Jak pandemia koronawirusa zmieni branżę modową?

Jedną z branż, która szczególnie ucierpiała podczas pandemii, jest branża modowa. Nagłe zamknięcie sklepów sprawiło, że sprzedaż odzieży, tekstyliów i obuwia spadła. W kwietniu była mniejsza aż o 64% w porównaniu do tego miesiąca z poprzedniego roku. Na szczęście w kolejnych miesiącach spadki się zmniejszały – by w lipcu i sierpniu zniknąć prawie całkowicie. Jednak branża modowa pod wpływem pandemii najpewniej bardzo się zmieni. Po pierwsze – podczas lockdownu zwiększyła się sprzedaż przez internet. Wartość ubrań kupowanych przez strony i sklepy internetowe wyniosła aż 60% całości sprzedanej w tych miesiącach odzieży. Po zakończeniu lockdownu liczby te zmalały i teraz utarg z kanału e-commerce wynosi około 15% ogólnej sprzedaży. Jest jednak duża szansa, że kupowanie ubrań i obuwia przez internet zostanie z nami na dłużej, w większej skali niż przed pandemią. PIE zauważa, że zmianie ulegają również inne zachowania klientów.

– Lockdown nauczył nas innego podejścia do kupowania wyrobów branży modowej. Nie jesteśmy już tak bardzo nastawieni na konsumpcyjny styl życia – kupujemy mniej odzieży i obuwia, niż przed pandemią. Dlatego raptowny wzrost sprzedaży odzieży i obuwia raczej już nie nastąpi – powiedziała serwisowi eNewsroom Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – To zmieni nieco wygląd polskiego rynku modowego. Wyroby odzieżowe i obuwnicze będą  lepszej jakości i polskiej produkcji. Branża odzieżowa i modowa skoncentruje się na wyrobach dobrej jakości – z nieco wyższą ceną, produkowanych lokalnie. To dobra wiadomość dla ekologów. Wyroby odzieżowe i obuwnicze w trakcie produkcji mocno zanieczyszczają środowisko naturalne. Ich produkcja zużywa dużo wody i energii. Skręt branży modowej w kierunku mniej masowej produkcji będzie mieć korzyści ekologiczne – dodaje Dębkowska.

Maleją zaległości wobec firm ubezpieczeniowych

Ubezpieczyciele mają do odzyskania prawie 225 mln zł. Długi klientów są ogromne, ale i tak w tym roku stopniały. Polacy z obawy przed Covid-19 i problemami z dostępem do służby zdrowia przypomnieli sobie o dodatkowych ubezpieczeniach i o samych ubezpieczycielach. Najwyraźniej zaczęli też przykładać większą wagę do terminowego opłacania wszelkiego rodzaju składek, choć oczywiście nie wszyscy. Co 12. osoba przyznaje, że woli nie zapłacić za polisę niż stracić płynność finansową – wynika z badania dla BIG InfoMonitor. W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor z powodu zaległości wobec firm ubezpieczeniowych znajduje się ponad 96 tys. podmiotów, średnio winni są 2342 zł.

Bieżący rok nie jest łatwy dla towarzystw ubezpieczeniowych, którym w czasach koronakryzysu Polacy są winni prawie 225 mln zł. Taka właśnie kwota zaległości należącą do ponad 96 tys. podmiotów widniała w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor na koniec lipca. Suma jak i liczba dłużników są spore, choć nie wszystkie firmy ubezpieczeniowe wpisują niepłacących do rejestrów BIG. Byłaby też wyższa, gdyby nie poprawa odnotowana na początku roku i przyhamowanie wzrostu liczby dłużników w trakcie pandemii. Z pomocą mógł przyjść wirus, który przewartościował myślenie ludzi o różnego rodzaju ubezpieczeniach. Polacy chętniej sięgnęli po polisy zapewniające pomoc w razie choroby albo pobytu w szpitalu, ale też utraty pracy lub innego źródła dochodów.

Dłużnik-rekordzista ma prawie 1 mln zł długu

Zaległości zgłaszane do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor związane są głównie z ubezpieczeniami komunikacyjnymi. Niemniej jednak i te w czasach koronakryzysu stały się bardziej potrzebne, bo bezpieczniejsze od przemieszczania się komunikacją miejską stało się podróżowanie własnym autem, a bez nieopłaconej składki jest to ryzykowne.

– Wpisani do Rejestru BIG InfoMonitor mają głównie niezapłacone raty składek od obowiązkowych polis OC. Ich płatność może być rozłożona na raty i niestety zdarza się klientom, że po opłaceniu pierwszej nie regulują już kolejnych. Jeśli przypomnienia i negocjacje z dłużnikiem nie dają efektu, ubezpieczyciel wpisuje go do Rejestru BIG, dochodząc w ten sposób swoich należności – wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Z naszych danych wynika, że nawet 37 proc. zobowiązań dłużników sektora ubezpieczeń, zostaje spłaconych w ciągu pierwszych trzech miesięcy od zgłoszenia ich do BIG InfoMonitor. Niepłacących mobilizuje fakt, że na informacje o ich długach trafiają banki, firmy pożyczkowe, telekomunikacyjne, leasingowe. Osoba czy firma, która zalega swojemu ubezpieczycielowi, nie dostanie kredytu, oferty na leasing, faktoring czy franczyzę, może też utracić kontrakt z dostawcą. Konsekwencje te potrafią zdopingować do zmiany zdania w sprawie płatności – dodaje.

liczba dłużników ubezpieczeniowych

kwota zaległości względem ubezpieczycieli
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

Kłopotów można sobie też narobić zapominając o powiadomieniu ubezpieczyciela o sprzedaży samochodu. Towarzystwo ubezpieczeniowe przekonane, że pojazd nadal jest w tych samych rękach automatycznie przedłuża polisę na kolejny rok. Były właściciel pojazdu z oczywistych względów nie płaci, ale ubezpieczyciel, który kontynuował ochronę dochodzi płatności. Dlatego ważne jest, aby tuż po transakcji dopełnić wszystkich formalności. Dodatkowo, spore finansowe problemy, zdarzają się w sytuacji kierowania bez uprawnień, pod wpływem narkotyków lub alkoholu, używania samochodu do popełnienia przestępstwa, a także w momencie ucieczki z miejsca wypadku. Wówczas wyłącza się działanie ubezpieczenia i nawet jeśli towarzystwo wypłaci poszkodowanym pieniądze, to domaga się ich zwrotu od osoby, która złamała warunki umowy ubezpieczeniowej. A szkody wynikające ze zdarzeń drogowych potrafią osiągać setki tysięcy złotych. Zapewne w ten sposób powstały zaległości ubezpieczeniowych rekordzistów np. prowadzący działalność gospodarczą mieszkaniec woj. lubelskiego ma do zwrotu firmie ubezpieczeniowej ponad 913 tys. zł, drugi w zestawieniu, trzydziestolatek z Gdańska, winien jest ponad 529 tys. zł.

Polacy dokupili ubezpieczeń zdrowotnych

Pomimo kryzysu ubezpieczenia zdrowotne zyskały na znaczeniu. Wg danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, w I półroczu 2020 r. Polacy przeznaczyli prawie pół miliarda złotych na ubezpieczenia zdrowotne. Takie polisy ma już ponad 3 mln Polaków, o 13,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Ubezpieczyciele szybko dopasowali ofertę do potrzeb klientów, wykorzystując w tym celu m.in. telemedycynę. Zainteresowanie polisami wzrosło, zwłaszcza w początkowym okresie lockdownu. Trend ten zaobserwowano zarówno w ubezpieczeniach indywidualnych, jak i grupowych. Podczas pandemii wzrosło znaczenie polisy zdrowotnej również jako benefitu pracowniczego. Wielu pracodawców zdecydowało się na jej zakup dla pracowników. Ponadto osoby, które posiadały już jakieś ubezpieczenie, zaczęły szukać większej ochrony. Stąd według ekspertów z branży ubezpieczeniowej w drugim półroczu sprzedaż polis zdrowotnych może być jeszcze wyższa. Dla respondentów w dobie pandemii najbardziej cenionymi wartościami stały się zdrowie, rodzina, bezpieczeństwo i stabilizacja, wynika z badania przeprowadzonego dla firmy AXA. W ankiecie Polacy deklarują, że z obawy przed koronawirusem chcą rozszerzyć zakres swoich ubezpieczeń, przede wszystkim o zabezpieczenie finansowe na wypadek choroby oraz utraty pracy. Wyższej ochrony szukają głównie osoby, które posiadają już jakieś ubezpieczenie.

Z drugiej jednak strony zdecydowanej większości, bo aż 76 proc. badanych, obecna sytuacja nie skłania do myślenia o zakupie ubezpieczenia na życia. Powód? Finanse. Badani wskazali, że nie mają wystarczających wolnych środków na zakup ubezpieczeń albo zwyczajnie nie chcą podejmować takiego zobowiązania finansowego. Pandemia bowiem z jednej strony skłania do zainteresowania ofertami ubezpieczeniowymi, ale z drugiej podsyca lęk o finanse i zniechęca do długoterminowych inwestycji.

Ale co 12. osoba przyznaje się, że zdarzyło jej się nie zapłacić za polisę

Część społeczeństwa już zresztą wpadła w kłopoty finansowe. Z badania przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor wynika, że właśnie w związku z pandemią koronawirusa, 27 proc. osób, by całkowicie nie stracić płynności finansowej, zdarzyło się opóźniać regulowanie różnego rodzaju rachunków. Wśród nich, na piątym miejscu na liście najczęściej opóźnianych płatności, znalazły się również składki ubezpieczeniowe, które dla 8 proc. ankietowanych z powodu pojawiających się kłopotów finansowych zaczęły być bardziej uciążliwe niż dotychczas. Najczęściej na odłożenie płatności ubezpieczeniowych decydowali się 25 – 34 latkowie, 10 proc. Wskazań wyższych niż ogół udzielili też panowie (10 proc. vs 6 proc, kobiet), którzy zresztą stanowią przeważającą część dłużników ubezpieczeniowych wpisanych do rejestru BIG InfoMonitor, bo aż 75 proc. – Takie odpowiedzi respondentów oraz trzykrotnie wyższy przyrost zaległości konsumentów w bazach BIK i BIG InfoMonitor w II kwartale tego roku w porównaniu z analogicznym okresem 2019 r. pokazują, że zahamowanie wzrostu nieopłaconych polis ubezpieczeniowych w czasie pandemii jest naprawdę niezłym wynikiem – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

Mazowsze i Wielkopolska na czele

Największe długi wobec ubezpieczycieli mają mieszkańcy Mazowsza, Wielkopolski i Górnego Śląska. Ponad 49,5 mln zł zaległości przypada na Mazowsze, gdzie mieszka też najwięcej dłużników – 17 114. Na drugim miejscu znajduje się Wielkopolska – ponad 25,4 mln zł zaległości i ponad 10,1 tys. dłużników, na trzeciej pozycji jest Śląsk z długami przekraczającymi 25 mln zł należącymi do 12 187 osób.

Największe długi wobec ubezpieczycieli
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

* Badanie zostało przeprowadzone metodą Omnibus-CAWI, w terminie 20-25 maja 2020, na próbie reprezentatywnej 1005 Polaków w wieku 28-70 lat.
** Badanie research&grow dla BIG InfoMonitor przeprowadzone techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie Polaków N=1000, zrealizowane w dniach 10-13 lipca 2020

1 października 2020 roku weszła w życie nowa stawka akcyzy na płyn do papierosów elektronicznych

1 października 2020 roku weszła w życie pozytywna stawka akcyzy na płyn do papierosów elektronicznych o wartości 0,55zł / ml czyli aż 550zł za litr. Konieczność wprowadzenie akcyzy często argumentowana była tym, że płyny do papierosów elektronicznych zawierają nikotynę, ale finalnie akcyza swoim zakresem obejmuje nawet płyny bez nikotyny. Akcyza stawką nie rozgranicza płynów z nikotyną i bez.
Drastyczne podniesienie ceny to dobre wieści dla czarnego rynku, czego przykładem może być rynek włoski.

„Wielokrotnie apelowaliśmy i dawaliśmy za przykład rynek włoski, gdzie dokładnie taka sama polityka akcyzowa spowodowała, że nawet 70% legalnie działających firm zbankrutowało, a pracę straciło ponad 2 tys. osób. Duża część wapujących przeszła do szarej strefy, a kolejna wróciła do tradycyjnych papierosów. Czy taki jest cel wprowadzenia w Polsce akcyzy na mniej szkodliwą alternatywę dla tradycyjnych papierosów? Taka drakońska podwyżka podatku akcyzowego doprowadzi do tragicznej sytuacji dla polskich konsumentów, pracowników i przedsiębiorstw” – mówi Piotr Zieliński, prezes Vaping Association Polska.

Stowarzyszenie przyznaje, że argumenty znalazły zrozumienie w Ministerstwie Finansów. Niestety dyskusja znalazła się w ogniu walki koncernów tytoniowych, które usilnie walczą o przejęcie rynku papierosów elektronicznych i silnie lobbowały za wysoką stawką podatku akcyzowego, która jest w ich interesie. Dla globalnych koncernów, które dorobiły się fortun na tytoniu i mają duże zaplecze finansowe jest to zwycięstwo, ponieważ pozbędą się polskiej konkurencji. W perspektywie wieloletniej to właśnie wprowadzenie wysokiej wartości akcyzy jest początkiem zagrabienia rynku papierosów elektronicznych i jego monopolizacji.

„Włoski rząd, na podstawie swoich negatywnych doświadczeń z wysoką wartością akcyzy na płyny do papierosów elektronicznych zdecydowanie obniżył stawkę, ustanawiając dwie wartości. Pierwsza dla płynów z nikotyną, a druga na płyny beznikotynowe. Czy mając takie doświadczenia nie możemy w Polsce pominąć etapu dramatów ludzkich związanych z zamykaniem małych i średnich polskich przedsiębiorstw, utraty pracy, wypowiadaniem kredytów przez banki i przegrywaniem z szarą strefą oraz koncernami tytoniowymi z powodu wprowadzenia horrendalnej stawki akcyzy?” – pyta Przemysław Jaskóła, rzecznik Vaping Association Polska.
Stowarzyszenie podkreśla, że dla użytkowników e-papierosów szczególnie niebezpieczny jest czarny rynek i produkty nielegalne, które nie podlegają badaniom i kontroli państwowej.

Warto pamiętać, że do wartości akcyzy 550zł / litr należy doliczyć jeszcze podatek VAT co przekłada się realnym wzrostem kosztów do poziomu 676,5zł / litr. Zakładając, że ktoś zdecyduje się na zakup płynu do papierosów elektronicznych z legalnych źródeł to właśnie o taką kwotę więcej będzie musiał zapłacić. Przykładowo, tzw. baza o pojemności 100ml kosztująca dzisiaj 8zł wzrośnie do prawie 76zł (wzrost o 846%), tzw. premix 50ml kosztujący 19,9zł wzrośnie do prawie 54zł, a liquid 10ml kosztujący 6zł, wzrośnie do prawie 13zł.

„Komponenty do garażowej produkcji płynu do papierosów elektronicznych są łatwo dostępne. Należy pamiętać, że bez odpowiedniej wiedzy może dojść do tragicznych w skutkach zdarzeń zdrowotnych. Zastanawia nas, kto weźmie odpowiedzialność za zatrucia takimi produktami?” – pyta Przemysław Jaskóła z VAP.

Sama stawka akcyzy nie jest jedynym problem dla polskich małych i średnich przedsiębiorstw. Kontrowersyjna jest również sytuacja, w której na rynku będą produkty z banderolą oraz bez (jak w modelu włoskim). Problematyczne są również niedoprecyzowane przepisy w zakresie m.in. ubytków, składów podatkowych oraz zabezpieczeń.
Stowarzyszenie VAP uważa, że jeszcze nie jest za późno na uratowanie tysięcy miejsc pracy, wartościowych małych i średnich polskich przedsiębiorstw oraz lat poświęconych na budowanie wizerunku firm znad Wisły i ich produktów na rynku europejskim.

Szukasz pracy? Lepiej uważaj gdzie wysyłasz swoje CV

Praca zdalna? Wynagrodzenie 2000 zł netto za kilka godzin pracy? Wypełnianie ankiet online? Osoby poszukujące pracy trafiają na takie ogłoszenia kilka razy dziennie. Uważaj, gdzie wysyłasz swoje CV.

Globalna pandemia koronawirusa sprawiła, że wiele osób straciło pracę. Doprowadziło to do pojawiania się ogłoszeń od oszustów, którzy rzekomo oferują prostą i bardzo dobrze płatną pracę, najczęściej zdalną. Niestety, odpowiadając na takie ogłoszenia, można stracić pieniądze, dane osobowe, a nawet zostać zamieszanym w przestępstwo!

Testowanie produktów finansowych

Marta natrafiła na Facebooku na interesujące ogłoszenie, dotyczące pracy zdalnej. Miała ona polegać na testowaniu produktów finansowych. Wystarczyło zgłosić się do rzekomego pracodawcy i założyć konto bankowe w jednym z wymienionych banków.

Jestem w trakcie szukania pracy. Natrafiłam na ciekawe ogłoszenie, jednak czułam, że coś jest nie tak. Oferta brzmiała zbyt pięknie, żeby być prawdziwą – tłumaczy Marta.

Na całe szczęście Marta wolała być ostrożna i nie zgłosiła się do tej firmy. To bardzo popularne oszustwo polegające na odbieraniu przelewów na swoje konto, wypłacaniu pieniędzy z bankomatu i przesyłaniu ich dalej. Z każdego przelewu zostaje na koncie “pracownika” prowizja, rzędu 5-10%. Oficjalnie jest to testowanie przelewów różnego typu i jak szybko idą one z różnych kont bankowych na inne konta, nieoficjalnie – możliwe przelewanie pieniędzy z oszustw i zostanie słupem bankowym.

Zachowaj zdrowy rozsądek

Ogromne wynagrodzenie i mała liczba godzin pracy kuszą najbardziej. Jeśli coś brzmi zbyt dobrze, by mogło być prawdziwe, najprawdopodobniej prawdziwe nie jest. Szukając pracy, należy zwrócić uwagę na kilka rzeczy, przede wszystkim: stawki, administratora danych, czy wymagany jest wkład własny – tłumaczy koordynator zespołu ds. cyberbezpieczeństwa Weronika Bartczak.

Pamiętaj, aby zawsze sprawdzać firmę w internecie, np. w KRS. Jeżeli potencjalny pracodawca chce od Ciebie skanu dowodu osobistego, możesz mieć pewność, że jest to oszustwo. Podejrzane oferty najczęściej rozsyłane są za pomocą grup w mediach społecznościowych. Dokładnie przeanalizuj ofertę pod względem wynagrodzenia czy liczby godzin. Jeżeli nie jesteś pewien, czy dane ogłoszenie jest prawdziwe, po prostu pomiń je i szukaj dalej.

700 tys. Polaków ma migotanie przedsionków. To tykająca bomba grożąca udarem mózgu i niepełnosprawnością

Według szacunków Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego migotanie przedsionków, którego objawami są m.in. szybka i nieregularna praca serca, ma 700 tys. Polaków. Schorzenie to – nierozpoznane albo nieleczone – aż pięciokrotnie zwiększa ryzyko udaru niedokrwiennego mózgu. Co więcej, udary wywołane migotaniem przedsionków mają cięższy przebieg i prowadzą do ciężkiej niepełnosprawności, a połowa pacjentów z takim rozpoznaniem umiera w ciągu roku. O ryzyku, jakie wiąże się z migotaniem przedsionków, i konieczności badań kontrolnych ma Polakom przypomnieć utwór i klip nagrany przez zespół Pectus w ramach ogólnopolskiej kampanii Stop Udarom. 

– Migotanie przedsionków jest jednym z najczęstszych zaburzeń rytmu serca. Dotyczy ponad pół miliona Polaków, ale szacujemy. że ta liczba może sięgać nawet 700 tys. – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Przemysław Mitkowski, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego i kierownik Pracowni Elektroterapii Serca i Kliniki Kardiologii Katedry Kardiologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Szybkie i nieregularne bicie serca, dyskomfort lub ból w klatce piersiowej, kołatanie serca, nadmierne pocenie się, duszności, uczucie zmęczenia i osłabienie wydolności fizycznej, zawroty głowy, a nawet omdlenia – te symptomy mogą świadczyć o migotaniu przedsionków. Dlatego też ich pojawienie się trzeba jak najszybciej skonsultować z lekarzem. Tym bardziej że objawy te można powiązać z różnymi innymi dolegliwościami.

– U części chorych objawy są całkowicie niezauważalne, ale spora grupa, szczególnie przy pierwszym napadzie, skarży się na szybkie, nierówne bicie serca. Jednym z objawów migotania przedsionków, opisywanych w podręcznikach medycyny, jest też niemiarowość zupełna, czyli brak uporządkowania rytmu. To oznacza, że przerwy pomiędzy kolejnymi skurczami serca są całkowicie nieregularne, a rytm bardzo szybki – precyzuje prof. Przemysław Mitkowski.

Szybkie zdiagnozowanie migotania przedsionków jest ważne zwłaszcza w przypadku pacjentów wysokiego ryzyka – osób, które ukończyły 65 lat bądź mają inne schorzenia układu sercowo-naczyniowego, jak np. nadciśnienie tętnicze, niewydolność serca, cukrzyca albo przebyty wcześniej udar mózgu. Na wysokie ryzyko narażeni są też chorzy na miażdżycę naczyń mózgowych, naczyń wieńcowych w sercu albo tętnic kończyn dolnych.

– W tym roku ukazały się zalecenia Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, które wskazują na konieczność monitorowania tej arytmii szczególnie w grupach wysokiego ryzyka – mówi prezes elekt Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. – Mamy różne metody monitorowania, począwszy od najprostszych, czyli badania pulsu. Każdy z nas może się tego szybko nauczyć i sprawdzać, czy tętno jest wyczuwalne, miarowe i jaka jest częstotliwość rytmu. Kolejne narzędzia, które przybliżają do rozpoznania choroby, to aparaty do mierzenia ciśnienia. Nawet te ze średniej półki już informują nas, że rytm jest niemiarowy. Nie stanowi to podstawy rozpoznania migotania przedsionków, jednak wskazuje, że należy się udać po poradę do lekarza i wykonać dalsze badania.

Podstawą do rozpoznania migotania przedsionków jest badanie elektrokardiograficzne. Arytmia, szczególnie w początkowej fazie choroby, może jednak trwać krótko, nawet kilkadziesiąt sekund do kilkunastu minut. Chory może w tym czasie nie zdążyć zgłosić się z objawami do lekarza.

– W takiej sytuacji możemy wykonać badanie holterowskie. To jest 24-godzinne badanie EKG, ale u części chorych również i ono nie jest w stanie wykryć arytmii. Stąd mamy różne metody monitorowania długookresowego, zwykle są to różnego rodzaju rejestratory zdarzeń. Część z tych narzędzi jest powszechnie dostępna, np. bransoletki czy zegarki, które potrafią monitorować rytm serca – wskazuje prof. Przemysław Mitkowski.

Jak podkreśla, najgorszym powikłaniem migotania przedsionków jest udar mózgu, ale wielu chorych nawet nie wie o bezpośredniej zależności między nimi. Tymczasem szybka i nieregularna praca przedsionków zmniejsza wydajność pompowania krwi do komór w sercu. Ze względu na zastój krwi mogą tworzyć się skrzepliny. Kiedy wydostaną się z przedsionka serca i zaczną przemieszczać wraz z prądem krwi, mogą zatkać naczynia krwionośne w mózgu, prowadząc do udaru niedokrwiennego (właśnie w ten sposób dochodzi do 15–20 proc. wszystkich przypadków).

Migotanie przedsionków zwiększa ryzyko udaru aż pięciokrotnie, a udary nim wywołane mają cięższy przebieg i prowadzą do ciężkiej niepełnosprawności. Połowa pacjentów umiera w ciągu roku od jego wystąpienia.

– Udar mózgu to najgroźniejsze powikłanie arytmii. Występuje zwłaszcza u osób, które mają dodatkowe schorzenia i czynniki ryzyka. Nieleczone migotanie przedsionków, czyli brak profilaktyki w postaci ciągłego stosowania leków przeciwkrzepliwych, u co 12. pacjenta może w ciągu roku doprowadzić do udaru – mówi prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Podkreśla, że obchodzony niedawno Światowy Dzień Serca jest najlepszą okazją, aby przypomnieć Polakom o profilaktyce i badaniach oraz zwrócić uwagę na fakt, że choroby serca mogą prowadzić do poważnych i groźnych dla życia powikłań.

– Najważniejsze w medycynie jest zapobieganie tym chorobom. Na to, jak będziemy się czuli i jak będziemy funkcjonować w wieku 50 czy 70 lat, pracujemy już we wczesnej młodości. Chodzi o prawidłowe odżywianie się, wykonywanie okresowo podstawowych badań takich jak morfologia, stężenie cukru i cholesterolu we krwi czy badanie ciśnienia tętniczego. Im wcześniej będziemy interweniować, w tym mniejszym stopniu umożliwimy rozwój choroby układu sercowo-naczyniowego – podkreśla prof. Przemysław Mitkowski.

By zwrócić uwagę Polaków na najczęstszą arytmię serca i jedną z głównych przyczyn udaru mózgu, grupa Pectus przygotowała wyjątkowy utwór pt. „Migotanie, kołatanie”. Premiera teledysku odbyła się 29 września z okazji obchodów Światowego Dnia Serca 2020. Projekt realizowany jest w ramach ogólnopolskiej kampanii społecznej Stop Udarom, pod honorowym patronatem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

– Piosenka zespołu Pectus jest pewną wizją artystyczną problemu. Nie chodzi tutaj o szczegółowe ujęcie, ale o zwrócenie uwagi na problem migotania przedsionków i powiązanie go z możliwością wystąpienia udaru mózgu – mówi prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. – Ten przekaz, szczególnie od osób powszechnie znanych, jest bardzo ważny. Chodzi o to, aby zwrócić uwagę, że skutki nierozwiązywania tego problemu, zaniechania konsultacji lekarskiej czy niestosowania się do zaleceń lekarskich mogą powodować poważne powikłania.

Zaostrza się konkurencja w obszarze 5G. Jeden z globalnych liderów rynku urządzeń mobilnych chce być w Polsce głównym dostawcą smartfonów obsługujących nowy standard

Globalna marka Oppo chce zwiększyć swój udział w Polsce, która jest dla niej jednym z głównych rynków sprzedażowych w Europie. Krótko po debiucie kojarzy ją już jeden na trzech Polaków. Oppo celuje w szybko rozwijający się rynek 5G, dlatego właśnie wprowadza do oferty pierwszy smartfon, który w pełni obsługuje nowy standard i trafi do oferty krajowych operatorów telekomunikacyjnych. – Poza nowymi funkcjami konsumenci coraz większą uwagę przykładają do jakości i wyglądu smartfonów oraz zaawansowanych opcji w obszarze zdjęć i wideo – mówi brand manager marki w Polsce – Mo Zhang.

– Na rynku smartfonów widzimy kilka kluczowych trendów, które również pojawiają się w naszych produktach, a jednym z głównych jest sieć 5G. Coraz więcej smartfonów na rynku będzie oferowanych z dostępem do nowego standardu telekomunikacyjnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mo Zhang, brand manager marki Oppo Polska.

Według danych IDC w II kwartale tego roku producenci dostarczyli na rynek łącznie 276,4 mln smartfonów, co oznacza spadek o 16,6 proc. w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. To w dużej mierze efekt recesji zapoczątkowanej przez pandemię COVID-19 i rosnącej niepewności, które skłaniały konsumentów do ostrożnych wydatków. Obecnie sprzedaż smartfonów napędzana jest głównie przez 5G. Na tym trendzie chce skorzystać także Oppo, wprowadzając na rynek pierwsze urządzenie, które w pełni obsługuję tę technologię.

– Pierwsze trzy smartfony z nowej serii Reno4 wprowadziliśmy na rynek kilka dni temu. Najwyższy model, Reno 4 Pro 5G, jest właśnie obsługiwany w nowej sieci – mówi brand manager Oppo Polska.

Flagowy model Oppo Reno 4 Pro 5G, oprócz pełnej łączności nowej generacji, zawiera m.in. technologię szybkiego ładowania Super VOOC 2.0 65 W – autorską technologię, która pozwala ładować smartfona przez 15 minut i korzystać z niego przez cały dzień. Do pełnego naładowania urządzenia potrzeba natomiast zaledwie 35 minut. Mocny akcent w swoim nowym smartfonie producent postawił także na zaawansowane technologie z zakresu fotografii i wideo.

– Konsumenci coraz więcej wrzucają do sieci. Oprócz fotografii jest to też content wideo. Staramy się sprostać wyzwaniom narzucanym przez klientów, dlatego w nowej serii smartfonów znajdą się m.in. takie funkcje jak ultrastabilizacja wideo oraz nagrywanie w trybie nocnym – mówi Mo Zhang.

Pomimo spadku sprzedaży na rynku smartfonów coraz widoczniejszy jest także trend premiumizacji. Konsumenci coraz częściej oczekują wyrafinowanego wzornictwa i wysokiej jakości materiałów, niekoniecznie wyłącznie od urządzeń z najwyższej półki cenowej.

– Konsumenci coraz większą wagę przykładają do wyglądu smartfona. Kiedyś częściej kupowali urządzenia w kolorze białym lub czarnym, dzisiaj wybierają rozmaite kolory, np. niebieski, różowy, żółty. Ogromne znaczenie ma też jakość wykonania, wykończenie, dbałość o detale – to wszystko jest bardzo mocno zapisane w DNA naszej marki – podkreśla brand manager Oppo Polska.

IDC podaje, że do Oppo należy prawie 9-proc. udział w światowym rynku smartfonów. Producent plasuje się na piątym miejscu pod względem udziału w sprzedaży smartfonów (obok Huaweia, Samsunga, Apple’a i Xiaomi). Oppo jest głównym dostawcą urządzeń mobilnych w Chinach, a poza nimi jest też obecne w 40 innych krajach. Z urządzeń marki korzysta w tej chwili 300 mln użytkowników. Od dwóch lat jej produkty dostępne są w Europie, m.in. w Hiszpanii, Francji, Włoszech, Holandii i Wielkiej Brytanii.

– Do Polski Oppo weszło prawie dwa lata temu [w styczniu 2019 roku – red.] i mieliśmy trzy kluczowe zadania. Pierwszym było zbudowanie szerokiej sieci dystrybucji i kanałów sprzedaży i to udało nam się zrealizować. W tej chwili nasze urządzenia są szeroko dostępne u wszystkich partnerów sieci telekomunikacyjnych i kluczowych partnerów sieci detalicznych – wskazuje Mo Zhang.

Smartfony Oppo Reno są w tej chwili dostępne w ofercie wszystkich operatorów telekomunikacyjnych w Polsce i sieciach głównych sprzedawców detalicznych, takich jak RTV Euro AGD, MediaMarkt i Media Expert.

Jak podkreśla Mo Zhang, drugim celem, który udało się zrealizować, było zbudowanie świadomości marki. Według majowych badań Oppo markę kojarzy jeden na trzech Polaków.

– Cele i aspiracje mamy jeszcze większe, stąd w IV kwartale, we współpracy z ambasadorem marki Marcinem Prokopem, przeprowadzimy pierwszą naszą kampanię, która będzie dotyczyła serii Reno 4 – mówi brand manager Oppo Polska.

Kolejne zadanie, z jakim marka wchodziła na polski rynek, to zbudowanie szerokiego portfolio produktowego. Oprócz smartfonów Oppo oferuje m.in. dobrze przyjęty na polskim rynku inteligentny zegarek Oppo Watch. Marka rozwija też własne oprogramowanie oparte na najnowszej wersji systemu Android – ColorOS.

 W tym roku wprowadziliśmy na rynek smartwatche oraz słuchawki bezprzewodowe. Widzimy ogromne zainteresowanie ze strony konsumentów i pozytywne recenzje. Dobrym przykładem jest seria Reno 3, która miała w Polsce najlepszą sprzedaż spośród wszystkich krajów Europy Środkowo-Wschodniej – wskazuje Mo Zhang.

Oppo stawia mocny akcent na rozwijanie nowych technologii w swoich urządzeniach. W ubiegłym roku marka zainwestowała ponad 1,4 mld dol. w badania i rozwój, należy do niej ponad 32 tys. światowych patentów. To właśnie Oppo zapoczątkowało erę zdjęć selfie i było pierwszą na świecie marką, która wprowadziła smartfony z przednimi aparatami 5MP i 16MP, a później także z obrotowym modułem obiektywu, funkcją Ultra HD oraz technologią 5x Dual Camera Zoom. Oppo Reno 5G był też pierwszym komercyjnie dostępnym w Europie smartfonem obsługującym sieć 5G (pojawił się w ofercie szwajcarskiego Swisscomu).

Za kilka miesięcy po poradę zdrowotną będzie można się udać do apteki. Przyniesie to znaczące oszczędności w ochronie zdrowia

– Farmaceuci to wykształceni specjaliści, państwo poniosło wysokie koszty na ich edukację. Tymczasem w tej chwili sprowadzamy ich do roli sklepikarzy, którzy wymagają tylko kursu obsługi kasy fiskalnej. Mamy potencjał, którego nie wykorzystujemy – podkreśla były wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda. Eksperci wskazują, że rozszerzenie uprawnień tej grupy zawodowej może odciążyć lekarzy i załatać dziury w systemie ochrony zdrowia. Farmaceuci mogą odgrywać kluczową rolę m.in. w profilaktyce i edukacji zdrowotnej. Takie zmiany ma wprowadzić procedowana w Sejmie ustawa o zawodzie farmaceuty. Stworzy ona podwaliny do wprowadzenia w Polsce kompleksowej opieki farmaceutycznej, która pozwoli na znaczne oszczędności w systemie ochrony zdrowia.

– Od kilku lat toczy się debata na temat tego, jak ma wyglądać w Polsce opieka farmaceutyczna. Jej finałem są prowadzone obecnie w Sejmie prace nad projektem ustawy dotyczącej zawodu farmaceuty. Ten projekt zawiera regulacje, które umożliwiają wprowadzenie w Polsce opieki farmaceutycznej. W tej chwili jesteśmy na etapie podkomisji sejmowej, która debatuje o planowanych zmianach. Po zakończeniu jej prac temat trafi pod obrady Sejmu – mówi agencji Newseria Biznes radca prawny Tomasz Kaczyński, partner w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, specjalizujący się w prawie farmaceutycznym i life sciences, autor raportu na temat opieki farmaceutycznej.

W Polsce na 87,5 tys. lekarzy przypada 26,5 tys. magistrów i 33,5 tys. techników farmacji. W tej chwili ich rola jest ograniczona w zasadzie do wydawania i sprzedaży leków w aptecznym okienku. Regulacja ma rozszerzyć uprawnienia farmaceutów i stanowić pierwszy krok do wprowadzenia w Polsce kompleksowej opieki farmaceutycznej.

– Mamy w tym projekcie dwie kluczowe zmiany. Po pierwsze, opieka farmaceutyczna zaczyna być legalnie dopuszczalna. Mamy zakres usług, które będą bezpiecznie świadczone w ramach opieki farmaceutycznej w aptece. Po drugie, te świadczenia będą uznawane za usługę zdrowotną na równi z innymi świadczeniami opieki zdrowotnej – wskazuje Tomasz Kaczyński.

Nowe przepisy były od lat wyczekiwane przez środowisko aptekarskie. Ta grupa zawodowa – jako jedna z nielicznych – nie miała dotąd swojej ustawy, a w polskim prawie opieka farmaceutyczna jest zdefiniowana jedynie w kontekście obowiązków farmaceuty w ustawie o izbach aptekarskich.

– Farmaceuci nie oczekują tych zmian, oni ich żądają. To są ambitni ludzie, którzy spędzili wiele lat, ciężko studiując, potem nabywając wiedzę w relacjach z pacjentami i mają dość tego, że są traktowani przez system jako sprzedawcy leków. Mają znacznie większe ambicje i inne powody kierowały nimi, żeby w ogóle aplikować i kończyć studia farmaceutyczne. Oczekują, że opieka farmaceutyczna stanie się wreszcie w Polsce rzeczywistością – podkreśla Artur Łakomiec, prezes Gemini Polska, ogólnopolskiej sieci aptek.

Rozszerzenie uprawnień farmaceutów, jak pokazują przykłady Szwecji czy Holandii, mogłoby przynieść korzyści dla całego systemu ochrony zdrowia i odciążyć lekarzy, których i tak jest w Polsce za mało (liczba specjalistów jest o ok. 24 proc. niższa w porównaniu z innymi krajami Europy, a w przypadku podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) różnica wynosi już ok. 42 proc.).

– Ciekawym przykładem jest Szwecja, która ma dobrze rozwinięty system profilaktyki. W tym systemie mocno uczestniczą właśnie farmaceuci, bo nie zawsze mamy czas, żeby w przypadku gorszego samopoczucia zapisać się i iść do lekarza. Jeśli możemy trafić do najbliższej apteki, do swojego farmaceuty, to jest szansa na bodziec w kierunku wczesnej diagnozy – mówi Artur Łakomiec.

Farmaceuci mogliby m.in. konsultować z pacjentem kwestie dotyczące niezbędnych badań diagnostycznych, udzielać porad dotyczących leczenia powszechnych schorzeń, jak np. przeziębienie, oraz czuwać nad tym, czy zażywane leki, przepisywane przez różnych specjalistów, nie wchodzą w interakcje i nie powodują konfliktów lekowych.

– Nadzór farmaceuty nad terapią lekową jest absolutnie kluczowy. Farmaceuta kształci się w tym kierunku, jest w stanie wyłapać wszystkie interakcje,  nadmiar czy niedobór leków – podkreśla prezes Gemini Polska.

– Farmaceuci to potencjał, którego nie wykorzystujemy, a z drugiej strony brakuje nam w systemie lekarzy i pielęgniarek. Te wskaźniki mamy wielokrotnie niższe niż w innych krajach. Nie możemy sobie pozwolić na marnotrawstwo takiego potencjału – dodaje lek. med. Krzysztof Łanda, były wiceminister zdrowia, założyciel Fundacji Watch Health Care i prezes MedInvest Scanner. – Mamy empiryczne dowody z innych krajów, że opieka farmaceutyczna przynosi oszczędności m.in. dzięki wyeliminowaniu interakcji lekowych, ograniczeniu powikłań i działań niepożądanych leków, wczesnemu wykrywaniu chorób, lepszemu poinformowaniu pacjentów i niższej liczbie hospitalizacji. Nie wiem, dlaczego wciąż z tego nie korzystamy.

Aby odciążyć lekarzy, farmaceuci mogliby też wystawiać tzw. recepty kontynuacyjne, na leki przyjmowane stale, w ramach kontynuacji zlecenia lekarskiego. Efektywność takiego rozwiązania pokazały już miesiące pandemii. Od kwietnia – na mocy specustawy dotyczącej zwalczania COVID-19 – farmaceuci w uzasadnionych przypadkach mają możliwość wystawiania recept ze 100-proc. odpłatnością. W warunkach lockdownu, zamknięcia przychodni i utrudnionego dostępu do lekarzy ta opcja okazała się pomocna dla szerokiego grona pacjentów. W sumie farmaceuci wystawili od kwietnia ok. 420 tys. recept. Taką możliwość na stałe ma wprowadzić ustawa o zawodzie farmaceuty.

– Uchwalenie ustawy o zawodzie farmaceuty to perspektywa najbliższych miesięcy. Z kolei jej implementacja to proces obliczony na najbliższe lata. Mamy rozwiązania, które są zweryfikowane, ocenione od strony farmakoekonomiki i które mogą być sfinansowane z budżetu państwa, przed nami jednak jeszcze wiele lat pracy – wskazuje Tomasz Kaczyński.

Jak wskazuje raport kancelarii DZP, którego partnerem jest Gemini Polska, wprowadzenie w Polsce kompleksowej, pełnej i koordynowanej opieki farmaceutycznej wymaga uregulowania wielu kwestii, chociażby dotyczących wymiany informacji między lekarzem, farmaceutą i pacjentem.

– Elementem, który trzeba wprowadzić, jest też wdrożenie opieki farmaceutycznej w ramy systemu e-zdrowia i zintegrowanie z Internetowym Kontem Pacjenta. Kolejnym jest możliwość informowania pacjenta o tej opiece farmaceutycznej – tak aby tego typu przekaz nie był traktowany jak reklama apteki, oraz umożliwienie kontroli i nadzoru nad sprawowaniem tej opieki przez podmioty, które mają w tym doświadczenie i wiedzę – wymienia Tomasz Kaczyński.

Wprowadzenie nowych obowiązków dla farmaceutów może oznaczać dodatkowy koszt dla obciążonego już budżetu państwa. Eksperci DZP w raporcie wskazują jednak, że istnieje co najmniej kilka sposobów na sfinansowanie opieki farmaceutycznej. Jednym z nich mogłoby być wprowadzenie opieki farmaceutycznej do koszyka świadczeń gwarantowanych NFZ, a także powiązanie pacjenta z jednym farmaceutą, na zasadzie deklaracji wyboru lekarza POZ.

– Niektóre elementy opieki farmaceutycznej możemy też finansować w inny sposób. Mogą się do tego dołożyć ZUS i KRUS, bo te instytucje również odczują dzięki niej oszczędności. Może to być także opłata dyspensyjna od każdego wydanego opakowania sprzedawanego w aptekach, przy czym pewnie grupy wrażliwe społecznie należałoby z tych opłat zwolnić. Wreszcie pacjenci mogą sami płacić za jej niektóre elementy. Zadziwiająco duży odsetek osób – zwłaszcza tych, które leczą się przewlekle i pracują – deklaruje taką gotowość, m.in. za przeglądy lekowe, porady związane z różnymi chorobami i diagnostyką czy leczeniem po wypisaniu ze szpitala – wskazuje Krzysztof Łanda.

Rząd wspiera firmy w trudnej sytuacji. Uzyskają finansowanie na działania restrukturyzacyjne

Rząd uruchomił wsparcie dla firm, które stanęły wobec groźby likwidacji, są niewypłacalne albo znajdują się w formalnej restrukturyzacji. Dotąd nie miały większych szans, żeby pozyskać środki na sfinansowanie swoich działań restrukturyzacyjnych w bankach, ale dzięki Polityce Nowej Szansy łatwiej im będzie wrócić na rynek. W tym roku trafi do nich 720 mln zł, a w kolejnych 10 latach – 120 mln zł rocznie. Eksperci z Krajowej Izby Doradców Restrukturyzacyjnych pomogą im również opracować plan wychodzenia z kryzysu. To o tyle istotne, że – jak pokazują statystyki KUKE – liczba postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych wciąż jest znacznie wyższa niż rok temu.

– Obserwujemy stabilizację na rynku działalności gospodarczej, a wśród przedsiębiorców widzimy chęć powrotu na rynek oraz do zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej. Dane CEIDG wskazują, że liczba przedsiębiorców wróciła do poziomu sprzed pandemii, czyli z lutego i początków marca. Zatem działania, które zostały podjęte – czy to w ramach Tarczy Finansowej PFR, czy w ramach tarczy rządowej – przynoszą efekty. Jednak w ich ramach nie da się rozwiązać wszystkich problemów, dlatego paletę instrumentów antykryzysowych uzupełniamy o kolejne działania dedykowane przedsiębiorcom, którzy nie mogli dotąd odnaleźć wsparcia na rynku finansowym – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Kolczyński, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Jak wynika z danych Ministerstwa Rozwoju, do 4 września br. wartość rządowej pomocy udzielonej przedsiębiorcom w ramach działań antycovidowych sięgnęła 135 mld zł. Gros tych środków stanowiły subwencje z Tarczy Finansowej PFR (prawie 60,5 mld zł). Rządowa pomoc była ukierunkowana głównie na zapewnienie firmom płynności finansowej i utrzymanie miejsc pracy. Teraz uzupełnią ją instrumenty przygotowane przez rząd w ustawie dotyczącej Polityki Nowej Szansy, która weszła w życie 24 września br. Są one skierowane do firm w trudnej sytuacji ekonomicznej, które potrzebują pomocy restrukturyzacyjnej.

– Polityka Nowej Szansy to szansa dla tych przedsiębiorców, którzy nie mają szans pozyskać finansowania na działania restrukturyzacyjne. Dla tych firm, które są niewypłacalne, znajdują się w formalnej restrukturyzacji, de facto zamykają się wszystkie drogi do pozyskania finansowania w bankach i instytucjach finansowych. Także ARP – choć nie jest bankiem – w normalnej procedurze nie jest w stanie udzielić im pożyczki. Dlatego Polityka Nowej szansy to unikalne rozwiązanie. Dzięki niemu przedsiębiorca, który jest w trudnej sytuacji i ma problemy z pozyskaniem finansowania, będzie mógł sfinansować działania restrukturyzacyjne i de facto wrócić do konkurencji na rynku – podkreśla Paweł Kolczyński.

O wsparcie w ramach Polityki Nowej Szansy mogą starać się firmy ze wszystkich segmentów, poczynając od mikro-, małych i średnich, a kończąc na dużych, które znalazły się w trudnej sytuacji ekonomicznej, są już w trakcie postępowania restrukturyzacyjnego albo stanęły wobec groźby likwidacji. Pomoc będzie przysługiwać zarówno tym przedsiębiorcom, którzy zostali dotknięci skutkami COVID-19, jak i tym, których trudności nie są związane z pandemią. Środki z tego programu można łączyć z innymi instrumentami pomocowymi, co oznacza, że mogą starać się o nie również te firmy, które skorzystały już z tarcz antykryzysowych.

 Trudno ocenić, jak wiele firm będzie wymagało takiego wsparcia. Sytuacja na rynku jest w tej chwili bardzo dynamiczna, znajdujemy się w warunkach negatywnego oddziaływania skutków pandemii. Z szacunków Ministerstwa Rozwoju, które legły u podstaw legislacji Polityki Nowej Szansy, wynika, że średnie wsparcie dedykowane mikro-, małym i średnim przedsiębiorcom będzie oscylowało wokół kwoty 500 tys. zł. To oznacza, że w ramach tych środków będziemy w stanie w pierwszym ruchu pomóc ok. 240 przedsiębiorcom – mówi wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Na sfinansowanie Polityki Nowej Szansy rząd będzie przeznaczać 120 mln zł rocznie przez kolejnych 10 lat. Jednak wiceprezes ARP podkreśla, że w tym roku pula zostanie dodatkowo zasilona środkami z funduszu covidowego w wysokości przynajmniej 600 mln zł.

Polityka Nowej Szansy to program pomocy publicznej opracowany przez Ministerstwo Rozwoju i notyfikowany przez Komisję Europejską. Jego operatorem została Agencja Rozwoju Przemysłu, do której można kierować wnioski o wsparcie (nabór ma charakter ciągły). Jego kwota będzie każdorazowo uzależniona od indywidualnej sytuacji firmy.

 Aby uprawdopodobnić sukces przedsiębiorców, którzy będą wnioskowali o tę pomoc, kilka tygodni temu nawiązaliśmy współpracę z Krajową Izbą Doradców Restrukturyzacyjnych. Będą oni służyć pomocą właścicielom firm przede wszystkim w zakresie opracowywania profesjonalnych, wiarygodnych i realistycznych w realizacji planów restrukturyzacyjnych – mówi Paweł Kolczyński. – Jakość wniosków, które do nas trafiają, to jeden z największych problemów. Chcemy, aby zarówno wnioski, jak i same plany restrukturyzacyjne były jak najwyższej jakości. Plan restrukturyzacyjny dobrany optymalnie do sytuacji firmy i profilu jej działalności jest tak samo ważny jak środki na sfinansowanie tych działań restrukturyzacyjnych.

Jak wynika z danych KUKE, w sierpniu tego roku liczba ogłoszonych przez firmy restrukturyzacji wyniosła 68, notując spadek o 4,2 proc. w skali miesiąca, a w ujęciu rocznym wzrost aż o 78,9 proc. Znaczący w skali roku wzrost liczby ogłaszanych restrukturyzacji jest widoczny drugi miesiąc z rzędu (co należy wiązać m.in. z obowiązującym od czerwca uproszczonym prawem restrukturyzacyjnym) i ten trend zapewne utrzyma się w kolejnych. W tym samym miesiącu KUKE odnotowała też 92 przypadki niewypłacalności (postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych). To liczba mniejsza o prawie 29 proc. wobec poprzedniego miesiąca, ale równocześnie o 15 proc. wyższa niż przed rokiem. Suma niewypłacalności z ostatnich 12 miesięcy wzrosła na koniec lipca do 1094, co jest najwyższym wynikiem od 2016 roku.

Pandemia koronawirusa napędza rozwój systemów smart city. Coraz bardziej inteligentne stają się także polskie miasta

Jednym z efektów ubocznych wprowadzenia restrykcji pandemicznych był gwałtowny wzrost zainteresowania rozwiązaniami z zakresu automatyzacji pracy. Trend ten wpłynął także na branże internetu rzeczy oraz smart city, w których dostrzeżono narzędzia zdolne do zredukowania ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa. Wdrożenie systemów automatyzujących zarządzenie miastem ułatwia zachowanie dystansu społecznego, przy okazji usprawniając funkcjonowanie miejskich systemów monitoringu, kontroli pojazdów czy upłynniania ruchu drogowego.

– Pandemia postawiła na pierwszym miejscu wyzwania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa osób w miejscach, gdzie może się ona szerzyć. Dobrym przykładem może być zastąpienie żółtych przycisków dla przechodniów przy sygnalizacji świetlnej przez przetwarzanie obrazu i kamery cyfrowe. Systemy automatyczne wymuszają zmianę cyklu świateł korzystną dla pieszego, który się na tym przejściu pojawił. Innym przykładem jest przygotowanie inteligentnego systemu informującego kierowców o wolnych miejscach w obszarach miasta – wskazuje agencji informacyjnej Newseria Innowacje Grzegorz Pióro, technical development manager w SPIE Building Solutions.

Zgodnie z analizą demograficzną przeprowadzoną przez ekspertów UNESCO na łamach raportu „Smart cities: shaping the society of 2030”, do 2050 roku liczba ludności miejskiej się podwoi, za 30 lat w samych miastach może żyć nawet do 7,5 mld osób. Aby sprawnie zarządzać tak dużą społecznością, konieczne będzie zautomatyzowanie części systemów miejskich w ramach smart city.

– Polskie miasta są nieco mniej smart niż miasta Europy Zachodniej i ma to bezpośredni związek z mniejszą ilością środków do dyspozycji na nowoczesne systemy. Natomiast wiele obszarów się bardzo mocno rozwija – przekonuje Grzegorz Pióro.

O tym, jak istotną rolę w funkcjonowaniu tkanki miejskiej mogą odgrywać systemy inteligentne, przekonaliśmy się w szczycie pandemicznych restrykcji. Włodarze Gdyni wykorzystali inteligentny monitoring miejski do wykrywania dużych skupisk ludzi. System wykorzystuje sztuczną inteligencję, aby w czasie rzeczywistym analizować obraz ze 138 kamer miejskich i błyskawicznie wykrywać tłumy znajdujące się na ulicach. Funkcja ta pozwalała błyskawicznie podjąć interwencję, aby zminimalizować ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa. Może także identyfikować przestrzenie, w których notorycznie gromadzi się zbyt dużo ludzi, i zasugerować ich zamknięcie, aby rozładować tłum.

– W idei smart city mieszczą się takie aspekty jak chociażby systemy automatycznego powiadamiania o zapełnieniu koszy na śmieci, czujniki jakości powietrza informujące, jak czyste jest powietrze w danej okolicy, systemy wizyjne zapewniające bezpieczeństwo, systemy nadzoru nad miejscami parkingowymi czy systemy sterowania ruchem ulicznym – wymienia ekspert.

W rozwój technologii tego typu włączyli się także przedstawiciele polskiego rządu. Ministerstwo Rozwoju zleciło opracowanie raportu „Human Smart City. Przewodnik dla samorządów”, w ramach którego zaprezentowano wyzwania związane z rozwojem inteligentnych miast. Zarysowano w nim m.in. ideę Smart City 3.0, czyli zautomatyzowanego miasta rozwijanego we współpracy z jego mieszkańcami. Główną ideą tego projektu jest zaangażowanie obywateli w proces decyzyjny, czyli opracowanie rozwiązań, które ułatwiłyby kontakt z przedstawicielami administracji publicznej, zbieranie opinii na temat działań samorządów oraz współdecydowanie o rozwoju miasta.

– Smart city w dalszym ciągu będzie się rozwijało w takich obszarach jak uliczne i drogowe oświetlenie inteligentne. W tej chwili kładziony jest nacisk na systemy, które przyniosą duże oszczędności w dosyć krótkim czasie. Oprawy oświetlenia poprzedniej generacji są zamieniane na w pełni sterowalne oświetlenie LED-owe, które zapewnia dużo mniejsze zużycie energii i znacznie większe bezpieczeństwo użytkowników dróg ze względu na diametralnie lepszą jakość oświetlenia dróg – przekonuje Grzegorz Pióro.

Według firmy badawczej Meticulous Research wartość globalnego rynku inteligentnych miast do 2025 roku wzrośnie do 545,7 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 23 proc. w skali roku.

Sztuczna inteligencja na pokładzie satelitów. Pozwoli stworzyć cyfrową replikę planety i przewidzieć skutki zmian klimatycznych

Przyspieszają innowacje w zakresie obserwacji Ziemi. To już nie tylko satelity, które monitorują i przesyłają dane. Po udanym uruchomieniu ɸ-sat-1 – pierwszej w Europie misji obserwacji Ziemi opartej na sztucznej inteligencji – trwają już plany dotyczące kolejnej innowacyjnej, najnowocześniejszej technologii ɸ-sat-2. W połączeniu z programem Copernicus Sentinels mają pomóc w rozwoju koncepcji Digital Twin Earth – opartej na sztucznej inteligencji cyfrowej repliki naszej planety.

Europejska Agencja Kosmiczna co roku organizuje wydarzenie dotyczące obserwacji Ziemi. Koncentruje się na innowacjach w jej obserwacji i prezentuje najnowsze osiągnięcia nauki, technologii i zastosowań z nią związanych. Tegoroczna, trzecia już edycja skupia się na tym, jak obserwacja Ziemi może przyczynić się do powstania koncepcji Digital Twin Earth, cyfrowej repliki naszej planety, która dokładnie naśladuje zachowanie Ziemi. Zasilana danymi z obserwacji planety, w połączeniu ze sztuczną inteligencją, ma zapewnić dokładne pokazanie możliwych zmian klimatycznych.

Dzięki Digital Twin Earth będzie można wizualizować, monitorować i prognozować aktywność ludzi na planecie i  idące za tym zmiany klimatu. Dotychczas taki monitoring był możliwy dzięki programowi Copernicus, czyli Programowi Obserwacji Ziemi Komisji Europejskiej.

– Nie ulega wątpliwości, że musimy zająć się zmianami klimatycznymi. Program Copernicus oferuje nam jedne z najlepszych instrumentów, w postaci satelitów, które dostarczają nam pełny obraz stanu naszej planety. Ale przestrzeń kosmiczna to nie tylko narzędzie do monitorowania, to także rozwiązania zastosowane w naszej gospodarce, aby uczynić ją bardziej ekologiczną i cyfrową – podkreśla Pierre Delsaux, zastępca dyrektora generalnego Komisji Europejskiej ds. przemysłu obronnego i kosmosu.

W obserwacji naszej planety pomoże pierwsza sztuczna inteligencja przeniesiona na pokład europejskiej misji o takim celu, wystrzelonej w 2020 roku. Dzięki misji ɸ-sat-1 udaje się pozyskać ogromną liczbę zdjęć, które pozwolą naukowcom monitorować zmiany roślinności i jakości wody, wykrywać wyspy ciepła i przeprowadzać eksperymenty. Specjalna kamera hiperspektralna ɸ-sat-1 będzie obrazować Ziemię w widzialnej, bliskiej podczerwieni i podczerwonej części widma elektromagnetycznego. Jednocześnie sztuczna inteligencja automatycznie odfiltrowuje te obrazy, które nie nadają się do użytku np. ze względu na zachmurzenie. Na Ziemię docierają więc tylko przydatne dane.

– To pierwsze w historii zastosowanie sztucznej inteligencji do danych z obserwacji Ziemi na latającym satelicie. To przełomowy moment zarówno dla pokładowego przetwarzania danych satelitarnych, jak i dla przyszłości ingerencji SI w zastosowaniach orbitalnych – przekonuje Aubrey Dunne, współzałożyciel Ubotica Technologies.

Rusza też nowa inicjatywa ESA dotycząca obliczeń kwantowych. W połączeniu ze sztuczną inteligencją i dotychczas działającymi programami ma przyspieszyć analizę danych, poprawić wydajność i zmniejszyć koszty obliczeniowe.

Nowa inicjatywa wykorzystuje sztuczną inteligencję do wspierania takich programów jak Digital Twin Earth i Corpenicus w tworzeniu zdolności kwantowej. Obliczenia kwantowe zostaną opracowane w Φ-laboratorium ESA w centrum obserwacji we Włoszech.

– Uczenie maszynowe i sztuczna inteligencja mogą poprawić realizm i efektywność cyfrowego odzwierciedlenia Ziemi, szczególnie w przypadku ekstremalnych zdarzeń pogodowych i numerycznych modeli prognostycznych – wskazuje Florence Rabier, dyrektor generalny Europejskiego Centrum Prognoz Średnioterminowych.

Kryzys gospodarczy może być impulsem do rozwoju. Ponad 50 rekomendacji dla rządu

Redukcja  podatków zniechęcających do inwestowania, szybszy zwrot podatku VAT, upowszechnienie pracy zdalnej, wsparcie restrukturyzacji  zatrudnienia, pomoc firmom w dochodzeniu należności, rezygnacja z podatku od sprzedaży detalicznej,  rozwój szybkiego internetu, likwidacja barier dla OZE czy zawieszenie zakazu handlu w niedziele – to tylko kilka z ponad 50 rekomendacji zawartych raporcie „Impuls dla Polski 2020 -2022”, który Konfederacja Lewiatan zaprezentowała na Europejskim Forum Nowych Idei – edycja 9 i pół.

Polska potrzebuje śmiałego i mądrego programu gospodarczego, który pozwoli nam rozwijać się w takim tempie, żeby spłacać zadłużenie i budować trwałe podstawy wzrostu. Kryzys gospodarczy, wywołany pandemią koronawirusa, to zagrożenie dla gospodarki, ale i szansa ucieczki do przodu.

Eksperci Lewiatana nie dają jednej, złotej recepty, co zrobić, żeby pokonać kryzys i wejść na ścieżkę przyspieszonego wzrostu. Wskazują natomiast na konieczność podjęcia wielu ważnych decyzji dotyczących polityki gospodarczej, finansów publicznych, podatków, rynku pracy, zielonej gospodarki czy wykorzystania środków unijnych. Bez wyraźnych impulsów rozwojowych w różnych obszarach życia gospodarczego nie mamy co liczyć na sukces.

Prof. Jerzy Hausner z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, powiedział, że w raporcie jest myślenie o rozwoju, przyszłości. Zawiera on wiele ważnych konkretnych, praktycznych rekomendacji. Jednym z wyzwań, które stoi przed nami będzie proces restrukturyzacji przedsiębiorstw, szczególnie dużych. Dobrze więc, że w raporcie jest spojrzenie sektorowe na gospodarkę.

Profesor Hausner ostrzegał, aby nie lekceważyć długu publicznego, bo to nie jest tylko zapis księgowy. Tolerowanie wysokiego długu publicznego i deficytu skończy się wzrostem fiskalizmu.

– Będziemy musieli płacić nowe podatki, czy parapodatki. A to nie sprzyja rozwojowi. Nie możemy również przesuwać długu w kierunku gospodarstw domowych. Grozi nam wysoka inflacja. NBP wspiera bowiem wzrost gospodarczy, a nie walczy z inflacją – dodał prof. Hausner.

– Polska nie ma alternatywy wobec ucieczki do przodu. Potrzebujemy nowoczesnych, zróżnicowanych i innowacyjnych inwestycji. Potrzebujemy przeskoczyć kilka etapów rozwoju i znaleźć się w gospodarczej awangardzie. Trzeba tak zainwestować covidowe dotacje i środki zwrotne, aby za kilka lat polski PKB nie tylko był istotnie większy niż przed pandemią, ale przede wszystkim, by dynamika jego wzrostu była jeszcze wyższa. To też ostatnia szansa, żeby wykorzystać znaczące środki finansowe płynące z UE do rozwiązania naszych problemów strukturalnych i zbudowania gospodarczych przewag na dziesięciolecia – przekonywał Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Ucieczka do przodu wymaga podjęcia strategicznych decyzji, co polski wzrost gospodarczy nakręci, które nasze produkty i usługi podbiją świat  i skoncentrowania na nich ograniczonych zasobów. Najbardziej racjonalny wybór to inwestowanie w to, co przyniesie ponadprzeciętny zwrot. Już dawno minął moment na zrzucanie pieniędzy  z helikoptera. Teraz trzeba je kierować tam gdzie przyniosą największą stopę zwrotu w długim okresie.  Polska powinna zawalczyć o  nadwyżkę budżetową, by systematycznie redukować zadłużenie. Ważna jest poprawa wiarygodności naszego kraju jako kredytobiorcy w porównaniu do państw strefy euro.

W raporcie znalazły się impulsy rozwojowe z 7 obszarów i 6 branż. Łącznie ponad 50  konkretnych zaleceń, za którymi stoją szczegółowo rozpisane rozwiązania, narzędzia i projekty legislacyjne. Eksperci wskazują, co trzeba zrobić w ciągu najbliższych 18–24 miesięcy, żeby Polska miała szansę wkroczyć na ścieżkę przyspieszonego wzrostu.

Do przygotowania raportu Lewiatan powołał zespół  21 ekspertów, przeprowadził badania na reprezentatywnej próbie przedsiębiorców, skonsultował wnioski z  8 CEO z 6 branż oraz  poddał krytycznej analizie setki stron dokumentów strategicznych, tysiące stron ustaw i rozporządzeń.

– Polska gospodarka znalazła się w trudnym położeniu. Koronakryzys zaskoczył nas i zrewidował optymistyczne prognozy. Trzeba to potraktować jako ostrzeżenie, że bez odpowiednich reform strukturalnych nie jesteśmy bezpieczni, ale i jako szansę, impuls do rozwoju. Nie uda nam się tej szansy wykorzystać bez efektywnej i otwartej współpracy administracji i biznesu. Zabiegamy o nią i  jesteśmy do niej przygotowani. Oferujemy pełne zaangażowanie naszych ekspertów i firm członkowskich – dodał Grzegorz Baczewski.

Rekordowy deficyt budżetu państwa powoduje, że zapłacimy nowe podatki i parapodatki. Dlatego powinniśmy jednocześnie redukować obciążenia fiskalne zniechęcające do inwestowania, a Ministerstwo Finansów powinno zapewnić szybsze rozliczanie podatków.

– Proponujemy uwolnienie pieniędzy z nadpłaconego VAT, poprzez ich zwrot firmom w ciągu 14 a nie 60 dni, jak jest dotychczas, a także uwolnienie pieniędzy z konta split payment w ciągu 7 dni zamiast 60 dni i także pewność otrzymania indywidualnej interpretacji podatkowej maksymalnie po trzech miesiącach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

Redukcja  podatków zniechęcających do inwestowania, szybszy zwrot podatków, wsparcie restrukturyzacji  zatrudnienia, upowszechnienie pracy zdalnej, pomoc firmom w dochodzeniu należności, rezygnacja z podatku od sprzedaży detalicznej,  rozwój szybkiego internetu, likwidacja barier dla OZE – to tylko kilka z ponad 50 rekomendacji zawartych raporcie „Impuls dla Polski 2020 -2022”, który Konfederacja Lewiatan zaprezentowała na Europejskim Forum Nowych Idei – edycja 9 i pół.

– Zaproponowaliśmy także zniesienie zakazu handlu w niedziele przy gwarancjach dla pracowników co najmniej dwóch wolnych niedziel w miesiącu- wyjaśnia G.Baczewski. – Postulujemy także odejście od podatku minimalnego od własności środka trwałego czy podatku od sprzedaży detalicznej, który będzie obciążał konsumentów.

Polska potrzebuje śmiałego i mądrego programu gospodarczego, który pozwoli nam rozwijać się w takim tempie, żeby spłacać zadłużenie i budować trwałe podstawy wzrostu. Kryzys gospodarczy, wywołany pandemią koronawirusa,  to zagrożenie dla gospodarki, ale i szansa ucieczki do przodu.

Przegląd wydarzeń tygodnia 5.10-9.10.2020

Po wrześniowej wyprzedaży rynki utknęły w trendzie bocznym targane nadziejami i rozczarowaniami wokół prac nad pakietem fiskalnym USA w otoczeniu niepewności o rezultat wyborów prezydenckich. Pierwsze próby podbierania ryzykownych aktywów na dołkach już się rozpoczęły, ale wciąż nie ma przekonania do utrzymywania pozycji na dłużej w obawie przed negatywnymi niespodziankami. Zanosi się na tygodnie impulsywnego handlu i podwyższonej zmienności.

Przyszły tydzień: debata wiceprezydencka, ISM, minutki FOMC, PMI z Eurolandu, minutki EBC, Lagarde, brexit, RPP, RBA, rynek pracy z Kanady

USA

W USA ISM dla usług (pon) powinien pozostać w obszarze ekspansji śladem innych krajowych wskaźników koniunktury. Protokół z posiedzenia FOMC (śr) może pomóc w ocenie funkcji reakcji w obliczu nowej strategii uśrednionego celu inflacyjnego. Ponadto wokół debaty telewizyjnej kandydatów na wiceprezydenta USA (noc ze środy na czwartek) roztaczane są nadzieje na bardziej merytoryczny przekaz programów politycznych.

Strefa euro

Ze strefy euro otrzymamy finalne odczyty PMI dla sektora usługowego (pon), gdzie interesująca będzie sytuacja w Hiszpanii i Włoszech. Po wstępnych odczytach z Niemiec i Francji widać, że aktywność gospodarcza hamuje. Tydzień przynosi też protokół z wrześniowego posiedzenia EBC (czw) oraz przemówienia prezes Lagarde (wt, śr). Rynek będzie wyczulony na komentarze dotyczące elastyczności celu inflacyjnego, przedłużenia skupu aktywów i roli kursu walutowego dla oczekiwań inflacyjnych. Ciekawe też, jak bank centralny ma zamiar przygotować się na ekonomiczne skutki drugiej fali koronawirusa.

Wielka Brytania

Funt brytyjski na początek tygodnia będzie się musiał zmierzyć z konkluzjami po sobotnim spotkaniu premiera Johnsona z szefową KE von der Leyen w sprawie brexitu. Interwencja premiera Wielkiej Brytanii sugeruje gotowość do ustalenia ostatnich szczegółów, więc ryzyka przeważają po stronie pozytywnej. Mimo to w temacie brexitu niespodzianki nie są niczym niezwykłym. Poza tym dane o sierpniowym PKB wskażą na wytracanie tempa odbicia gospodarczego i hamowanie aktywności, jeszcze zanim druga fala wirusa zaczęła zagrażać ożywieniu. Jednak GBP przede wszystkim rozgrywa ryzyka wokół brexitu z mniejszą uwagą na wskaźniki makro.

Polska

Posiedzenie RPP (śr) może i byłoby intersujące, gdyby po zakończeniu oferowało konferencję prasową. Nie oczekuje się zmian w polityce, ale ostatnie mocne sygnały z obozu jastrzębi (E. Gatnar wzywał do normalizacji polityki w przyszłym roku) byłyby ciekawym tematem do rozwinięcia na konferencji. Tak pozostajemy jedynie z komunikatem prasowym, który będzie sugerował, że większość członków opowiada się za utrzymaniem rekordowo niskich stóp procentowych na dłużej. Złoty szybko odrobił połowę strat z wrześniowej wyprzedaży, ale wciąż pozostaje na łasce sentymentu zewnętrznego. W krótkim terminie spodziewamy się oscylowania EUR/PLN wokół 4,50.

Australia

W Australii RBA powinien pozostawić stopę kasową na 0,25 proc. (wt), choć pojawiły się głosy za cięcie do 0,10 proc. Sądzimy, że z takim ruchem bank poczeka do listopada, kiedy będzie już ustalony projekt budżetu państwa. Niezależnie do timingu, cięcie jest już w większości zdyskontowane i nawet ruch w przyszłym tygodniu nie będzie dużą niespodzianką. Większym ryzykiem dla AUD będzie kierunek rozwoju nastrojów rynkowych, biorąc pod uwagę rozchwianie i niepewność wokół polityki USA.

Kanada

W Kanadzie raport z rynku pracy (pt) powinien wskazać na dalszą poprawę i odtwarzanie miejsc pracy po wiosennym lockdownie. Wrzesień powinien być pierwszym miesiącem, kiedy stopa bezrobocia wrócić do jednocyfrowych wartości. Poza tym CAD mierzy się z mianem waluty ryzykownej oraz ponurymi perspektywami popytu na ropę naftową. Rozkład ryzyk jest asymetryczny z przewagą negatywnych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

35 milionów euro kary dla H&M za inwigilację pracowników

Mimo że RODO wprost przewiduje, że administracyjna kara pieniężna, która grozi za naruszenie kluczowych przepisów RODO może sięgać 20 000 000 euro, a w przypadku przedsiębiorstwa nawet 4% jego całkowitego rocznego światowego obrotu, to kary przekraczające ten magiczny pułap 20 milionów zawsze szokują. Od maja 2018 roku zostały takie kary nałożone w sumie cztery, kolejno na: Google Inc. (50 mln euro), British Airways (204,600,000 euro), Marriot International, Inc (110,390,200 euro),  operatora komunikacyjnego TIM (27,800,000 euro).

Do grona nieszczęśników 1 października 2020 roku dołączyła niemiecka spółka H&M Hennes & Mauritz Online Shop A.B. & Co. KG (dalej: „H&M”) z niebagatelną sumą 35,258,708 euro. Głównym powodem nałożenia kary była zbyt duża ingerencja H&M jako pracodawcy w dane pracowników, w tym te dotyczące ich życia prywatnego.

Stan faktyczny

Niemiecki (a dokładniej hamburski) organ nadzorczy ustalił, że co najmniej od 2014 roku część pracowników H&M poddawana była szczegółowej „obserwacji”, a wnioski poczynione w jej toku utrwalane były w formie notatek na dysku sieciowym. Standardem było, że po nieobecności pracownika w pracy – niezależnie od tego, czy była ona spowodowana urlopem, chorobą itp. – przełożony przeprowadzał z nim tzw. „rozmowę powitalną”. Brzmi sympatycznie, natomiast celem tych rozmów była nie tyle koleżeńska wymiana wrażeń z wakacji, ale również, np. w przypadku urlopu chorobowego, ustalenie (i odnotowanie) objawów danej choroby i wydanej przez lekarzy diagnozy. Co ciekawe (i niepokojące), niektórzy przełożeni zdobywali nawet szczegółową wiedzę na temat życia prywatnego pracowników podczas zwykłych rozmów towarzyskich na korytarzu – nierzadko dotyczącą problemów rodzinnych czy przekonań religijnych – i utrwalali zebrane informacje w formie elektronicznej. Szacuje się, że dostęp do tak zebranych informacji mogło mieć nawet 50 osób z kadry kierowniczej firmy.

Należy podkreślić, że takie „notatki” o pracownikach były sporządzane z dużą szczegółowością i przechowywane przez bardzo długi czas, co umożliwiało śledzenie rozwoju poszczególnych zagadnień (wyobrażamy sobie, że działało to na zasadzie „czy pracownik, który chodzi na terapię małżeńską w końcu się rozwiedzie, a jeśli tak, to czy wpadnie w depresję i zwróci się do psychologa” itp.). Informacje zebrane w ten sposób wykorzystywane były z jednej strony do skrupulatnej oceny wydajności danego pracownika, z drugiej zaś do tworzenia szczegółowego profilu pracownika, przydatnego do podejmowania decyzji dotyczących zatrudnienia (np. czy dana osoba nadaje się na menedżera lub czy może firma powinna się z nią pożegnać, bo jej stan psychiczny nie rokuje zbyt dobrze).

Organ nadzorczy uznał (i trudno z tym polemizować), że doszło do szczególnie poważnego naruszenia praw obywatelskich pracowników H&M.

Jak sprawa ujrzała światło dzienne?

W październiku 2019 roku z powodu błędu w konfiguracji systemu te wszystkie dane stały się dostępne dla wszystkich pracowników H&M. Hamburski organ nadzorczy powziął informację na temat procederu dzięki doniesieniom prasowym – zareagował natychmiast i najpierw nakazał „zamrożenie” zawartości dysku sieciowego, a następnie zażądał jego przekazania. Firma grzecznie podporządkowała się instrukcjom organu i przedłożyła do oceny bazę danych o wielkości około… 60 GB. Przesłuchania licznych świadków potwierdziły wnioski płynące z analizy przekazanych danych.

O ile cała historia brzmi jak rodem z książki lub filmu, H&M przyznał się do popełnionego błędu i zaproponował różne działania naprawcze. Przede wszystkim władze firmy przedstawiły kompleksową koncepcję wdrożenia systemu ochrony danych osobowych w zakładzie w Norymberdze. Kierownictwo firmy nie tylko wyraźnie przeprosiło zainteresowanych, ale również zastosowało się do sugestii, aby wypłacić pracownikom znaczne zadośćuczynienie. Co więcej, H&M powołał koordynatora ds. ochrony danych, status ochrony danych w organizacji jest poddawany comiesięcznym aktualizacjom, został wdrożony w miarę efektywny system obsługi naruszeń ochrony danych osobowych oraz sprawna procedura postępowania z żądaniami osób, których dane dotyczą.

Komentarz niemieckiego organu nadzorczego

Do sprawy odniósł się również hamburski organ nadzorczy, Komisarz ds. ochrony danych i wolności informacji, prof. Johannes Caspar, który stwierdził, że „ta sprawa dotyczy poważnego naruszenia ochrony danych osobowych w norymberskiej lokalizacji H&M. Wysokość nałożonej kary jest zatem odpowiednia i mam nadzieję, że okaże się skuteczna, aby powstrzymać inne firmy od naruszania prywatności swoich pracowników. Wysiłki kierownictwa mające na celu zrekompensowanie szkód osobom, których dotyczyło naruszenie, i przywrócenie zaufania do firmy jako do pracodawcy należy postrzegać w sposób zdecydowanie pozytywny. Przejrzysta komunikacja ze strony osób ponoszących odpowiedzialność za to zdarzenie oraz gwarancja rekompensaty finansowej niewątpliwie wskazują na szacunek wobec pracowników i uznanie, na jakie zasługują”.

Podsumowanie

Trzeba przyznać, że dawno nie słyszeliśmy o tak jaskrawym naruszaniu przepisów RODO, które w tak oczywisty sposób pokazuje, że przepisy o ochronie danych osobowych są potrzebne i jakie mogą być skutki braku ich stosowania. W niniejszym stanie faktycznym organ uznał, że doszło do naruszenia przede wszystkim art. 5 i art.  6 RODO, w zakresie braku podstawy prawnej przetwarzania danych osobowych. Przypominamy, że najwyższy wymiar kary przewidziany w RODO (20 mln euro lub 4% ) grozi za naruszenie: podstawowych zasad przetwarzania, w tym warunków zgody, o których to zasadach i warunkach mowa w art. 5, 6, 7 oraz 9 RODO;  praw osób, których dane dotyczą, o których mowa w art. 12–22 RODO; przekazywania danych osobowych odbiorcy w państwie trzecim lub organizacji międzynarodowej, o którym to przekazywaniu mowa w art. 44–49 RODO; wszelkich obowiązków wynikających z prawa państwa członkowskiego przyjętego na podstawie rozdziału IX; nieprzestrzegania nakazu, tymczasowego lub ostatecznego ograniczenia przetwarzania lub zawieszenia przepływu danych orzeczonego przez organ nadzorczy na podstawie art. 58 ust. 2 lub niezapewnienia dostępu skutkującego naruszeniem art. 58 ust. 1 RODO.

Agata Kłodzińska, ekspert ds. ochrony danych, ODO 24

Prezes wrocławskiego fintechu PayEye Menadżerem Roku

Krystian Kulczycki, prezes wrocławskiego fintechu PayEye został Menadżerem Roku. Tak zadecydowała kapituła konkursu FinTech & InsurTech Awards. Prezes Kulczycki zarządza wrocławską spółką, która jako pierwsza na świecie wprowadziła autorskie rozwiązanie płatnicze w oparciu o rozpoznawanie tęczówki oka człowieka. Mimo, że z usługi można korzystać od niedawna, to już dziś – po trzech miesiącach – pilotaż obejmuje ponad 60 miejsc we Wrocławiu. Nagrodę wręczono podczas kongresu FinTech & InsurTech, który niedawno zakończył się w Warszawie. Kongres to jedno z najważniejszych wydarzeń w tej części Europy, które gromadzi najlepszych ekspertów z branży finansowych technologii i ubezpieczeń.

„Doświadczony manager i specjalista w zarządzaniu bankami i instytucjami finansowymi – Prezes i współwłaściciel wrocławskiego fintechu PayEye – Krystian Kulczycki. Stoicyzm, wysoki profesjonalizm jak i wspaniałe poczucie humoru to cechy, dzięki którym jest liderem zespołu, który wprowadza na rynek innowacyjne i wizjonerskie rozwiązanie – system płatniczy oparty na biometrii tęczówki oka” – takie uzasadnienie nagrody przekazała niezależna kapituła konkursu, w której zasiadają cieszący się uznaniem reprezentanci szeroko rozumianego biznesu – głównie prezesi.

Cieszę się, że wprowadziliśmy na rynek prawdziwą innowację, która wzbudza takie zainteresowanie. Nagroda cieszy, ale to oczywiście zasługa całego zespołu PayEye oraz naszych partnerów, którzy przyczynili się do tego, że rynek nas zauważył. Mam osobistą satysfakcję, że o przyznaniu nagrody decydują przedstawiciele branży, którzy brali pod uwagę zarówno wdrożony przez nas system płatniczy wykorzystujący biometrię tęczówki oka, jak i moje szerokie doświadczenie w branży finansowej. Ta nagroda to nie tylko wielka radość, ale też zobowiązanie do jeszcze większej aktywności – komentuje Krystian Kulczycki, prezes PayEye i dodaje: – Nasze korzenie mocno są osadzone we Wrocławiu, ale tworzymy markę o globalnym wymiarze. PayEye to cały ekosystem płatniczy, który działa w oparciu o rozpoznawanie tęczówki oka człowieka. Nasz system jest nie tylko niezależny, ale i bezpieczny. Łączymy naukę z technologią i przenosimy to na grunt biznesowy.

Krystian Kulczycki z branżą finansową związany jest od przeszło dwóch dekad. Zasiadał w zarządach m.in. Polskiego Towarzystwa Finansowego, PTF Banku, Santander Consumer Banku oraz Eurobanku. Aktualnie zaangażowany w sprawy rozwoju spółki jako prezes i współwłaściciel firmy PayEye.

Konkurs FinTech & InsurTech Awards ma popularyzować osobowości i przedsięwzięcia, które promują technologiczne rozwiązania w branży finansowej oraz ubezpieczeniowej. Nagrody przyznawane są przedstawicielom zarówno fintechów, insurtechów, jak i przedstawicielom tradycyjnej bankowości, ubezpieczycieli, branży pożyczkowej, którzy swoimi innowacyjnymi rozwiązaniami rozwijają ten sektor w Polsce. O przyznaniu nagród decyduje niezależna kapituła konkursowa, w której zasiadają cieszący się uznaniem reprezentanci szeroko rozumianego biznesu.

Objęcie spółek komandytowych CIT zwiększy obciążenia kilkudziesięciu tysięcy polskich przedsiębiorców

  • Objęcie podatkiem CIT spółek komandytowych doprowadzi do istotnego wzrostu podatków dla blisko 73 000 polskich przedsiębiorców.
  • Najbardziej ucierpią najprężniej działające biznesy, które nie będą miały szansy skorzystać z niższej 9%-owej stawki CIT, a faktyczne opodatkowanie wspólników tych spółek wzrośnie do poziomu 34%-38% zamiast dotychczasowego 19%-23%.
  • Tylko 1% spółek komandytowych posiada zagranicznych wspólników, a ich udział w łącznej liczbie wspólników spółek komandytowych wynosi 0.4%, co oznacza, że ewentualne ryzyko nieopodatkowanego transferu zysków za granicę jest marginalne.

– wynika z raportu przedstawionego podczas wspólnej konferencji CRIDO, ZPP i InfoCredit.

Dramatyczne konsekwencje dla biznesu

W związku z planowanymi zmianami podatkowymi (stan na 2 października 2020), dojdzie do istotnego podniesienia stopy opodatkowania dla blisko 73,000 polskich przedsiębiorców. Około 75% spółek z mniejszymi obrotami będzie mogło skorzystać z 9%-owej stawki CIT zamiast 19%. Jednak aż 25% spółek komandytowych odpowiadających za 90% przychodów generowanych przez te biznesy (czyli blisko 300 mld PLN rocznie!) zapłaci 19% CIT. Efektywnie, oprocentowanie wspólników tych spółek, czyli głównie polskich przedsiębiorców, wzrośnie do 34% lub w przypadku osób płacących daninę solidarnościową, do 38%.

Nawet estoński CIT nie pomoże

Nowy benefit podatkowy w postacie tzw. estońskiego CIT nie obejmuje spółek komandytowych. Nawet zakładając, że część przedsiębiorców zdecyduje się na przekształcenie w spółkę kapitałową (sp. z o. o. lub S.A.) prawdopodobnie również pozostanie, poza tym preferencyjnym reżimem podatkowym – ta forma działalności popularna jest bowiem w szczególności wśród przedsiębiorców działających w branży handlowo-usługowej, co oznacza brak ponoszenia wydatków inwestycyjnych będących warunkiem skorzystania z tej formy opodatkowania.

Spółki komandytowe nie są powszechnie wykorzystywane do międzynarodowej optymalizacji podatkowej

Wbrew uzasadnieniu projektowanych zmian, dane nie wskazują na to, by spółki komandytowe były wykorzystywane w międzynarodowych schematach optymalizacji podatkowej. W Polsce aktywną działalność gospodarczą prowadzi ok. 43 000 spółek komandytowych. Jak wynika z analizy ekspertów CRIDO, na podstawie danych z bazy InfoCredit, 92% spółek komandytowych to biznesy osób fizycznych pochodzących z Polski. W tej formie swoje firmy prowadzi 72 705 tysięcy Polaków.

Dla porównania, z zagranicy pochodzi zaledwie 0,4% wspólników spółek komandytowych w Polsce. Na pierwszym miejscu są Niemcy (151 wspólników), dla których ta forma prowadzenia działalności gospodarczej jest dość powszechna i która jest wskazywana jako jedna z przyczyn gospodarczego sukcesu Niemiec. Na kolejnych miejscach są Luksemburg (113 wspólników), Cypr (41) i Wielka Brytania (39).

Mówimy o całym kraju i wielu branżach

Spółki komandytowe rozsiane są po całym kraju. Najwięcej jest ich w województwach: mazowieckim (11 290), wielkopolskim (5611), małopolskim (4744) i śląskim (3792). Działają w przeróżnych branżach, najwięcej z nich zajmuje się przetwórstwem przemysłowym, budownictwem i handlem. W ten sposób działa też wiele firm transportowych i logistycznych oraz z branży gastronomicznej. Ta forma pozwoliła rozwinąć się niejednemu polskiemu przedsiębiorcy, który mając „smykałkę” do biznesu i prowadząc go mógł równocześnie ograniczyć ryzyko dla swojej rodziny.

Połączenie jednokrotnego opodatkowania w wysokości 19% z ograniczaniem ryzyka prowadzenia rodzinnego biznesu stanowi pozytywny bodziec i motywator do rozwoju przedsiębiorczości. Tak pokazuje chociażby przykład Niemiec, których gospodarcza potęga wyrosła właśnie na rodzinnych biznesach prowadzonych w formie spółek komandytowych. Planowane, podwójne opodatkowanie spółek komandytowych, nie tylko będzie negatywnym sygnałem dla polskich, zaangażowanych przedsiębiorców, ale i ustawi rodzime firmy w gorszej pozycji rynkowej w stosunku do ich zagranicznych konkurentów. Biorąc bowiem pod uwagę unijną dyrektywę, tzw. Parent-Subsidiary, zagraniczny inwestor z Unii zapłaci nie więcej niż 19% podatku dochodowego – komentuje Mateusz Stańczyk, partner w CRIDO.

Objęcie spółek komandytowych podatkiem CIT to zły pomysł. Z danych nie wynika, by były to podmioty wykorzystywane do międzynarodowych schematów optymalizacyjnych. Stanowią za to atrakcyjną formę prowadzenia działalności dla polskiego, dynamicznie rozwijającego się biznesu. Należy podkreślić, że jest to kolejna propozycja zwiększenia obciążeń daninami, która pojawiła się w relatywnie krótkim czasie. Tymczasem skłonność przedsiębiorców do inwestycji jest wg naszych badań najniższa od lat – nie dzieje się to bez przyczyny. Wielokrotne zmiany przepisów, wprowadzanie znienacka nowych obciążeń, brak elementarnego bezpieczeństwa prawnego dla firm to podstawowe powody, dla których stopa inwestycji w Polsce daleka jest od oczekiwanego wg Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju poziomu 25% PKB – twierdzi Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Dziś, jak nigdy dotąd, każda proponowana zmiana systemu podatkowego powinna być także analizowana w kontekście zatrudnienia. Większe obciążenia dla dziesiątek tysięcy polskich przedsiębiorców mogą oznaczać mniejszą skłonność do tworzenia nowych miejsc pracy lub utrzymania dotychczasowych. InfoCredit wkrótce przeprowadzi ankietę wśród przedsiębiorców, by mogli ocenić proponowane zmiany w opodatkowaniu w kontekście zatrudnienia i ich szans rynkowych. Wynikami tej ankiety podzielimy się z Państwem jeszcze w październiku. Indeks InfoCredit od wielu miesięcy sygnalizuje, że w chwili, gdy etatów ubywa, przybywa jednoosobowych działalności gospodarczych. A te mają o wiele mniejszą zdolność do odniesienia sukcesu rynkowego niż firmy o ugruntowanej pozycji – mówi Jerzy Wonka, dyrektor ds. rozwoju InfoCredit.

***

Informacje o analizie

Analiza została przeprowadzona na podstawie informacji z baz danych InfoCredit. Na potrzeby niniejszego raportu eksperci InfoCredit i CRIDO opracowali dane i przeanalizowali ok. 43 000 spółek komandytowych, które aktywnie prowadzą działalność gospodarczą, w tym 26 462, które opublikowały sprawozdanie finansowe za rok 2019 lub/i 2018 r raportując przychody o łącznej wartości ok. 330 mld złotych rocznie. Dostępne dane pozwoliły na identyfikację wspólników ok. 41 500 spółek komandytowych.

Kielce: dramatyczny apel branży targowej do premiera

Abolicja składek ZUS, modyfikacja istniejących mechanizmów wsparcia z Tarcz,  wydłużenie maksymalnego łącznego okresu korzystania z dofinansowań wynagrodzeń pracowników  – to niektóre z postulatów branży targowej omawiane podczas spotkania szefów największych organizatorów targów,  konferencji, eventów z samorządowcami w Targach Kielce. Przedstawiciele tego sektora gospodarki zrzeszeni w Polskiej Izbie Przemysłu Targowego wystosowali apel do premiera Mateusza Morawieckiego.

Z najnowszych badań Urzędu Statystycznego z września 2020 r. wynika, że sektor targów przed pandemią Covid-19 generował łączne obroty w wysokości ok. 4,9 mld zł, a do budżetu państwa co roku wpływało ok. 0,5 mld zł podatku VAT. (…) firmy branży targowej od końca lutego br. pozostają praktycznie bez pracy. Z ww. badań wynika, że w 80% firm obroty spadły co najmniej o połowę, w tym w połowie przypadków nawet o 90%. Branża targowa w czasie obecnego „przestoju” straciła już ponad 1 mld zł.  – czytamy w piśmie PIPT skierowanym do Prezesa Rady Ministrów

Jak podaje PIPT polski rynek targowy zatrudniał przed pandemią ok. 97 tysięcy pracowników, w tym 60% na umowach cywilno-prawnych. Ze wspomnianych badań Urzędu Statystycznego wynika, że redukcja zatrudnienia spowodowana Covid-19 jedynie w branży targowej dotknęła już ok 60 tys. osób. Badania PIPT pokazują natomiast, że w najbliższym czasie co czwarta firma zwolni ponad 50% pracowników. To tysiące osób, które zasilą szeregi bezrobotnych w naszych miastach i zgłoszą się po wypłatę zasiłku!

    Według zrzeszonych w PIPT obecna sytuacja, związana z wielomiesięczną przerwą w organizacji targów oraz z ograniczoną możliwością organizacji wydarzeń w kolejnych miesiącach, stanowi nie tylko zagrożenie dla branży targowej, ale może wpłynąć na recesję licznych segmentów rynku polskiego, w tym: rynku hotelowego, rynku lotniczego i transportowego, gastronomii, branży eventowej, turystyki kongresowej i konferencyjnej oraz całego obszaru wsparcia marketingowego.

Wraz z listem do premiera przedstawiciele branży targowej przekazali listę postulatów, których spełnienie warunkuje według nich przyszłość branży targowo – kongresowej. Wśród nich znalazły się te dotyczące bieżącego wsparcia jak abolicja składek ZUS od 1 września 2020 do 31 marca 2021 czy wydłużenie maksymalnego łącznego okresu korzystania z dofinansowań wynagrodzeń pracowników  z 3 do 9 miesięcy.

Na liście są też te dotyczące długofalowej pomocy dla rozwoju branży targowej jak programy hosted buyers czy dofinansowanie celowe dla prestiżowych targów międzynarodowych promujących polskie produkty i usługi zgodnie z rekomendacją PIPT.

– Proponowane przez nas rozwiązania przekierowania środków przeznaczonych na dofinansowanie udziału MŚP w misjach i targach za granicą na wydarzenia targowe odbywające się w naszym kraju w zakresie nie generują dodatkowych nakładów – twierdzi Andrzej Mochoń, prezes Targów Kielce, wiceprezes Rady Polskiej Izby Przemysłu Targowego – W ten sposób część tych funduszy zostanie wydana w Polsce, na czym zyskają m.in. PLL Lot, polskie hotele, polskie firmy targowe.  Jest to ważne również dla samych beneficjentów (MŚP), którzy z powodu różnych obostrzeń krajowych i zagranicznych wywołanych epidemią i zamykania granic nie mogą w najbliższym czasie wyjechać za granicę w celu promocji eksportowej swoich produktów i usług.

W spotkaniu w Targach Kielce oprócz przedstawicieli branży targowo – kongresowej wzięli udział między innymi prezydenci, wiceprezydenci  kilku polskich miast, prezesi Związku Miast Polskich i Unii Metropolii Polskich, którzy zapowiedzieli wystosowanie listu do premiera z prośba o wsparcie dla organizacji targów. Ta ma bowiem ogromny wpływ na gospodarkę regionów.

Trump lekceważył i się zaraził

Prezydent USA z pozytywnym testem na koronawirusa – to informacja ważna z wielu powodów. W związku z tym nad rynkami zawisły ciemne chmury i włącza się risk off. Nadzieje na pakiet fiskalny okazały się płonne. Dzisiejszy dzień pod znakiem raportu z amerykańskiego rynku pracy.

Pozytywny test

Stało się to, czego rynki mogły się bać najbardziej, a więc pojawienie się informacji o tym, że prezydent USA jest zakażony koronawirusem i to tuż przed nowymi wyborami. Pozytywny test u Trumpa to informacja zła z kilku powodów. Lekceważące podejście do pandemii spowodowało, że nie uniknął zakażenia. Rynki mogą to odebrać jako powrót olbrzymiego zagrożenia, jakim jest pandemia, o której to zdaje się w ostatnich tygodniach nieco zapomniały.

Demokraci mają pole do popisu

Nie można nie wspomnieć o tym, że Trump jest w gronie podwyższonego ryzyka ze względu na wiek. Inna sprawa, że Demokraci na czele z Bidenem bez wątpienia fakt zakażenia wykorzystają w kampanii prezydenckiej. Szczególnie że na ostatnim etapie walki o fotel szefa państwa niestety nikt nie ma litości. Z pewnością zarzucone zostanie Trumpowi to, że nie chroni ani obywateli przed pandemią, ani też nie uchronił siebie. Teraz kluczowe będzie, jak długo zajmie jego rekonwalescencja i jakie będą efekty choroby. Pod znakiem zapytania stanęła jednak druga debata, która miała się odbyć 15 października.

Niepewność na rynkach

Ten news z USA spowodował, że wśród inwestorów znów zapanowały gorsze nastroje. Rynki w takich sytuacjach obawiają się, co może się dalej stać, a taka niepewność i chaos nigdy nie były domeną risk on. Główne giełdy w Europie są na 1% minusach, początek handlu w USA również zapowiada się z otwarciem na czerwono. Mocniejszy jest amerykański dolar, co również pokazuje, że inwestorzy się boją i uciekają do bezpiecznych przystani.

Pakiet znów niepewny

Dzisiejszy nie najlepszy klimat inwestycyjny to również zasługa fiaska rozmów Demokratów z Republikanami w sprawie nowego pakietu fiskalnego. Obóz Joe Bidena przegłosował co prawda swoją nową propozycję w Izbie Reprezentantów, ale najprawdopodobniej nie zostanie ona parafowana w Senacie. Przede wszystkim właśnie giełdy w ostatnich dniach bazowały na tym temacie, widząc zbliżanie się stron w kwestii kwoty pakietu, który miałby wejść w życie. Zbliżanie się weekendu to również ryzyko, więc możemy być dzisiaj świadkami ucieczki do bezpiecznych aktywów.

Dane schodzą na dalszy plan

Biorąc pod uwagę informacje o zakażeniu koronawirusem prezydenta USA, na dalszy plan mogą zejść, wydawałoby się dzisiaj kluczowe dane z rynku pracy w Stanach. Oczekuje się dalszej poprawy tego sektora, odbudowy kolejnych setek tysięcy miejsc pracy przy jednoczesnym spadku bezrobocia. Zauważalne jest jednak zahamowanie dynamiki poprawy danych. Wydaje się jednak, że reakcja na odczyty może być tym razem niewielka. Większą uwagę inwestorzy skupią na informacjach z Białego Domu o sytuacji zdrowotnej Trumpa i dalszych losach kampanii. Nerwowość na rynkach przekłada się na lekkie osłabienie krajowej waluty.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

Kuehne+Nagel otworzyło dedykowany obiekt w Dublinie, umożliwiając globalną współpracę z firmą West Pharmaceuticals

  • Inwestycja została zatwierdzona przez irlandzką agencję regulacyjną (The Health Products Regulatory Authority)
  • Kuehne+Nagel umacnia i rozszerza sieć dystrybucji dla branży farmaceutycznej i medtech. Obecnie obsługuje dziesięć dostosowanych lokalizacji w Irlandii.

Oddział Kuehne+Nagel w Irlandii podpisał wieloletni kontrakt z firmą West Pharmaceuticals, światowym projektantem i producentem systemów dla wiodących firm farmaceutycznych i biotechnologicznych.

Kuehne+Nagel zainwestowało w niestandardowy obiekt do zarządzania logistyką kontraktową i drogową dla West Pharmaceutical. Aby sprostać unikalnym wymaganiom związanym ze złożoną działalnością nowego partnera, specjalnie zaprojektowany magazyn dostosowany jest do obsługi 30 000 palet oraz posiada kompleksowy system kontroli temperatury.

„W Kuehne+Nagel jesteśmy ukierunkowani na partnerskie relacje z Klientami. Identyfikując ich potrzeby, opracowujemy rozwiązania dostosowane do każdych wymagań” – komentuje Pamela Quinn, dyrektor zarządzająca Kuehne+Nagel Irlandia. „Konfiguracja złożonych rozwiązań w zakresie łańcucha dostaw dla dużej firmy, takiej jak West Pharmaceuticals, jest często czasochłonna. Od początku naszej współpracy z West Pharmaceuticals koncentrowaliśmy się na zrozumieniu ich indywidualnych potrzeb i wymagań logistycznych. Nasza siła tkwi w zdolności do oferowania Klientom innowacyjnych rozwiązań z szerokim wachlarzem usług logistycznych”.

Irlandia jest jednym z największych eksporterów produktów farmaceutycznych na świecie, a zaangażowanie Kuehne+Nagel sięga dalej niż inwestycja w dedykowany magazyn dla West Pharmaceuticals. Firma zarządza innymi dziewięcioma lokalizacjami w Irlandii, które również są przeznaczone do obsługi logistycznej przemysłu farmaceutycznego i medtech.

Michael Moes, wiceprezes ds. międzynarodowego zarządzania dostawami w West Pharmaceuticals, mówi, że podejście Kuehne+Nagel zorientowane na Klienta było impulsem do współpracy, a także, z perspektywy klienta – atrakcyjną strategią, która przyniosła wiele korzyści. „West i Kuehne+Nagel podjęły globalne partnerstwo zarówno w zakresie logistyki kontraktowej, jak i drogowej. Od początku współpracowaliśmy z dedykowanym irlandzkim zespołem Kuehne+Nagel, korzystaliśmy z ich wiedzy i doświadczenia na globalnym rynku logistycznym. Omawialiśmy strategię zabezpieczenia terenu, budowy dedykowanego magazynu i zarządzania nim – jest to zdecydowanie rozwiązanie win-win, ponieważ Kuehne+Nagel po wysłuchaniu naszych potrzeb zajęło się organizacją, a nasz dział West Pharmaceuticals w Dublinie mógł skoncentrować się na core naszego biznesu i zająć się aspektami technicznymi oraz produkcyjnymi” –potwierdza Michale Moes.

Wzrost niepewności, inwestorzy szukają bezpiecznej przystani – analiza sytuacji na rynkach inwestycyjnych we wrześniu 2020 r.

Globalne gospodarki w dalszym ciągu zmagają się z ekonomicznymi konsekwencjami pandemii koronawirusa, co przekłada się na dalszy wzrost niepewności gospodarczej i skłania inwestorów do poszukiwania aktywów pełniących funkcję bezpiecznej przystani. We wrześniu, podobnie jak w ostatnich miesiącach, głównym czynnikiem wpływającym na ruchy cenowe na rynku złota były działania Rezerwy Federalnej. Na globalnych rynkach finansowych nadal utrzymuje się duża nerwowość – popyt na ropę cały czas jest osłabiony, a złoty tracił w zestawieniu z innymi walutami. Jak wyglądał ostatni miesiąc na rynkach? Analizuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.  

Złota ruletka

We wrześniu 2020 roku ceny złota wyrażone w polskim złotym osiągnęły niewielkie wzrosty na poziomie 0,5% (7.300 PLN za uncję). Cena uncji w dolarze amerykańskim na koniec miesiąca zatrzymała się na poziomie delikatnie poniżej 1.900 USD oznaczając spadek o około 3,5%. Natomiast w dłuższej perspektywie ceny określone w amerykańskiej walucie, znajdują się w trendzie bocznym charakteryzującym się stabilnością.

Dla jednych inwestorów ten wynik oznacza czekanie, dla innych – okazję do zakupu. Wpływ na tą sytuację mają m.in. zbliżające się wybory prezydenckie w USA oraz wzrost niepokoju w związku z nadejściem okresu grypowego, który może spowodować uruchomienie kolejnej fali wzrostu zachorowań na koronawirusa.

Nie bez znaczenia jest również Deklaracja Rezerwy Federalnej o utrzymaniu stóp procentowych na niższym poziomie co najmniej do 2023 roku, a także zmiana strategii Rezerwy Federalnej – ustanowienie nowego celu inflacyjnego na poziomie 2%. Zdaniem zdecydowanej większości ekonomistów, mimo względnego spokoju podłoże gospodarcze w dalszym ciągu będzie sprzyjało kolejnym wzrostom cen złota – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Warto mieć jednak na uwadze ewentualne korekty, które ostatnio zaskoczyły niejednego inwestora. Starając się przeanalizować najbliższy czas na rynkach finansowych należy pamiętać, że świat żyje w warunkach ujemnych stóp procentowych. Ta sytuacja sprzyja złotu dużo bardziej niż np. sama inflacja. Ten trend pozwala podejrzewać, że popyt na kruszec w trzecim kwartale pozostanie bardzo silny.

Firma Tavex odnotowuje stabilny, wciąż bardzo wysoki popyt na złoto inwestycyjne zarówno w Polsce jak i w innych krajach. Źródłem są wygasające lokaty, bez możliwości przedłużenia na satysfakcjonujący procent, a także rosnąca świadomość polskich inwestorów na temat złota. Na koniec września nasza grupa sprzedała już ponad 115.000 uncji trojańskich złota w 9 krajach – dodaje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Akcje spółek wydobywających złoto

Pomimo dobrej hossy, akcje spółek wydobywczych w dalszym ciągu pozostają stosunkowo niedrogie. Kinross Gold Corporation, Barrick Gold oraz Newmont Corporation to trzy największe na świecie przedsiębiorstwa zajmujące się wydobyciem złota. Ceny ich akcji wynoszą analogicznie: ponad 8,80 USD, 28 USD, 63,40 USD.

Różnica w zainteresowaniu wskazywać może na to, że atrakcyjność akcji wydobywczych ogranicza się do specjalistycznych funduszy.

Jesienne nastroje na rynku ropy

W minionym miesiącu na rynku ropy inwestorzy nie mieli powodów do radości. Notowania na amerykańskiej giełdzie paliw odnotowały zwiększone spadki. Analizowany okres jest pierwszym od kwietnia, który ropa zakończy z obniżonym poziomem cen. Co więcej, małe są szanse na to, aby wrócić do wzrostów. Niepewność pogłębiana była przez trwający okres przedwyborczy w USA oraz debatę prezydencką. Ponadto opóźniająca się szczepionka na COVID-19 i okres przeglądów konserwacyjnych.

W ostatni dzień września ceny ropy na amerykańskiej giełdzie paliw wynosiły mniej niż 39 USD za baryłkę (West Texas Intermediate).

Nie można zapomnieć również o raporcie Departamentu Energii USA, który wywołał wśród inwestorów poprawę nastrojów. Podane informacje wskazują, że okres dynamicznego wzrostu zapasów tego surowca w Stanach Zjednoczonych dobiegł końca, aktualnie sytuacja po stronie podażowej powoli przestaje negatywnie wpływać na ceny ropy.

Walutowe zamieszanie niekorzystne dla złotego

Wrzesień nie oszczędził również złotego, który ma za sobą bardzo ciężki czas. Większość walut podrożała o co najmniej kilkanaście groszy, a euro powoli zbliża się do tegorocznych rekordów. Złoty przez cały miesiąc znajdował się pod ogromną presją podaży. Wspólna europejska waluta w tym czasie podrożała o 17 groszy, niechybnie zbliżając się do tegorocznego szczytu w okolicach 4,60 zł.

Osłabienie złotego widać też na parze z dolarem. Amerykańska waluta w perspektywie miesiąca podrożała o ćwierć złotego, docierając do poziomu 3,90 zł. Jednak warto pamiętać o wspomnianej wcześniej debacie, która odcisnęła piętno na kursach. Doprowadziła ona do przeceny dolara i wzrostów EUR/USD powyżej 1.17 i lekkiego odbicia PLN.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – wrzesień 2020 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 37,6% rdr do 22,2 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 643,5% do 1,3 mld zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 48,6% rdr do poziomu 1 224,7 tys. szt.
  • Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 27,3% rdr do 183,5 mln zł
  • Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 195,4% rdr do 48,2 mln zł
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 28,9% do poziomu 18,9 TWh
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 11,1% rdr do 13,3 TWh

We wrześniu 2020 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 22,3 mld zł, czyli o 30,8% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 37,6% rdr do poziomu 22,2 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1,0 mld zł, o 31,4% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec września wyniosła 49 411,53 pkt i była o 13,8% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect we wrześniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 644,8% rdr do poziomu 1,3 mld zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 643,5% rdr i wyniosła 1,3 mld zł.

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi we wrześniu wyniósł 1 224,7 tys. szt., czyli o 48,6% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 30,0% rdr do poziomu 579,5 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 74,5% rdr do 213,7 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty wzrósł o 68,0% rdr do 386,2 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami wzrósł o 74,1% rdr do 45,3 tys. szt.

We wrześniu zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 27,3% rdr do poziomu 183,5 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 195,4% rdr do 48,2 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec września 95,2 mld zł wobec 92,8 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła o 34,2% rdr do poziomu 181,7 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 7,4 mld zł wobec 18,4 mld zł rok wcześniej, co oznacza spadek o 59,7% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł 18,9 TWh, co oznacza spadek o 28,9% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 4,2% rdr do poziomu 2,8 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 32,6% rdr do poziomu 16,1 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wzrósł o 11,1% rdr do 13,3 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 19,1% do poziomu 1,2 TWh. Na rynku terminowym odnotowano wzrost o 15,3% rdr do poziomu 12,1 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 2,0 TWh, co oznacza wzrost o 16,1% rdr.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 66,9% rdr do poziomu 11,2 ktoe[3].

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE wzrósł o 11,7% rdr, do wolumenu 1,3 TWh.

Kapitalizacja 388 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec września wyniosła 467,9 mld zł (103,4 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 436 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 804,7 mld zł (177,8 mld EUR).

Na rynku NewConnect we wrześniu zadebiutowały akcje spółek Skinwallet i Duality.

W ubiegłym miesiącu na GPW odbyło się 22 sesji giełdowych, w porównaniu do 21 sesji rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Polwax: Zapotrzebowanie na produkty parafinowe będzie rosło

Według opublikowanego w tym roku raportu na temat światowego rynku wosków, który szacowany był w ubiegłym roku na 11,1 mld dolarów, do 2027 roku osiągnie on wartość 13,8 mld dolarów. Roczne tempo wzrostu powinno się utrzymać na poziomie 3,1%, a prognoza uwzględnia już pandemiczne spowolnienie. W najbardziej interesującym z punktu widzenia spółki Polwax segmencie wosków naftowych i mineralnych analitycy zakładają wzrost sprzedaży do 8,2 mld dolarów w 2027 r. Wartość polskiego rynku szacowana jest od kilku lat na poziomie ok. 170–180 mln dolarów i też powinna z roku na rok rosnąć. Wartość rynku europejskiego w 2027 r. osiągnie 2,8 mld dolarów. Nadal największym konsumentem parafin na naszym kontynencie pozostanie gospodarka niemiecka.

– Wzrost popytu na woski wynika w głównej mierze z właściwości produktu, takich jak: wysoki połysk, nietoksyczność, dobra hydrofobowość i wyjątkowa odporność chemiczna. Do 2025 r. prawdopodobnie znacznie wzrośnie ilość wosku mineralnego (o ok. 3,3%) – ze względu na rosnące zużycie tego produktu w detergentach, roztworach gumy, preparatach w aerozolu, klejach, środkach czyszczących stosowanych w gospodarstwie domowym, procesie wytwarzania opon i obróbki drewna – mówi Jacek Matracki, dyrektor handlowy spółki. – Oczywiście cały czas prowadzone są prace nad nowymi zastosowaniami parafin. Może się okazać, że popyt na parafinę przekroczy najśmielsze oczekiwania analityków – świadczy o tym choćby kwestia wykorzystania jej w magazynach energii czy w budownictwie – dodaje J. Matracki.

Polwax należy do czołówki największych europejskich producentów i dystrybutorów rafinowanych i odwanianych parafin oraz szerokiego asortymentu wosków parafinowych i produktów komponowanych na bazie parafin. Jednocześnie spółka jest największym polskim producentem parafin rafinowanych oraz szerokiego asortymentu wosków naftowych (mineralnych). Dzięki zastosowaniu nowoczesnych procesów technologicznych, wysokiej i stabilnej jakości wyrobów oraz współpracy z wieloma jednostkami badawczymi, jak również dopasowywaniu oferty do indywidualnych potrzeb klienta produkty spółki mają ugruntowaną pozycję na rynkach, na których są obecne.

Ponadto znajdują szerokie zastosowanie w różnych gałęziach przemysłu. W 2019 r. spółka wyprodukowała i sprzedała 35,6 tys. t parafin i wosków do produkcji zniczy i wyrobów świecarskich oraz surowców specjalistycznych dla przemysłu. To mniej niż w poprzednich latach, ale warto zauważyć, że zdecydowanie zmieniły się warunki, w jakich funkcjonuje przedsiębiorstwo.

Dziś produkcja i sprzedaż spółki są realizowane w trzech podstawowych segmentach: parafin i mas parafinowych służących do produkcji świec i zniczy (odpowiedzialnym za 29,8% przychodów ze sprzedaży spółki w roku 2019), produktów dla przemysłu do zastosowań specjalistycznych (ich udział w przychodach wzrósł w ciągu ostatnich dwóch lat z 21,4% do 34,3%), segmencie gotowych świec i zniczy (generującym 33,9% przychodów ze sprzedaży, czyli blisko 13% więcej niż w roku 2017).

– Zauważamy rosnące znaczenie parafiny w branży opakowaniowej. Nie tylko chroni produkty przed wilgocią i tłuszczem, lecz także uodparnia opakowania na wodę i parę wodną, ​​tworząc skuteczną barierę przed różnego rodzaju gazami oraz zapachami. Jednym zdaniem: zapobiega niepożądanym zanieczyszczeniom i utracie smaku. Drugim istotnym kierunkiem jest przemysł drzewny, który w procesie produkcji wykorzystuje różnego rodzaju emulsje parafinowe. Kolejnym – przemysł rolno-spożywczy. Tam z kolei lokujemy antyzbrylacze oraz woski specjalnego przeznaczenia – wyjaśnia Dariusz Szlęzak, prezes zarządu spółki Polwax SA. – Nie zapominajmy też o szeroko rozumianej motoryzacji ani oczywiście o produkcji świecarskiej – podsumowuje prezes, po czym dodaje: – Rok 2020 jest wyjątkowy pod względem szybko zmieniających się scenariuszów rynkowych i trudno nam ocenić wszystkie skutki pandemii koronawirusa dla przemysłu parafinowego.

W ujęciu geograficznym sprzedaż spółki koncentruje się na rynku krajowym, który w 2019 r. odpowiadał za 71,8% sprzedaży. Poza Polską spółka sprzedaje głównie na rynkach Unii Europejskiej oraz Europy Wschodniej. Od 2017 r. dominującym rynkiem zagranicznym są Niemcy. W roku 2019 ich udział w eksporcie spółki wyniósł 45,7%.

Polskie inwestycje w nieruchomości są 23 na świecie

Inwestycje w nieruchomości na terenie Polski są warte coraz więcej. Sprawdzamy, jak nasz kraj pod tym względem prezentuje się w światowym rankingu.

Dobra koniunktura gospodarcza z lat 2015 – 2019 przyniosła szybki wzrost wartości, jaką prezentują polskie inwestycje w nieruchomości. Chodzi nie tylko o decyzje inwestycyjne osób kupujących mieszkania na wynajem. Warto również pamiętać, że polski rynek staje się coraz bardziej interesujący dla funduszy profesjonalnie inwestujących w nieruchomości. Eksperci firmy MSCI postanowili oszacować łączną wartość takich profesjonalnych inwestycji. Wyniki najnowszej analizy MSCI dotyczące 2019 r. są ciekawe również dlatego, że obejmują Polskę. Postanowiliśmy sprawdzić, które miejsce zajmuje nasz kraj w rankingu uwzględniającym profesjonalne inwestycje w nieruchomości.

Polskę wyprzedza m.in. Belgia oraz Norwegia

W ramach wstępu warto podkreślić, że szacunki firmy MSCI są obciążone pewną niedokładnością, ponieważ nie obejmują wszystkich profesjonalnych inwestycji z danego kraju. Uwzględnienie każdego profesjonalnego inwestora jest trudne pomimo założeń przyjętych przez wspomnianą firmę. MSCI przyjmuje, że profesjonalne inwestycje w nieruchomości to takie, które łącznie spełniają następujące warunki:

  • mają generować zarówno bieżące zyski (np. z czynszów), jak i korzyści związane ze wzrostem wartości aktywów
  • są profesjonalnie zarządzane przez udziałowców albo wynajęte podmioty
  • funkcjonują w ramach różnych portfeli inwestycyjnych
  • są finansowane poprzez kapitał własny i kapitał obcy

Po przyjęciu takich założeń firma MSCI oszacowała, że wartość profesjonalnych inwestycji w nieruchomości na terenie Polski wynosi 49,8 mld USD. Ten wynik z 2019 r. jest nieco większy od wartości odnotowanej w 2017 r. (48,0 mld USD) oraz w 2018 r. (48,2 mld USD). Warto zwrócić uwagę, że w klasyfikacji z 2017 r. Polska zajęła 21 pozycję. „Dwa lata później nasz kraj został sklasyfikowany na 23 miejscu (za Belgią, Norwegią, Tajwanem i RPA). To właśnie te dwa ostatnie państwa wyprzedziły Polskę w ostatnim czasie” – mówi  Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Stany Zjednoczone nadal pozostają liderem …

Po krótkim zaprezentowaniu sytuacji dotyczącej Polski, na pewno warto zwrócić uwagę na globalnych liderów. Pomiędzy tymi państwami i krajami lokującymi się około dwudziestej pozycji istnieje przepaść pod względem wartości profesjonalnych inwestycji w nieruchomości. „Trzeba jednak zwrócić uwagę, że miejsce zajmowane przez Polskę (23) jest dość podobne, jak w przypadku globalnego rankingu uwzględniającego wielkość gospodarki (PKB)” – komentuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Cała klasyfikacja rankingowa opracowana przez MSCI na podstawie danych z 2019 r. wygląda następująco:

  1. Stany Zjednoczone – 3418,1 mld USD
  2. Japonia – 881,4 mld USD
  3. Wielka Brytania – 745,5 mld USD
  4. Chiny – 592,2 mld USD
  5. Niemcy – 580,1 mld USD
  6. Francja – 441,2 mld USD
  7. Hongkong – 378,3 mld USD
  8. Kanada – 361,0 mld USD
  9. Australia – 306,8 mld USD
  10. Szwajcaria – 266,3 mld USD
  11. Szwecja – 231,5 mld USD
  12. Holandia – 184,3 mld USD
  13. Singapur – 176,0 mld USD
  14. Włochy – 128,1 mld USD
  15. Hiszpania – 110,8 mld USD
  16. Korea Płd. – 88,4 mld USD
  17. Finlandia – 86,5 mld USD
  18. Dania – 70,7 mld USD
  19. Belgia – 59,8 mld USD
  20. Norwegia – 56,7 mld USD
  21. Tajwan – 51,9 mld USD
  22. RPA – 50,2 mld USD
  23. Polska – 49,8 mld USD
  24. Austria – 45,1 mld USD
  25. Irlandia – 32,1 mld USD
  26. Portugalia – 30,2 mld USD
  27. Malezja – 28,6 mld USD
  28. Czechy – 28,1 mld USD
  29. Tajlandia – 27,7 mld USD
  30. Nowa Zelandia – 20,2 mld USD
  31. Indonezja – 14,3 mld USD
  32. Węgry – 10,8 mld USD

W świetle powyższych informacji, pozycja Stanów Zjednoczonych jako lokalizacji profesjonalnych inwestycji w nieruchomości wydaje się niepodważalna. Jeżeli uwzględnimy globalną wartość analizowanego rynku inwestycyjnego (szacowaną na 9553 mld USD), to okaże się, że udział USA wynosi około 36%. Znaczenie Stanów Zjednoczonych w kontekście profesjonalnych inwestycji nieruchomościowych rosło od 2010 r. do 2016 r., a później pozostawało na dość stałym poziomie. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że dotkliwy przebieg kryzysu wpłynie na pogorszenie tegorocznego wyniku USA. „Trudno też spodziewać się tak dużego wzrostu wartości profesjonalnych inwestycji w nieruchomości, jaki w skali globalnej miał miejsce poprzednio. Mowa o wzroście z 8,9 bln USD w 2018 r. do 9,6 bln USD w 2019 r.” – zaznacza Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Na szczególną uwagę zasługuje też czwarte miejsce Chin, które w 2018 r. wyprzedziły Niemcy. Wynik Państwa Środka w dalszym ciągu prezentuje się jednak dość skromnie na tle wartości notowanych przez Stany Zjednoczone. Trudno oczekiwać, że nawet w dłuższej perspektywie będzie miała miejsce szybka zamiana na pierwszym miejscu w rankingu dotyczącym profesjonalnych inwestycji w nieruchomości. Aktualna pozycja rankingowa Wielkiej Brytanii oraz Japonii nie wydaje się jednak pewna w perspektywie np. 10 lat. „Jeżeli zaś chodzi o Polskę, to dość blisko za nią lokuje się tylko Austria. Wyniki takich krajów jak Irlandia, Portugalia, Malezja i Czechy są już o wiele mniejsze” – podsumowuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Źródło: Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Bloober Team i Forever Entertainment nawiązują współpracę

Bloober Team, czołowy producent gier z gatunku horror, oraz Forever Entertainment, jeden z największych światowych wydawców gier na konsolę Nintendo Switch i specjalista w tworzeniu nowych wersji starszych gier (remake), wspólnie powołały spółkę zależną, która będzie zajmować się tworzeniem wysokiej jakości horrorów na konsolę Nintendo Switch.

Fearful Entertainment S.A. będzie dostarczać fanom Nintendo Switch odświeżone tytuły z gatunku horror. Spółka jest efektem współpracy dwóch wiodących marek polskiego gamedevu Bloober Team, który w ostatnich latach stworzył bestsellery takie jak Layers of Fear, Observer i Blair Witch, oraz Forever Entertainment jednego z największych i najważniejszych wydawców gier na konsole Nintendo Switch i nowych wersji hitów sprzed lat (remake).

– Pomimo ciągłego wzrostu popularności, gry z gatunku horror nie są proporcjonalnie reprezentowane na poszczególnych platformach. Mamy też świadomość, że wśród lawiny nowych gier na Switcha niezwykle ciężko się wyróżnić. To czego oczekują fani Nintendo to gry ekskluzywne na ich platformie. Zawsze chcieliśmy zrobić taki horror na Switcha, ale zawsze brakowało nam mocy przerobowych. Ze Zbyszkiem znamy się od ponad 20 lat więc kiedy siedliśmy razem po latach narodził się pomysł na współpracę.  – mówi Piotr Babieno, prezes Bloober Team.

O tym, przed jak dużą szansą stoi nowopowstała spółka, świadczą liczby. Do końca Q2 2020 rok na całym świecie zostały sprzedane ponad 62 miliony egzemplarzy konsol Nintendo Switch. Pomimo tego większość tytułów skierowanych do fanów dreszczowców, które pojawiają się na tej japońskiej konsoli, to jedynie średniej jakości produkcje wcześniej wydanych na innych platformach.

– Powołanie spółki, która zajmowałaby się produkcją nietypowych tytułów zaprojektowanych wyłącznie na konsole Nintendo, to w naszym odczuciu racjonalna i dobrze umotywowana decyzja. W ciągu ostatnich lat staliśmy się światowej klasy ekspertami od tej platformy, ale również remaków. Mamy odpowiednie zaplecze produkcyjne podczas gdy Bloober wnosi swoją wiedzę w produkcji gier typu horror. To połączenie sprawi, że Fearful Entertainment będzie zupełnie nowym przedsięwzięciem dającym olbrzymi potencjał – mówi Zbigniew Dębicki, prezes Forever Entertainment.

Spółka prowadzi już rozmowy w sprawie realizacji pierwszych projektów. Fearful Entertainment nie wyklucza koncentracji swoich przyszłych działań marketingowych między innymi na rynku azjatyckim, korzystając z kontaktów posiadanych dzięki Forever Entertainment.

Donald Trump i jego żona zakażeni koronawirusem. Risk-off wraca na rynki

Risk-off wrócił w nocy na rynki po informacji, że prezydent Trump i pierwsza dama otrzymali pozytywny test na obecność COIVD-19. Wstępna reakcja była podsycana świątecznymi warunkami handlu w Azji, jednak Europa podtrzyma ponury klimat. Świeże rozczarowanie przebiegiem negocjacji fiskalnych w USA dokłada powodów do utrzymania pesymizmu.

Jakby kampania prezydencka nie mogła być bardziej zagmatwana, teraz dochodzi kolejny poziom niepewności. Minimalny czas kwarantanny wynosi 10 dni, co oznacza, że Trump może zdążyć na drugą debatę prezydencką 15 października. Jeśli odwoła swój udział, będzie to sygnał o gorszym przebiegu choroby i rynki nie odbiorą tego dobrze. Na razie wstępna reakcja to strach przed chaosem. Przy neutralnych warunkach moglibyśmy oczekiwać stopniowego odreagowania. Jednak pod uwagę trzeba wziąć jeszcze optymizm z poprzednich dni budowany na nadziejach na postępy w negocjacjach fiskalnych, a tutaj ostatnie doniesienia przynoszą rozczarowanie. Wczorajsza tura rozmów podkreśliła duże różnice zdań m.in. w kwestii finansowania federalnego i zasiłków na dzieci. Demokraci w Izbie Reprezentantów nie czekali już dłużej i przegłosowali swój projekt pakietu na 2,2 bln USD, który z pewnością zostanie odrzucony przez kontrolowany przez Republikanów Senat. Na koniec tygodnia inwestorzy zostają z większym bagażem niepewności, który nakazuje zredukować ryzyko przed weekendem.

Wątpię, aby dzisiejszy raport z rynku pracy USA mógł cokolwiek zmienić w nastrojach rynkowych. Oczekuje się piątego miesiąca z rzędu odbudowy miejsc pracy i spadku stopy bezrobocia, choć przy postępującym wytracaniu tempa poprawy. Czynnikiem mogącym zaburzać odczyt zatrudnienia jest wpływ koronawirusa na pracę punktów usługowych, restauracji i hoteli. Z drugiej strony liczby mogą być podwyższone przez przywracanie pracy w szkołach. Razem to tylko kolejny powód, by umniejszać znaczenie dzisiejszego raportu.

W obliczu obrotu wydarzeń wydaje się mało realne, aby złoty zaliczył kolejny dzień dynamicznego umocnienia. Wczoraj EUR/PLN spadł o ponad 1 proc. i razem z forintem węgierskim, czeską koroną i meksykańskim peso przewodził zyskom walut rynków wschodzących. Pomagało odreagowanie siły dolara, przynajmniej do czasu, gdy nie zaczęły pojawiać się negatywne doniesienia dotyczące rozmów nad pakietem fiskalnym USA. Ogólnie jednak czwartek wskazał na świeży powrót kapitału na starcie nowego kwartału i próby skorzystania na silnym dyskoncie cen aktywów (akcje, obligacje). Z tego punktu wyjścia jednak ryzyka pozostają obustronne. Możliwe, że wrześniowe zawirowania wyznaczyły górne i dolne ograniczenia dla wahań aktywów w okresie nerwowości przed wyborami prezydenckimi w USA. Inwestorzy spekulacyjni mogą szukać okazji w ruchu bocznym, wykorzystując pęd rynku zarówno w górę, jak i w dół. W konsekwencji nie przekreślałbym całkowicie okresowych powrotów EUR/PLN ponad 4,50, niezależnie jak jest to sprzeczne z fundamentami złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Raport: rynek zbiórek crowdfundingowych w polskim Internecie w 2020 roku

¾ zrzutek w sieci finansują kobiety, wpłacając średnio po blisko 70 zł. Najwięcej wpłat realizowanych jest na początku tygodnia i w niedziele. Z kolei, najbardziej wartościowe przelewy wpływają we wtorki, z pikiem w godzinach 20-22. Jak pandemia oddziałuje na ten rynek? Które czynniki zmieniają go najbardziej? Zrzutka.pl, w oparciu o dane z 2020 roku, prezentuje najnowszy obraz rynku finansowania społecznościowego.

W bieżącym roku największy wpływ na rynek finansowania społecznościowego mają trzy czynniki. Pierwszym jest Covid-19, który odcisnął i w dalszym ciągu odciska swoje piętno, zarówno na polskiej gospodarce, portfelach,  nastrojach rodaków, jak i na rodzimym rynku zbiórek internetowych. Jednak to drugi faktor ma dużo większy wpływ na crowdfunding w Polsce niż pandemia. Bowiem o obrazie całego rynku, w coraz większym stopniu, decydują kobiety. – To właśnie Panie wyrokują o tym kto i jakiego rodzaju zrzutki organizuje, ale także które zbiórki są finansowane. Parafrazując słynne powiedzenie można powiedzieć, że w tym roku finansowanie społecznościowe jest kobietą. – zauważają analitycy zrzutka.pl. – Trzecim, ostatnim czynnikiem, który w tym roku także wpływa na crowdfunding, są zmiany wiekowe osób odwiedzających platformy. Blisko 200% wzrost wśród najmłodszych oraz ponad 150% w grupie najstarszych internautów, nie tylko zaskakuje, ale decyduje o tym jak wygląda rynek finansowania społecznościowego w naszym kraju w 2020 roku. – podsumowują przedstawiciele zrzutka.pl.

Po ile wpłacamy?

Bieżący rok został zdominowany przez przelewy o wartości do 50 zł. To już ponad ¾ wszystkich wpłat. To także jedyna kategoria, która odnotowała pozytywną dynamikę (108,97%) wzrostu w bieżącym roku w stosunku do analogicznego okresu w 2019r. Druga największa (20,56%) grupa wpłat to 51-250 zł. Jednak jej udział zmniejszył się w stosunku do roku ubiegłego o ponad 13%. Pozostałe dwa przedziały przelewów, tj. 251-500 zł oraz powyżej 500 zł, w tym roku najbardziej zmniejszyły swój udział w całej wartości tortu wpłat, odpowiednio o 37% i 43%. Wśród głównych przyczyn takiego stanu rzeczy w bieżącym roku należy upatrywać Covid-19 i lockdown-u, a także jego negatywnego wpływu na gospodarkę oraz finanse Polaków.

Pogorszenie nastrojów Polaków, czy też sytuacji finansowej widać także po obniżce, co prawda symbolicznej, średniej wartości przelewów. W bieżącym roku jest to kwota 69,68 zł, z ujemną dynamiką wzrostu na poziomie 0,5%. Warto wspomnieć, że od kilku lat ta średnia systematycznie rosła. W 2017 roku wynosiła 65 zł, a w 2019 urosła do 70 zł. Znaczący wzrost udziału dwóch grup wiekowych, tj. najmłodszych i najstarszych internautów, może być także czynnikiem wpływającym nie tylko na zatrzymanie, ale także na spadek wartości przelewów, w tym średniej.

Kiedy przekazujemy  pieniądze?

Najwięcej wpłat internauci dokonują na początku tygodnia, tj. w poniedziałek (18,52%) i wtorek (19,17%). Udział procentowy kolejnych dni spada do poziomu około 12% dla każdego z nich, aż do soboty kiedy osiąga najniższy poziom, tj. 10,17%. Jednak w ostatni dzień tygodnia, tj. niedzielę, następuje wzrost do 15,14%.  Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku wartości wpłat. Tu także początek tygodnia i niedziela, dominują, odpowiednio zajmując miejsca na podium: wtorek 20,09%, poniedziałek 19,36% oraz niedziela 14,12%. W porównaniu do lat ubiegłych tj. 2019 i 2017, w bieżącym roku najwięcej przelewów nie jest jednak już realizowane w czwartki, tylko we wtorki.

Jeżeli chodzi zaś o godziny kiedy najczęściej internauci wpłacają pieniądze na zbiórki internetowe, to już tradycyjnie szczyt przypada w porze wieczorno-nocnej, z pikiem w okolicach 20-22 godziny.

Kto organizuje, a to kto finansuje?

Na przestrzeni ostatnich kilku lat, widać rosnącą rolą kobiet w finansowaniu społecznościowym. Z roku na rok, nie tylko zwiększa się ich udział w finansowaniu zbiórek internetowych, ale także w ich organizacji, co dotychczas było zarezerwowane dla mężczyzn. W 2020 roku po raz pierwszy mamy do czynienia z sytuacją, w której to odsetek  płci organizujących zrzutki jest praktycznie równy – po ½ mężczyzn i kobiet. Co się zaś tyczy płci, która finansuje internetowe zbiórki, to w tym roku panie już zdominowały tę kategorię, wpłacając pieniądze na blisko 2/3 zrzutek.

W jakim wieku odwiedzają platformy

Ponad 190% wzrost udziału młodych internautów, tj. w wieku 18-24, do poziomu ponad 41%, zaskakuje. Zwłaszcza, że w okresie 2017 i 2019 udział tej grupy spadł z 30% do 22%. Drugą grupą wiekową, która odnotowała największy wzrost są seniorzy, tj. 65+. Ich udział zwiększył się aż o 156%, porównując dane z 2020 do 2019 roku. Także osoby dojrzałe, w wieku 45-54, zwiększyły swój udział wśród internautów, którzy najczęściej odwiedzają platformy crowdfundingowe.

Wszystkie dane wykorzystane do opracowania raportu, w tym prezentowane w tabelach, na wykresach oraz tekście, zostały opracowane na podstawie analizy reprezentatywnych danych z I kwartału 2020 roku, tj. 280 045 zrealizowanych wpłat pieniężnych oraz 6 853 904 odwiedzin internautów na platformie zrzutka.pl. Dane historyczne dotyczą okresu pierwszego kwartału 2019 oraz 2017 roku.

Spółka sprowadzała olej do produkcji smaru, ale organ z automatu naliczył jej VAT jak przy nabyciu paliwa

Posiadająca status składu podatkowego spółka dokonała wewnątrzwspólnotowego nabycia oleju napędowego jako surowca do produkcji smarów. Fiskus domierzył jej jednak dodatkowe ponad 800 000 zł VAT, bo – jak uznał – skoro olej napędowy może być stosowany jako paliwo do silników, to tak też trzeba go opodatkować. Z taką interpretacją prawa nie zgodził się sąd, przyznając spółce rację, że istotny jest zamiar wykorzystania danych wyrobów do określonych celów, a nie sama możliwość (wyrok WSA w Łodzi z 21 lipca 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 643/19).

W art. 86 ust. 2 ustawy o podatku akcyzowym zawarta jest definicja paliw silnikowych stanowiąc, że może nimi zostać uznany taki wyrób energetyczny, który: 1) jest przeznaczony do użycia do napędu silników spalinowych, albo 2) jest oferowany na sprzedaż do napędu silników spalinowych, albo 3) jest używany do napędu silników spalinowych.

Wewnątrzwspólnotowe nabycie oleju napędowego do produkcji smaru

Zarejestrowana jako podatnik VAT i akcyzy spółka z ograniczoną odpowiedzialnością spółka komandytowa, posiadała status składu podatkowego, w którym produkowała oleje smarowe. Jako surowca do tej produkcji używała oleju napędowego o kodzie CN 2710 19 43, który sprowadziła m.in. we wrześniu 2016 r. z Niemiec, w ramach procedury zawieszenia poboru akcyzy. Na mocy art. 103 ust. 5a ustawy o podatku od towarów i usług, w przypadku wewnątrzwspólnotowego nabycia oleju napędowego wymienionego w załączniku nr 2 do ustawy o podatku akcyzowym, spółka była zobowiązana, bez wezwania naczelnika urzędu skarbowego, do obliczenia i wpłaty podatku VAT w pięciodniowym terminie, liczonym od dnia wprowadzenia oleju do składu podatkowego, na rachunek urzędu skarbowego właściwego w zakresie wpłat podatku akcyzowego. Spółka była przekonana, iż obowiązek uiszczenia VAT jej nie dotyczy, bowiem zakupiony olej służy wyłącznie do produkcji oleju smarowego, a nie do napędu silników.

Organ domagał się ponad 830 000 zł VAT

W toku postępowania podatkowego, na podstawie protokołu kontroli i raportów odbioru za wrzesień 2016 r., naczelnik urzędu skarbowego stwierdził, że spółka nie powinna opodatkowywać sprowadzanego surowca jako oleju napędowego, a jako paliwo silnikowe. Określił więc przedsiębiorcy zobowiązanie w podatku od towarów i usług z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia paliw silnikowych za wrzesień 2016 r. w kwocie 837 619 zł.

Możliwość wykorzystania do napędu

Spółka odwołała się od tej decyzji organu, ale bezskutecznie, bowiem organ II instancji – dyrektor izby administracji skarbowej – jedynie skorygował decyzję naczelnika urzędu skarbowego, obniżając nieznacznie kwotę żądanego od przedsiębiorcy VAT do 834 988 zł. Dyrektor stwierdził, że sprowadzany przez spółkę olej, nawet jeśli nie był oferowany na sprzedaż, ani używany do napędu silników spalinowych, to z uwagi na swoje właściwości przeznaczony był do napędu takich silników. Organ uzasadniał, że w braku definicji legalnej paliw silnikowych w ustawie o VAT, należy odwołać się do definicji tego pojęcia zawartej w ustawie o podatku akcyzowym. A zgodnie z art. 86 ust. 2 tej ustawy, paliwami silnikowymi są wyroby energetyczne przeznaczone do użycia, oferowane na sprzedaż lub używane do napędu silników spalinowych. W opinii organu, o zakwalifikowaniu wyrobu energetycznego jako paliwa silnikowego nie decyduje więc jego faktyczne przeznaczenie, a potencjalna, wynikająca z jego właściwości, możliwość wykorzystania go do napędu silników spalinowych.

Brak w przepisach takiego stwierdzenia

Decyzję organu II instancji spółka zaskarżyła, zarzucając m.in. błędną wykładnię pojęcia „paliwa silnikowego” i tym samym uznanie, że olej napędowy o kodzie CN 2710 19 43, przeznaczony do produkcji innych wyrobów niż paliwa silnikowe, zwłaszcza do produkcji olejów smarowych, mieści się w dyspozycji przepisu art. 103 ust. 5a ustawy o VAT. Przedsiębiorca stał na stanowisku, że z treści tej regulacji nie wynika, że sama hipotetyczna możliwość przeznaczenia oleju do napędzania silników spalinowych przesądza o kwalifikowaniu go jako podlegające opodatkowaniu VAT paliwo silnikowe.

Nie można dla celów opodatkowania kwalifikować wszystkich olejów jako paliwo silnikowe

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi zwrócił uwagę, że powołując przepis art. 103 ust. 5a ustawy o VAT ustawodawca chciał objąć i opodatkować tych podatników i płatników, którzy nabyli wewnątrzwspólnotowo olej napędowy przeznaczony do użycia, oferowany na sprzedaż lub używany do napędu silników spalinowych. Jeśli chciałby tą regulacją objąć także wwożących do kraju inne oleje, np. bazowe, transformatorowe, bez względu na ich przeznaczenie, to po prostu użyłby w ustawie sformułowania, takiego na przykład jak: „wyroby akcyzowe”, czy „oleje bez względu na ich przeznaczenie”. Przywołując wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 15 listopada 2018 r. (sygn. akt I FSK 357/18) wskazał, że zastosowanie w przedmiotowym przepisie ustawy o VAT pojęcia „paliwa silnikowe” było celowym zamierzeniem ustawodawcy i nie można regulacji tego przepisu rozciągać na podmioty, które dokonują wewnątrzwspólnotowych nabyć olejów bazowych, transformatorowych czy procesowych, z przeznaczeniem na inne cele niż do napędu silników spalinowych.

Sąd powołał również treść art. 86 ust. 1 pkt 2 ustawy o podatku akcyzowym, który wskazuje, że do wyrobów energetycznych w rozumieniu tej ustawy zalicza się wyroby objęte pozycjami CN 2701, 2702 oraz od 2704 do 2715, a do których zalicza się ten nabywany przez spółkę. Brak w tym przepisie zapisu o przeznaczeniu tych wyrobów, jak ma to miejsce w pkt 1 tego artykułu. A brak zapisu o przeznaczeniu nie daje podstaw do uznania, że bez względu na przeznaczenie wyroby te należy kwalifikować jako paliwa silnikowe.

Organy wiedziały, że olej paliwem się nie stał, ale przepisy interpretowały tak, by dla celów opodatkowania tak było

WSA zwrócił uwagę, że organy podatkowe w tej sprawie nie negowały rzeczywistego przeznaczenia sprowadzonego przez spółkę oleju. Tego, że został on przerobiony na olej smarowy, który paliwem silnikowym nie jest. Obarczenie spółki zobowiązaniem podatkowym w VAT wysnuły jedynie z błędnej interpretacji przepisu art. 103 ust. 5a ustawy o VAT, uznając, że wystarczającym do tego jest sama możliwość wykorzystania danego wyrobu energetycznego jako paliwa silnikowego. Uchylając zaskarżoną decyzję organu podatkowego, łódzki sąd orzekł:

„Językowa wykładnia prowadzi zatem do wniosku, że przez przeznaczenie nie należy rozumieć hipotetycznej, czy też potencjalnej możliwości wykorzystania danego wyrobu do celu, do którego zasadniczo przeznaczony jest inny wyrób. Rację ma zatem skarżąca spółka, że przez przeznaczenie należy rozumieć zamiar wykorzystania wyrobów do określonych celów, a nie samą możliwość ich wykorzystania do tych celów. (…) Organy podatkowe dokonując odmiennej interpretacji art. 103 ust. 5a ustawy o VAT i opodatkowując spółkę, dokonały błędnej interpretacji tego unormowania…” (wyrok z 21 lipca 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 643/19).

Podsumowanie

Tak jak kiedyś Unia Europejska, dla osiągniecia zamierzonych przez siebie celów, nakazywała traktować marchewkę jak owoc, a ślimaka jak rybę, tak polskie organy podatkowe potrafią dokonać takiej kwalifikacji sprowadzanych przez firmy towarów, by podciągnąć je pod wyższą stawkę opodatkowania. I tak jak w omawianej sprawie, nie jest dla nich istotne, czy coś jest w rzeczywistości produktem, dla którego zastosowały wyższą stawkę opodatkowania. Ważne żeby kasa się zgadzała. Kasa Skarbu Państwa.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wyniki Grupy Kapitałowej White Stone za I półrocze 2020 r.

Konsekwentna realizacja planów inwestycyjnych w obszarze nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych przyczyniła się do wzrostu sumy bilansowej Grupy Kapitałowej White Stone w pierwszym półroczu 2020 r. o 7 proc. do poziomu przeszło 536 mln zł. Wzrost przychodów we wszystkich trzech podstawowych obszarach działalności do poziomu niemal 140 mln zł, stabilna sprzedaż lokali mieszkaniowych pomimo zawirowań rynkowych związanych z pandemią COVID-19, to dobre prognostyki na drugą połowę roku. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. White Stone zadbał o zwiększenie bazy gruntów pod kolejne projekty mieszkaniowe i komercyjne.

Grupa White Stone rozwija swoją strukturę i działalność w oparciu o trzy filary – inwestycje mieszkaniowe, komercyjne oraz budownictwo i technologie. W ciągu pięciu lat od rozpoczęcia łączenia i rozwoju działalności spółek w grupie, White Stone zbudował zdywersyfikowany portfel inwestycji, zyskał zaufanie inwestorów i planuje dalszy zdecydowany wzrost.

W ciągu pierwszego półrocza 2020 r., pomimo utrudnień związanych z wybuchem pandemii, firma White Stone zgodnie z planem realizowała projekty mieszkaniowe w Warszawie i Szczecinie, zmodernizowała zakupiony w 2019 r. kompleks biurowy HOL 7.7 przy ul. Cybernetyki 7 i 7a oraz prowadziła dalszy proces rewitalizacji Fortu Mokotów i szczecińskiej Willi Nellego. Ponadto deweloper sfinalizował zakup gruntu pod budowę osiedla mieszkaniowego w podwarszawskim Józefosławiu i prowadził działania przygotowawcze do kolejnej znaczącej inwestycji komercyjnej.

Wzrost skali działalności

Pomimo przejściowego wstrzymania lub spowolnienia działalności urzędów, banków i kancelarii notarialnych w Q2 2020r., w pierwszym półroczu Grupa White Stone zawarła umowy na niemal 200 lokali. Na zakupionej w br. działce w Józefosławiu deweloper zamierza zrealizować projekt na ok. 200 mieszkań i lokale usługowe. Trwają także prace nad uzyskaniem niezbędnych pozwoleń na budowę V i VI etapu osiedla Zielone Zamienie w gminie Lesznowola. W segmencie mieszkaniowym Grupa osiągnęła na koniec czerwca 25,6 mln zł przychodów netto, głównie z projektu Zielone Zamienie. W drugim półroczu nastąpi zdecydowany wzrost przychodów w ramach projektu Ornament w Szczecinie w związku z uzyskaniem pozwoleń na użytkowanie dwóch etapów osiedla.

W obszarze inwestycji komercyjnych, pomimo niepewności na tym rynku, przychody za pierwsze sześć miesięcy br. wzrosły o 78 proc. osiągając wartość 10,3 mln zł – jest to wynik zakupu w lutym 2019 r. kompleksu HOL 7.7 oraz zakończenia budowy budynku Celebro przy ul. Gładkiej w Warszawie. W tym czasie White Stone prowadził dalsze prace rewitalizacyjne w Forcie Mokotów, a także renegocjował umowy najmu, zwłaszcza w obszarze gastronomii.

W segmencie budownictwa i technologii Grupa odnotowała wzrost przychodów o ok. 12 proc. do 103,9 mln zł, a także dodatnią marżę operacyjną. Przyczynił się do tego m.in. zakup we wrześniu 2019 r. 70% udziałów w spółce technologicznej działającej w obszarze construction, MAAT 4.

Ten rok przyniósł wszystkim nieoczekiwane zawirowania, z którymi musieliśmy się zmierzyć. Mamy za sobą bardzo intensywne sześć miesięcy dobrej sprzedaży, niezachwianej realizacji projektów budowlanych i technologicznych, co przyniosło wzrost przychodów, a także przygotowania nowych, dobrze przemyślanych inwestycji. Z drugiej strony przedłużające się kwestie administracyjne spowodowały przesunięcie realizacji przychodów z części inwestycji na ostatnie kwartały tego roku. – Anna Suchodolska, co-CEO i CFO w White Stone Development

Przede wszystkim w związku z przesunięciem sprzedaży notarialnej inwestycji mieszkaniowej w Szczecinie grupa odnotowała spadek EBITDA o ok. 8 proc. z 8,25 mln zł w połowie 2019 r. do 7,57 mln zł na koniec czerwca 2020 r.

Pomimo kryzysu wywołanego na świecie przez epidemię COVID-19, dzięki prowadzonej przez nas zrównoważonej polityce zarządzania ryzykiem, relatywnie niskiemu zadłużeniu, posiadanym zabezpieczeniom oraz odpowiedzialnemu doborowi projektów, możemy spokojnie realizować nasze plany i pracować nad zwiększaniem wartości Grupy White Stone. W sierpniu br. z sukcesem przeprowadziliśmy emisję 25 mln zł obligacji i staramy się o dopuszczenie do rynku Catalyst. Szykując kolejne inwestycje, bacznie przyglądamy się szansom wynikającym ze zmian na rynku wywołanym pandemią, trendowi umacniania się Polski wśród europejskich rynków wschodzących, w obszarze np. centrów usług. – Anna Suchodolska, co-CEO i CFO w White Stone Development

Grupa White Stone dąży do tego, aby samodzielnie i kompleksowo móc realizować projekty deweloperskie i inwestycyjne, a także badania i analizy poprzedzające zakup nieruchomości, czyli cały proces tworzenia koncepcji, projektowania i budowy, aż po zarządzanie lub sprzedaż.

Grupa kapitałowa White Stone znana jest w Polsce pod tą nazwą od 7 lat, ale korzenie jej działalności sięgają 1995 roku. Jako deweloper nowoczesnych nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych ma na koncie 73 zrealizowane projekty mieszkaniowe (ponad 2 000 mieszkań), 8 budynków komercyjnych i 78 000 mkw. powierzchni biurowej. Do realizacji deweloperskich grupy White Stone należą takie projekty jak: kompleksy apartamentowców przy ul. Biały Kamień i Chodkiewicza, Multimedialny Dom Plusa i zrewitalizowany Fort Mokotów w Warszawie. W strukturach grupy działa także firma realizująca projekty budowlane o rocznych obrotach sięgających 200 mln zł.

Wirtualne biegi zastępują tradycyjne zawody w czasie pandemii. W imprezach uczestniczy nawet kilka tysięcy osób

0

– Rywalizacja jest wirtualna, ale wysiłek, który zawodnicy wkładają w pokonanie trasy, jak najbardziej realny. To daje choć namiastkę emocji, które normalnie towarzyszą biegaczom podczas zawodów – mówi Piotr Jakóbik ze Sport Evolution. Choć wirtualne biegi nie staną się tak popularne jak tradycyjne zawody, niektóre imprezy przyciągają nawet kilka tysięcy uczestników, którzy we własnych miastach pokonują trasy biegowe. To jednak nie uratuje sytuacji w branży. Jeśli nie wrócą tradycyjne biegi, wielu organizatorów imprez sportowych będzie zagrożonych upadłością.

Organizatorzy masowych imprez sportowych starają się odnaleźć w nowej sytuacji. Część firm postanowiła poszukać sposobu na działalność w okresie pandemii i organizuje zawody w formie wirtualnej.

Brałem udział w takim biegu i wiem z perspektywy uczestnika, że taka forma rywalizacji może wbrew pozorom dać zawodnikowi dużo satysfakcji. Nawet jeśli biegamy sami, w okolicy swojego domu, to zadowolenie z pokonania dystansu jest takie samo jak w prawdziwym biegu – przekonuje Piotr Jakóbik, dyrektor ds. marketingu Sport Evolution, organizatora takich sportowych imprez jak Enea Ironmen 70.3 Gdynia czy World Athletics Half Marathon Championships Gdynia 2020.

Część wirtualnych biegów organizowana jest tak, aby uczestnicy biegali na tej samej trasie, ale nie w tym samym czasie. Ma to znaczenie szczególnie w biegach górskich, w których liczy się ukształtowanie terenu. Organizatorzy wyznaczają trasę i pozwalają zawodnikom pokonać ją w dowolnym terminie.

– Jest ona oznakowana przez pewien czas, np. przez miesiąc, i w tym okresie można skorzystać z okazji i przebiec wyznaczony dystans. Jednak zawodnicy na trasie muszą być samowystarczalni, bo nie ma punktów odżywiania, dystrybucji napojów, a także kibiców. Co ważne, na koniec uczestnicy otrzymują medale i wszelkie inne świadczenia związane z ukończeniem zawodów – wyjaśnia dyrektor ds. marketingu Sport Evolution.

Jak podkreśla, zainteresowanie wirtualnymi zawodami, podobnie jak tradycyjnymi biegami, zależy od konkretnego wydarzenia. Są wydarzenia, które przyciągają wielu uczestników – od kilkuset do nawet kilku tysięcy biegaczy.

My również oferujemy ten sposób rywalizacji. Organizujemy wirtualny bieg w zastępstwie za Mistrzostwa Świata w Półmaratonie, które miały odbyć się w tym roku w Gdyni. Początkowo bieg był planowany na marzec, potem imprezę przeniesiono na październik, a ostatecznie wiemy, że niestety również wtedy nie dojdzie do skutku. Potencjalna skala tego wirtualnego wydarzenia to nawet kilkadziesiąt tysięcy osób – dodaje.

Biegacze w ramach World Athletics Half Marathon Championships Gdynia 2020  będą ze sobą wirtualnie rywalizować 17 października br. Organizatorzy liczą, że uda się pobić rekord świata w liczbie uczestników pojedynczego biegu półmaratońskiego. Przełożenie, a potem odwołanie imprezy to duży zawód zarówno dla organizatorów, którzy od trzech lat przygotowywali się do tego wydarzenia w skali globalnej, a także dla zawodników z całego świata.

– Zawody wirtualne nigdy nie staną się tak popularne jak tradycyjne imprezy. Wynika to z tego, że motywacją do startu w zawodach dla biegaczy, kolarzy czy triathlonistów jest nie tylko rywalizacja, nie tylko chęć pokonania siebie i własnych słabości, ale to także społeczność, możliwość spotkania z grupą ludzi i wspólnego przeżywania sportowych emocji, wspólnego cieszenia się z sukcesów – mówi Piotr Jakóbik.

Jak podkreśla, ograniczenia związane z pandemią koronawirusa, które uniemożliwiają organizację masowych imprez biegowych, mogą pośrednio wpłynąć negatywnie na aktywność sportową Polaków.

Masowe eventy sportowe dla wielu osób stanowią skuteczną motywację do tego, aby w ogóle podjąć regularny trening, i są celem samym w sobie – przekonuje dyrektor ds. marketingu Sport Evolution. – Wiele osób trenuje, aby przygotować się do startu w konkretnej imprezie. Oczywiście motywacją mogą być różne czynniki – utrzymanie zdrowia i kondycji, przyjemne spędzenie czasu, oderwanie od codzienności, jednak o wiele łatwiej zmobilizować się do treningu, jeśli ma się konkretny cel, np. pokonanie półmaratonu, maratonu czy udział w zawodach Ironman. Myślę, że jeśli w długiej perspektywie takich zawodów zabraknie, jeśli ludzie nie będą mieli celu, ich aktywność może drastycznie spaść.

Piotr Jakóbik nie ma również dobrych prognoz dla branży. Przewiduje, że jeżeli nic się nie zmieni w perspektywie najbliższych kilku miesięcy, to 2021 rok może przynieść falę likwidacji imprez sportowych i upadłości firm, które zajmują się ich organizacją.

Zapewne lepsze perspektywy mają imprezy biegowe organizowane przez samorządy i możliwe, że uda im się przetrwać. Jednak, biorąc pod uwagę nie najlepsze prognozy finansowe dla polskich samorządów w najbliższym czasie, zapewne ich skala, liczba czy rozmach, z jakim są organizowane, może nieco podupaść – przypuszcza.

Jak podaje Polskie Stowarzyszenie Biegów, w 2019 roku w 12 największych maratonach organizowanych w Polsce uczestniczyło 32,7 tys. zawodników. Największe półmaratony zgromadziły na starcie prawie 75 tys. biegaczy, a biegi na dystansie 10 km prawie 76 tys. uczestników. Rekord frekwencji w 2019 roku należy do 31. Biegu Niepodległości organizowanego w Warszawie, w którym pobiegło aż 17 767 osób.

Tegoroczny triathlon Enea Ironman 70.3 Gdynia, który odbył się w pierwszy weekend września w tradycyjnej formie, pokazał, że organizacja masowych imprez na otwartej przestrzeni w czasie pandemii jest możliwa, a także bezpieczna, jeśli zachowane są odpowiednie procedury. Zawodnicy byli zobowiązani do noszenia osłony twarzy m.in. w biurze zawodów, strefie zmian oraz w czasie oczekiwania na start. Również wolontariusze pracowali w przyłbicach. Starty rozdzielono na wiele grup, a zawody odbyły się bez udziału publiczności.

Polskie innowacje wymagają przyspieszenia. Możemy stać się liderem cyfryzacji w rolnictwie, leśnictwie i energetyce

Jeśli chcemy zasobnej Polski, musimy mieć innowacyjne i cyfrowe rozwiązania z logo „made in Poland”. Cyfryzacja musi być również jednym z głównych obszarów zainteresowania i działania rządu – to główne wnioski z raportu „Polska (prawdziwie) cyfrowa – po COVID-19” opracowanego przez Instytut Sobieskiego. Obszary, w których nasz kraj może być liderem cyfryzacji, to m.in. rolnictwo i leśnictwo oraz energetyka. – Polskie firmy muszą postawić na innowacyjne rozwiązania i pokazać, że są lepsze niż inne – przekonuje Bartłomiej Michałowski, współautor raportu. Umożliwią to m.in. większe zamówienia ze strony administracji i spółek Skarbu Państwa. 

Podczas pandemii COVID-19 świat uzyskał bardzo duże przyspieszenie w obszarze cyfryzacji. Konkurencja między krajami będzie jeszcze większa, więc jeśli chcemy skorzystać na czwartej rewolucji przemysłowej bardziej niż inne kraje i skrócić dystans, jaki nas dzieli do Duńczyków, Niemców czy Holendrów, to musimy działać sprawniej. Polskie firmy muszą być jeszcze bardziej zdeterminowane, aby rozwijać i wykorzystywać nowe technologie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartłomiej Michałowski, członek zarządu Instytutu Sobieskiego i współautor raportu.

O tym, że Polska ma sporo do nadrobienia, mogą świadczyć takie statystyki jak PKB per capita. Jak wskazują dane Banku Światowego przytaczane przez autorów raportu, w Danii czy Niemczech jest on czterokrotnie większy niż w Polsce (w dolarach). Wskaźnik Networked Readiness Index 2019, mierzący skłonność gospodarek do wykorzystywania możliwości rozwojowych technologii informacyjnych i telekomunikacyjnych, plasuje nas na 37. miejscu spośród 121 krajów. Przed nami jest 25 europejskich krajów, wśród nich nasi najbliżsi sąsiedzi: Słowacja, Czechy i Niemcy. Jak podkreślają eksperci Instytutu Sobieskiego, w rankingu z 2016 roku Polska słabo wypada szczególnie w kategorii wykorzystywania możliwości technologii przez rząd i samorządy, ale także przez biznes.

Nie jesteśmy mistrzami w wykorzystaniu nowych technologii, a obecna rewolucja cyfrowa to szansa, aby zbudować firmy i produkty, które będą konkurencyjne wobec oferty innych krajów. Musimy być sprawniejsi, mądrzejsi i zwinniejsi w rozwoju gospodarczym naszego kraju – dodaje ekspert Instytutu Sobieskiego.

Różne międzynarodowe instytucje pokazują, że polska gospodarka ma szansę w miarę łagodnie przejść obecny kryzys, zwłaszcza w porównaniu z innymi europejskimi krajami. Autorzy raportu wskazują, że można jeszcze zwiększyć na to szansę, jeśli polski rząd, samorządy i biznes postawią na innowacyjne technologie wytwarzane przez rodzimych przedsiębiorców. W najbardziej rozwiniętych krajach to właśnie branża ICT ma kluczowe znaczenia dla wzrostu PKB. W tym obszarze – jak wskazują eksperci IS – potrzebna jest przede wszystkim większa liczba zamówień, a także zmiana kultury prowadzenia projektów pilotażowych – chodzi m.in. o akceptację dla błędów w czasie wdrażania rozwiązań teleinformatycznych i replikację w przypadku sukcesu.

Jak podkreślają twórcy raportu, żeby Polska mogła rzeczywiście zmniejszyć dystans w PKB per capita, w kraju musi działać dużo więcej firm dostarczających innowacyjne rozwiązania z marżą zapewniającą im rozwój i zagraniczną ekspansję. Tworzenie rozwiązań samodzielnie przez administrację i spółki Skarbu Państwa z udziałem wewnętrznych informatyków w praktyce wyklucza możliwości ich eksportu i replikacji w innych krajach.

Obszary, w których Polska może być liderem cyfryzacji, powinny być ściśle związane z tymi, które już dziś są mocne. Dobry przykład to rolnictwo. Eksportujemy bardzo dużo produktów rolnych, więc w tej dziedzinie mogą pojawić się rozwiązania integrujące internet rzeczy i sztuczną inteligencję. Innym obszarem, wręcz fenomenem w skali świata, są Lasy Państwowe. W wielu krajach jest to rozproszona własność. W Polsce Lasy Państwowe powinny być liderem w stosowaniu nowoczesnych technologii, które można by rozwijać i eksportować – zapewnia Bartłomiej Michałowski.

Wśród przykładów wymienianych w raporcie IS znalazły się m.in. innowacyjne sensory dymu, fotopułapki na ludzi wywożących do lasu śmieci czy algorytmy analizujące ogromne zbiory danych na temat wegetacji roślin.

Kolejny przykład to energetyka, która musi w najbliższych dekadach przejść olbrzymią transformację. W nowym modelu jej funkcjonowania technologie cyfrowe, sztuczna inteligencja oraz uczenie maszynowe mogą odgrywać bardzo dużą rolę. To szansa dla polskich firm, które dostarczają rozwiązania dla sektora energetycznego, żeby postawić na innowacyjność i oferować produkty lepsze niż światowa konkurencja.

Aby tak się stało, polskie spółki energetyczne muszą bardzo rozważnie podchodzić do zamówień, żeby dać tym firmom szansę – zauważa ekspert.

To jedna z 12 rekomendacji, jakie eksperci Instytutu Sobieskiego przygotowali w swoim raporcie. Wśród pozostałych są m.in.: powołanie Pełnomocnika ds. Wspólnej Infrastruktury Informatycznej Państwa (który jednocześnie byłby szefem Biura IT Rządu), wprowadzenie określonej liczby poligonów innowacyjności dla wszystkich ministerstw i spółek SP, zmiana Prawa zamówień publicznych, by bardziej promowało innowacje, czy wspieranie eksportu zaawansowanych technologicznie produktów z Polski

Pandemia koronawirusa sprzyja wynajmowaniu biur na godziny. Korzystają z nich zarówno freelancerzy, jak i duże korporacje

Biuro na cały dzień lub kilka godzin może wynająć w zasadzie każdy, kto potrzebuje miejsca do pracy poza domem. – Praca zdalna w modelu home office może być trudna do pogodzenia z aktywnością innych domowników, np. kiedy dzieci wracają ze szkoły. Szczególnie wtedy, gdy potrzebny jest spokój, aby skoncentrować się na pracy. Biuro na godziny jest wtedy najlepszym rozwiązaniem – mówi Magdalena Śnieżek z CitySpace. Coraz częściej z oferty biur serwisowanych korzystają także duże korporacje, które dzięki temu ograniczają koszty związane z utrzymaniem tradycyjnej powierzchni biurowej.

– Biuro w systemie day office można wynająć bez zaciągania długoterminowych zobowiązań finansowych, bo nie ma potrzeby podpisywania umowy. Wystarczy zadzwonić lub napisać maila oraz określić termin, a następnie zapłacić i korzystać. Nie jest to biurko współdzielone ani przestrzeń coworkingowa, tylko osobne pomieszczenie, w którym wszelkie dane i poufne rozmowy są niedostępne dla osób postronnych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Śnieżek, dyrektor na region południowej Polski w CitySpace.

Day office to nowa usługa, która pojawiła się w czasie pandemii. Może być praktycznym rozwiązaniem m.in. dla tych, którzy na co dzień pracują z domu, ale od czasu do czasu potrzebują przestrzeni biurowej. Dotyczy to zarówno freelancerów, jak i zatrudnionych na etatach w firmach, które umożliwiają pracę zdalną.

– Zaletą wynajmowania biura na godziny jest także możliwość skorzystania z pełnej oferty naszego serwisu: wsparcia recepcji, dostępu do internetu, kuchni i innych pomieszczeń. Biura są oczywiście dezynfekowane, codziennie sprzątane, a w razie potrzeby zapewniamy dostęp do salek konferencyjnych. Wadą tego rozwiązania może być jedynie sytuacja, że w określonym czasie nie będzie dostępnego biura, bo wszystkie będą zajęte – mówi dyrektor w CitySpace.

Model day office będzie coraz bardziej popularny, szczególnie w dobie koronawirusa, kiedy wiele firm oddelegowało swoich pracowników do pracy zdalnej, a praca w trybie home office przez pięć dni w tygodniu nie zawsze jest możliwa.

– Oferta day office powstała w CitySpace na początku marca. Wcześniej nigdy nie wynajmowaliśmy biur na godziny lub dni. Zawsze były to biura indywidualne, wynajmowane przez firmy na dłuższe okresy, i zawsze wiązało się to z podpisaniem umowy. Obecnie można przyjść w każdej chwili i skorzystać. Myślę, że dopóki w Polsce i na świecie nie uspokoi się sytuacja związana z pandemią koronawirusa, to rozwiązanie to będzie zyskiwało coraz większą popularność – ocenia Magdalena Śnieżek.

Jak podkreśla, rynek biur elastycznych dopiero rozwija się w Polsce. Przybywa operatorów i rośnie standard świadczonych usług. W Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych jest to bardzo popularna forma najmu powierzchni biurowej, z której korzystają zarówno freelancerzy, małe firmy, jak i duże organizacje.

– Spotykamy się z sytuacjami, w których nawet duże firmy czy korporacje rezygnują z wynajmu dużych konwencjonalnych powierzchni biurowych lub skłaniają się ku ich zmniejszaniu na rzecz wynajmu biur oferowanych jako tzw. flex offices. Są to biura serwisowane, a ich główną zaletą jest właśnie możliwość podpisywania umów na krótki okres, czyli może to być nawet miesiąc, trzy miesiące, pół roku lub rok. Dzięki temu firmy mogą w danym momencie dostosować powierzchnię biura do liczby aktualnie pracujących osób – zauważa dyrektor regionu w CitySpace.

Najwięcej nowoczesnych powierzchni biurowych powstaje w Warszawie, ale dynamicznie rozwija się także rynek biur serwisowanych w innych miastach regionalnych. Jak wskazuje raport CBRE „Rynek biur elastycznych w Polsce 2019”, warszawski rynek na razie pozostawia w tyle inne miasta. W ubiegłym roku podaż elastycznej powierzchni biurowej przekroczyła 150 tys. mkw. W Krakowie, drugim pod względem wielkości rynku, jest to ok. 40 tys. mkw. Eksperci już we wrześniu 2019 roku prognozowali co-workingowy boom w stolicy, bo według zapowiedzi operatorów takich przestrzeni do pracy w ciągu dwóch lat planowane jest dostarczenie blisko 19 tys. nowych biurek do wynajęcia. W Warszawie odsetek elastycznych przestrzeni w biurowych powierzchniach w ogóle jest większy niż np. w Barcelonie czy Berlinie.

– CitySpace oferuje biura w 10 lokalizacjach w Polsce, w tym połowa z nich mieści się w Warszawie, a pozostałe w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Katowicach. Dzięki temu nasi najemcy mogą prowadzić działalność w różnych miastach w Polsce, skorzystać z oferty jednego operatora i uzyskać taki sam standard wyposażenia biur oraz obsługi – podsumowuje Magdalena Śnieżek.

Według raportu Walter Herz „Rynek powierzchni biurowych. Polska – I połowa 2020” miasto stołeczne dysponuje ponad połową nowoczesnych powierzchni biurowych. Ze względu na obecną sytuację związaną z COVID-19 aktywność najemców oraz zapotrzebowanie na powierzchnie w pierwszym półroczu było niższe niż w latach ubiegłych, ale to nie zniechęca inwestorów. Wysokie zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w długim okresie powoduje stały przyrost podaży. W Warszawie w budowie znajduje się obecnie 690 tys. mkw. powierzchni biurowych. Drugim co do wielkości rynkiem powierzchni biurowych jest Kraków, a najbardziej dynamicznie segment nieruchomości biurowych na wynajem rozwija się w Katowicach.

KE chce zapewnić bezpieczeństwo sieci 5G w Europie. Będzie certyfikować dostawców sprzętu

Komisja Europejska wzywa do ujednolicenia podejścia do wdrażania sieci w krajach członkowskich. Obecnie przepisy w zależności od kraju znacznie się od siebie różnią, co może wpływać na bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej opartej na 5G. Polska jest na etapie wdrażania odpowiednich norm, jednak propozycja nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa skupia się bardziej na aspektach politycznych niż technicznych. Rozwiązaniem mógłby być międzynarodowy standard bezpieczeństwa, który sprawdza cały cykl życia produktów, jak również certyfikuje sam sprzęt pod kątem bezpieczeństwa. Certyfikację NESAS przeszli już główni dostawcy sprzętu 5G.

W opublikowanym we wrześniu oświadczeniu Komisja Europejska wzywa do ujednolicenia podejścia do wdrażania 5G. Jako jedno z rozwiązań, które może stać się podstawą unijnych przepisów Cybersecurity Act, drugim po dyrektywie NIS ogólnoeuropejskim prawie ds. cyberbezpieczeństwa, rozważany jest standard NESAS, czyli Schemat Zapewnienia Bezpieczeństwa Sprzętu Sieciowego. To test bezpieczeństwa cybernetycznego dla sprzętu telekomunikacyjnego i sieci mobilnych.

– NESAS zawiera certyfikację całego procesu tworzenia produktów telekomunikacyjnych, takich jak sieci telekomunikacyjne 4G, LTE czy 5G – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria dr hab. inż. Jordi Mongay Batalla, prof. z Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

Standard został stworzony przez międzynarodowe stowarzyszenie GSMA (Global System for Mobile Communications Association), zrzeszające ponad 700 operatorów komórkowych, i jest pierwszym szeroko uznanym na całym świecie standardem w branży telekomunikacyjnej. NESAS obejmuje 20 kategorii oceny, weryfikujących rozwój cyklu życia produktów oraz ich bezpieczeństwo. Ponadto wykorzystuje przypadki testów bezpieczeństwa SCAS określone przez 3GPP do oceny bezpieczeństwa sprzętu sieciowego.

Ujednolicony standard certyfikacji w zakresie cyberbezpieczeństwa jest niezbędny zwłaszcza w kontekście sieci 5G, wokół której pojawia się cały szereg prawnych i etycznych wątpliwości.

 Aby zabezpieczyć infrastrukturę 5G w Polsce, każdy element tej sieci musi być zgodny ze standardem SCAS. Potem oczywiście laboratoria certyfikujące sprawdzają różne funkcjonalności tego sprzętu. Są np. różne certyfikaty bezpieczeństwa, które mogą być dodane, żeby sprawdzać, czy on poprawnie działa według SCAS i nie ma tam innych funkcjonalności, których nie powinno być – tłumaczy prof. Jordi Mongay Batalla.

Przyjęcie procesu certyfikacyjnego NESAS ma szansę uprościć procedury weryfikacji sprzętu oraz węzłów telekomunikacyjnych, ujednolicając standardy bezpieczeństwa. W ramach tego standardu stowarzyszenie GSMA weryfikuje cykl życia oraz bezpieczeństwo produktów, aby ustalić, czy spełniają m.in. wymogi określone przez 3GPP w SCAS. Przyznanie certyfikatu NESAS ma być gwarancją, że dane rozwiązanie spełnia międzynarodowe wymogi bezpieczeństwa i przeszło szczegółowy audyt ekspercki.

Komisja Europejska jeszcze nie zdecydowała o przyjęciu konkretnego rozwiązania ujednolicającego proces certyfikacyjny nowych technologii telekomunikacyjnych. Mimo to główni dostawcy infrastruktury sieci 5G postanowili we własnym zakresie zadbać o odpowiednią certyfikację swojego sprzętu. Pod koniec sierpnia GSMA ogłosiło, że czterej główni dostawcy sprzętu do sieci mobilnych – Ericsson, Huawei, Nokia i ZTE – przeszli niezależny audyt bezpieczeństwa procesów rozwoju produktów i zarządzania cyklem życia. W drugiej fazie przekażą sprzęt sieciowy do wykwalifikowanych laboratoriów badawczych, które przeprowadzą testy bezpieczeństwa zdefiniowane przez 3GPP.

– Wdrożenie NESAS jest na razie decyzją operatora sieci 5G. To operator decyduje się na NESAS, kupując certyfikowany w tym standardzie sprzęt – mówi naukowiec z Politechniki Warszawskiej. – Certyfikat ten jest niezależny od rządu. Polska, a jeszcze bardziej Komisja Europejska, może spróbować współtworzyć razem z GSMA ten standard, ponieważ te same produkty i urządzenia będą używane do sieci krytycznych państw członkowskich – wskazuje ekspert.

GSMA podkreśla, że system oceny umożliwia dostawcom rozwiązań sieciowych wykazanie, że sprzęt spełnia ujednolicone normy, co pozwoli uniknąć niespójności pomiędzy wymaganiami z różnych krajów i regionów.

Jeśli uda się wdrożyć NESAS we wszystkich krajach członkowskich jako podstawę wymogów bezpieczeństwa, operatorzy telekomunikacyjni nie będą musieli przeprowadzać testów bezpieczeństwa zgodnie z lokalnymi zasadami certyfikacji ustalonymi według lokalnych praw. Przyznanie certyfikatu NESAS danemu urządzeniu lub rozwiązaniu pozwoli błyskawicznie wdrożyć je w kraju, który zaakceptował ten standard.

Zeroemisyjne samoloty przyszłością lotnictwa. Trwają prace nad pierwszymi ekologicznymi samolotami pasażerskimi na prąd i wodór

Lotnictwo odpowiada za 2,4 proc. całkowitej emisji dwutlenku węgla. Dekarbonizacja tego sektora przemysłu może okazać się niezbędnym elementem na drodze do skutecznego zredukowania liczby dwutlenku węgla emitowanego do atmosfery. W realizacji tego przedsięwzięcia mogą pomóc zeroemisyjne samoloty nowej generacji, nad którymi pracują m.in. Rolls-Royce czy Airbus. Maszyny mogą być w przyszłości zasilane zarówno prądem, jak i wodorem.

– Zakończenie testów naziemnych w ramach wspieranego przez rząd projektu ACCEL to nie tylko krok w kierunku ekscytującej próby bicia rekordu świata, ale również opracowania całkowicie elektrycznych i hybrydowych samolotów, które pewnego dnia mogłyby przewozić dużą liczbę pasażerów na całym świecie – podkreśla brytyjski minister biznesu i przemysłu Nadhim Zahawi.

Z raportu Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego wynika, że w 2018 roku sektor lotniczy był odpowiedzialny za emisję 2,4 proc. światowej emisji dwutlenku węgla związanej z wykorzystaniem paliw kopalnych. Rozwiązaniem mogą być samoloty elektryczne, które podobnie jak czterokołowe elektryki będą całkowicie bezemisyjne.

Rolls-Royce zakończył już pierwszy etap testowania technologii, która zostanie wykorzystana do skonstruowania najszybszego samolotu elektrycznego na świecie. W warunkach laboratoryjnych udało się skonstruować w pełni funkcjonalną, pełnowymiarową replikę przedniej części samolotu ionBird o 500-konnym napędzie elektrycznym. Ten jednoosobowy pojazd w finalnej odsłonie ma latać z prędkością dochodzącą do 480 km/h, a w pełni naładowana bateria pozwoli na lot na odległość ok. 320 km.

– Jesteśmy zdeterminowani, by odgrywać wiodącą rolę w osiąganiu zerowej emisji dwutlenku węgla netto do 2050 roku – podkreśla Rob Watson, dyrektor Rolls-Royce Electrical. – Elektryfikacja lotów jest ważną częścią naszej strategii zrównoważonego rozwoju.

W elektryczną przyszłość branży lotniczej wierzy także szwedzki start-up Heart Aerospace, który planuje do 2026 roku wdrożyć do produkcji pierwszy komercyjny samolot pasażerski. ES-19 ze względu na zasięg rzędu 400 km będzie przeznaczony do podróży o charakterze lokalnym i ma sprawdzić się głównie jako regionalny sposób transportu w krajach skandynawskich. Na obecnym etapie rozwoju technologii samoloty zasilane energią elektryczną nie będą więc w stanie zrewolucjonizować transportu lotniczego na szeroką skalę m.in. ze względu na relatywnie krótki zasięg efektywny oraz ograniczoną zdolność do szybkiego ponownego wznoszenia się w powietrze.

Rozwiązać te problemy mogą alternatywne źródła energii. Jednym z prekursorów ekologicznych samolotów chce być Airbus. Korporacja rozpoczęła proces badawczy nowych technologii, które pozwolą wdrożyć do użytku zeroemisyjne samoloty wodorowe. W ramach projektu ZEROe firma planuje opracować trzy samoloty pasażerskie zdolne do transportu od 100 do 200 pasażerów na odległość od 1000 do 2000 mil morskich. Pierwsze pojazdy tego typu mają zejść z linii produkcyjnych już w 2035 roku.

– Od pociągów po samoloty – transport przyszłości będzie napędzany czystymi, elektrycznymi źródłami – wskazuje Nadhim Zahawi. – Technologia pomoże nam spełnić nasze ambicje zeroemisyjności.

Z raportu Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego wynika, że w  2020 roku liczba pasażerów lotniczych spadnie do 2,79–2,93 mln. Odbije się to na rentowności tego sektora gospodarki. Szacuje się, że w 2020 roku przychody branży lotniczej spadną nawet o 400 mld dol.

W Ameryce rozpoczyna się najostrzejsza część prezydenckiej kampanii wyborczej

W Stanach Zjednoczonych rozpoczyna się najtrudniejsza część kampanii prezydenckiej, co jest istotnym wydarzeniem z perspektywy globalnej. Wybory w USA odbędą się już 3 listopada, a Joe Biden jest liderem w sondażach. Można się spodziewać, że obecny prezydent Donald Trump zacznie posługiwać się agresywną retoryką, a jego przyszłe działania mogą być nieprzewidywalne. Znaczącą rolę może też odegrać jego pozytywny wynik testu na koronawirusa. Prezydent musi poddać się kwarantannie oraz obserwować, jak będzie wyglądało jego zdrowie w najbliższych dniach. Jest więc możliwe, że wartość dolara amerykańskiego, a także amerykańskich aktywów finansowych może być w nadchodzących tygodniach bardziej niestabilna niż w ostatnim czasie.

Na podstawie dwóch istotnych czynników: drugiej fali koronawirusa rozprzestrzeniającego się w Europie i zbliżającego się twardego Brexitu można przewidywać, że wahania na rynkach pozostaną wysokie przez pewien czas. Nie wpłynie to korzystnie na waluty regionalne, takie jak polski złoty, korona czeska czy węgierski forint, a znaczące umocnienie tych walut do wartości, które osiągnęły na początku roku, jest mało prawdopodobne. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że kraje te zdecydowały się na skrajnie luźną politykę pieniężną.

Złoty umocnił się w tym tygodniu, korygując część strat z poprzednich tygodni. W piątek rano para walutowa PLN/EUR była notowania na poziomie 4,49. Kurs eurodolara wzrósł do 1,174 USD/EUR.

Marta Pawlik, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Co z zadłużeniem budżetu państwa?

Na ratowanie gospodarki podczas epidemicznego lockdownu trzeba było przeznaczyć duże środki. Dzięki pieniądzom, które trafiły do przedsiębiorców i pracowników, mamy szansę na powrót do działającej gospodarki – firmy nie upadły, a większość pracowników wciąż ma zatrudnienie. Naturalne jest, że wydanie tak dużych środków w sytuacji kryzysowej stworzy dziurę w budżecie państwa. Nie powinniśmy się więc dziwić dużemu deficytowi, który będzie straszył w końcoworocznych sprawozdaniach. Trudno jest jednak powiedzieć, jak na ten moment wygląda deficyt budżetowy. Dzieje się tak, ponieważ nie wszystkie środki dystrybuowane były przez skarb państwa. Część z nich została wydana przez BGK i pozarządowe fundusze. Dlatego nie da się dokładnie określić, z jak dużym deficytem mamy do czynienia. Ekonomiści uważają jednak, że mimo strategii “chowania deficytu” przez rząd, przedsiębiorcy polscy i zagraniczni dobrze wiedzą, jak duża jest dziura budżetowa i jak długo będziemy ją zasypywać. Zdają sobie również sprawę z tego, że wydanie tych pieniędzy było konieczne.

– Wydaliśmy morze pieniędzy, by uratować gospodarkę przed totalnym załamaniem związanym z koronawirusem. Oczywiste jest, że prędzej czy później będziemy musieli te środki zwrócić. Wydaje się jednak, że wydanie tych pieniędzy – by utrzymać na odpowiednim poziomie bazę podatkową i mieć z czego je zwracać, było dobrym podejściem – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Część strategii wychodzenia z tego długu będzie polegać na wyrastaniu z niego. On owszem nominalnie będzie, będziemy go stopniowo spłacać – ale trzeba przede wszystkim pracować, żeby był jak najmniej uciążliwy i znaczący dla całej gospodarki. Będziemy zwracali konkretne, pożyczone kwoty za cztery, pięć czy siedem lat – już przy odbudowanej, zdrowej gospodarce. To będzie dużo łatwiejsze, niż spłacanie ich teraz. Mam nadzieję że te przyszłe kłopoty będą mniejsze, niż się tego obawiamy i że w jakiś sposób poradzimy sobie z tym długiem, który musieliśmy zaciągnąć – wyjaśnia Soroczyński.

Kryzys na rynku mieszkaniowym? Na rynek trafia nawet o 30 proc. mniej mieszkań

Informacje o rynku mieszkań są sprzeczne i to jest naturalne. Według GUS w I półroczu oddano do użytku 3 proc. więcej mieszkań w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. Co z tego wynika dowiemy nawet dopiero w 2022 roku?

– Z tych danych GUS wynika, że przed 18 miesiącami zaczęto budować o 3 proc. więcej mieszkań, a tyle właśnie trwa cykl budowlany – mówi w rozmowie z MarketNews24 Dariusz Węglicki, dyrektor zarządzający funduszu Catella Polska. – Ten wskaźnik nie oddaje skutków pandemii, a już wiemy, że liczba mieszkań wprowadzanych do sprzedaży może być nawet o 30 proc. niższa.

Rynkowa podaż mieszkań będzie prawdopodobnie maleć. To może być sposób na obronę ceny mieszkań przez deweloperów. Jednak tu także pojawia się niepewność, związana z tym, że z powodu pandemii deweloperzy mieli ograniczone możliwości uzyskiwania nowych pozwoleń na budowę.

Kolejną niewiadomą pozostają ceny mieszkań na wynajem. Czy mogą spaść aż o 30 proc.? To jest możliwe, ponieważ mieszkania na wynajem krótkoterminowy trafiły na rynek najmu długoterminowego. Natomiast popyt osłabł, gdy pracujemy online i nie potrzebujemy mieszkań blisko miejsca zatrudnienia. Zmalała także liczba obcokrajowców wynajmujących mieszkania.

– Wyprowadzanie się poza miasta okazało się jednak trendem przejściowym, to zmieniło się, gdy tylko rozpoczął się rok szkolny, bo jeśli nawet pracujemy online to dzieci musimy przywozić do tej samej szkoły – komentuje D.Węglicki.

Bardziej trwałe mogą okazać się nowe oczekiwania dotyczące wielkości i funkcjonalnego rozkładu mieszkań. Zmiany te dotyczą także mieszkań luksusowych. Firmy z rynku nieruchomości modyfikują swoją strategię. Fundusz Catella Polska wprowadził umowy najmu na okres minimum dwóch miesięcy, także z tego względu, że tak długo może trwać remont własnego mieszkania.

Natomiast w bardzo specyficznej części rynku nieruchomości, jakim są prywatne akademiki, sytuacja może szybko powrócić do stanu sprzed pandemii.

Ulga podatkowa dla płatników PIT i CIT na robotyzację od stycznia 2021 r. – na czym polega?

Ministerstwo Rozwoju wraz z Ministerstwem Finansów pracuje obecnie nad projektem nowej ulgi podatkowej. Ulga na robotyzację przemysłową ma zacząć obowiązywać już od 1 stycznia 2021 r.

Ministerstwo Finansów szacuje, że łączny koszt implementacji ulgi na robotyzację przemysłową wyniesie 1,1 mld zł w ciągu 5 lat obowiązywania nowych przepisów.

Zasady funkcjonowania ulgi na robotyzację przemysłową będą zbliżone do zasad rozliczania ulgi B+R. Najpierw koszty na robotyzację przedsiębiorcy odliczą w ciągu roku podatkowego na zasadach ogólnych jako koszt uzyskania przychodów (np. poprzez odpisy amortyzacyjne), a następnie będą oni uprawnieni do odrębnego odpisu w zeznaniu rocznym.

Ulga na robotyzację będzie dawać prawo do dodatkowego odliczenia 50% kosztów robotyzacji podmiotom prowadzącym działalność przemysłową (produkcyjną). Efektywna korzyść wyniesie więc do 9,5% poniesionych kosztów z tytułu robotyzacji.

– Definicja robota przemysłowego i zasady korzystania z ulgi na robotyzację przemysłową zostaną umieszczone w ustawach PIT oraz CIT – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Czajkowski, associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Ulga ma mieć charakter powszechny, prawo do skorzystania z ulgi nie będzie uzależnione od wielkości firmy czy branży, w której przedsiębiorca funkcjonuje.

Pilotażowo ulga będzie obowiązywać w Polsce przez okres 5 lat tj. w latach 2021-2025 r. Oznacza to, że aby z ulgi skorzystać wydatek na robotyzację winien być poniesiony najpóźniej do 31 grudnia 2025 r. Na rozliczenie wydatku (podobnie jak w uldze B+R) podatnik będzie miał 6 lat od momentu jego poniesienia.

Za koszty kwalifikowane uznawane będą:

*Koszt nabycia (wytworzenia) fabrycznie nowych maszyn i urządzeń peryferyjnych. Przy czym koszty robotyzacji obejmą nabycie robotów przemysłowych, urządzeń peryferyjnych funkcjonalnie związanych z robotami, maszyn, urządzeń oraz innych rzeczy służących do zapewnienia bezpieczeństwa i ergonomii korzystania z robota przemysłowego, maszyn lub urządzeń służących do zdalnego zarządzania, diagnozowania, monitorowania lub serwisowania robotów przemysłowych oraz urządzeń do interakcji człowiek-maszyna.

*Koszt WNiP niezbędnych do poprawnego uruchomienia i przyjęcia do używania robotów przemysłowych.

*Nabycie usługi szkoleniowej związanej z robotem przemysłowym.

*Opłaty, ustalone w umowie leasingu finansowego na nabycie robotów przemysłowych, o ile po upływie podstawowego okresu umowy leasingu finansujący przenosi na korzystającego własność tych środków trwałych.

– Podobnie jak przy uldze B+R, w przypadku uzyskiwania dotacji unijnych, z ulgi na robotyzację przemysłową podatnicy będą mogli skorzystać w części niesfinansowanej dotacją – wyjaśnia ekspert z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

BTC Studios S.A. planuje międzynarodową kampanię

BTC Studios S.A., notowany na NewConnect producent i wydawca gier mobilnych
oraz konsolowych, rozmawia na temat wszechstronnego wsparcia marketingowego z międzynarodowym producentem telewizyjnym i dystrybutorem Cyber Group Studios. Spółka planuje kampanie reklamowe dla swoich najcenniejszych tytułów obejmujące najpopularniejsze kanały dla dzieci na świecie. W grę wchodzi TV oraz social media skupiające grupy docelowe dla gier produkowanych przez spółkę. Kampanie mają dotyczyć wiodących tytułów z portfolio grupy takich jak m.in. serie Taffy i Sadie Sparks.

– „Szeroko zakrojone kampanie reklamowe pozwolą nam w pełni wykorzystać sprzedażowy potencjał naszych najcenniejszych marek i jednocześnie dotrzeć z informacją wprost do grupy docelowej, bezpośrednio zainteresowanej naszymi produkcjami – dzieci i rodziców. Dobierając tytuły do portfolio i szukając partnerów wśród producentów TV, kierowaliśmy się zarówno rozpoznawalnością marki, ale również marketingowym potencjałem ewentualnych kooperantów, zakładając że będą zainteresowani promowaniem swojej marki. Okazało się to dobrą strategią – jesteśmy na finalnym etapie rozmów na temat kampanii marketingowych promujących nasze produkcje free-to-play w najpopularniejszych dziecięcych kanałach. Zakładając szerokie wsparcie telewizyjne liczymy na znaczne zwielokrotnienie monetyzacji każdego z tytułów” – mówi Jarosław Zeisner, Członek Zarządu BTC Studios S.A.

BTC Studios  pracuje obecnie nad 7 grami. Są to mobilne produkcje dedykowane posiadaczom konsoli Nintendo Switch oraz urządzeń z Androidem i iOS. Gry ukażą się w ramach inkubacji projektów własnych oraz na mocy umów licencyjnych, podpisanych z developerami w 2019 i 2020 roku – m.in. z międzynarodowym producentem telewizyjnym i dystrybutorem Cyber Group Studios, która produkuje popularne animowane seriale, takie jak Sadie Sparks czy Taffy.

Zgodnie z ogłoszonymi prognozami BTC Studios S.A. zamierza w tym roku zwiększyć przychody do 10 239 180 PLN, natomiast w 2024 r. osiągnąć przychody rzędu 78 mln PLN i zyski netto przekraczające 23 mln PLN. Spółka zakłada również systematyczny wzrost liczby użytkowników swoich produkcji. W tym roku spółka prognozuje 418 900 użytkowników przy 6 opublikowanych grach, natomiast w 2024 r. społeczność przekraczającą 1,3 mln użytkowników przy portfolio obejmującym 12 gier. Jednocześnie w maju br. BTC Studios S.A. przyjęła politykę dywidendową na lata 2020-2023. Zgodnie z nią, już od zysku netto za kolejny rok obrotowy, Zarząd BTC Studios będzie rekomendować Walnemu Zgromadzeniu Spółki wypłatę 30 proc. zysku netto. W planach jest coroczne wypłacanie dywidendy.

Analitycy East Value Research, w raporcie z 4 sierpnia, wycenili akcje BTC Studios (dawniej Blockchain Lab) na 19,50 zł.

Wnioski z badań Salesforce wskazują istotny wpływ kryzysu na MŚP

Salesforce opublikował czwartą edycję swojego Raportu Trendów Małych i Średnich Przedsiębiorstw. Badanie zostało przeprowadzone w dwóch częściach – w marcu 2020 r., a następnie w sierpniu w ramach badania uzupełniającego, dzięki czemu uzyskano pełny zakres wiedzy na temat funkcjonowania małych i średnich przedsiębiorstw na początku i w trakcie pandemii.

Ten rok przyniósł wyzwania dla przedsiębiorstw każdej wielkości, nie omijając także sektora małych i średnich firm. Raport ukazuje najbardziej aktualne spojrzenie na to, jak w ciągu ostatnich sześciu miesięcy przedsiębiorcy z różnych branż musieli borykać się na przemian z kryzysami gospodarczymi, zdrowotnymi, jak również tymi związanymi z rasizmem czy klimatem.

Badania objęły ponad 2300 właścicieli i liderów małych i średnich przedsiębiorstw w Ameryce Północnej, Ameryce Południowej, Europie i regionie Azji i Pacyfiku. Małe i średnie przedsiębiorstwa definiuje się jako zatrudniające od 2 do 200 pracowników, z rocznym przychodem mniejszym niż 1 mld dolarów.

„Małe przedsiębiorstwa zawsze stanowiły kluczową część naszej gospodarki, dlatego szczególnie ważne jest, abyśmy je wspierali także podczas pandemii”, powiedziała Meredith Schmidt, GM i EVP, Essentials i SMB. „Mamy nadzieję, że te spostrzeżenia dadzą liderom małych i średnich przedsiębiorstw na całym świecie inspiracje, jak inne firmy poruszają się w tym trudnym okresie i hartują swoje biznesy przed potencjalnymi zagrożeniami w przyszłości. Jestem optymistką i wierzę, że rynek MŚP będzie mógł stale się rozwijać pomimo przeszkód jakie stanowią obecne kryzysy”.

Wybrane spostrzeżenia z Raportu Trendów Małych i Średnich Przedsiębiorstw:

Zorientowanie na klienta pozostaje kluczowe dla rozwijających się małych i średnich przedsiębiorstw

Małe i średnie przedsiębiorstwa, które znajdują się obecnie w fazie wzrostu (mające 1 lub więcej procent wyższy przychód w przeciągu ostatnich 6 miesięcy) o wiele chętniej podejmują działania mające na celu poprawę interakcji z klientem, biorąc pod uwagę okres od początku pandemii. Co więcej, wydaje się że są one zdecydowanie lepiej wyposażone w narzędzia dostarczające klientom elastyczną politykę zwrotów i szeroki zakres opcji płatności. Ponadto przedsiębiorstwa rozwijające się są skłonne do priorytetowego traktowania relacji z potencjałem na stałą współpracę niż transakcji jednorazowych.

Optymizm w obliczu nowych wyzwań nie opuszcza sektora MŚP

Wiele małych i średnich przedsiębiorstw szczególnie mocno ucierpiało podczas pandemii z powodu braku dostępu do zasobów, od których zostali odcięci poprzez obostrzenia epidemiczne. Trzy najbardziej znaczące ograniczenia w działalności biznesowej stanowi brak kapitału, zaspokajanie potrzeb klientów i zatrudnianie odpowiednich specjalistów.  Wszystkie te ograniczenia nie zmieniły się w przeciągu trwania pandemii – utrzymują się na stałym poziomie przez cały okres jej trwania.

Poza wyżej wymienionymi utrudnieniami Covid-19 dołożył jeszcze kilka, takich jak obniżone przychody, zmniejszony popyt oraz ograniczenia w zakresie zdrowia publicznego. Te trudności zajmują trzy pierwsze miejsca w zestawieniu wszystkich wyzwań, na które były skazane przedsiębiorstwa podczas pandemii. Co więcej, aż 3 na 5 liderów małych i średnich firm twierdzi, że lokalne nakazy zamknięcia lub ograniczenia działalności gospodarczej zagrażały rentowności ich przedsiębiorstw, natomiast wymogi w zakresie zdrowia publicznego stanowiły nadmierne obciążenie.

Nawet w przypadku tych wyzwań 22% MŚP patrzy na przyszłość bardzo optymistycznie, a aż ponad 50% – nieco optymistycznie.

MŚP, które korzystają z nowych technologii są wstanie lepiej dostosować się do zmienności rynku

Na przestrzeni lat wykorzystanie technologii przez małe i średnie przedsiębiorstwa stale rośnie. Według danych z ankiety ponad połowa respondentów deklaruje, że korzysta z systemu zarządzania relacjami z klientem, co stanowi wzrost o 24% w porównaniu z rokiem 2019. Nawet podczas pandemii małe i średnie przedsiębiorstwa kontynuowały wdrażanie nowych technologii, a co najmniej 1 na 5 liderów małych i średnich przedsiębiorstw twierdzi, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy wdrożyli co najmniej jedno z następujących rozwiązań: aplikacje do e-mail marketingu, system obsługi klienta, narzędzia do współpracy przy projektach lub oprogramowanie do handlu elektronicznego. Około 1 na 5 liderów MŚP nie korzysta obecnie z tych rozwiązań, ale planuje je wdrożyć w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Ponadto, liderzy korzystali z mniejszej liczby aplikacji w porównaniu z poprzednimi latami i prawie trzy czwarte respondentów (72%)* uważa, że jedna scentralizowana aplikacja do zarządzania ich funkcjami biznesowymi byłaby wystarczająca.

* Odpowiedzi z badania z marca 2020 r.

Metodologia

Wstępna ankieta została przeprowadzona online przez The Harris Poll na zlecenie Salesforce, w okresie od 28 lutego do 18 marca 2020 r. Odpowiedzi udzieliło 2 411 właścicieli i liderów małych i średnich przedsiębiorstw. Badanie uzupełniające zostało przeprowadzone sześć miesięcy później, w okresie od 7 do 31 sierpnia 2020 r., wśród 2 377 właścicieli i liderów małych i średnich przedsiębiorstw w Ameryce Północnej, Ameryce Południowej, Europie i regionie Azji i Pacyfiku. Respondenci mieli 18 lat lub więcej, byli zatrudnieni na pełny etat, w niepełnym wymiarze godzin lub na umowę B2B, a właściciele lub kadra kierownicza wyższego szczebla w ich firmach zatrudniała od 2 do 200 pracowników, osiągając roczne przychody poniżej 1 mld USD.

Dane zostały zważone według liczby pracowników tak, aby były proporcjonalne co do wielkości firmy. Badanie nie jest oparte na analizie prawdopodobieństwa, więc nie można obliczyć szacunkowego błędu.

Wszyscy respondenci są pracownikami zewnętrznymi (nie ograniczają się tylko do klientów Salesforce).

Czeka nas rajd na funcie?

Rynki ochłonęły po debacie prezydenckiej w USA, więc uwagę skupiają na kwestii długo wyczekiwanego pakietu fiskalnego. Doniesienia z pola negocjacji brexitowych nakręcają scenariusz porozumienia. Sporo danych, w kalendarzu dzisiaj choćby PMI dla przemysłu z Europy. Punktem kulminacyjnym tygodnia będzie jednak piątkowy raport z rynku pracy w USA.

Nie na to czekaliśmy

Niesmak inwestorów po pierwszej debacie prezydenckiej odszedł w zapomnienie. Choć konfrontacja kandydatów wywołała wiele komentarzy, to jednak nie miała znaczącego wpływu na rynki. Główny powód takiego stanu rzeczy to przede wszystkim brak konkretów w kluczowych tematach, a Trump i Biden skupili się na wzajemnych atakach. Rynki więc próbują nieco złapać oddech od tematu wyborów prezydenckich w Stanach i przygotować się na to, z czym będą musiały zmierzyć się za miesiąc.

Strony bliskie konsensusu

Sentyment na rynkach uległ dzisiaj poprawie, gdyż rynki jako temat przewodni obrały sobie możliwe porozumienie w sprawie tak długo wyczekiwanego pakietu fiskalnego w USA. Sekretarz Skarbu Mnuchin stwierdził, że da jeszcze jedną szansę Demokratom na pozytywne zakończenie negocjacji. Propozycje kwotowe pakietu nadal pozostały rozbieżne, ale w kuluarach mówi się, że Republikanie mogą tę różnicę wrzucić na kanwę klauzuli warunkowej w przypadku, gdyby pandemia i statystyki z nią związane się pogorszyły. Pytanie zasadnicze, czy rynki w razie uzgodnienia pakietu rzeczywiście przejdą w stan euforii, czy jednak nie będziemy mieli do czynienia ze sprzedażą suchych faktów.

Jednak porozumienie?

Sporo optymistycznych newsów pojawia się w kontekście kolejnej tury negocjacji Wielkiej Brytanii z UE w sprawie warunków wyjścia. Pojawiła się informacja, że strona brytyjska jest skłonna pójść na rękę europejskiemu sektorowi rybołówstwa. Zakaz połowów na wodach brytyjskich miałby być zawieszony na 3 lata. Temat ten był jednym z głównych spornych zagadnień, więc widzimy tutaj chęć ustępstwa Wyspiarzy. Trudno powiedzieć, czy to gra negocjacyjna i próba zamydlenia oczu UE, czy też rzeczywista chęć porozumienia. Nie wydaje się jednak, że Unia pójdzie na rękę w najbardziej znaczącej kwestii, a więc uchwalenia Internal Market Bill, która niemal zmieniła obowiązującą umowę Brytyjczyków z UE. Trudno więc wyrokować, co będzie, niemniej jednak nie można przesądzać podpisania choćby wstępnej umowy, co mogłoby przynieść krótkotrwały rajd na funcie.

PMI dają nadzieję

Dzisiaj sporo ważnych pozycji w kalendarzu. Od godzin porannych pojawiają się odczyty indeksu PMI dla przemysłu z głównych gospodarek europejskich. Nie rozmieniając się na drobne, można powiedzieć, że odczyty są całkiem niezłe. W zdecydowanej większości są one lepsze od oczekiwań analityków i powyżej kluczowej wartości 50 pkt, oddzielającej recesję od wzrostu gospodarczego. W trakcie dzisiejszej sesji pojawił się też odczyt inflacji z Polski. Wynik we wrześniu w relacji r/r okazał się wyższy o 0,3% od prognoz. Poziom 3,2% wzrostu cen powinien zaciekawić RPP. Pytanie, czy na kolejnym posiedzeniu odniesie się do tej wartości.

Jutro raport z rynku pracy

W piątek otrzymamy informację o kluczowej pozycji w kalendarzu makro w tym tygodniu, a więc raport z rynku pracy w USA. Szczególnie że raport ADP z wczoraj zaostrzył apetyty wynikiem niemal 750 tys. nowych miejsc pracy poza rolnictwem. To też znaczna poprawa w stosunku do ubiegłego miesiąca, gdy notowano 428 tys. Według oczekiwań analityków jutrzejszy oficjalny raport ma pokazać wynik 850 tys. nowych miejsc pracy, jak również spadek bezrobocia do poziomu 8,2%. Lepsze dane mogą przynieść umocnienie dolara amerykańskiego pod koniec tygodnia.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

Endofund widzi szansę na usprawnienie „finansowego krwiobiegu” branży medycznej

Branża medyczna ma szanse na szybszy rozwój dzięki nowoczesnym formom finansowania. Jedno z takich rozwiązań jest już dostępne na rynku. Czy zrewolucjonizuje sektor i sprawi, że Polacy zyskają dostęp do szerokiego wachlarza innowacyjnych terapii?  

Temat opieki zdrowotnej od lat budzi w naszym kraju silne emocje. Zależy nam na wysokiej jakości świadczonych usług – zwłaszcza teraz, gdy nad krajem zawisło widmo COVID – 19 i nieustannie przypomina  o ryzyku zachorowania. Chcemy liczyć na profesjonalną opiekę, dostęp do leków i odpowiednią ilość sprzętu medycznego. Niestety – nieustannie słyszymy, że realia są inne, a szpitale mierzą się z dużymi brakami zarówno w kadrach, jak i w aparaturze. Nic dziwnego, że próbujemy samodzielnie radzić sobie z tym problemem i bierzemy udział w inicjatywach, które wspierają branżę związaną z leczeniem.

Aby rynek opieki zdrowotnej funkcjonował efektywnie, potrzebne są rozwiązania, które trwale rozwiążą trudności, z jakimi się boryka. „Działam w branży medycznej od  kilkunastu lat i wiem, jak bardzo jej rozwój jest hamowany chociażby przez zatory płatnicze. Narodowy Fundusz Zdrowia  w ubiegłym roku przeznaczył na świadczenia opieki zdrowotnej ponad 90 mld złotych, jednak opóźnienia w płatnościach szpitali sięgnęły aż 14,3 mld złotych. Firmy medyczne, które współpracują z takimi placówkami, mają duże problemy z uzyskaniem terminowej opłaty za wykonane usługi. Z tego powodu nie rozwijają się, nie rozszerzają swojej oferty, a na rynku panuje stagnacja, której ofiarami są pacjenci, często pozbawieni dostępu do odpowiedniego leczenia. To błędne koło można jednak przerwać” – tłumaczy Piotr Cioch, Prezes Zarządu Endofund.

16 września na platformie equity crowdfundingu pojawiły się akcje nowo powstałego fintechu Endofund, który planuje usprawnić przepływ środków pieniężnych na rynku medycznym – i, tym samym, przyczynić się do rozwoju branży. Kapitał, pozyskany dotychczas przez organizację, przekroczył już próg powodzenia emisji. Czy Polacy wezmą sprawy we własne ręce i  samodzielnie zadbają o leczenie dla siebie?

„Inwestorzy, którzy chcą zarabiać na działaniach związanych z finansowaniem funkcjonowania i rozwoju firm z branży medycznej, a co za tym idzie – również wsparciem służby zdrowia, wciąż mogą włączyć się w projekt. Wystarczy wejść na stronę www.emisja.endofund.pl. Zainteresowanie jest duże i wierzymy, że jeszcze wzrośnie. Rozwiązanie, które proponujemy, to przemyślany model finansowania, dopasowany do potrzeb rynku. Inwestorzy nie tylko wesprą rozwój polskiego sektora medycznego, ale też po drugim roku obrachunkowym firma prognozuje wypłatę dla nich dywidendy w wysokości 25% zysku” – mówi Ireneusz Mizera, Członek Rady Nadzorczej Endofund.

Endofund widzi szansę na usprawnienie „finansowego krwiobiegu” sektora związanego z leczeniem w wyspecjalizowanych usługach faktoringowych dla średnich i małych przedsiębiorstw. Po raz pierwszy takie rozwiązanie zostanie zastosowane w kontekście rynku medycznego przy finansowaniu z udziałem crowdfundingu. Do tej pory faktoring wykorzystywany był głównie w innych branżach. Według danych Polskiego Związku Faktorów (PZF), w 2019 roku z tej formy finansowania skorzystało ok. 17 tysięcy organizacji. Wykupienie wierzytelności przez faktora pozwala znacząco przyśpieszyć przepływ środków finansowych – po podpisaniu umowy, firma może otrzymać zaliczkę w wysokości nawet 90% wartości faktur.

Faktoring może w sposób kompleksowy rozwiązać problem, jakim są w branży medycznej zatory płatnicze. Terminowe rozliczenia przełożą się na większą ilość świadczonych usług medycznych. Skorzystają na tym pacjenci – a przecież do tego dążą Polacy, angażując się w akcje wspierające służbę zdrowia.