Uprawnienie do odliczenia VAT z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów oraz importu usług

Kupujący, dokonawszy zakupu towarów bądź usług od podmiotów prowadzących działalność na terenie Unii Europejskiej, może podlegać obowiązkowi naliczenia podatku od towarów i usług. Ma to miejsce w sytuacji, w której określona czynność spełnia warunki bycia uznaną za wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów. Wówczas to na nabywcy spoczywa wykazanie VAT-u należnego. Niemniej kwalifikacja taka w żaden sposób nie wyklucza możliwości odliczenia przedmiotowego podatku. Wymaga to jednakże spełnienia określonych ustawowo warunków. Jakie to przesłanki? Jak powinna zostać ukształtowana transakcja, aby móc rozliczyć wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru?

Czym jest wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru?

Instytucję wewnątrzwspólnotowego nabycia towaru (dalej „WNT”) reguluje art. 9 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług (dalej „ustawa o VAT”). Ustanowiona w powyższym przepisie definicja tego pojęcia wskazuje, że za wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru przyjmuje się „nabycie prawa do rozporządzania jak właściciel towarami, które w wyniku dokonanej dostawy są wysyłane lub transportowane na terytorium państwa członkowskiego inne niż terytorium państwa członkowskiego rozpoczęcia wysyłki lub transportu przez dokonującego dostawy, nabywcę towarów lub na ich rzecz”. Niezależnie od powyższego ustawa o VAT przywołuje termin WNT już w art. 5 ust. 1 pkt 4 ustawy o VAT, wymieniając wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów za wynagrodzeniem na terytorium kraju w katalogu czynności podlegających opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług.

Data powstania obowiązku podatkowego

Na gruncie art. 20 ust. 5 ustawy o VAT obowiązek podatkowy towarzyszący WNT aktualizuje się w momencie, w którym uczestniczący w transakcji podatnik wystawi fakturę, z zastrzeżeniem, że nie może nastąpić to później niż w piętnastym dniu miesiąca kolejnego po miesiącu realizacji dostawy towaru, stanowiącego przedmiot nabycia wewnątrzwspólnotowego. Zaznaczenia wymaga, że wspomniany obowiązek podatkowy nie dotyczy faktur zaliczkowych, wystawianych jeszcze zanim towar zostanie dostarczony do nabywcy czy też zanim usługa zostanie zrealizowana.

Odliczanie VAT w związku z WNT

Zagadnieniem, które wymaga poruszenia w związku z omawianą instytucją, jest oczywiście obniżanie kwoty należnego podatku od towarów i usług o kwotę podatku naliczonego, inaczej mówiąc – odliczanie podatku VAT. W tym zakresie w sukurs przychodzi m.in. art. 86 ust. 2 pkt 4) lit. c ustawy o VAT, stosownie do którego kwota podatku naliczonego stanowi kwotę podatku należnego z tytułu WNT. Następnie art. 86 ust. 10 b pkt 2 wskazuje, że możliwość odliczenia podatku w powyższych okolicznościach może mieć miejsce jedynie, jeśli we właściwej deklaracji podatkowej zostanie przez zainteresowanego podatnika uwzględniony podatek należny z WNT. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że musi to nastąpić przed upływem trzech miesięcy od końca miesiąca, w którym powstał przedmiotowy obowiązek podatkowy związany z nabytym towarem.

Gdy nie zdążymy w ciągu trzech miesięcy

Abstrahując od powyższego, należy zwrócić uwagę na prawdopodobny przypadek, gdy podatnik otrzyma fakturę wykazującą wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów po upływie wymaganego okresu trzech miesięcy. Nie można wykluczyć bowiem sytuacji, w których przedsiębiorca z uwagi na liczne, niezależne od siebie okoliczności, takie jak:

  • nieterminowe doręczenie lub wystawienie faktury z winy kontrahenta lub
  • wadliwe wystawienie faktury przez dostawcę (np. omyłkowo wpisane dane podatnika, data wykonania usługi czy kwota), nie będzie w stanie uwzględnić w deklaracji podatkowej wysokości podatku należnego z WNT w wymaganym przepisami terminie. Zaakcentowania wymaga jednak, że nie pozbawia go to możliwości dokonania odliczenia podatku, lecz będzie on mógł odpowiednio powiększyć podatek naliczony w deklaracji VAT przeznaczonej za okres rozliczeniowy, w którym faktura została mu doręczona.

Zdaniem organów i judykatury

Powyższe potwierdzają również organy podatkowe, zaznaczając w szeregu interpretacji indywidualnych, że w odniesieniu do podatnika korzystającego z importu usług możliwe jest zyskanie uprawnienia do odliczenia podatku naliczonego za czas, kiedy powstał obowiązek podatkowy, nawet w przypadku nieposiadania faktury dokumentującej transakcję. Izba Skarbowa w Warszawie w interpretacji wydanej w dniu 23 września 2019 r. (0114-KDIP1-2.4012.449.2019.1.MC) nadmieniła nadto, że fakt braku faktury bądź konieczność jej korekty nie wyłącza możliwości uwzględnienia podatku należnego w terminie przewidzianym przepisami prawa. Nie sposób jednakże pominąć, iż Izba Skarbowa w Warszawie stwierdziła dalej, że „podatnik jest zobowiązany do prawidłowego rozliczenia podatku należnego od dokonywanych nabyć (wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów, importu usług), dlatego też winien tak kształtować relacje gospodarcze, aby mógł prawidłowo rozliczać dokonane transakcje na gruncie podatkowym”.

Nad omawianą materią pochylają się również sądy, dokonując praktycznej wykładni przytaczanych przepisów. I tak Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie w wyroku z dnia 29 września 2017 r. (sygn. akt I SA/Kr 709/17) postawił tezę, w świetle której podatnik wykazujący podatek od towarów i usług należny w odniesieniu do wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów po upływie wskazanych trzech miesięcy nie jest zobowiązany do opłacenia organowi podatkowemu odsetek za zwłokę. Zdaniem WSA w Krakowie przepisy stworzone przez polskiego ustawodawcę nakładające taką powinność stoją w sprzeczności z uregulowaniami Unii Europejskiej.

Podsumowanie

Podatnik chcący odliczyć podatek VAT związany z przeprowadzoną przez niego transakcją wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów bądź importu usług zobowiązany jest do uwzględnienia kwoty danego podatku należnego we właściwej do tego deklaracji podatkowej. Należy mieć jednak na uwadze, że czynność ta musi być co do zasady dokonana przed upływem trzech miesięcy od miesiąca, w ciągu którego powstał obowiązek podatkowy. Jeśli zaś w tym czasie podatnik nie podejmie stosownych działań, analogiczne czynności może zrealizować później, w bieżącej deklaracji podatkowej, dokonując rozliczenia za okres rozliczeniowy, w odniesieniu do którego termin na złożenie deklaracji podatkowej jeszcze nie minął.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W USA i Azji firmy mogą ubezpieczyć się od skutków pandemii. W Polsce nie ma takiej możliwości

W Polsce przedsiębiorcy nie mają możliwości skorzystania z ubezpieczenia, które zapewnia kompleksową ochronę od następstw pandemii. Tego typu rozwiązania są za to dostępne w USA czy Azji. Jak przekonują znawcy tematu, problem dotyczy wyliczenia składki, a koronawirus jest nowym ryzykiem z perspektywy ubezpieczycieli. Nie brakuje opinii, że w przyszłości rynek zareaguje na potrzeby firm. Ale pojawiają się również głosy, że towarzystwa ubezpieczeniowe nie rozszerzą oferty, bo naraziłyby się na wypłatę sporych kwot dla poszkodowanych. Alternatywą pozostaje utworzenie funduszu na szczeblu centralnym z relatywnie niewielkimi składkami.

Polska vs. świat

Ryzyko pandemii było od lat w centrum uwagi sektora ubezpieczeń, co podkreśla dr hab. Monika Wieczorek-Kosmala, prof. Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Ekspert zaznacza, że w ostatnich latach wystąpiły już epidemie, których skutki uważnie analizowano. To przede wszystkim SARS (2003 r.), świńska grypa (2009 r.), Ebola (2013 r.) czy Zika (2015 r.). Wydarzenia te skłaniały do dyskusji nad następstwami ewentualnego rozprzestrzenienia się infekcji na całym globie. Analizowano różne scenariusze nie tylko z perspektywy zdrowia publicznego, ale i możliwego załamania gospodarczego.

– W Polsce nie ma powszechnie dostępnego ubezpieczenia, które chroniłoby przedsiębiorców od następstw pandemii. Jednak w zaistniałej sytuacji nie można się spodziewać jego powstania. Nikt nie oferuje polisy ubezpieczeniowej przy właśnie palącym się budynku czy wobec nadciągającej fali powodziowej na Wiśle – stwierdza dr hab. Krzysztof Łyskawa z Katedry Ubezpieczeń Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Z kolei prof. Monika Wieczorek-Kosmala podkreśla, że takie ubezpieczenia są oferowane na świecie. Przykładowo, PathogenRX to produkt wprowadzony w 2018 roku przez światowego lidera w zakresie pośrednictwa ubezpieczeniowego Marsh. Zapewnia on ochronę na wypadek strat z tytułu przerw w działalności na skutek pandemii. Rozwiązanie jest dostępne dla przedsiębiorstw z konkretnych branż, np. turystyki, edukacji czy handlu. Można z niego skorzystać w USA i w Azji.

– Dotychczas klienci nie poszukiwali i nie oczekiwali takiej kompleksowej ochrony. Pandemia i jej możliwe następstwa były dla wielu z nich pojęciem zupełnie abstrakcyjnym. Z pewnością zakres i skutki obecnej sytuacji były trudne do przewidzenia przez wszystkich. Ona już spowodowała wzrost świadomości ubezpieczeniowej wśród klientów – informuje Barbara Trojanek, starszy specjalista ds. oferty ubezpieczeniowej w pionie UNIQA dla Biznesu.

Gra z ryzykiem

Jak podkreśla dr hab. Krzysztof Łyskawa, zakłady ubezpieczeń mają duże doświadczenie w radzeniu sobie z nieprzewidzianymi wydarzeniami wpływającymi na populację. I w tym co dzieje się wokół mogą próbować tworzyć odpowiednie rozwiązania. Ekspert dodaje, że niekiedy włącza się w to, często sztucznie, władza państwowa. Przykład z ostatnich tygodni to projekt ustawy z New Jersey. Ona wprowadza konieczność pokrycia strat związanych z przerwami w działalności, prawdopodobnie sięgających setek miliardów dolarów, a będących konsekwencjami epidemii. To działoby się w okolicznościach, w których umowy nie obejmują i wyraźnie wykluczają takie straty wynikające z rozprzestrzeniania się wirusa.  Zgodnie z propozycją regulacji, firmy ubezpieczeniowe, które wypłaciłyby takie odszkodowania, miałby możliwość dochodzenia tych kwot ze środków budżetowych.

– Epidemia niesie za sobą tak naprawdę ryzyko szkód ekonomicznych czy finansowych, których nie da się oszacować. A jeśli nie można tego zrobić, to analitycy nie są w stanie wycenić składki. Stąd też towarzystwa nie oferują takich ubezpieczeń. Istnieją jedynie polisy, które mogą uchronić przed utratą dochodu. Ale one dotyczą osób wykonujących tzw. wolne zawody. Jednak taka oferta zadziała tylko wtedy, kiedy ubezpieczony zachoruje i nie będzie mógł wykonywać swojej pracy – wyjaśnia Karolina Trzeciakiewicz z ANG Spółdzielnia.

Natomiast prof. Wieczorek-Kosmala podkreśla, że COVID-19 to ryzyko nowe z perspektywy sektora ubezpieczeń. Po raz pierwszy doszło do przejścia od lokalnej epidemii do globalnej pandemii. Jest to sytuacja, w której dochodzi do kumulacji ryzyka. Skutki pandemii dotknęły jednocześnie znaczną część ludzi, wiele gospodarek, branż i przedsiębiorców. Z perspektywy finansów ubezpieczycieli taka kumulacja ryzyka jest trudna, ponieważ pociąga za sobą konieczność wypłacenia sporych kwot należnych odszkodowań i świadczeń w relatywnie krótkim okresie. A dziś ostateczny rozmiar strat spowodowanych pandemią nie jest jeszcze znany. W tym momencie nawet nie możemy przewidzieć momentu jej zakończenia.

– Jedynym rozwiązaniem, które można byłoby próbować rozszerzyć na obecną sytuację, jest ubezpieczenie utraty zysku. To wariant, w którym zakład ubezpieczeń pokrywa utracony zysk i koszty stałe po zaistnieniu innego zdarzenia losowego, np. pożaru. Potrzebujemy czasu na odbudowę, straciliśmy obroty, nie mamy z czego płacić naszym pracownikom czy też nie posiadamy środków na pokrycie kosztów kredytu, leasingu itp. Ale bazą do tego jest ubezpieczenie mienia od ognia i innych zdarzeń lub od wszystkich ryzyk (AR). Jednak w czystej formie i bez szczególnych rozszerzeń nie ma odpowiedzialności za skutki pandemii – dodaje dr hab. Krzysztof Łyskawa.

Przyszłościowy kierunek

Według eksperta z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, w kolejnych latach powszechniejsze stanie się ubezpieczenie strat spowodowanych przerwą w działaniu na skutek pandemii. Będzie to naturalna odpowiedź rynku ubezpieczeń na zapotrzebowanie przedsiębiorstw, które teraz uświadomiły sobie skalę problemów. Z kolei Barbara Trojanek stwierdza, że branża już zapewne podjęła prace nad dostosowaniem oferty dla przedsiębiorstw do sytuacji spowodowanej pandemią. Również UNIQA analizuje te możliwości. Jest jednak za wcześnie, aby mówić o konkretnych rozwiązaniach, jak i o finalnym koszcie takiej ochrony.

– Ubezpieczenia to produkty zabezpieczające zdarzenia przyszłe i niepewne, a nie teraźniejsze. Towarzystwa raczej nie wprowadzają produktów, którymi z premedytacją naraziłyby się na wysokie i bardzo prawdopodobne ryzyko. Ideą ubezpieczenia jest rozmycie ryzyka na szerszą populację, co pozwala na zabezpieczenie jednostkowych wypadków. Teraz mielibyśmy do czynienia z odwrotną sytuacją, tzn. więcej ubezpieczonych odnotowałoby szkodę, a promil – nie. To byłaby już dotacja czy subwencja i tarcza antykryzysowa, a nie klasyczna forma ubezpieczenia – podkreśla Michał Kwasek z zarządu ANG Spółdzielnia.

Jak zaznacza prof. Wieczorek-Kosmala, w dyskusjach branżowych coraz częściej pojawiają się głosy, iż oferowanie ubezpieczeń dotyczących ryzyka pandemii będzie wymagało wypracowania nowych rozwiązań. One mogą opierać się np. na wykorzystaniu innowacyjnych mechanizmów transferu ryzyka na rynek kapitałowy bądź niestandardowego, długoterminowego okresu ochrony. Natomiast już teraz pojawiają się pytania o koncepcję utworzenia funduszu na szczeblu centralnym. W nim gromadzone byłyby środki, a przedsiębiorcy mogliby liczyć na wsparcie finansowe w kryzysowych sytuacjach, np. w przypadku pandemii. Wysokość składek byłaby relatywnie niewielka, np. uzależniona od osiąganego dochodu lub zwyczajnie zryczałtowana.

– Od tego powinny być podatki. Gdybyśmy przez kilka ostatnich lat kumulowali zapasy i tworzyli rezerwy zamiast je przejadać, to dzisiaj te pieniądze byłyby w systemie. Różnego rodzaju dodatkowe opłaty w ostatnim czasie są mocno spotęgowane. Wprowadzenie takiego rozwiązania w okresie prosperity mogłoby zadziałać, ale dzisiaj w to wątpię. Przedsiębiorcy nie mają zbyt dużego zaufania do ustawodawcy. Ponadto każdy raczej walczy dzisiaj o swoje przeżycie niż o dobro ogółu. Nie jest to wcale pozytywnym rozwiązaniem, ale niestety jest faktem – podkreśla Michał Kwasek.

Z kolei jak przekonuje prof. Wieczorek-Kosmala, obecnie dostrzegamy rolę pomocy państwa, oczekujemy wprowadzenia odpowiednich mechanizmów kompensacyjnych. Trudno powiedzieć jednak, czy po okresie pandemii, znajdzie się przestrzeń do dyskusji politycznej nad zaprojektowaniem tego typu rozwiązań. To mogłoby być postrzegane jako kolejny element obciążeń o charakterze podatkowym. Jeżeli rynek ubezpieczeniowy zdoła zaprojektować i zaproponować rozwiązania satysfakcjonujące przedsiębiorstwa, tworzenie funduszu na szczeblu centralnym nie będzie potrzebne.

Już niemal 1,6 miliarda zł subwencji dla klientów Santander Bank Polska

Łączna kwota przyznanych subwencji w ramach tarczy finansowej, zgodnie z danymi PFR z 6 maja, wyniosła 8,742 miliarda złotych. Aż 18% z tej kwoty stanowią środki przyznane klientom Santander Bank Polska – to 1,569 miliarda złotych.

Średnia kwota subwencji przyznanych klientom Santander Bank Polska z sektora mikro, małych i średnich firm to obecnie 113 tys. zł, natomiast w bankowości korporacyjnej średnia ta wynosi 932 tys. zł. Łącznie pozytywnie rozpatrzono już 7150 wniosków klientów banku o pomoc w ramach tarczy finansowej PFR.

W segmencie mikro, małych i średnich firm najwięcej, bo niemal 1500 pozytywnie rozpatrzonych wniosków o subwencję, dotyczy podmiotów z sektora handlu detalicznego i hurtowego oraz naprawy pojazdów, a także z branży przetwórstwa przemysłowego – 863 pozytywnie rozpatrzone wnioski. Na kolejnych miejscach pod względem liczby przyznanych świadczeń znalazły się firmy prowadzące działalność profesjonalną, naukową i techniczną (666 pozytywnie rozpatrzonych wniosków), firmy z branży budownictwa (635 pozytywnie rozpatrzonych wniosków) oraz świadczące usługi związane z zakwaterowaniem i gastronomią (546 pozytywnie rozpatrzonych wniosków).

Z kolei, na tę chwilę, wśród największych przedsiębiorstw, które obejmuje tarcza, najwięcej pozytywnych decyzji otrzymały firmy z sektora dystrybucji oraz firmy produkcyjne.

Już niemal 1,6 miliarda zł subwencji dla klientów Santander Bank Polska
Tabela 1: Liczba pozytywnie rozpatrzonych wniosków i średnia wartość dotacji w segmencie SME, top 15 branż. Dane dla Santander Bank Polska.

Subwencje przekazywane są firmom w ramach Tarczy Finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju. Mikro, małe i średnie firmy (zatrudniające od 1 do 249 pracowników), których przychody spadły o 25% lub więcej w związku z COVID-19, mogą składać wnioski o subwencje poprzez bankowość internetową banku, również w Santander Bank Polska. Duże przedsiębiorstwa, o skonsolidowanej sumie bilansowej powyżej 43 mln euro, powinny wnioskować o rozwiązania pomocowe bezpośrednio w Polskim Funduszu Rozwoju.

Wnioskowanie o subwencje jest bezpłatne, bank nie pobiera żadnych opłat za obsługę tego procesu. Ponadto Santander Bank Polska udostępnił specjalny serwis www.santander.pl/tarczapfr, na którym znajduje się m.in. kalkulator umożliwiający oszacowanie kwoty subwencji oraz informacje o wnioskowaniu.

Epidemia napędza rozwój rynku maszyn vendingowych

Automaty handlowe to w wielu krajach popularny i od dawna wykorzystywany model sprzedaży, nawet tak nietypowych produktów, jak torty, biżuteria czy samochody.
W vendingowych sklepach mieści się asortyment z nawet 100 mkw. tradycyjnej powierzchni.

W Polsce ta formuła sprzedaży dopiero się rozwija, ale wezwanie do dystansu społecznego w czasie epidemii bardzo ten trend przyspiesza. Mamy około 40 tys. automatów różnych typów, ale ich liczba rośnie z roku na rok.

Spadek sprzedaży detalicznej w marcu wyniósł wg GUS 9% (w porównaniu do marca 2019) – handel szuka nowych formatów dystrybucji także na czas po epidemii.

Zamknięte galerie handlowe i specjalistyczne sklepy, a w tych otwartych uciążliwe ograniczenia sprzedaży dotyczące np. liczby osób w budynku – tak wyglądają zakupy w czasie koronawirusa. Wg wielu ekspertów nawet po zmniejszeniu ryzyka zakażenia, masowego powrotu klientów do sklepów wielkopowierzchniowych i galerii handlowych w najbliższym czasie nie będzie. Handel nigdy nie będzie już taki, jak dawniej. Prawdopodobnie pozostaną pewne ograniczenia, jak limit liczby osób na metr kwadratowy powierzchni sklepu czy inne wymogi bezpieczeństwa, np. unikanie bezpośredniego, bliskiego kontaktu ze sprzedawcą. Takich zagrożeń nie ma w przypadku urządzeń i maszyn vendingowych. W Polsce do tej pory ten model był traktowany jako dodatek do tradycyjnej sprzedaży, ale w wielu krajach pełni ważną rolę. Zastosowania automatów są bardzo szerokie, a one same zaawansowane technologicznie. Maszyny sprzedażowe są łączone w duże konstrukcje, do których można przenieść nawet 100-metrowy sklep z asortymentem, w pełni automatyzując go.

5 najdziwniejszych zastosowań automatów handlowych. Czy w Polsce to możliwe?

Technologia daje coraz więcej możliwości sprzedaży z automatów, kilka przykładów:

  • W Kanadzie, w Toronto działają automaty do sprzedaży tortów. Asortyment liczy kilkadziesiąt pozycji. Maszyna ma moduł chłodzący i wydaje też jednorazowe widelce.
  • Na lotnisku we włoskim Bari działa bezobsługowy sklep z produktami regionalnymi „Made in Puglia”. Dostępne są tam wina czy sery.
  • W Dubaju maszyna sprzedaje ekskluzywną biżuterię. Po wyborze produktu jest on przybliżany do szyby i doświetlany. Pozwala to obejrzeć go dokładnie i upewnić się co do zakupu. W podobny sposób można kupić złote monety, a nawet sztabki złota.
  • Największymi przedmiotami sprzedawanymi z automatów handlowych są prawdopodobnie samochody. Taki „sklep” znajduje się w Singapurze, dostępne są tam m.in. pojazdy marki Ferrari.

– Nie wszystkie te zastosowania są możliwe w Polsce – czy to ze względu na przepisy (np. zakaz sprzedaży alkoholu bezobsługowo) czy z powodów kulturowych (jak sprzedaż złota). Jednak handel z automatów także w naszym kraju rozwija się coraz szybciej, a epidemia go tylko przyspiesza. Maszyny z żywnością działają od dawna i jest ich coraz więcej. Ostatnio pojawiły się np. „maseczkomaty”, wcześniej „karierę” zrobiły butelkomaty. Przykładem bardziej zaawansowanych urządzeń są Lekomaty. Obecnie uruchamiamy je w formule Smart Shop we współpracy z firmą, która w Soczewkomatach sprzedaje soczewki okulistyczne. Projekt, który planowany był na przyszłość, z powodu okoliczności związanych z epidemią ruszył z początkiem maja – mówi Paweł Mazur z firmy Automnia, która jest wyłącznym dystrybutorem maszyn vendingowych kilku firm w Polsce.

Handel podczas epidemii szuka nowych formatów

Sprzedaż detaliczna w marcu spadła realnie o 9 procent. To dane najsłabsze od piętnastu lat. Wynik byłby jeszcze gorszy, gdyby nie wzrost w zakresie lekarstw i żywności. Sprzedaż ubrań i obuwia spadła aż o połowę, a samochodów o około 30 proc. Dane z kwietnia będą zapewne jeszcze gorsze. Ograniczenia w handlu wywołane koronawirusem powodują, że tradycyjna sprzedaż boryka się z poważnymi problemami i być może już nigdy nie będzie dla właścicieli firm tak zyskowna, a dla konsumentów tak przyjemna, jak kiedyś.

– Kolejki przed sklepami, zachowywanie odległości czy sprawdzanie temperatury to spore uciążliwości. Równocześnie kupowanie w automatach tych niedogodności nie niesie. Jest bezpieczne i higieniczne, nie ogranicza jej zamrażanie gospodarki. Co więcej, daje przyjemność obcowania z zaawansowaną technologią czy elektroniką w postaci kolorowych wyświetlaczy, bezdotykowych, elektronicznych płatności czy efektownej prezentacji produktu. Możliwości automatycznego handlu są ogromne – mamy w ofercie np. bezobsługowe stołówki, które z powodzeniem działają w niektórych krajach. Powstają ulice z mechanicznymi sklepami. Mając świadomość przez co przechodzimy w czasach koronawirusa, można powiedzieć, że taki model z pewnością będzie coraz bardziej w handlu pożądany także w naszym kraju – mówi Paweł Mazur z Automnia.

Coraz więcej przedsiębiorców z różnych branż planuje udostępnić swoje produkty w systemie vendingu. Kusi uniwersalność tej formuły i brak podatności na ograniczenia handlu jakich obecnie doświadczamy. Automaty pracują 24 h na dobę, nie dotyczą ich przepisy o handlu w niedzielę.

Nie ma też praktycznie ograniczeń co do ich lokalizacji – mogą to być hale targowe, ciągi komunikacyjne, pasaże, dworce, pętle komunikacyjne, bezobsługowe myjnie samochodowe. Są też tańsze i prostsze w utrzymaniu. W Polsce jest około 40 000 automatów (dane Euromonitor) różnych typów, ale ich liczba rośnie z roku na rok.

ID Logistics – dynamiczny I kwartał 2020 r., wzrost sprzedaży o 9,6 proc.

ID Logistics, jeden z europejskich liderów logistyki kontraktowej, ogłosił wyniki za I kwartał 2020 r.

Eric Hémar, prezes i dyrektor generalny Grupy ID Logistics, podsumował: „W I kwartale 2020 roku, dotkniętym kryzysem wywołanym pandemią Covid-19, Grupa była w stanie bardzo szybko zareagować dzięki elastyczności i modelowi biznesowemu typu „pure player”. Dotyczy to zarówno wsparcia dla wzrostu aktywności klientów z branży spożywczej i e-commerce, jak i zmniejszania kosztów w przypadku tych, którzy ograniczyli lub zamknęli działalność. ID Logistics dokłada wszelkich starań, aby zapewnić bezpieczeństwo zespołom, nadal wspierać klientów i utrzymać zasoby finansowe. Chciałbym podziękować wszystkim pracownikom ID Logistics za ich wyjątkowe zaangażowanie”.

DOBRY START Z DYNAMICZNYM WZROSTEM W I KWARTALE

Grupa ID Logistics dobrze rozpoczęła rok 2020, odnotowując w I kw. wzrost sprzedaży o 9,6 proc. (7,4 proc. w ujęciu like-for-like) do 392,5 mln EUR.

We Francji, rynku macierzystym, sprzedaż firmy wzrosła o 3,5 proc. do 173,5 mln EUR. W ciągu pierwszych dwóch miesięcy ID Logistics osiągnął dobre wyniki, jednak na poziom wzrostu sprzedaży w marcu, który wyniósł 0,6 proc., już zaważyło wprowadzenie od 17 marca ograniczeń związanych z Covid-19. Zwiększona obsługa żywności i środków higieny osobistej oraz e-commerce zrekompensowała spadki aktywności w innych branżach.

W I kw. Grupa ID Logistics odnotowała duży wzrost przychodów na rynkach międzynarodowych, o 15 proc. (11,2 proc. like-for-like) do 219 mln EUR. W ciągu dwóch pierwszych miesięcy działalność utrzymała się na tym samym poziomie co w marcu: niższe wolumeny w niektórych krajach objętych restrykcjami (głównie Hiszpania i Belgia) zostały zrównoważone utrzymującym się silnym wzrostem sprzedaży w innych (głównie Niemcy i Holandia). Grupa zaznacza jednocześnie, że Chiny stanowią mniej niż 1 proc. jej biznesu, nie jest też obecna we Włoszech.

W I kw. wpływ kursów walut był ogólnie niekorzystny, efekt konsolidacyjny objął zakończenie działalności w Afryce Południowej we wrześniu 2019 oraz połączenie w grudniu z Jagged Peak w USA. Proces integracji zakończono przed planowanym terminem.

DZIAŁANIA PODJĘTE PRZEZ GRUPĘ ID LOGISTICS PO ROZPOCZĘCIU KRYZYSU ZWIĄZANEGO Z COVID-19

Grupa ID Logistics wyznaczyła sobie trzy priorytety:

  1. Bezpieczeństwo zespołów. W ramach Grupy utworzono zespół kryzysowy i specjalną organizację operacyjną we Francji oraz Hiszpanii, zgodnie z najlepszymi praktykami, stosowanymi przez branże i zatwierdzonymi przez organizacje i związki zawodowe oraz rząd. Dobre praktyki (m.in. pomiar temperatury, dystrybucja masek i żelu dezynfekującego) zostały również wdrożone w innych oddziałach Grupy.
  2. Wsparcie i bezpieczeństwo klientów. Grupa ID Logistics szybko zareagowała na zmiany, wykorzystując przewagę wynikającą z elastyczności organizacji i modelu biznesowego typu „pure player”. Dzięki temu firma mogła wesprzeć zarówno szybki wzrost aktywności klientów z branży spożywczej i e-commerce, jak i zmniejszyć koszty w przypadku firm, które ograniczyły lub zamknęły działalność. Dodatkowo opracowano dla klientów plany jak najszybszego i najkorzystniejszego wznowienia działalności, gdy sytuacja powróci do normalności.
  3. Bezpieczeństwo firmy. ID Logistics zwraca szczególną uwagę na zarządzanie środkami pieniężnymi i korektę kosztów, m.in. zaproponowano klientom o niższej aktywności ograniczenie kosztów, zawarto też dodatkowe porozumienia w tym zakresie.

Uwzględniając zarządzanie środkami finansowymi w kontekście Covid-19, ID Logistics realizuje zaplanowane na ten rok inwestycje. Podobnie jak w ubiegłych latach, nie jest planowana wypłata dywidendy, a pozyskane środki zostaną przeznaczone na inwestycje. W geście solidarności, wszyscy członkowie Komitetu Wykonawczego Grupy zgodzili się na zmniejszenie o 15 proc. ich stałego wynagrodzenia.

PERSPEKTYWY ROZWOJU BIZNESU

W ciągu pierwszych dwóch tygodni kwietnia 2020 r. przyspieszył, obserwowany pod koniec marca, spadek sprzedaży, głównie z powodu zamknięcia blisko 20 magazynów, generujących ok. 6 proc. obrotów Grupy ID Logistics. Jednocześnie w niektórych krajach, na przykład w Belgii i Niemczech, ponownie otwierane są sklepy. Dlatego obecnie trudno jest przewidzieć, czy utrzyma się trend obserwowany na początku kwietnia. Grupa opiera się na zrównoważonym portfelu klientów i szerokim zasięgu geograficznym, 40 proc. udziału w jej działalności stanowi obsługa branży sprzedaży detalicznej żywności i higieny osobistej, 20 proc. to e-commerce, którego nie dotknęły ograniczenia. Do tej pory ID Logistics uruchamiało nowe magazyny bez znacznych opóźnień. Od początku roku Grupa otworzyła 5 lokalizacji, teraz jej celem jest uruchomienie kolejnych dziesięciu. Jednocześnie firma bierze udział w przetargach i realizuje konkretne projekty związane z kryzysem wywołanym Covid-19 (m.in. rozwiązania dla e-commerce, przyjmowanie i składowanie kontenerów z Azji, otwarcie przepełnionych magazynów).

Ze względu na nieprzewidywalny kierunek rozwoju sytuacji w najbliższym czasie, obecnie Grupa nie jest w stanie oszacować wpływ kryzysu na jej działalność w 2020 roku.  ID Logistics nadal będzie uważnie monitorować i okresowo dokonywać oceny rozwoju sytuacji oraz jej wpływu na działania i wyniki. Firma skoncentruje się na głównych obszarach biznesu: zarządzaniu operacyjnym, zarządzaniu środkami pieniężnymi oraz możliwościami wzrostu zewnętrznego, szczególnie w Europie Północnej i USA.

Rośnie liczba ataków hakerskich w sektorze finansowym

Według najnowszych badań F5 Labs[1] organizacje usług finansowych odnotowały znaczny wzrost liczby ataków uwierzytelniających i rozproszonych ataków typu „odmowa usługi” (DDoS) w okresie 2017-19. Liczba ataków internetowych w raportowanym czasie znacznie spadła.

Sektor usług finansowych jest ściśle regulowany i przeznacza duże środki na zabezpieczenia,  ​​co oznacza, że ta branża liczy się z ryzykiem. Nadal pozostaje jednak atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców ze względu na wysoką wartość profilu informacji, do których te organizacje mają dostęp – mówi Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland.

Uwierzytelnianie – wzrost o 5%

W 2019 r. w skali globalnej aż 42% wszystkich ataków na organizacje usług finansowych stanowiły brute force attacks oraz credential stuffing (próby włamań za pomocą pozyskanych częściowych danych dostępowych), a odsetek tek wzrósł o 5 punktów w raportowanym okresie. F5 podkreśla, że istnieją w tym obszarze różnice w zależności od lokalizacji – ataki na uwierzytelnianie stanowiły 20% wszystkich ataków w regionie EMEA, 15% naruszeń w APAC oraz aż 64% w Ameryce Północnej. Pierwsze sygnały ataku uwierzytelniającego często płyną ze strony klientów – i są to skargi na blokadę konta – a nie z automatycznego wykrywania. Szybka reakcja jest kluczem do skutecznej obrony. Może nastąpić tylko, gdy organizacja jest w stanie wykryć wzrost liczby nieudanych prób logowania w krótkim okresie i zareagować zanim atak przełoży się na klientów – dodaje Ireneusz Wiśniewski.

DDoS – wzrost o 16%

Ataki DDoS były drugim co do wielkości zagrożeniem dla organizacji świadczących usługi finansowe. Stanowiły 32% wszystkich zgłoszonych incydentów w latach 2017-2019. Jest to również najszybciej rosnące zagrożenie – w badanym okresie wzrosły o 16%. DDoS najbardziej dotkliwe są dla sektora finansowego w regionie Azji i Pacyfiku – stanowią 55% wszystkich naruszeń, w EMEA to aż połowa zgłoszonych ataków, zaś w Ameryce Północnej jedynie 22% z nich.F5 Labs podkreśla, że ataki typu „odmowa usługi” skierowane przeciwko dostawcom usług finansowych zwykle są ukierunkowane na podstawowe usługi używane przez klientów (takie jak DNS) lub aplikacje, które umożliwiają dostęp do usług online (np. przeglądanie rachunków lub ubieganie się o pożyczki). Ataki są często przepuszczane z całego świata, m.in. za pomocą dużych botnetów wynajmowanych lub specjalnie do tych celów zbudowanych z zainfekowanych maszyn przez atakujących.Dla IT w sektorze technologicznym niezwykle ważna będzie więc zdolność do szybkiego zidentyfikowania charakterystyki ruchu w warunkach ataku. Istotne jest również włączenie szczegółowego rejestrowania usług aplikacyjnych w celu identyfikacji nietypowych zapytań – dodaje Ireneusz Wiśniewski.

Ataki sieciowe

Raport F5 Labs odnotował spadek liczby ataków internetowych na organizacje usług finansowych. W 2017 i 2018 r. stanowiły one 11% wszystkich incydentów, a w 2019 r. było to zaledwie 4%. F5 Labs ostrzega jednak, że ataki internetowe celujące w usługi finansowe zwykle trwają dłużej niż w innych sektorach, ze względu na konieczną precyzję i potencjalnie wysoką wartość dla przestępców. Większość ataków sieciowych zarejestrowanych przez F5 SIRT dotyczyła interfejsów API, w tym związanych z portalami mobilnego uwierzytelniania i Open Financial Exchange (OFX). Zauważalne było również web scraping – kopiowanie treści w celu tworzenia realistycznych stron phishingowych.Chociaż trudno jest ustalić przyczynę spadku liczby ataków webowych, wpływ mogło mieć rosnące zaawansowanie technicznych mechanizmów kontrolnych, takich jak zapory aplikacji internetowych (WAF) – komentuje Ireneusz Wiśniewski.Już w 2018 r. Application Protection Report od F5 Labs wykazał, że większy odsetek organizacji finansowych ma tendencję do wdrażania ochrony WAF (31%) niż wyniosła średnia we wszystkich branżach (26%).Jeszcze nie wszystkie organizacje finansowe doceniają potrzebę uwierzytelniania wieloskładnikowego, co stanowi najskuteczniejszy sposób zapobiegania większości ataków na dostęp i wyłudzających informacje. Ważne pozostaje monitorowanie ruchu pod kątem oznak brute force attacks czy credential stuffing. Sektor czeka wzmacnianie interfejsów API oraz wdrażanie programów do zarządzania lukami bezpieczeństwa, żeby przeprowadzać skanowanie i łatać ochronę. Standardem powinny być regularnie sprawdzane procedury reagowania na incydenty, które uwzględniają wszystkie rodzaje ryzyka – podsumowuje Ireneusz Wiśniewski.

[1] Analiza zespołu reagowania na incydenty bezpieczeństwa F5 Labs objęła banki, kasy oszczędnościowe, brokerów, firmy ubezpieczeniowe oraz organizacje z nimi współpracujące jak podmioty przetwarzające płatności i dostarczające oprogramowanie finansowe jako usługę (SaaS).

 

Mały fragment większej układanki

Pozytywny nastrój przyciągnięty z nocy powinien pozostać niezagrożony aż do popołudnia, gdzie rynek będzie się musiał zmierzyć z raportem NFP z USA. Przesądzony jest rekordowy spadek zatrudnienia wskutek reakcji na pandemię COVID-19, na co rynek jest przygotowany, choć dowód załamania gospodarczego zawsze jest czymś, co może zakłócić entuzjazm. Chyba że im gorsze dane, tym większa szansa na ujemne stopy procentowe Fed?

W kwietniu spadek zatrudnienia w sektorze pozarolniczym USA ma wynieść rekordowe 22 mln. To skutek nagłego wprowadzenia nakazu pozostania w domach i wstrzymania działalności gospodarczej, co w amerykańskich warunkach prowadzi natychmiastowego zerwania umów o pracę. Stopa bezrobocia ma skoczyć do 16 proc. z 4,4 proc. w marcu, choć wartość ta może być niższa, jeśli rzesza Amerykanów zdecyduje się zrezygnować z aktywnego poszukiwania pracy (wówczas nie liczą się do statystyk). Oznacza to tylko tyle, że nie należy pozytywnie odczytywać niższego wyniku stopy bezrobocia, ale i tak samo rynek nie powinien nerwowo reagować na wielomilionowe zmniejszenie zatrudnienia. Te miejsca pracy w większości nie zginęły całkowicie i zostaną na powrót wypełnione, jak tylko zakończony zostanie lockdown. Jednak odbudowa rynku pracy będzie postępować powoli i nierealnym jest powrót do pełnego zatrudnienia w tym roku. W kolejnych miesiącach istotne będzie tempo, z jakim bezrobocie będzie się obniżać. A to w dużej mierze będzie zależeć od tego, czy pandemia COVID-19 będzie opanowana i uniknie się wybuchu drugiej fali niekontrolowanego rozprzestrzeniania zakażeń. To wielka niewiadoma, na którą dzisiejszy raport nie udzieli odpowiedzi. Dziś dostaniemy tylko jeden fragment informacji, jak źle jest na starcie długiej drogi od złego do lepszego.

A jeśli gorsze dane (dla gospodarki) to tak naprawdę lepsze dane (dla rynków)? Wczoraj USD tracił, spadały rentowności długu USA, a Wall Street poprawiało szczyty wraz z rozwijaniem się dyskusji, że Fed może zdecydować się na wprowadzenie ujemnych stóp procentowych. Jakkolwiek pomysł szybko został skonfrontowany ze sceptyczną oceną członka Fed Barkina, to jednak spekulacje raczej nie znikną całkowicie. Dziś rano rynek stopy procentowej dyskontuje 3 pb obniżki stopy rezerw federalnych do końca 2020 r. Wątpię, aby Fed miał zdecydować się na ujemne stopy procentowe, jednak bank centralny znalazł się w niewygodnym położeniu. Perspektywa odmrażania gospodarki i odbudowy ożywienia jest dyskontowana przez rynki finansowe, co też może wpływać na zacieśnianie warunków finansowych (wzrost rynkowego kosztu pieniądza). Tego Fed by nie chciał, stąd niewykluczone, że dla zadbania o utrzymanie łagodnych warunków kredytowych w najbliższych komentarzach przedstawiciele Fed mogą być bardziej otwarci na ewentualny scenariusz ścięcia stóp poniżej zera. Jako że rynki finansowe prędzej wyceniają oczekiwania niż fakty, spekulacje byłyby pożywką do osłabienia USD i impulsem dla apetytu na ryzyko. Ciekawe, jaka strategię przyjmie Fed?

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Deweloperzy zainteresowani wielką płytą?

Pojawiają się sygnały o wzroście zainteresowania wielką płytą ze strony deweloperów. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy rośnie liczba wielkopłytowych bloków oddawanych do użytku.

Główny Urząd Statystyczny regularnie podaje informacje na temat technologii, w której deweloperzy wybudowali kolejne budynki. Takie dane już od lat pokazują ogromną przewagę technologii tradycyjnej udoskonalonej, która polega na ręcznym wmurowywaniu cegieł, pustaków lub bloczków. Najnowsze statystyki GUS z 2019 r. wskazują jednak, że na deweloperskich budowach ma miejsce ciekawa zmiana. Mowa o wzroście popularności technologii wielkopłytowej.Wykres

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl na podstawie danych GUS obliczyli, jaki udział w liczbie wszystkich budynków ukończonych przez deweloperów miały bloki i domy wybudowane w różnych technologiach. Najpierw warto wziąć pod uwagę technologię tradycyjną udoskonaloną (patrz poniżej):

  • 2013 r. – 98,51% ukończonych budynków
  • 2014 r. – 98,14%
  • 2015 r. – 98,09%
  • 2016 r. – 97,84%
  • 2017 r. – 98,13%
  • 2018 r. – 96,67%
  • 2019 r. – 96,26%

Jeżeli chodzi o technologię wielkopłytową, to jej analogiczny udział w liczbie ukończonych budynków przedstawia się następująco:

  • 2013 r. – 0,00% ukończonych budynków
  • 2014 r. – 0,08%
  • 2015 r. – 0,04%
  • 2016 r. – 0,03%
  • 2017 r. – 0,01%
  • 2018 r. – 0,59%
  • 2019 r. – 0,97%

W nawiązaniu do powyższych danych warto zwrócić uwagę, że w 2019 r. deweloperzy ukończyli 187 budynków wielkopłytowych. Oznaczało to dwukrotny wzrost względem 2018 roku. Niewykluczone, że udoskonalona technologia wielkopłytowa pod względem popularności wyprzedzi technologię monolityczną, której udział przedstawiał się następująco:

  • 2013 r. – 1,40% ukończonych budynków
  • 2014 r. – 1,66%
  • 2015 r. – 1,73%
  • 2016 r. – 1,91%
  • 2017 r. – 1,65%
  • 2018 r. – 2,13%
  • 2019 r. – 2,09%

W ramach podsumowania warto przypomnieć, że wszystkie powyższe dane z 2019 r. uwzględniają decyzje deweloperów podjęte około dwa – trzy lata wcześniej. Tyle bowiem trwa wznoszenie przeciętnego budynku przez komercyjnych inwestorów.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Edukacja finansowa dzieci powinna odbywać się już w przedszkolu. Podczas pandemii rodzice mogą wykorzystać poradniki i filmy dostępne w internecie

W edukacji finansowej dzieci są duże luki. Najmłodsi nie rozumieją pojęcia pieniędzy i nie wiążą ich z pracą. Tymczasem w tym zakresie  powinny być one edukowane jak najwcześniej. – Od najmłodszych lat warto wpajać pewne wartości związane z oszczędzaniem – przekonuje Paulina Wołosz-Sitarek z Fundacji Banku Millennium. Duża rola spoczywa na rodzicach, którzy choćby poprzez kieszonkowe mogą uczyć dzieci wartości pieniądza. Tym bardziej teraz, kiedy edukacja z powodu pandemii koronawirusa toczy się głównie w domach. To z tego powodu program Finansowy Elementarz, prowadzony do tej pory w formie warsztatów, przenosi się do internetu.

– Edukacja finansowa dzieci jest niezmiernie ważna, ponieważ mądre zarządzanie pieniędzmi pomaga w osiągnięciu sukcesu. Niestety tej umiejętności najmłodsi nie uczą się w szkole. Jak wynika z wielu badań, w Polsce zidentyfikowano lukę w edukacji finansowej dzieci i młodzieży – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Wołosz-Sitarek, członek zarządu Fundacji Banku Millennium.

Eksperci podkreślają, że im szybciej dzieci rozpoczną edukację finansową, tym sprawniej będą sobie radzić w zarządzaniu pieniędzmi w przyszłości. Większość z nich nie wie, czym są pieniądze i że zarabia się je, pracując.

– Ogólny poziom wiedzy dzieci rośnie. Nawet przedszkolak jest w stanie obsługiwać urządzenia mobilne, czasami lepiej niż jego dziadkowie, natomiast nie idzie to w parze z wiedzą finansową – przekonuje ekspertka.

Z badania Ipsos i Kapitalni.org wynika, że 38 proc. Polaków uważa, że edukacja finansowa dzieci powinna się rozpoczynać w pierwszych latach szkoły podstawowej, a 1/3 chciałoby, aby wiedza o finansach przekazywana była jeszcze w przedszkolu.

Musimy jednak mieć świadomość, że żadna szkoła i programy edukacyjne nie zastąpią rodziców, bo wiedza na temat świata, system wartości, przyzwyczajenia, przekonania, wzorce zachowań, również finansowych, dzieci wynoszą z domu – mówi przedstawicielka Fundacji Banku Millennium.

Rodzice jednak woleliby, żeby to szkoły zajęły się edukacją dzieci w tym zakresie. Sami niechętnie prowadzą rozmowy o pieniądzach ze swoimi pociechami. Jedną z przyczyn jest to, że do końca nie wiedzą, jak tę wiedzę przekazywać. Nie włączają dzieci w planowanie domowego budżetu, np. codziennych zakupów. Tylko część najmłodszych regularnie dostaje kieszonkowe, a właśnie w ten sposób mogą najszybciej nauczyć się oszczędzać. Brak takich umiejętności wyniesionych z domu może przełożyć się na nieumiejętne zarządzanie pieniędzmi w przyszłości.

Eksperci przekonują jednak, że rozmowy o finansach mogą być elementem zabawy, a przy niewielkim wsparciu każdy rodzic jest w stanie przekazać tę wiedzę w sposób przystępny i lekki.

– Z małymi dziećmi możemy bawić się w sklep lub bank, starsze możemy angażować do tworzenia budżetu domowego. Możemy też wykorzystać grę „Monopol”, która uczy zarządzania pieniędzmi, jak inwestować, żeby zarabiać. Edukację najlepiej zacząć od siebie, bo nie będziemy nigdy dobrymi nauczycielami dla naszych dzieci, jeśli sami będziemy popełniać błędy finansowe – radzi Paulina Wołosz-Sitarek.

W odpowiedzi na luki w edukacji finansowej najmłodszych Fundacja Banku Millennium stworzyła  Finansowy Elementarz. Do tej pory program obejmował cykl warsztatów prowadzonych w przedszkolach – w ponad 2 tys. wydarzeń wzięło udział 53 tys. dzieci w 630 przedszkolach w całej Polsce.

– Powołaliśmy do życia dziecięcych bohaterów. Pies, Pan Sebastian i trójka jego przyjaciół tłumaczą dzieciom, skąd się biorą pieniądze, dlaczego warto oszczędzać, jak wyglądają banknot i moneta, do czego służy karta kredytowa i co to jest bank. Do tej pory powstały trzy książeczki: „Pierwsze zakupy”, „Pierwsze oszczędności” i „Opowieść o banku”. Wkrótce pojawi się czwarta o bezpiecznym bankowaniu w sieci – wskazuje ekspertka.

Materiały były dostępne dla uczestników warsztatów oraz w oddziałach Banku Millennium. Na potrzeby obecnej sytuacji epidemiologicznej, która wymusiła zdalną edukację, umieszczono je również na kanale YouTube Fundacji Banku Millennium. Można obejrzeć tam pierwszy odcinek „Pierwsze zakupy”, a kolejne części mają być gotowe jeszcze w maju.

– Wiemy, jak trudno uczyć dzieci o finansach. Dlatego przygotowaliśmy cykl tekstów poradnikowych, jak w przystępny sposób rozmawiać z nimi o finansach, listę zasad, do których należy się stosować w edukacji finansowej najmłodszych – podkreśla Paulina Wołosz-Sitarek. – Udostępniamy rodzicom materiały edukacyjne, które umożliwią dzieciom płynne wejście w zawiły świat finansów.

Otwarty wykład online: Przemysł 4.0 i technologia 5G – czas na transformację polskiego przemysłu

Pandemia koronawirusa pokazuje, że firmy oparte o nowoczesne technologie i działające zgodnie z ideą Przemysłu 4.0 są odporniejsze na nieprzewidywalne wstrząsy. Jak zatem przygotować firmę do wprowadzenia koncepcji Przemysłu 4.0? Na to pytanie odpowiada Mariusz Bednarek, Wiceprezes Instytutu Industry 4.0, profesor Szkoły Biznesu PW oraz WSB Warszawa, który wraz Marcinem Cichym, Prezesem UKE, Tomaszem Haidukiem, Prezesem Instytutu Industry 4.0, i prof. Bogdanem Nogalskim, WSB Gdańsk, Honorowym Prezesem KNOiZ PAN, już 12 maja, podczas otwartego dla wszystkich spotkania online w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, przybliżą koncepcję Przemysłu 4.0 i technologii 5G.

Przemysł 4.0 jest już faktem, a nie mrzonką przyszłości. Polska od pewnego czasu kroczy po ścieżce wyznaczanej przez ideę gospodarki 4.0. Warto dokładniej poznać jej założenia, bowiem daje ona wiele szans rozwoju technologicznego, a tym samym perspektyw przyspieszenia w biznesie. Firmom opartym o technologie Przemysłu 4.0 łatwiej jest konkurować nie tylko w czasach prosperity, ale również w okresie turbulencji gospodarczych.

Konkurencyjny Przemysł 4.0

Firmy nie mogą odkładać wprowadzania nowych technologii, gdyż w ten sposób tracą swoją konkurencyjność na rynku, szczególnie tym międzynarodowym, na którym już nawet małe firmy przestawiają swój model biznesowy na taki, w którym cyfryzacja i automatyzacja, a nawet robotyzacja stają się podstawą ich działania. Przemysł 4.0 jest też odpowiedzią na coraz bardziej indywidualne potrzeby konsumentów, którzy zmierzają w kierunku ekonomii współdzielenia, Internetu Rzeczy, budowania relacji poprzez sieci społecznościowe, poszukujących produktów niemalże „na zamówienie”, dostosowanych do konkretnych ich oczekiwań. – „Odchodzenie od produkcji masowej do produkcji jednostkowej, przy zwiększaniu konkurencyjności i liczby klientów, to główne wyzwanie dla firm, a pomóc je zrealizować może właśnie cyfryzacja, automatyzacja i robotyzacja. Wykorzystanie coraz to nowocześniejszych i bardziej zaawansowanych technologii nie będzie jednak możliwe bez szybkiego internetu 5G, który pozwalać będzie na transmisję danych w czasie rzeczywistym. Sprawne funkcjonowanie przemysłu 4.0 jest właśnie uzależnione od szybkości komunikacji między człowiekiem a maszyną” – wyjaśnia Mariusz Bednarek, Wiceprezes Instytutu Industry 4.0 i wykładowca Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej

Zmiany technologiczne, ale przy współudziale pracowników

I o ile przedsiębiorstwa coraz wyraźniej dostrzegają możliwości biznesu opartego o technologię, o tyle pracownicy sceptycznie podchodzą do tego typu rozwiązań, w obawie o swoje miejsca pracy. – „Zmiany technologiczne w firmach muszą być przemyślane na każdym etapie i skorelowane z edukacją pracowników, którzy będą wykonywać określone zadania w zautomatyzowanym przedsiębiorstwie. Stąd istotne staje się połączenie kompetencji miękkich filozofii zarządzania firmą Lean/KAIZEN z technologicznym podejściem przemysłu 4.0. Taka synergia jest gwarancją skutecznego budowania biznesu przyszłości, o czym będę mówił szerzej 12 maja, podczas spotkania online w Szkole Biznesu PW” – podkreśla Mariusz Bednarek. Kluczowe jest zatem odpowiednie przygotowanie kadry zarządzającej do objęcia funkcji liderów zmian technologicznych w swoich firmach. –„Zakup linii produkcyjnej, wdrożenie nowoczesnych rozwiązań IT czy zakup robotów, to za mało, aby mówić o wdrożeniu rozwiązań przemysłu 4.0. Nowoczesne przedsiębiorstwo zmierzające do cyfryzacji i automatyzacji musi posiadać odpowiednio przygotowaną kadrę zarządzającą, która będzie rozumiała potrzebę szkolenia pracowników i wyzwalania ich kreatywności w rozwijaniu przedsiębiorstwa. W całym tym procesie istotne jest również  zorganizowanie produkcji w oparciu o Lean Management i KAIZEN z naciskiem na monitorowanie i zarządzanie jakością. Jak widać, w firmie opartej o przemysł 4.0 edukacja jest pierwszym krokiem do sukcesu” – dodaje Bednarek.

Otwarty wykład online Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej z udziałem Marcina Cichego Prezesa UKE (Urząd Komunikacji Elektronicznej); prof. Mariusza Bednarka, Wiceprezesa Instytutu Industry 4.0 i wykładowcy WSB Warszawa i Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej; Tomasza Haiduka, Prezesa Instytutu Industry 4.0; prof. Bogdana Nogalskiego wykładowcy WSB Gdańsk i Prezesa Honorowego KNOiZ PAN odbędzie się 12 maja (wtorek) o godzinie 17.00

Wymagana jest rejestracja na biznes.edu.pl

Po przymusowym zamknięciu działalność fizjoterapeutów wymaga rehabilitacji

Zgodnie z rządowymi założeniami 4 maja do pracy mogła wrócić część podmiotów świadczących usługi rehabilitacyjne. Kilka tygodni wymuszonego przez pandemię zawieszenia działalności było dla tego rodzaju firm brzemienne w skutkach. Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, jeszcze w marcu fizjoterapeuci radzili sobie całkiem nieźle: problem ze spłatą przeterminowanego zadłużenia na kwotę 46,5 mln zł miało tylko 1,5 proc. firm. Sytuacja z pewnością drastycznie zmieniła się jednak wraz z wprowadzeniem lockdownu. Teraz jest szansa na odzyskanie dawnej sprawności.

Odsetek firm prowadzących działalność fizjoterapeutyczną, które mają problemy z regulowaniem zaległych zobowiązań utrzymywał się w ostatnim czasie na stabilnym poziomie 1,5 proc., podczas gdy w całej gospodarce jest 5,8 proc. niesolidnych płatników – wynika z danych BIG InfoMonitor.

– Co ciekawe, między I kwartałem 2019 r. a I kwartałem 2020 r. znacząco spadła kwota przeterminowanych zobowiązań. Firmom rehabilitacyjnym udało się ograniczyć zaległości z prawie 57,4 mln zł do ok. 46,5 mln, co pokazuje, że ten rodzaj działalności miał przed sobą perspektywę dalszego rozwoju, a kwarantanna niestety mogła przerwać tę dobrą passę. Wynik fizjoterapeutów jest tym bardziej godny podkreślenia, że ogół niesolidnych dłużników zwiększył w tym czasie zaległości o niemal 2,8 mld zł, a sytuacja nie jeszcze efektem koronawirusa – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Rynek jest chłonny na usługi fizjoterapeutów. Przed epidemią z fizjoterapii korzystał co czwarty Polak – rocznie było to 10 mln osób, dziennie – 0,5 mln. Niestety ta branża bardzo ucierpiała w związku z wprowadzeniem obostrzeń dotyczących zachowania społecznego dystansu. Z dnia na dzień gabinety rehabilitacyjne musiały się zamknąć. W nowych warunkach fizjoterapeuci mogli prowadzić terapię w zasadzie jedynie, gdy jej zaprzestanie skutkowałoby drastycznym pogorszeniem zdrowia pacjenta. Sytuacji branży w żaden sposób nie ratowała możliwość prowadzenia części terapii zdalnie.

Wszystko to spowodowało prawdziwą zapaść. Jak wynika z danych Krajowej Izby Fizjoterapeutów, koronawirus spowodował, że z działalności zawodowej musiało zrezygnować 75 proc. fizjoterapeutów, co oznacza, że ok. 50 tys. osób z dnia na dzień straciło jakiekolwiek źródło przychodów. Na dodatek, specyfika ich zawodu spowodowała, że większość z nich nie mogła skorzystać z rządowego pakietu pomocowego.

Na szczęście rehabilitacja znalazła się wśród branż włączonych w drugi etap odmrażania polskiej gospodarki, wprowadzony 4 maja.

– Choć zniesienie ograniczeń nie dotyczy jeszcze wszystkich podmiotów zajmujących się działalnością fizjoterapeutyczną i rehabilitacyjną, i na przykład salony masażu nadal mają być zamknięte, pozostałym firmy widzą już światełko w tunelu – uważa Sławomir Grzelczak.

W związku z liberalizacją zasad Krajowa Izba Fizjoterapeutów przygotowała szczegółowe wytyczne dotyczące norm prowadzenia rehabilitacji i wyraziła nadzieję, że fizjoterapeuci jako profesjonaliści medyczni, podejmą właściwe decyzje dbając z jednej strony o bezpieczeństwo swoje i swoich pacjentów, a z drugiej starając się zapewnić im najlepszą opiekę i efektywną fizjoterapię. Czas pokaże, czy to wystarczy i czy fizjoterapeutom uda się odzyskać dawną formę oraz kondycję – także biznesową.

Santander i Ebury sfinalizowały transakcję. Dalszy ciąg szybkiej ekspansji na polskim rynku

Wraz z uzyskaniem niezbędnych zgód od instytucji nadzorczych, Banco Santander ogłosił zamknięcie transakcji zakupu nieco ponad 50% udziałów w Ebury. Ze wsparciem strategicznego inwestora Ebury planuje wejście na kolejne rynki. Tymczasem polski oddział fintechu ma za sobą kolejny udany rok.

Zgodnie z pierwotnie ogłoszonymi warunkami transakcji, Banco Santander nabył 50,1% udziałów w Ebury za cenę 350 milionów funtów szterlingów (tj. ok. 1,7 miliarda złotych), z czego 70 milionów funtów (ok. 350 milionów złotych) zasiliło kapitały własne Ebury.

Środki te zostaną przeznaczone na kontynuację szybkiego rozwoju Ebury oraz wejście fintechu na nowe rynki, przede wszystkim Ameryki Łacińskiej oraz Azji.

Dobry rok dla polskiego oddziału

Oddział Ebury działający w Polsce może zaliczyć miniony rok obrotowy (zakończony 30 kwietnia) do udanych. W tym okresie pozyskał ok. 600 nowych klientów biznesowych, a jego przychody wzrosły o ponad 100%.

Na uwagę zasługuje fakt, że polski oddział sukcesywnie poszerza zasięg swojej działalności. W ostatnim roku nawiązał on współpracę z pierwszymi klientami zarejestrowanymi w krajach bałtyckich: na Litwie, Łotwie i w Estonii.

Obecnie polski oddział fintechu wspiera niemal dwa tysiące polskich firm (eksporterów i importerów), dla których dotychczas zrealizował transakcje walutowe o wartości kilku miliardów złotych.

Na czele polskiego oddziału Ebury od samego początku powstania stoi Jakub Makurat, który odpowiada jednocześnie za działalność Ebury w Czechach i na Słowacji.

Dobre wyniki i dalszy rozwój w skali globalnej

Po finalizacji transakcji Ebury będzie kontynuować swoją działalność biznesową jako niezależny podmiot, zachowując „zwinną” kulturę organizacyjną – jedną ze swoich przewag konkurencyjnych i fundament dotychczasowego wzrostu. Jednocześnie będzie korzystać ze wsparcia i doświadczenia jednej z największych globalnych instytucji finansowych, zyskując m.in. dostęp do sieci kontaktów Banco Santander na całym świecie oraz kompetencji w skalowaniu i rozwijaniu biznesów, w które bankowy gigant dotychczas zainwestował.

Obecnie Ebury, fintech specjalizujący się w rozliczeniach międzynarodowych, posiada 24 biura, zlokalizowane w 20 krajach. Klientom biznesowym oferuje usługi płatnicze w ponad 140 walutach, obsługę transakcji walutowych oraz zarządzanie międzynarodowymi przepływami pieniężnymi. Na koniec 2019 roku Ebury obsługiwało ponad 43 tys. klientów na całym świecie: małych i średniej wielkości firm, średniej wielkości korporacji i banków, a także niebankowych instytucji finansowych.

W ostatnim raportowanym okresie (rok obrotowy 2018/2019) Ebury odnotowało wzrost przychodów o ponad 60% w ujęciu rocznym. Zarząd oczekuje, że także w minionym roku obrotowym, zakończonym w kwietniu 2020 roku, fintech zwiększy swoje przychody o 60%.

Kontrakt na budowę podmorskiego gazociągu Baltic Pipe podpisany. Wybuduje go włoska spółka Saipem

Realizacja projektu Baltic Pipe, strategicznego dla europejskiego rynku gazociągu, zbliża się wielkimi krokami. Gaz-System – operator systemu przesyłowego w Polsce – podpisał umowę wykonawczą z włoską spółką Saipem Limited, która w koncernie jest odpowiedzialna za pracę na morzach i oceanach. Kontrakt obejmuje budowę podmorskiego odcinka gazociągu od polskiego wybrzeża, przez Bałtyk, aż do Dani. To jeden z elementów całej magistrali Baltic Pipe. Długość tego odcinka wynosi ok. 275 kilometrów i pozwala na dwukierunkowy przesył gazu między Polską a Danią. Wartość kontraktu podpisanego między spółkami wynosi 280 milionów euro. Ma zostać zrealizowany do września 2022 roku.

– Decyzja o podpisaniu tej umowy jest bardzo istotna. Przybliża powstanie gazociągu, który pozwoli na uniezależnienie się od dostaw gazu z Rosji – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Marszałkowski, redaktor Biznes Alert. – Saipem, jako koncern, realizował już wcześniej inwestycje w Polsce – zajmował się budową terminalu w Świnoujściu. Dodatkowo ma bardzo duże doświadczenie w układaniu podmorskich gazociągów. W czasie swojej 60-letniej działalności wybudował ich ponad 30 tysięcy kilometrów. W procesie wyboru wykonawcy polsko-duńskiego odcinka Baltic Pipe jego potencjalnym konkurentem była firma Allseas. Tutaj jednak pojawił się problem związany z dostępnością sprzętu i możliwościami technicznymi. Okazało się, że koncern ten posiada niewystarczającą liczbę statków, które są w stanie realizować inwestycję w wodach szelfowych – czyli poniżej 20 metrów. Nawet podczas realizacji projektu Nord Stream 2, której głównym wykonawcą był Allseas – odcinki przybrzeżnej wykonywała właśnie spółka Saipem, na zmianę z rosyjskim MRTS – zaznaczył Marszałkowski.

Coraz większe zainteresowanie złotem wśród polskich inwestorów. Rynek mierzy się z utrudnionymi dostawami kruszcu

0

Pierwszy kwartał przyniósł spadki zakupów sztabek i monet w Azji, która jest największym źródłem popytu na złoto inwestycyjne. Wzrosło natomiast zainteresowanie tymi inwestycjami wśród niemieckich, a także polskich inwestorów. W drugiej połowie marca wystąpiły jednak problemy z dostawami, a podaż wciąż jest niższa niż zazwyczaj. Zdaniem prezesa Tavexu, zajmującego się inwestycjami w złoto i srebro, przyszła podaż stanowi wielką niewiadomą, natomiast popyt będzie rósł.

Globalny popyt na złoto w pierwszym kwartale 2020 roku wzrósł o 1 proc., czyli o 1083,8 ton w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Popyt na monety i sztabki był minimalnie niższy w pierwszych trzech miesiącach 2020 roku w porównaniu do pierwszego kwartału 2019 roku (-6 proc.), co wynikło głównie z braków fizycznego towaru. Spadek odnotowano szczególnie w Chinach i Indiach. W przeciwieństwie do nich na rynkach zachodnich zaobserwowano wzrost popytu na złote monety – 76,9 tony sprzedaży.

 W pierwszym kwartale 2020 roku widzimy znaczące spadki w Chinach i Indiach, co wynika z koronawirusowego lockdownu, oraz bardzo duże wzrosty na rynku niemieckim – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Pawlak, prezes zarządu firmy Tavex. – Niemcy tradycyjnie w sytuacjach dużego niepokoju inwestują w złoto, są do tego przyzwyczajeni od lat i stanowią zdecydowanie największy rynek. W Polsce również odnotowaliśmy bardzo duże zapotrzebowanie na złoto inwestycyjne, zwłaszcza w drugiej połowie marca i w kwietniu. Tego nie widać jeszcze w wynikach za I kwartał – te liczby byłyby znacznie większe, gdyby nie problemy z dostawami w drugiej połowie marca.

Złoto inwestycyjne, czyli sztabki i monety, od lat cieszą się największym powodzeniem na rynkach chińskim i indyjskim, a w Europie – w Niemczech i Austrii. Dużym odbiorcą są także Stany Zjednoczone. Polski rynek ma znacznie skromniejsze rozmiary, jednak szybko się rozwija. W przypadku monet największymi bestsellerami są: Kanadyjski Liść Klonu, Wiedeński Filharmonik, Australijski Kangur oraz Południowoafrykański Krugerrand. W Polsce najpopularniejsze są Filharmonik i Kangur. Spośród sztabek natomiast najbardziej cenione są szwajcarskie w rozmiarach uncji i większych, gdyż mniejsze mają raczej zastosowanie prezentowe, a nie inwestycyjne.

W dobie pandemii obserwujemy spadek popytu na mniejsze sztabki, np. pięciogramowe, które były bardzo popularne jako prezent weselny czy komunijny, w związku z tym, że te uroczystości się po prostu teraz nie odbywają. Jest za to bardzo duży wzrost zapotrzebowania na złoto typowo inwestycyjne, czyli sztabki uncjowe, 100-gramowe, uncjowe monety. Tutaj notujemy wzrosty rzędu 100 proc. rok do roku – mówi Aleksander Pawlak. – W Polsce spodziewamy się wzrostu popytu na złoto inwestycyjne z tego powodu, że w porównaniu z drugą połową marca jest znacznie lepsza stabilność dostaw, większa dostępność złota, dzięki czemu klienci mogą je łatwiej kupić.

Podaż na rynku złota zależy od dwóch czynników – podstawowym jest chęć sprzedaży przez inwestorów, przy czym 30–40 proc. stanowi materiał pochodzący z recyklingu, czyli złoto przetopione ze złomu w rafineriach, a drugim jest wydobycie kruszcu. W dobie pandemii oba źródła zostały częściowo odcięte ze względu na zamknięcie części kopalń w niektórych krajach oraz zamknięcie granic – najważniejsze rafinerie dostarczające złoto na rynek europejski znajdują się w Turcji, Szwajcarii czy Włoszech.

– Twierdzenie, że może zabraknąć złota, jest bardzo odważną tezą. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy go wystarczy. Według nas nie zabraknie, natomiast w obecnych warunkach nikt nie da sobie głowy uciąć, że ta teza na pewno się sprawdzi – mówi prezes Tavexu.

Kolejnym czynnikiem zakłócającym rynek złota jest spadek popytu jubilerskiego ze względu na zamknięcie zakładów w tej branży. Na biżuterię znów największe zapotrzebowanie jest w Chinach i Indiach, ale z powodu lockdownu spadło ono w I kwartale o 40 proc., w Polsce natomiast za największą część rynku odpowiadają obrączki ślubne, a większość wesel jest obecnie przekładana.

 Popyt jubilerski stanowi bardzo dużą część popytu na złoto, dlatego jest bardzo ważny również z perspektywy inwestorów, ponieważ znacząco wpływa na ceny złota ogółem. Spodziewamy się, że w Chinach i Indiach w najbliższych miesiącach sytuacja nieznacznie się poprawi i spadki nie będą już rzędu 40 proc., ale ok. 20 proc. rok do roku, ponieważ sklepy jubilerskie stopniowo będą się ponownie otwierać – ocenia Aleksander Pawlak. – W Polsce złota biżuteria nie jest dużym rynkiem, sytuacja zależy od luzowania lockdownu, a co za tym idzie od powrotu ślubów i wesel. W momencie, kiedy to będzie dozwolone, na pewno popyt ponownie się pojawi.

Podczas pandemii rośnie ryzyko kradzieży w internecie. Połowa Polaków obawia się większej liczby wyłudzeń kredytów

Przez pandemię koronawirusa życie społeczne i zawodowe przeniosło się do internetu. Już 94 proc. Polaków korzysta z niego co najmniej raz dziennie, często przy okazji pozostawiając w sieci swoje dane. To zwiększa ryzyko wyłudzeń i kradzieży, a 40 proc. użytkowników zetknęło się już z podejrzanym mailingiem. Mimo to ponad połowa nie zna i nigdy nie korzystała z usług chroniących przed takimi zagrożeniami. Jednym z najpopularniejszych tego typu narzędzi są Alerty BIK, które teraz można bezpłatnie aktywować na trzy miesiące. Alert każdorazowo poinformuje o próbie podszycia się i zaciągnięcia kredytu, pożyczki czy podpisania umowy z dostawcą usług na nasze skradzione dane.

W czasie pandemii nasze życie przeniosło się do internetu – tam pracujemy zdalnie, robimy zakupy i wykonujemy różne transakcje online. Do sieci przeniosła się również działalność przestępców. Próbują oni w coraz bardziej wyrafinowany sposób pozyskać nasze dane. Najczęściej robią to poprzez podstawienie nam fałszywych stron internetowych, np. w mailach czy SMS-ach. Dane, które nam ukradną, mogą potem posłużyć do wyłudzenia kredytu lub pożyczki. Co tydzień słyszymy też niestety o nowych wyciekach danych z różnych instytucji – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Charlińska, dyrektor ds. sprzedaży w Departamencie Rynku Detalicznego w Biurze Informacji Kredytowej.

Pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia – czyli konieczność pozostawania w domu i unikania kontaktów – wpłynęły na wzrost liczby osób i częstości korzystania z różnych kanałów kontaktu online. Aż 94 proc. Polaków przyznaje, że korzysta z internetu przynajmniej raz dziennie, a najczęściej wykorzystują: pocztę elektroniczną, portale społecznościowe i komunikatory internetowe – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie BIK w końcówce kwietnia br.

Ponad połowa osób ma poczucie, że obecna sytuacja może doprowadzić do większej liczby prób wyłudzeń kredytów, pożyczek i abonamentów. Aż 40 proc. miało styczność z podejrzanym mailingiem, a 27 proc. przyznaje, że zdarzyło im się otrzymać podejrzany mail z prośbą o kliknięcie linku lub pobranie pliku.

– Polacy czują zagrożenie i obawiają się wyłudzeń w obecnej, trudnej sytuacji. Jednak ponad połowa nie wie, w jaki sposób się chronić, i nie korzysta z żadnych narzędzi chroniących ich przed wyłudzeniami – podkreśla Joanna Charlińska.

Co czwarty badany (28 proc.) w ogóle się nimi nie interesuje, a raptem 12 proc. korzysta bądź planuje skorzystać z takich narzędzi.

Jednym z najpopularniejszych narzędzi, które ostrzega o próbie wyłudzenia za pomocą skradzionych danych, są Alerty BIK. To powiadomienie SMS-owe lub mailowe, które przychodzi w momencie, kiedy tylko w BIK pojawi się zapytanie o historię kredytową danej osoby. Jeżeli klient sam nie składał żadnych wniosków o kredyt czy pożyczkę, nie kupował nic na raty ani nie poręczał kredytu, to pojawienie się Alertu może oznaczać, że ktoś próbuje zaciągnąć kredyt na jego dane.

– Wszystkie banki komercyjne, spółdzielcze, SKOK-i oraz niemal wszystkie firmy pożyczkowe weryfikują wiarygodność osoby składającej wniosek o finansowanie. Jeżeli więc złodziej pozyska nasze dane i będzie chciał zaciągnąć na nie kredyt, wówczas bank czy firma pożyczkowa sprawdzi to, o czym zostaniemy natychmiast poinformowani poprzez SMS lub e-mail – wyjaśnia dyrektor ds. sprzedaży w Departamencie Rynku Detalicznego w BIK.

Alert poinformuje także o każdej próbie podpisania umowy na skradzione dane, np. z operatorem telekomunikacyjnym, firmą leasingową, faktoringową czy dostawcą innych usług. Takie podmioty standardowo odpytują bazę Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor – spółki córki należącej do BIK.

Co istotne, otrzymanie Alertu pozwala nie tylko dowiedzieć się, że ktoś próbuje wyłudzić pieniądze na skradzione dane, ale również temu zapobiec.

Dzięki informacji z Alertu możemy szybko zareagować. Znajdują się w nim trzy kluczowe informacje: data złożenia wniosku, nazwa instytucji finansowej oraz numer infolinii BIK, która pomaga klientom w wyjaśnieniu takich przypadków. Kiedy dochodzi do próby wyłudzenia, to – dzięki współpracy z całym sektorem bankowym – możemy bardzo szybko przekazać taką informację do właściwej instytucji, zapobiec wyłudzeniu i kolejnym próbom zaciągnięcia finansowania na skradzione dane – mówi Joanna Charlińska.

Ponieważ w czasie pandemii znacznie więcej osób zostawia swoje dane w internecie i niemal co tydzień dochodzi do nowych wycieków danych, BIK postanowił tymczasowo bezpłatnie udostępnić swoją usługę wszystkim konsumentom. Od 7 maja do 30 czerwca br. można ją aktywować bezpłatnie na trzy miesiące.

– Może się nam wydawać, że skoro jesteśmy w domu i wiemy, gdzie jest schowany nasz dowód osobisty, to jesteśmy bezpieczni. Jednak ze względu na większą aktywność w internecie możemy stracić czujność i paść ofiarą przestępcy – podkreśla ekspertka.

Do zbioru owoców potrzeba 500 tys. osób. Pracowników ze Wschodu mogą zastąpić osoby, które straciły podczas epidemii pracę

Rolnicy, sadownicy i ogrodnicy muszą w tym roku mierzyć się z poważnym brakiem rąk do pracy. – Do sezonowych zbiorów owoców miękkich przyjeżdżało co roku niespełna 500 tys. osób – mówi Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. Dużą część zatrudnionych stanowili pracownicy z Ukrainy. Wprawdzie tarcza antykryzysowa wprowadza ułatwienia dotyczące pracy sezonowej cudzoziemców, którzy pozostają w Polsce, ale ze względu na zamknięte granice wstrzymany jest dopływ kolejnych, a to – jak szacuje Personnel Service – nawet 160 tys. Ukraińców miesięcznie. Możliwe jednak, że pracy na wsi szukać będą Polacy, którzy w czasie pandemii stracili pracę.

– W związku z pandemią mamy także kłopoty na rynku pracy. Wchodzimy w sezon zbioru owoców miękkich, a zwłaszcza truskawki. Truskawka jest zbiorem ręcznym i od wielu lat korzystaliśmy z pomocy pracowników, którzy przyjeżdżali zza wschodniej granicy. Teraz muszą przejść okres kwarantanny, dostać odpowiednie paszporty, wizy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Przez pandemię koronawirusa problemy w działalności mają konsulaty Polski na terenie Białorusi i Ukrainy, które wydają wizy pracownicze. Jeśli zaś zabraknie pracowników ze Wschodu, może być problem ze zbiorem owoców.

– Będą kłopoty ze zbiorami owoców miękkich i warzyw, gdzie są duże nakłady pracy ludzkiej. Bez tych pracowników nastąpią dodatkowe ogromne straty na wsi – ocenia ekspert.

Teoretycznie kolejna tarcza antykryzysowa wprowadza ułatwienia dla rolników zatrudniających cudzoziemców. Nowe przepisy przewidują możliwość zmiany warunków wykonywania przez nich pracy bez konieczności wydania nowego zezwolenia lub wpisu nowego oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Ponadto można zastosować wyjątkowe zwolnienie z wymogu uzyskania zezwolenia na pracę w okresie stanu epidemii oraz 30 dni po jego odwołaniu w sektorach, w których wymagane są zezwolenia na pracę sezonową. Udogodnienia dotyczą jednak osób, które nie wyjechały z Polski. Pytanie, co z tymi, którzy wrócili do domów. Jest ich sporo, na co mogą wskazywać dane na temat bezrobocia. Jak podaje Personnel Service, powołując się na dane State Employment Service of Ukraine, w ciągu pięciu dni na początku kwietnia liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o ponad 36 tys.

 Myślę, że część pracowników ze Wschodu przyjedzie. Są propozycje, żeby mogli np. przechodzić granicę pieszo, bo są problemy z transportem. Ponadto, jeżeli dzisiaj straci pracę wielu ludzi, którzy mieszkali na wsi, a pracowali w mieście, to może część z nich sezonowo poszuka dodatkowych zarobków na wsi – mówi prezes KRIR. – Jest to dosyć prosta praca, łatwo się jej nauczyć, a stawki nie są aż tak niskie.

Personnel Service szacuje, że do tej pory co miesiąc do Polski przejeżdżało ok. 160 tys. pracowników z Ukrainy. Jeżeli stan epidemii potrwa do czerwca, granic nie przekroczy nawet 480 tys. Ukraińców. Mimo zmniejszonego zapotrzebowania na pracowników w niektórych branżach może to być jednak problem dla pracodawców. Rolnictwo może stać się jednym z sektorów najmocniej dotkniętych tym niedoborem.

Jak ocenia Wiktor Szmulewicz, do sezonowych zbiorów potrzebnych jest co roku nawet 500 tys. pracowników.

– Przykładowo Czerwińsk, który jest zagłębiem truskawkowym, ma ponad 6 tys. mieszkańców, a pracowników najemnych potrzeba prawie drugie tyle, żeby zebrać owoce – wskazuje.

Dla rolników problemem jest nie tylko brak rąk do pracy, ale też susza. Wprawdzie majowa pogoda daje nadzieję na poprawę sytuacji, ale eksperci podkreślają, że potrzebne są do tego długotrwałe opady.

– To może spowodować ogromne spadki plonów, nawet owoców miękkich, warzyw i innych, które rosną bezpośrednio w gruncie. Zboża i mleka może być mniej, bo będzie mniej pasz objętościowych. I to może spowodować zwyżki cen – mówi prezes KRIR.

Rośliny mogą skutecznie zatrzymywać wirusy. Polscy naukowcy chcą udowodnić, że działają również na SARS-CoV-2

Polscy biolodzy we współpracy z japońskim wirusologiem opracowali filtr powietrza oparty na mieszance kilku roślin, który może być wykorzystany jako osobista maseczka ochronna. Naukowcy udowodnili, że w 100 proc. chroni ona przed zakażeniem wirusem grypy, który budową bardzo przypomina SARS-CoV-2. Trwają badania, które mają sprawdzić, czy maseczka wyposażona w filtr z żywych roślin może zatrzymać także nowy typ koronawirusa.

– Uzyskaliśmy taką mieszankę roślin, która potrafi zatrzymać wirusa grypy. Ten wynalazek jest w tej chwili w trakcie patentowania w Japonii na skalę międzynarodową – mówi agencji Newseria biolog, prof. dr hab. Mohamed Hazem Kalaji. – Kiedy nagle na świecie pojawiła się pandemia nowego koronawirusa, zadaliśmy sobie pytanie, czy ta sama mieszanka roślin będzie skuteczna również w jego przypadku. Szukamy na nie odpowiedzi.

Filtr z żywych roślin to wynalazek trójki naukowców: biologa i specjalisty w zakresie fotosyntezy prof. Mohameda Hazema Kalajiego oraz dr. inż. Jacka Mojskiego, który specjalizuje się w wertykalnej uprawie roślin. Obaj są związani z warszawską SGGW oraz Instytutem Technologiczno-Przyrodniczym w Raszynie. Od kilku lat prowadzili prace nad zastosowaniem polskich, lokalnych roślin do oczyszczania powietrza w miastach oraz w zamkniętych przestrzeniach, jak np. biura, galerie handlowe czy lotniska.

– Prowadziliśmy badania dotyczące możliwości zastosowania polskich, domowych gatunków roślin do wzrostu na ścianach wertykalnych i do oczyszczania powietrza. Wybraliśmy kilka gatunków, a praca zakończyła się sukcesem. Wówczas weszliśmy we współpracę z dr. Seiyą Sato z Japonii, który jest wirusologiem i od 40 lat prowadzi badania dotyczące między innymi tego, czy rośliny mogą być przydatne w zatrzymaniu czy zmniejszeniu ilości wirusów znajdujących się w środowisku. Pod koniec 2019 roku udało się to udowodnić, uzyskaliśmy taką mieszankę roślin, która potrafi zatrzymać wirusa grypy – mówi biolog z Instytutu Technologiczno-Przyrodniczego w Falentach.

Wirus grypy jest pod względem budowy i rozmiaru bardzo zbliżony do nowego typu koronawirusa SARS-CoV-2, który w ostatnich miesiącach wywołał globalną pandemię. Dlatego teraz naukowcy chcą sprawdzić, czy opracowany przez nich filtr z żywych roślin okaże się skuteczny również w jego przypadku.

Skuteczność roślinnego filtra wynika z procesu fotosyntezy. Aby rośliny mogły go przeprowadzić, wystarczy im nawet minimalna ilość światła, np. pokojowego (filtr ma działać również w ciemności do kilkunastu godzin). Taką roślinną mieszankę można umieścić w półprzeźroczystej, osobistej maseczce ochronnej – dokładnie takiej, jakich używa się obecnie w celu ochrony przed nowym koronawirusem.

– Taka maseczka składa się z kilku warstw, jak standardowe maski. Zewnętrzna jest bardziej przezroczysta niż wewnętrzna. Rośliny, żeby spełniać swoją funkcję, potrzebują procesu fotosyntezy, a do tego konieczne są światło i dostępność powietrza, dwutlenku węgla. Zatrzymanie wirusów odbywa się mechanicznie, według wstępnych badań taka maska działa w jedną i w drugą stronę, jeśli chodzi o wirusa grypy – mówi prof. Mohamed Hazem Kalaji.

Co istotne, maseczka ochronna na bazie roślinnego filtra jest przyjazna dla środowiska, lekka i tania w produkcji. Jest również przeznaczona do wielokrotnego użytku, a zastosowana w niej roślinna mieszanka nie wymaga żadnej specjalnej pielęgnacji.

 Trzeba pamiętać, że kiedy nakładamy taką maseczkę i oddychamy przez nią, do tych roślin trafia bardzo duże stężenie dwutlenku węgla z naszego oddechu. W przypadku osób niepalących to ok. 2–3 tys. ppm, a w przypadku palaczy od 3 do nawet 6 tys. ppm. Dla roślin to bardzo dużo, bo w powietrzu mamy zazwyczaj normalnie około 400 ppm. Ten dwutlenek węgla stanowi dla nich pokarm. Jednocześnie w wydechu oddajemy też wilgoć, którą rośliny wyłapują i dzięki temu nie muszą być podlewane. Zresztą zostały one przez nas dobrane ze względu na to, że są mało wymagające, nie potrzebują specjalnej opieki, nawozów czy podlewania, same dają sobie radę w przyrodzie – mówi biolog.

Jak podkreśla, ze względu na pandemię koronawirusa zapotrzebowanie na maseczki ochronne będzie rosło, a na całym świecie pojawiają się problemy z ich dostępnością. Co więcej, wiele z nich jest kiepskiej jakości i nie spełnia swojej podstawowej funkcji ochronnej. Maska z filtrem z żywych roślin – jeżeli jej skuteczność w przypadku koronawirusa zostanie potwierdzona – stanowiłaby dla nich dobrą alternatywę.

– Na ten moment potwierdziliśmy, że filtr z mieszanki żywych roślin zatrzymuje wirusa grypy. Dalej musimy opracować maseczkę i zbadać ją m.in. pod kątem alergików, sprawdzić, ile godzin taka maseczka działa, czy można poddać ją np. procesowi regeneracji. Z naszych wstępnych badań wynika, że tak, ale musimy wszystko to jeszcze potwierdzić – mówi prof. Mohamed Hazem Kalaji. – Będziemy to sprawdzać, testować i wykonywać eksperymenty, aż dostaniemy taki produkt, który – mam nadzieję – zostanie zarejestrowany jako innowacyjny produkt polski nie tylko w naszym kraju.

Jak prowadzić pracę zdalną?

Twoja firma przenosi się na pracę z domu? A może chcesz otworzyć własny biznes? Ostatnio coraz więcej pracodawców zaczęło szukać rozwiązań ułatwiających pracę zdalną, dzięki którym pominą codzienne przychodzenie do biura. Dla tych, dla których jest to całkowicie nowa sytuacja, przygotowaliśmy trzy porady.

Szybki i bezpieczny internet światłowodowy

W pracy zdalnej podstawowym narzędziem jest szybki internet – najlepiej światłowodowy z nielimitowanym transferem danych. Jeśli przesyłasz dużo plików – niezbędne będzie łącze symetryczne, które umożliwi szybki transfer. Twój internet musi być niezawodny i bezpieczny – to od niego zależy efektywność Twojej pracy.

Utrzymuj kontakt ze współpracownikami!

Slack, Discord – są to świetne narzędzia do codziennej komunikacji tekstowej z pracownikami.  Pozwalają na stworzenie kanałów tematycznych, umożliwiają konwersacje prywatne i grupowe – dzięki temu, każda osoba może zostać przypisana do odpowiednich projektów. Jeśli chcesz prowadzić wideokonferencję, webinar lub rozmowę wideo z potencjalnym klientem – przydadzą Ci się takie programy jak Zoom czy Google Meets. Kolejnym narzędziem jest uniwersalny Microsoft Teams – nie tylko pozwoli Ci na codzienny kontakt z pracownikami, ale też na prowadzenie wideokonferencji i webinarów. Dodatkowo, możesz udostępniać i edytować pliki w czasie rzeczywistym, co znacznie ułatwia pracę w zespole.

Narzędzia do zarządzania projektami i sporządzania notatek

O ile do codziennych notatek wystarczy Notatnik lub Sticky Notes, zarządzanie projektami wymaga bardziej zaawansowanych programów. Tutaj prym bierze Asana, ale popularnością cieszą się również Trello czy Jira. Tutaj przypiszesz zadania do projektów, a osoby do zadań. Będziecie mieli kontrolę nad tym, jak postępuje praca nad danym zagadnieniem oraz co jest jeszcze do zrobienia.

W czasie wideo spotkań, przydadzą wam się narzędzia do wspólnego notowania. Wielbicieli typowej białej tablicy czeka Miro Board, a dla plików tekstowych i arkuszy kalkulacyjnych nie ma lepszej alternatywy niż Google Sheets i Google Docs – tutaj wiele osób jednocześnie może edytować pliki, dzięki czemu wszyscy mają dostęp do najbardziej aktualnej wersji.

Nie bój się pracy zdalnej!

Praca zdalna ma swoje wady i zalety. Najpowszechniejsze problemy, które wynikają z pracy w domu to komunikacja z innymi osobami w firmie, planowanie codziennych procesów oraz ograniczenia wynikające z braku odpowiedniej infrastruktury. Jednak dzięki odpowiednim narzędziom możesz komfortowo pracować z domu i utrzymywać dotychczasową produktywność!

Mobiem z AdColony wprowadzają na polski rynek nowy format reklam w grach mobilnych

Agencja Mobiem Polska, należąca do Grupy INTERIA.PL, rozpoczęła współpracę z AdColony, jedną z największych mobilnych platform reklamowych na świecie. Międzynarodowa sieć reklamowa obecnie w Polsce dociera do 9 mln unikalnych użytkowników, którzy każdego miesiąca generują aż 54 mln pełnych odtworzeń wideo. Dzięki temu reklamodawcy w Polsce zyskają możliwość umieszczania w najpopularniejszych grach reklam wideo inicjowanych przez samych graczy.

W ramach współpracy Mobiem Polska będzie oferować klientom reklamy rewarded video w grach mobilnych. Obok standardowego wideo reklamodawcy będą mogli skorzystać z zaawansowanych rozwiązań zwiększających pole interakcji z użytkownikiem, jak Dynamic End Card lub Aurora. Są one wysoce akceptowane przez użytkowników gier, bo pomagają im osiągać zamierzone cele. Dodatkowym atutem jest widoczność tego typu reklam, bo nawet na poziomie 99%.

– Atutem AdColony jest wieloletnie doświadczenie. Oferujemy szerokie spektrum autorskich i kreatywnych rozwiązań. Dysponujemy wysoko wykwalifikowanym zespołem ekspertów. W ramach współpracy możemy opracowywać efektywne strategie dotarcia do użytkowników gier mobilnych. Pomagamy też w tworzeniu materiałów graficznych i wyborze miejsc do emisji. Prowadzimy również optymalizację kampanii i tworzymy finalny raport z jej przeprowadzenia – dodaje Warrick Billingham z AdColony.

W portfolio AdColony znajduje się ponad 22 tysiące gier mobilnych, produkowanych przez czołowych deweloperów, takich jak Zynga, EA Mobile, Rovio czy Ubisoft. Wśród najpopularniejszych polskich gier, dostępnych w Google Play i App Store, są m.in. Subway Surfers, Brain Test i June’s Journey.

AdColony to druga co do wielkości, po Google’u, sieć z wideo inicjowanym przez samych użytkowników. Łączy ponad 7 tys. dostawców reklamowych i 150 DSP w swoim autorskim SDK. Firma jest znana z dostarczania unikalnych formatów reklamowych, które są dostosowywane do potrzeb klientów, dzięki szerokim możliwościom personalizacji.

PayPal gwiazdą sesji. Nvidia z pozytywnymi rekomendacjami w oczekiwaniu na wyniki

W czwartek 7 maja dobre nastroje są podtrzymywane na Wall Street. Kontrakty na główne indeksy pną się w górę. Futures na S&P 500 zyskuje ponad 1,5 proc., kontrakt na Dow Jones Industrial Average pnie się w górę o prawie 1,4 proc., a futures na Nasdaq 100 rośnie o nieco ponad 1,4 proc.

Optymizm na rynkach rozpoczął się dziś dzięki chińskim danym, co pozwoliło podnieść indeksy w Azji, a następnie w Europie i w USA. Światowe akcje wzrosły po tym, jak chiński eksport okazał się znacznie silniejszy, niż wskazywali na to ekonomiści. Pekin poinformował, że eksport wzrósł w kwietniu o 3,5 proc., co całkowicie zaprzeczyło oczekiwaniom spadku o 15,1 proc. Zaskoczenie wywołało spekulacje, że druga największa gospodarka świata mogła odzyskać formę szybciej, niż początkowo sądzono.

Wracając do sezonu wyników, gwiazdą sesji będzie była spółka Elona Muska, o której często wspominaliśmy w komentarzach w ostatnim czasie, czyli PayPal. Po ogłoszeniu wyników cena akcji w handlu przed sesją zyskuje ponad 9 proc. Tym samym znajduje się ona na historycznych maksimach. PayPal Holdings Inc. poinformował, że spodziewa się znacznego ożywienia wolumenów płatności w drugim kwartale, ponieważ dystans społecznościowy zachęca więcej osób do robienia zakupów online, nawet gdy blokady w gospodarce zaczynają się zmniejszać. Sprzedawcy w internecie obserwują wzrost popytu, co przyspiesza płatności online. PayPal poinformował w środę, że w kwietniu odnotował rekordową liczbę 7,4 miliona nowych klientów netto. Podano również, że przetworzył płatności na kwotę 191 miliardów USD w pierwszym kwartale, co stanowi wzrost o 18 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.

Spółka dostała również wyższą rekomendację od firmy Wedbush. Cel dla ceny docelowej PayPal Holdings Inc. został podniesiony do 160 USD ze 120 USD wcześniej. Wedbush podniósł swój cel na górną granicę zakresu na Wall Street, co oznacza wzrost o 25 proc. od ostatniej ceny. Średni poziom ceny docelowej dla spółki to 136,95 USD. PayPal miał 37 rekomendacji kupna, 6 wstrzymaj, 1 sprzedaj – wynika z danych opublikowanych przez serwis Bloomberg.

Również pozytywnie analitycy na Wall Street wypowiadają się o spółce Nvidia, chwaląc potencjał niedawno zakończonego przejęcia, a także plan przejęcia Cumulus Networks. Akcje spółki wzrosły o 1,8 proc. w handlu przed sesją. SunTrust podniósł poziom ceny docelowej do 327 USD z 294 USD. Wyniki za pierwszy kwartał, Które zostaną opublikowane 21 maja, mogą być również katalizatorem dla spółki. Piper Sandler podniósł poziom docelowy do 350 USD z 330 USD. Na giełdzie akcje spółki kosztują niecałe 300 USD.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Grupa MOL zanotowała 152 mln USD straty w pierwszym kwartale 2020 r.

  • W pierwszym kwartale strata netto Grupy wyniosła 152 mln USD, z powodu słabnącego kursu węgierskiego forinta oraz spadających cen ropy naftowej
  • Wyniki Grupy były dobre aż do połowy marca, kiedy zamrożenie gospodarki spowodowane pandemią negatywnie wpłynęło na wszystkie linie biznesowe
  • Wynik EBITDA segmentu Upstream spadł w pierwszym kwartale o 35% do poziomu 185 mln USD, w skutek znacznie niższych cen ropy i gazu
  • Oczyszczony wynik CCS EBITDA w segmencie Downstream wzrósł w tym samym okresie do poziomu 295 mln USD z powodu niskiej bazy, wspierany dwukrotnie wyższymi marżami rafineryjnymi
  • Wynik EBITDA w segmencie Usług Konsumenckich pozostał na niezmienionym poziomie 88 mln USD, a zamrożenie gospodarki od połowy marca zniwelowało wcześniejsze wzrosty
  • Kwiecień przynisół z kolei znacznie poważniejsze wyzwania we wszystkich segmentach biznesu, ukazując pełen wpływ pandemii i kryzysu ekonomicznego

Grupa MOL ogłosiła dziś wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2020 r. Duże zapasy oraz zmiany kursów walut poskutkowały stratą za pierwszy kwartał w wysokości 152 mln USD. Jest to pierwsza oznaka kryzysu wywołanego pandemią. Wyniki operacyjne Grupy były bardzo dobre aż do połowy marca, co pokazuje oczyszcony wynik CCS EBITDA na poziomie 622 mln USD, jednak w ostatnich 2-3 tygodniach marca wpływ pandemii na wyniki wszystkich segmentów biznesu był już wyraźnie widoczny, a w kwietniu sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu. Z powodu nieprzewidywalnej sytuacji gospodarczej w kolejnych miesiącach, prognoza wyniku EBITDA na 2020 została wycofana, a planowane organiczne wydatki inwestycyjne zostały okrojone o ponad 25%.

Zsolt Hernádi, prezes i CEO Grupy skomentował wyniki następująco: „Obecnie to Covid-19 dyktuje zasady na całym świecie, również w sektorze energetycznym. Pandemia i towarzyszący jej kryzys gospodarczy położy się długim cieniem na naszych wynikach w 2020 r. Zarowno osoby prywatne, jak i firmy weszły w okres niepewności, jakiej dotąd nawet sobie nie wyobrażaliśmy. Walcząc z pandemią i robiąc wszystko, by chronić naszych pracowników, klientów i partnerów, równocześnie ciężko pracujemy nad tym, by, pomimo ekstremalnych okoliczności, MOL nadal funkcjonował, a w przyszłości wyszedł z obecnego kryzysu jeszcze silniejszy. Mamy zaangażowany zespół, wartościowe aktywa, mocny bilans i odporny, zintegrowany model biznesowy. To wszystko pomoże nam w nawigacji po tych niezbadanych wodach. Podjęliśmy już szereg trudnych decyzji, które pomogą nam w osiągnięciu „neutralności gotówkowej”, utrzymaniu płynności i elastyczności finansowej, co pozwoli wykorzystać okazje, jakie mogą pojawiać się na drodze powrotnej do normalności.

  • Pierwszy kwartał w Segmencie Upstream: W związku z bardzo niskimi cenami ropy od początku marca, wynik EBITDA segmentu Upstream spadł w pierwszym kwartale do poziomu 185 mln USD. Poziom produkcji ropy naftowej i gazu wyniósł 110,6 mln boepd, czyli o 4 proc. mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku, zgodnie z naturalnym spadkiem obserwowanym w Europie Środkowo-Wschodniej. W pierwszym kwartale, MOL, jako operator odkrył złoża ropy i gazu na morzu Norweskim, z których według wstępnych szacunków można pozyskać od 12 do 71 mln baryłek.

W kwietniu MOL zakończył transakcje przejęcia aktywów Chevron w Azerbejdżanie, nabywając 9,57 proc. udziałów w złożu ACG oraz 8,9 proc. udziału w rurociągu BTC. Wprowadzone zmiany w zakresie wydatków inwestycyjnych szybko obniżyły próg rentowności na poziomie portfela do poziomu 25 USD za baryłkę. W bloku TAL w Pakistanie produkcja została ograniczona do ok. 50 proc. możliwości, w związku z zamknięciami rafinerii, spowodowanymi spadkiem popytu w obliczu pandemii COVID-19. Średnia cena baryłki ropy Brent w kwietniu oscylowała wokół 18,5 USD – o połowę niżej niż w pierwszym kwartale, a ceny gazu ziemnego kontynuowały spadki, dając gorsze prognozy na drugi kwartał.

  • Pierwszy kwartał w segmencie Downstream: Oczyszczony wynik CCS EBITDA wzrósł dwukrotnie, do poziomu 295 mln USD (przy niskiej bazie), wspierany przez dwukrotnie wyższe marże rafineryjne. Prace przy projekcie „Poliole” osiągnęły 60 proc. zaawansowania. W związku z pandemią zakłócony został łańcuch dostaw projektu, a mobilizacja pracowników stała się wyjątkowo trudna. Nie da się w tej chwili przewidzieć wpływu tej sytuacji na harmonogram inwestycji, ale spodziewane są opóźnienia.

W kwietniu rafinerie pracowały na 70-75 proc. możliwości, a instalacje krakingu parowego na 90 proc. Marża rafineryjna utrzymywały się w kwietniu na poziomie 9 USD za baryłkę, jednak w ostatnich dniach znacząco spadły; marża petrochemiczna od połowy marca utrzymuje się z kolei na poziomie 500-600 EUR/t. Wszystkie główne trasy logistyczne i systemy działają bez zakłóceń.

  • Pierwszy kwartał w segmencie Usług konsumenckich: Wynik EBITDA wzrósł o 4 proc. w walucie lokalnej (wyrażony w USD bez zmian na poziomie 88 mln USD), jednak z powodu zamrożenia gospodarki i ciężkich warunków w sektorze handlu w ostatnich tygodniach marca, spodziewany znaczny wzrost w pierwszym kwartale został zahamowany zarówno w przypadku sprzedaży paliw, jak i oferty pozapaliwowej.

W kwietniu sprzedaż paliw spadła o ok. 35-40 proc., jednak w ostatnich dniach zaczęła powoli rosnąć. Sprzedaż i marże na ofercie pozapaliwowej początkowo spadły, jednak w ostatnich tygodniach sprzedaż produktów spożywczych ponownie wzrosła wraz z rozszerzeniem asortymentu. Najświeższe wyniki oferty pozapaliwowej są tylko o 10 do 20 proc. słabsze niż przed rokiem.

  • Pierwszy kwartał w segmencie Gas Midstream: Wynik EBITDA wzrósł o 9 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem 2019 r., sięgając 71 mln USD. Wpłynęły na to wyższe wolumeny i niższe koszty operacyjne. Krajowe wolumeny przesyłu utrzymywały się na podobnym poziomie, podczas gdy przesył na eksport wzrósł o 39 proc. Spadły za to nakłady operacyjne (OPEX), na co wpłynęły niższe ceny gazu.

Nowy i największy gracz na rynku hulajnóg w Warszawie

7 maja 2020 roku w Warszawie rusza Dott Polska, nowa marka wypożyczająca elektryczne hulajnogi na minuty. Firma wprowadza aż 1500 urządzeń, czyli dwu-, a nawet trzykrotnie razy więcej niż konkurencja. Jako nowy lider rynku Dott Polska stawia na bliską współpracę z samorządami przy tworzeniu mikromobilności, która będzie bezpieczna i dostępna dla wszystkich mieszkańców.

Dott oferuje bardzo atrakcyjne pakiety startowe:

  • Pakiet 2 za 5, który pozwoli użytkownikom skorzystać z dwóch przejazdów dziennie po 15 minut w cenie 5 złotych;
  • Pakiet Tygodniowy dla bardziej wymagających użytkowników, obejmujący 50 15-minutowych przejazdów w cenie 19,99 złotych.

Dott2Dott umożliwia również przejazdy bez pakietów w cenie 2,70 złotych za odblokowanie i 49 groszy za minutę jazdy. Niski koszt wypożyczenia, to nie jedyny czynnik zwiększający dostępność urządzeń – hulajnogi będą rozlokowane, nie tylko w centrum miasta, ale również na jego obrzeżach.

Cieszę się, że w okresie samoizolacji udało nam się ruszyć z inicjatywą pomagającą w bezpieczny sposób przemieszczać się po Warszawie. Jestem dumny, że to, co przetestowaliśmy już na innych europejskich rynkach wprowadzamy do Polski. Na rynku francuskim i włoskim, zaobserwowaliśmy zmianę trendu w korzystaniu z hulajnóg w dobie pandemii: ludzie zaczęli przemieszczać się w obrębie swoich dzielnic mieszkalnych, a nie jak dotychczas do centrum miasta. Odpowiadając na to zapotrzebowanie, postanowiliśmy w Warszawie skupić się na razie na zaoferowaniu naszej usługi w dzielnicach mieszkalnych. Jestem przekonany, że mieszkańcy stolicy dołączą do szerzenia naszej misji budowania zrównoważonej mikromobilności, uzupełniającej istniejące metody transportu publicznego, polubią nasze hulajnogi i docenią ich wyjątkowy design – Borys Pawliczak, Generalny Manager Dott.

Firma blisko współpracuje z samorządami przy tworzeniu regulacji prawnych oraz Stowarzyszeniem Mobilne Miasto w Polsce, skupiając się na kilku najważniejszych filarach:

  • edukacji użytkowników o bezpiecznej jeździe i odpowiedzialnym parkowaniu;
  • współpracy z władzami miasta w celu stworzenia spójnego systemu komunikacji miejskiej, dostępnej i wygodnej dla wszystkich mieszkańców;
  • wyjątkowym sprzęcie – dostosowanym do wyzwań ekonomii dzielenia, utrzymywanych w odpowiednim stanie technicznym przez wykwalifikowanych mechaników;
  • odpowiedzialnym prowadzeniu biznesu – hulajnogi są ładowane i naprawiane wyłącznie przez przeszkolonych pracowników firmy w profesjonalnie przygotowanych warsztatach.

Ważne jest, aby w czasie pandemii w przestrzeni miejskiej dostępne były urządzenia i pojazdy, które umożliwią nam łatwe, efektywne i ekologiczne przemieszczanie się, przy jednoczesnym zachowaniu dystansu społecznego. W te potrzeby świetnie wpisuje się tzw. mikromobilność, np. elektryczne hulajnogi, jednakże przy założeniu, że ten segment mobilności doczeka się rozsądnych regulacji w prawie o ruchu drogowym, których na dzień dzisiejszy wciąż brakuje – mówi Adam Jędrzejewski, założyciel i prezes Stowarzyszenia Mobilne Miasto, którego członkiem jest Dott.

Dott w trakcie pandemii Covid-19 dezynfekuje swoje hulajnogi regularnie, utrzymuje wysokie standardy sanitarne w magazynach i punktach mechanicznych, a lokalny zespół operacyjny został wyposażony w maski, rękawiczki i środki do dezynfekcji.

Przed nami przełom w leczeniu cukrzycy – ze środków NCBR powstanie system transdermalny dla cukrzyków

Wrocławska firma Biotts SA rozpoczyna prace nad innowacyjną postacią leku przeciwcukrzycowego. Specyfik będzie przenikał do krwiobiegu przez skórę.

Czy nowa droga podawania leków zastąpi z czasem tabletki, które chorzy na cukrzycę przyjmują nawet kilka razy dziennie? Jeśli tak się stanie, można mówić nawet o przełomie.

Nic więc dziwnego, że pomysł biotechnologicznej spółki Biotts, o którym tu mowa, zyskał aprobatę ekspertów Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) w konkursie Szybka Ścieżka. Dzięki temu może być realizowany ze wsparciem środków europejskich z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój – w wysokości ponad 11,2 mln zł. Całkowita wartość przedsięwzięcia to 14,7 mln zł. Pierwszy etap prac badawczych właśnie wystartował.

– Wspieranie tego typu obiecujących badań, uruchomionych dzięki zaangażowaniu naukowców i przedsiębiorców, to esencja działania NCBR. Na nowatorską formę leku na cukrzycę czekają przecież miliony pacjentów na całym świecie. W Polsce problem cukrzycy dotyczy aż 9% populacji. Aby ci pacjenci mogli żyć pełnią życia i rozwijać swój potencjał pomimo choroby, potrzebna jest terapia skuteczna, jak najmniej uciążliwa i atrakcyjna cenowo. Takie nowoczesne rozwiązania mogą istotnie zredukować występowanie powikłań u chorych, dając im możliwość dłuższego zachowania aktywności zarówno prywatnej, jak i zawodowej – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

– Badania i rozwój produktów leczniczych, w tym opracowywanie nowych postaci leków oraz nośników dla leków, nie tylko Polska uznaje za swój priorytet – zwraca uwagę Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. – Cukrzyca jest chorobą cywilizacyjną. Eksperci przewidują, że za 20 lat będziemy mieć w skali globalnej już ponad 640 mln chorych. Dlatego trzeba działać szybko i korzystając także z Funduszy Europejskich, poszukiwać nowoczesnych leków oraz technologii, które pozwolą nam wygrać z tą poważną, przewlekłą i kosztowną chorobą – dodaje.

Jakość i bezpieczeństwo

Zespół badawczy chce stworzyć nową, konkurencyjną względem dostępnych dziś na rynku postać leku przeciwcukrzycowego (z wybranymi substancjami czynnymi) o odpowiedniej szybkości uwalniania. Podstawą pomysłu jest użycie innowacyjnego nośnika opracowanego przez naukowców Biotts, który umożliwia dostarczanie substancji aktywnej przez skórę bez naruszania ciągłości powłok skórnych. Dzięki tej technologii terapia pacjentów z cukrzycą typu 2 ma być bardziej bezpieczna, czyli zapewniać redukcję efektów ubocznych i pozwalać na podanie mniejszej dawki niż w preparatach doustnych.

– Zagadnienie technologiczne i główny problem badawczy skupiają się na wprowadzeniu substancji leczniczej, w tym przypadku przeciwcukrzycowej, do autorskiego nośnika. Zależy nam na uzyskaniu co najmniej takich samych parametrów leczniczych jak w przypadku standardowych terapii stosowanych w leczeniu cukrzycy typu 2 – tłumaczy dr n. farm. Paweł Biernat, główny badacz projektu i prezes spółki.

Specjaliści Biotts skupili się zarówno na nowej formie leku, systemu terapeutycznego do podania przezskórnego, ale także na zwiększeniu biodostępności substancji aktywnej podawanej w ten sposób. Chodzi o to, aby dzięki nośnikowi optymalna dawka leku przedostawała się do krwiobiegu w założonym czasie, pozwalając osiągnąć odpowiednie stężenie we krwi pacjenta.

– Spodziewamy się, że dzięki temu szybciej zostaną osiągnięte efekty terapeutyczne – mówi dr Jan Meler, kierownik merytoryczny B+R, technolog postaci leku.

Co zyskuje pacjent

Skóra stanowi trudną barierę dla większości substancji czynnych, ponieważ jej główną rolą jest ochrona organizmu przed czynnikami zewnętrznymi. Mimo to umożliwia wchłanianie pewnych substancji, co wykorzystuje się do transportu niektórych leków. Występują one np. w formie zawiesin, emulsji czy plastrów stosowanych chociażby do miejscowego znieczulenia skóry czy w walce z uzależnieniem od nikotyny. Niestety właściwości ochronne skóry z zasady ograniczają wielkość cząsteczek leków, które przez nią przenikają, a aby dostarczyć dawkę terapeutyczną do krążenia ogólnego, nieraz należy sięgnąć po technologie wspomaganego transportu substancji aktywnych.

Znajomość budowy skóry umożliwia współczesnej medycynie efektywne transdermalne aplikowanie leków, co pozwala wykluczyć drogę doustną, która czasami jest obarczona wadami. A tych w przypadku cukrzycy jest wiele.

– Pacjenci chorujący na cukrzycę typu 2 zmuszeni są do przyjmowania doustnie kilku preparatów leczniczych kilka razy dziennie. Bardzo często chorują oni również na inne choroby cywilizacyjne, np. choroby układu krążenia, lub mają problemy z połykaniem, szczególnie w wieku podeszłym. W konsekwencji przyjmują oni doustnie od kilku do kilkunastu tabletek dziennie, co bardzo często skutkuje dolegliwościami ze strony układu pokarmowego, takimi jak: podrażnienia żołądka i jelit, nudności, zaparcia, biegunka, nadkwaśność, choroba wrzodowa – wylicza dr Jan Meler.

Nowa postać leku ma temu zapobiec. Główna zaleta opracowanego przez Biotts rozwiązania to przede wszystkim poprawa komfortu pacjenta i minimalizacja niepożądanych działań za strony przewodu pokarmowego.

– Wytypowane substancje czynne stosowane w leczeniu cukrzycy typu 2 wymagają precyzyjnego dawkowania ściśle określonej dawki leku. W przypadku naszego rozwiązania to zawsze będzie miejscowa, zewnętrzna aplikacja na powłoki skórne w postaci zbiornikowego systemu transdermalnego, z którego substancja czynna będzie uwalniana przez błonę kontrolującą uwalnianie – wyjaśnia Meler.

Dla pacjentów oznacza to istotne ułatwienie codziennej terapii, szczególnie w warunkach domowych. Nowatorska technologia pozwoli też, zdaniem badaczy, na zmniejszenie ryzyka przyjęcia podwójnej dawki leku przez chorego i uzyskanie kontrolowanego procesu podawania leku, a więc zwiększy efektywność farmakoterapii.

Kto najbardziej skorzysta na nowej terapii? – Opracowany przez nas produkt może być stosowany przez wszystkich pacjentów dotkniętych cukrzycą typu 2 lub przyjmujących te preparaty w innych wskazaniach. W szczególności grupą docelową będą pacjenci przyjmujący te preparaty w formie doustnej i równocześnie zgłaszający dolegliwości i działania niepożądane ze strony przewodu pokarmowego oraz np. chorzy na cukrzycę typu 2, cierpiący równocześnie na chorobę wrzodową lub zaburzenia wchłaniania z przewodu pokarmowego – wskazuje dr Jan Meler.

Poruszenie w laboratoriach

Uniwersalny nośnik transdermalny może zainteresować firmy farmaceutyczne planujące wprowadzić na rynek nowe leki przeciwcukrzycowe i producentów systemów transdermalnych.

Projekt dopiero wystartował. Zespół badawczy czeka teraz ogrom pracy, począwszy od badań laboratoryjnych, poprzez przedkliniczne, aż po pierwsze testy bezpieczeństwa z udziałem pacjentów. Katarzyna Romanowska, kierownik zarządzający projektu, jest jednak pełna optymizmu, bo jak zauważa, mocną stroną całego przedsięwzięcia są ludzie.

– Kadra projektu to interdyscyplinarny zespół pasjonatów nauki i innowacyjnych rozwiązań. Zespół tworzą m.in. specjaliści i eksperci postaci leków, chemii, biotechnologii, badań przedklinicznych oraz klinicznych. Ponadto kadra B+R jest wspierana przez doświadczony zespół administracyjno-zarządczy. Ma to na celu nie tylko zapewnienie najwyższych standardów w zakresie realizacji projektu, ale także osiągnięcie wszystkich założonych wyzwań, których efektem będzie opracowanie nowej postaci leku przeciwcukrzycowego – mówi. – Uzyskane wsparcie i dofinansowanie z Szybkiej Ścieżki NCBR umożliwi nam przejście od badań przemysłowych aż do badań w warunkach operacyjnych i przeprowadzenia pierwszej fazy badania klinicznego – dodaje.

Szybka Ścieżka dla innowatorów

Umowa na dofinansowanie projektu, zgłoszonego w konkursie Szybka Ścieżka, została podpisana w marcu br. W aktualnej edycji konkursu, który jest finansowany z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, wnioski o dofinansowanie innowacyjnych projektów można składać do 18 czerwca br. Zakończyły się już dwie rundy dedykowane projektom badawczo-rozwojowym realizowanym przez duże przedsiębiorstwa oraz konsorcja złożone z dużych przedsiębiorstw (także z udziałem MŚP lub jednostek naukowych), z budżetem 400 mln zł. Od 21 kwietnia, w kolejnych dwóch rundach z łączną alokacją w wysokości 800 mln zł, aplikować mogą małe i średnie przedsiębiorstwa oraz ich konsorcja (także z udziałem jednostek naukowych).

Mariusz Gromada analizuje najnowsze dane o COVID-19

– W perspektywie globalnej koronawirus nadal dysponuje paliwem do dynamicznego rozwoju. Na świecie dziennie potwierdza się około 80 tys. nowych infekcji, co stanowi 2,2% wzrostu w stosunku do łącznej liczby zdiagnozowanych przypadków (w Ameryce Południowej wskaźnik ten wynosi aż 5,5%) – mówi Mariusz Gromada, matematyk i statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium. – Większość krajów Europy skutecznie ograniczyła rozprzestrzenianie się SARS-Cov-2, dzienny przyrost oscyluje tu w granicach 1%. W Polsce łączna liczba zdiagnozowanych chorych jest nadal niewielka, jednak dzienny procentowy wzrost jest dwukrotnie wyższy w porównaniu do analogicznych danych dla całości Europy.covid-cykl-10-dynamika-swiatcovid-cykl-10-dynamika-swiat-krzywe

W Europie liczba nowych potwierdzonych zakażeń maleje, większość krajów osiągnęła istotne postępy w walce z COVID. Wskaźnik nowych zakażeń jest ponad dwukrotnie niższy w porównaniu do danych dla całego świata – 1% vs 2,2% wzrostu w stosunku do łącznej liczby zdiagnozowanych przypadków.covid-cykl-10-dynamika-europa

Od kilku tygodniu w Polsce niezmiennie potwierdza się około 300-400 infekcji dziennie. Łączna liczba potwierdzonych chorych nadal jest relatywnie niewielka, jednak jesteśmy wśród krajów, w których nie wykazuje się spadku nowych identyfikowanych zakażeń. W Polsce, na tle Europy, przyrost zakażeń jest dosyć wysoki – 2,1% vs 1% wzrostu w stosunku do łącznej liczby zdiagnozowanych przypadków.covid-cykl-10-dynamika-polska

Dynamiczny wzrost infekcji w Ameryce Południowej, głównie w Brazylii i Peru. Wskaźnik przyrostu nowych zakażeń jest ponad dwukrotnie wyższy od analogicznej wartości dla całego świata  – 5,5% vs 2,2% wzrostu w stosunku do łącznej liczby zdiagnozowanych przypadków.wzrost infekcji w Ameryce Południowej

W Azji ponownie notowane są silne wzrosty nowych potwierdzonych zakażeń (25 tys. dziennie). Również wskaźnik przyrostu jest wyższy niż wartość dla całego świata (3,3% vs 2,2% w stosunku do łącznej liczby zdiagnozowanych przypadków). Ważne: w związku z położeniem geograficznym Rosja została zaklasyfikowana do Azji.covid-cykl-10-dynamika-azja

Afryka, pomimo nadal niewielkiej liczby potwierdzonych przypadków, jest w szybkim trendzie wzrostowym – przyrost 3,9% vs 2,2% dla świata mierzone w stosunku do łącznej liczby potwierdzonych przypadków.covid-cykl-10-dynamika-afryka

Sytuacja w Ameryce Północnej bez zmian – nadal około 30 tys. nowych potwierdzonych zakażeń dziennie. Ameryka Północna „rośnie” nieco wolniej niż świat – 2,1% vs 2,2% dziennie w stosunku do łącznej liczby zdiagnozowanych przypadków. Badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych (na losowo wybranych mieszkańcach Stanu Nowy Jork) wskazują, że faktycznych zachorowań jest wielokrotnie więcej.Sytuacja w Ameryce Północnej bez zmian

Epidemia w Australii i Oceanii została niemal całkowicie powstrzymana – dzienne przyrosty są na poziomie 20-30 nowych potwierdzonych przypadków.australiaŹródło: Mariusz Gromada, matematyk, statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium, opracowanie własne z dnia 6.05.2020 na podstawie danych udostępnianych przez The Johns Hopkins University https://github.com/CSSEGISandData/COVID-19

Trudno zagłuszyć złe dane

Nie jest łatwo wrócić to entuzjazmu na rynkach, kiedy nasilają się wątpliwości wokół tego, jak dużą porcję wzrostu gospodarczego uda się odrobić. Napływające dane makro są gorzkim przypomnieniem, że jeszcze musi przyjść gorsze, zanim pojawi się lepsze. Nadzieje na szybkie odmrażanie gospodarek przestają wystarczać za paliwo do wzrostów.

Jakkolwiek dane z chińskiego handlu zagranicznego dziś rano były miłą odmianą (wzrost eksportu w kwietniu o 3,5 proc. r/r, prog. -11 proc.), przeważająca większość odczytów z globalnej gospodarki pokazuje tragiczne skutki pandemii i lockdownu. Choć dla wszystkich jest oczywiste, że Europę i USA czeka głęboka recesja, przypominanie o tym ponurymi danymi odciska piętno na nastrojach rynkowych. Póki rajd ryzyka miał solidniejsze podstawy, nadzieje na szybki restart gospodarek mogły wystarczyć do zakrycia danych makro. Ale teraz, kiedy inwestorzy poszukują świeżego katalizatora, każdy impuls się liczy, a zaczynają nasilać się te negatywne. Wczoraj otrzymaliśmy dowody załamania w sektorze usługowym strefy euro i budowlanym Wielkiej Brytanii. Dziś rano dane o produkcji przemysłowej z Niemiec i Francji wypadły bardzo słabo. Komisja Europejska ostrzegła przed ryzykami dla stabilności Eurolandu i zaapelowała o przyspieszenie prac nad planem pomocy fiskalnej, co tylko dokłada niepokojów wokół bloku po wtorkowym orzeczeniu niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego kwestionującego zmiany w programie skupu aktywów EBC. W USA kwiecień przyniósł ponad 20 mln nowych bezrobotnych (wg danych ADP). To może być po prostu za dużo do zbagatelizowania, nawet jeśli nie zabraknie głosów, że wszystko jest już w cenach. Było w cenach na marcowych dołkach, późniejsze odbicie nastąpiło z założeniem, że odbicie gospodarcze będzie równie silne. To się dopiero okaże.

Bank Anglii zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę procentową i cel dla skupu aktywów bez zmian. Dwóch członków Monetary Policy Committee, Haskel i Saunders, głosowało za zwiększeniem programu skupu aktywów o 100 mld GBP i zasugerowało, że luzowanie ilościowe powinno być utrzymane do sierpnia, aby uniknąć zacieśniania warunków finansowych. Sam BoE w komunikacie przyznał, że obecny program wyczerpie się w lipcu. Luźne warunki monetarne będą potrzebne brytyjskiej gospodarce zdecydowanie dłużej), zatem wydaje się nieuniknionym decyzja o rozszerzeniu QE na kolejnym posiedzeniu w czerwcu. Z perspektywy GBP to neutralna informacja, gdyż rynek liczył się z kontynuacją skupu aktywów, kiedy programy EBC i Fed maja trwać co najmniej do końca roku. Za to pozytywnym impulsem było założenie w prognozach utrzymania stopy procentowej na 0,1 proc. przez cały ten i przyszły rok.

Po dwóch nadzwyczajnych cięcia stopy procentowej do 0,25 proc. nie spodziewamy się, aby na majowym posiedzeniu (czw) Norges Bank miał zamiar modyfikować politykę pieniężną. Bank przedstawi nowe prognozy gospodarcze, w których interesującym będzie, czy bank zakłada dalsze obniżki stóp procentowych. Oczekiwalibyśmy się płaskiej projekcji dla reszty 2020 r. i 2021 r., a na konferencji prasowej prezes Olsen może zaznaczyć, że bank nie widzi efektywności w dalszych cięciach. NOK może skorzystać na usunięciu ryzyka obniżki stopy procentowej.

Poza tym po południu mamy cotygodniową aktualizację zmiany liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA. Oczekuje się dalszego wyhamowania do 3 mln z 3,8 mln tydzień wcześniej wraz z nadganianiem przez urzędy pracy procesowania lawinowo spływających w szczycie lockdownu wniosków.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Gotówka cały czas trzyma się mocno

Mimo coraz szerszej gamy dostępnych form płatności, to wciąż gotówka jest najchętniej wybieranym przez Polaków środkiem płatniczym. Wybuch pandemii COVID-19 spotęgował przepływ banknotów, o czym świadczyć 7-krotny wzrost średnich wypłat gotówki w marcu tego roku.

Jak zapewniają Bank Rozrachunków Międzynarodowych, część banków centralnych, Robert Koch Institute oraz Światowa Organizacja Zdrowia, posługiwanie się gotówką jest bezpieczne. Oczywiście, zgodnie z rekomendacjami WHO po bezpośrednim kontakcie z banknotami zaleca się dokładne umycie dłoni. Ta procedura jest zalecana także po korzystaniu z kart płatniczych, terminali, czy też innych powierzchni w przestrzeni publicznej.

Zarówno kasjerzy, jak i osoby dokonujące płatności gotówkowej nie są mniej narażone na zarażenie się COVID-19 poprzez wybranie alternatywnej formy zapłaty. Minimalizowaniem ewentualnego ryzyka może wydawać się regulowanie rachunku kartami płatniczymi, jednak eksperci zapewniają, że klienci korzystający z tej formy płatności zobowiązani są do zachowania takich samych procedur bezpieczeństwa, jak ci, posługujący się gotówką.

Większość podmiotów rynkowych i organizacji finansowych dąży do utrzymania stałego obiegu gotówki, która stanowi podstawę naszej gospodarki. Obecnie kluczowe jest jednak umiejętne i odpowiedzialne korzystanie z tej formy płatności. Demonizowanie jej i rozprzestrzenianie nieprawdziwych informacji na temat banknotów może być dyskryminujące dla osób, które nie korzystają z alternatywnych form płatniczych i szkodliwe dla całej gospodarki. -Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy

Rekordowy obieg gotówki

Choć obrót detaliczny a marcu spadł o 7,1 proc. w skali roku, to na polskim rynku obieg gotówki jest niezachwiany. Narodowy Bank Polski poinformował, że w połowie marca średnia ilość wypłat gotówki wzrosła 7-krotnie, co w efekcie przyniosło obieg wynoszący ponad 269 mld PLN. Stanowi to 13 proc. wzrost w skali miesiąca, w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku.

Marzec, to także miesiąc z rekordowym przyrostem gotówki w obiegu, jak informuje NBP – o ponad 26 mld PLN. To wzrost o ponad 21 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem i jest wynikiem częstszych niż zazwyczaj wypłat pieniędzy z bankomatów w pierwszych dniach marca.

Gotówka jest bezpieczna

W Polsce gotówka także przechodzi kwarantannę. To działania mające na celu zwiększyć bezpieczeństwo zwolenników tradycyjnej formy płatności. Pieniądze, które trafiają do Narodowego Banku Polskiego przechodzą wydłużony czas spoczynku w bankowych skarbcach przed ich ponownym trafieniem do obiegu. Takie działanie ma na celu zminimalizowanie ewentualnego ryzyka przenoszenia wirusów poprzez banknoty.

Amerykańskie Centrum Kontroli Chorób (CDC) dostrzega, że zarażenie się COVID-19 poprzez zetknięcie się z powierzchnią, na której obecny jest wirus jest możliwe, jednak nie jest to główny sposób rozprzestrzeniania się wirusa, gdyż ten przede wszystkim roznosi się drogą kropelkową.

Wymienianie się coraz ciekawszymi pomysłami na dezynfekowanie gotówki np. w domowych mikrofalówkach jest szkodliwe nie tylko dla portfeli, ale także dla całego społeczeństwa, sektora MŚP, branży finansowej, medycznej, handlowej i innych. Warto zaufać instytucjom bankowym, które szczególnie dbają o bezpieczeństwo swoich klientów – banknoty poddawane są kwarantannie, dezynfekuje się je przy pomocy światła UV lub wysokich temperatur, co skutecznie pozbawia ich ewentualnych wirusów lub bakterii.
-Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy

Jeszcze do niedawna w niektórych sklepach elektroniczne płatności nie były respektowane, dziś niektórzy właściciele punktów handlowych nie chcą przyjmować płatności gotówkowych. Czy to zgodne z prawem? Zdecydowanie nie. Gotówka jest podstawowym środkiem płatniczym, który nie dyskryminuje tych, którzy nie mogą lub nie chcą korzystać z innych form płatności. Posługiwanie się banknotami zapewnia także większą swobodę, anonimowość i wielu przypadkach także bezpieczeństwo osobiste kupujących.

Odmrażanie motorsportu – wywiad z Krzysztofem Hołowczycem

Jak wygląda odmrażanie motorsportu w Polsce? Rząd niedawno przedstawił plan powrotu regularnych aktywności, którego jednym z pierwszych punktów jest otwarcie zewnętrznej infrastruktury do uprawiania sportów motorowych. Jak sytuację ocenia Krzysztof Hołowczyc – jeden z najbardziej znanych i utytułowanych polskich kierowców rajdowych?

Jak przyjąłeś informację o tym, że sport będzie jedną z pierwszych dziedzin naszego życia, która będzie odmrażana?

Sport jest bardzo ważnym elementem, którego nie możemy pomijać. Nie mówię w tym miejscu tylko o sporcie wyczynowym, który uprawiam, ale o takim, który jest przede wszystkim elementem utrzymania zdrowia, chęci do życia, podtrzymaniem motywacji. Jeżeli mamy zdrowe ciało, to łatwiej nam będzie wyjść z problemu, który teraz się pojawił.

Nie możemy także zapominać o emocjach kibiców. Kiedy powrócą zawody sportowe, rywalizacja, emocje, to kibice będą w zupełnie innym świecie. Ludzie tego po prostu potrzebują. My sportowcy mamy świadomość, że jesteśmy w pewnym sensie aktorami tych wydarzeń i chcemy by te emocje, jak najszybciej wróciły.

Jako profesjonalny sportowiec wiesz, jak ważny jest częsty i regularny trening. Jakie znaczenie ma możliwość powrotu do treningów?

Wydaje się, że kierowcy rajdowi mają tylko “to okrągłe” przed sobą i trzy pedały. Trochę nimi poruszają i wszystko teoretycznie gra. Nic bardziej mylnego, gdyż musimy być w super formie fizycznej i tak samo regularnie ćwiczyć jak zawodnicy innych dyscyplin. Dodatkowo musimy ciągle obcować z naszymi pojazdami, niezależnie czy to jest samochód, czy motocykl.

Wyczynowi sportowcy zostali w domach i ćwiczyli na tyle na ile mogli. Najcudowniejszym momentem jest jednak ten, w którym wiesz, że możesz już wsiąść za kierownicę samochodu rajdowego. Ja pierwsze treningi mam już za sobą. To jest to, na co wszyscy czekaliśmy, na odmrożenie sportu.

Kolejnym krokiem ma być umożliwienie organizacji imprez dla maksymalnie 50 uczestników i bez publiczności. Jak oceniasz możliwość organizacji imprez bez publiczności?

W motorsporcie mamy wielką przewagę w tym zakresie. Nasza publiczność może być rozdzielona i stać w mniejszych grupach z zachowaniem odległości pomiędzy sobą. Na długich i rozciągniętych odcinkach specjalnych łatwiej jest zachować wymagane odstępy pomiędzy ludźmi i ich pogrupować. W sporcie motorowym, w szczególności w rajdach terenowych, może to być sposób na powrót rajdów z kibicami. W pewnym sensie może to być sposób na odmrożenie kibiców.

Powinniśmy też iść w kierunku zwiększenia dostępności informacji dla kibiców. Mamy dostęp m.in. do wyników on-line czy live streamingu. Te narzędzia powinny być teraz mocniej wykorzystywane.

Jeżeli jednak sytuacja na to nie pozwoli i będziemy musieli ścigać się bez kibiców na trasie, to myślę, że na pewno damy radę.

Czy utrzymywanie obostrzeń w przekraczaniu granic będzie miało duży wpływ na sport motorowy w Polsce?

Przykładem dla innych dyscyplin, może być tutaj żużel. Jeżeli system żużlowy zostanie dobrze opanowany, to może on też funkcjonować w innych dyscyplinach motorsportu. Kierowcy rajdowi i wyścigowi będą mogli się przemieszczać tak samo, jak żużlowcy.

Musimy pamiętać, że wielu kierowców podaje swoje kalendarze startów, w których ciągle wymieniona jest Polska. Przykładem jest trzykrotny zwycięzca Rajdu Dakar – Nasser Al-Attiyah, który wskazał, że interesuje się rundą Pucharu Świata FIA – rajdem Baja Poland. To wspaniałe, że czołowy światowy kierowca rajdowy chce ponownie przyjechać do Polski. Znowu będziemy mogli wspólnie rywalizować i powrócić do pięknych chwil, kiedy ścigaliśmy się do ostatniego metra rajdu. Taka sportowa walka, czasem zwycięstwo moje, czasem Nassera, to właśnie to, co daje cudowne emocje kibicom.

Niektóre federacje sportowe odwołały tegoroczne rozgrywki w sporcie motorowym. Czy to jest dobry kierunek, czy też może powinniśmy walczyć o utrzymanie ciągłości rozgrywek?

Powinniśmy zastosować wszelkie możliwe zabezpieczenia i zdecydowanie nie powinniśmy rezygnować z rywalizacji. Nie możemy się poddawać. Najprościej jest zamknąć daną dyscyplinę i powiedzieć, że się nie da. Dużo trudniej jest podjąć decyzję, która zmusi nas wszystkich do większego poświęcenia, większej uwagi i często także większych wyrzeczeń. Będzie to wymagało od nas wzmożonego pilnowania się, precyzyjnej logistyki, planów i procedur, ale uważam, że jesteśmy w stanie przeprowadzać poszczególne eliminacje.

Sport ma też duże znaczenie dla gospodarki. Musimy o tym pamiętać. Nie możemy pozwolić tym wszystkim zespołom sportowym i firmom na upadek. Nie przez przypadek piłka nożna została odmrożona jako pierwsza. Wszyscy wiemy jaki ma wpływ na gospodarkę.

Jak oceniasz szanse szybkiego powrotu sportu motorowego, w szczególności samochodowego, na tle innych dyscyplin sportu?

Sport motorowy jest dużo prostszy, bo nie ma bezpośredniego kontaktu pomiędzy zawodnikami. Inaczej niż na przykład u piłkarzy, w ich przypadku ciągłe testy są niezbędne. Walcząc w sporcie samochodowym, w zasadzie do samego końca nie mamy kontaktu fizycznego z innymi osobami. Ścigamy się zamknięci w samochodzie. Kontakt z sędziami także można ograniczyć praktycznie do zera, a wszelkie procedury administracyjne mogą być w formie elektronicznej. To zalety sportu samochodowego, które wcześniej nie były dostrzegane, a teraz mogą pozwolić na jego szybszy powrót.

Musimy bacznie przyglądać się rozwojowi sytuacji. Od epidemiologów i instytucji państwowych zależy, jak szybko każdy z aspektów naszego życia będzie wracał do normalności. Cieszy mnie to, że sport jest uważany za ten element, który trzeba odmrozić jako jeden z pierwszych.

Tarcza antykryzysowa 4.0 – nadzwyczajne zmiany w zamówieniach publicznych

Epidemia koronawirusa znacząco wpłynęła na udzielanie i realizację zamówień publicznych. Do Sejmu trafił projekt tzw. Tarczy antykryzysowej 4.0, który przewiduje istotne dla obrotu gospodarczego zmiany Prawa zamówień publicznych. Ich celem jest ograniczenie negatywnych skutków pandemii. Najnowsze rozwiązania mają przede wszystkim służyć poprawie sytuacji kontraktowej wykonawców, odblokowane zostaną także działania Krajowej Izby Odwoławczej. Projekt przewiduje m.in. zakaz potrącania kar umownych z wynagrodzenia wykonawcy lub z innych jego wierzytelności, jeśli na należyte wykonanie umowy wpłynęły okoliczności związane z wystąpieniem COVID-19.

W rozwiązaniach zawartych w Tarczy antykryzysowej 4.0 przewidziano obligatoryjną zmianę umowy w sprawie zamówienia publicznego w razie stwierdzenia, iż okoliczności związane z wystąpieniem COVID-19 wpływają na jej należyte wykonanie. Dotychczasowe rozwiązania Tarczy antykryzysowej 1.0 nie spełniły oczekiwań wykonawców. Nawet wystąpienie w związku z pandemią nadzwyczajnych okoliczności po ich stronie nie zobowiązywało zamawiającego do modyfikacji umowy. Tarcza antykryzysowa 4.0 wprowadza obowiązek zmiany umowy, jeśli okoliczności związane z pandemią rzeczywiście wpływają na jej należyte wykonanie. Nadal jednak decyzja o zmianie umowy będzie należała do zamawiającego, jeśli okoliczności te jedynie mogą wpłynąć na wykonanie umowy.

Ograniczenia potrącania kar umownych oraz dochodzenia zaspokojenia z zabezpieczenia
Projekt Tarczy antykryzysowej 4.0 przewiduje zakaz potrącenia kar umownych z wynagrodzenia wykonawcy lub z innych jego wierzytelności, jeśli na należyte wykonanie umowy wpłynęły okoliczności związane z wystąpieniem COVID-19. Zakaz ten będzie obowiązywał w okresie ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii w związku z COVID-19 i przez 90 dni od jego odwołania.

Zamawiający nie będzie mógł także dochodzić zaspokojenia z zabezpieczenia należytego wykonania umowy, o ile zdarzenie, w związku z którym zastrzeżono tę karę, nastąpiło w okresie ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii.

Literalna wykładnia projektowanych przepisów prowadzi do wniosku, iż ustawodawca zamierza jedynie tymczasowo ograniczyć możliwość potrącania kar umownych, a nie całkowicie wyłączyć możliwość ich naliczania lub dochodzenia. Wykonawca nadal może bronić się przed karą umowną, wykazując brak winy i odwołując się do stanu siły wyższej. W każdym jednak wypadku należy najpierw przeanalizować treść umowy w sprawie zamówienia publicznego, która może zawierać szczególne postanowienia w tej kwestii – mówi Mikołaj Zdyb, radca prawny w kancelarii prawnej D.Dobkowski sp.k. stowarzyszonej z KPMG w Polsce.

Obowiązek udzielania zaliczek lub wypłaty wynagrodzenia w częściach

W projekcie Tarczy antykryzysowej 4.0 przewidziano, iż w umowach zawieranych na okres dłuższy niż 12 miesięcy zamawiający będą z mocy prawa zobowiązani do wypłaty wynagrodzenia w częściach lub do udzielania zaliczki. Ostatnia część wynagrodzenia nie będzie mogła wynosić więcej niż 50% wysokości wynagrodzenia należnego wykonawcy. Jednocześnie, zaliczka nie będzie mogła być mniejsza niż 5% wysokości wynagrodzenia.

Możliwość wypłaty wynagrodzenia w częściach i udzielenia zaliczki na wykonanie zamówienia były już wcześniej przewidziane w Prawie zamówień publicznych. Do tej pory jednak rozwiązania te nie były stosowane często. Tarcza antykryzysowa 4.0 ma wprowadzić obowiązek ich stosowania przy umowach zawieranych na okres dłuższy niż 12 miesięcy. Może to przyczynić się do zwiększenia płynności rynku zamówień publicznych – mówi Mikołaj Zdyb, radca prawny w kancelarii prawnej D.Dobkowski sp.k. stowarzyszonej z KPMG w Polsce.

Zmiana w zabezpieczeniach i wadium

Przepisy zawarte w projekcie Tarczy antykryzysowej 4.0 przewidują także zmiany w wysokości zabezpieczenia należytego wykonania umowy – jego górna granica wyniesie 5% lub – w przypadku zamówień o szczególnym ryzyku – 10% ceny całkowitej podanej w ofercie albo maksymalnej wartości nominalnej zobowiązania. Możliwy będzie także zwrot części zabezpieczenia po wykonaniu odpowiedniej części zamówienia. Celem tych regulacji ma być obniżenie kosztów udziału wykonawców w przetargach.

Dodatkowo zniesiony zostanie obowiązek żądania wadium w przetargach powyżej progów unijnych. Zamawiający nie będzie więc już zobowiązany do żądania wadium, jednak nadal będzie posiadał taką możliwość.

W tym miejscu warto także wspomnieć, iż Urząd Zamówień Publicznych wydał interpretację, zgodnie z którą zamawiający nie mogą automatycznie stosować sankcji zatrzymania wadium, gdy wykonawca odmówił podpisania umowy w sprawie zamówienia publicznego na warunkach określonych w ofercie lub nie wniósł wymaganego zabezpieczenia albo też gdy zawarcie umowy stało się niemożliwe z przyczyn leżących po stronie wykonawcy. W takim wypadku zamawiający jest zobligowany do analizy konkretnego stanu faktycznego i rzetelnego sprawdzenia, czy taka sytuacja nie została wywołana epidemią COVID-19 i czy nadzwyczajne okoliczności w sposób bezpośredni i realny skutkują niemożliwością wykonania umowy na pierwotnych warunkach – mówi Mikołaj Zdyb, radca prawny w kancelarii prawnej D.Dobkowski sp.k. stowarzyszonej z KPMG w Polsce.

Zmiany dotyczące postępowań przed Krajową Izbą Odwoławczą (KIO)

Na mocy Tarczy antykryzysowej 3.0, odwieszone zostaną postępowania przed KIO – Tarcza 3.0 uchyla bowiem przepis zakładający między innymi zawieszenie biegu terminów procesowych i sądowych, w tym biegu terminów postępowań rozpoznawanych przez KIO. Ponadto w Tarczy antykryzysowej 4.0 przewidziano nowy tryb rozpoznawania spraw przed KIO – postępowania będą się toczyły bez udziału stron i uczestników. Częściowo zmienią się także zasady postępowania oraz terminy.

Dom Analiz SII ponownie przyjrzał się Grupie Kapitałowej TIM

Dom Analiz SII opublikował aktualizację rekomendacji inwestycyjnej dla akcji TIM S.A. Cena docelowa w perspektywie 12-miesięcznej dla tych walorów została podwyższona z 11,50 zł do 12,82 zł, co przy kursie zamknięcia notowań z 6 maja 2020 roku oznacza potencjał wzrostu na poziomie 19,8%.

Grupa TIM ma za sobą bardzo udany 2019 rok, w którym odnotowała rekordowe wyniki finansowe. W tym okresie przychody ze sprzedaży wzrosły o 7,2% do 890 mln zł, a oczyszczone o wpływ implementacji standardu MSSF 16 wyniki operacyjny i netto odpowiednio o 47,6% do 29,3 mln zł i 47,3% do 22,2 mln zł.

Pomimo wybuchu pandemii koronawirusa i wprowadzonymi w następstwie ograniczeniami w bieżącym roku Emitent póki co również radzi sobie bardzo dobrze. Jak wynika z szacunkowych odczytów, od stycznia do kwietnia przychody Spółki TIM wyniosły 283,2 mln zł w porównaniu do 251,8 mln zł w analogicznym okresie 2019 roku, co stanowi poprawę o 12,5%. Analitycy Domu Analiz SII zakładają, że w branży dystrybucji artykułów elektrotechnicznych negatywne skutki pandemii odczuwalne będą co najmniej do pierwszych miesięcy 2021 roku, jednak ze względu na silną pozycję na rynku i rozbudowany kanał e-commerce TIM zostanie nimi dotknięty w mniejszym stopniu niż cała branża.

W naszej ocenie na korzyść Spółki przemawiają m.in. szeroka oferta asortymentowa, nowe modele sprzedaży (w tym dropshipping, w ramach którego liczymy na zwiększone zainteresowanie współpracą podmiotów zewnętrznych), a także posiadanie własnego, nowoczesnego centrum dystrybucyjnego. Istotny wzrost znaczenia sprzedaży online powinien przy tym wspomóc szybki rozwój spółki zależnej 3LP, w tym poprzez wzrost udziału klientów zewnętrznych oraz liczby obsłużonych paczek, co także pozytywnie powinno wpłynąć na wyniki Grupy TIM. Biorąc pod uwagę dodatkowo bufor w postaci silnych wynikowo pierwszych czterech miesięcy roku, prognozujemy, że cały 2020 rok Emitent zakończy ze skonsolidowanymi przychodami wyższymi o 5,8% w stosunku do 2019 roku – podsumowano w raporcie.

Zakładając silne odbicie rynku w 2021 roku, na czym skorzysta również Spółka, analitycy oczekują, że Grupa TIM zwiększy w tym okresie przychody o 11,7% do 1,05 mld zł. Na kolejne lata prognozy zakładają kontynuację wzrostu z utrzymaniem relatywnie wysokich, jednocyfrowych dynamik. W raporcie zwrócono także uwagę na silną pozycję finansową Grupy i niski udział zadłużenia oprocentowanego w finansowaniu.

Naszym zdaniem pozwoli to na utrzymanie wypłat dywidend w kolejnych latach. Ze względu na dużą niepewność zakładamy jednak, że dywidenda za 2020 rok będzie jedynie symboliczna (w naszej prognozie 0,2 zł), co zostanie jednak częściowo zrekompensowane w kolejnym roku (prognoza 1 zł dywidendy za 2021 rok i 0,8 zł w dalszych latach prognozy) – napisano w raporcie.

Spółka TIM S.A. to największy hurtowy dystrybutor artykułów elektrotechnicznych w Polsce. Jej historia działalności liczy już ponad 30 lat, a od lutego 1998 roku akcje TIM są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. W skład Grupy Kapitałowej wchodzą także Rotopino.pl S.A. – wiodący gracz na polskim rynku internetowej sprzedaży narzędzi i elektronarzędzi dla profesjonalistów oraz majsterkowiczów, a także autoryzowany dystrybutor wielu najlepszych światowych marek narzędziowych, oraz 3LP S.A. – spółka zarządzająca Centrum Logistycznym w Siechnicach koło Wrocławia, które jest jednym z najnowocześniejszych tego typu obiektów w Europie ŚrodkowoWschodniej.

Rekomendacja dla akcji TIM S.A. została wydana 7 maja o godz. 7:50. Moment pierwszego rozpowszechnienia rekomendacji to 7 maja, godz. 8:00. Autorami raportu są Adrian Mackiewicz i Paweł Juszczak. Dom Analiz SII zawarł ze Spółką TIM umowę o przygotowanie niezależnej rekomendacji inwestycyjnej.

Zarząd Geotransu rekomenduje wypłatę na rzecz Akcjonariuszy 5,95 mln zł

Geotrans S.A, firma zajmująca się gospodarką odpadową, chce w możliwie wysokim stopniu podzielić się zyskami z Akcjonariuszami. Zarząd Spółki rekomenduje wypłatę największej dywidendy w kilkunastoletniej historii Spółki w wysokości 4 mln zł. Jednocześnie intencją firmy jest przeprowadzenie buy backu o maksymalnej wartości 1,95 mln zł. Brak zadłużenia finansowego oraz planów istotnych nakładów inwestycyjnych, wysoka konwersja zysków na środki pieniężne i atrakcyjne perspektywy rynkowe pozwalają Spółce na realizację obydwu procesów. Zarząd Geotransu oczekuje w 2020 roku dalszej poprawy wyników i wzrostu skali działalności, osiągniętych w otoczeniu spowolnienia gospodarczego.   

Geotrans funkcjonuje w czterech segmentach: zagospodarowania ustabilizowanych osadów ściekowych, kompostu nienormowanego, ubocznych produktów spalania oraz świadczy usługi rekultywacji terenów zdegradowanych. Zarząd Spółki 7 maja 2020 roku podjął uchwałę w sprawie przedłożenia Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy rekomendacji w zakresie wypłaty 4 mln zł z zysku jednostkowego w 2019 roku, który wyniósł 7,05 mln zł (dywidenda stanowiłaby 56,7 proc. zysku – zgodnie z polityką zakładającą wypłatę od 20 do 100 proc.), co oznacza wypłatę 0,80 zł na akcję (w 2019 roku Spółka wypłaciła 1 mln zł, tj. 0,20 zł na akcję).

Stabilna i komfortowa sytuacja operacyjna i finansowa, połączona z mocnymi perspektywami pozwala nam na rekordowy podział zysków z Akcjonariuszami Geotransu. Naszą intencją jest wypłata zarówno najwyższej w historii dywidendy, jak i przeprowadzenie buy backu. Chcemy aby nasi Akcjonariusze poza korzyściami wynikającymi ze wzrostu wartości akcji mogli uczestniczyć w podziale zysków – w ten sposób możemy docenić Ich wsparcie i pokładane zaufanie. To idea, która przyświeca nam od początku przyjęcia statusu giełdowej spółki publicznej – mówi Przemysław Weremczuk, Prezes Zarządu Geotrans S.A.

Intencją Zarządu jest także przeprowadzenie buy backu w maksymalnej kwocie 1,95 mln zł. Walne Zgromadzenie Spółki zdecyduje w sprawie udzielenia Zarządowi upoważnienia do nabycia akcji własnych Spółki i utworzenie w tym celu kapitału rezerwowego. Łączna kwota wypłaty w wysokości 5,95 mln zł stanowi maksymalną wartość w kontekście umów z bankiem uczestniczącym w finansowaniu Spółki. Z drugiej strony jest ona zbliżona wobec wygenerowanych w minionym roku przepływów z działalności operacyjnej w wys. ok. 5,7 mln zł (vs. 0,3 mln zł w 2018 roku).

Aktualna kondycja finansowa i przewagi Geotransu pozwalają nam korzystnie oceniać jego perspektywy. To skutek kilku lat organicznej pracy całego zespołu w zakresie umacniania pozycji rynkowej w branży, rozszerzania portfela kolejnych decyzji administracyjnych na zagospodarowanie odpadów oraz rozbudowy biznesu na kolejne segmenty, jak uboczne produkty spalania i zagospodarowanie kompostu nienormowanego. Dodatkowymi wzrostowymi czynnikami jest administracyjne ograniczenie szarej strefy oraz od niedawna sytuacja epidemiologiczna, skłaniająca spółki wodociągowo-kanalizacyjne do priorytetowej realizacji usług przetwarzania ustabilizowanych osadów ściekowych – dodaje Przemysław Weremczuk.

Zarząd Geotransu 15 kwietnia 2020 roku powziął informację o włączeniu Spółki do systemu Rządowego Centrum Bezpieczeństwa jako podwykonawcy operatora infrastruktury krytycznej, tj. niezbędnej dla realizacji podstawowych potrzeb społeczeństwa.

Spółka 13 maja zaprezentuje raport finansowy za I kwartał 2020 roku. Według szacunkowych danych, Geotrans w tym okresie wypracował 3,5 mln zł zysku netto (wobec 1,1 mln zł przed rokiem) przy ponad 70 proc. wzroście sprzedaży, która wyniosła 10,1 mln zł. Są to najwyższe kwartalne wyniki w historii firmy.

Znajomość własnego typu osobowości może decydować o powodzeniu w biznesie. Wiedza ta ułatwia także dotarcie do klientów

Zdecydowana większość ludzi korzysta w głównej mierze z jednego obszaru mózgu. To, który jest to obszar – kresomózgowie, międzymózgowie czy pień mózgu, determinuje naszą osobowość. Ma to istotne znaczenie dla życia zawodowego i prowadzenia biznesu. – Mając świadomość swojej osobowości, budujemy przewagę konkurencyjną na rynku – przekonuje Paweł Jarząbek, trener Structogram Polska. Łatwiej też nam rozpoznać charakter i potrzeby klienta, dzięki czemu możemy lepiej do niego trafić z przekazem czy produktem.

– Funkcjonowanie naszego mózgu ma ogromny wpływ na to, jak prowadzimy swój biznes. To, czy i jak potrafimy wykorzystać swoje mocne strony, ma konkretne przełożenie na to, w jaki sposób prowadzimy firmę i osiągamy sukcesy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Jarząbek, trener Structogram Polska.

W latach 70. ubiegłego wieku amerykański naukowiec Paul MacLean wprowadził pojęcie trzech struktur mózgu: kresomózgowia, międzymózgowia i pnia mózgu. Na podstawie jego badań powstał Structogram, system treningowy, w którym do trzech obszarów mózgu dopasowano kolory – odpowiednio niebieski, czerwony i zielony. To, którego obszaru mózgu najczęściej używamy, decyduje o naszym charakterze.

Jak wynika ze statystyk, zaledwie co 10. człowiek korzysta z każdego obszaru mózgu w równym stopniu. U zdecydowanej większości dominuje jeden z nich. Osoby, które używają przede wszystkim pnia mózgu, określa się jako uczuciowe, empatyczne (kolor zielony). Czerwoni, u których dominuje międzymózgowie, są zorientowani na cel i rezultat. Ci, którzy najczęściej wykorzystują kresomózgowie, to osoby obiektywne i poukładane, które lubią mieć czas na zastanowienie (kolor niebieski).

To może mieć decydujące znaczenie przy prowadzeniu własnego biznesu.

Aby wykorzystać w biznesie wiedzę o neurologii, trzeba poznać siebie, swoje mocne strony, bo przede wszystkim na nich się koncentrujemy. Wykorzystanie swojej osobowości jest kluczowe, bo jesteśmy w tym momencie autentyczni, a to w biznesie buduje zaufanie – przekonuje ekspert. – Mając świadomość swojej biostruktury, osobowości, swoich silnych i słabych stron, zyskujemy ogromną przewagę na silnie konkurencyjnym rynku.

Wiedza na ten temat umożliwia też nawiązanie odpowiednich relacji z klientem. Biostrukturę klienta można rozpoznać po zachowaniu, sposobie ubierania, poruszania, mówienia, a następnie dopasować do tego sposób komunikacji.

– Każdy trochę inaczej się zachowuje. Pierwszy typ klienta to osoby empatyczne, które uśmiechają się, nie mają problemów z mówieniem, o co im chodzi i czego chcą. Drugi typ jest bardziej stanowczy, bardziej emocjonalny, czyli od razu widzimy po zachowaniu takiej osoby, że skoro tutaj jest, to jest najważniejsza i oczekuje najwyższej jakości obsługi. Trzeciego typu właściwie można nie zauważyć, kiedy wejdzie do firmy, bo on tylko chce się rozejrzeć, zaznajomić z tym, co go otacza, i najchętniej nie zwracałby na siebie uwagi – wymienia trener Structogram Polska.

System treningowy Structogram pozwala poznać strukturę swojej osobowości, rozpoznawać ją u drugiego człowieka i zoptymalizować  swoje umiejętności komunikacyjne i społeczne, a dzięki temu lepiej odpowiadać na potrzeby klientów i współpracowników.

Osoba, która podejmuje decyzje oparte na zaufaniu, kupi samochód nie dlatego, że poznała jego wszystkie wartości techniczne, tylko dlatego, że zaufała sprzedawcy. Są osoby, które bardzo szybko podejmują decyzje, są ukierunkowane na rzeczy nowe, które podnoszą ich status, więc trzeba w ten sposób zaprezentować im nasz produkt – wyjaśnia ekspert. – Trzecia grupa klientów podejmuje decyzje racjonalnie. Taka osoba lubi mieć wybór, ważna jest dla niej relacja ceny do jakości. Jeżeli damy jej czas zapoznać się z technicznymi informacjami na temat samochodu, to też zyskujemy w jej oczach.

Coraz więcej firm z różnych branż docenia możliwości, jakie daje poznanie osobowości klienta. Bank Credit Suisse dobiera klientów i pracowników po przejściu przez nich cyklu szkoleń, na podstawie podobieństwa biostruktur. Raiffeisen Bank w Niemczech przeszkolił kilka tysięcy konsultantów, którzy opanowali nowe techniki dopasowania oferty produktów inwestycyjnych do osobowości klientów.

– Na podstawie naszych doświadczeń, a pracujemy z klientami korporacyjnymi, wiemy, że to świetnie działa. Dostajemy jasne sygnały, że ta wiedza bardzo pomaga w sprzedaży – mówi Paweł Jarząbek.

Zaległości firm dochodzą do 33,2 mld zł. Najwyższy wzrost w rolnictwie i transporcie

Ponad 33,16 mld zł wyniosła wartość zaległości przedsiębiorstw wobec partnerów biznesowych i banków na koniec marca 2020 r. W I kwartale przybyło niemal 909 mln zł (2,8 proc.) płatności przeterminowanych powyżej 30 dni, na min. 500 zł. Odsetek przedsiębiorstw opóźniających płatności wyniósł 5,8 proc. po tym jak w kwartał obniżył się o 0,1 p.p. Liczba firm sprawiających problemy z terminowymi rozliczeniami przekroczyła 314,2 tys. (przedsiębiorstwa aktywne, zamknięte i zawieszone) – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK. Najwięcej na sumieniu mają handel, przemysł oraz budownictwo.Zaległości firm dochodzą do 33,2 mld zł. Najwyższy wzrost w rolnictwie i transporcie

  •  W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku najbardziej powiększyły się nieregulowane zobowiązania firm rolnych, a także zajmujących się działalnością wspierającą oraz transportowych. Stopniały natomiast zaległości branży wodociągowo-kanalizacyjnej i budownictwa. To spora odmiana po tym jak budownictwo w I kwartale zeszłego roku obok handlu i transportu w największym stopniu odpowiadało za wzrost przeterminowanych zobowiązań. Na skali prezentowanych opóźnionych i nieopłaconych rozliczeń B2B nie widać jeszcze wpływu koronakryzysu, dane te będą widoczne najwcześniej w statystykach za maj.
  •  Pierwsze trzy pozycje, pod względem wartości zaległości zajmują: handel, przemysł oraz budownictwo. Razem mają 56 proc. łącznej kwoty przeterminowanych zobowiązań. W handlu jest to obecnie 7,75 mld zł, w przemyśle 5,74 mld zł, a w budownictwie 5,06 mld zł. Czwarty jest transport z sumą 2,06 mld zł.
  •  Liczba firm sprawiających problemy z terminowymi rozliczeniami widoczna w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK przekroczyła na koniec marca 314,2 tys. (przedsiębiorstwa aktywne, zamknięte i zawieszone). – Na koniec marca mieliśmy w gospodarce 5,8 proc. przedsiębiorstw opóźniających płatności wobec partnerów biznesowych i banków. To spadek o 0,1 p.p. w ciągu kwartału, a na przestrzeni roku poprawa o 0,5 p.p. Największy udział firm niespłacających zobowiązań i opóźniających płatności już od dłuższego czasu ma transport – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

W transporcie 9 proc. firm przysparza problemów partnerom biznesowym i bankom, opóźniając rozliczenia lub też w ogóle nie opłacając faktur i rat. Drugi sektor pod względem udziału niesolidnych płatników to dostawa wody i gospodarowanie odpadami – 8,5 proc., trzecie jest górnictwo i wydobycie – 8,4 proc. Kolejne sektory mają już niższy odsetek firm niepłacących na czas. Wśród firmy zajmujących się działalnością profesjonalną i naukową (prawnicy, księgowi, badania rynku, reklama) problemy z płatnościami ma 6,2 proc., dalej znajduje się handel, w którym 5,6 proc. przedsiębiorstw jest niesolidnych płatniczo. Na szóstej pozycji znalazły się ex equo budownictwo oraz wytwarzanie i dostawa energii, gazu i gorącej wody, które posiadają po 5,5 proc. przedsiębiorstw przeciągających lub nieregulujących płatności.

Ogólny spadek udziału firm opóźniających płatności na rzecz partnerów biznesowych i banków to zasługa pięciu sektorów: Budownictwa, Działalności związanej z obsługą rynku nieruchomości, Działalności w zakresie usług administrowania i działalności wspierającej, Informacji i komunikacji oraz Wytwarzania i zaopatrywania w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę i powietrze do układów klimatyzacyjnych. W tych sektorach ryzyko trafienia na niesolidnego płatnika w ciągu I kwartału nieznacznie spadło. – Prezentowane dane, szczególnie spadek odsetka niesolidnych płatników pokazuje, że nie zostały tu jeszcze uwzględnione problemy jakich przysporzył gospodarce koronawirus. Pierwsze sygnały skutków zamrożenia gospodarki będą widoczne, w bazach BIG InfoMonitor i BIK, najwcześniej w maju – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

W dwóch branżach: Budownictwo oraz Dostawa wody, gospodarowanie ściekami i odpadami spadły też kwoty przeterminowanych zobowiązań. I na tym koniec dobrych wiadomości, bo suma zaległości wszystkich firm, mimo sprzyjających warunków gospodarczych przed wybuchem pandemii, wzrosła o 909 mln zł (2,8 proc.). To więcej niż w I kwartale zeszłego roku, gdy było to 840 mln zł. W największym stopniu przyłożył się do tego handel – kwotą 238 mln zł (wzrost zaległości o 3,2 proc.), przemysł ponad 176 mln zł (3,2 proc.) oraz transport 141 mln zł (7,3 proc.). Niepokojąco wyglądają zmiany przeterminowanych zobowiązań firm rolnych, które w trzy miesiące powiększyły je o jedną dziesiątą do niemal 0,5 mld zł. Nie najlepiej rok 2020 zaczęły również firmy zajmujące się działalnością administrowania i wspierającą, które obejmują działalność organizatorów turystyki, targów i wystaw oraz kongresów, agencje zatrudnienia, firmy windykacyjne, księgowość. Ich zaległości, które w zeszłym roku nie ulegały większym zmianom, w tym roku tylko w kwartał powiększyły się o ponad 8 proc. (o powyżej 49 mln zł), ale jednocześnie udział niesolidnych firm z tego sektora obniżył się, co oznacza, że mocno pogłębiły się problemy przedsiębiorstw, które nie płaciły dostawcom i bankom już wcześniej.

Zaprezentowane zestawienie bierze pod uwagę dłużników zgłoszonych do BIG InfoMonitor (firmę można wpisać po 30 dniach od terminu płatności przy zaległości na kwotę min. 500 zł) oraz firmowe kredyty z BIK, przeterminowane o 30 dni, przy opóźnionej kwocie wynoszącej co najmniej 500 zł. Wyliczając udział niesolidnych dłużników w danym sektorze, uwzględnione zostały przedsiębiorstwa działające, zawieszone oraz zamknięte.

Brak kompetencji ogranicza wykorzystanie chmury w firmach. W efekcie brakuje dobrej infrastruktury IT do pracy zdalnej

To nie problemy technologiczne, ale braki kompetencyjne są najczęściej wskazywane jako przeszkoda dla cyfryzacji firm. Szczególnie problematyczne jest wdrażanie rozwiązań chmurowych. Do trudności w obszarze migracji do chmury przyznaje się 89 proc. menadżerów IT – wynika z badania Oktawave. Konsekwencje niedostatecznej transformacji cyfrowej firmy odczuły w ostatnich tygodniach, kiedy praktycznie z dnia na dzień trzeba było przejść na tryb pracy zdalnej.

Jak wynika z danych Eurostatu z 2018 roku, w krajach Unii Europejskiej 24 proc. przedsiębiorstw korzysta z rozwiązań chmurowych. W Polsce odsetek ten wynosi 11 proc.

Pytanie, dlaczego Polska znajduje się w ogonie Europy pod względem korzystania z chmury, czyli podstawy cyfryzacji gospodarki, zawsze nas nurtowało. Wygląda na to, że bardzo wiele przyczyn wynika z niewystarczających kompetencji wśród osób, które zajmują się infrastrukturą IT – mówi agencji Newseria Biznes Michał Paschalis-Jakubowicz, prezes zarządu Oktawave.

Wynika tak z badania „Kompetencje chmurowe firm w Polsce 2020” zrealizowanego przez IDG na zlecenie Oktawave i 7bulls.com na grupie osób zajmujących kierownicze stanowiska informatyczne w średnich i dużych firmach prowadzących działalność w Polsce.

Respondenci wymienili 24 przeszkody stojące na drodze do skutecznej transformacji chmurowej, mające źródło głównie wewnątrz organizacji. 28 proc. z nich wskazało właśnie brak odpowiednich kompetencji, kolejne 26 proc. – trudności z wyborem odpowiedniego rozwiązania technologicznego. Na długiej liście problemów znalazły się także: brak przekonania i nieufność zarządu do rozwiązań chmurowych, wysokie koszty, obawy o bezpieczeństwo i kwestie ochrony danych, a także trudności z integracją posiadanych systemów.

– Brak kompetencji ujawnia się już na samym początku procesu transformacji, dotyczy więc umiejętności zaprojektowania nie tylko docelowej architektury chmurowej, ale również całego procesu przenoszenia zasobów IT do chmury – podkreśla Michał Paschalis-Jakubowicz.

Najtrudniejsze etapy transformacji chmurowej to według badanych menadżerów IT planowanie procesu migracji do chmury (48 proc. wskazań) oraz analiza i projektowanie architektury przed migracją (41 proc.). Samo przeniesienie systemów i aplikacji do chmury jest problemem dla 33 proc. respondentów.

– Źle zaprojektowana chmura nie będzie spełniała swoich głównych założeń: z jednej strony nie pozwoli na oszczędność kosztów, a z drugiej strony na elastyczność i skalowalność. Nie będzie również pozwalała na sprawne uruchamianie nowych projektów i aplikacji. Jak widać, już na samym początku firmy potrzebują wsparcia – mówi prezes Oktawave.

Te kluczowe dla całego procesu kompetencje to m.in. umiejętność budowy i migracji aplikacji do platform chmurowych, a także znajomość technologii chmurowych (Java, Python, Docker, Kubernetes) oraz wirtualizacyjnych. Prawie połowa ankietowanych uważa, że te kompetencje technologiczne decydują o sukcesie transformacji chmurowej w takim samym stopniu jak umiejętności pozatechnologiczne (prawne, regulacyjne, finansowe, zarządcze). Co trzeci jest zdania, że skuteczne przeniesienie firmy do chmury nie jest możliwe bez twardych kompetencji technologicznych zespołu.

– Problemem, który występuje na samym początku, jest obawa przed nieznaną materią. Wiąże się to z brakiem zaufania do chmury jako do rozwiązania, które nie jest znane wewnętrznym służbom IT, ale także z brakiem zaufania zespołów do samych siebie, czy będą w stanie nią zarządzać, uzyskiwać jej efektywność i rozwiązywać na bieżąco problemy – mówi Michał Paschalis-Jakubowicz.

To, jak chmura może usprawnić funkcjonowanie firmy, pokazał wybuch pandemii koronawirusa, który zmusił wiele przedsiębiorstw praktycznie z dnia na dzień  do przeniesienia działalności w tryb online. Nie wszystkie były na to gotowe pod względem infrastruktury IT.

Chmura przede wszystkim pozwala na dużo więcej niż tradycyjne systemy – wyjaśnia prezes Oktawave. – Umożliwia bardzo szybkie przestawienie firmy na pracę zdalną, nie tylko systemu pocztowego, ale również systemów, które służą do zarządzania przedsiębiorstwem, np. ERP, CRM. Rozwiązania chmurowe pozwalają również na dużo lepszą absorpcję wahań koniunkturalnych, zarówno jeśli chodzi o jej skalowalność w górę – dla firm, które w tej chwili przeżywają duże natężenie ruchu online, bo np. sprzedają żywność przez internet, jak i w dół – dla tych wszystkich organizacji, które są zmuszone ograniczyć działalność. W efekcie uzyskują one natychmiastową oszczędność kosztów związaną ze zmniejszonym wykorzystaniem zasobów.

Pierwsze pieniądze z tarczy finansowej płyną do przedsiębiorców. Wnioski o wsparcie dostępne w bankowości internetowej

Banki aktywnie włączają się w pomoc kierowaną do przedsiębiorców. Wnioski o wsparcie w ramach tarczy finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa mogą składać wyłącznie za pośrednictwem bankowości internetowej. Według deklaracji prezesa PFR na konta przedsiębiorców za pośrednictwem banków trafiły już pierwsze dotacje – łącznie ponad 5 mld zł i każdego dnia ta kwota rośnie. Program pomocowy o wartości 100 mld zł, skierowany do około 670 tys. polskich przedsiębiorstw, ma wesprzeć ich płynność finansową w okresie poważnych zakłóceń w gospodarce. Rosnącą popularnością wśród firm cieszą się też gwarancje Banku Gospodarstwa Krajowego zabezpieczające ich transakcje kredytowe.

Tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju jest przeznaczona dla wszystkich firm, przy czym sposób aplikowania i przyznawania dotacji różni się dla trzech wydzielonych grup: firm do 10 zatrudnionych, do 250 oraz powyżej tego progu. Przedsiębiorstwa, które zatrudniają powyżej 250 pracowników, powinny aplikować o wsparcie bezpośrednio do PFR, natomiast dla tych mniejszych i średnich jedyną drogą jest elektroniczne składanie wniosków poprzez system banku, w którym firma ma rachunek. Wysokość subwencji zależy od liczby zatrudnionych i skali spadku obrotów spowodowanych pandemią. Ważne, że jest to realne wsparcie płynności finansowej firm. Po 12 miesiącach utrzymania działalności i zatrudnienia dotacja może być w znacznej części umorzona – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Gliński, członek zarządu Banku Millennium.

Firmy, które ucierpiały w wyniku pandemii koronawirusa, mogą ubiegać się o wsparcie w ramach tarczy finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju od ubiegłego tygodnia.

Na wdrożenie odpowiednich rozwiązań w bankowości elektronicznej sektor miał nieco ponad dwa tygodnie, ale od 29 kwietnia można już efektywnie wprowadzać wnioski o pomoc – mówi Andrzej Gliński. – Systemy bankowe pełnią ważną rolę w przezwyciężaniu skutków tego kryzysu, bo to banki jako jedyne dysponują infrastrukturą umożliwiającą efektywną dystrybucję środków i kontakt ze wszystkimi przedsiębiorstwami na rynku.

Podstawą weryfikacji wniosków i oświadczeń składanych przy aplikowaniu o wsparcie z PFR są rejestry publiczne. Dlatego ważne, żeby przedsiębiorca, który ma zamiar ubiegać się o tę pomoc, złożył deklarację podatkową (np. VAT-7) w czasie, który pozwoli na jej przetworzenie i zatwierdzenie przez organy podatkowe. Przed złożeniem wniosku o subwencję firma powinna też upewnić się, że bank posiada jej aktualne i zgodne z wpisem w rejestrze dane (nazwa, NIP, REGON, data założenia), i przygotować dane finansowe, w szczególności m.in. o wysokości obrotów gospodarczych w wybranych miesiącach oraz o liczbie zatrudnionych pracowników w przeliczeniu na pełny etat.

Wniosek można złożyć tylko raz, dlatego kontaktujemy się z klientami i namawiamy ich, żeby robili to w sposób przemyślany. Przykładowo, dane firmy są weryfikowane na podstawie informacji Ministerstwa Finansów i ZUS-u. Jeżeli ktoś chce oprzeć swój wniosek na przychodach z kwietnia, powinien złożyć odpowiednie deklaracje VAT-owskie. Wnioski zostaną przetworzone i znajdą się w bazach Ministerstwa Finansów, zgodnie z zaleceniami PFR po czterech dniach dla deklaracji miesięcznych i siedmiu dniach dla deklaracji kwartalnych – mówi ekspert.

Bank Millennium udostępnił przedsiębiorcom narzędzie, które pozwala aplikować o wsparcie z PFR prosto i intuicyjnie. Wniosek o subwencję jest składany w Millenecie, czyli serwisie bankowości internetowej. Opiera się na oświadczeniach przedsiębiorcy i powinien zostać złożony przez osobę upoważnioną do czynności związanych z podpisaniem umowy oraz korzystania z bankowych narzędzi autoryzacyjnych. Status wniosku i decyzja PFR w sprawie udzielenia wsparcia również będą widoczne w serwisie internetowym banku.

Jeszcze przed wprowadzeniem programu mieliśmy wiele telefonów od klientów, którzy pytali o zasady jego funkcjonowania i możliwość składania wniosków. Już w pierwszych dniach widzimy dużą ich liczbę – mówi członek zarządu Banku Millennium. – Pomoc jest zależna od skali spadku obrotów firmy w danym miesiącu, dlatego spodziewamy się kolejnej fali wniosków po rozliczeniu kwietnia. Wynika to z faktu, że jeszcze w marcu firmy miały całkiem wysokie obroty, natomiast w kwietniu efekt pandemii był już wyraźnie widoczny i wielu przedsiębiorstwom przyniósł znaczące spadki.

Jak podkreśla ekspert, utrzymanie płynności finansowej jest teraz największym wyzwaniem, z jakim mierzą się polskie firmy. Stąd ogromne zainteresowanie tarczą finansową PFR, ale także innymi narzędziami pomocowymi, jak np. finansowaniem przy wsparciu gwarancji Banku Gospodarstwa Krajowego. Millennium współpracuje z BGK w ramach wszystkich dostępnych na rynku programów wsparcia.

Pierwszy to znany od kilku lat program gwarancji de minimis, w którym w ostatnim czasie  zmieniły się kryteria. Najważniejszą zmianą jest możliwość zabezpieczenia do 80 proc. wartości udzielonego kredytu. Co ważne, program de minimis – przeznaczony dla małych i średnich firm – jest dzisiaj bezpłatny. Nie jest pobierana prowizja na rzecz BGK od udzielenia gwarancji – podkreśla Andrzej Gliński.

Oprócz zwiększenia zakresu gwarancji z 60 do 80 proc. wartości kredytu w programie de minimis dla MŚP zaszły też inne zmiany. Kolejną jest wydłużenie okresu gwarancji z 27 do 39 miesięcy. Dzięki zmianom przedsiębiorcy mogą korzystać z gwarancji de minimis na korzystniejszych niż wcześniej warunkach.

Na czas pandemii został też przygotowany program dla dużych firm: Fundusz Gwarancji Płynnościowych, w którym maksymalna wysokość kredytu zabezpieczonego gwarancją to 250 mln zł. W tym przypadku bank także może zabezpieczyć do 80 proc. wartości finansowania, na okres do 27 miesięcy. To o tyle ważne, że wobec ogromnych zmian i spadków obrotów dla niektórych firm jest to jedyna szansa, żeby utrzymać płynność, przetrwać czas pandemii i wrócić do działalności gospodarczej po jej ustaniu – podkreśla ekspert.

Proces wnioskowania o gwarancje BGK w Banku Millennium również odbywa się w tej chwili z wykorzystaniem kanałów elektronicznych. Bank udostępnił firmom wiele narzędzi cyfrowych, tak żeby do minimum ograniczać ich kontakt ze swoimi pracownikami, nawet przy najtrudniejszych transakcjach, wykorzystując m.in. podpis kwalifikowany z kwalifikowanym znacznikiem czasu.

Kolejny obszar udogodnień dla przedsiębiorstw, który pomaga im w utrzymaniu płynności finansowej, to program wakacji kredytowych, w którym kapitał, a w wyjątkowych przypadkach także odsetki, możemy zawiesić na trzy miesiące. Co ważne, ten proces też odbywa się w sposób elektroniczny, wnioski można składać zdalnie. Prowadzimy też akcję dla firm lokalnych we współpracy z naszą platformą zakupową goodie. W jej ramach mali, niesieciowi przedsiębiorcy mogą zgłosić się do goodie, a aplikacja poinformuje wszystkich użytkowników w okolicy o aktywności takiego podmiotu. Dzięki temu mali przedsiębiorcy będą mogli stopniowo wracać do swojej aktywności – podkreśla członek zarządu Banku Millennium.

W tym roku zabraknie 480 tys. Ukraińców do zbioru owoców. Zastąpić ich mogą osoby, które straciły pracę podczas pandemii

Rolnicy, sadownicy i ogrodnicy muszą w tym roku mierzyć się z poważnym brakiem rąk do pracy. – Do sezonowych zbiorów owoców miękkich przyjeżdżało co roku niespełna 500 tys. osób – mówi Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. Dużą część zatrudnionych stanowili pracownicy z Ukrainy. Wprawdzie tarcza antykryzysowa wprowadza ułatwienia dotyczące pracy sezonowej cudzoziemców, którzy pozostają w Polsce, ale ze względu na zamknięte granice wstrzymany jest dopływ kolejnych, a to – jak szacuje Personnel Service – nawet 160 tys. Ukraińców miesięcznie. Możliwe jednak, że pracy na wsi szukać będą Polacy, którzy w czasie pandemii stracili pracę.

– W związku z pandemią mamy także kłopoty na rynku pracy. Wchodzimy w sezon zbioru owoców miękkich, a zwłaszcza truskawki. Truskawka jest zbiorem ręcznym i od wielu lat korzystaliśmy z pomocy pracowników, którzy przyjeżdżali zza wschodniej granicy. Teraz muszą przejść okres kwarantanny, dostać odpowiednie paszporty, wizy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Przez pandemię koronawirusa problemy w działalności mają konsulaty Polski na terenie Białorusi i Ukrainy, które wydają wizy pracownicze. Jeśli zaś zabraknie pracowników ze Wschodu, może być problem ze zbiorem owoców.

– Będą kłopoty ze zbiorami owoców miękkich i warzyw, gdzie są duże nakłady pracy ludzkiej. Bez tych pracowników nastąpią dodatkowe ogromne straty na wsi – ocenia ekspert.

Teoretycznie kolejna tarcza antykryzysowa wprowadza ułatwienia dla rolników zatrudniających cudzoziemców. Nowe przepisy przewidują możliwość zmiany warunków wykonywania przez nich pracy bez konieczności wydania nowego zezwolenia lub wpisu nowego oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Ponadto można zastosować wyjątkowe zwolnienie z wymogu uzyskania zezwolenia na pracę w okresie stanu epidemii oraz 30 dni po jego odwołaniu w sektorach, w których wymagane są zezwolenia na pracę sezonową. Udogodnienia dotyczą jednak osób, które nie wyjechały z Polski. Pytanie, co z tymi, którzy wrócili do domów. Jest ich sporo, na co mogą wskazywać dane na temat bezrobocia. Jak podaje Personnel Service, powołując się na dane State Employment Service of Ukraine, w ciągu pięciu dni na początku kwietnia liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o ponad 36 tys.

 Myślę, że część pracowników ze Wschodu przyjedzie. Są propozycje, żeby mogli np. przechodzić granicę pieszo, bo są problemy z transportem. Ponadto, jeżeli dzisiaj straci pracę wielu ludzi, którzy mieszkali na wsi, a pracowali w mieście, to może część z nich sezonowo poszuka dodatkowych zarobków na wsi – mówi prezes KRIR. – Jest to dosyć prosta praca, łatwo się jej nauczyć, a stawki nie są aż tak niskie.

Personnel Service szacuje, że do tej pory co miesiąc do Polski przejeżdżało ok. 160 tys. pracowników z Ukrainy. Jeżeli stan epidemii potrwa do czerwca, granic nie przekroczy nawet 480 tys. Ukraińców. Mimo zmniejszonego zapotrzebowania na pracowników w niektórych branżach może to być jednak problem dla pracodawców. Rolnictwo może stać się jednym z sektorów najmocniej dotkniętych tym niedoborem.

Jak ocenia Wiktor Szmulewicz, do sezonowych zbiorów potrzebnych jest co roku nawet 500 tys. pracowników.

– Przykładowo Czerwińsk, który jest zagłębiem truskawkowym, ma ponad 6 tys. mieszkańców, a pracowników najemnych potrzeba prawie drugie tyle, żeby zebrać owoce – wskazuje.

Dla rolników problemem jest nie tylko brak rąk do pracy, ale też susza. Wprawdzie majowa pogoda daje nadzieję na poprawę sytuacji, ale eksperci podkreślają, że potrzebne są do tego długotrwałe opady.

– To może spowodować ogromne spadki plonów, nawet owoców miękkich, warzyw i innych, które rosną bezpośrednio w gruncie. Zboża i mleka może być mniej, bo będzie mniej pasz objętościowych. I to może spowodować zwyżki cen – mówi prezes KRIR.

Ochrona firmowego logo z punktu widzenia polskiego prawa

Marka firmy stanowi jeden z kluczowych elementów jej strategii rozwoju. Każda spośród światowych marek odnoszących sukcesy posiada niepowtarzalne logo. Dzięki niemu łatwiej o rozpoznawalność produktów wśród klientów. Jest to równocześnie pokusa dla nieuczciwej konkurencji aby się do takiej marki przybliżyć. Wszystkie te aspekty sprawiają, że o logo firmowe powinniśmy dbać i znać wszelkie dostępne środki jego prawnej ochrony.

Ochrona prawna logo firmy poprzez rejestrację znaku towarowego

Jest to forma ochrony, która zapewnia nam najwyższy poziom bezpieczeństwa.

Warto wiedzieć także czym właściwie jest znak towarowy. Potocznie uważa się, że to nazwa lub logo firmy. W rzeczywistości znak towarowy stanowi każde oznaczenie, które umożliwia wyróżnienie towarów lub usług występujących na wskazanym rynku

Dodatkowo znak towarowy musi wiązać się z działalnością zarobkową. Zatem znakiem towarowym może byś ustalone logo, nazwa firmy lub przypisany do danej działalności znak graficzny. Znak towarowy zawsze jest związany z określonymi towarami lub usługami a jego zgłoszenie wiąże się z koniecznością wniesienia opłat urzędowych.

Zobacz również:

Rejestracja znaku towarowego nie daje monopolu absolutnego

Rejestrując znak towarowy musimy mieć świadomość, że nie będzie on chroniony na cały świat, a tylko na konkretne terytoria. Opcji jest kilka:

  • rejestracja znaku towarowego krajowego, której dokonuje się w Urzędzie Patentowym RP (UPRP);
  • rejestracja znaku towarowego unijnego, która możliwa jest w Urzędzie Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO);
  • rejestracja znaku towarowego międzynarodowego, której dokonuje się poprzez Światową Organizację Własności Intelektualnej (WIPO).

Prawo wyłączne do danego znaku towarowego ograniczone jest również do branży, w której działasz. Czyli jeżeli prowadzisz biuro rachunkowe pod nazwą FENIX, to rejestrując swój znak towarowy nie będziesz mógł zabronić używania takiej nazwy na przykład włascicielowi restauracji.

Jak zarejestrować znak towarowy?

Rejestracja znaku towarowego w Urzędzie Patentowym zapewnia prawną ochronę na okres 10 lat. Oczywiście istnieje również możliwość przedłużenia ochrony. Aby uzyskać rejestrację należy złożyć podanie, w którym zostaną wskazane wybrane towary i usługi. Od ich ilości (a właściwie ilości klas) zależą finalne opłaty urzędowe.

Po zgłoszeniu ekspert sprawdza czy spełnione zostały wszystkie wymogi formalne oraz czy nie występują jakieś bezwzględne przeszkody rejestracji. Nie rejestruje się przykładowo oznaczeń opisowych. Te należą do określeń wolnych, którymi każdy bez przeszkód może się posługiwać. Jeżeli jednak takie problemy się nie pojawią, znak jest publikowany i od tej chwili przez 3 miesiące właściciele wcześniejszych praw mają czas aby zgłaszać ewentualne sprzeciwy.

Jeżeli nie wpłyną, znak towarowy, zazwyczaj po około 6 miesiącach, otrzymuje warunkową decyzję o rejestracji. Innymi słowy, ochrona zostanie przyznana o ile zgłaszający opłaci pierwszy 10-letni okres ochronny.

Co daje rejestracja znaku towarowego?

Dzięki ochronie prawnej jaką zapewnia rejestracja znaku towarowego, będziemy mogli ochronić się przed działaniami nieuczciwej konkurencji. Najczęściej takie firmy będą starały się przybliżyć do naszej nazwy. Prawo ochronne na znak towarowy służy wyeliminowaniu z rynku konkurentów, którzy swoimi oznaczeniami wprowadzają w błąd klientów.

W ewentualnym sporze lub nawet wcześniej, na etapie wysyłania pism ostrzegawczych, bardzo łatwo wykażesz przysługujące Ci prawa. Wystarczy, że wylegitymujesz się świadectwem ochronnym. W tym ozdobnym dokumencie będziesz wpisany jako właściciel praw wyłącznych do znaku towarowego.

Dzięki świadectwu możesz usuwać oferty nieuczciwej konkurencji na Allegro, OLX czy Amazon. To wszystko bez wchodzenia w spór sądowy. Jesteś też w stanie, w kilka miesięcy, odebrać przeciwnikowi domenę internetową. Spory przed Sądem Polubownym ds. Domen Internetowych znane są z tego, że wyrok zapada w nich szybko.

O pozostałych korzyściach z takiej rejestracji dowiesz się z poniższego nagrania:

Rejestrując znak towarowy warto korzystać z usług rzeczników patentowych

Rejestracja znaku nie jest taką prostą sprawą. Na rynku jest tak dużo znaków zarejestrowanych i niezarejestrowanych, że nietrudno o kolizję. Błąd przy weryfikacji nazwy firmy może sprawić, że znaku nie zastrzeżemy lub co gorsza, sprowadzimy na siebie problemy. Może się bowiem okazać, że o naszym zgłoszeniu dowie się konkurent posiadający podobny znak i zażąda nie tylko wycofania zgłoszenia, ale również zejścia z całą marką z rynku. To prawdopodobne, bo EUIPO z automatu powiadamia o wpłynięciu zgłoszenia właścicieli podobnych unijnych znaków z wcześniejszą datą rejestracji.

Da się takich problemów uniknąć, jeżeli zlecimy zajęcie się formalnościami rzecznikowi patentowemu. Ten, jako specjalista od ochrony marki, najpierw zrobi jej profesjonalne badanie, a później dokona zgłoszenia. Co ważne, w razie zlokalizowania przeszkód, wskaże jak można je obejść np. dodając do znaku dodatkowe słowo.Rejestrując znak towarowy warto korzystać z usług rzeczników patentowych

Czy nazwa i logo są jakoś chronione bez rejestracji?

Tak, ale jest to ochrona słabsza i wymaga od nas przedłożenia masy dowodów w sporze.
Prawa do znaków niezarejestrowanych można wywodzić z ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji (art. 10) i Kodeksu Cywilnego (prawo do firmy). Wiele osób zapomina, że nie wystarczy jedynie wskazać tych przepisów. ale należy również udowodnić, że daną marką posługiwaliśmy się komercyjnie na rynku.

Problem często określenie, czy używamy naszego niezarejestrowanego znaku towarowego z dostateczną intensywnością. To finalnie będzie oceniał sędzia. Nie można zapominać, że ochrona również tutaj jest terytorialna. Jeżeli więc działamy tylko w jednym mieście, to niemal na pewno nie będziemy w stanie skutecznie zmusić konkurenta z drugiego końca Polski do zmiany nazwy pod którą działa. To jest możliwe tylko, jeżeli mamy znak zarejestrowany.

Z drugiej strony, lepszy rydz niż nic. Jeżeli nie pomyśleliśmy o rejestracji, to ostatnią deską ratunku mogą być właśnie przepisy wspomniane powyżej. Musimy jednak liczyć się z tym, że mogą się one okazać niewystarczające i po długim sporze finalnie dowiemy się, że monopol na daną nazwę nam przysługuje, ale tylko w wąskim zakresie.
Więcej na ten temat dowiesz się z poniższego nagrania.

 

Czy druk może rywalizować z internetem?

W dobie internetu, katalogów online i sklepów internetowych mogłoby się wydawać, że praca drukarni przechodzi do lamusa. W istocie jednak tak nie jest i jest to sposób na Klienta, w który nadal inwestują firmy – i to zarówno mali, jak i najwięksi gracze na rynku. Dlaczego warto drukować reklamę, zamiast po prostu umieszczać ją na swojej stronie internetowej?

Kluczem jest różnorodność

Zazwyczaj eksperci są zgodni – im więcej kanałów dotarcia do Klienta, tym lepiej. I choć są firmy, które całość swoich działań promocyjnych zamknęły wyłącznie do świata online, reklama stacjonarna nadal ma swoich zwolenników i potrafi przynosić zaskakujące efekty. Ważny jest odpowiedni pomysł i przemyślana dystrybucja, ale w internecie również. 

Druk w erze internetu

W internecie z reklamą spotykamy się wszędzie. Przeglądając media społecznościowe, wchodząc na stronę główną portalu informacyjnego, czytając artykuł poradnikowy czy bloga. Tak duże nasycenie reklamą sprawia, że w znakomitej większości nie zwracamy uwagę na te komunikaty. W takiej sytuacji często powrót „do korzeni” jaką jest reklama stacjonarna, przynosi niesamowite efekty. 

Koszty mogą być porównywalne

Wiele osób uważa, że koszty reklamy internetowej są niższe, niż druku. Wystarczy przecież, że wrzucimy katalog reklamowy do pobrania na stronie czy post o promocji na facebooku. Warto jednak zaznaczyć, że np. w przypadku katalogów, w jednym i drugim przypadku nie unikniemy pracy grafika. W internecie również zazwyczaj nie wystarczy umieścić katalog na stronie internetowej – Klient musi na niego trafić, a do tego również konieczna jest reklama. 

Klient zabierze swój produkt do domu

Najbardziej znanym przykładem jest chyba katalog IKEA – do niedawna co roku dostarczany do tysięcy domów pozwalał na przeglądanie mebli w domowym zaciszu, robienie notatek, oglądanie aranżacji i produktów w wygodnej formie, jak w książce. Tego nie da Ci internet! Reklama drukowana w formie np. kalendarza na ścianę czy książkowego planera to również praktyczne rozwiązanie, którego nie zastąpi internet – chyba że myślimy o aplikacji. 

Postaw na prestiż

Druk katalogu firmowego z dokonaniami, historią i portfolio firmy, odpowiedniej jakości i z uszlachetnieniami mówi dobrze o kondycji finansowej Twojego przedsiębiorstwa. Tego nie da Ci umieszczenie katalogu w internecie, a przecież to ważny aspekt np. dla firm premium, które dbają o swój wizerunek i chcą trafić do najbardziej wymagających Klientów.

Dobra drukarnia to skarb

Starannie dobrana drukarnia, taka jak JKB Print, to partner w realizacji wielu strategii reklamowych firmy. Wybierz drukarnię do zadań specjalnych – taką, którą spełni pokładane w niej nadzieje, doradzi, ale i przekona do siebie jakością druku. Z taką pomocą reklama offline ma z pewnością większe szanse na powodzenie, niezależnie od branży.

Wchodzimy w okres rosnącego bezrobocia i stabilizacji wynagrodzeń

Według opublikowanych dzisiaj danych resortu rodziny, pracy i polityki społecznej stopa bezrobocia w Polsce w kwietniu br. wyniosła 5,7% (w marcu 5,4%). W powiatowych urzędach pracy jest zarejestrowanych 58 tys. osób więcej niż miesiąc wcześniej, co oznacza, że w rejestrach mamy 960 tys. osób pozostających bez pracy.

To pierwsza od wielu miesięcy sytuacja, kiedy stopa bezrobocia przewyższa wskaźnik w analogicznym miesiącu roku ubiegłego (w kwietniu 2019 było 5,4%). Obecne dane nie odzwierciedlają jednak w pełni sytuacji na rynku pracy. Wiele osób, które zakończyły współpracę z pracodawcami, z różnych względów nie rejestruje się jako bezrobotni, próbując samodzielnie znaleźć pracę lub przeczekać trudny okres w oparciu o zgromadzone środki lub pomoc rodziny i najbliższych. Również ograniczone działanie powiatowych urzędów pracy i ich przejście wyłącznie do trybu on-line może mieć wpływ na możliwość zarejestrowania się przez określone grupy osób, które utraciły pracę.

Wydaje się, że epidemia koronawirusa odwróciła trendy obserwowane na rynku pracy. Prawdopodobnie wchodzimy w okres rosnącego bezrobocia, utrzymania dotychczasowego poziomu wynagrodzeń, a dla części pracowników nawet czasowego ich obniżenia w związku m.in. z przyjęciem rozwiązań takich jak obniżony wymiar czasu pracy, przestój ekonomiczny czy – zapowiadane przez resort pracy – inne instrumenty służące utrzymaniu miejsc pracy.

Rozwiązania zaproponowane w kolejnych wersjach tarcz antykryzysowych powodują odsunięcie fali zwolnień poprzez udzielanie pomocy finansowej pracodawcom i często wynikającego obowiązku utrzymania stanu zatrudnienia w okresie wypłat wsparcia. To powoduje, że dopiero po tym okresie pracodawcy będą dokonywali analiz, na ile obecne warunki prowadzenia działalności gospodarczej pozwolą na utrzymanie dotychczasowego stanu zatrudnienia.

Wprowadzenie wielu rozwiązań chroniących miejsca pracy, powoduje, że pracownicy objęci nimi pozostają w zatrudnieniu. Istotnym pytaniem jakie nieuchronnie się pojawia jest, czy instrumenty te będą oddziaływały długoterminowo. Na razie widać, że znacząco zmniejszają przyrost bezrobocia w krótkim okresie.

Niestety, do pełnego obrazu rynku pracy brakuje informacji o tym, ile osób znajduje się obecnie w okresie wypowiedzenia. Duży odsetek pracowników korzysta z dwu – trzy miesięcznego okresu wypowiedzenia, co może mieć również wpływ na statystyki bezrobocia. Również proces realizacji zwolnień grupowych odwleka moment, w którym pracownicy objęci tą procedurą stają się osobami bez zatrudnienia.

Według informacji przekazanej przez ministerstwo pracy, w lutym pracodawcy zgłosili zamiar zwolnień grupowych wobec ok. 5 300 osób, w marcu – 8 880 osób. Powyższe liczby nie oddają trudności, jakich doświadczają przedsiębiorcy w utrzymaniu poziomu zatrudnienia przy jednoczesnym spadku przychodów. Wydaje się, że zdecydowanie większe liczby zwolnień grupowych pojawią się po zakończeniu finansowania utrzymania miejsc pracy.

Obecna sytuacja wymaga skoordynowanych i przemyślanych interwencji rządu na rynku pracy uwzględniających również długoterminowe skutki pandemii koronawirusa. Niewątpliwie cieszy skierowanie środków Funduszu Pracy i Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Społecznych na wspieranie utrzymania zatrudnienia. Jednak zaprojektowany w ustawach trzymiesięczny okres uzyskiwania przez pracodawców wsparcia może się okazać zbyt krótki, aby w dłuższej perspektywie utrzymać stopę bezrobocia na poziomie nieprzekraczającym 10-12%.

Reformy wymaga również system i kwota przyznawanych zasiłków dla bezrobotnych. Obecny zasiłek na poziomie 847,80 zł brutto nie jest wystarczający na pokrycie podstawowych potrzeb osoby pozostającej bez pracy. Przy trwających pracach nad podwyższeniem kwoty zasiłku, warto mieć na uwadze osoby, które wykonują swoje obowiązki zawodowe uzyskując minimalne wynagrodzenie. Nie można dopuścić do sytuacji, w której bardziej opłacalny będzie status bezrobotnego niż praca zawodowa. Poza tym wysokie zasiłki, przy ograniczonych możliwościach Funduszu Pracy stanowiącego źródło finansowania, oznaczają mniejsze możliwości prowadzenia działań aktywizacyjnych, które będą niezbędne, aby dostosować umiejętności osób pozostających bez pacy do funkcjonowania na rynku pracy w „nowej normalności”.

Przed polskim rządem stoi ważne zadanie dotyczące rynku pracy: jak wesprzeć pracodawców w utrzymaniu zatrudnienia przy jednoczesnym zapewnieniu środków do życia dla osób tracących pracę i przygotowaniu ich do wejścia na mocno zmieniony rynek pracy funkcjonujący w stanie dużej niepewności przyszłość.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Stanowisko Wynajmujących w sprawie porozumień branżowych po ponownym otwarciu lokali handlowych

Stanowisko Wynajmujących w sprawie porozumień branżowych po ponownym otwarciu lokali handlowych w galeriach handlowych i obiektach handlowych powyżej 2,000 m2.

Zrzeszeni w Polskiej Radzie Centrów Handlowych właściciele i zarządcy obiektów handlowych (dalej „Wynajmujący” – lista firm poniżej) zdają sobie sprawę, iż w następstwie zagrożenia epidemicznego Covid-19, wielu Partnerów umów najmu prowadzących swoją działalność w centrach handlowych (dalej „Najemcy i/lub Partnerzy”), wymagać będzie różnorakiej pomocy ze strony Państwa, banków jak też Wynajmujących. Tylko skoordynowane, proporcjonalne i właściwie zaadresowane instrumenty pomocowe pozwolą podtrzymać biznes przy życiu, zachować źródła dochodu polskich przedsiębiorców i uchronić cenne miejsca pracy.

Począwszy od dnia 4 maja 2020 r. większość placówek w centrach handlowych może ponownie podjąć działalność z zachowaniem zwiększonych rygorów higienicznych. Jest to ważny moment odmrażania gospodarki, ponieważ sprzedaż w centrach handlowych stanowi 30% wartości całego handlu detalicznego w kraju.

Zdecydowana większość Partnerów, od 70 do 90 procent otworzyła swoje placówki, a pozostali, ze względów organizacyjnych, uczynią to w najbliższych dniach. Zarządcy obiektów przyjmują to z oczywistym zrozumieniem, ponieważ czas od wydania stosownego rozporządzania (opublikowanego w dniu 2 maja 2020 r.) do dnia ponownego otwarcia lokali był stosunkowo krótki. Jednocześnie pierwsze dane z dnia otwarcia wskazują, iż Polacy chętnie przychodzą na konkretne zakupy i widać wysokie wskaźniki konwersji w otwartych dziś sklepach, co może przyczynić się do poprawy sytuacji najemców znacznie szybciej, niż zakładano.

Przypominamy, że świetle prawa, najemcy, którzy nie mogli prowadzić działalności ze względu na stan epidemii nie byli zobowiązani do uiszczenia czynszu ani opłat eksploatacyjnych; tym kosztem zostali w całości obciążeni Wynajmujący. Z dniem ponownego otwarcia rozpoczął się również bieg trzymiesięcznego terminu, w którym Najemcy powinni złożyć Wynajmującym oświadczenia o woli przedłużenia umów najmu na zasadach wynikających z ustawy, tj. tzw. tarczy antykryzysowej.

Właściciele i zarządcy obiektów handlowych pragną jednocześnie poinformować, że Najemcy, którzy będą tego potrzebować, nie zostaną pozostawieni bez wsparcia. Sytuacja poszczególnych branż oraz konkretnych Partnerów kształtuje się różnie, dlatego pomoc ta powinna być jak najbardziej dopasowana do indywidualnej sytuacji. Wynajmujący od początku kryzysu epidemicznego powadzą indywidualne konsultacje i negocjują z Najemcami optymalne środki wsparcia, tak aby pomoc była każdorazowo najlepiej dostosowana i możliwie efektywna. Należy uwzględnić przy tym rodzaj prowadzonej działalności, charakterystykę centrum i lokalu oraz postanowienia konkretnej umowy najmu, w oparciu o którą Strony współpracują. Ta praktyka tworzona jest od lat, zarówno w czasach kryzysu, jak i na co dzień i stanowi integralną część pracy zarządczej. Centrum handlowe to swoisty ekosystem – Najemcy i Wynajmujący są od siebie zależni i muszą działać wspólnie. Centra handlowe gwarantują Najemcom efektywne kanały zbytu, z kolei funkcjonowanie galerii handlowych bez Najemców jest niemożliwe. Obie Strony zdają sobie z tego faktu doskonale sprawę.

W ramach dobrych praktyk stanowiących odzwierciedlenie Społecznej Odpowiedzialności Biznesu znanych zarówno Najemcom jak i Wynajmującym, deklarujemy wsparcie naszych Partnerów w formie rabatów i innych dostępnych form pomocy, w zależności od sytuacji finansowej Najemcy oraz uzyskanej przez niego pomocy od Państwa.

Jednocześnie Wynajmujący nie widzą potrzeby standaryzacji mechanizmów pomocy, ani ujednolicenia jej wysokości. Jednakowe traktowanie wszystkich Najemców będzie w naszej ocenie nieefektywne i niesprawiedliwe. Wiele z sieci handlowych to podmioty o dużej sile ekonomicznej i globalnej skali operacji. Zunifikowane rozwiązania spowodowałyby, iż działania wspierające nie znajdą właściwych adresatów, a jednocześnie Wynajmujący pozbawieni zostaną środków, aby wspomóc efektywnie te podmioty biznesowe, które będą naszej pomocy najbardziej potrzebować. Należy tu zwrócić zwłaszcza uwagę na dziesiątki tysięcy małych firm, często lokalnych biznesów prowadzących działalność w jednej czy kilku lokalizacjach a także operatorów wysp handlowych, których działalność wciąż jest mocno ograniczona pewnymi uwarunkowaniami sanitarnymi.

Zapewniamy, że konsekwentnie prowadzimy i będziemy nadal prowadzić odpowiedzialną politykę współpracy z Partnerami umów najmu oraz tymi finansującymi nasze projekty, zorientowaną na wieloletnie, obustronnie korzystne relacje. Ewentualna interwencja legislacyjna zakłóci zasady tej współpracy i podważy zaufanie, które jest niezbędne dla dalszej harmonijnej kooperacji.

Jednocześnie liczymy na umorzenie w okresie 2020 – 2021 opłat z tytułu użytkowania wieczystego, podatku od nieruchomości oraz podatku galeryjnego, co pozwoli na znaczące zmniejszenie obciążeń najemców opłatami eksploatacyjnymi i zwiększenie możliwości oferowanego przez nas wsparcia, o którym mowa powyżej.

Wnosimy jako wynajmujący w ramach porozumienia z najemcami o umożliwienie otwarcia obiektów handlowych w niedziele, co jest niezbędne dla odbudowy obrotów tradycyjnego handlu. Jest to podyktowane koniecznością wsparcia sektora w zakresie pobudzania popytu a także zwiększaniem bezpieczeństwa przepływu klientów w momencie, gdy normy wskazane w rozporządzeniu będą już graniczne tj. przekraczające 1 osobę na 15m2.

Stanowisko zostało dotychczas podpisane przez: Atrium European Real Estate, Apsys Polska, Carrefour Polska, Ceetrus Polska, ECE Projektmanagement Polska, Metro Properties, Multi Poland, Mayland Real Estate, Pradera Management Poland, Sierra Balmain i Unibail-Rodamco-Westfield.

Pandemia spowodowała gwałtowny spadek wydatków

Wśród Polaków nastąpił znaczny spadek konsumpcji w stosunku do poprzednich lat. Docelowo osiągnie on -20 % w drugim kwartale. Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski SA, w rozmowie z MarketNews24 opiera się o dane zebrane początkiem kwietnia. Pochodzą one z transakcji kartami płatniczymi oraz BLIK-iem. Ekonomista podkreśla, że podobne analizy w przeszłości wskazywały pokrewne wartości, do tych publikowanych później przez GUS.

Trafność prognozy Krystiana Jaworskiego potwierdzają wyniki badań koniunktury konsumenckiej. Jej bieżący wskaźnik osiągnął najniższy poziom od marca 2004 roku, ponadto Wyprzedzający Wskaźnik Koniunktury Konsumenckiej nigdy wcześniej nie znajdował się tak nisko,  jak w chwili obecnej. Taki spadek wśród liczby konsumentów zauważono w kwietniu bieżącego roku.

Odnotowano również znaczące obniżenie w sprzedaży detalicznej, które w marcu, w bieżących cenach, wynosiło 7,1% r/r, w stosunku do wzrostu o 9,6% w lutym. Natomiast licząc w cenach stałych, dynamika sprzedaży wynosząca w lutym 7,3% r/r, w marcu osiągnęła -9,0 r/r.

Zamknięcie szkół wszystkich szczebli oraz galerii handlowych w połowie marca, wywołane restrykcjami w związku z szerzącą się epidemią COVID-19, stanowi główny powód spadku sprzedaży detalicznej w tym miesiącu. Podjęte środki bezpieczeństwa odbiły się szerokim echem praktycznie w każdym z rodzajów sprzedaży, powodując jej załamanie. Jednak nagłe gromadzenie zapasów przez gospodarstwa domowe oraz wzrost popytu na leki, czy środki czystości takie jak maseczki, płyny antybakteryjne itp, doprowadziły do ograniczenia spadku. Tymczasem w kwietniu podobnych działań nie odnotowano. Zaskutkuje to z pewnością jeszcze szybszym obniżeniem wskaźnika sprzedaży detalicznej, który być może osiągnie dwucyfrowy poziom. Chociaż realny spadek w takiej sprzedaży może okazać się znacznie mniejszy, niż ten podawany przez Główny Urząd Statystyczny. Urząd podaje dane bez uwzględnienia działalności handlowej firm zatrudniających mniej niż 10 osób, takich jak osiedlowe “spożywczaki” i liczne sklepy internetowe, które w obecnych warunkach zyskują na popularności w coraz szerszym gronie klientów.

Jednak, jak tłumaczy Krystian Jaworski, GUS mimo wszystko stara się zawrzeć w raportach dane dotyczące sprzedaży internetowej. Ekonomista przewiduje, że w kwietniu spadek sprzedaży detalicznej osiągnie liczbę dwucyfrową. Wskaźnik konsumpcji wśród Polaków również ulegnie znacznemu obniżeniu, gdyż zawiera on dane dotyczące działalności usługowej, która ze względu na wprowadzone ograniczenia, także została ograniczona.

Wkrótce poznamy dane, które mogą okazać się najgorsze w całym 2020 r. Dlatego, że kwiecień nie obejmuje już okresu, gdy intensywnie robiliśmy zapasy na okres wprowadzanych ograniczeń związanych z koronawirusem.

– Od maja restrykcje są znoszone i istotne jest kiedy handel wróci do poziomów sprzed restrykcji – mówi w rozmowie dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Co do tego, jak szybko się to stanie, niepewność jest olbrzymia.

Bardzo wiele będzie zależało od tych konsumentów, których dochody nie pogorszyły się w sposób istotny. To oni będą mieli największy wpływ na popyt konsumpcyjny, zwłaszcza, że wskaźnik nastrojów konsumenckich jest na najniższym poziomie, odkład w Polsce prowadzone są takie badania.

– Wiele zależeć będzie od zmiany zachowań konsumenckich, od sumy indywidualnych decyzji czy kupić samochód, czy kupić meble, jak spędzić wakacje – komentuje ekspert XTB.