i wymieniane następnie na gadżety bądź zabawki. Tego rodzaju promocje organizowane są przede wszystkim przez sieci dyskontów spożywczych oraz stacji benzynowych.

– Zbieractwem człowiek zajmuje się od wielu wieków, kiedyś to była podstawa przetrwania. Ten gen zbieractwa nam został i w takich programach możemy to zrealizować, więc się staram, zbieram i dostaję nagrodę w postaci pluszaka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Oleksa-Marewska, psycholog, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Zdaniem ekspertów promocje tego typu wykorzystują proste triki psychologiczne, choćby regułę niedostępności. Ludzie lubią zdobywać przedmioty dostępne tylko przez określony czas, zwłaszcza gdy warunkiem ich otrzymania jest wypełnienie pewnych zadań, np. zebrania odpowiedniej liczby naklejek. Akcje promocyjne bazują ponadto na ludzkiej skłonności do konformizmu oraz pragnienia akceptacji przez grupę. Dotyczy to głównie dzieci, dla których posiadanie takich samych gadżetów jak ich rówieśnicy bardzo często jest warunkiem przyjęcia do grupy. Wielu rodziców angażuje się w tego rodzaju promocje, by ich pociecha nie czuła się gorsza od kolegów.

 Inne dzieci w przedszkolu mają tego pluszaka, więc zrobię wszystko, żeby moje dziecko też go dostało. Automatycznie w oczach dziecka rosnę do rangi dobrego rodzica, fajna mama, najlepszy tata, bo mi zdobył zabawkę, ale z drugiej strony rodzice, dorośli ludzie, też mają w sobie potrzebę czucia się wyróżnionym – mówi Karolina Oleksa-Marewska.

Osoby dorosłe również czują potrzebę przynależności do grupy, a żeby się w niej utrzymać, muszą przejmować styl życia i wartości większości. Istotnym pragnieniem wykorzystywanym przez specjalistów od promocji jest również chęć utożsamiania się ze wszystkim, co aktualnie jest modne. Stąd też w akcjach promocyjnych nagłaśniane są takie aspekty, jak szerokie zainteresowanie nagrodami ze strony społeczeństwa, wyjątkowość osób zdobywających nagrody, konieczność posiadania określonych gadżetów. Zdaniem ekspertów większą popularnością cieszą się akcje obiecujące szybkie zdobycie upragnionej nagrody.

 Niektóre programy lojalnościowe, często na stacjach benzynowych, trwają bardzo długo. Katalog nagród wymaga dużego wysiłku, zbierania punktów, tankowania samochodu wielokrotnie i w końcu nasza motywacja spada, za dużo zachodu, żebym mogła dostać nagrodę. Tam, gdzie jest to bardziej powszechne, bardziej dla nas przystępne, jesteśmy bardziej zaangażowani – mówi Karolina Oleksa-Marewska.

Pierwsze edycje tego rodzaju akcji promocyjnych cieszyły się największą popularnością w małych miejscowościach. Psychologowie tłumaczą to m.in. pragnieniem wyróżnienia się i poczucia wyjątkowym człowiekiem przez ich mieszkańców. O udziale w promocji decydował nie rodzaj możliwego do wygrania gadżetu, lecz sam fakt jego zdobycia. Eksperci twierdzą, że dyskonty umożliwiają każdemu odczuwanie własnej wyjątkowości, a konsumenci chętnie z tych możliwości korzystają.

– Z jednej strony rodzic chce jak najlepiej dla dziecka, ale z drugiej strony ma też potrzebę wewnętrzną udowodnienia sobie, że jest lepszy niż inni, że może wytrwać w jakiejś promocji, to jest teraz modne, chce to mieć, chce być wyjątkowy – mówi Karolina Oleksa-Marewska.

Nie u wszystkich konsumentów akcje promocyjne budzą pozytywne odczucia. Wśród internautów popularne stają się nawet działania, których celem jest wyśmianie tego rodzaju kampanii i uzmysłowienie klientom dyskontów, że stają się łatwym celem strategii marketingowych. Zdarzają się vlogerzy, którzy zdobyte w promocjach gadżety dają do zabawy psu lub podpalają, aby wywołać emocje wśród zwolenników tego rodzaju promocji. Zdaniem ekspertów internautami tymi może kierować zarówno chęć zwrócenia uwagi na naiwność konsumentów, jak i pragnienie wyróżnienia się.

– Jedna i druga grupa chciałaby na swój sposób poczuć się ważniejsza, ale wykazuje to w zupełnie inny sposób – mówi Karolina Oleksa-Marewska.

Przeciwdziałać naiwności konsumentów może wyłącznie edukacja wprowadzana już na poziomie szkolnym. Do programu nauczania, choćby w ramach godzin wychowawczych, powinny zostać wprowadzone tematy z zakresu psychologii, wywierania wpływu, podstaw marketingu. Zwiększyłoby to świadomość konsumencką u najmłodszych, by w przyszłości stali się bardziej racjonalnymi klientami.

Przybywa liczba skarg na nieuczciwych sprzedawców prądu. Oszukani klienci muszą płacić kary sięgające nawet kilku tysięcy złotych

Przybywa liczba skarg na nieuczciwych sprzedawców prądu. Oszukani klienci muszą płacić kary sięgające nawet kilku tysięcy złotych 5

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów notuje bardzo dużą liczbę skarg na nieuczciwych sprzedawców, którzy naciągają klientów na zmianę dostawcy prądu i gazu. Urząd może nakładać na nich kary finansowe, ale w praktyce skuteczność tego narzędzia okazała się niewystarczająca. Dlatego zaproponował zmiany prawne – chce, aby umowę dotyczącą zmiany dostawcy energii można było zawierać wyłącznie w wybranych punktach stacjonarnych. 

– Oszustwa przy zmianie dostawcy, szczególnie wśród osób starszych, są ostatnio dość dużym problemem. Najczęściej przychodzi ładnie ubrany młody człowiek i mówi, że jest od dotychczasowego dostawcy, a tak naprawdę reprezentuje zupełnie innego. Oszukuje, że sprawa dotyczy tylko zmiany dotychczasowej umowy, a skłania do podpisania zupełnie nowej. Koniec końców, taka starsza osoba musi zapłacić karę za odstąpienie od dotychczasowego dostawcy, a nowy okazuje się nie być wcale tańszy. Próba powrotu do starego dostawcy kończy się tym, że trzeba znowu zapłacić odstępne albo iść na drogę sądową, co dla starszych konsumentów jest uciążliwe i kosztowne. Tracą nieraz po kilkaset złotych, a nawet sumy od 2 tys. zł wzwyż – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Naciąganie konsumentów, zwłaszcza osób starszych, na zmianę dostawcy prądu i gazu nie jest nowym procederem. Upowszechnia się od 2007 roku, kiedy liberalizacja rynku energii elektrycznej umożliwiła zmianę dostawcy, ale i otworzyła furtkę nieuczciwym sprzedawcom.

– Uwolnienie cen energii i możliwość zmiany dostawcy jest oczywiście dużą wartością, natomiast są firmy, które wykorzystują to w nieuczciwy sposób. Gdyby sprzedawca przyszedł, przedstawił się i zaoferował rzeczywiście nową wersję umowy, a konsument byłby tego świadomy, to jak najbardziej w porządku. Natomiast skala nieprawidłowości jest bardzo duża, to są tysiące oszukanych osób – mówi Marek Niechciał.

Sprzedawcy – domokrążcy kuszą zapewnieniami, że nowe oferta jest lepsza i tańsza, ale w praktyce okazuje się ona dużo droższa. Mogą też pojawić pod pretekstem wizyty „pana z elektrowni” czy wymiany licznika na nowy i podsunąć dokumenty do podpisu.

Często bywa też tak, że starsi ludzie przez dłuższy czas w ogóle nie orientują się, że na skutek oszustwa zmienili dostawcę energii, bo w podstawionym im formularzu nazwa dotychczasowego była wyłuszczona dużą czcionką, a nowego – ukryta małymi literami gdzieś pod koniec tekstu. Problem w takich formularzach stanowi też skomplikowany język czy szereg odnośników, np. do regulaminu, tabeli opłat, dodatkowych klauzul, etc.

Część klientów orientuje się, że dokonała zmiany, dopiero po otrzymaniu pierwszego rachunku za prąd i gaz od nowego dostawcy. Powrót do starego dostawcy na dotychczasowych zasadach najczęściej okazuje się niemożliwy bez konieczności zapłacenia wysokiego odstępnego.

Część poszkodowanych zgłasza się do rzeczników konsumentów, którzy zapewniają bezpłatną pomoc, bądź wkracza na ścieżkę sądową, ale – ponieważ jest to kosztowne i czasochłonne – wiele takich przypadków pozostaje bez konsekwencji.

UOKiK notuje bardzo dużą liczbę skarg na takie praktyki. Na nieuczciwych operatorów urząd nakłada kary, których wysokość może sięgnąć 10 proc. ubiegłorocznych obrotów przedsiębiorstwa. W praktyce skuteczność tego narzędzia okazała się niewystarczająca, dlatego UOKiK zaproponował zmiany prawne. Urząd chce, aby umowę dotyczącą zmiany dostawcy energii można było zawierać wyłącznie w wybranych punktach stacjonarnych, a nie za pośrednictwem domokrążców. Dodatkowo proponuje, aby firmy dopuszczające się nieuczciwych praktyk traciły koncesję na sprzedaż prądu i gazu. Prezes UOKiK podkreśla, że rynkowa rywalizacja o klienta musi opierać się na uczciwych zasadach.

– Oczywiście sprzedawcy mogą chodzić po domach. Jednak uznaliśmy, że bezpieczniej będzie, jeżeli samo podpisanie umowy nastąpi w fizycznym punkcie sprzedaży, aby konsument miał pełną świadomość tego, że zmienia operatora – mówi Marek Niechciał.

W Polsce jest ponad 17,2 mln odbiorców energii elektrycznej, z których większość stanowią gospodarstwa domowe (15,6 mln). Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że do końca sierpnia br. na zmianę sprzedawcy energii elektrycznej zdecydowało się 587,6 tys. gospodarstw domowych oraz ponad 198 tys. innych podmiotów.

UOKiK przypomina, że, aby nie dać się oszukać nieuczciwym sprzedawcom, należy zawsze uważnie czytać podsuwane do podpisu dokumenty oraz domagać się ich kopii. Dla bezpieczeństwa dobrze jest również sprawdzić sprzedawcę bądź, prosząc o jego dane oraz identyfikator.

Na świecie dochodzi do coraz większej liczby cyberataków. Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa będą szkolić się na innowacyjnej, polskiej platformie szkoleniowej

Na świecie dochodzi do coraz większej liczby cyberataków. Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa będą szkolić się na innowacyjnej, polskiej platformie szkoleniowej 6

Eksperci alarmują, że już całe wojny przenoszą się do cyberprzestrzeni, a na rynku brakuje pracowników wyspecjalizowanych w walce z przestępczością internetową. W odpowiedzi na zagrożenie ze strony cyberprzestępców powstają programy, które mają przyspieszyć szkolenie nowych pracowników z branży cyber defence, co przełoży się na zwiększenie bezpieczeństwa teleinformatycznego firm. Jedną z platform szkoleniowych stworzył polski startup.

– Cyber Defence eXercise Platform to platforma szkoleniowa, której celem jest wyszkolenie jak największej liczby osób, czy to już istniejących i funkcjonujących jako tzw. cyber security experts, czy też tych, którzy dopiero wejdą na rynek pracy, by skutecznie bronić infrastruktury IT. To tam w tej chwili dochodzi do największych problemów, największej ilości kradzieży – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Ewa Wysłocka z firmy Vector Synergy.

Platforma treningowa CDeX ma pomóc w walce z cyberprzestępczością. Ten system szkoleniowy oparto na symulowanych atakach w środowisku wirtualnym oraz metodach wykorzystujących teorię gier i gamifikację. Kursanci dzieleni są na dwie drużyny: ofensywną Red Team, która ma włamać się do systemu oraz zespół defensywny Blue Team, który ma im w tym przeszkodzić. Dzięki takiemu rozwiązaniu można w elastyczny sposób dopasować szkolenia zarówno do doświadczenia pracowników, jak i potrzeb samej firmy.

– My nie proponujemy rozwiązania na papierze czy w power point. To jest rozwiązanie, które imituje w bezpieczny sposób świat w cyberprzestrzeni. Są symulowane ataki ze strony tych niebezpiecznych i są osoby po drugiej stronie, które bronią na co dzień infrastruktury, więc to jest rozwiązanie które odwzorowuje w najlepszy, najbardziej dynamiczny sposób to, co czeka na każdego eksperta w życiu codziennym – mówi Ewa Wysłocka.

Wraz z informatyzacją oraz automatyzacją rynku rośnie zagrożenie ze strony cyberprzestępców. Według raportu opracowanego przez Cisco, aż 53 proc. firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw zgłosiło w ostatnim roku naruszenie bezpieczeństwa systemów informatycznych. Polskie firmy nie są gotowe na walkę z cyberprzestępcami, a na rynku brakuje specjalistów, którzy pomogliby zadbać ich bezpieczeństwo teleinformatyczne.

Problemy polskiego rynku bezpieczeństwa internetowego dostrzegła również firma Samsung, która uruchomi w tym roku drugi inkubator technologiczny w Polsce. Głównym zadaniem lublińskiej placówki będzie popularyzacja rozwiązań z zakresu cyberbezpieczeństwa, w tym rozwiązania skierowane na rynek systemów inteligentnych. Samsung będzie wspierał start-upy m.in. wsparciem menadżerskim oraz inżynierskim zespołów pracujących w warszawskim oddziale firmy zajmującym się badaniami i rozwojem nowych technologii. Firma poprowadzi także warsztaty i szkolenia, a najlepsze start-upy mogą liczyć na wsparcie finansowe.

– Widzimy czego dzisiaj potrzebuje i oczekuje rynek. Zwiększa się ilość ataków w cyberprzestrzeni, wojny przenoszą się do cyberprzestrzeni, a na rynku brakuje ekspertów, którzy będą bronić infrastruktury IT firm, zarówno w sektorze publicznym, jak i sektorze prywatnym – twierdzi ekspertka.

Firma analityczna Orbis Research szacuje, że w najbliższych latach rynek cyberbezpieczeństwa będzie rozwijał się w tempie niemal 11 proc. w skali roku. Do 2024 roku ma osiągnąć wartość 220 mld dol.

Placówki doradcze z lekami zamiast aptek. Technologia odciąży farmaceutów i pozwoli skupić się bardziej na potrzebach pacjentów

Placówki doradcze z lekami zamiast aptek. Technologia odciąży farmaceutów i pozwoli skupić się bardziej na potrzebach pacjentów 7

Apteki wkraczają w erę informatyzacji. Wkrótce placówki zostaną przygotowane do wydawania e-recept, a dzięki dogłębnej analizie danych zoptymalizują proces dostawy towarów i poprawią swoją rentowność. Technologia zautomatyzuje także wiele czasochłonnych zadań, dzięki czemu farmaceuci będą mogli skupić się na udzielaniu pomocy pacjentom.

– Rozwój technologii, możliwość analizy szerokich danych pozwala przekształcić apteki w punkty, które świadczą opiekę farmaceutyczną. Farmaceuta już nie tylko będzie odpowiedzialny za wydawanie leków, ale także będzie odpowiedzialny za konsultacje, za analizę sposobu przyjmowania całej farmakoterapii po stronie pacjenta i doradzanie. Rola farmaceutów w najbliższym czasie się na pewno zmieni – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Seweryn Przeździęk, prezes zarządu Sertum.

Wraz z upowszechnieniem się e-recept, apteki przejdą gruntowną informatyzację. System, który od kilku miesięcy funkcjonuje w ramach pilotażu w kilku polskich miastach, od stycznia 2019 roku zostanie uruchomiony na terenie całego kraju i każda wystawiana recepta trafi do systemu elektronicznego. W związku z tym placówki medyczne będą musiały dokonać niezbędnej modernizacji sprzętu komputerowego, aby przystosować się do wymagań nowego systemu informatycznego.

Wprowadzenie e-recept może zbiec się z wdrożeniem innych innowacyjnych rozwiązań, które odciążą farmaceutów w ich codziennej pracy, takich jak system do optymalizacji zamówień aptecznych od firmy Sertum. Oprogramowanie automatyzuje proces składania zamówień, wyszukuje promocje w hurtowniach, sprawdza poprawność zamówień i ułatwia zarządzanie stanami magazynowymi.

– W przypadku Sertum, jesteśmy w stanie – w oparciu o dane, które gromadzi apteka – tak zoptymalizować magazyn i ruch towarów w obrębie sieci aptek, że możemy zmniejszyć wartość magazynową o 30 proc., co w ramach całej sieci daje już naprawdę ogromne oszczędności – przekonuje Seweryn Przeździęk.

Wraz z wprowadzeniem przez Ministerstwo zdrowia Polityki Lekowej Państwa 2018-2022, przeobrazi się cały rynek farmaceutyczny, a informatyzacja i automatyzacja pracy ma to ułatwić. Farmaceuci mają nie tylko sprzedawać leki, ich rola rozszerzy się do funkcji doradczych, będą także mierzyć ciśnienie czy sprawdzać poziom cukru.

– Rynek farmaceutyczny przez ostatnią dekadę sporo się zmienił. Zaczęliśmy od tego kiedy farmaceuci przygotowywali leki, doszliśmy do momentu kiedy leki są produkowane w fabrykach, a farmacja boryka się z tym, że w większości przypadków te apteki są używane jako praktycznie sklepy – twierdzi ekspert.

Szansę na zrewolucjonizowanie rynku farmaceutycznego zauważyła także firma Amazon, która przejęła amerykańską aptekę internetową PillPack. Największy cyfrowy sklep na świecie chce wykorzystać swoją wiedzę z sektora e-handlu z indywidualnym podejściem do klienta, z którego znana jest firma PillPack. Firma sprzedaje leki w formie gotowych, zindywidualizowanych dawek dostosowanych do konkretnego pacjenta, zawierających wszystkie leki, które należy zażyć w ciągu dnia.

Z kolei Śląski Uniwersytet Medyczny we współpracy z Asseco Medical Management Solutions uruchomił symulacyjną pracownię komputerową. Ma ona przygotować przyszłych lekarzy oraz pacjentów do pracy z systemami informatycznymi wykorzystywanymi w placówkach służby zdrowia oraz aptekach.

– Trzeba dostarczyć farmaceutom odpowiednich narzędzi oraz zwolnić ich z rzeczy, które do tej pory zajmowały im najwięcej czasu, czyli podawanie leków i praca biurowa, tak żeby mieli oni więcej czasu dla pacjenta i mogli się lepiej zająć jego zdrowiem – mówi Seweryn Przeździęk.

Według analityków Research and Markets rynek systemów informatycznych do zarządzania wyposażeniem aptek oraz rozwiązań do przechowywania leków do 2025 roku będzie rozwijał się w tempie 8,6 proc. średniorocznie, by osiągnąć wartość ponad 7 mld dol.

Liczba aptek w Polsce z miesiąca na miesiąc maleje

Liczba aptek w Polsce z miesiąca na miesiąc maleje[1]. Ta niepokojąca tendencja dotyczy głównie aptek indywidualnych, znajdujących się na wsiach i w mniejszych miastach. Z faktu, że upadają głównie pojedyncze placówki wynika, że nie jest to spowodowane tylko nowymi rozwiązaniami legislacyjnymi, ale również, a może przede wszystkim, podejściem do biznesu samych właścicieli aptek. O ich sukcesie, w opinii samych pacjentów, decydują głównie: kultura osobista pracowników, szybkość obsługi czy wyczerpująca odpowiedź farmaceuty na zadane pytanie[2]. Chcąc usprawnić relacje na linii farmaceuta – pacjent, Gedeon Richter realizuje swój program „Apteczne (R)ewolucje”.

Kondycja branży farmaceutycznej w Polsce

Pod koniec września 2017 roku w Polsce działało 14 976 aptek. Ostatnie dane z października tego roku wskazują, że Polacy mają dostęp do 13 322 aptek i punktów aptecznych. Oznacza to, że w przeciągu niespełna roku zamknięto ponad 1 500 placówek. Najwięcej zamykanych jest aptek indywidualnych, w skali roku zamknięto 384 takich miejsc. W czasie, kiedy liczba placówek indywidualnych spada, w siłę rosną wielkie sieci aptek. W Polsce funkcjonuje 410 sieci aptek, które skupiają ponad 6351 punktów. 20 Największych sieci, czyli 2752 placówek to około 30% wartości całego polskiego rynku farmaceutycznego w Polsce.

Konkurencja sieci aptek to nie wszystko

Jednak sama konkurencja ze strony dużych sieci to nie wszystko. Głównym czynnikiem decydującym o „być albo nie być” aptek indywidualnych, to właściwa relacja na linii farmaceuta – pacjent i zaufanie, jakim obdarzają pacjenci poszczególne apteki. Potwierdzają to również wyniki badań przeprowadzone w ramach programu „Apteczne (R)ewolucje”. Najważniejsza dla 85% respondentów jest kultura osobista personelu apteki. Tuż za nią, badani wskazują na szybkość obsługi i kompetencje pracowników (wyczerpująca odpowiedź farmaceuty na zadawane pytania) – na obie kwestie zwraca uwagę 84% badanych. To właśnie farmaceuci w opinii badanych są najbardziej zaufanym źródłem rekomendacji dla leków bez recepty, suplementów diety i sprzętu medycznego.

Dlatego koncepcja programu „Apteczne (R)ewolucje”, koncentruje się przede wszystkim na potrzebach pacjenta, zarówno merytorycznych, jak i funkcjonalno–estetycznych. To właśnie dzięki nim właściciele niezrzeszonych aptek będą mogli skuteczniej trafiać w konkretne oczekiwania klientów i tym samym móc stawiać czoło rynkowym wyzwaniom.

– Firma Gedeon Richter zauważyła niepokojącą tendencję do spadku liczby aptek indywidualnych w Polsce. Chcąc zmienić to zjawisko, firma stworzyła i konsekwentnie realizuje program „Apteczne (R)ewolucje”. We współpracy z ekspertami stworzyliśmy platformę aptecznerewolucje.pl na której właściciele i zarządzający indywidualnymi aptekami, mają możliwość nabycia wiedzy na temat prowadzenia apteki, którą następnie będą mogli wykorzystać w praktyce. Widzimy potencjał w niezależnych aptekach, pokazują to też badania wśród pacjentów, prawie 47% osób biorących udział w ogólnopolskim badaniu na temat pacjentów aptek wskazało, że zna i kojarzy choćby ze słyszenia nazwy aptek indywidulanych. Apteki niezależne to niejednokrotnie, biznesy rodzinne przekazywane z pokolenia na pokolenie. To miejsce, w których nie tylko sprzedawane są leki, ale także, ze względu na swoją bogatą historię, wpisały się na stałe w lokalny krajobraz, i które oferują pacjentom możliwość indywidualnych rozmów czy porad” mówi Aneta Grzegorzewska – Rzecznik Prasowy Gedeon Richter Polska.

[1] Miesięczne podsumowania rynku farmaceutycznego przeprowadzanych przez firmę IQVIA, pokazują że od czerwca do sierpnia bieżącego roku liczba aptek i punktów aptecznych spadła z 14580 do 14577.

[2] Ogólnopolskie badanie zrealizowane w ramach programu „Apteczne (R)ewolucje” zainicjowanego przez firmę Gedeon Richter, przeprowadzone przez agencję SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowych SW Panel. Badaniem objęto łącznie 1022 osoby.

Sprzedaż mieszkań spada, ale ceny nadal utrzymują się na wysokim poziomie

Szczyt boomu w mieszkaniówce mamy już za sobą, a inwestorzy boją się o kondycję deweloperów. Indeks WIG-Nieruchomości spadł od początku roku o 7,90 proc., a były to już także spadki bliskie 10 proc. W tym roku ten indeks warszawskiej giełdy miał swoje maksimum 29 stycznia, a minimum osiągnął 25 października. Czy to oznacza, że ceny mieszkań teraz też będą spadać?

– Inwestorów nie tylko martwi dynamika sprzedaży mieszkań, która już spowalnia i nadal będzie spadać, ale martwi ich też koszt budowy mieszkań – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor na Europę Wschodnią w CMC Markets. – Mamy już przypadki, gdy deweloperzy muszą renegocjować z wykonawcami warunki dla projektów już sprzedanych, czyli schodzić z marży. To oznacza, że będą zarabiać mniej. Widać, że sytuacja jest już skomplikowana.

Potwierdzenie tego można znaleźć w najnowszym raporcie firmy REAS, dotyczącym koniunktury na rynku mieszkaniowym w III kw. 2018 r. Mimo iż liczba sprzedanych w Polsce mieszkań maleje (14,3 tys., o 1,4 tys. mniej niż w poprzednim kwartale), ich ceny nadal utrzymują się na wysokim poziomie, a nawet rosną. Eksperci REAS wskazują, że ma to związek z coraz większymi kosztami ich wybudowania.

– Ceny nowych mieszkań pozostaną na dotychczasowym poziomie, właśnie dlatego, że deweloperzy muszą obniżać marże – ocenia Łukasz Wardyn. – Być może obniżki cen będą, ale na rynku wtórnym.

Łukasz Dobrzański objął kierownictwo łódzkiego biura JLL

Łukasz Dobrzański
Łukasz Dobrzański

Łukasz Dobrzański objął kierownictwo łódzkiego biura JLL, jednej z największych międzynarodowych firm doradczych na rynku nieruchomości komercyjnych. Łódź ma strategiczne znaczenie dla biznesu JLL. Jest to jedna z najważniejszych i najszybciej rozwijających się lokalizacji biurowych w kraju.

Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL
Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL

„Jesteśmy partnerem wielu międzynarodowych firm, zarówno tych, które debiutują w Łodzi, jak i działają tu od lat. To miasto z ogromnym potencjałem do rozwoju biurowego, zwłaszcza pod kątem centrów usług biznesowych. Pod koniec III kw. 2018 r. podaż nowoczesnej powierzchni biurowej sięgnęła 464 000 mkw. w kilku nowopowstających zagłębiach biurowych, m.in. w Nowym Centrum Łodzi i w okolicach tzw. Centralnej Osi Łodzi[1]. Łukasz Dobrzański posiada wieloletnie doświadczenie biznesowe na lokalnym rynku, m.in. w obsłudze inwestorów zagranicznych. Cieszymy się, że do naszego zespołu dołączył ekspert, który tak dobrze rozumie atuty i charakter miasta, a także potrzeby globalnych graczy”, mówi Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL.

Łukasz Dobrzański posiada 10-letnie doświadczenie w obsłudze inwestorów zagranicznych, zdobyte m.in. na stanowisku managerskim w Zespole Obsługi Inwestora w Urzędzie Miasta Łodzi. W swojej pracy koncentrował się na procesach optymalizacyjnych i analityce biznesowej, pozyskiwaniu nowych inwestorów, a także kampaniach promocyjnych. Łukasz Dobrzański ukończył Uniwersytet Łódzki na kierunku Stosunki Międzynarodowe, a także studia w Centrum Studiów Transatlantyckich w Maastricht.

W ostatnim czasie łódzki oddział JLL doradzał takim markom, jak Ericsson czy Whirpool, które zdecydowały się na rozwój biznesu w tym mieście. JLL jest też wyłącznym agentem ds. wynajmu jednej z najbardziej wyczekiwanych inwestycji w centralnej Polsce – Monopolis. To unikalny kompleks, łączący funkcje biurowe, usługowe, gastronomiczne, kulturalne i rozrywkowe i jednocześnie jedno z najciekawszych przedsięwzięć rewitalizacyjnych w kraju.

Łódzki oddział JLL znajduje się przy ul. Sienkiewicza 72. Zespół oferuje kompleksowe doradztwo dla najemców powierzchni biurowych – od doboru najlepszej lokalizacji i negocjacji warunków najmu, po wsparcie techniczne, projektowe i wykonawcze, a także wsparcie najemców w tworzeniu strategii miejsca pracy. Eksperci JLL wspierają również deweloperów w procesie komercjalizacji powierzchni biurowych. Biuro JLL w Łodzi jest piątym, po Warszawie, Krakowie, Trójmieście i Wrocławiu, oddziałem firmy w Polsce.

[1] Centralna Oś Łodzi to jeden z głównych hubów biurowych miasta, od Al. Kościuszki do tzw. Skrzyżowania Marszałków – ul. Śmigłego-Rydza z ul. Piłsudskiego w Łodzi.

Nowa sortownia DPD Polska w Parzniewie pod Warszawą

DPD Polska otworzyła nową sortownię w Parzniewie pod Warszawą. Obiekt, o docelowej wydajności sięgającej nawet 250 tys. paczek na dobę, będzie obsługiwał region warszawski i obszar Polski północnowschodniej i wschodniej od Olsztyna przez Ełk  i Białystok na północy, aż po Kielce i Zamość na południu. Inwestycja umożliwi liderowi polskiego rynku kurierskiego znaczne zwiększenie swojego potencjału logistycznego oraz dostosowanie się do wysokiego tempa wzrostów w e-commerce.DPD Polska w Parzniewie pod Warszawą

Nowoczesne rozwiązania

Nowa sortownia dysponuje magazynem o powierzchni ponad 11 tys. m2 oraz niespełna 3 tys. m2 powierzchni biurowej. Do sprawnej obsługi paczek udostępnionych jest 120 bram, a plac manewrowy zajmuje ponad 4,6 hektara. Dwupoziomowy sorter firmy VanRiet, wyposażony w 20 teleskopowych przenośników taśmowych, ma wydajność 15 tys. paczek standardowych na godzinę. Dodatkowo, sortownia wyposażona jest w dwie linie do obsługi paczek niestandardowych o wydajności ok. 6 tys. na godzinę oraz dwie taśmy przeznaczone do małych paczek i foliopaków, o wydajności ok. 10 tys. paczek na godzinę.

Sortownia w Parzniewie, która rozpoczęła działalność z końcem października br., będzie rozwijała pełnię swoich funkcjonalności w trzech fazach. Pierwsza, rozruchowa, już została zakończona. Obecnie, w drugim etapie, który potrwa do końca stycznia 2019 r., sortownia obsługuje 70-80 tys. paczek na dobę. W trzeciej, która powinna zakończyć się do końca pierwszego kwartału 2019 r., będzie obsługiwanych do 150 tys. paczek. W okresie najbliższego szczytu paczkowego sortownia planuje dzienną przepustowość w wysokości ok. 130 tys. paczek. Docelowa wydajność będzie wynosić do 250 tys. paczek na dobę.

Szkolenia w VR

Sortownia zatrudni docelowo ok. 250 pracowników, z czego 25% stanowić będą kobiety. Procesy zostały zaprojektowane w taki sposób, by praca zatrudnionych była w pełni efektywna i lżejsza fizycznie.

– Sortownia w Parzniewie jest jednym z nowocześniejszych obiektów tego typu w Polsce. Oprócz zaawansowanych urządzeń i sorterów wyposażona jest w komfortową część socjalną i biurową. Nasi pracownicy i współpracownicy mają do dyspozycji m.in. wygodną szatnię z prysznicami, stołówkę, a także strefy relaksu, w których mogą skorzystać z foteli z masażem oraz konsol do gier. Biura z kolei wyposażone są m.in. w szybkie łącza Wi-Fi i bezprzewodowe ładowarki smartfonów – mówi Rafał Nawłoka, prezes zarządu DPD Polska.

DPD Polska w nowym obiekcie zaprojektowała także nowoczesny system szkolenia opierający się na systemie „Virtual Reality”, opracowanym przez firmę 4Experience, z których korzystają nie tylko nowozatrudnieni, ale także pracownicy z dłuższym stażem. Ta nowoczesna metoda szkoleniowa pozwala w praktyce zapoznać się z procesami, jakie zachodzą w magazynie i przy zachowaniu pełnego bezpieczeństwa nauczyć się realizować wszystkie czynności.

Nowy model logistyczny

Sortownia ma za zadanie w znaczący sposób usprawnić i przyśpieszyć procesy i tym samym zwiększyć potencjał operacyjny DPD Polska. Nowy model logistyczny zakłada w pewnym stopniu decentralizację procesów logistycznych. Dzięki krótszym dystansom pomiędzy oddziałami a sortownią w Parzniewie efektywność przewozów jest wyższa, a firma lepiej przygotowana do rosnących wolumenów w wyniku ekspansji e-commerce. DPD Polska planuje dalszy rozwój swojej infrastruktury w tym modelu.

– Odległości pokonywane przez naszą flotę pomiędzy Warszawską Sortownią Regionalną a oddziałami są krótsze, przez co bieżące działania są sprawniejsze i bardziej rentowne, a także mniej obciążające dla środowiska naturalnego, co jest jednym z priorytetów CSR dla DPDgroup – dodaje Rafał Nawłoka.

Głównym wykonawcą obiektu w Parzniewie była spółka Hillwood, a dostawcą urządzeń m.in. firmy VanRiet, Amsort i Budde. Magazyn został zaprojektowany w modelu „Build to suite”, który zakłada dostosowanie budynku do wcześniej sparametryzowanych urządzeń pod konkretne potrzeby zamawiającego.

Z niewolnika nie ma pracownika, a jakim pracownikiem jest współwłaściciel?

  • Z raportu firmy Deloitte* wynika, że aż 88 proc. młodych ludzi uznaje za ważne lub bardzo ważne, aby ich praca dawała poczucie sensu.
  • Jednym z najistotniejszych problemów w polskich firmach jest brak zaangażowania pracowników w misję firmy i skupienie się w głównej mierze na realizacji własnych celów**.
  • Kluczem do sukcesu przedsiębiorstwa jest stworzenie takiego miejsca pracy, w którym pracownik będzie miał poczucie przynależności do większej organizacji, bez utraty niezależności.

Podejście firm do pracowników zaczyna się w Polsce zmieniać. Pracodawcy powoli dostrzegają, że aby zachęcić wykwalifikowaną osobę do współpracy na rzecz ich przedsiębiorstwa, nie wystarczą obietnice wysokich zarobków. Powodem takiej sytuacji jest małe bezrobocie w Polsce, a co za tym idzie – duży wybór ofert pracy. Nie bez znaczenia jest także wkraczanie na rynek pracy pokolenia tzw. millenialsów. Pracodawcy nie mogą sobie pozwolić na zlekceważenie ich potrzeb – jak podaje Deloitte, młodzi ludzie do 2025 r. będą stanowić ¾ siły roboczej na świecie***. Wyzwaniem będzie więc poznanie tych potrzeb i przygotowanie miejsca pracy, w którym będą mogli się swobodnie realizować.

Poczucie sensu równie ważne co zarobki

Millenialsi, to według najprostszego podziału osoby urodzone między 1980 a 2000 r. Nie są to pracownicy przywiązani do jednego miejsca pracy, a od zarabiania i posiadania ważniejsza jest dla nich jakość i doświadczenie życiowe. Potwierdzają to wyniki badania „Czas odpowiedzialnych firm: Analiza polskich wyników badania Human Capital Trends 2018”. Aż 86 proc. młodych ludzi udzieliło w nim odpowiedzi, że sukces przedsiębiorstwa należałoby postrzegać również w innych aspektach, nie tylko w kategorii wyniku finansowego, a 88 proc. uznało za ważne lub bardzo ważne, aby ich praca dawała poczucie sensu. Pracodawcy, którym zależy na długotrwałej współpracy, muszą więc oprócz panującej dotychczas filozofii: „co możesz zaoferować mojej firmie”, zacząć myśleć także o tym, w jaki sposób firma może pomóc tej osobie w osiągnięciu wyznaczonych sobie celów.

Michał Kwasek
Michał Kwasek

W dużych firmach, zatrudniających kilkaset lub kilka tysięcy pracowników, bycie na bieżąco z planami i oczekiwaniami swojej kadry jest dość trudne. My znaleźliśmy na to sposób i systematycznie przeprowadzamy badanie satysfakcji w naszej firmie. Tym bardziej jest to dla nas ważne, że formuła spółdzielni opiera się właśnie na zaangażowaniu naszych współpracowników – to oni tworzą całą organizację. W ostatnim badaniu nasi współpracownicy odpowiadali, że tym, co najbardziej satysfakcjonuje ich w pracy, jest m.in. kultura organizacyjna, misja, wizja i wartości firmy, a także – co jest szczególnie ważne w pracy opierającej się w dużej mierze na rekomendacjach – reputacja oraz podejście do etyki i odpowiedzialnej sprzedaży. To potwierdza zmianę w podejściu pracownika do miejsca pracy, ale i wymaga od nas ciągłego doskonalenia się w tych aspektach – mówi Michał Kwasek z ANG Spółdzielni.

Współwłasność gwarancją zaangażowania?

Według cyklicznie przeprowadzanego badania AON Hewitt, zaangażowany pracownik to taki, który m.in. pozytywnie wypowiada się na temat firmy, wiąże z nią przyszłość oraz czuje się zmotywowany do dawania z siebie więcej, niż określa to zakres jego obowiązków. Takie podejście zapewnia na pewno model współwłasności w przedsiębiorstwie. Pracownik utożsamia się z marką, jaką reprezentuje, działa zgodnie z jej misją i założonymi wartościami, ale ma także dużą swobodę w kwestiach rytmu pracy czy w wyznaczaniu sobie celów.

Zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważna dla naszych Spółdzielców jest niezależność, dlatego pozostawiamy im nawet możliwość pracy pod własnym szyldem. Jednak wymagamy, aby w każdej sytuacji informowali klienta o przynależności do Spółdzielni. Jesteśmy organizacją z silnie zarysowaną tożsamością i chcemy, by ten charakter przekładał się na nasz wizerunek i rozpoznawalność marki, tym bardziej, że jak pokazują nasze wewnętrzne badania – są to bardzo ważne dla naszych współpracowników czynniki, wpływające na satysfakcję pracy. Po kilku latach na rynku możemy śmiało powiedzieć, że taki model współpracy jest satysfakcjonujący dla obu stron, a duża swoboda w ustalaniu własnych planów sprzedażowych nie wpływa negatywnie na wyniki finansowe całej Spółdzielni – dodaje Michał Kwasek.

Źródło: ANG Spółdzielnia

Grupa Beiersdorf opublikowała wyniki po 3 kw. 2018 r.

Po trzech kwartałach bieżącego roku Grupa Beiersdorf wypracowała przychody na poziomie 5,402 mld euro, co oznacza wzrost nominalny o 2,3% w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego.

Sprzedaż NIVEA, flagowej marki grupy, wzrosła o 2,7%. Obejmująca marki EUCERIN i AQUAPHOR sekcja Derma zakończyła pierwsze dziewięć miesięcy roku ze wzrostem o 6,3%. Największą zwyżkę – 46,7% wzrostu osiągnęła marka La Prairie.

Stefan F. Heidenreich, dyrektor generalny Beiersdorf AG
Stefan F. Heidenreich, dyrektor generalny Beiersdorf AG

– Obiecaliśmy rentowny wzrost i dotrzymaliśmy słowa. Pokaźny rozwój sprzedaży, który znacznie przewyższył dane rynkowe a także dalsze zwiększanie udziału w rynku umożliwiły nam osiąganie dobrych wyników w pierwszych dziewięciu miesiącach 2018 r. Dzięki naszej konsekwentnej strategii biznesowej osiągamy międzynarodowe sukcesy – powiedział Stefan F. Heidenreich, CEO Beiersdorf AG.

Pokazują to wyniki. W Europie wzrost wyniósł 4,7%. Jednocześnie sprzedaż nominalna osiągnęła poziom 2,253 mld euro rosnąc z poziomu 2,185 mld euro o 3,1% w porównaniu z rokiem ubiegłym.

We wschodniej części kontynentu sprzedaż wrosła nominalnie o 4,9%, w zachodniej 4,6 %. W ujęciu globalnym najwyższe, wynoszące 9,8% wzrosty objęły region Afryki, Azji i Australii.  W ujęciu nominalnym sprzedaż zwyżkowała tu o 3,7% do poziomu 1,388 mld euro w stosunku do roku ubiegłego i wyniku 1,338 mld. Progres wyników objął również Amerykę Północną. Wyniósł on 8,1%. W Ameryce Łacińskiej całkowita sprzedaż spadła. W stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego wynik był niższy o 2,6 %. Obydwa kontynenty zanotowały również spadki sprzedaż nominalnej wynoszące 7,2% w stosunku do roku 2017. Przychody zmniejszyły się z 813 do 754 mln euro. Wpłynęły na to wahania kursów walut a więc wskaźnik czysto makroekonomiczny.

Pomimo tego perspektywy sprzedaży grupy Beiersdorf na cały rok 2018 prezentują się optymistycznie. Spodziewany jest wzrost sprzedaży o około 5% przy skonsolidowanej marży EBIT z działalności operacyjnej na poziomie z ubiegłego roku.

NIK skontrolował urzędników na Podlasiu. Samorządy nie wiedzą co to RODO

Wszelkie informacje o obywatelach, w tym dane wrażliwe, przechowywane w formie elektronicznej przez jednostki samorządowe, nie są odpowiednio zabezpieczone przed nieuprawnionym dostępem – alarmuje NIK po kontroli na Podlasiu. Dane mogą w każdej chwili zostać przejrzane, przejęte lub zniszczone. Samorządy nie wiedzą nawet, kto ma do nich dostęp, gdyż nie monitorują tych kwestii. Większość skontrolowanych jednostek nawet nie podejmuje działań minimalizujących ryzyko utraty informacji.

W województwie podlaskim NIK skontrolowała 31 jednostek samorządowych (urzędy gminy lub miast, starostwa powiatowe i ośrodki pomocy społecznej), by sprawdzić w jaki sposób były chronione elektroniczne zasoby informacyjne.

W prawie wszystkich skontrolowanych jednostkach poziom bezpieczeństwa systemów informatycznych i usług sieciowych był na niezadowalającym lub na bardzo niskim poziomie. Jedynie w Urzędzie Miejskim w Suwałkach poziom zabezpieczeń odpowiedzialnych za autoryzację dostępu do sieci wykonano profesjonalnie, zasoby informacyjne były właściwie chronione przed nieuprawnionym dostępem, kradzieżą lub utratą, a praca sieci znajdowała się pod pełną kontrolą jej administratora.

nik-bezpieczenstwo-informacji-1-obszar-kontroli

Dokumentacja i procedury dotyczące ochrony danych w większości skontrolowanych jednostek samorządowych (22 z 31) były niekompletne lub nieaktualne (nawet od ponad 10 lat). Większość podmiotów objętych kontrolą (19) ponadto nie przestrzegała tych przepisów i procedur w kwestii sposobu przechowywania i zabezpieczania danych. Przechowywane były w miejscach ogólnodostępnych, bez możliwości zamknięcia. Instytucje nie sporządzały kopii bezpieczeństwa baz danych lub tworzyły je w niewłaściwy sposób (np. nie kopiując wszystkich danych). Zdarzało się, że nośniki, na których zapisywano kopie, przechowywano w tym samym pomieszczeniu co oryginały, co w żaden sposób nie gwarantuje im bezpieczeństwa.

Niemal wszystkie skontrolowane jednostki nie monitorowały dostępu do informacji. Tylko w jednej prowadzono elektroniczny rejestr dostępu, co w przypadku przecieku pozwalało na ustalenie jego źródła. W ponad połowie pracownikom, którzy nie posiadają odpowiednich kwalifikacji ani zadań związanych z zarządzaniem systemami informatycznymi, nadano uprawnienia administratora systemów operacyjnych wykorzystywanych przez nich komputerów. Mieli oni zatem możliwość instalacji dowolnego oprogramowania oraz wprowadzania zmian w konfiguracji tych urządzeń. W ośmiu jednostkach kontrolerzy trafili na przypadki nieodebrania lub odbierania z opóźnieniem byłym pracownikom uprawnień w systemach informatycznych.

Z kolei w 12 jednostkach możliwy był nieautoryzowany dostęp do danych elektronicznych – aby go uzyskać nie trzeba było wpisywać kodów uwierzytelniających lub były one zbyt proste albo ogólnodostępne. Nie przeprowadzano także regularnych audytów wewnętrznych z zakresu bezpieczeństwa informacji, a pracownikom przetwarzającym dane nie zapewniono szkoleń z tego zakresu.

Z ustaleń kontroli wynika, że w ponad połowie skontrolowanych jednostek wykorzystywano systemy operacyjne, dla których producent zakończył udzielanie wsparcia technicznego, a więc nie były publikowane nowe aktualizacje bezpieczeństwa tych systemów. Komputery te stanowiły od 4 do 43 proc. ogółu komputerów w poszczególnych jednostkach. Stanowiło to zagrożenie dla bezpieczeństwa sieci jednostek, w których wykorzystywano takie oprogramowanie.

Większość skontrolowanych jednostek (19) nie przeprowadzała okresowych analiz ryzyka utraty integralności, dostępności lub poufności informacji. Niektóre z nich przeprowadziły je po raz pierwszy dopiero w 2017 roku. Oznacza to, że nie mają aktualnych informacji o występujących ryzykach w zakresie bezpieczeństwa.

W ponad połowie jednostek nie gromadzono bieżących informacji o posiadanym sprzęcie i oprogramowaniu służącym do przetwarzania danych, obejmujących ich rodzaj i konfigurację. Prowadzono wprawdzie ewidencję posiadanych urządzeń na potrzeby rachunkowości, ale nie zawierała ona pełnych danych o sprzęcie, programach i ich konfiguracji.

nik-bezpieczenstwo-informacji-2-najczestsze-niebezpieczenstwaNIK zwraca uwagę na niepokojące zjawisko słabego zabezpieczenia informacji w ośrodkach pomocy społecznej, które z natury rzeczy dysponują danymi wrażliwymi. W jednostkach tych stwierdzono prawie wszystkie rodzaje nieprawidłowości dotyczących bezpieczeństwa zasobów, w tym niewłaściwe zarządzanie uprawnieniami użytkowników w systemach operacyjnych, brak okresowych szkoleń, niezapewnienie właściwej autoryzacji przy logowaniu do systemów informatycznych, niewłaściwe wykonywanie i przechowywanie kopii bezpieczeństwa.

nik-bezpieczenstwo-informacji-3-problemy-w-osrodkach-pomocy-spolecznejWiększość z 31 jednostek objętych kontrolą nie przestrzegała obowiązujących do 25 maja 2018 r. przepisów dotyczących rejestracji i aktualizacji zbiorów danych osobowych w GIODO oraz zapewnienia dostępu do nich osobom upoważnionym, a administratorzy danych osobowych i powołani administratorzy bezpieczeństwa informacji w tych jednostkach, nie wywiązywali się z obowiązków związanych z ochroną danych oraz nie podejmowali działań w celu przygotowania się do nowych, obowiązujących od 25 maja 2018 r. uregulowań wynikających z RODO.

nik-bezpieczenstwo-informacji-4-problemy-dane-osobowePrzyczyną powstania nieprawidłowości była marginalizacja przez kontrolowane jednostki zadań związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa informacji i ochrony przetwarzanych danych osobowych. Kierownicy jednostek bronili się, wskazując również brak środków na szkolenia i zakup nowej infrastruktury oraz w małych miejscowościach kadry posiadającej odpowiednie kwalifikacje.

Pomimo zmian w zakresie przetwarzania danych osobowych, wynikających z RODO, jedynie w sześciu z (31) jednostek w latach 2017 i 2018 przeszkolono pracowników (głównie administratorów bezpieczeństwa informacji) w tym zakresie.

nik-bezpieczenstwo-informacji-5-zmiany-RODOSkala i istotność stwierdzonych nieprawidłowości rodzi uzasadnione obawy co do przygotowania jednostek objętych kontrolą do wdrożenia regulacji przewidzianych w RODO i ustawie o ochronie danych osobowych, obowiązujących od 25 maja 2018 r.

EBOiR wśród akcjonariuszy Banku BGŻ BNP Paribas

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) nabył ok. 4,5% akcji Banku BGŻ BNP Paribas za kwotę 430 mln zł. EBOiR kupił pakiet akcji od Raiffeisen Bank International po finalizacji przejęcia działalności podstawowej Raiffeisen Banku Polska (RBPL) przez Bank BGŻ BNP Paribas.

Przemek Gdański, prezes BGŻ BNP Paribas
Przemek Gdański, prezes BGŻ BNP Paribas

– Zaufanie, jakim obdarzyła nas tak poważana instytucja jak EBOiR, to motywacja do dalszej wytężonej pracy nad rozwojem Banku i umacnianiem pozycji na polskim rynku. Cieszy nas, że EBOiR wierzy w naszą strategię Fast Forward i dostrzega potencjał, jaki daje nam przejęcie działalności podstawowej Raiffeisen Bank Polska, które wzmocni nie tylko nasz Bank, ale cały polski system bankowy – komentuje Przemek Gdański, Prezes Banku BGŻ BNP Paribas.

31 października 2018 r. Bank BGŻ BNP Paribas sfinalizował przejęcie działalności podstawowej Raiffeisen Bank Polska. W ramach tej transakcji Raiffeisen Bank International otrzymał pakiet akcji Banku BGŻ BNP Paribas, a jego część odkupił EBOiR. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju to międzynarodowa instytucja finansowa wpierająca transformację gospodarek. W Polsce od 1991 r. EBOiR zainwestował 9,3 mld euro w 405 projektów.

Inwestycje społecznie odpowiedzialne – kiedy liczą się nie tylko zyski

Z roku na rok wzrasta znaczenie takich pojęć jak „świadomość obywatelska”, „ekologia” czy „fair trade”. Rośnie także liczba osób, które skłonne są płacić za towary więcej pod warunkiem, że będą produkowane w zgodzie z odpowiadającą im filozofią. Jest to podejście, które pojawia się w kolejnych dziedzinach życia, również w finansach.

SRI (ang: socially responsible investing) to społecznie odpowiedzialne inwestowanie. Jest to swego rodzaju filozofia inwestycyjna, w której ważne są nie tylko wyniki finansowe, ale i to, w jaki sposób zostały osiągnięte. Według danych The Global Sustainable Investment Alliance (GSIA) w 2016 roku rynek aktywów społecznie odpowiedzialnych na świecie osiągnął wartość 22,9 bln dolarów.

Rosnące zainteresowanie

SRI to podejście relatywnie nowe i wielu polskim inwestorom nieznane. Jednocześnie omawiany segment rynku jest jednym z dynamiczniej rozwijających się. W latach 1995-2016 na amerykańskim rynku liczba funduszy wybierających spółki odpowiedzialne społecznie wzrosła z 55 do ponad tysiąca. Powoli trend ten wchodzi także do Polski, choć nadal jesteśmy w początkowej fazie jego rozwoju Faktem jest, że popularność tego typu inwestycji rośnie wraz ze wzrostem zamożności danego kraju. Kwestia odpowiedzialności społecznej zyskuje po prostu na popularności, gdy zaspokojone zostają podstawowe potrzeby.

Na czym społecznie odpowiedzialne inwestowanie polega? Przede wszystkim należy wspomnieć, że SRI jest dość nową koncepcją, co wiążę się z tym, że nie jest ona jednoznacznie zdefiniowania. Jednak w głównej mierze polega ona na świadomym podejmowaniu decyzji przez inwestorów, którzy poza aspektem finansowym inwestycji, zwracają uwagę również na czynniki społeczne, etyczne oraz na te związane z ochroną środowiska. W skrócie: odpowiedzialne inwestowanie nie kieruje się jedynie chęcią wygenerowania jak największych zysków, ale przede wszystkim dba o ogólnie pojęte dobro społeczeństwa i zrównoważony rozwój.

Dwutorowa selekcja

W przypadku inwestowania odpowiedzialnego społecznie istnieje nie tylko selekcja pozytywna, ale i negatywna. Koncepcja ta z założenia wyklucza inwestowanie pieniędzy w przedsiębiorstwa z branży zbrojeniowej czy tytoniowej oraz takie, które łamią prawa pracowników, wykorzystują do pracy dzieci czy znęcają się nad zwierzętami. Czynnikiem wykluczającym firmę z obszaru zainteresowań mogą być także łamanie prawa międzynarodowego, współpraca z reżimami totalitarnymi oraz szkodzenie środowisku naturalnemu.

Po stronie selekcji pozytywnej inwestorzy zwracają uwagę na takie firmy, które dbają o prawa pracowników, prawa człowieka i środowisko naturalne. Etyka biznesu natomiast nie jest dla nich tylko górnolotnym hasłem, lecz istotnym czynnikiem wpływającym na podejmowane decyzje. Pod uwagę brane są takie aspekty jak uwzględnienie w strategii firmy dbałości o zmiany klimatyczne poprzez na przykład zmniejszanie zużycia energii, wspieranie odnawialnych źródeł energii, czy zmniejszanie ilości produkowanych zanieczyszczeń.

Dostępne możliwości

Każdy indywidualny inwestor mógłby na własną rękę wybierać spółki spełniające kryteria, ale wymaga to sporego zaangażowania i bieżącego monitorowania rynku. Dlatego z pomocą przychodzą narzędzia zwalniające z tego obowiązku.

– Na świecie dużą popularnością cieszą się fundusze inwestycyjne nastawione na tego rodzaju spółki. Wybierają one cele inwestycyjne tak, by jak najwięcej na nich zarobić, ale pod uwagę biorą tylko te, które spełniają określone kryteria odpowiedzialności społecznej. Pojawiają się też indeksy gromadzące spółki społecznie odpowiedzialne, a potem produkty inwestycyjne na nich oparte – mówi Bartosz Kucharczyk, kierownik zespołu produktów inwestycyjnych BGŻOptima. – Przykładem takiego indeksu jest Solactive Sustainable Development Goals World EUR, na którym bazują certyfikaty Zrównoważony Rozwój. To dwuletni produkt inwestycyjny oferujący 97-proc. ochronę zainwestowanego kapitału i możliwy zysk na poziomie do 8 proc. – dodaje.

50 spółek odpowiedzialnych społecznie

Potencjalny zysk inwestorów zależy od notowań bazowego indeksu, a ten skupia 50 globalnych spółek wybranych przez Solactive AG przy uwzględnieniu zasad inwestowania odpowiedzialnego społecznie. Wśród firm, które znalazły uznanie twórców indeksu znajdują się m.in. 3M, Accor, AT&T, Danone, Nestle i Wolters Kluwer. Pod uwagę brano także wysoką płynność notowań oraz niską zmienność cen akcji – ma to zmaksymalizować zyski inwestorów. Skład indeksu jest weryfikowany co rok, a oprócz powyższych kryteriów znaczenie ma też odpowiednia (z góry ustalona) dywersyfikacja geograficzna.
Aby inwestorzy otrzymali na koniec (czyli po dwóch latach) 8 proc. zysku indeks musi w okresie inwestycji (porównywany jest odczyt początkowy i końcowy) wzrosnąć lub pozostać na niezmienionym poziomie.

– Tego rodzaju inwestycje przeznaczone są dla inwestorów, którzy oprócz poziomu zysków zwracają uwagę na sposób ich powstania. Nie ma tu miejsca na brak dbałości o środowisko, prawa człowieka czy inne działania będące w opozycji do etycznego sposobu prowadzenia biznesu – zaznacza ekspert BGŻOptima.

Przychody ze sprzedaży Eesti Energia w III kwartale 2018 r. wzrosły o 27% do blisko 200 mln euro

Przychody ze sprzedaży estońskiego koncernu energetycznego Eesti Energia w III kwartale 2018 roku wyniosły 199,7 mln euro, czyli o niemal 27% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wzrost wynikał głównie z wyższych cen rynkowych energii elektrycznej i paliw płynnych, jak również rosnącego wolumenu sprzedaży. Zysk netto wyniósł 10,9 mln euro. Należąca do Grupy Eesti Energia spółka Enefit zamknęła we wrześniu pierwszy rok działalności na polskim rynku z portfolio ponad 100 klientów korporacyjnych i zakontraktowanym wolumenem obrotu 858 GWh energii elektrycznej.

W III kw. 2018 r. w Estonii wyprodukowano 2,5 TWh energii elektrycznej, czyli o 0,7 TWh ponad poziom krajowej konsumpcji. Udział Eesti Energia w całkowitej produkcji energii elektrycznej w tym kraju wyniósł aż 86%. Z rynków, na których obecna jest Grupa, tylko Estonia i Szwecja były w stanie pokryć swoją konsumpcję z produkcji krajowej. Wśród krajów z widcznym deficytem znalazła się m.in. Polska, której konsumpcja energii elektrycznej wyniosła w III kwartale 2018 r. 43,4 TWh przy produkcji na poziomie 37,1 TWh.

– W porównaniu do ubiegłego roku wzrosła sprzedaż wszystkich naszych głównych produktów. Wyższe przychody ze sprzedaży energii elektrycznej i paliw płynnych wynikały zarówno z większej sprzedaży, jak również wyższych cen rynkowych. Przychody ze sprzedaży pozostałych produktów wzrosły głównie dzięki wyższym zyskom ze sprzedaży energii wytworzonej z łupków bitumicznych. Efektem wysokich temperatur był natomiast spadek przychodów ze sprzedaży energii cieplnej i gazowej – powiedział Andri Avila, dyrektor finansowy Eesti Energia.

Wzrost produkcji energii, w tym z OZE

Eesti Energia wytworzyła o niemal 4% więcej energii elektrycznej niż rok temu. Wzrostowi sprzyjała wyższa cena rynkowa w porównaniu z trzecim kwartałem ubiegłego roku. 77,3 GWh wytworzonej energii pochodziło ze odnawialnych źródeł energii, z czego 64,4 GWh w Enefit Green, spółce wchodząca w skład Grupy Eesti Energia (wzrost o 12% r/r). Największy udział w produkcji energii ze źródeł odnawialnych miały farmy wiatrowe, które wytworzyły 47,7 GWh energii elektrycznej (o 18% więcej niż w ubiegłym roku).

Działalność Eesti Energia w Polsce

Enefit, spółka należąca do estońskiej grupy Eesti Energia, we wrześniu br. zamknęła pierwszy rok działalności na polskim rynku z portfolio ponad 100 klientów korporacyjnych. Firma podpisała umowy na łączny wolumen obrotu 858 GWh energii elektrycznej (sprzedaż i zakup energii z OZE) oraz sprzedaż 88 GWh gazu.

– W oparciu o nasze międzynarodowe doświadczenie i zaplecze Grupy Eesti Energia, udowodniliśmy, że jesteśmy partnerem gwarantującym długoterminową stabilność. Nasza strategia przełożyła się na bezpieczeństwo naszych klientów tak ważne szczególnie wtedy, gdy mamy do czynienia z dużą zmiennością cen energii jak w ostatnim roku – mówi Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający Enefit w Polsce.

W ciągu pierwszego roku działalności Enefit sprzedał w Polsce łącznie 495 GWh energii elektrycznej. Oferta firmy kierowana jest do segmentu małych i średnich przedsiębiorstw, jak również największych odbiorców przemysłowych. Wśród klientów Enefit znalazły się firmy z takich sektorów jak: FMCG, handel, przemysł ciężki, logistyka czy segment hotelarsko-gastronomiczny.

Grupa konsekwentnie rozwija swoją działalność w obszarze Odnawialnych Żródeł Energii, oferując również usługę zakupu energii elektrycznej i bilansowania handlowego (POB) dla wytwórców energii ze źródeł odnawialnych w oparciu o swoje wieloletnie doświadczenie na rynkach międzynarodowych. W pierwszym roku działalności Enefit zakontraktował łącznie 362 GWh. Umowy podpisano z farmami wiatrowymi, biogazowniami i farmami fotowoltaicznymi o łącznej mocy wytwórczej 117,5 MW.

30-krotność składki na ZUS – vacatio legis tu nie pomoże

Już wkrótce Trybunał Konstytucyjny przesądzi o losach ustawy znoszącej limit 30-krotności stawek ZUS. Część osób przewidując czarny scenariusz już się martwi o skutki wprowadzenia tej ustawy. Pojawiają się apele o wydłużenie vacatio legis , aby było wystarczająco dużo czasu na przygotowanie się do zmian. Odsuwanie momentu wprowadzenia nie jest jednak żadnym rozwiązaniem problemu – którym jest sam fakt powstania tej ustawy.

Apelowanie o vacatio legis w sprawie 30-krotności jest błędem, bo celem nie jest i nie może być odłożenie w czasie wprowadzenia złych pomysłów. Takie apele mogą sprawiać wrażenie, jakby szkodliwe działania były możliwe do zaakceptowania, a problemem był jedynie czas ich wprowadzenia. Jest inaczej.

Ustawa o zniesieniu limitu składek na ZUS jest szkodliwa dla polskiej gospodarki i jej najcenniejszych pracowników. Obniża ona zarobki, ogranicza konkurencyjność przedsiębiorstw, zwiększa motywację do emigracji i poszukiwania alternatywnych wobec umowy o pracę sposobów zarabiania. Dodatkowo ogranicza ona konsumpcję, która jest obecnie motorem polskiej gospodarki. Wobec nadchodzącego spowolnienia tempa wzrostu, a niektórzy twierdzą nawet, że globalnego kryzysu, podnoszenie obowiązkowych danin na rzecz państwa jest dokładną odwrotnością tego, co należałoby robić. W pełni uzasadnione jest więc oczekiwanie, że rząd wycofa się z tej złej dla gospodarki i pracujących Polaków propozycji. Tym bardziej, że zgodnie z oświadczeniami rządu i władz ZUS-u sytuacja budżetu jest nadzwyczajnie dobra. Powtórzmy zatem – tej ustawy nie należy w ogóle wprowadzać.

Domaganie się opóźnienia wdrożenia ustawy to fałszywy krok. Nie powinniśmy odwlekać wystąpienia choroby, tylko ją leczyć. A jeszcze lepiej wiedząc, że zaraza na pewno kiedyś nadejdzie – należy się zaszczepić. Taką szczepionką na kryzys może być obniżka podatków i wszystkich innych danin. Ten ruch może pomóc utrzymać dotychczasowe, korzystne wyniki gospodarcze. Da też wszystkim pracującym realne korzyści. Jest to o tyle ważne, że do tej pory pracujący Polacy postrzegani byli niemal wyłącznie jako sponsorzy rozmaitych rządowych przedsięwzięć.

Apele do rządu o dłuższe vacatio legis w przypadku ustawy o zniesieniu limitu 30-krotności składki na ZUS to jedynie przykład potwierdzający istnienie o wiele większego problemu. Podatnicy, czyli zarówno pracownicy, jak i pracodawcy, muszą mieć czas na przygotowanie się do zmian – wszystkich zmian, które planuje rząd. Zwłaszcza do zmian niekorzystnych dla gospodarki. Wymyślenie sposobu poradzenia sobie z coraz to nowymi utrudnieniami, jak nieplanowane wcześniej dni bez pracy, czy nowe lub wyższe od dotychczasowych podatki, jest coraz trudniejsze. Zaufanie jakie ma rząd do kreatywności pracowników i menedżerów jest ogromne. Widać to, gdy zobaczymy pełny obraz sytuacji. Nie chodzi bowiem o to, jak dłużej świętować, czy jak zrobić przelew na konto ZUS-u. To faktycznie jest łatwe. Problemem jest za to wymyślenie sposobu, aby potrzebne ludziom produkty zostały wyprodukowane i dostarczone pomimo nieplanowanych przerw w pracy. Jednocześnie trzeba wymyślić, jak to zrobić bez podwyżki cen produktów pomimo wzrostu podatków, czy innych danin.

Co więcej, ambicją Polaków jest nie tylko utrzymanie miejsc pracy, ale też tworzenie nowych, oferujących pracownikom lepsze warunki zatrudnienia. Jak zrobić to pomimo coraz mniejszej opłacalności i trudności działania w warunkach, które rząd nieustannie zmienia „w trakcie gry” na coraz gorsze? Najpewniej to kreatywne zadanie nie zostanie w pełni zrealizowane. Jakieś produkty nie zostaną terminowo dostarczone, podwyżki na niektóre towary i usługi będą musiały być wprowadzone i nie wszystkie nowoczesne stanowiska pracy zostaną utworzone.

Pomysł zniesienia limitu 30-krotności jest z gruntu zły i żaden termin jego wprowadzenia tej sytuacji nie zmieni. Z drugiej strony, można odnieść wrażenie, że dostosowanie się do tej konkretnej ustawy wymaga szczególnego przygotowania. Tak nie jest. Skuteczne wprowadzenie jakiegokolwiek prawa, które utrudnia działanie firm – niezależnie od tego, czy chodzi o dodatkowy dzień wolny, nowe biurokratyczne obciążenia związane z danymi osobowymi, nowe sprawozdania, deklaracje, zaświadczenia, potwierdzenia, zgody, licencje itp. – wymaga bardzo wielu wysiłków i długiego czasu na przygotowanie. Oczywiście najkorzystniej byłoby tych utrudnień nie wprowadzać w ogóle i zastąpić je ułatwieniami, np. w postaci zniesienia biurokratycznych obowiązków, które nic nie dają państwu, a irytują obywateli, którzy zamiast osiągać swoje cele zawodowe zmuszeni są do marnowania czasu i energii na realizację kompletnie zbędnych czynności. Na szczęście rząd to wszystko wie, bo wynika to z licznych, publicznie składanych deklaracji, założeń strategii rządu i konstytucji dla biznesu oraz podstawowej wiedzy o realnych mechanizmach gospodarki. Warto odważnie realizować działania na rzecz wspierania wzrostu gospodarczego, bo zdumiewająco często okazuje się, że wsparcie przedsiębiorstw i pracowników nie tyle wymaga zrobienia czegoś, ile właśnie odwagi do nie robienia niczego, a nawet jeszcze większej odwagi potrzebnej do zaprzestania robienia wielu uciążliwych rzeczy.

Kasjerzy przestaną prosić o kody pocztowe?

Pocztowe numery adresowe (PNA) mają ułatwiać sortowanie przesyłek. Ale pytania o nie pojawiają się przy finalizacji zakupów w sklepach stacjonarnych. Według konsumentów, nieudzielenie odpowiedzi skutkuje niekiedy odmową sprzedaży. Sieci temu zaprzeczają. Kasjerzy nie mają prawa narzucać dodatkowych warunków transakcji. Tego typu działania wzbudziły także zainteresowanie polityków. Firmy zbierają kody pocztowe, aby dowiedzieć się, skąd docierają klienci. Analiza danych pozwala im zoptymalizować dystrybucję materiałów promocyjnych lub podjąć decyzję o lokalizacji kolejnego marketu. Eksperci nie są zgodni co do tego, czy wskazanie kodu przy płaceniu pozwala na identyfikację kupującego. Sygnały o potencjalnych naruszeniach przepisów należy kierować do Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii lub do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Jednak w ostatnich tygodniach nie dotarło tam żadne tego typu zgłoszenie.

Odmowa sprzedaży

Przed wakacjami do Sejmu wpłynęła interpelacja w sprawie zapytań pracowników sklepów wielkopowierzchniowych o kod pocztowy. Poseł Tomasz Jaskóła z Kukiz’15 skupił się w niej na problemie zgłaszanym przez obywateli. Jak twierdził, chcą oni wiedzieć, dlaczego kasjerzy proszą o informację związaną z miejscem zamieszkania. Najczęściej dochodzi do tego po zakończeniu zakupów, tuż przy kasie. Autor powołał się też na przypadki opisywane na forach internetowych. Wynika z nich, że nieudzielenie odpowiedzi skutkuje czasem odmową sprzedaży. Co prawda są to sytuacje jednostkowe, ale problem faktycznie istnieje.

– Nie wierzę w to, żeby ktoś odmówił sprzedaży, dlatego że klient nie podał kodu pocztowego. Z pewnością żadna sieć handlowa nie wydała takiego polecenia swoim pracownikom. Jeżeli już coś takiego się wydarzyło, to na pewno było indywidualną decyzją jakiegoś sprzedawcy – mówi Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Jak podkreśla Agnieszka Świątek-Druś, rzecznik prasowy Urzędu Ochrony Danych Osobowych, sam kod pocztowy nie jest daną osobową. Dopiero gdyby dochodziło do łączenia go z innymi informacjami, umożliwiającymi identyfikację konkretnej osoby, mielibyśmy do czynienia z przetwarzaniem danych osobowych. Wówczas na jego pozyskanie klienci musieliby wyrazić dobrowolną zgodę. Co ważne, na gruncie RODO, nieudzielenie pozwolenia na przetwarzanie danych osobowych nie powinno skutkować odmową realizacji sprzedaży.

– Oprócz sytuacji wyjątkowych, jak wystawienie faktury VAT lub sprzedaży na raty, kod pocztowy nie jest konieczny do zakupu danego towaru. Taką odmowę sprzedaży należy więc uznać za bezpodstawną. Co więcej, praktyka taka byłaby nie tylko złamaniem przepisów RODO, jeżeli w ogóle miałyby zastosowanie, ale narażałaby sprzedawcę na dodatkową odpowiedzialność. Kodeks wykroczeń za nieuzasadnione odmówienie sprzedaży towaru przewiduje bowiem karę grzywny – wyjaśnia Paweł Sych, radca prawny w kancelarii Raczkowski Paruch.

Natomiast Zofia Babicka-Klecor, ekspert w zakresie praw konsumentów z Kancelarii Legal Geek, zwraca uwagę na regulacje kodeksu cywilnego. Wynika z nich, że wystawienie rzeczy w miejscu sprzedaży na widok publiczny z oznaczeniem ceny (m.in. na półce) uważa się za ofertę handlową. Podejście do kasy z towarem przez klienta, w celu dokonania zapłaty, jest równoznaczne z zawarciem umowy. Sprzedawca nie może w takim przypadku narzucać kupującemu dodatkowych warunków zawarcia umowy, np. podania PNA.

Co na to sieci?

– Wprowadzenie RODO nie wpłynęło na nasze podejście. Nie zmieniła się też częstotliwość zapytań. W ten sposób badamy, skąd są osoby odwiedzające sklepy. Na tej podstawie decydujemy, gdzie będzie prowadzona dystrybucja katalogu do skrzynek pocztowych. Ponadto dokonujemy analiz rynkowych. Podanie PNA zawsze jest w pełni dobrowolne. A w przypadku odmowy nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami dla klienta. Nasi pracownicy też nie weryfikują, czy podany kod jest zgodny z faktycznym miejscem zamieszkania – zapewnia Krzysztof Janiak z biura prasowego IKEA Retail w Polsce.

Klienci sklepów Auchan Polska również mogą usłyszeć od kasjerów prośbę o podanie kodu pocztowego. Jak wyjaśnia Dorota Patejko, dyrektor ds. komunikacji i CSR, wprowadzenie RODO nie spowodowało zmian w tym zakresie, ponieważ odpowiedzi nie są danymi osobowymi. Firma nie weryfikuje zbieranych informacji. Pozyskuje je, aby analizować, skąd dojeżdżają kupujący. Służy to również optymalizacji dystrybucji gazetek.

– Na podstawie zebranych informacji jesteśmy w stanie m.in. zastanowić się, gdzie w przyszłości warto otworzyć kolejny sklep. Można wskazać wiele placówek, które powstały w wyniku tak prowadzonych badań. Przy każdym procesie inwestycyjnym brany jest pod uwagę obszar zasięgu, tzw. catchment. Może być zdefiniowany przez kody pocztowe. Jeśli wielu klientów dociera do nas z odległych lokalizacji, to oznacza, że może istnieć tam luka związana z ofertą i warto rozważyć budowę nowej placówki – stwierdza Maksymilian Pawłowski, menedżer ds. komunikacji korporacyjnej w Leroy Merlin.

Według Pawła Sycha, sprzedawca powinien na wstępie jasno wskazać klientowi wszystkie cele, dla których pozyskiwany jest PNA. To ma wpływ na wizerunek sklepu. Jeśli kupujący nie uzyska takiej informacji, to może podejrzewać, że sieć handlowa wykorzystuje dane w celach, na które on się nie godzi. Zdaniem eksperta, wyjaśnienie jest jak najbardziej rekomendowane, nawet jeżeli nie wiąże się to z przetwarzaniem danych osobowych.

Bez identyfikowania?

– Niektórzy klienci mogą się poczuć inwigilowani. Wtedy nie udzielają odpowiedzi lub jeszcze gorzej – oszukują, ale to nie jest duży odsetek osób. Tego typu sytuacje w statystyce zaliczamy do kategorii błędów systematycznych, czyli wiemy, że one występują, ale nie jesteśmy w stanie oszacować ich wartości. Możemy je zminimalizować, np. poprzez całkowitą dobrowolność odpowiedzi. Tak naprawdę łatwiej jest podać swój kod pocztowy, niż wskazywać nieprawdziwe dane. Podajemy przecież obszar, na którym mieszkają czasami tysiące, a niekiedy dziesiątki tysięcy osób. To w żaden sposób nie narusza prywatności klienta, nie stanowi też żadnego kosztu dla pytanego – tłumaczy Sebastian Starzyński.

Z kolei Agnieszka Świątek-Druś zaznacza, że pocztowy numer adresowy jest dla przedsiębiorcy zazwyczaj jedynie informacją o tym, w jakim rejonie mieszkają jego klienci. Samo ww. zestawienie cyfr z reguły nie pozwala na zidentyfikowanie konkretnej osoby, nie stanowi więc danych osobowych w rozumieniu RODO. Gdy dochodzi do płatności, np. kartą kredytową lub bankomatową, sklep z reguły zna tylko ostatnie cyfry jej numeru, co również nie pozwala na identyfikację kupującego. Uzupełnienie tej informacji kodem pocztowym z reguły także nie oznacza przetwarzania danych osobowych.

– W mojej ocenie, możliwe jest powiązanie PNA z danymi identyfikującymi osobę, np. uzyskanymi przez sieć handlową podczas płacenia kartą. Wtedy należy już się poważnie zastanowić nad koniecznością stosowania zasad i podstaw przetwarzania danych określonych w RODO. Kluczowe jest jednak to, czy kasjer utrwala kod pocztowy w taki sposób, że informację można powiązać z konkretną transakcją, w której sposób dokonania płatności pozwala zidentyfikować daną osobę – dodaje radca prawny Paweł Sych.

W sklepach Leroy Merlin kody pocztowe są sprawdzane jedynie pod kątem ich rzeczywistego istnienia, o czym przekonuje Maksymilian Pawłowski. Jeśli ktoś poda np. 11-111, to dokonana jest weryfikacja, czy PNA występuje w Polsce. Nie ma analizy pod kątem prawdziwości danych przekazanych przez klienta. Czasem odpowiedź zawiera jedynie cztery cyfry, przez co także musi zostać wykluczona z dalszej analizy. Kody pocztowe w żaden sposób nie są łączone z innymi informacjami. Na tej podstawie nie ma możliwości zidentyfikowania konkretnej osoby.

Brak zgłoszeń

– W lipcu zwróciliśmy się z prośbą o sygnalizowanie przypadków potencjalnych naruszeń do naszego resortu bądź bezpośrednio do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Chcąc stwierdzić, czy gromadzenie informacji i jego forma są zgodne z przepisami prawa, należy przede wszystkim ustalić, w jakim celu sieci handlowe gromadzą kody pocztowe swoich klientów. Tylko w sytuacji posiadania konkretnych informacji możliwa jest analiza i podjęcie działań w stosunku do odpowiednich podmiotów – informuje Zbigniew Wojciechowski z Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.

Do tej pory resort nie otrzymał żadnych zgłoszeń o przypadkach potencjalnych naruszeń. Do Urzędu Ochrony Danych Osobowych również nie wpływają skargi związane z pozyskiwaniem PNA od klientów wielkopowierzchniowych sklepów. Agnieszka Świątek-Druś z UODO stwierdza, że dotychczas organ ds. ochrony danych osobowych nie prowadził też postępowań w tego typu sprawach. Dlatego bez znajomości wszystkich szczegółów nie można jednoznacznie ocenić, czy działania te w jakikolwiek sposób naruszają przepisy o ochronie danych osobowych.

– MPiT zwróciło uwagę na potencjalne wykorzystywanie danych klientów do profilowania. Wydaje się jednak, iż z takim rodzajem przetwarzania danych nie mamy do czynienia w opisywanej sytuacji. Aby tak było, musiałoby dochodzić do zautomatyzowanego przetwarzania tych informacji w oparciu, o które podejmowane byłyby określone decyzje dotyczące tych osób. Tego typu praktyki bywają stosowane przez sklepy internetowe, które dysponują całym zestawem informacji o kupującym – twierdzi radca prawny z kancelarii Raczkowski Paruch.

Zdaniem prezesa Instytutu Badawczego ABR SESTA, niektóre przedsiębiorstwa bardzo mocno wykorzystują PNA pozyskane przez kasjerów. Mają do tego kompetencje, narzędzia, ludzi lub decydują się na usługi firm badawczych. Dla nich tego typu informacja stanowi dużą wartość, ale nie każda sieć tak postępuje.

12 listopada – kosztowne wolne dla branży transportowej

100 rocznica odzyskania niepodległości przypada w tym roku w niedzielę. Rząd postanowił zatem podarować obywatelom dodatkowy dzień wolny, czyli 12 listopada. Stosowna ustawa o Święcie Narodowym została przegłosowana w błyskawicznym tempie dopiero 23 października. Jakie skutki dla branży transportowej może mieć tak pospiesznie procedowana legislacja i czy przewoźnicy oraz zawodowi kierowcy mają się czego obawiać?

Dodatkowy dzień wolny a Kodeks Pracy

Ustawa wprowadza sporo zamieszania, chociaż lista zawodów, które tego dnia będą miały wolne, jest stosunkowo krótka. Uspokajając tych, którzy zaplanowali już przewozy w tym dniu – 12 listopada pomimo jednorazowego święta nie będzie obowiązywał zakaz poruszania się pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 tony. Również zgodnie z regulacjami Kodeksu Pracy, praca w święto jest dozwolona dla pracowników zatrudnionych w transporcie i komunikacji, zatem przedsiębiorcy transportowi nie będą zmuszeni do zmiany planów związanych z terminami dostarczenia wcześniej ustalonych ładunków.

Czy to oznacza, że nowe prawo nie będzie miało żadnego wpływu na pracę i wynagrodzenie kierowców? Niezupełnie.

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

– Pracodawca musi pamiętać, aby w przypadku pracy kierowcy w nowo ustalone święto, zapewnić w zamian inny dzień wolny od pracy w ciągu bieżącego okresu rozliczeniowego. Czyli w praktyce w listopadzie przedsiębiorca będzie zobowiązany do ustalenia planowanej pracy skróconej o jeden dzień roboczy. W sytuacji, gdy nie będzie to możliwe, kierowcy przysługuje 100% dodatek do wynagrodzenia za każdą godzinę pracy – mówi Łukasz Włoch ekspert z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Normy dotyczące maksymalnego czasu pracy, prowadzenia pojazdu oraz odbierania minimalnych odpoczynków i przerw pozostają identyczne, jak w inne dni pracy kierowcy.

Kto straci, a kto zyska?

– Na dodatkowym dniu wolnym zyskają pracownicy wynagradzani stawką miesięczną, gdyż otrzymają to samo wynagrodzenie za krótszy miesiąc pracy – stracą ci, którzy wynagradzani są godzinowo. Warto również przypomnieć, że zgodnie z Kodeksem Pracy, o ile pracodawca nie ustalił inaczej, za pracę w święto uważa się pracę wykonywaną między godziną 6:00 w tym dniu, a 6:00 dnia następnego. – dodaje Łukasz Włoch z OCRK.

Oczywiście, nowe prawo spowoduje większe komplikacje w transporcie osób, gdzie podróżni mogą czuć się zagubieni we wcześniej ustalonych rozkładach jazdy, które w dni robocze różnią się od tych w dni świąteczne. Dobrze, aby przed taką podróżą pasażer odpowiednio wcześnie ustalił według jakiego rozkładu będą odbywać się w tym dniu zaplanowane przewozy.

Kierowca może mieć wolne. A pozostali?

Dodatkowym problemem jest tutaj również fakt, że chociaż kierowcy są wyłączeni z zakazu pracy, to jednak duża część pracowników innych powiązanych branż już nie[1]. Może więc okazać się, że mimo iż nie będzie obowiązywał zakaz ruchu pojazdów powyżej 3,5 t i ciężarówki dojadą w terminie do magazynów, to nie będzie nikogo, by je rozładować. Naraża to przewoźników na straty związane z niedotrzymaniem kontraktu.

Sposób procedowania ustawy pozostawia wiele do życzenia. Wprowadza chaos i zamieszanie, nie dając w ogóle przestrzeni przedsiębiorcom, by mogli się odpowiednio wcześnie dostosować i naraża ich na straty. Można było uczcić 100-lecie odzyskania niepodległości w bardziej zorganizowany sposób, bez stawiania kogokolwiek pod ścianą i tworzenia ad hoc złych ustaw.

Kosztowne wolne

Nowe, błyskawicznie uchwalone święto niesie za sobą poważne finansowe konsekwencje, gdyż oznacza zmniejszanie PKB o ok. 0,3 proc. W 2017 r. to prawie 6 miliardów złotych[2].

Może też okazać się, że całe wywołane nią zamieszanie było zbędne, bo chociaż prezydent Andrzej Duda potwierdził, że podpisze ją, jeśli zostanie przyjęta, to nie ma wcale pewności, że rzeczywiście tak się stanie. Obrady, na których ma być procedowana, są bowiem przewidziane na 7-8 listopada, czyli na niecały tydzień przed kontrowersyjną datą. Pod uwagę brany jest również scenariusz specjalnego posiedzenia[3], ale szansa, że uśmierzy to w jakikolwiek sposób ból głowy przedsiębiorców z branży transportowej, jest nikła.

[1] https://www.log24.pl/artykuly/12-listopada-2018-r-dniem-wolnym-od-pracy, 9203
[2] https://www.forbes.pl/gospodarka/12-listopada-2018-r-dniem-wolnym-od-pracy-pracodawcy-zalamuja-rece/hlmrfly
[3] https://trans.info/pl/co-z-transportem-12-listopada-jest-odpowiedz-ministerstwa-114080

Analityka czyni biznes bardziej innowacyjnym – badanie SAS

Aż 72% uczestników badania Here and Now: The need for an analytics platform, przeprowadzonego przez SAS, dostrzega zalety analityki, ale tylko 39% używa jej podczas tworzenia strategii biznesowych.

Prawie ¾ organizacji (72%) twierdzi, że analityka jest dla nich źródłem cennych informacji. Natomiast 60% wskazuje, że narzędzia analityczne uczyniły je bardziej innowacyjnymi. Te dane wydają się być sprzeczne z tym, iż tylko cztery na dziesięć organizacji (39%) odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy analityka stanowi kluczowy element ich strategii biznesowej. Jedna trzecia respondentów wskazała, że służy ona jedynie do tworzenia planów na najbliższy czas. Pomimo oczywistych zalet wynikających z wykorzystania analityki (aż 65% uczestników badania jest w stanie to określić), większość firm nie wykorzystuje pełnego potencjału posiadanych zasobów.

Analityka zmienia sposób prowadzenia biznesu

Wraz ze wzrostem zainteresowania technologiami, takimi jak sztuczna inteligencja (AI) i Internet rzeczy (IoT), coraz więcej firm za priorytet postawiło błyskawiczną analizę danych. Badanie Here and Now: The need for an analytics platform przeprowadzono wśród ekspertów ds. analityki oraz specjalistów IT z całego świata reprezentujących różne branże. Na podstawie zebranych wyników jednoznacznie stwierdzono, że analityka zmienia sposób, w jaki firmy prowadzą biznes. Wpływa to nie tylko na codzienne działania, ale także napędza innowację – 27% uczestników badania stwierdziło, że analityka pomogła w procesie wdrożenia nowych modeli biznesowych. Wśród najważniejszych korzyści wynikających z implementacji platform analitycznych uczestnicy badania wskazali:

  • krótszy czas przygotowania danych (46%),
  • podejmowanie trafnych decyzji biznesowych (42%),
  • szybszy wgląd w dane (41%).

Wyniki badania wskazują, że przedstawiciele biznesu chcą wykorzystywać analitykę do zwiększenia efektywności i poprawy konkurencyjności twierdzi Adrian Jones, dyrektor SAS Global Technology Practice. Większość respondentów ma świadomość, że analityka przynosi korzyści ich organizacji, szczególnie w kontekście możliwości, jakie daje sztuczna inteligencja. Jednak liczba podmiotów, w których rozwiązania analityczne obejmują swoim działaniem całą organizację, mogłaby być znacznie większa.

Problemem biznesu jest brak odpowiednich umiejętności oraz niedobór ekspertów od analityki, co pozwoliłoby na wykorzystanie w pełni potencjału danych. Wiele organizacji ma problemy z koordynacją działania wielu systemów i procesów analitycznych.

Opinie uczestników badania SAS na temat korzyści wynikających z wdrożenia platform analitycznych w ich organizacjach były bardzo zróżnicowane. Najczęściej wskazywali oni możliwość „wydobycia wartości z danych” (61% odpowiedzi). Wśród odpowiedzi pojawiały się również: lepsze zarządzanie informacjami, tworzenie modeli predykcyjnych oraz możliwość wykorzystania rozwiązań open source.

59% badanych zwraca uwagę na możliwość integracji bądź też centralizacji ekosystemu danych, które zapewniają platformy analityczne, podczas gdy 43% docenia funkcjonalności związane z modelowaniem i tworzeniem algorytmów na potrzeby projektów sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego.

Kompleksowe platformy analityczne powoli wkraczają do biznesu

Jak wynika z badania SAS, firmy zdają sobie sprawę z tego, że analityka wspiera rozwój ich biznesu, ale nie rozumieją, jakie korzyści wynikają z implementacji kompleksowych platform analitycznych obejmujących swoim działaniem całą organizację oraz pełen cykl analityczny. To by wyjaśniało dlaczego jedynie niewielki odsetek przedsiębiorstw korzysta z zaawansowanych narzędzi analitycznych. Z badania SAS Enterprise AI Promise Study wynika, że tylko 24% respondentów jest przekonana, że posiada odpowiednią infrastrukturę na potrzeby projektów sztucznej inteligencji. Ponadto, aż 53% badanych wskazało, że potrzebuje aktualizacji, dostosowania lub wręcz wdrożenia od podstaw rozwiązań dla inicjatyw AI.

Zespoły IT obawiają się ogromu danych

Pomimo szerokiej gamy zastosowań analityki, poziom zaufania wobec końcowych wyników jest wysoki i wynosi średnio 70%. Respondenci, którzy udzielili tej odpowiedzi stwierdzili, że mogą wydobyć wartościowe dane biznesowe dzięki analityce. Organizacje inwestujące w kompetencje data science osiągają lepsze wyniki w zakresie zwrotu z inwestycji w projekty analityczne. Zaufanie względem otrzymanych wyników wzrasta do 72% w przypadku analityków i spada do 65% dla standardowych zespołów IT.

Przedstawiciele zespołów analitycznych są w dużej mierze przekonani, że będą w stanie stawić czoła zadaniom związanym z analizą rosnących zbiorów danych, takiej odpowiedzi udzieliło 66% respondentów. Tymczasem reprezentanci standardowych zespołów IT są bardziej sceptyczni w tym zakresie (jedynie 59% odpowiedzi).

Gdy rozmawiamy z liderami biznesu, którzy wdrażają strategie w obszarze rozwoju projektów analitycznych i sztucznej inteligencji, często spotykamy się z opinią, że wyzwaniem jest brak odpowiedniej technologii oraz specjalistów z zakresu data science – stwierdził Randy Guard, Executive Vice President i Chief Marketing Officer w SAS. Dlatego współczesne przedsiębiorstwa potrzebują kompleksowych platform analitycznych, które umożliwiają realizację pełnego cyklu analitycznego w celu przetworzenia danych w decyzje. Są one najskuteczniejszym narzędziem zapewnianiającym dziś sukces rynkowy.

Raport Here and Now: The need for an analytics platform prezentuje wyniki badania, które składało się z dwóch faz. Pierwsza z nich polegała na pogłębionych wywiadach z przedstawicielami 132 firm i instytucji publicznych z regionu EMEA. Wśród uczestników badania znaleźli się użytkownicy platform analitycznych, decydenci z obszaru IT, szefowie zespołów analitycznych i specjaliści z zakresu data science. Kolejnym etapem były ankiety internetowe przeprowadzone wśród grupy 477 respondentów.

Długoterminowa prognoza kursu dolara, euro i funta

Euro da jeszcze zarobić w tym roku, amerykański dolar na listopadowej liście zakupów, a funt brytyjski z szansą na szybkie wzrosty.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Pierwszy listopadowy tydzień rozpoczął się na rynkach walutowych dosyć spokojnie. Dolar zyskiwał nieco na wartości, a tym samym notowania EUR/USD spadły poniżej granicy 1,14. To zapewniło pośrednio stabilizację polskiej waluty. PLN wyceniany był na 4,3026 za EUR, 3,7730 względem amerykańskiego dolara i na 4,9220 w relacji do funta szterlinga. Jednocześnie rentowności polskiego długu szacowane są na 3,206 proc. w odniesieniu do obligacji 10-letnich.

Według ekspertów Aforti Exchange, w perspektywie długookresowej:

  • euro da jeszcze zarobić inwestorom w tym roku
  • amerykański dolar – o ile strefa 3.7400 – 3.7560 utrzyma się – zyska idealny moment do zakupu
  • funt brytyjski ma duże szanse szybkie wzrosty.

EUR/PLN – europejska z potencjałem do zysków

Nie ulega wątpliwości, że październik 2018 roku zdecydowanie ‘należał’ do posiadaczy wspólnej waluty. Trwały powrót powyżej strefy 4.2900 – 4.3080 to wstępny sygnał do ataku na górne ograniczenie szerokiego kanału spadkowego. Dodatkowo, utrzymanie się notowań powyżej poziomu 4.3180 będzie wyraźną oznaką siły europejskiej waluty.

Biorąc pod uwagę dość znaczące wzrosty w minionym miesiącu, notowania narażone będą
na lokalną korektę, co pozwoli na realizację zysków, a w przypadku utrzymania się rynku powyżej poziomu 4.3080, zakupy EUR będą jak najbardziej uzasadnione.

Celem popytu w listopadzie 2018 roku będzie lokalny szczyt w cenie 4.3680, a w przypadku jego naruszenia, notowania otworzą sobie drogę nawet w rejon szczytu z listopada 2011 roku w cenie 4.5000.

2018-11-06 Notowania EUR_PLN_wykres
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/PLN w układzie miesięcznym

USD/PLN – warto jeszcze poczekać z zakupem amerykańskiej waluty

Zdecydowane wybicie, długo ograniczającego rynek, oporu w cenie 3.7400 spowodowało silne umocnienie dolara amerykańskiego. Październik 2018 roku przyniósł test poziomu 3.8320, a więc miniony miesiąc zakończył się ponad 16-groszowymi wzrostami. Tym samym korekta na początku listopada 2018 nie powinna dziwić inwestorów.

Jeżeli strefa 3.7400 – 3.7560 utrzyma się, będzie to idealny moment na zakupy USD, których pierwszym celem jest poziom 3.8700 z realnym potencjałem osiągnięcia poziomu 4.0400 w najbliższych miesiącach.

2018-11-06 Notowania USD_PLN_wykres
Źródło: Aforti Exchange – notowania USD/PLN w układzie miesięcznym

GBP/PLN – szansa na szybkie wzrosty funta szterlinga w kolejnych tygodniach

Układ długoterminowy premiuje w przypadku funta brytyjskiego stronę popytu, gdyż silna, pro-wzrostowa formacja oRGR jest wciąż aktualna.

Jednak póki co, silna strefa oporu 4.8815 – 4.9360 skutecznie ogranicza realizację wspomnianej formacji, a to powinno przynieść szybkie wzrosty w okolice poziomu 5.2500.

Dlatego też, dopóki poziom 4.9360 nie zostanie trwale pokonany, z zakupami GBP warto się jeszcze wstrzymywać.  Trwałe cofnięcie poniżej poziomu 4.8800 w listopadzie 2018 roku przyniesie bowiem kolejną próbę zejścia notowań poniżej poziomu 4.7900.

2018-11-06 Notowania GBP_PLN_wykres
Źródło: Aforti Exchange – notowania GBP/PLN w układzie miesięcznym

Trendy w budownictwie i przyszłość polskiej branży budowlanej

Korki uliczne, w opinii ponad połowy przedstawicieli branży budowlanej w Polsce, będą mieć najważniejszy wpływ na budownictwo przyszłości. Na kolejnych miejscach znalazły się regulacje prawne (40 proc.) i mobilny styl życia (33 proc.) – wynika z raportu EFL „Budownictwo przyszłości. Pod lupą”. Nowoczesne budynki będą zdalnie sterowane za pomocą aplikacji (82 proc. wskazań), wykorzystywały zieloną infrastrukturę (72 proc.) oraz uwzględniały potrzeby rodzin pracowników i lokalnych społeczności (72 proc.). W związku z tym, najszybciej powinny się upowszechnić rozwiązania zwiększające efektywność energetyczną budynków (93 proc.), odnawialne źródła energii i systemy inteligentne w budownictwie (oba po 89 proc. wskazań). Co jednak ciekawe, ponad połowa zbadanych podmiotów podchodzi ostrożnie do tych trendów – wdraża nowe rozwiązania, jeśli te sprawdziły się w innych firmach.

Radosław Woźniak Wiceprezes Zarządu
Radosław Wożniak, wiceprezes zarządu EFL

– O przyszłości polskiej branży budowlanej zdecyduje nie tylko rola, jaką obecnie odgrywa w naszej gospodarce, ale przede wszystkim to, jak branża odpowie na nowe zjawiska społeczne i będzie uczestniczyć w eksploracji międzynarodowych trendów. Do niedawna atrakcyjność sektora opierała się na tanich pracownikach. Dziś już nie stanowi to argumentu, bo obecna sytuacja na rynku pracy ograniczyła możliwości ekstensywnego rozwoju. Nadszedł czas rozwoju intensywnego, w tym nowych rozwiązań. Główne jaskółki zmian to potrzeba kontaktu z naturą, moda zero waste, rosnące znaczenie relacji społecznych oraz rozwój rozwiązań opartych na współdzieleniu i wynajmie. A kluczem do realizacji tych potrzeb są dwa czynniki – ekologia i nowe technologie. I warto podkreślić, że wiele nowych trendów, do niedawna jeszcze postrzeganych jako ciekawostki, zadomowiło się w Polsce i jest wdrażanych przez polskie przedsiębiorstwa. Mam tutaj na myśli między innymi producentów energii słonecznej czy inżynierów projektujących domy pasywne czy inteligentne. W tym zakresie naprawdę mamy już wiele do powiedzenia, a jak wynika z naszego raportu, mamy szansę na więcej – zauważył Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Korki i prawo

Największy wpływ na budownictwo przyszłości w opinii 54 proc. zapytanych będą mieć rosnące zatłoczenie miast i korki. Drugim najczęściej wskazywanym czynnikiem są regulacje prawne (40 proc.), a trzecim – mobilny styl życia (33 proc.). Z kolei najrzadziej wybierano wyczerpywanie się zasobów (5 proc.) oraz lepszy dostęp do internetu i cyfryzację (6 proc.). Eksperci zwracają uwagę, że choć przede wszystkim chodzi o stworzenie przyszłym mieszkańcom i pracownikom jak najlepszych warunków infrastrukturalnych i komunikacyjnych, to jednak nie powinna dziwić dość duża liczba wskazań na regulacje prawne. To, jakie będą w przyszłości budynki, w dużym stopniu zależy od przepisów określających wymogi techniczne, w tym standard energetyczny budynków. Np. już od 2021 r. prawo wymusi budowanie domów mieszkalnych charakteryzujących się niemal zerowym zużyciem energii (tzw. domów pasywnych) i dużym udziałem energii odnawialnych (np. energii słonecznej).

Budynki przyszłości

Przedstawiciele branży budowalnej zapytani o największe trendy budowlane, w pierwszej kolejności wskazali na zdalne sterowanie budynkami za pomocą odpowiednich aplikacji (82 proc.). Niewiele mniej, bo 77 proc. firm uważa, że nowoczesne budynki będą wykorzystywały rozwiązania bazujące na tzw. zielonej infrastrukturze (zielone tarasy, dachy, fasady), a 72 proc. twierdzi, że będą uwzględniały potrzeby rodzin pracowników oraz lokalnych społeczności. Z kolei z ideą budynków w pełni autonomicznych pod względem zapotrzebowania na energię zetknęło się 52 proc. badanych przez nas firm. Najrzadziej spotykany wśród respondentów okazał się trend dotyczący elewacji wtapiających się w miasta (18 proc.).

Technologie, które według badanych podmiotów działających w branży budowlanej mają szansę się upowszechnić, to przede wszystkim rozwiązania zwiększające efektywność energetyczną budynków (93 proc.) oraz odnawialne źródła energii i systemy inteligentne w budownictwie (oba po 89 proc. wskazań). Warto także zwrócić uwagę, że wśród zjawisk obserwowanych w budownictwie duży potencjał mają również odzysk wody deszczowej (81 proc.), prefabrykaty (77 proc.), domy pasywne (74 proc.) oraz nowe materiały budowlane (68 proc.).

W Polsce powyższe rozwiązania budownictwa zrównoważonego są już w zasadzie standardem w przypadku nowych biurowców, budynków przemysłowych, handlowych czy hotelowych i mieszkalnych. Polskie Stowarzyszenie Budownictwa Ekologicznego informuje, że już ponad 500 budynków uzyskało zielony certyfikat, np. BREEM, LEED czy WELL. Aż połowa z nich jest zlokalizowana na Mazowszu, 55 w Małopolsce, a 48 na Dolnym Śląsku.

Otwartość na nowości

Choć w raporcie EFL można dostrzec sporą znajomość trendów wśród reprezentantów budownictwa, to jednak pod względem ich adaptacji większość badanych jest ostrożna. Aż 59 proc. przedsiębiorstw to podmioty zainteresowane innowacjami i trendami, ale bojące się chybionych inwestycji. Z tego względu wdrażają nowe rozwiązania, jeśli te sprawdziły się w innych firmach. 13 proc. to pionierzy, którzy dostrzegają potrzebę wyznaczania i wdrażania trendów oraz są gotowi podjąć ryzyko. Co 12. zapytanemu odpowiada status quo.

Skłonność do szukania nowych rozwiązań oraz łatwość adaptacji do zmieniających się warunków rynkowych w dużym stopniu zależy od specyfiki wykonywanego zawodu. Najbardziej otwartą na nowości grupą zawodową są architekci (88 proc.), architekci i projektanci wnętrz (87 proc.), projektanci wzornictwa przemysłowego (80 proc.) oraz budowlańcy inżynierowie (80 proc.). Z kolei najmniej za pan brat z trendami są urbaniści i planiści.

Ósmy raz pod lupą

Raport „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” jest ósmym z kolei opracowaniem z serii „Pod lupą”. Pierwszy charakteryzował kondycję mikro-, małych i średnich firm w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był sytuacji gospodarstw rolnych w Polsce („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty prowadzenia działalności transportowej w Polsce („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – wsparcie młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Szósty raport przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP w Polsce („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016). Natomiast ubiegłoroczne, siódme wydanie, dotyczyło pokolenia milenialsów („Millenialsi w MŚP. Pod lupą”, 2017).

Raport przekazuje wielostronny obraz obszaru, jakim jest budownictwo, które jest kołem zamachowym gospodarki, stanowiąc trzecie źródło PKB w Polsce. Raport, podobnie jak w poprzednich edycjach, opiera się na badaniach opinii, rozbudowanych o szeroki kontekst problematyki związanej z budownictwem, inżynierią budowlaną, architekturą, urbanistyką i procesami społecznymi w obszarze zamieszkiwania. Źródłem treści są również opracowania branżowe (raporty sektora leasingu, bankowego, budowlanego), dane GUS, a także dostępna publicystyka dotycząca inwestycji infrastrukturalnych i mieszkalnictwa. Raport wzbogacają wywiady ze specjalistami wielu dziedzin wprost lub pośrednio związanych z budowaniem: architektami, urbanistami czy naukowcami.

Metodologia badania:

Badanie „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” zostało zrealizowane przez Ecorys Polska na zlecenie EFL S.A. na reprezentatywnej grupie 500 firm z branży budowlanej (budownictwo mieszkaniowe, komercyjne, inżynieryjne, działalność projektowa) dobranych w sposób losowo-kwotowy. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, tyle samo mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, a 20 proc. średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie. Badanie wykonano metodą ilościową, techniką CATI (wywiad telefoniczny) od 7 czerwca do 4 lipca 2018 roku.

Od robotyzacji nie ma odwrotu

Męczą Cię powtarzalne i czasochłonne zadania w biurze? Masz dość przeklejania danych i rozsyłania tysięcy maili? Przekaż monotonne obowiązki robotowi,
a sam zostań ekspertem. Jak stworzyć robota i które zadania mu powierzyć? Na własne oczy przekonali się o tym uczestnicy „Spotkania z robotem”.

Robot, czyli algorytm naśladujący pracę człowieka w systemie komputerowym, powstaje w zaledwie kilka minut. Może to zrobić nawet jedna osoba, zwana deweloperem.
Interfejs oprogramowania jest intuicyjny i nietrudny w obsłudze. Proste roboty można projektować samodzielnie – przekonuje Jakub Bugdoll, starszy deweloper Robotics Smart Solutions. Właściwie zaprojektowany robot w mgnieniu oka zaloguje się do systemu, pobierze tabelę kursów walut, zapisze ją w pliku Excel i na koniec wyśle mailem do konkretnych odbiorców. Jeżeli jest potrzeba, tę sekwencję czynności będzie powtarzał regularnie, np. codziennie rano. – Zastosowanie takiego robota w biurze przynosi wiele wymiernych korzyści. Po pierwsze eliminuje ludzkie błędy. Robot zatrzyma się, jeżeli zorientuje się, że coś jest nie tak. Po drugie jego praca jest tańsza i szybsza niż praca człowieka. Po trzecie wprowadzenie robotyzacji systematyzuje pracę w biurze
– argumentuje Jakub Bugdoll.

To właśnie robotyzacja procesów back office była motywem przewodnim konferencji „Spotkanie z robotem, czyli technologia RPA w biurze” zorganizowanej we Wrocławiu przez Impel Business Solutions (IBS). Ponad 160 uczestników poznało kilka innych praktycznych zastosowań robota w procesach biznesowych: do kompleksowej obsługi zwolnień lekarskich w systemie e-PUE, pracy z pismami komorniczymi lub wyciągami bankowymi. Eksperci udowodnili na konkretnych przykładach, że dzięki robotyzacji firmy mogą poprawić efektywność, szybkość, jakość i terminowość wykonywanych procesów.

Średnie i duże firmy nie pytają już nas, czy wprowadzić robotyzację, tylko od którego procesu zacząć. Sami wprowadziliśmy 30 zrobotyzowanych procesów – mówi Monika Kosicka, menedżer zarządzający w Robotics Smart Solutions. – Roboty pracują średnio
o 70 % szybciej od ludzi, siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. W niedalekiej przyszłości odciążą pracowników od prostych, powtarzalnych i monotonnych czynności. Ludzie natomiast staną się pracownikami wiedzy i kreatywności, czyli wysoce wyspecjalizowanymi ekspertami w swojej dziedzinie. Robotyzacja nie wiąże się więc z redukcją zatrudnienia, lecz z postępem technologicznym i rozwojem zasobów ludzkich.

W dobie problemów z brakiem specjalistów na rynku pracy roboty znajdują szerokie zastosowanie w działach HR, księgowości, finansów, sprzedaży czy logistyki. Robotyzacja jest nieodłącznym elementem zmiany w organizacji, koniecznej do uzyskania przewagi konkurencyjnej na rynku. – Potrzeba zmiany pojawia się, gdy występują problemy z dużą rotacją pracowników, skomplikowanymi procesami, chaosem organizacyjnym, dużą liczbą przychodzących reklamacji – wylicza Katarzyna Łucka, menedżer ds. procesów księgowych w IBS, która w codziennej pracy także korzysta z robotyzacji.

Na konferencji szeroko omówiona została także tematyka Lean Management oraz obszarów procesowości i digitalizacji, jako najlepszych sojuszników zmian w organizacji.
Przyszłość dzieje się tu i teraz – mówiła Nina Twardowska, prezes zarządu spółki IBS.
Procesowość daje wymierne korzyści biznesowe i kompetencyjne. Przyszłością są unikatowe i dedykowane rozwiązania, które zoptymalizują pracę ludzi. Za dwa, trzy lata robotyzacja będzie już standardem. Nie ma przed nią odwrotu.

Odpływ imigrantów z Ukrainy na Zachód realnym zagrożeniem dla polskiej gospodarki – możemy stracić 1,6 proc. PKB

 Polska stoi przed realnym problemem związanym z ryzykiem znaczącego spowolnienia gospodarczego, który może wywołać odpływ ponad pół miliona pracowników z Ukrainy na Zachód Europy. Zdaniem ekspertów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, uniknięcie takiego scenariusza, będzie możliwe, dzięki stworzeniu spójnej polityki migracyjnej, ukierunkowanej w dużej części na mądrą absorpcję imigrantów zarobkowych ze sprawdzonych kierunków.

Temat ten został ujęty w szerszym kontekście w memorandum pn. „Realizacja czarnego scenariusza – czy Polska straci pracowników z Ukrainy na rzecz Niemiec”, zaprezentowanym 6 listopada br. na konferencji prasowej ZPP.

Z niepokojem obserwujemy sytuację związaną z problematyką niedostatecznej podaży pracy w Polsce, a co za tym idzie, z powiązanym z nią, brakiem rąk do pracy, o którym coraz częściej głośno w mediach ogólnopolskich. Od 2016 roku postulujemy stworzenie spójnej polityki migracyjnej, zakładającej maksymalnie uproszczoną procedurę zatrudniania obywateli Ukrainy i innych nacji, których przedstawiciele już dzisiaj w Polsce pracują i przyczyniają się do tworzenia PKB – twierdzi Jakub Bińkowski, Sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

Jego zdaniem dalszym krokiem, w kontekście gospodarczym, związanym z uzupełnianiem niedoborów na rynku pracy, jest stworzenie przejrzystej ścieżki uzyskania prawa stałego pobytu, a następnie – obywatelstwa dla imigrantów zza wschodniej granicy Polski.

Jak czytamy w memorandum ZPP „według szacunków Narodowej Rady Ludnościowej, do 2050 roku Polska powinna przyjąć 5 milionów imigrantów zarobkowych, aby utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju gospodarczego”.

Eksperci ZPP są zgodni co do tego, że kontynuacja dobrej koniunktury gospodarczej, nie będzie możliwa dzięki krótkofalowym działaniom, polegającym na zaspokajaniu aktualnych potrzeb i przyciąganiu imigrantów na krótki czas, choćby w związku z sezonowym wzrostem popytu na pracę.

Z analogiczną sytuacją mierzą się praktycznie wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej, w których również występują istotne niedobory ludności w wieku produkcyjnym. Jest to bardzo duże zagrożenie nie tylko dla aktualnego tempa rozwoju gospodarczego, które w sytuacji, w której coraz mniej osób pracuje, a coraz więcej pobiera świadczenia – musi zmaleć, ale również dla stabilności repartycyjnego systemu emerytalnego, a w konsekwencji – sytuacji budżetów. – komentuje Tomasz Wróblewski, Prezes Warsaw Enterprise Institute. –Nic więc dziwnego, że inne europejskie są bardzo głęboko zainteresowane pozyskaniem licznej grupy łatwo asymilujących się imigrantów podejmujących pracę zarobkową.

Wprowadzenie przez zachodnie państwa dla  pracowników z Ukrainy ruchu bezwizowego, obowiązujące od 11 czerwca 2017 – obywatele Ukrainy nie potrzebują wiz, by wjechać na terytorium UE, przy czym uprawnienie to zostało ograniczone do 90 dni w ciągu pół roku, a wyjazdy można odbywać w celach biznesowych, turystycznych i rodzinnych – spowodowało, że w pierwszym miesiącu funkcjonowania nowych przepisów, granicę UE przekroczyło bez wiz ponad 95 tysięcy Ukraińców. Jednocześnie, dynamika imigracji zarobkowej do Polski z kierunku wschodniego istotnie spadła – z danych MRPiPS wynika, że w I półroczu 2018 roku zarejestrowano o 13 proc. mniej oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcowi, niż w roku ubiegłym, co stanowi odwrócenie trendu z ostatnich kilku lat, tj. w zasadzie ciągłego wzrostu liczby rejestrowanych oświadczeń.

ZPP przez wiele miesięcy prezentował swoje rekomendacje w zakresie stworzenia programu mającego na celu zatrzymanie imigrantów zarobkowych z Ukrainy i innych krajów wschodnich w Polsce. Niestety z niepokojem stwierdzamy, że to Niemcy dzisiaj przygotowują się do otwarcia swojego rynku dla pracowników spoza Unii Europejskiej. Rząd niemiecki chce bowiem zwiększyć napływ wykwalifikowanej siły roboczej i dostosować go do potrzeb rynku pracy – nadrzędnym celem jest tutaj zabezpieczenie pracowników z wykształceniem zawodowym – mówi Katarzyna Niemyjska, Dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP. – Niemcy, w ramach szybkiej i prostej procedury, mają uznawać kwalifikacje zdobyte poza UE, a także prowadzić szeroko zakrojone działania promocyjne zachęcające do podjęcia u nich pracy oraz oferować wsparcie w nauce języka niemieckiego.

Realizacja przez Niemców zaprezentowanego planu będzie miała określony wpływ na polską gospodarkę. Można bowiem założyć, a istnieją już badania na ten temat, że duża część pracowników z Ukrainy przebywających w Polsce, zdecyduje się przemieścić na Zachód. Oznacza to odpływ dużej części tak potrzebnej nam siły roboczej do Niemiec, co spowoduje duże trudności dla przedsiębiorców, ale również kłopoty makroekonomiczne. Według szacunków ZPP, w umiarkowanym wariancie zakładającym odpływ z rynku pracy 500 tysięcy imigrantów z Ukrainy, potencjalny uszczerbek PKB wyniesie 1,6 proc., co stanowi 1/3 dynamiki wzrostu PKB w roku 2017. W kontekście zbliżającego się nieuchronnie spowolnienia gospodarczego, strata ta byłaby jeszcze bardziej dotkliwa.

Zdaniem ZPP istnieje potrzeba pilnej aktywności rządu, nakierowanej na realizację działań mających zapobiec sytuacji, w której znaczący niedobór rąk do pracy w Polsce stanie się faktem i wpłynie istotnie na sytuację przedsiębiorców, którzy będą mieli trudności z prowadzeniem swoich działalności przy tak dużej liczbie wakatów, a następnie po stronie konsumentów, którzy za te same usługi i produkty będą musieli płacić więcej. W efekcie, straci również państwo, bowiem Ukraińcy wydają w Polsce zarobione pieniądze, a ich wynagrodzenia są opodatkowane na regularnych zasadach.

Wideo online na pozycji lidera

Jak wynika z raportu Forrester, reklamodawcy do 2023 wydadzą na reklamę online aż 102,8 mld dolarów. Przewiduje się również, że udział wideo online za pięć lat wzrośnie z 21,2% do 34,3 % i tym samym wyprzedzi telewizję. Dane z raportów dotyczących treści wideo w Internecie analizuje Anna Kacprzyk, Digital Team Leader Adexon.

Koniec tradycyjnej telewizji?

Anna Kacprzyk
Anna Kacprzyk, Digital Team Leader Adexon

Spada liczba abonentów telewizji cyfrowej i satelitarnej. Bogata oferta i dostępność treści online sprawiają, że widzowie coraz mniej czasu spędzają przed telewizorami. Według prognoz, liczba odbiorców wideo w Internecie w 2018 roku wyniesie 200 mln, przy czym liczba oglądających tradycyjną telewizję to obecnie 258 mln.

Jednak mimo, że odsetek abonentów jest coraz mniejszy, zasięg TV wrasta, zwłaszcza biorąc pod uwagę rozwój wideo na żądanie oraz takich platform jak Netflix, HBO GO czy Showmax. Widzowie nadal oczekują programów telewizyjnych, ale zmienia się sposób konsumpcji treści, a także preferencje co do urządzeń, na których najchętniej je odtwarzają. Przewiduje się, że do 2023 roku liczba subskrypcji SVOD i pay-tv na świecie wyniesie 1,877 mld, natomiast w latach 2017-2023 liczba abonentów telewizji tradycyjnej wzrośnie jedynie o 94 mln.

Reklama online w liczbach

O niesłabnącej popularności i sile wideo online świadczy fakt, że w 2018 roku, aż 81 mln widzów ogląda wideo w sieci lub na platformach typu VOD. Oczekuje się zatem, że udział wideo online w wydatkach na reklamę wzrośnie w 2023 roku z 21,2% do 34,3%, tym samym wyprzedzając udział rynku tradycyjnej telewizji. Według Zenith, globalne wydatki na ten segment wzrosną w przeciągu pięciu lat o 19%, natomiast do 2020 będą rosły średnio o 17% rocznie i osiągną 43 mld dolarów. Te same badania pokazują, że w Polsce, w stosunku do ubiegłego roku, budżet przeznaczony na reklamę wideo online będzie wyższy o 9%.

Zmienia się również format reklam wideo w Internecie. Jeszcze do niedawna naśladowały one formaty telewizyjne i „przerywały” materiał bez możliwości ich pominięcia (in-stream). Obecnie, zaczęły ustępować out-stream, czyli reklamom wyświetlanym w social media lub na powierzchniach wydawców, które pozwalają użytkownikom zadecydować, w jaki sposób wejdą z nimi w interakcję.

Przyszłość wideo online

Wideo to bez wątpienia najszybciej i najlepiej rozwijająca się w ostatnich latach forma przekazu. Z raportu Online Video Forecasts 2018 wynika, że w bieżącym roku, na świecie średnia czasu spędzonego na oglądaniu materiałów wideo w sieci to 67 minut dziennie – 11 minut dłużej niż w ubiegłym roku. W Polsce natomiast średnia wynosi 49 minut.

Mimo, że w naszym kraju obserwujemy dynamiczny wzrost reklamy wideo online, to wciąż telewizja wiedzie prym i nadal to jej przypadają największe budżety marketingowe. Jednak już połowa największych reklamodawców w Polsce wykorzystuje wideo w sieci, aby zwiększyć zasięg kampanii telewizyjnych, a tym samym dotrzeć do odbiorców, którzy odchodzą od oglądania tradycyjnego kanału. Dla współczesnych odbiorców liczy się przede wszystkim elastyczność oraz możliwość wyboru co, gdzie, kiedy i na czym chcą oglądać. Dlatego też telewizja satelitarna i cyfrowa, ograniczająca ich swobodę poprzez sztywno zaplanowaną ramówkę, powoli ustępuje miejsca platformom z wideo na żądanie.

Autor: Anna Kacprzyk, Digital Team Leader. Z agencją Adexon związana od 2015 roku. Odpowiada za dział realizacji kampanii, planowanie mediów oraz utrzymywanie relacji z klientami.