Dolar poniżej 3,80 zł – raport walutowy

0

Kolejny słaby dzień dla amerykańskiej waluty spowodowany był danymi z rynku pracy. Rosnące bezrobocie obniża i tak niewielkie szanse na reelekcję prezydenta Donalda Trumpa. Inwestorzy patrzą podejrzliwie na rozwój sytuacji i wycofują się z dolara.

Problemy w USA

Jeżeli ktoś chciał wczoraj czekać na dalszą słabość dolara pomimo bardzo długiego trendu umacniającego USD i potencjalnie nadchodzącej korekty, nie mógł sobie wymarzyć lepszych danych niż problemy tamtejszego rynku pracy. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych nie tylko jest większa od oczekiwań, ale w ogóle rośnie. W rezultacie pierwszy raz od marca oglądaliśmy wczoraj dolara tańszego od 3,80 zł.

Lepsze dane z PMI

Od rana poznaliśmy wstępne odczyty indeksów PMI z Unii Europejskiej. Indeks dla przemysłu wyniósł po raz pierwszy od początku pandemii powyżej 50 punktów oddzielających rozwój od recesji osiągając 51,1 pkt. Jeszcze lepiej wypadły usługi z wynikiem 55,1 pkt. Ten drugi wynik jest przyzwoitym rezultatem nawet w standardowych okolicznościach. Warto zwrócić uwagę, że po raz kolejny dane z Niemiec ciążą Unii Europejskiej. Optymizm u naszego zachodniego sąsiada jest wyraźnie mniejszy.

Prezydentura powoli ucieka Trumpowi

Donald Trump powoli żegna się z reelekcją. Jego szanse wygrania z Joe Bidenem są coraz mniejsze z każdym miesiącem. Do marca Donald Trump odrabiał straty, aczkolwiek pandemia zwiększyła przewagę Bidena z niecałych 5% do około 8%. Jest to wartość przy której republikanie otrzymali poważne ostrzeżenie i muszą podjąć decyzję o tym,  co zmienić w swojej strategii. Niedługo już może być za późno. Rynki patrzą mocno podejrzliwie na rozwój sytuacji, co nie pomaga dolarowi.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

 

 

Kobieta w męskiej branży – browary rzemieślnicze w czasach plagi piw koncernowych

0

Agnieszka Łapaj, Właścicielka i Prezes Zarządu w Rzemieślniczym Browarze Jana, kobieta pracująca w męskiej branży. W wywiadzie opowiada o polskim rynku piw rzemieślniczych, prowadzeniu browaru w czasach plagi piw koncernowych, a także o piwnych przyzwyczajeniach Polaków.

Piwo raczej kojarzy się z męskim środowiskiem, co zainspirowało Panią do działalności w tej branży?

Browar Jana jest firmą rodzinną i inspiracją była zmiana pokoleniowa w naszej firmie. Mój ojciec Jan Łapaj działa w biznesie już od kilkudziesięciu lat. Kilka lat temu nastąpiła jednak zmiana warty i za sterami rodzinnego biznesu stanęło drugie pokolenie naszej rodziny, a dokładniej mój brat i ja. Sukcesja z ojca na córkę nie była łatwa, jednak byłam i nadal jestem w pełni zdeterminowana by kontynuując dzieło rodziców, zbudować browar jako jeden z wiodących tego typu zakładów w Polsce jak i całym CEE. Dodam, że Browar Jana na chwilę obecną jest w stanie wyprodukować rocznie 1 200 000 litrów piwa. Nie jesteśmy w stanie konkurować z piwnymi koncernami, skalą działania, za to naszym wyróżnikiem jest rzemieślnicza jakość. Właśnie to rzemiosło, jakość, autentyczność czy nazwisko właściciela, który nie jest anonimowy jak w przypadku koncernów, stojące za marką firmy były motorem napędowym by jako kobieta rozwijać się w tej branży.

Czy wiele kobiet „warzy piwo” w Polsce? Ma Pani koleżanki po fachu, czy biznes jest zdominowany przez mężczyzn?

Osobiście nie znam żadnej kobiety, która jest piwowarem, ja sama również piwa nie warzę, a robią to w moim browarze pasjonaci tej sztuki. W Browarze Jana są to młodzi panowie, którzy swoje pierwsze kroki piwowarskie stawiali jeszcze w zaciszu swoich mieszkań, domów. Często na kilkunastu metrach kwadratowych w klasycznej kuchni jako piwowarzy domowi. Znam za to kilka właścicielek browarów rzemieślniczych, nie mniej jest to w Polsce raczej biznes zdominowany przez mężczyzn. Zadaniem moim jak i kilku innych kobiet-właścicielek z branży jest odczarowanie piwa w oczach kobiet. Nie mam tu na myśli piw smakowych czy z sokiem, bo takie już na rynku są od dawna. Poza ofertą piw klasycznych i nowofalowych, które doceni każdy mniejszy bądź większy amator piwa, tworzymy również produkty, które chcemy kierować stricte dla kobiet.

Czy napotyka Pani jakieś trudności ze względu na prowadzenie biznesu w stereotypowo męskiej branży?

Trudności? nie, raczej nie… może jedynie zaskoczenie, zdziwienie przy pierwszym kontakcie. Panowie reagują uśmiechem na twarzy, brakiem zaufania na początek, ale potem z przebiegiem dyskusji te wątpliwości mijają. Myślę, że czasy, gdy kobiety nie miały swojego autorytetu w męskich branżach bezpowrotnie minęły. Widzę to chociażby po tym jak dobrze rozwija się nasz browar.

Dla przykładu powiem, że w naszej firmie zatrudniamy kobietę, która jest odpowiedzialna m.in. za rozlew piwa, i z tego, co wiem bardzo lubi swoją pracę mimo męskiego środowiska w jakim na co dzień przebywa. Kobieta ociepla klimat wewnątrz firmy i pomaga rozwiązywać drobne konflikty w zespole.

Jak obecnie funkcjonuje w Polsce rynek browarów rzemieślniczych przy tak dużej liczbie piw pochodzących z koncernów? 

Jesteśmy ciągle niszą. Owszem prężnie rosnącą i rozwijającą się, ale jednak niszą. To dobrze, bo cały czas jest w Polsce miejsce dla małych, lokalnych browarów rzemieślniczych. Jako branża mamy ok. 0,5-1,5 proc. udziału w rynku piwnym w Polsce.

Czy to mało? Owszem, ale cały czas rośniemy jako branża. Cieszy nas również to, że widzą nas koncerny i traktują bardzo poważnie. W ciągu ostatnich lat trwania piwnej rewolucji nad Wisłą, koncerny wprowadziły na rynek bardzo wiele piw nawiązujących do naszej misji, jak np. piwa nowofalowe, mocno nachmielone, w stylu APA czy IPA. Jest to duży krok do przodu również i dla nas, gdyż przez wiele lat na rynku była stagnacja, w której dominowały głównie piwa w stylu eurolager, a od czasu do czasu pojawiało się i po chwili znikało coś innego.

Koncerny wprowadzając piwa nawiązujące do piwnej rewolucji otwierają klienta na nowe doznania smakowe, dostępne na niespotykaną dotąd skalę. Takie piwo można kupić niemal w każdym sklepie, markecie, stacji benzynowej itp. Jeżeli ktoś się skusi na takie „nowofalowe” piwo, i co więcej, zasmakuje mu one, to naprawdę jest już niedługa droga do tego, by taka osoba sięgnęła po piwo uwarzone przez browar rzemieślniczy. Z jednej strony szukając nowych doznań smakowych, z drugiej za sprawą tego, że coraz więcej piw rzemieślniczych dostępnych jest w kanałach HoReCa.

Może i nazwa producenta piwa w pubie, restauracji czy na półce w sklepie dalej jest dla klienta nieznana, za to style piw, które oferują nie są już anonimowe. Gdy dodamy do tego fakt, że piwa rzemieślnicze są lepsze jakościowo pod kątem zastosowanych podczas warzenia surowców, to klient ceniący jakość, który szuka nowych doznań smakowych prędzej czy później po nie sięgnie.

Oczywiście wiele osób dalej patrzeć będzie na cenę takiego produktu. Kraft jest droższy, przez to nigdy nie będzie to piwo dla wszystkich, a jak wspomniałam dla tych bardziej świadomych konsumentów.

Czy Polska to piwny kraj? Ile piwa piją Polacy?

W Polsce istnieje ok. 360 browarów, z czego 260 to tzw. browary stacjonarne, które posiadają swoją własną instalację do produkcji piwa, a ok. 100 to tzw. browary kontraktowe, które takiej instalacji nie mają, a podnajmują moce produkcyjne w innych browarach. Browarów w Polsce z roku na rok mamy coraz więcej, co świadczy o tym, że jesteśmy piwnym krajem.

Gdy dodamy do tego spadek spożycia per capita mocniejszych alkoholi na rzecz właśnie piwa czy wina, to śmiało możemy stwierdzić, że Polacy kochają pić piwo. Według różnych statystyk w Polsce wypija się ok. 100 litrów piwa na osobę rocznie. Na przykład na podstawie danych firmy Nielsen, nasi rodacy wydali w 2019 roku ponad 36,6 miliardów złotych na alkohol, czyli o 2 mld złotych więcej niż w 2018. Według Nielsena w Polsce w 2019 królowało piwo, na które wydaliśmy 17,4 miliarda złotych (o 4% więcej niż w 2018). Warto też wspomnieć o rosnącej niszy piwa bezalkoholowego, które jest najszybciej rosnącym segmentem rynku i ma już 5% udziału w sprzedaży – 820 milionów złotych.

Jesteśmy zatem stricte piwnym krajem, i nawet jako browary rzemieślnicze mając stosunkowo niski udział w rynku piwa, to patrząc z perspektywy Browaru Jana, to mamy szansę partycypować w „krojeniu” całkiem dużego kawałka „piwnego tortu”.

Po jakie piwa sięgają najczęściej kobiety?

Patrząc obiektywnie, to jest to kwestia indywidualnych preferencji każdej kobiety. Osobiście znam Panie, które kochają piwa tak mocno goryczkowe, że nawet Panowie nie dają rady. Nie chcę stereotypować, mam nadzieję, że czytające ten wywiad Panie, dla których piwo musi mieć dużo IBU (International Bitterness Units, czyli międzynarodowa jednostka goryczki, przyp. red.) się nie obrażą, ale patrząc w skali makro, to kobiety sięgają raczej po piwa tzw. pijalne, często słodsze i mało goryczkowe. Należy jednak zwrócić uwagę, że jeżeli kobieta nie lubi smaku piwa, to jakbyśmy się nie starali, to trudno będzie znaleźć dla takiej osoby idealny produkt. Jeżeli natomiast kobieta nie lubi smaku gorzkiego w piwie, to szukając „babskiego piwa”, powinna zwrócić swoją uwagę w stronę tych bardzo niskogoryczkowych. W Browarze Jana, jak i wśród wielu innych browarów rzemieślniczych w Polsce na etykiecie produktu znajdziemy informację o skali goryczki, która pomoże nam znaleźć odpowiednie piwo.

Szukanie odpowiedniego piwa dla kobiety, to temat rzeka, gdyż jeżeli kobieta np. dba o linię, to powinniśmy zwrócić uwagę na kaloryczność, a jej w piwie nie brakuje. Piwa mniej kaloryczne to te lżejsze, z mniejszym ekstraktem itp. Wyzwanie jest ogromne, ale na szczęcie piwa rzemieślnicze mają zróżnicowaną ofertę piw i wierzę, że prędzej czy później kobieta znajdzie w końcu swój idealny piwny smak.

Co jest piwnym trendem na lato 2020?

Można śmiało powiedzieć, że trendy są dwa. Pierwszy dotyczy osób, które nie są jeszcze zapoznane ze smakami i ofertą piw rzemieślniczych, a drugi dotyczy osób, które w branży określamy jako tzw. beergeek’ów, czyli ludzi, którzy na piwie znają się bardzo dobrze i szukają nowych smaków, produktów i piwnych doznań. Dlatego też zawsze dobrze będzie się sprzedawało piwo lekkie, jasne, czyli np. Pils lub Pszeniczne. W Browarze Jana to podstawowa część biznesu, takich piw produkujemy i sprzedajemy najwięcej. Nie mniej mamy również ofertę dla szukających większych doznań smakowych – linię kreatywną. Dobrze sprzedają się np. piwa w stylu sour – kwaśne, a ostatnio również piwa bezalkoholowe. Mamy też coraz więcej zapytań o nasze Bezglutenowe. W trendzie beergeek’ów z kolei są w tym sezonie piwa w stylu Pastry Sour, czyli w skrócie piwo smakujące jak owocowy deserek.

Jak lockdown i pandemia Covid-19 wpłynęła na Pani biznes i branżę piwowarską w Polsce?

Odczuliśmy to bardzo mocno. Tym bardziej, że lockdown spotkał się niemal równocześnie z planowaną inauguracją sezonu piwnego w Polsce. Według danych Polskiego Stowarzyszenia Browarów Rzemieślniczych, sprzedaż spadła o 35 proc, to bardzo dużo. Browary teraz dwoją się i troją, żeby w tej nowej rzeczywistości się odnaleźć i odrobić straty. A łatwo nie jest, kraft to ludzie, to oni piją piwo. W naszej branży spora część piw sprzedawana była w kanałach HoReCa, pubach czy na festiwalach. W momencie, w którym wszystko zostaje zamknięte z dnia na dzień, nagle i do odwołania, niektórym browarom sprzedaż spadła dosłownie o 100%. Na szczęście Browar Jana nie ma 100 proc. sprzedaży w kanałach HoReCa, a sporą część naszego biznesu stanowi sprzedaż piwa w butelkach do sieci handlowych. To nam pozwoliło ten najgorszy okres pandemii koronawirusa przetrwać.

Zareagowaliśmy jako zespół bardzo szybko, bo zamknęliśmy nasz browar zanim jeszcze lockdown został ogłoszony przez rząd. Jesteśmy ze Śląska, z Zawiercia, a to właśnie w naszej okolicy były jedne z pierwszych zachorowań na Covid-19. Zamknięcie browaru nie spowodowało jednak, że nic nie robiliśmy i czekaliśmy z założonymi rękoma na rozwój wydarzeń czy finansowanie z tarcz antykryzysowych. Skupiliśmy się na sprzedaży tzw. wokół komina, czyli w piwnym żargonie, na rozwoju rynku regionalnego. Pukaliśmy od drzwi do drzwi okolicznych sklepów, a nawet sklepików. Zaistnieliśmy mocno i pozytywnie w świadomości lokalnej społeczności, co jest jedyną dodatnią wynikową tego całego lockdownu. Oczywiście cały czas byliśmy mocno pod kreską, ale to dało nam nadzieję, że przetrwamy i sobie poradzimy.

Gdy nastąpiło odmrożenie i ludzie w końcu mogli zacząć się spotykać, my jako browar zaczęliśmy z powrotem działać by wyjść na prostą.

W naszym rządzie coraz głośniej mówi się o dopuszczeniu do sprzedaży piwa przez Internet. Czy piwny e-commerce będzie remedium na kryzys?

Remedium to na pewno nie będzie. Nie mniej może stanowić ciekawą alternatywę i dywersyfikację przychodów dla browarów. O ile oczywiście ta ustawa przejdzie, bo w Polsce różnie to bywa.

W Polsce ponad dwa miliony ludzi ma problemy związane z chorobami bądź nietolerancją glutenu. Stworzyła Pani jedno z pierwszych na rynku piwa rzemieślniczego, piwo bezglutenowe. Jak powstaje takie piwo?

Nasze Bezglutenowe Jasne Pełne zostało niesamowicie dobrze i ciepło przyjęte przez rynek. Proces powstawania takiego piwa jest skomplikowany, czasochłonny, droższy oraz wymaga stałej współpracy z odpowiednimi instytucjami, które poświadczą i zbadają, że produkt, który trafia do butelek faktycznie jest bezglutenowy. W Polsce by piwo można było nazwać bezglutenowym to musi spełniać normę zawartości glutenu poniżej 20 ppm. Nasze piwo ma 7,8 ppm. Bardzo się cieszę, że jako Browar Jana mamy teraz ofertę również dla osób z nietolerancjami glutenu czy celiakią. Z jednej strony biznesowo – to ogromny kawałek rynku, z drugiej jest to czysto ludzka satysfakcja. Mam wielu przyjaciół, którzy mają problemy z glutenem i nigdy nie mogli spróbować piwa z mojego browaru. Teraz w końcu mogą to zrobić.

Rośnie rynek piw bezalkoholowych. Pani browar również wprowadziła takie piwo na rynek. Dlaczego niektóre piwa mimo, iż sygnują na swoich butelkach hasło „bezalkoholowe”, mają na etykiecie informacje, że zawierają do 0,5% alkoholu? Czy takie piwo mogą spożywać np. kierowcy?

Owszem, bezalkoholowe to według Nielsena najszybciej rosnąca odnoga w naszej branży, która jeszcze w tym roku może przekroczyć miliard złotych. Myślę, że takie piwo tak dobrze się sprzedaje, bo w końcu jest szeroko dostępne, ale też przede wszystkim w końcu smakuje jak piwo a nie jak jakiś bliżej nieokreślony napój. Browary wykorzystują tradycyjną metodę warzenia przy produkcji bezalkoholowego, później oczywiście następuje skomplikowany proces dealkoholizacji, by zniwelować zawartość alkoholu w piwie do 0%-0,5%. Tutaj należy zwrócić uwagę, że mamy dwa rodzaje piw bezalkoholowych: 0% oraz poniżej 0,5%. Obydwa w świetle prawa mogą być sprzedawane i opisywane jako piwa bezalkoholowe, różnią się natomiast metodą produkcji. W Browarze Jana piwo bezalkoholowe ma poniżej 0,5% alkoholu, dlatego nie zalecam spożywania go kobietom w ciąży czy mamom karmiącym. Natomiast jest ono świetną alternatywą np. dla kierowców, rowerzystów czy osób dbających o linie bądź przestrzegających diety. Polecam poszukać w sieci informacji o piwie poniżej 0,5%, o tym jak nasz metabolizm na nie reaguje itp. Dla przykładu często pijąc jogurt bądź kefir czy jedząc np. kiszoną kapustę czy jabłka przyjmujemy do organizmu większe ilości alkoholu niż z piwa poniżej 0,5%.

Pani browar specjalizuje się zarówno w stylach klasycznych piwa jak i tych, które związane są z piwną rewolucją – nowofalowych. Sporą część Pani biznesu tworzy również warzenie kontraktowe i tzw. Private Label. O co tutaj właściwie chodzi?

Owszem, w naszym browarze warzą również kontrakty i jest ich całkiem sporo. Prowadzimy politykę otwartych drzwi i chętnie dzielimy się swoimi mocami produkcyjnymi i know-how z browarami, które nie mają swojej instalacji, a chcą tworzyć piwo i zaistnieć na mapie polskiego kraftu. Zapraszamy takie browary do współpracy, pomagamy przeskalować receptury piwne, edukujemy, pomagamy w zakupie surowców czy nawet pomagamy przy sprzedaży takiego piwa.

Natomiast w kwestii Private Label mamy ofertę skierowaną bardziej dla firm, które szukają wzmocnienia wizerunku swoich marek. Od piw na specjalne okazje jak np. targi, prezenty korporacyjne, jubileusze czy wesela, festiwale muzyczne, zawody sportowe, aż po szeroką ofertę Private Label dla branży HoReCa.

Od jakiegoś czasu lokale gastronomiczne czy hotele różnego typu zauważają, że piwo rzemieślnicze to nie tylko świetny dodatek do jedzenia czy autonomiczny napój dla spragnionych. To przede wszystkim wysokiej jakości produkt, z najlepszych składników oraz cała masa, towarzyszących jego degustacji, emocji i chwil. Chwile te mogą kojarzyć się z danym lokalem poprzez produkcję własnej marki wysokojakościowych piw rzemieślniczych. W naszym browarze produkujemy coraz więcej marek tzw. Private Label właśnie dla właścicieli firm z branży HoReCa. Są to różne typy marek, od najbardziej premium, gdzie piwo trafia do prestiżowego lokalu, przez świetnie układającą się współpracę z pizzeriami czy burgerowniami, które tworzą swoje marki piw z wykorzystaniem sprawdzonych styli piwnych jak np. Pils czy Pszeniczne, które są teraz idealne na gorące dni. Lokale gastronomiczne, które decydują się na produkcję piwa pod własną marką w Browarze Jana, zazwyczaj promują również swoje piwo w mediach społecznościowych, grafikach związanych z działalnością restauracji, co finalnie przekłada się na znaczący wzrost rozpoznawalności ich marki.

Jedna z usług funkcjonujących przy Pani browarze w ogóle nie jest związana z piciem piwa. Mam tu na myśli Piwne SPA. Czym ono jest i jak wygląda rozwój tej niszy w Polsce?

Tak to prawda, po sąsiedzku browaru znajduje się czterogwiazdkowy hotel Villa Verde & SPA tutaj 3 lata temu wprowadziłam Piwne SPA, przebudowaliśmy gabinet zabiegowy do biczy szkockich na duży pokój kąpielowy, zakupiłam dwie dwuosobowe balie drewniane, wstawiliśmy sprzęt wyszynkowy dzięki czemu można podpiąć beczkę z piwem. Relaksując się podczas kąpieli z dodatkiem suszu piwnego bądź innych dodatków, można skosztować również piwa. Piwne SPA cieszy się coraz większym zainteresowaniem nie tylko gościa indywidualnego, ale również zorganizowanych grup. Organizujemy tam wieczory kawalerskie, weekendy panieńskie… J atrakcją są właśnie kąpiele w grupie, degustacja piwa w grocie solnej, gdzie piwowar opowiada o sztuce warzenia, o stylach piwnych, z jakich surowców piwo powstaje, bo to przecież nie tylko naturalne słody i chmiele, ale równie przyprawy, dodatki korzenne, owoce itp. Nasze Piwne SPA zaznacza się mocno na mapie piwnej turystyki w Polsce.

A jakie jest Pani ulubione piwo i dlaczego?

Oczywiście wszystko co wychodzi spod strzechy Browaru Jana J A tak na serio to kocham dobre lambiki, czyli tzw. dzikie piwa w stylu lambic. Są to wywodzące się z Belgii produkty powstające za pomocą fermentacji spontanicznej za pomocą szczepów dzikich drożdży.

Dziękuję za rozmowę.

Pięknie dziękuję.

Kraje radzą sobie z covid-19 różnymi metodami

0
  • Lżejsze i celowe blokady w celu walki z drugą falą zakażeń Covid-19 będą czynnikiem hamującym tempo poprawy sytuacji gospodarczej. Ekonomiści Euler Hermes prognozują na 2020 rok spadek globalnego PKB o -4,7%, po którym powinien nastąpić wzrost na poziomie +4,8% w 2021. Od kwietnia 2020, gospodarka światowa funkcjonuje wykorzystując 70%–80% swoich możliwości. Spowolnienie w mniejszym stopniu utrzyma się do ostatniego kwartału 2020 roku, czego powodem będą ograniczenia (lockdowns) w celu zwalczania nowych ognisk choroby oraz utrzymywane w mocy ograniczenia sanitarne. Aktualne prognozy mówią, że powrót światowej gospodarki do poziomu sprzed kryzysu może nastąpić dopiero pod koniec 2021 roku. Kluczowe dla oceny wielkości szoku dla gospodarki będzie jednak podejście do zagrożeń związanych z drugą falą pandemii. Najistotniejsze pod tym względem kraje to Brazylia, Meksyk, USA, Indie, Indonezja, Wielka Brytania oraz RPA – kraje szczególnie narażone na ryzyko ponownego wybuchu epidemii i przedwczesnego ponownego otwarcia gospodarki.
  • Wartość pieniężnych i fiskalnych środków stymulujących w odpowiedzi na kryzys związany z pandemią Covid-19 przekroczył w 2020 roku 18 bilionów USD, co jest kwotą o 1,3 razy wyższą od PKB Chin. Jednak różny stopień wsparcia oznacza różne tempo powrotu do poprzedniej sytuacji. Opracowane przez Allianz i Euler Hermes wskaźniki stymulacji pieniężnej wykazują rekordowo wysoki poziom w USA, strefie euro oraz Wielkiej Brytanii. Z kolei Chiny są wciąż daleko od rekordowo wysokiego poziomu osiągniętego po kryzysie finansowym w 2009 roku. Wysokość wsparcia fiskalnego w skali świata sięgnęła od marca 2020 roku 10,4 bln USD (12% globalnego PKB) i odpowiadała 3%-18% PKB poszczególnych krajów. To, w połączeniu z zakresem automatycznych środków stabilizujących, będzie kształtować trajektorię przyszłego powrotu do normalności w poszczególnych krajach. Niemcy, Holandia, Szwajcaria oraz Austria prawdopodobnie powrócą do poprzedniej sytuacji szybciej, podczas gdy Japonia, USA, Hiszpania, Wielka Brytania i Włochy będą potrzebowały jeszcze większego wsparcia fiskalnego, rekompensującego słabość automatycznych środków stabilizujących. Przewidujemy, że poziom PKB sprzed kryzysu zostanie osiągnięty w Europie dopiero na przełomie 2022-2023, podczas gdy w Chinach i USA nastąpi to rok wcześniej – zależnie od tego, jak kraje poradzą sobie z drugą falą epidemii. Kluczowym pytaniem pozostaje kwestia dalszych środków wsparcia dla sektorów najbardziej dotkniętych kryzysem, jakie będą stosowane do końca roku. Na skutek wzrostu wskaźnika niewypłacalności w drugiej połowie 2020 oraz w 2021 roku, na okres 2020-21 przewidujemy wzrost globalnej liczby upadłości firm o 35%.
  • Przepływy międzynarodowe w sektorze usług pozostaną przez dłuższy czas na obniżonym poziomie, dlatego światowy handel powinien powrócić do poziomu sprzed kryzysu dopiero w 2023 roku. Na 2020 rok przewidujemy spadek wymiany handlowej o -15%, na 2021 poprawę o +8%, a następnie na 2022 poprawę o +4,1%. Straty eksportowe (4,5 biliona USD w 2020) również ujawnią istotne asymetrie między poszczególnymi krajami i sektorami. Powrót do sytuacji sprzed pandemii potrwa znacznie dłużej w przypadku działalności usługowej (w przypadku usług związanych z podróżami i transportem będzie to 2023) w porównaniu z handlem towarami, który powinien powrócić do wcześniejszego poziomu przed końcem 2022 roku. Przewidujemy, że najbardziej ucierpi sektor energii (w tym paliwa kopalne; straty eksportowe w wysokości -733 mld USD), na kolejnych miejscach znajdzie się sektor metali (-420 mld USD) oraz usług dla producentów branży motoryzacyjnej (-270 mld USD).
  • Rynki „Pavlova” (przyp. tłum. – deser z kruchej bezy z miękkim środkiem z bitej śmietany/owoców) czyli charakteryzujące się się wysoką niestabilnością, zmiennością. Reagując na informacje dotyczące szeroko zakrojonej polityki pieniężnej i/lub fiskalnej, rynki często nadmiernie polegają na oczekiwaniu skuteczności wdrażanych polityk. Wciąż uważamy, że globalny kapitał jest wyceniany zbyt wysoko. Przewidujemy, że obligacje 10-letnie zakończą rok 2020 na poziomie -0,5%, zaś 10-letnie instrumenty UST na poziomie 1,0%, nieco powyżej obecnego poziomu.
  • Przewidujemy, że skutki kryzysu negatywnie wpłyną na wzrost PKB w średniej perspektywie. Obserwujemy przyspieszenie zjawiska przemiany spółek, banków i rynków pracy w zombie (przyp. – pozornie tylko dobre), pogłębianie ryzyka w sferze społecznej i politycznej, a także istotne straty pod względem spadku mocy produkcyjnych. W porównaniu z innymi gospodarkami rozwiniętymi, w perspektywie dziesięciu lat USA stracą prawdopodobnie -1 pkt procentowy, głównie z powodu istotnego zwiększenia długu publicznego. Choć w krótkiej perspektywie nie przewidujemy zmian w systemie funkcjonowania handlu (zmian lokalizacji/przenoszenia działalności do krajów macierzystych), to mało prawdopodobny jest powrót poziomu taryf sprzed kadencji prezydenta Trumpa, mimo zmniejszenia niepewności związanej z wymianą handlową między USA a Chinami po wyborach w USA.

Lżejsze i celowe blokady w celu walki z drugą falą zakażeń COVID-19 będą czynnikiem hamującym tempo poprawy sytuacji gospodarczeja

Wciąż prawdopodobne są niewielkie i lokalne ograniczenia (lockdowny), w tym ograniczenia ruchu transgranicznego i zakazy organizacji imprez. Środki wdrażane w ramach realizowanych polityk będą dzielić się na celowane środki pomocy dla sektorów najbardziej dotkniętych kryzysem (hotele i restauracje, gastronomia i branża noclegowa, transport, rozrywka) oraz środki stymulujące (obniżki stawek podatku VAT, programy złomowania pojazdów, premie za wdrażanie rozwiązań ekologicznych, środki związane z inwestycjami publicznymi, fiskalne środki zachęty powiązane z inwestycjami firmowymi…). Ogólnie rzecz biorąc, gospodarka światowa funkcjonuje obecnie wykorzystując jedynie 70%-80% swoich możliwości i przewiduje się, że taki stan utrzyma się do ostatniego kwartału 2020 roku, ponieważ kraje będą zmuszone stosować celowe zamknięcia w celu zwalczania nowych ognisk wirusa Covid-19 oraz przedłużać ograniczenia sanitarne do czasu wprowadzenia szczepionki. Wyniki przeprowadzonej analizy sugerują, że wiele krajów nadal boryka się ze zbyt wysokim współczynnikiem reprodukcji wirusa (R0). Najistotniejsze pod tym względem kraje to Brazylia, Meksyk, USA, Indie, Indonezja, Wielka Brytania oraz RPA. Kraje te są szczególnie narażone na ryzyko ponownego wybuchu epidemii i przedwczesnego ponownego otwarcia gospodarki, ponieważ pandemia nie jest w nich jeszcze pod kontrolą. Spodziewa się, że recesja w USA okaże się o -2 punkty procentowe głębsza (w stosunku do obecnego poziomu wynoszącego -5,3%), jeżeli rozwiązania typu lockdown wdrażane w ramach walki z drugą falą epidemii będą miały bardziej ogólny zasięg.

Rysunek 1: Luzowanie: zarządzanie efektywnym wskaźnikiem reprodukcji (wielkość okręgu odpowiada ostatniej dostępnej wartości wskaźnika restrykcji na koniec czerwca)

Luzowanie
Źródła: Uniwersytet Oksfordzki, Dział Analiz Allianz i Euler Hermes

Rynki wschodzące: wprowadzone w związku z COVID-19 programy luzowania polityki pieniężnej mogą zagrozić wiarygodności banków centralnych

Pandemia Covid-19 stanowiła punkt zwrotny dla stosowania „niekonwencjonalnych” polityk pieniężnych na rynkach wschodzących (RW). Wraz z wybuchem paniki wśród inwestorów w marcu 2020 roku na skutek pandemii, RW doświadczyły bezprecedensowego odpływu kapitału (88 mld USD), który w dramatyczny sposób zdestabilizował ich rynki obligacji państwowych. Gwałtowna wyprzedaż przez zagranicznych inwestorów okazała się szczególnie dotkliwym ciosem dla tych krajów, w których są oni w posiadaniu istotnego udziału zadłużenia państwowego w walucie lokalnej. Udział ten jest na przykład bliski 40% w Czechach, Indonezji oraz Republice Południowej Afryki. W tej sytuacji, część banków centralnych RW poinformowała o gotowości podjęcia interwencji i pełnienia roli pożyczkodawcy ostatniej instancji angażującego się w miarę potrzeb w zakupy długoterminowych aktywów rządowych, a kilka banków rzeczywiście podjęło takie działania. Inwestorzy zagraniczni zareagowali na takie informacje dość pozytywnie, co pomogło przywrócić płynność rynków i ustabilizować stopy zwrotu z obligacji rządowych. Jak dotąd, wspomniane działania w ramach polityki pieniężnej na RW o charakterze zbliżonym do luzowania polityki pieniężnej ograniczały się do zakupów na niewielką skalę, głównie na rynku wtórnym (zob. Tabela poniżej). Wyjątkiem jest Turcja, gdzie od końca marca wykupiono rządowe papiery wartościowe odpowiadające około 9,4% PKB. W czerwcu 2020 roku, wspomniane papiery wartościowe stanowią 11,3% wszystkich aktywów banku centralnego, podczas gdy trzy miesiące wcześniej było to 1,9%. Na kolejnej pozycji pod względem najbardziej aktywnego „luzowania polityki pieniężnej” znalazła się Polska (do tej pory około 4,2% PKB). Dla porównania, Bank Rezerw Federalnych USA i Europejski Bank Centralny były o wiele bardziej aktywne i zwiększyły swój całkowity bilans już do około 40% PKB. Kolejną różnicą w porównaniu z Gospodarkami Rozwiniętymi jest to, że RW ogłosiły rządowe programy skupu aktywów w czasie, gdy wciąż miały możliwość prowadzenia konwencjonalnej polityki pieniężnej poprzez obniżanie stóp procentowych.

obligacje

Wschodzące rynki europejskie: w ciągu najbliższych dwóch lat wciąż będą różnice w zakresie polityk wsparcia

Dla całego regionu Europy Wschodzącej prognozuje się na 2020 rok spadek rocznego rzeczywistego PKB o -5,3%, po czym powinna nastąpić umiarkowana poprawa sytuacji do osiągnięcia w 2021 roku wzrostu na poziomie +4%. Ogólnie rzecz ujmując, krzywe zachorowań na Covid-19 uległy już w większości krajów regionu wypłaszczeniu i następuje stopniowe znoszenie obostrzeń. Jednocześnie działania związane z dostosowaniem polityki pieniężnej oraz ułatwienia fiskalne wsparły gospodarki, choć w różnym stopniu, ponieważ w poszczególnych krajach występowały różne możliwości ich realizacji. Prognozujemy, że takie zróżnicowane wsparcie w ramach realizowanych polityk będzie kontynuowane przez kolejne dwa lata. Przewiduje się, że Czechy i Polska będą stymulować w największym stopniu. Oba te kraje zapowiedziały realizację zakrojonych na szeroką skalę programów wsparcia fiskalnego oraz obniżyły stopy procentowe niemal do zera. Polski bank centralny przeprowadził również na rynku wtórnym skup znacznej ilości obligacji rządowych (odpowiadającej dotąd nieco ponad 4% PKB) w celu zapewnienia niezakłóconego funkcjonowania rynków obligacji. Tymczasem Słowacja, Słowenia i kraje bałtyckie skorzystają na członkostwie w strefie euro. Rosja obniżyła stopę procentową do rekordowo niskiego poziomu 4,5%, lecz nie wykazuje woli znaczącego wykorzystania bogatych zasobów aktywów państwowych w celu stymulowania gospodarki, zachowując je na czarną godzinę. Mniejsze możliwości manewru w zakresie polityk wsparcia występują w Turcji, na Ukrainie, w Rumunii oraz na Węgrzech, które pozostaną krajami charakteryzującymi się wyższym poziomem ryzyka w regionie. W szczególności zaś przeprowadzony przez Bank Centralny Turcji skup obligacji rządowych na rynku pierwotnym (1,1% PKB), w połączeniu z wykorzystaniem 30% rezerw walutowych w drodze szeroko zakrojonej interwencji na rynkach walutowych w celu stabilizacji liry tureckiej (TRY) wiąże się z ryzykiem wzrostu inflacji, dalszym obniżeniem zaufania inwestorów i możliwością wystąpienia kryzysu w zakresie bilansu płatności zaledwie dwa lata po poprzednim. W średniej perspektywie czasu, nierównomierny stopień realizacji polityk w połączeniu z różnym tempem funkcjonowania w momencie wybuchu kryzysu oraz zależnością poszczególnych krajów od eksportu i turystyki będzie determinować głębokość i długość trwania recesji. Polska powinna osiągnąć poziom PKB sprzed kryzysu pod koniec 2021 roku, Czechy i Turcja w połowie 2022, natomiast Rosja dopiero w 2024 roku, głównie z powodu niższego ogólnego tempa wzrostu.

Dział Analiz ekonomicznych Allianz i Euler Hermes

Działalność firm w postcovidowej rzeczywistości. Trendy biznesowe i organizacyjne

0
  • Na znaczeniu zyskuje praca zdalna – badania globalnej firmy doradczej GARTNER wskazują, że nawet 30% pracowników nie wróci już do pracy biurowej.
  • Polskie przedsiębiorstwa przyspieszyły rozwój cyfrowej formy sprzedaży, ale patrząc na pozostałe kraje UE, istnieje luka do nadrobienia.
  • Koszty zwiększenia bezpieczeństwa w różnych wymiarach będą musiały być uwzględnione w rachunku ekonomicznym firmy, bez względu na branżę w jakiej działa. 

Pandemia COVID-19 pokazała, że niektóre przedsiębiorstwa działają bardzo elastycznie i są przygotowane na wszelkie kryzysy, dla innych zaś przyszedł czas podsumowań i wyciągania wniosków, co można było zrobić lepiej. Małgorzata Nesterowicz, Dyrektor Sektora Usług i Firm Rodzinnych w Santander Bank Polska, przedstawia główne trendy biznesowe, które można obecnie zaobserwować w działalności firm w Polsce. 

Na przestrzeni lat mieliśmy do czynienia z różnego rodzaju wydarzeniami, które skokowo zmieniły zależności biznesowe oraz codzienne życie społeczne. Takie zmiany przyniesie również wychodzenie z kryzysu po pandemii COVID-19. Podążanie za klientami – ich potrzebami i nowymi nawykami staje się jeszcze bardziej istotne dla zdobycia lub zachowania przewagi konkurencyjnej firmy. Zwiększanie odporności przedsiębiorstw staje się warunkiem ich rozwoju. Są to procesy, następujące w organizacji pracy firmy, zarządzania łańcuchami dostaw, produkcją i dystrybucją oraz relacjami z klientami.

Praca zdalna zyskuje na znaczeniu

Nagłe przeniesienie pracy do domów pokazało, że możliwe jest zachowanie efektywności zespołów przy trybie współpracy zdalnej. Praca poza biurem pozostanie w wielu firmach istotną formą realizacji zadań, również w okresie po pandemii.

Badania globalnej firmy doradczej Gartner wskazują, że nawet 30% pracowników będzie pracowało zdalnie już na stałe, zaś wielu zacznie, aktywniej niż dotychczas, dzielić swój czas pracy w biurze i poza nim. Przed pandemią z tej formy pracy korzystało 5% zatrudnionych. Trwają analizy dotyczące popytu – wielkości i charakterystyki niezbędnej przestrzeni biurowej. Wiele firm rezygnuje z części nowych biur, które miały być w najbliższym czasie zajmowane. Praca w domach wiąże się natomiast z dodatkowymi formalnościami związanymi z organizacją stanowiska pracy, warunkami technicznymi oraz prawnymi regulacjami. Nowe okoliczności wymagają także skutecznej komunikacji zdalnej oraz nowych wzorów przywództwa, aby zachować efektywność i motywację pracowników.

Wzrost udziału pracy zdalnej będzie zgodny z oczekiwaniami pracowników, którzy w badaniach kilku firm m.in. Nationale Netherlanden w większości wskazują, że chcieliby część pracy na stałe wykonywać w tej formie. Takie oczekiwania zgodne są także z planami polskich przedsiębiorców, którzy odpowiedzieli na ankietę Konfederacji Lewiatan.

Transformacja cyfrowa wchodzi na wysokie obroty

Czas pandemii pokazał jak ważne są kompetencje cyfrowe dla przetrwania i rozwoju firm. Umiejętność budowania relacji z klientem i sprzedaży internetowej w dzisiejszych czasach wydaje się być koniecznością. Dotyczy to zarówno obsługi klientów detalicznych, jak i biznesowych.

Wprawdzie polskie przedsiębiorstwa przyspieszyły rozwój cyfrowej formy sprzedaży, ale patrząc na pozostałe kraje UE, istnieje luka do nadrobienia. Na najbardziej ogólnym poziomie udział e-commerce w polskim biznesie jest zbliżony do średniej unijnej. Jednak głębsza analiza ujawnia, że jest to przede wszystkim efekt dużych przedsiębiorstw obecnych w najbardziej zinternacjonalizowanych działach polskiej gospodarki, takich jak motoryzacja, produkcja elektroniki czy mebli. Udział sprzedaży internetowej w handlu detalicznym (konsumenckim) jest już widocznie niższy i nie przekraczał w ubiegłym roku 10%. Ponadto, w UE widoczna jest szersza adaptacja sprzedaży e-commerce wśród średnich i mniejszych firm. W Polsce dopiero pandemia COVID-19 przyspieszyła procesy digitalizacji poza największymi firmami.

Udział sprzedaży internetowej wg udziału w liczbie przedsiębiorstw i przychodach*

Udział sprzedaży internetowej wg udziału w liczbie przedsiębiorstw i przychodach

Źródło: Eurostat, *Dane dotyczą wszystkich przedsiębiorstw (produkcja, handel, usługi) zatrudniających powyżej 9 pracowników

Rozwój zdalnych kanałów sprzedaży jako równorzędnej formy obsługi klienta jest konieczny ze względu na bardziej dynamiczny wzrost udziału sprzedaży internetowej wobec kanałów tradycyjnych. Wynika to z czynników demograficznych – większa grupa klientów należy do pokoleń aktywnie korzystających z rozwiązań cyfrowych. Firmie, która nie istnieje w Internecie ciężej jest zaistnieć w świadomości większości klientów – pandemia to wzmocniła.

Udział sprzedaży internetowej wg udziału w liczbie przedsiębiorstw i przychodach 2

Poza dynamicznym rozwojem e-commerce, pandemia przyspieszyła także inne dziedziny gospodarki cyfrowej. Obserwowany jest rozwój usług telemedycyny, edukacji online, e-sportu, fitness on-line. Wiele z usług wprowadzonych do Internetu w czasie pandemii pozostanie ofertą wykorzystywaną w nowej, postcovidowej rzeczywistości.

Bezpieczeństwo łańcuchów dostaw – czas weryfikacji

COVID-19 wywołał nagłe i niespodziewane zakłócenia produkcji i dostaw komponentów lub produktów z Chin, które również dla wielu polskich przedsiębiorstw stały się głównym hubem łańcucha dostaw. Gwałtowne zatrzymanie chińskiej gospodarki uzmysłowiło wielu firmom jak głęboko ich działalność jest zależna od ryzyka jednego rynku.

Sposobem na ograniczenie zależności od tak nagłych zdarzeń w Chinach i zapewnienie niezawodności dostaw, może być kierowanie zamówień do dostawców w różnych lokalizacjach. W konsekwencji oznacza to zamawianie mniejszych wolumenów. Dlatego też zapewnienie bezpieczeństwa dostaw często będzie się wiązało ze wzrostem kosztów. W całkowitym rozrachunku może to zapobiec sytuacji podobnej do tej obserwowanej na początku pandemii na rynku środków ochrony osobistej. Gwałtowny wzrost popytu z ograniczeniami po stronie podaży spowodował niespodziewany wzrost cen. Przykładami są ceny maseczek ochronnych oraz środków dezynfekujących, które na polskim rynku wzrosły na początku pandemii odpowiednio 33 i 5 razy. Takie sytuacje miały miejsce na całym świecie.

Udział sprzedaży internetowej wg udziału w liczbie przedsiębiorstw i przychodach 3

Nowa rzeczywistość – nowe korzyści i nowe koszty

Wychodzenie z kryzysu dla wielu firm to źródło szans na rozwój. Poza zmianami strategicznymi pojawią się możliwości osiągania oszczędności i większej efektywności, np. możliwość wzmacniania doświadczenia klienta za pomocą narzędzi zdalnych czy mniejsze koszty podróży służbowych i efektywniejsze wykorzystanie czasu na kontakt. Więcej czasu na relacje w formie tradycyjnej tam, gdzie są niezbędne – wg zasady „mniej, ale lepiej”. Działalność online nie będzie przeszkadzała w prowadzeniu biznesu tradycyjnego, a będzie dawała możliwość jego uzupełnienia i dotarcia do szerszego grona klientów.

Nowe realia to także konieczność ponoszenia wyższych kosztów na zapewnienie bezpieczeństwa sanitarnego pracowników i klientów oraz bezpieczeństwa cyfrowego, w związku z prowadzeniem wielu procesów usługowych przez internet. Bardziej wymagające standardy pozostaną na dłużej, a część z nich, jak pokazują doświadczenia z przeszłości, zostanie wdrożona na stałe. Koszty zwiększenia bezpieczeństwa w różnych wymiarach będą musiały być uwzględnione w rachunku ekonomicznym firmy, bez względu na branżę w jakiej działa.

Liderzy IT w efekcie pandemii obniżą inwestycje, ale priorytetami pozostają poprawa cyfrowej obsługi klienta i nowe modele biznesowe

0

Pomimo dużych obaw związanych ze stabilnością makroekonomiczną tylko 41% dyrektorów IT w polskich firmach i regionie EMEA planuje redukcję kosztów, przy czym większość z nich stara się zmniejszyć nakłady na obsługę IT o nie więcej niż 20%. Chcą oszczędzać, ale nie wszędzie. Priorytetami stają się wydatki na lepsze cyfrowe doświadczenia klientów i nowe cyfrowe modele biznesowe – wynika z raportu PwC „Wyzwania dyrektorów IT w czasach ‘nowej normalności’. Badanie CIO Pulse Survey”.

72% szefów IT zaznacza, że w trakcie pandemii koronawirusa byli w stanie zorganizować pracę zdalną w swoich przedsiębiorstwach w mniej niż 3 dni. Wyniki w różnych regionach były spójne, ale różniły się między branżami. Najwięcej czasu na tę zmianę potrzebowały firmy z sektora finansowego i publicznego.

-Wpływ COVID-19 na zarządzanie funkcją informatyczną w firmach jest bez precedensu. Konieczność cyfrowej transformacji staje się niepodważalna dla wszystkich przedsiębiorców. Z naszego badania wśród dyrektorów ds. informatyki (Chief Information Officer) wynika, że kryzys spowoduje cięcie wydatków, ale odłożenie na późniejszy termin lub odwołanie inwestycji dotyczy głównie inicjatyw skoncentrowanych na bieżącej działalności, podczas gdy te dotyczące poprawy doświadczenia klientów, automatyzacji procesów oraz cyberbezpieczeństwa przebiegają w dużej mierze zgodnie z planem. – Marek Młyniec, partner odpowiedzialny za segment usług technologicznych w PwC.

Wśród priorytetów na 2021 rok na pierwszym miejscu znalazły się więc inwestycje związane z Customer Experience (55%), cyberbezpieczeństwem (54%) oraz technologiami umożliwiającymi tworzenie nowych modeli biznesowych (52%).

Mimo zyskującej na znaczeniu funkcji IT w przedsiębiorstwach pandemia spowodowała jednak wzmożoną potrzebę zwiększenia efektywności operacyjnej. Dyrektorzy IT stoją przed dylematem, gdzie oszczędzać, a gdzie utrzymać inwestycje. Ich deklaracje w sondażu wyglądają następująco:

  • 41% CIOs planuje ograniczyć wydatki budżetowe na IT
  • W 1/3 organizacji redukcja kosztów nie przekroczy 10%
  • Plany ograniczenia lub odroczenia wydatków w przypadku transformacji cyfrowej wyraziło zaledwie 16% respondentów, a Customer Experience tylko 11%

    Praca z domu na dużo większą skalę niż przed wybuchem COVID-19 stwarza dodatkowe ryzyka związane z cyberbezpieczeństwem. O obawach związanych z nowymi cyberatakami mówi w badaniu 63% szefów IT. Wyzwaniem dla CIOs jest też wspieranie pracowników i biznesu w ich nowych modelach pracy i współpracy oraz ograniczony budżet IT przy rosnącej presji na poprawienie infrastruktury.

Badanie potwierdza jeszcze jeden ważny kierunek transformacji biznesu, co wyłania się także z naszych rozmów z polskimi przedsiębiorcami – usługi chmurowe znajdują się wśród priorytetów firm w Polsce. Wynika to ze stosunkowo niskiego stopnia adopcji technologii chmurowych w naszym kraju, które są doskonałą odpowiedzią na niepewność związaną z kryzysem. Zapewniają znaczny potencjał redukcji kosztów, elastyczność w przypadku nagłych zmian wolumenów transakcji oraz możliwość szybkiego wdrażania nowoczesnych rozwiązań IT. – Bartłomiej Kołodziejczyk, dyrektor w zespole doradztwa technologicznego w PwC

Niemal 300 tys. przypadków w ciągu jednego dnia – analiza danych o COVID

0

Tylko jednego dnia 22 lipca 2020 roku na świecie potwierdzono niemal 300 tys. nowych infekcji SARS-CoV-2. Liczby nie pozostawiają złudzeń, dynamika COVID znacząco przyspiesza. Łączna liczba pozytywnych testów przekroczyła 15 milionów, a każdy dodatkowy milion pojawia się coraz szybciej – obecnie co około 4-5 dni.
Bank Millennium – Mariusz Gromada analizuje dane o COVID  

mariusz-gromada-covid-nowe-przypadki-20200723

Obie Ameryki przegrywają walkę z koronawirusem

Od początku czerwca Stany Zjednoczone doświadczają systematycznego wzrostu nowych potwierdzanych zakażeń – obecnie przybywa ich w tempie około 200 dziennie na milion mieszkańców. Z podobną sytuacją boryka się Brazylia – tu przyrost wynosi około 175 dziennie na milion mieszkańców.

mariusz-gromada-covid-nowe-przypadki-na-milion-mapy-20200723

COVID przybiera na sile również w innych regionach świata

Kirgistan kilka dni temu zgłosił ponad 10 tys. nowych zdiagnozowanych zakażeń. W Omanie, Izraelu i RPA dzienne przyrosty to około 200 nowych potwierdzonych przypadków na milion mieszkańców.

mariusz-gromada-covid-nowe-przypadki-na-milion-top-80-20200723

W Polsce sytuacja stabilna

W Polsce dziennie notuje się około 9 nowych potwierdzonych zakażeń na milion mieszkańców. To bardzo dobry wynik na tle świata i Europy. Ostatnie dni budzą jednak pewien niepokój, gdyż w niemal we wszystkich województwach dochodzi do wzrostu liczby zachorowań. Najwięcej nowych potwierdzonych infekcji pochodzi z województw: śląskiego, mazowieckiego oraz małopolskiego.

mariusz-gromada-covid-mapa-pl-20200723

Źródło: Mariusz Gromada, matematyk, statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium, opracowanie własne z dnia 23.07.2020 na podstawie danych udostępnianych przez The Johns Hopkins University https://github.com/CSSEGISandData/COVID-19

 

Zdolność kredytowa – co ma na nią wpływ i jak ją poprawić

0

Przez zdolność kredytową rozumie się zdolność do obsługi zaciągniętego kredytu, czyli de facto stopnia pewności jego spłaty. Jest ona najważniejszym elementem procedury kredytowej. Od niej właśnie zależy, czy i w jakiej wysokości bank udzieli nam wsparcia finansowego i czy uda się zrealizować nasze plany dotyczące zakupu domu lub mieszkania.

Po pierwsze stałe dochody

Bank wylicza zdolność biorąc pod uwagę nasze źródło dochodów, zobowiązania, koszty życia, tak by ocenić, czy będziemy w stanie spłacić co miesiąc ratę kredytową. Do kosztów jakie są brane pod uwagę możemy zaliczyć m.in.:

  • czynsz za mieszkanie z niezbędnymi opłatami,
  • raty spłacanych kredytów, limity kart kredytowych,
  • wysokość ewentualnych alimentów,
  • ilość osób na utrzymaniu itp.

Różne podejścia banków

Warto pamiętać, że każdy bank ma jednak własny algorytm wyliczania zdolności kredytowej co powoduje, iż możemy otrzymać różny wynik naszych możliwości w poszczególnych bankach. Różnice mogą być bardzo duże i dochodzić nawet do 100 tys. zł przy tych samych parametrach dochodowych i zobowiązaniach. Wynikają one z faktu, iż każdy bank inaczej kalkuluje swoje ryzyko kredytowe, ma własne podejście do szacowania kosztów utrzymania rodziny.

Ocena zdolności kredytowej przez bank może być inna w różnym czasie, nawet jeśli w naszej sytuacji finansowej nic nie uległo zmianie. Wynika to z faktu, iż banki mogą zmieniać parametry ryzyka kredytowego w zależności od sytuacji makroekonomicznej czy wytycznych wewnętrznej polityki banku. Dobrym przykładem jest tutaj ostatni kryzys gospodarczy związany z COVID-19, gdzie osoba starająca się o kredyt w mBanku w lutym 2020r. miała zdolność na poziomie 500 tys. zł, a już w maju 2020 r. tylko na poziomie 350 tys. zł, przy czym nic się u niej nie zmieniło ani po stronie dochodowej, ani po stronie kosztów. Bank jednak znacznie zaostrzył kalkulację ryzyka kredytowego i, co się z tym wiąże, ocena zdolności znacznie zmalała.

W obecnej sytuacji – utrzymującej się niepewności związanej z pandemią i jej skutkami – na poziom zdolności kredytowej wpływa również wysokość posiadanego wkładu własnego przeznaczonego na zakup nieruchomości. Im wyższy wkład własny tym zdolność kredytowa będzie wyżej oceniana.

Budowanie zdolności kredytowej

O zdolność kredytową warto zadbać kilka miesięcy przed wnioskowaniem o kredyt. Bardzo często można ją poprawić, a tym samym zwiększyć szanse na wsparcie finansowe ze strony banku. Istnieje wiele możliwości na skuteczną poprawę zdolności kredytowej, np. poprzez „porządki” na naszym koncie bankowym, zamknięcie pewnych zobowiązań, wyczyszczenie strony kosztowej, ale również – w miarę możliwości – zmianę formy zatrudnienia z np. umowy o dzieło na umowę o pracę czy w określonej perspektywie zwiększenie zarobków.

Często zdarza się tak, że potencjalny kredytobiorca ma znacznie obniżony rating bankowy, który wpływa na zdolność kredytową z powodu braku jakiejkolwiek historii kredytowej. Może to dotyczyć osób, które dotychczas nie posiadały żadnych zobowiązań kredytowych, np. szczególnie młodszych, ale również obcokrajowców od niedawna przebywających w Polsce. W takim wypadku należy zbudować sobie historię kredytową poprzez skorzystanie z wielu dostępnych form kredytowania np. zakupów na raty.

Pamiętajmy również o tym, iż dostępne masowo kalkulatory online nie wyliczają naszej rzeczywistej zdolności kredytowej, a jedynie prezentują uproszczoną symulację. Dlatego też nie warto załamywać rąk, jeśli nie wychodzi nam suma, na którą liczyliśmy. Warto wtedy skonsultować się z doświadczonym ekspertem, który realnie oceni naszą zdolność i pomoże nam ją odbudować, jeżeli istnieje taka potrzeba, tak abyśmy mogli otrzymać kredyt w wysokości, której oczekujemy. To działa również w drugą stronę, czasem sprawdzając taki kalkulator online myślimy, że mamy dużą zdolność, a na etapie składania wniosku okazuje się ona znacznie niższa.

Podsumowując, możemy wyróżnić 5 zasad budowania dobrej historii kredytowej. Należą do nich:

  1. spłacanie kredytów w terminie. To bardzo istotny element budowania dobrej historii kredytowej;
  2. monitoring swojej historii kredytowej. Dzięki niemu będziemy mieć kontrolę i zauważymy każdą nieprawidłowość;
  3. odpowiednia historia kredytowa. Warto zaciągać kredyty na drobne rzeczy, w ten sposób tworzymy obraz rzetelnego kredytobiorcy;
  4. odpowiedzialne zaciąganie zobowiązań. Nie warto zaciągać wielu kredytów i spłacać jednego drugim. Można w ten sposób wpaść w pętlę zadłużenia;
  5. stały kontakt z bankiem i pomoc eksperta. W sytuacji problemów ze spłatą dotychczasowych zobowiązań, warto ustalić z bankiem nowe zasady regulowania należności. Jeszcze przed jego zaciągnięciem nowego kredytu warto skorzystać z porad eksperta.

 

Autor:Kinga Burcan, niezależny ekspert kredytowy

Po wystąpieniu Rzecznika MŚP – Związek Banków Polskich skierował do banków specjalne zapytanie o stan akcji kredytowej

0

W wyniku wystąpienia Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, w sprawie usprawnienia realizacji wniosków o odroczenie spłaty kredytów przez przedsiębiorców, a także niewstrzymywania akcji kredytowej w stosunku do przedsiębiorców posiadających zdolność kredytową, Związek Banków Polskich skierował do banków informację o zaniepokojeniu tą kwestią Rzecznika MŚP i specjalne zapytanie o stan akcji kredytowej. Na zapytanie odpowiedziało 21 banków.

Pismem z 17 kwietnia 2020 r., Rzecznik MŚP, w związku z licznymi głosami przedsiębiorców, skierował pismo do Prezesa ZBP z prośbą o skierowanie wytycznych do banków w zakresie usprawnienia realizacji wniosków o odroczenie spłaty kredytów przez przedsiębiorców, a także niewstrzymywanie akcji kredytowej w stosunku do przedsiębiorców posiadających zdolność kredytową, celem wsparcia sektora MŚP, w sposób szczególny dotkniętego konsekwencjami wprowadzonego stanu epidemii.

W stanowisku z 17 lipca 2020 r., Prezes Związku Banków Polskich wskazał, że w celu odpowiedzi na pytania i sugestie Rzecznika MŚP, skierował do banków informację o zaniepokojeniu przedmiotową problematyką Rzecznika MŚP i specjalne zapytanie o stan akcji kredytowej, na które odpowiedziało 21 banków (12 banków komercyjnych oraz 9 banków reprezentujących bankowość spółdzielczą).

Po przeanalizowaniu tej ankiety oraz wcześniejszych stanowisk banków, Prezes ZBP skonkludował m.in., że:

  • Banki potwierdzają kontynuację akcji kredytowej także w okresie pandemii COVID-19, chociaż podnoszą powstałe szczególne utrudnienia w tym okresie oraz znaczne pogorszenie standingu finansowego wielu już obsługiwanych klientów i podmiotów zainteresowanych finansowaniem kredytowym;
  • Pierwsze działania w zakresie usprawnienia realizacji wniosków o odroczenie spłat kredytów banki podjęły już w marcu 2020 roku, zaś 19 maja 2020 r. zakończyły się prace nad ,,Stanowiskiem banków w zakresie ujednolicenia zasad oferowania narzędzi pomocowych dla klientów sektora bankowego” (moratorium pozaustawowe), które obejmuje instrumenty pomocowe udzielane od 13 marca do 30 września 2020 r. Od 8 czerwca 2020 r. sektor bankowy oferuje wszystkie instrumenty pomocowe na zasadach określonych w tym stanowisku – z działań pomocowych mogą skorzystać wszyscy kredytobiorcy, którzy spełnioną wymagania wskazane w moratorium i złożą wniosek.
  • Banki potwierdzają kontynuację finansowania klientów posiadających zdolność kredytową, w tym z sektora infrastruktury. Żaden z banków nie poinformował ZBP o systemowym wyłączeniu takiej branży z polityki kredytowej, jednak w przyszłości możliwe jest ograniczenie akcji kredytowej w tym obszarze kredytowym z uwagi na rosnące od co najmniej 2018 roku ryzyko kredytowe i ubezpieczeniowe inwestycji infrastrukturalnych, a także brak publicznych instrumentów regwaranycjnych.

Ponadto Prezes ZBP poinformował, że w sytuacji powzięcia informacji o działaniach banku niezgodnych z prawem należy dokonać odpowiedniego zgłoszenia do uprawnionych organów, po wcześniejszej próbie wyjaśnienia sprawy bezpośrednio z danym bankiem.

Import towarów w rozumieniu ustawy o podatku od towarów i usług

0

W dobie powszechnego dostępu do internetu, kroczącej globalizacji oraz łatwości nawiązania stosunków gospodarczych i współpracy z podmiotami z różnych krajów na znaczeniu nabiera import towarów. Prawidłowe rozliczenie takich transakcji jest skomplikowane i wymaga dołożenia licznych starań, aby uniknąć negatywnych konsekwencji oraz umożliwić przeprowadzenie transakcji bez zbędnych problemów i opóźnień na granicy.

Definicja

Zgodnie z ustawą o podatku od towarów i usług import towarów to przywóz towarów z terytorium państwa trzeciego niebędącego członkiem Unii Europejskiej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Ustawodawca określił także definicję towarów, czyli wszystkich rzeczy ruchomych, wszelkich postaci energii, budynków i budowli oraz ich części.

Podatnikiem nie jest tylko importer. Może być nim także podmiot, na którym ciąży obowiązek uiszczenia cła lub podmiot uprawniony do korzystania z procedury uszlachetniania czynnego lub odprawy czasowej. Należy zaznaczyć, że obowiązek rozliczenia VAT od importu towarów nie dotyczy tylko podatników VAT czynnych, lecz także podatników VAT zwolnionych podmiotowo w określonych sytuacjach.

Podstawa opodatkowania

Zgodnie z treścią art. 30b ust. 1 ustawy o VAT w przypadku importu towarów obowiązuje zasada, że podstawą opodatkowania jest wartość celna powiększona o należne cło, a w niektórych przypadkach także o akcyzę. Wartość celna powinna być zgodna z dokumentem SAD.

Ustawa przewiduje szczególne zasady wyznaczania podstawy opodatkowania. W pierwszym przypadku tj. procedury uszlachetniania biernego podstawą opodatkowania jest różnica pomiędzy wartością celną towarów przetworzonych a wartością towarów wywiezionych czasowo, powiększona o należne cło. Drugi przykład szczególnego sposobu wyliczania podstawy opodatkowania dotyczy towarów objętych procedurą odprawy czasowej z częściowym zwolnieniem od należności celnych. W takim przypadku podstawą opodatkowania jest wartość celna powiększona o należne cło, które byłoby należne, gdyby towary były objęte procedurą dopuszczenia do obrotu.

Jeżeli koszty dodatkowe takie jak ubezpieczenie, transport, opakowanie czy koszty prowizji ponoszone do pierwszego miejsca przeznaczenia na terytorium kraju nie zostały wliczone do wartości celnej, powinny one powiększyć podstawę opodatkowania.

Obowiązek podatkowy

Moment powstania obowiązku podatkowego jest ściśle związany z powstaniem zobowiązania do zapłaty cła lub innych opłat. W przypadku objęcia towarów jedną z procedur: (i) uszlachetniania czynnego, (ii) odprawy czasowej z częściowym zwolnieniem od należności celnych, (iii) przetwarzania pod kontrolą celną obowiązek podatkowy powstaje z chwilą objęcia towarów jedną z tych procedur. Z kolei w przypadku braku poboru opłat wyrównawczych (gdy nie powstaje dług celny) oraz objęcia towarów jedną z procedur celnych: (i) składu celnego, (ii) odprawy czasowej, (iii) tranzytu, (iv) uszlachetniania czynnego w systemie zawieszeń obowiązek podatkowy powstaje z chwilą wymagalności tych opłat.

Miejsce opodatkowania

Zgodnie z art. 26a ust. 1 ustawy o VAT miejscem opodatkowania w przypadku importu towarów jest terytorium państwa członkowskiego, na którym towary znajdują się w momencie ich wprowadzenia na terytorium UE, chyba że towary zostały objęte jedną z procedur celnych na etapie ich wprowadzenia na terytorium UE. Procedury te to uszlachetnianie czynne, odprawa czasowa z całkowitym zwolnieniem od należności celnych, składowanie celne, tranzyt, wolny obszar celny. W takich przypadkach miejscem importu jest państwo, na terytorium którego towary znajdują się w momencie zakończenia ww. procedur. W takich sytuacjach polski podatnik powinien rozliczyć import towarów, a nie ich wewnątrzwspólnotowe nabycie, pomimo przemieszczenia towarów z innego państwa UE (por. interpretacja Dyrektora KIS z 18 lipca 2018 r., sygn. 0112-KDIL1-3.4012.358.2018.1.KB).

Rozliczenie metodą tradycyjną

Co do zasady podatnik powinien obliczyć i wykazać VAT wg stawki krajowej dla dostawy towarów w zgłoszeniu celnym. Wpłacić podatek do urzędu należy w ciągu 10 dni od daty powiadomienia przez organ o wysokości należności podatkowych. Przy takim rozliczeniu podatek VAT należny wykazywany jest jedynie w zgłoszeniu celnym, a podatek VAT naliczony w deklaracji VAT za dany okres. Zatem podatek VAT w tym przypadku jest neutralny, jednak wymagane jest wcześniejsze zaangażowanie środków finansowych na zapłatę VAT należnego, a odliczyć naliczony można dopiero później na etapie deklaracji.

Uproszczona procedura rozliczenia

Korzystniejsza z perspektywy płynności finansowej jest metoda uproszczona, zgodnie z którą podatek należny i naliczony rozlicza się w tej samej deklaracji VAT. Dotyczy to szczególnych przypadków sprecyzowanych w art. 33a ustawy o VAT. Wymagane jest także spełnienie dodatkowych warunków w zakresie zaświadczenia o braku zaległości podatkowych i ZUS oraz potwierdzenie rejestracji jako podatnik VAT czynny, o których należy powiadomić urząd na 6 miesięcy przed dokonaniem czynności. Ponadto należy zawiadomić urząd o wyborze tej metody rozliczenia. Do opodatkowania importu usług w tej metodzie dochodzi co do zasady w dacie powstania długu celnego, czyli w tym okresie powinien zostać wykazany import usług w deklaracji VAT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Bezrefleksyjny szum – sytuacja na rynku walutowym

0

Presja na realizację zysków przed weekendem znajduje pretekst w rzekomo słabych danych z amerykańskiego rynku pracy, konflikcie dyplomatycznym USA-Chiny i kłótniach o kolejną rundę pomocy fiskalnej w USA. Rynek akcji reaguje najsilniej, z mniejszym uderzeniem w ceny surowców przemysłowych i mieszaną reakcją FX. Sporo szumu sugerującego nerwowe reakcje drobnych inwestorów niż istotną zmianę nastrojów.

Od wczoraj najmocniej spadł Nasdaq i Shanghai Composite, gdzie udział inwestorów detalicznych jest relatywnie większy. Tesla po wynikach odpadła od szczytów o prawie 10 proc. – ruch sugerujący sprzedaż faktów, ale skupienie uwagi na najbardziej rozgrzanej spółce z ostatnich dni może wywołać lawinowe spieniężanie zysków przez krótkoterminowych graczy. Nie byłby to z resztą pierwszy przypadek w ostatnich tygodniach potwierdzający, że na rynku rządzi obecnie wyciskanie jak najwięcej z momentum niż głęboka analiza fundamentów. Bo czym różni się targ Demokratów i Republikanów nad Fazą 4. pakietu fiskalnego USA od przeciąganych negocjacji funduszu naprawczego UE? I jedno i drugie musi zostać uzgodnione dla ekonomicznego dobra (i ochrony politycznej reputacji). Ale sporo zależy, w jakie nagłówki zostanie ubrana informacja. Podkreślenie ryzyka przerwania dodatków dla bezrobotnych od sierpnia odbije się szerokim echem szczególnie w dniu, w którym dane pokazują pierwsza od marca wyższą tydzień do tygodnia liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych (1,42 mln vs 1,31 mln). Nawet jeśli powierzchowne czytanie danych może być mylące, gdyż ważniejsza statystyka dotycząc osób kontynuujących pobieranie zasiłku zmalała o ponad 1 mln. Podobnie czemu niby odwet Chin za zamknięcie chińskiego konsulatu w Houston (dziś Pekin zażądał zamknięcia konsulatu USA w Chengdu) ma być dziś powodem do niepokojów? Spór dyplomatyczny ma małe prawdopodobieństwo eskalować do świeżej wojny handlowej, bo Trump przed wyborami prezydenckimi więcej może na tym stracić niż zyskać (pisałem o tym wczoraj). Nie ma głębszego sensu, czemu nagle w ostatnich godzinach czynniki ryzyka dla rajdu aktywów mają znaczenie, kiedy dzień wcześniej były całkowicie ignorowane. Jedyne wyjaśnienie musi leżeć w efekcie kuli śnieżnej i samonapędzaniu się zmiany w pozycjonowaniu inwestorów. Humory inwestorów detalicznych mocniej uderzają w rynek akcji, ale trudniej im się przebić przez zdominowany przez inwestorów instytucjonalnych rynek walutowy. Dlatego m.in. EUR/USD i GBP/USD bronią szczytów, chociaż USD wykazuje się lepszą postawą wobec ryzykownych walut.

Dużo się zadziało w tym tygodniu w porównaniu z marazmem pierwszej części lipca. Nasycone pozycjonowanie, naruszenie poziomów technicznych i zaznaczenie nowych wielomiesięcznych rekordów zawsze podnosi nagłych zwrotów i lawinowego odwrotu w obawie przed wyparowaniem zysków, a pretekst do tego może być błahy (szczególnie jak nazbiera się ich kilka pomniejszych). Mimo to korekta, szczególne przed weekendem, nie mówi nic o generalnym trendzie i dominującym sentymencie. Wszystko może stać się impulsem do kolejnego wahnięcia w obu kierunkach. Indeksy PMI, napięcia polityczne, nowe statystki związane z pandemią. Cokolwiek zyska większą uwagę medialną, niezależnie od tego, jak fundamentalnie może być znaczenia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polkon pozyskał 2 mln zł z emisji akcji

Polkon, działający na dynamicznie rozwijającym się rynku producent modułowych kontenerów specjalnego przeznaczenia oraz mikro- i makro‑apartamentów z sukcesem zakończył emisję akcji. Spółka pozyskała od inwestorów 2 mln zł, w tym 0,8 mln w kampanii crowdinvestingu na platformie CrowdConnect.pl. Pozyskane środki spółka przeznaczy na usprawnienie systemu produkcyjnego, zakup dźwigu HDS i stworzenie działu projektowego oraz marketingowego. Polkon w tym roku chce zadebiutować na rynku NewConnect.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego z jak licznym zainteresowaniem inwestorów spotkała się nasza emisja akcji i kampania crowdinvestingu. Dzięki nim spełniliśmy zakładany cel i pozyskaliśmy łącznie 2 mln zł. Jest to dla nas bardzo ważne potwierdzenie tego, że inwestorzy wierzą w nasz biznes, a także w plany jego rozwoju. Otrzymane środki zamierzamy przeznaczyć na nowe inwestycje, które ulepszą proces produkcji oraz sprzedaży naszych kontenerów. Działamy w bardzo dynamicznie rozwijającej się branży, nieustająca modernizacja oraz wdrażanie nowych technologii produkcji to nieodłączne elementy naszego biznesu. – komentuje Grzegorz Koń, prezes Polkon.

Łącznie w dwóch transzach Polkon pozyskał od inwestorów 2 mln zł. Emisja spółki spotkała się z dużym zainteresowaniem zarówno w kampanii crowdinvestingu, w której pozyskała 0,8 mln zł, jak  i w pierwszej transzy, skierowanej dla dużych inwestorów, którzy zainwestowali w spółkę 1,2 mln zł.

– Sukces emisji akcji w ramach kampanii crowdinvestingu to dla nas ważny krok w drodze na rynek NewConnect. Po sukcesie emisji przystępujemy do jej rejestracji oraz procesu wprowadzenia akcji na warszawską giełdę. Chcemy by ten proces skończył się jak najszybciej, na pewno w tym roku. – dodaje Grzegorz Koń.

Autoryzowanym Doradca spółki jest firma INC. Celem Polkon jest debiut na NewConnect w 2020 r.

GK GPW rozszerza ofertę produktową na giełdowym rynku rolnym

0
  • Z dniem 24 lipca br. działająca w ramach GK GPW Towarowa Giełda Energii (TGE) wprowadza na Rynek Towarów Rolno-Spożywczych (RTRS) możliwość handlu wystandaryzowanym ziarnem żyta klasy B i C
  • Obrót żytem na RTRS będzie, podobnie jak pszenicą, prowadzony w formule rynku kasowego w systemach kursu jednolitego i aukcyjnym
  • Od uruchomienia RTRS na rynku funkcjonują 32 autoryzowane magazyny oraz dopuszczone są 3 domy maklerskie

Żyto kolejnym produktem, którym można handlować na Rynku Towarów Rolno-Spożywczych (RTRS). Ziarna żyta klasy B i C są w obrocie na RTRS od 24 lipca br. Obrót drugim po pszenicy produktem na rynku rolnym będzie prowadzony w formule rynku kasowego (tzw. rynek spot), co oznacza, że zawarte transakcje podlegają natychmiastowemu wykonaniu.

– Cieszy mnie, że giełdowy rynek rolny rozwija swoją działalność. Jego uruchomienie było historycznym momentem dla naszego rolnictwa i spełnieniem moich wieloletnich marzeń. Wielu moich poprzedników ministrów o tym mówiło, ale nie udało się im jakoś tego zrealizować. My od kilku miesięcy testujemy już kolejne narzędzia i sposoby prowadzenia tego przedsięwzięcia. Analiza rynku z pewnym wyprzedzeniem jest tu bardzo istotna. Wprowadzenie żyta, czyli następnego produktu do obrotu na RTRS wynika z analizy potrzeb jego uczestników i oznacza przejście do kolejnego etapu rozwoju giełdy rolnej. Moim celem jest umożliwienie rolnikom wyższych zarobków w bezpiecznych i transparentnych warunkach, które daje giełda. Uzyskiwane tu ceny są najbardziej obiektywne. To ceny rynkowe, będące efektem podaży i popytu. Pozytywne jest również to, że giełda zaczyna funkcjonować, jako punkt odniesienia w zakresie cen produktów – mówi Jan Krzysztof Ardanowski, Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Obrót żytem, podobnie jak pszenicą, będzie odbywał się w dwóch równolegle funkcjonujących systemach: w systemie kursu jednolitego oraz systemie aukcyjnym. Ten pierwszy polega na prowadzeniu przez Giełdę regularnych, cotygodniowych notowań wystandaryzowanych kontraktów na towar przechowywany przez uczestników rynku w autoryzowanych przez TGE magazynach. Wszystkie transakcje na danej sesji, w danym magazynie, zawierane będą po jednym kursie. Z kolei system aukcyjny polega na organizacji i prowadzeniu przez TGE doraźnych aukcji sprzedaży towaru bezpośrednio od jego właściciela dysponującego własnym magazynem autoryzowanym. Na etapie autoryzacji każdy magazyn wskazuje rodzaj towaru, jaki będzie przechowywał: pszenica i/lub żyto.

Projekt giełdowego rynku rolnego jest przykładem zastosowania dobrych praktyk współpracy międzysektorowej pomiędzy nauką, biznesem i otoczeniem administracyjnym dla rozwoju polskiej gospodarki, w tym przypadku sektora rolno-spożywczego. Jestem przekonany, że nasza inicjatywa znacząco wzmocni pozycję polskiego rolnika jako istotnego ogniwa polskiej gospodarki – zaznacza Artur Soboń, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych.

Podstawą działania Platformy Żywnościowej jest TGE, Izba Rozliczeniowa Giełd Towarowych (IRGiT) i Magazyny Autoryzowane. Giełda zapewnia transparentny obrót towarami rolnymi, izba rozliczeniowa – bezpieczeństwo rozliczeń finansowych, a Magazyny Autoryzowane – wysoką jakość przechowywanego towaru. Okres pilotażowy w ramach projektu „Platforma Żywnościowa” potrwa do końca sierpnia 2020 r. W tym czasie TGE i IRGiT nie pobierają żadnych opłat od uczestników rynku.

Giełdowy rynek rolny to jedna z naszych najważniejszych inicjatyw strategicznych, którą uruchomiliśmy i realizujemy pomimo trwającej pandemii koronawirusa. Niecałe pół roku od uruchomienia rynku wprowadzamy do obrotu drugi produkt, a już na jesieni wprowadzimy kolejny – kukurydzę. W późniejszym okresie zamierzamy rozszerzyć paletę o takie produkty, jak cukier, odtłuszczone mleko w proszku czy koncentrat soku jabłkowego. W planach mamy również uruchomienie rynku terminowego na towary rolno-spożywcze – podkreśla Marek Dietl, Prezes GPW.

Ile kosztuje uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne?

0

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne (UPR) to nowy sposób na ratowanie firmy. Dzięki niemu przedsiębiorstwa, które stoją na progu bankructwa, mogą w bezpieczny, szybki i tani sposób dogadać się z wierzycielami. Z całą pewnością jednym z pierwszych pytań, które zada sobie przedsiębiorca rozważający skorzystanie z UPR, będzie brzmiało: jakie są tego koszty?

Przede wszystkim procedura uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego wymaga zawarcia umowy z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym. Jako nadzorca układu pomoże on dojść do porozumienia z wierzycielami i będzie czuwał nad prawidłowym przebiegiem postępowania.tłumaczy Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors.  

Generalnie wynagrodzenie doradcy ustalane jest dowolnie, w drodze zawartej umowy. Ustawodawca przewidział jednak w art. 21 „Tarczy 4.0” pewne ograniczenia w wysokości tego wynagrodzenia. Dotyczą one dłużnika, który jest mikroprzedsiębiorcą (zatrudnia w co najmniej 1 z ostatnich 2 lat średnio poniżej 10 pracowników; obrót/aktywa w co najmniej 1 z ostatnich 2 lat poniżej 2 mln euro) lub małym przedsiębiorcą (zatrudniający w co najmniej 1 z ostatnich 2 lat średnio od 10 do 49 pracowników; obrót/aktywa w co najmniej 1 z ostatnich 2 lat poniżej 10 mln euro). W takim przypadku wynagrodzenie nadzorcy układu nie może przekraczać 15% sumy przeznaczonej dla wierzycieli. Dodatkowo, jeśli wierzyciele w wyniku układu otrzymają środki mieszczące się w przedziale 100 000,01 zł – 500 000 zł, to nadzorca będzie mógł uzyskać jeszcze maksymalnie 3% nadwyżki ponad 100 000 zł. Z kolei układ przewidujący spłacenie zobowiązań w kwocie przewyższającej 500 000 zł, pozwoli nadzorcy uzyskać „premię” w wysokości do 1% nadwyżki.

Omówione regulacje obrazuje poniższy przykład.

Kwota przeznaczona dla wierzycieli w układzie: 600 000 zł

Maksymalne wynagrodzenie nadzorcy układu: 28 000 zł:

100 000 zł x 15% = 15 000 zł

400 000 zł x 3% = 12 000 zł

100 000 zł x 1% = 1 000 zł

Trzeba podkreślić, że wskazane zostały tu maksymalne stawki, a ich ostateczna wysokość zależy od stopnia skomplikowania sytuacji dłużnika oraz porozumienia z doradcą restrukturyzacyjnym.

W przypadku odmowy zatwierdzenia układu lub umorzenia postępowania, umowa pomiędzy dłużnikiem a nadzorcą może przewidywać wynagrodzenie na poziomie maksymalnie dwóch przeciętnych wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw, bez wypłat nagród z zysku w trzecim kwartale roku poprzedniego. Tym samym w roku 2020 stawka ta może wynosić do 10 296,14 zł. – wyjaśnia Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors.

Do uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego stosuje się art. 49 Prawa restrukturyzacyjnego, zgodnie z którym do wynagrodzenia nadzorcy należy doliczyć podatek VAT, o ile oczywiście nadzorca jest jego płatnikiem. Należy również pamiętać, że otwarcie UPR wymaga dokonania stosownego obwieszczenia w Monitorze Sądowym i Gospodarczym, które wiąże się z kosztem w wysokości 500 zł. Kolejnym wydatkiem będzie 1000 zł opłaty sądowej z tytułu wniosku o zatwierdzenie układu przyjętego przez wierzycieli.

W odniesieniu do pozostałych kosztów postępowania, takich jak koszty korespondencji czy przejazdów nadzorcy układu, dobrą praktyką jest uwzględnianie ich w ramach umówionego wynagrodzenia. mówi Szymon Mojzesowicz z Lege Advisors.


Autor: firma doradcza Lege Advisors

Lekcja wyniesiona ze zdalnej nauki, czyli jak polska szkoła może zyskać na pandemii?

0

Epidemia koronawirusa wywróciła system edukacji do góry nogami, zapewniając polskim uczniom i nauczycielom przyśpieszony kurs cyfryzacji oraz wrzucając ich na głębokie wody wirtualnego nauczania. Jakie lekcje płyną z doświadczeń edukacji zdalnej? Czy dobre praktyki wypracowane w ostatnich miesiącach pandemii zrewolucjonizują tradycyjne nauczanie? O szansach, jakie wiążą się z doświadczeniami wyniesionymi ze zdalnej edukacji mówi Max Azarov, założyciel i prezes Novakid, internetowej szkoły języka angielskiego dla dzieci.

Zgodnie z wynikami badania przeprowadzonego przez twórcę dziennika elektronicznego VULCAN, przed wybuchem pandemii ankietowani uczniowie mieli do czynienia z tradycyjnym modelem edukacji. Niemal 80 proc. respondentów uczyła się tworząc tradycyjne notatki na papierze, a narzędzia, takie jak komputer i smartfon służyły im głównie do celów rozrywkowych. Nowe technologie nie były też powszechnie wykorzystywane w ramach nauczania przez samych nauczycieli – jedynie 18 proc. uczniów wskazało, że miało do czynienia w szkole z nowoczesnymi narzędziami, jak tablice interaktywne bądź też przy okazji zadania domowego wyszukiwali niezbędne materiały w sieci. Z drugiej strony młodzi uczniowie doskonale radzą sobie z dobrami nowych technologii – aż 90 proc. badanych uznało, że nauka zdalna nie stanowi dla nich problemu w kontekście technicznym, a 85 proc. jeszcze przed pandemią interesowało się nowymi technologiami i chętnie z nich korzystali. Nie dziwi więc fakt, że połowa uczniów dostrzega potencjał wirtualnej nauki i chciałaby ją połączyć z tradycyjną nauką w szkole[1]. Warto wykorzystać ten potencjał i przenieść dobre praktyki wypracowane w ramach wirtualnego nauczania prosto do szkolnych ławek. O czym konkretnie mowa?

I jak interesująca interakcja

Wyniki badania naukowego „Zdalne nauczanie a adaptacja do warunków społecznych w czasie epidemii koronawirusa” opracowane m.in. przez badaczy z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego oraz Fundacji Dbam o Mój Zasięg[2] wskazują, że w czasie epidemii nauczyciele korzystali głównie z metod podających (wyświetlanie filmu czy prezentacji, przesyłanie gotowych treści). Tymczasem, w codziennym procesie nauczania niezwykle ważna jest interakcja oraz metody aktywizujące, które przekładają się na większe zaangażowanie ucznia. Mowa tu o pracach projektowych, eksperymentach czy odwróconych lekcjach, a nawet prostych grach i quizach, które pozwalają dzieciom się wykazać i autentycznie „poczuć” daną tematykę, nie mówiąc już o rozwijaniu tak niezbędnych na rynku pracy kompetencji miękkich. Z naszego doświadczenia wynika, że zwłaszcza młodzi uczniowie mają problem z koncentracją – utrzymanie zainteresowania naszego odbiorcy przez cały czas trwania lekcji online jest dużym wyzwaniem i wymaga właśnie ciągłego procesu interakcji i urozmaiconych metod przekazywania informacji. Zwłaszcza, że w rzeczywistości online na małych uczniów czeka dużo „rozpraszaczy”. Kiedy w czasie lekcji w naszej szkole zauważamy, że dziecko jest rozproszone, prosimy je o wykonanie jakiegoś zadania na tablicy interaktywnej czy wspólne zaśpiewanie piosenki. Do każdego typu ucznia trzeba znaleźć odpowiednie podejście, aby utrzymać jego uwagę i zachęcić do udziału w zajęciach. Ci nauczyciele, którym udało się utrzymać zainteresowanie dzieci podczas zdalnej lekcji poprzez budowanie interakcji i wypracowanie angażujących metod oraz ćwiczeń, z pewnością przeniosą dobre praktyki na grunt szkolny.

Lekcja dobrze zaplanowana

Z biegiem lat część nauczycieli polega na swoim doświadczeniu i znając już praktycznie na pamięć materiał i podręczniki nie planuje specjalnie każdej kolejnej lekcji. Tymczasem pandemia pokazała, że ciężko jest zrealizować lekcję zdalną bez wcześniejszego przygotowania, zwłaszcza przy dodatkowym wyzwaniu w postaci tak powszechnych problemów technicznych czy braku doświadczenia w obsłudze komputera i narzędzi do pracy online. Wirtualne lekcje wymagały od nauczycieli wcześniejszego poinformowania uczniów o temacie i celach lekcji, wiele klas dostawało też w ramach przygotowania do lekcji zadanie wprowadzające w dany temat, a nawet wspólnie z nauczycielem konsultowało planowany materiał. W stacjonarnej szkole jest to też oczywiście możliwe, niemniej w praktyce uczniowie nie zwracali na to wcześniej większej uwagi. Po doświadczeniach nauki zdalnej, może to się zmienić na czym zyskają niewątpliwie obie strony.  Kolejna sprawa to materiały przygotowywane na daną lekcję – kilka tygodni nauki zdalnej zainspirowało wielu nauczycieli do szukania ciekawych, nowoczesnych narzędzi czy aplikacji do prezentowania danego tematu w atrakcyjnej oprawie. Po pierwszym, trudnym okresie adaptacji do nowych warunków, wiele osób sięgnęło po nowoczesne rozwiązania np. do tworzenia prezentacji. A jak wiadomo, młode pokolenie to pokolenie obrazkowe, dla którego warstwa wizualna jest w procesie nauki niezwykle ważna. Z pomocą pedagogom przyszły też takie portale, jak epodreczniki.pl czy oddolne inicjatywy, jak strona lekcjewsieci.pl, gdzie nauczyciele wymieniali się dobrymi praktykami, scenariuszami lekcji i przydatnymi materiałami oraz pomocami naukowymi. Miejmy nadzieję, że takich inicjatyw i platform do wymiany dobrych praktyk pojawi się jeszcze więcej i ułatwią one nauczycielom codzienną pracę w szkole stacjonarnej.

Gry w służbie nauki

Tak już było wspomniane wcześniej, młodzi uczniowie są otwarci i zaznajomieni z nowymi technologiami, warto więc zaangażować nowoczesne rozwiązania do codziennej edukacji. W czasie pandemii część nauczycieli urozmaicała swoje wirtualne lekcje technologiami gamingowymi, „serwując” dany temat w formie atrakcyjnego quizu czy improwizacji znanych gier, jak Milionerzy. Grywalizacja była też wykorzystywana jako element oceny ucznia i sprawdzenia jego wiedzy z danego tematu. Na technologiach gamingowych opiera się też w dużej mierze edukacja na naszej platformie i patrząc na jej efekty, mamy podstawy do tego, by polecać ją w codziennej, szkolnej rzeczywistości, nawet w ramach metod wspierających tradycyjną naukę, np. jako oryginalne zadanie domowe. Warto rozszerzać w tym zakresie horyzonty i zainteresować się możliwościami, jakie dają współczesne rozwiązania. Dziś nauka może odbywać się nie tylko w formie gier i wirtualnej interakcji, idąc krok dalej, możemy np. wspólnie z dziećmi „wybrać się” na wirtualną wycieczkę po muzeum czy innej instytucji kultury. Nasze dzieci dorastają w świecie nowych technologii, są nimi otoczone niemal z każdej strony, dlatego zamiast z tym walczyć – korzystajmy z nich w sposób mądry i wartościowy dla uczniów.

E-samodzielność

Zgodnie z wcześniej przytoczonymi badaniami, przed wybuchem pandemii uczniowie korzystali w ramach zadań domowych z treści dostępnych w sieci raczej sporadycznie. Zdalna edukacja wymusiła na dzieciach „zaprzyjaźnienie się” z samodzielnym wyszukiwaniem materiałów i treści oraz korzystaniem z wirtualnych pomocy naukowych. W efekcie, z pomocą nauczycieli i przesyłanych przez nich treści, wielu uczniów zyskało podstawy do samodzielnej nauki oraz przygotowania się do danej lekcji, co jest cenną kompetencją, nawet w kontekście przyszłych doświadczeń zawodowych. Zyskała także nauka języków obcych – tradycyjne już odsłuchiwanie nagrań dołączonych do podręczników zostało zastąpione w wielu przypadkach edukacyjnymi filmami i atrakcyjnymi materiałami z sieci, nagrywanymi przez native speakerów np. w ramach projektu BBC Learning English. Z naszej perspektywy, to bardzo pozytywna zmiana – młodzi uczniowie i ich rodzice docenili dzięki pandemii wartość zdalnej konwersacji z anglojęzycznymi lektorami.

[1] https://www.vulcan.edu.pl/aktualnosci/polscy-uczniowie-tesknia-za-szkola-461

[2] https://ug.edu.pl/news/sites/ug.edu.pl.news/files/2020-06/Badanie%20zdalnenauczanie_prezentacja_1.pdf

Zmiany w przepisach o specjalnych strefach ekonomicznych planowane jesienią. Będą kolejne udogodnienia dla inwestorów

Ministerstwo Rozwoju pracuje nad paszportem strategicznego inwestora – nowym pakietem preferencji dla firm zainteresowanych inwestowaniem w Polskiej Strefie Inwestycji. – Ma on przyspieszyć proces uzyskania pozwolenia na inwestycje dzięki  ułatwieniom dotyczącym np. pozwoleń wodno-prawnych czy zatrudniania cudzoziemców – wyjaśnia wiceminister rozwoju Olga Semeniuk. Prace w resorcie mają zakończyć się przed końcem wakacji.

– Oprócz paszportu strategicznego inwestora nowelizacja ustawy ma przede wszystkim zmienić kryteria jakościowe dla przedsiębiorców i dostosować je do obecnych warunków. Mamy także zamiar skupić się na mniejszych i średnich miastach, aby likwidować bariery dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw w dostępie do specjalnych stref inwestycyjnych – deklaruje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Olga Semeniuk.

W Ministerstwie Rozwoju trwają intensywne prace nad projektem zmian, aby proces prawno-legislacyjny rozpoczął się zaraz po wakacjach.

Celem nowelizacji jest przede wszystkim wsparcie sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz zachęcenie poprzez zmianę kryteriów jakościowych do tego, aby jeszcze większa liczba przedsiębiorców krajowych i zagranicznych inwestowała w strefach – zapowiada wiceminister rozwoju.

Jak podkreśla, ostatnie miesiące były dla stref okresem weryfikacji ich funkcjonalności, który przeszły pomyślnie. Od początku roku w ramach PSI wydano 139 decyzji inwestycyjnych o wartości ok. 4 mld zł. Zgodnie z deklaracjami pozwolą one na stworzenie ponad 2,3 tys. nowych miejsc pracy.

Okazuje się, że strefy poradziły sobie bardzo dobrze. Inwestorzy, zazwyczaj zagraniczni, jedynie odłożyli w czasie poszczególne etapy prac inwestycyjnych, ale nie zerwali kontraktów. My również nie spoczywamy na laurach i podkręcamy tempo prac – podkreśla Olga Semeniuk.

Duże zmiany w funkcjonowaniu specjalnych stref ekonomicznych zaszły dwa lata temu. Na mocy ustawy z maja 2018 roku o wspieraniu nowych inwestycji powstała Polska Strefa Inwestycji, która spowodowała, że zwolnienia podatkowe dla inwestorów dostępne są na terenie całego kraju, a nie tylko w specjalnych strefach ekonomicznych. Dzięki temu firmy nie muszą już przenosić się ze swojego obszaru działalności na teren SSE. Tym samym powołanie PSI przyczyniło się do uruchomienia licznych inwestycji w Polsce Wschodniej (w tym roku 41 inwestycji na kwotę 700 mln zł) i średnich miastach, które tracą funkcje społeczno-gospodarcze.

SSE wciąż jednak istnieją, zarządzając poszczególnymi częściami PSI. Tegorocznym liderem jest Katowicka SSE, która wydała 24 decyzje dotyczące inwestycji. Na kolejnych miejscach plasują się: Łódzka SSE (16 decyzji), Euro-Park Mielec (15 decyzji) i Pomorska SSE (13 decyzji).

W czasie dwóch lat funkcjonowania PSI pozyskano 556 inwestorów, a zadeklarowane inwestycje opiewają na 25,2 mld zł i wiążą się z utworzeniem ponad 11,2 tys. miejsc pracy. Wraz z rozwojem Polskiej Strefy Inwestycji stopniowo rośnie też udział wśród inwestorów polskiego sektora MŚP, co było jednym z kluczowych celów zmian z 2018 roku.

Po dwóch latach działalności PSI mamy ponad 70 proc. firm z polskim kapitałem – mówi wiceminister rozwoju.

Pod względem liczby projektów udział polskiego kapitału wzrósł do 81 proc. w 2019 roku oraz do 87 proc. w lipcu 2020 roku. Równocześnie wzrósł także udział MŚP w tworzeniu nowych miejsc pracy. Polskie małe i średnie firmy odpowiadają za 79 proc. nowych miejsc pracy tworzonych w PSI.

Kapitał zagraniczny także chętnie tutaj napływa. Jednym z większych inwestorów są Amerykanie. Na terenie PSI aktywnych jest 100 inwestycji z USA o łącznej wartości 7,2 mld zł i z ponad 10 tys. miejsc pracy. Na celowniku firm z kapitałem amerykańskim są m.in. strefy katowicka i łódzka. One przodują pod względem nakładów inwestycyjnych, z kolei najwięcej miejsc pracy przedsiębiorcy z USA zadeklarowali się utworzyć w strefie katowickiej i wałbrzyskiej.

Dzięki utworzeniu Polskiej Strefy Inwestycji więcej firm, także te małe i średnie, może korzystać z ulg podatkowych dla inwestorów. W katalogu zachęt dla nich są: zwolnienia wydawane na 10, 12 lub 15 lat, premie dla tych przedsięwzięć, które wpływają na konkurencyjność i innowacyjność regionalnych gospodarek, a w konsekwencji na rozwój gospodarczy Polski, oraz specjalne ulgi, które mają za zadanie wspierać niedoinwestowane dotąd regiony kraju z wysokim bezrobociem.

Popularność audioformatów wzrosła w ostatnich miesiącach kilkukrotnie. Dominują kryminał i sensacja, ale zyskują komedia i religia

Ponad 200 mln przesłuchanych minut w polskiej aplikacji – to czerwcowy wynik serwisu Audioteka.com. Wbrew początkowym obawom w czasie pandemii nie tylko nie spadło zainteresowanie formatami audio, których często słuchamy w drodze do pracy czy w dłuższych podróżach, ale nawet znacząco wzrosło. Słuchacze sięgali po tradycyjne audiobooki, ale także podcasty i audioseriale. Chętniej niż przed pandemią wybierali komedie i pozycje poświęcone rozwojowi duchowemu.

Obawialiśmy się tego, jak zachowa się rynek audiobooków podczas pandemii koronawirusa, bo wiadomo, że ludzie korzystają z plików audio najczęściej podczas podróży, stojąc w korku. Jednak okazało się, że równie chętnie, a może nawet chętniej, sięgają po audiobooki podczas uprawiania sportu, sprzątania lub po prostu siedzenia w domu. W czasie pandemii nasza słuchalność wzrosła niemalże dwukrotnie – mówi agencji Newseria Biznes Paulina Drzastwa z serwisu Audioteka.com.

Wśród miłośników audiobooków najwięcej jest tych, którzy wybierają kryminały, thrillery i sensację. Jednak w czasie pandemii wzrosło zainteresowanie komedią, ale także książkami o rozwoju duchowym, a więc pozycjami na poprawę nastroju i pokrzepienie serca. O 94 proc. wzrosła popularność audiobooków z kategorii religia, a o ponad 50 proc. powieści, szczególnie fantastycznych i klasyki literatury. Słuchacze są jednak otwarci na nowe formaty audio. Dużym zainteresowaniem cieszą się np. audioseriale.

W czasie pandemii słuchalność audioseriali wzrosła kilkunastokrotnie. Okazało się, że jeżeli coś jest podane w małych porcjach, kilkunastominutowych, to jest słuchane bardzo chętnie. Bardzo popularne były też podcasty, np. pandemiczna seria Anny Gacek „Don’t give up!”, stworzony przez Pawła Holasa podcast „Jak nie zwariować w czasach zarazy”, który mówił o tym, jak radzić sobie psychicznie z obciążeniami, czy świetny podcast Filipa Springera „Nie wiem” – wymienia Paulina Drzastwa.

Wśród hitów ostatnich miesięcy były także audioseriale Wojciecha Chmielarza „Prosta sprawa” oraz Łukasza Orbitowskiego „Recepcja”. Kolejnym hitem okazał się komediowy audio-show „Brzmi jak Talk-Show”, program prowadzony przez aktorów teatru improwizowanego.

To jest bardzo ciekawe, że ponieważ nie ma jeszcze nomenklatury na formaty, które tworzymy, często wymyślamy i próbujemy tworzyć własne nazewnictwo. My ten program nazywamy audio-talk-show, a przy okazji jest komediowy, więc lekki – w sam raz na te trudne czasy – wyjaśnia ekspertka.

Audioteka nie ogranicza się jedynie do dystrybucji audiobooków, ale także tworzy własne formaty, wśród nich podcasty, audioreportaże, audioseriale i superprodukcje. Największą zrealizowaną do tej pory produkcją jest „Upadek gigantów” na podstawie prozy Kena Folletta, w której wzięło udział ponad 120 aktorów.

Produkcja nowych i interesujących materiałów audio to jeden z celów autorskiego programu Audioteki „Usłysz kulturę”, który został pomyślany jako wsparcie dla twórców w czasie pandemii. Jest on skierowany nie tylko do profesjonalistów, ale także do wszelkich twórców i pasjonatów, którzy mają pomysł na nagranie.

–  Bardzo często podczas rozmów z artystami spotykamy się z zaskoczeniem, że osoby spoza branży mogą sprawdzić się w produkcjach audio. Jesteśmy na rynku od 11 lat i posiadamy cały zestaw narzędzi pomocnych w stworzeniu audiobooka lub innej formy audio. Zatem nie trzeba mieć wszystkich kompetencji audio, żeby z nami współpracować. Wystarczy np. umiejętność reżyserii albo świetny pomysł na historię. My oferujemy pomoc w pozostałych kwestiach – zapewnia Paulina Drzastwa i przypomina, że Audioteka wciąż poszukuje twórców, bo słuchalność rośnie i zapotrzebowanie na nowe treści jest duże.

Audioteka oferuje wsparcie w kwestii praw autorskich, zorganizowania studia nagraniowego, znalezienia reżysera do projektu lub zorganizowania obsady. Program jest realizowany w czterech kategoriach – dla scenarzystów, realizatorów, dokumentalistów i outsiderów. Na nowe projekty Audioteka przeznaczy 4 mln zł.

Obecnie obserwujemy zastój w branży kreatywnej i artystycznej, plany filmowe trochę spowolniły, a spektakle są grane z dużo mniejszą regularnością lub wcale. Obecnie praca artystów w teatrach często się ogranicza do prób zamkniętych przed publicznością – wyjaśnia ekspertka. – Dlatego oferujemy przestrzeń do pracy i zapraszamy twórców do zmierzenia się ze swoimi pomysłami oraz do dzielenia się swoimi talentami. Jesteśmy otwarci na wszelkie, nawet bardzo zwariowane pomysły.

Tylko 7 proc. firm ma strategię dbania o zdrowie psychiczne i fizyczne pracowników. Na coraz trudniejszym rynku pracy może to okazać się kluczowe

Nawet 1,5 mln Polaków ma depresję, a 80 proc. z nich jest w wieku produkcyjnym. Sytuacja na rynku pracy z powodu pandemii koronawirusa jest coraz cięższa. Wyższy poziom stresu wpływa na wydajność pracowników. Pomóc mogłoby zaangażowanie pracodawców, ale tylko 7 proc. firm posiada strategię well-beingową. Tymczasem dobrostan – zarówno psychiczny, jak i fizyczny – może być podstawą dobrego zdrowia. Polacy coraz bardziej świadomie o to dbają – zarówno odpowiednią dietą i aktywnością fizyczną, jak i regularnymi badaniami oraz odpowiedzialnym samoleczeniem. Z okazji Międzynarodowego Dnia Samoleczenia eksperci podkreślają, że bezpieczne i racjonalne zażywanie leków bez recepty przy znanych nam objawach może także istotnie obniżyć koszty funkcjonowania systemu ochrony zdrowia.

Z raportu The Wellness Institute „Well-being w praktyce” wynika, że nawet 1,5 mln Polaków cierpi na depresję, z czego 80 proc. to osoby w wieku produkcyjnym. Aż 85 proc. aktywnych zawodowo Polaków odczuwa z kolei stres w pracy. Sytuację znacząco mogłoby poprawić wprowadzenie do firm strategii mających na celu zwiększenie zadowolenia pracowników. Jednak jak wskazuje British Polish Chamber of Commerce w swoim raporcie, tylko 7 proc. badanych firm posiada strategię well-beingową. Najczęściej stosowanymi narzędziami wspierającymi dobrostan pracowników są: organizacja eventów (28 proc.), wewnętrzne kampanie informacyjne (28 proc.) oraz warsztaty dla pracowników (27 proc.).

–  Obecnie rośnie liczba przypadków zaburzeń psychicznych i ich konsekwencji, których podłożem są problemy zawodowe. Firmy powinny inwestować w różne możliwości wspierania well-beingu, jak psycholog, trener zewnętrzny, mentor czy możliwość uzyskania indywidualnej informacji dla każdego zainteresowanego pracownika – mówi Marlena Stradomska, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego – oddział w Lublinie, wykładowca Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. – Kolejnym aspektem jest wypalenie zawodowe, w tym wyczerpanie emocjonalne, cynizm, depersonalizacja czy obniżenie własnej samooceny.

Wysoki poziom well-beingu, jak wynika z danych przytaczanych w raporcie The Wellness Institute, przekłada się na większą produktywność i kreatywność pracowników. Pracownicy szczęśliwi i zadowoleni z pracy są o 43 proc. bardziej produktywni oraz o 86 proc. bardziej kreatywni. O 36 proc. mniej korzystają także ze zwolnienia chorobowego. Dla 80 proc. pracowników oferta firm w zakresie dbałości o ich dobrostan jest czynnikiem decydującym o zatrudnieniu w danej firmie i zatrzymaniu ich w perspektywie 10 kolejnych lat.

Tymczasem według raportu „BPCC 2020 HR Review” aż 36 proc. polskich firm nie prowadzi działań mających na celu wspieranie zdrowia i dobrostanu pracowników. 48 proc. badanych firm wspiera well-being fizyczny (np. karty sportowe), a tylko 16 proc. well-being psychiczny.

– Zdrowie psychiczne stanowi nieodłączny element naszego dobrostanu. Często, jeżeli nic nas nie boli, to uważamy, że nic nam nie jest – skupiamy się na aspekcie fizycznym naszego zdrowia. A coraz więcej ludzi cierpi właśnie na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne, których konsekwencje mogą być śmiertelne. Z zaburzeniami natury psychicznej wiąże się również stygmatyzacja społeczna i niechęć do poszukiwania pomocy u psychologów i psychiatrów – mówi psycholog Marlena Stradomska.

Z okazji Międzynarodowego Dnia Samoleczenia przypadającego na 24 lipca Fundacja Obywatele Zdrowo Zaangażowani – razem z Polskim Towarzystwem Medycyny Stylu Życia – zorganizowała webinarium „Dobrostan podstawą naszego zdrowia”. Eksperci omówili na nim poszczególne aspekty samoopieki i jej związek z dobrostanem. Jak wskazują lekarze, dietetycy i specjaliści zdrowia publicznego, te dwa pojęcia są ze sobą ściśle związane. Współodpowiedzialność pacjentów za własne zdrowie obejmuje nie tylko aktywność fizyczną, prawidłowe odżywianie i regularne wykonywanie badań kontrolnych i profilaktycznych, lecz również samoleczenie, np. w przypadku przeziębienia.

– Mamy wiele możliwości dbania o własne zdrowie, z których powinniśmy korzystać, i nie oddawać wszystkiego w ręce przeciążonego systemu ochrony zdrowia. Warto podążać w tym zakresie za dobrym przykładem krajów zachodnich i skandynawskich – wskazuje dr hab. n. med. i n. o zdr. Anna Staniszewska, adiunkt w Katedrze i Zakładzie Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prezes Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani. – W przypadku łagodnych objawów i dolegliwości – typu ból głowy, ból zęba, gorączka – najczęściej stosujemy leki, które już znamy i których wcześniej używaliśmy.

W Polsce wydatki na zdrowie publiczne należą do najniższych wśród krajów rozwiniętych (OECD Health Data). Kolejny problem to zbyt mała liczebność personelu medycznego (według WHO na 1 tys. mieszkańców przypada 2,3 lekarza, średnia dla UE to 3,5) i starzejące się społeczeństwo, bo seniorzy w wieku 65+ stanowią już 15 proc. populacji i ten odsetek będzie rósł. Z podobnymi wyzwaniami borykają się też inne kraje, które rozwiązują je np. poprzez wprowadzanie opieki farmaceutycznej (np. w Holandii) czy popularyzację samoleczenia. Brytyjski National Health Service wprost rekomenduje stosowanie samoleczenia z zachowaniem zasad bezpieczeństwa. Polega ono na świadomym zaangażowaniu pacjenta w dbanie o własne zdrowie i podejmowaniu doraźnego leczenia w przypadku wystąpienia znanych sobie objawów.

– Samoleczenie może znacząco obniżyć liczbę wizyt pogotowia ratunkowego. Gdy w błahych sytuacjach nie wzywamy karetki, np. z bólem głowy czy menstruacyjnym, z którym jesteśmy sobie w stanie sami poradzić, to będzie ona faktycznie przeznaczona dla stanów zagrożenia zdrowia lub życia –  mówi dr. hab. Anna Staniszewska. – To pozwoli także na skrócenie kolejek do lekarzy, ponieważ wówczas bardziej potrzebujący pacjenci wykorzystują potencjał ochrony zdrowia.

Dane przytaczane przez Deloitte pokazują, że osoby, które w przypadku łatwych do zdiagnozowania chorób umiejętnie korzystają z leków bez recepty, obniżają koszty działania systemu opieki zdrowotnej o 3–5 proc. Co istotne, Polacy decydują się na to coraz częściej. Jak wskazuje raport Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani, 31 proc. w razie wystąpienia pierwszych symptomów znanej sobie choroby stosuje wypróbowane, domowe metody samoleczenia, a co czwarty (24 proc.) stosuje leki dostępne bez recepty (OTC).

– Samoleczenie daje bardzo wymierne efekty, pod warunkiem że będzie stosowane w prawidłowy i racjonalny sposób. Jeżeli w ciągu dwóch–trzech dni samodzielnego stosowania leków objawy nie mijają albo się nasilają, to jest wskazanie do interwencji lekarskiej – mówi prezes Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani.

Od kilku lat samoleczenie jest trendem, który wynika z coraz większej świadomości i dojrzałości pacjentów. Jednak lekarze podkreślają, że powinno opierać się na wiedzy pochodzącej z aktualnych i rzetelnych źródeł. Tymczasem jak wynika z danych Eurostatu, około 45 proc. Polaków szuka w internecie informacji na temat chorób lub swego stanu zdrowia.

– Rzetelne źródła informacji dotyczące zdrowia są niezwykle istotne. Ludzie coraz częściej przeszukują internet w celu znalezienia porady zdrowotnej, a liczba fake newsów codziennie rośnie. Dlatego konieczne jest edukowanie ludzi na temat tego, gdzie znajdą dane oparte na dowodach naukowych. Strony organizacji publicznych – takich jak Ministerstwo Zdrowia, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego oraz Główny Inspektorat Sanitarny – czy nawet ulotki leków to pewne źródła informacji – wymienia dr Ewa Urban, adiunkt w Zakładzie Promocji Zdrowia i Prewencji Chorób Przewlekłych, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny.

Z danych przytaczanych przez Deloitte wynika, że tylko 42 proc. Polaków nie ma problemów z odpowiednim przyjmowaniem leków lub dostosowaniem się do zaleceń lekarskich. Ponad połowa (53 proc.) nie konsultowała pierwszego zażycia leku bez recepty z lekarzem lub farmaceutą, a 26 proc. konsultuje to tylko czasami. Do niewłaściwego stosowania leków OTC przyznaje się około 1/5 Polaków. To oznacza, że konieczna jest edukacja w zakresie samoleczenia, aby pacjenci mieli wiedzę pozwalającą im leczyć się doraźnie w sposób odpowiedzialny i świadomy.

W webinarium „Dobrostan podstawą naszego zdrowia” zorganizowanym przez Fundację Obywatele Zdrowo Zaangażowani wraz z Polskim Towarzystwem Medycyny Stylu Życia wzięli udział specjaliści z różnych dziedzin: dr hab. Dominik Olejniczak, mgr Katarzyna Podleska, dr Wanda Baltaza, mgr Małgorzata Perl, mgr Marlena Stradomska, dr Ewa Urban, dr Daniel Śliż oraz dr hab. Anna Staniszewska.

Firmy transportowe walczą o zlecenia niskimi cenami. Pogłębia się nieuczciwa konkurencja na rynku

0

Firmy transportowe walczą o zlecenia niskimi cenami. Pogłębia się nieuczciwa konkurencja na rynku 1

– Spadek liczby zleceń przy tej samej podaży usług powoduje, że stawki frachtów uległy drastycznemu obniżeniu – przyznaje Maciej Wroński, prezes Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska. W związku z tym niektóre firmy wykorzystują nieuczciwe sposoby i oferują ceny poniżej kosztów, co nasila zjawisko nieuczciwej konkurencji. To może prowadzić do zakłóceń na rynku, w wyniku czego – w połączeniu z konsekwencjami koronawirusa – część firm upadnie. Dodatkowo uchwalony niedawno pakiet mobilności to zapowiedź kolejnych problemów dla branży – niewykluczone, że część firm transportowych przeniesie swój biznes poza Polskę.

Ograniczenia przewozowe spowodowane pandemią koronawirusa i zmniejszenie liczby zleceń wywołały obniżenie stawek frachtów. W długim okresie większy popyt wywołałby wzrost cen i przewoźnicy mogliby liczyć na poprawę sytuacji. Jednak przeszkodą są nieuczciwe praktyki, które przyczyniają się do utrzymania cen na niskim poziomie.  

Aby otrzymać zlecenie, część firm – mam nadzieję, że niewielka – stosuje różnego rodzaju nielegalne manipulacje z tachografem, które powodują jego wyłączenie, co umożliwia np. wykonywanie za pomocą jednego pojazdu przebiegu miesięcznego na poziomie 20 tys. km. Firma, która jeździ uczciwie, zgodnie z zapisami tachografu, może wykonać jedynie 10 tys. km. W efekcie nieuczciwy podmiot uzyskuje wzrost przebiegu przy podobnych kosztach stałych, na które składają się m.in.: rata leasingowa, amortyzacja, podatek od środków transportowych oraz ubezpieczenie – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Wroński. – Przewoźnik, który dokonuje tego typu czynów nieuczciwej konkurencji, może mieć koszty obniżone nawet o kilkanaście groszy za kilometr.

Jeżeli to zjawisko będzie się nasilać, to przewoźnicy będą realizowali zlecenia za zaniżone stawki, a cena rynkowa zamiast odbić w górę, utrzyma się na poziomie poniżej standardowych kosztów i nie zapewni opłacalności.

Może to nawet spowodować upadłość tych firm, które działają legalnie. Obawiam się, że obecna sytuacja rynkowa pogłębi nieuczciwą konkurencję. Zatem apeluję do administracji rządowej o skuteczną walkę z tym zjawiskiem – dodaje prezes Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska.

Już dziś sytuacja polskiej branży transportowej nie jest najlepsza. Wprawdzie część firm, np. z branży spożywczej, nie odczuła negatywnych skutków pandemii i lockdownu, ale niektórzy przewoźnicy, obsługujący np. przewozy pasażerskie lub branżę automotive, praktycznie na kilka miesięcy zamrozili działalność. Jak wskazuje raport Krajowego Rejestru Długów, od początku roku do lipca zadłużenie firm transportowych wzrosło o 181 mln zł i dziś wynosi prawie 1 mld zł. Najwięcej zalegają instytucjom finansowym (400 mln zł).

Kolejną bolączką polskich firm transportowych jest przyjęty niedawno przez Parlament Europejski pakiet mobilności, który na nowo reguluje m.in. zasady pracy i odpoczynku kierowców. Najdotkliwsze dla polskich przedsiębiorstw są przepisy dotyczące pracowników delegowanych, które przewidują zmiany w rozliczaniu płac minimalnych (wyrównywanie ich do poziomów obowiązujących w państwach Europy Zachodniej) oraz brak możliwości zaliczania wypłacanych w Polsce dodatków (diet, ryczałtów) do wynagrodzenia kierowcy.

Jeżeli w polskich przepisach prawa pracy nie zostaną określone rozsądne zasady wynagrodzenia kierowców delegowanych, należy się liczyć z tym, że te firmy, które mogą sobie na to pozwolić, przeniosą część swojej działalności operacyjnej do tych państw, w których mają klientów. Zatem firma, która do tej pory wykonywała przewozy pomiędzy Niemcami a Francją, a w Polsce będzie ponosiła znacznie wyższe koszty wynagrodzeń niż firma niemiecka czy francuska, utworzy spółkę córkę albo oddział na terenie Niemiec. Jeżeli firmy będą zmuszone przenosić część działalności za granicę, nie będą zasilały ani polskiego produktu krajowego brutto, ani polskiego budżetu, ani budżetów samorządowych – wymienia Maciej Wroński.

Długookresowe prognozy dla branży transportowej nie są dobre. Jak przewiduje ekspert, wiele firm będzie walczyć o przetrwanie, inne znikną z rynku. Jednak te podmioty, które pozostaną, najpewniej będą mogły liczyć na lepsze warunki cenowe.

Istnieją czynniki, które mogą przyczynić się do powrotu polskich przewoźników na zachodnie rynki, np. brak kierowców zawodowych na Zachodzie oraz mniejsza elastyczność pracowników i przedsiębiorców z Europy Zachodniej. Zakładam, że tak się stanie i polskie firmy odzyskają swoją pozycję w Europie, ale niestety już nie w tym samym składzie. Optymistyczne jest jedynie to, że w efekcie firmy transportowe będą pracować za znacznie wyższe stawki, które pozwolą nam zrekompensować koszty regulacyjne i bariery stwarzane przez prawo unijne – zakłada prezes TLP.

Chociaż skutkiem pandemii jest to, że pracodawcy z branży mają mniejsze problemy z dostępnością kierowców niż jeszcze kilka miesięcy temu, ten stan nie będzie trwał długo. Wraz z powrotem sytuacji do normy sprzed koronawirusa – co może potrwać nawet rok czy dwa lata – deficyt kierowców będzie się pogłębiał. Teraz jest dobry moment, by wdrożyć środki zapobiegawcze.

Musimy pamiętać o tym, żeby z jednej strony cały czas kształcić nowych kierowców i ułatwiać zatrudnianie pracowników z zagranicy, a z drugiej – żeby  spopularyzować zawód kierowcy i stworzyć im lepsze warunki pracy. Paradoksalnie, wbrew temu, co mówią politycy, za ten ostatni czynnik odpowiada państwo. Kierowca nie ma bowiem właściwych warunków sanitarnych na publicznie dostępnych parkingach, nie ma infrastruktury noclegowej, w której mógłby odebrać regularny tygodniowy wypoczynek, nie ma bezpieczeństwa. W tej chwili poziom zagrożenia, szczególnie na parkingach Europy Zachodniej, podniósł się do zupełnie niespotykanego w poprzednich latach – mówi Maciej Wroński.

Nowa technologia akumulatorów przyspieszy wdrożenie latających taksówek. Znajdzie też zastosowanie w pojazdach elektrycznych o dalekim zasięgu

Latające taksówki mogą pojawić się znacznie szybciej, niż się wcześniej wydawało. Nowa technologia akumulatorów opracowana przez naukowców z Lawrence Berkeley National Laboratory oraz Carnegie Mellon University w Pittsburghu może zrewolucjonizować rynek pojazdów elektrycznych. – Technologia kompozytowego elektrolitu stałego PIM wydaje się być możliwa do zastosowania nawet przy wyjątkowych wymaganiach pojazdów elektrycznych i elektrycznych pojazdów pionowego startu i lądowania – mówi Brett Helms, naukowiec z Berkeley Lab’s Molecular Foundry.

Dotychczas przy pracach nad bateriami nowej technologii największą przeszkodą dla naukowców stanowiły dendryty. Przypominające małe kolce mogą przebić ogniwa baterii, doprowadzić do eksplozji, a przy tym stają się coraz większe wraz z kolejnym ładowaniem. Naukowcy z Lawrence Berkeley National Laboratory we współpracy z Carnegie Mellon University w Pittsburghu twierdzą, że sposobem na pokonanie dendrytów jest nowa klasa miękkich, ale stałych elektrolitów wykonanych zarówno z polimerów, jak i ceramiki. Takie elektrolity tłumią dendryty, zanim te będą mogły spowodować awarię baterii.

– Nasza technologia tłumienia dendrytów ma ekscytujące implikacje dla branży akumulatorów – podkreśla Brett Helms, naukowiec z Berkeley Lab’s Molecular Foundry. – Dzięki niej producenci baterii mogą produkować bezpieczniejsze baterie litowo-metalowe o dużej gęstości energii i długim cyklu życia.

Naukowcy twierdzą, że dzięki zastosowaniu miękkich polimerów o wewnętrznej mikroporowatości (PIM), których pory są wypełnione nanocząsteczkami ceramicznymi, można zaprojektować miękkie, a przy tym stałe elektrolity. Ponieważ elektrolity pozostają materiałem elastycznym, to producenci akumulatorów będą mogli wytwarzać rolki folii litowej z elektrolitem w postaci laminatu między anodą a separatorem akumulatora. To zaś może być zamiennikiem dotychczas grafitowych anod.

– W 2017 roku, kiedy powszechnie panowało przekonanie, że potrzebny jest twardy elektrolit, zaproponowaliśmy, aby nowy mechanizm tłumienia dendrytu był możliwy w przypadku miękkiego stałego elektrolitu – tłumaczy Venkat Viswanathan, profesor nadzwyczajny inżynierii mechanicznej i wykładowca w Scott Institute for Energy Innovation na Carnegie Mellon University, który kierował teoretycznymi badaniami do pracy. – To niesamowite móc zmaterializować to podejście przy użyciu kompozytów PIM.

Odkrycie naukowców może mieć rewolucyjne znaczenie. Baterie litowo-metalowe wyprodukowane z nowym elektrolitem znajdą zastosowanie m.in. w  latających taksówkach czy samochodach elektrycznych o dalekim zasięgu. Co więcej, firma 24M Technologies zintegrowała już miękkie elektrolity z większymi akumulatorami, które mogą być używane w pojazdach elektrycznych lub elektrycznych samolotach do pionowego startu i lądowania (eVTOL).

– Technologia kompozytowego elektrolitu stałego PIM wydaje się być wszechstronna i możliwa do zastosowania przy dużej mocy. Nawet przy tak wyjątkowych wymaganiach dotyczących mocy dla pojazdów elektrycznych i eVTOL – przekonuje Brett Helms.

Apple do 2030 roku osiągnie neutralność klimatyczną. Największe firmy na świecie chcą pomagać innym w dekarbonizacji procesów produkcji

Stawianie na materiały niskoemisyjne i innowacje w recyklingu elektroniki ma pomóc Apple w osiągnięciu neutralności węglowej do 2030 roku. Już dziś z wszystkich nowych urządzeń od amerykańskiego giganta można odzyskać surowce do przetworzenia. W recyklingu modułów elektronicznych ma pomóc stworzony przez firmę robot Dave. Tymczasem inne globalne przedsiębiorstwa zawiązały współpracę, dzięki której wskażą mniejszym firmom drogę do neutralności klimatycznej.

– Firmy mają ogromną szansę pomóc w budowaniu bardziej zrównoważonej przyszłości, która zrodziła się z naszej wspólnej troski o naszą planetę. Działania w dziedzinie klimatu mogą stanowić podstawę nowej ery potencjału innowacyjnego, tworzenia miejsc pracy i trwałego wzrostu gospodarczego. Dzięki naszemu zaangażowaniu w neutralność węglową mamy nadzieję, że będziemy katalizatorem, który spowoduje znacznie większą zmianę – podkreśla Tim Cook, dyrektor generalny Apple.

Pełną neutralność pod względem emisji dwutlenku węgla w łańcuchu dostaw i produktach Apple planuje osiągnąć do 2030 roku. Informatyczny gigant zapowiada, że będzie zwiększać wykorzystanie w swoich produktach materiałów niskoemisyjnych i pochodzących z recyklingu, a także wprowadzać innowacje w zakresie recyklingu produktów i projektować je tak, aby były jak najbardziej energooszczędne.

– Innowacje, które napędzają naszą ekologiczną podróż, są dobre nie tylko dla planety – pomogły nam uczynić nasze produkty bardziej energooszczędnymi i wprowadzić nowe źródła czystej energii na całym świecie – wskazuje Tim Cook.

Wszystkie urządzenia od Apple, które zostały wprowadzone na rynek w zeszłym roku, są wykonane z materiałów, które można poddawać recyklingowi. Niezbędny do tego procesu staje się Dave – zaprezentowany niedawno przez informatycznego giganta robot stworzony do tego, by odzyskiwał surowce takie jak np. wolfram z modułów Taptic Engine demontowanych z iPhone’ów. Jednocześnie korporacja otworzyła specjalistyczne laboratorium odzyskiwania materiałów w Austin w Teksasie. Wraz z Carnegie Mellon University pracuje ono nad rozwiązaniami udoskonalającymi recykling elektroniki. Dzięki innowacjom w procesie projektowania i produkcji Apple zmniejszył swój ślad węglowy w 2019 roku o 4,3 mld ton.

W walkę ze zmianami klimatycznymi włącza się coraz więcej światowych firm. Na początku roku Amazon zapowiedział, że zainwestuje w ten proces 10 mld dol. Z kolei Microsoft, wraz z takimi przedsiębiorstwami jak Unilever, Starbucks czy Nike, nawiązał współpracę mającą na celu pomoc innym firmom w osiągnięciu do 2050 roku neutralności węglowej. Microsoft zapowiada, że do 2030 roku nie tylko będzie neutralny klimatycznie, ale wręcz osiągnie ujemną emisję CO2.

– Mamy pokoleniową szansę, aby pomóc w budowaniu bardziej ekologicznej i sprawiedliwszej gospodarki, w której rozwijamy zupełnie nowe gałęzie przemysłu, dążąc do tego, aby przyszłe pokolenie miało planetę, którą warto nazwać domem – twierdzi Lisa Jackson, wiceprezes Apple ds. środowiska, polityki i inicjatyw społecznych

Długofalowa strategia energetyczna Unii Europejskiej zakłada osiągnięcie do 2050 roku neutralności klimatycznej w zakresie emisji gazów cieplarnianych.

Warren Buffett dokupuje akcje Bank of America

Perspektywa zaakceptowania i wdrożenia nowego pakietu stymulacyjnego dla amerykańskiej gospodarki podnosi indeksy giełdowe w Stanach Zjednoczonych. Do tego pojawiają się dobre wyniki finansowe amerykańskich korporacji jak chociażby ostatnia publikacja Tesli.

Jak podaje Wall Street Journal Republikanie rozwiązali wczoraj nierozwiązane dotąd kwestie dotyczące piątego pakietu pomocy związanej z koronawirusem, który powinien otworzyć negocjacje z Demokratami w sprawie planu ratunkowego o wartości 1 biliona dolarów. Wracając do Tesli, amerykański producent samochodów dostarczył w drugim kwartale 2020 r. 90 891 samochodów, czyli tylko o 5 proc. mniej niż w analogicznym okresie w 2019 r. Analitycy spodziewali się obrotu na poziomie 5,37 mld dolarów wobec wyniku na poziomie 6,04 mld dolarów, podczas gdy zysk netto wyniósł 104 mln dolarów.

Sentymentu na Wall Street nie przyćmił również spór z Chinami. Waszyngton nakazał wczoraj Pekinowi zamknięcie swojego konsulatu w Houston w Teksasie, oskarżając Chiny o szpiegostwo. Według agencji Reuters, Francja wybrała swoją stronę w sporze między dwoma mocarstwami, decydując się na ograniczenie do pięciu, a nawet trzech lat okresu ważności zezwolenia na chiński sprzęt Huawei. Operatorzy nie będą instalować sprzętu przez tak krótkie okresy, co de facto utrzyma Huawei z dala od wyścigu technologicznego.

Z rynkowych ciekawostek wehikuł inwestycyjny Warrena Buffetta Berkshire Hathaway zakupił dodatkowe 33,9 mln akcji Bank of America wartych około 813 mln USD, według dokumentów opublikowanych wczoraj wieczorem. To powoduje, że udziały Buffeta w amerykańskim banku wzrosły do 982 mln akcji, czyli do nieco ponad 11 proc. całej spółki.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Rekordowe półrocze na rynku złota w Polsce i na świecie – raport Grupy Goldenmark

0

Spadek dostępności złota, wzrost kosztów na każdym etapie procesu jego dostarczenia na rynek, zmiana struktury popytu, a także wyraźne wzrosty giełdowej wartości kruszcu – to kluczowe wnioski z raportu Grupy Goldenmark „Rynek Złota. Raport 2020”, podsumowującego sytuację na rynku w pierwszej połowie tego roku.

Analitycy i eksperci Grupy Goldenmark, wiodącego dystrybutora metali szlachetnych i diamentów w Polsce, wzięli pod lupę minionych sześć miesięcy na rynku złota. Wydany przez nich raport ocenia wpływ światowej pandemii na cenę oraz dostępność kruszcu i przedstawia perspektywę na najbliższe miesiące.

Ceny złota biją rekordy

Pierwsze półrocze 2020 roku minęło pod znakiem rosnącej wartości kruszcu. Cena złota osiągnęła swoje historyczne maksima w wielu walutach, m.in.: EUR – 1 610, PLN – 7 364, GBP – 1 439, CHF – 1 695. W czerwcu najwyższą cenę kruszec prezentował również w SDR – międzynarodowej jednostce rozrachunkowej, która składa się z kilku najważniejszych walut (obecnie: USD 41,7%, EUR 30,9%, CNY 10,9%, JPY 8,3% GBP 8,1%).

Przyczyną tak wysokich notowań złota jest kryzys gospodarczy spowodowany pandemią COVID-19. Ceny tego kruszcu są ściśle powiązane z aktualną sytuacją ekonomiczną na świecie, a ta w I półroczu 2020 roku była burzliwa. COVID-19 spustoszył gospodarki wielu krajów rozwiniętych, a na gospodarkach rozwijających się odcisnął piętno, którego skali jeszcze nawet nie znamy – zauważa Wojciech Kaźmierczak, prezes Grupy Goldenmark.

Mniejszy popyt na biżuterię, większy na monety i sztabki

Pandemia koronawirusa odcisnęła piętno na wielu branżach, nie omijając również metali szlachetnych. Złoto stało się produktem równie deficytowym, jak maseczki czy płyn odkażający.

Zamknięcie granic, przerwanie łańcucha dostaw i zamknięcie przestrzeni powietrznej nad Indiami spowodowały ogromne problemy logistyczne na całym świecie – tłumaczy Michał Tekliński, dyrektor ds. rynków międzynarodowych w Grupie Goldenmark. Globalny lockdown przełożył się na spadek dostępności złota, ale także na wzrost kosztów niemalże na każdym etapie procesu jego dostarczenia na rynek.

Całkowicie zmieniła się również struktura popytu na złoto. O 39 proc. w stosunku do ubiegłego roku spadł popyt na złotą biżuterię, z czego prawie połowa to produkty, których nie kupili Chińczycy i Hindusi z powodu zmagań z pandemią i recesją. Te dwa kraje azjatyckie odpowiadają za prawie 50 proc. światowego popytu na złotą biżuterię oraz około 25 proc. światowego popytu na złoto. Nieznacznie spadł także popyt ze strony przemysłu – spowodowany lockdownem – oraz banków centralnych, które złoto kupiły już wcześniej – wymienia Dariusz Świętek, dyrektor ds. sprzedaży w Grupie Goldenmark. – Na uwagę zasługuje także fakt, że w porównaniu do ubiegłego roku popyt inwestycyjny wzrósł aż o 80 proc.

Szczególne zainteresowanie inwestujący wykazali funduszami ETF opartymi o złoto. Wpływ na to miały trudności związane z logistyką i bezpośrednią dostępnością fizycznego kruszcu.

Polska: zwrot ku e-commerce

Pandemiczna burza nie ominęła również Polski. Mimo problemów z dostępnością kruszcu, według szacunków zespołu analitycznego Goldenmark wielkość polskiego rynku złota w I półroczu 2020 roku wyniosła ok. 5 ton dostarczonego do klientów kruszcu. Jest to wynik lepszy nie tylko od analogicznego okresu dla roku ubiegłego, ale też od szacunków dla całego 2019 roku.

Z powodu pandemii i obostrzeń dotyczących poruszania się poza domem znacząco zwiększył się także udział sprzedaży online. W przypadku Grupy Goldenmark w I półroczu 2020 r. zainteresowanie zakupami złota w internecie wzrosło dwukrotnie w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym.  Największą popularnością cieszyły się niezmiennie sztabki i monety o gramaturze 1 uncji (31,1 gramów). Ich udział w strukturze sprzedaży był najbardziej widoczny. – W czasie kryzysu coraz częściej szukamy bezpiecznych aktywów inwestycyjnych, a takim z pewnością jest złoto – tłumaczy to zjawisko Marta Dębska, dyrektor zarządzająca w Grupie Goldenmark.

2020 – co dalej?

Zdaniem ekspertów recesja spowodowana pandemią koronawirusa, obawy przed drugą falą zakażeń, jak i czynniki niezwiązane z COVID-19, jak np. bańka spekulacyjna na Wall Street w dalszym ciągu będą odbijały piętno na rynku złota w Polsce. Prognozy banków i instytucji finansowych niemal jednogłośnie zapowiadają wzrost cen kruszcu. Według Wells Fargo pod koniec roku cena uncji złota będzie wynosić między 1 800 a 1 900 USD. Goldman Sachs oraz Citygroup prognozują wzrost do 2 000 USD w 2021 r. Bank of America daje więcej: aż 3 000 USD za uncję. – W tym roku znacznie bardziej niż w latach poprzednich wzrasta poziom ekspozycji na ryzyko. Niskie stopy procentowe sprawiają, że oszczędności trzymane w banku nie przynoszą już korzyści. Rekordowe wypłaty gotówki świadczą o tym, że ludzie poszukują lepszych alternatyw do ulokowania swojego kapitału. Część z tej gotówki zostanie przekierowana na złoto – podsumowuje Michał Tekliński.

Strategiczna zmiana na rynku finansowym w Wielkiej Brytanii. RBS ogłasza zmianę nazwy na NatWest Group 

0

RBS, jedna z kluczowych instytucji finansowych w Wielkiej Brytanii, z dużym centrum usług w Polsce, zmieniła nazwę na NatWest Group. Grupa silnie akcentuje swoją strategię opartą na odpowiedzialności społecznej i budowaniu stabilnych więzi z lokalną społecznością, oraz przede wszystkim na wspieraniu potencjału klientów i pracowników. 

W Polsce firma istnieje od 2005 roku, kiedy grupa postanowiła rozwijać swoje centrum kompetencyjne na tym rynku. NatWest Polska jest strategiczną częścią NatWest Group i dostarcza kluczowe informacje zarządcze oraz dba o bezpieczeństwo banku w wielu aspektach. Wieloletnie doświadczenie z zakresu przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy (AML – Anti-Money Laundering) pozwoliło stworzyć w Polsce centrum operacyjne będące podstawą strategii AML dla grupy NatWest. Równolegle silnie rozwinęły się działy finansowe, w tym między innymi kontroli i raportowania finansowego, który to przygotowuje raporty dla regulatorów, zarządu grupy czy na Giełdę Papierów Wartościowych. Pozostałe obszary wspierane z Polski to analityka danych, zarządzanie siecią dostaw czy cyberbezpieczeństwo.

W ciągu ostatnich 5 lat zatrudnienie w polskim oddziale zwiększyło się niemal trzykrotnie – dziś zespół NatWest Polska to prawie 1400 osób. Firma wciąż się rozwija i obecnie tworzy działy zarządzania ryzykiem rynkowym, operacyjnym czy płynności dla bankowości inwestycyjnej NatWest Group.

Polski oddział firmy jest mocno zaangażowany w działania lokalnych społeczności i pomoc w rozwijaniu ich potencjału. Kierujący firmą w Polsce Andrzej Pacek został ostatnio wyróżniony za wspieranie przedsiębiorczości kobiet, otrzymując od Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką nagrodę Male Champion of Change. Cała organizacja drugi raz z rzędu znalazła się w gronie firm docenionych w Diversity&Inclusion Rating pod inicjatywą Forum Odpowiedzialnego Biznesu przy współpracy Deloitte.

Warto zauważyć, że grupa skutecznie poradziła sobie w dobie epidemii COVID-19. Działania NatWest Group w obliczu pandemii koronawirusa zostały wskazane jako przykład dobrych praktyk w jednym z raportów Komisji Europejskiej. Firmie udało się przetrwać ten szczególny okres bez redukcji zatrudnienia, a dzięki wdrożeniu w 2017 roku programu HomeWorking niemal wszyscy pracownicy polskiego oddziału mogli przesiąść się na pracę zdalną w ciągu jednego dnia.

Dzięki zaangażowaniu naszych pracowników nie zauważyliśmy żadnego spadku produktywności. Polski oddział mógł wręcz stanowić wsparcie w zadaniach i procesach dla koleżanek i kolegów z oddziałów zagranicznych  – dodaje Maciej Jancewicz, odpowiedzialny w firmie za komunikację i marketing.

W trakcie epidemii pracownicy krajowego oddziału NatWest Group szyli maseczki dla lekarzy. Firma przekazała także zestawy przygotowanych do pracy zdalnej komputerów dla dzieci z domu dziecka, a także przekierowała dostawy świeżych owoców, z których ze względu na brak obecności w biurze nie mogli korzystać pracownicy, do szpitala MSWiA w Warszawie.

E-commerce w centrum uwagi – Colliers International podsumowuje pierwszą połowę roku na polskim rynku handlowym

Według danych Colliers International, w I połowie 2020 r. oddano do użytku około 135 tys. mkw. nowoczesnych centrów handlowych, dzięki czemu całkowite zasoby tej powierzchni w Polsce wzrosły obecnie do 12,2 mln mkw.

Na koniec II kwartału 2020 w budowie było ponad 350 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej, z czego ok. 60% trafi na rynek jeszcze w tym roku. Biorąc pod uwagę projekty oddane do użytku oraz te w budowie, roczna podaż powinna wynieść około 300-350 tys. mkw., osiągając nieznacznie wyższy poziom niż w 2019 r. 

Wrocław i Rzeszów najbardziej nasycone

Nowe obiekty handlowe budowane są przede wszystkim w miastach poniżej
100 tys. mieszkańców (ponad 60% powierzchni) i stanowią niewielkie nieruchomości
(5-10 tys. mkw.) o profilu „zakupy codzienne”. 22% nowych powierzchni powstaje zaś w największych aglomeracjach.

Największym obiektem otwartym w tym półroczu był Park Kujawia we Włocławku (23,7 tys. mkw.). Niezmiennie największymi, zarówno pod względem liczby obiektów, jak i ich powierzchni, pozostają rynki aglomeracji warszawskiej  i Górnego Śląska. Nasycenie powierzchnią centrów handlowych w Polsce na koniec czerwca 2020 r. wzrosło do
319 mkw./1000 mieszkańców. W grupie największych aglomeracji najwyższe nasycenie zanotowano we Wrocławiu (888 mkw./1000 mieszkańców), a wśród miast średniej wielkości w Rzeszowie (1173 mkw./1000 mieszkańców).

Czas dynamicznych zmian

W II kwartale w centrach handlowych doszło do wielu renegocjacji umów najemców z właścicielami. Rozporządzenia ograniczające działalność handlową z uwagi na pandemię COVID-19 wymusiły na sieciach handlowych konieczność skupienia się na podejmowaniu szybkich decyzji w obszarach związanych z zachowaniem ciągłości sprzedaży oraz minimalizacją kosztów.

– Okres pandemii wpływa na znaczące przyspieszenie dynamiki zmian w handlu, które idą w kierunku sprzedaży wielokanałowej. Czasowe zamknięcie centrów handlowych spowodowało, że wiele sieci zdecydowało się uruchomić dodatkowe kanały sprzedaży i dystrybucji, czy to na platformach marketplace, czy też rozszerzając zakres i formy elektronicznych zamówień oraz dostaw. Zdecydowanie strategia digitalizacji firm stała się fundamentalna dla rozwoju i zachowania stabilności biznesowej, a trend ten będzie coraz bardziej widoczny – mówi Dominika Jędrak, dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

Aktywność w sektorze e-commerce będzie rosła – dla wielu firm biznes on-line osiągnie w perspektywie kilku lat poziom ok. 20-25% całości sprzedaży. W okresie pandemii
COVID-19 sieci handlowe testują nowe rozwiązania. Wprowadzane są np. mobilne punkty odbioru, uruchamiana jest sprzedaż internetowa i współpraca z operatorami TAXI, rozwijane są usługi Click&Collect lub system „traffic meter” prognozujący bieżący ruch w wybranym sklepie.

– Opinie o końcu handlu w formule tradycyjnej są jednak znacznie przesadzone. Sklepy stacjonarne dalej będą odgrywać ważną rolę w budowaniu sprzedaży i rozwoju firm handlowych. Ewidentnie natomiast zmodyfikowana zostanie strategia odnośnie liczby, typu lokalizacji czy formatu sklepów – podsumowuje Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

4 pułapki dla pracodawcy przy likwidacji stanowiska pracy

0

Likwidacja stanowiska pracy bywa uznawana za najbezpieczniejsze uzasadnienie wypowiedzenia umowy o pracę. To przekonanie bierze się zapewne stąd, że w takim przypadku nie trzeba udowadniać niskiej jakości pracy zatrudnionego, nieodpowiedniego stosunku do obowiązków, czy braku wymaganych umiejętności. Bogate orzecznictwo w tej kwestii wskazuje jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Likwidacja stanowiska pracy nie stanowi gwarancji uniknięcia sporu co do zasadności wypowiedzenia. W jednym ze swoich najnowszych orzeczeń Sąd Najwyższy[1] dokonał interesującego podsumowania, z którego wynika, w którym miejscu pracodawca może natrafić na pułapki podając likwidację stanowiska jako przyczynę rozwiązania stosunku pracy.

Pułapka 1 – pozorność likwidacji stanowiska pracy

Pracodawca ma swobodę w podejmowaniu decyzji co do struktury organizacyjnej, rozdziału obowiązków, czy zapotrzebowania na pracę. Okoliczności, które skłoniły go do zmian w tym zakresie nie są badane przez sąd w razie sporu z pracownikiem. Sąd nie oceni zatem, czy takie zmiany były potrzebne, czy też nie. Sprawdzi natomiast, czy do zmian stanowiących podstawę zakończenia stosunku pracy rzeczywiście doszło.
Na pozorność likwidacji stanowiska pracy może wskazywać pojawienie się w firmie wakatu pod inną nazwą, ale ze zbliżonym zakresem obowiązków. O pozorności może także świadczyć prowadzenie rekrutacji w krótkim odstępie czasu na to samo lub inne stanowisko, o podobnym znaczeniu dla pracodawcy. O tożsamości stanowisk nie będzie decydować ich formalne wyodrębnienie w strukturze organizacyjnej, ale właśnie ustalenie zakresów obowiązków i przypisanych do nich funkcji.

Pułapka 2 – pozorność w zakresie przyczyny likwidacji stanowiska pracy

Decyzja o likwidacji stanowiska pracy ma zawsze swoje uzasadnienie w konkretnych okolicznościach. Może być spowodowana zmianami w strukturze organizacyjnej, powierzeniem określonych zadań zewnętrznym usługodawcom, brakiem zapotrzebowania na pewien rodzaj pracy, czy względami ekonomicznymi. Wskazanie przyczyny likwidacji stanowiska pracy mieści się, zdaniem Sądu Najwyższego, w pojęciu obowiązku wskazania konkretnej przyczyny wypowiedzenia. Jeśli zatem pracodawca na etapie informowania pracownika o przyczynach likwidacji wskazuje na przykład zmiany w strukturze organizacyjnej, to w toku postępowania sądowego będzie musiał udowodnić jego związek z likwidacją stanowiska pracy. Powoływanie się na inne okoliczności, o których pracownik nie był wcześniej informowany, na przykład na względy ekonomiczne, nie będą przez sąd brane pod uwagę. Wynika to z faktu, że w ramach postępowania sądowego mogą być dowodzone jedynie te okoliczności stanowiących powód zakończenia umowy o pracę, o których poinformowano wcześniej pracownika.

Pułapka 3 – likwidacja stanowiska pracy jest jedynie zamiarem pracodawcy

Orzecznictwo sądowe wskazuje, że proces zmian organizacyjnych bywa rozciągnięty w czasie, a w konsekwencji termin faktycznej likwidacji stanowiska nie zawsze pokrywa się z terminem wypowiedzeniem umowy o pracę. W takim jednak przypadku pracodawca broniący swojej decyzji w sądzie musi wykazać, że proces zmian trwa i jego efekt jest już przesądzony. Jako przykład można powołać podjęcie uchwał przez pracodawcę, poinformowanie pracowników o zmianach w strukturze, zamówienie modyfikacji systemów informatycznych do obsługi nowej organizacji pracy itp. Jeśli jednak rozwiązanie umowy o pracę opiera się jedynie na samym zamiarze likwidacji stanowiska pracy i nie towarzyszą mu konkretne decyzje, rozwiązanie stosunku pracy z powodu likwidacji stanowiska pracy będzie uznane za nieuzasadnione. W takim wypadku nie dochodzi bowiem do rzeczywistej likwidacji stanowiska pracy ani nic nie wskazuje na to, żeby skutek taki miał nastąpić w określonym terminie. W efekcie wskazanie tej przyczyny wypowiedzenia umowy o pracę jest pozorne.

Pułapka 4 – brak wskazania kryterium doboru pracownika

Jeżeli likwidacja dotyczy jednego z kilku takich samych stanowisk pracy, a więc zwolnieniu podlega jeden pracownik spośród wielu wykonujących taką samą pracę, samo wskazanie, że przyczyną wypowiedzenia jest likwidacja stanowiska pracy nie będzie wystarczające dla uznania, że jest ono uzasadnione. W takim przypadku pracodawca musi dodatkowo wskazać kryterium doboru co znaczy, że musi wyjaśnić pracownikowi, jakie okoliczności zadecydowały o tym, że to akurat on został zwolniony. Orzecznictwo sądowe przyjmuje, że kryterium doboru może stanowić staż pracy, posiadanie umiejętności przydatnych z punktu widzenia pracodawcy, a także sytuacja osobista poszczególnych pracowników. Brak wskazania kryterium doboru może skutkować wadliwością wypowiedzenia umowy o pracę.

Podsumowanie

Wskazanie likwidacji stanowiska pracy jako przyczyny wypowiedzenia umowy o pracę będzie uzasadnione tylko pod warunkiem, że pracodawca faktycznie podjął działania w tym kierunku, zarówno od strony formalnej, jak i faktycznej. W ten sposób można uniknąć sporu na tle zasadności wypowiedzenia.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci

[1] Wyrok z dnia 9 maja 2019 r., ws. I PK 40/18.

Chmura pomogła firmom przetrwać kryzys. Praca zdalna zwiększy popyt na cloud computing?

0

Negatywny wpływ pandemii na działanie polskich firm byłby większy, gdyby nie chmura obliczeniowa – wynika z badania operatora Atman. Ponad 33 proc. ankietowanych przez niego przedsiębiorstw uważa, że cloud computing pomógł im szybko przystosować się do funkcjonowania w warunkach lockdownu.

Wpływ koronawirusa ze społecznego i gospodarczego punktu widzenia jest niezwykle silny. Jednak z pewnością byłby on znacznie poważniejszy, gdyby nie inwestycje przedsiębiorstw w cloud computing. Praca zdalna, automatyzacja łańcuchów dostaw sieci handlowych, swobodny dostęp do danych czy po prostu działanie aplikacji zakupowych – to w dużej mierze zasługa chmury. Polskie firmy same oceniają, że korzystanie z clouda się opłaciło. Badanie Atmana, lidera krajowego rynku data center, wskazuje, że usługi chmurowe należą do tych rozwiązań technologicznych, które pomogły przedsiębiorcom prowadzić działalność mimo pandemii.

– Przebadaliśmy niemal sto polskich firm korzystających z technologii teleinformatycznych i porównaliśmy ich podejście do rozwiązań IT przed i w czasie pandemii. Okazało się, że w trakcie lockdownu wykorzystanie chmury wzrosło – w przypadku chmury publicznej nawet do 40 proc. Jednocześnie 33 proc. firm oceniło, że chmura obliczeniowa umożliwiła im szybsze przystosowanie się do działania po wprowadzeniu restrykcji epidemicznych – mówi Jarosław Łuczkiewicz, CMO Atman.

Globalny zwrot ku chmurze

Wyniki ankiety operatora Atman potwierdzają globalny trend. Z niedawno opublikowanych badań firmy LogicMonitor wynika, że 87 proc. globalnych decydentów IT jest zdania, że pandemia COVID-19 przyspieszy migrację firm do chmury. Przy tym 3 na 4 (74 proc.) respondentów uważa, że ​​w ciągu najbliższych pięciu lat niemal 100 proc. wszystkich firmowych zasobów znajdzie się w chmurze.

– Obecne badania pokazują zupełnie odmienne nastawienie firm w porównaniu z badaniami z 2017 r. Wtedy 13 proc. firm uważało, że szybkie przejście do chmury nigdy nie nastąpi, a ponad 62 proc. uważało, że migracja zajmie co najmniej 5 lat, jeśli nie więcej – mówi Jarosław Łuczkiewicz z Atmana. – Nagłe wprowadzenie ograniczeń związanych z pandemią pokazało wszystkim, że elastyczne i bezpieczne rozwiązania, które umożliwiają działanie niezależnie od zmiennych warunków rynkowych, np. pozwalają na żądanie zwiększać moc obliczeniową, są niezwykle istotne – dodaje Jarosław Łuczkiewicz.

Ożywione zainteresowanie usługami chmurowymi będzie miało w najbliższym czasie pozytywny wpływ na całą branżę data center w Polsce. Firmy analizują swój potencjał technologiczny, by przygotować się na nowe, potencjalne sytuacje kryzysowe. Jednak wdrażanie rozwiązań chmurowych bywa zadaniem kosztownym i problematycznym dla wewnętrznych zespołów IT. – Przedsiębiorstwa często potrzebują sprawdzonego i wszechstronnego partnera technologicznego, z dużym doświadczeniem w migracji do chmury lub jej integracji z dotychczas wykorzystywaną infrastrukturą serwerową. Pandemia sprawiła, że nasze zachowania konsumenckie zmieniły się diametralnie i firmy są zmuszone istotnie zmodyfikować swój model pracy lub sposób kontaktu z klientami końcowymi. Rozwój aplikacji mobilnych i home office, w tym narzędzi do pracy zespołowej, czy przeniesienie własnych aplikacji do miejsca niewymagającego fizycznej obecności – to tylko część wyzwań, które będą zwiększać zainteresowanie chmurą w Polsce – dodaje Jarosław Łuczkiewicz.

Szukając sprawdzonego partnera technologicznego, który zapewni bezpieczeństwo, szybkość i elastyczność działania chmury, warto zwrócić uwagę na usługę IntoCloud. Oferuje ona rozwiązania takie jak Firma w Chmurze, ERP w Chmurze ,a także Subiekt w Chmurze (InsERT). Decydując się na przeniesienie firmy do chmury IntoCloud mamy pewność ,że wszystkie nasze dane będące podstawą funkcjonowania naszego przedsiębiorstwa są zawsze bezpieczne i dostępne przez 7 dni w tygodniu, 24 h na dobę dla wszystkich uprawnionych użytkowników i pracownikow naszej firmy.

Praca zdalna napędza popyt na usługi IT

Ankietowani przez LogicMonitor decydenci uznali, że właśnie praca zdalna jest siłą napędową migracji do chmury. Na całym świecie organizacje szukają bowiem rozwiązań, które pozwolą pracownikom efektywnie współpracować, odbywając wideokonferencje czy pracując nad tymi samymi dokumentami i projektami jednocześnie. Zmiany dotyczą nie tylko zawodów, które wcześniej wykonywało się zdalnie, ale także takich, w których podstawą jest kontakt z klientem i które do tej pory były wykonywane przede wszystkim stacjonarnie. Przykładem mogą być przedstawiciele handlowi lub pracownicy contact center.

Z badania Atmana wynika, że firmy na tyle doceniły znaczenie technologii, że wbrew obawom o możliwą recesję i kryzys gospodarczy 1 na 4 organizacje przyspieszyła projekty cyfryzacyjne albo zamierza to zrobić w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Dla ponad połowy badanych udział IT w ograniczeniu negatywnego wpływu pandemii na biznes był znaczący. Przy tym blisko 2/3 ankietowanych stwierdziło, że w dobie pandemii ich firmy polegały w mniejszym bądź większym stopniu na outsourcingu IT.

Polacy nadal będą kupować online… niekoniecznie żywność

0

W początkowych miesiącach pandemii Polacy najchętniej kupowali w sieci odzież, obuwie i kosmetyki, robiąc to kosztem artykułów spożywczych. Jak przewidują eksperci firmy doradczej Deloitte, sytuacja ta może ulec jednak zmianie. W najbliższych tygodniach najważniejsze dla nas będą… zakupy artykułów spożywczych, na które jedna trzecia Polaków planuje zwiększyć wydatki. Dodatkowo rośnie popularność polskich sklepów online wśród zagranicznych klientów. Czy e-commerce jest zatem szansą na międzynarodową ekspansję dla polskich e-sprzedawców oraz firm z sektora MŚP?

Według danych firmy Elavon, aż 48 proc. ankietowanych internautów podczas narodowej kwarantanny zwiększyło w maju swoje wydatki online. Dla jednej trzeciej badanych niewiele się zmieniło, co może oznaczać, że ta grupa już była przyzwyczajona do kupowania w sieci[1].

Początkowa niepewność po wybuchu pandemii mogła być pretekstem do ograniczenia naszego budżetu na zakupy. Nie wiedzieliśmy, ile potrwa narodowa kwarantanna, jak będzie wyglądała sytuacja w naszych miejscach pracy i jaki będzie krajobraz na świecie w ciągu najbliższych miesięcy. Sceptycyzm się zupełnie nie potwierdził, ponieważ Polacy chętnie kupowali online – komentuje Edwin Osiecki, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu w DHL Express.

Strach powoduje, że stacjonarnie najchętniej kupujemy… żywność

Według raportu Gemius dla e-Commerce Polska, w marcu br. już 73 proc. internautów kupowało w sieci, a najpopularniejszymi kategoriami produktów, które zamawiali, były: odzież, akcesoria i dodatki (69 proc.), obuwie (58 proc.), kosmetyki i perfumy (57 proc.)[2].

Bardzo prawdopodobne jest, że zainteresowanie Polaków zakupami w sieci utrzyma się na wysokim poziomie. Z danych PayPal wynika, że podczas okresu samoizolacji aż 8 na 10 Polaków odkryło zalety zakupów online, m.in. brak kolejek (64 proc.) czy dostępność dostawy do domu (62 proc.)[3].

34 proc. respondentów badania zleconego przez CBRE potwierdza, że jeszcze chętniej będzie kupować online. Zbieżnie do wyników badania Deloitte, w trakcie pandemii Polacy najchętniej nabywali odzież (59 proc.), kosmetyki i perfumy (44 proc.) oraz artykuły przemysłowe (34 proc.). Artykuły spożywcze (23 proc.) zajęły natomiast dopiero 6 pozycję. Z czego to może wynikać?

Badania przeprowadzone przez Deloitte pokazują, że jedna czwarta Polaków nie czuje się wystarczająco bezpiecznie w sklepach stacjonarnych. To właśnie strach o zdrowie bliskich najbardziej determinuje decyzje zakupowe podejmowane przez konsumentów nad Wisłą[4]. W najbliższych tygodniach najważniejsze dla nas będą zakupy artykułów spożywczych, na które jedna trzecia Polaków planuje zwiększyć wydatki. O jedną piątą wzrosną kwoty transakcji dotyczące artykułów gospodarstwa domowego, a o jedną trzecią mniej wydamy na meble[5].

Zagraniczna ekspansja szansą dla polskich e-sprzedawców

Według danych z raportu Gemius, już prawie jedna trzecia użytkowników online robi zakupy, korzystając z zagranicznych serwisów e-commerce. W porównaniu z ubiegłym rokiem wartość ta wzrosła o 4 p.p. (30% vs 26%)[6]. Co więcej, jednocześnie rośnie liczba zagranicznych konsumentów, którzy kupują u polskich e-sprzedawców – w marcu 2020 roku było ich aż 72 procent[7].

Nowa rzeczywistość w jeszcze większym stopniu wykreowała popularność e-sklepów. To szansa na ich rozwój również nad Wisłą.

Odnaleźliśmy się w nowej rzeczywistości, nabieramy większej pewności i jeszcze częściej będziemy zaglądać do e-sklepów w innych krajach. Otworzenie się na grupę tych klientów może być ogromną szansą dla polskich przedsiębiorców sprzedających w sieci i skalujących swój biznes poza granicami naszego kraju – przewiduje Edwin Osiecki.

W pierwszej połowie 2020 roku[8] zamówienia z sieci stały się motorem napędowym przesyłek obsługiwanych przez naszą firmę nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie. W celu skutecznej realizacji transakcji, właściciele e-sklepów powinni mieć jednak na uwadze, że poza odpowiednim wypozycjonowaniem produktu w sieci oraz dotarciem do klienta, kluczowe powinny być także zapewnienie sprawności i jakości doręczenia – a te gwarantuje zaufany partner logistyczny – podsumowuje Edwin Osiecki.

W marcu br. firma Kount zaobserwowała wzrost zamówień na ekspresowe przesyłki w e-commerce nawet o 183 procent. To wskazuje, że w przypadku wielu zamówień tempo ich dostawy może być czynnikiem determinującym wybór danego e-sprzedawcy.

[1] Elavon, czerwiec 2020 r.

[2] E-commerce w Polsce 2020, Gemius dla e-Commerce Polska

[3] PayPal, czerwiec 2020 r.

[4] Deloitte, czerwiec 2020 r.

[5] Deloitte, czerwiec 2020 r.

[6] E-commerce w Polsce 2020, Gemius dla e-Commerce Polska

[7] E-commerce w Polsce 2020, Gemius dla e-Commerce Polska

[8] Supply Chain Dive, czerwiec 2020 r.

Bezrobocie pod kontrolą – komentarz walutowy

0

Poznaliśmy dzisiaj wysokość stopy bezrobocia. Wzrosła ona, ale mniej niż oczekiwano. Pomogło to złotemu po raz kolejny w tym tygodniu zyskać względem euro. Od poniedziałku europejska waluta potaniała już 7 groszy.

Impas w negocjacjach brexitowych

Jak donosi Guardian w negocjacjach brexitowych pojawiły się problemy. Informator mówiąc o statusie użył sformułowania, że nie ma postępów, ale też nie ma załamania negocjacji. Wciąż jest dużo istotnych obszarów, które wymagają doprecyzowania, a obie strony starają się jak najwięcej ugrać. W rezultacie zapowiadane wcześniej przez Borisa Johnsona terminy okażą się najprawdopodobniej fikcją, co wcale nie znaczy, że negocjacje nie skończą się przy odpowiedniej woli obu stron w tym roku. Funt na razie przyjmuje te negocjacje w miarę spokojnie.

Bezrobocie w Polsce rośnie

Dane GUS wskazują, że w czerwcu bezrobocie w Polsce wzrosło z 6% do 6,1%. Analitycy spodziewali się większego wzrostu o 0,1%. Warto zwrócić uwagę, że jest to moment w roku, kiedy ze względu na wzrost zapotrzebowania na pracowników sezonowych zwykle bezrobocie malało. Dane te, patrząc jednak na historyczne poziomy bezrobocia w naszym kraju, należy określić jako niskie. Tłumaczy to zresztą dobrą dyspozycję złotego, który zbliża się do poziomu 4,40 zł.

Rosną zapasy ropy

Dane z USA pokazały istotny, niemal 5 milionowy, wzrost liczby baryłek ropy naftowej. Nie są to poziomy jak z początku pandemii, ale pokazuje pewną nierównowagę na rynku. Ceny ropy niemal nie zareagowały na te dane. Wzrost zapasów powinien obniżać ceny. Skoro jest nadmiar towaru, cena powinna spadać. Co ciekawe, do końca dnia cena nawet wzrosła. Pomimo tego rubel, jako waluta silnie uzależniona od cen surowców energetycznych, wyraźnie stracił na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

13:00 – Turcja – decyzja w sprawie stóp procentowych,

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

 

 

Podsumowanie półrocza na rynkach. Okres bez precedensu

0

Ostatnie półrocze na rynkach, licząc również początek lipca, na zawsze zapisze się w pamięci inwestorów. Był to okres powstawania nowych fortun, jak również dotkliwych strat dla części inwestorów. Kluczem do sukcesu, jak zawsze zresztą, ale ostatnie półrocze bardzo to uwypukliło, była cierpliwość, odwaga i odpowiedni moment wejścia na rynek.

Pozorna sielanka na początku roku

2020 rok rozpoczął się dynamicznie. Rynki żyły przede wszystkim tematem Brexitu, kontynuacją napięć na linii USA – Chiny oraz zaostrzoną sytuacją w Iranie. Gdzieś w tle pojawiał się temat nowego wirusa, którego odkryto w jednej z chińskich prowincji, ale nie zaprzątał on głowy inwestorom. Pierwsze tygodnie roku to przede wszystkim okres dominacji amerykańskiego rynku akcji i nowych historycznych rekordów indeksów S&P 500 i przede wszystkim Nasdaq. Analitycy wspominali o potrzebie korekty i możliwości pojawienia się kolejnego czarnego łabędzia, ale w większości takie komentarze nie były brane na poważnie. Kursy spółek technologicznych miały rosnąć do nieba. Jednak druga połowa lutego i początek marca przyniosły, przynajmniej chwilowo, weryfikację tej tezy.

I okres pandemii

Druga połowa pierwszego kwartału 2020 zmieniła nasze postrzeganie świata i sytuację na rynkach. Stało się wówczas jasne, że problem nowego wirusa Covid-19, nie jest tylko lokalnym problemem Chin, ale sprawą globalną. Rządy wielu państw podjęły bezprecedensowe kroki, zmierzające do powstrzymania transmisji wirusa, de facto zamykając swoje gospodarki. Reakcja rynków również była bezprecedensowa. Spadki indeksów po 10, czy nawet 13% podczas jednej sesji stały się na chwilę nową normalnością. Skala spadków na niektórych rynkach nie znajdowała w historii swojego precedensu. W przypadku indeksu Nasdaq, spadki zredukowały ponad rok wcześniejszych wzrostów, zbliżając poziomy indeksów niebezpiecznie w granice dołka wyznaczonego pod koniec 2018 roku. Jeszcze drastyczniej wyglądała sytuacja na warszawskiej giełdzie, gdzie indeks WIG20 nie miał za sobą okresu dynamicznych wzrostów, a jednak spadł do najniższego poziomu od 2008 roku. Podobnie rzecz wyglądała na innych rynkach. Wielu zastanawiało się wówczas, gdzie znajduje się granica spadków i czy jest już obecnie widoczna. Ci bardziej odważni rozpoczęli poszukiwania okazji inwestycyjnych, których w istocie nie brakowało.

II okres pandemii

Sytuacja uległa stopniowej normalizacji, za sprawą błyskawicznej reakcji rządów poszczególnych państw. W odróżnieniu od kryzysu z lat 2008-09, reakcja rządów była natychmiastowa. Wprowadzono programy wsparcia gospodarki o niespotykanej nigdy wcześniej skali, co w połączeniu z bardzo silnym impulsem ze strony banków centralnych pozwoliło zatrzymać rynkową panikę. Na rynkach nastąpiło dynamiczne odbicie, porównywalne ze skalą wcześniejszych spadków. Włączając do równania wsparcie rządów, można było wnioskować, że skala zapaści gospodarczej nie była tak silna, jak wcześniej oczekiwano, stąd też odreagowanie części spadków wydało się naturalną reakcją. W odróżnieniu jednak od poprzednich kryzysów, gdzie odrobienie znaczącej części spadków zajmowało długie miesiące, jeśli nie lata, tym razem niektóre indeksy akcji potrzebowały na to kilku tygodni. Warto zauważyć, że działo się to w otoczeniu rosnących statystyk dotyczących pandemii, jak i wysokiej niepewności gospodarczej. Jednak stopy zwrotu na wybranych rynkach licząc od dołka pandemii nie pozostawały obojętne dla inwestorów.

Nadzieja na otwarcie

Po ogłoszonych, kolejnych wersjach tarcz covidowych i coraz większym wsparciu monetarnym, rynki oczekiwały na szybkie otwarcie gospodarek i powrót do normalności. Równocześnie do gospodarek trafiały pierwsze twarde dane dotyczące pogorszenia sytuacji gospodarczej w trakcie pandemii. Jako dobry przykład mogą służyć tu dane z amerykańskiego rynku pracy, gdzie tygodniowe wzrosty liczby bezrobotnych pobiły o kilka długości poprzednie historyczne odczyty sprzed 50 lat. Jednak kolejne kasandryczne odczyty nie odbierały inwestorom wiary w możliwość osiągnięcia zysku. Patrząc z perspektywy maja temat pandemii, który jeszcze 2 miesiące wcześniej zatrzymał świat, zaczął wyraźnie schodzić na dalszy plan.

Powrót inwestorów na rynek

Patrząc na skutki pandemii na krajowym rynku akcji, najczęściej wymienia się spadki indeksu WIG20, który pomimo odrobienia znaczącej części strat, w dalszym ciągu traci, licząc od początku roku przeszło 14%. Nieco lepiej wygląda to w przypadku mWIG40, gdzie strata od początku roku wynosi obecnie ok 5%. Najsłabszym sektorem są spółki bankowe, które najmocniej ucierpiały na obniżkach stóp przez RPP. Ponadto, perspektywa zawiązania wysokich rezerw na kredyty korporacyjne w kolejnych kwartałach jest również czynnikiem wstrzymującym inwestorów od zakupów. A pamiętajmy, że banki to przeszło 40% kapitalizacji WIG. Nieco inaczej sytuacja wygląda, jeśli spojrzymy na wynik indeksu sWIG80, który pomimo silnych spadków na początku pandemii, od początku roku zyskuje już ponad 20%, co jest wynikiem lepszym od amerykańskiego Nasdaq. Przyczyną tego zjawiska jest powrót na rynek inwestorów indywidualnych, którzy po latach stagnacji powrócili na warszawski rynek w poszukiwaniu stóp zwrotu. Jeszcze bardziej wyraźnie widać to w przypadku indeksu cenowego wszystkich spółek notowanych na GPW, gdzie stopa zwrotu YTD wynosi obecnie + 35%. Zdecydowanym liderem wzrostów pozostaje tu Mercator Medical, który od początku roku zyskał prawie 3500%. Podobne spektakularne wzrosty mogliśmy obserwować na małej giełdzie – New Connect.

Co dalej?

Głównym zagrożeniem dla kontynuacji wzrostów jest tak zwana druga fala pandemii. Mało prawdopodobne, by skutkowała ona ponownym zamknięciem gospodarki, ale część inwestorów ma to ryzyko z tyłu głowy, patrząc chociażby na nieubłagane statystyki dotyczące pandemii Covid-19. Ponadto, część gospodarczych skutków kryzysu jest dopiero przed nami, co rynki akcji wydają się zupełnie ignorować.

Podsumowanie

II połowa 2020 była chyba najciekawszym okresem dla inwestorów, od kiedy obserwuję notowania giełdowe. Była okresem silnych spadków kursów spółek na początku pandemii, z czego część podmiotów do tej pory nie była w stanie się podnieść. Była też okresem zbijania nowych rynkowych fortun, zwłaszcza, jeśli ktoś dokonał odpowiednich zakupów w połowie marca, po tragicznej sesji 13 marca i był w stanie wytrzymać kilkudziesięcio, a czasem kilkuset procentowe stopy zwrotu. Wygranym sektorem był na pewno sektor gier i spółki nowych technologii, obok tak zwanych spółek covidowych, czyli producentów leków i środków ochronnych. Biorąc pod uwagę możliwe wyniki spółek za drugi kwartał, jak i prawdopodobny jesienny powrót pandemii, dla części inwestorów rynek może powiedzieć sprawdzam.

Autor komentarza: Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Dlaczego warto zainwestować w oprogramowanie dla firm Dynamics 365 Business Central?

Dynamics 365 Business Central (dawniej Microsoft Dynamics NAV) to kompleksowy, nowoczesny i popularny system ERP implementowany przez firmy z sektora MŚP oraz korporacje. Oprogramowanie Dynamics 365 Business Central jest w stanie zoptymalizować i podnieść efektywność każdego obszaru działalności przedsiębiorstwa – od sprzedaży, przez obsługę klienta, aż po produkcję i logistykę. Sprawdź, dlaczego powinieneś zainwestować w tę platformę biznesową.

Dlaczego warto zainwestować w Dynamics 365 Business Central?

Oprogramowanie dla firm Dynamics 365 Business Central elastycznie i wyjątkowo precyzyjnie dopasowuje się do potrzeb organizacji, pozwalając jej dokładnie dostosować moduły oprogramowania do specyfiki branży, szczebla rozwoju przedsiębiorstwa oraz jego indywidualnych potrzeb czy pozostałego oprogramowania, z którego korzysta firma.

Dzięki temu Dynamics 365 Business Central jest obecnie jednym z najefektywniejszych i najwygodniejszych we wdrożeniu i integracji rozwiązań biznesowych umożliwiających uzyskanie przewagi konkurencyjnej i bardziej transparentnego oraz przewidywalnego zarządzania procesami i zasobami przedsiębiorstwa.

Na co możesz liczyć, inwestując w oprogramowanie dla firm Dynamics 365 Business Central?

System ERP Dynamics 365 Business Central zastąpiło powszechnie stosowane oprogramowanie Microsoft Dynamics NAV, które również dostarczało przedsiębiorstwom kompleksowe narzędzia dostosowane do potrzeb dynamicznie rozwijającego się środowiska biznesowego małych i średnich przedsiębiorstw.

Inwestując w oprogramowanie dla firm Dynamics 365 Business Central, możesz wybrać spośród dwóch podstawowych rodzajów licencji – Essentials oraz Premium. Czym różnią się między sobą te dwie licencje?

Dynamics 365 Business Central Essentials

Licencja Essentials dostarcza użytkownikom kompleksowe moduły i narzędzia pozwalające na wydajne, komfortowe i efektywne zarządzanie oraz obsługiwanie następującymi obszarami przedsiębiorstwa:

  • Zasobami ludzkimi
  • Projektami
  • CRM
  • Magazynami
  • Zakupami
  • Sprzedażą
  • Finansami.

Dynamics 365 Business Central Premium

Oprogramowanie dla firm Dynamics 365 Business Central w wersji Premium oferuje wszystkie funkcjonalności, które są dostępne w wersji Essentials, dodatkowo dostarczając użytkownikom 2 rozbudowane, komplementarne moduły:

  • Serwis
  • Produkcja.

Inwestując w oprogramowanie dla biznesu Dynamics 365 Business Central, otrzymasz nie tylko kompleksowy system do zarządzania całym przedsiębiorstwem, ale również zyskasz przewagę konkurencyjną oraz błyskawiczny zwrot z inwestycji.

Sprawdź także ile kosztuje system ERP Dynamics 365 Business Central >>

Czynsze w centrach handlowych powinny być proporcjonalne do spadku obrotów

Sklepy i przedsiębiorstwa zlokalizowane w centrach handlowych bardzo ucierpiały podczas gospodarczego lock-downu. Niezależnie w jakiej były branży, musiały wstrzymać swoją działalność. Tak więc nawet lokale, których nie obejmowały COVIDowe obostrzenia, nie wykazywały aktywności gospodarczej. Na potrzeby takich przedsiębiorców zostały przyjęte przepisy, które umożliwiają wygaszenie płatności czynszu za miesiące, gdy centra były zamknięte. Ekonomiści wskazują jednak, że tak sformułowane przepisy nie odpowiadają w pełni na potrzeby przedsiębiorców. Sugerują one bowiem, że po odmrożeniu gospodarki i otwarciu centrów handlowych stawki czynszów mogą powrócić do poprzedniej wysokości. Nie będzie to jednak odpowiadać rzeczywistym możliwościom oraz utargom sklepów i lokali.

– Prawnie rzecz biorąc strona umowy, jaką jest wynajmujący, nie może do końca wywiązać się ze zobowiązania – jakim jest udostępnienie przedsiębiorcy przestrzeni handlowo-usługowej z określonym potencjałem komercyjnym. W związku z tym druga strona powinna być jedynie zobowiązana do częściowej zapłaty czynszu – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – W interesie wszystkich byłoby więc, żeby czynsze zostały dostosowane do obrotów, które były i są niższe. Stopniowo wychodzimy z okresu pandemii – ale skutki ekonomiczne tego zdarzenia nadal są odczuwalne. Na przykład sektor pralni miał spadek dochodów o 80-90%. Nie spodziewamy się, by do końca roku przekroczył 60% stanu sprzed pandemii. Jeżeli wynajmujący nadal będą żądać bardzo wysokich czynszów, po stawkach przedepidemicznych – to może to skutkować zamknięciem wielu przedsiębiorstw albo upadkiem całych branż. A wtedy centra handlowe będą stały puste – ostrzega Lang.

Dlaczego public relations jest ważny dla Twojej firmy?

0

Okres związany z pandemią, zmusił wiele firm do szukania optymalizacji kosztów, coraz bardziej na znaczeniu zyskuje PR i unikatowe narzędzia, które za ułamek ceny reklamy pozwalają uzyskać planowany efekt i wyprzedzić konkurencję.  Pracując od kilku dekad w branży PR i marketingowej, coraz bardziej dostrzegam, że w wielu organizacjach mylnie interpretuje się obszary zastosowania dla działań tych dwóch strategicznych dziedzin.

Globalny rynek PR był wart w 2018 roku aż 63,8 miliarda dolarów amerykańskich  i prognozuje się, że do końca 2022 roku ta wartość przekroczy 93 miliardów dolarów. Jako specjaliści od PR często jesteśmy pytani, czym różni się public relations (PR) od marketingu, i jakie ma zastosowania w praktyce. Z taktycznego punktu widzenia łatwo to opisać, jednak często pojawia się trudność w określeniu, w jaki sposób każda rola przyczynia się do sukcesu w biznesie.

Nieznane oblicze PR

Specyfiką tego sektora jest dyskrecja, o ile wszyscy dowiadujemy się o dużych kampaniach marketingowych (za sprawą choćby nośnych reklam) to trudno już wskazać, będzie nawet największe kampanie PR. W przypadku działań public relations pozostają one zwykle nie zidentyfikowane, często klienci wręcz formalizują poufność zawieranymi umowami, a autorzy najlepszych realizacji pozostają niewidoczni.

PR to też dziedzina, która często jest źle rozumiana, ponieważ wiele kanałów pokrywa się obecnie ze zwykłymi kanałami marketingu cyfrowego. Ponadto ludzie często mylą PR z tradycyjną komunikacją kryzysową, relacjami medialnymi lub ograniczają do najczęściej nagłaśnianego PR-u politycznego lub „czarnego” PR-u. Inni mylnie uważają, że PR jest zbyt drogi. Mało firm w pełni wykorzystuje jego pełny potencjał. Najczęściej PR jest dodatkiem w nazwie działu marketingu, lub w wielu korporacjach jego zastosowanie ogranicza się do komunikacji z mediami przez stworzenie stanowiska rzecznika prasowego.

Jeśli przyjąć klasyczne definicje to public relations jest profesjonalnym utrzymaniem korzystnego wizerunku publicznego przez firmę, inną organizację lub znaną osobę, a marketing to działanie lub działalność polegająca na promowaniu i sprzedaży produktów lub usług, w tym badania rynku i reklamę. Podstawowa różnica? Marketing koncentruje się na promocji i sprzedaży konkretnego produktu, podczas gdy PR koncentruje się na utrzymaniu pozytywnej reputacji firmy jako całości.

Public relations obejmuje różnorodne programy mające na celu utrzymanie lub poprawę wizerunku firmy oraz oferowanych przez nią produktów i usług. Dla wielu naszych klientów pomyślne wdrożenie skutecznej strategii public relations było kluczowym elementem planu marketingowego, które stanowiło integralną część sukcesu firmy.

Strategia public relations może odgrywać kluczową rolę w promocji organizacji. Planowane podejście do wykorzystywania możliwości PR może być równie ważne, jak reklama i promocje dla sprzedaży. PR to nadal jedna z najskuteczniejszych i najtańszych metod komunikowania się z rynkiem.

Korzyści i zastosowanie PR-u  w marketingu

Głównym celem public relations jest utrzymanie pozytywnej reputacji marki i utrzymanie strategicznych relacji z opinią publiczną, potencjalnymi klientami, partnerami, inwestorami, pracownikami i innymi zainteresowanymi stronami, co prowadzi do pozytywnego wizerunku marki i sprawia, że wydaje się ona uczciwa, odnosząca sukces, ważna i odpowiedzialna. Public relations to również strategiczny proces komunikacji wykorzystywany przez firmy, osoby i organizacje do budowania wzajemnie korzystnych relacji z opinią publiczną. 

Najczęstsze zalety wymieniane przez naszych klientów, uzyskane przez działania PR:
  • przyciągnięcie rynku docelowego,
  • budowanie korzystnego wizerunku marki,
  • zwiększenie zainteresowania produktem, usługą lub marką,
  • wpływ na określone grupy docelowe i ich opinie,
  • obrona produktów lub usług, które ucierpiały w wyniku negatywnej prasy, czarnego PR lub postrzegania,
  • poprawa ogólnego wizerunku firmy np. korzyść dla HR to pozyskiwanie najlepszych pracowników,
  • zwiększenie świadomości, informacji o produktach i usługach oferowanych przez organizację.
  • zwiększenie wiarygodności marki,
  • zapewnienie wartości dodanej, pomagającej odróżnić organizacje jako lidera sektora,
  • krótkoterminowe i długoterminowe generowanie potencjalnych klientów.

Od wielu lat za sprawą zmian, chociażby dostępnych nowoczesnych technologii, obydwa sektory ewaluują,  zmienia się marketing, ale też PR. W ostatnich latach nowoczesne public relations zmierza już w kierunku analityki, planowania strategicznego i doradztwa. Przykładowo, dysponowanie najlepszymi narzędziami do obserwacji, monitoringu rynku i mediów, które wykrywają kontent, nawet przed ich zaindeksowaniem w wyszukiwarkach, czy znajomość zaplecza pracy redakcji – daje PR-owcom większe kompetencje w tym obszarze.

W ostatnich latach zaobserwowaliśmy w Core PR znaczną zmianę przechodzenia z tradycyjnego marketingu w kierunku zintegrowanego podejścia marketingowego. Jako ważny aspekt nowoczesnej komunikacji marketingowej, public relations umożliwia firmom skuteczne i autentyczne wzmocnienie przekazu reklamowego. PR to potężne narzędzie do zarządzania dla firm, które pozwala osiągnąć cele biznesowe oraz budować ich wizerunek i obecność na rynku. Jednak efekty synergii public relations i reklamy są często słabo wykorzystywane i zaniedbywane, ponieważ wiele firm nie bardzo wie, co to jest właściwie PR i co może zdziałać. Najlepszym przykładem wykorzystanie pełnej mocy w tym obszarze jest sektor bankowy. Jednocześnie zmiany w marketingu wywierają wpływ na dostosowywanie się nowych narzędzi i procesów PR-owych.

W działach marketingu naszych klientów zauważalny jest progres i zmiany w kilku kluczowych obszarach, jak:

  • wzrost znaczenia CRM czyli  „Customer Relationship Management” -strategii biznesowej polegającej na selekcjonowaniu i zarządzaniu klientami w celu optymalizacji długoterminowych korzyści,
  • transformacje cyfrowe (DX), które są już koniecznością, wraz z optymalizacją doświadczenia klienta (CX),
  • tworzenie treści wspomagane przez sztuczną inteligencję (AI), która stała się dobrodziejstwem dla twórców treści. Już teraz widzimy duże zastosowanie tego narzędzia w buzz marketingu.
  • coraz częstsza automatyzacja, która optymalizuje marketing wielokanałowy,
  • na znaczeniu zyskuje też ochrona danych osobowych i analizy danych w czasie rzeczywistym.

Różnice pomiędzy marketingiem i PR

Marketing ma na celu dotarcie do obecnych i potencjalnych klientów, podczas gdy public relations polega na utrzymywaniu pozytywnych relacji z każdą grupą zainteresowaną organizacją lub marką np. klientami, mediami, pracownikami i akcjonariuszami.

Celem zespołów marketingowych jest dotarcie do konsumentów i skłonienie ich do myślenia, wierzenia lub działania ukierunkowanego na sprzedaż. Zasadniczo chodzi o sprzedaż produktu lub usługi. Natomiast public relations polega na sprzedaży firmy lub marki poprzez pozytywne zarządzanie kanałami komunikacji między firmą a jej targetem. Ogólnie rzecz biorąc, działania marketingowe starają się osiągnąć bezpośredni przychód, podczas gdy PR stara się budować pozytywną reputację poprzez skuteczną strategię PR. Wiadomości dostarczane za pośrednictwem kanałów PR, takich jak artykuły, mówcy konferencyjni lub renomowani blogerzy, są podświadomie uważane przez konsumentów za bardziej uzasadnione niż te prezentowane za pomocą taktyk marketingowych. Należy tu pamiętać, że np. pokolenie Y i Z całkowicie odrzuca typowy przekaz reklamowy, jako niewiarygodny.

Z reguły ludzie wyraźnie rozumieją, że reklama i marketing wynikają z chęci firmy do zwiększenia sprzedaży. Jednak artykuły, które podpisane są znanym nazwiskiem dziennikarza lub prezentacje osoby postrzeganej za eksperta branżowego, są w oczach konsumentów bardziej „prawdopodobne”. Łatwiej jest mu je uznać za wiarygodne źródło. Z doświadczenia dodam, że konwersje sprzedażowe z zastosowaniem narzędzi PR są inne dla sektora B2B i B2C. Ten drugi dla uzyskania najlepszych efektów wymaga zwykle połączenia z  narzędziami z obszaru  np.  remarketingu.

W branży PR decydującą rolę liderów odgrywają głównie lokalne agencje, gdyż bazują one na kontaktach i znajomości rynku. Co prawda są też globalne „banki mediów”, którymi można w pewnym zakresie osiągać planowane efekty, szczególnie że np. nasze wyceny pracy są kilka razy tańsze od zachodnich odpowiedników. Na przykład w czasie blokady związanej z Covid przeprowadziliśmy z Polski, globalną kampanię dla światowego lidera sektora e-edukacji.

 

Autor: Adam Białas – dziennikarz / ekspert rynku / menadżer w Core PR.

Dziś swój „American Dream” rozpoczyna 5 niezwykłych startupów technologicznych wyłonionych w wiosennej edycji programu MIT Enterprise Forum CEE

0

MIT Enterprise Forum CEE, jeden z największych akceleratorów dla startupów w tej części Europy, właśnie ogłosił finalistów 3. edycji programu. W gronie zwycięzców znaleźli się m.in. twórcy rozwiązania usprawniającego zarządzanie rezerwacjami lotów i hoteli, systemu terapii bezsenności czy projektowania leków peptydowych. Co ich wyróżnia? Innowacyjne pomysły, niekonwencjonalne rozwiązania, nowoczesne technologie oraz ogromna determinacja.

Akceleracja MIT Enterprise Forum CEE jest realizowana pod patronatem prestiżowego ośrodka naukowego i amerykańskiej kuźni unicorn-ów – Massachussets Institute of Technology (MIT). Do wiosennej edycji programu, w tym roku zgłosiło się aż 221 startupów z 20 krajów Europy i Bliskiego Wschodu. Najbardziej perspektywiczne 25 startupów, których aplikacje zostały rozpatrzone pozytywnie, pochodziło z 4 krajów: Polski, Wielkiej Brytanii, Bułgarii i Węgier.

W trakcie DemoDay programu, który w formule zdalnej odbył się 9 lipca w Warszawie, wyłoniono pięciu finalistów, którzy w nagrodę wezmą udział w tygodniowym Bootcampie w Bostonie. Tam, w kolebce amerykańskiej myśli technologicznej będą mieli możliwość zaprezentowania swoich technologii przed inwestorami i potencjalnymi klientami z USA.

Bilet do Bostonu otrzymali:

Bakuun.com – to rozwiązanie, które pomaga liniom lotniczym oszczędzać pieniądze i czas w przypadku wystąpienia zakłóceń w ruchu lotniczym, oferując firmom system, który jest w stanie w 2 minuty znaleźć i zarezerwować nawet 100 pokoi hotelowych.

Goodsleeper – to aplikacja dygitalizująca program poznawczo-behawioralnej terapii bezsenności, będącej potwierdzoną naukowo formą leczenia zaburzeń snu.

PioLigOn – to startup, który przy użyciu metod obliczeniowych z powodzeniem rozwija platformę do projektowania leków peptydowych, pozwalającą na rozszerzanie peptydów o nienaturalne aminokwasy oraz precyzyjne określanie miejsca ich pożądanego wiązania.

Sensoliq – to „elektroniczny język” umożliwiający ocenę smaku leków, które ze względów etycznych nie mogą być badane przez panele eksperckie.

VivaDrive – to rozwiązanie, które optymalizuje koszty operacyjne flot aut tradycyjnych i elektrycznych, poprawia bezpieczeństwo jazy, i pozwala firmom wdrożyć niskoemisyjny transport.

Dodatkowo, w trakcie DemoDay, startup PioLigOn został uhonorowany nagrodą publiczności – Audience Award. Zespół Sensoliq otrzymał zaś nagrodą Alumni Award, przyznawaną przez przedsiębiorców-innowatorów, którzy brali udział w poprzednich edycjach Akceleratora. Oba wyróżnienia, przyznawane są bezpośrednio przez rynek, co dodatkowo potwierdza ogromną wartość i potencjał prezentowanych rozwiązań.

Zwycięskie startupy wezmą udział w tygodniowym Bootcampie w Bostonie, gdzie będą miały szansę osobiście poznać i doświadczyć siły oddziaływania jednego z największych na świecie ekosystemów innowacji.

Wizyta w USA to dla finalistów tegorocznej edycji MIT Enterprise Forum CEE jednak przede wszystkim czas wytężonej pracy. To jest ich czas. W Bostonie muszą go w pełni wykorzystać. To właśnie tam innowatorzy z CEE, przy wsparciu najlepszych ekspertów tamtejszego rynku, będą dopracowywać strategię wejścia swoich biznesów na rynek amerykański, uczestniczyć w szeregu spotkań networkingowych, aby na koniec zaprezentować swoje rozwiązania przed inwestorami i potencjalnymi klientami – mówi Łukasz Owczarek, Head of Acceleration Programu. To sprawdzona formuła, której skuteczność potwierdzają sukcesy naszych Alumnów w Polsce i na świecie.

100 000 złotych dla innowacji społecznych

Po raz kolejny w ramach programu wyłoniono także zwycięzcę konkursu CVC Young Innovator Award, który otrzymał czek na 100 000 złotych. Jego celem było nagrodzenie innowacyjnego przedsięwzięcia, które poza potencjałem technologicznym, cechuje wysoka użyteczność społeczna. W tej edycji tą wyjątkową nagrodą został wyróżniony zespół Planet Heroes. Polski startup stworzył globalną platformę, której celem jest popularyzacja i wspieracie finansowe szeregu oddolnych inicjatyw na rzecz ochrony środowiska. Platforma, poza sferą promocji publikowanych na niej projektów około środowiskowych, wykorzystując technologię fintechową, działa na zasadach crowdfundingu.

Stworzyliśmy konkurs CVC Young Innovator w kilku krajach na świecie, aby wyszukiwać i inspirować do dalszego rozwoju młodych, odważnych przedsiębiorców, chcących nie tylko zmieniać krajobraz swojej branży i przekraczać utarte granice, ale także przy okazji budowy swoich biznesów wnosić znaczący wkład społeczny. CVC przyznaje tę nagrodę w Polsce już po raz czwarty. Z roku na rok zauważamy coraz więcej przedsięwzięć, których ambicją jest poszukiwanie rozwiązań dla ważnych problemów społecznych. Taka właśnie jest wyróżniona przez nas w tej edycji inicjatywa Planet Heroes, skupiająca się na powstrzymywaniu zmian klimatycznych – z pewnością dziś zagadnienia numer 1 dla całej ludzkości – powiedział Krzysztof Krawczyk Partner w CVC Capital Partners.

Partnerami głównymi programu są trzy organizacje: Adamed – polska firma farmaceutyczno-biotechnologiczna, lider na rynku leków nowej generacji, Coca-Cola w Polsce – lider rynku napojów bezalkoholowych, a także firma MCX – trzon silnej grupy wyspecjalizowanych spółek, będących dostawcą kompleksowych rozwiązań z zakresu Fintech, energii odnawialnej oraz szeroko pojętego SmartCity. Partnerami wspierającymi są: Allmedica, Archicom, CVC Capital Partners, HubHub, MDI Energia, Nationale-Nederlanden, PZU, Sabre Polska, Sollers Consulting oraz TVN – część Grupy Discovery. Realizacja programu dofinansowana jest grantem przyznanym Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach Działania 2.5 POIR Programy Akceleracyjne.

Powrót do (nowej) normalności na rynku biurowym w Warszawie

0

W pierwszej połowie roku w Warszawie wynajęto 335 000 mkw. powierzchni. Co ciekawe, popyt w drugim kwartale był znacznie wyższy niż na początku roku. Współczynnik pustostanów wzrósł nieznacznie o 0,1 pp., natomiast w budowie pozostaje 710 000 mkw. powierzchni. Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym w pierwszej połowie 2020 r.

Popyt

Jak wynika z danych JLL, w ciągu ostatnich sześciu miesięcy najemcy podpisali w Warszawie umowy najmu na 335 000 mkw. powierzchni. Oznacza to, że całkowity wolumen pierwszego półrocza jest o 17% niższy w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku.

-Dynamika rynku, co nie powinno być dla nikogo niespodzianką, różni się zdecydowanie od tej, którą znamy z ostatnich lat. Warto jednak zaznaczyć, że wbrew obawom w drugim kwartale popyt na powierzchnię biurową był znacznie wyższy niż w ciągu pierwszych trzech miesięcy roku. Obserwujemy ożywienie oraz wznowienie tzw. „viewingów” powierzchni biurowych oraz inspekcji inwestycji. Nie wszyscy są w stanie wstrzymywać dłużej swoje decyzje związane z biurem tym bardziej, że duże firmy muszą rozpoczynać aktywne działania z dużo większym wyprzedzeniem, aby zapewnić sobie optymalne rozwiązanie i odpowiednią powierzchnię. Dlatego też pomimo dużej aktywności deweloperów nadal mamy do czynienia z wysokim poziomem przednajmów budynków w budowie. – komentuje Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL.

Do największych transakcji pierwszego półrocza należały: umowa przednajmu PZU w Generation Park Y (46 500 mkw.) będąca jednocześnie największą transakcją w historii rynku, umowa typu sale and leaseback na 20 000 mkw. na Mokotowie (DSV) oraz odnowienie umowy i ekspansja w Domaniewska Office Hub (19 800 mkw. Poczta Polska).

Warto zwrócić uwagę na strukturę popytu rejestrowanego od stycznia do czerwca. Największą popularnością cieszyły się Centrum i Mokotów, odpowiedzialne za 74% łącznego zapotrzebowania na biura.

-Uwaga deweloperów skierowana jest w stronę Centrum, gdzie powstaje najwięcej obiektów, a to przekłada się na transakcje przednajmu. Ze względu na dostępność powierzchni w budowie i atrakcyjność lokalizacji aż 87% takich umów zawartych w pierwszej połowie roku dotyczyło budynków znajdujących się w tej części stolicy. – dodaje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Do łask wracają podnajmy

Nowym trendem jest zwiększona podaż powierzchni biurowej przeznaczonej na podnajem. Jest wiele powodów dla których firmy decydują się na takie rozwiązanie, a znaczna część z nich jest konsekwencją strategii przyjętej jeszcze przed wybuchem pandemii.

-Niektóre firmy oferują części swojego biura do podnajmu w celu zaoszczędzenia na dodatkowej powierzchni, którą wynajęły, a jeszcze jej jeszcze nie potrzebują. Część organizacji sprawdza różne sposoby wygenerowania natychmiastowych oszczędności i tylko niektóre z nich rzeczywiście chcą docelowo i długoterminowo zmniejszyć swoje biura. Czy wszyscy będziemy potrzebować mniej powierzchni? Jakie będą nasze biura w przyszłości? Dla większości firm jest dużo za wcześnie, żeby sobie odpowiedzieć na te pytania. Wszyscy o tym myślą, testują i analizują, ale większość deklaruje, że definitywne decyzje będą podejmowane nie wcześniej niż w przyszłym roku. W chwili obecnej udział powierzchni podnajmowanej w całkowitych zasobach Warszawy to ok. 1%. Kluczowe będzie to co się zadzieje w drugiej połowie roku. Kolejnym ważnym trendem w Warszawie jest rosnące zainteresowanie biurami flex – potrzeba elastyczności to teraz wspólny mianownik wielu podejmowanych decyzji. – tłumaczy Anna Młyniec.

Podaż – konkurencja o najlepsze powierzchnie rośnie

Obecnie w budowie znajduje się około 710 000 mkw. biur z terminem oddania do użytku do końca 2022 roku.

– W drugim kwartale w Warszawie oddano do użytku aż 100 000 mkw. powierzchni. Co więcej, podaż w budowie jest już w znacznym stopniu wynajęta – dotyczy to około 70% wolumenu przewidzianego na drugą połowę tego roku, co jest świetnym wynikiem. Ponadto, całkowity wolumen biur w realizacji jest znacząco niższy od tego w pierwszym kwartale, a deweloperzy wydają się być bardziej ostrożni przy rozpoczynaniu nowych projektów. Możemy mieć też do czynienia z przesuwaniem terminów oddania do użytku niektórych inwestycji, co może mieć pozytywny wpływ na równowagę między popytem i podażą. – dodaje Mateusz Polkowski

Rynek inwestycyjny

Wyniki pierwszego półrocza udowadniają duże zainteresowanie inwestorów obiektami biurowymi zlokalizowanymi w Warszawie.

– W okresie od stycznia do czerwca w Warszawie sfinalizowano piętnaście transakcji biurowych o łącznej wartości 746 mln euro. To drugi najlepszy wynik półrocza, jeśli chodzi o tę dekadę. Zainteresowaniem inwestorów cieszyły się zwłaszcza biurowce położone w strefach: zachodnie Centrum, Służewiec i Centralny Obszar Biznesu. – komentuje Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Pustostany i czynsze

Współczynnik pustostanów w Warszawie wzrósł do 7,9% na koniec I poł. 2020 r. (5,0% w strefach centralnych i 9,8% poza nimi), co stanowi wzrost o 0,1 p.p. w porównaniu z końcem 2019 r. oraz 0,4 p.p. kw-d-kw.

Niski wakat przekłada się na ograniczoną dostępność opcji najmu w istniejących budynkach, szczególnie w strefach centralnych, przez co wzrasta wolumen przednajmów. Co więcej, możliwe opóźnienia w ukończeniu nowych budynków tylko zwiększą ograniczenia podażowe w Warszawie.

Najwyższe czynsze transakcyjne dla najlepszych nieruchomości w szerokim centrum wynoszą od 18 do 24 euro/mkw./miesiąc, a poza nim do 16 euro/ mkw./miesiąc.

Obecny czas sprzyja zmianie zawodu. Ekspert podpowiada, jak przebranżowić się na informatyka

0

Nie każdy jest w stanie przebranżowić się na informatyka. Potrzebna jest umiejętność myślenia technicznego, analitycznego i abstrakcyjnego, a także dokładność i determinacja. Na wysokie zarobki mogą liczyć osoby z dobrym językiem angielskim. Najlepiej trafić do tej branży przed 30-ką, by mieć czas na rozwój kariery. Jednak przy większej determinacji nigdy nie jest na to za późno. Najpierw trzeba zdobyć ogólną wiedzę o IT, a potem – w zakresie wybranej specjalizacji. To oznacza minimum dwa kursy. Jeden solidny typu online kosztuje od 1800 zł w górę, a indywidualny – od 2800 zł wzwyż. Grafik komputerowy z kilkuletnim doświadczeniem może zarabiać 3000 zł netto w małej miejscowości lub 4000-4500 zł – w dużym mieście. Programiści otrzymują zwykle 2-3 razy więcej.

Kto ma szansę?

Informatycy są stale poszukiwani przez pracodawców. Dlatego coraz więcej osób rozważa przejście do IT z innych branż. Największe szanse na sukces mają ludzie, którzy potrafią myśleć technicznie, analitycznie i abstrakcyjnie. Mogą to być m.in. inżynierowie, konstruktorzy czy projektanci urządzeń. Humanistom może być zdecydowanie trudniej się przebranżowić, chyba że biorą pod uwagę grafikę komputerową. W tej dziedzinie mogą się pokazać z najlepszej strony. Poza tym trzeba pamiętać, że w informatyce, bez względu na specjalizację, liczy się dokładność i determinacja.

Im wcześniej rozpocznie się pracę w branży IT, tym więcej będzie czasu na wyrobienie dobrego portfolio i zdobycie doświadczenia. Idealnie jest zostać informatykiem przed 30-ką, ale starsze osoby też mają na to szansę. Sukces zależy od zdolności i sposobu myślenia. Oczywiście czasem niektórzy pracodawcy dyskryminują specjalistów z powodu wieku, co niekoniecznie jest zgodne z prawem. Chcąc  uniknąć odpowiedzialności, podają niewinną wymówkę, jako przyczynę odmowy zatrudnienia. Zdarza się też, że chętniej są przyjmowani do pracy mężczyźni. Powodem tego bywa np. stereotypowe myślenie, że mają oni większe predyspozycje do zawodów technicznych. Jednak takie sytuacje występują już coraz rzadziej.

Kandydat na informatyka powinien przede wszystkim być nastawiony na nauczenie się biegłej obsługi komputera i podstawowego słownictwa informatycznego w języku ojczystym oraz angielskim. Ten drugi jest bardzo pomocny w branży IT. Oczywiście brak jego znajomości nie przekreśla drogi do informatyki. Jednak z dobrym angielskim wynagrodzenie może być nawet dwa razy wyższe niż bez niego.

Planowanie kursu

Chcąc wykonać pierwszy krok w kierunku zmiany zawodu, warto wpisać w wyszukiwarce „kurs przebranżowienia się na informatyka”. Najpierw należy zdobyć ogólną wiedzę na temat informatyki, a dopiero potem – o konkretnej technologii. Nie wystarczy od razu wyspecjalizować się w wąskiej dziedzinie. Dla przykładu, nikt nie chciałby korzystać z bankomatu, do którego oprogramowanie tworzył  programista nieznający się na cyberbezpieczeństwie.

Najtańszy kurs online w promocji może kosztować 300-400 zł, a nawet poniżej 100 zł. Z reguły solidne szkolenie, szczególnie z możliwością zadawania pytań trenerowi i sprawdzania przez niego prac domowych, kosztuje od 1800 zł wzwyż. Indywidualny kurs jest znacznie droższy, bo może wynieść od 2800 zł w górę. Jednak nie każdy go potrzebuje. To kwestia wyboru wyższych kompetencji. Cena nie zawsze jest uzależniona od czasu trwania i zakresu nauki. Dlatego trzeba uważnie wybierać kursy. Biorąc pod uwagę dwa, tj. ogólny i specjalizacyjny, należy podwoić ww. koszty.

Najlepiej jest wybrać kurs, w trakcie którego można tworzyć własne portfolio, a trener prowadzi kursanta w określonym kierunku. To przydaje się na późniejszym etapie szukania pracy. Chcąc ułatwić sobie podjęcie trafnej decyzji, na podstawie znalezionego opisu, można przygotować kilka pytań dotyczących kursu i przesłać je e-mailem do organizatora. Uzyskane w ten sposób informacje powinny być wiążące. Jeśli jest taka możliwość, warto też wziąć kilka bezpłatnych lekcji, aby sprawdzić sposób nauczania. Niektórzy usługodawcy oferują również zwrot pieniędzy w przypadku rezygnacji, ale nie wszyscy.

Jak wygląda nauka?

Podstawowy kurs informatyki obejmuje co najmniej 50 godzin wykładów. Do tego dochodzą setki godzin pracy samodzielnej, np. w postaci zadań domowych. Znacznie dłużej może zająć zdobywanie specjalizacji. Mocno zdeterminowanej osobie potrafi to zająć najkrócej pół roku. Zwykle jednak trwa to dłużej, zwłaszcza jeśli kursant ma szereg innych obowiązków.

Solidny kurs przebranżowienia się na informatyka ma zapewnić wprowadzenie do wszystkich sfer informatyki i zrozumienie świata IT. Kursant powinien zdobyć podstawowe słownictwo, a także wiedzę na temat pracy komputera, interfejsów komputerowych, sprzętu, sieci, administrowania, produkcji oprogramowania, wydajności systemów IT, cyberbezpieczeństwa i grafiki komputerowej. To jest podstawa, bez względu na specjalizację.

Kolejne kroki w nauce zależą już od konkretnej dziedziny. W informatyce istnieje wiele specjalizacji – od programistów – po grafików, od testerów – po menedżerów projektów, od architektów systemowych – po administratorów. Wybór ścieżki powinien wynikać z indywidualnych predyspozycji i zainteresowań. I tak np. w zawodzie programisty szczególnie ważne jest analityczne i mocno abstrakcyjne myślenie. Taka osoba może zarabiać nawet dwa czy trzy razy więcej niż grafik komputerowy, ale musi mieć odpowiednie zdolności i doświadczenie, potrzebne w praktyce. Żaden kurs tego nie zapewni.

Warto dodać, że osoba zainteresowana karierą programisty powinna wybrać język programowania, który chce zgłębiać. A najlepiej nauczyć się kilku z nich. C/C++ to absolutna podstawa, Java czy też C# to sektor korporacyjny, a Python ostatnio nabiera popularności we wszystkich sferach. Z reguły nazwa języka jest podana w opisie kursu. W tym zawodzie trzeba opanować m.in. podstawy programowania, abstrakcyjnego myślenia, podstawowe formaty danych, sposoby przechowywania ich, bazy danych, architekturę aplikacji oraz specyfikę różnych języków programowania.

Z kolei kandydat na administratora systemowego powinien wybrać kurs dotyczący systemów operacyjnych. Wśród nich jest m.in. Linux, Unix, Windows czy Mac OS. Kursant musi opanować przede wszystkim budowę komputera, tworzenie i konfigurowanie sieci przewodowych oraz bezprzewodowych, a także obsługę, konfigurowanie i zabezpieczenie systemów.

Natomiast dla grafika komputerowego obowiązkowe jest posługiwanie się profesjonalnym edytorem graficznym, takim jak Photoshop, Gimp czy Corel Draw. Kandydat musi poznać formaty i specyfikę grafiki dla stron webowych, aplikacji mobilnych, a także grafikę rastrową i wektorową oraz prawo autorskie.

Start do kariery

Jeśli kursant tworzy własne portfolio i ćwiczy, w tym wykonuje różne zadania i projekty, to po ukończeniu kursu może przekonać potencjalnych pracodawców do swoich kompetencji. Firmy dają szanse doświadczonym informatykom, którzy są w stanie udowodnić swoje umiejętności i wiedzę. Dlatego od samego początku trzeba pracować na własny wizerunek. Dobry kurs przebranżowienia się na informatyka powinien też tłumaczyć, jak znaleźć pierwszą pracę i zaplanować swoją ścieżkę rozwoju.

Jednak nawet po ukończeniu kilku najlepszych kursów trzeba jeszcze dużo pracować samodzielnie, żeby stać się dobrym informatykiem. To wymaga tysięcy godzin praktyki i ogromnej determinacji. Warto udać się nawet na bezpłatny staż do dużej firmy softwarowej, bo tam można najwięcej się nauczyć w nowym zawodzie, m.in. od przełożonych i kolegów. Na rynku nie brakuje takich ofert, a także pracy dla początkujących informatyków. Trzeba tylko uważać, aby nie trafić na staż do zespołu, który tak naprawdę nie zna się na informatyce, bo np. nie zajmuje się profesjonalną produkcją oprogramowania. Można nabrać złych nawyków, których później bardzo trudno będzie się pozbyć.

Po ukończeniu dwóch kursów – przebranżowienia się na informatyka i wybranej specjalizacji – można liczyć na ofertę pracy na stanowisku specjalista ds. informatyki, początkujący web developer, grafik komputerowy czy też tester aplikacji. Po zdobyciu doświadczenia na którymś z wymienionych stanowisk, można jeszcze bardziej się wyspecjalizować, np. nauczyć się wybranego języka programowania i zdobyć doświadczenie w konkretnym typie aplikacji. Wtedy łatwiej jest ubiegać się o pracę na stanowisku programista aplikacji mobilnych, gier czy baz danych.

Pod warunkiem dużej determinacji i samodzielnie tworzonego portfolio, w pierwszej pracy po kursie można liczyć na wynagrodzenie rzędu 2500-3000 tys. zł netto. Po zdobyciu kilkuletniego doświadczenia można oczekiwać wynagrodzenia rzędu 3000 tys. zł netto w mniejszej miejscowości i 4000-4500 zł netto w dużym mieście. Takie stawki mogą dotyczyć grafików komputerowych czy też testerów aplikacji. Programiści o dużym doświadczeniu zarabiają często 8000-12000 zł netto i więcej.

Autor: Sergiusz Diundyk, szkoleniowiec, ekspert ds. nowych technologii i automatyzacji procesów w branży e-commerce oraz IT.

Budżet UE. Polska mogła uzyskać więcej

0

• Przywódcy 27 państw członkowskich zatwierdzili wieloletni budżet na lata 2021-2027 i Fundusz Odbudowy, które mają w sumie wynieść 1,824 bln euro. Oznacza to nieznaczną obniżkę wieloletniego budżetu UE (Wieloletnie Ramy Finansowe, WRF) zaproponowanego w lutym br. (a w zasadzie już w maju 2018 r.) przez Komisję Europejską z 1,1 bln euro do 1,074 bln euro i potwierdzenie propozycji z maja br. na rzecz funduszu odbudowy (a dokładnie New Generation EU, NGEU) w kwocie 750 mld euro.
• W tym drugim przypadku dokonano jednak istotnego przesunięcia środków z pozycji granty na rzecz pożyczek (z proporcji odpowiednio 500-250 na 390-360 mld euro).

Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że środki uzyskiwane z Unii w zdecydowanej większości (ca 90-95%) są skutkiem naszej przynależności do niej i uczestnictwa w jej programach, a nie bezpośrednim efektem jakichkolwiek jednorazowych (nawet trwających jakiś czas) negocjacji! Zarówno w przypadku WRF (teraz na lata 2021-27), jak i w ramach specjalnego po-epidemiczno-kryzysowego NGEU, ilość pieniędzy przypadająca na poszczególne kraje wynika przede wszystkim z przyjętych wspólnych dla wszystkich członków Unii kryteriów, a tylko te końcowe kilka procent podlega rzeczywiście negocjacji. No i trzeba podkreślić, że istotny wpływ na obecnie wyjątkowo wysoką całkowitą wielkość rozdysponowanych środków ma wpływ właśnie kryzys po-pandemiczny i spowodowana nim dodatkowa pula środków; inaczej budżet dla Polski na lata 2021-27 byłby z pewnością mniejszy niż w latach 2014-2020 (ca 93 mld wobec obecnych 105 mld euro).

Trzeba też zwrócić uwagę na to, że w roku 2019 składka Polski do UE wyniosła ponad 5 mld euro i w dłuższym okresie będzie rosnąć wraz ze wzrostem poziomu gospodarczego kraju. Zatem w latach 2021-27 może sięgnąć w sumie blisko 40 mld euro (albo i więcej). Wyliczając więc przewidzianą na ten okres sumę uzysku netto dla Polski, kwotę tę należałoby odjąć od uzyskanych już niby na szczycie szacowanych ca 124 mld euro (pomijam pożyczki), a wtedy robi się w sumie raptem ‘tylko’ nieco ponad 80 mld euro.

Pozostawienie praktycznie bez mian wysokości środków zaproponowanych w lutym 2020 r. na perspektywą finansową 2021-2027 (1074 mld euro) oznacza – zgodnie z wcześniejszymi szacunkami – zmniejszenie środków dla Polski w porównaniu z bieżącą perspektywą finansową o ponad 20% w zakresie funduszu spójności oraz o około 5% w zakresie rolnictwa. Oznacza to z jednej strony mniej pieniędzy dostępnych na politykę regionalną, a z drugiej czyni zrównanie płatności dla rolników polskich z poziomem płatności dla rolników ze „starych państw” Unii niemożliwym w dającej się przewidzieć przyszłości (pomimo rozpisanego na kolejne etapy projektu stopniowego zmniejszania obecnych różnic o połowę do roku 2027).

Można zatem patrzeć na wyniki szczytu poprzez pryzmat tego czy „butelka jest pół-pełna czy też pół-pusta”, ale nie ulega wątpliwości, że w sumie – razem z obydwóch funduszy – uzyskaliśmy (o ile jeszcze to zatwierdzi Parlament Europejski!) więcej pieniędzy niż w okresie 2014-2020. Niemniej, poza zmniejszeniem naszych uzysków w ramach WRF (w stosunku do lat 2014-2020), również z NGEU Polska uzyskała w sumie co najmniej kilka, a zapewne i kilkanaście miliardów euro mniej w postaci grantów niż zostało to zaproponowane początkowo przez Komisję Europejską w maju br.

Na końcowe bezpośrednie wyniki szczytu należy więc patrzeć raczej nie ile Polska zyskała, ale ile – w porównaniu z oryginalną wersją propozycji – straciła w trakcie negocjacji na szczycie, bo nie udało nam się wstępnie proponowanej sumy środków obronić. Stało się tak zarówno ze względu na silny opór grupy państw-płatników netto do budżetu UE, jak również z powodu niewystarczająco mocnej pozycji negocjacyjnej Polski, dodatkowo osłabionej brakiem jej zobowiązań odnośnie realizacji celów klimatycznych do roku 2050, jak również – zdaniem wielu członków UE i samej Komisji (tudzież Parlamentu) – niedostatecznym poziomem praworządności w naszym kraju. Powiązanie przyszłych wypłat środków z przestrzeganiem zasad praworządności uzyskało w dokumencie końcowym szczytu jednoznaczną polityczną aprobatę, nawet jeśli konkretne rozwiązania w tej kwestii mają być dopiero zaproponowane przez Komisję Europejską i dyskutowane na Radzie UE w najbliższych miesiącach.

Nasze bezpośrednie straty poniesione w ostatniej fazie negocjacji dotyczą w szczególności istotnego ograniczenia przewidzianych wcześniej dla nas istotnych środków z funduszu na rzecz sprawiedliwej transformacji energetycznej (głównie dla Śląska), to jest zmniejszenie dostępnej kwoty z 8 do prawdopodobnie 3 mld euro, a ponadto uwarunkowanie uruchomienia 50% tych środków dopiero po akceptacji wspomnianych celów klimatycznych 2050. Niekorzystna jest również rezygnacja UE z proponowanego wcześniej przez Komisję – istotnego dla sektora przedsiębiorstw – Instrumentu Wsparcia Wypłacalności dla firm wartego 26 mld euro (dla całej EU). Nie można też zaliczyć do naszych bezpośrednich zysków ‘zamiany’ przynajmniej 10 (a prawdopodobnie nawet kilkunastu) mld euro w postaci grantów dla Polski na potencjalnie dostępne w ramach NGEU niskooprocentowane pożyczki, które trzeba będzie kiedyś oczywiście spłacić.

Do tych wspomnianych strat należy też dodać m.in. lekki wzrost naszej składki członkowskiej w kolejnych latach perspektywy finansowej 2021-27 tylko z tytułu potrzeby pokrycia rosnących rabatów na rzecz krajów-płatników netto do budżetu EU – zostały one pod ich naciskiem zwiększone w sumie o 7,6 mld euro, choć pierwotnie miały ulec zmniejszeniu czy wręcz nawet całkowitej likwidacji!

Co więcej, nie tylko pieniądze z ewentualnych pożyczek z funduszu NGEU trzeba będzie zwrócić w przyszłości, ale prawdopodobnie również te z otrzymanych grantów (poczynając od 2027 roku i w perspektywie 30 lat, ale jednak). Zapewne nie nastąpi to w formie bezpośredniej poprzez odpowiednie zwiększenie składek członkowskich poszczególnych krajów UE w przyszłości, ale pośrednio poprzez zwiększenie dochodów własnych UE w postaci opodatkowania niektórych transakcji (opłat od plastiku, cyfrowych, finansowych, handlu emisjami CO2 itp.) A przecież będzie to także jakiś wkład do budżetu Unii ze strony poszczególnych państw członkowskich, chociażby w postaci rezygnacji z wpływu tych środków bezpośrednio do budżetów krajowych.

Podsumowując więc wyniki szczytu, radość niemalże wszystkich krajów członkowskich (przynajmniej okazywana na zewnątrz) z jego w sumie pozytywnego zakończenia jest zrozumiała – bo się jednak udało porozumieć i jest to istotny impuls dla dalszego rozwoju UE, tak ważny zwłaszcza w okresie pobrexitowym. Ale należy mieć też na uwadze to, że to nie jest jeszcze ostateczne rozwiązanie finansowe. Parlament Europejski ma ważny głos przy akceptacji ram finansowych Wspólnoty i z pewnością zechce odcisnąć swoje piętno na ostatecznym kształcie tego porozumienia. A z tego co ostatnio obserwujemy, nie jest to organ nazbyt entuzjastycznie nastawiony do hojnego (zdaniem wielu, nadmiernie) dotowania rozwoju gospodarczego niektórych krajów członkowskich UE, w tym i Polski, które – jego zdaniem – nie przestrzegają w pełni podstawowych wartości Wspólnoty.

Komentarz Andrzeja Rudki, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Pandemia na razie bez wpływu na ceny mieszkań

0

Pandemia koronawirusa nie wpływa na ceny mieszkań. Polacy mimo wszystko nadal inwestują w mieszkania. Największe zmiany dotyczą kredytów hipotecznych, gdzie banki żądają wyższego wkładu własnego.

Na rynku wtórnym ceny mieszkań cały czas na wysokich poziomach

Mogło się wydawać, że COVID-19 mocno namiesza na rynku mieszkaniowym. Pierwszą i najbardziej oczywistą reakcją rynku była stagnacja, która najsilniej zauważalna była w momencie wprowadzenia najbardziej restrykcyjnych ograniczeń. Indeks Popytu publikowany w Barometrze Metrohouse i Gold Finance, który zwykle przekracza 100 pkt., w kwietniu odnotował najniższą z obserwowanych wartości – jedynie 26 pkt. – Nie jest to niczym nadzwyczajnym, że w takich momentach bardziej zabiegamy o zabezpieczenie siebie i swojej rodziny, oddalając nieco plany związane z np. z zakupem nieruchomości. Optymistyczne jest jednak to, że Indeks bardzo szybko powrócił do znacznie wyższych wskazań. W czerwcu odczyty były już zbliżone do analogicznego okresu zeszłego roku, tłumaczy Marcin Jańczuk, autor raportu Barometr Metrohouse i Gold Finance 2 kw. 2020 r.

Na  rynku wtórnym próżno jednak szukać obniżek cen. W każdym z  analizowanych przez Metrohouse rynków mieszkań z drugiej ręki nie wystąpiły spadki. W odniesieniu do I kw. 2020 r. w pandemicznym okresie ruchy cen zwykle nie przekraczały 1 proc. (Wrocław, Warszawa, Poznań, Gdańsk) lub minimalnie przekraczały 1 proc. (1,1 proc. w Łodzi). Wyjątkiem jest Kraków, gdzie nabywcy kupowali zwykle nieruchomości lepiej zlokalizowane, co widać we wzrostach średniej ceny, która zbliża się już  do poziomu 9000 zł za m kw. O ile w I kw. br. różnica w cenie m kw. między Warszawą i Krakowem wynosiła ponad 1800 zł, obecnie dystans zmniejszył się do niecałych 1200 zł. W przypadku stolicy warty odnotowania jest fakt przekroczenia średniej ceny sprzedaży m kw. ponad magiczny poziom 10000 zł. Taka cena m kw. występuje w 49 proc. transakcji, podczas gdy na rynku w zasadzie nie widać już transakcji w cenach poniżej 7000 zł za  m kw.

Tabela 1 – ceny na rynku pierwotnym

Pandemia nie osłabiła zanadto trendu inwestycyjnego w nieruchomości. Z ankiet potransakcyjnych wynika, że nadal 37 proc. zakupów było powiązanych z inwestycjami. Można było oczekiwać, że Polacy w tym trudnym okresie będą oddalać poważniejsze decyzje zakupowe na bardziej stabilny okres, ale jak widać nieruchomości są w dalszym ciągu postrzegane jako bezpieczna forma lokowania nadwyżek finansowych. Tempo sprzedaży nieruchomości także jest wyjątkowo dobre. W porównaniu do analogicznego kwartału zeszłego roku czas sprzedaży skrócił się. Dziś na sprzedaż mieszkania potrzeba średnio 83 dni.

Rynek pierwotny: wyhamowanie w stolicy, poza tym stabilizacja cen

Na rynku deweloperskim w II kw. w pięciu na sześć analizowanych miast odnotowaliśmy wzrosty cen. W Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu nie są one jednak tak duże jak w I kwartale, co może wskazywać na cenową stabilizację. Najwyższe wzrosty względem poprzedniego kwartału miały miejsce w Gdańsku (5,2 proc.) i w Łodzi (3,1 proc.). Natomiast stolica od stycznia do marca br. była liderem wzrostów z kwartalnym wynikiem na poziomie 6,7 proc. W kolejnym kwartale ceny nowych „M” z Warszawy praktycznie się zatrzymały, a podaż wyraźnie wzrosła.

– Pod koniec II kw. 2020 r. rynek mieszkań w Gdańsku cechował się już znacznie wyższym udziałem nowych lokali z ceną ofertową ponad 10 000 zł/mkw. niż Kraków i Wrocław, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Wspomniane mieszkania stanowiły 35,4 proc. oferty deweloperów z Gdańska. Analogiczne wyniki dotyczące Krakowa i Wrocławia wynosiły odpowiednio 29,9 proc. oraz 25,9 proc. Na terenie Poznania i Łodzi nowe „M” z ceną ofertową ponad 10 000 zł/mkw. miały minimalny udział. Łódzki rynek w II kw. 2020 r. nadal wyróżniał się wysokim udziałem (80,4%) nowych lokali kosztujących od 5000 zł/mkw. do 7000 zł/mkw. – Odsetek nowych gdańskich mieszkań z ceną ofertową 6000 zł/mkw. – 7000 zł/mkw. (28,7%) pozostawał zaskakująco wysoki. To potwierdza, że w Gdańsku jest stosunkowo niewiele mieszkań ze średniej półki cenowej, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Warto odnotować, że w II kw. 2020 r. szybko rósł też udział najdroższych mieszkań z Krakowa i Wrocławia.

Tabela nr 2 – ceny na rynku wtórnym

Dłuższe oszczędzanie na wkład własny do kredytu

Drugi kwartał 2020 przyniósł nam spore zmiany w ofertach banków. Kolejne banki zwiększały wysokość wymaganego wkładu własnego i jest już trudno o dobry kredyt z 10% wkładem własnym. Zdecydowana większość ofert wymaga od klienta zaangażowania przynajmniej 20% lub nawet 30% wkładu własnego (ING Bank). – Ze względu na niskie stopy procentowe banki zaczęły rekompensować sobie zyski poprzez wzrost marż. Już w tej chwili trudno jest znaleźć oferty poniżej 1,9% marży nawet przy 20% wkładzie własnym. Spodziewamy się, że ta tendencja się utrzyma i oferty niskomarżowych kredytów hipotecznych szybko do nas nie powrócą, mówi Andrzej Łukaszewski, ekspert finansowy z Gold Finance.

W tych wyjątkowych czasach możemy znaleźć pozytywny impuls. Bardzo powoli, ale jednak do przodu, niektóre banki znoszą pewne obostrzenia które nałożyły w początkowej fazie pandemii. Po wcześniejszym wykluczeniu dochodu z działalności gospodarczej, niektóre banki zaczęły dopuszczać (przynajmniej dla wybranych branż) tą formę osiągania dochodu. Głownie chodzi o branże, które najmniej ucierpiały na sytuacji z koronawirusem lub nawet na niej zyskały. Jeśli nie dotknie nas druga fala COVID-19 to rynek liczy, że ten trend łagodzenia restrykcji się utrzyma. Drugą pozytywną informacją, jest wzrost średniej zdolności kredytowej. – Wynika to bezpośrednio z nominalnego oprocentowania kredytów, co przekłada się na wysokość raty stanowiącej niższe obciążenie budżetu domowego. Należy równocześnie brać pod uwagę aktualną wewnętrzną politykę kredytową banku, która w każdym z przypadków będzie miała indywidualne podejście do sposobu wyliczania zdolności, tłumaczy Andrzej Łukaszewski z Gold Finance.

Według szacunków zawartych w Barometrze Metrohouse i Gold Finance w II kw. 2020 r. wartość udzielonych w analizowanym okresie kredytów hipotecznych wynosi 15,6 mld zł. Jest to wynik gorszy od rekordowego I kw. o ponad 1,5 mld. zł.

Czy posiadanie spółki zależnej w danym państwie równa się prowadzeniu tam działalności gospodarczej?

0

Tworzenie spółek zależnych jest praktyką nieodłącznie towarzyszącą większości dużych, międzynarodowych podmiotów gospodarczych niezależnie od branży, którą reprezentują. Jednostki takie powstają poza centralą, w krajach, w których spółka-matka oferuje swoje produkty czy usługi na większą skalę. Jednak, czy funkcjonowanie spółki zależnej na terytorium państwa trzeciego pociąga za sobą dla podmiotu głównego skutek w postaci posiadania w tym miejscu stałego miejsca wykonywania działalności?

Kwestia wykładni pojęcia „stałego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej” ciągle nie jest w pełni usystematyzowana i nastręcza licznych problemów praktycznych w kontekście stosowania przepisów podatkowych, w szczególności w zakresie podatku od towarów i usług (VAT). Z materią tą w ostatnim czasie zmierzył się również Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu, w wyniku czego postanowiono zwrócić się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z pytaniami prejudycjalnymi odnoszącymi się do przywoływanego wyżej zagadnienia.

Problem spółki azjatyckiej

Badana najpierw przez wrocławski WSA, a następnie przez TSUE sprawa dotyczyła koreańskiej spółki Dong Yang Electronics (DY), która na zlecenie swojego kontrahent – centrali LG w Korei – dokonywała montażu podzespołów różnych sprzętów, wykorzystując przy tym materiały dostarczone faktycznie przez c, zarejestrowaną i działającą na terenie naszego kraju spółkę zależną od tzw. HQ (ang. Headquarters) z siedzibą w Korei. LGE Polska następnie odbierała gotowe produkty od DY, zajmując się w dalszej kolejności ich logistyką w regionie.

Dokonawszy analizy sprawy, polskie organy podatkowe uznały, że na spółce DY spoczywa obowiązek wystawiania na rzecz LG faktur z uwzględnieniem stawek VAT obowiązujących na gruncie polskich przepisów prawa. Argumentem przemawiającym za tym stanowiskiem jest – w opinii miejscowego fiskusa – stałe miejsce prowadzenia działalności LG Korea w Polsce, o czym miało przesądzać funkcjonowanie tu spółki zależnej w postaci LG Electronics Polska. Zainteresowany podmiot miał zgoła odmienne zdanie na ten temat i z wydanym rozstrzygnięciem się nie zgodził.

Po pomoc do Trybunału

W rezultacie przedmiotowego sporu głos zabrał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, udzielając odpowiedzi na następujące dwa pytania, skierowane przez prowadzący sprawę WSA we Wrocławiu:

  • „Czy z samego faktu posiadania przez spółkę mającą siedzibę poza terytorium UE (Korea Płd.) spółki zależnej na terytorium Polski można wywieść istnienie stałego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce w rozumieniu art. 44 dyrektywy 2006/112/WE Rady z 28.11.2006 r. (…)?
  • W wypadku odpowiedzi przeczącej na pytanie pierwsze, czy podmiot trzeci zobowiązany jest do analizy stosunków umownych pomiędzy spółką z siedzibą poza terytorium UE a spółką zależną w celu ustalenia, czy istnieje stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce przez tę pierwszą spółkę?”.

Co na to TSUE?

Trybunał odpowiedział przecząco zarówno na pierwsze, jak i na drugie pytanie. W treści orzeczenia w szczególności podkreślono (choć nie w sposób jednoznaczny), iż okoliczność utworzenia i funkcjonowania spółki zależnej w państwie trzecim jako taka co do zasady nie determinuje stałego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej przez spółkę dominującą. Co jednak istotne, TSUE w swej wypowiedzi zaznaczył, że powyższa reguła nie jest absolutna i niepodważalna. Mianowicie spółka-matka, posiadając w innym kraju zależną od siebie spółkę-córkę, realnie może mieć w tym państwie trzecim stałe miejsce prowadzenia działalności na gruncie art. 44 dyrektywy 2006/112/WE w świetle art. 11 ust. 1 rozporządzenia wykonawczego nr 282/2011. Aby osiągnąć jednak taki skutek, samo utworzenie podmiotu zależnego nie jest wystarczające. Warunkiem, który musi być spełniony łącznie z czynnikiem wskazanym wcześniej, jest realizacja przesłanek materialnych przewidzianych w rozporządzeniu wykonawczym Rady Unii Europejskiej 282/2011 z dnia 15 marca 2011 r., zwłaszcza zaś w treści art. 11.

W świetle przywołanego przepisu „stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej” to dowolnie wybrane miejsce znajdujące się poza siedzibą płatnika. Ma ona cechować się odpowiednią trwałością oraz strukturą w obszarze personelu i bazy technicznej, umożliwiającą mu podejmowanie działań związanych z odbiorem i wykorzystywaniem usług realizowanych ze względu na potrzeby własne podmiotu. Nie bez znaczenia pozostaje również ust. 3 omawianego przepisu, zwracając uwagę, że okoliczność nadania numeru identyfikacyjnego płatnikowi VAT per se nie jest dostateczną podstawą pozwalającą na uznanie, że posiada on stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej.

Odnosząc się zaś do drugiego z postawionych pytań, TSUE orzekł, że treść przytaczanego rozporządzenia wykonawczego Rady nie nakłada na usługodawcę obowiązku weryfikowania relacji obecnej między jednostką posiadającą siedzibę w państwie trzecim a należącą do niej spółką zależną z siedzibą na terytorium jednego z państw członkowskich UE, dążąc do ustalenia, czy stałe miejsce prowadzenia działalności spółki dominującej znajduje się w tymże kraju Unii Europejskiej.

Jakie wnioski?

Ku rozczarowaniu tak przedsiębiorców, jak i praktyków prawa podatkowego, Trybunał, zajmując stanowisko w omawianej sprawie, okazał się niestety wyjątkowo oszczędny. Mimo stanowczych odpowiedzi na zadane pytania nie zostały one w większym stopniu rozwinięte ani uzasadnione, nie dostarczając tym samym żadnych konkretnych – a tak pożądanych – wskazówek czy wytycznych, które mogłyby zostać wykorzystane w przyszłości przez borykających się z tą materią podatników. Abstrahując od powyższego, pewnym punktem zaczepienia dla zainteresowanych może okazać się osadzona w zaistniałym stanie faktycznym teza TSUE, stosownie do której przedmiotowa materia powinna być zawsze weryfikowana z odpowiednią analizą i uwzględnieniem kontekstu gospodarczego oraz handlowego (nie ograniczając się jedynie do oceny statusu prawnego) danej sytuacji, co jest podstawą przy stosowaniu wspólnotowego systemu VAT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Kim są osoby „pół-bezrobotne”? Prezes Marczulewska: „Obserwujemy ciekawe zjawisko na rynku pracy, które zdaje się umykać statystykom”

0

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom zajmuje się nagłaśnianiem i interweniowaniem w przypadkach nieuczciwego traktowania pracowników przez pracodawców. Wspieramy poradami prawnymi, konsultacjami windykatora, a kiedy trzeba zajmujemy się także reprezentowaniem poszkodowanych w instytucjach takich jak np. Urzędy Pracy czy Inspekcja Pracy. – Staramy się pomagać osobom, które naprawdę potrzebują pomocy i nie stać ich na pomoc prawną. W ostatnim czasie pojawiają się pytania nie tylko od pracowników sezonowych, ale i pracowników wyższego szczebla i kadry menadżerskiej. Zwykle to nie jest prośba o interwencje czy poradę prawną, a proste zapytanie czy pracodawca ma prawo do pewnych decyzji – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska. – Zaobserwowaliśmy ciekawe zjawisko socjologiczne, które zdaje się umykać statystykom – dodaje.

  • Otrzymujemy regularnie zgłoszenia o firmach, w których pracownikom proponuje się nowe umowy z niższym wynagrodzeniem lub obniżoną ilością czasu pracy
  • Wielu pracowników jest oburzonych, że ich stanowiska są anulowane, a proces optymalizacji obejmuje stałe obniżenie pensji
  • Pojawiło się zjawisko „pół-bezrobocia”, czyli pracownik nie zostaje pozbawiony pracy w całości, ale proponuje mu się pół etatu lub ¾ etatu. Nie pozwala mu to na standardowe funkcjonowanie, ale jednocześnie nie jest objęty wsparciem socjalnym wynikającym z faktu bezrobocia
  • Przypadki? Obniżenie pracownikom pensji gdy przeszli na pracę zdalną czy rezygnacja z wypłat premii, które stanowiły znaczną część dochodu pracownika 

Kryzys na rynku pracy to nie tylko zwolnienia. „Obniżki etatów o połowę, łączenie stanowisk, przejścia na umowy cywilnoprawne”

Ostatnie pół roku to najbardziej pracowity czas dla Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom w historii. Drogą mailową, telefoniczną oraz na Facebooku dziennie otrzymujemy kilka wiadomości od pracowników, którzy czują się poszkodowani przez swoich pracodawców. Szczyt zainteresowania naszymi poradami przypadł na marzec i kwiecień, kiedy ze względu na pandemię koronawirusa wielu pracowników miało problem z odzyskaniem wynagrodzenia. Ostatnie dni to także duża zgłoszeń dotyczących pracy sezonowej oraz… zmiany warunków umowy pracowników.

– Przesłaliśmy naszym prawnikom do konsultacji już kilka pytań przedstawionych przez mieszkańców, zarówno Szczecina jak i innych miast w Polsce, bo działamy ogólnopolsko, dotyczących zmiany warunków umowy, obniżania na stałe wynagrodzeń lub zmieniania zakresu współpracy między firmą, a pracownikiem. Jednym z przykładów była firma z Poznania, która postanowiła cały jeden dział firmy liczący ok. 15 osób trwale przenieść na pracę zdalną, przy czym jednocześnie wszystkim zaproponowano nowe umowy obniżone o 30%. Zdarzały się również historie rozwiązywanych umów z menadżerami lub osobami zarządzającymi, które dzwoniły do nas i pytały czy możliwe jest, że pracodawca z dnia na dzień zrywa z nimi umowę i proponuje nową, ale z niższym wynagrodzeniem, często były to naprawdę znaczące straty, nawet do 50% – mówi Małgorzata Marczulewska.

– Kontrakty menadżerskie pewne nie są niskie, ale wśród zgłoszeń nie brakuje także sytuacji, że pracownicy są zwalniani, ale proponowana jest im dalsza współpraca na zasadzie pracy dorywczej lub umów cywilnoprawnych – dodaje Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom. – Zapisy Tarczy Antykryzysowej umożliwiają przedsiębiorcom bardziej elastyczne kreowanie kadr w swoich firmach, należy jednak pamiętać o przepisach Prawa Pracy i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, a często w dużych firmach zawodzi czynnik ludzki. Czasem pracownicy dzwonią do nas żeby po prostu się pożalić, że po 20 latach dostali informację na maila, że po zakończeniu działania Tarcz Antykryzysowych ich stanowisko zostanie zlikwidowane. Zwykle nie ma tu niezgodności z prawem i niewiele możemy zrobić – dodaje Prezes Marczulewska.

Ofiary optymalizacji i „pół-bezrobotni”

Statystyki bezrobocia w województwie zachodniopomorskim zatrzymały się na 7,7%, a według danych Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia w skali ogólnopolskiej wynosi 6%. Zdaniem specjalistów prognozy dotyczące rynku pracy są zbyt optymistyczne, a statystyki niedoszacowane. Powody? Po pierwsze wciąż działają programy rządowe, które powstrzymują pracodawców przed zwolnieniami, po drugie nie wszystkie Urzędy Pracy w maju i czerwcu pracowały w pełnej obsadzie. Warto zauważyć również, że nie wszyscy pracownicy, którzy stracili zatrudnienie od razu zgłaszają się do urzędów po pomoc. Niektórzy szukają pracy na własną rękę i nie są ujęci w statystykach.

– Czytałam ostatnio jedną z publikacji na temat rynku pracy w czasie pandemii koronawirusa i tam pojawiło się takie sformułowanie, że efektem pandemii będzie nie tyle zjawisko bezrobocia, co „pół-bezrobocia”. Widzimy, że jest to trafne sformułowanie, bo wiele zgłoszeń do nas dotyczy właśnie spraw związanych np. z ograniczenia zakresu współpracy z pracownikiem, obniżania wynagrodzeń czy propozycji zmiany stawki z etatu na pół etatu lub ¾ etatu. Efekt jest zwykle taki, że pracownik jest zmuszony do odejścia lub przeczekania trudnego czasu. Jedna z dużych sieciówek handlowych, znana również w Szczecinie, na czas pandemii zaproponowała pracownikom obniżenie wynagrodzenia o połowę. Dodam, że pracownicy mieli na umowach najniższą krajową, a wypłata uzupełniana była premiami uznaniowymi. Zgłosił się do nas mężczyzna, który przez trzy miesiące zarabiał niecałe 1100 złotych netto, gdy jego pełne wynagrodzenie z premią wynosiło zwykle ok. 3200 złotych. Nietrudno wyobrazić sobie złość i frustrację takich osób – dodaje Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

– Nie ma nic zaskakującego w tym, że firmy szukają oszczędności. Łączone są stanowiska pracy, dochodzi do restrukturyzacji i optymalizacji i naturalne jest, że niektórzy tracą pracę lub muszą zgodzić się na gorsze warunki pracy. To nie jest jeszcze koniec zmian na rynku pracy wywołanej pandemią koronawirusa – dodaje Prezes Marczulewska.

Biurowy savoir-vivre w dobie pandemii

0

Jak witać się na spotkaniu biznesowym? Czy maseczki w biurze naprawdę są konieczne? O jakich zasadach pamiętać w czasie wideokonferencji? Takie pytania zadaje sobie wielu pracowników, którzy wrócili do biur po zakończeniu lockdownu. Eksperci operatora biurowego Business Link w sześciu krokach podpowiadają jak mądrze i bezpiecznie korzystać z przestrzeni biurowej w nowej rzeczywistości, nie zapominając przy tym o zasadach dobrego stylu.

1) Kiedy maseczka?

Spędzanie całego dnia w maseczce dla wielu osób może być naprawdę kłopotliwe, dlatego w biurach większość pracowników ogranicza zasady bezpieczeństwa do regularnej dezynfekcji rąk i miejsca pracy oraz zachowywania odpowiedniego dystansu. Pamiętajmy jednak, że w każdej grupie możemy spotkać się z różnym poziomem wrażliwości. Dlatego każdorazowo, bez uprzedniej prośby, powinniśmy skorzystać z maseczki podczas jazdy windą i na spotkaniu biznesowym z zewnętrznym partnerem.

2) Zrób z biurka swoją twierdzę

Porządek na biurku zawsze jest mile widziany, jednak dziś polityka czystego biurka (ang. – clean desk policy) nabiera szczególnego znaczenia. Gdy poczujemy się niekomfortowo, w każdej chwili powinniśmy poprosić serwis sprzątający o odkażenie naszego miejsca pracy, co przy czystym biurku będzie znacznie łatwiejsze. – W Business Link przestrzenie wspólne  odkażane są profilaktycznie raz godzinę. Bardzo ważny jest także układ biurek, które w ramach bezpieczeństwa powinny zostać skierowane „tyłem do siebie”. W naszych przestrzeniach takie rozwiązanie jest standardem, jednak jeśli ktoś do dziś pracuje w biurze twarzą w twarz, powinien jak najszybciej pomyśleć nad przemeblowaniem – mówi Anna Zarczuk, Customer Care Manager w Business Link.

3) Uścisk dłoni? Tylko gdy wyrazisz na to zgodę

Tradycyjny uścisk dłoni nie zniknął na dobre z biurowych przestrzeni, jednak ze względów bezpieczeństwa, warto zastanowić się nad bardziej higieniczną alternatywą. Dziś możemy się witać na setki sposobów, wykorzystując do tego obuwie, stykając się łokciami czy poprzez ponadczasowe skinienie głową. Aby uniknąć kłopotliwych sytuacji coraz więcej firm sięga po kreatywne rozwiązania, takie jak np. kolorowe opaski, które rozdaje swoim pracownikom lub zostawia przy wejściu do biura. Dzięki wybraniu odpowiedniego koloru i nałożeniu opaski na rękę możemy wprost zakomunikować innym, czy jesteśmy w pełni otwarci na kontakt (zielona opaska) czy np. wolimy utrzymać zalecany dystans (czerwona opaska).

4) Nie czekaj na serwis i sam sprzątnij naczynia

Jeśli operator biurowy dysponuje serwisem sprzątającym, powierzchnie wspólne, w tym kuchnia czy sale konferencyjne, sprzątane są praktycznie na bieżąco. W tym szczególnym czasie warto jednak ograniczyć ryzyko wykonując niektóre czynności samodzielnie. – W biurze codziennie mija się wiele osób, które korzystają z tej samej przestrzeni i wyposażenia. Warto o tym pamiętać i na miarę możliwości ograniczać kontakt osób trzecich, np. z wykorzystanymi przez nas sztućcami czy talerzami. Odłożenie ich do zmywarki jest dziś bardzo pożądanym gestem, a przykładem w zakresie zachowania porządku warto dziś świecić nie tylko w kuchni – podkreśla Anna Zarczuk.

5) Jak cię widzą, tak cię piszą, czyli złote zasady wideokonferencji

O zasadach biurowego savoir-vivre’u powinniśmy pamiętać także w czasie wideokonferencji. Jeśli w tle rozmowy pojawią się np. osoby trzecie, nie biorące w niej udziału, dobrym rozwiązaniem będzie wykorzystanie szablonu tła, kamuflującego wszystko z wyjątkiem naszej sylwetki. Większość komunikatorów posiada takie rozwiązanie w standardzie. Aby nie zakłócać spokoju innych pracowników, do rozmów wideo powinniśmy również wykorzystać odpowiednio przeznaczoną przestrzeń, np. call boxy. Warto także pamiętać o wyłączeniu mikrofonu, gdy w danej chwili z niego nie korzystamy. W ten sposób, z jednej strony nie będziemy przeszkadzać współrozmówcom, a z drugiej unikniemy kłopotliwych sytuacji z nieplanowanymi dźwiękami w tle.

6) Wykorzystaj technologię i unikaj kontaktu

Zgodnie z zaleceniami WHO zastosowanie płynu odkażającego skutecznie zastępuje bardzo dokładne umycie dłoni. Jednak bez względu na to dobrą praktyką w przestrzeniach biurowych jest rozstawienie dużej liczby dozowników ze środkiem, który umożliwia szybką i efektywną dezynfekcję. Wskazane jest również dostosowanie funkcjonalności przestrzeni w taki sposób, aby podczas przemieszczania się ograniczyć dotykanie części wspólnych do niezbędnego minimum. – Z przestrzeni biurowej Business Link w dużej mierze można korzystać bezdotykowo. Pomieszczenia otwierana są za pomocą kart, które otrzymują wszyscy użytkownicy biura. Dodatkowo, niemal na każdym kroku można u nas znaleźć płyny do dezynfekcji dłoni, a dzięki technologii zastosowanym w biurowcach Skanska, gdzie znajduje się większość naszych biur, zapewniamy najemcom bardzo wysoką jakość powietrza. W tych czasach takie detale mają w biurach niebagatelne znaczenie – mówi Anna Zarczuk z Business Link.